W planach IndygoTech Minerals nowa emisja akcji i ekspansja zagraniczna

0

CEO Magazyn Polska

Na 5 stycznia grupa IndygoTech Minerals zwołała Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, które ma podjąć uchwałę o emisji akcji do wartości dającej połowę udziałów w spółce. Spółki grupy pozyskują środki z UE, jednak potrzebują dodatkowych na ekspansję zagraniczną.

Planowana prywatna emisja ma objąć maksymalnie 44,3 mln akcji serii I z wyłączeniem prawa poboru. Wartość nominalna nowych walorów to 0,05 zł, a ich cena emisyjna to 0,8 zł. Przy wyrażeniu zgody przez akcjonariuszy oraz uplasowaniu wszystkich akcji na rynku, ich udział w podwyższonym kapitale wyniesie 50 proc.

Prezes IndygoTech Minerals Dariusz Janus wskazuje na niejednoznaczną sytuację rynkową sektora energetycznego. Według niego obecnie trudniej jest pozyskać środki na emisję akcji, choć istnieje wiele podmiotów, które dobrze sobie radzą w zdobywaniu środków poprzez emisje obligacji.

– W tym roku nasza firma zrobiła dwie emisje, z których jesteśmy bardzo zadowoleni. W ciągu najbliższych 13 miesięcy realizujemy dwie inwestycje, na które nakłady wynoszą kilkadziesiąt milionów złotych. Większość z tych środków pozyskujemy z UE oraz od naszych akcjonariuszy – tłumaczy Janus.

Grupa przymierza się w przyszłym roku do ekspansji na rynki zagraniczne. Światowy rynek tylko proppantów ceramicznych, przypominających piasek i wykorzystywanych do stabilizacji otworów, przez które przepływa gaz i ropa, był w 2010 r. warty 1,21 mld dolarów, a przewiduje się, że w 2020 r. jego wartość wzrośnie do 5,23 mld dolarów.

– Nasze potencjalne docelowe rynki znajdują się w wielu miejscach na świecie, przede wszystkim w obszarze EMEA, czyli w Europie Północnej, na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce – mówi prezes IndygoTech Minerals.

Zdaniem Dariusza Janusa najistotniejszymi rynkami w branży są Wielka Brytania, Norwegia – rejon Morza Północnego, a także Rumunia, Ukraina i Arabia Saudyjska, która w sektorze ceramicznych proppantów jest rynkiem kluczowym.

– Są to tradycyjne rynki dla nasze branży. Jeszcze nie jesteśmy na nich obecni, ale będziemy starać się na nie wejść – przekonuje prezes przemysłowego holdingu.

W ciągu trzech pierwszych kwartałów 2014 r. Grupa Kapitałowa IndygoTech Minerals osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 10,80 mln zł przy 0,65 mln zł w analogicznym okresie w roku poprzednim. W raporcie za III kw. firma zmniejszyła stratę netto do -3,36 mln zł z -4,29 mln zł, które odnotowała po dziewięciu pierwszych miesięcy 2013 r. Na uwagę zwraca poprawa wyniku na działalności operacyjnej z -1,73 mln zł do 4,74 mln zł.

– Rok temu opublikowaliśmy strategię na kilka najbliższych lat, na pierwszy rok i kolejne. Możemy uznać, że zrealizowaliśmy wszystkie cele planowane na 2014 rok – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Janus, prezes zarządu IndygoTech Minerals, przemysłowego holdingu zaawansowanych technologii ceramicznych. – W roku 2014 r. rozpoczęliśmy inwestycje w dwóch istotnych dla nas projektach – Industry i Baltic Ceramics. Inwestycje przebiegają zgodnie z planem i harmonogramem, bez opóźnień czasowych, co sprawia, że jesteśmy zadowoleni z ich dotychczasowego przebiegu.

Industry Technologies zajmuje się produkcją korpusów izolacyjnych wysokich napięć, a Baltic Ceramics wytwarza proppanty ceramiczne, czyli materiał niezbędny w wydobywaniu złóż konwencjonalnych i niekonwencjonalnych, w tym ropy i gazu łupkowego. Trzecim filarem spółki jest LZMO produkujące izostatyczne systemy kominowe, montowane głównie w domach jednorodzinnych.

– Dla grupy IndygoTech Minerals to był bardzo dobry rok. Rozpoczęliśmy dwa znaczące projekty i realizujemy je zgodnie z planem. Pozyskaliśmy środki unijne na łączną kwotę prawie 50 mln zł. Natomiast nie jesteśmy zadowoleni z kursu akcji spółki, który po okresie bardzo dużego wzrostu z poziomu kilkudziesięciu groszy dotarł do ponad 2 zł, a w tej chwili znajduje się poniżej 1 zł – mówi Janus.

Akcje firmy w ciągu 12 miesięcy spadły o około 60 proc. i w chwili obecnej wahają się w granicach 0,8-0,9 zł, wykazując trend spadkowy. Przy 44,3 mln wyemitowanych akcji kapitalizacja IndygoTech Minerals wynosi 35-40 mln zł.

– Nie potrafimy przewidzieć przyszłego kursu akcji. Mamy jasne spojrzenie na sytuację fundamentalną naszych spółek, w tym IndygoTech Minerals, ale uważamy, że każdy inwestor powinien we własnym zakresie ocenić spółkę, biorąc pod uwagę swój horyzont inwestycyjny i apetyt na ryzyko związane z zaangażowaniem w akcje firmy – przekonuje prezes przemysłowego holdingu.

Kampania przeciwko pijanym kierowcom buduje rynek urządzeń blokujących. Spółka Noidss spodziewa się wzrostu zamówień m.in. na alkolocki

Technologiczna spółka Noidss, producent urządzeń wspomagających rozwiązywanie problemów społecznych, spodziewa się wzrostu zamówień na alkolocki, czyli urządzenia blokujące działanie aut uruchamianych przez osoby nietrzeźwe. Jak tłumaczy Sebastian Szajter, prezes przedsiębiorstwa, popyt intensyfikuje kampania medialna przeciwko pijanym kierowcom.

Nasz najważniejszy produkt, czyli alkolock ilteQ System, odpowiada na potrzeby rynku – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Sebastian Szajter, prezes zarządu spółki technologicznej Noidss. – Jest to urządzenie blokujące nietrzeźwych kierowców. To obecnie priorytet w naszym portfolio: produkt najstarszy stażem, który został wdrożony na początku 2012 roku, ale także najbardziej skomplikowany i wymagający dużych nakładów pracy i czasu.

Krytyczne, szeroko komentowane przez media zdarzenia z bieżącego roku, takie jak katastrofa w Kamieniu Pomorskim, w której nietrzeźwy kierowca zabił pięć osób dorosłych i dziecko, spowodowały diametralną, jak twierdzi Szajter, zmianę podejścia do tego rodzaju urządzeń zabezpieczających.

Prawdą jest, że od pewnego czasu, odkąd istnieje nasz alkolock, wychwytywaliśmy wszelkie statystyki mówiące o tym, o jakiej skali zagrożenia mówimy w przypadku poruszających się po drogach osób nietrzeźwych – zapewnia Sebastian Szajter. – Najwyraźniej media i społeczeństwo musiało, niestety, zetknąć się ze zdarzeniem tragicznym, jakim była kumulacja ofiar wypadku spowodowanego przez pijanego kierowcę. Efektem jest dialog społeczno-medialny, który – mam nadzieję – wpłynie pozytywnie na zmianę zachowań na polskich drogach nie tylko dzięki alkolockom, lecz także dzięki zmianie podejścia i mentalności.

Alkolock ilteQ System, jak informuje prezes spółki Noidss, jest urządzeniem w całości produkowanym w Polsce.

W gruncie rzeczy każdy z naszych produktów wdrażamy na podstawie analizy finansowej i analizy przydatności, która jest dla nas przygotowywana. Aczkolwiek wydźwięk społeczny jest również obecny przy każdym z naszych produktów. I przy tym będziemy chcieli pozostać – wskazuje Szajter.

Obecnie spółka Noidss w swoim portfolio ma pięć gotowych produktów, w sprzedaży są cztery. Wszystkie to rozwiązania dla określonej grupy społecznej, jak chociażby aplikacja dla osób z dysfunkcją wzroku (4naviS) czy system Noicall wspierający działania dyspozytorów numeru 112, 911, straży pożarnej oraz policji.

W ciągu najbliższego roku mamy w planach wdrożenie kolejnych trzech produktów – zapowiada Szajter. – Są one na różnych etapach wdrożenia, projektowania, prototypowania i testowania.

Na razie – jak podkreśla – przedsiębiorstwo jest niezależne i samodzielnie radzi sobie finansowo, inwestując środki prywatne. Ale w dalszej perspektywie prezes Szajter nie wyklucza sprzedaży akcji w ofercie publicznej i wejścia spółki na giełdę.

KIG: Nawet 2,5 mld zł zysku do budżetu państwa za aukcję częstotliwości LTE. Sprzedaż przyspieszy inwestycje operatorów i zwiększy dostępność e-usług

CEO Magazyn Polska

Za pięć lat szybki bezprzewodowy internet powinien być dostępny w całej Polsce. Rozstrzygnięcie trwającej aukcji na częstotliwości LTE nie tylko przyniesie zyski dla budżetu, lecz także przyspieszy inwestycje operatorów i tym samym zwiększy dostępność e-usług. To warunek szybkiego rozwoju gospodarczego kraju – oceniają eksperci Krajowej Izby Gospodarczej.  

Z raportu KIG wynika, że ponad 60 proc. dzieci rozpoczynających dziś edukację będzie pracowało w zawodach jeszcze nieistniejących, a już w przyszłym roku 90 proc. miejsc pracy będzie wymagało podstawowych umiejętności cyfrowych.

Umożliwienie Polakom powszechnego dostępu do sieci zaczyna być więc sprawą fundamentalną. Dlatego wśród warunków, jakie muszą spełnić uczestnicy aukcji na nowe częstotliwości LTE, jest dostarczenie tych usług praktycznie na terenie całego kraju.

LTE różni się tym, że ma lepszą propagację, w związku z czym może łatwiej docierać do obszarów, które są mniej zurbanizowane i dzisiaj wykluczone cyfrowo, czyli głównie na tereny wiejskie i do małych miasteczek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – Technologia ta będzie pomocna w realizacji Europejskiej Agendy Cyfrowej, która zobowiązuje Polskę jako kraj do upowszechnienia szerokopasmowego internetu.

W Europejskiej Agendzie Cyfrowej jednym z celów strategicznych jest zapewnienie powszechnego dostępu do internetu o prędkości co najmniej 30 Mb/s do końca 2020 roku. Połowa gospodarstw domowych ma do tego czasu mieć dostęp do przynajmniej 100 Mb/s. Tego jak na razie nie da się osiągnąć bez LTE.

Myślę, że w tej chwili w Polsce nie ma alternatywy – ocenia prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – W przyszłości pewnie się pojawi, bo cały czas są prowadzone prace w tym kierunku. Będzie to technologia jeszcze bardziej wydajna, oferująca większe możliwości przepływu.

Zgodnie z prognozami rynek połączeń głosowych w Europie w pięć lat rozrośnie się o ok. 22 proc., podczas gdy rynek mobilnego dostępu do danych zwiększy się o prawie 800 proc.

Dziś w sektorze teleinformatycznym powstaje 5 proc. PKB państw Unii Europejskiej. Według Komisji Europejskiej zrealizowanie Agendy Cyfrowej przyczyni się do zwiększenia innowacyjności przedsiębiorstw, wzrostu gospodarczego oraz poprawy życia codziennego obywateli.

Mamy bardzo ambitne plany cyfryzacji administracji i biznesu w Polsce, zapewnienia dostępu do źródeł kultury poprzez internet – mówi Andrzej Arendarski. – Oczywiście to wszystko nie byłoby możliwe bez platformy technologicznej. Na ten czas taką platformę stwarza LTE. Bez LTE w tej chwili nie bardzo sobie wyobrażam realizacji tej agendy w Polsce.

W trwającym przetargu UKE zobowiązuje zwycięzców do pokrycia zasięgiem sieci prawie 90 proc. gmin, w szczególności tych ze słabym dostępem do internetu. I to szybko. Zwycięzcy będą mieli 24 miesiące na dotarcie do co najmniej 83 proc. gmin, o liczbie mieszkańców poniżej 30 tys.

Po rozdzieleniu częstotliwości powinniśmy spodziewać się, że inwestorzy szybko przystąpią do procesu inwestycyjnego – podkreśla Andrzej Arendarski. – W przybliżeniu będzie to połowa przyszłego roku, w przyszłym roku już będziemy mieli pierwsze owoce tego przetargu.

Cena wywoławcza jednego bloku w częstotliwości 800 MHz została określona przez UKE na poziomie 250 mln zł (za blok 2600 MHz będzie to 25 mln zł). Cena wywoławcza wszystkich pakietów to 1,5 mld zł, ale jak podkreślono w raporcie KIG, biorąc pod uwagę kwoty uzyskiwane w poprzednim postępowaniu, można oczekiwać wpływów o 1 mld większych.

Przetarg na drukarki i urządzenia wielofunkcyjne dla ZUS-u bez zmowy cenowej

0

Nie było zmowy cenowej w przetargu na ok. 3,3 tys. sztuk drukarek i urządzeń wielofunkcyjnych dla ZUS-u – orzekł Sąd Okręgowy w Warszawie. Sąd odrzucił skargę jednego z oferentów i zezwolił urzędowi na podpisanie umowy. ZUS zaplanował 51 mln zł na realizację tego zamówienia publicznego.

Wyrok z dnia 10 grudnia to tak naprawdę tylko potwierdzenie tego, co orzekła Krajowa Izba Odwoławcza 4 września. Zmowy cenowej nie było – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Michał Czeredys, prezes zarządu firmy Arcus.

W przetargu na 1179 drukarek i 2141 urządzeń wielofunkcyjnych wystartowało łącznie dziewięciu oferentów. Najtańszą ofertę złożył właśnie Arcus (36 mln zł), najdroższa była oferta za prawie 80 mln zł – o 30 mln zł więcej, niż zarezerwował ZUS. Rozstrzygnięcie postępowania zaskarżyła jednak spółka Galaxy Systemy Informatyczne, której oferta była prawie o 10 mln zł droższa od najkorzystniejszej.

Według przedstawicieli tej firmy mogło dojść do zmowy cenowej. Najtańszą ofertę złożył Arcus, który jest dystrybutorem sprzętu japońskiej firmy Kyocera w Polsce, drugie miejsce zajęła spółka Teneo Systems (ze sprzętem Kyocera), trzecie – przedsiębiorstwo DIR z Kalisza. Czwarta pod względem opłacalności oferta (Decsoft) zawierała sprzęt wspomnianego japońskiego producenta, a piąta, złożona przez Galaxy zawierała (z jednym wyjątkiem) te same modele urządzeń (wyprodukowane przez koncerny HP, Xerox, Samsung), co oferta firmy DIR (miejsce trzecie). Podejrzenie zmowy cenowej powstało jednak dlatego, że według firmy Galaxy Teneo i Decsoft mogą kupić sprzęt Kyocery jedynie w Arcusie.

Jednak najpierw KIO, a teraz Sąd Okręgowy uznali, że nie doszło do zmowy cenowej.

Wszystkie firmy, które chciały wziąć udział w przetargu i zaoferować sprzęt Kyocery, mogły zwrócić się do nas o przedstawienie równie atrakcyjnej oferty, jak w przypadku firm, które się na to zdecydowały. Ogłoszone przez ZUS postępowanie nie wykluczało także możliwości oferowania sprzętu kupowanego poza granicami Polski. Najistotniejsze jest jednak to, że nie sama wartość zakupu urządzeń, lecz wartość usług serwisowych i materiałów eksploatacyjnych przez okres aż 45 miesięcy stanowiły o tym, że przetarg opiewał aż na 51 mln zł. Wartość samego sprzętu nie mogła być większa niż 30 proc. złożonej oferty. Można zatem śmiało powiedzieć, że przetarg dotyczył raczej usługi serwisowej świadczonej na dostarczonych urządzeniach, a nie dostawy urządzeń – dodaje Czeredys.

O przetargu zrobiło się głośno, gdy 3 grudnia agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali 14 osób z ZUS-u i firm informatycznych. Zostały im postawione zarzuty związane ze zmową finansową. Czeredys podkreśla jednak, że akcja CBA w żaden sposób nie zakłóciła pracy Arcusa.

Wszyscy zatrzymani w celu złożenia wyjaśnień pracownicy wrócili niezwłocznie do swojej pracy. W firmie zadziałały wszystkie procedury, które ustanawialiśmy na wypadek jakichkolwiek kryzysowych okoliczności – podkreśla prezes spółki. ‒ Realizowaliśmy kontrakty oraz pozyskiwaliśmy kolejne. Dzięki naszym oddziałom w największych miastach w Polsce, a także sieci ponad czterdziestu autoryzowanych i wiarygodnych partnerów handlowych oraz serwisowych obsługujemy kilkadziesiąt tysięcy urządzeń w całej Polsce pracujących u kilku tysięcy naszych klientów. Zaistniała sytuacja nie miała żadnego wpływu na realizację kontraktów, spadek poczucia bezpieczeństwa i zadowolenie naszych klientów, które były, są i będą priorytetem naszej działalności.

Mimo że Arcus zaproponował cenę o ponad 4 mln zł niższą niż kolejna firma, to spółka nie jest już stroną postępowania. KIO wykluczyła ofertę Arcusa ze względu na rażąco niską cenę. Przedstawiciel spółki komentował, że cena nie była zaniżona, ale ponieważ uzasadnienie tego przed sądem wymagałoby przedstawienia dowodów stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa, spółka podjęła decyzję o ich nieupublicznianiu, kierując się dobrem akcjonariuszy i klientów.

ZUS musi teraz rozstrzygnąć, czy powiązania pomiędzy Teneo Systems a Decsoftem (prezes Teneo wchodzi w skład rady nadzorczej Decsoftu) nie stanowią naruszenia uczciwej konkurencji. Potem możliwe będzie ostateczne rozstrzygnięcie przetargu.

Trwają badania potencjalnych lokalizacji pierwszej elektrowni atomowej. PGE EJ 1: poparcie dla budowy w gminach to 60-80 proc.

W Żarnowcu i Choczewie – dwóch lokalizacjach wybranych przez PGE EJ 1 pod budowę elektrowni jądrowej – trwają badania m.in. pod kątem środowiskowym i bezpieczeństwa. Spółka zapewnia, że w obu gminach inwestycję popiera ponad 60 proc. mieszkańców. PGE EJ 1 podpisała już umowę z doradcą technicznym, który pomoże m.in. w wyborze technologii. Przetarg na inwestora powinien się odbyć w przyszłym roku. 

Obecnie prowadzimy prace w kilku głównych obszarach – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Cichosz, prezes zarządu spółki PGE EJ 1. – Pierwszy dotyczy wyboru lokalizacji budowy przyszłej elektrowni jądrowej. Prace są prowadzone na terenie lokalizacji Żarnowiec i Choczewo. Obejmują one przygotowania do uzyskania decyzji zarówno środowiskowej, jak i lokalizacyjnej. W praktyce oznacza to przeprowadzenie inwentaryzacji środowiskowej, monitoringu sejsmicznego oraz meteorologicznego.

Wskazanie konkretnej lokalizacji na tym etapie jest jeszcze niemożliwe.

Musimy przeprowadzić komplet badań, żeby potwierdzić, że zarówno jedna, jak i druga jest akceptowalna z punktu widzenia kwestii środowiskowych i kwestii bezpieczeństwa, czyli charakterystyki lokalizacji – informuje Jacek Cichosz.

Jak przekonuje, bardzo ważnym elementem w tym procesie jest dialog z lokalną społecznością i uzyskanie poparcia dla realizacji inwestycji.

Dzięki m.in. prowadzonym przez nas działaniom edukacyjnym poparcie sukcesywnie rośnie i obecnie jest na wysokim poziomie – zauważa Cichosz. – Waha się od 60 proc. dla gminy Choczewo do nawet 80 proc. w przypadku gminy Gniewino [badania TNS Polska na zlecenie PGE EJ 1 prowadzone są w gminach województwa pomorskiego – red.].

Listopadowe badania CBOS przeprowadzone w całym kraju wskazują, że budowę elektrowni atomowej w Polsce popiera 40 proc. społeczeństwa, a co drugi pytany jest jej przeciwny.

W przestrzeni publicznej krąży dużo mitów dotyczących energetyki jądrowej – wyjaśnia Jacek Cichosz. – Naszym zadaniem jest dotarcie z informacją na temat szans i niebezpieczeństw. Chcemy pokazać, jakie są dzisiaj istotne zagrożenia, które są poruszane między innymi w ankietach, takie jak kwestia pracy elektrowni jądrowej, jej wpływu na otoczenie czy wystąpienia awarii.

Spółka rozmawia również z mieszkańcami na temat wpływu elektrowni na otoczenie, czyli turystykę, infrastrukturę i rozwój gminy. Jak wynika z badań TNS Polska, Pomorzanie nie obawiają się, że elektrownia będzie negatywnie oddziaływać na turystykę. Takiego zdania jest trzy czwarte ankietowanych. Ponad 50 proc. badanych z całej Polski zapewnia, że nie zrezygnuje z wypoczywania nad Bałtykiem po wybudowaniu elektrowni, a niektórzy spodziewają się nawet zwiększonego zainteresowania miejscem.

