Komputerowe symulacje coraz popularniejszą metodą edukacji młodzieży. Przykładem program „Zarządzanie firmą”

CEO Magazyn Polska

Zamiast wykładów i testów dla uczniów o sposobach zarządzania firmą – symulacja komputerowa. W ten sposób łatwiej nauczyć się, jak podejmować decyzje dotyczące marketingu, inwestycji czy finansów. 22. edycja programu „Zarządzanie firmą”, realizowanego przez Fundację Młodzieżowej Przedsiębiorczości, pozwoliła ponad 11 tysiącom uczniów szkół średnich wziąć udział w komputerowej symulacji zarządzania firmą. Wspierany przez MasterCard program wywołał szczególne zainteresowanie w mniejszych miejscowościach.

Projekt ,,Zarządzanie firmą” jest skierowany do uczniów szkół ponadgimnazjalnych każdego typu. Realizujemy go od ponad 20 lat i cieszy się ogromnym zainteresowaniem.

Uczniowie uczą się zarządzania firmą i do tego służy symulacja komputerowa, w której muszą podejmować decyzje odnośnie wielkości inwestycji, nakładów na marketing czy na cele dobroczynne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Danuta Romanowska, koordynator programu „Zarządzanie firmą”. – Ci, którzy trzymają wirtualną gotówkę w kasie, przekonują się, że nie jest to dobre rozwiązanie na dłuższą metę. Tymczasem najlepsi wiedzą, że im bardziej rozwiną fabrykę i im więcej przeznaczą na różnego typu inwestycje, tym lepiej na tym wyjdą.

Tegoroczna edycja to 22. odsłona programu. W finałowej edycji 21. konkursu „JA Titan” uczestniczyło 12 trzyosobowych drużyn wyłonionych spośród 11 586 uczniów biorących udział w rozgrywkach – komputerowej symulacji zarządzania firmą – na poziomie ponadgimnazjalnym, czyli w liceach i technikach. Finaliści mieli okazję rozegrania finałowej potyczki w siedzibie GPW. Wolontariusze firmy MasterCard podzielili się z finalistami swoim doświadczeniem, rozgrywając z nimi „friendly game”.

Przy realizacji programu w szkołach nauczyciele nie musieli robić wykładu na temat kosztów produkcji, amortyzacji ani prowadzić zajęć z języka angielskiego – mówi Danuta Romanowska. – Młodzież opanowuje biznesowy angielski niejako automatycznie, bo czyta raporty biznesowe w tym języku podczas gry. Uczestnicy muszą dobierać na podstawie analizy rynku odpowiednie strategie, czyli muszą umieć czytać dane rynkowe – dodaje.

Celem symulacji nie jest nauka teorii zarządzania, lecz praktyki prowadzenia firmy.

Co ciekawe, gra budzi większe zainteresowanie wśród młodzieży z mniejszych miejscowości. Szkoły z dużych metropolii, a zwłaszcza z Warszawy, w mniejszym stopniu interesują się udziałem w rozgrywkach.

– W tym konkursie mamy więcej uczestników z niewielkich miejscowości, niewielkich szkół, gdzie całe społeczeństwo żyje takim sukcesem – mówi Romanowska. – Przykładem jest Zamość, gdzie pani Barbara Świst mobilizuje dwie szkoły. W tych szkołach pasjonują się grą, a informacje o sukcesach pojawiają się w miejscowych gazetach – dodaje.

Konkurs po raz trzeci jest wspierany przez firmę MasterCard.

Wierzymy, że edukacja finansowa to pierwszy krok w zarządzaniu firmą, w angażowaniu się w biznes i rozwój gospodarki – mówi Luiza Derek, dyrektor marketingu w polskim oddziale MasterCard Europe. – Wspieramy projekt nie tylko finansowo, lecz także dzielimy się z licealistami naszą wiedzą i doświadczeniem, z finalistami grają nasi wolontariusze, co również nas bardzo cieszy – dodaje.

Młodzi Polacy radzą sobie w tego typu konkursach bardzo dobrze na tle rówieśników. Polscy uczniowie zajęli pierwsze i czwarte miejsce w ogólnoeuropejskim konkursie Virtual Business Challenge, w którym wzięło udział 514 osób z różnych krajów Europy. Organizatorem był Junior Achievement-Young Enterprise Europe.

Od kryzysu w 2008 r. w Polsce przybywa mikropośredników finansowych

CEO Magazyn PolskaMikrofirmy stają się coraz ważniejszym graczem na rynku pośrednictwa finansowego. Spośród 5 tys. firm działających na tym rynku  blisko 90 proc. zatrudnia nie więcej niż pięć osób, a jedną trzecią stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Wielu mikropośredników rozpoczęło działalność w trudnym dla sprzedaży produktów finansowych okresie po 2008 roku, ale dziś już zaczynają odczuwać poprawę koniunktury. Deklarują, że ze swojej działalności osiągają zwykle przychód do 50 tys. zł miesięcznie.

Najwięcej z badanych przez nas mikropośredników działa na terenie województw mazowieckiego, śląskiego i wielkopolskiego [odpowiednio 17 proc, 16 proc. i 9,3 proc. – red.]. Zdecydowana część z nich, bo ponad 91 proc., zatrudnia nie więcej niż pięć osób. Natomiast jedna trzecia z nich to są jednoosobowe działalności gospodarcze – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Werczyńska, dyrektor marketingu firmy Idea Expert.

Badanie przeprowadzone przez firmę Idea Expert objęło ponad stu przedsiębiorców działających w zakresie pośrednictwa finansowego. Ujawniło, że ponad połowa z nich (55 proc.) rozpoczęła działalność po 2008 r., czyli w okresie kryzysu finansowego. Jedna czwarta badanych firm utrzymuje się na rynku co najmniej 10 lat.

Werczyńska dodaje, że pośrednicy odczuwają już powoli poprawę koniunktury w gospodarce.

Widzą już rzeczywiste konsekwencje ożywienia gospodarczego i według nich idzie ku lepszemu – mówi Paulina Werczyńska. – Większość z badanych przez nas firm zadeklarowała przychody do 50 tys. złotych miesięcznie, natomiast w tym 32 proc. deklaracji było do 10 tys. złotych miesięcznie.

Im większe miasto, tym więcej pośredników. Ponad 40 proc. przepytanych przez Ideę Expert firm działa w miastach powyżej 200 tys. mieszkańców. Jednak potencjał widzą również w małych miejscowościach, gdzie często nie ma oddziałów banków i innych instytucji finansowych lub sieci pośrednictwa. Jedna trzecia z nich operuje w miejscowościach o populacji do 50 tysięcy osób.

Werczyńska podkreśla, że mikropośrednicy mają w swojej ofercie szeroki wachlarz produktów. 80 proc. z nich oferuje kredyty hipoteczne, a także kredyty i pożyczki gotówkowe. Dwie trzecie oferuje kredyty konsumpcyjne lub samochodowe, a niecała połowa pośredniczy w sprzedaży ubezpieczeń. Aż 72 proc. mikropośredników współpracuje z co najmniej sześcioma instytucjami finansowymi, a 19 proc. – z ponad dwudziestoma.

Są to głównie duże banki komercyjne, ale też ogólnopolskie sieci pośrednictwa finansowego, jak również firmy pożyczkowe i ubezpieczeniowe – wylicza Werczyńska.

Z bankami współpracuje aż 88 proc. badanych firm. Z dużymi sieciami pośrednictwa niecałe 60 proc., a z firmami pożyczkowymi – połowa. Badania pokazały, że oczekiwania pośredników wobec instytucji finansowych są jasne – aż ponad 60 proc. z nich liczy na możliwie wysoką prowizję. Ważne, choć mniej istotne są szkolenia, wsparcie techniczne czy wspólne promocje.

Przedstawicielka Idea Expert wskazuje, że pośrednicy korzystają głównie z marketingu szeptanego. Ich główną metodą reklamy jest polecanie usług przez klientów. 87 proc. badanych firm wskazuje ten kanał jako główną drogę promocji. Ok. połowa stosuje ulotki, banery i plakaty lub reklamę na stronie internetowej.

Konsumenci coraz częściej wybierają produkty marek własnych sieci handlowych. Rynek ten rośnie o 20 proc. rocznie

0

CEO Magazyn Polska

Marki własne to szybko rozwijający się rynek – sprzedaż takich produktów rośnie o jedną piątą rocznie. To świadczy o tym, że konsumenci przestali kojarzyć marki własne z niską ceną i niską jakością. Wśród najbardziej popularnych produktów po marką własną są woda mineralna i papier toaletowy.

Dynamika wzrostu marek własnych z roku na rok wynosi około 20 procent i szacuje się, że w kolejnych latach będą one rozwijały się w bardzo podobnym tempie. Przed nami jeszcze wiele lat wytężonej pracy nad marką własną, bo jest to rynek, który cały czas musi o siebie walczyć, który dużo osiągnął, ale wciąż jest pole do pracy – zaznacza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sylwia Piskulska, kierownik marketingu marek własnych sieci sklepów Intermarché.

Klienci przestają już traktować produkty marki własnej jako te gorszej jakości, przestały ona także być postrzegane wyłącznie przez pryzmat ceny, choć niewątpliwie jest to wciąż istotne kryterium.

Natomiast, gdyby usunąć cenę i zapytać klientów o inne kryterium wyboru marki, to na pierwszym miejscu będzie jakość. Nie kojarzą już oni marek własnych wyłącznie z półką pierwszocenową i produktami złej jakości – przekonuje Piskulska.

Najlepiej sprzedają się produkty tych kategorii, w których klienci nie są przywiązani do określonej marki, a ważna jest przede wszystkim cena. Mowa tu przede wszystkim o papierze toaletowym czy wodzie mineralnej, które wiodą prym w sprzedaży marek własnych.

W sieci Intermarché. co piąty sprzedawany produkt to marka własna, a jak wynika z założeń firmy, udział w sprzedaży ma być jeszcze większy i w ciągu najbliższych lat sięgnąć 30 proc. Marki własne są dziś dostępne w niemal każdej kategorii produktów – m.in. Paquito w kategorii soków i nektarów, Reva w kategorii kasz i ryżu czy Apta w kategorii chemii domowej.

– Biorąc pod uwagę wyłącznie sieć sklepów Intermarché, mamy dzisiaj prawie dwa tysiące produktów, wobec czego można się spodziewać, że  czołowe kategorie produktowe są już zagospodarowane. My szukamy nowych produktów i pomysłów na nie wśród rynków niszowych – mówi Piskulska.

Inspiracji sieć szuka przede wszystkim na rynku francuskim, gdzie działa Grupa Muszkieterów, do której należą supermarkety Intermarché. Często są to produkty premium, nietypowe, które nie mają odpowiedników nawet wśród liderów na polskim rynku.

Silna presja cenowa na rynku logistycznym. Dominować będą duże firmy i transport kołowy

CEO Magazyn Polska

Od początku kryzysu największym problemem w branży logistycznej jest ostra walka konkurencyjna, w której główną bronią jest cena. Operatorzy logistyczni jako pośrednicy między producentem a sprzedawcą są postrzegani jako źródło niepotrzebnych kosztów, co zwiększa presję cenową. Niskie stawki za przewozy nie pozwalają, szczególnie małym firmom, na inwestycje w tabor, przez co tracą konkurencyjność. Mimo wszystko transport kołowy ma mieć ważniejszą rolę niż kolejowy.

Kryzys, który się rozpoczął w 2009 r., utrzymuje się niestety cały czas, a firmy walczą o przetrwanie i utrzymanie się na rynku. Głównym elementem tej walki, niestety, nadal jest cena – mówi agencji  informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Pawlak, dyrektor handlowy FM Logistic.

Dotyczy to zwłaszcza transportu, gdzie ceny są bardzo niskie, a wiele firm, zwłaszcza tych mniejszych, ma problemy z utrzymaniem rentowności.

Na pewno te stawki nie pozwalają na odtwarzanie taboru i jego wymianę w rozsądnych odstępach czasowych – podkreśla przedstawiciel FM Logistic.

Wyjaśnia, że firmy logistyczne muszą dokładać starań, by zwiększać efektywność transportu. Po pierwsze jest to kwestia wypełnienia powierzchni ładunkowej. Pawlak wyjaśnia, że chodzi o podjęcie takich działań, które zmniejszą ilość „wożonego powietrza”, czyli np. zwiększenie wysokości załadowanych palet lub dokładanie małych, drobnych przesyłek do tych dużych.

Ważne jest, żeby jeden TIR miał załadowane 33 palety. Koszt przewozu jednej palety dużym środkiem transportu jest na pewno dużo niższy niż wożenie pojedynczych palet małymi samochodami – mówi Andrzej Pawlak. – Kolejna kwestia to tzw. puste kilometry i starania spedytorów, przewoźników i giełd transportowych, by ograniczać koszty tych pustych przewozów, które w dodatku często odbywają się przez autostrady lub drogi płatne.

Zdaniem Pawlaka w przyszłości rynek będzie się stabilizował.

Będzie się koncentrował w ramach dużych firm, które będą walczyły o utrzymanie swoich klientów i dostarczanie im jak największego pakietu usług i usprawnień logistycznych – twierdzi Pawlak. – Dominować będzie transport kołowy. Odcinki przewozów w Polsce nie są aż tak długie, aby kolej mogła być konkurencyjna kosztowo czy czasowo. Zresztą transport kołowy i tak zazwyczaj musi służyć jako dopełnienie kolejowego – dodaje.

Wyjątkiem jest transport zamorski, w którym – według eksperta – nie ma konkurencji dla kontenerów.

Niektórzy duzi importerzy myślą nawet o tym, aby mieć magazyny budowane również z bocznicami kolejowymi. Ale to w przypadku, gdy duży wolumen jest eksportowany bądź importowany drogą zamorską. Wtedy to rzeczywiście się opłaca, jeżeli mamy kilka, kilkanaście kontenerów do załadowania, wtedy jest to taniej puścić pociągiem z portu do magazynu i tam to rozpakować – mówi Pawlak.

Jak podkreśla, takie plany mają szczególnie firmy handlujące z Dalekim Wschodem.

Większość polskich przedsiębiorstw o uznanej pozycji na rynku założono na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Rynek TSL (transport, spedycja, logistyka) nabrał rozpędu po akcesji Polski do Unii Europejskiej. Branża jest bardzo konkurencyjna, także jeśli chodzi o rynek pracy. Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń firmy Sedlak & Sedlak przeprowadzonego w 2012 r. w sektorze kompleksowych usług logistycznych mediana wynosiła 4500 zł brutto, a wśród pracowników magazynowych – 3000 zł brutto.

Polacy w tym roku stawiają na rozsądne przedświąteczne zakupy. Wydadzą na nie do 500 złotych

CEO Magazyn Polska

Polacy wcześniej rozpoczęli przygotowania do Świąt Wielkanocnych, by rozłożyć wydatki w czasie. Jak wynika z badań Payback Opinion Poll, taką strategię przyjęło aż 70 proc. respondentów. Większości osób zależy na utrzymaniu wydatków na poziomie z ubiegłego roku, dlatego zakupy zrobią w dużych marketach.

75 proc. Polaków deklaruje, że zakupy wielkanocne sfinansuje z bieżącego budżetu domowego. Taki sam procent nie chce wydać na ten cel więcej niż rok temu. Jednocześnie można zauważyć wzrost kwot przeznaczonych na żywność. Z badania wynika, że na spożywcze zakupy świąteczne najczęściej wydajemy od 200 do 500 złotych.

Prawie 3/4 Polaków deklaruje wydatki świąteczne na poziomie podobnym do tego z zeszłego roku. Kupujemy przede wszystkim produkty spożywcze. Ponadto na liście znajdują się środki czystości niezbędne do porządków w domu, samochodzie oraz ogrodzie. Oprócz najbardziej potrzebnych produktów polscy konsumenci kupują kwiaty, słodycze ze świątecznych edycji, a także akcesoria do dekoracji pisanek. Zakupy te robione są najczęściej w hipermarketach lub supermarketach – stwierdza Piotr Lipiński z programu lojalnościowego Payback.

2/3 ankietowanych stwierdziło, że do świątecznych zakupów chcą podejść z głową. Większość chce uniknąć niepotrzebnych zakupów poprzez tworzenie list oraz myślenie o wydatkach dużo wcześniej.

Najpopularniejszą strategią zakupową w tym roku jest planowanie wydatków z wyprzedzeniem, aby rozłożyć je w czasie. Polacy przygotowali także tradycyjne listy z zakupami i próbowali ściśle się ich trzymać w sklepie – mówi agencji Newseria Piotr Lipiński.

Okres przedświąteczny to także czas dużych zmian. Większość Polaków w tym czasie stawia na gruntowne sprzątanie swoich domów, wznowienie aktywności fizycznej oraz poprawę swojego wyglądu.

Według badanych przygotowania do Wielkanocy rozpoczynają się już na początku kwietnia sezonowymi porządkami. Okazuje się, że ponad połowa Polaków lubi sprzątać i rzadko kiedy korzysta z profesjonalnej pomocy – dodaje Lipiński. – Okres świąt to dla konsumentów przede wszystkim czas dla rodziny. Mniejsze znaczenie ma dla nas tradycja oraz aspekt religijny. Najczęściej potrawy przygotowujemy sami, a świąteczne dni spędzamy w gronie większym niż 5 osób.

Co ciekawe, połowa Polaków zamierza rozesłać świąteczne życzenia nie za pomocą wiadomości SMS czy mediów społecznościowych, lecz tradycyjnie, wysyłając kartkę pocztową.

Badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach programu Payback metodą ankiet online na grupie 316 osób. Dobrana próba użytkowników w wieku 18-65 odpowiadała strukturze demograficznej kraju.

Stanowisko Zarządu Digital Avenue – działalność spółki nie jest zagrożona

0

W związku z artykułem z dnia 14 kwietnia w serwisie parkiet.com pt. „Digital Avenue: działalność spółki jest zagrożona” Zarząd Digital Avenue („Spółka”) informuje, iż nie zgadza się z tezami stawianymi w ww. artykule. Zarząd wskazuje na fragment opinii biegłego rewidenta: „wskaźniki poziomu zadłużenia oraz stabilności źródeł finansowania majątku Spółki kształtują się na poziomie bezpiecznym”. Co więcej, poziom zobowiązań krótkoterminowych w przeciągu 2013 roku spadł o ponad 70% (do 205 tys. zł z poziomu 721 tys. zł). Jeśli chodzi o zobowiązania Spółki wobec banku (kredyt obrotowy w rachunku bieżącym) sięgało ono w drugim kwartale 2013 roku 129 tys. zł, podczas gdy pod koniec 2013 roku wynosiło już nieco poniżej 42 tys. zł.

Ponadto Zarząd Digital Avenue pragnie podkreślić, że biegły rewident nie zakwestionował stanowiska Zarządu Digital Avenue, który we wprowadzeniu do sprawozdania finansowego wyraził opinię, że kontynuacja działalności przez Digital Avenue nie jest zagrożona.

Strata Spółki na poziomie wyniku netto jest pochodną przede wszystkim  wysokich kosztów amortyzacji (łącznie 1 028 tys. zł), w skład której wchodzą odpisy księgowe poprzednich inwestycji (wartość 703 tys. zł) oraz amortyzacja wartości firmy w związku z połączeniem ze spółką Styl.Media (wartość 325 tys. zł).

W odniesieniu do kwestii stricte biznesowych, tj. wartości sprzedaży, to rok 2013 był  okresem przede wszystkim wdrażanie działań przedkładających się na wzrost efektywności  działu sprzedaży, polegających m.in. na restrukturyzacji umów na świadczenie usług sprzedaży powierzchni reklamowych z podmiotem zewnętrznym i rekrutacji zespołu wewnętrznego. Pozytywne rezultaty tych procesów widoczne będą w wynikach najbliższych kwartałów.

W średnim i długim okresie Spółka przewiduje poprawę sytuacji biznesowej poprzez dywersyfikację źródeł przychodu. Zamierza bowiem rozwijać się w najbardziej perspektywicznym segmencie rynku internetowego – eCommerce oraz social eCommerce. Obecnie prowadzone są testy biznesowe w tym zakresie z potencjalnym partnerem strategicznym.

Zarząd Digital Avenue S.A.

Spójny ze strategią marketingową sponsoring kształtuje i wzmacniania wizerunek

Właściwie za każdym istotnym wydarzeniem kulturalnym i sportowym stoi jakaś marka. Dlaczego firmy angażują się w sponsoring? Odpowiedź na to pytanie jest prosta- obustronne korzyści. By jednak działania sponsoringowe były skuteczne, a więc pozwoliły osiągnąć zamierzone cele, muszą opierać się na przemyślanej strategii.

Dobra strategia sponsorska zasadza się na wyczerpującej wiedzy, która pozwala określić atrakcyjność danego wydarzenia. Jednym z jej aspektów jest znajomość odbiorców, do których dzięki działaniom wspierającym wydarzenie dotrze marka. Liczy się profil osób i ich liczba. Innymi słowy, trzeba zastanowić się na ile uczestnicy danego wydarzenia są zgodni z grupą docelową, określoną w strategii marketingowej firmy oraz jak duży zasięg będzie miała sama impreza. Szacowaniu zasięgu mogą służyć ogólnodostępne statystyki i prognozy organizatorów oparte na doświadczeniach. Można też określić go za pomocą zsumowania wszystkich potencjalnych miejsc ekspozycji. Liczą się przecież nie tylko sami uczestnicy, ale wszyscy którzy o imprezie usłyszą. Wpływ na ten czynnik mają więc też działania i wydatki samego sponsora.

