Chroń się przed kosztownymi SMS-ami i połączeniami telefonicznymi

Dzięki niej można oddać głos w plebiscycie, wziąć udział w konkursie lub zagrać w grę – niestety, korzystanie z usługi Premium Rate słono kosztuje. Urząd Komunikacji Elektronicznej (UKE) podpowiada, jak zabezpieczyć się przed zagrożeniami, które się z nią wiążą.

Usługa Premium Rate obejmuje SMS-y, MMS-y i połączenia głosowe o podwyższonych opłatach. Jej koszt jest niebagatelny – może wynosić nawet kilkadziesiąt złotych plus VAT za jedną wiadomość tekstową.

To, że mamy do czynienia z tak drogą usługą, można łatwo rozszyfrować. Premium Rate wykorzystuje specjalne numery. „Zazwyczaj są to cztero- lub pięciocyfrowe numery SMS i MMS zaczynające się od 7 albo 9. Numery połączeń głosowych mają schemat 70X-XXX-XXX, a te skrócone poprzedzone są gwiazdką, np. *7XXXX” – wyjaśnia w rozmowie z serwisem infoWire.pl rzecznik prasowy UKE Dawid Piekarz.

Jak chronić się przed wiadomościami, w których mowa o „superokazji wygrania czegoś”? „Od operatora sieci komórkowej można zażądać blokady wszystkich numerów o podwyższonej płatności lub wyznaczyć limit kwotowy na korzystanie z Premium Rate” – zaznacza rozmówca. Warto zdecydować się na to szczególnie wtedy, gdy z telefonu lub tabletu korzysta dziecko, nie tylko z uwagi na koszty, lecz także dostęp do nieodpowiednich treści przekazywanych za pośrednictwem tej usługi, np. pornograficznych.

Polacy są bardziej zapracowani niż Japończycy?

Pracowitość i poświęcenie życia prywatnego na rzecz kariery, to powszechny stereotyp o mieszkańcach Azji. Według najnowszych danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, to jednak nie Japończycy pracują najwięcej. Polacy przepracowali w 2013 roku prawie o 200 godzin więcej.

W ciągu roku przepracowujemy średnio 1918 godzin, czyli więcej niż w mieszkańcy największych gospodarek europejskich: Niemiec, Wielkiej Brytanii, czy Francji.

– W Unii Europejskiej dłużej od Polaków pracują tylko Grecy. Można by powiedzieć, że Polacy żyją pracą, ale to nie do końca prawda. Po prostu, na tle innych państw mamy stosunkowo długi tygodniowy wymiar czasu pracy, który ustawowo trwa 40 godzin. W innych państwach UE na skutek np. negocjacji zbiorowych z pracownikami doszło do skrócenia tygodniowego wymiaru pracy – we Francji do ok. 35 godzin, w Niemczech do 37, a w Czechach do 38 – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Z reguły średni czas spędzony w pracy jest mniejszy od ustawowego, bo nie każdy pracuje na pełen etat, część osób choruje, a niektórzy dopiero wchodzą na rynek pracy lub z niego wychodzą (przechodzą na emeryturę). Niemniej, co 12. pracownik spędza w zakładzie pracy więcej niż 50 godzin w tygodniu – gorzej jest tylko w Turcji i dalekich krajach azjatyckich. Jednocześnie nasze zarobki są ponad trzykrotnie niższe od średniej OECD.

tabelka2104.jpg

– Nie mylmy wydajności pracy z czasem spędzonym w biurze, czy fabryce. Wydajność to miara odpowiadająca wartości dóbr i usług wyprodukowanych w ciągu godziny. Jeśli w Niemczech w ciągu godziny produkuje się jeden samochód za 100 tys. euro a u nas np. dwa o łącznej wartości 40 tys. euro, to nawet jeśli polski pracownik zmęczy się bardziej, to będzie miał dwa razy mniejszą wydajność. Innymi słowy – niska wydajność to bardziej kwestia inwestycji i dobrego zarządzania, niż zmuszania pracowników do cięższej pracy – dodaje Piechowiak.

Równocześnie badanie No-VacationNationRevisited 2013 plasuje Polskę na pierwszym miejscu w zestawieniu krajów, w których pracownikom przysługuje najwięcej płatnych dni wolnychod pracy – maksymalnie możemy ich mieć nawet 39 w roku. To więcej niż Hiszpanie czy Włosi, którzy w najlepszym wypadku mają odpowiednio 34 i 31 płatnych dni wolnych w roku.

 

Polski wkład w Plan inwestycyjny dla Europy

Silne wsparcie polskiego rządu dla Komisji Europejskiej w działaniach na rzecz pobudzenia inwestycji w Europie, w tym dla utworzenia Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych (EFIS), zapowiedział minister finansów Mateusz Szczurek podczas spotkania z unijnym komisarzem ds. miejsc pracy, wzrostu, inwestycji i konkurencyjności Jyrki Katainen’em. Podczas spotkania w Ministerstwie Finansów 21 kwietnia 2015 r. minister Szczurek przedstawił też koncepcję wykorzystania Planu inwestycyjnego dla Europy na rzecz pobudzenia inwestycji w Polsce.

W spotkaniu uczestniczyli również wiceminister skarbu państwa Wojciech Kowalczyk, prezes Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK) Dariusz Kacprzyk oraz prezes Polskich Inwestycji Rozwojowych S.A. (PIR S.A.) Jerzy Góra. BGK oraz PIR S.A uczestniczą w programie Inwestycje polskie i mają odegrać kluczową rolę w praktycznym wykorzystaniu Planu inwestycyjnego dla Europy (tzw. Planu Junckera) na rzecz pobudzenia inwestycji w Polsce. Ich środki o łącznej wysokości do 8 mld euro będą mogły być wykorzystane na finansowanie polskich projektów mogących uzyskać wsparcie ze strony EFIS. „To jest nasz wkład w coś, co można nazwać polską platformą w ramach programu inwestycyjnego dla Europy” – powiedział minister Szczurek. Środki te będą zwielokrotnione przez przyciągnięcie kapitału prywatnego, przy wykorzystaniu mechanizmu dźwigni finansowej.

Plan inwestycyjny dla Europy zakłada przygotowanie kompleksowej odpowiedzi Unii Europejskiej na aktualne problemy, z jakimi zmaga się gospodarka europejska. To m.in. słaby wzrost gospodarczy, wysokie bezrobocie, szczególnie wśród osób młodych, oraz niepewne perspektywy długoterminowego wzrostu gospodarczego i konkurencyjności. Kluczowym elementem planu jest utworzenie Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych (EFIS) z gwarancjami ze środków publicznych. Ma on umożliwić uruchomienie dodatkowych inwestycji na kwotę co najmniej 315 mld euro w najbliższych trzech latach (2015-2017).

Podczas konferencji prasowej wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej zaprezentował możliwości, które niesie ze sobą EFIS jako narzędzie do wsparcia projektów we wszystkich państwach członkowskich, w tym także i w Polsce. Minister Szczurek z kolei zachęcał polskie podmioty do składania wartościowych i dobrze przygotowanych projektów, które będą mogły ubiegać się o wsparcie instrumentami oferowanymi przez EFIS.

Obecność Jyrki Katainen’a w Polsce to część promocji Planu inwestycyjnego dla Europy w państwach członkowskich UE. Wiceprzewodniczący KE spotka się w Polsce także m.in. z prezesem NBP Markiem Belką oraz złoży wizytę w Sejmie RP.

NIK o przekształcaniu szpitali w spółki kapitałowe

Przekształcenie szpitali samorządowych w spółki niewiele zmieniło na rynku usług leczniczych. Wbrew społecznym obawom – nie zlikwidowano oddziałów, nie pogorszyła się też dostępność świadczeń. Ale też wbrew nadziejom – nie skróciły się kolejki do lekarzy. Część szpitali skorzystała jedynie z chwilowego oddłużenia, choć później sytuacja finansowa niektórych wróciła do „normy”, czyli do generowania strat.

NIK wskazuje, iż przebudowa systemu ochrony zdrowia powinna prowadzić do konkurowania placówek o środki publiczne w oparciu o jakość i efekty świadczonych usług. Dopiero wówczas możliwe będzie zaniechanie złej praktyki, kiedy to atrakcyjnie wycenione świadczenie – a nie rzeczywiste potrzeby pacjentów – decyduje o tym, na czym koncentruje się szpital, zabiegający o środki w NFZ.

Do dnia 30 kwietnia 2014 r. przekształceniami organizacyjno-prawnymi objęto łącznie 174 szpitale. NIK sprawdziła 20 szpitali przekształconych w spółki kapitałowe. W toku kontroli uzyskano także informacje od dodatkowych 54 szpitali – spółek, które w 2013 r. miały podpisane kontrakty z Narodowym Funduszem Zdrowia. W przypadku 38 samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej przekształconych w spółki kapitałowe, samorządy całkowicie zbyły posiadane akcje lub udziały.

Ustalenia kontroli NIK wskazują, że zmiana formy organizacyjno-prawnej placówek i utworzenie szpitali – spółek kapitałowych w miejsce samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej (SP ZOZ) nie spowodowała dotychczas istotnych zmian ani w sposobie zarządzania, ani w zakresie, liczbie i dostępności świadczeń zdrowotnych  finansowanych ze środków publicznych: nie poprawiła trwale sytuacji finansowej szpitali, ani dostępu do usług medycznych dla pacjentów.

Usługi

Po przekształceniu szpitali w spółki kapitałowe nie uległy istotnej zmianie liczba i zakres wykonywanych świadczeń zdrowotnych. Liczba udzielanych świadczeń i wykonywanych badań diagnostycznych nadal zależna była jedynie od limitów określonych w kontraktach zawieranych przez szpitale z NFZ, a jakiekolwiek likwidacje oddziałów, dokonywane po przekształceniu szpitala w spółkę, wynikały głównie z ograniczenia wartości tych kontraktów, np. z uwagi na niskie zainteresowanie pacjentów określonymi usługami.

Przekształcenie szpitali w spółki nie wpłynęło także na dostęp do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych. Czas oczekiwania na świadczenia nadal uzależniony był od wielkości kontraktu z NFZ i mógł wynosić nawet kilka miesięcy. Natomiast w przypadku odpłatnych usług medycznych, pacjentom udzielano świadczeń bezzwłocznie.

NIK pozytywnie ocenia jednak wyraźne oddzielenie czasu przyjęć pacjentów przyjmowanych w ramach ubezpieczenia zdrowotnego NFZ, od pacjentów „komercyjnych”, uzyskujących świadczenia odpłatne. Tym samym nie potwierdziły się więc obawy dotyczące przepowiadanego w szpitalach-spółkach zjawiska „preferowania pacjentów komercyjnych”, czyli ograniczania dostępu do świadczeń dla pacjentów leczonych ze środków publicznych.

Potrzeby

Przekształcenie SP ZOZ-ów w spółki kapitałowe nie spowodowało zmiany struktury przychodów placówek. Nadal ponad 90% przychodów szpitali pochodziło z kontraktów z NFZ, a jedynie ok. 5% stanowiły przychody z tytułu odpłatnej sprzedaży usług medycznych.

Uzależnienie szpitali-spółek od jednego źródła przychodów, tj. od kontraktów z Funduszem skutkowało tym, że żaden z kontrolowanych szpitali nie wypracował narzędzi, pozwalających na bieżącą analizę lokalnego zapotrzebowania na usługi medyczne. W efekcie to nie rzeczywiste potrzeby mieszkańców ale wartość kontraktu z NFZ wyznaczała zakres usług oferowanych przez szpitale.

Tylko nieliczne szpitale prowadziły jakiekolwiek analizy i to najczęściej na podstawie dostępnych opracowań zewnętrznych lub sprawdzania kolejek oczekujących na udzielenie określonych świadczeń w ramach kontraktów z NFZ. Szersze badanie potrzeb zdrowotnych przeprowadzono jedynie w dwóch szpitalach spośród 20 kontrolowanych (Mazowieckie Centrum Neuropsychiatrii oraz Dolnośląskie Centrum Zdrowia Psychicznego).

NIK wskazuje także jako przykład dobrej praktyki postępowanie Powiatowego Centrum Zdrowia Sp. z o.o. w Drezdenku, w którym wpływające skargi i wnioski były analizowane przez zespoły ds. jakości oraz ds. analizy zdarzeń niepożądanych. Wnioski z prac zespołów stanowiły podstawę rekomendacji i zaleceń służących poprawie dbałości o pacjentów Centrum.

Finanse

Przekształcenie szpitali w spółki nie spowodowało istotnej poprawy ich kondycji finansowej. W połowie przekształconych szpitali, które uzyskały dotacje na wsparcie procedury przekształceń i oddłużenie, efekty okazały się krótkotrwałe. Szpitalne spółki, podobnie, jak wcześniej ZOZ-y, nie prowadziły np. dokładnej i precyzyjnej analizy kosztów poszczególnych procedur medycznych. W konsekwencji – nie potrafiły określić, czy świadczenia, których udzieliły były dla nich rentowne, a zarządzający nie mogli wykorzystać tych danych do ewentualnej modyfikacji, czy przebudowy prowadzonej działalności.

NIK zwraca natomiast uwagę Narodowego Funduszu Zdrowia na fakt, że blisko połowa kontrolowanych szpitali (9 z 20) dysponowała specjalistycznym oprogramowaniem komputerowym, tzw. „optymalizatorem”, wskazującym możliwą do wykonania, dodatkową procedurę medyczną, która pozwalała zakwalifikować udzielane pacjentowi świadczenie (test, badanie, zabieg, itp.) do lepiej opłacanej grupy, niezależnie od rzeczywistej, medycznej potrzeby wykonania takiej procedury. NIK ostrzega, że nielegalne nie jest oczywiście samo korzystanie z programu, ale wykonywanie niepotrzebnych procedur, które niosą niepotrzebne ryzyko dla pacjenta.

„Optymalizatory” umożliwiały zwiększenie przychodów szpitala, lecz ich wykorzystanie mogło skutkować szybszym wyczerpywaniem się limitu środków przyznanych przez NFZ i wydłużaniem kolejek osób oczekujących na udzielenie świadczeń. W ocenie NIK wykorzystanie takiego oprogramowania może skutkować nieefektywnym wykorzystaniem środków publicznych na leczenie pacjentów, a nawet prowadzić do ich wyłudzania i powinno być przedmiotem szczególnej uwagi NFZ.

Szacunki

Szacunki Ministerstwa Zdrowia dotyczące liczby samorządów zainteresowanych przekształceniem SP ZOZ-ów w spółki kapitałowe oraz uzyskaniem dotacji z budżetu państwa na wsparcie tego procesu okazały się wysoce nietrafne. W latach 2011 – 2014 (do 30.04) przekształceniami w spółki kapitałowe objęto zaledwie 45 z przewidywanych 500 jednostek (czyli 9 proc.). W tym samym okresie wykorzystano 23,8% środków z rezerwy budżetowej przeznaczonej na wsparcie procesu przekształceń SP ZOZ-ów w spółki kapitałowe.

Ministerstwo nie analizowało przyczyn niskiego zainteresowania środkami dotacji, corocznie natomiast planowało zawyżone kwoty, szacunków dokonując głównie m.in. na podstawie informacji uzyskiwanych telefonicznie od świadczeniodawców.

Wnioski

Uzależnienie finansowe spółek kapitałowych od przychodów z NFZ, a jednocześnie wiążąca się z tym konieczność zawarcia kontraktów po jednostronnie określonych i narzuconych przez Fundusz cenach, powodowały, że znikał bodziec do podejmowania działań poprawiających sytuację ekonomiczną szpitali, polepszających jakość i zakres świadczonych przez nie usług oraz warunków pracy personelu. Nowo powstałe spółki, podobnie jak wcześniej SP ZOZ-y, miały bowiem ograniczone możliwości zmiany profilu działalności oraz pozyskiwania dodatkowych przychodów.

NIK wskazuje, że zmiana formy prawnej podmiotów leczniczych, może przynieść korzyści w sytuacji:

  • wprowadzenia przez spółki narzędzi usprawniających zarządzanie, uwzględniających m.in. rozpoznanie lokalnych potrzeb i ocenę rynku usług medycznych,
  • dalszej przebudowy przez Ministra Zdrowia systemu ochrony zdrowia i stworzenia mechanizmów realnej konkurencji pomiędzy spółkami
    o środki publiczne w oparciu o jakość i efekty świadczonych usług.

Ponad 500 mln złotych na imprezy

Z danych eBilet.pl wynika, że w ubiegłym roku Polacy najchętniej wybierali się na festiwale, koncerty muzyczne i zawody sportowe. Jaki będzie rok 2015? Prognozuje eBilet.pl.

W nadchodzących miesiącach możemy spodziewać się rekordowej liczby różnego rodzaju wydarzeń rozrywkowych – kulturalnych i sportowych. Według szacunków eBilet.pl, wartość tego rynku w nadchodzącym roku może przekraczać 500 mln złotych. „Polski rynek jest bardzo atrakcyjny zarówno dla rodzimych, jak i zagranicznych organizatorów. Polacy chętnie wybierają się na imprezy masowefestiwale, koncerty, czy zawody sportowe. Koncerty topowych gwiazd jak Justin Timberlake stają się coraz częstsze, bo Polska to atrakcyjny kierunek dla gwiazd. Obserwujemy stały wzrost sprzedaży biletów w Polsce w każdej kategorii.” – podsumowuje Marcin Matuszewski, Prezes eBilet.pl i mówi – “Lista gwiazd, które w Polsce nie gościły jest coraz krótsza i w nadchodzącym czasie możemy się spodziewać powrotów artystów, którzy już u nas koncertowali.” – mówi Matuszewski. Dowodem jest letni koncert Lennego Kravitza i Thirty Second To Mars w Trójmieście, czy Linkin Park w Rybniku. eBilet.pl pracuje z ponad 1 000 organizatorów imprez w całym kraju. Według danych wewnętrznych firmy, w ubiegłym roku w naszym kraju największym zainteresowaniem cieszyły się bilety na koncerty. Stanowiły one blisko połowę wszystkich sprzedanych w 2014 wejściówek. Prawie co piąty zakupiony bilet był na imprezę rodzinną. Dużym zainteresowaniem cieszyły się także wydarzenia sportowe. Średnia wartość koszyka w 2014 roku wyniosła blisko 250 zł. Według danych eBilet.pl najczęściej kupowane były wejściówki na imprezy organizowane w Warszawie, Krakowie i Trójmieście.