Równolegle z pracami w pomorskich lokalizacjach toczą się analizy związane z przygotowaniem do wyboru technologii i inwestora.

– Niedawno podpisaliśmy umowę z inżynierem kontraktu, doradcą technicznym, który będzie nas wspierał między innymi w procesie wyboru technologii. Sam przetarg planujemy w przyszłym roku. Natomiast do czasu jego uruchomienia musimy przeprowadzić jeszcze szereg prac przygotowawczych. Część dotyczy rozpoczęcia współpracy z doradcą technicznym, część – procedur formalnych. Musimy uzyskać zgody zarówno na poziomie korporacyjnym, jak i Komisji Europejskiej – wskazuje prezes PGE EJ 1.

Spółka analizuje też modele finansowania inwestycji, szukając takiego, który zapewniłby jej ekonomiczną przewidywalność. Pod uwagę brane są różne rozwiązania, również takie, z których korzystają inne państwa rozwijające energetykę jądrową, m.in. Wielka Brytania. Cichosz podkreśla jednak, że proste przeniesienie danego modelu nie będzie możliwe.

Przygotowując analizy, będziemy musieli wziąć pod uwagę docelowy kierunek polityki energetycznej, miks paliwowy, istniejące rozwiązania, takie jak kontrakty na moce – wskazuje Jacek Cichosz. – W tym kontekście model brytyjski może być jednym z rozwiązań. Ale obecnie przedmiotem naszych prac jest szczegółowa analiza tego, jaki model powinien być dla nas docelowym.

Brytyjskie kontrakty różnicowe są jednym z mechanizmów tamtejszej reformy rynku energii elektrycznej. Londyn chce zagwarantować inwestorowi 35-letni kontrakt, w ramach którego państwo dopłaci koncernowi do ustalonej ceny 92,50 funta za megawatogodzinę. Jeśli rynkowa cena energii wzrośnie powyżej tego poziomu, inwestor odda nadwyżkę do budżetu.

Polacy coraz chętniej płacą kartami. Pod względem liczby terminali gonimy kraje zachodniej Europy

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej korzystają z kart płatniczych. W I półroczu liczba transakcji finalizowanych w ten sposób wzrosła w naszym kraju o 22 proc. Sieć akceptacji wciąż jest mniejsza niż w innych krajach Europy Zachodniej, ale systematycznie rośnie. Siłą napędową są zmieniająca się technologia, nowe produkty oferowane przez dostawców terminali oraz zmiany regulacyjne.

Polski rynek kart płatniczych na pewno będzie się rozwijał, szczególnie że jest pewna luka pomiędzy Polską a krajami zachodnimi, które są bardziej rozwinięte. Ta luka ma szansę w przeciągu kilku lat zostać zniwelowana – ocenia Rafał Szczechura, dyrektor marketingu na Europę Środkowo-Wschodnią w SIX Payment Services.

Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w I połowie roku liczba transakcji dokonywanych za pomocą kart płatniczych wzrosła o jedną piątą w porównaniu z I półroczem 2013 roku.

Rośniemy zdecydowanie szybciej niż rynki na Zachodzie. Taki dynamiczny rozwój rynku trwa od kilkunastu lat. 22-proc. wzrost w przeciągu roku pokazuje, że faktycznie następuje dynamiczny przyrost transakcji. Zresztą, jeżeli chodzi o liczbę terminali, to też odnotowujemy w ostatnich latach zdecydowany wzrost rok do roku – mówi Rafał Szczechura.

W Polsce działa ponad 350 tys. terminali płatniczych. W przeliczeniu na liczbę mieszkańców to dwa razy mniej niż w krajach strefy euro. Również eksperci oceniają, że na rynku jest miejsce na dwa razy tyle urządzeń. Dlatego firmy z branży liczą na dynamiczny rozwój sieci, również dzięki obniżce prowizji za płatności kartami. Przez ostatnie lata opłaty interchange w Polsce były na jednym z najwyższych poziomów w UE, ale w drodze ustawy w lipcu zostały obniżone do 0,5 proc. Trwają prace nad ich dalszym obniżaniem.

Jeżeli klienci ze względu na wygodę chcą płacić kartami, to akceptant musi rozpatrywać tę kwestię bardzo poważnie, ponieważ utrata 20 proc. czy 30 proc. transakcji jest zdecydowanym uszczerbkiem w jego portfelu. Co więcej, w Polsce bardzo popularną metodą płatności są płatności zbliżeniowe. Cała transakcja potrafi trwać kilka sekund, więc jest to zdecydowanie najszybsza forma płatności obecna na polskim rynku, a to również stymuluje te wzrosty – podkreśla Szczechura.

Jak podkreśla, wzrosty stymulują również nowe produkty i usługi, które pojawiają się na terminalach. Chodzi np. o terminale zintegrowane z kasami, które eliminują pomyłki kasjerskie, czy zintegrowane z raportowaniem.

Na akceptację kart płatniczych decyduje się coraz więcej podmiotów.

Korzyści to przede wszystkim krótszy czas obsługi podróżnego przez kasjerkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Donata Nowakowska, rzeczniczka Kolei Mazowieckich, które w listopadzie podpisały umowę z SIX Payment Services na obsługę transakcji bezgotówkowych. – Nam jako spółce odchodzą wszelkiego rodzaju koszty związane z transportem gotówki. Natomiast dla podróżnego to duże ułatwienie.

Dzięki umowie Kolei Mazowieckich z SIX Payment Services pasażerowie będą mogli płacić za bilety kartą nie tylko w kasie, lecz także w biletomatach. Jak wyjaśnia Szczechura, w stacjonarnych punktach kasowych terminale są zintegrowane z systemem kasowym Kolei Mazowieckich.

Ta integracja odgrywa istotną rolę, ponieważ po pierwsze czas całego procesu jest o wiele krótszy niż przy rozwiązaniu niezintegrowanym, a poza tym eliminujemy ewentualne pomyłki kasjerskie, ponieważ dane są automatycznie transferowane z systemu kasowego Kolei do terminala i na terminalu następuje akceptacja przez posiadacza karty. Drugim elementem są transakcje kartowe w biletomatach – wyjaśnia przedstawiciel SIX Payment Services.

W obu tych rozwiązaniach jest możliwość płatności zbliżeniowej, która jest znacznie szybsza i nie wymaga akceptacji PIN-em. Jak wyjaśnia Nowakowska, z płatności kartą już korzysta wielu pasażerów. Dlatego spółka KM planuje kolejne udogodnienia w płatnościach.

W planach mamy również prowadzenie sprzedaży biletów przez internet oraz wprowadzenie nowego nośnika, jakim będzie Karta Mazowiecka. A oprócz tego planujemy również wprowadzić rozwiązanie pozwalające na to, by nasi podróżni za bilet zakupiony w pociągu również mogli zapłacić kartą – mówi rzeczniczka Kolei Mazowieckich.

Rafał Szczechura podkreśla, że w tym roku SIX Payment Services pozyskał do współpracy wiele innych podmiotów, np. Koleje Wielkopolskie czy sieć sklepów Apart. Coraz istotniejszym segmentem działalności firmy staje się e-commerce – w tym zakresie współpracuje m.in. z Leroy Merlin i Itaką.

Szczególnie sklepów widać, że następuje pewna zmiana w kierunku sprzedaży wielokanałowej. Jeden sklep czy sieć sklepów korzystają nie tylko z punktów stacjonarnych, lecz także sprzedają w internecie, przez telefon i realizują dostawy na przykład do domu. Właśnie takie rozwiązania oferuje SIX Payment Services, czyli terminale stacjonarne zintegrowane z kasami fiskalnymi, z drugiej strony terminale przenośne, małe i poręczne, a dodatkowo rozwiązania internetowe dla sklepów internetowych oraz call center – podkreśla dyrektor z SIX Payment Services.

SIX w Polsce posiada sieć ok. 32 tys. urządzeń do akceptacji kart, co stanowi prawie 10 proc. rynku.

M. Lisiecki: W Polsce brakuje młodych liderów i debaty o faktycznych problemach przedsiębiorców

CEO Magazyn Polska

W Polsce potrzebna jest debata na temat problemów przedsiębiorców – to wniosek uczestników spotkania CEO Round Table Mixer. Jej pomysłodawca Michał M. Lisiecki podkreśla, że zamiast zajmować się populistycznymi zagadnieniami politycznymi należałoby zastanowić się nad tym, jak skłonić do powrotu 2,5 mln Polaków, którzy wyemigrowali. Dużą barierą jest brak młodych liderów i brak woli zmiany systemu.

Problemów jest bardzo dużo, wszyscy o nich mówimy, ale do debaty publicznej przedostają się bardzo miałkie rzeczy. Przedostają się delegacje, wyjazdy, rozliczenia – to są przecież tematy nieistotne, chociaż popularne i dobrze się sprzedające – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał M. Lisiecki, właściciel spółki PMPG Polskie Media, wydawca tygodników „Wprost” i „Do Rzeczy”, a także inicjator spotkania CEO Round Table Mixer. ‒ Istotnych tematów jest masa. To jest trochę myślenie o tym, jak, będąc akcjonariuszami Polski, sprawić, żeby Polska stała się Kalifornią Europy, żeby biznesy tutaj się rozwijały, kwitły, a miejsca pracy były atrakcyjne.

Spotkanie CEO Round Table Mixer miało na celu wywołanie dyskusji o Polsce 25 lat po Okrągłym Stole. Do udziału zostało zaproszonych wielu młodych liderów, ludzi polityki, biznesu, mediów. To właśnie brak możliwości działania przez młode pokolenie został przez uczestników oceniony jako jeden z problemów w naszym kraju.

Jak podkreśla Matthew Tyrmand, amerykański ekonomista, finansista i syn Leopolda Tyrmanda, Polska po pierwszych 15 latach gwałtownych przemian i szybkiego rozwoju popadła w samozadowolenie ,a to doprowadziło do braku dalszych zmian i stagnacji.

Główną przyczyną jest wiek ludzi z tego układu – większość z nich to ludzie, którzy dorastali, uprawiając politykę jako praktykę biznesową, zwykle skorumpowaną. Zmiana tej sytuacji może być kwestią kolejnej dekady, jeśli tylko młodzi ludzie, którym nie podoba się ta sytuacja, będą potrafili uruchomić tę samą mentalność, która pomagała Solidarności w walce z komunizmem w latach 80. – apeluje Tyrmand.

Tyrmand dodaje, że również w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatniego ćwierćwiecza doszło do korporatyzacji klasy politycznej. W tej dojrzałej demokracji trend ten będzie już trudno odwrócić, jednak w Polsce, z uwagi na wciąż niedługie doświadczenie z ustrojem reprezentatywnym, wciąż jest szansa na zmianę. Wymaga to jednak odwagi i wystąpienia przeciwko zastanym zwyczajom.

Według syna polskiego pisarza Polacy boją się konsekwencji krytykowania państwa polskiego. Tyrmand dodaje, że jako mieszkaniec Stanów Zjednoczonych i osoba spoza Polski może wypowiadać się bezkompromisowo i liczy na wywołanie debaty.

Poprzez to forum i mój własny model postępowania chcę zainspirować ludzi do tego, by wstali i powiedzieli: dosyć tego. Dość nacjonalizacji emerytur, dość drukowania pieniędzy przez Belkę, dość tego, co się stało z wyborami – wylicza Tyrmand. – To budzi obrzydzenie. 

Lisiecki dodaje, że debata publiczna powinna koncentrować się na tym, by odpowiedzieć na podstawowe pytanie dotyczące tego, jak ściągnąć do Polski z powrotem 2,5 miliona emigrantów. Zachęcenie ich do powrotu, m.in. dzięki atrakcyjnym miejscom pracy, może też skłonić ich do zainwestowania w ojczyźnie zgromadzonego na emigracji kapitału.

Mówimy o tym, jak sprawić, żeby John Kowalski czy Peter Nowak z powrotem stali się Janem Kowalskim i Piotrem Nowakiem, żeby chcieli wrócić do Polski, do swojego miasta, by tu zakładać biznes i przywozić wiedzę, którą zdobyli. O tym chcemy rozmawiać. O tym jak nasza Polska będzie wyglądała za 25 lat – tłumaczy Lisiecki.

Coraz więcej sieci handlowych zainteresowanych sprzedażą online. To zachęca klientów do e-zakupów

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż internetowa żywności rośnie o kilkadziesiąt procent rocznie. Wciąż jednak ten kanał stanowi niewielki odsetek w ogólnej sprzedaży. Rynki zachodniej Europy pokazują, że potencjał tego segmentu jest znacznie większy. Dlatego coraz więcej sieci handlowych zapowiada ekspansję w internecie.

W przypadku sprzedaży internetowej produktów spożywczych w stosunku do 2013 r. notujemy bardzo duży wzrost obrotów w wysokości kilkudziesięciu procent – mówi Grzegorz Bielecki, wiceprezes zarządu Frisco.pl, internetowego supermarketu z produktami żywnościowymi.

Coraz większa popularność sklepów online to jedna z przyczyn trudnej sytuacji największych sieci handlowych. Klienci coraz częściej rezygnują z wizyt w dużych hipermarketach na rzecz mniejszych sklepów typu convenience, bliżej domu. Wciąż jednak Polacy rzadko kupują żywność przez internet.

W Polsce sprzedaż internetowa żywności to nie więcej niż 1 proc. w kanale FMCG. W Wielkiej Brytanii czy Francji udział ten stanowi 5-7 proc., co pokazuje, że w Polsce cały czas istnieje wiele szans rozwoju rynku – przekonuje wiceprezes Frisco.pl.

Według badań agencji PMR Research w 2013 r. polski rynek żywnościowego e-commerce wart był 450 mln. Eksperci wskazują, że w ciągu kilku lat może on osiągnąć wartość nawet 2 mld zł.

W tym segmencie działa zaledwie kilku liczących się graczy, którzy są dostępni w skali ogólnopolskiej. Widzimy jednak duże zainteresowanie nowych podmiotów, w tym ważnych sieci handlowych – twierdzi Grzegorz Bielecki. – Konkurencja na pewno będzie coraz większa, ale to tylko lepiej dla e-zakupów, ponieważ rośnie w ten sposób ich popularność.

Już teraz sprzedaż internetową oferują m.in. Alma24, Piotr i Paweł, Auchan oraz Tesco. Coraz więcej mówi się o uruchomieniu zakupów online przez popularne sieci dyskontowe. Jak podkreśla Bielecki, wejście dużych, ogólnopolskich graczy nie spowodowało problemów u mniejszych.

Rynek e-delikatesów znajduje się jeszcze w fazie początkowej, gdzie jest miejsce na nowe podmioty. Nie spodziewam się konsolidacji. Ta jest ewentualnie możliwa, kiedy rynek będzie dojrzały lub pojawią się na nim zdecydowani liderzy, którzy poprzez konsolidacje będą mogli zwiększyć swój udział w rynku – mówi Bielecki.

Inwestorzy wracają na turecki rynek. Kondycja tamtejszej gospodarki sprzyja hossie

CEO Magazyn Polska

Turcja ponownie przyciąga uwagę inwestorów. Po dramatycznych spadkach w zeszłym roku na tamtejszą giełdę powróciły dynamiczne wzrosty. Sytuacja gospodarcza i otoczenie międzynarodowe Turcji pozwalają mieć nadzieję, że będą one kontynuowane.

W latach 2012-2013 turecka giełda pozwalała dobrze zarobić. Jej główny indeks, ISE100, w rok zyskał ok. 70 proc. Tureckie firmy świetnie radziły sobie dzięki eksportowi do Unii Europejskiej.

Zwiększona produkcja prowadziła do zwiększonej konsumpcji i przy niskich, sztucznie utrzymywanych stopach procentowych gospodarka turecka rosła jak na drożdżach mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Jawień, prezes Investment Fund Managers. To oczywiście skończyło się w zeszłym roku, kiedy skokowo trzeba było podwyższyć stopę procentową, żeby obronić kurs liry. Mimo to gospodarka ma dość dobre perspektywy, biorąc pod uwagę jej położenie.

Drastyczna podwyżka nastąpiła pod koniec stycznia 2014 r., gdy Bank Centralny Republiki Turcji podniósł główną stopę procentową z 4,5 proc. do 10 proc. Obecnie wynosi ona 8,25 proc.

W kwietniu 2013 roku rozpoczęła się w Turcji dramatyczna wyprzedaż akcji i w ciągu miesiąca indeksy straciły ponad 20 proc. W tym roku jednak na tureckim parkiecie znowu widać wzrosty. Od stycznia do listopada ISE100 zyskał 40 proc.

Nawet jeżeli Turcja mogłaby odczuć spadek popytu ze strony Unii Europejskiej, to ma potężnych sąsiadów ze strony Iranu i Iraku. Teraz jest tam niespokojnie ze względu na Syrię, ale to są gospodarki, które potrzebują dóbr i płacą za nie albo ropą, albo złotem, czyli twarda walutą ocenia Aleksander Jawień. Więc jeżeli motor wzrostu oparty na Unii Europejskiej zaczyna nieco słabnąć, to Turcja może się bardzo łatwo zintensyfikować handel ze swoimi wschodnimi sąsiadami.

Gospodarka Turcji bardzo zyskuje na tegorocznych spadkach cen ropy. Kraj ten niemal wyłącznie importuje ten surowiec, co sprawia, że płacąc mniej, tamtejsze firmy więcej zarabiają.

To powoduje, że spada inflacja, niższe są koszty energii i transportu, a co za tym idzie, również wszystkich dóbr i produktów konsumpcyjnych podkreśla prezes Investment Fund Managers. – To bardzo pobudza gospodarkę turecką. Liczymy na to, że niedługo w Turcji spadną stopy procentowe, co również będzie dużym elementem stymulacyjnym. Jeżeli ceny ropy się utrzymają lub będą niższe, można oczekiwać tylko dobrych wiadomości.

Jak podkreśla, dziś w Turcji warto inwestować w sektor dóbr konsumpcyjnych i transport. To branże, które mogą najbardziej skorzystać na niskich cenach energii. Dodatkowo Turcja jest największym producentem cementu w Europie, a ten przemysł jest energochłonny, więc przy niskich cenach surowców jego zyskowność rośnie. Hamująca inflacja i lepsze otoczenie makroekonomiczne spowodują też, że w Turcji jako pierwsze poprawę odczują banki.

Sektor bankowy jako pierwszy korzysta z polepszających się realiów gospodarczych i jest zawsze takim papierkiem lakmusowym zwraca uwagę Jawień. – Inwestorzy bardzo lubią inwestycje w banki, szczególnie te, które są innowacyjne, głównie prywatne, bo one najwcześniej reagują na pierwsze sygnały poprawiającej się sytuacji gospodarczej.

informacje o zachowaniach i trendach zakupowych mobile

Criteo, firma technologiczna zajmująca się marketingiem efektywnościowym, opublikowała dokument Q4 2014 State of Mobile Commerce Report, dostarczając branży e-commerce kluczowe informacje o zachowaniach i trendach zakupowych mobile.  Urządzenia mobilne odpowiadają obecnie globalnie za ponad 30 proc. wszystkich transakcji e-commerce i za ponad 27 proc. transakcji internetowych w Stanach Zjednoczonych. Z raportu wyłania się obraz świata, w którym mobile zaczyna wyprzedzać inne, tradycyjne formy zakupów.

„Rynek nie miał dotychczas wystarczających danych na temat handlu w mobile, przez co wielu marketerów nie doceniało możliwości tego kanału” mówi Jonathan Wolf, Chief Product Officer w Criteo.  „Raport State of Mobile Commerce rozjaśnia sytuację na rynku globalnym i w Stanach Zjednoczonych, dzięki wykorzystaniu zasobów danych, pochodzących z miliardów transakcji. Raport pokazuje, że urządzenia mobilne wiążą się obecnie z zakupami a nie tylko wyszukiwaniem ofert. Firmy działające w e-commerce mają ogromną szansę na zwiększanie sprzedaży w mobile, przede wszystkim w branży sprzedaży detalicznej i travel. Oczekujemy, że wraz ze wzrostem wykorzystywania urządzeń mobilnych i lepszej optymalizacji stron mobilnych pod kątem konwersji, sprzedaż w mobile gwałtownie poszybuje w górę i błyskawicznie osiągnie poziom 50 proc. wszystkich transakcji”.

