Marek Sawicki: Czas na agroturystykę

W przededniu pierwszego, majowego weekendu minister rolnictwa i rozwoju wsi Marek Sawicki spotkał się z dziennikarzami w gospodarstwie agroturystycznym „Ziołowy Zakątek” na Podlasiu.

U progu sezonu urlopowego minister zachęcał do skorzystania z oferty gospodarstw rolnych prowadzących działalność agroturystyczną.

– Mamy w Polsce ponad 8 tysięcy takich gospodarstw, które posiadają łącznie, do dyspozycji turystów, ponad 84,5 tysiąca miejsc noclegowych – poinformował minister.

– Uważam, że jeszcze zbyt mało wykorzystujemy te możliwości wypoczynku – dodał szef resortu, zwracając jednocześnie uwagę, że choć dopiero tylko  7% stanowili turyści zagraniczni, głównie z Niemiec i Wielkiej Brytanii, to jest szansa na zwiększenie tej liczby.

– Tylko w ramach działań realizowanych w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013 zrealizowano prawie 30 tys. projektów na działania związane ze wsparciem turystyki wiejskiej i agroturystyki wraz z infrastrukturą okołoturystyczną na łączną kwotę prawie 5 mld zł – dodał minister Sawicki.

Również w Programie Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014-2020 istnieje możliwość otrzymania wsparcia finansowego na przedsięwzięcia powiązane bezpośrednio lub pośrednio z rozwojem turystyki wiejskiej. Będzie to możliwe w ramach priorytetu 6: „Zwiększanie włączenia społecznego, ograniczanie ubóstwa i promowanie rozwoju gospodarczego na obszarach wiejskich”. Zaprojektowano m.in. trzy działania, które mogą służyć turystyce wiejskiej: Premie na rozpoczęcie działalności pozarolniczej, Podstawowe usługi i odnowa wsi na obszarach wiejskich oraz Leader.

Obecnie największą bazą dysponują województwa: małopolskie oraz podkarpackie i warmińsko-mazurskie. W roku ubiegłym z noclegów u rolników skorzystało ponad 612 tysięcy osób, wśród których

– Będziemy prowadzili kampanię promocyjną – Hity turystyki wiejskiej – poinformował minister. Kampania planowana jest na dwa miesiące i będzie zachęcała do wypoczynku na wsi. Temu tematowi poświęcona będzie specjalna konferencja przewidziana na połowę maja br.

– Agroturystyka to także turystyka kulinarna – zwrócił uwagę minister dodając, że – od pierwszego stycznia 2016 roku wejdą w życie nowe regulacje prawne dotyczące sprzedaży bezpośredniej. Dzięki temu rolnicy będą mogli sprzedawać w swoich gospodarstwach przetworzone produkty, co wzbogaci też ofertę agroturystyczną.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi

Bank BPH przeniesie zapasowe centrum danych Disaster Recovery do nowego ośrodka IBM

Bank BPH przeniesie zapasowe centrum danych Disaster Recovery do nowego ośrodka IBM. Nowoczesne usługi świadczone przez IBM pozwalają na ograniczenie ryzyka związanego z utratą ciągłości pracy banku i utrzymanie nieprzerwanego świadczenia usług dla klientów.

Zmieniające się wymagania branżowe i regulacyjne powodują, że właściwe podejście do zarządzania ryzykiem staje się jednym z kluczowych elementów strategii działania przedsiębiorstw. Aby sprostać tym wymaganiom, bank zdecydował o przeniesieniu dodatkowego centrum przetwarzania danych do nowego ośrodka o wysokiej jakości i dostępności, a także o większej pojemności. Przygotowanie centrum i zarządzanie świadczeniem usługi Bank BPH powierzył IBM.

Wybór firmy IBM na partnera w projekcie zarządzania usługami utrzymania ciągłości biznesowej zapewnia nam właściwą ochronę niezbędnych dla działania banku systemów informatycznych – mówi Waldemar Sadkowski, Dyrektor Zarządzający Departamentem Wsparcia Informatycznego w Banku BPH.

W ramach umowy IBM zapewni dostęp do zapasowego data center oraz usługi towarzyszące, przede wszystkim zarządzanie serwisem i utrzymanie ośrodka data center, jak również monitorowanie i raportowanie dostępności usługi (ang. SLA, Service Level Agreement). Istotnym elementem rozwiązania jest również optymalizacja kosztów posiadania obiektu data center i zarządzania nim.

Liderzy biznesowi są świadomi zagrożeń, wynikających z przerwania ciągłości działania systemów IT, takich jak awaria systemu czy utrata lub naruszenie danych klientów – mówi Paweł Bondar, Resiliency Services Sales Leader IBM Polska – Tylko podejście zgodne ze standardami i najlepszymi praktykami gwarantuje, że organizacja będzie w stanie zminimalizować ryzyko i stawić czoła trudnym do przewidzenia zdarzeniom w przyszłości – dodaje.

Umowa została podpisana na 10 lat z możliwością przedłużenia.

Obligacje korporacyjne – Taniejący kredyt nie szkodzi rynkowi długu

0

Nie sprawdzają się opinie mówiące, że obniżka oprocentowania kredytów w bankach zahamuje aktywność emitentów obligacji i rynek długu straci swoją dynamikę. Wszystko wskazuje na to, że oba segmenty finansowania firm mogą się rozwijać w sposób komplementarny.

Polski rynek obligacji firm zaczął się dynamicznie rozwijać tuż po wybuchu globalnego kryzysu finansowego, po którym banki drastycznie zaostrzyły swoją politykę kredytową, a w przypadku niektórych branż, niemal zupełnie odcięły ich przedstawicieli od finansowania. Najmocniej odczuły to firmy budowlane i deweloperzy. To z ich grona rekrutowali się najliczniej pierwsi emitenci obligacji korporacyjnych. Do dziś stanowią oni pokaźną grupę, chętnie korzystającą z finansowania ze strony prywatnych inwestorów.

 

Drugim, poza ograniczonym dostępem do kredytu, bodźcem rozwoju rynku obligacji były wysokie koszty finansowania bankowego, wynikające zarówno z poziomu stóp procentowych, jak też marż i prowizji oraz opłat dodatkowych, takich jak ubezpieczenie, czy związane z zabezpieczeniem kredytu.

 

Od tego czasu banki stopniowo zaczęły chętniej finansować firmy, a oficjalne stopy procentowe poszły mocno w dół, osiągając rekordowo niski poziom. Wydawało się więc, że wraz z poprawą sytuacji na rynku kredytowym, moda na finansowanie poprzez emisję obligacji zacznie wygasać. Tymczasem nic takiego nie ma miejsca. Choć, jak wynika z danych Narodowego Banku Polskiego, średnie oprocentowanie kredytu dla firm obniżyło się do około 4 proc., na rynku obligacji korporacyjnych wciąż panuje spory ruch. Według danych Fitch, w pierwszym kwartale 2015 r. wartość wyemitowanych pozaskarbowych papierów dłużnych była wyższa niż przed rokiem o 11,5 proc., a wartość obligacji firm wzrosła aż o 30,7 proc. i wyniosła 53,7 mld zł.

 

Można to zjawisko wyjaśnić na dwa sposoby. Po pierwsze, spadający rynkowy koszt pieniądza oraz taniejący kredyt, wpływają na dostosowanie się marż, oferowanych inwestorom przez emitentów obligacji. Takie zjawisko widoczne jest już od kilku miesięcy. Dostosowywanie się wysokości kosztów pożyczek, pochodzących z różnych źródeł, jest tendencją jak najbardziej naturalną i świadczy o prawidłowym funkcjonowaniu mechanizmów rynkowych. W przypadku obligacji firm jednak wciąż mamy do czynienia z proporcjonalną przewagą ich oprocentowania, w porównaniu z ciągle bardzo niskimi odsetkami z lokat bankowych i papierów skarbowych. Są więc one nadal atrakcyjne dla inwestorów, mimo obniżającego się oprocentowania. Z kolei z punktu widzenia emitentów, czyli firm pozyskujących w ten sposób kapitał, ten dodatkowy koszt, przewyższające nieco koszt związany z zaciągnięciem kredytu w banku, nie jest na tyle wysoki, by zniechęcać do emisji.

Z jednej strony można więc mówić, że nawet w przypadku wyrównania warunków finansowania, między kanałem bankowym, a rynkowym, ten pierwszy nie stanowi ograniczenia dla rozwoju rynku obligacji, z drugiej zaś można przypuszczać, że zawsze znajdą się firmy, które dzięki obligacjom są w stanie uzyskać warunki bardziej korzystne lub dogodne niż przy zastosowaniu finansowania bankowego. Ze średnim oprocentowaniem kredytu jest bowiem podobnie, jak z każdą inną średnią, także tą z rynku obligacji. Są kredytobiorcy, którzy z łatwością otrzymają kredyt oprocentowany poniżej średniej, ale są też tacy, którzy muszą zapłacić za niego dwukrotnie więcej. Tym drugim wciąż bardziej będzie się opłacało szukać finansowania na rynku. Z kolei przykłady firm przeprowadzających emisje obligacji, mimo że są w stanie jednocześnie tanio finansować się w bankach wskazują, że mechanizm dywersyfikacji źródeł finansowania ma dla przedsiębiorców coraz większe znaczenie. Nigdy do końca nie wiadomo, jak zmienią się warunki, a wówczas lepiej mieć do wyboru większą paletę możliwości. Firmie już obecnej i znanej na rynku obligacji łatwiej w razie potrzeby z tej możliwości skorzystać, niż nowicjuszowi.

Piotr Dziura
Członek Zarządu GERDA BROKER

 

W I kwartale małe firmy najchętniej brały kredyty o charakterze bieżącym

Rośnie popyt na kredyty wśród przedsiębiorców indywidualnych. W marcu, jak wynika z danych NBP, wartość kredytów i pożyczek udzielonych mikrofirmom wzrosła o ponad 500 mln zł, a od początku roku – o ponad 1,75 mld zł. Najszybciej rośnie portfel kredytów o charakterze bieżącym, które są ulubionym sposobem finansowania najmniejszych firm.

Na koniec marca 2015 r. wartość portfela kredytów i pożyczek udzielonych przedsiębiorcom indywidualnym wyniosła 58 754,6 mln zł – poinformował NBP. W stosunku do lutego br. oznacza to wzrost o 0,9%, zaś w stosunku do grudnia 2014 r. – 3,1%.
CEO Magazyn Polska

Źródło: NBP

Największą część portfela kredytów i pożyczek dla mikrofirm stanowią kredyty o charakterze bieżącym. Ich wartość na koniec marca wyniosła 30 735,9 mln zł. I one w tym roku rosną najszybciej – ta kategoria kredytów i pożyczek zapracowała (z niewielkim nawet okładem) na cały wzrost portfela finansowania dla przedsiębiorców indywidualnych. W stosunku do lutego powiększyły się one o ponad 532 mln zł, zaś w stosunku do grudnia – o 1,77 mld zł.

Mniejszy popyt na finansowanie zakupów nieruchomości

O ile w przypadku kredytów o charakterze bieżącym widać wyraźny wzrost, to przy kredytach inwestycyjnych od początku roku można mówić o stabilizacji z tendencją wzrostową, za to spada wartość portfela kredytów na nieruchomości. Jeśli jednak spojrzeć w perspektywie roku, widać wyraźnie, że w poprzednich 12 miesiącach w tej sferze panował spory ruch. Wartość finansowania na zakup nieruchomości od marca 2014 wzrosła o ponad 10%, tymczasem wynik dla kredytów i pożyczek o charakterze bieżącym to „zaledwie” 4,6%.

Trudno powiedzieć, czy widoczny w I kwartale spadek wartości portfela kredytów i pożyczek na nieruchomości oznacza, że przedsiębiorcy zakończyli już zakupy gruntów czy budynków, czy tylko mówimy o chwilowym spowolnieniu, wynikającym z pory roku. Na tę ostatnią możliwość wskazuje fakt, że w marcu br. doszło do spadku stóp procentowych NBP, przez co są one obecnie na rekordowo niskim poziomie.
CEO Magazyn Polska

Źródło: NBP

Depozytów ubyło z powodu rozliczeń z fiskusem

O ile w przypadku kredytów widać wyraźny wzrost, to pod względem depozytów I kwartał tego roku – podobnie jak poprzednie – upłynął pod znakiem spadków. Wprawdzie wartość lokat i innych zobowiązań banków w stosunku do przedsiębiorców indywidualnych tylko w marcu wzrosła o nieco ponad 100 mln zł, do 29,7 mld zł, to w stosunku do grudnia stopniała aż o 3,46 mld zł.

Tyle że spadek wartości depozytów w I kwartale powtarza się od lat, jako że wiąże się z rozliczeniami podatkowymi. Przedsiębiorcy pod koniec roku kumulują gotówkę na kontach, aby rozliczyć się z fiskusem. Później zazwyczaj wartość lokat mikrofirm rośnie.

Ze względu na tę sezonowość warto porównać stan rachunków oszczędnościowych przedsiębiorców na koniec marca br. z tym sprzed roku. Okazuje się, że mikrofirmy muszą sobie świetnie radzić, jako że wartość ich depozytów w ciągu roku zwiększyła się aż o 4,4 mld zł, czyli 17,5%.
CEO Magazyn Polska

Źródło: NBP

Mikrofirmy zapowiadają inwestycje

Wzrost popytu na kredyt oraz wysoki stan oszczędności na kontach najmniejszych przedsiębiorców oznaczają, że mogą one zwiększyć swoje inwestycje. A – jak wynika z przeprowadzonych przez Grupę Idea Banku w I kw. 2015 r. badań nastrojów najmniejszych przedsiębiorców – plany inwestycyjne są śmiałe. Tylko nieco ponad ankietowanych właścicieli mikrofirm stwierdziło, że nie zamierza w tym roku inwestować.
CEO Magazyn Polska

 

Źródło: Badanie Grupy Idea Banku; ankietowani mieli możliwość wybrania więcej niż jednej odpowiedzi, stąd wyniki nie sumują się do 100%

 

Ale nie tylko małe firmy zwiększają popyt na kredyt. Z danych NBP wynika, że udział kredytów dla przedsiębiorców indywidualnych w wartości kredytów dla gospodarstw domowych (bank centralny włącza kredyty dla mikrofim do danych o kredytach i pożyczkach dla gospodarstw domowych) nieco zmalał i obecnie wynosi 9,9%, podczas gdy w ubiegłym roku w niektórych miesiącach przekraczał 10%.

 

Także stosunek kredytów dla przedsiębiorców indywidualnych do portfela finansowania dla przedsiębiorstw się ustabilizował. Na koniec marca ten stosunek wynosił 22%, tymczasem w niektórych miesiącach 2014 r. był on wyższy.

CEO Magazyn Polska

 

Źródło: Wyliczenia własne na podstawie danych NBP

 

Także depozyty małych firm zaczęły maleć w stosunku do depozytów gospodarstw domowych ogółem i lokat przedsiębiorstw. Tyle że tutaj mamy raczej do czynienia ze wspomnianym już wcześniej efektem rozliczeń podatkowych. W dłuższym okresie bowiem widać wyraźny wzrost znaczenia lokat najmniejszych przedsiębiorstw w depozytach – i to zarówno gospodarstw domowych, jak i przedsiębiorstw.

CEO Magazyn Polska

 

Źródło: Wyliczenia własne na podstawie danych NBP

 

Wzrost wartości portfela kredytów dla najmniejszych firm dobrze świadczy o nastrojach, panujących wśród mikroprzedsiębiorców. Ich skłonność do korzystania z finansowania zewnętrznego rośnie bowiem, jeśli widzą oni poprawę sytuacji swoich klientów i zamierzają zwiększać skalę swojego biznesu. Z kolei dane o rosnących depozytach te pozytywne nastroje potwierdzają, jako że są dowodem, że małe firmy dobrze sobie radzą i zwiększają swoją zdolność do generowania zysków.

Marek Siudaj, Tax Care

Wybory powszechne w Wielkiej Brytanii

[quote_right]Wybory powszechne w Wielkiej Brytanii: gdyby głosowanie cokolwiek zmieniało, byłoby nielegalne* Emma Goldman – rosyjsko-amerykańska anarchistka[/quote_right]

Najpierw w Wielkiej Brytanii mieliśmy dwie, potem trzy, a obecnie mamy aż cztery główne partie polityczne. Nie dziwi zatem, że coraz trudniej jest przewidzieć wyniki wyborów parlamentarnych. Obydwie „stare” partie odnotowują poparcie znacznie poniżej poziomów historycznych, a każde nowe wybory przyczyniają się do pogorszenia tego wyniku ze względu na pojawiające się kolejne nowe ugrupowania. Liberalni demokraci, naturalnie, są już na arenie politycznej od pewnego czasu, jednak ich wzrost w siłę w 2001 r. spowodował zawieszenie parlamentu.

Tym razem wybory zostaną zdominowane przez Szkotów, ponieważ według sondaży Szkocka Partia Narodowa (SNP) zdobędzie 41 nowych mandatów, torysi stracą 19, Partia Pracy zyska 15, a Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP) straci 32 mandatów.

W efekcie żadnej z głównych partii nie uda się zdobyć 326 mandatów umożliwiających rządy większościowe, jednak, co bardziej zadziwia, większości nie uzyskają nawet przewidywane koalicje:

torysi + LDP = 283 + 24 = 305, laburzyści + SNP = 271 + 47 = 318

Do dyspozycji pozostaje jeszcze 19 mandatów, jednak według sondaży wyniki byłyby podzielone.

Do 7 maja może się jeszcze wiele wydarzyć, jednak biorąc pod uwagę brytyjską zasadę „kto pierwszy do bramki, ten lepszy”, zmiana ogólnego procentowego rozkładu głosów bardzo rzadko wpływa na zmianę ogólnego wyniku. Zwróćmy uwagę, że Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) z 23% głosów uzyska zaledwie jeden czy dwa mandaty, natomiast liberalni demokraci przy znacznie mniejszej liczbie głosów zdobędą 18 miejsc w parlamencie. Nie dziwią zatem apele o zmianę ordynacji wyborczej w Wielkiej Brytanii.

Istnieje tendencja do opierania wyborów parlamentarnych na haśle: „gospodarka, głupcze”. Taka sytuacja ma jednak pewne wady. W Wielkiej Brytanii nazywa się to efektem roku 1945, kiedy to torysi i Churchill wygrali wojnę, jednak już w 1945 r. stracili władzę w państwie pomimo wykonanej ciężkiej pracy.

Obecnie torysi prowadzą niebezpieczną kampanię, wzywając wyborców, by „nie dopuścili do zrujnowania gospodarki przez Partię Pracy”.

Koalicja pomiędzy Partią Konserwatywną a Partią Liberalno-Demokratyczną ustabilizowała sytuację w Wielkiej Brytanii, jednak deficyt na rachunku bieżącym wyrwał się spod kontroli, co oznacza, że wszelkie zmiany na lepsze dokonywane były na kredyt. Rząd chwali się jednak wzrostem zatrudnienia, stopniowym wzrostem płac i względną poprawą PKB.

Partia Pracy sięgnęła do retoryki z lat 70. ubiegłego wieku, tj. do walki na rzecz redystrybucji majątku, opodatkowania najbogatszych oraz do wszelkich tradycyjnych kierunków polityki, które gwarantowały powodzenie w czasach wielkich korporacji, wysokich podatków, braku wzrostu gospodarczego i rynków pracy zdominowanych przez związki zawodowe. Taka strategia sugeruje, że światowy wzrost jest zerowy, a równocześnie wzywa się do redystrybucji, zamiast wytyczać nowe ścieżki wzrostu.

Laburzyści poruszają jednak problem coraz bardziej skrajnych nierówności wynikających z agresywnej polityki pieniężnej opartej na niskich stopach i wspieraniu 20% gospodarki, tj. dużych spółek notowanych na giełdach i banków. Tymczasem sytuacja 80% gospodarki, czyli małych i średnich przedsiębiorstw (MSP) oraz osób o średnich i niskich dochodach jest najgorsza od wielu lat.

Moim zdaniem wynik tych wyborów będzie zależny od dwóch kwestii: nierówności oraz liczby mandatów zdobytych przez UKIP 7 maja.

Dane dotyczące brytyjskiej gospodarki z pozoru wydają się solidne, jednak nie można ignorować problemu nierówności biorąc pod uwagę, że wspomniane 80% to najwięksi przegrani od czasu rozpoczęcia kryzysu finansowego. Główny problem torysów polega na tym, że w skład tych 80% wchodzi również klasa średnia, czyli wyborcy, którzy są zaangażowani politycznie. Czują się pozostawieni samym sobie i z pewnością sfrustrowani brakiem zmian i nadziei na przyszłość. W efekcie UKIP wydaje się interesującą alternatywą. Dla wielu wyborców jest to „partia protestu”.

Przykład Francji i Hiszpanii pokazał nam, jak partie uznawane za „skrajne” i odnotowujące stosunkowo niskie wyniki w sondażach w realnych wyborach odnoszą sukces, ponieważ wyborcy znacznie odważniej wyrażają swoje poglądy polityczne w zaciszu kabiny do głosowania.

Tabela Electoral Calculus pokazuje, że 20% liczby głosów (w ciągu ostatnich dwóch lat partia ta uzyskała w sondażach nawet 23%), UKIP może zdobyć 8 mandatów; 24% oznaczałoby 46 mandatów.

Ponadto należy wreszcie poruszyć zakazany temat, tj. fakt, iż najbliższe wybory w Wielkiej Brytanii to zaledwie punkt zwrotny przed referendum w sprawie członkostwa Zjednoczonego Królestwa w Unii Europejskiej. Scenariusz opuszczenia UE przez Wielką Brytanię to największe zagrożenie dla przyszłości Unii, i to znacznie bardziej istotne, niż ewentualny Grexit.