2015 – na sportowo i muzycznie

2015 będzie przede wszystkim rokiem sportu. Pierwszą dużą imprezą będą Mistrzostwa Świata w hokeju na lodzie Dywizji 1A, które w kwietniu rozegrane zostaną w Krakowie. Wyłącznym dystrybutorem biletów na spotkania rozgrywane w ramach hokejowego championatu jest eBilet.pl. Miesiąc później odbędzie się Finał Ligi Europy na Stadionie Narodowym w Warszawie, a latem w Polsce zostanie rozegrany turniej finałowy siatkarskiej Ligi Światowej. W sierpniu i wrześniu w Polsce pojawią się najlepsi żużlowcy w ramach zawodów Speedway European Championships. To tylko wybrane imprezy jakie odbędą się w kraju nad Wisłą w ciągu kilkumiesięcy. Jak mówi Marcin Matuszewski z eBilet.pl „W Polsce mamy bardzo dobre zaplecze w postaci nowoczesnych hal i stadionów, dlatego coraz więcej jest u nas imprez sportowych. Co warte podkreślenia, wydarzenia organizowane w naszym kraju mają rangę międzynarodową. Dlatego na trybunach zobaczymy nie tylko kibiców z Polski, ale także z całego świata.” – ocenia Matuszewski. Jednocześnie eBilet realizuje strategię sprzedaży imprez odbywających się poza granicami Polski. “W tym roku jednym z ważniejszych wydarzeń dla polskich kibiców MMA, będzie bez wątpienia gala KSW: Road To Wembley, która odbędzie się w Londynie. Od wielu lat jesteśmy Partnerem KSW w Polsce. Cieszymy się, że możemy uczestniczyć w tym wyjątkowym dla polskiego sportu wydarzeniu, jakim jest gala w tej znanej arenie.” – komentuje Marcin Matuszewski. W kolejnych latach, w naszym kraju odbędą się znaczące turnieje, rangi mistrzowskiej. W przyszłym roku Polska zorganizuje jedną z największych imprez sportowych na Starym Kontynecie, którą są Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej mężczyzn. W 2017 roku, w naszym kraju odbędą się Młodzieżowe Mistrzostwa Europy w piłce nożnej.

Obok imprez sportowych w 2015 możemy spodziewać się wyjątkowej liczby wydarzeń muzycznych. W ciągu najbliższych miesięcy w Polsce odbędzie się ok. 30 różnych festiwali muzycznych i kilkadziesiąt koncertów. “W tym roku nie możemy spodziewać się w Polsce najbardziej rozpoznawalnych artystów.” – prognozuje Marcin Matuszewski z eBilet.pl – „Taki trend nie dotyczy tylko naszego kraju, a jest związany z planami koncertowymi artystów w 2015 roku. Organizatorzy jednak zrekompensują ten brak dużą ilością artystów, którzy cieszą się w Polsce sporą popularnością i mają u nas wielu fanów.” – podsumowuje Matuszewski. Wciąż dużym zainteresowanie cieszą się imprezy rodzinne, które Polacy chętnie odwiedzali w ubiegłym roku takie jak Disney on Ice Magiczny Świat Lodu. W nadchodzących miesiącach zainteresowanie tymi imprezami będzie na większym poziomie, niż w latach ubiegłych. W szczególności, że w 2015 roku możemy spodziewać się popularnych wydarzeń, jak znany show Cirque de Soleil, na który już można kupić bilety.

Comarch sponsorem Polonii Warszawa

Jeden z największych producentów oprogramowania dla biznesu – krakowski Comarch – zdecydował się przedłużyć na kolejny rok (do końca 2015) umowę sponsorską z MKS Polonia Warszawa. Logo Comarch będzie pozycjonowane na przedzie, w centralnym miejscu koszulek piłkarzy Polonii Warszawa. Comarch w swojej działalności dba o poprawne relacje społeczne i tradycję.

Mając na uwadze wzajemny szacunek i wieloletnią przyjaźń pomiędzy kibicami „Czarnych Koszul” oraz „Pasów” profesor Janusz Filipiak, założycie i prezes Comarch zdecydował się na ponowne wsparcie Polonii Warszawa. Umowa pomiędzy MKS Polonia Warszawa, a Comarch obowiązuje przez okres 12 miesięcy 2015 roku. Oprócz aspektu finansowego przewiduje ona także współpracę sportową.

Comarch co najmniej przez kolejny rok będzie wspierać finansowo występującą obecnie w III lidze Polonię. Współpraca jest przede wszystkim gestem przyjaźni wobec warszawskiego klubu. Ma też wymiar symboliczny. Tym bardziej, że partnerem klubu jest także Muzeum Powstania Warszawskiego. Należąca do grupy kapitałowej Comarch – MKS Cracovia SSA oraz Polonia Warszawa podtrzymają owocną współpracę sportową.

– Chciałbym wyrazić zadowolenie z faktu, że zaistniały odpowiednie warunki, które pozwoliły Comarch na przedłużenie na kolejny rok umowy sponsoringowej z Polonią. Pomiędzy naszymi kibicami od lat panuje wzajemna przyjaźń, a podpisana umowa sponsorska zapewnia finansowe wparcie dla jednego z najstarszych klubów piłkarskich w Polsce – informuje Paweł Prokop, wiceprezes Comarchu, przewodniczący Rady Nadzorczej Cracovia SSA.

– Podpisana przez nas umowa sponsorska ma wymiar nie tylko ekonomiczny i marketingowy, ale również wyraża świadomość oraz szacunek dla historii, która jest niezbędnym czynnikiem budowania naszej tożsamości. Chciałbym również, aby to było postrzegane jako praktyczny przejaw działań z naszej strony wspierających deklaracje wsparcia dla podjętej przez środowisko Polonii filozofii organicznego budowania od podstaw opartego na zdrowych fundamentach klubu sportowego. Życzę środowisku Polonii dalszej determinacji w działaniu i oczywiście wielu sukcesów na niwie sportowej – dodaje Paweł Prokop wiceprezes Comarch.

Comarch z siedzibą w Krakowie należy do grona liderów polskich spółek informatycznych. Założona w 1993 roku spółka to globalny dostawca biznesowych rozwiązań IT obsługujących relacje z klientami, optymalizujących działalność firmy oraz procesy biznesowe.

Małe i średnie firmy z warszawskiej giełdy mają szansę na dobre wyniki w tym roku

CEO Magazyn Polska

Najbliższe miesiące przyniosą zyski głównie spółkom z sektora małych i średnich firm. Przedsiębiorstwa duże będą sobie radzić gorzej. Słabe wyniki banków zapowiadano już od dawna w związku z obniżką stóp procentowych NBP, ale problemy mają także firmy surowcowe.

– Teraz silną dekoniunkturę na rynku widać wśród spółek wydobywczych mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ. Nie widać bankructw, ponieważ głównym właścicielem w wielu przypadkach jest Skarb Państwa, więc obserwujemy próby restrukturyzacji, ale są to bardzo ciężkie próby i pod względem wyników będzie presja w całym roku na raportowanie raczej słabych wyników.

Zdaniem Bugaja wśród dużych polskich firm lepszych wyników oczekiwać można co najwyżej po rafineriach. I to pomimo strat wykazanych w ostatnich raportach.

– Jeżeli spojrzymy na raportowany wynik netto, to wydaje się, że tu jest nie najlepsza sytuacja, ponieważ są duże, nawet miliardowe straty zwraca uwagę Łukasz Bugaj. Ale jest to czynnik jednorazowy. Na to wpływają odpisy, jeżeli to odejmiemy, to sytuacja wygląda zdecydowanie lepiej. I zarówno PKN Orlen, jak i PGNiG zaskoczyły pozytywnie i zaraportowały całkiem niezłe rezultaty.

PKN Orlen mimo niższych niż w 2103 roku przychodów uzyskał w całym 2014 r. lepszy wynik brutto, a wynik EBITDA LIFO (liczony wg zasady ostatnie przyszło, pierwsze wyszło, czyli niwelującej zmiany w cenie surowca) przekroczył 5 mld zł. Strata netto spowodowana była pięciomiliardowym odpisem z tytułu utraty wartości aktywów. Z kolei PGNiG mimo spadku przychodów i wyniku operacyjnego w segmencie poszukiwania i wydobycie uzyskał w całym 2014 roku wzrost przychodów do 34,3 mld zł z 32 mld zł rok wcześniej. Natomiast zysk przypadający na akcjonariuszy jednostki dominującej wzrósł do 2,82 mld zł z 1,92 mld zł.

Znacznie lepiej od indeksu największych spółek radzić sobie powinny podmioty skupione w mWIG40 i sWIG80.

W przypadku małych i średnich spółek da się zaobserwować ożywienie gospodarcze – podkreśla analityk DM BOŚ.  Wyniki się poprawiają, w szczególności w przypadku tych podmiotów, które są nastawione na konsumenta prywatnego, czyli np. spółki odzieżowe, na tym korzystają też spółki eksportujące, ale na kierunki zachodnie. Tam ożywienie w strefie euro również jest widoczne po części w wynikach polskich spółek, gorzej ze spółkami działającymi na Wschodzie, ale to już jest temat praktycznie od II kw. minionego roku widoczny w wynikach.

Wśród gospodarczych sektorów najwięcej oczekiwać można w tym roku po budowlance. Ci, którzy przetrwali falę bankructw w 2012 roku, mają dziś zdrowsze struktury, mniejszą konkurencję i dobrą sytuację na rynku oraz perspektywę kolejnych środków z Unii.

Wcześniejsze kwartały były słabe i łatwo jest zaskoczyć pozytywnie, bo spółki wychodzą de facto ze strat w stronę zysków, a te spółki, które miały zyski wcześniej, cały czas je pokazują, nawet w nieco większej skali, gdyż są w stanie poprawić marże ocenia Łukasz Bugaj z DM BOŚ. Segment budowlany w istocie pokazał niezłe wyniki, choć dopiero od niedawna widać je w bilansach. W przeciwieństwie do spółek deweloperskich, które już te lepsze wyniki mają od dłuższego czasu, budowlanka nadgania i rzeczywiście jest tym sektorem, który wychodzi teraz na prostą.

Kolibro liczy na wzrost zamówień w 2015 roku

0

CEO Magazyn Polska

Spółka Kolibro spodziewa się w tym roku wzrostu zamówień o ok. 30 proc. Firma specjalizująca się m.in. w tworzeniu intranetowych systemów komunikacji wewnętrznej w przedsiębiorstwach systematycznie zatrudnia nowych pracowników, po kilka osób miesięcznie.

To był bardzo dobry kwartał, bo wielu naszych partnerów biznesowych wprowadzało systemy z końcem roku, więc teraz mamy pełne ręce roboty powiedział agencji informacyjnej Newseria Inwestor podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach Aleksander Sala, prezes zarządu Kolibro.

Jak oczekuje, spółkę czeka dobry rok. Wskazuje na to rosnący portfel zamówień. Początek roku dla firmy oznaczał finalizację wielu prowadzonych projektów, a spółka cały czas zatrudnia nowych pracowników.

– Mamy stałą dynamikę wzrostu zamówień na poziomie 20-25-40 proc. W tym roku spodziewamy się jej na poziomie 30 proc., więc ten trend na pewno się utrzymuje – podkreśla i dodaje: Dzisiaj do Kolibro przyszły dwie nowe osoby, w przyszłym miesiącu myślę, że trzy, także to jest taka dynamika trzy do czterech osób miesięcznie.

Obecnie Kolibro prowadzi prace w kilku spółkach skarbu państwa. Wkrótce rozpocznie montaż dwóch dużych sieci intranetowych w firmach z sektora logistycznego. Jak deklaruje prezes spółki, będą to jedne z największych intranetów w Polsce w tej branży.

Dzisiaj mówimy o 2015 roku, ale rynek komunikacji wewnętrznej i intranetów odrabiał swoją pracę przez ostatnie 7 lat, więc dzisiaj perspektywa jest bardzo dobra, dlatego że dzisiaj mamy szansę rozmawiać realnie z szefami komunikacji i IT, którzy wiedzą, co zamawiać ocenia Aleksander Sala. – 9-12 lat temu ludzie zamawiali tak naprawdę wszystko, a dzisiaj nasi konsultanci dostają konkretne zapytania o dobry intranet, to nas cieszy.

Inwestycja w sieć intranetową oznacza zwykle przygotowania do restrukturyzacji, a potem ekspansji i rozwoju przedsiębiorstwa. Dzięki dobrze zbudowanej sieci rośnie bowiem konkurencyjność spółek i instytucji. Kolibro na razie poza projektami w Polsce działa głównie w Europie Zachodniej, ale w perspektywie kilku lat liczy na rozkwit rynków wschodnich.

Dla nas terenem działania jest jeszcze Europa Zachodnia, trochę Stany Zjednoczone, my tam jesteśmy tańsi, natomiast bardzo powoli rusza Europa Wschodnia wylicza prezes Kolibro. – Intranety najpierw rodzą się tam, gdzie są duże organizacje, duże spółki, a tych jest jeszcze mniej za naszą wschodnią granicą. Przewidujemy, że w ciągu trzech lat tam również nastąpi boom.

Prezes Aleksander Sala liczy na to, że 2015 rok będzie spokojniejszy od poprzedniego pod względem sytuacji geopolitycznej. Mniejsze napięcie na arenie międzynarodowej oznacza – jego zdaniem – więcej zamówień w gospodarce i szybszy rozwój.

Na pewno będzie rozluźnienie tych lęków, które są lękami politycznymi, to powstrzymało kilku zamawiających. Mamy też klientów, którzy choć mają siedziby w Rosji, to myślą już pozytywnie, więc patrzymy bardzo dobrze na ten następny rok.

Chociaż przybywa kobiet na kierunkach technicznych to wciąż jednak stanowią zaledwie 1/3 studentów

CEO Magazyn Polska

Na polskich uczelniach technicznych nadal studiuje mniej kobiet niż mężczyzn. Stanowią one niecałe 37 proc. studentów, ale ten wskaźnik z roku na rok rośnie. Ukończona politechnika daje dziś znacznie lepszą pozycję startową na rynku pracy niż inne studia. Tym bardziej że w branży nowych technologii brakuje wykwalifikowanych pracowników.

Z informacji, które płyną z branży, wynika, że brakuje ok. 50 tys. wykwalifikowanych informatyków, to są konkretne miejsca pracy – zwraca uwagę w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Według danych Komisji Europejskiej do 2016 roku powstanie w całej Unii Europejskiej ponad 700 tys. miejsc pracy w branży nowoczesnych technologii, to znaczy, że powinniśmy się kształcić w tym obszarze, nie zmieniać swoich kwalifikacji, tylko je podnosić. Chciałabym, żeby kobiety miały w tym swój udział.

Siedem lat temu kobiety na studiach technicznych w Polsce stanowiły 30,7 proc. studentów. W tym roku akademickim, jak podaje Fundacja Edukacyjna Perspektywy wskaźnik ten wzrósł do 36,9 proc. Na wielu wydziałach uczelni stricte technicznych udział kobiet nie przekracza jednak kilku procent. Na Wydziale Elektrycznym Politechniki Śląskiej jest ich tylko 4,3 proc. Podobnie niskim zainteresowaniem wśród pań cieszy się mechanika, elektronika, elektrotechnika czy automatyka. Kobiety stanowią też zaledwie 13,4 proc. ogółu studentów na kierunkach informatycznych.

UKE podejmuje działania promujące studia technologiczne i informatyczne wśród kobiet. Jak podkreśla prezes Urzędu, w branży tej jest wiele miejsc pracy, dającej przede wszystkim duże możliwości rozwoju. Co roku w czwarty czwartek czwartego miesiąca, czyli w tym roku 23 kwietnia, obchodzimy Światowy Dzień Kobiet i Dziewcząt w Nowoczesnych Technologiach.

Jest to dzień ustanowiony przez Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny agendą ONZ, który ma promować udział kobiet jako pracowników w branży oraz dostęp kobiet do nowoczesnych technologii i posługiwanie się przez nie narzędziami cyfrowymi – informuje Magdalena Gaj. – W ubiegłym roku w 140 krajach na świecie odbyło się ponad 3,5 tys. różnego rodzaju wydarzeń, które promują udział kobiet w nowoczesnych technologiach.

W tym roku organizowana jest m.in. trzecia edycja konkursu „Dziewczyny w nowych technologiach”. Jest to akcja społeczna, której zadaniem jest wspieranie kobiet chcących robić karierę w tej branży. Nagrodami w konkursie są płatne staże w najlepszych firmach branży technologicznej: Motorola Solutions Polska, CISCO Poland, SAS Institute, Sygnity, Microsoft oraz TVP SA (Ośrodek Technologie).

Kilka lat temu, pracując w branży, zauważyłam, że spotykam się głównie z mężczyznami. Z drugiej strony stale słyszałam, że powstają nowe miejsca pracy, że zespoły powinny być mieszane. Stąd pomysł, by zainicjować taką społeczną akcję, która pokazywałaby dziewczynom studiującym kierunki techniczne, że ta branża jest ciekawa i że jest dobrym miejscem pracy – podkreśla prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Poprosiliśmy naszych partnerów biznesowych, firmy z branży nowoczesnych technologii, aby sponsorowały staże. Podsumowując te trzy lata, możemy jednak powiedzieć, że często są to oferty stałej pracy, a nie tylko staże.

W tegorocznej edycji zgłoszenia do konkursu można przesyłać do 30 kwietnia.

Polska Grupa Zbrojeniowa pracuje nad nową strategią

CEO Magazyn Polska

Transporter opancerzony Rosomak to jeden z produktów Polskiej Grupy Zbrojeniowej, który ma zdobywać zagraniczne rynki. Tworzony na fińskiej licencji pojazd jest udoskonalony o 200 polskich innowacji. Sprzedaż zagraniczna ma być ważna w nowej strategii, nad którą pracuje spółka. Trwa przegląd portfolio produktów i zdolności technologicznych, po którym zostaną podjęte decyzje o kształcie grupy oraz perspektywicznych rynkach i produktach.

W przygotowaniu jest nowa strategia Polskiej Grupy Zbrojeniowej – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej, podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. – Prowadzimy przegląd naszych produktów i zdolności technologicznych, dopiero po jego dokonaniu będziemy podejmować decyzje co do kształtu grupy, rynków oraz produktów, które będziemy rozwijać.

Prace nad strategią toczą się wewnątrz grupy przy udziale polskich uczelni, w tym uczelni wojskowych – Wojskowej Akademii Technicznej i Akademii Obrony Narodowej.

