Strabag ma wypełniony portfel zamówień drogowych i kubaturowych w Polsce na dwa najbliższe lata. A przetargi na modernizację kolei dopiero ruszyły

0

CEO Magazyn Polska

Strabag ma portfel dużych zamówień niemal zapełniony, a mimo to liczy na kolejne zlecenia, szczególnie związane z modernizacją kolei.

– Mamy jeden z najnowocześniejszych parków maszynowych w zakresie budownictwa kolejowego i będziemy starali się jeszcze bardziej niż dotychczas wykorzystać nasz potencjał, biorąc udział w dużych, małych i średnich postępowaniach przetargowych mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Trojanowski, członek zarządu spółki Strabag.

Jak dodaje, branża czeka na napływ pieniędzy z nowej unijnej perspektywy i związane z tym inwestycje. Na razie ożywienie widać głównie w drogownictwie.

– Patrząc na wysyp postępowań, jakie się odbyły od początku 2014 roku, widzimy, że infrastruktura odżyła. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad ogłosiła i przeprowadziła kilkadziesiąt przetargów na kontynuację budów dróg ekspresowych i autostrad. Jestem pełen optymizmu co do realizacji tych inwestycji w najbliższych latach, program rozbudowy infrastruktury w obrębie dużych inwestycji drogowych nabrał tempa.

Poza kontraktami infrastrukturalnymi Strabag prowadzi też inwestycje w budownictwie ogólnym. Buduje apartamenty, magazyny, centra handlowe i z tego pochodzi 1/4 obrotów spółki. Firma dostrzega, że w Polsce jest duże zainteresowanie wielu inwestorów tym segmentem. Jak ocenia Trojanowski, popyt w nim będzie dosyć stały i pozwoli Strabagowi odgrywać znaczącą rolę generalnego wykonawcy.

– Jesteśmy największym wykonawcą fabryki Volkswagena we Wrześni. To jeden z największych w tej chwili bardzo terminowych projektów realizowanych w tym roku w Polsce przypomina Wojciech Trojanowski. – Jesteśmy też dumni z naszego projektu biurowego Astoria, który realizujemy w Warszawie i którego inwestorem jest Strabag Real Estate. To jedyny biurowiec budowany w tej chwili w ścisłym centrum Warszawy. Ponadto jesteśmy wykonawcą znaczących obiektów komercyjnych na terenie kraju. Interesuje nas również budownictwo energetyczne i związane z szeroko rozumianym obszarem ochrony środowiska.

Biorąc jednak pod uwagę ilość środków unijnych, jakie są przeznaczone na rozwój Polski, i liczbę przetargów publicznych w zakresie budownictwa infrastruktury, przychody z budowy dróg będą dominujące w kolejnych latach.

– Mamy praktycznie wypełniony portfel zleceń infrastrukturalnych na najbliższe dwa lata – ocenia członek zarządu spółki Strabag. – Co nie znaczy, że nie będziemy pozyskiwać kolejnych, szczególnie wykonywanych w formule „Zaprojektuj i wybuduj”, które będą realizowane w 2017 roku i w latach następnych.

M. Tyrmand: Brak wolnych mediów ogranicza rozwój gospodarczy Polski

CEO Magazyn Polska

Rozwój gospodarczy Polski hamuje brak w pełni wolnych mediów – ocenia Matthew Tyrmand, amerykański ekonomista i syn Leopolda Tyrmanda. Według niego polscy dziennikarze rzadko podejmują kontrowersyjne tematy, a ujawnione afery są szybko wyciszane. Jak podkreśla, światowe doświadczenia pokazują, że im więcej wolności prasy i wolności słowa w danym kraju, tym większe możliwości bogacenia się społeczeństw.

Im w kraju więcej wolności prasy i wolności słowa, im bardziej jest to chronione prawem, tym więcej bogactwa gromadzi społeczeństwo, tym wycena firm i aktywów rośnie. Polska powinna dążyć do nowego otwarcia w kwestii wolności wypowiedzi – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Matthew Tyrmand, amerykański ekonomista, finansista i autor książki „Jestem Tyrmand, syn Leopolda”.

Matthew Tyrmand, który urodził się w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyemigrował w 1965 r. jego ojciec, znany pisarz i jazzman, bardzo krytycznie ocenia polską scenę polityczną. Wielokrotnie krytykował korupcję polityczną i brak zmiany w polskim społeczeństwie. Jak podkreśla, jednym z problemów są polskie media. Według niego to właśnie dziennikarze sami ograniczają wolność debaty publicznej i wypowiedzi, zwłaszcza jeśli dotyczy to kontrowersyjnych tematów. W mediach ważne tematy są pomijane lub opisywane jedynie powierzchownie i przez krótki czas. Tyrmand ocenia, że jednym z niewielu tytułów, który nie boi się poruszać niewygodnych zagadnień, jest tygodnik „Wprost”.

Lubię pracować z Michałem Lisieckim, ponieważ „Wprost” nie boi się podejmować takich tematów, przez co stał się niezbyt popularny wśród przywódców establishmentu. Myślę jednak, że bardzo ważne jest patrzenie na pewne sprawy w ten sposób, kontrolowanie na co idą publiczne pieniądze, przeprowadzanie dziennikarskich śledztw, pisanie o tym szczerze – uważa Tyrmand.

Zauważa jednak, że nawet ujawnione przez ten tygodnik afery, takie jak rozmowy polityków najwyższego szczebla nagrane w warszawskich restauracjach czy podejrzenia dotyczące Kamila Durczoka, nie są potem podchwytywane w wystarczający sposób przez inne media.

To są newsy, ale ignorowane przez wiele mainstreamowych platform medialnych w Polsce, ponieważ te informacje nie wpisują się w narrację, którą media chcą sprzedawać konsumentom. To bardzo niezdrowe zjawisko dla wolnego społeczeństwa – przekonuje ekonomista.

Według niego bezkrytyczność największych tytułów medialnych wobec władzy ogranicza pluralizm poglądów.

Debatę publiczną ograniczają także politycy, którym prawo daje takie możliwości – dodaje Tyrmand. Podaje przykład licznych pozwów o zniesławienie. Według niego każda krytyka prasowa jest ryzykowna dla publikującego ją dziennikarza. Autorom takich artykułów grożą pozwy sądowe i poważne konsekwencje. Alternatywą dla tradycyjnych mediów staje się internet, gdzie dużo łatwiej publikować krytyczne teksty.

Alternatywne media zarówno w USA, jak i w Polsce zaczynają się rozwijać online, ponieważ bariery wejścia na rynek i dotarcia do odbiorców są niskie. Establishment i zakorzenione w nim podmioty nie chcą konkurować w taki sposób. Oni chcą się chronić przed konkurencją, więc biorą pieniądze od podatnika. Myślę, że są skompromitowane, tracą wiarygodność, co tylko utrwala ich bankructwo, które, mam nadzieję, w końcu nastąpi – prognozuje Tyrmand.

Dodaje, że Polska powinna wziąć przykład ze Stanów Zjednoczonych. Tam wolność wypowiedzi gwarantuje pierwsza poprawka do konstytucji. Uchwalone już w 1789 r., zaledwie dwa lata po wejściu w życie amerykańskiej ustawy zasadniczej, prawo zabrania ograniczania nie tylko głoszonych poglądów, lecz także wyznawanej religii oraz zgromadzeń publicznych.

Polskie superauto już wkrótce na torze wyścigowym. Za rok samochody wyjadą na ulice

CEO Magazyn Polska

Już w tym roku na tor wyścigowy wyjedzie pierwszy polski supersamochód – Arrinera Racing. W przyszłym roku na rynku pojawi się wersja drogowa Arrinera Hussarya. Auto trafi tylko do prawdziwych kolekcjonerów – na rynku pojawią się 33 sztuki, a koszt sięgnie 500 tys. euro. Zainteresowanie już teraz jest bardzo duże.

W tym roku zmierzamy do zakończenia prac nad naszą wersją sportową, czyli samochodem Arrinera Racing. Testy będą odbywały się w III kw. tego roku na torze w Polsce albo na Slovakia Ring. Zamierzamy jeszcze w tym roku rozpocząć komercjalizację wersji racingowej, a wersja drogowa ujrzy światło dopiero w 2016 roku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Gniadek, wiceprezes spółki Arrinera SA.

Arrinera Racing została po raz pierwszy zaprezentowana na targach motoryzacyjnych w Poznaniu na początku kwietnia. Całą imprezę odwiedziło 113 tys. osób (o ponad 20 tys. więcej niż rok wcześniej), a jak podkreśla Gniadek, stoisko Arrinery należało do najbardziej popularnych.

Zainteresowanie pierwszym polskim superautem jest bardzo duże nie tylko wśród fanów motoryzacji. Do firmy już zgłaszają się osoby zainteresowane kupnem pojazdu. Jest ich już ponad 200, w tym z Polski 35 osób. Nie wszystkie mogą jednak liczyć na to, że uda im się kupić Arrinerę Hussaryę.

Na świecie będą tylko 33 sztuki. Zmierzamy plasować nasz samochód w segmencie kolekcjonerów, osób, które poszukują czegoś wyjątkowego, czyli niedużej serii oraz połączenia sztuki i technologii. Tym właśnie będzie Arrinera – mówi Gniadek.

Poza liczbą wyprodukowanych samochodów, ograniczeniem będzie też cena. Hussarya ma kosztować ok. 500 tys. euro. Jak podkreśla Gniadek, to auto z tej samej kategorii, co hiperauta Pagani lub Koenigsegg, choć akurat od tych samochodów będzie tańsze. To jednak kategoria wyżej niż modele Ferrari, McLaren czy Lamborghini.

Gniadek zapewnia, że samochód spełni oczekiwania użytkowników pod względem mechanicznym. Hussarya będzie napędzana ośmiocylindrowym silnikiem General Motors o mocy 850 koni mechanicznych i będzie posiadała napęd na tylną oś.

Samochód jest też zaawansowany pod względem aerodynamicznym. Przy projekcie Arrinera współpracowała z naukowcami z Politechniki Warszawskiej. Do produkcji niektórych elementów jego karoserii wykorzystano niezwykle lekki i bardzo wytrzymały grafen.

Do naszego projektu jakiś czas temu zaprosiliśmy polską, znaną na świecie firmę designerską Luc&Andre, która przygotuje dla nas bardzo designerski środek, który przeniesiemy do produkcji małoseryjnej – dodaje Gniadek. – Nasi klienci zwracają uwagę na nadwozie, które z każdej strony jest przepiękne. Sam design tego nadwozia przyciąga uwagę.

Gniadek podkreśla, że wyjątkowość Arrinery polega właśnie na designie oraz małej liczbie wyprodukowanych pojazdów. Coraz trudniej bowiem wyróżnić się spośród innych superaut samymi osiągami. Te są bardzo zbliżone w przypadku wszystkich pojazdów. Również Arrinera Hussarya nie będzie odbiegać od rynku: ma przyspieszać do 100 km/h w nieco ponad 3 sekundy, a do 200 km/h w niecałe 9 sekund.

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

USD zaczyna tydzień przyparty do muru

USD najwyraźniej rozpoczyna tydzień przyparty do muru. Para EUR/USD znalazła się na ostatecznym poziomie zniesienia (1,0840), para USD/JPY jest obecnie tuż pod poziomem dziennej chmury Ichimoku w okolicach lokalnych minimów przedziału, a waluty z Antypodów rozpoczęły sesję mocnym akcentem po tym, jak Ludowy Bank Chin ogłosił obniżenie poziomu rezerwy obowiązkowej o 1%. Nie do końca rozumiem pozytywną reakcję rynku na to wydarzenie, ponieważ zwykle tego rodzaju działania banków centralnych to oznaka osłabienia gospodarki, a nie zapowiedź wzrostu.W tym tygodniu zobaczymy, czy apetyt na ryzyko poprawi się po dramatycznym spadku w ubiegłym tygodniu w związku z sytuacja w Grecji (być może jest to jedynie drugi oddech po trwającej od początku roku hossie na giełdach europejskich). Zwróćmy uwagę, że jesteśmy świadkami największego od dawna oddziaływania greckiego kryzysu na peryferyjne państwa strefy euro. Różnice pomiędzy rentownością obligacji państw Club Medu a rentownością obligacji państw peryferyjnych w ubiegłym tygodniu wzrosły w ramach solidarności ze wzrostem rentowności greckich obligacji rządowych. Rentowność dziesięcioletnich portugalskich obligacji rządowych jest o 190 punktów bazowych wyższa od rentowności obligacji niemieckich; dla porównania, na początku marca, gdy rozpoczęto luzowanie ilościowe, różnica ta wynosiła ok. 130 punktów bazowych. W przypadku Hiszpanii i Włoch różnica ta wynosi ok. 140 punktów bazowych w porównaniu z ok. 90 punktami bazowymi na początku luzowania ilościowego.

Wykres: USD/JPY

Para USD/JPY znajduje się w okolicach kluczowego stabilnego wsparcia w obszarze 118,30/50 i poniżej wsparcia zapewnianego przez dzienną chmurę Ichimoku, która została przekroczona w piątek. Przełamanie kluczowego wsparcia może spowodować zdecydowany spadek – być może w kierunku ostatecznego wsparcia przedziału w okolicach poziomu 115,00/50, jednak nie należy zanadto wybiegać w przyszłość – ponieważ w ostatnich miesiącach para ta nie była w stanie obrać wyraźnego kierunku.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: waluta jest przyparta do muru, a ten tydzień nie oferuje żadnych istotnych katalizatorów; wydaje się, że wszyscy oczekują na posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w przyszłym tygodniu.

EUR: wydaje się, że waluta jest negatywnie skorelowana z apetytem na ryzyko, biorąc pod uwagę tradycyjne zachowanie walut w ramach transakcji carry, a zatem wzrost obaw o los Grecji może jeszcze bardziej negatywnie wpłynąć na parę EUR/CHF, ale – jak na ironię – wzmocnić parę EUR/USD. Ostateczną linią oporu jest poziom 1,0840 w ramach przedziału aż do poziomu 1,10. Posiedzenie Eurogrupy pod koniec tygodnia może wiązać się z nowymi, ważnymi doniesieniami dotyczącymi sytuacji w Grecji.

JPY: Waluta zachowuje się niekonsekwentnie i pozostaje w połowie przedziału w porównaniu z resztą walut z koszyka G10, jednak para USD/JPY dotarła do kluczowych poziomów; zobaczymy, czy przełamanie w dół spowoduje próbę dotarcia do minimów przedziału poniżej poziomu 116,00.

GBP: w piątek para GBP/USD nie zdołała pokonać poziomu 1,5000; para EUR/GBP może być skorelowana z parą EUR/USD, a zatem nie jestem pewien, czy w tym tygodniu można się spodziewać po GBP czegokolwiek interesującego w odniesieniu do par z euro, mimo iż w kalendarzu przewidziano kilka wydarzeń związanych z ryzykiem.

CHF: para EUR/CHF powoli idzie w dół, co wiąże się z nastrojami wobec Grecji/państw peryferyjnych; można się spodziewać kontynuacji w kierunku docelowego poziomu technicznego 1,0170, a być może także i do poziomu parytetu, jeżeli ten kierunek się utrzyma, możliwe są jednak gwałtowne rajdy w przypadku ewentualnych nieoczekiwanych przejaśnień.

AUD: waluta uzyskała wsparcie w postaci obniżenia poziomu rezerwy obowiązkowej przez Chiny, należy jednak interpretować to wydarzenie jako sygnał niepokojącego osłabienia chińskiej gospodarki, dlatego pozytywne oddziaływanie tego ruchu może być krótkotrwałe, w szczególności w kontekście niewielkiego apetytu na ryzyko. Uwaga na opublikowany dziś protokół z posiedzenia Reserve Bank of Australia, w którym zostaną zawarte najnowsze wytyczne po tym, jak bank nie zadecydował o cięciu stóp na ostatnim posiedzeniu. Spodziewam się osłabienia, w szczególności względem USD, czy jednak nastąpi ono już teraz, czy dopiero po osiągnięciu poziomu 0,7900, a nawet 0,8000? Niedźwiedzie mogą wziąć pod uwagę opcje put z dłuższymi terminami – omawiam to w prognozie FX 4 na najbliższy tydzień.

CAD: po kapitulacji na dnie przedziału i przyzwoitym odwróceniu w piątek nastąpiła chaotyczna korekta – zobaczymy, czy przerodzi się to w coś większego. Widać, że potrzebujemy rajdu cen ropy, aby waluta ta zyskała na wartości. Tymczasem na dziś zapowiedziano wystąpienie prezesa Poloza z Bank of Canada.

NZD: słaby odczyt CPI nie wywarł większej presji na NZD, ponieważ uwaga wszystkich skierowana była w nocy na obniżenie poziomu rezerwy obowiązkowej w Chinach. Para NZD/USD zbliża się do kluczowego oporu od poziomu 0,7700 przez linię 200-dniowej średniej ruchomej; powszechnie przewiduje się raczej odwrócenie w dół, niż rozpoczęcie nowego większego rajdu.

SEK: kurs waluty w ubiegłym tygodniu był nietypowy: po gwałtownej deprecjacji w czwartek, w piątek waluta zdecydowanie zyskała na wartości. Zobaczymy, czy jutrzejszy raport w sprawie zatrudnienia potwierdzi piątkową hossę, czy też okaże się, że znajdujemy się w zdradzieckim i zmiennym przedziale.

