Ekwiwalent za zaległy urlop do odzyskania nawet po upadłości pracodawcy

W przypadku upadłości pracodawcy, pracownik ma możliwość odzyskania ekwiwalentu za zaległy urlop od Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Kwestie niezaspokojonych roszczeń wynikających ze stosunku pracy, w sytuacji upadłości pracodawcy, reguluje Ustawa z 13 lipca 2006 r. o ochronie roszczeń pracowniczych w razie niewypłacalności pracodawcy (Dz. U. z 2014 r., poz.272).

Zgodnie z Ustawą, niewypłacalność pracodawcy zachodzi, gdy sąd upadłościowy, na podstawie przepisów Prawa upadłościowego i naprawczego, wyda postanowienie o:
– ogłoszeniu upadłości pracodawcy obejmującej likwidację majątku dłużnika,
– ogłoszeniu upadłości z możliwością zawarcia układu,
– zmianie postanowienia o ogłoszeniu upadłości z możliwością zawarcia układu na postanowienie o ogłoszeniu upadłości obejmującej likwidację majątku dłużnika,
– oddaleniu wniosku o ogłoszenie upadłości pracodawcy, jeżeli jego majątek nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania,
– oddaleniu wniosku o ogłoszenie upadłości w razie stwierdzenia, że majątek dłużnika jest obciążony hipoteką, zastawem, zastawem rejestrowym, zastawem skarbowym lub hipoteką morską w takim stopniu, że pozostały jego majątek nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania.

Jakie świadczenia musi wypłacić fundusz?

W razie niewypłacalności pracodawcy, zaspokojeniu ze środków funduszu podlegają:
1) wynagrodzenia za pracę;
2) przysługujące pracownikowi na podstawie powszechnie obowiązujących przepisów prawa pracy:
a) wynagrodzenia za czas niezawinionego przez pracownika przestoju, za czas niewykonywania pracy (zwolnienia od pracy) i za czas innej usprawiedliwionej nieobecności w pracy,
b) wynagrodzenia za czas niezdolności pracownika do pracy wskutek choroby, o którym mowa w art. 92 ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy,
c) wynagrodzenia za czas urlopu wypoczynkowego,
d) odprawy pieniężne przysługujące na podstawie przepisów o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników,
e) ekwiwalent pieniężny za urlop wypoczynkowy, o którym mowa w art. 171 § 1 Kodeksu pracy, należny za rok kalendarzowy, w którym ustał stosunek pracy,
f) odszkodowanie, o którym mowa w art. 361§ 1 Kodeksu pracy,
g) dodatek wyrównawczy, o którym mowa w art. 230 i 231 Kodeksu pracy;
3) składki na ubezpieczenia społeczne należne od pracodawców na podstawie przepisów o systemie ubezpieczeń społecznych.

Roszczenie z tytułu ekwiwalentu pieniężnego za zaległy urlop podlega zaspokojeniu, jeżeli ustanie stosunku pracy nastąpiło w okresie nie dłuższym niż 9 miesięcy poprzedzających datę wystąpienia niewypłacalności pracodawcy.

Jak odzyskać ekwiwalent?

W okresie jednego miesiąca od daty niewypłacalności pracodawcy, on sam bądź syndyk, likwidator lub inna osoba sprawująca zarząd nad majątkiem pracodawcy, sporządza i składa marszałkowi województwa zbiorczy wykaz niezaspokojonych roszczeń, określając osoby uprawnione oraz tytuły i wysokość roszczeń wnioskowanych do zaspokojenia ze środków Funduszu. Zbiorczy wykaz obejmuje roszczenia z okresów poprzedzających datę niewypłacalności pracodawcy.

WAŻNE! Wypłata świadczeń może nastąpić także na podstawie wniosku pracownika, byłego pracownika lub uprawnionych do renty rodzinnej członków rodziny zmarłego pracownika lub zmarłego byłego pracownika.

Gdzie składać dokumenty?

Wniosek należy złożyć marszałkowi województwa nie wcześniej niż po upływie dwóch tygodni od terminów przewidzianych na złożenie wykazu lub wykazu uzupełniającego.

W świetle powyższych postanowień Ustawy o ochronie roszczeń pracowniczych w razie niewypłacalności pracodawcy wynika, że pracownik może zgłosić roszczenie do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych o ekwiwalent za zaległy urlop wypoczynkowy należny za rok kalendarzowy, w którym ustał stosunek pracy.

Jeżeli chodzi o roszczenia o ekwiwalent za zaległy urlop w latach innych, niż rok, w którym ustał stosunek pracy, zainteresowany powinien zgłosić swoją wierzytelność do sędziego-komisarza, który nadzoruje postępowanie upadłościowe (jeżeli zobowiązania te nie zostały umieszczone na liście wierzytelności z urzędu). Zgodnie bowiem, z art. 237 Prawa upadłościowego i naprawczego, wierzytelności ze stosunku pracy umieszcza się na liście wierzytelności z urzędu.

Forex Mentoring – rusza unikalny program szkoleniowy Admiral Markets

Admiral Markets AS uruchamia dla polskich inwestorów unikalny projekt szkoleniowy oparty na mentoringu. To pierwsza taka inicjatywa na polskim rynku organizowana przez brokera forexowego. Podczas trzymiesięcznego programu analitycy Admiral Markets przeszkolą 100 osób, a najlepsze 10 otrzyma od brokera możliwość inwestowania na realnym rachunku środkami o łącznej kwocie 100 tys. zł.

Projekt adresowany jest do każdego, kto chciałby zostać profesjonalnym traderem, a o kwalifikacji do niego zadecyduje wypełniany przez kandydatów formularz rejestracyjny. – W ankiecie znajdą się pytania, które pozwolą nam wybrać najlepszych kandydatów. Zależy nam na tym, żeby do projektu przyjąć osoby zaangażowane, ambitne, które chcą tradować zgodnie z obraną strategią i jednocześnie świadomie zarządzać ryzykiem, które jest nieodzownym elementem rynku Forex – mówi Krzysztof Koza z Admiral Markets, jeden z mentorów.

Projekt składa się z pięciu etapów. Pierwszym etapem jest trzytygodniowa rekrutacja, która rozpoczyna się w najbliższy poniedziałek 14 kwietnia br. Następnie odbywają się elitarne seminaria online, podczas których mentorzy będą szkolić uczestników i przedstawią założenia stosowanych strategii. Każdy z mentorów na tym etapie będzie pracował maksymalnie z 50 osobami.

– Przez cały czas trwania programu będziemy wspierać uczestników umożliwiając im konsultacje i indywidualne zgłębianie wybranych zagadnień. Nasze strategie różnią się od siebie. Uczestnicy sami wybiorą czy wolą pracować stosując moją strategię opartą głównie na wsparciach i oporach czy strategię Krzysztofa i jego matematyczne podejście do rynku – tłumaczy Tomasz Wiśniewski, drugi z mentorów. O kwalifikacji do dalszej części programu decydować będzie test weryfikujący zdobytą wiedzę.

Ostatnie dwa etapy Forex Mentoring to wykorzystanie zdobytej wiedzy w praktyce. Najpierw uczestnicy będą przez 4 tygodnie handlować na rachunku demo. – Na tym etapie muszą się oni wykazać także konsekwencją w zakresie stosowanej strategii. Każde złamanie zasad, które ustaliliśmy spowoduje wykluczenie z programu – zapowiada Krzysztof Koza. Do finału zakwalifikuje się 10 osób, dla których Admiral Markets AS przygotował rachunek inwestycyjny o wartości 10 tys. zł. – Przez miesiąc uczestnicy będą zmagać się w realnych warunkach rynkowych. Ten czas pokaże przede wszystkim czy sukces na rachunku demo zostanie powtórzony, gdy w grę wejdą emocje towarzyszące rzeczywistemu inwestowaniu – dodaje Tomasz Wiśniewski.

Aplikacje do Forex Mentoring będzie można składać przez trzy tygodnie – rekrutacja potrwa do 4 maja br. Formularz aplikacyjny dostępny jest na stronie www.forexmentoring.pl

Koniec z darmową promocją na Facebooku

Liczba artykułów o tym, jak poradzić sobie z EdgeRankiem codziennie staje się coraz większa. Dodawać jeden post dziennie, a może więcej? Która forma ma największy zasięg – wideo, foto czy tekst? Jakie treści lepiej angażują, a tym samym zwiększają organic reach? Odpowiedź jest prosta – trzeba zacząć płacić.

Oczywiście algorytmu Facebooka nie zna nikt, poza osobami które pracują w Menlo Park. Wszystkie rady, które rzekomo mają polepszyć naszą pozycję na rynku social media, należy traktować jak wróżenie z fusów. Jedyną bowiem radą jest włączenie do swojego budżetu stałego punktu w postaci reklam i promocji postów.

Dlaczego nie jest to popularny pogląd wśród osób niezwiązanych na co dzień z branżą marketingową? Facebook przyzwyczaił nas bowiem przez lata do luźnego podejścia do prowadzenia swojego fanpage’a. Ewentualne błędy nie pociągały za sobą skutków finansowych, co nierzadko dzieje się na innych polach promocji. Ten etap się jednak kończy i zamiast przyzwyczaić się do zmian, jesteśmy prędzej w stanie uciekać do Twittera czy Instagrama.

Nie ma nic złego w rozszerzaniu naszej działalności o pozostałe znane nam platformy – komentuje Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA 365NET – Warto jednak pamiętać, że Facebook to aż 1 miliard aktywnych użytkowników na całym świecie, a do takiego wyniku tym pozostałym mediom zdecydowanie daleko. – zauważa.

Facebook przestał dawno być nowinką i awansował do miana pewnego standardu. Jest to w tym momencie przedłużenie strony internetowej, dlatego warto zastosować tutaj pewną alegorię. W zamierzchłych czasach połączenia internetowego poprzez modem, strony www były w podobnym stadium co do niedawna Facebook. Nie było problemu z założeniem strony całkowicie za darmo, graficzne dopracowanie witryny również nie było zbytnio wymagające. Dzisiaj natomiast koszty efektywnego prowadzenia swojego własnego WWW zawierają takie wydatki jak domenę, miejsce na serwerze, SEO czy też projektowanie graficzne. Dostosowaliśmy się do tych zmian, więc powinniśmy tak samo postąpić z Facebookiem.

Ciekawy jest fakt, że narzekanie na EdgeRank jest domeną polskiej prasy marketingowej. Na zagranicznych serwisach poświęconych social media publicyści skupiają się raczej na czysto PR-owych aspektach, takich jak budowanie więzi, angażowanie, a nie na liczbach i procentach.

Być może lekiem na słabe efekty prowadzenia komunikacji na Facebooku jest zaakceptowanie zmian, jakie wymusza na nas rzeczywistość mediów społecznościowych i powrót do istoty działań w tychże, czyli pogłębiania relacji z naszymi odbiorcami.

Prezydent RP podpisze postanowienie o udziale PKW w misji Air Policing

11 kwietnia 2014 r. (piątek) o godz. 12.30 w siedzibie Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych (ul. Żwirki i Wigury 103/105, Warszawa) Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski podpisze postanowienie o użyciu Polskiego Kontyngentu Wojskowego w składzie Sił Sojuszniczych Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego w misji wojskowego nadzoru przestrzeni powietrznej Republiki Estońskiej, Republiki Litewskiej i Republiki Łotewskiej. Polski Kontyngent Wojskowy ORLIK 5 rozpocznie dyżur 1 maja br. na litewskim lotnisku w Szawle. Polscy żołnierze będą realizować misję Air Policing do 31 sierpnia br. Polski Kontyngent Wojskowy będzie liczył do 100 żołnierzy i pracowników wojska. Celem misji jest patrolowanie i niedopuszczenie do naruszenia przestrzeni powietrznej Republiki Estońskiej, Republiki Litewskiej i Republiki Łotewskiej oraz udzielanie pomocy samolotom wojskowym i cywilnym w sytuacjach awaryjnych występujących podczas lotu.
Źródło: Prezydent.pl

Kończą się prace w PE nad dyrektywą ws. pracowników delegowanych. Nowe prawo ma rozwiązać problem łamania ich praw

CEO Magazyn Polska

W przyszłym tygodniu Parlament Europejski zagłosuje nad dyrektywą ws. delegowania pracowników. Projekt w obecnym kształcie jest korzystny dla polskich firm, które delegują do pracy za granicą najwięcej osób w UE. Samo przyjęcie nowego prawa nie rozwiąże od razu problemów związanych z łamaniem praw takich pracowników, bo państwa będą miały dwa lata na wdrożenie przepisów i będą decydować również o kolejności ich wdrażania. Może być to problemem w krajach, które najbardziej obawiają się konkurencji ze strony pracowników z innych państw.

O przyjęciu dyrektywy ws. delegowania pracowników zdecyduje w przyszłym tygodniu Parlament Europejski. Znalazły się w niej m.in. zapisy o kontroli legalności zatrudnienia i zasadzie odpowiedzialności wykonawcy za podwykonawcę. Do obecnego kształtu dyrektywy w znacznym stopniu przyczyniły się wspólne wysiłki polskiego rządu, europosłów i partnerów społecznych, w szczególności przedsiębiorców.

Dla Polski dyrektywa jest wyjątkowo ważna, dlatego że Polska deleguje największą liczbę pracowników. Cieszę się, że doszło do porozumienia, bo na pewnych etapach negocjacji byliśmy w sytuacji, w której rozwiązania albo ograniczały w znacznym stopniu, albo uniemożliwiały delegowanie pracowników. Dobrze, że doszło do rozsądnego kompromisu, mam nadzieję, że Parlament Europejski go poprze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Mleczko, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Dzięki zaangażowaniu europosłanek – Danuty Jazłowieckiej i Małgorzaty Handzlik – oraz wiceministra pracy udało się usunąć najbardziej niekorzystne zapisy w dyrektywie, które ograniczyłyby możliwość delegowania pracowników polskim firmom. Radosław Mleczko został doceniony przez Kapitułę Nagrody Labor Mobilis 2014 „za skuteczne położenie się Rejtanem w obronie świadczenia usług w UE i setek tysięcy polskich miejsc pracy”.

Delegowanie pracowników jest sposobem na podnoszenie naszej konkurencyjności na rynku europejskim. To leży w naszym narodowym interesie – podkreślił w swoim przemówieniu prof. Jerzy Hausner, członek honorowy Kapituły.

Delegowanie pracowników do pracy za granicą pozwala na pracę w innym państwie członkowskim i podleganie przepisom tamtejszego kodeksu pracy. Pracownik delegowany jest zatrudniany przez polską firmę, a jego składki na ubezpieczenia społeczne odprowadzane są w Polsce. W UE pracuje ok. 1 mln delegowanych pracowników. Nowe prawo ma wzmocnić obecnie obowiązujące uregulowania z 1996 r. Jak podkreśla wiceminister, te przestały być wystarczające w sytuacji, kiedy dochodziło do łamania praw pracowników delegowanych w różnych państwach członkowskich.

To był jeden z powodów, dla których Komisja Europejska rozpoczęła prace nad dyrektywą. Drugi, bardzo ważny, to regulacje w państwach członkowskich, które w znacznym stopniu utrudniały delegowanie. Dotyczyło to nie tylko ochrony praw pracowników, lecz także sytuacji, w których była to praktyka nosząca pewne cechy protekcjonizmu – wyjaśnia Radosław Mleczko.

Sebastian Filipek-Kaźmierczak, ekspert Polskiej Izby Handlu, nominowany do Nagrody Labor Mobilis 2014, podkreśla, że przyjęcie przez Parlament Europejski dyrektywy w obecnym kształcie – co nie jest przesądzone, bo niektórzy europosłowie zapowiadają zgłaszanie poprawek – to dopiero początek drogi. Państwa UE będą miały dwa lata na wdrożenie nowych przepisów.

Marzy nam się sytuacja, w której Polska stałaby się centrum usługowym Europy. Nie ma w tym nic złego, że jeżeli szukając dobrego samochodu, pomyślimy o Niemczech, szukając dobrego wina i sera, pomyślimy o Francji, a szukając dobrej firmy usługowej choćby w zakresie budownictwa, mieszkaniec wspólnej Europy pomyśli o polskiej firmie i polskich specjalistach. Tymczasem niektóre państwa członkowskie dążą do wprowadzenia embarga na polskie usługi – mówi Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy, organizatora gali Labor Mobilis 2014.

Europosłanka Danuta Jazłowiecka, członkini parlamentarnej komisji ds. zatrudnienia i polityki społecznej oraz sprawozdawca unijnej dyrektywy wdrożeniowej, ostrzegła, że niektóre państwa członkowskie – te najbardziej obawiające się konkurencji ze strony pracowników z zagranicy – mogą rozpocząć wdrażanie przepisów nowej dyrektywy od tych, które będą umożliwiały im ochronę własnego rynku pracy, a nie od tych, które zapewnią ochronę pracowników delegowanych.

Po dwóch latach od wdrożenia tej dyrektywy Komisja Europejska będzie zobowiązana monitorować to, co się wydarzy, monitorować, na ile wprowadzone dyrektywą instrumenty będą skuteczne, a na ile nie. Również będzie musiała zarekomendować w takim przypadku, w którym będą potrzebne zmiany tych instrumentów, oraz to jakiego rodzaju zmiany powinny być wprowadzone – wyjaśnia Danuta Jazłowiecka. 

Według wiceministra pracy w ciągu tych dwóch lat, które będą okresem przejściowym, nie należy spodziewać się znacznego wzrostu liczby delegowanych pracowników.

Jeżeli byśmy postawili sobie za zadanie we współpracy z partnerami społecznymi i z partnerami w Unii Europejskiej, żeby ten ruch delegowań był taki jak w tej chwili lub nieznacznie wzrósł, to moglibyśmy się czuć bardzo usatysfakcjonowani – mówi Radosław Mleczko.

Kwestia unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych, istotnej dla setek tysięcy pracowników wysyłanych przez polskie firmy do pracy za granicą, była jednym z wiodących tematów podczas II Europejskiego Kongresu Mobilności Pracy.

IJ: rządowe zmiany ws. regulacji sektora pożyczkowego ograniczą dostęp do szybkich pożyczek

0

Proponowane przez rząd regulacje dotyczące kredytów konsumenckich udzielanych przez firmy pożyczkowe uderzą w osoby biorące niewielkie pożyczki na krótki czas. Propozycja, która diametralnie różni się od założeń sprzed kilku miesięcy, może doprowadzić do rozwoju szarej strefy i ograniczenia dostępu konsumentów do szybkiego finansowania. Według Instytutu Jagiellońskiego, motywy nagłej zmiany i mało przejrzysty tryb jej wprowadzenia wymagają jak najszybszych i wyczerpujących wyjaśnień ze strony Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Instytut Jagielloński w raporcie na temat nowych propozycji regulacji rynku szybkich pożyczek zwraca uwagę na brak wytłumaczenia ze strony rządu, dlaczego nowa propozycja jest tak różna od zaproponowanej pierwotnie w grudniu. Szczególnie, że powstanie tej grudniowej było wynikiem konsultacji społecznych i wielu rozmów wszystkich uczestników rynku.

Instytut krytykuje brak przejrzystości procesu legislacyjnego i postuluje, by rząd wyjaśnił, skąd i dlaczego w projekcie pojawiły się tak daleko idące zmiany. Podkreśla, że obecne propozycje to powrót do pierwotnych założeń z jesieni ubiegłego roku, które zostały źle przyjęte przez ekspertów. Instytut Jagielloński zauważa, że obecnie zadłużenie Polaków w firmach pożyczkowych to tylko 4 mld zł w porównaniu do 140 mld zł w instytucjach finansowych, ale nowe regulacje mogą doprowadzić do większego zadłużania się Polaków, bo zachęcają ich do zaciągania pożyczek na wyższe sumy i na dłuższy okres.

