Alta zapowiada powrót do wypłacania dywidendy. Chce zakończyć wszystkie inwestycje poza osiedlem Siewierz Jeziorna

0

CEO Magazyn Polska

Alta SA planuje w ciągu najbliższych kilku lat wznowić politykę dywidendy. Spółka optymalizuje obecnie portfel inwestycji i zamierza stopniowo sprzedawać nieruchomości komercyjne, by w pełni skoncentrować się na inwestycji w Zrównoważonej Dzielnicy Siewierz Jeziorna, która ma według niej największy potencjał zysku.

– To jest inwestycja, która w ciągu najbliższych dwóch czy trzech lat stanie się źródłem dużych zysków mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Robert Jacek Moritz, prezes zarządu Alta SA. – To dlatego – w związku z tym, że nie zakładamy nowych inwestycji  zyski i cały pozytywny przepływ pieniędzy, który będzie tam generowany, przeznaczymy na dywidendy. Celem Alty jest stanie się spółka dywidendową.

Siewierz Jeziorna to nowa dzielnica miasta Siewierz, położona na obrzeżach aglomeracji katowickiej. W inwestycji wdrażane są na szeroką skalę zasady zrównoważonego rozwoju. Inwestor zapowiada, że dzielnica zaspokoi większość potrzeb mieszkańców i deklaruje stworzenie przestrzeni wspólnych, wielofunkcyjnej zabudowy oraz rozwiązań przyjaznych dla wszystkich uczestników ruchu: pieszych, rowerzystów i samochodów.

Do działań Chmielowskie Sp. z o.o., jednej ze spółek inwestycji Alta, należy projektowanie i niwelacja terenu, ułożenie sieci, wykonanie dróg i chodników, wydzielenie działek, doprowadzenie mediów. Tak przygotowane nieruchomości sprzedawane są deweloperom, którzy mogą zbudować budynki mieszkaniowe, także z funkcjami handlowymi, a docelowo również budynki biurowe i przemysłowe zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, kodem architektonicznym i koncepcją urbanistyczną.

– Potencjał dla tego typu projektów jest olbrzymi podkreśla prezes zarządu Alta. – Uczestniczę w rozmaitych konferencjach w Polsce i poza granicami i o tym opowiadam. Gorąco namawiam wszystkich deweloperów do tego, żeby tego typu inwestycje prowadzili. Jest to bardzo trudne, ale to nie znaczy, że nie jest możliwe, natomiast jest bardzo dochodowe. Im trudniejsze, tym bardziej dochodowe, czyli jest potencjał.

W połowie roku w Siewierzu Jeziornej zaprezentowane zostały modelowe domy i plany budowy na najbliższe trzy lata uruchomiona została także sprzedaż mieszkań i domów jednorodzinnych. Rozwój projektu Siewierz Jeziorna to obecnie – jak deklaruje spółka – jej najważniejsza inwestycja.

– Podpisaliśmy list intencyjny z Murapolem, ogólnopolskim deweloperem z Bielska-Białej, i myślę, że na początku przyszłego roku dojdzie do podpisania umowy sprzedaży pierwszej działki przewiduje Robert Jacek Moritz. – Rozmawiamy też z dwoma innymi deweloperami, dlatego sądzę, że w przyszłym roku zobaczymy wiele transakcji sprzedaży działek na terenie Siewierza Jeziornej, a to jest nasz główny cel inwestycyjny.

Wartość nieruchomości i projektów w realizacji, w których Alta jest inwestorem, wyniosła po trzech kwartałach 2014 roku 244,5 mln zł. Aktywa spółki wynoszą 172 mln zł, w tym wartość posiadanych akcji i udziałów spółek inwestycji to 158 mln zł. Pomimo dobrych wartości bilansowych spółka wykazała stratę za trzy kwartały 2014 r. w wysokości 9 mln zł, której źródło leży w przeszacowaniach. Największy wpływ na taki wynik miało przeszacowanie w dół nieruchomości w Katowicach, byłych archiwów TP SA, w przypadku której spółka zdecydowała o rozbiórce magazynu i sprzedaży pod nim działki. Obecnie wykonywane są roczne wyceny nieruchomości i największy wpływ na roczny wynik będzie miała wycena Siewierza Jeziornej, która w 2013 roku była wyceniona na 108 mln złotych.

– Nasze plany w Alta SA raczej nie przewidują rozpoczęcia drugiej tego typu inwestycji w trakcie działania tej. Jeżeli do tego dojdzie, to być może powołamy nową spółkę i zrobimy nowe przedsięwzięcie z nową emisją na giełdzie. Także plany co do Alty, plany akcjonariuszy, zresztą potwierdzone na poprzednim walnym zgromadzeniu, są takie, że będzie to spółka tej właśnie inwestycji, chcemy wyjść docelowo ze wszystkich innych inwestycji i skoncentrować się na tej.

Od stycznia spodziewana jest fala upadłości konsumenckich. Ogłosi ją 100-150 tys. osób

Na mocy obecnie obowiązujących przepisów sądy w ostatnich trzech latach ogłosiły 60 upadłości konsumenckich. W kolejnych latach może być ich nawet 100-150 tysięcy. Nowe prawo, które zacznie obowiązywać od stycznia, wprowadza bowiem możliwość upadłości układowej konsumenta, co pozwoli dłużnikom porozumieć się z wierzycielami bez konieczności oddania dorobku życia. Może to pomóc m.in. zadłużonym we frankach szwajcarskich, którzy mają problem ze spłatą kredytu hipotecznego.

Co najważniejsze, nowe prawo wprowadza przede wszystkim możliwość zawarcia układu z wierzycielami, czyli upadłość konsumencka już nie zawsze będzie musiała być likwidacyjna, jak miało to miejsce dotychczas – wskazuje z rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Zimmerman, ekspert ds. prawa upadłościowego i naprawczego z Kancelarii Zimmerman.

Na mocy obecnie obowiązującej ustawy z 2008 roku osoby fizycznie nieprowadzące działalności gospodarczej mają już możliwość ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Procedura takiego postępowania jest jednak długa i skomplikowana, a do masy upadłościowej wchodzi cały majątek dłużnika, który może podlegać egzekucji. Będą to zarówno rzeczy ruchome, jak i nieruchomości (np. mieszkanie własnościowe, spółdzielcze prawo do lokalu, samochód, sprzęt RTV). Dłużnik może pozostawić sobie jedynie najbardziej osobiste, drobne przedmioty.

Do tej pory wiele osób nie chciało nawet myśleć o upadłości konsumenckiej, gdyż wiązała się ona z licytacją mieszkania, czyli często inwestycji życia. Teraz będzie więcej możliwości porozumienia się z wierzycielem.

Osławieni kredytobiorcy frankowi mający problem ze spłatą zadłużenia znajdą się w lepszej sytuacji – przekonuje Zimmerman. – Jeżeli taki konsument zainwestował dużo w mieszkanie i nie będzie chciał go stracić, zyska możliwość porozumienia się z bankiem, np. co do przewalutowania kredytu albo rozłożenia spłaty na dłuższy okres. Wtedy zachowa nieruchomość, a bank zarobi na tym i tak więcej, niż uzyskałby w wyniku sprzedaży nieruchomości.

Przekonuje, że upadłość konsumencka – prowadzona we współpracy z dłużnikiem – będzie dla instytucji finansowej bardziej korzystna niż wypowiedzenie umowy i procedura windykacyjna, bo z tym wiążą się również określone koszty

Nie zrozumiałbym, gdyby instytucje finansowe panikowały z powodu nowych przepisów, bo dotyczą one osób, które i tak nie mają już majątku i są pozbawione szans na jego nabycie w przyszłości – podkreśla prawnik.

Zdaniem eksperta nowe regulacje stanowią bardzo istotny postęp. Jak wynika z poprzedzającej złożenie projektu ustawy analizy prawnej, w ciągu dwóch pierwszych lat funkcjonowania takiej możliwości złożono 1875 wniosków o upadłość konsumencką, z czego w zaledwie 36 przypadkach (1,9 proc.) sądy ją ogłosiły. W tym samym czasie w znacznie prostszych postępowaniach dotyczących firm orzeczono upadek 17 proc. przedsiębiorstw.

Trudno określić dzisiaj grupę osób najbardziej zainteresowanych nowymi rozwiązaniami – ocenia Zimmerman. –Konsumentów, którzy albo nie mają nic, albo są gotowi oddać cały majątek, w mojej ocenie w ciągu najbliższych trzech lat będzie minimum 100-150 tysięcy. Gdyby przepisy całkowicie zliberalizować i stałyby się tak przyjazne, jak np. w Stanach Zjednoczonych, grupa zainteresowanych wyniosłaby pewnie około miliona.

Po likwidacji majątku (lub ewentualnym porozumieniu z wierzycielem) i po trzyletnim okresie spłaty zadłużenia dłużnik jest wolny od zobowiązań. Jak podkreśla Zimmerman, nie oznacza to, że od razu odzyska zdolność kredytową i stanie się pożądanym przez banki klientem.

Przepisy tego nie precyzują, ale można się spodziewać, że bank we własnym zakresie ustali, jak będzie oceniać wiarygodność kredytową upadłego konsumenta. Być może rekomendację w tej sprawie wyda Komisja Nadzoru Finansowego. Myślę, że należy założyć minimum trzyletni okres karencji, czyli że po trzech latach spłaty przez kolejne trzy taka osoba będzie jeszcze traktowana jako niewiarygodna. Natomiast na pewno nie zostanie tak na zawsze, bo to bankom się po prostu nie opłaca – mówi Zimmerman.

Polacy coraz bardziej odpowiedzialni za swoje zdrowie

Polacy coraz częściej leczą drobne dolegliwości samodzielnie, jednak robią to z rozwagą. Kupując po raz pierwszy lek bez recepty, konsultują się z farmaceutą. Często też sięgają po sprawdzone leki, opierając się na własnych doświadczeniach.

Statystyczny Polak przyjmuje rocznie 35 tabletek przeciwbólowych w stosunku do 95 tabletek witaminowo-mineralnych w kategorii suplementy diety. Jak wynika z badań PMR Research, 64 proc. z nas, gdy potrzebuje leku, który dostępny jest bez recepty, jedzie po niego do apteki.

– W przypadku, gdy pacjent sięga po raz pierwszy po dany lek bez recepty, nie podejmuje tej decyzji samodzielnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Jankowska, prezes PASMI Polskiego Związku Producentów Leków Bez Recepty. – Z reguły pacjent konsultuje się na tym etapie z lekarzem, a przede wszystkim z farmaceutą. Pierwszy zakup OTC [z ang. over the counter, czyli lek bez recepty – red.] w aptece odbywa się po konsultacji z profesjonalistą.

35 proc. pacjentów deklaruje, że zawsze, kiedy nie znają jeszcze danej substancji i nie mają doświadczenia z danym lekiem, konsultują swoją decyzję w aptece. Dopiero przy kolejnych zakupach, kiedy już mają dobre doświadczenie, wiedzą, jak go stosować, wtedy też biorą pod uwagę reklamę, konsultację z przyjacielem czy znajomym oraz materiały reklamowe i  informacyjne o leku.

– Gdy mówimy o lekach bez recepty, musimy pamiętać, że jest to ściśle określona ilość substancji czynnych, czyli nie jest to duża grupa – podkreśla Ewa Jankowska. – Takie substancje są weryfikowane pod kątem bezpieczeństwa, bardzo wnikliwie, zanim w ogóle uzyskają status leku bez recepty. W lekach bez recepty znajdują się substancje o wysokim profilu bezpieczeństwa.

Leki sprzedawane bez recepty są zawsze weryfikowane przez Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. Jak podkreśla prezes PASMI, służą one do leczenia schorzeń łatwych do zdiagnozowania przez samego pacjenta, takich jak ból, gorączka czy przeziębienie. Najważniejsze przy samodzielnym leczeniu jest jednak postępowanie według zaleceń producenta leków. W każdym opakowaniu znajduje się ulotka, w której pacjent znajdzie niezbędne informacje dotyczące prawidłowego zażywania leków.

Leki OTC stają się naturalną odpowiedzią na zapotrzebowanie społeczne – ocenia prezes PASMI. – W ostatnim czasie PASMI obserwuje, że z każdym rokiem pacjent coraz bardziej chce być odpowiedzialny za swoje zdrowie. Chce być nie tylko przedmiotem w całym systemie opieki zdrowotnej, lecz także podmiotem, czyli chce współuczestniczyć i współodpowiadać. To znaczy, że chce świadomie przyjmować leki, uczestniczyć w procesie leczenia i wiedzieć, co się z nim dzieje i dlaczego takie leki zostały mu zaordynowane.

Prawo pacjentów do samodzielnego podejmowania decyzji o wyborze takiej terapii zostało potwierdzone przez Parlament Europejski, który w rezolucji z 1996 roku uznał, że odpowiedzialne samoleczenie jest bardzo ważnym elementem w polityce ochrony zdrowia każdego państwa europejskiego.

Jeżeli pacjent chce świadomie odpowiadać za swoje zdrowie, musi mieć świadomość, że w głównej mierze (53 proc.) zależy ono od stylu życia: diety i aktywności fizycznej. Tylko w 10 proc. zależy to od polityki zdrowotnej, czyli formalnego podawania leków w jednostce chorobowej.

Według prognoz PharmaExpert w tym roku wartość całego rynku aptecznego wzrośnie o 2,6 proc. do poziomu blisko 28,5 mld zł. Wartość sprzedaży w kategorii OTC wyniesie ponad 6,2 mld zł, co oznacza wzrost o 2,4 proc. względem ubiegłego roku.

Samorząd gospodarczy wystawi dokumenty przedsiębiorcom

0

Od 1 stycznia 2015 r. Krajowa Izba Gospodarcza (KIG) obok organów celnych będzie wystawiać przedsiębiorcom uniwersalne świadectwa pochodzenia. Przewiduje to porozumienie podpisane 15 grudnia 2014 r. pomiędzy szefem Służby Celnej a KIG na podstawie znowelizowanejustawy z dnia 7 listopada 2014 r. o ułatwieniu wykonywania działalności gospodarczej, tzw. IV ustawy deregulacyjnej.

Porozumienie podpisali szef Służby Celnej, podsekretarz stanu w MF Jacek Kapica oraz dyrektor Biura Legalizacji, Certyfikacji i Karnetów ATA w Krajowej Izbie Gospodarczej Wojciech Januszko podczas konferencji „Ułatwienia dla Biznesu 2014+”, która odbyła się w Ministerstwie Finansów.

Umowa zakłada upoważnienie KIG do wystawiania, jako samodzielny podmiot, uniwersalnych (zwykłych, niepreferencyjnych) świadectw pochodzenia towarów wywożonych z Polski. Jest to jedno z działań podejmowanych przez Służbę Celną wspierających legalną działalność polskich podmiotów gospodarczych, dokonujących obrotu towarowego z zagranicą. – Myślę, że zmiany zachodzące od 1 stycznia 2015 r. będą dla Państwa dużym ułatwieniem– zwrócił się do przedsiębiorców wiceminister Kapica i podkreślił znaczenie dialogu między tą grupą a administracją. – To pierwszy przypadek, aby pewne czynności będące w gestii administracji publicznej były przekazywane organom samorządu gospodarczego – dodał Wojciech Januszko z KIG.

Wiceminister Kapica zwrócił uwagę, że zmiany w przepisach zobowiązują od nowego roku Służbę Celną do zorganizowania odpraw morskich w ciągu 24 godzin i wymaga to płynnej współpracy z innymi służbami. – Będziemy szczególnie współpracowali z innymi inspekcjami (weterynaryjną, sanitarną), żeby mobilizować je do dokonania tych czynności w ciągu doby – zapowiedział szef Służby Celnej.

Podczas konferencji przedstawiono także zagadnienia m.in. z zakresu zmian prawnych i organizacyjnych w obszarze podległym Służbie Celnej planowanych w 2015 r., deregulacji zawodu agenta celnego, ułatwień w portach morskich i krajowej odprawie scentralizowanej. Panel podatkowy dotyczył podatku VAT i zmian w przepisach z zakresu podatku akcyzowego, które także zostaną wprowadzone w przyszłym roku. Obecny na spotkaniu wiceminister finansów Jarosław Neneman podkreślił, jak dużym wyzwaniem jest przestępczość związana z podatkiem VAT i przypomniał, że aby przeciwdziałać wyłudzeniom w branży stalowej, w 2014 r. wprowadzono odwrócony VAT na pręty (podatek odprowadza kupujący, a nie sprzedający). Zauważył jednak, że nie jest to remedium na wszystkie problemy i należy tu być bardzo ostrożnym. Wiceminister dodał, że innym rozwiązaniem było wprowadzenie tzw. solidarnej odpowiedzialności podatkowej oraz zapowiedział dalsze zmiany przeciwdziałające nieuczciwej konkurencji.

Przedstawiciele firmy PricewaterhouseCoopers zaprezentowali raport ze wspólnego badania Służby Celnej i PwC przeprowadzonego wśród przedsiębiorców. Miało ono na celu identyfikację istniejących w polskim prawie celnym oraz podatkowym (VAT, akcyza, przepisy proceduralne) barier biurokratycznych, których wyeliminowanie może przyczynić się do ułatwienia i uproszczenia realizacji obowiązków przedsiębiorców w zakresie transakcji importowych i eksportowych.

„Ułatwienia dla Biznesu 2014+” były kolejną z cyklu konferencji dla przedsiębiorców. Uczestniczyło w niej ponad 100 zaproszonych przedstawicieli środowiska biznesu posiadających status upoważnionego przedsiębiorcy AEO, przedstawiciele Rady Konsultacyjnej Służby Celnej oraz eksperci Ministerstwa Finansów i izb celnych.

Komunikat ws. stanu środków walutowych oraz operacji związanych z zarządzaniem długiem zagranicznym Skarbu Państwa w listopadzie 2014 r.

Ministerstwo Finansów uprzejmie informuje, że:

1. W ramach obsługi zadłużenia zagranicznego Skarbu Państwa w listopadzie 2014 r. dokonano następujących płatności w walutach obcych:

– kapitał – równowartość 196,0 mln EUR (827,7 mln PLN),

– odsetki – równowartość 60,5 mln EUR (255,2 mln PLN).

2. Stan środków walutowych w dyspozycji Ministra Finansów na koniec października 2014 r. wyniósł łącznie 5 919,2 mln EUR (24 750,4 mln PLN).

Szacunkowe dane o wykonaniu budżetu państwa za okres styczeń-listopad 2014

W okresie styczeń – listopad 2014 r. oszacowano:

dochody budżetu państwa na kwotę

   260.311,5 mln zł,

wydatki budżetu państwa na kwotę

  285.083,1 mln zł,

deficyt budżetu państwa na kwotę

   24.771,6 mln zł.

I. Rokicka (Ipopema Securities): 100 proc. zysku w postaci dywidendy wypłacą Bank Handlowy, Pekao SA i być może mBank

CEO Magazyn Polska

Eksperci wskazują, że polski sektor bankowy jest dobrze dokapitalizowany, choć KNF nadal zaleca utrzymanie silnej bazy kapitałowej, a niekiedy jej wzmocnienie. Na początku grudnia nadzorca sektora finansowego wydał nowe stanowisko w sprawie polityki dywidendowej instytucji finansowych. Historia pokazuje, że banki stosują się do zaleceń nadzorcy.