NOK: w parze EUR/NOK nastąpiła tak bardzo oczekiwana konsolidacja po odbiciu z poziomu ostatnich minimów, jednak ruch ten zmienił strukturę wykresu i mamy trend spadkowy, ponieważ pozostajemy poniżej nieprzekraczalnej granicy 8,50/55.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Chiny: obniżenie poziomu rezerwy obowiązkowej do 18,5% w porównaniu z poprzednim poziomem 19,5%
  • Nowa Zelandia: odczyt CPI w I kw. wykazał -0,3% w ujęciu kwartał do kwartału i +0,1% w ujęciu rok do roku w porównaniu z przewidywanymi odpowiednio-0,2%/+0,2% oraz z odnotowanym w IV kw. +0,8% w ujęciu rok do roku

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Strefa euro: wyniki sektora budowlanego w lutym (09:00)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie Dudleya z Fed (12:40)
  • Strefa euro: wystąpienie Constancio z EBC (13:00)
  • Strefa euro: EBC podaje szczegółowe informacje dotyczące skupu aktywów w ramach luzowania ilościowego (13:45)
  • Kanada: wystąpienie Poloza z Bank of Canada (14:05)
  • Australia: wystąpienie prezesa Stevensa z RBA (17:00)
  • Australia: publikacja protokołu z kwietniowego posiedzenia RBA (01:30)

John J Hardy, Saxo Bank

Przedsiębiorcy postulują uchylenie tzw. przepisów antyzatorowych

0

Przepisy nakładające na podatników obowiązek wyłączenia z kosztów uzyskania przychodów faktur, które nie zostały zapłacone w terminie 30 dni od upływu terminu płatności zostały wprowadzone ustawą 16 listopada 2012 r. o redukcji niektórych obciążeń administracyjnych w gospodarce. Ich stosowanie, przez ponad dwa lata, generuje wysokie koszty księgowo-ewidencyjne oraz obarcza przedsiębiorców ogromnym ryzykiem podatkowym. Dlatego Konfederacja Lewiatan postuluje ich uchylenie.

Przemysław PruszyńskiKomentarz Przemysława Pruszyńskiego, doradcy podatkowego, eksperta Konfederacji Lewiatan

Celem wprowadzonych zmian było zmniejszenie występujących w gospodarce zatorów płatniczych, które są zjawiskiem wysoce niepożądanym i prowadzącym do utraty płynności finansowej przez niektóre firmy.

Obecnie przedsiębiorcy wskazują, że zatory płatnicze nie występują już tak często, jak to miało miejsce w latach 2009 – 2011. Na poprawę tej sytuacji wpływ miało kilka czynników, przede wszystkim lepsza koniunktura w gospodarce polskiej i europejskiej, zakończenie wielkich kontraktów w branży budowlanej, gdzie bankrutujące olbrzymie konsorcja napędzały spiralę nieściągalnych wierzytelności u tysięcy ich podwykonawców, a być może także w niewielkim zakresie przepisy „antyzatorowe”.
Dwa pełne lata obowiązywania korekty kosztów pokazały, że przepisy te są niezwykle nieprecyzyjne, wadliwie skonstruowane i mają wyjątkowo sankcyjny charakter. Ich stosowanie generuje wysokie koszty księgowo-ewidencyjne oraz obarcza przedsiębiorców ogromnym ryzykiem podatkowym. W założeniu miały stanowić wsparcie dla firm niemających silnej pozycji rynkowej, takich które ze względu na dużą konkurencję „zmuszane były” kredytować inne podmioty. W praktyce okazało się, że to właśnie tym słabszym firmom zaszkodziły najbardziej. Firmy, które w trudnym okresie winny otrzymać pomoc w postaci odroczenia lub rozłożenia na raty płatności podatku, otrzymały dodatkowe, sankcyjne obciążenie.

Często występują sytuacje kiedy literalne stosowanie tych przepisów w ogóle nie jest możliwe, ponieważ używane przez podatników systemy informatyczne nie są przystosowane do automatycznych wyliczeń, np. przy ewidencji magazynu, amortyzacji lub kalkulacji niezapłaconych zobowiązań. Ponadto ustawa wymaga, aby koszty bezpośrednie były rozpoznawane w dacie uzyskania przychodu z ich sprzedaży z wyjątkiem sytuacji, gdy zobowiązanie nie zostało uregulowane w terminie. W takim przypadku koszt podatkowy możemy rozpoznać w dacie zapłaty danego zobowiązania. Spełnienie warunków ustawy wymagałoby prowadzenia ewidencji zapasów na poziomie pojedynczej sztuki towaru, co w praktyce jest niemożliwe. Przepisy te nie przewidują żadnego rozwiązania chroniącego podatnika w przypadku otrzymania faktur niezasadnych, np. w kwocie nieuzgodnionej z dostawcą lub też przed terminem wykonania usługi, a także w sytuacjach, gdy świadczenie w ogóle nie zostało wykonane lub wykonane zostało wadliwie.

Konieczność uchylenia omawianych przepisów dostrzegł Prezydent RP, który taką propozycję skierował do Sejmu w projekcie ustawy o zmianie ustawy – Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw. W uzasadnieniu wskazał, że „Rozwiązanie to nie spełniło swojej funkcji. Prowadzenie stosownych rozliczeń wiąże się bowiem z dodatkowymi obowiązkami o charakterze instrumentalnym, generując dodatkowe koszty dla przedsiębiorców”. Wadliwość tych przepisów dostrzega także Minister Finansów i cała Rada Ministrów. W stanowisku Rządu do projektu prezydenckiego możemy przeczytać, że „stosowanie przez podatników przepisów związanych z korektą kosztów podatkowych w związku z nieterminowym regulowaniem zobowiązań wiąże się z koniecznością ponoszenia znacznych nakładów administracyjnych w ramach prowadzonej działalności gospodarczej, np. poprzez dodatkowe obowiązki ewidencyjne.

Uwzględniając powyższe, konieczne jest podjęcie realnych działań zmierzających do uchylenia omawianych przepisów. Obecnie projekt prezydenckiej ordynacji podatkowej jest przedmiotem prac Podkomisji stałej do monitorowania systemu podatkowego, która rekomendowała Komisji Finansów Publicznych wystąpienie do Marszałka Sejmu o zwrócenie się do Trybunału Konstytucyjnego o wykładnię uzasadnienia wyroku SK 40/12 w sprawie Ordynacji podatkowej. Złożenie przedmiotowego wniosku spowoduje przerwanie prac nad projektem na bardzo długi okres. Zatem, jeżeli projekt Prezydencki nie ma wielkich szans na uchwalenie, Minister Finansów oraz Minister Gospodarki powinni podjąć stosowną inicjatywę, aby jeszcze w tym roku doprowadzić do uchylenia omawianych przepisów.

Konfederacja Lewiatan

NIK o dopłatach do sadowniczych upraw ekologicznych

Mimo iż przez dziesięć lat na dopłaty do ekologicznych upraw sadowniczych i jagodowych wydano ponad 708 mln zł produkcja owoców nie wzrosła. Wręcz przeciwnie: wydajność upraw spadła z 15 do 1 t owoców na hektar. Za to aż ośmiokrotnie wzrosła powierzchnia upraw – najczęściej nieowocujących, bo dopłaty przyznawano do plantacji bez wymogu uzyskania plonów. Rolnicy sadzili więc drzewa po to, aby zdobyć fundusze, a nie zebrać plony.

W ciągu dziesięciu lat z dopłat do ekologicznych sadów i upraw jagodowych skorzystało ponad 14,5 tys. rolników. Pomoc była przyznawana w ramach Planu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2004 – 2006 oraz Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007 – 2013. Mimo że już podczas pierwszych lat funkcjonowania dopłat widać było, że w żaden sposób nie ożywiają one wzrostu produkcji, to Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi nie zmieniło zasad ich przydzielania. Przed uruchomieniem Programu na lata 2007 – 2013 nadal nie uzależniono przyznania pieniędzy od wymogu uzyskania plonu. Dopiero w 2014 r., po dziesięciu latach wypłacania nieefektywnych dopłat, wprowadzono zapis najbardziej oczywisty – że dopłaty zależeć będą od uzyskanych plonów i otrzymają je tylko ci rolnicy, którzy wykażą i udokumentują zbiory, np. na podstawie faktur za sprzedaż owoców.

Sadzili sady – zbierali dopłaty

Ustalenia kontroli wskazują, że większość ekologicznych upraw sadowniczych i jagodowych założono w jednym celu: aby uzyskać dotacje. Kontrola NIK pokazała, jak działał ten mechanizm. Za ekologiczne uprawy sadownicze i jagodowe można było rocznie, w zależności od typu uprawy, otrzymać od 650 zł do 1800 zł za hektar, przy czym większość rolników korzystających z dopłat pobierała tę najwyższą stawkę. Kluczowym warunkiem uzyskania pomocy było prowadzenie upraw przez pięć lat.

Rolnicy zakładali więc i przez pięć lat formalnie prowadzili uprawy. Jednak jak wykazała kontrola plantacje często były zaniedbane: sadzone w niekorzystnych warunkach (np. na podmokłych i słabych glebach), a z powodu braku ogrodzenia narażone na zniszczenie przez dzikie zwierzęta.

Kontrolerzy zwracają uwagę, że sady są inwestycjami wieloletnimi i wydają najwyższe plony dopiero po kilku, a nawet kilkunastu latach od posadzenia. Tymczasem tylko nieco ponad połowa (11 z 20) rolników pobierających dopłaty, u których Izba przeprowadziła oględziny uzyskało jakikolwiek plon. Pozostałych dziewięciu nie zebrało żadnych owoców ze swoich  pozornie prowadzonych, ale za to bardzo realnie dofinansowywanych, upraw ekologicznych. Z kolei tylko siedmiu rolników zadeklarowało, że po pięciu latach dopłat, nadal będą prowadzili uprawy. Pozostałych 13 zlikwidowało lub zamierzało zlikwidować uprawy w momencie, w którym przestaną otrzymywać dopłaty.

Dopłaty miały wspierać rolnictwo ekologiczne, tymczasem owoce ekologiczne sprzedawało zaledwie sześciu z 20 sprawdzonych rolników, a i to nie co roku. W żadnym z poddanych oględzinom gospodarstw, sprzedaż owoców ekologicznych nie miała charakteru stałego i dotyczyła bądź plonu z niektórych lat bądź tylko jego części. NIK oszacowała, że owoce ekologiczne sprzedawano tylko z 3-5 proc. powierzchni upraw, które sprawdzili kontrolerzy. Resztę owoców sprzedawano jako produkcję konwencjonalną.

ARiMR kontroluje – minister próbuje ratować sytuację

Jakość upraw objętych dopłatami kontrolowała losowo Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Raporty Agencji potwierdzały zły stan upraw i fakt, że rolnicy nie inwestowali w dotowane uprawy. Przede wszystkim zwracano uwagę na to, że w sadach sadzono zbyt małą liczbę drzew, a o te które były nie dbano odpowiednio. Nie wykonywano corocznych zabiegów pielęgnacyjnych, a produkcja była prowadzona niezgodnie z najlepszą wiedzą i kulturą rolną.

Po kontrolach Agencji, już w 2008 r. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi miało pierwsze sygnały, że program dopłat się nie sprawdza. Próbowano ratować sytuację, nakładając na rolników dodatkowe wymagania, dotyczące agrotechniki upraw. Określono na przykład jakość sadzonek oraz minimalną liczbę drzew, które należy posadzić. W rozporządzeniach Ministerstwa zwrócono także uwagę na to, że drzewa i krzewy muszą być ukorzenione i posiadać odpowiednią średnicę pnia. Podjęte działania nie przyniosły jednak rezultatów. Wydajność produkcji nadal spadała. Dopiero po dziesięciu latach realizacji wariantów sadowniczych i jagodowych przyznanie dopłat uzależniono od wartości najbardziej oczywistej – od uzyskania plonu.

Wnioski

W ocenie NIK producentom owoców ekologicznych potrzebne jest wsparcie w pierwszych latach od założenia upraw, kiedy jeszcze dochody z zebranych plonów nie pokrywają kosztów uprawy. W kolejnych latach dotacje powinny służyć jedynie wyrównywaniu różnic kosztów między produkcją konwencjonalną a ekologiczną.

Mając na uwadze powyższe, Najwyższa Izba Kontroli wnioskuje do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi o:

  • opracowanie i wdrożenie zasad udzielania pomocy finansowej oraz systemu kontroli, które będą sprzyjały produkcji owoców ekologicznych,
  • monitorowanie stanu produkcji owoców ekologicznych i wykorzystanie danych w celu dostosowania wsparcia tej produkcji zgodnie z potrzebami rynku.

NIK o kontroli zarządczej

0

Kierownicy kontrolowanych jednostek wywiązywali się z zobowiązań nałożonych przez ustawodawcę i wprowadzili do zarządzania zarówno jednostką organizacyjną, jak i działem administracji rządowej poszczególne elementy budujące system kontroli zarządczej. Jednak mimo ustanowienia i wdrożenia takich elementów systemu kontroli zarządczej, jak ogólne zasady, procedury, instrukcje i określone mechanizmy kontroli, system w wielu przypadkach był nieskuteczny, nie zapewniał bowiem realizacji celów i zadań w sposób zgodny z prawem, efektywny, oszczędny i terminowy.

Podstawowym problemem w działaniu systemu kontroli zarządczej jest, zdaniem NIK, brak właściwej i spójnej definicji celów i zadań oraz mierników monitorujących stopień ich osiągania, jak również nieprawidłowa metoda przeprowadzania analizy ryzyk związanych z osiąganiem wyznaczonych celów, w tym określenia akceptowanego poziomu zidentyfikowanych ryzyk.

Badania kontrolne wskazały brak informacji niezbędnych do oceny efektywności funkcjonowania stosowanych mechanizmów kontroli zarządczej, co spowodowało odstąpienie od dokonania oceny efektywności.

Ponadto, jak wykazały ustalenia kontroli, kierownicy kontrolowanych jednostek byli wspierani przez czynności audytu wewnętrznego i instytucjonalnej kontroli wewnętrznej. Ich działania miały wpływ na usprawnianie funkcjonowania kontrolowanych jednostek.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 20.04.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Niższy popyt w branży odzieżowo-obuwniczej przekłada się na niższe marże osiągane przez dystrybutorów – LPP i CCC

0

CEO Magazyn Polska

Niższy popyt w branży odzieżowo-obuwniczej przekłada się na niższe marże osiągane przez dystrybutorów – LPP i CCC. Spółka z Gdańska miała w ubiegłym roku gorsze od prognozowanych wyniki i niższe marże z powodu kryzysu na rynkach wschodnich. Z kolei dystrybutor obuwia spółka CCC ma szansę na poprawę dobrych rezultatów z 2014 roku dzięki ekspansji na rynki zagraniczne. Problemem jest jednak niska rozpoznawalność brandu za granicą, co wymaga nakładów i wieloletniej pracy. 

 W sektorze dystrybucji odzieży i obuwia widzimy, że w IV kw. nastąpiło spowolnienie przyrostu przychodów i pojawiły się pierwsze problemy z marżami ze względu na słabnący popyt  ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk Erste Securities Polska.

Według niego LPP pokazała wyniki poniżej oczekiwań za 2014 rok. Spółka w ubiegłym roku osiągnęła wprawdzie wyższe przychody niż w 2013 roku (4,77 mld zł w 2014 roku wobec 4,12 mld zł w 2013 roku) oraz zysk netto na poziomie 482,1 mln zł (432,86 mln zł w 2013 roku), ale wynik operacyjny nieznaczenie się pogorszył. Przyczyną są m.in. problemy spółki w Rosji, wszystko z powodu recesja i osłabienia rubla. W rejonie państw Europy Środkowo-Wschodniej wzrosty sprzedaży LPP są niższe, poza tym spółka notuje niższe marże. W marcu gdańska spółka osiągnęła 57-proc. marżę brutto, co oznacza spadek w ujęciu rocznym o 6 pkt proc. To znajduje odzwierciedlenie w kursie akcji, który w ciągu roku spadł o 15 proc. z 8 do 6,8 tys. zł za jedną akcję.

 Bałbym się o wyniki sektora w 2015 roku. Kurs dolara jest 30 proc. wyżej, niż był rok temu. Większość tych graczy importuje odzież i obuwie z Azji i płaci w dolarze  przypomina Czachor.  Konsument polski nie jest mocny, więc trudno będzie przerzucić na niego rosnące koszty zakupionych dóbr, jeśli te firmy tego nie zrobią, to spadną marże. A w tych spółkach występuje duża dźwignia operacyjna, więc spodziewałbym się pogorszenia wyników rok do roku.

Ekspert wskazuje, że w przeciwieństwie do LPP bardzo dobre wyniki pokazała spółka CCC, która zaraportowała w 2014 roku 220 mln zysku netto.

 Na początku 2014 roku niewiele osób wierzyło, że spółka jest w stanie osiągnąć taki rezultat. Osiągnęła to m.in. dzięki ekspansji w regionie, a także dzięki pracy nad marżami  tłumaczy Czachor.

Jak dodaje, CCC jest liderem na polskim rynku i skutecznie rywalizuje z Deichmannem, ale w Polsce pole do dalszych wzrostów jest ograniczone. Stąd zdaniem Czachora spółka podjęła rozsądną decyzję o wyjściu poza Polskę – na rynki austriacki, czeski, słowacki, węgierski i rumuński, lecz aby osiągnąć za granicą efekt skali, CCC potrzebuje kilku lat pracy.

 Problemem dla CCC na rynku austriackim i niemieckim jest rozpoznawalność brandu. Brand CCC jest w Polsce bardzo dobrze rozpoznawalny, dlatego że nad jego jakością spółka pracował od wielu lat. Natomiast na rynkach niemieckim i austriackim nie jest on jeszcze znany  podkreśla analityk Erste Securities Polska.

