GPW spodziewa się wzrostu rynku instrumentów pochodnych. Planuje wprowadzenie nowych produktów

CEO Magazyn Polska

20 czerwca tego roku zakończy się okres migracji z kontraktów na WIG20 z mnożnikiem 10 zł na kontrakty na WIG20 z mnożnikiem 20 zł. Po tym terminie w notowaniach pozostaną wyłącznie kontrakty z wyższym mnożnikiem. Ta zmiana obniża koszty transakcji, a wraz z wprowadzeniem zarówno nowych indeksów WIG30 i WIG50, jak i opcji akcyjnych, ma przyspieszyć rozwój rynku instrumentów pochodnych.

Obrót na tych kontraktach powoli zaczyna rosnąć. Myślę, że przyjdzie czas, kiedy inwestorzy zauważą i docenią zalety nowych kontraktów. Najważniejsza jest istotna obniżka kosztów zawierania transakcji na nowym instrumencie, które spadły o połowę. To sprawia, że zawieranie transakcji staje się bardziej rentowne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Mejszutowicz, dyrektor Dział Rynku Terminowego GPW.

Kursy kontraktów terminowych, np. na indeks WIG20, są podawane w punktach, a ich cena to iloczyn kursu i mnożnika. Przykładowo, jeżeli mnożnik wynosi 10 zł, a kurs kontraktu na WIG20 2 000 pkt, to cena rynkowa wynosi 20 000 zł. Zmiana kursu kontraktu o 1 pkt oznacza zysk lub stratę wysokości 10 zł. Zakładając, że prowizja wynosi 6 zł za otwarcie i 6 zł za zamknięcie pozycji, ta inwestycja netto przynosi 2 zł straty. W przypadku kontraktów z mnożnikiem 20 zł, jednopunktowa zmiana kursu pozwala pokryć koszty, a nawet może przynieść niewielki zysk. Zakładając tę samą prowizję, inwestor zarobi 8 zł.

Przede wszystkim te kontrakty docenią inwestorzy, którzy są bardzo aktywni na rynku i zawierają transakcje, wykorzystując najmniejsze zmiany kursów kontraktów terminowych. To także inwestorzy, którzy niejednokrotnie inwestują w horyzoncie jednodniowym i są tzw. daytraderami. Dla nich ta zmiana będzie naprawdę bardzo korzystna, ale zyskają na niej również inwestorzy instytucjonalni, animatorzy rynku (ang. market maker), wszyscy uczestnicy rynku – wyjaśnia Mejszutowicz.

Do 2011 r. rynek derywatów rozwijał się dynamicznie, czemu sprzyjała wysoka zmienność instrumentów bazowych. Po uporządkowaniu sytuacji w strefie euro – zwłaszcza w sektorze finansowym – zmienność zaczęła spadać, co odbiło się także na polskim rynku kapitałowym. W 2012 r. wolumen obrotów kontraktami na GPW wyniósł 10,59 mln kontraktów, najmniej do 2007 r., podczas gdy w 2011 r. było to ponad 14,6 mln kontraktów. W ubiegłym roku było widoczne ożywienie, choć wolumen obrotu na kontraktach nie przekroczył 12 mln kontraktów – wynika z danych GPW.

Jest na rynku bardzo niska zmienność cen, co bardzo utrudnia inwestowanie i zarabianie na tym rynku. Nowe kontrakty mają to zmienić. Między innymi dlatego wprowadziliśmy kontrakty z mnożnikiem 20 zł, żeby zaradzić sytuacji trudnego inwestowania w czasach stagnacji – mówi dyrektor Dział Rynku Terminowego GPW.

Rynek instrumentów pochodnych staje się coraz ważniejszy w strategii rozwoju całego rynku kapitałowego w Polsce. Powodem jest przede wszystkim marginalizacja OFE, które zapewniały dopływ kapitału, a także praktycznie wstrzymany proces prywatyzacji. Kolejnym impulsem do dalszego rozwoju rynku derywatów ma być zmiana indeksów giełdowych, która zostanie przeprowadzona pod koniec roku.

Pamiętajmy, że indeks WIG20 i mWIG40, które są bazą dla instrumentów pochodnych, zostaną zastąpione indeksami WIG30 i WIG50. Dlatego musimy dokonać wymiany instrumentów bazowych. Rozpocznie się w grudniu tego roku i potrwa kilka miesięcy. Przez ten czas inwestorzy będą mieć dostępne kontrakty na stare i nowe indeksy po to, żeby w tym okresie mogli przenieść swoje inwestycje. Myślę, że ta zmiana, jak również zmiana mnożnika, spowodują, że rynek derywatów bardzo mocno urośnie – przewiduje Krzysztof Mejszutowicz.

Potencjał tego rynku tkwi także w opcjach. Jak dotąd inwestorzy mogą inwestować jedynie w opcje indeksowe na WIG20. Obok opcji na nowy indeks WIG30, giełda chce w tym roku wprowadzić do handlu opcje na akcje pojedynczych spółek.

Od obecnych opcji będą się one różniły charakterystyką, ponieważ będą rozliczane poprzez dostawę akcji, które są instrumentem bazowym. Będzie można takiej dostawy zażądać w każdej chwili. Opcje będą miały ,,amerykański styl wykonania”. Chcemy również dokonać pewnej poprawy charakterystyki opcji na WIG20, żeby było ich notowanych trochę więcej i aby te instrumenty były wygaszane w każdym miesiącu. To jest coś, na co wielu inwestorów od długiego czasu czeka – uważa Mejszutowicz.

GPW nie zdecydowała jeszcze, które spółki znajdą się w gronie dostępnych na rynku opcji. Prawdopodobny jest start nowego rynku z udziałem niewielkiej liczby największych i najbardziej płynnych spółek, do którego sukcesywnie dołączałyby kolejne.

Myślimy o pięciu najpłynniejszych spółkach. Być może na początku skoncentrujemy obrót na dwóch, trzech spółkach. Postaramy się o zainteresowanie inwestorów tą grupą, a w dalszej kolejności będziemy wprowadzać opcje na akcje kolejnych spółek, tak jak stało się z kontraktami na akcje – mówi dyrektor.

Brytyjska firma bukmacherska chce wrócić na polski rynek. Oczekuje jednak zmian w podatkach od gier

0

CEO Magazyn Polska

Brytyjska firma bukmacherska Ladbrokes jest zainteresowana powrotem na polski rynek. Jej przedstawiciele podkreślają jednak, że niezbędna jest jednak zmiana ustawy hazardowej oraz zmiana sposobu opodatkowania. Dla całego rynku korzystne byłoby wprowadzenie wspólnych europejskich przepisów, które zniosłyby wymogi rejestracji w poszczególnych krajach.

Ladbrokes jest zainteresowany polskim rynkiem, przyglądamy się mu i chcemy na niego wejść. Naszym zdaniem w tej chwili nie pozwala na to opodatkowanie. Wejście nowej firmy przy obecnym podatku i ograniczeniach reklamy jest zbyt ryzykowne, wręcz niemożliwe. Dlatego też staramy się pokazać, że te zmiany są potrzebne – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Kopeć, business development manager w Ladbrokes.

Spółka Ladbrokes wycofała się z Polski w 2011 r. po wejściu w życie nowej ustawy hazardowej. Zgodnie z nią w Polsce działać mogą jedynie spółki z polską licencją. W życie wszedł wtedy również zakaz reklamy dla firm z tej branży. Kopeć podkreśla, że choć niektóre firmy omijają prawo, oferując zakłady przez internet, Ladbrokes nie podejmuje takiego ryzyka. Jako spółka notowana na londyńskiej giełdzie i wchodząca w skład indeksu FTSE250 nie chce działać na granicy prawa.

Obecnie użytkownicy z Polski (z polskim adresem IP) mają zablokowany dostęp do strony internetowej Ladbrokes. Kopeć przyznaje, że spółka chętnie wróciłaby na polski rynek zarówno w sektorze online, jak i punktów bukmacherskich, ale niezbędne są zmiany prawne.

Pierwszym podstawowym rozwiązaniem jest zmiana systemu opodatkowania z podatku od obrotu na podatek od zysków firmy. Najlepiej rozwiązane jest to w Danii, gdzie obowiązuje 20-proc. podatek. Szara strefa została zredukowana do minimum, więc jest to rozwiązanie, które pozwala legalnym firmom funkcjonować w pełni na danym rynku i zwiększa wpływy do budżetu, ograniczając szarą strefę – przekonuje Kopeć.

Dodaje, że np. w Hiszpanii sprawdza się nawet wyższy, 25-proc. podatek od zysków. Stosowane w Polsce opodatkowanie obrotów działa na rynek zdecydowanie gorzej. We Francji, gdzie funkcjonuje podobne rozwiązane, rynek bukmacherski skurczył się w ubiegłym kwartale o 13 proc. W Polsce podatek od gier opiera się na obrotach firm, a jego stawki są zróżnicowane w zależności od typu gry. Zakłady wzajemne na współzawodnictwo zwierząt (wyścigi konne) są obłożone 2,5-proc. podatkiem, a wszystkie inne zakłady wzajemne – 12-proc. W 2013 r. zgodnie z danymi Ministerstwa Finansów wpływy budżetowe z podatku od gier wyniosły 1,3 mld zł.

Kopeć przekonuje, że poza zmianą systemu podatkowego sektor hazardowy skorzystałby na wspólnych unijnych regulacjach. Doprowadziłoby to do wyeliminowania kuriozalnej według niego sytuacji, w której przepisy różnią się między krajami, a firmy i tak omijają prawo, oferując zakłady przez internet.

Nie można tego rozpatrywać, patrząc tylko na polskie prawo czy na prawo jakiekolwiek innego kraju. Trzeba rozpatrywać to w szerszym kontekście Unii Europejskiej, a sama Unia coraz bardziej przygląda się regulacjom hazardowym. W Polsce niedawno Ministerstwo Finansów otrzymało list od Komisji Europejskiej, która żądała wyjaśnień, jak ta ustawa została wprowadzona, bo to też nie jest do końca jasne, czy ona jest w 100 proc. zgodna z prawem unijnym – mówi Kopeć.

Dodaje, że wspólne unijne regulacje hazardowe uprościłby sytuację związaną z rejestracją firm. Jedno zezwolenie dawałoby prawo działania na terenie całej wspólnoty, a klienci nie musieliby zastanawiać się, czy obstawiając w internecie nie łamią prawa. Kopeć dodaje, że firmy hazardowe są jednymi z niewielu, które tak ściśle muszą rejestrować swoją działalność.

Polscy przedsiębiorcy mają problemy z odzyskaniem należności na Ukrainie i na południu Europy

0

CEO Magazyn Polska

Kryzys na Ukrainie i konflikt na linii Kijów – Moskwa przyczyniły się do poniesienia strat przez wiele polskich firm: inwestorów na ukraińskim rynku i tych handlujących ze wschodnim sąsiadem. Dodatkowo regulacje dotyczące sprawozdań finansowych tamtejszych firm powodują, że polskiemu przedsiębiorcy trudno przed podjęciem współpracy poznać kondycję finansową kontrahenta, to zaś prowadzi do problemów z odzyskaniem należności za usługi czy towary. Zatory płatnicze są zmorą polskich firm również na rynkach południowej Europy.

Wiele firm, w tym tych z polskim kapitałem, ucierpiało podczas konfliktu na Ukrainie, do czego przyczyniły się zamieszki, zwłaszcza we wschodniej części – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Harczuk, prezes zarządu Euler Hermes Collections, firmy zajmującą się m.in. monitoringiem należności i windykacją polubowną.  

Ukraina jest ważnym rynkiem lokowania bezpośrednich inwestycji zagranicznych przez polskie firmy. Dotychczas polskie firmy ulokowały na Ukrainie łącznie ponad 840 mln dol.(dane z końca października 2013 r.). To wartość o ponad 70 mln dol. niższa niż rok wcześniej. Ukraina zajmuje ósme miejsce wśród najważniejszych polskich rynków eksportowych, realizuje go ok. 12 tys. polskich firm, w większości małych i średnich firm. W pierwszych miesiącach roku ze względu na sytuację polityczną eksport jednak znacząco spadł.

Maciej Harczuk podkreśla jednak, że przyczyną kłopotów niektórych polskich firm na Ukrainie nie jest tylko sytuacja polityczna. Ukraiński rynek – nawet w okresie stabilizacji – nie jest dla przedsiębiorców łatwym rynkiem.

Firmy ukraińskie publikują sprawozdania finansowe w kilku wersjach. Wielokrotnie sprawdziliśmy, że kondycja finansowa firmy, która jest publikowana w sprawozdaniu finansowym, nie zawsze jest spójna z tym, co się dzieje w rzeczywistości. Są sprawozdania finansowe dla urzędu, dla właściciela i często sprawozdanie finansowe dla banku – wyjaśnia prezes Euler Hermes Collections. – Firmy tam tworzą siatkę różnych powiązanych spółek, za pośrednictwem których dystrybuują swoje towary, starają się trochę rozproszyć kapitał, rozproszyć obroty.

Z tego powodu bardzo trudno jest zweryfikować wiarygodność takiej firmy. Bez pomocy specjalistów, firm, które monitorują rynki, często jest to nawet niemożliwe. Takie utrudnienia powodują, że polscy przedsiębiorcy rozpoczynają współpracę z nie do końca sprawdzonym partnerem, a to może oznaczać problemy z odzyskaniem należności za usługi czy towary.

Nasza firma dostarcza właśnie tego typu opracowań, korzystając z pracowników, osób mieszkających na Ukrainie i partnerów przygotowujących dla nas tego typu zestawienia – dodaje Harczuk.

Zatory płatnicze nie tylko na Ukrainie

Konieczność weryfikacji wiarygodności finansowej kontrahentów nie powinna ograniczać się tylko do partnerów wschodnich.  Tym bardziej że statystyki pokazują, że zatory płatnicze są poważnym problemem również na południu Europy.

Sytuacja jest niestabilna w takich krajach, jak Włochy czy Hiszpania – zauważa Harczuk. – Mamy tam dużo zgłoszeń od naszych klientów, którzy sprzedali towar, np. materiały budowlane, i czekają już ponad 100 dni na zapłatę, bo nie sprawdzili wcześniej, jaka jest kondycja finansowa odbiorcy.

Wychodzenie Włoch z kryzysu następuje powoli. Z płynnością finansową mają w tym kraju problem nawet renomowane firmy, które działają od wielu lat. Do zatorów płatniczych przyczyniły się tam także instytucje rządowe. Podobne trudności występują w Hiszpanii.  

Najwięcej problemów mamy na rynkach właśnie w tej części Europy – mówi Harczuk. – Z kolei na rynku niemieckim dyscyplina płatnicza się poprawiła. Wprawdzie i tam nie zawsze pieniądze wpływają na czas. Jeśli jednak już włączamy naszych pracowników zajmujących się windykacją, to okazuje się, że dyscyplina i ustalone harmonogramy są w miarę wypełniane.

Sytuacja przedsiębiorstw w Polsce w obszarze należności utrzymuje się na bardzo dobrym poziomie – mimo niewielkich wzrostów w porównaniu z sytuacją sprzed kilku miesięcy. 34,6 proc. firm deklaruje spadek problemów z odzyskiwaniem należności lub ich całkowity brak, natomiast 15,5 proc. zauważa wzrost problemów w tym obszarze – wynika z kwietniowych danych Krajowego Rejestru Długów i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych. Odsetek przeterminowanych należności wynosi 24,8 proc. (w październiku 2013 był historycznie niski – 22,7 proc.). Skrócił się jednak czas przeterminowania należności – jest on najniższy w pięcioletniej historii badania i wynosi 3 miesiące i 17 dni. Udział faktur opóźnionych o ponad 6 miesięcy spadł do 22 proc. Wydatki ponoszone przez przedsiębiorców w związku z nieterminową obsługą zobowiązań przez klientów stanowią 7,9 proc. ogółu ich kosztów.

Dwie trzecie Polaków regularnie dba o zdrowie. Jednak niektóre zdrowe nawyki częściej deklarujemy, niż wcielamy w życie

Zdrowie jest w naszych rękach i jego stan zależy od naszych działań. Twierdzi tak aż 70 proc. Polaków, którzy coraz częściej poddają się badaniom profilaktycznym, uprawiają sport i uważniej komponują dietę. Pozostałe 30 proc. uważa, że na ich kondycję zdrowotną wpływają okoliczności zewnętrzne – wynika z badań „Barometr Bayer 2014. Lepsze życie z wyboru”, ogłoszonych w salonie popularnonaukowym BayLab.

Sojusznikiem jest nauka, która dzięki innowacjom pomaga podwyższać jakość życia, zwłaszcza w fundamentalnych obszarach zdrowia i odżywiania, czego wyrazem jest  motto Bayer: „Science for a better life”, czyli nauka dla lepszego życia – mówi Christophe Dumont, prezes Bayer, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Dostrzegliśmy pewne obszary zdrowia, w których Polacy wykazują się ogromną troską. Jednak wiele innych jest do poprawy, żeby nie było za późno, by zapobiec chorobom. Bayer udostępnia ludziom potrzebne rozwiązania, takie jak glukometr – czyli urządzenie diagnostyczne, które służy do pomiaru poziomu glukozy we krwi.

Ponad 60 proc. ankietowanych przez Millward Brown na zlecenie firmy Bayer przeprowadziło badania profilaktyczne w ciągu ostatnich trzech lat. Nieco większy odsetek badanych zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest profilaktyka.

Mężczyźni częściej wykonują badania profilaktyczne dotyczące chorób układu krążenia, kobiety – badania z zakresu profilaktyki nowotworowej. W starszej grupie wiekowej intensywność wykonywania badań profilaktycznych jest większa – mówi dr Izabella Anuszewska, dyrektor Działu Badań Millward Brown.

Respondenci najczęściej deklarują, że dbają o zdrowie poprzez codzienną higienę, aktywność fizyczną i kontrolowanie wagi. Jednak między deklaracjami a praktyką istnieje pewien rozdźwięk. Znaczenie regularnej aktywności fizycznej podkreśla ponad 80 proc. badanych, ale praktykuje ją niecałe 65 proc.

Z badań wynika, że kobiety częściej niż mężczyźni dbają o zdrową dietę. Polacy deklarują, że kontrolują, co i ile jedzą, ale w praktyce mniej niż połowa zwraca uwagę na zawartość tłuszczu, soli czy cukru w potrawach. Podobnie wygląda sytuacja z wysypianiem się – blisko 80 proc. ankietowanych zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest odpowiednia ilość snu, a niecałe 70 proc. – rzeczywiście się wysypia.

W pierwszej kolejności kwestie dotyczące zdrowia są przekazywane w rodzinie. Okazuje się, że rodzice z różną intensywnością przyzwyczajają dzieci do rozmaitych zachowań prozdrowotnych – mówi dr Izabella Anuszewska.

Polacy najczęściej uświadamiają swoim dzieciom, że powinny dbać o higienę osobistą (91 proc.) i czystość w domu (81 proc.). Informują ich również o szkodliwości używek oraz zbawiennym wpływie aktywności fizycznej na kondycję (po 67 proc.). Najmniejszy nacisk w edukacji prozdrowotnej pociech rodzice kładą na zdrowe odżywianie.

Zdrowie staje się dla Polaków coraz ważniejszym obowiązkiem wobec siebie i bliskich, który polega na dbaniu o swoją kondycję, by cieszyć się życiem i zaspokoić podstawowe potrzeby swojej rodziny.

Powinniśmy dbać o swoje zdrowie. Oczywiście niezależnie od naszej kondycji możemy pojechać w góry, realizować pasje, uprawiać sport wyczynowy. Jeśli jednak chcemy robić to przez większość naszego życia, chcemy aktywnie spędzać czas i osiągać dobre wyniki w sporcie, to należy wprowadzić do swojego życia dobre nawyki sportowe i żywieniowe i dbać od strony medycznej o swój stan zdrowia – przekonuje Kinga Baranowska, wybitna polska himalaistka.

Polacy stosunkowo rzadko pogłębiają swoją wiedzę na temat zdrowia – tylko co piąty śledzi informacje o nowych metodach terapii, zdobyczach medycyny. W efekcie ponad 40 proc. ankietowanych nie umie określić stanu swojego zdrowia, a ok. 30 proc. przyznaje, że mogliby zignorować objawy potencjalnych chorób. Może to się wiązać z faktem, że źródłem wiedzy o zdrowiu dla większości z nas jest internet (trzy czwarte ankietowanych), a w dalszej kolejności – lekarze i znajomi.

Firmy wciąż popełniają wiele błędów w procesie rekrutacji. Kandydaci do pracy skarżą się głównie na brak komunikacji

CEO Magazyn Polska

Pracodawcy nie przywiązują wagi do wysyłania informacji do kandydatów w procesie rekrutacji i nie interesują się ich opiniami – oceniają kandydaci do pracy przebadani przez eRecruitment Solutions. Mimo że prawie połowa pracodawców zapewnia, że dba o relację z kandydatami, to w opinii samych zainteresowanych brakuje przede wszystkim informacji zwrotnej o tym, że CV kandydata dotarło do firmy, i o postępach procesu rekrutacji. Eksperci podkreślają, że negatywna opinia kandydata może przełożyć się na postrzeganie firmy i jej produktów.

„Kandydaci wymagający, pracodawcy za mało przyjaźni” to pierwsze w Polsce badanie candidate experience, czyli opinii i wrażeń kandydatów z procesu rekrutacji.

Główny wniosek, który płynie z tego badania, jest taki, że pomimo deklaracji pracodawców, że dbają o proces aplikacyjny i kandydatów, to w opinii kandydatów tak się jednak nie dzieje. Ponad 70 proc. kandydatów twierdzi, że nie dostaje potwierdzenia, że firma otrzymała życiorys w trakcie procesu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Sieńczyk, dyrektor zarządzający eRecruitment Solutions.

Badanym kandydatom zależy na dwóch podstawowych informacjach – czy ich dokumenty aplikacyjne dotarły do pracodawcy oraz na jakim etapie procesu rekrutacyjnego się znajduje. Co więcej, eksperci podkreślają, że powinno dotyczyć to wszystkich kandydatów, również tych, którzy z rekrutacji odpadli.

Badania pokazują, że to jednak wciąż rzadkie praktyki. Tylko 9 procent firm deklaruje, że po zakończonej rekrutacji pyta kandydatów o opinie na temat procesu, a jedynie co piąty pracodawca informuje o bieżących rekrutacjach odrzuconych wcześniej kandydatów. Normą wciąż nie jest potwierdzanie otrzymania dokumentów rekrutacyjnych i zdaniem Marcina Sieńczyka, gdy sytuacja na rynku pracy zmieni się na korzyść pracowników, brak takich działań może zemścić się na pracodawcach.

