Wzrost cen energii od stycznia przyszłego roku. Będą wyższe stawki i nowe opłaty

W listopadzie trzyosobowa rodzina płaciła za energię średnio o 11,7 proc. więcej niż przed rokiem – wynika z zestawienia przygotowanego przez HRE Investments na podstawie danych GUS. Od stycznia ceny ponownie wzrosną. Zgodnie z nowymi taryfami zatwierdzonymi przez URE sprzedawcom energii gospodarstwa domowe zapłacą rachunki wyższe o ok. 3,5 proc. miesięcznie. Nową pozycją, która pojawi się od stycznia na rachunkach za energię, będzie też opłaca mocowa, która dla przeciętnego gospodarstwa domowego wyniesie ponad 10 zł miesięcznie. Co istotne, gospodarstwa domowe nie mają też co liczyć na zapowiadane wcześniej przez rząd rekompensaty za wzrost cen energii, bo Ministerstwo Klimatu i Środowiska wycofało się z tego pomysłu.

– Jak na razie ceny energii na Towarowej Giełdzie Energii się ustabilizowały. Cały czas cena oscyluje wokół 250 zł za MWh i teraz nie wygląda na to, żeby miały nastąpić jakieś wahnięcia. Natomiast trzeba mieć na uwadze, że w 2021 roku wejdzie tzw. opłata mocowa, która podniesie rachunki nie tylko przedsiębiorcom, ale również gospodarstwom domowym. Ta podwyżka będzie i wiemy już także w jakim wymiarze – mówi agencji Newseria Biznes Jan Sakławski, radca prawny i wspólnik w Kancelarii Brysiewicz, Bokina, Sakławski i Wspólnicy.

Wiadomo, że gospodarstwa domowe czeka także podwyżka taryf. W ubiegłym tygodniu Urząd Regulacji Energetyki zatwierdził nowe stawki za energię elektryczną na kolejny rok trzem spółkom – Enei, PGE Obrót i Tauronowi, a wczoraj – również spółce Energa Obrót. Taryfy obejmą gospodarstwa domowe korzystające z oferty tzw. sprzedawcy z urzędu (w Polsce korzysta z nich ok. 60 proc. gospodarstw, pozostałe – z ofert rynkowych). W efekcie od nowego roku rachunki gospodarstw o przeciętnym zużyciu energii (grupa G11) będą wyższe co najmniej o ok. 3,5 proc., czyli ok. 1,5 zł miesięcznie. W przypadku odbiorców w grupach taryfowych G12, zużywających znacznie więcej energii elektrycznej niż przeciętnie, nominalny wzrost opłat będzie odpowiednio wyższy.

Regulator uzasadnia, że główny powód zatwierdzenia podwyżek to nieznacznie wyższy – niż uznany przez URE jako uzasadniony – poziom ceny energii elektrycznej nabywanej przez sprzedawców na potrzeby odbiorców z grup G, a także wzrost kosztów zakupu świadectw pochodzenia energii zielonej i efektywności energetycznej.

– Ceny energii są wypadkową wielu czynników. Rachunek, który dostaje gospodarstwo domowe, obejmuje nie tylko cenę hurtową energii, ale chociażby także ceny certyfikatów plus usług systemowych, które musimy płacić, żeby ten rynek był płynny i żeby prąd był cały czas w naszych gniazdkach – mówi Jan Sakławski.

Na rachunek za energię elektryczną składają się dwa podstawowe elementy: koszt faktycznie zużytej energii elektrycznej oraz koszt dystrybucji, czyli dostarczenia jej do odbiorcy. URE wciąż prowadzi postępowanie dotyczące zatwierdzenia nowych taryf na 2021 rok dla dystrybutorów energii.

Do rachunków za energię trzeba będzie też doliczyć nową pozycję – opłatę mocową, która zacznie obowiązywać od stycznia 2021 roku. W założeniu jest to mechanizm, który ma zapewnić bezpieczeństwo energetyczne i w ramach którego producenci energii będą opłacani za gotowość dostaw, żeby zapewnić wystarczające zasoby mocy w systemie. Minister Klimatu i Środowiska opublikował w połowie listopada rozporządzenie dotyczące pobierania nowej opłaty i wyznaczania godzin doby przypadających na szczytowe zapotrzebowanie na moc w systemie.

– W zależności od zużycia energii dla gospodarstw domowych wymiar tej podwyżki będzie wynosił od niewiele ponad 1 zł do 10 zł. Natomiast dla wszystkich pozostałych odbiorców podwyżka będzie dużo bardziej znacząca, bo wyniesie około 76 zł na MWh. To dotknie szczególnie przedsiębiorstwa, które zużywają duże wolumeny energii – wskazuje radca prawny.

Wysokość opłaty mocowej dla gospodarstw domowych została ustalona jako comiesięczna stawka, uzależniona od rocznego zużycia energii elektrycznej, płatna za punkt poboru energii. Najniższą stawkę (1,87 zł) zapłacą gospodarstwa zużywające poniżej 500 kWh, natomiast najwyższą (10,46 zł miesięcznie) – gospodarstwa zużywające rocznie powyżej 2800 kWh energii. Jak podaje URE, przeciętne gospodarstwo domowe (w grupie G11) w Polsce zużywa rocznie ok. 1800 kWh energii. Dla pozostałych grup odbiorców wysokość opłaty mocowej będzie uzależniona od ilości energii elektrycznej pobranej z sieci w wybranych godzinach w ciągu doby (w dni robocze od 7:00 do 21:59) i wyniesie 0,0762 zł/kWh.

Radca prawny wskazuje, że gospodarstwa domowe mają ograniczone możliwości przeciwdziałania podwyżkom rachunków za energię, które sprowadzają się w zasadzie tylko do zmiany sprzedawcy. Dużo szersze możliwości mają jednak przedsiębiorcy.

– Zyskującym na popularności instrumentem są chociażby tzw. Corporate Power Purchase Agreements, czyli umowy CPPA, które pozwalają na zakup energii niemal bezpośrednio od wytwórcy. Takie umowy są zawierane na około 15 lat, dzięki czemu stabilizujemy sobie cenę energii dla naszego zakładu, a jednocześnie uciekamy od odpowiedzialności za to, co się będzie działo na rynku energii w najbliższych latach. Transformację energetyczną ktoś będzie musiał sfinansować i na pewno w części będą to odbiorcy, przede wszystkim biznesowi, o charakterze przemysłowym – mówi Jan Sakławski.

Jak wskazuje, nie będzie też w tym roku obiecanych przez rząd rekompensat za wzrost cen energii. Minister aktywów państwowych Jacek Sasin zapowiedział ustawę, która miała wprowadzić rekompensaty za podwyżki w 2020 roku, ale Ministerstwo Klimatu i Środowiska zdecydowało o wycofaniu projektu. W zamian ma pojawić się rozwiązanie w postaci dodatku energetycznego dla gospodarstw o najmniejszych dochodach, do wprowadzenia którego Polska – jako kraj członkowski UE – jest zobligowana w ramach wdrażania dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady z 2019 roku w sprawie wspólnych zasad rynku wewnętrznego energii elektrycznej.

– W kontekście planowanego uwolnienia cen energii i wyjęcia ich spod taryfowania na pewno będą musiały pojawić się jakieś mechanizmy stabilizujące cenę dla tych najbardziej zagrożonych ubóstwem energetycznym – mówi wspólnik w Kancelarii Brysiewicz, Bokina, Sakławski i Wspólnicy. – Wydaje się natomiast, że dla przedsiębiorstw nie należy teraz spodziewać się jakiegokolwiek wsparcia. Opłata mocowa została pomyślana w taki sposób, żeby to wsparcie było udzielane dużej, systemowej energetyce właśnie przez biznes, przez konsumentów energii elektrycznej, którzy potrzebują jej na potrzeby własnej działalności gospodarczej. Dlatego nie spodziewałbym się tutaj radykalnych zmian. Aczkolwiek czas pokaże, ponieważ nasza transformacja energetyczna będzie musiała niedługo bardzo mocno przyspieszyć. Być może takie mechanizmy się jednak pojawią, żeby odciążyć przedsiębiorców i żeby dać im nieco oddechu w kontekście finansowania tej transformacji.

Zamknięcie w domach jeszcze mocniej ograniczy aktywność fizyczną Polaków. Brak ruchu już dziś generuje duże straty dla społeczeństwa i gospodarki

Chociaż w ostatnich latach poziom aktywności fizycznej Polaków sukcesywnie rósł, nadal co trzeci nie podejmuje jej w ogóle. W rankingu najbardziej aktywnych państw UE zajmujemy szóstą pozycję od końca. Brak ruchu dodatkowo nasilają pandemia i związane z nią obostrzenia, jak choćby zamknięcie siłowni czy rezygnacja z ferii zimowych. – Ważne, żeby zarówno samorządy lokalne, jak również szkoły i rodzice aktywizowali młode pokolenie do ćwiczeń – podkreśla dr hab. Daniel Puciato, wykładowca wrocławskiej Wyższej Szkoły Bankowej. Skutki braku ruchu po pandemii odczuje nie tylko społeczeństwo, lecz także cała gospodarka.

– Pandemia znacznie ograniczyła aktywność fizyczną Polaków. Wszyscy jesteśmy w domu, pracujemy zdalnie, więc poziom aktywności, związanej choćby z przemieszczaniem się, radykalnie się obniżył. W czasie lockdownu zamknięte były szkoły i przedszkola, siłownie, kluby fitness, jak również parki, lasy i place zabaw, co obniżyło aktywność szczególnie młodego pokolenia. Tymczasem jest ona w okresie pandemii bardzo ważna, ponieważ nie tylko poprawia samopoczucie, ale także oddziałuje pozytywnie na układ odpornościowy organizmu. Zalecane są codzienne, 40-minutowe ćwiczenia o umiarkowanej intensywności – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Daniel Puciato, profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Z najnowszej edycji corocznego badania „Multisport Index 2020” wynika, że na początku tego roku 65 proc. Polaków było aktywnych przynajmniej raz w miesiącu. Blisko połowa z nich (43 proc.) w czasie wiosennego lockdownu ograniczyła treningi, a ogólny poziom aktywności społeczeństwa spadł do 61 proc. Z badania Kantar przeprowadzonego dla Benefit Systems wynika też, że Polacy wyraźnie dostrzegli tego skutki – 3/4 odczuło pogorszenie samopoczucia, a 65 proc. zauważyło negatywny wpływ braku ruchu na zdrowie.

Z majowego badania CBOS („Życie codzienne w czasach zarazy”) wynika z kolei, że w czasie wiosennego lockdownu brak lub niedostatek aktywności fizycznej dla 29 proc. Polaków był najbardziej uciążliwym obostrzeniem, wyprzedzając m.in. zamknięcie większości sklepów, centrów handlowych, szkół, restauracji i ograniczenia w życiu towarzyskim, na które wskazywała średnio 1/4 badanych. Niedostatek aktywności fizycznej gorzej znosili młodzi (44 proc. vs. 26 proc. starsi) oraz mieszkańcy dużych miast (30 proc. vs. 25 proc. mieszkańcy wsi).

– Styl życia, czyli głównie aktywność fizyczna i zdrowe odżywianie, odpowiada za ok. 55 proc. stanu naszego zdrowia. Systematyczna aktywność zmniejsza ryzyko występowania takich chorób jak udar mózgu, nadciśnienie tętnicze, choroba wieńcowa, niektóre rodzaje nowotworów czy cukrzyca typu II. Rozwija też siłę kości i mięśni, poprawia koordynację ruchową, gibkość i równowagę, co jest szczególnie ważne w przypadku osób starszych, u których występuje większe ryzyko różnego rodzaju upadków i urazów. Ponadto u dzieci aktywność fizyczna aktywizuje procesy rozwoju biologicznego, rozwija koordynację i umiejętności ruchowe, lecz także przyczynia się do nawiązywania kontaktów społecznych – wymienia wykładowca wrocławskiej WSB.

Według badań Eurobarometru w 2017 roku 56 proc. Polaków deklarowało, że nigdy nie ćwiczy ani nie uprawia sportu (przy średniej dla ogółu krajów członkowskich wynoszącej 46 proc.). Regularną aktywność podejmował mniej niż co czwarty, co plasowało Polskę w ostatniej szóstce Unii Europejskiej. Od liderów takich jak Finlandia, Dania, Holandia czy Szwecja, gdzie poziom aktywności społeczeństwa przekracza 90 proc., Polaków wciąż dzieli duży dystans.

– Z badań wynika, że od 40 do 60 proc. Polaków nie spełnia wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia. Co więcej, aktywność fizyczna zmniejsza się wraz z wiekiem, więc w szczególnie trudnej sytuacji są seniorzy. Nie najlepiej sytuacja wygląda też wśród dzieci, wśród których tylko 15 proc. spełnia normy WHO, a na dodatek w ciągu ostatnich czterech lat ten odsetek zmniejszył się z 20 proc., więc jest to bardzo poważny problem. Najwięcej w Unii Europejskiej ruszają się Niemcy, Skandynawowie i Holendrzy, a najmniej mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej oraz Południowej, w tym również Polacy – wskazuje Daniel Puciato.

Według Światowej Organizacji Zdrowia siedzący tryb życia i przewlekły niedobór ruchu – również uznany już za nową chorobę cywilizacyjną – są w tej chwili czwartą przyczyną zgonów na świecie. Tylko w Europie przyczyniają się do śmierci 500 tys. osób rocznie. Minimalna dawka ruchu zalecana dla osób dorosłych przez WHO to 75 minut intensywnej lub 150 minut umiarkowanej aktywności fizycznej w ciągu tygodnia.

– Osoby starsze muszą jeszcze wzbogacać swoją aktywność o ćwiczenia koordynacji, gibkości i równowagi. Natomiast u dzieci rekomendowana jest codzienna aktywność fizyczna w wymiarze 60 minut o intensywności umiarkowanej i wysokiej. Podobnie powinny ćwiczyć osoby z niepełnosprawnościami oraz przewlekle chore, ale muszą to oczywiście robić pod kontrolą lekarza lub fizjoterapeuty – precyzuje ekspert.

Wykładowca wrocławskiej WSB zauważa, że rezygnacja z ferii zimowych w tym roku dodatkowo nasili problem braku ruchu w społeczeństwie. Wielu Polaków spędzało je do tej pory na narciarskich stokach.

– Dotąd na ferie wyjeżdżało ok. 70 proc. młodych Polaków do 24. roku życia i 50 proc. powyżej 24 lat. W tym roku rząd rekomenduje, aby w ferie pozostać w domu, a jest to bardzo wdzięczny czas dla aktywności fizycznej. Przeważają oczywiście sporty zimowe, narciarstwo, ale wyjeżdżający na ferie biegają, pływają, więcej spacerują. Jest ryzyko, że w tym roku zwłaszcza młodsze pokolenie spędzi te ferie w sposób bierny, a więc przed telewizorem, komputerem czy na grach komputerowych. To jest groźne, bo nie dojdzie do pełnej regeneracji sił psychofizycznych. Dzieci i młodzież podczas drugiego semestru mogą być przemęczone, mieć gorsze wyniki w nauce. Ważne więc, żeby zarówno samorządy lokalne, jak i szkoły i rodzice aktywizowali młode pokolenie do ćwiczeń – podkreśla Daniel Puciato.

Jak przekonuje, skutki braku ruchu odczują na własnej skórze nie tylko dzieci, ale też większość Polaków, a także cała gospodarka. Już kilka lat temu koszty hipokinezji (niskiej aktywności fizycznej) wśród mieszkańców naszego kraju szacowano na ponad 2 mld euro rocznie, co stanowiło równowartość 8,4 proc. krajowych wydatków na służbę zdrowia (raport z 2015 roku „Koszty ekonomiczne braku aktywności fizycznej w Europie” ISCA/Centre for Economics and Business Research). Łącznie dla 28 krajów UE brak aktywności ruchowej generuje koszt ekonomiczny na poziomie 80,4 mld euro rocznie. Gdyby jednak 20 proc. nieaktywnych Europejczyków zaczęło się ruszać, wygenerowałoby to oszczędności sięgające 16,6 mld euro, z czego ok. 430 mln rocznie tylko w Polsce.

– Zbyt niska aktywność fizyczna społeczeństwa wpływa negatywnie w pośredni sposób – zarówno w wymiarze mikro, np. na pracowników, gospodarstwa domowe czy przedsiębiorstwa, jak i w obszarze makro, a więc na gospodarkę narodową jako całość. Można wyróżnić dwojakie koszty niskiej aktywności fizycznej. Po pierwsze, są to koszty bezpośrednie, związane z koniecznością leczenia chorób cywilizacyjnych. Po drugie, są to koszty pośrednie, które wiążą się z utratą wartości dobrego, zdrowego życia. Z badań wynika, że jeśli połowa osób nieaktywnych fizycznie zaczęłaby się ruszać, to w Polsce można byłoby zaoszczędzić ok. 0,5 mld zł na samej służbie zdrowia. Natomiast na świecie można by uniknąć 5 mln przedwczesnych zgonów z tego powodu – mówi profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Pandemia utrudniła przedświąteczną zbiórkę żywności dla potrzebujących. W tym roku zebrano prawie ośmiokrotnie mniej artykułów spożywczych niż przed rokiem

Pandemia koronawirusa uniemożliwiła prowadzenie 24. Świątecznej Zbiórki Żywności z udziałem wolontariuszy i jej efekt jest rekordowo niski. Ubiegłoroczna akcja przyniosła prawie 780 ton żywności, a w tym roku udało się zgromadzić 100 ton. – Potrzeby są znacznie większe. Przekazujemy żywność do ponad 3300 organizacji społecznych, które pomagają setkom tysięcy osób w trudnej sytuacji życiowej, a w dobie koronawirusa osób potrzebujących przybywa – mówi Dorota Jezierska z Federacji Polskich Banków Żywności. Z tego powodu w tym roku akcja odbywa się także w formie internetowej.

W tym roku Świąteczna Zbiórka Żywności odbywała się od 23 do 28 listopada po hasłem „Święta godne, a nie głodne” i miała inną formę niż w ubiegłych latach. Produkty można było włożyć do koszy przy kasach, bo z uwagi na pandemię koronawirusa w sklepach nie było wolontariuszy, którzy zachęcali do udziału w akcji.

Organizujemy ogólnopolską zbiórkę żywności od 23 lat i zawsze pomagali nam wolontariusze, przeważnie młodzi ludzie, uczniowie, którzy byli ambasadorami tej idei. To oni informowali ludzi w sklepach o prowadzonej akcji, zachęcali, aby kupić więcej i podzielić się z potrzebującymi. W tym roku 24. Świąteczna Zbiórka Żywności po raz pierwszy odbyła się bez udziału młodzieży i okazało się, że ich rola była nieoceniona. W ubiegłym roku zebraliśmy prawie 780 ton żywności, a w tym roku 100 ton – mówi agencji Newseria Biznes Dorota Jezierska, wiceprezeska Federacji Polskich Banków Żywności.

W tym roku został uruchomiony charytatywny sklep online, w którym darczyńcy mogli wpłacić dowolną kwotę i „kupić” w ten sposób wirtualne artykuły. Platforma internetowa www.zbiorkazywnosci.pl, która również daje możliwość wsparcia osób potrzebujących, działa jak wirtualny sklep. Po wejściu na stronę można wybrać bank żywności, który otrzyma pomoc, ponieważ akcja zbiórkowa ma charakter lokalny. Żywność zebrana w sklepie w danym mieście jest przekazywana osobom potrzebującym z okolicy.

Kwota zebrana na koncie danego banku jest mu systematycznie przekazywana. Kupujemy żywność i przygotowujemy paczki. Jeśli nie zdążymy ze wszystkim przed świętami Bożego Narodzenia, to na pewno do sylwestra żywność trafi do osób potrzebujących – zapewnia wiceprezeska Federacji Polskich Banków Żywności.

Poza okresem przedświątecznym banki współpracują przede wszystkim z dużymi hurtownikami, sieciami handlowymi, producentami żywności, rolnikami i ratują żywność przed zmarnowaniem. Pozyskują głównie produkty albo z błędami marketingowymi, albo z krótkim terminem przydatności do spożycia. Świąteczne Zbiórki Żywności to akcje charytatywne, podczas których banki żywności zwracają się o pomoc do społeczeństwa.

Podczas Świątecznych Zbiórek Żywności otrzymujemy od społeczeństwa w prezencie produkty żywnościowe z długim terminem przydatności do spożycia, które przekazujemy osobom potrzebującym. Hasłem naszych zbiórek od zawsze jest stwierdzenie, że każdy może być darczyńcą, każdy może pomóc ludziom w potrzebie. Wszystkim darczyńcom jesteśmy ogromnie wdzięczni – zaznacza Dorota Jezierska.

W Polsce działa 31 banków żywności, które tworzą Federację Polskich Banków Żywności. Są organizacjami pozarządowymi i razem tworzą związek stowarzyszeń o statusie organizacji pożytku publicznego. Do banków trafiają tylko organizacje, które opiekują się osobami potrzebującymi wsparcia, np. stowarzyszenia osób z różnymi schorzeniami, ośrodki dla osób bezdomnych, ośrodki wsparcia, organizacje lokalne – koła gospodyń wiejskich, ochotnicze straże pożarne, organizacje przyparafialne, zrzeszające rodziny lub seniorów. Z żywności zgromadzonej w bankach korzystają podopieczni ponad 3300 organizacji społecznych.

Banki żywności są czymś w rodzaju hurtowni charytatywnych. Każda organizacja, która zajmuje się pomocą ludziom w potrzebie, ma podpisaną umowę z bankiem żywności i przekazuje paczki żywnościowe swoim podopiecznym. A tych osób przybywa. Utrata pracy i źródeł dochodu z powodu pandemii, choroby czy samo pozostawanie w izolacji sprawiają, że w ciężkim położeniu są najsłabsi, którzy już wcześniej borykali się z wieloma problemami – dodaje wiceprezeska Federacji Polskich Banków Żywności.

Ze wsparcia żywnościowego banków żywności korzystają rodziny wielodzietne, osoby bezrobotne, bezdomne, niepełnosprawne, wychodzące z nałogów i wiele innych, które znalazły się w trudnej sytuacji życiowej. W 2019 roku pomoc w postaci 67 tys. ton żywności (odpowiednik 2,5 tys. tirów wypełnionych żywnością) dotarła do 1,6 mln osób potrzebujących.

Naukowcy stworzyli najdokładniejszą i trójwymiarową mapę Drogi Mlecznej. Są w stanie określić m.in. prędkość gwiazd, ich odległości oraz odnaleźć ślady największych zdarzeń z przeszłości

Europejski teleskop kosmiczny Gaia nakreślił dotychczas dokładne pozycje ponad 1,8 mld gwiazd. To wzrost o ponad 100 mln źródeł w porównaniu z poprzednią publikacją danych z 2018 roku. W przypadku większości gwiazd Gaia zna również ich dokładną odległość od Ziemi i ruch po niebie. Każdego dnia na podstawie jego danych publikowane są trzy artykuły naukowe. Nic nie dorównuje mu produktywnością, nawet potężne obserwatorium Hubble’a. Dzięki teleskopowi powstaje trójwymiarowa mapa Drogi Mlecznej.

– Gaia od co najmniej siedmiu lat obserwuje całe niebo po to, żeby zbadać położenia gwiazd, przede wszystkim wyznaczyć ich odległości. Nie jest to więc taka zwyczajna mapa. To trójwymiarowa mapa, na której mamy nie tylko położenia, lecz także głębokości i odległości, więc jesteśmy w stanie zajrzeć w głąb naszej galaktyki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Łukasz Wyrzykowski z Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego.

Europejski teleskop kosmiczny Gaia zbiera dane, aby tworzyć wysokiej rozdzielczości mapy 3D ponad miliarda gwiazd. To tylko około 1 proc. galaktycznej populacji gwiazd. Ze swojego położenia w punkcie L2 Lagrange’a Gaia może obserwować całe niebo, a te niezwykle precyzyjne pomiary pozycji gwiazd pozwoliły naukowcom dowiedzieć się więcej o strukturach galaktyk takich jak Droga Mleczna oraz o ich ewolucji w czasie. Znaczenie odkryć teleskopu jest ogromne. Prof. Martin Barstow z Uniwersytetu w Leicester w Wielkiej Brytanii określił, że dane pochodzące z teleskopu Gaia są jak tsunami przechodzące przez astrofizykę.

– Misja Gaia zbierając coraz więcej danych, coraz dokładniej mierzy pozycje gwiazd, więc jest w stanie coraz lepiej określić ich położenia. Te mapy stają się coraz lepsze. I to nie jest ostatnie słowo Gai, w tym roku opublikowaliśmy mapę opartą na trzech latach operacji misji. Misja będzie operować jeszcze przez dobrych kilka lat, więc będą one coraz lepsze. W tej chwili jest to najlepsza mapa, jaką astronomowie mają do dyspozycji – ocenia dr hab. Łukasz Wyrzykowski.

Nowa mapa zawiera szczegółowe informacje o ponad 1,8 mld źródeł wykrytych przez sondę kosmiczną Gaia. Oznacza to wzrost o ponad 100 mln źródeł w porównaniu z poprzednią publikacją danych (Gaia DR2), która została upubliczniona w kwietniu 2018 roku. W przypadku 1,5 mld gwiazd Gaia zarejestrowała ich odległość i ruch na boki. Podobna liczba ma skatalogowane swoje kolory, co jest ważne dla poznania właściwości takich jak temperatura, skład i wiek.

– To najdokładniejsza mapa pozycji gwiazd i to w trójwymiarze. Znamy nie tylko położenia, ale też odległości gwiazd, ich prędkości. To ogrom danych, mamy do zbadania 2 mld obiektów. Dzięki temu jesteśmy w stanie dużo więcej dowiedzieć się na temat naszej galaktyki, jak jest zbudowana, z czego się składa, gdzie gwiazdy podążają, które poruszają się szybciej, które wolniej, które z nich narodziły się dopiero co, a które pochodzą z innych galaktyk. Takie rzeczy jesteśmy w stanie dopiero teraz dzięki tej mapie powiedzieć – wymienia ekspert.

Nowe dane z Gai pozwoliły astronomom prześledzić różne populacje starszych i młodszych gwiazd na samym skraju naszej galaktyki. Modele komputerowe przewidywały, że dysk Drogi Mlecznej będzie z czasem powiększał się, gdy pojawią się nowe gwiazdy. Nowe dane pozwalają zobaczyć np. relikty dysku sprzed 10 mld lat, a tym samym określić jego rozmiar w porównaniu z obecnym.

– Misja Gaia przesyła codziennie pewną porcję danych, które są analizowane. Nas w szczególności interesują rzeczy, które pojawiły się na tym niebie dopiero co, czyli np. wybuchła supernowa albo pojawiła się nowa gwiazda, albo inna zgasła. Te rzeczy chcemy jak najszybciej wykryć, żeby później za pomocą teleskopów naziemnych prowadzić dokładniejsze badania tych obiektów. Te obiekty trwają czasem kilka dni, czasami znikają po miesiącu, więc mamy krótkie okno czasu, żeby móc je zbadać – tłumaczy Łukasz Wyrzykowski.

Teleskop Gaia został wystrzelony w 2013 roku i ma przed sobą jeszcze cztery lata pracy, znacznie więcej, niż wcześniej przewidywano. Ciągłość obserwacji może przynieść kolejne przełomowe odkrycia. Nad przetwarzaniem pochodzących z niego danych pracują także Polacy.

– Naszą grupę w szczególności interesują czarne dziury, których powinny być miliony w Drodze Mlecznej, a znamy ich jedynie kilkadziesiąt. Wykorzystujemy właśnie tę superprecyzję misji Gaia, żeby zaobserwować subtelne zmiany w położeniu gwiazd wywołane przez obecność czarnych dziur – wskazuje dr hab. Łukasz Wyrzykowski.

Bezzałogowe drony dostarczają już paczki klientom w Wielkiej Brytanii. W Polsce tego typu usługi będzie trudno wdrożyć

Latarnia morska na wyspie Mull na Hebrydach była pierwszym miejscem w Wielkiej Brytanii, do którego paczkę dostarczył bezzałogowy dron. Zdaniem ekspertów technologia ta w Polsce raczej się nie przyjmie z uwagi na to, że większość społeczeństwa zamieszkuje budynki wielorodzinne. Drony mogą być jednak dobrym rozwiązaniem w przypadku dostaw do trudno dostępnych lokalizacji. Bezzałogowe statki powietrzne długo jeszcze nie będą też obsługiwać na szeroką skalę lotów pasażerskich, pomimo że ich pierwsze próby w Korei przebiegły pomyślnie.

– Jeżeli usługi dostarczania przesyłek przez bezzałogowe systemy latające zostaną regularnie uruchomione, to raczej w Stanach Zjednoczonych albo w Wielkiej Brytanii. Jestem sceptykiem, jeśli chodzi o dostarczanie tego rodzaju przesyłek w przypadku krajów europejskich – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Cezary Galiński, kierownik Zakładu Samolotów i Śmigłowców na Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa.

Jego zdaniem problem wiąże się z odbiorcami zamieszkującymi budynki wielorodzinne. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w blokach i kamienicach mieszka ponad 55 proc. Polaków. Drony dostarczające do nich przesyłki musiałyby albo zostawiać paczki przed klatką schodową, albo wlatywać do wnętrza budynku. Tego typu rozwiązania są trudne do realizacji.

– Jak taki wielowirnikowiec miałby otwierać drzwi otwierane przez klamkę? Oczywiście można wszystkie drzwi zamienić na działające automatycznie, ale to jest kilka milionów drzwi do wymiany w całej Polsce. Poza tym klatki schodowe są niedostosowane do tego, żeby po nich latały systemy bezzałogowe. Są pomysły, żeby wielowirnikowiec podlatywał do budynku i opuszczał paczkę na lince, która byłaby opuszczana do wysokości okna danego mieszkańca, a on by je otwierał i tę paczkę pobierał – mówi ekspert.

Konstrukcja przeznaczona do transportowania paczek byłaby jednak bardzo niestabilna. Problemem mogłyby też być występujące w pobliżu bloków turbulencje powietrzne. Efektem ich oddziaływania  mogłyby być powybijane w budynkach okna. Nie oznacza to jednak, że rozwijanie usług kurierskich przy wykorzystaniu bezzałogowych środków transportu nie ma uzasadnienia.

– Takich miejsc, gdzie byłoby wygodnie realizować takie usługi, jest stosunkowo niewiele, więc najprawdopodobniej nie staną się one podstawą transportu przesyłek na całym świecie. W miejscach, do których człowiekowi jest trudniej dotrzeć, będą natomiast zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem. Jeśliby sobie wyobrazić np. stację naukową na Antarktydzie, gdzie dostęp jest bardzo ograniczony, to prawdopodobnie najlepszym sposobem przesyłania częstszych przesyłek byłyby właśnie bezzałogowe systemy latające – wskazuje prof. Cezary Galiński.

Tymczasem firma Royal Mail rozpoczęła kilka dni temu w Wielkiej Brytanii realizację usług kurierskich z wykorzystaniem dronów. Pierwsza paczka została dostarczona do stacji morskiej na wyspie Mull wchodzącej w skład archipelagu Hebrydów. Ta wyspa będzie pierwszą, która weźmie udział w pilotażowym projekcie realizacji dostaw przez drony. Z kolei DHL nawiązał współpracę z dostawcą dronów Aerodyne Group w celu ich wykorzystania do realizacji morskich łańcuchów dostaw. Szczególnie istotnym elementem projektu jest usprawnienie dostaw środków ochrony zdrowotnej do wschodniej Malezji.

Kolejnym krokiem w rozwijaniu technologii bezzałogowych pojazdów powietrznych niewątpliwie będzie ich wykorzystanie w transporcie pasażerskim.

– Gdyby ktoś dokładnie przyjrzał się wyposażeniu współczesnego samolotu pasażerskiego, to prawdopodobnie dałoby się wykonać lot w ogóle bez załogi. Samolot byłby w stanie wykołować, wystartować, przelecieć, wylądować i zaparkować na innym lotnisku. Problemem oczywiście jest bezpieczeństwo i niezawodność, w związku z tym na pokładach wszystkich samolotów są załogi z bardzo wysoko wykwalifikowanymi pilotami, głównie po to, żeby dopilnować, by samolot nie zrobił czegoś nieoczekiwanego. Pod względem technicznym nasze samoloty pasażerskie to już są samoloty bezzałogowe, a załoga głównie nadzoruje wykonanie misji i niestety od czasu do czasu okazuje się, że nawet to nie pomaga – mówi naukowiec.

Chińska firma EHang ogłosiła pod koniec listopada, że jej dwumiejscowy autonomiczny samolot pasażerski zakończył próbne loty w trzech koreańskich lokalizacjach Seulu, Daegu i na wyspie Jeju. Testy były elementem projektu przewidującego uruchomienie komercyjnych usług pasażerskich autonomicznymi statkami powietrznymi najpóźniej w 2025 roku. W przypadku większych jednostek latających, a także wykorzystania bezzałogowców w krajach europejskich, droga do pełnej autonomizacji będzie z pewnością dłuższa.

– Pierwsze zmiany w przepisach będą takie, że dopuszczone zostaną samoloty załogowe, które będą latały w zasadzie bezzałogowo, ale pod nadzorem jednego pilota. Potem być może uda się udowodnić, że w pełni bezzałogowy samolot jest w stanie wykonywać loty bezpiecznie. Jeszcze trochę potrwa, zanim osiągniemy ten stopień – przewiduje prof. Cezary Galiński.

Z raportu Fortune Business Insights wynika, że rynek dostaw paczek przez bezzałogowce osiągnie do 2027 roku wartość niemal 7,4 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie sięgającym niemal 42 proc.

