Dlaczego Twój biznes potrzebuje public relations

Okres związany z pandemią, zmusił wiele firm do szukania optymalizacji kosztów, coraz bardziej na znaczeniu zyskuje PR i unikatowe narzędzia, które za ułamek ceny reklamy pozwalają uzyskać planowany efekt i wyprzedzić konkurencję.  Pracując od kilku dekad w branży PR i marketingowej, coraz bardziej dostrzegam, że w wielu organizacjach mylnie interpretuje się obszary zastosowania dla działań tych dwóch strategicznych dziedzin.

Globalny rynek PR był wart w 2018 roku aż 63,8 miliarda dolarów amerykańskich  i prognozuje się, że do końca 2022 roku ta wartość przekroczy 93 miliardów dolarów. Jako specjaliści od PR często jesteśmy pytani, czym różni się public relations (PR) od marketingu, i jakie ma zastosowania w praktyce. Z taktycznego punktu widzenia łatwo to opisać, jednak często pojawia się trudność w określeniu, w jaki sposób każda rola przyczynia się do sukcesu w biznesie.

Nieznane oblicze PR

Specyfiką tego sektora jest dyskrecja, o ile wszyscy dowiadujemy się o dużych kampaniach marketingowych (za sprawą choćby nośnych reklam) to trudno już wskazać, będzie nawet największe kampanie PR. W przypadku działań public relations pozostają one zwykle nie zidentyfikowane, często klienci wręcz formalizują poufność zawieranymi umowami, a autorzy najlepszych realizacji pozostają niewidoczni.

PR to też dziedzina, która często jest źle rozumiana, ponieważ wiele kanałów pokrywa się obecnie ze zwykłymi kanałami marketingu cyfrowego. Ponadto ludzie często mylą PR z tradycyjną komunikacją kryzysową, relacjami medialnymi lub ograniczają do najczęściej nagłaśnianego PR-u politycznego lub „czarnego” PR-u. Inni mylnie uważają, że PR jest zbyt drogi. Mało firm w pełni wykorzystuje jego pełny potencjał. Najczęściej PR jest dodatkiem w nazwie działu marketingu, lub w wielu korporacjach jego zastosowanie ogranicza się do komunikacji z mediami przez stworzenie stanowiska rzecznika prasowego.

Jeśli przyjąć klasyczne definicje to public relations jest profesjonalnym utrzymaniem korzystnego wizerunku publicznego przez firmę, inną organizację lub znaną osobę, a marketing to działanie lub działalność polegająca na promowaniu i sprzedaży produktów lub usług, w tym badania rynku i reklamę. Podstawowa różnica? Marketing koncentruje się na promocji i sprzedaży konkretnego produktu, podczas gdy PR koncentruje się na utrzymaniu pozytywnej reputacji firmy jako całości.

Public relations obejmuje różnorodne programy mające na celu utrzymanie lub poprawę wizerunku firmy oraz oferowanych przez nią produktów i usług. Dla wielu naszych klientów pomyślne wdrożenie skutecznej strategii public relations było kluczowym elementem planu marketingowego, które stanowiło integralną część sukcesu firmy.

Strategia public relations może odgrywać kluczową rolę w promocji organizacji. Planowane podejście do wykorzystywania możliwości PR może być równie ważne, jak reklama i promocje dla sprzedaży. PR to nadal jedna z najskuteczniejszych i najtańszych metod komunikowania się z rynkiem.

Korzyści i zastosowanie PR-u  w marketingu

Głównym celem public relations jest utrzymanie pozytywnej reputacji marki i utrzymanie strategicznych relacji z opinią publiczną, potencjalnymi klientami, partnerami, inwestorami, pracownikami i innymi zainteresowanymi stronami, co prowadzi do pozytywnego wizerunku marki i sprawia, że wydaje się ona uczciwa, odnosząca sukces, ważna i odpowiedzialna. Public relations to również strategiczny proces komunikacji wykorzystywany przez firmy, osoby i organizacje do budowania wzajemnie korzystnych relacji z opinią publiczną.

Najczęstsze zalety wymieniane przez naszych klientów, uzyskane przez działania PR:

  • przyciągnięcie rynku docelowego,
  • budowanie korzystnego wizerunku marki,
  • zwiększenie zainteresowania produktem, usługą lub marką,
  • wpływ na określone grupy docelowe i ich opinie,
  • obrona produktów lub usług, które ucierpiały w wyniku negatywnej prasy, czarnego PR lub postrzegania,
  • poprawa ogólnego wizerunku firmy np. korzyść dla HR to pozyskiwanie najlepszych pracowników,
  • zwiększenie świadomości, informacji o produktach i usługach oferowanych przez organizację.
  • zwiększenie wiarygodności marki,
  • zapewnienie wartości dodanej, pomagającej odróżnić organizacje jako lidera sektora,
  • krótkoterminowe i długoterminowe generowanie potencjalnych klientów.

Od wielu lat za sprawą zmian, chociażby dostępnych nowoczesnych technologii, obydwa sektory ewaluują,  zmienia się marketing, ale też PR. W ostatnich latach nowoczesne public relations zmierza już w kierunku analityki, planowania strategicznego i doradztwa. Przykładowo, dysponowanie najlepszymi narzędziami do obserwacji, monitoringu rynku i mediów, które wykrywają kontent, nawet przed ich zaindeksowaniem w wyszukiwarkach, czy znajomość zaplecza pracy redakcji – daje PR-owcom większe kompetencje w tym obszarze.

W ostatnich latach zaobserwowaliśmy w Core PR znaczną zmianę przechodzenia z tradycyjnego marketingu w kierunku zintegrowanego podejścia marketingowego. Jako ważny aspekt nowoczesnej komunikacji marketingowej, public relations umożliwia firmom skuteczne i autentyczne wzmocnienie przekazu reklamowego. PR to potężne narzędzie do zarządzania dla firm, które pozwala osiągnąć cele biznesowe oraz budować ich wizerunek i obecność na rynku. Jednak efekty synergii public relations i reklamy są często słabo wykorzystywane i zaniedbywane, ponieważ wiele firm nie bardzo wie, co to jest właściwie PR i co może zdziałać. Najlepszym przykładem wykorzystanie pełnej mocy w tym obszarze jest sektor bankowy. Jednocześnie zmiany w marketingu wywierają wpływ na dostosowywanie się nowych narzędzi i procesów PR-owych.

W działach marketingu naszych klientów zauważalny jest progres i zmiany w kilku kluczowych obszarach, jak:

  • wzrost znaczenia CRM czyli  „Customer Relationship Management” -strategii biznesowej polegającej na selekcjonowaniu i zarządzaniu klientami w celu optymalizacji długoterminowych korzyści,
  • transformacje cyfrowe (DX), które są już koniecznością, wraz z optymalizacją doświadczenia klienta (CX),
  • tworzenie treści wspomagane przez sztuczną inteligencję (AI), która stała się dobrodziejstwem dla twórców treści. Już teraz widzimy duże zastosowanie tego narzędzia w buzz marketingu.
  • coraz częstsza automatyzacja, która optymalizuje marketing wielokanałowy,
  • na znaczeniu zyskuje też ochrona danych osobowych i analizy danych w czasie rzeczywistym.

Dlatego dla lepszego zrozumienia potencjału, który daje PR rok temu wprowadziliśmy na rynek pakiety, które stanowią swoiste uzupełnienie dla bieżących działań marketingowych. Są one jasne i przejrzyste, pozwalają na wybranie szytej na miarę potrzeb „paczki” usług i wykorzystanie w wybranym przez klienta okresie. Zwykle koszt dotarcia do grupy docelowej przez PR to mniej niż 25% ceny reklamy, a prezentowany przekaz jest znacznie bardziej wiarygodny i pozwala uzyskać lepszą konwersję. Ten produkt cieszy się olbrzymim zainteresowaniem. Klienci szczególnie cenią przejrzystość oferowanych usług oraz łatwą weryfikację wyników. 

Różnice pomiędzy marketingiem i PR

Marketing ma na celu dotarcie do obecnych i potencjalnych klientów, podczas gdy public relations polega na utrzymywaniu pozytywnych relacji z każdą grupą zainteresowaną organizacją lub marką np. klientami, mediami, pracownikami i akcjonariuszami.

Celem zespołów marketingowych jest dotarcie do konsumentów i skłonienie ich do myślenia, wierzenia lub działania ukierunkowanego na sprzedaż. Zasadniczo chodzi o sprzedaż produktu lub usługi. Natomiast public relations polega na sprzedaży firmy lub marki poprzez pozytywne zarządzanie kanałami komunikacji między firmą a jej targetem. Ogólnie rzecz biorąc, działania marketingowe starają się osiągnąć bezpośredni przychód, podczas gdy PR stara się budować pozytywną reputację poprzez skuteczną strategię PR. Wiadomości dostarczane za pośrednictwem kanałów PR, takich jak artykuły, mówcy konferencyjni lub renomowani blogerzy, są podświadomie uważane przez konsumentów za bardziej uzasadnione niż te prezentowane za pomocą taktyk marketingowych. Należy tu pamiętać, że np. pokolenie Y i Z całkowicie odrzuca typowy przekaz reklamowy, jako niewiarygodny.

Z reguły ludzie wyraźnie rozumieją, że reklama i marketing wynikają z chęci firmy do zwiększenia sprzedaży. Jednak artykuły, które podpisane są znanym nazwiskiem dziennikarza lub prezentacje osoby postrzeganej za eksperta branżowego, są w oczach konsumentów bardziej „prawdopodobne”. Łatwiej jest mu je uznać za wiarygodne źródło. Z doświadczenia dodam, że konwersje sprzedażowe z zastosowaniem narzędzi PR są inne dla sektora B2B i B2C. Ten drugi dla uzyskania najlepszych efektów wymaga zwykle połączenia z  narzędziami z obszaru  np.  remarketingu.

W branży PR decydującą rolę liderów odgrywają głównie lokalne agencje, gdyż bazują one na kontaktach i znajomości rynku. Co prawda są też globalne „banki mediów”, którymi można w pewnym zakresie osiągać planowane efekty, szczególnie że np. nasze wyceny pracy są kilka razy tańsze od zachodnich odpowiedników. Na przykład w czasie blokady związanej z Covid przeprowadziliśmy z Polski, globalną kampanię dla światowego lidera sektora e-edukacji.

Autor: Adam Białas – dziennikarz / ekspert rynku / menadżer w Core PR. Od ponad dwóch dekad skutecznie działa w obszarze PR i e-marketingu. Ekspert i autor wielu autorskich projektów PR, e-marketing, i w ostatnich latach dedykowanych programów partnerskich w modelach efektywnościowych. Posiada wieloletnie doświadczenie w kampaniach i budowaniu wizerunku brandu B2B i B2C. Core PR obsłużyła ponad 600 kampanii.

Letus Capital negocjuje warunki współpracy z Softblue

Letus Capital prowadzi rozmowy z Softblue na temat współpracy w obszarze fotowoltaiki oraz wykorzystania nowoczesnych rozwiązań technologicznych Softblue w tym obszarze. Obie spółki są notowane na NewConnect, a Softblue ogłosiło zwiększenie zaangażowania w akcje Letus powyżej 5 proc. kapitału.

– Chcemy dynamicznie rozwijać się w obszarze fotowoltaiki, zarówno w zakresie sprzedaży i montażu instalacji dla osób prywatnych i firm oraz farm fotowoltaicznych. Współpraca z Softblue ułatwi i przyspieszy start tych projektów. – komentuje Tomasz Andrzejczak, wiceprezes Letus Capital.