Prezes PGZ podkreśla, że duże znaczenie dla grupy będzie mieć eksport

Prowadzimy obecnie szereg rozmów – zapewnia Dąbrowski. – Nie jesteśmy w stanie przy tak dużej skali działalności żyć tylko z klienta krajowego i kontraktów, które pochodzą z Ministerstwa Obrony Narodowej, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych czy innych służb. Stąd naturalne są nasze poszukiwania na rynkach zagranicznych.

Jednym z produktów, który ma być sprzedawany za granicą, jest kołowy transporter opancerzony Rosomak. Jak podkreśla Dąbrowski, pojazd jest produkowany na licencji fińskiej, ale został wyposażony w około 200 polskich innowacji, w tym między innymi unikalny na skalę światową, modyfikowany w zależności od potrzeb operacyjnych, modułowy system strzelecki opracowany w zakładach w Radomiu.

Nasze innowacje zmieniają ten wóz i powodują, że jest to jeden z lepszych pojazdów tej klasy, jakie możemy dzisiaj spotkać na światowym rynku – ocenia Dąbrowski. – Ale mamy kilka kategorii produktów. Są też takie, których nie ulepszamy, bo ich jakość i zdolności operacyjne są  w naszej ocenie wystarczające.

Czerpiąc z rozwiązań Rosomaka, PGZ pracuje również nad projektem zupełnie nowego transportera.

Na razie nie podam dokładnych dat – zastrzega Dąbrowski. – Rozpoczęliśmy prace.

Polska Grupa Zbrojeniowa jest holdingiem skupiających ponad 30 kluczowych krajowych przedsiębiorstw zbrojeniowych. Bezpośrednio i pośrednio (poprzez Polski Holding Obronny i Agencję Rozwoju Przemysłu) jej wyłącznym właścicielem jest Skarb Państwa. Roczne obroty PGZ wynoszą około 5 mld zł, a wszystkie spółki Grupy zatrudniają łącznie 19 tys. osób.

Prywatne kopalnie szansą na zbudowanie silnego górnictwa w Polsce

CEO Magazyn Polska

Dalsze utrzymywanie rządowego parasola nad polskim górnictwem źle się skończy dla branży – uważa przewodniczący rady nadzorczej Impexmetalu Arkadiusz Krężel. Według niego przyszłością sektora są kopalnie prywatne. Inwestorzy mają bowiem znacznie lepsze od państwa pomysły na to, jak zarabiać na wydobyciu węgla.

Poza programem klasycznej restrukturyzacji, która czeka sektor węglowy, należy uwzględnić dużo większą rolę inicjatyw prywatnych – powiedział agencji informacyjnej Newseria podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach Arkadiusz Krężel, przewodniczący rady nadzorczej Impexmetalu. – Wszystkie sektory w Polsce, gdzie takie programy były realizowane, gdzie kończyło się to prywatyzacją, przetrwały i funkcjonują do tej pory, np. w sektorze stalowym czy metali kolorowych.

Polskie górnictwo jest dziś w złej sytuacji. W ubiegłym roku sektor górnictwa węgla kamiennego poniósł stratę rzędu 1,3 mld zł – wynika z lutowych danych ARP. Przyczyniło się do tego kilka czynników. Jednym z podstawowych był spadek cen. Tona węgla na światowych rynkach (ARA) potaniała w ciągu roku z ponad 75 dolarów do niespełna 60 dolarów. Poza tym spadła sprzedaż – o 7,2 mln ton, do 70,3 mln ton – i wydobycie surowca (do 72,5 mln ton), za to wzrosły zapasy. Część węgla trafia na rynki zagraniczne, m.in. do Niemiec, ale tam poważną konkurencją są dostawcy surowca z Rosji.

Z poważnymi problemami boryka się wiele spółek górniczych. Kompania Węglowa od roku balansuje na krawędzi bankructwa i tylko decyzje polityków ratują ją przed upadkiem.

Wszędzie tam, gdzie obecność państwa trwała zbyt długo, mieliśmy kryzysy. Przykładem był przemysł stoczniowy, teraz przemysł górniczy – mówi Arkadiusz Krężel. – Praktyka jednak pokazuje, że prywatne zakłady wydobywcze w Polsce mogą być efektywne w górnictwie węgla kamiennego i mogą funkcjonować całkiem dobrze – patrz Bogdanka czy Silesia.

W ocenie szefa rady nadzorczej Impexmetalu inwestorzy prywatni są szansą na zbudowanie silnego sektora surowcowego w Polsce.

– Potrzebna jest przede wszystkim większa przychylność państwa w wydawaniu nowych koncesji, umożliwienie otwierania nowych kopalń – przekonuje Krężel. – Do tej pory nowe kopalnie w Polsce nie powstały. To jest możliwe, ale pod warunkiem że będzie to realizowane w ramach biznesplanu, który się opiera na rachunku ekonomicznym i logice inwestora, który wie, jak w tym przemyśle funkcjonować.

Jak podkreśla, inwestorów zainteresowanych rozpoczęciem tego typu działalności nie brakuje.

To są zarówno polskie inicjatywy, jak i zagraniczne, w szczególności australijskie – podkreśla Arkadiusz Krężel. – Bardzo ciekawe od strony biznesplanów, trzymające się logiki ekonomicznej i rachunku ekonomicznego. Uważam, że to są rozwiązania, które w perspektywie powinny dać finalne rozwiązanie dla całego sektora w Polsce, który w tej chwili jest w bardzo trudnej sytuacji.

Energooszczędne budynki, nie tylko biura, lecz także sklepy i magazyny

CEO Magazyn Polska

Na rynku biurowym zielone budynki stają się powoli standardem. W ostatnim roku blisko 100 obiektów zyskało certyfikat świadczący m.in. o niskim zużyciu energii, podczas gdy na początku 2013 roku było ich ok. 150. Coraz częściej energooszczędne stają się również obiekty handlowe i magazyny.

W zeszłym roku około 150 obiektów mogło pochwalić się takim certyfikatem. Ta liczba zebrała się przez cztery lata, czyli od momentu kiedy zaczęto certyfikować obiekty, bo ten temat jest dosyć młody w Polsce. Natomiast przez ostatnie 12 miesięcy zanotowaliśmy 100 nowych zielonych obiektów. Liczba certyfikatów prawie się podwoiła – mówi Andrzej Gutowski, starszy specjalista w dziale certyfikacji zielonych budynków w Colliers International.

Zainteresowanie certyfikatami świadczącymi o niskim zużyciu energii rośnie, ponieważ powoli na rynku biurowym stają się one standardem. Większość nowo budowanych biur – zarówno w Warszawie, jak i w miastach regionalnych – ubiega się o taki certyfikat.

Jak podkreślają eksperci, jest to sposób na wzmocnienie konkurencyjności danego obiektu. Obniżenie kosztów utrzymania biura może być istotnym czynnikiem przy wyborze siedziby, tym bardziej że najemcy mają z czego wybierać. Podaż nowej powierzchni biurowej szybko rośnie – w 2014 roku tylko w Warszawie powstało ok. 300 tys. mkw. nowych biur. W kolejnych latach ma być podobnie.

Starsze obiekty również muszą ubiegać się o certyfikat, żeby potwierdzić, że są konkurencyjne, wprowadzają procedury dotyczące oszczędnego zużycia energii i wody – mówi Gutowski. – Wielu najemców ma już temat certyfikacji wpisany w swoje strategie najmu i pyta o certyfikowane obiekty.

Z obserwacji firmy Colliers wynika, że zainteresowanie certyfikatami rośnie również w innych sektorach rynku nieruchomości komercyjnych, czyli w obiektach handlowych i magazynowych. Pojawiają się też plany certyfikowania obiektów mieszkaniowych.

Najbardziej popularne systemy certyfikacji to amerykański LEED i brytyjski BREEAM. Oba te certyfikaty oceniają wpływ budynku na środowisko. Uwzględniają takie parametry, jak zużycie energii i wody, emisję dwutlenku węgla, zastosowanie rozwiązań i materiałów przyjaznych dla środowiska, a także związany z tym komfort użytkowników.

Widzimy znaczny wzrost liczby certyfikatów w handlu. Certyfikowane obiekty to jednak obiekty zoptymalizowane, w których zużycie energii i wody jest możliwie ograniczane, co przekłada się na koszty funkcjonowania takiej nieruchomości. W sektorze magazynowym aspekt kosztowy również odgrywa bardzo dużą rolę. Widzimy powolny, ale stały rozwój certyfikatów również w tym sektorze – wyjaśnia ekspert Colliers.

Zwiększanie energooszczędności budynków pomoże Polsce zrealizować cele wyznaczone przez Unię Europejską. Zgodnie z pakietem 3×20 do 2020 roku kraje członkowskie powinny zwiększyć efektywność energetyczną o 20 proc.

W tym roku możliwy wzrost PKB o 3,7-3,8 proc.

CEO Magazyn Polska

Dzięki wyższym dochodom budżetowym oraz niższym kosztom obsługi długu stan finansów państwa jest lepszy niż oczekiwano. Lepsza koniunktura w strefie euro oraz ożywienie inwestycyjne w kraju sprawią, że polska gospodarka powinna rozwijać się w tym roku w tempie 3,7-3,8 proc. – prognozuje Dariusz Rosati. Czynnikami ryzyka są deflacja i sytuacja geopolityczna.

Według obliczeń Ministerstwa Finansów deficyt budżetowy w ubiegłym roku wyniósł niecałe 29 mld zł, wobec zaplanowanych 47,5 mld zł.

Deficyt budżetowy jest najniższy od wielu lat dzięki częściowo niższym wydatkom związanym z obsługą długu, co jest zasługą niskich stóp procentowych, a także dzięki znacznie wyższym dochodom, które były związane z ożywieniem gospodarczym i przede wszystkim z lepszą skutecznością w ściąganiu podatków – mówi agencji Newseria Biznes prof. Dariusz Rosati, europoseł.

Tegoroczna ustawa budżetowa przewiduje wzrost dochodów do poziomu ponad 297 mld zł, wzrost wydatków do ponad 343 mld zł, więc deficyt ma wynieść maksymalnie 46,1 mld zł. Rząd założył też spadek deficytu sektora finansów publicznych do poziomu 2,8 proc. wielkości PKB.

Liczymy, że w tym roku te pozytywne tendencje się utrzymają. Rząd planuje bardzo ostrożnie deficyt na poziomie czterdziestu kilku miliardów, ale myślę, że będzie on ponownie mniejszy – zakłada polityk Platformy Obywatelskiej.

Motorem wzrostu gospodarczego będzie eksport. Tym bardziej że główny partner handlowy Polski, czyli strefa euro, wychodzi na prostą.

To ożywienie już jest trwałe, właściwie trwa ono od 2014 roku. Strefa euro wydaje się już wychodzić na prostą po sześciu latach stagnacji – podkreśla Rosati. – Druga rzecz to są nasze własne źródła wzrostu. Mamy bardzo dobre wskaźniki inwestycji prywatnych z ubiegłego roku, potwierdza to np. spadek stopy bezrobocia.

Nie bez znaczenia dla ogólnej koniunktury jest też ogłoszony pod koniec zeszłego roku przez szefa Komisji Europejskiej plan inwestycyjny o wartości 315 miliardów euro. Powinien on znacznie pobudzić wzrost gospodarczy oraz zwiększyć poziom zatrudnienia.

Mamy wiele cząstkowych danych, które pokazują, że polska gospodarka rzeczywiście dobrze się rozwija, jest na ścieżce wzrostu częściowo dzięki eksportowi, ale głównie dzięki rynkowi wewnętrznemu. O ile nie zdarzy się nic niespodziewanego, to powinniśmy ten wzrost w tym roku kontynuować na poziomie około 3,7-3,8 proc. – zakłada europoseł.

Do czynników ryzyka Rosati zalicza utrzymującą się od lipca ubiegłego roku deflację oraz sytuację geopolityczną.

Ryzyko związane z dalszą ewentualną eskalacją konfliktu na Ukrainie i ryzyko związane z rozwojem sytuacji w strefie euro, przede wszystkim z Grecją. Gdyby się okazało, że nastąpi jakaś katastrofa grecka, to oczywiście odbiłoby się to również na gospodarce – ostrzega Dariusz Rosati.

Luksusowe samochody sprzedają się w Polsce coraz lepiej

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż luksusowych samochodów w Polsce szybko rośnie. Marvipol liczy, że również w tym roku nabywców znajdzie o kilkanaście procent więcej samochodów marki Land Rover i Jaguar niż w 2014 roku. Dlatego poszerza swoje portfolio o kolejne modele tych aut.

Motoryzacja to drugi obok nieruchomości segment działalności Marvipolu. W ostatnim roku przychody z działalności deweloperskiej nieznacznie przewyższały przychody ze sprzedaży aut z wyższej półki.

Grupa Kapitałowa Marvipol osiągnęła przychody na poziomie ponad 750 mln zł, z czego ok. 350 mln zł pochodziło z segmentu motoryzacyjnego, a 400 mln z segmentu deweloperskiego. Ten pierwszy będzie bardzo dynamicznie rósł w kolejnych latach i taka jest strategia firmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Sekuła, dyrektor finansowy Marvipolu.

Tendencję potwierdzają wyniki firmy w pierwszych miesiącach tego roku, więc Marvipol zakłada solidny wzrost do końca roku. Duże nadzieje wiąże też z nowymi modelami, które wprowadza na polski rynek. To Land Rover Discovery Sport i Jaguar XE, który trafi do salonów w drugiej połowie roku. Te modele mają przyciągnąć klientów, co powinno skutkować wyższymi wolumenami sprzedaży już w 2015 roku.

Wyniki I kwartału są bardzo dobre w segmencie motoryzacyjnym – ocenia Łukasz Sekuła. – Sprzedaliśmy 344 samochody Jaguar Land Rover, co dobrze wróży naszym planom rocznym. Spodziewamy się, ze w tym roku sprzedamy około 1,3 tys. samochodów Jaguar Land Rover. Dla porównania cały zeszły rok to 1118 sztuk, tak że to będzie dwucyfrowy wzrost.

Przychody Marvipolu wzrosły w 2014 roku o 50 proc. do 761,2 mln zł. Zysk netto spółki był w tym czasie ponad trzy razy wyższy niż w 2013 roku i sięgał 48 mln zł. Obecny rok ma być jeszcze lepszy. Optymizm zarządu zdają się potwierdzać najnowsze wyniki deweloperskiej części Grupy. Segment zamknął pierwszy kwartał zgodnie z planem sprzedażowym – 146 podpisanych umów sprzedaży. Sekuła podkreśla, że osiągnięcie wyniku 550-600 sprzedanych mieszkań jest realne. W ubiegłym roku spółka podpisała 776 umów sprzedaży lokali zarówno mieszkalnych, jak i użytkowych.

Central Park Ursynów to nasza główna inwestycja na najbliższe lata – podkreśla dyrektor finansowy Marvipolu. – W tym roku spodziewamy się sprzedaży na poziomie około 400 mieszkań. To mieszkania przede wszystkim jedno- i dwupokojowe, widzimy też bardzo duże zainteresowanie mieszkaniami trzypokojowymi, o metrażu ponad 60 mkw.

Na rynku franczyzy działa już ponad tysiąc marek

CEO Magazyn Polska

Oferta systemów franczyzowych szybko się rozwija, a rynek wszedł w fazę dojrzałości. Istnieje na nim już ponad tysiąc marek i konceptów. W ramach różnych systemów działa przeszło 63,5 tys. placówek – punktów handlowych i usługowych. Chociaż franczyza to inaczej biznes z instrukcją, nie oznacza to, że jest ona pozbawiona ryzyka.

Rynek franczyzy rozwija się od 20 lat i stał się już dojrzały. Mamy do wyboru ponad tysiąc ofert pomysłów na biznes – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Arkadiusz Słodkowski, prezes zarządu analizującej ten sektor firmy doradczej Profit System. – Rynek ma to do siebie, że rozwija się w stronę wzrostu liczby placówek. Nie przewiduję zatem gwałtownego przyrostu kolejnych konceptów. Myślę, że wejście na rynek 20, 50 do 100 nowych pomysłów rocznie to będzie bardzo dużo.

Oferta franczyzodawców jest szeroka. Przedsiębiorcy mogą wybierać wśród ofert za kilka lub kilkanaście tysięcy złotych, lecz także mogą zainwestować nawet 1-1,5 mln zł na przykład w duży supermarket czy placówkę gastronomiczną.

Jak wynika z danych Profit System, w ubiegłym roku sprzedaż franczyzy rozpoczęły kolejne 143 firmy, a 63 poniosły porażkę. Przybyło zatem 80 franczyzodawców, o 28 więcej niż w 2013 roku.

Dynamicznie rośnie również druga strona rynku. W 2014 roku na rynek weszło około trzech tysięcy działających na licencji sklepów i punktów usługowych (prawie 5,5 tys. w 2013 roku). Pod koniec ostatnich dwunastu miesięcy na polskim rynku działało łącznie 63,5 tys. placówek franczyzowych. Według analityków Profit System w tym roku ich liczba może wzrosnąć do około 67 tys. Takie tempo wzrostu powinno się utrzymać również w kolejnych latach.

Najwięcej punktów franczyzowych funkcjonuje w sektorze handlu detalicznego artykułami spożywczymi.

Ludzie muszą chodzić gdzieś na zakupy, kupować chleb i mleko. W związku z tym franczyzobiorców w tej branży jest dużo, sieci są bardzo silne i dobrze zorganizowane – tłumaczy Słodkowski. – Podobnie jest z gastronomią. Tu z kolei zauważamy element mody – wiele osób chce mieć swoją gastronomię, własną kawiarnię czy restaurację.

Według Profit System sporo niezależnych właścicieli sklepów wybiera franczyzę, by móc skutecznie konkurować z dyskontami. Największą siecią tego sektora w ubiegłym roku była marka abc, do której należało 7 tys. placówek. Wielu franczyzobiorców pozyskała także Grupa Muszkieterów, stowarzyszenie przedsiębiorców zarządzających supermarketami Intermarché (218 sklepów) i Bricomarché (108 placówek). Spośród branż usługowych najliczniejsza jest gastronomia. Hegemonem jest McDonald’s (ponad 225 punktów), daleko za nim plasują się Telepizza (85) oraz Biesiadowo (90).

Rozważając franczyzę, trzeba pamiętać o tym, że musi to być koncept sprawdzony, co oznacza, że od jego właściciela można oczekiwać wiedzy i nie trzeba uczyć się na własnych błędach – zauważa Słodkowski. – Istotne są nie tylko szkolenia uczące, jak rozpocząć biznes, lecz także wiedza na temat tego, jak skutecznie z miesiąca na miesiąc radzić sobie z jego prowadzeniem i z rosnącą liczbą klientów.