Informacje zawarte w raporcie oparte są na przeprowadzonej przez Criteo analizie danych indywidualnych transakcji przeprowadzonych u ponad 3 tys. reklamodawców na całym świecie. Kluczowe wnioski:

  • Mobile to teraz także kupowanie, nie tylko wyszukiwanie produktów: wskaźniki konwersji są wysokie we wszystkich kategoriach detalicznych, na wszystkich urządzeniach mobilnych.
  • Smartfony generują więcej transakcji, niż tablety. Jeśli chodzi o urządzenia mobilne, 53 proc. zakupów detalicznych i 66 proc. transakcji w branży travel dokonywanych jest właśnie za pomocą smartfona.
  • Tak, za pomocą telefonu kupisz nawet designerską torebkę: przeciętna wartość zamówienia z urządzenia mobilnego jest prawie tak samo wysoka, jak w wypadku komputerów stacjonarnych.
  • 25 proc. największych  amerykańskich sprzedawców detalicznych generuje ponad 40 proc. transakcji internetowych dzięki urządzeniom mobilnym, podczas gdy wskaźnik ten dla całego rynku w Stanach Zjednoczonych wynosi 27 proc.  W najniższym kwartylu wartość ta wynosi jedynie 5 do 10 proc. Oddaje to czterokrotną różnicę w udziałach transakcji mobilnych, pokazując, że sprzedawcy, którzy nie uwzględniają mobile w swojej strategii, tracą potencjał sprzedażowy.
  • Nie tylko Apple. Telefony z androidem generują ponad jedną trzecią wszystkich transakcji przeprowadzonych za pomoca smartfona. Urządzenia z Androidem odpowiadają za odpowiednio 39 i 44 proc. amerykańskich transakcji detalicznych i w branży travel . Co więcej, w wielu krajach – np. w Niemczech, Włoszech, Hiszpanii, Brazylii czy Korei Południowej – udział Androida w transakcjach mobilnych jest wyższy niż iPhone’ów.
  • Wartość zamówień mobilnych sięga już tych, dokonywanych z komputerów stacjonarnych w Stanach Zjednoczonych, szczególnie w branżach takich jak: moda, dobra luksusowe, sprzęt sportowy, zdrowie i uroda oraz produkty codziennego użytku.

„Konsumenci mogą teraz dokonywać zakupów za pomocą urządzeń mobilnych wygodniej niż kiedykolwiek, przez co coraz bardziej kluczowe dla reklamodawców jest dotarcie do klientów na wszystkich posiadanych przez nich urządzeniach”dodaje Jonathan Wolf. „Jeśli działasz w e-commerce i nie skupiasz się na umożliwieniu klientom zakupów w mobile, za kilka lat możesz w ogóle wypaść z rynku”.

Pełen raport Q4 2014 State Of Mobile Commerce znaleźć można pod adresem: http://www.criteo.com/resources/mobile-commerce/

Rosja stała się okazją inwestycyjną

Perspektywy gospodarcze dla Rosji są fatalne. Za sprawą zachodnich sankcji, odpływu kapitału i silnego spadku cen ropy ojczyzna Tołstoja najprawdopodobniej doświadczy bolesnej recesji. Dzięki temu rosyjskie aktywa zrobiły się na tyle tanie, że warto rozważyć ich zakup – wynika z analizy przeprowadzonej przez portal Bankier.pl.

Z obliczeń portalu Bankier.pl wynika, że od początku roku indeks RTS – mierzący ceny akcji na giełdzie Rosji w dolarach – spadł o 40% i 9. grudnia znalazł się na najniższym poziomie (846,83 pkt.) od lipca 2009 roku. RTS jest  typowym „spadającym nożem” – czyli szybko taniejącym i niechcianym aktywem, cieszącym się skrajnie negatywnym sentymentem inwestycyjnym.

– Łapanie tego typu instrumentów w skrajnym przypadku grozi utratą palców, czyli zainwestowanego kapitału – przestrzega Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl. -Inwestycje w Rosji należy traktować jak ruletkę. Postawić do 5% kapitału i pogodzić się z możliwością jego utraty. Jeśli jednak Rosja nie upadnie, a świat nadal będzie potrzebował ropy i gazu, to za jakiś czas rosyjskie akcje mogą być warte dwukrotnie więcej niż obecnie – dodaje Kolany.

Obłożony zachodnimi sankcjami i osłabiony przeceną ropy naftowej rynek rosyjski prezentuje okazyjne wręcz wyceny. Jak obliczył Bankier.pl, moskiewska giełda wyceniana jest bowiem na niespełna 7-krotność zysków notowanych nań spółek. To najniższe wartości wśród wszystkich znaczących giełd akcji. Dla porównania, na rynku amerykańskim spółki wyceniane są na 20-krotność zysków, na niemieckim 17-krotność, a na japońskim na 16-krotność zysków.

Jednak aby trend w wykonaniu rosyjskich aktywów uległ odwróceniu, potrzebne są: wzrost cen ropy lub zniesienie sankcji. Czynniki te mogą (ale nie muszą) pojawić się już w przyszłym roku, co pozwalałoby oczekiwać końca bessy na moskiewskiej giełdzie w okolicach wiosny 2015 roku.

Obcokrajowcy ze Wschodu chętnie zatrudniani w Polsce. Rośnie zapotrzebowanie na pracowników IT i nowych technologii

Polski rynek pracy cały czas pozostaje atrakcyjnym dla cudzoziemców spoza Unii Europejskiej. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się wśród osób zza wschodniej granicy. Tylko w przypadku obywateli Ukrainy polskie urzędy pracy notują kilkudziesięcioprocentowy wzrost oświadczeń przedsiębiorców o chęci zatrudnienia takich pracowników. Równie dynamicznie wzrasta zainteresowanie specjalistami o wysokich kwalifikacjach z sektora IT, teleinformatyki i nowych technologii.

Widzimy w Polsce wyraźny wzrost zapotrzebowania na pracowników spoza Unii Europejskiej – ocenia Andrzej Korkus, dyrektor zarządzający w agencji zatrudnienia EastWestLink. – Prym wiodą pracownicy z Ukrainy. W I półroczu 2014 r. liczba oświadczeń zarejestrowanych przez polskich pracodawców wzrosła o 30 proc. rok do roku, co pokazuje siłę trwającego trendu.

W większości przypadków pracownik spoza UE chcący podjąć pracę w Polsce musi uzyskać pozwolenie na pracę. Obywatele pięciu państw: Rosji, Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i Gruzji nie muszą go uzyskiwać – rolę pełni specjalne oświadczenie zgłaszane przez polskiego przedsiębiorcę do urzędu pracy o zapotrzebowaniu na pracownika z ww. państw. W 2013 roku w Powiatowych Urzędach Pracy zarejestrowano ponad 235 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. W pierwszej połowie roku było ich blisko 191 tys., z czego ponad 182 tysiące z nich stanowili obywatele Ukrainy. Wewnętrzne dane EWL wskazują na blisko 50-procentowy wzrost zatrudnienia cudzoziemców w porównaniu z tym samym okresem 2013 roku.

Najwyższy poziom zapotrzebowania na pracę cudzoziemców ciągle wykazuje branża rolna i budowlana. Liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy w sektorze ICT to 1119 zarejestrowanych wniosków w pierwszym półroczu, dla porównania w tym samym okresie 2013 roku oświadczeń w tej branży było ponad sześć razy mniej (182).  W przypadku działalności profesjonalno-naukowej zanotowano 70-procentowy wzrost (1258 oświadczeń).

Niewielki przyrost obserwujemy w branży produkcyjnej i usługowej. Natomiast w obszarze rynku pracy dla specjalistów z branży wysokich technologii możemy mówić nawet o kilkukrotnym wzroście zainteresowania ze strony polskich pracodawców – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Biznes ekspert EastWestLink.

Jak wyjaśnia Korkus, chodzi głównie o pracowników technicznych, czyli przedstawicieli łatwo transferowalnych zawodów, którzy w największym stopniu emigrowali z Polski do krajów Europy Zachodniej. A polski rynek pracy dla takich osób ciągle jest nienasycony. Według badania GUS 45 proc. dużych firm ma problemy ze znalezieniem odpowiedniego pracownika z zakresu IT. Komisja Europejska w raporcie „E-skills for job in Europe” wskazuje na to, że na rynku pracy UE wciąż brakuje 275 tys. osób o umiejętnościach teleinformatycznych i cyfrowych.

Sądzę, że liczba przyjezdnych w nadchodzących latach w Polsce będzie zdecydowanie rosła. Nasz rynek pracy staje się w coraz większym stopniu atrakcyjny dla obcokrajowców – mówi dyrektor zarządzający agencji EWL.

Jak dodaje Korkus, uzyskanie pozwolenia na pracę dla pracownika z Europy Wschodniej jest możliwe w przeciągu kilku dni, co w porównaniu z pozostałymi państwami Unii Europejskiej stawia polską politykę imigracyjną na wysokim poziomie.

Polski rynek pracy już teraz jawi się jako globalny. Wielu pracowników migruje z Polski ku krajom zachodnim, ale widzimy też trend odwrotny. Jedną z przyczyn są rosnące wynagrodzenia – twierdzi Andrzej Korkus.

Do zwiększenia liczby emigrantów z Ukrainy przyczynił się w głównej mierze konflikt z Rosją. Po pierwsze, wywołał on poważne problemy w ukraińskiej gospodarce, przez co Ukraińcy zmuszeni są szukać pracy za granicą. Po drugie, Rosja – do tej pory główny rynek pracy dla pracowników sezonowych – przestała być dla nich dostępna, a jej miejsce zajęła po części Polska.

Wysokie zapotrzebowanie na pracę oraz rosnąca liczba rejestrowanych oświadczeń przełożyły się na wzrost liczby zezwoleń na prace wydawanych  cudzoziemcom przez urzędy wojewódzkie. W I półroczu wydano 21,3 tys. pozwoleń na pracę.

Newsy Polacy przed świętami posiłkują się pożyczkami. Tylko połowa czyta dokładnie całą umowę przed podpisaniem

Z chwilówki skorzystał przynajmniej raz co dziesiąty Polak – wynika z badania Fundacji Kronenberga. To coraz popularniejszy sposób na dodatkowy zastrzyk pieniędzy ze względu na szybkość i minimum formalności. Niestety, mniej niż połowa pożyczkobiorców przeczytała całą umowę przed jej podpisaniem.

Konsumenci w szale zakupów przedświątecznych uświadamiają sobie konieczność nagłego posiadania gotówki, aby spełnić marzenia i oczekiwania innych. Z naszych badań wynika, że jesteśmy zaskakiwani takimi świętami, jak Boże Narodzenie i nagłą potrzebą dokonania zakupów. Wtedy część z nas musi posiłkować się kredytami bądź szybkimi pożyczkami – mówi agencji Newseria Norbert Konarzewski, dyrektor programowy Fundacji Kronenberga przy City Handlowy.

Z badań Fundacji wynika, że 40 proc. Polaków oszczędza, ale tylko 10 proc. robi to regularnie. Nic więc dziwnego, że w okresie zwiększonych wydatków posiłkują się pożyczkami w bankach, instytucjach pozabankowych lub u rodziny.

16 proc. ankietowanych przyznało, że w kryzysowej sytuacji skorzystałoby z chwilówki, czyli szybkiej pożyczki w firmie pożyczkowej. W grupie osób, które już korzystały z tej formy kredytu, 60 proc. zadeklarowało, że zrobiłoby to ponownie.

Jak podkreśla Konarzewski, Polacy mają niewielką świadomość i wiedzę finansową oraz nie porównują ofert. Wybierają propozycje, które pozwalają im jak najszybciej uzyskać pieniądze, nie zwracając uwagi na wysokość finalnego zobowiązania.

Badania Fundacji Kronenberga pokazują, że co dziesiąty Polak korzystał z usług firm pożyczkowych, nie mając do końca świadomości, ile taki kredyt kosztuje – mówi Norbert Konarzewski. – Z kolei zaledwie 50 proc. badanych powiedziało, że czyta umowy ze zrozumieniem.

Badani, którzy już korzystali z chwilówek, częściej przyznają, że tylko pobieżnie przeglądają umowę lub w ogóle jej nie czytają, bo ufają przedstawicielowi danej firmy. Eksperci przestrzegają, że tego typu postawa może skutkować poważnymi problemami pożyczkobiorców, bo nie potrafią oni dokładnie ocenić możliwości spłacenia zobowiązań.

Konsekwencje nieprzemyślanych decyzji mogą okazać się dotkliwe. Łatwo możemy wpaść w pułapkę kredytową i nagle nie móc spłacać zobowiązań – przestrzega Norbert Konarzewski.

Fundacja Kronenberga podpowiada, że istotna jest trwała zmiana postaw: przede wszystkim regularne oszczędzanie i planowanie wydatków długoterminowo, w perspektywie całego roku, nawet kilku lat, a nie najbliższego miesiąca.

Zachęcamy do zastanowienia się, do rozłożenia w czasie i zaplanowania większych wydatków, np. związanych z organizacją świąt czy wyjazdem na wakacje. Odkładanie nawet niewielkich kwot, ale systematycznie, np. przez pół roku, pozwoli nam uniknąć konieczności pożyczania pieniędzy od instytucji finansowej – mówi Konarzewski.

Radzi, by decyzje finansowe skonsultować z najbliższymi lub ekspertami. Pomocne mogą okazać się strony poradnikowe w internecie oraz blogi prowadzone przez osoby kompetentne w zakresie finansów osobistych. Tego typu treści w prosty i przejrzysty sposób opisują produkty finansowe i jasno pokazują, ile realnie mogą kosztować konkretne produkty czy usługi z segmentu domowych finansów.

Fundacja Kronenberga została założona w 1996 r. w 125 rocznicę powstania Banku Handlowego w Warszawie. Obecnie działa przy Banku Citi Handlowy i realizuje ogólnokrajowe i lokalne programy wspierające społeczną odpowiedzialność biznesu.

Coraz więcej firm staje się ofiarami cyberataków. Gospodarka światowa może tracić na tym ponad pół biliona dolarów

Straty powstałe na skutek cyberataków mogą być ogromne zarówno pod względem finansowym, jak i utraconych danych. Jak wynika z badań PwC, w ostatnim roku koszty ponoszone przez firmy w związku z działaniami cyberprzestępców wzrosły o jedną trzecią. W globalnej skali gospodarka traci od 375 mld do 575 mld dolarów.

Liczba ataków co roku rośnie, podobnie jak i skala strat. W ostatnim roku liczba cyberataków notowanych przez firmy ankietowane przez PwC wzrosła o blisko połowę, czyli do ponad 117 tys. dziennie. W sumie uczestnicy światowego badania odnotowali ok. 42,8 mln naruszeń cyberbezpieczeństwa.

Atakowane są nie tylko komputery czy serwery, lecz także równie często na routery, smartfony i tablety. Podobnie jak i klasyczny komputer, także sprzęt mobilny posiada system operacyjny, do którego można włamać się za pośrednictwem sieci bezprzewodowej. Po dostaniu się do niej intruz ma możliwość wdarcia się na inne urządzenia w zasięgu użytkownika zhakowanego sprzętu. Sytuacja taka może mieć miejsce zarówno w firmie, jak i w domu.

Często spotyka się sytuację, że dane z zhakowanego telefonu komórkowego, smartfona czy tabletu są kopiowane na komputer firmowy w celu wykonania ich kopii zapasowej. Właściciel tego sprzętu nieświadomie wprowadza atakującego na swoje drugie, być może lepiej zabezpieczone urządzenie – tłumaczy Piotr Konieczny, szef zespołu bezpieczeństwa serwisu Niebezpiecznik.pl. – Portfolio ataków jest olbrzymie. Możemy mówić o atakach nie tylko na pojedyncze komputery, lecz także całe systemy, które każda licząca się firma musi utrzymywać, w tym także sprzęty znajdujące się w serwerowniach.

Jedną z metod włamania się jest przesyłanie wirusów w e-mailach. Szkodniki tego typu zamaskowane są jako nieszkodliwe załączniki, np. pliki PDF z fakturami. Każda firma otrzymuje tego typu dokumenty i taki „wektor ataku” jest bardzo często wykorzystywany przez włamywaczy – czekają tylko na to, aż pracownik otworzy załącznik, wówczas uaktywnia się wirus, który może nawet natychmiast zablokować dostęp do komputera, na którym został otwarty, a poprzez sieć firmową (VPN) przedostać do wszystkich podłączonych w niej urządzeń. Ponieważ szkodnik tego typu jest często wykonany z zamysłem ominięcia zabezpieczeń, przed tego rodzajami ataków nie da się ochronić systemami antywirusowymi czy też firewallem.

Podstawową rzeczą w zabezpieczeniu urządzeń firmowych jest aktualizacja oprogramowania – wyjaśnia Piotr Konieczny. – Musi być też ktoś czuwający nad tym cały czas i szybko reagujący na wszelkie incydenty i problemy, które pojawiają się na styku firmowej sieci z internetem. Badacze bezpieczeństwa publikują codziennie od kilku do kilkunastu biuletynów opisujących nowe typy ataków. Trzeba być z nimi na bieżąco, co pozwoli zweryfikować, czy firmowe urządzenia są w grupie ryzyka sprzętów podatnych na atak. To nam pokazuje, że bezpieczeństwo w IT to proces ciągły.

Jak wynika z badania PwC, prawie 50 proc. członków zarządów na świecie podziela obawy związane z cyberzagrożeniami. Jednocześnie nakłady przeznaczane na bezpieczeństwo zmalały o 4 proc. w porównaniu z 2013 rokiem.

W bieżącym roku na świecie odnotowano dużą liczbę incydentów, które dotyczyły nie tylko firm, lecz także zwykłych użytkowników. Za pomocą szkodnika Backoff cyberprzestępcy zdołali wedrzeć się do dziesiątków tysięcy terminali płatniczych w USA oraz setek sieci firmowych. Pozwoliło to na wykradzenie poufnych danych, jak numery kart kredytowych czy dane teleadresowe ich posiadaczy, a w przypadku firm – newralgicznych danych biznesowych.

W Polsce coraz częściej przestępcy podmieniają numery rachunków w firmowych systemach, aby przelewane pieniądze trafiały na kontrolowane przez nich konta zamiast do właściwych odbiorców. Tego typu kradzieże zdarzają się również przez ataki na routery. Konieczny podkreśla, że częstotliwość takich ataków wzrosła w ostatnich 2-3 latach.

Cyberprzestępcy zyskują kontrolę nad ruchem sieciowym – dodaje Piotr Konieczny. – Przykładowo osoba, która wpisuje adres www.nazwabanku.pl zostaje przekierowana na swoim routerze domowym na fałszywy serwer bankowy, podstawiony przez atakującego. Jeden z naszych czytelników został oszukany w ten właśnie sposób, na czym stracił w ostatnich miesiącach 16 tys. zł.

Od 1 stycznia firmom będzie łatwiej przekazywać dane do innych państw. Nie będzie konieczna zgoda GIODO

0

Przekazywanie danych do państw trzecich, również do tych niezapewniających na swoim terytorium takiego poziomu ochrony danych osobowych jak w Polsce, będzie możliwe bez zgody Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Taką zmianę zakładają przepisy, które wejdą w życie od stycznia 2015 roku. Przekazywanie danych w ramach jednej grupy międzynarodowej będzie odbywać się zgodnie z tzw. wiążącymi regułami korporacyjnymi.

Nie będziemy mieć już obowiązku w każdej sytuacji, kiedy ma dojść do przekazania danych osobowych poza Europejski Obszar Gospodarczy, uzyskiwania zgody Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO) – tłumaczy Iwona Kozieł, ekspertka ds. ochrony danych osobowych w kancelarii Lex Artist. – Dzisiaj jest to obowiązek, który spędza sen z powiek wielu przedsiębiorcom i spółkom.

Przez państwo trzecie rozumie się państwo nienależące do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Oznacza to, że przepływ danych w obrębie EOG jest traktowany tak samo, jak na terytorium Polski. Przekazywanie danych osobowych do państw trzecich, w szczególności takich, które nie zapewniają na swoim terytorium gwarancji ochrony danych osobowych, jakie obowiązują na terenie Polski, wiąże się z ryzykiem naruszenia praw i wolności osób, których te informacje dotyczą. Dlatego Ustawa z 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych zawiera szczególne wymogi dotyczące przekazywania danych osobowych do tej grupy państw.

Od nowego roku wystarczy zawarcie w umowie o współpracy z podmiotem działającym na terenie państwa spoza EOG zatwierdzonych przez Komisję Europejską standardowych klauzul umownych. Nowela zezwala na przekazywanie wtedy danych bez konieczności każdorazowego uzyskiwania zgody GIODO.

Jest to więc znaczne ułatwienie – ocenia Iwona Kozieł. – Do umów o współpracy będzie można dołączyć jedynie postanowienia standardowych klauzul umownych zatwierdzonych przez Komisję Europejską i w tym momencie bezpiecznie przekazać dane osobowe do państwa trzeciego.

Nowością, jak zauważa ekspertka ds. ochrony danych osobowych w kancelarii Lex Artist, są tzw. wiążące reguły korporacyjne, które będą obowiązywać w przypadku przekazywania informacji między spółkami w ramach jednej grupy działającej również w państwach poza EOG.

Te klauzule muszą być zatwierdzone przez Generalnego Inspektora, ale jeżeli raz zostaną uznane, to przy każdym następnym kontakcie biznesowym, w którym będzie dochodziło do przekazywania danych na teren państwa trzeciego, będzie można się na taką klauzulę powołać bez każdorazowej zgody GIODO. Innymi słowy: raz uzyskujemy zgodę na przekazywanie danych na podstawie klauzul umownych, a dalej już możemy działać w tym obszarze całkowicie bezpiecznie – wskazuje Iwona Kozieł.