Bezpośrednio decydującym czynnikiem powinien być także sam charakter imprezy. Ważna jest pewność co do jego zbieżności z pożądanym wizerunkiem marki. Zazwyczaj każde wydarzenie ma już pewien ukształtowany lub kształtujący się w określony sposób wizerunek. Zasadnicza jest więc odpowiedź na pytanie, na ile wizerunek danej imprezy jest dopasowany do wizerunku marki.

W dalszej ocenie opłacalności uzyskania statusu sponsora danego wydarzenia, liczą się też inne elementy. Sponsoring pozwala bowiem zyskać pewną przewagę konkurencyjną. W zależności od szczegółów umowy sponsor może też wykorzystać swój status na przykład w kanałach sprzedaży. Zasadnicza jest w końcu opłacalność finansowa, a więc stosunek zaangażowanych środków do prognozowanych korzyści. Jedna z metod oceny opłacalności to określenie kosztu dotarcia do jednej osoby i jego odniesienie do analogicznego kosztu ponoszonego przy wykorzystaniu innych kanałów. Trzeba jednak cały czas pamiętać o PR-owym wymiarze sponsoringu.

Audyt sponsorski ma wiele zasadniczych elementów. Pierwsza ocena wydarzenia zakłada jednak oszacowanie jego wartości medialnej i wpływu na wizerunek marki. Spójny ze strategią marketingową sponsoring stanowi bowiem doskonałe narzędzie kształtowania i wzmacniania wizerunku. To narzędzie elastyczne, podlegające indywidualizacji. Dlatego tak ważna jest szczegółowo dopracowana umowa. Szansą jest też fakt, że sponsoring może mieć wymiar zarówno czysto finansowy, jak i barterowy – komentuje Katarzyna Kołodziejczyk, Management Board Assistant GRUPA 365NET.

Niemal co czwarty respondent wyda na organizację Świąt więcej niż w ubiegłym roku

Wielkanoc to w naszym kraju tradycyjne rodzinne święto. Zdecydowana większość Polaków ankietowanych w badaniu Barometr Providenta deklaruje, że spędzi Wielkanoc z najbliższą rodziną (92%). Blisko co piąty Polak świętować będzie hucznie i w szerszym gronie (w towarzystwie co najmniej 8 osób). Część osób planuje ponadto wykorzystać czas Świąt na spotkania z przyjaciółmi (18%). Wielkanoc oceniana jest jako Święto ważne. Ponad połowa ankietowanych (56%) traktuje ją jako wydarzenie przede wszystkim rodzinne. Mocno podkreślamy również duchowo-religijny charakter Świąt, na który wskazuje 30% badanych. Niewielki odsetek osób (9%), podkreśla, że w pierwszej kolejności jest to dla nich czas wolny od pracy i okazja do wypoczynku.

Święta w portfelu: odczuwalny wydatek

Wielkanoc to ważne wydarzenie, które ma wpływ na portfele ankietowanych Polaków. Świąteczne wydatki większości respondentów (ok. 60%) kształtować się będą w tym roku na poziomie od 101zł do 500zł. W tej grupie przeważająca ilość osób (37%) planuje przeznaczyć na ten cel od 101zł do 300zł. Wyższą kwotę, od 301zł do 500zł, wyda co piąty respondent (22%).

Większość ankietowanych w badaniu Barometr Providenta przyznaje, że Święta Wielkanocne wiążą się dla nich z odczuwalnym wydatkiem, takim, na który część spośród nich gotowa jest oszczędzać. 43% ankietowanych deklaruje, że organizacja Świąt, choć zauważalna w ich portfelu, to jednak nie wpływa na inne plany finansowe. Z kolei 34% osób wskazuje, że odkłada specjalnie z myślą o Wielkanocy.

Co ciekawe, przeważająca większość respondentów (89%) deklaruje, że przy organizacji tegorocznych Świąt posiłkować się będzie jedynie bieżącymi dochodami. Po różne formy pożyczek na ten cel sięgnie około 12% klientów Provident Polska. W przypadku przedświątecznego deficytu gotówki, Polacy prędzej sięgną po pożyczkę w firmie pożyczkowej (7%) niż zadłużą się w banku (5%) lub u rodziny (4%).

„Wielkanocny Barometr Provident to nie tylko finansowy portret Polaków, którzy są naszymi klientami, ale także ilustracja zmieniających się postaw związanych ze świątecznymi wydatkami. Co pozytywne, wyraźnie rośnie liczba osób, które są w stanie udźwignąć organizację Wielkiej Nocy z bieżących wpływów finansowych. W ubiegłym roku było to około 67% ankietowanych osób. W tym roku przeważająca większość naszych klientów (89%) będzie już w stanie pokryć wszystkie koszty związane z Wielkanocą z własnych dochodów. Widać też wyraźnie, że chętniej oszczędzamy. W sytuacji gdy odczuwamy konieczność skorzystania z pożyczki – pierwszym wyborem niezmiennie pozostaje firma pożyczkowa” – powiedział Przemysław Kasza z działu badań i analiz Provident Polska.

Wydamy tyle samo co w ubiegłym roku

Ponad połowa respondentów (51%) planuje przeznaczyć w tym roku na organizację Świąt tyle samo co w roku ubiegłym. Liczba ankietowanych, których świąteczne wydatki pozostaną na niezmienionym poziomie, jest o 9% wyższa niż w 2013 roku. Proporcje między tymi, którzy przeznaczą na ten cel odpowiednio mniej oraz więcej, okazują się bardzo wyrównane. Wyższe planowane wydatki deklaruje niemal co czwarty ankietowany (24%, wzrost 2% r-d-r), a niższe – co piąty respondent (20%).

„Ożywienie, którego symptomy zaczynamy coraz wyraźniej odczuwać w gospodarce, nie przełożyło się jeszcze w sposób wyraźny na portfele Polaków badanych w ramach Barometru Providenta. Dlatego warto, by osoby, które chcą zorganizować bardziej uroczyste i wystawne przyjęcie świąteczne, z wyprzedzeniem zaczęły odkładać fundusze, choćby niewielkie kwoty, ale za to regularnie. Bardzo dobrze sprawdza się system tygodniowego oszczędzania przed Świętami. Pamiętajmy również, aby nie dać się ponieść zakupowemu szaleństwu i rozsądnie dobierać produkty, które rzeczywiście są nam na Wielkanoc potrzebne. W ten sposób uda nam się zamknąć świąteczne wydatki w racjonalnych ramach, a nasz wielkanocny koszyk będzie pełen, ale równocześnie nadmiernie nie zaciąży nam finansowo” – powiedział Przemysław Kasza.

***
Barometr Providenta

Cykliczne badanie klientów, które pozwala na lepsze zrozumienie zachowań i decyzji finansowych Polaków, prowadzone od 2011 roku. Provident obsługuje aktualnie 841 tysięcy klientów w całej Polsce, dzięki czemu wyniki badania pokazują prawidłowości i zachowania, które mogą być charakterystyczne dla Polaków o średnich i niższych dochodach. Poszczególne odsłony badania dotyczą najpopularniejszych wydatków Polaków: związanych ze świętami, wakacjami, czy też finansowaniem wyprawek szkolnych dla dzieci. Zakres badania obejmuje również nadzieje i obawy związane z oceną własnej sytuacji finansowej.

Tegoroczna edycja badania dotyczącego wielkanocnych wydatków Polaków zrealizowana została na zlecenie firmy Provident Polska przez firmę Millward Brown SMG\KRC, w 2014 roku, metodą CATI, na próbie losowej 371 klientów firmy Provident.

Praca na swoim. Niezależność czy ciągłe problemy?

Własna firma czy praca na etacie – to pytanie zadaje sobie wiele osób pracujących zawodowo. Jednak nie od dziś wiadomo, że własny biznes to ciężki kawałek chleba. Wymaga on zaangażowania i cierpliwości nie tylko na początku zakładania działalności gospodarczej, ale także w trakcie jej prowadzenia – zwłaszcza, gdy pojawiają się finansowe problemy.

Polska gospodarka jest szóstą w Unii Europejskiej pod względem liczby przedsiębiorstw. Mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa stanowią 99,8% ogólniej liczby firm w kraju, a działają one przede wszystkim w usługach i handlu (76%), w budownictwie (13,4%) i przemyśle (10,6%). Według danych Głównego Urzędu Statystycznego przez pierwszy rok działalności na polskim rynku utrzymują się trzy na cztery firmy. W kolejnych latach przeżywalność ta wyraźnie spada – do 54% w drugim i 32% w piątym roku działalności. Łukasz Piechowiak, ekonomista portalu Bankier.pl zaznacza, że „taka drobna przedsiębiorczość w Polsce jest trochę ciemiężona, bo mamy mnóstwo różnego rodzaju danin publicznych, które trzeba zapłacić w różnych terminach i wysokości. […] Mamy też wysokie koszty pracy, więc jeśli przedsiębiorstwo nie generuje dużych przychodów, to trudno jest kogoś zatrudnić. Niestety – większość małych biznesów opiera się na pracy całej rodziny, a nie ludzi z zewnątrz.” Nic dziwnego, że coraz częściej mówi się o wprowadzeniu udogodnień podatkowych i administracyjnych dla sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw.

Własny biznes to nie lada wyzwanie, które opatrzone jest ryzykiem. Na początek warto mieć nie tylko dobry pomysł i biznesplan. Ważnym elementem rozpoczęcia własnej działalności jest posiadanie zabezpieczenia finansowego, chociażby na pół roku do przodu. Jeśli owego przyszły właściciel nie posiada, może postarać się o dotację na rozwój działalności gospodarczej. „[…] Są prywatne formy dotacji oraz dotacje z Unii Europejskiej. Trzeba się tylko dobrze rozejrzeć, bo teraz jest nowy budżet, będą nowe programy i w ich ramach może się pojawić kilka bardzo ciekawych opcji wspierających rozwój własnego biznesu” – twierdzi Łukasz Piechowiak i dodaje, że „[…] bezrobotni mają trochę lepiej niż osoby zatrudnione na etacie, które chcą założyć biznes, a nic nie odłożyły. Najlepiej być osobą pozbawioną dochodów, by móc liczyć – po pozytywnym rozpatrzeniu wniosku – na dotację w wysokości 20 tysięcy złotych.”

Dobrym rozwiązaniem jest również branie udziału w różnego rodzaju konkursach, które wspierają rozwój małych przedsiębiorstw. Wystarczy opisać swój pomysł na biznes. Jeśli spodoba się organizatorom, chociażby takim jak firma Provident, można zdobyć 10 tysięcy złotych.

Własna firma jest alternatywą dla szukania satysfakcjonującej pracy. Daje niezależność i dochód. Ale to także stały i wcale niemały comiesięczny koszt, który trzeba pokryć – nawet 1300 zł. Mowa o składkach ZUS, kosztach obsługi księgowej itp. Wielu mikro-, małych i średnich przedsiębiorców boryka się z problemami związanymi z prowadzeniem firmy. Wynikają one chociażby z opóźnień w płatnościach, zatorów płatniczych, jak również z brakiem pieniędzy umożliwiających rozwój przedsiębiorstwa. Nic dziwnego, że wielu właścicieli poszukuje zewnętrznych form finansowana – sięga po kredyty. Częściej są to jednak pożyczki. Jak podkreśla Paweł Szustakiewicz, Kierownik ds. Rozwoju Produktów Provident Polska, w ciągu roku od wprowadzenia Pożyczki dla Firm z tej oferty skorzystało 5 tysięcy klientów. Łączna pula udzielonego wsparcia to 25 milionów złotych. „[…] Pieniądze udzielane są na rozwój działalności biznesowej. Z jednej strony jest to codzienne zarządzanie płatnościami takimi jak: zakup towaru, opłaty za jego dostawę czy opłaty związane z prowadzoną działalnością. Z drugiej strony cel pożyczkowy stanowią środki na rozwój firmy.”

Mali przedsiębiorcy chętnie korzystają z takiej pomocy finansowej, również dlatego, że w ramach pakietu pożyczkowego uzyskują pomoc prawną i księgową. Mogą skorzystać z porad podatkowych, a nawet wsparcia informatyka. W razie awarii, w miejscu prowadzenia działalności, poprosić o interwencję fachowca, m.in: ślusarza, hydraulika, elektryka.

Własna działalność to niewątpliwie ciężki kawałek chleba. Niby jest się panem na własnych włościach, ale prowadzenie biznesu wiąże się z szeregiem wyzwań i obowiązków. Niestety – polskie przepisy i wszędzie panująca biurokracja wcale nie ułatwiają i tak już trudnego zadania. Jednak kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

Wielozadaniowość w pracy – mit, który chętnie podtrzymujemy

Ilość wyzwań i zawodowych obowiązków stojących przed nami na co dzień sprawia, że nierzadko marzymy o dodatkowej parze rąk. Część z nas wciąż łudzi się także, że pomocna okaże się także tzw. wielozadaniowość, czyli umiejętność robienia kilku rzeczy na raz. W rzeczywistości jednak nie da się efektywnie przeskakiwać z jednego zadania na drugie. Jak zatem zorganizować swój dzień, by stracić przy tym jak najmniej czasu?

O wielozadaniowości słyszał zapewne każdy. Ta niemalże mityczna cecha sprawia, że jesteśmy w stanie wykonywać na raz więcej, niż tylko jedną czynność. Często wydaje się nam, że tego typu funkcjonowania wymaga od nas otoczenie. Musimy przecież przerwać aktualne zadanie, gdyż szef właśnie wymaga czegoś ważniejszego, koleżanka z pracy przyszła z dokumentami do podpisania, w międzyczasie zadzwonił klient, a żona w wiadomości tekstowej pyta, gdzie pójdziemy na kolację.

Statystyki pozostają nieubłagane

Warto zastanowić się jednak, czy aby na pewno musimy robić to wszystko na raz? I czy w ten sposób nasza efektywność rzeczywiście rośnie? Odpowiedzi na te pytania nie pozostawiają złudzeń. Szacuje się bowiem, że codziennie marnujemy nawet aż 30% swojego czasu na przełączanie się pomiędzy różnymi czynnościami – wyjaśnia Grzegorz Frątczak, specjalista zarządzania czasem.

Strata ta jest o tyle bolesna, że w większości wypadków kolejne zadanie, którego się podjęliśmy wcale nie było aż tak istotne. Tak naprawdę nic nie stało na przeszkodzie, byśmy najpierw dokończyli swoje działanie, a dopiero potem zajęli się kolejnymi.

W domu róbmy wiele rzeczy na raz

Wielozadaniowość nie jest z natury ani zła ani dobra. Wszystko tak naprawdę zależy od okoliczności, w jakich przyjdzie nam się z nią zmagać. Nie trzeba być perfekcyjną panią domu, by wiedzieć, że następujące po sobie zrobienie prania, ugotowanie obiadu i uprasowanie koszul zajmie dużo więcej czasu, niż jednoczesne uruchomienie pralki, wstawienie zupy i prasowanie pomiędzy dodawaniem do niej kolejnych składników.

– W tym przypadku możemy mówić o tzw. dobrej wielozadaniowości. Czynności, które wykonujemy symultanicznie i „po kawałku” ostatecznie zabiorą nam mniej czasu, niż gdybyśmy kończyli pierwszą i dopiero wtedy zaczynali kolejne – dodaje Frątczak.

Nie bez znaczenia pozostaje tu także mniejsze znużenie danym działaniem. Dużo łatwiej jest poprasować ogromną stertę ciuchów, jeśli podzielimy ją na kilka mniejszych, przerywanych innymi zdaniami grup.

Praca umysłowa wymaga 100% uwagi

Nieco inaczej sytuacja wygląda w warunkach pracy biurowej. Tu liczy się przede wszystkim pełna koncentracja. Teoretycznie, telefon od klienta, który odbieramy np. podczas przygotowywania ważnego raportu, zajmuje nam 3 minuty.

– W praktyce jednak potrzebujemy później nawet 20 minut, by wrócić do poziomu 100% swojego zaangażowania. Czyli ta krótka rozmowa kosztowała nas nie 3, a nawet 23 minuty. Tak duże marnotrawstwo szybko okazać się może widoczne – mówi właściciel CEO Solutions.

Warto też zastanowić się, jak wygląda nasza efektywność, gdy tego typu „rozpraszacze” pojawiają się w regularnych odstępach czasu. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest praca dużo poniżej naszych możliwości i nierzadko konieczność zabierania obowiązków służbowych do domu.

W poszukiwaniu rozwiązań

Pierwszym krokiem w każdym procesie leczenia jest prawidłowa diagnoza. Nie inaczej jest ze złą wielozadaniowością. Także tu zacząć powinniśmy od zastanowienia się, co tak naprawdę wybija nas na co dzień z rytmu i jaki w rzeczywistości mamy na to wpływ. Przeszkadzający koledzy w pracy, radio grające na parapecie, dźwięk dzwoniącego telefonu czy wyskakujące na ekranie powiadomienie o nowej wiadomości e-mail?

Większość z tych elementów da się łatwo wyeliminować. Na początek warto wprowadzić zasadę „złotej godziny”, podczas której skupiamy się wyłącznie na wykonywanym zadaniu. Sygnały dźwiękowe pozostają wtedy wyłączone, powiadomienia dezaktywowane, a współpracownicy poproszeni o nieprzeszkadzanie.

Pamiętajmy przy tym, że najważniejsze czynności należy wykonywać z samego rana. Wtedy bowiem nasz umysł jest wciąż świeży i wypoczęty, a dodatkowo mamy możliwość racjonalnego projektowania swojego czasu na cały dzień.

Duży projekt, małe kroki

Kolejną rzeczą, którą z pewnością powinniśmy sobie przyswoić, jest umiejętność dzielenia dużych, absorbujących zadań na mniejsze, realne do osiągnięcia etapy.

– Dobrym przykładem jest tutaj strategia naszego mistrza olimpijskiego, Roberta Korzeniowskiego. Jak często przyznawał, nigdy nie był on w stanie mentalnie przygotować się na pokonanie 50 kilometrów. Co innego, jeśli uświadomił sobie, że tak naprawdę ma do czynienia z dystansem 5 razy 10 km – podpowiada ekspert zarządzania czasem.

Jeśli zaś chodzi o krótsze prace, dobrym nawykiem jest zaczynanie kolejnego dopiero w momencie ukończenia poprzedniego. Efektywne wykonywanie kilku czynności będzie możliwe dopiero z prawidłowo ułożonym harmonogramem – inaczej narażamy się nie tylko na straty czasu (i nierzadko pieniędzy), ale także na stres czy frustrację. Podsumowując, stwierdzenie, że tytułowa wielozadaniowość zawsze jest dobra to bez wątpienia mit. Jak wszystko, ma ona swoje dobre i złe strony i tylko od nas zależy, czy będziemy potrafili je mądrze wykorzystać. A że z pewnością warto, nikt z nas nie ma już chyba żadnych wątpliwości.

MCI inwestuje w czołowego dostawcę zintegrowanej komunikacji w chmurze

0

Internet Ventures FIZ, fundusz z Grupy MCI Management (MCI), którego współudziałowcem jest Krajowy Fundusz Kapitałowy S.A., zainwestował blisko 4 mln zł w firmę Focus Telecom Polska Sp. z o.o. Inwestycja zakłada objęcie mniejszościowego pakietu udziałów z opcją dokapitalizowania o kolejne kilka milionów złotych.

Focus Telecom Polska to innowacyjna spółka technologiczna oferująca usługi do komunikacji biznesowej dostępne w modelu cloud computing. Firma jest liderem polskiego rynku w zakresie Unified Communications as a Service (UCaaS). Spółka dysponuje autorską platformą Unified Communications, która powstała z myślą o klientach biznesowych w celu zwiększania efektywności procesów obsługi klienta, działań sprzedażowych oraz komunikacji wewnętrznej. Platforma skupia usługi, z zakresu, m.in. zarządzania komunikacją i budowania wiedzy o kliencie (call/contact center) zaawansowanych narzędzi kontaktu dla mniejszych firm (telco smart office) oraz komunikacji grupowej (telekonferencje, webkonferencje). Spółka świadczy usługi ponad 800 klientom, osiągając kilkumilionowe przychody oraz ponad 60-procentową marżę na sprzedaży.

Inwestycja Internet Ventures FIZ zostanie przeznaczona m.in. na kontynuowanie rozbudowy platformy UcaaS oraz wzmocnienie działu sprzedaży celem dotarcia do nowych klientów na rynku krajowym, jak również przygotowania modelu biznesowego do przeniesienia na poziom międzynarodowy. Spółka dwukrotnie znalazła się w czołówce najszybciej rozwijających się firm technologicznie innowacyjnych rankingu Deloitte Technology Fast 50 2011 i 2012 w kategorii „Wschodzące Gwiazdy”. Profesjonalizm zespołu zarządzającego oraz potencjał biznesowy i wysoka jakość usług Focus Telecom Polska zostały docenione m.in. w rankingu najlepszych menedżerów (500 Menedżerów 2013 – Puls Biznesu) oraz produktów telekomunikacyjnych dla biznesu (Najlepszy Produkt dla Biznesu 2013 – Gazeta Finansowa).