Rząd, przygotowując zmiany, argumentował, pewnie słusznie, że należy regulować ten rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. Tłumaczy: – Proponowane obecnie regulacje powodują jednak, że chwilówki tak naprawdę zostaną zupełnie wyeliminowane na korzyść dużych i długich pożyczek parakredytowych. Jeżeli usankcjonujemy takie parakredytowe instrumenty, to oprócz nich będzie już tylko szara strefa, z którą rząd walczy.

Roszkowski podkreśla, że największym problemem są zapisy dotyczące ograniczania kosztów pożyczek. O ile wcześniejsze propozycje zakładały inne regulacje w zależności od wysokości i czasu spłaty pożyczki, teraz ograniczenie kosztów ma być na stałym poziomie 27,5 proc. wartości pożyczki niezależnie od jej wartości.

Wyeliminowane zostają krótkoterminowe pożyczki o niskiej wartości. Czyli takie, które najmniej obciążają konsumentów, które powodują, że można na przykład w ciągu 2-3 tygodni zapłacić fakturę za media i uratować rodzinny budżet. A nie takie, które na kilka, kilkanaście lat wiążą z firmą pożyczkową – podkreśla Roszkowski.

Tłumaczy, że w przypadku krótkoterminowych mikropożyczek koszty przygotowawcze, związane m.in. z weryfikacją pożyczkobiorcy i rozpatrzeniem wniosku, stanowią wyższy odsetek ich wartości. Ponieważ propozycja rządu nie jest elastyczna, firmom nie będzie opłacało się udzielanie takich pożyczek, a w zamian skoncentrują się na kredytach długoterminowych.

Według Roszkowskiego przepisy w proponowanej formie przyczynią się do rozwoju szarej strefy, a także lombardów. Legalne krótkoterminowe pożyczki staną się bowiem nieopłacalne. Wiele firm pożyczkowych może z tego powodu upaść, a nowe nie rozpoczną działalności.

Pierwotnie także Ministerstwo Finansów zaproponowało wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych, który miałoby prowadzić Ministerstwo Gospodarki lub Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, skłaniając się jednak ku tej drugiej instytucji. Niewykluczone, że resort z tego pomysłu zrezygnuje, bo nowelizacja ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, nad którą trwają prace w Sejmie, umożliwia Urzędowi publikowanie listy ostrzeżeń publicznych i, według resortu, to może być skuteczniejsze od rejestru.

Pomysł rejestru został pozytywnie przyjęty. Publikowanie listy nie eliminuje takich elementów, jak np. podmioty zagraniczne, które mogą łatwo ominąć ten poziom, a w zasadzie również polskie firmy, zakładając podmioty zagraniczne, mogą łatwo to ominąć – uważa Roszkowski.

Instytut podkreśla także, że waga zmian i ich liczba jest na tyle znacząca, by domagać się wyjaśnień od KPRM, szczególnie, że przepisy z traktujących jednakowo wszystkich uczestników rynku i ze skupiających się na ochronie konsumenta, zamieniono na takie, które preferują określony segment rynku.

Od nowego roku akademickiego możliwe zmiany w szkolnictwie wyższym

CEO Magazyn Polska

Nowy projekt ustawy, nad którym toczą się prace w Sejmie, przewiduje możliwość uzyskania dyplomu po kursach pozauczelnianych, prawo własności do osiągnięć innowacyjnych dla naukowców i studenckie staże w biznesie. To nowe regulacje, które mają motywować do zdobywania wykształcenia i wykorzystywania potencjału nauki w praktyce. Minister nauki i szkolnictwa wyższego liczy, że ustawa zacznie obowiązywać jeszcze przed nowym rokiem akademickim.

Prace nad nowelizacją ustawy o szkolnictwie wyższym trwają i mamy nadzieję, że w najbliższych miesiącach się zakończą, tak, by planowane regulacje mogły obowiązywać od nowego roku akademickiego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Nowelizacja ustawy porusza wiele kwestii związanych z nauką, część zapisów budzi kontrowersje, ale jej idea jest jasna: ma służyć podniesieniu poziomu kształcenia, budować kadry naukowe na najwyższym poziomie i wykorzystać badania naukowe do zastosowań praktycznych. Dla osób uczących się na kursach poza uczelniami, dotychczas nieakceptowanych przez szkolnictwo wyższe, otwierają się nowe szanse.

Osoby, które się uczą i kończą różne kursy, mogą potem zweryfikować swoją wiedzą i, dzięki nostryfikacji, uzyskiwać dokumenty formalnego wykształcenia z uniwersytetów. Regulacje otwierają też drzwi kształceniu na odległość, przede wszystkim za pośrednictwem internetu – tłumaczy prof. Lena Kolarska-Bobińska.

Takie formy kształcenia są coraz popularniejsze na Zachodzie i w Stanach Zjednoczonych. Oferują je poważne uczelnie zapewniające prestiżowe dyplomy.

To bardzo ważne, by polskie uczelnie były otwarte na nowe metody nauczania i by studenci mogli z nich korzystać – dodaje minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Kolejną zmianą jest zapis o uwłaszczeniu, czyli zapewnienie innowacyjnym naukowcom możliwości czerpania korzyści z ich osiągnięć naukowych.

Naukowiec, który stworzy innowacyjne rozwiązanie czy wynalazek, będzie mógł w pierwszej kolejności skorzystać z owoców swojej pracy, jeśli uczelnia nie zgłosi do tego roszczeń – wyjaśnia minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Ustawa wprowadza również trzymiesięczne staże studenckie w biznesie, by absolwenci po ukończeniu studiów mieli już doświadczenie zawodowe, tak potrzebne na rynku pracy. Prof. Lena Kolarska-Bobińska liczy na uchwalenie ustawy już w czerwcu. Na razie nad projektem pracują sejmowe komisje.

Polska kilka lat za Estonią w informatyzacji. Sytuacja jednak się poprawia

Potrzeba nam jeszcze kilku lat, żeby w informatyzacji dogonić Estonię – twierdzi Krzysztof Witoń, prezes zarządu firmy Hawe. Nadbałtycki kraj, mimo że wielokrotnie mniejszy od Polski, może być przykładem sprawnej informatyzacji kraju. Polska jest jednak na dobrej drodze, by dogonić Estonię. Pod warunkiem, że rozpoczęte inwestycje w upowszechnianie dostępu do internetu zostaną sprawnie ukończone, a państwo włączy się w finansowanie inwestycji w tych obszarach kraju, które dla operatorów nie są opłacalne.

Chcemy mieć to wszystko, co ma dzisiaj Estonia: aplikacje, które są związane z e-medycyną, z e-administracją, dowód osobisty, podpis elektroniczny. Ale żeby to mieć, musimy budować niezbywalną infrastrukturę XXI wieku, która umożliwia rozwój zarówno społeczny, jak i ekonomiczny – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Witoń, prezes zarządu Hawe.

Mimo że Estonia jest niewiele większa od największego polskiego województwa, a jej całkowita liczba ludności odpowiada dwóm trzecim liczby mieszkańców Warszawy, to informatyzacja tego kraju może być dobrym przykładem dla Polski.

W Estonii, żeby otworzyć działalność gospodarczą, wystarczy 18 minut. W ostatnich wyborach 27 proc. obywateli oddało głos przez internet – przypomina Witoń.

Podkreśla, że Estonia ma zinformatyzowany cały system podatkowy. Podatnik musi tylko dostarczyć kompletne dane, a system zajmuje się wyliczeniem kwoty podatku, co nie tylko zapewnia transparentność, lecz także zwalnia ludzi z odpowiedzialności za wprowadzenie urzędu w błąd. Takie rozwiązania powoli wdrażane są także w Polsce i są przez Polaków chętnie wykorzystywane: np. rosnąca liczba osób (ok. 3 mln), które rozliczają się z fiskusem przez internet.

Witoń zaznacza, że rozwój branży teleinformatycznej i wykorzystywanie jej w gospodarce, to nie tylko ułatwienie pracy ludziom, lecz także zwiększenie efektywności i oszczędności.

Cisco opublikowało analizę, z której wynika, że wprowadzenie wszechobecnego internetu doprowadzi do oszczędności na poziomie 1,9 biliona dolarów w skali 10 lat. To są ogromne kwoty – twierdzi prezes zarządu Hawe.

Prace nad zwiększaniem dostępu do internetu trwają. Polska infrastruktura internetowa wciąż się poprawia, ale niezwykle ważne jest angażowanie do tego celu publicznych środków, ponieważ nie wszędzie prywatnym firmom opłaca się inwestować w infrastrukturę.

Warmia i Mazury to projekt sieci szerokopasmowych, który jest w 100 proc. finansowany ze środków publicznych. Realizują go między innymi Hawe SA, Alcatel-Lucent i Orange. Drugim wspólnie organizowanym projektem jest ten na Podkarpaciu, Podkarpackie Sieci Szerokopasmowe, ale szereg projektów jest też realizowanych w kraju z dofinansowaniem środków publicznych – zapewnia Krzysztof Witoń.

W swojej najnowszej strategii Hawe, firma, która jest właścicielem 4 tys. km sieci szkieletowej i 500 km sieci dystrybucyjnej w Polsce, próbuje przekonywać operatorów kablowych i dostawców internetu, by nie budowali własnych sieci, lecz korzystali z tych istniejących, które zapewniają symetryczny przesył danych.

My wszystko budujemy w światłowodzie, czyli dostarczamy kabel do domu zgodnie z oczekiwaniem operatora bądź też klienta końcowego. Dzięki temu operator ma dostęp do tej infrastruktury, To jest infrastruktura symetryczna, co oznacza, że sygnał wchodzący może mieć 100 megabitów i sygnał wychodzący jest równy 100 megabitom. Nie ma żadnych ograniczeń – twierdzi Krzysztof Witoń.

Jak podkreśla, założenie jest takie, że jest to sieć neutralna, z której wszyscy mogą skorzystać.

Jeżeli ktoś u nas dzierżawi kabel bądź oczekuje od nas zestawienia transmisji, łącznie z kolokacją i z innymi produktami, to stawki są równe dla wszystkich operatorów – zapewnia Krzysztof Witoń.

Volkswagen planuje rekordową liczbę premier i liczy na 10-proc. udział w rynku

CEO Magazyn Polska

Po raz pierwszy w historii marki Volkswagen zaplanowano na jeden rok aż 11 premier nowych modeli. Koncern chce w ten sposób utrzymać dobre wyniki sprzedaży, która w styczniu i lutym tego roku wzrosła o 40 proc. Plany firmy zakładają, że co dziesiąty samochodów kupowany w Polsce to będzie właśnie Volkswagen.

Nasza sprzedaż w ubiegłym roku urosła i to dość znacznie, zarówno na całym światowym rynku, jak i w Polsce. Początek roku był jeszcze lepszy dla nas. Sprzedaż w pierwszych dwóch miesiącach urosła o ponad 40 proc. Wprowadzenie kolejnych nowych modeli w ciągu roku z pewnością ten rynek pozwoli nam ten wynik utrzymać. Chcemy, aby nasz udział w rynku wyniósł ponad 10 proc., czyli żeby co dziesiąty nowo sprzedany samochód był autem marki Volkswagen – mówi Tomasz Tonder z Volkswagen Group Polska.

Jak podkreśla, oferta modelowa koncernu jest coraz bogatsza. W ubiegłym roku na rynku pojawiło się osiem nowych modeli, w tym będzie jedenaście.

– Zależy nam, by nasi klienci mieli pełen wybór, obok aut konwencjonalnych proponujemy także pojazdy elektryczne i hybrydowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Tonder.

Najmniejszym z nowych modeli niemieckiego koncernu jest up!, auto miejskie z napędem elektrycznym. Tonder wyjaśnia, że jest to najbardziej wydajny samochód elektryczny dostępny na rynku – na przejechanie 100 km potrzebuje zaledwie 11,7 kilowatogodziny energii. Przy aktualnych cenach prądu koszt przebycia tego dystansu to 6,56 zł.

Pod koniec roku w sprzedaży pojawi się flagowy SUV Volkswagena, czyli model Touareg. To auto przeznaczone do pokonywania długich dystansów, odpowiednie na wypady za miasto. W połowie roku do salonów zawita Golf Sportvan, skierowany do osób mających większą rodzinę oraz Jetta, samochód chętnie kupowany przez właścicieli firm. Miłośnicy niemieckiej marki doczekają się też nowej odsłony Passata, która ma szansę stać się prawdziwym hitem. Niedługo do sprzedaży wejdzie nowe Polo, a niedługo po nim XL1.

Pomóc w zdobywaniu pozycji na rynku ma zastosowanie technicznych udoskonaleń, które pozwolą zmniejszyć koszt paliwa. Wszystkie debiutujące w tym roku modele mają być wyposażone w silniki dużo oszczędniejsze od swoich poprzedników.

– W przypadku Polo możemy mówić o różnicy 21 proc. – tłumaczy przedstawiciel Volkswagena. – Na uwagę zasługuje Polo Bluemotion z silnikiem TDI  auto zużywa 3,1 litra paliwa na 100 km. Jest to najoszczędniejszy pięcioosobowy samochód na świecie z silnikiem wysokoprężnym.

W aktualną politykę niemieckiego koncernu, promującą ekonomiczne samochody, wpisują się też modele z napędem elektrycznym. Szczególne zainteresowanie budzi model XL1.

– To auto wykorzystujące technologię rodem z Formuły 1, podobnie jak bolidy ma nadwozie z karbonu i z włókien węglowych – wyjaśnia Tomasz Tonder. – Dzięki temu ma niezwykle niski wskaźnik oporu powietrza.

IMM: w I kwartale najwięcej na reklamę czekolady przeznaczyli właściciele marek Kinder, Milka i Wedel

CEO Magazyn PolskaKinder, Milka i Wedel to najbardziej promowane marki czekolady w pierwszym kwartale 2014 r. Najczęściej obecne w dyskusjach internautów są Milka i Wedel – wynika z analizy Instytutu Monitorowania Mediów. Wydatki na reklamę zwiększają obecność produktu w świadomości ludzi, co może, ale nie musi, przekładać się na szybkie zwiększenie ich obecności w mediach społecznościowych.

Najwięcej w I kwartale na reklamę wydał koncern Ferrero – ponad 6 mln złotych tylko i wyłącznie na reklamę jednego swojego brandu – Kinder – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Grabarczyk-Tokaj, kierownik ds. rozwoju badań w Instytucie Monitorowania Mediów. – Z kolei firma Kraft Foods wydała na markę Milka ok. 3 mln złotych, podobnie jak Lotte Wedel na markę Wedel.

Wydatki innych producentów były już znacznie niższe. Lindt & Sprungli na promocję marki Lindt wydał w ciągu trzech pierwszych miesięcy roku 2,4 mln zł. Na reklamy Schogetten firma Ludwig Schokolade GmbH & Co KG przeznaczyła 1,2 mln zł, nieco mniej (1,03 mln zł) Kraft Foods wydał na drugą swoją markę – Alpen Gold.

Z badania można wysnuć wniosek, że im większe nagłośnienie danej marki, tym bardziej ona zapada w pamięć. Nie zauważyliśmy jednak szybkiego przełożenia dużych wydatków reklamowych na natychmiastowy efekt w portalach społecznościowych – twierdzi Magdalena Grabarczyk-Tokaj.

Jak wykazało badanie Instytutu Monitorowania Mediów, wydatki z różnym skutkiem przełożyły się na liczbę wzmianek w internecie. Mimo że najwięcej w I kwartale na reklamę przeznaczyła firma Ferrero, to na temat należącej do niej marki Kinder odnotowano ok. 300 wzmianek w internecie i social media. Częściej wspominano o Milce i Wedlu, choć wydatki na ich promocję były znacznie niższe.

Internauci najczęściej wspominają o markach Milka i Wedel [odpowiednio 1,2 tys. i 1,1 tys. wzmianek – red.]. Są one najczęściej polecane jako składnik do przepisu czy pomysł na prezent np. walentynkowy – podkreśla Grabarczyk-Tokaj. – Co ciekawe, czekoladowi reklamodawcy największe nakłady na reklamę ponieśli w lutym, czyli w miesiącu, w którym są walentynki.

To właśnie w walentynkowym miesiącu firma Kraft Foods wydała na promocję swoich marek 3,5 mln zł, z czego w reklamę Alpen Gold zainwestowała trzy razy mniej niż w promocję Milki. Wydatki poniesione przez tego reklamodawcę w marcu były natomiast znacznie niższe, za to w tym samym czasie reklamodawcy promujący Kinder, Lindt i Schogetten postanowili wydać więcej i zaznaczyć wyraźnie swoją obecność na rynku.

Instytut Monitorowania Mediów, z okazji obchodzonego 12 kwietnia Dnia Czekolady, sprawdził, ile producenci czekolady wydali w I kwartale na promocję swoich marek w radiu, prasie i telewizji. Zbadano aktywność reklamową między 1 stycznia a 31 marca br. pięciu największych reklamodawców, którzy promowali łącznie sześć marek. IMM przeanalizował również, jaki to miało odzew w internecie: zbadał obecność marek w portalach i social mediach (łącznie prawie 3 tysiące wzmianek). Autorzy badania nie brali pod uwagę oficjalnych kanałów komunikacyjnych danych brandów czy reklamodawców.

Jak wynika z raportu Instytutu, temat czekolady najczęściej pojawiał się na wizaz.pl (31 proc. wzmianek), ask.fm (22 proc.), facebook.com (19 proc.), bangla.pl (17 proc.) i photoblog.pl (11 proc.). Na forach i stronach social media użytkownicy chętnie dzielili się zdjęciami ulubionych czekolad lub chwalili, na którą z nich skusili się danego dnia.

Rekordowe nakłady na modernizację polskiej sieci kolejowej. W tym roku nawet 9 mld zł

CEO Magazyn Polska

Nakłady na inwestycje kolejowe systematycznie rosną. W 2010 r. wyniosły one 2,7 mld zł, a w kolejnych latach 3,7 mld, 3,9 mld i – rekordowe w 2013 r. – 5,3 mld zł. W tym roku ma być jeszcze lepiej – PKP PLK planuje wydać 7,3 mld zł, a w optymistycznym wariancie nawet do 9 mld zł. Ten obszar inwestycji wspiera też Unia Europejska. Dlatego wykonawcy kontraktów liczą na nowe.

Trakcja PRKiI, największy wykonawca inwestycji kolejowych w Polsce, spodziewa się, że podobnie jak w 2013 roku i w tym uda jej się utrzymać ok. 20-proc. udział we wszystkich projektach zlecanych przez PKP PLK. Spółka zapowiada walkę o kolejne kontrakty w kraju realizowane do lat 2018–19, m.in. na trasie Rail Baltica. Jeśli sytuacja w branży drogowej się ustabilizuje, Trakcja zamierza również mocniej postawić na ten sektor.

– Nasz portfel kontraktów jest w tym roku bardzo wysoki i przewidujemy, że będziemy mieli duży udział w realizacji planów PKP PLK. W ubiegłym roku wykonaliśmy mniej więcej 20 proc. wszystkich robót, czyli nasz udział w tej chwili jest największy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Roman Przybył, prezes zarządu Trakcji PRKiI. – Nasza firma na tle rynku zwiększyła przychody o 24 proc. i również znacznie poprawiliśmy wynik na wszystkich poziomach: na poziomie marży brutto na sprzedaży, na poziomie zysku operacyjnego, zysku brutto, zysku netto i także EBITDA. Wypracowaliśmy ponad 73 mln zł EBITDA.