Kluczowy dla powodzenia biznesu jest wybór sprawdzonego franczyzodawcy. Słodkowski jednak podkreśla, że mimo instrukcji franczyza nie jest pozbawiona ryzyka. W ubiegłym roku 63 franczyzodawców poniosło porażkę, to aż o dziewięciu więcej niż w 2013 roku.

Franczyzobiorca jest trochę narażony na błędy franczyzodawcy. Poza tym ewentualny przedsiębiorca musi uważnie sprawdzić umowę, bo mogą się w niej kryć jakieś kruczki. Trzeba uważnie obejrzeć model biznesowy i przeanalizować, czy rzeczywiście ten pomysł jest opłacalny – radzi ekspert Profit System.

Zmiany w agencjach działających na rynku reklamowym

CEO Magazyn Polska

Sytuacja na rynku reklamowym wymusza zmiany w działających na nim agencjach. Przestają one być podwykonawcami, których zadaniem jest prosta promocja danego produktu czy usługi, a stają się dostawcą kontentu, który zainteresuje odbiorców. Warunkiem skutecznego dotarcia do klientów jest nie tylko ciekawa treść. Powinna ona być także użyteczna i dopasowana do zainteresowań odbiorcy.

– Rynek reklamy przechodzi fundamentalną zmianę. Jeszcze jesteśmy w momencie, w którym agencje reklamowe i domy mediowe w dużej mierze są traktowane jako podwykonawcy, którzy mają zareklamować daną usługę naszego klienta. To się jednak zmieni, szczególnie agencje kreatywne będą musiały dostarczyć kontent, który będzie interesujący dla odbiorcy – ocenia w rozmowie z Newserią Biznes Wojciech Borowski, prezes zarządu McCann, polskiego oddziału międzynarodowej grupy medialnej.

Jak dodaje, powodem zmian jest coraz większy wybór. To odbiorcy we własnym zakresie decydują o odbieranych treściach. Dlatego żeby dotrzeć do klienta, trzeba dać mu ciekawą treść, taką, która bawi, bo odbiorcy traktują wolny czas jako moment na rozrywkę.

Treść może być także użyteczna, jeśli odbiorcy uznają ją za wartościową i jeśli pomoże im ona rozwiązać problem. Szanse ma również kontent, który jest idealnie wkomponowany w ich zainteresowania, hobby lub pasje – wymienia Wojciech Borowski. – Wszystkie treści, które nie będą spełniały tych trzech warunków i które będą uznane za nachalne, narzucające się, wręcz przymuszające do oglądania czegokolwiek, będą odrzucane, tym samym będą kompletnie nieskuteczne.

Wyniki ubiegłorocznego raportu Interaktywnie.com wskazują, że najbardziej irytują internautów wyskakujące banery (ok. 94 proc. wskazań) i wideo z reklamami (75 proc. wskazań), a najmniej linki sponsorowane i reklamy w mediach społecznościowych.

Zdaniem Borowskiego perspektywy reklamy banerowej są nikłe, bo teraz to odbiorca decyduje o wyświetlanych treściach, a zadaniem nowoczesnego marketingu jest stworzenie przekazu szytego na miarę, dostosowanego do potrzeb użytkowników internetu.

Ekspert negatywnie ocenia także perspektywy reklamy natywnej, czyli zaprojektowanej tak, by zlewała się z treścią serwisu.

– Nie wróżę natywnej reklamy wielkiej przyszłości, w szczególności tej często stosowanej w Polsce, która jest zwyczajnie kryptoreklamą. A to wpływa na reputację danego tytułu – ostrzega ekspert.

Montowanie dodatkowego oświetlenia w samochodzie może doprowadzić do utraty dowodu rejestracyjnego

CEO Magazyn Polska

Tuning oświetlenia to modny sposób na nadanie samochodowi indywidualnego charakteru. Polskie prawo bardzo restrykcyjnie podchodzi jednak do tego typu nowinek. Zamontowanie oświetlenia felg, spryskiwaczy lub ciemnych lamp z tyłu pojazdu może skutkować utratą dowodu rejestracyjnego. Mandat grozi natomiast kierowcy, który zaniedba stan lamp i reflektorów.

– Światła samochodowe są niezwykle ważne, dlatego że jeździmy w różnych porach dnia i nocy, również wtedy, gdy jest zła widoczność. Światła pozwalają kierowcy widzieć drogę, a innym użytkownikom widzieć, że pojazd się porusza, czyli widzimy i jesteśmy widzialni. Dlatego jest to niezwykle istotne, szczególnie dzisiaj, kiedy mamy duży ruch samochodowy i jest wielu użytkowników dróg, również piesi – mówi agencji informacyjnej Newseria Zenon Rudak, kierownik Centrum Technicznego Hella Polska.

Prawidłowe ustawienie świateł w samochodzie i jakość reflektorów samochodowych mają ogromny wpływ na bezpieczeństwo i komfort jazdy. Zgodnie z polskim prawem każdy kierowca ma obowiązek używania świateł mijania podczas jazdy w warunkach normalnej przejrzystości powietrza. Zasada ta obowiązuje przez cały rok i przez całą dobę. Przy dobrych warunkach pogodowych od świtu do zmierzchu kierowca może zamiast świateł mijania używać świateł do jazdy dziennej. Od lutego 2011 r. wszystkie nowe samochody o masie do 3,5 t muszą być w nie wyposażone seryjnie. Użytkownicy starszych modeli mogą zamontować je samodzielnie, ale istotne jest, by oświetlenie posiadało europejską homologację.

Polscy kierowcy popełniają liczne błędy w zakresie oświetlenia samochodu, często wynikające z nieświadomości i nieznajomości prawa. W ramach tzw. tuningu oświetlenia stosują nieprawidłowe żarówki albo używają zamienników żarówek halogenowych w postaci elementów ksenonowych czy diodowych, które nie mają homologacji. Modne są także światła pod kolor nadwozia samochodu, podświetlone podwozie, felgi, a nawet spryskiwacze. Prawo bardzo restrykcyjnie podchodzi jednak do kwestii oświetlenia samochodu. Oprócz świateł do jazdy dziennej zezwala zamontować na zewnątrz samochodu tylko dodatkowe światła boczne lub obrysowe. Wszelkie inne elementy oświetleniowe są niedozwolone i mogą skutkować odebraniem dowodu rejestracyjnego.

W ramach tuningu oświetlenia wielu kierowców montuje ciemne lampy z tyłu, które mają albo kolor nadwozia, albo są czarne, a świecą na różne kolory. Takie rozwiązania są dostępne i możliwe, jeżeli są homologowane, czyli mają dopuszczenie do ruchu. Samodzielne naklejanie na lampy folii przyciemniających jest, po pierwsze, niedozwolone, a po drugie, powoduje, że nasze światła są gorzej widzialne dla innych. Oświetlenie samochodowe kieruje się pewnymi przepisami, bardzo restrykcyjnymi, i nie można sobie pozwolić na żadną dowolność – mówi Zenon Rudak.

Za sprawność oświetlenia w samochodzie odpowiedzialny jest kierowca, dlatego nie powinien on zapominać o regularnym kontrolowaniu jego stanu. Przed każdym wyjazdem w trasę, nawet krótką, powinien sprawdzić, czy wszystkie światła działają prawidłowo. Ze względu na fakt, że reflektory mogą samoczynnie zmieniać położenie na skutek drgań lub wstrząsów auta, specjaliści zalecają kontrolę i regulację ustawienia świateł po przejechaniu każdorazowo 10 tys. km. Regulacja świateł niezbędna jest także po wymianie żarówek lub reflektorów oraz po wszelkiego rodzaju naprawach blacharskich nadwozia.

Jeżeli sami dokonujemy pewnych korekt oświetlenia, np. wymiany żarówek czy ponownego montażu lamp, nieważne, czy jest to reflektor przedni, czy lampa tylna, to powinniśmy w stacji kontroli pojazdów sprawdzić ustawienie świateł. Złe ustawienie powoduje oślepianie innych użytkowników drogi, co stwarza zagrożenie dla innych uczestników ruchu, a także powoduje, że również mu gorzej widzimy. Konstruktorzy samochodów wymyślili sposób ustawiania świateł, który jest z jednej strony najlepszy dla kierowcy, który prowadzi samochód, a z drugiej strony najbezpieczniejszy dla innych użytkowników drogi – mówi Zenon Rudak z Centrum Technicznego Hella Polska.

Hella Polska rozpoczęła przygotowania do drugiej edycji akcji edukacyjnej „Świecimy przykładem”, skierowanej do nauczycieli ponadgimnazjalnych szkół technicznych o kierunku samochodowym. W ramach akcji wykładowcom zostaną przekazane materiały informacyjne i pomoce naukowe, które będą pomocne w prowadzeniu lekcji oraz dodatkowych zajęć dydaktycznych w szkołach. Dodatkowo umożliwią nauczycielom prezentację najnowszych rozwiązań konstrukcyjnych i technologicznych stosowanych w technice motoryzacyjnej. Materiały te wyjaśniają zasady bezpieczeństwa ruchu drogowego oraz reguły związane z wpływem prawidłowego ustawienia świateł i jakości reflektorów samochodowych na komfort podróży. Akcja rozpocznie się we wrześniu bieżącego roku.

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Przedsiębiorcy nie chcą patologii

0

Dzisiaj rozpoczynają się prace Podkomisji Sejmowej do rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym (ZSEE). Zdaniem Konfederacji Lewiatan jest to jeden z ostatnich projektów legislacyjnych, który przed nadchodzącymi wyborami zelektryzuje parlament. Rynek gospodarki zużytym sprzętem jest bowiem pełen nieprawidłowości i nadużyć.

Na nieprawidłowości na rynku zużytym sprzętem elektrycznym i elektronicznym wskazywały m.in. raport Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową , raport „Polityka surowcowa Polski – rzecz o tym, czego nie ma, a jest bardzo potrzebne.” czy analiza rynku ZSEE dokonana przez PWC.

– Wszyscy są zgodni, szara strefa powstała na skutek luk prawnych i niewystarczającego nadzoru. Nieuczciwe praktyki są powszechne i systematycznie wypierają z rynku działających uczciwie przedsiębiorców. Nadużycia i nieprawidłowości sprowadzają się głównie do wydawania fałszywych zaświadczeń o przetworzeniu sprzętu, który nigdy nie został zebrany lub został przetworzony niezgodnie z normami – mówi Agata Staniewska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Przedsiębiorcy czekali na projekt nowej ustawy ZSEE, z nadzieją, że wyeliminuje patologie. Wydawało się to oczywiste, bo kto, jak nie Ministerstwo Środowiska, powinno dbać o środowisko. Tymczasem w projekcie, który trafił do Sejmu, zabrakło narzędzi, które mogłyby doprowadzić do zmiany i uzdrowić system. Z pewnością w parlamencie przedsiębiorcy będą przekonywać decydentów, że warto o środowisko dbać i walczyć z nieuczciwą praktyką. Ale czy to tak właśnie powinno się odbywać?

Zużyty sprzęt elektroniczny i elektryczny – jakie wyzwania przed nami

W 2013 roku na terytorium Polski wprowadzono łącznie ponad 486 tys. ton sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Osiągnęliśmy poziom zbierania sprzętu rzędu 171 tys. ton. Czyli Polska wypełniła obowiązki nałożone na nią przez UE, które mówią o konieczności osiągnięcia poziomu zbiórki 4 kg na mieszkańca na rok. Jednak zgodnie z przepisami Dyrektywy 2012/19/WE będziemy musieli zbierać i przetwarzać ok 11 kg ZSEE na mieszkańca już w 2021 roku. Termin ten został Polsce odroczony na 2 lata ze względu na brak odpowiedniej infrastruktury i niski poziom odzysku.

Aby podołać temu wyzwaniu powinniśmy tworzyć infrastrukturę już dziś, żeby móc wypełniać poziomy, które będą nas obowiązywać za kilka lat. Jeśli jednak system będzie opierał się na szarej strefie nie ma możliwości, żeby inwestycje ruszyły, ponieważ ryzyko po stronie przedsiębiorcy, że nie trafi do niego strumień odpadów, będzie zbyt wysokie.

Mając to na uwadze, rząd i parlament powinni w projekcie ustawy wprowadzić zapisy, które wyeliminują szarą strefę i stworzą warunki do skutecznego, efektywnego i przynoszącego realne korzyści dla środowiska systemu.

Jak uzdrowić system?

Według Konfederacji Lewiatan do ustawy powinny zostać wprowadzone kompleksowe mechanizmy:

• Zapewniające, że środki pozyskane przez organizacje odzysku ZSEE będą przeznaczane na finansowanie budowy systemu zbiórki i przetwarzania ZSEE. Obecne przepisy umożliwiają bowiem, w przypadku osiągnięcia przez organizację odzysku ZSEE dochodu, wypłatę dywidendy akcjonariuszom organizacji odzysku. Obecnie powszechnym procederem jest wypłacanie wysokich dywidend przez organizacje odzysku (a latach 2006-2013 organizacje odzysku wypłaciły w formie dywidend 70,3 mln PLN, z czego w latach 2009-2013 46,1 mln PLN ). Biorąc pod uwagę, że organizacje odzysku powstały na mocy ustawy, jako podmioty dedykowane, które w imieniu przedsiębiorców będą realizować obowiązek zbiórki i przetwarzania ZSEE, powinny być traktowane jako organizacje zaufania publicznego. Ich celem nie jest zarabianie pieniędzy, a profesjonalna i efektywna realizacja obowiązku nałożonego ustawą. Z tego samego powodu, zakład przetwarzania, będący właścicielem organizacji odzysku, nie może wykonywać i potwierdzać wykonanie obowiązków ustawowych dla własnej organizacji, bo w ten sposób eliminuje podstawową zasadę transparentności i ogranicza zasady wolnej konkurencji.

• wprowadzenie monitoringu on-line przepływu ZSEE poczynając od zbierającego zużyty sprzęt, a kończąc na prowadzącym recykling tego rodzaju odpadów jest absolutnie kluczowe dla skutecznego wyeliminowania bieżących nieprawidłowości.

• wzmocnią pozycję organów kontrolnych poprzez wyposażenie ich w skuteczne instrumenty nadzoru. Obecnie pomimo powszechnej wiedzy na temat występowania nieprawidłowości w systemie zagospodarowania ZSEE inspekcja nie ma instrumentów pozwalających na uchwycenie takich nieprawidłowości. Dla skutecznej kontroli należałoby wprowadzić możliwość przeprowadzania niezapowiedzianych kontroli oraz kontroli krzyżowych.

Posiedzenie Podkomisji Sejmowej do rozpatrzenia projektu ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym rozpocznie się dzisiaj o godzinie 18.00.

Konfederacja Lewiatan

 

Produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna

GUS podał dzisiaj dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Oba wskaźniki pozytywnie zaskoczyły ekonomistów. Wartość produkcji przemysłowej w marcu była o 8,8% wyższa niż rok temu. W analogicznym okresie odnotowaliśmy też wzrost sprzedaży detalicznej o 3%.

W przypadku produkcji przemysłowej odnotowaliśmy najsilniejszy wzrost od stycznia 2012 roku. Ekonomiści spodziewali się wzrostu produkcji o 7,2% rdr, po tym, jak w lutym wzrosła ona o 4,9%. Po wyłączeniu czynników o charakterze sezonowym produkcja przemysłowa wzrosła o 0,8% mdm i 6% rdr. Wzrost produkcji sprzedanej odnotowano w 30 spośród 34 działów przemysłu. Najmocniej wzrosły obroty producentów komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych (o 18,4% rdr), pojazdów, przyczep i naczep (o 16,9%) oraz mebli (o 14%).

– Marzec jest miesiącem sezonowego wzrostu produkcji przemysłowej, ale nawet po uwzględnieniu tego czynnika, tegoroczny wynik prezentuje się dość dobrze. Spora w tym zasługa górnictwa, gdzie po zakończeniu strajków na Górnym Śląsku produkcja ruszyła w górę i była o niemal jedną trzecią większa niż w lutym. Na przyspieszenie w przemyśle już od połowy 2014 roku wskazywał indeks PMI, który jednak od trzech miesięcy już nie rośnie. Z tego powodu w następnych miesiącach można oczekiwać stabilizacji dynamiki produkcji przemysłowej na obecnym, stosunkowo wysokim poziomie – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Bardzo dobre dane o sprzedaży detalicznej

Korzystnie prezentują się też dane o sprzedaży detalicznej, która w cenach bieżących wzrosła o 3% wobec spadku w lutym o 1,3%. Rynkowy konsensus zakładał w marcu wzrost o 1,5% rdr, więc możemy mówić o pozytywnej niespodziance. W stosunku do lutego sprzedaż wzrosła o 17,4%. Ze względu na utrzymującą się w Polsce już od 9 miesięcy deflację, warto zwrócić także uwagę na dane w cenach stałych. Tu widzimy wzrost sprzedaży w ujęciu rocznym o 6,6%, wobec wzrostu o 2,4% w lutym i o 3,3% rok temu. W porównaniu z lutym miał miejsce wzrost sprzedaży w cenach stałych aż o 17,1%. – Wzrost sprzedaży detalicznej liczony w cenach stałych (tj. bez uwzględnienia deflacji) wyniósł w marcu aż 6,6% rdr, co było najwyższym wynikiem od blisko roku. Taki rezultat może przełożyć się na pozytywne zaskoczenie po stronie konsumpcji w danych o PKB za pierwszy kwartał – dodaje Krzystof Kolany.

Ciąg dalszy pozytywnych informacji. Jak długo utrzyma się trend wzrostowy?

Dane o produkcji przemysłowej i detalicznej kontynuują wysyp pozytywnych informacji odnośnie do koniunktury w polskiej gospodarce.

– Koniunktura poprawia się, co widać również w płacach. Z marcowego odczytu, dotyczącego przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw wynika, że w porównaniu do zeszłego roku wzrosło ono o 4,9% i wyniosło 4214 zł brutto. To już ponad 3 tys. zł netto. Równocześnie zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw zwiększyło się do 5575 tys. osób – to o 60 tys. więcej niż przed rokiem. Dodając do tego spadek stopy bezrobocia śmiało można stwierdzić, że w gospodarce jest coraz lepiej i co najważniejsze – wskaźniki makro przekładają się na wzrost wynagrodzeń Polaków. Niebawem zostaną uruchomione środki UE dla Polski, a to rodzi nadzieję, że ten pozytywny trend utrzyma się co najmniej do końca 2015 roku – komentuje Łukasz PiechowiakKrzysztof Kolany, główny ekonomista Bankier.pl.