Są badania, które pokazują, że negatywna opinia kandydata z procesu rekrutacji może mieć negatywne skutki w postrzeganiu danej firmy, jej produktów czy usług. Mówiąc wprost, niezadowolony kandydat może przestać być klientem danej firmy, danego produktu czy przestać korzystać z jej usług – podkreśla dyrektor zarządzający eRecruitment Solutions.

Dodaje, że negatywne doświadczenia kandydatów do pracy skłoniły przedstawicieli rynku do powołania Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji.

Jej celem jest promowanie dobrych praktyk rekrutacyjnych w Polsce. W jej ramach pokazujemy dobre przykłady od różnych pracodawców – w jaki sposób dbają o pozytywne wrażenia, jak wygląda komunikacja z kandydatami, którzy aplikują do firmy – wyjaśnia Sieńczyk, jeden z inicjatorów Koalicji.

Do Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji dołączyło już blisko sto firm, kolejne pięćdziesiąt jest zainteresowanych uczestnictwem. Pracodawcy, którzy dołączyli do Koalicji, dbają o dobrą komunikację z kandydatami niezależnie od procesu rekrutacji. Od 2 czerwca z inicjatywy Koalicji w mediach społecznościowych ruszy Tydzień z Przyjazną Rekrutacją. Na profilu Pracuj.pl i Centrum Kariery na Facebooku użytkownicy zostaną zaproszeni do dyskusji na temat dobrych i złych praktyk rekrutacyjnych. Podczas Tygodnia z Przyjazną Rekrutacją kandydaci wymienią się doświadczeniami, pracodawcy będą mogli się dowiedzieć, czego kandydaci oczekują od firm, do których aplikują.

Polski rynek pożyczkowy atrakcyjny dla firm zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Rosnący rynek pożyczkowy w Polsce przyciąga coraz to nowe firmy zagraniczne, które są zainteresowane uruchomieniem działalności w kraju. Eksperci oceniają, że dynamika wzrostu sprawia, że na rynku jest jeszcze miejsce dla nowych graczy, choć wielką niewiadomą są skutki regulacji, które pod koniec tego roku mogą wejść w życie. Pożyczki pozabankowe będą rozwijać się równolegle do sektora bankowego, pytaniem pozostaje tylko kwestia tempa tego rozwoju.

Rosnące zainteresowanie konsumentów krótkoterminowymi, łatwo dostępnymi pożyczkami oraz przyspieszenie w gospodarce sprawiają, że polskim rynkiem pożyczkowym interesuje się coraz więcej firm zagranicznych działających w branży. Na rynku jest już obecnych kilka znaczących podmiotów należących do międzynarodowych grup, m.in. Wonga, Vivus czy Provident.

Zainteresowanie firm zagranicznych to jest wypadkowa wielkości polskiego rynku mierzonej liczbą konsumentów, ale też rozwojem gospodarczym. Fakt, że Polska ma dobre notowania za granicą, nie tylko w Europie, przyciąga zainteresowanie i powoduje, że firmy zaczynają badać rynek, oceniają perspektywy, porównują do własnych rynków i decydują się na rozpoczęcie działalności – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Opaliński, przewodniczący rady nadzorczej Fines SA, niezależnego operatora bankowego. – Ten rynek ma tendencję rosnącą, a przy rosnącym torcie kawałek dla każdego może pozostać taki sam, albo i większy. Gorzej będzie, jeżeli pojawią się zakłócenia, które spowodują okresowe wstrzymanie wzrostu czy redukcję tego rynku.

Zakłócenia te mogą być efektem wprowadzenia regulacji rynku pożyczek pozabankowych, nad którymi trwają prace. Ministerstwo Finansów chce, by weszły one w życie pod koniec roku. Mają one za zadanie uregulować działalność firm pożyczkowych i chronić interesy konsumentów. Branża jednak argumentuje, że niektóre z nowych przepisów przyczynią się do zahamowania rozwoju rynku, a tym samym do spadku dostępności pożyczek dla konsumentów. Szczególne wątpliwości budzi wprowadzenie limitu całkowitego kosztu pożyczki i opłat z nią związanych.

Wszystkie plany wprowadzenia działań regulacyjnych są zakłóceniem, na które sektor musi zareagować. Na pewno dostosuje się do zmian, przynajmniej w części oficjalnej, na pewno nastąpi odpływ klientów do lokalnych pożyczkodawców, którzy działają nieformalnie. To zmniejszy potencjał rynku. Zwykle dostosowanie procesów wewnętrznych do regulacji trwa kilka lat i stanowi zagrożenie cyklu rozwoju – ocenia Krzysztof Opaliński.

Jednak mimo to na rynku będzie postępować profesjonalizacja działających firm. Opaliński podkreśla, że tendencja ta – obserwowana na rynku od jakiegoś czasu – to efekt kryzysu sprzed sześciu lat. W tym czasie rynek pożyczkowy podzielił się na dwa odrębne segmenty: sektor bankowy i pozabankowy (dla klientów o niskiej zdolności kredytowej, którzy potrzebują niewielkich kwot na krótkie okresy).

 – Kryzys z 2008 roku miał oczyszczający wpływ na rynek kredytów bankowych. Spowodował wycofanie się graczy, którzy przeholowali z akceptowaniem ryzykownego klienta. W całej branży lata 2009 i 2010 to były lata chude, przede wszystkim ze względu na to, że banki, które się sparzyły, leczyły rany. Z drugiej strony kryzys w sektorze bankowym uwolnił miejsce, przynajmniej w świadomości konsumentów i w popycie, dla firm pożyczkowych, które zaczęły wchodzić bardzo szeroko na ten rynek i zmieniły oblicze tego sektora – podkreśla Opaliński.

Wtedy też w Polsce obok jednego dominującego gracza na tym rynku zaczęły pojawiać się nowe podmioty, często z kapitałem zagranicznym.

Ich podejście do rynku zaczęło się upodabniać do sektora bankowego. Zarządzanie ryzykiem, proces kredytowy, utrzymywanie relacji z klientem, procent z windykacji, to wszystko zostało zorganizowane w podobny sposób jak w bankach – wyjaśnia przewodniczący rady nadzorczej Fines SA.

Mimo pewnego upodobnienia obu segmentów rynku, odmienne pozostają grupy docelowe klientów i kierowana do nich oferta. To świadczy o tym, że oba sektory będą w najbliższych latach dalej równolegle się rozwijać.

Polacy coraz częściej kupują buty przez internet. Cenią luksusowe marki i duży wybór

CEO Magazyn Polska

Zakupy butów przez internet zyskują coraz większą popularność. Z badania firmy „E-Commerce w Polsce 2014. Gemius dla e-Commerce Polska” wynika, że ponad połowa internautów choć raz kupiła w sieci obuwie. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy wydali na ten cel średnio 134 zł. Jednak coraz częściej w sieci sprzedają się marki luksusowe, które trudno dostać w tradycyjnych sklepach, a klienci są w stanie wydać na wymarzone buty nawet kilka tysięcy złotych. W e-sklepach klienci cenią również szeroki wybór.

Sprzedaż marek zależy od sezonu, obecnie popularnością cieszą się Michael Kors, Love Moschino czy Sonia Rykiel. Przedział cenowy jest bardzo szeroki, od 400 zł do 5 tys. zł. Nasze najbardziej luksusowe klientki wydają na parę butów około 2 tys. zł – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Dąbrowska, country manager Sarenza.pl & Sarenza.eu.

Sarenza powstała we Francji w 2005 roku, a siedem lat później jej strona była dostępna w Polsce.

Do klientów docieramy przede wszystkim przez internet, reklamę internetową, a także dzięki prasie, przez ambasadorki naszej marki. Klientów ciągle przybywa. Polacy lubią i kupują luksusowe marki, szukają ich, a bardzo często znajdują je tylko w internecie – mówi Katarzyna Dąbrowska.

Jak podkreśla Dąbrowska, Sarenza jest dużą międzynarodową firmą, dlatego też marki często decydują się na wystawianie swoich produktów na stronie i traktują to jako możliwość dotarcia do nowych klientów. Przewagą Sarenzy jest możliwość kupna luksusowych butów, które są trudno dostępne w tradycyjnej sprzedaży, a jeśli już są, to zwykle wyłącznie w największych miastach.

Sarenza stawia na różnorodność, dlatego w ofercie oprócz szpilek, które cieszą się dużym zainteresowaniem, można znaleźć także m.in. obuwie zimowe i sportowe. Zwłaszcza te ostatnie cieszą się dużym zainteresowaniem, a ich sprzedaż w okresie wiosennym idzie wyjątkowo dobrze. To m.in. takie marki, jak Converse czy New Balance. Bogata oferta to zaleta, którą według Dąbrowskiej klienci bardzo cenią.

Mamy w sprzedaży 650 marek i blisko 60 tysięcy modeli, więc wybór jest ogromny – podkreśla Katarzyna Dąbrowska. – Ważnym planem jest wprowadzenie naszych typowych polskich marek. Na razie mamy tylko Gino Rossi, ale trwają już negocjacje i rozmowy z innymi polskimi markami. Nasi klienci ich szukają, cenią polskie marki, dlatego jak najbardziej chcemy je im zaoferować.

Sarenza posiada certyfikat bezpieczeństwa Trusted Shops, który chroni kupujących, dlatego odsetek zadowolonych klientów jest wysoki, a ponad 90 procent z nich decyduje się na kolejne zakupy.

Zamówienia przez internet są szybkie i proste. Oferujemy dużo różnych rodzajów płatności, szybką dostawę, a zakupy są bezstresowe – możemy zamówić w domu i oddać bez żadnego ryzyka. Zwrot pieniędzy następuje szybko i myślę, że to argument, który przekonuje wielu z naszych klientów – mówi Dąbrowska.

Jak wyjaśnia Dąbrowska, Sarenza nie planuje otwarcia sklepów stacjonarnych, choć nie wyklucza tego w przypadku zainteresowania klientów taką formą sprzedaży. Rozważa natomiast wprowadzenie nowych sposobów płatności, na których zależy klientom, m.in. płatności za pobraniem.

Private Equity Managers coraz bliżej IPO

0

W związku z planami upublicznienia Private Equity Managers S.A. (PEM), spółki zarządzającej funduszami spółki MCI Management SA („MCI”), Rada Nadzorcza MCI przyjęła rezygnację Członków Zarządu. Zarząd MCI został zmniejszony z sześciu do trzech osób. W najbliższych dniach Rada Nadzorcza PEM podejmie uchwałę o reorganizacji Zarządu także w PEM. Dopasowanie struktur Zarządów obu spółek to zapowiadana uprzednio zmiana.

Proces rozdzielania działalności inwestycyjnej MCI Management od działalności zarządzania aktywami PEM wszedł w decydującą fazę. Po formalnym wydzieleniu PEM ze struktur Grupy MCI, przystąpiono do alokacji kluczowych kompetencji oraz kosztów w sposób odpowiadający profilowi działalności MCI i PEM. W dniu 30 maja br. Rada Nadzorcza MCI przyjęła rezygnację z Zarządu Norberta Biedrzyckiego, Wojciecha Marcińczyka i Sylwestra Janika. Do Grupy MCI dołączyła Ewa Ogryczak, która obejmie stanowisko Członka Zarządu i CFO w MCI Management oraz Chief Operating Officer w PEM. Zastąpi tym samym Magdalenę Pasecką, która w związku ze zmianą planów zawodowych złożyła rezygnację z pełnienia funkcji w Zarządach MCI Management i PEM. W najbliższych dniach na posiedzeniu Rady Nadzorczej PEM zostanie podjęta uchwała o powołaniu Norberta Biedrzyckiego i Wojciecha Marcińczyka na stanowiska Wiceprezesów Zarządu PEM (wymienione osoby są obecnie Członkami Zarządu Spółki). W Zarządzie PEM stanowisko Wiceprezesa zajmuje już Sylwester Janik. Do Zarządu PEM dołączył natomiast Michał Mroczkowski, który  w dniu 27 maja br. został powołany na stanowisko Członka Zarządu i CFO Spółki.

Porządkowanie struktur Zarządów to inicjatywa zapowiadana przez Cezarego Smorszczewskiego od początku objęcia przez niego stanowiska Prezesa Zarządu MCI Management w marcu tego roku. To jedno z działań mających na celu dostosowanie modeli operacyjnych obu spółek do standardów branży private equity i przygotowujących PEM do oferty publicznej na GPW. Przyniesie korzyści zarówno MCI Management jak i PEM.

– Sylwester Janik zarządzający funduszem typu growth MCI.TechVentures, Norbert Biedrzycki zarządzający największym aktywem Grupy MCI, spółką ABC Data SA, i Wojciech Marcińczyk odpowiedzialny za pozyskiwanie kapitału, to osoby, których kompetencje zostają skoncentrowane w  PEM, dlatego zdecydowaliśmy się na zmiany w składach Zarządów obu spółek. Ich obecność w Zarządzie PEM uzasadnia dodatkowo osobiste zaangażowanie kapitałowe każdego z Nich w akcje asset managera – powiedział Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management. – Dla MCI Management, który będzie koncentrował się na pozyskiwaniu źródeł finansowania działalności inwestycyjnej Grupy MCI i trzymaniu na swoim bilansie większości jej aktywów, taka zmiana to przede wszystkim dużo niższe koszty prowadzenia działalności i większa przejrzystość struktur. W mojej ocenie trzyosobowy skład Zarządu MCI Management jest wystarczający na obecnym etapie, by efektywnie realizować swoje cele. Nie wykluczam dalszych zmian – dodaje. – Korzystając z okazji chciałbym w tym miejscu serdecznie podziękować Sylwestrowi Janikowi, Norbertowi Biedrzyckiemu, Wojtkowi Marcińczykowi oraz Magdzie Paseckiej za Ich dotychczasowe zaangażowanie i wkład w rozwój MCI, a Magdzie Paseckiej życzyć również powodzenia w realizacji kolejnych wyzwań zawodowych.

Zmiany w Zarządach obu spółek nie zmienią zasad współpracy między obydwoma podmiotami i ich menedżerami. Gwarantuje to porozumienie o długoterminowej współpracy zawarte między PEM, MCI Management i MCI Capital TFI, które zapewnia PEM rosnącą bazę aktywów i przychodów z tytułu zarządzania aktywami.

– Reorganizacja zarządzania obiema spółkami jest warunkiem koniecznym dla dalszego pomyślnego rozwoju PEM, dlatego jako Chief Investment Officer MCI Management w pełni ją popieram – komentuje Tomasz Czechowicz, Prezes Zarządu PEM oraz Wiceprezes Zarządu MCI Management.

Ewa Ogryczak ukończyła studia w Szkole Głównej Handlowej na kierunku Finanse i Bankowość. W 2009 roku uzyskała uprawnienia Biegłego Rewidenta. Była uczestniczką wielu szkoleń oraz kursów z obszaru finansów i rachunkowości. Doświadczenie zawodowe zdobywała na stanowisku Partnera oraz Dyrektora warszawskiego oddziału Spółki PKF Consult Sp. z o.o. (wcześniej PKF Audyt Sp. z o.o.). oraz Managera w firmie audytorskiej KPMG Audyt Sp. z o.o. W ostatnim roku zajmowała się prowadzeniem własnej działalności audytorskiej.

Michał Mroczkowski zdobywał doświadczenie zawodowe w renomowanych instytucjach finansowych. Pracował m. in. w BMW Financial Services, banku Millennium oraz w PricewaterhouseCoopers (PwC). W PwC Michał prowadził badania sprawozdań finansowych oraz uczestniczył w licznych projektach doradczych, due diligence oraz IPO. Od 2012 roku jest związany z Grupą MCI, gdzie pełnił rolę Skarbnika Grupy oraz Kontrolera Finansowego. Do tej pory odpowiadał za płynność finansową grupy MCI oraz znaczącą część raportowania finansowego i wewnętrznego controllingu, w tym finansowych aspektów działalności PEM.

 

Tabela. Aktualny skład Zarządu MCI Management (stan na 30 maja br.)

MCI Management S.A.
Cezary Smorszczewski – Prezes Zarządu

Tomasz Czechowicz – Wiceprezes Zarządu

Ewa Ogryczak – Członek Zarządu, CFO

 

Przetargi: W czwartym miesiącu roku liderami wzrostów nadal były zamówienia na prace budowlano-remontowe

Według danych opracowanych przez serwis www.Przetargi.eGospodarka.pl, w kwietniu 2014 roku w Biuletynie Zamówień Publicznych opublikowano 14 tysięcy 244 ogłoszenia o wszczęciu postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, o 2,87 procent więcej niż rok wcześniej, czyli w kwietniu 2013 roku. Dodatnia dynamika to zasługa mocnego wzrostu liczby postępowań w sektorze budowlano-remontowym. W kwietniu bieżącego roku ogłoszono bowiem aż o 18,36 procent więcej postępowań przetargowych na prace budowlane niż rok temu. W pozostałych dwóch kategoriach, czyli dostawie usług oraz dostawie towarów zanotowano względne spadki, przy czym najbardziej ubyło przetargów na dostawy usług – w relacji rok do roku liczba ich zmniejszyła się o niemal 21,6 procent. Spadek ten to jednak wynik efektu bazy, w kwietniu 2013 roku liczba postępowań przetargowych na dostawy usług była bowiem niestandardowo wysoka, a to za sprawą zamówień na usługi związane z gospodarką odpadami, wynikających z wchodzącej rok temu ustawy „śmieciowej”. Tegoroczny wynik w segmencie dostaw usług jest po prostu powrotem do poziomów obserwowanych w latach wcześniejszych.

Druga kategoria spadkowa, czyli dostawy towarów, zanotowała ujemną dynamikę na poziomie 16 procent. Należy jednak mieć na uwadze, że również i w tym przypadku zaobserwowano powrót do stanów przeciętnych z lat poprzednich, związany z jednorazowym oddziaływaniem ustawy „śmieciowej” – rok wcześniej liczba przetargów na dostawy towarów została mocno podbita w górę przez przetargi na specyficzny rodzaj towarów – pojemniki i kontenery na śmieci.

Za dobry wynik budownictwa odpowiada po części przychylna w tym roku aura, jednak dane statystyczne wskazują na znacznie poprawiającą się kondycję tego sektora. Jest już niemal pewne, że budownictwo powoli wychodzi już z bardzo głębokiego dołka w jakim tkwiło w latach 2012-2013.

Powrót koniunktury w budownictwie widoczny jest w porównaniu kwietniowych wyników miesięcznych za ostatnie lata. Tegoroczny wynik jest na poziomie tych z lat 2009-2010, czyli jeszcze z okresu dobrej koniunktury budowlanej.

W kwietniu 2014 roku liczba przetargów w kategoriach dostaw usług oraz dostaw towarów nie odbiegała znacząco od wyników za ostatnie lata. Różnice wynikają po części ze zmiennej lokalizacji ruchomego święta, którym jest Wielkanoc.

Gospodarka nabiera rozpędu. Wraca optymizm?

Polska gospodarka wyraźnie przyspiesza. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, w pierwszym kwartale 2014 roku polski Produkt Krajowy Brutto wzrósł o 3,4 procent rok do roku, po wzroście o 2,7 proc. w IV kwartale 2013 roku. To wynik lepszy od oczekiwań analityków, którzy dynamikę PKB w I kw. 2014 szacowali na ok. 3,1 proc. rok do roku.

Poprawia się także sytuacja na rynku pracy. Z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w kwietniu stopa bezrobocia wyniosła 13 proc. i w porównaniu do marca spadła o 0,5 pkt. proc. Stopa bezrobocia pod koniec kwietnia była o 1 pkt proc. niższa niż przed rokiem, od początku roku spadła również o 1 punkt procentowy.

Rośnie też zatrudnienie – w kwietniu 2014 roku w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 10 pracowników zwiększyło się ono w relacji rocznej o 0,7 procent. W relacji miesięcznej zatrudnienie nie zmieniło się, pozostając w kwietniu 2014 na takim samym poziomie jak w marcu. W kwietniu bieżącego roku spadły za to w relacji miesięcznej płace – o 1 procent, jednak w stosunku do ubiegłego roku średnie wynagrodzenia wzrosły o 3,8 procent.

Produkcja przemysłowa wzrosła w kwietniu 2014 roku o 5,4 procent. Zauważalny wzrost zanotowało budownictwo. Produkcja budowlano-montażowa była w kwietniu 2014 roku o 12,2 procent wyższa niż przed rokiem (wobec spadku o 23,1 proc. w kwietniu ubiegłego roku) i o 3,2 proc. wyższa w porównaniu z marcem 2014 roku. Wzrost odnotowano we wszystkich działach budownictwa, i to zarówno w porównaniu z kwietniem ubiegłego roku, jak i marcem tego roku.

Nadal bardzo niska jest inflacja. Według danych GUS, w kwietniu 2014 inflacja w ujęciu rocznym wyniosła zaledwie 0,3 proc., a w ujęciu miesięcznym wyniosła 0 procent, co oznacza, że względem marca 2014 ceny stanęły w miejscu.

Bardzo optymistycznym prognostykiem jest to, że prawdopodobnie rusza jeden z motorów polskiej gospodarki czyli konsumpcja. Polacy przestali obawiać się zakupów i śmielej ruszyli do sklepów. W kwietniu sprzedaż detaliczna, w ujęciu rocznym, wzrosła bowiem o 8,4 proc. Tak wysoki wzrost, nawet po uwzględnieniu wpływu Świąt Wielkanocnych jest bardzo dobrym wynikiem. Rośnie sprzedaż samochodów, odzieży i obuwia, mebli, RTV i AGD. Dzięki wysokiej dynamice sprzedaży detalicznej wzrost PKB w drugim kwartale może być wyższy niż w pierwszym, kiedy to – jak już wspomniano – wyniósł 3,3 proc.

– Gospodarka nabiera wyraźnego i trwałego rozpędu. Spada bezrobocie i rośnie zatrudnienie. Bardzo dobra wiadomość to wysoka dynamika sprzedaży detalicznej. Ponieważ dotychczas konsumpcja prywatna była jednym z czynników napędzających w Polsce wzrost gospodarczy, to jej ponowny wzrost bardzo dobrze wróży wzrostowi gospodarczemu. Dodatkowo systematycznie spada bezrobocie, co wskazuje na rosnącą koniunkturę. Pewne zagrożenia występują jednak w naszym otoczeniu. W związku z niestabilną sytuacją na Ukrainie i zaangażowaniem Polski w ten konflikt może ucierpieć nasz eksport na rynki wschodnie. Dodatkowo, jeśli sankcje wobec Rosji się rozwiną, to ucierpi nasza wymiana z największym partnerem handlowym, czyli Niemcami. Należy pamiętać, że nasz zachodni sąsiad jest dużym eksporterem do Rosji – mówi Beata Szkodzin, wydawca serwisu eGospodarka.pl. – Poprawiająca się kondycja rodzimej gospodarki odblokuje również część wstrzymywanych dotychczas inwestycji publicznych. Tym razem jednak udział w dużych budowach może nie być dla realizujących je firm pocałunkiem śmierci, bowiem posłowie chcą zmian w Prawie zamówień publicznych, ograniczających w przetargach znaczenie kryterium najniższej ceny, którego bezrefleksyjne stosowanie pośrednio przyczyniło się z jednej strony do fali upadłości przedsiębiorstw budowlanych, z drugiej zaś do poważnych opóźnień w budowaniu sieci dróg – dodaje Beata Szkodzin.