Jak podkreśla, nowe zasady będą dotyczyć wszelkiego rodzaju danych, również tych wrażliwych.

Polacy coraz chętniej wyjeżdżają na narty za granicę. Najczęściej wybierają Włochy

Rośnie liczba Polaków wyjeżdżających na narty za granicę. Największą popularnością cieszą się Włochy, Austria, a ostatnio także Szwajcaria. Miłośnicy narciarstwa cenią alpejskie kurorty przede wszystkim za świetnie przygotowane stoki, rozbudowaną bazę hotelową i przystępne ceny.

Zimowy wypoczynek to dla Polaków przede wszystkim wyjazd na narty. Jeszcze do niedawna zdecydowana większość narciarzy wybierała polskie miejscowości, wśród których największą popularnością cieszyło się Zakopane. Teraz coraz więcej miłośników tego sportu nad rodzime stoki przedkłada zagraniczne kurorty. Według danych biura podróży Neckermann Polska w tym roku na narty za granicę wyjedzie 11 proc. więcej osób niż przed rokiem. Mają na to wpływ przede wszystkim stabilne ceny, które nie zmieniły się znacząco w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Nie bez znaczenia jest także spadek cen benzyny, ponieważ większość Polaków wybiera się na narty własnym samochodem.

Polacy, podobnie jak i turyści z innych krajów europejskich, najchętniej udają się na narty na alpejskie stoki, szczególnie do kurortów we Włoszech i w Austrii, gdzie infrastruktura i wspaniale przygotowane stoki pozwalają na uprawianie narciarstwa na każdym poziomie zaawansowania. Numerem jeden są Włochy, które dodatkowo wybieramy ze względu na słońce i wspaniałą atmosferę na stoku. Wśród najpopularniejszych miejscowości można wymienić Livigno, Val di Sole, ale też największą karuzelę narciarską w Europie – Sellaronda, pozwalającą na przejechanie na nartach w ciągu jednego dnia czterech najpiękniejszych dolin w Dolomitach – mówi Magda Plutecka-Dydoń, rzecznik prasowy Neckermann Polska, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

W Austrii największą popularnością cieszy się region salzburski z Zell am See-Kaprun na czele. Bardziej zaawansowani narciarze oraz Ci oczekujący atrakcji po zejściu ze stoku, wybierają ostatnio Ischgl czy region Sölden. Coraz więcej klientów wybiera również Szwajcarię, która wbrew stereotypom oferuje wiele korzystnych cenowo obiektów narciarskich. Natomiast osoby, które wyjeżdżają z dziećmi, lub zaczynają swoją przygodę z nartami zdecydowanie preferują bliższe rejony, takie jak Czechy lub Słowacja.

Urlop narciarski to z reguły kilka dni. Chcemy ten czas spędzić optymalnie, oczywiście aktywnie na stoku. Dlatego też klienci najczęściej i najchętniej wybierają hotele położone blisko stoków, z dobrym dostępem do szkółek narciarskich i wypożyczalni sprzętu. Jeśli myślimy o narciarskim budżecie, warto zwrócić uwagę na hotele ze skipassem w cenie. My w tym roku oferujemy możliwość rezerwacji skipassów już w biurze podróży po niższych cenach niż na miejscu – mówi Magda Plutecka-Dydoń.

Średni koszt wyjazdu na narty z biurem podróży to ok. 1650 zł od osoby. Przy wcześniej rezerwacji można zaoszczędzić ok. 30 proc. Polacy coraz chętniej korzystają z pośrednictwa biur podróży przy zimowych wyjazdach narciarskich. W ubiegłym roku w ten sposób podróżowało już 28 proc. narciarzy, czyli o 6 proc. więcej niż w poprzednim sezonie. Biura podróży zapewniają hotele z wyżywieniem, dostęp do wypożyczalni sprzętu, skipassy w atrakcyjnych cenach, a niektóre nawet gwarancję śniegu – klienci uzyskują prawo do zmiany rezerwacji, jeżeli w wybranym regionie na 7 dni przez przyjazdem nie będzie działało 75 proc. wyciągów.

Polskie miasta mają do wykorzystania miliardy złotych na sieci tramwajowe. Wyzwaniem nie tylko jakość taboru, lecz także oferta dla pasażera

W nowej perspektywie UE stawia na rozwój sieci tramwajowych w miastach. Polskie samorządy będą miały do wydania 13 mld zł na ten cel. Jak podkreśla Adrian Furgalski, są już plany na wydanie znacznej części tej kwoty. To m.in. modernizacja istniejących sieci, budowa nowych oraz zmiany w taborze. Największym wyzwaniem będzie jednak przygotowanie kompleksowej oferty dla pasażerów – z tym miasta mają wciąż duży problem.

Z ponad 80 mld euro, jakie Polska ma dostać w ramach polityki spójności z unijnego budżetu na lata 2014-20, część pieniędzy ma być przeznaczona na poprawę transportu publicznego.

Samorządy już dokonały bardzo dużych inwestycji w tramwaje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Prawie 40 proc. sieci tramwajowych zostało zmodernizowane, a 40 proc. taboru wymienione. Teraz stoją niejako pod przymusem Unii Europejskiej wydatkowania co najmniej 13 mld zł wyłącznie na tramwaje. Już w tej chwili są projekty i plany na około 11 mld.

Jak podkreśla, obejmują one m.in. zakup 600 nowych tramwajów, budowę ok. 100 km nowych linii – również nowych, zupełnie od zera, np. w Jaworznie na Śląsku, oraz modernizacja 200 km już istniejących linii.

W moim przekonaniu dwa miasta muszą nadrobić ostatni czas i to widać po projektach. To jest przede wszystkim Łódź i Górny Śląsk. Te dwa obszary odstają od takich miast, jak Warszawa, Kraków czy Poznań, które sporo zainwestowały. Jest wiele przygotowanych projektów, więc mam nadzieję, że za 5-7 lat nie będzie różnic między miastami, które dziś mają tramwaje, a tymi, które dopiero je zbudują – prognozuje ekspert z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

UE stawia na tramwaje, bo są bardziej ekologiczne, pojemne i sprawniej poruszają się po mieście niż autobusy. Wprawdzie ten rodzaj transportu jest dość kosztowny w budowie, ale relatywnie tani w eksploatacji.

W tej chwili Komisja sporo środków chce i każe przeznaczyć polskim miastom na inteligentne systemy transportowe, które będą tę komunikację uprzywilejowywać – podkreśla Adrian Furgalski. – To nie jest problem wybudować linię tramwajową. Efekt będzie jednak tylko wtedy, kiedy ten tramwaj nie utknie w korku razem z samochodami, kiedy będzie miał priorytet. W ten sposób osiągniemy zamierzony cel, a więc skłonimy ludzi do zamiany samochodu na tramwaj.

Dlatego wsparcie unijne dla nowych autobusów będzie znacznie słabsze. Jeżeli już to pieniądze znajdą się na pojazdy elektryczne.

– W większości polskich miast bardzo trudno jest wydzielić w centrach miast odrębne pasy dla autobusów, a tramwaj zazwyczaj ma wydzielone torowisko i może się przemieszczać bezkolizyjnie. Dlatego ten priorytet jest słuszny – podkreśla Furgalski.

Jak podkreśla ekspert, najważniejsza będzie jednak nie sama budowa infrastruktury i zakup taboru, lecz ich odpowiednie wykorzystanie w celu stworzenia kompleksowej oferty dla pasażerów.

Tramwaje muszą kursować w odpowiednich przedziałach czasu z odpowiednią częstotliwością, zwłaszcza w godzinach szczytu. Trzeba też zapewnić dobrą dostępność do przystanku tramwajowego czy autobusowego. Myślę, że największym wyzwaniem jest patrzenie na transport ludzi komunikacją zbiorową jako na jedną całość, a więc połączenie komunikacji wykonywanej autobusami i tramwajami z komunikacją kolejową. To w tej chwili szwankuje – mówi wiceprezes TOR.

Jako przykład podaje funkcjonujący w stolicy Wspólny Bilet Zarządu Transportu Miejskiego, Kolei Mazowieckich i Warszawskiej Kolei Dojazdowej oraz zakrojoną na znacznie szerszą skalę inicjatywę Pomorza.

Chodzi o stworzenie zarządu transportu już nie miejskiego, ale wojewódzkiego, który w ramach całego województwa pomorskiego – bo ono jako pierwsze zdecydowało się zacząć taką strukturę budować – będzie dogrywało komunikację publiczną w miastach z całym ruchem pociągów dowożących ludzi codziennie do pracy czy szkoły – mówi ekspert.

Polska motoryzacja musi walczyć o inwestorów i wspierać innowacyjność, aby się rozwijać i przetrwać na globalnym rynku

Trendy globalne a przyszłość polskiej branży motoryzacyjnej

Wydaje się, że światowa motoryzacja znajduje się obecnie na ścieżce zmian, spowodowanych dwoma czynnikami. Po pierwsze – globalizacją zasięgu produkcji i sprzedaży aut, która wymusza procesy konsolidacyjne i obniżanie kosztów, a po drugie – nowymi preferencjami konsumentów, przede wszystkim rosnącym popytem na innowacje. W tej sytuacji prawdopodobne wydaje się, że do 2020 r. obecny poziom koncentracji głównych grup producenckich będzie o połowę większy (5-6 grup), na rynkach wschodzących wzrośnie popyt na auta wyższych klas kosztem aut najtańszych, a na rynkach rozwiniętych będzie rósł popyt na auta zaawansowane technologicznie. Nie bez znaczenia pozostaje też rozwój samochodów z napędem elektrycznym – szacunki autorów raportu wskazują, że do 2020 r. „zielone auta” stanowić będą około 1/3 sprzedaży na rynkach rozwiniętych i około 1/5 sprzedaży w miastach krajów rozwijających się.

Udział Polski w światowej produkcji motoryzacyjnej (pod względem ilościowym) jest dziś znikomy (0,7 proc. w 2013 r.) i malał w ostatnich kilku latach – przede wszystkim z powodu spadku produkcji aut osobowych (w 2013 r. zaledwie 475 tys. sztuk, tj. o połowę mniej niż w 2008 r.).Jeśli nie uda się zwiększyć popytu na polską produkcję, Polska będzie dalej tracić udział w produkcji aut na rzecz innych krajów w regionie.

Jeśli chcemy, aby polski sektor motoryzacyjny rozwijał się w zrównoważony sposób, poprzez produkcję części do aut i akcesoriów, jak również samochodów, to należy podjąć walkę o inwestorów i wspierać nowoczesne inwestycje, mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska. Niestety w ostatnich latach, inwestorzy z sektora motoryzacyjnego preferowali kraje inne niż Polska, pomimo m.in. dobrej oceny działających w naszym kraju specjalnych stref ekonomicznych, poprawy sieci transportowej i porównywalnych kosztów produkcji, w tym kosztów pracy. Możliwe, że brakującym bodźcem dla inwestycji zagranicznych w Polsce jest słaby popyt wewnętrzny na nowe auta z powodu nadmiernego importu używanych samochodów. Może to świadczyć o tym, że w Polsce instrumenty polityki fiskalnej nie są wykorzystywane równie efektywnie dla wspierania zakupów nowych i ograniczania importu starych aut, jak ma to miejsce w innych krajach.

Branża motoryzacyjna a PKB Polski

Produkcja i eksport polskiego przemysłu motoryzacyjnego są silnie powiązane z produkcją sektora auto-moto w krajach Unii Europejskiej. Według modelu opracowanego przez Deloitte widać silne zależności pomiędzy eksportem polskich części a dynamiką produkcji sektora motoryzacyjnego u głównych partnerów handlowych Polski, a także eksportem samochodów wyprodukowanych przez głównych partnerów handlowych Polski. W tym kontekście dynamikę produkcji przemysłu motoryzacyjnego można postrzegać jako wskaźnik koniunktury w Polsce i Unii Europejskiej.

– Według naszych wyliczeń, w wyniku jednorazowego wzrostu dynamiki PKB w Polsce o 1 pkt proc. i towarzyszącego mu wzrostu PKB w UE, dynamika produkcji sektora motoryzacyjnego w Polsce w tym samym roku rośnie o ok. 6,7 pkt. proc. Natomiast w długim okresie skumulowany wpływ zmian koniunktury wynosi ok. 3,3 pkt. proc., mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Business Consulting.

Obraz polskiego sektora motoryzacyjnego

Sektor motoryzacyjny, szeroko rozumiany jako produkcja pojazdów oraz handel i naprawy, stanowi 7,8 proc. polskiej gospodarki, z czego bezpośrednio przemysł motoryzacyjny to 4,4 pkt. proc., a kolejne 3,4 pkt. proc. to dostawcy – powiązani poprzez łańcuch zaopatrzeniowy i dochodowy. Motoryzacja daje pracę ok. 800 tys. osób (ok. 6 proc. ogółu pracujących) – to niemal dwukrotnie więcej niż np. w sektorze energetycznym (3,3 proc. ogółu zatrudnionych) i długookresowo widać, że tendencja jest wzrostowa – pomimo skutków globalnego kryzysu finansowego.

Średnie zarobki w sektorze motoryzacyjnym są dość zróżnicowane – w zależności od poszczególnych segmentów tej branży. Najwięcej zarabiają zatrudnieni w segmencie produkcji samochodów osobowych i silników (odpowiednio 7,3 i 7,7 tys. zł wobec 5,2 tys. zł w całym sektorze przedsiębiorstw). W branżach produkujących części i akcesoria zarobki są już niższe (3,7 tys. zł w przypadku wyposażenia elektrycznego i elektronicznego, 5,1 tys. zł – w przypadku pozostałych części). W działach handlowych najwięcej zarabiają handlujący pojazdami (5,2 tys. zł w przypadku samochodów osobowych, 6,5 tys. zł – dla pozostałych), relatywnie mniej – handlujący częściami samochodowymi (w handlu hurtowym: 4,8 tys. zł i 3,7 tys. zł w handlu detalicznym). W ostatnich kilku latach najszybciej rosły wynagrodzenia w branżach notujących najlepszą koniunkturę, tj. produkującej silniki, a także części i akcesoria oraz w handlu hurtowym częściami.

– Warto zauważyć, że w skali całej polskiej gospodarki udział kosztów pracy w wytworzonej wartości dodanej jest w Polsce niższy niż w krajach Unii Europejskiej, natomiast w branży motoryzacyjnej jest na poziomie bliższym średniej UE, mimo sporych różnic w poszczególnych segmentach, mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Business Consulting.

Tendencje w polskiej branży motoryzacyjnej

W Polsce produkuje się coraz mniej aut – produkcja samochodów osobowych stanowi niecałe 26 proc. całej produkcji sektora motoryzacyjnego. Z drugiej strony – coraz większą rolę odgrywa wytwarzanie części i akcesoriów, które stanowi już prawie 53 proc. produkcji sprzedanej. W handlu pojazdami dominuje sprzedaż samochodów osobowych i furgonetek (50 proc. zrealizowanej marży), ale ze stopniowo malejącym udziałem. Dynamicznie rośnie natomiast rola handlu częściami samochodowymi i akcesoriami (32 proc.).

Produkcja sektora motoryzacyjnego w ogromnej większości trafia na eksport – w ubiegłym roku było to aż 18,7 mld EUR, co stanowiło 12 proc. całego polskiego eksportu. Największymi „hitami” eksportowymi są części i akcesoria (76 proc. produkcji trafia na eksport) oraz samochody osobowe (89 proc.). Głównym odbiorcą polskiej branży motoryzacyjnej są kraje Unii Europejskiej – trafia tam blisko 80 proc. eksportu. Z grona państw UE największym odbiorcą pozostają Niemcy, choć udział eksportu na ten rynek spadł z 50 proc. jeszcze dekadę temu, do 29 proc. obecnie.

– Spadek polskiego eksportu na rynek niemiecki jest z powodzeniem rekompensowany przez wzrost eksportu do innych krajów, m.in. Wlk. Brytanii, Słowacji, Włoch, Szwecji czy Belgii. Jest on na tyle duży, że pozycja polskiej produkcji na rynkach Unii Europejskiej jest bardzo silna, a w wielu przypadkach wypiera import z innych krajów unijnych – głownie z Francji, a także z Chin i Turcji. Dotyczy to zwłaszcza rynku części i akcesoriów w Niemczech i we Włoszech, mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska.

W ostatnich latach zaobserwować można było jednak wyhamowanie tempa eksportu samochodów osobowych, co spowodowane było kryzysem gospodarczym w roku 2009, po którym nastąpiła stagnacja. – Mimo, iż w ostatnich latach tempo eksportu samochodów osobowych wyhamowało, to Polska sprzedaje za granicę coraz droższe samochody – warte średnio prawie 10 tys. EU za sztukę, co świadczy o ich rosnącej jakości, dodaje prezes Tomaszewski.

Rezolucja PE uderzy w polskie rafinerie

Przyjęcie przez Parlament Europejski rezolucji Komisji ds. Środowiska dotyczącej metodyki wyliczania emisji gazów cieplarnianych w cyklu życia paliw silnikowych, doprowadzi do dyskryminacji ropy rosyjskiej, która jest głównym surowcem przerabianym w polskich rafineriach. Dlatego Konfederacja Lewiatan apeluje do europosłów o głosowanie przeciwko tej rezolucji.

W 2009 r. na dostawców paliw silnikowych nałożono obowiązek redukcji intensywności emisji gazów cieplarnianych w całym cyklu życia paliw o 6 proc. do 2020 roku w stosunku do poziomu z 2010 roku. Dostawcy paliwa zostali zobowiązani do sporządzania sprawozdań i wykazywania emisji gazów cieplarnianych związanych z dostarczanym przez nich paliwem. Metodykę obliczania intensywności emisji gazów cieplarnianych w całym cyklu życia paliw innych niż biopaliwa pozostawiono do opracowania Komisji Europejskiej w ramach procedury komitetowej.

– Po 4 latach dyskusji i w oparciu o liczne analizy, w październiku br., Dyrekcja Generalna ds. Działań w dziedzinie Klimatu KE przedstawiła kompromisowy projekt metodyki, której zasadniczym elementem było przyjęcie europejskiej średniej ważonej wartości emisyjności rop naftowych obliczonej w oparciu o aktualne dane o gatunkach i strukturze rop przerabianych w UE. Przedstawione rozwiązanie w wyważony sposób uwzględnia wymogi ochrony klimatu, utrzymania konkurencyjności europejskiego przemysłu rafineryjnego oraz racjonalności systemu sprawozdawczego – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Projekt Komisji Europejskiej został zaakceptowany przez Komitet Stałych Przedstawicieli państw członkowskich. Stanowisko Polski jest zgodne z postulatami Konfederacji Lewiatan, BUSINESSEUROPE oraz organizacji branżowych zgłaszanymi już w 2011 roku. Pod wpływem przedstawianych przez przemysł rafineryjny i kraje członkowskie argumentów, KE odstąpiła od opcji różnicowania benzyn i olejów napędowych w zależności od użytego do ich produkcji surowca, tj. przypisania arbitralnej wielkości emisji trzem klasom gatunków ropy naftowej: tzw. konwencjonalnej, asfaltów naturalnych (ropy z piasków roponośnych) i ropy łupkowej. Ta opcja była forsowana jako sposób na zahamowanie importu do Europy wyżej emisyjnej ropy z piasków bitumicznych. W 2013 roku import ten stanowił zaledwie 0,5 proc. całości sprowadzanej do UE ropy.

Niestety, Komisja ds. Środowiska PE przyjęła rezolucję odrzucającą kompromisowy projekt. Będzie ona poddana pod głosowanie plenarne Parlamentu Europejskiego na posiedzeniu 15-18 grudnia 2014 r.

Jeśli byłaby przyjęta, to cały proces sprawozdawania i weryfikacji emisji przez producentów bardzo się skomplikuje: dostawcy paliw będą musieli śledzić pochodzenie każdej baryłki przerobionej ropy. To co dodatkowo budzi poważne zaniepokojenie Lewiatana, to możliwość dywersyfikacji na kolejnym etapie także pochodzenia rop konwencjonalnych. Jeśli tak się stanie, to prowadzić może do dyskryminacji ropy rosyjskiej, która jest głównym surowcem przerabianym w rafineriach PKN Orlen i pozostałych polskich rafineriach. Ropa ta charakteryzuje się wskaźnikiem emisyjności CO2 wyższym od wskaźnika emisyjności ropy używanej przez rafinerie w EU15, ale, w wyniku historycznych zaszłości, polskie rafinerie są przystosowane technologicznie do przerobu jedynie tej ropy.

Konfederacja Lewiatan

 

Kampania informacyjna dla płatników

0

Od 1 stycznia 2015 r. wchodzą w życie nowe przepisy mające zastosowanie do dochodów uzyskanych od 1 stycznia 2014 r. Aby wiadomość o zmianach dotarła do wszystkich zainteresowanych, Ministerstwo Finansów rozpoczyna 10 grudnia kampanię informacyjną.

Wprowadzone zmiany nakładają na płatników i inne podmioty, które mają obowiązek sporządzania i przekazywania informacji o dochodach osób fizycznych nowy, wyłącznie elektroniczny sposób przesyłania do urzędów skarbowych deklaracji, informacji i rocznych obliczeń podatku za osoby fizyczne np. za pracowników. Formularze te powinny być przesyłane do urzędów skarbowych w formie dokumentu elektronicznego opatrzonego podpisem elektronicznym.