Trzy czwarte konsumentów na świecie uważa, że marki muszą brać odpowiedzialność za stan środowiska naturalnego

Niemal dwie trzecie respondentów ma poczucie się winy, gdy ich postępowanie jest nieekologiczne. Jednocześnie Ci sami respondenci twierdzą, że kupują wyłącznie produkty i usługi marek, które podzielają ich przekonania, wartości lub ideały.

Przy okazji 45. Światowego Dnia Ziemi, którego obchody będą miały miejsce w tym tygodniu, instytut GfK publikuje wyniki międzynarodowego badania ilustrującego, na ile wartości związane z ochroną środowiska naturalnego są istotne dla mieszkańców globu.
W ramach tego badania przeprowadzono 28 000 wywiadów w 23 krajach świata.  Ponad trzy czwarte respondentów (76 proc.) zgadza się, że firmy muszą w swojej działalności uwzględniać czynnik odpowiedzialności za środowisko naturalne. Niemal dwie trzecie respondentów (63 proc.) deklaruje, iż czuje się winne, gdy postąpi nieekologicznie oraz, równocześnie, że kupuje wyłącznie produkty i usługi firm, które podzielają ich przekonania, wartości, ideały.
Wyniki badania wskazują, iż powyższe poglądy występują w badanej populacji zdecydowanie częściej. Zaledwie 6 proc. respondentów uważa, że firmy nie muszą brać współodpowiedzialności za środowisko. Równocześnie jedynie 14 proc. nie ma poczucia winy z powodu swoich zachowań niezgodnych z ekologicznymi postulatami, a 11 proc. zadeklarowało, że kupuje nie tylko produkty i usługi marek deklarujących przestrzeganie wartości ważnych dla respondentów.
W czasach intensywnej rywalizacji o portfele konsumentów, każde działanie wychodzące naprzeciw oczekiwaniom konsumentów, pozwala markom wyróżnić się na tle konkurencji i budować ich lojalność. Konsumenci chcą mieć poczucie trafności swoich wyborów.

Jak duża odpowiedzialność firm za środowisko
Analiza wyników uwzględniająca płeć respondentów wskazuje, iż nie jest to wymiar, który różnicuje istotnie wyrażane poglądy. Nieco ponad trzy czwarte kobiet (78 proc.) i trzy czwarte mężczyzn (75 proc.) zgadza się ze stwierdzeniem, że firmy (marki) muszą uwzględniać w swoich wartościach odpowiedzialność za środowisko, a spośród nich trzech na dziesięciu respondentów (28 proc.), jest zdecydowanymi zwolennikami takiego podejścia (tu także płeć w niewielkim stopniu wpływa na poglądy – proporcja wśród nich wynosi 29 proc. kobiet do 26 proc. mężczyzn).
Podobnie jak płeć, tak i wiek nie jest cechą, która istotnie wpływa na poglądy w tych kwestiach. We wszystkich grupach wiekowych występuje wysoki odsetek respondentów, którzy utożsamiają się z powyższymi poglądami – 80 proc. w grupie 30-39 lat, 78 proc. w grupie 40-49 lat i 77 proc. w grupie 60+. Jedynie wśród najmłodszych (15-19 lat) odsetek zgadzających się z powyższym stwierdzeniem spada do 69%.
Wyniki analizy danych pod kątem kraju wskazują, iż najwyższy odsetek zwolenników opinii o koniecznej odpowiedzialności środowiskowej firm występuje w Indiach i Indonezji (odpowiednio 94 i 93 proc.). Nawet w krajach, w których o podobne deklaracje nieco trudniej (Japonia 58 proc.; Szwecja 62 proc.), to nawet tam widać, że zgadza się z nim nadal ponad połowa respondentów.
Kraje, w których występuje najwyższy odsetek respondentów zdecydowanie zgadzających się ze stwierdzeniem, że marki powinny być odpowiedzialne za środowisko to Brazylia (47 proc), Turcja (46 proc.) i Rosja (40 proc.).
GfK-Infographic-Companies-Environment_PL.jpg
Czy sami czujemy się winni
W przypadku pytania o osobistą odpowiedzialność za środowisko niemal dwie trzecie (63 proc.) wszystkich respondentów biorących udział w badaniu odpowiedziało, że czuje się winne robiąc coś niezgodnego z zasadami ekologii (zdecydowanie z tym stwierdzeniem zgadza się 17 proc. respondentów). Kobiety częściej (64 proc.) zgadzają się z podanym stwierdzeniem, z czego 18 proc. zgadza się z nim zdecydowanie. W przypadku mężczyzn wartości te wynoszą 61 proc. (zgadzający się), w tym 15 proc. (zdecydowanie zgadzający się). Analogicznie jak w przypadku opinii o postępowaniu firm, także i w ocenie własnego postępowania płeć i wiek nie różnicują poglądów. Podział ze względu na grupy wiekowe wskazuje na prawie równomierny rozkład opinii zawierający się w przedziale od 58 do 65 proc.
W podziale geograficznym Indie i Indonezja ponownie osiągnęły najwyższy poziom wskazań, tym razem w pytaniu o poczucie winy – odsetek respondentów w tych krajach, którzy zgadzają się z powyższym stwierdzeniem wynosi odpowiednio 85 i 83 proc. Z kolei na dole rankingu znajdują się Korea Pd. (41 proc.), Polska (38 proc.) i Szwecja (37 proc.).
GfK-Infographic-Environment-Guilt_PL.jpg
Chcemy marek podzielających nasze przekonania
Identyczny odsetek kobiet i mężczyzn (63 proc.) zgadza się ze stwierdzeniem, iż kupuje wyłącznie produkty i usługi pochodzące do firm podzielających ich przekonania, wartości i idee.
Z punktu widzenia wieku podział jest nieco bardziej zróżnicowany. Z powyższym stwierdzeniem zgadza się od około dwóch trzecich respondentów (68 proc.) w wieku 30-39 lat do 57 proc. respondentów najmłodszych lub najstarszych, w wieku 15-19 lub 60+.
W podziale geograficznym Indie i Indonezja ponownie znalazły się na pierwszym miejscu w rankingu.
GfK-Infographic-Buy-Values_PL.jpg

Wzrost zdolności kredytowej pozwala kupić dodatkowy pokój

0

105 tys. zł – prawie o tyle więcej na zakup mieszkania może dziś pożyczyć trzyosobowa rodzina dzięki zapoczątkowanym prawie trzy lata temu obniżkom stóp procentowych. Kwota ta wystarczy na zakup dodatkowego pokoju nawet w drogiej stolicy – wynika z danych, które zebrał Lion’s Bank.

Kwiecień przyniósł kolejny wzrost zdolności kredytowej statystycznej rodziny. Jest to efekt uwzględnienia przez banki marcowego cięcia stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Dane za kwiecień br. sugerują, że trzyosobowa rodzina z dochodem 5 tys. zł netto może pożyczyć 461,6 tys. zł (mediana) w formie 30-letniego kredytu. Założyliśmy, że kredytobiorcy zobowiązują się do korzystania z bankowego rachunku i karty kredytowej, a w niektórych bankach także kupują dodatkowe ubezpieczenie (o ile jest to niezbędne). Marcowy wynik jest o 44,8 tys. zł wyższy niż w analogicznym okresie przed rokiem, a także o aż o 104,6 tys. zł wyższy niż we wrześniu 2012 roku. Ta druga data jest o tyle ważna, że od września rynek zaczął dyskontować mające nadejść obniżki stóp procentowych, co przełożyło się na spadek oprocentowania i rosnące możliwości pożyczkowe.

Dodatkowy pokój dzięki decyzjom Rady

Po niemal trzech latach możliwości zakupowe modelowej rodziny zmieniły się diametralnie. Na przykład w Zielonej Górze za kwotę 104,6 tys. zł, o którą wzrosła przeciętna zdolność kredytowa, można kupić 35 metrów używanego lokalu, a więc modelowa rodzina mogłaby nie tylko kupić większe „M”, ale nawet dodatkową kawalerkę. Z drugiej strony nawet w Warszawie, gdzie ceny mieszkań są wysokie, wzrost zdolności kredytowej odpowiada przeciętnej cenie prawie 15 m kw. używanego lokum. Modelowa rodzina trzy lata temu mogłaby więc kupić z wykorzystaniem kredytu mieszkanie o jeden pokój mniejsze niż dziś.

Zmiana możliwości nabywczych modelowej rodziny

Lokalizacja

Przeciętna cena transakcyjna

(w zł za m kw. mieszkania używanego)

Powierzchnia możliwa do nabycia za 104,6 tys. zł (w m kw.)

Warszawa

7 058

14,8

Kraków

5 834

17,9

Wrocław

5 194

20,1

Gdańsk

5 014

20,9

Poznań

4 979

21,0

Gdynia

4 604

22,7

Rzeszów

4 582

22,8

Lublin

4 444

23,5

Opole

4 017

26,0

Olsztyn

4 012

26,1

Szczecin

3 937

26,6

Kielce

3 703

28,2

Białystok

3 702

28,3

Łódź

3 490

30,0

Bydgoszcz

3 450

30,3

Katowice

3 348

31,2

Zielona Góra

2 990

35,0

Opracowanie Lion’s Bank na podstawie danych NBP za IV kw. ‘14

 

W rok rata spadła o 165 zł

Bliska rekordowej zdolność kredytowa jest oczywiście pokłosiem spadającego oprocentowania długu. Obecnie chcąc zaciągnąć kredyt na 300 tys. zł i 30 lat, trzeba się liczyć z ratą miesięczną na poziomie 1335 zł (przy założeniu marży na poziomie 1,78%). Rok temu rata kredytu o identycznej wartości wynosiła 1500 zł, czyli była o 165 zł wyższa, i to pomimo faktu, że rok temu marże kredytowe były niższe niż dziś.

Ale Uwaga! Trzeba pamiętać, że zadłużając się dziś – przy niskim poziomie stóp procentowych – można co prawda pożyczyć więcej, ale gdy stopy zaczną rosnąć wyższa będzie też comiesięczna rata. Dziś za każde pożyczone na 30 lat 100 tys. zł trzeba do banku oddawać co miesiąc 445 zł. Gdyby stopy procentowe wzrosły do poziomu sprzed obniżek (podstawowa stopa była na poziomie 4,75%, a nie 1,5% jak dziś), rata w przeliczeniu na każde pożyczone 100 tys. zł wzrosłaby do poziomu 639 zł miesięcznie.

Przeciętna marża kredytowa

Możliwości pożyczkowe modelowej rodziny rosną od czwartego kwartału 2012 r. Wtedy to już bowiem rynek zaczął dyskontować oczekiwany początek cyklu obniżek stóp procentowych. Na początku września 2012 r. przykładowa rodzina mogła pożyczyć na mieszkanie 357 tys. zł, a dziś już 461,6 tys. zł, czyli o 104,6 tys. zł więcej. W dużej mierze wynika to z faktu, że w trzecim kwartale 2012 r. podstawowa stopa procentowa była na poziomie 4,75%, a dziś jedynie 1,5%.

Inaczej niż stopy procentowe zachowują się marże w bankach komercyjnych. Przeważnie banki podnoszą swoje marże wtedy, gdy koszt pieniądza jest relatywnie niski, a obniżają je, gdy RPP zacieśnia politykę pieniężną. Obecnie mamy do czynienia z pierwszym z tych scenariuszy. Z danych zebranych przez Tax Care wynika bowiem, że średnia marża kredytów hipotecznych wzrosła z poziomu 1,47% we wrześniu 2012 r. do 1,78% obecnie, a więc o 0,31 pkt proc. W trakcie ostatnich 12 miesięcy podwyżka wyniosła 0,11 pkt. proc. Jak widać, wzrost marż jest znacznie mniejszy niż spadek stóp procentowych.

2015_04_16_wykres_1

600 tysięcy na mieszkanie za 5 tysięcy dochodu

Trzeba oczywiście pamiętać, że oferty banków są bardzo zróżnicowane. Doskonałym tego przykładem jest chociażby kwota kredytu, na którą mogłaby liczyć modelowa rodzina w poszczególnych bankach. Zakładamy, że trzyosobowa rodzina o dochodzie 5 tys. zł netto mieszka w mieście mającym 150 tys. mieszkańców, nie ma żadnych kredytów i posiada samochód. Rodzina chce kupić mieszkanie o pow. 70 m kw. i w tym celu zadłużyć się na 30 lat w równych ratach z możliwie niskim wkładem własnym.

Efekt? Sześć banków jest skłonnych pożyczyć takim kredytobiorcom ponad pół miliona złotych, a więc ponad 100 razy więcej niż wynoszą miesięczne dochody kredytobiorcy. Są to Raiffeisen Polbank, Alior Bank, Pekao Bank S.A., BNP Paribas Bank, Eurobank i PKO BP. Pierwsza z instytucji skłonna jest nawet pożyczyć hipotetycznym kredytobiorcom ponad 600 tysięcy złotych. Na drugim biegunie są Deutsche Bank Polska, mBank i ING Bank Śląski. Według ich deklaracji modelowa rodzina mogłaby liczyć na kredyt w kwocie od 350 do niespełna 400 tys. zł.

Zdolność kredytowa 3-os. rodziny z dochodem 5 tys. zł netto

Bank

Maksymalna kwota kredytu (3-os. rodzina)

Alior Bank

558 130 zł

Bank BGŻ

435 708 zł

Bank BPH*

459 900 zł

Bank Millennium

485 990 zł

Bank Pekao S.A.

552 674 zł

Bank Pocztowy

414 546 zł

Bank Zachodni WBK

455 199 zł

BNP Paribas Bank

521 604 zł

BOŚ Bank

434 000 zł

Citi Handlowy

481 000 zł

Credit Agricole

439 629 zł

Deutsche Bank Polska

350 000 zł

Eurobank

515 395 zł

Getin Noble Bank

463 342 zł

ING Bank Śląski**

399 258 zł

mBank

389 601 zł

PKO BP

515 395 zł

Raiffeisen Polbank

605 000 zł

Źródło: ankiety wysłane do banków na początku kwietnia 2015 r.
Założenia: 3-osobowa rodzina o dochodzie 5000 zł netto mieszka w mieście o liczbie mieszkańców 150 tys., nie ma żadnych kredytów i posiada samochód. Rodzina chce kupić mieszkanie o pow. 70 m kw. i w tym celu zadłużyć się na 30 lat w ratach równych z możliwie niskim wkładem własnym.
* kwota kredytu zawierająca kredytowane koszty (opłaty i prowizje)
** oferta „Niższa marża” z dodatkowym ubezpieczeniem – pakiet życie

 

Przestrzeń do obniżek się wyczerpała, a o podwyżek daleko

Prognozy na najbliższe miesiące sugerują, że raty o ile jeszcze spadną, to już nieznacznie. Tak przynajmniej wynika z aktualnych notowań kontraktów terminowych na stopę procentową. Wynika z nich, że WIBOR 3M może spaść do poziomu 1,55% w perspektywie 2-3 kwartałów. Kolejne miesiące mogą za to przynieść podwyżki WIBOR-u. W dłuższym horyzoncie czasowym (21-miesięcznym) kontrakty na WIBOR 3M notowane są na poziomie 1,72%, a więc wyżej niż dzisiejszy poziom WIBORu (1,65%). Liczby te są o tyle ważne, że składnikiem oprocentowania kredytu mieszkaniowego w Polsce bardzo często jest właśnie WIBOR 3M. W efekcie gdy jest on niższy, raty maleją i odwrotnie.

Powyższe liczby świadczą o wierze graczy rynkowych w utrzymaniu stóp procentowych w 2015, a nawet w 2016 roku na niezmienionym poziomie. Świadczą one także o przewidywanej podwyżce stóp najwcześniej na przełomie 2016/17 – tak przynajmniej rynek wycenia dziś najbardziej prawdopodobny scenariusz.

2015_04_16_wykres_2

Bartosz Turek, Lion’s Bank

Anna Olesiejuk, Tax Care

Jak pomóc sobie w biznesie i pozyskać klientów?

1

Start własnego biznesu zawsze stanowi duże wyzwanie. Dobry pomysł to oczywiście podstawa, ale może nie wystarczyć, aby zagwarantować sukces. Potrzebny jest też przemyślany biznesplan, który pozwoli wprowadzić zamysł w życie, a przede wszystkim pomoże w szybkim pozyskaniu klientów i ich zaufania. Nie inaczej wyglądają początki w branży usług sprzątających. Istnieją jednak rozwiązania, które mogą pomóc skutecznie rozwinąć swój biznes.  

Na rynku usług sprzątających działa wiele firm, zarówno tych większych, jak i jednoosobowych. Obserwuje się też wciąż rosnący popyt na ich usługi, zarówno ze strony klienta biznesowego, jak i osób indywidualnych. Firmy sprzątające rywalizują ze sobą ceną, sposobem rozliczeń, zakresem oferowanych usług, jednak na tak konkurencyjnym rynku najważniejsza jest jakość. Klienci poszukują sprawdzonych rozwiązań, takich które docenili i z których są zadowoleni inni. Najlepszą promocją okazuje się poczta pantoflowa i system rekomendacji od dotychczasowych klientów. Wydawać by się mogło, że nowe podmioty stoją na straconej pozycji, ponieważ potrzebują co najmniej kilku tygodni, żeby zebrać grono stałych klientów, którzy będą polecać ich usługi innym. Na rynku pojawiają się jednak możliwości, które mogą znacznie ułatwić start. Rozwiązaniem może być nawiązanie współpracy z firmą, która mając doświadczenie na rynku będzie pełnić rolę pośrednika i pomoże w zdobyciu klientów.

W sieci działają platformy internetowe, które pośredniczą pomiędzy pracownikami firm sprzątających, a potencjalnymi klientami. Decydując się na skorzystanie z ich pomocy warto przeanalizować, które rozwiązanie będzie najkorzystniejsze. Najlepiej jest wybrać serwis, który oferuje coś więcej niż tylko tablicę ogłoszeń, na której można przedstawić swoje usługi. Niektóre z nich oferują usługi osób z doświadczeniem w branży. Przykładem może być Pozamiatane.pl, który dużą wagę przywiązuje do rekrutacji sprzątaczy. Współpracują z nim tylko doświadczone osoby, które posiadają udokumentowane referencje. Każda z nich jest weryfikowana, sprawdzana jest też jakość jej pracy. Dzięki temu klienci zyskują pewność, że zamawiają usługę specjalisty, a nie przypadkowej osoby, która zamieściła swoje ogłoszenie w Internecie. Na zbudowanym zaufaniu korzystają wszystkie działające w ramach serwisu osoby oraz klienci.