Letus Capital buduje własny zespół ekspertów rynku fotowoltaiki. Wcześniej będzie outsourcingować część procesów, skupiając się na procesach sprzedaży oraz pozyskania finansowania dla klientów spółki.

Letus Capital oraz Softblue prowadzą rozmowy dotyczące współpracy w obszarze fotowoltaiki, wspólnego wykorzystania doświadczeń oraz wrdażania technologicznych rozwiązań na tym rynku. Szczegółowy zakres potencjalnej współpracy zostanie ustalony w ramach umowy.

– Wspólnie liczymy na długoterminową współpracę, czego efektem jest zaangażowanie kapitałowe Softblue w Letus Capital. – dodaje Tomasz Andrzejczak.

W wyniku transakcji przeprowadzonych w dniu 24 lipca 2020 r. Softblue posiada prawie 3,2 mln akcji Letus Capital stanowiących 5,01 proc. kapitału zakładowego oraz głosów na Walnym Zgromadzeniu.

W ubiegłym tygodniu Letus Capital przedstawił zaktualizowaną strategię rozwoju. Spółka będzie rozwijać działalność w oparciu o dwa filary działalności – doradztwo w zakresie finansów dla przedsiębiorstw oraz rozwój nowych technologii. W ramach drugiego filaru spółka rozwinie działalność na rynku fotowoltaiki, w zakresie sprzedaży i montażu instalacji dla klientów indywidualnych i form oraz budowy własnych farm fotowoltaicznych. Równocześnie spółka będzie rozwijać inkubator innowacyjności.

Większość konsumentów popiera pomysł wprowadzenia czasowego zakazu dotykania towarów w sklepach

Prawie połowa konsumentów nie robi zakupów w rękawiczkach. Jednocześnie zdecydowana większość klientów uważa, że w sklepach należy wprowadzić czasowy zakaz dotykania art. świeżych. Natomiast ponad 50 proc. ankietowanych chce, żeby było to zabronione w przypadku wszelkich towarów eksponowanych na sklepowych półkach. Do tego ok. 66 proc. przyznaje, że bierze je do rąk rzadziej niż przed pandemią.

Jak wynika z badania UCE RESEARCH i SYNO Poland, przeprowadzonego dla Grupy BLIX i Hiper-Com Poland, łącznie 51,4 proc. Polaków robi zakupy w rękawiczkach. Z kolei 46,9 proc. tego nie praktykuje. Tylko 1,7 proc. respondentów jest w tej kwestii niezdecydowanych.

– Duża część konsumentów prawdopodobnie nie wie, jakie są aktualne zalecenia. Dlatego tak wiele osób się do nich nie stosuje. Sieci handlowe mogłyby wyraźniej o tym przypominać i zawsze udostępniać rękawiczki przy wejściach do sklepów. To znacząco podwyższyłoby odsetek osób korzystających z tych środków ochrony. Niemniej jednak ponad połowa konsumentów ich używa. I to jest postawa bardzo odpowiedzialna społecznie – komentuje Marcin Lenkiewicz z Grupy BLIX.

Natomiast 71 proc. badanych uważa, że w sklepach należy wprowadzić czasowy zakaz dotykania produktów świeżych, czyli pieczywa, warzyw i owoców. Odmiennego zdania jest 23 proc. respondentów. Zaledwie 6 proc. badanych nie ma na ten temat opinii. W ocenie Michała Majszczyka z Hiper-Com Poland, większość Polaków wie, że koronawirus może się utrzymywać na żywności i przenosić na inne powierzchnie. Świadczy o tym wysoki odsetek zwolenników zakazu.

– Osoby popierające ww. rozwiązanie mają na uwadze bezpieczeństwo swoje i innych. Taka postawa powinna być wspierana przez sieci. Mogą do niej zachęcać m.in. przy drzwiach wejściowych do sklepów i w gazetkach promocyjnych. Niedawno WHO informowała, że koronawirus utrzymuje się na powierzchniach dłużej niż wstępnie zakładano. To oznacza, że nadal należy wyjątkowo dbać o higienę, zwłaszcza ważąc czy pakując osobiście żywność w sklepach – dodaje ekspert z Grupy BLIX.

Badanie wykazało też, że 50,2% proc. konsumentów chce czasowego zakazu dotykania wszelkich produktów eksponowanych na półkach sklepowych. Przeciwnego zdania jest 44% respondentów. 5,9% nie ma swojej opinii w tej sprawie.

– Zakaz dotykania wszystkich produktów wydaje się być już ekstremalnym środkiem zapobiegawczym. Nie jest więc zaskakująca taka polaryzacja opinii. Z jednej strony konsumenci chcieliby hamować roznoszenie wirusa, ale z drugiej – mieliby ograniczoną możliwość przeczytania etykiety produktu czy sprawdzenia daty jego ważności. Utrudnione byłoby też zapoznawanie się z ostrzeżeniami dotyczącymi alergenów, które dla wielu osób są śmiertelnie niebezpieczne – ostrzega Michał Majszczyk.

Ponadto z badania wynika, że aż 66,3 proc. Polaków rzadziej dotyka teraz produktów w sklepach niż czyniło to przed pandemią. Zaprzecza temu 28,9 proc. ankietowanych, a 4,8 proc. nie potrafi tego określić. Według Marcina Lenkiewicza, to jest oczywiste, że w obecnych czasach konsumenci bardziej dbają o higienę rąk. Pamiętają o niej również w sklepach. I oczekują tego samego od innych kupujących.

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Grupy BLIX i Hiper-Com Poland na reprezentatywnej próbie 1 032 dorosłych Polaków.

MY.GAMES notuje 46% wzrost przychodów w 2 kw. 2020 r.

Globalna marka gamingowa MY.GAMES ogłosiła wzrost przychodów rzędu 46% liczone rok do roku (YoY) w drugim kwartale 2020 – co przekłada się na przychód rzędu 152 milionów dolarów. Firma osiągnęła globalny pułap 700 milionów zarejestrowanych użytkowników w Q2, dzięki trwającej właśnie ekspansji na rynki międzynarodowe. Sam przychód międzynarodowy wzrósł dla MY.GAMES o 54% YoY w Q2, osiągając 74%. Największe rynki w Europie to Niemcy (+34% YoY), Wielka Brytania (+77% YoY) oraz Francja (+55% YoY). Kluczowymi czynnikami napędzającymi wzrost w kwartale były premiery nowych produktów na konsole i trwające dobre wyniki utrwalające się w segmencie mobilnym, który jest jednym z najszybciej wzrastających segmentów dla rynku gier na całym świecie.

„Bezprecedensowe wyzwania, jakie stanęły przed światem i branżą gier w 2020 roku miały widoczny wpływ na nasze rezultaty w tym kwartale. Z powodu lockdownu, na jaki zdecydowano się na całym świecie, doświadczyliśmy wzrostu ilości graczy sięgających po nasze gry i wzrostu ilości czasu spędzonego na graniu w nie” – powiedział Volker Boenigk, główny menadżer MY.GAMES Amsterdam. „MY.GAMES operuje za pomocą trzech głównych dywizji: developementu, wydawnictwa i inwestowania. Od pewnego czasu jesteśmy aktywnie zaangażowani w europejską branżę gier, jako wydawcy dużych tytułów takich, jak Conqueror’s Blade. Jak pokazuje nasz wzrost w tym kwartale, mamy doświadczenie w dostarczaniu zarówno gier PC, jak i konsolowych na rynek europejski i skalowania ich efektywnie. Ruszając dalej, będziemy szukać okazji do ponownego zainwestowania naszych przychodów z tego kwartału w nowe partnerstwa i zespoły”.

Podczas 2 kwartału 2020 roku MY.GAMES podpisało także globalną umowę wydawniczą z polskim studio THE FARM 51. MY.GAMES będzie międzynarodowym wydawcą nadchodzącego shootera studio na PC, WW3, który ma się ukazać w 2021. MY.GAMES wesprze The Farm 51 swoimi środkami w ostatnich stadiach tworzenia gry.

26 maja MY.GAMES wypuściło Warface: Breakout, taktyczny first-person shooter P2P z kategorii premium, na Xbox One i PlayStation 4. Brakout stworzyło Allods Team, wewnętrzne studio, które wcześniej przeniosło z sukcesem oryginalne Warface na PlayStation 4, Xbox One oraz Nintendo Switch. Gra dominuje na rynku zwłaszcza w USA – aż ponad 56% sprzedaży pochodzi z tego kraju. Premiera Breakout poskutkowała wzrostem przychodów całej mark Warface w Q2 o 400% YoY w USA oraz 300% YoY w Wielkiej Brytanii.

Podczas 2 kwartału 2020 roku, 67% przychodów MY.GAMES pochodziło z rynku mobilnego. Pięć tytułów generujących największe przychody w Q2 to War Robots, Hustle Castle, Left to Survive, Love Sick: Interactive Stories oraz Zero City. W oparciu o dane Sensor Tower, wydatki klientów w segmencie mobilnym wzrosły globalnie o 21,2% YoY w pierwszej połowie roku, co da się porównać z 39% wzrostem wydatków w aplikacji w grach mobilnych z portfolio MY.GAMES w tym okresie.

MY.GAMES ciągle podwyższa światowe wyniki dzięki rozwojowi swojego ramienia inwestycyjnego, MGVC (dawniej MRGV). Przez ostatnie 3 lata, MGVC otrzymało ponad 1000 aplikacji i ofert partnerstwa, a z sukcesem podpisało 25 kontraktów. W MGVC jest obecnie ponad 30 studio partnerskich z 14 miast na całym świecie. Ostatnie głośne sukcesy Pixonic (War Robots, Dino Squad) czy SWAG MASHA (Love Sick: Interactive Stories) są odbiciem umiejętności MY.GAMES do generowania wartości i sukcesów finansowych dla studio poprzez konsolidacje.

„W obliczu wyzwań, jakie stały przed naszymi zespołami z całego świata, z sukcesem przeprowadziliśmy premiery trzech tytułów w Q2” – dodał Boenigk. „Zintegrowaliśmy się także w płynny sposób z nowym partnerem, Belngame, by wesprzeć Zero City na urządzeniach mobilnych. Bezustannie docieramy do nowych odbiorców, w miarę jak nasze portfolio powiększa się i staje się bardziej różnorodne. Mimo kalkulacji ryzyka, jakie jest teraz potrzebne w branży, będziemy osiągać nasze cele na 2020 i 2021. Tworzymy ponad 15 nowych gier oraz wciąż obsługujemy i wspieramy ponad 60 tytułów w ponad 190 krajach, a marki first-party MY.GAMES stanowią 90% naszego całkowitego przychodu. Mimo że spodziewamy się powrotu zachowania graczy do normy w dalszych miesiącach tego roku, konsekwentnie wyprzedzamy ogólny wzrost rynku gier w okresie, który mógł być dla nas trudny. W najbliższej przyszłości skupimy się przede wszystkim na osiągnięciu naszych przewidywanych rocznych wyników finansowych”.