Obowiązująca od nowego roku nowelizacja ustawy nakłada nowe obowiązki m.in. według kryterium, czy płatnicy sporządzają i przekazują imienne informacje o wysokości dochodów podatników podatku dla więcej lub nie więcej niż pięciu podatników (osób fizycznych) i w zależności od tego, czy tych informacji w ich imieniu nie składa biuro rachunkowe.

Ministerstwo Finansów wychodząc naprzeciw potrzebom informacyjnym związanym ze zmianami rozpoczyna dzisiaj, tj. 10 grudnia br. akcję informacyjną dla płatników.

Jej elementem będą:

  • kampania radiowa – prowadzona w stacjach ogólnopolskich i lokalnych w dwóch odsłonach: od 10 do 19 grudnia 2014 r. oraz od 7 do 21 stycznia 2015 r.,
  • spotkania dla przedsiębiorców/płatników – organizowane w całym kraju przez administrację podatkową (izby i urzędy skarbowe),
  • zakładka Dla płatników na portalu podatkowym – ze szczegółami wprowadzanych zmian, możliwością testowania Uniwersalnej Bramki Dokumentów do składania deklaracji elektronicznych oraz wsparciem technicznym,
  • infolinia dla płatników – uruchomiona w ramach Krajowej Informacji Podatkowej.

Zachęcamy do korzystania ze wskazanych powyżej źródeł informacji przybliżających zmiany w składaniu wybranych formularzy.

Więcej informacji na www.portalpodatkowy.mf.gov.pl w zakładce Dla Płatników.

Rok 2015 będzie czasem intensywnych inwestycji w budowę farm wiatrowych. Wiele firm chce zdążyć z ich budową przed końcem przyszłego roku

CEO Magazyn Polska

Polska energetyka wiatrowa rozwija się dynamicznie. Co roku wytwarzana przez nią moc zwiększa się o co najmniej 0,5 GW. Wielu inwestorów chce zdążyć z budową farm wiatrowych przed wejściem w życie nowej ustawy o odnawialnych źródłach energii.

Do roku 2020 zgodnie ze strategią energetyczną Unii Europejskiej co najmniej 20 proc. wytwarzanego w Polsce prądu powinno pochodzić z odnawialnych źródeł energii: elektrowni wodnych, biogazowni, farm fotowoltaicznych oraz właśnie z generatorów wiatrowych. To oznacza, że OZE powinny produkować wedle różnych szacunków 7-10 GW mocy. Obecnie istniejące produkują ok. 4 GW. Jedną z nowych farm o mocy 90 MW buduje Alstom. Dla tego międzynarodowego koncernu to pierwsza tego typu inwestycja w naszym kraju, ale nie ostatnia.

Startujemy w następnych przetargach organizowanych przez polskie grupy oraz inwestorów prywatnych mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mirosław Kowalik, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Alstom Power w Polsce. Liczymy na to, że będą następne projekty, czyli polska energetyka wiatrowa będzie dalej tak dynamicznie się rozwijała, instalując od 500 do 800 MW rocznie nowych mocy.

Alstom deklaruje, że chce wzmocnić swą pozycję w Polsce, chce walczyć o nowe kontrakty.

Energetyka wiatrowa obecnie chyba jest jednym z kół napędowych, bo wiele firm chce zrealizować swoje inwestycje przed końcem 2015 roku – ocenia Mirosław Kowalik. Wierzymy, że w następnych projektach będziemy znowu odgrywać istotną rolę i nasza technologia, która w wielu przypadkach jest stworzona do działania w takich warunkach wiatrowych, jakie mamy w Polsce, spełni oczekiwania naszych klientów.

Obecnie jest wiele przetargów, które są w trakcie finalizacji. Inwestorzy chcą zdążyć z postawieniem farm przed wejściem w życie nowej ustawy o OZE. W dokumencie zapisano bowiem, że od 2016 roku obowiązywać będą mniej korzystne warunki handlu zieloną energią. Dziś uzyskane dzięki jej produkcji certyfikaty można sprzedawać zyskownie na giełdzie. Elektrownie, które powstaną po wejściu w życie ustawy, będą musiały startować w przetargach na dostawy, w których wygra ten, kto zaoferuje najtańszy prąd. Ustawa znajduje się obecnie w sejmie, który prace nad dokumentem zamierza zakończyć do końca grudnia.

– Dla Alstomu rynek polski był, jest i będzie bardzo istotny podkreśla dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Alstom Power w Polsce. Gdy się patrzy na zmiany, jakie niesie nam otoczenie, na pewne formuły dotyczące polityki energetycznej i spełnienia wymagań klimatycznych, na nasz miks energetyczny, to widać, że powstają nowe możliwości dla Polski.

Gdyby nie zmieniły się bowiem przepisy, Polska musi wytwarzać coraz więcej energii powstającej z minimalnymi szkodami dla środowiska. Dla firm z branży najbliższych kilka lat stwarza ogromne możliwości zarobku.

Alstom patrzy z nadzieją na ten obszar rynku –  zaznacza dyr. Mirosław Kowalik z Alstom Power w Polsce. – Jesteśmy zainteresowani uczestnictwem w przetargach na energetykę wiatrową oraz myślmy również o przyszłości energetyki jądrowej. I podchodzimy do tego nie tyle z zaciekawieniem, ile z wielką uwagą ze względu na naszą pozycję w energetyce jądrowej w części konwencjonalnej.

Konferencja „Dyscyplina finansów publicznych w dziesięć lat po uchwaleniu ustawy – stan obecny i kierunki pożądanych zmian” w grudniu 2014 r.

Ministerstwo Finansów informuje, że 17 grudnia 2014 r. w budynku Ministerstwa Finansów odbędzie się konferencja pt. „Dyscyplina finansów publicznych w dziesięć lat po uchwaleniu ustawy – stan obecny i kierunki pożądanych zmian”.

Konferencja będzie okazją do wymiany doświadczeń i ma przyczynić się do efektywniejszego funkcjonowania systemu odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych.

Organizatorem konferencji jest Ministerstwo Finansów. Wezmą w niej udział wyłącznie zaproszeni goście, to jest osoby związane z procesem dochodzenia odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. Wśród zaproszonych gości są w szczególności: Prezes Najwyższej Izby Kontroli, Prezes Urzędu Zamówień Publicznych, Prezesi Regionalnych Izb Obrachunkowych, członkowie Głównej Komisji Orzekającej w Sprawach o Naruszenie Dyscypliny Finansów Publicznych, zastępcy Głównego Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych, rzecznicy dyscypliny finansów publicznych oraz inne osoby o uznanym dorobku naukowym lub zawodowym związanym z przedmiotem konferencji.

Konferencja „Skuteczny komitet audytu: wzmacnianie kontroli, zarządzanie ryzykiem i poprawa sprawozdawczości finansowej” w styczniu 2015 r.

16 stycznia 2015 r. w budynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie odbędzie się konferencja pt. „Skuteczny komitet audytu: wzmacnianie kontroli, zarządzanie ryzykiem i poprawa sprawozdawczości finansowej”, organizowana przez Komisję Nadzoru Audytowego we współpracy z Bankiem Światowym.

Celem konferencji jest wsparcie członków komitetów audytu w realizacji ich funkcji w sposób bardziej skuteczny oraz poprawa komunikacji i współpracy między komitetami audytu a biegłymi rewidentami, organami regulacyjnymi i interesariuszami.

Program konferencji stanowi rozwinięcie wydarzenia zorganizowanego przez Komisję Nadzoru Audytowego i Bank Światowy w dniu 10 stycznia 2013 r. pod nazwą „Komitet Audytu: Kluczowe ogniwo w sprawozdawczości finansowej i procesie rewizji finansowej”. Ówczesny program oferował spojrzenie z różnych perspektyw oraz wgląd w role i zakres odpowiedzialności komitetu audytu. Niniejszy program będzie koncentrował się bardziej na praktycznych aspektach pracy komitetu audytu, oferując informacje oraz narzędzia wspierające je w lepszej realizacji zadań oraz skuteczniejszym przyczynianiu się do wzrostu spółek giełdowych.

Adresatami konferencji są przede wszystkim członkowie komitetów audytu, członkowie rad nadzorczych, dyrektorzy finansowi oraz inni przedstawiciele wyższej kadry kierowniczej, którzy współpracują z komitetami audytu, inwestorzy, biegli rewidenci, prawnicy oraz przedstawiciele innych zawodów pełniący funkcje doradcze dla komitetów audytu.

W uroczystości otwarcia konferencji weźmie udział Pani Dorota Podedworna-Tarnowska, podsekretarz stanu w MF, przewodnicząca Komisji Nadzoru Audytowego. Jako prelegenci wystąpią także dwaj inni członkowie Komisji Nadzoru Audytowego, Pani Ewa Jakubczyk-Cały i Pan Piotr Kamiński.

NIK o realizacji Projektu Ochrony Przeciwpowodziowej

Projekt Ochrony Przeciwpowodziowej dla Odry okazał się zbyt trudny do zakończenia w pierwotnym terminie. Z uwagi na problemy związane z kluczowymi inwestycjami: Modernizacją Wrocławskiego Węzła Wodnego i budową Zbiornika Racibórz (które miały zostać oddane do użytku już w 2008 r. i w 2011 r.), w ocenie NIK, zagrożony jest nawet kolejny termin zakończenia Projektu – grudzień 2017. W konsekwencji powstałych opóźnień wykonane dotychczas prace ani nie chronią przed skutkami wezbrań podobnych do tych z lipca 1997 r., ani nie eliminują ryzyka skutków powodzi o skali takiej jak w 2010 r.

Najwyższa Izba Kontroli już po raz szósty zbadała realizację Projektu Ochrony Przeciwpowodziowej w dorzeczu rzeki Odry. Wyniki dotychczasowych kontroli wykazały w latach 2007-2012 niski poziom wykonania zadań założonych w Projekcie. NIK wskazywała m.in. na konieczność przyśpieszenia realizacji Projektu. W ocenie Izby zakończenie Projektu w terminie do dnia 31 maja 2014 r. było zagrożone. W związku z narastającymi opóźnieniami wskazywano także na zagrożenie utraty dofinansowania ze środków Unii Europejskiej.Stan realizacji zadań Projektu na koniec 2013 r. nie był zadowalający. Pomimo upływu niemal całego  czasu pierwotnie przewidzianego na realizację Projektu oraz zawarcia dziewięciu kontraktów na wykonanie i prowadzenie robót, poniesione dotychczas wydatki utrzymywały się na niskim poziomie i stanowiły niespełna ¼  planowanych całkowitych kosztów. Na przestrzeni 2013 r. nie zdołano nadrobić dotychczasowych, trzyletnich, opóźnień, związanych z realizacją dwóch kluczowych zadań: budową Zbiornika Racibórz oraz Modernizacją Wrocławskiego Węzła Wodnego.

Powstałe opóźnienia spowodowały konieczność przesunięcia daty zakończenia Projektu z maja 2014 r. na grudzień 2017 r. Niemniej jednak, w ocenie NIK, istnieje zagrożenie niedotrzymania również tej daty, głównie z uwagi na problemy związane z budową Zbiornika Racibórz.

Dotychczasowa zwłoka w realizacji Projektu dla Odry skutkuje wzrostem koszów jego wykonania: z kwoty 505 mln euro do kwoty 749,6 mln euro. Brakujące 244 mln euro będą musiały zostać pokryte ze środków budżetu państwa.

W badanym przez NIK okresie powstały kolejne opóźnienia mające realny wpływ na niezakończenie budowy Zbiornika Racibórz i części zadań Modernizacji Wrocławskiego Węzła Wodnego w terminach przewidzianych kontraktami.

Istotne zastrzeżenia kontrolerów dotyczyły działań Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gliwicach w zakresie budowy Zbiornika Racibórz. Kontrakt na roboty budowlane Zbiornika zawarto w I półroczu 2013 r. Mimo tego zaawansowanie prac na koniec 2013 r. wyniosło zaledwie 4 % i stan ten nie uległ zasadniczym zmianom do końca kwietnia 2014 r. Podczas sześciu i pół roku realizacji Projektu wydatki na prace budowlane Zbiornika Racibórz zamknęły się w kwocie 140 mln, przy czym była to głównie  zaliczka wypłacona wykonawcy na rzecz jego mobilizacji. Zarząd Gospodarki Wodnej w Gliwicach dopuścił do realizacji części robót budowalnych bez wymaganych projektów wykonawczych oraz szczegółowych programów zapewnienia jakości, co, zdaniem NIK, może mieć negatywny wpływ na trwałość i bezpieczeństwo inwestycji. W 2013 r. powstały kolejne opóźnienia zagrażające nowemu terminowi zakończenia tego zadania określonego w umowie z wykonawcą na 9 stycznia 2017 r. W ocenie NIK ryzyko  kolejnego przesunięcia daty zakończenia budowy Zbiornik Racibórz nawet poza rok 2017 jest bardzo realne.

W ramach Modernizacji Wrocławskiego Węzła Wodnego do końca 2013 r. zawarto osiem z dziesięciu wymaganych kontraktów na realizację robót budowlanych. Dotychczasowe, łączne wydatki wyniosły zaledwie 22% przewidywanych całkowitych kosztów. Opóźnienia w postępach robót budowlanych wystąpiły przy realizacji siedmiu z ośmiu zawartych kontraktów, przy czym największe z nich dotyczyły dwóch zadań realizowanych przez Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej we Wrocławiu, dotyczących modernizacji murów oporowych, kanałów i budowli hydrotechnicznych. Opóźnienia te były na tyle istotne, iż uniemożliwiają realizację tych zadań w uzgodnionych terminach. Z danych pozyskanych już po zakończeniu kontroli wynika, iż według stanu na koniec września 2014 r. przesunięte zostały terminy zakończenia wszystkich czterech kontraktów realizowanych przez Zarząd we Wrocławiu. Czas realizacji wydłużono od dwóch do siedmiu miesięcy.  Ponadto do końca 2013 r. na przebudowę kanału przeciwpowodziowego w dolinie Widawy (realizowanego w ramach Modernizacji) nie zawarto żadnego z dwóch kontraktów, ani nie uzyskano nawet stosownych pozwoleń na realizację, a tym samym nie rozpoczęto żadnych prac.W stosunku do pierwotnie planowanych terminów rozpoczęcia robót na rzece Widawie opóźnienia wyniosły już ponad 36 miesięcy.

Główną przyczyną dotychczasowych opóźnień były przedłużające się procedury administracyjne, opóźnienia w projektowaniu i przygotowywaniu dokumentacji, złe zarządzanie kontraktem ze strony wykonawców, długi okres mobilizacji, niskie zaangażowanie niektórych wykonawców robót w realizację inwestycji, a także nieprawidłowa organizacja robót oraz nieterminowe przedkładanie przez konsultantów wsparcia technicznego stosownych dokumentów.

NIK ostrzega, że dalsze nawarstwianie opóźnień powoduje ryzyko niezakończenia Modernizacji Wrocławskiego Węzła Wodnego do połowy grudnia 2015 r., co stwarza zagrożenie konieczności zwrotu do budżetu Unii Europejskiej środków w wysokości nawet 689,9 mln zł.

Opóźnienia w realizacji Projektu skutkują również wzrostem kosztów obsługi zaciągniętej pożyczki z Banku Światowego i kredytu z Banku Rozwoju Rady Europy oraz opłaty za gotowość środków.  Na koniec 2013 r. koszty obsługi wyniosły ponad 20 mln zł, przy czym sama opłata za gotowość do wypłaty środków z BŚ kosztowała blisko 2 mln euro.

NIK pozytywnie oceniła sposób wydatkowania w 2013 r. ponad 334 tys. zł przeznaczonych na realizację zadań Projektu. Wydatki poniesione zostały zgodnie z celami i zasadami realizacji, wynikającymi z wymagań przewidzianych procedurami Banku Światowego.

W terminie przewidzianym w kontrakcie zakończono „Modernizację obwałowania Blizanowice – Trestno” – zaledwie jedno z sześciu zadań realizowanego przez Dolnośląski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych.

KBJ notuje bardzo dobre wyniki finansowe i zapowiada inwestycje w rozwój usług, m.in. w chmurze obliczeniowej

0

CEO Magazyn Polska

Po ubiegłorocznym podwojeniu zysku notowana na parkiecie NewConnect spółka technologiczna KBJ zapowiada rekordowe wyniki finansowe za IV kwartał. Jak tłumaczy Artur Jedynak, prezes spółki, będą one wynikiem bogatego programu inwestycji, w tym poszerzenia działalności o własne usługi oferowane w modelu SaaS chmury obliczeniowej. Ujemne przepływy gotówkowe wynikają głównie z modelu finansowania prac, który oparty jest o kapitał własny przedsiębiorstwa.

W ostatnim kwartale obserwujemy duży wzrost wyników finansowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Artur Jedynak, prezes zarządu KBJ. – Jest on wynikiem dosyć intensywnego zwiększenia przychodów ze sprzedaży. To z kolei efekt ciągłego rozwoju firmy, pracy nad nowymi umowami, inwestycjami i pozyskiwanie nowych klientów. W br. dodatkowo mieliśmy bardzo dużo inwestycji w marketing, promocję i własne produkty. Staramy się utrzymać równowagę pomiędzy tym, co inwestujemy w firmę, a jakie pokazujemy wyniki. W ubiegłym roku mieliśmy świetne rezultaty rok do roku, zanotowaliśmy wzrost o 100 proc. W tym roku wyniki także będą w porządku.

W 2013 roku KBJ miał 10,33 mln zł przychodów, o 60 proc. więcej niż rok wcześniej i niemal 816 tys. zł zysku netto wobec 425 tys. rok wcześniej. W III kwartale 2014 roku przychody wyniosły 2,7 mln zł, a zysk netto 587 tys. zł (wzrost o ponad 160 proc. rok do roku).

Obecnie, jak informuje prezes spółki KBJ, ponad jedna trzecia przychodów (ok. 35 proc.), pochodzi z eksportu, czyli prac na rzecz klientów zagranicznych z przemysłu, usług, mediów, bankowości i sektora publicznego.

Praktycznie każda branża jest reprezentowana w naszym katalogu klientów – zauważa Artur Jedynak. – W ubiegłym roku pracowaliśmy dla klientów ze Szwecji, Szwajcarii, Włoch, ogólnie Europy Zachodniej. Dodatkowo pozyskaliśmy również bardzo ciekawego klienta z Rosji. Dla tych odbiorców pracujemy w obrębie systemu SAP [zintegrowany system informatyczny, który daje dostęp do danych we wszystkich obszarach działalności przedsiębiorstwa – red.] i nasze przychody dotyczą świadczenia usług. Wykonujemy tam głównie projekty wdrożeniowe, rozwijamy systemy i utrzymujemy. Nie planujemy za granicą sprzedaży naszych produktów czy szczególnych rozwiązań. Prowadzimy po prostą podstawową działalność operacyjną. Jedynie w przypadku klienta rosyjskiego realizujemy projekt wdrożeniowy.

W ciągu najbliższych kilku tygodni przedsiębiorstwo uruchomi, jak zapowiada Jedynak, własne rozwiązania w modelu SaaS (z ang. Software as a Service – oprogramowanie jako usługa) chmury obliczeniowej.

Pracujemy nad tymi rozwiązaniami od około dziewięciu miesięcy, obecnie jesteśmy na etapie zaawansowanych testów i od razu po ich zakończeniu będziemy uruchamiać je dla kilku tysięcy pracowników – precyzuje Jedynak. – Nie czekamy z tym rozwiązaniem. Mamy już pierwszą, dużą umowę. Będzie to dla nas klient referencyjny, ogromne pole do zdobywania doświadczeń i zaufania do systemu zarówno po stronie klienta, jak i naszej. Odbiorca nie będzie miał wyłączności na to rozwiązanie. Będziemy oferowali je także innym.

Ne wymierne efekty z tej inwestycji będzie jednak trzeba poczekać.

Zanim oprogramowanie w modelu chmury zacznie się zwracać, będą mijały kolejne kwartały – prognozuje prezes KBJ. – Dla klienta to małe, miesięczne płatności. Po drugiej stronie są to dokładnie te same pieniądze, więc nie otrzymujemy ogromnej puli środków za jednorazowe wdrożenie, tylko w niewielkich fragmentach. Zwrot zatem będzie następował stopniowo. Ale widzimy w tym ogromny potencjał i dalej będziemy inwestować w tego rodzaju rozwiązania. Mamy na uwadze organiczny rozwój firmy i wzrost skali działalności.

W przyszłym roku spółka spodziewa się także dobrych wyników finansowych.

Niedawno informowaliśmy o zawarciu dosyć dużego kontraktu dla klienta z sektora publicznego, kolejne są na bardzo zaawansowanym etapie sprzedaży – podsumowuje Artur Jedynak.

Wspomniany kontrakt to zlecenie Ministerstwa Sprawiedliwości dla konsorcjum Infovide-Matrix i KBJ na łączną kwotę brutto ponad 14 mln zł. Dotyczy on wsparcia Zintegrowanego Systemu Rachunkowości i Kadr w sądach.