Wielka Brytania to fundament dla większości liberalnych państw europejskich. Na pewno dotyczy to Danii, Szwecji i Holandii. Wszyscy liczą na to, że to właśnie Wielka Brytania zaprotestuje w przypadku, gdy Bruksela i Club Med są zbyt zajęci rozdawaniem „prezentów”, za które płaci europejski podatnik. Wyjście Brytyjczyków z UE nie tylko pozbawi Europę steru, ale również oznacza, że europejski sektor finansowy będzie zmuszony do gruntownej redefinicji.

Wybory w Wielkiej Brytanii odzwierciedlają wiele wyborów w Europie od rozpoczęcia kryzysu pod względem poruszania kwestii nierówności i potrzeby protestu politycznego. Może to spowodować znaczne przesunięcia sił parlamentarnych.

Przewiduję, że liczba głosów „protestacyjnych” oddanych na Szkocką Partię Narodową i UKIP okaże się znacznie większa, niż wskazują na to ostatnie sondaże przedwyborcze.

W efekcie doprowadzi to do koalicji torysów z liberalnymi demokratami, wspieranej przez UKIP.  Wsparcie UKIP uwarunkowane będzie referendum w sprawie członkostwa w UE w 2016 r. Otworzy to puszkę Pandory, ponieważ ewentualny Grexit, Brexit i QE-exit spowoduje, że UE będzie zmuszona z całych sił walczyć o przetrwanie.

Steen Jakobsen, Saxo Bank

FOMC zmienia treść komunikatu

Zgodnie z przewidywaniami ekonomistów, podczas wczorajszego posiedzenia FOMC podjęto decyzję o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Co istotne, w kwietniowym komunikacie po raz pierwszy nie pojawiło się sformułowanie świadczące o utrzymaniu statusu quo także w następnym miesiącu.

„Komitet oczekuje, że będzie stosowne, aby podnieść docelowy przedział stopy funduszy federalnych, gdy zobaczy dalszą poprawę na rynku pracy i będzie pewny, że inflacja powróci do 2% celu w średnim terminie” – czytamy w opublikowanym w środę protokole. Mimo to, w obliczu widocznego spowolnienia amerykańskiej gospodarki, większość analityków w sceptyczny sposób odnosi się do możliwości zmiany polityki monetarnej przed II połową tego roku – jak wynika  z informacji opublikowanych wczoraj przez Biuro Analiz Gospodarczych, w I kwartale 2015 r. PKB w Stanach Zjednoczonych wzrosło zaledwie o 0.2% k/k.

Na Starym Kontynencie dzisiejsza sesja rozpoczęła się od publikacji informacji na temat aktualnej sytuacji ekonomicznej w  Niemczech oraz całej strefie euro. W ciągu dnia uwagę inwestorów przyciągną natomiast wiadomości napływające zza Oceanu, w tym dane o dynamice dochodów (prognoza 0.2% m/m) oraz wydatków (prognoza 0.5% m/m) Amerykanów.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Kiedy płaca minimalna jest godziwa?

Istnieje wiele definicji płacy godziwej. Różne międzynarodowe organizacje przyjmują inne podejścia do tej kwestii. Rada Europy wydała Europejską Kartę Społeczną. Dokument ten określa płacę godziwą jako taką, która stanowi co najmniej 50 – 60% płacy średniej w danym państwie.

Światowa Organizacja Pracy (ILO) również uważa, że płaca minimalna, aby mogła być nazwana sprawiedliwą, musi wynosić co najmniej 50% przeciętnego wynagrodzenia. Najbardziej restrykcyjne podejście głosi Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Według niej płaca godziwa powinna być na poziomie 2/3 mediany zarobków w danym kraju, a 50% mediany płacy krajowej jest progiem ubóstwa. Zgodnie z definicją, stosowną przez Radę Europy i Światową Organizację Pracy, płaca minimalna jest zarazem godziwą jedynie w dwóch z poniższych państw. Mianowicie na Słowenii i w Luksemburgu. Stanowi ona kolejno 53,2% i 50,4% średniego wynagrodzenia w tych państwach.

Tabela 1. Płaca minimalna w wybranych krajach europejskich jako procent średniego wynagrodzenia
płaca minimalna

jako % średniego

wynagrodzenia

płaca minimalna

jako % średniego wynagrodzenia

Słowenia 53,2 Portugalia 42,9
Luksemburg 50,4 Łotwa 42,0
Litwa 48,3 Wielka Brytania 40,0
Malta 47,5 Bułgaria 38,2
Serbia 45,0 Chorwacja 37,5
Polska 44,6 Rumunia 36,3
Grecja 44,4 Hiszpania 36,1
Irlandia 43,7 Słowacja 36,0
Węgry 43,3 Estonia 34,1
Holandia 43,3 Czechy 32,5

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu
Najniższy odsetek płacy minimalnej jako średniego wynagrodzenia, nie przekraczający 40%, notuje się w Bułgarii, Chorwacji, Rumunii, Hiszpanii, Słowacji, Estonii i na Czechach.

Ewelina Jurczak
wynagrodzenia.pl

Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń 2014

FOMC ostrożny, BoJ wspiera JPY

Komunikat Federalnego Komitetu Otwartego Rynku okazał się zgodny z naszym najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, w ramach którego Fed wypowiadała się możliwie jak najbardziej ostrożnie i wyraźnie była skłonna do uzależnienia swoich wytycznych od napływających danych.

W wyważonym komunikacie FOMC skorygował w dół swoją ocenę stanu gospodarki, podkreślając jednak, że ma nadzieję, że był to krótki okres osłabienia prowadzący ostatecznie do umiarkowanego wzrostu. Dziś rano dwuletnie amerykańskie stopy procentowe pozostały niemal niezmienione, nie wpływając bezpośrednio na kontynuację squeeze’u długich pozycji w USD, który zyskał na intensywności po wczorajszym bardzo słabym raporcie w sprawie PKB w I kwartale.

O dziwo, pomimo faktu, iż premier Japonii Shinzo Abe jest obecnie z wizytą w Stanach Zjednoczonych, rynek był wstrząśnięty brakiem nowych bodźców ze strony Bank of Japan. Wczorajsze przemówienie Abe w Kongresie nie miało realnego przełożenia na rynki finansowe, ponieważ skupiało się na Partnerstwie Transpacyficznym.

Co do Bank of Japan, komunikat pozostał niezmieniony, a jedyny oponent, Takahide Kiuchi, kolejny raz wniósł o obniżenie poziomu skupu aktywów przez BoJ. JPY po ogólnym spadku zdecydowanie się umocnił, a w chwili, gdy to piszę, para USD/JPY ponownie napiera na poziom wsparcia, natomiast pozostałe pary z JPY wydają się interesujące pod względem technicznym w kontekście odwrócenia w dół (w tym w szczególności para NZD/JPY).

W opublikowanym dziś rano raporcie zawierającym najnowsze projekcje BoJ utrzymuje się, że cel inflacyjny na poziomie 2% zostanie osiągnięty w roku finansowym 2016.

A propos NZD, Reserve Bank of New Zealand przyjął wystarczająco łagodną retorykę, by wesprzeć dalszą wyprzedaż w parach z NZD. Prezes Graeme Wheeler wyraźnie podkreślił, że obniżenie oficjalnej stopy gotówkowej byłoby „właściwe (…) w przypadku osłabienia popytu i ukształtowania płac i cen na poziomach niższych niż zgodne z celem inflacyjnym”.

Wheeler wyraził również niezadowolenie z faktu, iż aprecjacja NZD jest „nieuzasadniona” i niemożliwa do utrzymania. W nocy para AUD/NZD osiągnęła istotny poziom 1,05000 i jest gotowa do dalszych wzrostów w przypadku, gdyby RBNZ na następnych posiedzeniach podjął decyzję o cięciu stóp, nawet jeżeli w najbliższej perspektywie nastąpi zniesienie w dół (ponieważ znaczna część łagodnej retoryki RBNZ została już uwzględniona w wycenach pary AUD/NZD przed posiedzeniem).

Dziś okaże się, czy JPY szykuje się do zdecydowanej akcji; rano para USD/JPY wyraźnie znajdowała się pod presją w związku z posiedzeniem BoJ. Okaże się również, czy w pozostałych parach z USD nastąpi konsolidacja, czy też USD podejmie nową próbę rajdu.

Zanim uzyskamy odpowiedzi na te pytanie, upłynie trochę czasu, ponieważ do przyszłego piątku i raportu w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych opublikowanych zostanie wiele kluczowych danych, na które rynek zdecydowanie zareaguje.

Wykres: EUR/USD

Wyraźnie widać przełamanie lokalnego oporu na poziomie 1,1000/50 i jest to obecnie poziom wsparcia, jednak warto zauważyć, że poprzednie istotne minimum w okolicach poziomu 1,1100 przy zamknięciu dziennym nie poddało się bez walki. Squeeze ten utrzyma się zapewne pod warunkiem uzyskania jednoznacznie negatywnych danych ze Stanów Zjednoczonych.

Wykres: NZD/JPY

W nocy nastąpił dramatyczny spadek po tym, jak RBNZ przyjął wyraźnie łagodniejszą retorykę, natomiast BoJ z niej nie skorzystał (co zostało wcześniej uwzględnione w wycenach). To obecnie jeden z najbardziej przekonujących wykresów w kontekście dodatkowej aprecjacji JPY.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: przed posiedzeniem, FOMC nie przyspieszył panicznego squeeze’u długich pozycji w USD i najwyraźniej przyszłe osłabienie USD uzależnione jest od zdecydowanie negatywnych danych. Pierwsze dzisiejszej odczyty to inflacja PCE i liczba wniosków o zasiłki złożonych w danym tygodniu, natomiast jutro jeszcze ważniejsze wyniki badania sektora wytwórczego ISM za kwiecień.

EUR: jedynym czynnikiem wpływającym na aprecjację może być relatywny squeeze pozycjonowania w przypadku negatywnych wiadomości w odniesieniu do pozostałych walut. Obszar 1,1050/1,1000 może stanowić nową nieprzekraczalną granicę w parze EUR/USD decydującą o tym, czy umocnienie uzyska jakiekolwiek wsparcie.

JPY: ciekawe, czy JPY dokona dramatycznego zwrotu w górę biorąc pod uwagę, że kluczowe wsparcie w parze USD/JPY znalazło się pod presją. Nawet jeżeli wsparcie w parze USD/JPY się utrzyma, korelacja trendów kursu USD i JPY może spowodować, że aprecjacja JPY będzie nadal interesująca w takich parach, jak NZD/JPY i AUD/JPY.

GBP: po wczorajszym chwilowym umocnieniu do poziomu 1,5500 funt jest absurdalnie wykupywany; możliwy jest jednak test obszaru 1,5550, zanim nastąpi konsolidacja w kierunku poziomu 1,5200 bez jakiegokolwiek zagrożenia dla trendu rosnącego. Para EUR/GBP pozostaje zagadką; z pewnością zareaguje na dane z Wielkiej Brytanii w przyszłym tygodniu, ponieważ nie widać technicznego impetu spadkowego.

CHF: poziom 1,0500 okazał się barierą dla umocnienia pary EUR/CHF, natomiast w parze USD/CHF nastąpiło przełamanie techniczne poziomu 0,9500; do ponownego przyciągnięcia byków dolarowych konieczny jest powrót do tego poziomu, ponieważ przełamanie to jednak przełamanie. Nie dostrzegam większego potencjału aprecjacji CHF, chyba że sytuacja w Grecji przybierze zdecydowanie negatywny obrót.

AUD: wczoraj para AUD/USD napotkała zdecydowany opór w okolicach dawnych minimów cyklu przed poziomem 0,8100. W ujęciu lokalnym ruch ten jest imponujący, jednak co może przyczynić się do umocnienia AUD poza dalszą falą pesymizmu w Stanach Zjednoczonych? Niedźwiedzie w parze AUD/USD potrzebują spadku poniżej poziomu 0,7900, aby uzyskać wystarczające argumenty.

CAD: uwaga na dzisiejszy odczyt PKB. Poziom 1,2000 jednak zapewnił wsparcie pomimo wczorajszego znacznego obsunięcia. Jeżeli ten poziom nie wytrzyma naporu, uwaga inwestorów może się skupić na 200-dniowej średniej ruchomej w rejonach poziomu 1,1700.

NZD: waluta odniosła śmiertelny cios, a po złagodzeniu retoryki przez RBNZ najważniejszą kwestią będzie odpowiedni poziom sprzedaży. Mimo iż wydaje się, że w perspektywie krótkoterminowej para AUD/NZD będzie nadmiernie wykupywana, nadal istnieje potencjał wzrostu do rejonów 1,10+ w nadchodzących miesiącach. Jednak w najbliższym czasie można się spodziewać spadków w parze NZD/JPY, a nawet w parze NZD/USD.

SEK: reakcja na posiedzenie Riksbank skłania do przewidywania aprecjacji SEK – uwaga na wsparcie w okolicach poziomu 9,2250 w parze EUR/SEK. W takich parach, jak USD/SEK czy GBP/SEK można się spodziewać interesującej akcji, ponieważ wcześniejsze silne trendy rosnące napotkały poważne przeszkody.

NOK: waluta cieszy się niewielkim zainteresowaniem po utracie impetu spadkowego w związku ze squeezem w parze EUR/USD.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Nowa Zelandia: RBNZ pozostawił oficjalną stopę gotówkową bez zmian na poziomie 3,50%, zgodnie z przewidywaniami
  • Japonia: wstępny odczyt produkcji przemysłowej w marcu wykazał -0,3% m/m i -1,2% r/r w porównaniu z przewidywanymi odpowiednio -2,3%/-3,4% oraz z odnotowanym w lutym -2,0% r/r
  • Japonia: Bank of Japan pozostawił cel podstawy monetarnej na obecnym poziomie, tj. 80 bln JPY rocznie, zgodnie z przewidywaniami

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Niemcy: zmiana bezrobocia i stopa bezrobocia w kwietniu (07:55)
  • Strefa euro: stopa bezrobocia w marcu (09:00)
  • Strefa euro: szacunkowy odczyt CPI w kwietniu (09:00)
  • Kanada: PKB w lutym (12:30)
  • Stany Zjednoczone: dochody/wydatki osobiste w marcu (12:30)
  • Stany Zjednoczone: wskaźnik inflacji PCE Deflator/Core w marcu (12:30)
  • Stany Zjednoczone: cotygodniowe dane o nowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych (12:30)
  • Stany Zjednoczone: wyniki badania Chicago Purchasing Manager Survey w kwietniu (13:45)
  • Australia: wskaźnik wyników sektora wytwórczego (AiG Performance of Manufacturing) w kwietniu (23:30)
  • Japonia: stopa bezrobocia w marcu (23:30)
  • Japonia: wydatki gospodarstw domowych ogółem w marcu (23:30)
  • Japonia: odczyt krajowego CPI w marcu (23:30)
  • Nowa Zelandia: indeks cen domów QV w kwietniu (00:00)
  • Chiny: odczyt PMI w sektorze wytwórczym i niewytwórczym w kwietniu (01:00)

John J Hardy, Saxo Bank

 

Komentarz walutowy z 30 04 2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz pl

Dane o PKB i komunikat Rezerwy Federalnej przedłużają perspektywę zerowych stóp procentowych w USA do września.

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Transport pojazdów importowanych do Polski

W 2014 roku w Polsce zarejestrowano ponad 2 razy więcej samochodów używanych sprowadzonych z zagranicy niż nowych aut zakupionych w kraju – podają rządowe statystyki Ministerstwa Finansów. Pojazdy przywożono najczęściej z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji – pokazuje analiza ponad 1400 zapytań ofertowych dotyczących transportu pojazdów do Polski złożonych w Oferteo.pl, serwisie łączącym osoby poszukujące produktów i usług wraz z ich dostawcami. 

Jeśli chodzi o rodzaj importowanych pojazdów, Polacy zlecają najczęściej przywiezienie do Polski samochodów, w tym osobówek (84,81% zapytań w Oferteo.pl), motocykli (5,27% osób) oraz ciągników rolniczych (3,18%).

Według danych Ministerstwa Finansów, w roku 2014 sprowadzono do Polski 748 963 używane samochody osobowe. Ponad połowa z nich miała co najmniej 10 lat (56,9%), nieco rzadziej spotykano 4-10 – letnie pojazdy (37,6%). Szacuje się, że średnia wartość importowanego pojazdu wynosiła w 2014 roku 15 tys. zł. Polacy preferują niemieckie marki, wśród najpopularniejszych wymieniane są takie jak Volkswagen, Opel, Audi, a także Ford i Renault.

Jak pokazuje analiza Oferteo.pl, pojazdy przywożone są przede wszystkim z krajów zachodniej Europy: Niemiec (37,15%), Wielkiej Brytanii (16,99%), Francji (11,6%), Włoch (9,98%) czy Belgii (5,73%). „Zdarza się również, że w serwisie poszukiwane są firmy transportowe gotowe do przywiezienia pojazdu z Norwegii czy Szwecji” – dodaje Karol Grygiel, członek Zarządu Oferteo.pl.

Ponad połowa przewożonych samochodów waży od 2 do 7,5 tony (53,94%), zaś ponad jedna trzecia ma ciężar do 2 ton (38,17%).

Osoby poszukujące w Oferteo.pl firmy transportowej do przewozu importowanego pojazdu stosunkowo późno składają zapytanie ofertowe – do tygodnia przed zaplanowanym terminem transportu (88,54% zapytań). „Składanie zapytania ofertowego z małym wyprzedzeniem jest często wynikiem szybkiej decyzji o skorzystaniu z pojawiającej się atrakcyjnej oferty zakupu” – mówi Karol Grygiel, członek Zarządu Oferteo.pl. „Dzięki złożonemu zapytaniu równie szybko można nawiązać współpracę z firmą transportową i uzgodnić szczegóły przewozu nowego nabytku” – dodaje Grygiel.

Użytkownicy Oferteo.pl przewidują najczęściej, że zlecenie zostanie zrealizowane w ciągu 2 tygodni (28,48% zapytań), nieco rzadziej ponad 3 tygodni (11,4%) lub w ciągu tygodnia (10,59%).

Przedstawione dane pochodzą z analizy 1 483 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl w okresie od 1 marca 2014 do 28 lutego 2015 r. przez osoby zamierzające zlecić transport pojazdu do Polski.

Jak działa Oferteo.pl?

Za pośrednictwem www.oferteo.pl, zarejestrowani w serwisie Dostawcy towarów i Wykonawcy usług mają możliwość dotarcia do nowej grupy Klientów poszukujących konkretnej usługi lub produktu. Pozwala to zaoszczędzić cenny czas związany z poszukiwaniami i obsługą klientów.

Klienci poszukujący konkretnej usługi lub towaru, mogą w jednym miejscu, bezpłatnie złożyć zapytanie o oferty. Konsultanci pracujący w serwisie wyselekcjonują dla nich odpowiednie firmy, które zostaną powiadomione o zapytaniu z ich branży, by spośród nadesłanych ofert, Klienci mogli wybrać najlepszą dla siebie.

Polski konsument mobilny – kim jest i czego pragnie?

Już ponad połowa Polaków posiada urządzenia mobilne. Wśród osób w wieku 19-24 lat, odsetek ten wynosi ponad 70%. Potencjalni konsumenci mobilni stanowią zatem większość społeczeństwa, jednak na zakupy przy użyciu smartfona decyduje się zaledwie 35% Polaków. Jakie są tego przyczyny i jaki jest konsument mobilny?

Według najnowszych danych PayPal i Ipsos, handel mobilny rośnie w Polsce trzykrotnie szybciej niż cały sektor e-commerce, a do 2016 roku wydatki mobilne w Polsce wzrosną do prawie 3,5 miliarda złotych. M-commerce stanowi więc ogromny potencjał rozwojowy dla biznesu. Szczególnie pod kątem najmłodszej grupy konsumentów, w wieku 19-24 lat. Jak ten potencjał wykorzystać?

Kim jest konsument mobilny?

Według badania przeprowadzonego przez mShopper, konsumentem mobilnym nazywamy internautę, który w ciągu ostatnich 6 miesięcy dokonał zakupu przy użyciu urządzenia mobilnego (smartfon, tablet). Raport wykazał, że tacy konsumenci stanowią 24% spośród polskich internautów.  Natomiast wskaźnik zdeklarowanych posiadaczy urządzeń mobilnych, którzy dokonują zakupów przy ich użyciu wynosi 33%. Badacze przewidują, że do końca 2015 r. będzie ich dwa razy więcej. Już teraz czynności okołozakupowe w Intrenecie, jak wyszukiwanie informacji o produkcie, sprawdzanie lokalizacji sklepu czy showrooming, wykonuje 91% wszystkich internautów. W praktyce decyzja o tym, z jakiego urządzenia konsument dokona zakupu zależy od jego stanu posiadania oraz od tego, które z tych urządzeń jest akurat „pod ręką”. Używanie określenia konsument mobilny w odniesieniu do każdego, kto dwa razy do roku dokonał zakupu poprzez smartfona, byłoby sporym uproszczeniem. W tym wypadku bardziej stosownym określeniem jest konsument nowoczesny, multimedialny lub wielokanałowy.

