Investors TFI: widać rosnące zainteresowanie zagranicznych inwestorów spółkami z WIG20

Krajowi inwestorzy w tym roku kupują raczej akcje małych i średnich spółek, dlatego te największe liczą na kapitał zagraniczny. Investors TFI jest zdania, że spodziewane wzrosty na warszawskiej giełdzie podyktowane będą głównie aktywnością inwestorów zagranicznych lokujących kapitały głównie w spółkach blue chip wchodzących w skład indeksu WIG20.

– Widzimy powrót inwestorów, w szczególności zagranicznych, na WIG20 – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji w Investors TFI. – Jeżeli będziemy mogli oczekiwać wzrostów, to tylko dzięki pieniądzom napływającym z zagranicy. Polscy inwestorzy w tym roku bardziej obstawiają małe i średnie spółki, które powinny być liderami wzrostów na giełdzie.

Od początku roku indeks WIG20, gromadzący spółki o największej kapitalizacji na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, wzrósł o 6,9 proc. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca wzrost przekroczył 7 proc. Średnie spółki skupione w mWIG40 od początku roku zyskały blisko 10 proc., a w ciągu miesiąca  2 proc. Z kolei sWIG80 zyskał w tym roku 12 proc., ale przez ostatni miesiąc jedynie 1 proc.

Na razie nie ma jakiegoś szerokiego przepływu do rynków wschodzących kapitału zagranicznego – wskazuje Jarosław Niedzielewski. – Widzimy, że niektóre z tych rynków zachowują się lepiej i w związku z tym inwestorzy zagraniczni część pieniędzy kierują również do Polski. W szczególności dlatego, że jesteśmy blisko rynków zachodnioeuropejskich, które zachowują się bardzo dobrze w ostatnich tygodniach i miesiącach.

Tym bardziej że ożywienie gospodarcze w Europie zaczyna już być widoczne.

Jesteśmy krajem, który leży bardzo blisko niemieckiej, największej w Europie, gospodarki i możemy na tym najbardziej skorzystać, w tym również polskie spółki – przekonuje Niedzielewski. – Wydaje mi się, że sektor, który może rosnąć, to banki. Mają szansę odzyskać siłę, ale tylko gdy będziemy już wiedzieli, czy zostaną podjęte rozwiązania dotyczące kredytów frankowych. To jest kluczowe ryzyko, które do tej pory trochę uniemożliwiało silniejsze wzrosty największemu sektorowi dużych spółek wchodzących w skład WIG20.

W okresie od stycznia do końca marca indeks WIG-banki stracił ponad 3,5 proc. i był jedynym sektorem branżowym na GPW, który w tym czasie odnotował stratę. Dopiero w ostatnich dniach odrobił straty z pierwszego kwartału.

W ramach prac nad nowymi zasadami funkcjonowania rynku kredytów hipotecznych Związek Banków Polskich zaproponował utworzenie dwóch funduszy. Ze wspierającego kredytobiorców Funduszu Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych mogliby korzystać zadłużeni, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej, niezależnie od waluty w jakiej zaciągali pożyczkę. Natomiast zadaniem Sektorowego Funduszu Stabilizacyjnego byłaby pomoc wyłącznie w rozwiązaniu problemu kredytów we frankach szwajcarskich. Związek zaproponował również tzw. uwolnienie zabezpieczeń hipotecznych, czyli ewentualną możliwość zmiany zabezpieczenia na wpis do księgi wieczystej innej nieruchomości.

Firmy mają szanse na lepsze stawki i warunki wynajmu biur. Skorzystają na tym przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa

Warszawski rynek powierzchni biurowej jest coraz bardziej korzystny dla najemców. Duża liczba nowych biurowców wpływa na obniżkę czynszów. Oprócz tego firmy mogą negocjować inne atrakcyjne warunki, np. wakacje czynszowe czy biuro dostosowane do swoich specyficznych potrzeb. To przede wszystkim szansa dla małych i średnich firm na siedzibę w bardziej prestiżowych lokalizacjach.

Jak wynika z danych firmy JLL, w ubiegłym roku w Warszawie przybyło blisko 280 tys. mkw. powierzchni biurowej. Ogółem w stolicy całkowita podaż to prawie 4,5 mln mkw.

To bardzo dobry czas dla firm, które mają siedziby np. w mieszkaniach, żeby wprowadzić się do nieruchomości biurowych, które były dotychczas dla nich niedostępne – mówi Bartosz Budnicki, dyrektor operacyjny w Commerson, firmie oferującej doradztwo i pośrednictwo w obrocie nieruchomościami komercyjnymi. – W tej chwili deweloperzy są w stanie wykończyć powierzchnie zgodnie z wymaganiami nowego najemcy, udzielają też wakacji czynszowych. Dlatego klient może całkowicie bezkosztowo wejść w nowe biuro w prestiżowej lokalizacji.

Obecnie w stolicy w budowie jest 760 tys. mkw. powierzchni biurowej. W 2015 roku w Warszawie do użytku zostanie oddanych ok. 320 tys. mkw., przynajmniej tyle samo w 2016 roku.

Warsaw Spire to 100 tys. mkw., Hines to kolejne 70 tys. mkw. i jeszcze 90 tys. firmy Skanska. Nie widać, żeby przez najbliższe parę lat ta tendencja miała wyhamować. Jedynym hamulcem mogą być banki, które wstrzymają finansowanie nowej podaży, ale trudno ocenić, czy tak faktycznie się stanie – mówi Budnicki.

W ubiegłym roku podpisano umowy najmu na 612 tys. mkw. (dane JLL). Duża liczba nowych inwestycji sprawia jednak, że coraz więcej deweloperów ma problem ze znalezieniem najemców. Raport firmy CBRE „Warsaw Office MarketView Q4 2014” wskazuje, że obecnie 570 tys. mkw. to pustostany. Na koniec 2015 roku bez najemcy może być 18 proc. powierzchni, a w 2016 roku może być to ponad 20 proc. – oceniają eksperci. To trudna sytuacja dla deweloperów, ale wyjątkowo korzystna dla najemców.

Jeśli banki nie wstrzymają finansowania, możemy mieć rynek najemcy przez najbliższe 10 lat. Jeśli nastąpi wstrzymanie finansowania nowych inwestycji, może się okazać, że sytuacja rynkowa, korzystna dla małych i średnich firm, ulegnie zmianie w ciągu trzech lat – przekonuje ekspert firmy Commerson.

Obecna sytuacja to okazja nie tylko do rewizji warunków dotychczasowych umów i negocjacji niższego czynszu, lecz także do znalezienia nowego biura w dobrej lokalizacji i korzystnej cenie. Budnicki przekonuje, że warto w tym celu skorzystać z pomocy firm, które zajmują się doradztwem w obrocie nieruchomościami i mogą pomóc zarówno w negocjacji czynszu, jak i wyborze właściwego budynku.

Wybór budynku jest bardziej skomplikowany. Na finalną ofertę składa się nie tylko cena za 1 mkw., lecz także efektywność budynku, składowe opłat serwisowych i inne warunki najmu. Kiedy przychodzi klient, który twierdzi, że potrzebuje 450 mkw., to po weryfikacji jego wymagań budynki, które mu przedstawiamy, mogą, w zależności od efektywności, oferować powierzchnię od 350 do 550 metrów – wskazuje Budnicki.

Klienci wciąż ostrożnie korzystają z pomocy takich firm. Tym bardziej że część pośredników może równocześnie reprezentować deweloperów.

Polacy nie oszczędzają na produktach dla dzieci. Sieć sklepów Coccodrillo chce wykorzystać dobrą koniunkturę

CEO Magazyn Polska

Sklepy z produktami dla dzieci notują coraz lepsze wyniki. W ubiegłym roku Coccodrillo miało 11,4 mln zł zysku. To wynik lepszy niemal o 275 proc. od osiągniętego w 2013 roku. Firma planuje utrzymać wynik finansowy na zbliżonym poziomie i zwiększyć obroty o ok. 7-10 proc. Wyniki mogą być jeszcze lepsze, bo rynek produktów dla dzieci systematycznie rośnie. W ubiegłym roku jego wartość przekroczyła 9 mld zł.  

Jesteśmy bardzo zadowoleni ze sprzedaży w 2014 roku. Pierwsze miesiące tego roku również pokazują, że jesteśmy dobrze odbierani, a nasze kolekcje cieszą się zaufaniem klientów – mówi agencji Newseria Biznes Marek Dworczak, prezes zarządu CDRL, właściciela marki Coccodrillo. – Styczeń zamknął się ponad 20-proc. wzrostem w stosunku do poprzedniego roku, podobnie w lutym i marcu – dodaje.

Rynek produktów dla dzieci rośnie. Z danych firmy PMR wynika, że w 2014 roku był on wart ok. 9 mld zł, co oznacza mniej niż 3-proc. wzrost względem 2013 roku. W najbliższych latach dynamika ma być jeszcze większa – ok. 4 proc. Branża liczy na coraz lepsze wyniki, zwłaszcza że powoli poprawia się sytuacja demograficzna. W 2014 roku, po raz pierwszy od czterech latach, zanotowano wzrost urodzeń (376 tys., o 6 tys. więcej niż w 2013 roku).

Chcemy utrzymać dynamikę sprzedaży na poziomie 7-10 proc. Zapewne nie uda nam się osiągnąć takiego wzrostu, jaki zanotowaliśmy między 2013 a 2014 rokiem, kiedy z 3 mln zł osiągnęliśmy ponad 11 mln. Ponad 200-proc. wzrost jest niewykonalny, ale będziemy zadowoleni, jeśli nasz wynik będzie na podobnym poziomie netto jak w 2014 roku – podkreśla prezes CDRL.

Odzież i obuwie dziecięce to największy segment rynku produktów dla dzieci. W ubiegłych latach odzież generowała ponad 30 proc. sprzedaży (odzież i obuwie łącznie blisko połowę). Jak zaznacza Dworczak, najlepiej sprzedaje się odzież dla niemowlaków i najmłodszych dzieci.

Z raportu PMR wynika, że wybierając produkty dla dzieci, Polacy częściej sięgają po asortyment z górnej półki i uznane marki.

Kładziemy nacisk na jakość, na to gdzie i jak produkujemy. Nasze produkty są poddawane weryfikacji i kontroli jakości kilkakrotnie, od momentu powstania wzorów do ostatecznej weryfikacji, jak już towar zostanie dostarczony na nasz magazyn w Kościanie – zaznacza Dworczak. – Ludzie nam zaufali, chętnie kupują nasze produkty, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i internetowych. To jest taki powód, dla którego tak śmiało patrzymy w przyszłość.

Sieć Coccodrillo liczy obecnie ponad 360 sklepów na całym świecie (z czego 214 w Polsce). W tym roku powierzchnia handlowa powinna wzrosnąć o ok. 9 proc. do 457 placówek na koniec roku. Klienci będą mogli kupować również w sklepie internetowym.

Dynamicznie rośnie sprzedaż samochodów ciężarowych. Producenci opon spodziewają się dużych wzrostów

Polscy producenci opon mają nadzieję, że najgorsze już za nimi. Liczą na to, że już w tym roku krajowa sprzedaż zacznie rosnąć i będzie to zapowiedzą jeszcze większych wzrostów w 2016 roku. Na razie Polacy wola kupować samochody niż opony.

W ubiegłym roku sprzedaż opon do aut osobowych była o 2 proc. mniejsza niż rok wcześniej. W przypadku ogumienia do samochodów ciężarowych spadek wyniósł aż 11 proc. To efekt spowolnienia w inwestycjach. Wraz z uruchomieniem środków unijnych ruszą nowe projekty, więc branża liczy na to, że ten rok i kolejne lata przyniosą wzrosty w tym segmencie.

Spadki w segmencie samochodów osobowych są przede wszystkim skutkiem lekkiej jak na nasz klimat zimy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. – W przypadku ciężarówek powodem jest zahamowana sprzedaż samochodów ciężarowych i inwestycji w branży budowlanej. Duże kontrakty infrastrukturalne i budowa dróg na razie zostały wstrzymane. Wszyscy czekają na nowy budżet unijny, nową kontraktację, podpisywanie umów, więc spodziewamy się, że w tym roku i na pewno w przyszłym segment opon ciężarowych na zanotuje wzrosty.

W ubiegłym roku sprzedaż opon do samochodów ciężarowych była o 11 proc. niższa. Sprzedaż tego typu aut w tym okresie spadła o ponad 9 proc. W tym roku wyniki sprzedaży w salonach są już dużo lepsze. Pierwszy kwartał zakończył się na 11-proc. plusie. Tylko w marcu sprzedaż była o 27,4 proc. wyższa niż przed rokiem i o 21,9 proc. wyższa niż w lutym – wynika z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego

– Branża oponiarska składa się z dwóch podstawowych segmentów: opony produkowane i sprzedawane do fabryk motoryzacyjnych na tzw. pierwszy montaż i opony sprzedawane na rynek wtórny. W związku z tym od liczby sprzedanych nowych samochodów i od liczby rejestracji zależy w pewnym stopniu również wynik poszczególnych producentów opon. Im bardziej sprzedaż samochodów rośnie, tym lepiej sprzedają się opony – wyjaśnia Sarnecki.

Spadki sprzedaży opon w Polsce są wyjątkowe na tle całego kontynentu. W ubiegłym roku w Europie sprzedaż była wyższa o 2 proc. w segmencie aut osobowych i o 4 proc. w segmencie samochodów ciężarowych.

W całej Europie sprzedaje się 165 mln sztuk opon do aut osobowych, w Polsce – około 9,5 mln. W przypadku samochodów ciężarowych to 8,5 mln sztuk w Europie, około 700-800 tys. w Polsce – informuje dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. – Analizując dane rynkowe, można powiedzieć, że 2014 rok w Europie był nieznacznie lepszy niż 2013 rok. Spodziewamy się, że ta tendencja zwyżkowa obejmie też 2015 rok. W Polsce również spodziewamy się na koniec 2015 roku poprawy wyników ze względu na zwiększoną liczbę zarejestrowanych samochodów.

Dla działających w Polsce producentów opon rynek krajowy nie jest jednak najważniejszy, ich fabryki pracują bowiem głównie na eksport.

Od lat 90. przemysł oponiarski zainwestował w Polsce 7,5 mld zł – przypomina Piotr Sarnecki. – Mamy cztery fabryki: w Olsztynie, Dębicy, Poznaniu i Stargardzie. Dziennie produkują one 130 tys. sztuk opon, więc jesteśmy bardzo dużą branżą i dużym eksporterem. Nasze produkty są sprzedawane na czterech kontynentach.

Polacy coraz chętniej sięgają po wina. Do winiarskich potęg sporo nam jednak brakuje

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż win w Polsce rośnie. Z raportu KPMG wynika, że już co dziesiąta złotówka wydana na alkohol przypada właśnie na wina. Najczęściej kupowane są trunki do 30 zł za butelkę, coraz częściej wytrawne i półwytrawne, a nie deserowe jak kilka lat temu. Rocznie Polak wypija 7 litrów wina, w tym 3,5 litra wina gronowego. Spożycie w krajach winiarskich jest kilkukrotnie większe.

Coraz więcej ludzi pije wina, jednak wciąż znacznie częściej sięgają po piwa. Spożycie piwa dziś to ok. 90 litrów rocznie na osobę, a wina – w granicach 7 litrów, z czego 3,5 litra przypada na wina gronowe. Pozostałe 3,5 proc. to wina owocowe, wszelkiego rodzaju napoje fermentowane produkowane na bazie polskich owoców – mówi agencji Newseria Biznes Elżbieta Pawłowska, członek honorowy Polskiej Rady Winiarstwa.

W międzynarodowych rankingach Polacy pod względem spożycia wina wciąż są w tyle Europy (35. miejsce). Francuzi wypijają rocznie 45 litrów wina (15 razy więcej), niewiele mniej Portugalczycy (42 litrów), czy Włosi (37 litrów). Rynek rośnie jednak w siłę. Jak wynika z raportu KPMG, od 2004 roku sprzedaż win gronowych, zarówno spokojnych, jak i musujących, wzrosła w Polsce o 56 proc.

Upodobania konsumentów idą w kierunku win wytrawnych, półwytrawnych i półsłodkich. Jeszcze kilkanaście lat temu preferowano wina deserowe i ziołowe – ocenia ekspertka. – Na wina musujące największe zapotrzebowanie jest w okresie karnawału, ale już w tej chwili obserwujemy, że te wina również interesują konsumentów w ciągu całego roku, przede wszystkim latem, np. szampan z truskawkami.

Prognozy KPMG wskazują, że rynek wina może się rozwijać w tempie blisko 7 proc. rocznie. Może mieć to związek z coraz większą ofertą, zwłaszcza w dyskontach. Tam też najczęściej kupujemy wina (44 proc. ). Sięgamy po te do 30 zł za butelkę. Rzadziej kupujemy wina premium w sklepach specjalistycznych.

Niemniej jednak już jest coraz większa grupa konsumentów, którzy z racji tego, że wyjeżdżają za granicę i spotykają się z określonymi winami, szukają ich na naszym rynku i wówczas kupują również wina droższe – zaznacza Pawłowska.

Same firmy zajmujące się dystrybucją zaznaczają, że w ciągu najbliższych lat wzrośnie znaczenie win niemusujących, przede wszystkim w przedziale cenowym 30-60 zł (wzrost o 71 proc. wedle raportu KPMG).

Na stole Polaków dominują wina europejskie, stąd pochodzi 75 proc. importowanych win gronowych. W 2013 roku kluczowym dostawcą były Włochy (21,3 mln litrów). Coraz większym zainteresowaniem cieszą się wina z Nowego Świata (np. z USA i Chile). Chętnie otwieramy się też na nowości.

Większa popularność wina różowego na Zachodzie przenoszona jest na nasz rynek. Obecnie cieszy się ono sporą renomą – przyznaje Elżbieta Pawłowska.

Choć zdecydowana większość win obecnych na polskim rynku pochodzi z importu, powoli rośnie też zainteresowanie rodzimą produkcją. Z informacji Agencji Rynku Rolnego wynika, że w sezonie 2013/2014 działało 49 producentów wina (cztery lata wcześniej było ich 21), a uprawiana powierzchnia winorośli to ok. 100 ha.

Ogólnie polskie wina są rozprowadzane w regionach, w których są wytwarzane. Zdarza się, że można je kupić w restauracjach czy sklepach. Często jest to połączone z agroturystyką – podkreśla ekspertka Polskiej Rady Winiarstwa.