Najważniejsze globalne dokonania MY.GAMES na rynku mobilnym w Q2:

• W Q2 MY.GAMES wypuściło diwie nowe gry mobilne: Dino Squad oraz World Above: Cloud Harbor;
• Hustle Castle (wydane w 2016 przez Nord Studio) zyskało 53,5% wzrostu rejestracji graczy w kwietniu i wynik 64 milionów pobrań. W obliczu pandemii COVID, gra uzyskała kolejny miesięczny rekord przychodu około 10 milionów dolarów, pozostając jednym z największych generatorów EBITDA marki;
• MY.GAMES planuje poszerzyć swoje doświadczenie w gatunku strategii RPG, powiększając Nord Studio, które zarządza także niedawno skonsolidowanym Zero City (nieco poniżej 10 milionów pobrań), a także American Dad! Apocalypse Soon (6 milionów pobrań);
• Left to Survive od Whalekit osiągnęło 25 milionów pobrań i miesięczny rekord przychodów 3 milionów dolarów w czerwcu;
• Love Sick: Interactive Stories powiększyło ilość instalacji pięciokrotnie w Q2, z około 19 milionami pobrań od premiery w lutym.

Najważniejsze globalne dokonania MY.GAMES na rynku PC oraz konsolowym w Q2:

• W Q2 MY.GAMES wypuściło jedną nową grę na konsole: Warface: Breakout;
• Liczba użytkowników Warface na Switchu osiągnęła 2,5 milionów od premiery 18 lutego. Łącznie, przychody z marki Warface w Q2 wzrosły o 400% YoY w USa oraz 300% YoY w Wielkiej Brytanii;
• Conqueror’s Blade (PC, wydana w 2019) osiągnęło 2,7 milionów graczy w Q2, z szybkim wzrostem w marcu (+85%) oraz kwietniu (+64%)

„Mamy nadzieję, że pandemia COVID-19 znajdzie się już niedługo pod kontrolą, ale musimy walczyć o to, by pozostać dynamicznymi” – powiedział Volker Boenigk. „Bezustannie monitorujemy światowy rozwój sytuacji wokół COVID-19, ale będziemy wciąż szukać nowych inicjatyw inwestorskich oraz okazji do wzrostu mimo tej sytuacji. Nie możemy się doczekać, by dostarczyć jeszcze więcej światowej klasy gier i zawartości naszym graczom, oraz dzielić się ciągłymi sukcesami MY.GAMES z partnerami regionalnymi, developerami i społecznościami”.

MY.GAMES Store wprowadził także nowy, ekskluzywny, wbudowany w sklep system przypisywania ruchu do poszczególnych produktów, który daje developerom lepsze zrozumienie segmentacji ruchu na stronie. To umożliwiło wprowadzenie opcji dzielenia się przychodami, która zapewnia developerom 90% przychodów za generowany przez nich ruch, w dodatku do tradycyjnego udziału 70% w ruchu generowanym przez platformę jako całość. MY.GAMES stworzyło także nowy program wydawniczy dla developerów gier typu hyper-casual. Nowy program oferuje atrakcyjne możliwości biznesowe – developerze otrzymują 60% zysków oraz kontrakty z MY.GAMES wartości do 50 tysięcy dolarów.

Niedopuszczalne pokazy handlowe – kolejna kara wymierzona przez UOKiK

Jak dowiadujemy się ze strony Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Prezes nałożył kolejną karę (w wysokości ponad 114 tys. zł) za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów poprzez wprowadzanie w błąd, tj. zapraszanie i przeprowadzanie prezentacji handlowych pod pretekstem badań lekarskich, które ostatecznie miały nie mieć miejsca, oraz oferowanie do zakupu urządzeń jako rzekomych wyrobów medycznych (Decyzja Nr RŁO 2/2020). Podobne przykłady nieuczciwych praktyk, które wymagają szeroko zakrojonych działań ze strony organów kontroli oraz działań edukacyjnych, komentuje mec. Joanna Uchańska, partner w kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Osoby starsze są szczególnie podatne na możliwość wprowadzenia w błąd ze strony nieuczciwych firm, które pod płaszczem dbania o zdrowie namawiają do zakupu swoich produktów, prezentując je jako wyroby medyczne (które w rzeczywistości takimi nie są). Takie działanie jest nielegalne i niezbędna jest edukacja prawna w tym zakresie.

Telefon z informacją, że w naszym mieście odbywają się darmowe badania lekarskie, nie powinien wiązać się z naszym niepokojem. Badania przesiewowe i profilaktyczne są szczególnie ważne i pożyteczne. Jednak od wielu już lat na rynku takie zaproszenia kojarzą się raczej z nieuczciwymi praktykami i wzbudzają w nas pewną dozę nieufności. W rzeczywistości, taki kontakt handlowy może oznaczać zaproszenie na pokaz handlowy, podczas którego oferuje się do sprzedaży produkty, czy przeprowadza pseudobadania. Brak informacji na początku rozmowy, że zaproszenie związane jest z pokazem handlowym i że telefon ma charakter reklamowy, może być ocenione jako nieuczciwa praktyka rynkowa. Dodatkowo, niedozwolone jest także oferowanie podczas spotkań produktów utożsamianych z wyrobami medycznymi, które powinny spełniać konkretne standardy, aby w rzeczywistości służyć diagnozowaniu, zapobieganiu, monitorowaniu, leczeniu lub łagodzeniu przebiegu choroby – mówi dr Joanna Uchańska, partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podjął walkę z nieuczciwymi praktykami rynkowymi na rynku usług paramedycznych już od dawna walczy z takimi działaniami, o czym świadczy szereg wcześniejszych decyzji (np. Nr RPZ 10/2018, RPZ–610–2/18/AM, RP 12/2018, RPZ-610-3/18/PG). Jednak wciąż wiele firm podejmuje ryzyko „pracy” w tym modelu, co może doprowadzić do dotkliwych szkód.

– Zapraszanie konsumentów na pseudobadania, które nie mają żadnej wartości diagnostycznej, jest niedopuszczalne zarówno moralnie, jak i prawnie. Przy zaproszeniach kierowanych do konsumentów należy wyraźnie i jednoznacznie ujawniać faktyczny, handlowy cel spotkania, na które konsument jest zapraszany, już podczas pierwszego kontaktu telefonicznego. Spotkania o tematyce promującej zdrowie są niezwykle potrzebne i przynoszą korzyści, jeśli są organizowane przez odpowiedzialne firmy produkujące leki, wyroby medyczne czy suplementy diety. Niestety takie spotkania zaczynają się kojarzyć negatywnie, gdy są łączone z oszukańczymi pokazami paramedycznymi. Godzi to w interesy konsumentów, ale jest także krzywdzące dla tych podmiotów, które działają na rynku zgodnie z prawem – dodaje dr Joanna Uchańska, Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Eurostat: jest odbicie w handlu

Jak w kardiogramie – tak wygląda wykres pokazujący kondycję handlu w krajach UE w okresie marca, kwietnia i maja. Podczas gdy na przestrzeni 9 poprzedzających miesięcy wykres pokazywał praktycznie poziomą linię ciągłą z nieznacznymi odchyleniami, tak w efekcie lockdownu widać na nim duże załamanie, ale, co cieszy, także i odbicie.  

106,9 - tyle punktów wyniosła wartość Indeksu Handlu Detalicznego policzona dla 27 krajów Unii Europejskiej w maju. Co to oznacza?

Fatalny kwiecień

Opracowany przez Europejski Urząd Statystyczny “Retail Trade Index” (Indeks Handlu Detalicznego) to wskaźnik cyklu koniunkturalnego, który pokazuje miesięczną aktywność sektora detalicznego pod względem wartości sprzedaży. Jest to wskaźnik charakteryzujący wyłącznie krótkoterminowy popyt krajowy, a jego wartość bazowa, czyli RTI=100, została określona w 2015 roku.

Majowy wynik oznacza, że branża handlowa w 27 krajach UE, w porównaniu do 2015 r., ma się lepiej. Pandemia jednak w zauważalny sposób wpłynęła na jej kondycję. Kwiecień był miesiącem największych strat w całej Unii Europejskiej. Wówczas średnia wartość indeksu spadła o ponad 22 punkty w porównaniu do stycznia i lutego 2020.  Są jednak i pozytywne wieści. W maju wartość indeksu wzrosła o niemal 20% w porównaniu do kwietnia, gdy indeks szacowano na 92,8 punktów.

– Po dużych spadkach w marcu i kwietniu wywołanych zamknięciem sklepów wielkopowierzchniowych i opóźnieniami w łańcuchu dostaw, handel wraca do normalności, choć do odrobienia strat zostało jeszcze sporo. W czerwcu 2019 r. wartość indeksu wyniosła 113,4 punktów a więc zauważalnie więcej niż obecnie. Kryzys w stosunkowo najmniejszym stopniu dotknął producentów w branży FMCG, choć i tutaj, jak wynika z naszych analiz, widać było wahnięcia, które stanowiły duże wyzwanie z punktu widzenia zapewnienia ciągłości dostaw. Np. na początku pandemii bardzo wzrosła sprzedaż alkoholu, w kwietniu z kolei wzrosła sprzedaż przekąsek przy spadku sprzedaży słodyczy – zwraca uwagę Marcin Pleszko z Sagra Technology, firmy dostarczającej rozwiązania SFA oraz usługi integracji danych od dystrybutorów i z sieci handlowych, które wspierają sprzedaż dla producentów FMCG. PastedGraphic-1

Widać ożywienie

Pozytywna informacja jest taka, że wartość indeksu w Polsce jest wyższa niż europejska średnia. W maju wyniosła ona 116,5 punktów, a więc o blisko 10 punktów więcej niż średnia dla 27 gospodarek UE. Choć to spory spadek w porównaniu do lutego, gdy wartość wyniosła 137,9 punktów, to już w maju odrobiliśmy połowę swojej straty sprzed lockdownu, uzyskując 127.2 pkt. – Mimo prognoz mówiących o długotrwałym kryzysie, to co obserwujemy, to raczej spowolnienie z tendencją wzrostową. Widać to też w obszarze inwestycji branży. W momencie lockdownu sieci handlowe i producenci na chwilę wstrzymali oddech w obliczu niepewności, odkładając w czasie większe projekty technologiczne. Dziś następuje powrót do realizacji projektów, co poniekąd wymusza „Nowa Normalność”. Przeniesienie się częśći klientów do świata online oznacza konieczność znaczącego przyśpieszenia nie tylko we wdrażaniu strategii omnichannelowych, ale także zdecydowanych kroków w kierunku digitalizacji procesów w organizacjach – zwraca uwagę Marcin Pleszko z Sagra Technology.

Zgodnie z danymi Eurostatu, Polska znajduje się w grupie 5 państw, w których indeks w maju był zbliżony do indeksu z czerwca w 2019 r., gdy wyniósł on równe 130. Dla porównania w Niemczech w maju br wyniósł on 122.1 a w czerwcu 2019 r. 115.7. Słabe wskaźniki notują takie kraje jak Francja (odpowiednio 97,8 i 114), Hiszpania (88,5 – 111) czy Włochy (88, 1 – 103, 1).

Ożywienie w handlu widać także analizując indeks sprzedaży paliw. W maju w Polsce jego wartość wyniosła 100,4 punktów, podczas gdy w kwietniu 85,2. Do 134,7 punktów w styczniu jednak jeszcze sporo brakuje.

Odwrót od dolara. Srebro nowym Bitcoinem?

Ostatnie dni przynoszą zdecydowany odwrót od dolara. Szczególnie jest to widoczne na europejskim rynku – kurs EURUSD nie był tak wysoko od niemal dwóch lat. Korzysta na tym złoty.