Ruch na budowach

W kwietniu 2014 największą roczną dynamikę wykazały postępowania przetargowe na prace budowlane. Najwyższy przyrost w skali rocznej zanotowały ogłoszenia na roboty w zakresie różnych nawierzchni (+46,45 procent w ciągu roku), wyposażenie placów zabaw (+45,88 proc.), roboty budowlane w zakresie budowy rurociągów, linii komunikacyjnych i elektroenergetycznych, autostrad, dróg, lotnisk i kolei; wyrównywanie terenu (+43,20 procent), roboty elewacyjne (+40 procent), roboty w zakresie instalacji elektrycznych (+33,88 procent), roboty w zakresie burzenia, roboty ziemne (+32,87 procent), roboty budowlane w zakresie wznoszenia kompletnych obiektów budowlanych lub ich części oraz roboty w zakresie inżynierii lądowej i wodnej (w kwietniu 2014 o 30,04 proc. więcej niż rok wcześniej), roboty malarskie, wykonywanie izolacji cieplnej, instalowanie centralnego ogrzewania, roboty budowlane w zakresie budynków, roboty w zakresie nawierzchni dróg, roboty w zakresie kształtowania placów zabaw, roboty wykończeniowe w zakresie obiektów budowlanych, roboty remontowe i renowacyjne czy roboty instalacyjne w budynkach.

O eGospodarka.pl
eGospodarka.pl (www.egospodarka.pl) to praktyczny poradnik Internetu dla małych i średnich przedsiębiorstw. Serwis udostępnia m.in. bezpłatną bazę przetargów publicznych, oferty pracy w Polsce i za granicą, porady z prawa pracy, podatków i rachunkowości, komentarze gospodarcze i finansowe, kursy walut, bezpłatne wzory dokumentów i formularzy, aktualności ze świata IT oraz najnowsze raporty i prognozy. Przedsiębiorcy znajdą w serwisie eGospodarka.pl narzędzia porównawcze, wyszukiwarki i kalkulatory.

Misją serwisu jest dostarczanie praktycznych informacji i narzędzi oraz pomoc w podejmowaniu decyzji dotyczących zaistnienia firmy w Internecie. Najczęściej odwiedzane przez użytkowników są działy: Firma, Podatki, Prawo, Praca i Przetargi.

Według badania Megapanel w październiku 2013 roku serwis eGospodarka.pl zanotował ponad 1 mln 557 tys. użytkowników, co stawia go w ścisłej czołówce najlepszych serwisów biznesowych. Dział www.przetargi.eGospodarka.pl w październiku 2013 odwiedziło natomiast ponad 161 tysięcy osób.

Przydatne linki:
http://www.egospodarka.pl
http://www.przetargi.egospodarka.pl
http://www.przetargi.egospodarka.pl/prawo_zamowien_publicznych

PKB rośnie szybciej niż przewidywano. Nie doceniliśmy naszej gospodarki

Gospodarka rośnie nam szybciej niż się spodziewano. W pierwszym kwartale produkt krajowy brutto Polski był o 3,4% wyższy niż rok wcześniej – poinformował Główny Urząd Statystyczny. To wynik o 0,1 pkt. proc. wyższy, niż podano w pierwszym szacunku.

PKB wyrównany sezonowo odnotował wzrost o 1,1% kdk i 3,5% rdr wobec 0,7% kdk i 2,5% rdr odnotowanych w czwartym kwartale 2013 roku. Wzrost gospodarczy w pierwszym kwartale 2014 roku był najszybszy od dwóch lat.

– Największy wkład we wzrost PKB miała konsumpcja prywatna, która zwiększyła się realnie o 2,6% rdr. Pozytywnie zaskoczyły inwestycje, których wartość wzrosła o 10,7% rdr i był to największy wzrost od sześciu lat! Za sprawą przyspieszenia dynamiki importu (+6,9% rdr wobec 4,2% kwartał wcześniej) zmalał wkład handlu zagranicznego, który w pierwszym kwartale wyniósł tylko 0,5 pkt. proc. do wzrostu PKB. To najmniej od drugiego kwartału 2011 roku – stwierdza Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Wzrost PKB w I kw. pozytywnie zaskoczył i jest wyższy od spodziewanego

– Wartość 3,4% mieliśmy osiągnąć dopiero w II kw. 2014 roku. Odczyt ten oznacza, że pomylili się praktycznie wszyscy z OECD, KE i MFW włącznie, którzy szacowali, że polska gospodarka nie będzie się „aż tak szybko” rozwijać i na takie wyniki musimy poczekać co najmniej do 2015 roku. Nie oznacza to, że jest dobrze. Największy wpływ na wzrost PKB ma konsumpcja prywatna. Polacy realnie nie mają dużo więcej pieniędzy, więc to nie uzasadnia aż takiego optymizmu zakupowego. Równocześnie nie poprawiły się znacznie statystyki dotyczące zatrudnienia – stwierdza Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Od początku roku stopa bezrobocia mocno się obniżyła (ponad 1 p. proc.), ale w największym stopniu spowodowane jest to nakładami na staże i szkolenia, a to nie są „prawdziwe miejsca pracy”. Słowem – konsumpcja rośnie, bo nie boimy się wydawać, ale brakuje nam do tego jeszcze twardych podstaw. Martwi odrobinę rachityczność sektora przedsiębiorstw, aczkolwiek w niektórych branżach widać znaczną poprawę, np. wzrost w budownictwie wyniósł ponad 8%. Niemniej, dopóki nie wzrośnie nam zatrudnienie, to cały wzrost gospodarczy będzie wisieć na włosku. Bo to, że mamy dobry wynik, musi się realnie przekładać na sytuację przeciętnych obywateli. Jeśli tak nie jest, to nie ma wzrostu, tylko jest konserwacja.

– Z praktyki wynika, że przy takich danych stopa bezrobocia powinna zacząć obniżać się nawet bez nakładów na aktywne formy walki z bezrobociem i to silniej, niż wynikałoby to z wahań sezonowych. To implikuje podwyżki, bo obniży się podaż pracy. Dodatkowo większa konkurencja ze strony przedsiębiorstw winna prowadzić do obniżenia cen na niektóre produkty. Wyniki po I kw. są bardzo dobre, ale niewykluczone, że 3 miesiące to za mało, by przeciętny obywatel to zauważył – dodaje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

E-papieros równie groźny jak tradycyjny. Elektroniczna bomba z opóźnionym zapłonem

Każdego roku 31 maja obchodzony jest Światowy Dzień bez Tytoniu, nałogu z powodu którego co roku na świecie umiera prawie 6 milionów ludzi. Próbując walczyć ze zdrowotnymi i społecznymi skutkami palenia tradycyjnych papierosów, wykorzystujemy nie zawsze dobrze nowoczesne technologie i tworzymy sami dla siebie nową, zabójczą broń: e-papierosy. Na wybuch tej bomby nie trzeba będzie długo czekać. Do naszej placówki trafia coraz więcej osób uzależnionych od e-papierosów – komentuje Pani Kinga Balter, dyrektor Kliniki Rzucania Palenia Allena Carra.

E-papieros równie groźny jak tradycyjny

Wiele osób wciąż żyje złudzeniami, że e-papieros może być „zdrowszą” alternatywą do papierosów tradycyjnych. Jak wynika jednak z badań, opublikowanych między innymi przez naukowców z New York University, e-papierosy mają równie zły, a nawet gorszy wpływ na organizm człowieka. Onkolodzy biją na alarm. Po pierwsze okazuje się, że e-palacze wdychają więcej szkodliwych substancji, gdyż częściej korzystają z e-papierosów niż gdyby palili papierosy tradycyjne. Po drugie, w e-papierosach znajduje się szkodliwa dla organizmu nikotyna, tylko w płynnej postaci. Dodatkowo po e-papierosy, które rzekomo miały pomóc ograniczyć lub rzucić palenie, sięgają osoby, które do tej pory nigdy nie paliły. Obserwując więc popularność e-papierosów na świecie, przez pryzmat rosnącego, nowego pokolenia coraz młodszych e-palaczy, środowiska medyczne i wybrane instytucje podejmują temat statusu prawnego e-papierosa oraz jego negatywnych skutków społeczno – zdrowotnych.

Jak widzę osobę z e-papierosem to jest mi strasznie smutno – mówi Kinga Balter, szefowa Kliniki Rzucania Palenia Allena Carra – trudno uwierzyć, że ludzie dają się nabrać na te same chwyty marketingowe, które były stosowane przez koncerny tytoniowe przez lata, a teraz są zabronione. E-papieros pokazywany jest w reklamach jako produkt luksusowy, przejaw wolności, nowoczesności, zdrowia, odwołuje się do aspektów seksualnych itp. A w środku jest uzależniająca nikotyna i nie wiadomo jakie i jak szkodliwe dodatkowe substancje – dodaje Pani Kinga Balter.

Fałszywe remedium na zerwanie z nałogiem

E-papierosów nie można traktować jak produktów nikotynowej terapii zastępczej, mimo to wiele osób kierując się błędną motywacją wybiera papierosy elektroniczne jako alternatywę dla tradycyjnego palenia.

E-papierosy utrzymują palacza w mitach i stereotypach o paleniu, które ma być rzekomo remedium na stres, dodatkiem do kawy czy piwa, elementem życia towarzyskiego – komentuje Anna Kabat, terapeutka pomagająca rzucić palenie metodą Allena Carra. Nie urodziliśmy się palaczami, ktoś nam tego pierwszego papierosa zaoferował. Tak wpadliśmy w nikotynową pułapkę. Celem naszej terapii jest zmiana przekonań, jakie palacz ma na temat palenia, zmiana jego postrzegania. Chodzi o to, żeby palacz nie tylko rzucił palenie, ale żeby wyrzucił je z głowy. By był wolny od absurdalnych wyobrażeń, że palenie coś daje – uzupełnia terapeutka.

Metoda Allena Carra to rodzaj psychoterapii. W odróżnieniu od innych sposobów rzucania palenia koncentruje się na psychicznym, a nie fizycznym uzależnieniu od nikotyny. Celem terapii jest zmiana nastawienia palacza do palenia i przede wszystkim do sposobu w jaki o paleniu myśli. Tak aby postrzegał zerwanie z nałogiem nie w kategoriach krzywdy, straty czy wyrzeczenia, lecz ulgi i odzyskania wolności

Nałóg tytoniowy bez względu na postać pod jaką występuje kryje w sobie nikotynową pułapkę, której ulegają palacze. Palacz sięga po papierosa, by poczuć się dobrze. Papieros daje mu relaks, odstresowanie i przyjemność – to złudzenie, które powoduje, iż miliony ludzi tkwią latami w nałogu i umierają na całym świecie na choroby odtytoniowe. W przypadku e-papierosów, po które sięga również wiele młodych ludzi, motywy są jeszcze bardziej prozaiczne, związane z modą i byciem trendy.

Trzeba również pamiętać, że e-papieros to wciąż nowy produkt na rynku, modyfikowany przez kolejne firmy chcące zarobić na „elektronicznym nałogu”, który nie został dogłębnie przebadany medycznie, więc nie można określić jednoznacznie wszystkich skutków obocznych i jego szkodliwości. Pojawiające się jednak kolejne wyniki badań naukowców z poszczególnych krajów potwierdzają, że e-papierosy nie mogą być popularyzowane jako „zdrowsza” postać palenia. Używanie papierosów niesie niebezpieczeństwo nie tylko dla samych palaczy, ale również dla ich otoczenia, bez względu czy palimy tradycyjne czy elektroniczne papierosy.

Obchodząc po raz kolejny Światowy Dzień bez Tytoniu, warto nie tylko zwrócić uwagę na szkodliwość palenia tradycyjnych papierosów, ale również ich nowoczesnego odpowiednika – elektronicznego papierosa, którego ponad połowa Polaków jak wynika z badań, mylnie postrzega jako środek zapobiegawczy przed powrotem do nałogu. Papierosy, bez względu na formę są najczęstszą przyczyną chorób i śmierci, której można by skutecznie uniknąć. Jak na ironię losu, to jedyny towar konsumpcyjny, który zabija jeśli stosuje się go zgodnie z przewidzianym przez producenta przeznaczeniem.

D. Lasek, UI TFI: Czy Polsce grozi deflacja?

O sytuacji makroekonomicznej i rynkach obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, Dyrektorem Inwestycyjnym ds. Papierów Dłużnych Union Investment TFI

W kontekście ostatnich danych na temat inflacji rodzi się pytanie, czy Polsce grozi deflacja.

To pytanie w pełni uzasadnione. Kwietniowy wzrost inflacji o 0,3% r/r sugeruje, że w wakacje, które z reguły są okresem deflacyjnym, możemy zejść nawet do poziomów ujemnych. Potwierdza to analiza składowych inflacji. Ceny paliw, energii i żywności są stosunkowo niskie, a najbliższego ich wzrostu – przede wszystkim w odniesieniu do żywności – można się spodziewać dopiero na jesieni. Na koniec tego roku inflacja może się znajdować poniżej 1%.

Czy zasadne byłoby zatem stwierdzenie, że Polska znajduje się w bezinflacyjnej fazie wzrostu gospodarczego?

To trudne pytanie, ponieważ odpowiedź na nie poznamy dopiero post factum. Nie ulega jednak wątpliwości, że wzrost gospodarczy w Polsce ma się dobrze. Odczyt 3,5% r/r w I kwartale 2014 r. to wynik więcej niż satysfakcjonujący. Bardzo dobrze prezentuje się też porównanie I kwartału 2014 r. z IV kwartałem 2013 r. Nawet biorąc pod uwagę, że GUS dokonał pewnych korekt danych za 2013 r., to wzrost kwartał do kwartału o 1,1% jest imponujący – najwyższy od kilku kwartałów. Gdyby to tempo się utrzymało, to na koniec 2014 r. moglibyśmy liczyć nawet na więcej niż 3,5-procentowy wzrost PKB.

Wracając jeszcze do inflacji – czy gdyby spadła do niskich poziomów, byłoby to wsparcie dla rynku obligacji?

Jeśli taki scenariusz się zrealizuje, presja na Radę Polityki Pieniężnej będzie ogromna i ponownie możemy być świadkami dyskusji o obniżkach stóp procentowych. W takim środowisku rentowności polskich obligacji mogą jeszcze spadać. Jednak jak już niejednokrotnie podkreślałem, byłoby to balansowanie na granicy przegrzania rynku.

A złoty? W jakiej kondycji jest polska waluta?

Przez długi czas polski złoty był niedowartościowany w relacji do węgierskiego forinta i czeskiej korony. Obecnie efektywny kurs walutowy wyraźnie pokazuje, że przez ostatnie dwa miesiące złoty umocnił się na tle walut z koszyka. Jedynie rosyjski rubel pozostaje silniejszy od polskiej waluty.

Czy umocnienie złotego to dobry sygnał?

To zależy, z jakiego poziomu patrzymy. Dla wyjeżdżających na wakacje to dobra informacja. Jednak dla przedsiębiorstw eksportujących towary oznacza to mniejszą marżę i niższy zarobek. Ostatnio to te właśnie przedsiębiorstwa uratowały polską gospodarkę. Dlatego dla wzrostu gospodarczego w Polsce lepiej by było, aby złoty się nie umacniał.

Na koniec przejdźmy jeszcze do najważniejszych przetargów. W minionym tygodniu Bank Gospodarstwa Krajowego sprzedał obligacje na rzecz Krajowego Funduszu Drogowego. Czy te papiery cieszyły się zainteresowaniem?

Zainteresowanie ze strony kupujących było umiarkowane, mimo że BGK sprzedał 10-letnie obligacje drogowe po raz pierwszy od dwóch lat. Inwestorom sprzedano papiery
o wartości ponad 1,2 mld zł, przy czym oferta wynosiła od 1 do 2 mld zł. Relatywnie niewielki popyt był spowodowany m.in. przeciętną rentownością w relacji do stosunkowo niskiej płynności tych papierów.

W maju 83 proc. Polaków popierało członkostwo Polski w Unii Europejskiej

W stosunku do poprzedniego miesiąca odsetek zwolenników spadł o 1 punkt proc. Obecnie 31 proc. Polaków zdecydowanie popiera nasze członkostwo w UE, a raczej je popiera – 52 proc.

Przeciwników integracji jest łącznie niemal 13 proc. i w stosunku do kwietnia ich odsetek nie zmienił się. Obecnie zdecydowanych przeciwników jest 4 proc., a raczej przeciwnych integracji jest 9 proc. respondentów.

Jedynie 4 proc. badanych nie ma w tej kwestii zdania.

Jedynie w starszych grupach wiekowych, czyli wśród osób z przedziału pomiędzy 50 a 66 rokiem życia i starszych, poparcie członkostwa Polski w Unii Europejskiej jest nieznacznie niższe i waha się pomiędzy 75 a 80 proc. We wszystkich pozostałych grupach wiekowych pozostaje na wysokim poziomie i wynosi znacznie ponad 80 proc.

Wykształcenie respondentów nie różnicuje i nie wpływa znacząco na poparcie idei integracji. Najwięcej jej zwolenników występuje wśród osób z wyższym wykształceniem (ponad 91 proc.), jednak w pozostałych grupach wykształcenia idea integracji ma również licznych zwolenników – od 74 proc. wśród respondentów z podstawowym wykształceniem, 79 proc. z wykształceniem zawodowym i 87 proc. średnim.

Wysokie poparcie dla członkostwa Polski w UE występuje wśród elektoratów obydwu największych partii politycznych. W maju, w przeddzień wyborów europejskich, niemal 90 proc. wyborców Platformy Obywatelskiej oraz ponad 80 proc. wyborców Prawa i Sprawiedliwości jest zwolennikami członkostwa.

Informacje o badaniu
Majowa fala badania została przeprowadzona w dniach 8-11 maja 2014 r. na podstawie reprezentatywnej imiennej próby Polaków w wieku 15+, wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020. Wywiady zostały zrealizowane metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów CAPI.

Komentarz EY: Przychody spółek mogą się zmienić, a w sprawozdaniach finansowych będzie więcej informacji – to efekty nowego standardu rachunkowości

Setki spółek w Polsce muszą się przygotować na duże zmiany. 28 maja 2014 został opublikowany nowy standard rachunkowości – MSSF 15 Umowy z klientami. Zmienia on sposób w jaki firmy rozliczają swoje umowy z klientami, w szczególności, gdy w ramach jednej umowy świadczą usługi i dostarczają towary – tak, jak to ma miejsce, np. w branży telekomunikacyjnej. Firmy będą musiały też ujawniać więcej informacji o swoich przychodach, co ma pomóc inwestorom w ocenie spółek. Rada Międzynarodowych Standardów Rachunkowości (IASB) oraz Amerykańska Rada ds. Standardów Rachunkowości Finansowej pracowały nad nowym modelem rozpoznawania przychodów przez 10 lat.

Nowy standard zastąpi dotychczasowe standardy w ramach Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej (MSSF) i amerykańskich standardów rachunkowości (US GAAP). Prace nad ich ujednoliceniem trwały ponad 10 lat. – Celem wspólnego standardu jest promowanie jednolitej rachunkowości dla rozpoznawania przychodu i zwiększenie porównywalności i przejrzystości informacji finansowych. Wypracowanie standardu dotyczącego przychodów było jednym z kluczowych celów Rad w ostatnich latach – mówi Anna Sirocka, Partner w Dziale Doradztwa w Zakresie Rachunkowości EY.

Nowy standard dotyczy wszystkich umów skutkujących przychodami i zawiera jednolity model rozpoznawania i pomiaru sprzedaży aktywów niefinansowych, w tym m.in. majątku trwałego. Analiza umowy z klientem przeprowadzana jest w pięciu krokach – od identyfikacji umowy, przez wskazanie pojedynczych zobowiązań, ustalenie cen, przyporządkowanie ich do poszczególnych zobowiązań i rozpoznanie przychodu. Zgodnie z MSSF 15 przychód powstaje w momencie, gdy kontrola nad towarem lub usługą przechodzi w ręce klienta.

Wcześniejsze propozycje rozwiązań dotyczące jednego modelu rozpoznawania przychodów budziły dużo obaw ekspertów w kwestii proponowanego momentu, w którym przychód jest rozpoznawany oraz możliwości zastosowania standardu w praktyce. Rady dopracowały niektóre wzbudzające wątpliwości bądź problematyczne obszary. – Rady postarały się rozwiązać zgłaszane problematyczne kwestie. W ostatecznej wersji standardu znalazły się dodatkowe wytyczne dotyczące jego stosowania, tak, aby pomóc spółkom w określaniu momentu, w którym powstaje przychód czyli przeniesienia towarów na klienta, czy też wykonania usług, w tym w szczególności w przypadku licencji – tłumaczy Joanna Frykowska, Dyrektor w Dziale Doradztwa w Zakresie Rachunkowości EY.- Nowy standard może zmienić moment, kiedy spółki pokazują przychody ze sprzedaży, a nawet jeśli ten nie ulegnie zmianie to i tak pozostałe zapisy standardu będą miały wpływ na wszystkie gałęzie przemysłu. Dla przykładu, nowy standard wymaga od spółek ujawniania znacznie większej ilości informacji o sprzedaży i przychodach w sprawozdaniach finansowych w nadziei, że inwestorzy i inni użytkownicy otrzymają bardziej użyteczne dane – dodaje Anna Sirocka.

Pierwotnie MSSF 15 miał być wydany w 2013 roku. Z powodu opóźnień, spółki mają teraz mniej czasu na przygotowanie się do nowych wymogów. Standard wchodzi w życie w 2017 roku (z wcześniejszym przyjęciem dozwolonym jedynie w ramach MSSF), ale możliwe, że spółki, które są zobowiązane do przedstawienia informacji porównawczej z okresu dwóch lat, będą musiały zastosować nowy standard równolegle z obecnie obowiązującymi wymogami w odniesieniu do danych za 2015 rok. Nie jest jeszcze wiadomo, jaki będzie harmonogram przyjęcia tego standardu do stosowania w Unii Europejskiej, co jest istotne z punktu widzenia polskich spółek publicznych.