7 trendów e-commerce w 2021 roku

Nic nie wskazuje na to, by kolejny rok miał być niesprzyjający dla branży e-commerce, która dzięki pandemii koronawirusa rośnie w galopującym tempie. Wraz z inwestycją w zakupy online sprzedawcy chętniej wdrażają też nowe technologie, które wnoszą e-sklepy na kolejne poziomy zaawansowania i napędzają dodatkowo rozwój całej branży. Jakie trendy i udogodnienia czekają konsumentów w nadchodzących miesiącach? W jakim kierunku podąża e-commerce w Polsce?

O trendach oraz nowych technologiach w e-commerce, które zyskają na znaczeniu w nadchodzącym roku mówi Jakub Koba, CTO Kogifi Digital, partnera technologicznego dla e-commerce, wyspecjalizowanego w budowaniu strategii z zakresu Smart Commerce i Omni-Channel.

  1. Sztuczna inteligencja, czyli skuteczny asystent zakupowy

Sztuczna Inteligencja (AI, Artificial Intelligence) i uczenie maszynowe to od kilku lat rozwiązania, które zdecydowanie napędzają rynek e-commerce. Pozwalają na tzw. hiperpersonalizację i projektowanie precyzyjnego, zgodnego z preferencjami klientów doświadczenia zakupowego z rekomendacją dopasowanych ofert, także w czasie rzeczywistym. Tym samym zyskujemy osobistego i podążającego za naszymi preferencjami wirtualnego asystenta, które doskonale wie, kiedy i jakie rekomendacje produktów może nam polecić. AI pomaga nam także w wizualnym wyszukiwaniu danego produktu, a także wspiera w problemach zakupowych w trybie 24/7, dzięki możliwości konsultacji z chatbotem. W 2021 roku sztuczna inteligencja, poza tym, że stanie się niezbędnym elementem w walce o konsumenta, będzie wkraczać do kolejnych etapów procesu zakupowego, by zautomatyzować i usprawnić ścieżkę komplementacji zamówień w magazynach, uprościć politykę zwrotu czy wymiany towarów, czy też skrócić czas dostawy dzięki „zatrudnieniu” do tego celu dronów. Będzie to też rok postępującej automatyzacji działań marketingowych oraz personalizacji doświadczenia zakupowego we wszystkich kanałach, z których korzystają klienci.

  1. Mobile shopping

Rok 2020 był dobrym okresem dla e-commerce, a wręcz doskonałym dla mobile commerce. Według badań przygotowanych przez AdColony dla agencji Mobiem, nawet 6 na 10 badanych polskich użytkowników korzysta z telefonu do robienia zakupów, a według platformy Shoper już nawet 2/3 wizyt w sklepach internetowych to wejścia z urządzeń mobilnych[1]. Klienci doceniają w zakupach przez telefon m.in. prosty proces płatności czy wygodne i łatwe w obsłudze aplikacje zakupowe. Dodatkowo, sklepy internetowe zachęcają do korzystania ze swoich aplikacji m.in. poprzez dodatkowe bonusy i promocje dla nowych użytkowników. Nadchodzący rok będzie kolejnym intensywnym okresem rozwoju mobile commerce, co oznacza jeszcze więcej aplikacji mobilnych angażujących klientów, jak również inwestycję w przyjazny interfejs i responsywność sklepowych witryn.

  1. AR, czyli wirtualne przymiarki

Epidemia koronawirusa wpłynęła na zmiany przyzwyczajeń zakupowych konsumenta. Dotychczasowa wygoda związana z możliwości obejrzenia danego produktu na żywo zeszła na drugi plan, a priorytetem stało się bezpieczeństwo. Aby maksymalnie zwiększyć komfort użytkownika sklepu i mimo wszystko dać mu możliwość „przymiarki” danego produktu, wielu sprzedawców zainwestowało w rozszerzoną rzeczywistość (AR, Augmented Reality). Zapewnia ona alternatywne, atrakcyjne doświadczenie zakupowe i pozwala na poznanie produktu, a nawet na wejście z nim w interakcje przed podjęciem decyzji o zakupie. To dzięki AR możemy zobaczyć jak dana sofa będzie prezentować się w naszym salonie i czy do twarzy nam w wybranym kolorze szminki. Użyteczność AR potwierdzają badania wskazujące, że 61 proc. klientów woli dokonywać zakupów w sklepach, które oferują rozwiązania z zakresu AR, a dla 45 proc. użytkowników AR jest wsparciem w podjęciu decyzji zakupowej[2]. W kolejnych miesiącach możemy się więc spodziewać jeszcze wygodniejszych rozwiązań podczas zakupów i jeszcze większych nakładów na rozwiązania z zakresu rozszerzonej rzeczywistości.

  1. Greenconsumerism, czyli odpowiedzialne zakupy

Rosnąca świadomość konsumencka i szerząca się dyskusja o zrównoważonym rozwoju sprawia, że ekologia wkracza do kolejnych branż, nie omijając przy tym także rynku e-commerce. Podejście eco-friendly jest mile widziane, a nawet oczekiwane przez coraz większą liczbę konsumentów – zwłaszcza przedstawicieli młodego pokolenia. Stąd też zwrot e-commerce w kierunku zielonej polityki, szczególnie w kontekście pakowania i dostaw. Kolejny rok upłynie z pewnością pod znakiem dalszego, sukcesywnego pozbywania się w dostawach np. plastiku i zastępowania go biodegradowalnymi czy też pochodzącymi z recyklingu opakowaniami i wypełniaczami. Coraz większy nacisk kładzie się także na wybór firm kurierskich pod kątem ich podejścia do zagadnienia ekologii i zrównoważonego rozwoju. Zmienia się także polityka zwrotu – coraz więcej sklepów oferuje możliwość zwrócenia zakupionych produktów w sklepie stacjonarnym, tak by ograniczać niepotrzebne przejazdy firm kurierskich i dodatkowe, ponownie pakowanie zakupów.

  1. Rozkwit zakupów społecznościowych i re-commerce

Kolejnym trendem w e-commerce nawiązującym do podejścia eco-friendly jest też rozwijający się w galopującym tempie obszar znany jako second-hand e-commerce lub też re-commerce. To także efekt rosnącej świadomości konsumentów odnośnie zrównoważonego rozwoju, jak i masowa moda na ubrania i dodatki z drugiego obiegu, m.in. dzięki ich przystępnych cenach. O rosnącej popularności tego obszaru e-commerce świadczy chociażby prawdziwy fenomen platform, takich jak Vinted. Według prognoz ekspertów rynek second-hand w USA ma do 2023 wzrosnąć dwukrotnie[3], możemy więc spodziewać się i w tym przypadku przełożenia zachodnich trendów na rynek Polski. Nad rozwojem tego obszaru zakupów mocno pracuje chociażby Facebook ze swoim Marketplace, jak i Instagram, które umożliwiają sprzedaż bezpośrednio przez social media. I nie chodzi tu jedynie o produkty z drugiego obiegu – na platformy social media wkracza z ofertą sprzedaży coraz więcej firm, zachęconych krótszą i mniej skomplikowaną ścieżką zakupową, a także możliwościami optymalnej ekspozycji marki. Oznacza to, że uwzględnianie w całościowej strategii sprzedaży obszaru social media stanie się w kolejnych latach obowiązkowym elementem działań ecommerce.

  1. Nowa era płatności online

Wygoda i komfort zakupów to istotne elementy, dla których konsumenci wybierają coraz częściej zakupy online. Wpływ na łatwość procesu zakupowego ma kilka elementów, wśród których warto wspomnieć o płatnościach oraz polityce dostaw i zwrotów. Proces płatności to często element decydujący o finalizacji zakupu i tym samym, konwersji. Nierzadko koszyk zakupowy jest przecież porzucany tuż przed realizacją płatności. Stąd też na znaczeniu będzie zyskiwał rozwój płatności online, zarówno w kontekście różnorodnych możliwości realizacji transakcji, a także ich wygody, np. zakupów bez konieczności zakładania konta. Na znaczeniu zyskała integracja z płatnościami mobilnymi typu Apple Pay/Android Pay, w ramach której nie trzeba przekierowywać się na stronę banku i logować. Istotnym trendem są też płatności odroczone, zwiększające satysfakcję i bezpieczeństwo użytkowników i, co istotne, wartość koszyków. W temacie płatności warto wspomnieć także o rosnącej popularności narzędzi do automatyzacji cen i strategii dynamicznych cen. Pozwalają one na balansowanie cenami i tworzenie spersonalizowanych ofert cenowych w zależności od poziomu lojalności, zainteresowań czy zachowań konsumenckich. W efekcie nasza oferta automatycznie wyróżnia się na tle konkurencji.

  1. Bezpieczeństwo przede wszystkim

Wraz z dynamicznym rozwojem e-commerce i zwiększonym ruchem rośnie ilość cyberataków. Dość regularnie w mediach pojawiają się informacje o kolejnych, rozległych wyciekach danych klientów, jak i o związanych z nimi potężnych karach od regulatorów rynku. Stąd też bezpieczeństwo staje się jednym z głównych wyzwań dla e-handlu, a także jednym z najważniejszych obszarów inwestycji. Sprzedawcy muszą dbać o technologie, które zwiększą zaufanie użytkowników i zapewnią bezpieczną realizację procesu zakupowego. Kluczowe jest też sprostanie wyzwaniu bezpiecznego pozyskiwania, przechowywania i zarządzania danymi.

[1] https://admonkey.pl/zakupy-przez-telefon/?fbclid=IwAR35TJmr1IqpLpSk8QyedPN5EjxuiV-56veSv96mrAXwqWOln7A7RKS0w4c

[2] http://www.retailperceptions.com/2016/10/the-impact-of-augmented-reality-on-retail/

[3] https://www.coredna.com/blogs/ecommerce-trends#1

Reklama w internecie wciąż zyskuje. Jak długo potrwa ten trend?

Wyniki rynku reklamy w Polsce za III kw. br. (zbierane przez firmę Publicis Media) wykazują nieznaczne spadki w stosunku do tego samego okresu w roku ubiegłym. Jedynym nośnikiem, który zyskał na zainteresowaniu reklamodawców, był Internet (wzrost o 6,3 proc.). Duże spadki zanotowały: radio (8 proc.), outdoor (24 proc.), prasa (39 proc.) oraz reklama kinowa (88 proc.). Telewizja straciła stosunkowo najmniej (spadek o 1,1 proc.) i tym samym obroniła „pozycję lidera” w wielkości wydatków reklamowych za okres od lipca do września.

Zmiana wartości rynku reklamowego w 2020

Internet z każdym rokiem zyskuje na popularności wśród reklamodawców. Do I kw. 2020 r., według danych Publicis Media, dominowały wydatki na reklamę telewizyjną, a pierwszym okresem dominacji Internetu był II kw. 2020 r. Dane Publicis Media wykazują jednak wyraźnie niższe wartości wydatków na reklamę w sieci niż dane organizacji branżowej IAB Polska. Niewykluczone zatem, że już od dłuższego czasu na reklamę w sieci wydaje się więcej niż na reklamę telewizyjną [9].

Analiza rynku reklamowego pozwala uchwycić zachodzące zmiany w obszarze mediów. Największą z nich w ostatnich dwóch dekadach jest przejście od prasy papierowej do Internetu. Za przenoszącymi się do Internetu treściami przenosi się też uwaga czytelników. Z bezpłatnych stron internetowych codziennie nowe informacje czerpie 44 proc. Polaków, natomiast z mediów społecznościowych – 42 proc. Papierowe wydania gazet są codziennym źródłem informacji dla 4 proc. Polaków [10].

Internetowa reklama to główne źródło przychodu wydawców treści w Internecie. Z ba-dania PIE wynika, że z płatnych subskrypcji serwisów informacyjnych korzysta aktualnie 11 proc. Polaków, w tym jednak duża część osób z subskrypcji służbowych lub wykupionych przez inne osoby. Szczątkowe dane, które przekazują wydawcy stron internetowych, sugerują, że odsetek osób płacących za do-stęp do treści jest niższy, co powoduje dużą zależność mediów cyfrowych od reklamodawców [11].

Otwartą kwestią pozostaje przyszłość reklamy w sieci. Tim Hwang wykazuje w wydanej niedawno książce pt. Subprime Attention Crisis, że rynek reklamy internetowej na świecie ma podobne cechy do rynku kredytów hipotecznych w USA przed 2008 r. Wzrastające obroty gigantów rynku reklamowego – Google’a i Facebooka opierają się na spekulatywnej wycenie wartości uwagi internautów, którzy stopniowo „uodparniają się” na reklamy, ucząc się je ignorować, zasłaniać i pomijać. Możliwe więc, że zamiast dalszego stabilnego wzrostu rynku reklamy w sieci, czeka nas w pewnym momencie jego globalna korekta. Wydawcy treści tym bardziej muszą być gotowi na zastąpienie przychodów z reklam innymi formami finansowania ze strony swoich odbiorców.

Źródło/opracowanie: Polski Instytut Ekonomiczny

[9] Szerszą analizę tego zagadnienia przedstawiliśmy w „Tygodniku Gospodarczym PIE” nr 36/2020 z 10 września br. w artykule pt. Po pandemicznym trzęsieniu ziemi internet wyprzedził telewizję na rynku reklamowym.
[10] Wyniki badania CAWI na zlecenie Polskiego Instytutu Ekonomicznego przeprowadzonego w dniach 7-10.12.2020 na reprezentatywnej próbie 1017 osób korzystających z in-ternetu w wieku 13-74.
[11] Jedyny polski portal, który regularnie podaje liczbą subskrybentów – wyborcza.pl wykazywała w tym roku liczbę 240 tys. osób płacących miesięczną opłatę za do-stęp do treści – źródło: https://www.fipp.com/resource/ global-digital-subscription-snapshot-april-2020/

Pakiet VAT e-commerce, czyli zmiany i nowe obowiązki dla firm w opodatkowaniu VAT w handlu

Ministerstwo Finansów z końcem października 2020 r. przedstawiło obszerny projekt zmian w ustawie o VAT, którego celem jest wdrożenie unijnych przepisów nowelizujących reguły opodatkowania wewnątrzwspólnotowej transgranicznej sprzedaży towarów i usług. Nowe prawo służyć ma uszczelnieniu systemu VAT, ale i zwiększeniu konkurencyjności europejskich firm. Jednakże, jak niemal każda nowelizacja, wiąże się z koniecznością dostosowania przez przedsiębiorców swojej działalności do nowych wymogów i procedur. Nowelizacja znosi przede wszystkim zwolnienie z VAT, jakie dotąd obowiązywało dla przesyłek spoza UE o wartości do 22 euro.

Pakiet VAT e-commerce

Zgodnie z uzasadnieniem projektu ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw (nr z wykazu UC60) opublikowanego 29 października 2020 r. na stronach Rządowego Centrum Legislacji celem nowelizacji jest zrealizowanie przez Polskę obowiązku zaimplementowania do swoich ustaw podatkowych rozwiązań przewidzianych w unijnym pakiecie VAT e-commerce. Składają się na niego:

  • dyrektywa Rady (UE) 2019/1995 zmieniająca dyrektywę 2006/112/WE w odniesieniu do przepisów dotyczących sprzedaży towarów na odległość i niektórych krajowych dostaw towarów (Dz. Urz. UE L 310 z 2.12.2019, s. 1);
  • rozporządzenie wykonawcze Rady (UE) 2019/2026 zmieniające rozporządzenie wykonawcze (UE) nr 282/2011 w odniesieniu do dostaw towarów lub świadczenia usług ułatwianych przez interfejsy elektroniczne oraz specjalnych procedur dla podatników świadczących usługi na rzecz osób niebędących podatnikami, dokonujących sprzedaży towarów na odległość oraz niektóre krajowe dostawy towarów (Dz. Urz. UE L 313 z 4.12.2019, s. 1), a także:
  • dyrektywa Rady (UE) 2017/2455 zmieniająca dyrektywę 2006/112/WE i dyrektywę 2009/132/WE w odniesieniu do niektórych obowiązków wynikających z podatku od wartości dodanej w przypadku świadczenia usług i sprzedaży towarów na odległość (Dz. Urz. UE L 348 z 29.12.2017, s. 7);
  • rozporządzenie Rady (UE) 2017/2454 zmieniające rozporządzenie (UE) nr 904/2010 w sprawie współpracy administracyjnej i zwalczania oszustw w dziedzinie podatku od wartości dodanej (Dz. Urz. UE L 348 z 29.12.2017, s. 1);
  • rozporządzenie wykonawcze Rady (UE) 2017/2459 zmieniające rozporządzenie wykonawcze (UE) nr 282/2011 ustanawiające środki wykonawcze do dyrektywy 2006/112/WE w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej (Dz. Urz. UE L 348 z 29.12.2017, s. 1);
  • rozporządzenie wykonawcze (UE) 2020/194 ustanawiające szczegółowe zasady stosowania rozporządzenia Rady (UE) nr 904/2010 w odniesieniu do procedur szczególnych dla podatników, którzy świadczą usługi na rzecz osób niebędących podatnikami, prowadzą sprzedaż towarów na odległość i dokonują niektórych krajowych dostaw towarów (Dz. Urz. UE L 40 z 13.02.2020, s. 114).

Celem zmian ma być uszczelnienie wewnątrzwspólnotowego systemu VAT, ale i uproszczenie obowiązków VAT dla przedsiębiorców prowadzących głównie przez internet transgraniczną sprzedaż towarów lub usług na rzecz odbiorców końcowych, którymi są konsumenci (a więc B2C). Pakiet VAT e-commerce miał zacząć obowiązywać już od 1 stycznia 2021 r., ale z uwagi na szerzącą się pandemię koronawirusa, by w tym kryzysowym dla gospodarki okresie dać przedsiębiorcom więcej czasu na przygotowanie się na wdrożenie nowych procedur, Unia przesunęła ten termin na 1 lipca 2021 r.

Najważniejsze zmiany

Jak wyjaśnia Ministerstwo Finansów, autor projektu nowelizacji, głównymi problemami, jakie ma rozwiązać ustawa, jest poprawa ściągalności VAT i uproszczenie procedur administracyjnych związanych z poborem tego podatku od przesyłek towarów nabytych poza Unią Europejską, a także redukcja związanych z tym kosztów. Wszystko to ma wyrównać szanse europejskich, w tym polskich firm, w konkurencji z przedsiębiorcami spoza UE. Jakie są najważniejsze z proponowanych rozwiązań pakietu VAT e-commerce?

Zdefiniowanie pojęć wewnątrzwspólnotowej sprzedaży towarów na odległość (WSTO) i sprzedaży na odległość towarów importowanych z państw trzecich (SOTI)

Obecnie w ustawie o VAT funkcjonuje definicja sprzedaży wysyłkowej, odrębnie skonstruowana dla dostaw towarów dokonywanych z terytorium Polski, a odrębnie dla dostaw na jej terytorium, a w zależności od tego różnie kształtują się zasady opodatkowania tej sprzedaży. Od 1 lipca 2021 r. ww. dwie definicje zastąpić ma jedna: wewnątrzwspólnotowej sprzedaży towarów na odległość, pod którą należy rozumieć dostawę towarów wysyłanych lub transportowanych przez dostawcę lub na jego rzecz, w tym wtedy, gdy dostawca uczestniczy pośrednio w transporcie lub wysyłce towarów z terytorium państwa członkowskiego innego niż terytorium państwa członkowskiego zakończenia wysyłki lub transportu towarów do nabywcy, który jest:

  1. a) podatnikiem podatku od towarów i usług lub osobą prawną niebędącą podatnikiem podatku od towarów i usług, którzy nie mają obowiązku rozliczania wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów, lub
  2. b) podatnikiem podatku od wartości dodanej lub osobą prawną niebędącą podatnikiem podatku od wartości dodanej, którzy nie mają obowiązku rozliczania wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów odpowiadającego wewnątrzwspólnotowemu nabyciu towarów, lub
  3. c) każdym innym podmiotem niebędącym podatnikiem,

przy czym dostarczane towary nie są nowymi środkami transportu ani towarami, o których mowa w art. 22 ust. 1 pkt 2 ustawy o VAT (chodzi o towary instalowane lub montowane, z próbnym uruchomieniem lub bez niego, przez dokonującego ich dostawy lub przez podmiot działający na jego rzecz).

Z kolei nowa definicja SOTI, czyli sprzedaży na odległość towarów importowanych, została skonstruowana niemal identycznie jak definicja WSTO, z tą jedynie różnicą, że należy pod nią rozumieć dostawę na terytorium UE towarów wysyłanych lub transportowanych z terytorium państwa trzeciego.

Rozszerzenie zakresu transakcji B2C, które dla celów VAT mogą zostać rozliczone za pomocą uproszczonej procedury One Stop Shop

Na mocy omawianego projektu zmian od 1 lipca 2021 r. usługi telekomunikacyjne, usługi nadawcze lub usługi świadczone drogą elektroniczną (usługi TBE), funkcjonujące w procedurze małego punktu kompleksowej obsługi MOSS – Mini One Stop Shop, zostaną objęte uproszczoną procedurą OSS – One Stop Shop.

W ramach MOSS podatnik nie jest zobowiązany dokonywać rejestracji do celów VAT w każdym państwie, w którym siedzibę bądź stałe miejsce zamieszkania ma odbiorca usługi. Nowelizacja ustawy o VAT ma system ten rozszerzyć na inne usługi, WSTO, a także na niektóre krajowe dostawy towarów, stając się tym samym jednym punktem kompleksowej obsługi – OSS.

OSS ma na celu uproszczenie obowiązków VAT nałożonych na przedsiębiorców dokonujących dostaw towarów i świadczących usługi konsumentom niebędącym podatnikami VAT na terytorium UE, poprzez umożliwienie im:

  • elektronicznej rejestracji dla celów podatku VAT w jednym państwie członkowskim;
  • deklarowania i płacenia należnego podatku VAT w ramach jednej elektronicznej kwartalnej deklaracji;
  • współpracy z administracją podatkową państwa członkowskiego siedziby działalności gospodarczej, nawet jeśli dokonywane dostawy mają charakter transgraniczny.

Z uproszczonej procedury OSS, a dokładnie IOSS – Import One Stop Shop, będą mogli korzystać również przedsiębiorcy dokonujący sprzedaży na rzecz konsumentów w UE towarów importowanych z państw trzecich w przesyłkach o rzeczywistej wartości nieprzekraczającej 150 euro.

Zwolnienie z VAT dla przesyłek do 150 euro

W związku z powyższym kolejną istotną zmianą wprowadzaną przez pakiet VAT e-commerce jest zwolnienie z VAT dla importu towarów w przesyłkach o wartości nieprzekraczającej 150 euro, jeżeli VAT będzie deklarowany i rozliczany w IOSS. Jeśli przedsiębiorca się na to nie zdecyduje, będzie mógł skorzystać z innej procedury uproszczenia dla importu towarów w przesyłkach o wartości nieprzekraczającej 150 euro. Podatek zostanie pobrany od osoby, dla której towary są przeznaczone przez osobę dokonującą zgłoszenia celnego (np. operatora pocztowego, firmę kurierską), która wpłaci ten pobrany od odbiorcy VAT organom celnym, poprzez dokonanie płatności miesięcznej.

Likwidacja zwolnienia z VAT dla przesyłek spoza UE o wartości do 22 euro

Niejako dla równowagi powyższych udogodnień w zakresie przesyłek o wartości do 150 euro nastąpi likwidacja zwolnienia z VAT dla importu towarów w przesyłkach o wartości nieprzekraczającej 22 euro, przewidzianego obecnie w art. 51 ustawy o podatku od towarów i usług. Jak tłumaczy Ministerstwo Finansów w uzasadnieniu projektu ustawy, celem likwidacji tego zwolnienia jest zatarcie zakłóceń konkurencji pomiędzy dostawcami z UE i spoza niej oraz uszczelnienie systemu VAT poprzez unikanie uszczuplenia dochodów podatkowych.

Nałożenie na przedsiębiorców nowych obowiązków

Nowe przepisy to jak zwykle nowe obowiązki dla przedsiębiorców, zobowiązanych dostosować się do unijnych wymogów implementowanych do krajowej ustawy o VAT. Niektóre z proponowanych rozwiązań będą dla firm dobrowolne, niemniej chcąc zachować konkurencyjność rynkową, i tak powinny się one co najmniej z tymi regulacjami zapoznać.

Z nowelizacji ustawy przede wszystkim wprost wynika obarczenie przedsiębiorców, podatników ułatwiających dostawy towarów przy użyciu interfejsu elektronicznego – a więc np. platformy handlowe, marketplaces, obowiązkiem poboru i zapłaty VAT, co zapewne zwiększy koszty firm związane z realizowaniem tych obowiązków. Zgodnie z projektowanym art. 109b ust. 1 ustawy o VAT podatnik ułatwiający poprzez użycie interfejsu elektronicznego (platforma handlowa, portal internetowy) dokonanie na terytorium Unii Europejskiej:

1) SOTI, innej niż dostawa na odległość towarów importowanych w przesyłkach o wartości rzeczywistej nieprzekraczającej kwoty 150 euro, lub

2) WSTO lub dostawy towarów na rzecz podmiotu niebędącego podatnikiem VAT, innych niż dostawy towarów na terytorium UE przez podatnika nieposiadającego siedziby lub stałego miejsca prowadzenia działalności na terytorium UE, lub

3) świadczenia usług na rzecz podmiotu niebędącego podatnikiem innego niż świadczenie usług, w przypadku których przyjmuje się, że podatnik uczestniczący w świadczeniu tych usług działa w imieniu własnym zgodnie z art. 9a rozporządzenia 282/2011,

jest obowiązany prowadzić ewidencję tych czynności w postaci elektronicznej, zgodnie z wymogami, o których mowa w art. 54c ust. 2 rozporządzenia 282/2011.

Kolejny krok ku pełniejszej inwigilacji

Dokonując implementacji unijnych przepisów, Ministerstwo Finansów nie omieszkało wykorzystać okazji, by poszerzyć dostęp organów skarbowych do informacji o podatnikach. W ustawie o Krajowej Administracji Skarbowej zostanie wprowadzona zmiana, zgodnie z którą w Centralnym Rejestrze Danych Podatkowych (CRDP) będą gromadzone i przetwarzane dane wynikające z udostępnianych na żądanie właściwych organów podatkowych ewidencji, o której mowa w projektowanym art. 109b ust. 1 ustawy o VAT, a także ewidencji, o których mowa w projektowanych art. 130d ust. 1, art. 134 ust. 1 i art. 138h ust. 1 ustawy o VAT.

Obowiązki RODO

W związku z planowanym wprowadzeniem w życie pakietu VAT e-commerce przedsiębiorcy muszą pamiętać, że ciążyć na nich będą obowiązki RODO (unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych), bo z obawy o wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych administrator gromadzonych danych przed rozpoczęciem ich przetwarzania powinien dokonać oceny skutków w sferze ochrony danych osobowych planowanych operacji przetwarzania.

A omawiana nowelizacja przewiduje nałożenie od 1 lipca 2021 r. m.in. na określonych operatorów interfejsów elektronicznych obowiązku udostępniania drogą elektroniczną, na żądanie organów podatkowych, ewidencji dotyczącej dokonywanych za ich pośrednictwem określonych dostaw towarów i usług na terytorium UE na rzecz podmiotów niebędących podatnikami VAT.

Ewidencja będzie zawierać informacje umożliwiające organom podatkowym sprawdzenie, czy VAT od tych transakcji został rozliczony prawidłowo, a także identyfikację podmiotów, które prowadzą sprzedaż za pośrednictwem tych interfejsów. Niemniej odpowiedzialność finansowa, i to wysoka, za niedochowanie wymogów RODO przy gromadzeniu i administrowaniu tych informacji ciążyć będzie oczywiście na przedsiębiorcach.

Zalecany audyt prawny prowadzonej działalności

Proponowana nowelizacja ma wejść w życie z dniem 1 lipca 2021 r., poza regulacjami umożliwiającymi złożenie zgłoszenia informującego o zamiarze skorzystania z procedury szczególnej OSS oraz IOSS, gdyż to przedsiębiorcy będą mogli zrobić już od 1 kwietnia 2021 r. Już dziś przedsiębiorcy powinni przygotować się do nadchodzących zmian, jako że część z nich, jak zwolnienie z VAT przesyłek do 150 euro czy możliwość realizacji obowiązków VAT w ramach procedury jednego punktu kompleksowej obsługi OSS, może się okazać dla firmy bardzo korzystna. Z drugiej strony bardzo negatywne konsekwencje może na nią sprowadzić niedopełnienie wynikających z tych zmian nowych obowiązków.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

3 kw. 2020 na rynku nieruchomości magazynowych w Europie Środkowo-Wschodniej

Eksperci międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield podsumowali trzeci kwartał 2020 roku na rynku nieruchomości magazynowych w Europie Środkowo-Wschodniej.

Rynek Europy Środkowo-Wschodniej rozwija się dynamicznie, o czym świadczy obserwowana od początku 2020 roku rekordowo wysoka aktywność najemców. W regionie tym odnotowano najwyższy wzrost popytu na powierzchnie logistyczne w skali całej Europy, który generowały głównie firmy z sektora logistycznego oraz branży e-commerce. Zakup portfela nieruchomości należących do grupy Goodman przez Gazeley był jedną z największych transakcji inwestycyjnych na rynku logistycznym w ostatniej dekadzie w tym regionie i świadczy o rosnącym znaczeniu tego sektora. Stopy kapitalizacji dla najbardziej atrakcyjnych aktywów utrzymują się na najniższym poziomie od 10 lat.

Polska: Rynek magazynowy jest obecnie najprężniej rozwijającym się sektorem nieruchomości komercyjnych w Polsce. Rok 2020 upływa pod znakiem bardzo wysokiego popytu, przy jednoczesnym spowolnieniu aktywności deweloperskiej Rekordowe wartości wolumenu transakcji najmu z 71%-owym udziałem nowych umów i ekspansji są rezultatem wielu czynników, do których należą między innymi: potrzeba utrzymywania wyższych zapasów przez firmy chcące zapewnić ciągłość dostaw czy też dalszy rozwój branży e-commerce i strategii sprzedaży wielokanałowej. Polska zyskuje na znaczeniu jako hub produkcyjny i logistyczny Europy Zachodniej. Firmy, zarówno już obecne na tym rynku, jak i planujące inwestycje w regionie Europy Środkowej i Wschodniej, będą zabezpieczać dodatkową powierzchnię tak, aby przygotować się na ryzyka potencjalnych zakłóceń w łańcuchu dostaw w przyszłości.

Czechy: Popyt na powierzchnie magazynowe w Czechach zmniejszył się od początku roku o ok. 18% w porównaniu z poprzednim rokiem, przy czym w większym stopniu w regionach zdominowanych przez powierzchnie produkcyjne. Rynek napędzany jest najmocniej przez branżę e-commerce i logistykę. Jednak większość umów najmu w 2020 roku zawarły  firmy produkcyjne powiększające zajmowane powierzchnie w regionie Pilzna, gdzie odnotowano największy wzrost popytu w Czechach w ujęciu rocznym. Renegocjacje stanowiły aż połowę wolumenu transakcji w bieżącym roku i przewidujemy, że w najbliższym czasie trend ten będzie kontynuowany.

Węgry: Budapeszteński rynek powierzchni przemysłowych i logistycznych rozwija się dynamicznie przy rekordowo wysokim popycie i niewystarczającej podaży nowoczesnej powierzchni, co powoduje dalszy spadek wskaźnika pustostanów. Od początku roku popyt wzrósł aż o 30% w porównaniu z i tak już jego wysokim poziomem w roku 2019. Zachęciło to kolejne firmy planujące realizację nowych inwestycji na zasadach spekulacyjnych oraz w systemie BTS do wejścia na rynek. Prognozy wskazują na utrzymanie się wskaźnika powierzchni niewynajętej na niskim poziomie oraz względnie stabilny popyt.

Rumunia: Popyt na powierzchnie logistyczne w Rumunii bije kolejne rekordy przy wzroście o 94% w ujęciu rocznym. Bukareszt jest uważany za ważny hub regionalny z uwagi na rosnącą liczbę sieci handlowych, które inwestują w duże centra dystrybucyjne w pobliżu stolicy Rumunii. Pandemia Covid-19 przyspieszyła rozwój rynku e-commerce, co spowodowało, że zarówno sklepy prowadzące sprzedaż internetową, jak i firmy dostawcze (kurierskie) poszukiwały nowych magazynów w największych ośrodkach miejskich. Według prognoz rynek ten nadal będzie rozwijać się dynamicznie, ponieważ umowy przednajmu stanowiły aż 62% popytu odnotowanego w okresie od pierwszego do trzeciego kwartału br.

Słowacja: Stały wzrost poziomu absorpcji netto świadczy o dobrej kondycji rynku magazynowego na Słowacji. Czynsze wywoławcze pozostają bez zmian w większości obiektów. Całkowite zasoby powierzchni magazynowej na Słowacji wzrosły w trzecim kwartale o 52 200 mkw. do 2 725 700 mkw., czyli powiększyły się o 2%. Całkowity popyt wyniósł 85 800 mkw., co oznacza spadek o 35% rok do roku. Największe zapotrzebowanie zgłaszały firmy poszukujące powierzchni magazynowej i dystrybucyjnej (w szczególności branża e-commerce). Przewidujemy, że zasoby powierzchni magazynowej wzrosną w kolejnych dwóch kwartałach o 113 000 mkw., co oznaczałoby ich wzrost w ujęciu rocznym o prawie 9%.

Trendy technologiczne według Cisco na rok 2021 i kolejne lata

W mijającym roku technologie przyszłości stały się naszą codziennością szybciej niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Zastanawiając się jak będzie wyglądał rok 2021, musimy brać pod uwagę, że trendy prognozowane nawet na odległą przyszłość mogą się ziścić szybciej niż nam się wydaje.

Niezliczone innowacje i inicjatywy technologiczne stanowią zapowiedź wielkich zmian w nowym roku. Pandemia COVID-19 uświadomiła nam, że gotowość na nieoczekiwane jest kluczowa. W biznesie wymaga to niezwykle odpornej, skalowalnej infrastruktury IT, zapewniającej bezpieczeństwo i elastyczność, które umożliwią organizacjom stawienie czoła wyzwaniom, ale i korzystanie z nadążających się okazji.

