Rebranding mBanku wyróżniony w globalnym konkursie

Koncepcja rebrandingu marki mBank została uznana za jedną ze 100 najlepszych na świecie w plebiscycie Rebrand 100 Global Awards 2014. Projekt przygotowany przy wsparciu warszawskiej agencji BNA doceniono w kategorii Distinction obok takich marek jak American Airlines, T-Mobile czy Stanley.

Rebrand 100 to najbardziej prestiżowy i rozpoznawalny międzynarodowy konkurs oceniający projekty związane z repozycjonowaniem marek. Co roku jury składające się z ludzi biznesu, designerów i członków kadr kierowniczych największych światowych firm wybiera przykłady najefektywniejszych transformacji brandów. Do tegorocznego konkursu zgłaszano koncepcje przygotowane między styczniem 2011 roku a wrześniem 2013 roku.

mBank został wyróżniony za udane połączenie komunikacji wizualnej czterech marek – mBanku, MultiBanku, BRE Banku oraz BRE Private Banking & Wealth Managemen – pod jednym, nowym szyldem.

Standard wizualny marki mBank został przygotowany w pięciu wersjach kolorystycznych, które zmieniają się w zależności od oferty i grupy klientów. Dodatkowo logotyp przyjmuje różne kształty, a ikony dopasowane są do konkretnych produktów i miejsc, w których się znajdują. Za kreację odpowiedzialna była agencja BNA (dawniej Brand Nature Access), która wcześniej dwukrotnie została nagrodzona na Rebrand 100 – za projekty identyfikacji wizualnej marek Empik oraz Reserved.

– Głównym zadaniem tego projektu było stworzenie z czterech skrajnie różnych  marek finansowych jednej, spójnej identyfikacji nowoczesnego banku uniwersalnego. Zależało nam, by projekt był elastyczny i mógł pomieścić dotychczasową różnorodność operującego w różnych segmentach banku. Wykreowaliśmy system, który z jednej strony daje gwarancję jednolitości, a z drugiej wiarygodnie utrzymuje i kontynuuje specjalizację tworzących go marek  – mówi Mariusz Przybył, Strategic Direktor w firmie BNA.

Wyróżnienie w konkursie Rebrand 100 to nie jedyny przykład na to, że rebranding mBanku został zauważony i doceniony za granicą. Jego nowa koncepcja wizualna została nagrodzona złotem na prestiżowym konkursie Transform Awards 2014 w Londynie. Nowy design mBanku dostał również brązową nagrodę na Polskim Festiwalu Reklamy 2014.Rebranding mBanku wyróżniony w globalnym konkursie 1

Stosunek Polaków do wprowadzenia euro w czerwcu

Warszawa, 27 czerwca 2014 r. – W czerwcu 72 proc. Polaków było przeciwnych wprowadzeniu euro w Polsce.

W stosunku do poprzedniego miesiąca odsetek przeciwników spadł o 3 punkty proc. Obecnie 41 proc. Polaków zdecydowanie jest przeciwnych przyjęciu przez Polskę euro, a raczej przeciwnych jest 31 proc.

Odsetek zwolenników przyjęcia euro wzrósł w porównaniu do pomiaru majowego. Obecnie jest ich łącznie 21 proc. Zdecydowanych zwolenników jest 5 proc., 16 proc. respondentów raczej poparłoby wprowadzenie euro.

Jedynie 7 proc. badanych nie ma w tej kwestii zdania.

Żadna z podstawowych zmiennych społeczno-demograficznych nie wpływa istotnie na opinie dotyczące przyjęcia wspólnej waluty euro. W większości grup wiekowych, wykształcenia, pozycji zawodowej, klasy wielkości miejscowości, dominuje odsetek przeciwników przyjęcia euro i wynosi od 70 do 80 proc. Jedynie wśród  respondentów lepiej wykształconych (specjaliści, urzędnicy, studenci) oraz mieszkańców Warszawy odsetek przeciwników spada odpowiednio do 64 i 48 proc.

Wyraźne zróżnicowanie opinii  na temat przyjęcia euro występuje wśród elektoratów dwóch największych ugrupowań. Przeciwnicy przyjęcia euro zdecydowanie liczniej występują wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości (81 proc.) niż wśród wyborców Platformy Obywatelskiej (57 proc.).

Informacje o badaniu
Czerwcowa fala badania została przeprowadzona w dniach  5-8 czerwca 2014 r. na podstawie reprezentatywnej imiennej próby Polaków w wieku 15+, wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020. Wywiady zostały zrealizowane metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów CAPI.Stosunek Polaków do wprowadzenia euro w czerwcu 2

Podpisanie umów na system TYTAN

W dniu 26 czerwca 2014 roku w siedzibie PCO S.A. w Warszawie miało miejsce podpisanie umowy na realizację pracy rozwojowej oraz umowy ramowej na przyszłe dostawy systemu TYTAN dla Sił Zbrojnych RP. W uroczystości wzięli udział m.in. Czesław Mroczek – sekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej, płk dr Adam Duda – I z-ca Szefa Inspektoratu Uzbrojenia oraz gen. dyw. Janusz Bronowicz – Inspektor Wojsk Lądowych.

Podpisanie umów jest ukoronowaniem trwających od blisko półtora roku negocjacji pomiędzy zamawiającym – Inspektoratem Uzbrojenia, a Konsorcjum złożonym z 13 podmiotów polskiego przemysłu obronnego pod egidą PCO S.A. Oprócz polskich przedsiębiorstw w składzie Konsorcjum znalazły się również instytuty naukowo-badawcze oraz Wojskowa Akademia Techniczna.

Przedmiotem negocjacji były kwestie związane ze złożoną architekturą systemu (integracja 27 elementów) oraz z prawami własności intelektualnej do wyników pracy ZISW TYTAN.

Jednym z elementów uroczystości było zwiedzanie wystawy prezentującej propozycję rozwiązań elementów wyposażenia systemu żołnierza przyszłości. Przedstawione zostały m.in. celownik modułowy dzienny CMD-1 Szafir, monokular noktowizyjny MU-3M „KOLIBER” oraz celownik termowizyjny SCT „RUBIN” (PCO S.A.), karabinek kalibru 5,56 mm w układzie kolbowym MSBS, 40mm granatnik podwieszany do karabinka oraz nóż-bagnet do karabinka (FB Radom) oraz radiostację osobistą żołnierza (WB Electronics, Radmor). Ponadto zaprezentowano głowice optoelektroniczne i kamery termowizyjne produkcji PCO S.A.

Ostatnim punktem uroczystości była konferencja prasowa z udziałem ministra Mroczka oraz Prezesa Kardasza. Minister Mroczek podkreślał, że kluczowym celem projektu jest wzrost potencjału obronnego oraz wzrost konkurencyjności polskiego przemysłu obronnego. Armia ma zamówić kilkanaście tysięcy zestawów żołnierza przyszłości, powstałych w wyniku prac rozwojowych prowadzonych przez konsorcjum. Prezes PCO S.A. Ryszard Kardasz zaznaczył, że część elementów systemu, takich jak celownik SCT RUBIN już istnieje, jednak będą one musiały być dostosowane do wymagań całości systemu.

Pierwsze dostawy zestawów TYTAN nastąpią w 2018 roku, po pozytywnym zakończeniu pracy rozwojowej realizowanej w latach 2014 – 2017.

ENERGA w innowacyjnej współpracy koncerów energetycznych

Grupa ENERGA wspólnie z Eneą, PGE oraz Tauronem rozpoczęła współpracę w obszarze badań, innowacji i podnoszenia konkurencyjności. Prezesi czterech największych polskich przedsiębiorstw energetycznych podpisali list intencyjny w sprawie kooperacji w projektach badawczo-rozwojowych. To kolejna płaszczyzna współpracy Grupy ENERGA z pozostałymi polskimi grupami energetycznymi.

Głównym celem jest intensywne poszukiwanie rozwiązań technologicznych odpowiadających kluczowym wyzwaniom stojącym przed polskim sektorem energetycznym. Wyselekcjonowane projekty badawcze koncentrować się będą m.in. na redukcji emisyjności w procesie wytwarzania energii elektrycznej oraz zwiększeniu efektywności dystrybucji i wykorzystania energii. Istotne jest także rozwijanie inteligentnych sieci dystrybucyjnych i przesyłowych, które pomogą w realizacji projektów takich jak „inteligentny dom” czy magazynowania energii elektrycznej.

Skoordynowany proces prac badawczych dostarczy nie tylko wartość dodaną w postaci efektu skali i synergii technologicznej. Przyczyni się on również do pełniejszego wykorzystania polskiego potencjału naukowo-badawczego, co będzie stanowić istotny impuls rozwojowy dla regionalnych ośrodków akademickich, partnerów biznesowych i dla całej gospodarki.

Połączenie wysiłków partnerów porozumienia na płaszczyźnie projektów badawczo-rozwojowych, pozwoli także na efektywniejsze wykorzystanie funduszy na innowacyjność z Unii Europejskiej, które są dostępne w latach 2014-2020 oraz na łatwiejsze i bardziej elastyczne pozyskiwanie dodatkowego kapitału zewnętrznego.

W kolejnym etapie współpracy sygnatariusze listu planują wypracowanie optymalnych mechanizmów realizacji przedsięwzięć badawczo-rozwojowych, adekwatnych do wymagań regulacyjnych, formalno-prawnych oraz biznesowych.

Problemy z dostępem do sygnału telewizyjnego w Polsce wciąż aktualne. Powinny zostać usunięte przed wprowadzeniem powszechnej opłaty audiowizualnej

Po zakończeniu procesu cyfryzacji telewizji problem z dostępem do sygnału naziemnego ma wciąż ponad 0,5 mln osób, głównie na południu Polski, na terenach górskich. Choć to niewielki procent populacji, to biorąc pod uwagę plany wprowadzenia powszechnej opłaty audiowizualnej, takie biały plamy powinny zniknąć z mapy Polski – podkreślają eksperci. 

Należy wziąć pod uwagę możliwość dofinansowania przez Skarb Państwa odbioru tam, gdzie nie może zrealizować w inny sposób, również przez satelitę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Czech, dyrektor ds. rozwoju w Krajowej Izbie Gospodarczej.

Jego zdaniem jest to zadanie Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, które powinno przyjąć odpowiednie rozwiązania prawne w tym zakresie. Jak podkreśla, możliwości likwidacji białych plam daje oprócz satelity również telewizja kablowa i telewizja przez internet, a przy wyborze odpowiedniego sposobu powinien być brany pod uwagę koszt jego wdrożenia.

Brak dostępu do sygnału cyfrowej telewizji naziemnej dotyczy w zależności od multipleksu od 0,5 mln do 1 mln osób. Z informacji resortu administracji i cyfryzacji z końca kwietnia wynikało, że w przypadku MUX-1 i MUX-2 problemy z sygnałem miało ok. 1,5 proc. populacji kraju, a w przypadku MUX-3 – 0,5 proc.

Uzupełnianie sygnału kablowego przez satelitarny jest rozwiązaniem stosowanym z powodzeniem w innych krajach Europy, m.in. u naszych sąsiadów: w Czechach i na Słowacji – przekonuje Marcin Ornass-Kubacki, prezes zarządu Astra Central Eastern Europe. – Dzięki temu obywatel, który mieszka np. na terenach górzystych, gdzie nie dociera kablówka, może skorzystać z satelity.

Jacek Czech obawia się, że koszt związany z wprowadzeniem sygnału satelitarnego byłby zbyt wysoki dla budżetu w porównaniu z efektem, jaki może ono przynieść. W opinii prezesa Astry przekonanie dotyczące wysokich kosztów nadawania satelitarnego to utrwalony kilkanaście lat temu mit.

Mogę podać prosty przykład z Niemiec, gdzie jedna z większych komercyjnych grup telewizyjnych zaanonsowała niedawno, że zostaje tylko na satelicie i w kablu, a wychodzi z nadawania cyfrowego, ponieważ to nadawanie jest za drogie i nie zapewnia takich zasięgów, jakie ta telewizja by sobie życzyła – mówi Ornass-Kubacki. – Kiedy rynek satelitarny się rozwijał, to rzeczywiście koszty były wysokie. To tak jak z telefonami komórkowymi. Technika idzie do przodu, a konkurencja wymusza elastyczność.

Według Ornassa-Kubackiego w satelitarnym naświetleniu białych plam pomóc może technika spot beam, która to kieruje wiązkę kanałów telewizyjnych na określone terytorium. Takie rozwiązanie Astra stosuje w Wielkiej Brytanii, gdzie klientem firmy jest BBC.

Widzowi wystarczy tani dekoder i niewielka antena wielkości ok. 60 cm. Wtedy może odbierać kanały bez względu na to, gdzie się znajduje – przekonuje Ornass-Kubacki. – Co więcej w przypadku klęsk żywiołowych to jest na tyle istotne, że w przypadku telewizji naziemnej stacje bazowe, maszty mogą zostać podmyte czy zniszczone. Siłą rzeczy trudna będzie komunikacja z telewidzami, jeżeli trzeba ich ostrzegać. Satelita nie ma tych problemów, bo jest 36 tys. km nad Ziemią, i czy w danym miejscu jest powódź lub pożar, to absolutnie nie ma wpływu na nadawanie.

Dziś decyzja ws. członkostwa Litwy w strefie euro. Waluta europejska ma zabezpieczyć kraj przed Rosją

CEO Magazyn Polska

Przywódcy krajów UE mają zdecydować na kończącym się dziś szczycie o przyjęciu Litwy do strefy euro. Wobec kryzysu ukraińskiego przyjęcie euro przez kraje Europy Wschodniej nabrało dodatkowego znaczenia – zabezpiecza je przed ewentualnymi działaniami Rosji. Dla Litwy, która przyjmie wspólną walutę 1 stycznia przyszłego roku, jest to korzyść przewyższająca koszty wejścia do strefy. – Dla Polski jednak mimo rosyjskiego zagrożenia na razie lepiej jest pozostać poza strefą – przekonuje Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska.

 Kryzys ukraiński pokazał, że kraje bałtyckie ze względu na swoje położenie geograficzne mogą dodatkowo skorzystać z wprowadzenia wspólnej waluty euro. Stając się częścią tego dużego organizmu, jakim jest strefa euro, zwiększają swoje bezpieczeństwo  wyjaśnia Borowski.  To mówią przedstawiciele tych krajów, na przykład banku centralnego Estonii. Z tego punktu widzenia w przypadku Litwy występuje dodatkowa korzyść polegająca na wzmocnieniu bezpieczeństwa.

Wspólna waluta oznacza dla byłych republik dawnego ZSRR silniejszą więź z Zachodem, nie tylko psychologiczną. Uniemożliwia na przykład destabilizację litewskiej waluty przez Rosję, a w razie ataku na euro zapewnia krajowi potężne wsparcie wspólnoty.

Litwa wejdzie do strefy euro 1 stycznia przyszłego roku. Oznacza to dla niej rezygnację z możliwości dowolnego kształtowania polityki monetarnej i stymulowania w ten sposób gospodarki, ale w zamian dostaje możliwość współdecydowania o przyszłości Eurolandu. Litwa zdecydowała się na ten krok już kilka lat temu.

 Litwa już jedną nogą jest w strefie euro, ma sztywny kurs walutowy w stosunku do euro. Nie ma krajowej niezależnej polityki monetarnej, ma tzw. system izby walutowej. Co nie oznacza, że nie ponosi kosztów związanych z rezygnacją z możliwości prowadzenia krajowej polityki monetarnej, która może być czynnikiem łagodzenia wahań koniunktury, wspierania wzrostu gospodarczego wtedy, kiedy ten wzrost spowalnia  mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Borowski i dodaje, że korzyści wynikające z niższych stóp procentowych będą dla Litwy raczej niewielkie.

Zgodnie z informacjami Komisji Europejskiej Litwa spełnia wszystkie kryteria konieczne do przyjęcia euro: inflacja jest nie wyższa niż 1,5 punktu proc. powyżej średniej z trzech krajów unijnych o najbardziej stabilnym poziomie cen, deficyt finansów publicznych nie przekracza 3 proc. PKB, dług publiczny jest niższy niż 60 proc. PKB, a średnia długoterminowa stopa procentowa nie przekracza 2 proc. stopy procentowej trzech państw unijnych o najbardziej stabilnych cenach. Litwa zachowuje stały kurs lita już od lutego 2002 roku (1 euro to 3,4528 lita).

Zdaniem Borowskiego Polska jest w zupełnie innej sytuacji niż Litwa i z wejściem do strefy euro powinna poczekać, nawet gdyby już spełniała wszystkie warunki postawione przez Euroland. Teraz nasz kraj ma pełne możliwości decydowania o polityce monetarnej, co w niepewnej obecnie sytuacji gospodarczej strefy euro jest zaletą  w razie pogłębiania się kryzysu Polska nie ma ograniczeń choćby w kwestii zmiany stóp procentowych.

 Jeżeli w strefie euro pojawi się kolejna głęboka, długotrwała recesja, która doprowadzi również do spowolnienia wzrostu gospodarczego w Polsce, w takiej sytuacji lepiej być poza strefą euro niż w strefie. Dlatego Polska w dłuższej perspektywie powinna dążyć do członkostwa w strefie euro, natomiast te najbliższe kilka lat warto wykorzystać do tego, żeby przyjrzeć się temu, jak strefa euro radzi sobie z problemami zadłużenia  uważa główny ekonomista Credit Agricole w Polsce.