W ubiegłym tygodniu udało się doprowadzić do uzgodnienia szczegółów europejskiego Funduszu Ożywienia, którego wartość zbliży się do 700 mld euro. Bardziej sceptyczne kraje wywalczyły zwiększenie sumy pożyczek kosztem grantów, ale i tak będzie to ogromny transfer środków w ramach Unii. To pomaga notowaniom euro, ponieważ wraz z agresywną polityką EBC (która jest pewną formą redystrybucji dochodu tylnymi drzwiami) zmniejsza ryzyko powtórki kryzysu zadłużenia z lat 2011-2012. Wtedy rentowności długu Hiszpanii czy Włoch sięgały 6-7% i przy dzisiejszych poziomach długu choćby zbliżenie się do tych wartości oznaczałoby katastrofę. Dla porównania obecna rentowność włoskiej 10-latki to ok. 1%.

Drugim czynnikiem napędzającym wzrosty EURUSD jest ogrom płynności dostarczany przez banki centralne, powodujący odpływ od dolara. Najlepiej widać to w ostatnich dniach w notowaniach metali szlachetnych – cena złota w ujęciu dolarowym osiągnęła historyczny rekord, zaś srebro w ciągu tygodnia podrożało o ponad 20%. W tym tygodniu czeka nas decyzja Fed (środa) i rynek jest pewien, że amerykański bank centralny przynajmniej utrzyma dotychczasową politykę. Jednocześnie Republikanie zapowiadają przedstawienie szczegółu kolejnego parkietu fiskalnego przewidującego ponownie czeki dla gospodarstw domowych (wybory w USA już 3 listopada). To wszystko sprawia, że pomimo coraz trudniejszej sytuacji epidemiologicznej nastroje rynkowe pozostają bardzo dobre, a to szkodzi dolarowi.

Ciekawie prezentuje się sytuacja w notowaniach USDPLN. Para po gwałtownych spadkach dotarła do strefy wsparcia w okolicach 3,73-3,75. Przy tych poziomach dolar nadal jest długoterminowo przewartościowany, ale w krótkim terminie bardzo wyprzedany. W poniedziałek o 9:45 kosztował 3,7640 złotego, euro 4,4050 złotego, frank 4,1003 złotego, zaś funt 4,8273 złotego.

dr Przemysław Kwiecień, Głowny Ekonomista XTB

Złoto na nowych historycznych szczytach. Osiągnięcie 2000 USD za uncję to kwestia czasu?

W poniedziałek rano cena złota osiągnęła 1944 USD za uncję i zdobyła nowe, historyczne szczyty. Wobec słabości dolara złoto jest bezpieczną przystanią w trwającym kryzysie epidemicznym. Czy kolejnym przełomowym momentem okaże się przebicie 2000 dolarów za uncję? Rekord z 2011 roku pobity, eksperci liczą na kolejne. Na fali wzrostów ceny złota, silnie rośnie popyt na srebro.

– Od wybuchu pandemii COVID-19 cena złota systematycznie rośnie. Wyznaczenie nowych szczytów to była kwestia czasu – ocenia Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz w TMS Brokers i dodaje: „złotu pomaga słaby dolar, który wobec braku porozumienia amerykańskich polityków, co do ostatecznego kształtu czwartej fazy pakietu stymulacyjnego traci w stosunku do wszystkich walut”.

Fakt, że Stany Zjednoczone kiepsko radzą sobie z epidemią zniechęca inwestorów do USD. Szalę odwrotu od amerykańskiej waluty przechyliło przyjęcie pakietu ratunkowego dla europejskiej gospodarki. Od tego momentu USD traci w stosunku do koszyka walut oraz surowców.

Na świecie sytuacja geopolityczna, epidemiczna, a także gospodarcza wciąż pozostawia wiele do życzenia. Konflikt na linii USA-Chiny trwa, a epidemia nie daje o sobie zapomnieć. Takie wydarzenia stawiają pod dużym znakiem zapytania tempo odbicia gospodarczego i choć indeksy giełdowe pną się do góry, a z realnej gospodarki napływają coraz lepsze sygnały, to inwestorzy wciąż boją się o jesień i możliwy nawrót epidemii oraz lockdownów.

– Wraz ze wzrostem ceny złota zyskuje również srebro, którego cena rośnie dzisiaj blisko 6 proc. i osiąga ponad 24 USD za uncję. Od wybuchu pandemii cena srebra wzrosła ponad 100 proc. i znajduje się w dobrym środowisku do dalszych wzrostów – ocenia Sawicki.

W tak niepewnym otoczeniu metale szlachetne, a przede wszystkim złoto, to dobry wybór przy dywersyfikacji portfela inwestycyjnego. W otoczeniu realnie ujemnych stóp procentowych złoto stanowi bowiem bezpieczną lokatę kapitału oraz zabezpieczenie na przyszłość. Wiedzą o tym zarówno inwestorzy indywidualni, jak i instytucjonalni. Fundusze ETF oparte od złoto skupują rekordowe ilości surowca i z każdym tygodniem ich bilanse rosną.

– Złoto od początku czerwca coraz częściej jest kupowane poprzez kontrakty futures. Pozycjonowanie netto inwestorów spekulacyjnych na amerykańskiej giełdzie COMEX (część NYMEX) sukcesywnie rośnie, po wcześniejszym spadku w okresie marzec – maj. Oznacza to, że przybywa pozycji „long”, co należy rozumieć jako oczekiwanie traderów na dalsze wzrosty cen metalu – ocenia Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w TMS Brokers.

– Dane za ostatni wtorek, podane przez CFTC (Commodity Futures Trading Commission), pokazały około 270 tys. kontraktów netto z pozycją długą. Do skrajnego wysokiego pozycjonowania, które widzieliśmy pod koniec lutego, jest jeszcze daleko. Jeśli inwestorzy z Wall Street masowo zaczną kupować futures na złoto, osiągniecie ceny 2000 dolarów za uncję królewskiego metalu będzie tylko kwestią czasu – dodaje Zembik.

W dwa miesiące pandemii zaległości Polaków wzrosły o ponad 1,2 mld zł do 81 mld zł

Blokada gospodarki, którą wywołał koronawirus, wpłynęła na portfele Polaków. Nieopłacone rachunki i raty kredytów, mimo możliwości skorzystania z wakacji kredytowych, wzrosły w ciągu kwietnia i maja o ponad 1,2 mld zł. Wprawdzie to znacznie mniej niż w pierwszych miesiącach tego roku, ale dwukrotnie więcej niż przed rokiem w całym drugim kwartale. Od marca do końca maja przybyło 30,5 tys. nowych niesolidnych dłużników, wzrost widoczny jest we wszystkich województwach i we wszystkich grupach wiekowych. W największym stopniu – na Podkarpaciu i w Małopolsce oraz w grupie osób po 64. roku życia. Na koniec maja zaległości miało 2 864 080 osób.

Dane prezentowane w InfoDługu uwzględniają płatności wynoszące min. 200 zł opóźnione o co najmniej 30 dni, kłopoty z obsługą rat kredytowych raportowane są z bazy BIK, a niepłacone w terminie bieżące rachunki z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Z uwagi na opóźnienie, z jakim wierzyciele wprowadzają informacje o długach do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, problemy wynikające z lockdownu na większą skalę będą tu widoczne w kolejnych miesiącach. Natomiast opóźnienia rat kredytów monitorowanych przez BIK widoczne są od razu i to one dokładając 0,94 mld zł, przesądziły o tym, że w ciągu kwietnia i maja zaległości Polaków przyrosły o 1,21 mld zł. – W przeciwieństwie do definicji złego kredytu bankowego, która obejmuje 90-dniowe zaległości w spłacie, te liczby pokazują negatywne zmiany szybciej, bo już po 30 dniach opóźnienia. Przy czym nie każdy kredytobiorca, który nie daje rady uregulować raty po 30 dniach od terminu, opóźnia spłatę przez ponad 90 dni, część ma po prostu chwilowe kłopoty – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Zmiana kwot zaległości w kwietniu i maju jest porównywalna do przyrostów w pierwszych miesiącach roku, ale już w zestawieniu z drugim kwartałem ub.r. jest ponad dwukrotnie wyższa.

– Co do demograficznej strony zmian, to może ona nieco zaskakiwać, mimo, że konsekwencje lockdownu dotknęły przede wszystkim osoby pracujące, to najwięcej niesolidnych płatników przybyło wśród seniorów, a najmniej w grupie 18–34 latków – dodaje Sławomir Grzelczak. Przy wzroście liczby dłużników w kwietniu i maju o 1,1 proc., wśród osób po 64. roku życia przybyło ich blisko 2 proc. W ujęciu geograficznym wyróżniają się województwa podkarpackie i małopolskie, gdzie na koniec maja jest odpowiednio o 1,8 oraz o 1,6 proc. niesolidnych płatników więcej niż po pierwszym kwartale.

– Dostawcy usług i sprzedający z odroczonym terminem płatności muszą się liczyć z tym, że większa część osób niż wcześniej zasygnalizuje, że nie jest stanie zapłacić rachunku czy raty kredytu, bo nie pozwala im na to sytuacja finansowa – przestrzega też Sławomir Grzelczak. Z badania przeprowadzonego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor pod koniec kwietnia wynikało, że niemal co trzeci Polak z powodu lockdownu stracił część dochodów, a 5 proc. informowało, że w ogóle nie zarabia. – Najnowsza próba oceny wpływu pandemii na życie rodaków pokazuje, że pogorszyła ona sytuację gospodarstw domowych właśnie w obszarze radzenia sobie z codziennymi wydatkami – skarży się na to w lipcu ponad połowa respondentów (52 proc.*). Ucierpiały też oszczędności, bo albo topnieją, albo nie ma warunków, by cokolwiek odłożyć. Ten przykry aspekt nowej sytuacji wskazuje prawie połowa badanych (47 proc.) – dodaje. Na codzienne wydatki, poza niższymi wpływami do portfeli, oddziałuje też inflacja, która w kwietniu wzrosła w porównaniu z zeszłym rokiem o 3,4 proc., w maju o 2,9 proc., a w czerwcu znów przekroczyła 3 proc. (3,3 proc.). Nie bez znaczenia jest też rosnące bezrobocie – z 5,5 proc. przed pandemią doszło do 6,1 proc. Bez pracy pozostaje obecnie 1 mln 27 tys. osób, o ponad 100 tys. więcej niż w styczniu czy lutym.