Początkujące firmy często nie mogą pozwolić sobie na rozbudowane działania reklamowe. Oczywiście w sieci można zamieścić bezpłatne ogłoszenie, jednak z pewnością zginie ono w gąszczu innych i co ważniejsze, bez poparcia opiniami klientów nie przyciągnie uwagi. Z kolei ogłoszenia w prasie czy druk i dystrybucja ulotek wymagają już nakładów finansowych. Współpraca z wyspecjalizowanym serwisem internetowym sprawia, że firmy nie muszą się o to martwić, ponieważ to jego właściciele promują usługi swoich sprzątaczy. Serwis zajmuje się dotarciem do potencjalnego klienta i przekonaniem go do oferowanych usług. Sprzątaczom przekazywane są już konkretne zlecenia. Ponadto zyskują oni możliwość działania pod szyldem rozpoznawalnej już marki.

Słysząc o takiej możliwości współpracy wiele osób może obawiać się utraty samodzielności, którą miała dać własna działalność. Jeśli jednak partnera wybierze się odpowiednio, zyska się dostęp do nowych zleceń, jednocześnie nie musząc rezygnować z planowanych działań, swoich stałych klientów czy poszukiwania nowych we własnym zakresie. Sprzątacze pracują na własny rachunek i sami określają, które zlecenie chcą przyjąć, dowolnie ustalając swój grafik.

Oferta serwisów internetowych to znaczne wsparcie dla początkujących przedsiębiorców. Dzięki nim mogą oni rozwijać swój biznes. Z kolei dla tych, którzy chcieliby zacząć działać na własną rękę, mogą być inspiracją do założenia działalności.

 

Autorem komentarza jest Jakub Łączkowski, Prezes Zarządu Pozamiatane.pl

Link4 chce podwoić swoją wartość i osiągnąć 1 mld zł składek do 2020 r. Będzie rozwijać m.in. sprzedaż bezpośrednią ubezpieczeń

CEO Magazyn Polska

Towarzystwo ubezpieczeniowe Link4 w ciągu najbliższych pięciu lat chce podwoić swoją wartość i dostarczyć nowemu właścicielowi około miliarda złotych w formie składek. Mają w tym pomóc systemy telematyczne oraz propagowany przez zarząd model sprzedaży bezpośredniej, który w Polsce zwolenników zyskuje powoli.

– Nowe produkty wykorzystujące telematykę [połączenie telekomunikacji i informatyki, pomocne głównie w lokalizowaniu przedmiotów i osób oraz mierzeniu parametrów ryzyka kierowcy – red.] będą dostępne dla naszych klientów korporacyjnych i flotowych w ciągu najbliższych kilku miesięcy – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Roger Hodgkiss, prezes zarządu firmy ubezpieczeniowej Link4. – Wtedy też powinny trafić do naszej oferty rozwiązania telematyczne dla klientów indywidualnych.

Rozwiązania telematyczne w ubezpieczeniach mogą być wykorzystywane zarówno do lokalizowania pojazdów przy ubezpieczeniach komunikacyjnych, lokalizowania przedmiotów i osób przy ubezpieczeniach życiowych i majątkowych, jak i określania parametrów ryzyka w stylu jazdy kierowcy, co może obniżyć koszt polisy.

Link4 od września należy do PZU, o zamiarze zawarcia transakcji poinformowano przed rokiem. Była ona elementem budowy dominującej pozycji korporacji na rynkach Europy Środkowej i Wschodniej. Razem z Link4 PZU nabyło także udziały w kilku innych, prowadzących działalność głównie w krajach bałtyckich, przedsiębiorstwach. Całość kosztowała ok. 350 mln euro (za samo Link4 PZU zapłaciło niemal 92 mln euro).

Teraz, gdy naszym udziałowcem jest PZU, pojawiły się kapitał na rozwój, mamy więc bardzo ambitne plany – zapowiada Roger Hodgkiss. – Chcemy podwoić wartość naszej firmy w ciągu następnych 4-5 lat i dostarczać około miliarda złotych składek w takiej samej perspektywie czasowej.

Jeszcze gdy właścicielem Link4 było brytyjskie towarzystwo ubezpieczeniowe RSA Insurance Group, firma wprowadziła do swojej oferty innowacyjną na krajowym rynku ofertę polis sprzedawanych w modelu bezpośrednim (z pominięciem agentów i brokerów). Jednak rozwiązanie to, choć tańsze w swojej konstrukcji (pośrednik też musi zarobić), przyjmuje się nad Wisłą z oporami.

Wciąż jestem rozczarowany i sfrustrowany tym, że w Polsce kanał bezpośredni nie jest większy niż jest, jego udział to tylko około 10 proc. – wskazuje Hodgkiss. – Na innych rozwiniętych lub rozwijających się rynkach stanowi on znacznie większą część handlu. Nie mogę się doczekać, kiedy kanał bezpośredni będzie także w Polsce lepiej rozwinięty. Ale sądzę, że nastąpi to w ciągu najbliższych pięciu do dziesięciu lat.

Według branżowego pisma „Network Magazyn” obroty tylko 33 największych korporacji oferujących usługi i produkty w modelu sprzedaży bezpośredniej w 2013 roku wyniosły 2,1 mld zł (cały handel detaliczny w Polsce generuje przychody rzędu biliona zł). Po sporym wzroście na początku obecnej dekady przychody przedsiębiorstw od czterech lat utrzymują się na mniej więcej podobnym poziomie.

Byliśmy pierwsi w takim modelu sprzedaży ubezpieczeń, jesteśmy liderem i chcemy utrzymać pozycję, tak aby w chwili, kiedy rynek się przesunie, móc wygenerować dużo wolumenów z tego właśnie kanału – tłumaczy prezes Hodgkiss. – Na razie konsumenci w Polsce wciąż czują się o wiele bardziej komfortowo, gdy kupują ubezpieczenie od agenta albo kogoś, z kim mogą wejść w relację. Model bezpośredni chce to zakwestionować, zapewnić, że tak naprawdę jest dla nich o wiele korzystniejszy. Myślę, że wystarczy poczekać.

Zdaniem Rogera Hodgkissa po nabyciu przez PZU udziałów RSA Insurance Group w Link4 obecnie na krajowym rynku ubezpieczeń nie ma miejsca na dalsze konsolidacje.

Myślę, że jest mnóstwo inwestorów, którzy chcieliby wejść na polski rynek, ponieważ widzą  tu jeszcze świetne możliwości – przekonuje Hodgkiss. – Nie sądzę jednak, by obecnie były realne możliwości dalszych konsolidacji, ponieważ wszyscy gracze, którzy aktualnie są na rynku, chcą na nim pozostać.

Social Media i wybrane kanały społecznościowe

Social media marketing: jest to (pl. marketing w mediach społecznościowych) – zjawisko polegające na zdobywaniu uwagi oraz generowaniu ruchu internetowego przy pomocy serwisów społecznościowych. Do promocji marki wykorzystuje się takie portale społecznościowe jak Facebook, Twitter, LinkedIn, Yelp, Youtube czy blogi. Media społecznościowe w ostatnim czasie odgrywają coraz większą rolę w działaniach marketingowych wielu firm, ze względu na fakt, że są łatwo dostępne dla wszystkich, którzy mają dostęp do internetu. Social media marketing umożliwia bezpośredni dostęp do pożądanej grupy docelowej, a dodatkowo obniża koszty działań marketingowych.

SPOSOBY DZIAŁANIA SOCIAL MEDIA
Social Media Marketing wykorzystuje zaangażowanie klienta na portalach społecznościowych, wobec marki lub produktu. Głównym celem działań z zakresu Social media marketing nie jest efekt sprzedażowy, ale budowanie wizerunku marki. Materiały do kampanii marketingowych tworzy się, nie tylko po to by zdobyć uwagę klienta, lecz przede wszystkim w celu zachęcenia go do dzielenia się nimi ze swoimi znajomymi. Skutkuje to zwiększeniem wiarygodności przekazywanej treści, gdyż pochodzi ona z zaufanego źródła…

NARZĘDZIA SOCIAL MARKETERA
Wśród środków, które wykorzystuje się do komunikacji, możemy wymienić strony fanowskie (tzw. fanpage), marketing wirusowy, gry, blogi, filmy wideo.

FACEBOOK
Głównym działanie z zakresu social marketing na Facebooku, jest stworzenie i zarządzanie fanpagem marki lub firmy. W ramach aktywności, na profilu zamieszcza się zdjęcia, filmy, lub wiadomości tekstowe. Działania mają na celu aktywizację fanów firmy, co przekłada się na tworzenie pozytywnego wizerunku marki. Istnieje możliwość tworzenia specjalnych aplikacji, które pozwalają na rywalizację między fanami, co przekłada się na większe zaangażowanie. Jest to działanie z pogranicza E-PR, które to powinny być prowadzone równolegle do działań marketingowych. Do obserwacji Facebooka wykorzystuje się specjalne narzędzia które pozwalają w czasie rzeczywistym monitorować, wybrane przez nas frazy. Liczbę użytkowników Facebooka na koniec roku 2012 szacuje się na 1 mld.

TWITTER
Pozwala firmom na bezpośredni kontakt z fanami. Przy tworzeniu informacji mamy do wykorzystania 140 znaków, co wymusza tworzenie krótki dynamicznych informacji, które mają szansę na ściągnięcie uwagi użytkowników. Wykorzystuje się go również do wstawiania odnośników do innych portali, na których zamieszcza się pozostała część przekazu marketingowego. Twitter pod koniec roku 2012 osiągnął 200 mln użytkowników.

PINTEREST
Jest to serwis społecznościowy bazujący, na zdjęciach umieszczanych przez użytkowników, którzy mają możliwość dzielenia się z innymi. Fotografie można grupować w kategoriach zainteresowań. Działania marketingowe na tym serwisie wymuszają przygotowanie treść wizualnych, które mają szansę na przyciągnięcie uwagi użytkowników.

BLOGI
Działalność na blogach, można prowadzić w dwojaki sposób. Pierwszym jest stworzenie swojego bloga markowego, na którym opisuje się działania dotyczące marki, wstawia zdjęcia oraz filmy. Pozwalają na zamieszczanie dłuższych opisów produktów oraz zamieszczanie artykułów specjalistycznych. Drugim sposobem na wykorzystanie blogów, jest współdziałanie z blogerami, przy pomocy których organizuje się konkursy dla członków społeczności skupionych wokół ich stron internetowych. Innym typem działania jest wysyłanie swoich produktów do przetestowania i opisania, przy tego typu działaniach trzeba zwrócić uwagę że nie wszystkie opinie muszą być pozytywne.

YOUTUBE
Strategia prowadzenia działań na YouTubie, skupia się na tworzeniu filmów reklamowych oraz wirusowych. Mają one za zadanie przyciągnięcie widzów, przy czym muszą być ciekawe i interesujące dla użytkownika, ponieważ ma on kontrolę nad tym co ogląda. Filmy wirusowe na pierwszym miejscu stawiają na rozbawieniu lub zaciekawieniu użytkownika, dopiero później na promocji marki lub produktu. Są one zazwyczaj dłuższe niż reklamy telewizyjne z racji braku ograniczenia czasowego, a wszystkie koszty ograniczają się do budżetu na stworzenie filmu.

PORÓWNANIE Z TRADYCYJNYMI KAMPANIAMI
Porównując do tradycyjnych kampanii reklamowych w Internecie, starają się nie wykorzystać tradycyjnych, środków takich jakich, banery, mailing, reklama kontekstowa, ponieważ są one mało efektywne w tego typu działaniach. Prowadzenie tego typu działań nie jest jednak pozbawione ryzyka, ze strony użytkowników. Przy prowadzeniu tego typu działalności, dochodzi do interakcji z użytkownikami, dzięki czemu tworzy się bliższe relacje z użytkownikami. Dzięki wykorzystaniu narzędzi analitycznych istnieje możliwość obserwowania w czasie rzeczywistym skutków działań reklamowych oraz szybkiego reagowania na pojawiające się zagrożenia. Część działania skupia się nie na, sprzedaniu produktu, a przyciągnięcie fanów, który w pozytywny sposób będę reagować na działania marketingowe.

ROZRÓŻNIENIE MEDIÓW SPOŁECZNOŚCIOWYCH OD MEDIÓW PRZEMYSŁOWYCH
Przedsiębiorstwa mogą zwracać się ku mediom społecznościowym jako mediom stworzonym przez konsumenta. We wszystkich definicjach mediów społecznościowych powszechnie pojawiającym się wątkiem jest zmieszanie technologii z interakcją społeczną dla współtworzenia wartości przedsiębiorstwa.
Ludzie zdobywają informacje, edukację, wiadomości oraz inne dane z mediów elektronicznych, jak i drukowanych. Media społecznościowe są dalekie przemysłowym oraz tradycyjnym mediom, takim jak gazety, czasopisma, telewizja czy film. Są stosunkowo niedrogie i łatwo dostępne dla każdego, kto chce uzyskać lub opublikować informację w porównaniu z mediami przemysłowymi, które w ogólnym rozrachunku wymagają znaczących środków na opublikowanie informacji.

Jedną z najbardziej charakterystycznych cech zarówno dla mediów społecznościowych, jak i przemysłowych jest zdolność docierania do małej i dużej liczby odbiorców. Na przykład zarówno blog, jak i telewizja mogą zarówno nie dotrzeć do nikogo, jak i dotrzeć do milionowej publiczności. Niektóre z właściwości, które opisują różnice pomiędzy mediami przemysłowymi a społecznościowymi są:

• Zasięg – technologie zarówno przemysłowych, jak i społecznościowych mediów zapewniają łatwo skalowalną zdolność docierania do globalnej grupy osób. Jednak media przemysłowe używają scentralizowanego schematu odpowiedniego dla organizacji, produkcji i szerzenia, podczas gdy social media są (co wynika bezpośrednio z ich natury), bardziej zdecentralizowane, mniej hierarchiczne oraz zróżnicowane przez różnorakie aspekty produkcji i użytkowania.
• Dostępność – środki oraz zasoby produkcyjne w mediach przemysłowych w całości należą do przedsiębiorstwa, którego są własnością lub do rządu. Zupełnie odwrotnie, niż w mediach społecznościowych, gdzie wszystkie narzędzia są publicznie i powszechnie dostępne niewielkim lub wręcz żadnym kosztem.
• Użyteczność
• Natychmiastowość
• Trwałość

WPŁYWANIE POPRZEZ MEDIA SPOŁECZNOŚCIOWE NA LUDZKOŚĆ
Rządy najsilniejszych państw wykorzystują media społecznościowe np. Facebook do prowadzenia polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej oraz do analizowania postaw od pojedynczego człowieka do społeczności również wielkich . Służby specjalne zadaniowane przez władzę wykonawczą, poprzez owe media mają potencjał i go używają do dezinformowania narodów własnych państw, jak i obcych państw, a także kreują postawy społeczne zgodne ze swoimi celami politycznymi.

Służby specjalne używają do tych celów komputerów o skomplikowanych systemach informatycznych, o bardzo dużych mocach obliczeniowych, przy zastosowaniu, sztucznej inteligencji i specjalizowanych algorytmów. Systemy te łączą pojedynczych użytkowników w zasoby ludzkie połączone ze sobą rozmaitymi relacjami, więziami społecznymi. Badane i wykorzystywane są relacje, zależności zarówno towarzyskie, finansowe, zainteresowań, upodobań, zamieszkania, narodowości, wyznania i mnóstwo innych cech. Instrumenty informatyczne mające MS jako bazę danych analizują również cechy psycho-fizyczne ludności.
Podobne wykorzystanie ww. mediów w celach sprzedażowych prowadzą przedsiębiorstwa. Media społecznościowe są również szeroko wykorzystywane w działaniach Public Relations.

 

Milena Gocejna
Agencja PR Future Advert

Samorządowcy stawiają na seniorów

Mają swoje lata, więc i doświadczenie – nic dziwnego, że wiele samorządów zaczyna powoływać rady seniorów i wsłuchiwać się w ich doradczy głos. Na pełniejsze włączenie najstarszych mieszkańców w procesy decyzyjne pozwoliła ubiegłoroczna nowelizacja Ustawy o samorządzie gminnym.

Już ponad 60 samorządów powołało rady seniorów, które działają jako ciała konsultacyjno-doradcze. „Jest to doskonała inicjatywa – aktywizuje osoby starsze, których nieustannie przybywa. Dzięki takim radom władze dostrzegają i lepiej rozumieją potrzeby seniorów, a następnie mogą je zaspokajać w ramach swojej polityki” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Brzeska-Miksa z Funduszu Hipotecznego Familia.

Bycie członkiem rady seniorów daje osobom starszym poczucie ważności i przekonanie, że mogą robić coś dla społeczności lokalnej. „Bardzo często potrzeby osób starszych są potrzebami całego społeczeństwa. Doskonałym przykładem jest przestrzeń społeczna. Seniorzy zwracają uwagę na konieczność budowania podjazdów, chodników, wytyczania przejść dla pieszych. Te zmiany są niezbędne również dla rodzin z dziećmi” – zaznacza ekspertka.

Rady seniorów są powoływane przez rady gmin z ich własnej inicjatywy albo na wniosek osób zainteresowanych. Zakładane są głównie w miastach. W tych większych jest możliwość tworzenia rad dzielnicowych. Powstają one już np. w Warszawie.

Uważaj, kiedy szukasz mieszkania przez internet

Obecnie ok. 90% ogłoszeń dotyczących kupna lub wynajmu nieruchomości znajduje się w sieci. Oprócz uczciwych znajdziemy tam również te napisane przez oszustów. Jak nie dać się im przechytrzyć?

Znalazłeś korzystną ofertę? Zbadaj ją pod każdym względem. Spotkaj się z właścicielem mieszkania, ustal, czy faktycznie jest on osobą, za którą się podaje, i koniecznie obejrzyj lokal osobiście. Nie bój się zadawać różnych pytań. Jeśli oferent udziela wymijających odpowiedzi, to sygnał, że może próbować cię oszukać.

W ogłoszeniu została podana znacznie zaniżona cena? Prawdopodobnie jest ono nieprawdziwe. „Są okazje, ale bardzo rzadko i trzeba mieć trochę szczęścia. Zdarza się np., że ludzie wyjeżdżają i poszukują osoby zaufanej, która nie zdewastuje mieszkania. Wolą wtedy wynająć je taniej, ale na dłużej” – mówi serwisowi infoWire.pl Jarosław Mikołaj Skoczeń z Emmerson Realty.