Ukraina podpisała gospodarczą część umowy stowarzyszeniowej z UE. Teraz kraj czekają lata pracy i ogromne koszty

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 2014-06-27 godz. 12:00

Ukraina podpisała dziś gospodarczą część umowy stowarzyszeniowej z UE. Podpisanie i ratyfikacja to jednak dopiero początek procesu dostosowywania tamtejszej gospodarki do wymogów unijnych. Na to potrzeba kilkunastu lat i kilkudziesięciu miliardów euro. Ukrainie ma to się jednak opłacić – zyska potężnego partnera gospodarczego, który oferuje ogromny rynek zbytu dla ukraińskich towarów. Problemem – poza pieniędzmi – jest polityka Rosji i budowana przez nią Unia Euroazjatycka. 

Umowa o pogłębionej strefie wolnego handlu oznacza, że Ukraina będzie miała zniesione taryfy mniej więcej na poziomie około 99 proc. w handlu z Unią Europejską  tłumaczy Elżbieta Kaca, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.  Oznacza to też, że będą zniesione bariery pozacłowe, czyli Ukraina będzie musiała wdrożyć unijne standardy techniczne i fitosanitarne oraz niektóre unijne przepisy w polityce konkurencji.

Ekspertka wyjaśnia, że po tym, jak Ukraina podpisze dziś gospodarczą część umowy stowarzyszeniowej, będzie ona tymczasowo obowiązywała do chwili, aż ratyfikują ją wszystkie państwa członkowskie UE. Zdecydowanie dłużej potrwa jednak sam proces jej wdrażania na Ukrainie.

Właściwie na Ukrainie zaczynamy od zera. Potrzebne są bardzo kompleksowe reformy, żeby rzeczywiście coś się zmieniało mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ekspertka PISM.  Mamy tam nadal do czynienia z systemem oligarchicznym, z bardzo wysokim poziomem korupcji, i trudno powiedzieć, czy obecni politycy w perspektywie długoterminowej tak naprawdę cokolwiek zmienią. Wiadomo, że po podpisaniu umowy najważniejsze jest jej wdrażanie, a ono jest obliczone na co najmniej kilkanaście lat.

Ukrainie to się ma jednak opłacić. Obecnie tylko 25 proc. eksportu ukraińskiego trafia na rynek unijny. Umowa znacznie ułatwi przepływ towarów. Według szacunków w perspektywie długoterminowej podpisanie tej umowy może prowadzić do wzrostu gospodarczego w wysokości 5 proc. PKB. Ale nie obędzie się bez trudnych dla Ukraińców zmian.

 Wdrożenie unijnych standardów będzie kosztem przede wszystkim dla małych i średnich przedsiębiorstw ukraińskich, które będą się musiały dostosować do unijnych standardów, w sektorze spożywczym do standardów ekologicznych. I niestety Unia nie da na to pieniędzy  mówi Kaca.  Pieniądze są zaplanowane na 7 lat, to jest około 11 mld euro, ale oczywiście to nie pokrywa kosztów, które wiążą się z wdrożeniem umowy handlowej. Przydałoby się pewnie jeszcze około kilkudziesięciu miliardów euro, ale niestety Ukraina nie jest państwem, które pretenduje do roli członka Unii Europejskiej.

Drugim problemem jest to, że umowa z UE stoi w konflikcie z rosyjskimi planami unii celnej. Ukraina ma obecnie strefę wolnego handlu z Rosją, ale podpisana miesiąc temu umowa o Euroazjatyckiej Unii Celnej między Rosją, Kazachstanem i Białorusią ma być czymś konkurencyjnym dla UE, a więc trudno sobie wyobrazić współistnienie obu organizacji na terytorium Ukrainy.

Reakcja rosyjska już od dwóch lat jest bardzo agresywna, jeżeli chodzi o projekt umowy handlowej z Unią. Rosja wiele zrobiła, żeby Ukraina nie podpisała tej umowy. Ale w obecnej chwili mamy już do czynienia z polityką faktów dokonanych, umowa będzie podpisana, więc potencjalnie tylko na poziomie ratyfikacji może to być zablokowane ocenia ekspertka PISM.

Orbis chce mieć 90 hoteli w Polsce i krajach bałtyckich. Ma szansę osiągnąć pozycję lidera w tej części Europy

0

CEO Magazyn Polska

Orbis planuje dalszy rozwój swojej sieci w Polsce i krajach bałtyckich, a docelowo chce rozbudować Grupę do 90 hoteli z 66 obiektów obecnie. To dałoby spółce pozycję niekwestionowanego lidera w tym regionie Europy. Potencjał rozwoju jest, bo w Polsce wciąż brakuje hoteli, szczególnie w segmencie średnim. Orbis zachęca klientów także innowacyjnymi rozwiązaniami, w tym cyfryzacją usług.

Naszą intencją jest posiadanie 90 hoteli w sieci, co jest bardzo ambitnym wyzwaniem. Nazywamy to celem krytycznym, po osiągnięciu którego powinniśmy być bezkonkurencyjnym numerem jeden w tym regionie świata – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Laurent Picheral, prezes zarządu Orbis SA. – Co miesiąc pozyskujemy średnio jeden hotel, czy to w formie podpisanej umowy, czy też zakończenia budowy i nowego otwarcia. To bardzo dobre tempo, które planujemy utrzymać i dzięki temu zapewnić Orbisowi pierwszoplanową rolę.

Orbis liczy na znaczny wzrost liczby hoteli w Polsce, bo jak zauważa prezes Picheral, rynek wciąż nie jest nasycony. Polska odstaje od krajów Europy Zachodniej w statystykach dotyczących liczby hoteli. Jak wynika z ostatnich dostępnych danych Eurostatu za 2012 r., w Polsce było ok. 675 tys. łóżek hotelowych. To ok. 17,5 łóżka na 1000 mieszkańców. Więcej łóżek jest nawet w niewielkich Czechach (ok. 750 tys., czyli 71 na 1000 mieszkańców) i Austrii (ok. 980 tys., 116 na 1000 mieszkańców). Najwięcej łóżek – ponad 5 mln – jest we Francji. W całej UE w 2012 r. było 29,8 mln łóżek hotelowych, co dawało średnią ok. 59 łóżek na 1000 mieszkańców.

Prezes Picheral podkreśla, że popyt w Polsce rośnie, ale rynek jest bardzo wymagający. Największy potencjał rozwoju jest w średnim segmencie, czyli hoteli 3- i 4-gwiazdkowych. Szef Orbisu dodaje, że szybko rośnie również rynek hoteli ekonomicznych, czyli jedno- i dwugwiazdkowych, a także sektor usług restauracyjnych.

Rynek w Polsce wymusza również nowe rozwiązania w zakresie zarządzania, m.in. poprzez franczyzę, a także nowych technologii – związane z zarządzaniem danymi, cyfryzacją i programami lojalnościowymi.

Cyfryzacja w biznesie hotelowym jest bardzo ważna. Lojalność gości jest także czymś, dzięki czemu chcemy lepiej służyć naszym klientom, pokazać im nasze nowe podejście. Wcześniej hotelarstwo było przygotowane jedynie na to, by odpowiedzieć na zapotrzebowanie klientów, teraz oczekują oni od nas przeżycia niepowtarzalnych doznań. Żeby móc oferować te unikalne doświadczenia, powinniśmy być aktywni i umieć przewidywać potrzeby gości – tłumaczy prezes Picheral.

Szef Orbisu podaje przykład usług mobilnego zameldowania i wymeldowania lub rezerwacji pokoju poprzez aplikację na smartfona, jest ona oferowana przez firmę. Takich udogodnień według niego oczekują obecnie klienci. Ocenia, że połączenie dobrych programów lojalnościowych i innowacji technologicznych pozwoli na poprawę wyników nie tylko w Orbisie, lecz także w całej branży hotelarskiej.

Komentarz indeksowy BossaFX 27 czerwca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 27 czerwca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

W Mikołajkach trwa najstarszy po Rajdzie Monte Carlo rajd samochodowy na świecie. Robert Kubica pierwszego dnia Rajdu Polski wypadł z trasy i zajmuje 12. pozycję

0

<Pierwszego dnia Rajdu Polski Krzysztofowi Hołowczycowi udało się uniknąć wypadku i po jeździe w równym tempie uplasował się na 16. pozycji, Robert Kubica na 12. Liderem wyścigu została francuska ekipa Sebastiena Ogiera i Juliena Ingrassia, startująca Volkswagenem Polo R WRC. Rozgrywany od 26 do 29 czerwca Rajd Polski jest drugim po Rajdzie Monte Carlo najstarszym rajdem samochodowym na świecie.

Trasa 71. edycji Rajdu została wyznaczona po szutrowej nawierzchni, a rajd będzie liczył 23 odcinki specjalne (OS) zlokalizowane głównie na Mazurach. Cztery z nich rozegrane zostaną po raz pierwszy na Litwie. W rozgrywkach bierze udział 11 ekip z Polski, m.in. Robert Kubica i Krzysztof Hołowczyc.

 – To zawody mające swoją własną specyfikę – podkreśla Marek Nawarecki, team manager Citroen Total World Rally Team. – Można wskazać na trochę podobieństw z Rajdem Finlandii, ale tu trasy są węższe, mają inny profil, a nawierzchnia jest bardziej miękka. Obaj zawodnicy naszej ekipy, Mads Østberg i Kris Meeke, mają doświadczenie w zawodach organizowanych w tego typu warunkach i dobrze się w nich czują.  
Drogi są całkiem dobre, można pojechać na nich bardzo szybko – uważa Kris Meeke, kierowca rajdowy. – Utrudnieniem mogą być korzenie, na które trzeba uważać, szczególnie przy jeździe ponad 200 km/h. Przy naszym doświadczeniu powinniśmy jednak wykonać dobry przejazd. 
Wyzwaniem dla uczestników Rajdu Polski może być także miękkość szutrowej nawierzchni.
 – Tutejsze trasy są dużo szybsze niż w Finlandii, jednak charakter dróg oraz zakręty wyglądają podobnie – uważa Mads Østberg, kierowca rajdowy. – Największej uwagi wymaga miękka nawierzchnia, która może sprawiać problemy. Trudno przewidzieć, jak będzie się na niej zachowywał samochód.
Podczas rajdu ogromną rolę odgrywa nie tylko doświadczenie i umiejętności kierowców, lecz także współpraca z technikami. Od 45 lat zespół Citroena współpracuje w tym obszarze z Totalem.
Środki smarne, za które odpowiada Total, są niezwykle istotne w niezawodności i trwałości podzespołów mechanicznych – podkreśla Marek Nawarecki z Citroen Total World Rally Team. – Wyzwaniem jest stworzenie oleju silnikowego, który tworzy powłokę o grubości kilku mikronów, jednocześnie redukując tarcie i znacznie zwiększając wydajność silnika.
Zespół Totala na bieżąco analizuje próbki oleju, próbując wyposażyć rajdowe Citroeny WRC w produkt dostosowany do aktualnych potrzeb załogi.

Polacy boją się inwestowania na rynku forex i niewiele wiedzą o rynkach walutowych

CEO Magazyn Polska

Świadomość Polaków dotycząca walutowego rynku forex jest bardzo niska, a opinia o nim – negatywna. Sytuacji tej nie zmienia fakt, że wielu Polaków, np. posiadacze kredytów we frankach, jest z tym rynkiem nieświadomie związanych. Profesjonalnie foreksem zajmuje się w naszym kraju niewiele osób, choć powoli zaczyna się to zmieniać.

– Forex jest w Polsce demonizowany, co jest moim zdaniem bardzo szkodliwe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Max Idzik z Traders Centre.

Jego zdaniem świadomość dotycząca funkcjonowania tego rynku i inwestowania na nim jest w Polsce bliska zera.

Większość ludzi po prostu się go boi. Porównanie, jakie mam z krajów azjatyckich, stawia polskie społeczeństwo gdzieś w prehistorii pod względem znajomości rynków. Grupa ludzi, która się zajmuje nimi na poważnie, jest bardzo mała. Oznacza to, że mamy dużą przestrzeń do działania i edukacji – dodaje Idzik.

Jak przekonuje, szanse zarobku na foreksie są większe niż na rynku giełdowym.

– Akcje WIG-u ruszają się dziennie o 20-30 punktów – mówi. – Tymczasem na foreksie z kilkudziesięciu par, którymi możemy operować, mamy po 100–150 punktów. Oznacza to, że możemy tam zarobić pięć razy więcej. Nie znaczy to, że nie ma tam pułapek, jednak można nauczyć się je omijać. Temu m.in. służy edukacja finansowa.

Podstawową pułapką jest tzw. lewar, czyli dźwignia. Oznacza to, że zarówno zyski, jak i straty mogą wielokrotnie przekroczyć zainwestowaną kwotę. Oblicza się, że dzienne obroty na światowym rynku forex to 5,5 biliona dolarów.

Dolar bierze udział w 87 proc. wszystkich transakcji na foreksie, a euro – w 33 proc. Dla porównania polski złoty uczestniczy w 0,7 proc. operacji. Jak przekonuje Idzik, są one najbardziej płynne, w związku z czym zrealizowanie zysku, czyli sprzedaż, jest możliwa w każdym momencie, najbardziej dla inwestora dogodnym. 

Zamierzamy promować instrumenty takie jak indeksy, a także oferować strategie dla osób, którzy traktują grę na foreksie jako główne źródło dochodów i przeznaczają na nią cały dzień pracy – mówi Idzik.

Forex to międzynarodowy rynek transakcji walutami. Nie ma on jednego punktu centralnego – składają się nań transakcje walutowe dokonywane w najróżniejszych miejscach świata. Ponieważ nie ma jednego centrum, takiego jak giełda, to rynek ten jest czynny non stop. Decentralizacja ta nie jest jednak nieograniczona: kluczową rolę na rynku forex odgrywają największe światowe banki, które są połączone elektroniczną siecią i tworzą rynek międzybankowy – Interbank. Dostarczają one produkty finansowe i samą walutę podmiotom takim, jak brokerzy czy inne instytucje finansowe. Te z kolei współpracują z innymi graczami – klientami indywidualnymi i biznesowymi. Potencjalne zyski na rynku są znaczne, jednak eksperci zwracają także uwagę na ponadprzeciętne ryzyko związane z inwestowaniem na foreksie.  

Powodzenie pre-IPO Private Equity Managers S.A. Spółka coraz bliżej GPW

0

Ponad 30% akcji sprzedano w drugiej transzy pre-IPO Private Equity Managers S.A. („PEManagers”), spółki dominującej w grupie kapitałowej podmiotów zarządzających aktywami alternatywnymi typu private equity. Sprzedającymi byli: spółka z grupy MCI i fundusz inwestycyjny, w którym MCI posiada pośrednio większość certyfikatów inwestycyjnych. W transakcji uczestniczyło 20 inwestorów powiązanych z Grupą kapitałową MCI, w tym instytucje finansowe – akcjonariusze MCI oraz osoby fizyczne (kadra zarządzająca oraz partnerzy i osoby współpracujące z MCI). W sumie w ramach dwóch etapów pre-IPO PEManagers do inwestorów trafiło już blisko 65 proc. akcji PEManagers. MCI podtrzymuje zamiar wprowadzenia jej na Rynek Główny GPW w IV kwartale 2014 r.

Grupa Private Equity Managers S.A. ma wiele do zaoferowania inwestorom. Posiada bardzo doświadczony zespół menedżerów zarządzający funduszami wyspecjalizowanymi w inwestycjach we wzrostowe rynki technologiczne i internetowe. Zamierza regularnie wypłacać dywidendę w wysokości co najmniej 50 proc. wypracowanego zysku netto, a przy tym wszystkim jest wyceniana atrakcyjnie, bo z dużym dyskontem, wobec porównywalnych podmiotów w Polsce i na świecie. To wszystko zdecydowało o tak dużym zainteresowaniu inwestorów ofertą pre-IPO – skomentował Tomasz Czechowicz, Prezes Zarządu Private Equity Managers S.A.

MCI poinformowało dziś o zakończeniu w dniu 26 czerwca 2014 drugiej fazy transakcji pre-IPO akcji PEManagers, która jest częścią operacji wydzielenia tej spółki z Grupy kapitałowej MCI i przygotowania do przeprowadzenia oferty publicznej akcji na warszawskiej giełdzie w tym roku. W drugiej części transakcji (pierwsza została rozliczona na przełomie marca i kwietnia br.) zbyto ponad 30 proc. akcji PEManagers. Akcje zostały nabyte przez instytucje finansowe będące akcjonariuszami MCI oraz osoby fizyczne związane z Grupą kapitałową MCI: kadrę zarządzającą oraz partnerów i osoby współpracujące z MCI.

Podsumowanie pre-IPO PEManagers

Proces pre-IPO, poprzedzający ofertę publiczną akcji Private Equity Managers S.A. zaplanowaną na IV kw. tego roku, został podzielony na dwa etapy, z których pierwszy zakończył się w na przełomie I i II kwartału br. Po rozliczeniu sprzedaży akcji w ramach drugiego etapu pre-IPO MCI Management S.A. posiada bezpośrednio i pośrednio ponad 6 proc. akcji w kapitale zakładowym Private Equity Managers. Pozostały pakiet 29,50 proc. akcji PEManagers należy do subfunduszu MCI.EuroVentures 1.0 wydzielonego w funduszu inwestycyjnym MCI.Private Ventures Funduszu Inwestycyjnym Zamkniętym, w którym MCI pośrednio poprzez swoje spółki zależne, posiada 100 % certyfikatów inwestycyjnych.

– Zgodnie z zapowiedzią zamknęliśmy cały proces pre-IPO w I półroczu. Sprzedaż 65 proc. akcji w tak krótkim czasie to dowód na to, że Spółka spotkała się z dużym zainteresowaniem inwestorów i jest gotowa do przeprowadzenia oferty publicznej akcji w IV kwartale tego roku – mówi Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management S.A. odpowiedzialny za projekt IPO Private Equity Managers.