Po pierwszych trzech kwartałach narastająco spółka miała 389 tys. zł zysku przy przychodach na poziomie nieco ponad 6 mln zł, z czego 2,6 mln zł uzyskała w trzecim kwartale.

Zgodnie z prognozą w całym 2014 roku przychody przedsiębiorstwa mają wynieść 9,4 mln zł, a zysk netto – 800 tys. zł. Aby to osiągnąć, w ostatnim kwartale roku sprzedaż powinna sięgnąć 3,3 mln zł, a wynik netto – ponad 400 tys. zł.

Koniec roku bez rewolucji na rynku walutowym. Złoty może się wzmocnić, ale lekko

CEO Magazyn Polska

Na rynku walutowym rewolucji w tym roku już nie będzie. Analitycy oczekują wprawdzie niewielkich zmian, ale dostrzec je będą mogli raczej ekonomiści niż konsumenci. Frank i euro mogą potanieć o 2-3 grosze.

Koniec roku jest ważnym momentem na rynkach finansowych, zwłaszcza na rynku walutowym. W tym czasie są bowiem zamykane pozycje, które były otwierane na cały kończący się rok. W praktyce obecnie przynieść to może umocnienie polskiej waluty.

– Złoty jest od presją na to, żeby być lekko kupowanym mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, dealer walutowy z DMK. – Nasza giełda też zaczyna odżywać na fali tego, co się dzieje na całym świecie, dlatego perspektywy na najbliższe dwa tygodnie są raczej lekko pozytywne i spodziewałbym się tutaj nieco umocnienia krajowej waluty, która mogłaby przyspieszyć, gdyby na giełdach dynamika wzrostu była większa, niż teraz zakładamy. Można zatem powiedzieć, że perspektywy do końca roku są raczej optymistyczne.

Na międzynarodowych rynkach walutowych widać tendencję do wzmacniania dolara i osłabiania euro. Amerykańska gospodarka ma coraz lepsze perspektywy, a Zarząd Rezerwy Federalnej sugeruje odchodzenie od polityki łatwego pieniądza. W strefie euro – przeciwnie. Europejski Bank Centralny zaczyna pobudzać wciąż słabą gospodarkę i analitycy oczekują rychłych obniżek stóp procentowych.

Największa presja na umocnienie złotego wystąpi prawdopodobnie na euro-złotym, ze względu na kurs euro do dolara zapowiada Andrzej Stefaniak. W perspektywie dwóch, trzech tygodni możemy obserwować zejście złotego o kilka groszy. Myślę, że poziom 4,12-4,13 to jest teraz taki punkt odniesienia i on może być testowany na koniec tego roku.

Referendum w sprawie rezerw złota w Szwajcarii wzbudzało może pewien niepokój wśród zadłużonych w frankach, ale jego wynik nie był specjalnym zaskoczeniem dla rynków walutowych. Zgodnie z oczekiwaniami Szwajcarzy odrzucili pomysł, by ich bank centralny zwiększył zakupy złota i odtworzył jego zapasy.

Dlatego prawdopodobnie frank będzie się zachowywał tak jak euro, czyli jeżeli euro będzie lekko traciło na wartości, to frank także będzie tracił na wartości w stosunku do innych walut prognozuje dealer walutowy z DMK. Prawdopodobnie w stosunku do złotego będą się znosić dwie siły, czyli słaby frank i lekko mocniejszy złoty i można się spodziewać spadku pary frank do złotego w okolicach 3,45 lub troszeczkę niżej na koniec roku.

Do końca roku na walutowym rynku powinien więc panować względny spokój. Grudniowe posiedzenia polskiej Rady Polityki Pieniężnej oraz Europejskiego Banku Centralnego nie przyniosły większych zmian, a na planowanym 17 grudnia posiedzeniu amerykański Fed, jak się oczekuje, zasygnalizuje co najwyżej to, czego wszyscy spodziewają się od dawna, że rozważa podwyżkę stóp procentowych w USA.

Najważniejsze wydarzenia w tym miesiącu już miały miejsce podkreśla Andrzej Stefaniak z DMK. Dlatego już żadne wydarzenie i żadne dane makroekonomiczne raczej nie będą miały wpływu na rynek, będzie się on pozycjonował na koniec roku, a większego ruchu możemy się prawdopodobnie spodziewać na początku kolejnego roku i miesiąca.

W przyszłym roku GPW chce wprowadzić kontrakty terminowe na energię

CEO Magazyn Polska

Na warszawskiej giełdzie już w przyszłym roku mogą się pojawić kontrakty terminowe na gaz i energię elektryczną. Operatorom i spółkom energetycznym nowe instrumenty umożliwią zawieranie transakcji zabezpieczających.

– Grupa Kapitałowa Giełdy Papierów Wartościowych pracuje w tej chwili nad wprowadzeniem pochodnych instrumentów finansowych opartych na cenach gazu i energii elektrycznej zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Tamborski, prezes zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Mam nadzieję, że ten segment rynku będziemy w stanie uruchomić w przyszłym roku. W tym momencie liczymy na to, że pojawią się na rynku nowi inwestorzy finansowi zainteresowani nabywaniem tego typu instrumentów.

Prezes warszawskiej giełdy spodziewa się, że w transakcjach na nowych kontraktach poza spółkami z branży energetycznej będą uczestniczyć zarówno inwestorzy finansowi, jak i indywidualni. Ma to być rynek profesjonalny, ale dostępny dla wszystkich zainteresowanych.

Potencjał wynika ze skali naszego rynku podkreśla Paweł Tamborski. – Myślę, że to jest taki punkt startowy i dobry prognostyk dla – mam nadzieję – skokowego przyrostu płynności na tym rynku. Wydaje mi się, że nasz potencjał daje nam gwarancję tego, że ten rynek spotka się z zainteresowaniem inwestorów i uczestników.

Spółki energetyczne odgrywają dużą rolę na GPW. Kapitalizacja notowanych gigantów to: 50 mld zł czeskiego CEZ-u, 38 mld zł PGE, 10 mld zł Energi, 9,5 mld zł Tauronu, a 8 mld zł Enei. To niemal 1/8 całego warszawskiego parkietu.

– To oznacza, że sektor energetyczny jest bardzo ważny dla giełdy – mówi jej prezes. – W skład WIG-energia wchodzi 9 spółek, z czego cztery duże notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie są istotnym elementem naszego rynku. Rynek kapitałowy jest bardzo ważny dla sektora energetycznego jako element możliwości finansowania planów rozwojowych i modernizacji zarówno po stronie equity, jak długu. Myślę, że tutaj to przenikanie się jest bardzo wyraźne.

Dzięki giełdzie spółki energetyczne pozyskują inwestorów, finansowanie rozwoju często w drodze plasowania obligacji.

– Rynek publiczny wymaga pewnych zachowań, wprowadzenia zasad ładu korporacyjnego, transparentności i przejrzystości – ocenia prezes Paweł Tamborski. – Myślę, że w długim terminie to się przekłada również na niższy koszt finansowania i na poprawę wyników finansowych tych spółek.

W Limie dobiega końca szczyt klimatyczny. Prof. Jerzy Buzek: UE jako samotny biegacz nie rozwiąże globalnych problemów klimatu

Globalne cele ograniczania emisji dwutlenku węgla powinny być bardziej ambitne, na wzór europejskich, ale powinny uwzględniać różnice miedzy krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się – uważa były przewodniczący Parlamentu Europejskiego prof. Jerzy Buzek. Dobiegający końca szczyt w Limie ma na celu przygotowanie zarysu globalnego porozumienia, które zastąpi protokół z Kioto.

Podczas październikowego unijnego szczytu klimatycznego Polska i inne kraje, które dopiero gonią Zachód, uzyskały sporo przywilejów: wydłużenie bezpłatnych pozwoleń na emisję czy dofinansowanie przebudowy energetyki.

Pamiętajmy, że pakiet klimatyczny może osiągnąć sukces tylko wtedy, kiedy będzie zróżnicowane stanowisko wobec każdego kraju europejskiego – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Jerzy Buzek, były polski premier i były przewodniczący Parlamentu Europejskiego. – Łatwiej jest te wysokie cele realizować Francji, Szwecji czy Danii, a znacznie trudniej Polsce. W Europie to się już widzi i to się docenia. I o to dzisiaj chodzi na świecie.

W Limie od początku grudnia obraduje globalny szczyt klimatyczny, który ma zdecydować, jak państwa świata zamierzają walczyć z nadmierną emisją gazów cieplarnianych do atmosfery. Konferencja COP20 w Peru ma za zadanie przygotować ogólny zarys globalnego porozumienia, które zostanie podpisane za rok w Paryżu. Umowa ta zastąpi funkcjonujący od 1997 roku Protokół z Kioto.

Musimy w skali świata inaczej potraktować tych, którzy się rozwijają, na przykład Chiny czy Indie, a inaczej tych, którzy są już rozwinięci, jak Stany Zjednoczone, Australia czy Kanada – podkreśla prof. Buzek. – Jeżeli takie zasady zastosujemy w skali globalnej, to jestem przekonany, że uda nam się w Limie dokonać następnego kroku do przodu, a za rok w Paryżu podpisać globalne porozumienie, które uwzględni różnicę pomiędzy krajami, ale da szansę na obronę klimatu.

Podczas kończącego się 12 grudnia szczytu w Limie może powstać rodzaj mapy drogowej – plan, zgodnie z którym państwa świata powinny zadeklarować, kto i w jakim zakresie ograniczy emisję gazów cieplarnianych.

Jeżeli będziemy dyskutowali o tym, w jaki sposób pomóc krajom słabszym gospodarczo, żeby one także spełniły ambitny program, to wtedy nam się to uda – ocenia były premier. – Z taką mapą drogową, punkt po punkcie, będziemy mogli przez 11-12 miesięcy rozwiązać wszystkie sprawy i podpisać w Paryżu globalne porozumienie. Gdyby się to nie udało, to niewątpliwie Unia Europejska musi wrócić do swoich propozycji i być może zejść z tego wysokiego pułapu ambicji klimatycznych.

W październiku Unia Europejska narzuciła sobie bardzo wyśrubowany program ekologiczny. Założono w nim, że do roku 2030 emisja CO2 w państwach wspólnoty będzie o 40 proc. niższa niż w roku 1990. Teraz chodzi o to, by reszta świata również – w miarę możliwości – podjęła równie ambitne zobowiązania.

Na pewno nie powinniśmy być jedynym obszarem, który tak mocno chroni klimat i obniża emisję, bo wtedy nie będziemy liderem, tylko samotnym biegaczem – uważa prof. Jerzy Buzek. – Lider to jest ktoś, za kim podążają inni, a jeżeli my mamy bardzo ambitny program, a inni są daleko w tyle, to już nie jesteśmy liderami, tylko samotnymi biegaczami. Jako samotny biegacz nie rozwiążemy problemów klimatycznych na Ziemi.

Szansa na kilka tysięcy miejsc pracy w przemyśle lotniczym. Dolina Lotnicza kusi inwestorów

CEO Magazyn Polska

Polska ma szansę na stworzenie tysięcy miejsc pracy w przemyśle lotniczym. Wszystko dzięki dużym przetargom, które mogą przyciągnąć nowych inwestorów. Duże możliwości daje zainteresowanie się Polską europejskiego koncernu Airbus. Dzięki nowym inwestycjom nasz kraj może wskoczyć do pierwszej dziesiątki światowych potęg lotniczych.

Są to śmigłowce, ale również trzeba pamiętać o całym systemie antyrakietowym i obronie powietrznej. Wiąże się to z olbrzymimi pieniądzmi, które Polska wyda na rzecz firm zachodnich. W związku z tym firmy zachodnie muszą zrobić większy krok, niż taki, że ktoś chce stworzyć 200 miejsc pracy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marek Darecki, prezes Stowarzyszenia Grupy Przedsiębiorców Przemysłu Lotniczego „Dolina Lotnicza”. ‒ Mamy za duży tort do podziału i zbyt atrakcyjny, żeby sprzedać się za 200 miejsc pracy. To muszą być tysiące miejsc pracy.

Darecki podkreśla, że cały czas na Podkarpacie, gdzie swoje siedzibę ma Dolina Lotnicza, napływają nowi inwestorzy z zagranicy. To w większości małe i średnie firmy, ale nie brakuje także dużych inwestycji korporacyjnych. W klastrze zrzeszone są polskie przedsiębiorstwa i oddziały należące m.in. do United Technology Corporation, MTU Aero Engines, Goodricha oraz Safrana. W Polscy powstają części wykorzystywane w wielu popularnych samolotach pasażerskich na świecie, m.in. Airbusach A320 (m.in. części silników oraz dodatkowych jednostek mocy APU) oraz Boeingach 747 (części silników).

Dużą szansą na dalszy rozwój sektora są przetargi prowadzone w związku z modernizacją polskich sił zbrojnych. Darecki ocenia, że m.in. dzięki nim w Polsce zakłady może uruchomić Airbus. Europejski koncern jest już właścicielem zakładów PZL Warszawa-Okęcie.

Airbus na pewno przyjdzie. Jeżeli polski rząd rozegra to dobrze, to powinno powstać 2-3 tys. miejsc pracy – wyjaśnia Darecki.

Według niego Polska raczej nie stanie się taką potęgą lotniczą, jak Stany Zjednoczone, Francja czy Wielka Brytania, jednak ma szansę na znaczny rozwój w tym przemyśle. Darecki ocenia, że za kilka lat możemy zrównać się chociażby z Hiszpanią, która należy do współudziałowców Airbus Group. Powinno to pozwolić na znalezienie się w czołowej światowej dziesiątce w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat.

Nie ma dnia, żeby nie było nowych inwestorów, którzy przyjeżdżają na Podkarpacie, dlatego będą nowe firmy, będą powstawać nowe fabryki i to duże, korporacyjne. Co ciekawe, małe i średnie firmy lotnicze z Europy Zachodniej chcą przenieść swoje siedziby i swoje miejsca pracy do Polski, dlatego że w Polsce po pierwsze jest wyższy etos pracy, po drugie ustawodawstwo paradoksalnie okazuje się być bardziej korzystne dla przedsiębiorców. We Francji, Włoszech czy w innych krajach jest tak sztywne ustawodawstwo w zakresie prawa pracy, że przedsiębiorcy po prostu nie chcą tam więcej inwestować ‒  podkreśla prezes Doliny Lotniczej.

Darecki ocenia, że Polska musi też coraz bardziej stawiać nie tylko na produkcję, lecz także na tworzenie własnych konstrukcji i prace badawczo-rozwojowe.

Musimy nie tylko produkować, lecz także konstruować, musimy być bardziej twórczy – podkreśla Darecki. ‒ Ostatnie 12 lat spędziliśmy bardzo pracowicie, rozwijając przemysł. Ale to nie jest przemysł rozwijany tylko po to, by zwiększyć liczbę zatrudnionych, lecz także po to, by prowadzić bardziej skomplikowane procesy, w tej chwili najważniejsze są prace badawcze i rozwojowe.

Szybki kredyt na Święta? Jak uniknąć spirali zadłużenia

Święta zbliżają się wielkimi krokami, a wraz z nimi zakupowy szał. Wigilia, prezenty, to spore wyzwanie dla portfeli części polskich rodzin. Wiele osób zaciągnie świąteczne pożyczki. Dlatego radzimy jak sfinansować święta i nie wpaść w kłopoty z długami.

Boże Narodzenie to zawsze okres większych wydatków. Według firmy doradczej Deloitte na tegoroczne Święta Polacy zamierzają wydać o 13 proc. więcej niż w 2013 roku. Na wigilijną kolację, prezenty czy podróż do rodziny statystyczna rodzina przeznaczy 1160 złotych.

Do tego w grudniu sklepy kuszą świątecznymi promocjami. Wiele osób decyduje się na wzięcie pożyczki lub zaciągnięcie kredytu konsumpcyjnego. Taka szybka świąteczna decyzja kredytowa wielu osobom przypomina o minionej wigilii jeszcze przez wiele miesięcy.

Jak zatem wziąć pożyczkę w święta nie wpadając przy okazji w spiralę zadłużenia? Eksperci firmy windykacyjnej Kredyt Inkaso podpowiadają:

Kupując na raty zawsze zapłacisz więcej

Wzięcie kredytu zawsze kosztuje. Nie inaczej jest z zakupami na raty. I choć cena produktu w Święta może faktycznie być okazyjna, to cena kredytu już najczęściej taka nie będzie. Kupując na raty zapłacimy znacznie więcej niż wskazuje promocyjna cena na wystawie. Bo kredyt zawsze jest obciążony kosztami.

Dlatego przed podjęciem decyzji o zakupie na raty sprawdźmy zawsze dokładnie warunki na jakich przyjdzie nam spłacać w przyszłości pożyczkę. Nagle może okazać się, że nowy telewizor plazmowy dla rodziny, który miał kosztować np. 3 tys. złotych kupiony na kredyt będzie tak naprawdę kosztował 4 tys., a kolejka dla dziecka okaże się w rzeczywistości droższa o 500 złotych. Świąteczna promocja na kredyt przestaje z reguły być okazją, bo trzeba pokryć koszty kredytu.

Ile kosztuje kredyt

Jeśli nie chcemy przepłacić za świąteczne promocje, zawsze przed podpisaniem umowy sprawdźmy dokładnie wszystkie koszty kredytu. To właśnie na nich zarabiają banki i inne instytucje finansowe.

Zwracajmy szczególną uwagę na oferty rat nieoprocentowanych. Mogą okazać się tylko pozorną okazją. Często takie kredyty są obciążone np. obowiązkowym ubezpieczeniem. Zdarza się, że koszty takiego ubezpieczenia wynoszą nawet 40 proc. wartości kredytu. Jeśli nie wiemy dokładnie na co zwrócić uwagę sprawdzając cenę kredytu, poprośmy sprzedawcę, żeby wszystko dokładnie wyjaśnił. Mamy prawo do jasnej odpowiedzi. Spytajmy, ile dokładnie trzeba będzie oddać kredytodawcy. Zapytajmy czy jeśli raty są nieoprocentowane, to faktycznie biorąc 1 tys. złotych kredytu za rok zapłacisz tę samą kwotę? Warto przy okazji spytać o tzw. RRSO, czyli całkowity, rzeczywisty, roczny koszt kredytu. Wtedy będziemy mieli jasność, ile wydajemy np. na prezenty, które kupimy za pożyczkę.

Sprawdź różne oferty

Na rynku nie brakuje kredytodawców. Wybór jest naprawdę duży. Spokojnie możesz porównać proponowane dostępne oferty i wybrać tę najbardziej korzystną. Nie decyduj się na pierwszą, na którą trafisz. Poszukaj takiej, która najbardziej pasuje do twoich potrzeb i możliwości finansowych. Szukaj zaufanych instytucji, omijaj te o nieznanej marce i podejrzanej reputacji. Warto zwrócić też uwagę, czy pożyczka jest bardzo łatwo dostępna. Ta, choć kusząca, z reguły jest niestety także droga. A to dlatego, że pożyczkodawca wysokimi kosztami kompensuje sobie wysokie ryzyko niespłacania kredytu przez innych pożyczkobiorców.

Ile pożyczyć, by nie wpaść w tarapaty przy spłacaniu?

– Jak bardzo by nie kusiło świętowanie na raty, pamiętajmy by upewnić się, że będziemy w stanie spłacić świąteczne długi – ostrzegają specjaliści z Kredyt Inkaso. Sprawdź domowy budżet. Podsumuj zarobki i obecne obciążenia kredytowe. Na koniec uwzględnij raty planowanej pożyczki świątecznej. Jeśli w tym rachunku przychodów i wydatków łączne raty pożyczek przekraczają 50 proc. dochodów, lepiej na razie zrezygnować z kolejnego kredytu. Przekroczenie tego progu może prowadzić do pętli zadłużenia i ostatecznie bankructwa. Taka sytuacja dotyczy blisko 20 proc. osób, które mają na swoich kontach pożyczone pieniądze. Oczywiście im niższe dochody tym ostrożniejszym trzeba być rozważając zaciąganie pożyczek.

Gdy zaciągniesz pożyczkę i nie radzisz sobie ze spłatą

Zdarza się, że zaciągniemy pożyczkę i z różnych względów nie dajemy sobie rady z jej spłatą. – W takiej sytuacji najgorszym wyjściem jest unikanie kontaktu z wierzycielem i udawanie, że jakoś to będzie – podkreślają eksperci z firmy windykacyjnej Kredyt Inkaso. Dlatego powiadom wierzyciela o zaistniałym problemie. Firmie windykacyjnej zależy na odzyskaniu wierzytelności, więc będzie starała się pomóc w ułożeniu twojego planu wyjścia z długu. Pamiętaj, że możecie porozumieć się w sprawie wstrzymania odsetek, obniżenia raty albo nawet negocjować umorzenie części długu.

Czy na pewno musisz pożyczać na święta?

Polacy lubią świętować na bogato. Wiele osób nie waha się spłacać świątecznych wydatków przez długie miesiące. A może lepiej skromniej, ale na plusie? Święta to okres, w którym handlowcy kuszą zewsząd reklamami i promocjami. Często konsumenci dają się niestety skusić agresywnemu marketingowi, i to mimo braku wystarczających środków. Windykatorzy Kredyt Inkaso w trakcie swojej pracy zauważyli zależność – pożyczając przesadzamy z wydatkami, które spokojnie mogą poczekać. Telewizor, nowe AGD, to nie są produkty pierwszej potrzeby.