„Wraz z rozwojem pandemii, pracowaliśmy z naszymi klientami nie tylko nad zapewnieniem im ciągłości biznesowej, ale przede wszystkim zwinności w tych trudnych czasach. Pomagaliśmy firmom, które korzystają z rozwiązań Cisco dostarczać aplikacje i poprawiać wrażenia użytkowników, którzy z nich korzystają. Biorąc pod uwagę nasze doświadczenia, opracowaliśmy 6 trendów, które naszym zdaniem wyznaczą przyszłość branży nowych technologii na najbliższe lata” – mówi Przemysław Kania, dyrektor generalny Cisco Polska.

Trend 1: Zasypanie cyfrowej przepaści dzięki 5G i Wi-Fi 6

Dla osób, które mają to szczęście, że posiadają dostęp do sieci, w 2020 roku była ona podstawą kontaktów społecznych, zawodowej aktywności czy ekonomicznej codzienności – zakupów, organizacji spraw administracyjnych, etc. Do grupy tej zalicza się jednak zaledwie połowa światowej populacji. W krajach rozwijających się jedynie 35% osób ma dostęp do sieci, w porównaniu z 80% w krajach rozwiniętych ekonomicznie. W niemal każdym kraju różnice w dostępie do technologii miały szczególnie negatywny wpływ na mieszkańców obszarów wiejskich oraz osoby niezamożne.

Dziś dostęp do sieci stanowi jeden z fundamentów funkcjonowania społeczeństwa i ekonomii, w której uczestniczyć, uczyć się i rozwijać mogą wszyscy obywatele. Dlatego też ogromne nadzieje pokłada się w nowej generacji technologii bezprzewodowych, w tym 5G i Wi-Fi 6. Poprawią one przepustowość, szybkość i przyczynią się do zmniejszenia przestojów sieci. Zwiększą również dostęp do niej wszędzie tam, gdzie zbudowanie infrastruktury przewodowej jest zbyt kosztowne. Korzyści z tych technologii odniosą między innymi pracownicy mobilni, lekarze udzielający teleporad, przedstawiciele branży wytwórczej oraz nauczyciele i wykładowcy. Eksperci Cisco postrzegają postęp w bezprzewodowym dostępie do sieci jako sposób zasypania cyfrowej przepaści, ponieważ technologie te napędzają rozwój i innowację, z których skorzystają miliony ludzi.

Według badań PwC uzyskanie dostępu do sieci przez tych, którzy go obecnie nie mają sprawiłoby, że

do gospodarki światowej trafiłoby dodatkowe 6,7 bilionów USD, a kolejne 500 milionów ludzi wyszłoby z ubóstwa.

Trend 2: Hybrydowa przyszłość pracy

Na początku pandemii, kiedy zaczęły obowiązywać ograniczenia dotyczące kontaktów społecznych, biznes musiał dostosować się do wymogów pracy zdalnej. Jak wynika z raportu Cisco: Workforce of the Future, pracownicy pragną utrzymania wielu pozytywnych zmian, jakie niesie ze sobą nowy sposób wykonywania obowiązków. Przed lockdownem, tylko 5% uczestników badania przez większość czasu pracowała zdalnie. Obecnie aż 83% respondentów z Polski chce mieć możliwość decydowania o miejscu wykonywania obowiązków. Chcą również samodzielnie zarządzać czasem pracy, nawet gdy biura będą otwarte.

A co z osobami, ktόre nie pracują w środowisku biurowym – czyli ponad 60% populacji zatrudnionych?

W handlu detalicznym trend przeniesienia działalności z przestrzeni offline do online utrzymuje się już od jakiegoś czasu, a COVID-19 jedynie te zmiany przyspieszył. Dla osób zatrudnionych w tym sektorze może to oznaczać zmianę profilu pracy. Praca online wymaga kompetencji administracyjnych, potrzebnych do obsługi zamówień, klientów czy zarządzania stanami magazynowymi lub dostawami. Przyszłość służby zdrowia także wykracza poza zdalne konsultacje. Technologie takie jak 5G, sztuczna inteligencja czy wirtualna lub rozszerzona rzeczywistość nadal się rozwijają. Wizja operacji wykonywanych zdalnie może w końcu stać się rzeczywistością. W zakładach produkcyjnych czy przemyśle paliwowym konserwacja zapobiegawcza i predykcyjna stają się powszechnie stosowaną praktyką, gdzie część zadań może być wykonana zdalnie.

Choć tempo zachodzenia zmian w takich sektorach jak transport, przemysł czy rolnictwo nie będzie tak duże, jak przy przejściu z pracy w biurze do pracy zdalnej, to długofalowy wpływ tych zmian na ekonomię prawdopodobnie będzie znaczący.

Trend 3: Aplikacje zwiększające elastyczność i odporność biznesu

We wczesnych miesiącach pandemii wysoce nieprzewidywalne zmiany wymusiły na firmach zdolność do szybkiego przystosowywania się. Chmura była kluczowym narzędziem, które to umożliwiało. Dla wielu firm była to jedyna droga do nabycia nowych zdolności, umożliwiających wyjście naprzeciw gwałtownie zmieniającym się wymaganiom klientów i pracowników.

Dziesięć miesięcy po wybuchu pandemii, aplikacje stanowiące rdzeń biznesu są w powszechnym użyciu. Pracownicy stali się mobilni bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. A obciążenia jakim poddawane są systemy IT nie mają precedensu.

Przyszłość, i to całkiem niedaleka, wymusi na zespołach IT jeszcze większą elastyczność. Korzystając z rozwiązań zapewniających wgląd w infrastrukturę IT, pozwoli im przejść od monitorowania wszystkiego, do monitorowania jedynie kluczowych danych. W miarę postępujących przemian, wgląd i automatyzacja staną się podstawą dla przyszłego wzrostu, możliwości konkurowania i odporności na wyzwania w danej branży.

Według badania „Cisco 2021 CIO and IT Decision Makers Trends Pulse”, 68 proc. CIO i decydentów IT w Polsce pragnie lepiej niż dotychczas wykorzystywać w biznesie informacje pochodzące z analizy działania aplikacji.

Trend 4: Satysfakcja klienta to za mało

Ogromny wzrost popularności inteligentnych i mobilnych urządzeń zmienił sposób w jaki żyjemy. Dziś, za pomocą aplikacji mobilnych można zrobić zakupy, wykonać przelew, uczyć się czy zadbać o swoje zdrowie. Ostatnio, stały się one kluczowym narzędziem do monitorowania kontaktów międzyludzkich co stanowiło skuteczny sposób do analizy rozprzestrzeniania się koronawirusa. Aplikacje mobilne umożliwiły również organizacjom z sektora prywatnego i publicznego nawiązywanie kontaktu z użytkownikami w sposób, który był nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu. Większość procesów biznesowych również działa w oparciu o aplikacje.

Najbardziej zaawansowane z nich pozwalają na nawiązanie spersonalizowanych relacji z klientem, a także umożliwiają natychmiastowe odpowiedzi na zapytania. Aby to było skuteczne, biznes musi nabyć zdolność szybkiego przekuwania ogromnej ilości informacji pochodzących z sieci w wiedzę, która będzie stanowiła podstawę dalszych działań. Dzięki temu firmy są w stanie nawiązać kontakt z klientem zanim pojawi się problem. Do tego celu niezbędne jest połączenie zaangażowania, inteligentnej personalizacji i doskonałych doświadczeń kupującego, który z czasem zacznie czuć ekscytację i stanie się lojalny wobec marki.

56 proc. CIO z Polski, którzy wzięli udział w badaniu „Cisco 2021 CIO and IT Decision Makers Trends Pulse” zgodziło się ze stwierdzeniem, że dobre doświadczenia klienta to coś więcej niż tylko jego satysfakcja – to coraz częściej przyjemność wynikająca z kontaktu z marką.

Trend 5: Cyberbezpieczeństwo bez haseł

Mobilność, praca w rozproszonym środowisku i rosnące wykorzystanie usług w chmurze umożliwiły firmom zarówno skalowalność, jak i ograniczenie kosztów. Jednak konieczność zapewnienia odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa w tej nowej rzeczywistości postawiła przed biznesem nowe wyzwania.

Polityka zero-trust umożliwia stawienie im czoła. Ukradzione lub utracone dane do logowania wciąż stanowią narzędzie w rękach cyberprzestępców, którzy wykorzystują masowe przejście na model pracy zdalnej. Obecnie skuteczną techniką uwierzytelniania jest weryfikacja tożsamości. Użytkownik otrzymuje dostęp do urządzania lub aplikacji na podstawie wizerunku twarzy, zapisu linii papilarnych czy obrazu tęczówki – lub w jeszcze inny sposób, który pozwala w stu procentach potwierdzić jego tożsamość, np. poprzez uwierzytelnianie dwuskładnikowe.

Dostawcy usług z zakresu bezpieczeństwa pracują nad rozwojem biometrii, która niebawem stanie się wszechobecna zarówno w biznesie, jak i wśród użytkowników prywatnych. Organizacje muszą rozpocząć przygotowania do tej zmiany. Niezbędne jest dostosowanie rozwiązań do wymogów nowych sposobów uwierzytelniania, które nie opierają się na haśle.

Jak wynika z raportu „2020 Cisco Duo Trusted Access”, 80 proc. służbowych urządzeń umożliwia logowanie za pomocą cech biometrycznych, odsetek ten wzrósł o 12 proc. w ciągu 5 lat.

Trend 6: Nowe modele konsumpcji technologii

Organizacje przez długi czas inwestowały w uniwersalne rozwiązania technologiczne. W praktyce oznaczało to potrzebę płacenia za funkcje, z których nigdy nie skorzystają. Model software as a service umożliwia organizacjom zakup tylko tych elementów usługi, na których najbardziej im zależy i rozbudowę zakresu świadczeń wraz z rozwojem firmy.

Zmiany w modelu konsumpcji usług IT będą postępować, w szczególności biorąc pod uwagę fakt, że coraz więcej z nich jest dostępne za pośrednictwem aplikacji działających w oparciu o infrastrukturę firmową lub chmurę. Elastyczność i możliwość redukcji kosztów dzięki opłatom tylko za wykorzystane usługi sprawiają, że powrót do starych modeli rozliczeń wydaje się być niemożliwy.

Ponad 81 proc. polskich CIO uczestniczących w badaniu Cisco zgodziła się ze stwierdzeniem, że możliwość przewidywania jaka będzie skala wydatków IT i zarządzenie nimi, dzięki chmurze i elastycznym modelom konsumpcyjnym, jest ważna dla ich biznesu (a dla 40 proc. bardzo ważna).

Rynek pracy w czasie pandemii – najnowszy raport Banku Pekao S.A.

Część zastosowanych podczas pandemii COVID-19 instrumentów ochrony rynku pracy może na stałe wejść do zestawu narzędzi polityki gospodarczej – wynika z raportu przygotowanego przez analityków Banku Pekao S.A. Jak twierdzą eksperci, w kolejnych latach możemy być świadkami mniejszej zmienności liczby pracujących oraz stopy bezrobocia przy szerszym dostosowaniu sytuacji fiskalnej.

Pandemia wirusa SARS-CoV-2 wymusiła nakładanie obostrzeń epidemicznych, które okresowo silnie ograniczały aktywność ekonomiczną i popyt na pracę. Najnowszy raport Banku Pekao pt. „Mogło być gorzej… czyli rynek pracy w czasie pandemii. Porównania międzynarodowe i wnioski na przyszłość” przedstawia analizę sytuacji związanej z rynkiem pracy w 2020 r. dla wybranych krajów m.in. Polski, Francji, Hiszpanii, Niemiec czy Stanów Zjednoczonych.

Analitycy w raporcie określają rok 2020 jako „bezprecedensowy”. Przebieg cyklu koniunkturalnego był wyjątkowy pod względem charakterystyki, przyczyn i reakcji polityki pieniężnej. W ciągu dwóch miesięcy obserwatorzy życia gospodarczego musieli przejść od rozważań na temat spodziewanej poprawy sytuacji w światowej gospodarce do prognozowania najgłębszego załamania aktywności ekonomicznej od II wojny światowej.

Gospodarki rozwinięte najprawdopodobniej skurczą się w tym roku o 7,5%, a odbicie w 2021 r. będzie niepełne. Ostatnie prognozy wskazują na wzrost jedynie o 4,8%. Poziom aktywności gospodarczej sprzed pandemii będzie osiągnięty, w zależności od gospodarki, od połowy 2021 roku w Polsce i wyraźnie nawet później na południu strefy euro. Innymi słowy, wywołane przez pandemię i walkę z nią skutki, zostaną z nami na dłużej – ocenia Ernest Pytlarczyk, Główny Ekonomista Banku Pekao S.A.

Odpowiedzią na kryzys ze strony polityki gospodarczej było wdrożenie niespotykanych do tej pory, co do skali i zakresu, programów pomocy publicznej. Szczególną rolę odgrywały instrumenty nakierowane na ochronę rynku pracy. Do popularnych instrumentów należały dopłaty do wynagrodzeń oraz dopłaty do skróconego czasu pracy, które miały ochronić zagrożone etaty. Doświadczenia roku 2020 wskazują, że wiele z zastosowanych mechanizmów okazało się skutecznych, niejako „zamrażając” rynek pracy w okresach największego spadku aktywności. W efekcie udało się uniknąć masowych zwolnień i lawinowego wzrostu liczby bezrobotnych.

Rok 2020 niesie także za sobą pewną naukę dotyczącą prognozowania rynku pracy. „Apokaliptyczne scenariusze” dla rynku pracy, w świetle dwucyfrowych spadków PKB, nie spełniły się. W państwach stosujących na dużą skalę wsparcie dla rynku pracy, skala wzrostów bezrobocia była niewielka i znacznie mniejsza niż w poprzednich historycznych epizodach dekoniunktury.

Raport Banku Pekao S.A. można pobrać na stronie: https://media.pekao.com.pl/file/attachment/1799143/f0/raport_specjalny_rynek_pracy_w_czasie_pandemii.pdf .

Index MiU: Pandemia wpływa na zdolność do konkurowania firm

  • Siemens Financial Services w Polsce publikuje nowy na krajowym rynku Index MiU – wskaźnik, który pokazuje zdolność do konkurowania firm z sektora przemysłowego w wybranych branżach, w oparciu o inwestycje w park maszyn i urządzeń.
  • Jak wynika z dwóch pomiarów wykonanych w 2020 r. – pierwszego chwilę przed pandemią i  drugiego, po sześciu miesiącach jej trwania – obecna sytuacja wpływa na to, jak przedsiębiorstwa postrzegają swoją kondycję do konkurowania. Główny Index MiU wynosi w drugim odczycie 43,91 pkt (w skali od 0 do 100).
  • Wartość sub-indeksu dla branży przetwórstwa tworzyw sztucznych wzrosła w tym czasie do 52,28 pkt. Zmiany odnotowano także w branży spożywczej (tu sub-indeks nieznacznie obniżył się do 48,76 pkt). O niższej zdolności do konkurowania informuje odczyt dla firm z branży poligraficznej (33,05 pkt) i obróbki metali (41,57 pkt).

Index MiU to pierwsze na rynku, tak szczegółowe badanie obejmujące branże: spożywczą, poligraficzną, przetwórstwa tworzyw sztucznych i obróbki metali. Istotą indeksu jest dostarczanie rzetelnej informacji o tym, w jakiej „kondycji do konkurowania” są wymienione branże.

Pierwsze badanie producentów inwestujących w maszyny i urządzenia zrealizowano w marcu 2020 r. w przeddzień pandemii, a kolejne – po 6 miesiącach, we wrześniu. Prezentowane wyniki badania pokazują zatem, jak zmieniła się ocena „kondycji do konkurowania” w tym czasie. Sytuacja różni się w zależności od branży.

Główny Index MiU wynosi obecnie 43,91 pkt i w porównaniu do odczytu z marca 2020 roku obniżył się nieznacznie, bo o 5,93 pkt. Uzyskany wynik należy interpretować jako umiarkowanie niską zdolność badanych branż do konkurowania obecnie i w perspektywie kolejnego roku.

Umiarkowanie niska zdolność do konkurowania przejawiać się będzie ograniczonymi możliwościami ekspansji tych branż na nowe rynki w najbliższych miesiącach. Wynika to z faktu, że mniej firm informuje o wzrostach nakładów na odnowienia parku maszyn i urządzeń, a także o ich wzrostach na automatyzację.

 W erze gospodarek transformujących się permanentnie, szerzej niż kiedyś definiowana jest „zdolność do konkurowania”. Do tej pory konkurowało się przede wszystkim jakością, marką, ceną oraz długoletnimi przygotowaniami do zmian. Dziś konkurowanie to także elastyczność i tempo odpowiedzi na oczekiwania klienta. Przyszłość to konkurowanie technologią. Do tego prowadzi automatyzacja, digitalizacja, nowoczesny park maszyn i urządzeń oraz dostęp do technologii i elastycznego finansowania  –– mówi Tomasz Kukulski, Prezes Zarządu Siemens Financial Services w Polsce. – Dlatego chcemy dostarczać rynkowi użyteczny wskaźnik, który pokazuje w jakim tempie i kierunku zmienia się zdolność do konkurowania w badanych branżach. Ten aspekt może pomóc firmom w analizowaniu sytuacji oraz podejmowaniu działań dotyczących ich konkurencyjności – dodaje.

indeks główny
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r. N = 400 firm produkcyjnych (MŚP z branży spożywczej, poligraficznej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych).

Branża przetwórstwa tworzyw sztucznych z wyższym wynikiem sub-indeksu

Najlepszą kondycję do podejmowania konkurencyjnych działań wykazuje aktualnie branża przetwórstwa tworzyw sztucznych. Poziom sub-indeksu wyniósł dla niej  52,28 pkt (wzrost o 6,49 pkt w relacji do pomiaru marcowego).

subineks
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 100 firm produkcyjnych z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych (MŚP).

Według przyjętej metodologii, oznacza to poprawę zdolności do konkurowania firm przetwarzających tworzywa sztuczne. Ponadto, w kolejnych miesiącach możemy spodziewać się wzrostu ekspansji przedsiębiorstw z tej branży na nowe rynki, a także niższego ryzyka dla współpracujących z nimi firm. Na wzrost sub-indeksu największy wpływ miały przede wszystkim zmiany w obszarze odnowień parku maszyn i urządzeń, który jest jedną z ważnych składowych konstrukcji wskaźnika – mówi Tomasz Kukulski z Siemens Financial Services w Polsce.

Wrześniowy odczyt sub-indeksu dla branży spożywczej obniżył się nieznacznie, bo z 50,29 do 48,76 pkt. W przypadku tej branży, wpływ na niższy wynik miało przede wszystkim przyhamowanie inwestycji w obszar automatyzacji, natomiast większość producentów utrzymała tempo odnowień parku MiU i na stabilnym poziomie kształtuje się u nich częstotliwość z jaką inwestowali w odnowienia.

Większość firm spożywczych utrzymała wcześniej wypracowaną zdolność do ekspansji, dzięki czemu odnotowano minimalny spadek konkurencyjności przetwórców, w porównaniu do poprzedniego pomiaru.

Poligrafia i obróbka metali ze spadkiem sub-indeksu

subineks metali
wrzesień 2020 r.
N = 100 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP).

O niższej zdolności do konkurowania informuje odczyt dla branży poligraficznej. W aktualnym pomiarze sub-indeks dla niej wynosi 33,05 pkt (spadek o 15,15 pkt). Oznacza to, że przedsiębiorstwa poligraficzne prawdopodobnie będą skupiać się teraz i w najbliższej przyszłości przede wszystkim na utrzymywaniu obecnych parków maszyn i urządzeń, a także mniej inwestować w nowe moce wytwórcze.

Poziom zdolności do konkurowania spadł również w branży obróbki metali, dla której sub-indeks wynosi 41,57 pkt wobec 55,08 pkt w odczycie marcowym. Obecny wynik wskazuje, że w kolejnych miesiącach można spodziewać się mniejszej aktywności w zakresie ekspansji, szczególnie eksportowej, firm z tej branży. Największe zmiany odnotowano w skali nakładów firm na odnowienia parków maszynowych. Wyraźne są tu spadki sprzedaży krajowej i eksportu, co ma wpływ na osłabienie kondycji do konkurowania tej branży.

Spadki sprzedaży i eksportu w większości branż

Pandemia wpłynęła na wszystkie badane branże również pod względem sprzedażowym. Niższe wyniki na rynku krajowym odnotowało ponad 44 proc. przedsiębiorstw, podczas gdy 33 proc. firm utrzymało je na tym samym poziomie, a jedynie 16 proc. z nich zwiększyło sprzedaż. Przedsiębiorcy liczą jednak na wzrosty w przyszłości. Co czwarta firma spodziewa się większej sprzedaży krajowej w ciągu najbliższych 12 miesięcy, z kolei niższej co piąta.

Nieco lepiej jest w eksporcie. Blisko 20 proc. firm podaje, że – pomimo pandemii – zwiększyło sprzedaż zagraniczną między marcem a wrześniem. W tym samym czasie ponad 38 proc. producentów zanotowało spadki w tym obszarze. Wzrostów w 2021 r. spodziewa się 35,5 proc., a spadków jedynie 14 proc. ankietowanych.

Część firm automatyzuje i odnawia parki MiU mimo pandemii

Jak wynika z badania Siemens Financial Services w Polsce, blisko co czwarte przedsiębiorstwo zwiększyło nakłady na odnowienia parku maszyn i urządzeń, mimo trudnych okoliczności gospodarczych spowodowanych pandemią. W dwóch trzecich firm inwestycje utrzymano na tym samym poziomie. O spadkach informuje zaledwie 7 proc. Co ważne, 17 proc. podmiotów zwiększyło częstotliwość samych odnowień MiU, a 19,5 proc. podniosło także poziom automatyzacji produkcji.

automatyzacja
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 400 firm produkcyjnych (MŚP z branży spożywczej, poligraficznej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych).

Część firm planuje inwestować również w kolejnych miesiącach. Wyższe nakłady na park maszyn i urządzeń chce przeznaczyć blisko 32 proc. badanych, a zwiększyć automatyzację procesów produkcji ponad 28 proc.

– Ostatnie miesiące wpłynęły na zmianę podejścia przedsiębiorstw do inwestycji w maszyny i urządzenia. Firmy coraz rzadziej chcą kupować używany sprzęt. Znacznie więcej przedsiębiorców w przyszłości planuje inwestować przede wszystkim w nowe technologicznie maszyny, co pozwoli im budować konkurencyjność na rynku i dostosowywać się do nagłych zmian Grzegorz Jarzębski, Szef Sprzedaży Siemens Financial Services w Polsce.

inwestycje w urządzenia
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 102 firm produkcyjnych, które planują inwestycje w ciągu najbliższych 12 miesięcy (MŚP z branży spożywczej, poligraficznej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych).

Dywersyfikacja źródeł finansowania sprzyja budowaniu konkurencyjności

Przedsiębiorstwa z badanych branż finansują inwestycje w maszyny i urządzenia z różnych źródeł. Wyłącznie z wypracowanych zysków korzysta 45,1 proc. Z kolei ponad 42 proc. firm dywersyfikuje źródła finansowania – część pochodzi ze środków własnych, a część to kapitał zewnętrzny. W całości ze środków zewnętrznych korzysta 12,6 proc. ankietowanych.

źródła finansowania
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 357 firm produkcyjnych (MŚP z branży spożywczej, poligraficznej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych)

W przypadku zewnętrznego kapitału przedsiębiorcy najczęściej sięgają po leasing. Do sfinansowania całości lub części parku maszyn i urządzeń, korzysta z niego łącznie 38,3 proc. Analogicznie 15,9 proc. wykorzystuje dotacje, a 14,8 proc. kredyty.

Jak wynika z badania Simens Financial Services w Polsce, szczególnie istotna w budowaniu konkurencyjności jest dywersyfikacja źródeł finansowania. Przedsiębiorstwa, które różnicują źródła finansowania częściej podają, że odnawiają park maszyn i urządzeń oraz zwiększają automatyzację. Planują również większe inwestycje w przyszłości w tych obszarach. Lepiej także oceniają swoje przygotowanie do konkurowania. Potwierdzają to wyniki zarówno przed, jak i w trakcie trwania pandemii.

– Inwestycje w nowe technologie pomagają w budowaniu konkurencyjności, elastyczności oraz odporności na zmiany rynkowe. Dlatego w tej wymagającej sytuacji dla przedsiębiorców tak ważny staje się dostęp do finansowania zewnętrznego, umożliwiającego realizację planów inwestycyjnych. Finansowania dostarczanego przez partnera, rozumiejącego technologię, specyfikę danej branży i posiadającego niezbędne doświadczenie – podsumowuje Tomasz Kukulski.

 

Nota metodologiczna:

Index MiU przyjmuje wartości w skali od 0 do 100 pkt. Im wyższy odczyt, tym wyższa ocena zdolności firm do konkurowania, bardziej skupiają się one na inwestycjach w rozwój parków maszyn i urządzeń, automatyzacji oraz m.in. zwiększają skalę sprzedaży krajowej i zagranicznej. Progi newralgiczne, które świadczą o dużym wzroście lub spadku konkurencyjności wynoszą odpowiednio 60 pkt i 40 pkt. Konstrukcja indeksu opiera się na ośmiu komponentach, które w różnym stopniu wpływają na końcową wartość informującą o  zdolności do konkurowania producenta.  Wśród nich są m.in. odnowienia parku maszyn i urządzeń oraz ich częstotliwość, automatyzacja procesów produkcji, sprzedaż krajowa i eksport czy udział oraz dostępność finansowania zewnętrznego.

Badanie z przedstawicielami 400 małych i średnich firm zrealizował Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research we wrześniu 2020 r. Uczestnikami badania byli przedsiębiorcy z branży poligraficznej, spożywczej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych z całej Polski,  posiadający własny park maszyn i urządzań (MiU). Wykorzystano metodę ilościową, technikę  standaryzowanych wywiadów telefonicznych  (CATI).

Badanie PayPal: Ponad 60 proc. Polaków robi zakupy online, aby poprawić sobie humor

Dla 57 proc. badanych Polaków kupowanie online zastąpiło chodzenie do galerii handlowych jako formę rozrywki, a ponad 30 proc. uważa czekanie na dostawę za bardziej ekscytujące niż samo korzystanie z zakupionego produktu. Z kolei 65 proc. respondentów wybrało zakupy w sieci, aby zachować bezpieczeństwo podczas pandemii.Ponad 60 proc. Polaków robi zakupy online, aby poprawić sobie humor

Rok 2020 zostanie zapamiętany jako czas, gdy większość naszych codziennych aktywności przenieśliśmy do sfery cyfrowej. Pracę w biurze zamieniliśmy na home office, zajęcia z pilatesu na treningi online, a zakupy spożywcze na zakupy w internecie. W momencie, gdy globalny rynek handlu online osiąga kolejne rekordowe wyniki sprzedaży, a za rogiem już czeka świąteczna gorączka zakupów, PayPal przedstawia wyniki badania przeprowadzonego we współpracy z SW Research. Rozmowy z ponad tysiącem Polaków i Polek odkrywają zaskakujące emocjonalne aspekty kupowania w sieci po wybuchu pandemii COVID-19.

Jak wynika z badania PayPal, zakupy online w 2020 roku miały przede wszystkim wymiar terapeutyczny. Co ciekawe, dla wielu kupujących bardziej atrakcyjne od celu, czyli zakupionego produktu czy usługi, był sam proces zakupowy – zwłaszcza moment zatwierdzenia zamówienia czy czas oczekiwania na paczkę:

  • Niemal 40 proc. badanych stwierdziło, że zakupy stanowią dla nich rodzaj nagrody za zły dzień w pracy czy w domu;
  • Dla 2/3 badanych moment potwierdzenia zamówienia jest bardziej ekscytujący niż cały proces zakupowy, ponieważ zwiększa to ich poczucie sprawczości;
  • 40 proc. biorących udział w badaniu respondentów sądzi, że czas oczekiwania na dostarczenie paczki jest dla nich bardziej atrakcyjny i wywołuje więcej emocji niż korzystanie z zamówionego produktu;
  • Połowa respondentów deklaruje, że możliwość wypełnienia koszyka zakupowego sprawia, że czują kontrolę nad swoimi finansami;
  • Dla 1 na 5 badanych samo dodawanie produktów i usług do koszyka jest przyjemne, nawet jeśli nie planują niczego kupować.

Sezonowe rabaty i wyprzedaże online również żywo interesują Polaków i wywołują u nich ciekawe reakcje:

  • 53 proc. badanych przyznaje, że mogą kupić produkt, którym nie byli zainteresowani, tylko ze względu na sam fakt, że pojawił się on na wyprzedaży;
  • 77 proc. respondentów stwierdziło, że dzięki kupowaniu przecenionych towarów czują się odpowiedzialni finansowo.

– Internet nigdy wcześniej nie odgrywał tak znaczącej roli w kształtowaniu zachowań ludzi na całym świecie. Zależało nam na tym, aby przeanalizować kształtujące się na nowo nawyki konsumenckie, szczególnie to, w jaki sposób Polacy i Polki zachowują się i reagują podczas całego procesu kupowania w sieci – mówi Efi Dahan, dyrektor generalny PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej i Izraelu i dodaje: Wyniki potwierdzają, że cała koncepcja konsumpcji została zredefiniowana – samo „kupowanie” przestało być jedynie prostą codzienną czynnością, a stało się przeżyciem. Konsumenci oczekują dziś bowiem tak emocjonalnego doświadczenia w trakcie dokonywania zakupów, jak i prostego dotarcia do celu.

W zgodzie z duchem czasów, w których obecnie żyjemy, jedną z głównych potrzeb w trakcie zakupów jest poczucie bezpieczeństwa. 65 proc. respondentów stwierdziło, że czują się bezpieczniej robiąc zakupy w sieci, zamiast stresować się koniecznością zachowania dystansu społecznego w sklepie stacjonarnym.

Bezpieczeństwo zakupów było zawsze podstawową wartością dla PayPal i tym co nas wyróżniało na rynku, a także kluczową motywacją do korzystania z usług PayPal zarówno dla polskich konsumentów, jak i sprzedawców – podsumowuje Efi Dahan, dyrektor generalny PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej i Izraelu. W 2020 roku zmieniło się pojęcie bezpieczeństwa, które dla nas wyszło poza program Ochrony Kupujących, zwłaszcza w związku z przejściem Polaków do kupowania online jako sposobu na utrzymanie dystansu społecznego oraz uniknięcia tłumów – dodaje.

Postulaty branży fitness i ocena ich racjonalności – stanowisko Instytutu Staszica

Poszczególne branże polskiej gospodarki, dotknięte drugą falą pandemii, oczekują szybkich i racjonalnych decyzji w dwóch obszarach. Pierwszy – to przyjęcie jasnych, uzasadnionych badaniami i twardymi danymi kryteriów ograniczania działalności firm oraz ich znoszenia. Drugi obszar to działania rekompensujące straty, bądź to w postaci dostępu do środków finansowych, bądź w postaci różnego rodzaju ulg i zwolnień. Rzecz jasna, w głównej mierze decydenci powinni zająć się tymi branżami, w których dominują firmy o polskim kapitale – ich zysk nie jest bowiem transferowany za granicę. Przykładem takiego segmentu rynku, w opinii ekspertów Instytutu Staszica wymagającego wdrożenia pilnych rozwiązań, jest branża fitness.

Struktura branży

Z danych przedstawionych przez Federację Pracodawców Fitness[1] wynika, że w kraju funkcjonuje ok. 10 tysięcy obiektów sportowo-rekreacyjnych, z czego jedna trzecia przypada na kluby fitness. Kluby te zatrudniają, wedle różnych szacunków, od ok. 50 tys. do nawet 150 tys. osób, przy czym zatrudnienie na podstawie umów o pracę nie jest formą dominującą. Wynika to m.in. ze specyfiki pracy trenerów.

Przed pierwszą falą pandemii szacowano, że członkostwo w klubach fitness miało wykupionych ok. 3 mln Polaków[2]. Wskutek zamknięcia obiektów i ograniczeń wdrożonych przez pracodawców liczba ta latem / jesienią br. spadła o około 1 mln. W oczywisty sposób przełożyło się to na problemy dla branży, pogłębione jeszcze przez faktyczne zamknięcie klubów w październiku br.

Rynek klubów fitness jest rozdrobniony: do dużych graczy rynkowych (czyli posiadających co najmniej 4 kluby) należy 13% rynku. Dla porównania, we Francji duzi mają 35-proc. udział w rynku. W Polsce 16% korzysta w obiektów sieciowych, podczas gdy we Francji 42%. Te liczby są jeszcze wyższe w krajach skandynawskich. Co istotne, większość podmiotów na rynku (zarówno małych, jak i dużych) to firmy z polskim kapitałem. Polska branża fitness jest odporna na próby komasowania klubów przez międzynarodowe korporacje, co jest postępującym zjawiskiem w większości państw UE. Problemy, spowodowane przez kryzys roku 2020 i niepewność co do rozwoju sytuacji w roku przyszłym, są poważnym zagrożeniem dla utrzymania dominacji polskich firm w sektorze. A dodać należy do tego wprowadzanie cięć przez firmy odczuwające skutki kryzysu (m.in. na finansowanie zajęć sportowych dla pracowników) i oszczędności w budżetach domowych.

Żeby zrozumieć skalę zagrożenia, trzeba odwołać się do struktury kosztów w branży. 70% kosztów operacyjnych w klubach fitness stanowią koszty stałe: wynajmu powierzchni (w zależności od klubu, 30-50% kosztów operacyjnych), leasingu sprzętu i jego konserwacji (ok. 5%), umów z pracownikami (ok. 30%). Koszty te muszą być ponoszone niezależnie od tego, ile osób uczęszcza do klubów i czy w ogóle są one czynne. Wg przedstawicieli branży tegoroczne straty wywołane pandemią mogą wynieść (w zależności od scenariusza) 2,2-3 mld zł.