 

Jacky Lacombe nowym prezesem Dalkii Warszawa

0

Jacky Lacombe Jacky Lacombe został mianowany nowym prezesem zarządu Dalkii Warszawa i 26 czerwca 2014 r. rozpoczął pełnienie obowiązków służbowych na tym stanowisku. Do tej pory Jacky Lacombe pełnił funkcję dyrektora operacyjnego Grupy Dalkia w Polsce, gdzie odpowiadał za działalność techniczno-operacyjną Grupy, politykę zakupów, jakości, ochrony środowiska i BHP.

Jacky Lacombe z wykształcenia jest inżynierem elektrykiem, absolwentem Ecole Nationale Superieure d’Ingenieurs w Tuluzie. Posiada wieloletnie doświadczenie w branży energetycznej na rynku polskim oraz we Francji. Od 1983 do 2008 roku związany był z grupą EDF, gdzie przeszedł wszystkie szczeble kariery menedżerskiej w energetyce jądrowej – od kierownika działu remontów do szefa wydziału inżynierii jądrowej na poziomie korporacyjnym. W latach 1998-2001 zarządzał pionem remontów i inwestycji oraz tworzył dyrekcję ds. jakości w Elektrociepłowni „Kraków”, natomiast przez kolejne pięć lat pełnił funkcję prezesa Kogeneracja SA.

Od 2008 r. Jacky Lacombe jest związany z Dalkią (Grupa Dalkia i EDF). W latach 2009-2013 był prezesem zarządu Dalkii Łódź, a ostatnio pełnił funkcję dyrektora operacyjnego Grupy Dalkia w Polsce. Do głównych zadań Jacky Lacombe na stanowisku prezesa Dalkii Warszawa należeć będzie opracowanie strategii spółki na najbliższe lata, a także wypracowanie harmonijnej współpracy z PGNiG Termika.

– Przyjąłem funkcję prezesa zarządu i dyrektora generalnego Dalkii Warszawa, gdyż chcę zaangażować się w budowanie filarów strategii, usprawnić funkcjonowanie spółki i przygotować ją pod kątem przyszłości. Chcę oferować klientom najlepsze rozwiązania energetyczne i konkurencyjne ceny. Odpowiada to sposobowi, w jaki realizuję swoje życie zawodowe: lubię wyzwania polegające na tworzeniu wizji, na ulepszaniu i doskonaleniu istniejących organizacji – mówi Jacky Lacombe, prezes Dalkii Warszawa.Jacky Lacombe nowym prezesem Dalkii Warszawa 3

TAURON kupuje paliwo tylko z polskich kopalń

TAURON Polska Energia kupuje węgiel energetyczny jedynie od polskich producentów. W 2014 roku zakupy węgla do celów energetycznych są na poziomie niższym niż w latach ubiegłych, co jest uzależnione wyłącznie od poziomu produkcji energii i ciepła oraz sytuacji na rynku.

Elektrownie i elektrociepłownie Grupy TAURON  spalają węgiel głównie z TAURON Wydobycie, Kompanii Węglowej, Katowickiego Holdingu Węglowego i Jastrzębskiej Spółki Węglowej.

TAURON Wydobycie – spółka wchodząca w skład Grupy TAURON – zapewnia obecnie ok. 40 proc. potrzebnego Grupie paliwa, co wynika z możliwości produkcyjnych kopalń wchodzących w skład TAURON Wydobycie (ZG Sobieski w Jaworznie, ZG Janina w Libiążu).

Równocześnie spółka górnicza Grupy prowadzi inwestycje mające na celu zwiększenie produkcji węgla, które pozwolą ten udział w najbliższych latach sukcesywnie zwiększać.

Należy  też podkreślić, że Grupa TAURON pokrywa zapotrzebowanie na energię swoich klientów w oparciu o własne wytwarzanie oraz polski hurtowy rynek energii.TAURON kupuje paliwo tylko z polskich kopalń 4

Unilever zainwestuje w młodych przedsiębiorców. Ponad 200 000 EUR do wygrania

0

Unilever wraz z Cambridge Institute for Sustainability Leadership (CISL) oraz Międzynarodowym Stowarzyszeniem Innowatorów Społecznych (Ashoka) po raz drugi ogłosił globalny konkurs, w ramach którego wyłonieni zostaną młodzi przedsiębiorcy, pracujący nad projektami realizującymi ideę zrównoważonego rozwoju. Wybrane osoby otrzymają wsparcie merytoryczne oraz finansowe w wysokości ponad 200 000 EUR.

Wyzwanie, które stoi przed uczestnikami konkursu Unilever Sustainable Living Young Entrepreneurs Awards, to opracowanie innowacyjnego, ale jednocześnie praktycznego projektu, przyczyniającego się do wdrażania idei zrównoważonego rozwoju, na której oparta jest strategia biznesowa firmy Unilever. Do udziału mogą zgłosić się wszystkie osoby poniżej 31. roku życia, które zaproponują produkt, usługę lub inne rozwiązanie, ograniczające negatywny wpływ na środowisko lub poprawiające zdrowie i warunki bytowe konsumentów poprzez zmianę ich przyzwyczajeń.

Konkurs to wspólna inicjatywa Unilever, Cambridge Institute for Sustainability Leadership (CISL), działającego przy jednym z najbardziej prestiżowych uniwersytetów na świecie, oraz Stowarzyszenia Ashoka, organizacji zrzeszającej ludzi wprowadzających nowe, niekonwencjonalne rozwiązania problemów społecznych. Autorzy siedmiu najlepszych projektów otrzymają wsparcie finansowe w wysokości ponad 200 000 EUR. Zostaną również objęci indywidualnymi programami mentorskimi oraz wezmą udział w 2-dniowych warsztatach organizowanych przez Uniwersytet w Cambridge, podczas których będą mogli skorzystać ze wskazówek światowej klasy ekspertów. Dodatkowo ostateczny zwycięzca całego konkursu wyróżniony zostanie nagrodą Jego Królewskiej Wysokości Księcia Walii.

Osoby zainteresowane uczestnictwem w konkursie mogą zgłaszać się poprzez platformę Ashoka Changemakers (http://www.changemakers.com/sustliving2014) do 2 sierpnia 2014 roku, do godziny 1:00 polskiego czasu. Lista finalistów zostanie ogłoszona pod koniec października, a warsztaty oraz ostateczne obrady jury odbędą się w styczniu 2015 roku.

W zeszłorocznej edycji konkursu udział wzięło ponad 500 młodych przedsiębiorców z 90 krajów. Zdobywca pierwszego miejsca, Gamal Albinsaid, 24-letni mieszkaniec Indonezji, otrzymał ponad 50 000 EUR, a jego rozwiązanie wdrażane jest na terenie całego kraju. Wśród finałowych propozycji znalazł się również m.in. pomysł stworzenia taniej karmy z nasion mango dla kurczaków hodowanych w Nigerii, czy też projekt toalet zwiększających oszczędności wody na terenach wiejskich w Peru.

– Wierzę, że to właśnie w młodych ludziach drzemie potencjał, który pozwoli nam zmierzyć się z wyzwaniami stawianymi przez współczesny świat w obszarze zrównoważonego rozwoju. Doskonałym tego dowodem są propozycje, nad którymi pracowali zeszłoroczni finaliści – komentuje Paul Polman, Prezes koncernu Unilever. – Już niedługo 50% populacji w krajach rozwijających się będą stanowili ludzie młodzi. To właśnie oni odpowiadają za przyszłość nas wszystkich, dlatego tak ważne jest dla nas inwestowanie w ich pomysły związane ze zrównoważonym rozwojem – podsumowuje Polman.

Nagroda Managera Roku dla Michała Skowronka z MasterCard

0

Warszawa, 25 czerwca 2014 r. – Michał Skowronek, Dyrektor Generalny na Polskę i Kraje Bałkańskie w MasterCard Europe, otrzymał tytuł Managera Roku w kategorii Innowacje w  konkursie organizowanym przez miesięcznik Manager. W uzasadnieniu podkreślono osiągniecia laureata we wdrażaniu i promowaniu innowacyjnych technologii płatniczych. Oficjalne wręczenie nagród odbyło się 23 czerwca br. podczas uroczystej Gali w Klubie Polskiej Rady Biznesu w Warszawie.

Michał Skowronek został wyróżniony przez Kapitułę Konkursu, pod przewodnictwem Andrzeja Arendarskiego, prezesa Krajowej Izby Gospodarczej, za wyjątkowe sukcesy w rozwoju innowacyjnych metod płatniczych. Krokiem milowym w karierze Michała Skowronka było skuteczne spopularyzowanie w Polsce technologii zbliżeniowej MasterCard PayPass™. Dziś  co trzecia transakcja kartami MasterCard® i Maestro® w Polsce przebiega w oparciu o tę właśnie technologię. Laureat nagrody miesięcznika Manager jest również odpowiedzialny za wprowadzenie na polski rynek płatności  zbliżeniowych telefonem, które zdobywają coraz większą popularność wśród konsumentów. Michał Skowronek kontynuuje wdrażanie i promocję innowacyjnych rozwiązań płatniczych dzisiaj już nie tylko na polskim rynku – jego osiągnięcia zaowocowały awansem na stanowisko Dyrektora Generalnego na Polskę i Kraje Bałkańskie.

„Cieszę się, że zostałem doceniony przez Kapitułę Konkursu i znalazłem się w wąskim gronie innowacyjnych, wyznaczających trendy i posiadających niestandardowe pomysły menedżerów. Tytuł Managera Roku to kolejny dowód na to, że nasze starania i upór w dostarczaniu i rozwijaniu innowacyjnych rozwiązań płatniczych prowadzone są we właściwym kierunku i spotykają się z zadowoleniem zarówno konsumentów, jak i ekspertów. To właśnie ich satysfakcja z naszych produktów jest inspiracją i najbardziej skutecznym motywatorem do naszych działań” – powiedział Michał Skowronek.

Nagrody Manager Award są przyznawane od 2010 roku wyjątkowym i odnoszącym sukcesy menedżerom. Celem konkursu jest wyróżnienie tych, którzy łączą wizję z wytrwałością i talentem zarządczym. Kapitułę Konkursu stanowią wybitni przedstawiciele świata biznesu i laureaci poprzednich edycji.Nagroda Managera Roku dla Michała Skowronka z MasterCard 5

ABC Data wypłaci dywidendę i przeprowadzi skup akcji własnych

0

W dniu 23 czerwca 2014 r. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy (WZA) spółki ABC Data S.A. z portfela Grupy MCI uchwaliło wypłatę 45,7 mln zł dywidendy z zysku za 2013 r., czyli 36 groszy na akcję. Przegłosowało również rozpoczęcie skupu akcji własnych (buy-buck), na który Spółka będzie mogła przeznaczyć 20 mln zł. Do Rady Nadzorczej dołączył Cezary Smorszczewski.

Doroczne WZA ABC Data S.A. zdecydowało o wypłacie w tym roku 45,7 mln zł dywidendy. Na kwotę składa się 36,3 mln zł zysku netto za 2013 rok, 1,4 mln zł kapitału zapasowego z zysku z lat ubiegłych oraz 8 mln zł z kapitału rezerwowego. Wielkość wypłaty dywidendy oznacza, że jej stopa wyniesie ok. 8,5 proc. i będzie jedną z najwyższych na warszawskim parkiecie w tym roku.  Ostatnim dniem z prawem do dywidendy będzie 30 czerwca a dniem wypłaty 14 lipca.

WZA podjęło również decyzję o rozpoczęciu buy-backu, na który Spółka będzie mogła przeznaczyć 20 mln zł. Zgodnie z założeniami opublikowanego we wtorek „Regulaminu skupu” ABC Data będzie mogła nabyć do 5 proc. swoich akcji znajdujących się wolnym obrocie po cenach z przedziału 1 – 6 zł. Skup będzie przeprowadzany do 30 marca 2015 roku lub do momentu wyczerpania środków na ten cel.

Decyzją WZA przeprowadzano także zmiany w składzie Rady Nadzorczej Spółki. Akcjonariusze ponownie powołali na okres trzyletniej kadencji Mirosława Godlewskiego oraz Marka Sadowskiego. Do składu Rady Nadzorczej dołączył również Cezary Smorszczewski, który zastąpi ustępującego ze stanowiska Członka Rady Nadzorczej Pana Hansa-Dietera Kemlera.

– Pragnę wyrazić wdzięczność Panu Hansowi-Dieterowi Kemlerowi za pracę, zaangażowanie i znaczący wkład w rozwój Spółki w ciągu ostatnich pięciu lat. Rozległa i praktyczna wiedza oraz kompetencje menadżerskie Pana Kemlera były kluczowe w osiągnięciu przez ABC Data SA pozycji czołowego dystrybutora IT w Europie Środkowo-Wschodniej. Chciałbym życzyć Panu Kemlerowi powodzenia w dalszej karierze zawodowej i mam nadzieję, że nasza owocna współpraca będzie kontynuowana przy innych ciekawych projektach – skomentował Tomasz Czechowicz, Członek Rady Nadzorczej i Wiceprezes Zarządu MCI Management S.A.

Brand24 wzmacnia ofertę Sztabu Antykryzysowego

Oferta Sztabu Antykryzysowego, jedynej na polskim rynku kompleksowej usługi wsparcia w sytuacjach kryzysowych, rozbudowana została o nową usługę. Do agencji MSLGROUP, firmy HRK oraz kancelarii Sołtysiński Kawecki & Szlęzak dołączył kolejny partner – Brand24, dostawca najpopularniejszego w Polsce narzędzia monitoringu Internetu*.

Sztab Antykryzysowy, pierwsza na polskim rynku kompleksowa usługa wsparcia firm w sytuacjach kryzysowych, łączy kompetencje z obszarów komunikacji, prawa i human resources. Projekt powstał w 2011 roku przy współpracy agencji MSLGROUP, firmy doradztwa personalnego HRK oraz kancelarii Sołtysiński Kawecki & Szlęzak. W ostatnim czasie kompetencje sztabu wzmocniła kolejna uznana marka – Brand 24 – najpopularniejsze w Polsce narzędzie monitoringu Internetu*.

– Idea, która przyświecała nam, gdy 3 lata temu powoływaliśmy Sztab Antykryzysowy do życia, to stworzenie kompleksowej usługi, zapewniającej naszym Klientom wsparcie w każdym obszarze, którego dotknąć może kryzys – mówi Renata Toczyska-Seliga, dyrektor odpowiedzialna za obszar komunikacji korporacyjnej w MSLGROUP. – Ostatnie lata przyniosły znaczące zmiany w zarządzaniu komunikacją w kryzysach. Planując działania prewencyjne lub reagując na już zaistniałe sytuacje nie można zapominać o sile Internetu. Dzięki Brand24 jesteśmy informowani o zaistniałych zdarzeniach w czasie rzeczywistym i możemy natychmiast na nie reagować – dodaje Toczyska-Seliga.

Sztab Antykryzysowy tworzy zespół doświadczonych w obszarze crisis & issue management konsultantów. Doskonale rozumiejąc wyjątkowe potrzeby elastyczności oraz tempa pracy w sytuacjach kryzysowych, pozostają oni do dyspozycji Klientów 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu.

– Brand24 to nie tylko narzędzie służące do monitoringu mediów, ale przede wszystkim źródło analiz i raportów dających kompleksową wiedzę na temat danej organizacji. Powinna ona być podstawą każdej dobrze opracowanej strategii zapobiegania lub zarządzania zaistniałą już sytuacją kryzysową. Wszystkie z zaangażowanych w projekt firm mają bogate doświadczenie w tym zakresie, więc łącząc swoje siły tworzymy unikatową na polskim rynku usługę – dodaje Michał Sadowski, prezes i twórca Brand24.

W ramach działań w obszarze komunikacji konsultanci odpowiadają m.in. za przeprowadzanie szczegółowych analiz przyczyn sytuacji kryzysowych, opracowywanie potencjalnych scenariuszy i schematów postępowania oraz prowadzenia biura prasowego (również występowanie w roli rzecznika prasowego). W zakresie prawa Sztab oferuje m.in. doradztwo przy procesach restrukturyzacji, podczas fuzji i przejęć oraz reprezentację we wszystkich rodzajach i na wszystkich etapach postępowań prokuratorskich oraz sądowych dotyczących nadużyć i przestępstw gospodarczych. W ramach wsparcia z zakresu HR Sztab m.in. pomaga pozyskiwać dla organizacji menedżerów z doświadczeniem w zarządzaniu zmianą, wdraża programy z zakresu employer branding oraz oferuje szkolenia i coaching dostosowane do indywidualnych potrzeb organizacji znajdujących się w sytuacjach kryzysowych.

Pełną ofertę Sztabu Antykryzysowego znaleźć można na stronie: www.sztab-antykryzysowy.pl.

* dotyczy monitoringu social media, na podstawie badania IRCenter „Rynek monitoringu i analizy social media 2013”.Brand24 wzmacnia ofertę Sztabu Antykryzysowego 6

Jerzy Jóźkowiak: Poczta Polska stawia na e-commerce

Poczta Polska rozwija ofertę dla sklepów internetowych. Nie chce koncentrować się tylko na transporcie i doręczaniu paczek, lecz także oferuje ubezpieczenia, bankowość oraz e-usługi. Klientów ma zachęcić właśnie kompleksowa oferta, dzięki której możliwe będzie obniżenie kosztów poszczególnych usług. E-commerce to jeden z sektorów, w który Poczta Polska inwestuje w ramach trwającej restrukturyzacji.

Rynek listów tradycyjnych maleje i będzie maleć. Handel internetowy z pewnością będzie się rozwijał – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Jóźkowiak, prezes zarządu Poczty Polskiej. – Już dzisiaj obsługujemy znaczną część małych i średnich przedsiębiorstw, teraz chcemy zaproponować im zintegrowaną ofertę. Nowa odsłona naszej strony internetowej ecommerce.poczta-polska.pl pokazuje nasze możliwości. Zamierzamy wykorzystać ten potencjał.