– Jeśli patrzymy na główne banki notowane na GPW, to prawie wszystkie będą w stanie wypłacić dywidendę. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities. – Najwyższą dywidendą za 2014 r., do 100 proc. zysku netto, będą mogły podzielić się z akcjonariuszami Bank Handlowy, Bank Pekao SA i prawdopodobnie mBank – twierdzi Rokicka.

W 2013 r. w ujęciu jednostkowym zysk netto mBanku wyniósł 1,07 mld zł, na dywidendę przeznaczono 716 mln zł, co daje 17 zł na akcję. Bank Pekao SA w poprzednim roku zarobił 2,79 mld zł, akcjonariuszom wypłacono 93 proc. tej kwoty, czyli 2,61 mld zł – 9,96 zł na 1 akcję. Z kolei Bank Citi Handlowy osiągnął 934 mln zł zysku netto i wypłacił akcjonariuszom 99,9 proc. tej kwoty, co odpowiadało 7,15 zł na akcję.

– Nie spodziewałabym się natomiast dywidendy z Banku BPH, ponieważ prowadzi program naprawczy. Również z Getin Banku, mającego relatywnie niskie współczynniki kapitałowe, oraz Alior Banku, który jest bankiem szybko rosnącym i potrzebuje kapitału na wzrost – przekonuje Iza Rokicka.

2 grudnia KNF wydała nowe stanowisko w sprawie polityki dywidendowej instytucji finansowych. Według Komisji polityka dywidendowa prowadzona w ostatnich latach przez instytucje finansowe zgodnie z zaleceniami KNF pozwoliła na wzmocnienie ich bazy kapitałowej i poprawę zdolności do absorbowania potencjalnych strat.

– Kilkuletnia historia rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego pokazuje, że polskie banki stosują się do zaleceń nadzorcy – stwierdza ekspert Ipopema Securities.

KNF pozwala na wypłatę do 100 proc. dywidendy, w przypadku spełnienia określonych warunków: współczynnik kapitału podstawowego Tier 1 jest wyższy od 12 proc., łączny współczynnik kapitałowy TCR jest wyższy od 15,5 proc., ocena BION wynosi 1 (dobra) lub 2 (zadowalająca), a bank nie może podlegać programowi naprawczemu. W sytuacji, kiedy bank ma współczynnik TCR w przedziale 12,5-15,5 proc. oraz przy spełnieniu pozostałych warunków – bank może zdecydować się na wypłatę dywidendy w wysokości 50 proc.

– W sytuacji, kiedy bank nie zastosowałby się do zaleceń nadzorcy, na pewno nie nastąpiłaby katastrofa w skali sektora. Prawdopodobnie mogłyby to mieć konsekwencje dla samego banku pod kątem dywidendy w kolejnym roku – uważa Iza Rokicka.

Jak dodaje, niewywiązanie się z rekomendacji KNF w danym roku może skutkować gorszą oceną BION, a to może przełożyć się na pewne konsekwencje dla samego banku bądź jego zarządu.

– Politykę dywidendową polskiego sektora bankowego oceniam pozytywnie. Banki w rozsądnym wymiarze dzielą się z akcjonariuszami swoimi zyskami – podsumowuje Iza Rokicka.

Spółki z warszawskiego parkietu coraz chętniej wypłacają akcjonariuszom zyski. WIG20 w ciągu ostatnich 10 lat wzrósł o 20 proc, a indeks WIG20TR, biorący pod uwagę również dochody z tytułu dywidendy, zwyżkował o ponad 190 proc. Większość spółek z WIG20 wypłaci dywidendy, które w tym roku wyniosą kilkanaście miliardów złotych.

ZNP: Ponad połowa nauczycieli uważa, że rządowy podręcznik obniża jakość nauczania

57 proc. nauczycieli twierdzi, że jakość pracy po wprowadzeniu rządowego podręcznika uległa pogorszeniu, a jedynie 1,9 proc. dostrzega poprawę – takie są główne wnioski z ankiety przeprowadzonej wśród pedagogów przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. Prawie wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że chcieliby mieć możliwość wyboru podręcznika, popierając jednocześnie pomysł bezpłatnej pomocy dydaktycznej.

Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez ZNP, potwierdzają się obawy, o których nauczyciele mówili przed wprowadzeniem rządowego podręcznika. Prawie jednogłośnie pedagodzy skrytykowali fakt, że nie mają wpływu na wybór podręcznika. Przekazany szkołom za darmo przez MEN „Nasz Elementarz” jest obecny w prawie wszystkich publicznych podstawówkach, bo zakup innej książki samorządy musiałyby sfinansować z własnych środków.

Nauczyciele kwestionują zawartość merytoryczną czy dydaktyczną, choćby to, że nie ma miejsc na wpisywanie, na wypełnianie ćwiczeń, trzeba kupić dodatkowe pomoce. Co prawda autorka podręcznika może i słusznie mówi, że ten podręcznik ma służyć trzy lata, więc nie ma powodu, żebyśmy mieli tam miejsce do wypełniania. Ale z drugiej strony fizyczna wytrzymałość tego podręcznika każe nam wątpić w to, czy on tyle wytrzyma – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Część nauczycieli podkreśliła, że ze względu na ten trzyletni okres podręcznik jest przechowywany w bibliotece szkolnej i trzeba kserować poszczególne strony, co utrudnia pracę. Z ankiety wynika, że według 57 proc. pedagogów jakość pracy z uczniem pogorszyła się po wprowadzeniu rządowego podręcznika. Niecałe 2 proc. przyznaje, że pracuje im się lepiej.

Nasze krytyczne uwagi dotyczą też trybu wyłaniania autora. Ministerstwo Edukacji Narodowej zlekceważyło własne prawa i zapisy ustawowe. Została pominięta procedura zamówień publicznych, zabrakło ekspertyz i opinii rzeczoznawców – przekonuje Broniarz. – Związek wychodzi z założenia, że każda kolejna edycja powinna bazować na autorach wyłanianych z kręgu osób najbardziej do tego kompetentnych, mających dorobek w tym zakresie oraz powinna przestrzegać zasad ustawy o zamówieniach publicznych. Ważne są także opinie rzeczoznawców, ekspertów.

Zdaniem Broniarza MEN mogłoby korzystać z dobrych podręczników dostępnych na rynku, a odciążenie rodziców mogłoby przybrać inne formy.

Wydaje mi się, że problemem był nie tyle brak podręczników na rynku, ile znalezienie sposobu, żeby rodzic nie musiał za niego płacić. Można to było zrobić inaczej, znaleźć inną formę wsparcia, np. możliwe byłyby vouchery na podręczniki – podkreśla Sławomir Broniarz. – Związek, pytając nauczycieli, podkreśla, że bezpłatny podręcznik jest dobrym kierunkiem w zakresie polityki prorodzinnej, natomiast na pewno nie w ten sposób, nie z pominięciem obowiązujących przepisów prawa i jednocześnie stwarzając wrażenie, że komuś po prostu zależało na tym, żeby to było tanio.

Ważne jest, jego zdaniem, aby rodzice wiedzieli, że taka pomoc dydaktyczna rzeczywiście jest bezpłatna i została przygotowana przez najlepszych autorów.

Nikt nie negował celowości wprowadzenia do obiegu bezpłatnych podręczników – zastrzega prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Wręcz przeciwnie, sami jesteśmy rodzicami i wiemy, ile książki kosztują.

Zgodnie z wynikami ankiety 37 proc. nauczycieli ocenia negatywnie przygotowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej podręcznik „Nasz Elementarz” pod kątem dydaktycznym, 34 proc. – merytorycznym, 24 proc. – językowym, 23 proc. – wychowawczym. Badanie przeprowadzono w listopadzie wśród nieco ponad 3 tys. osób. Prezes ZNP ma nadzieję, że ankieta i płynące z niej wnioski wywołają dyskusję w MEN.

Polska czeka na akceptację czterech programów operacyjnych przez KE. Pierwsze projekty ruszą w I kw. 2015 r.

CEO Magazyn Polska

Polska Cyfrowa i Pomoc Techniczna to pierwsze programy operacyjne, które zatwierdziła Komisja Europejska w nowej perspektywie. Na akceptację Brukseli czekają jeszcze cztery programy krajowe i programy regionalne. Negocjacje zmierzają ku końcowi, a strona polska zabiega o to, by wszystkie zostały zaakceptowane jeszcze w tym roku.

W ostatnich dniach Komisja Europejska zatwierdziła program operacyjny Polska Cyfrowa, na który przewidziano ponad 2,1 mld euro oraz Pomoc Techniczna (700 mln euro). Polska czeka jeszcze na akceptację czterech programów krajowych: Infrastruktura i Środowisko, Inteligentny Rozwój, Wiedza Edukacja Rozwój oraz Polska Wschodnia. Negocjacje przyspieszyły i jak twierdzi resort infrastruktury i rozwoju, zmierzają ku końcowi. Strona polska chciałaby, żeby zakończyły się one sukcesem jeszcze w grudniu – zarówno jeśli chodzi o programy krajowe, jak i regionalne.

Widać wyraźnie, że zarówno po stronie Komisji Europejskiej, jak i po stronie polskiego rządu i regionów jest wola zakończenia tych negocjacji w tym roku. To by oznaczało, że w I kwartale przyszłego roku moglibyśmy rozpocząć faktyczną realizację. Jest to bardzo ważne, gdyż polska gospodarka czeka na te pieniądze. Wpłyną one na realizację przedsięwzięć inwestycyjnych, głównie infrastrukturalnych, oraz m.in. na budowę infrastruktury teleinformatycznej – mówi Jerzy Kwieciński, wiceprezes zarządu Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości.

W ubiegłych latach polską gospodarkę w dużej mierze napędzały zwiększone inwestycje, pobudzane środkami z UE. Ministerstwo zapewnia, że impet inwestycyjny nie słabnie, ponieważ z nowej perspektywy ruszyły już projekty drogowe.

W tej chwili mogą być już realizowane projekty drogowe, szczególnie dotyczące autostrad i dróg ekspresowych. Obecnie pierwsze konkursy są podejmowane przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad – tłumaczy Jerzy Kwieciński.

Wynika to stąd, że kwalifikowalność wydatków liczona jest od początku 2014 roku, więc beneficjenci, których nie dotyczą zasady pomocy publicznej, oraz jednostki administracji mogą realizować inwestycje, których rozliczenie nastąpi po zatwierdzeniu programów. To umożliwiło GDDKiA rozpisanie kilkudziesięciu przetargów na budowę dróg i obwodnic.

Według przygotowanego przez MIR programu budowy dróg krajowych na lata 2014-2020 na nowe drogi ma zostać przeznaczone 94,7 mld zł, co pozwoli na stworzenie 1770 nowych odcinków autostrad i dróg ekspresowych (wzrost gęstości sieci z 9 do 15 km/1000 km2) oraz 35 obwodnic. Kolejne 48,7 mld zł trafi na utrzymanie dróg i zarządzanie nimi. Łącznie MIR wyda na drogi 141,5 mld zł, z czego 39,2 mld zł pochodzić będzie z UE.

Czeka nas również duża fala projektów kolejowych, gdyż w nowej perspektywie unijnej środki na transport szynowy są znacznie wyższe niż w poprzedniej. Podobnie wygląda sytuacja z inwestycjami w gospodarkę niskoemisyjną, działania związane z podnoszeniem efektywności energetycznej, jak choćby termomodernizacje i odnawialne źródła energii – wymienia Kwieciński.

Zdaniem wiceprezesa Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości są to nowe obszary, które będą realizowane zarówno na poziomie krajowym, jak i regionalnym.

Najszybciej mają szansę wystartować konkursy związane z tzw. działaniami miękkimi: integracją społeczną, rynkiem pracy, kulturą, edukacją. Wynika to z dużo mniejszych wymogów unijnych przy typu projektach – przekonuje ekspert.

Jak podkreśla, z pewnym opóźnieniem będą ruszać działania, które wymagają przygotowania tzw. programów pomocy publicznych, czego powodem jest konieczność uzgodnienia szczegółowych warunków z Komisją Europejską.

W ramach nowej perspektywy unijnej na lata 2014-2020 z budżetu polityki spójności Polska otrzyma 82,5 mld euro. W ramach funduszy będzie funkcjonować sześć programów krajowych oraz szesnaście programów regionalnych.

Tesco uruchomiło Europejskie Centrum Innowacji w Krakowie. Zajmie się ono wprowadzeniem na rynek kilkuset nowych produktów pod marką własną

0

CEO Magazyn Polska

Tesco chce co roku wprowadzać na rynek kilkaset nowych produktów pod marką własną. Ich przygotowaniem zajmie się nowe Europejskie Centrum Innowacji, otwarte przez Tesco w Krakowie. Już za kilka miesięcy pierwsze artykuły opracowane w centrum trafią do sklepów sieci. Będą sprzedawane nie tylko w Polsce, lecz także w Czechach, na Słowacji i Węgrzech. To szansa dla polskich dostawców i producentów na zdobycie nowych rynków.

Europejskie Centrum Innowacji ma się zajmować rozwojem produktu od początku do końca: od zbadania potrzeb klientów, poprzez określenie składu produktu, testowanie go, określenie wzoru opakowania, również opakowania zbiorczego, aż po rozprowadzenie do poszczególnych sklepów.

Bardzo ważne jest, by był to produkt rozwijany na początku przynajmniej na cztery kraje: Polskę, Czechy, Węgry i Słowację – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Tomaszewski, prezes zarządu Tesco Polska. – To jest podstawowa rzecz, żeby ten sam produkt można było produkować i sprzedawać w dużej skali.

Jak podkreśla Anna Grabowska, dyrektor działu zakupów artykułów żywnościowych i wiceprezes zarządu Tesco Polska, w przyszłości mogą pojawić się nowe rynki – prognozuje, że produkty mogą trafić m.in. na półki w sklepach w Irlandii czy Wielkiej Brytanii.

Otwarcie Europejskiego Centrum Innowacji to szansa na rozszerzenie dotychczasowej współpracy Tesco z dostawcami. Przedstawiciele sieci podkreślają, że to kolejny krok w budowaniu długofalowej współpracy z polskimi producentami. Sieć od ponad 12 lat wspiera eksport polskich produktów na zagraniczne rynki.

Mamy tutaj osoby, które odpowiadają za planowanie. One są dwa lata przed powstaniem produktu i wprowadzeniem go na rynek. Znają trendy, nowe koncepcje, które rodzą się w innych krajach. Jeżeli producent zgłosi się do nas z nowym produktem innowacyjnym i chciałby produkować pod marką Tesco, to na pewno z otwartymi rękami go przyjmiemy i będziemy z nim rozmawiać – zapewnia Anna Grabowska

Nad nowymi produktami i ulepszaniem już sprzedawanych pod marką własną w Centrum będzie pracować kilkudziesięcioosobowy zespół wysokiej klasy specjalistów z każdego z czterech krajów.

Chcemy rozwinąć coś, czego nie ma na rynku – opowiada Ryszard Tomaszewski. – Mogą to być połączenia nowych smaków czy nowych produktów. Może być to wyższa jakość. Do tego dochodzą nowoczesne opakowania: nowy, bezpieczny sposób otwierania i zamykania opakowania.

Tesco stawia na rozwój marki własnej, bo jak pokazują badania, konsumenci coraz chętniej po nie sięgają. Stanowią one więcej niż jedną czwartą koszyka klienta. Z raportu On Board PR Ecco Network wynika, że aż 97 proc. Polaków kupuje takie produkty. Jako ich atuty 83 proc. konsumentów wskazuje atrakcyjną cenę, ale już 64 proc. dostrzega dobrą relację jakości do ceny.

Klienci robią się coraz bardziej wymagający i oczekują coraz lepszych produktów, ale bez zwiększania ceny – zauważa Anna Grabowska. – Rynek nie stoi w miejscu, dlatego trzeba poprawić produkty, ich skład, opakowanie i wygląd. Planujemy wprowadzić dzięki temu Centrum kilkaset nowych produktów w następnym roku.

Jak informuje Tesco, w planach na 2015 rok jest stworzenie m.in. nowej gamy produktów bezglutenowych oraz poszerzenie gamy produktów premium. W najbliższych tygodniach na półkach sklepów Tesco pojawią się pierwsze produkty stworzone przez Europejskie Centrum Innowacji – kapsułki do prania oraz dania instant.

P. Szulec (Pioneer Pekao): W przyszłym roku europejska gospodarka odzyska wigor. Warte uwagi będą akcje niemieckich eksporterów

CEO Magazyn Polska

Po drugim przetargu na tanie pożyczki z EBC, które cieszyły się niewielkim zainteresowaniem banków, analitycy oczekują coraz bardziej zdecydowanych działań Europejskiego Banku Centralnego. Powinny one nakręcić koniunkturę w Europie i osłabić euro, co wesprze eksporterów. Zdaniem Piotra Szuleca z Pioneer Pekao Investment Management niedowartościowane akcje europejskich spółek mogą być w 2015 r. dobrą inwestycją.

Zakładamy, że gospodarka europejska w 2015 roku, głównie za sprawą działania Europejskiego Banku Centralnego, odzyska swój wigor – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Szulec, dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej Pioneer Pekao Investment Management. – Oczywiście dojście do punktu, w którym będzie się rozwijała bardziej dynamicznie, potrwa. Ale patrząc na to, co robi EBC i w którym punkcie jesteśmy teraz, jeżeli chodzi o tempo wzrostu, to wydaje nam się, że dołek koniunktury już został osiągnięty.

Obecnie spółki europejskie, jak zauważa Szulec, są o około 30 proc. tańsze od analogicznych spółek amerykańskich, jeśli chodzi o giełdową wycenę.

Mówimy tu o punkcie odniesienia sprzed kryzysu finansowego – precyzuje Piotr Szulec. – Amerykański rynek akcji znajduje się już zdecydowanie wyżej, więc potencjał rynku europejskiego jest jeszcze większy.

Indeks S&P 500 znajduje się obecnie o 30 proc. wyżej niż na początku października 2007 roku. Londyński FTSE 100 jest obecnie o 6 proc. niżej, zaś niemiecki DAX przekroczył poziom z 1 grudnia 2007 (najwyższy poziom przed kryzysem), ale tylko o 19 proc.

Zarówno w kontekście wycen, jak i spodziewanego ożywienia europejskie akcje, jak twierdzi Piotr Szulec, wyglądają w tej chwili na bardzo atrakcyjną formę inwestycji.

Biorąc pod uwagę zasób gotówki, którą dysponują spółki europejskie, patrząc na to, jakie duże dyskonta mamy w stosunku chociażby do walorów amerykańskich, to wydaje się, że rynek europejskich akcji w przyszłym roku jest dobrym pomysłem inwestycyjnym – przekonuje Szulec. – Na pewno warto skupić się na spółkach europejskich, które skorzystałyby na poprawie koniunktury. Warto także przyjrzeć się walorom firm zyskujących na osłabieniu euro, czyli głównie eksporterów.