Od około 2 miesięcy znakomita większość klubów ponosi wyłącznie koszty, nie wiedząc, kiedy będzie mogła wznowić działalność choćby w ograniczonym zakresie. Właściciele klubów nie wiedzą również, czy i w jakim zakresie będą mogli liczyć na wsparcie publiczne.

Postulaty branży fitness i ocena ich racjonalności

Przedstawiciele branży, zrzeszeni w organizacjach pracodawców, formułują następujące postulaty, których pilna realizacja jest w ich ocenie warunkiem przetrwania sektora i zachowania jego polskiego charakteru:

  • Wprowadzenie regulacji, które zagwarantują solidarne podejście najemców i wynajmujących do kwestii wzajemnych rozliczeń. Jeszcze wiosną, w związku z pierwszą falą COVID-19, przedstawiciele branży fitness proponowali 8-proc. poziom wspólnych rozliczeń, liczony od przychodu jako od całkowitej opłaty ponoszonej przez najemców na rzecz wynajmujących. Ten próg miałby obowiązywać do chwili osiągnięcia poziomu 90% przychodów z 2019 r.
  • Uwzględnienie specyfiki zatrudnienia w branży, w której zatrudnienie na podstawie umów o pracę nie jest formą dominującą. Jak wspomniano, ma to związek ze specyfiką pracy trenerów i ich planami rozwoju zawodowego (nie chcą się wiązać na stałe z jednym podmiotem, budują swoją osobistą markę). Tymczasem wsparcie w ramach kolejnych odsłon tzw. tarczy antycovidowej pomija samozatrudnienie i kierowane jest w zasadzie do przedsiębiorstw zatrudniających pracowników na etacie i związane z wymogiem zachowania poziomu zatrudnienia. Dlatego podmioty z branży fitness mają bardzo ograniczone szanse na otrzymanie wsparcia.
  • Przygotowanie – w drodze dialogu pracodawców i decydentów – jasnych, klarownych reguł wprowadzania ograniczeń w funkcjonowaniu klubów i ich znoszenia, z jak najszybszym otwarciem klubów przy zachowaniu reżimu sanitarnego. Branża powołuje się na badania z Wielkiej Brytanii[3] i Norwegii[4] wskazujące, że kluby fitness odpowiadają za niewielki odsetek zakażeń. Z kolei na Wyspach od grudnia kluby zostały ponownie otwarte i zaliczone do tzw. niezbędnej infrastruktury ze względu na zdrowie mieszkańców[5].
  • Rekompensata pewnej części utraconych w okresie pandemii przychodów.
  • Zwiększenie współpracy instytucji państwowych z sektorem prywatnym w zakresie profilaktyki zdrowotnej i promocji aktywności fizycznej[6].

W ocenie ekspertów Instytutu Staszica powyższe postulaty powinny stać się przedmiotem jak najszybszego efektywnego dialogu z rządem. Oczywiście, należy je traktować jako punkt wyjścia, a wypracowane w drodze porozumienia rozwiązanie musi uwzględniać trzy elementy:

  • Zabezpieczenie polskiej branży fitness przed przejęciem przez międzynarodowe korporacje;
  • Możliwości budżetu państwa w zakresie rekompensat;
  • Specyfikę zatrudnienia w sektorze (przewaga form innych, niż umowa o pracę);
  • Rozwiązania, z których mogą korzystać inne sektory – tak, by branża fitness nie była ani dyskryminowana, ani traktowana preferencyjnie w zakresie wprowadzanych rozwiązań.

Wydaje się zasadne skorzystanie również z tak ważnego forum dyskusji, jakim jest Rada Dialogu Społecznego, do której decydenci odwołują się w ocenie IS zbyt rzadko.

Ponieważ każdy tydzień zwłoki to kolejne policzalne straty i pogłębienie trudnej sytuacji firm i osób związanych z branżą, Instytut Staszica rekomenduje jak najszybsze podjęcie konstruktywnych rozmów między przedstawicielami rządu a organizacjami branżowymi i reprezentantami największych polskich firm z omawianego sektora.

[1] Raport „Klub nieczynny do odwołania”, Federacja Pracodawców Fitness, kwiecień 2020; link do strony: http://www.federacjapracodawcowfitness.pl/#raport

[2] Raport „The European Health & Fitness Market 2020”, Deloitte i EuropeActive, 2020; link do strony: https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/press-releases/articles/fitness-rynek-czeka-reorganizacja.html

[3] UK ACTIVE, https://www.ukactive.com/news/fitness-and-leisure-sector-reports-covid-rate-of-0-34-per-100000-visits-since-reopening-in-england/

[4] A Randomised Trial of Covid-19 Transmission in Training Facilities, Uniwersytet Oslo; https://www.medrxiv.org/content/10.1101/2020.06.24.20138768v3

[5] COVID-19 Winter Plan, Wielka Brytania, strona rządowa: https://www.gov.uk/government/publications/covid-19-winter-plan

[6] Raport „Ocena korzyści społecznych i n w e s t y c j i   w   s p o r t   w   o d n i e s i e n i u  do ponoszonych kosztów”, Instytut Badań Strukturalnych dla MSiT, 2016, źródło: https://ibs.org.pl/news/jesli-co-drugi-nieaktywny-polak-zaczalby-cwiczyc/

Michał Lubina: „Nowy Jedwabny Szlak to wyjątkowo świetny chiński PR”

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: W oczach wielu komentatorów Chiny są uznawane już za mocarstwo. Czy według pana Chiny faktycznie zasługują na taki tytuł?

Dr hab. Michał Lubina: Na pewno Chiny są mocarstwem, do dyskusji jest jakiego przymiotnika użyjemy. Bez wątpienia są mocarstwem z ambicjami globalnymi i bez wątpienia są mocarstwem azjatyckim. Nie są jednak supermocarstwem, są wciąż wyraźnie słabsze niż USA, choć skracają dystans. Jednak dziś jeszcze nie ma układu bipolarnego, w którym Chiny stanowiłyby równorzędnego rywala do USA, mimo iż sytuacja międzynarodowa w tę stronę zmierza. Wciąż jednak jest inaczej niż w czasach zimnej wojny, gdyż wtedy były dwa równoległe, oddzielne od siebie światy. Dzisiaj jest odmiennie, chociażby z tego powodu, że Chiny jednocześnie są i nie są częścią systemu świata zachodniego. Są, ponieważ korzystają z globalizacji, wolnego rynku, a nie są, ponieważ ograniczają dostęp do swojego rynku podmiotom zewnętrznym. Widać to na przykładzie chociażby cyfrowym (wielki mur cyfrowy).

Jednocześnie są dla USA poważnym konkurentem, gdyż potencjał gospodarczy Chin jest znacznie większy niż wszystkich rywali USA w historii, i dlatego Stany, zorientowawszy się, trochę nie w porę, iż Chiny nie akceptują amerykańskiego prymatu i rozsadzają system od środka, zaczęły w ostatnich latach prowadzić politykę powstrzymywania Chin.

M.M.: Jaką politykę prowadzą Chiny wobec swoich sąsiadów?

M.L.: Historycznie Chiny mają problem ze zrozumieniem sąsiadów, ponieważ przed epoką kolonialną, będąc najsilniejszym państwem w Azji, nigdy nie traktowały sąsiadów równoprawnie. Uznawały ich albo za podporządkowanych, albo za obojętnych. Po części było to zrozumiałe, historyczna rola Chin w tej części świata była ogromna. Państwo Środka – ta nazwa mówi wszystko – wytworzyło taką kulturę i cywilizację, jaką było Cesarstwo Rzymskie dla Europy. Znaczna część kultur państw Azji Wschodniej jest pod znacznym wpływem chińskiej kultury. Chińczycy mają tego świadomość, chętnie to innym uzmysławiają, często przesadzając jednak z tym wpływem: był on znaczny, ale nie wszechogarniający.

Przechodząc do przeglądu sąsiadów, zacznijmy od jedynego formalnego sojusznika Chin, jakim jest Korea Północna. Chiny podpisały z nią traktat obronny w 1961 r. i po czasie pożałowały. Od ostatnich kilku dekad Chińczycy starają się nie wiązać traktatowymi zobowiązaniami, bo to odbiera państwu elastyczność działania i możliwość wyboru. A Koreańczycy dodatkowo są nieobliczalni i niesterowalni – w ogóle nie słuchają się Pekinu, rozwijają program nuklearny, dokonują prób jądrowych i rakietowych wbrew chińskim sugestiom. To też w wyraźny sposób podkopuje chiński autorytet nie tylko w Azji ale i w świecie. Z drugiej strony, Korea Północna jest buforem strzegącym dostępu do Chin i środkiem skupiającym uwagę Zachodu, co dla Pekinu jest w pewnym sensie korzystne. Za fasadą dobrych relacji kryją się jednak wzajemna nieufność i obawa. Jedyny formalny sojusznik nie jest więc przyjacielem Chin, raczej irytującym, nieobliczalnym, niekontrolowalnym wasalem. Paradoksalnie istotniejsze, przynajmniej gospodarczo, są relacje z Koreą Południową, która jest obecnie drugim, po Japonii, największym partnerem handlowym Chin w Azji. Dodatkowo Korea Południowa jest ważna ze względu na dostęp do nowoczesnych technologii. Z drugiej strony, na terytorium Korei Płd. znajdują się amerykańskie bazy i instalacje wojskowe, co bardzo irytuje Chińczyków. Korei Południowej, mimo jej silnych związków gospodarczych i kulturowych z Chinami, Pekin również nie zalicza do grona swoich sprzymierzeńców.

Sąsiadem, z którym Chiny mają najlepsze stosunki, jest Pakistan. Chiny traktują Pakistan jako strategicznego partnera w wymiarze gospodarczym, dodatkowo jest jednym z głównych odbiorców chińskiej zbrojeniówki. Jednak rdzeniem „strategicznego partnerstwa” Pekinu i Islamabadu jest w pewnym sensie „antyrelacja” z Indiami, z którymi oba te państwa mają złe relacje. Opierają się w pewnym sensie na starożytnej maksymie „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Dobre relacje z Pakistanem pomagają Chinom w wyjściu na Ocean Indyjski oraz w zabezpieczeniu wrażliwych granic południowych Xinjiangu.

Drugie państwo, z którym Chiny mają dobre relacje, to Laos. Jest to jednak mały, górski kraj, niemal w pełni uzależniony od Chin ekonomicznie (podobnie jest z trochę mniej zdominowanym Nepalem). Na trzecim miejscu pod względem dobrosąsiedzkich relacji jest Birma, dużo bardziej niezależna niż Laos. Relacje chińsko-birmańskie mają silne podstawy gospodarcze: duża wymiana handlowa, współpraca surowcowa (ropociąg, gazociąg), powstające chińska specjalna strefa ekonomiczna i projekty infrastrukturalne. Birma jest też znana w Chinach jako ważny eksporter kamieni szlachetnych. Jednak Birmańczycy obawiają się zdominowania przez Chiny, więc starają się równoważyć relacje poprzez wzmożone kontakty z Japonią czy Koreą, przy jednoczesnym utrzymywaniu dobrych relacji z Pekinem. Na razie im to wychodzi.

Kolejnymi ważnymi partnerami, głównie ze względu na projekty tranzytowe i surowcowe, są państwa Azji Centralnej. Tu najlepsze relacje Chiny mają z Kazachstanem, niezłe z Kirgistanem i Tadżykistanem (choć te dwa wyraźnie się Chin obawiają). Takie sobie mają za to Chiny relacje z nieufną wobec nich Mongolią.

Po drugiej stronie barykady są Japonia i Indie. Japonia to najważniejszy partner handlowy Chin w Azji, a jednocześnie ich główny azjatycki przeciwnik. Nad Jangcy pamięta się ogromne, i w większości nierozliczone, krzywdy wyrządzone Chinom w czasie drugiej wojny światowej. Nie ma dla Chińczyków innego państwa na świecie, do którego żywiono by większą urazę niż do Japonii, co tłumaczy silną chęć rewanżyzmu wobec Tokio, będącego jeszcze, co gorsza, najważniejszym sojusznikiem USA w regionie. Dlatego relacje z Japonią są najtrudniejsze spośród sąsiadów Chin.

Drugimi, najbardziej problematycznymi, są relacje z Indiami. Jednak Chiny nie czują aż takich resentymentów wobec Indii jak wobec Japonii. Wręcz trochę Indusów lekceważą, pozwalając sobie na wiele, m.in. prowadząc politykę faktów dokonanych w toczącym się od siedemdziesięciu lat sporze o granicę w Himalajach, co doprowadziło w czerwcu do najpoważniejszych od dekad incydentów zbrojnych. Z kolei Indie mają pewien kompleks Chin, bo chińska modernizacja przyćmiła indyjską; wzrost i potęga jest nieporównywalna. Indie traktują Chiny jako głównego rywala i największe niebezpieczeństwo regionalne. Nie mają jednak dobrego pomysłu na poradzenie sobie z Pekinem i dopóki nie wejdą w antychiński sojusz z USA, Australią i Japonią (jego zręby powstają, ale do sukcesu daleka droga), Chiny mogą spać spokojnie.

M.M.: Zostawiliśmy na koniec jednego z większych i potężniejszych sąsiadów Chin, czyli Rosję. Jak wyglądają te relacje?

M.L.: Stosunki niedźwiedzia ze smokiem ewoluowały. Ongiś były wyłącznie „antyrelacją” wobec Zachodu, sposobem na wzmacnianie swojej pozycji względem USA i Europy Zachodniej. Z czasem jednak, od 2008, a szczególnie od 2014 r., nabrały konkretów. Rosja stanowi ważną bazę surowcową dla Chin (ropa, gaz, węgiel, drewno i in.), zaś dalekowschodnie regiony Federacji są uzależnione od Chin gospodarczo. Po drugie, Rosja jest główną dostarczycielką broni do Chin. Po trzecie, Moskwa i Pekin wzajemnie wspierają się na arenie międzynarodowej (m.in. wspólnie wetują w RB ONZ, czy dają odpór demokratycznym naciskom). Po czwarte wreszcie, Chiny i Rosja są dla siebie „strategicznymi tyłami”, pozwalającymi na koncentrację na innych, ważniejszych odcinkach: Azja-Pacyfik dla Chin i „bliskiej zagranicy” dla Rosji. Jest to układ dość trwały, choć asymetryczny – Chiny więcej zyskują finansowo, ale nie można powiedzieć, że Rosja na tym traci. To, parafrazując ulubione hasło chińskiej dyplomacji: „asymetryczne win-win”.

M.M.: Przejdźmy do jednego z głównych, a przynajmniej najbardziej medialnego, projektu infrastrukturalnego na świecie, czyli projektu Jednego Pasa i Szlaku. Jak wygląda obecnie realizacja tego projektu?

M.L.: Nowy jedwabny szlak to kilka elementów: ambicje osobiste Xi Jinpinga, rywalizacja chińskich regionów i prywatnych spółek o dostęp do dofinansowania, rozwój infrastruktury, ekspansja kapitału chińskiego oraz fenomenalny PR. Dlaczego PR? Bo ogłaszając ten projekt w 2013 roku, Xi Jinping sprzedał odgrzewany kotlet: coś, co już istniało od ponad 20 lat, choć nie miało tak chwytliwej nazwy, czyli pomysł rozbudowy infrastruktury łączącej głównie kraje azjatyckie. Dobrym przykładem jest port Gwadar w Pakistanie, który powstał, zanim oficjalnie zaczęto mówić o nowym jedwabnym szlaku, jednak teraz port ten widnieje we wszystkich oficjalnych dokumentach jako efekt właśnie jedwabnego szlaku.

Poprzedni przywódca Chin, Hu Jintao ogłosił tak zwane wyjście na zewnątrz, czyli ekspansję chińskiego kapitału za granicą. W 2013 r. zmieniono więc nazwę na lepiej brzmiącą dla globalnego ucha, nawiązującą do jedwabnego szlaku, sugerując mityczne bogactwa ze Wschodu i podprogowo serwując przekaz: współpracujcie z nami, to się wam opłaci. W tym sensie jest to genialny, globalny marketing chińskich inwestycji. Dlatego tak daliśmy się złapać na tę wizję.

Jednocześnie pojawia się problem metodologiczny: skoro nawet Chile może być na Jedwabnym Szlaku, to trudno odróżnić, co jest jedwabnym szlakiem, a co po prostu polityką zagraniczną Chin.

W końcu wspieranie własnych firm, akwizycje, zmniejszenie barier handlowych, stworzenie nowych rynków zbytu, odpowiednie sformatowanie działalności w zależności od części świata, to wszystko elementy po prostu polityki zagranicznej Pekinu. Na przykład Europa jest ważna pod względem dostępu do (i przejmowania) technologii, w przypadku Afryki mamy eksploatację zasobów naturalnych.

M.M.: A czy sam projekt jest szansą czy zagrożeniem dla jego ewentualnych uczestników?

M.L.: To debata, która toczy się na świecie od co najmniej dwudziestu lat, a Chińczycy wpłynęli na nią „jedwabnym” PR-em, przez co początkowo wzmocnili myślenie w tej pierwszej kategorii: otwarcia na Chiny, które ma dać bogactwo. Ostatnio jednak, przynajmniej na Zachodzie, silniej do głosu dochodzi narracja o zagrożeniu (w globalnym Południu wciąż przeważa szansa, choć nie tak jednoznacznie). W rzeczywistości są i szanse i zagrożenia. Zależy w jakich sferach, zależne jest też to od kraju. Trzeba to oceniać chłodno, na konkretnych przykładach w poszczególnych państwach, co nie jest łatwe, bo obraz zaciemniają zarówno propaganda prochińska jak i antychińska.

Dr hab. Michał Lubina, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ. Zajmuje się relacjami rosyjsko-chińskimi i Birmą. Jest autorem ośmiu książek, w tym bestselleru naukowego – „Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014” (Kraków, 2014) oraz jego anglojęzycznej wersji „Russia and China. A Political Marriage of Convenience” (Oppladen-Berlin-Toronto 2017), a także sześciu książek o Birmie, w tym politycznej biografii Pokojowej Noblistki Aung San Suu Kyi („A Hybrid Politician”, Routledge: London-New York 2020). Miesiąc temu w Birmie wydano birmańskojęzyczne tłumaczenie jego pracy habilitacyjnej.

Wygrana Joe Bidena uspokoi nastroje w Europie, nowe otwarcie nie zmieni jednak natury sporów atlantyckich

Mariusz Marszałkowski: jakie są obecnie główne zagrożenia dla funkcjonowania Unii Europejskiej?

Dr Olaf Osica, analityk i ekspert polityki międzynarodowej: wskazałbym raczej na wyzwania, a nie zagrożenia. Po uporaniu się z kryzysem strefy euro, który groził rozpadem Unii nie widzę na horyzoncie wielkich zagrożeń. Jest za to szereg różnego rodzaju wyzwań, przed którymi stoi wspólnota. Pierwsze z nich to przywrócenie trwałego i wysokiego wzrostu gospodarczego w całej Unii, a zwłaszcza w strefie euro. Od kryzysu lat 2008-2009 strefa euro nadrabia poniesione wtedy straty, co przekłada się na m.in. wysokie bezrobocie wśród młodych osób. Kryzys pandemiczny jest kolejnym czynnikiem osłabiającym rozwój gospodarek. Przywrócenie wzrostu gospodarczego pozwoli na wzmocnienie mandatu politycznego rządów państw Unii i przełoży się na lepszą atmosferę współpracy. Unia Europejska będzie lepiej działać, gdy obywatele poczują, że żyje im się lepiej i, że po tej kryzysowej dekadzie, w takich krajach jak Włochy czy Hiszpania, gdzieś tam zapala się światełko w tunelu.

Drugie wyzwanie dotyczy roli Unii w świecie, tj. tego na ile Unia Europejska jest w stanie obronić swoją pozycję globalnego regulatora, organizacji, która wyznacza pewne standardy, normy w zakresie polityki handlowej, w zakresie ochrony środowiska, czy regulacji rynkowych. Podsumowując, oba wspomniane wyzwania sprowadzają się do realizacji dwóch polityk unijnych: Europejskiego Zielonego Ładu oraz transformacji cyfrowej.

Marszałkowski: czy UE jest w stanie rywalizować w kontekście zwiększającego się znaczenia Chin?

Osica: rywalizować – tak. Czy jest gotowa na tę rywalizację? Wydaje mi się, że powoli osiągamy taką gotowość. Osobną kwestią jest efektywność działania. Kiedy mówimy o sporach, czy rywalizacji chińsko-unijnej to pamiętajmy, że to Chiny są tym krajem, który rywalizuje. To Chiny narzucają tradycyjną agendę mocarstwową, w tym wypadku w obszarze handlu i gospodarki. Unia Europejska jest zupełnie innym tworem. Tutaj takie tradycyjne pojęcia strategii i mocarstwowości nie mają zastosowania. Siłą Unii Europejskiej jest to, że owa rywalizacja odbywa się na polu gospodarczym, a nie militarnym, gdzie Europa nie ma istotnych przewag. W sferze gospodarczej Europa ma natomiast silną pozycję związaną z regulowaniem dostępu do własnego rynku. I to zarówno na poziomie globalnym, przez działania na forum Światowej Organizacji Handlu, jak i na poziomie jednolitego rynku. Przykładem tego są plany wprowadzenia granicznego podatku węglowego, podatku cyfrowego, czy reguły dotyczące pochodzenia technologii stosowanej do budowy elementów cyfrowej infrastruktury krytycznej. Suwerenność regulacyjna predestynuje UE do tego, aby nie bać się starcia z Chinami. Na pewno nie jesteśmy na straconej pozycji. Słabością systemową Unii jest natomiast jej wewnętrzne zróżnicowanie. Unia jest konglomeratem instytucji i państw, które często mają inne priorytety, preferencje, albo po prostu interesy. Dobrym przykładem tego problemu jest kwestia 5G w Szwecji. Rząd szwedzki zdecydował się na „de facto” wyeliminowanie jednego z chińskich dostawców technologii. Tymczasem szef największej szwedzkiej firmy telekomunikacyjnej, która posiada tę technologię i powinna przyklasnąć decyzji rządu, zgłosił votum separatum. Jego zdaniem tego typu działania są nie tylko zbędne, ale też źle służą konkurencji rynkowej, która jest siłą napędową innowacji i doskonalenia produktów. Tłem tej reakcji były oczywiście interesy szwedzkiej firmy w Chinach.

Chiny inwestują, wykładają pieniądze i wchodzą w gospodarki poszczególnych państw członkowskich bez oglądania się na działania Komisji czy argumenty stolic. Problem ten dotyczy przede wszystkim gospodarek tzw. „starej Unii”. W naszym regionie interesy chińskie mają mniejszą skalę, bo i biznes do zrobienia jest mniejszy, a na dodatek płyną strumienie funduszy europejskich. I to grantów, a nie obwarowanych niekorzystnymi politycznie warunkami pożyczek, jak w przypadku Chin. To jest kapitał, który uzależnia, monopolizuje i tak naprawdę nie rozwija gospodarki, tylko wyciąga z niej korzyści, jednocześnie broniąc dostępu do swojego rynku. Rynek chiński jest antytezą jednolitego rynku UE. Jest zamknięty, uznaniowy, sterowany politycznie i ze słabą ochroną praw konsumentów i przedsiębiorców.

Marszałkowski: jak według pana zmieni się podejście nowej administracji prezydenta Bidena w stosunku do UE?

Osica: to jest zazwyczaj tak, że to pierwsze decyzje, a nie pierwsze słowa i zapowiedzi, przesądzą o kierunku nowej administracji. To, co będzie pozytywne to zmiana nie tylko języka, ale i definiowania partnerów. Unia Europejska nie będzie już wrogiem USA, jak miało to miejsce do tej pory. Będzie rywalem w wielu obszarach, będzie konkurentem, z którym będą prowadzone spory, ale jednak partnerem. Istota tej polityki pozostanie natomiast taka sama: ochrona, a kiedy potrzeba i obrona, interesów handlowych Stanów Zjednoczonych w kwestiach podatku cyfrowego, czy reguł działania Doliny Krzemowej, jej produktów i usług na rynku europejskim. Tutaj nie będzie jakiejś istotnej zmiany. Będzie inny klimat rozmów, bardziej profesjonalna polityka, wyraźniejsze definiowanie rzeczy, których się oczekuje. W tym sensie polityka stanie się bardziej przewidywalna.

Będą zapewne próby powrotu do świata opartego na ładzie liberalnym, choć wymaga on dzisiaj nowego zdefiniowania. Na pewno demokracja, wolność, rządy prawa, na pewno powrót do współpracy wielostronnej, porozumień klimatycznych i reformy organizacji międzynarodowych, ale raczej dystans wobec angażowania się w konflikty czy to bezpośrednio, czy we współpracy z Europą. Ale tu stawiam duży znak zapytania, bo tak naprawdę to są oczekiwania komentatorów, a jak wspomniałem o kierunku polityki przesądzą pierwsze kryzysy lub decyzje.

My w Europie popełniamy zawsze ten sam błąd witając nowe administracje amerykańskie. Zaczynamy od pytań, które ważne są dla nas, ale niekoniecznie dla drugiej strony. Prezydentura Joe Bidena będzie poświęcona przede wszystkim rozwiązywaniu kryzysów wewnętrznych. I to będzie miało swoje przełożenie na dyskusję w polityce międzynarodowej. „America is back” to liberalna wersja „America First”, a nie zapowiedź przewrotu kopernikańskiego. Tendencje izolacjonistyczne pozostaną bardzo silne, bo liczba i skala nagromadzonych problemów wewnętrznych będzie konsumować większą część uwagi i zasobów nowej administracji.

Marszałkowski: czy Polska jako państwo bierze odpowiedni, w stosunku do swojego potencjału, udział w tworzeniu nowych polityk wobec wyzwań przed którymi stanie UE w najbliższej przyszłości?

Osica: odpowiedź jest bardzo prosta i brzmi: nie. Polska ma duży potencjał, ale potencjał, a siła to są dwie różne rzeczy. Siła to jest umiejętność mobilizowania potencjału intelektualnego, instytucjonalnego, organizacyjnego do systemowej realizacji celów. Nie wychodzi nam to w polityce krajowej, więc tym bardziej trudno oczekiwać, że będzie nam wychodziło w polityce europejskiej, gdzie ustępujemy pola partnerom o mniejszym potencjale, ale większej sile. Powiedziałbym, że cała polska polityka zagraniczna jest w głębokim kryzysie intelektualnym i koncepcyjnym. Jeśli spojrzymy na projekty, dzięki którym Polska odcisnęła się w politycznej historii Unii, odkształciła jej kawałek, to na myśl przychodzi mi propozycja zmiany systemu liczenia głosów, czyli słynny „pierwiastek”. Projekt, który dotyczył kwestii ustrojowych, ale skończył się fiaskiem. Był to bardzo ambitny projekt, być może zbyt ambitny jak na tamte lata, bo to były początki naszego członkostwa. Ale był wart ryzyka, chociażby dla lekcji, której nam udzielono, i o której nasi partnerzy pamiętają, a my niestety już chyba nie. Potem mieliśmy Partnerstwo Wschodnie i Unię Energetyczną. Oba projekty można różnie oceniać, ale niemniej wpisały się do historii polityki europejskiej i w moim przekonaniu były bardzo potrzebne, bo pokazały nasz pozytywny wkład. Od tamtego czasu nie ma projektów, tylko są wielkie ambicje, idee, hasła. Kawiarniany gwar, a nie cisza politycznych gabinetów. Polska ustawiła się w roli wielkiego malkontenta: recenzujemy i pouczamy wszystkich, nie mając tak naprawdę niczego ciekawego do zaoferowania. Takich partnerów wszyscy raczej unikają.

Wyniki rynku ubezpieczeniowego po III kwartale 2020 r.

W ciągu trzech kwartałów 2020 r. Polacy otrzymali 29,5 mld zł odszkodowań i świadczeń ubezpieczeniowych. Tylko z ubezpieczeń komunikacyjnych wypłaty wyniosły ponad 10,7 mld zł.

Najważniejsze dane dotyczące rynku ubezpieczeń po III kw. 2020 r.

  • 29,5 mld zł dla poszkodowanych, w tym: o 12,8 mld zł z ubezpieczeń na życie o 10,7 mld zł z ubezpieczeń komunikacyjnych (OC+AC) o Około 6 mld zł z pozostałych ubezpieczeń
  • Prawie 85 mld zł aktywów ubezpieczyciele ulokowali w obligacjach i innych papierach wartościowych o stałej kwocie dochodu, wspierających gospodarkę i finanse publiczne
  • 16,3 mld zł aktywów było ulokowanych w akcjach spółek z GPW i innych papierach o zmiennej kwocie dochodu
  • Ponad 1,1 mld zł podatku dochodowego zapłacili ubezpieczyciele

– W ciągu trzech kwartałów 2020 r. Polacy wydali na ubezpieczenia 46,5 mld zł. To prawie tyle samo, co przed rokiem. Nie rezygnujemy z ochrony ubezpieczeniowej, a zakłady ubezpieczeń już na początku pandemii wprowadziły w życie rozwiązania skierowane do klientów dotkniętych finansowo skutkami pandemii – mówi Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń (PIU).

Ubezpieczyciele wspierają walkę z pandemią

W kwietniu 2020 r. PIU opracowała 14 rekomendacji dla klientów w trudnej sytuacji finansowej.

Obejmowały one:

  • posiadaczy pojazdów,
  • kredytobiorców oraz posiadaczy polis oszczędnościowych i inwestycyjnych,
  • ponad 4 tys. touroperatorów,
  • kilkanaście tysięcy podmiotów gospodarczych, biorących udział w likwidacji szkód,
  • lekarzy i ratowników medycznych.

W listopadzie 2020 r., 18 firm ubezpieczeniowych podjęło decyzję o sfinansowaniu dodatkowego call center dla Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Dzięki temu, przez pół roku 100 dodatkowych konsultantów będzie do dyspozycji osób poszukujących informacji związanych z pandemią i zakażeniem koronawirusem. W przedsięwzięciu wzięli udział: Allianz, Aviva, Axa, Compensa, Credit Agricole Ubezpieczenia, Ergo Hestia, Generali, Interrisk, MetLife, PKO Ubezpieczenia, Grupa PZU, Saltus, TUW TUW, Uniqa, Unum, Vienna Life, Warta i Wiener. – Naszą społeczną rolą jest niesienie pomocy w najtrudniejszych sytuacjach życiowych. Pandemia bez wątpienia jest taką sytuacją, stąd decyzja ubezpieczycieli o wsparciu Głównego Inspektoratu Sanitarnego – mówi Jan Grzegorz Prądzyński.

Pandemia nie zniwelowała wartości odszkodowań

W ciągu trzech kwartałów 2020 r. ubezpieczyciele wypłacili poszkodowanym prawie tyle samo odszkodowań i świadczeń, co rok wcześniej. – Wartość wypłat związanych z ubezpieczeniami komunikacyjnymi jest bardzo podobna do zeszłorocznej, mimo mniejszego ruchu pojazdów. Jeśli chodzi o szkody w rolnictwie – wypłat jest znacznie więcej, co jest efektem wiosennych przymrozków. Wzrosły też odszkodowania z tytułu gwarancji ubezpieczeniowych – mówi Andrzej Maciążek, wiceprezes zarządu PIU. – Pandemia nie oznacza, że nie dochodzi do szkód. Dlatego bardzo ważne jest utrzymywanie odpowiedniej ochrony ubezpieczeniowej – dodaje.

Silna pozycja kapitałowa ubezpieczycieli

Polscy ubezpieczyciele wypracowali po III kw. 2020 r. 5,2 mld zł zysku netto, czyli o 13 proc. mniej niż przed rokiem. Do budżetu państwa odprowadzili ponad 1,1 mld zł podatku dochodowego. Lokaty zgromadzone w krajowych obligacjach i innych bezpiecznych instrumentach sięgają 85 mld zł.

– Ubezpieczyciele pełnią w gospodarce szczególną funkcję, łagodząc cykle koniunkturalne i będąc długoterminowym inwestorem w krajowe papiery wartościowe. Mają bardzo silną pozycję kapitałową, która pozwala im prowadzić bezpieczną działalność pomimo wahań koniunktury – podsumowuje Jan Grzegorz Prądzyński.

Brexit odbija się na polsko-brytyjskiej współpracy gospodarczej

Nadal trwają negocjacje umowy regulującej unijno-brytyjskie stosunki gospodarcze. Choć Wielka Brytania korzysta ciągle jeszcze z jednolitego rynku europejskiego, to skutki decyzji o wyjściu z UE odbiły się już na niektórych obszarach polsko-brytyjskiej współpracy handlowo-inwestycyjnej. Niekorzystnie na działalność podmiotów gospodarczych wpływa bowiem długotrwała niepewność.

Od momentu referendum zmniejszyła się dynamika polskiego handlu towarami z Wielką Brytanią. W latach 2015-2019 jej udział w polskim eksporcie zmalał z 6,7 proc. do 6 proc. [1] (wykres 1). Tym samym, stała się ona trzecim, co do wielkości, rynkiem zbytu polskich towarów, ustępując miejsca Czechom. Udział w imporcie zmniejszył się zaś z 2,7 proc. do 2,3 proc., co oznaczało spadek z 8. na 11. miejsce. W badanym okresie wyraźnie zmalał eks-port samochodów, wyrobów czekoladowych, pralek, przewodów elektrycznych, telefonów komórkowych i kosmetyków. Spowolniła też sprzedaż telewizorów i monitorów, mebli do siedzenia oraz części do silników samochodowych. Spadki eksportu większości towarów pogłębiły się w okresie pandemii COVID-19.
Udział Wielkiej Brytanii we współpracy gospodarczej Polski w 2019

Blisko 20 proc. polskiego eksportu na Wyspy stanowiły w 2019 r. artykuły rolno-spożywcze. Duże znaczenie miały również maszyny i urządzenia (26,8 proc.), wyroby przemysłu motoryzacyjnego (12 proc.), chemicznego oraz meble i tworzywa sztuczne. Z kolei w imporcie dominowały maszyny i urządzenia (ponad 22 proc. dostaw do Polski), wyroby przemysłu chemicznego (18 proc.) oraz samochody i części motoryzacyjne (15 proc.).