Producenci telewizyjni mają więcej zamówień od mniejszych stacji. Ich udział w oglądalności rośnie

0

 

Oglądalność tzw. wielkiej czwórki stacji telewizyjnych w ciągu ostatniego roku spadła o blisko 2 pkt proc. Zyskują natomiast mniejsze anteny, które łącznie mają już ponad połowę udziałów w oglądalności. Rosnąca popularność powoduje, że coraz częściej zamawiają one u krajowych producentów telewizyjnych.

Wielka czwórka, czyli TVN, Polsat i dwa kanały telewizji publicznej, straciła pozycję lidera – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Grzywaczewski, wiceprezes zarządu spółki ATM Grupa, producenta programów telewizyjnych. – Mniejsze anteny mają już większy udział w rynku niż te cztery główne.

Według danych badającej rynek firmy Nielsen Audience Measurement w marcu pierwsze miejsce wśród najpopularniejszych stacji telewizyjnych należało do TVP1. Udział tego kanału w porównaniu z marcem 2014 roku zmniejszył się jednak o 3,43 pkt proc. i wyniósł 12,97 proc. Z trzeciej na drugą pozycję awansował Polsat, którego udział w analizowanym okresie zmniejszył się o 1,45 pkt proc. do 12,26 proc. Na ostatnią lokatę podium spadł TVN, którego wynik w porównaniu z marcem ubiegłego roku zmalał o 6,23 pkt proc. do 11,89 proc. Czwarte miejsce należało do TVP2 (9,21 proc., czyli o 5,15 pkt proc. mniej niż przed rokiem). Łączny udział wielkiej czwórki zmalał z 48,26 proc. w marcu 2014 roku do 46,33 proc. pod koniec ubiegłego miesiąca.

Małe stacje zdają sobie sprawę z tego, że trzeba mieć polski kontent, bo on się najlepiej ogląda – wskazuje Maciej Grzywaczewski. – Zwracają się zatem do nas o polskie produkcje, bo krajowy widz najbardziej je lubi. To bardzo nas cieszy. Są one zresztą, porównując z różnymi, zagranicznymi realizacjami, na bardzo dobrym poziomie.

Jak wynika z zestawiania Nielsena w marcu br. wśród 20 najchętniej oglądanych programów najwięcej, bo dwanaście miejsc, zajęły pozycje wyemitowane przez TVP1, cztery – TVP2, a po dwie – Polsatu i TVN. Największą widownię zgromadził serial „M jak miłość” TVP2, którego najchętniej oglądany odcinek (10 marca) zatrzymał przed telewizorami 7,43 mln osób. Drugie miejsce zajął serial TVP1 „Ranczo”, którego odcinek z 15 marca zgromadził średnio 7 mln osób.

Bardzo się otwieramy na przyzwyczajenie krajowego widza do krajowych produkcji – przekonuje Grzywaczewski. – Stąd właśnie poszliśmy w stronę Pulsu, współpracujemy z Foksem i Discovery. Powstaje nowy kanał Canal+ Discovery. Będziemy jednym z jego głównych partnerów produkcyjnych. To bardzo dużo produkcji lifestyle’owych, które choć są trochę tańsze, to rynek jest nimi bardzo zainteresowany.

ATM Grupa współpracuje również ze stacją TV4 przy produkcji telenoweli dokumentalnej „Policjantki i policjanci”. Ten format również cieszy się w Polsce coraz większą popularnością.

Jesteśmy otwarci także na współpracę z mniejszymi kanałami. One oferują trochę mniejsze budżety, ale jesteśmy w stanie dać im za to dobrą ofertę – zapewnia wiceprezes ATM Grupa.

Producentom telewizyjnym sprzyja również rynek reklamy TV. W ubiegłym roku wpływy w tym segmencie były większe o 5,6 proc.

Mimo przenoszenia się reklamy do internetu widzimy pozytywne trendy również w telewizji. Cały czas podaż reklamy na tym rynku, szczególnie w kraju, utrzymuje się na dobrym poziomie, bo Polacy przede wszystkim oglądają telewizję. Młode pokolenie może rzeczywiście częściej korzysta z internetu, choć często jest on po prostu instrumentem do ściągania kontentu telewizyjnego czy fabularnego – wskazuje Grzywaczewski.

Niewielka popularność ubezpieczeń dla rowerzystów. Wykupuje je tylko 5 proc. Polaków

Polacy pokochali jazdę na rowerze. Z badań CBOS wynika, że z jednośladów korzysta aż 70 proc. społeczeństwa. Wciąż jednak co czwarty nie stosuje obowiązkowych odblasków, a  tylko co trzeci jeździ w kasku. Tylko 5 proc. zdecydowało się wykupić odpowiednie ubezpieczenie. Na rynku są obecnie dostępne pakiety AC, OC i NNW dla rowerzystów, które pomagają uniknąć wysokich kosztów w razie utraty pojazdu lub udziału w wypadku drogowym.

Z badań przeprowadzonych przez Europ Assistance Polska wynika, że bezpieczeństwo jest ważne dla rowerzystów, ale nie wszyscy przywiązują do tego odpowiednią wagę. 23 proc. nie stosuje odblasków, a tylko 33 proc. jeździ w kasku. Z kolei blisko 66 proc. rowerzystów przed przejażdżką sprawdza stan swojego roweru. Dodatkowo prawie połowa miłośników jednośladów jeździ tylko po wyznaczonych trasach. Zdecydowanie częściej robią to kobiety, one jednak rzadziej niż mężczyźni używają kasków czy ochraniaczy. Cykliści pamiętają także o dzieciach: 40 proc. najchętniej przewozi pociechy w foteliku rowerowym, tylko 4 proc. korzysta ze specjalnych przyczepek. Co ciekawe, zaledwie 5 proc. polskich cyklistów korzysta z przeznaczonych dla nich ubezpieczeń. 49 proc. kupiła je samodzielnie, pozostali otrzymali je w ramach innego ubezpieczenia.

Na rynku co roku pojawiają się nowe produkty ubezpieczeniowe dla rowerzystów. Najczęściej dotyczą one ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej, ubezpieczenia kradzieży pojazdu oraz od wystąpienia nieszczęśliwego wypadku. Oferta jest zróżnicowana. Możemy kupować takie ubezpieczenia osobno lub w pakiecie z innymi produktami ubezpieczeniowymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Justyna Niebutkowska, specjalista ds. PR i marketingu Europ Assistance Polska.

Dla rowerzystów dostępne są trzy rodzaje polis: AC, OC i NNW. AC chroni przed stratami wynikającymi z utraty lub uszkodzenia roweru, co przydarza się co dziesiątemu Polakowi.

Zdaniem policji rowerzyści niedostatecznie zabezpieczają swoje pojazdy: 71 proc. stosuje zabezpieczenia mechaniczne, takie jak łańcuchy, linki i zapięcia typu un-lock. 16 proc. znakuje swój rower, a 14 proc. stosuje blokadę na tylne koło. Najczęściej kradzieże dokonywane są w miejscu zamieszkania.

Na przykładzie ubezpieczenia Pomoc Rowerowa możemy pokazać, że nie samo ubezpieczenie jest jego przedmiotem, lecz także assistance, które jest do niego dołączone. Tak jak w assistance samochodowym ubezpieczony rowerzysta może liczyć zarówno na odszkodowanie, jak i na pomoc w przypadku awarii pojazdu, która wiąże się np. z holowaniem roweru albo usprawnieniem go na miejscu zdarzenia – mówi Justyna Niebutkowska.

Przeznaczone dla rowerzystów ubezpieczenie NNW pokryje koszty związane z chorobą po wypadku drogowym. OC chroni natomiast rowerzystę od odpowiedzialności finansowej za szkodę wyrządzoną innej osobie podczas jazdy na rowerze. Ubezpieczenie to kosztuje kilkanaście złotych rocznie, a może uchronić przed poważnym wydatkiem. Ze statystyk Komendy Głównej Policji wynika, że stale wzrasta liczba wypadków z udziałem rowerzystów. W 2013 roku doszło do blisko 5 tys. wypadków, to o 70 więcej niż dwa lata wcześniej. Życie straciło w nich aż 317 osób, wiele zostało rannych.

Dobre ubezpieczenie powinno być jak najlepiej dostosowane do potrzeb rowerzysty.

Jeżeli często jeździmy, to warto wybrać ubezpieczenie, które zawiera w sobie pakiet assistance. Wraz z częstotliwością poruszania się na rowerze wzrasta też ryzyko wystąpienia awarii naszego pojazdu, a wtedy assistance może być bardzo przydatny. Jeżeli jesteśmy zwolennikiem ubezpieczeń majątkowych i chcemy chronić swój dobytek, to warto rozważyć zakup ubezpieczenia majątkowego, do którego będzie dołączone również ubezpieczenie rowerowe – mówi Justyna Niebutkowska.

Ogólnopolskie Badanie Rowerowe Europ Assistance Polska pokazało, że 56 proc. polskich cyklistów jeździ na rowerze kilka razy w tygodniu, a 19 proc. nawet codziennie. Większość, bo aż 87 proc., jazdę na rowerze traktuje rekreacyjnie, 28 proc. korzysta z roweru, by pojechać do sklepu po zakupy, a 26 proc. dojeżdża w ten sposób do pracy lub szkoły.

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Zaskakujące orzeczenie w sprawie bankowego tytułu egzekucyjnego

0

Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy o bankowym tytule egzekucyjnym są niezgodne z konstytucją. Poniżej Komentarz Bartosza Wyżykowskiego, radcy prawnego, eksperta Konfederacji Lewiatan.

14 kwietnia 2015 r. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy ustawy – Prawo bankowe umożliwiające bankom wystawianie bankowych tytułów egzekucyjnych (BTE), są niezgodne z art. 32 ust. 1 Konstytucji RP, a więc z zasadą, że wszyscy są równi wobec prawa (sygn.: P 45/12). Przepisy tracą moc obowiązującą z dniem 1 sierpnia 2016 r.

To zaskakujące orzeczenie, dlatego, że problematyka ta dwukrotnie była przedmiotem rozważań Trybunału Konstytucyjnego i w obu wyrokach (wyrok z dnia 16.05.1995 r., K 12/93 i wyrok z dnia 26.01.2005 r., P 10/04), Trybunał Konstytucyjny orzekł, że instytucja BTE nie jest niezgodna z Konstytucją RP. W najnowszym orzeczeniu Trybunał Konstytucyjny uznał jednak, że prawo do wystawiania BTE jest przywilejem banków, naruszającym zasadę równego traktowania w trzech aspektach. A mianowicie w relacji między bankiem a jego klientem, w relacjach między bankami jako wierzycielami a pozostałymi podmiotami będącymi wierzycielami oraz w relacjach między dłużnikami banków i dłużnikami innych podmiotów.

Zlikwidowanie obecnie istniejącego trybu dochodzenia roszczeń, spowoduje konieczność występowania przez banki do sądu z powództwem na zasadach ogólnych, bądź powództwami opartymi na zabezpieczeniach osobowych (np. weksle), rzeczowych, bądź też, co wydaje się bardzo  prawdopodobne, z przyjmowaniem przez banki oświadczeń o poddaniu się egzekucji składanych w formie aktu notarialnego w trybie art. 777 § 1 pkt. 4-6 k.p.c. Zastosowanie tych narzędzi może się z kolei wiązać z dodatkowymi kosztami po stronie klientów banków, w tym konsumentów. Swoją drogą, skoro BTE uznane zostało jako niezgodne z zasadą równości w relacji wierzyciel-dłużnik, z takim uzasadnieniem, że strony powinny mieć równe, co do zasady, możliwości obrony swych praw i interesów wynikających z zawartej umowy, to powstaje pytanie, czy tytuły egzekucyjne z art. 777 k.p.c. tej zasady również nie naruszają?

Powstaje też ciekawe pytanie, jak w okresie do 1 sierpnia 2016 r. (termin utraty mocy obowiązującej przepisów), zachowają się sądy (zwłaszcza powszechne) i czy będą nadawały bankowym tytułom egzekucyjnym klauzule wykonalności, a co za tym idzie, czy BTE będą mogły być podstawą egzekucji? Z jednej strony, już samo ogłoszenie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego uchyla domniemanie konstytucyjności zakwestionowanych przepisów. Z drugiej zaś, odroczenie utraty ich mocy obowiązującej wskazuje, że nagła zmiana stanu prawnego mogłaby być zbyt radykalną i niosącą za sobą negatywne skutki. Zresztą w swoim komunikacie, Trybunał wskazał, że odroczenie to umożliwić ma zakończenie spraw w toku oraz wydanie przez ustawodawcę odpowiednich przepisów intertemporalnych. Kluczowa będzie też treść uzasadnienia do wyroku.

Z kolei orzecznictwo Sądu Najwyższego nie jest w tym zakresie jednolite. Wydaje się przeważać pogląd, że przepis uznany za niezgodny z Konstytucją RP, nawet w przypadku odroczenia utraty jego mocy wiążącej, nie powinien być stosowany ani do stanów faktycznych powstałych przed wydaniem wyroku, ani po jego ogłoszeniu (por. wyrok Sądu Najwyższego z dnia 20 maja 2009 r., I CSK 379/08). Również w orzecznictwie sądów administracyjnych dominuje pogląd wyrażony przez Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 6 lutego 2008 r., II OSK 1745/07, że przepis uznany przez TK za niekonstytucyjny ma taki charakter od samego początku, tj. od dnia jego wejścia w życie. W przypadku BTE decyzja o tym, czy i jak stosować przepisy prawa bankowego, należeć będzie do sądów powszechnych.

Nie możemy zmarnować sukcesu ostatnich 25 lat

Prezydent Bronisław Komorowski podsumował pięć lat swojej kadencji i przedstawił plany na przyszłość.

Komentarz Henryki Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan

BochniarzNie możemy zmarnować wspólnej szansy, nie możemy zmarnować sukcesu 25 lat i kolejnej, ale też ostatniej transzy silnego finansowego europejskiego wsparcia. Musimy zbudować nowe przewagi konkurencyjne Polski, bo trzymanie się dotychczasowych, może nas zepchnąć na pozycję gospodarki skolonializowanej. Cieszy nas, przedsiębiorców, że Bronisław Komorowski ma taką samą wizję prezydentury. Powinniśmy budować porozumienie, jak ma wyglądać Polska za 10, 20 lat, a każdy kolejny prezydent i rząd powinni dokładać swoją cegiełkę, zamiast wywracania wszystkiego co zrobili poprzednicy.

W ogłoszonym w lipcu ubiegłego roku Manifeście Polska 2015-2025, zaproponowaliśmy nowe cele na kolejne 10 lat: zwiększenie PKB o połowę, zmniejszenie o połowę skali ubóstwa i przystąpienie do strefy euro. To współgra z priorytetami prezydenta.

Jak osiągnąć te cele? Przede wszystkim trzeba skupić świat polityki na kluczowych kwestiach rozwoju gospodarki i rozwoju społecznego. Nie zapewni nam nowych przewag uchwalanie dziesiątków czy setek nowych ustaw i rozporządzeń, jeżeli nie mamy wizji, strategii i planu. Potrzebna jest uczciwa i rzetelna współpraca wszystkich sił politycznych z pracodawcami i przedsiębiorcami. Potrzebne jest też niezależne centrum analiz strategicznych – ośrodek, który oceniałby postępy i zagrożenia przyjętej strategii rozwoju. Postulujemy powołanie Rady Konkurencyjności po to, by rozwiązania prawne filtrować przez pryzmat przyjętej strategii.
Dla Lewiatana silna obecność Polski w Unii Europejskiej jest kluczowa. To dobre dla Polaków, dla gospodarki, dla Europy. Nie możemy być sami, bo przegramy.

Ogromną szansą jest otwarcie wszystkich partnerów społecznych i rządu na kwestie dialogu społecznego. Mamy uzgodniony projekt, teraz trzeba szybko go uchwalić i zacząć pracę Rady Dialogu Społecznego. Jedno jest jednak pewne: najlepsza nawet ustawa dotycząca dialogu nie spełni oczekiwań, jeśli nie będzie gotowości wszystkich stron , a przede wszystkim rządu, do autentycznego dialogu, zaufania, wspólnego dążenia do rozwiązywania trudnych spraw.

Prezydentura musi być oparta na najwyższych wartościach – wolności i solidarności. Jak pisał Paweł Jasienica, „polityka nigdy nie odbywa się w moralnej próżni. Zaufanie rządzonych do osobistej przyzwoitości rządzących znaczy bardzo wiele.” Prezydent z racji urzędu ma podstawowe zadanie – przywrócić godność i jakość polityce i debacie publicznej.

Konfederacja Lewiatan

Lewiatan w Koalicji na rzecz Polskich Innowacji

0

Realne, trwałe i systemowe zmiany gospodarczo-społeczne to cel, który będzie realizować Koalicja na rzecz Polskich Innowacji. Została powołana do życia przez najprężniej działające w Polsce instytucje naukowe, akademickie i biznesowe. Misja KPI została przedstawiona w czasie spotkania inauguracyjnego, które odbyło się 16 kwietnia w Warszawie.

Koalicja, której założycielami są m.in. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej, Gdański Park Naukowo-Technologiczny, Intel, Konfederacja Lewiatan, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, PwC, Startup Poland czy Wardyński i Wspólnicy działa na rzecz stworzenia przyjaznych warunków dla rozwoju ekosystemu innowacji w Polsce. W wyniku prac KPI zostaną wypracowane szczegółowe proinnowacyjne rozwiązania na rzecz rozwoju sektora B+R w Polsce i zwiększenia poziomu innowacyjności polskiej gospodarki.

– Polska gospodarka odniosła w minionych dekadach niewątpliwy sukces, ale dziś potrzebuje takich zmian, które pozwolą na wyrwanie się z „pułapki średniego rozwoju” i awans do grona krajów wysoko rozwiniętych. Nie da się tego osiągnąć jedynie w drodze kopiowania, importu technologii i zadowalania się rolą globalnych poddostawców. Polskie firmy muszą stać się innowacyjne, ekspansywne, zacząć budować globalne marki i docierać ze swoją ofertą do klientów na całym świecie –komentuje powstanie Koalicji prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.

– Wiadomo powszechnie, że tylko ogólnokrajowa, „wieloresortowa” i skoordynowana polityka w zakresie wparcia nowych technologii może pozwolić na szybkie zwiększenie światowej konkurencyjności Polskiej gospodarki. Wspólne działanie jest więc niezwykle ważne, bowiem rozwój innowacji to nie jedynie wyścig o prymat światowy, ale przede wszystkim wzrost dobrobytu obywateli i bardziej atrakcyjne życie codzienne w Polsce. Dlatego cieszę się, że tak wielu środowiskom zależy na rozwoju kultury innowacyjności w naszym kraju. Wierzę, że w dialogu biznesu i administracji wypracowany zostanie optymalny, przyjazny ekosystem rozwoju nowoczesnych technologii „made in Poland” –  podkreśla prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski, dyrektor NCBR.