Wiele zależy jednak od tego, jak zaznacza dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej Pioneer Pekao Investment Management, jak szybko gospodarka europejska wejdzie w nowa fazę ożywienia po ostatnich działaniach Europejskiego Banku Centralnego (program stymulacyjny TLTRO, z ang. Targeted Longer-Term Refinancing Operation, czyli operacja długoterminowego refinansowania banków z przeznaczeniem na kredyty). Wprawdzie przetarg z ubiegłego czwartku można uznać za bardziej udany niż wrześniowy, bo banki zgłosiły się po prawie 130 mld euro (poprzednio 82,6 mld euro), a chętnych banków było 306 wobec 255 przed kwartałem, jednak ekonomiści spodziewali się, że EBC przydzieli 150 mld euro. Na aż taką kwotę chętnych nie było.

Dotychczas działania EBC polegały przede wszystkim na uspokajaniu czy wzmocnieniu zaufania inwestorów – zauważa Szulec. – Patrząc na działania, które są zapowiadane, możemy mieć do czynienia chociażby ze zdecydowanym zwiększeniem akcji kredytowej banków, której dotychczas brakowało. To jest coś, co bardzo szybko pojawiło się na rynku amerykańskim, po działaniach amerykańskiego Fedu. Jak widać, EBC zajęło więcej niż pięć lat, żeby dojść do tego samego punktu.

Kolejne transze TLTRO szykowane są na marzec, czerwiec, wrzesień i grudzień przyszłego roku, a następnie na marzec i czerwiec 2016 r. Rynki coraz wyraźniej oczekują też od banku centralnego zapowiedzi skupu obligacji. Zdaniem Piotra Szuleca działania te wpłyną na rynki uspokajająco i normalizująco.

– Patrząc na poszczególne rynki europejskie, wydaje nam się, że warto cały czas stawiać na głównego konia pociągowego gospodarki europejskiej, którym jest gospodarka Niemiec. Sądzimy, że także ona dołek ma już za sobą. W przyszłym roku rynek powinien być spokojny – podsumowuje Piotr Szulec.

E-święta, czyli z telefonem na zakupy

35% internautów deklaruje, że do zakupów w sieci wykorzystuje telefon, 19% – tablet, wynika z raportu „E-commerce w Polsce 2014” opublikowanego przez Gemius. To tak naprawdę od 3,2 do 4,9 miliona płacących e-klientów, mogących wydawać nawet kilka milionów złotych rocznie. Tym bardziej dziwi fakt, że niewiele polskich sklepów internetowych dba o tę kategorię klientów. A przecież okres przed świętami i czas poświątecznych wyprzedaży to momenty, w których konsumenci wydają najwięcej.

Smartfon i tablet to coraz popularniejsze narzędzia e-zakupowe wykorzystywane przez polskich internautów, szczególnie tych dobrze oceniających swoją sytuację materialną. I rzeczywiście, zgodnie z raportem Gemius „E-commerce w Polsce 2014” co dwudziesty respondent wydaje tą drogą więcej, niż przy zakupach robionych przez komputer. Na wyniki te może wpływać fakt, że połowę zakupów mobilnych generują posiadacze urządzeń firmy Apple, postrzegani jako bardziej majętni i pozytywnie nastawieni do nowatorskich rozwiązań.

Formularze problematyczne dla 66% e-klientów

Zobaczmy, na co skarżą się uczestnicy e-handlu kupujący przez urządzenia mobilne? Dla 66% przebadanych przez Gemius problemem są przede wszystkim kłopotliwe procedury towarzyszące wypełnianiu formularzy w czasie składania zamówienia. Dużym utrudnieniem są także niewygodne sposoby dokonywania płatności (np. zwykłym przelewem), problemy z dokonywaniem płatności (odpowiednio 27 i 26%), a także skomplikowanie całego procesu, na które zwróciło uwagę 45% kupujących.

Rynek już reaguje na te potrzeby, np. wybrani operatorzy płatności online wprowadzają wygodne formularze płatności działające na wszystkich urządzeniach, a pierwsze banki upraszczają procesy korzystania z bankowości przez telefon. Jednak to wciąż wyjątki.

Płatności mobilne można (i trzeba) usprawnić!

Zapewnienie wygodnej formy płatności to większa szansa na pozyskanie płacącego e-klienta. Aby o to zadbać, na początek warto zastąpić kłopotliwe dla posiadaczy urządzeń mobilnych przelewy bankowe na rzecz systemów płatności internetowych lub płatności online. Takich rozwiązań jest kilka, np. mPay, SkyCash, Płacę z IKO, PeoPay, Masterpass, V.me. Każdy z nich umożliwia dokonanie płatności za pomocą specjalnej aplikacji. Co więcej – systemy te pozwalają płacić również w zwykłych sklepach, nie tylko internetowych, a nawet „przelewać” pieniądze z jednego telefonu na drugi.

W uproszeniu procesów e-płatności pomoże także interfejs API udostępniany przez operatora płatności. – Taki system pozwala maksymalnie skrócić proces płatności, kierując klienta ze sklepu czy aplikacji bezpośrednio do strony banku. Płynnie i omijając kłopotliwe formularze, przy których klienci niecierpliwią się najbardziej – mówi Bernadetta Madej, dyrektor działu handlowego z Dotpay.

Dlaczego banki i sklepy zapominają o mobilnych klientach?

Na pewno zapewnienie wszystkich wymienionych wyżej narzędzi w ramach jednej umowy z operatorem płatności internetowych to większa szansa na pozyskanie i utrzymanie lojalnego e-klienta. Mimo tego dobrze przemyślanych i zachęcających do zakupów online stron mobilnych jest niewiele. Także banki prawie w ogóle nie zwracają uwagi na klientów robiących płatności online. Świadczy o tym chociażby proces wykonywania przelewu przez telefon, który jest trudny i czasochłonny (wymaga m.in. skopiowania i wklejenia danych ze strony sklepu do strony banku). Co więcej, ze stron niektórych banków praktycznie nie da się korzystać przez telefon. Z jednej strony pojawiają się błędy w interfejsie (brak responsywności, za małe przyciski, brak możliwości powiększenia strony), z drugiej – nieprzemyślany proces płatności (konieczność wpisywania hasła maskowanego, automatyczne wylogowanie po przejściu z przeglądarki do skrzynki sms w celu odczytania wiadomości z hasłem).

Również właściciele sklepów internetowych zapominają o uproszczeniu procesu płatności. Nawet jeśli zdecydują się wprowadzić płatności internetowe, komplikują przebieg transakcji dodając kolejne ekrany –  wyboru banku czy kilkukrotnego podawania tych samych danych. W dodatku każdy ekran wygląda inaczej, bo pochodzi od innego podmiotu – sklepu, operatora płatności internetowych, banku. Nawet jeśli wszystko technicznie działa, internauta trafia do zbyt wielu miejsc zniechęcających do finalnego dokonania płatności.

Jak radzi Bernadetta Madej, proces ten zdecydowanie da się uprościć zapamiętując wybrany przez klienta bank i sposób płatności lub odpowiednio dobierając kolejność operacji. – Tylko 15% sklepów korzysta z narzędzi do robienia testów A/B, które pozwalają sprawdzić co przeszkadza klientom w dokonaniu płatności. To niewiele, ale w końcu płatności mobilne to nowy rynek, którego wszyscy powinni się uczyć poprzez badania i testy, a nie intuicję – podsumowuje ekspertka.

10 milionów polskich e-klientów

W ostatnich latach ruch z urządzeń mobilnych rósł w tempie 150% rocznie. Oznacza to, że w przyszłym roku świąteczne zakupy przez smartfon czy tablet może zrobić jeszcze więcej Polaków. Taki wzrost wydaje się niewiarygodny? Nic z tych rzeczy! Wcale nie jesteśmy światowym wyjątkiem – w Wielkiej Brytanii, Danii i innych krajach europejskich 1/3 zakupów online robionych jest przez urządzenie mobilne, a w USA to ponad 50%. Z pewnością warto więc zainteresować się płatnościami mobilnymi w sklepach internetowych, bo w przyszłym roku liczba Polaków, którzy będą kupować przez urządzenia mobilne może przekroczyć 10 milionów osób. Takiej grupy nie można zignorować!

Świadomi finansowo chcą odwróconego kredytu hipotecznego

0

15 grudnia w życie wchodzi ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym. Potencjalny rynek jest ogromny, bo emerytury są stosunkowo niskie, a świadczeniobiorcy zwykle posiadają nieruchomości na własność. Z badań Bankier.pl wynika, że aż 11% naszych użytkowników byłaby skłonna oddać swoje mieszkanie w zamian za wyższą emeryturę.

Ponad 60% naszych użytkowników posiada nieruchomość na własność, z tego 70% posiada lokal o wartości wyższej niż 200 tys. zł. Aż 11% badanych byłaby skłonna oddać posiadaną nieruchomość w zamian za wyższą emeryturę. Do tego blisko co piąty pytany uznał, że taką ofertę bezpośrednio powinien wprowadzić Zakład Ubezpieczeń Społecznych.

– Przy nieruchomości wartej 200 tys. zł średnia renta hipoteczna w ramach tzw. odwróconego kredytu powinna wynosić ok. 1,5 tys. zł miesięcznie (10 lat wypłat). Na razie, pomimo ustawy, żaden bank nie przygotował oferty odwróconego kredytu. Banki nie są zainteresowane sprzedażą tego produktu ze względu na duże koszty manipulacyjne oraz ewentualną konieczność zbycia mało atrakcyjnej nieruchomości. Do tego dochodzą komplikacje związane z prawem spadkowym. Rodzina może się długo kłócić o nieruchomość lub mogą pojawić roszczenia pominiętych spadkobierców – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Renta niższa od oczekiwanej

To wszystko sprawia, że potencjalna renta byłaby niższa od oczekiwanej, a to zmniejsza atrakcyjność tego produktu dla samych banków. Powszechnie panuje opinia, że odwrócony kredyt hipoteczny to szansa dla mniej zamożnych emerytów – z analizy Bankier.pl wynika, że jest to produkt stworzony bardziej dla bogatych seniorów, którzy posiadają więcej niż jedną nieruchomość – przy czym tę drugą często cechuje niższa płynność, np. dom na wsi.

Ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym umożliwia bankom wprowadzenie do swojej oferty produktu kredytu w modelu tzw. odwróconej hipoteki. Bank w teorii dokonywałby wyceny nieruchomości, a następnie wypłacał klientowi – z założenia osobie starszej w wieku emerytalnym – ustaloną sumę (całość lub w formie renty), dla której zabezpieczeniem byłaby nieruchomość. Kredyt nie byłby wypłacany do końca życia, tylko przez określony czas np. 10 lat.

– Odwrócony kredyt hipoteczny miał być szansą dla milionów emerytów. Gdyby jednak taki produkt był rzeczywiście potrzebny, to banki miałyby go w swojej ofercie już dawno i to bez konieczności wprowadzania specjalnej ustawy. Najprawdopodobniej odwrócony kredyt podzieli los leasingu konsumenckiego wprowadzonego w 2011 roku – w teorii będzie istnieć, ale w praktyce nikt nie będzie z tego korzystać – komentuje Łukasz Piechowiak.

Własny biznes sposobem na bezrobocie

Prawie co trzeci młody Polak nie ma pracy. Podejmowanie własnych inicjatyw biznesowych stało się popularną metodą na wychodzenie z bezrobocia.

Istnieje szereg różnych instrumentów, które pomagają młodym założyć działalność gospodarczą. Jednym z nich jest uruchomiony przez Bank Gospodarstwa Krajowego program „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”. Umożliwia on zaciągnięcie bardzo nisko oprocentowanego kredytu na rozpoczęcie pierwszej działalności gospodarczej. Pomocne są również liczne instytucje i programy, dzięki którym łatwiej o zdobycie własnego finansowania, pozyskanie inwestorów czy dopracowanie swoich pomysłów biznesowych. Mowa między innymi o Fundacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw, akademickich inkubatorach przedsiębiorczości oraz programie Youth Business Poland. Warto również korzystać z – zapewnianych przez organizacje mentoringowe – konsultacji z doświadczonymi przedsiębiorcami. Podpowiedzą nam oni, na co należy zwrócić szczególną uwagę przy zakładaniu swojego pierwszego biznesu.

Polacy są pozytywnie nastawieni do przedsiębiorczości. Badania pokazują, że każdego roku wzrasta liczba osób, które chcą założyć własną działalność gospodarczą. „Grunt to przemyślany pomysł biznesowy, dobra analiza konkurencji i potrzeb klientów. Jeżeli stworzymy produkt i usługę, na które jest zapotrzebowanie, a których konkurencja nie dostarcza, to jest szansa, że nasza firma odniesie sukces” – mówi serwisowi infoWire.pl Justyna Politańska z Fundacji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości.

Niestety, nadal istnieje wiele ograniczeń administracyjno-prawnych, które utrudniają życie polskim przedsiębiorcom. Narzekają oni na skomplikowany system fiskalny, mnogość podatków, wysokie koszty pracy i wszechobecną biurokrację. Właśnie dlatego tak ważną rolę odgrywają organizacje działające na rzecz aktywizacji gospodarczej, które pomagają młodym Polakom na starcie.

Za niska stawka dla pielęgniarek i położnych

Kwota określona przez Narodowy Fundusz Zdrowia (stawka kapitacyjna) jaką pielęgniarka i położna otrzymują na leczenie pacjenta jest zdecydowanie za niska i nie uwzględnia godnych warunków pracy – uważa Konfederacja Lewiatan.

Lewiatan z niepokojem obserwuje rozwiązania proponowane w zakresie podstawowej opieki zdrowotnej. Chodzi o przygotowany projekt zarządzenia Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia zmieniający zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów o udzielanie świadczeń w rodzaju: podstawowa opieka zdrowotna.

Stawka kapitacyjna dla pielęgniarek i położnych jest najniższą spośród stawek zaproponowanych dla wszystkich świadczeniodawców. W praktyce, przyjmując stawkę kapitacyjną w proponowanej wysokości, uwzględniając ponadto usługi świadczone na rzecz osób nieubezpieczonych, efektywna jej wysokość może spaść nawet o 20 proc. Tymczasem, wzrosły znacząco koszty utrzymania praktyki, w tym koszty stałe takie jak paliwo czy koszty ubezpieczeń społecznych.

– Stawka kapitacyjna dla pielęgniarki i położnej powinna być wyższa o 20 proc. od dotychczasowej. Konieczne jest również jej wyrównanie za nieubezpieczonych – mówi dr Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Stawki kapitacyjne w podstawowej opiece zdrowotnej są zróżnicowane ze względu na grupy wiekowe, z uwzględnieniem wskaźnika demograficznego. Na przykład, lekarz podstawowej opieki zdrowotnej otrzymuje roczną stawkę kapitacyjną na jednego pacjenta zapisanego do tego lekarza. Lekarz musi z niej pokryć również koszty zleconych przez siebie badań.

Konfederacja Lewiatan

Kosztowny projekt prawa farmaceutycznego

Rozwiązania proponowane w poselskim projekcie nowelizacji Prawa farmaceutycznego zbyt daleko ingerują w sferę wolności gospodarczej narzucając podmiotom obowiązki w odniesieniu do wszystkich leków, również tych do których państwo nie dopłaca w ramach systemu refundacji, a w stosunku do których brak jakiegokolwiek ryzyka dotyczącego dostępności dla pacjentów. Są również bardzo kosztowne dla budżetu państwa – uważają Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego i Konfederacja Lewiatan.

Krajowi producenci dostrzegają problemy związane z dystrybucją leków i trudnościami w dostępie pacjentów do niektórych z nich, w szczególności refundowanych. Sytuacja taka nie dotyczy jednak tych produktów leczniczych dla których dostępne są na rynku odpowiedniki. Konkurencja między producentami pozostaje bowiem najlepszym sposobem regulacji rynku, w tym również gwarantem dostępności produktów leczniczych dla pacjentów. W zakresie produktów refundowanych, które nie posiadają odpowiedników z pewnością konieczne jest doprecyzowanie niektórych przepisów. Proces ten jednak powinien być połączony z rewizją polityki Ministra Zdrowia w zakresie stosowania przepisów ustawy refundacyjnej.

Poselski projekt ustawy w założeniu rozwiązywać miał problem tzw. odwróconego łańcucha dystrybucji. Tymczasem nakłada on na producentów, wyłącznie krajowych obowiązki informacyjne, które nie są uzasadnione i zbędne dla uregulowania kwestii związanych z wywozem niektórych leków z Polski.

Analiza poselskiego projektu ustawy Prawo farmaceutyczne wskazuje, że jest to regulacja stworzona w pośpiechu, nieprzemyślana, dodatkowo pojawiająca się w czasie, w którym jednoznaczna jej ocena ze względu na trwające prace nad nowelizacją Prawa farmaceutycznego w związku z implementacją tzw. Dyrektywy podróbkowej jest utrudniona, ponieważ nie jest znany ostateczny kształt i brzmienie przepisów, które oba te projekty nowelizują.

Projekt rodzi ogromne koszty dla budżetu państwa związane z tworzeniem systemu przekazywania informacji, wymaga zwiększenia zatrudnienia w GIF, podwyższa nieuzasadnione koszty po stronie wszystkich uczestników obrotu produktami leczniczymi.

Jakie jest uzasadnienie nakładania na przedsiębiorców dodatkowych obowiązków informacyjnych w odniesieniu do leków nierefundowanych, również tych dostępnych bez recepty trudno odgadnąć, tym bardziej, że dotychczas nie odnotowano braku ich dostępności ze względu na silną konkurencję i obecność na rynku wielu odpowiedników.

Jednocześnie projekt wprowadza wyłącznie regulacje nakładające na uczestników obrotu kolejne obowiązki, generujące koszty i sankcje za ich niewkonywanie, które dublują się z już istniejącymi w stosunku do części z nich (leków refundowanych) na podstawie odrębnych regulacji (ustawa refundacyjna).

Projekt jest również niedopracowany legislacyjnie. Widoczne jest aż nadto wyraźnie, że jest kompilacją różnych rozwiązań. Niestety, od strony redakcyjnej nie usystematyzowanych. Osiągniecie celu polegającego na kontroli wywozu niektórych leków z Polski nie wymaga budowania kosztownego systemu informacji od producentów w odniesieniu do wszystkich leków i to w obszarze zwalnianych serii, jak i sprzedaży.

Całość problemu można uregulować w sposób wyczerpujący, przenosząc chociażby obowiązek przedstawienia odpowiedniej informacji przez podmiot, który produkty z rynku polskiego zamierza wywieźć. Innym rozwiązaniem byłoby monitorowanie wyłącznie tych leków i nakładanie obowiązku informacyjnego w stosunku do takich produktów, których braki mogą faktycznie wystąpić. Tu oczywiście konieczne byłoby określenie kryteriów (np. obowiązek może dotyczyć leków które nie posiadają odpowiedników).