Braki polskiego m-commerce

Mobilne usługi firm najczęściej kończą się na możliwości zapoznania z ofertą. W tym wypadku zakupu dokonuje się offline, co znacznie wydłuża proces zakupowy i zmniejsza szansę na dokonanie wyboru impulsywnie. Głównym problemem jest stwarzanie rozwiązań, które ułatwią konsumentowi sfinalizowanie transakcji. Odsetek firm, które oferują możliwość dokonania płatności przy użyciu smartfona wynosi zaledwie 5%. To zdecydowanie za mało, by zaspokoić popyt rosnącej liczby m-konsumentów – komentuje Krzysztof Urban, dyrektor zarządzający mytaxi, pierwszej w Polsce aplikacji umożliwiającej płatność za taksówkę przez aplikację – Nowoczesny konsument, przeglądając wygodnie oferty na swoim urządzeniu mobilnym, jest w pełni gotowy, żeby podjąć decyzję zakupową i dokonać płatności. Jeśli nie zaproponujemy mu rozwiązania szybkiego i wygodnego, automatycznie się zniechęci i zrezygnuje z zakupu – dodaje Krzysztof Urban.

Zakupy i metody płatności m-konsumenta

Na szczęście coraz więcej sklepów zaczyna zauważać potencjał rynku m-commerce. Według raportu mGenerator „M-commerce w praktyce”, co drugi sklep deklaruje, że zakupy mobilne stanowią 10% jego transakcji. Wśród konsumentów wielokanałowych najliczniejszą grupę stanowią osoby w wieku 25-44 lata. Najczęściej na zakupy mobilne przeznaczają kwoty od 50 zł do 150 zł. Ponad połowa z nich (54%) najchętniej korzysta z płatności szybkim przelewem, a płatność przez aplikację mobilną stanowi 19%. Popularność tych ostatnich rośnie w błyskawicznym tempie z uwagi na dużą wygodę aplikacji z płatnością mobilną, które ułatwiają życie codzienne, jak np. płatność za bilety komunikacji miejskiej, parkingi czy bilety do kina (SkyCash), zamawianie i płatność przez aplikację za taksówkę (mytaxi) czy za jedzenie z dostawą (PizzaPortal). Telefonem zapłaciło już 40% mobilnych Polaków.

W planowaniu i projektowaniu nowych rozwiązań płatniczych, niezwykle ważne jest stworzenie warunków spójnych z doświadczeniem zakupowym w świecie offline – uważa Krzysztof Urban – W tradycyjnym sklepie klient ma możliwość wyboru opcji płatniczej i nie jest przymuszany do określonego sposobu zapłaty. M-commerce również powinno pozostawiać taką wolność wyboru swojemu użytkownikowi, który bez opuszczania aplikacji z łatwością dokona zakupu w sposób, który jemu odpowiada. Dla mobilnych liczy się ruch i płynność – zarówno w świecie realnym, jak i wirtualnym. Aby osiągnąć sukces należy przede wszystkim zrozumieć te priorytety –kończy Urban.

Biznes już wie: albo Big Data – albo stagnacja

Globalny biznes nie ma złudzeń: bez Big Data daleko nie zajdzie. Według najnowszego raportu „Big & Fast Data: The Rise of Insight-Driven Business”, autorstwa Capgemini, na ponad 1000 przebadanych przedsiębiorstw aż 2/3 z nich (65 proc.) zdaje sobie sprawę, że jeśli zaniedbają wdrożenie nowych narzędzi biznesowych, służących analityce danych, to przestaną być konkurencyjne na rynku. Z cyfrowej ścieżki nie ma odwrotu: albo Big Data – albo stagnacja.

Biznes na cyfrowym dopingu

Według raportu Capgemini 64 proc. przebadanych przedsiębiorstw przyznaje, że technologia Big Data zmienia granice tradycyjnego biznesu. Po pierwsze – zdecydowanie je rozszerza, umożliwiając penetrację nowych segmentów rynkowych. Po drugie – otwiera biznes na nowe podmioty. Z kolei ponad połowa firm (53 proc.) przewiduje, że w biznesie dojdzie do zaostrzenia konkurencji, w związku ze startupami napędzanymi właśnie analityką danych.

Chcąc sprostać konkurencji ze strony małych firm z branży nowych technologii 54 proc. ankietowanych deklaruje, że w ciągu najbliższych 3 lat znacząco zwiększy swoje inwestycje w narzędzia do analityki Big Data. 6 na 10 przedsiębiorstw (61 proc.) przyznaje bowiem, że to właśnie analityka wielkich zbiorów danych stanowi dzisiaj główny motor napędowy przychodów w ich firmach i ocenia ten obszar jako wartościowy dla usprawniania ich dotychczasowych produktów i usług. Przykładem są choćby działy kadr.

– Jedna z grup kapitałowych w Polsce zatrudniająca 1000 osób tylko w obszarze HR tworzy w ciągu miesiąca aż 67 raportów. Czy menedżer jest w stanie te informacje przeanalizować? Nie. Ilość danych niestrukturalnych jest tak ogromna, że bez dedykowanych narzędzi nie jesteśmy w stanie tego oceanu informacji spożytkować. Ten kto to potrafi, może ubiec konkurencję i np. szybciej zrekrutować najlepszych kandydatów, a to tylko jeden z prostych przykładów wykorzystania danych – tłumaczy Wojciech Mularski z firmy BPSC dostarczającej systemy wspierające zarządzanie firmą.

Znaczna część przebadanych przedsiębiorstw (43 proc.) przechodzi lub w najbliższym czasie zamierza przejść restrukturyzację, pozwalającą zmaksymalizować bądź odkryć nowe możliwości, jakie oferuje biznesowa analityka Big Data.

Warunek sukcesu, warunek przeżycia

Big Data okazuje się dziś nie tylko kluczem do biznesowego sukcesu, ale może przede wszystkim: kluczem do przeżycia w tym biznesie. Prędzej niż później każda firma, chcąca liczyć się na rynku, stanie przed koniecznością wejścia na cyfrową ścieżkę danych – komentuje wyniki raportu Capgemini Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, największej platformy Big Data w Polsce, która dostarcza narzędzia do biznesowej analityki danych i personalizowania reklam w Sieci – Nie mam wątpliwości, że to właśnie dynamika rynku Big Data stanie się głównym motorem do działań dla wielu polskich firm. Priorytetem dla rodzimego biznesu powinno stać się nie tylko o wdrożenie nowych narzędzi do analityki danych, lecz także monetyzacja danych już zgromadzonych przez przedsiębiorstwa – dodaje Piotr Prajsnar.

W innym raporcie autorstwa Capgemini – „Cracking the Data Conundrum: How Successful Companies Make Big Data Operational” – organizacja szacuje, że już pod koniec 2018 roku wartość całego rynku Big Data przekroczy poziom 114 mld USD. Bardziej ostrożny w swych estymacjach jest SNS Telecom, który w raporcie „Big Data Market: 2014 – 2020 – Opportunities, Challenges, Strategies, Industry Verticals & Forecasts” prognozuje, że do końca 2020 roku rynek danych na świecie wart będzie 76 mld USD.

Te różnice w prognozach dotyczących wartości rynku Big Data spowodowane są tym, że nie jesteśmy w stanie oszacować, jaki procent całego wolumenu danych faktycznie będzie nadawał się do wykorzystania w biznesie. Inaczej rzecz ujmując: kwestią otwartą pozostaje to, w jakim stopniu badaczom danych uda się dokonać konwersji z „surowego” Big Data na biznesowo wartościowe Smart Data – tłumaczy Łukasz Kapuśniak, Chief Big Data Officer w Cloud Technologies – Według szacunków IDC obecnie wykorzystujemy jakieś 20% całego wolumenu Big Data w Sieci, który szacuje się już na ponad 5 Zettabajtów. Do 2020 roku ma to być już 30%, co mimo nieznacznej różnicy procentowej byłoby jednak znakomitym wskaźnikiem, ponieważ do tego czasu sieć powiększy ponad dziewięciokrotnie, do 45 Zettabajtów – dodaje Łukasz Kapuśniak.

IDC szacuje, że tylko w zeszłym roku globalny rynek Big Data rozwijał się w tempie sześciokrotnie szybszym niż cały sektor IT. Jeśli więc biznes chce dotrzymać kroku – nie tylko zachodniej –  konkurencji musi inwestować w analitykę danych. Dobrym przykładem korzyści może być jeden z koncernów motoryzacyjnych. Dzięki narzędziom do przetwarzania danych niestrukturalnych, firma w bardzo krótkim czasie zdiagnozowała źródła problemów technicznych, które występowały w samochodach.

–  Gdyby przeanalizowano wyłącznie dane strukturalne, firma wiedziałaby, że pewne podzespoły wymieniono, ale nie wiedziałaby dlaczego. Na tym polega różnica pomiędzy firmami, które robią użytek z danych a tymi, które ich nie wykorzystują. Te pierwsze reagują szybciej – tłumaczy Wojciech Mularski z BPSC.

W badaniu Capgemini wzięło udział ponad 1000 decydentów z 9 różnych branż i 11 rynków.

Jeden głos w wyborach na prezydenta kosztuje średnio 2 złote 30 groszy

Po 10 milionów złotych wydadzą dwie największe partie parlamentarne na kampanię wyborczą Bronisława Komorowskiego i Andrzeja Dudy. O takich pieniądzach na wiece, plakaty i spoty wyborcze pozostali kandydaci mogą tylko pomarzyć. Money.pl sprawdził, ile pieniędzy na agitację mają kandydaci w tegorocznych wyborach prezydenckich. Policzyliśmy też, który z kandydatów potrzebuje najmniej pieniędzy, by uzyskać jeden wyborczy głos.

2 złote 30 groszy – średnio tyle wydają kandydaci na urząd Prezydenta RP, by uzyskać jeden głos. Money.pl przyjął na potrzeby wyliczeń, że w tych wyborach zagłosuje dokładnie tyle samo osób, co w 2010 roku, czyli 16 929 088. Na podstawie ogólnej liczby oddanych głosów i notowań kandydatów z aktualnego sondażu wyborczego IBRIS dla „Rzeczpospolitej” portal wyliczył, na ile głosów mogą liczyć poszczególni pretendenci. Najskuteczniejszy w zdobywaniu wyborców jest Paweł Kukiz. By zyskać głos musi przeznaczyć z budżetu sztabu na reklamę zaledwie 41 groszy. Niewiele gorszy jest kandydat Ruchu Narodowego – Marian Kowalski. Zdobycie głosu kosztuje go 83 grosze. Najgorzej w zestawieniu wypada Janusz Palikot, którego każdy głos kosztuje ponad 5 złotych!

Sztaby Jacka Wilka, Pawła Tanajno i Grzegorza Brauna nie odpowiedziały na pytania Money.pl, ile pieniędzy już mają i planują jeszcze uzbierać.

Budżety na kampanię prezydencką poszczególnych komitetów wyborczych i szacunkowe wyliczenie, ile pieniędzy muszą przeznaczyć, aby zyskać 1 głos
kandydat budżet koszt 1 głosu
Bronisław Komorowski 10 milionów 1 zł 39 gr      
Andrzej Duda 10 milionów 2 zł 3 gr      
Janusz Korwin-Mikke 1 milion 1 zł 51 gr      
Magdalena Ogórek 1 milion 1 zł 96 gr      
Janusz Palikot 1 milion 5 zł 37 gr      
Adam Jarubas 1 milion 3 zł 47 gr      
Paweł Kukiz 500 tysięcy 41 gr      
Marian Kowalski 50-100 tysięcy 83 gr

 

W tym roku limit wydatków na kampanię wyborczą to około 18 milionów złotych, jednak żaden ze sztabów nie bierze pod uwagę tak ogromnych nakładów. Dlaczego? Wyjaśnienia są różne – część przedstawicieli sztabów przekonuje, że nie chce szastać pieniędzmi podatników, część otwarcie przyznaje, że musi liczyć każdą złotówkę przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi.

W 2005 roku ogólny ustawowy limit wydatków na kampanię wynosił 13,8 mln zł, w tym ten na ścisłą reklamę kandydatów to 11,4 mln zł. Wydatki komitetu wyborczego Lecha Kaczyńskiego zamknęły się wtedy w 13 493 239 zł, z kolei na konto komitetu wpłynęło 13 500 011 zł. Pieniądze te pochodziły wyłącznie z Funduszu Wyborczego Prawa i Sprawiedliwości.

Z kolei komitet wyborczy Donalda Tuska w 2005 roku wydał na kampanię ponad 14 mln 261 tysięcy złotych i tym samym przekroczył limit o ponad 461 tysięcy. Na reklamę przeznaczył równo 14 mln złotych. To oznacza, że środki na ten cel były większe o ponad 2 miliony złotych od dozwolonego limitu.

Jakie były efekty tak bogatych kampanii dla partii, których reprezentanci dostali się do drugiej tury wyborów? Lech Kaczyński, który wygrał elekcję w 2005 roku, zdobył 8 257 468 głosów. Jak wyliczył portal Money.pl, każdy głos na Kaczyńskiego kosztował 1 złoty 61 groszy. Donald Tusk mógł liczyć na 7 022 319 głosów, więc na pozyskanie każdego wyborcy wydał 2 złote 3 grosze. To oznacza, że kampania Prawa i Sprawiedliwości z 2005 roku była nie tylko tańsza, ale również bardziej efektywna.

 

Pięć lat później ogólny ustawowy limit wydatków na kampanię wynosił 15,5 miliona złotych. Dokładnie tyle pieniędzy na promocję kandydata przeznaczył sztab wyborczy Platformy Obywatelskiej. 900 tysięcy złotych mniej (14,6 miliona złotych) miał sztab Jarosława Kaczyńskiego.

Grzegorz Napieralski z SLD i Waldemar Pawlak z PSL mieli do dyspozycji odpowiednio 3,1 miliona oraz 3,7 miliona złotych. Janusz Korwin-Mikke na kampanię mógł przeznaczyć zaledwie 200 tysięcy złotych.

Efektywność kampanii? Najlepszy w wydawaniu pieniędzy był właśnie oszczędny sztab Janusza Korwina-Mikkego. Kandydat, który był czwarty w pierwszej turze, za głos zapłacił nawet cztery razy mniej niż Komorowski, bo zaledwie 47 groszy.

Zdecydowanie gorzej wypadli kandydaci, którzy dostali się do drugiej tury wyborów. Każdy głos na Bronisława Komorowskiego kosztował 2 złote 20 groszy, na Jarosława Kaczyńskiego – 2 złote 38 groszy. Waldemar Pawlak wydał na wybory 3,5 miliona złotych, jednak dla niego kampania okazała się realnie najkosztowniejsza, bo za głos wyborcy zapłacił niemal 12 złotych.

Źródła, z których komitety wyborcze kandydatów na prezydenta mogą czerpać środki finansowe są ściśle określone w Kodeksie Wyborczym. Zgodnie z przepisami fundusze mogą pochodzić od obywateli (mających miejsce stałego zamieszkania w Polsce), z kont partii politycznych oraz z kredytów bankowych zaciągniętych przez partie.

W tym roku indywidualni wspierający nie mogą wpłacić na rzecz danego komitetu więcej niż 26 tysięcy 250 złotych. Wynika to z przepisów kodeksu wyborczego, który mówi jasno, że suma wpłat od obywateli nie może przekraczać 15-krotności minimalnego wynagrodzenia (15 x 1750 złotych). Co interesujące, kandydat na prezydenta sam może zasilić budżet kampanii, jednak jego limit jest zdecydowanie większy. Wynosi on 45-krotność minimalnego wynagrodzenia, czyli 78 tysięcy złotych.

Finansowanie kampanii wyborczej w wyborach prezydenckich jest jawne. W ciągu trzech miesięcy od dnia wyborów pełnomocnik finansowy komitetu wyborczego musi złożyć w Państwowej Komisji Wyborczej sprawozdanie finansowe, które jest weryfikowane przez komisję.

Wycena obligacji skarbowych denominowanych w CHF

Ministerstwo Finansów informuje, że dokonano wyceny 3-letnich obligacji nominowanych we frankach szwajcarskich o wartości nominalnej 580 mln CHF i terminie zapadalności w dniu 8 maja 2018 r. Obligacje wycenione na 37 punktów bazowych powyżej średniej stopy swapowej, a kupon ustalono na 0%. Cena obligacji wyniosła 100,642% wartości nominalnej obligacji, co oznacza że rentowność obligacji wyniosła -0,213%.

Obligacje zostały nabyte przez inwestorów z Polski (47%), Niemiec (34%) oraz Szwajcarii (19%).

W strukturze podmiotowej inwestorów największy udział miały banki-departamenty skarbu (49%), instytucje publiczne (34%), banki prywatne (10%) oraz fundusze inwestycyjne (7%).

Emisję przeprowadzono na podstawie programu emisji obligacji średnioterminowych na rynku europejskim (EMTN). Kierownikami konsorcjum emitującego obligacje były banki: HSBC i PKO BP.

Nowa ustawa o obligacjach szansą na rozwój

0

1 lipca tego roku w życie wchodzi nowa ustawa o obligacjach, która ma wesprzeć rozwój rynku długoterminowych nieskarbowych papierów dłużnych, emitowanych przez jednostki samorządu terytorialnego, przedsiębiorstwa oraz banki. Zdaniem prawników Kancelarii Deloitte Legal nowe, bardziej przejrzyste oraz dokładniejsze przepisy sprawią, że obligacje mają szansę stać się istotnym i komplementarnym do kredytów bankowych źródłem pozyskiwania kapitału. Zmiany w prawie wymagają jednak innego podejścia do organizacji emisji obligacji oraz świadomości skutków wprowadzenia nowych rozwiązań.

Ustawa o obligacjach została uchwalona w styczniu 2015 roku. Najważniejsze zmiany, które wprowadza nowe prawo, to:

  • rozszerzenie katalogu emitentów,
  • wprowadzenie nowych rodzajów obligacji,
  • uregulowanie zasad dokonywania zmian w warunkach emisji m.in. poprzez wprowadzenie instytucji zgromadzenia obligatariuszy; a także
  • rozstrzygnięcie wątpliwości towarzyszących obowiązującym regulacjom.

Największymi beneficjentami nowej ustawy mogą okazać się jednostki samorządu terytorialnego. Do tej pory mogły one co prawda emitować obligacje przychodowe, czyli uprawniające obligatariusza do zaspokojenia roszczeń z pierwszeństwem przed innymi wierzycielami emitenta, ale nie korzystały z tego przywileju zbyt często, m.in. z uwagi na wąski krąg podmiotów, które mogły przeprowadzać tego typu emisje. Pod rządami starej ustawy doszło w Polsce jedynie do sześciu takich emisji i to mimo że rozwiązanie to cechowało kilka zalet. „Przede wszystkim chodzi o brak konieczności stosowania prawa zamówień publicznych do zamówień, których przedmiotem były usługi finansowe związane z emisją, sprzedażą i kupnem obligacji. Poza tym zobowiązań wynikających z tych obligacji nie uwzględniało się przy ustalaniu ograniczeń zadłużenia jednostek samorządu terytorialnego. Nowa ustawa utrzymuje te zalety” – wyjaśnia Tomasz Rutkowski, radca prawny, managing associate w Kancelarii Deloitte Legal. Nowa ustawa rozszerza krąg podmiotów, które będą mogły wyemitować tego typu obligacje, m.in. o spółki utworzone przez kilka sąsiadujących ze sobą jednostek samorządu terytorialnego w celu sfinansowania wspólnej inwestycji. Poza tym nowe przepisy usuwają wątpliwości, co do zakresu odpowiedzialności emitenta, wskazując, że mogą istnieć obligacje przychodowe, za które emitent przyjął odpowiedzialność całym swoim majątkiem. Wart odnotowania jest także fakt pojawienia się możliwości nadania obligatariuszom pierwszeństwa do zaspokojenia roszczeń z przychodów i majątku przedsięwzięć, sfinansowanych tylko w części ze środków uzyskanych z emisji obligacji.

Zdaniem ekspertów Deloitte wśród zalet obligacji przychodowych należy wymienić: ich przejrzystą konstrukcję,  mechanizm gromadzenia przychodów, a także to, że emisja obligacji przychodowych nie zwiększa długu jednostek samorządu terytorialnego. A wady? „Największą barierą w rozpowszechnieniu emisji obligacji przychodowych może być nieumiejętność stosowania regulacji (zarówno dotychczasowych, jak i nowych) przez jednostki samorządu terytorialnego, dla których proces ten może okazać się zbyt skomplikowany.” – mówi Tomasz Rutkowski.

Ustawa o obligacjach zmienia także sytuację przedsiębiorców, którzy otrzymają do dyspozycji narzędzia, pozwalające dokonywać im zmian w warunkach emisji.  W obecnym stanie prawnym najkorzystniej uzyskać zgodę wszystkich obligatariuszy albo  wykupić obligacje i wyemitować w ich miejsce nowe, albo też zawrzeć w pierwotnych warunkach emisji zapisy o ewentualnych późniejszych zmianach. Od lipca, aby zmienić warunki emisji obligacji, potrzebna będzie zgoda zgromadzenia obligatariuszy lub jednobrzmiące porozumienia zawarte przez emitenta z każdym z obligatariuszy. „W obecnym stanie prawnym jakakolwiek zmiana warunków emisji obarczona jest ryzykiem prawnym, a to z uwagi na brak właściwych regulacji ustawowych w tym zakresie. Trudno jednak powiedzieć czy zgromadzenie obligatariuszy stanie się instytucją stosowaną często w praktyce przez emitentów, skoro niektóre z dotyczących go zapisów budzą dosyć znaczące wątpliwości prawne” – mówi Agata Jankowska-Galińska, radca prawny, managing associate w Kancelarii Deloitte Legal. Te wątpliwości dotyczą, m.in. obowiązku pokrycia kosztów związanych ze zwołaniem oraz przeprowadzeniem zgromadzenia obligatariuszy. Zdaniem prawników Deloitte Legal nowa ustawa o obligacjach w przypadku przedsiębiorców oznaczać może też mniejszą elastyczność co do zasad emisji obligacji korporacyjnych.