Od początku roku, przez pierwszych pięć miesięcy zaległości Polaków podwyższyły się o ponad 3,2 mld zł, a liczba dłużników o ponad 67 tys. osób.Od początku roku, przez pierwszych pięć miesięcy zaległości Polaków podwyższyły się o ponad 3,2 mld zł, a liczba dłużników o ponad 67 tys. osób

Indeks Zaległych Płatności Polaków wzrósł między końcem marca a końcem maja z 90 do 91 pkt. Wskaźnik ten pokazuje, ile osób z problemami finansowymi przypada na 1000 dorosłych mieszkańców w kraju. Oznacza to, że już prawie co 11. dorosły Polak ma na koncie niezapłacone na czas zobowiązania. Wzrost wskaźnika odnotowano niemalże we wszystkich województwach, z wyjątkiem zachodniopomorskiego i warmińsko-mazurskiego, gdzie utrzymał się na takim samym poziomie jak na koniec pierwszego kwartału bieżącego roku. Na wzrost IZPP wpłynął przyrost zarówno liczby dłużników kredytowych widocznych w bazie BIK, których przybyło 27 735, jak i pozakredytowych umieszczanych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, który gromadzi dane o niespłacanych w terminie rachunkach np. za czynsz, telefon i internet, a także alimenty, opłaty sądowe, kary za jazdę bez ważnego biletu czy wierzytelności windykowane – tu liczba dłużników wzrosła o 22 670 osób.Indeks Zaległych Płatności Polaków

Ważne liczby

Łączna kwota zaległych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych Polaków na koniec maja 2020 roku wyniosła 80 972 118 723 zł. Zadłużenie mieszkańców Polski w ciągu dwóch miesięcy (kwiecień i maj) bieżącego roku wzrosło o ponad 1,2 mld zł. Wartość długów z tytułu niespłacanych rachunków o 273 147 286 zł (0,6 proc.), zaś nieregulowanych w terminie kredytów o 939 349 291 zł (2,5 proc.). Po tej dwumiesięcznej zmianie, suma zaległości pozakredytowych wynosi obecnie 42,9 mld zł, a kredytów opóźnianych o min. 30 dni i na kwotę co najmniej 200 zł, to ponad 38 mld zł.kwota zaległych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych Polaków

Zdecydowanie więcej jest dłużników pozakredytowych, czyli tych wpisywanych przez wierzycieli do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor – ponad 2,26 mln, co ma również wpływ na łączną zaległość z tego tytułu. Z kolei osób niespłacających w terminie rat kredytów pochodzących z bazy BIK było na koniec maja 1,26 mln. W sumie mamy 2,86 mln mieszkańców z różnego rodzaju problemami finansowymi. 656 488 osób ma jednocześnie zaległości kredytowe i pozakredytowe.

Porównując średnie zaległości osoby z końca marca z danymi z końca maja, to w przypadku pozakredytowych, odnotowano nieznaczny spadek (o 70 zł), zaś w kredytowych wzrost (o 83 zł). Średnia zaległość pozakredytowa wyniosła na koniec maja 18 988 zł, a kredytowa 30 200 zł. Uwzględniając obie bazy BIG InfoMonitor i BIK przeciętnie na osobę przypada już 28 272 zł, o 123 zł więcej niż przed dwoma miesiącami.

Ujęcie geograficzne

W ujęciu geograficznym średnia wartość zaległego zobowiązania przypadająca na osobę podwyższyła się w 12 województwach. Najwyższy wzrost średniej miał miejsce na Mazowszu – o 326 zł i wynosi ona obecnie 38 647 zł – jest to też zresztą najwyższa średnia zaległość w kraju. Kolejny wysoki wzrost odnotowano na Kujawach i Pomorzu – o 218 zł do 24 881 zł oraz na Lubelszczyźnie – o 168 zł do 27 168 zł. Poza wspomnianym Mazowszem, najwyższe średnie zaległości w Polsce dotyczą mieszkańców województwa małopolskiego – 29 446 zł, następnie łódzkiego – 28 911 zł, zachodniopomorskiego – 28 893 zł i pomorskiego – 28 756 zł. Są to średnie, przewyższające przeciętną zaległość na osobę w Polsce, która wyniosła na koniec maja 28 272 zł. W czterech regionach miały też jednak miejsce spadki średniej zaległości, najwyższy w województwie małopolskim – o 105 zł, podkarpackim – o 55 zł, zachodniopomorskim – o 49 zł i opolskim – o 14 zł.

Liczba osób z przeterminowanymi płatnościami przypadająca na 1000 dorosłych mieszkańców nie zmieniła się tylko w dwóch regionach – Zachodniopomorskiem oraz na Warmii i Mazurach, ale i tak udział niesolidnych dłużników przypadający na każde 1000 dorosłych mieszkańców jest tu wysoki, wynosi odpowiednio 118 i 110 osób. W pozostałych województwach przybyło po jednej osobie. Rekord pod tym względem wciąż należy do woj. lubuskiego, gdzie osób z problemami finansowymi jest już 119 na 1000. Nieznacznie tylko ustępują mu wspomniane wcześniej zachodniopomorskie (118) oraz dolnośląskie, gdzie jest 116 niesolidnych dłużników na 1000 mieszkańców. Niezmiennie najmniej osób z zaległymi zobowiązaniami występuje na Podkarpaciu, na koniec maja 51 dłużników na 1000 i w Małopolsce – 61.Liczba osób z przeterminowanymi płatnościami

Zaległości różnych grup wiekowych

Najwyższe średnie zaległości wynoszące już 38 429 zł mają niezmiennie osoby między 45. a 54. rokiem życia. Najniższe średnie przeterminowane zobowiązania mają dwie najmłodsze grupy wiekowe 18-24-latkowie oraz 25-34-latkowie, odpowiednio 8034 zł i 17 859 zł. Choć przeciętna zaległość wzrosła wśród wszystkich dłużników, bez względu na wiek, to jednak tym razem najwyższy wzrost odnotowano w najmłodszej grupie (18-24) – o 1,5 proc. oraz w grupie osób od 65. roku życia – o 0,8 proc. i wyniosła na koniec maja 25 005 zł.

Na wielkość średnich zaległości poszczególnych grup wiekowych, mają wpływ przede wszystkim zobowiązania kredytowe Polaków. W największym stopniu dotyczy to 45-54 i 55-64-latków, gdzie zaległości kredytowe są niemalże dwukrotnie wyższe niż pozakredytowych, wynoszą – 46 348 zł i 41 683 zł, podczas gdy pozakredytowe odpowiednio 25 530 zł i 21 142 zł. Jeśli chodzi o liczbę dłużników, to największą grupę stanowią osoby między 35. a 44. rokiem życia, których jest już 727 493, mają one też najwyższy udział w łącznej kwocie zaległości – 25,4 proc.Zaległości różnych grup wiekowych

Rekordziści Polski

Czas koronawirusa na razie nie wpłynął szczególnie na listę osób z największymi kwotami przeterminowanych płatności. Poza tym, że dłużnikom lecą lata i rosną odsetki ich gigantycznych długów. W niespełna dwa miesiące suma ich długów zwiększyła się o ponad 3,3 mln zł do 393,3 mln zł. Na czele listy jest 64-letni mieszkaniec Lubelszczyzny, którego łączna wartość zadłużenia wynosi już prawie 73,5 mln zł. Jego dług jest niemalże trzykrotnie wyższy niż łączne zobowiązania rekordzisty z końca listy 10 największych dłużników w Polsce, 10. dłużnik nie zwrócił 27,3 mln zł. Na niechlubnej liście, podobnie jak w poprzednich miesiącach, nadal są dwie panie, obie to mieszkanki Mazowsza, z którego pochodzi połowa dłużników-rekordzistów. 38-latka, która uplasowała się na 3. miejscu w rankingu, ma dług w wysokości prawie 45,4 mln zł. Druga z pań, 67-latka, znajduje się na przedostatnim miejscu listy – ma do oddania ponad 27,2 mln zł. Najmłodszy rekordzista ma 37 lat, najstarszy 70 lat. Mazowsze w tym zestawieniu wypada najgorzej. Z tego regionu pochodzi najwięcej osób mających najwyższe kwoty zaległości, co też wpływa na łączną wartość wszystkich zobowiązań z tego województwa, które od lat plasuje się na pierwszym miejscu na tle innych regionów. Średnia wieku TOP 10 wynosi 53,7 lat.Rekordziści w województwach

Rekordziści w województwach

Gdyby nie rekordzista z województwa lubelskiego z kwotą 73 mln zł, region ten nie miałby niemal 3,35 mld zł zaległości. Od wielu miesięcy dłużnik ten otwiera listę rankingu rekordzistów wojewódzkich, mimo, że wywodzi się z jednego z lepszych w kraju regionów pod względem solidności płatniczej. Udział niesolidnych dłużników wynosi tu 71 na 1000 osób, wobec średniej na poziomie 91.

Na drugiej pozycji jest reprezentant Pomorza, gdzie już problem z regulowaniem zobowiązań jest znacznie bardziej rozpowszechniony niż na Lubelszczyźnie (105 osób na 1000). Pomorzanin ma jednak znacznie mniejsze zaległości niż lider, bo ponad 48 mln zł. Z Pomorza pochodzi też rekordzista alimentacyjny, który winien jest swoim dzieciom 640 tys. zł. Trzecia w zestawieniu jest dłużniczka z woj. mazowieckiego, jedyna kobieta w rankingu rekordzistów wojewódzkich – ma prawie 45,4 mln zł zaległości. Średnia wieku 16 rekordzistów to 57,1 lat.Rekordziści w województwach 2

Kwota zadłużenia i liczba dłużników w województwach

Niezmiennie najwyższe wartości niespłacanych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych przypadają na Mazowsze (14,47 mld zł), następnie Śląsk (10,58 mld zł) oraz Dolny Śląsk (7,34 mld zł). Z kolei najmniejszą wartość zaległości mają mieszkańcy woj.: podlaskiego i opolskiego (po 1,57 mld zł) oraz świętokrzyskiego (1,71 mld zł). W ciągu dwóch miesięcy (kwiecień i maj) łączna wartość zaległego zadłużenia wzrosła we wszystkich województwach, najmocniej na Mazowszu – o 2 proc., podobnie jeśli chodzi o zmianę liczby dłużników – odnotowano tu przyrost o 4 273 osób, choć najwięcej niesolidnych dłużników pochodzi ze Śląska.

Osób z problemami finansowymi przybyło we wszystkich województwach. Najbardziej ich liczba wzrosła na Podkarpaciu (1,8 proc., 1536 osób) i w Małopolsce (1,6 proc., 2651 osób). Najmniejszy przyrost odnotowano w woj. zachodniopomorskim o 0,7 proc. (1178 osób) i warmińsko-mazurskim – o 0,8 proc. (1011 osób). W całym kraju liczba dłużników podniosła się o 1,1 proc., a kwota zaległości o 1,2 proc.Rekordziści w województwach 3

Grupa CDRL podsumowuje wyniki finansowe po I kwartale 2020 roku

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik, w I kwartale 2020 roku wypracowała 91,6 mln przychodów wobec 108,0 mln zł rok wcześniej. Jednostkowo, przychody CDRL wyniosły 51,0 mln zł, a EBITDA 3,3 mln zł i była wyższa o 112 proc rdr. Spółka odnotowała również wzrost rentowności sprzedaży.

W I kwartale 2020 roku Grupa CDRL wykazała stratę na poziomie 22,6 mln zł. W analogicznym okresie ubiegłego roku strata skonsolidowana strata netto wyniosła 4,9 mln zł. Na tegoroczny wynik wpłynęły ograniczenia w handlu spowodowane pandemią, a także osłabienie kursu białoruskiego rubla w stosunku do USD i EUR.

Minione miesiące były trudnym okresem dla branży handlowej – spowodowane pandemią czasowe zamknięcie sklepów stacjonarnych, zarówno w Polsce jak i w innych krajach, nie pozostanie bez wpływu na wyniki finansowe. Niemniej jednak, pragnę podkreślić, że sytuacja finansowa spółki jest stabilna  – mówi Marek Dworczak, prezes CDRL.

Na poziomie jednostkowym, w I kwartale zysk netto wyniósł 8,6 mln zł względem 4,8 mln w analogicznym okresie ubiegłego roku. Oznacza to wzrost o niemal 80 proc. Spółka poprawiła również rentowność sprzedaży, która wyniosła 48,1 proc. W I kwartale 2019 r. wynosiła ona 45 proc.