– Koalicja na rzecz Polskich Innowacji będzie podejmować między innymi działania mające na celu zbliżenie środowisk naukowych i biznesowych w Polsce, a także poprawienie jakości dialogu międzysektorowego – jest to dla nas jedno z jej najważniejszych zadań. Zależy nam na tym, aby w ramach grup roboczych wypracować między innymi instrumenty wsparcia dla firm chcących zaangażować się w działalność w sferze B+R – dodaje prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Swoją misję Koalicja będzie realizowała poprzez:

1. Rozwijanie inteligencji rynkowej poprzez stymulowanie właściwych kierunków badań naukowych oraz wypracowanie kultury organizacyjnej sprzyjającej wzmacnianiu ekosystemu innowacji.

2. Wskazanie  narodowych specjalności w badaniach i nauce o największym potencjale oraz ich promocja w Polsce i za granicą.

3. Wprowadzanie dogodnych warunków do tworzenia nowych innowacyjnych firm (start-upów) w Polsce oraz działanie na rzecz poprawy ich współpracy z innymi sektorami gospodarki.

4. Wypracowywanie i promowanie narzędzi do ochrony, zarządzania i komercjalizacji własności intelektualnej.

5. Działanie na rzecz zbliżenia świata nauki oraz biznesu, zwiększające skłonność do inwestowania w badania naukowe i transfer wiedzy.

6. Tworzenie dogodnych warunków dla biznesu do otwierania i rozwijania oddziałów R&D w kraju oraz zwiększanie ich zaangażowania w badania naukowe.

7. Wypracowanie strategii zmian legislacyjnych służących rozwojowi innowacyjnej gospodarki.

8. Promowanie twórczych i przedsiębiorczych postaw oraz zachęcanie młodzieży do planowania kariery w obszarze innowacji.

9. Wspieranie budowy wiodących centrów naukowych, które przyciągną do kraju ambitne projekty, wybitne talenty, a wraz z nimi innowacyjne firmy i dodatkowe możliwości finansowania.

Bieżąca działalność Koalicji będzie opierać się na pracach czterech grup roboczych dedykowanych poszczególnym obszarom tematycznym: 1) regulacjom prawnym, 2) współpracy nauki z biznesem, 3) zarządzaniu IP, komercjalizacji badań i Venture Capital oraz 4) systemowi podatkowemu w kontekście procesu innowacji. Operatorem Koalicji na rzecz Polskich Innowacji jest Fundacja Res Publica.

M. Czachor (Erste Securities): Spółki produkujące żywność mają nieograniczone perspektywy eksportu. Gorzej radzą sobie dystrybutorzy

Polscy producenci żywności mają dziś w ręku same atuty. Sprzyjają im niskie ceny surowców, dobra opinia, jaką polskie jedzenie cieszy się na świecie, oraz relatywnie niskie notowania własnych akcji na giełdzie. Marek Czachor z Erste Securities Polska prognozuje, że producenci będą w tym roku osiągać coraz lepsze wyniki, a wartość spółek żywnościowych będzie rosła. Natomiast dystrybutorów żywności dławi wzajemna konkurencja i deflacja.

– Bardzo dobre wyniki zaraportowały takie spółki, jak Graal czy Indykpol mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk Erste Securities Polska. – Pokazały mocną poprawę marż, dodatkowo jeszcze przyrosły im przychody. Poza tym spółki te nie są drogo wyceniane. Najsłabsze wyniki pokazała według mnie branża dystrybucji żywności. Spowodowane to było głównie nasilającą się presją deflacyjną.

O ile więc sieci sklepów spożywczych mogą mieć w tym roku problemy z utrzymaniem tempa wzrostu, o tyle producenci żywności wręcz przeciwnie. Spółki z tej branży skutecznie wprowadzają nowe kategorie produktów, konsolidują polski rynek poprzez rozwój organiczny, a także coraz więcej eksportują. Mimo rosyjskiego embarga wartość polskiej żywności sprzedanej za granicę przekroczyła w 2014 roku 21 mld euro poinformował resort rolnictwa. To o 1 mld euro więcej niż w 2013 roku.

Rozwój poza Polską według mnie jest na razie nieograniczony ocenia Marek Czachor. Polska żywność charakteryzuje się dobrą jakością, więc może zdobywać rynek europejski. Wartość całego eksportu żywności jest znacząca, a w ostatnich latach mocno przyrastała. W związku z tym polskie spółki wymienione przeze mnie wcześniej, a także Colian czy Wawel, mogą na tym skorzystać.

Producenci żywności, choć szukają także egzotycznych rynków zbytu, najchętniej wysyłają swoje produkty do innych krajów Unii zarówno ze względu na embargo na Wschodzie, jak i bliskość geograficzną oraz duże grono odbiorców z Polski.

Proces zdobywania rynku zachodnioeuropejskiego zajmuje trochę czasu podkreśla analityk Erste Securities Polska.Natomiast z tego, co wiem, te spółki już kilka lat temu podjęły pierwsze działania, żeby lepiej zaistnieć na rynku zachodnioeuropejskim. Natomiast jeżeli chodzi o totalny udział eksportu, to według mnie nie ma granic. Dopóki będzie popyt na te produkty, dopóty spółki mogą zwiększać swoje zdolności produkcyjne. Nasza żywność w Europie jest dobrze postrzegana, w związku z tym te spółki mogą cały czas rosnąć.

Dobra kondycja i możliwości rozwoju branży spożywczej oznaczają też, że akcjonariusze działających w tym sektorze spółek mogą liczyć na wzrost wartości posiadanych akcji. Tym bardziej że są one nadal raczej tanie, mimo już publikowanych wyników.

Wyniki te były zdecydowanie powyżej moich oczekiwań, a jak spojrzymy na ewaluację całego tego sektora, to nie jest ona wymagająca zwraca uwagę Marek Czachor z Erste Securities Polska.Kursy tych akcji oferują jeszcze potencjał wzrostu ze względu na to, że są zdecydowanie tańsze niż odpowiedniki międzynarodowe oraz pozostałe spółki detaliczne w Polsce.

Należąca do Rewe Group austriacka sieć Billa zamierza otwierać na Słowacji 10 supermarketów rocznie. To szansa na systematyczny wzrost sprzedaży polskiej żywności

0

CEO Magazyn Polska

Billa na Słowacji systematycznie się rozwija i planuje otwierać do 10 nowych supermarketów rocznie. Szuka też obiektów do przejęcia. Dla polskich producentów żywności współpraca z tą siecią jest szansą na zwiększanie sprzedaży. U naszych południowych sąsiadów rośnie zapotrzebowanie m.in. na świeże produkty.

Obecnie Billa ma na Słowacji 130 supermarketów i zmaga się tam z silną konkurencją. Poza niemiecką Grupą Rewe, do której należy austriacki szyld Billa, istotny wpływ na rynek słowacki mają m.in. Kaufland, Lidl i Tesco oraz sieci słowackie, które pod brandami franczyzowymi coraz skuteczniej konkurują z rynkowymi potentatami.

Słowacja jest dla firmy Billa strategicznym krajem – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Bator, prezes spółki Billa Słowacja. – Jest drugim pod względem liczby sklepów zagranicznym rynkiem po Czechach. Jesteśmy nastawieni na dynamiczny rozwój na tym rynku. Planujemy ekspansję przez kolejne lata. Liczymy się ze wzrostem sprzedaży, wzrostem liczby placówek i wzrostem liczby zadowolonych klientów.

W najbliższych latach Grupa Rewe zamierza otwierać nowe sklepy Billa na terenie całej Słowacji, jednak głównym rejonem ekspansji będzie Bratysława i okolice oraz rejony wschodniej i środkowej Słowacji.

Mamy zamiar w najbliższych latach otwierać maksymalnie do 10 sklepów rocznie – deklaruje Dariusz Bator, który słowacką siecią kieruje od początku 2014 roku. – Zarówno na ten rok, jak i na przyszłe 2-3 lata planowana jest podobna liczba otwarć. Rozglądamy się też za możliwościami konsolidacji na rynku, zakupem jakiejś sieci, wszystkie sposoby ekspansji są brane pod uwagę. W przypadku pojawienia się odpowiedniej oferty będziemy reagowali.

Sieć nie wyklucza zatem akwizycji, przygląda się sieciom lokalnym, pojedynczym placówkom handlowym, rozważa oferty od centrów handlowych, które zmieniają swoich partnerów po zakończeniu umów. Po trudnym dla słowackiego handlu ubiegłym roku prezes sieci Billa w tym roku liczy na poprawę wyników.

Duży wpływ na branżę handlową na Słowacji miała ubiegłoroczna deflacja, którą zwłaszcza w branży artykułów spożywczych bardzo silnie odczuwaliśmy, dotyczy to zarówno sieci, którą kieruję, jak i innych. Było to dosyć niekorzystne zjawisko, które wpłynęło na realizację naszych planów, na zmianę planów marketingowych i sposób postępowania na tym rynku. Na szczęście deflacja zahamowała i w tym roku mamy nadzieję, że będzie na bliskim zera poziomie – mówi szef słowackiej sieci.

Jak podaje Eurostat, w 2014 roku ceny na Słowacji spadły ogółem o 0,1 proc. W Polsce w tym czasie, mimo że druga połowa roku stała pod znakiem deflacji, w ciągu 12 miesięcy ceny minimalnie wzrosły o 0,1 proc.

W sklepach Billa, podobnie jak i w innych słowackich sieciach handlowych, sprzedaje się sporo produktów z Polski. Na tym rynku liczy się dobra jakość skorelowana z atrakcyjną ceną.

Nie oczekuję jakichś przełomowych zmian w naszych relacjach z dostawcami z Polski – podkreśla prezes Dariusz Bator ze spółki Billa Słowacja. – Handlujemy artykułami polskiego pochodzenia, zarówno dostarczanymi przez polskich producentów bezpośrednio, jak i przez ich pośredników na terenie Słowacji. Nie zakładam, że nastąpi jakaś dramatyczna zmiana w zwiększeniu bądź zmniejszeniu liczby tych produktów. Raczej systematyczny, stały rozwój tej współpracy, zmiana akcentów, może więcej świeżej żywności.

Polskie firmy technologiczne mogą odnieść międzynarodowy sukces. ITKeyple chce im pomóc w znalezieniu silnych partnerów zagranicznych

CEO Magazyn Polska

W Polsce działa wiele innowacyjnych firm, które z powodzeniem mogłyby się rozwijać na świecie. Amerykańska firma konsultingowa ITKeyple zamierza szukać dla nich międzynarodowych partnerów i inwestorów venture capital. Chce też za granicą promować polskie osiągnięcia.

– Polska jest krajem, który nigdy nie poddał się recesji, jest więc bardzo wiele firm z Zachodu, które są zainteresowane przeniesieniem się do Polski mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ahmad Piraiee, client partner ITKeyple. Dla nas, jako dla firmy związanej z IT, jest to bardzo dobry powód do rozwinięcia działalności w Polsce. Jest tak wiele młodych firm, które chcą dać się poznać na arenie międzynarodowej, a my teraz staramy się w to zaangażować i spróbować pokazać je na rynku globalnym.

ITKeyple zdecydował się na wejście do Polski, ponieważ jest to tworzący się dopiero rynek, kraj, gdzie wiele można osiągnąć. Takich możliwości nie ma już w krajach rozwiniętych i bogatych. Firma zamierza więc nie tylko szukać partnerów dla polskich spółek, lecz także uświadomić inwestorom z Zachodu, że to tu są wielkie perspektywy inwestycyjne.

Staraliśmy się wejść do kraju, który ma możliwości, i zaprezentować mu, jak można się rozwijać, ponieważ w Stanach wszystko jest już dostępne podkreśla Ahmad Piraiee. My mówimy: spójrzcie na Polskę, jest tak wiele dobrych firm w Polsce, które potrzebują inwestorów venture capital, potrzebują więcej pieniędzy, żeby móc się rozwijać. Otworzyliśmy firmę w Polsce, ponieważ była taka potrzeba, żeby zostać rzecznikiem tych firm, starać się mówić, że zasługują na znacznie więcej pieniędzy i znacznie więcej uwagi, żeby się rozwijać.

Przy szukaniu partnerów najważniejsze jest zidentyfikowanie unikalnego wkładu jaki polska firma może wnieść do wspólnego przedsięwzięcia, dlatego jak zaznacza client partner ITKeyple, bardzo ważne są spotkania i rozmowy pozwalające znaleźć taką wartość.

Firmy w wielu krajach mają takie same technologie, ale równolegle rozwijane, więc próbujemy dla nich sprawdzić, czy takiego samego rodzaju prace nie są realizowane w innych krajach, tak żeby można było połączyć siły i razem pracować. Z drugiej strony, jeśli przedsiębiorstwa mają unikalny produkt lub usługę, próbujemy pokazać to na arenie międzynarodowej i w przypadku, gdyby były zainteresowane rozwijaniem się na innych rynkach albo łączeniem z innymi firmami, byłaby to dla nich bardzo dobra okazja do zyskania rozgłosu i kontaktów.

ITKeyple szuka też w Polsce współpracowników. Ludzi, którzy dostarczą wiadomości dotyczących tego, co dzieje się aktualnie w polskim sektorze IT i technologii.

Możemy te zjawiska promować, możemy umieszczać informacje o nich na naszej stronie internetowej i w naszych mediach społecznościowych informuje Ahmad Piraiee z ITKeyple. W ten sposób firmy te mogą pomóc sobie i swojemu krajowi, a dla nas to najłatwiejszy sposób rozwoju, nie tylko w wymiarze lokalnym, lecz także międzynarodowym.

Wciąż zbyt wielu Polaków nie korzysta z internetu. Miliony euro trafi na walkę z wykluczeniem cyfrowym

CEO Magazyn Polska

W tym roku w Polsce dokończona zostanie sieć 45 tys. km światłowodów, a w ciągu kolejnych pięciu lata prawie miliard euro przeznaczymy na dalszą rozbudowę dostępu do szybkiego internetu. Równie poważnym wyzwaniem co infrastruktura jest budowanie kompetencji użytkowników, bo pod tym względem Polska jest w ogonie Europy. Na ten cel z programu Polska Cyfrowa trafi blisko 200 mln euro. Na kontynuację czeka m.in. inicjatywa Latarników Polski Cyfrowej, którzy edukują cyfrowo osoby 50+.

Jesteśmy poniżej unijnej średniej pod względem wykorzystywania internetu w codziennym życiu. To dotyczy zarówno oferty usług, jak i kompetencji. Co czwarty Polak w grupie 50+ nie miał nigdy do czynienia z internetem, więc robimy wszystko, żeby ten odsetek był jak najmniejszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji.

Działania te obejmują trzy filary, na których opiera się również program operacyjny Polska Cyfrowa. Przede wszystkim to budowa infrastruktury zapewniającej szybki dostęp do internetu. Jak podkreśla minister, Polska jest dziś największym w Europie placem budowy światłowodów. Do września powinna zostać dokończona budowa 45 tys. km sieci. W ramach nowej perspektywy na infrastrukturę trafi blisko 1 mld euro.

To pomoże nam zbudować bardzo nowoczesną infrastrukturę. Muszą być e-usługi, więc kolejny miliard euro przeznaczymy na ten cel. Prawie 200 mln euro trafi na budowę kompetencji. To jest trzeci filar – podkreśla Halicki. – Mamy bardzo ambitny cel, by do roku 2020 zrealizować Europejską Agendę Cyfrową, czyli żeby każdy Polak w każdym domu mógł korzystać z internetu, i to szybkiego internetu o odpowiedniej jakości, i żeby potrafił z internetu i e-usług korzystać.

Kompetencje cyfrowe Polaków nie są zbyt wysokie, są poniżej średniej europejskiej. Lokujemy się na ostatnich pięciu miejscach w Europie i to jest bardzo zły prognostyk, ponieważ te kompetencje są niezbędne do tego, abyśmy rozwijali się i społecznie, i gospodarczo – mówi Krzysztof Głomb, prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”.

W grupie 50+ z internetu nie korzysta 9 mln osób. Koszty wykluczenia cyfrowego to ok. 24 mld zł rocznie. Jak podkreśla Krzysztof Głomb, to kwota, którą można by przeznaczyć na budowanie kompetencji, które pobudzałyby wzrost gospodarczy i tworzenie nowych miejsc pracy. Jego zdaniem równie istotny jest czynnik podnoszenia jakości ich życia – możliwość komunikowania się online czy załatwiania w sieci różnych spraw urzędowych mogłaby być dla nich dużym ułatwieniem.

By dotrzeć do osób wykluczonych, w ramach projektu Polska Cyfrowa Równych Szans działa inicjatywa Latarników.

To 300 tys. osób przeszkolonych, tysiące godzin szkoleń, 3 tys. wolontariuszy, tzw. Latarników Polski Cyfrowej, którzy skupiają swoją uwagę właśnie na budowaniu kompetencji w grupie osób powyżej 50. roku życia – mówi minister administracji i cyfryzacji.

To jest jeden z największych programów europejskich w tym zakresie, dający dzisiaj bardzo silne podstawy do tego, aby w Polsce skutecznie działał system edukacji cyfrowej osób dorosłych – informuje prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”, organizatora inicjatywy. – W najbliższych latach Polska Cyfrowa Równych Szans, już jako projekt realizowany wspólnie w dużym konsorcjum z samorządami, uniwersytetami trzeciego wieku, organizacjami pozarządowymi, będzie miał swój wyraz w przedsięwzięciu, które roboczo nazwaliśmy Latarnicy2020.pl.

Inicjatywę realizacji programu Latarnicy2020.pl poparli, m.in. Andrzej Halicki, Mieczysław Augustyn, przewodniczący Komisji Rodziny, Polityki Senioralnej i Społecznej Senatu RP, Michał Szczerba, przewodniczący Komisji Polityki Senioralnej Sejmu RP, oraz Wiesława Borczyk, prezes Ogólnopolskiej Federacji  Stowarzyszeń Uniwersytetów Trzeciego Wieku.

Polscy producenci żywności z szansą na nowe kontrakty. Przygotowania do EXPO 2015 na finiszu

CEO Magazyn Polska

Zdobycie nowych rynków zbytu i nawiązanie bliższych relacji handlowych z partnerami zagranicznymi – to główne założenia strategii obecności Polski na EXPO 2015. Rozpoczynająca się 1 maja w Mediolanie największa wystawa na świecie w tym roku będzie okazją do promocji sektora rolno-spożywczego. Już dziś jest to jedna z najszybciej rozwijających się branż w Polsce, a eksport produktów sięga prawie 20 mld euro rocznie.