Podczas gdy standard ten ujednolici wykazywanie przychodów ze sprzedaży na rynkach publicznych, spółki, audytorzy oraz nadzór staną w obliczu nowych wyzwań związanych ze spójną interpretacją i stosowaniem tych wymogów w każdej branży oraz w otoczeniu prawnym specyficznym dla poszczególnych krajów. W odpowiedzi na te obawy Rady powołały do życia grupę wdrożeniową, która ma pomóc w wypracowaniu wspólnych rozwiązań, ujednoliceniu interpretacji, a co za tym idzie zapewnieniu większej porównywalności między spółkami.

Producenci dóbr luksusowych otwierają się na e-commerce

Pomimo spowolnienia gospodarczego, w minionym roku podatkowym (zakończonym najpóźniej w czerwcu 2013 r.) wyniki sprzedaży 75 największych firm z sektora dóbr luksusowych wyniosły blisko 172 mld dolarów. Autorzy pierwszej edycji raportu Deloitte „2014 Global Powers of Luxury Goods” prognozują, że sektor ten nadal będzie cieszył się zainteresowaniem klientów i inwestorów, w tym funduszy private equity. Jednocześnie globalizacja i rozwój Internetu zmuszają producentów dóbr luksusowych do szerszego wykorzystania e-commerce oraz mediów społecznościowych.

Wzrost sprzedaży w minionym roku podatkowym w branży dóbr luksusowych wyniósł 12,6 proc. (porównanie rok do roku), a jej średnia wartość przypadająca na jedną spółkę sięgnęła 2,3 mld dolarów. W tym samym czasie producenci dóbr konsumpcyjnych, których kondycję także co roku analizuje Deloitte, mogli się pochwalić wzrostem w wysokości 5,1 proc . „Porównanie producentów produktów luksusowych i dóbr konsumpcyjnych wyraźnie pokazuje, że ci pierwsi, mimo pogorszenia warunków ekonomicznych na niemal całym świecie, poradzili sobie z tym problemem znacznie lepiej. Jest to branża, która nie ulega tak bardzo wahaniom koniunktury gospodarczej, choć niewątpliwie sprzyja jej okres prosperity. Warto zauważyć, że aż 84 proc. firm z tego zestawienia zanotowało w omawianym okresie wzrost przychodów” – mówi Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

Jak oceniają eksperci Deloitte, w najbliższym czasie czeka nas rozwój działalności producentów dóbr luksusowych w Internecie, do którego większość z nich dotąd była nastawiona sceptycznie. Charakterystyką tej branży jest bowiem bliski kontakt z klientem, który traci znaczenie, gdy ten kupuje on-line. „Poza tym producenci do tej pory uważali, że w sieci trudno poznać i docenić wysoką jakość ich towarów. Rozwój Internetu, a także mediów społecznościowych spowodował jednak, że także ten sektor musi inwestować w e-commerce. Jak bardzo jest opóźniony w tym zakresie, najlepiej pokazuje fakt, że jego sprzedaż internetowa stanowiła w 2013 roku 5,3 proc. w całości przychodów ze sprzedaży, podczas gdy w ogólnym handlu detalicznym jest to aż cztery razy więcej” – mówi Magdalena Jończak.

Autorzy raportu wskazują, że źródłem wzrostu dla producentów dóbr luksusowych są rynki wschodzące, czyli region Azji i Pacyfiku, Ameryka Łacińska, Bliski Wschód oraz Afryka. Choć jednocześnie największymi rynkami w tym sektorze pozostaje Europa: Francja, Włochy, Wielka Brytania, Szwajcaria, Hiszpania oraz USA. Z tych sześciu krajów pochodzi niemal 87 proc. największych producentów dóbr luksusowych, a w minionym roku podatkowym wygenerowały one ponad 90 proc. sprzedaży.

Ma to związek m.in. z tzw. turystyką zakupową. Klienci z Azji czy Bliskiego Wschodu, którzy słyną z zamiłowania do luksusu, przyjeżdżają na zakupy do Paryża, Londynu czy Mediolanu. We Francji połowa z 16 mld euro wpływów ze sprzedaży dóbr luksusowych pochodzi właśnie od turystów zagranicznych. Szacuje się, że w latach 2012-2017 Chińczycy będą przewodzić w turystyce zakupowej. Już w ubiegłym roku pojedyncza transakcja, której stroną był turysta z Chin, wynosiła średnio 1083 dolarów. Eksperci Deloitte wskazują na przykład londyńskiego ekskluzywnego domu handlowego Harrods, który po zamontowaniu czytników do chińskich kart kredytowych, zanotował znaczny wzrost przychodów.

Ze znajdujących się w zestawieniu 75 firm swoje sklepy internetowe ma 58 z nich. Raport wskazuje marki, takie jak Louis Vuitton czy Michael Kors, które zauważyły już ten trend i potrafią komunikować się z klientami za pośrednictwem mediów społecznościowych i sklepów internetowych.

W minionym roku podatkowym pierwsze miejsce wśród 75 największych producentów dóbr luksusowych zajął francuski koncern LVMH, w którego portfolio znajdują się m.in. Louis Vuitton czy Marc Jacobs. Na podium znalazły się także producent m.in. biżuterii i zegarków Compagnie Financiere Richemont oraz koncern kosmetyczny Estée Lauder. Pierwsza dziesiątka zanotowała nieco większy wzrost przychodów niż TOP 75, który wyniósł 13,1 proc. W zestawieniu znalazło się także podsumowanie TOP 15, grupujące najszybciej rozwijające się firmy w tej branży. Wśród nich niekwestionowanym liderem jest Michael Kors Holdings, którego przychody w ciągu roku wzrosły aż o 67,5 proc.

Raport analizuje również transakcje na rynku M&A w sektorze dóbr luksusowych. Dużą rolę w tym zakresie odgrywają fundusze private equity, które w tej branży poszukują firm, mogących zagwarantować szybki wzrost i zwrot z zainwestowanego kapitału. W ostatnich miesiącach jedną z największych transakcji był zakup przez fundusz Blackstone Group 20 proc. akcji firmy Gianni Versace. Zdaniem autorów raportu także w tym roku możemy oczekiwać zainteresowania inwestorów branżą producentów dóbr luksusowych. W orbicie ich zainteresowań będą przede wszystkim starsze, uznane marki, które mogą pochwalić się wieloletnim przywiązaniem klientów.

Z Rekomendacją D w banku bezpieczniej

Na koniec 2014 roku Komisja Nadzoru Finansowego wyznaczyła ostateczny termin wdrożenia przez banki w Polsce zaleceń ujętych w Rekomendacji D. Czasu jest coraz mniej, a rzetelne i kompleksowe wprowadzenie zmian wymaga znaczących nakładów pracy, nie tylko wewnątrz samej organizacji, ale w całym obszarze działania informatyki, uwzględniając współpracę z dostawcami usług IT. Warto o tym pamiętać, bo chodzi nie tylko o bezpieczeństwo zasobów informatycznych banku, ale przede wszystkim o bezpieczeństwo i jakość obsługi jego klientów.

Znaczący postęp rozwoju technologii i wyraźny wzrost zależności banków od stosowanych rozwiązań teleinformatycznych wymógł na KNF znowelizowanie obowiązującej do końca 2012 roku wersji Rekomendacji D. Z początkiem ubiegłego roku Komisja opublikowała nową wersję dokumentu, a na wprowadzenie zawartych w nim zaleceń dała bankom czas do 31 grudnia 2014.

Implementacja zaktualizowanej Rekomendacji służyć ma przede wszystkim poprawie jakości zarządzania i poziomu bezpieczeństwa IT, a także, co równie ważne, usprawnieniu nadzoru w tych obszarach. Celem jest więc skuteczniejsze zarządzanie ryzykiem związanym z niepewnością w zakresie zrównoważonego, efektywnego i przede wszystkim bezpiecznego wspierania działalności banku przez jego teleinformatyczne środowisko. – Z tego też powodu Rekomendacja D powinna być traktowana jako komplementarne uzupełnienie dotyczącej zarządzania ryzykiem operacyjnym Rekomendacji M – tłumaczy Agnieszka Frommholz, IT Group Director w Baker Tilly Poland.

Najważniejsze kompleksowe spojrzenie
Jak pokazują dotychczasowe obserwacje, postawy banków wobec rekomendacji nie są jednorodne. Największe podmioty nierzadko traktują ją jako listę praktyk, które przynajmniej w pewnym zakresie już stosują. Inne postrzegają ją jako katalog zaleceń, który trzeba wziąć pod rozwagę, jednak minimalizują przy tym koszty związane z ich wdrożeniem. Takie podejście może ostatecznie prowadzić do implementowania rozwiązań fragmentarycznych, a tym samym mniej skutecznych.

Okazuje się bowiem, że banki częstokroć realizują zalecenie do rekomendacji jako szereg niepowiązanych ze sobą inicjatyw. Tymczasem, wdrożenie jej jako jednego projektu lub programu może przynieść znacznie większe korzyści, zarówno pod kątem bezpieczeństwa i jakości usług dla klientów, jak i uporządkowania procedur. – Zintegrowane działania przekładają się także na przejrzystość procesów oraz lepszy dostęp kierownictwa do informacji, a co za tym idzie do zbudowania skutecznych mechanizmów decyzyjnych dla Najwyższego Kierownictwa – wyjaśnia ekspertka Baker Tilly Poland.

Na rynku funkcjonują również podmioty, dla których wdrożenie rekomendacji jest szansą na wprowadzenie nowoczesnego zarządzania architekturą IT. W dużej mierze są to banki spółdzielcze. Traktując proces zmian jako kompleksowy projekt, bank może nie tylko spełnić wymagania KNF, ale też dostosować się do wymogów stawianych na przykład przez GIODO, czy do audytów bezpieczeństwa danych (ISO27001), a nawet audytów finansowych (SarOX).

Co istotne, Rekomendacja D nie dla każdego podmiotu oznacza dokładnie to samo, bowiem, zgodnie z zasadą proporcjonalności, wymagania KNF zależne są także od możliwości banku i jego wielkości. Mimo tego zakres rekomendacji jest na tyle szeroki, że wymaga zaangażowania i zorganizowania prac specjalistów z wielu zakresów, zarówno wewnątrz, jak i z zewnątrz banku. Oznacza to, że całe przedsięwzięcie powinno mieć kompleksowy charakter projektowy, a nie być zbiorem pojedynczych inicjatyw. Tym bardziej, że jak oceniają eksperci, Rekomendacja nie jest urzędniczą fanaberią, ale dokumentem, który podejmuje tematy najważniejsze z perspektywy instytucji finansowych. Wymagania KNF dotyczą zarówno integralności, jak też dostępności i poufności danych, odnoszą się więc do wszystkich kluczowych dla funkcjonowania banku grup danych, co odróżnia ją od przepisów związanych tylko i wyłącznie z danymi osobowymi. Dodatkowo dotyczą mechanizmów funkcjonowania w Banku, które w krótszej i dłuższej perspektywie przekładają się na jakość obsługi klienta.
Kompleksowość podejścia przy wdrożeniu tej rekomendacji przede wszystkim buduje stabilność organizacji w każdym obszarze działania związanym z technologia IT.Poza tym buduje mechanizm, który gwarantuje kompletność i jednolitość zarządzanych obszarów IT.

Iluzoryczna dowolność

Wdrożenie zaleceń zawartych w dokumencie zapewnia zgodność procedur z szeregiem norm takich jak na przykład kodeks ITIL (Information Technology Infrastructure Library), normy z grupy 27000, COBIT (Control Objectives for Information and related Technology) czy wreszcie ISO 22301. Banki nie powinny więc pozwolić sobie na ignorowanie tej Rekomendacji.

– Niewdrożenie lub fragmentaryczne wprowadzenie rekomendacji może spowodować realne straty. Wśród zagrożeń wymienić można choćby awarie systemów IT, zmniejszenie bezpieczeństwa na ataki z zewnątrz, czy brak prawidłowego mechanizmu do informowania poszczególnych szczebli kierownictwa – mówi Dariusz Stefaniuk, Project Manager w Baker Tilly Poland. – To z kolei wiąże się z ryzykiem niedostarczenia prawidłowej informacji, niezbędnej do podejmowania decyzji kluczowych dla organizacji – dodaje ekspert.

Ostatni moment na zmiany w terminie
Zdaniem specjalistów wiele banków dopiero zmierzy się z koniecznością przeprowadzenia wnikliwej analizy stanu aktualnego, określenia istniejących braków oraz opracowania planu procesu wdrożeniowego, nie mówiąc o samym wprowadzeniu zmian i monitorowaniu poprawności tych działań. Wyzwaniem jest nie tylko skoordynowanie wielu równolegle wykonywanych czynności, ale także zorganizowanie sprawnego systemu raportowania dla kierownictwa, na podstawie którego możliwe będzie szybkie podejmowanie decyzji. Podczas przeprowadzania analizy, jak i etapów wdrożeniowych oraz raportowych, nieocenione będzie więc doświadczenie zewnętrznych firm audytorskich, które znają realia oraz dysponują efektywnymi narzędziami, które umożliwią sprawne osiągnięcie celu.

Zaletą zewnętrznego audytu jest mi.in to, że dotyczy integralności bezpieczeństwa informacji i środowiska teleinformatycznego w każdej komórce organizacyjnej banku. Narzędzia audytorów zewnętrznych, pozwalają na obiektywną i rzetelną ocenę całej struktury banku. Analiza zgodności z Rekomendacją D realizowanej przez bank samodzielnie nie daje takiej możliwości, dlatego audyt zewnętrzny może pełnić rolę sprawdzającą badanie wewnętrzne, zwłaszcza w obszarach o wysokim poziomie ryzyka.

Bardzo duże znaczenie mają też kwalifikacje osób przeprowadzających badanie i możliwość wyciągnięcia przez nie kompleksowych i obiektywnych wniosków. – Audyt przeprowadzony wewnętrznie wiąże się z ryzykiem nadmiernego obciążenia pracowników oraz jednostronnej oceny sytuacji. Zespołowa praca niezależnych specjalistów z zakresów takich jak np. zarządzanie bezpieczeństwem systemów IT, kierowanie projektami IT, czy projektowanie systemów IT pozwala na wypracowanie dobrych praktyk i sprawdzonych rozwiązań w zakresie procesów oraz technologii przy wykorzystaniu międzynarodowych standardów – mówi Agnieszka Frommholz.

Podsumowując, należy zaznaczyć, że każdy bank w pewnym stopniu wdrożył mechanizmy, o których mowa w rekomendacji. Pojawia się jednak pytanie, w jakim zakresie podmioty te są przygotowane na ewentualną inspekcję KNF, a co za tym idzie, jak bardzo dbają o jakość obsługi swoich klientów.

Trzy kwartały z elastycznym czasem pracy

W 9 miesięcy po wprowadzeniu regulacji dotyczących elastycznego czasu pracy wydaje się, że przepisy funkcjonują bez zarzutu. Niewielka liczba zgłoszeń do Okręgowych Inspektoratów Pracy pozwala sądzić, że pracodawcy nie nadużywali przyznanych im przywilejów.

Z badań PIP wynika, że do końca marca elastyczny czas pracy wprowadziło niespełna 710 przedsiębiorstw, przede wszystkim w dużych miastach (np. Katowice, Kraków, Rzeszów), głównie z branży przetwórczej a także z obszaru handlu i napraw – czyli segmentów, w których działalność ma charakter mocno sezonowy. – Zmiany w prawie przysłużyły się firmom, które do sprawnego funkcjonowania na konkurencyjnym rynku potrzebowały elastycznych rozwiązań– mówi Dorota Strzelec, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o.

Groźbą nadużyć związanych z czasem pracy załogi straszyły związki zawodowe, a sami pracownicy obawiali się, że po wprowadzeniu zmian nie tylko będą musieli pracować więcej i dłużej, ale także odebrana zostanie im choćby możliwość uzyskania zapłaty za nadgodziny. Obawy te od początku przez wielu ekspertów uznawane były za bezpodstawne, bo obowiązujące od 23 sierpnia 2013 zmiany Kodeksu Pracy przewidują konieczność uzyskania zgody pracowników na wdrożenie zmian oraz przeprowadzenie odpowiedniej procedury implementacyjnej. Co więcej, przepisy nigdy nie pozbawiały pracowników wynagrodzenia za przepracowane nadgodziny. – Zmianie nie uległy także dobowe i tygodniowe normy pracy i wypoczynku (tj. 11 godzin odpoczynku w ciągu doby oraz do 35 godzin nieprzerwanego odpoczynku w ciągu tygodnia). Wydłużony okres rozliczeniowy daje możliwość ułożenia harmonogramu tak, aby w ujęciu rocznym przeciętny tygodniowy czas pracy nie przekraczał 40 godzin – tłumaczy Agnieszka Janowska, radca prawny i dyrektor Departamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers.

W odpowiedzi na obawy

W praktyce elastyczny czas pracy oraz wydłużony okres rozliczeniowy oznaczają szansę na lepsze dostosowanie mocy produkcyjnych firmy do cyklu zamówień i bilansowania czasu pracy pracowników w ciągu całego roku. Dodatkowo przepracowany czas obowiązkowo później oddawany jest pracownikom jako godziny lub całe dni wolne. Rozwiązanie to pozwala więc pracodawcom na zmniejszenie kosztów nadgodzin, które w znacznie większym zakresie rekompensowane są czasem wolnym.

Co więcej, „antykryzysowe” zmiany służyć mają nie tylko pracodawcom. Oczywiście, dzięki nim mogą oni lepiej dostosować moce produkcyjne firmy do cyklu zamówień i efektywniej bilansować czas pracy załogi w ciągu roku, a co za tym idzie, być konkurencyjnym nie tylko na polskim, ale i międzynarodowym rynku (podobne rozwiązania pracownicze wprowadzono także w krajach ościennych – w Niemczech, Czechach i na Słowacji). Jednak też dla pracowników elastyczny czas pracy oznaczać może pewne korzyści.

– Przede wszystkim wynikają one z zapisów nakładających na pracodawcę uzyskanie zgody załogi na wprowadzenie w zakładzie elastycznych rozwiązań. Tym samym pojawia się okazja do pogłębionych konsultacji z zespołem i podjęcia prób takiego zorganizowania czasu pracy, by był on satysfakcjonujący nie tylko dla firmy, ale i dla jej pracowników. Możliwe jest więc zaangażowanie ogółu zatrudnionych w planowanie pracy oraz lepsze zrozumienie interesów ekonomicznych pracodawców i tym samym budowanie wzajemnego zaufania i lojalności – komentuje Dorota Strzelec ze StaffPoland Sp. z o.o.

Dla wielu zatrudnionych korzystne mogą okazać się więc ruchome godziny rozpoczęcia i zakończenia pracy lub dłuższe okresy wolnego, wynikające z wcześniej przepracowanych godzin. Takie elastyczne rozwiązania dla wielu mogą być atrakcyjne, choćby ze względu na możliwość wygospodarowania czasu przeznaczonego na załatwienie spraw prywatnych takich jak kilkudniowy wyjazd, przeprowadzenie remontu czy po prostu dłuższy odpoczynek. Wydaje się to być korzystne zwłaszcza w świetle danych mówiących o tym, że polscy pracownicy są coraz mniej skłonni do pracy w nadgodzinach. Asertywność młodego pokolenia oraz świadomość, jak ważny jest tzw. work-life balance, mają coraz większe znaczenie w budowaniu swojej kariery i relacji z pracodawcą.

Nowe przepisy stwarzają także szansę na załatwienie spraw prywatnych w trakcie pracy.
– W tym celu konieczne jest jednak złożenie pisemnego wniosku do przełożonego, który może wyrazić zgodę na udzielenie takiego czasu wolnego, z zastrzeżeniem, że musi on zostać odpracowany w uzgodnionym z pracodawcą terminie (niekoniecznie w tym samym dniu). Należy jednak pamiętać, że czas ten nie będzie stanowił nadgodzin – zastrzega Agnieszka Janowska z TGC Corporate Lawyers.

Druga strona medalu

To, co dla jednych może być bardzo dobrym rozwiązaniem, dla innych może jednak okazać się kłopotliwe. Dla części zatrudnionych trudne lub wręcz niewykonalne będzie pogodzenie dłuższych godzin pracy w niektórych okresach z obowiązkami prywatnymi (np. w przypadku samotnych rodziców). A to może stać się przyczyną napięć między kierownictwem firmy a załogą. W pewnych sytuacjach obawy pracowników mogą więc być uzasadnione. Odpowiedzialny pracodawca powinien jednak pamiętać, że modyfikacje harmonogramów czasu pracy powinny być nie tylko konsultowane z reprezentacją pracowników, ale też wcześniej sygnalizowane ogółowi zatrudnionych objętych zmianami (np. pion produkcji), aby ewentualne trudności mogły być wcześniej zgłaszane i wyjaśniane z bezpośrednimi przełożonymi.

Pięć trendów na rynku windykacyjnym

Firmy windykacyjne walczą o wciąż duży, niezagospodarowany rynek. W ostatnich latach wprowadziły szereg usług dodatkowych, wspierających wierzycieli w egzekwowaniu należności od nierzetelnych kontrahentów. Na jakie trendy w branży zarządzania wierzytelnościami warto zwrócić uwagę podpowiadają eksperci PRAGMA INKASO.

Trend 1: Sprzedaż długu zamiast windykacji

Na rynku widać wysyp internetowych giełd wierzytelności. Ich popularność wynika z niesłusznego przekonania, że wystawienie wierzytelności na sprzedaż jest działaniem mniej szkodliwym dla relacji biznesowych niż zlecenie windykacji długu. Profesjonalna windykacja nie powinna zaszkodzić dalszej współpracy na linii wierzyciel – dłużnik. Przedsiębiorcy wychodzą jednak z założenia, że jeżeli znajdzie się nabywca długu gotowy za niego zapłacić i przejąć na podstawie umowy cesji problem związany z wyegzekwowaniem wierzytelności, to jest to wygodne rozwiązanie. Uruchamiane przez firmy windykacyjne giełdy pozwalają szybko i bez większych formalności złożyć ofertę sprzedaży i kupna wierzytelności. Najaktywniejsze wystawiają tygodniowo nawet kilkaset aukcji niezapłaconych faktur. Poza możliwością dokonania transakcji spełniają czasem funkcję dyscyplinującą dłużnika. Często wystawienie długu na giełdzie i realna perspektywa, że przejdzie on w trzecie ręce powoduje, że dłużnik decyduje się uregulować wierzytelność.