– Na początku roku przeprowadziliśmy prace modernizacyjne w naszym kanale e-commerce. Nowy system ERP zwiększył jego możliwości, co zbiegło się w czasie ze wzrostem zainteresowania tą formą sprzedaży. Umacniamy sprzedaż w tym kanale, zwiększyła się również marża – klienci kupują więcej produktów z nowych kolekcji przez Internet – dodaje Marek Dworczak, prezes CDRL.

Spółka zamierza wykorzystać wzrost rozpoznawalności w Internecie i skupić się na dalszym rozwoju kanału e-commerce poprzez budowanie kolejnych platform i rozwoju omnichannel. Dzięki otwartemu w ubiegłym roku magazynowi, spółka nie widzi potrzeby inwestowania w logistykę. Dzięki systemowi półautomatycznego zbierania towaru, efektywność dostaw jest bardzo wysoka.

Revolut pozyskał 80 mln usd finansowania od TSG Consumer Partners i zapowiada nowe usługi

Revolut pozyskał 80 milionów dolarów finansowania od TSG Consumer Partners i zakończył Serię D na poziomie 580 milionów dolarów.

  • Dodatkowe finansowanie w Serii D pomoże przyspieszyć rozwój działalności bankowej w Europie i uruchomić nowe produkty w USA
  • TSG to amerykański fundusz private equity z Doliny Krzemowej specjalizujący się we wspieraniu globalnych marek konsumenckich

Revolut ogłosił pozyskanie dodatkowego finansowania w wysokości 80 milionów dolarów. Tym samym Revolut zamknął rundę finansowania Serii D na poziomie 580 milionów dolarów. Utrzymał też aktualną wycenę. TSG Consumer Partners, to kolejny amerykański fundusz z Doliny Krzemowej, który zainwestował w Revolut. TSG ma siedzibę w San Francisco, jest funduszem private equity i specjalizuje się w budowaniu wartości globalnych marek konsumenckich.

Revolut wykorzysta dodatkowe środki aby przyspieszyć rozwój działalności bankowej w Europie – w tym oferty depozytowej i usług kredytowych – i uruchomić nowe produkty – w tym funkcji do zarządzania subskrypcjami i rozwoju platformy z okazjami zakupowymi.

Nie poszukiwaliśmy aktywnie dodatkowego kapitału. TSG zwrócił się do nas z propozycją współpracy oferując swoje doświadczenie w zarządzaniu innowacyjnymi markami konsumenckimi na skalę globalną. Cieszymy się mogąc skorzystać z wiedzy nowego partnera. Liczymy, że przyspieszy to rozwój naszej platformy” – powiedział Nik Storoński, CEO i współzałożyciel Revolut.

Teraz, gdy Seria D finansowania jest zakończona, skupiamy nasze siły i zasoby na rozwoju usług bankowych w Europie i rozwoju produktów w USA. Biorąc pod uwagę aktualne otoczenie rynkowe, cieszymy się mając tak stabilną pozycję by zaoferować lepsze usługi bankowe ludziom na całym świecie” – dodał Nik Storoński.

Revolut pozycjonuje się jako wiodąca marka konsumencka na dynamicznym i szybko rosnącym rynku usług finansowych opartych na technologii” – powiedział Colin Welch, dyrektor zarządzający w TSG.

Innowacyjna oferta produktowa, zdolność łączenia aktywności finansowej klientów na świecie i determinacja w budowaniu lepszych usług finansowych plasuje Revolut na ścieżce wzrostu jako wiodącej globalnej super aplikacji. Cieszymy się na myśl o współpracy z Nikiem, Władem oraz całym zespołem Revolut na kolejnych etapach skalowania platformy” – dodał Colin Welch.

Revolut stworzył wszechstronną platformę technologiczną do budowy produktów, która łączy obszary geograficzne, społeczności klientów, cyfrowe aktywa, w tym kryptowaluty oraz transakcje fizyczne i online. Wejście Revolut na rynek amerykański to okazja dla TSG by zaoferować nasz unikalny know-how w zakresie pozyskiwania nowych klientów i marketingu cyfrowego” – mówi Beth Pickens, prezes w TSG.
W najbliższych tygodniach Revolut udostępni klientom usługę do zarządzania subskrypcjami, która przypomni o upływających terminach darmowych subskrypcji próbnych i pomoże pozbyć się zbędnych subskrypcji jednym kliknięciem.
Revolut spożytkuje finansowanie także do rozwoju Rewards, algorytmu rozpoznającego ulubione marki klienta i oferującego mu personalizowane rabaty, obniżki i cashback, by osiągnął więcej korzyści z posiadanych środków.

Revolut buduje swoje usługi by sprostać oczekiwaniom poszczególnych grup odbiorców. W zeszłym tygodniu Revolut udostępnił na swojej platformie w USA handel kryptowalutami, umożliwiając amerykańskim klientom kupno, przechowywanie i sprzedaż Bitcoin i Ethereum na jedno kliknięcie w aplikacji.

Prezydent Hanna Zdanowska: Amazon stworzy kolejne 500 miejsc pracy w Łodzi, zwiększając zatrudnienie w swoich centrach logistycznych w regionie łódzkim do 1300 osób

  • Amazon stworzył dotychczas 700 miejsc pracy w centrum logistycznym w Pawlikowicach, które zostało uruchomione jesienią 2019 r.;
  • W maju 2020 r. firma poinformowała, że zatrudni ponad 100 pracowników w nowo powstałym centrum logistyki e-commerce w Łodzi, oferując konkurencyjne wynagrodzenie i szeroki pakiet benefitów;
  • Teraz Amazon ogłasza, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy utworzy kolejnych 500 miejsc pracy, zwiększając łączne zatrudnienie w regionie łódzkim do 1300 miejsc pracy.

    Łódź, 27.07.2020 – prezydent Łodzi, Hanna Zdanowska ogłosiła dziś kolejny etap inwestycji Amazon w centra logistyki e-commerce w regionie łódzkim. Obiekt o powierzchni 40000 mkw., który Amazon zamierza otworzyć już w sierpniu tego roku, zostanie powiększony o kolejne 33000 mkw. Pozwoli to stworzyć 500 nowych miejsc pracy w ciągu najbliższych 12 miesięcy, oprócz ponad 100 stanowisk, które dotychczas zapowiadał Amazon. Inwestycja w Łodzi będzie dziewiątym centrum logistycznym Amazon w Polsce.

Jest to trzecia faza inwestycji Amazon w regionie łódzkim. Firma zatrudnia już 700 pracowników w centrum logistycznym w Pawlikowicach, uruchomionym jesienią 2019 r., a do końca roku planuje utworzyć łącznie ponad 600 miejsc pracy w swojej lokalizacji w Łodzi. Inwestycje są odpowiedzią na rosnące zapotrzebowanie klientów na usługi Amazon w całej Europie i znacząco powiększający się zasięg działalności firmy w centralnej Polsce.

„Mam dziś przyjemność ogłosić, że firma Amazon podjęła decyzję o kontynuacji swoich inwestycji w regionie łódzkim. Amazon zamierza powiększyć powstające w Łodzi centrum logistyczne i stworzyć 500 nowych miejsc pracy. Ta inwestycja nabiera szczególnego znaczenia, ponieważ realizowana jest w bardzo trudnym – zarówno dla biznesu, jak i dla pracowników – czasie epidemii koronawirusa, kiedy wiele firm redukuje zatrudnienie, zmniejsza pensje, czy wstrzymuje realizację planowanych inwestycji. Dlatego nowo powstałe miejsca pracy są teraz tak ważne, oznaczają bowiem możliwość zatrudnienia i źródło dochodu dla wielu łódzkich rodzin” – powiedziała Hanna Zdanowska, prezydent Miasta Łodzi.

„Dotychczasowe doświadczenia z wysoko wykwalifikowanymi i zmotywowanymi pracownikami w regionie łódzkim, jak również owocna współpraca z lokalnymi władzami i biznesem, utwierdzają nas w przekonaniu, że rozszerzenie naszej obecności w Łodzi było dobrym wyborem. W Amazon jesteśmy dumni, że możemy kontynuować swój rozwój i inwestycje, tworząc jednocześnie więcej stałych miejsc pracy w Polsce. Cieszymy się, że już ponad 16000 osób wybrało Amazon na swojego pracodawcę. Naszym celem jest oferowanie konkurencyjnego wynagrodzenia, pakietu benefitów i szerokich możliwości rozwoju kariery. Wierzymy, że nowe centrum logistyczne Amazon przyczyni się do znaczącego wzrostu gospodarczego w regionie łódzkim” – powiedział Marian Sepesi, dyrektor regionalny ds. operacji Amazon.

Rynek pracy coraz trudniejszy. Menedżerowie gotowi na wyrzeczenia i większe zaangażowanie

Ostatni raport Antal oraz Cushman & Wakefield odpowiada na pytania – czy specjaliści i menedżerowie przygotowują się do kryzysu? Na jakie wyrzeczenia są gotowi? W których branżach panuje spokój, a które mają poczucie zagrożenia? Mimo, że na rynku pojawia się niepewność wciąż dominującym poczuciem jest stabilizacja i gotowość do nowych, proaktywnych działań, mających na celu szybką poprawę obecnej sytuacji.

  • 68% przedstawicieli kadry średniego i wyższego szczebla gromadzi oszczędności i ogranicza wydatki
  • 22% respondentów podejmuje nowe działania i bardziej angażuje się w obowiązki
  • 67% badanych czuje bezpieczeństwo zatrudnienia

Raport pt. „Elastyczność specjalistów i menedżerów w dobie zmiany” opisuje postawy kadry średniego i wyższego szczebla w świetle pogorszenia sytuacji gospodarczej.

W dużej mierze o sytuacji gospodarczej w najbliższych miesiącach będzie decydowało zaangażowanie pracowników w wykonywane zadania, a także ich postawy ekonomiczne. Wyniki raportu pozwalają na optymizm w tym zakresie – duża część badanych bierze sprawy w swoje ręce – i elastycznie dostosowuje się do wymagań rynku wprowadzając innowacje i zwiększając efektywność pracy – komentuje Artur Skiba, prezes Antal

Poczucie bezpieczeństwa jako dominująca postawa na rynku

Większość specjalistów i menedżerów jest zadowolona z obecnej pracy (69%) i czuje bezpieczeństwo zatrudnienia (67%). Pewność siebie na rynku pracy jest jednak silnie uzależniona od branży, jaką reprezentują specjaliści i menedżerowie. Najlepiej swoją sytuację oceniają przedstawiciele branż e-commerce, internet, nowe media oraz centrów usług wspólnych – ponad 80% pozytywnych wskazań. Z kolei największa niepewność panuje w agencjach reklamowych i PR, w których tylko czwarty respondent jest przekonany o stabilności pracy.