Konfederacja Lewiatan

Trwają prace nad nową ustawą o działalności gospodarczej

0

Harmedy – decyzja UOKiK

0

Dzwonili do osób starszych. Przedstawiali się jako rehabilitanci i proponowali bezpłatne zabiegi w ramach programu NFZ. W rzeczywistości byli to przedstawiciele handlowi spółki Harmedy oferujący sprzęt paramedyczny. Prezes UOKiK nakazał zaniechanie stosowania tych praktyk i nałożył kary w wysokości ponad 145 tys. zł

Spółka Harmedy z Porażyna (woj. wielkopolskie) sprzedaje konsumentom sprzęt paramedyczny np. poduszki i maty masujące. Transakcje zawierane są poza lokalem przedsiębiorcy zwykle w miejscu zamieszkania klientów. Urząd wszczął postępowanie przeciwko spółce w lipcu tego roku. Impulsem do działań UOKiK były m.in. skargi zgłaszane przez konsumentów. Dotyczyły one wprowadzania w błąd przez przedstawicieli handlowych spółki.

W wyniku postępowania Urząd ustalił m.in. że, akwizytorzy spółki Harmedy dzwonili do konsumentów informując ich o zakwalifikowaniu do rehabilitacji dofinansowywanej przez Unię Europejską lub prowadzonej w ramach programu Narodowego Funduszu Zdrowia. Następnie umawiali się na przeprowadzenie bezpłatnych zabiegów w miejscu zamieszkania klienta. Podczas umówionej wizyty agenci handlowi nie ujawniali, że prowadzą sprzedaż oferowanych towarów. Pozostawiając  towary w miejscu zamieszkania konsumentów, zapowiadali kolejną wizytę i prosili np. o podpis potwierdzający ich obecność. Konsumenci nie zdawali sobie sprawy, że zawierają umowę zakupu sprzętu paramedycznego. Poprosił o dowód i moją żonę Barbarę o podpis […]. Stwierdził, że chodzi o jego obecność. Nie było mowy o sprzedaży sprzętutak wizytę handlowca opisywała jedna z osób, które poskarżyły się do UOKiK.

Urząd zakwestionował praktyki spółki Harmedy ponieważ każdy przedsiębiorca składający ofertę handlową ma obowiązek poinformować konsumenta o zamiarze zawarcia umowy. Wprowadzanie w błąd a nawet niedoinformowanie potencjalnych klientów jest uznawane za niezgodną z prawem nieuczciwą praktykę rynkową.

Zastrzeżenia UOKiK wzbudziły też praktyki, które mogły utrudniać konsumentom odstąpienie od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorcy. Zgodnie z prawem każdy konsument może zrezygnować z zakupu sprzętu nabytego od akwizytora. Warunkiem jest złożenie (np. poprzez nadanie na poczcie) pisemnego oświadczenia o odstąpieniu od umowy w ciągu 10 dni od dnia zawarcia umowy. Tymczasem przedstawiciele handlowi Harmedy zapewniali klientów, że oświadczenie o rezygnacji z zakupionego produktu można złożyć telefonicznie. W takim wypadku towar miał być odebrany osobiście przez pracownika spółki. Jednak przedsiębiorca umyślnie nie dotrzymywał terminów odbioru towaru. Następnie, po zakończeniu okresu, w którym możliwe było odstąpienie od umowy, konsument był informowany, że rezygnacja z transakcji jest niemożliwa ze względu na brak złożenia pisemnego oświadczenia.

Prezes UOKiK nakazał spółce zaniechanie stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów i nałożył kary pieniężne w łącznej wysokości  145.571 zł. Decyzja nie jest prawomocna, przedsiębiorca odwołał się do sądu.

Pomoc dla konsumentów

Konsument, którego interes został naruszony przez stosowanie nieuczciwej praktyki rynkowej, ma prawo żądać od przedsiębiorcy m.in. usunięcia skutków tej praktyki a także naprawienia szkody. Wszystkich konsumentów, którzy mają problem z przedsiębiorcami oferującymi produkty i usługi na pokazach zachęcamy do skorzystania z porad  na stronie UOKiK oraz do pobrania wydanego przez Urząd poradnika. Każdy konsument może też liczyć na bezpłatną pomoc prawną: rzeczników konsumentów w swoim miejscu zamieszkania, Federacji Konsumentów, Stowarzyszenia Konsumentów Polskich. Porady udzielane są pod też darmowym numerem: 800 007 707. Skargi można zgłaszać także do Wojewódzkich Inspektoratów Inspekcji Handlowej.

Forum Nowych Państw Członkowskich UE w Ministerstwie Finansów

Wybrane kwestie polityki makroekonomicznej i finansowej na drodze do przyjęcia euro to temat Forum Nowych Państw Członkowskich Unii Europejskiej (NPCz), zorganizowanego 12 grudnia 2014 r. w Warszawie przez Ministerstwo Finansów oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW).

W Forum wzięli udział członkowie kierowniczego szczebla resortów finansów oraz banków centralnych Bułgarii, Chorwacji, Czech, Rumunii, Węgier oraz Polski, a także przedstawiciele MFW, Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego. Polskę reprezentowali podsekretarz stanu w MF Artur Radziwiłł, radca generalny, główny ekonomista Ministerstwa Finansów Ludwik Kotecki oraz członek zarządu Narodowego Banku Polskiego Andrzej Raczko.

Uczestnicy spotkania dyskutowali o przystąpieniu NPCz do unii bankowej przed przyjęciem euro, przedstawiając argumenty za i przeciw, wpływ na swobodę manewru w polityce makroekonomicznej oraz wpływ na kompetencje nadzorcze w odniesieniu do banków macierzystych w strefie euro. Poruszono też kwestię harmonogramu przystępowania do unii bankowej.

Rozpatrywano również przyjęcie euro przez nowe państwa członkowskie UE pod kątem wpływu kryzysu na bilans kosztów i korzyści, reform niezbędnych do maksymalizacji korzyści po przyjęciu wspólnej waluty oraz konwergencji realnej (czyli zdolności gospodarek słabiej rozwiniętych do szybszego wzrostu gospodarczego, w efekcie którego z czasem zanika początkowa różnica w poziomie PKB na mieszkańca w stosunku do krajów bogatszych). Kolejną kwestią były możliwości zastąpienia autonomicznej polityki pieniężnej i kursowej innymi środkami, a także wpływ na swobodę manewru w polityce makroekonomicznej i reprezentacji NPCz w instytucjach strefy euro. Tematem Forum były ponadto ramy fiskalne UE oraz reformy systemów emerytalnych (adekwatność miejsca drugiego filara systemu emerytalnego w ramach fiskalnych UE i ocena drugiego filara przez inwestorów, polityka wspierania trzeciego filara, elastyczność ram fiskalnych UE na innych obszarach, np. inwestycji infrastrukturalnych).

Forumowicze rozmawiali również na temat dyrektywy jednolitego rynku i dyrektywy usługowej. Chodzi m.in. o wykorzystanie przez NPCz nieograniczonego dostępu do jednolitego rynku UE, rolę reform strukturalnych we wspieraniu eksportu na rynki UE oraz dywersyfikację geograficznej struktury eksportu, a także wpływ dyrektywy usługowej na eksport usług przez NPCz i perspektywy dalszej liberalizacji przepływu usług.

MARS Real Estate w przyszłym roku zakończy przebudowę otoczenia giełdy i rozpocznie dużą inwestycję w gdyńskiej stoczni

0

CEO Magazyn Polska

W przyszłym roku bardzo zmieni się otoczenie warszawskiej giełdy. W czerwcu zostanie otwarty przylegający do niej nowoczesny biurowiec. Budynek starej giełdy przejdzie zaś gruntowną modernizację. Inwestor MARS Fundusz Inwestycyjny Zamknięty zapowiada też budowę kompleksu budynków na terenie gdyńskiej stoczni.

Warszawskie Centrum Bankowo-Finansowe przy skrzyżowaniu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich to jeden z najlepszych adresów Warszawy. Zbudowany w połowie ubiegłego stulecia, jako siedziba władającej PRL-em partii komunistycznej, w latach 90. został zamieniony w symbol odradzającego się kapitalizmu. Budynek, który jako pierwszy mieścił Giełdę Papierów Wartościowych, jest jednak wyeksploatowany i przestarzały.

– Budynek tak naprawdę od początku swojego istnienia, więc od kilkudziesięciu, blisko 60 lat nigdy nie został poddany tak gruntownej modernizacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Lewandowski, dyrektor zarządzający Aktywów Nieruchomościowych w MS Towarzystwie Funduszy Inwestycyjnych. – Chcemy go całkowicie zmodernizować, odświeżyć także dziedziniec, oczywiście przy zachowaniu wymogów konserwatora zabytków. Chcemy po prostu dostosować jego standard techniczny, standard tej powierzchni do standardu lokalizacji, która nawet w najbardziej obiektywnych czy subiektywnych miarach jest najlepszą w Warszawie.

Przebudowa otoczenia polskiej giełdy to jeden z największych projektów deweloperskich grupy MARS Real Estate należącej do MS TFI.

Realizujemy obecnie cztery projekty deweloperskie, których wartość to mniej więcej 300 mln zł – informuje Tomasz Lewandowski. – Naszym flagowym projektem jest wspomniany Nowy Świat 2.0, czyli ultranowoczesny budynek biurowy zlokalizowany przy samej ulicy Nowy Świat, niedaleko Centrum Bankowo-Finansowego. Budynek, który nawiązuje stylistycznie i architektonicznie do budynku Centrum Bankowo-Finansowego, choć ta stylistyka ma bardzo współczesny wymiar i została przemyślana przez architekta Andrzeja Chołdzyńskiego w sposób zupełnie fenomenalny.

Wśród realizowanych obecnie przez spółki wchodzące w skład MARS Real Estate inwestycji są dwa budynki mieszkaniowe. Stacja Kazimierz realizowana w formule joint venture z Polnordem oraz Miasto Wola realizowane z firmą Dantex. Jest też wśród nich biurowy budynek EQlibrium na warszawskiej Woli. Wszystkie projekty realizowane są przez spółkę Grupa Waryński.

Lokalizacja, w której my chcemy zaoferować ten budynek, jest bardziej kojarzona z miejscem dla projektów mieszkaniowych – podkreśla dyrektor zarządzający Aktywów Nieruchomościowych w MS TFI. – W związku z tym liczymy na to, że skuszą się na niego klienci, którym będzie zależeć na większej ekspozycji, a nie tak bardzo na zagęszczeniu otoczenia stricte biznesowego.

Spółki należące do Funduszu Inwestycyjnego MARS działają głównie na rynku warszawskim. W przyszłym roku fundusz zamierza jednak rozpocząć inwestycję nad morzem. Na ponadośmiohektarowej działce nad samą wodą zamierza zbudować Gdynia Waterfront, kompleks o całkowitej powierzchni 174 tys. mkw.

– Projekt posadowiony na dawnych terenach Stoczni Remontowej „Nauta” w Gdyni – opowiada Tomasz Lewandowski z MS TFI. – Zakłada on budowę olbrzymiego centrum wielofunkcyjnego uwzględniającego komponent mieszkaniowy, hotelowy, biurowy oraz rekreacyjny. Dopiero niedawno, kilka tygodni temu, uzyskaliśmy miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego tej inwestycji. To pozwala przystąpić do tworzenia koncepcji i opracowania projektów, które ostatecznie dostaną pozwolenia na budowę i ich faktyczną realizację w przyszłości.

Pranie pieniędzy pozostawia „cyfrowe” odciski palców. Odpowiednie procedury pozwalają wyśledzić przestępców

Pranie pieniędzy jest jednym z najczęściej wymienianych nadużyć, których obawiają się firmy zarówno w Polsce, jak i w innych krajach. Strach przed tym zjawiskiem jest nawet większy niż jego rzeczywista skala. Takie zagrożenie powinno zostać uwzględnione w polityce bezpieczeństwa firmy – radzą eksperci. Informatyka śledcza umożliwia odnalezienie i zabezpieczenie „cyfrowych” odcisków palców.

Trzeba uwzględnić to zagrożenie w polityce bezpieczeństwa firmy, co jest ostatnio bardzo rzadko robione. Trzeba zweryfikować odpowiednie procedury bezpieczeństwa, które zwracają uwagę na wszystkie odbiegające od normy działania. Kolejnym krokiem jest wdrożenie procedur sprawdzających, czy mamy do czynienia z incydentem, czy jest to jakaś anomalia, która też czasem zdarza się w biznesie – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Odor, główny specjalista w polskim oddziale Kroll Ontrack, firmy zajmującej się informatyką śledczą i odzyskiwaniem danych.

Odsetek firm, które zostały narażone na oszustwa związane z praniem pieniędzy, wzrósł w ubiegłym roku o 2 proc. Z danych Kroll Ontrack wynika, że przedsiębiorcy obawiają się tego zjawiska. Znalazło się ono wśród sześciu najczęściej wymienianych typów nadużyć (obok korupcji, naruszenia regulacji, sprzeniewierzenia funduszy, kradzieży własności intelektualnej i zmowy rynkowej) jako realne zagrożenie. Zjawiskom tym sprzyja między innymi złożoność infrastruktury IT w firmach, duża rotacja pracowników, a także wchodzenie na nowe rynki o podwyższonym stopniu ryzyka.

Kiedy mimo wdrożonych procedur i środków zapobiegawczych dojdzie do przestępstwa, kluczowe dla firmy jest zebranie i zabezpieczenie materiału dowodowego tak, by nie stracił on swojej wartości dowodowej.

Najważniejsza jest kwestia danych opisujących dane, bo przecież samą zawartość plików można zmienić. Analiza informacji towarzyszących tym plikom może zwrócić uwagę na pewne istotne elementy – dodaje Paweł Odor. –Odpowiednio zebrane materiały muszą być doprowadzone do odpowiedniej postaci, dzięki której łatwo będzie można je analizować i wyciągać wnioski dotyczące tego, gdzie, co i jak miało miejsce, czy doszło do incydentu, jakie osoby były zaangażowane w przeprowadzenie incydentu. Z tym oczywiście również można wystąpić na drogę sądową po odpowiednim przygotowaniu raportu.

Odor zwraca również uwagę na to, że rośnie znaczenie „cyfrowych” odcisków palców dotyczących zjawiska prania pieniędzy.

Żyjemy w cyfrowym świecie, stąd też istnieją usługi e-discovery, dzięki którym możliwe jest przeszukanie i przeanalizowanie ogromnej liczby dokumentów elektronicznych pod kątem potencjalnych dowodów – mówi Paweł Odor.

W ramach dochodzeń dotyczących prania pieniędzy informatycy śledczy w pierwszej kolejności starają się uzyskać pełen obraz zasobów IT i używanych aplikacji. Analizują m.in. systemy bankowości i rachunkowości używane podczas operacji, sposób, w jaki dokonano przelewów i w jaki obsługiwano konta, czy procedury autoryzacyjne. Analizowane są również narzędzia komunikacyjne, takie jak e-maile, telefony komórkowe czy Skype.

Z raportu wynika, że w ubiegłym roku w Polsce było ponad 210 postępowań przygotowawczych, 65 aktów oskarżenia, 37 wyroków, 129 osób skazanych i 15,25 mld zł podejrzanego pochodzenia. Natomiast liczba zawiadomień o podejrzanych działalnościach i transakcjach zarejestrowanych w systemie informatycznym Generalnego Inspektora Informacji Finansowej wyniosła 3 265 i w stosunku do roku 2012 wzrosła o 30 proc., a w stosunku do roku 2010 – o ponad 60 proc.

Za 80 proc. polis na życie płacą sami ubezpieczeni. W innych krajach regionu częściej ich koszty pokrywają pracodawcy

0

Na polskim rynku ubezpieczeń na życie za zdecydowaną większość grupowych polis płacą sami ubezpieczeni. Polisy opłacane przez pracodawców to zaledwie jedna piąta rynku. Takie proporcje wyróżniają Polskę na tle innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Również fakt, że na rynku jest znacznie większa różnorodność świadczeń i rodzajów zdarzeń, które można ubezpieczyć, odróżnia polski rynek ubezpieczeń grupowych.

Polski rynek to rynek dobrowolny. Około 80 proc. programów stanowią ubezpieczenia finansowane z kieszeni pracowników – zauważa Wojciech Rowicki, dyrektor zespołu sprzedaży ubezpieczeń grupowych w MetLife. –To zdecydowanie wyróżnia polski rynek spośród innych krajów Europy Centralnej: Węgier, Czech, Słowacji, Rumunii czy krajów bałtyckich. Tam przeważają programy sponsorowane, w ramach których to pracodawca funduje składkę.

W Polsce tego typu ubezpieczenia sponsorowane stanowią zdecydowaną mniejszość.

Przewagą polskiego rynku jest za to mnogość dostępnych świadczeń w tej grupie ubezpieczeń oraz rodzajów zdarzeń, które mogą być objęte polisą.

Mamy pakiety dla małżonków, pakiety obejmujące ryzyka ubezpieczeniowe, jak śmierć rodzica, teścia czy urodzenie dziecka – wskazuje Wojciech Rowicki. – Niedawno na Węgrzech po zmianie systemu zabezpieczeń socjalnych wprowadzono ubezpieczenie obejmujące urodzenie dziecka i to była rzecz niespotykana.

Jak wskazuje ekspert, rynek ten może rozwijać się w stronę ubezpieczeń sponsorowanych przez pracodawców. Mogą na to wskazywać wyniki badań przeprowadzonych niedawno przez MetLife. Pracodawcy zdają sobie sprawę z tego, że odpowiednia propozycja pozapłacowych benefitów pracowniczych jest skutecznym narzędziem budowania lojalności zatrudnionych. Większość pracowników (61 proc.) przyznała, że byłaby zainteresowana dodatkowym świadczeniem, jakim jest ubezpieczenie na życie. Odsetek zainteresowanych rośnie do 85 proc., jeśli pracodawca przejąłby całość lub część kosztów składki.

Najważniejsze dla pracodawców jest to, żeby budować lojalność swoich pracowników i oczywiście poszerzyć pakiet świadczeń pracowniczych. Pracownikom zaś chodzi o korzystną, szeroką ofertę i atrakcyjne warunki cenowe – to decydowało o tym, kiedy i jak przystępują do ubezpieczenia grupowego – mówi Rowicki o wynikach innego badania, przeprowadzonego wspólnie z ICAN Institute, na temat oczekiwań, co do ubezpieczeń pracowniczych.

Jak podkreśla, programy oparte na jednym wariancie przestały być atrakcyjne. Obie strony poszukują elastycznej oferty, której zakres i sumę świadczeń można dostosować do potrzeb pracodawcy i pracowników.

Chcielibyśmy widzieć więcej programów sponsorowanych, gdzie suma ubezpieczenia na życie wynosiłaby co najmniej dwukrotność rocznych zarobków pracownika, tak żeby w przypadku jego zgonu rodzina otrzymała świadczenie w odpowiedniej wysokości. Teraz średnia suma na życie w ubezpieczeniu grupowym to około 60 tys. złotych. Taka suma ubezpieczenia stanowi odpowiednik dwuletnich zarobków w wysokości 2,5 tys. złotych brutto miesięcznie. To znacznie mniej niż średnia krajowa – mówi dyrektor zespołu sprzedaży ubezpieczeń grupowych.