Usługi cyfrowe skierowane do małych i średnich przedsiębiorstw to zdecydowanie przyszłość Poczty Polskiej – zapewniają przedstawiciele spółki. Poczta dzięki rozwiniętej sieci swoich placówek i listonoszy jest największym w kraju operatorem logistycznym, co powoduje, że może oferować wachlarz usług z dostawą do domu. Już w ubiegłym roku inwestycje w nowe usługi przyniosły efekty. Dzięki możliwości odprawiania paczek przez internet i śledzenia przesyłek aż o 60 proc. wzrósł wolumen przesyłek kurierskich Pocztex.

W naszej grupie kapitałowej dysponujemy bankiem i usługami pocztowymi. Jeżeli teraz małemu i średniemu przedsiębiorcy damy możliwość obsługi poprzez platformę internetową z fizycznym dostarczaniem produktów, oferując jednocześnie możliwość rozliczenia w banku i ubezpieczenie, to sądzę, że klienci w pierwszej kolejności będą wybierać nas – ocenia Jerzy Jóźkowiak.

W ubiegłym roku przesyłki nadawane przez sklepy internetowe stanowiły ok. 25 proc. rynku paczkowo-kurierskiego. Z tego jedną trzecią obsłużyła Poczta Polska. Zarząd operatora liczy na to, że dzięki unikalnemu na rynku połączeniu w jednej ofercie wysyłki (Poczta Polska), bankowości (Bank Pocztowy), ubezpieczenia (Ubezpieczenia Pocztowe) i usług elektronicznych (Envelo) zdobędzie jeszcze silniejszą pozycję. Zakup usług w pakiecie pozwoli klientom na zmniejszenie jednostkowego kosztu usług.

Dodatkowo Poczta będzie oferować swoim klientom za pomocą specjalnej platformy możliwość łatwego zwrotu towaru zakupionego w internecie.

Inwestycje w rozwój nowych usług wpłynęły na wyniki finansowe Poczty Polskiej za ubiegły rok. Grupa Poczty Polskiej osiągnęła księgowy zysk w
wysokości 94 mln zł brutto. Wynik porównywalny grupy, uwzględniający inwestycje w kapitał ludzki, wyniósł blisko 200 mln zł brutto. To o ponad 25 proc. więcej niż rok wcześniej. Jóźkowiak podkreśla, że ta zwiększona zdolność generowania zysku to bardzo dobra wiadomość.

Według prezesa Poczty dwa najważniejsze parametry w okresie restrukturyzacji to właśnie zysk porównywalny oraz przepływy pieniężne. Obydwa mają bardzo dobre wartości. W ubiegłym roku przychody Grupy Poczty Polskiej przekroczyły 6,5 mld zł i choć były o 3,4 proc. niższe niż rok wcześniej, to cięcia kosztów w dużej mierze kompensowały ten spadek. Na inwestycje w 2013 r. spółka przeznaczyła 250 mln zł.

Z perspektywy firmy, która przechodzi głęboką restrukturyzację, nie stawiamy na maksymalizację zysku, ponieważ staramy się inwestować w firmę, w jej przyszły rozwój, w szkolenia oraz w nasze spółki, np. Pocztę Polską Usługi Cyfrowe, która rozwija platformę Envelo – podkreśla Jóźkowiak. – Zakładamy, że następne lata też będą pozytywne. Kiedy przejdziemy przez fazę głębokiej restrukturyzacji, wynik będzie wzrastał, bo taki jest cel działania każdego zarządu w spółce akcyjnej.

Crowdfunding może być alternatywą dla kredytów w bankach

CEO Magazyn Polska

Crowdfunding, czyli finansowanie inwestycji przez zwykłych ludzi wykupujących tzw. cegiełki, jest w Polsce jeszcze stosunkowo mało znany. Z drugiej jednak strony tę właśnie metodę stosowali lub stosują czołowi przedsiębiorcy, a także organizacje non-profit. Finansowanie społecznościowe jest regulowane przez prawo i może być dobrą alternatywę dla usług bankowych.

Mogłoby się wydawać, że crowdfunding to nowy pomysł, który w Polsce dopiero raczkuje, a tymczasem to stara idea – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Mroczka, prezes zarządu Rank Progress SA. – Wielcy przedsiębiorcy, którzy są pierwsi na listach najbogatszych na świecie, korzystali z crowdfundingu, realizowali według tego pomysłu społecznościowe finansowanie. Chodzi w tym o to, by podzielić się ewentualnym zyskiem z ludźmi, dzięki czemu staną się oni potencjalnymi udziałowcami takiego przedsięwzięcia.

Problemem dla rozwoju finansowania społecznościowego jest niskie zaufanie społeczne, nadszarpnięte m.in. przez aferę z Amber Gold.

Pamiętajmy, że Ministerstwo Gospodarki aprobuje crowdfunding, nie ma więc mowy o nielegalności – mówi Mroczka. – Ustawa reguluje, że finansowanie jest bezpieczne, że środki muszą być zwrócone, jeśli nie uda się uzbierać wystarczającej sumy. Nie ma tu czego się obawiać.

Finansowanie społecznościowe, w przeciwieństwie do zbiórki publicznej, nie musi oznaczać inwestycji celu publicznego. Podpisana 1 kwietnia br. przez prezydenta ustawa o zbiórkach publicznych znosi regulacje dotyczące zbiórek internetowych. Jest to spore ułatwienie dla portali crowdfundingowych.

Zdaniem Mroczki finansowanie społecznościowe może stanowić dobrą alternatywę dla kredytów bankowych.

– Weźmy pod uwagę, że bank nigdy nie uruchomi finansowania, jeżeli nie mamy wynajętej powierzchni – mówi Mroczka. – Tymczasem kapitał możemy pozyskać, dedykując produkt osobom fizycznym, mniej lub bardziej majętnym. Wszystko zależy od tego, jak napisze się program i ile wyniosą składki. Prawda jest taka, że jako zwykłe osoby możemy robić to samo, co banki, i dzięki temu finansować i realizować dowolne pomysły.

Sam prezes zarządu Rank Progress SA planuje rozpoczęcie pozyskiwania funduszy przez crowdfunding, zaczynając od niewielkiego projektu w branży nieruchomości.

Finansować społecznościowo można praktycznie każdy projekt, na którego realizację potrzebne są większe lub mniejsze środki. Może to być np. wydanie książki, płyty czy zorganizowanie koncertu – wyjaśnia Mroczka. 

Środki uzyskane poprzez crowdfunding mogą w zależności od projektu wynieść od kilkuset do kilku milionów złotych. Inwestor może uzyskać udział w zyskach lub stratach (crowdfunding udziałowy) lub inne świadczenie zwrotne, takie jak np. usługi, bilety na koncerty czy inne bonusy. Z tej metody pozyskiwania środków korzystają, zwłaszcza przez internet, m.in. początkujący twórcy czy organizacje charytatywne. Jednak w ten sposób realizowane są także większe projekty. Finansowanie społecznościowe obejmuje także inwestycje infrastrukturalne, takie jak np. zakup biurowca w Krakowie czy budowa drapacza chmur w Bogocie. Oczywiście im większy projekt, tym dłużej trwa zbieranie niezbędnych środków.

Elektroniczne walne zgromadzenia akcjonariuszy wciąż mało popularne. Mimo że dają duże oszczędności

CEO Magazyn Polska

Od czterech lat polskie prawo dopuszcza możliwość organizowania walnych zgromadzeń akcjonariuszy (WZA) poprzez transmisję w internecie. Nie jest to jednak obowiązkowe, przez co spółki niechętnie korzystają z tej możliwości. Mimo że elektroniczne WZA przyniosłyby spółkom i akcjonariuszom oszczędność czasu i pieniędzy.

Walne zgromadzenia nie powinny funkcjonować w dotychczasowej strukturze jako spotkania osób. Rzeczywiście można sobie wyobrazić raz do roku podsumowanie roku obrachunkowego jako serię pytań od inwestorów, czy to indywidualnych, czy instytucjonalnych, kierowanych do zarządu, czyli inaczej mówiąc, spowiedź zarządu przed akcjonariuszami. Jednak walne zgromadzenie nie musi podejmować swoich decyzji, czyli uchwał na obradach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Leszek Koziorowski, wspólnik i radca prawny w Kancelarii Gessel.

Według kodeksu spółek handlowych (KSH) walne zgromadzenie akcjonariuszy (WZA) odbywa się w siedzibie spółki (art. 403). Przepis dopuszcza także możliwość zorganizowania WZA w miejscowości, w której siedzibę ma spółka prowadząca giełdę, na której notowana jest dana firma (w wypadku GPW jest nią Warszawa). Statut spółki może określać inne miejsce, ale musi być ono na terytorium Polski. Część ekspertów wskazuje, że rozwój technologii pozwala już na organizację WZA w czasie rzeczywistym, poprzez internet.

Technologiczne zmiany implementowane do przepisów prawa i Kodeksu spółek handlowych umożliwią poddawanie pod głosowanie uchwał online, w określonym czasie jako projektu uchwały kierowanego do wszystkich akcjonariuszy. Możliwy byłby ich udział w głosowaniu w określonym czasie  bez konieczności osobistego stawienia się w określonym miejscu i o określonej porze – wskazuje Leszek Koziorowski.

Teoretycznie taka możliwość już istnieje – od 3 sierpnia 2009 r., kiedy na mocy nowelizacji KSH implementowano przepisy dyrektywy 2007/36/WE. Dopuszcza ona możliwość udziału w WZA za pomocą komunikacji elektronicznej, łącznie z oddawaniem głosów. Nie jest to jednak obligatoryjne, dlatego niewiele spółek decyduje się na przeprowadzenie WZA poprzez internet. Według Koziorowskiego warto wprowadzić wymóg elektronicznego udziału w WZA. 

Zmiany w istocie walnego zgromadzenia są możliwe tylko wtedy, jeśli zostaną przeprowadzone zmiany w Kodeksie spółek handlowych. Nie są mi znane takie plany, natomiast moim zdaniem byłoby zasadne rozważenie takiego kierunku zmian w polskim prawie. To będzie tańsze  i efektywniejsze, a przede wszystkim zapewnimy stuprocentową frekwencję na takim walnym zgromadzeniu, w sytuacji, kiedy będzie ono obradowało non stop – uważa Koziorowski.

Obowiązek organizacji elektronicznego dostępu do WZA byłby sporym ułatwieniem dla zagranicznych inwestorów, którzy muszą stawiać się osobiście lub wysyłać przedstawicieli. To także oszczędność dla spółek, które muszą ponosić koszty związane z organizacją WZA, związane np. z wynajmem pomieszczeń.

Odpadają też wszelkie zarzuty, że decyzje zapadają poza plecami akcjonariuszy, każdy się wypowie i nie będzie mógł się powołać na niedostępność walnego zgromadzenia, np. ze względu na wysokie koszty. Na pewno poprawiłoby to efektywność działania spółek, a jeszcze pewniejsze jest, że wzmogłoby kontrolę nad spółkami przez właścicieli i dawców kapitału – wskazuje wspólnik i radca prawny w Kancelarii Gessel.

Z możliwością głosowania przez internet podczas transmitowanych w sieci WZA wiążą się jednak pewne ryzyko. Przede wszystkim system informatyczny musi zagwarantować właściwe sprawdzenie tożsamości akcjonariusza. Ponadto istnieje zawsze ryzyko zerwania połączenia internetowego, co może uniemożliwić oddanie głosu przez część akcjonariuszy, a w konsekwencji – prowadzić do zaskarżenia uchwał.

Do kompetencji walnego zgromadzenia akcjonariuszy należy m.in. zatwierdzanie sprawozdań zarządu oraz sprawozdań finansowych, udzielanie absolutorium członkom organów spółki i decydowanie o podziale zysku lub pokryciu straty.

Zmiany na rynku polis bankowych. Dotyczą m.in. zasad pobierania opłat przez banki i informowania o tym produkcie

CEO Magazyn Polska

Wejście w życie Rekomendacji U, przyjętej wczoraj przez Komisję Nadzoru Finansowego, doprowadzi do zmian na rynku ubezpieczeń oferowanych przez banki. Będą one dotyczyć m.in. zasad pobierania wynagrodzeń przez banki oraz sposobu informowania klienta o tym produkcie. Pewne utrudnienia z tym związane mogą doprowadzić do odejścia niektórych podmiotów od tego segmentu rynku, jednak zmiany te nie powinny zagrozić istnieniu rynku bancassurance.

Wprowadzenie długo zapowiadanej rekomendacji przez wielu uważane było za kres funkcjonowania usługi. Zdaniem Piotra Czubluna, radcy prawnego i partnera w kancelarii Czublun Trębicki Kancelaria Radców Prawnych, nowe regulacje zmienią rynek, ale go nie zagrożą jego istnieniu.

Z całą pewnością bancassurance na rynku pozostanie, bo to jest dobra oferta dla wielu klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Czublun. – Na pewno rynek bardzo się zmieni w zakresie informowania klientów, podejścia do tego, czym jest produkt ubezpieczeniowy oferowany w strukturach banków. Jestem jednak spokojny, że mimo zmian rynek bancassurance pozostanie i będzie się nadal rozwijał.

Celem przyjętej przez KNF Rekomendacji U jest poprawa standardów oferowania klientom produktów ubezpieczeniowych, a także ustalenie zasad współpracy między bankami a towarzystwami ubezpieczeniowymi. Ogłoszona wczoraj przez KNF wersja uwzględnia uwagi przedstawicieli zarówno branży bankowej i ubezpieczeniowej, jak i przedstawicieli klientów – głównie organizacji konsumenckich.

Zgodnie z jedną ze zmian wynagrodzenie banku oferującego produkt ubezpieczeniowy powinno być ustalane przy uwzględnieniu wysokości kosztów ponoszonych przez bank.  

Zgodnie z rekomendacją bank ma jedynie pobrać od klienta ekwiwalent kosztów, jakie ponosi w związku z oferowaniem ubezpieczenia – mówi Czublun. – Oznaczałoby to, że nie może na tym zarabiać. Pamiętajmy jednak, że jest cały szereg innych czynności, które bank może wykonywać na rzecz klienta, zakładu ubezpieczeń bądź innego pośrednika. Czynności te nie stanowią pośrednictwa, pomimo że mają związek z ubezpieczeniem. Sądzę, że jest szansa, by banki nadal zarabiały w tym obszarze – dodaje.  

KNF rekomenduje, że banki powinny tak prowadzić działalność w tym zakresie, żeby nie występował konflikt interesów, czyli aby bank nie występował jednocześnie jako ubezpieczający i pośrednik ubezpieczonego.

Rekomendacja zwiększy też zakres informacji, które od banku powinien otrzymać klient.

–  Informacji tych będzie więcej – począwszy od wiadomości o prawach i obowiązkach klienta, przez informacje o umowie ubezpieczenia i ogólnych warunkach ubezpieczenia – zauważa partner w Czublun Trębicki Kancelaria Radców Prawnych. – Na bankach spocznie także obowiązek wydawania tzw. karty produktu, a więc informacji o zakresie akceptowanej przez bank ochrony ubezpieczeniowej.  

Zdaniem Czubluna nadmiar informacji może być dla klientów niezrozumiały.

Klienci z całą pewnością nie przyswoją takiej liczby wiadomości. Wydaje się to być wylanie dziecka z kąpielą – twierdzi Czublun.

Rekomendacja dotyka także obszarów, które będą wymagały zmian w systemach informatycznych. Zdaniem rozmówcy Newserii Biznes doprowadzić może nie tylko do zmian technicznych, lecz także do zmian w modelu oferowania ubezpieczenia.

– Wiele banków dzisiaj oferuje produkty w modelu grupowym – mówi Czublun. – Tymczasem może warto rozważyć przejście na model agencyjny, w ramach którego bank stanie się agentem i będzie działał jako agent oferujący produkty indywidualne

Tym bardziej że według zaleceń KNF bank powinien zapewnić swobodę wyboru przez klienta zakładu ubezpieczeń, z którego usług chce skorzystać.

KNF oczekuje, że Rekomendacja U zostanie wprowadzona przez banki najpóźniej do końca marca 2015 r.

Możliwy nowy lider w handlu produktami elektrycznymi i oświetleniowymi

0

CEO Magazyn Polska

7 mld zł może być warty rynek sprzedaży produktów elektrycznych i oświetleniowych – szacuje Grodno SA. Firma, która dziś jest szóstym graczem, chce zwiększać zarówno liczbę placówek, jak i asortyment, by w kolejnych latach zdecydowanie zwiększyć udział w rynku. Na ten cel przeznaczy środki z oferty 3,5 mln akcji – budowa księgi popytu ruszy 26 czerwca. Notowana na NewConnect firma jeszcze w lipcu ma przejść na rynek główny GPW.

Celem strategicznym Grodna jest zwiększenie udziału w rynku handlu produktami elektrycznymi i oświetleniowymi, który w 2013 r. był wart ok. 7 mld zł. Obecnie spółka zajmuje 6. miejsce na tym rynku, z udziałem ok. 2,6 proc. Dźwignią do wzrostu wartości spółki ma pozostać rynek kapitałowy.

Dla nas najbardziej dynamiczny okres to ostatnie trzy lata, gdy weszliśmy na NewConnect, pozyskaliśmy środki z giełdy i zainwestowaliśmy je w dalszy rozwój. Naszą strategię realizujemy poprzez zarówno rozwój własnych placówek, jak i poprzez wartość dodaną, którą oferujemy naszym klientom, a która polega na usługach w zakresie projektowania, doradztwa, w zakresie audytów oświetleniowych, audytów przemysłowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Jurczak, prezes zarządu Grodno SA.