Będziemy chcieli pokazać polskie produkty i polskie firmy. Zaplanowaliśmy dużo wydarzeń gospodarczych, spotkań i konferencji, które będą się odbywały w polskim pawilonie. Zapewniliśmy również polskim firmom udział w misjach, targach i wydarzeniach promocyjnych, które odbywają się przez cały rok we Włoszech – mówi Bożena Lublińska-Kasprzak, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, organizator udziału Polski w Wystawie Światowej EXPO 2015.

Trwa ostatni etap przygotowań do EXPO 2015, największej imprezy wystawienniczej na świecie, która odbędzie się między 1 maja a 31 października w Mediolanie. Temat przewodni wystawy w tym roku to wyżywienie, dlatego polska strategia, przygotowana przez PARP i resort gospodarki, zakłada przede wszystkim promocję polskiej żywności – wsparcie wymiany handlowej branż spożywczej, rolniczej i przetwórczej. Temu podporządkowany będzie nie tylko wygląd pawilonu, przedstawiający sad jabłoni, lecz także oferta kulinarna restauracji i sklepu.

Będą organizowane np. pokazy kulinarne dla dziennikarzy i blogerów, którzy piszą o kuchni i produktach żywnościowych. Chcemy poprzez kuchnię promować dobre produkty żywnościowe z Polski – mówi Lublińska-Kasprzak.

Jak podkreśla, najważniejsze będą wymierne efekty, jakie przyniesie firmom EXPO 2015, czyli nowe kontrakty z partnerami z Włoch i innych krajów. Pomocne w tym mają być spotkania firm.

Firma polska z firmą włoską będzie mogła usiąść do stołu i porozmawiać o konkretnym biznesie. Chcemy też zaprosić włoskie firmy, które kupują produkty rolno-spożywcze czy urządzenia, maszyny i technologie związane z tym sektorem, na wrześniowe targi Polagra – zapowiada prezes PARP.

Przemysł rolno-spożywczy jest jedną z najszybciej rosnących branż w Polsce. Polscy producenci zyskują też coraz lepszą pozycję na rynkach międzynarodowych. Jednym z hitów eksportowych są jabłka, do których nawiązuje polski pawilon. Polska jest największym w Europie i trzecim na świecie producentem jabłek i największym eksporterem. Roczna produkcja sięga 3 mln ton, a za granicę trafia ok. 1,2 mln ton.

Wartość eksportu produktów rolno-spożywczych wynosi już blisko 20 mld euro, co stanowi 13 proc. sprzedaży zagranicznej. Udział w EXPO może przyczynić się do wzrostu tego potencjału.

Wzmacniając rolę żywności w polskim eksporcie, wzmacniamy też polską gospodarkę, bo dzięki temu do polskich producentów i przetwórców trafiają duże pieniądze – mówi Arkadiusz Bąk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki. – Chcemy też pokazać Polskę jako kraj technologicznie rozwinięty w produkcji żywności. Technologia wytwarzania żywności to silny i rozwijający się sektor. Będziemy umacniali markę europejskiego lidera w produkcji żywności.

Aktywny udział Polski w EXPO ma służyć zaprezentowaniu kraju jako atrakcyjnego partnera biznesowego.

Polska gospodarka już dzisiaj musi wyjść z roli młodszego, tańszego brata, czyli miejsca lokowania produkcji ze względu na koszty, a musi wejść w rolę mocnego partnera gospodarczego, jednego z liderów gospodarczych w Europie. Tu chodzi bardziej o obraz Polski, a nie o poszczególne produkty, które sprzedają się świetnie – mówi Arkadiusz Bąk.

Łódź w tym roku bez rowerów miejskich. Konieczny będzie nowy przetarg

CEO Magazyn Polska

Nie ma szans, by tym roku ruszył w Łodzi miejski system wypożyczania rowerów. Na początku kwietnia urząd miasta w Łodzi chciał z firmą BikeU podpisać umowę, mimo podejrzenia, że w jej ofercie znajduje się sfałszowana opinia bankowa. Przetarg został jednak unieważniony ze względu na kolejne nieprawidłowości pojawiające się w dokumentacji spółki. System może ruszyć na wiosnę 2016 roku. Środowisko rowerzystów łódzkich podkreśla, że ten czas warto wykorzystać na poprawę infrastruktury dla rowerów w mieście.

Unieważniony w poniedziałek przetarg na system rowerów miejskich rozpisany był jeszcze w zeszłym roku. Wystartowały w nim dwie firmy – oferta Nextbike została zakwestionowana jako zbyt tania, oferta drugiej firmy – BikeU (będącej częścią grupy EGIS) – została podważona z powodu podejrzenia złożenia sfałszowanej opinii bankowej. Poza tym na początku kwietnia okazało się, że firma, która miała być partnerem BikeU przy budowie systemu rowerów miejskich w Łodzi, nie współpracuje z BikeU od 15 września ubiegłego roku.

– Wyjaśnienia, które zostały złożone przez firmę w tej sprawie, są nie do przyjęcia. W związku z powyższym została podjęta decyzja o unieważnieniu czynności wyboru – mówi Grzegorz Nita, dyrektor Zarządu Dróg i Transportu, dodając, że teraz firma BikeU może się od tej decyzji odwołać do Krajowej Izby Odwoławczej. – Nie wykluczam, że takie odwołanie może zostać wniesione. Wtedy będziemy czekali na wyrok KIO, czy potwierdzi nasze działania, czy też nie.

W sprawie oferty BikeU postępowanie prowadzą też prokuratorzy. Zawiadomienie o podejrzeniu sfałszowania opinii bankowych przez tę firmę w trakcie postępowania przetargowego złożył łódzki ZDiT, konkurencyjna firma Nextbike oraz jeden z banków.

– Nie jesteśmy w stanie się zabezpieczyć przed tym, że ktoś składa nieprawdziwe czy sfałszowane zaświadczenia – przyznaje Grzegorz Nita, komentując sprawę sfałszowanych dokumentów w ofercie firmy BikeU. – Tego typu dokumenty składa się pod groźbą odpowiedzialności karnej. Ktoś, kto je składa, powinien mieć tego świadomość. Stąd nasze doniesienia do prokuratury co do jednego z dokumentów.

– To, co można było zrobić lepiej, to dokładniej weryfikować oferty, które są składane, uważniej przyglądać się dokumentom. To są tylko oświadczenia, pewne wyrażenie woli, ale najwyraźniej trzeba to weryfikować u źródła, bo wykonawcy nie okazują się tak wiarygodni, jakbyśmy tego chcieli – mówi Bartosz Domaszewicz, łódzki radny PO.

Z decyzji o unieważnieniu przetargu zadowolona jest firma, której ofertę na początkowym etapie odrzucono jako zbyt tanią.

– Wydaje mi się, że kierunek, w którym miasto podąża, jest jak najbardziej zasadny. Z pewnością przyniesie to więcej korzyści niż brnięcie dalej w proces, w którym jest tak dużo wątpliwości – ocenia Tomasz Wojtkiewicz, prezes Nextbike Polska.

Nextbike jest operatorem i dostawcą systemów m.in. w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie i Sopocie. Jak podkreśla prezes firmy, budowa łódzkiego systemu będzie jednym z trudniejszych projektów w Polsce i będzie wymagała dużego doświadczenia.

– W Łodzi będzie tysiąc rowerów w stu punktach, które będą prawdopodobnie jeszcze rozbudowane. Tutaj nie liczą się deklaracje złożone na papierze, ale prawdziwe doświadczenie zdobyte na ulicach. To jest bardzo wymagający biznes, który składa się z wielu elementów zarządzania, m.im. call center, serwisem, dyspozytorami, relokacją i balansowaniem systemu. Tego doświadczenia nie można kupić na papierze ani przekazać go słownie – mówi Wojtkiewicz.

Miejski system rowerowy miał ruszyć w Łodzi 1 maja 2015 roku. Unieważnienie przetargu oznacza, że praktycznie nie ma na to szans.

– Nie będziemy uruchamiać tego systemu na okres zimowy. W związku z tym na pewno będzie to wiosna przyszłego roku – mówi Grzegorz Nita.

Środowisko łódzkich rowerzystów jest zdania, że ten czas powinien być wykorzystany na przygotowanie infrastruktury dla rowerów w mieście.

– Łódź nie jest przygotowana na rower publiczny. Śródmieście miasta, które jest głównym polem operacyjnym dla roweru publicznego, jest kompletnie nieprzygotowane do jazdy rowerem, poza ulicą Piotrkowską nie mamy nic. Mam nadzieję, że ten czas i zaoszczędzone pieniądze pozwolą na przygotowanie miasta do jeżdżenia rowerem – mówi Hubert Barański, aktywista rowerowy z Łodzi.

Solaris skorzysta na coraz większym zapotrzebowaniu samorządów na ekologiczne pojazdy w transporcie miejskim

CEO Magazyn Polska

Solaris, który w ubiegłym roku sprzedał w Polsce pierwsze autobusy elektryczne i rozwija produkcję tramwajów oraz trolejbusów, chce skorzystać na coraz bardziej widocznym trendzie zakupu proekologicznych pojazdów przez samorządy. Miasta kupują coraz więcej autobusów elektrycznych, trolejbusów i tramwajów. Wymuszają to coraz bardziej rygorystyczne unijne przepisy.

W ostatnim czasie możemy obserwować coraz większe zainteresowanie pojazdami całkowicie bezemisyjnymi. Mam na myśli przede wszystkim autobusy elektryczne. Pierwsze tego typu pojazdy sprzedaliśmy także na rynku polskim. Pojazdy pojechały do Jaworzna, Ostrołęki, Warszawy i Inowrocławia – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mateusz Figaszewski, rzecznik prasowy Solaris Bus & Coach.

W 2014 r. Solaris sprzedał w Polsce łącznie 26 autobusów elektrycznych. Największe zamówienia złożyły Jaworzno (12 sztuk) i Warszawa (10). Tego typu pojazdy spółka sprzedała także m.in. do Brunszwiku, Drezna, Düsseldorfu, Hanoweru, Hamburga oraz Oberhausen w Niemczech. Chętni na elektryczne solarisy są także w Czechach, Szwecji, Hiszpanii i Austrii.

Na razie sprzedaż autobusów elektrycznych to wciąż jedynie ułamek całego portfela dostaw Solarisa, ale wskaźnik ten ma mocno rosnąć. Jak podkreśla Figaszewski, duże znaczenie mają coraz bardziej rygorystyczne przepisy unijne. Zgodnie z nimi do 2030 r. tylko połowa wszystkich pojazdów komunikacji miejskiej może mieć napęd konwencjonalny. Po 2050 r. obowiązkowy będzie napęd ekologiczny, i to nie tylko elektryczny, lecz także m.in. z wykorzystaniem LNG.

Już niebawem stanie się codziennością to, że w naszych miast będą poruszały się głównie pojazdy bezemisyjne, a wjazd do centrów dużych aglomeracji będzie dla prywatnego transportu pasażerskiego ograniczony – ocenia Figaszewski.

Solaris nie stawia jedynie na autobusy elektryczne. Spółka mocno rozwija też segment tramwajów. Od 2011 r. pojazdy Tramino (łącznie 50) jeżdżą po torach w Poznaniu, niedaleko którego znajduje się siedziba Solarisa. W 2013 r. Solaris został pierwszym polskim producentem tramwajów na rynku niemieckim. Obecnie pięć pojazdów Tramino jeździ w Jenie, trwają dostawy łącznie 18 tramwajów do Brunszwiku. W tym roku tramwaje Solarisa trafią także do Lipska oraz Olsztyna, a testy trwają w Krakowie.

Jako pierwszej polskiej firmie udało nam się sprzedać niemieckiemu odbiorcy tramwaj, homologować ten produkt i wprowadzić go do codziennego użytkowania – zwraca uwagę Figaszewski.

Spółka jest też aktywna w segmencie trolejbusów. W Polsce to mały rynek, bo z tego typu pojazdów korzystają jedynie Gdynia, Tychy i Lublin. We wszystkich trzech miastach jeżdżą solarisy Trollino. Figaszewski podkreśla, że w tym segmencie rynki zagraniczne są znacznie ważniejsze, bo Solaris jest największym europejskim producentem tego typu taboru. W ubiegłym roku udział firmy w europejskim rynku trolejbusów sięgał 70 proc. Pojazdy producenta jeżdżą m.in. w Tallinnie, Rydze, Kownie, Budapeszcie, Debreczynie, Cagliari i Neapolu.

Figaszewski zauważa, że niezależnie od rynku, na który trafiają pojazdy Solarisa, ich wyposażenie jest do siebie zbliżone. Nie widać już różnic pomiędzy taborem zamawianym w Polsce i za granicą, a zdarza się nawet, że pojazdy produkowane na rynek krajowy są lepiej wyposażone.

O ile jeszcze kilkanaście lat temu można było zauważyć różnicę w wyposażeniu pojazdów, o tyle dzisiaj te różnice nie mają zupełnie związku z krajami, do których dostarczamy dany pojazd – mówi Figaszewski. – Wiele miast w Polsce ma dużo lepiej wyposażone autobusy komunikacji miejskiej, np. w różne systemy liczenia pasażerów czy inne systemy informacji pasażerskiej.

Dodaje, że niemal standardowym wyposażeniem pojazdów jest już bezprzewodowy dostęp do internetu. Coraz więcej miast zamawia także tabor wyposażony w porty USB przeznaczone do ładowania urządzeń mobilnych pasażerów.

Małe i średnie firmy coraz chętniej wspólnie kupują towary i usługi. Grupowe zakupy szansą na oszczędności

0

CEO Magazyn Polska

Małe i średnie przedsiębiorstwa coraz częściej wspólnie kupują towary i usługi. Dzięki tworzeniu grup zakupowych firmy mają znacznie silniejszą pozycję negocjacyjną z dostawcami. Takie rozwiązanie na Zachodzie jest już bardzo popularne, w Polsce dopiero zaczyna być stosowane.

 Niestety, na razie małe i średnie przedsiębiorstwa rzadko korzystają z grup zakupowych, ale widać już wyraźnie, że zrozumiały, że dzięki temu mogą mieć tańsze dostawy, np. energii elektrycznej czy innych surowców. Można wspólnie kupować materiały biurowe, papier do faksu, wszelkie rzeczy, które są potrzebne firmom – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Grupy zakupowe najczęściej tworzą małe i średnie przedsiębiorstwa pochodzące z jednego miasta lub jednego regionu. Taką współpracę ułatwia to, że firmy te najczęściej znają się i należą do tych samych stowarzyszeń.

Starczewska-Krzysztoszek podkreśla, że lista towarów i usług, które małe i średnie firmy mogą kupować w ramach grup zakupowych, jest praktycznie nieograniczona. Najłatwiej w ten sposób zaopatrywać się w to, co nie różni się w zależności od branży. Przykładem może być energia elektryczna, tym bardziej że koncerny energetyczne są znacznie większe od pojedynczych firm i mogą im narzucać warunki.

Jeśli utworzymy z wielu małych firm grupę zakupową i wystąpimy jako odbiorca energii elektrycznej do dużej firmy, to równowaga między nami a dużym dostawcą będzie znacznie większa, niż kiedy jedna firma wystąpi sama jako malutki podmiot – zauważa Starczewska-Krzysztoszek.

Podkreśla, że taka grupa zakupowa powstała już m.in. w Rzeszowie, gdzie firmy aktywnie poszukują nowych członków. Ci przedsiębiorcy zrozumieli, że im większa grupa, tym lepsze warunki zakupów. Dzięki zrzeszaniu się taniej mogą nabyć energię, gaz, paliwa, a także wszystkie materiały biurowe wykorzystywane przez firmy. W przypadku udanej współpracy firm z tej samej branży grupy zakupowe mogą kupować nawet komponenty do produkcji.

W Polsce takie podejście wciąż jest nowe, ale na Zachodzie grupy zakupowe są wśród małych i średnich przedsiębiorstw bardzo popularne. Rozpowszechnienie takiej współpracy wymaga jednak zwiększenia zaufania w środowisku małych i średnich przedsiębiorstw.

Jeżeli firmy same nie dojrzeją do tego, że warto skorzystać z takiej formuły, jaką jest grupa zakupowa, to niczym ich do tego nie namówimy. Więc po prostu krok za krokiem, patrząc na doświadczenia innych mniejszych firm, które już korzystają z grup zakupowych, kolejne firmy będą do tego dołączać – ocenia Starczewska-Krzysztoszek.

Dodaje, że o ile tworzenie grup zakupowych zależy wyłącznie od woli samych małych i średnich firm, o tyle ten sektor może też wspierać rząd. Udanym przykładem działań na rzecz rozwoju najmniejszych przedsiębiorstw było wprowadzenie w 2013 r. funduszu gwarancyjnego de minimis w ramach Banku Gospodarstwa Krajowego.

Jak wyjaśnia ekonomistka Lewiatana, ten finansowany z środków publicznych fundusz pozwala małym i średnim przedsiębiorcom na zdobycie kredytów bankowych na dalszy rozwój. Większości takich firm nie byłoby stać na wpłacenie gwarancji z własnych aktywów. Jak wynika z danych BGK, w ramach funduszu udzielone zostały gwarancje na ponad 17 mld zł, a skorzystało z nich ponad 80 tys. przedsiębiorstw.

Skala wykorzystania przez małe przedsiębiorstwa tego funduszu jest naprawdę bardzo duża. To oznacza, że wiele firm mogło rozwinąć swoją działalność gospodarczą właśnie dzięki temu, że był fundusz gwarancyjny, który pozwoli im sięgnąć po pieniądze z banków – ocenia Starczewska-Krzysztoszek.

Dodaje, że pomimo takiego wsparcia mali i średni przedsiębiorcy wciąż borykają się w Polsce z wieloma problemami. W badaniach realizowanych przez Lewiatana skarżą się przede wszystkim na wysokie koszty pracy oraz wysokie podatki oparte na niejasnym i nieprecyzyjnym prawie. Choć kontakty z urzędami znacznie się w ostatnich latach poprawiły, urzędy skarbowe i ZUS wciąż nie są miejscami przyjaznymi dla małych i średnich firm.

RWE zainwestuje w Polsce 70 mln euro w energię z wiatru. Moc farm wiatrowych zwiększy się do 240 MW

CEO Magazyn Polska

Niemiecki koncern energetyczny RWE zamierza tylko w tym roku wydać 70 mln euro na inwestycje w polskie farmy wiatrowe. Dzięki temu moc zainstalowana w farmach wiatrowych zwiększy się do 240 MW. Spółka czeka na wejście w życie ustawy o odnawialnych źródłach energii, by zbudować ekologiczne elektrownie o mocy 500 MW.