Z kolei bankom ustawa o obligacjach daje wprost możliwość emitowania dwóch nowych rodzajów obligacji: wieczystych i podporządkowanych. W przypadku obligacji podporządkowanych wierzytelności z nich wynikające, w razie upadłości lub likwidacji, będą regulowane po zaspokojeniu wszystkich innych wierzytelności przysługujących wierzycielom wobec emitenta. Z kolei obligacje wieczyste są to takie papiery dłużne, dla których nie określono daty wykupu, a świadczenie emitenta względem obligatariuszy polega przede wszystkim na spłacie odsetek. Zdaniem prawników Deloitte Legal ustanowienie dwóch nowych rodzajów obligacji może posłużyć jako instrument umożliwiający bankom spełnienie wymogów dotyczących płynności i kapitałów własnych.

Wchodzące w życie przepisy nowej ustawy umożliwiają także emisję obligacji przez podmiot nowoutworzony. Dotyczy to także obligacji projektowych. Ich idea opiera się na tym, że podmiot publiczny wnosi do spółki celowej środki publiczne jako dług podporządkowany, co podnosi wiarygodność emitowanych obligacji. Ich celem jest sfinansowanie kluczowych projektów, np. z zakresu energetyki, transportu, technologii informatycznych czy komunikacyjnych. Obligacje projektowe pojawiły się w projekcie pilotażowym Strategia Europa 2020

Zachowania i preferencje wyborcze Polaków w kwietniu 2015

Gdyby wybory parlamentarne miały odbyć się w kwietniu, to wzięłaby w nich udział ponad połowa dorosłych Polaków (63 proc.). Najwięcej głosów otrzymałaby Platforma Obywatelska (45 proc.) oraz Prawo i Sprawiedliwość z Solidarną Polską i Polską Razem (36 proc.) – wyniki kwietniowej fali badania* GfK na temat preferencji partyjnych Polaków.
Grafiki_preferencje_wyborcze_Polakow_04_2015.png
W porównaniu z marcową falą badania notowania PO spadły o 1,4 punktu proc. do 44,7 proc., a notowania PiS+SP+PR wzrosły o 1,7 punktu proc. do 36,3 proc. Ponad progiem wyborczym znalazł się jeszcze Sojusz Lewicy Demokratycznej z wynikiem 5,6 proc. (+1 punkt proc. w porównaniu z poprzednim miesiącem).
Poza parlamentem znalazłyby się: Polskie Stronnictwo Ludowe (4,4 proc.), Korwin (2,5 proc.), Kongres Nowej Prawicy (1,1 proc.), Twój Ruch (1 proc.), Ruch Narodowy (z Unią Polityki Realnej) 1 proc., Liga Polskich Rodzin (0,7 proc.), Unia Pracy (0,6 proc.), Stronnictwo Demokratyczne (0,4 proc.), Samoobrona (0,4 proc.), Partia Kobiet (0,2 proc.), Zieloni (0,2 proc.), Demokracja Bezpośrednia (0,1 proc.), Krajowa Partia Emerytów i Rencistów (0,1 proc.). Powyższy procentowy rozkład głosów uwzględnia także kategorię „inna partia”, na którą wskazało 0,8 proc. respondentów. Prezentowane wyniki preferencji wyborczych obliczono na podstawie połączonych dwóch kategorii respondentów, którzy zadeklarowali swój udział w wyborach – tych, którzy wskazali jakąś partię oraz tych, którzy jeszcze się wahają, na jakie ugrupowanie głosować (wynik imputowany**).
Grafiki_preferencje_wyborcze_Polakow_04_2015_trend_PO_PiS.png
Frekwencja
W kwietniu 63 proc. respondentów deklaruje, że wzięłoby udział w wyborach (26 proc. zdecydowanie tak; 37 proc. raczej tak). W wyborach nie wzięłoby udziału 28 proc. respondentów (20 proc. zdecydowanie nie; 8 proc. raczej nie). 9 proc. Polaków nie jest pewnych udziału w wyborach.
Wyborcy niezdecydowani
Wśród respondentów, którzy deklarują chęć udziału w wyborach, ponad 15 proc. jest niezdecydowanych, na którą partię głosować. W porównaniu z badaniem marcowym odsetek wyborców wahających się spadł w kwietniu o 3 punkty proc.
W poniższej tabeli przedstawiono wyniki preferencji wyborczych Polaków, w których w podstawie procentowania uwzględniono odsetek respondentów niezdecydowanych (15,2 proc.). W takim ujęciu najwięcej głosów otrzymałaby PO (34 proc.) i PiS+SP+PR (26,6 proc.).
Pod progiem znalazły się: Sojusz Lewicy Demokratycznej (4,7 proc.), Polskie Stronnictwo Ludowe (3,4 proc.), Korwin (2,3 proc.), Kongres Nowej Prawicy (1,1 proc), Twój Ruch (1 proc.), Ruch Narodowy (z Unią Polityki Realnej) 1 proc., Liga Polskich Rodzin (0,6 proc.), Stronnictwo Demokratyczne (0,4 proc.), Unia Pracy (0,4 proc.), Samoobrona (0,4 proc.), Partia Kobiet (0,2 proc.), Zieloni (0,2 proc.), Demokracja Bezpośrednia (0,1 proc.), Krajowa Partia Emerytów i Rencistów (0,1 proc.).
Grafiki_preferencje_wyborcze_Polakow_04_2015_DK.png
Prognoza rozkładu głosów wśród osób niezdecydowanych**
Prognoza rozkładu głosów wśród osób niezdecydowanych wskazuje, iż obecnie większość ich głosów otrzymałaby PO (46 proc.) oraz PiS+SP+PR (42 proc.). Polskie Stronnictwo Ludowe otrzymałoby 4,2 proc. głosów, Sojusz Lewicy Demokratycznej 4 proc., Unia Pracy 1 proc., Korwin 0,6 proc., Liga Polskich Rodzin 0,4 proc.
Grafiki_preferencje_wyborcze_Polakow_04_2015_imputowani.png
Dodatkowe informacje o badaniu
Badanie zachowań i preferencji wyborczych jest prowadzone przez instytut GfK Polonia od 2005 roku na potrzeby partii politycznych, organizacji społecznych, administracji publicznej i rządowej.
* kwietniowa fala badania została przeprowadzona w dniach 9-13 kwietnia 2015 r. metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów w ramach badania omnibus CAPI na podstawie reprezentatywnej imiennej próby pełnoletnich Polaków wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020.
** Rozkład głosów oddanych na partie dla osób niezdecydowanych, rejestrowany w pytaniu o preferowaną partię, został zaimputowany (odtworzony) za pomocą wielomianowego modelu regresji logistycznej, oszacowanego w oparciu o szczegółowe cechy społeczno-demograficzne badanego respondenta.
Przedziały ufności
Badanie preferencji wyborczych to estymacja przedziałowa, której wynikiem nie jest ocena punktowa, czyli konkretna wartość, ale pewien przedział, do którego z określonym prawdopodobieństwem (zwykle 95 proc.) należy szacowana wartość parametru (w tym przypadku głosowanie na konkretną partię). Podstawowym pojęciem estymacji przedziałowej jest przedział ufności. Prezentowane przedziały ufności zostały obliczone w oparciu o nieparametryczną metodę estymacji bootstrap uwzględniającą dwustopniowy schemat konstrukcji próby (w przypadku złożonych schematów losowania, a takie stosuje się w tym i podobnych badaniach typu face-to-face, klasyczne metody obliczania przedziałów ufności oparte na Centralnym Twierdzeniu Granicznym byłyby niepoprawne).
Ilość replikacji została ustalona na poziomie i=1000.
Grafiki_preferencje_wyborcze_Polakow_04_2015_przedziały.png

Kwietniowy spadek oprocentowania lokat

Dzięki temu, że mamy rekordowo niskie stopy procentowe, kredyty stały się dość tanie i stosunkowo łatwo dostępne. Jednak ceną za to jest bardzo niskie oprocentowanie lokat. W ofercie 30 przeanalizowanych przez nas banków zostały już tylko dwie, które gwarantują zarobek w wysokości 3%. Mówimy o produktach bez gwiazdek, czyli przeznaczonych zarówno dla nowych, jak i stałych klientów. Te wyjątkowe propozycje to nie depozyty długoterminowe, choć w ostatnich miesiącach najwyższe oprocentowanie dawały lokaty roczne i dwuletnie. Tymczasem na odsetki na poziomie 3% (w skali roku) możemy liczyć na depozytach 3-miesięcznych (w BOŚ i Banku Smart).

Te oferty można określić mianem wyjątków potwierdzających regułę. Średnie oprocentowanie jest bowiem najwyższe dla lokat dwuletnich (1,86%), a najniższe dla 3-miesięcznych (1,50%). Dzieje się tak, ponieważ bankom zależy na tym, abyśmy pieniądze wpłacali na jak najdłuższy czas. Dzięki temu instytucje zapewniają sobie większą stabilność w zarządzaniu kapitałem. Trzeba pamiętać, że z tych środków udzielają one kredytów, które zwykle obejmują okres dłuższy niż kilka miesięcy.

Przyczyną niskiej średniej dla lokat 3-miesięcznych jest przede wszystkim to, że ponad jedna trzecia tego typu ofert ma oprocentowanie wynoszące 1% lub mniej. W przypadku najmniej atrakcyjnych depozytów jest ono niewiele wyższe od zera. Nasuwa się tu wręcz pytanie: czy warto korzystać z lokaty, przynoszącej po 3 miesiącach zysk wynoszący zaledwie 5 zł od kwoty 10 000 zł? Jeśli będziemy chcieli ją założyć w oddziale, to więcej niż uzyskane odsetki możemy wydać na paliwo czy bilet komunikacji miejskiej.

Mniej promocji na 4%

Wciąż możemy jednak znaleźć oferty promocyjne gwarantujące oprocentowanie sięgające 4% czy nawet 5%. Zwykle są to lokaty dostępne tylko dla nowych klientów. W dodatku z takich depozytów można skorzystać jednorazowo. W ostatnim czasie część z nich uległa pogorszeniu. Meritum Bank zmniejszył oprocentowanie z 5% do 4%. Obniżkę wprowadziły również Orange Finanse (z 4% do 3,9%) oraz Getin Online (z 4% do 3,5%). Tym samym wypadły one z naszego zestawienia lokat promocyjnych dających oprocentowanie wynoszące 4% i więcej. Na 5% możemy więc liczyć już tylko w Deutsche Banku, ale pod warunkiem, że otworzymy tam konto.

Expander

Poważne konsekwencje drobnych błędów w oprogramowaniu

Postęp technologiczny, o którym słyszy się na co dzień przejawia się w większym stopniu w stale rosnącej puli otaczającego nas oprogramowania, niż w wykorzystaniu nowych materiałów i oryginalnych koncepcjach konstrukcyjnych. Niezawodność nowoczesnych urządzeń uzależniona jest jednak od czynnika ludzkiego, jakim niewątpliwie są osoby tworzące oprogramowanie. Pisaniem software’u zajmują się jednak profesjonaliści. Co więc sprawia, że wciąż odkrywane są kolejne błędy?

„Za błędy w oprogramowaniu często winą obarczyć można krótkodystansowe cele biznesowe. Zamówione oprogramowanie ma być bowiem dostarczone na czas i ma działać. Testuje się jednak tylko tę nową funkcjonalność, nie sięgając po profesjonalny audyt całego kodu. To nie do przyjęcia w branży IT Security, w której działa Wheel Systems.” – zauważa Paweł Dawidek, dyr. ds. technicznych i oprogramowania w WHEEL Systems – „Co więcej, nikt też nie patrzy na jakość kodu, a co za tym idzie, na łatwość utrzymania i rozwijania oprogramowania. Im gorsza jego jakość, im kod jest bardziej skomplikowany i nieczytelny tym więcej ma błędów i są one trudniejsze do znalezienia podczas testów. Sprawia to, że dużo łatwiej jest wprowadzić nowe błędy podczas rozwoju tak skonstruowanego oprogramowania. Poza tym, im czystszy kod, tym ewentualne błędy prostsze w naprawie. Bo skomplikowane rzeczy psują się w skomplikowany sposób.”

Na to natomiast, że błędy w oprogramowaniu potrafią doprowadzić nie tylko do wyświetlenia legendarnego błękitnego ekranu, ale i do znacznie poważniejszych konsekwencji – liczonych ludzkim życiem i miliardami dolarów – dowodów nie brak.

Mateusz Kocielski, odpowiedzialny w LogicalTrust za testy bezpieczeństwa twierdzi, że „błędy w są wszędzie, ponieważ oprogramowanie jest wszędzie” i wymienia kilka przykładów, w których niewielkie przeoczenia programistów, chęć zaoszczędzenia czasu, czy też zwyczajny brak możliwości przewidzenia wszystkich ewentualności, doprowadziły do opłakanych skutków.

  1. Therac-25

Między 1985 a 1987 rokiem 6 osób uległo poparzeniu w wyniku naświetlań maszyną Therac-25. Trzy z nich zmarły w następstwie wypadku.

W trakcie pierwszego wypadku, w wyniku którego pacjentka straciła pierś i czucie w ręce, okazało się, że automat zaaplikował ok. 100 razy większą dawkę promieniowania, niż wynikało ze zlecenia. Producent, firma AECL uznała jednak, że to niemożliwe, nie podjęto więc żadnych działań.

Jeszcze w tym samym roku – w 1985 r. – inna maszyna uległa awarii, wyświetlając komunikat o błędzie i niepodjęciu naświetlania. Operator, przyzwyczajony do humorów urządzenia, wymusił wykonanie procedury. Maszyna pięciokrotnie podejmowała próbę wykonania naświetlenia, po czym zupełnie odmówiła posłuszeństwa. 3 miesiące później pacjent, który brał udział w zabiegu, zmarł w związku z powikłaniami napromieniowania.

AECL bardzo długo wypierało się winy, uznając, że nie istnieje możliwość, aby Therac-25 mylił dawki, albo wykonał naświetlania mimo przeczącego temu komunikatowi. Mimo to poparzeniom uległo jeszcze kilka osób, a sprawa trafiła do sądu. W toku postępowania, rzecznik AECL przyznał, że wykonano ”małą liczbę” testów urządzenia nim trafiło na rynek.

Jak się okazało, wart ponad 1 mln dolarów automat został wyposażony w napisane w assemblerze oprogramowanie, stworzone przez jedną osobę. Wypadki powodowały dwa drobne przeoczenia programisty. Ogółem jednak, zabrakło jednego, jak się okazało, niezmiernie istotnego wiersza kodu. Raptem kilkudziesięciu znaków.

Z drugiej strony, błąd z dużym prawdopodobieństwem zostałby wychwycony przed wprowadzeniem produktu na rynek, gdyby nie zabrakło rzetelniejszej procedury testowej.

  1. Patriot

Podczas Wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku iracka rakieta scud trafiła w amerykańskie baraki w Dhahran, zabijając 28 osób i raniąc ponad 100. Doszło do tragedii, mimo iż bezpieczeństwa bazy pilnowało aż 6 baterii systemu przeciwrakietowego Patriot.

Wyjaśniając kulisy wypadku należy podkreślić, że Patriot stworzono w latach 70 tych, w celu zwalczania radzieckich rakiet, poruszających się przeciętnie z prędkością około 2 MACH. Dodatkowo, w założeniach, system miał być wysoce mobilny. Czas ciągłej pracy przewidywano więc na nie więcej niż 8 godzin. Po tym okresie miał on być dezaktywowany, przewożony i uruchomiany ponownie w nowym miejscu.

Jak się okazało, w związku z długim procesem aktywowania się systemu (60-90 sekund), amerykańskie baterie w Iraku działały bez przerwy nawet ponad 100 godzin. Nie byłoby to problemem, gdyby nie fakt, że system wykorzystywał w procesie namierzania pocisków wroga własny czas pracy w sekundach. Niestety, z pewnych względów, dokładność obliczeń zmiennoprzecinkowych, wykonywana w tym celu, była daleka od ideału. W efekcie, 1 sekunda wyliczana przez baterię nie była równa rzeczywistej sekundzie. Po 100 godzinach pracy, system mylił się już o 0,34 sekundy.

Pomyłka ta okazała się wystarczająca, aby pozwolić wymknąć się lecącej z prędkością aż 5 MACH irackiej rakiecie scud, mimo wychwycenia jej na planie nieba, a następnie namierzeniu w pierwszej fazie celowania. Posługując się niedokładnym zegarem, system błędnie wyliczył okno, w którym powinna się pojawić wroga rakieta w drugiej fazie namierzania. Nie zastawszy w nim oczekiwanego obiektu, Patriot nie podjął żadnych działań, uznając, że to fałszywy alarm. W efekcie dopuszczając do tragedii.

Oficjalną przyczyną incydentu jest niewłaściwa eksploatacja systemu Patriot. Nie przewidziano, że baterie będą aktywne przez 100 godzin bez przerwy. Wina leży jednak także po stronie programistów, którzy o powstającym odchyleniu czasu dowiedzieli się dopiero na krótko przed wydarzeniami w Dhahran.

  1. Ariane-5

10 lat i 7 miliardów dolarów. Tyle trwał i kosztował projekt budowy rakiety Ariane-5, która przez błąd w oprogramowaniu rozpadła się na oczach zaskoczonych widzów, kilkadziesiąt sekund po starcie. Europejska Agencja Kosmiczna postanowiła zbudować rakietę większą, szybszą i lepszą od poprzedniczki – Ariane-4. Właśnie to dziedzictwo zaważyło na katastrofie. Okazało się, że część oprogramowania nowej rakiety skopiowano ze starej. W trakcie lotu jedna z funkcji pochodzących z Ariane-4, a w nowej rakiecie zupełnie zbędna, zgłosiła błąd. Jego interpretacja wprowadziła z kolei w błąd wewnętrzny system nawigacji rakiety, doprowadzając tym samym do wydania przez główny komputer polecenia wykonania nagłego zwrotu o 20 stopni. W tym wypadku nie pomógł nawet awaryjny system, ponieważ kiedy główny komputer, w wyniku błędu, wyłączył się, zapasowy obwód, który powinien przejąć jego zadania, też już nie działał.

W toku śledztwa wyszło na jaw, że nie sprawdzono dokładnie założeń oprogramowania Ariane-4, na którym budowano software do Ariane-5. Nie było też systemu testów, ani nie przeprowadzono symulacji programowej.

  1. NASA Mars Climate Orbiter

Po 10 miesiącach lotu, 23 września 1999 roku sonda warta około 700 mln dolarów dotarła w pobliże Marsa. O godzinie 8.41 UTC rozpoczęto manewr wchodzenia na orbitę planety. O 9.04, zgodnie z planem, sonda znalazła się po drugiej stronie Marsa, tracąc chwilowo kontakt z kontrolą lotów. Połączenie nie zostało już jednak nigdy odzyskane, ponieważ MCO spłonęła w atmosferze planety. 25 września NASA przyznała się do niepowodzenia.

Śledztwo wykazało, że wątpliwości dotyczące powodzenia misji MCO pojawiły się już wcześniej, ale zostały zignorowane. Bezpośrednim powodem porażki okazał się jednak brak komunikacji między zespołami, tworzącymi oprogramowanie do MCO. Fragment softwareu, tworzony w Anglii na zlecenie Lockheed Martin pisany był bowiem w oparciu o inne jednostki metryczne, niż część opracowana w USA przez NASA. Kiedy wychwycono niespójność jednostek, alarm został zignorowany. Błąd okazał się jednak o tyle poważny, że doprowadził do nieprawidłowej pracy dopalaczy lądownika. Konsekwencją tego było zbyt bliskie podejście, a co za tym idzie, spalenie się sondy w atmosferze Marsa.

Czy błędów w oprogramowaniu będzie coraz więcej?

To tylko cztery spektakularne przykłady, ilustrujące do czego mogą doprowadzić nawet drobne błędy i przeoczenia w oprogramowaniu. Tragedie w przeróżnej skali wydarzają się codziennie. Ofiarami słabej jakości kodu padają miliony ludzi, czasem nawet nie zdając sobie z tego sprawy, a liczba ta wciąż rośnie. Wynika to z prostego faktu – otacza nas coraz więcej oprogramowania i nic nie zapowiada, aby ten trend miał się zmienić. Tym bardziej, że prawie każdy nosi w kieszeni kilka milionów linii kodu – telefon komórkowy.

Szybszy wzrost PKB i powrót do wzrostu cen

Poprawiają się perspektywy dla polskiej gospodarki. W całym 2015 r. dynamika PKB powinna osiągnąć 3,8%. Spadek cen utrzymujący się przez ostatnie miesiące osiągnął już dno, a cykl łagodzenia polityki pieniężnej został zakończony. Rekordowo niskie stopy procentowe ograniczają jednak skłonność do oszczędzania, a odbicie w gospodarce wciąż nie przekłada się na zyski na rynkach akcji.

Dzięki dobrym danym płynącym z polskiej gospodarki poprawiają się perspektywy wzrostu PKB w tym roku. Ekonomiści PKO Banku zrewidowali prognozy dynamiki PKB w całym roku z 3,6 do 3,8%. Przyspieszeniu wzrostu PKB w Polsce w tym roku sprzyjać będzie ożywienie w strefie euro, niskie ceny ropy, inwestycje publiczne oraz niskie stopy procentowe – trzy ostatnie „specjalne czynniki” mogą dodać do dynamiki PKB w tym roku aż +1,5pp. W przeciwnym kierunku działa konflikt na Ukrainie i recesja w Rosji, co podobnie jak w poprzednim roku może odjąć -0,6pp od tegorocznej dynamiki PKB.