Jak podkreśla, dzięki właściwie zaprojektowanym rozwiązaniom w zakresie oświetlenia, klienci mogą zaoszczędzić nawet 50-60 proc. kosztów energii elektrycznej. Spółka chce dalej rozwijać swoją ofertę asortymentową. Wraz z rozwojem nowych placówek ma to zwiększać zarówno przychody, jak i rentowność sprzedaży.

Jesteśmy postrzegani w branży jako dostawca m.in. zabezpieczeń obiektów. Mam na myśli telewizję przemysłową, kontrolę dostępów, alarmy, czyli taki sektor, którego branża stricte elektrotechniczna dotychczas nie obejmowała. Rośniemy w fotowoltaice – to jest nowy obszar, w którym jako jedyni z branży się rozwijamy. Za dwa lata w przychodach segment ten ma stanowić 5 proc., obecnie – 0,5 proc. Zamierzamy bardzo mocno urosnąć w sektorze przemysłowym – z obecnych 9 proc. naszych przychodów do 25 proc. na koniec roku obrotowego 2014/2015 – ocenia Andrzej Jurczak. 

Grodno zaoferuje inwestorom 3,5 mln akcji. Cena emisyjna akcji ma wynieść około 4 zł, a więc spółka chce je sprzedać z wyraźną premią w stosunku do aktualnej giełdowej wyceny (ok. 3,45 zł). Zarząd Grodna tłumaczył to tym, że obecna wycena spółki jest na poziomie sprzed trzech lat, jednak przychody w tym okresie zwiększyły się o 60 proc., a EBITDA – o 26 proc., ponadto zgodnie ze strategią rozwoju w kolejnych latach sprzedaż spółki wzrośnie o kolejne 40 proc. Potwierdzeniem relatywnie niskiej bieżącej wyceny może być także wskaźnik cena/zysk, który jest znacznie niższy od średniej dla szerokiego indeksu WIG. Widoczne jest także zainteresowanie ze strony inwestorów instytucjonalnych. To do nich ma trafić blisko trzy czwarte nowej emisji.

Planujemy wyemitować 3,5 mln sztuk akcji. 2,6 mln skierowanych będzie do inwestorów instytucjonalnych, a 900 tys. – do indywidualnych. Środki zostaną przeznaczone głównie na poszerzenie sieci sprzedaży. 10 mln złotych planujemy przeznaczyć na uruchomienie dziesięciu placówek: pięciu w tym roku obrotowym i pięciu w kolejnym – mówi prezes zarządu Grodno SA.

Kolejne 3 mln zł pozyskane od inwestorów mają zostać przeznaczone na poszerzenie bazy asortymentowej, a 1 mln zł – na nowe platformy informatyczne.

Nasza baza asortymentowa, magazynowa wzrośnie z 24 tys. pozycji do 35 tys. pozycji. Kolejnym celem emisyjnym jest rozwój nowoczesnych kanałów dystrybucji za pośrednictwem internetu, takich jak platformy B2B i B2C. Będzie na to przeznaczone 0,5 mln złotych i tyle samo na czwarty cel, jakim jest optymalizacja i rozwój procesów zarządzania w logistyce i sprzedaży – CRM-u, czyli systemu, dzięki któremu jeszcze lepiej będziemy zarządzać naszymi zamówieniami oraz relacjami z klientami – wyjaśnia Jurczak.

Grodno odnotowało 0,9 mln zł zysku netto w IV kwartale roku obrachunkowego 2013/2014 (tj. w I kwartale roku kalendarzowego 2014). Rok wcześniej spółka miała stratę netto w wysokości 6 tys. zł. Zysk operacyjny zwiększył się w ujęciu rocznym z 0,51 mln zł do 1,29 mln zł, natomiast zysk EBITDA – z 1,42 mln zł do 2,13 mln zł. W tym samym okresie przychody ze sprzedaży urosły o ponad 4 mln zł, do 48,75 mln zł w IV kwartale roku obrachunkowego.

W całym roku obrotowym 2013/2014 skonsolidowany zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 4,07 mln zł, w porównaniu z 0,55 mln zł zysku rok wcześniej. Przychody w ujęciu rocznym zwiększyły się ze 193,09 mln zł do 208,9 mln zł.

– Plany na kolejne dwa lata zakładają wzrost naszego biznesu o 40 proc., do 292 mln z 209 mln zł zrealizowanych w ubiegłym roku. W sumie przez te trzy lata nasz biznes urósł o 60 proc. Historia 24 lat pokazuje, że nasz biznes jest wciąż rosnący – wskazuje prezes Grodna.

W Europie brakuje pracowników branży IT. Problem ten mogą rozwiązać wczesna edukacja i promowanie nauk ścisłych

CEO Magazyn Polska

W Europie brakuje blisko 300 tysięcy informatyków. Jak jednak wynika z szacunków Unii Europejskiej, problem ten będzie się pogłębiał i w przyszłym roku nieobsadzonych stanowisk w branży teleinformatycznej będzie już pół miliona. Trudności w pozyskaniu kandydatów mogą uniemożliwiać firmom innowacyjność i realizację części projektów. Dlatego zdaniem ekspertów ważne jest popularyzowanie wśród młodzieży nauk związanych z informatyką.

Niedobór pracowników IT jest bardzo duży. W Polsce obecnie to jest prawie 40 tys., a w przyszłym roku będzie prawie 50 tys. pracowników. W Stanach Zjednoczonych brakuje dziś 300 tys. pracowników, a szacuje się, że w 2020 będzie to około 1 miliona. Wydaje mi się, że problem może być nawet jeszcze większy. A przecież oprogramowanie w tej chwili jest potrzebne w każdej działalności biznesowej. Wszelkie urządzenia mają programy informatyczne, które ktoś musi napisać – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Pluta, partner zarządzający w Sollers Consulting, firmie specjalizującej się w rozwiązaniach IT dla sektora finansowego.

Wedle danych Komisji Europejskiej popyt na pracowników branży ICT, zajmującej się technologią przepływu informacji i transmisją danych, rośnie w tempie ok. 4 proc. rocznie i znacznie przewyższa podaż. Obecnie w Europie brakuje blisko 300 tys. informatyków – za rok może być to pół miliona, a w 2020 – nawet milion. Najgorsza sytuacja jest w Wielkiej Brytanii, Niemczech i we Włoszech, gdzie wakaty w branży ICT stanowią 60 proc. wszystkich nieobsadzonych stanowisk w branży w Europie.

Jak podkreśla ekspert, największe zapotrzebowanie jest na wysoko wykwalifikowanych informatyków – menadżerów IT, architektów informatycznych i analityków. Jak przewiduje Komisja Europejska, do 2020 roku liczba miejsc na stanowiskach związanych z zarządzaniem, projektowaniem i analityką wzrośnie o 44 proc. w porównaniu z rokiem 2011.

Samych specjalistów IT już jest za mało na rynku. Natomiast, gdy firmy patrzą jeszcze na połączenie wiedzy informatycznej z wiedzą biznesową, ze zdolnością komunikacji z drugim człowiekiem, to tych osób jest jeszcze mniej i jeszcze trudniej jest je znaleźć – zaznacza Pluta.

Przewagę konkurencyjną pracowników tworzy umiejętność łączenia różnych kompetencji, w tym posiadanie „soft skills” (kompetencji miękkich) – w IT oznacza to zdolność budowy zespołu i dzielenia się wiedzą. Pracowników z taką wiedzą jednak brakuje. Coraz trudniej jest też o informatyków z szerszą wiedzą – np. znajomością języków obcych czy chęcią do nauki i nabycia nowych kompetencji. Ponadto firmom, takim jak Sollers Consulting, zależy na długoterminowych umowach, natomiast coraz częściej zdarza się, że kandydaci preferują krótkie terminy zatrudnienia, bo chcą wypróbować różne miejsca pracy.

Trudność w pozyskiwaniu kandydatów z wiedzą informatyczną w konsekwencji uniemożliwi firmom realizację projektów, uniemożliwi bycie innowacyjnym. Ta wiedza jest konieczna, żeby oferować klientom dobre usługi i innowacyjne produkty. Te firmy, które sobie z tym nie poradzą, po prostu będą odstawały od liderów rynku – mówi Pluta.

Ekspert podkreśla, że ważne jest nawiązanie kontaktu ze studentami już na początku studiów. Dlatego firmy współpracują z uczelniami, są obecne na targach pracy, organizują również warsztaty dla studentów. Niektóre firmy oferują staże i możliwość pracy w niepełnym wymiarze godzin. Pluta zaznacza, że informatykom zależy nie tylko na wysokim wynagrodzeniu, lecz także na możliwości rozwoju czy realizacji prestiżowych projektów.

Z niedoborami kandydatów na stanowiska informatyczne radzimy sobie poprzez intensywną współpracę z uczelniami i popularyzację tego obszaru na rynku. Ostatecznie jesteśmy w stanie realizować obecne projekty, ale potrzeby szybko rosną, więc rekrutacja i działania w obszarze kadr, pozyskiwania osób są bardzo intensywne – mówi Pluta.

Sytuację mogłoby poprawić zachęcanie młodzieży do pogłębiania wiedzy z przedmiotów ścisłych, czyli gałęzi nauk związanych z informatyką. Ważne, by dbać o to również wśród najmłodszych, na początku edukacji – w szkołach podstawowych czy gimnazjach.

Nowe technologie rozwijają się szybciej niż systemy edukacji właściwie we wszystkich krajach. Mało krajów ten problem dostrzega. Z 28 krajów UE tylko 12 myśli, co z tym zrobić – przodują w tym Wielka Brytania, Niemcy i Irlandia – mówi Pluta.

W maju tego roku ruszył projekt europejski „E-Skills for Jobs 2014”, którego celem jest promowanie umiejętności cyfrowych u młodzieży. Prowadzony jest równolegle w 30 krajach Europy, m.in. w Polsce, w ramach Wielkiej Koalicji dla Tworzenia Miejsc Pracy. Ma to umożliwić dostosowanie się młodych ludzi do wymagań współczesnego rynku pracy.

Należy uatrakcyjnić i popularyzować te działania. Spotykamy się z wieloma osobami, które studiowały kierunek niezwiązany z informatyką i rynek zmusił je do tego, żeby się przebranżowić. Rynek w pewnym sensie to wymusza. Gdyby ci ludzie zdawali sobie z tego sprawę wcześniej, to być może od razu zaczęliby się rozwijać w tym kierunku, jeżeli mają predyspozycje – podkreśla Marcin Pluta. 

Od szkód spowodowanych podczas jazdy na rowerze można się ubezpieczyć. Podobnie jak od kradzieży jednośladu

CEO Magazyn Polska

Dwie trzecie Polaków jeździ na rowerze, a 20 proc. – regularnie. Co roku kupujemy milion nowych jednośladów. Wraz z rosnącą popularności tej formy komunikacji rośnie zarówno liczba wypadków z udziałem rowerzystów, jak i liczba kradzieży. Coraz więcej firm ubezpieczeniowych oferuje więc polisy dla miłośników dwóch kółek.

Według najnowszych badań z roku na rok Polacy coraz częściej wybierają rowery jako sposób komunikacji. 70 proc. Polaków przyznaje się, że jeździ systematycznie na rowerze. Ponad 20 proc. kupiło w ostatnim roku rower. Kategorią, która jest niestety pomijana przez ludzi, jest OC rowerowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Kluźniak, specjalista ds. produktów kartowych i ubezpieczeniowych Toyota Bank.

Każdy, kto jeździ rowerem, jest narażony na wyrządzenie krzywdy sobie lub komuś innemu, a także na spowodowanie mniejszej bądź większej szkody. Mowa o takich sytuacjach, jak na przykład uszkodzenie lusterka stojącego samochodu. To niewielka szkoda, ale może kosztować nawet kilkaset złotych.

OC pokryje nam tego typu koszty, czyli ubezpieczyciel w ramach OC zlikwiduje taką szkodę. OC rowerzysty jest to produkt, który jest bardzo popularny za granicą, ten trend jednak dopiero przenosi się do Polski – mówi Piotr Kluźniak.

Na polskim rynku, wzorem krajów zachodnich, oferta firm ubezpieczeniowych dla rowerzystów z roku na rok się zwiększa. Jest coraz więcej produktów, które są odpowiednikami ubezpieczeń komunikacyjnych dla aut. Oprócz polisy OC rowerzysta może też zakupić autocasco.

W ramach takiej ochrony użytkownik roweru otrzymuje zabezpieczenie od kradzieży. W przypadku kradzieży z miejsc dozorowanych rowerzysta może liczyć na zwrot kosztów. Bardzo często również obejmuje to naprawę jednośladu – jeżeli podczas wycieczki zdarzy nam się jakaś awaria, możemy zadzwonić po serwis, który odholuje nas do domu bądź rower do serwisu – wyjaśnia ekspert Toyota Bank.

Warto zadbać o to, by polisa zawierała ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków. 

Często dodatkowym elementem przy tego typu produktach jest infolinia dedykowana rowerzystom. Możemy tam zasięgnąć informacji na przykład o ciekawych miejscach w okolicy czy też zaplanować wycieczkę pod kątem atrakcyjnych miejsc – mówi Kluźniak.

Dla rowerzystów dużą zaletą tego typu produktów jest niska cena.

Już za 10 zł miesięcznie możemy otrzymać cały pakiet ubezpieczeń, które zagwarantują nam pełną ochronę. Możemy ją włączyć na jeden miesiąc bądź na każdy kolejny. Sprawia to, że w skali sezonu mówimy o kwocie około 60 zł – wyjaśnia Piotr Kluźniak.

Pracodawcy powinni uczestniczyć w opracowywaniu polityki rodzinnej

CEO Magazyn Polska

Tylko ścisła współpraca rodzin z państwem na poziomie lokalnym i pracodawcami może zbudować w Polsce dobrze działającą politykę rodzinną – uważają fundacje zajmujące się poprawą warunków życia kobiet, w szczególności matek. Nawet wysokiej jakości żłobki czy wydłużony urlop macierzyński nie spełnią tej roli i nie pomogą w łączeniu życia rodzinnego z pracą zawodową, jeśli te grupy nie będą współpracować w celu poprawy jakości życia rodzin
Polityka rodzinna w Polsce nie jest kompleksowa. Na poziomie centralnym są proponowane różne rozwiązania, które później trudno jest przełożyć na poziom lokalny, na przykład ze względu na brak środków. W związku z tym rodzi to bardzo dużo problemów –  uważa Patrycja Dołowy, wiceprezeska Fundacji MaMa.

Działania państwa w zakresie polityki rodzinnej w ostatnich latach zostały zaktywizowane. Zmieniona w 2013 r. ustawa żłobkowa pozwoliła ubiegać się o dotacje państwa na tworzenie miejsc pobytu dla dzieci do lat 3 także osobom fizycznym, prawnym oraz jednostkom organizacyjnym nieposiadającym osobowości prawnej. Wcześniej pieniądze mogły pozyskiwać tylko gminy. Osoby prywatne i organizacje pozarządowe mogą też zatrudnić do opieki nad dzieckiem dziennego opiekuna – osobę sprawującą opiekę w domowych warunkach dla kilkorga dzieci. Od połowy 2013 r. rodzicom przysługuje także roczny urlop rodzicielski, na który składa się 20-tygodniowy urlop macierzyński, 6-tygodniowy urlop dodatkowy oraz 26-tygodniowy urlop rodzicielski.

Problem łączenia pracy z życiem rodzinnym jednak nie został zdaniem niektórych środowisk rozwiązany. Kobiety wciąż decydują się zostać w domu na dłużej, bo nie mogą liczyć na udogodnienia ze strony pracodawcy. Założenie własnej firmy, dzięki której można samemu zarządzać czasem, wiąże się z dużymi kosztami. Praca na umowę o dzieło nie gwarantuje żadnych świadczeń społecznych, a czas pracy nie jest wliczany do emerytury. W kwietniu stopa bezrobocia była na poziomie 13 proc., liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy wyniosła 2 079, z czego kobiety stanowiły połowę. Ale w grupie długotrwale bezrobotnych kobiety to większość – ok. 60 proc.

 
Pracodawca musi być świadomy tego, że pracownicy mogą być potencjalnie też rodzicami, nie tylko kobiety, lecz także mężczyźni. System duński jest dobrym przykładem. Tamtejszy system pracy jest przystosowany do tego, żeby rodzice mogli funkcjonować ze swoimi dziećmi. Istnieje możliwość, by pracować pięć godzin dziennie i resztę czasu spędzać ze swoim dzieckiem. Istnieje też możliwość wzięcia kilku godzin na wyjście – mówi Patrycja Dołowy.

Dlatego najbardziej efektywne zmiany w polityce rodzinnej mogą nastąpić jedynie wtedy, gdy będą wypracowywane we współpracy z pracodawcami. Tak jest właśnie w Danii.

Tam jest świadomość tego, że w tym uczestniczy nie jedna grupa społeczna, czyli rodzice, tylko to jest tak naprawdę inwestycja całego społeczeństwa. I my też powinniśmy to sobie uświadomić. Nie ma tak naprawdę innego rozwiązania niż kompleksowa polityka rodzinna. Nie można mówić, że jest jedno rozwiązanie, drugie albo trzecie. Żadne z nich osobno nie zadziała, one muszą zadziałać razem – tłumaczy Patrycja Dołowy.