W ostatnim czasie, w szczególności na rynku pracy, możemy zaobserwować rosnącą niepewność spowodowaną dynamicznymi zmianami związanymi z pandemią. Definiowane przez niektóre firmy zagrożenia mogą jednak stanowić niepowtarzalną okazję do wdrożenia zupełnie nowych rozwiązań. W czasie, gdy zawodzą tradycyjne modele biznesowe, bardzo istotnym czynnikiem, który pozwala organizacjom przetrwać lub uzyskać przewagę konkurencyjną na rynku, są innowacje. Do przeprowadzenia transformacji są potrzebne osoby myślące niestandardowo, kreatywnie i nieszablonowo. Jest o nich nawet trudniej w czasie kryzysu, ponieważ pracownicy mniej chętnie zmieniają wtedy pracodawcę. Z perspektywy organizacji warto sobie więc zadać pytanie, jakie środowisko pracy będzie atrakcyjne dla takich osób bądź grup projektowych. Jak udowodniła nam pandemia – praca indywidualna zwykle nie stanowi dla pracowników żadnego problemu, można ją wykonywać właściwie z każdego miejsca na świecie, ale praca grupowa i szybka wymiana wiedzy pomiędzy pracownikami – to wyzwanie, z którym nie wszyscy w czasie kwarantanny poradzili sobie najlepiej. Dlatego w moim przekonaniu w biurach, aby wspierać innowacyjność i rozwój, najistotniejsze będą przestrzenie do pracy zespołowej, kreatywnej i przestrzenie socjalne – mówi Aleksander Szybilski, Associate, Workplace Strategy, Cushman & Wakefield.bezpieczeństwo zatrudnienia covid

Gotowość do wyrzeczeń

Specjaliści i menedżerowie w świetle spowolnienia gospodarczego są gotowi do pewnych wyrzeczeń. Wysoki odsetek badanych jest gotowy pracować w większym wymiarze czasu (86% pozytywnych wskazań). Nieznacznie mniej osób (85%) jest w stanie zaakceptować czasowe ograniczenie dostępu do świadczeń pozapłacowych. Zmianę zakresu obowiązków dopuszcza 76% respondentów, a zmniejszenie wymiaru czasu pracy – 71%. Najrzadziej jest dopuszczane zmniejszenie wynagrodzenia – 62% badanych widzi taką możliwość. Średnio maksymalną granicą dopuszczanego zmniejszenia wynagrodzenia jest 19%. Analizując ten ostatni wskaźnik per branża największą gotowość do wyrzeczeń finansowych wykazują pracownicy agencji PR, firm consultingowych oraz branży farmaceutycznej i sprzętu medycznego.

Przez kilka ostatnich lat mieliśmy do czynienia z tzw. rynkiem pracownika, który zmuszał pracodawców do podejmowania działań ukierunkowanych na utrzymanie talentów w organizacji i budowanie ich dobrobytu. Czas pandemii jest czasem weryfikacji dojrzałości naszych organizacji, liderów i pracowników – wbrew pozorom, pomimo coraz trudniejszej sytuacji gospodarczej, konieczność koncentrowania się na utrzymaniu pracowników, rozwijaniu ich i dbaniu o ich dobrobyt, zarówno w sferze fizycznej, jak i mentalnej, będzie jeszcze silniejsza. Takiemu podejściu sprzyja organizacja biura, zapewnienie odpowiednich, bezpiecznych warunków do pracy, stworzenie przestrzeni do budowania społeczności, wymiany wiedzy i współpracy. Na te elementy stawiamy przygotowując nasze nowe biuro, jak i współpracując z naszymi klientami – mówi Anna Trochim, Country HR Manager, Cushman & Wakefield.

zwolnienia covid

Dość dużą grupę pracowników sektora bankowego stanowią pracownicy front office, których głównym zadaniem jest sprzedaż. Osoby na takich stanowiskach mają coraz częściej niższe wynagrodzenia podstawowe przy bardziej atrakcyjnych prowizjach. W trakcie kryzysu, gdy o premie trudniej – osoby te nie są skłonne do wyrzeczeń na rzecz pracodawców. Branża SSC/BPO zaś w ostatnich latach stanowiła rynek silnie konkurencyjny, na którym pracownicy dość łatwo mogli uzyskać podwyżkę wynagrodzenia. Jednocześnie w tym sektorze zatrudnienie znalazły w przeważającej mierze osoby młode z pokolenia Y i Z, które nie odczuły dotychczas kryzysu, nie muszą też czuć powagi sytuacji – nadal realizują procesy, w ramach których pracują w firmie. Wszystko to powoduje, że nie są tak skłonne do wyrzeczeń jak pokolenie X czy też wieloletni pracownicy innych branż – komentuje Sebastian Sala, Business Unit Director, Antal SSC/BPO.

Dość dużą grupę pracowników sektora bankowego stanowią pracownicy front office, których głównym zadaniem jest sprzedaż. Osoby na takich stanowiskach mają coraz częściej niższe wynagrodzenia podstawowe przy bardziej atrakcyjnych prowizjach. W trakcie kryzysu, gdy o premie trudniej – osoby te nie są skłonne do wyrzeczeń na rzecz pracodawców. Branża SSC/BPO zaś w ostatnich latach stanowiła rynek silnie konkurencyjny, na którym pracownicy dość łatwo mogli uzyskać podwyżkę wynagrodzenia. Jednocześnie w tym sektorze zatrudnienie znalazły w przeważającej mierze osoby młode z pokolenia Y i Z, które nie odczuły dotychczas kryzysu, nie muszą też czuć powagi sytuacji – nadal realizują procesy, w ramach których pracują w firmie. Wszystko to powoduje, że nie są tak skłonne do wyrzeczeń jak pokolenie X czy też wieloletni pracownicy innych branż – komentuje Sebastian Sala, Business Unit Director, Antal SSC/BPO.

Przygotowania do spowolnienia gospodarczego

Specjaliści i menedżerowie podejmują szereg kroków w celu przygotowania się do spowolnienia gospodarczego. Najwięcej osób (63%) gromadzi oszczędności i rezygnuje z części wydatków. 38% poszukuje nowego zatrudnienia, a 22% zwiększa swoje zaangażowanie w wykonywane zadania. Co piąty badany składa również propozycje nowych projektów w firmie.szukanie pracy covid

O badaniu

Badanie Antal oraz Cushman & Wakefield „Elastyczność specjalistów i menedżerów w dobie zmiany” zostało zrealizowane metodą CAWI na próbie 1069 specjalistów i menedżerów w dniach 16 kwietnia – 16 maja 2020 roku.

Usługa mojeID w Bankach Spółdzielczych Grupy BPS

Klienci 169 Banków Spółdzielczych zrzeszonych w Grupie BPS oraz 4 banków współpracujących mogą potwierdzać swoją tożsamość online za pomocą mojeID – usługi dostarczanej przez KIR.  

mojeID umożliwia zdalne potwierdzanie tożsamości za pomocą danych z bankowości internetowej. W  kilku krokach, na dowolnym urządzeniu z dostępem do Internetu, pozwala osobie fizycznej – klientowi banku, szybko i bezpiecznie potwierdzić swoją tożsamość. Co istotne dla bezpieczeństwa danych klient wyraża jasną zgodę na zakres i cel przekazywanych informacji. Dzięki integracji z Węzłem Krajowym i Profilem Zaufanym, użytkownik mojeID może korzystać z usług świadczonych online zarówno przez dostawców komercyjnych, jak i administrację publiczną. Oznacza to dostęp do oferty świadczonej przez przedsiębiorstwa z różnych branż, m.in. dostawców mediów, usług medycznych czy ubezpieczeniowych, jak i szerokiego spektrum spraw urzędowych, obejmujących m.in. zdalne złożenie wniosku o dowód osobisty, rejestrację pojazdu czy uzyskanie odpisu aktu stanu cywilnego.

– Wdrożenie mojeID jest technologicznym i procesowym skokiem w przyszłość. Rozwój cyfrowych usług komercyjnych czy publicznych nie jest możliwy bez tożsamości cyfrowej. Banki spółdzielcze, które są liderami pod względem tempa implementowania wszelkich nowinek technologicznych, są tego w pełni świadome. W dłuższej perspektywie wdrożenie usługi mojeID przyczyni się do intensywniejszego rozwoju cyfrowej gospodarki. Natomiast beneficjentami tego rozwiązania już teraz są klienci banków, którzy zyskali dostęp do narzędzia umożliwiającego załatwianie wielu spraw zdalnie. Jesteśmy bardzo dumni z tak efektywnie rozwijającego się partnerstwa z sektorem bankowości spółdzielczej – mówi Piotr Alicki, Prezes Zarządu KIR.

Nowoczesna instytucja finansowa to ta, która udostępnia swoim klientom rozwiązania cyfrowe. Każdy, kto korzysta z bankowości internetowej, wie jakie to wygodne. Potwierdzanie tożsamości online to kolejny krok, łączący usługi bankowe z wieloma codziennymi sprawami, które załatwiają nasi klienci, czy to w urzędach, czy w firmach komercyjnych. Wdrożenie mojeID i Profilu Zaufanego w Bankach Spółdzielczych z Grupy BPS przebiegało w rekordowym tempie, zważywszy na znaczną liczbę zaangażowanych podmiotów, w tym kilku różnych dostawców bankowości internetowej. Dlatego jestem dumny ze sprawności organizacyjnej, jaką wykazały się wszystkie zespoły, zwłaszcza te pracujące w  trybie zdalnym podczas pandemii. Jestem pewien, że cyfrowa tożsamość pozwoli naszym klientom oszczędzić czas i wygodniej organizować bieżące sprawymówi Artur Adamczyk, Prezes Zarządu Banku BPS zrzeszającego Banki Spółdzielcze.

mojeID jest dostępne w ofercie 169 Banków Spółdzielczych należących do Zrzeszenia BPS oraz w  4  bankach współpracujących. Wdrożenie usługi w kolejnych Bankach Spółdzielczych tej grupy planowane jest wkrótce.

Usługa mojeID jest udostępniana przez systematycznie rosnącą liczbę dostawców usług z różnych sektorów gospodarki. KIR prowadzi intensywne prace nad wdrożeniem mojeID z kolejnymi dostawcami usług oraz bankami jako dostawcami tożsamości. W ostatnich miesiącach można zaobserwować znaczne zwiększenie zainteresowania usługami online, co niewątpliwie jest związane z sytuacją pandemiczną, która jeszcze pełniej pokazała znaczenie zdalnej identyfikacji w funkcjonowaniu i rozwoju cyfrowej gospodarki.

Spółka miała prawo rozliczać VAT z faktur za usługi budowlane dopiero po otrzymaniu zapłaty

Moment powstania obowiązku podatkowego w zakresie faktur za usługi budowlane to chwila, w której spółka otrzymała całość lub część zapłaty za wykonane usługi – orzekł 4 czerwca 2020 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Szczecinie na korzyść firmy budowlanej w jej sporze z fiskusem w sprawie rozliczeń faktur sprzed 8 lat.

Firma budowlana nie ujęła w ewidencji sprzedaży nieopłaconych faktur

We wrześniu 2018 r. naczelnik jednego z urzędów skarbowych ustalił spółce z branży budowlanej zobowiązanie podatkowe w zakresie podatku od towarów i usług za określone miesiące 2012 r., odmiennie niż uczyniła to spółka w złożonej przez siebie deklaracji. Ustalenia były wynikiem przeprowadzonej u przedsiębiorcy kontroli podatkowej, jak i postępowania podatkowego. Organ podatkowy stwierdził nieprawidłowości przy rozliczeniu VAT w danych miesiącach objętych kontrolą, polegające m.in. na nieujęciu przez spółkę w ewidencjach sprzedaży za styczeń, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień i listopad 2012 r. łącznie kilkunastu faktur za usługi budowlane i budowlano-montażowe, w zakresie których obowiązek podatkowy powstał w tych właśnie miesiącach. Spółka stała na stanowisku, że nie musiała ujmować zakwestionowanych faktur we wskazanych przez organ miesiącach, bowiem mimo ich upływu (w tym upływu 30 dni od dnia wykonania usługi) nie otrzymała zapłaty.