– W ostatnich latach zainteresowanie naszą firmą, zarówno ze strony funduszy inwestycyjnych, jak i inwestorów prywatnych, było bardzo duże. Za współpracą z MCI przemówiło głównie doświadczenie rynkowe we wspieraniu spółek z innowacyjnym portfolio produktów. Focus Telecom Polska skupia ludzi z wyczuciem rynkowych potrzeb IT oraz proklienckim podejściem na każdym etapie tworzenia usług. Dzięki pozyskaniu tak doświadczonego inwestora pomysły na rozwój platformy i konkretnych rozwiązań wdrożymy szybciej, co pozwoli powiększyć dotychczasową przewagę konkurencyjną na rynku polskim i przystąpić do rywalizacji na arenie międzynarodowej. Liczymy również na wsparcie MCI w pozyskiwaniu kolejnych rund finansowania -– powiedział Cezary Małuj, Prezes Zarządu Focus Telecom Polska.

Wg szacunków firmy konsultingowej IDC Polska polski rynek chmury obliczeniowej w 2013 r. wzrósł o ponad 25% i przekroczył wartość 260 mln zł. W latach 2011–16 prognozy IDC Global dla rynku UC&C (unified communications and collaboration), na którym działa Focus Telecom Polska, przewidują coroczny ok. 20% wzrost oraz osiągnięcie wartości ponad 140 mln USD w 2016 r. W tym czasie szacuje się, że obroty generowane przez sektor rozwiązań contact center będą wzrastać przeciętnie o ponad 24% rocznie.

– Rynek ”cloud computing” to jeden z najszybciej rozwijających się segmentów IT w Polsce. Spółki, takie jak Focus Telecom Polska, ze swoim elastycznym modelem biznesowym, kreują istotną wartość dla swoich klientów. Łącząc innowacyjną ofertę z wysoką jakością obsługi klientów, mogą liczyć na dynamiczny wzrost skali działalności w najbliższych latach – powiedział Tomasz Danis, zarządzający funduszu Internet Ventures FIZ. – Mówimy tutaj nie tylko o rynku polskim. W naszej ocenie model biznesowy Focus Telecom Polska oraz właściwa strategia działania w perspektywie 1-2 lat pozwolą spółce na ekspansję w skali globalnej.

Inwestycja w Focus Telecom Polska to czwarta, po Hojo.pl, mGenerator i Feedo, inwestycja funduszu Internet Ventures FIZ w tym roku. Fundusz zdecydował się na dywersyfikację portfolio inwestycji. Dzięki ekspozycji na spółkę technologiczną oferującą wysokiej jakości rozwiązania komunikacyjne, w ramach synergii portfelowych, możliwe będzie potencjalnie m.in. skierowanie oferty usług Focus Telecom Polska do pozostałych spółek z grupy MCI oraz klientów biznesowych obsługiwanych przez takie spółki.
To także kolejny projekt realizowany wspólnie z Krajowym Funduszem Kapitałowym (KFK), który w roli współudziałowca kilkunastu funduszy inwestycyjnych typu venture capital, wspiera inwestowanie w młode polskie firmy napotykające na barierę finansowania swego rozwoju ze względu na wczesny etap działalności operacyjnej i niepewność odnośnie efektu ekonomicznego.

KNF: polskie banki nie obawiają się stress-testów

KNF: polskie banki nie obawiają się <a title=stress-testów" title="KNF: polskie banki nie obawiają się stress-testów" />

Wybrane banki w Polsce zostaną poddane stress-testom sprawdzającym ich wypłacalność i zdolność do bezpiecznego działania w sytuacjach kryzysowych. Zdaniem Komisji Nadzoru Finansowego oraz Narodowego Banku Polskiego, krajowa bankowość nie musi się obawiać o wyniki badania, banki nad Wisłą uważane są za bezpieczne, stabilne i efektywne.

Uczestniczymy w europejskim procesie mającym przewrócić zaufanie do instytucji finansowych w Europie, który również będzie wzmacniał zaufanie do polskiego rynku finansowego. Rynku, który jest cały czas postrzegany jako rynek wschodzący. W niepewnej sytuacji w polityce czy na rynkach finansowych bardzo ważne jest, by polski rynek nie odstawał w żadnym aspekcie od najlepszych standardów, budowanych dziś na podstawie wniosków płynących z kryzysu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Kwaśniak, zastępca przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego (KNF).

Kilka dni temu KNF rozpoczął badanie jakości aktywów w 15 polskich bankach, opierając się na metodologii Europejskiego Banku Centralnego. Wśród badanych banków są m.in. :Alior Bank, BGŻ, Millennium, PKO BP, Pekao SA, ING Bank Śląski, Bank Zachodni, mBank – w sumie wszystkie objęte badaniem banki stanowią ponad 70 proc. polskiego systemu bankowego.

Do tego badania w Polsce wybraliśmy wszystkie banki, które są notowane na giełdzie, oraz banki kwotujące stawki WIBOR/WIBID, z wyłączeniem Banku Gospodarstwa Krajowego. Wypełniamy w ten sposób zalecenia europejskie, aby owym badaniem objąć ponad 50 proc. aktywów systemu bankowego – wyjaśnia Wojciech Kwaśniak.

Dodaje, że w przypadku takich instytucji szczególnie ważne jest zaufanie ze strony inwestorów rynku kapitałowego, stąd potrzeba szczególnej przejrzystości.

Polskie banki przez cały okres kryzysu były nie tylko w pełni bezpieczne, stabilne, lecz także bardzo efektywne. A w związku z tym, w kontekście poprzednich stress-testów, uważamy, że i w tym badaniu europejskim powinny wypaść dobrze. Podobna zresztą jest ocena polskiego banku centralnego – podkreśla zastępca przewodniczącego KNF.

Wyniki badania jakości aktywów będą stanowić wkład do europejskich stress-testów. Wprowadzono je trzy lata temu na skutek światowego kryzysu finansowego i problemów strefy euro. Do tej pory testowano banki europejskie, przede wszystkim w strefie euro. W Polsce dotyczyły – na zasadzie badania skonsolidowanego – wybranych jednostek należących do międzynarodowych grup bankowych. Uwzględniały także PKO BP jako największy bank w kraju.

Stress-testy polskich banków to dla KNF-u to możliwość upewnienia się w sądzie o jakości kluczowych instytucji sektora bankowego.

Upewnimy się, że wypełniamy standardy ustalone na poziomie europejskim. Dodatkowo, uczestnicząc w tym procesie jesteśmy – co ważne – partnerem do dyskusji na poziomie regulatorów unijnych – twierdzi zastępca przewodniczącego KNF.

Co więcej, współpraca oznacza dostęp do europejskiej metodologii, standardu budowania wniosków na podstawie badań i przygotowania do stress-testów.

Po zakończeniu powinniśmy mieć dobrze zdiagnozowany system bankowy, cieszący się dużym zaufaniem na zewnątrz. To dobra podstawa do dalszego rozwoju i wsparcia rosnącej po okresie spowolnienia gospodarki – wyjaśnia Wojciech Kwaśniak.

Już rok działa nowy system transakcyjny GPW. Korzyści z jego wprowadzenia będą rosnąć wraz z rozwojem rynku

CEO Magazyn Polska

Rok temu warszawska Giełda Papierów Wartościowych wprowadziła nowy system transakcyjny UTP, który należy do systemów najnowszej generacji. Potrafi on obsłużyć 20 tys. zleceń na sekundę, czyli ponad 20 razy więcej niż poprzednik – WARSET. Jego wprowadzenie otworzyło drogę do szybkiego rozwoju nowej palety instrumentów, a inwestorzy zyskali możliwość składania niedostępnych wcześniej typów zleceń.

Według Łukasza Bugaja z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska UTP to inwestycja, która będzie procentować w długim okresie, jeżeli wzrośnie napływ kapitału i poprawi się płynność na warszawskim parkiecie.

Zwiększyła się automatyzacja i wprowadzono nowe zlecenia, które są wykorzystywane. Nowy system daje pewną elastyczność oraz zwiększa poziom automatyzacji, czyli jako inwestor mogę funkcjonować dalej na rynku, nie będąc przy monitorze, np. mogę wprowadzić takie polecenie, aby moje zlecenie zawsze było jednym z pierwszych w arkuszu zleceń. Tego nie można było uczynić wcześniej – wskazuje Łukasz Bugaj, analityk Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. – Można powiedzieć, że zmieniliśmy starego malucha na nowego mercedesa, ale jeszcze niekoniecznie szybko nim jeździmy. Mamy taką możliwość w przyszłości.

Obok zlecenia typu Peg, dzięki systemowi UTP inwestorzy zyskali możliwość składania zleceń WNF (Ważne na najbliższy fixing), WNZ (Ważne na zamknięcie) i WDC (Ważne do czasu). Zlikwidowano zlecenie PCRO (Po cenie rynkowej na otwarcie), które będzie dostępne w ramach popularnego zlecenia PCR (Po cenie rynkowej) przed otwarciem notowań. Dzięki wprowadzeniu UTP wzrosły także możliwości rozwoju tzw. handlu wysokiej częstotliwości. Dla profesjonalnych inwestorów na rynkach derywatów, składających zlecenia o dużej wartości, znaczenie mają nawet ułamki sekund.

– Pole manewru jest większe, wprowadzona została również możliwość funkcjonowania handlu wysokich częstotliwości, jednak potrzebna jest dla niego bardzo duża płynność na poszczególnych papierach, a z tym, niestety, potrafią być problemy na warszawskim parkiecie. I one niejako nie zostały rozwiązane w trakcie wprowadzania nowego systemu, nie jest jednak panaceum na bolączki naszego rynku – uważa Bugaj.

Wprowadzenie UTP jest komplementarne względem innych działań, mających na celu m.in. zwiększenie płynności na rynku. Zmiany nie ominęły również rynku instrumentów pochodnych, zwłaszcza kontraktów terminowych na indeks WIG20. Giełda zwiększyła mnożnik na kontrakty terminowe na WIG20 i WIG30 z 10 do 20 zł. Oznacza to, że zmiana notowań o 1 pkt przekłada się na 20 zł zysku lub straty dla inwestora, w zależności od zajmowanej pozycji. Wyższy mnożnik to nie tylko wyższy możliwy zysk i ryzyko, lecz także niższe koszty składania zleceń w stosunku do oczekiwanych zysków. To oczywiście oznacza większą atrakcyjność rynków derywatów, zarówno w celach spekulacyjnych, jak i hedgingowych. 

Skuteczne uruchomienie UTP pozwoliło na rozszerzenie segmentu rynku instrumentów pochodnych. Oferta GPW została wzbogacona o takie kategorie instrumentów, jak kontakty terminowe na stawki referencyjne WIBOR oraz obligacje skarbowe, a w 2014 r. planowane jest wprowadzenie do obrotu, m.in. opcji na akcje. W dalszej perspektywie wzmocnieniem pozycji GPW w obszarze instrumentów pochodnych będzie wdrożenie osobnego, dedykowanego tym instrumentom systemu transakcyjnego UTP-Derivatives, czyli tzw. UTP-D.

– Jeżeli chodzi o rynki instrumentów pochodnych, to ważna jest zmienność, która panuje na parkiecie, ważne też jest nastawienie inwestorów do rynku i wydaje się, że te czynniki przeważają. One mogą być korzystne bądź nie. I zmiana systemu handlu miała oczywiście pewien wpływ, większa zdolność automatyzacji handlu jest przez część inwestorów wykorzystywana – zaznacza analityk DM BOŚ w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Obecnie trwają prace nad poszukiwaniem nowej strategii rozwoju dla polskiego rynku kapitałowego. Kieruje nimi Rada Rozwoju Rynku Finansowego, w skład której weszli przedstawiciele Ministerstwa Skarbu Państwa, Ministerstwa Finansów oraz uczestnicy rynku. Całościowa strategia jest tym bardziej istotna, że w ostatnim roku inwestorzy obawiali się ryzyka związanego z demontażem OFE i jego konsekwencji dla giełdy, zarówno w krótszym, jak i dłuższym horyzoncie czasowym. Z pewnością zmiany w II filarze nie umknęły także uwadze inwestorów zagranicznych, o czym świadczą relacje w światowych mediach finansowych.

Poprawa koniunktury w realnej gospodarce i utrzymujące się na rekordowo niskim poziomie stopy procentowe NBP powinny jednak przełożyć się na wzrost wolumenu transakcji i płynności w najbliższych kwartałach. Istotne jest także to, że inwestorzy nie zostali obciążeni kosztami wprowadzenia UTP, a więc nie wzrosły koszty związane z lokowaniem kapitału na giełdzie.

– Koszty transakcyjne jako takie się nie zmieniły. Jeżeli chodzi o koszt wprowadzenia całego systemu, to został on poniesiony w przeszłości zarówno przez biura maklerskie, jak i przez giełdę. Te koszty są gdzieś widoczne, w przypadku papierów wartościowych są amortyzowane, one nie zostały de facto przerzucone na końcowego użytkownika w postaci inwestora, co jest dla niego korzystne, bo poniesione nakłady nie były małe – twierdzi Łukasz Bugaj.

Rozwój sieci szerokopasmowych może być spowolniony. Konieczna zmiana prawa

CEO Magazyn Polska

Bez zmiany prawa rozwój sieci szerokopasmowych w Polsce będzie spowolniony z powodów administracyjnych – uważa Anna Streżyńska, prezes Wielkopolskich Sieci Szerokopasmowych. Jeszcze w tym roku nowe przepisy powinny stworzyć preferencyjne warunki dla tych inwestycji, kluczowych z punktu widzenia rozwoju internetu. Inaczej prywatni przedsiębiorcy mogą nie poradzić sobie z uzyskaniem niezbędnych pozwoleń. Prace usprawnić mogłoby powołanie krajowego koordynatora budowy sieci szerokopasmowych.

W 2014 roku powinniśmy całkowicie zmienić system prawa, tak, jak to zrobiono w Korei. Tam w 1994 roku podjęto decyzję o tym, że szerokie pasmo jest najważniejsze dla kraju. I cały system się zmienił, wszystkie bariery administracyjne i finansowe zostały zredukowane, zero podatków, zero problemów inwestycyjnych, administracyjnych, zgód, uzgodnień, terminów – apeluje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Streżyńska, prezes Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej.

Streżyńska mówi, że choć w Polsce trwa projekt zapewnienia powszechnego dostępu do sieci szerokopasmowych, to brakuje odpowiednich przepisów prawnych. Zgodnie z Narodowym Planem Szerokopasmowym do 2020 r. każde polskie gospodarstwo domowe ma mieć dostęp do internetu o prędkości minimum 30 Mb/s, a połowa z nich ma korzystać z co najmniej 100 Mb/s. Na obszarach, gdzie operatorom komercyjnym nie opłaca się budować sieci, zajmują się tym spółki z udziałem podmiotów publicznych, jak Wielkopolska Sieć Szerokopasmowa.

Według Streżyńskiej, borykają się oni jednak z barierami prawnymi i administracyjnymi, związanymi m.in. z możliwością budowy w pasie dróg publicznych oraz z kwestiami geodezyjnymi. Część władz lokalnych nie wspiera też inwestycji. Streżyńska podkreśla, że te sprawy powinny być rozwiązane już przed 2006 r., czyli przed startem poprzedniej unijnej perspektywy budżetowej.

A najpóźniej na początku perspektywy budżetowej. One teraz są głównymi problemami. Brakuje powszechnego mniemania, że jest to wspólny cel, że dzięki niemu cały nasz region się zmieni, że wszystkie ręce na pokład i pracujemy na Wielkopolskę szerokopasmową. Są też obiektywne mechanizmy wynikające z wymagań prawa   trzeba dostarczać różne dokumenty, bez których nie ma poczucia bezpieczeństwa ani ten urzędnik, który wydaje różne zgody, ani my jako inwestor – podkreśla Streżyńska.

Inwestorzy i urzędnicy muszą spełniać wymogi administracyjne, bo są kontrolowani także przez Komisję Europejską. Dopóki budową sieci szerokopasmowych zajmują się podmioty publiczne, problemy administracyjne są mniejsze. Streżyńska obawia się jednak, że przedsiębiorcy prywatni, którzy będą się tym zajmować w nowej unijnej perspektywie, będą mieli jeszcze trudniejsze zadanie.

Ciała publiczne są inaczej, lepiej traktowane, gdy załatwiają pozwolenia i różne inne dokumenty. A wiemy, jak administracja w przeważającej mierze traktuje przedsiębiorcę – jak potencjalnego naciągacza. W związku z tym brakuje przełożenia tych wszystkich problemów na rozwiązania, które będą nie tylko dotyczyły administracji samorządowej, inwestującej w telekomunikację, lecz przede wszystkim przedsiębiorców, na których będzie spoczywała cała przyszła perspektywa budżetowa – przestrzega Streżyńska.

Według niej, rozwiązaniem byłaby nie tylko zmiana prawa, lecz przede wszystkim powołanie urzędu lub osoby odpowiedzialnych za projekt Polski Szerokopasmowej. Gospodarz projektu musiałby mieć ustawowo nadaną możliwość wydawania decyzji administracyjnych. Zajmowałby się też planowaniem inwestycji w skali całego kraju. Po stworzeniu takiej pozycji inwestorzy mogliby łatwiej i z mniejszymi problemami przeprowadzać inwestycje.

Z elektronicznego potwierdzenia odbioru w Poczcie Polskiej korzysta już blisko 100 firm

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba firm, które wybierają elektroniczne potwierdzenie odbioru (EPO) zamiast tradycyjnych, papierowych zwrotek. Nowe rozwiązanie to oszczędność czasu dla klientów operatora, wśród których dużą część stanowi sektor finansowy. To również ułatwienie przy sprawach sądowych – elektroniczne potwierdzenie odbioru jest prawnie wiążące jako dowód w sądzie.

Z naszej usługi elektronicznego potwierdzenia odbioru korzystają już banki, firmy ubezpieczeniowe czy windykacyjne. Co ważne, w skali miesiąca odnotowujemy blisko 100-proc. wzrosty wysyłanych potwierdzeń dostarczenia lub zwrotu przesyłki poleconej. Nadawcy chcą mieć pełną informację o doręczeniu przesyłki poleconej lub jej zwrocie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Baranowski, rzecznik Poczty Polskiej.

Elektroniczne potwierdzenie odbioru to usługa głównie dla klientów biznesowych Poczty. To alternatywa dla tradycyjnej, papierowej zwrotki.

Dla naszych klientów oznacza to przede wszystkim skrócenie procesów, które są istotne w prowadzeniu ich biznesów – mówi Zbigniew Baranowski.

Rzecznik podkreśla, że EPO można się posługiwać jako dowodem w postępowaniach sądowych.

W przeciągu 12 miesięcy od nadania takiej przesyłki ze zwrotnym elektronicznym potwierdzeniem odbioru, jeżeli jest konieczność okazania takiego dokumentu w sądzie, Poczta Polska weryfikuje to, wystawia poświadczenie takiego dokumentu i bez problemu możemy z tego rozwiązania korzystać także na drodze sądowej – wyjaśnia Baranowski.

Elektroniczne potwierdzenie odbioru to jeden z elementów większego procesu, jakim jest cyfryzacja i elektronizacja usług pocztowych.

Mamy elektroniczne awizo, z którego korzysta dzisiaj już 100 tys. klientów, mamy elektroniczną informację o doręczeniu przesyłki, możliwość nadania elektronicznej kartki czy listu przez internet, który Poczta Polska drukuje i doręcza w tradycyjnej formie. Jest też możliwość wydrukowania z internetu znaczka pocztowego, naklejenia go na list i wysłania tradycyjną drogą – wymienia rzecznik Poczty Polskiej.

Operator konsekwentnie rozszerza swoje portfolio elektronicznych usług, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom zmieniającego się rynku. Od dłuższego czasu spadają wolumeny papierowej korespondencji i rośnie znaczenie usług elektronicznych. Ten trend będzie się utrzymywał, na co wskazują ubiegłoroczne badania klientów, jakie przeprowadziła Poczta Polska.

W grupie najmłodszych klientów blisko 80-90 proc. uczestników deklarowało, że chce drogą elektroniczną – czyli poprzez komórkę lub internet – kontaktować się z dostawcami usług masowych. To oznacza, że takie firmy jak Poczta Polska nie mają innego wyjścia, tylko muszą elektronizować swoją ofertę tak, aby coraz młodsze pokolenia chciały z usług Poczty Polskiej korzystać – tłumaczy Baranowski.

Poczta Polska zapowiada dalszy rozwój i doskonalenie swojej oferty elektronicznych usług. W ten sposób firma chce lepiej wykorzystywać posiadane zasoby, m.in. dobrze rozwiniętą sieć placówek, logistykę oraz doświadczenie.

Poczta Polska jest dzisiaj jedyną firmą logistyczną, pocztową w tym kraju, która jest w stanie realizować bardzo złożone i skomplikowane zlecenia na rynku pocztowym dotyczące obsługi przesyłek na terenie całego kraju. Firma ma blisko 7,5 tys. placówek. Dociera właściwie do każdego zakątka kraju, co trudno jest zrealizować naszym konkurentom. Wszystkie te elementy, czyli właśnie infrastruktura, placówki, przeszkolony i doświadczony personel, możliwość dotarcia do każdego właściwie zakątka kraju powodują, że dzisiaj jesteśmy najważniejszym graczem, liderem na tym rynku –podkreśla rzecznik Poczty Polskiej.

Baltona chce wejść na europejskie lotniska. Będzie inwestować też w sklepy dla dyplomatów

0

CEO Magazyn Polska

Baltona, dysponująca największą siecią sklepów wolnocłowych na lotniskach, będzie inwestować poza Polską. Spośród polskich portów lotniczych możliwości rozwoju oferuje jeszcze jedynie Kraków – tu przetarg na zajęcie stref komercyjnych zaplanowany jest na przełom roku. Spółka liczy na poprawę wyniku z zeszłego roku, w którym przychody wzrosły o 35 proc. Baltona stawia także na usługi dla dyplomatów, co ma przynieść kilkadziesiąt milionów złotych przychodu rocznie. 