Ustawa o OZE została podpisana przez prezydenta Bronisław Komorowskiego 11 marca i wejdzie w życie po 30 dniach od publikacji w Dzienniku Ustaw, czyli 3 maja br.

Biorąc pod uwagę bardzo zaawansowane prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii, w styczniu podjęliśmy decyzję o tym, by rozpocząć budowę parku wiatrowego w Opalenicy w województwie wielkopolskim, który składa się z siedmiu turbin o mocy 2,4 MW każda, czyli łączna moc to 17 MW – mówi agencji informacyjnej Newseria Robert Macias, członek zarządu RWE Renewables.

Spółka planuje uruchomić park wiatrowy jeszcze w tym roku. To – zgodnie z nowymi przepisami – zagwarantuje jej możliwość wyboru systemu wsparcia – dotychczasowego systemu zielonych certyfikatów lub nowego systemu aukcyjnego, który zacznie działać od 2016 roku.

Także w tym roku RWE zdecydowało, że rozbuduje istniejący parku w Nowym Stawie. Dziś pracują w nim 22 turbiny o mocy 2,05 MW każda, co łącznie daje moc 45 MW. Koncern zbuduje tam kolejnych 14 turbin, co w sumie pozwoli zwiększyć moc wytwarzaną do 73 MW.

To początek inwestycji, jakie RWE planuje w Polsce.

Mamy 70 mln euro do wydania w tym roku. Do tej pory zainwestowaliśmy już ponad 400 mln euro i mamy plany dalszych inwestycji w Polsce – deklaruje Robert Macias.

Jak podkreśla do końca 2014 roku RWE był właścicielem parków wiatrowych o łącznej mocy 197 MW. Znajdują się one w trzech regionach: Nowy Staw koło Gdańska, Krzęcin i Tychowo na Pomorzu Zachodnim oraz Suwałki, Piecki i Taciewo na Podlasiu, w północno-zachodniej Polsce. Po zakończeniu dwóch rozpoczętych w styczniu inwestycji koncern będzie wytwarzał z wiatru 240 MW.

W naszym portfolio mamy projekty w różnej fazie przygotowania do budowy dalszych około 500 MW. Z uwagi na wprowadzenie nowej ustawy i konieczność zdefiniowania nowych warunków funkcjonowania energetyki wiatrowej musimy poczekać z następnymi decyzjami o budowie do czasu rozstrzygnięcia pierwszych aukcji – wyjaśnia Macias.

Zgodnie z nowa ustawą od 2016 roku podczas specjalnych aukcji wybierani będą najtańsi dostawcy prądu ze źródeł odnawialnych. Oni będą mieli zagwarantowany odbiór energii po cenach, które sami zaproponują.

Macias podkreśla, że niemiecki koncern wiąże z Polską duże nadzieje. Dla RWE Innogy, spółki odpowiedzialnej za inwestycje w tym sektorze energetyki odnawialnej, Polska jest obok Niemiec, Holandii i Wielkiej Brytanii strategicznym rynkiem.

Eksploatujemy parki wiatrowe o mocy około 2 tys. MW na lądzie i 800 MW na morzu. W tym roku w budowie mamy w Europie 200 MW na lądzie i prawie 1 tys. na morzu. Ten tysiąc powinien w tym roku zostać uruchomiony, więc na koniec roku łączna moc wzrośnie o około 40 proc. Szacujemy, że będziemy mieć w eksploatacji parki wiatrowe o mocy około 4 tys. MW – informuje członek zarządu RWE Renewables.

W Warszawie powstało pierwsze w Polsce centrum głosu dla profesjonalistów

 

Schorzenia aparatu mowy i problemy z emisją głosu to częste dolegliwości m.in. mówców, śpiewaków i nauczycieli. Do skutecznego leczenia niezbędna jest szybka diagnoza. W Warszawie otwarto właśnie Centrum Głosu dla Profesjonalistów MEDINCUS, gdzie można się poddać diagnostyce, terapii i rehabilitacji aparatu mowy. Jest to pierwsza w Polsce placówka oferująca kompleksową opiekę nad pacjentem w zakresie ochrony i leczenia głosu.

Na problemy z głosem narażeni są przede wszystkim nauczyciele, wykładowcy, śpiewacy, artyści i dziennikarze. Eksperci podkreślają, że wiele osób wymaga terapii, która pomoże im w odpowiedni sposób zadbać o głos.

Nowe Centrum Głosu dla Profesjonalistów MEDINCUS to ośrodek, który oferuje kompleksową opiekę lekarską osobom, dla których głos jest narzędziem pracy.

Opracowaliśmy program diagnostyczno-terapeutyczno-rehabilitacyjny przeznaczony dla osób, które pracują głosem. Stworzyliśmy zespół, który jest w stanie przeprowadzić bardzo sprawną i rzetelną diagnostykę. Mamy zaplecze terapeutyczno-rehabilitacyjne, które skupia logopedów, psychologów, terapeutów głosu, i mamy zaplecze fizykoterapeutyczne, gdzie istnieje możliwość przeprowadzenia terapii manualnych w zakresie obręczy barkowej i szyi oraz zabiegów wspomagających w obrębie narządu głosu – mówi agencji Newseria dr hab. n. med. Agata Szkiełkowska, laryngolog, audiolog i foniatra.

Narząd głosotwórczy to wyjątkowo czuły instrument w ludzkim organizmie. Istnieje wiele czynników powodujących zaburzenia emisji głosu i zmieniających jego brzmienie. Nieprawidłowe nawyki, takie jak garbienie się, powodują upośledzenie pracy mięśni krtani, a tym samym zaburzają czynność mówienia. Dużym problemem jest przekrzykiwanie, częste w pracy nauczyciela lub wykładowcy akademickiego, będące główną przyczyną przewlekłych chrypek.

Zdarzają się jednak także zmiany organiczne w krtani, np. guzki głosowe, polipy fałdów głosowych, zmiany obrzękowe, zmiany przerostowe. Są one często skutkiem nieprawidłowego sposoby wytwarzania głosu lub nadużywania go. Bagatelizowanie problemu może prowadzić do utrwalenia zmian, wówczas konieczne jest wykonanie zabiegów fonochirurgicznych.

To jest zestaw bardzo precyzyjnych zabiegów w obrębie fałdów głosowych, w wyniku których przywracamy właściwą, prawidłową funkcję głosową, oszczędzając mechanizm wibracyjny fałdów głosowych, który gwarantuje wytworzenie głosu. Ponieważ jesteśmy częścią Centrum Słuchu i Mowy, które ma placówki w całej Polsce, mamy również do dyspozycji zaplecze szpitalne, co umożliwiło nam rozszerzenie działalności również na leczenie chirurgiczne pacjentów, którzy takiej pomocy będą potrzebowali – mówi dr hab. n. med. Agata Szkiełkowska.

Możliwość przeprowadzenia zabiegów chirurgicznych jest bardzo ważna, zapewnia bowiem kompleksową opiekę nad pacjentem. W zakresie diagnostyki, która zazwyczaj zabiera więcej czasu, Centrum Głosu dla Profesjonalistów jest w stanie przyjąć ok. 25 osób dziennie. W dwóch pozostałych gabinetach równolegle przyjmowani będą natomiast pacjenci poddawani procesom terapeutycznym i rehabilitacyjnym. Tych placówka może przyjąć nawet 70 dziennie. Twórcy Centrum uważają, że jest duże zapotrzebowanie społeczne na tego typu usługi medyczne.

Nasza oferta kierowana jest przede wszystkim do środowisk twórczych, dlatego planujemy, że nasz ośrodek będzie również otwarty w soboty i niedziele, ponieważ wiele wydarzeń artystycznych ma miejsce właśnie w weekendy. W ten sposób nasi pacjenci w trudnych chwilach, przed ważnym zadaniem lub tuż po nim, będą mieli zapewnioną opiekę – mówi dr hab. n. med. Agata Szkiełkowska.

Otwarcie Centrum Głosu dla Profesjonalistów MEDINCUS zbiega się z obchodzonym 16 kwietnia Światowym Dniem Głosu.

Polacy nadal niewiele środków lokują w funduszach inwestycyjnych. Rynkowi pomogłoby uproszczenie i obniżenie kosztów inwestycji

CEO Magazyn Polska

Z ponad biliona złotych oszczędności gospodarstw domowych zaledwie niecałe 100 mld zł to środki zarządzane przez towarzystwa funduszy inwestycyjnych. W ciągu kilku lat ten udział ma szansę się podwoić, ale pod warunkiem zmiany postawy doradców finansowych oraz zmniejszenia opłat i prowizji na rzecz TFI.

 Udział funduszy inwestycyjnych w portfelu oszczędności Polaków od wielu lat jest niezmiennie niski i stanowi około 8-9 proc., a jego potencjał jest dużo większy – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Iwuć, właściciel i autor bloga Finanse bardzo osobiste.

Z ostatnich danych Analiz Online wynika, że na koniec grudnia 2014 roku oszczędności Polaków wynosiły 1,09 bln zł, z czego środki ulokowane w TFI to ok. 97 mld zł. Największą wartość stanowiły depozyty złotowe i walutowe (ok. 600 mld zł).

W opinii Iwucia nawet podwojenie tego udziału na przestrzeni najbliższych lat nie jest zbyt wygórowanym wyzwaniem. Aby jednak dokonały się znaczące przyrosty, potrzebne są zmiany zarówno po stronie doradców finansowych, jak i po stronie samych dostawców produktów, których konstrukcję należałoby uprościć oraz urealnić ich koszty.

– Przede wszystkim zanim zaczniemy inwestować, musimy się do tego właściwie przygotować. To nie jest tak, że gdy pojawią się pierwsze oszczędności, zaczynamy inwestycje – to niewłaściwa kolejność. Najpierw trzeba spłacić długi i pożyczki konsumpcyjne, bo nie osiągniemy z naszych inwestycji wyższych stóp zwrotu niż odsetki, które płacimy za długi – radzi właściciel Finanse bardzo osobiste.

Jego zdaniem drugim krokiem powinno być odłożenie równowartości ok. 6-miesięcznych wydatków w ramach tzw. funduszu bezpieczeństwa, który pozwoli przetrwać nieprzewidziane trudne sytuacje życiowe. Dopiero potem należy myśleć o takich celach, jak środki na emeryturę czy edukację dzieci, oraz odpowiednio w dalszej kolejności – o lokowaniu środków w TFI.

– Wybór funduszu zawsze zależy od indywidualnej sytuacji klienta, ale przy rekordowo niskich stopach procentowych potencjał do wzrostu w funduszach opartych na długu, takich jak fundusze obligacji czy rynku pieniężnego, jest niewielki – podkreśla Marcin Iwuć. – Jeżeli realnie myślimy o zarabianiu większych pieniędzy niż na depozytach, musimy dodać do naszego portfela akcje.

Marcin Iwuć dodaje, że istotny jest dobór odpowiedniego produktu, który nie jest obciążony wieloma nieuzasadnionymi opłatami. Jednak mimo często wysokich opłat dystrybucyjnych czy za zarządzanie w momentach hossy Polacy nie zwracają na nie większej uwagi.

– To jest cykliczna branża, charakteryzująca się zawsze tym, że kiedy giełdy zachowują się dobrze, a stopy procentowe są rekordowo niskie, pojawiają się zwiększone napływy do funduszy, a co za tym idzie stadne zachowanie wśród klientów, którzy chcą zdążyć za tą uciekającą hossąBranża zdaje sobie z tego sprawę, ale pozostaje pytanie, czy będzie miała odwagę, żeby tych pieniędzy nie przyjąć, rezygnując w ten sposób z zysków – podsumowuje Marcin Iwuć.

Coraz więcej samorządów decyduje się na ekologiczne pojazdy w transporcie miejskim

CEO Magazyn Polska

Rośnie zainteresowanie samorządów pojazdami bezemisyjnymi w komunikacji publicznej. Miasta kupują coraz więcej autobusów elektrycznych, trolejbusów i tramwajów. Wymuszają to coraz bardziej rygorystyczne unijne przepisy. Korzysta na tym Solaris, który w ubiegłym roku sprzedał w Polsce pierwsze autobusy elektryczne i rozwija produkcję tramwajów oraz trolejbusów.

W ostatnim czasie możemy obserwować coraz większe zainteresowanie pojazdami całkowicie bezemisyjnymi. Mam na myśli przede wszystkim autobusy elektryczne. Pierwsze tego typu pojazdy sprzedaliśmy także na rynku polskim. Autobusy pojechały do Jaworzna, Ostrołęki, Warszawy i Inowrocławia – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mateusz Figaszewski, rzecznik prasowy Solaris Bus & Coach.

W 2014 r. Solaris sprzedał w Polsce łącznie 26 autobusów elektrycznych. Największe zamówienia złożyły Jaworzno (12 sztuk) i Warszawa (10). Tego typu pojazdy spółka sprzedała także m.in. do Brunszwiku, Drezna, Düsseldorfu, Hanoweru, Hamburga oraz Oberhausen w Niemczech. Chętni na elektryczne solarisy są także w Czechach, Szwecji, Hiszpanii i Austrii.

Na razie sprzedaż autobusów elektrycznych to wciąż jedynie ułamek całego portfela dostaw Solarisa, ale wskaźnik ten ma mocno rosnąć. Jak podkreśla Figaszewski, duże znaczenie mają coraz bardziej rygorystyczne przepisy unijne. Zgodnie z nimi do 2030 r. tylko połowa wszystkich pojazdów komunikacji miejskiej może mieć napęd konwencjonalny. Po 2050 r. obowiązkowy będzie napęd ekologiczny – nie tylko elektryczny, lecz także m.in. LNG.

Już niebawem stanie się codziennością to, że w centrach naszych miast będą poruszały się głównie pojazdy bezemisyjne, a wjazd do centrów dużych aglomeracji będzie ograniczony dla prywatnego transportu pasażerskiego – ocenia Figaszewski.

Solaris nie stawia jedynie na autobusy elektryczne. Spółka mocno rozwija też segment tramwajów. Od 2011 r. pojazdy Tramino (łącznie 50) jeżdżą po torach w Poznaniu, w pobliżu którego znajduje się siedziba Solarisa. W 2013 r. Solaris został pierwszym polskim producentem tramwajów na rynku niemieckim. Obecnie pięć pojazdów Tramino jeździ w Jenie, trwają dostawy łącznie 18 tramwajów do Brunszwiku. W tym roku tramwaje Solarisa trafią także do Lipska oraz Olsztyna, a testy trwają w Krakowie.

Szczególnie chciałem podkreślić realizację kontraktów na rynku niemieckim, ponieważ jako pierwszej polskiej firmie udało nam się sprzedać niemieckiemu odbiorcy tramwaj, homologować ten produkt i wprowadzić go do codziennego użytkowania – zwraca uwagę Figaszewski.

Spółka jest też aktywna w segmencie trolejbusów. W Polsce to mały rynek, bo z tego typu pojazdów korzystają jedynie Gdynia, Tychy i Lublin. We wszystkich trzech miastach jeżdżą solarisy Trollino. Figaszewski podkreśla, że w tym segmencie rynki zagraniczne są znacznie ważniejsze, bo Solaris jest największym europejskim producentem tego typu taboru. W ubiegłym roku udział Solarisa w europejskim rynku trolejbusów sięgał 70 proc. Pojazdy producenta jeżdżą m.in. w Tallinnie, Rydze, Kownie, Budapeszcie, Debreczynie, Cagliari i Neapolu.

Figaszewski zauważa, że niezależnie od rynku, na który trafiają pojazdy Solarisa, ich wyposażenie jest do siebie zbliżone. Nie widać już różnic pomiędzy taborem zamawianym w Polsce i za granicą, a zdarza się nawet, że pojazdy na rynek krajowy są lepiej wyposażone.

O ile jeszcze kilkanaście lat temu można było zauważyć różnicę w wyposażeniu pojazdów, o tyle dzisiaj te różnice nie mają zupełnie związku z krajami, do których je dostarczmy – mówi Figaszewski. – Wiele miast w Polsce ma dużo lepiej wyposażone autobusy komunikacji miejskiej, np. w różne systemy liczenia pasażerów czy inne systemy informacji pasażerskiej.

Dodaje, że niemal standardowym wyposażeniem pojazdów jest już bezprzewodowy dostęp do internetu. Coraz więcej miast zamawia także tabor wyposażony w porty USB przeznaczone do ładowania urządzeń mobilnych pasażerów.

Ponad połowa Polaków zamawia jedzenie na wynos. Najchętniej wybierają kuchnię włoską

64 proc. Polaków zamawia jedzenie na wynos. Choć większość robi to przez telefon, to coraz częściej zamówienia składane są online, np. przez serwisy internetowe udostępniające oferty nawet kilkuset restauracji. Polacy najczęściej wybierają na wynos kuchnię włoską i orientalną. Do pracy często zamawiają sałatki lub obiady domowe.

Zdecydowana większość posiłków zamawiana jest telefonicznie, coraz więcej Polaków decyduje się jednak na składanie zamówień przez internet. Najczęściej posiłki zamawiane są bezpośrednio poprzez stronę internetową wybranej restauracji. Coraz większą popularnością cieszą się jednak portale internetowe, które nie są związane z konkretną restauracją, lecz oferują dostęp do ofert nawet kilkuset lokali gastronomicznych. Z danych firmy PizzaPortal.pl wynika, że korzysta z nich już 38 proc. Polaków. Ich zaletą jest podane w czytelny sposób menu restauracji z ofertą na wynos, co pozwala oszczędzić czas.

Ludzie są bardziej zaganiani, co powoduje, że wieczorem w dzień powszedni nie mają czasu, żeby przygotować posiłek, który mogliby zabrać następnego dnia do pracy, dlatego coraz częściej zamawiają jedzenie z dostawą. Umożliwiając zamawianie przez takie portale jak nasz, dajemy im dostęp do szerszej oferty, bo mają do wyboru nie tylko restauracje w sąsiedztwie, ale dużo więcej lokali – mówi Lech Kaniuk, dyrektor zarządzający PizzaPortal.pl, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Zamawianie posiłków przez serwisy internetowe to także wygoda. Oferują one bowiem płatność nie tylko gotówką przy odbiorze, lecz także online kartą, przelew lub przez system PayPal. Zamówiony posiłek zazwyczaj dociera do klienta w przeciągu godziny. Dostęp do tego typu serwisów umożliwiają specjalne aplikacje, z których możemy korzystać zarówno na laptopach, jak i urządzeniach mobilnych. Jedzenie na wynos częściej zamawiają mężczyźni, stanowią oni 64 proc. zamawiających. 51 proc. zamówień przyjmowanych jest w weekend.