Może warto więc dwa razy zastanowić się przed zaciągnięciem pożyczki, czy naprawdę jest nam ona teraz potrzebna? Może dojdziemy do wniosku, że lepiej świętować skromniej, a w Nowy Rok wejść bez długów?

NIK o warunkach leczenia na oddziałach dziecięcych w szpitalach województwa warmińsko-mazurskiego

Szpitale powiatowe w warmińsko-mazurskiem mają kłopoty z zapewnieniem na oddziałach dziecięcych warunków leczenia, spełniających wymagane prawem standardy. Zastrzeżenia NIK budzi głównie nieodpowiedni stan sanitarny pomieszczeń, brak zabezpieczeń przeciwpożarowych oraz wykorzystywanie aparatury medycznej bez wymaganych przeglądów technicznych. W województwie brakuje lekarzy pediatrów, stąd trudności szpitali z zapewnieniem niezbędnej kadry medycznej.

Aż w sześciu z siedmiu skontrolowanych szpitali stan sanitarno-techniczny pomieszczeń oddziałów dziecięcych, a także miejsc przygotowywania i wydawania posiłków był niezgodny z przepisami prawa. Pomieszczenia nie były właściwie wyposażone i brakowało w nich wymaganych środków czystości. W jednym szpitalu leki nie były należycie zabezpieczone przed nieuprawnionym dostępem. Wszystkie szpitale nierzetelnie opracowały tzw. Programy dostosowania, które następnie powinny realizować. Nie przewidziały w nich np. właściwego wyposażenia izolatek czy konieczności zapewnienia możliwości obserwacji dzieci poprzez ścienne przeszklenia.

Nie we wszystkich szpitalach warunki pobytu dzieci w salach chorych były zadowalające. Na przykład, w jednym ze skontrolowanych szpitali w salach o powierzchni zaledwie 7 m2 ustawiono po dwa łóżka chorych, zaś w innym szpitalu, w sali o powierzchni 50 m2 umieszczono aż osiem takich łóżek. W niektórych szpitalach rodzicom lub opiekunom chorych dzieci nie zapewniono natomiast godziwych warunków przebywania z dziećmi w godzinach nocnych, proponując noclegi wspólnie z dzieckiem na jednym łóżku lub w salach zlokalizowanych zupełnie poza oddziałem. Część szpitali wymagała od rodziców ponoszenia kosztów takich noclegów. Nie jest to działanie niezgodne z prawem, jednak rekomendowana przez Ministerstwo Zdrowia „Europejska Karta Praw Dziecka w Szpitalu” zaleca, aby pobyt rodziców w szpitalu nie narażał ich na dodatkowe koszty.

NIK zwraca uwagę także na nieprawidłowości w wykorzystaniu urządzeń medycznych do przeprowadzania badań i zabiegów. W szpitalach były one wykonywane z użyciem aparatury nie poddanej obowiązkowym przeglądom technicznym. Takie postępowanie nie gwarantuje odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa pacjentów i personelu medycznego, może też powodować niewłaściwe odczyty parametrów zdrowotnych. Trzeba pamiętać, że w przypadku niektórych urządzeń medycznych (np. pomp infuzyjnych) ich niesprawność może być zagrożeniem dla prawidłowego przebiegu leczenia.

W trakcie kontroli okazało się, że nie wszystkie szpitale były w stanie zapewnić pełny stan medycznej obsady kadrowej. Dwa z nich miały trudności ze znalezieniem lekarzy pediatrów. Z tego powodu Narodowy Fundusz Zdrowia w umowach z tymi szpitalami w kolejnych latach obniżył wartość kontraktu.

NIK w wyniku kontroli zaleciła starostom zwiększenie wsparcia finansowego szpitali, aby były w stanie poprawić warunki leczenia pacjentów. Izba wskazała również na konieczność wzmożenia nadzoru nad tymi szpitalami przez NFZ. W związku z występującymi trudnościami w zatrudnieniu lekarzy pediatrów, Wojewodzie Warmińsko-Mazurskiemu Izba zasygnalizowała potrzebę zwiększenia liczby miejsc kształcenia podyplomowego lekarzy w tej specjalności.

J. Piechociński: Zamierzamy wspierać młode firmy technologiczne. Nowy projekt ustawy o działalności gospodarczej trafia do konsultacji

0

CEO Magazyn Polska

Do konsultacji międzyresortowych i społecznych w ciągu kilku dni trafi projekt nowej ustawy Prawo działalności gospodarczej, który ma zastąpić dotychczasową Ustawę o swobodzie działalności gospodarczej. Zmiana ma pomóc szczególnie mikrofirmom i start-upom. – Szczególnym zadaniem jest zapewnienie dostępu do kapitału i zbudowanie otoczenia biznesowego, zwłaszcza dla powstających firm – zapowiada wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński.

W ostatnich dniach kierownictwo Ministerstwa Gospodarki przyjęło założenia nowego, ważnego aktu prawnego Prawa działalności gospodarczej, o swobodzie gospodarczej wracającej duchem do ustawy Wilczka, czyli sukcesu polskiej wolności gospodarczej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Piechociński.

Chodzi o nowy projekt ustawy Prawo działalności gospodarczej, która ma zastąpić dotychczas obowiązującą Ustawę o swobodzie działalności gospodarczej. Wicepremier zapewnia, że prace nad projektem są tak zaplanowane, by ustawa weszła w życie przed końcem obecnej kadencji parlamentu, czyli w ciągu 11 miesięcy. W tym tygodniu projekt trafi do konsultacji międzyresortowych i społecznych. Jego celem jest ułatwienie działania i rozwoju zwłaszcza niedużym firmom z sektora nowoczesnych technologii.

– Globalne firmy informatyczne wchodzą na polski rynek nie ze względu na jego chłonność, lecz ze względu na takie czynniki, jak nowoczesna bankowość internetowa czy już 1,5-proc. udział Polski w światowym rynku produkcji i sprzedaży gier – przekonuje J. Piechociński.

Jak przewiduje minister gospodarki, w perspektywie 2020 r. sektor nowoczesnych usług technologicznych ICT będzie stanowił 13,5 proc. PKB.

– W ostatnich latach staliśmy się europejskim hubem sektora BPO, usług na rzecz firm globalnych, o czym świadczy stworzenie 150 tys. miejsc pracy. Dzisiaj oferujemy takie usługi w 32 językach świata, lecz za pięć lat musimy je zapewniać w co najmniej 50 językach – stwierdza wicepremier.

Zwraca też uwagę na to, że na polskim rynku działają nie tylko światowe i europejskie koncerny, nie tylko krajowi potentaci (m.in. Asseco, Comarch), lecz także mniejsze podmioty, które rosną razem z rynkiem.

– Dlatego musimy wspierać równie intensywnie także małe dopiero powstające firmy, które w ciągu 10-15 lat mogą okazać się wielkim polskim, europejskim lub nawet światowym sukcesem. Równie ważne jest mądre wykorzystanie środków w nowej perspektywie unijnej dla przedsiębiorczości, dla innowacyjności, dla sektora B+R, dla nowych technik i technologii – wymienia Piechociński.

Na poczet sektora MSP dotychczas przeznaczono 2,8 mld zł, co przynosi m.in. takie efekty. Dodaje, że należy obalać mity i neutralizwoać negatywne skojarzenia związane z przedsiębiorcami oraz próbować wykorzystać kapitał ludzki, szczególnie w sektorze ICT, oprogramowania i informatyki.

Jak zwraca uwagę Janusz Piechociński, nowe, bardziej przyjazne regulacje są niezbędne w zbliżających się nowych warunkach obecności Polski w handlowym programie stowarzyszeniowym Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi.

– Przeregulowana przepisami i kosztami administracyjnymi gospodarka europejska zderzy się z wolniejszą, bardziej rynkową, zasobniejszą w kapitał gospodarką amerykańską, która w wyniku wzrostu efektywności wydobycia gazu i ropy z zasobów łupkowych w ciągu najbliższych lat będzie miała jeszcze tańszą energię – mówi wicepremier.

Negocjacje rozpoczęły się w 2013 r. Ich celem jest wprowadzenie strefy wolnego handlu między gospodarkami UE i USA. Szacuje się, że zmiany mogą po obydwu stronach przynieść wzrost obrotów handlowych o około 200 mld euro rocznie oraz wygenerować 2,5 mln miejsc pracy.

Ponad 40-procentowy wzrost wartości Energi w pierwszym roku notowań na GPW

Energa SA obchodzi rocznicę debiutu na Giełdzie Papierów Wartościowych. Inwestorzy mają dziś powody do zadowolenia – w tym czasie wartość Spółki wzrosła o ponad 40 proc., a Zarząd konsekwenie realizuje deklaracje z okresu IPO, w tym politykę dywidendową. 

Debiut Energa SA, który miał miejsce 11 grudnia 2013 roku, poprzedzony był największą od ponad trzech lat ofertą publiczną o wartości 2,4 mld zł. Oferta zakończyła się sukcesem, a do nowych akcjonariuszy trafiło 34,18 proc. akcji spółki. Kapitalizacja Energi w pierwszym dniu notowań wynosiła 7 mld zł, rok później to niemal 10 mld zł, czyli o ponad 40 proc. więcej. W ciągu tego roku spółka awansowała do najważniejszych indeksów – początkowo do WIG40, by po chwili znaleźć się w gronie „blue chips” z WIG30, gromadzącym największe spółki z warszawskiej giełdy. Potem przyszedł czas na międzynarodowe indeksy: MSCI Poland oraz FTSE All World.

Wchodząc na parkiet warszawskiej giełdy Energa postawiła na defensywny model biznesowy, jak i najwyższą rentowność, efektywność i oszczędny plan inwestycyjny. Strategia Grupy koncentruje się na regulowanym segmencie dystrybucji, produkcji energii ze źródeł odnawialnych oraz podnoszeniu jakości obsługi klienta.

Nadrzędny cel –  tworzenie wartości dla akcjonariuszy – spółka realizuje poprzez utrzymanie  profilu działalności o niskim ryzyku biznesowym i bezpiecznej strukturze kapitału, Na systematyczną poprawę wyników wpływ ma też coraz większa efektywność funkcjowania spółki i całej Grupy. Jej kilkuletnia, głęboka restrukturyzacja oraz uporządkowanie według segmentów produkcyjnego, handlowego i usługowego, pozwoliło zmniejszyć liczbę spółek, zoptymalizować zatrudnienie, sposób i koszty funkcjowania.  Stabilną pozycję finansową spółki potwierdzają oceny ratingowe agencji Fitch i Moody’s, na poziomie odpowiednio BBB oraz Baa1.

– Źródłem naszego dotychczasowego powodzenia wśród inwestorów jest spokojny, przewidywalny model biznesowy, który pozwala nam na generowanie zysku przy niskim poziomie ryzyka. Inwestorzy cenią stabilność i przewidywalność. Dobrze też zarządzamy aktywami, w ostatnich kwartałach wykazaliśmy wysoką rentowność i kolejną poprawę efektywności biznesowej. Duże znaczenie ma także fakt, że konsekwentnie wywiązujemy się z deklaracji, jakie składaliśmy przed giełdowym debiutem, zwłaszcza w zakresie polityki dywidendowej – ocenia  Mirosław Bieliński, Prezes Zarządu Energa  SA.

Zdolność do wypłaty wysokiej dywidendy jest jedną z najistotniejszych wartości spółki. 10 czerwca ENERGA po raz pierwszy jako spółka giełdowa podzieliła się z akcjonariuszami zyskiem. Stabilna pozycja finansowa i dobre wyniki pozwoliły przekazać akcjonariuszom 414 mln zł, czyli 1 zł na akcję. Jednostkowe wyniki wypracowane po 3 kwartałach tego roku potwierdzają zdolność wypłaty wysokiej dywidendy także za rok. Zgodnie z polityką opisaną w prospekcie emisyjnym, Zarząd zamierza rekomendować wypłatę zysku na poziomie 500 mln, a w kolejnych latach kwotę wypłaconą za 2014 rok, zindeksowaną o poziom równy bądź wyższy niż stopa inflacji.

– Patrząc na wyniki Energi, jestem przekonany że jej wejście na giełdę otworzyło nowy rozdział w historii spółki i stworzyło szanse dalszego rozwoju. Mamy nadzieję, że Energa, która tak dobrze jest przyjmowana przez inwestorów, dalej będzie korzystać przy realizacji swoich planów inwestycyjnych właśnie z Giełdy Papierów Wartościowych jako atrakcyjnego źródła pozyskania kapitału na inwestycje – mówi Paweł Tamborski, Prezes Zarządu GPW.

W ciągu roku obecności na giełdzie Energa odnotowała pierwsze sukcesy: znalazła się w gronie Liderów Rynku Kapitałowego i nagrodzona została przez Giełdę Papierów Wartościowych za największą wartość oferty publicznej w 2013 r. W 15. edycji konkursu Giełdowa Spółka Roku spółka wyróżniona została przez redakcję Pulsu Biznesu, a w badaniu relacji inwestorskich spółek z WIG30 prowadzonym przez Gazetę Giełdy Parkiet, ENERGA zajęła miejsce tuż za podium, co zważywszy na krótki staż  giełdowy jest dużym osiagnięciem. We wrześniu spółka otrzymała także logo „Odpowiada inwestorom” – tytuł przyznawany przez redakcję Pulsu Biznesu spółkom, które regularnie komunikują się z inwestorami indywidualnymi w ramach prowadzonej przez dziennik „Akcji Inwestor”.

Energa  na Giełdzie:

  • Indeksy: WIG30, WIG Enegia, WIG, MSCI Poland, FTSE All World
  • Roczne maksimum: 25,27 zł
  • Roczne minimum:14.52 zł
  • Raporty analityczne: 32, w tym 16 z rekomendacją kupuj
  • Ratingi: Moody’s Baa1 – perspektywa stabilna, Fitch BBB – perspektywa stabilna

Korzystanie z wód powierzchniowych ma być płatne dla wszystkich. Resort środowiska pracuje nad nowym Prawem wodnym

0

Ministerstwo Środowiska wprowadzi zasadę odpłatności za korzystanie z wód powierzchniowych. Tego wymaga od Polski prawo unijne. Dziś z tej opłaty zwolnione są niektóre branże. W nowym Prawie wodnym znajdą się również rozwiązania mające usprawnić zarządzanie gospodarką wodną – pojawią się nowe instytucje i zasady. Ustawa ma rozwiązać także problem lokalnych podtopień.

Wprowadzamy zasadę odpłatności za korzystanie z wody. Chcemy doprowadzić do sytuacji, w której będziemy całkowicie zgodni z prawem europejskim. Oczywiście pamiętamy o wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie Niemiec, bo on doprecyzowuje zasady pobierania opłat, ale jednak ta zasada musi być w Polsce wprowadzona – mówi Stanisław Gawłowski, wiceminister środowiska.

Tego wymaga Ramowa Dyrektywa Wodna 2000/60/WE z 2000 roku, która ustanawia ramy wspólnotowego działania w dziedzinie polityki wodnej. ETS w niedawnym wyroku w sprawie KE przeciw Niemcom stwierdził, że płacić za wodę powinny firmy i branże, które negatywnie oddziałują na jej stan. Dziś z opłat za korzystanie z wód powierzchniowych zwolnione są np. firmy energetyczne, które i tak płacą za wodę na podstawie umów.

To jedna ze zmian, którą wprowadza przygotowana przez resort środowiska nowa ustawa Prawo wodne. Propozycja przepisów trafiła do konsultacji.

W Polsce od dłuższego czasu pojawiają się głosy mówiące o tym, że trzeba uporządkować zarządzanie gospodarką wodną – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Gawłowski. – Trzeba doprowadzić do sytuacji, w której na jednej rzece będzie wyłącznie jeden gospodarz. Dzisiaj możliwe jest, by kto inny zarządzał wałami przeciwpowodziowymi, kto inny – korytem rzeki, a jeszcze inny – międzywalem.

W projekcie ustawy resort proponuje ograniczenie liczby organów i instytucji z piętnastu zajmujących się żeglugą śródlądową i regionalnych zarządów gospodarki wodnej do ośmiu. Będzie to sześć urzędów gospodarki wodnej (zgodnie z podziałem Polski na układ hydrograficzny – w Szczecinie, Poznaniu i Wrocławiu oraz Gdańsku, Warszawie i Krakowie) i dwa zarządy: Dorzecza Wisły i Dorzecza Odry.

Rzeki duże, o znaczeniu ogólnokrajowym, lub graniczne będą utrzymywane przez zarządy. Pozostałe – te o znaczeniu regionalnym lub lokalnym – będą przypisane marszałkom województw. Przygotowane przepisy zwiększą rolę wojewodów w zarządzaniu tymi terenami w zakresie działań przeciwpowodziowych, m.in. realizacji koniecznych inwestycji i utrzymaniu infrastruktury przeciwpowodziowej.

Samorządy gmin przejmą odpowiedzialność za utrzymanie melioracji szczegółowych. Do tej pory melioracja szczegółowa jest zadaniem własnym właścicieli nieruchomości i jakość jej utrzymania jest bardzo słaba. Zdecydowaliśmy się również rozwiązać ten problem. Mamy świadomość, że początkowo może to budzić różnego rodzaju emocje, ale bez rozwiązania problemu związanego z melioracją szczegółową nie uda się uporządkować spraw związanych z lokalnymi podtopieniami – podkreśla Stanisław Gawłowski.

Pieniądze na ten cel mają być pozyskiwane z opłat uiszczanych do gminy przez właścicieli gruntów, którzy odniosą korzyści z urządzeń melioracji wodnych. Do końca 2020 r. gminy dodatkowo otrzymają dotacje z budżetu państwa na dofinansowanie wydatków związanych z utrzymywaniem wód i urządzeń wodnych.

Na przedświątecznym sezonie zakupowym korzystają również fast foody, kawiarnie i restauracje

Im lepiej radzi sobie gospodarka, tym chętniej Polacy jadają poza domem. IV kwartał jest wyjątkowo dobry dla barów szybkiej obsługi, kawiarni i restauracji – sprzyja im sezon zakupowy i zwiększony ruch w galeriach handlowych. Restauratorzy wierzą w siłę trwającego trendu.

Tradycyjnie III i IV kwartał to dla restauratorów lepsza połowa roku. W grudniu zwiększone obroty to efekt sezonu zakupowego przed Bożym Narodzeniem.

W naszych restauracjach rosną transakcje, co jest bardzo dobrym prognostykiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Mroczyński, dyrektor ds. strategii z AmRest, która zarządza w Polsce takimi markami, jak KFC, Pizza Hut, Burger King czy Starbucks.

Większy ruch w restauracjach i fast foodach to jednak nie tylko efekt sezonowy. Coraz większa zamożność społeczeństwa i zmiana przyzwyczajeń powodują, że Polacy chętniej jadają poza domem.

Branża jest bardzo mocno skorelowana ze wzrostem gospodarczym, a ten trwa nieprzerwanie od 25 lat i z tego korzystamy – mówi Mroczyński. – Polacy zmieniają swoje przyzwyczajenia, coraz częściej wychodzą do restauracji i m.in. dzięki temu możemy rozwijać naszą działalność w takim tempie jak dziś.

Zapowiada, że w przyszłym roku spółka będzie koncentrować się na rozwoju marek, które już ma w portfelu, i rynków, na których już jest obecna.

– Tradycyjnie planujemy skupić się na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej z markami KFC, Burger King, Starbucks oraz Pizza Hut. Poza tym regionem pragniemy rozwijać nasze własne marki – La Tagliatella w Hiszpanii oraz Blue Frog w Chinach – stwierdza dyrektor ds. strategii AmRest.

Szczególnie z chińską marką firma wiąże duże nadzieje. Już teraz Blue Frog notuje najwyższą sprzedaż w strukturze AmRest.

– Istnieje szansa, że będziemy jedną z polskich spółek, która odniesie olbrzymi sukces w Chinach – przekonuje Wojciech Mroczyński.

Łączna liczba restauracji w portfelu AmRestu to 781. Spółka założyła na ten rok plan 90 otwarć nowych restauracji i wyniki po III kwartałach wskazują, że uda się zbliżyć do tej liczby (w III kwartale otworzyła ich 21). Zapowiada, że w przyszłym chce zachować tempo otwarć, widząc duży potencjał na każdym z rynków .

AmRest Holdings SE jest największą firmą prowadzącą sieć restauracji w Europie Środkowo-Wschodniej. Działa w oparciu o franczyzę znanych brandów oraz rozwija własne marki.

Kurs akcji spółki od kilku miesięcy znajduje się w trendzie wzrostowym (w ciągu 4 miesięcy wzrósł o ponad 50 proc.), co wynika z poprawiających się wyników finansowych AmRestu (m.in. wzrost zysku EBITDA w trzecim kwartale 2014 r. o 30 proc. w stosunku do roku poprzedniego oraz wzrost sprzedaży o 9,9 proc. w takim samym okresie).