Polska przestaje być dla nas miejscem rozwoju. Przed nami ostatni wielki przetarg na duże lotnisko, czyli lotnisko w Krakowie, który jest spodziewany na koniec tego roku albo na początek przyszłego. Po zakończeniu tego przetargu wszystkie większe lotniska będą na kilka lat zajęte przez liderów rynku, z czego Baltona ma ich znaczną większość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Uryga, prezes zarządu PHZ Baltona SA.

Nasycenie rynku polskich lotnisk – głównego obszaru działalności Baltony – wynika z zakończenia ich rozbudowy. Strefy komercyjne zostały rozdzielone pomiędzy najemców na wiele lat. Baltona zdobyła wiele spośród tych kontraktów. Ma ok. połowy udziału w całkowitych obrotach na rynku. Druga połowa to warszawskie lotnisko Chopina, na którym jest nieobecna. W Gdańsku, Rzeszowie i Poznaniu ma wyłączność w strefie bezcłowej, a dominuje w Katowicach i Bydgoszczy.

Już w ubiegłym roku Baltona rozpoczęła ekspansję europejską, otwierając sklepy we Lwowie i Montpellier. W tym roku zdobyła kontrakt na lotnisku w Alghero na Sardynii i bierze udział w kilkunastu kolejnych przetargach. Choć możliwości rozwoju w Europie są większe niż w samej Polsce, nie jest to łatwy rynek.

Europa jest bardzo dojrzałym i wymagającym rynkiem. To rynek klienta, który ma niesamowicie rozwinięty rynek lokalny, i kiedy przebywa na lotnisku, niełatwo go zadowolić. Oczekuje bardzo wysokiej klasy usług, bardzo wysokiej jakości produktu, i to narzuca nam spore wymagania – podkreśla Uryga. – Kolejną specjalnością Europy jest to, że wszędzie na świecie klient kupuje w klasycznym duty free, w którym ceny są dużo niższe niż na lokalnym rynku. W Europie to już w znacznej mierze przestało funkcjonować.

Ponieważ handel międzynarodowy w obrębie Unii Europejskiej nie jest objęty cłem, na lotniskach przy lotach europejskich nie ma możliwości prowadzenia sprzedaży bezcłowej. Takie połączenia to, według Urygi, aż 70-75 proc. wszystkich lotów w UE. Dlatego Baltona nie może oferować znacznie tańszych produktów. Taka możliwość istnieje jedynie dla pasażerów lecących poza Unię Europejską.

Ubiegły rok był dla spółki rekordowy. Baltona zanotowała przychody w wysokości 245 mln zł, o 35 proc. więcej niż w 2012 r. EBITDA wyniosła 1,5 mln zł, a łącznie grupa Baltony odnotowała stratę netto w wysokości 6 mln zł.

Uryga podkreśla, że był to udany rok, bo Baltona zwiększyła sprzedaż we wszystkich obszarach działalności. O 20 proc. wzrosła sprzedaż w sklepach, a w dystrybucji B2B i gastronomii wzrost przekroczył 100 proc. W tym roku wzrost też ma być dwucyfrowy. Szczególne nadzieje Uryga wiąże ze sprzedażą dla dyplomatów. W ubiegłym roku Baltona przejęła większość udziałów w holenderskiej spółce CDD Holding BV, która ma m.in. 5 sklepów dla dyplomatów w Brukseli, Hadze, Londynie i Paryżu.

Kilka lat temu Baltona była bardzo skoncentrowana na sektorze lotnisk, głównie w Polsce. Mieliśmy niewielką spółkę prowadzącą obsługę statków wpływających do polskich portów. Od tego czasu staramy się dywersyfikować nasze ryzyka działania w segmencie lotniczym i bardzo intensywnie rozwijamy tę działalność dystrybucyjną, która działa w kilkunastu różnych kanałach. Jednym z głównych kanałów jest kanał dyplomatyczny i militarny, obsługa jednostek i organizacji NATO, ONZ – tłumaczy Uryga.

Pod znaną marką Chacalli Baltona jeszcze w tym roku chce rozpocząć sprzedaż dla dyplomatów w Europie Środkowo-Wschodniej, a do końca 2015 r. ma być w całej Europie. Ten obszar rocznie może przynosić dodatkowych kilkanaście milionów złotych przychodu.

Uryga podkreśla, że firma musi odpowiadać na różne potrzeby klientów. Inne rzeczy kupują osoby lecące do pracy np. do Wielkiej Brytanii, a inne – turyści podróżujący lotem czarterowym na wakacje. Choć Baltona rozszerza ofertę o produkty lokalne, akcesoria, biżuterię, torebki i odzież, to najważniejsze pozostają tradycyjne grupy produktów. W 2013 r. aż 45 proc. sprzedaży PZH Baltona stanowiły produkty tytoniowe. 19 proc. to alkohol, a niecałe 13 proc. – kosmetyki.

Na rynku pojawiają się nowe innowacyjne sposoby płatności. Młodzi Polacy wkrótce przestaną płacić gotówką, a nawet kartą

0

CEO Magazyn Polska

Polacy mają w portfelach ok. 20 mln kart z możliwością płatności zbliżeniowej, a co miesiąc dokonują nimi kilkanaście milionów transakcji. Coraz większą popularność zdobywają również płatności zbliżeniowe przez telefon. Wraz z rozwojem technologii pojawiają się coraz to nowe sposoby płatności, zwiększające wygodę klienta, które mają szansę przyjąć się na rynku. – W Polsce są zarówno odpowiednie rozwiązania technologiczne, jak i zainteresowanie ze strony klientów – podkreśla Janusz Diemko, prezes First Data, właściciela marki Polcard.

Myślę, że będziemy mieli coraz więcej opcji. Niektórzy chcą płacić kartami bezstykowymi, inni chcą płacić telefonami. Niektórzy chcą płacić telefonami, ale niekoniecznie chcą zmieniać telefon czy operatora – twierdzi Janusz Diemko, prezes zarządu w firmie First Data.

Polska jest liderem transakcji zbliżeniowych w Europie. Z danych First Data wynika, że w marcu 2011 roku zanotowano około 80 tysięcy transakcji zbliżeniowych, rok później było ich już 900 tysięcy, a w marcu 2013 zarejestrowano ich niemal 3 miliony. Stopniowo rośnie również liczba osób korzystających z możliwości bezstykowej płatności przez telefon. Szybki rozwój tego typu rozwiązań technologicznych świadczy o tym, że polscy konsumenci, szczególnie młodzi, będą z zainteresowaniem przyglądać się kolejnym propozycjom.

– Jak patrzymy na pokolenie Z i kolejne, to widzimy, że oni szybciej zaakceptują wszystko w telefonie niż my. My dalej mamy karty, wprawdzie używamy telefonów, ale jeszcze w małym stopniu. Kolejne pokolenie, które robi wszystko w internecie czy na Facebooku, może szybciej odejść od tradycji. Jeżeli będą odpowiednie rozwiązania, to zakładam, że większość młodych ludzi chętnie zrezygnuje i z gotówki, i z kart – prognozuje Janusz Diemko.

Zdaniem prezesa First Data, na nowe rozwiązania nie trzeba będzie długo czekać.

– Będziemy mogli płacić, nie wyjmując telefonu z kieszeni, tylko wchodząc do sklepu. System kasowy w sklepie rozpozna nasze zdjęcie, sprzedawca w sklepie będzie wiedział, kim jesteśmy, więc będziemy mogli wziąć towary, a przy wychodzeniu ze sklepu pieniądze zostaną z naszego rachunku potrącone – wyjaśnia Janusz Diemko w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Tego typu rozwiązania mogą przy okazji służyć budowaniu lojalności klientów.

–  Jeżeli np. dana sieć ma wiele kawiarni, to może wysyłać do klientów ofertę, która będzie ważna tylko przez 10 minut. Jeżeli wie, że dana osoba już wcześniej była klientem, może dostać dodatkowy rabat. W ten sposób sieć będzie w stanie kontrolować, czy częstsze są wizyty danych klientów, czy też nie. Można to dostosować w taki sposób, żeby rabaty były wykorzystywane, żeby sieć dawała taki rabat, żeby budować lojalności klientów – podkreśla Janusz Diemko.

Takie technologie już niedługo mogą stać się częścią codziennego życia.

 To już możemy wdrażać. Software jest gotowy, tylko wymaga integracji z systemami kasowymi. Są rozwiązania, są telefony. Jedyna kwestia to chęci – deklaruje prezes zarządu First Data, właściciela marki Polcard.

Na łagodnym sezonie grypowym gospodarka straciła 1 mld zł. Pięciokrotnie mniej niż rok temu

CEO Magazyn Polska

Tegoroczny sezon grypowy był wyjątkowo łagodny kosztował gospodarkę ok. 1 mld zł. Koszty w latach o zwiększonej zachorowalności, jak sezon 2012/2013, sięgnęły 4-5 mld zł. Na nieobecności chorych pracowników tracą też pracodawcy, dlatego opłacalna staje się dla nich inwestycja w szczepienia przeciwko grypie dla pracowników.

Absencja chorobowa generuje dla pracodawcy koszty związane z koniecznością znalezienia zastępstwa, wypłatą dodatkowych wynagrodzeń czy częściowego wynagrodzenia chorującemu pracownikowi, opóźnieniem produkcji i realizacji kontraktów, czyli brakiem wypracowanego zysku.

– Koszty absencji chorobowej w Polsce zostały oszacowane i okazuje się, że jeżeli mamy niewiele zachorowań, tak jak w sezonie 201314, koszty w ogólnej gospodarce wynoszą ok. miliarda złotych. Natomiast, jeżeli dochodzi do licznych zachorowań, jak to miało miejsce w sezonie 201213, to tego typu koszty mogą wynieść około 4-5 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Adam Antczak, Dziekan Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Lekarz podkreśla, że zapobieganiu stratom występującym w sezonie grypowym wskutek nieobecności pracowników na stanowiskach pracy może pomóc immunizacja, czyli szczepienia przeciwko grypie. Po przeanalizowaniu kosztów absencji wydatek na szczepienia rzędu 20 zł na pracownika staje się nie tylko racjonalny, lecz także opłacalny.

W wymiarze ekonomicznym szczepienia przeciw grypie opłacają się w sposób niezwykły: w wymiarze gospodarstwa domowego, bo nie choruję, więc więcej zarabiam i jednocześnie w wymiarze przedsiębiorstwa, bo zdrowi pracownicy to pracownicy bardziej zadowoleni, a przede wszystkim znacznie wydajniejsi – przyznaje prof. Adam Antczak i podkreśla, że jeden dzień absencji chorobowej pracownika w przeciętnym przedsiębiorstwie to znacznie więcej niż wspomniane 20 zł. 

W naszym kraju, mimo że brakuje powszechnej świadomości problemu zarówno ze strony pracownika, jak i pracodawcy, coraz częściej spotyka się świadomych przedsiębiorców, którzy doceniają znaczenie szczepień przeciw grypie w wymiarze, tak społecznym, jak i ekonomicznym. Jednocześnie jest cała rzesza przedsiębiorców, którzy tego nie wiedzą lub nie myślą o tym, jako o sposobie na uniknięcie absencji chorobowej.

Szczepienie przeciw grypie chroni przed grypą i powikłaniami, ale warto też pamiętać, że ci, którzy szczepią się przeciw grypie, zwykle łagodniej i rzadziej chorują na inne zakażenia układu oddechowego. Krótko mówiąc, jest mniej przeziębień lub one są łagodniejsze – mówi prof. Antczak.

Jeżeli dzisiaj mówi się z sukcesem o zatrzymaniu wyszczepialności na poziomie 3,8 proc., to ja mówię, że to jest za mało, na pewno nikogo to nie zadowala – przyznaje dr Andrzej Mądrala, wiceprezydent Pracodawców RP. – Zrzeszamy większość zakładów pracy, zarówno prywatnych, jak i państwowych. Chcemy zaapelować poprzez dyrektorów, prezesów do pracowników, aby te szczepienia stały się powszechne.

Jego zdaniem szczepionki dla pracownika powinny być bezpłatne i w jak najmniejszym stopniu opodatkowane dla pracodawcy.

Lublin szuka inwestorów. Chce zaangażować się w prace nad prototypem autobusu elektrycznego

CEO Magazyn Polska

Lublin potrzebuje napływu kapitału zewnętrznego. To właśnie inwestorzy z innych obszarów kraju i z zagranicy mają pomóc tworzyć nowe miejsca pracy dla mieszkańców. Miasto chce ich zachęcać m.in. oferując tereny w specjalnej strefie ekonomicznej, pomoc w kontaktach ze Wschodem oraz duży potencjał akademicki. W regionie i w samym Lublinie poprawia się infrastruktura oraz transport. Władze miasta angażują się także w prace nad lubelskim autobusem elektrycznym.

Bez przyciągnięcia inwestycji zewnętrznych trudne będzie większe zdynamizowanie rozwoju Lublina. Własny potencjał inwestycyjny miasta i regionu jest niewystarczający. Nie ma w zasobie regionu lubelskiego takiego kapitału, który w perspektywie najbliższych kilku lat rozwiązałby problemy niedorozwoju gospodarczego. Infrastrukturę wybudujemy, natomiast miejsca pracy musi stworzyć biznes – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Żuk, prezydent Lublina.

Żuk zapowiada, że inwestorzy spoza miasta mają pozwolić wykorzystać istniejący kapitał Lublina, podobnie jak miało to miejsce w innych dużych ośrodkach w Polsce. Miasto chce zachęcać ich m.in. poprzez wsparcie współpracy biznesu i nauki (np. tworzenie kierunków studiów dostosowanych do potrzeb firm) oraz innowacyjnych przedsięwzięć. Żuk dodaje, że szczególnie atrakcyjne są nowoczesne przedsiębiorstwa, ale nie zapomina np. o motoryzacji, która zawsze była obecna w Lublinie. Podkreśla jednak, że niezbędna jest poprawa innowacyjności tego obszaru.

W przyciąganiu inwestorów ma też pomóc nowoczesna infrastruktura transportowa oraz telekomunikacyjna. Żuk wylicza m.in. projekt Sieci Szerokopasmowej Polski Wschodniej, w ramach którego w województwie lubelskim zainwestowane zostanie 385 mln zł. Prace ruszyły w marcu tego roku, a zakończenie planowane jest na czwarty kwartał 2015 r. Dzięki infrastrukturze Lublin liczy na napływ inwestorów zarówno zainteresowanych przestrzenią biurową, np. z branży outsourcingu (BPO), jak i przemysłową.

Wykonaliśmy wszystkie zadania, które są fundamentem dla przyciągania biznesu. Jest lotnisko, jest obwodnica, są rozwiązania drogowe, które zapewniają dostępność komunikacyjną – wylicza Żuk. – Mamy specjalną strefę ekonomiczną, mamy uzbrojony duży obszar poza SSE dla biznesu. Łącznie wydaliśmy około 100 mln złotych i jesteśmy przygotowani na to, by przyjąć każdą inwestycję.

Dodaje, że mocną stroną Lublina jest dostępność siły roboczej oraz jej niska fluktuacja. Spośród zatrudnionych w obszarze BPO, w którym powstało już 3 tys. miejsc pracy, tylko ok. 4 proc. zatrudnionych zrezygnowało z pracy. Tymczasem na zachodzie kraju, jak zaznacza Żuk, fluktuacja sięga nawet 40 proc., a pracownicy chętniej przenoszą się np. do Warszawy.

Poza pracownikami i infrastrukturą Lublin oferuje inwestorom też wsparcie przy rozpoczęciu działalności i rekrutacji. Żuk dodaje, że miasto jest też dobrą bazą dla działalności na Wschodzie, bo ma osiem miast partnerskich na Ukrainie i kontakty m.in. z Azerbejdżanem, Białorusią, Gruzją i Mołdawią.

Do tego rozwojowi miasta sprzyjają środki unijne, dzięki którym coraz lepsza i bardziej ekologiczna jest np. komunikacja miejska. Od grudnia po Lublinie jeżdżą pierwsze trolejbusy zmontowane w tym mieście przez konsorcjum Ursusa i ukraińskiej firmy Bogdan.

 Innym przykładem jest gotowość wejścia przez miasto do spółki, która będzie przygotowywać autobus z napędem elektrycznym lub trolejbusy. Produkujemy w Lublinie trolejbusy, a od trolejbusu do autobusu jest tylko krok. Jesteśmy zainteresowani, żeby wspólnie z firmą Ursus, Politechniką Lubelską i ewentualnymi innymi partnerami wdrażać tego typu projekty – zapowiada Żuk.

Pierwszy prototyp lubelskiego autobusu elektrycznego ma powstać jeszcze w tym roku. Żuk zauważa jednak, że w obszarze komunikacji zbiorowej miasto nie tylko rozwija produkcję, lecz także inwestuje. Celem jest stworzenie nisko- lub wręcz bezemisyjnego transportu. Za ponad 500 mln zł Lublin ma już m.in. nowy tabor, system informacji oraz sterowania ruchem, a planuje także budowę zintegrowanego dworca i poprawę dojazdu z gmin podmiejskich. Żuk liczy na duże wsparcie z UE, także na zakupu kolejnych trolejbusów.

Tylko połowa użytkowników smartfonów używa aplikacji

CEO Magazyn Polska

Już 46 proc. Polaków posiada smartfony, ale tylko połowa z nich wykorzystuje je aktywnie. Smartfony zostały zaprojektowane tak, aby łatwiej korzystało się na nich z internetu, ale prawdziwą wartością dodaną urządzeń tego typu jest możliwość instalowania aplikacji.

Spora część użytkowników, którzy aktywnie korzystają ze smartfonów, tak naprawdę przegląda tylko internet, wykorzystuje przeglądarkę internetową lub różnego rodzaju komunikatory – twierdzi Konrad Latkowski, udziałowiec firmy analitycznej Grupa Manubia.

Aktywne korzystanie ze smartfonów to nie tylko otwarcie przeglądarki internetowej, lecz także pobieranie i używanie mobilnych aplikacji, które niejednokrotnie potrafią ułatwić życie, a czasami nawet pozwalają odzyskać pieniądze.

Taką aplikacją jest pudełko na gwarancje, które pozwala archiwizować w prosty sposób na swoim telefonie wszystkie paragony, faktury, dowody zakupu – mówi Latkowski agencji informacyjnej Newseria.

Wystarczy zrobić zdjęcie paragonu lub zeskanować kod produktu. Aplikacja przeszuka swoją bazę i przyporządkuje produkt do odpowiedniej kategorii. W ten sposób wszystkie dowody zakupów, które są niezbędne przy reklamowaniu produktów, lądują w jednym miejscu.

Jeśli paragon wyblaknie, to mamy pewność, że możemy się odwołać u sprzedawcy do naszej aplikacji i powiedzieć: niestety, paragon wyblakł, ale mam tutaj kopię bezpieczeństwa w postaci zdjęcia – przekonuje przedstawiciel Grupy Manubia.

Wiele osób szuka w internecie informacji na temat ochrony zdrowia i chciałoby mieć do nich dostęp w każdej sytuacji. Powstały aplikacje, które podpowiedzą, którego lekarza warto wybrać, bazując na opiniach innych użytkowników.

Po każdej wizycie wystawiana jest recenzja danego lekarza. Dzięki temu w prosty sposób możemy znaleźć lekarza najbliżej naszego domu, ale jednocześnie najlepszego – z dużą liczbą rekomendacji. To często ułatwia życie, żeby trafić do kogoś kompetentnego, a nie do kogoś przypadkowego – tłumaczy Latkowski.

Ze względu na rozwijający się rynek gastronomiczny oferujący jedzenie z dostawą, powstają także aplikacje, dzięki którym można wybrać restaurację i złożyć zamówienie z dowolnego miejsca. 

Wprowadzamy adres i otrzymujemy dostępne restauracje, które dowożą do miejsca, w którym się znajdujemy. Możemy wybierać spośród różnych kuchni i cen posiłków, więc pozwala to łatwo wyszukać i zamówić sobie jedzenie – zapewnia Konrad Latkowski. – Jest też system do współdzielenia list zakupów. Jeśli wychodzę z domu i rano dziewczyna mi mówi, żebym kupił mleko, to oczywiście o tym zapomnę. Ale mam to w aplikacji i w ciągu dnia ona może dopisać do tej listy kilka innych produktów, które właśnie się skończyły w domu, żebym wracając mógł je zakupić.

Dużą część aplikacji stanowią również gry, z których najchętniej korzystają najmłodsi użytkownicy smartfonów. Dużą popularnością wśród użytkowników cieszą się także wszelkie systemy nawigacyjnej, których można używać za pomocą telefonów komórkowych.

Deutsche Bank podwyższył cenę docelową dla ENEI

Analitycy Deutsche Banku w raporcie z 14 kwietnia 2014 r. podtrzymali rekomendację „Trzymaj” dla akcji ENEI. Jednocześnie podnieśli cenę docelową do poziomu 15,70 zł za walor.

PwC wzmacnia dział Doradztwa Biznesowego

Firma doradcza PwC informuje o wzmocnieniu działu Doradztwa Biznesowego kompetencjami ekspertów z Roland Berger Strategy Consultants. Do PwC dołączyło 19 osób z polskiego oddziału Roland Berger, specjalizujących się w doradztwie strategicznym oraz usługach dla sektora FMCG oraz handlu detalicznego (retail). Wraz z rozszerzeniem zespołu Doradztwa Biznesowego PwC, w gronie partnerów firmy znajdą się Krzysztof Badowski i Maciej Korzeniowski, wcześniej partnerzy Roland Berger w Polsce.