Marek Czachor podkreśla, że jakość obuwia CCC jest porównywalna do tego sprzedawanego w Austrii i Niemczech, natomiast tamtejsi konsumenci nie są przekonani do polskiego brandu. Poza tym spółka z Polkowic musi zdobyć atrakcyjne lokalizacje na nowych rynkach.

 W Czechach CCC jest znaczącym graczem, którego postrzeganie w ciągu 5 lat całkowicie się zmieniło. Mamy teraz spółkę, która posiada bardzo wydajne centrum logistyczne, większą skalę w ogóle działalności, a poza tym konkurencja jest słabsza. W związku z tym cały czas widzę potencjał do dalszego wzrostu wyników CCC oraz poprawy kursu akcji  prognozuje Marek Czachor.

Lepsze wyniki i w konsekwencji wyższy kurs akcji będą zależeć m.in. od warunków pogodowych. Analityk przypomina, że we wrześniu i październiku 2014 roku ciepła pogoda negatywnie wpłynęła na wyniki CCC. Mimo to nawet w przypadku powtórki słabszych miesięcy sprzedażowych, spółka zdaniem eksperta z Erste powinna w ujęciu rocznym zdecydowanie poprawić wyniki.

Akcje CCC w kwietniu wyceniano na 175-180 zł. Ich wartość rośnie od 2011 roku, a w ciągu ostatniego roku wzrosła o blisko 40 proc. (w ciągu 2 lat o ok. 140 proc.).

Polska zredukowała nadmierny deficyt

W 2014 r. deficyt nominalny został zredukowany o 0,8 pkt. proc., do 3,2% PKB, tj. dalece poniżej rekomendowanego przez Radę Ecofin w grudniu 2013 r. celu 3,9% PKB. Uwzględniając wciąż ponoszone w I połowie 2014 r. koszty systemowej reformy emerytalnej (wprowadzonej w 1999 r.) w wysokości 0,4% PKB, skorygowany w ten sposób (tj. porównywalny z krajami, które nie wdrożyły emerytalnego systemu kapitałowego) deficyt wyniósł 2,8% PKB, co pozwala oczekiwać na zdjęcie z Polski procedury nadmiernego deficytu. Tak znaczna poprawa sytuacji finansów publicznych była efektem wprowadzonych działań konsolidacyjnych oraz korzystnej dla finansów publicznych struktury wzrostu gospodarczego.

W ramach obowiązków informacyjnych, związanych z procedurą nadmiernego deficytu, Polska 15 kwietnia 2015 r. przekazała do Komisji Europejskiej i Rady UE Informację o działaniach podjętych w celu realizacji rekomendacji Rady w ramach procedury nadmiernego deficytu.

Konsolidacja fiskalna w 2014 r. obejmowała zarówno ograniczenie wydatków, jak i wzrost dochodów sektora instytucji rządowych i samorządowych. Relacja wydatków krajowych do PKB (nie uwzględniająca wydatków finansowanych ze środków unijnych, dla których beneficjentem ostatecznym są jednostki sektora instytucji rządowych i samorządowych) ukształtowała się na poziomie 40,4%, tj. o 0,4 pkt. proc. niższym niż w 2013 r. Jednocześnie wydatki na inwestycje publiczne, które zgodnie z rekomendacjami Rady Ecofin nie powinny być obszarem konsolidacji, zwiększyły się o 0,3% PKB, tj. o 11,9% r/r.

Z kolei relacja dochodów krajowych sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB wzrosła w 2014 r. o 0,5 pkt. proc. Było to m.in. efektem rozszerzenia zakresu sektora instytucji rządowych i samorządowych o spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe S.A., realizacji planu działań zwiększających stopień przestrzegania przepisów podatkowych i efektywność działania administracji podatkowej), jak i czynników o charakterze makroekonomicznym, które generalnie (poza kształtowaniem się cen towarów i usług) pozytywnie oddziaływały na realizację dochodów.

Po zakończeniu procedury nadmiernego deficytu celem polityki fiskalnej będzie dążenie do średniookresowego celu budżetowego (MTO), czyli deficytu strukturalnego na poziomie 1% PKB. W związku z tym w latach 2015-2016 m.in. dzięki przestrzeganiu stabilizującej reguły wydatkowej, kontynuowana będzie konsolidacja fiskalna, która pozwoli zredukować deficyt do odpowiednio 2,7% PKB i 2,3% PKB.

Przeciętne wynagrodzenie przekroczyło 3 tys. zł na rękę

Według najnowszych wyliczeń Głównego Urzędu Statystycznego, przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyraźnie przekroczyło w marcu 4000 zł i wyniosło 4214 zł brutto. To dokładnie 3003 zł netto. W górę – zgodnie z oczekiwaniami – poszło także zatrudnienie.

– Tak silny wzrost wynagrodzenia przeciętnego to sygnał, że w końcu presja płacowa spowodowana przez spadające bezrobocie i rosnące zatrudnienie najprawdopodobniej znalazła swoje pokrycie w podwyżkach. Co ciekawe, przekroczyliśmy magiczną granicę 3 tys. zł netto. Można założyć, że w kolejnych miesiącach wzrosty nie będą już tak silne, ale chyba już na trwale utrzymamy wynik powyżej 4 tys. zł – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W porównaniu do analogicznego miesiąca ubiegłego roku, przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w marcu 2015 r. wzrosło o 4,9%. Odczyt ten pozytywnie zaskoczył analityków, którzy typowali wzrost jedynie o 3,4%. Wzrost w ujęciu miesięcznym był jeszcze wyższy i wyniósł 5,8%. Raportowane przez GUS wynagrodzenie nominalne (4214,14 zł) przekroczyło okrągły poziom 4000 zł. Trzy z pięciu poprzednich takich przypadków wypadły jednak w tradycyjnie najlepszym pod względem płac grudniu.  Pozostałe dwa przypadki, to listopad  i marzec 2014 r.

Wzrost nominalnego poziomu wynagrodzeń, zbiegający się z utrzymującą się w Polsce od 9 miesięcy deflacją sprawia, że realna dynamika średniego wynagrodzenia w przedsiębiorstwach zatrudniających ponad 9 osób (6,5%) jest najwyższa od lipca 2008 r.

Zatrudnienie nie zaskoczyło

Z kolei zatrudnienie w marcu wyniosło w liczbach bezwzględnych 5575,6 tys., co oznacza nieznaczny wzrost względem lutego (5572,6 tys.). W porównaniu do marca 2014 r. przybyło 60,6 tys. zatrudnionych. Wzrost zatrudnienia w ujęciu rocznym okazał się zgodny z oczekiwaniami analityków (1,1%).

Równocześnie należy pamiętać, że dane podane dziś przez GUS dotyczą przedsiębiorstw, w których liczba pracujących przekracza 9 osób. Nie obejmują zatem ani najmniejszych firm, ani sektora publicznego.

– Więcej mówiące o realiach polskiego rynku pracy dane o medianie wynagrodzeń GUS – niestety – publikuje co 2 lata. Ostatnie wydanie dotyczące stanu na październik 2012 r. ukazało się w grudniu 2013 r. Według opracowania „Struktura wynagrodzeń według zawodów w październiku 2012 r.”, połowa pracowników zatrudnionych w gospodarce narodowej otrzymywała do 3111,5 zł brutto, natomiast najczęstsze wynagrodzenie wynosiło 2189,11 zł – dodaje Michał Żuławiński, analityk Bankier.pl.

Krwiodawco, pamiętaj o swoich przywilejach, także przy rozliczaniu PIT-u

0

Oddałeś krew? Tego dnia przysługuje ci nie tylko dzień wolny od pracy. Przywilejów dla krwiodawców jest więcej. Między innymi można skorzystać z ulgi podczas wypełniania PIT-u i odliczyć od dochodu ekwiwalent w wysokości 130 zł za litr krwi i osocza.

Maksymalna wysokość ulgi dla mężczyzn wynosi 3 601 zł, a dla kobiet – 3 484 zł. Należy pamiętać, że wartość odpisu nie może przekroczyć 6% dochodu podatnika. Aby móc odliczyć ulgę, potrzebne jest zaświadczenie z jednostki organizacyjnej realizującej zadania w zakresie pobierania krwi.

„Honorowi krwiodawcy nie liczą na żadne dodatkowe profity, ponieważ najcenniejsze jest to, że mogą uratować ludzkie życie” – mówi serwisowi infoWire.pl lek. med. Joanna Wojewoda z Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Warszawie. Skoro jednak przywileje są, warto z nich korzystać.

Zasłużony honorowy dawca krwi (aby nim zostać, kobieta musi oddać 5 l krwi, a mężczyzna – 6 l) oprócz ulgi podatkowej może liczyć na zniżki w aptekach i nie musi czekać w kolejkach w placówkach służby zdrowia. Ci, którzy przekazali jeszcze więcej krwi (kobiety co najmniej 15 l, mężczyźni – minimum 18 l), mają ponadto przywilej poruszania się środkami komunikacji miejskiej za darmo. „Do korzystania z tych ulg uprawnia legitymacja zasłużonego honorowego dawcy krwi” – zaznacza rozmówczyni.

Jeśli krew oddaliśmy jednorazowo, przysługuje nam zwrot kosztów dojazdu do punktu krwiodawstwa i nie musimy iść tego dnia do pracy. Otrzymujemy też legitymację honorowego dawcy krwi oraz posiłek regeneracyjny.

Lewiatan Holding : Deflacja obniżyła obroty w handlu o 2-4 proc. Spadek cen skończy się w III kwartale

CEO Magazyn Polska

Lewiatan Holding prognozuje, że w najbliższych miesiącach deflacja nie będzie już dla niego szczególnie dotkliwa i skończy się w trzecim kwartale br. Wcześniej z tego powodu przychody zarządzanych przez holding placówek były niższe o 2 do 4 proc. Grupa zamierza zwiększać powierzchnię handlową i wymieniać mniejsze sklepy w portfolio na większe. Zapowiada także szerszą kampanię informacyjną kierowaną do franczyzobiorców, kontrahentów oraz klientów.

Przede wszystkim będziemy nadal zwiększać średnią powierzchnię sal sprzedażowych średnio od 5 do 10 mkw. – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kruszewski, prezes Lewiatan Holding. – Wynika to głównie na tego, że przyjmujemy coraz większe formaty. Natomiast sklepy, które ubywają, są to najczęściej małe placówki, które nie są w stanie lub nie za bardzo potrafią odnaleźć się w naszej sieci.

Polska Sieć Handlowa Lewiatan powstała w 1994 roku jako organizacja zrzeszająca kupców prowadzących działalność handlową. Aktualnie zrzesza ponad 2860 placówek realizujących swoje cele poprzez centralę Lewiatan Holding SA oraz spółki regionalne, które budują i koordynują sieć sklepów w poszczególnych regionach. Od początku 2015 roku do sieci dołączyło 70 nowych sklepów. Sieć chwali się, że już niemal 300 placówek ma powierzchnię przekraczającą 300 mkw., a jedynie 70 to małe sklepy.

– Nasz biznes to autorski projekt polegający na tym, że bezpośrednio nie inwestujemy w sklepy, natomiast wypłacamy bardzo wysokie wypłaty retrospektywne za to, że franczyzobiorcy świadczą nam usługę – informuje Wojciech Kruszewski. – Razem z nimi świadczymy usługę dla producenta i pieniądze z tego w absolutnej większości inwestowane są w sklepy. Z tych środków franczyzobiorcy finansują rozwój i doskonalenie własnych placówek. Minimalny procent zostaje w holdingu.

Lewiatan oferuje swoim członkom – oprócz wspólnych, tańszych zakupów – ogólnopolską reklamę oraz produkty pod markami własnymi sieci. W 2014 roku sieć miała ponad 8,5 mld zł obrotów. To jedna czwarta obrotów Biedronki.

Ważnym celem jest dla nas edukacja e-learningowa kierowana zarówno do franczyzobiorców, jak i wszystkich załóg – zapowiada Kruszewski. – Poza tym stawiamy na coraz szerszy zasięg wiadomości o akcjach promocyjnych na różnych nośnikach, żeby dostęp do informacji o naszej sieci i oferowanych produktach był jak największy. Osiągamy dobry efekt synergii z producentami i oni już są przekonani, że warto z nami takie promocje prowadzić.

Według Głównego Urzędu Statystycznego w marcu br. ceny spadły o 1,5 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku, choć w stosunku do lutego ceny wzrosły o 0,2 proc. Według GUS największy wpływ na spadek cen rok do roku miały obniżki opłat związanych z transportem (o 9,9 proc., w tym paliwa do prywatnych środków transportu staniały o 14,8 proc.), ceny żywności i napojów bezalkoholowych (spadek o 2,5 proc.) oraz spadek wartości odzieży i obuwia (o 5,3 proc.). Deflacja jednak, jak przekonuje prezes Lewiatan Holding, nie będzie już szczególnie dotkliwa dla sieci handlowych.

Myślę, że w najbliższych miesiącach deflacja nie będzie już tak mocno wpływała na nasz biznes – prognozuje Wojciech Kruszewski. – Tym bardziej że zakończy się, jak sądzę, najpóźniej w trzecim kwartale br. Na pewno nasze obroty, gdyby nie deflacja, byłyby o 2 do 4 proc. wyższe.

Dobry doradca powinien dopasować fundusz do potrzeb klienta. Nie możne go zarzucać wskaźnikami finansowymi

0

CEO Magazyn Polska

Obowiązkiem doradcy jest pomóc klientowi w wyborze odpowiedniej strategii i sposobu ulokowania oszczędności. Istotne jest poznanie oczekiwań inwestującego, celu i okresu inwestycji oraz poziomu akceptowanego ryzyka. Doradca musi także umieć przedstawić produkt, który proponuje, znać jego wady, zalety oraz jawne i ukryte opłaty.

Odpowiedzialność za to, żeby pomóc klientowi w wyborze dobrego funduszu, musi leżeć po stronie doradców – uważa Marcin Iwuć, właściciel i twórca portalu Finanse bardzo osobiste. – Zwykle rozmowy, które toczą się z klientami na temat funduszy, oscylują wokół stóp zwrotu, wskaźników ryzyka, czyli rzeczy, które tak naprawdę dla osoby niezorientowanej są zupełną abstrakcją. Trzeba przenieść ciężar rozmowy na cel, jaki klient ma do zrealizowania i to, czy dana inwestycja pomoże mu go osiągnąć. Proporcje tematów w rozmowie powinny być zatem zupełnie odwrotne.

Od niemal pięciu lat na polskim rynku obowiązuje dyrektywa unijna MiFID, która zobowiązuje podmioty inwestycyjne do sporządzania profilu klienta zgodnego z jego celami inwestycyjnymi oraz wiedzą na temat rynków finansowych, co wiąże się z kolei ze świadomością ponoszonego ryzyka. Dzięki temu łatwiej dobrać fundusz do klienta, minimalizuje się także ryzyko rozczarowań. Z danych Analiz Online wynika, że w 2015 roku Polacy coraz chętniej zwracają się w stronę funduszy inwestycyjnych, i to funduszy akcyjnych, polecanych przez sprzedawców z racji spodziewanego ożywienia na giełdach i niezbyt obiecujących perspektyw na rynku obligacji czy lokat bankowych. Nie jest to jednak inwestycja odpowiednia dla każdego.

Jednej, prostej recepty świadczenia usług doradztwa inwestycyjnego oczywiście nie ma – zauważa Marcin Iwuć. – Ale musimy wziąć pod uwagę fakt, że fundusze są mimo wszystko produktem skomplikowanym, a klienci nie posiadają wiedzy na temat tego, jak z nich korzystać. Odpowiedzialność za to, by pomóc w doborze dobrego wehikułu finansowego, musi być po stronie doradców. To oni powinni pomóc zgłaszającej się osobie doprecyzować cel inwestycyjny i dobrać właściwy fundusz do konkretnych potrzeb.

Zdaniem twórcy Finansów bardzo osobistych, doradca nie powinien zarzucać klientów wskaźnikami finansowymi. Oczywiście pozytywne wyniki funduszu, na który chce namówić klienta, pomagają w przekonaniu go do inwestycji, ale po pierwsze są to dane historyczne, które wcale nie muszą się powtórzyć, a po drugie nadmiar informacji finansowych może inwestora zniechęcić. Podobnie jak nadużywanie specjalistycznego słownictwa. Według Iwucia doradca 90 proc. czasu powinien przeznaczyć na rzetelne zapoznanie się z sytuacją klienta i jego potrzebami, a jedynie 10 proc. – na dobranie właściwego funduszu.

Trzeba mówić bardzo prostym językiem, by mieć pewność, że klient wie, na co się decyduje i dlaczego podejmuje taką decyzję – przekonuje Marcin Iwuć w rozmowie z agencją Newseria Inwestor. – Tylko to sprawi, że za jakiś czas nie zmieni swojego postanowienia i nie ucieknie z powrotem np. w depozyt.

Do doradców wiele osób straciło zaufanie po kryzysie finansowym 2007-2008 roku, gdy okazało się, że niektórzy oferowali produkty, których sami do końca nie rozumieli. Zdaniem Marcina Iwucia, jeśli doradca inwestycyjny będzie oferował klientowi produkt, którego sam nie rozumie, nie będzie wiedział, jaka jest struktura opłat w produkcie, to zawsze, bez względu na to, jaką taktyka sprzedaży zostanie wykorzystana, sukces będzie krótkotrwały.

Za kilka lat uderzy to rykoszetem zarówno w doradcę, jak i w całą branżę – uważa Iwuć. – Takich przykładów na rynku mamy mnóstwo.