Trend 2: Jeśli nie sprzedaż to upublicznienie informacji o długu

Skutkiem bierności w dochodzeniu roszczeń jest powstanie wierzytelności określanych jako trudno ściągalne. Firmy, które mają świadomość, że z powodu oszustwa lub braku działań straciły szanse na odzyskanie długu, decydują się na jego upublicznienie. Mimo silnej pozycji Krajowego Rejestru Długów, wiele firm z branży obrotu wierzytelnościami tworzy własne rejestry dłużników. Ich popularność wynika najczęściej z braku możliwości podjęcia innych działań względem wierzytelności trudno ściągalnych, o dużym przeterminowaniu, znajdujących się na etapie sądowym lub wobec dłużników niewypłacalnych, czy będących w upadłości. Wówczas wpis do rejestru dłużników pozostaje jedyną rzeczą, jaką może zrobić wierzyciel. Czasami wpisanie dłużnika do rejestru może zadziałać dyscyplinująco. Najczęściej gdy brak wpłaty wynika ze złej woli, a nie trudnej sytuacji finansowej. Wtedy z obawy przed upublicznieniem informacji o nierzetelności część dłużników decyduje się uregulować należność.

Trend 3: Unikanie ryzyka dzięki prześwietlaniu klientów

Praktyka zbierania informacji o potencjalnym kontrahencie zyskuje w ostatnich czasach na popularności. Przedsiębiorcy słusznie stosują profilaktykę, która pomaga uniknąć ryzyka współpracy z niewypłacalnym bądź nierzetelnym kontrahentem. Najczęściej zlecają przeprowadzenie wywiadu gospodarczego przed podpisaniem znaczącego kontraktu, dokonaniem fuzji lub w przypadku inwestycji wymagającej zaangażowania znacznych środków. W takich sytuacjach wydatek związany ze zleceniem wywiadu gospodarczego jest stosunkowo niewielki wobec ewentualnego ryzyka związanego z transakcją. Usługę wywiadu gospodarczego oferują wywiadownie gospodarcze, agencje detektywistyczne, a także firmy windykacyjne.

„Informacje pozyskiwane z wszystkich odstępnych źródeł pozwalają ustalić sytuację finansową przedsiębiorstwa, powiązania kapitałowe członków zarządu, moralność płatniczą oraz opinię jaką ma firma wśród otoczenia biznesowego”- przekonuje Danuta Czapeczko Dyrektor Sprzedaży i Marketingu PRAGMA INKASO SA. Firmy prześcigają się w uatrakcyjnianiu oferty w tym zakresie. Niektóre wywiadownie zatrudniają psychologów biznesu, aby dodatkowo sporządzały profil psychologiczny prezesa czy właściciela. Firmy oferujące tego rodzaju usługę przekonują, że cechy osobowe menadżera mają niebagatelny wpływ na długoterminową sytuację i perspektywy rozwoju przedsiębiorstwa.

Trend 4: Zlecanie windykacji on-line

Coraz więcej firm dąży do automatyzacji zarówno procesu windykacji wierzytelności, jak i obsługi zlecającego ją klienta. Informatyzacja pozwala obniżyć koszt usług, a użytkownicy zyskują komfort i oszczędzają czas. Proste narzędzia do samoobsługowej internetowej windykacji wprowadziło wiele firm z branży. Przedsiębiorcy mogą już wysyłać formularze wezwań do zapłaty tzw. monity czy odpłatnie użytkować pieczęcie prewencyjne firm windykacyjnych. Wierzyciele korzystają też z możliwości wglądu on-line w postęp swoich spraw. Samo jednak zlecenie windykacji wymagało dotąd kontaktu, jeżeli nie twarzą w twarz, to przynajmniej mailowego z przedstawicielami firmy windykacyjnej.

Nowością jest aplikacja Debtpoint od PRAGMA INKASO umożliwiająca elektroniczne zlecenie windykacji. Pozwala ona zlecić proces odzyskania należności bez konieczności wychodzenia z biura czy rozmów z doradcą. „Nowe narzędzie pozwala na szybkie rozpoczęcie realizacji usługi, co jest kluczowe dla przedsiębiorców borykających się z problemem płynności finansowej – podsumowuje Danuta Czapeczko. „Proces zlecenia windykacji udało się ograniczyć do pięciu kliknięć. Aplikacja na podstawie udzielonych odpowiedzi pomaga określić problem, automatycznie wygenerować umowę windykacji, przekazać zlecenie do realizacji lub przesłać klientowi indywidualną ofertę o dofinansowanie lub sprzedaż długu, bez konieczności kontaktu osobistego czy telefonicznego” – dodaje. Ten trend będzie się szczególnie rozwijał w segmencie B2B, ponieważ firmy podążają za oczekiwaniami klientów, którzy niechętnie patrzą na tradycyjne, angażujące czas formy prezentowania oferty.

Trend 5. Koszty windykacji ponosi dłużnik

Standardem na polskim rynku windykacyjnym jest pobieranie wynagrodzenia w formie prowizji jedynie od kwot rzeczywiście odzyskanych. Mimo to powszechne przekonanie o dużych kosztach usług skutecznie zniechęcało mniejszych wierzycieli do zlecania windykacji firmom zewnętrznym. Obowiązująca już od roku ustawa o terminach płatności, uprawniająca wierzycieli do obciążenia dłużnika kosztami windykacji, może to zmienić. Zgodnie z zapisami, wierzyciel może domagać się od dłużnika równowartości 40 EUR jako zryczałtowanych kosztów windykacji, a także prowizji firmy windykacyjnej. Firmy windykacyjne starają się dobrze wykorzystać tę szansę. Większość z nich wprowadziło do oferty odzyskiwanie własnej prowizji od dłużnika jako dodatkową usługę. Można przypuszczać, że usprawnienie procedur w tym zakresie spowoduje większe zainteresowanie wierzycieli usługami firm z branży obrotu wierzytelności i pozwoli słusznie obciążać wszelkimi kosztami dochodzenia roszczeń dłużników.

Lepsza ochrona konsumentów – ustawa o prawach konsumenta

0

Nieudana transakcja w Internecie lub od akwizytora? Każdy z nas będzie mógł w ciągu 14 dni zwrócić produkt kupiony w ten sposób. Ponadto, koszty zakupu usług i towarów w sieci nie będą już dla klientów zaskoczeniem. Dzisiaj Parlament zakończył prace nad ustawą o prawach konsumenta

Sejm przyjął poprawki Senatu do ustawy o prawach konsumenta. Po podpisaniu przez Prezydenta RP, nowe prawo zacznie obowiązywać w ciągu 6 miesięcy od momentu ogłoszenia w Dzienniku Ustaw RP.

Jakie zmiany nas czekają?

Konsumenci zyskają jeszcze większą ochronę swoich praw. Najważniejsze zmiany, które będą chronić wszystkich słabszych uczestników rynku to wydłużenie prawa do odstąpienia od umowy zawartej poza lokalem lub na odległość z 10 do 14 dni oraz wymóg uzyskania wyraźnej zgody konsumenta na wszelkie dodatkowe płatności wykraczające poza uzgodnione wynagrodzenie za główne obowiązki przedsiębiorcy wynikające z umowy. Dzięki temu dokonywanie zakupów w sieci będzie bezpieczniejsze.

Konsument, który kupi wadliwy produkt, składając reklamację, będzie mógł wybrać między jego naprawą, wymianą, obniżeniem ceny a odstąpieniem od umowy.

Wejście w życie

Dostosowanie się przedsiębiorców, ich klientów oraz organizacji broniących praw konsumentów do nowych przepisów będzie wymagało czasu. Dlatego wydłużenie vacatio legis, czyli czasu niezbędnego na wejście w życie regulacji, do sześciu miesięcy, pozwoli na lepsze stosowanie przepisów w praktyce. Aby zwiększyć świadomość uczestników rynku na temat nowych przepisów, UOKiK planuje przeprowadzić jesienią kampanię informacyjną.

Ustawa wdrażająca do polskiego prawa dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady została przygotowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Prawa kupujących i obowiązki sprzedających będą identyczne w całej UE.

W Wielkiej Brytanii powstało już ponad 40 tys. polskich firm

0

W Wielkiej Brytanii działa już 40 tys. polskich firm. Własną działalność gospodarczą może prowadzić nawet co szósty Polak pracujący na wyspach. Dzięki członkostwu w UE wzrosła też wymiana handlowa, która w ciągu 10 lat przekroczyła 400 mld zł. Z kolei brytyjscy inwestorzy, tacy jak Tesco czy GlaxoSmithKline, napędzają polską gospodarkę.

W Wielkiej Brytanii jest około 40 tysięcy przedsiębiorstw z Polski, więc jedna na sześć osób pochodzenia polskiego pracujących w Wielkiej Brytanii prowadzi własną działalność gospodarczą. Oni pracują w różnych gałęziach gospodarki – usługach finansowych, sklepach, sektorze usług, w wielu różnych obszarach – produkcji, drewnie, budowlance, pracach konstrukcyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Martin Oxley, dyrektor UK Trade & Investment w Warszawie.

Oxley podkreśla, że w ciągu dziesięciu lat członkostwa Polski w UE więzy gospodarcze między naszym krajem a Wielką Brytanią znacznie się zacieśniły. Jednym z bardzo widocznych efektów jest migracja. Wiele osób, które wyjechały z Polski do Wielkiej Brytanii, prowadzi własną działalność gospodarczą. Polaków nie brakuje też w londyńskim sektorze finansowym.

Widzimy również Polaków pracujących w londyńskim City, w organizacji Polish City Club, są dobrzy finansiści, którzy wywodzą się z City i wciąż w nim pracują. Tak więc jest to cały wachlarz rodzajów zatrudnienia, czy to praca w czyjejś firmie, czy prowadzenie własnej – tłumaczy Oxley.

Zwraca też uwagę na rosnącą wymianę handlową. Od 2004 r. wymiana handlowa z Wielką Brytanią sięgnęła już 80 mld funtów, czyli ponad 400 mln zł. Wielka Brytania jest drugim partnerem handlowym Polski (po Niemczech), a Polska szóstym krajem wśród partnerów handlowych Wielkiej Brytanii. Wymiana handlowa dotyczy bardzo wielu produktów – inżynierskich, samochodów czy spożywczych.

Tylko w okresie od stycznia do października 2013 r., zgodnie z danymi GUS, eksport Polski do Wielkiej Brytanii wyniósł 30,7 mld zł, a import – 12,7 mld zł. Stanowiło to odpowiednio 6,5 proc. i 2,7 proc. polskiej wymiany handlowej.

Oxley zauważa jednak, że poza wymianą handlową, Polska korzysta też na bezpośrednich inwestycjach brytyjskich inwestorów. W 2013 r. według danych PAIiIZ przedsiębiorcy z Wielkiej Brytanii zainwestowali w Polsce bezpośrednio 3,5 mld zł. Więcej zainwestowali tylko Francuzi i Niemcy.

Wielka Brytania to drugi największy światowy inwestor, a w Polsce jest dziewiąty. Istnieje istotny poziom inwestycji, spójrzmy chociaż na sektor sprzedaży detalicznej, mamy np. Tesco, który zainwestował w sieć detaliczną, a nawet dużo więcej, bo zmodernizował sprzedaż detaliczną i zbudował swoją pozycję w eksporcie produktów z Polski. Jeśli chodzi o opiekę medyczną, mamy dwie firmy farmaceutyczne – AstraZeneca i GlaxoSmithKline. Glaxo inwestowała w Poznaniu i stworzyła tam jedno ze swoich światowych centrów produkcyjnych – wylicza Oxley.

Dodaje, że Brytyjczycy doceniają też polskie produkty. Nie chodzi wyłącznie o żywność, którą bez problemu można kupić w Wielkiej Brytanii, lecz także o produkty inżynierskie, doceniane za wysoką jakość.

Właśnie dzięki temu Polska nie jest na wyspach postrzegana tylko w kategoriach siły roboczej. Brytyjczycy doceniają Polaków za ich umiejętności i profesjonalizm. Poza finansistami w Londynie, wielu Polaków pracuje też u wybrzeży Szkocji w sektorze wydobycia ropy naftowej. Jest też sporo osób w sektorze usługowym. Niektórzy z nich traktują Wielką Brytanię jako miejsce nauki, a potem wracają do Polski, by otworzyć hotel, restaurację lub inną firmę.

Właściwe strategie inwestycyjne na instrumentach pochodnych szansą na dobre zyski

CEO Magazyn Polska

Inwestycje w opcje i kontrakty terminowe mogą zwiększyć wolumen transakcji na warszawskiej giełdzie. Doradcy inwestycyjni podkreślają, że właściwe strategie inwestowania mogą przynieść znacznie wyższe zyski niż odsetki osiągane w bankach czy wypracowywane przez fundusze inwestycyjne. By zmniejszyć ryzyko, należy jednak dywersyfikować inwestycje.

 Z mojego punktu widzenia to jest największe rozczarowanie, że instrumenty, jak futures i opcje, nie przyjęły się, ich wolumen jest niski. Zróbmy coś, żeby uaktywnić ten rynek, bo to jest jedna z dróg, dzięki której inwestorzy mogą zarobić i spekulanci mogą zarobić. Szkoda, że jest ta stagnacja. Miejmy nadzieję, że to się ruszy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zenon Komar, doradca i bankier inwestycyjny.

Futures, czyli kontrakty terminowe, pojawiły się na Giełdzie Papierów Wartościowych w 1998 r. Obecnie giełda umożliwia obrót kontraktami terminowymi na główne indeksy (WIG20 i mWIG40), akcje niektórych spółek oraz waluty. Jak wynika z raportu rocznego GPW za ubiegły rok liczba transakcji na kontraktach terminowych przekroczyła 3 mln, a wolumen kontraktów – 11,8 mln. Najpopularniejsze były kontrakty indeksowe (odpowiednio 2,4 mln oraz 8,3 mln).

Opcje z kolei dają nabywcy prawo sprzedaży (put) lub nabycia (call) akcji po z góry określonej cenie w określonym czasie. Komar podkreśla, że tradycyjną strategią jest czekanie do dnia wygaśnięcia opcji. Tymczasem większe zyski można uzyskać, decydując się na wcześniejszą realizację opcji – w momencie, kiedy poziom, jaki osiągają, zapewnia gwarantowane zyski.

Ostatnie badania pokazały, że należy zamykać transakcje przynajmniej tydzień przed wygaśnięciem lub również akceptować zyski znacznie wcześniej. Innymi słowy, mimo że zawieramy transakcje na 45 dni, bo taka jest rekomendacja strategii, to jeśli uzyskujemy zysk 50-proc. następnego dnia, a takie rzeczy też się zdarzają, to zamknijmy transakcję – radzi Zenon Komar.

Dodaje, że w ten sposób uwalniamy wcześniej środki i możemy wykonać więcej transakcji w danym okresie. Podkreśla, że z punktu widzenia minimalizacji ryzyka jak największa liczba transakcji jest bardzo korzystna.

–  Chodzi o to, żeby wykonywać jak najwięcej transakcji, ale małymi pozycjami, bo wielkość zabija. Nie wchodzimy z 25-proc. kapitałem na jedną transakcję, tylko nie więcej niż 3 proc., a najlepiej 1 proc. czy nawet jeszcze mniej – podkreśla doradca inwestycyjny.

I zapewnia, że w ten sposób inwestorzy mogą osiągnąć zyski lepsze niż w bankach lub funduszach inwestycyjnych.

W ubiegłym roku pod względem wolumenu obrotów kontraktami indeksowymi GPW zajęła piątą pozycję w Europie, a trzynastą pod względem wolumenu obrotów wśród opcji na indeksy. Rynek instrumentów pochodnych warszawskiej giełdy jest najdynamiczniej rozwijającym się rynkiem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Ten rok dla tego typu instrumentów będzie bardzo ważny. W czerwcu kończy się notowanie kontraktów na WIG20 z mnożnikiem 10 zł, a notowane będą wyłącznie z mnożnikiem 20 zł. Natomiast pod koniec roku rozpocznie się przenoszenie pochodnych na indeks WIG20 (kontraktów i opcji) na pochodne na indeks WIG30.

Zenon Komar był gościem specjalnym konferencji GPW „Instrumenty Pochodne 2014”.

Komentarz indeksowy BossaFX 30 maja 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 30 maja 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Faktoring, czyli alternatywna forma finansowania firm, rośnie w siłę. Kolejne lata mają być równie dobre

CEO Magazyn Polska

Rynek faktoringowy z roku na rok notuje dynamiczny wzrost. W ubiegłym roku wartość wykupionych należności wyniosła blisko 100 mld zł, a wartość obrotów w porównaniu z 2012 rokiem wzrosła o ponad 15 procent. Także i w tym roku eksperci spodziewają się dwucyfrowego wzrostu. Coraz więcej firm widzi w faktoringu skuteczne narzędzie do rozwiązywania problemów z płynnością finansową. Cenią również wartości dodane do faktoringu  administrację należnościami czy weryfikację klientów.

 Bez względu na to, jak popatrzymy na historię ostatnich piętnastu lat naszego rozwoju gospodarczego, czy to będą lata koniunktury gospodarczej, czy dekoniunktury, rynek faktoringowy sukcesywnie rośnie. W 2013 roku zbliżyliśmy się do magicznej liczby, czyli 100 mld zł wykupionych należności przez firmy faktoringowe. To już jest dosyć duży wolumen – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Pardela, dyrektor i członek zarządu Pragma Faktoring SA

Zdaniem Pardeli sukcesu faktoringu należy upatrywać w fakcie, że jest narzędziem uzupełniającym. Oznacza nabycie na podstawie cesji praw do pieniężnej wierzytelności handlowej przed terminem jej płatności i zabezpiecza płynność finansową przedsiębiorcy. Jednak faktoring nie jest wyłącznie finansowaniem, klienci doceniają także wartości dodane, jakie niesie ze sobą skorzystanie z tego typu usług.

Firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów obsłużyli w 2013 roku wierzytelności blisko 5,5 tys. klientów i objęły ponad 100 tys. kontrahentów. Dynamiczny rozwój pozwolił polskiemu rynkowi zbliżyć się pod względem wielkości do pierwszej dziesiątki w Europie, jednak do tych najlepszych sporo brakuje – np. na brytyjskim rynku wartość wykupionych należności w 2013 roku wyniosła niemal 270 mld zł.

Jeśli chodzi o stopień nasycenia rynku to w Polsce finansujemy faktoringiem ok. 6 proc. PKB, przy 10-12 proc. PKB w Wielkiej Brytanii. To starszy rynek, oferuje też nieco inne usługi. W Polsce przeważa pełny faktoring, związany z przejęciem ryzyka niewypłacalności odbiorcy. W brytyjskich usługach dominuje invoice discounting, czyli wykup konkretnych wierzytelności w oparciu o cesję należności, robiony najczęściej w standardzie jako usługa z regresem do klienta. Drugą podstawową różnicą jest to, że rynek brytyjski oferuje rozwiązania dodatkowe, czyli asset-based lending, to coś w rodzaju pożyczki pod inne aktywa. W Polsce takie rozwiązania proponują nieliczne firmy – wyjaśnia Pardela.

W Polsce proporcje usług faktoringowych – pełnych i nieubezpieczonych – dzielą się w równych proporcjach. Na wyspach przeważa faktoring niepełny. Eksperci podkreślają, że w Polsce powoli się to jednak zmienia i coraz więcej przedsiębiorstw, zwłaszcza małych i średnich, interesuje się dodatkowymi rozwiązaniami, które niesą ze sobą faktoring.

Firmy cenią wszystkie usługi dodane, administrowanie należnościami, weryfikowanie klientów, ich zdolności do spłaty odroczonego kredytu kupieckiego. To jest bardzo istotne, bo to część pracy, którą wykonuje za nich faktor, czego nie dostaną w banku, i to jest ta wartość dodana ponad kredyt bankowy – ocenia Grzegorz Pardela.

Przekonuje, że w najbliższych latach nastąpi znaczny rozwój dodatkowych rozwiązań.

Polska silnym eksporterem mrożonych owoców i zagęszczonych soków

CEO Magazyn Polska

Nie tylko jabłka są hitem eksportowym Polski wśród produktów ogrodniczych. Dobrze za granicą idzie również sprzedaż zagęszczonych soków oraz mrożonek, zwłaszcza malin. Ich produkcja jest coraz większa, ponieważ konsumpcja świeżych owoców i warzyw w kraju nie rośnie, więc nadmiar zbiorów sprzedawany jest do zakładów przetwórczych. Największym konkurentem w eksporcie mrożonych malin jest Serbia, która obecnie boryka się z największą od 120 lat powodzią.

Polska jest największym na świecie eksporterem jabłek. Udało się nawet wyprzedzić dotychczasowego lidera, czyli Chiny. Według danych Związku Sadowników RP w ubiegłym roku zostało wyeksportowanych 1,2 mln ton jabłek, z czego ponad 2/3 trafiło do Rosji. 

– Problem tylko polega na tym, że eksportujemy głównie do Rosji, natomiast jest to rynek dosyć niepewny. Mieliśmy już w latach 2005-2008 zakaz eksportu z Polski, wtedy rzeczywiście pojawiły się kłopoty. Teraz sytuacja jest niepewna, więc uzależnienie od jednego rynku zbytu może mieć duże znaczenie, miejmy nadzieję, że to się nie stanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Bożena Nosecka z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Z silną pozycją w eksporcie jabłek wiąże się sprzedaż za granicę koncentratu soku jabłkowego. Polacy są pod tym względem drugim producentem i drugim eksporterem na świecie. Sok kupują od nas również Chiny, ponieważ na skutek rosnącego spożycia świeżych jabłek konsumpcja oraz produkcja soku jest ograniczana. Paradoksalnie eksportowi z Polski nie sprzyja silny eksport samych jabłek.

Gdy eksportujemy dużo jabłek, to zmniejsza się baza surowcowa dla zakładów przetwórczych – zauważa Nosecka. – Te naczynia są ze sobą powiązane. Albo eksportujemy bardzo dużo jabłek, albo mamy dużą podaż surowca do przetwórstwa, czyli konkretnie do produkcji zagęszczonego soku. Dla producentów korzystniejszy jest eksport jabłek, bo uzyskują wyższe ceny, niż sprzedając surowiec do zakładów przetwórczych. Gdybyśmy rozwinęli bazę przetwórczą, na przykład zakładając sady przemysłowe, to byłaby szansa nawet na pokonanie Chin – dodaje ekspertka IERiGŻ.

Od dawna też Polska ma silną pozycję jako eksporter mrożonek, np. mrożonych malin. Ekspertka prognozuje, że to będzie kolejny dobry rok dla producentów, z cenami na dość wysokim poziomie. Największym konkurentem na rynku światowym i unijnym jest Serbia, podobnie jak w przypadku mrożonych wiśni.

W tym sezonie sytuacja może nam się poprawić, dlatego że nie wiemy, jaka jest skala uszkodzeń na Serbii. Możliwe, że nie zniszczy zbiorów, ale pogoda i powodzie mogą spowodować to, że plantacje zostaną dotknięte chorobami. Czyli tragedia, która zdarzyła się na Bałkanach, a konkretnie w tym przypadku na Serbii, może przełożyć się na lepszą pozycję Polski w tym sezonie – mówi dr Bożena Nosecka.