Trakcja PRKiI realizuje w tej chwili jedne z największych kontraktów na modernizację polskiej sieci kolejowej. Zakończona została już realizacja kontraktu na Lokalne Centrum Sterowania Działdowo na linii Warszawa – Gdańsk, który był wart 781 mln zł netto. Trwają prace na obszarze LCS Malbork na tej samej linii. Konsorcjum kierowane przez Trakcję podpisało tam umowę na niemal 870 mln zł netto, czyli ponad ok. 1,07 mld zł netto, a prace mają zakończyć się do września.

Część kontraktów skończymy w tym roku, inne mają termin zakończenia wyznaczony na 2015 rok, a niektóre prawdopodobnie skończą się na początku 2016 roku. Liczymy na to, że podpiszemy nowe kontrakty, które będą oczywiście rozpoczęte w tym roku, w przyszłym roku i że będą sięgały po rok 20182019 – zapowiada Przybył.

Jeszcze do końca tego roku Trakcja zakończy też prace na odcinku z Pruszkowa do Grodziska Mazowieckiego za niecałe 100 mln zł. Przybył podkreśla, że większość inwestycji realizowanych przez spółkę ma wartość kilkudziesięciu milionów złotych lub nawet więcej. Potencjał sprzętowy i ludzki spółki pozwala na takie prace, więc Trakcja w mniejszym stopniu koncentruje się na lokalnych inwestycjach.

Do 2020 r. Trakcja zamierza walczyć o kolejne kontrakty z PKP PLK m.in. na linii Rail Baltica. Pomóc ma w tym litewska spółka Kauno Tiltai, która w ubiegłym roku zdobyła kontrakty na równowartość ok. 700 mln zł.

Jak będą rozpisywane kolejne przetargi na odcinku łotewskim i estońskim, będziemy w nich również uczestniczyć. O ile wiem, na Słowacji w tej chwili nie szykują się jakieś większe inwestycje kolejowe , ale jeżeli się pojawią, to oczywiście będziemy się do nich przymierzali – zapowiada Przybył.

Podkreśla, że rentowność inwestycji w Polsce obniża duża konkurencja ze strony firm z całej Europy, które do kraju przyciąga skala realizowanych inwestycji. Pomimo tej rywalizacji i będących jej konsekwencją niskich marż, wyniki Trakcji są, zdaniem prezesa, zadowalające. Przybył podkreśla, że osiągnięto to dzięki ponad 30-letniemu doświadczeniu, sprzętowi oraz skutecznemu obniżaniu kosztów realizacji. Dodaje, że spółka nie zapomina o inwestycjach drogowych, choć z uwagi na ich mniejszą liczbę w kolejnych latach koncentruje się na kolejowych.

Korzystając z tego, że mamy rekordowo duży portfel zamówień, zamierzamy w tym roku poprawić wyniki. W budżecie, który zatwierdziła nasza rada nadzorcza, jest przewidziane, że tegoroczne wyniki mają być lepsze niż ubiegłoroczne – ocenia Przybył.

Lewiatan ma już 2,8 tys. sklepów i zapowiada otwarcia kolejnych

0

CEO Magazyn Polska

Lewiatan zapowiada zwiększanie liczby sklepów w całej Polsce. Będą to wyłącznie placówki franczyzowe. Dzięki dopasowaniu oferty produktów do lokalnych rynków, Lewiatan notuje sukcesywne wzrosty, a kontynuację tego trendu ma zapewnić m.in. zwiększenie liczby produktów marek własnych.

Sieć Lewiatan na koniec 2013 roku miała 2,8 tys. sklepów i tę liczbę zamierzamy zwiększać w kolejnych latach. Nasza strategia działania na najbliższe lata określa kluczowe cele do osiągnięcia. Chcemy w tym okresie między innymi podwoić liczbę sklepów działających w formacie marketowym, jednocześnie zapewniając szeroką pomoc mniejszym placówkom w dostosowaniu się do większego formatu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Poniatowski, członek zarządu ds. marketingu Lewiatan Holding SA.

Marcin Poniatowski podkreśla, że Lewiatan będzie zarówno pozyskiwał już istniejące sklepy do swojej sieci, jak i wspierał rozwój organiczny obecnych franczyzobiorców. Spółka nie planuje jednak tworzenia własnych placówek – cała sieć jest oparta o franczyzę.
Dzięki franczyzowej formule współpracy sklepy Lewiatan potrafią lepiej dostosować asortyment do lokalnego rynku i zmieniających się potrzeb klientów. Między innymi dzięki temu Lewiatan co roku notuje wzrosty sprzedaży. Jak podkreśla Poniatowski, są one znaczne i odczuwalne.

 Oczywiście rozwijamy te grupy asortymentowe, które są najbardziej poszukiwane przez konsumentów. Duży nacisk kładziemy obecnie na produkty świeże  owoce, warzywa, mięso, wędliny – tak, żeby zapewnić klientom możliwie najatrakcyjniejszą ofertę. W ślad za tym idą szkolenia dla pracowników i kadry kierowniczej oraz modernizacje sklepów. Zamierzamy także sukcesywnie poszerzać ofertę produktów marki własnej Lewiatan, aby na przestrzeni 3-4 lat podwoić wolumen ich sprzedaży – zapowiada Marcin Poniatowski.

Marcin Poniatowski zapowiada równomierny rozwój w całej Polski. Podkreśla, że choć 2,8 tys. sklepów to duża liczba, wciąż jest miejsce na rynku na wiele nowych placówek. Dodaje, że w zależności od lokalizacji sklepu różni są nie tylko klienci, lecz także konkurencja. Dlatego niezbędne są działania, które pozwolą skutecznie konkurować.

– Zawsze dopasowujemy nasze działania, począwszy od polityki cenowej i asortymentowej, poprzez aktywność promocyjną, aż do warunków lokalnego rynku, i tak dobieramy pakiet działań, aby wzmacniać konkurencyjność naszych franczyzobiorców – mówi Poniatowski.

Zgodnie z danymi ze strony internetowej spółki, na koniec 2013 r. Lewiatan zatrudniał ok. 22 tys. osób w całym kraju, a roczne obroty sieci przekroczyły 8,1 mld zł.

Praca w korporacji na początek, a po kilku latach własna firma – taką ścieżkę kariery coraz częściej wybierają młodzi ludzie

CEO Magazyn Polska

Praca w korporacji może być swoistą szkołą życia i bazą doświadczeń dla tych, którzy w przyszłości planują otworzyć własny biznes. Korpopracownicy rozwijają swoje kwalifikacje, zdobywają nowe umiejętności i uczą się dyscypliny. Bywa jednak, że po kilku latach porzucają dobrą, ale dość stresującą posadę w międzynarodowych koncernach, i zakładają własne firmy. Są przekonani, że tworzenie czegoś od podstaw i praca na własny rachunek przyniesie im satysfakcję.
Praca w dużej międzynarodowej firmie to marzenie wielu absolwentów szkół wyższych. Wierzą, że taka posada może zapewnić im nie tylko stabilizację zawodowo-finansową, lecz również jasno wytyczoną ścieżkę rozwoju i realne szanse na awans.

Korporacje mają bardzo dużo zalet na początek i na rozwój kariery życiowej. Umożliwiają nauczenie się tego know-how, którego właśnie od wielkich firm można się nauczyć, ponieważ one bardzo często zbierają tę wiedzę od wielu osób w swojej firmie przez wiele lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Walkiewicz, coach.

Ci, którzy w dużej firmie spędzili parę lat, często dochodzą do wniosku, że są zestresowani, wycieńczeni psychicznie i czują się stłamszeni przez korporacyjny system. Praca kilkanaście godzin na dobę, presja czasu i wyścig szczurów mogą zniechęcić nawet najbardziej wytrwałego pracownika.

W dużych firmach bardzo często w którymś momencie tracimy poczucie, że mamy wpływ na to, co się dzieje. Jesteśmy trochę jak w zegarku, jednym z elementów, a tych elementów są tysiące. To tak jakbyśmy płynęli wielkim statkiem, transatlantykiem. Pytanie zasadnicze brzmi, dokąd płyniemy i dokąd chcemy dopłynąć, i czy ten statek nas tam dowiezie – podkreśla Jacek Walkiewicz.

Dlatego też wiele osób po kilku latach porzuca pracę w korporacji, a zdobyte doświadczenia wykorzystuje, zakładając własny biznes – najczęściej lokale gastronomiczne, małe firmy, sklepy internetowe lub agroturystykę. W ten sposób czują się spełnione.

To jest duża zmiana w życiu, jeżeli człowiek robi to, co robi z poczuciem: chcę, a nie muszę. Takie poczucie radości, satysfakcji z życia jest większe, kiedy człowiek ma poczucie, że coś tworzy. Jest bliski związek między tym, co robimy i efektami. Czyli jeżeli ktoś sadzi marchewkę i potem ją zbiera, wychodzi rano i świeci słońce, ma poczucie bliskości, życia w naturze, to myślę, że może mieć wrażenie, że to jest dokładnie to, czego pragnie  – tłumaczy Jacek Walkiewicz.

Nie zawsze jednak praca na własny rachunek przynosi oczekiwane korzyści finansowe i daje satysfakcję. A ci, którzy byli przyzwyczajeni do pośpiechu i pracy pod presją, mogą poczuć się znużeni dużo spokojniejszym trybem życia. Dlatego – zdaniem psychologów – decyzja o dokonaniu takiej rewolucji w swoim życiu, powinna być dobrze przemyślana.

Są osoby, które rzucają miejsce pracy, otwierają małe kawiarnie, pijalnie czekolady, a potem przychodzą do mnie i mówią, że to w ogóle nie wyszło. I jak się pytam, a co tak naprawdę zamierzałeś w życiu robić. I myślę, że jeżeli ktoś np. skończył szkołę filmową i chciał być filmowcem, ale uciekł od gwaru wielkiego miasta, żeby parzyć kawę w małej miejscowości, to może być rozczarowany – dodaje Jacek Walkiewicz.

Wspólny pokaz Ewy Minge i antbag by ania na Cannes Shopping Festival

Już za nieco ponad tydzień rozpocznie się wyjątkowe wydarzenie, na które czekają wielcy projektanci i wszyscy miłośnicy mody. W dniach od 18 do 21 kwietnia br. w słynnym Palais des Festivals odbędzie się XI edycja uznanego w świecie Cannes Shopping Festival.

Wspólny pokaz Ewy Minge i antbag by ania na Cannes Shopping Festival

W obszernym programie tego prestiżowego przedsięwzięcia, obejmującym pokazy mody, tematyczne wieczory i porady designerów, znajduje się wiele polskich akcentów. Jednym z nich będzie wspólny pokaz ekskluzywnych sukni zaprojektowanych przez Ewę Minge i najnowszych torebek marki antbag by ania. Projekt ten, w ramach tak renomowanego festiwalu, stanowi wyraz uznania dla ikony polskiej mody i wyróżnienie rozwijających się projektantów. Dzięki wspólnej prezentacji tych kolekcji będziemy mieli okazję zobaczyć kreacje Ewy Minge uzupełnione najnowszą kolekcją torebek antbag by ania.

Udział polskich designerów w tak znamienitym Cannes Shopping Festival potwierdza, że na dobre weszli oni już w skład światowej czołówki, a tworzona nad Wisłą moda z roku na rok staje się coraz bardziej konkurencyjna.

Coraz chętniej leczymy się w Czechach

Mieszkańcy terenów przygranicznych jeżdżą do pobliskich Czech już nie tylko na zakupy i w poszukiwaniu rozrywki, ale również, aby się leczyć. Powód? Jest blisko i taniej niż w Polsce.

Według danych Eurostatu, czeski rynek turystyki medycznej rośnie w tempie 30% rocznie. Placówki zdrowia w kraju nad Wełtawą coraz tłumniej odwiedzają również Polacy. Nie ma tak dużych kolejek, jak w Polsce, jest taniej, a autostradą A1 do najbliższych ośrodków można się dostać nawet w 30 minut. Prawdziwym hitem jest laserowa korekcja wzroku, na której można zaoszczędzić od tysiąca złotych wzwyż oraz usługi stomatologiczne – tańsze o połowę. Przyjazna dla kieszeni jest też wizyta u kardiologa i ortodonty.

– Pacjenci z Polski są dla nas strategicznymi klientami. Z tego powodu zatrudniamy polski personel oraz dbamy o odpowiednią jakość obsługi. Polacy najczęściej decydują się na operację zaćmy, laserową korekcję wzroku i leczenie schorzeń siatkówki oka. W ciągu ostatnich dwóch lat odwiedziło nas pół tysiąca pacjentów z Polski, głównie z centralnej i południowej części województwa śląskiego – mówi Tomasz Nowalski z Kliniki Okulistycznej Gemini w Ostrawie.

Marta Gałbas regularnie jeździ wraz z mężem i 14-letnią córką do czeskiego dentysty. Leczą zęby całą rodziną. Szybko wylicza, że zaoszczędziła na tym już ponad osiemset złotych.

– Do granicy jest rzut kamieniem. Tam wizyta kosztuje około 50-60 zł. W Polsce 100 zł i więcej. A że leczymy się całą rodziną, dostaliśmy jeszcze rabat. Czescy dentyści to prawdziwi profesjonaliści i są bardzo uprzejmi – chwali kobieta.
Turystyce medycznej sprzyja także unijna dyrektywa transgraniczna, która zapewnia swobodny dostęp do usług zdrowotnych na terenie państw unijnych. Oznacza to, że NFZ zwróci nam za leczenie według polskich stawek.
Według szacunków ekspertów, w ciągu najbliższych dwóch lat liczba polskich pacjentów w czeskich klinikach medycznych wzrośnie o 15-20%, a wartość europejskiego rynku turystyki medycznej osiągnie wartość 50 mld euro.

„Polska droga do gospodarki niskoemisyjnej” – podsumowanie wydarzenia wprowadzającego do VI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach

Konferencja „Polska droga do gospodarki niskoemisyjnej”, w której udział wzięli m.in.: prezydent RP Bronisław Komorowski i wicepremier, minister gospodarki Janusz Piechociński, była wydarzeniem wprowadzającym do zbliżającego się VI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach (European Economic Congress – EEC, 7-9 maja br.).

Przewodniczący Rady Patronackiej EEC, były premier Jerzy Buzek akcentował podczas konferencji „Polska droga do gospodarki niskoemisyjnej”, że dyskusja podczas takich wydarzeń realnie przekłada się na głos Polski w ważnych dla gospodarki kwestiach. Jak mówił, to m.in. dzięki takim przedsięwzięciom złagodzony został kłopotliwy dla Polski pakiet klimatyczno-energetyczny. Teraz ważne jest nagłośnienie polskiego głosu nt. dominującego do niedawna w Unii Europejskiej postulatu ambitnego zmniejszania emisji CO2.

Bronisław Komorowski, prezydent RP:

– Energetyka zadecyduje o przyszłości gospodarczej Unii Europejskiej. To widać na przykładzie Stanów Zjednoczonych. Chcemy, żeby USA poprzez eksport gazu łupkowego zmniejszyły ceny gazu w Europie, ale wiemy, że niska cena gazu za oceanem to niezastępowalne źródło konkurencyjności wobec gospodarki europejskiej, w tym i polskiej. Dlatego w maksymalnym stopniu trzeba wykorzystywać własne zasoby surowców energetycznych.

– Uczymy się, rozglądając się po świecie, od Ukrainy po Stany Zjednoczone. Uczy się także Unia Europejska, która zmienia swe nastawienie. Jeszcze niedawno w Unii panował pogląd, że energetyka konwencjonalna i przemysł nadają się „do zaorania”. To się zmienia – widać, że nie można opierać rozwoju wyłącznie na usługach i handlu. Okazuje się, że przemysł jest potrzebny, ale trzeba mu stawiać wymogi innowacyjności i ochrony środowiska.

Janusz Piechociński, wicepremier, minister gospodarki RP:

– Do debaty europejskiej udało się wprowadzić równowagę pomiędzy klimatem, finansami i przemysłem. Kryzys pokazał, że kraje bez dużego udziału przemysłu gorzej radziły sobie od tych państw, gdzie przemysł jest bardziej rozwinięty.

– Ważne, by stworzyć takie mechanizmy, dzięki którym będzie się opłacało nie tylko handlować energią, ale także ją produkować. Taką szansą jest energetyka prosumencka. Wymaga ona szczególnej aktywności od ludzi, którzy zajmą się jej rozwojem. Ważne, by to nie było zadanie dla polityków i menedżerów dużych firm energetycznych, lecz dla zwykłych obywateli.

Jerzy Buzek, poseł do Parlamentu Europejskiego, Przewodniczący PE w latach 2009-2012, premier RP latach 1997-2001, Przewodniczący Rady Patronackiej EEC:

– Energetyka niskoemisyjna nie oznacza wcale energetyki niskowęglowej. Chcemy żyć w czystym środowisku, ale niekoniecznie rezygnując z węgla. Elementem naszej wizji energetycznej jak najszybciej powinna się stawać mikrogeneracja. Do tego musimy przebudować polskie sieci energetyczne. Być może wejdziemy też w energetykę jądrową, jeśli okaże się, że nie mamy tyle gazu z łupków, ile się go spodziewaliśmy, choć cały czas bardzo na ten surowiec liczymy.

– Propozycja ograniczenia emisji CO2 o 40 proc. do roku 2030 wprawdzie przeszła w Komisji Europejskiej, ale zdania były bardzo podzielone, kłótnia trwała do ostatniej chwili. Parlament Europejski, który teraz wybierzemy, będzie się na pewno starał o obniżenie tego celu do 35 proc.

Tomasz Gawlik, prezes Spółki Energetycznej Jastrzębie:

– Budowa nowego bloku w EC Zofiówka jest istotna ze względu na ochronę środowiska. Zostanie on oddany do eksploatacji pod koniec 2015 r. Tymczasem od 2016 r. zacznie obowiązywać dyrektywa IED, która podnosi wymogi dotyczące emisji przemysłowych. Bez budowy nowoczesnego bloku SEJ byłby zmuszony do stopniowego wygaszania działalności w Zofiówce. Za inwestycją przemawiało także wykorzystanie odpadów węglowych powstałych przy wydobyciu i przeróbce węgla przez JSW.

Lesław Kuzaj, prezes Alstomu w Polsce:

– Przy wszystkich zastrzeżeniach, polityka Unii Europejskiej była niesłychanie silnym bodźcem dla badań naukowych. Dzięki niej możemy dzisiaj mówić choćby o podnoszeniu sprawności bloków węglowych z 30 proc. do prawie 46 proc. W laboratoriach pracuje się też intensywnie nad kolejnymi technologiami, które mogą odegrać dużą rolę w przyszłości. Mam tu na myśli m.in. masowe magazynowanie energii pochodzącej z OZE. Jestem przekonany, że gdy odpowiednia ku temu technologia w końcu powstanie, to ktoś dostanie za nią Nagrodę Nobla.

Henryk Majchrzak, prezes Polskich Sieci Energetycznych:

– Ciągła dyskusja o grożących nam deficytach mocy, którą prowadziliśmy w ostatnich latach, sprawiła, że dziś możemy być już spokojni o bilans mocy, a przy tym rzeczywiście obniżamy emisyjność CO2.

Wiesław Różacki, dyrektor wykonawczy Mitsubishi Hitachi Power Systems na Polskę:

– Dla Polski najlepszą drogą do obniżenia emisji CO2 jest wysokosprawna energetyka węglowa. Te technologie pozwalają także na rozwój odnawialnych źródeł energii, do którego potrzebny jest stabilny system elektroenergetyczny.