W przeciwieństwie do towarów, eksport usług rozwijał się dynamicznie. W latach 2015-2019 zwiększył się on o ponad 70 proc., a udział Wielkiej Brytanii w polskim eksporcie usług wzrósł z 7 proc. do 7,8 proc. [2]. Ponad sześciokrotnie zwiększyła się też nadwyżka
w handlu usługami, osiągając w 2019 r. poziom blisko 1,7 mld EUR. Dynamicznie rosła wartość usług świadczonych przez profesjonalistów
(m.in. księgowych i podatkowych), usług informatycznych, finansowych i transportowych.

Ponad 1/3 eksportu usług do Wielkiej Brytanii stanowiły pozostałe usługi biznesowe (m.in. świadczone przez profesjonalistów, techniczne oraz badawczo-rozwojowe). Duże znaczenie miały też usługi informatyczne (23 proc.) oraz transportowe (blisko 18 proc.).

Od momentu referendum wyraźnie zmniejszyło się zaangażowanie brytyjskich inwestorów w Polsce. W latach 2015-2019 stan zobowiązań Polski z tytułu brytyjskich inwestycji bezpośrednich zmniejszył się o 1,6 mld EUR, do 7,3 mld EUR na koniec 2019 r. [3]. Decyzja o brexicie i związana z nią niepewność wpływały niekorzystnie nie tylko na brytyjskie inwestycje w Polsce, lecz także na klimat inwestycyjny w całej UE.

Czasu na osiągnięcie kompromisu jest coraz mniej, a z końcem roku przestanie obowiązywać okres przejściowy. To że unijno-brytyjska umowa o współpracy nie wejdzie w życie z początkiem 2021 r. jest niemal pewne. Istnieje jednak możliwość, że strony zgodzą się na „techniczne” przedłużenie okresu przejściowego celem wdrożenia wynegocjowanego w ostatniej chwili porozumienia.

Źródło/opracowanie: Polski Instytut Ekonomiczny

[1] http://swaid.stat.gov.pl/SitePagesDBW/ HandelZagraniczny.aspx [dostęp: 15.12.2020].
[2] https://www.nbp.pl/home.aspx?f=/statystyka/mhu.html [dostęp: 15.12.2020].
[3] https://www.nbp.pl/home.aspx?f=/publikacje/zib/ zib.html [dostęp: 15.12.2020].

Rząd szybciej podniesie podatki, niż zabierze ludziom 500+. Eksperci: Gospodarka potrzebuje tych pieniędzy

Ponad 41 mld złotych wynosi roczny koszt programu Rodzina 500+. Zdaniem ekspertów, teraz rząd nie zmieni tego rozwiązania, żeby przesunąć środki na walkę ze skutkami pandemii. To oznaczałoby zubożenie ludzi mających problemy z finansami. Bardziej realne jest podnoszenie podatków czy zwiększanie zadłużenia państwa. I jak dodają, Polacy sami nie zrezygnują z otrzymywania świadczenia, żeby ratować koniunkturę. Ale można rozpocząć dyskusję nt. ograniczenia liczby beneficjentów programu. Z kolei wstrzymanie go np. na rok spowodowałoby spadek konsumpcji. A obecnie w gospodarce brakuje popytu.

W przestrzeni publicznej wciąż pojawiają się pytania o to, czy rząd tymczasowo wstrzyma realizację programu Rodzina 500+. Mówi się również, że ewentualnie może ograniczyć liczbę jego beneficjentów. Zaoszczędzone w ten sposób środki można byłoby przesunąć na walkę z gospodarczymi skutkami pandemii.

– Sytuacja jest kryzysowa. W tym roku przyrost długu publicznego wyniesie między 200 a 300 mld zł. Natomiast roczny koszt programu Rodzina 500+, obejmującego ok. 6,5 miliona dzieci, to 41,2 mld zł, czyli ok. 2% PKB. Gdy dodamy do tego trzynastą emeryturę, wypłacaną dla prawie 10 mln Polaków, to łącznie mamy ok. 3% PKB. A dla rządu to są 2 flagowe projekty, dzięki którym zdobył spore poparcie. Teraz ich nie zmieni, bardziej już poszuka środków poprzez podniesienie podatków – komentuje prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów.

W żadnym programie politycznym nie ma mowy nawet o ograniczaniu 500+, co podkreśla prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów. I zaznacza, że program ten stanowi pewnego rodzaju umowę społeczną. Oczywiście ktoś może powołać się na klauzulę rebus sic stantibus. Oznacza ona, że umowa była, ale trzeba ją zmodyfikować, bo są absolutnie inne okoliczności. Jednak zdaniem eksperta, w takiej sytuacji należałoby jednoznacznie określić, co to znaczy walka ze skutkami pandemii. Dopóki nie będzie szczegółowej propozycji, to alternatywa jest bezprzedmiotowa.

– To fantastyka ekonomiczna, żeby doszło do zamrożenia 500+. Jeśli będzie trzeba, to rząd zwiększy zadłużenie, bo dziś tak robi cały świat. Natomiast od zawsze uważałem, że zamiast na ten program, środki powinny być sensownie przeznaczone na ochronę zdrowia. Przez te kilka lat byłoby to ok. 200 mld zł. Teraz wstrzymywanie czy odbieranie świadczenia oznaczałoby zubożenie ludzi, którzy i tak w wielu przypadkach mają duże problemy – mówi Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych.

Jak zaznacza prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, ewentualne zamrożenie programu 500+ to fatalny pomysł. Wiele rodzin z dziećmi bowiem w bardzo dużym stopniu i z intensywnością doświadcza groźnych materialnych i pozamaterialnych następstw pandemii. Według eksperta, zabranie czy wstrzymanie świadczenia byłoby dla nich bardzo krzywdzące i zwiększające ryzyko rozmaitych negatywnych skutków społecznych. Także odbiór społeczny byłby prawdopodobnie wysoce negatywny.

– Od początku nie zgadzałem się na to, żeby każda rodzina otrzymywała świadczenie. Najbogatsi powinni być wyłączeni z programu. Natomiast Polacy z zasady są roszczeniowi. Gdyby więc doszło do referendum w tej kwestii, to z pewnością większość uczestników powiedziałaby, że chce otrzymywać 500+. Nawet jeżeli środki te nie są niezbędne do ich funkcjonowania. Wciąż pokutuje przekonanie, że jak coś dają, to trzeba brać – podkreśla ekonomista Marek Zuber.

Piotr Kuczyński również nie wierzy w to, że Polacy zgodzą się zrezygnować z tego świadczenia. Musieliby otrzymać alternatywne rozwiązanie. Ponadto widzą, że rząd skutecznie pozyskuje setki miliardów złotych m.in. z PFR, Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 czy z BGK.

– Oczywiście szlachetność bardzo bogatych wyrażałaby się w tym, gdyby uznali, że chcą się zrzec świadczenia. Przyjmowanie zasiłku 500+ nie jest przymusowe. Dla zasobnych rodzin ta pomoc z pewnością nie ma tak wielkiego znaczenia jak dla uboższych. Jednak prawdopodobne jest to, że takich przypadków rezygnacji ze świadczenia nie byłoby zbyt wiele. Tym samymi nie miałoby to istotnego znaczenia dla wielkości środków służących przeciwdziałaniu następstwom pandemii – stwierdza prof. Mączyńska.

500 zł miesięcznie na dziecko to kwota nieistotna dla maksymalnie 12% beneficjentów programu. Tak wynika z różnych szacunków, o czym informuje prof. Modzelewski. Zdaniem byłego wiceministra finansów, to dobry moment na rozpoczęcie dyskusji na temat pewnych modyfikacji. To znaczy, czy w  grupie osób z najwyższymi dochodami należy utrzymywać to rozwiązanie. Nie ma wątpliwości, że świadczenie spowodowało wyjście rodzin wielodzietnych ze skrajnego ubóstwa.

– W lutym 2015 roku UE ostro wytknęła nam w ocenie semestralnej zaniedbania problemów społecznych, stanowczo rekomendując pilne działania na rzecz zmniejszania ubóstwa. Wówczas statystyki Eurostatu wykazywały, że w naszym kraje aż 30% dzieci i 25% rodzin było zagrożonych ubóstwem. Program 500+ przynajmniej w pewnym stopniu umożliwił poprawę sytuacji. Niestety, pandemia prowadzi do narastania nierówności dochodowo-majątkowych i ubóstwa. Wiemy, że np. niektóre dzieci zniknęły z systemu szkolonego, bo nie mają sprzętu komputerowego czy Internetu i w związku z tym pozbawione zostały edukacji zdalnej – dodaje prezes PTE.

Jak zaznacza Marek Zuber, rządowy program był jednym z czynników wzrostu konsumpcji w Polsce. Jednak nie był głównym powodem, ponieważ najważniejsza okazała się poprawa sytuacji w gospodarce na skutek wzrostu eksportu. I tak było we wszystkich krajach Europy Środkowo-Wschodniej, nie tylko u nas. Ale jeśli świadczenie nie będzie wypłacane, to z pewnością zmniejszy się konsumpcja. Dziś ograniczanie tych środków nie byłoby do końca sensowne. Teraz częściej mówi się o zwiększaniu nakładów na gospodarkę, żeby ją ratować.

– Jeśli mamy podejmować działanie antyrecesyjne, to powinniśmy zwiększyć wydatki konsumpcyjne. Pieniądze z 500+ są w większości wydatkowane bezpośrednio. Jeżeli program byłby wstrzymany np. na rok, to z poziomu konsumpcji zniknęłoby ok. 40 mld zł. A takiego negatywnego impulsu antypopytowego to chyba sobie nikt nie wyobraża. Dziś w gospodarce brakuje popytu konsumpcyjnego. Im większy on będzie, tym szybciej wyjdziemy z tego kryzysu – przekonuje prof. Modzelewski.

Natomiast według prof. Gomułki dodaje, że w ciągu 2-3 lat nie grozi nam kryzys finansów publicznych na dużą skalę. Ale istnieje ryzyko znacznego pogorszenia się sytuacji, jeżeli nie dokona się reformy wydatków socjalnych. Rząd prognozuje na najbliższe lata wzrost nakładów na zdrowie o ok. 2% PKB. Później będą spore wydatki na przebudowę całego systemu energetycznego itd. Dlatego w ciągu 5-10 lat konieczne będzie zmniejszenie tych transferów socjalnych.

Pracownicy ze Wschodu zostają w Polsce na święta

Święta Bożego Narodzenia dla większości ludzi mieszkających w Polsce to czas wielu emocji – od radości po refleksję. To również czas ferworu świątecznych zakupów i wspólnych spotkań. W Polsce żyje obecnie około 1,5 mln migrantów zarobkowych. Badanie socjologiczne, przeprowadzone przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, pokazało, że zdecydowana większość z nich pozostaje na zimowe święta w Polsce. W jaki sposób oraz z jakimi emocjami cudzoziemcy zatrudnieni w Polsce spędzą czas, kiedy my tradycyjnie zasiądziemy do świątecznych stołów?

Kiedy migranci zarobkowi w Polsce będą obchodzić święta?

Jak wynika z badania przeprowadzonego w grudniu wśród 1350 migrantów zatrudnionych w Polsce, znaczna większość z nich (84,5%) w tym roku pozostanie w czasie świąt w Polsce. Mowa tu zarówno o tych grudniowych, jak i o tych obchodzonych zgodnie z obrządkiem wschodnim w styczniu). Tylko niecałe 9% respondentów wyjedzie w tym czasie w rodzinne strony.

Niemal 2/3 pracowników zza wschodniej granicy deklaruje, że obchodzi święta Bożego Narodzenia zarówno w grudniu, jak i w styczniu. Święta zimowe wyłącznie w styczniu obchodzi co piąty badany, a tylko w grudniu – co dwudziesty. Jedynie 12,6% oświadcza, że nie celebruje świąt Bożego Narodzenia.Badanie_EWL_2_

Powody do pozostania w Polsce

Dla obcokrajowców to może być trudny czas, zwłaszcza że dla 2/3 badanych będą to pierwsze takie święta spędzone w naszym kraju, z dala od rodziny. Jak wynika z badania, głównymi przyczynami przemawiającymi do pozostania w Polsce są względy finansowe. Niemal 48% skorzysta z możliwości pracy w tym czasie i odpowiednio wyższego zarobku, jednak co siódmy przyznaje, że w Polsce zatrzymują go ograniczenia związane z pandemią koronawirusa (16,5%) lub obawa o konieczność ponownego poddania się kwarantannie (13,8%), a także lęk o zdrowie i życie swoich najbliższych (8,3%).

Pieniądze mogą być bardzo silnym motywatorem do pozostania w naszym kraju na święta, jednak, jak przyznaje co dziesiąty badany, nie ma on powodów by wracać w tym czasie w rodzinne strony. Badnie_EWL_3_

Jak obcokrajowcy spędzą okres świąt Bożego Narodzenia w Polsce?

W czasie kiedy większość Polaków zasiądzie do kolacji wigilijnej, 1/3 pracowników ze wschodu będzie łączyło się ze swoją rodziną głównie poprzez telefon lub komunikatory (30,5%), wykorzysta ten czas na odpoczynek (30,1%) albo, jeżeli będą ku temu możliwości, będzie pracować (25,9%).

Pozostali ankietowani, którzy deklarują, że celebrują święta Bożego Narodzenia, będą oglądać filmy (22,2%) lub spotkają się z kolegami z pracy – zarówno z rodakami, jak i z migrantami z państw trzecich (18,6%), a 7,4% spędzi je w towarzystwie znajomych Polaków. Popularnym sposobem spędzenia czasu będzie pójście na spacer (18,1%), ale też tyle samo osób zasiądzie przy świątecznym stole. Co dziesiąty wykorzysta ten czas by podróżować po Polsce (9,7%), a jedynie 7,4% pójdzie do kościoła. Co ważne, co piąty badany nie ma jeszcze konkretnych planów, jak spędzi ten czas, a około 6% wszystkich respondentów wie, że spędzi ten czas w samotności. Badanie_EWL_1_

Radosny, ale także smutny okres świąteczny

Okres świąt grudniowych dla pracowników ze wschodu to czas mieszanych emocji. Mimo, że święta te będą dla nich zdecydowanie inne, niż te spędzane w ojczyźnie, dominującym uczuciem dla ponad połowy jest radość (55,6%) i ekscytacja (10,8%). Jednak dla wielu to także czas smutku (10,6%), tęsknoty (16,3%) oraz obaw (8,3%). Przeszło co czwarty (27,6%) podchodzi do tego czasu bardzo pragmatycznie skupiając się na celu przyjazdu i nie przejawia żadnych emocji.

Wydatki świąteczne migrantów zarobkowych

Celebrowanie świąt przez osoby zza wschodniej granicy mocno różnią się także pod względem finansowym. Święta będą raczej skromne, gdyż niemal co piąty nie wyda na przygotowania więcej niż 100 złotych. Nieco więcej, bo 19,8% deklaruje, że wyda w tym celu do 200 złotych, a 21,7% nie planuje żadnych wydatków związanych ze świętami. Niemal 2/5 (39%) nie oczekuje żadnego podarunku, a prezent świąteczny spodziewa się otrzymać 29,3% badanych.

Życzenia zdrowia, spełnienia marzeń i dostatku

To co z pewnością łączy wszystkich w tym czasie to życzenia. W ciągu ostatniego roku szczególnie zyskały na znaczeniu życzenia zdrowia, gdyż tego właśnie życzy sobie 77,1% pracowników zagranicznych. Na drugim miejscu uplasowało się spełnienie marzeń (37%), a tuż za nim – dostatek, pokój w swoim ojczystym kraju (około 36%) oraz szczęście (33,1%). Z kolei 28% badanych życzyłoby sobie być bliżej swoich bliskich.

Być jak najbliżej pracowników z zagranicy

„Celem tego badania jest zrozumienie potrzeb pracowników zagranicznych, którzy powierzyli nam swoje zatrudnienie w Polsce oraz przez wiele lat wspierają rozwój polskiej gospodarki. Jest to szczególnie istotne, zwłaszcza w tak trudnym okresie, jakim jest pandemia koronawirusa, kiedy większość z nich będzie obchodzić święta Bożego Narodzenia z dala od domu. Ograniczenia związane z epidemią są kłopotliwe dla Polaków, lecz dla pracujących u nas cudzoziemców są uciążliwe podwójnie, ponieważ są oni daleko do swoich rodzin. Zwracamy się do wszystkich pracodawców zatrudniających pracowników zagranicznych – pamiętajcie o tych, dla których te święta upłyną pod znakiem rozłąki z bliskimi” – podkreśla Andrzej Korkus, prezes EWL S.A.

Badanie zostało przeprowadzone przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego w dniach 10-14 grudnia 2020 roku. Metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) przebadanych zostało 1350 zatrudnionych w Polsce cudzoziemców, głównie z Ukrainy, ale także z Białorusi, Mołdawii, Gruzji oraz Rosji.

Deloitte: Inwestycje w odnawialne źródła energii oraz ponowne wykorzystanie odpadów będą kluczowe dla firm w ich strategiach energetycznych

Deklarowany przez wiele światowych przedsiębiorstw operujących w sektorze energetyczno-wydobywczym (E&R, ang. energy and resources) długoterminowy cel osiągnięcia węglowej neutralności jest jasny. Krokiem w tym kierunku jest też przyjęty podczas zakończonego niedawno posiedzenia Rady UE cel redukcji do 2030 r. emisji do poziomu 55 proc. wartości z 1990 r. Jednak bardziej wymagająca może się dla sektora okazać najbliższa przyszłość. Nie wszystkie firmy zdają sobie bowiem sprawę z konsekwencji, które w ciągu najbliższych lat dążenie do tych celów będzie na nie wywierać – wynika z raportu „The 2030 decarbonization challenge. The path to the future of energy” firmy doradczej Deloitte. Dotyczy to zwłaszcza ich wyceny rynkowej, bieżącej działalności, kwestii pracowniczych i rynków, na których operują.

Już od kilku lat proporcje światowego miksu energetycznego zmieniają się z korzyścią dla odnawialnych źródeł energii, a wiele państwowych i prywatnych instytucji podejmuje starania zmierzające do dekarbonizacji gospodarki. Wraz z przyspieszaniem towarzyszącej temu transformacji energetycznej i wprowadzaniem tzw. Europejskiego Zielonego Ładu, powstają całkiem nowe ekosystemy i pojawiają się nowe technologie.

Zachodzące na naszych oczach zmiany przyczyniają się do dynamicznego rozwoju odnawialnych źródeł energii, a także transformacji działalności opartej na węglu. Jednocześnie, wiele z tych powszechnie podejmowanych działań zmierzających do dekarbonizacji i neutralności klimatycznej, w tym wykorzystanie energii odnawialnej na tak szeroką skalę i intensyfikacja środków w zakresie efektywności energetycznej w całym łańcuchu wartości, stawiają przed przedsiębiorstwami nieznane dotychczas, wyjątkowe wyzwania i szanse transformacji biznesu – mówi Irena Pichola Partner, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Jednym z takich wyzwań jest przegłosowany niedawno na posiedzeniu Rady Unii Europejskiej unijny cel w zakresie bezpieczeństwa klimatycznego. Zgodnie z przyjętymi wytycznymi państwa członkowskie zakładają osiągnięcie do 2030 r. redukcji emisji gazów cieplarnianych do poziomu 55 proc. wartości z roku 1990. Jest to przejaw intensyfikacji działań w ramach unijnej polityki klimatyczno-energetycznej, zmierzających do osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r., zgodnie z porozumieniem paryskim.

4 siły napędowe dekarbonizacji

Zdaniem ekspertów Deloitte, w procesie dekarbonizacji należy zwrócić uwagę na cztery kwestie, które napędzają jego postępy.

Po pierwsze, są to rosnące oczekiwania części klientów, pracowników i społeczeństwa, względem rządów i świata biznesu. Znalazło to wyraz w rekordowej liczbie protestów organizowanych przez środowiska dostrzegające pogłębiające się zmiany klimatyczne i wskazujące konieczność większej redukcji różnego rodzaju zanieczyszczeń. Wprowadzane wszędzie na świecie ograniczenia wywołane walką z pandemią dodatkowo pokazały, jak wielkie szkody środowiskowe zostały poczynione. Przedsiębiorstwa nie mogły nie zauważyć zmiany nastawienia konsumentów, coraz powszechniejszego aktywizmu społecznego czy zbawiennych dla środowiska efektów ograniczonej mobilności i wyhamowanego przemysłu.

Po drugie, zmieniającą się sytuację zaczyna dostrzegać część inwestorów, co skutkuje uwzględnianiem zagadnień dotyczących zrównoważonego rozwoju w strategiach biznesowych. Niektóre wielkie fundusze, ale też mniejsze instytucje wychodzą z założenia, że choć nadal perspektywa zysku jest ich główną siłą napędową, zmiana nastawienia w zakresie dekarbonizacji może mieć poważne długofalowe konsekwencje.

Po trzecie, rządzący muszą brać pod uwagę potrzeby tradycyjnego sektora energetycznego, ale też nie mogą pozostać obojętni na oczekiwania zarówno ze strony pracowników jak i konsumentów. Społeczne naciski na podjęcie skutecznych działań ograniczających zakres zmian klimatycznych są coraz powszechniejsze i mogą mieć wpływ na przekonanie o słuszności wyznaczania wyśrubowanych celów redukcji emisji i wprowadzania zielonego prawodawstwa.

I wreszcie, po czwarte, rozwój technologiczny, a przede wszystkim znaczące spadki kosztów wprowadzania najnowszych rozwiązań, ułatwiają przyjmowanie efektywnych strategii dekarbonizacyjnych.

– W miarę jak te czynniki przybierają na sile, wiele wiodących globalnie firm energetycznych i wydobywczych ogłasza przyjęcie strategii zmierzających do ograniczenia emisji CO2, wykorzystując energię odnawialną i podejmując kwestie zagrożeń klimatycznych. Część z nich robi to w odpowiedzi na wytyczne legislacyjne, część jednak dostrzega zmiany energetyczne jako okazję do wprowadzenia długoterminowych scenariuszy rozwoju planowanego na następne 10-30 lat mówi Kamil Janczyk, Wicedyrektor w dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte.

Odnawialne źródła zmiany

Choć przechodzenie w stronę gospodarki niskoemisyjnej nabiera tempa, w poszczególnych sektorach w ramach przemysłu energetyczno-wydobywczego (chemiczny, ropa i gaz, górnictwo, energetyka, media i OZE) jest jeszcze wiele do zrobienia. – Dekarbonizacja oznacza mierzenie się z wielkimi zmianami. Weryfikacji wymaga sposób pozyskiwania, wykorzystywania, konsumpcji i ogólnie myślenia o energii i surowcach, a także budowania relacji z wieloma interesariuszami. Konieczne jest też poważne zaangażowanie finansowe ze strony inwestorów i rządów. Transformacja energetyczna w Polsce będzie wymagała dziesiątków miliardów złotych nakładów inwestycyjnych rocznie w tej dekadzie. To jest wyzwanie, ale też wielka okazja dla instytucji finansujących i inwestorów instytucjonalnych – mówi Michał Lubieniecki, Partner w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Najszybciej do zachodzących zmian dostosowuje się sektor energetyczny. Produkcja energii elektrycznej jest odpowiedzialna za największą emisję gazów cieplarnianych, stanowiąc 31 proc. wszystkich emisji, co spowodowało, że ten sektor znacznie wcześniej niż inne doświadczał presji na wprowadzanie zmian. W efekcie firmy transformację dekarbonizacyjną prowadzą już od dekady.

Choć elektrownie opalane węglem w niektórych rejonach świata nadal stanowią najpowszechniejsze źródło pozyskiwania energii elektrycznej, coraz częściej jednak jej producenci poszerzają swoją ofertę w zakresie OZE, zmieniają przeznaczenie, likwidują lub zwiększają wydajność elektrowni cieplnych.

Tempo wprowadzania zmian w sektorze w znacznej mierze wynika z rachunku ekonomicznego. Energia wiatrowa i słoneczna należą już do najtańszych dostępnych zasobów odnawialnych, a koszty magazynowania energii w bateriach gwałtownie spadają. Postęp technologiczny poprawił również efektywność energetyczną w zakresie wytwarzania, przesyłu i dystrybucji. Przyczynia się także do częstszego wykorzystania modeli rozproszonych, takich jak mikrosieci, społeczna energia słoneczna i handel energią w modelu peer-to-peer.

Współpraca międzysektorowa

Mierząc się z wewnętrznymi lub branżowymi wyzwaniami dotyczącymi dekarbonizacji, firmy muszą brać pod uwagę możliwości, które daje pionowa integracja i konsolidacja międzysektorowa. Ten proces może zaczynać się od dwustronnych relacji, by z czasem przerodzić się w pogłębione partnerstwo czy nawet fuzje. Na takiej zasadzie przedsiębiorstwo wydobywcze może współpracować z wytwórcą cementu, a rafineria może stać się właścicielem wytwórcy baterii lub stworzyć spółkę z producentem pojazdów elektrycznych.

W stronę nowej gospodarki obiegu zamkniętego

Presja na przedsiębiorstwa emitujące zanieczyszczenia narasta ze wszystkich stron. Problemy sektora E&R stają się coraz bardziej palące, ale jednocześnie wraz z rozwojem technologii łatwiej jest sobie z nimi radzić. Wiele rządów i prawodawców zaczyna dostrzegać, że powstanie niskoemisyjnej gospodarki obiegu zamkniętego nie jest już tak nieosiągalne jak kiedyś i że popieranie tego typu rozwiązań może się opłacać.

Mogło się wydawać, że kryzys wywołany pandemią spowolni postępy w zakresie dekarbonizacji, ale widzimy zwiększone wysiłki rządów, instytucji finansowych, inwestorów, społeczeństw i przedsiębiorstw w zakresie współtworzenia niskoemisyjnej gospodarki. Większe wymagania dotyczące ograniczenia emisji w ciągu zaledwie 10 lat jeszcze mocniej zmotywują organizacje w Polsce do prowadzenia „klimatyczno-energetycznych” analiz scenariuszowych i definiowania strategii dojścia do neutralności klimatycznej najpóźniej w roku 2050. Nowe cele będą miały zapewne wpływ na zwiększenie zapotrzebowania na kapitał rozwojowy, jak również zwiększenie znaczenia ryzyk regulacyjnych, reputacyjnych, finansowych i operacyjnych, w tym w łańcuchu dostaw – podsumowuje Tomasz Gasiński, Dyrektor w zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Wiele firm, zamiast martwić się, jak pozbyć się CO2 i innych emisji i odpadów, do 2030 roku może już we wszystkich swoich produktach, produktach ubocznych, emisjach i odpadach, dostrzegać zasoby potencjalnie generujące wartość biznesową. Emisje, przez lata wymagające kosztownych zabiegów utylizacyjnych, mogą stać się produktami poszukiwanymi przez nabywców, prowadząc do powstania nowej, czystszej gospodarki obiegu zamkniętego.

Odwiedzalność obiektów handlowych w drugim tygodniu grudnia niższa o około 30 proc.

  • W drugim tygodniu grudnia (7-13.12) odwiedzalność galerii handlowych była niższa o ok. 30 proc. od tej odnotowanej w analogicznym tygodniu w 2019 r.
  • Zebrane dane wskazują, że klienci odpowiedzialnie podeszli do planowania zakupów i tzw. footfall w poszczególne dni rozłożył się równomiernie na poziomie ok. 70 proc. Najbardziej popularnym dniem okazał się piątek, kiedy odwiedzalność była niższa o 23 proc. w porównaniu do analogicznego dnia roku poprzedniego.
  • Klienci chętnie skorzystali także z możliwości zakupów w dodatkowym dniu weekendu – w niedzielę handlową odwiedzalność wyniosła 63 proc.

Dane zebrane przez Polską Radę Centrów Handlowych pokazują, że średni tygodniowy footfall w drugim tygodniu grudnia jest o 29 proc. niższy w odniesieniu do tego samego okresu ubiegłego roku. Dla porównania w pierwszym tygodniu handlu po otwarciu galerii 28 listopada br. średni tygodniowy footfall wyniósł 76 proc. (tydzień: 30.11-6.12) w porównaniu do odwiedzalności w tym samym okresie w 2019 roku.

Centra handlowe funkcjonują w najwyższym reżimie sanitarnym, a ich personel od momentu wejścia do obiektu przypomina klientom o zasadach DDM – Dystans, Dezynfekcja, Maseczka.  Bezpieczeństwo podczas zakupów w dużym stopniu zależy od zachowania kupujących, dlatego Polska Rada Centrów Handlowych aktywnie prowadzi kampanię Bezpieczeństwo – Kupuję To! #KupujęBezpiecznie pod honorowym patronatem Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii i przypomina konsumentom o zasadach bezpiecznych zakupów. Również pracownicy centrów handlowych stale zwracają uwagę kupującym, by stosowali się do wytycznych i zasad sanitarnych, reagowali na polecenia i korzystali ze wskazówek dotyczących zachowywania dystansu, dezynfekcji i noszenia maseczek. Galerie i sklepy na bieżąco monitorują liczbę odwiedzających, by dostosować liczbę klientów do obowiązujących obostrzeń.

Jak zbudować firmę odporną na kryzysy – rozmowa z Mariuszem Grajdą

Rozmowa z Mariuszem Grajdą, partnerem zarządzającym w firmie doradczej MGW CCG, specjalistą w zakresie restrukturyzacji przedsiębiorstw.

Od lat zawodowo zajmuje się Pan pomocą przedsiębiorstwom znajdującym się w trudnej sytuacji finansowej. Zacznijmy od bardzo prostego pytania. Dlaczego przedsiębiorstwa upadają?

Istnieje co najmniej kilka typowych powodów. Może to być trudna sytuacja rynkowa, problemy z finansowaniem, czy nietrafione decyzje biznesowe, szczególnie te podjęte bez odpowiedniego zbadania rynku. Mogą też wystąpić przyczyny losowe, takie jak klęski żywiołowe, zdarzenia kryminalne, czy pandemia covid. Są to przyczyny pośrednie i z reguły prowadzą one do przyczyny bezpośredniej, czyli utraty płynności finansowej.

Na problem warto też spojrzeć jako na efekt podjętych przez przedsiębiorstwo wyborów strategicznych. Wtedy dojdziemy do wniosku, że najczęściej upadają przedsiębiorstwa, które nie posiadają trwałej przewagi konkurencyjnej. Aby przedsiębiorstwo mogło odnieść sukces na dzisiejszym wysokorozwiniętym rynku, klient musi mieć jakiś szczególny powód aby wybrać jego produkt. Musi on być tańszy od produktów konkurencyjnych, charakteryzować się wyższą jakością albo być łatwiej dostępny. W dodatku ta przewaga staje się trwała dopiero wtedy gdy jest trudna do skopiowania przez konkurentów. Konsekwencją przewagi konkurencyjnej jest większa lojalność klientów i bardziej stabilny strumień przychodów, dzięki temu przedsiębiorstwo jest bardziej odporne na wszystkie negatywne zdarzenia, o których mówiłem przed chwilą.

Często obserwuję, że powodem złej sytuacji przedsiębiorstw jest cała seria błędnych decyzji biznesowych wynikających z braku odpowiedniego przygotowania menedżerów do pełnionych przez nich funkcji. Nie tylko nie potrafią oni odpowiedzieć na potrzeby rynku ale również nie są w stanie stworzyć systemu pozyskiwania informacji będącego narzędziem dla podejmowania skutecznych decyzji biznesowych. Niestety, decyzje podejmowane „na wyczucie” rzadko bywają trafne.

Łatwo mówić o przewadze konkurencyjnej, ale znacznie trudniej ją osiągnąć, szczególnie gdy się jest małym lub średnim przedsiębiorstwem. Takim firmom ciężko o unikalne źródła zaopatrzenia czy technologie, których nikt nie jest w stanie skopiować. Jak więc zaprojektować strukturę niewielkiej firmy tak aby była odporna na kryzysy?

Rzeczywiście, akurat te źródła przewag konkurencyjnych są dostępne głównie dla przedsiębiorstw posiadających większe zasoby kapitałowe. Ale to wcale nie oznacza, że małe i średnie przedsiębiorstwa są bez szans. W ich przypadku radziłbym próbować oprzeć przewagę konkurencyjną na wiedzy. Skopiowanie strategii opartych na wiedzy nie jest tak łatwe, jak na przykład poszukanie tańszego dostawcy, wymaga często odpowiedniego wykształcenia czy wieloletniego doświadczenia na rynkach.

Współczesna teoria zarządzania wypracowała wiele metod, które pozwalają na zbudowanie elastycznej i odpornej organizacji. Szczególną uwagę proponowałbym zwrócić na struktury i metody działania startupów internetowych, które okazały się niebywale odporne w czasie obecnego kryzysu. Często działają one według zbioru reguł określanych jako szczupłe zarządzanie (lean management). Koncepcja polega na określeniu wartości dla klienta i koncentracji na jej tworzeniu przy pomocy wszystkich procesów biznesowych w przedsiębiorstwie. Wartością dla klienta, mogą być takie cechy jak cena, funkcjonalność, jakość, wygląd czy dostępność. Mając to na względzie, na każdym etapie tworzenia produktu należy dokonywać jego starannej walidacji, a najlepiej gdy przed podjęciem decyzji o uruchomieniu projektu jesteśmy w stanie wykazać jego rentowność w małej skali.

Sugerowałbym też aby projektując nową organizację (lub restrukturyzując istniejącą) odpowiedzieć sobie na kilka kluczowych pytań. Czy mamy wystarczające doświadczenie aby konkurować na rynku, czy mamy wystarczający kapitał, czy jesteśmy w stanie zaprojektować skuteczną strategię sprzedażową, czy mamy wystarczająco dobrą lokalizację? Przedsiębiorcy cały czas popełniają bardzo proste błędy i to właśnie one są przyczyną ich do trudnej sytuacji finansowej.