Według Polskiej Izby Ubezpieczeń składka przypisana brutto z tytułu bezpośrednich polis na życie wyniosła w ubiegłym roku ponad 13,1 mld zł – o jedną trzecią mniej niż w 2012 roku (powodem było ograniczenie sprzedaży polisolokat). Grupowe polisy stanowią ponad połowę tego segmentu rynku ubezpieczeń.

Spółki obrotu energią pod coraz większą presją cenową. Energa czeka z inwestycjami w OZE na nową ustawę

0

Ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych powinny w przyszłym roku nieco zmaleć. Spółki obrotu energią są pod coraz większą presją konkurencyjną, a w segmencie dystrybucji na obniżenie opłat nalega regulator. Ze względu na niskie marże ze sprzedaży energii elektrycznej dostawcy szukają możliwości łączenia jej z innymi produktami. 

Presja konkurencyjna będzie rosła, co będzie się przejawiało obniżaniem marży w poszczególnych częściach rynku energii elektrycznej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Bieliński, prezes zarządu Energi. ‒ W segmencie dystrybucji nie ma wątpliwości, że będzie silna presja ze strony regulatora. Musimy temu przeciwdziałać, łącząc sprzedaż energii elektrycznej z innymi produktami, które sprawią, że będziemy atrakcyjnym dostawcą energii dla naszych klientów.

Bieliński ocenia, że w wyniku tej presji ceny energii elektrycznej w przyszłym roku dla grupy taryfowej G, czyli dla gospodarstw domowych, będą niższe. To dla Energii i innych dostawców oznacza coraz niższe marże. Zapewnienie rentowności będzie coraz większym wyzwaniem, a rozwiązaniem może być właśnie cross-selling energii i innych produktów.

Mimo spadku cen energii elektrycznej nie oznacza to, że rachunki dla odbiorców indywidualnych na pewno zmaleją. Bieliński przypomina, że w skład ostatecznej ceny wchodzi także opłata za dystrybucję, która różni się w poszczególnych częściach kraju.

Prezes Energi, która dostarcza elektryczność na Pomorzu i w Polsce Centralnej, dodaje, że w naszym kraju brakuje jeszcze presji na jakość dystrybucji ze strony urzędu regulacyjnego, ale coraz bardziej zwracają na to uwagę na to klienci.

Wydaje się, że tego oczekują nasi klienci, czyli przyjęcia standardów jakościowych z Europy Zachodniej – ocenia Bieliński. ‒ To wymaga inwestycji, czasu, pomysłowości, konsekwencji i bardzo dobrego zarządzania siecią, ale może ten tryb bezosobowy jest zły, bo tak naprawdę tego wymagają i będą wymagać od nas klienci.

Bieliński dodaje, że Energa czeka na uchwalenie ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE), która wyjaśni, czy nowe inwestycje w tego typu źródła będą podejmowane.

Do momentu wejścia w życie ustawy o OZE będziemy prowadzili te projekty, które mamy w tej chwili mocno rozwinięte i co do których mamy w zasadzie pewność, że je ukończymy przed wejściem w życie ustawy. Natomiast po tym, jak już ustawa się pojawi, podejmiemy decyzje w sprawie kolejnych – zapowiada Bieliński.

W jego ocenie duże znaczenie w tym obszarze może mieć nieco niedoceniane obecnie fotowoltaika. Bieliński spodziewa się także znacznego przyrostu mocy z energetyki wiatrowej. Z kolei rozwój energii z biogazu i biomasy w dużej mierze będzie uzależniony od przepisów, które znajdą się w nowej ustawie. Energa nie będzie jednak podejmować dużych decyzji inwestycyjnych przed uchwaleniem tej ustawy – podkreśla Bieliński. Zapewnia, że spółka mimo tego pozostaje w kontakcie z inwestorami.

Gekoplast inwestuje w produkcję i zapowiada 50-proc. wzrost zysku. Spółka będzie debiutować na NewConnect

0

CEO Magazyn Polska

Gekoplast, polski producent wyrobów z tworzyw sztucznych, rozbudowuje swoje moce produkcyjne i zapowiada w przyszłym roku wzrost zysku netto o ponad 30 proc. Spółka szykuje się do debiutu na NewConnect, a za rok chce się przenieść na główny parkiet warszawskiej giełdy.

Spółka jest na etapie tworzenia book-buildingu. Ten proces zakończy się 17 grudnia, a następnie 18 i 19 grudnia będą przyjmowane zapisy na akcje. Ze sprzedaży akcji debiutant chce pozyskać ponad 10 mln zł.

– Wychodzimy do rynku z ofertą publiczną zmierzającą do sprzedaży 15 proc. akcji posiadanych przez Capital Partners Investment I FIZ – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Górowski, prezes Gekoplastu. – Oferta ma na celu sprzedaż akcji i w konsekwencji debiut na rynku NewConnect.

Ten zaś planowany jest na początek przyszłego roku.

Naszym celem jest wejście na główny rynek za rok, może półtora – deklaruje Piotr Górowski. – W tym okresie chcemy pozyskać zaufanie inwestorów, pokazać swoją wiarygodność, profesjonalizm i chcemy, żeby ten krok poprzez NewConnect był pierwszym etapem do dalszego rozwoju spółki i w przyszłości funkcjonowania na głównym parkiecie.

Gekoplast podkreśla, że ma ponad 30-proc. udział w rynku płyt komórkowych w Europie Środkowej. 7,8 proc. udziału w rynku europejskim stawia spółkę na piątym miejscu wśród producentów tego rodzaju płyt na kontynencie. Swoje wyroby firma eksportuje do większości krajów europejskich, a jej odbiorcami, poza branżą opakowań, są producenci AGD i samochodów oraz sektory budowlany i farmaceutyczny.  

Funkcjonujemy na rynku europejskim, nie ograniczamy się do rynku krajowego podkreśla prezes spółki. – Jesteśmy liderem na rynku Europy Centralnej. Chcemy tę pozycję umacniać, chcemy również poprawiać swoją pozycję na rynku europejskim.

Spółka podkreśla, że ma solidne fundamenty, własne grunty, budynki, urządzenia techniczne i nowoczesne maszyny. Rozbudowę swych mocy produkcyjnych zamierza kontynuować także w przyszłym roku, a na inwestycje rozwojowe wyda w tym czasie kolejne 4,2 mln zł.

W 2013 roku sprzedaż spółki przekraczała 75 mln zł, a w obecnym ma wzrosnąć do 76,5 mln, by w 2015 roku sięgnąć ponad 90 mln zł. Zysk netto Gekoplastu  w tym roku przekroczy 4 mln zł, co oznacza wzrost o blisko 800 tys. zł. Na przyszły rok spółka prognozuje wzrost zysku netto do ponad 6,2 mln zł.

Gekoplast ma ogromny potencjał rozwoju – ocenia prezes Piotr Górowski. – Wykonaliśmy ogromną pracę, stworzyliśmy dobry materiał do dalszego rozwoju. Inwestycje, które poczyniliśmy, dają nam możliwość produkowania i sprzedawania wyrobów dużej jakości, wyrobów poszukiwanych przez rynek, i naszych klientów. Zwiększyliśmy już moce produkcyjne o ponad 40 proc. i ich wykorzystanie przy stosunkowo stałych kosztach spowoduje wzrost efektywności.

Spółce sprzyja sytuacja na światowym rynku, na którym produkcja tworzyw sztucznych od lat rośnie średnio o 9 proc. rocznie. Jednocześnie popyt przenosi się teraz do Europy Centralnej wraz z przenoszeniem w nasz region fabryk, które są głównymi odbiorcami produktów z tworzyw sztucznych.

Wchodzi w życie ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym. Na pierwsze oferty banków trzeba będzie jednak poczekać

0

Od dziś zaczyna obowiązywać ustawa o odwróconej hipotece. Według nowych przepisów właściciele nieruchomości będą mogli ubiegać się w banku o kredyt, którego zabezpieczeniem będzie posiadany dom lub mieszkanie. To usługa wprowadzana z myślą o osobach starszych, choć ustawa nie wprowadza limitów wiekowych. Zdaniem ekspertów nie ma co liczyć na to, że takie produkty szybko znajdą się w ofertach banków. Tym bardziej że zainteresowanie klientów na razie nie jest duże.

Odwrócona hipoteka umożliwi uwolnienie kapitału zamrożonego w nieruchomości. Senior, który zaciągnie taki kredyt, otrzyma pieniądze jednorazowo lub w ratach przez określony czas. Bank, który kredytu udziela, przejmie prawo własności do nieruchomości dopiero po śmierci świadczeniobiorcy.

Osoby, które są właścicielami nieruchomości i są w wieku emerytalnym, bo do nich przede wszystkim skierowany jest ten produkt, będą mogły dostać od banku kredyt, który będzie zabezpieczony daną nieruchomością. Będzie on spłacany po śmierci beneficjenta albo przez spadkobierców, albo poprzez sprzedaż nieruchomości – mówi agencji Newseria Biznes Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego Dom, który oferuje świadczeniobiorcom rentę dożywotnią.

Z odwróconego kredytu hipotecznego będzie można skorzystać niezależnie od zdolności kredytowej. To umowa terminowa, od której można odstąpić. Co więcej, nawet po śmierci właściciela spadkobiercy mogą odzyskać nieruchomość, spłacając wypłacone świadczenie wraz z odsetkami.

Choć ustawa właśnie wchodzi w życie, to zdaniem eksperta banki szybko takiej propozycji nie przygotują. Seniorzy wciąż ostrożnie podchodzą do tego typu ofert.

W mojej opinii z wielu powodów przez najbliższe 2-3 lata nie będzie takiego produktu w ofercie banków. Obecnie zainteresowanie odwróconą hipoteką wśród seniorów nie jest na tyle duże, żeby większe instytucje zainteresowały się przygotowaniem takiego rozwiązania – ocenia Majkowski.

Prawie wszystkie zapytane w listopadzie przez Home Broker banki odpowiedziały, że nie mają planów wprowadzenia hipoteki odwróconej do oferty. Jedyną instytucją, która wyraziła konkretne zainteresowanie, był Bank Polskiej Spółdzielczości, jednak i tam prace ruszą najwcześniej za rok.

Jak podkreśla Majkowski, na niskie zainteresowanie potencjalnych świadczeniobiorców wskazują również statystyki dotyczące renty dożywotniej. To podobny do odwróconego kredytu hipotecznego produkt, tyle że w modelu sprzedażowym. Różnica jest m.in. taka, że prawo własności nieruchomości przechodzi na daną instytucję w momencie podpisania umowy. Senior ma zagwarantowane dożywotnie korzystanie ze swojego mieszkania lub domu – zapewnia mu to tzw. służebność osobista mieszkania wpisana do księgi wieczystej, a wszelkie koszty eksploatacji pokrywa świadczeniodawca. Poza tym renta jest wypłacana dożywotnio. Produkt ten oferowany jest dziś przez fundusze hipoteczne w oparciu o przepisy kodeksu cywilnego, ale trwają prace nad ustawą regulującą ten rynek.

Jak wynika z raportu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych na koniec 2013 roku dwa największe fundusze hipoteczne – Dom i Familia – zarządzały nieruchomościami o wartości 67,6 mln zł. Liczba zawartych umów na rentę dożywotnią wyniosła 283. W 2013 roku zanotowało 40 proc. wzrost względem 2012 roku, a w 2011 roku podpisano zaledwie 96 takich umów.

Zainteresowanie klientów i banków takim produktem są ze sobą powiązane. Podobnie było z kredytami hipotecznymi – w latach 90. też nie cieszyły się popularnością, bo ich de facto nie było. Dopiero kiedy pojawiła się oferta banków, lawinowo wzrosło zainteresowanie i myślę, że podobnie będzie w przypadku odwróconego kredytu hipotecznego. Jak już banki przygotują ofertę, to na pewno szybko wzrośnie zainteresowanie tego typu rozwiązaniem – prognozuje prezes zarządu Funduszu Hipotecznego Dom.

Majkowski ma nadzieję, że wejście w życie tych rozwiązań przyspieszy prace nad regulacjami dotyczącymi renty dożywotniej.

Odwróconą hipotekę będą mogły oferować banki, oddziały banków zagranicznych i instytucji kredytowych. Ustawa przede wszystkim ma gwarantować seniorom bezpieczeństwo.

Paweł Majtkowski głównym analitykiem Centrum Finansów Aviva

Paweł Majtkowski, uznany ekspert zajmujący się rynkiem finansowym, dołączył do zespołu Centrum Finansów Aviva.

Paweł Majtkowski
Paweł Majtkowski

Paweł Majtkowski ma bogate doświadczenie w pracy jako główny analityk w dużych instytucjach finansowych. Ostatnio pracował w Grupie Poczty Polskiej. W latach 2009-2013 pełnił funkcję głównego analityka Expander Advisors i Finamo. Jest absolwentem prawa na Uniwersytecie Warszawskim.

Paweł Majtkowski zdobył renomę, pomagając klientom poruszać się w świecie finansów osobistych. Pracując w naszym zespole będzie nadal z pasją objaśniał zawiłości produktów finansowych, aby klienci mogli realizować swoje życiowe cele przy pomocy kredytów, inwestycji i ubezpieczeń. -mówi Adrian Jarosz, wiceprezes Avivy, kierujący Centrum FinansówAviva

Centrum Finansów Aviva to nowa sieć placówek utworzonych w 2014 roku przez Avivę – jedną z najbardziej znanych w Polsce grup oferujących ubezpieczenia oraz produkty inwestycyjne. W pierwszym etapie powstało 10 placówek w dużych miastach – po dwie w Warszawie i Wrocławiu, oraz w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie, Poznaniu, Katowicach i Łodzi.

NIK o programach lekowych

Powoli, ale systematycznie rośnie liczba ministerialnych programów lekowych, dedykowanych osobom cierpiącym na rzadkie schorzenia. Z prowadzonych w ten sposób terapii korzysta coraz więcej osób. NIK przypomina jednak, że trzeba pamiętać o kończącym się niebawem programie „chemioterapii niestandardowej”, tak aby zapewnić odpowiedni dostęp do leczenia pacjentom, u których standardowo stosowane leki nie przynoszą poprawy.

Liczba programów lekowych, które zastąpiły dotychczasowe programy terapeutyczne, wzrosła na koniec 2013 r. o 30 proc.: z 42 do 55. Wzrosła także liczba pacjentów zakwalifikowanych do tych programów: z 58,4 tys. w 2011 r. do 69 tys. w 2013 r. (o 18,1 %). Zwiększyła się także liczba stosowanych nowoczesnych substancji leczniczych, i wreszcie wzrosła też kwota nakładów z półtora miliarda złotych, wydanych w 2011 r. do ponad dwóch miliardów w 2013 r.

Programy lekowe dedykowane są chorym, u których leczenie standardowymi lekami nie przynosi efektów. W ramach tych programów finansowane jest leczenie innowacyjnymi lekami niektórych chorób: najczęściej w onkologii, reumatologii oraz w przypadkach chorób rzadkich i ultra rzadkich. O włączeniu chorego do programu i zastosowaniu odpowiedniej terapii decyduje lekarz prowadzący, zaś rolą Narodowego Funduszu Zdrowia jest finansowanie tych świadczeń.

Od 1 lipca 2012 r. programy terapeutyczne zostały zastąpione programami lekowymi, realizującym te same cele, ale podlegającym innym regulacjom prawnym, określonym w ustawie refundacyjnej. Wprowadzenie tej ustawy miało dostosować polskie prawo do unijnej „Dyrektywy Przejrzystości” poprzez wprowadzenie bardziej transparentnych mechanizmów ustalania cen leków.

Tymczasem NIK zwraca uwagę, że niektóre rozwiązania organizacyjne, wynikające z realizacji ustawy o refundacji, ograniczały przejrzystość systemu wdrażania i finansowania innowacyjnych produktów leczniczych. Wykorzystanie, w procesie obejmowania refundacją leków, opinii ekspertów, którzy pozostają w konflikcie interesów oraz przyznanie bardzo szerokich kompetencji niektórym pracownikom Ministerstwa Zdrowia, może, w opinii NIK, stanowić zagrożenie dla obiektywizmu podejmowanych decyzji.

Dostęp do programów

Świadczenia w ramach programów lekowych w znakomitej większości udzielane były na bieżąco. Zgodnie z wyjaśnieniami kierowników kontrolowanych szpitali, termin rozpoczęcia terapii zależy wyłącznie od tego, kiedy zgłoszą się pacjenci, spełniający wszystkie wymagane kryteria. Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia, z uwagi na zapotrzebowanie większe niż możliwość finansowania, listy oczekujących prowadzono jedynie w przypadku trzech programów: leczenia wirusowego zapalenia wątroby typów B i C oraz stwardnienia rozsianego. Średni czas oczekiwania na leczenie wahał się od tygodnia w wypadku stwardnienia rozsianego do blisko pięciu miesięcy w przypadku wirusowego zapalenia wątroby typu C.

Nieprawidłowości ograniczające dostęp do leczenia

Programy lekowe opracowuje Minister Zdrowia, a wdraża i finansuje Narodowy Fundusz Zdrowia. Ceny leków, stosowanych w ramach programów są cenami urzędowymi. O włączenie danego leku do programu wnioskują firmy farmaceutyczne. Decyzję w tej sprawie wydaje Minister Zdrowia.

Rozpatrzenie wniosku o objęcie leku refundacją zgodnie z przepisami nie powinno trwać dłużej niż 180 dni. Jak wynika z ustaleń kontrolerów zdarza się, że termin ten bywa przekraczany.  W siedmiu przypadkach na dziewięć zbadanych procedura wydłużała się o 17 -60 dni. Uwzględniając jeszcze dodatkowo powtarzające się błędy i konieczność uzupełniania przez wnioskodawców dokumentacji – okres od dnia złożenia wniosku do podjęcia decyzji o objęciu leku refundacją wynosił od sześciu do jedenastu miesięcy.

Nieprawidłowości eksperckie

W toku prac nad kwalifikowaniem leków do poszczególnych programów Agencja Oceny Technologii Medycznych występowała o opinie do ekspertów zewnętrznych będących autorytetami w danej dziedzinie medycyny, w tym m.in. do konsultantów krajowych i wojewódzkich.

Aby zapewnić przejrzystość procesu oceny, eksperci zobowiązani byli do składania deklaracji o ewentualnym konflikcie interesów. Zadeklarowanie takiego konfliktu nie wykluczało jednak możliwości wykorzystania złożonej opinii. Z ustaleń kontroli wynika, że wśród opinii ekspertów, wykorzystywanych w analizach opracowywanych przez Agencję, były opinie wielu specjalistów, którzy zgłosili konflikt interesów. Stwierdzono również przypadki dopuszczania do udziału w posiedzeniu Rady Przejrzystości (organu opiniodawczo-doradczego Agencji) ekspertów, którzy w ogóle nie złożyli deklaracji konfliktu interesów.

Mając na uwadze wszelkie ograniczenia, związane np. z tym, że grono specjalistów w określonej, czasem bardzo wąskiej, dziedzinie, może być stosunkowo nieliczne, Izba zauważa jednak, że korzystanie w procesie obejmowania refundacją leków opinii ekspertów, którzy pozostają w konflikcie interesów, może podważać bezstronność rekomendacji wydawanych przez Agencję.