„Wzmocnienie zespołu doradztwa strategicznego w Polsce jest częścią bardzo konsekwentnie realizowanej strategii – naszym celem jest świadczenie wszystkich usług pod jednym dachem i w tym kierunku sukcesywnie rozwijamy ofertę. Chcemy być wyraźnym i niekwestionowanym liderem w doradztwie strategicznym w Polsce i regionie Europy Środkowo – Wschodniej. Rozszerzenie polskiego zespołu o bardzo konkretne kompetencje pozwoliło nam zbudować przewagę praktycznie z dnia na dzień, a nasi klienci już od teraz uzyskują dostęp do umiejętności i doświadczeń nowych kolegów. A wszystko w ramach PwC, bez konieczności wdrażania kolejnych zespołów doradczych i współpracy z wieloma firmami” – podkreśla Piotr Łuba, partner zarządzający działem Doradztwa Biznesowego PwC w Polsce.

W PwC Krzysztof Badowski stanie na czele zespołu dóbr konsumenckich i handlu detalicznego w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, analogicznie do roli pełnionej w Roland Berger Strategy Consultants. Dodatkowo będzie także liderem grupy Doradztwa Strategicznego na polskim rynku, która ma za zadanie wspomagać dział transakcji PwC w zakresie doradztwa strategicznego na etapie przed- i potransakcyjnym. Krzysztof posiada 15-letnie doświadczenie w doradztwie strategicznym – poza Roland Berger Strategy Consultants, gdzie był partnerem zarządzającym, pracował także w Kolaja&Partners i KPMG. Z Roland Berger związany był 7 lat, kierował projektami doradczymi dla czołowych firm FMCG oraz detalistów na polskim rynku, a także w Rosji, na Ukrainie i w Czechach. Posiada również doświadczenie we współpracy z funduszami private equity oraz w doradztwie transakcyjnym. Krzysztof Badowski jest absolwentem studiów MBA na Kellogg School of Management oraz Wydziału Zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim.

Maciej Korzeniowski w PwC wzmocni praktykę doradztwa w zakresie transformacji przedsiębiorstw w Centralnej i Wschodniej Europie oraz wejdzie w skład zespołu oferującego usługi dla klientów z sektorów: elektroenergetyka i sektor paliwowy. Posiada 15-letnie doświadczenie w doradztwie strategicznym, w tym m.in. w transformacji przedsiębiorstw, zmianach modeli operacyjnych i tworzeniu nowych strategii dla firm z sektora energetycznego, paliwowego, telekomunikacyjnego oraz mediów. Doradzał także funduszom private equity w transakcjach. W Roland Berger – gdzie pracował 8 lat – pełnił funkcję partnera oraz wiceszefa regionalnego zespołu ds. energetyki. Wcześniej związany był z IBM Global Services jako dyrektor ds. sektora telekomunikacji. Karierę zaczynał w PwC. Maciej jest doktorem ekonomii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studiował na Oxford University i Akademii Ekonomicznej w Krakowie.

„Dołączyliśmy do struktury, która ma już bardzo bogate doświadczenie w doradztwie. My tę ofertę uzupełnimy naszymi doświadczeniami i kompetencjami. Nasz zespół posiada bardzo szerokie, wieloletnie doświadczenie strategiczne i operacyjne w wielu branżach. Połączenie kompetencji strategicznych z warsztatem wdrożeniowym PwC oraz szeroką paletą innych usług świadczonych przez grupę PwC tworzy nową jakość dla klientów” – mówi Krzysztof Badowski.

W skład działu Doradztwa Biznesowego PwC wejdzie także między innymi Jakub Kurasz. Obejmie funkcję dyrektora w dziale Doradztwa Biznesowego. Będzie się zajmował doradzaniem naszym klientom w budowaniu strategii komunikacji i wzmacnianiu ich pozycji na rynku. Jakub Kurasz wcześniej był dyrektorem ds. rozwoju w Roland Berger Strategy Consultants oraz redaktorem naczelnym „Gazety Giełdy Parkiet” i zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”.

W ostatnich dniach PwC na świecie połączyło także siły z firmą Booz & Company, specjalizującej się w doradztwie strategicznym. Stając się częścią PwC, Booz & Company zmieniła nazwę na Strategy& (czytane jako „Strategy and”), która będzie używana obok nazwy i marki PwC.

„Na wielu projektach działamy w zespołach międzynarodowych – klient otrzymuje wtedy dostęp do kompetencji z tych rynków, które pewne procesy czy doświadczenia mają już za sobą, a to pozwala na skuteczne budowanie przewagi konkurencyjnej względem innych graczy. Teraz – choć Booz & Company nie była fizycznie obecna w Polsce – tworząc zespoły projektowe będziemy mogli zaoferować naszym klientom dodatkową ekspertyzę w doradztwie strategicznym, począwszy od stworzenia strategii, aż po jej realizację” – dodaje

NIK o modernizacji Stadionu Śląskiego

Przebudowa Stadionu Śląskiego rozpoczęła się 20 lat temu, kosztowała już ponad 600 mln zł i nie została zakończona do dnia dzisiejszego. Do nieuzasadnionego wzrostu kosztów inwestycji przyczyniły się m.in. nieprawidłowe działania urzędników związane z wyborem droższego i dokładnie niesprawdzonego projektu zadaszenia trybun. Dlatego NIK kieruje zawiadomienie do prokuratury dotyczące niegospodarności oraz sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy budowlanej związanej z awarią łączników lin zadaszenia.

Koszt modernizacji Stadionu w Chorzowie początkowo miał wynieść ok. 300 mln zł. NIK w swoim raporcie wskazuje następujące przyczyny, które wpłynęły na opóźnienia przy przebudowie obiektu oraz rażący wzrost kosztów:

Zarząd Województwa Śląskiego bez merytorycznego uzasadnienia odstąpił od realizacji projektu zadaszenia trybun Stadionu w Chorzowie według projektu „Saturn 2005”. Projekt biura TB Badora został zatwierdzony i uzyskał pozwolenie na budowę w kwietniu 2005 r. Projekt ten został pozytywnie zaopiniowany przez Instytut Techniki Budowlanej pod kątem wytrzymałości na obciążenie śniegiem. W 2006 r. zorganizowano dwa przetargi na jego wykonanie. Niespodziewanie, po przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji EURO 2012, Zarząd Województwa postanowił zmienić projekt zadaszenia. W tym celu m.in. zlecił wykonanie ekspertyz podważających bezpieczeństwo założeń konstrukcyjnych projektu „Saturn 2005”. Ekspertyzy, które w świetle zgromadzonej w toku kontroli dokumentacji okazały się nierzetelne zostały opublikowane w mediach. Uniemożliwiało to dyskusję na temat zasadności stawianych w nich zarzutów i usankcjonowało decyzję na temat odstąpienia od projektu „Saturn 2005”, na który wydano z budżetu województwa 5 mln zł.

Urząd Marszałkowski w niejednolity sposób weryfikował poprawność zamawianych projektów zadaszenia Stadionu Śląskiego. W przypadku projektu „Saturn 2005” UM mimo, że dysponował zatwierdzonym projektem budowlanym oraz koreferatem i innymi specjalistycznymi opiniami, zlecał kolejne ekspertyzy, aż do odstąpienia od jego realizacji. Z kolei drugi projekt, który opracowała niemiecka firma GMP za 16 mln zł, Urząd Marszałkowski przyjął bez weryfikacji jego założeń projektowych (nie sprawdzono nawet wytrzymałości na obciążenie śniegiem). Zdaniem NIK nowy wykonawca został wybrany z naruszeniem prawa zamówień publicznych – wybrano go w trybie z wolnej ręki, zamiast w trybie konkurencyjnym. Tym samym Urząd Marszałkowski w niegospodarny sposób wydał ok. 68 mln zł. Koszt wykonania zadaszenia wg. projektu „Saturn 2005” był tańszy o 55 mln zł od projektu GMP (koszt robót – 174 mln zł). Do tego dochodzą wydatki na realizację projektu „Saturn 2005” oraz cena projektu wykonanego przez GMP.

W wyniku awarii przy podnoszeniu konstrukcji linowej dachu konieczne było wstrzymanie budowy zadaszenia trybun i opracowanie zamiennej dokumentacji projektowej. Spowodowało to dalsze opóźnienie inwestycji i wzrost kosztów. Ekspertyzy techniczne sporządzone na zlecenie Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego wskazują na kilka przyczyn awarii: elementy, które uległy uszkodzeniu nie miały odpowiednich parametrów materiałowych, były niedokładnie zmontowane, a sam projekt zadaszenia zawierał błędy. Zdaniem NIK część przyczyn awarii można było wyeliminować, gdyby inżynier kontraktu rzetelnie wykonywał swoje obowiązki.

Urząd Marszałkowski musiał ponieść dodatkowe koszty, które bezpośrednio wynikały z awarii. Wyniosły one ok. 18 mln zł i zostały przeznaczone m.in. na dodatkowe ekspertyzy, doradztwo prawne, zakup nowej zamiennej dokumentacji projektowej, zabezpieczenie placu budowy. Ostateczna ich wysokość będzie możliwa do określenia dopiero po zakończeniu budowy.

Ponieważ modernizacja stadionu nie zakończyła się w terminie, a koszty inwestycji znacząco wzrosły, NIK przygotowuje zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawach dotyczących:

niegospodarności urzędników, którzy zrezygnowali z gotowego i zaakceptowanego projektu budowy zadaszenia trybun na rzecz projektu znacznie droższego, którego do dziś nie udało się zrealizować,
sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy budowlanej.
NIK zamierza stale monitorować dalsze prace modernizacyjne na stadionie, szczególnie że pochłoną one jeszcze ponad 200 mln zł. Po zakończeniu całej inwestycji kontrolerzy szczegółowo rozliczą wydane pieniądze.

Spośród 7 mld ludzi na świecie tylko 2,7 mld korzysta z Internetu

Gdyby dostęp do Internetu zwiększył się w Indiach, Afryce, Azji Południowo-Wschodniej i Ameryce Łacińskiej do poziomu krajów rozwiniętych, PKB tych regionów mogłoby wzrosnąć łącznie o 2,2 bln dolarów, a 160 mln ludzi wyszłoby z ubóstwa. To główne wnioski płynące z raportu „Value of connectivity. Economic and social benefits of expanding internet access”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte na zlecenie portalu Facebook.

Upowszechnienie się Internetu zmieniło wiele aspektów życia przynosząc liczne korzyści gospodarcze i społeczne, m.in. nowe formy komunikacji i modele biznesowe oraz powstanie nowych miejsc pracy. Internet zmienił też (i wciąż zmienia) sposób funkcjonowania usług publicznych: opieki zdrowotnej czy edukacji. „Dziś na świecie żyje 7 mld ludzi, z czego tylko 2,7 mld ma dostęp do Internetu. Zdecydowana większość osób wykluczonych cyfrowo zamieszkuje kraje rozwijające się. Zwiększenie dostępności Internetu w takich regionach jak Indie, Ameryka Łacińska czy Afryka jest kluczem do przyspieszenia wzrostu gospodarczego i społecznego oraz w przyszłości może otworzyć drogę do przekształcenia ich systemów gospodarczych w gospodarki oparte na wiedzy” – mówi Rafał Antczak, Członek Zarządu, Deloitte Business Consulting.

Dziś w obszarze dostępu do Internetu pomiędzy Europą i Ameryką Północną, a Azją Południowo-Wschodnią, Indiami, Ameryką Łacińską i Afryką istnieje przepaść. W krajach rozwiniętych jego penetracja wynosi średnio 74 proc. (68 proc. w Europie i 82 proc. w Ameryce Północnej). W Polsce dostęp do sieci jest nieco mniejszy, z Internetu w 2012 roku korzystało 60 proc. Polaków. Dla porównania penetracja Internetu w krajach rozwijających się wynosi średnio 22 proc., co oznacza, że tylko 800 mln ludzi z 3,8 mld ma do niego dostęp. Najgorzej jest w Indiach, gdzie ten wskaźnik sięga zaledwie 13 proc. W Afryce jest to 20 proc., o jeden punkt proc. więcej – w Azji Południowo-Wschodniej, a w Ameryce Łacińskiej – 45 proc. (dane za 2013 rok).

Eksperci Deloitte szacują, że zwiększenie dostępu do Internetu do poziomu obserwowanego obecnie w krajach rozwiniętych, oznaczałoby w dłuższej perspektywie wzrost produktywności w czterech omawianych regionach średnio o 25 proc. W Indiach byłoby to nawet 31 proc., podczas gdy w Afryce i Azji Południowo-Wschodniej odpowiednio 29 proc. i 26 proc., a w Ameryce Łacińskiej – 13 proc.

Internet znacząco wpływa na wzrost gospodarczy. W Polsce udział Internetu w całym PKB w 2010 roku wynosił 5 proc. i z roku na rok ten wskaźnik rośnie. „Zakładając, że te cztery regiony osiągną taki poziom dostępu do Internetu jaki mają obecnie kraje rozwinięte, może to zaowocować wytworzeniem przez nie dodatkowych 2,2 bln dolarów PKB i przyspieszyć tempo jego wzrostu o 72 proc. (średnia ważona).To z kolei przekłada się na stworzenie ponad 140 mln nowych miejsc pracy i wyjście z nędzy 160 mln ludzi w Afryce, Indiach, Ameryce Południowej i Azji Południowo-Wschodniej” – mówi Maciej Klimek, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Aż 44 mln nowych miejsc pracy mogłoby powstać w Afryce, a prawie 65 mln w Indiach. Jeżeli te regiony dogonią Europę i Amerykę Północną pod względem dostępu do Internetu to nastąpi w nich prawie czterokrotny wzrost liczby jego użytkowników – z 800 mln do 3 mld. Oznacza to, że dodatkowe 2,2 mld osób otrzyma dostęp do Internetu, a wśród nich 700 mln w Afryce, 200 mln w Ameryce Łacińskiej i 1,3 mld w południowo-wschodnich regionach Azji. Eksperci Deloitte szacują także, że rozszerzenie dostępu do sieci może podnieść dochody tamtejszych mieszkańców nawet o 600 dolarów na osobę rocznie. W Afryce i Indiach, gdzie poziom dochodów społeczeństwa jest mniejszy i rynek ma duży potencjał, ten wzrost może być najwyższy i wynieść odpowiednio 21 proc. i 29 proc.

W krajach rozwijających się, w których rolnictwo stanowi średnio 40 proc. działalności gospodarczej, telefonia komórkowa i Internet umożliwiają mieszkańcom dostęp do danych o cenach na rynku, prognozie pogody czy informacjach o chorobach zwierząt gospodarskich. Drobni rolnicy mogą uzyskać dostęp do tych danych bez konieczności korzystania z kosztownych pośredników. Przykładowo hinduscy rolnicy i rybacy, którzy zaczęli śledzić warunki pogodowe i porównywać ceny hurtowe za pośrednictwem telefonów komórkowych, zwiększyli swoje zyski o 8 proc., a lepszy dostęp do informacji spowodował spadek cen płaconych przez konsumentów o 4 proc. Rozwój Internetu będzie też korzystny dla małych i średnich przedsiębiorstw, które często borykają się z barierami wejścia na rynek. W takich krajach jak Meksyk, Malezja czy Maroko, sektor MŚP z dostępem do Internetu zwiększył swą wydajność średnio o 11 proc.

Rozwój Internetu ma nie tylko znaczenie dla gospodarki, ale także ogromny wpływ na standard życia mieszkańców, również w tak ważnych kwestiach jak ochrona zdrowia czy edukacja. Brak dostępu do podstawowych usług zdrowotnych w słabo rozwiniętych krajach jest nadal poważnym problemem społecznym. Gdyby podstawowe informacje i usługi opieki zdrowotnej były bardziej dostępne w omawianych regionach, można byłoby zmniejszyć umieralność i statystyki zachorowalności. Deloitte szacuje, że zwiększony dostęp do Internetu dla kobiet w ciąży i młodych matek, a także większa świadomość pracowników ochrony zdrowia, mogłyby uratować życie 250 tys. dzieci. Internet zwiększa także szansę wydłużenia życia dla ponad 2,5 mln osób dotkniętych HIV/AIDS.

Postęp mógłby się dokonać także w edukacji. Poprzez upowszechnienie dostępu do Internetu w tych regionach szansę na naukę zyskałoby 640 mln dzieci, które chociażby poprzez kursy on-line mogłyby zdobyć podstawowe i średnie wykształcenie. Internet stwarza także szereg dodatkowych możliwości nauczycielom.

Raport został opublikowany w lutym br. przez Deloitte w Wielkiej Brytanii, i został przygotowany na zlecenie portalu Facebook (Internet.org).

Rekomendacja Ministerstwa Finansów: urzędy skarbowe powinny bezzwłocznie zwracać firmom VAT

0

CEO Magazyn Polska

Resort finansów rekomenduje urzędom skarbowym szybszy zwrot podatku VAT przedsiębiorcom. Chodzi o kwoty, które nie budzą żadnych wątpliwości ze strony fiskusa. Rekomendacja to efekt zakończonych prac nad interpretacją przepisów i przygotowanych projektów postanowień. Ministerstwo przewiduje, że zwiększy to płynność firm, będzie to też korzystne dla budżetu państwa.

Rekomendujemy urzędom skarbowym, aby bez zbędnej zwłoki, w podstawowym terminie zwracały przedsiębiorcom kwoty niepodlegające żadnej weryfikacji. W sytuacji, w której urzędy dokonują weryfikacji i oceny zasadności zwrotu, są takie części wnioskowanej kwoty, które nie podlegają żadnej weryfikacji i ocenie zasadności – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Kapica, wiceminister finansów.

Na podstawie przepisów ustawy o podatku VAT urząd skarbowy, w przypadku jakichkolwiek wątpliwości i przy prowadzeniu czynności sprawdzających, ma prawo wstrzymać wypłatę z wnioskowanej kwoty zwrotu podatku. Ustawa w żaden sposób nie regulowała, czy chodzi tu o całą kwotę, czy też o jej budzącą wątpliwości część, jednak w praktyce urzędy zatrzymywały całą kwotę. Rekomendacja ministerstwa polega przede wszystkim na innej interpretacji przepisów ustawy o podatku VAT i ustawy o finansach publicznych.

Podział kwoty na część, która podlega weryfikacji i która nie podlega, będzie korzystny zarówno dla przedsiębiorców, jak i dla budżetu państwa. Przedsiębiorca będzie mógł wcześniej otrzymać część kwoty, tym samym zachować większą płynność, obracać gotówką z tej części, która nie podlega weryfikacji. Natomiast budżet państwa ograniczy koszty odsetek od wstrzymanej kwoty, co ulży budżetowi, bo nie trzeba będzie odsetek zwracać od całości – przekonuje Jacek Kapica.

Potrzeba weryfikacji wynika przede wszystkim z sytuacji, gdy firmy mają faktury na duże kwoty, z dużym zwrotem podatku, a opłacone nimi transakcje nie mają potwierdzenia. W dużej mierze dotyczy to firm, które zajmują się obrotem złomem, elektroniką czy obrotem paliwami, gdzie trudniej jest kontrolować transakcje, które faktycznie miały miejsce.

Rekomendacja będzie oczywiście stosowana przez urzędy w indywidualnej sytuacji każdego podatnika. Termin podstawowy zwrotu to 60 dni, ale liczymy, że będzie można to zrealizować dużo wcześniej, w okresie między 30. a 60. dniem. – podsumowuje Kapica.

Jutro pierwsza debata z mieszkańcami Krakowa ws. organizacji olimpiady. Dzięki niej władze miasta liczą na przyspieszenie inwestycji i promocję za granicą

CEO Magazyn PolskaPrzyspieszenie szeregu inwestycji infrastrukturalnych ważnych dla regionu i miasta oraz promocja marketingowa – to korzyści, na jakie liczą władze Krakowa w związku z organizacją Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku. Przekonują, że potencjalne zyski znacznie przewyższają koszty z tym związane. W przyszłym miesiącu pomysł organizacji olimpiady ocenią w referendum mieszkańcy Krakowa – jutro pierwsza z kilku zaplanowanych debat władz miasta z mieszkańcami.

Pamiętajmy o Euro 2012. Chociaż w Krakowie nie było meczów, to mieszkały u nas trzy reprezentacje piłkarskie. Sporo na tym zyskaliśmy, gdyż sam ekwiwalent świadczeń reklamowych, artykułów, relacji w stacjach telewizyjnych angielskich, holenderskich czy włoskich, opiewa na sumę 150 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Filip Szatanik, zastępca dyrektora Wydziału Informacji, Promocji i Turystyki Urzędu Miasta Krakowa. – Na igrzyskach tylko marketingowo spodziewamy się zarobić około 300 mln zł.

Oprócz efektów marketingowych organizacja olimpiady przynieść ma duże korzyści infrastrukturalne dla miasta i regionu.

Między innymi obiecywane przez rząd dopięcie obwodnicy autostradowej Krakowa – S7, która jest szalenie ważną inwestycją. To również przebudowa infrastruktury dookoła Krakowa, przebudowa Zakopianki i innych węzłów komunikacyjnych, która spowoduje, że między Krakowem a miastami sąsiednimi komunikacja będzie sprawniejsza i łatwiejsza – podkreśla Filip Szatanik.

Wyjaśnia, że wybudowana przed igrzyskami wioska olimpijska po zakończeniu sportowych zmagań mogłaby być wykorzystywana jako lokale komunalne. Dzięki organizacji olimpiady Kraków zyskałby nowe obiekty sportowe, choć niektóre powstają niezależnie od tego, czy miasto wygra tę rywalizację.