PGNiG obniża ceny gazu dla odbiorców hurtowych. Rabaty związane są z cenami na Towarowej Giełdzie Energii

CEO Magazyn Polska

Od maja najwięksi hurtowi odbiorcy gazu od PGNiG mogą liczyć na duże obniżki. Poza niższą taryfą zatwierdzoną przez prezesa URE spółka gazowa uruchamia też program rabatowy dla najważniejszych klientów. Ceny gazu dla firm, które do niego przystąpią, będą związane z cenami na Towarowej Giełdzie Energii, a te są niższe od zatwierdzonych taryf.

Na pewno jest to dobry ruch – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego. – Ten program idzie w kierunku większej elastyczności, większego otwarcia na potrzeby rynku i pozwala na inne spojrzenie na możliwości, jakie daje współpraca odbiorców hurtowych z PGNiG.

Program rabatowy uruchomiony przez PGNiG będzie obowiązywał od 1 maja do końca roku, chyba że wcześniej nastąpi liberalizacja rynku i zniesiony zostanie obowiązek zatwierdzania taryf przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki. W ramach programu na zniżki liczyć mogą przede wszystkim duzi odbiorcy, którzy odbierają gaz równomiernie i w zadeklarowanej ilości.

Rabaty będą związane z cenami gazu na Towarowej Giełdzie Energii, czyli w rzeczywistości będą podążać za trendami rynkowymi. To dla hurtowych odbiorców PGNiG duża korzyść. Choć od 1 maja, po wejściu w życie nowych taryf zatwierdzonych przez prezesa URE, gaz wysokometanowy dla odbiorców hurtowych potanieje o 7,1 proc., a gaz zaazotowany o 3,2 proc., to program rabatowy oznacza jeszcze większą zniżkę.

Obecne ceny gazu na TGE wynoszą ok. 95 zł za MWh – to o ponad 10 proc. mniej niż w taryfach zatwierdzonych przez URE.

– Na rynkach światowych od jakiegoś czasu cena ropy naftowej, która jest podstawą hurtowych cen gazu ziemnego, regularnie spada. To jeden z elementów, który wpływa na ceny gazu, m.in. oferowane przez PGNiG klientom. Na pewno te uwarunkowania cenowe związane z ceną ropy naftowej mają znaczenie dla taryfy zaproponowanej przez PGNiG i dla tych obniżek w ramach nowego programu rabatowego – podkreśla Zajdler.

Odbiorcy przemysłowi poza przeniesieniem na nich korzyści związanych z tańszym pozyskiwaniem surowca przez PGNiG oczekują również większej elastyczności cen. Zajdler podkreśla, że właśnie elastycznością cen starają się rywalizować inni dostawcy gazu na polskim rynku.

Spółka w ten sposób spełnia oczekiwanie nie tylko klientów, lecz także URE. Nowe taryfy dla odbiorców hurtowych zostały zatwierdzone jedynie na 3 miesiące, co oznacza, że wkrótce należy spodziewać się kolejnej zmiany cen. Tak krótkie okresy obowiązywania taryf mają na celu m.in. regulowanie ich w zgodności z trendami na rynku. Zajdler podkreśla, że prezesowi URE szczególnie zależy na tym, aby podmiot dominujący na rynku, czyli PGNiG, określało ceny w odniesieniu do cen na giełdach energii.

Chodzi o to, żeby jak najbardziej ten aspekt fluktuacji cen był uwzględniony – precyzuje Zajdler. – Odniesienie w tej umowie ceny, jaką klient będzie płacił, do pewnych parametrów ceny giełdowej jest proponowane przez inne firmy na rynku i to wychodzi naprzeciw oczekiwaniom odbiorców.

Zajdler dodaje, że dla PGNiG to dobry sposób na walkę z konkurencją. Gazowy koncern dzięki elastycznym cenom chce zatrzymać obecnych klientów.

Mars uruchamia nową linię produkcyjną w fabryce pod Sochaczewem. Zwiększa też zatrudnienie

0

CEO Magazyn Polska

300 mln zł kosztowała rozbudowa fabryki czekolady firmy Mars w Janaszówku pod Sochaczewem. Dzięki tej inwestycji zakład będzie produkować 1,1 tys. opakowań M&M’s na minutę. Spółka zatrudniła 70 nowych pracowników, ale dzięki zwiększonym dostawom pośrednio w gospodarce powstanie w sumie 350 nowych miejsc pracy. Polska to kluczowy dla Marsa rynek, z którego firma obsługuje nie tylko region, lecz także dalsze rynki.

W ubiegły piątek Mars uruchomił nową linię produkcyjną w fabryce M&M’s w Janaszówku pod Sochaczewem. Rozbudowa zakładu kosztowała 300 mln zł.

Dało nam to możliwość produkowania dodatkowych 25 tys. ton rocznie. To jest 1,1 tys. opakowań M&M’s na minutę. Nasza marka jest dobrze znana i lubiana na świecie, więc zapotrzebowanie wzrasta – podkreśla Krzysztof Dyner, dyrektor fabryki Mars Polska w Janaszówku.

Do obsługi nowej linii firma zatrudniła 70 nowych pracowników. Jednak pośrednio inwestycja da 350 nowych miejsc pracy, m.in. dzięki zwiększonym dostawom surowców i usług.

Fabryka w Janaszówku jest dla nas bardzo ważna. Obsługujemy z niej nie tylko rynek wewnętrzny i rynki europejskie, lecz także Bliski Wschód i Afrykę. Odkryliśmy, że w polskich zakładach jest potencjał, dzięki któremu możemy obsłużyć naszą regionalną sieć – mówi Gilles Morel, lider Mars Chocolate na Europę i Eurazję.

Kompleks fabryczny Mars Polska pod Sochaczewem jest jedną z największych inwestycji kapitałowych firmy na świecie. Należą do niego fabryka czekolady w Janaszówku, dwie fabryki gotowego jedzenia dla zwierząt oraz fabryka mleka o statusie mleczarni w Kożuszkach-Parcel.

Nasza fabryka należy do jednych z najbardziej nowoczesnych w Polsce i na świecie. Zastosowaliśmy wszystkie nowoczesne technologie, które spowodowały, że mamy również pozytywny wpływ na środowisko: obniżamy zużycie energii i wody, a dodatkowo żadne odpady z naszego zakładu nie trafiają na wysypisko śmieci – wyjaśnia Krzysztof Dyner.

Jak podkreśla Gilles Morel, Polska jest jednym z dziesięciu najważniejszych rynków dla firmy. W kraju działa sześć fabryk, które dają zatrudnienie 2,5 tys. osób.

– Będziemy eksportować 70 proc. produkcji z tej fabryki do 60 krajów, 30 proc. jest produkowane na rynek polski. Dla powodzenia naszego przedsięwzięcia jest bardzo ważne, by móc sprzedawać w Polsce produkty wytworzone w polskiej fabryce – podkreśla Morel. – Jesteśmy bardzo dumni, że możemy dzięki tej inwestycji rozwijać w Polsce talenty, kształcić je poza granicami i przyciągać z powrotem do Polski. Większość naszej kadry kierowniczej, dyrektorów i menadżerów to Polacy.

Jak ocenia Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki, decyzja Marsa o rozbudowie fabryki potwierdza tylko tezę, że w Polsce warto inwestować. Jej lokalizacja natomiast będzie sprzyjać zwiększaniu eksportu.

Fabryka znajduje się obok wielkiej aglomeracji warszawskiej, w Sochaczewie, który jest razem z Błoniem jednym z ważniejszych hubów polskiej logistyki, wzmocnionym zmodernizowaną drogą krajową nr 50 i autostradą A2 na całej długości do Niemiec. To jest kapitalna lokalizacja nie tylko do ekspansji na Europę Środkowo-Wschodnią i Wschód, lecz także – co ważne – do podtrzymywania silnego eksportu na rynek Unii Europejski – mówi Janusz Piechociński.

Inwestycja Marsa ma szczególne znaczenie dla Mazowsza, przede wszystkim dla okolic Sochaczewa.

To firma, która ma ogromny wpływ na przemysł spożywczy, produkcję wyrobów czekoladowych w kraju, na to, co się dzieje na ziemi sochaczewskiej. Firma z dużymi tradycjami, bo rozpoczęła swoją produkcję w 1992 roku, przyniosła do Polski technologię, środki finansowe i organizację pracy. Jesteśmy szczęśliwi, że ta firma jest właśnie w gminie Sochaczew i cieszymy się, że systematycznie się rozwija, budując nową firmę, nowy zakład i realizując nowe przedsięwzięcia – mówi Mieczysław Orliński, wójt gminy Sochaczew.

Orange zapowiada duże zmiany. Wprowadza nową ofertę i chce poprawić kontakt z klientem

0

CEO Magazyn Polska

W ofercie Orange pojawiły się nowe pakiety dla klientów indywidualnych i taryfy dla firm. To jeden z elementów globalnych zmian, które mają odświeżyć wizerunek koncernu. Zmieni się również obsługa klientów  serwis ma być prosty i szybki, a jakość usług wysoka. Zarówno nowe taryfy, jak i nowy sposób komunikacji mają być odpowiedzią na zmieniające się potrzeby konsumentów.

Zmiana przede wszystkim musi mieć odzwierciedlenie w naszym codziennym funkcjonowaniu, w postrzeganiu nas przez klientów. Większą wagę będziemy przywiązywać do tego, by słuchać naszych klientów i trafiać w ich potrzeby za pomocą ofert oraz dopasowanych usług i skupiać się na tym, co jest dla nich istotne – mówi agencji Newseria Biznes Bruno Duthoit, prezes Orange Polska.

Operator wprowadza do oferty nowe plany taryfowe dla biznesu i klientów indywidualnych. Na podstawie przeprowadzonych wśród klientów badań w nowych taryfach biznesowych znajdą się – oprócz nielimitowanych rozmów, SMS-ów i MMS-ów w kraju – również pakiety rozmów i pakiety internetowe w roamingu do krajów UE. Z kolei plany dla klientów indywidualnych będą uwzględniały dziedziny życia wskazane przez nich jako szczególnie ważne, czyli bliscy, dom i mobilność.

Wprowadzamy bardziej spójne oferty, odpowiadające potrzebom zarówno klientów indywidualnych, jak i biznesowych, zwłaszcza małych przedsiębiorstw. Prostota, konwergencja oraz bezpieczeństwo są dla nas niezmiernie ważne i zbieżne z oczekiwaniami klientów – mówi prezes Orange Polska

W ofercie pojawi się też bezpłatna CyberTarcza, czyli rozwiązanie zwiększające bezpieczeństwo użytkowania internetu i chroniące przed większością zagrożeń.

Zmieni się również podejście do komunikacji zarówno w salonach, jak i online.

Deklarujemy dostępność w każdym miejscu, w dzień i w nocy, przez różne kanały komunikacji. Serwis służący do zarządzania online swoim kontem przez klienta, będzie prostszy, czy to w przypadku telefonii stacjonarnej, czy mobilnej – wyjaśnia Bruno Duthoit. – W punktach sprzedaży zmienimy sposób, w jaki rozmawiamy z klientem. Będzie więcej dialogu, będziemy słuchać i będziemy starali się sprostać ich oczekiwaniom.

Jak zapewnia prezes Orange, obsługa klienta będzie przebiegała znacznie szybciej niż dotychczas. Klienci, którzy korzystają z wielu usług Orange, będą mogli swoje sprawy załatwić przez wyznaczonego dla nich doradcę. Spółka stopniowo będzie wdrażać też inteligentny system zarządzania ruchem w salonie, dzięki któremu klienci będą mogli zaplanować wizytę w dogodnym dla siebie terminie. W planach jest również otworzenie jeszcze w tym miesiącu w Warszawie Smart Store, czyli inteligentnego salonu przyszłości.

Rusza także system obsługi dla seniorów. Jak podkreśla Duthoit, klienci powyżej 70. roku życia to ważna dla spółki grupa około miliona osób.

Połowa z nich korzysta z telefonii stacjonarnej, a połowa z mobilnej. Ich oczekiwania są inne niż pozostałych klientów. Dlatego właśnie dla nich uruchomimy specjalną linię. Starsza osoba, która zadzwoni, zostanie automatycznie przekierowana do specjalnego call center. Tam obsługa jest dostosowana do potrzeb osób wymagających nieco więcej uwagi, czasu oraz wyjaśnień – mówi prezes Orange Polska.

Orange będzie mieć specjalne oferty dla osób przedłużających umowy. Zamierza koncentrować się również na rozwijaniu technologii zarówno w telefonii stacjonarnej jak i mobilnej, które pozwolą ulepszać ofertę dla klientów. Nowością jest też sprzedaż innych ofert niż tylko telekomunikacyjnych. Dziś w ofercie operator ma usługi finansowe i energię elektryczną.

– Dostrzegliśmy możliwość synergii, a nasi klienci są zainteresowani taką ofertą. Pokrywa się to z potrzebą konwergencji: usługi dla całego domu mogą być zakupione u operatora komórkowego. To ciekawy kierunek rozwoju – mówi Bruno Duthoit. – W krótkim okresie planujemy dalszy rozwój usług finansowych i energetycznych, zamierzamy też zagospodarować istotną niszę, w której zresztą już zajmujemy silną pozycję, a mianowicie internet rzeczy.

Jak podkreśla, rynek przedmiotów podłączonych do sieci dynamicznie się rozwija, również w Polsce. I tak też będzie w najbliższych latach. Do tego segmentu zaliczają się m.in. rozwiązania z zakresu smart cities, a także koncept inteligentnego domu z monitoringiem i zdalnym sterowaniem.

Bank Pocztowy walczy o klientów, wprowadzając darmowe konto. Chce się odróżnić od konkurentów, którzy wprowadzają opłaty w trudnych dla banków czasach

CEO Magazyn Polska

Środowisko niskich stóp procentowych i związane z tym niższe wpływy z rat spłacanych przez klientów kredytów powodują, że przychody banków spadają. Niskie stopy nie zachęcają też Polaków do zakładania lokat. Dlatego banki muszą szukać nowych źródeł przychodów, które zrekompensują im utracone zyski. Większość instytucji podnosi lub wprowadza opłaty za świadczone usługi. Zupełnie odmienną strategię przyjął Bank Pocztowy, który chcąc przyciągnąć nowych klientów, zaoferował darmowe konto z dożywotnią gwarancją braku opłat.

– Rynek się zmienia. Zmiany makroekonomiczne, niższe stopy procentowe i zmiany w samym sektorze bankowym powodują, że banki zmieniają strategię, politykę cenową i podejście do klienta – potwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Szymon Midera, prezes Banku Pocztowego. – Oczywiście jest ogromna pokusa wśród wielu graczy, żeby w prosty sposób te problemy przerzucić na klienta, podnosząc taryfę opłat i prowizji, w tym główną opłatę za prowadzenie rachunku. Dane Narodowego Banku Polskiego potwierdzają, że te opłaty rok do roku rosną.

Z raportu Narodowego Banku Polskiego pt. „Porównanie wysokości prowizji i opłat związanych z rozliczeniami pieniężnymi w złotych w polskim sektorze bankowym” wynika, że w grudniu 2014 roku średnia opłata za prowadzenie konta bankowego była o ponad 8,5 proc. wyższa niż pół roku wcześniej i wyniosła 3,30 zł miesięcznie. Badanie objęło 19 banków.

To jest próba poprawienia rentowności za wszelką cenę w innym środowisku makroekonomicznym, przy wyższej konkurencyjności – uważa Midera. – Z punktu widzenia budowania relacji długofalowej z klientem to nie jest dobra strategia. Klienci będą szukać takich banków, w których będą mieć zapewnione bezpieczeństwo i długofalowe spojrzenie na relacje z klientem.

Banki radzą sobie w nowych warunkach nie tylko poprzez bezpośrednie podniesienie opłat, lecz także poprzez wprowadzenie m.in. większej liczby warunków, od których uzależnione jest posiadanie darmowego konta. Może to być np. podniesienie wymaganego limitu wpływów na konto. Tymczasem Bank Pocztowy wprowadził darmowe konto z dożywotnią gwarancją braku opłat bez dodatkowych warunków.

Zmiana rachunku bankowego to jest bardzo poważna decyzja. Nie powinno się jej podejmować pod wpływem chwili, emocji czy krótkotrwałej promocji ze strony banku. Ona wiąże się też z konkretnym wysiłkiem i dlatego proponujemy darmowy rachunek z gwarancją niezmienności tej oferty, bez żadnych dodatkowych warunków związanych z wpływami na rachunek czy aktywnością klienta – deklaruje prezes Banku Pocztowego.

Szymon Midera zapewnia też, że kierowany przez niego bank nie zamierza w przyszłości zmieniać tej strategii, choć na łatwe zyski w sektorze bankowym długo nie będzie można liczyć. Według Głównego Urzędu Statystycznego w 2014 roku banki zarobiły o 7,1 proc. więcej niż w 2013 roku, przy czym głównie przyczynił się do tego wynik z tytułu odsetek, który będzie słabł z powodu coraz niższych stóp procentowych.

Pierwsza po ponad roku obniżka nastąpiła dopiero w październiku, a kolejna już w marcu br., zatem wpływ niskich stóp procentowych na wyniki banków w tym roku będzie zdecydowanie wyraźniejszy. Z kolei na opłatach i prowizjach banki w ubiegłym roku zarobiły tylko o 0,7 proc. więcej niż w 2013 roku. Do dobrego wyniku przyczyniła się także obniżka kosztów, głównie pracowniczych. Koszty ogółem spadły o 1,3 proc., przy czym pracownicze o 1,7 proc, a koszty ogólnego zarządu o 0,9 proc.