Wnioski

Programy lekowe spełniają istotną rolę w procesie terapeutycznym, zapewniając pacjentom dostęp do nowoczesnych metod leczenia. Umożliwiają także kontrolę wydatków refundacyjnych poprzez precyzyjne zdefiniowanie kryteriów klinicznych, które powinny być spełnione aby pacjent został włączony do programu.

Najwyższa Izba Kontroli uznaje również za celowe podjęcie, przez Ministra Zdrowia, działań mających na celu zwiększenie transparentności procedur w procesie refundacji leków, gwarantujących obiektywizm w podejmowaniu decyzji.

Abenomika wygrała w japońskich wyborach. Jen będzie słabł w najbliższym roku

CEO Magazyn Polska

Japońska gospodarka jest w recesji, jen słabnie i wszystko wskazuje na to, że nadal będzie słabł, bowiem premier Shinzo Abe wygrał w niedzielę przedterminowe wybory i otrzymał mandat do kontynuowania swej polityki gospodarczej.

W III kwartale PKB Japonii spadło rok do roku o 1,9 proc. To znacznie mniej niż 6,7 proc. spadku w II kwartale, jednak i tak potwierdza recesję, w jakiej znalazła się gospodarka tego kraju. W związku z dramatyczną sytuacją gospodarczą premier rozwiązał parlament i ogłosił przedterminowe wybory, by potwierdzić zgodę obywateli na działania, które zyskały już nazwę abenomiki.

Rząd premiera Abe stara się bowiem od wiosny 2013 r. ożywić gospodarkę, zwiększając podaż pieniądza. Rosną więc wydatki budżetowe, a stopy procentowe banku centralnego są ujemne. To oczywiście osłabia jena.

– W Japonii mamy luzowanie monetarne, które przejawiło się już w tym, że w stosunku do dolara jen stracił w ciągu ostatnich trzech lat jedną trzecią wartości mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, dealer walutowy z DMK. – Prawdopodobnie polityka, która jest, będzie utrzymana bądź nawet, rynek już plotkuje, że będzie kolejny etap stymulacji. Jeżeli tak się stanie, to przed nami kolejna fala osłabienia się tej waluty.

Od początku roku jen osłabił się do amerykańskiej waluty o ponad 11 proc. Słaby jen nie jest jednak wielkim problem dla japońskiej gospodarki. Przeciwnie, powinien sprawić, że eksport będzie bardziej opłacalny i wzrośnie. Prawdziwym problemem Japonii, trzeciej gospodarki świata, jest od wielu lat gospodarcza stagnacja oraz deflacja.

Ten program jak zwykle polega na skupie obligacji i rynek spodziewa się, że jeżeli inflacja, która jest prognozowana, osiągnie poziom 2 proc. w przyszłym roku, to będzie potrzebny pakiet stymulacyjny tłumaczy Andrzej Stefaniak. – Jeżeli on się pojawi, to ta dynamika osłabienia jena japońskiego prawdopodobnie będzie podobna do tej z 2014 roku.

Od połowy października jen w Polsce potaniał o prawie 10 proc. Z poziomu 3,13 zł spadł do 2,83 zł za 100 jenów. W ocenie analityków to jednak wcale nie koniec spadków japońskiej waluty.

31 marca, czyli z końcem pierwszego kwartału, kończy się rok fiskalny w Japonii – przypomina dealer walutowy z DMK. – Na ten moment japońscy eksporterzy dokonują wyceny bilansowej swoich przepływów finansowych, a to jest informacja, że prawdopodobnie z końcem pierwszego kwartału należy się spodziewać naprawdę bardzo niskich poziomów jena, czyli bardzo wysokich poziomów par związanych z jenem, szczególnie pierwszy kwartał przyszłego roku powinien być negatywny dla jena.

Taki scenariusz bardzo odpowiada też inwestorom walutowym. Gdy wiadomo, w którym kierunku idzie rynek, inwestowanie wydaje się znacznie prostsze.

Można by skonstatować, że cały 2015 rok również będzie bardzo niekorzystny dla jena japońskiego i można się spodziewać dalszej deprecjacji, osłabienia się tej waluty i nowych szczytów na wszystkich parach związanych z jenempodkreśla Andrzej Stefaniak z DMK. – To jest niezwykle korzystna dla wszystkich spekulantów i inwestorów na rynku foreksowym informacja, że ryzyko utraty środków bądź też ryzyko na rynku walutowym znacznie spada.

Co piąty Polak chce założyć firmę. Przybywa zwłaszcza start-upów w obszarze nowych technologii

CEO Magazyn Polska

Niemal co piąty Polak zamierza w ciągu najbliższych trzech lat założyć firmę, a dwie trzecie uważa przedsiębiorczość za dobrą ścieżkę kariery. Choć wartości te są niższe niż przed trzema laty, to wciąż znacznie przewyższamy unijną średnią. W Polsce, podobnie jak na świecie, przybywa młodych przedsiębiorców zakładających start-upy w obszarze nowych technologii.

Osoby, które zakładają firmy w Polsce, są coraz młodsze. Rośnie liczba firm zakładanych przez osoby w wieku do 30 lat oraz liczba start-upów, firm w nowoczesnych branżach. Ci młodzi ludzie najczęściej działają właśnie w branżach nowoczesnych technologii, takich jak informatyka czy telekomunikacja – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bożena Lublińska-Kasprzak, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. ‒ W pewnym stopniu przyczyniły się do tego również programy finansowane ze środków publicznych, które były nakierowane właśnie na tworzenie czy wspieranie takich start-upów.

Jak wynika z badania Global Entrepreneurship Monitor, w którym udział bierze PARP, ponad 17 proc. Polaków zamierza w ciągu najbliższych trzech lat założyć firmę. To wprawdzie aż o 10 pkt proc. mniej niż przed trzema laty, ale wciąż o ok. 1,5 pkt proc. więcej, niż wynosi unijna średnia.

Ponad 9 proc. dorosłych Polaków, czyli 2,4 mln osób, to przedsiębiorcy we wczesnym stadium działalności – kategoria ta obejmuje osoby, które zamierzają założyć firmę lub zrobiły to mniej niż 3,5 roku temu. W całej UE wskaźnik ten wynosi 8 proc.

Co ciekawe, polscy przedsiębiorcy mają bardzo duże ambicje, aspiracje czy plany na przyszłość. Znajdujemy się na trzecim miejscu w Europie, jeśli chodzi o deklarację rozwoju firmy. 39 proc. polskich przedsiębiorców twierdzi, że zatrudni następne pięć osób w kolejnych pięciu latach – dodaje Lublińska-Kasprzak.

27 proc. przedsiębiorców jest jeszcze bardziej ambitnych i zakłada stworzenie nawet 10 nowych miejsc pracy w ciągu nadchodzących pięciu lat. Pod względem aspiracji Polaków wyprzedają w UE jedynie Rumuni i Łotysze.

Prezes PARP dodaje, że coraz więcej osób decyduje się na samozatrudnienie. Dotyczy to nie tylko outsourcingu pracowników, którzy wcześniej pracowali na etatach, lecz także Polaków, którzy decydują się wykonywać zawód konsultantów i ekspertów jako wolni strzelcy. Jednak wciąż niemal połowa przedsiębiorstw jest zakładanych z konieczności. Polacy bardzo pozytywnie oceniają też założenie własnej firmy jako właściwy wybór ścieżki kariery. W naszym kraju uważa tak niemal 67 proc. osób, czyli o 10 pkt proc. więcej, niż wynosi unijna średnia.

Badania, nasze obserwacje, doświadczenia i kontakty z przedsiębiorcami pozwalają na optymistyczną ocenę tego, co się będzie w Polsce działo. Pamiętajmy, że w najbliższych latach będzie bardzo duże wsparcie finansowe, zwłaszcza dla nowo powstających firm, a poza tym bardzo poprawia się również klimat prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce – zwraca uwagę Lublińska-Kasprzak.

Zaznacza, że choć pod względem przedsiębiorczości Polacy przodują w UE, to wciąż musimy pracować nad poprawieniem wizerunku osób zakładających własne firmy.

Niewątpliwie mamy jeszcze sporo do zrobienia, żeby przedsiębiorców było więcej i żeby stawali się coraz bardziej konkurencyjni i coraz więksi. Jeszcze odbiegamy średnią wielkością firmy od standardu europejskiego, więc nasi przedsiębiorcy muszą rosnąć i muszą stawać się firmami globalnymi, rozwijać swoją działalność również na rynkach zagranicznych – przekonuje prezes PARP.

J.K. Bielecki: W tym roku PKB powyżej 3 proc., w przyszłym wyniesie co najmniej 2,5 proc.

CEO Magazyn Polska

Ten rok zakończymy z dobrym wynikiem, ponad trzyprocentowym – ocenia Jan Krzysztof Bielecki. Perspektywy na przyszły też są pozytywne, mimo niewielkiego wzrostu gospodarczego w europejskich gospodarkach. Optymizm budzą między innymi dobre informacje z krajowego rynku nieruchomości, pewien niepokój – zbliżające się wybory.

Kończący się rok okazuje się lepszy, niż się spodziewaliśmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Bielecki, były premier, ustępujący szef Rady Gospodarczej przy premierze RP. – W polskiej gospodarce zdarzają się takie niesamowite sytuacje, że kiedy nadchodzi jeden miesiąc, drugi, trzeci, gdy wszystko idzie w dół i wydaje się, że tym razem może być niedobrze i niebezpiecznie, to nagle gospodarka odbija i wraca nieco niezbędnego optymizmu. Konsumenci zaczynają wydawać więcej pieniędzy i powracamy na dosyć dobre poziomy. Myślę, że przyszły rok także zaczniemy dobrą liczbą. Z trójką na czele.

W listopadowej prognozie Komisja Europejska stwierdziła, że w przyszłym roku wzrost gospodarczy Polski wyniesie 2,8 proc., a w 2016 roku ­– 3,3 proc. Ekonomiści Narodowego Banku Polskiego przewidują, że w przyszłym roku polska gospodarka wzrośnie o 3 proc. Natomiast rząd w projekcie ustawy budżetowej prognozuje, że produkt krajowy brutto w przyszłym roku zwiększy się o 3,4 proc. Według KE negatywnie na sytuację gospodarczą Polski wpływać będzie otoczenie: wciąż słaba aktywność Niemiec oraz konflikt na Wschodzie. Zdaniem byłego premiera krajowa gospodarka notuje zwykle wyniki co najmniej o 1,5 proc. wyższe niż niemiecka. Zatem wzrost na poziomie 2,5 proc. stanowić będzie dla niej dolną granicę wzrostu w przyszłym roku.

Do tego dochodzi trochę dobrych wiadomości, choćby z rynku nieruchomości, które wskazują, że przy niskich cenach pieniądza konsumenci zaczynają kupować mieszkania – wskazuje Jan Krzysztof Bielecki. – W stosunku do boomu sprzed ośmiu lat tym razem wzrost sprzedaży jest mniejszy, kilkuprocentowy, ale nie jest związany ze wzrostem cen nieruchomości. One są w miarę stabilne, a klienci wykazują coraz większe zainteresowanie. Na pewno w przyszłym roku pieniądz będzie równie tani, jak obecnie, bo nie będzie przecież praktycznie inflacji w Polsce. To daje podstawy, by sądzić, że 2015 rok także zły nie będzie.

Jak podkreśla, na pewno w przyszłym roku Polska dalej będzie się rozwijać w otoczeniu niskich stóp procentowych. Europejski Bank Centralny zabrał się za luzowanie polityki, a nie jej zacieśnianie, więc podwyżki stóp raczej nie będzie. Tymczasem w strefie euro stopa depozytowa już jest poniżej zera (od czerwca, a od września wynosi -0,2 proc.), a główna stopa to zaledwie 0,05 proc.

Zobaczymy, co w takim razie zrobi Rada Polityki Pieniężnej, bo w sytuacji bardzo niskiej inflacji, właściwie jej braku, niezłego wzrostu gospodarczego i prognozowanej poprawy optymizmu konsumentów spodziewano się jeszcze pewnego cięcia stóp – mówi Jan Krzysztof Bielecki.

Jego zdaniem pewien niepokój wywołują czekające nas w przyszłym roku wybory: najpierw wiosną prezydenckie, a później jesienią parlamentarne.

Zbliżające się wybory, a w zasadzie igrzyska wyborcze, to jedna wielka niewiadoma. Ruszają na początku roku, kiedy zostaną ogłoszone wybory prezydenckie i będzie podana data. Potem w maju rozstrzygnie się pierwsza elekcja i praktycznie przejdziemy od razu do kampanii i następnych wyborów, co dla rynku międzynarodowego może być dodatkowym elementem niepokoju ­– ocenia Bielecki.

Bank Millennium rozwija ofertę dla przedsiębiorstw. Chce zwiększać swój udział w finansowaniu polskiej gospodarki

CEO Magazyn Polska

Klasyczne kredyty korporacyjne, finansowanie w formie leasingu oraz faktoringu – to produkty dla firm, które w przyszłym roku chce rozwijać Bank Millennium. Władze banku zapowiadają, że będą starać się zwiększać swój udział w finansowaniu gospodarki. W segmencie detalicznym wyzwaniem jest oferta dla oszczędzających – szczególnie w środowisku niskich stóp procentowych.

– W przyszłym roku będziemy kontynuować rozwój i sprzedaż produktów, które wprowadziliśmy w tym roku. Dla przykładu flagowy produkt rachunku bieżącego w bankowości detalicznej, obudowany grupą produktów oszczędnościowych oraz kartami płatniczymi – Konto 360° notuje bardzo dobre wyniki sprzedażowe i zamierzamy w dalszym ciągu dbać o jego rozwój mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Kulesza, dyrektor Departamentu Relacji Inwestorskich Banku Millennium.

W okresie od maja do października bank otworzył 100 tysięcy takich kont osobistych na preferencyjnych warunkach. W segmencie detalicznym ważny produktem będzie również pożyczka gotówkowa, która w środowisku niskich stóp procentowych – zgodnie z oczekiwaniami banku – powinna notować zadowalające wyniki sprzedażowe.

– Do trzeciej grupy zaliczamy produkty inwestycyjne lub oszczędnościowo-inwestycyjne, które pozwalają klientom znaleźć pewne alternatywy w środowisku niskich stóp procentowych – tłumaczy Kulesza.

Według ostatnich przestawionych danych finansowych na koniec III kwartału 2014 r. Bank Millennium zarządzał depozytami klientów detalicznych w  wysokości 29,44 mld zł (wzrost o 8,6 proc. rok do roku), produktami inwestycyjnymi o wartości 6,71 mld zł (wzrost o 5,5 proc. rok do roku) oraz oferował kredyty konsumpcyjne dla gospodarstw domowych w wysokości 4,35 mld zł (wzrost o 21,8 proc. rok do roku). Natomiast wartość kredytów hipotecznych lekko zmalała do 26,73 mld zł (-1,7 proc. rok do roku).

– Kontynuujemy wysiłki, aby mieć większą rolę w finansowaniu polskiej gospodarki. W banku dobrze rozwija się finansowanie w formie leasingu, faktoringu oraz klasyczne kredyty korporacyjne. Sądzimy, że popyt w 2015 r. na takie produkty może wzrosnąć, a my chcemy wyjść temu naprzeciw – podsumowuje Artur Kulesza. – Równie istotne jest zarządzanie gotówką i środkami bieżącymi przedsiębiorstw.

Zaangażowanie banku w sektorze przedsiębiorstw (zarówno MSP, jak i dużych podmiotów) na dzień 30 września br. w segmencie depozytów to 17,99 mld zł (spadek o 0,7 proc rok do roku). Wśród kredytów dla firm zobowiązania leasingowe wyniosły 3,95 mld zł (wzrost o 20 proc. rok do roku), natomiast pozostałe typy kredytów osiągnęły wartość 8,8 mld zł (wzrost o 12 proc. rok do roku).

– Mieliśmy okres w banku, kiedy niemalże unikaliśmy zaangażowania w duże firmy. W obecnej strategii banku, którą realizujemy od dwóch lat, nie wykluczamy dużych przedsiębiorstw, na co pozwala nasza sytuacja kapitałowa. Do nowych klientów podchodzimy tu jednak wybiórczo – mówi Artur Kulesza.

Zdaniem dyrektora Departamentu Relacji Inwestorskich Banku Millennium, celem banku jest nie tylko czyste finansowanie dużych podmiotów, lecz także kompleksowa obsługa klientów, poprzez budowanie długotrwałych relacji.

– Patrząc historycznie, zawsze bardziej aktywni byliśmy w sektorze małych i średnich firm. W dalszym ciągu naszym głównym rdzeniem rozwoju bankowości dla MSP pozostają nie duże, lecz małe i średnie przedsiębiorstwa. W przyszłym roku liczymy na jeszcze szybszy niż obecnie wzrost akcji kredytowej w tym segmencie klientów – prognozuje Kulesza.

Bez konsolidacji część firmy z branży budowlanej po 2020 r. zbankrutuje

CEO Magazyn Polska

Sektor budowlany musi rozpocząć konsolidację, bo inaczej firmy po wyczerpaniu środków unijnych po 2020 r. wpadną w duże problemy – ocenia dyrektor generalny koncernu budowlanego Mota-Engil na region Europy Środkowej. Spółka sama przeszła taki proces i dzięki temu przetrwała kryzys na rodzimym rynku w Portugalii.

Firmy muszą przygotować się na przyszłość, która nastąpi po roku 2020. To wprawdzie za 6 lat, ale jeśli firmy dziś nie poświęcą temu uwagi, będziemy mieć duży problem. Rynek się skurczy, a w rezultacie firmy będą albo bankrutować, albo znacząco tracić. Zachodzi więc potrzeba, aby rynek się skonsolidował, by firmy dokonywały fuzji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Manuel Mota, dyrektor generalny Mota-Engil Central Europe.

Mota zwraca uwagę na podobieństwo rynku w Polsce do rynku w Portugalii sprzed kilkunastu lat. Ten zachodnioeuropejski kraj przed rozszerzeniem UE w 2004 r. był jednym z większych odbiorców środków wspólnotowych. Wiele firm budowlanych nie przygotowało się jednak na zmianę sposobu finansowania. Polska musi się liczyć z tym, że po zakończeniu unijnej perspektywy budżetowej 2014-2020 również w naszym kraju zmniejszy się dopływ unijnych funduszy.

Rozwiązaniem dla sektora budowlanego jest konsolidacja. Mota przypomina, że dzięki połączeniu z firmą Engil jego koncern już w 1997 r. wszedł na rynki wschodnioeuropejskie, a także do Ameryki Łacińskiej i Afryki. Od tego czasu wartość firmy wzrosła niemal trzydziestokrotnie (ze 100 mln euro do 2,6 mld euro), a zatrudnienie wynosi już 28 tysięcy.

Konsolidację rozpoczęliśmy wcześnie, w czasie, kiedy nie było jeszcze wyraźnej potrzeby. Portugalski rynek miał wówczas potencjał na kolejne co najmniej 12 lat. Ale ten proces był kluczowy. Podobnie będzie w Polsce. Biorąc pod uwagę terytorium i liczbę ludności, mogą tu powstać firmy, które będą mogły konkurować z koncernami budowlanymi w Europie i na świecie. To proces, który gospodarka i rząd muszą promować – podkreśla Mota.