-Będzie to rok kontynuacji ekspansji gospodarczej. Jesteśmy pozytywnie nastawieni do perspektyw wzrostu. Będziemy mieć do czynienia z sytuacją, w której dynamika inflacji będzie niska, przez większą cześć roku ujemna, co wspiera realne dochody, przyczynia się do nakręcania wzrostu- mówi Radosław Bodys, Główny Ekonomista PKO Banku Polskiego.

Deflacja wyhamuje

Deflacja osiągnęła „dno” w 1 kwartale br., a spadek cen będzie stopniowo wytracał tempo. Ekonomiści PKO Banku Polskiego przewidują, że powrót inflacji CPI powyżej zera jest możliwy w 4 kwartale, a na koniec roku inflacja CPI wyniesie 0,5% r/r. Takie oczekiwania wpisują się w decyzje RPP, która po obniżce stóp NBP o 50pb w marcu, zadeklarowała zakończenie cyklu łagodzenia polityki pieniężnej. Jego wznowienie mogłoby zostać wywołane tylko znacznym spowolnieniem wzrostu PKB (do 2,5% lub niżej) i/lub wydłużeniem się okresu deflacji.

Potrzeba wzrostu oszczędności

Przy utrzymaniu przeciętnego tempa wzrostu gospodarczego Polski i UE z ostatnich 10 lat, poziom dochodów w Polsce (PKB per capita) zrównałby się ze średnim unijnym poziomem za ok. 15 lat. Wzrost zamożności będzie przekładać się na wzrost skłonności do oszczędzania oraz ubankowienia w Polsce, które wzrosło z 55,5% w 2003 r. do 81% w 2013 r., ale pozostaje poniżej przeszło 90% dla Wielkiej Brytanii i blisko 100% dla Niemiec.  Czynnikiem ograniczającym skłonność do oszczędzania jest spadek stóp procentowych do rekordowo niskich poziomów.

Polityka „zerowych stóp procentowych” ma większe uzasadnienie w krajach o nadwyżce oszczędności (tzw. savings glut) i niskim wzroście PKB. Polska potrzebuje zrównoważonego podejścia do kształtowania stopy procentowej na poziomie pozwalającym na wzrost – zwłaszcza długoterminowych – oszczędności celem finansowania prorozwojowych inwestycji.

-Gospodarstwa domowe są bardziej zasobne, tempo wzrostu oszczędności gospodarstw domowych ciągle rośnie. Wszyscy się zastanawiają, jak te pieniądze najlepiej inwestować. Klientów nie do końca już satysfakcjonują oferty depozytowe, w związku z tym zaczynają podnosić swój poziom akceptacji ryzyka i coraz śmielej inwestują, co widać po strukturze przepływów w funduszach inwestycyjnych – uwidacznia się tam zwrot w kierunku funduszy akcyjnych – mówi Rafał Madej – Dyrektor Departamentu Produktów Inwestycyjnych i Ubezpieczeniowych

Rynek akcji sceptyczny

W obliczu rosnącego ryzyka politycznego, związanego szczególnie z ekspozycją banków na kredyty denominowane w CHF, stopa zwrotu z polskiego rynku akcji była niższa od MSCI Europe o 6,5pp, a od MSCI EM o 8,0pp. Ogólne odbicie w gospodarce wciąż nie jest widoczne na rynku akcji ani w zyskach przedsiębiorstw. Konsensus rynkowy oczekiwań 12-miesięcznych zysków indeksu WIG wzrósł co prawda o 7,6% w ciągu ostatnich 2 lat, ale w tym samym okresie konsensus dotyczący zysków indeksu WIG20 obniżył się o 6,8%. Analitycy PKO Banku Polskiego oczekują zwrotu w granicach od 0% do 6% w ciągu kolejnych trzech miesięcy.

-Rynek akcji polskich wydaje się w tej chwili atrakcyjny, można wybrać ciekawe spółki, jeśli podejdziemy do nich z selekcją, zdecydowanie można znaleźć dobre i ciekawe okazje inwestycyjne – mówi Artur Iwański, Dyrektor Biura Analiz Rynkowych Domu Maklerskiego PKO Banku Polskiego.

Przyznano nagrody w I edycji konkursu „zaREklamuj swój biznes”, zorganizowanej przez HTC i T-Mobile.

Ile czasu trzeba poświęcić, aby zarobić 5 tysięcy euro? Dokładnie 15 sekund. Trzeba jeszcze, co prawda, wykazać się kreatywnością i wyczuciem, aby zmieścić w tym czasie całą specyfikę swojej działalności i jej niepowatarzalny charakter. Wedle założeń konkursu, zgłoszone materiały musiały nie tylko zaprezentować czym zajmuje się firma, ale także zrobić to w odpowiedni sposób, łącząc oryginalne podejście do tematu z umiejętnym dopasowaniem środków przekazu. Oprócz techniki, kluczowa była klarowność przekazu stworzonej „mikroREklamy”. Gotowy materiał należało zawiesić na Instagramie z tagiem #zareklamujswojbiznes.

– „Zdawaliśmy sobie sprawę, że 15 sekund to za mało, na pełną prezentację firmy. Te kilkanaście sekund miało wymóc na uczestnikach kreatywne podejście i pokazać ich twórczy potencjał.”powiedziała Sylwia Kawalerowicz, redaktorka naczelna miesięcznika Aktivist, członkini jury„Spodziewałam się ciekawych zgłoszeń i nie zawiodłam się. Polscy mikroprzedsiębiorcy są mistrzami mikroREklamy.”

O tym, że stworzenie takiego materiału nie jest łatwym zadaniem, przekonali się finaliści pierwszej edycji konkursu „zaREklamuj swój biznes”, zorganizowanego przez HTC Polska oraz T-Mobile. Na szczeście, podjęcie artystycznego trudu w pełni rekompensują przyznawane w konkursie nagrody. Zwycięzca otrzyma ekwiwalent 5 tysiecy euro na wsparcie działalności – tryumfator sam decyduje na co dokładnie przeznaczy wygraną.

Finaliści otrzymają także pakiety usług od T-Mobile i szerokokątne kamery HTC RE, za pomocą których zrealizują zarówno te najbardziej szalone i kreatywne filmy promocyjne, jak i zdjęcia prezentujące codzienną ofertę produktową firmy. Oprócz nagród rzeczowych, wszyscy uczestnicy konkursu zyskują jednak coś jeszcze – odwagę, aby kreatywnie promować swoją działalność, bez względu, czy mowa o drobnym rękodziele, czy też o większym butiku z autorską kolekcją odzieży. Skłonienie polskich mikroprzedsiębiorców do natuaralnego sięgnięcia, w ramach promocji firmy, do ich codziennego narzędzia pracy, czyli do kreatywności właśnie, było jednym z głównych celów, które stały za zorganizowaniem konkursu zaREklamuj swój biznes.

Mistrzowie mikroREklamy

Spośród wszystkich zgłoszonych materiałów jury konkursowe wybrało około 160 filmów, które w największym stopniu łączyły kreatywne podejście z klarownością przekazu. Z puli tej następnie, wyłoniono trzy firmy-laureatów konkursu:

  • Nagrodę główną przyznano Targom Plac Nowy – cyklicznemu, comiesięcznemu i całorocznemu targowi lokalnego dizajnu i jedzenia w Krakowie.
  • II nagroda powędrowała do HELLO calligraphy – nowoczesnego, acz pełnego magii studia liter, kaligrafii i papeterii.
  • III nagroda trafiła w ręce Mamapiki – marki modowej tworzonej przez dziewczyny, z myślą o dziewczynach: współczesnych, aktywnych, niezależnych, pewnych siebie.

HTC Polska postanowiło również przyznać jedno wyróżnienie. Przypadło ono w udziale firmie Vintage Store, niepowtarzalnemu, rodzinnemu sklepowi z oryginalną odzieżą z lat 70 i 80.

Wyniki konkursu skomentowała także Aleksandra Grzybowska, Head of Marketing HTC Poland:

– „Przyznam, że ilość oraz poziom zgłoszeń konkursowych pozytywnie nas zaskoczyła. Uczestnicy wykazali się nieprzeciętną kreatywnością i nieszablonowym podejściem do tematu, które nieraz budziło nasz podziw i zachwyt. Żałujemy, że nie możemy nagrodzić wszystkich. Teraz, jednak, kiedy pierwsza edycja już za nami, pragnę zapewnić, że wkrótce damy mikroprzedsiębiorcom możliwość ponownego wykazania się pomysłowością, przy okazji drugiej edycji konkursu „zaREklamuj swój biznes”. Więcej szczegółów już niebawem.”

Szczegółowe informacje oraz filmy zgłoszone do konkursu znajdują się na stronie ZaREklamuj swój biznes.

Czy rekordowa sprzedaż nowych mieszkań wpłynie na ceny?

Sprzedaż mieszkań idzie najlepiej od 8 lat. Nowe mieszkania sprzedają się dobrze we wszystkich aglomeracjach w kraju. Największe żniwa mają deweloperzy w Krakowie, Gdańsku i Warszawie. Wbrew oczekiwaniom niektórych obserwatorów rynku, wymóg posiadania co najmniej 10 procentowego wkładu własnego do zaciąganego kredytu nie okazał się przeszkodą w zakupie mieszkań.

Jak podaje w swoim najnowszym raporcie firma Reas, w pierwszych trzech miesiącach tego roku w sześciu głównych miastach – Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Trójmieście i Łodzi – deweloperzy sprzedali rekordową ilość – 11,5 tys. lokali. W tym czasie weszła do sprzedaży podobna liczba mieszkań (11,3 tys.), ale to jedna piąta więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej.

Ile się buduje, tyle się sprzedaje

Pierwszy kwartał nie jest w cale wyjątkowy pod względem ilości rozpoczynanych budów. Już w ubiegłym roku firmy wprowadziły dużą liczbę nowych projektów. W 2014 roku weszła do sprzedaży zbliżona ilość mieszkań, jak w rekordowym pod tym względem 2007 roku. Oferta jednak nie rośnie, bo mieszkania szybko znajdują nabywców. W sześciu największych miastach pod koniec marca było w sprzedaży 47,7 tys. mieszkań. To prawie tyle samo jak w końcówce 2014 roku.

Jak obliczają analitycy, biorąc pod uwagę obecne tempo sprzedaży najszybciej wyprzedałyby się lokale dostępne w Gdańsku. Wystarczyłby na to niespełna rok. W Warszawie, Krakowie i Poznaniu, wyprzedaż lokali deweloperskich zajęłaby ponad rok, a we Wrocławiu i Łodzi firmy potrzebowałyby pięciu kwartałów. To niedługo, co świadczy o równowadze podaży i popytu.

Mieszkania idą na pniu. W konsekwencji w ofercie deweloperskiej ubywa także gotowych lokali. Według danych Reas największy spadek liczby ukończonych mieszkań miał miejsce na rynku warszawskim. Odsetek dostępnych lokali w budynkach, których budowa dobiegła końca, spadł w Warszawie do ok. 17 proc.

Coraz więcej chętnych na dopłaty do kredytu

Analitycy zwracają uwagę, że w tym roku osoby kupujące mieszkania coraz chętniej sięgają po rządowe dopłaty do kredytów. W pierwszym kwartale br. we wszystkich aglomeracjach zwiększyła się ilość złożonych wniosków o subwencję. Najbardziej wzrosła ich liczba w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu. Tylko w Krakowie program dopłat funkcjonuje słabo, bo limit cenowy ustawiony jest za wysoko i nie przystaje do cen rynkowych.

 

Większe zainteresowania dopłatami daje się wyraźnie zauważyć w biurach sprzedaży deweloperów. – W tym roku popularność programu Mieszkanie dla młodych jest jeszcze większa niż w ostatnich miesiącach roku ubiegłego. Zdecydowana większość osób, które kupują mieszkania w naszej warszawskiej inwestycji Tarasy Dionizosa korzysta z dopłat. Wybór jest duży, bo wszystkie z oferowanych w tym osiedlu mieszkań można kupić z dopłatą. W połowie roku czeka nas jeszcze zmiana przepisów związanych z przyznawaniem dofinansowania. Kredytobiorcy z dziećmi dostaną jeszcze większe dopłaty. Chętnych do zakupu mieszkań w ramach programu prawdopodobnie jeszcze przybędzie – uważa Wojciech Stisz z Barc Warszawa SA.

 

W Warszawie i Krakowie ceny mieszkań lekko w górę

 

Duży popyt na lokale deweloperskie wpłynął na lekki wzrost cen w niektórych aglomeracjach. W kilku miastach z kolei średnie stawki na rynku pierwotnym nieco się obniżyły. Nowe mieszkania podrożały w Warszawie i Krakowie.

 

W Warszawie średnia cena metra skoczyła w ciągu pierwszych trzech miesięcy tego roku o niespełna 200 zł/mkw. (wzrost 2,3 proc.). Jak podaje Reas, pod koniec 2014 roku lokale oferowane na warszawskim rynku pierwotnym kosztowały średnio 7815 zł, a pod koniec marca 2015 roku deweloperzy chcieli za metr przeciętnie 7993 zł.

 

W Krakowie ceny nowych mieszkań zwiększyły się w tym czasie średnio o 1,1 proc. Stawka wzrosła do 6761 zł/mkw. W Łodzi i Trójmieście ceny ofertowe pozostały praktycznie na tym samym poziomie, zaś w Poznaniu i Wrocławiu nieznacznie spadły.

USD potrzebuje wsparcia ze strony FOMC

USD pozostaje słabszy w parach walutowych w efekcie oczekiwań związanych z jutrzejszym posiedzeniem Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Powszechnie przyjmuje się, że Fed odpowiada rynkowa ocena przyszłej trajektorii stóp Fed, tj. że w ciągu najbliższych 12 miesięcy podwyżka stóp wyniesie jedynie ok. 50 punktów bazowych.

Trudno zakładać jeszcze bardziej umiarkowany scenariusz, jednak równie trudno jest brać pod uwagę jakikolwiek dramatycznie agresywny obrót spraw po ostatniej serii słabych danych (w szczególności w przypadku, gdyby jutrzejszy odczyt PKB okazał się wyjątkowo słaby). W takiej sytuacji bierny komunikat oznaczałby, że wszystko zależy od pozycjonowania na rynku i przekonania co do trendu kursu USD. Podejrzewam, że USD ostatecznie się umocni, natomiast znaczna niepewność wiąże się z pytaniem, czy nastąpi to jutro, czy też dopiero za tydzień lub później.

W nocy odbyło się wystąpienie prezesa Reserve Bank of Australia, Glenna Stevensa, i biorąc pod uwagę nocną akcję w parach z AUD, można by sądzić, że mówił interesujące rzeczy. Niestety, w wystąpieniu skupił się na zagrożeniach dla australijskiego systemu finansowego, a samo wystąpienie miało miejsce podczas „Szczytu Bankowości i Majątku” i nie zawierało żadnych istotnych wskazówek co do przyszłej polityki pieniężnej.

Umocnienie się pary AUD/NZD powyżej poziomu 1,0300 wydaje się interesujące, jednak do czasu posiedzenia Reserve Bank of New Zealand w ten czwartek nic jeszcze nie jest przesądzone.

Odporność EUR w parze EUR/USD i wczorajsze gwałtowne umocnienie w parze EUR/CHF mogą w znacznym stopniu być wynikiem ostatnich doniesień z Grecji. Premier Tsipras z jednej strony zagroził rozpisaniem narodowego referendum w przypadku, gdyby wierzyciele Grecji nie poszli na ustępstwa w zasadniczych kwestiach, z drugiej strony jednak oświadczył, że spodziewa się osiągnięcia porozumienia do 9 maja.

Według agencji Reuters,  dzień po tym, jak agencja ratingowa Fitch obniżyła rating kredytowy Japonii, japoński minister gospodarki, Amari, zapowiedział, że rząd planuje wdrożenie „zdecydowanej dyscypliny fiskalnej w celu podtrzymania zaufania rynku”. Na czym może polegać ten plan? Sytuacja finansowa Japonii pozostaje chaotyczna, a następna podwyżka VAT została przesunięta w czasie do końca przyszłego roku. Wszelkie działania oszczędnościowe natychmiast zrujnowałyby i tak już delikatną japońską gospodarkę.

Wykres: AUD/USD

Trudno zbyt wiele wywnioskować po parze AUD/USD, która znajduje się lekko powyżej ostatniego maksimum, ponieważ pozostaje nam do pokonania spory obszar przedziału do poziomu 0,7940, a także czekamy na posiedzenie FOMC (ponadto 100-dniowa średnia ruchoma, która pojawia się wówczas, gdy 200-dniowa średnia ruchoma zbytnio się oddali, plasuje się w okolicach maksimów z ubiegłej nocy, tj. rejonów 0,7880+).

Wykres: AUD/NZD 

Akcja w parze AUD/NZD nabiera tempa przed posiedzeniem RBNZ, które odbędzie się jutrzejszej nocy (lub w czwartek w przypadku azjatyckich stref czasowych). Niedźwiedzie dążące do parytetu zostały wypchnięte ze swoich pozycji w miarę, jak rynek zaczyna dostrzegać potencjał dalszych umiarkowanych wytycznych ze strony RBNZ.

Ruch powyżej istotnego obszaru 1,0300 byłby interesujący pod względem technicznym, mimo iż pełne potwierdzenie otrzymamy w przypadku łagodnej retoryki RBNZ. Ruch w rejony 1,0500+ sugerowałby koniec lokalnej bessy trwającej od końca 2014 r.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: waluta znajduje się w defensywie przed posiedzeniem FOMC. W zależności od retoryki Fed, zarówno pozytywne, jak i negatywne reakcje mogą być szeroko zakrojone.

EUR: wczorajsza próba odnotowania nowych maksimów zakończyła się niepowodzeniem i kolejny ruch wiadomy będzie dopiero po posiedzeniu FOMC. Wszystko zależy od oporu na poziomie 1,1000/25 lub od tego, czy niedźwiedzie ponownie wejdą do gry

JPY: długie pozycje w JPY w takich parach, jak EUR/JPY, wydają się interesujące, jednak mogą być uzależnione od ewentualnej walki USD i od tego, czy JPY w dalszym ciągu będzie odzwierciedlać ruchy USD jako niższa beta. Wyjątkowo słaby odczyt handlu detalicznego jest wynikiem podwyżki VAT w kwietniu ubiegłego roku.

GBP: przewiduje się, że dzisiejszy odczyt brytyjskiego PKB w I kwartale będzie mocny, przez co rośnie liczba długich pozycji w parze GBP/USD; niepewność związana z wyborami poszła w odstawkę, a ponadto zakłada się, że jutrzejszy odczyt PKB w Stanach Zjednoczonych będzie słaby, a następujący po nim komunikat FOMC nie wniesie nic nowego. Istnieje potencjał dalszego wzrostu z punktu widzenia rozpiętości stóp procentowych, w szczególności w przypadku, gdyby Fed jutro okazała się wyjątkowo ostrożna, mimo iż z każdym kolejnym umocnieniem jestem coraz bardziej sceptyczny.

CHF: para EUR/CHF kontynuuje rajd w reakcji na wczorajsze zmniejszenie spreadów w UE i spadek rentowności greckich obligacji. W przypadku, gdyby w nadchodzących dniach/tygodniach doszło do nowego porozumienia w sprawie Grecji, istnieje jeszcze większy potencjał do umocnienia. Pierwszą przeszkodą na drodze umocnienia jest poziom 1,0425. Przy okazji, wsparcie w parze USD/CHF nadal plasuje się na poziomie 0,9500.

AUD: waluta pozostaje odporna i stopniowo się umacnia przed jutrzejszym posiedzeniem FOMC oraz w efekcie wzrostu cen rudy żelaza. Największy potencjał ma para AUD/NZD, ale również i para AUD/USD być może przełamie górną granicę przedziału powyżej poziomu 0,7900. Kluczowa pod tym względem będzie akcja po posiedzeniu FOMC.

NZD: w środę wieczorem/w czwartek rano, w zależności od strefy czasowej, odbędzie się kluczowe posiedzenie RBNZ; w przypadku złagodzenia wytycznych istnieje potencjał dalszych spadków.

SEK: jutro odbędzie się posiedzenie Riksbank, z którym wiąże się znaczne ryzyko luki bez względu na wynik. Bank chciałby uniknąć jakichkolwiek reakcji skutkujących umocnieniem SEK, co miało miejsce po posiedzeniu w lutym, jednak może to być konieczne.

NOK: para EUR/NOK traci na wartości, jednak do testu minimów przedziału może być konieczne zdecydowane umocnienie cen ropy.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Japonia: sprzedaż detaliczna w marcu wykazała -1,9% m/m w porównaniu z przewidywanym wynikiem +0,6%
  • Japonia: handel detaliczny w marcu wykazał -9,7% r/r w porównaniu z przewidywanym wynikiem -7,5%
  • Japonia: wskaźnik zaufania małych przedsiębiorstw w kwietniu wyniósł 47,4 w porównaniu z przewidywanym 49,0 oraz z odnotowanym w marcu 49,8

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Wielka Brytania: szacunkowy PKB w I kw. (08:30)
  • Kanada: wystąpienie Poloza z Bank of Canada (12:45)
  • Stany Zjednoczone: indeks cen domów S&P CaseShiller w lutym (13:00)
  • Stany Zjednoczone: wskaźnik zaufania konsumentów w kwietniu (14:00)
  • Stany Zjednoczone: indeks sektora wytwórczego Rezerwy Federalnej z Richmond w kwietniu (14:00)
  • Strefa euro: wystąpienie Weidmanna z EBC (17:30)
  • Nowa Zelandia: bilans handlowy w marcu (22:45)
  • Nowa Zelandia: prognoza aktywności i zaufania przedsiębiorców ANZ w kwietniu (01:00)

John J Hardy, Saxo Bank

W oczekiwaniu na decyzję Fed

Oczekiwanie na zakończenie negocjacji pomiędzy Grecją a unijnymi kredytodawcami w negatywny sposób wpływa na sytuację panującą w całym regionie, przyczyniając się do zniżek na większości europejskich parkietów – niemiecki indeks DAX zakończył wczorajszą sesją z wynikiem -1.89%, podczas gdy francuski CAC 40 zniżkował o 1.81%.