Wspomniał Pan o restrukturyzacji. Jeżeli projektując firmę jednak popełnimy błąd albo zaskoczą nas nieprzewidziane okoliczności, też powinniśmy postępować według określonych zasad.  

Kłopoty finansowe, takie jak utrata płynności, to naprawdę nie koniec świata. Szczególnie dla organizacji, która koncentruje się na dostarczaniu wartości klientom. Przede wszystkim należy się zwrócić do specjalisty – czyli do licencjonowanego doradcy restrukturyzacyjnego, który przedstawi przedsiębiorcy cały wachlarz rozwiązań prawnych, ekonomicznych i zarządczych.

Obecnie, do końca czerwca 2021 roku, na mocy przepisów tarcz antykryzysowych obowiązują bardzo korzystne przepisy dotyczące postępowań restrukturyzacyjnych. Na przykład uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu, dające przedsiębiorcy ochronę przed wierzycielami na okres do czterech miesięcy, może być otwarte praktycznie natychmiastowo i bez udziału sądu. Jeśli postępowanie zakończy się sukcesem, z reguły jego efektem jest rozłożenie zobowiązań na raty możliwe do spłaty i umorzenie odsetek karnych. Jednocześnie okres postępowania, podczas którego przedsiębiorstwu przysługuje ochrona przed wierzycielami, może być wykorzystany na działania naprawcze, takie jak ograniczenie kosztów, pozyskanie nowych klientów czy inwestorów.

Do przeprowadzenia projektu koniecznie należy dobrać partnera zatrudniającego odpowiednio przygotowaną kadrę, skupioną na usunięciu powodów, które doprowadziły firmę do kłopotów. Bez ich usunięcia nie ma mowy o trwałej naprawie przedsiębiorstwa. Same koncepcje działań prawnych są jedynie narzędziem wspomagającym proces naprawy, rzadko jednak są lekarstwem same w sobie. Musimy mieć świadomość, że podstawą do naprawy firmy jest poprawne zdefiniowanie powodów dla których przedsiębiorstwo zmuszone jest się restrukturyzować a w następnej kolejności opracowanie planu działań zmierzających do usunięcia tych powodów i powrotu na ścieżkę zrównoważonego rozwoju. Temu służy właśnie Plan Restrukturyzacji, którego sporządzenie warto oddać w ręce fachowców zajmujących się na co dzień tą problematyką.

Firma MGW CCG niedawno wydała raport o restrukturyzacji przedsiębiorstw w III kwartale 2020 roku. Wynika z niego, że rynek co prawda dynamicznie rośnie ale w Polsce w ciągu kwartału otwieranych jest zaledwie 188 postępowań restrukturyzacyjnych.

Rzeczywiście, w Polsce jest obecnie około 3 milionów przedsiębiorstw. Nie wiadomo, ile jest aktualnie niewypłacalnych, ale z pewnością jest ich wielokrotnie więcej niż 188. Cały czas obserwujemy trend polegający na odwlekaniu postępowań restrukturyzacyjnych przez przedsiębiorców. Wielu z nich po prostu nie wie, że jest taka możliwość, inni obawiają się, że procedury są zbyt skomplikowane. Tymczasem odwlekanie postępowania może skutkować wejściem w stadium trwałej niewypłacalności, co bardzo utrudnia jakiekolwiek rozmowy z wierzycielami. Dlatego lepiej skorzystać z szansy, tym bardziej, że prawo w tym zakresie jest coraz bardziej korzystne dla przedsiębiorców.

Należy pamiętać, że samo postępowanie restrukturyzacyjne rzadko doprowadza do zbudowania firmy odpornej na kryzys. To tylko czasowe rozwiązanie a niezrozumienie tego faktu prowadzi do tego, że tak duża część firm ma problemy z realizacją zawartych układów. Dlatego najważniejszą częścią planu restrukturyzacji powinno być dostosowanie strategii przedsiębiorstwa do aktualnej sytuacji rynkowej, czyli opracowanie koncepcji osiągnięcia przewagi konkurencyjnej i jej późniejsze konsekwentne wdrażanie.

Polacy pokochali wino w pandemii. Rynek rośnie lecz cena wciąż najważniejsza

Rynek wina w Polsce rośnie i w tym roku może osiągnąć poziom 3,5 mld zł. W czasie pandemii Covid-19, Polacy coraz chętniej sięgali po wino kosztem piwa lub wódki i papierosów, dokonując zakupów głównie w dyskontach i kierując się ceną. Gustujemy w winach czerwonych wytrawnych, które stanowią prawie 80 proc. całkowitej sprzedaży. To wyniki najnowszej analizy przygotowanej przez firmę Bellini dla Polskiej Grupy Supermarketów (PGS).

Polacy lubią taniej…

Polscy konsumenci są oszczędni. Średnia cena butelki wina stołowego w sklepach małoformatowych mieści się w cenie do 20 zł – wynika z analizy firmy Bellini przygotowanej dla PGS. Wg danych rynkowych połowa klientów wybiera wina w przedziale 12-25 zł, a 30 proc. w cenie 30 zł. Wina w cenie powyżej 30 zł wybiera mniej niż co dziesiąty Polak. Cena to główny czynnik stanowiący barierę dla rozwoju polskich win i ich udziału w rynku. Butelka z krajowej winnicy to wydatek na poziomie powyżej 50 zł.

…czerwone i musujące

Polacy najczęściej sięgają po wina czerwone, wytrawne (ponad 80 proc. sprzedaży). Znacznie rzadziej po półwytrawne, półsłodkie i słodkie. Rosnąca dostępność w sklepach sprawiła, że coraz chętniej wybieramy wina musujące – włoskie Prosecco czy hiszpańską Cavę.

Według danych GUS (luty 2020) Polscy najczęściej piją wino podczas spotkań towarzyskich, odpoczynku i spożywania posiłku. Jednorazowo wypijamy przeciętnie ok. 4 lampek – w weekendy dwukrotnie więcej niż w dni powszednie. Ciekawostką jest fakt, iż ilość spożycia wina jest stała i niezależna od wieku (z lekką przewagą u osób między 30. a 40. rokiem życia). To różni wino od piwa i wódki, których konsumpcja z wiekiem spada.

Pomimo rosnącej popularności wina nadal pijemy mniej od Europejczyków. Statystyczny Francuz wypija rocznie 50 litrów wina, Włoch 44 litry (Eurostat). Polak – ok. 4-5 litrów. Ale to właśnie polski rynek jest jednym z najbardziej obiecujących w Europie, ponieważ sprzedaż rośnie z roku na rok o ok. 5-6 proc. – uważają eksperci.

Czy wino to alkohol? Polak mówi nie.

Polacy nie zdają sobie sprawy, że kieliszek wódki, lampka wina czy szklanka piwa zawierają dokładnie tyle samo czystego alkoholu. Badani (dane IBRIS 2020) wskazują, że z alkoholem jednoznacznie kojarzy im się wódka (89 proc.) i whisky (85 proc.). Wino jako alkohol zostało zdefiniowane przez częściej niż co drugiego badanego. Zaskakuje również, że dla większości Polaków cydr (69 proc.), piwo smakowe (65 proc.), wino musujące (57 proc.) i piwo (54 proc.) nie kojarzą się jednoznacznie z alkoholem.

Sprzedaż wina w Polsce w ciągu 12 miesięcy (VIII 2019-VIII 2020, Nielsen) wzrosła o 9 proc., ustanawiając rekord pod względem wydatków – 3,2 mld zł. W rzeczywistości wydaliśmy jeszcze więcej, bo dane nie uwzględniają sektora gastronomicznego i imprez masowych. W konsekwencji może osiągnąć 3,5 mld zł. – Analizy pokazują, że polski konsument wypija ok 4 litrów wina rocznie, podczas gdy średnia dla winiarskich krajów UE, takich jak np. Francja, wynosi powyżej 50 litrów. Perspektywy wzrostu tego rynku są zatem bardzo duże. Dlatego podjęliśmy decyzję o wprowadzeniu na rynek nowej marki do sieci Top Market – podkreśla Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

Medicover Polska inwestuje w sieć klubów Fitness World

Medicover Polska rozwija portfolio o sieć klubów Fitness World. Transakcja dotyczy 19 placówek fitness m.in. we Wrocławiu, w Katowicach, Kaliszu, Częstochowie. Dotychczasowy właściciel Fitness World w listopadzie br. zawnioskował o upadłość spółki w związku z problemami finansowymi, które zostały wywołane przez ograniczenia dla branży fitness w świetle pandemii koronawirusa.

Sieć klubów Fitness World w listopadzie br. postanowiła trwale zamknąć swoich 19 filii, motywując tę decyzję brakiem płynności finansowej. Medicover Polska, właściciel OK System (operator pakietów sportowych dla pracowników, zakładających m.in. korzystanie z oferty klubów fitness), postanowił w oparciu o strategię rozwoju oferty obiektowej, zainwestować w sieć Fitness World i tym samym wznowić działalność dotychczas funkcjonujących filii.

Oprócz uzasadnienia biznesowego, firma podkreśla ścisły związek między decyzją o inwestycji w sieć klubów fitness, a wyznawaną filozofią.
Już inwestycja w OK System ukazywała nasze holistyczne pojmowanie pakietów pracowniczych. Naturalnym rozwinięciem pakietu medycznego idącego w parze z szerokim dostępem do oferty placówek sportowych, jest własna sieć takich placówek. Wspólnym mianownikiem pozostaje dbałość o zdrowy tryb życia, co jest priorytetem dla wielu świadomych Polaków, a także kluczowym elementem work-life-balance dla talentów w wielu organizacjach. Dla nas zaś – elementem leżącym u podstawy wszelkiej działalności – komentuje Artur Białkowski, Dyrektor Zarządzający ds. Usług Biznesowych w Medicover Polska.

Sieć Fitness World jest obecna na rynku polskim od 2015 r. Obecnie posiada 19 placówek, w których do czasu pandemii koronawirusa prowadziła innowacyjne formy zajęć grupowych i indywidualnych. Wyróżnikiem firmy mającej swe korzenie w Danii był od zawsze nacisk na ideę zdrowia dla wszystkich i duńską filozofię szczęścia „hygge”. W 2019 r. uzyskała nagrodę Najlepszy Klub Fitness w Polsce wg raportu OC&C Fundex.

JR HOLDING ASI S.A. zainwestuje w EKIPA S.A. i wprowadzi spółkę na giełdę

JR HOLDING ASI S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2012 r., zawarła umowę współpracy ze spółką EKIPA S.A. JR HOLDING ASI zainwestuje w EKIPA S.A. oraz doprowadzi do upublicznienia tej spółki na rynku NewConnect lub rynku regulowanym GPW poprzez odwrotne połączenie ze spółką publiczną.

JR HOLDING ASI S.A. zawarła umowę współpracy ze spółką EKIPA S.A., co jest kolejnym etapem po podpisaniu przez podmioty listu intencyjnego. Emitent zobowiązał się do wprowadzenia EKIPA S.A. na rynek akcji NewConnect lub rynek regulowany GPW w Warszawie poprzez połączenie z publiczną spółką akcyjną w ramach realizacji transakcji odwrotnego przejęcia. JR HOLDING ASI S.A., tytułem wynagrodzenia, został zaproszony do przez EKIPA S.A. do prowadzonej emisji akcji realizowanej w ramach podwyższenia kapitału zakładowego tej spółki. Po objęciu akcji imiennych i rejestracji podwyższenia kapitału zakładowego JR HOLDING ASI S.A. będzie posiadał akcje stanowiące 12,01% udziału w kapitale zakładowym EKIPA S.A. Zarząd JR HOLDING ASI S.A. liczy na duży sukces rynkowy tego projektu.

„Zdecydowaliśmy się podpisać umowę współpracy z EKIPA S.A. i wesprzeć tą spółkę w jej wprowadzeniu na rynek giełdowy poprzez odwrotne połączenie ze spółką publiczną. Widzimy bardzo duże zainteresowanie rynku tym projektem, dlatego postanowiliśmy również zainwestować w niego nasz kapitał i stać się jednym z inwestorów. Jest to projekt technologiczny i rozrywkowy, więc pasuje do naszego portfela inwestycyjnego i przyjętej strategii rozwoju. Jestem przekonany, że wejście EKIPA S.A. na rynek publiczny będzie jednym z najciekawszych wydarzeń na polskim rynku w 2021 r.” – wyjaśnia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A.

W 3 kwartale 2020 r. JR HOLDING ASI S.A. osiągnęła ponad 340 mln zł zysku netto. Narastająco, po trzech kwartałach 2020 r. zysk netto Spółki wyniósł prawie 760 mln zł.

Integracja cyfrowa uwolni potencjał Przemysłu 4.0

60% przedsiębiorstw nie ma możliwości śledzenia przepływów w łańcuchu dostaw z wyjątkiem kontroli wymiany towarów ze swoimi głównymi dostawcami (Tier 1). Tymczasem przyszłość przemysłu zależy od umiejętnego połączenia operacji na poziomie lokalnym i globalnym, które wspiera inteligentne zarządzanie produkcją i cyklem życia produktu. Jednak funkcjonujące według przestarzałych zasad operacyjnych i napędzane obawami o koszty, globalne przedsiębiorstwa stały się dziś tak rozproszone i złożone, że zarządzanie nimi stało się bardzo trudne, pozostawiając je bardziej podatnymi na problemy obniżające ich konkurencyjność. Chcąc uwolnić potencjał idei Przemysłu 4.0, potrzebna jest zaawansowana integracja cyfrowa w sektorze produkcyjno-logistycznym, która będzie możliwa przy wykorzystaniu możliwości sieci 5G – zauważają eksperci firmy Ericsson w najnowszym Mobility Report.

60% kadry kierowniczej firm produkcyjnych nie posiada możliwości śledzenia przepływów w łańcuchu dostaw poza dostawcami tzw. poziomu 1. Przemysł motoryzacyjny jest przykładem, który ilustruje złożoność tego problemu. Istnieje średnio 250 dostawców tzw. 1 poziomu, rozszerzając do 850 dla największych producentów. Jednak liczba niewidocznych dostawców poziomu 2+ wynosi 18 000[1]. Z kolei według Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), wiele firm z sektora MSP z trudem łączy się z globalnymi korporacjami, a większość z nich nie dostarcza produktów i usług poza rynek lokalny. Obniżając bariery na rynkach światowych i wzmacniając specjalizację, krajowe MŚP mogą powiększyć swoją pulę nabywców, zwiększając eksport, a tym samym wspierając wzrost krajowego PKB.

„Wiele MŚP nie posiada kompetencji i zdolności inwestycyjnych koniecznych do wdrożenia rozwiązań dla przemysłu 4.0. Chodzi o IIoT, zaawansowaną automatykę, AR i utrzymanie predykcyjne, które są niezbędne do pełnego wykorzystania tych zdolności. Z drugiej strony, przed przedsiębiorstwami wielonarodowymi stoją wyzwania związane z zarządzaniem i poprawą ich łańcuchów wartości, ponieważ rzadko są one prawdziwie scentralizowane lub fachowo koordynowane” – mówi Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.

Obniżanie barier dla wzajemnych połączeń

Zaawansowana współpraca w globalnym łańcuchu dostaw będzie zależała od funkcjonowania wysokowydajnych sieci komunikacyjnych o wszechobecnym zasięgu, a takie perspektywy są możliwe dopiero wraz z popularyzacją sieci piątej generacji. Ericsson przewiduje w Mobility Report, że w 2025 roku do internetu zostanie podłączonych prawie 27 miliardów urządzeń (IoT), z czego blisko 7 miliardów będzie opartych na technologii mobilnej. Łączność mobilna w technologii 5G może zaspokajać potrzeby lokalne i globalne przedsiębiorstw, ale należy obniżyć bariery przyjęcia, niezależnie od tego, czy są one techniczne, ekonomiczne czy organizacyjne.

„Jednym ze sposobów jest oferowanie MŚP prostszych, pakietowych rozwiązań w zakresie łączności, a nawet prywatno-publicznych sieci hybrydowych dla firm międzynarodowych. Aby przyspieszyć przekształcenia w przemyśle przedsiębiorstw 4.0, ustanawia się centra doskonałości w celu testowania nowej infrastruktury w środowiskach współpracy, w których dostępne są kompetencje w zakresie nowych technologii, jak np. S5 – Akcelerator Technologii 5G Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej czy też sieć badawcza 5G na Politechnice Łódzkiej” – mówi ekspert firmy Ericsson.

„Dzięki technologii 5G możemy jako strefa zyskać przewagę konkurencyjną oraz dodatkową zachętę inwestycyjną dla przedsiębiorców w szczególności nakierowanych na Przemysł 4.0. Udział w akceleratorze S5 to dla startupów możliwość testowania rozwiązań poprzez m.in. dostęp do infrastruktury 5G oraz firm produkcyjnych, co oznacza implementację akcelerowanych produktów w realnych warunkach infrastrukturalnych, biznesowych i produkcyjnych. Program stwarza możliwość pracy na żywym organizmie: instalowanie urządzeń przy liniach produkcyjnych, na pojazdach czy w halach magazynowych wybranych partnerów, pracę z realnymi danymi, a nawet działania z klientem końcowym — wyjaśnia Agnieszka Sygitowicz, wiceprezes ŁSSE S.A.

W celu rozwinięcia prawdziwej elastyczności w łańcuchu wartości, kryteria dostaw, produkcji i działalności gospodarczej muszą zostać dostosowane poprzez integrację systemów. Jest to jedyny sposób na zapewnienie inteligentnych i zaawansowanych operacji. W praktyce ta zmiana w modelu operacyjnym przedsiębiorstwa oznacza również odejście od liniowego, sekwencyjnego postrzegania łańcuchów dostaw i wartości na rzecz wzajemnie powiązanego cyberfizycznego systemu służącego lepszemu zarządzaniu i podejmowaniu decyzji dotyczących wszystkich czynników związanych z wkładem i wynikami.

Integracja cyfrowa – nowy branżowy wzorzec jakościowy

„Proces inteligentnej produkcji składa się z czterech odrębnych faz: łączenia urządzeń na miejscu, łączenia linii na hali produkcyjnej, łączenia i digitalizacji całej fabryki, a wreszcie tworzenia „sieci fabryk”. W przeszłości firmy międzynarodowe poprawiły swoją pozycję w łańcuchu wartości poprzez przejęcia i fuzje innych przedsiębiorstw i dostawców. Idąc dalej, „integracja cyfrowa” może stać się nowym wzorcem konkurencyjności. Zamiast rozwijać się poprzez bezpośrednią własność i ryzykować nadmierną rozbudowę, powiązane ze sobą przedsiębiorstwa mogą połączyć się w sieć w celu prowadzenia bardziej inteligentnej działalności” – tłumaczy Marcin Sugak.

W wielu przypadkach nawet 80 procent kosztów łańcucha dostaw zależy od lokalizacji zakładów i przepływu materiałów i produktów pomiędzy tymi zakładami. Możliwość śledzenia podłączonych aktywów i wymiany informacji w czasie rzeczywistym w sieci 5G oraz dynamiki mapowania dostawców, dystrybutorów i nabywców może znacznie ograniczyć ryzyko. W ten sposób zdigitalizowana sieć dostaw będzie decydować o przewadze konkurencyjnej, szczególnie w coraz bardziej złożonym globalnym środowisku biznesowym.

Nowe technologie zawsze napędzały fale globalizacji. Przemysł 4.0 w erze łączności 5G może sprawić, że przedsiębiorstwa połączone w sieć będą mogły prowadzić bardziej inteligentną współpracę transgraniczną, przyczyniając się do rozwoju bardziej integracyjnego i wzajemnie powiązanego świata.

**Badanie Ericsson Mobility Report dostępne jest pod adresem:

https://www.ericsson.com/4adc87/assets/local/mobility-report/documents/2020/november-2020-ericsson-mobility-report.pdf

[1] https://www.weforum.org/agenda/2020/09/4-ways-industry-make-supply-chains-sustainable

Bitcoin – czy stanie się cyfrowym złotem?

Pandemia i wywołany nią kryzys gospodarczy zmieniły układ sił na rynkach finansowych. Inwestorzy aktywnie poszukują sposobów na ulokowanie zgromadzonych środków, by je pomnożyć. Na podium wskoczyło złoto, osiągając swoje historyczne ceny. Jednak to nie wszystko. Bitcoin również bije swoje kolejne rekordy cenowe. Jego wartość obecnie jest równa ponad 20 tys. USD (wzrost wartości o 6% z dnia na dzień – 16/17.12). Czy kryptowaluty staną się liderem na rynku inwestycyjnym i zyskają miano cyfrowego złota? A może jednak nadal królować będzie oryginalny kruszec? Wątpliwości wyjaśniają eksperci firmy Tavex.

Bitcoiny nowym złotem?

Złoto oraz Bitcoin jako produkty inwestycyjne funkcjonują podobnie. Ich kursy są niejako papierkami lakmusowymi sytuacji na świecie. Rosną, gdy mamy do czynienia z kryzysem gospodarczym. BTC (Bitcoin) zyskiwał już w czasie kryzysu cypryjskiego. Inwestorzy obawiali się wówczas całkowitego załamania się systemu bankowego. Co więcej, kryptowaluta miała się dobrze w momencie referendum w sprawie brexitu. Natomiast analiza wartości złota w trakcie poprzednich światowych kryzysów gospodarczych, w tym obecnie panującego wywołanego pandemią COVID-19, jasno wskazuje, że ono również reaguje na niepewność inwestorów. Rodzi się więc pytanie, co jest słusznym kierunkiem inwestowania.

Pandemia zdecydowanie przyspieszyła rozwój gospodarki, a wirtualne rynki na tym zyskują. Co ciekawe, już teraz mamy do wyboru nie tylko BTC, ale wiele innych krypotowalut. Dlatego warto się zastanowić nad tym, czy pomimo wzrostów i pozytywnych przewidywań ekspertów, w przyszłości nie powstanie kolejna cyfrowa waluta, która zdominuje cały ten sektor i inwestycje w np. Bitcoina stracą na wartości – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Gigantyczne ruchy kapitałów wywoływane m.in. przez decyzje FED (System Rezerwy Federalnej) mogą znacznie wpłynąć na zmiany na rynku. Cały czas jesteśmy na wstępnym etapie kształtowania się krypotowalut. Dlatego obecnie jest za wcześnie, aby mówić o tym, że Bitcoin jest przyszłością – dodaje.

Zdecydowanie możemy stwierdzić, że kryptowaluty będą się rozwijać i cały czas warto śledzić zmiany związane z tym rynkiem.

Złoto nadal króluje?

Złoto jest dobrą i bezpieczną przystanią, która w czasie niepokoju oraz dekoniunktury na giełdzie chroni kapitał. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest odwrotnie skorelowane z akcjami. Jest przede wszystkim świetną lokatą kapitału w perspektywie długoterminowej. Przenosi wartość pieniądza w czasie, dzięki czemu chroni jego siłę nabywczą. Warto pamiętać, że w zależności od potrzeb można je nie tylko kupić, ale także szybko i łatwo spieniężyć. Złoto istnieje od tysięcy lat, podczas gdy kryptowaluty funkcjonują od zaledwie dekady i są na samym początku długiej drogi, którą kruszec już dawno ma za sobą.

Ceny najpopularniejszej kryptowaluty są bardzo zmienne. Jeszcze na początku roku jej wartość plasowała się na poziomie około 30 tys. zł, natomiast obecnie jest to ponad  80 tys. zł.

Obserwowane aktywne zmiany na kursie najpopularnejszej kryptowaluty napędzane są głównie przez inwestorów instytucjonalnych, którzy obecnie odwracają się od swoich dotychczasowych wyborów. Warto obserwować sytuację na cyfrowej giełdzie i poczekać, na ustabilizowanie się sytuacji – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Inwestorzy nie mogą jednak polegać na tym, że BTC będzie zachowywał się podobnie w przyszłości. W związku z tym można podejrzewać, że nie odwrócą się oni zbyt szybko od złota.

W tym roku różne grupy aktywów pozwalały się wzbogacić. Zdecydowanie powstał nowy trend odchodzenia od lokat w kierunku np. królewskiego kruszcu, czy właśnie kryptowalut. Jednak chcąc pomnożyć swoje oszczędności, nie możemy dać się ponieść wyłącznie trendom oraz powstającym spekulacjom– wskazuje Aleksandra Olbryś, Młodszy Analityk ds. Rynku Złota, Tavex. Pamiętajmy o tym, żeby nie stawiać na rozwiązania, których nie rozumiemy. Takie postępowanie może narazić nas na straty – dodaje.

Każde aktywo ma swoje mocne i słabe strony. Rozwiązaniem dylematu – w co warto zainwestować – może być dywersyfikacja naszych środków i postawienie zarówno na złoto, jak i na BTC. Zakładając, że krypotowaluty mają dać nam zysk w krótkim terminie, a kruszec uchronić przed utratą oszczędności – podsumowuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

GPW Benchmark otrzymała zezwolenie na pełnienie funkcji administratora kluczowego wskaźnika referencyjnego WIBOR

  • Komisja Nadzoru Finansowego wydała decyzję o udzieleniu GPW Benchmark zezwolenia
    na prowadzenie działalności administratora wskaźników referencyjnych stopy procentowej, w tym kluczowego wskaźnika referencyjnego WIBOR
  • Decyzja KNF zamyka proces administracyjny dotyczący Stawek Referencyjnych WIBID
    i WIBOR, opracowywanych przez GPW Benchmark
  • Wskaźnik WIBOR, znajduje się obok wskaźników LIBOR, EURIBOR, EONIA i STIBOR na liście kluczowych dla rynku finansowego wskaźników referencyjnych Komisji Europejskiej
  • WIBOR jest powszechnie stosowanym wskaźnikiem referencyjnym w umowach
    i instrumentach finansowych
  • Dzięki zezwoleniu GPW Benchmark będzie mogła rozszerzać ofertę wskaźników referencyjnych stopy procentowej

GPW Benchmark, spółka z Grupy Kapitałowej GPW, otrzymała zezwolenie na prowadzenie działalności administratora wskaźników referencyjnych stopy procentowej, w tym opracowywania Stawek Referencyjnych WIBID i WIBOR.

– Uzyskanie zezwolenia na pełnienie funkcji administratora wskaźników referencyjnych stopy procentowej, w tym kluczowego wskaźnika referencyjnego, jakim jest WIBOR, wieńczy fazę dostosowania Stawek Referencyjnych do wymogów Rozporządzenia BMR. Otwiera to jednocześnie kolejny etap, który wiąże się z rolą licencjonowanego administratora – przeglądów metody – tak, by zapewnić wiarygodność
i adekwatność wskaźników referencyjnych oraz móc dostarczać nowe wskaźniki budowane zgodnie ze światowymi trendami
mówi Zbigniew Minda, Prezes Zarządu GPW Benchmark.

Udzielenie przez KNF zezwolenia zapewnia ciągłość stosowania Stawek Referencyjnych WIBID i WIBOR przez podmioty, które stosują je w umowach i instrumentach finansowych.

– Serdecznie dziękujemy wszystkim podmiotom zaangażowanym w prace grup roboczych oraz w proces konsultacji rozpoczęty już w 2018 roku. Wyjątkowe podziękowania należą się Uczestnikom Fixingu, którzy równolegle do postępowania administracyjnego wdrażali rozwiązania zapewniające stopniowe dostosowywanie się do szczegółowych zasad realizacji zadań podmiotów przekazujących dane. Jednym
z elementów dostosowania stało się opracowanie i wdrożenie systemu służącego automatyzacji procesu przekazywania od Uczestników Fixingu do Administratora danych wejściowych opartych bezpośrednio na dokonywanych transakcjach–
podkreśla Aleksandra Bluj, Wiceprezes Zarządu GPW Benchmark

Uczestnikami Fixingu Stawek Referencyjnych WIBID i WIBOR są: Bank Gospodarstwa Krajowego, Bank Handlowy w Warszawie, Bank Millennium, Bank Polska Kasa Opieki, BNP Paribas Bank Polska, Deutsche Bank Polska, ING Bank Śląski, mBank, PKO Bank Polski oraz Santander Bank Polska.

– Rozwiązanie wdrożone przez Uczestników Fixingu zapewnia bezpieczeństwo procesu przygotowywania danych wejściowych i ułatwia elastyczne dostosowywanie metody wskaźników referencyjnych WIBID i WIBOR do warunków rynkowych. Daje również szansę na tworzenie innych wskaźników stopy procentowej w przypadku podmiotów, które realizują instalację systemów z uwzględnieniem elementu automatyzacji przekazywania danych transakcyjnych. Jako administrator wskaźnika kluczowego, GPW Benchmark czuje się zobowiązana do realizowania działań zmierzających do dostarczania wskaźników, które mogą być wykorzystywane jako wskaźniki alternatywne przez podmioty regulowane, co zwiększy bezpieczeństwo systemu finansowego. Dzięki danym transakcyjnym przekazywanym przez Uczestników Fixingu i niektóre podmioty nie pełniące tej funkcji, udało się nam opracować koncepcję wskaźników referencyjnych typu risk free rate (stawek wolnych od ryzyka), których dostarczanie planujemy na 2021 rok – dodaje Aleksandra Bluj.

 

– GPW Benchmark pełni w Grupie Kapitałowej GPW wyjątkową rolę – jest administratorem wskaźników referencyjnych, co wzmacnia również siłę i renomę Grupy jako dostawcy rozwiązań infrastrukturalnych dla rynku finansowego w Europie Środkowej i Wschodniej. Gratuluję koleżankom i kolegom z GPW Benchmark. Jako pierwsi w Polsce i nieliczni w Europie mogą w zgodzie w wymagającymi regulacjami europejskimi opracowywać niemalże pełny zakres wskaźników referencyjnych. Z każdym sukcesem łączy się odpowiedzialność – jestem przekonany, że mamy wszystkie niezbędne umiejętności oraz narzędzia by administrować i wyznaczać, tak najważniejsze Indeksy Giełdowe jak na przykład WIG, jak również wskaźniki referencyjne stopy procentowej, a w tym wskaźnik kluczowy, jakim jest WIBOR – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

GPW Benchmark jest administratorem wskaźników referencyjnych dotyczących  rynku kapitałowego od 29 listopada 2019 roku, kiedy to na podstawie decyzji KNF, Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) dokonał wpisu GPW Benchmark do rejestru administratorów wskaźników referencyjnych. Od tego momentu GPW Benchmark przejęła od GPW opracowywanie Indeksów Giełdowych, a od BondSpot opracowywanie wskaźnika referencyjnego TBSP.Index.

Na podstawie danych transakcyjnych od Uczestników Fixingu i kilku instytucji kredytowych
nie posiadających tego statusu, GPW Benchmark przeprowadziła w komunikacji z głównymi instytucjami w kraju intensywne prace nad budową indeksów mogących służyć jako wskaźniki referencyjne stopy procentowej. Wybrane koncepcje indeksów stopy procentowej publikowane są na stronie internetowej spółki. Otrzymanie zezwolenia na pełnienie roli licencjonowanego administratora wskaźnika kluczowego pozwala GPW Benchmark, nie tylko na prezentowanie koncepcji indeksów informacyjnych, ale także rozszerzenie oferty wskaźników referencyjnych stopy procentowej opracowanych zgodnie z wymogami Rozporządzenia BMR.

Oświadczenie Zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych ws. częściowego zamknięcia galerii handlowych

Polska Rada Centrów Handlowych jest zaskoczona decyzją Rządu o częściowym zamknięciu galerii handlowych. W środę zostaliśmy zaproszeni na spotkanie z Ministerstwem Rozwoju, Pracy i Technologii, podczas którego rozmawialiśmy o zasadach działalności placówek handlowych w najbliższych dniach i tygodniach. Potwierdziliśmy naszą gotowość do rozszerzenia zakresu środków bezpieczeństwa i wsparcia służb publicznych przy egzekwowaniu obostrzeń. Regularnie dostarczamy przedstawicielom Rządu dane i raporty świadczące o najwyższych standardach bezpieczeństwa stosowanych w galeriach handlowych oraz dane o odwiedzalności, która jest znacznie niższa niż w ubiegłym roku – w ostatnim tygodniu o około 30 proc. Trzeci lockdown jest dla branży – zarówno wynajmujących, jak i najemców – ciężkim ciosem, zwłaszcza, że właściciele galerii handlowych od początku pandemii są pozbawieni pomocy w ramach tarcz finansowych. Konsekwencje tych decyzji odczuje sektor finansowy w Polsce, ponieważ sektor handlowy nie będzie w stanie realizować zobowiązań finansowych względem podmiotów zewnętrznych.

Jest porozumienie Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej?

Ostatnie dni podniosły wyraźnie szanse na chociaż częściowe porozumienia handlowe między Wielką Brytanią, a Unią Europejską. Potwierdzają to zarówno negocjatorzy, jak i szefowa Komisji Europejskiej.

Wąskie porozumienie brexitowe?

W ostatnich dniach coraz więcej się mówi o możliwym ograniczonym porozumieniu Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej. W wyniku tego procesu miałoby dojść do podpisania warunków handlowych tylko w określonej wąskiej grupie produktów. Pozwoliłoby to jednak obejść główne problemy, z jakimi w tej chwili mierzą się negocjatorzy, w tym słynne już kwoty połowowe będące kością niezgody z Paryżem. Rynki zareagowały pozytywnie na wiadomości o chociaż częściowym porozumieniu i od początku tygodnia funt odrabia straty względem euro. Przełożyło się to oczywiście również na silniejszego funta względem złotego.