Mota ocenia, że dzięki konsolidacji polskie firmy zyskają szansę na ekspansję i dywersyfikację działalności. Dodaje, że jeśli w naszym kraju powstaną duże, rywalizujące z europejskimi konkurentami koncerny, to będą one mogły realizować projekty drogowe, kolejowe, energetyczne, kubaturowe i wodne.

Dyrektor generalny środkowoeuropejskiej części portugalskiego koncernu zauważa równocześnie, że perspektywy do 2020 r. są dla rynku bardzo dobre. Inwestycji będzie przybywało, ale problemem pozostaje współpraca pomiędzy firmami budowlanymi a zamawiającymi. Mota podkreśla, że musi ona się poprawić, by nie powtórzyły się problemy z realizacją inwestycji, takie jak w poprzedniej perspektywie UE.

Raport o Pendolino w Polsce

W niedzielę pasażerowie będą w końcu mogli pojechać pociągami Pendolino. Dziewięć z 20 kupionych składów pojedzie na trasach Gdańsk – Warszawa, Gdańsk – Wrocław, Gdańsk – Kraków i Gdańsk – Katowice. Reszta na razie albo nie jest jeszcze gotowa do jazdy, albo nie ma jej w kraju, albo czeka w rezerwie. Money.pl zapytał ekspertów o największe wady i opłacalność tej wartej 2,7 mld złotych inwestycji. Z wyliczeń portalu wynika, że PKP Intercity ma średnie obłożenie na zaledwie dwa z 34 kursów Pendolino dziennie.

Mimo że składów jest niewiele, nawet w dniu premiery Pendolino, może być problem z ich zapełnieniem. Zwłaszcza, że dane o biletach sprzedanych z wyprzedzeniem (do czego zachęcała usilnie Intercity) nie napawają optymizmem i są bardzo mgliste. – Cztery razy dziennie pytamy o to kolejarzy. Obecnie jest to około 26 tysięcy sprzedanych sztuk. Nie wiemy natomiast, które pociągi ani które trasy cieszą się zainteresowaniem. Nie znamy też dat, na które dokonane zostały rezerwacje – mówi portalowi Money.pl Jakub Madrjas, redaktor portalu rynek-kolejowy.pl.

Daty są bardzo ważne, bo rezerwacji można dokonać z 30-dniowym wyprzedzeniem. Biuro prasowe przewoźnika, zapewne niezwykle zajęte przed startem swojego sztandarowego projektu, nie miało na razie czasu poinformować nas, ile konkretnie biletów Intercity sprzedało na najbliższą niedzielę. Być może jest to większość z tych 26 tysięcy, a być może nie. – Myślę, że gdyby obłożenie było duże, to spółka by się tym pochwaliła – ocenia Jakub Madrjas.

Jeśli przyjrzeć się statystyce, wynik Intercity nie wygląda dobrze. Jak pisze Money.pl, od niedzieli po polskich torach będzie jeździło dziewięć składów Pendolino, które dziennie obsłużą w sumie niecałe 40 połączeń. Każdy pociąg może na swój pokład zabrać 400 pasażerów. – Kiedy te 26 tysięcy zarezerwowanych dotychczas biletów podzieli się przez pojemność jednego pociągu, wyjdzie nam, że Intercity zapełniło dotychczas składy, które obsłużą 65 relacji – podsumowuje Jakub Majewski z Fundacji ProKolej. Tymczasem od niedzieli codziennie na polskich torach realizowane będą 34 połączenia z wykorzystaniem Pendolino. To znaczy, że na razie średnio tylko dwa spośród 34 połączeń dziennie będą w pełni obłożone, a pozostałe składy pozostaną puste.

Ekspert dodaje, że takie szacunki mają uzasadnienie o tyle, że samo PKP Intercity zachęcają pasażerów do kupowania biletów z wyprzedzeniem i chce, by była to podstawowa forma rezerwacji miejsc. Dlatego też kolejarze w ogóle nie wprowadzili możliwości kupienia biletu już na pokładzie Pendolino.

Jeśli w pociągu podejdziemy do konduktora i poprosimy o bilet za 150 złotych, to dostaniemy do tego 650 złotych mandatu – przestrzega Jakub Madrjas. – Jestem pewien, że znajdą się pasażerowie, którzy nie będą o tym wiedzieli i konieczność wysupłania z kieszeni 800 złotych mocno ich zaskoczy – ironizuje.

System sprzedaży biletów to dziś jedna z dwóch głównych bolączek projektu pod nazwą Pendolino. – Kiedy trzy lata temu rozstrzygnięty został przetarg na te pociągi, idea kupowania biletów była zupełnie inna. Inny był też skład spółki i kto inny o tym decydował – wyjaśnia w Money.pl Madrjas.

Planowany był rozbudowany program lojalnościowy i dużo zachęt dla pasażerów. A teraz Intercity robi bardzo dużo, by do swojej oferty zniechęcić. Zamiast elastycznego cennika, wprowadzono cztery czy pięć sztywnych stawek zmienianych raz dziennie. A taki naprawdę dynamiczny cennik  oznacza, że jeśli przewoźnik wie, że na dane połączenie nie ma chętnych, to opuszcza cenę tak bardzo, by się oni znaleźli. Jeśli więc najtańszy bilet to 49 złotych i ani złotówki mniej, to ta oferta przegrywa choćby z Polskim Busem.

Ile kosztują bilety na Pendolino (w zł)
źródło: PKP Intercity
Cena najniższa Cena średnia Cena maksymalna
WARSZAWA – KRAKÓW
49 129,2 150
WARSZAWA – KATOWICE
49 129,2 150
WARSZAWA – WROCŁAW
59 131,1 150
WARSZAWA – TRÓJMIASTO
49 128,8 150
KRAKÓW – TRÓJMIASTO
98 171,6 189
KATOWICE – TRÓJMIASTO
98 171,6 189

Z tym, że system sprzedaży jest nierozsądny, zgadza się Jakub Majewski. – Dzisiaj Intercity mówi: kup bilet z trzytygodniowym wyprzedzeniem, to zapłacisz mniej. Jednak pociąg to nie samolot, żeby planować podróż na zapas. Jest całkiem odwrotnie: to najbardziej masowa forma transportu i jej charakterystyczną cechą jest uniwersalność. Spóźniłem się na pociąg? To nic, pojadę następnym za godzinę. Zagadałem się z kimś? Zaczekam na kolejny. A cały ten system rezerwacyjny brzmi trochę tak, jakby nakazać ludziom zaklepywać miejsca w tramwajach. To absurd.

Ekspert twierdzi, że spółka PKP Intercity popełniła błąd w tym, jak promuje Pendolino i zrobiła z niego produkt premium, podczas gdy nie taka jest jego rola. Docelowo bowiem po trasach z Warszawy do Gdańska, Wrocławia, Krakowa i Katowic pociągi mają jeździć co godzinę. Każdy skład może zabrać na pokład 400 pasażerów, a to oznacza, że aby zapełnić wszystkie maszyny na wszystkich trasach, potrzeba dziesiątek tysięcy ludzi.

Drugi, obok systemu sprzedaży biletów, zasadniczy problem związany z Pendolino, to prędkość, z jaką te pociągi będą się poruszać po polskich torach. Będzie to bowiem maksymalnie zaledwie 160 km/h (z jednym wyjątkiem na 80-kilometrowm odcinku trasy z Katowic do Warszawy, gdzie składy momentami rozpędzą się do 200 km/h). To dokładnie tyle samo, ile mogą jechać też inne składy. Na przykład, jak podaje Money.pl, pociąg Express InterCity Panorama trasę Wrocław-Warszawa będzie od 14 grudnia pokonywał w 3 godziny i 44 minuty – o minutę szybciej niż Pendolino!

Do niedawna osiągnięcie takich czasów na tym odcinku było niemożliwe, ale ponieważ właśnie zakończył się lub kończy się szereg remontów na polskich torach, pociągi przyspieszą. Jak widać, dotyczy to nie tylko najbardziej prestiżowych maszyn Intercity. 160 km/h to prędkość, którą spokojnie jest w stanie osiągnąć część standardowych lokomotyw i wagonów jeżdżących po polskich torach i należących do Intercity. Przyspieszenie jest więc faktem, ale to nie efekt Pendolino. – W tym rozkładzie nie będzie praktycznie żadnych efektów czasowych związanych z wprowadzeniem na tory pociągów Alstomu – potwierdza Jakub Madrjas.

Efekt ich wprowadzenia będzie za to inny. Z rozkładu jazdy zostanie wycofanych bądź przeniesionych na mniej atrakcyjne godziny część tańszych pociągów – zarówno należących do Intercity (działających pod markami TLK i EIC), jak i do spółki Przewozy Regionalne (InterRegio). Na przykład od 14 grudnia zniknie poranne połączenie z Krakowa do Warszawy obsługiwane przez pociąg Matejko, za przejazd którym trzeba zapłacić (kupując bilet od ręki w kasie, bez wcześniejszej rezerwacji) około 50 zł. Do wyboru podróżnym zostanie albo pociąg EIC (cena za przejazd przy kupowaniu od ręki – około 120 zł), albo Pendolino (za 150 zł).

Ile kosztują ekspresy na Zachodzie, a ile Pendolino w Polsce
porównanie cen biletów na trasach o podobnej długości w dniu 20 grudnia 2014 r.
  1. Wrocław – Warszawa – 120 złotych
  2. Londyn – Leeds – 509 złotych (96,8 funta)
  3. Berlin – Brema – 371  złotych (89 euro)
  4. Paryż – Luksemburg – 421 złotych (101 euro)

źródło: Money.pl na podstawie cenników przewoźników

 

Obecne inwestycje Intercity to największy program modernizacyjny spółki od czasu jej wyodrębnienia z PKP w 2001 roku. Oprócz 20 Pendolino i potrzebnego zaplecza, na które firma wyda 665 mln euro (około 2,7 mld złotych), dochodzi zakup i serwisowanie 20 pociągów PESA za 1,3 mld złotych i 20 pociągów Newagu za 1,6 mld złotych. 40 polskich składów ma zostać oddanych do użytku w przyszłym roku. – Do tego dochodzi 218 zmodernizowanych wagonów na linii Przemyśl-Szczecin, 45 nowych wagonów, program modernizacji czy zakupu lokomotyw – mówił portalowi Money.pl w lipcu tego roku Paweł Hordyński, ówczesny członek spółki odpowiedzialny za jej finanse.

PESY, Newagi i Pendolino dają w sumie 60 nowych pociągów w taborze spółki. Będą one stanowiły około 25 procent wszystkich składów należących do przewoźnika. Wyjazd Pendolino na tory ma być punktem zwrotnym w dziejach Intercity, które dzięki temu chce wyjść na prostą i zacząć przynosić zyski. Ubiegły rok zakończyło bowiem ze stratą około 100 milionów złotych, a w tym roku może być podobnie. Od 2015 roku, kiedy zarówno Pendolino, jak i PESY i Newagi zadomowią się na naszych torach, ma już być tylko lepiej. Jeśli uda się utrzymać rentowność przez przynajmniej rok-półtora, będzie można zacząć myśleć o prywatyzacji spółki. Kiedy jednak firma będzie rentowna, nie wiadomo.

Prywatyzacja PKP Intercity wymaga przede wszystkim odpowiedniego przygotowania przewoźnika do tego procesu. Zanim zdecydujemy się na giełdowy debiut, chcemy zbudować solidną wartość spółki. Wprowadzenie na tory składów Express InterCity Premium (czyli Pendolino właśnie – przyp. red.) oraz modernizacja taboru kolejowego to elementy, które mają nam pomóc w realizacji tego celu – zdradził Money.pl Jacek Leonkiewicz, dyrektor zarządzający ds. prywatyzacji w PKP SA, od której będzie zależała decyzja o wprowadzeniu Intercity na parkiet.

Raport o kosztach zakazu uboju rytualnego

Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego rozpatrywali w środę wniosek Związku Gmin Żydowskich, które zarzucały, że polski rząd zakazując uboju rytualnego narusza konstytucyjną wolność praktykowania religii. I z interpretacją mniejszości religijnej zgodzili się w całości. Ich decyzja ma jednak skutki dla całej branży mięsnej w Polsce, która dotąd na zakazie traciła – jak wylicza portal Money.pl – miliard złotych rocznie.

W uzasadnieniu wyroku sędziowie podkreślili, że w dyskusjach o ochronie zwierząt często pomija się metody uboju z ogłuszeniem, które również niosą ze sobą cierpienie, ból i niepokój zwierzęcia. Trybunał uznał, że skoro w społeczeństwie polskim niemal powszechnie akceptowany jest ubój dla pożywienia, to całkowite zakazanie jednej z jego metod, nie jest konieczne. Ani do ochrony moralności, ani dla ograniczenia cierpienia zwierząt.

Sędziowie nie byli jednak  jednomyślni. Czterech z nich zgłosiło zdania odrębne. Podkreślali, że orzeczenie jest zdecydowanie szersze niż zakres wniosku i pozwoli na masowy eksport mięsa z uboju.

Tak jak dwa lata temu, w każdym wypadku (niezależnie od liczby poddawanych ubojowi zwierząt) dokonanie uboju rytualnego będzie wymagało przestrzegania licznych i szczegółowych wymagań prawa polskiego i unijnego oraz wymogów przewidzianych przez normy religijne. Ale dla polskiego mięsa eksport to kwestia życia i śmierci. Prawie 80 procent krajowej produkcji trafia na zagraniczne stoły, a spożycie Polaków jest niewielkie. Zjadamy rocznie zaledwie dwa kilogramy mięsa wołowego, gdy średnia unijna wynosi 15 kilogramów.

Według byłego ministra rolnictwa Stanisława Kalemby szacunkowa wartość sprzedaży mięsa z uboju rytualnego wynosiła rocznie od około 1,2 do 1,5 miliarda złotych. Kalemba jest przekonany, że branża związana z produkcją takiego mięsa tworzyła miejsca pracy dla ponad 4 tysięcy osób. W Polsce w 2011 roku ubojem rytualnym zajmowało się 15 rzeźni bydła oraz 12 drobiu.

Rok później, według szacunków prezesa Związku Polskie Mięso, zaangażowanych w taką produkcję było już prawie 80 firm. Dlaczego? Polskie mięso koszerne było nie tylko tanie w Europie, ale spełniało również szereg rygorystycznych wymogów sanitarnych oraz religijnych.

Zarząd związku oceniał w 2012 roku, że ten sektor rynku wart jest około 650 milionów dolarów i rozrasta się nieustannie z roku na rok w tempie przekraczającym 20 procent. Potwierdzają to dane Ministerstwa Rolnictwa za okres poprzedzający wprowadzenie zakazu. Wtedy właśnie znacząco zwiększył się eksport mięsa do krajów pozaeuropejskich, między innymi do Egiptu (o 84 procent), Iraku (o 77 procent), Libii (o 67 procent), Tunezji (o 53 procent), Zjednoczonych Emiratów Arabskich (o 48 procent) oraz Arabii Saudyjskiej (o 41 procent).

CEO Magazyn Polska
W 2013 roku polscy rolnicy wyeksportowali żywność i produkty rolne o wartości 20,4 mld euro
źródło: Money.pl na podstawie danych Agencji Rynku Rolnego

 

Hodowcy i przetwórcy odczuli pierwsze skutki zakazu już po 1 stycznia 2013 roku, kiedy zaczął obowiązywać. Ceny skupu bydła szybko spadły o około 10 procent, co znacznie obniżyło dochody rolników. Zakłady przetwórcze również spotkały przykre konsekwencje zakazu. Chociaż, jak przypomina Money.pl, produkcja wołowiny wzrosła o kilkanaście procent w ciągu ostatnich dwóch lat, to wpływy z eksportu nie poszły w górę. Zakłady zdecydowały, że zamiast do Turcji lub krajów arabskich, więcej mięsa trafi na rynek unijny. I chociaż wagowo sprzedawały więcej, to zarobki stały w miejscu.

Jak to możliwe? Eksperci z branży wyjaśniają, że to bardzo proste. Przed wprowadzeniem zakazu polskie zakłady same dzieliły byka na droższe części i sprzedawały go za granicą. Zakaz uboju wszystko zmienił. Producenci przyparci do muru, by zmniejszać nadmiar produkcji, zdecydowali się na sprzedaż tańszych części, bo tylko na takie były dostępne kontrakty. Całą wartość dodaną produkcji inkasowali przetwórcy z Niemiec czy Holandii, którzy rozbierali wołowinę z Polski na części. I zarabiali.

Ile dokładnie straciła polska gospodarka? Portal Money.pl zapytał o to Ministerstwo Rolnictwa, którego przedstawiciele – najpierw minister Kalemba, później minister Sawicki – wyraźnie opowiadali się za utrzymaniem uboju rytualnego. Resort nie potrafił jednak udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych, jest zdania, że dokładne szacunki są praktycznie niemożliwe. – Zakaz uboju rytualnego wyhamował wzrost perspektywicznego sektora branży mięsnej. Ile straciliśmy? Trudno dziś wyrokować, ale przez półtora roku branża mięsna mogłaby być zdecydowanie bardziej rozwinięta – tłumaczy w Money.pl Szmulewicz.

O ocenę możliwych strat poprosiliśmy również w Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka, jednak nikt nie podjął się szacowania. Tylko Związek Mięsa Polskiego kilka miesięcy temu wstępnie wyliczył, ile mogli stracić rolnicy. I nie są to małe kwoty – prawie 80 firm i 5 tysięcy pracowników sektora rocznie straciło prawie 1,5 miliarda złotych.

 Hodowcy i przetwórcy stracili nie tylko na niższej produkcji. Problemem były często rozpoczęte inwestycje, które nie miały szans na szybką amortyzację. W efekcie część ograniczyła produkcję, część zatrudnienie. Są jednak przedsiębiorstwa, które znalazły inny sposób. Po prostu wywożą bydło poza granice kraju, gdzie ubój rytualny jest legalny, na przykład do bliskich Czech.

Wiktor Szmulewicz z KRiR jest przekonany, że to proceder popularny wśród polskich przetwórców mięsa. – Często nawet to mięso dalej było sprzedawane jako polski produkt w Izraelu lub innych krajach arabskich. Dlaczego? Ponieważ przez lata promocji wyrobiliśmy sobie markę. Na dodatek w tych krajach wciąż uważa się, że polskie bydło jest bardzo dobrze hodowane – tłumaczy w rozmowie z Money.pl.

Kto nas zastąpił? Produkcja mięsa halal i koszernego na potrzeby krajów arabskich i Izraela szybko przeniosła się do innych krajów, skąd regularne dostawy wołowiny, czy drobiu, nie są zagrożone przez nagłe zmiany prawa lub decyzje polityczne. Już teraz wiadomo, że polską częścią eksportu zainteresowane były przedsiębiorstwa z Czech, Francji, Niemiec, Łotwy czy Węgier. Na statut regionalnej potęgi, według zapewnień premiera kraju, liczyła również też Bośnia i Hercegowina.