Zamawiamy najczęściej w weekendy, a w tygodniu w czasie lunchu. To się nie zmienia, zmienia się jednak sposób zamawiania – przechodzimy na kanał online. Na początku to raczej mężczyźni zamawiali online i teraz kobiety ich „doganiają” – podsumowuje Lech Kaniuk.

Największą popularnością wśród osób zamawiających posiłki na wynos cieszy się niezmiennie kuchnia włoska, choć niekoniecznie pizza. Spora grupa konsumentów lubi także kuchnię orientalną i tradycyjne polskie smaki. Rośnie także liczba klientów stawiająca na zdrowy styl życia – oni najczęściej decydują się na sałatki lub niskokaloryczne zestawy obiadowe.

Coraz bardziej rośnie grupa, która chce zdrowo się odżywiać, jeść ciepły posiłek zamiast kanapek i przekąsek, mimo że nie ma na jego przygotowanie czasu. Widzimy to zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet – mówi Lech Kaniuk.

Najczęstsze przyczyny zamawiania jedzenia z dostawą do domu lub biura to wygoda, chęć eksperymentowania z nowymi potrawami, niechęć lub nieumiejętność gotowania, a także możliwość oszczędzenia czasu.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 15.04.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Coraz łatwiej o nową pracę

Sytuacja na rynku pracy jest coraz bardziej stabilna – wynika z najnowszego, kwartalnego badania Monitor Rynku Pracy Instytutu Badawczego Randstad. Zarówno gotowość do zmiany pracy, jak i faktycznie dokonane zmiany miejsc pracy Polaków utrzymują się na wysokim, poziomie już od ponad roku. Kolejny już kwartał rośnie jednak liczba osób, które obawiają się utraty pracy.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Wpływ na nieco niższy, w ostatnim badaniu, odczyt wskaźnika określającego poziom rotacji pracowników mają najpewniej czynniki sezonowe. Początek roku to okres, w którym pracodawcy są mniej skłonni do zwiększania zatrudnienia, a większa dynamika na rynku pracy pojawia się na wiosnę, zwykle od kwietnia. Należy jednak zauważyć, że rok 2015 jest pod tym względem wyjątkowy. Stopa bezrobocia pozostaje stabilna od grudnia ubiegłego roku na poziomie ok. 2 pkt. proc. niższym niż przed rokiem. Dane BAEL za IV kwartał 2014 r. wskazują natomiast, że utrzymał się bardzo wysoki poziom zatrudnienia. Pracujących było ponad 16 mln. W porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku nastąpił wzrost liczby pracujących – o 305 tys., tj. o niemal 2%, natomiast liczba bezrobotnych zmniejszyła się o 290 tys., tj. o ponad 17%. Liczba osób pracujących poszukujących innej pracy zmniejszyła się o 30 tys., tj. o 8,4%. Nadal dla ponad połowy tej grupy powodem poszukiwania pracy pozostaje chęć poprawy warunków finansowych.

Bardzo wysokie jest przekonanie o łatwości zdobycia nowej pracy. Po raz pierwszy od dłuższego czasu liczba Polaków aktywnie poszukujących pracy spadła do 9%. To optymistyczne nastawienie ma swoje obiektywne uzasadnienie. Pozytywne sygnały płyną m.in. z sektora przemysłowego w ramach badania wskaźnika PMI. W marcu dwudziesty miesiąc z rzędu wzrósł poziom zatrudnienia. Ponadto tempo tworzenia miejsc pracy przyspieszyło czwarty miesiąc z rzędu i było najwyższe od stycznia 2014 roku. Możemy zatem spodziewać się dalszego wzrostu popytu na pracę. To przełoży się na wzrost presji płacowej. Z kolei wzrost wynagrodzeń, przy uwzględnieniu faktu, że podstawowym powodem zmiany pracy dla respondentów była chęć poprawy warunków pracy, z pewnością przełoży się też na większą rotację pracowników.

Konfederacja Lewiatan

 

NIK o jakości robót drogowych nadzorowanych przez GDDKiA

Podczas prowadzenia największych inwestycji drogowych Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych nie potrafiła zapewnić wystarczająco dobrego nadzoru nad jakością robót drogowych. Żadna z dróg oddanych do ruchu w latach 2008-2009 nie była objęta monitoringiem jakości. Wdrożono go w pełni od 2011 roku. W konsekwencji monitoringiem jakości robót nie objęto więc blisko 40 proc. dróg o łącznej długości 834 km, oddanych do użytku od stycznia 2008 do końca marca 2013 roku. Wady i usterki wystąpiły na ponad 70 proc. odcinków zbadanych przez NIK. Z kolei niewłaściwie opracowana dokumentacja projektowa była podstawą uzasadnionych roszczeń wykonawców – łącznie na 63 mln zł – związanych z koniecznością wykonywania dodatkowych robót i prac naprawczych.

Rozpoczęta w 2007 r. nowa unijna perspektywa finansowa otworzyła przed Polską możliwość szybkiego i znaczącego rozwoju infrastruktury publicznej. Na budowę dróg krajowych Polska przeznaczyła z niej 10 mld euro, co pozwoliło rozpocząć wiele inwestycji, odkładanych dotąd z racji braku potrzebnych środków. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w kontrolowanym okresie (2008 – 2013 I półrocze) podpisała w sumie 181 umów na realizację inwestycji drogowych na łączną kwotę 76,5 mld zł. W tym czasie do ruchu oddano łącznie 124 inwestycje – w sumie prawie 2200 km dróg ekspresowych i autostrad. Najwięcej tras szybkiego ruchu uruchomiono w 2012 r. – ponad 700 km – kiedy rozgrywano w Polsce Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej.

Brak monitoringu robót

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych przystępując do realizacji „Programu Budowy Dróg Krajowych na lata 2008 – 2012” nie miała przygotowanych procedur, systemu monitorowania jakości robót budowlanych ani odpowiednio wyposażonych laboratoriów drogowych do przeprowadzania badań kontrolnych materiałów budowlanych wykorzystywanych w pracach drogowych.

Do końca 2009 r. Centrala Dyrekcji nie prowadziła monitoringu jakości robót i nie egzekwowała przekazywania informacji o liczbie i wynikach badań przeprowadzonych przez laboratoria drogowe. Celem monitoringu miało być wychwycenie w trakcie realizacji inwestycji nieprawidłowości, związanych ze stosowaniem niewłaściwych materiałów i technologii oraz trudności wykonawców z prawidłowym wykonaniem zadań. W konsekwencji monitoringiem jakości robót nie objęto blisko 40 proc. dróg oddanych do użytku w kontrolowanym okresie, o łącznej długości 834 km.

Pełne dane z monitoringu dotyczące wszystkich dróg zaczęto pozyskiwać od stycznia 2011 r., a jednolite zasady prowadzenia monitoringu drogowcy z Generalnej  Dyrekcji opracowali dopiero w marcu 2013 r.

monitoring jakosci robot drogowych

W laboratoriach drogowych

Przed 2008 rokiem możliwości badawcze własnych laboratoriów drogowych Dyrekcji były mocno ograniczone – laboratoria nie posiadały sprzętu ani odpowiednio wykwalifikowanej kadry. W rezultacie Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych nie mogła przeprowadzać wszystkich rodzajów badań kontrolnych, niezbędnych dla określenia jakości wykonywanych robót. Przykładowo w łódzkim oddziale Dyrekcji w laboratorium drogowym nie wykonywano badań m.in.: stali, materiałów izolacyjnych stosowanych na obiektach mostowych, dylatacji mostowych, specjalistycznych badań cementu i asfaltu. Z kolei we wrocławskim laboratorium do 2010 r. nie wykonywano m.in.: badań koleinowania, badań ścieralności kruszywa, nie wykonywano także wierceń w podłożu ani badań konstrukcji nawierzchni do głębokości większej niż 5 m.

Inne nieprawidłowości w badaniach wystąpiły w procedurze poboru próbek do badań (w oddziale poznańskim pobierali je tylko przedstawiciele wykonawcy, bez udziału pracowników GDDKiA), nie sporządzano protokołów z poboru próbek (oddział w Kielcach), a także nie monitorowano liczby badań kontrolnych zlecanych przez Inżyniera Kontraktu (oddziały w Białymstoku, Gdańsku, Kielcach, Poznaniu i Wrocławiu).

Sytuacja w laboratoriach drogowych zaczęła się poprawiać dopiero od 2009 r. kiedy zwiększono ilość etatów oraz utworzono 23 laboratoria polowe, umożliwiające wykonanie części badań w pobliżu dużych budów, bez konieczności wożenia próbek. W kolejnych latach ogłoszono duże przetargi i doposażono w potrzebny sprzęt laboratoria drogowe, a także rozpoczęto budowę nowych i modernizacje dotychczasowych siedzib. W sumie po 2009 roku Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych zainwestowała w laboratoria ponad 100 mln zł.

Nawet pomimo tych inwestycji do czasu zakończenia kontroli żadne z 16 laboratoriów nie uzyskało akredytacji. Ich brak powodował, że spory wykonawców z Generalną Dyrekcją dotyczące jakości zastosowanych materiałów lub wykonanych robót rozstrzygane były przez laboratoria rozjemcze, co z kolei oznaczało dodatkowe koszty, zakłócenia w realizacji zadań oraz wydłużenie czasu niezbędnego do ustalenia, czy zastosowane materiały lub wykonane roboty spełniały wymagania określone w Szczegółowej Specyfikacji Technicznej. Pierwszą akredytację dla laboratorium drogowego Dyrekcja uzyskała dopiero w styczniu 2014 roku. Jak wynika z danych pozyskanych przez NIK już po zakończeniu kontroli – w styczniu 2015 r. wszystkie laboratoria Generalnej Dyrekcji już posiadały akredytacje.

Wady i usterki na nowych drogach

Ponieważ nie funkcjonował skuteczny system, który pozwoliłby na rzetelne określenie jakości robót i wychwycenie w porę błędów popełnionych w trakcie prac budowlanych, efekt zaniedbań mógł być tylko jeden – konieczność kolejnych remontów  i prac naprawczych na nowo wybudowanych odcinkach dróg.

NIK szczegółowo skontrolowała jedną czwartą (30 z 124) inwestycji oddanych do użytku w latach 2008-2013 (I półrocze). Jak ustalili kontrolerzy NIK na podstawie dokumentacji GDDKiA na ponad 70 proc. (22 z 30) sprawdzonych odcinków dróg oddanych do ruchu wystąpiły wady i usterki. Wybudowane drogi miały m.in.: spękaną i nierówną nawierzchnię, niedobory asfaltu i niewłaściwie wykonaną nawierzchnię bitumiczną. Kontrolerzy zwracają uwagę, że w prawie jednej trzeciej skontrolowanych inwestycji, wady wystąpiły w krótkim czasie (od 3,5 do 13,5 miesiąca) po oddaniu drogi do użytku. W przypadku trzech skontrolowanych inwestycji (fragmenty drogi S8 Piotrków Trybunalski – Warszawa, drogi S17 Kurów – Lublin Piaski oraz na autostradzie A1 Pyrzowice – Maciejów – Sośnica) wady i usterki wykrywano jeszcze przed oddaniem dróg do ruchu.

Po wykryciu defektów GDDKiA zlecała wykonawcom naprawy, wydłużenie okresu gwarancji lub ukarała ich finansowo. Dyrekcja nie wyciągnęła jednak konsekwencji wobec Inżynierów Kontraktu za niedopełnienie nadzoru na tych inwestycjach, choć zgodnie z zawartymi umowami, mogła żądać od nich odszkodowań.

Kosztowne błędy w dokumentacji

Duża liczba realizowanych inwestycji drogowych w kontrolowanym okresie, nie sprzyjała prawidłowemu ich przygotowaniu. Zaniedbania na początkowym etapie inwestycji, prowadziły do kolejnych. I tak brak rzetelnego nadzoru ze strony GDDKiA na etapie przygotowania dokumentacji projektowej, skutkował błędami w obliczaniu kosztów planowanych prac projektowych, błędnie przygotowanymi projektami wykonawczymi i technologicznymi, a także niedostateczną jakością prac geologicznych. To z kolei prowadziło do wadliwego wykonania obiektów inżynieryjnych, a w konsekwencji konieczne były naprawy  i dodatkowe roboty. Łączna wartość roszczeń zgłoszonych przez wykonawców oraz przeprowadzonych dodatkowych prac budowlanych (na skontrolowanych inwestycjach) wyniosła blisko 63 mln zł.

Słaby nadzór inwestorski

NIK podkreśla, że kluczową funkcję Kierownika Projektu, czyli osoby odpowiedzialnej za całość zadań związanych z realizacją inwestycji, która także reprezentuje GDDKiA w kontaktach z Wykonawcą i Inżynierem Kontraktu, powierzano osobom bez odpowiedniego stażu i doświadczenia w nadzorowaniu robót drogowych, a nawet bez uprawnień budowlanych. Nagminnie zdarzało się, że te same osoby pełniły funkcję Kierownika Projektu równocześnie na kilku budowach (np. w Katowicach, Olsztynie i Warszawie Kierownicy Projektów nadzorowali równocześnie po cztery kontrakty). Efektywnej i sprawnej realizacji inwestycji nie sprzyjały również zmiany na stanowisku Kierownika Projektu (takie przypadki odnotowano w oddziałach GDDKiA w Łodzi, Olsztynie, Warszawie i Wrocławiu), w rezultacie czego nowo powołane osoby nie miały pełnej wiedzy związanej z inwestycją.

Kontrolerzy zwracają także uwagę na przypadki braku właściwej synchronizacji terminów wyboru wykonawcy robót i podmiotu świadczącego usługi Inżyniera Kontraktu (który zarządza i sprawuje nadzór nad pracami budowlanymi). W skutek tego roboty budowlane rozpoczynały się wcześniej niż rozpoczynał  pracę Inżynier Kontraktu (wtedy czasowo tę funkcję pełnił wyznaczony pracownik oddziału GDDKiA). W efekcie występowały opóźnienia w ustanowieniu docelowej obsady inspektorów nadzoru inwestorskiego, a także w weryfikacji przez Inżyniera Kontraktu  dokumentacji projektowej.

Brak należytego nadzoru ze strony GDDKiA nad pracą Inżyniera Kontraktu doprowadził m.in. do przypadków samowolnego wprowadzenia istotnych zmian do projektu budowlanego oraz do niezgodnego ze stanem faktycznym przedstawiania (w miesięcznych raportach) informacji o wprowadzonych zmianach projektowych. Zdarzało się także, że pozbawiony nadzoru Inżynier zlecał i odnotowywał inną (najczęściej mniejszą) liczbę badań laboratoryjnych niż przewidziano w Szczegółowej Specyfikacji Technicznej.

Wnioski

Od wielu lat głównym problemem wpływającym na nienależytą jakość wykonywanych robót jest nieskuteczny nadzór inwestorski ze strony generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad  nad realizowanymi inwestycjami. Brak tego nadzoru miał wpływ nie tylko na niską jakość realizowanych inwestycji, ale również na zwiększenie kosztów i wydłużenie czasu budowy tych inwestycji.

W celu poprawy nadzoru nad jakością realizowanych robót drogowych, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych powinna:

  • usprawnić i wdrożyć rozwiązania w systemie zapewnienia jakości wykonywanych robót budowlanych, ze szczególnym uwzględnieniem  prawidłowego przygotowania dokumentacji projektowej (w tym dokumentacji geologiczno-inżynierskiej);
  • wprowadzić rozwiązania, które umożliwią Inżynierowi Kontraktu rozpoczęcie pełnienia funkcji już na etapie przygotowania inwestycji do realizacji (w szczególności w okresie sporządzania dokumentacji projektowej);
  • wdrożyć jednolite zasady przeprowadzania badań kontrolnych jakości wykonanych robót i stosowanych materiałów budowlanych.

Biorąc pod uwagę wcześniejszą niską skuteczność podejmowanych przez Generalną Dyrekcję  działań w zakresie zapewnienia odpowiedniej jakości robót drogowych, NIK wnioskuje do Ministra Infrastruktury i Rozwoju o wzmożenie bieżącego nadzoru nad wprowadzaniem w GDDKiA efektywnego systemu nadzoru inwestorskiego.

Raport Pracuj.pl „Rynek Pracy Specjalistów” w pierwszym kwartale 2015 r.

W pierwszym kwartale 2015 r. w serwisie Pracuj.pl opublikowano 103 715 ofert pracy, co oznacza wzrost o 13,77%, w porównaniu z zeszłym kwartałem. Tradycyjnie już największe zapotrzebowanie na specjalistów zgłosiły branże: handel i sprzedaż oraz bankowość/finanse/ubezpieczenia. Rysujący się od paru miesięcy trend wzrostowy w budownictwie i nieruchomościach nie zmniejszył swej dynamiki. Z kolei stałe wzrosty w liczbie ogłoszeń adresowanych do specjalistów HR wskazują na utrzymujący się optymizm pracodawców. Także po stronie pracowników coraz wyraźniej widać zwiększone zainteresowanie rynkiem pracy.

  • 103 715 ofert pracy w pierwszym kwartale 2015 r. w serwisie Pracuj.pl
  • 5,53% wzrost liczby ogłoszeń rok do roku
  • 39,2% wszystkich ogłoszeń to oferty skierowane do pracowników handlu i sprzedaży
  • 13,2% więcej ogłoszeń dla pracowników HR w porównaniu z czwartym kwartałem 2014 r.
  • 18,3% więcej ogłoszeń dla pracowników specjalizacji budownictwo w porównaniu z czwartym kwartałem 2014 r.

Jak wynika z opublikowanych 31 marca danych Eurostatu, bezrobocie w Polsce wyniosło w lutym 7,8%. To wynik najlepszy od sześciu lat, co więcej jest on lepszy niż wynik ogólny wszystkich państw Unii Europejskiej wynoszący 9,8%. Z kolei najnowszy komunikat Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, z dnia 8 kwietnia 2015 r., wskazuje, że marcowa stopa bezrobocia na poziomie 11,7% oznacza spadek tego wskaźnika w stosunku do dwóch pierwszych miesięcy roku.  Dane te znajdują odzwierciedlenie w sygnałach docierających z rynku pracy; potwierdzają je także analizy ekspertów portalu Pracuj.pl.

Kogo poszukiwano?

Najwięcej ogłoszeń o pracę skierowano do specjalistów handlu i sprzedaży – było ich 40 682. Na kolejnych miejscach uplasowali się specjaliści ds. obsługi klienta (19 125 ofert), specjaliści ds. finansów (16 334 ofert) oraz specjaliści ds. IT (15 212 ofert).