Polska ma też potencjał, żeby wyprzedzić Belgię w rankingu największych eksporterów mrożonych warzyw w UE. Na razie zajmuje szóste miejsce na świecie. Polscy producenci spokojnie mogliby więcej przeznaczać na eksport, wolą jednak swoje produkty przeznaczać na krajowy rynek, gdzie uzyskują wyższe ceny, a konsumpcja rośnie.

W eksporcie innych świeżych owoców i warzyw Polska nie radzi sobie już tak dobrze jak ze sprzedażą jabłek. Znaczącym utrudnieniem może być zebranie odpowiednio dużej partii towaru jednolitej jakości, odpowiednia logistyka sprzedaży i środki transportu. W przypadku jabłek te problemy udało się rozwiązań dzięki środkom unijnym.

Sukces jabłek zachęcił również producentów owoców i warzyw świeżych do szukania tego typu rozwiązań, czyli np. nowoczesne przechowywanie, duże partie towaru. Nasze gospodarstwa nie są zbyt duże i muszą powstawać organizacje producentów, żeby tę koncentrację podaży zwiększyć. Mam nadzieję, że to się będzie działo, ponieważ nowa perspektywa budżetowa zakłada zwiększenie środków na funkcjonowanie organizacji producentów i ich związków. Wszystko zależy od tego, jaka będzie aktywność producentów w pozyskiwaniu tych środków i całego otoczenia producentów – podkreśla ekspertka.

Według danych GUS produkcja mrożonych owoców i orzechów w Polsce w zakładach zatrudniających min. 50 osób wyniosła w ubiegłym roku 370 tys. ton. To o 18,7 proc. więcej niż w 2012 r. Przyczynił się do tego wzrost zbiorów owoców, które są najczęściej wykorzystywane w przemyśle zamrażalniczym, takich jak: truskawki, wiśnie, porzeczki i maliny. Nie bez znaczenia były także niedobory na europejskich rynkach. Są one szansą na dalsze zyski dla polskich eksporterów. Powodują bowiem znaczny wzrost cen – np. w styczniu 2014 r. mrożone warzywa na europejskich rynkach były od kilku do nawet kilkudziesięciu procent droższe, niż rok wcześniej.

Statystyczny Polak ma w portfelu cztery karty lojalnościowe, Amerykanin – dwanaście

CEO Magazyn Polska

Statystyczny Polak uczestniczy średnio w czterech programach lojalnościowych. Choć to zdecydowanie mniej niż na przykład w Stanach Zjednoczonych, to popularność tego typu programów dynamicznie rośnie. Firmy, które zdecydują się na ich wdrożenie, mogą zdobyć cenne dane, umożliwiające zrozumienie zachowań konsumentów i poprawić dotarcie do odpowiedniej grupy docelowej. Zyskują jednocześnie szansę tańszego dotarcia do klientów w porównaniu z kampaniami wielozasięgowych.

Statystyczny Polak nosi w portfelu cztery karty lojalnościowe. Porównując to do najbardziej zaawansowanych rynków, np. Stanów Zjednoczonych, gdzie jest to dwanaście kart, można powiedzieć, że ten biznes dopiero się rozkręca – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Damian Zapłata, dyrektor zarządzający Loyalty Partner Polska.

W jego ocenie sprzyja temu przede wszystkim szybki rozwój rozwiązań mobilnych i cyfrowych, wspierających funkcjonowanie programów lojalnościowych i często wypierających tradycyjne karty.

To trend, który w najbliższej przyszłości będzie się nasilał i coraz więcej Polaków skorzysta z tego typu rozwiązań – uważa Zapłata. – Wszystko raczej migruje do smartfonów, zarówno karta, jak i kontakt z konsumentem. To będzie jeden z głównych kanałów, co obserwujemy już w USA i powoli również w Polsce.

Drugim silnym trendem na rynku jest oferowanie tego typu rozwiązań dla małego biznesu niesieciowego.

Coraz więcej konsumentów ceni sobie programy oferowane przez lokalne sklepy czy ulubione kawiarnie – dodaje Zapłata. – To obszar, który dopiero u nas raczkuje, ale oczekuję w nim dużych wzrostów.

Dyrektor Loyalty Partner Polska uważa, że z rynku znikać będą programy, które poza budowaniem lojalności klientów nie dają firmom żadnych innych benefitów. Dla wielu z nich kluczowe jest zdobywanie informacji o tym, co konsument lubi, gdzie chodzi, jakie ma nawyki, jak można się z nim skomunikować i co może wpłynąć na jego zachowanie.

Karta bonusowa to jest takie narzędzie, które pozwala zrozumieć, kto stoi za zakupami. Nie chodzi o to, żeby dać klientowi zniżkę, tylko o to, żeby zrozumieć, co on kupuje, i przygotować dla niego odpowiedni plan, ofertę, żeby go aktywizować – wyjaśnia Damian Zapłata. – Karty pozwalają handlowcom, żeby mieli ofertę dla każdego i żeby jednocześnie rozmawiali ze wszystkimi klientami. Zaawansowane rynki, jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, przede wszystkim koncentrują się na tego typu rozwiązaniach opartych na big data i analizie zachowań konsumenckich.

Program lojalnościowy to jedno z działań marketingowych, które pozwala firmie odróżnić się od konkurencji i pozwala sprawnie zarządzać marketingiem. Jest to o tyle skuteczniejsze od tradycyjnych kampanii wielozasięgowych, np. w telewizji czy na nośnikach outdoorowych, że firma nie ponosi kosztów dotarcia do klientów, którzy nie są zainteresowanie jej ofertą.

W ramach programów pomysł polega na tym, że staramy się kierować komunikaty do tych konsumentów, u których mamy większą możliwość osiągnięcia sukcesu i zachęcenia ich do czegoś. Dzięki temu per contact wychodzi to taniej. Oczywiście jest kwestia zasięgu, to są raczej akcje skierowane do kilkudziesięciu, kilkuset tysięcy, a nie milionów konsumentów, ale dzięki temu są tańsze – podkreśla Zapłata.

Firmy, które są zainteresowane wprowadzeniem programu lojalnościowego, mają do wyboru uruchomienie własnego programu dla klientów lub przystąpienie do koalicji brandów działających pod wspólnym szyldem, jak ma to miejsce w przypadku programu Payback, zarządzanego przez Loyalty Partner Polska.

 – Jedna karta, której klient może używać w salonach wielu brandów, nawet jeśli robi to tylko raz na jakiś czas, jest bardziej relewantna i pozwala efektywniej wpływać na zachowania konsumenta – przekonuje Zapłata. 

Polacy bilety na imprezy kupują głównie w internecie. Rynek jest wart ponad 500 mln zł

CEO Magazyn Polska

Rynek internetowej sprzedaży biletów na imprezy kulturalne i sportowe w Polsce jest warty ponad 500 mln zł i w kolejnych latach będzie dynamicznie się rozwijał. Jeden z liderów rynku, eBilet.pl, w ubiegłym roku odnotował dwukrotny wzrost przychodów, sprzedając 2 mln wejściówek na 30 tys. różnych imprez. Polacy doceniają przede wszystkim szybkość i wygodę, jaką oferują zakupy wejściówek w sieci. Dlatego tradycyjne punkty sprzedaży mogą za kilka lat zniknąć z rynku.

Sprzedaż internetowa biletów w Polsce mocno się rozwija, odnotowujemy bardzo duże wzrosty w tym obszarze – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Matuszewski, prezes platformy eBilet.pl.

Jeszcze parę lat temu sprzedaż wejściówek przez internet stanowiła niewielki procent ogólnej sprzedaży. W ubiegłym roku proporcje się odwróciły – już ok. 80 proc. biletów klienci kupują w sieci.

Serwis eBilet.pl w ubiegłym roku sprzedał przez internet 2 mln wejściówek, obsługując 30 tys. imprez i notując prawie 100 proc. wzrost przychodów r/r. Matuszewski szacuje wartość rynku sprzedaży internetowej biletów na imprezy, wydarzenia kulturalne oraz sportowe w Polsce na ponad 500 mln złotych. W jego ocenie ten segment dystrybucji biletów będzie nadal dynamicznie się rozwijał (ok. 20 proc. rocznie). 

Jako dystrybutor jesteśmy obecni w kilkuset punktach sprzedaży naziemnej, m.in. w salonach Empik, ale zdecydowana większość naszych klientów wybiera jednak opcję internetowego zakupu biletów – dodaje Matuszewski i przewiduje, że za kilka lat bilety będą dystrybuowane wyłącznie za pośrednictwem sieci.

Wygoda oraz możliwość wyboru z szerokiej gamy wydarzeń to zdaniem Marcina Matuszewskiego główne argumenty, które przekonują Polaków do wybrania tej opcji zakupu wejściówek.

Wystarczy wybrać bilet na interesującą nas imprezę oraz dokonać płatności dzięki jednej z wielu dostępnych form. Cały proces jest szybki i bardzo intuicyjny – przekonuje prezes eBilet.pl. 

Sprzedaż biletów na różnego typu imprezy w Polsce ogólnie rośnie – nie tylko przez internet. Jednym z powodów jest rosnąca zamożność Polaków, a co za tym idzie – również zmiana ich stylu życia i sposobów spędzania wolnego czasu. Coraz szersza jest również oferta, bo zagraniczni organizatorzy częściej zwracają uwagę na polski rynek. Prezes eBilet.pl podkreśla również zainteresowanie ofertą kulturalną w Polsce ze strony konsumentów zagranicznych.

Przewidujemy rozwój sprzedaży za granicą. Już od roku sprzedajemy bilety w regionie Kaliningradu Rosjanom, którzy przyjeżdżają na imprezy do Polski i stanowią znaczną część sprzedaży biletów na imprezy, w szczególności w Trójmieście. Im bardziej impreza jest międzynarodowa, tym więcej jest Rosjan. Ale tu ważniejsza jest jakość klientów, bo Rosjanie z pewnych względów kupują bilety drogie, czyli VIP-owskie, na które często nie stać jest przeciętnego Polaka. De facto oni uzupełniają sprzedaż polską, a nie ją kanibalizują – wyjaśnia Marcin Matuszewski.

Aby sprostać temu wyzwaniu, firma zmienia strukturę organizacyjną i pracuje nad unowocześnieniem platformy informatycznej, poszerzając ją o nowe usługi dla klientów i partnerów biznesowych. 

W tym roku planujemy wprowadzić nową platformę sprzedaży biletów z nowymi funkcjami dostosowaną do wymogów przyszłości, bo umożliwiającą zakup na wszelakich urządzeniach, w szczególności na urządzeniach dotykowych, czyli smartfonach i tabletach. Pracujemy także nad wdrożeniem systemu, w którym klient po zakupie biletu otrzymuje kod lub znacznik RFID na telefon i dzięki temu nie musi drukować swojego biletu – zdradza prezes eBilet.pl. 

Jego zdaniem na krajowym rynku, po niedawnych konsolidacjach, konkuruje ze sobą już tylko trzech dużych graczy, eBilet.pl jest w tym gronie jedyną firmą z polskimi korzeniami. – To bardzo trudny rynek, szczególnie dla firm, które mają ambicje dopiero na nim debiutować. Przewidujemy, że jeżeli ktoś jeszcze zdecyduje się na wejście do Polski, to będzie to wyłącznie duży, zagraniczny podmiot – przekonuje Matuszewski.

Przybywa powierzchni magazynowych w Polsce. Deweloperzy czekają na klientów

CEO Magazyn Polska

Rynek nieruchomości magazynowych w Polsce wraca do sytuacji sprzed kryzysu. Deweloperzy budują coraz więcej powierzchni tzw. spekulacyjnych, czyli bez wcześniejszego pozyskania klientów. Najbardziej dynamicznie rozwija się Polska Zachodnia, na co wpływ mają m.in. nowe połączenia drogowe i tendencja do przenoszenia do Polski funkcji logistycznych firm z takich krajów, jak Niemcy czy Francja.

Rynek nieruchomości magazynowych w Polsce jest w fazie przejścia z sytuacji, w której budowano tylko i wyłącznie obiekty szyte na miarę, czyli obiekty BTS [build-to-suit – red.], do sytuacji, w której powoli pojawiają się ponownie obiekty spekulacyjne, czyli budowane przez dewelopera bez pozyskania wcześniejszego klienta. Mówimy więc o powrocie do trendów, które były przed latami kryzysu, przed końcem roku 2008 – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Mierzwiak z firmy Prologis w Polsce.

Mierzwiak mówi, że Prologis w tym roku wybuduje 45 tys. metrów kwadratowych spekulacyjnej powierzchni magazynowej. Podkreśla, że powrót do tego typu strategii to wyraźna oznaka końca kryzysu. Powierzchnie spekulacyjne są bardzo ważne dla rynku, bo umożliwiają szybkie zaspokojenie popytu na magazyny w przypadku rozwoju firm lub wejścia nowych graczy na rynek.

Na rynku jest obecnie 11 proc. pustostanów – taki sam udział jest w powierzchniach samego Prologisu. To bardzo niski wskaźnik, bo według Mierzwiaka poniżej 10 proc. tworzy się rynek deweloperów. Oferta dla najemców jest wtedy niewielka. Udział pustostanów poniżej 5 proc. jest bardzo szkodliwy dla rynku, bo o znalezienie odpowiedniego magazynu jest wtedy bardzo trudno, a dostępna powierzchnia jest porozrzucana w różnych miejscach.

Najszybciej z kryzysu wychodzi zachodnia część Polski. Wynika to z położenia blisko granicy i rozbudowywanej infrastruktury, które zachęcają firmy z Niemiec, a nawet z dalszych krajów, do przenoszenia swoich magazynów do Polski.

Jest bardzo silny wpływ firm z Europy Zachodniej, które doceniając zarówno wykwalifikowaną tańszą siłę roboczą, świetne połączenia drogowe, jak i tańsze powierzchnie magazynowe, decydują się przenosić wiele funkcji logistycznych z Niemiec, czasem z Francji do Polski. Widzimy wzmożony ruch w rejonie Wrocławia. Widzimy to samo w Poznaniu, ale też na przykład w Szczecinie – mówi Mierzwiak.

Ocenia jednak, że w miarę ożywienia na całym rynku również w innych regionach inwestycje w powierzchnie magazynowe powinny przyspieszyć.

Bieżnia na Stadionie Narodowym będzie mieć parametry jak na największych światowych zawodach

0

Bieżnia, która zostanie zamontowana na Stadionie Narodowym specjalnie z okazji 5. Memoriału Kamili Skolimowskiej, będzie systemem wielokrotnego użytku. Po imprezie zostanie zdemontowana i będzie mogła być wykorzystana podczas innych, podobnych imprez. System ma posiadać parametry wymagane przy imprezach na światowym poziomie, konieczne do osiągania przez sportowców jak najlepszych wyników.

System bieżni użyty na Stadionie Narodowym nie będzie odbiegał niczym od bieżni, które są realizowane na wszystkie światowe eventy lekkoatletyczne – zapewnia Robert Burzycki, dyrektor zarządzający firmy Tamex Obiekty Sportowe SA, odpowiedzialnej za stworzenie odpowiedniej infrastruktury na Stadionie Narodowym. – To będzie system tymczasowy, który zostanie po imprezie zupełnie zdemontowany, ale będzie go można użyć ponownie.

Na betonie zostanie położona specjalna membrana stabilizująca, a na niej bieżnia firmy stosującej ten sam system, jak ten użyty podczas halowych mistrzostw świata w lekkiej atletyce, które odbyły się w marcu w Sopocie.

System, który zostanie użyty na Stadionie Narodowym, to połączenie nawierzchni światowego producenta, czyli firmy Mondo oraz kilku dodatkowych elementów, które pozwalają stworzyć system zupełnie mobilny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Burzycki. – Da to możliwości organizowania zawodów lekkoatletycznych klasy takiej jak mistrzostwa świata, które odbyły w Sopocie.

Infrastruktura zostanie przygotowana na 5. Memoriał Kamili Skolimowskiej, który odbędzie 23 sierpnia właśnie na Stadionie Narodowym. Najważniejszym punktem tego wydarzenia będzie bieg na 100 m z udziałem najszybszego człowieka świata, Usaina Bolta. Będą to pierwsze tego typu zawody rozgrywane na tym obiekcie piłkarskim w Warszawie.

Ta bieżnia pod względem parametrów technologicznych, pod względem parametrów potrzebnych sportowcom będzie spełniała dokładnie takie same parametry, jakie są osiągalne przy zawodach rangi mistrzostw świata – tłumaczy.

Poza bieżnią na Narodowym na czas Memoriału pojawią się urządzenia do innych lekkoatletycznych dyscyplin – m.in. rzutu młotem czy skoku wzwyż.

Polacy rzadko romansują w pracy ze strachu przed jej utratą

stres-w-pracy.png” alt=”CEO Magazyn Polska” />

Statystycznie co drugi pracownik na świecie zakochuje się w kimś z pracy. Polacy rzadko jednak romansują, ponieważ boją się możliwych konsekwencji. Dodatkowo romanse w miejscu zatrudnienia to wciąż temat tabu. Najrzadziej w pracy romansują Amerykanie oraz Niemcy.

– Romanse się zdarzają, ale Polacy podchodzą do nich bardzo ostrożnie, bojąc się utraty pracy i związanych z tym zmian – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Majewska, dyrektor ds. marketingu portalu z ofertami pracy monsterpolska.pl.

Portal monster.com przeprowadził ogólnoświatową ankietę dotyczącą podejścia pracowników do romansów w miejscu pracy. Ponad połowa respondentów stawia karierę ponad romanse. Taka postawa może ustrzec pracowników przed negatywnymi konsekwencjami związanymi z miłosnymi przygodami w firmie. 

– W pracy spędzamy bardzo dużo czasu, więc tego typu sytuacje mogą się zdarzać. Zanim zaczniemy romansować w pracy, warto jest przeczytać sobie regulamin, czy nie ma ściśle określonych zasad dotyczących naszego romansowania – mówi Małgorzata Majewska.

Chociaż większość ankietowanych opowiada się przeciwko romansom, to badania naukowców pokazują jednak, że 50 proc. pracowników na świecie zakochało się kiedyś w szefie, szefowej lub we współpracowniku. Jednak w Polsce romanse w pracy wciąż pozostają tematem tabu.

– Romansujemy, ale mało, albo też romansujemy i po prostu o tym nie mówimy  mówi Małgorzata Majewska. 

Na całym świecie pracownicy starają się wystrzegać romansów, natomiast bardzo często cierpią z powodu stresu. To z jego powodu dwóch z trzech zatrudnionych rezygnuje z pracy lub to rozważa. Również dla Polaków jest to jeden z głównych, ale nie najważniejszych motywatorów do zmiany miejsca pracy.

Globalne odwrócenie trendu: rynki wschodzące wracają do łask

O sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Ryszardem Rusakiem, Dyrektorem Inwestycyjnym ds. Akcji Union Investment TFI.

Zakończył się okres publikacji wyników za I kwartał 2014 r. Jak je Pan ocenia?
Pomimo trwającego w gospodarce ożywienia i prognozowanego wzrostu polskiego PKB na koniec roku o ok. 3% wyniki są mieszane, a w wypadku części spółek nawet rozczarowujące. Gorzej od oczekiwań zaprezentowały się spółki z indeksu WIG20, w tym największe banki – PKO BP i Pekao SA. Stagnację, na skutek m.in. niskiej inflacji i konkurencji między sieciami detalicznymi, widać także w branży handlowej. Wskazują na to wyniki Biedronki czy Eurocashu, który zmaga się z dosyć silną presją cenową. Dobrze poradziły sobie przedsiębiorstwa z sektora budowlanego, część firm przemysłowych oraz niektórzy przedstawiciele sektora finansowego, m.in. PZU.

A jak poradziły sobie mniejsze spółki?
Po analizie raportów można wskazać kilka bardzo dobrych firm, takich jak m.in. KRUK czy Forte. Druga z tych spółek zdobywa nowe rynki, notując wzrosty przychodów
i rentowności. Jednocześnie spora grupa „misiów” nie zachwyciła wynikami.

Czy pogorszyło to sentyment inwestorów do małych i średnich spółek?
Okres gorszej passy, który był spowodowany m.in. odpływami z funduszy inwestycyjnych oraz sytuacją na Ukrainie, mamy raczej za sobą. Mniej więcej od połowy maja widać pewną poprawę i powrót zainteresowania niektórymi mniejszymi i średnimi spółkami. Wiatru w żagle nabierają przede wszystkim kursy spółek o fundamentalnie dobrych perspektywach, co raz jeszcze potwierdza kluczową rolę selekcji w zarządzaniu funduszem akcji.

A jakie ciekawe tendencje można zaobserwować na światowych rynkach?
Patrząc globalnie, można zauważyć odwrócenie sentymentu dla rynków rozwiniętych i wschodzących. W 2012 i 2013 r. indeksy rynków dojrzałych, jak S&P 500 i DAX, były zdecydowanie mocniejsze niż emerging markets czy peryferia strefy euro (np. Włochy). Ostatnio jednak to te drugie zaczynają przejmować koszulkę lidera wzrostów.

Jakiś przykład?
Turcja, która jeszcze do niedawna borykała się z masowym odpływem kapitału
i osłabianiem waluty. Tymczasem od ponad dwóch miesięcy obserwujemy powrót kapitału zagranicznego na tamtejszy rynek, dzięki czemu akcje, obligacje oraz turecka lira odrabiają wcześniejsze spadki. Co więcej, niedawno turecki bank centralny zdecydował się na obniżkę stóp procentowych o 50 pkt bazowych. Zaryzykowałbym tezę, że w I kwartale 2014 r. wiele tureckich spółek osiągnęło dołek w wynikach, wynikający ze skumulowania się czynników makroekonomicznych i rynkowych. W kolejnych kwartałach sytuacja powinna się poprawiać.

A czy w kontekście katastrofy w kopalni węgla w Somie oraz zamieszek na ulicach Stambułu nie obawia się Pan o stabilność tureckiego rynku?
Turcja to emerging market, co niestety wiąże się z pewnym ryzykiem. Obecna sytuacja to doskonały przykład jednej z reguł psychologicznych, którą rządzą się rynki: wpływ informacji na rynek okazuje się różny, w zależności od panującego w danej chwili sentymentu. Gdy nastroje inwestorów są dobre, to nawet najgorsza wiadomość ich nie zepsuje. I na odwrót – jeśli sentyment jest zły, to nawet najlepsza informacja nie pomoże.