Krótkoterminowy wynajem samochodów zdobywa popularność w wielu miastach na świecie. W Polsce na razie w planach

System krótkoterminowego wynajmu samochodów może zrewolucjonizować miejski transport na całym świecie. Umożliwia on szybki dostęp do pojazdu i odstawienie go w dowolnym miejscu. Dodatkowym plusem jest minutowe rozliczanie wypożyczenia. Na taki wynajem zdecydowały się już m.in. Daimler (Car2Go) i BMW (DriveNow, we współpracy z Mini i siecią wypożyczalni Sixt). Jest szansa na to, że w przyszłości taka możliwość pojawi się w Polsce.

System DriveNow BMW działa obecnie w miastach niemieckich (Monachium, Berlinie, Hamburgu, Kolonii i Düsseldorfie) oraz w Wiedniu i San Francisco. Tylko w Niemczech korzysta z niego 360 tys. użytkowników. Mimo krótkiego okresu działalności firma odnosi duże sukcesy.

Naszym pierwszym celem było osiągnięcie zysku – ten zamiar został osiągnięty, więc teraz zaczynamy się rozwijać. Planujemy rozszerzenie działalności do 15 europejskich i 10 północnoamerykańskich miast. Sprawdzamy te lokalizację i tworzymy listę miast, które bierzemy pod uwagę. Nie mogę powiedzieć nic więcej na temat tego, kiedy i gdzie będziemy, ale na pewno zamierzamy się rozwijać – mówi Michael Fischer z DriveNow.

Nie zdradza jednak, czy wśród rozważanych lokalizacji są również miasta w Polsce. Uruchomienie krótkoterminowego wynajmu aut w kraju zapowiada jednak Car2Go. Według planów system miał ruszyć w Warszawie na początku 2015 roku. System spółki należącej do Daimler AG działa w 29 miastach w Europie i Ameryce Północnej, korzysta z niego ponad 800 tys. osób. Do dyspozycji mają niewielkie smarty, w większości z napędem elektrycznym.

DriveNow to konkurent Car2Go. Obie firmy proponują rozbudowany system wynajmu aut w mieście. Jak podkreślają inicjatorzy takich systemów, dzięki nim jest szansa na ograniczenie ruchu pojazdów prywatnych w dużych metropoliach i odciążenie zatłoczonych ulic. W wielu przypadkach skorzystanie z auta wynajmowanego może być wygodniejsze i tańsze niż poruszanie się po mieście własnym samochodem.

Podstawowa zasada naszego systemu to elastyczność – tłumaczy Michael Fischer. – W tradycyjnych wypożyczalniach auto trzeba było odstawić do miejsca, w którym zostało wypożyczone. W DriveNow można wypożyczyć samochód z jakiegokolwiek miejsca w mieście i zostawić w dowolnym punkcie.

Żeby zacząć wynajmować, potrzebna jest karta członkowska – dostaje się ją po zarejestrowaniu się na stronie internetowej lub w aplikacji mobilnej. Cały proces zamawiania odbywa się online. Aplikacja wskazuje klientowi znajdujący się najbliżej samochód, ten otwiera go kartą i rozpoczyna podróż. Po dotarciu do celu samochód można zaparkować w dowolnym miejscu i zamknąć go za pomocą karty. W tym samym momencie ponownie staje się on dostępny w aplikacji. Opłaty pobierane są według taryfy minutowej, płaci się więc za rzeczywisty czas korzystania z auta. Klient nie musi więc wcześniej deklarować, jak długo będzie z niego korzystał.

Jak podkreśla Fischer, system DriveNow wyróżnia się flotą aut wyższej klasy. Mimo że ich eksploatacja oznacza dla firmy wyższe koszty, nie planuje ona wprowadzenia do oferty tańszych pojazdów.

Auta z wyższej półki to nasza cecha charakterystyczna. Nie chcemy tego zmieniać – mówi Fischer. – Klientom ta oferta się podoba, proponujemy samochody, których wielu z nich nie kupiłoby dla siebie prywatnie ze względu na wysoką cenę. Do dyspozycji są więc MINI i BMW. To pojazdy dobre do każdego celu, można nimi pojechać na zakupy, lotnisko czy wybrać się gdzieś z przyjaciółmi, a w ładny dzień można skorzystać z kabrioletu.

DriveNow cieszy się największą popularnością w Niemczech, gdzie z systemu korzysta regularnie ok. 360 tysięcy klientów.

W Polsce jest miejsce na nowe hotele. Mimo że średnia frekwencja w obiektach to ok. 40 proc.

Polska jest na ostatnim miejscu w Unii Europejskiej pod względem liczby łóżek w hotelach w stosunku do liczby mieszkańców. To stwarza potencjał do rozbudowy bazy noclegowej. Z drugiej strony średnie zapełnienie to mniej niż 50 proc., co oznacza, że nie w pełni wykorzystujemy potencjał już istniejących obiektów. Nowe hotele mogą powstawać w dużych miastach i najciekawszych turystycznie miejscach.

–  Jeśli ustawiamy Polskę w szeregu krajów UE pod względem wskaźnika liczby łóżek na 10 tys. mieszkańców, to znajdziemy się na ostatnim miejscu z liczbą około 40-50 łóżek. Na pozór mamy więc jeszcze dużo miejsca do budowy nowych hoteli – mówi agencji Newseria Biznes Ireneusz Węgłowski, prezes Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego.

To jednak dotyczy tylko wybranych segmentów oraz wybranych lokalizacji. Zdaniem Węgłowskiego większa baza hotelowa jest potrzebna w największych miastach, np. w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu, oraz w miejscowościach atrakcyjnych turystycznie. W tych lokalizacjach już dziś występuje większa niż średnia krajowa frekwencja w hotelach. Mają one również duży potencjał, by generować większy ruch turystyczny. Jak podkreśla prezes IGHP, w skali kraju zapełnienie hoteli nie jest najwyższe. Średnia frekwencja notowana w Polsce w skali całej branży wynosi około 40-43 proc., czyli wykorzystywane jest mniej niż pół istniejącego potencjału.

– W hotelach sieciowych wskaźnik ten jest nieco wyższy, tak samo w miastach, ale w skali całego kraju to około 40 proc.– dodaje Węgłowski.

Jak informował niedawno Orbis, w okresie od stycznia do września br. hotele tej sieci zanotowały średnią frekwencję na poziomie 61,5 proc. Był to wynik o 1,7 pkt proc. lepszy niż w tym samym okresie w 2013 roku.

Zdaniem prezesa IGHP w wielu miejscowościach frekwencja spada w weekendy. Dotyczy to np. obiektów, które specjalizują się w obsłudze ruchu biznesowego. Liczba rezerwacji w hotelach rośnie latem, kiedy najwięcej Polaków udaje się na wakacje.

– Hotele miejskie, które obsługują ruch biznesowy, również mają niższą frekwencję. Z drugiej strony wszystkie okresy zarówno świąteczne, jak i weekendowe w sposób naturalny ją obniżają – mówi Ireneusz Węgłowski.

Z danych GUS wynika, że w połowie 2013 roku w Polsce działało 2 107 hoteli – o 4,6 proc. więcej niż w 2012 roku (2 014). W tym czasie najwięcej przybyło hoteli cztero- i pięciogwiazdkowych. Natomiast z tegorocznego raportu „Rynek Hotelarski w Polsce” (wydanie specjalne miesięcznika „Świat Hoteli”) wynika, że na koniec I połowy br. funkcjonowało w kraju 2 458 skategoryzowanych hoteli, w których do dyspozycji gości było ponad 117 tysięcy pokoi oraz ponad 233,5 tys. miejsc noclegowych.

Największy udział w bazie hotelowej (liczony liczbą miejsc noclegowych) mają hotele trzygwiazdkowe (42,7 proc.), a najmniejszy – te w najwyższym standardzie (5,7 proc.). Węgłowski podkreśla, że w dużych miastach przeważają hotele trzygwiazdkowe i wyższe, które też notują najwyższe frekwencje.

Dolny segment, czyli hotele klasy ekonomicznej – w przypadku Orbisu to hotele Ibis, w innych sieciach np. Campanile, również notują wysokie frekwencje. To najczęściej łączy się z konkretnym powodem przyjazdu, takim jak imprezy sportowe czy duże wydarzenia kulturalne. Tam, gdzie jest aktywność miasta w organizowaniu tego typu imprez, frekwencje będą wyższe – podsumowuje Węgłowski. – Poza dużymi ośrodkami, czy to gospodarczymi, czy akademickimi, znajdują się zwykle hotele o charakterze pobytowym lub SPA – tu kategorie są bardziej zróżnicowane, ale to też jest górny segment.

W tym samym raporcie wskazano, że w ubiegłym roku największe zaangażowanie inwestorów odnotowano w segmencie hoteli czterogwiazdkowych (ok. 60 proc. inwestorów).

Wydatki na marketing w sieci rosną najszybciej. Reklamodawcy coraz bardziej wymagający

Rynek reklamy internetowej rośnie w Polsce bardzo szybko. Biorąc pod uwagę również wzrost segmentu mobilnego może to być nawet 50 proc. rocznie. Budżety, jakie firmy inwestują w reklamę online, rosną kosztem mediów tradycyjnych, głównie prasy. Marketerzy jednak coraz częściej oczekują mierzalnych efektów kampanii w sieci.

Dom mediowy ZenithOptimedia Group ocenia, że łączna wartość wydatków reklamowych netto na koniec roku przekroczy 6,5 mld zł. Oznacza to ich wzrost o 1,8 proc.

Rynek reklamy internetowej rośnie dziś około 20 proc. rok do roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Pruszczyński, prezes zarządu SARE, firmy organizującej kampanie marketingowe w sieci. – Nasza branża rośnie bardziej dynamicznie, ponieważ wchodzimy też w usługi na urządzenia mobilne. Tutaj rośniemy około 70 proc. rok do roku, a cała branża o ok. 50 proc.

ZenithOptimedia Group ocenia ostrożniej – wydatki na reklamę w internecie mogą w tym roku wzrosnąć o 12,2 proc. Najszybciej rozwijają się treści wideo. Eksperci doceniają również potencjał kanału mobilnego – dziś 12 proc. ruchu na polskich stronach internetowych generowane jest przez urządzenia mobilne, co znajduje odzwierciedlenie w wydatkach reklamodawców.

Dynamiczne wzrosty w tym segmencie negatywnie odczuwają inne media. Z raportu wynika, że spadną wydatki na reklamę w prasie: o 14,9 proc. w magazynach, zaś o 16,1 proc w gazetach codziennych. Na reklamę telewizyjną firmy wydadzą tylko o 2,1 proc. więcej niż w zeszłym roku.

Coraz większa część budżetów na reklamę przeznaczana jest na kampanie internetowe, kosztem reklamy w telewizji czy prasie – potwierdza Tomasz Pruszczyński. – Jednocześnie naszymi klientami są zarówno działy marketingu, jak i działy sprzedaży – związane jest to z użytecznością naszych narzędzi do bezpośredniego wsparcia sprzedaży.

Jak podkreśla, rosnące nakłady na kampanie w sieci powodują, że marketerzy coraz większą wagę przywiązują do ich wymiernych efektów, do tzw. twardych danych.

Na dzisiejszym rynku coraz większe znaczenie ma wymierność prowadzonych działań. Marketerzy liczą na to, że pieniądze wydane na marketing, szybko przełożą się na realne zyski. Oczekują, że będziemy im dostarczali narzędzi, które te dane pokażą. W porównaniu z latami poprzednimi dzisiaj marketerzy coraz bardziej skłaniają się ku wymiernym liczbom, a nie ku ładnym obrazkom – mówi prezes SARE.

Firmy z branży jednoznacznie wskazują, że dziś kluczowe dla skuteczności reklamy online jest trafienie do odpowiedniej grupy odbiorców. Reklamodawcy oczekują narzędzi inteligentnie śledzących internautów, które pomogą precyzyjnie wskazać potencjalnego odbiorcę produktów czy usług danej firmy.

Dzięki dostarczanym przez nas informacjom nasi klienci mogą być bliżej swojego konsumenta, a tym samym mogą mu sprzedać więcej – podkreśla Pruszczyński.

Orbis rośnie w siłę. Podpisał już umowę o przejęciu hoteli Accoru, przymierza się też do kolejnej inwestycji w Gdańsku

0

CEO Magazyn Polska

Orbis zamierza rozwijać swoją sieć hoteli od Bałtyku po Adriatyk i Morze Czarne. W Polsce chce mieć m.in. kolejny hotel w Gdańsku.  W Europie Centralnej i na Bałkanach zamierza inwestować szczególnie w tych krajach, w których baza hotelowa dopiero się rozwija.

7 stycznia Orbis sfinalizuje umowę ze swym francuskim właścicielem Accorem, od którego za ponad 142 mln euro kupuje 38 hoteli, 8 hotelowych projektów oraz przejmuje licencję na prowadzenie marek Accoru w 16 krajach Europy Środkowej.

– Oprócz tego inwestujemy w kraju mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ireneusz Węgłowski, wiceprezes zarządu Orbisu. Nie dość, że modernizujemy swoje hotele, to rozpoczęliśmy inwestycję budowy hotelu 200-pokojowego klasy Mercure w Krakowie. Przyglądamy się również innym lokalizacjom, między innymi w Gdańsku.

Za niemal 19 mln zł Orbis kupił w Krakowie niespełna 2 tys. mkw. gruntu, na którym powstać ma czterogwiazdkowy hotel. Jego otwarcie zaplanowano na 2016 rok, a koszt inwestycji spółka szacuje na 100 mln zł. Obok inwestycji w budowę oraz zakupów gotowych hoteli spółka chce poszerzać swą sieć franczyzową.

Sądzę że kilkanaście hoteli, licząc w najbliższych kilkunastu miesiącach, będziemy dodawali do grupy, do sieci hoteli Orbisu – podkreśla Ireneusz Węgłowski. One będą pracowały głównie w sieci albo Ibis Styles albo Mercure, bo to dwie główne marki, które rozwijamy na terenie Polski. Dodatkowo trzeba powiedzieć, że jesteśmy obecni z naszymi deweloperami w takich państwach, jak Litwa, Łotwa czy Estonia.

Po sfinalizowaniu umowy z Accorem Orbis chce rozpocząć ekspansję aż po Bułgarię, Macedonię i Chorwację.

Idziemy na południe zapowiada wiceprezes Orbisu. – To jest bardzo duży obszar do zagospodarowania. 7 stycznia, kiedy podpiszemy końcowa umowę i przejmiemy całe to terytorium, będziemy musieli uruchomić naszych deweloperów, którzy będą szukali odpowiednich miejsc lokalizacji hoteli.

Umowa z Accorem oznacza, że w sieci Orbisu znajdą się kolejne hotele położone głównie w dużych miastach, ponad 75 proc. z nich zlokalizowanych jest w stolicach poszczególnych państw.

To nas bardzo cieszy, bo one bardzo poprawiają wskaźnik ryzyka w tej transakcji ocenia wiceprezes Węgłowski. Ponadto we wszystkich tych krajach jest pewien potencjał rozwoju sieci w drodze podpisywania umów franczyzowych. Tu już niekoniecznie będziemy celowali w miasta stołeczne.

Polska, kraje bałtyckie oraz Czechy albo Węgry to są rynki ustabilizowane, na których jest dużo hoteli. Orbisowi bardziej niż na pozyskiwaniu nowych obiektów zależy na tym, by zwiększyć efektywność działania już zarządzanych hoteli. Czyli stawia głównie na restrukturyzację ich działalności, by zwiększyć efektywność tych obiektów.

Inne rynki, jak chociażby kilka krajów, w których jeszcze nie ma hoteli Accoru, z markami accorowskimi, to jest pole do popisu w sferze rozwoju sieci deklaruje przedstawiciel Orbisu. Będziemy szukali tam możliwości zdobywania bądź nowych hoteli, nowo budowanych, bądź tych, które już są, ale nie mają jeszcze marki międzynarodowej. Będziemy starali się skłonić właścicieli i operatorów do podpisania umowy franczyzowej.

Polskie projekty w świetle prac Grupy Zadaniowej EBI i KE ds. identyfikacji potrzeb inwestycyjnych w UE

Grupa Zadaniowa (Task Force) pod przewodnictwem Europejskiego Banku Inwestycyjnego i Komisji Europejskiej wypracowała i opublikowała dziś listę projektów, które mogłyby być sfinansowane w ramach Planu Inwestycyjnego KE, tzw. planu Junckera. To efekt niespełna dwumiesięcznych prac, z aktywną rolą Polski, która przyczyniła się zarówno do powołania Grupy Zadaniowej, jak i wypracowania jej raportu. Wśród prawie 2000 projektów inwestycyjnych zgłoszonych przez państwa członkowskie o łącznej wartości 1,3 bln euro w ciągu najbliższych 3 lat mogą być zrealizowane projekty o wartości 500 mld euro. Wśród tych projektów znajduje się ponad 250 projektów zidentyfikowanych przez Polskę, o łącznej wartości ponad 130 mld euro. Promocja inwestycji pobudzających wzrost gospodarczy w Europie to jeden z polskich priorytetów.

W związku z brakiem poprawy sytuacji gospodarczej w strefie euro i UE, pomimo pewnych oznak ożywienia na początku 2014 r., w UE toczy się dyskusja o sposobach pobudzenia wzrostu gospodarczego. Podczas wrześniowego, nieformalnego posiedzenia ministrów finansów w Mediolanie podkreślone zostało kluczowe znaczenie inwestycji dla tworzenia podstaw ożywienia gospodarczego w Europie. Szczególnym priorytetem dla  ministrów finansów było poszukiwanie rozwiązań na rzecz pobudzenia inwestycji publicznych i prywatnych dla wsparcia wciąż słabego wzrostu gospodarczego w UE.

Po spotkaniu w Mediolanie, z inicjatywy prezydencji włoskiej pod auspicjami EBI i KE utworzona została Grupa Zadaniowa (Task Force), której celem była pilna identyfikacja potrzeb inwestycyjnych w Europie. W pracach grupy uczestniczyły wszystkie państwa członkowskie. Głównym zadaniem grupy było przygotowanie listy projektów inwestycyjnych, których realizacja mogłaby przyczynić się do zwiększenia wzrostu gospodarczego w UE oraz analiza barier utrudniających ich wdrożenie. Projekty zgłoszone przez państwa członkowskie i Komisję Europejską, po usunięciu barier blokujących ich wprowadzenie, mogłyby zostać zrealizowane w ciągu najbliższych kilku lat. Projekty te musiały spełniać kryteria określone przez Grupę Zadaniową – m.in. musiały być uzasadnione ekonomicznie, przyczyniać się do poprawy funkcjonowania jednolitego rynku oraz tworzyć podstawy do trwałego wzrostu gospodarczego w Europie.

Z uwagi na ryzyko przedłużonej stagnacji w Europie oraz powiązania naszej gospodarki z rynkami unijnymi promocja inwestycji pobudzających wzrost gospodarczy w Europie jest jednym z polskich priorytetów. Polska jest jednym z animatorów dyskusji toczącej się na forum Rady ECOFIN o potrzebach pobudzenia wzrostu gospodarczego w UE. Braliśmy  również aktywny udział w pracach Grupy Zadaniowej i w przygotowaniach raportu końcowego grupy.

Polska zidentyfikowała ponad 250 projektów o łącznej wartości ponad 130 mld euro, które spełniały kryteria określone przez Grupę Zadaniową. Największą grupę naszych propozycji stanowiły projekty w sektorze transportowym (63,9 mld euro), energetycznym (33,5 mld euro), infrastrukturze społecznej (16 mld euro) oraz z obszaru zasobów naturalnych i środowiska (13,3 mld euro). Wartość polskich projektów zgłoszonych w obszarze gospodarki cyfrowej i ICT wyniosła ok. 6 mld euro.

Dodatkowo Komisja Europejska, przygotowała własną listę propozycji, na której umieściła ok. 120 projektów już wcześniej zgłoszonych przez Polskę, o łącznej wartości ok. 60 mld euro. Zdecydowaną większość na tej liście stanowią projekty w sektorze transportowym (ponad 48 mld euro). Na liście znalazły się również projekty z sektora energetycznego, obszaru infrastruktury społecznej, opieki zdrowotnej i edukacji.

Przygotowanie listy projektów pomogło w oszacowaniu potrzeb inwestycyjnych w Europie oraz identyfikacji projektów, które mogłyby zostać pobudzić wzrost gospodarczy w UE. W związku z krótkim czasem, jaki Grupa Zadaniowa miała na opracowanie tej listy, ma ona głównie charakter ilustracyjny. Faktyczna liczba projektów inwestycyjnych możliwych do realizacji jest znacznie większa. Dlatego też lista ta będzie otwarta na nowe projekty. Po weryfikacji będzie ona stanowić istotny wkład do zasobu projektów (project pipeline) tworzonego przez Komisję Europejską w ramach Planu Inwestycyjnego dla Europy. Utworzenie zasobu o znaczeniu europejskim da prywatnym inwestorom rzetelne i przejrzyste informacje o potencjalnych przedsięwzięciach inwestycyjnych i umożliwi ukierunkowanie dostępnego kapitału na ich realne potrzeby inwestycyjne.