Rentowność sektora maleje i będzie się zbliżała do rentowności banków w krajach Europy Zachodniej, w których środowisko niskich stóp procentowych funkcjonuje już od dłuższego czasu ­– konstatuje Midera. I dodaje: – Musimy sobie z tym poradzić.

Dobre prognozy dla PKP Cargo. Spółka pozyskuje nowe kontrakty

CEO Magazyn Polska

Dostawy stali i kruszyw na budowy oraz rozwój transportu intermodalnego to czynniki, które pozytywnie wpłyną na PKP Cargo w 2015 rok. Powinny one zrównoważyć spadki w przewozach węgla. Wprawdzie dostawy surowca dla polskiej energetyki są stabilne, jednak zastój może  dotyczyć przewozów eksportowanego węgla. Perspektywiczne dla spółki są rynki przewozów drewna oraz zbóż.

Rynek w 2015 roku uważamy za bardzo perspektywiczny, ponieważ rozwój infrastruktury, także w Polsce, pociąga za sobą konieczność dostaw stali. Sygnały o tym, że rynek będzie się rozwijał, płyną też od naszych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Neska, wiceprezes zarządu ds. handlowych PKP Cargo. – Z drugiej strony mamy kruszywa i materiały budowlane. Inwestycje infrastrukturalne zarówno w drogownictwie, jak i na kolei, oraz budowy hydrotechniczne pozwalają nam zakładać, że w tym roku wzrost będzie stabilny.

W ubiegłym roku grupa PKP Cargo miała 4,3 mld zł przychodów operacyjnych i prawie 59 mln zł zysku netto przypadającego na akcjonariuszy jednostki dominującej. Wynik był jednak obciążony realizacją Programu Dobrowolnych Odejść, którego koszt wyniósł ponad 250 mln zł. Po wyłączeniu tego czynnika zysk spółki w 2014 roku był na poziomie 276 mln zł. Raport za I kwartał przewoźnik poda 12 maja.

Istotny wpływ na skalę przewozów na początku roku miała sytuacja na rynku węgla. Z jednej strony mamy bardzo dobre wskaźniki ekonomiczne płynące właściwie ze wszystkich linii biznesowych, ze wszystkich produktów, które wozimy – od kruszyw, przez biznes intermodalny, aż po drewno. Dobre wskaźniki notuje również hutnictwo, metale, rudy. Z drugiej strony węgiel ze względu na perturbacje, które praktycznie towarzyszą nam przez cały 2014 rok i z którymi weszliśmy również w 2015, powoduje, że rozwój na całym wolumenie przewozów jest w jakiś sposób niwelowany sytuacją związaną z przewozami węgla – podkreśla Neska.

Udział spółki w dostawach węgla dla polskiej energetyki jest stabilny. Niewiadomą są jednak przewozy eksportowanego surowca, które już w ubiegłym roku były niskie i nic nie zapowiada odbicia w tym roku.

Spółka poinformowała w czwartek o podpisaniu dwuletnich umów na przewozy towarów z trzema liderami polskiego przemysłu drzewnego – International Paper Kwidzyn, Kronospan Szczecinek oraz Mondi Świecie. Przewoźnik będzie transportować dla tych podmiotów m.in. drewno, wyroby z drewna oraz zrębki drzewne.

Takie segmenty jak rynek drewna czy rynki płodów rolnych są dla nas bardzo ciekawe i zakładamy, że będą też dosyć stabilne. Przyczyniają się one do dywersyfikacji naszego portfela – wskazuje wiceprezes PKP Cargo.

Perspektywicznym kierunkiem, choć o niewielkim jeszcze znaczeniu finansowym w skali działalności PKP Cargo, jest segment przewozów intermodalnych, czyli łączących różne środki transportu: kolejowy, drogowy i morski. Jak deklaruje Jacek Neska, spółka osiąga w tej dziedzinie dwucyfrowe wzrosty, dzięki czemu udział intermodalu w przychodach powinien się w kolejnych latach zwiększać.

Intermodal to linia biznesowa, która obecnie stanowi o 4 proc. naszej całej wykonanej pracy – zaznacza Neska. – Traktujemy ją jednak jako linię najbardziej perspektywiczną, z największym potencjałem wzrostu. W tej chwili notujemy wzrosty dwucyfrowe rok do roku. Oczywiście, w jakiś sposób jest to efekt niskiej bazy, natomiast głęboko wierzymy w to, że ten rynek się będzie rozwijał.

Wiceprezes PKP Cargo podkreśla, że na biznes przewoźnika pozytywny wpływ ma poprawiająca się sytuacja makroekonomiczna, a zwłaszcza coraz lepsza kondycja polskiego przemysłu. Od października ubiegłego roku obrazujący ją wskaźnik PMI pozostaje powyżej poziomu 50 pkt, co oznacza rozwój sektora. W I kwartale oscylował wokół poziomu 55 pkt.

Jeżeli nasi klienci produkują, jeżeli potrzebują surowców i sprzedają swoje wyroby, to wtedy rynek logistyczny, również kolejowy, ma się dobrze. Sytuacja makroekonomiczna ma istotny wpływ na to, co dzieje się na torach – mówi Jacek Neska. – Z dużym zadowoleniem obserwujemy to, że wskaźniki, które opisują polską gospodarkę, mają pozytywny oddźwięk i z tym wiążemy oczekiwania związane z dalszym rozwojem rynku logistycznego w Polsce.

Właściciele małych i średnich firm coraz częściej szukają wsparcia wśród bardziej doświadczonych przedsiębiorców. Przyspiesza to rozwój ich biznesów

0

CEO Magazyn Polska

Właściciele firm coraz częściej szukają wsparcia u innych przedsiębiorców. Wymiana doświadczeń czy zasięgnięcie opinii pozwala im skuteczniej rozwiązywać biznesowe problemy. Zwłaszcza że zwykle są one podobne, dotyczą m.in. zwiększania sprzedaży, przyciągania i utrzymywania klientów, znajdowania odpowiednich pracowników czy organizacji przedsiębiorstwa.

– Najczęściej problemy, z którymi borykają się prezesi średnich i małych firm, związane są ze sprzedażą, pozyskiwaniem i utrzymaniem klienta. Przedsiębiorcom brakuje skutecznych sprzedawców, a firmą odpowiedniej organizacji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Augustyniak, dyrektor regionalny Alpha Group w Polsce, firmy organizującej m.in. spotkania dla biznesu.

Augustyniak zwraca uwagę na to, że małe i średnie przedsiębiorstwa w miarę rozwoju swojej działalności i znajdowania nowych rynków mierzą się z podobnymi problemami. O ile skuteczne zarządzanie firmą zatrudniającą 5-10 osób jest w miarę proste, o tyle przy wzroście liczby pracowników do 20-30 i obrotów mogą pojawić się problemy ze zwiększeniem sprzedaży, utrzymaniem klientów, zatrudnieniem odpowiednich osób czy organizacją firmy.

Ten ostatni element jest szczególnie ważny z punktu widzenia właścicieli. Wielu szefów małych i średnich firm bierze odpowiedzialność za wszystkie procesy, co nie pozwala im na urlop lub przerwę w pracy. Augustyniak zwraca jednak uwagę na to, że nowi przedsiębiorcy mogą wiele nauczyć się od tych, którzy już pokonali te przeszkody lub wcześniej popełniali błędy i wiedzą, jak sobie z nimi radzić. Coraz więcej właścicieli firm docenia taką możliwość.

Tradycyjnie raczej się nie zrzeszamy, problemy wolimy rozwiązywać we własnym, małym gronie. Ale jesteśmy bardzo zaskoczeni, bo ludzie rzeczywiście przychodzą, otwierają się i w atmosferze zaufania mówią o swoich największych problemach biznesowych. W zamian za to otrzymują rekomendacje i rozwiązania. Właściciele firm wychodzą z takich spotkań bardzo zadowoleni – podkreśla Augustyniak.

Takie comiesięczne spotkania ułatwiają podejmowanie decyzji prezesom firm. Jak zwraca uwagę Augustyniak, nawet w przedsiębiorstwach zatrudniających 50-60 osób i generujących kilkumilionowe obroty rocznie właściciele często nie mają nikogo, kto mógłby im pomóc w kierowaniu firmą.

Augustyniak dodaje, że uczestnictwo w spotkaniu w ramach tzw. rady dyrektorów to dla wielu prezesów także pierwsza okazja, by spojrzeć na własną działalność z innej perspektywy. Mogą usłyszeć wiele nowych pomysłów, które w codziennej pracy nie są analizowane.

To jest bardzo duża wartość, jeżeli właściciel wychodzi jeden dzień w miesiącu, by spotykać się z ludźmi, którzy mają podobne wyzwania, i spojrzeć na poziomie strategicznym na całość swojej firmy, na problemy, z jakimi się mierzy, i na otoczenie rynkowe. To jest luksus, na który do tej pory właściciele małych firm nie mogli sobie pozwolić – przekonuje Augustyniak.

Rośnie wiedza Polaków na temat GMO. Zwracają uwagę na oznaczenia na opakowaniach

CEO Magazyn Polska

Polacy wiedzą coraz więcej na temat żywności modyfikowanej genetycznie. Co trzeci Polak świadomie nie kupuje żywności GMO, a informacji o jej pochodzeniu szuka na opakowaniu. Znacznie mniej powszechna jest wiedza o antybiotykach dodawanych do żywności. Tymczasem jej spożywanie może skutkować reakcjami alergicznymi lub uodpornieniem organizmu na działanie antybiotyków.

Polscy konsumenci, zwłaszcza w miastach, mają coraz większą świadomość tego, co kupują, i zwracają uwagę na etykiety. Cały czas mamy bardzo dynamiczny wzrost spożywania produktów niemodyfikowanych genetycznie czy takich, które nie zawierają składników modyfikowanych genetycznie. Na polskim rynku jest kilka produktów, które nie stosują żadnych składników modyfikowanych genetycznie i ten walor jest podkreślany w komunikacji z klientami – mówi agencji Newseria Artur Węgłowski, wiceprezes zarządu Farmio, producenta jaj.

Również Farmio w komunikacji podkreśla, że jaja, które firma wprowadza do obrotu, pochodzą od kur karmionych paszą bez GMO.

Obecnie na rynku europejskim dopuszczony jest handel genetycznie modyfikowaną kukurydzą i soją. W Polsce od 2013 roku obowiązuje zakaz uprawy roślin genetycznie modyfikowanych. Dozwolony jest natomiast import i handel produktami GMO, w tym ogólnie dostępnymi produktami spożywczymi oraz paszami dla zwierząt. Z danych firmy Farmio wynika, że rocznie Polska importuje ok. 2 mln ton soi modyfikowanej genetycznie na potrzeby produkcji pasz dla drobiu, bydła i trzody chlewnej.

Unijne prawo nakazuje oznakowanie produktów zawierających przynajmniej 0,9 proc. składników zmodyfikowanych genetycznie. Nie dotyczy on znakowania produktów nabiałowych i mięsnych pochodzących ze zwierząt karmionych paszami z GMO.

Jeśli mam wybór, to ja zawsze będę preferował i do tego będę też namawiał wszystkich konsumentów, aby wybierali produkty niemodyfikowane genetycznie, czyli takie, które nie zawierają modyfikowanej soi czy kukurydzy. Brak modyfikacji daje nam czystość, bliskość z naturą, tradycyjność. Modyfikacje dają większe możliwości produkcji spożywczej, ale jednak pojawia się pytanie, czy nie mają negatywnego wpływu na nasze zdrowie – mówi Artur Węgłowski.

Poza kwestią GMO konsumentów powinna interesować również zawartość antybiotyków w żywności. Już w pierwszej połowie XX wieku zaczęto dodawać antybiotyki do paszy zwierząt hodowlanych, odkryto bowiem, że powodują one przyrost masy ciała. Nieuzasadnione użycie antybiotyków w hodowli zwierząt jest zabronione w Unii Europejskiej od 2006 roku, jednak zdarzają się przypadki jej stosowania. Obecność niedozwolonego poziomu antybiotyków w jajkach lub mięsie może być też efektem niewłaściwego dawkowania leku choremu zwierzęciu, nieprzestrzegania okresu karencji lub podania niedozwolonej dla danego gatunku substancji. Zdaniem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) nadużywanie antybiotyków w hodowli zwierząt jest jedną z ważniejszych przyczyn narastania problemu lekoodporności u ludzi.

– W 2013 roku użycie antybiotyków do produkcji żywności wyniosło 520 ton. Nawet minimalne dawki antybiotyków, które pozostają w produktach spożywczych, kumulują się w organizmie i powodują liczne problemy. W przypadku alergików nawet minimalna ilość antybiotyku może wzbudzić wstrząs anafilaktyczny. W ich przypadku i u dzieci do lat 12 obowiązuje absolutny zakaz stosowania tetracyklin czy antybiotyków z tej grupy. A 70 proc. antybiotyków używanych do produkcji żywności to właśnie antybiotyki z grupy tetracyklin i penicyliny – mówi Artur Węgłowski.

Przedstawiciele Farmio zapewniają, że zgodnie z oczekiwaniami konsumentów jaja tej firmy są dodatkowo badane pod kątem obecności antybiotyków.

WHO uznała, że odporność niektórych drobnoustrojów na leki jest jednym z największych zagrożeń dla zdrowia człowieka w XXI wieku. Tylko na terenie Unii Europejskiej w wyniku zakażenia bakteriami odpornymi na niektóre antybiotyki umiera rocznie 25 tys. ludzi. Zdaniem komisji ekspertów powołanej w 2013 roku przez brytyjski rząd w 2050 roku odporność na antybiotyki może być przyczyną śmierci 10 mln ludzi.

Ruszył kanał TVN Fabuła. Będzie walczył o fanów filmów i seriali również własnymi produkcjami

0

 

TVN nowym kanałem chce zawalczyć o widownie ceniącą dobre filmy w wysokiej jakości. W ofercie właśnie uruchomionego TVN Fabuła znajdą się również seriale – nie tylko produkcje TVN-u, lecz także zagraniczne hity. Mimo dużej konkurencji kilkudziesięciu kanałów filmowych i serialowych stacja liczy na duży sukces.

Kanał TVN Fabuła jest częścią oferty Premium TV. Mamy o tyle łatwiej na biznesowym polu, że jesteśmy w pakiecie razem z innymi kanałami, nie tylko kanałami TVN. Dlatego myślę, że jesteśmy skazani na sukces – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Świerzawski, dyrektor TVN Fabuła.

Premium TV to oferta TVN dla reklamodawców obejmująca różne kanały tematyczne.

Uruchomiony 16 kwietnia kanał to propozycja dla fanów filmów i seriali. Będzie walczyć o widzów m.in. z propozycjami Polsatu i TVP (np. Polsat Film i TVP Seriale). TVN Fabuła stawia przede wszystkim na jakość i możliwość wyboru.

Jest wszystko, co widzowie filmów uwielbiają, czyli świetna jakość dźwięku, obrazu i możliwość przełączania się między wersjami. Niby wiele stacji oferuje tego typu udogodnienia, niemniej jednak jak popatrzymy na całość polskiej oferty telewizyjnej, to nie jest to takie oczywiste. Nie jest tak, że wszystkie programy nadawane są w HD, wiele filmowo-serialowych kanałów nadal nadaje w wersji podstawowej, w wersji SD – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Świerzawski, dyrektor TVN Fabuła.

Nowy kanał TVN Fabuła ma trafić m.in. do tych widzów, którzy uprawiają tzw. binge watching, czyli oglądają kilka odcinków ulubionego serialu z rzędu.

Świerzawski, który sam jest filmowcem i współpracował jako asystent reżysera m.in. z Agnieszką Holland i Stevenem Spielbergiem, zapewnia, że oferta będzie zróżnicowana. W ramówce TVN Fabuła mają znaleźć się zarówno najnowsze produkcje, jak i nieco starsze seriale. Już w ten weekend kanał wyemitował kinowy przebój „Władca pierścieni: Powrót króla”. Wkrótce planowana jest emisja m.in. „Sherlocka Holmesa”.

To będzie szansa na zobaczenie pewnych filmów po raz pierwszy w wysokiej jakości. To jest oferta skierowana do ludzi, którzy kino kochają, którzy kina szukają w telewizji i którzy uwielbiają je oglądać – mówi Świerzawski.

Poza światowymi hitami TVN Fabuła zamierza też promować własne produkcje koncernu. Codziennie o godz. 20:00 emitowane będą seriale wyprodukowane dla TVN-u. Świerzawski podkreśla, że to szansa, by wiele z tych chętnie oglądanych seriali wróciło na antenę w czasie największej oglądalności. Natomiast o godz. 21:00 będzie rozpoczynało się najważniejsze pasmo, w którym wyświetlane będą filmy oraz maratony serialowe.

TVN Fabuła jest w ofercie nc+, UPC, TOYA oraz wielu mniejszych operatorów telewizji kablowej i satelitarnej.

Wartość rynku e-booków sięgnie 60 mln zł. E-czytelnicy czytają prawie trzy razy więcej niż tradycyjni

Polacy coraz chętniej sięgają po e-booki. Rynek sprzedaży książek elektronicznych rośnie bardzo szybko i jak szacuje branża, w 2015 roku jego wartość wzrośnie do co najmniej 60 mln zł. Dlatego w szybkim tempie przybywa też tytułów w wersji elektronicznej. Z badań Virtualo wynika, że e-czytelnicy czytają rocznie 30 książek, podczas gdy czytelnicy tradycyjnych książek średnio 11.