A zatem obecnie przeważa optymizm?
Tak. Pomimo tej katastrofy pozytywny sentyment do tureckiego rynku pozostał silny. Z punktu widzenia inwestora istotne jest bowiem to, że pomimo tymczasowych problemów spółki się rozwijają, ich zyski ogółem rosną, a akcjonariusze otrzymują dywidendy. Najbliższym wydarzeniem o kluczowym dla przyszłości znaczeniu będą sierpniowe wybory prezydenckie, ale nie spodziewałbym się rewolucji.

Dlaczego?
Wskazują na to wyniki niedawnych wyborów samorządowych. Pomimo wielu niepopularnych decyzji podjętych przez tureckiego premiera Erdoğana, lidera rządzącej partii AKP, wydaje się, że to właśnie to ugrupowanie najlepiej wpasowuje się w oczekiwania tureckich wyborców. Zwycięstwo kandydata AKP w sierpniowych wyborach niewątpliwie dałoby inwestorom to, co bardzo cenią – stabilność.

PZL Mielec pracuje nad nowymi technologiami dla Sikorsky’ego

Dzięki wsparciu unijnemu i krajowemu technologie PZL Mielec mogą trafić nie tylko na rynek polski, skąd przenoszone są do Stanów Zjednoczonych, lecz także m.in. do Ameryki Łacińskiej i Azji Południowo-Wschodniej. Spółka zdobyła pozycję ważnego członka amerykańskiej grupy Sikorsky w zakresie wdrażania nowych technologii w lotnictwie. W mieleckich zakładach trwają badania m.in. nad beznitowymi systemami łączenia blach.

PZL Mielec jest oknem na Europę dla Sikorsky’ego właśnie ze strony badań i rozwoju nowych projektów oraz nowych technologii, które są wdrażane w Polsce, a następnie są przenoszone na rynek amerykański – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Niedbała, dyrektor działu sprzedaży PZL Mielec.

Mieleckie zakłady od 2007 r. w 100 procentach należą do United Technologies Corporation, która jest właścicielem m.in. jednego z głównych producentów śmigłowców na świecie, firmy Sikorsky. Niedbała mówi, że w zakładach pracuje ponad 300 konstruktorów, którzy bezpośrednio są zaangażowani w prace Sikorsky’ego. W Mielcu powstają też, poza rodzimymi samolotami M28, M28B „Bryza” (wojskowa wersja) i M18 „Dromader”, helikoptery wielozadaniowe S70i „Black Hawk”.

Niedbała ocenia, że dzięki przejęciu przez Sikorsky’ego PZL Mielec mógł rozwinąć się na wcześniej niedostępnych obszarach, w tym w sektorze badawczo-rozwojowym. Biuro konstrukcyjne w Mielcu blisko współpracuje z Amerykanami zarówno w zakresie modernizacji, jak i rozwoju nowych technologii i konstrukcji.

Te nowe technologie, które u nas są wprowadzane i testowane, będą w późniejszym etapie również z korzyścią dla Sikorsky’ego. O wielu projektach dziś oficjalnie jeszcze nie możemy mówić. Natomiast wszystkie nowe kontrakty i wszystkie potencjalne kontrakty, które Sikorsky planuje, na pewno uwzględniają także PZL Mielec jeśli chodzi o współpracę biur konstrukcyjnych – mówi Niedbała.

Jak podkreśla, spółka aktywnie uczestniczy w programie INNOLOT, który ma na celu finansowanie badań naukowych i prac rozwojowych nad innowacjami w przemyśle lotniczym. Jest rezultatem porozumienia zawartego między Narodowym Centrum Badań i Rozwoju a grupą stowarzyszeń firm lotniczych. Budżet programu na lata 2013-2018 to 500 mln zł, z czego 60 proc. finansuje NCBiR ze środków unijnych.

To są projekty, które dotyczą np. łączenia blach, tak zwanego drukowania, systemów beznitowych. PZL Mielec jest wiodącym partnerem w grupie Sikorsky, który uczestniczy w tymże projekcie, i dzięki temu możemy skorzystać ze środków, które pozyskujemy z funduszy europejskich i polskich, przez to dajemy szerszą możliwość do współpracy w tych projektach także konstruktorom amerykańskim – mówi Piotr Niedbała.

Dzięki temu pozycja polskiego zakładu w grupie jeszcze się wzmacnia.

Pozwala to myśleć PZL Mielec o rozwoju również na nowych rynkach. Niedbała przypomina, że zarówno mielecki S70i, jak cywilne i wojskowe wersje M-28 cieszą się dużą rozpoznawalnością i są zamawiane przez klientów z całego świata.

M-28 jest używany przez siły specjalne Stanów Zjednoczonych, sprawdza się w działaniach wojennych, ponad 20 maszyn działa w ramach operacji w Afganistanie. Podobnie jest z samolotem ,,Bryza”, który jest w kręgu zainteresowania polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej, zmodernizowany, obecnie posiada nowy glass-cockpit, nowe rozwiązania, został certyfikowany do lotów w warunkach oblodzenia, tzw. FIKI – wylicza Niedbała.

Dodaje, że zakłady cały czas przyglądają się możliwość dalszego rozwoju konstrukcji. Choć rynek polski pozostaje najważniejszym obszarem zainteresowań, to Niedbała wymienia również Amerykę Łacińską i Azję Południowo-Wschodnią jako szczególnie interesujące rynki.

Michał Boni: komunikacja między urządzeniami połączonymi w sieci powinna zostać uregulowana

CEO Magazyn Polska

Powstawanie internetu rzeczy, który zakłada komunikację pomiędzy urządzeniami połączonymi w sieć, wymaga dyskusji na forum nowych instytucji unijnych – uważa Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji. W ciągu kolejnych kilku lat wszystkie urządzenia podłączone do prądu, których używamy na co dzień, będą się ze sobą łączyć, wymieniać dane i w ten sposób np. oszczędzać zużycie energii. To wyzwanie cywilizacyjne, które będzie mieć wpływ na wszystkie sektory gospodarki – podkreśla Boni.

Tzw. internet rzeczy może zaistnieć i funkcjonować dzięki szybkiemu przetwarzaniu informacji, które obserwujemy już od 2-3 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji, jeden z polityków Platformy Obywatelskiej, który został wybrany posłem do Parlamentu Europejskiego. – Będziemy chcieli, żeby przedmioty, które nabywamy, mogły rozmawiać ze sobą dla naszej wygody i uproszczenia funkcjonowania naszego życia.

Internet rzeczy oznacza komunikację między rozmaitymi przedmiotami. Podłączone do sieci będą więc nie tylko komputery i smartfony, lecz także np. zwykłe przedmioty gospodarstwa domowego.

Wymiana informacji między przedmiotami znajdującymi się w mieszkaniu może doprowadzić do tego, że gdy zużycie prądu będzie zbyt duże, to niektóre urządzenia się wyłączą. Na przykład lodówka, która może nie pracować przez 15 minut bez uszczerbku dla znajdującej się w niej żywności. A w tym czasie będziemy mogli zużyć prąd na bardziej potrzebne w danym momencie czynności, np. na prasowanie. Pozwoli to na znaczną oszczędność – dodaje.

Internet przedmiotów może być wykorzystany także w transporcie samochodowym. Umożliwi to na połączenie funkcji, za które dziś odpowiada kilka urządzeń, np. wskazywanie drogi, przekazywanie informacji o danej miejscowości, pogodzie i np. o miejscach, gdzie można coś zjeść, w jednym komunikacie.

Obecnie te informacje uzyskujemy osobno. Internet rzeczy to natomiast synteza informacji, połączenie różnych przekazu w jedno dla nas – tłumaczy Boni.

Upowszechnianie internetu przedmiotów wymaga zdaniem Boniego debaty na poziomie europejskim. To wyzwanie cywilizacyjne, które stoi przed instytucjami unijnymi w nowym składzie.

Pierwszą rzecz, jaką należałoby zrobić, to zacząć poważną dyskusje o tym nowym wyzwaniu cywilizacyjnym, jakim może być internet rzeczy, przygotować analizę we współpracy ze wszystkimi partnerami i przedstawić rekomendację nowej Komisji Europejskiej po to, żeby wiedzieć, w jakich dziedzinach są potrzebne zmiany prawne, a w jakich one w ogóle nie będą potrzebne – podkreśla Michał Boni.  – Każdy kraj będzie szukał dla siebie najlepszych rozwiązań i budował swoje przewagi konkurencyjne. Chciałbym bardzo, żeby Polska w tym internecie przedmiotów była jednym z liderów europejskich.

Jak podkreśla Michał Boni, zmienianie polskiej gospodarki w kierunku internetu rzeczy powinno być kolejnym – po cyfryzacji telewizji – wielkim publicznym zadaniem.

Według marcowego raportu Pew Internet Project i Elon University’s Imagining the Internet Center eksperci uważają, że internet rzeczy będzie rozwinięty do 2025 r. O ile według Cisco w 2013 r. do internetu podłączonych było 13 miliardów urządzeń, to do 2020 r. ma ich być 50 miliardów. 

Polska dołącza do wyścigu o chińskie inwestycje. Chce przyciągać z Państwa Środka nowe technologie

CEO Magazyn Polska

Chińczycy spośród europejskich krajów najwięcej inwestują w Niemczech i we Francji. Polska ma także ambicje, aby znaleźć się w kręgu zainteresowania chińskich inwestorów. – Chcemy, by chińskie firmy zaangażowały się w reindustrializację Polski – mówi Sławomir Majman, prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych. Szczególnie zależy nam na ściąganiu do kraju nowych technologii. Drugim celem Polski jest zwiększanie eksportu do Państwa Środka.

Zależy nam na chińskich inwestycjach przemysłowych w Polsce, czyli na tworzeniu przez nie nowych miejsc pracy. Nie ukrywam, że jesteśmy mniej zainteresowani tym, żeby chińskie firmy uczestniczyły w Polsce w rozbudowie infrastruktury energetycznej czy kolejowej, na co mają wielką ochotę, ale żeby bezpośrednio lub we współpracy z polskimi firmami włączyły się w reindustrializację Polski – podkreśla Sławomir Majman w rozmowie z agencją Newseria Biznes.

Chińczycy na razie ostrożnie inwestują w Europie (ok. 2,2 proc. zagranicznych inwestycji). Jeśli już decydują się na Europę, to stawiają głównie na Francję i Niemcy, ale Polska ma ambicję znaleźć się w gronie tych państw.

Francuzom zajęło 15 lat zanim zaczęli zdobywać na serio chińskie inwestycje – mówi szef PAIiIZ. – Nam także zależy na tym, żeby chińskie technologie spływały także do Polski, żeby chińskie firmy korzystały z tego, co możemy im zaoferować, a więc wykwalifikowanej siły roboczej, nie najdroższej w Europie i, co mniej uchwytne, pewnej otwartości Polski – my się mniej boimy chińskiego kapitału niż niektórzy nasi wielcy partnerzy z Zachodu.

W dodatku jesteśmy w czołówce krajów, które nawet w trudnym okresie dla gospodarki, ściągały do siebie inwestycje zagraniczne. Zdaniem Majmana, rozwój rynku wspólnotowego powinien skłaniać Chińczyków do zwiększania zaangażowania na kontynencie.

W ten sposób nie stracą oni dostępu do rynków europejskich. Przekonujemy ich od pewnego czasu, że najlepszą drogą europeizacji chińskich przedsiębiorstw jest to, by stały się one firmami polskimi – podkreśla Majman.

Dodaje jednak, że dostęp do wspólnotowego rynku będzie utrudniony, ponieważ unijne władze zapowiadają wprowadzenie ograniczeń we współpracy z krajami, które w swojej polityce takie ograniczenia również stosują. Chiny na pewno będą jednym z tych państw, bo tamtejszy rynek jest dość mocno chroniony.

Wzrost eksportu na rynek chiński jest drugim, najważniejszym celem we współpracy Polski i Chin. Tylko w pierwszym kwartale 2014 roku polski eksport do Chin wzrósł o 55 procent. Chińczycy chętnie kupowali polskie produkty spożywcze.

Na razie proporcja [eksportu i importu – red.] jest jak 1:10. Oczywiście nikomu się nie marzy, żebyśmy zrównali eksport z importem, ale gdyby z tych 1:10 zrobiłoby się 1:5, to bylibyśmy już bardzo zadowoleni – mówi Sławomir Majman.

Jego zdaniem kluczem do sukcesu jest nawiązywanie ścisłych relacji gospodarczych z poszczególnymi prowincjami chińskimi. Pogłębianiu współpracy między Polską a prowincją Zhejiang miało służyć zorganizowane w Warszawie Forum Biznesowe, w którym wzięło udział blisko 100 firm z Państwa Środka. Zhejiang to trzecia najbogatsza prowincja Chin i czwarty największy eksporter, który dynamicznie się rozwija. Średni wzrost gospodarczy prowincji w  ubiegłym roku wyniósł ponad 8 procent.

Jeżeli można mówić o podobieństwach między Polską a Chinami, to największym jest to, że podobnie jak Polska bogactwo i rozwój Zhejiangu oparty jest na biznesie prywatnym, na wielkich firmach prywatnych, które są znane w całych Chinach – podkreśla Sławomir Majman.

W 2012 roku w prowincji Zhejiang zarejestrowanych było około 775 tysięcy firm, które wytwarzały ponad dwie trzecie PKB prowincji. Władze wspierają rozwój nowoczesnych technologii, zwłaszcza że dotychczas firm w prowincji specjalizowały się w produkcji tekstyliów, obróbce skór, przemyśle papierniczym, metalowym i AGD.

Nowe wyzwania przed dyrektorami finansowymi. Przestali być księgowymi w firmie, zaczęli nią współzarządzać

CEO Magazyn Polska

Obecnie zadania dyrektora finansowego dalece wykraczają poza kwestie księgowe. Coraz częściej obejmuje on stanowisko członka zarządu, współodpowiedzialnego za kształtowanie strategii przedsiębiorstwa. Musi pomóc firmie przejść nie tylko przez lata chude, lecz także wspomagać jej prawidłowy rozwój w latach prosperity. Oprócz kompetencji finansowych powinien mieć także typowe umiejętności menadżerskie.

Rola CFO [chief financial officer – red.], czyli dyrektora finansowego, niewątpliwie bardzo się zmienia i ewoluuje. W wielu przypadkach to jest dość szybka ewolucja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Hiszpański, prezes zarządu Euler Hermes Polska. – Oczekiwania wobec dyrektorów finansowych i finansistów bardzo się zmieniają.

Na początku lat 90. obejmowały one głównie rejestrację zdarzeń księgowych, biznesowych, sprawozdawczość oraz podatki. Dziś to częściej rola współzarządzającego firmą i aktywnego wspierania jej rozwoju.

Nastąpiło rozdzielenie funkcji między te stricte księgowe a zarządzanie finansami czy też kontroling – mówi prezes zarządu Euler Hermes Polska. – Osoba zarządzająca finansami staje się coraz bardziej strategiczną osobą w firmie. Jako prezesi coraz częściej oczekujemy, żeby finansiści byli dla nas wsparciem w dyskusji o biznesie, o rozwoju i żeby razem z nami budowali firmę. Bardzo często to finansiści muszą znaleźć pieniądze na nowe rynki i muszą ocenić, czy to dla firmy będzie dobre przedsięwzięcie.

Współczesny dyrektor finansowy oprócz kompetencji pozwalających na poprawianie wyników firmy i dostarczanie wartości akcjonariuszom powinien być też sprawnym liderem zespołu.

Musi mieć kompetencje do prowadzenia firmy i współpracy z zespołem oraz partnerami biznesowymi. To na tym głównie koncentruje się rola dyrektora finansowego – twierdzi Grzegorz Dzik, wiceprezes zarządu Neuca SA, laureat konkursu Dyrektor Finansowy Roku w kategorii dużych przedsiębiorstw. – Powinien on z jednej strony dostarczać pomysły, a z drugiej, wiedzieć, jak zbudować wokół siebie grupę ludzi, którzy pomogą mu te pomysły zrealizować.

Mówimy z jednej strony o pewnej odwadze, którą muszą się dzisiejsi finansiści wykazywać, żeby aktywnie uczestniczyć w zarządzaniu firmą, z drugiej strony jednak oczekujemy cały czas pewnej rozwagi – mówi Rafał Hiszpański.

Prezes Euler Hermes i nagrodzeni dyrektorzy podkreślają, że sprawny CFO powinien zdecydowanie reagować, gdy sytuacja w firmie się pogarsza. Jednakże równie poważne wyzwania stoją przed nim w okresie prosperity dla firmy.

Dyrektor finansowy ma za zadanie szybciej ostrzegać, gdy firma zmierza w złym kierunku. Gdy zaś pozostała część zarządu wdraża nowe rozwiązania, to rolą CFO jest zapewnienie finansowania i doprowadzenie do uspokojenia sytuacji – mówi Bogusław Galusik, członek zarządu Polfurnitur i laureat konkursu Dyrektor Finansowy Roku w kategorii małych i średnich przedsiębiorstw. – W naszej firmie czekają nas teraz lata rozwojowe i zadaniem dyrektora finansowego będzie zapalenie żółtego światła w odpowiednim momencie, gdy firma będzie chciała się rozwijać za mocno, nie patrząc na ogólny rozwój przedsiębiorstwa. Czasem trzeba jak w wojsku podciągać tyły, aby osiągać sukces – dodaje.  

Grzegorz Dzik z Neuca SA i Bogusław Galusik z Polfurnitur zostali laureatami nagrody Dyrektor Finansowy Roku. Organizatorami konkursu byli Association of Chartered Certified Accountants (ACCA), Euler Hermes oraz magazyn „Forbes”. Partnerem strategicznym w tym roku był HSBC Bank Polska.

W kategorii dużych przedsiębiorstw zwyciężył Grzegorz Dzik, wyróżniony za wpływ na wzrost pozycji rynkowej firmy farmaceutycznej Neuca. Firma przeprowadziła jedną z największych transakcji na rynku farmaceutycznym, którą było przejęcie sieci ACP Pharma. Dzik opracował strukturę transakcji, znalazł partnera strategicznego i pozyskał finansowanie. Z kolei Bogusław Galusik wygrał w kategorii małych i średnich przedsiębiorstw. Kapituła doceniła skuteczne uratowanie znajdującej się w poważnym kryzysie firmy.

W ciągu dwóch dekad 80 proc. węgla w Polsce będzie pochodziło z importu. Brakuje nowych inwestycji w złoża

CEO Magazyn Polska

Nowo budowane bloki węglowe w elektrowniach w Opolu, Kozienicach i Jaworznie będą potrzebowały kilkanaście milionów ton węgla rocznie. Tymczasem jego wydobycie w Polsce systematycznie spada, ponieważ jest wypierany przez tańszy surowiec z importu. Eksploatacja obecnych złóż węgla bez dodatkowych inwestycji w górnictwo spowoduje, że Polska w perspektywie kolejnych 20-30 lat 80 proc. surowca będzie importować. Problemem jest jednak opór społeczny i regulacje – zarówno na poziomie UE, jak i kraju.

Rząd na jesieni zdefiniował ten problem, że zasoby się kończą i że sama eksploatacja tego, co mamy, nie rokuje strategicznie, bo skazuje nas na prawie 80-proc. import w perspektywie 20-30 lat –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Smoleń, prezydent Euracoal – Europejskiego Stowarzyszenia Węgla Kamiennego i Brunatnego. – Węgiel jako paliwo do elektrowni i elektrociepłowni jest nie do uniknięcia. Mamy taką tradycję i kulturę węglową i ten surowiec będzie podstawowym paliwem energetycznym jeszcze przez wiele dziesięcioleci. Natomiast pytanie już zadawane już wielokrotnie nie tylko przez prasę, lecz także przez świat polityki to: skąd będzie ten węgiel? Mamy ogromne możliwości, żeby to był węgiel polski.

Dodatkowym argumentem przemawiającym za tym, żeby dołożyć ku temu wszelkich starań, są prowadzone obecnie przez rząd inwestycje w energetyce węglowej. Projekty w Jaworznie, Kozienicach i Opolu kosztują łącznie ponad 20 mld zł, a państwo uzasadniało ich rozpoczęcie koniecznością poprawy niezależności energetycznej. Trudno jednak będzie mówić o pełnej niezależności, jeżeli będą one importować węgiel z Rosji czy Ukrainy.

W 2012 r. węgiel kamienny odpowiadał za 58 proc. całkowitej produkcji energii, a węgiel brunatny – za 39 proc. W ostatnich latach udział węgla brunatnego w miksie energetycznym zwiększał się kosztem kamiennego, co wynika ze spadającego wydobycia tego drugiego surowca. W 2013 r. wydobyto zaledwie 76,5 mln ton węgla kamiennego, o 2,7 mln ton mniej niż rok wcześniej. Dla porównania na początku lat 90. z polskich kopalń pozyskiwano około 140-150 mln ton węgla, a w 2000 r. – blisko 100 mln ton. 

Choć wydobycie węgla brunatnego wzrosło wyraźnie w ostatnich kilku latach (z ok. 56 mln ton w 2010 r. do ok. 64-65 mln ton w 2013 r.), to mało prawdopodobne jest utrzymanie tej tendencji w najbliższych latach. Powodem jest brak nowych prac poszukiwawczych, a obecnie zagospodarowane złoża będą zamykane w następnych dekadach. Według szacunków Państwowego Instytutu Geologicznego wraz z uwzględnieniem tzw. zasobów złóż satelickich, kopalnia „Adamów” będzie mogła pracować do 2029 roku, „Bełchatów” – do 2050 roku, „Konin”  – do 2037 roku oraz „Turów” – do 2035 roku. Choć na terenie Polski znajdują się ogromne zasoby węgla brunatnego, to uruchomienie nowej kopalni jest bardzo kosztowne i może trwać nawet 15 lat – wynika z opracowania Jacka Roberta Kasińskiego z Państwowego Instytutu Geologicznego.

Jest udowodnione i w Europie, i w Polsce, że otwieranie nowych odkrywek, a taką metodą pozyskuje się węgiel brunatny, jest bardzo trudne. Na czym polega trudność? Przede wszystkim na niezgodzie lokalnych społeczności i organizacji ekologicznych oraz szerzej – całego elektoratu europejskiego, który nie lubi technologii odkrywkowej  i węgla także –  uważa Smoleń.

Choć kwestia ochrony środowiska jest rzeczywiście ważna dla wielu mieszkańców UE, to na tym polu są także bardzo aktywne wszelkie grupy, na czele z firmami z branży energetyki odnawialnej. W efekcie część państw UE, gdzie węgiel ma znacznie mniejszy udział w miksie energetycznym niż w Polsce, forsuje bardziej ambitne cele redukcji dwutlenku węgla, niż dotychczas jest to uzgodnione. Jednocześnie UE wspiera pośrednio koncerny rozwijające technologie OZE, ponieważ subsydiuje projekty zielonej energii.