Janusz Steinhoff, wicepremier, minister gospodarki RP w latach 1997-2001:

– Szkoda, że trzeci pakiet energetyczny znacząco nie wyprzedził pakietu klimatycznego. Dzięki niemu łatwiej przyszłoby nam pokrywanie kosztów wdrażania celów klimatycznych. A są one dla Europy obecnie zbyt wielkie i obawiam się, że nie przyniosą pożądanych efektów.

Maciej Stryjecki, prezes Fundacji na rzecz Energetyki Zrównoważonej, członek Społecznej Rady ds. Rozwoju Gospodarki Niskoemisyjnej:

– Energetyka prosumencka to energia przyszłości. Po pierwsze oznacza zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego na poziomie lokalnym. Po drugie – mniejsze obciążenie dla sieci elektroenergetycznych. Po trzecie – zmniejszenie strat w przesyle energii. Po czwarte – to roczna redukcja emisji CO2 o 75 mln ton.

– W perspektywie 2020 r. energetyka prosumencka mogłaby stworzyć nowe miejsca pracy oraz rynek inwestycji o wielomiliardowej wartości. Chodzi o 26,5 mld zł na urządzenia, serwis czy doradztwo, a także ok. 53 tys. miejsc pracy. Tych liczb nie uda się nam jednak osiągnąć, a powodem jest trzyletnie opóźnienie w pracach nad ustawą o OZE.

Marek Woszczyk, prezes PGE:

– Nie ma sporu o to, czy można jeszcze bardziej zmniejszać wskaźniki emisyjności w polskim sektorze elektroenergetycznym i całej gospodarce. Trzeba przecież pamiętać chociażby o dużym udziale transportu w emisji CO2. Średnia emisja CO2 na produkowaną MWh w Polsce przekracza 1,1 tony. Gdybyśmy wymienili w Polsce całą flotę wytwórczą w energetyce na wysokosprawną – z obecnej średniej sprawności na poziomie ok. 30 proc. do ponad 45 proc., to moglibyśmy obniżyć emisję CO2 do 850 kg/MWh, czyli o ok. 25 proc.

– To jest wykonalne, ale pytanie, jakim kosztem dla klientów? Rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczony pokazuje, że to tania energia jest kluczem do sukcesu – poprawy konkurencyjności i tworzenia miejsc pracy. Tego się nie da ukryć – pakiet klimatyczno-energetyczny jest kosztownym pomysłem na ochronę klimatu. Problemem nie jest to, że nikt nie chce chronić środowiska, bo wszyscy chcemy czystego środowiska. Trzeba jednak brać pod uwagę koszty i mierzyć siły na zamiary.

W pierwszej części konferencji, która odbyła się 8 kwietnia br. w Katowicach, omówione zostały uwarunkowania europejskie – które kraje i sektory przemysłu zalecają zwiększenie celów redukcyjnych, a które zalecają ostrożność, a także zyski i zagrożenia z polityki nastawionej na redukcję emisji oraz miks energetyczny – co z paliwami kopalnymi i czy OZE mogą zająć istotne miejsce w polskiej energetyce.

Druga część wydarzenia poświęcona była generalnym uwarunkowaniom krajowej energetyki i gospodarki oraz konkretnym działaniom w polskiej drodze do gospodarki niskoemisyjnej.

Konferencja „Polska droga do gospodarki niskoemisyjnej”, pod patronatem i z udziałem prezydenta RP Bronisława Komorowskiego była wydarzeniem wprowadzającym do VI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach (European Economic Congress – EEC, 7-9 maja br.)

U nas mobbingu nie ma ale… proszę mi o tym coś powiedzieć?

Tak zazwyczaj zaczyna się rozmowa z departamentami personalnymi, działami HR czy zarządami spółek. 95% menedżerów przed szkoleniem z zakresu profilaktyki antymobbingowej twierdzi, że nigdy nie miała styczności z mobbingiem. Co ciekawe, już po szkoleniu aż 80% z nich potwierdza, że jednak spotkali się z nadużyciami we własnej organizacji. Z analiz przeprowadzonych przez Persona Global Polska wynika, że co drugi badany pracownik twierdzi, iż stosunki w pracy z szefem i między pracownikami są napięte, stresujące i że czuje się poszkodowany, zestresowany bądź nękany. Tymczasem, większość organizacji problem zamiata pod korporacyjny dywan… Czy w świetle przepisów prawa pracodawcy nadal mogą spać spokojnie? Kim są whistleblowers i czy bardziej służą, czy szkodzą organizacji? Jak poradzić sobie z problemem mobbingu w firmach? Jak budować infrastrukturę etyczną w firmie? Szczegółowo o tych problemach mówiono podczas spotkania zorganizowanego wspólnie przez Persona Global Polska, HR Business Partners oraz Kancelarię Adwokacką Kruk i Partnerzy.

Podczas spotkania, które odbyło się 9 kwietnia, eksperci szczegółowo przedstawili zjawisko mobbingu w Polsce, konsekwencje nadużyć dla organizacji i dla pracowników, w tym kluczowe aspekty prawne. Wyjaśnili także pojęcie whistleblowing i rolę sygnalizatorów w organizacjach oraz podali przykłady zapobiegania i przeciwdziałania nieprawidłowościom w firmie.

Z naszych obserwacji wynika, że menedżerowie kompletnie nie wiedzą, gdzie leży granica między efektywnym zarządzaniem pracownikami a mobbingiem. Często nie umieją stawiać celów, powierzać czy delegować pracownikowi zadań w sposób nienaruszający ich godności osobistej. Wielu menedżerów nie wie również jak motywować – jak krytykować czy też chwalić pracownika. Co gorsza niektórzy uważają, że tylko ostre, często wulgarne słowa pod adresem pracownika są skuteczną metodą motywacyjną i kontrolną wobec podwładnych. Nie wiedzą, że taka forma może mieć znamiona mobbingu – powiedziała podczas spotkania Agnieszka Polska-Kamieńska, ekspert ds. przeciwdziałania mobbingowi, prezes Persona Global Polska.

Niewiedza nie zwalnia jednak z obowiązku stosowania się do zapisów prawa. Choć nadal liczba wniosków składanych do Sądu Pracy z tytułu nadużyć i mobbingu jest stosunkowo niewysoka, jednak z roku na rok tych zgłoszeń jest coraz więcej. Poszkodowani pracownicy, korzystając z portali społecznościowych i organizacji niosących pomoc coraz częściej kierują się do sądu z zarzutami nie mobbingu, lecz dyskryminacji i naruszenia godności osobistej i dóbr prywatnych.

Mobbing jako zjawisko stosunkowo trudno jest udowodnić przed sądem. Jedynie 3% wnoszonych spraw z tytułu mobbingu kończy się pozytywnie dla poszkodowanego. Z tego powodu pracownicy coraz częściej odwołują się do innych zapisów prawa pracy bądź kodeksu cywilnego boleśnie egzekwując od pracodawców przestrzeganie etycznego środowiska pracy. Na przykład roszczenie z tyt. naruszenia zakazu dyskryminacji – w przeciwieństwie do roszczenia z tytułu mobbingu – przerzuca ciężar dowodu na pracodawcę. Co więcej, nie ma odgórnych limitów dot. wysokości odszkodowania o jakie może ubiegać się poszkodowany, a także istnieje możliwość łączenia odszkodowania z tytułu naruszenia zakazu dyskryminacji z innymi roszczeniami np. z tytułu naruszenia dóbr osobistych (godność i cześć). Dla pracodawcy, który chętnie przymykał oko na nadużycia w swojej firmie to znak, że czas przeciwdziałać – inaczej czekają ich wysokie kary finansowe. – podkreśla mec. Magdalena Kruk, ekspert prawa pracy z Kancelarii Adwokackiej Kruk
i Partnerzy.

Oczywiście mobbing nie działa jedynie w dół. To znaczy, że mobberem może być zarówno pracodawca, przełożony ale również współpracownik na równorzędnym stanowisku czy wręcz mobbowany może być sam szef. Niezależnie jednak od źródła mobbingu, odpowiedzialność za etyczne nadużycia w firmie względem pracowników ponosi pracodawca. Jak temu przeciwdziałać?

Kluczowe jest budowanie świadomości wśród pracowników ale też kadry zarządzającej. Jednym ze sposobów jest choćby organizowanie dedykowanych szkoleń – na wzór BHP – których celem jest wskazanie zachowań nieetycznych prowadzących do nadużyć oraz sposobów im przeciwdziałania. Na obecnym etapie polskie prawodawstwo uznaje szkolenia antymobbingowe jako wystarczające działania prewencyjne a organizacje, które przeszkolą swoich pracowników z tego obszaru wg prawa uznane są za te, które w czynny sposób budują etyczne środowisko pracy – mówi Agnieszka Polska – Kamieńska z Persona Global Polska.

Innym ciekawym i obserwowanym również w Polsce zjawiskiem jest whistleblowing (z ang. „bicie na alarm”). Whistleblowing to ujawnienie przez pracownika nielegalnych, niemoralnych lub bezprawnych praktyk dokonywanych w miejscu pracy – poprzez poinformowanie osób, które są zdolne do podjęcia skutecznych działań dla ich powstrzymania. Zjawisko whistleblowing jest właściwym naturze ludzkiej, samorodnym i samodzielnie występującym zjawiskiem społecznym.
W każdej organizacji w pewnych sytuacjach może dojść do spontanicznego demaskowania nieprawidłowości, szczególnie wtedy, gdy naruszają one bezpieczeństwo pracownika, ale również, gdy zagrażają jego szerszemu otoczeniu społecznemu. – powiedział dr Wojciech Rogowski, ekspert w dziedzinie nadzoru korporacyjnego ze Szkoły Głównej Handlowej.

Niestety, próby demaskacji często przynoszą także skutki negatywne, szczególnie wtedy, gdy są „wołaniem na puszczy” – informacje są ignorowane, pracownik zastraszany, a niepowstrzymane złe procesy prowadza do strat, a nawet upadku korporacji. Jednak kiedy pracownik wykaże się odwagą i w porę zdecyduje się zareagować, a tym samym zdemaskować przestępstwo, whistleblowing ma szanse odegrać pozytywną rolę, gdyż wcześnie wykryte nieprawidłowości są „uleczalne” – straty mają wtedy charakter ograniczony a firma nie traci reputacji. – dodał dr Rogowski.

Zjawisko whistleblowing pozytywnie wykorzystała w swej polityce korporacyjnej firma Reckitt-Benckiser wprowadzając w ramach profilaktyki antymobbingowej program „ZAREAGUJ”

W 2012 roku wdrożyliśmy Procedurę Informowania o Nieprawidłowościach. Każdy pracownik może zgłosić zaobserwowaną nieprawidłowość w zakresie nieetycznych zachowań bezpośrednio każdemu menedżerowi bądź mailowo. Powstała również specjalna Grupa Społeczna pod hasłem „Zareaguj”, której członkami zostały osoby wskazane przez menedżerów jako najbardziej zaufane, takie do których najczęściej się zgłaszano w problemami pracowniczymi. Strategiczne cele grupy to przede wszystkim zatrzymanie mobbingu, udzielenie pomocy i wsparcia osobom krzywdzonym, zmiana zachowania osób stosujących mobbing, zmiana niewłaściwych zachowań personelu w firmie, a także budowanie firmy przyjaznej pracownikowi i rozwój firmy. – mówi Beata Głowacka, Kierownik ds. Oceny Pracowniczej i Świadczeń Pozapłacowych w Reckitt-Benckiser

Ponadto, zindywidualizowanego i dedykowanego wsparcia udzielono także kadrze zarządzającej Reckitt-Benckiser – Wspólnie z firmą Persona Global Polska stworzyliśmy pakiet warsztatów dla osób zarządzających pracownikami, uszyty „na miarę”. W ramach pakietu dla osoby zarządzającej odbyły się warsztaty antymobbingowe, warsztaty „Komunikacja bez przemocy” oraz warsztaty „Zarządzanie bez stresu” – dodaje Beata Głowacka.

O innym rozwiązaniu opowiedziała Iwona Wencel – ekspert ds. nowoczesnych rozwiązań w HR, prezes firmy doradczej HR Business Partners oraz twórca Ogólnopolskiego Centrum Interwencyjnego (OCI). Ogólnopolskie Centrum Interwencyjne to polski odpowiednik sprawdzonego już na świecie mechanizmu Speak-up Line, zapewniającego pracownikom firmy możliwość bezpiecznego zgłoszenia zewnętrznemu, niezależnemu partnerowi (drogą telefoniczną, mailową bądź internetową) wszelkich nieprawidłowości, których doświadczają bądź obserwują w firmie. Do OCI pracownicy, którzy objęci są nim przez pracodawcę, mogą zgłaszać między innymi takie zjawiska jak kradzieże, defraudacje, nieprawidłowości w płatnościach, łamanie wewnętrznych procedur finansowych i kontrolnych, łamanie prawa, molestowanie seksualne, mobbing, dyskryminowanie w miejscu pracy. Dzięki takiej formie pracownik nie tylko może bezpiecznie zgłosić nieprawidłowość, ale także otrzymać informację zwrotną zarówno o statusie sprawy, jak i wyniku postępowania wyjaśniającego, nie naruszając swojej anonimowości. Takie zarządzanie tym procesem buduje zaufanie do pracodawcy, a także pokazuje jego faktycznie zaangażowanie
w budowanie etycznego środowiska pracy.

Szkolenia z zakresu profilaktyki antymobbingowej, organizowanie wewnętrznych Grup Wsparcia, zachęcanie do odwagi w komunikacji nieprawidłowości wśród pracowników bądź umożliwienie im zgłaszania nadużyć w Ogólnopolskim Centrum Interwencyjnym to skuteczne i dostępne narzędzia przeciwdziałania dyskryminacji w organizacjach. Czy przeciwdziałać warto? Eksperci zgodnie potwierdzają, że tak. I nie chodzi tu jedynie o uniknięcie sankcji karnych, lecz budowanie przyjaznego środowiska pracy, które wprost przekłada się na efektywność organizacji.

Agencja ratingowa Standard & Poor’s (S&P) podnosi „Rating siły finansowej ubezpieczyciela” TUiR „WARTA” S.A. z „A” do „A+”

Standard & Poor’sAgencja ratingowa Standard & Poor’s (S&P) podnosi „Rating siły finansowej ubezpieczyciela” TUiR „WARTA” S.A. z „A” do „A+” ze stabilną perspektywą. Podniesienie ratingu potwierdza fakt, że Warta jest spółką o wysokim strategicznym znaczeniu dla Talanx Primary Insurance Group oraz osiąga stabilne i znaczące przychody operacyjne.

Wraz z ratingiem „A+”, Warta otrzymała jedną z najwyższych ocen S&P w Polsce. Podniesienie ratingu stanowi wyraźny dowód uznania dla ciągłego rozwoju Spółki, który nastąpił po jej przejęciu przez Talanx w 2012 r. „Pozytywna decyzja Standard & Poor’s w sprawie ratingu Warty dała nam ogromna satysfakcję. Decyzja ta stanowi konkretny dowód, iż Warta jest spółką o strategicznym znaczeniu dla Grupy Talanx. Naszym celem jest uzyskanie w przyszłości 50% składki z ubezpieczeń podstawowych z rynków zagranicznych. Warta poprzez swoje działania operacyjne istotnie przyczynia się do osiągnięcia tego celu,” powiedział Torsten Leue, członek zarządu Talanx AG i prezes zarządu Talanx International AG.

Warta jest częścią Grupy Talanx od 1 lipca 2012. Grupa Talanx przejęła Spółkę wraz ze swoim japońskim partnerem – Meiji Yasuda. Obecnie Grupa Talanx posiada 75,7 % akcji spółki. Warta z 3,2 milionem wystawionych polis ubezpieczeniowych, jest jednym z liderów ubezpieczeń majątkowych i na życie w Polsce.

Według statystyk publikowanych przez KNF, Talanx, obecny w Polsce przez spółki zależne Warta i TU Europa, zajmuje drugie miejsce na polskim rynku ubezpieczeniowym. Po Niemczech, Polska stanowi drugi co do ważności rynek działalności Grupy Talanx.

Rynek reklamy online w górę!

Polski rynek reklamy internetowej chodź już dojrzały, nadal rośnie w siłę! Zgodnie z raportem z badania IAB AdEx, rok 2013 przyniósł ponad 10% wzrost wydatków na reklamę w internecie.

Opublikowane wczoraj wyniki badania IAB AdEx przeprowadzonego dla IAB Polska przez PwC wskazują, że w minionym roku w naszym kraju wydatki na reklamę online wzrosły o 226 mln zł w porównaniu z rokiem 2012. Wartość krajowego rynku reklamy internetowej wyniosła 2,432 mld zł, podczas gdy w roku poprzednim osiągnęła poziom 2,206 mld zł.

Największe udziały w rynku miała reklama display (43% ogólnych wydatków na reklamę online). Nakłady na ten rodzaj przekazu zwiększyły się o 13 %. Ujęte zostały w nim budżety przeznaczone na marketing w serwisach społecznościowych i wideo. Indywidualne wzrosty wydatków na te rodzaje komunikacji wyniosły 44% w przypadku social media i 33% jeśli chodzi o reklamę wideo. Spektakularny wzrost wynoszący 106 % zanotował poziom wydatków przeznaczonych na reklamę mobilną.

Drugi z kolei największy udział w całości wydatków na reklamę online miał marketing w wyszukiwarkach. Wydatki na SEM stanowiły 35 % całości, nastąpił wzrost ich wartości o 11 % w porównaniu z rokiem poprzednim. Przyrost o 8 % zanotowały również nakłady na ogłoszenia, stanowiące jednocześnie 14 % całości kosztów poniesionych w minionym roku na internetowy przekaz reklamowy . Na poziomie sprzed roku pozostały wydatki na marketing w ramach poczty e-mail. Ich udział w całości struktury nakładów wyniósł 5 %.

W badaniach IAB AdEx przedstawione zostały również udziały inwestycji na reklamę w internecie w odniesieniu do poszczególnych branż. Na pierwszej pozycji uplasowała się motoryzacja, tuż za nią finanse i handel.

Sprawdzają się prognozy analityków co do ciągłego wzrostu wydatków na reklamę w internecie. Przedsiębiorcy coraz chętniej inwestują w reklamę online doceniając jej skuteczność i elastyczność. Wyniki badania IAB AdEx to bez wątpienia dobry sygnał i motywacja dla branży – komentuje Katarzyna Kołodziejczyk, Management Board Assistant GRUPA 365NET.

Źródło: IAB AdEx jest cyklicznym badaniem służącym do mierzenia wydatków na reklamę internetową. Projekt realizuje IAB Polska wspólnie z PwC.

Czeka nas rekordowy rok na rynku inwestycyjnym w Polsce

W pierwszym kwartale 2014 roku wolumen transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce wyniósł prawie 900 milionów euro, co stanowi wzrost o niemal 70 proc. w porównaniu do analogicznego okresu w 2013 roku i jest najlepszym wynikiem od ostatnich dziewięciu lat.

Na tak dobry wynik wpływ miało przede wszystkim kilka dużych transakcji na rynku biurowym i handlowym, które razem stanowiły prawie 60 proc. ogólnego wolumenu transakcji.

Najbardziej popularnymi aktywami w pierwszym kwartale 2014 roku były nieruchomości biurowe, spośród których istotną część stanowiły biurowce zlokalizowane poza Warszawą, w których głównymi najemcami są firmy z sektora BPO / SSC. Całkowity wolumen transakcji na rynku biurowym wyniósł około 500 milionów euro i był prawie dwa razy wyższy niż wolumen transakcji na tym rynku w całym 2013 roku.