Janusz Rodziewicz, prezes Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy Rzeczypospolitej Polskiej jest zdania, że powrót do stanu sprzed zakazu i odbudowanie pozycji polskiego mięsa na świecie są możliwe, ale będzie to proces bardzo czasochłonny. To z kolei pociągnie za sobą spore wydatki finansowe. – Branża będzie potrzebowała przynajmniej roku, by na nowo zaistnieć na europejskim i światowym rynku mięsa koszernego – tłumaczy w Money.pl ekspert.

Dla przetwórców, którzy posiadają już doświadczenie w uboju rytualnym, ponowne przestawienie się na ten system, nie jest wielkim problemem – mówi z kolei Szmulewicz. – Kontakty biznesowe i nowe kontrakty znajdą się w momencie, gdy wrócą możliwości produkcji i regularnej sprzedaży.

Data 1 stycznia 2015 roku jest dla polskich hodowców ważna. Właśnie z początkiem nowego roku Turcja, czyli jeden z największych importerów wołowiny, znosi wszystkie cła i szeroko otwiera rynek. To dla polskiej branży mięsnej idealna okazja, by odbudować pozycję. W tym samym dniu na Litwie zacznie obowiązywać prawo do swobodnego uboju rytualnego. Nie jest tajemnicą, że część eksporterów już zakontraktowało tiry ze zwierzętami. Możliwy eksport do krajów arabskich to nie tylko zyski dla branży, ale i również zmniejszenie cierpień zwierząt, które w tirach spędzą długie godziny.

Korzyści ekonomiczne nie przekonują jednak samych Polaków. Aż 65 procent badanych jest przeciwnych, by prawo zezwalało na ubój zwierząt bez ich ogłuszania – wynika z raportu CBOS. Z kolei 21 procent badanych opowiada się za jego legalizacją, a 14 procent nie ma w tej sprawie zdania.

Nowe przepisy o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów

0

W założeniach do ustawy o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów, największy sprzeciw przedsiębiorców budzi wprowadzenie regulacji, pozwalającej na obciążenie kosztami procesu – niezależnie od wyniku sprawy – strony, która w sposób nieusprawiedliwiony odmówiła poddania się mediacji lub innej pozasądowej metodzie rozwiązania sporu.

Na stronach Rządowego Centrum Legislacji opublikowana została nowa wersja założeń do ustawy o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów. Konfederacja Lewiatan w przeważającej mierze pozytywnie ocenia projekt przygotowany przez Ministerstwo Gospodarki we współpracy z Ministerstwem Sprawiedliwości.

– Zmiany mają na celu skłonienie stron do korzystania z mediacji w każdej sytuacji, w której istnieje obiektywna możliwość alternatywnego – wobec drogi sądowej – rozwiązania sporu. Jednak niektóre z nich budzą obawy, czy upowszechnianie metod mediacji nie będzie odbywać się kosztem interesów podmiotów, dochodzących roszczeń w sprawach o bardzo złożonym stanie prawnym, bądź wobec przeciwników zdeterminowanych do wykorzystania mediacji jako środka odwlekania rozstrzygnięcia sporu – mówi Bartosz Wyżykowski, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Niestety, uwagi przedsiębiorców – jak się wydaje – głównych beneficjentów projektowanej ustawy, uwzględnione zostały w znikomym stopniu. Największy sprzeciw przedsiębiorców budzi pomysł odejścia od zasady loser pays i wprowadzenia regulacji, pozwalającej na obciążenie kosztami procesu – niezależnie od wyniku sprawy – strony, która w sposób nieusprawiedliwiony odmówiła poddania się mediacji lub innej pozasądowej metodzie rozwiązania sporu.

– Istnieje ryzyko, że przepis ten wykorzystywany będzie do celowego przewlekania postępowań. W praktyce, może się okazać, że strony w celu uniknięcia sankcji, będą się godzić na wszczęcie mediacji, z góry wiedząc, lub zakładając, że nie zakończy się ona powodzeniem. Niepotrzebnie wydłuży to postępowania tam, gdzie szansa na zawarcie ugody była znikoma. Warto więc położyć nacisk na zachęcanie i przekonywane do mediacji. Środki o charakterze przymusowym raczej nie przyczynią się do jej popularyzacji i skuteczności – dodaje Bartosz Wyżykowski.

Konfederacja Lewiatan

Konieczne zmiany w ustawie o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych

W ustawie o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych należy wprowadzić podział na świadczenia przyznawane bez konieczności wnikliwego, uciążliwego różnicowania ich wysokości, które jest uzależnione od sytuacji rodzinnej i osobistej pracownika, ale przy utrzymaniu nadal ich charakteru socjalnego (np. karnety do klubu fitness) oraz na świadczenia otrzymywane w zależności od sytuacji życiowej, rodzinnej pracownika (np. pożyczki mieszkaniowe). Wtedy ZUS nie będzie mógł kwestionować, tak jak to robi obecnie, ich socjalnego charakteru, gdy są przyznawane w jednakowej wysokości – uważa Konfederacja Lewiatan.

Udzielanie z funduszu pomocy materialnej – rzeczowej lub finansowej, a także zwrotnej lub bezzwrotnej na cele mieszkaniowe lub inne, powodujące potrzebę poniesienia dodatkowych wydatków pieniężnych oraz ich wysokość powinno uzależniać się od sytuacji życiowej, rodzinnej lub materialnej osoby uprawnionej do korzystania z funduszu. Natomiast pozostałe formy działalności socjalnej, jak rekreacja, sport, kultura, nie wymagałyby wnikliwej oceny pracodawcy pod kątem badania sytuacji osobistej czy rodzinnej pracownika.

Celem ustawy o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych jest określenie zasad tworzenia przez pracodawców funduszu i gospodarowania jego środkami, który jest przeznaczony na finansowanie działalności socjalnej organizowanej na rzecz osób uprawnionych, dofinansowanie zakładowych obiektów socjalnych oraz tworzenie zakładowych żłobków, klubów dziecięcych, przedszkoli oraz innych form wychowania przedszkolnego.
Osobami uprawnionymi do korzystania z funduszu są pracownicy i ich rodziny, emeryci i renciści, byli pracownicy i ich rodziny oraz inne osoby, którym pracodawca przyznał prawo korzystania ze świadczeń socjalnych. Przyznawanie ulgowych usług i świadczeń oraz wysokość dopłat z Funduszu jest uzależnione od sytuacji życiowej, rodzinnej i materialnej osoby uprawnionej do korzystania z funduszu.

Zasady i warunki korzystania z usług i świadczeń finansowanych z funduszu oraz zasady przeznaczania środków na poszczególne cele i rodzaje działalności socjalnej określa pracodawca w regulaminie ustalanym z zakładową organizacją związkową bądź pracownikiem wybranym przez załogę do reprezentowania jej interesów, jeśli nie ma organizacji związkowej.

W ostatnim czasie nasiliły się kontrole prowadzone przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych w zakresie stosowania przepisów ustawy, w szczególności sposobu przyznawania pracownikom świadczeń z funduszu.

W wyniku tych kontroli odmawia się przyznanym przez pracodawcę świadczeniom charakteru socjalnego. Powodem przyjmowania przez ZUS takiego stanowiska jest zarzut kierowany do pracodawców, że nie uzależniają przyznawania ulgowych usług i świadczeń oraz wysokości dopłat z funduszu od sytuacji życiowej, rodzinnej i materialnej osoby uprawnionej do korzystania z funduszu. W rezultacie zakwestionowane świadczenia podlegają wliczeniu do podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne.

Konfederacja Lewiatan

Nowa dyrektywa przeciw unikaniu opodatkowania i oszustwom podatkowym

Rada ds. Gospodarczych i Finansowych (ECOFIN) przyjęła 9 grudnia 2014 r. dyrektywę ws. automatycznej wymiany informacji w zakresie podatków. Ma ona uniemożliwić podatnikom ukrywanie kapitału za granicą lub aktywów, od których należny jest podatek oraz poprawić skuteczność poboru podatków. To ważny krok w walce z unikaniem opodatkowania. Prace w tym zakresie toczyły się równolegle do działań na forum G20 i OECD dotyczących globalnego standardu automatycznej wymiany informacji. W posiedzeniu Rady w Brukseli uczestniczył minister finansów Mateusz Szczurek.

Ministrowie zatwierdzili również zmiany w dyrektywie dot. opodatkowania spółek dominujących i zależnych w zakresie ogólnej klauzuli służącej zapobieganiu unikaniu opodatkowania. Klauzula zostanie wprowadzona w wersji de minimis, czyli jako minimalny poziom regulacji. Państwa będą mogły utrzymać swoje regulacje w zakresie unikania opodatkowania, oszustw podatkowych i nadużyć, pod warunkiem że będą one przynajmniej tak samo restrykcyjne. Wprowadzenie ww. klauzuli ułatwi państwom członkowskim walkę z agresywnym planowaniem podatkowym przez grupy przedsiębiorstw oraz zapewni bardziej sprawiedliwe opodatkowanie w zakresie opodatkowania działalności gospodarczej w UE.

Dyskutowano także o zwiększeniu możliwości inwestycyjnych w celu pobudzenia wzrostu gospodarczego w UE, m.in. w oparciu o wyniki prac Grupy Zadaniowej, powołanej przez Europejski Bank Inwestycyjny i Komisję Europejską (KE) z udziałem wszystkich państw członkowskich. Ministrowie zapoznali się z Planem Inwestycyjnym dla Europy, przedstawionym przez przewodniczącego KE pod koniec listopada br. W oparciu o wyniki tej dyskusji przewodniczące pracom Rady Unii Europejskiej Włochy przygotują list do przewodniczącego Rady Europejskiej w ramach przygotowania do spotkania szefów państw i rządów, które odbędzie się w dniach 18 – 19 grudnia br.

Rada osiągnęła także porozumienie polityczne w zakresie rozporządzenia określającego zasady wnoszenia przez państwa składek do jednolitego funduszu w ramach jednolitego mechanizmu restrukturyzacji i uporządkowanej likwidacji instytucji kredytowych i niektórych firm inwestycyjnych. Ww. mechanizm ustanowiono dla zapewnienia odpowiedniego i skutecznego rozwiązywania problemów z bankami będącymi w złej kondycji finansowej, przy ograniczeniu wsparcia ze środków publicznych. Pełną działalność operacyjną osiągnie on od stycznia 2016 r.

Przedstawiono ponadto stan prac nad projektem dyrektywy w zakresie podatku od transakcji finansowych, które prowadzone są w gronie 11 państw członkowskich UE. Dla Polski, która nie jest członkiem tej grupy, ważne jest, by przyjęte rozwiązania uwzględniały interesy pozostałych państw, które nie planują wprowadzenia tego podatku i nie przynosiły dla nich negatywnych skutków.

Rada zapoznała się także z informacją KE dotyczącą przyjętych ostatnio dokumentów w ramach zarządzania gospodarczego w UE: roczną analizą wzrostu gospodarczego, mechanizmem ostrzegania oraz wynikami przeglądu aktów prawnych w zakresie nadzoru nad politykami fiskalnymi, jak też procedurami nadmiernych nierównowag makroekonomicznych i postępowania wobec krajów strefy euro doświadczających problemów finansowych oraz koordynacji polityk gospodarczych. Ministrowie rozmawiali o realizowanym obecnie śródokresowym przeglądzie Strategii Europa 2020, przyjętej w 2010 r. Dotyczy ona realizacji przez UE celów w obszarze zatrudnienia, innowacji, edukacji, włączenia społecznego oraz zmian klimatu i energii.

Prezes Europejskiego Trybunału Obrachunkowego przedstawił raport dotyczący zrealizowania budżetu UE za rok 2013 r. Jest to standardowy element procedury budżetowej. Publikacja raportu rozpoczyna procedurę przyznawania absolutorium KE z wykonania budżetu rocznego UE, tj. wydania decyzji, na mocy której Parlament Europejski, po otrzymaniu rekomendacji Rady Unii Europejskiej, akceptuje roczny sposób zarządzania przez KE budżetem UE. Po zakończeniu prac na szczeblu roboczym Rada Unii Europejskiej przyjmie rekomendację w lutym 2015 r.

Reforma subwencji wyrównawczej dla samorządów lokalnych: wnioski dla Polski

Dobrze zaprojektowany system współdzielenia dochodów i odpowiedzialności pomiędzy budżetem państwa a samorządem oraz pomiędzy samymi jednostkami samorządu terytorialnego (transferów wyrównawczych) ma kluczowe znaczenie dla zapewnienia wszystkim obywatelom Polski równego dostępu do wysokiej jakości usług publicznych niezależnie od miejsca zamieszkania. Reformując obecny system transferów wyrównawczych, Polska chce skorzystać z doświadczeń innych krajów w dziedzinie finansowania samorządów.

Omówienie tych problemów było głównym celem warsztatów, zorganizowanych wspólnie przez Bank Światowy i Ministerstwo Finansów 11 grudnia 2014 r. w Warszawie. Dyskusja z udziałem przedstawicieli stowarzyszeń samorządów lokalnych, jednostek samorządu terytorialnego, organizacji badawczo-analitycznych, badaczy, ekspertów Banku Światowego i ekspertów międzynarodowych dotyczyła w pierwszym rzędzie kluczowych zagadnień, jakie należy wziąć pod uwagę dla potrzeb reformy obecnego systemu polskiego, prezentując również istotne wnioski płynące z doświadczeń międzynarodowych.

Nie istnieje jeden idealny system transferów wyrównawczych, ponieważ każdy kraj musi uwzględnić specyficzne dla niego uwarunkowania techniczne i polityczne. Analiza doświadczeń innych krajów może jednak pomóc w rozważaniu takich pytań jak np. co powinno być podstawą dla transferów wyrównawczych (dochody,  wydatki, potrzeby itp.) i jak wdrożyć opracowane w tym zakresie rozwiązanie? Rozwiązania i praktyki stosowane w Danii, Szwajcarii, Niemczech i Kanadzie mogą być pomocne jeśli chodzi o informacje wykorzystywane w procesie zmian, jednak ostatecznie wypracowany model będzie najpewniej specyficznie polski.

Polska musi znaleźć własną ścieżkę przygotowania i wdrożenia tej reformy. Zdajemy sobie sprawę, że nie istnieje jeden model „najlepszych praktyk”, choć z pewnością istnieją światowe praktyki dobre i lepsze, które będą podstawą do dalszych prac Ministerstwa Finansów – powiedział minister finansów Mateusz Szczurek.

Usprawnianie przepływu wiedzy jest centralnym elementem programu Banku Światowego dla Polski. W przypadku kraju-klienta tak wysoko rozwiniętego jak Polska, dzielenie się wiedzą odbywa się na zasadach partnerskich i działa w obie strony.

Polska ma wiele znaczących doświadczeń, którymi może się podzielić z krajami ościennymi, gotowa jest też do dzielenia się z innymi swoimi pomysłami na reformy.  Reformy decentralizacyjne, przeprowadzone w Polsce w latach dziewięćdziesiątych są skarbnicą wiedzy dla innych krajów. Równocześnie Polska może nadal uczyć się nowych rzeczy, tak, by udoskonalać obecnie stosowany model – powiedziała dyrektor krajowy Banku Światowego na Polskę i kraje bałtyckie Mamta Murthi.

M. Czachor (Erste Securities): W 2015 roku spółki handlowe mogą liczyć na niewielką poprawę wyników. W górę mogą iść kursy akcji mniejszych podmiotów

CEO Magazyn Polska

Spółki z sektora handlowego w zimową stagnację wpędza dobra pogoda i deflacja. W 2015 r. przewiduje się stabilizację zysków w sektorze oraz ich poprawę w przypadku wybranych podmiotów. Eksperci wskazują na potencjał wyższych stóp zwrotu w takich spółkach, jak Vistula, Gino Rossi, Monnari, ze względu na cały czas duże pole do poprawy wyników. Na możliwe negatywne zachowanie kursów akcji może jednak mieć wpływ sytuacja na światowych rynkach kapitałowych.

 W IV kwartale 2014 r. widzimy brak wzrostów w sektorze handlowym, szczególnie w handlu odzieżą i obuwiem. Do najważniejszych przyczyn należy zaliczyć ciepłą pogodę, którą wpływa na spadek sprzedaży i w związku z tym generuje presję na spadające marże. Poza tym wysokie ceny zapasów mogą powodować w styczniu i lutym mocne wyprzedaże ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk Erste Securities Polska.

Zdaniem eksperta, w podsektorze handlu żywnością również daje się zauważyć brak wzrostów spółek takich jak Eurocash. Tutaj powody leżą po stronie presji deflacyjnej w gospodarce, powodującej spadki cen towarów żywnościowych, która dodatkowo jest nasilona wprowadzeniem od początku sierpnia ze strony Rosji embarga na polską żywność.

Według ostatnich danych GUS inflacja w październiku 2014 r. wyniosła -0,6 proc. i był to już czwarty miesiąc spadku cen rok do roku. Na taki odczyt znaczący wpływ wywarł spadek cen żywności (-2,4 proc.) oraz odzieży i obuwia (-4,6 proc.).

W 2015 r. w branży detalicznej spodziewam się co najwyżej lekkiej poprawy wyników netto i to tylko w przypadku niektórych spółek – przewiduje Czachor. – Mówiąc o absolutnej stopie zwrotu, nadchodzący rok będzie zróżnicowanym okresem dla poszczególnych firm. Wyższej stopy zwrotu spodziewamy się w przypadku mniejszych spółek, takich jak Vistula, Gino Rossi czy Monnari. Cały czas są one zdecydowanie tańsze niż odpowiadające im podmioty z Europy Zachodniej.

Ekspert Erste Securities przyczyny bardziej korzystnych perspektyw dla tych spółek upatruje w dużym potencjale poprawy wyników i prognozuje, że ich kursy powinny w 2015 r. zachowywać się lepiej niż w przypadku dużych spółek, takich jak LPP, CCC bądź Eurocash.

Nadrzędną kwestią, która wpływa na sektor handlowy, jest zachowanie się kursów walutowych. Od połowy 2014 r. obserwujemy tendencję do osłabiania się polskiej waluty, szczególnie do dolara amerykańskiego. To wpływa na poziom marż spółek z branży detalicznej – tłumaczy Marek Czachor.

Jak dodaje, prawdopodobnie w I połowie 2015 r. marże te będą niższe niż obecnie. Kwestią otwartą pozostaje skala gorszych wyników zależnych od hedgingu walutowego, czyli transakcji zabezpieczających kursy walutowe, w których spółki dokonują transakcji.

Przedstawiciel domu maklerskiego zaznacza, że zachowanie kursów giełdowych spółek handlowych zależy także od ogólnej koniunktury na rynkach kapitałowych. W przypadku spadków na światowych parkietach ucierpią także spółki z GPW. Jak podkreśla Marek Czachor, wszystko zależy od skali potencjalnej korekty.

Giełdy w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej w 2014 r. zachowywały się zdecydowanie lepiej niż GPW, w związku z tym możliwa jest na tych rynkach korekta w nadchodzącym roku – mówi Czachor. – Jeżeli będzie głęboka, to – nie oszukujmy się – polska giełda także ucierpi i wtedy nasze spółki, które nie są drogie, będą jeszcze tańsze.