Pszczoły na dachu – hotelowy pomysł na ekologię

Hotel Regent w Warszawie ma na dachu siedem uli – i pozyskuje z nich kilkaset kilogramów miodu w sezonie. Ostatni zbiór – z dwóch tygodni – to 176 kilogramów miodu. Przedstawiciele hotelu nie zamierzają ruszyć ze sprzedażą własnego miodu. Jest on wykorzystywany na potrzeby własne hotelu: do posiłków i jako prezenty dla gości, którzy często nawet nie wiedzą, że nad ich głowami mieści się prawdziwa pasieka.

 Jak były w Warszawie demonstracje – demonstrowali pszczelarze, którzy przyjeżdżali do ministra rolnictwa z pytaniem, co zrobić z pszczołami, jak polepszyć im warunki. I zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego my jako hotel Regent mamy im nie pomóc  wspomina Dariusz Suchenek, szef kuchni Regent Warsaw Hotel.  Spróbowaliśmy postawić pasiekę na dachu hotelu, zrobiliśmy to na początku z dwóch uli, a dzisiaj mamy ich siedem.

Kolejne dwa ule zostały wywiezione poza Warszawę, więc w sumie hotel ma ich dziewięć. W każdym żyje ok. 250 tysięcy pszczół. Pracownicy hotelu regularnie podbierają mód, ale  jak zastrzegają  robią to racjonalnie, zostawiając odpowiednią ilość miodu dla samych pszczół, żeby zapewnić ekologiczną produkcję.

– Zostawiamy część miodu, bo to jest ich pożywienie. Niektórzy ludzie zarobkowo stosują takie metody, że zabierają cały miód, a dokarmiają pszczoły syropem czy cukrem. To już nie jest ten sam miód, który jest zbierany z płatków kwiatów czy z roślinności, która jest naokoło naszego hotelu – mówi Suchenek.

Ostatnie miodobranie sprzed kilku dni dało 176 kg miodu. I była to tylko produkcja z ostatnich dwóch tygodni. Przedstawiciele hotelu zapewniają, że nie planują rozpoczęcia sprzedaży miodu. Miód jest używany w hotelowej kuchni i jako prezenty dla gości.

Goście są pozytywnie zaskoczeni, że można taką rzecz zrobić. Dziwią się, że staramy się zapewnić im źródło zdrowego jedzenia i że produkty w naszej restauracji pochodzą właśnie z takich ekologicznych źródeł – mówi Suchenek.

Pszczoły na dachu hotelu Regent w Warszawie mieszkają już od trzech lat, ale pszczoły na dachu hotelu to w Polsce wciąż nowość. Takie rozwiązania od lat funkcjonują w innych miastach Europy, np. w Berlinie. Jak dodaje Suchenek, hodowla pszczół w żaden sposób nie przeszkadza gościom.

– Przez trzy lata nie było żadnego ukąszenia gości hotelowych. Niektórzy goście do tej pory nie wiedzą, że my tu produkujemy miód – wyjaśnia.

Europejskie pszczoły zagrożone są wyginięciem. Organizacje ekologiczne szacują, że rocznie ginie od 15 do 20 proc. populacji pszczół miodnych. Wszystko przez coraz powszechniejsze użycie pestycydów. Dlatego Komisja Europejska od trzech lat wspiera hodowlę pszczół, ograniczając stosowanie najgroźniejszych dla tych owadów pestycydów i dofinansowując pasieki. By uzyskać dofinansowanie z UE na produkcję miodu, trzeba być członkiem organizacji pszczelarzy, która w imieniu swoich członków wystąpi o dofinansowanie. Można uzyskać dopłaty w wysokości 60-80 proc. kosztów. W 2013 roku pośrednicząca w wypłatach Agencja Rynku Rolnego wypłaciła pszczelarzom 19 mln zł.

Materiały niebezpieczne w bezpiecznym magazynie

Przedsiębiorcy magazynujący materiały niebezpieczne zobowiązani są do przestrzegania przepisów krajowych oraz dyrektyw unijnych, w tym przede wszystkim RoHS, REACH oraz GHS. Jak zauważają eksperci, regulacje wskazują, które substancje muszą być przechowywane w sposób bezpieczny, pomijają jednak kwestie dotyczące samych sposobów ich składowania.

– Dyrektywy unijne nakładają na przedsiębiorcę posiadającego magazyn substancji niebezpiecznych określone cele i obowiązki, niemniej wytyczne, w jaki sposób ma je realizować pozostawiają prawu krajowemu – mówi Marcin Hankiewicz, ekspert sklepu Magazynuj.pl. Przepisy określają konieczność bezpiecznego składowania cieczy wysokiego ryzyka, jednak nie wskazują narzędzi do tego służących. Tymczasem wybór odpowiedniego rozwiązania może w znaczący sposób wpłynąć na zakres odpowiedzialności oraz wysokość odszkodowania w sytuacji nieoczekiwanych incydentów, np. wypadku w magazynie. Zauważmy, że w takich przypadkach firmy ubezpieczeniowe szczególnie drobiazgowo dociekają czy przedsiębiorca korzystał z właściwych zabezpieczeń, zatem czy są podstawy do wypłacenia rekompensaty finansowej. – Właśnie dlatego warto, by przedsiębiorca myślał koncepcyjnie, miał wiedzę na temat sposobów składowania substancji niebezpiecznych oraz dostępnych na rynku zabezpieczeń – radzi Marcin Hankiewicz.

Wybierając sposoby składowania cieczy wysokiego ryzyka za priorytet bierzemy konieczność zapewnienia pracownikom bezpiecznych warunków pracy. Kolejnym aspektem jest ochrona środowiska przed ryzykiem wycieku szkodliwych substancji, które przechowujemy. Chronimy także własne mienie korzystając z rozwiązań ograniczających ryzyko strat materialnych. W jaki sposób? Najprostszymi elementami systemów służących do składowania beczek oraz wszelkich pojemników z substancjami niebezpiecznymi są wanny ociekowe wykonane z tworzywa PEHD – trwałego i odpornego na chemikalia oraz substancje żrące. Doskonale nadadzą się do magazynowania oraz przewożenia jednej lub wielu beczek z kwasami czy cieczami technologicznie niebezpiecznymi dla środowiska. Co ważne, takie palety ociekowe wytrzymują intensywną eksploatację właściwą dla środowisk przemysłowych. Beczki z substancjami niebezpiecznymi, olejami, materiałami zapalnymi czy brudzącymi można składować także w wannach ociekowych wykonanych z blachy stalowej lub skorzystać z wanienek wychwytowych (z kratownicą lub bez) stosowanych do wychwytywania wycieków lub jako miejsce dozowania płynów z pojemników.

Budując system składowania materiałów niebezpiecznych warto zwrócić dodatkową uwagą na rampy podjazdowe wykonane z polietylenu pozyskiwanego z surowców wtórnych. Element mocuje się do modułów za pomocą zaczepów o małym kącie nachylenia, dzięki czemu zdejmowanie beczek za pomocą wózków jest wyjątkowo łatwe. Bezpieczny transport pojemników zapewnia antypoślizgowe żebrowanie.

Kompleksowe podejście przedsiębiorcy do kwestii magazynowania substancji niebezpiecznych to mniejsze ryzyko wystąpienia nieoczekiwanych zdarzeń. Świadomość właściciela takiego magazynu co do zagrożeń oraz ciążącej na nim odpowiedzialności powinna dodatkowo mobilizować do stosowania właściwych zabezpieczeń, chroniących zarówno życie i zdrowie pracowników, jak i środowisko oraz własne mienie.

Źródło: www.magazynuj.pl

Motoryzacja skręca w outsourcing

Przedstawiciele Automotive w Polsce spodziewają się wzrostu produkcji, zamierzają zwiększać zatrudnienie i na większą skalę korzystać z outsourcingu. Z „Badania opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” przeprowadzonego przez Exact Systems, firmę kontrolującą części samochodowe, wynika, że ponad połowa przedstawicieli branży motoryzacyjnej korzysta ze wsparcia firmy outsourcingowej na stałe, a co czwarta firma zamierza zwiększyć zakres usług powierzonych partnerowi zewnętrznemu. Wszystko dzięki temu, że outsourcing to redukcja kosztów (34%) i czasu (16%).

Mamy nadzieję, że rok 2014 okaże się przełomowym w branży motoryzacyjnej i na dobre pożegnamy się z kryzysem, z którego firmy produkujące samochody i części do nich bardzo szybko wyciągnęły wnioski. Jednym z nich jest przekonanie, że warto stawiać na specjalizację. Każda firma powinna skupić się na tym, na czym się dobrze zna, a te dziedziny funkcjonowania, które wykraczają poza jej podstawową działalność, powinna zlecać wyspecjalizowanemu partnerowi zewnętrznemu – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

Obszary i najważniejsze zalety outsorcingu

Prawie połowa firm z sektora motoryzacyjnego w Polsce zleca na zewnątrz usługę kontroli jakości (48%). Co trzecia (36%) decyduje się na outsourcing produkcji lub montażu samochodów i części samochodowych. Od kilkunastu już lat jakość, obok kosztów, jest języczkiem u wagi jeśli chodzi o wybór Polski jako partnera inwestycyjnego. Stąd producenci motoryzacyjni poszukują dla celów outsourcingu firm z odpowiednimi kwalifikacjami i narzędziami, wyspecjalizowanych w tym obszarze – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju i sprzedaży w Exact Systems.

Z punktu widzenia konkurencyjności biznesu jednym z najważniejszych elementów jest zawsze cena usługi – im niższa tym lepsza. Właśnie ze względu na redukcję kosztów 34% przedstawicieli Automotive w Polsce korzysta z outsourcingu. Powodem, który znalazł się na drugim miejscu, jest oszczędność czasu (16%). Na najniższym stopniu podmium znalazły się specjalizacja i doświadczenie firmy w określonej dziedzinie (14%).

Outsourcing na stałe zagościł w motoryzacji

Rozbudowany wachlarz korzyści, jakie niesie ze sobą outsourcing usług, sprawia, że obecnie ponad połowa przedstawicieli branży motoryzacyjnej korzysta ze wsparcia firmy outsourcingowej na stałe (57%). Na współpracę z zewnętrznym partnerem w sytuacji doraźnej, np. w przypadku kontroli jakości określonej partii części samochodowych, stawia co trzecia zapytana firma (33%), natomiast 10% respondentów outsourcuje wybrane usługi cyklicznie, w określonych porach roku. Na przykład jesienią, kiedy w fabrykach produkuje się najwięcej części i samochodów – mówi Jacek Opala.

Outsourcing często utożsamiany jest z okresem dekoniunktury i cięciem kosztów. Tymczasem przeprowadzone przez nas badanie potwierdza, że firmy zamierzają z niego korzystać także w czasach prosperity – mówi Paweł Gos. W ciągu najbliższych 2 lat aż 67% przedstawicieli motoryzacyjnego sektora produkcyjnego w Polsce planuje pozostawić zakres usług zlecanych firmie outsourcingowej na podobnym poziomie jak obecnie. Co czwarta firma deklaruje natomiast rozszerzenie współpracy. To bardzo dobry prognostyk dla sektora Automotive w naszym kraju. Oznacza, że produceni spodziewają się większej ilości zamówień, a co za tym idzie będą więcej wytwarzać i zwiększać zatrudnienie – podsumowuje Gos.

Metodologia badania
„Badanie opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems w maju 2014 r. na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora Automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczek, szyb samochodowych, dachów, kolumn kierowniczych czy elementów bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 115 respondentów. Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI).

Raport PARP: Młodzi ludzie nie doceniają kompetencji miękkich

Z Raportu specjalnego Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości dotyczącego współpracy biznesu z edukacją w Polsce wynika, że młodzi ludzie błędnie identyfikują oczekiwania kompetencyjne pracodawców. Studenci uważają za najmniej istotne kompetencje miękkie, które z kolei według firm znajdują się w czołówce umiejętności deficytowych u kandydatów do pracy.

Wiedza młodych ludzi na temat wymagań rynku pracy i oczekiwań pracodawców rozmija się z rzeczywistością. Zgodnie z wynikami badania przytoczonego w Raporcie specjalnym opracowanym w ramach projektu Biznes dla edukacji, studenci uznają kompetencje miękkie za najmniej istotne na rynku pracy. Tylko 3,5 proc. respondentów uważa, że komunikatywność oraz umiejętność pracy w zespole to cechy istotne dla przyszłego pracodawcy. Dla 3 proc. młodych ludzi ważna jest umiejętność podejmowania decyzji, a tylko dla 5,5 proc. umiejętność samodzielnej analizy i wyciągania wniosków. Tymczasem zawarte w Raporcie badania pracodawców wskazują, że firmy obserwują u kandydatów do pracy deficyt takich kompetencji, jak: kontakt z klientem (34 proc. respondentów), umiejętność rozwiązywania problemów (32 proc.), kompetencje interpersonalne (24 proc.), czy umiejętność pracy w grupie (22 proc.). – Młodzi ludzie muszą być świadomi, że rozwinięte kompetencje miękkie podnoszą wartość potencjalnego pracownika w oczach pracodawcy. Aby jednak uczniowie mogli nabywać umiejętności cenione przez firmy, konieczna jest solidna edukacja praktyczna bazująca na współpracy pracodawców ze szkołami i uczelniami. Kształcenie młodego pokolenia zgodnie z potrzebami rynku pracy jest obecnie jednym z największym wyzwań, jakie stoją zarówno przed systemem edukacji, jak i przed środowiskiem biznesu – komentuje Bożena Lublińska-Kasprzak, Prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Raport specjalny dotyczący współpracy biznesu z edukacją w Polsce opisujący warunki i możliwości współpracy pracodawców ze szkołami, został opracowany w ramach projektu Biznes dla edukacji, realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w partnerstwie z Polskim Stowarzyszeniem Zarządzania Kadrami.

Raport dostępny jest na stronie projektu: www.biznesdlaedukacji.parp.gov.pl.

Od 27 maja 2014 obowiązuje znowelizowana Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy

Od 27 maja 2014 obowiązuje znowelizowana Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, od dawna zapowiadana jako przełom w aktywnej walce z bezrobociem. Z punktu widzenia osób poszukujących pracy, nowością jest wprowadzenie zindywidualizowanego podejścia urzędów pracy oraz rozliczanie wszystkich instytucji rynku pracy z osiąganych efektów, a nie tylko starannego działania.

Obecnie każda osoba rejestrująca się w Powiatowym Urzędzie Pracy (PUP) będzie sprofilowana pod kątem własnego potencjału oraz niezbędnego zakresu wsparcia przy znalezieniu pracy (profile dla osób już zarejestrowanych zostaną sporządzone do końca 2014 r.). Ustawa określa trzy strategie pomocy:

Formy aktywizacji Grupa docelowa
Profil IPośrednictwo pracy, a także, w uzasadnionych przypadkach, poradnictwo zawodowe lub inne formy pomocy. Osoby silnie zmotywowane i dobrze radzące sobie na rynku pracy.
Profil IIUsługi i instrumenty rynku pracy, działania aktywizacyjne zlecone przez urząd pracy oraz inne formy pomocy z wyłączeniem Programu Aktywizacja i Integracja. Osoby potrzebujące większego zakresu wsparcia, ukierunkowanego zgodnie z indywidualnymi potrzebami.
Profil III Program Aktywizacja i Integracja, działania aktywizacyjne zlecone przez urząd pracy, programy specjalne, skierowanie do zatrudnienia wspieranego u pracodawcy lub podjęcia pracy w spółdzielni socjalnej zakładanej przez osoby prawne oraz, w uzasadnionych przypadkach, poradnictwo zawodowe. Osoby długotrwale bezrobotne, gorzej wykształcone, słabo zmotywowane, oddalone od rynku pracy, wymagające zastosowania zaawansowanych metod wsparcia i aktywizacji (np. osoby w wieku „50+”, niepełnosprawni, samotni rodzice itp.), także we współpracy z instytucjami pomocy społecznej.

Osoba, która nie wyrazi zgody na określenie jej profilu pomocy lub odmówi bez uzasadnionej przyczyny udziału w zaleconych przez PUP działaniach aktywizacyjnych, może stracić status bezrobotnego.

Urzędy pracy liczą, że narzędzie to umożliwi im w pierwszej kolejności zidentyfikowanie osób, które nie są zainteresowane znalezieniem pracy (bo na przykład pracują na czarno lub mają inne źródło utrzymania), lecz wyłącznie nabyciem prawa do ubezpieczenia zdrowotnego – tłumaczy Dorota Strzelec, psycholog – doradca zawodowy, dyrektor agencji zatrudnienia StaffPoland Sp. z o.o., konsultant TGC Corporate Lawyers. Największy zakres wsparcia przewidziano dla osób z Profilu III, które stanowią aż połowę ogółu zarejestrowanych w urzędach pracy. Ich aktywizacja pochłonie dużą część budżetu znowelizowanej ustawy. Co więcej, by zmotywować samych pracowników urzędów pracy, przewidziano dla nich premie za osiągnięcie ustalonych wskaźników aktywizacji bezrobotnych.

Urząd czy agencja zatrudnienia?

Aktywizacja bezrobotnych może być również zlecona agencjom zatrudnienia – do nich kierowani będą długotrwale bezrobotni, dla których ustalono profil pomocy II lub III – mówi Dorota Strzelec ze StaffPoland Sp. z o.o.Wybrana agencja będzie zawierała z marszałkiem województwa oraz z PUP „umowę o świadczenie działań aktywizacyjnych” na rzecz grupy co najmniej 200 bezrobotnych na ustalony okres czasu – dodaje ekspert.