Realizujemy kilka inwestycji. To jest chociażby hala widowisko-sportowa w Czyżynach, która będzie jednym z najbardziej nowoczesnych tego typu obiektów w Europie. Tutaj będą odbywały się imprezy olimpijskie, a w przyszłości spodziewamy się koncertów, ważnych wydarzeń sportowych, np. siatkarskich. Te obiekty będą Krakowowi, mieszkańcom i turystom służyły również po 2022 roku – zapewnia przedstawiciel Urzędu Miasta Krakowa.

Przeciwnicy organizacji olimpiady w Krakowie zwracają uwagę na fakt, że wiele miast-organizatorów, np. Ateny, poniosło ogromne koszty w trakcie przygotowań, głównie na budowę odpowiedniej infrastruktury sportowej, która teraz nie jest wykorzystywana i na siebie nie zarabia. Wskazują też na obciążenia związane z kwestiami bezpieczeństwa i zapewnienia ochrony.

Zdaniem Szatanika, wiele z głosów przeciwnych igrzyskom wynika z niewiedzy o potencjalnych kosztach i korzyściach związanych z tak dużą imprezą sportową. Dlatego miasto zaplanowało serię spotkań z mieszkańcami.

Pierwsza debata  odbędzie się 15 kwietnia w Urzędzie Miasta Kraków. Liczymy na obecność krakowian. Będziemy prezentować cały projekt realizacji igrzysk na terenie całego miasta, Małopolski i Słowacji. Liczymy na wnikliwe pytania, dzięki czemu mieszkańcy zapoznają się z ideą igrzysk, z formą ich realizacji oraz korzyściami, jakie Małopolska i Kraków zyskają dzięki tej imprezie – mówi Szatanik.

24 i 28 kwietnia oraz 12 maja odbędą się kolejne debaty w dzielnicach Podgórze, Krowodrza i w dawnej Nowej Hucie. Z kolei 19 maja w Urzędzie Miasta Krakowa będzie mieć miejsce spotkanie z organizacjami pozarządowymi. Referendum zaplanowane jest na 25 maja br. i ma być połączone z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Mieszkańcy odpowiedzą także na pytania dotyczące budowy metra w Krakowie, zwiększenia monitoringu wizyjnego oraz przeznaczenia większych niż obecnie funduszy na budowę ścieżek rowerowych. Głosowanie będzie ważne, jeśli frekwencja wyniesie minimum 30 procent uprawnionych do głosowania mieszkańców (ok. 175 tys. osób).

G. Kołodko: szanse 25 lat transformacji wykorzystane w dwóch trzecich

CEO Magazyn Polska

– Transformacja jako dążenie do stworzenia konkurencyjnej gospodarki rynkowej udała się w Polsce tylko częściowo – uważa Grzegorz Kołodko, były wicepremier i minister finansów. Jego zdaniem po 25 latach od upadku komunizmu w Polsce powinien być szybszy wzrost PKB, większa siła nabywcza i wyższy standard życia. Największy potencjał prof. Kołodko widzi w prywatnej przedsiębiorczości i kapitale ludzkim, które powinny prowadzić do długookresowego wzrostu gospodarczego na poziomie ok. 5 proc.

 Nadrzędnym celem transformacji jest stworzenie społecznej gospodarki rynkowej, która ma być konkurencyjna w warunkach nieodwracalnej globalizacji. I z tego punktu widzenia oceniłbym ten sukces, bo to jest pewien sukces, na 2/3, czyli mogło jednak być lepiej  ocenia prof. Grzegorz Kołodko, czterokrotny wicepremier i minister finansów, obecnie profesor na Akademii Leona Koźmińskiego.

Jak dodaje, nie ma sensu porównywanie polskiej drogi gospodarczej ostatnich 25 lat do sytuacji w innych krajach naszej części Europy, które poradziły sobie gorzej niż Polska.

 Ja porównuję sytuację, w jakiej jesteśmy w sferze realnej, w odniesieniu do instytucji naszej gospodarki, w stosunku do tego, co moim zdaniem było osiągalne, patrząc wstecz z tej perspektywy, która już teraz jest historią  wyjaśnia profesor.

Obecnie w Polsce PKB na mieszkańca liczone według siły nabywczej to ok. 21 tys. dolarów. Zdaniem byłego wicepremiera, mogłoby to być znacznie więcej, gdyby wszystkie szanse ostatniego ćwierćwiecza zostały wykorzystane.

 Gdyby nie błędy szoku bez terapii na początku lat 90., niepotrzebnego, szkodliwego przechłodzenia koniunktury gospodarczej pod koniec lat 90., gdyby nie pewne złe dostosowania czy brak dostosowań do pierwszych podmuchów światowego kryzysu gospodarczego w ostatnich latach, to dochód mógłby już dzisiaj przeciętnie na Polaka wynosić około 30 tys. dolarów  uważa Grzegorz Kołodko.

Polska gospodarka ma też zbyt wolny wzrost gospodarczy, nawet przy założeniu, że w tym roku, zgodnie z prognozami, przekroczy 3 proc.

 Uważam, że mamy potencjał w postaci rozkwitu prywatnej przedsiębiorczości i wyraźnej poprawy instytucjonalnej, poprawiającej się infrastruktury, jakości naszego kapitału ludzkiego  na wzrost długookresowy około 4-5 proc. Szkoda, żeby ten czas w przyszłości nie był w pełni wykorzystany. A w przeszłości, w ciągu tych 25 lat też mogliśmy go wykorzystać nieco lepiej  ocenia profesor.

Zużycie energii wzrośnie do 2035 r. o ponad 40 proc. Głównie ze źródeł kopalnych, w tym gazu łupkowego

CEO Magazyn Polska

Przez najbliższych 20 lat paliwa kopalne pozostaną głównym źródłem energii, której globalna produkcja wzrośnie o ponad 40 proc. Trzy główne surowce: węgiel, gaz ziemny i ropa naftowa, będą miały po nieco ponad jedną czwartą rynku – wynika z raportu BP Energy Outlook 2035. Dynamicznie będzie rosła produkcja energii ze źródeł niekonwencjonalnych, takich jak gaz łupkowy, ropa ściśniona i piaski bitumiczne. Źródła odnawialne, których rozwój hamują wysokie koszty produkcji, wzrosną, ale tylko do ok. 7 proc. rynku.

Źródła pochodzenia energii będą odgrywały w kolejnych dekadach dużą rolę, bo do 2035 r. zużycie energii na całym świecie wzrośnie o 41 proc. Wynika to zarówno z rozwoju gospodarczego, który globalnie podwoi się do 2035 r., jak i z przyrostu liczby ludności o ok. 1 proc. rocznie. W raporcie BP podkreślono, że 95 proc. wzrostu zapotrzebowania na energię będzie pochodzić z krajów rozwijających się spoza OECD, głównie z Chin i Indii. Te dwa kraje będą odpowiedzialne za połowę wzrostu. W krajach OECD zużycie wzrośnie w tym okresie o zaledwie ok. 5 proc.

Prognozujemy, że w roku 2035 nadal będą przeważać paliwa kopalne, w tym ropa, gaz ziemny oraz węgiel. Przy czym nie będzie jednego dominującego paliwa. Udziały poszczególnych paliw w miksie energetycznym zbliżą się i ustabilizują do poziomu około 26-27 proc. Po raz pierwszy od wielkiej rewolucji przemysłowej nie będzie jednego głównego paliwa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paul Appleby, Head of Energy Economics w BP.

Najwolniejsze tempo wzrostu będzie notować zapotrzebowanie na ropę naftową (0,8 proc. rocznie). Wyhamuje również wzrost zapotrzebowania na węgiel (do ok. 1 proc. rocznie). Jak tłumaczy Appleby, będzie to efekt przede wszystkim odwrotu Chin od gospodarki napędzanej tym paliwem. Coraz więcej będzie zużywać się za to gazu. Pod względem wielkości zużycia będzie to najważniejszy czynnik wzrostu do 2035 r. – wynika z raportu Energy Outlook 2035 przygotowanego przez BP.

Gaz będzie notował najszybsze tempo wzrostu w okresie objętym naszą prognozą – 1,8 proc. rocznie. Będzie notowany na wszystkich rynkach, również krajach OECD. W roku 2035 przewidujemy, że kraje OECD będą uznawały gaz za najważniejsze źródło energii i również wzrośnie produkcja gazu, głównie z łupków – przewiduje Appleby.

Gaz łupkowy pokryje niemal połowę nowego zapotrzebowania na to paliwo, a do 2035 r. jego wydobycie będzie stanowić 21 proc. całego wydobycia gazu. Będzie on pochodził głównie ze Stanów Zjednoczonych, ale za sześć lat wydobycie powinno wzrosnąć również w innych rejonach, np. w Chinach. Jednak do 2035 r. Ameryka Północna będzie pokrywać prawie dwie trzecie światowego zapotrzebowania na gaz, a część z niego może być eksportowana w formie płynnej (LNG).

Również inne paliwa kopalne będą w coraz większym stopniu pochodzić ze źródeł niekonwencjonalnych, takich jak ropa zamknięta i piaski bitumiczne. Do 2035 r. ilość energii z tych źródeł będzie rosła średnio o ponad 6 proc. rocznie i będzie stanowić niemal połowę całego przyrostu zużycia energii w tym okresie. Właśnie dzięki niekonwencjonalnym źródłom paliw kopalnych już w tym roku Stany Zjednoczone mogą wyprzedzić Arabię Saudyjską w rankingu producentów paliw płynnych.

Udziały paliw niekopalnych – energii atomowej, wodnej i energii ze źródeł odnawialnych – ustalą się na poziomie ok. 5-7 proc. każdy.

Udział i znaczenie energii z odnawialnych źródeł będą rosły, ale prognozujemy niewielki wzrost – do 7 proc. – prognozuje Appleby. – W tym sektorze pojawia się zagadnienie związane z dotacjami. Aby produkcja energii była opłacalna, potrzebny jest dość wysoki poziom dotacji. To problem, z którym teraz niektóre kraje się borykają, bo część z nich chciałaby się już z tych dotacji wycofać. Koszt produkcji tej energii musi zmaleć, żeby producenci bez dotacji byli nadal w stanie wyjść na swoje.

Appleby wyjaśnia, że po 2025 r. paliwa niekopalne będą odpowiadały za niemal 40 proc. wzrostu produkcji energii. Najszybciej – o 6,4 proc. rocznie – rosła będzie produkcja energii ze źródeł odnawialnych (w tym biopaliw). Energia jądrowa i wodna będą rosły o ok. 2 proc. rocznie każda. Appleby ilustruje tempo rozwoju tego typu źródeł rozwojem energii słonecznej, która pomimo dużego wsparcia będzie miała tylko 1 proc. rynku.

Z raportu BP wynika także, że coraz więcej energii pierwotnej będzie zamienianej na elektryczną. Obecnie to 42 proc., do 2035 r. wartość ta ma wzrosnąć o co najmniej 4 pkt proc. Choć większość nadal będzie produkowana z węgla, to szybko rosły będą udziały gazu i OZE. Wraz ze wzrostem zużycia energii będzie rosła emisja dwutlenku węgla. Do 2035 r. zwiększy się ona o niemal 30 proc., pomimo spadku emisji w krajach OECD.

Tegoroczny raport BP Energy Outlook 2035 to już czwarta edycja. Co roku autorzy raportu przedstawiają go w kilku wybranych miejscach na świecie. Tym razem po raz pierwszy prezentacja odbyła się w Polsce – przedstawił go w ubiegłym tygodniu Paul Appleby, Head of Energy Economics w BP, podczas wykładu w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Serwis bezpłatnych ogłoszeń lokalnych Tablica.pl zmienia nazwę na OLX.pl

0

CEO Magazyn Polska

Tablica.pl, serwis bezpłatnych ogłoszeń lokalnych będzie funkcjonował pod nazwą OLX.pl. To element strategii właściciela obu serwisów, grupy Naspers, by wzmacniać markę OLX obecną w ponad 100 krajach na rynkach wschodzących. Dla użytkowników nic się nie zmieni: ich konta i hasła pozostaną bez zmian. Tablica.pl jest, według SimilarWeb, ósmą najpopularniejszą stroną w kraju.

Nadal będzie za darmo, nadal lokalnie, nadal ten sam zespół, który stoi za dotychczasowym sukcesem serwisu, będzie go rozwijał i spełniał swoją misję ułatwiania lokalnego handlu – zapewnia Marcin Urbańczyk, dyrektor zarządzający OLX.pl w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Skoro właściwie nic się nie zmieni, można by się zastanawiać, po co zmieniać nazwę marki, która odniosła gigantyczny sukces na polskim rynku. Jej właściciel, firma Naspers, która jest również właścicielem Grupy Allegro, chce w ten sposób wzmocnić na polskim rynku swoją inną, globalną markę OLX, która dynamicznie się rozwija w ponad 100 krajach na całym świecie.

Oba serwisy – Tablica i OLX mają tego samego właściciela, grupę Naspers. Decyzja o zmianie nazwy została podjęta na skutek zmian, jakie zachodzą w branży serwisów ogłoszeniowych i chęci wzmocnienia marki OLX na rynkach wschodzących – tłumaczy dyrektor zarządzający serwisu.

Początkowe zmiany dotyczyć będą wyłącznie logo i nazwy serwisu ogłoszeniowego, żeby użytkownicy mieli czas na przyzwyczajenie się do nowych, ale jej właściciel nie wyklucza dalszych modyfikacji.

Na pewno w długiej perspektywie będziemy korzystać z doświadczenia również naszych kolegów z Brazylii, Indii czy  Portugalii. I na pewno pozwoli nam to jeszcze lepiej spełniać naszą misję i ulepszać ten serwis pod kątem naszego użytkownika – przekonuje Urbańczyk.

Tablica.pl, według danych Megapanelu za styczeń 2014 roku, ma ponad 7 milionów unikalnych użytkowników. Zanotowała największy przyrost w stosunku do grudnia 2013 roku spośród wszystkich ujętych w zestawieniu serwisów. W ciągu miesiąca przybyło portalowi aż milion nowych użytkowników.

Według SimilarWeb jesteśmy ósmą stroną w kraju, a to dosyć spektakularny sukces – twierdzi dyrektor zarządzający OLX.

Użytkownicy będą stopniowo przyzwyczajani do nowej marki.

Każdy użytkownik po wpisaniu „Tablica.pl” zostanie przekierowany na nową stronę, dostanie informacje o zmianie, będzie mógł zarówno odwiedzić stronę informującą o tym, co zmieniliśmy i dlaczego, jak i znaleźć odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania, np.: „czy moje hasło i login zostały zmienione, czy nie?” i „czy jest jakaś ważna zmiana związana z regulaminem?” – zapewnia Marcin Urbańczyk.

Planowane są także zakrojone na szeroką skalę działania marketingowe.

Będziemy obecni w mediach, będzie kampania w telewizji oraz w serwisach YouTube, serwisach VOD, a także kampania display w największych serwisach w Polsce – twierdzi przedstawiciel OLX.pl.

Brakuje leków refundowanych na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc

CEO Magazyn Polska

Według danych epidemiologicznych przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP) dotyczy już 2 mln Polaków. Najczęściej dotyka osoby po 40. roku życia, zarówno te palące papierosy, jak i biernych palaczy. Bagatelizuje się jednak objawy choroby. Narodowy Fundusz Zdrowia pokrył koszty leczenia zaledwie jednej czwartej wszystkich chorujących. Problemem polskich lekarzy i pacjentów z POChP jest brak dostępu do wachlarza terapeutycznego, w tym terapii stosowanych raz na dobę, które są już standardem terapeutycznym w Europie.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) przewiduje, że do 2030 r. POChP stanie się trzecią przyczyną zgonów na świecie. Jakkolwiek ta choroba nie jest wyleczalna, jej rozwój opóźnić może wdrożenie odpowiedniego leczenia. Aby ją odpowiednio rozpoznać, trzeba przede wszystkim podnieść świadomość pacjentów.

Świadomość wśród pacjentów na temat chorób układu oddechowego nie jest duża. Choroba dotyczy w większości przypadków mężczyzn, którzy palą papierosy. Niektórzy pacjenci kaszel traktują jako coś naturalnego i nie zgłaszają się do lekarzy – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Jerzy Gryglewicz, ekspert ds. zdrowia z Uczelni Łazarskiego.

W przebiegu przewlekłej obturacyjnej choroby płuc dochodzi do ograniczenia przepływu powietrza przez drogi oddechowe, a co za tym idzie – szybkiego męczenia się. Do jej najczęstszych objawów należą: utrudniony wydech powietrza i chroniczny kaszel. Nieleczona powoduje dalsze powikłania w organizmie – rozedmę płuc, choroby zakrzepowo-zatorowe, powikłania kardiologiczne, zwiększa też ryzyko wystąpienia raka płuc. Rozpoznanie i rozpoczęcie odpowiedniego leczenia opóźnia postęp choroby.

Kuracja polega głównie na leczeniu wziewnym. Pacjenci używają leków inhalacyjnych z inhalatorów albo z nebulizatorów. Podstawą jest leczenie rozkurczające, tzn. takie, które ma na celu zwiększyć światło oskrzela i w związku z tym zwiększyć przepływ tego powietrza, ułatwić wdech, by wciągnąć powietrze, którego nie możemy nabrać – mówi prof. Andrzej Fal, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Alergologii CSK MSWiA w Warszawie.

Leki wziewne zmniejszają objawy chorobowe, ich częstotliwość oraz ryzyko ciężkich zaostrzeń choroby. W wyniku ich przyjmowania poprawia się ogólny stan chorego. Zdaniem specjalistów, jednak zbyt mało leków na POChP jest w Polsce refundowanych. Problemem dla pacjentów jest również reżim przyjmowania leków (np. 4 razy na dobę), czyli stosowanie się do zaleceń, co nie jest bez znaczenia dla postępu choroby. Rozwiązanie daje lek z grupy beta2-agonistów, podawany tylko raz na dobę, a jednocześnie zapewniający lepszą rozszerzalność oskrzeli w porównaniu do innych leków krótko działającymi.

Każda nowa cząsteczka, każda nowa szansa dla pacjenta jest bardzo istotna. Co więcej, zmniejszając pewne inne obciążenia ochrony zdrowia, w dłuższej perspektywie może okazać się, że szybkie refundowanie nowych leków wziewnych opłaci się systemowi w projekcji kilkuletniej – tłumaczy prof. Andrzej Fal.

Część nowych substancji ma już akceptację Europejskiej Agencji Leków, a także pozytywną rekomendację prezesa Agencji Oceny Technologii Medycznych (AOTM). Jednak od ponad 4 lat niewiele zmieniło się w leczeniu POChP. Żaden z leków nowej generacji nie jest w Polsce refundowany.

Ogólnoświatowy rynek concierge rozwija się. Polska intratnym rynkiem

0

CEO Magazyn PolskaUsługi concierge dopiero raczkują na polskim rynku, ale zapotrzebowanie na nie będzie rosło. Zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i korporacyjnych. Zakres usług, jaki oferują firmy z branży, jest bardzo szeroki: od pomocy w życiu codziennym aż po niezwykłe życzenia, związane z organizacją czasu, podróży, rozrywką. Dyrektor generalny Quintessentially Lifestyle w Polsce spodziewa się w najbliższym czasie rozwoju usług związanych ze służbą zdrowia i edukacją.

Concierge, które narodziło się w USA, jako odpowiedź na przeciążenie pracą i zmęczenie, ma za zadanie spełnianie potrzeb osobistych pracowników. Popularne na całym świecie, teraz rozwija się również w Polsce.

Polska jest nowym rynkiem dla usług concierge, rynkiem mało dojrzałym. Ludzie muszą poznać i zrozumieć ideę tych usług – co się za nimi kryje i skąd się wziął ten koncept. To wyzwanie, ale jest ono bardzo ekscytujące, bo wprowadzanie nowych usług i koncepcji na rynek jest zawsze ciekawym doświadczeniem – mówi William Devine, dyrektor generalny Quintessentially Lifestyle w Polsce.

Jego zdaniem, konsumenci w krajach, w których rozwijają się tego typu usługi, przyzwyczajają się do pomocy firm concierge. Tak jest np. w USA czy Irlandii.

To jak z piciem wina: kiedy zaczynasz, nie rozróżniasz dobrze rodzajów i szczepów. Jednak im więcej go pijesz, tym bardziej zaczynasz się nim interesować, twój smak się rozwija i masz potrzebę próbowania coraz lepszych win, aż w końcu stajesz się specjalistą w tym zakresie. Więc naszym celem jest wprowadzenie i rozpropagowanie koncepcji usług concierge i sprawienie, że ludzie się do nich przyzwyczają – zapewnia dyrektor generalny Quintessentially Lifestyle w Polsce.

Firma funkcjonuje w ponad 70 krajach i obsługuje ponad 150 tysięcy zamożnych klientów. Usługi concierge adresowane są zarówno do osób prywatnych, zamożnych, o wysokich dochodach, jak i do korporacji.

Naszym celem, który chcemy osiągnąć w Polsce, jest zdobycie nie więcej niż 2 tysięcy prywatnych klientów. Możemy zajmować się też 5–10 dużymi klientami korporacyjnymi – podkreśla William Devine.