Podobnie jak w poprzednich latach dużą popularnością wśród inwestorów branżowych cieszyły się również nieruchomości handlowe – wolumen transakcji na rynku handlowym w pierwszym kwartale 2014 roku wyniósł prawie 290 milionów euro. Wśród sprzedanych aktywów znalazły się nieruchomości handlowe o różnych formatach, co może świadczyć o przyjęciu przez inwestorów strategii dywersyfikacji portfela.

Zdaniem Kamili Wykroty, dyrektora Zespołu Doradztwa i Analiz Rynkowych, DTZ w nadchodzących miesiącach możemy spodziewać się sfinalizowania transakcji o wartości około 500 milionów euro. Widocznym trendem zaobserwowanym już w ubiegłym roku jest powrót zainteresowania inwestorów zagranicznych aktywami zlokalizowanymi na rynkach regionalnych, co świadczy o silnych fundamentach polskiego rynku nieruchomości komercyjnych.

Po stronie nabywców największą aktywnością charakteryzują się fundusze inwestycyjne typu private equity współpracujące z deweloperami powierzchni komercyjnych i tradycyjni prywatni inwestorzy poszukujący aktywów o ustabilizowanej i mocnej strukturze.

– Biorąc pod uwagę rekordowo wysoki wolumen transakcji inwestycyjnych w pierwszych trzech miesiącach tego roku, jak również dużą liczbę transakcji, które są w trakcie finalizacji, spodziewamy się, że całkowita wartość transakcji w 2014 roku będzie wyższa, niż w roku ubiegłym, kiedy to wyniosła 3,1 miliarda euro – mówi Kamila Wykrota, dyrektor Zespołu Doradztwa i Analiz Rynkowych, DTZ.

Modernizacja gospodarstw szansą dla polskiej wsi

Obraz polskiej wsi zmienia się z roku na rok. Jesteśmy świadkami wielkiego kroku naprzód. Rozwój technologii i świadomość jej znaczenia odgrywają obecnie ważną rolę. Można się o tym przekonać wyjeżdżając na wieś. Polscy rolnicy coraz częściej stawiają na automatyzację i nowoczesny sprzęt, co niewątpliwie ma wpływ na rozwój polskiego rolnictwa.

Według spisu rolnego w Polsce istnieje blisko 3 miliony gospodarstw rolnych. Jednak polska wieś nie kojarzy się już z tą oglądaną na filmie „Sami swoi”. Bo choć większość gospodarstw zajmuje powierzchnię mniejszą niż hektar, to coraz większe grono rolników stara się powiększać swój areał, by móc zarabiać na uprawie produktów rolnych. To dzięki takim gospodarstwom sektor ten doświadcza rozwoju technologicznego. Duże obszary pól i wielkie hale produkcyjne obsługiwane są przez nowoczesne urządzenia.

Doskonałą okazją do zobaczenia, jak działa współczesny sprzęt rolniczy i jakie korzyści płyną z jego modernizacji, są różnego rodzaju targi. To właśnie na nich można spotkać się z rolnikami, przedsiębiorcami i przedstawicielami firm produkujących najnowocześniejsze urządzenia w tej branży. Porozmawiać i ocenić, jakie są prognozy rozwoju rolnictwa w Polsce. Tadeusz Rzeszowski z firmy Pol-Agra zaznacza „[…] to jest dzisiaj dość aktywny segment gospodarki w Polsce. Jeden z bardziej zaawansowanych technologicznie, jeśli chodzi o wykorzystanie sprzętu rolniczego do uprawy. […] Klienci oczekują konkretnych parametrów od maszyn. Chcą ciągników, które będą miały odpowiednie układy napędowe, biegi pełzające.” Rolnicy coraz częściej zdają sobie bowiem sprawę, że modernizacja poprawia efektywność pracy, a korzyści płynące z przemysłu rolniczego rosną.

Eksperci jednogłośnie twierdzą, że aby nie zostać z tyłu w stosunku do innych krajów Europy Zachodniej, modernizacja i inwestycje w polską wieś są konieczne. „[…] Rolnicy, którzy kilka lat temu zdecydowali się na wymianę sprzętu i powiększanie gospodarstw, przyczynili się do zmiany tej technologii na bardziej nowoczesną” – podkreśla Tadeusz Rzeszowski. Niestety – realia są takie, że nie każdego polskiego rolnika stać na zakup nowoczesnego sprzętu. Nic zatem dziwnego, że wielu z nich korzysta z dofinansowań unijnych. Są one ogromnym zastrzykiem finansowym dla wszystkich tych, którzy chcą się rozwijać.

Kombajn czy ciągnik, aby zarobić na siebie, musi być w ciągłym ruchu. Jeśli tak się dzieje, inwestycja zwraca się już po jednym sezonie, przy stosowaniu sprzętu na średniej wielkości plantacji. Eryk Cieślak, właściciel firmy Micro-system twierdzi, że „[…] trzeba wydać, żeby zaoszczędzić.” To słowa, które w pełni oddają sens modernizacji sprzętu rolniczego. „Cena zakupu nowoczesnych urządzeń do oprysków jest porównywalna do tradycyjnych, natomiast pozwalają one na rekompensatę dawki chemii do 30%. Zyskujemy zatem 70% na każdym oprysku” – uważa Eryk Cieślak. Te liczby mówią same za siebie.

Rolnictwo w sposób mniej lub bardziej bezpośredni dotyczy każdego z nas. Z tego powodu każdemu powinno zależeć na tym, by polska wieś była modernizowana. Nowoczesny sprzęt to większa efektywność, a to z kolei oczywiste zyski. Korzyści płyną nie tylko dla wielkich przedsiębiorstw, ale też dla ostatecznego odbiorcy, czyli kupującego. Według ekspertów, zainwestowanie przez rolnika w nowoczesny sprzęt, ma wpływ na ceny towarów, które powinny się zmniejszyć. Przynajmniej teoretycznie…

Ubezpieczenia komunikacyjne będą drożały

Duża konkurencja na rynku ubezpieczeń powoduje, że ceny polis są stosunkowo niskie, a jednocześnie bardzo zróżnicowane w zależności od firmy ubezpieczeniowej. Eksperci prognozują jednak, że ceny powinny w najbliższym czasie wzrosnąć – do poziomów porównywalnych z tymi w krajach Europy Zachodniej. Wpłyną na to m.in. coraz wyższe odszkodowania zasądzane na rzecz poszkodowanych.

– Polisy muszą zdrożeć. Wskazują na to relacje do rynku zachodniego, gdzie składki za ubezpieczenia są o wiele wyższe. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Czublun, partner w Czublun Trębicki Kancelaria Radców Prawnych.

Ocenia, że stawki będą też rosły z powodu coraz wyższych kwot odszkodowań, zasądzanych przez sądy na rzecz osób poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych, których koszty pokrywa często ubezpieczyciel.

Do podwyżki stawek za polisy może przyczynić się także proponowana zmiana zasad rozliczania szkód. Obecnie powstałe w rezultacie zdarzeń drogowych szkody zgłaszane są w towarzystwie ubezpieczeniowym, którego klientem jest sprawca. Wyceny straty dokonuje rzeczoznawca związany z daną firmą i na tej podstawie płaci ona odszkodowanie. Według proponowanych zmian, szkoda zgłaszana byłaby w towarzystwie poszkodowanego, które dokonywałoby wypłaty odszkodowania na podstawie wyceny niezależnego eksperta. Później przedsiębiorstwo ubezpieczeniowe sprawcy zwracałoby pieniądze firmie osoby poszkodowanej.

Obecnie można spotkać porównywalne zakresy ubezpieczenia dla podobnego samochodu z różnicą w cenie na poziomie 200–300 proc. – mówi partner w Czublun Trębicki Kancelaria Radców Prawnych. – Auto, którego ubezpieczenie w jednym zakładzie kosztuje 2500–3000 zł, w innym można ubezpieczyć za 1000 zł. Dlatego przy odrobinie wysiłku klient może znaleźć ciekawą i atrakcyjną cenowo ofertę.

Jak jednak przestrzega prawnik, zdarza się, że niska cena wiąże się z niższym poziomem usług.

Pojawia się pytanie, na ile firma, która dzisiaj oferuje bardzo atrakcyjne ceny ubezpieczenia OC, będzie wypłacalna w przyszłości, i na ile jej proces likwidacji szkód będzie równie atrakcyjny jak cena, bo to nie zawsze idzie ze sobą w parze. Bywa że mamy bardzo dobrą cenę za produkt ubezpieczeniowy, a jednocześnie firma jest w stanie w pewnym sensie odbić sobie tę cenę bardzo atrakcyjną niezbyt dobrym podejściem do procesu likwidacji szkody. Nie chcę powiedzieć, że nieuczciwym, ale bardzo restrykcyjnym. Ten proces likwidacji jest bardzo często utrudniony przez to, że oszczędności trzeba gdzieś poszukać – mówi Piotr Czublun.

Polisy mają zdrożeć na pewno dla aut z kierownicą po prawej stronie. Możliwość rejestrowania takich samochodów w Polsce dał kierowcom wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z 20 marca.

– Możliwość wykonywania manewrów na drodze, wyprzedzani czy wymijania, jest bardzo ograniczona. W efekcie potencjalnie szkodowość takiego pojazdu jest o wiele wyższa. Naturalną rzeczą powinno być zaproponowanie kierowcom tego typu pojazdów znacznie wyższych składek ubezpieczeniowych, ponieważ ryzyko jest wyższe – podkreśla Piotr Czublun.

KNF: decyzja o przystąpieniu do unii bankowej dopiero po zakończeniu jej budowy i analizie korzyści i kosztów

CEO Magazyn PolskaPolska ma możliwość przystąpienia do unii bankowej, nawet jeśli nie będzie członkiem strefy euro. Właśnie dlatego aktywnie uczestniczy w tworzeniu wspólnego europejskiego modelu. Decyzję o ewentualnym przystąpieniu powinna jednak podjąć dopiero wtedy, gdy skończy się cały proces budowy unii bankowej – uważa Wojciech Kwaśniak, zastępca przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego.  Potrzebna będzie również analiza korzyści i kosztów, jakie się z nią wiążą dla polskiego sektora bankowego.

– Polska jest aktywnym uczestnikiem dyskusji na temat tworzenia nowego modelu europejskiego, ale decyzje odnośnie uczestnictwa w nim będzie podejmować w momencie, kiedy konstruowanie tego modelu zostanie już zakończone. Wtedy będzie można zrobić bilans korzyści i kosztów z tym związanych, również w kontekście przystąpienia Polski do strefy euro – twierdzi Wojciech Kwaśniak w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Unia bankowa wraz z istniejącą unią monetarną ma w przyszłości umożliwić integrację w ramach unii fiskalnej, czyli połączenie budżetów państw członkowskich strefy euro. Wspólny europejski nadzór ma być także fundamentem bezpieczeństwa dla wspólnej waluty. Dlatego też Polska, zobowiązując się do przyjęcia euro w traktacie akcesyjnym, bierze udział w pracach nad tworzeniem unii bankowej.

– W chwili obecnej bardzo blisko współpracujemy zarówno z Europejskim Bankiem Centralnym tworzącym ów nadzór, jak i z Europejskim Nadzorem Bankowym, który został ukonstytuowany z początkiem 2011 roku, ponieważ chcemy być w bliskich relacjach z nadzorem europejskim. Jesteśmy aktywni również na poziomie wszelkiego rodzaju grup roboczych –  mówi zastępca przewodniczącego KNF.

Oprócz tego, że unia bankowa jest potencjalnym krokiem ku integracji fiskalnej, ma ona także scementować europejski rynek finansowy. Wybuch kryzysu i wzrost awersji do ryzyka wśród inwestorów doprowadził do faktycznej dezintegracji rynków w strefie euro, na co wielokrotnie zwracał uwagę prezes EBC Mario Draghi. Wyodrębnienie się w ramach strefy euro dwóch grup państw pod względem sytuacji na rynkach finansowych oraz kredytowych utrudnia EBC prowadzenie wspólnej polityki pieniężnej. Unia bankowa ma doprowadzić do spadku ryzyka i obniżenia kosztu kapitału w państwach, w których sektor bankowy jest osłabiony. Trzy elementy, które będą tworzyć całościowy system regulujący sektor bankowy to: Europejski Nadzór Bankowy, system likwidacji banków oraz system gwarancji depozytów.

– Unia bankowa jest to projekt, który jest dedykowany przede wszystkim systemom bankowym państw strefy euro. Polska jest w grupie państw, które są poza strefą euro, ale ma możliwość korzystania z tak zwanej bliskiej współpracy z regulatorem i nadzorcą unijnym, którym będzie w tym przypadku Europejski Bank Centralny – wyjaśnia Wojciech Kwaśniak.

Polski sektor bankowy jest niewielki na tle europejskiego – posiada aktywa odpowiadające 1,03 proc. aktywów banków strefy euro i 0,73 proc. aktywów UE (dane KNF za wrzesień 2012). Pozostaje silnie zintegrowany ze strefą euro poprzez międzynarodowe instytucje finansowe. To rodzi określone ryzyka dla stabilności finansowej, a w przyszłości także potencjalnego konfliktu interesów między nadzorcą europejskim i KNF, jeśli Polska zdecydowałaby się przystąpić do unii bankowej.

–  Wówczas w odniesieniu do kluczowych dla polskiego rynku banków decyzje bezpośrednio nadzorcze byłyby podejmowane w Europejskim Banku Centralnym. Zaś w odniesieniu do pozostałych instytucji, nadzorca unijny miałby prawo również do podejmowania decyzji w wybranych przez siebie obszarach, jeżeli stwierdziłby, że nadzorca krajowy w sposób nieefektywny sprawuje nadzór wedle jednolitego standardu nadzorczego – uważa Kwaśniak.

Wątpliwości części ekonomistów dotyczą samego modelu unii bankowej. Zakłada on, że ta sama instytucja – Europejski Bank Centralny – będzie odpowiedzialna za politykę pieniężną oraz nadzór nad instytucjami finansowymi. To może rodzić ryzyko, że pojawią się naciski polityczne na EBC, które spowodują konflikt między funkcją nadzorczą i funkcją banku centralnego, który jest zobowiązany do dbania o stabilność cen. Inne uwagi pod adresem unii bankowej to m.in brak rozwiązania problemu banków zbyt dużych, by upaść.

J. K. Bielecki: Ostatnie 25 lat było sukcesem polskiej gospodarki. Teraz będzie o wiele trudniej

CEO Magazyn Polska

Ostatnie 25 lat to sukces Polski, o czym świadczy najmocniejsza pozycja naszego kraju w regionie – przekonuje Jan Krzysztof Bielecki. Według niego kolejne lata będą jednak znacznie trudniejsze. Celem jest już nie tylko przenoszenie rozwiązań z Europy Zachodniej, lecz także stworzenie własnych innowacyjnych pomysłów.

Ten rozwój musi być bardziej skupiony na jakościowej zmianie, na innowacyjności, na wymyślaniu własnych rozwiązań, a nie tylko na wdrażaniu rozwiązań zachodnich na wielką skalę, i w dodatku być może w trudniejszym otoczeniu geopolitycznym. Jestem przekonany, że ten rok będzie lepszy od ubiegłego roku, i wszystko wskazuje na to, że 2015 rok powinien być jeszcze lepszy niż rok 2014 dla polskiej gospodarki – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący Rady Gospodarczej przy Premierze.

Bielecki podkreśla, że 25 lat temu Polska i Ukraina startowały z podobnego poziomu. Zgodnie z danymi Banku Światowego, w 1990 polskie PKB na mieszkańca wynosił ok. 1700 dolarów, a w tym samym roku wskaźnik ten dla Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej sięgał niemal 1600 dolarów. Proces transformacji obydwu państw przebiegał jednak zupełnie inaczej.

Jak zauważa przewodniczący Ray Gospodarczej przy Premierze, po 25 latach Polska jest trzykrotnie bardziej zamożna od Ukrainy, a do tego jest członkiem NATO i UE. Taki rozwój pozostaje na razie nieosiągalny dla Ukrainy. Bank Światowy podaje, że w 2013 r. PKB na głowę mieszkańca w Polsce wyniosło niemal 13 tys. dolarów, a na Ukrainie nie przekroczyło nawet 4 tys. dolarów.

My zbudowaliśmy funkcjonujące państwo, funkcjonującą gospodarkę rynkową. Ukraina jest właściwie przed trzecim podejściem do takiego wyzwania. Nawet Węgrzy, które były niedościgłym przykładem, dzisiaj są krajem uboższym od Polski – zaznacza Bielecki.

Dodaje jednak, że Polska nie może spocząć na laurach. Kolejne ćwierćwiecze rozwoju będzie znacznie trudniejsze. Z kraju, który wdraża zachodnie modele, musimy stać się liderem innowacyjności.

Bielecki zauważa, że dalszy rozwój Polski i UE zależy od decyzji Brukseli i Europejskiego Banku Centralnego. Jeśli zdecydują się silniej stymulować gospodarkę, może to sprzyjać bardziej rozwiniętym krajom. Jednak w warunkach rynkowych, jak zapewnia Bielecki, Polska poradzi sobie znakomicie.

Firmy coraz chętniej inwestują w opiekę medyczną dla członków rodzin pracowników

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej firm wprowadza darmowe programy opieki medycznej dla członków rodzin swoich pracowników. Pomoc wykwalifikowanych pielęgniarek w opiece nad chorym dzieckiem lub rodzicami ma poprawić komfort pracy zatrudnionych, a tym samym zwiększyć ich efektywność. Pracodawca nie traci na nieobecnościach pracowników, co jest szczególnym problemem dla małych firm. Dzięki takiemu rozwiązaniu poprawia się też wizerunek firmy. 

Pracownicy korzystający z programu zyskują przede wszystkim spokój w pracy. Przychodząc do firmy, nie muszą martwić się o chore dzieci lub rodziców, bo ci pozostają pod profesjonalną opieką medyczną. Pracownik nie musi więc rezygnować ani z pracy, ani z obowiązków rodzinnych.

– Z usług w ramach programu ,,Family Care korzystają zarówno międzynarodowe korporacje, które tego typu rozwiązania znają ze swoich krajów rodzimych albo są to rozwiązania prowadzone u nich globalnie, lecz także duże polskie spółki, które nie chcą pozostawać w tyle za korporacjami międzynarodowymi – mówi Ewa Misiak, prezes Baby&Care, spółki, która jest autorem programu ,,Family Care”.

Od kwietnia z takich usług korzysta m.in. firma Hewlett-Packard.

– Nasi pracownicy otrzymują pomoc doświadczonych pielęgniarek w momencie, kiedy członkowie ich rodziny, czy to dziecko, czy to rodzice, potrzebują opieki, kiedy nie mogą ich zostawić samych w domu, a muszą pójść do pracy. Pielęgniarka, która potrafi poradzić sobie z problemami zdrowotnymi, przyjeżdża do domu, otrzymuje instrukcje, jak postępować w danej sytuacji, i zostaje z naszymi dziećmi czy rodzicami, którzy potrzebują takiej opieki – objaśnia Agnieszka Orłowska, prezes Globalnego Centrum Biznesowego HP we Wrocławiu.

Dzięki ułatwieniu łączenia życia prywatnego i zawodowego zyskuje zarówno firma, jak i pracownik.