Wynagrodzenie dla agencji zatrudnienia za aktywizację jednego bezrobotnego nie może przekroczyć trzykrotności przeciętnego wynagrodzenia obowiązującego w dniu zawarcia umowy o świadczenie działań aktywizacyjnych (czyli obecnie ponad 11 tys. zł).  Będzie ono wypłacane agencji maksymalnie w 4 transzach stosownie do osiąganych efektów:

  1. 20% wynagrodzenia (ok. 2.500 zł za bezrobotnego) za dokonanie diagnozy sytuacji zawodowej bezrobotnego i zaprojektowanie działań aktywizacyjnych mających na celu podjęcie przez niego odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej;
  2. 20% wynagrodzenia (ok. 2.500 zł za bezrobotnego) za doprowadzenie bezrobotnego do podjęcia odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej trwającej przez okres co najmniej 14 dni;
  3. 30% wynagrodzenia (ok. 3.000 zł za bezrobotnego) za utrzymanie przez bezrobotnego odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej podjętej w wyniku działań agencji przez okres minimum 90 dni;
  4. 30% wynagrodzenia (ok. 3.000 zł za bezrobotnego) za utrzymanie przez bezrobotnego odpowiedniej pracy lub działalności gospodarczej podjętej w wyniku działań agencji przez okres minimum 180 dni.

Agencja jest zobowiązana do udokumentowania działań aktywizacyjnych podejmowanych wobec bezrobotnych i podlega kontroli Wojewódzkiego Urzędu Pracy. – W przypadku nieosiągnięcia ustalonego w umowie wskaźnika skuteczności zatrudnieniowej, agencja musi zwrócić WUP nienależną część wynagrodzenia danej transzy w ciągu 14 dni od daty doręczenia jej wezwania do ich zwrotu – zaznacza ekspert StaffPoland Sp. z o.o.

Rynek odzieżowy coraz bardziej skonsolidowany

Rynek odzieżowy w Polsce osiągnął wartość 22,2 mld zł w 2013 roku, co stanowiło wzrost o 3,6% w porównaniu do roku 2012. 2013 rok był udany pod względem sprzedaży, pomimo wielu niesprzyjających czynników, takich jak spowolnienie gospodarcze w pierwszej połowie roku, późne nadejście wiosny oraz łagodna zima, która nie zachęcała do zakupów ciepłych ubrań.

Rynek modowy w Polsce cechuje się niezwykle dużą konkurencją, co sprawia, że w okresie mniejszej skłonności do zakupów firmy musiały walczyć o klienta wszelkiego rodzaju zachętami w postaci promocji, rabatów i upustów, co z kolei odbiło się negatywnie na wysokości ich marży brutto.

„Ostatnie lata były okresem, w którym konsumenci racjonalizowali swoje wydatki – czekali z zakupem na promocje i wyprzedaże, szukali okazji, lub przenosili zakupy do internetu oraz markowych sklepów outletowych. Sieci reagują na ten trend, co przejawia się w ostrej konkurencji cenowej, często kosztem jakości oferowanych produktów”, komentuje Patrycja Nalepa, Starszy analityk handlu w PMR.

Najwięksi umacniają pozycję
Najmocniej rosną najwięksi gracze: LPP, Inditex czy H&M, którzy w ostatnich latach jeszcze bardziej umocnili swoją rynkową pozycję. Jako właściciele wielu popularnych marek wykorzystują swą siłę przetargową do otwierania sklepów na korzystniejszych warunkach oraz negocjacji czynszów w już zajmowanych lokalizacjach, tym samym poprawiając swoje wskaźniki rentowności.

W efekcie rynek ulega ciągłej konsolidacji. Podczas gdy w 2010 roku dziesięć największych detalistów odzieżowych realizowało 31% sprzedaży rynku, w 2013 roku ich udział wzrósł do 42%. Pozostałe firmy skupiały się w ostatnim roku raczej na optymalizacji swoich sieci – oprócz otwierania nowych sklepów, zamykały również te najmniej rentowne oraz przeprowadzały remonty starszych placówek.

Sieci dyskontowe rosną najszybciej
Wyjątkiem są sieci dyskontowe, które w czasie „kryzysu” rosną najbardziej, zarówno ilościowo jak i wartościowo, i z roku na rok zyskują coraz większy udział w rynku odzieżowym. W 2013 r. sprzedaż trzech największych sieci dyskontowych wzrosła, według naszych szacunków, o 17% przy 12% wzroście liczby placówek. Liderem segmentu jest sieć sklepów przemysłowych Pepco, która rośnie w tempie 70-80 otwarć rocznie. W kwietniu 2014 r. firma otworzyła pięćsetny sklep, a docelowo chce mieć ich w Polsce 600.

Rosnąca popularność sieci dyskontowych została potwierdzona również w badaniu konsumenckim przeprowadzonym na potrzeby raportu. W porównaniu do poprzedniej edycji badania zmniejszył się odsetek osób wskazujących sklepy markowe w centrach handlowych, a zwiększył udział tych wybierających sklepy z dyskontową odzieżą – w obu przypadkach o 4 p.p.

„Bieżący rok będzie jeszcze lepszy dla sprzedaży odzieży i obuwia w Polsce, co potwierdzają wyniki z ostatnich miesięcy. Stopniowa poprawa wskaźników makroekonomicznych będzie przyczyniać się do poprawy nastrojów konsumenckich i większej skłonności do zakupów, chociaż konsument nadal będzie chciał kupować „mądrze”, a więc dobry produkt w stosunkowo niskiej cenie. Do wzrostu sprzedaży będzie przyczyniać się również rosnąca świadomość ubioru i trendów modowych, także wśród mężczyzn” dodaje Patrycja Nalepa.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Od nowego roku zmiany w podatkach. Głównie korzystne dla budżetu, a nie dla przedsiębiorców

CEO Magazyn Polska

Planowane na początek przyszłego roku zmiany w prawie podatkowym ograniczą możliwości korzystnych podatkowo działań prowadzonych przez przedsiębiorców – podkreślają eksperci. Proponowane przepisy mają uszczelnić system podatkowy i zwiększyć wpływy do budżetu. Dla przedsiębiorców mogą jednak oznaczać dodatkowe obowiązki i koszty, a niewłaściwy sposób wprowadzenia zmian może spowodować odpływ inwestycji z Polski.

W proponowanych zmianach do ustaw podatkowych znalazły się zupełnie nowe rozwiązania. Jedno z nich przewiduje obowiązek uwzględnienia przy opodatkowaniu rezydenta krajowego (osoby fizycznej lub przedsiębiorcy) dochodów kontrolowanych podmiotów zagranicznych, które mają siedzibę w kraju o niższym poziomie opodatkowania niż ten, który obowiązuje w kraju rezydencji dominującego podmiotu.

Opodatkowanie spółek zagranicznych ma w zamierzeniu Ministerstwa Finansów mieć bardzo szeroki zakres i nie jest to do końca sprawiedliwe. Konstrukcja przepisu oznacza bowiem, że zwolnienie bądź opodatkowanie niską stawką w danym kraju za granicą tylko jednego typu dochodów pasywnych powoduje, że spółka osiągająca różnego rodzaju dochody pasywne, niekoniecznie tak korzystnie opodatkowane, także będzie potencjalnie wpadać w zakres zastosowania nowych przepisów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Monika Ławnicka, doradca podatkowy z Accreo.

Spółka będzie mogła zostać uznana za zagraniczną spółkę kontrolowaną, m.in. jeśli co najmniej połowa jej przychodów pochodzi z dywidendy i innych przychodów z udziału w zyskach osób prawnych. Jak podkreśla ekspertka, rozwiązaniem dla przedsiębiorstwa mogłaby być próba udowodnienia, że spółka prowadzi rzeczywistą działalność gospodarczą właśnie za granicą.

 – Nowelizacja wskazuje na pewne przesłanki, jak rozumieć to pojęcie, jednak są one niedookreślone, wymagają od osoby weryfikującej znajomości biznesu, zrozumienia dla przedsiębiorcy, co nie zawsze jest standardem w odniesieniu do organów kontroli skarbowej czy organów podatkowych. Pod tym względem przed przedsiębiorcami posiadającymi spółki zagraniczne rysuje się trudny czas, czas tworzenia dodatkowej dokumentacji, udowadniania swojego stanowiska i dyskusji z organami podatkowymi – zaznacza Monika Ławnicka.

Regulacja taka ma zwalczać nadużycia podatkowe występujące w stosunkach między powiązanymi spółkami. Podobne przepisy ma wiele państw członkowskich UE i pozaeuropejskich. Jak podkreśla ekspertka, zagraniczni przedsiębiorcy mają świadomość, że kraje, które dotychczas nie miały zapisów dotyczących opodatkowania zagranicznych spółek kontrolowanych, będą stopniowo takie zmiany wprowadzać. Wszystko jednak zależy od sposobu ich wprowadzenia, a to zależy od Ministerstwa Finansów i podległych mu organów.

 – Jeśli nie wykażą one zrozumienia dla potrzeb przedsiębiorcy, dla jego funkcjonowania, a będą stosowały tylko podejście profiskalne, może się okazać, że z Polski odpłyną inwestycje – przestrzega Monika Ławnicka.

Dodatkowe obowiązki, które wynikają z proponowanych zmian, to np. prowadzenie rejestru kontrolowanych spółek zagranicznych czy wykazywanie zdarzeń w spółce, którą mogą wpływać na jej dochód.

Nowe przepisy wprowadzą również klauzulę obejścia prawa – urzędnicy będą sprawdzać, czy przeprowadzona w danej firmie restrukturyzacja miała na celu jedynie uniknięcie opodatkowania. To dla przedsiębiorców oznacza dodatkowe obowiązki związane z przechowywaniem wielu różnych dokumentów i tworzeniem uzasadnień – na wypadek kontroli.

Proponowane zmiany nie ograniczają całkowicie możliwości optymalizacyjnych, nie jest też wykluczone, że znowelizowana ustawa wciąż będzie umożliwiać dokonywanie restrukturyzacji korzystnych dla przedsiębiorców.

Przedsiębiorcy powinni przeanalizować treść nowelizacji i wynikające z niej zmiany pod kątem własnej sytuacji. W tym przypadku nie ma bowiem gotowych rozwiązań. Ministerstwo Finansów argumentuje, że zmiany powinny dostosowywać Polskę do praktyki krajów zachodnich, ale nie jest to do końca prawda. Kraje takie jak Luksemburg, poza łataniem luk w prawie podatkowym, proponują przedsiębiorcom także rozwiązania korzystne – ocenia Monika Ławnicka. 

Znowelizowane przepisy powinny wejść w życie z początkiem 2015 roku, trwają nad nimi prace w Sejmie.

Firmom z branży mięsnej brakuje rynków zbytu. Rosyjskie embargo bije je po kieszeni

CEO Magazyn Polska

Polski przemysł mięsny dysponuje najnowocześniejszymi technologiami, jednak ma problem z pełnym wykorzystaniem mocy produkcyjnych, bo firmom z branży brakuje rynków zbytu. Zakładom przetwórczym coraz trudniej też znaleźć wykształconych specjalistów, muszą więc sięgać po pracowników z zagranicy lub korzystać z firm leasingujących pracowników.

W tym roku największym problemem dla branży mięsnej jest ograniczenie eksportu wieprzowiny na rynki wschodnie. Rosyjskie embargo na mięso z krajów Unii Europejskiej doprowadziło do znaczących spadków na polskim rynku. W przypadku Rosji eksport zmniejszył się o 71 proc., w przypadku Białorusi – o 75 proc. Eksport ratują inne rynki, jak Korea Południowa i Filipiny. Polscy eksporterzy liczą także na pozytywne efekty zniesienia embarga przez Ukrainę, co oficjalnie nastąpiło w ubiegłą środę. W pierwszym kwartale eksport żywca, mięsa i tłuszczów wieprzowych wyniósł 140 tys. ton i był niższy od wyniku z analogicznego okresu rok wcześniej o 7 proc. Tymczasem polskie przedsiębiorstwa mogłyby produkować jeszcze więcej wędlin niż dotychczas, dzięki poprzedniej unijnej perspektywie zostały bowiem unowocześnione i rozbudowane zakłady produkcyjne.

Ten przemysł został na tyle doinwestowany i na tyle zostało na tym rynku mięsnym w Polsce technologii nowej postawionej, że tak naprawdę mamy doskonałe zakłady, doskonale rozwinięte przetwórstwo, i dzisiaj jedynie chodzi o to, żebyśmy mogli tylko w pełni wykorzystać moce produkcyjne, które ma przetwórstwo, to będzie duży sukces – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego (UPEMI – Union of Producers and Employers of the Meat Industry).

Duże zakłady mięsne korzystały z dofinansowania na inwestycje ze środków przeznaczonych na rozwój obszarów wiejskich. W nowej perspektywie takiej możliwości już nie będzie; teraz najbardziej skorzystają projekty innowacyjne i mniejsi wytwórcy. W przemyśle mięsnym dotyczyć one będą technologii pakowania, opakowań, przechowywania.

Są to technologie drogie, finansowane w większości przez projekty innowacyjne, ale już nie przez Program Rozwoju Obszarów Wiejskich – podkreśla prezes UPEMI. – Pozostałe środki, nie wiemy jeszcze, jak Unia je zatwierdzi, będą na inwestycje dla małych i średnich przedsiębiorstw, i to praktycznie tylko do skracania łańcucha żywieniowego, jak również przechowywania czy magazynowania tych produktów – mówi Wiesław Różański.

Pracownik poszukiwany

Mimo problemów w eksporcie branża mięsna stabilnie się rozwija. Nie widać upadków zakładów mięsnych w Polsce i dużych zmian w zatrudnieniu.  Jak podkreśla prezes UPEMI, zmienia się jednak struktura zatrudnienia – coraz częściej pracownicy są zatrudniani na umowy cywilnoprawne lub pozyskiwani z firm, które specjalizują się w leasingu pracowników, w tym specjalistów z zakresu technologii z branży przetwórczej. Zakłady mają dziś problem z pozyskiwaniem wykwalifikowanych pracowników.

Ta branża nie jest obarczona problemem zwolnień, potrzebuje pracowników do pracy – mówi Różański. – W Polsce jest coraz więcej firm specjalizujących się w leasingowaniu pracowników. Jest to już trend nieodwracalny. Ponieważ w Polsce szkolnictwo zawodowe przestało funkcjonować tak, jak działało kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Dzisiaj pracownicy w przetwórstwie mięsnym są trudno dostępni, bo większość z nich miała doskonałe wykształcenie i w przeciągu ostatnich kilku lat wyjechała za granicę i pracuje za o wiele wyższe wynagrodzenia u naszych konkurentów w Unii Europejskiej.

Jak twierdzi prezes UPEMI, z tego powodu dziś w wielu zakładach spotyka się coraz więcej obcokrajowców. Jak zapewnia, branża nie tylko nie będzie zwalniać pracowników, lecz wręcz szuka sposobów na zatrzymanie ich na obecnych stanowiskach.

Warszawska giełda ma szansę na wzrosty. Zmiany w OFE nie powinny odbić się na notowaniach spółek

CEO Magazyn Polska

Niskie stopy procentowe i ewentualne dalsze luzowanie polityki ze strony Rady Polityki Pieniężnej mogą przyczynić się do podtrzymania wzrostów na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Rynek obligacji skarbowych nie jest obecnie atrakcyjny, a inwestorzy powinni poszukać okazji na rynku obligacji korporacyjnych.

– Jeśli chodzi o indeksy na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, to biorąc pod uwagę hossę trwającą od 2012 roku, a także niskie stopy procentowe i ewentualne kolejne cięcia stóp procentowych, to inwestycje w akcje będą przynosiły inwestorom wysokie zyski. W naszej opinii rynek akcji to najlepsze miejsce, żeby lokować swoje oszczędności – mówi agencji Newseria Biznes Adrian Apanel, specjalista ds. inwestycji na rynkach zagranicznych i zarządzania ryzykiem MM Prime TFI SA.

Jego zdaniem zmiany w OFE nie powinny mieć wielkiego wpływu na ruch indeksów na GPW, mimo wprowadzenia mechanizmu tzw. suwaka. Polega on na tym, że na 10 lat przed osiągnięciem ustawowego wieku emerytalnego środki zgromadzone na rachunku w OFE będą stopniowo przekazywane każdego miesiąca do ZUS i zapisywane na indywidualnym subkoncie ubezpieczonego.

 Suwak będzie się równoważył z dywidendami, które zostaną wypłacone przez największe spółki, które są w portfelach OFE, jak również będzie się równoważył z zagranicznymi inwestycjami OFE – uważa Adrian Apanel. – Jeśli chodzi o inwestycje za granicą, to OFE włożyły tam odpowiednie aktywa i wydaje nam się, że w przypadku potrzeb płynnościowych OFE będzie starało się upłynnić wpierw te bardziej płynne spółki zagraniczne – mówi Apanel.

Jak obligacje, to firmowe

Zdaniem Apanela ze względu na niskie rentowności obligacji skarbowych niemal w całej Europie inwestycje w papiery dłużne należy wzbogacić o obligacje z sektora korporacyjnego.

Wydaje mi się, że inwestycje w obligacje skarbowe nie przyniosą nam takich zysków jak inwestycje w obligacje korporacyjne – tam można doszukiwać się ciekawie oprocentowanych papierów – wskazuje Apanel.

Zwraca uwagę, że jego firma analizuje również rynki zagraniczne – szczególnie interesuje się emitentami z USA, Europy Zachodniej, a także Ameryki Łacińskiej.

– Ciekawie wygląda sektor motoryzacyjny i komponentów motoryzacyjnych w Stanach Zjednoczonych. Jeśli chodzi o Europę, to firmy, które zajmują się budownictwem, materiałami budowlanymi również wyglądają ciekawie – mówi Apanel.

Apanel zastrzega, że z pewnością fundusz MM Prime nie będzie brać pod uwagę takich krajów, jak Wenezuela czy Argentyna, w których sytuacja makroekonomiczna jest bardzo trudna.