Tymczasem, w celu „lepszej komunikacji” z Brukselą na początku tygodnia rząd premiera Aleksisa Tsiprasa podjął decyzję o zmianie składu osobowego grona ekspertów negocjujących warunki przedłużenia programu pomocy finansowej. W oświadczeniu wygłoszonym we wtorek premier dał także do zrozumienia, że jest gotowy pójść na kompromis, decydując się np. na prywatyzację części gospodarki. Zaznaczył jednak, że w przypadku otrzymania propozycji sprzecznej z programem wyborczym jego partii, konieczne będzie przeprowadzenie referendum.

Nie ulega wątpliwości, że najważniejszym wydarzeniem dzisiejszej sesji będzie popołudniowa publikacja protokołu z posiedzenia Fed. Zanim do tego dojdzie, uwagę inwestorów przyciągną jednak informacje o dynamice inflacji HIPC (prognoza -0.1% m/m i 0.2% r/r) oraz CPI (prognoza -0.1% m/m i 0.4% r/r) w Niemczech, a także amerykańskim PKB w I kwartale (prognoza 0.4% k/k).

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Dobre warunki do inwestowania w mieszkanie na wynajem

Oczekiwana rentowność inwestycji w mieszkanie na wynajem nadal utrzymuje się na atrakcyjnym poziomie. Według najnowszych danych największy potencjał ma zakup nieruchomości inwestycyjnej w Gdańsku, Warszawie i Wrocławiu.

Z danych Domiporta.pl oraz Home Brokera wynika, że w największych miastach Polski nadal można kupić mieszkanie na wynajem, które będzie generować atrakcyjną stopę zwrotu. Przeciętna oczekiwana rentowność takiej inwestycji w ujęciu netto wynosi dla siedmiu badanych rynków 4,31 proc. w skali roku. Oczywiście w poszczególnych miastach mediany stawek są zróżnicowane, trzeba też pamiętać o tym, że każdą inwestycję powinniśmy rozpatrywać inaczej, biorąc pod uwagę zapłaconą za mieszkanie kwotę, zainwestowane w nie pieniądze w urządzenie i wyposażenie oraz czas potrzebny na znalezienie najemców.

Przeciętna rentowność najmu netto w okresie maj 2010 – marzec 2015
CEO Magazyn PolskaŹródło: ceny transakcyjne Home Broker i Open Finance z marca 2015 r.;
oferty najmu z serwisu Domiporta.pl z marca 2015 r. obniżone o 5 proc.

Według najnowszego raportu, średnio rzecz ujmując, najbardziej zyskowna jest inwestycja w mieszkanie na wynajem w Gdańsku, gdzie po uwzględnieniu wszystkich kosztów można przeciętnie liczyć na nieco ponad 5 proc. w skali roku. Jest to jedyne z badanych miast, gdzie oczekiwana rentowność najmu netto przekracza 5 proc. rocznie. Za metr kwadratowy mieszkania w Gdańsku trzeba zapłacić 4993 zł (to mediana cen pochodząca z transakcji dokonanych przez klientów Home Brokera i Open Finance), a za wynajęcie go można dostać 32,3 zł. Trzeba jednak pamiętać, że Gdańsk jest bardzo zróżnicowanym miastem pod względem cen nieruchomości. Mieszkania w najlepszych lokalizacjach (blisko morza bądź w okolicy Starówki) i wysokim standardzie kosztują często ponad 10 tys. zł za mkw., podczas gdy starsze nieruchomości w mniej prestiżowych dzielnicach da się znaleźć w cenie poniżej 3 tys. za mkw. Podobne różnice występują jeśli chodzi o stawki najmu. Uśredniając (za pomocą median) wnioski są jednak optymistyczne – inwestycja w mieszkanie na wynajem w Gdańsku rokuje całkiem dobrze.

Różne zyski w poszczególnych miastach

Co ciekawe, nie sposób tego powiedzieć o Gdyni, gdzie oczekiwana rentowność najmu wynosi 4,1 proc. netto w skali roku. Ceny zakupu mieszkań w Gdyni są o 6 proc. niższe od tych w Gdańsku, podczas gdy stawki najmu aż o 19 proc. Stąd taka dysproporcja pomiędzy sąsiadującymi miastami.

Niezmiennie wysoko na liście miast z największą oczekiwaną rentownością najmu jest Warszawa. To największy i najbardziej stabilny rynek nieruchomości w kraju. Jak spojrzeć na historyczne dane, to przez ostatnie dwa lata różnica pomiędzy najwyższą a najniższą rentownością najmu dla Warszawy nie przekracza 0,5 pkt proc., a w niektórych innych ośrodkach (np. Gdańsku i Wrocławiu) jest to ponad 1 pkt proc. Obecnie stawki cenowe za metr kwadratowy kupowanego (7233 zł) i wynajmowanego (44,3 zł) mieszkania sprawiają, że w stolicy można liczyć na zwrot z inwestycji na poziomie przekraczający 4,7 proc. netto w skali roku.

Z badanych siedmiu miast najniższe zyski zapowiadają się w Poznaniu (3,51 proc.) i Krakowie (3,93 proc.) – to dwa miasta, w których oczekiwana rentowność najmu netto jest niższa niż 4 proc. w skali roku. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że na tle innych sposobów lokowania pieniędzy uważanych za bezpieczne, zakup mieszkania rokuje bardzo dobrze. W aktualnych warunkach rynkowych zakładając lokatę na większą kwotę (np. 100 tys. zł) na rok nie sposób liczyć na więcej niż 2,2-2,3 proc. netto. Z tej perspektywy nawet najmniej rentowny Poznań wygląda atrakcyjnie.

Nie każdy zarobi tyle samo

Trzeba jednak dodać, że wyższe niż na lokatach i obligacjach zyski wiążą się z ryzykiem, bo nie każdy zarobi tyle co średnia rynkowa lub więcej. Na dodatek należy pamiętać o większym zaangażowaniu. Założenie lokaty zajmuje kilka minut przed komputerem, w przypadku zakupu mieszkania potrzeba znacznie więcej zachodu, a potem nieruchomość trzeba jeszcze przygotować do najmu, a przede wszystkim znaleźć na nie chętnych. Gdy poszukiwania nie przyniosą szybkiego efektu, rentowność z inwestycji zacznie spadać. Ale za to można znacznie więcej zarobić, a w długiej perspektywie jeszcze liczyć na wzrost wartości samego mieszkania.

Obliczenia dotyczące rentowności inwestycji w mieszkanie na wynajem opierają się na medianach cen transakcyjnych i ofert najmu. To oznacza, że wśród inwestorów będą osoby, które zarobią więcej i takie, których zysk będzie niższy. Rentowność inwestycji w mieszkanie na wynajem zależy zarówno od samego mieszkania, jak i inwestora. Wszak znalezienie najemcy i wybór odpowiedniej osoby to niełatwa sztuka, a efekty tych działań bezpośrednio przekładają się na opłacalność całej operacji. Także stawki zakupu i najmu będą się mocno różnić w danym mieście w zależności od standardu nieruchomości oraz jej lokalizacji. W przypadku lokat bankowych z góry wiemy kiedy lokata się zakończy i jaki przyniesie zysk.

Podaż spada, a popyt rośnie

Z analizy ofert na portalu Domiporta.pl wynika, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy liczba ogłoszeń najmu w siedmiu badanych miastach spadła o 36 proc. Dotyczy to wolumenu mieszkań w najbardziej popularnych segmentach, czyli , jedno-, dwu- i trzypokojowych. – Największe ubytki w ilości ofert zanotowaliśmy kategorii kawalerek, których podaż w Warszawie, Gdyni i Poznaniu spadła o ok. 39 proc. – mówi Maciej Górka z Domiporta.pl. – Najmniej kawalerek ubyło w Krakowie, tam różnica nie przekroczyła 13 proc. – dodaje. Co ciekawe, mimo niższej podaży, Domiporta.pl nie zanotowała spadku zainteresowania tego rodzaju mieszkaniami. Zapytania o kawalerki niezmiennie stanowią około 12 proc. wszystkich jakie zadają użytkownicy strony.

– Trend spadkowy odczytaliśmy także w najbardziej popularnym segmencie mieszkań do wynajęcia, czyli dwupokojowych. Tu największe straty zaliczyły Gdańsk, Gdynia i Poznań, w których podaż zmalała o jedną czwartą – zauważa Górka. Spadkowego trendu w Poznaniu nie uratowało wprowadzenie na rynek najmu kilkudziesięciu mieszkań w ramach Funduszu Mieszkań na Wynajem realizowanego przez BGK.

Dane popytowe pokazują, że rośnie zainteresowanie wynajmem w tej kategorii, na przestrzeni 12 miesięcy liczba zapytań zwiększyła się o ok. 14 proc. Można postawić tezę, że rośnie popularność najmu, bo Polski rynek wszedł w fazę, którą 20 lat temu przeszły kraje zachodnie. Jest to dobra informacja dla inwestorów, bo potencjał rynku najmu w Polsce jest duży. Wg Eurostatu w Polsce tylko 4 proc. osób mieszka w mieszkaniu wynajętym na warunkach rynkowych W porównaniu do krajów „starej Unii” to bardzo niewiele. W Holandii, Danii i Niemczech odsetek ten wynosi 30-40 proc., a w Szwajcarii ponad 50 proc.

Jak liczona jest rentowność najmu?

Oczekiwana rentowność z inwestycji w mieszkanie na wynajem liczona jest na podstawie cen transakcyjnych mieszkań (z transakcji dokonanych przez klientów Home Broker i Open Finance) oraz ofert na wynajem zamieszczonych na stronach portalu Domiporta.pl. Stawki ofertowe najmu zostały do obliczeń obniżone o 5 proc. W wyliczeniach uwzględniano dane z siedmiu rynków nieruchomości: Gdańska, Gdyni, Krakowa, Łodzi, Poznania, Warszawy i Wrocławia. Pod uwagę bierzemy medianę, która urealnia dane zmniejszając wagę ofert znacząco odstających od przeciętnych.

Rentowność netto uwzględnia 10,5-miesięczny okres wynajmu mieszkania, 5 PLN za metr miesięcznego czynszu dla administracji płaconego przez właściciela (6 PLN w Krakowie i Wrocławiu oraz 7 PLN w Warszawie) oraz podatek ryczałtowy od przychodów z wynajmu w wysokości 8,5 proc.

Marcin Krasoń, Home Broker
Maciej Górka, Domiporta.pl

 

Hawe liczy na jeszcze wyższe przychody w 2015 roku. W ciągu 6 miesięcy zakończy się projekt realizowany przez Ogólnopolskie Regionalne Sieci Szerokopasmowe

0

CEO Magazyn Polska

Operator telekomunikacyjny Hawe w 2015 roku chce istotnie zwiększyć przychody dzięki efektywnemu wykorzystaniu prawie 4 tys. km sieci światłowodowej. Drugim celem spółki jest dokończenie jesienią tego roku budowy sieci szerokopasmowych w województwach podkarpackim i warmińsko-mazurskim przez spółkę Ogólnopolskie Regionalne Sieci Szerokopasmowe (ORSS). Inwestycja o wartości 626 mln, finansowana ze środków europejskich, wpisuje się w rządowe działania przeciwko wykluczeniu cyfrowemu. Zarząd Hawe chce kontynuować wcześniej obraną strategię, a najważniejszym celem finansowym na 2015 rok będzie zmiana zadłużenia krótkoterminowego w długoterminowe. 

– Doszliśmy do momentu, kiedy mamy zamkniętą budowę sieci, naszej głównej infrastruktury szkieletowej spółki Hawe. W tym roku będziemy koncentrowali się głównie na zwiększeniu sprzedaży. Tym samym będzie to widoczne w wynikach finansowych spółki na koniec roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Paweł Paluchowski, wiceprezes zarządu Hawe SA i prezes zarządu spółki zależnej Mediatel SA.

Głównym celem spółki jest dalszy wzrost sprzedaży (w 2014 roku przychody w ujęciu rocznym wzrosły o 90 proc.) na bazie infrastruktury, którą już Hawe posiada. Chodzi o 4 tys. km światłowodów w Polsce, które są punktami styku w pasie wschód-zachód.

– To jest nasza przewaga, to będziemy rozwijali i na tym będziemy się skupiali, a także na zakończeniu etapu budowy sieci Ogólnopolskich Regionalnych Sieci Szerokopasmowych i ich przejścia w etap operacyjny, który nastąpi 1 stycznia 2016 roku – tłumaczy Paweł Paluchowski.

Spółka ORSS, należąca do grupy Hawe, realizuje projekt budowy, a następnie eksploatacji i zarządzania siecią szerokopasmową o długości ponad 2278 km w województwie warmińsko-mazurskim i 2006 km w podkarpackim. Projekty są współfinansowane przez UE ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Sieć Szerokopasmowa Polski Wschodniej. Realizacja projektów zakończy się jesienią tego roku. Paluchowski zapewnia, że wykonanie inwestycji w chwili obecnej nie jest zagrożone.

– W tym roku te dwa projekty się kończą, to jeden z naszych głównych celów – mówi Paluchowski.

Hawe oczekuje wzmocnienia pozycji spółki jako dostawcy infrastruktury transgranicznej. Ma się to przejawiać pozyskaniem pierwszych klientów z Ukrainy. Na to jednak decydujący wpływ wywiera geopolityczna sytuacja kryzysowa za wschodnią granicą.

– Oczywiście cały czas prowadzimy rozmowy z naszymi potencjalnymi klientami zza wschodniej granicy, którzy są zainteresowani ruchem transgranicznym. Natomiast są to projekty dość długoterminowe, sytuacja geopolityczna również nie ułatwia działalności – przekonuje wiceprezes zarządu Hawe SA. – Trudno mi określić, czy na pewno w tym roku nastąpi znaczący wzrost przychodów zza wschodniej granicy.

Walne Zgromadzenie Hawe 13 maja może podjąć m.in. uchwałę w sprawie ewentualnej zgody na emisję 10 mln nowych akcji, dzięki której spółka pozyska min. 30 mln zł, oraz warrantów subskrypcyjnych uprawniających do ich objęcia. Deklarację w sprawie objęcia nowych walorów złożył już fundusz Whitestone Capital, który wspiera szefów spółki w wykupie menadżerskim.

Nasze przychody w 2014 roku znacząco wzrosły. W ubiegłym roku zobowiązania spółki zostały spłacone w kwocie prawie 45 mln zł. Spółka cały czas jest na etapie bardzo pozytywnego rozwoju i ma stabilną pozycję – podkreśla Paweł Paluchowski.

Przychody Hawe w ubiegłym roku były wyższe w ujęciu rocznym o 90 proc. i wyniosły 332,73 mln zł dzięki realizacji projektów partnerstwa publiczno-prywatnego. Wynik na poziomie netto i EBITDA to odpowiednio 54,36 mln zł i 29,40 mln zł (w 2013 roku wartości te wyniosły odpowiednio 50,8 i 76,5 mln zł). Spółka na koniec 2014 roku miała zadłużenie długoterminowe w wysokości 45,47 mln zł i krótkoterminowe rzędu 99,38 mln zł.

– Na ten rok przewidujemy ryzyko związane ze zmianą zadłużenia spółki z krótkoterminowego na długoterminowe i to jest główny cel, jeśli mówimy o sytuacji finansowej – wyjaśnia wiceprezes zarządu Hawe SA.

Paweł Paluchowski zwraca uwagę na to, że Hawe nie wyklucza działań akwizycyjnych w 2015 roku – w chwili obecnej spółka obserwuje rynek w poszukiwaniu interesujących okazji.

– W toku jest proces sprzedaży TK Telekom, o którym rynek na bieżąco informuje. Natomiast nie mamy dzisiaj żadnego listu intencyjnego ani żadnej wiążącej umowy, która wskazywałaby na działania idące w kierunku przejęcia konkretnej spółki z rynku – podsumowuje Paweł Paluchowski.

Należąca do Vienna Insurance Group Compensa liczy na dwucyfrowy wzrost w ubezpieczeniach niekomunikacyjnych. W tym roku chce wydzielić spółkę dla krajów bałtyckich

CEO Magazyn Polska

Po wskoczeniu do pierwszej piątki w ubezpieczeniach majątkowych Compensa chce zwiększyć przypis składki dwucyfrowo w segmencie ubezpieczeń niekomunikacyjnych. Majątkowa część grupy zamierza wydzielić do końca roku spółkę dla krajów bałtyckich.

– Mamy w tym roku ambicje dalszego wzrostu w Polsce, szczególnie w ubezpieczeniach niekomunikacyjnych, chcemy tam mieć wzrost dwucyfrowy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Artur Borowiński, prezes zarządu Compensa Życie i Compensa Majątek. – 2014 rok zakończył się ogromnym sukcesem Compensy majątkowej. W ciągu roku przesunęliśmy się z pozycji numer siedem jako indywidualna spółka na pozycję numer pięć, czyli aż o dwie pozycje, osiągnęliśmy prawie 1,1 mld zł składki.

Spółka sfinalizowała też fuzję z towarzystwem Benefia Życie. Jak podkreśla Artur Borowiński, model biznesowy grupy został przejrzany, wszystkie obszary zostały uwspólnione, a obecnie trwają prace nad zmniejszeniem liczby systemów informatycznych w spółce.

Jednym z wyzwań, jakie stoją w tym roku przed ubezpieczyciele, jest projekt wydzielenia z majątkowej części towarzystwa spółki bałtyckiej, która będzie sprzedawać ubezpieczenia w Estonii, na Łotwie i Litwie.

Mało kto wie, że Compensa majątkowa w Polsce jest jedyną firmą, która ma oddziały poza granicami kraju zwraca uwagę prezes Artur Borowiński z Compensy. My akurat mamy w krajach bałtyckich, więc do końca roku chcemy wydzielić te operacje, zakładając oddzielną spółkę na Litwie bezpośrednio powiązaną z naszym głównym akcjonariuszem Vienna Insurance Group, ale działającą pod nazwą Compensa.

Prezes ma nadzieję, że do Polski wejdzie austriacki bank z Grupy Erste. Compensa szuka bowiem partnera na rynku bankowym i współpracuje z bankami działającymi na polskim rynku. Tymczasem w naszym kraju grupę te reprezentuje na razie tylko dom brokerski Erste Securities Polska.

– Vienna Insurance Group ma alians strategiczny z Grupą Erste. Jest to grupa, która jest obecna również w wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Niestety, nasi partnerzy z Erste nie są jeszcze obecni w Polsce, mimo że są liderem na wielu rynkach Europy Środkowo-Wschodniej, m.in. w Czechach, na Słowacji, Węgrzech, w Rumunia i oczywiście Austrii. Więc czekamy tutaj na Erste w Polsce, a w międzyczasie współpracujemy z Grupą BRE, czyli z Commerzbankiem, oraz z innymi, mniejszymi bankami.

Compensa deklaruje, że o powrocie na warszawski parkiet nie myśli. Akcje spółki zostały wycofane z obrotu giełdowego ponad 10 lat temu. Jednak zdaniem Artura Borowińskiego debiut na GPW austriackiego właściciela wydaje się naturalnym kierunkiem rozwoju.

Nie wykluczam, ale to pytanie do prezesa Hagena, prezesa VIG-u, czy pewnego dnia będzie on również notowany na giełdzie warszawskiej mówi prezes zarządu Compensa Życie i Compensa Majątek. – Obecnie VIG jest notowany na giełdzie austriackiej w Wiedniu i na giełdzie w Pradze. Więc naturalne wydaje się, że największa giełda w regionie, czyli giełda warszawska, zainteresuje spółkę – to kwestia dwóch, trzech czy czterech lat i myślę, że VIG rozważy taką możliwość debiutu na polskiej giełdzie.

Makarony Polskie inwestują, zatrudniają i restrukturyzują. Planują wydać ponad 44 mln zł

CEO Magazyn Polska

Ponad 44 mln zł w unowocześnienie produkcji planują zainwestować Makarony Polskie. Spółka zatrudnia nowych pracowników i rozważa kolejne akwizycje. Zamierza też uzdrowić sytuację w przejętej trzy lata temu spółce Stoczek.

– W naszym modelu biznesowym zmienia się przede wszystkim nasza zdolność do elastycznego reagowania na zapytania odbiorców mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Zenon Daniłowski, prezes zarządu Makarony Polskie. – Obecnie w Rzeszowie mamy zainstalowane dwie linie do produkcji form krótkich, dlatego możemy bardziej elastycznie reagować na potrzeby. Równolegle możemy produkować i świderek, i penne. Możemy również eksperymentować na makaronach innowacyjnych, prozdrowotnych, jak makarony orkiszowe czy razowe.

W spółce rośnie zatrudnienie, w Rzeszowie np. o około 10 proc. Makarony Polskie również cały czas inwestują. Fabryka w Częstochowie zmienia system suszenia na bardziej niezawodny, zapewniający większą powtarzalność produktu i jego stałą jakość. Jak podkreśla Zenon Daniłowski, trwają też prace nad projektami innowacyjnymi, które można realizować przy wsparciu funduszy europejskich.