Pracodawca przede wszystkim ma podstawowy plus w postaci pracownika, który jest w firmie. Poza tym pracodawca również pokazuje pracownikom, że dba o swoich ludzi, że zależy mu na tym, żeby potrafili i mogli dzięki jego pomocy połączyć życie zawodowe z życiem prywatnym. Jest to pewnego rodzaju odpowiedzialność społeczna takiego pracodawcy – tłumaczy prezes Baby&Care.

Jeszcze bardziej skorzystać mogą małe firmy. Dla nich nieobecność kilku pracowników jednocześnie może zahamować bieżącą działalność spółki.

Ewa Misiak dodaje, że coraz więcej firm decyduje się na zaoferowanie pracownikom takich produktów. Mogą one być finansowane z zakładowych funduszów świadczeń socjalnych, co jest dodatkową zaletą dla firm, bo składki na fundusz płacą pracownicy. Do każdej firmy przydzielana jest wybrana grupa pielęgniarek lub fizjoterapeutów, którzy pracują na wyłączność, co poprawia jakość opieki medycznej nad rodzinami pracowników. Baby&Care dba o to, by pracownicy firm, biorących udział w programie, mogli najpierw poznać dostępny personel medyczny, dokonać wyboru odpowiadającej im osoby i korzystać stale z jej usług.

Program może być stosowany od kilku dni do nawet kilku tygodni. Wszystko zależy od przypadku. Krótszej opieki wymagają dzieci przechodzące infekcję, a dłuższej – starsi rodzice po operacji np. biodra. Program w Hewlett-Packard dopiero ruszył, ale według Orłowskiej już wkrótce może skorzystać z niego nawet kilkuset pracowników.

Prezes Globalnego Centrum Biznesowego HP we Wrocławiu dodaje, że w ramach programu „HaPpy Parenting” rodzice pracujący w HP mogą skorzystać z elastycznych godzin pracy wtedy, gdy mimo „Family Care” konieczna będzie opieka nad dzieckiem w ciągu dnia. Możliwa jest również praca zdalna z domu. Orłowska podkreśla, że ponieważ średnia wieku pracowników firmy jest niska i wynosi tylko 30 lat, wielu z nich potrzebuje takiego wsparcia, ponieważ są młodymi rodzicami. Program działa zarówno we wrocławskim, jak i łódzkim centrum HP od 1 kwietnia.

Firmy farmaceutyczne chcą ograniczenia wiekowego przy zakupie niektórych leków bez recepty

0

CEO Magazyn Polska

Po likwidacji sklepów z dopalaczami i ograniczeniu ich spożycia, problemem stały się łatwo dostępne w aptekach substancje psychoaktywne. Kupują je młodzi ludzie, ale nie w celach leczniczych, lecz jako substytut używki. Dotyczy to zwłaszcza tych leków, które zawierają  pseudoefedrynę, dekstrometorfan lub kodeinę. Trwają właśnie prace nad nowelizacją ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. 

Głównie chodzi o substancje psychoaktywne, leki z grupy przeciwkaszlowej, na przeziębienia i grypę, czyli te trzy główne substancje: kodeina, dekstrometorfan i pseudoefedryna. Z badań, które ostatnio przeprowadził poznański ośrodek, wynika, że dzieci w grupie 12-18 lat stosują te leki świadomie. Czyli wiedzą, że przekroczenie dawki dopuszczalnej leczniczej spowoduje działania niepożądane  mówi agencji informacyjnej Newseria Ewa Jankowska, prezes Polskiego Związku Producentów Leków Bez Recepty PASMI.

Na problem zwrócił uwagę Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty PASMI, który przesłał do Ministerstwa Zdrowia swoje rekomendacje do nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Jedną z nich jest określenie bezpiecznych dawek dla leków bez recepty, tzw. OTC. Ma to na celu zmniejszenie ryzyka, że będą one kupowane jako substytut środków psychoaktywnych.

Kolejną istotną kwestią według PASMI jest wprowadzenie ograniczenia wiekowego przy zakupie leku w aptece. Związek proponuje próg 18 lat, ponieważ problem pozamedycznego stosowania leków dotyczy zwłaszcza młodzieży w wieku 12-18 lat. Kontrola wieku kupującego miałaby miejsce w aptece i dotyczyła leków zawierających określone substancje.

Badania pokazują, że tradycyjne narkotyki coraz częściej ustępują miejsca nowym substancjom psychoaktywnym. W latach 90. pojawiły się w Polsce narkotyki syntetyczne, takie jaka amfetamina i ecstasy, a w 2008 r. popularne stały się dopalacze. Po objęciu kontrolą 50 nowych substancji psychoaktywnych i likwidacji ponad 1400 sklepów z dopalaczami, zmniejszyła się ich dostępność i spadło ich spożycie. Według badań CBOS „Konsumpcja substancji psychoaktywnych przez młodzież szkolną – Młodzież 2013”, w 2010 r. 36 proc. uczniów uważało, że dostęp do dopalaczy jest łatwy, podczas gdy w 2013 roku – 20 proc. W efekcie w 2010 r. używanie dopalaczy deklarowało 13 proc. badanych uczniów, z kolei w 2013 r. – 4 proc.
 
Prawdopodobne jest, że część młodych ludzi po likwidacji punktów z dopalaczami zaczęła zdobywać substancje psychoaktywne w aptekach. Ankiety przeprowadzone wśród uczniów pokazują niewielki wzrost zażywania leków bez wskazania lekarza, jednak dotyczy to jedynie leków uspokajających i nasennych. Według CBOS, w 2013 roku 11 proc. uczniów odpowiedziało, że używało w ostatnim roku tego typu leków w celach pozamedycznych. W 2010 roku był to co dziesiąty ankietowany.

Prezes PASMI uważa, że stosowanie leków przez osoby niepełnoletnie musi odbywać się kontrolą ich rodziców.

Z naszych badań wynika, że młodzież stosuje te leki bardzo świadomie, w związku z tym ograniczenie grupy wiekowej pozwoli zahamować ten niekorzystny trend. Istotne jest, aby leki stosowane były pod opieką rodziców lub osób, które pełnią odpowiedzialność za dzieci. Dzieci nie powinny same kupować leków, a w szczególności tych, które mogłyby wpłynąć niekorzystnie na ich stan zdrowia, gdyby świadomie zostały przedawkowane – uważa prezes PASMI.

W polskich szkołach marnuje się rocznie co najmniej 1,6 tys. ton żywności. W całym kraju – 9 mln ton

Co najmniej 1,6 tys. ton jedzenia ląduje rocznie w szkolnych koszach na śmieci – szacują nauczyciele ankietowani na zlecenie programu Tesco dla Szkół. Dzieci wyrzucają głównie przygotowane w domu kanapki, wybierając zamiast tego słodycze i przekąski ze szkolnego sklepiku, oraz pozostałości po posiłkach na stołówce – często ze względu na zbyt duże porcje. Wartość wyrzucanej przez uczniów żywności szacuje się na ponad 236 tys. zł.

Co najmniej 4,5 tys. uczniów szkół podstawowych i gimnazjów regularnie wyrzuca jedzenie – wynika z badań „Talent do niemarnowania” przeprowadzonych przez instytut Millward Brown na zlecenie programu Tesco dla Szkół. Zdaniem ankietowanych nauczycieli jedzenie marnuje 13 proc. uczniów. Odsetek ten może jednak być niedoszacowany.

40 proc. dorosłych Polaków przyznaje się do tego, że wyrzuca  żywność. Z naszych badan wynika też, że tylko około 7 proc. nauczycieli wie, na czym ten problem polega – mówi agencji informacyjnej Newseria Czesław Grzesiak, wiceprezes Tesco Polska.

Ponad połowa ankietowanych nauczycieli podała zdecydowanie zaniżoną skalę problemu (poniżej 1 mln ton zamiast 9 mln).

Blisko 60 proc. wyrzucanego jedzenia to kanapki. W koszu ląduje również wiele produktów ze szkolnej surówki.

 – Powód jest prozaiczny – dzieci wolą słodycze. Jeżeli mają dostęp do słodyczy, mają pieniądze, to zamiast kanapki, którą przygotowują mu rodzice do szkoły, kupują słodycze [84 proc. wskazanych przyczyn – red.]. Często też zbyt duże porcje posiłków przygotowywane zarówno przez rodziców, jak i przez stołówki szkolne, to kolejny podstawowy problem [30 proc. przyczyn – red.] – wyjaśnia Czesław Grzesiak.

Skala problemu marnowania żywności w szkołach narasta, a w wielu wypadkach samo zwrócenie na tę kwestię uwagi może zmniejszyć ilość wyrzucanego jedzenia. Jak podkreśla wiceprezes Tesco Polska, edukację w tym zakresie należy rozpocząć od najmłodszych. Stąd inicjatywa programu „Tesco dla Szkół – Talent do niemarnowania”, która była pierwszym ogólnopolskim programem edukacyjnym poświęconym problemowi marnowania żywności.

W tegorocznej edycji wzięło udział ok. 500 szkół i 6 tysięcy dzieci. Podczas jej trwania uczniowie wspierani przez nauczycieli poznawali zasady niemarnowania żywności i tworzyli tematyczne materiały filmowe. Wiceprezes Tesco zapewnia, że pierwsze efekty programu już są.

– Z przygotowywanych przez uczniów filmów widać, że dzieci doskonale wiedzą, jak obchodzić się z żywnością, co robić, żeby jej nie marnować. A jeżeli nie wiedzą, praca, jaką poświęcili na przygotowanie tych materiałów firmowych, na pewno pomoże im zmienić swoje nawyki i przyzwyczajenia – wyjaśnia Grzesiak. – Wśród grupy nauczycieli, która współpracowała z nami przy tegorocznej edycji, znajomość tematu wzrosła pięciokrotnie.

Co więcej, nauczyciele poświęcali tej tematyce znacznie więcej czasu na zajęciach z uczniami. Prawie wszyscy zgodnie przyznali, że i wiedza uczniów o problemie jest większa. A ponad połowa zapewnia, że w ich szkole po udziale w programie problem marnowania żywności w ogóle się zmniejszył. Badania wskazują jednak, że wciąż potrzeba edukacji w tym zakresie jest bardzo duża.

Wiceprezes Tesco przyznaje, że zmiana postaw uczniów zależy w głównej mierze od ich rodziców, bo większość żywności i tak marnuje się w domu.

– W Polsce co roku marnuje się 9 mln ton żywności [razem z produkcją, dystrybucją i handlem – red.]. To daje nam piąte miejsce w Europie – mówi Marek Borowski, prezes Federacji Polskich Banków Żywności.

Polscy konsumenci co roku wyrzucają do śmieci 2 mln ton jedzenia. Mimo że statystyczny Polak marnuje znacznie mniej niż statystyczny Holender, to i tak na śmietnikach wciąż ląduje za dużo dobrych do spożycia produktów.

Średnio w Polsce konsument marnuje ok. 50 kg żywności, więc w tym przypadku jesteśmy trochę poniżej średniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Borowski, prezes Federacji Polskich Banków Żywności. – Holendrzy na przykład marnują średnio 200 kg rocznie, więc cztery razy więcej. Ale to niewielka pociecha i na pewno mamy w tej kwestii wiele do zrobienia – dodaje.

Najwięcej żywności – 70 proc. marnuje się w sektorze produkcji, a 0,4 proc. – w handlu. By przeciwdziałać temu problemowi, banki żywności i Tesco współpracują przy zbieraniu nadwyżek żywności.

Zebraliśmy już ponad 180 ton nadwyżek żywności, które wcześniej z różnych powodów wyrzucaliśmy. Zmiana przepisów prawnych w tym zakresie, a także chęć rozwiązania tego problemu spowodowała, że staramy się tę żywność przekazywać potrzebującym – mówi Grzesiak. – Zaczynamy też edukację klienta już przy półce. Odwiedza nas około 5 mln klientów, w związku z tym mamy duże możliwości w tym zakresie, robimy to i będziemy to robili z jeszcze większym nasileniem.

Widać ożywienie na rynku motoryzacyjnym. W ciągu następnych miesięcy sprzedaż powinna rosnąć

CEO Magazyn Polska

W ślad za firmami coraz chętniej inwestującymi w nową flotę pojazdów do salonów motoryzacyjnych ruszyli także klienci indywidualni. Zdaniem przedstawicieli General Motors Poland ten rok powinien zakończyć się dla polskiego rynku sprzedażą na poziomie 400 tys. egzemplarzy.

– Ożywienie jest zauważalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Mieczkowski, dyrektor generalny General Motors Poland. – Pierwszą oznaką poprawy sytuacji była wzmożona sprzedaż aut firmowych, podyktowana możliwością odliczenia pełnego VAT-u od zakupu. Na szczęście na tym się nie skończyło. Klienci indywidualni również coraz chętniej decydują się na zakup nowego auta i coraz częściej gościmy ich w naszych salonach sprzedaży.

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego w I kwartale roku zarejestrowano o 26,5 proc. więcej nowych samochodów osobowych i dostawczych do 3,5 t niż rok wcześniej. W grupie samochodów osobowych wzrost wyniósł niemal 29 proc., co dało liczbę przeszło 97,6 tys. sztuk. W samym tylko marcu niemal co trzecie auto w tej grupie było samochodem z kratką.

Zdaniem Wojciecha Mieczkowskiego, polski rynek motoryzacyjny wciąż ma niewykorzystany potencjał. W ubiegłym roku Polacy kupili ponad 300 tysięcy nowych samochodów, w tym roku realne jest osiągnięcie wyniku 400 tysięcy sprzedanych aut.

– Biorąc pod uwagę liczbę ludności i samochodów w naszym kraju oraz ich średni wiek, sprzedawcy powinni bez większego trudu znajdować rocznie około 600 tysięcy nabywców na swoje produkty – uważa Mieczkowski. – Taki poziom sprzedaży branża osiągała w 1999 roku, dziś – z wielu względów – jest to jeszcze nierealne. Myślę jednak, że w kolejnym roku, licząc pojazdy ze wszystkich segmentów, a więc także trucki i pojazdy dostawcze, przekroczenie 400 tysięcy egzemplarzy jest niemal pewne.

Zdaniem Mieczkowskiego, choć prognozowanie na dalsze lata jest na razie obarczone zbyt dużą dozą niepewności, ożywienie na rynku przez większość branży jest już traktowane jako stały trend. Dyrektor General Motors Poland uważa, że w następnych miesiącach będzie można obserwować umacnianie się rynku.

TP Teltech: przetargi na wojewódzkie sieci szerokopasmowe w perspektywie 2007–2013 ruszyły zbyt późno

CEO Magazyn Polska

Przetargi na wojewódzkie sieci szerokopasmowe rozpoczęły się zbyt późno. Teraz wykonawcy spieszą się, by zdążyć rozliczyć unijne dofinansowanie do końca przyszłego roku. Spośród czterech inwestycji, w których udział bierze TP Teltech, na ukończeniu jest sieć w województwie lubuskim. Największe problemy sprawia realizacja inwestycji w województwie podkarpackim.

Powinniśmy mieć trzy lata na czystą budowę. Potem powinien pozostać czas na rozliczanie projektów. Natomiast na dziś dużo przetargów było w latach 20122013, więc zostały tak naprawdę dwa lata na wybudowanie. Te przetargi powinny mieć miejsce w roku 20082009. Wtedy nikomu czasu by nie brakło i wszystkie sieci byłyby zrobione zgodnie z założeniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Kowalczyk-Tomerski, prezes zarządu TP Teltech.

Należąca do Orange spółka TP Teltech buduje regionalne sieci szerokopasmowe w czterech województwach: lubuskim, łódzkim, podkarpackim i warmińsko-mazurskim. Najbardziej zaawansowany jest ten pierwszy projekt, który jest już ukończony w 98 proc. Do wybudowania pozostało tylko kilka światłowodów. Kowalczyk-Tomerski ocenia, że prace zakończą się zgodnie z planem, czyli do końca czerwca.

W Łódzkiem pierwszy etap projektu udało się zakończyć trzy miesiące przed czasem. Inwestycje w województwie warmińsko-mazurskim ruszyły rok temu. Umowa została podpisana w kwietniu 2013 r. Do tej pory TP Teltech zrealizował tylko 5 proc. inwestycji, ale prezes uspokaja, że to normalny cykl inwestycyjny. Na początku niezbędne jest zaplanowanie budowy i uzyskanie pozwoleń, co trwa nawet do dziewięciu miesięcy. Potem rusza budowa, która na jednym odcinku trwa nie więcej niż dwa tygodnie. Należy zatem spodziewać się skokowego przyspieszenia.

Projekt podkarpacki rozpoczął się w Polsce najpóźniej. Wspólnie z marszałkiem województwa podkarpackiego staramy się go zrealizować, przyspieszyć, uzyskać konieczne pozwolenia. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że spotykamy się czasami z niezrozumieniem jednostek samorządu terytorialnego, które na przykład odmawiają nam prawa wejścia z węzłami dystrybucyjnymi na teren danej gminy czy miasta – wyjaśnia Kowalczyk-Tomerski.

Dodaje, że w jego ocenie takie proceduralne przeszkody nie powinny pojawiać się tak blisko końca projektu. Choć są one rozwiązywane ze wsparciem władz województwa, wywołują opóźnienia.

Czasu do stracenia nie ma, bo projekty dofinansowywane z unijnej perspektywy budżetowej 2007-2013 muszą zostać rozliczone do końca przyszłego roku. Kowalczyk-Tomerski ocenia jednak, że gdyby projektowanie sieci szerokopasmowych rozpoczęło się wcześniej, projekty byłyby zrealizowane z zapasem czasu.

Problemem był okres przygotowania do tych przetargów. To były duże, po raz pierwszy w historii tak duże przetargi, prowadzone przez administrację publiczną, ale niestety ten okres trwał za długo i dzisiaj mamy tego skutki. Myślę, że wszyscy wykonawcy sieci zdają sobie sprawę z ciężaru odpowiedzialności w zakresie realizacji tych projektów – ocenia Kowalczyk-Tomerski.

Zaleca, by przyszłe inwestycje projektować „od tyłu”. Polega to na wyznaczeniu daty ukończenia projektu, a następnie układaniu harmonogramu poszczególnych etapów wstecz.

Budowa sieci szerokopasmowych w Polsce jeszcze się nie kończy. W nowej unijnej perspektywie na ten cel będzie przeznaczony ponad miliard euro. Nowe inwestycje nie będą już miały na celu zwiększenia zasięgu, lecz raczej poprawę szybkości.

Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju szacuje, że obecnie ponad 16 mln Polaków nie ma dostępu do szybkiego internetu. Niemal połowa z nich mieszka na takich obszarach, gdzie nie opłaca się budować komercyjnych sieci.

Jeden dyskont prowadzi do likwidacji kilku mniejszych sklepów. Szansą dla nich jest franczyza lub specjalizacja

0

CEO Magazyn Polska

Obroty dyskontów spożywczych wciąż rosną, ale tracą na tym małe sklepy. Szansą dla ich właścicieli jest przystąpienie do franczyzy lub postawienie na specjalizację. Dzięki dopasowaniu do indywidualnych potrzeb klientów i znajomości ich gustów, małe sklepy mogą utrzymać się na rynku.

Sieci dyskontów notują wzrost obrotów, ale z drugiej strony niewiele osób zastanawia się nad tym, czym jest to powodowane. Myślę, że mamy do czynienia tylko z przesuwaniem pieniędzy w portfelu. Jeżeli dane powszechnie dostępne mówią o tym, że jeden dyskont prowadzi do likwidacji przynajmniej kilku mniejszych podmiotów, sklepów spożywczych, to też przejmuje ich obrót – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Orski, pełnomocnik firmy doradczej Or Clean.