Czytelnicy e-booków najchętniej czytają książki z kategorii kryminał i sensacja (18 proc.). W pierwszym kwartale bestsellerem w Virtualo była kryminalna trylogia Zygmunta Miłoszewskiego, czyli tytuły „Uwikłanie”, „Ziarno prawdy” i „Gniew”. Bardzo często wybierają tez powieści obyczajowe (16 proc.), fantastykę (11 proc.), reportaż i literaturę faktu (9 proc.).

W ofercie samego Virtualo jest ponad 40 tys. e-booków i audiobooków, więc ta liczba cały czas rośnie w porównaniu do 37 tys., które były na koniec zeszłego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Martyna Bednarczyk z Virtualo. – Prowadzimy cały czas nowe akcje promocyjne, wprowadzamy nowe tytuły.

E-booki częściej kupują mężczyźni, kobiety nadal chętniej wybierają książki drukowane. W ocenie sprzedawców wynika to z większego zainteresowania mężczyzn nowymi technologiami, jednak ta różnica powinna stopniowo zanikać. Z badania przeprowadzonego pod patronatem Biblioteki Analiz wynika, że 67 proc. czytelników książek cyfrowych ma od 25 do 45 lat.

Ze wszystkich danych wynika, że na razie głównie czytamy książki drukowane – informuje Martyna Bednarczyk. – Natomiast e-czytelnicy stanowią elitę wśród ogółu czytelników, gdyż czytają nawet 30 książek rocznie w porównaniu z 11 książkami, które czytają czytelnicy książek drukowanych. Jest to zdecydowanie grupa osób, która czytają bardzo dużo i bardzo chętnie.

Średnia cena pojedynczego e-booka zakupionego w pierwszym kwartale wyniosła 21,90 zł. Ceny e-booków są średnio o 20-30 proc. niższe niż ceny książek drukowanych. Dodatkowo wydawnictwa kuszą czytelników promocjami. Ceny mogłyby być jeszcze niższe, gdyby nie system podatkowy, który traktuje e-booki jak zwykły towar, a nie jak książki.

W Polsce cały czas VAT na e-booki wynosi 23 proc., a na książki drukowane 5 proc. Jest to na pewno jeden z czynników, który bardzo utrudnia rozwój rynku – podkreśla koordynator ds. marketingu Virtualo. – Drugim takim czynnikiem jest piractwo. Wiadomo, że e-booki są dość łatwo dostępne, ale i łatwo jest taki plik udostępnić w sieci. Oczywiście mamy mnóstwo zabezpieczeń i możemy do tego dojść, kto taki plik udostępnił, ale prawo za tym nie nadąża. Tu jest główny problem.

Biblioteka Analiz w 2013 roku szacowała, że straty, które rocznie ponoszą w wyniku piractwa wydawcy, sięgają 250 mln zł. Mimo tych przeciwności przedstawiciele branży są dobrej myśli. Rynek rozwija się dynamicznie i obecny rok pod względem tempa wzrostu powinien być podobny do poprzedniego.

Rok 2014 zakończyliśmy z wynikiem 40 mln zł – mówi Bednarczyk. – Szacujemy, że ten rok będzie jeszcze lepszy i że będzie to 60 mln zł.

Po pierwszym kwartale widać, że najprawdopodobniej wynik ten zostanie zrealizowany z nadwyżką.

Rośnie rynek akcji w Hong Kongu

Karol Ciuk,Doradca Inwestycyjny, Bankowość Detaliczna Citi Handlowy, analizuje powody dynamicznego wzrostu na rynku akcji w Hong Kongu.

Jak podkreśla Karol Ciuk, w ubiegłym roku, alians strategiczny giełd w Hong Kongu i Szanghaju pozwolił inwestorom w Chinach na zakup akcji w Hong Kongu (tzw. akcji H) zgodnie z ustalonym dziennym limitem 10,5 mld juanów. Początkowo możliwość ta nie budziła zainteresowania, jednak już z początkiem kwietnia, po raz pierwszy od wprowadzonych zmian, inwestorzy z Chin dwukrotnie wykorzystali w całości dzienny limit nabyć akcji przyczyniając się do wzrostu indeksu Hang Seng o 11% w pierwszej połowie kwietnia.

Do wyraźnych wzrostów indeksu giełdy w Hong Kongu przyczyniła się znacząca premia w wycenie akcji Państwa Środka (tzw. akcje A) względem akcji H tych samych spółek w Hong Kongu.

Ekspert podkreśla, że pomimo tych wzrostów część spółek, jak np. chińskie banki, wciąż pozostaje wyceniana na jednocyfrowych poziomach wskaźnika ceny do zysku ze względu na obawy inwestorów dotyczące jakości ich portfeli kredytowych. Podobna sytuacja dotyczy spółek działających w sektorze nieruchomości, gdzie niskie wyceny wynikają z trudnej sytuacji na rynku mieszkaniowym. Warto przy tym zwrócić uwagę na pozostające na relatywnie wysokim poziomie realne stopy procentowe. Wskazują one na przestrzeń do ewentualnych działań stymulacyjnych ze strony Ludowego Banku Chin.

Karol Ciuk prognozuje jednak, że przy wsparciu władz monetarnych i rządu chińska gospodarka mimo spowolnienia powinna w tym roku utrzymać wzrost w okolicy 6,9%, wspierając zyski przedsiębiorstw i w konsekwencji inwestorów na rynku akcji.

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

NIK o budowie Aquaparku w Koszalinie

Najwyższa Izba Kontroli negatywnie ocenia budowę ośrodka wodno – rekreacyjnego w Koszalinie – jednej z kluczowych inwestycji miasta. W wyniku złego nadzoru jej koszt wzrósł o ponad 13 mln zł, a obiekt zostanie oddany do użytku z rocznym opóźnieniem. Zarząd Obiektów Sportowych, pełniący nadzór nad inwestycją, nie był ani organizacyjnie ani kadrowo przygotowany do jej prowadzenia. Dlatego dopuścił do licznych nieprawidłowości.

Delegatura NIK w Szczecinie sprawdziła przebieg budowy kompleksu wodno-rekreacyjnego w Koszalinie w okresie od 2009 r. do połowy 2014 r. Kontrolę przeprowadzono w Urzędzie Miejskim w Koszalinie oraz w Zarządzie Obiektów Sportowych Spółka z o.o. w tym mieście.

Kontrola wykazała, że na 10 postępowań o udzielenie zamówień publicznych, prowadzonych w związku z inwestycją, aż w czterech stwierdzono nieprawidłowości. Budowa kompleksu wodno – rekreacyjnego, która rozpoczęła się w 2009 r., miała być jedną z większych inwestycji budowlanych w Koszalinie. Projekt architektoniczny obiektu wybrano w konkursie, w którym rywalizowało osiem propozycji. Jak ustaliła NIK, zdecydowano się na koncepcję, która jako jedyna, nie spełniała założeń konkursu. Koszt jej realizacji był o 8,5 mln zł droższy od planowanego. Urząd Miejski w Koszalinie i Zarząd Obiektów Sportowych ustalili, że koszt budowy ośrodka nie może przekroczyć 73 mln zł. Mimo iż siedem pozostałych projektów mieściło się w tej sumie, to wybrano projekt za 81,5 mln zł. Wyróżniał się on oryginalnym dachem. Jak się później okazało niemożliwym do zbudowania. Niestety z laureatem konkursu podpisano umowę niekorzystną dla Zarządu Obiektów Sportowych. Zmieniono w niej wartość ubezpieczenia, okres jego obowiązywania oraz nie ustalono kar za niewłaściwe wykonanie zadania. A tymczasem miało to stanowić gwarancję, że w przypadku wad w projekcie, inwestor będzie mógł żądać od projektanta wypłaty odszkodowania. Na podstawie podpisanej umowy projektant, mimo błędów w jego koncepcji, nie poniósł żadnych kosztów, w tym kar za niewłaściwe wykonanie zadania. Projekt obiektu zawierał błędy grożące ryzykiem wystąpienia katastrofy budowlanej. Dokonane zmiany, obniżające koszty wykonania obiektu do 73 mln zł, skutkowały tym, że kosztorys inwestorski był niedoszacowany i niemożliwy do wykonania.

Poza konkursem na wykonanie projektu obiektu, prowadzono postępowanie na wybór Inżyniera Kontraktu. Miała to być firma, która w imieniu Zarządu Obiektów Sportowych, nieprzygotowanego do prowadzenia tak dużych inwestycji, nadzorowałaby ją w imieniu spółki. Wybrano najtańszą ofertę. Szacunkowa wartość wynosiła 1,8 mln zł, a wygrana firma zaoferowała 729 tys. zł. Zarząd nie dociekał, dlaczego proponowana cena jest tak niska. Wartość wygranej oferty stanowiła tylko 40,5 proc. szacunkowej wartości zamówienia. Zarząd nie zwrócił się do startujących w postępowaniu o wyjaśnienie, co składa się na ofertę i co wpływa na proponowaną przez nich cenę. NIK zauważa, że dlatego zdecydowano się na spółkę, która nie posiadała zaplecza odpowiednich specjalistów mogących profesjonalnie nadzorować budowę. Niestety wybrany Inżynier Kontraktu nie wykrył w porę, że projekt na budowę basenów jest wadliwy.

W kolejnym przetargu na wykonanie inwestycji ten sam wadliwy projekt był podstawą ustalenia zakresu robót. W przetargu tym Zarząd niezasadnie odrzucił najtańszą ofertę. Jednak w wyniku postępowania odwoławczego ostatecznie zawarto z oferentem umowę. Po 5 dniach od organizacji zaplecza na placu budowy, wykonawca zgłosił błąd w projekcie dotyczący wadliwej konstrukcji dachu. Stwierdził, że na podstawie tego projektu, inwestycji nie da się zrealizować. Projektant był innego zdania. Blisko 10 miesięcy Zarząd, wykonawca i projektant wymieniali się opiniami i ekspertyzami udowadniającymi swoje rację. A budowa w tym czasie stała. Ostatecznie w maju 2013 r. wypowiedziano umowę zawartą z pierwszym wykonawcą. Na mocy ugody sądowej za wykonane prace zapłacono 2 mln zł i obustronnie zrzeczono się kar i odszkodowań.

Przeprowadzono kolejne postępowanie na wprowadzenie zmian w dokumentacji projektowej i dokończenie budowy. To wszystko spowodowało, że koszt wykonania inwestycji wzrósł o 13,1 mln zł (z 73 do 86,1 mln zł), a planowany termin zakończenia prac przesunięty został o rok – z lipca 2014 r. na lipiec 2015 r. Realizowany projekt znacząco różni się od tego wybranego w konkursie przeprowadzonym w 2009 r. Na wniosek nowego wykonawcy zmienił go jednak projektant pierwotnej koncepcji.

W ocenie NIK, za przyjęcie błędnej dokumentacji odpowiedzialny był nie tylko projektant i Inżynier Kontraktu, ale i Zarząd Obiektów Sportowych, który jako inwestor, powinien odpowiednio zarządzać procesem budowlanym.

NIK o zarządzaniu najstarszymi budynkami komunalnymi

Kontrola NIK wykazała, że zarządcy nie podejmowali skutecznych działań dla zahamowania procesu dekapitalizacji najstarszych budynków komunalnych. Stan techniczny tych obiektów ciągle się pogarszał, powodując zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Ciągły niedobór środków na remonty i modernizację sprawiał, że zarządcy często wykonywali remonty budynków jedynie w minimalnym zakresie, a gminy coraz częściej zmuszone były podejmować decyzje o rozbiórce lub sprzedaży zdekapitalizowanych budynków.

W badanym okresie (2011-2013) zasób budynków gminnych, w tym tych najstarszych, zmniejszył się o 10%. NIK podkreśla, że sprawa wymaga pilnego rozwiązania w obliczu rosnącego i niezaspokojonego zapotrzebowania na mieszkania komunalne wśród osób o niskich dochodach.

Aż 75% wszystkich budynków komunalnych w gminach objętych kontrolą stanowiły obiekty oddane do użytku jeszcze przed 14 sierpnia 1961 r. Wiele z nich znajdowało się w złym stanie technicznym, stanowiąc zagrożenie dla zdrowia, a nierzadko i życia ludzi.

Do 90% wzrosła liczba najstarszych budynków zakwalifikowanych do różnego rodzaju napraw. W 2013 r. naprawy głównej (tj. wymiany co najmniej jednej części budynku) wymagało 40% budynków, a do napraw bieżących zakwalifikowano połowę zasobu oddanego do użytku przed 1961 r. Jednak pula środków na remonty sukcesywnie się zmniejszała, powodując pogłębianie się zjawiska tzw. „luki remontowej”, czyli różnicy między rzeczywistymi potrzebami na przeprowadzenie wszystkich koniecznych prac remontowych a nakładami na remonty. W okresie objętym kontrolą na remonty brakowało ok. 1 mld zł. Tymczasem stopień pokrycia niezbędnych nakładów w tym okresie spadł z 20% do 8% i wyniósł w sumie ok. 132 mln zł.

Luka remontowa w latach 2011-2013

Wykres: „Luka remontowa” w latach 2011-2013

Deficyt środków sprawiał, że przy planowaniu remontów zarządcy musieli ograniczać zakres prac do limitów kwot określonych przez gminę. Konsekwencją było dalsze pogarszanie stanu technicznego budynków i obniżanie poziomu bezpieczeństwa mieszkańców, a także zmniejszenie zasobu mieszkaniowego gminy. W związku ze złym stanem technicznym budynków i brakiem środków na remonty, w ciągu 3 lat z użytku wyłączono 925 obiektów, a liczba budynków komunalnych, w tym tych najstarszych w skontrolowanych gminach, spadła o prawie 10%. Odsetek budynków przeznaczonych do opróżnienia i wyburzenia wzrósł z 4,6% w 2011 r. do 5,5% w 2013 r.

W badanym okresie jedynie na terenie dwóch gmin, spośród 21 skontrolowanych podmiotów, zasób mieszkaniowy się zwiększył.NIK podkreśla, że malejąca liczba budynków komunalnych skutkuje wydłużonym czasem oczekiwania na przydział mieszkania. Taka sytuacja powoduje, że gmina musi przeznaczać coraz większe środki na odszkodowania z tytułu niezapewnienia lokalu socjalnego w ustawowym terminie. Jednocześnie poziom środków przeznaczanych przez gminy na poprawę stanu technicznego budynków i ich bezpiecznego użytkowania oraz rozproszenie potencjalnych źródeł finansowania tych zadań w gminach nie pozwalają na racjonalne gospodarowanie budynkami komunalnymi.

Najważniejsze nieprawidłowości i problemy stwierdzone przez NIK:

  • 43% zarządców nie wykonywało w pełni zaleceń nadzoru budowlanego lub robiło to z opóźnieniem, co czasem powodowało zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Zarządcy mieli też problemy z wykonywaniem decyzji organów gmin dotyczących rozbiórki już wykwaterowanych budynków. Taki przypadek miał miejsce w Łodzi, gdzie w 2004 r. wykwaterowano wszystkich mieszkańców, a budynek stał pusty przez 10 lat, po czym doszło do katastrofy budowlanej. Przez cały ten okres zarządca nie podjął żadnych działań, poza zabezpieczeniem dostępu przed osobami nieuprawnionymi. W wyniku katastrofy konieczne było kilkudniowe zamknięcie ruchu dla samochodów w bezpośrednim otoczeniu budynku;
  • prawie ⅔ zarządców nie korzystało z dostępnych źródeł zewnętrznych, pozwalających na dofinansowanie wybranych działań służących poprawie stanu technicznego i wyposażenia budynków, a podejmowane przez gminy lub zarządców działania pozwoliły zaledwie 8 z 21 podmiotów objętych kontrolą na zdobycie dodatkowych środków w wysokości ok. 8,9 mln zł. Uzyskana kwota była jednak kroplą w morzu potrzeb: środki te stanowiły zaledwie 0,8% sumy koniecznej, aby zaspokoić wszystkie potrzeby objętych kontrolą budynków komunalnych w latach 2011-2013. Zewnętrzne źródła dofinansowania obejmowały: Fundusz Dopłat Banku Gospodarstwa Krajowego, Program dla Społeczności Romskiej w Polsce, Lokalne Programy Rewitalizacji, jak również Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w ramach programu KAWKA oraz fundusz prewencyjny PZU. W Krakowie wykorzystano ok. 572 tys. zł z Funduszu Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa, w innych jednostkach spożytkowano także środki będące w dyspozycji Wojewodów oraz Konserwatorów Zabytków;
  • prezydenci i burmistrzowie skontrolowanych gmin – poza jednym przypadkiem – nie kontrolowali zarządców pod kątem wywiązywania się z obowiązków określonych ustawą Prawo budowlane. Poza tym, w przypadku ponad 43% jednostek organy gmin nie weryfikowały, czy zarządcy stosują się do postanowień umów zawartych z gminą, dotyczących zarządzania zasobem komunalnym, w tym: czy przeprowadzają okresowe kontrole stanu technicznego budynków, czy wykonują zalecenia pokontrolne oraz czy prowadzą książki obiektu budowlanego. W ocenie NIK brak zainteresowania po stronie gmin mógł przyczynić się do nieprawidłowości po stronie zarządców w zakresie prowadzonych przez nich kontroli najstarszych budynków;
  • U większości zarządców wystąpiły nieprawidłowości w zakresie prowadzenia rocznych i pięcioletnich kontroli stanu technicznego budynków. 81% skontrolowanych podmiotów w ogóle nie wykonywało takich kontroli lub przeprowadzało je z opóźnieniem w stosunku do terminów określonych w ustawie Prawo budowlane lub w odpowiednich rozporządzeniach. W wyniku kontroli NIK, w jednym przypadku zarządca został ukarany karą grzywny za niedopełnienie obowiązków w tym zakresie.
  • W ponad 70% przypadków protokoły z kontroli okresowych były niekompletne. Nie ujmowano w nich wszystkich wymaganych prawem danych, nie sprawdzano wykonania zaleceń z poprzednich kontroli. Nie dokumentowano też ustaleń z przeglądów roboczych dotyczących przygotowania budynku do okresu zimowego, na podstawie których sporządzano zestawienie robót remontowych. Zdaniem NIK zaniedbania w zakresie wykonywania okresowych kontroli i przeglądów oraz niekompletne protokoły kontroli sprawiały, że ani gminy, ani zarządcy nie mieli pełnej wiedzy o stanie technicznym użytkowanych budynków. Brak takich informacji nie pozwalał na określenie rzeczywistego zapotrzebowania na remonty i modernizacje, a tym samym na sporządzanie rzetelnych planów remontowych.
W ocenie Izby konieczne jest podjęcie następujących działań:
1) przez Ministra Infrastruktury i Rozwoju, w zakresie:
  • stworzenia jednolitego systemu na poziomie krajowym, pozwalającego na określenie rzeczywistych potrzeb w zakresie remontów i modernizacji najstarszych budynków,
  • wypracowania mechanizmu wsparcia finansowego dla gmin
  • w powyższym zakresie.
2) przez wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, w zakresie:
  • zahamowania procesu degradacji najstarszych budynków komunalnych,
  • wzmocnienia nadzoru właścicielskiego nad działalnością zarządców zasobów komunalnych.
3) przez zarządców budynków komunalnych, w zakresie:
  • wykonywania decyzji wydanych przez organ nadzoru budowlanego,
  • terminowego przeprowadzania rocznych i pięcioletnich kontroli stanu technicznego budynków,
  • sporządzania planów remontów budynków na podstawie kompletnych i rzetelnie sporządzanych protokołów z okresowych kontroli,
  • pełnej realizacji zaleceń pokontrolnych zawartych w protokołach z przeprowadzanych okresowych kontroli stanu technicznego,
  • wprowadzenia zasady dokumentowania wszystkich przeglądów i zdarzeń oraz określania stanu budynków i rzeczywistych potrzeb w zakresie ich remontów.