Program inwestycyjny, który jest przygotowywany dla Rzeszowa, jest na poziomie 36 mln zł. Program, który jest przygotowany dla Częstochowy, jest na poziomie 8 mln zł. Również zamierzamy inwestować w Stoczek. Przy czym, na co chciałem jeszcze raz zwrócić uwagę, te inwestycje muszą być bardzo mocno skorelowane z innowacyjnością, nauką i trudno dzisiaj tak powiedzieć jeszcze do końca, jak poszczególne projekty będą wyglądały.

Fabryka dań gotowych w Stoczku to dziś jedno z największych wyzwań jakie stoją przed firmą. Jej spółka zależna nie radzi sobie najlepiej, ale w tym roku prezes Makaronów Polskich ma nadzieję na poprawę.

Najważniejsze plany na ten rok to przede wszystkim praca nad podniesieniem Stoczka. Na razie Stoczek, który jest producentem dań gotowych, dżemów oraz produktów warzywnych, ma zbyt rozbudowane portfolio produktów. Chcemy je zawęzić, ponieważ zbyt rozdrobniona produkcja, niestety, generuje zbyt wysokie koszty i to przedsiębiorstwo wymaga jeszcze wiele pracy, aby dorównać np. naszej części makaronowej.

W zeszłym roku przychody Makaronów Polskich spadły o ponad 10 mln zł, przekraczając 117 mln. Zysk netto był jednak dwa razy wyższy niż w roku 2013 i sięgał 4 mln zł. Sytuacja spółki pozwala więc na akwizycje i jej zarząd rozważa różne możliwości, choć bez entuzjazmu. Obecnie firma zalicza się do sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Po wchłonięciu kolejnej spółki – już nie.

Kryterium MŚP jest bardzo istotne, aby móc skorzystać ze środków europejskich – zwraca uwagę prezes Zenon Daniłowski z Makaronów Polskich. Przed akcjonariuszami staje więc pytanie, czy lepiej rozwijać się poprzez inwestycje w innowacje ze wsparciem środków europejskich, czy lepiej jest rozwijać się poprzez akwizycję. Wejście w akwizycję spowodowałoby, że nie moglibyśmy uczestniczyć w ubieganiu się o środki na innowacje, ponieważ przeszlibyśmy do drugiej grupy przedsiębiorstw, czyli już wielkich przedsiębiorstw.

Spotkanie nt. przyszłości jednolitego rynku i integracji strefy euro

Prawidłowo funkcjonujące rynki finansowe są podstawą sukcesu gospodarczego. Dzięki nim można podejmować takie decyzje inwestycyjne, które służą tworzeniu miejsc pracy i zwiększeniu wzrostu gospodarczego – ocenił minister finansów Mateusz Szczurek podczas seminarium Eurofi, które odbyło się 24 kwietnia 2015 r. w Rydze. Eurofi  to europejski ośrodek zajmujący się kwestiami regulacji finansowych i nadzoru. Stanowi platformę wymiany doświadczeń między sektorem finansowym i władzami publicznymi.

Minister Szczurek wziął udział obok przewodniczącego Eurofi Jacquesa de Larosière’a w końcowej sesji poświęconej przyszłości jednolitego rynku i dalszej integracji strefy euro. Minister przypomniał, że Polska przeprowadziła i nadal realizuje szereg reform, które mają zwiększyć elastyczność gospodarki i konkurencyjność polskiego eksportu. Służą one także poprawie sytuacji finansów publicznych, co powinno doprowadzić do zdjęcia z Polski jeszcze w tym roku procedury nadmiernego deficytu. Jednym z głównych wyzwań w Europie pozostaje zwiększenie poziomu inwestycji. Polsce udaje się wygospodarować środki na ten cel, pomimo obniżania wydatków publicznych. Rolę wspomagającą pełnią także fundusze strukturalne. Potrzebne są jednak dalsze działania służące zrównoważeniu polskiej gospodarki, w tym zwiększeniu produktywności.

Plan Inwestycyjny dla Europy

Mateusz Szczurek przyznał również, że chociaż Plan inwestycyjny dla Europy jest ważnym czynnikiem służącym rozwiązaniu kwestii niedostatku inwestycji w UE, to skala tego impulsu może okazać się niewystarczająca do osiągnięcia zakładanego celu. Plan może jednak stymulować i zachęcać do wykorzystania nowych mechanizmów finansowych. Bardzo ważne jest zaangażowanie kapitału prywatnego. Sukces realizacji Planu będzie zależał także od zaangażowania państw członkowskich w jego realizację. Dlatego też Polska już teraz włączyła się do działań, by aktywizować inwestycje w Polsce. Instytucje partnerskie dla Europejskiego Banku Inwestycyjnego w realizacji Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych (EFIS), czyli Bank Gospodarstwa Krajowego oraz Polskie Inwestycje Rozwojowe S.A., zaangażują środki w wysokości do 8 mld euro w inwestycje, które mogą skorzystać z dodatkowego wsparcia EFIS.

Polska droga do euro

Minister Szczurek przypomniał także filary rządowej strategii dot. drogi do euro. Wskazał, że problemy w strefie euro, które nadal nie zostały rozwiązane, oraz utrzymujące się widmo kryzysu nie są czynnikiem zachęcającym do silnego poparcia wspólnej waluty. Musimy mieć jasność co do tego, dokąd zmierza strefa euro. Polska przygotowuje się, by spełnić warunki członkostwa i działa dalej, by wzmocnić polską gospodarkę, lepiej ją zintegrować oraz poprawić dostęp do finansowania. Potrzebne są dalsze analizy dotyczące kosztów i korzyści przystąpienia do strefy euro, w tym zmian w gospodarce oraz reagowania na asymetryczne szoki. Istotnym elementem procesu są także przygotowania techniczne, która muszą być w pełni wyjaśnione, by nie stanowiły przeszkód utrudniających przyjęcie wspólnej waluty.

Konieczny powrót strefy euro na ścieżkę wzrostu

W odniesieniu do integracji Unii Gospodarczej i Walutowej Mateusz Szczurek stwierdził, że należy odpowiednio zrównoważyć interesy państw strefy euro i pozostających poza nią. Wzmocnienie strefy nie może odbyć się kosztem państw członkowskich spoza obszaru wspólnej waluty, a nowe rozwiązania nie mogą prowadzić do tworzenia barier. Bardzo ważny jest też powrót strefy euro na ścieżkę wzrostu. Należy jednak pamiętać, że UE jest bardzo zintegrowaną grupą państw, a nowe regulacje mogą przynieść dodatkowe korzyści wzmacniające jednolity rynek. Integracja w ramach tzw. unii rynków kapitałowych musi mieć określony cel. Minister ocenił, że korzyść z uzyskania dostępu do finansowania na jednolitym rynku nie może być hamowana barierami w lokalnych zasadach dotyczących korzystania z kapitału. Ważne, by tworzyć bodźce do tworzenia dobrych polityk na szczeblu państw członkowskich.

Młodzi na rynku pracy

Jak wynika z badania Pracuj.pl Studenci i absolwenci na rynku pracy już w trakcie studiów ponad połowa respondentów pracowała bądź pracuje zawodowo. Jak wynika z danych Pracuj.pl za pierwszy kwartał 2015 r., osobom o najkrótszym stażu zawodowym dedykowano o 8,4% więcej ogłoszeń niż w analogicznym okresie roku minionego. W pierwszym kwartale 2015 r. największe zapotrzebowanie na pracowników z najkrótszym stażem pracy zgłosiły takie branże jak handel i sprzedaż, bankowość i finanse oraz budownictwo i nieruchomości.

Jak wynika z danych Eurostatu, rynek pracy w Polsce nie jest zbyt łaskawy dla jego najmłodszych uczestników; w lutym 2015 r. stopa bezrobocia wśród osób poniżej 25 roku życia wyniosła 20,8%. Dla porównania dla całego rynku pracy w Polsce było to 7,8%. Jednak dokładniejsza analiza pokazuje, że na tle Europy nie wypadamy najgorzej, bo dla przykładu w Hiszpanii bez pracy pozostaje połowa uczestników rynku pracy poniżej 25 roku życia. Co więcej, porównanie danych rok do roku może napawać pewnym optymizmem, ponieważ okazuje się, że bezrobocie w najmłodszej grupie spadło w Polsce o niemal pięć punktów procentowych (w lutym 2014 r. – było to 25,7%).

Badania portalu Pracuj.pl pokazują, że młodzi ludzie już na etapie studiów poszukują pracy i pracują, a zestawienia miesięczne i kwartalne wskazują, że rynek pracy otwiera się także na młodego pracownika.

Młodzi, wykształceni – wchodzą na rynek pracy

Jak się pokazuje badanie Pracuj.pl Studenci i absolwenci na rynku pracy, ponad połowa badanych podejmuje pracę zawodową w trakcie studiów. W grupie osób poniżej 25 roku życia – 62% respondentów zadeklarowało, że pracuje bądź pracowało zawodowo. Niemal połowa osób w wieku 22-25 lat podjęła pracę związaną z kierunkiem studiów (43% badanych). Jak wynika z analiz, najtrudniej o pracę zgodną z profilem wykształcenia studentom i absolwentom kierunków przyrodniczych – zaledwie 20% badanych z tej grupy zadeklarowało, że pracuje zgodnie z profilem wykształcenia; także humaniści w większości podejmują wyzwania zawodowe spoza obszaru zdobywanych kompetencji – tylko 33% twierdzi, że pracuje bądź pracowało zgodnie z kierunkiem w którym się kształcili. Natomiast wśród respondentów z uczelni o profilu ekonomicznym, technicznym/ścisłym i medycznym ponad 40% twierdziło, że pracuje zgodnie z profilem wykształcenia.

 Rynek pracy dla młodych w pierwszym kwartale 2015 r.

Jak pokazuje analiza ogłoszeń opublikowanych na portalu Pracuj.pl skierowanych do osób z najkrótszym stażem pracy w pierwszym kwartale 2015 r. do asystentów skierowano 4 678 ogłoszeń o pracę, co oznacza 8,4% wzrostu rok do roku oraz 4% wzrostu kwartał do kwartału. Najwięcej ofert pracy dla asystentów opublikowały następujące branże – handel i sprzedaż – były to 923 ogłoszenia (19,7% wszystkich ogłoszeń z I kwartału 2015 r.), bankowość, finanse, ubezpieczenia (13,2% udziału w całości) oraz budownictwo i nieruchomości.

Najdynamiczniej rosło zapotrzebowanie na asystentów w branży produkcja dóbr szybkozbywalnych – wzrost o 30,6% rok do roku oraz w budownictwie i nieruchomościach – 21,8% wzrostu rok do roku. Sporym dynamizmem wykazała się także branża IT w której wzrost rok do roku wyniósł 15,6%. W pierwszym kwartale 2015 r. firmy najchętniej zatrudniały asystentów do działów odpowiedzialnych za handel i sprzedaż – 1043 ogłoszeń (22% wszystkich ogłoszeń skierowanych do asystentów w pierwszym kwartale 2015 r.), obsługę klienta – 927 ofert pracy (19,8% całości) oraz za finanse – 743 ogłoszeń (15,8% całości).

Najwięcej pracy dla osób z najkrótszym stażem pracy jest w województwach: mazowieckim – 1704 ofert pracy dla asystentów w pierwszym kwartale 2015 r. (36,4% – wszystkich ogłoszeń z omawianego okresu), wielkopolskim – było to 12% udziału w całości oraz małopolskiego – udział wyniósł 8,7%. Najdynamiczniej liczba ogłoszeń dedykowanych asystentom przyrastała w województwie dolnośląskim, o ponad jedną piątą rok do roku (23,8%) oraz w województwie mazowieckim (20,5% wzrostu rok do roku) i wielkopolskim (17,5% przyrostu rok do roku).

Badanie Pracuj.pl Studenci i absolwenci na rynku pracy, przeprowadzone przez Pracuj.pl metodą ankiety dostępnej online na grupie 2746, będących studentami bądź absolwentami uczelni wyższych.

Polski przemysł zbrojeniowy może odegrać znaczącą rolę w modernizacji polskiej armii

CEO Magazyn Polska

Konsolidacja polskiej branży zbrojeniowej została formalnie zakończona. W Polskiej Grupie Zbrojeniowej znajduje się ponad 30 podmiotów z rocznymi obrotami na poziomie 5 mld zł. Trwają prace nad strategią grupy, która pozwoli na jak największy udział w wartej 130 mld zł modernizacji polskiej armii. PGZ, pozostająca w rękach państwa, stała się największym producentem uzbrojenia w tej części Europy.

Konsolidacja polskiego przemysłu zbrojeniowego, zapoczątkowana jesienią 2013 roku, została zakończona sukcesem – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Zdzisław Gawlik, wiceminister Skarbu Państwa. – Mamy grupę, której kapitalizacja przekracza 5 mld zł. Przed nami dalsze wyzwania, czyli takie zrestrukturyzowanie grupy kapitałowej, żeby to w głównej mierze ona stała za modernizacją polskich sił zbrojnych. Musimy zaproponować takie produkty, które będą konkurencyjne i którymi polska armia będzie zainteresowana.

Na modernizację techniczną polskiej armii do 2022 roku MON przeznaczy ok. 130 mld zł. Realizowanych jest 14 programów operacyjnych, najwięcej (ponad 26 mld zł) ministerstwo przeznaczy na system obrony powietrznej. Jak podkreśla Gawlik, w każdym z nich mają uczestniczyć polskie przedsiębiorstwa przemysłu obronnego. Wiadomo, że programie Wisła (w zakresie obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej średniego zasięgu) polskie firmy nie będą liderem.

Jesteśmy w kontakcie z liderem wybranego konsorcjum i zakładamy, że duży udział dostaw niezbędnych do realizacji tego projektu będzie pochodził od przedsiębiorstw z Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Mam nadzieję, że polskie przedsiębiorstwa  będą taż miały znaczący udział w programie Narew, dotyczącym ochrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu. Jestem przekonany, że tak jak dzisiaj liderem w projekcie Wisła jest Raytheon, tak w przypadku Narwi będzie to PGZ – mówi wiceminister.

W PGZ skonsolidowanych jest ok. 30 podmiotów, a ich roczne obroty przekraczają 5 mld zł. To sprawia, że grupa stała się największym producentem zbrojeniowym w regionie. W dużej mierze to efekt zachowania kontroli nad sektorem przez państwo i odpowiedniego zarządzania nim.

Kiedyś minister skarbu był nadzorcą prywatyzacji, dzisiaj dba o rozwój spółek, tak żeby intensywniej budować ich wartość – tłumaczy Gawlik.

Z 8,5 tys. przedsiębiorstw przeznaczonych do prywatyzacji Skarb Państwa zachował kontrolę nad branżami kluczowymi dla polskiej gospodarki, m.in. zbrojeniową, energetyczną czy chemiczną. Utworzony w ramach aktywnego zarządzania „Program koordynacji projektów strategicznych” inicjuje współpracę między spółkami i zapewnia wymianę doświadczeń. W efekcie powstają czempiony – spółki, które z powodzeniem są w stanie konkurować z zachodnimi koncernami.

Ostatnie 25 lat procesów przemian własnościowych w Polsce było czasem dobrze wykorzystanym przez państwo i przedsiębiorstwa – podkreśla Gawlik. – Proces prywatyzacji jeszcze się nie zakończył, są obszary działalności gospodarczej, w których Skarb Państwa pozostaje właścicielem, ale powinien z nich stopniowo wychodzić.

Na prywatyzację wciąż czeka jeszcze ok. 3 proc. przedsiębiorstw. To przede wszystkim małe podmioty z branży turystycznej i komunikacji samochodowej. Z prywatyzacji do budżetu państwa już wpłynęło 152 mld zł, jednak gospodarka zyskała znacznie więcej. Napływ zagranicznych inwestorów sprawił, że polskie firmy stały się bardziej innowacyjne. Przykładem udanych zmian jest m.in. Dolina Lotnicza na Podkarpaciu.

Te przemiany własnościowe dały możliwość uruchomienia nowych obszarów działalności gospodarczej, a sama gospodarka stała się konkurencyjna. Dzięki nim wielu ludziom żyje się lepiej – podkreśla Gawlik.

Wiceminister przyznaje, że spółki Skarbu Państwa pracują nad różnymi pomysłami na wzrost i rozszerzenie obszaru działalności gospodarczej zarówno w Polsce, jak i na świecie. Nie chce jednak zdradzać żadnych konkretów.

Mogę powiedzieć, że trzy największe spółki, które wyjątkowo intensywnie prowadzą taką działalność, na pewno nie zakończyły projektów akwizycyjnych w Europie i na świecie – wyjaśnia Zdzisław Gawlik.

Unijne wsparcie może wpłynąć na większą liczbę debiutów na GPW

CEO Magazyn Polska

Rok 2015 powinien przynieść wzrost liczby giełdowych debiutów w Polsce. Po słabym 2014 roku, kiedy liczba IPO zmniejszyła się o 35 proc., do poprawy sytuacji na warszawskim parkiecie może przyczynić się coraz lepsza kondycja krajowej gospodarki. Poza tym firmy, które chcą szukać inwestorów na giełdzie, mogą liczyć na wsparcie unijne.

Zeszły rok pod względem debiutów w Europie był wyjątkowy. Ich łączna wartość wyniosła prawie 50 mld euro i była najwyższa od momentu rozpoczęcia kryzysu finansowego. W porównaniu z 2013 rokiem był to dwukrotny wzrost. Jak wynika z danych PwC, łącznie w 2014 roku w Europie przeprowadzono 375 ofert pierwotnych.

W Polsce łączna wartość debiutów w 2014 roku przekroczyła 300 mln euro i była niższa o 35 proc. w stosunku do debiutów w 2013 roku. Z tego 13 debiutów odbyło się na Giełdzie Papierów Wartościowych, a 22 na NewConnect – mówi agencji informacyjnej Newseria Mateusz Skonieczny, ekspert w dziedzinie controllingu strategicznego, planowania finansowego i business intelligence.

Ich łączna wartość spadła o 72 proc., do poziomu 313 mln euro. Wśród największych debiutów znalazły się oferty takich spółek, jak Alumetal, Prime Car Management i Torpol (odpowiednio 71 mln, 50 mln i 44 mln euro).

W 2013 roku duży wpływ na aktywność w zakresie debiutów na giełdzie miał Skarb Państwa, przyczyniły się też do tego procesy prywatyzacyjne, a w 2014 roku tej aktywności zabrakło. W tym roku już wiemy o kilkunastu przewidywanych debiutach. Wszystko wskazuje na to, że wartość tych debiutów będzie wyższa niż w 2014 roku – mówi Mateusz Skonieczny.

Na warszawski parkiet wybiera się m.in. Hortex i Grupa Wirtualna Polska. Zdaniem Skoniecznego inwestorzy powinni zwrócić uwagę na debiuty z branż ICT oraz deweloperskiej.

Na lepsze wyniki w tym roku powinny wpłynąć pozytywne perspektywy dla polskiej gospodarki. Ruszają wielkie inwestycje finansowane ze środków unijnych, a  polskie firmy coraz sprawniej radzą sobie ze sprzedażą swoich towarów za granicą. Rosną płace i spada bezrobocie, a i niskie stopy procentowe powinny zniechęcić część inwestorów do trzymania pieniędzy na bankowych lokatach i skłonić ich do zakupu akcji.

Debiutom giełdowym sprzyjać będzie to, że w nowej perspektywie 2014-2020 przewidziane są środki na współfinansowanie kosztów przygotowań do debiutów giełdowych, co obecnie jest jedną z głównych barier w wejściu na GPW – ocenia Mateusz Skonieczny.

 

Polska ma szansę w ciągu kolejnej dekady podwoić eksport żywności

CEO Magazyn Polska

Krajowi producenci żywności mogą zwiększyć sprzedaż do krajów Afryki Północnej oraz Chin. Algieria zainteresowana jest współpracą w zakresie wymiany towarowej, a także nasiennictwa, hodowli, genetyki, systemów magazynowania oraz przetwórstwa. Na początku maja polska delegacja jedzie do Chin, gdzie także wzrasta zainteresowanie polską żywnością. Resort rolnictwa liczy na co najmniej podwojenie eksportu w ciągu najbliższej dekady.

Afryka Północna to coraz bardziej atrakcyjny rynek dla polskiej żywności. Według Agencji Rynku Rolnego wartość eksportu polskich produktów rolno-spożywczych do Algierii w 2014 r. wyniosła 283 mln dol. wobec 110 mln w 2013 r.

Miejmy nadzieję, że taki wzrost eksportu utrzyma się także w tym roku, bo dane za pierwszy kwartał są zadowalające – mówi Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi. – Duża dynamika dotyczy przede wszystkim produktów mleczarskich, spore jest także zainteresowanie owocami i warzywami oraz polską wołowiną i drobiem. W sprawie wołowiny być może uda się zorganizować dłuższy program naukowo-promocyjny.

Według ARR największy dział w eksporcie do tego kraju miał w ubiegłym roku sektor mleczarski (66 proc.) oraz producenci zbóż (22 proc.). Znacząco wzrosło zainteresowanie polskimi jabłkami, przy czym najchętniej importowane były te odmiany idared, które wcześniej Polska wysyłała m.in. do Rosji. W całej Afryce Północnej coraz silniejszą pozycję zdobywają krajowe słodycze oraz wyroby cukiernicze.

Algieria jest państwem prawie osiem razy większym od Polski, ale pod względem liczby ludności bardzo podobnym (około 40 mln mieszkańców). Eksport do tego kraju to również szansa na zdobycie sąsiednich rynków.