Bardzo ważną kwestią jest podpisanie umowy. Zadbaj, żeby została ona sporządzona zgodnie z prawem. Pozwoli to uniknąć w przyszłości wielu ewentualnych problemów. Przed złożeniem podpisu przeczytaj oczywiście dokładnie treść porozumienia. Sprawdź, czy zgadza się ona z tym, o czym była mowa w ogłoszeniu internetowym. I pamiętaj: przed podpisaniem umowy nie płać żadnych prowizji ani kosztów wstępnych.

Sprzedaż detaliczna: nie tylko efekt świąt

O 3 proc. (w cenach bieżących) wzrosła w marcu sprzedaż detaliczna w porównaniu do tego samego miesiąca ubiegłego roku, a w cenach stałych o 6,6 proc. – podał GUS.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Od maja 2014 r. wzrost sprzedaży detalicznej (w cenach bieżących) nie przekroczył 3 proc. r/r, a w cenach stałych od kwietnia 2014 r. nie przekroczył 6 proc. Dlatego marcowe dane są dobrym prognostykiem. Nawet uwzględniając fakt, że część wzrostu do efekt zakupów na święta Wielkanocne, które w tym roku wypadły na początku kwietnia.

Największą dynamikę wzrostu ,w cenach bieżących, wykazała sprzedaż żywności. Świetnie radziły sobie niewyspecjalizowane sklepy, czyli hiper i supermarkety. Gospodarstwa domowe robiły przedświąteczne zakupy już w marcu. Zapewne cześć tego popytu przełoży się pozytywnie również na wyniki sprzedaży detalicznej w kwietniu.
Mocno przyspieszyła, po dość słabym wzroście od początku 2014 roku (z wyjątkiem sierpnia) sprzedaż mebli, rtv i agd. Marcowy wzrost o 9,3 proc. w cenach bieżących i 10 proc. w cenach stałych sugeruje, że Polacy zaczynają chętniej niż dotychczas wydawać pieniądze i to wcale nie dlatego, że ceny spadają.

Ciągle wysoką dynamikę sprzedaży wykazują branża tekstylna, odzieżowa i obuwnicza. Ale jest to okupione silnymi obniżkami cen, co już przekłada się na kondycję niektórych firm. Spadek sprzedaży samochodów wyhamował (nieznacznie zmniejszyła się baza). Może jeszcze nie w kwietniu, ale już w maju powinniśmy zobaczyć silniejsze wzrosty sprzedaży samochodów.

Jeśli marzec pokazał wzrost skłonności do konsumpcji gospodarstw domowych, a nie jedynie świąteczną aktywność, to spożycie indywidulane w tym roku będzie mocno wspierało wzrost PKB.

Konfederacja Lewiatan

XIII edycja Konkursu Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy

1

Wybór najlepszych urzędów oraz tworzenie przyjaznej atmosfery między administracją podatkową a przedsiębiorcami – to główne założenia konkursu Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy. Już po raz 13. konkurs organizują  Ministerstwo Finansów oraz Business Centre Club.

W ramach konkursu urzędy skarbowe w całym kraju będą oceniane na podstawie punktów przyznanych przez przedsiębiorców w ankiecie konkursowej. Oceniane będą m.in.: jakość obsługi podatnika, łatwość komunikacji oraz kompetencje pracowników. Urzędy wyłonione w konkursie zostaną wyróżnione podczas uroczystej gali w siedzibie BCC oraz otrzymają prawo posługiwania się przez rok tytułem „Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy”. Wyróżnienie jest wyrazem uznania przedsiębiorców dla jakości pracy urzędów oraz umiejętności i kompetencji pracowników administracji podatkowej.

L. Fogelman (Greenberg Traurig): Konsolidacja polskich banków wśród już działających na rynku graczy. Wartość przejmowanych podmiotów pójdzie w górę

CEO Magazyn Polska

Mimo że konsolidacja sektora bankowego w Polsce trwa od kilkunastu lat, polskie banki czekają jeszcze zmiany własnościowe. Jest ich wciąż za dużo, a rozrobienie sektora i trudne warunki zewnętrzne nie służą zyskom. Nie oznacza to jednak, że na polskim rynku pojawi się nowy duży inwestor. W ocenie Lejba Fogelmana, starszego partnera Greenberg Traurig, działające w Polsce banki podzielą rynek między siebie.

Pod koniec 2014 roku działało w Polsce 66 banków komercyjnych. To o 3 mniej niż rok wcześniej i 4 mniej niż na koniec 2012 roku. Zmiana liczby banków jak podaje GUS była wynikiem procesów konsolidacyjnych w sektorze. Takich zmian czeka rynek jeszcze sporo.

– Trwa bardzo ostra walka o udział w rynku i prawdopodobnie ta walka dalej będzie się toczyła mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Lejb Fogelman, starszy partner Greenberg Traurig. – Myślę, że nie będzie nowych inwestorów, którzy przyszliby z zagranicy, ponieważ już właściwie nie ma co kupować. A w boju o udział w rynku działający tutaj inwestorzy mają przewagę, ponieważ im akwizycje dadzą poważne synergie, które pozwolą im na zaoferowanie lepszej ceny.

Jak wyjaśnia, dla nowych graczy polski rynek bankowy wydaje się już zbyt drogi: by tu zaistnieć musieliby sporo wydać, a potem konkurować o klienta z tymi, których pozycja jest bardzo silna. Poza tym, by nawiązać walkę z liderami rynku, trzeba kupić albo jednego z nich, albo kilka mniejszych banków, by zdobyć odpowiednio znaczący udział w rynku.

– Nie ma już dużych banków, które mogłyby zapewnić nowemu inwestorowi, temu, który jeszcze na tym rynku nie istnieje, taki udział, który pozwalałby mu na dobre konkurowanie z istniejącymi już tutaj inwestorami, którzy mają znaczący udział – ocenia Lejb Fogelman. Mnie się wydaje, że nie będzie już nowych, znaczących inwestorów oprócz jakichś drobnych wyjątków. Jeżeli będzie konsolidacja, to ona według mnie będzie wśród już istniejących graczy na tym rynku.

To, że na polskim rynku nie pojawią się nowi bankowi inwestorzy, nie oznacza jednak, że będzie tanio. Przy potencjalnych przejęciach cena zawsze rośnie i akcjonariusze notowanego na giełdzie kandydata do przejęcia mogą tylko zyskać. Łączenie banków powinno też opłacić się ich klientom. Większe instytucje mogą zaoferować korzystniejsze warunki korzystania ze swych usług. Muszą zaś to robić, by poprawiać swą pozycję na rynku.

Więksi gracze na rynku mają ekonomię skali, mogą obniżać koszty – przypomina Lejb Fogelman z Greenberg Traurig. Wydaje mi się, że to gdzieś w ostatecznym rozrachunku powinno się przełożyć na korzyści dla konsumentów. Czy tak będzie, nie wiem, ale w pewnym sensie w tej konsolidacji rynku i walce o udział w rynku chodzi właśnie o to, żeby koszty były obniżone i żeby była ekonomia skali.

Arrinera kończy sprzedaż obligacji. Spółka liczy na to, że inwestorzy pożyczą jej 5 mln zł na budowę drogowej wersji Hussaryi

0

CEO Magazyn Polska

Arrinera szuka inwestorów, którzy pomogą jej sfinansować budowę drogowej wersji supersamochodu Hussarya, który spółka zbudowała na razie w wersji wyścigowej. Firma myśli już o kolejnym modelu wozu sportowego, który chce sprzedawać na polskim rynku.

23 kwietnia zakończy się sprzedaż obligacji spółki, wyemitowanych w celu sfinansowania budowy serii samochodów. Arrinera wypuściła 5 tys. obligacji o wartości 1 tys. zł każda.

– 7 kwietnia rozpoczęliśmy emisję publiczną mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Gniadek, członek zarządu spółki Arrinera. – Szukamy na rynku kapitału dłużnego w wysokości 5 mln zł. Są to obligacje dwuletnie, zabezpieczone na akcjach spółki Arrinera Automotive SA, która jest w grupie Arrinera SA. Kupon 9,5-proc., płatny kwartalnie. Środki te nam mają pozwolić szybciej osiągnąć cel, jakim jest samochód w wersji cywilnej. Bo wersję racingową na pewno w tym roku pokażemy, tutaj budżet mamy już dopięty. Środki z emisji obligacji mają pomóc nam przyspieszyć pojawienie się wersji drogowej na rynku.

Emisję publiczna prowadzi dla spółki Dom Maklerski Ventus. Piotr Gniadek twierdzi, że cieszy się ona ogromnym zainteresowaniem.

– Patrząc na nasz biznesplan i to, co chcemy zrobić, czyli skomercjalizować wersję racingową już w tym roku, żeby spółka miała pierwsze przychody już na koniec tego roku, można spokojnie sądzić, że to bezpieczny plan. Te 5 mln zł pozwoli nam przyspieszyć wersję drogową, poza tym będziemy już mieć wpływy z wersji racingowej.

Arrinera przeciera szlaki w Polsce. Nikt jeszcze w kraju nie zbudował supersamochodu, czyli wozu sportowego, który jest w stanie rozwinąć szybkość przekraczającą 300 km/h. Tym bardziej nikt nie próbował wprowadzić na rynek podobnego pojazdu w wersji drogowej, którą można zarejestrować i używać na drogach publicznych. Samochody Hussarya, które trafią na rynek dzięki wyemitowanym obligacjom, mają kosztować po ok. 2 mln zł. Ich szybkość maksymalna ma zostać ograniczona do 340 km/h, bowiem wersja wyścigowa może się rozpędzić do 390 km/ h.

Widzimy jedyną możliwość odrodzenia polskiej motoryzacji, zapisania się na kartach historii poprzez małą serię przyznaje wiceprezes zarządu Arrinera.Hussarya 33, tylko 33 sztuki tego nadwozia. Następny model mamy już w planach, ale jest jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Najpierw musimy sprzedać pierwszy model, musimy osiągnąć sukces, żeby myśleć o kolejnym modelu, który będziemy wprowadzali na rynek. Ale na pewno interesują nas tylko małe serie. Chcemy iść w tym samym kierunku, co firmy Pagani czy Koenigsegg.

Rynek supersamochodów w Polsce Arrinera szacuje na 5-6 mld zł. Spółka ocenia, że jej atutem jest zaprezentowana ostatnio wersja wyścigowa wozu oraz zgromadzony zespół ludzi, którzy tę budowę prowadzili. Na tyle bliski jest też cel komercyjny, czyli przygotowanie serii wozów do sprzedaży na rynku, że obecnie Arrinera myśli już o kolejnym projekcie.

– Mogę zdradzić, że następny model mamy już opracowany deklaruje Piotr Gniadek z Arrinery.Mamy już wizualną koncepcję tego samochodu. Jest to samochód bez paneli dachowych. Nazwy jeszcze nie ma, samochodu jeszcze nie pokazujemy, na razie skupiamy się na naszej drogowej Hussaryi, w wersji racingowej pojawi się jeszcze w tym roku.

EQUES Investment TFI: Warszawską giełdę czeka hossa, która potrwa dłużej niż rok

CEO Magazyn Polska

Wiele wskazuje na to, że na warszawskiej giełdzie zaczyna się czas hossy, który potrwa dłużej niż rok ocenia Tomasz Korab z EQUES Investment TFI. To duża szansa dla funduszy inwestycyjnych na zdobycie nowych klientów. W najbliższych latach ich udział w rynku oszczędności może się podwoić.

Marzec był miesiącem, w którym inwestorzy skierowali swoją sympatię w stronę funduszy akcyjnych. Do lutego włącznie Polacy korzystając z usług funduszy inwestycyjnych, wybierali te, które inwestują w obligacje. To one bowiem w ostatnich latach przynosiły najwyższe stopy zwrotu, sięgające niekiedy 10 proc. rocznie.

Inwestorzy kierowali się głównie stopą zwrotu za ubiegły rok, która była bardzo wysoka, ale w mojej ocenie jest nie do powtórzenia w tym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Korab, doradca inwestycyjny, wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. Dlatego tych inwestorów raczej spotka rozczarowanie, zwłaszcza jeżeli oczekują podobnych stóp zwrotu jak te ubiegłoroczne. 

Stopy procentowe NBP są dziś najniższe w historii i choć Rada Polityki Pieniężnej zarzeka się, że to kres obniżek, to deflacja nie odpuszcza. W marcu była tylko minimalnie łagodniejsza niż w rekordowym lutym (-1,5 proc.). To oznacza, że oprocentowanie lokat i wszelkich innych papierów dłużnych, czyli obligacji, będzie wciąż niskie.

Wysokie zyski w najbliższych miesiącach mogą przynosić akcje. Szczególnie akcje tych firm, które w związku z ożywieniem w polskiej gospodarce zaczną poprawiać wyniki i wykazywać rosnące zyski. Na giełdzie widać ten trend w przypadku małych spółek już od początku roku, w przypadku największych wyraźny wzrost rozpoczął się w kwietniu.

Na uwagę będą zasługiwały dobre spółki podkreśla doradca inwestycyjny i wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. To znaczy ja i nasza firma jesteśmy przeciwnikami wyboru sektorów. Tak naprawdę lepiej mieć dobrą spółkę w kiepskiej branży niż złą spółkę w dobrej. Nawet jeżeli branża jest dobra, to zła spółka nic dobrego nie przyniesie.

Jego zdaniem w tym roku spore nadzieje inwestorzy mogą wiązać z firmami budowlanymi. Branża jest po fali bankructw, które wyeliminowały z rynku słabsze spółki i przerzedziły konkurencję. Tymczasem zarówno napływające środki unijne, jak i dane o pozwoleniach na budowę za zeszły rok sugerują znaczący wzrost produkcji budowlano-montażowej, więc tym, którzy zostali, przybędzie zamówień. Dobrze zachowują się również spółki z branży sprzedaży detalicznej, bo niskie ceny przynoszą wysokie obroty.

Poza dobrymi perspektywami gospodarki dodatkowym bodźcem dla inwestorów do szukania zysków w funduszach akcji powinny być słabe dochody z bezpiecznych lokat bankowych czy obligacji.

Wydaje się, że wobec poprawiającej się sytuacji gospodarczej w Polsce i na świecie, przynajmniej pewna część z nich zdecyduje się na zachowania bardziej agresywne inwestycyjnie, czyli fundusze z komponentem akcyjnym, i to powinno wspierać hossę na warszawskiej giełdzie, której moim zdaniem można się spodziewać – ocenia Tomasz Korab z EQUES Investment TFI.

Jak mówi, 6-7-proc. obecnie udział funduszy inwestycyjnych w oszczędnościach Polaków w perspektywie 5-10 lat może się co najmniej podwoić.

Rosyjskie samoloty wojskowe latają z wyłączonymi transponderami. To zagrożenie dla bezpieczeństwa lotów cywilnych

CEO Magazyn Polska

W pobliżu granic Polski lata coraz więcej rosyjskich samolotów wojskowych. Choć nie naruszają one granic państw, to latając z wyłączonymi transponderami, stwarzają zagrożenie dla lotów cywilnych w międzynarodowej przestrzeni powietrznej. Trwają prace nad nowelizacją ustawy o ochronie granic. Ma to zwiększyć liczbę sytuacji, w których polskie siły powietrzne będą mogły reagować.

Do wzrostu niebezpieczeństwa lotów dla cywilnych statków powietrznych przyczyniać się mogą przede wszystkim loty samolotów Federacji Rosyjskiej bez transpondera – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes płk Robert Stachurski, szef Obrony Powietrznej w Dowództwie Operacyjnym Rodzajów Sił Zbrojnych.

Od aneksji Krymu i rozpoczęcia wojny na wschodzie Ukrainy rosyjskie samoloty coraz częściej pojawią się w pobliżu granic państw UE. Bombowce i myśliwce przechwytywały do tej pory siły zbrojne m.in. Szwecji i Wielkiej Brytanii. Więcej pracy ma również lotnictwo NATO stacjonujące w litewskiej bazie w Szawlach w ramach misji Baltic Air Policing. Na czele tej misji obecnie stoją Włosi, ale pomagają im m.in. Polacy – cztery polskie MiG-29 stacjonują, a w litewskiej bazie, a wsparciem służy baza w Malborku.

Płk Stachurski podkreśla, że polskie lotnictwo uczestniczy w Zintegrowanym Systemie Obrony Powietrznej NATO i w ramach obowiązków musi również reagować na loty samolotów bez transpondera i takie, które mogą naruszyć przestrzeń powietrzną.

Szef Obrony Powietrznej uspokaja jednak, że nie odnotowano przypadków naruszenia przestrzeni powietrznej. Nie oznacza to jednak, że nie ma zagrożenia. Problem dotyczy również lotnictwa cywilnego.

Samoloty wykonujące loty w przestrzeni kontrolowanej powinny składać plany lotów. Jeżeli ich nie składają, to jest to niezgodne z prawem międzynarodowym. Wyłączony transponder może skutkować kolizjami w przestrzeni powietrznej, a więc ma wielki wpływ na bezpieczeństwo wykonywanych lotów – wyjaśnia płk Stachurski.

Transponder to urządzenie nadające sygnał, dzięki któremu kontrolerzy lotów mogą zidentyfikować dany samolot. Większość centrów kontroli lotów opiera się na radarach wtórnych, czyli takich, które wyświetlają jedynie samoloty z transponderami. Radary pierwotne umożliwiają dostrzeżenie również jednostek bez transponderów, ale są mniej precyzyjne i nie pozwalają na identyfikację.

Jeżeli dochodzi do jakichkolwiek sytuacji konfliktowych, kierujemy pisma do ambasady rosyjskiej, noty dyplomatyczne i prowadzimy rozmowy. Mamy nawiązaną również łączność z rosyjskim stanowiskiem dowodzenia w obwodzie kaliningradzkim i wyjaśniamy wszelkie sporne sytuacje telefonicznie – mówi płk Stachurski. – Międzynarodowe prawo lotnicze przewiduje konsekwencje dla przewoźników i wojskowych statków powietrznych.

Pułkownik dodaje, że z inicjatywy Ministerstwa Obrony Narodowej i Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych prowadzone są prace nad nowelizacją ustawy o ochronie granicy państwowej. Obecne prawo pochodzi z 1990 r., choć było potem wielokrotnie nowelizowane. Tłumaczy, że proponowana przez resort zmiana rozszerzy listę sytuacji, w których polskie siły powietrzne będą mogły reagować.