Z usług concierge okazjonalnie lub regularnie korzystają głównie przedsiębiorcy, menadżerowie oraz ludzie wolnych zawodów. Wszyscy, mając niewiele czasu wolnego, chętnie sięgają po pomoc osobistego doradcy, który wyręczy ich w rezerwacji hoteli, biletów na pociąg, aranżacji spotkań, organizacji czasu wolnego. Konsjerż pomoże również w zorganizowaniu opieki nad dziećmi czy zwierzętami, zarezerwuje bilety na koncert, przypomni o spotkaniach, pomoże zorganizować przyjęcie czy wesele. Zdarzają się też niecodzienne życzenia, np. wyszukanie romantycznego miejsca na randkę z okazji walentynek czy rezerwacja biletu na mecz, na który wejściówki zostały już wyprzedane.

Chcemy zaproponować naszym klientom coś, o czym nawet nie zdążyli jeszcze pomyśleć, a co ułatwi im życie – przyznaje Devine.

Ocenia, że do nowych trendów concierge można zaliczyć zdrowie i edukację. Kwestia zdrowotna to przede wszystkim leczenie za granicą. W edukacji liczy się pomoc w organizowaniu nauki w odpowiedniej szkole.

Ludziom bardzo zależy na tym, aby mieć pewność, że ich dzieci mają dostęp do możliwie najlepszej edukacji i że oni mają szansę wysłać je za granicę do dobrej szkoły z internatem lub możliwie najlepszego uniwersytetu w USA, Wielkiej Brytanii czy gdziekolwiek na świecie – wyjaśnia William Devine.

Quintessentially Lifestyle to największa firma oferująca na świecie usługi z zakresu zarządzania stylem życia.

Nasze usługi nie są aż tak drogie, jak ludzie myślą. Opłata członkowska za rok na wejściu wynosi 15 tys. zł. Jeśli podzielić to przez 12 miesięcy, wychodzi niewiele ponad 1 tys. zł. To oczywiście poważne pieniądze, ale trzeba pamiętać o tym, że pomagamy klientom zaoszczędzić czas, zorganizować codzienne życie, a wszystkie usługi, z których korzystają, dostają nie tylko na najwyższym poziomie, lecz także po niższej cenie – podkreśla William Devine.

Powstała aplikacja do szukania miejsc parkingowych przez internet

CEO Magazyn Polska

W ubiegłym roku w Polsce przybyło ponad 330 tysięcy samochodów osobowych i dostawczych. Tempo wzrostu jest imponujące. Tylko w marcu tego roku zarejestrowano łącznie 39 860 samochodów osobowych i dostawczych. To niemal 40 proc. więcej niż rok temu i 10 proc. więcej niż w lutym. Nic dziwnego, że kierowcy notorycznie skarżą się na brak miejsc parkingowych. Mają to zmienić nowe rozwiązania internetowe.

iParkomat to usługa, która polega na łączeniu ze sobą ludzi, którzy chcą odpłatnie wynająć swoje miejsce parkingowe, podczas gdy ono stoi puste, z osobami, które chcą z takiego miejsca skorzystać – tłumaczy Kazimierz Bugajski, członek zarządu w firmie iParkomat, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Nie jest to jednak zwykły serwis społecznościowy dla kierowców, którzy niekoniecznie chcą płacić coraz wyższe sumy za parkowanie w miejscach, będących w zasięgu realnych parkomatów. Platforma pozwala również zarobić na wynajęciu miejsca postojowego.

Innowacyjność tej usługi polega na tym, że pozwalamy zarabiać wszystkim mieszkańcom na ich własnym miejscu postojowym w tym czasie, kiedy oni wyjeżdżają do pracy i to miejsce stoi puste. Na to miejsce z kolei zapraszamy osoby, które pracują gdzieś w pobliżu, przyjeżdżają do pracy własnymi samochodami i chcą odpłatnie skorzystać z miejsca postojowego – wyjaśnia Kazimierz Bugajski.

Szukanie miejsca parkingowego może być nie tylko niezwykle irytujące, lecz także może powodować stratę cennego czasu. Szukając miejsca postojowego przez przez internet, automatycznie można ten czas zaoszczędzić.

Osoba, wchodząc do serwisu, rejestruje się, podając tylko swój adres e-mail i numer telefonu. Następnie może wyszukać taki parking, jaki sobie zażyczy, podając oczywiście w wyszukiwarce adres lub kod pocztowy. Wówczas wyświetla się lista parkingów dostępnych w okolicy – mówi przedstawiciel serwisu iParkomat.pl.

Owszem, istnieje taka możliwość, że żadne miejsce parkingowe w danej okolicy nie będzie dostępne. Wtedy można zapisać się na newsletter, który automatycznie poinformuje o tym, gdy miejsce postojowe się pojawi w promieniu 500 metrów.

 – Jeżeli takie miejsce się znajdzie, to szukający zgłasza się do oferenta – wyjaśnia Bugajski.

Co ważne, na tym etapie nie są podawane żadne dane osobowe, co pozwala zachować bezpieczeństwo użytkowników. Gdy szukający znajdzie już miejsce parkingowe, elektronicznie kontaktuje się z jego właścicielem, jednak dane osobowe ujawniane są dopiero wtedy, gdy obie strony wyrażą chęć przystąpienia do transakcji.

 – Wszystkie osoby w systemie są ukryte pod imionami i tylko pierwszą literą nazwiska, więc zachowujemy maksymalną anonimowość wszystkich użytkowników – zapewnia Kazimierz Bugajski. – Jeżeli gość znajdzie swoje wymarzone miejsce postojowe, a gospodarz zgodzi się na jego ofertę wynajmu miejsca postojowego, wówczas gość wpłaca pieniądze na konto. W tym momencie udostępniane są wszystkie dane osobowe: gościowi dane gospodarza, gospodarzowi gościa. I oni we własnym zakresie kontaktują się i sfinalizowana zostaje transakcja – tłumaczy członek zarządu serwisu iParkomat.pl.

Rośnie znaczenie społecznej odpowiedzialności biznesu w firmach

0

CEO Magazyn Polska

Działające w Polsce firmy, zarówno te rodzime, jak i te międzynarodowe, coraz większą wagę przykładają do CSR-u, czyli społecznej odpowiedzialności biznesu. Często jest to część ich strategii rozwoju. Firmy projektują i wdrażają wieloletnie programy, mające podnieść poziom świadomości klientów oraz etyki u pracowników i partnerów, ograniczyć szkodliwość produkcji dla środowiska czy zaangażować pracowników w lokalne i globalne inicjatywy społeczne. Priorytety w ramach CSR-u zależą od branży, jaką dana firma reprezentuje.

W branży farmaceutycznej zrównoważony rozwój i odpowiedzialność społeczna są fundamentalne. Najważniejsza w tym aspekcie jest etyka działania. Oprócz zasad etyki w marketingu i w sprzedaży przywiązujemy wagę do edukacji zdrowotnej, więc profilaktyka, edukacja, promocja zdrowego stylu życia. To wynika ze specyfiki naszej branży i w ten sposób wyraża się nasza odpowiedzialność w stosunku do pacjentów – wyjaśnia Magdalena Rzeszotalska z Polpharmy.

Jak podkreśla, CSR w branży farmaceutycznej oznacza przede wszystkim bezpieczny i dobrej jakości produkt, ponieważ ma on wpływ na zdrowie i życie pacjentów. Polpharma stara się również ograniczyć wpływ swojej działalności na środowisko naturalne – to cel, który przyświeca wielu firmom produkcyjnym, niezależnie od branży, w jakiej działają.

– Dbamy również o środowisko naturalne. Ponieważ nasze zakłady produkcyjne są zlokalizowane blisko lokalnych społeczności, blisko domów mieszkalnych, musimy dbać o to, żeby nasze technologie wytwarzania były bezpieczne dla środowiska oraz były bezpieczne dla ludzi, którzy mieszkają wokół – mówi Rzeszotalska agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Mamy cztery fabryki [Bydgoszcz, Poznań, Katowice i Banino – red], które co roku obniżają emisję CO2 na tonę produkcji. Bardzo dobrze radzimy sobie także w transporcie i w redukcji emisji CO2 w naszych sieciach logistycznych. – podkreśla Paweł Jezierski z Unilever Polska, firmy produkującej m.in.: środki czystości, kosmetyki, artykuły spożywcze i herbaty.

Wyjaśnia, że zrównoważony rozwój jest częścią globalnej strategii biznesowej firmy. Unilever prowadzi około 70 mniejszych projektów związanych z odpowiedzialnością społeczną biznesu, ale przede wszystkim koncentruje się na trzech celach głównych.

Chcemy w perspektywie 2020 roku poprawić zdrowie i samopoczucie ponad 1 mld ludzi na całym świecie, chcemy pozyskiwać surowce rolne ze źródeł zarządzanych w sposób zrównoważony oraz zmniejszyć o połowę wpływ, jaki generują nasze produkty na środowisko – informuje Paweł Jezierski.

Unilever prezentuje publicznie postępy w skali globalnej – raz do roku wydaje raport z opisem osiągnięć i postępów w danych obszarach, wskazuje też największe wyzwania. Firma przygotowuje też raporty lokalne podsumowujące działania w obszarze zrównoważonego rozwoju. Jezierski wskazuje też konieczność działań edukacyjnych i nakłaniania konsumentów do zmiany nawyków, np. by gotowali tyle wody, ile potrzeba na szklankę herbaty czy by zmniejszali zużycie wody krótszym prysznicem (Unilever produkuje m.in.: szampony, mydła, pasty do zębów i herbaty).

To wciąż są wyzwania i sądzę, że im więcej firm oraz organizacji działa w tym kierunku, tym większe będą efekty – uważa Paweł Jezierski.

CSR to ważny element działania również dla firm finansowych.

Wszystkie działania, które podejmujemy, zarówno w kontekście pracy wewnętrznej, jak i zewnętrznej, współpracy z dostawcami oraz szeroko pojętą opinią publiczną, jest oparte na wartościach etycznych. I to jest wyznacznikiem naszych działań – przekonuje Łukasz Smolarek, kierownik ds. społecznej odpowiedzialności biznesu w firmie Provident Polska.

Provident wprowadził kodeks etyczny na każdym szczeblu zarządzania, a każdy pracownik, niezależnie od stanowiska, przechodzi szkolenie w zakresie etyki firmowej.

DM mBanku podtrzymał cenę docelową dla ENEI

W raporcie z 7 kwietnia 2014 r. analitycy DM mBanku rekomendują „Akumuluj” dla akcji ENEI. Cena docelowa została utrzymana na poziomie 17,22 zł za walor.

ACTION S.A. jedynym właścicielem Devil GmbH

ACTION S.A. zwiększył swoje zaangażowanie w Devil GmbH, nabywając pozostały pakiet 800 udziałów, a tym samym stał się jedynym właścicielem spółki. Aby podkreślić kierunek zmian w zasadach działania spółki Devil i obowiązujące nowe, światowe standardy dystrybucji, zdecydowano również o zmianie nazwy na ACTION Europe GmbH. Podjęte działania wpisują się w strategię ACTION S.A., której jednym z głównych celów jest dynamiczny rozwój grupy kapitałowej poprzez zbudowanie silnego dystrybutora w Niemczech.

Chcemy dać rynkowi gwarancję budowania silnej, profesjonalnej organizacji, opartej o globalne standardy dystrybucji i silne partnerstwo z producentami funkcjonującymi na rynku niemieckim oraz klientami. Pierwsze miesiące funkcjonowania Devil GmbH potwierdziły trafność decyzji o wejściu na rynek niemiecki. To był czas odbudowy relacji z klientami, podpisania pierwszych dużych kontraktów, ale i weryfikacji naszych działań i strategii. Dziś wiemy, że mamy szansę w niedługim okresie zbudować w Niemczech podmiot porównywalny do ACTION S.A. Widzimy, że będziemy bliżej realizacji tego celu funkcjonując jako ACTION Europe. Zmiana nazwy ma symboliczny charakter – podkreśla przejście spółki w zupełnie nowy etap. Budujemy podmiot, który ma wyróżniać się na tle konkurencji ponadprzeciętną elastycznością i szybkością reagowania na potrzeby klientów. Naszym celem będzie dostarczanie najnowszych technologii, wskazywanie nowych obszarów rozwoju biznesu, a także wzmacnianie partnerów poprzez wspólne działania marketingowe, szkolenia – komentuje Piotr Bieliński, prezes zarządu ACTION S.A.

Piotr Bieliński, współzałożyciel i Prezes Zarządu ACTION S.A.
Piotr Bieliński, współzałożyciel i Prezes Zarządu ACTION S.A.

Powiązanie z ACTION S.A., podmiotem notowanym na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, jest gwarancją najwyższej wiarygodności naszej firmy i stabilności finansowej. Z kolei posiadane zaplecze, informatyczne i logistyczne, zapewnia wysoką sprawność operacyjną – dodaje Piotr Bieliński, prezes zarządu ACTION S.A.

Silniejsze zaistnienie na rynku niemieckim ma znaczenie również dla polskich klientów ACTION S.A. Skala, którą uzyska grupa kapitałowa poprzez wzrost w Niemczech pozwoli oferować w wielu miejscach lepsze ceny oraz szerszy wachlarz produktów i usług.

Na 16 kwietnia br. planowane jest Walne Zgromadzenie, na którym zostanie podjęta decyzja o emisji akcji s. D. Jej celem jest pozyskanie środków między innymi na zdynamizowanie rozwoju biznesu na rynku niemieckim.

Dłużnik może pokryć koszty windykacji

Ostatnie dane z rynku świadczą o tym, że problem zatorów finansowych jest nieco mniej uciążliwy dla przedsiębiorców. W sektorach, gdzie nieterminowe regulowanie należności jest wciąż normą, wpływa hamująco na rozwój przedsiębiorstw i ich kondycję finansową. Możliwość obciążenia dłużnika kosztami windykacji skłoni wierzycieli do aktywnego dochodzenia długów. W dłuższej perspektywie może też ożywczo wpłynąć na popularność usług windykacyjnych.

Jak kształtuje się moralność płatnicza w biznesie
Opór przedsiębiorców przed zlecaniem windykacji wyspecjalizowanym firmom wynika gównie z obawy o koszty tych działań. Nie wszyscy wiedzą, że na polskim rynku windykacyjnym standardem jest pobieranie wynagrodzenia od kwot odzyskanych na zasadzie prowizji succes fee. Z tego powodu polski rynek ukształtował moralność płatniczą daleką od ideału. Deprawująco zadziałał tutaj długi okres spowolnienia gospodarczego. Priorytetem decydującym o biznesowym być lub nie było pozyskanie i utrzymanie nowego kooperanta. Często bez względu na warunki współpracy, a w szczególności jego zwyczaje płatnicze. Większość firm nie wypracowała też zadowalających standardów wewnętrznych postępowania wobec nieterminowego regulowania należności. Część firm poprzestaje na sporadycznie podejmowanych, samodzielnych próbach windykacji. Te jednak nie przynoszą oczekiwanych efektów. W rezultacie dłużnicy długo obracają pieniędzmi biernych wierzycieli. W pierwszej kolejności zaspokajają roszczenia wierzycieli o strategicznym znaczeniu dla własnego biznesu np. dostawców materiałów i surowców oraz tych, którzy skutecznie dochodzą zaległych należności.

Kredytowanie własnej działalności cudzymi pieniędzmi mniej opłacalne
Ustawa o terminach płatności uprawniająca wierzycieli do obciążenia dłużnika kosztami windykacji może powoli uzdrowić sytuację. Jeszcze rok temu wierzyciel chcąc zlecić profesjonalistom odzyskanie długu od nierzetelnego kooperanta musiał pokryć związane z tym koszty. Teraz koszty może pokryć dłużnik. Niezależnie od zakresu podjętych działań i kwoty roszczenia wierzyciel może domagać się od dłużnika równowartości 40 EUR jako zryczałtowanych kosztów windykacji. Ponadto może domagać się kosztów dochodzenia roszczenia przekraczające tą kwotę, w tym np. prowizji firmy windykacyjnej. Przedsiębiorcy, którzy standardowo zlecają windykację długów, zgodnie przyznają, że ta regulacja ustawodawcy to realna pomoc dla wierzycieli w nierównej walce o swoje. Ustawa zlikwidowała podstawową barierę w korzystaniu z usług, którą stanowiły dotąd ich koszty. – Z całą pewnością zwyczaj przetrzymywania cudzych pieniędzy przestał być już tak opłacalny. Zadaniem windykatora jest wyczerpanie wszystkich polubownych metod uzyskania spłaty od dłużnika poprzez zawarcie ugody, zaproponowanie harmonogramu spłat bo to oznacza oszczędność czasu i pieniędzy klientów. Teraz do grona zainteresowanych terminową spłatą mogą dołączyć dłużnicy. Coraz więcej z nich ma świadomość, że fiasko polubownej windykacji oznacza proces sądowy, który zakończy się wydaniem nakazu zapłaty i wszczęciem egzekucji. Dług zostanie powiększony o koszty postępowania sądowego, a obecnie również o koszty windykacji– podsumowuje Danuta Czapeczko Dyrektor Sprzedaży i Marketingu PRAGMA INKASO S.A.

Outsourcing się opłaca
Należy pamiętać, że wydatki, których chcemy dochodzić od dłużnika muszą zostać faktycznie poniesione. Nie można się ich domagać z góry, a dopiero po okazaniu dowodu opłacenia. Tym samym pojawił się nowy argument przemawiający za zleceniem na zewnątrz windykacji długów. Duża skuteczność profesjonalnych windykatorów wynika z prowadzenia działań w bezpośrednim otoczeniu dłużnika, zgodnie z indywidualnym scenariuszem dla każdej wierzytelności. Podkreślaną korzyścią, przemawiającą za zleceniem windykacji profesjonalistom, jest też możliwość uniknięcia napięć między wierzycielem a dłużnikiem poprzez wprowadzenie trzeciej strony. Obecnie usługi te stają się dodatkowo szeroko dostępne. – Usprawnienie procedury egzekwowania należności za usługi windykacyjne leży również w interesie firm windykacyjnych. Pragma Inkaso wprowadziła do swojej oferty odzyskiwanie własnej prowizji za windykację od dłużnika jako dodatkową wartość. To powinno przekonać wierzycieli, że warto dbać o swoje – dodaje Danuta Czapeczko.

E-booki czy książki tradycyjne? Co jest bardziej EKO według specjalistów?

Jednym z głównych argumentów przemawiających za czytaniem e-booków, poza wygodą i przystępną ceną, jest ich ekologiczny charakter. Są niematerialnym bytem, do ich produkcji nie zużywa się papieru, nie są tak szkodliwe dla środowiska. Czy na pewno? Virtualo, największy dystrybutor książek cyfrowych, postanowił zapytać o opinie przedstawicieli różnych branż i podmiotów, aby sprawdzić czy w odniesieniu do e-booków używanie terminu eko-czytanie nie jest nadużyciem.

W 2013 roku Virtualo sprzedało prawie pół miliona książek elektronicznych. Mimo iż obecnie rynek e-booków w Polsce stanowi 2-3% całego rynku książki, to w przeciwieństwie do książek tradycyjnych, rozwija się nadal bardzo dynamicznie, dlatego warto zastanowić się czy rozpowszechnienie się książek elektronicznych przyczyni się do poprawy stanu naszego środowiska. Czy ograniczenie produkcji papieru i rezygnacja z wycinania milionów drzew sprawi, że zmaleje emisja zanieczyszczeń i dwutlenku węgla? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta i jednoznaczna. W związku z tym firma Virtualo chcąc sprawdzić czy e-booki są postrzegane jako ekologiczne, poprosiła o wypowiedź przedstawicieli różnych branż i organizacji.

E-book czy książka papierowa – co bardziej ingeruje w środowisko naturalne

Szukając odpowiedzi na to pytanie należy przyjrzeć się analizie cyklu życia produktów, czyli książki elektronicznej i papierowej oraz ich wpływu na środowisko. Funkcja użytkowania obu form książek jest taka sama. Istotną kwestią w procesie analizy jest więc trwałość, sposób użytkowania oraz cena, jaką ponosi środowisko naturalne z tytułu ich produkcji.

Jak alarmują ekolodzy, w wielu rejonach świata zjawisko wycinania lasów odbywa się na zastraszającą skalę. Szacuje się, iż co 3 lata na świecie znikają lasy tropikalne o powierzchni Polski, sięgając więc po tradycyjne książki warto uświadomić sobie fakt, iż z jednego drzewa produkuje się średnio sto 500-stronnicowych książek, a jedno drzewo produkuje dziennie około 2,5 litra tlenu. Co oznacza, iż w wymiarze globalnym produkcja papieru i powstających z niego między innymi książek ma duży, negatywny wpływ na środowisko. Polska na szczęście na tle pozostałych krajów może pochwalić się dobrym zarządzaniem gospodarką leśną. Nasz kraj jest w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o powierzchnię lasów, które zajmują prawie 30% terytorium Polski.

Do papierni trafia drewno pochodzące z tzw. cięć pielęgnacyjnych. Usuwa się wtedy część młodych drzew, by dać przestrzeń do wzrostu pozostałym. Drzewa te i tak zostałyby wycięte. Natomiast dorodne, wiekowe okazy nigdy nie są przerabiane na papier. Owszem powinno się ograniczać zużycie papieru, ale w kontekście niemarnotrawienia produktów pochodzących z lasu i nieśmiecenia. Warto zwrócić też uwagę na fakt, że do produkcji papieru stosowane są różnego rodzaju chemikalia – mówi Anna Malinowska, rzecznik prasowy Lasów Państwowych.