Podkreśla, że w tej chwili na rynku w Polsce następują duże zmiany. Sieci dyskontów wielkopowierzchniowych zdobywają coraz większą część rynku. Zgodnie z raportem Nielsena sprzed roku, mają one już niemal połowę rynku FMCG (towarów szybko zbywalnych). Na zmianach tracą mniejsze sklepy, bo rynek jest zbyt nasycony, by wszyscy mogli na nim się rozwijać.

Orski zauważa jednak, że dyskonty rywalizują nie tylko z innymi formatami sklepów, lecz także między sobą. Z jednej strony korzystają na tym konsumenci, o których trwa cenowa wojna, jednak wbrew pozorom, wybór dla nich staje się ograniczony.

Tak dynamiczny rozwój tych formatów sklepowych niekoniecznie idzie w parze ze spełnieniem potrzeb dostępności do wielu różnych produktów. Mamy do czynienia z wyborem, którego dokonuje ktoś za nas. Mam na myśli kupców, którzy mówiąc na skróty, potrafią nas zachęcić do asortymentu, który oni wybierają, bo to im się najlepiej sprzedaje albo bo uzyskują najlepsze warunki zakupowe, a zatem marżowe – podkreśla Orski.

Dodaje, że to niepokojący trend, bo choć sklepów przybywa, różnorodność towarów maleje. Z drugiej strony możliwa staje się daleko idąca indywidualizacja i specjalizacja, zwłaszcza małych sklepów. Orski podkreśla, że osiedlowe sklepy mogą zaopatrzyć się w konkretnie te produkty, które kupują okoliczni mieszkańcy. Ta strategia jest jednak ryzykowna, gdyż trudno ocenić, czy sprzedaż tych produktów będzie na wystarczającym, generującym zysk, poziomie. Inną szansą dla małych sklepów są sieci, które oferują współpracę w formacie franczyzowym. Dzięki temu właściciele otrzymują wsparcie, a równocześnie nie tracą zalety jaką jest znajomość lokalnego rynku i klientów.

Franczyza zyskuje dużą popularność. Mimo ogólnego spadku liczby sklepów na rynku, ich liczba we franczyzie systematycznie rośnie. Największa sieć, należąca do Eurocash marka abc, posiada ponad 6,1 tys. sklepów. Tylko w ubiegłym roku pojawiło się na rynku 18 nowych systemów franczyzowych na rynku sklepów spożywczych – wynika z raportu firmy doradczej PROFIT system.

Utrzymuje się silne ożywienie na rynku IPO w Europie. Marazm na GPW w Warszawie

Jak wynika z najnowszego kwartalnego raportu IPO Watch Europe przygotowanego przez firmę doradczą PwC, łączna wartość IPO w Europie w pierwszym kwartale bieżącego roku (11,4 mld euro) była wyższa niż w analogicznych kwartałach poprzednich czterech lat razem wziętych. Wskazuje to na kontynuację ożywienia na europejskich rynkach kapitałowych obserwowaną w czwartym kwartale 2013 roku, kiedy to zadebiutowało 105 spółek, a łączna wartość ich ofert stanowiła ponad połowę wartości IPO w całym 2013 roku. Dzięki czemu w minionym roku odnotowano wzrost łącznej wartości ofert względem roku 2012 aż o 135%, do poziomu 26,5 mld euro.

Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, w następujący sposób skomentował wyniki rynku pierwotnego w Europie:

„W ostatnich miesiącach rynek IPO w Europie odnotował najlepsze wyniki od 2007 roku, czyli od czasów sprzed światowego kryzysu finansowego. Od jesieni ubiegłego roku obserwujemy większą liczbę dużych transakcji, większy popyt ze strony inwestorów oraz regularne wzrosty kursów akcji po debiucie. Wszystko to wskazuje, że koniunktura na rynku pierwotnym w Europie jest bardzo dobra. Jednocześnie jednak inwestorzy wciąż wykazują zdrowy poziom ostrożności i wymagają przedstawienia im wiarygodnych i przekonujących argumentów świadczących o atrakcyjności danej spółki i oferty.”

Największą aktywność w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku odnotowano tradycyjnie już na giełdzie w Londynie, gdzie z powodzeniem przeprowadzono 32 oferty o łącznej wartości 5,9 mld euro. Na kolejnych miejscach uplasowały się: NYSE Euronext (6 ofert o łącznej wartości 2,1 mld euro) oraz NASDAQ OMX (7 ofert o łącznej wartości 1,9 mld euro). Biorąc pod uwagę podział na poszczególne sektory, największą aktywność odnotowano w sektorach: usług konsumenckich (3,2 mld euro), usług finansowych (3,1 mld euro) oraz produktów i usług przemysłowych (2,7 mld euro). Największe oferty przeprowadziły spółki: Altice na giełdzie Euronext (1,3 mld euro, sektor usług telekomunikacyjnych), ISS na giełdzie NASDAQ OMX (1,1 mld euro, sektor produktów i usług przemysłowych) oraz Kennedy Wilson Europe Real Estate na giełdzie w Londynie (1,0 mld euro, sektor usług finansowych).

W pierwszym kwartale 2014 roku łączna wartość IPO na GPW w Warszawie wyniosła zaledwie 18 mln euro, co plasuje polską giełdę na odległym miejscu wśród rynków europejskich. Warszawa zdołała jednak utrzymać drugie miejsce w Europie pod względem liczby debiutów – łącznie odnotowano ich 10 (2 na rynku głównym i 8 na NewConnect). Największym IPO w Warszawie była oferta spółki Vistal Gdynia o wartości 12,1 mln euro.

Filip Gorczyca, starszy menedżer w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, w następujący sposób skomentował wyniki i perspektywy rynku pierwotnego w Warszawie:

„W przeciwieństwie do reszty Europy, na warszawskiej giełdzie zapanował marazm. Przyczyną są zawirowania związane ze zmianami w systemie emerytalnym i towarzyszące temu obawy inwestorów o aktywa znajdujące się w OFE. Dodatkowo, w ostatnich tygodniach na nastroje na rynku negatywnie wpłynęła sytuacja za naszą wschodnią granicą. W obliczu tych czynników oraz braku planowanych ofert prywatyzacyjnych, w całym 2014 roku warszawska GPW po raz pierwszy od wielu lat może spaść na dalekie miejsce w rankingu giełd europejskich pod względem wartości IPO. Dla spółek planujących debiut na giełdzie w bieżącym i przyszłym roku sytuacja powinna być jednak sprzyjająca. Emitenci nie będą zmuszeni konkurować o kapitał w takim stopniu, jak w okresach, w których przeprowadzane były duże oferty publiczne. Warunkiem pomyślnego IPO będzie jednak dobre przygotowanie oferty i samej spółki do debiutu. Źle przeprowadzone transakcje wciąż nie będą dawały większych szans na zainteresowanie inwestorów objęciem akcji po zamierzonej cenie.”

Na rynku amerykańskim odnotowano wzrost aktywności na rynku IPO. Kwota środków pozyskanych w ramach pierwszych ofert publicznych w USA w pierwszym kwartale 2014 roku wyniosła 8,0 mld euro, co stanowiło wartość o 37% wyższą niż w pierwszym kwartale roku poprzedniego. Wysoką aktywność odnotowała także giełda w Hongkongu, gdzie łączna wartość ofert wyniosła 4,3 mld euro.

Dodatkowe informacje

1. Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004, 2005, 2006, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011, 2012 i 2013.

2. O IPO Watch Europe

Ankieta IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie w najważniejszych segmentach rynku akcji (włączając w to giełdy w Austrii, Belgii, Danii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii, Polsce, Portugalii, Rumunii, Szwajcarii, Szwecji, Turcji, Wielkiej Brytanii i Włoszech) i jest przeprowadzana kwartalnie. Opcje nadsubskrypcji („greenshoe offerings”), debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwotną ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w zakresie jednej giełdy nie zostały uwzględnione w statystykach. Ankieta dotyczy okresu od 1 stycznia do 31 marca 2014 roku i została sporządzona w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

3. O współtworzących ankietę

Ankieta została opracowana przez zespół ds. rynków kapitałowych PwC. Specjaliści ds. rynków kapitałowych PwC świadczą pełen zakres usług w zakresie transakcji na rynkach kapitałowych. Usługi te obejmują przygotowanie do oferty publicznej oraz całościową obsługę doradczą transakcji, w tym doradztwo finansowe, doradztwo prawne i doradztwo podatkowe. Dom Maklerski PricewaterhouseCoopers Securities S.A., posiadający zezwolenie na prowadzenie działalności maklerskiej w zakresie oferowania instrumentów finansowych, zapewnia usługi podmiotu oferującego akcje.

Stanowisko Poczty Polskiej dot. artykułu „PGP wzywa Pocztę Polską do poddania się audytowi”

W dniu dzisiejszym otrzymaliśmy wiadomość zawierającą stanowisko Poczty Polskiej odnośnie artykułu „PGP wzywa Pocztę Polską do poddania się audytowi” oświadczenie brzmi następująco:

Trudno porównywać jabłka ze śliwkami. Poczta Polska jako operator wyznaczony podlega audytowi ze strony takich instytucji jak: UKE, NIK czy GIODO. Ponadto jako operator wyznaczony Poczta musi spełniać szereg wymogów, które nie dotyczą operatorów prywatnych. Dotyczy to m.in. utrzymania sieci placówek, doręczania korespondencji pięć razy w tygodniu czy przedkładania Prezesowi UKE projektu cennika usług powszechnych.

W momencie gdy te warunki brzegowe się wyrównają, nie będziemy mieli nic przeciwko audytowi, o którym wspomina konkurencja. Jednak jak na razie konkurencja zrobiła bardzo dużo by właśnie niezależny audyt ze strony Urzędu Komunikacji Elektronicznej, dotyczący bałaganu w korespondencji sądowej, maksymalnie opóźnić. W takim stanie rzeczy trudno propozycję PGP traktować poważnie.

Pozdrawiam
Zbigniew Baranowski
Rzecznik prasowy Poczty Polskiej S.A.

Bardzo dobre dane z rynku pracy. Bezrobocie w marcu w dół

Resort pracy podał, że stopa bezrobocia w marcu zmalała o 0,3 pp do poziomu 13,6%. Oznacza to, że z ewidencji bezrobotnych wykreślono aż 72 tys. osób. Liczba bezrobotnych wciąż przekracza 2,18 mln osób, ale w analogicznym okresie ubiegłego roku było ich 130 tys. więcej.

Ministerstwo pracy podkreśla, że ostatni raz tak silny spadek bezrobocia w marcu mieliśmy w 2008 roku. Na sukces złożyło się kilka czynników. To przede wszystkim uruchomienie środków na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu – urzędy pracy wyjątkowo od grudnia ubiegłego roku wiedzą, jakim budżetem dysponują na finansowanie staży, szkoleń, dotacji na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej oraz dotowanie miejsc pracy. Równocześnie marzec był wyjątkowo ciepłym miesiącem, co pozwoliło na wczesne rozpoczęcie prac w budownictwie i innych sektorach gospodarki np. turystyce czy gastronomii.

Niemniej, liczba bezrobotnych wciąż przekracza 2,18 mln osób. Najprawdopodobniej poniżej dwóch milionów zejdziemy w okolicach lipca. Jeżeli dane dotyczące koniunktury nie pogorszą się, to spadek liczby bezrobotnych będziemy odnotowywać do października bieżącego roku.

Pracodawcy chcą zatrudniać

Szef resortu pracy zauważa, że firmy znów chcą zatrudniać. W marcu do urzędów pracy zgłoszono 107 tys. miejsc pracy. To o 18 tys. więcej niż w marcu 2013 roku. Po raz ostatni wyższą liczbę miejsc pracy zgłoszono w 2010 roku.

Sytuacja na rynku pracy idzie w dobrym kierunku, ale, nawet przy tak dużym spadku stopy bezrobocia, wciąż trudno uznać ją za zadowalającą.

Z ostatniego badania Eurostatu wynika, że stopa bezrobocia w Polsce mierzona metodą BAEL wynosi 9,7% (w Austrii – 4,8%, Grecji – 27,5%). Głównym zadaniem rządu powinno być wyciągnięcie bezrobotnych z szarej strefy.

Twoja firma nie ma strony internetowej? Nie istniejesz!

Twoja firma nie ma strony internetowej? Nie istniejesz! W dzisiejszym świecie takie stwierdzenie wydaje się być mocno uzasadnione. Firmowa strona to podstawa. Dobra strona. Elementarne błędy mogą bowiem skutecznie i na zawsze odstraszyć twoich klientów.

Czas to pieniądz

Obecnie jedną z największych wartości jest czas. Dookoła ciągle słyszymy stwierdzenia typu „nie mam czasu”, „szybko”, „jestem spóźniony”. Również internauta chce odnaleźć w sieci to czego potrzebuje w tempie natychmiastowym. Jak to się ma do firmowej strony?

Po pierwsze strona powinna ładować się błyskawicznie. Szybkość tego procesu ma bowiem ogromny wpływ na zadowolenie i interakcję użytkownika. Internauta otwierając stronę www pozostaje skupiony tylko przez moment, długie ładowanie się strony wywoła irytację i co bardzo prawdopodobne- przedwczesne jej zamknięcie.

Drugą kwestią odnoszącą się do czasu jest nawigacja strony. Użytkownik bez dłuższego zastanawiania się powinien wiedzieć, gdzie ma kliknąć pragnąc uzyskać konkretne informacje. Intuicyjna nawigacja i dobrze zrobiona mapa strony to kolejne kryteria pozwalające uniknąć u internauty negatywnych emocji takich jak irytacja, stres czy złość.

Ocena wzrokowa

W wypadku strony internetowej oczywistym jest, iż jej ocena w ogromnej mierze zależy od tego, jak podoba nam się to co widzimy. Właściwy dobór kolorów, odpowiednia czcionka i ekspozycja najistotniejszych treści to kwestie podstawowe. Nie trzeba chyba nawet wspominać już o rzetelności i aktualności informacji. Musi być ciekawie, na bieżąco i konkretnie. Jakość tekstów i grafik świadczy o firmie, o jej profesjonalizmie i szacunku dla klienta, który pofatygował się odwiedzić naszą stronę.

Musi działać- wszystko i na wszystkim

Nic tak nie frustruje użytkownika jak wadliwe linki, które prowadzą donikąd. Jeżeli na stronie cokolwiek nie działa, może to skutkować utratą szansy pokazania klientowi jakiegoś produktu, czy zachęcenia go do skorzystania z usług właśnie twojej firmy. Nawet jeżeli pojawia się strona błędu, powinna ona informować internautę o powodach takiego stanu rzeczy. Tylko wtedy istnieje prawdopodobieństwo, że odwiedzający mimo wszystko się nie zniechęci.

Kolejną z podstawowych kwestii jest dostosowanie strony do urządzeń mobilnych. To co jeszcze kilka lat temu wydawało się kwestią dalekiej przyszłości, dziś jest już zupełnie naturalne. Ogromna większość internautów korzysta z internetu na swoich smartfonach. Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że twój potencjalny klient trafi na twoja stronę właśnie przez swój telefon. Konsekwencje tego, że będzie on miał trudności ze skorzystaniem z twojego www w taki sposób, są oczywiste.

Dobra strona internetowa firmy buduje jej wizerunek. Nie chodzi tylko o firmy z obszaru e-commerce. Ludzie szukają dziś w internecie informacji także o tych przedsiębiorcach, z których usług skorzystają poza siecią. Tworzenie strony warto zatem powierzyć doświadczonym, prawdziwym specjalistom. Tylko oni bowiem są w stanie zaprojektować i zrealizować firmową stronę naprawdę profesjonalnie, uwzględniając wszelkie zasady jej optymalizacji.

Komisja Nadzoru Finansowego wyraziła zgodę na powołanie Roberta Sokołowskiego na Prezesa Zarządu Generali

W dniu 8 kwietnia 2014 r., podczas 211. posiedzenia, Komisja Nadzoru Finansowego jednogłośnie wyraziła zgodę na powołanie Roberta Sokołowskiego na Prezesa Zarządu Generali Towarzystwa Ubezpieczeń S.A. i Generali Życie Towarzystwa Ubezpieczeń S.A.

Robert Sokołowski, przed powołaniem pełnił funkcję Dyrektora Generalnego w Proama i był odpowiedzialny za wprowadzenie marki na polski rynek od 2011 r. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz posiada tytuł MBA z UCLA Anderson School of Management w Los Angeles. Swoje doświadczenia zawodowe budował w firmie McKinsey, gdzie odpowiadał za doradztwo strategiczne na rynku ubezpieczeniowym. Pełnił również funkcje zarządcze w randze Dyrektora ds. Operacji oraz Dyrektora Sprzedaży i Obsługi w Liberty Direct.

Jakie zmiany szykuje nowa ustawa o prawach konsumenta?

Każdy z nas niemal codziennie robi zakupy. Bez względu na to, czy są one małe w osiedlowym sklepie, czy te większe, dotyczące chociażby zakupu drogiego sprzętu – ważne, abyśmy pamiętali, że jako klienci mamy nie tylko obowiązki, ale też pewne prawa. Te z kolei w połowie czerwca ulegną zmianie. Co to oznacza dla konsumenta?

Konsument jest ważnym ogniwem procesu gospodarczego. Kupujemy, zawieramy umowy, korzystamy z różnych usług. Nie zawsze jesteśmy jednak zadowoleni z zakupionego produktu. Czasem wręcz zostajemy nabici w butelkę przez sprzedawcę lub przedsiębiorcę. Co wtedy? Po stronie konsumentów stoi prawo. Co istotne – w połowie czerwca mają wejść w życie nowe regulacje, jeszcze bardziej korzystne dla konsumenta niż te obowiązujące dotychczas.

Co zyskają konsumenci? Główną zmianą zaproponowaną w ustawie o prawach konsumenta jest wydłużenie terminu odstępstwa od umowy. Jak wyjaśnia Marta Tuzimek-Wiśniewska z kancelarii prawnej TaylorWessing enwc, obecnie w Polsce termin ten wynosi 10 dni. Od wejścia w życie ustawy czas ten wydłuży się do 14 dni. Co istotne, ważna będzie data dostarczenia towaru, a nie zawarcia umowy. Regulacja ta ma nie tylko ujednolicić terminy w krajach członkowskich, ale „[…] ma to umożliwić konsumentowi świadome zawieranie umów i możliwość odstępowania od nich. Ponadto konsumenci będą mogli korzystać z ujednoliconego formularza, by odstąpić od tych umów. Przedsiębiorcy będą zobowiązani udostępniać go konsumentowi” – zaznacza Marta Tuzimek-Wiśniewska.

Nowa ustawa będzie również gwarantować konsumentom otrzymywanie od przedsiębiorcy wyczerpujących informacji dotyczących zawierania umowy. Marta Tuzimek-Wiśniewska zaznacza, że „[…] już teraz przedsiębiorcy muszą udzielać wielu informacji konsumentom przed zawarciem umowy na odległość. […] Dla porównania, obecnie tych pozycji w ustawie jest 11, w nowej będzie ich 21. Ponadto zmieni się moment, kiedy przedsiębiorca powinien pewne informacje udzielić konsumentowi. Jest grupa informacji, które będą musiały być podane przed zawarciem umowy, a szereg z nich będzie musiało być przekazane bezpośrednio przed finalizacją zamówienia. Jak konsument będzie przechodził do samej fazy transakcji zawieranej przez Internet, to będą musiały się tam znajdować informacje o głównych cechach umowy, a przede wszystkim informacje o obowiązku zapłaty.” Uprawnienie do otrzymania informacji będzie przysługiwało konsumentowi zawierającego umowę na odległość, ale również w odniesieniu do umów zawieranych w sposób tradycyjny – w sklepie.