Z drugiej jednak strony szeroko rozumiane koszty wydobycia i spalania węgla są relatywnie wysokie. Jest to dobrze widoczne w woj. śląskim, gdzie do kosztów ekonomicznych na poziomie kopalń należy doliczyć także koszty zewnętrzne, jakie dotykają tamtejszych mieszkańców z powodu zanieczyszczeń środowiska, pękających ścian w mieszkaniach itp.

Słyszeliśmy o kłopotach na przykładzie Jaworzna: ludzie nie chcą tam mieszkać, boją się szkód górniczych. Tutaj może jest szansa, że przekonamy lokalną społeczność, która z tego żyje, albo, jak w przypadku Lubelszczyzny, będzie trochę łatwiej, bo teren jest niezurbanizowany –  twierdzi prezydent Euracoal.

Polski rząd zdecydował się pozostawić węgiel jako podstawowy surowiec z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego, dlatego zdaniem Pawła Smolenia powinien dążyć teraz do zmiany regulacji oraz nastawienia opinii publicznej. W przypadku lokalnych mieszkańców konieczne mogą okazać się rekompensaty z tytułu szkód, jakie wywołuje górnictwo.

W moim przekonaniu nie ma innych metod niż odpowiednie skompensowanie lokalnym mieszkańcom uciążliwości sąsiedztwa czy też w ogóle umożliwienie im zmiany miejsca zamieszkania, jak np. w USA w związku z gazem łupkowym. Takie rzeczy daje się zrobić, to jest bez wątpienia drogie, ale jeżeli mówimy o biznesie wielomiliardowym oraz o bezpieczeństwie energetycznym nie tylko państwa, lecz także tej części Europy, to chyba warto – uważa prezydent Euracoal.

Zmiana polityki wobec węgla będzie wymagała jednak porozumienia z Brukselą, ponieważ Polska zobowiązała się do realizacji głównych postanowień tzw. paktu klimatycznego. Broniąc swojego górnictwa, polski rząd może jednocześnie zaoferować UE, że będzie wspierał rozwój OZE i energetyki rozproszonej.

Przy lekkim wsparciu ekonomicznym, dużo mniejszym niż ogromne mechanizmy wsparcia, na przykład dla energetyki solarnej w Niemczech, to jest biznes, który po pierwsze, zrównoważy nam miks energetyczny i z dzisiejszej perspektywy, co ważne, wzbogaci nasze negocjacje z Unią. Będziemy mogli powiedzieć, że oczekujemy od Unii akceptacji naszej bazy węglowej, ale też mamy coś do zaoferowania – wskazuje Smoleń.

Według niego na problem miksu energetycznego należy patrzeć całościowo i nie przeciwstawiać OZE i energetyki konwencjonalnej.

Szkoda by było tej wspólnej narracji nie wykorzystać w naszych negocjacjach z Unią, zapierając się, że „węgiel i już” albo biorąc udział w takiej sztucznej wojnie między energetyką konwencjonalną a odnawialną czy rozproszoną. W istocie jest to jeden temat, temat jednego miksu, i tak przedstawiony powinien dać nam dużo lepsze szanse na ugranie swego w negocjacjach klimatycznych z Unią – ocenia prezydent Euracoal.

Polacy powoli przekonują się do ubezpieczeń. Wciąż jednak niechętnie ubezpieczają się na wypadek powodzi

CEO Magazyn Polska

Polacy zmieniają nastawienie do ubezpieczeń. Luka w stosunku do społeczeństw zachodniej Europy pozostaje jednak duża, bo wciąż dominuje sprzedaż obowiązkowych polis, takich jak komunikacyjne OC czy ubezpieczenie budynków rolnych. Nie widać także istotnego wzrostu zainteresowania ubezpieczaniem na wypadek powodzi, mimo powtarzających się co roku intensywnych opadów i gróźb zalania.

Ubezpieczyciele nie notują wyraźnego wzrostu popytu na ubezpieczenia od powodzi, mimo że na niektórych obszarach występują one dość często. Według mapy przedstawiającej ryzyko powodziowe na stronach ISOK, dotyczy to zwłaszcza karpackich dopływów Wisły i Sanu, Odry powyżej Wrocławia oraz środkowej Wisły.

Zajmując się szkodami z ubezpieczenia domów i mieszkań, widzę, że nie wszyscy o tym pomyśleli. Ubezpieczamy się od kradzieży czy od pożaru, bo to jest dla nas bardziej wyobrażalne, namacalne, ale o skutkach powodzi zapominamy – uważa Agata Bernacińska, zastępca dyrektora Biura Likwidacji Szkód w Gothaer.

Niewielkie zainteresowanie ubezpieczeniami od powodzi może wynikać z faktu, że firmy wymagają dodatkowej składki do ubezpieczenia domu lub mieszkania, oraz tego, że część osób liczy na bezzwrotną pomoc państwa. Z kolei mieszkańcy obszarów o mniejszym (teoretycznie) ryzyku powodziowym mogą źle oszacować jego rzeczywistą wielkość i skutki.

Poza tym w Polsce polisy ubezpieczeniowe wciąż uchodzą za produkt, który zaspokaja dalsze, mniej pilne potrzeby. To dlatego w okresie trudnej sytuacji na rynku pracy i kurczących się domowych budżetów, wiele osób oszczędza właśnie na ubezpieczeniach.

Kryzys gospodarczy, który dotknął Polskę jakiś czas temu, spowodował, że jedną z pierwszych rzeczy, z której ludzie rezygnują, jest dodatkowy koszt ubezpieczenia. W stosunku do potencjalnej straty są to naprawdę niewielkie pieniądze, rzędu 100-200 zł rocznie – uważa zastępca dyrektora Biura Likwidacji Szkód w Gothaer.

Choć w zakresie świadomości społeczeństwa wciąż jest w Polsce wiele do zrobienia, to sprzedaż ubezpieczeń rośnie. W firmie Gothaer zarówno sprzedaż ubezpieczeń domów i mieszkań, jak i ubezpieczeń turystycznych wzrosła w I kwartale roku o ok. 50 proc. w ujęciu rocznym.

Zapobiegliwi Polacy coraz chętniej, bardziej otwarcie i rozsądniej podchodzą do zawierania umów ubezpieczeniowych. Z mojego punktu widzenia problem, który jeszcze dotyczy nas, to jest kupowanie ceną – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agata Bernacińska. – Bardzo często ubezpieczenia są zawierane pod cesją bankową lub po  prostu dlatego, że są obowiązkowe, jak chociażby ubezpieczenia budynków rolnych czy odpowiedzialności cywilnej w zakresie komunikacji. Tych ubezpieczeń jest najwięcej i są zawierane  w minimalnym wymaganym zakresie.

Te polisy nie obejmują jednak ubezpieczenia ruchomości oraz odpowiedzialności cywilnej w życiu prywatnym (OC). Według przedstawicielki Biura Likwidacji Szkód w Gothaer Polacy mają wciąż niską świadomość, jak ważne i przydatne są ubezpieczenia OC w życiu prywatnym. Dodatkowo część osób bagatelizuje „codzienne ryzyka”, bo uważa, że ich skutki nie będą kosztowne.

Rzadko kiedy Polak zdaje sobie sprawę z tego, że jadąc na rowerze, może potrącić przechodnia i za taką szkodę winien zapłacić odszkodowanie. Wszyscy wiemy, jak wielkiej wartości dzisiaj są szkody osobowe. Często myśląc o OC w życiu prywatnym, myślimy tylko, że możemy zalać sąsiada pod nami, stąd sumy ubezpieczenia 5-10 tys. zł. Ale nasz pies może kogoś pogryźć, nasze dziecko może strącić telewizor sąsiada i wtedy kwoty odszkodowania robią się większe i bardziej dotkliwe. Nie mówiąc o wyjazdach na narty, kiedy OC w życiu prywatnym jest również bardzo przydatne – wskazuje Bernacińska.

Polacy coraz chętniej kupują polisy związane z wyjazdami wakacyjnymi. Najczęściej kupowanymi są ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków (NNW) oraz od kosztów leczenia, na co ma wpływ zdaniem Bernacińskiej powszechnie niska ocena usług NFZ.

Świadomość Polaków wzrasta, coraz chętniej się ubezpieczają. Wydaje mi się, że wpływ na to ma kondycja naszej publicznej opieki zdrowotnej. Wszyscy wiedzą, jak trudno uzyskać pełną opiekę z tej strony, więc wolą się zabezpieczać sami podczas wyjazdów indywidualnych poza granice kraju – mówi zca dyrektora Biura Likwidacji Szkód w Gothaer.

Obok wakacji, zwiększona sprzedaż ubezpieczeń przypada na okres zimowy, zwłaszcza sezon narciarski. Poza tymi segmentami rynku, rośnie także sprzedaż długookresowych i jednodniowych polis, które kupują np. podróżujący służbowo.

Aplikacje mobilne stały się rajem dla cyberprzestępców

CEO Magazyn Polska

W 2013 roku specjaliści z firmy Fortinet wykrywali dziennie ponad 1300 nowych, szkodliwych aplikacji na urządzenia mobilne. Obecnie rozpoznano już ponad 400 tys. wirusów atakujących system Android. Częste ataki to efekt uboczny szybko rosnącej liczby użytkowników urządzeń mobilnych, nowych aplikacji oraz możliwości transferu danych. Dla cyberprzestępców złośliwe programy stały się łatwym sposobem okradania bądź szpiegowania użytkowników.

Dalszy dynamiczny rozwój urządzeń i aplikacji mobilnych będzie wymagał coraz lepszych rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa. W 2013 r. około 15 proc. ogólnoświatowego ruchu w internecie pochodziło właśnie z urządzeń mobilnych, co zachęca zorganizowane grupy cyberprzestępców do rozwoju złośliwych aplikacji. W najbliższych latach ten udział będzie szybko rósł, co wynika m.in. z coraz większej dostępności tanich urządzeń w krajach rozwijających się oraz rozwoju nowych technologii, jak 4G.

To się dzieje bardzo dynamicznie. Tablety i smartfony trochę przeszły drogę jak komputery, tylko w znacznie szybszym tempie. W ciągu 10 lat w sferze oprogramowania złośliwego zostało zrobione to, co w sferze komputerów przez 30 lat. Widzimy więc, że technologia przyspieszyła. Oczywiście przestępcy mieli o tyle łatwiej, że mogli zastosować niektóre schematy, które zostały wdrożone w komputerach osobistych, i po prostu je powielić w przypadku tabletów i telefonów, urządzeń mobilnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Ciołek, inżynier systemowy Fortinet.

Urządzenia i aplikacje mobilne są szczególnie atrakcyjne z punktu widzenia cyberprzestępców, bo ich wyposażenie i oprogramowanie daje szerokie możliwości rozwoju technik kradzieży – zarówno pieniędzy, jak i poufnych danych. Na czele tych newralgicznych punktów są mobilne systemy płatności, usługi geolokalizacji, odbiorniki GPS oraz wbudowane kamery i mikrofony. W 2013 r. najwięcej infekcji dotyczyło systemu Android – 96,5 proc. wszystkich, jakie wykryło laboratorium FortiGuard Labs. Na drugim miejscu znalazł się system Symbian (3,45 proc.) infekcji, natomiast liczba infekcji urządzeń z systemami iOS, BlackBerry, Palm OS i Windows łącznie nie przekroczyła 1 proc.

Mamy bardzo szerokie spektrum zagrożeń: od zwykłych aplikacji, które po prostu zmieniają nam przeglądarkę, stronę domową, mechanizm wyszukiwania, aż po zagrożenia typu ransomware, czyli aplikacje, które szyfrują nasze pliki i potem oczekują, że zapłacimy za ich odblokowanie. To już jest poważna sprawa – ocenia Grzegorz Ciołek.

Złośliwe oprogramowanie ransomware występuje najczęściej w postaci fałszywego programu antywirusowego. Przed ewentualnym pobraniem jakiegoś antywirusa warto więc sprawdzić opinie na jego temat, np. na forach internetowych. A najlepiej – pobierać pliki jedynie z zaufanych stron.

Najważniejsze, kupujmy w sklepach, w Androidzie jest Google Play, w Apple jest iStore. Zakupujemy tam oprogramowanie, nie pobieramy go ze źródeł nielegalnych. Część ludzi jest bardzo świadomych, sprawdza, co instaluje, czyta, przegląda strony internetowe. Są też tacy użytkownicy, którzy w ogóle nie są świadomi tego, co się dzieje z ich telefonem, po prostu instalują, co popadnie, nie sprawdzają, jakie prawa ma aplikacja – uważa Ciołek.

Aplikacje trafiające do oficjalnych sklepów pozwalają znacznie ograniczyć ryzyko pobrania niebezpiecznego programu, ponieważ przechodzą tam weryfikację. W przypadku nieznanych źródeł, eksperci zalecają blokadę możliwości pobierania aplikacji bez zgody użytkownika. Podobnie należy wystrzegać się otwierania odsyłaczy (łączy) z nieznanych lub niezaufanych źródeł, ponieważ może to prowadzić do zainfekowania telefonu lub tabletu. Po zakończeniu korzystania z danej strony warto się wylogować, dzięki czemu znikną dane z logowania w postaci plików cookie. Sprawdzanie uprawnień, jakich żąda przy instalacji dana aplikacja, również należy do ABC bezpieczeństwa w internecie. Użytkownik powinien zastanowić się, czy dany program rzeczywiście potrzebuje korzystać z danych o lokalizacji lub dostępu do aparatu czy kamery.

Szczególnie duże ryzyko wiąże się z korzystaniem z niezabezpieczonych, publicznie dostępnych sieci bezprzewodowych. Brak szyfrowania danych w takich sieciach sprawia, że osoby chcące obserwować ruch są w stanie odczytać nawet loginy i hasła. Względnie bezpieczne są jedynie połączenia szyfrowane, które wykorzystują protokół HTTPS. Jest on wykorzystywany m.in. przez serwisy transakcyjne banków.

Wszystkie otwarte hotspoty są największym zagrożeniem. W tym momencie jedynym wyjściem jest zastosowanie oprogramowania VPN-owego, które pozwoli nam zostawić jakiś tunel prywatny, bądź do naszego domu, bądź do jakiegoś dostawcy. Najczęściej w sieciach firmowych takie rozwiązanie jest gotowe. Oczywiście otwarte Wi-Fi jest największym zagrożeniem, polecałbym, poszukiwanie takiej sieci, gdzie już jest jakieś szyfrowanie zastosowane przez operatora, czyli oprócz tego, że logujemy się, to musimy podać jeszcze hasło –  twierdzi inżynier systemowy Fortinet.

Przestrzegając pewnych zasad dotyczących bezpieczeństwa w sieci, nie wolno także zapominać o ochronie poufnych danych w przypadku kradzieży urządzenia mobilnego. Poza najprostszą blokadą telefonu w postaci PIN, niektóre urządzenia pozwalają też szyfrować dane na dysku oraz znajdujące się na pamięci zewnętrznej, np. micro SD.

Są różnego rodzaju całe pakiety, włącznie z tym, że możemy śledzić telefon, można wykasować dane z telefonu, jeżeli ktoś go nam ukradnie. Jest szyfrowanie telefonu, są platformy, w których można szyfrować zarówno kartę, jak i dysk systemowy, więc na tym warto się skupić – uważa Grzegorz Ciołek.

Warszawa najtańszym rynkiem hoteli pięciogwiazdkowych wśród stolic europejskich. To może się zmienić

CEO Magazyn Polska

Rynek hotelowy, szczególnie w segmencie biznesowym, z lekkim opóźnieniem reaguje na ożywienie w gospodarce, mimo to hotelarze w Polsce mają powody do radości. Rynek notuje wzrosty w przyjazdach zarówno turystów, jak i klientów biznesowych. Wydarzenia takie jak zbliżające się obchody 25-lecia pierwszych wolnych wyborów pozwalają hotelarzom w krótkim czasie maksymalizować zyski. W Warszawie hotele pięciogwiazdkowe są najtańsze w porównaniu z innymi stolicami europejskimi, ale w dłuższej perspektywie ta sytuacja ma ulec zmianie.

Rynek turystyczny w Polsce i Warszawie rośnie. Jest to wzrost organiczny i z roku na rok widzimy coraz więcej klientów. Dodatkowe przedsięwzięcia, jak Mistrzostwa Europy w piłce nożnej czy obchody 25-lecia wolności, są jednostkowymi wydarzeniami, które powodują dodatkowy wzrost ponad poprzedni rok. Powodują wprawdzie trochę zamieszania, ale są niewątpliwie pozytywne i pozwalają wszystkim hotelarzom maksymalizować zyski w krótkim czasie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Woliński, dyrektor generalny Regent Warsaw Hotel.

Rynek rośnie, mimo że jest dość podatny na zmiany koniunktury w gospodarce, ale na ożywienie reaguje z pewnym opóźnieniem.

Gdy mamy kryzys, to firmy tną koszty podróży, a gdy koniunktura się poprawia, to wznawiają wydatki na wyjazdy. Jedno i drugie robią jednak z pewnym opóźnieniem, dlatego też my nie od razu odczuwamy skutki kryzysu i poprawy sytuacji gospodarczej – mówi Woliński.

Warszawskie najlepsze hotele cieszą się dużym powodzeniem wśród klientów, ponieważ wciąż pod względem ceny jest to najtańsza stolica europejska. Choć według Wolińskiego ta sytuacja w dłuższej perspektywie będzie się zmieniać. Krajowy rynek również pod innymi względami goni rynki zachodnioeuropejskie, m.in. jeśli chodzi o potrzeby klientów.

Klienci chcą coraz łatwiejszej obsługi, nie chcą wydumanych, nikomu niepotrzebnych usług. Chcą przyjść i się przespać. Kluczowy jest szybki internet, technologia będzie coraz ważniejsza. Dla klienta ważniejszy jest teraz szybki internet niż śniadanie w hotelu. I to jest trend ogólnoświatowy, który będzie kopiowany na polskim rynku – zapewnia dyrektor generalny Regent Warsaw Hotel.

Ulokowany przy ul. Belwederskiej w Warszawie hotel Hyatt Regency Warsaw należał do sieci Hyatt. Współpraca spółki COSMAR, do której należy hotel, z siecią Hyatt zakończyła się 20 marca br. Przyczyny nie zostały podane do wiadomości. Od tej pory hotel jest niezależną placówką występującą pod nazwą Regent Warsaw Hotel. Zmiana ta wiąże się z licznymi wyzwaniami. Konieczne jest nie tylko poinformowanie klientów o uniezależnieniu hotelu, lecz także utrzymanie dotychczasowych gości  – których nie będzie już przyciągać znana na całym świecie marka.

Zdaniem Wolińskiego uniezależnienie od międzynarodowej sieci będzie jednak miało też swoje plusy.

Dzięki temu nie będziemy mieć nacisków z centrali na zwiększanie dochodowości. Umożliwi nam to inwestowanie w gościa i przyciąganie go dzięki temu na przyszłość. W dłuższej perspektywie planujemy renowację hotelu – mówi Woliński. – Odkąd działamy jako hotel niezależny nie widzimy spadku klientów. Myślę, że jesteśmy w stanie pokazać rynkowi, że najważniejsza nie jest marka, lecz serwis.

Wyjaśnia, że do tej pory hotel był głównie obiektem nakierowanym na biznes, ale w segmencie turystycznym widzi duży potencjał i na nim hotel w najbliższym czasie będzie się koncentrował.

Dwa tygodnie przed mundialem Brazylijczycy wciąż protestują. Koszty organizacji imprezy dużo wyższe niż planowano

0

Nie widać końca protestom w Brazylii. Przeciwnicy mundialu, który zaczyna się dokładnie za dwa tygodnie, zarzucają rządzącym, że wydają ogromne pieniądze na organizację imprezy, podczas gdy nie ma środków na służbę zdrowia czy edukację. Założony przed laty budżet przekroczono już przynajmniej dwukrotnie, według bardziej pesymistycznych szacunków nawet czterokrotnie. Do tego dochodzą zarzuty o korupcję i niegospodarność urzędników. 

Trzeba zastanowić się nad wielkimi imprezami, które najlepsze lata mają za sobą, a teraz im będzie skromniej, tym lepiej – mówi Andrzej Person, senator PO.  Soczi potwierdziło, że świat nie chce takich gigantów. Brazylia jest dość bogatym krajem, a mimo to ci niebiedni ludzie protestują przeciwko temu, że nie daje się na naukę, na zdrowie, tylko na stadiony.

Piłkarskie mistrzostwa w Brazylii będą najkosztowniejszym mundialem w historii. Pierwotnie przewidywano, że będzie to ok. 7 mld reali, czyli ok. 3,5 mld dolarów. Dziś wiadomo, że koszty znacznie wyższe. Stadion w stolicy ma kosztować 900 mln dolarów – w tym przypadku budżet przekroczono trzykrotnie. Według niektórych szacunków mundial może kosztować Brazylię ponad 15 mld dolarów.

 Trzeba skromniej, bo inaczej ten ruch olimpijsk, może zostać zmieciony z powierzchni ziemi przez takie właśnie demonstracje. Im szybciej to zrozumie Międzynarodowy Komitet Olimpijski i Federacja Piłkarska, tym lepiej dla sportu – uważa Person.

Rio de Janeiro będzie też gospodarzem letnich igrzysk olimpijskich za dwa lata, na które pójdą kolejne miliardy. Na obie imprezy Brazylia zdecydowała się w czasie, gdy jej PKB rosło w tempie nawet 9 proc. rocznie. Teraz jest to 2 proc., a wydrenowana nadmiernymi inwestycjami oraz programami socjalnymi państwowa kasa świeci pustkami

To jest bardzo istotne, że w kraju, gdzie najbardziej kochają piłkę, właśnie przeciwko tej piłce występują. Może nie dosłownie przeciwko futbolowi, ale wydawaniu tych wielkich pieniędzy na takie imprezy – zauważa rozmówca Newserii Biznes. – Podkreślam, że świat sportowy powinien się zastanowić przez chwilę, dokąd zmierza.

Piłkarskie mistrzostwa rozpoczną się 12 czerwca. Niekwestionowanym faworytem są gospodarze. Zdaniem Andrzeja Persona inny scenariusz nie jest w ogóle brany pod uwagę przez samych Brazylijczyków.

 Powinna wygrać Brazylia, bo oni kochają piłkę, sport, nie widzą poza tym świata – mówi senator. – Trudno sobie wyobrazić, co się będzie działo w Brazylii, jak nie będą mistrzami świata.

To jednak jest możliwe. Kolejnymi kandydatami do złota są Argentyńczycy i Niemcy. Według Persona czarnym koniem mundialu są Belgowie.