Wyższy eksport żywności do UE zmniejszył skutki rosyjskiego embarga. Polska stawia na Chiny, Algierię, Turcję, Indie i Iran

CEO Magazyn Polska

Dzięki dywersyfikacji kierunków eksportu embargo nałożone przez Rosję na polską żywność jest coraz mniej odczuwalne. Polska na rynki UE i krajów rozwijających wysyła odpowiednio o 9 i 20 proc. więcej towarów niż w roku ubiegłym. W szukaniu nowych odbiorców przedsiębiorcom pomaga resort rolnictwa. W tym tygodniu Marek Sawicki promuje polską żywność w Algierii. Inne perspektywiczne rynki to Chiny, Turcja, Indie i Iran.

W tym roku chcemy się głównie skoncentrować na targach SIAL China, będziemy także w Chinach Środkowych i Zachodnich. Chcemy też zintensyfikować naszą promocję w Algierii. Mam nadzieję, że zwiększymy tam również swoją obecność. Priorytetem jest wzmocnienie relacji z Turcją i dwoma wielce obiecującymi rynkami, gdzie jeszcze nadal jesteśmy obecni marginalnie, mówię tu o Indiach i Iranie – mówi agencji Newseria Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Wizyta Marka Sawickiego w Algierii potrwa do 22 kwietnia. Z kolei targi SIAL China odbywają się w dniach 6-8 maja w Szanghaju i są organiozwane dla firm z branży rolno-spożywczej. W 2014 roku w targach wzięło udział ponad 2300 wystawców i prawie 50 tys. zwiedzających. Organizatorzy tegorocznej edycji prognozują, że wystawa skupi 2700 wystawców oraz 55 tys. odwiedzających.

Jak tłumaczy Marek Sawicki, struktura polskiego eksportu powoli się zmienia, ale wchodzenie na rynki trzecie, czyli pozaunijne, wymaga dyscypliny ze strony eksporterów i większego dopasowania się do potrzeb lokalnych producentów.

– Rosyjskie embargo nie pozwoliło utrzymać dynamiki eksportowej w 2014 roku na poziomie kilkunastu procent, jak to bywało w latach 2012-2013, ale udało się uzyskać poziom 4,5-proc. wzrostu, podczas gdy większość państw unijnych zanotowała spadki – mówi minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Polska szczególnie odczuwała zamknięcie rosyjskiego rynku w przypadku owoców i warzyw (szczególnie jabłek), a także wieprzowiny i produktów mlecznych notujących wysoką dynamikę eksportu w ostatnich latach.

 Utrzymaliśmy wysoki eksport dzięki temu, że zwiększyliśmy go na rynki Unii Europejskiej z 79 do prawie 81 proc. i jednocześnie aktywnie wychodzimy na rynki afrykańskie i azjatyckie – zaznacza Sawicki.

Według GUS w okresie styczeń-luty eksport do Rosji wyniósł 3 346,9 mln zł i w ujęciu rocznym spadł o 28,1 proc. (aktualnie stanowi 2,9 proc. całkowitych obrotów handlowych w wysokości 115 984,8 mln zł). Z kolei eksport do UE w stosunku do dwóch pierwszych miesięcy 2014 roku był wyższy o 8,6 proc. i wyniósł 92 696 mln zł. Największą dynamikę odnotowano w eksporcie do krajów rozwijających się (+20,9 proc.) i stanowią one już 8,9 proc. całościowych obrotów w eksporcie (10 342,7 mln zł) wobec 7,8 proc. rok wcześniej.

9 mld euro trafi do polskich firm na innowacje. To szansa na dogonienie Zachodu

0

CEO Magazyn Polska

W nowej perspektywie finansowej polscy przedsiębiorcy będą mogli skorzystać ze wsparcia na innowacje i działalność badawczo-rozwojową. Na ten cel trafi 9 mld euro z programu Inteligentny Rozwój. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju chce im ułatwiać sięganie po unijne środki. Służyć temu ma nie tylko przyspieszanie procedur, lecz także pomoc w nawiązywaniu kontaktów między firmami a naukowcami.

W przyszłej perspektywie finansowej mamy około 9 mld euro z funduszy europejskich na to, by wesprzeć przedsiębiorców w budowaniu innowacji – informuje Leszek Cieśla z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Inwestycje w innowacyjność mają wzmacniać konkurencyjność polskich firm. O potrzebie takich nakładów wiele się mówi, ale – jak podkreśla Leszek Cieśla – trzeba pamiętać, że innowacyjność w Polsce budowana jest dopiero od 1989 roku. Wsparciem dla firm mają być instytucje publiczne, np. NCBiR.

Żenimy ze sobą dwa środowiska: nauki i biznesu. Głęboko wierzymy w to, że z tego małżeństwa będą dzieci, mówię tu oczywiście o innowacjach, pracach badawczo-rozwojowych i nowych produktach, które są w stanie zdobyć polskie, a przede wszystkim światowe rynki – mówi przedstawiciel Centrum.

Jak zapewnia Cieśla, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju stara się wpłynąć na poprawę sytuacji w dziedzinie innowacyjności poprzez elastyczne dopasowanie się do potrzeb przedsiębiorców. W nowej perspektywie sięganie po dofinansowanie ma być jeszcze łatwiejsze niż w poprzedniej.

Dobrym przykładem może być program, który wkrótce ruszy, czyli Szybka ścieżka. W ciągu 60 dni przedsiębiorca dostaje informację o tym, czy otrzyma dofinansowanie z NCBiR – informuje Leszek Cieśla.

Centrum było pierwszą instytucją publiczną w Polsce, która wprowadziła rynkowy system wsparcia redukujący formalności do minimum i skracający czas wydania decyzji do 60 dni od złożenia dokumentów. W pierwszym, rozstrzygniętym rok temu konkursie dofinansowanie w wysokości 254 mln zł otrzymało 115 przedsiębiorstw realizujących projekty z zakresu wysokich i średnich technologii.

Jak podkreśla Cieśla, kwoty dofinansowania pochodzące z ministerialnej agencji sięgają nawet kilkunastu milionów złotych. Tak szybki czas rozpatrywania wniosków jest czymś wyjątkowym, bo nawet w przypadku kredytów bankowych proces weryfikacji bywa nierzadko dłuższy.

Rozwijanie innowacji w Polsce będzie wspierać również nowo powstała Koalicja na rzecz Polskich Innowacji, która zrzesza instytucje naukowe, akademickie i biznesowe. Inicjatorzy zapewniają, że w wyniku prac KPI zostaną wypracowane szczegółowe proinnowacyjne rozwiązania na rzecz rozwoju sektora B+R w Polsce i zwiększenia poziomu innowacyjności polskiej gospodarki.

Wszyscy przedsiębiorcy powinni inwestować w B+R, być krok do przodu, tak aby ich produkty były innowacyjne – podsumowuje Leszek Cieśla.

Coraz więcej osób obawia się utraty pracy. Coraz więcej również wierzy, że bez problemu znajdzie kolejną

CEO Magazyn Polska

81 proc. pracujących Polaków wierzy, że nie będzie miało problemu ze znalezieniem nowej pracy, jeśli utraci obecną. Niewiele mniej wskazuje, że w ciągu pół roku może znaleźć pracę porównywalną do dotychczasowego zajęcia. Jednocześnie kolejny kwartał z rzędu rośnie liczba osób, które obawiają się utraty swojego stanowiska – wynika z badania „Monitor Rynku Pracy” Instytutu Badawczego Randstad.

W obecnej edycji badania rekordowo duża liczba respondentów, bo ponad 80 proc., dostrzega możliwość znalezienia innej pracy w sytuacji, gdyby utracili obecną. Jednocześnie rośnie liczba osób, które obawiają się utraty pracy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Bulik, dyrektor ds. prawnych i public affairs agencji doradztwa personalnego Randstad.

72 proc. badanych stwierdza, że w razie konieczności znajdzie pracę podobną do obecnej w okresie maksymalnie 6 miesięcy (wzrost o 7 pkt proc.). Z kolei 81 proc. wierzy w znalezienie jakiejkolwiek pracy – to o 5 pkt proc. więcej niż w poprzednim badaniu, co jest jednym z lepszych wyników dotychczasowych badań.

Jak wskazuje Randstad, kolejny kwartał powiększa się jednak grupa osób, dla których obecna sytuacja wiąże się z poczuciem ryzyka utraty pracy. 36 proc. badanych ocenia, że nie ma pewności, czy będzie mogło utrzymać obecną posadę przez najbliższe półrocze.

Agnieszka Bulik wskazuje, że te dwie tendencje wydają się sprzeczne, lecz tylko pozornie.

Mamy coraz więcej ofert pracy, często niskopłatnych, dla osób o niskich kwalifikacjach. Dla osób lepiej wykształconych, o wyższym poziomie kompetencji ofert również jest więcej niż rok temu, ale też jest więcej chętnych, żeby taką pracę podjąć. Patrząc na to, co się dzieje na rynku, jak często następują restrukturyzacje, zmiany, przekształcenia, fuzje, przejęcia i redukcje zatrudnienia, które z tym się wiążą, w naturalny sposób – nawet jeśli czujemy, że nasza praca jest stabilna – spodziewamy się zmian – uważa Agnieszka Bulik.

Z badania wynika, że Polacy są coraz bardziej otwarci na zmianę miejsca zamieszkania w związku ze zmianą pracy. Wskaźnik mobilności wynosi w kraju 108 punktów, podczas gdy w innych krajach UE wynosi on 101.

Okazuje się, że Polacy są bardziej otwarci i ze zrozumieniem patrzą na to, że być może będzie konieczność udania się gdzieś za pracą i zaakceptowania zmiany – dodaje Bulik.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego oraz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wskazują, że bezrobocie rejestrowane spada w Polsce już od ponad 15 miesięcy. Na koniec lutego 2015 roku stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 12 proc. wobec 13,9 proc. zanotowanych w lutym 2014 r. Liczba osób pozostających bez pracy wyniosła 1918,7 tys., w ujęciu rocznym liczba bezrobotnych spadła o 337,2 tys. osób.

Dostrzegamy większą liczbę ofert pracy. Sytuacja się zmienia i idziemy w takim kierunku, który jest bezpieczniejszy dla pracowników. Widzimy, że będzie więcej możliwości zmiany zatrudnienia – mówi dyrektor.

Z badania wynika, że 22 proc. ankietowanych, którzy w ostatnim półroczu zmienili pracę, zrobiło to z powodów osobistych. Część z nich chciała tym samym poprawić swoje warunki zatrudnienia.

Jeszcze niedawno dominującym powodem były okoliczności niezależne od nas. To była zmiana, którą nasz pracodawca wprowadzał, zmieniając strukturę firmy czy swoje założenia względem osób zatrudnionych – podsumowuje Bulik.

Zmiany w mobilnej wyszukiwarce Google. Stracić mogą firmy, których strony nie są dostosowane do urządzeń mobilnych

CEO Magazyn Polska

Od dzisiaj Google wprowadza zmiany w swojej mobilnej wyszukiwarce. Preferowane będą strony z wersjami na tablet czy smartfon. Na zmianach skorzystają użytkownicy, którzy coraz częściej łączą się z internetem przez urządzenia mobilne, ale prawdziwa rewolucja czeka firmy. W Polsce tylko 7 proc. małych i średnich przedsiębiorstw pamięta o mobilnym kliencie. Pozostałe po zmianach mogą sporo stracić.

Nowy algorytm wprowadzony dzisiaj przez Google ocenia zgodność stron internetowych z urządzeniami mobilnymi. Zdaniem ekspertów to znak, że firma dostosowuje się do zmian na rynku.

Urządzeń mobilnych jest coraz więcej. Google to dostrzega i dlatego skoro użytkownicy szukają informacji na urządzenia mobilne, to nie będzie im podrzucał stron, które są do takich urządzeń nieprzystosowane. Po drugie, żeby jeszcze bardziej ułatwić korzystanie, pojawi się też informacja, że dana strona jest dostosowana do urządzenia mobilnego – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Zieliński, prezes zarządu firmy informatycznej MakoLab.

Mobilnych internautów jest coraz więcej. Z raportu mShopper przeprowadzonego przez Mobile Institute wynika, że z urządzeń mobilnych korzysta 44 proc. Polaków. Wśród internautów odsetek ten wynosi blisko 70 proc. Badania Gemius wskazują, że w ubiegłym roku 12 proc. ruchu w polskim internecie generowały właśnie urządzenia przenośne. W porównaniu z krajami zachodnimi to wciąż niewiele (np. w USA to ok. 50 proc.), jednak mobilnych użytkowników wciąż przybywa. Dlatego przybywa rozwiązań skierowanych właśnie do nich.

Wszystkie firmy, które działają w internecie, a już na pewno te największe, jak Google czy Facebook, na pierwszym planie stawiają „user experience”, czyli doświadczenie użytkownika. Chcą sprawić, żeby użytkownik mógł w łatwy sposób znaleźć jak najlepszą usługę – mówi Zieliński.

Zmiany wprowadzone przez Google oznaczają, że użytkownik trafi tylko na strony dostosowane do jego urządzenia. Tym samym dużo zyskać mogą te firmy, które mają swoją stronę w wersji mobilnej. Zdaniem eksperta dotyczy to przede wszystkim firm z sektora usług, restauracji czy hoteli.

Nie każda branża musi się komunikować ze społecznością, do której kieruje swoją usługę, za pośrednictwem urządzenia mobilnego. Przygotowując swoją strategię i myśląc o tym, w jaki sposób zaistnieć w internecie, trzeba jednak brać pod uwagę wzrost ruchu z urządzeń mobilnych – przekonuje Zieliński.

Polskie firmy o mobilnych użytkownikach raczej zapominają. Z raportu ActiveMobi wynika, że tylko 7 proc. małych i średnich przedsiębiorstw (207 z przebadanych 3 tys.) ma stronę dostosowaną do mobilnych urządzeń. Zdaniem Zielińskiego stworzenie takiej strony nie musi wymagać od firmy dużego wysiłku i ogromnych nakładów. Jednym ze sposobów jest stworzenie mobilnej strony, innym – tzw. responsive web design.

Tworzymy wówczas jedną stronę internetową, ale jest ona tak zbudowana, że rozpoznaje, na jakim urządzeniu jest wyświetlana, i dostosowuje swój widok do tego urządzenia. To rozwiązanie droższe, ale po pierwsze, kiedy pojawia się nowe urządzenie, nie trzeba budować nowej strony mobilnej, tylko dostosować już stworzoną, a po drugie zarządza się treścią na stronie raz – zaznacza ekspert z MakoLab.

IMM: Kandydaci na prezydenta zaoszczędzili 700 mln zł dzięki zainteresowaniu mediów

CEO Magazyn Polska

Do wyborów prezydenckich zostało mniej niż trzy tygodnie, a media komentują każdy krok kandydatów. Instytut Monitorowania Mediów obliczył, że nawet 700 mln zł musieliby wydać kandydujący w wyborach prezydenckich politycy, gdyby mieli zapłacić za poświęcone im publikacje jak za czas reklamowy. Na zainteresowaniu mediów najwięcej zyskali dwaj kandydaci, liderzy sondaży – Bronisław Komorowski i Andrzej Duda. Trzecie miejsce zajął mało liczący się w sondażach Janusz Palikot.

Instytut Monitorowania Mediów przeprowadził badanie, bazując na sondażu TNS Polska przeprowadzonym na początku kwietnia, który wskazywał, że najwyższe poparcie uzyskali kolejno: Bronisław Komorowski, Andrzej Duda, Paweł Kukiz, Janusz Korwin-Mikke i Magdalena Ogórek.

W Instytucie Monitorowania Mediów porównaliśmy wyniki tego sondażu z wynikami popularności w mediach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Tomsia, specjalista ds. PR w IMM. – O ile liderzy tego zestawienia pozostają niezmienni, o tyle kolejne miejsca wyglądają już nieco inaczej.

Na pierwszym miejscu znalazł się Bronisław Komorowski, który uzyskał ponad 150 tys. wzmianek w okresie od początku lutego do 10 kwietnia. Na drugim miejscu znalazł się Andrzej Duda z 80 tys. wzmianek. Natomiast na trzecim miejscu znalazł się Janusz Korwin-Mikke (ok. 40 tys. wzmianek). Czwartą pozycję w tym rankingu zajął Paweł Kukiz, a piątą – Janusz Palikot. Obaj kandydaci mieli po ok. 27 tys. wzmianek.

Kandydaci z pierwszej piątki rankingu IMM osiągnęli szczególnie wysokie wyniki pomiędzy 9 i 15 lutego, w czasie emisji przemówień wyborczych. Kolejne ożywienie mediów nastąpiło miesiąc później. Na pierwszy plan wysunął się wtedy obecny prezydent Bronisław Komorowski, który uzyskał wynik podobny do tego sprzed miesiąca, czyli ok. 20 tys. publikacji w ciągu tygodnia. Zarówno Komorowski, jak i Duda zanotowali duży spadek zainteresowania na początku marca.

Publikacje na temat ich konkurentów utrzymywały się przez te dwa miesiące na dość wyrównanym poziomie. Łącznie wzmianek o wszystkich kandydatach było od początku lutego 420 tys., z czego zdecydowana większość miała miejsce w mediach społecznościowych, przede wszystkim na Facebooku (77 proc., czyli prawie 250 tys. wzmianek) oraz na Twitterze (19 proc., 61 tys.)

To jest ciekawy wynik, tym bardziej że kandydaci na prezydenta nie prowadzili bardzo aktywnych działań w mediach społecznościowych – ocenia Tomsia. – Stawiali raczej na klasyczne, tradycyjne kanały przekazu. Media społecznościowe, a właściwie ich użytkownicy nie potrzebowali szczególnej zachęty, by wyrażać swoje opinie, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, a w dużej mierze po prostu ironiczne czy żartobliwe.

Mimo że promocja była nieplanowana, jej wartość jest wymierna. Gdyby kandydaci musieli zapłacić za poświęconą im uwagę w mediach, kosztowałoby to ich ok. 700 mln zł.

– Wysokość ekwiwalentu reklamowego wszystkich publikacji na temat wszystkich kandydatów to 400 mln zł w internecie i 300 mln zł w prasie – podsumowuje Monika Tomsia. – Gdyby kandydaci na prezydenta mieli sami zapłacić za uzyskane publikacje, najgłębiej do kieszeni musiałby sięgnąć Bronisław Komorowski i wydać aż 250 mln zł, Andrzej Duda około 130 mln zł, natomiast na trzecim miejscu w tym zestawieniu znalazłby się Janusz Palikot, piąty co do liczby publikacji, a trzeci co do wysokości wydatków. Byłoby to około 40 mln zł.