Polscy producenci promowali się w Algierii podczas międzynarodowych targów Djazagro.

To jedna z największych imprez wystawienniczych w Afryce Północnej, organizowana co roku – podkreśla Sawicki. – Są to targi z serii imprez międzynarodowych SIAL organizowanych przez grupę francuską. W tym roku wzięło w nich udział ponad 200 firm z 36 państw świata. Polskę reprezentowało 19 przedsiębiorstw, które prawie przez cały tydzień eksponowały swoje produkty w centrum wystawienniczym.

Podczas wizyty w Algierii prócz zobowiązań dotyczących wymiany towarowej zostały także ustalone zasady współpracy w zakresie rozwoju rolnictwa, w sprawach związanych z nasiennictwem, hodowlą, genetyką, systemami przechowalnictwa oraz przetwórstwa.

Gdybyśmy weszli do Algierii nieco głębiej poprzez wspólne inwestycje, to jest szansa na to, by polska żywność zagościła w tym kraju na dłużej – mówi minister.

Ale to nie jest jedyny obszar geograficzny, który interesuje polskich producentów. W pierwszej połowie maja duża grupa przedsiębiorców uda się do Chin na targi żywności międzynarodowej serii SIAL. Tamtejszy rynek, choć ze znacznie większym potencjałem, odebrał w ubiegłym roku mniej towarów z Polski niż Algieria.

W zwiększeniu wymiany z Chinami przeszkadza nam zbytnie konkurowanie polskich firm między sobą i zamknięte możliwości dotyczące wieprzowiny – wyjaśnia Sawicki. – Miejmy nadzieję, że moja wizyta po targach w tamtejszej inspekcji bezpieczeństwa żywności, która organizuje spotkanie z ministrami rolnictwa na tzw. nowym szlaku jedwabnym, przyczyni się do łagodniejszego traktowania pod tym względem Polski.

Wartość eksportu polskiej żywności w 2006 roku wyniosła zaledwie 8,6 mld dol. W ubiegłym roku natomiast około 20 mld zł. Jak podkreśla minister w ciągu kolejnej dekady powinniśmy podwoić sprzedaż zagraniczną. Możliwości ku temu są, ponieważ – jak dodaje Sawicki – potencjał surowcowy i przetwórczy polskiego rolnictwa jest wykorzystywany w zaledwie 60-65 proc.

Wszystko zależy od koniunktury na rynkach zewnętrznych oraz sposobu sprzedaży. Musimy od nowa, Polacy, polskie przedsiębiorstwa, polscy handlowcy nauczyć się sprzedawać polską żywność, bo jest to żywność wysokiej jakości i to na świecie jest już dostrzegane. Natomiast sprzedajemy indywidualnie, nie jesteśmy jeszcze na tyle zorganizowani, żeby z naszą polską ofertą wchodzić na ten rynek zespołowo – podkreśla minister rolnictwa i rozwoju wsi.

W Przeciszowie powstanie kopalnia, która ma przynosić zyski

CEO Magazyn Polska

W przyszłym roku – zgodnie z planem – ma ruszyć budowa kopalni węgla kamiennego w Przeciszowie. Jak zapewnia budujący ją Kopex, będzie ona bezpieczna dla górników, niezagrażająca otoczeniu i – co najważniejsze – zyskowna. Węgiel z Przeciszowa ma konkurować z importowanym z Rosji surowcem o odbiorców indywidualnych.

Nowa kopalnia powstanie na złożu Oświęcim – Polanka 1. W Przeciszowie będzie centralne miejsce kopalni, czyli zakład przeróbczy. Jeszcze w tym roku inwestor, czyli należąca do Grupy Kapitałowej Kopex spółka Kopex Ex-Coal, planuje pozyskanie koncesji na eksploatację węgla. Zgodnie z harmonogramem rozpoczęcie budowy po zgromadzeniu pełnej dokumentacji zaplanowano na przyszły rok.

Udokumentowane złoża bilansowe to 423 mln ton – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Uszko, Agnieszka Bulik,prezes spółki Kopex Ex-Coal. – Mamy wykonany zatwierdzony przez Ministerstwo Środowiska projekt zagospodarowania tego złoża, który zakłada eksploatację prawie 100 mln ton w bardzo atrakcyjnych dla górnika warunkach, czyli złoże bez zagrożeń, bardzo wydajne, w bardzo dobrej lokalizacji, która nie będzie wpływała na szkody górnicze. Na powierzchni mamy tereny rolne, tak że będzie bardzo mała ingerencja w środowisko.

Atrakcyjne położenie złoża i bardzo dobre warunki geologiczno-górnicze pozwalają zbudować od podstaw bardzo nowoczesną kopalnię, która będzie miała zaprojektowane nietypowe dla górnictwa udostępnienie tego złoża upadówkami, czyli korytarzami wykonanymi w technologii tunelowej.

To w przyszłości bardzo ograniczy koszty eksploatacji tej kopalni, a jednocześnie będzie miało bardzo duży wpływ na produkcję węgla grubego – podkreśla Marek Uszko. – Ponad 40 proc., takie mamy szacunki na dzisiaj, to będzie rynek węgla grubego, na którym jest bardzo dobra marża. Natomiast reszta, czyli miał energetyczny, który sprzedawany jest już z mniejszą marżą, będzie lokowany na pewno w spółkach energetycznych.

Większość węgla z przeciszowskiej kopalni trafiać ma do energetyki zawodowej, natomiast ok. 40 proc. do odbiorców indywidualnych.

To jest rynek, który w Polsce jest chłonny na około 12 mln ton i właśnie na ten rynek wpływa węgiel importowany, węgiel rosyjski. My z tym węglem będziemy konkurować i mam nadzieję, że w polskich domach będzie spalany polski węgiel – podkreśla Uszko.

Projekt finansowania inwestycji nie zakłada poszukiwania pieniędzy na warszawskim parkiecie czy pozyskanie środków przez kredyt. Spółka liczy na duże zainteresowanie inwestorów projektem.

Mamy w planach założenie spółki na bazie spółki Ex-Coal, spółki celowej, pozyskanie finansowania dłużnego i w ciągu pięciu lat uruchomienie kopalni – zapowiada prezes Marek Uszko w rozmowie przeprowadzonej podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. – Zespół nabierze kompetencji po to, żeby realizować podobne inwestycje w innych miejscach w kraju i za granicą, na całym świecie.

Polacy gotowi na przeprowadzkę w związku ze zmianą pracy

CEO Magazyn Polska

Polacy stają się coraz bardziej mobilni zawodowo. Rośnie liczba osób, które deklarują gotowość przeprowadzki w związku ze zmianą pracy. Indeks mobilności w naszym kraju wynosi 108 punktów i jest wyższy od średniej europejskiej. Decyzja o zmianie miejsca pracy to coraz częściej wybór pracownika, a nie pracodawcy.

Indeks mobilności, czyli otwartości na możliwość zmiany pracy, wynosi w Polsce 108 punktów, przy średniej unijnej 101. Okazuje się, że Polacy ze zrozumieniem przyjmują sytuację, w której muszą udać się gdzieś za pracą, zaakceptować zmiany – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Agnieszka Bulik, dyrektor ds. prawnych i public affairs agencji doradztwa personalnego Randstad.

Jak wynika z badania Monitor Rynku Pracy Instytutu Badawczego Randstad przeprowadzonego na osobach pracujących co najmniej 24 godziny w tygodniu, nie tylko rośnie gotowość na zmianę pracy, lecz także faktyczny poziom rotacji między stanowiskami. Polska jest w czołówce krajów europejskich pod względem poziomu rotacji (22 proc. przy średniej unijnej 18 proc.).

W ostatnim półroczu tylko we Francji był wyższy odsetek tych, którzy zmieniali pracę. Chodzi o pozytywne przyczyny, osobiste, a nie wynikające z decyzji pracodawcy – podkreśla Bulik.

Rośnie liczba tych, dla których powodem zmiany pracy jest chęć polepszenia warunków zatrudnienia (45 proc.). Co trzeci badany wskazuje, że motywacją jest też osobiste pragnienie zmiany.

Rekordowo wysokie jest również przekonanie o dostępności pracy. 72 proc. badanych uważa, że w razie potrzeby w ciągu pół roku znajdzie porównywalną pracę (wzrost o 7 pkt proc.). Rośnie też wiara, że uda się znaleźć jakąkolwiek pracę (81 proc.). To efekt coraz lepszej sytuacji na rynku pracy. Bezrobocie w marcu spadło do 11,7 proc. (z 12 proc. w lutym).

Mimo lepszych wskaźników rośnie też liczba osób, które obawiają się utraty pracy.

 Dotyczy to nie tylko osób młodych bądź powyżej 55. roku życia. Taki lęk na wysokim poziomie przejawiają również osoby w przedziale wiekowym 35-44, które mają stabilne zatrudnienie, dobrą pracę, jednak widzą, że wszystko się zmienia i że praca nie jest dana raz na zawsze – wskazuje ekspertka.

Obecnie już 36 proc. osób ocenia, że nie ma pewności, czy uda im się utrzymać pracę. To wzrost o 3 pkt proc. względem poprzedniego badania i jeden z najwyższych wskaźników ze wszystkich edycji.

Zdaniem Bulik to efekt przede wszystkim postępującej automatyzacji. Część obowiązków może przejąć komputer, a w części branży ludzi łatwiej jest zastąpić. Obawy towarzyszą również pracownikom biurowym, którzy dotychczas byli przekonani, że ich stanowisko jest bezpieczne.

Coraz częściej mamy do czynienia z fakturami elektronicznymi, z innym przepływem dokumentacji. To wymusza zmiany w strukturze zatrudnienia i z tym każdy musi się liczyć – przekonuje Agnieszka Bulik. – Może to wywoływać niepokój, że jednak rynek pracy nie jest do końca stabilny.

Producenci wódki wciąż odczuwają skutki podwyżki akcyzy

Polska branża spirytusowa wciąż odczuwa skutki ubiegłorocznej podwyżki akcyzy na wódkę. Sprzedaż tego alkoholu spadła w porównaniu z okresem sprzed wzrostu podatku o ponad 20 proc., a kurczący się rynek skłonił producentów do rozpoczęcia wojny cenowej. Ten rok ma być testem dla kondycji branży. Producenci liczą też na coraz większy eksport.

2014 rok był okresem zapaści na rynku wódki, a wynikało to z niedyskutowanej i niekonsultowanej z branżą spirytusową decyzji ministra finansów dotyczącej podniesienia podatku akcyzowego o 15 proc. od 1 stycznia 2014 roku. Ten rok będzie pokaże, jaka jest kondycja branży wódczanej, branży spirytusowej, a powiedzmy sobie szczerze, polska wódką stoi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szumowski, prezes Stowarzyszenia Polska Wódka.

Jak wynika z danych Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Spirytusowego, w okresie 14 miesięcy po podwyżce akcyzy produkcja mocnych alkoholi zmalała w Polsce o 24 proc. w porównaniu do takiego samego okresu sprzed wzrostu podatku. To więcej niż najgorsze przewidywania. Ministerstwo Finansów szacowało, że rynek skurczy się o 3 proc. przez wzrost cen, a branża oczekiwała 10-proc. spadku.

Szumowski zwraca uwagę na to, że skutki podwyżki cały czas są odczuwalne, ale w tym roku statystyki powinny dać bardziej rzeczywisty obraz kondycji branży. Zastrzega, że przemysł spirytusowy pozostaje bardzo wrażliwy na zmiany obciążeń podatkowych i kolejne wzrosty akcyzy lub inne restrykcje, chociażby wynikające z ustawy o wychowaniu w trzeźwości, które mogą bardzo zaszkodzić temu rynkowi.

Ceny rosły w ubiegłym roku, nie od początku, bo magazyny były zapełnione alkoholami mocnymi dostarczonymi do hurtowni, sieci i finalnych konsumentów jeszcze przed wejściem w życie decyzji o podatku akcyzowym. Nie jest dobrze i nie byłoby dobrze, gdyby trwała wojna cenowa, a ona była niestety elementem działania branży w 2014 roku. Powinniśmy być przede wszystkim odpowiedzialni za przyszłość i rywalizować, ale w sposób mądry i przemyślany – mówi Andrzej Szumowski.

Szansą na odbicie jest wzrost eksportu. Jak podkreśla Szumowski, w przeciwieństwie do innych typowych alkoholi regionalnych, takich jak szkocka whisky czy francuski koniak, polska wódka jest w tej chwili sprzedawana przede wszystkim na rynku krajowym. Eksport jednak powoli rośnie – w 2013 r. wyniósł 151,3 mln euro, co stanowiło wzrost o ponad 8 proc. rok do roku. Podstawą rosnącego eksportu musi być jednak silny rynek krajowy.

Mówi się dużo o patriotyzmie gospodarczym, a ja bym użył na potrzeby branży rolno-spożywczej określenia patriotyzm konsumpcyjny. Chciałbym, żeby Polacy mieli świadomość, że eksport będzie tym efektywniejszy, im bardziej polskie produkty będą zakorzenione w polskiej tradycji i na polskim stole – podkreśla Szumowski.

Zauważa jednak, że choć polscy konsumenci ogólnie są lojalni, a ich przyzwyczajenia trudno zmienić, to coraz częściej szukają oni nowości. Szczególnie osoby jeżdżące za granicę oraz osoby młode zwracają uwagę na nowości znane z innych krajów. W połączeniu z rosnącą zamożnością Polaków i coraz większymi wydatkami konsumpcyjnymi wymusza to na producentach wódki opracowywanie nowych produktów.

Dodatkowe ubezpieczenia mało popularne wśród Polaków

CEO Magazyn Polska

Co trzeci Polak wyjeżdża na urlop bez ubezpieczenia turystycznego. Większość liczy na to, że w razie wypadku lub choroby wystarczy im Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego. Nie pokrywa ona jednak wszystkich kosztów leczenia. Dodatkowe polisy zapewniają nie tylko pomoc lekarską i zwrot kosztów leczenia, lecz także ubezpieczenie OC oraz pomoc w razie utraty bagażu czy zniszczenia sprzętu sportowego.

Polacy wciąż sceptycznie podchodzą do nieobowiązkowych ubezpieczeń. Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że tylko co czwarty kierowca, który kupił obowiązkową polisę OC, decyduje się także na nieobowiązkowe AC. Badania TNS pokazują natomiast, że połowa Polaków nie ma polisy na wypadek śmierci lub kalectwa, a dwie trzecie – ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków. Polacy nie ubezpieczają także nieruchomości, chyba że wymaga tego umowa kredytowa z bankiem.

– Przede wszystkim Polacy ubezpieczają swoje samochody. Ubezpieczenia dobrowolne, ubezpieczenia mienia, ubezpieczenia związane z codziennym życiem wybierane są coraz chętniej, aczkolwiek ich zakres jest ciągle jeszcze dość wąski, a sumy ubezpieczenia relatywnie niskie. O ubezpieczeniach dobrowolnych myślimy bardzo często w momencie, kiedy powstaje pewne zagrożenie. Majówka jest powodem do tego, aby myśleć o bezpieczeństwie swojego otoczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Włodarczyk-Moczkowska, prezes zarządu firmy ubezpieczeniowej Gothaer.

Ubezpieczenia turystyczne nie cieszą się jednak popularnością wśród Polaków. Z danych KNF wynika, że bez dodatkowej polisy za granicę wyjeżdża co trzeci Polak. Jednocześnie rośnie zainteresowanie Europejskimi Kartami Ubezpieczenia Zdrowotnego. Większość Polaków nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że karty EKUZ pokrywają tylko 80 proc. kosztów leczenia za granicą i nie obejmują kosztów transportu medycznego, które mogą wynosić nawet kilka tysięcy złotych. Dodatkowe ubezpieczenie turystyczne obejmują nie tylko ochronę zdrowia, lecz także pokrywają m.in. koszty transportu czy utraty bagażu.

Decydując się na wyjazd, powinniśmy myśleć o naszym bezpieczeństwie, bo praktycznie wszystko może się zdarzyć. W zależności od rodzaju wyjazdu powinniśmy skorzystać z takiej polisy, która zabezpiecza nas właściwie na każdy wypadek. Jesteśmy w stanie zaproponować ofertę zarówno tym, którzy wyjeżdżają rekreacyjnie na wakacje, jak i tym, którzy uprawiają konkretny rodzaj sportów, jak sporty wodne, narciarstwo czy sporty ekstremalne – mówi Anna Włodarczyk-Moczkowska.

Zdaniem ekspertów podstawowa polisa osoby wyjeżdżającej na wakacje powinno zawierać ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków, kosztów leczenia za granicą, assistance, kosztów akcji ratowniczej lub poszukiwawczej, odpowiedzialności cywilnej oraz ubezpieczenie bagażu bądź sprzętu sportowego. To niezbędne minimum może być rozbudowane o dodatkowe polisy.

Koszt ubezpieczenia turystycznego zależny jest od zakresu i kwoty polisy, zazwyczaj zaczyna się jednak od kilku złotych za dzień wyjazdu. Decydując się na polisę turystyczną, należy zwrócić uwagę na to, czy zakres ubezpieczenia obejmuje wszystkie aktywności, które planuje się wykonywać podczas wyjazdu.

Powinniśmy zwrócić uwagę na sposób zgłoszenia likwidacji szkód: czy jest on prosty, czy daje nam poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Dzisiaj zakłady ubezpieczeń oferują szereg udogodnień swoim klientom, chociażby to, że klient otrzymuje odpowiednie powiadomienia na telefon komórkowy tak, żeby numer polisy i numer centrum alarmowego były zawsze pod ręką i były do wykorzystania w momencie, kiedy się pojawia taka potrzeba. Ale przede wszystkim ważny jest zakres ubezpieczenia – mówi Anna Włodarczyk-Moczkowska.

Na czas wyjazdu warto także ubezpieczyć mieszkanie lub dom. Pod nieobecność właścicieli zwiększa się ryzyko włamania z kradzieżą, możliwe jest także zalanie lub zniszczenie na skutek niekorzystnych warunków atmosferycznych, jak wichury czy ulewy. Firmy ubezpieczeniowe dają obecnie możliwość wykupienia tego typu polisy nie tylko właścicielom nieruchomości, lecz także osobom wynajmującym mieszkanie lub budującym dom.

Polacy nadal wybierają samochody używane

CEO Magazyn Polska

W ubiegłym roku na rynku aut używanych przeprowadzono 1,7 mln transakcji. Kolejne 700 tys. samochodów to import indywidualny. Sprzedaż aut używanych wygląda w kraju podobnie jak 25 lat temu, jednak kupujący mają coraz więcej oczekiwań, zarówno co do standardu wybieranych pojazdów, jak i jakości obsługi.

Rynek samochodów używanych jest często niedoceniany przez ekonomistów i polityków. Tymczasem jest to znacząca część polskiej gospodarki.

W 2014 roku w Polsce sprzedano ponad trzysta tysięcy samochodów nowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Vonau, dyrektor generalny AAA AUTO w Polsce. –  Jednocześnie liczba transakcji na rynku samochodów używanych wyniosła 1,7 mln, a 700 tys. samochodów wjechało do Polski jako import indywidualny. Mówimy więc o 2,4 mln sztuk samochodów, które zmieniły właściciela w Polsce.

Holenderska grupa AAA AUTO należy do europejskich liderów w handlu używanymi samochodami. W kwietniu otworzyła pierwszy salon sprzedaży w Polsce – w Piasecznie koło Warszawy. Jak podkreśla Vonau, upodobania Polaków i kondycja rynku pozwalają firmie oczekiwać dobrych wyników sprzedażowych.

Klienci szukają wozów lepszej klasy, lepiej wyposażonych, w lepszym stanie technicznym i prawidłowym stanie prawnym.

Rynek się rozwija bardzo podobnie do ogólnej sytuacji gospodarczej kraju – mówi  Przemysław Vonau. – Cały czas widać lekki wzrost średniej ceny samochodów używanych oraz wymagań klientów zarówno co do standardu wybieranych pojazdów, jak i jakości obsługi.

Jego zdaniem polski rynek handlu używanymi samochodami zmienia się bardzo niewiele. W jego ocenie działające w Polsce firmy niewiele robią, by poprawić jakość swojej oferty.

W handlu spożywczym, bankowości czy komunikacji przez 25 lat zaszły ogromne zmiany, a handel używanymi samochodami wygląda dzisiaj dokładnie tak, jak 25 lat temu. Jesteśmy przekonani, że polski klient oczekuje od firm, które działają na tym rynku, czegoś więcej. Będziemy bardzo się starać, żeby klient mógł kupować u nas w warunkach, z jakimi ma do czynienia w innych branżach – mówi dyrektor generalny AAA Auto.

AAA Auto sprzedaje najczęściej samochody po pierwszym lub drugim właścicielu, z udokumentowaną historią serwisową i dożywotnią gwarancją legalnego pochodzenia. Firma deklaruje, że każde zakupione auto przechodzi szczegółową kontrolę. Z powodu wykrytych wad mechanicznych lub prawnych, firma rezygnuje z zakupu aż 65-70 proc. samochodów.

Polska jest czwartym, po Węgrzech, Czechach i Słowacji, rynkiem Europy Środkowej, na którym firma rozpoczęła działalność. Obroty firmy w 2013 roku przekraczały 379 mln euro. W ubiegłym roku sprzedaż wyniosła ponad 63,6 tys. aut, a w tym ma sięgnąć 70 tys.

W tym roku firma chce otworzyć jeszcze jeden salon w Polsce – w Katowicach. A od przyszłego roku planuje otwierać do pięciu salonów rocznie. Uruchomienia każdego autocentrum to koszt ok. 2 mln euro (łącznie z kosztem zakupu samochodów).