W pierwszym kwartale 2015 r. to specjaliści ds. marketingu okazali się ekspertami, na których usługi najbardziej wzrosło zapotrzebowanie pracodawców – kwartał do kwartału wzrost ten wyniósł 25,7%. Na kolejnych miejscach znaleźli się inżynierowie – wzrost zapotrzebowania kwartał do kwartału o niemal jedną piątą oraz specjaliści budownictwa – wzrost o 18,3%.

Tradycyjnie nie maleje zapotrzebowanie na specjalistów IT – wzrost o 10% (w porównaniu z czwartym kwartałem 2014 r.) oraz o 8,5% (w porównaniu z pierwszym kwartałem 2014 r.). Na wysokim poziomie utrzymuje się także popyt na specjalistów ds. logistyki – wzrost o 11,1% (kwartał do kwartału) oraz 7,4% (rok do roku). Obok wymienionych specjalistów wygranymi zmian zachodzących na naszym rynku pracy są zdecydowanie eksperci ds. HR – liczba ogłoszeń o pracę skierowana do tych pracowników wzrosła o 13,2% (porównując pierwszy kwartał 2015 r. z ostatnim kwartałem 2014 r.) i o 14,2% ( rok do roku).

Budownictwo i nieruchomości – optymizm coraz wyraźniejszy

Wskaźnik koniunktury regularnie badany przez GUS, odzwierciedlający poziom optymizmu przedsiębiorców różnych branż, w przypadku budownictwa potwierdza dane z rynku pracy. Najgorzej swą przyszłość widzieli pracodawcy z branży budownictwo w grudniu 2012 r. – wtedy wskaźnik optymizmu wyniósł minus 35 pkt. Wynik ten odzwierciedlał ówczesne nastroje całej branży. Po niespełna dwóch i pół roku różnica w samoocenie branży jest kolosalna – w marcu wskaźnik koniunktury wyniósł minus 7 pkt., co oznacza wzrost rok do roku o 5 pkt. Dane te potwierdzają także analitycy rynków kapitałowych; coraz więcej domów maklerskich wydaje pozytywne rekomendacje dla spółek z branży budowalnej.

Udział budownictwa i nieruchomości w I kwartale 2015 r. wyniósł 6,6% (6 825 ogłoszeń o pracę). Jednak prawdziwie imponujący jest wzrost zapotrzebowania w stosunku do minionego kwartału, który wyniósł aż 21,1%. Dla specjalistów budownictwa skierowano 2 868 ofert, co oznacza wzrost na poziomie 18,3% w porównaniu do zeszłego kwartału i także wzrost na poziomie 2,9% porównując kwartały rok do roku. Także liczba ogłoszeń dla specjalistów ds. nieruchomości wzrosła o 12,1% porównując kwartał do kwartału.

Jakie branże rekrutowały w pierwszym kwartale 2015 r.?

Wśród branż o największym zapotrzebowaniu tradycyjnie na pierwszym miejscu uplasował się handel
i sprzedaż
– 21 581 ogłoszeń (20,8% udziału w ogólnej liczbie ogłoszeń I kwartału 2015 r.), wzrost o 13% w stosunku do ostatniego kwartału 2014 r. Dla porównania, w całym 2014 r. ogłoszenia dla specjalistów z tej branży stanowiły 22% ogółu ofert.

Na drugiej pozycji znajduje się bankowość/finanse/ubezpieczenia – 14 896 ofert pracy (14,4% udziału w pierwszych trzech miesiącach 2015 r.), wzrost w stosunku do czwartego kwartału 2014 r. o 9,8%. Kolejne miejsce na podium należy do przemysłu ciężkiego, w tej branży opublikowano 8 902 ogłoszeń (8,6% udziału w pierwszym kwartale), wzrost liczby ofert pracy kwartał do kwartału wyniósł 19,3%. Czwarta branża o największym zapotrzebowaniu na specjalistów to telekomunikacja i zaawansowane technologie, w  pierwszym kwartale bieżącego roku opublikowano 8 378 ogłoszeń o pracę skierowanych do specjalistów tej branży (8,1% udziału w pierwszym kwartale.), zmiana w stosunku do zeszłego kwartału wyniosła plus 4,7%.

Szerszy kontekst, uzyskany dzięki porównaniu kwartałów rok do roku (pierwszy kwartał 2015 r. versus pierwszy kwartał 2014 r.), pozwala dodatkowo zauważyć, że także w takich branżach jak marketing/media/reklama(wzrost o 17,2%  rok do roku), transport/logistyka (wzrost o 9,2% rok do roku) oraz IT (wzrost 8,7% rok do roku) obserwujemy trwałą tendencję wzrostową.

 Gdzie było najłatwiej o pracę w I kwartale 2015 r.?

Najwięcej ogłoszeń o pracę opublikowali pracodawcy z województwa mazowieckiego – było ich 23 465, co stanowiło 22,6% wszystkich ofert pracy z I kwartału 2015 r.  Kolejne województwa w których było w pierwszym kwartale 2015 r. najwięcej ofert pracy to województwo dolnośląskie – 10 282 ogłoszeń o pracę (9,9% udział w ogólnej liczbie ogłoszeń z całego kwartału), województwo małopolskie – 9 786 ofert (9,4% udział w ogólnej liczbie ogłoszeń z całego kwartału.), województwo wielkopolskie (9 308 ofert) oraz śląskie (9 055 ofert).

W porównaniu z zeszłym kwartałem w każdym województwie zwiększyło się zapotrzebowanie na specjalistów. Najbardziej znamienne wzrosty zaobserwowano w województwach: małopolskim (wzrost o 16,4%),  mazowieckim (wzrost o 14,3%), dolnośląskim (wzrost o 10,7%) i śląskim (wzrost o 11,4%).

W pierwszym kwartale 2015 roku firmy, niezależnie od wielkości, wykazały większy optymizm niż w ostatnim kwartale 2014 r.. Najchętniej zatrudniały firmy małe (15,5% wzrost w porównaniu z zeszłym kwartałem) i średnie – identyczny wzrost, jak w przypadku małych firm, także mikroprzedsiębiorstwa zwiększyły swe zapotrzebowanie o 12% w porównaniu z minionym kwartałem. W firmach największych  wzrost ten wyniósł 11,4%. Mikroprzedsiębiorstwa już kolejny rok radzą sobie bardzo dobrze i, jako jedyne, w porównaniu rok do roku, wykazały wzrost zapotrzebowania na specjalistów przekraczających 10% (wzrost o 11,6%  w porównaniu z I kwartałem 2014 r.).

Komentarz Przemysława Gacka, prezesa zarządu Grupy Pracuj S.A.:

Analizując rynek pracy w I kwartale 2015 roku, obserwujemy kontynuację ożywienia na rynku pracy. Po raz pierwszy na Pracuj.pl opublikowaliśmy ponad 100 000 ogłoszeń o pracę w kwartale. Najczęściej poszukiwani specjaliści to, jak co kwartał, osoby odpowiedzialne za handel i sprzedaż, obsługę klienta, finanse i IT.  Ofert pracy dla specjalistów ds. IT opublikowano ponad 15 000, o 10% więcej niż z zeszłym kwartale.

Ożywienie na rynku pracy potwierdza systematyczny wzrost liczby ogłoszeń o pracę dla specjalistów ds. HR, co zazwyczaj zwiastuje kolejne, dalsze rekrutacje. Również poszukujący pracy są znacznie bardziej aktywni. W I kwartale br. na Pracuj.pl konto założyło prawie 190 000 nowych użytkowników, o ponad 30% więcej niż w IV kwartale 2014 roku. W tym czasie użytkownicy Pracuj.pl wysłali również o 10% więcej aplikacji na oferty pracy.

Publikowane oferty pracy to dobry barometr nastrojów przedsiębiorców i kondycji branży. Kilkunastoprocentowy wzrost liczby ofert pracy dla osób odpowiedzialnych za transport i logistykę, produkcję czy budownictwo, dobrze rokuje dla polskiej gospodarki. Wzrost zapotrzebowania na inżynierów specjalizujących się w projektowaniu czy konstrukcjach zwiastuje dalsze inwestycje. Co prawda oferty pracy dla specjalistów ds. marketingu to u nas niecałe 5% ofert pracy, ale ponad 25% wzrost zapotrzebowania na tych pracowników, również świadczy o dobrych nastrojach przedsiębiorców. To te działy bowiem są często jako pierwsze redukowane podczas gorszej koniunktury.

Ożywienie na rynku pracy potwierdzają również najnowsze dane Eurostatu, które pokazują najniższy poziom bezrobocia od maja 2012 roku. Co ważne, poziom bezrobocia w Polsce jest niższy niż w całej Unii Europejskiej. Ożywienie gospodarcze zaczyna powodować, że w wybranych obszarach pracodawcy zaczynają mieć problem ze znalezieniem odpowiednich kandydatów do pracy. Coraz trudniej zrekrutować pracowników do działów IT, inżynierów czy doświadczonych handlowców. Na znaczeniu będzie zyskiwać zatem to, jaką opinię ma dana firma jako pracodawca. Coraz większą wagę firmy powinny przykładać również do odpowiedzialnej rekrutacji, ponieważ doświadczenie, jakie kandydaci wynoszą z procesu rekrutacji, może mieć bardzo duży wpływ na postrzeganie firmy. Rosnące zainteresowanie przedsiębiorców dołączeniem do naszej Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji pokazuje, że coraz więcej firm zdaje sobie sprawę z tych nowych wyzwań.

Kopex liczy, że jeszcze w br. kopalnia w Przeciszowie uzyska licencję na eksploatację i od 2018 roku rozpocznie wydobycie. Szacowana wielkość złoża to 100 mln ton

CEO Magazyn Polska

Planowana przez Grupę Kopex kopalnia węgla kamiennego w Przeciszowie koło Oświęcimia jeszcze w br. powinna uzyskać licencję górniczą. Gdyby tak się stało, to wydobycie pierwszych ton surowca byłoby możliwe już od 2018 roku. Szacowana wielkość złoża wynosi powyżej 100 mln ton. Eksploatacja mogłaby więc potrwać co najmniej trzy dekady.

– Chcielibyśmy bardzo uzyskać licencję górniczą, czyli zgodę na eksploatację podziemną, jeszcze w 2015 roku – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Broncel, członek zarządu Grupy Kopex. – Wtedy rozpoczęlibyśmy dalsze prace, tak aby w 2018 roku można już było wydobyć pierwsze tony węgla.

Złoże jest zlokalizowane na obszarze koncesyjnym Oświęcim-Polanka 1 obejmującym tereny trzech gmin: Przeciszowa, Polanki Wielkiej i Oświęcimia. Uchwałę pozytywnie opiniującą projekt tej inwestycji Rada Nadzorcza spółki podjęła w listopadzie 2013 roku. Od tego mniej więcej czasu trwają prace przygotowawcze związane między innymi z zapewnieniem przedsięwzięciu finansowania. Wartość inwestycji jest szacowana na przeszło 1,5 mld zł. Pod koniec marca br. radni Przeciszowa uchwalili Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Gminy Przeciszów, uwzględniające istnienie kopalni. To przybliża spółkę do realizacji inwestycji, choć jeszcze nie przesądza o niej ostatecznie.

– Nazwa także pozostaje wciąż kwestią otwartą – dodaje Piotr Broncel. – Wielkość złoża oceniamy na grubo ponad 100 mln ton. Przy założeniu, że kopalnia będzie fedrować na poziomie 4 mln ton rocznie, mamy czas eksploatacji wynoszący 30 lat i więcej.

Zaletą projektu jest niewielka głębokość złoża (250-650 metrów pod ziemią), która umożliwia jego udostępnienie tzw. upadowymi wyrobiskami korytarzowymi zamiast tradycyjnymi szybami. Dzięki takiemu rozwiązaniu koszty inwestycji byłyby niższe, wyższa natomiast wydajność. Kopalnia w Przeciszowie byłaby pierwszą w Polsce inwestycją wykorzystująca tylko wyrobiska upadowe. Korzystanie z takiego rozwiązania pozwoliłoby także wyeliminować problem wąskiego gardła w transporcie urobku na powierzchnię, jakim zazwyczaj są tradycyjne szyby. Grupa Kopex szacuje, że nowy zakład docelowo może zatrudniać ponad tysiąc osób.

– Kopalnia od samego początku jest projektowana i budowana w oparciu o model, który zapewni najniższe możliwe koszty wydobycia – wskazuje Broncel. – Dzisiaj szacujemy, że będą one niższe od kosztów wydobycia w kopalni Bogdanka, czyli bardzo konkurencyjne. Przy takiej cenie klient na dobry węgiel energetyczny z pewnością się znajdzie.

Ubiegłoroczne skonsolidowane przychody ze sprzedaży Grupy Kopex wyniosły ponad 1,43 mld zł i były o około 40 mln zł wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej. Spółka osiągnęła zysk netto na poziomie 107,5 mln zł, blisko dwa razy wyższym niż za 2013 rok.

W marcu deflacja prawdopodobnie była nieco słabsza niż w lutym. Ceny będą jednak spadały co najmniej do końca III kwartału

CEO Magazyn Polska

Ceny w Polsce mogą spadać do końca września, a nawet dłużej. Wszystko zależy od sytuacji politycznej na świecie. Na razie wiadomo, że marzec był kolejnym miesiącem deflacji. Dziś dowiemy się jak poważnej, bo najnowsze wyliczenia przedstawi Główny Urząd Statystyczny. Jak oceniają ekonomiści, spadek cen był nieco wolniejszy niż w lutym, gdy deflacja sięgnęła w ujęciu rocznym 1,6 proc.

Obserwowane od połowy zeszłego roku spadki cen są w dużym stopniu skutkiem niskich cen ropy naftowej i w konsekwencji niskich cen paliw. Po zajęciu Krymu przez Rosję Stany Zjednoczone zwiększyły sprzedaż ropy naftowej, dzięki czemu ceny paliw zaczęły spadać. Cena baryłki ropy Brent, która jeszcze w lipcu kosztowała 116 dol., sięga obecnie niespełna 60 dol. Wraz z tanimi paliwami spadają ceny wielu towarów.

– Zakładam, że nie dojdzie już do większego spadku cen paliw mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Bank. – To też jest jakieś ryzyko, bo jeżeli Iran się dogada z USA, to będziemy mieli spadek cen paliw. Mówi się o około 10-15 dol. na baryłce. Wtedy ta deflacja może się przedłużyć.

Konflikt pomiędzy Rosją i Unią Europejską przyniósł też spadek cen artykułów spożywczych. Po zamknięciu wschodniego rynku dla m.in. polskiej żywności, producenci musieli obniżyć ceny, by sprzedać nadwyżki.

Deflacja moim zdaniem utrzyma się co najmniej do IV kwartału tego roku, a jeżeli złoty będzie się dalej umacniał, to możliwe, że do początku przyszłego roku prognozuje Morawski.

To by oznaczało oddech dla wielu polskich firm, którym spadające ceny mocno ograniczają dochody. W takim optymistycznym wariancie przyszłoroczna inflacja nie będzie bardzo dotkliwa.

– Załóżmy, że ceny ropy się ustabilizują i ceny żywności będą stabilne, wtedy z deflacji wyjdziemy pod koniec tego roku, a w przyszłym roku średnia inflacja może wyniesie między 0,5 a 1,5 proc., tak bym to widział.

Na razie jednak deflacja niepodzielnie rządzi w polskiej gospodarce i przez co najmniej kilka miesięcy nie należy oczekiwać spektakularnych zmian. Można jednak zakładać, że ceny ostatnio spadały nieco wolniej. Roczna deflacja w lutym sięgnęła 1,6 proc. W marcu powinna być niższa. To z kolei zwiększa siłę nabywczą konsumentów.

Deflacja lekko zelżała w marcu uważa Ignacy Morawski z BIZ Bank.Moje szacunki wskazują, że dynamika cen wyniosła -1,3 proc. rok do roku w marcu. Jeżeli chodzi o wynagrodzenia, to ten trend i wzrosty wynagrodzeń nominalnych są dość stabilne, lekko powyżej 3 proc., i wydaje mi się, że to zostanie utrzymane. Wzrost wynagrodzeń może wynieść 3,3 proc., co i tak daje bardzo wysoki realny wzrost wynagrodzeń, w okolicach 5 proc., czyli zdecydowanie powyżej średniej historycznej. Średnio historycznie realne wynagrodzenia rosły w Polsce około 3 proc.

J. Lewandowski: ścieżka wyjścia z procedury nadmiernego deficytu i niskie zadłużenie podnoszą atrakcyjność Polski w oczach inwestorów

CEO Magazyn Polska

Polska zbliża się do zdjęcia przez UE procedury nadmiernego deficytu, nakładanej na kraje członkowskie przekraczające 3-proc. deficyt finansów publicznych. Zdaniem Janusza Lewandowskiego jej brak to wyższa wiarygodność kraju, niższe rentowności obligacji i zniesienie ryzyka możliwych sankcji wysokiego zadłużenia. Coraz niższy deficyt to efekt lepszej kondycji finansów publicznych, do której przyczynia się wyższa dynamika PKB.

– Wyjście z procedury nadmiernego deficytu budżetowego to dobra wiadomość, która oznacza również wyzwolenie się spod ewentualnych sankcji. Jeżeli kraj długo nie podejmuje działań naprawczych, to jedną z sankcji jest cięcie funduszy strukturalnych, o które tak dzielnie walczyliśmy przez tyle lat – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Lewandowski, obecnie europoseł i szef Rady Gospodarczej przy Pani Premier.

Procedura nadmiernego deficytu to szereg zaleceń nakładanych przez Radę UE na państwa członkowskie, kiedy ich deficyt publiczny przekracza 3 proc. PKB. Dobra kondycja finansowa budżetu Polski w 2015 roku stwarza szansę na wyjście z procedury, która – jak podkreśla Lewandowski – wpływa także na rentowność polskich obligacji. Jak dodaje, na kondycję oddziałują także stabilne perspektywy wzrostu i wiarygodność kraju.

Rentowność polskich 10-letnich obligacji w ciągu ostatnich kilku tygodni oscyluje wokół poziomów 2,1-2,5 proc. Rok temu wynosiła ponad 4 proc., a w 2011 roku przekraczała 6 proc.