– Są inne kraje, gdzie możemy znaleźć ciekawe inwestycje. Są to na przykład Chile czy Peru – dodaje specjalista ds. inwestycji na rynkach zagranicznych i zarządzania ryzykiem MM Prime TFI SA.

MM Prime TFI SA to pierwsze od ponad trzech lat niezależne towarzystwo funduszy inwestycyjnych powstałe z inicjatywy osób niezwiązanych z żadną grupą kapitałową. Pod koniec 2013 roku fundusz uzyskał zezwolenie Komisji Nadzoru Finansowego na prowadzenie działalności. W połowie czerwca 2014 roku MM Prime TFI rozpoczął działalność operacyjną. Jak mówi Adrian Apanel, fundusz będzie szukał najlepszych spółek z sektorów dużych oraz małych i średnich przedsiębiorstw, których akcje notowane są na GPW w Warszawie.

Prezes Fakro: Polskie firmy mają dużo gorsze warunki do rozwoju i konkurowania niż inwestorzy zagraniczni

CEO Magazyn Polska

Ryszard Florek, prezes i założyciel spółki Fakro, uważa, że nasz kraj potrzebuje dużych polskich firm i uznanych marek, a wzorem do budowy innowacyjnej gospodarki powinna być dla nas Korea Południowa. Na razie według niego polskie firmy mają gorsze warunki do rozwoju niż inwestorzy zagraniczni, a o innowacje trudno, ponieważ kraj stał się wielką montownią dla zachodnich koncernów.

Do innowacji potrzebne są duże rodzime firmy, a takich brakuje. Polska stała się montownią, poddostawcą elementów, części, półproduktów dla zachodnich koncernów. Najlepszym przykładem, jak tworzyć innowacje, jest Korea Południowa – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ryszard Florek, prezes spółki Fakro, producenta stolarki okiennej i drzwiowej.

Ograniczenie gospodarki do montażu i usług na rzecz firm zagranicznych powoduje, że jedynym obszarem konkurencji pozostają koszty pracy. A tu przewaga Polski maleje wraz z coraz większą dostępnością taniej siły roboczej w innych krajach.

Nie mamy własnej gospodarki, nie mamy własnych marek, nie tworzymy know-how w Polsce. Żeby mówić o innowacyjności, najpierw musimy zastanowić się, co zrobić, żeby mieć duże rodzime firmy zdolne do tworzenia innowacji – uważa Ryszard Florek.

Same nowatorskie pomysły to za mało, żeby budować innowacyjną gospodarkę. Zdaniem prezesa Fakro do tworzenia innowacji nie wystarczą też uczelnie i pomoc instytutów zagranicznych.

W naszej branży zanim konstruktor cokolwiek zrobi, musi prześledzić kilkaset patentów, żeby nie powielić istniejących rozwiązań. Pomysły to za mało. Trzeba mieć dostęp do wiedzy, znać potrzeby klientów, mieć możliwości działania – twierdzi Ryszard Florek. – Polskie firmy mają dużo gorsze warunki rozwoju i konkurowania niż inwestorzy zagraniczni. Usługi i montaż nawet na najnowocześniejszych maszynach z zagranicy to nie jest droga do rozwoju. W Polsce trzeba pozwolić Polakom pracować.

W Polsce w porównaniu z Ukrainą średnie zarobki są dwukrotnie wyższe, a oba kraje około 25 lat temu startowały z podobnego pułapu. Z drugiej strony również Korea Południowa zaczynała rozwój z podobnych pozycji, ale dziś jest znacznie dalej niż Polska, a średnie wynagrodzenie ma dwa razy wyższe.

Wydaje się, że droga koreańska była lepsza, choć trudno o jednoznaczną ocenę. Być może u nas nie dało się inaczej, a być może istniały lepsze scenariusze – mówi prezes Fakro. – Staliśmy się krajem średniego wzrostu. Rozwijamy się i to cieszy, ale pozostaje niedosyt, ponieważ inni rozwijają się szybciej.

Innowacyjność ma być w nowej perspektywie unijnej siłą napędową gospodarki, wciąż jednak nakłady na działalność badawczo-rozwojową (B+R) są w Polsce niskie w porównaniu z gospodarkami Europy Zachodniej i Azji. Według Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju w 2012 r. udział nakładów na B+R w stosunku do PKB osiągnął poziom 0,9 proc. W ubiegłym roku przekroczył 1 proc. To jednak niewiele w porównaniu np. z Koreą Południową, gdzie środki na taką działalność już w 2010 r., według danych KPMG, wynosiły 3,74 proc. Według założeń rządowych do 2020 r. udział B+R w PKB powinien wynieść 1,7 proc., a w 2023 r. – 2 proc., czyli tyle, ile dziś wynosi unijna średnia.

Rekordowo rośnie liczba miłośników zabytkowych pojazdów

CEO Magazyn Polska

W 2013 roku do Polski została sprowadzona rekordowa liczba samochodów zabytkowych. Do naszego kraju trafiło ich ponad 1,2 tys., natomiast niemal 900 pojazdów zostało zarejestrowanych jako zabytki. Oprócz sprowadzania kolekcjonerskich modeli Polacy bardzo chętnie tworzą specjalne kluby motoryzacyjne dla właścicieli zabytkowych aut, a także organizują zloty i wyścigi.

Jedną z ciekawszych społeczności związanych z zabytkowymi pojazdami tworzą miłośnicy zabytkowych mercedesów, zrzeszeni w Klubie Zabytkowych Mercedesów Polska. To właśnie w tej grupie można znaleźć unikatowe modele niemieckiej marki samochodów, w tym także pojazdy wyprodukowane na początku XX wieku.

– Najciekawszymi okazami w naszej społeczności są samochody przedwojenne. Najstarszym modelem jest Mercedes Posen z 1912 roku. Oprócz tego w tegorocznym zlocie pojawiły się także dwa nowe modele Mercedesa 230 z końca lat 30. – mamy ich w sumie 3 w naszym klubie i każdy jest inny. Posiadamy także takie perełki, jak SL 300 Gullwing, czyli auto z początku lat 50., wyprodukowane w 1,6 tys. egzemplarzach, nasz ma numer seryjny 90 i w ubiegłym roku brał udział w słynnym rajdzie Mille Miglia we Włoszech – opowiada  Ewa Łabno-Falęcka, dyrektor PR firmy Mercedes-Benz w Polsce.

W trakcie XIII Zlotu Zabytkowych Mercedesów najbardziej intrygującym modelem był Mercedes Posen z 1912 roku, który według różnych plotek miał zostać zaprojektowany dla poznańskiego księcia Geschke. 
Samochód został zamówiony w 1910 roku. Odebrany został dwa lata później. Następnie w 1926 roku został sprzedany złotnikowi z Zakopanego. Ten jeździł autem do 1935 roku. Od tamtego czasu do 1996 roku nikt go nie widział. Sam trafiłem na ślad pojazdu w drewnianej szopie. Niedługo potem nabyłem auto i dokonałem jego renowacji – mówi agencji informacyjnej Newseria właściciel mercedesa Józef Kołoczek z Rybnika.

Sprowadzanie i renowacja zabytkowych aut stała się dobrą inwestycją, jednak u większości kolekcjonerów to nie pieniądze, a sentyment i przywiązanie do klasycznej motoryzacji odgrywają kluczową rolę.

Dla mnie jest to pewna myśl inżynierska. Jest to pewne – nie wahałbym się tu określić – dzieło sztuki, które ludzkimi rękami zostało zbudowane 80-100 lat temu. Zachęcam wszystkich do kolekcjonowania, dlatego że te rzeczy nabierają wartości. Na tym się nie traci – dodaje Paweł Grzegorczyk, jeden z uczestników zlotu.

XIII Zlot Zabytkowych Mercedesów StarDrive Poland 2014 odbył się w dniach 19-22 czerwca z Poznaniu. Na imprezie pojawiło się 80 polskich i zagranicznych załóg w samochodach marki Mercedes-Benz.

Cierpiący na pęcherz nadreaktywny bez dostępu do refundacji odpowiedniej liczby leków i wsparcia medycznego

CEO Magazyn Polska

Na zespół pęcherza nadreaktywnego cierpi 10-15 proc. społeczeństwa. Jednak w Polsce pacjenci nie mogą liczyć na odpowiednie wsparcie finansowe ani medyczne. Wybór leków refundowanych na tę chorobę jest zbyt mały, a co za tym idzie prawdopodobieństwo dobrania optymalnej terapii dla chorego spada.

Według Światowej Organizacji Zdrowia problem OAB, czyli zespół pęcherza nadreaktywnego, należy do dziesięciu najpoważniejszych problemów społeczno-medycznych na świecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Michałek, dyrektor programu „NTM – Normalnie Żyć”.

Pęcherz nadreaktywny to zespół objawów polegających na występowaniu (łącznie lub osobno) częstomoczu, parcia naglącego i nietrzymania moczu. Za chorobę społeczną uważa się taką, na którą cierpi minimum 5 proc. społeczeństwa. Problem nietrzymania moczu dotyczy nawet 15 proc. każdego społeczeństwa. W Polsce dotyka on ok. 3 mln osób, głównie kobiety. Z danych NTM wynika, że w całej Europie problem OAB (overactive bladder) dotyczy ok. 49 mln osób. Z tego ok. 40 proc. nigdy nie rozmawiało na ten temat ze swoim lekarzem.

Na świecie terapię zaczynamy leczeniem nieinwazyjnym: to fizjoterapie, zmiana stylu życia, kolejnym krokiem jest farmakoterapia. Mamy osiem różnych leków do wyboru – mówi prof. Jerzy Gajewski z departament Urologii i Farmakoterapii Uniwersytetu Dalhousie. – Następnym etapem jest botoks albo neuromodulacja [stymulacja nerwów krzyżowych, które odpowiadają za kontrolę czynności dolnych dróg moczowych i dna miednicy – red.], a ostatnim etapem – chirurgia.

Polska służba zdrowia, jak podkreślają eksperci, nie jest przychylna cierpiącym na pęcherz nadreaktywny.

Niestety, nie możemy powiedzieć, że mamy jakikolwiek system wsparcia w Polsce. Istnieją pewne elementy, ale one łącznie tworzą chaos i bardziej są nastawione na to, żeby jak najmniej pacjentów mogło z tego i tak bardzo ubogiego systemu skorzystać, niż żeby faktycznie ten problem systemowo rozwiązać – krytykuje Tomasz Michałek.

Problem zaczyna się już przy profilaktyce i higienie, czyli środkach absorpcyjnych (np. pieluchy). Refundacja tych produktów ograniczona jest do wąskiej grupy pacjentów.

Polska jest jedynym krajem, w którym kryterium do refundacji nie jest samo nietrzymanie moczu, tylko nietrzymanie moczu i współistniejąca choroba, do których należą, zgodnie z rozporządzeniem ministra zdrowia, wybrane nowotwory, udary itp. – wyjaśnia Michałek.

Problem dotyczy także refundacji farmakologicznej – refundowane są tylko leki oparte na dwóch substancjach. Według obowiązującego od 1 maja br. obwieszczenia ministra zdrowia nie zwiększono liczby leków refundowanych.

Znacznie więcej rodzajów leków powinno być refundowanych, by lekarz z pacjentem mogli dobrać optymalne leczenie – twierdzi Michałek. – Farmakoterapia w przypadku pęcherza nadreaktywnego jest bardzo indywidualną terapią. Dlatego ważna w niej jest skuteczność oraz poziom i różnorodność skutków ubocznych. Kiedy mamy do wyboru tylko dwa leki [z dwóch substancji] w refundacji, a więc dostępne cenowo dla pacjenta, to prawdopodobieństwo, że akurat jeden z nich zadziała, jest naprawdę stosunkowo niewielkie.

Co więcej, aby pacjent mógł skorzystać z refundacji, musi wcześniej poddać się zupełnie niepotrzebnemu z medycznego punktu widzenia badaniu urodynamicznemu. Jest ono do tego stopnia nieprzyjemne, bolesne, a czasami nawet niebezpieczne (często dochodzi do zakażeń), że pacjenci rezygnują z jego wykonania, co oznacza, że albo zaprzestają leczenia, albo płacą za lek z własnej kieszeni 100 procent ceny.

Eksperci przyznają, że Polska jest jedynym krajem, w którym jest wymóg robienia badania urodynamicznego do refundacji leków. Krytykują ponadto obowiązujące limity cenowe i ilościowe na środki absorpcyjne oraz fakt, że dopiero wprowadza się neuromodulację krzyżową, terapię stosowaną na świecie przy najcięższych postaciach OAB od 20 lat.

Zdaniem dyrektor programu „NTM – Normalnie Żyć” oprócz wsparcia finansowego niezbędna jest edukacja.

Chodzi tu nie tylko o edukację pacjentów, lecz także lekarzy, poczynając od lekarzy pierwszego kontaktu, którzy nie do końca wiedzą, co z takimi pacjentami mają robić – przekonuje Michałek. – Zdarza się wręcz, że lekarz od razu mówi, że dolegliwość pęcherza to kwestia wieku i w tej sytuacji pozostają pieluchy.

Z danych NTM wynika, że zapadalność na tę dolegliwość wzrasta wraz z wiekiem (zwiększenie liczby chorych było obserwowane po 44. roku życia u kobiet i po 64. roku życia u mężczyzn). Ale może ona dotknąć osoby w każdym wieku.

Świadomość w społeczeństwie na temat pęcherza nadreaktywnego poprawiła się, ale biorąc pod uwagę różnego rodzaju dane z Polski, wygląda na to, że wciąż dużo jest do zrobienia – mówi Newserii Biznes prof. Jerzy Gajewski. – Trzeba uświadamiać ludzi, również lekarzy i rządzących, że pęcherz nadreaktywny  to choroba, a nie nieunikniony objaw starzenia się.

Kilkanaście procent zwrotu rocznie z inwestycji w turbiny wiatrowe. W tym roku ruszy pierwsza elektrownia w takim modelu

CEO Magazyn Polska

Do końca tego roku powinna ruszyć pierwsza elektrownia wiatrowa Energy Invest Group w ramach projektu Synergia100. Spółka promuje nowy model finansowania, podobny do spółdzielczego. Prywatni, niewielcy inwestorzy mogą pozyskać udziały w jednej ze 100 planowanych turbin. Zyski z tej inwestycji mogą sięgnąć 16-17 proc. rocznie.

W tym roku uruchomimy pierwszą elektrownię, do której budowy przygotowywaliśmy się przez ostatnie trzy lata – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Orkisz, członek zarządu Energy Invest Group Sp. z o.o. – Jest to elektrownia zlokalizowana w miejscowości Czernice Borowe, w okolicy Przasnysza. To będzie albo grudzień, albo początek stycznia 2015 roku. To będzie elektrownia o mocy dwóch megawatów, wysokości masztów powyżej 100 metrów, rozpiętości skrzydeł również 100 metrów, więc jest to duża przemysłowa elektrownia wiatrowa.

Turbina wiatrowa w Czernicach Borowych to pierwsza z planowanych przez Energy Invest Group do 2020 r. 100 elektrowni. W tej chwili ruszyło pięć projektów, niedługo wystartuje szósty. Wszystkie są zlokalizowane w promieniu ok. 100 km od Warszawy, w województwach łódzkim i mazowieckim, i mają moc 2 MW.

Energy Invest Group finansuje te turbiny w modelu wzorowanym na rynku niemieckim. Każdą turbinę buduje inna spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Niewielcy indywidualni inwestorzy mogą kupić udziały w tych spółkach, dzięki czemu potem czerpią zyski z działalności turbiny. Jak mówi Orkisz, przy obecnych uwarunkowaniach prawnych mogą one sięgnąć nawet 16-17 proc. rocznie, choć teoretycznie możliwa jest nawet wyższa rentowność.

Inwestor, który chciałby do tego typu biznesu przystąpić, nie musi posiadać kapitału na całą elektrownię. Można to przyrównać do modelu spółdzielczego. Czyli duża grupa inwestorów finansuje jedną dużą, drogą inwestycję, w zamian za to stając się wspólnikami i czerpiąc dywidendę z produkcji energii elektrycznej – tłumaczy Orkisz.

Energy Invest Group jest pionierem i liderem rynku tego typu inwestycji w Polsce. Orkisz podkreśla, że w ciągu trzech lat działalności spółka rozwinęła ofertę dla inwestorów rozproszonych. Wszystkie z planowanych 100 elektrowni będą mogły powstać i funkcjonować dzięki temu modelowi. Przewidywany czas działania pojedynczej turbiny to ok. 25-30 lat, przez które corocznie inwestorzy otrzymają dywidendę. Banki udzielają kredytów na budowę turbin najczęściej na 15 lat, więc po tym okresie nadwyżki finansowe rosną.

Orkisz podkreśla, że to szansa na zwiększenie udziału odnawialnych źródeł energii w Polsce. Zapowiada, że obecnie spółka koncentruje się na elektrowniach wiatrowych, ale jeśli pozwoli na to zmiana przepisów, to może również zaoferować podobne inwestycje w panele fotowoltaiczne.

Na model biznesowy spółki może wpłynąć ustawa o odnawialnych źródłach energii, którą w kwietniu przyjęła Rada Ministrów.

Pierwszych pięć instalacji uruchomimy jeszcze przed rokiem 2016, żeby potem móc sobie wybrać sposób wsparcia, czy to będą zielone certyfikaty, czy aukcja energii elektrycznej. Zależy nam na tym, żeby maksymalnie szybko to zrobić. Jesteśmy firmą z branży OZE, więc ta regulacja bezpośrednio będzie na nas wpływała, ale jesteśmy w stanie dzięki temu, że szybko uruchomimy elektrownię, móc potem wybrać system, który będzie najbardziej korzystny – mówi Orkisz.