Dolar znów w odwrocie

Wczorajsze dobre dane z Unii Europejskiej nie zostały wyrównane danymi zza oceanu. Dodatkowo inwestorzy bardzo pesymistycznie podeszli do wypowiedzi po decyzji FED w sprawie stóp procentowych. Wypowiedź nie zawierała niczego, o czym tak naprawdę byśmy już nie wiedzieli. Trochę zmieniła się dosadność określania wybranych kwestii w komunikacie. To z kolei spowodowało, że inwestorzy po raz kolejny stracili zaufanie do dolara i rozpoczęli proces odwrotu od amerykańskiej waluty. W rezultacie, w nocy po raz kolejny w ostatnich dniach oglądaliśmy najtańszego dolara od 2018 roku.

Dane z polskiego rynku pracy

Dzisiaj poznaliśmy dane na temat zmiany zatrudnienia i wynagrodzeń w Polsce. Zatrudnienie w ciągu roku spada o 1,2%, ale trzeba zwrócić uwagę na dwie okoliczności. Rok temu było ono niemal rekordowo niskie jak na Polską, po drugie analitycy spodziewali się większego (bo aż 1,5%) spadku. Dobrą wiadomością jest też wzrost płac o średnio 4,9% w skali roku, co pokazuje, że pomimo problemów w gospodarce zarobki nadal rosną.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Fed dalej gołębi, dolar dalej słaby

Fed pozostał gołębi, choć nie dokonał żadnych zmian w QE, co dla niektórych było rozczarowaniem. Jednak wątpliwości co do determinacji Fed do ochrony gospodarki szybko wyparowały, a z dodatkową pomocą pozytywnych sygnałów z Kongresu USA apetyt na ryzyko przystępuje do prawdopodobnie ostatniego zrywu w tym roku.

Rezerwa Federalna pozostała na dotychczas obranym, gołębim kursie polityki, ale dla niektórych uczestników rynku było to za mało. Przede wszystkim Fed nie dokonał zmian w kompozycji programu skupu aktywów. Wprawdzie co miesiąc bilans banku będzie się powiększał z tego tytułu o 120 mld USD, niektórzy inwestorzy liczyli na odważniejsze decyzje po stronie przerzucenia ciężaru zakupów na obligacje o dłuższym okresie zapadalności, by bardziej zaniżać rynkowe stopy procentowe na długim końcu krzywej dochodowości. Mimo to Fed przyrzekł, że utrzymanie programu skupu aktywów na wielką skalę do czasu, gdy zobaczy „znaczący dalszy postęp” w zakresie zatrudnienia i inflacji. Jednocześnie mediana prognoz dotyczących stóp procentowych sugeruje, że w horyzoncie projekcji do końca 2023 r. nie dojdzie do podwyżki. Na konferencji prezes Fed Jerome Powell powiedział, że argumenty za stymulacją fiskalną są nadal „bardzo, bardzo silne”. Przekaz jest gołębi, bo trzeba go odbierać w kontekście ostatnich wydarzeń. W końcu determinacja Fed na rzecz ochrony gospodarki nie słabnie ani w obliczu oczekiwanego pakietu fiskalnego, ani w związku z rozpowszechnianiem szczepionki przeciw COVID-19.

Wstępna reakcja rynków była mieszana, ale ostatecznie wątpliwości wobec stanowiska Fed wyparowały. Akomodacyjna polityka monetarna będzie ważnym wsparciem dla poprawy perspektyw gospodarczych i apetytu na ryzykowne aktywa. Brak podwyżek stop procentowych, przyspieszenie ożywienia i wzrost oczekiwań inflacyjnych będzie mieszanką, która powinna osłabiać USD w średnim i długim terminie. Dodajmy do tego pakiet fiskalny w USA, który w wysokości od 750 mld USD do 900 mld USD może być uzgodniony w Kongresie do końca tego tygodnia. Optymistyczne przekonanie inwestorów w stosunku do rajdu ryzykownych aktywów pozostaje silne i może dać pretekst do jeszcze jednego zrywu, zanim udamy się na świąteczną przerwę. Noce wybicie EUR/USD ponad 1,22 służy za dobrego przewodnika trybu risk-on.

W czwartek mamy kontynuację komunikatów od banków centralnych. Szwajcarski Bank Narodowy nie zmieni nic w swoim przekazie, szczególnie że EUR/CHF jest na tym samym poziomie, co podczas wrześniowego posiedzenia. Frank wciąż jest „wysoce wyceniany”, a SNB powtórzy gotowość do interwencji. Norges Bank utrzyma politykę bez zmian, ale powinien być bardziej optymistyczny w ocenie perspektyw gospodarczy, kiedy pojawiła się nadzieja na dystrybucję szczepionki. Bank jednak nie wyzbędzie się ostrożnego podejścia do strategii i prawdopodobnie podtrzyma prognozę ścieżki sugerującą pierwszą podwyżkę dopiero w 2022 r. Także po Banku Anglii nie oczekujemy dalszego luzowania. W komunikacie uwaga skupi się na ocenie przez BoE ostatnich zmian w gospodarce (lockdown 2.0), postępów w pracach nad szczepionką i ryzykach brexitu.

Lepsze nastroje na rynkach ściągają EUR/PLN w kierunku grudniowych minimów na 4,42. Finalny rajd ryzyka przy ograniczonej płynności może dać szanse na zbliżenie się do 4,40, choć mając na uwadze stabilizację kursu z ostatnich dni wydaje się, że złoty nie jest pośród walut będących obecnie na szczycie listy zakupowej inwestorów zagranicznych i może być trudno o zaburzenie trendu bocznego 4,42-4,45.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy pandemia spowoduje koniec płatności gotówkowych? Raport Capgemini

Pandemia pchnęła firmy do konieczności przeprowadzenia szybkiej transformacji cyfrowej. Zmieniło się m.in. podejście do płatności bezgotówkowych – zarówno przedsiębiorców, jak i konsumentów, którzy dotychczas nierzadko byli do tego rodzaju transakcji nastawieni negatywnie. Gotówka wciąż jest najpopularniejszą metodą płatności, jednak jak wskazuje opublikowany przez firmę Capgemini World Payments Report 2020, udział płatności bezgotówkowych stale rośnie, a szczególnie znaczący wzrost mogliśmy obserwować w ostatnich miesiącach. Oczekuje się, że liczba użytkowników tzw. portfeli cyfrowych wzrośnie z 2,3 miliarda w 2019 roku do 4 miliardów w 2024 roku, a tym samym obejmie 50 proc. światowej populacji. Czy możemy spodziewać się zupełnego odejścia od płatności gotówkowych?

Raport Capgemini przewiduje, że stopa wzrostu dla globalnych transakcji bezgotówkowych w latach 2019-2023 ma wynieść 12 proc. Już w okresie 2018-2019 obserwowaliśmy duży wzrost tego rodzaju płatności – ich wykorzystanie zwiększyło się wówczas aż o 14 proc., a wzrost ten wywołany był rosnącą popularnością płatności z wykorzystaniem smartfonów, dynamicznie rozwijającym się handlem elektronicznym, wprowadzaniem portfeli cyfrowych i innowacjami w zakresie płatności mobilnych. Liderem transakcji bezgotówkowych w 2019 roku był region Azji i Pacyfiku, wyprzedzając Europę i Amerykę Północną – to w Chinach, Indiach i na rynkach Azji Południowo-Wschodniej obserwujemy największy postęp w zakresie wdrażania innowacji płatniczych (wzrost o 31,1 proc.).

– Pandemia przyspieszyła tempo innowacji w obszarze płatności i bardzo szybko przekształciła je w nową normalność, wymagając od firm z sektora finansowego, aby stały się innowatorami niemal z dnia na dzień. Obecnie bardziej niż kiedykolwiek, dostawcy usług płatniczych muszą usprawniać i dywersyfikować swoje oferty, kłaść nacisk na szybkość, wygodę i bezpieczeństwo. Już dziś widać, że banki zaczynają priorytetowo traktować transformację technologiczną, dobierając do współpracy wizjonerskich partnerów, którzy są w stanie tworzyć wizjonerskie organizacje, wpasowujące się w tę nową normalność i spełniające oczekiwania klientów – mówi Daniel Jarzęcki, BSv FPIA Consulting Director w Capgemini.
W Polsce również zauważamy dużą zmianę podejścia do płatności bezgotówkowych. Lokalni przedsiębiorcy zaczynają postrzegać wprowadzenie możliwości tego rodzaju transakcji jako zapewnienie sobie i swoim klientom bezpieczeństwa sanitarnego oraz komfortu w dokonywaniu transakcji. Na tę zmianę znaczący wpływ miała sytuacja wywołana przez pandemię, jednak badania już dziś wskazują, że dzięki temu impulsowi, w perspektywie długofalowej zmienią się przyzwyczajenia konsumentów.

Zwiększona konkurencja zmusza tradycyjnych dostawców usług płatniczych do (r)ewolucji

Klienci odchodzą od gotówki w miarę wzrostu popularności płatności cyfrowych. Nowi gracze szybko stają się coraz bardziej popularni. Raport pokazuje, że 50 proc. klientów już dziś wybiera nowo powstałe banki, które mają własny podstawowy system bankowy i bezpośrednio konkurują z instytucjami o dłuższej tradycji, czasami specjalizując się w obszarach niedostatecznie obsługiwanych przez większe organizacje. Dodatkowo, z badania Capgemini wynika, że aż 38 proc. konsumentów podczas pandemii znalazło nowego dostawcę usług płatniczych.

– Płatności alternatywne będą z pewnością w dalszym ciągu zwiększać przestrzeń do płatności bezgotówkowych, ponieważ konsumenci poszukują szybkości, wygody i lepszej obsługi klienta. Szacuje się, że liczba użytkowników tzw. portfeli cyfrowych wzrośnie z 2,3 miliarda w 2019 roku do 4 miliardów w 2024 roku, a tym samym obejmie 50 proc. światowej populacji – dodaje Daniel Jarzęcki.

Technologia ma pomóc firmom płatniczym w radzeniu sobie ze zwiększonym ryzykiem

Ponieważ rynek wciąż ulega ewolucji i dostępnych jest coraz więcej opcji płatności, organizacje finansowe muszą borykać się ze zwiększonym ryzykiem w swojej działalności. Dyrektorzy ds. płatności twierdzą, że firmy są narażone na zagrożenia związane m.in. z cyberbezpieczeństwem, nowymi regulacjami prawnymi, operacyjnymi czy biznesowymi. Aż 87 proc. z nich uważa, że istnieje duże prawdopodobieństwo wystąpienia luk w cyberprzestrzeni, wywołanych szybkim wprowadzaniem nowych procesów w czasie pandemii, co w konsekwencji zwiększa ryzyko cyberataków. Firmy płatnicze aktywnie korzystają zatem również z technologii wspomagających minimalizację nowych zagrożeń. Organy regulacyjne już dziś w bardzo dużym stopniu koncentrują się na niwelowaniu ryzyka w przypadku płatności bezgotówkowych, by banki i firmy technologiczne mogły skupić się na własnej działalności oraz współpracy. Aż 60 proc. dyrektorów banków uważa, że współpraca z odpowiednimi partnerami ma kluczowy wpływ na ulepszenie oferty kierowanej do konsumentów. Tylko w ten sposób możliwe będzie podniesienie jakości usług przy jednoczesnej minimalizacji niepewności wywołanej pandemią.

Metodologia badania

Tegoroczny raport World Payments zawiera informacje na temat 44 rynków płatności w różnych regionach geograficznych. Dla ogólnoświatowych makroopisowych wykresów zdefiniowano sześć regionów: Europa, Ameryka Północna, Dojrzała Azja i Pacyfik, Azja wschodząca, Ameryka Łacińska i MEA, pogrupowane według kryteriów dojrzałości geograficznej, ekonomicznej i rynku płatności bezgotówkowych. Ponad 8600 konsumentów wzięło udział w opublikowanym w raporcie badaniu Voice of the Consumer. Dodatkowa ankieta internetowa skierowana do banków, FinTechs, dostawców usług płatniczych i korporacji dostarczyła danych od 235 respondentów, a 45 wywiadów z kierownictwem przeprowadzono z bankami, firmami płatniczymi, firmami obsługującymi systemy kart, dostawcami usług technologicznych i sprzedawcami detalicznymi.

Jak Ukraińcy oceniają pracę w Polsce w 2020 roku – raport OTTO Work Force

Rok 2020 był nietypowy i trudny dla wszystkich, zarówno dla przedsiębiorstw, jak i pracowników. Mimo niesprzyjających warunków aż 78% pracowników z Ukrainy deklaruje satysfakcję z pracy w Polsce, to o 6% więcej niż 2019 roku. Dla 71% Ukraińców główną motywacją do podjęcia pracy w naszym kraju były wyższe zarobki.

Pracownicy z Ukrainy bardziej zadowoleni z pracy niż w ubiegłym roku

Według najnowszego raportu OTTO Work Force Central Europe, przeprowadzonego na grupie 520 pracowników tymczasowych z Ukrainy, aż 78% badanych deklaruje zadowolenie z pracy w Polsce. Jest to o 6 punktów procentowych więcej niż przed rokiem, kiedy to pracownicy bardziej krytycznie oceniali atrakcyjność zatrudnienia. Na podstawie cyklicznych badań, realizowanych przez OTTO już od sześciu lat, widać, że od 2017 roku trwała tendencja spadkowa poziomu satysfakcji z pracy – wtedy to wskaźnik ten osiągnął swoje maksimum (94%). W 2020 roku obserwujemy widoczny wzrost zadowolenia względem ubiegłego roku.

Zmiana w czasie poziomu zadowolenia pracowników tymczasowych z Ukrainy z pracy w Polsce.

Pracownicy z Ukrainy bardziej zadowoleni z pracy
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

“Pandemia Covid-19 sprawiła, że sytuacja na rynku pracy w 2020 roku zmieniała się bardzo dynamicznie, a wiele osób, szczególnie podczas pierwszej fali, straciło pracę. Trudna sytuacja na rynku pracy na Ukrainie sprawiła, że Ukraińcy mocniej docenili zatrudnienie w Polsce, a ich poziom zadowolenia z pracy wzrósł względem 2019 roku. Na początku pandemii wielu Ukraińców wróciło do ojczyzny z powodu utraty pracy czy troski o rodzinę, ale już kilka tygodni później aż 70% z nich deklarowało chęć powrotu do Polski. Także polscy pracodawcy czekali na obywateli Ukrainy z otwartymi ramionami, bo choć bezrobocie w Polsce nieznacznie się zwiększyło, to firmy nadal zabiegają o pracowników ze wschodu” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Ukraińcy najbardziej zadowoleni z relacji ze współpracownikami, a najmniej z braku rozwoju

Z raportu OTTO Work Force Central Europe wynika, że od 2018 roku utrzymuje się podobna tendencja w poziomie zadowolenia pracowników z Ukrainy z poszczególnych elementów pracy. Pracownicy są najbardziej zadowoleni z relacji ze współpracownikami (93%) i mamy tutaj wzrost o 6 punktów procentowych w stosunku do wyników zeszłorocznego badania. Po raz kolejny wysoko ocenione zostały także warunki pracy (82%) oraz stosunek Polaków do imigrantów (70%). W zeszłorocznym badaniu pracownicy z Ukrainy byli niezadowoleni z możliwości rozwoju zawodowego i w tym roku jest podobnie, tyle, że grupa osób niezadowolonych wzrosła z 35% do 40%.

“W tegorocznym badaniu widać zmianę w ocenie poziomu zadowolenia z wynagrodzenia. W 2019 roku z wynagrodzenia było zadowolonych tylko 51% respondentów, podczas gdy w 2020 roku grupa ta stanowi aż 65%. Wynika to prawdopodobnie z trudnej sytuacji na rynku pracy na Ukrainie, przestojów w zakładach produkcyjnych i wzrostu bezrobocia. W takiej rzeczywistości poziom wynagrodzenia rozpatrywany jest w inny sposób niż jeszcze w roku 2019, kiedy to dostępność ofert pracy była większa” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

71% pracowników z Ukrainy zachęciły do pracy w Polsce wyższe zarobki

Covid-19 mocno dotknął rynek pracy w całej Europie, także w Polsce. Ponadto wybuch epidemii sparaliżował strachem społeczeństwo i spowodował, że wiosną znaczna część pracowników z Ukrainy wróciła do ojczyzny. Wraz ze stabilizacją sytuacji gospodarczej i oswajaniem się z epidemią, obserwowaliśmy powrót Ukraińców do pracy w Polsce.

“Dla 71% badanych główną motywacją do podjęcia pracy w Polsce były wyższe zarobki. Na kolejnej pozycji znalazły się lepsza sytuacja gospodarcza w Polsce (32%) oraz brak pracy na Ukrainie (31%). Trzeba tutaj zaznaczyć, że na początku jesieni, kiedy fala powrotów była największa bezrobocie w Polsce kształtowało się na poziomie 6,1%, podczas gdy na Ukrainie wynosiło już 9,9%” – wyjaśnia Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Dlaczego, mimo pandemii Covid-19, zdecydował/a się Pan/i na pracę w Polsce?

pracowników z Ukrainy zachęciły do pracy w Polsce wyższe zarobki
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

Niemal co drugi badany twierdzi, że nie miał trudności w znalezieniu pracy

Niemal połowa pracowników z Ukrainy deklaruje, że w 2020 roku, mimo pandemii, nie miała trudności w znalezieniu pracy w Polsce. Z kolei 40% respondentów nie potrafiło jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, a tylko 14% wskazało, że w 2020 roku było trudniej znaleźć zatrudnienie w Polsce.

“Trzeba zaznaczyć, że mimo większej dostępności pracowników z Polski, wśród naszych Klientów cały czas utrzymuje się popyt na pracowników zza wschodniej granicy. W niektórych branżach jak np. produkcja trudno jest ich w pełni zastąpić pracownikami z Polski. Są także takie branże, które w tym trudnym czasie intensywnie się rozwiały, jak e-commerce, a ich zapotrzebowanie na pracowników dynamicznie wzrastało” – wyjaśnia Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Czy według Pana/i jest teraz trudniej o pracę w Polsce niż w poprzednich latach?trudniej o pracę w Polsce

trudniej o pracę w Polsce 2
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

 

Dalszy spadek sprzedaży kredytów w Polsce – raport listopad 2020 r.

W listopadzie 2020 r., w porównaniu do listopada 2019 r., banki i SKOK-i udzieliły dużo mniej dwóch rodzajów produktów kredytowych zarówno w ujęciu wartościowym, jak i liczbowym. W ujęciu liczbowym banki przyznały o (-45,2%) mniej kart kredytowych, udzieliły o (-32,1%) mniej kredytów gotówkowych. Wzrost odnotowały kredyty mieszkaniowe, których udzielono o (+7,2%) więcej niż rok temu w listopadzie, więcej było też kredytów ratalnych o (+4,6%). W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i przyznały o (-41,5%) mniej limitów kartowych niż przed rokiem. Spadła także wartość udzielonych w listopadzie 2020 r. kredytów gotówkowych o (-28,4%). Dodatnia dynamika dotyczy kredytów mieszkaniowych – wzrost o (+15,4%) oraz kredytów ratalnych o (+5,0%).
W trakcie jedenastu miesięcy 2020 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 2,514 mln kredytów gotówkowych (-30,7%) na kwotę 46,943 mld zł (-31,2%) oraz 3,236 mln kredytów ratalnych (+3,3%) na kwotę 13,93 mld zł (+3,0%), zaś kredytów mieszkaniowych 199,3 tys. (-9,5%) na kwotę 57,92 mld zł (-3,4%).

Analizując dane zawarte w Newsletterze i wyciągając na ich podstawie wnioski, BIK bierze pod uwagę dwa aspekty. Po pierwsze, uwzględnia specyfikę produktów kredytowych: kredyty konsumpcyjne (ratalne i gotówkowe) oraz karty kredytowe są procesowane bardzo szybko od złożenia wniosku przez klienta lub oferty przez bank (zazwyczaj złożenie wniosku i udzielenie kredytu czy przyznanie limitu zamykają się w jednym miesiącu). Zatem w przypadku tych produktów, listopadowa sprzedaż jest związana z wnioskami składanymi w większości przypadków w listopadzie. Natomiast kredyty mieszkaniowe są procesowane dłużej, nawet do dwóch miesięcy od złożenia wniosku, w związku z tym sprzedaż kredytów mieszkaniowych w listopadzie jest efektem wniosków składanych we wrześniu i październiku. Po drugie, problemy ze spłacaniem kredytów w wyniku pandemii nie mogły się jeszcze w pełni zmaterializować w odczytach Indeksów Jakości, ponieważ Indeksy obejmują opóźnienia powyżej 90 dni. A część kredytobiorców, z powodu sytuacji wywołanej COVID – 19, skorzystała z bankowego wsparcia w zakresie odroczenia spłaty rat kredytowych (wakacje były udzielane na okres 3 i 6 miesięcy). Część odroczeń spłat już się zakończyła. Na koniec listopada wakacjami było jeszcze objętych 74,7 tys. rachunków kredytowych na kwotę 4,9 mld zł.

Kredyty gotówkowe i ratalne

– W okresie styczeń – listopad 2020 r. ujemne dynamiki zarówno liczby, jak i wartości udzielonych kredytów gotówkowych, dotyczyły wszystkich przedziałów wartości udzielanych kredytów. Widzimy już to zjawisko od początku pandemii. Najwyższy spadek w ujęciu wartościowym dotyczył kredytów wysokokwotowych tj. powyżej 50 tys. zł (-35,4%), a w ujęciu liczbowym kredytów z przedziału pomiędzy 3 a 10 tys. (-33,7%). Ponownie, niższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów gotówkowych z przedziału niskokwotowego do 1 tys. zł: liczbowo (-19,6%) oraz (-20,9%) wartościowo. Może to świadczyć o większej ostrożności banków w udzielaniu bardziej ryzykownych kredytów jakimi są kredyty wysokokwotowe. Ponadto również u potencjalnych kredytobiorców, z uwagi na wyższą niepewność obecnej sytuacji, ogranicza się popyt na te kredyty. Niskokwotowe kredyty gotówkowe mogą natomiast w jakiejś części kompensować brak dostępności do pożyczek pozabankowych wynikających z wielu czynników, w tym regulacyjnego.

porównaniu do kredytów gotówkowych o wiele lepiej, a nawet bardzo dobrze, wygląda sytuacja kredytów ratalnych. W ich przypadku w okresie styczeń – listopad 2020 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowaliśmy dodatnie dynamiki sprzedaży: odpowiednio (+3,3%) oraz (+3,0%). I jest to jedyna grupa produktowa, w przypadku której wystąpiły dodatnie dynamiki w okresie pierwszych jedenastu miesięcy 2020 r. Główną przyczyną takiej sytuacji, jest przede wszystkim to, że ten rodzaj kredytów dla udzielającego banku jest dużo bezpieczniejszy od kredytów gotówkowych, co ma swoje odzwierciedlenie w poziomie szkodowości (druga po kredytach mieszkaniowych najniższa szkodowość). Inne jest również ekonomiczne przeznaczenie tych kredytów – kredyty gotówkowe służą bardziej uzupełnieniu bieżącego budżetu domowego, zaś ratalne wiążą się z nabywaniem na raty dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku, m.in. sprzętu RTV/AGD, elektroniki, mebli, samochodów. Wzrost liczby udzielonych kredytów ratalnych należy wiązać z m.in. dużymi akcjami promocyjnymi  zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i w e-commerce – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 18 522 zł – wzrost o 5,4% w stosunku do listopada 2019 r. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 119 zł i jest ona wyższa niż w listopadzie rok temu o 0,4%.

Obserwowany przez BIK co miesiąc poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych (gotówkowych i ratalnych) w oparciu o odpowiednie Indeksy Jakości pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela kredytów ratalnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu. Bieżący – listopadowy odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów ratalnych wynosi 1,33%. Kilkukrotnie wyższą szkodowością (najwyższą wśród wszystkich grup produktowych) charakteryzują się kredyty gotówkowe. Listopadowy odczyt Indeksu Jakości dla kredytów gotówkowych wynosi 3,65%.

Pomimo wcześniejszych obaw dotyczących wzrostu szkodowości kredytów gotówkowych i ratalnych, listopadowy odczyt potwierdza pozytywne zaskoczenie związane z poprawą jakości wyrażoną spadkami odczytów Indeksu Jakości, obserwowaną już we wrześniu i październiku i kontynuowaną w listopadzie. Tak wyraźna poprawa Indeksu Jakości jest najprawdopodobniej efektem odroczeń spłat rat kredytowych w ramach wakacji kredytowych udzielanych klientom przez banki.

 W porównaniu do listopada 2019 r. wartość Indeksu Jakości kredytów gotówkowych polepszyła się (spadła) aż o 2,38 pkt proc., a w porównaniu do odczytu październikowego, o 0,08. Niewątpliwie główny pozytywny wpływ na to miała uzyskana przez część kredytobiorców pomoc z banków związana z odraczaniem spłaty rat kredytów, która w dużej części zamortyzowała ewentualny brak możliwości spłaty kredytu w wyniku spadku dochodów w pierwszych miesiącach pandemii i lockdownu. Trzeba więc ze szczególną uwagą śledzić terminowość spłat w kolejnych miesiącach (szczególnie w grudniu 2020 i styczniu 2021), tym bardziej, że kończą się wakacje kredytowe kredytobiorcom o gorszym profilu ryzyka. W listopadzie poprawiła się również jakość kredytów ratalnych. W ich przypadku wartość Indeksu w okresie 12 miesięcy polepszyła się (spadła) o 0,78, a w stosunku do października 2020 r. o 0,08  – wyjaśnia główny analityk BIK.

Kredyty mieszkaniowe

W listopadzie br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy kolejne dodatnie dynamiki wartości (+15,4%) udzielonych kredytów, przy pierwszy raz w pandemii dodatniej  dynamice liczby udzielonych kredytów (+7,2%) w porównaniu z listopadem 2019. W okresie styczeń – listopad 2020 r., już 48,1% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 350 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, w okresie styczeń – listopad 2020 r. nadal tak, jak i w poprzednich okresach, obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym dotyczą tylko kredytów powyżej 350 tys. zł, których pomiędzy styczniem a listopadem 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 7,6%, a w wartościowym o 8,6%.

– Wyniki listopadowej akcji kredytowej  w zakresie kredytów mieszkaniowych są odzwierciedleniem popytu z okresu września i października. Odbudowę popytu na kredyt mieszkaniowy sygnalizowały już zarówno wrześniowy, jak i październikowy odczyt Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe odpowiednio (+5,4%)  oraz (+8,1%). Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych jest determinowana nie tylko zachowaniem potencjalnych kredytobiorców (popytem), chcących nabyć nieruchomość za kredyt, lecz i banków udzielających kredyt (podaż). Banki po wakacjach poluzowały wymagania m.in. w zakresie wkładu własnego. Jednak w listopadzie mieliśmy soft lockdown. W oparciu o listopadowy odczyt Indeksu popytu na kredyty mieszkaniowe, wiemy już jaka była reakcja popytu (spadek Indeksu o -4,4%). Ważna będzie więc postawa banków, które w warunkach rosnącej niepewności mogą ponownie zdecydować się na zaostrzenie polityki kredytowej, co będzie skutkować kolejną ograniczoną dostępnością kredytu – prognozuje prof. Rogowski.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w listopadzie 2020 r. wyniósł 0,45%. W ostatnich 12 miesiącach (listopad 2020 r. – listopad 2019 r.) jakość portfela polepszyła się, o czym świadczy spadek Indeksu o (-0,29). W dużej mierze jest to efekt wakacji kredytowych.

– Pomimo dużych wcześniejszych obaw – szczególnie w początkach pandemii, obecnie nadal nie odnotowujemy spadku jakości portfela kredytów mieszkaniowych. A wręcz przeciwnie, jakość w listopadzie nadal się polepszała – od października dalsze polepszenie (spadek) Indeksu o 0,02. Przy czym należy pamiętać, że mówimy o opóźnieniach 90-dniowych, czyli możliwych do wystąpienia dopiero po 3-miesięcznym opóźnieniu w spłacie raty kredytu. Podobnie jak w przypadku pozostałych rodzajów kredytów, należy szczególnie obserwować „powakacyjne” zachowania kredytobiorców mieszkaniowych. Ważne będą więc odczyty z grudnia i początkowych miesięcy 2021 roku, kiedy będzie lepszy obraz sytuacji po powrocie kredytobiorców do regularnych spłat. – zaznacza główny analityk BIK.

Karty kredytowe

W listopadzie 2020 r. banki wydały 55,8 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 322 mln zł.

– W listopadzie 2020 r. widać kontynuację negatywnego trendu dynamiki rocznej obserwowanego już od początku roku, po 11 miesiącach br. w ujęciu liczbowym wynosi ona (-39,6%), a w wartościowym (-38,9%). Negatywne zjawisko dotyczy ponownie wszystkich przedziałów kwotowych. Należy pamiętać, że limity kartowe są jednym z najbardziej ryzykownych produktów kredytowych (wartość Indeksu Jakości w listopadzie wyniosła 2,74%), stąd naturalna ostrożność do ich przyznawania przez banki w okresie niepewności. Ostrożność banków wpływa bezpośrednio na dostępność tego produktu kredytowego. Ponadto coraz popularniejsze stają się mobilne formy płatności – mówi prof. Rogowski z BIK.

Podsumowanie 2020 roku na rynku mieszkaniowym

Pomimo, że obecny rok jeszcze się nie skończył, już teraz warto podsumować to, co działo się na rynku mieszkaniowym w 2020 roku. Z pewnością był to czas, który można zaliczyć do niezwykle dynamicznych i mało stabilnych, z uwagi m.in. na wybuch pandemii. Jak wyglądała sytuacja firm deweloperskich na przestrzeni czterech kwartałów? Czy 2021 rok przyniesie w końcu moment pęknięcia tzw. „bańki mieszkaniowej”?

  1. Rynek mieszkaniowy a pierwsza fala pandemii

Pierwszy kwartał br. był w porównaniu do kolejnych miesięcy zdecydowanie najspokojniejszym i najbardziej stabilnym okresem w roku. Styczeń i luty 2020 był to czas, w którym deweloperzy korzystali z dobrej koniunktury, będącej efektem działań niezrealizowanych na przełomie lat 2019/2020. Analizując statystyki dotyczące cen, ilości ofert oraz liczby sprzedanych mieszkań w tym kwartale (która wzrosła o 11%) można pokusić się o stwierdzenie, że wybuch pandemii koronawirusa odgrywał w tych miesiącach drugorzędną, mało znaczącą rolę[1].

Spadek popytu i mniejszą skłonność do podejmowania decyzji inwestycyjnych deweloperzy mogli zauważyć dopiero w Q2 br. Ujemna zmiana w stosunku do kwartału poprzedniego wyniosła aż 47%, z kolei kwartalna liczba nowych mieszkań wprowadzonych do oferty zmniejszyła się o 5%.  Dostrzegalna nierównowaga pomiędzy popytem a podażą tłumaczy 6 procentowy wzrost liczby mieszkań, które pozostały w ofercie deweloperów na koniec Q2 2020 r. Analizując i podsumowując pierwsze półrocze warto więc zwrócić uwagę na dwie widoczne fazy – rekordowe wyniki sprzedaży w styczniu i lutym oraz jej załamanie spowodowane pandemią w kolejnym kwartale[2].

  1. Drugie starcie z koronawirusem

Trzeci i czwarty kwartał 2020 roku upłynął pod znakiem powolnej stabilizacji rynku oraz starań deweloperów do powrotu do sytuacji sprzed pandemii. Jak wskazują analitycy portalu RynekPierwotny.pl w swoim raporcie na temat rynku mieszkaniowego w Warszawie, czas od lipca do sierpnia 2020 roku był momentem uspokojenia się nominalnych cen metrażu na stołecznym rynku mieszkaniowym. W tym czasie deweloperzy odnotowali również wysoki wzrost sprzedaży sięgający 40% w porównaniu do Q2, co z pewnością mogło dać im nadzieję na przyszłość. Dalszym problemem może okazać się jednak roczny spadek liczby sprzedanych mieszkań, zestawiając ze sobą Q3 2019 i 2020 roku. W tym przypadku częściową kompensację strat pokryje zapewne ogólny wzrost cen metrażu, który miał miejsce jeszcze na przełomie ubiegłego roku[3].

– Podsumowując mijający, pandemiczny rok należy jasno powiedzieć, że był to trudny czas, pełen ryzyka i niepewności, nie tylko dla deweloperów, ale dla wszystkich branż. Najbardziej wymagającym okresem z perspektywy firmy był z pewnością Q2 2020 roku, który zmusił nas do wprowadzenia kilku zmian w przedsiębiorstwie i przemodelowania wcześniejszego sposobu działania. Kwartał III br. z kolei przyniósł firmie Profbud powolną stabilizację i poczucie względnego spokoju, natomiast w Q4 odnotowaliśmy znaczny wzrost zainteresowania inwestycjami. Największą popularnością cieszą się nieustannie nasza nowa inwestycja na Ursynowie, Osiedle  Zakątek Cybisa, a także IV etap popularnego Osiedla Stella na warszawskim Bemowie. Podczas pandemii wprowadziliśmy do wszystkich biur sprzedaży dodatkowe środki ostrożności. Istnieje również możliwość rozmów online z naszymi doradcami Klienta, a nawet opcja zakupu mieszkania i podpisania umowy rezerwacyjnej bez wychodzenia z domu. Wszystko to z pewnością wpłynęło na niesłabnące zainteresowanie naszą ofertą. Z optymizmem patrzymy w przyszłość i mamy nadzieję, że czas pandemii, której negatywne skutki odczuli wszyscy przedsiębiorcy niebawem odejdzie w zapomnienie – mówi Anna Skotnicka-Ryś, Dyrektor Działu Handlowego firmy Profbud.