Kolejnym aspektem w badaniu ekologiczności e-booków i książek tradycyjnych jest emisja CO2 do atmosfery podczas ich produkcji. Wycięcie drzew przy odpowiedzialnie zarządzanej gospodarce leśnej, tak jak ma to miejsce w Polsce jest etapem, który najmniej negatywnie wpływa na środowisko naturalne. Realne straty dla środowiska powstają, jednak przede wszystkim w procesie produkcji papieru i związanej z nim emisji dwutlenku węgla, używania chemikaliów oraz innych skutków ubocznych, szczególnie jeśli rozpatrujemy to zjawisko w skali globalnej.

Problem szkodliwych substancji zawartych w produkcji może również dotyczyć czytników, jeśli są to urządzenia pochodzące z Dalekiego Wschodu, wytwarzane masowo po najniższych kosztach. Firma z branży urządzeń do e-czytania, która dbając o jakość swoich produktów samodzielnie opracowuje i produkuje swoje rozwiązania, przekonuje nas jednak, iż: Czytniki kupują ludzie, którzy nade wszystko cenią sobie mobilność i nowoczesność wykorzystywanych urządzeń. Same e-booki są ekologicznym rozwiązaniem, ale nam zależy na czymś więcej – mówi Karina Sękowska, rzecznik szwajcarskiego producenta czytników PocketBook. Dlatego nasze wszystkie czytniki produkowane są z zachowaniem wszelkich norm i zapisów ustaw regulujących poziom substancji wykorzystywanych do wytworzenia rozwiązań technologicznych. Kwestia ochrony środowiska i odpowiedzialnego działania firmy w zakresie ekologii jest sprawą priorytetową – dodaje Pani Karina Sękowska.

Według raportu amerykańskiej firmy badawczej Cleantech Group rozwój rynku elektronicznych czytników czyli urządzeń, które bezpośrednio są związane z użytkowaniem e-booków, powinien mieć radykalny wpływ na poprawę stanu środowiska naturalnego, dzięki czemu globalna emisja CO2 mogłaby zmniejszyć się aż o 10,9 mln ton na przestrzeni najbliższych 4 lat. Szacując dane w oparciu o rynek amerykański, badacze sprawdzili, iż dwutlenek węgla wyprodukowany przez całe życie Kindla jest w pełni utylizowany średnio już po pierwszym roku działania urządzenia. Kolejne lata pracy oznaczają, więc oszczędzenie około 168 kg CO2 rocznie dla środowiska, co jest równe ilości dwutlenku węgla koniecznej, by wyprodukować i rozprowadzić 22.5 książki.

Zatem jeśli udałoby się dalej utrzymać i zwiększać sprzedaż e-czytników kosztem ograniczenia produkcji książek papierowych, będzie można ograniczyć negatywny wpływ przemysłu wydawniczego na środowisko naturalne. Aby zilustrować to zjawisko, warto przytoczyć sugestywne dane sprzed kilku lat dotyczące rynku amerykańskiego. Jak oszacowano w 2008 roku, do wydania wszystkich książek i gazet w USA ścięto 125 mln drzew, wykorzystano 580 mld litrów wody i wyprodukowano taką ilość papieru, która mogłaby pokryć ¼ lądu amerykańskiego.

Dodatkowym atutem przemawiającym za e-bookami w kontekście wpływu na środowisko naturalne może być również proces sprzedaży i dystrybucji książek. W przypadku książek papierowych wymaga on zaangażowania działań logistycznych związanych z pakowaniem, dowożeniem, często foliowaniem książek, czyli procesów, które na dużą skale również wpływają na zanieczyszczenie środowiska.

E-book w służbie ekologii

O tym, że e-book może być bardzo eko, świadczy również fakt, iż forma książki elektronicznej w dzisiejszych czasach znajduje również zastosowanie w akcjach i projektach o charakterze proekologicznym. Na przykład, aby uświadamiać ludzi jak ważne jest sortowanie i recykling. „Jak sortować, aby nie zwariować” – to tytuł e-booka, który powstał dzięki współpracy zespołów magazynu Cztery Kąty i czterykaty.pl, STENA EkoStacji oraz IKEA. Zadaniem tego e-booka jest w prosty i ciekawy sposób rozjaśnienie wątpliwości, które od wprowadzenia nowej ustawy śmieciowej, wciąż utrudniają Polakom skuteczne segregowanie odpadów. Przyjazny środowisku e-book ma szansę stać się remedium na niewiedzę – jego forma ułatwia szybkie dotarcie do informacji na temat ustawy śmieciowej oraz sposobów segregacji odpadów… – mówi Paweł Herman, ekspert Stena Recycling.

Ekologiczność e- booków, a „zielone sumienie”

Dyskutując o e-bookach w kontekście różnych aspektów środowiska i naszego wpływu na jego ochronę, trzeba pamiętać, iż wielbiciele literatury cyfrowej posiadają zwykle czytniki, których wyprodukowanie i późniejsza utylizacja to również koszt dla środowiska. Aby bilans ekologiczny dla natury był dodatni ważny jest okres użytkowania samego urządzenia, a następnie jego utylizacja. Część firm produkujących czytniki wykazuje się już proekologiczną postawą i prowadzi zbiórkę swoich urządzeń do recyklingu. Sama forma e-booka jako pliku elektronicznego jest postrzegana pozytywnie w ujęciu ekologicznym.

E – booki są eko, gdyż zarówno, żeby je wyprodukować, jak i żeby się ich pozbyć, nie wydatkujemy żadnej dodatkowej energii. Nie ma problemu z utylizacją czy z emisją CO2. Pozbawione bytu, bity są doskonale sterylne, niematerialne, jedyne, co w sobie mają, to utrwaloną myśl ludzką – komentuje Łukasz Gołębiewski z Biblioteki Analiz.

Biorąc pod uwagę zebrane przez firmę Virtualo opinie i komentarze dotyczące ekologii i książek należy wyróżnić 2 kwestie. Produkcję urządzeń, e-czytników, która jak wynika z informacji prezentowanych przez producentów, jest coraz bardziej przyjazna dla naturalnego środowiska w odniesieniu do produkcji książek tradycyjnych. Drugą kwestią jest sam ekologiczny charakter e-booka jako pliku elektronicznego w stosunku do książki papierowej.

Ekologiczność e-booków zależy w dużej mierze od naszego sposobu i czasu ich użytkowania. Biorąc pod uwagę fakt, iż na czytniku możemy przechowywać jednocześnie około 500 e-booków, a do powstania książek elektronicznych nie zużywamy zasobów naturalnych, mogę one nam służyć przyjaźnie dla środowiska przez wiele lat. Co więcej, zmieniając urządzenie, na którym czytamy e-booki, biorąc pod uwagę, iż producenci nowoczesnych technologii w dużej mierze stawiają na kompatybilność, możemy dbając bez wysiłku o naturalne środowisko przenieść i nadal rozwijając swoją wirtualną bibliotekę.

Remarketing – ryzyko czy zysk?

Z badań przeprowadzonych przez Marketing Land oraz SurveyMonkey wynika że aż 75% konsumentów w sieci zauważa „śledzące” reklamy. Czy ten zaskakująco wysoki poziom świadomości respondentów oznacza koniec dla retargetowanej reklamy? Absolutnie nie.

Kurtyna została podniesiona. Badania z końca ubiegłego roku udowadniają, iż do procesu retargetowania, który jest obecnie nieodłączną częścią kampanii online należy podchodzić z dużą dozą rozwagi. Powierzenie tego zadania niekompetentnemu i niedoświadczonemu wykonawcy niesie za sobą duże ryzyko w postaci zniechęcenia potencjalnej grupy docelowej – komentuje Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365 NET. Konsumenci są świadomi tego celowego zabiegu, a zatem oczekują kreatywnych oraz nienachalnych rozwiązań. Specjaliści nie powinni zapominać o różnorodności ofert, rozsądnym cappingu oraz ograniczonym czasie trwania podobnych kampanii – dodaje.

Zaskakujący jest również sposób postrzegania retargetowania reklamy przez badanych konsumentów. Spośród tych, którzy wiedzą iż reklamy podążają za nimi po odwiedzeniu danych stron internetowych, aż 8,7 % przyznało iż jest to doskonały pomysł na „odświeżenie pamięci” i zdeklarowało, że z chęcią powróci na daną stronę www. ilość respondentów którzy odpowiedzieli na ofertę reklamową, czyli wykonali pożądaną akcję wyniosła aż 7,4%. Największy odsetek konsumentów, bo aż 46%, opowiedział się za ignorowaniem takowego przekazu. Nie rzuca to negatywnego światła na retargetowaną reklamę, gdyż w dalszym ciągu jest to prawie dwa razy mniej, niż w przypadku tradycyjnie wyświetlanej reklamie display. Niezbyt pokrzepiającym okazuje się jednak fakt, iż 38% procent konsumentów odpowiedziało, iż komunikaty pojawiające się w sieci „bez końca”, zniechęcają nie tylko do produktu, ale również do marki.

Konsumenci wiedzą, iż jeśli raz udali się w dane miejsce, ktoś będzie chciał sprawić aby wrócili. Badanie przeprowadzone przez Marketing Land i SurveyMonkey obrazuje niestety odsetek błędnie przeprowadzonych lub nieumiejętnie przeprowadzonych kampanii – komentuje Kamila Szwagiel. Dobrze wykorzystany retargeting umożliwia powtórne dotarcie do użytkowników, którzy mieli już kontakt z przekazem marketingowym reklamodawcy, ale również zna granicę cierpliwości konsumenta. Usługa NR1WINTERNECIE bazująca na profilach behawioralnych użytkowników sieci, jest w stanie precyzyjnie określić intencję zakupową użytkownika oraz to czy dany konsument wykonał już pożądaną akcję. Dzięki stałej optymalizacji przekaz reklamowy naszego klienta, trafia tylko do zainteresowanych użytkowników, przy czym nie irytuje tych, którzy ofertą klienta nie są dłużej zainteresowani – dodaje.

Analizy kampanii NR1WINTERNECIE, które wykorzystują tzw. remakreting reklamy pokazują, że dzięki niemu można nawet trzykrotnie poprawić wyniki działań promocyjnych. Dodatkowo, korzystanie z retargetowania daje reklamodawcom możliwość znacznej optymalizacji kosztów całości kampanii, poprzez skuteczne docieranie do klientów, którzy wstępnie wyrazili zainteresowanie ofertą, a nie szukanie ich na nowo w gąszczu liczącego około 20 milionów użytkowników polskiego Internetu.

T. Matras, UI TFI: „Moda na kraje BRIC przemija, potencjał jest w Europie”

O sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Tomaszem Matrasem, zastępcą dyrektora Inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI.

W ostatnim czasie obserwujemy wzrosty akcji na rynkach wschodzących, m.in. w Brazylii i Indiach, czyli w krajach z grupy BRIC. Czy to sygnał, że kapitał może zacząć masowo powracać na rynki wschodzące?
Na wstępie warto zaznaczyć, że moda na inwestowanie w krajach z grupy BRIC, rozumianych jako całość, przemija. Te państwa mają wewnętrzne problemy, a ich gospodarki już nie będą rosły w tempie, do jakiego nas przyzwyczaiły. Dobrze to widać na przykładzie ostatnich miesięcy – w większości krajów nie tylko rozwiniętych, ale
i rozwijających się można zaobserwować zdecydowaną poprawę sytuacji makroekonomicznej, podczas gdy kraje BRIC jakby stanęły w miejscu.

Jednak giełdy w Brazylii i Indiach ostatnio istotnie rosną.
Tak, choć fundamenty tamtejszych gospodarek nie zachwycają. Zainteresowanie inwestorów może więc być przejściowe. Obecnie dużo ciekawszym kierunkiem inwestycyjnym okazuje się Europa Środkowo-Wschodnia czy Turcja.

Rzeczywiście, w ostatnim czasie Turcja powróciła do łask inwestorów. Gdzie można upatrywać głównych przyczyn tego odbicia na rynku akcji?
Zgodnie z naszymi wcześniejszymi oczekiwaniami rynek pozytywnie przyjął wynik wyborów samorządowych w Turcji, w wyniku których rządząca Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) otrzymała od społeczeństwa wotum zaufania, osiągając nawet większe poparcie niż w poprzednich wyborach. Zagraniczny kapitał powracający nad Bosfor pomógł także tureckiej lirze. Jej umocnienie dodatkowo powiększyło zyski z inwestycji.

Czy minihossa na tureckiej giełdzie może być początkiem trwalszego trendu?
Nie jest to wykluczone, bo fundamentalnie atrakcyjność Turcji się nie zmieniła. Po ubiegłorocznych spadkach spółki tureckie są relatywnie tanie. Wyniki spółek nie uzasadniają takiej przeceny, ponadto firmy wypłacają wysokie dywidendy, a dividend yield w wypadku niektórych przekracza nawet 10%. Sporo czynników przemawia więc za inwestycją, aczkolwiek należy pamiętać, że inwestowanie w Turcji jest cały czas obarczone wysokim ryzykiem.

A z pozostałych rynków środkowoeuropejskich?
Zdecydowanie Polska. Nasz kraj charakteryzuje się dobrymi fundamentami makroekonomicznymi oraz stabilnością polityczną, przez co cieszy się zainteresowaniem inwestorów zagranicznych. Widać to szczególnie wyraźnie, jeśli spojrzymy na wzrosty cen akcji polskich blue chipów. Bardzo możliwe, że do Polski trafia także niewielka część kapitału, który od jakiegoś czasu inwestorzy wycofują z Rosji. Byłoby to całkiem logiczne, ponieważ jeżeli szukamy w regionie alternatywnych rynków o dobrych perspektywach, Polska i Turcja zdecydowanie się wyróżniają.

Jak można ocenić wyniki polskich spółek za IV kwartał 2013 r.?
Wyniki finansowe można ocenić całkiem dobrze. Może nie było zbyt wielu pozytywnych zaskoczeń, jednak znaczna część spółek zanotowała wyższe zyski niż w analogicznym okresie 2012 r. Wśród dużych firm pozytywnie wyróżnił się sektor bankowy, na którego wyniki w znacznej mierze miała wpływ poprawiająca się sytuacja gospodarcza. Wśród średnich spółek wyróżniły się Cyfrowy Polsat, LPP i Inter Cars. Z kolei słabe wyniki za
IV kwartał 2013 r. zaprezentował sektor paliwowy i wydobywczy, co było bezpośrednio związane z niskimi cenami surowców, np. węgla i ropy naftowej.

Sytuacja na Krymie i niepewność co do dalszych działań Rosji wywołała na GPW spore zamieszanie. Czy kurz już opadł, a jeśli tak, jak można na chłodno ocenić sytuację?
Rzeczywiście, spółki z ekspozycją na Rosję i Ukrainę ostatnimi czasy znajdowały się pod presją, a ich akcje zostały znacznie przecenione. W większości wypadków reakcja inwestorów była jednak mocno przesadzona, ponieważ spadki nie odzwierciedlają skali biznesu tych firm w obu wymienionych państwach. O przereagowaniu inwestorów mówią także zarządy samych spółek, które co prawda dostrzegają problem, ale oceniają, że konflikt rosyjsko-ukraiński nie wpłynie znacząco na ich zyski w kolejnych kwartałach.

A sankcje wobec Rosji i ich możliwe następstwa dla polskich spółek?
Wydaje się, że ewentualne sankcje dotkną najbardziej przemysł rolno-spożywczy. Sankcje na tego typu produkty są najprostsze do wprowadzenia i w łatwy sposób można znaleźć dostawców w innych krajach. Zresztą ograniczenia w handlu takimi towarami już nieraz były wprowadzane przez naszego wschodniego sąsiada. Warto jednak podkreślić, że spółki notowane na warszawskim parkiecie powiązane z rosyjską gospodarką to głównie firmy przemysłowe, które dostarczają artykuły potrzebne Rosjanom, i nie jest łatwo w krótkim czasie znaleźć dostawców z innych kierunków, tym bardziej, że wprowadzenie sankcji prawdopodobnie dotknęłoby całą Unię Europejską, a to właśnie stąd trafiają na rynek rosyjski produkty wysoko przetworzone.

Polski rynek obligacji może pozytywnie zaskoczyć

O sytuacji na rynku obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych Union Investment TFI.

Zgodnie z fazą cyklu koniunkturalnego obecny rok nie jest optymalny, jeżeli chodzi o inwestowanie w obligacje skarbowe. Dotychczasowa kondycja polskiego rynku długu zdaje się temu przeczyć?
To prawda. Po zawirowaniach związanych ze zmianami w OFE w ostatnim czasie polski rynek obligacji zachowuje się dość spokojnie, wręcz pozytywnie. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych spadła z ok. 4,29% na początku kwietnia do poziomu ok. 4,1%. Otoczenie makroekonomiczne w dalszym ciągu nie sprzyja obligacjom, jednak z uwagi na wiele pomniejszych czynników zainteresowanie inwestorów polskimi papierami jest duże.

Czy ten pozytywny trend ma szanse się utrzymać?
Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom – tak. Szczególnie w pierwszej połowie roku, gdyby zrealizował się zaskakujący, wręcz nieprawdopodobny (w kontekście dotychczasowej, raczej jastrzębiej retoryki członków RPP) scenariusz obniżenia stóp procentowych na jednym z najbliższych posiedzeń. Stałoby się to silnym sygnałem wspierającym, bo obecnie rynek nie wycenia takiego rozwoju wypadków. W tym kontekście rodzi się nawet pytanie, czy nie jest to jedna z ostatnich w tym roku okazji, by zarobić na obligacjach. W drugiej połowie roku, wraz ze zbliżaniem się do nieuchronnych podwyżek stóp procentowych w Polsce, sentyment może okazać się już bowiem nieco gorszy.

A jeśli nie Polska, to…? Które jeszcze rynki warto brać pod uwagę?
W regionie Nowej Europy całkiem dobrze prezentują się obligacje tureckie, węgierskie czy rumuńskie, choć trzeba pamiętać, że szczególnie w Turcji inwestowanie jest obarczone dużym ryzykiem, głównie politycznym. Jeśli jednak inwestor ma większą tolerancję na wahania cen papierów i nieco dłuższy horyzont inwestycyjny, może rozważyć dywersyfikację swojego portfela z uwzględnieniem tych rynków.

Spoglądając na Stary Kontynent nieco szerzej, można zauważyć, że na ostatnim posiedzeniu Europejski Bank Centralny pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Czy ta zachowawczość może mieć jakieś implikacje dla gospodarki i rynków?
Rzeczywiście, zarząd banku centralnego strefy euro po raz kolejny pozostał przy stwierdzeniu, iż „ma możliwości i nie zawaha się ich użyć”. Jednak – na co warto zwrócić uwagę – EBC zaczyna dostrzegać ryzyko, że w pewnym momencie zapowiedzi obniżek stóp mogą przestać działać na inwestorów. Szczególnie że stopa referencyjna w strefie euro wynosi obecnie 0,25% i pole manewru jest niewielkie.

Skąd wniosek, że EBC może się zdecydować na jakiś poważniejszy ruch?
EBC zasygnalizował, że rozważa możliwość wsparcia gospodarki europejskiej poprzez program luzowania ilościowego. Trudno powiedzieć, czy jest to realne już w najbliższej perspektywie, ponieważ prezes Mario Draghi mógł tylko sondować rynki. Z pewnością jednak osłabienie euro względem głównych walut okazałoby się korzystne. Obniżyłoby bowiem ryzyko deflacji i poprawiło konkurencyjność krajów eurolandu, co podtrzymałoby wciąż delikatne ożywienie gospodarcze.

Dlaczego EBC zwleka z decyzją?
Prawdą jest, że w obecnej sytuacji, gdy ożywienie w strefie euro nie jest jeszcze silne i trwałe, EBC powinien działać bardziej zdecydowanie i agresywniej. Jednak Europa, w przeciwieństwie do Japonii, nie ma doświadczeń z deflacją. Być może stąd ta zachowawcza polityka i wiara Maria Draghiego, że gospodarka wyjdzie na prostą o własnych siłach. Na to wszystko nakłada się przyjęty w Europie sposób prowadzenia polityki pieniężnej.

Na czym on polega?
Banki centralne w Europie działają asymetrycznie. Postępują bardzo stanowczo, gdy inflacja jest powyżej celu, jednak gdy znajduje się poniżej, ich ruchy nie są tak zdecydowane. Przykładowo jeśli cel inflacyjny NBP wynosi 2,5%, a inflacja przekroczy ten poziom – niezależnie od dopuszczalnego przedziału wahań, który wynosi +/-1 punkt procentowy – to RPP natychmiast podnosi stopy procentowe, by obniżać inflację. Z drugiej strony, gdy inflacja pozostaje poniżej celu, rada nie jest skora do tego, by obniżać stopy i starać się przywrócić poziom inflacji do zakładanego celu. Bank centralny np. Japonii ma zgoła inne podejście. Gdy inflacja zbliża się do zera, niezwłocznie wykorzystuje on wszelkie dostępne narzędzia, by podbić inflację i nie pozwolić gospodarce popaść w stagnację.

Czy poza obniżką stóp i programem luzowania ilościowego EBC może zrobić coś jeszcze, by pomóc europejskiej gospodarce?
EBC ma w zanadrzu narzędzia w postaci m.in. operacji LTRO, które polegają na udzielaniu bankom komercyjnym pod zastaw obligacji nisko oprocentowanych pożyczek w celu pobudzenia akcji kredytowej, a tym samym zwiększenia konsumpcji. Do tej pory raczej średnio się to udawało, bo pieniądze wracały na depozyt do EBC. Należy jednak pamiętać, że EBC zapowiada takie transakcje, a rynek się ich spodziewa.