Bezpieczeństwo zatrudnienia i ochrona miejsc pracy

Kluczowy wpływ na stabilność rynku pracy ma – obok obowiązującego systemu prawnego – skala zamówień na usługi na rynku komercyjnym i publicznym. Doskonałe dane o systematycznym spadku bezrobocia w latach 2014 i 2015 powinny być poparte kompleksowymi działaniami mającymi na celu ochronę miejsc pracy i podnoszenie bezpieczeństwa zatrudnienia. Takie działania podejmuje zarówno Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ), jak i przedsiębiorcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan. W celu długookresowej stabilizacji polskiego rynku pracy, jego dalszego rozwoju oraz skutecznego zabezpieczenia interesów pracowników pracodawcy branż usługowych podpisali deklarację wypełniania zapisów znowelizowanych: Ustawy Prawo zamówień publicznych obowiązującej od 19 października 2014 roku oraz Ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, której zapisy wejdą w życie od 1 stycznia 2016 roku, a także zaangażowania w edukowanie społeczeństwa, budowanie najlepszych wzorców i rozpowszechnianie właściwych standardów działania.

„To już pewne, mamy długo oczekiwane ożywienie na rynku pracy. Polska gospodarka jeszcze nigdy od rozpoczęcia transformacji nie zatrudniała tylu osób, co obecnie. Po dobrych wynikach w ubiegłym roku, w nadchodzących miesiącach możemy się spodziewać dalszego spadku bezrobocia. Na wsparcie osób szukających pracy zarezerwowaliśmy w tym roku 5,5 mld zł. To o blisko 0,5 mld więcej niż w ubiegłym roku. Dzięki nowemu wsparciu dla młodych, rodziców, opiekunów i osób 50+ oraz ożywieniu gospodarczemu jest szansa, że stopa bezrobocia w tym roku będzie jednocyfrowa” – powiedział Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

W 2014 roku z nowych instrumentów wsparcia skorzystało 19,6 tys. osób bezrobotnych. To m.in. bony zatrudnieniowe i na zasiedlenie, refundacja składek ZUS, granty na telepracę, świadczenia aktywizacyjne oraz trójstronne umowy szkoleniowe. Dodatkowo ponad 51 tys. osób otrzymało dotacje na start własnego biznesu, a 220 tys. wzięło udział w stażach u pracodawców. W sumie urzędy pracy w 2014 roku udzieliły wsparcia 505 tys. osób bezrobotnych .

„Kluczowe jest, by ozusowanie umów zleceń przyniosło założony przez Ustawodawcę rezultat – a więc przede wszystkim poprawę sytuacji pracowników i zwiększenie bezpieczeństwa ich zatrudnienia. Celem jest stabilizacja na rynku pracy oraz ochrona osób szczególnie narażonych na wykluczenie. Dlatego działania regulacyjne muszą być rozsądne i rozłożone w czasie tak, aby nie zaszkodzić trendowi wzrostu zatrudnienia. To niezwykle ważne, że cele realizowane przez Ministerstwo Pracy są także rozumiane, popierane i wdrażane przez przedsiębiorców. Pracodawcy w 2014 roku stworzyli ponad 610 tys. miejsc pracy, a dzięki ich aktywności inwestycyjnej w bieżącym roku liczba ta może być jeszcze wyższa. W tej liczbie, ponad połowa miejsc pracy została obsadzona przez osoby bezrobotne, a nowe instrumenty mają pomagać lokować ich na otwartym rynku pracy. Deklaracja firm z branży usługowej powinna stanowić wzór dla kolejnych sektorów, które nie tylko chcą zatrudniać, ale także podejmują działania na rzecz poprawy jakości pracy” – dodał Jacek Męcina, sekretarz stanu w MPiPS.

„Znowelizowana w ubiegłym roku Ustawa Pzp pozwoli na efektywniejsze wydatkowanie publicznych pieniędzy oraz na ugruntowanie właściwych standardów i praktyk m.in. w obszarze wyłaniania najkorzystniejszych ekonomicznie ofert. Katalog dobrych praktyk w ramach zamówień publicznych to pozycja obowiązkowa – zarówno dla Zamawiających, jak i Wykonawców. Z całą pewnością warto, by w szczegółach zapoznali się oni z zasadami, jakie powinny obowiązywać dziś na rynku. Waloryzacja kontraktów długoterminowych, odejście od kryterium najniższej ceny i równa konkurencja będą korzystne przede wszystkim dla pracowników” – mówi Maria Janyska, Poseł na Sejm RP, wchodząca w skład Komisji Gospodarki oraz podkomisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy – Prawo zamówień publicznych.

„Wypracowanie wspólnych standardów, którymi kierować się będą Pracodawcy to bardzo ważny krok, aby w rzeczywisty sposób uzdrowić nie tylko rynek zamówień publicznych, ale także sektor prywatny. W związku z tym niezwykle istotne będzie przestrzeganie katalogu dobrych praktyk oraz deklaracji, które pozwolą nie tylko ustabilizować sytuację na rynku pracy w firmach usługowych, ale również doprowadzić do zwiększenia poziomu zatrudnienia w oparciu o umowy o pracę oraz zapewniania pracownikom godziwych warunków wynagradzania” – ocenił Jan Guz, przewodniczący OPZZ.

„Pracodawcy – jednym głosem ze Związkami Zawodowymi – od 2009 roku postulowali wprowadzenie obowiązkowych składek od umów cywilnoprawnych, a uregulowane ww. aktami prawnymi zmiany wyczerpują podnoszone postulaty. Reforma zabezpiecza nie tylko interes pracowników, ale pozwoli na zmniejszenie szarej strefy w zatrudnieniu czy wyeliminowanie praktyk szkodzących uczciwej konkurencji. Deklaracja pracodawców to ważny krok – a dobrą platformą współpracy będą zbliżające się targi ISSA INTERCLEAN CEE 2015 w Warszawie, gdzie wszyscy uczestnicy rynku będą mogli wymienić między sobą dobre praktyki” – komentuje Marek Kowalski, Przewodniczący Rady Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan.

Pracodawcy wskazują, że właściwie wdrożone i przestrzegane reformy w sposób fundamentalny przyczynią się do utrwalenia rozwoju społeczno-gospodarczego Polski, ale również będą stymulować aktywność zawodową Polaków. Deklaracja ma charakter otwarty i może być przedmiotem nostryfikacji zarówno Związków Zawodowych, jak i Związków Pracodawców.

Stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła w marcu br. 11,7% (w marcu 2014 r. stopa bezrobocia wynosiła 13,5 proc) i w porównaniu do lutego br. spadła o 0,3 punktu procentowego. Bezrobocie spadło we wszystkich województwach.

Firmy chcą zatrudniać nowych pracowników. W marcu 2015 r. zgłosiły do służb zatrudnienia 115 tys. miejsc pracy i aktywizacji zawodowej, o 18 tys. więcej niż w lutym br. Liczba ofert zgłoszonych w marcu br. była o 5,9 tys., czyli o 5,4 % wyższa niż w marcu 2014 r.

Konfederacja Lewiatan

Jak chronić powietrze w Polsce?

Przygotowany przez Ministerstwo Środowiska projekt Krajowego Programu Ochrony Powietrza stawia właściwą diagnozę stanu powietrza w Polsce oraz proponuje odpowiednie działania w celu jego ochrony – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Zgadzamy się, że przedsięwzięcia zmierzające do poprawy czystości powietrza powinny koncentrować się na ograniczaniu emisji z sektora komunalno-bytowego (indywidulane ogrzewanie budynków) oraz z sektora transportu. One w znacznym stopniu przyczyniają się do przekroczeń dopuszczalnych poziomów zanieczyszczeń. Ponadto w sektorach tych możliwe jest uzyskanie w stosunkowo krótkim czasie istotnych redukcji emisji. Z tego też względu potencjał ograniczenia emisji właśnie w tych sektorach powinien zostać w pełni wykorzystany poprzez odpowiednie działania systemowe, regulacyjne, finansowe oraz edukacyjne – mówi Agata Staniewska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Lewiatan podziela również konkluzje projektu KPOP, zgodnie z którymi dotychczasowe istotne redukcje emisji możliwe były dzięki inwestycjom w ochronę środowiska w zakładach przemysłowych oraz w sektorze energetycznym na skutek odpowiedniego stosowania wymagań najlepszych dostępnych technik i rozwiązań prawnych (pozwolenia zintegrowane).

W ocenie Konfederacji Lewiatan oznacza to, że ten obszar regulacji skierowany do dużych obiektów energetycznego spalania oraz zakładów przemysłowych działa prawidłowo i przynosi oczekiwane efekty. Dlatego też nie należy tych regulacji zmieniać.

Konfederacja Lewiatan

Na kontach bankowych można zarobić kilkaset złotych

0

Zakładając odpowiednie konto można zarobić nawet kilkaset złotych w skali roku. Pozwalają na to programy moneyback podpięte do kart kredytowych. Niestety, coraz mniej banków oferuje tego typu bonusy.

Terminem moneyback określamy promocję, która polega na zwrocie określonego procentu od obrotów wykonanych kartą płatniczą. Na koniec miesiąca bank sumuje ile klient wydał za pomocą karty, odlicza określony procent i przelewa na konto użytkownika. Z reguły zwrot wynosi od 1 do 3 proc., ale nie więcej niż około 50 zł miesięcznie. W skali roku można odzyskać nawet 760 zł. Niestety, takich programów jest coraz mniej.

– Banki finansują tego typu bonusy między innymi z prowizji pobieranych od punktów akceptujących karty płatnicze. Po obniżce opłaty interchange z 1,6 proc. do poziomu 0,2-3 proc. banki mniej chętnie sponsorują nagrody dla klientów. Dziś musiałyby łożyć z własnej kieszeni, wcześniej nagrody dla klientów były „sponsorowane” przez handlowców płacących bardzo wysokie prowizje – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Z analizy Bankier.pl wynika, że konta z moneybackiem znajdziemy dziś w 9 bankach.  Nie wszędzie jest to jednak zwrot od płatności kartą. BZ WBK, czy Getin Bank proponują klientom zwrot od wartości opłaconych rachunków za energię czy inne media. Z kolei w iKoncie od BNP Paribas Banku jest moneyback na poziomie 3 proc., ale od transakcji wykonanych kartą przez aplikację PayU. W niektórych bankach moneyback dotyczy tylko transakcji wykonanych w określonych punktach handlowych. Przykładowo Eurobank zwraca 5 proc. za wydatki kartą do konta na sport, rekreację i rozrywkę, a Toyota Bank oddaje od 2 do nawet 10 proc. za paliwo.

Haczyk za haczykiem

Z reguły programy moneyback są pełne haczyków. Mogą z nich korzystać tylko wybrani klienci, lub osoby, które spełniają określone warunki. Na przykład w mBanku, żeby dostać zwrot w wysokości 2 proc. Miesięcznie, trzeba zasilać konto kwotą nie niższą niż 1000 zł i wydawać kartą minimum 250 zł. Dodatkowo z oferty mogą skorzystać tylko nowi klienci.

– Programy moneyback są bardzo skutecznym narzędziem do promocji transakcji bezgotówkowych, ale nie najważniejszym. Moneyback to produkt dla osób, które aktywnie korzystają z kart płatniczych i jednocześnie odnotowują stosunkowo wysokie wpływy na konto. Przy moneybacku wynoszącym 2% wartości transakcji, by uzyskać 50 zł zwrotu trzeba dokonać zakupów kartą na łączną kwotę 2,5 tys. zł. W Polsce, wciąż mało który klient banku może sobie na to pozwolić. Zwykle miesięczne zwroty wynoszą kilka lub kilkanaście złotych – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Nowe prawo restrukturyzacyjne ratunkiem dla upadających firm

0

Ani upadłość, ani likwidacja, ale druga szansa – 1 stycznia 2016 r. wejdzie w życie nowe prawo restrukturyzacyjne, którego przepisy mają ułatwić przedsiębiorstwom wychodzenie z tarapatów finansowych, a także zabezpieczyć interesy wierzycieli.

Nowe prawo wprowadza elastyczne możliwości postępowania w przypadku niewypłacalności lub zagrożenia niewypłacalnością. „Firmy będą mogły skorzystać z czterech procedur: o zatwierdzenie układu, przyspieszonego postępowania układowego, postępowania układowego i postępowania sanacyjnego” – wyjaśnia w rozmowie z serwisem infoWire.pl radca prawny Piotr Zimmerman z kancelarii prawnej Zimmerman i Wspólnicy.

Wprowadzona zostanie regulacja, która w ramach postępowania upadłościowego pozwoli dłużnikowi na złożenie wniosku o sprzedaż przedsiębiorstwa lub części jego majątku. Oprócz tego zwiększą się kompetencje wierzycieli w postępowaniu ogólnym i ich wpływ na syndyka, a w postępowaniach restrukturyzacyjnych – na nadzorcę i zarządcę. „Tak znowelizowane zapisy prawa upadłościowego pomogą w szybkim i sprawnym przeprowadzeniu postępowania. Mają spowodować, że wierzyciele nie będą musieli latami czekać na wypłatę należnych im pieniędzy” – mówi ekspert.

Ważnym elementem reformy jest utworzenie internetowego Centralnego Rejestru Restrukturyzacji i Upadłości. Oprócz informacji na temat postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych bezpłatny portal będzie zawierał wzory pism i formularzy wymaganych w trakcie spraw. Ułatwi to komunikowanie się sądu z dłużnikiem i wierzycielami, a przez to – aktywizowanie tych ostatnich w procesie restrukturyzacyjnym.

Prof. M. Noga: Polskie firmy powinny śmielej korzystać ze zjawiska joyflation, zaś RPP mogłaby rozważyć obniżenie celu inflacyjnego do 2 proc.

CEO Magazyn Polska

Mimo deflacji Produkt Krajowy Brutto jest coraz wyższy, a tempo jego wzrostu nie słabnie. W tym roku może się zbliżyć do 4 proc., a potem przekroczyć ten poziom. To zjawisko zwane przez ekonomistów joyflation. Zdaniem prof. Mariana Nogi, byłego członka RPP, warto korzystać z okazji, bo choć wzrost gospodarczy przy niskich cenach ma potrwać kilka lat, nie jest to nam dane na stałe.

Polskie PKB w zeszłym roku wzrosło o 3,3 proc. W ocenie wielu ekonomistów w 2015 roku wzrost będzie wyższy.

– Widziałem prognozy większości banków polskich na ten temat i one są między 3 a 4 proc., i to tak właśnie będzie mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Marian Noga z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, były członek Rady Polityki Pieniężnej. – Myślę, że tak w połowie będzie ten wzrost w roku 2015, czyli 3,5 proc. To jest moim zdaniem dobry wskaźnik, który zapewnia Polsce rozwój gospodarczy i przedpole do jeszcze większego wzrostu w 2016 roku.

Mimo wzrostu gospodarki w tempie powyżej 3 proc., ceny od sierpnia ub.r. spadają. W marcu były niższe od tych sprzed roku o 1,5 proc. Zazwyczaj rozwój gospodarczy napędza inflację, natomiast obserwowany obecnie szybki wzrost przy niewielkiej inflacji lub deflacji ekonomiści określają jako joyflation. Wytłumaczeniem tego zjawiska nie mogą być nawet wspierające rozwój Polski pieniądze z Unii Europejskiej.