  1. Dzisiaj firmy deweloperskie mają się dobrze

Wbrew przypuszczeniom wielu, pandemia koronawirusa nie przyniosła diametralnej obniżki cen mieszkaniowych, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Wyniki badania ankietowego przeprowadzonego w październiku br. przez Centrum Monitoringu Sytuacji Gospodarczej wskazują na całkiem stabilną sytuację branży budowlanej w czasie pandemii. Jak wynika z raportu, spadek przychodu oraz zatrudnienia w Q3, porównując go do Q2 br. wynosi w tym segmencie 25%. Pozostałe 50% ankietowanych deklaruje utrzymanie stabilnej sytuacji, a 25% wskazuje wręcz na wzrost i poprawienie się sytuacji ekonomicznej przedsiębiorstwa, w porównaniu do sytuacji, która miała miejsce w lipcu-wrześniu 2020 r.[4]

Podobna sytuacja tyczy się relacji popytu i podaży w 6 największych miastach Polski. Analizując wyniki badań JLL, wskaźnik sprzedanych mieszkań w Q3 był wyższy niż wskaźnik mieszkań wprowadzonych do sprzedaży w Q1. Dodatkowo, średnie ceny mieszkań w ofertach największych Polskich miast stale rosną. Przykładowo, w Q3 2020 roku w Warszawie średnia cena brutto wynosiła 10,9 tys. zł/kmw. W Krakowie i Wrocławiu z kolei nie wiele mniej bo odpowiednio 10,1 oraz 9,9 tys. zł/mkw. Na dzień dzisiejszy najtaniej wydaje się być w Łodzi, gdzie średnia cena za mkw to 6,6 tys. zł[5].

  1. Ceny mieszkań w 2021 roku – jakie niesie prognozy?

Nadchodzący rok niesie ze sobą trzy oczywiste i możliwe scenariusze, jeśli chodzi o ceny nieruchomości w Polsce: ich wzrost, spadek lub pozostanie na tym samym poziomie kosztowym. Najprawdopodobniej rynek mieszkaniowy będzie dążył do zachowania równowagi wynoszącej +-5% dynamiki zmiany cen. Jedynie kolejne gwałtowne i nieoczekiwane zjawisko mogłoby spowodować ich spadek o więcej niż 10%[6]. Nic więc nie wskazuje na to, aby nowy rok przyniósł moment pęknięcia tzw. „bańki mieszkaniowej”, na co czeka z pewnością wielu potencjalnych klientów. Co więcej, restrykcyjne przepisy budowlane dotyczące efektywności energetycznej nowych budynków, wchodzące w życie od 1 stycznia 2021 r. mogą wpłynąć na wzrost cen mieszkań w najbliższym czasie. Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe kwestie odkładanie decyzji zakupowej i oczekiwanie na moment załamania się rynku nieruchomości w Polsce może być ryzykowny, a z perspektywy czasu mało opłacalny.

[1] RynekPierwotny.pl, Rynek mieszkaniowy w Warszawie – I kw. 2020 r.

[2] RynekPierwotny.pl, Rynek mieszkaniowy w Warszawie – II kw. 2020 r.

[3] RynekPierwotny.pl, Rynek mieszkaniowy w Warszawie – III kw. 2020 r.

[4] CMSG, Sytuacja ekonomiczna przedsiębiorstw w czasach koronawirusa. Badanie ankietowe, październik 2020 r. (tura 09-23.10.2020)

[5] JLL, Rynek mieszkaniowy rzeczywistość vs. oczekiwania, Konferencja OBIDO 2020

[6] https://enerad.pl/aktualnosci/ceny-mieszkan-2021/

Pandemia zmieniła nawyki żywieniowe Polaków. Co nas mówią nasze talerze?

Skutki Covid-19 odczuwalne są nawet w najbardziej osobistych sferach naszego życia. Zawartość talerzy Polaków podczas pandemii może posłużyć nam za soczewkę, przez którą łatwo dostrzec, w jakiej kondycji fizycznej oraz psychicznej jesteśmy. Producenci żywności widzą najlepiej, po jakie artykuły spożywcze sięgamy podczas kryzysu.

Z początkiem pandemii bardzo szybko w internecie zaczęto promować dwie szkoły radzenia sobie z kryzysem – aktywną i pasywną. Pierwsza z nich nawoływała do wykorzystania dodatkowego czasu wolnego, znalezienia nowego hobby, nauki kolejnego języka. Zalecano też rewolucję żywieniową, przejście na dietę i codzienne ćwiczenia fizyczne w domowym zaciszu. W kontrze stało absolutne przyzwolenie na stres, który w obecnej sytuacji był w pełni zasadny, a sposób radzenia sobie z nim powinien być naturalny i nienarzucony. „Mamy światową pandemię, ludzie umierają, pozwól sobie na złe samopoczucie” – nawoływały popularne konta w social mediach i coachingowe strony. Jak w rzeczywistości znosimy drastyczne zmiany wywołane koronawirusem i co o tym mówi nasz sposób odżywiania się?

Choć z początku wielu Polaków wybrało ścieżkę zdrowego menu, regularnego gotowania i uprawiania np. jogi, dość szybko straciliśmy entuzjazm. Boom na organiczną żywność, restrykcyjne diety i pracę nad własnym ciałem wywołany był potrzebą odzyskania kontroli w sytuacji zupełnie niezależnej od nas. Z czasem dopadła jednak bezsilność. Nieregularny tryb życia, zmiana godzin snu zdecydowanie zmieniły tryb naszych posiłków na mniej harmonijny i wymykający się spod kontroli. Niektórzy potraktowali przekąski jako ucieczkę przed rutyną i nudą, dla innych comfort food był jedynym sposobem na odciągnięcie uwagi od stresu i lęku. Niezależnie od obranej strategii, w obu tych grupach jedzenie stanowi ważny element radzenia sobie z nową, trudną sytuacją. Druga fala Covid-19 przypadła na miesiące, kiedy zamknięci przed mrozem w domach mniej się ruszamy i nie doświadczamy promieni słońca. Szczególnie w okresie zimowym tak ważne jest, aby wzmacniać swoją odporność i zapobiegać depresji prawidłowym żywieniem.

Stany lękowe i stres związany z pandemią w kontekście żywienia to zamknięte koło. Nasze samopoczucie pogarsza się, więc nie mamy ochoty gotować, a wszelka mobilizacja do zmian spada. Niezdrowa dieta owocuje niedoborem witamin, osłabieniem odporności, a tym samym zatrzymuje nas w łóżku zamiast dawać energię do działań. Zastanawialiśmy się, jak zachęcić ludzi do sięgania po pełnowartościowe posiłki, bez wymagania od nich wielkiego wysiłku. Ekologiczne zboża, składniki pełne błonnika i witamin, produkty łatwe do przygotowania w domu – z nich też można stworzyć komfortowy posiłek, który zamiast szkodzić, wesprze nasze ciało w tym nadzwyczajnym okresie” – tłumaczy Kamil Rabenda, prezes firmy Soligrano.

Substytuując przypadkowe przekąski zdrowymi alternatywami, nie zmuszamy się do natychmiastowej zmiany nawyków żywieniowych, ale sprawiamy, że stają się one dla nas lepsze. Dodatkowy czas na poszukiwanie produktów ekologicznych, więcej przestrzeni w życiu codziennym na przemyślane zakupy online, brak posiłków w biegu, to nieliczne korzyści płynące z obecnej zmiany trybu życia. Niestety nie dla każdego przebywanie w domu równoznaczne jest ze zdwojoną ilością czasu wolnego. Edukacja domowa, praca zdalna bez konieczności wstania z kanapy, większa niż zwykle obecność domowników, brak szkolnych stołówek i lunchów na mieście – to zdecydowanie czynniki, które w wielu z nas wywołały frustrację i niechęć do czasochłonnego gotowania. Oprócz zamówienia pizzy z okolicznej restauracji, możemy w alternatywie przygotować wartościowy posiłek z tanich półproduktów, których przyrządzenie zajmie nie więcej niż 10 minut. To znacząco krócej, niż czas oczekiwania na posiłek dostarczony z fast foodu.

„Staramy się odpowiedzieć na potrzeby osób, które w obecnej sytuacji chcą zadbać o zdrowie swoje oraz swoich bliskich, bez konieczności spędzania niezliczonych godzin w kuchni. Z naszych produktów korzystają osoby na przeróżnych dietach, w tym wielu wegetarian oraz wegan. Proste do wykonania burgery na bazie strączków, suche mieszanki pełne liofilizowanych warzyw do sporządzenia kaszotto, półprodukt do przygotowania racuchów – to kompromisy, jakie proponujemy konsumentom w dobie pandemii. Najważniejsze, że każdy z tych produktów wspiera nasz układ odpornościowy, ma przejrzysty skład i jest prosty w obsłudze. Nie oszukujmy się, potrzeba nam teraz wszystkim wsparcia, jak nigdy dotąd. Producenci żywności powinni mieć w nim swój udział, pomagając Polakom w zachowaniu zdrowych nawyków. – mówi Kamil Rabenda, prezes firmy Soligrano.

Badania poznańskiego Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego wykazały, że prawie 30% Polaków doświadczyło podczas pandemii przyrostu masy ciała. Nadprogramowe kilogramy związane są ściśle z jakością spożywanego przez nas w tym czasie jedzenia, niedoborem warzyw, owoców oraz roślin strączkowych w codziennej diecie. Wzrosło również spożycie alkoholu, a ponad 45% palaczy doświadczyło wzrostu częstotliwości palenia podczas kwarantanny. Szczególnie narażone na konsekwencje nieprawidłowej diety są osoby, które jeszcze przed pandemią cierpiały na zaburzenia odżywiania, a obecna sytuacja uwypukla tylko ich złe nawyki. Co ciekawe, badania dowodzą, że na przyzwyczajenie do nowych rytuałów żywieniowych potrzeba tylko 30 dni. Początkiem nowej drogi mogą być odpowiednie zakupy i małe kroki wykonane w kierunku wielkich zmian. Warto wygospodarować czas na zapoznanie się z aktualna ofertą lokalnych, polskich producentów żywności, aby skutki pandemii nie okazały się katastrofalne dla naszego ciała i ducha. Ekologiczne i zdrowe rozwiązania zaoszczędzą nam przykrych konsekwencji nieodpowiedniej diety i długofalowego obniżenia nastroju.

Stwardnienie guzowate prowadzi do zaburzeń w rozwoju dzieci. W Polsce wciąż jest utrudniony dostęp do leczenia po osiągnięciu pełnoletności

Stwardnienie guzowate to rzadka choroba, która polega na tym, że na skórze, w mózgu i sercu chorego pojawiają się najczęściej łagodne, ale licznie występujące guzy. Jednym z pierwszych objawów jest wczesna padaczka, która pojawia się u dzieci już w kilka miesięcy po urodzeniu, prowadząc do zaburzeń w rozwoju i sprawności intelektualnej. Rozpoznanie stwardnienia guzowatego wciąż stanowi w Polsce wyzwanie. Lekarze apelują, żeby zwracać na tę chorobę baczną uwagę, ponieważ wczesna diagnoza umożliwia szybkie rozpoczęcie leczenia, a to jest kluczowe dla jakości życia chorych.

– Stwardnienie guzowate to choroba genetyczna, na którą w Polsce choruje około 7 tys. osób. Traktowana jest jako choroba rzadka i może być dziedziczona od rodziców [przypadki rodzinne stanowią ok. 1/3 wszystkich zachorowań – red.], ale może też pojawić się po raz pierwszy u danego dziecka – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Wojciech Młynarski, kierownik Kliniki Pediatrii, Onkologii i Hematologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Stwardnienie guzowate (TSC) to choroba wielonarządowa polegająca na tworzeniu się zazwyczaj łagodnych, ale licznych guzów m.in. na skórze, w mózgu, w sercu, płucach, nerkach i na wątrobie. Zdarza się jednak, że takie zmiany mają charakter złośliwy.

– Stwardnienie guzowate to choroba przewlekła. Bez leczenia pojawiają się nowe zmiany, a istniejące rosną. Jednocześnie nie mamy w tej chwili skutecznego leczenia przyczynowego, możemy natomiast coraz skuteczniej leczyć zmiany guzowate w różnych narządach. Mamy także możliwości zapobiegania padaczce i jej powikłaniom – mówi prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak, kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii w Centrum Zdrowia Dziecka.

TSC jest chorobą trudną do zdiagnozowania. Ponieważ występuje dość rzadko, lekarze mają problem z jej rozpoznaniem, chociaż do postawienia diagnozy wystarczy badanie genetyczne lub radiologiczne głowy.

– Kwestia dostępności do badań genetycznych pozostaje nierozwiązana. Pewne rozwiązania tego problemu mają być objęte Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich, jednak ciągle jeszcze nie został on przyjęty. Wykonywanie badań genetycznych dla wielu pacjentów wiąże się więc z koniecznością zrobienia tego prywatnie. Nie wszystkie szpitale są w stanie zlecić i zapłacić za to badanie, te koszty nie są w żaden sposób refundowane przez NFZ – mówi prof. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak.

– Ta choroba jest niespecyficzna, bo na różnych etapach życia pacjenta pojawiają się różne objawy. Niektóre z nich mogą od razu sugerować stwardnienie guzowate, ale część pojawia się też przy innych schorzeniach. Dlatego dzieci często mają późno postawione rozpoznanie, bo objawy są bardzo niecharakterystyczne. To mogą być zmiany odbarwieniowe na skórze, wyglądające jak np. plamka kawy z mlekiem. One mogą wynikać po prostu z fizjologii, ale jeśli jest ich więcej i występują u rodziców, to już może sugerować TSC – mówi prof. Wojciech Młynarski.

Zmiany skórne, takie jak bezbarwne znamiona, płaskie włókniaki w okolicy czołowej albo liczne, plamiste odbarwienia o średnicy 1–3 mm zwykle w okolicy przedramion i podudzi oraz guzy w mózgu, sercu i nerkach, należą do najczęstszych objawów TSC. Te dwa symptomy występują u 90–95 proc. pacjentów. Szacunkowo u 70–90 proc. dzieci chorych na stwardnienie guzowate istnieje też prawdopodobieństwo wystąpienia padaczki. Do jej napadów może dojść już w kilku pierwszych miesiącach życia dziecka.

– U najmłodszych dzieci, zwłaszcza niemowląt, to właśnie padaczka jest największym problemem. Ona rozwija się w pierwszych dwóch latach życia i zazwyczaj wiąże się z cięższym przebiegiem – wskazuje kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii w Centrum Zdrowia Dziecka..

Wystąpienie padaczki w przebiegu TSC wpływa negatywnie na rozwój psychoruchowy dziecka i jego późniejszą sprawność intelektualną. Średnio połowa pacjentów ma zaburzenia neuropsychiatryczne w postaci upośledzenia umysłowego czy autyzmu. Lekarze mogą próbować im zapobiegać, ale kluczem do tego jest wczesne rozpoznanie TSC i szybkie wdrożenie leczenia. Obok padaczki pierwszymi objawami stwardnienia guzowatego są zwykle mnogie guzy serca oraz zmiany w mózgu, które mogą zostać wykryte w badaniu echokardiograficznym i rezonansie magnetycznym już na etapie życia płodowego dziecka. Pozwala to na ustalenie rozpoznania TSC jeszcze przed padaczką.

– W części przypadków już w ciąży, zanim dziecko się urodzi, podczas USG można wykryć guz w sercu dziecka. W takim przypadku bardzo prawdopodobne jest, że urodzi się ono ze stwardnieniem guzowatym – mówi kierownik Kliniki Pediatrii, Onkologii i Hematologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Mnogie guzy serca są powiązane z TSC w ponad 90 proc. przypadków. Mają łagodny charakter, ale mogą powodować m.in. zaburzenia rytmu serca. Z kolei guzki korowe i podkorowe w mózgu, które również występują średnio u 9 na 10 chorych, zwykle mają charakter mnogich, łagodnych zmian dysplastycznych, które jednak mogą być ogniskami padaczkowymi. Równie często występują guzki podwyściółkowe, z których jednak mogą rozwijać się guzy powodujące zaburzenia krążenia płynu mózgowo-rdzeniowego i wodogłowie.

– W przebiegu TSC pojawiają się inne choroby, również nowotworowe, takie jak guzy ośrodkowego układu nerwowego, tzw. guzy SEGA, czyli gwiaździaki podwyściółkowe. Pojawiają się inne zmiany w ośrodkowym układzie nerwowym, u części pacjentów może wystąpić opóźnienie psychoruchowe – wymienia prof. Wojciech Młynarski.

Sposób leczenia TSC – farmakologiczny albo chirurgiczny – jest dobierany w zależności od objawów i umiejscowienia guzów. Nie ma możliwości całkowitego wyleczenia stwardnienia guzowatego, ale terapia objawowa i ukierunkowana molekularnie może zahamować chorobę i jej symptomy, doprowadzając np. do zmniejszenia niektórych guzów. Skuteczne leczenie jest więc kluczowe dla jakości życia pacjentów, ale aby było ono możliwe, potrzebne jest jak najszybsze zdiagnozowanie TSC.

– Późne rozpoznanie to jeden z kluczowych problemów. Potrzebna jest większa świadomość środowisk medycznych, głównie pediatrycznych i neurologicznych, dotycząca tej choroby. Im wcześniej zaczniemy stawiać diagnozę, tym wcześniej możemy skutecznie leczyć – mówi medyk. – Apelujemy do neurologów, nefrologów i onkologów: należy brać pod uwagę, że dany pacjent może mieć stwardnienie guzowate, bo część z nich można leczyć niemalże przyczynowo. Wcześniejsze włączenie leczenia spowoduje, że ci pacjenci nie będą mieli takiej progresji choroby.

Jak podkreśla kierownik Kliniki Pediatrii, Onkologii, Hematologii i Diabetologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, oprócz trudności w diagnostyce w Polsce problemem w terapii TSC jest również brak ośrodków, które kompleksowo i wielospecjalistycznie zaopiekowałyby się takimi pacjentami. Ponieważ stwardnienie guzowate zajmuje różne narządy, chory powinien być pod opieką zespołu współpracujących ze sobą specjalistów: m.in. neurologa, onkologa, dermatologa i psychiatry. Ze względu na brak ośrodków wyzwaniem dla pacjentów w niektórych regionach, np. Łodzi czy Warszawie, jest kontynuacja terapii po uzyskaniu pełnoletności.

– Powinny istnieć takie centra, które zajmują się chorobami rzadkimi, oraz ośrodki specjalizujące się właśnie w stwardnieniu guzowatym. Najlepiej byłoby, gdyby zapewniały one chorym dostęp do wszystkich specjalistów w jednym miejscu – mówi prof. Wojciech Młynarski.

Lekarze podkreślają, że szczególnie utrudniony dostęp do leczenia mają pacjenci, u których zdiagnozowane są guzy w częściach ciała innych niż mózg, np. sercu, płucach czy wątrobie.

Trwają prace nad strategią wodorową dla Polski. Rozwój tego rynku będzie wymagał innowacji i nowych inwestycji

Ministerstwo Klimatu i Środowiska pracuje nad krajową strategią wodorową, która ma zostać opublikowana na początku przyszłego roku. Polska już w tej chwili jest liczącym się producentem, ale wodoru szarego, produkowanego z paliw kopalnych. Przyszłość rynku to wodór zielony, niskoemisyjny, produkowany z odnawialnych źródeł. – To na tym bardzo konkurencyjnym rynku Polska będzie musiała odnaleźć swoją niszę – mówi dr hab. inż. Jakub Kupecki z Instytutu Energetyki. Niskoemisyjny wodór nie tylko zastąpi ten produkowany z paliw kopalnych, ale też pobudzi rozwój zupełnie nowych rynków. Będzie jednak wymagał szeregu nowych inwestycji.

 Prace nad strategią wodorową trwają. Ten dokument jest niezbędny, bo wskaże kierunki i wyznaczy ramy działań niezbędnych, żeby osiągnąć konkretne cele związane ze standardami emisyjności, a docelowo też z neutralnością klimatyczną. Będzie punktem odniesienia dla tych, którzy już realizują pewne działania, aby potwierdzić słuszność tych koncepcji. Mowa tu o strategiach dużych koncernów, ale też mniejszych firm. Natomiast dla tych, którzy jeszcze mają wątpliwości, ta strategia będzie formą drogowskazu – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Jakub Kupecki, profesor Instytutu Energetyki, kierownik Centrum Technologii Wodorowych.

Nad strategią wodorową, która ma zostać opublikowana w I kwartale 2021 roku, pracował zespół przy Ministerstwie Klimatu, a następnie Ministerstwie Klimatu i Środowiska. Dokument jest obecnie w fazie uzgodnień międzyresortowych. Rząd liczy, że rozwój rynku wodoru w Polsce zapewni bodziec do rozwoju gospodarczego, ale też przyczyni się do transformacji energetycznej i ograniczenia krajowej emisji gazów cieplarnianych. Rządowy plan zakłada m.in. współpracę z państwowymi spółkami, które będą inwestować w wodór, i wykorzystanie mechanizmów finansowych przewidzianych w Europejskim Zielonym Ładzie.

 Strategia nie ma być encyklopedią wiedzy o technologiach wodorowych, jest to na ogół dokument dość skondensowany. Ona nie powinna wskazywać konkretnych rozwiązań technologicznych. To jest dokument z założenia wyznaczający kierunki. Do roku 2030 czy 2040 na pewno trzeba spodziewać się dużych zmian w uwarunkowaniach rynkowych, dlatego ten dokument będzie musiał odnieść się do tego, co będzie działo się na rynku za kilka czy kilkanaście lat – mówi kierownik Centrum Technologii Wodorowych.

Jak podkreśla, powstanie strategii wodorowej dla Polski będzie impulsem dla rozwoju nowych inwestycji, m.in. w energetyce, ale także w sektorze transportu, w chemii i petrochemii.

– Przedsiębiorstwa muszą zacząć dostosowywać się do nowych standardów i muszą być otwarte na nowe technologie. Wszyscy mamy świadomość, że niekoniecznie będą to technologie najbardziej opłacalne ze stricte ekonomicznego punktu widzenia, ale docelowo, w długofalowym horyzoncie będą oferowały znacznie więcej. I tak na to należy patrzeć. Dziś musimy zainwestować trochę więcej niż w klasyczne technologie, ale dzięki temu w horyzoncie dekady czy dwóch unikniemy jeszcze większych inwestycji, od których wówczas nie będzie już odwrotu – mówi Jakub Kupecki.

Polska już w tej chwili – z produkcją na poziomie ok. 1 mln ton rocznie (globalnie ok. 74 mln ton) – jest liczącym się graczem na rynku tzw. szarego wodoru, produkowanego z paliw kopalnych. Stosuje się go głównie jako surowiec w chemicznych procesach produkcji (np. amoniaku) i procesach rafineryjnych (największym producentem jest Grupa Azoty). Przyszłość rynku to jednak tzw. wodór zielony, niskoemisyjny, produkowany z odnawialnych źródeł. W tej chwili stanowi on raptem 5 proc. całkowitej globalnej produkcji tego surowca – wytwarzanie zielonego wodoru wciąż jest droższe od innych form. Rozwój tego segmentu rynku jest na razie w początkowej fazie rozwoju, ale chcąc pobudzić innowacje i ograniczyć emisje, Polska również będzie musiała się na nim odnaleźć.

 Potencjał wykorzystania wodoru w Polsce jest bardzo duży. Zielony wodór, który się pojawi, będzie w dużym stopniu zastępował ten klasycznie wytwarzany w procesie reformingu parowego metanu. Będzie to też wodór dla nowych rynków, m.in. mobilności, wysokosprawnych układów kogeneracyjnych i poligeneracyjnych, które perspektywicznie też będą zasilane tym paliwem. Te rynki dopiero w tej chwili są kreowane – mówi profesor Instytutu Energetyki. – Na pewno będzie to cała część związana z infrastrukturą dla hydrogen mobility, czyli mobilności wodorowej, ale również wszystko wokół tego, tzn. sektor usług, gdzie będą się pojawiały nowe rozwiązania w obszarze IT, nowe materiały, nowe rurociągi do przetłaczania mieszanin wodoru z gazem ziemnym. Wiele sektorów przemysłu będzie musiało inwestować, żeby utrzymać swoją pozycję na rynku.

Polska będzie musiała wprowadzić przyjazne regulacje i zapewnić środki finansowe na inwestycje, żeby zaistnieć na globalnym rynku wodoru. Co istotne, będzie musiała też znaleźć na nim swoją niszę. Trudno będzie jej konkurować z największymi producentami, krajami czy regionami, jak Katar czy Bliski Wschód. Według prognoz Esperis („Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”) do 2050 roku to azjatycki rynek będzie największym producentem na świecie, a Chiny, Japonia, Singapur i Korea Południowa będą łącznie odpowiadać za ok. 2/3 globalnego zapotrzebowania i nawet do 75 proc. zużycia wodoru. Aby rozwijać się na tym rynku, Polska będzie musiała sprostać rosnącej globalnej konkurencji i znaleźć swoją specjalizację.

– Widzimy duży potencjał w niszach technologicznych związanych z technologią elektrolizy, ale także z układami wykorzystania zielonego wodoru. Na pewno nie będziemy konkurowali ze światowymi koncernami, które już dzisiaj oferują wiele rozwiązań, bo tego typu wyścig będzie praktycznie od razu skazany na klęskę. Niemniej jednak w tych obszarach high-tech polski potencjał jest bardzo duży, jesteśmy już do tego przygotowani, realizujemy przedsięwzięcia w tym obszarze i ten kierunek wydaje się słuszny – mówi Jakub Kupecki.

Rynek wodoru jako perspektywiczny postrzega też Komisja Europejska, która na początku lipca br. opublikowała swoją strategię wodorową. Dokument ma stanowić impuls do rozwoju tego rynku w Europie, której szacunkowe zapotrzebowanie na wodór w 2030 roku sięgnie 16,5 mln ton. Unijna strategia wodorowa przewiduje wsparcie finansowe i instytucjonalne. Równolegle KE zainicjowała Europejski Sojusz na rzecz Czystego Wodoru (The European Clean Hydrogen Alliance), który ma pomóc w realizacji strategii i do 2030 roku zapewnić inwestycje na poziomie 430 mld euro. Unijny plan zakłada, że w latach 2030–2050 technologie produkcji zielonego wodoru powinny osiągnąć dojrzałość i być wdrażane na dużą skalę we wszystkich sektorach trudnych do dekarbonizacji.

Innowacje rewolucjonizują medycynę. Bez cyfrowych rozwiązań służba zdrowia nie poradziłaby sobie w czasie pandemii

Cyfrowe rozwiązania i innowacje medyczne wspierające walkę z koronawirusem, w realiach przeciążonej służby zdrowia, niemal z dnia na dzień weszły do powszechnego zastosowania. Przykładem są choćby e-recepty czy telemedycyna, bez których działanie systemu ochrony zdrowia w czasie pandemii byłoby mocno utrudnione. Eksperci na świecie są zgodni, że digitalizacja i innowacje wspierające walkę z pandemią przyczynią się do transformacji całego systemu, a ten rok wyznaczył jej kierunek.

 Poziom innowacyjności polskiego systemu opieki zdrowotnej jest coraz lepszy. Widzimy niezwykły przyrost w zakresie informatyzacji tego systemu. Ostatnie lata pokazały, jak ważne staje się e-zdrowie w tej opiece. Zresztą pandemia COVID-19 również tego dowodzi. Dzięki temu, co zostało zrobione w ostatnich dwóch latach, dzisiaj możemy korzystać z teleporad, e-zwolnień czy e-recept. Tylko w najczarniejszych snach możemy sobie wyobrażać, co by było, gdyby te rozwiązania nie zostały wprowadzone – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

Jak podaje rządowe Centrum e-Zdrowia, Internetowe Konto Pacjenta, które pozwala zarządzać swoimi sprawami medycznymi online, aktywowało już w sumie 3,5 mln Polaków. Tylko w tym roku liczba nowych użytkowników wzrosła o 2,65 mln. Od stycznia do początku lipca lekarze wystawili w sumie 207 mln e-recept, a skorzystało z nich 20,5 mln pacjentów. Jeszcze w lutym, przed pandemią ich udział w ogóle wystawianych recept sięgał 88 proc., podczas gdy w maju wzrósł do 95 proc.

Dzięki rządowej aplikacji gabinet.gov.pl lekarze POZ mogą zlecać pacjentom także testy na obecność koronawirusa, a od 8 stycznia 2021 roku w Polsce obowiązkowe staną się również elektroniczne skierowania. Już w tej chwili popularność tego dobrowolnego rozwiązania jest duża: do końca października br. 33 tys. lekarzy wystawiło ponad 3 mln e-skierowań, a w każdym tygodniu do systemu podłącza się ok. 140 nowych podmiotów.

W planach jest dalsza digitalizacja: pod koniec lipca Centrum e-Zdrowia pozyskało 120 mln zł dofinansowania na rozwój kolejnych, nowych e-usług dostępnych na Internetowym Koncie Pacjenta, takich jak zamawianie e-recept, centralną e-rejestrację oraz e-wizyty.

– Okoliczności, w których aktualnie znalazł się cały świat, są trudne, ale warto także zauważyć, że to właśnie one pozwalają przyśpieszyć pożądane zmiany w zakresie opieki zdrowotnej. Przyczyniają się do jej szybszej cyfryzacji – mówi Kees Wesdorp, szef Dywizji Diagnostyki w firmie Philips.

Cyfrowe rozwiązania i innowacje medyczne wspierają walkę z koronawirusem i w realiach przeciążonej służby zdrowia niemal z dnia na dzień weszły do powszechnego zastosowania. Przykładami są chociażby telemedycyna, telemetria i zdalny monitoring, który za pomocą inteligentnych, przenośnych urządzeń pozwala kontrolować stan pacjentów zarażonych COVID-19 nawet w ich domach, bez angażowania personelu medycznego.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Deloitte wśród kadry kierowniczej placówek ochrony zdrowia i szpitali jeszcze przed pandemią, telemedycyna i zdalna ochrona zdrowia to najistotniejszy kierunek rozwoju branży medycznej. Połowa kadry zarządzającej uważała, że do 2040 roku przynajmniej 25 proc. zabiegów ambulatoryjnych, profilaktyki, opieki długofalowej i usług wellbeing będzie już świadczona zdalnie (raport Deloitte „The future of virtual health”). Ponadto, jak pokazują dane płynące z raportu „Future Health Index 2020”, nowe technologie mają nie tylko wpływ na usprawnienie opieki medycznej nad pacjentem, ale przekładają się także na zwiększenie satysfakcji z wykonywanej pracy wśród przedstawicieli personelu medycznego, którzy wyraźnie podkreślają, że mogą one znacząco polepszyć ich doświadczenia zawodowe. 76 proc. ankietowanych zgadza się, że cyfrowe technologie mogą zmniejszyć obciążenie wywołane ilością obowiązków służbowych, a 60 proc. spodziewa się, że przyczynią się do zmniejszenia u nich poziomu stresu związanego z pracą.

Wśród technologii, które będą mieć kluczowe przełożenie na branżę medyczną, ekspert Philipsa wymienia m.in. rozwiązania usprawniające przepływ pracy między personelem medycznym i te bazujące na sztucznej inteligencji.

– Oferowane przez nas rozwiązania wspierające opiekę nad  chorymi wymagającymi hospitalizacji  pozwalają zdalnie przygotowywać pacjentów do wizyty w szpitalu, dzięki czemu pojawiają się we wskazanym czasie bezpośrednio u lekarza prowadzącego, co redukuje konieczność czekania w często przepełnionych poczekalniach, a tym samym narażenia na zakażenie. Ma to szerokie zastosowanie zwłaszcza w przypadku zabiegów planowych. Przykładem może być choćby opracowane przez nas tzw. Radiology Operations Command Center, pozwalające doświadczonym radiologom kontaktować się zdalnie z personelem znajdującym się w położonej w innym miejscu pracowni diagnostycznej, instruując go, pomagając mu usprawnić procedury, poprawić wydajność pracy oddziału i lepiej wykorzystywać różnego rodzaju sprzęt i zasoby, a także zwiększyć liczbę obsługiwanych pacjentów – wymienia Kees Wesdorp.

Jak podkreśla, Philips zamierza w kolejnych latach skupić się m.in. na rozwijaniu i wprowadzaniu innowacji w segmencie inteligentnych systemów diagnostycznych.

– Precyzyjna diagnostyka to nie tylko wykonanie badania, interpretacja wyników i stwierdzenie choroby, ale przede wszystkim narzędzie służące do analizy pełnego obrazu stanu zdrowia pacjenta, które wykorzystując modelowanie predyktywne, pomaga lekarzowi wybrać najlepszy kierunek opieki dla tego konkretnego pacjenta – wskazuje.

Także same urządzenia medyczne są istotnym obszarem innowacji. Przykładowo w rezonansie magnetycznym skrócenie czasu badania mogłoby pozwolić na zwiększenie dostępności badania dla  większej liczby pacjentów. Rozwiązanie Compressed Sense Philips pozwala skrócić czas tego badania o 50 proc. bez uszczerbku dla jakości obrazu. Ma to ogromny wpływ na liczbę pacjentów przyjmowanych przez pracownie rezonansu magnetycznego.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania Deloitte – przeprowadzonego na potrzeby raportu „Winning in the future of medtech” – zdaniem 80 proc. ekspertów z rynku medycznego znaczący wkład w rozwój medycyny przyszłości wniesie sztuczna inteligencja (SI). Dalej znalazły się też robotyka (53 proc.) i nanotechnologia (47 proc.). Eksperci podkreślają jednak, że wdrażanie innowacji w systemach ochrony zdrowia wymaga zaangażowania i współpracy nie tylko po stronie firm technologicznych, lecz także środowiska akademickiego, naukowców i państwa.

– Wsparcie państwa w zakresie innowacyjności jest potrzebne na każdym etapie – zarówno finansowania, jak i wdrażania nowych technologii. Wszystkie kraje, które uważają się za innowacyjne, wspierają swoich naukowców na różnych etapach zaawansowania ich projektów. Przykładowo Izrael czy Stany Zjednoczone, które są postrzegane jako kraje najbardziej innowacyjne, przeznaczają rokrocznie olbrzymie pieniądze na inwestycje w badania i rozwój – mówi prezes Agencji Badań Medycznych.

Jak podkreśla, mówiąc o innowacjach w medycynie, nie można pominąć kwestii prac nad nowymi cząsteczkami i lekami.