– Możemy zadłużać się taniej, tylko nie zawsze warto się zadłużać. Trzeba trzymać się granicy przyzwoitości, która powinna być poniżej 50 proc. PKB. To zresztą rzadkość w krajach UE. Zwłaszcza w strefie euro zadłużenia sięgają 90 proc., co jest pokłosiem kryzysu – przypomina Lewandowski. – Na ich tle Polska wygląda dobrze, dlatego jest atrakcyjna dla inwestorów. Mam nadzieję, że będziemy bliżej 4 proc. wzrostu niż 3 w następnych latach.

Według najnowszej prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego wzrost PKB w Polsce w tym i przyszłym roku wyniesie 3,5 proc. Jesienią eksperci Funduszu szacowali 3,3 proc. w tym roku.

Janusz Lewandowski wymienia główne wyzwania Rady na 2015 rok. Celem w najbliższych miesiącach będą prace nad założeniami ordynacji podatkowej i ustawą o działalności gospodarczej.

– Trzeba także sformułować bardziej konkretną i apetyczną ofertę dla polskiej młodzieży, która ucieka za granicę, choć dziś trochę mniej niż dawniej. Na szczęście widzę w młodym pokoleniu gotowość do szukania własnej okazji na biznes. To jest bardzo zdrowe, dlatego trzeba to wspierać –zaznacza przewodniczący Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów.

Niskie ceny produktów nie wystarczą do udanej ekspansji zagranicznej. Polskie firmy muszą stawiać na wiedzę i nowe rynki

0

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny nie są już wyznacznikiem sukcesu na rynkach globalnych. Istotną rolę pełni konkurencja technologiczna oraz znajomość danych rynków. Szansę na sukces zwiększa także wyszukiwanie nowych obszarów ekspansji, np. w Afryce. Szczególnie dobrze przygotowane są do takich działań firmy rodzinne, które planują swoje inwestycje długoterminowo.

Poszukiwanie wyłącznie przewag technologicznych stało się niewystarczające. Konieczne wydaje się poszukiwanie innych możliwości. Bardzo istotna stała się wiedza w zakresie pozyskiwania nowych funduszy oraz znajomość innych rynków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Tępińska-Marcinek z Ceramiki Paradyż.

Podkreśla, że aspektem decydującym o sukcesie polskich firm na rynkach światowych była przede wszystkim cena. Przewaga ta jest jednak niewystarczająca. Wzrost kosztów siły roboczej wymusza na nas poszukiwanie innych atutów. Z podobnymi problemami, jak zauważa Tępińska-Marcinek, borykają się także firmy z Chin, gdzie koszty produkcji znacznie wzrosły.

Również technologia przestała być atutem samym w sobie. Z uwagi na globalizację oraz powszechny dostęp do internetu zdobycie przewagi pod względem technologicznym oraz jej ochrona są niezwykle trudne. Istotne stało się zatem poszukiwanie nowych rynków oraz posiadanie dużej wiedzy na ich temat. Dla wielu firm rynek krajowy okazuje się zbyt mały.

Działanie w obrębie rynku krajowego, w gospodarce rozwijającej się, jest o wiele prostsze. Można sobie wtedy pozwolić na budowanie pozycji w kraju. Dzisiaj to jednak za mało. Jeżeli chcemy się rozwijać, chcemy istnieć, to musimy szerzej spojrzeć na nasz biznes – podkreśla Tępińska-Marcinek.

Jednym z wielu obiecujących obszarów ekspansji dla spółki są rynki Afryki. Na tym kontynencie koszty pracy i prowadzenia działalności są o wiele niższe. Zachęcającym czynnikiem jest także dostępność dużych zasobów surowców. Tępińska-Marcinek podkreśla jednak, że również w Afryce konkurencja jest coraz większa – kontynent ten przyciąga firmy z Europy, Ameryki Północnej i Chin.

Ekspansja zagraniczna jest kierunkiem szczególnie atrakcyjnym dla firm rodzinnych, takich jak Ceramika Paradyż. Jak zauważa Tępińska-Marcinek, działania rozwojowe i inwestycyjne w firmach rodzinnych są planowane zwykle w dłuższej perspektywie, ponieważ firmy te stawiają na stabilność, a nie na ryzyko.

Inwestowanie rodzinnych środków finansowych jest o wiele bardziej przemyślane, gdyż przywiązujemy większą wagę do lokowania tych pieniędzy. Niestety, mamy też przez to mniejsze skłonności do ryzyka, a co za tym idzie ‒ większe ograniczenia dla rozwoju firmy. Ostatnie lata pokazały jednak, że firmy rodzinne lepiej radzą sobie w sytuacjach kryzysowych ‒ podkreśla Tępińska-Marcinek.

Ponad 250 osób znajdzie pracę przy produkcji felg samochodowych. Uniwheels chce pozyskać środki na rozbudowę fabryki od inwestorów z GPW

0

CEO Magazyn Polska

Ponad 250 osób zamierza zatrudnić w nowej fabryce w Polsce spółka Uniwheels, europejski potentat w produkcji felg samochodowych. Zasadniczą część pieniędzy na tę inwestycję firma zamierza pozyskać na warszawskiej giełdzie. 17 kwietnia rozpoczynają się zapisy inwestorów indywidualnych na jej akcje nowej emisji.

Zapisy na akcje Uniwheels potrwają do 22 kwietnia, a ich debiut na warszawskim parkiecie oczekiwany jest w pierwszej połowie maja.

– Spodziewamy się wpływów na poziomie około 60 milionów euro mówi agencji informacyjnej Newseria Ralf Schmid, prezes Uniwheels.Maksymalna cena akcji to 119 zł. Środki zostaną przeznaczone na inwestycję w Stalowej Woli.

W pierwszym etapie inwestycji powstaną nowe budynki oraz zostanie zamontowana dodatkowa, w pełni zautomatyzowana linia do malowania, która będzie wspierać już istniejące linie produkcyjne. W Stalowej Woli spółka posiada już dwa zakłady, które w ubiegłym roku wyprodukowały ponad 6 milionów felg.

W pierwszym etapie zainstalujemy moce produkcyjne wielkości 1,2 miliona felg rocznie, co będzie kosztowało nas około 65 milionów euro deklaruje Ralf Schmid. – Większość środków na sfinansowanie pierwszego etapu inwestycji będzie pochodzić z oferty publicznej. Ostateczny koszt inwestycji to 85 milionów euro.

Kolejnym etapem inwestycji będzie budowa odlewni wyposażonej w nowe maszyny odlewnicze, piece do topienia oraz zautomatyzowane maszyny, wspierające proces produkcyjny. Pierwsza faza rozbudowy fabryki zakończy się w 2016 roku, a osiągnięcie docelowego zwiększenia produkcji do ok. 2 mln felg rocznie planowane jest do końca 2017 roku.

Zwiększymy zatrudnienie o 250-300 osób podkreśla prezes Uniwheels.Właśnie rozpoczęliśmy szkolenie załogi. Nowe osoby zaczną pracę w połowie przyszłego roku.

Prawie 75 proc. produkcji z polskich zakładów Uniwheels trafia bezpośrednio do producentów samochodów i montowane jest w nowych autach takich marek, jak Audi, BMW, Mercedes, Jaguar, Land Rover i Volvo. Odbiorcą spółki jest też koncern PSA, właściciel marek Peugeot i Citroën. Reszta produkcji trafia na rynek detaliczny.

– Obserwujemy wyraźny wzrost produkcji samochodów w Europie, szczególnie u naszych klientów z segmentu premium podkreśla Ralf Schmid.W związku z tym widoczny jest również niedobór mocy produkcyjnych w produkcji felg aluminiowych. Zapotrzebowanie jest większe niż istniejące na rynku możliwości produkcji.

W ubiegłym roku Uniwheels uzyskał 362,6 mln euro przychodów, co oznacza wzrost o 7,5 proc. w porównaniu z 2013 rokiem. Zysk netto spółki wzrósł o 73 proc., sięgając 22,8 mln euro.

Dziś prawie 80 proc. naszej produkcji jest zlokalizowane w Polsce. Nowa inwestycja w Stalowej Woli zwiększy ten udział do 90 proc., co oznacza, że 90 proc. naszych przychodów w najbliższym czasie pochodzić będzie z Polski – ocenia prezes Uniwheels.

Ruch w nieruchomościach. Głównie dzięki niskim stopom procentowych i wyższym limitom w programie Mieszkanie dla Młodych

CEO Magazyn Polska

Wbrew obawom wzrost wymaganego wkładu własnego nie przyniósł znaczącego spowolnienia sprzedaży mieszkań. Kupujących zachęcają przede wszystkim rekordowo niskie stopy procentowe. Pomagają również wyższe limity w programie MdM. Na niektórych rynkach to główny impuls do wzrostu sprzedaży.

Rynek jest bardzo silny. Widzimy ogromną korelację między kondycją rynku i popytem na rynku mieszkaniowym a wysokością stóp procentowych. W Polsce mamy rekordowo niskie stopy procentowe i wszystko wskazuje na to, że one jeszcze przez pewien czas się utrzymają, być może nawet spadną, jak przewidujemy. To powinno utrzymać silny popyt na rynku mieszkaniowym. Słyszy się jednak o wprowadzeniu bardzo dużej oferty deweloperów i rzeczywiście tak jest. Obecnie obserwujemy stabilizację na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu spółki deweloperskiej Polnord.

Stabilizację pokazują wyniki sprzedażowe deweloperów po pierwszym kwartale. Część z nich odnotowała delikatne spadki, ale może być to efektem wysokiej sprzedaży w pierwszym kwartale ubiegłego roku. Polnord od stycznia do marca br. sprzedał 344 mieszkania. Przed rokiem liczba ta wyniosła 309.

– To nastraja nas optymistycznie na cały rok i jest to dobry prognostyk dla naszych perspektyw zakupowych. Jesteśmy zadowoleni z tego wyniku, bo wielu obserwatorów i ekspertów uważało, że ten kwartał na rynku będzie słabszy. W ramach Rekomendacji S wzrosły wymogi wkładu minimalnego dotyczące kredytów hipotecznych, więc prognozowano lekkie przyhamowanie w pierwszym kwartale –  zaznacza Sznajder.

Sprzedaż mieszkań stymuluje również program Mieszkanie dla Młodych – przynajmniej w niektórych lokalizacjach. Jak wynika z danych BGK, po pierwszym kwartale wysokość zgłoszonego zapotrzebowania na dofinansowanie wkładu własnego przekroczyła 220 mln zł (z tegorocznego budżetu wynoszącego 715 mln zł).

Liczba wniosków złożonych do BGK jest prawie trzy razy większa niż przed rokiem. Od początku kwietnia obowiązują nowe limity cenowe – w większości miast wskaźnik wzrósł, chociaż symbolicznie.

– Sprzedaż mieszkań w ramach oferty Mieszkanie dla Młodych wygląda różnie w zależności od poszczególnych lokalizacji. Per saldo około 30 proc. oferty Polnordu może być objęte programem MdM – mówi Tomasz Sznajder.

W inwestycjach prowadzonych w Trójmieście do programu kwalifikują się wszystkie mieszkania, z kolei na warszawskiej Woli w ofercie nie ma żadnego.

Ze względu na prestiżowość tej lokalizacji i wynikające z tego wyższe ceny w zasadzie żadne mieszkania nie mieszczą się w ofercie MdM. W mniejszych ośrodkach, np. Szczecin czy Olsztyn, jest ich mniej więcej połowa – wyjaśnia prezes Polnordu.

W 2014 roku z puli 600 mln zł wykorzystano zaledwie nieco ponad 366 mln zł (złożono blisko 16 tys. wniosków).

Prezes Polnordu spodziewa się, że – oprócz stabilnego rynku – na dobre wyniki spółki wpłyną również m.in. zmiany w przepisach.

Spodziewamy się docelowo, że zmiany w ustawie deweloperskiej zaostrzające rygory względem firm deweloperskich oraz obserwowane przez nas bardziej restrykcyjne podejście banków do udzielania otwartych rachunków powierniczych będą prowadziły do konsolidacji rynku i faworyzowania bardziej renomowanych i bardziej profesjonalnych podmiotów. Te wszystkie czynniki powinny sprzyjać w długiej perspektywie Polnordowi – mówi Tomasz Sznajder.

Banki przestają konkurować produktami. Dla klientów ważniejszy jest szybki, prosty i różnorodny dostęp

CEO Magazyn Polska

Instytucje finansowe nie będą już konkurować ze sobą produktami w ofercie, lecz ich dostępnością. Rozbudowywanie nowych kanałów dostępu i ich łączenie, tak by były jak najprostsze i przyjazne klientom, staje się kluczowe dla utrzymania pozycji na coraz bardziej konkurencyjnym rynku, dlatego banki stawiają na omnikanałowość.

System finansowy odchodzi od konkurowania poszczególnymi produktami. Doszliśmy do pewnego etapu w zakresie uatrakcyjniania oferty produktowej, teraz zaczyna się etap walki o klienta w zupełnie innej formule. Ma ona dwa wymiary, przede wszystkim dostępność klienta do banku i jakość świadczonych usług – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Obłękowski, wiceprezes zarządu PKO Bank Polski.

Jeszcze kilka lat temu dostępność banków oznaczała dobrze zlokalizowane oddziały. Teraz klienci mogą także skorzystać z pomocy call center, konta internetowego, a coraz popularniejsza staje się również bankowość mobilna. Wielokanałowość przestała jednak wystarczać, aby walczyć o klienta, banki muszą stworzyć system, w którym wszystkie kanały wzajemnie się przenikają i uzupełniają. Dlatego jak podkreśla Obłękowski, banki ewoluują w kierunku omnikanałowości.

Dostarczamy klientowi wszystkie kanały dystrybucji i od niego zależy to, z którego chce skorzystać. Co więcej, klient może w tej samej chwili używać wszystkich kanałów dystrybucji. Pracujemy nad modelem, w którym klient rozpoczyna procesowanie danego produktu w wybranym przez siebie kanale dystrybucji, ale w każdej chwili może zacząć korzystać z innego kanału – wskazuje Obłękowski.

Ważne jest, by w procesie sprzedaży klient mógł swobodnie przechodzić z jednego kanału do następnego, a zakończyć w jeszcze innym – w zależności od potrzeb klienta. Dlatego banki powinny mieć zdolność do utrzymywania takich samych relacji z klientem w każdym dostępnym kanale.

Kierunek, w które zmierzamy, również związany z omnikanałowym podejściem do obsługi klienta, to tzw. customer experience. Chodzi o to, żeby niezależnie od kanału odczucia klienta związane z satysfakcją były takie same – tłumaczy ekspert.

Wprowadzenie takiego modelu sprawi, że banki będą mogły oferować wysoką jakość obsługi, a to w tym momencie jest najważniejsze dla klienta. Produkty bankowe w dużej mierze są bardzo podobne, różnią się jedynie szczegółami, dlatego najważniejsze jest uproszczenie wszystkich operacji i jak największa dostępność do usług bankowych.

Jak zaznacza Obłękowski, PKO BP ma już potrzebną infrastrukturę, by zabudować omnikanałowość, teraz potrzebny jest tylko czas na integrację wszystkich kanałów.

Nie należy spodziewać się rewolucji in minus dla klienta w zakresie kosztów usługi, bo to w żaden sposób nie zdrożeje. Chodzi o to, żeby wejść na zupełnie inny poziom jakości świadczonych usług, bo wierzymy, że jakością możemy po pierwsze utrzymać, a po drugie zdobyć klienta – podkreśla Jacek Obłękowski.

Piotr i Paweł zapowiada otwarcie w tym roku ok. 20 sklepów i kilkunastoprocentowy wzrost obrotów

0

CEO Magazyn Polska

Po ubiegłym roku, w którym udało się uruchomić 17 nowych supermarketów, sieć Piotr i Paweł planuje dalszy rozwój. Spółka chce zwiększyć obecność przede wszystkim w Warszawie, a także w Trójmieście, Krakowie i we Wrocławiu. Nowe sklepy Piotr i Paweł pojawią się również w miejscu istniejących supermarketów, bo spółka rozwija model franczyzowy.

W zeszłym roku przekroczyliśmy 2 mld zł obrotu. W tym roku chcemy istotnie go zwiększyć, urosnąć o kilkanaście procent. Zamierzamy otworzyć około 20 kolejnych supermarketów sieci Piotr i Paweł. Widzimy jeszcze wiele miejsc, gdzie możemy się przypomnieć klientom lub zaistnieć. Myślę, że czeka nas dobry rok – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Maciej Stoiński, prezes zarządu spółki Piotr i Paweł.

W ubiegłym roku spółka otworzyła 17 nowych sklepów. Obroty wzrosły o 5,6 proc., co na tle konkurencji jest bardzo dobrym wynikiem. Dzięki nowym sklepom Piotr i Paweł jest już obecny we wszystkich województwach w kraju, łącznie w 60 miastach. Najważniejszy nadal pozostaje rynek wielkopolski, skąd się wywodzi. Stoiński zapowiada jednak, że w tym roku sieć będzie się rozwijał także w innych regionach kraju.

Spółka stawia na intensywny rozwój szczególnie w Warszawie. W stolicy i okolicznych miastach Piotr i Paweł ma obecnie 13 sklepów. Duże wzrosty notuje także w Trójmieście (obecnie razem z Wejherowem i Rumią 11 sklepów) oraz we Wrocławiu (5 sklepów).

Na pewno zaistniejemy we wszystkich miastach powyżej 100 tys. mieszkańców – zapowiada prezes.

Atrakcyjnymi rynkami są zwłaszcza Kraków (obecnie 4 sklepy, w tym dwa – w Skawinie oraz dwa w samym Krakowie – otwarte w tym roku) oraz aglomeracja śląska (obecnie dwa sklepy w Katowicach).

Ekspansja częściowo będzie następować poprzez rozwój sieci franczyzowej. To nowy model sklepu dla Piotra i Pawła.

Zauważyliśmy, że możliwości ekspansji w nowych miejscach jest coraz mniej. Coraz mniej buduje się nowych centrów handlowych, w których Piotr i Paweł najczęściej występował. Jest za to szansa na rozwój w miejscach, w których już supermarkety istnieją, niekoniecznie pod naszą marką. Nakłaniamy właścicieli tychże sklepów do tego, ażeby przystąpili do naszej sieci i żebyśmy wspólnie robili biznes – tłumaczy Stoiński.

Duże znaczenie dla rozwoju sieci sklepów Piotr i Paweł ma też współpraca z dostawcami. Stoiński podkreśla, że ważne jest uzyskanie korzystnych cen, bo na tym korzystają klienci. Już w zeszłym roku miało miejsce wzmocnienie współpracy pomiędzy sieciami Piotr i Paweł, Bać-Pol, Topaz i POLOmarket w zakresie wspólnych zakupów. Spółka cały czas rozwija też własne marki – w ofercie jest już ponad 1000 produktów.