Obecne przepisy zakazują nakładania na konsumenta obowiązku zapłaty wynagrodzenia czy ceny sprzedaży, zanim druga strona, czyli przedsiębiorca, nie wykona swojego świadczenia – nie dostarczy towaru lub nie wykona usługi. Jak podkreśla Przemysław Walasek, adwokat z kancelarii prawnej TaylorWessing enwc „[..] jeśli chodzi o sklepy internetowe, ten problem rozwiązany został w taki sposób, że spośród dostępnych metod płatności oferuje się płatność za pobraniem. Wówczas to klient podejmuje decyzję, w jaki sposób chciałby zapłacić. Problem bardzo praktyczny pojawia się w przypadku usługodawców. […] Jedynym dla nich, zgodnym z prawem modelem, byłoby tak naprawdę wykonanie świadczenia, a następnie później zwrócenie się do konsumenta z prośbą o uiszczenie wynagrodzenia. W nowej ustawie ten zakaz się nie pojawia. Ten problem zostaje rozwiązany.”

Obecnie przedsiębiorca, który sprzedaje towary, odpowiada za ich jakość według dwóch odrębnych reżimów. Pierwszy z Kodeksu Cywilnego, dotyczy transakcji zawieranych między przedsiębiorcami. Drugi pochodzi z ustawy o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej za niezgodność towaru z umową. Zgodnie z nowymi przepisami będą one ujednolicone. Będzie jeden reżim zawarty w Kodeksie Cywilnym. „Ma to przede wszystkim ułatwić pracę i zawieranie transakcji przedsiębiorcom, którzy zarówno zawierają transakcję z konsumentami, jak i przedsiębiorcami. Będzie im łatwiej odnaleźć się w przepisach. Jeśli chodzi o konsumentów, to ochrona zostanie wyrównana. Nie będą oni musieli najpierw żądać naprawy lub wymiany towaru, tylko będą mogli od razu odstąpić od towaru jeśli okaże się, że ma on wady” – wyjaśniają prawnicy z kancelarii Taylor Wessing.

Nowe regulacje zwracają uwagę na stosowanie niedozwolonych zapisów w regulaminach, które ograniczają konsumenta. Każdy z przedsiębiorców powinien wnikliwie i krytycznie przejrzeć swoje regulaminy i sprawdzić czy zapisy, które używa w obrocie konsumenckim nie spełniają definicji niedozwolonej klauzuli umownej. „Praktycznym przykładem jest chociażby zapis, który ogranicza prawa konsumenta do odstąpienia od umowy wymagając od niego, żeby zwracany towar nie był używany, był bez jakichkolwiek śladów korzystania czy miał metkę. Takich zapisów każdy z przedsiębiorców powinien unikać” – wyjaśnia Przemysław Walasek.

Nie od dziś wiadomo, że nieznajomość prawa szkodzi, zatem warto, by z nowymi regulacjami się zapoznać. Powinni zrobić to zarówno przedsiębiorcy, szczególnie ci prowadzący biznes w Internecie, jak i sami konsumenci, którzy będą mogli niewątpliwie więcej niż obecnie. Jeśli jednak po wprowadzeniu nowej ustawy konsumenckiej w życie wystąpi problem z towarem czy usługą, warto poprosić o pomoc fachowca – prawnika lub zgłosić się do rzecznika praw konsumentów.

Komentarz indeksowy BossaFX 9 kwietnia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 9 kwietnia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Za tydzień PE zagłosuje nad dyrektywą ws. delegowania pracowników. Na nowych przepisach Polska może skorzystać w największym stopniu

W krajach UE pracuje milion pracowników delegowanych, z czego jedna czwarta to Polacy. Polska jest zdecydowanym liderem pod względem eksportu usług, dlatego tak ważna dla nas jest unijna dyrektywa, która ma chronić prawa delegowanych pracowników. 16 kwietnia zagłosuje nad nią Parlament Europejski. Nowe prawo w tym zakresie to jeden z elementów dyskusji o mobilności zawodowej Europejczyków – dziś ok. 3 proc. z nich przeprowadza się do innego kraju z powodu pracy.

Już za dwa lata firmom może być łatwiej delegować pracowników za granicę. Parlament Europejski kończy prace nad dyrektywą wdrożeniową w tej sprawie.

Nasi pracownicy mogą być obecni na innym, zagranicznym rynku pracy poprzez zatrudnienie w polskim przedsiębiorstwie. Z naszego punktu widzenia to jest po pierwsze podnoszenie konkurencyjności naszej gospodarki, dlatego że w wielu dziedzinach jesteśmy już silni, np. w usługach, w których może pojawić się częściowo delegowanie pracowników, czyli na przykład w transporcie samochodowym – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Jerzy Hausner, kierownik Katedry Gospodarki i Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Polacy są liderem w eksporcie usług na unijnym rynku – na milion delegowanych pracowników jedną czwartą stanowią pracownicy z Polski. To buduje konkurencyjność polskich firm. Z kolei na ich większych przychodach korzysta budżet państwa. Prof. Hausner podkreśla jednak, że na korzyści należy patrzeć szerzej. Zyskają także pracownicy, którzy za granicą mogą nie tylko więcej zarobić, lecz także podnieść swoje kompetencje. Zdobyte przez pracowników za granicą doświadczenie może przyczynić się do zwiększenia konkurencyjności gospodarki.

Europosłowie będą głosować nad dyrektywą wdrożeniową 16 kwietnia. Jeśli zostanie ona przegłosowana, wszystkie kraje członkowskie UE będą musiały ją wdrożyć w ciągu dwóch lat. Uczestnicy II Kongresu Mobilności Pracy, który odbył się w Krakowie, podkreślali, że nowe przepisy wpisują się w większą debatę o mobilności na rynku pracy.

Prof. Hausner zaznaczył, że prawo dotyczące mobilności na rynku pracy powinno nie zmuszać, lecz jedynie dawać możliwość pracy za granicą. Nie może być wykorzystywane do zachęcania bezrobotnych do wyjazdu, by w ten sposób rozwiązać problemy na krajowych rynkach pracy.

Nie ma nic złego w tym, że młody człowiek będzie chciał rozpocząć pracę jako badacz w najlepszym laboratorium. Tylko zadbajmy o to, żeby mu zaproponować przeniesienie jego kompetencji i możliwości pracy w Polsce. Najgorsze jest traktowanie mobilności jako sytuacji, w której pozbawiamy się nadwyżki siły roboczej – ocenia kierownik Katedry Gospodarki i Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Prof. Hausner podkreśla, że zapewnienie całkowicie swobodnego przepływu pracowników usług to jeden z najważniejszych filarów wspólnego unijnego rynku i podstawa funkcjonowania wspólnej waluty.

Według europosłanki PO Róży Thun mobilność zawodowa Europejczyków wciąż jest niewielka.

Tylko 3 proc. Europejczyków jest mobilnych, przenosi się za pracą na przykład z kraju do kraju. To jest ogromny problem. To jest przede wszystkim niewykorzystanie potencjału jakim jest jednolity rynek, 500 mln obywateli – podkreśla Róża Thun. – Ponieważ nie mamy jednego prawa europejskiego, dlatego ktoś, kto chce świadczyć usługi za granicą, musi je świadczyć zgodnie z zasadami danego kraju. To znaczy, że musi znać 28 różnych systemów prawnych.

Róża Thun dodaje, że nowa dyrektywa dostosowuje prawo do realiów.

Technika i transport rozwijają się bardzo szybko, poprawia się znajomość języków obcych wśród mieszkańców Unii Europejskiej, a nie jesteśmy wystarczająco konkurencyjni z wielkimi krajami. Nasi obywatele są przygotowani do tej mobilności w znacznym stopniu, tylko musimy poznosić bariery, które nie pozwalają im funkcjonować na całym rynku – przekonuje Róża Thun.

Mimo że eksperci przekonują o korzyściach, które wynikają dla całej unijnej gospodarki i Europejczyków, to w niektórych krajach propozycje ochrony delegowanych pracowników i zwiększania mobilności pracy nie zyskują poparcia. Pojawiają się tam opinie, że świadczenie usług przez zagraniczne firmy zagraża krajowemu rynkowi pracy. W tę stronę idzie m.in. Francja, która zapowiedziała zaostrzenie kontroli wobec firm delegujących pracowników.

Raport UE w sposób jednoznaczny wskazuje na to, że pewne nadużycia związane z przemieszczaniem się osób stanowią zdecydowany margines i że korzyści z mobilności dla państwa członkowskich i Unii Europejskiej jako całości zdecydowanie te negatywne skutki przewyższają. Ale polityka nie tylko opiera się na racjonalnych raportach, lecz także na emocjach. Będą się pojawiać emocje w różnych państwach członkowskich związane z obecnością pracowników z innych krajów członkowskich – przyznaje Radosław Mleczko, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Ma jednak nadzieję, że europosłowie nie odejdą od liberalnej propozycji dyrektywy ws. delegowania pracowników.

Fitch: polski rating może wzrosnąć, jeśli finanse publiczne będą trwale równoważone

Spadający deficyt budżetowy i dobre prognozy wzrostu gospodarczego w najbliższych latach oraz bardzo dobra kondycja banków budują wiarygodność Polski w oczach międzynarodowych inwestorów. Niedawno agencja Fitch potwierdziła rating Polski na poziomie A-. Kryzys polityczny na Ukrainie oraz w relacjach Zachód-Rosja na razie nie szkodzi polskim obligacjom, a ewentualny negatywny impuls z tej strony będzie krótkotrwały – twierdzi Piotr Kowalski, prezes Fitch Polska. Jego zdaniem podwyżka ratingu lub jego perspektywy jest możliwa, ale pod warunkiem, że poprawa w finansach publicznych będzie miała trwały charakter.

– Konsolidacja fiskalna to jeden z czynników, który może przyczynić się do tego, że rozważymy pozytywną zmianę perspektywy lub ratingu Polski w okresie 2-3 lat. Natomiast musimy mieć pewność, że konsolidacja to nie zdarzenie jednorazowe, które tylko w jednym roku poprawi wskaźniki, a proces trwały, który w dłuższej perspektywie pozwoli Polsce osiągnąć wyraźnie niższe wskaźniki deficytu i długu publicznego niż to jest w chwili obecnej – tłumaczy agencji Newseria Biznes Piotr Kowalski, prezes Fitch Polska SA.

Według metodologii Eurostatu dług publiczny Polski w trzecim kwartale 2013 r. stanowił 58 proc. PKB. To znacząco mniej niż średnia wartość dla państw strefy euro, która wynosi 92,7 proc. oraz dla wszystkich 28 państw Unii Europejskiej – 86,8 proc. Jednak wśród państw członkowskich UE o podobnym poziomie rozwoju wyższy stosunek długu do PKB mają tylko Węgry (80,2 proc.). Na Słowacji ta relacja wynosi 57,2 proc., w Czechach – 46 proc., w Rumunii, na Litwie i Łotwie – niecałe 40 proc. Wyróżniają się Bułgaria i Estonia, gdzie dług stanowi odpowiednio 17,3 proc. i 10 proc. rocznej produkcji towarów i usług w tamtych gospodarkach. Z punktu widzenia agencji ratingowych istotna jest jednak nie tylko bieżąca wartość długu i deficytu, lecz także ich przyszła prognozowana ścieżka.

Część ekonomistów zwraca uwagę na to, że wysoki udział zadłużenia zagranicznego (50 proc. całości wyemitowanych obligacji w 2013 r.) tworzy dodatkowe ryzyko dla finansów publicznych. Według danych Ministerstwa Finansów, ten wskaźnik był jednak niższy o 3 pkt proc. niż rok temu. Był to pierwszy spadek od czterech lat, kiedy w okresie 2008–2012 udział zadłużenia zagranicznego w całości zadłużenia sektora publicznego wzrósł z 33,6 proc. do 53 proc. Według Piotra Kowalskiego ryzyko ogranicza fakt, że kupującymi polski dług są zagraniczne instytucje rządowe oraz długoterminowi inwestorzy.

– Ryzyko jest takie, że jak będą zawirowania, to inwestorzy szybko się pozbędą tego długu, ale są kraje, które mają o wiele większy odsetek zagranicznych inwestorów. Jednak trzeba zwrócić uwagę na strukturę tych inwestorów. Z danych, które mamy, wynika, że coraz większy udział jest inwestorów stabilnych, czyli są to banki centralne i fundusze emerytalne, co w pewnym sensie neutralizuje to ryzyko – wyjaśnia Piotr Kowalski.

Dla inwestorów zagranicznych ogromne znaczenie ma także stabilność polskiego systemu bankowego. Jak podkreśla prezes Fitch Polska, ubiegły rok miał być trudny dla sektora, a przyniósł bardzo dobre wyniki. Nie widać również żadnych poważniejszych zagrożeń dla przyszłości systemu bankowego, więc w dalszym ciągu powinien być to silny czynnik wspierają rating Polski.

–  System bankowy Polski jest niewątpliwie jednym z głównych czynników pozytywnych, jeśli chodzi o oceny wiarygodności Polski. Jest to system, który jest bardzo dobrze skapitalizowany, który uniknął problemów, z którymi borykają się systemy w Europie Zachodniej i w krajach naszych południowych sąsiadów – podkreśla Kowalski. – Częściowo jest to również rola i zaleta naszego nadzoru, który jest dosyć konserwatywny, ale jak widać w obecnych czasach jest to zaleta, nie wada.

Wiarygodność całego polskiego systemu finansowego może być kluczowa w przypadku nagłej eskalacji konfliktu między Rosją i Ukrainą, który skutkowałaby paniczną reakcją inwestorów. Ostateczny wpływ na polską gospodarkę zależałby także od tego, jak długo trwałby nerwowy nastrój na rynkach. Dodatkowe ryzyko wiąże się z ewentualnymi głębszymi sankcjami, które uderzą w wymianę handlową i transfery kapitału między Rosją i Zachodem. Obecnie inwestorzy spodziewają się raczej  przejściowych, lokalnych eskalacji konfliktu, co miało już miejsce w przeszłości, niż otwartej wojny.

– W krótkim okresie może pojawić się nerwowa reakcja inwestorów. Na razie tego nie obserwujemy. Również trzeba pamiętać o tym, że czasy, kiedy Polska była wrzucana do jednego koszyka z wszystkimi krajami z tego regionu, raczej mijają. Po trzecie, trzeba pamiętać również o tym, że potrzeby pożyczkowe Polski w tym roku już są w znacznej mierze sfinansowane, co również daje komfort, jeśli chodzi o kolejne miesiące. Jeśli ewentualnie coś się będzie działo, to prawdopodobnie będzie miało to efekt krótkoterminowy, a takie tego typu zdarzenia miały już miejsce w przeszłości – mówi Piotr Kowalski.

Konflikt między Ukrainą i Rosją jak dotąd nie przyczynił się do spadku cen polskich obligacji, czyli wzrostu ich rentowności. Lokalny szczyt miał miejsce pod koniec stycznia, kiedy rentowności 10-letnich papierów skarbowych sięgały 4,75 proc. Obecnie stabilizują się w przedziale 4,24,3 proc. W tym samym okresie rentowności rosyjskich obligacji wzrosły o ponad 1 pkt proc. Obok lokalnych czynników obligacjom z rynków wschodzących nie sprzyja obecnie także polityka Rezerwy Federalnej, która ogranicza skup obligacji.

Stopy procentowe NBP utrzymują się rekordowo długo na niskim poziomie

Rada Polityki Pieniężnej na środowym posiedzeniu pozostawi główną stopę procentową na poziomie 2,5 proc. – spodziewają się ekonomiści. Według nich, pierwsza podwyżka kosztu pieniądza będzie miała miejsce dopiero za rok, bo inflacja w najbliższych miesiącach powinna pozostać niska. Niewielki wzrost cen, niski koszt kredytu oraz inwestycje publiczne będą sprzyjać wydatkom konsumentów i przedsiębiorców. Spadnie też bezrobocie.

– Polska gospodarka zaczęła ten rok bardzo mocno. Na najwyższych od wielu lat poziomach znajdują się między innymi wskaźniki dla zatrudnienia i nowych zamówień, w tym nowych zamówień eksportowych i ogólnej aktywności przemysłu. A to zapowiada, że wzrost gospodarczy w Polsce już w I kwartale tego roku przyspieszył do poziomu 3 proc., a pod koniec roku mamy szansę osiągnąć wzrost w tempie około 4 proc., niewidziany w Polsce od dobrych kilku lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Bujak, główny ekonomista Nordea Bank Polska.

Polska gospodarka ma się na tyle dobrze, że Narodowy Bank Polski zdecydował się w marcu podnieść prognozy wzrostu gospodarczego na bieżący i przyszły rok. Jeszcze w listopadzie bank centralny przewidywał, że wzrost PKB w 2014 i 2015 r. wyniesie odpowiednio 2,9 i 3,3 proc. Teraz NBP spodziewa się wzrostu na poziomie 3,6 proc. w tym roku i 3,7 proc. w przyszłym.

Ostrożniejszy w ocenach perspektyw polskiej gospodarki jest Goldman Sachs. Ekonomiści banku podnieśli w marcu prognozy wzrostu PKB, ale spodziewają się, że nie przekroczy on 3,2 proc. w 2014 r. i 3,3 proc. w 2015 r. Z kolei analitycy Credit Agricole opublikowali najnowsze prognozy, według których polska gospodarka zwiększy produkcję dóbr i usług w tym roku o 3,5 proc., a w przyszłym – o 4 proc.

– Źródłem ożywienia polskiej gospodarki jest po pierwsze zakończenie recesji w strefie euro, która jest naszym głównym partnerem handlowym, odbiorcą ponad połowy polskiego eksportu. Po drugie zaczyna z pewnym opóźnieniem działać obniżenie stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego do rekordowo niskich poziomów w lipcu zeszłego roku. A dodatkowo zakończyło się zaciskanie pasa przez Ministerstwo Finansów po znacznej redukcji deficytu fiskalnego w latach 20112012 – wymienia główny ekonomista Nordea Bank Polska. – Od zeszłego roku Ministerstwo Finansów bardziej sprzyja aktywności gospodarczej, a wraz z wykorzystaniem środków unijnych od drugiej połowy tego roku można wręcz powiedzieć, że polityka fiskalna stanie się ekspansywna i będzie sprzyjać mocno przyspieszeniu wzrostu gospodarczego. 

Wydatkom ze strony polskich firm i konsumentów będzie sprzyjać w dalszym ciągu niska inflacja, która według marcowej projekcji NBP wyniesie w tym roku 1,1 proc., a w przyszłym – 1,8 proc. To sporo mniej niż wynosi tzw. cel inflacyjny NBP, czyli 2,5 proc. Stąd ekonomiści Goldman Sachs i Credit Agricole zakładają, że Rada Polityki Pieniężnej rozpocznie podwyżkę stóp procentowych najwcześniej w I kwartale 2015 roku. Według nich, pod koniec przyszłego roku stopa referencyjna NBP wyniesie 3,5 proc.

Ożywienie zaczyna też w końcu docierać na rynek pracy. Stopa bezrobocia w marcu spadła do 13,6 proc. z 13,9 proc. w lutym – wynika z szacunków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.

Jest szansa na dość wyraźną poprawę sytuacji na rynku pracy. Wiele wskazuje na to, że do końca tego roku stopa bezrobocia spadnie nawet o 1 pkt proc. w porównaniu do końca minionego roku. Coraz szybciej będą rosnąć płace i będzie coraz więcej miejsc pracy – prognozuje Piotr Bujak.