– Tylko 10 proc. inwestycji jest finansowanych przez fundusze europejskie, a 90 proc. przez polskie przedsiębiorstwa – zwraca uwagę były członek Rady Polityki Pieniężnej. – W związku z tym to jest nasz wzrost gospodarczy. I rzeczywiście mamy w Polsce joyflation.

Kondycja gospodarki byłaby jeszcze lepsza, gdyby polskie firmy zaczęły jeszcze więcej inwestować w rozwój. Umożliwiają to bardzo niskie stopy procentowe, za którymi idą tanie kredyty. Przedsiębiorstwa wolą jednak trzymać pieniądze na swoich kontach, niż je wydawać.

– Czyli ani kredytów nie biorą, ani nie finansują ze swoich funduszy i środków mówi prof. Marian Noga. Dlatego że apetyt na ryzyko jest niski, mamy do czynienia raczej z awersją do ryzyka. To wynika z sytuacji na zewnątrz Polski. Jak się sytuacja na zewnątrz poprawi, a musi się poprawić, może za rok, to wtedy inwestycje będą mogły wpływać, ale to już będzie 2016 rok czy nawet 2017. Gdyby wtedy inwestycje działały, spożycie działało, a do tego jeszcze eksport, to u nas mógłby być wzrost nawet 4,5 proc. PKB.

Tymczasem gospodarka rynkowa rozwija się cyklicznie i po okresach dobrego wzrostu, dobrej koniunktury musi nastąpić okres dekoniunktury. Joyflation nie jest dana na stałe.

– Dobrze by było, żeby było tak stale, ale to jest niemożliwe – podkreśla prof. Marian Noga z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Chodzi tylko o to, żeby te amplitudy wahań nie były za wysokie i żeby nie było tych wahań zbyt częstych. Żeby gospodarka możliwie długo była w fazie wzrostu. Jeżeli nawet musi być spadek, to żeby to spowolnienie nie było za duże i raczej krótkie, toby była najlepsza sytuacja dla gospodarki.

Inflacja, czyli wzrost cen, powróci prawdopodobnie już jesienią, gdy pojawi się efekt bazy, czyli ceny będą porównywane do niskich cen z jesieni 2014 roku, a ponadto dołączą się czynniki sezonowe. Zdaniem prof. Mariana Nogi najlepsza dla gospodarki byłaby inflacja na poziomie ok. 2 proc., a Rada Polityki Pieniężnej powinna rozważyć obniżenie celu inflacyjnego właśnie do tego poziomu z obecnych 2,5 proc.

– Spowodowałoby to, że cel inflacyjny w Polsce byłby identyczny jak w Wielkiej Brytanii, Szwecji, Danii czy jak – przede wszystkim – w strefie euro. To jest pierwszy krok. A drugi krok to doprowadzić inflację bieżącą do poziomu 2 proc. To jest ważne dlatego, że postęp cywilizacyjny kosztuje. Każdy z nas pracuje w określonym miejscu i zdobywa określone kwalifikacje, zwiększa swoje doświadczenie, potem lepiej pracuje, a za to pracodawca powinien nam zapłacić. Mówi się, że to jest gdzieś 2 proc. wzrostu, a u nas nie ma nieraz wzrostu płac w sektorze budżetowym przez trzy lata. A ci pracownicy są lepsi. I w związku z tym musimy się zgodzić na inflację 2-proc., cel bym obniżył do 2 proc. i pilnował potem tych 2 proc.

Apator prognozuje kolejny dobry rok. Inwestycje spółki powinny podnieść jej przychody

0

CEO Magazyn Polska

Apator, wiodący polski producent sprzętu pomiarowego, liczy na to, że w 2015 roku zwiększy swoje przychody. Spółce ma pomóc ekspansja na rynku brytyjskim, gdzie w lutym została jedynym właścicielem działającej w podobnej branży firmy George Wilson Industries Limited.

Apator za spółkę z Coventry zapłaci w sumie 5,4 mln funtów. Spłaci też 1,7 mln funtów, jakie brytyjska spółka winna jest poprzedniemu właścicielowi, firmie National Industry Group.

– To daje nam dostęp do rynku brytyjskiego, będziemy mieli pełną kontrolę nad spółką – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Nowak, członek zarządu, dyrektor ds. finansowych Apator SA. – Rysują się tam bardzo ciekawe perspektywy wejścia na rynek smart meteringu, a GWi (George Wilson Industries) ma być wehikułem, który ma nam w tym pomóc.

Pieniądze przeznaczone na zakup GWi będą pochodziły z kredytu inwestycyjnego. Apator nie planuje szukać innego sposobu finansowania tej transakcji.

– Wielkość inwestycji jest taka, że to źródło finansowania, tzn. kredyt inwestycyjny, jest wystarczające, nie myślimy w tym momencie o innych źródłach, biorąc pod uwagę wielkość tej transakcji deklaruje Piotr Nowak.

Jak zaznacza, pozycja Apatora na rynku jest coraz lepsza i spółka liczy na to, że poprawi bardzo dobre wyniki z 2014 roku.

– Prognozujemy dalsze zwiększenie przychodów z działalności organicznej w linie opomiarowania energii elektrycznej, wody i gazu. Częściowo wzrosty będą wzmocnione też dzięki naszej akwizycję GWi w Wielkiej Brytanii.

W ubiegłym roku przychody Apatora ze sprzedaży wzrosły o 42,5 mln zł, przekraczając 725 mln zł. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej bliski był 85 mln zł, co oznacza wzrost o 17 mln w porównaniu z 2013 rokiem. To oznacza, że rośnie też dywidenda płacona akcjonariuszom spółki.

– Apator zadeklarował 80 gr na akcję z zysku za 2014 rok przypomina członek zarządu i dyrektor ds. finansowych spółki. – W naszej polityce mamy zapisane, że możemy dystrybuować maksymalnie do 75 proc. zysku. To będzie zależało od naszej sytuacji i planów inwestycyjnych. Będziemy rozważać te poziomy w roku nadchodzącym.

Apator produkuje liczniki wodne, gazowe, a przede wszystkim elektryczne. Wraz z rozwojem technologicznym zmienia się ich konstrukcja i w całej Europie dostawcy mediów systematycznie je wymieniają. Spółka liczy na dynamiczny wzrost tego rynku w najbliższych latach i swój udział w tym wzroście. Sporo też inwestuje. CAPEX spółki w ostatnich latach utrzymuje się na poziomie ok. 23 mln zł rocznie. Teraz ma być podobnie.

– To będą inwestycje zbliżone do poziomu z lat ubiegłych zapowiada Piotr Nowak z zarządu Apatora. – Będziemy inwestować głównie w majątek trwały, odtworzeniowy, moce produkcyjne Apatora. Będziemy realizować kilka nowych projektów, ale te poziomy nie powinny odbiegać od tych, które Apator prezentował w latach ubiegłych.

Selgros Cash & Carry rozbudowuje swoją sieć sprzedaży i rozwija sklep internetowy. Spółka stawia na dostawy do hoteli, restauracji i kawiarni

CEO Magazyn Polska

Selgros, jedna z trzech działających w Polsce sieci hurtowni spożywczych typu cash & carry, rozwija swój sklep internetowy. Firma stawia na dostawy z dowozem do lokali gastronomicznych, oczekując, że będzie ją to wyróżniało na rynku.

Otwierając pierwszą hurtownie w latach 90., Selgros Cash & Carry zakładał, że stworzy ich docelowo pięć. Obecnie otworzył ich już 16, a w planach ma kolejne cztery. Dwie z nich mają powstać w tym roku, z czego jedna w Warszawie. Pięć kolejnych przejdzie modernizację. Jak deklaruje operator hurtowni, dobre wyniki, jakie sieć osiągnęła na polskim rynku, sprawiły, że jej rozwój był znacznie bardziej ambitny niż pierwotnie zakładano. Potwierdził to 2014 rok.

– Wydaje mi się, że rok był dobry mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Wardęcki, kierownik działu obsługi klienta Selgros Cash & Carry. – Otworzyliśmy kolejną halę w Lublinie, rozwijamy nową działkę naszej działalności w postaci e-sklepu. Staramy się też pozyskiwać klientów gastronomicznych, oferując im dowóz. Następny rok będzie czasem ugruntowywania tych działań i zdobywania coraz mocniejszej pozycji u dostawców.

Selgros Cash & Carry oferuje w swych hurtowniach zaopatrzenie dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Obecnie zatrudnia przeszło 4000 pracowników, a każda kolejna hala to ok. 300 nowych miejsc pracy. Wyróżnikiem sieci Selgros jest stworzenie systemu dostaw dla segmentu HoReCa, czyli firm prowadzących działalność hotelarsko-restauracyjną. Wymaga to systematycznego dostarczania do klienta szerokiego asortymentu towarów spożywczych. Zapewnienia im odpowiedniego przechowywania i transportu oraz czasu dostawy. Za tę działalność Selgros został uhonorowany podczas marcowych targów Poland & CEE Retail Summit. Potwierdza to, że współpraca sieci z klientami układa się dobrze podkreśla Piotr Wardęcki z Selgros Cash & Carry.

– Kolejny rok jesteśmy przez nich doceniani, wygrywamy z innymi firmami z branży. Sądzę jednak, że trudne zadanie dopiero przed nami: musimy działać na takim poziomie jak dotychczas, ewentualnie osiągać jeszcze lepsze wyniki, żeby w kolejnych edycjach konkursu zdobywać podobne nagrody. Mocno podniosło nam to poprzeczkę – mówi kierownik działu obsługi klienta Selgros Cash & Carry.

Selgros Cash&Carry to sieć wielkopowierzchniowych hurtowni, do których klient przyjeżdża własnym transportem i płaci gotówką, w odróżnieniu od hurtowni tradycyjnych, które same dowożą zamówiony towar do klienta i wystawiają fakturę z odroczonym terminem płatności. W Polsce Selgros ma trzecią pozycję na rynku, po sieciach Makro oraz Eurocash.

J.K. Bielecki: po sukcesach eksportowych polskie firmy zaczynają myśleć o fuzjach i przejęciach

CEO Magazyn Polska

Sukcesy w eksporcie na zagraniczne rynki skłaniają polskich przedsiębiorców do myślenia o fuzjach i przejęciach. Sprzyjają temu również warunki gospodarcze, czyli przedłużające się problemy rozwiniętych państw europejskich i tani pieniądz. Ekspansje polskich firm może wesprzeć kapitałowo uruchomiony kilka miesięcy temu Fundusz Ekspansji Zagranicznej BGK, który oferuje środki do 50 mln zł.

Firmy z Polski doszły do tego etapu, że po okresie ekspansji eksportowej myślą coraz częściej o fuzjach i przejęciach. Myślę, że fundusz uruchomiony w ramach BGK będzie wspierał ekspansję zagraniczną polskich przedsiębiorstw – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący Rady Partnerów EY.

Zadaniem Funduszu Ekspansji Zagranicznej BGK jest wsparcie kapitałowe polskich firm, które dokonują ekspansji zagranicznej. Udział FEZ w każdym z projektów wyniesie od 5 mln do 50 mln zł i może stanowić maksymalnie 50 proc. wartości całej inwestycji. Funduszem zarządza TFI BGK i działa on od początku 2015 roku. Obecnie dysponuje kapitałami w wysokości 100 mln zł, ale w ciągu 7 lat mają one wzrosnąć do 1,5 mld zł.

Do transakcji fuzji i przejęć zachęca przede wszystkim otoczenie gospodarcze. Spowolnienie w Europie trwa już 7 lat i w niektórych krajach nadal stanowi poważny problem. Jak podkreśla Bielecki, kryzys sprzyja tym, którzy są przedsiębiorczy i mają kapitał, a w takiej roli coraz częściej występują polskie firmy.

– Pojawiają się szanse akwizycyjne, gdyż w tej chwili w gospodarce światowej, szczególnie w krajach bardziej rozwiniętych, nie brakuje pieniądza, tylko pomysłu na inwestycje – podkreśla przewodniczący Rady Partnerów EY. – Jeśli są polscy przedsiębiorcy, którzy mają pomysł i wiedzą, co zrobić, to teraz nadchodzi właściwy moment.

Tym bardziej że koszt pieniądza jest rekordowo niski. W Polsce i krajach rozwiniętych stopy procentowe są na historycznie niskich poziomach. Poza tym myśleniu o przejęciach na rynkach zagranicznych sprzyja również demografia.

– Skutki starzejącego się społeczeństwa zachodniego zaczynają nam służyć. Niektóre biznesy rodzinne w Europie Zachodniej po prostu są sprzedawane przez starszych przedsiębiorców, którzy na ostatnie lata chcą się spokojnie scashować – podkreśla Jan Krzysztof Bielecki.

Z drugiej strony spowolnienie w gospodarce globalnej jest wyzwaniem, z którym polskie firmy również muszą sobie radzić.

– Od ponad roku mówi się o tzw. sekularnej stagnacji, czyli o poważnym spowolnieniu rozwoju gospodarczego w krajach najbardziej rozwiniętych w perspektywie nawet kilkunastu lat. To jest nowe wyzwanie, z którym musimy sobie poradzić – zaznacza Bielecki.

Według ekonomistów sekularna stagnacja w Europie wynika m.in. z dysproporcji handlu zagranicznego w strefie euro. Przed 2008 rokiem państwa z południa Europy osiągnęły deficyty na rachunkach bieżących, a państwa z północy miały z kolei nadwyżki. Pierwsza grupa stała się zatem dłużnikiem drugiej grupy, będącej wierzycielem. Nierównowaga handlowa jest jedną z przyczyn mniejszej dynamiki wzrostu PKB w Europie niż w USA bądź krajach BRICS.

Problemem w informatyzacji administracji jest kryterium najniższej ceny. Instytucje publiczne to wymagający klient dla firm IT

0

Sektor publiczny staje się jednym z ważniejszych klientów firm informatycznych. W kolejnych latach zamówień może być jeszcze więcej, bo cyfryzacja będzie finansowana również ze środków unijnych. Administracja to wymagający zleceniodawca, bo każde rozwiązanie IT jest tworzone na miarę, a dodatkowym wyzwaniem są wymogi Prawa zamówień publicznych i kryterium najniższej ceny.

Trudno znaleźć kilka podobnych ministerstw czy instytucji w jednym kraju, w związku z czym każda z nich ma swoją specyfikę i wymaga rozwiązań tworzonych na miarę, pod konkretne procesy, pod swój specyficzny rodzaj działalności – mówi agencji Newseria Borys Stokalski, prezes zarządu spółki Infovide-Matrix. – Druga rzecz to ustawa o zamówieniach publicznych. Praktyka jej stosowania wymaga doskonalenia.

To dwie cechy odróżniające sektor publiczny od innych klientów firm IT.

Zgodnie z Prawem zamówień publicznych cena nadal jest elementem mającym  kluczowy wpływ na wyniki organizowanego przez podmiot sektora publicznego przetargu. Zdaniem Stokalskiego decydenci w sektorze działają pod presją filozofii najniższej ceny, co powoduje, że często wygrywa oferta najtańsza, ale w praktyce niemożliwa do zrealizowania w sposób, który przyniesie oczekiwane korzyści zamawiającemu.

Specyfika pracy w sektorze publicznym polega na tym, by nie poddać się temu szaleństwu. Oczywiście dostawcy powinni twardo konkurować o kontrakty, ale równie ważne jest to, żeby klient na końcu był w stanie w sensowny sposób korzystać z rozwiązania, które dostanie. Jeżeli jesteśmy w stanie, dostarczając sensowne rozwiązanie, jednocześnie zaproponować rozwiązanie, które jest atrakcyjne cenowo, to wtedy udaje nam się takie przetargi wygrywać – mówi prezes Infovide-Matrix.

Technologia staje się narzędziem modernizacji państwa. Informatyka zyskuje w oczach decydentów politycznych, którzy są dysponentami środków sektora publicznego. W wielu obszarach – zdaniem Stokalskiego – działające systemy są na najwyższym poziomie. Jako przykład podaje ZUS i NBP.

Jednak mieliśmy ostatnio do czynienia, np. przy okazji wyborów, z działaniami, które nie mieszczą się, niestety, w granicach racjonalnych decyzji menadżerskich i prowadzą do marnotrawstwa środków publicznych i skandali, których wolelibyśmy nie oglądać – uważa prezes Infovide-Matrix.

Stokalski przyznaje, że znaczenie sektora publicznego jest coraz większe, bo i proces informatyzacji w administracji przyspiesza. W kolejnych latach dzięki dofinansowaniu cyfryzacji w ramach unijnych programów zamówień może być jeszcze więcej.

Sektor publiczny jest trzecim co do wielkości klientem naszej spółki. Przewodzą energetyka i przemysł oraz branża finansowa, która obejmuje banki i instytucje ubezpieczeniowe. W tych dwóch segmentach wielkość naszych ubiegłorocznych przychodów wyniosła po około 50 mln zł. Z sektora publicznego pochodziło 26 mln zł. Jest to więc liczący się, choć nie największy, element naszego portfela – podkreśla Borys Stokalski.

Infovide-Matrix jest zainteresowana przetargami we wszystkich segmentach sektora publicznego. Takie instytucje jak Ministerstwo Finansów czy Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa od lat są klientami spółki. Przedsiębiorstwo startuje więc samodzielnie lub w konsorcjum we wszystkich przetargach organizowanych przez te instytucje.

Szukamy też nowych okazji do wykorzystania kompetencji spółki. Ostatnio pozyskaliśmy duży projektu wdrożeniowego w obszarze systemów ERP [rozwiązania wspomagające zarządzanie – red.] dla sądów – dodaje prezes spółki technologicznej.