Niezgodność krajowych regulacji z dyrektywą unijną

W okresie objętym kontrolą i postępowaniem podatkowym, a więc w 2012 r., w ustawie o VAT obowiązywała regulacja art. 19, która miała zastosowanie aż do zdarzeń powstałych przed 1 stycznia 2014 r., kiedy to przepis ten uchylono. Stanowił on w ust. 13 pkt 2 lit. d, że obowiązek podatkowy powstaje z chwilą otrzymania całości lub części zapłaty, nie później jednak niż 30. dnia, licząc od dnia wykonania usługi budowlanej lub budowlano-montażowej. Tylko że zgodnie z art. 66 dyrektywy 2006/112/WE Rady z dnia 28 listopada 2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej (Dz.Urz. UE z 11.12.2006 r., L 347/1) państwo członkowskie mogło dla określonych transakcji lub kategorii podatników ustalić inny termin wymagalności VAT w jeden z poniższych sposobów:

  1. a) nie później niż z datą wystawienia faktury;
  2. b) nie później niż w momencie otrzymania zapłaty;
  3. c) jeżeli faktura nie została wystawiona lub została wystawiona z opóźnieniem w określonym terminie od daty zdarzenia powodującego powstanie obowiązku podatkowego.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w wyroku z 14 lipca 2012 r. (TNT Express Worldwide (Poland) Sp. z o.o. przeciwko Ministrowi Finansów, sygn. akt C-169/12) orzekł, że unijny ustawodawca nie zezwolił, aby państwo członkowskie, wybierając wariant b) z art. 66 dyrektywy 112, mogło jednocześnie wskazywać dodatkowy termin, po upływie którego VAT stanie się wymagalny.

Wybór, który przepis zastosować, należał do spółki

Mając na względzie to rozstrzygnięcie, Minister Finansów interpretacją ogólną z 8 sierpnia 2013 r. (sygn. PT3/033/2/323/AEW/13/RD82408) ustanowił, że z uwagi na nieprawidłową implementację prawa wspólnotowego do systemu prawa krajowego, to do podatnika należeć będzie wybór, czy chce w celu ustalenia momentu powstania obowiązku podatkowego w VAT przyjąć sposób zgodny z dyrektywą UE, określony w art. 19 ust. 4 ustawy o VAT, czy określony w art. 19 ust. 13 pkt 2. Pierwszy wskazywał na chwilę wystawienia faktury, nie później jednak niż w 7. dniu, licząc od dnia wykonania usługi, drugi – chwilę otrzymania całości lub części zapłaty, nie później jednak niż 30. dnia, licząc od dnia wykonania usługi.

Dyrektor Izby Administracji Skarbowej jako organ podatkowy drugiej instancji w swojej niekorzystnej dla przedsiębiorcy decyzji z października 2019 r. zaznaczył, że w 2012 r. spółce dano taki wybór i dokonywała ona rozliczeń części faktur za swoje usługi budowlane, wybierając opcję z art. 19 ust. 13 pkt 2 bez zgłaszania zastrzeżeń. Natomiast podniosła je w zakresie zakwestionowanych przez naczelnika urzędu skarbowego faktur, uzasadniając brakiem ich opłacenia przez kontrahentów w terminie 30 dni od wykonania usługi. Zdaniem fiskusa, jeśli spółka dokonała zgodnie z interpretacją Ministra Finansów wyboru tej opcji ustalania momentu powstania obowiązku podatkowego, to nie może stosować wybiórczo tylko części będącego jej podstawą przepisu. Tak więc w kwestii spornych faktur obowiązek ten, w braku otrzymania przez spółkę zapłaty, powstał 30. dnia od wykonania usługi. W przeciwnym razie, za którym optuje spółka, pomimo wykonanych przez nią usług, obowiązek podatkowy mógłby nigdy nie powstać.

Cały przepis, czy pół

Spółka, nie zgadzając się z decyzją Dyrektora Izby Administracji Skarbowej, wniosła skargę na decyzję organu odwoławczego do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Szczecinie. Sąd w pierwszej kolejności podkreślił, że zarówno organy podatkowe, jak i spółka były zgodne co do tego, że zastosowanie do ustalenia momentu powstania obowiązku podatkowego w tej sprawie znajduje art. 19 ust. 13 pkt 2 ustawy o VAT. Jednak przedsiębiorca stał na stanowisku, że w świetle wyroku TSUE zastosowanie ma tylko część tego przepisu niezakwestionowana przez Trybunał, i moment ten powinien zostać ustalony dopiero w chwili otrzymania przez niego zapłaty za wykonane usługi budowlane. Organy natomiast obstawały za stosowaniem całej regulacji przepisu.

Analizując treść wspomnianego rozstrzygnięcia unijnego trybunału, Sąd wskazał, że „TSUE stwierdził niezgodność art. 19 ust. 13 pkt 2 u.p.t.u. z przepisami dyrektywy 112 w zakresie, w jakim wskazuje się, że obowiązek podatkowy powstaje nie później niż 30. dnia, licząc od dnia wykonania usług. TSUE nie zakwestionował pierwszej części tego przepisu, w której określono moment wymagalności podatku na moment otrzymania całości lub części zapłaty. Nie zachodziła więc podstawa do uznania pierwszej części tego przepisu – w zakresie, w jakim wskazuje się w nim moment powstania obowiązku podatkowego na moment otrzymania całości lub części zapłaty – za niezgodną z uregulowaniami zawartymi w art. 66 lit. b dyrektywy 112” (wyrok z 4 czerwca 2020 r., sygn. akt I SA/Sz 1000/19).

To nie spółka, a ustawodawcy unijny i krajowy dopuścili taką regulację

Zdaniem Sądu nie broni się również argumentacja organów, że przyjęcie takiego stanowiska spółki spowoduje, iż moment powstania obowiązku podatkowego nigdy nie nastanie lub zostanie znacznie odsunięty w czasie. Opcję ustalenia go wobec określonych transakcji lub podatników najpóźniej na moment otrzymania zapłaty ustanowił prawodawca unijny, a dopuścił do polskiego porządku prawnego ustawodawca krajowy. Stąd nie można było takiego unormowania pomijać wskutek obaw związanych z jego istnieniem.

Argument przedsiębiorców w sporach z fiskusem

Wyrok szczecińskiego sądu może stanowić silny argument dla innych firm w walce z fiskusem w toczących się postępowaniach w zakresie rozliczeń VAT z faktur dokumentujących zdarzenia gospodarcze sprzed 1 stycznia 2014 r. Pomijając kwestię tych rozliczeń, choć od wskazanej w ustawie o VAT nie obowiązuje już regulacja artykułu 19, przepisy określające moment powstania obowiązku podatkowego nadal wywołują spory na linii przedsiębiorcy – fiskus. Zgodnie z obecnie obowiązującymi przepisami ustawy o VAT obowiązek podatkowy w podatku od towarów i usług generalnie powstaje z chwilą dokonania dostawy towaru lub wykonania usługi. W niektórych przypadkach może on jednak powstać z chwilą wystawienia faktury czy też z upływem terminu na jej wystawienie albo z chwilą powstania długu celnego (w przypadku importu towarów), albo też z chwilą otrzymania dotacji, a we wskazanych w ustawie sytuacjach – z chwilą otrzymania całości lub części zapłaty.

Na mocy powołanego w miejsce art. 19 ustawy o VAT obecnie obowiązującego art. 19a obowiązek podatkowy przedsiębiorcy świadczącego usługi budowlane lub budowlano-montażowe powstaje z chwilą wystawienia faktury (ust. 5 pkt 3a). Na jej wystawienie ma on w przypadku tych usług 30 dni liczonych od dnia wykonania usługi. Jednak mimo prób doprecyzowania i wyeliminowania niejasności wciąż toczą się liczne spory między organami podatkowymi a firmami z branży budowlanej. Fiskus zgodnie z ww. zapisami ustawy ustala im bowiem moment powstania obowiązku podatkowego na moment wykonania przez nie usługi. Przedsiębiorcy natomiast tłumaczą, że moment wykonania usługi mogą określić dopiero po podpisaniu protokołu zdawczo-odbiorczego przez kontrahenta. W tej kwestii Trybunał Sprawiedliwości UE wydał w maju 2019 r. korzystne dla firm budowlanych rozstrzygnięcie (sprawa Budimex S.A. przeciwko Ministrowi Finansów, C-224/18), stąd mogą one skutecznie bronić się i dochodzić swoich roszczeń w postępowaniach przed organami podatkowymi.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Barometr COVID-19: im dłużej trwa epidemia koronawirusa, tym bardziej realnie polskie MŚP spoglądają w przyszłość

Najnowszy Barometr COVID-19, zrealizowany przez EFL na przełomie czerwca i lipca br., pokazuje bardziej realistyczne nastawienie przedstawicieli polskiego sektora MŚP do przyszłości niż jeszcze miesiąc temu. Po czterech miesiącach od wybuchu epidemii koronawirusa w Polsce na szybką rekonwalescencję branży w tym roku liczy tylko 6 proc. firm, podczas gdy w maju ten odsetek był trzy razy wyższy (18 proc.). O bardziej pesymistycznych nastrojach niż̇ w maju świadczy również̇ wzrost odsetka firm, które sądzą, że w najbliższych latach nie powróci koniunktura w ich branży. Tak uważa ponad 13 proc. badanych, miesiąc wcześniej nie było takich opinii.  Czwarta edycja Barometru COVID-19 przynosi także optymistyczny wniosek – z 54 proc. do 31 proc. spadł odsetek przedsiębiorców uważających, że koronawirus spowoduje upadłość wielu firm.

efl_barometr2kw2020_covid_19_czerwiecNa pytanie, kiedy nastąpi powrót koniunktury w branży, w której działa firma, pod koniec maja br. ponad połowa ankietowanych (58 proc.) była zdania, że stanie się to w przyszłym roku, podczas gdy na przełomie czerwca i lipca ten odsetek spadł do 40 proc. Również mniej zarządzających biznesem uważa, że stanie się to w ciągu kilku miesięcy – 6 proc. (poprzednio 18 proc.). Natomiast dwukrotnie wyższy jest odsetek przedsiębiorców, którzy spodziewają się tego w ciągu 2-3 lat – 39 proc. (poprzednio 19 proc.).

W maju wszystkie branże liczyły na powrót koniunktury w przyszłym roku, w najnowszym badaniu Barometr COVID-19 nie widać już tak jednoznacznych i optymistycznych prognoz. Tylko dwie branże zdecydowanie stawiają na najbliższe 12 miesięcy – przemysł (52 proc.) oraz transport (48 proc.). W branży HoReCa ta przewaga jest minimalna w porównaniu z tymi, którzy wskazują na 2-3 lata (odpowiednio 39 proc. oraz 36 proc.). Budownictwo i branża usługowa oczekują powrotu koniunktury w 2-3-letniej perspektywie (odpowiednio 50 proc. i 45 proc.), a wśród przedstawicieli handlu tyle samo osób wierzy w powrót koniunktury w 2021 roku co w latach 2022-2023 (po 41 proc.).

Światełko w tunelu coraz jaśniejsze

– EFL od początku epidemii w Polsce przygląda się sektorowi MŚP i regularnie bada opinie przedsiębiorców na temat ich bieżącej sytuacji. O ile w marcu i kwietniu pandemia mocno odbijała się na ich nastrojach, o tyle z każdym miesiącem światełko w tunelu było coraz jaśniejsze. W najnowszym, już czwartym badaniu, wpływ pandemii koronawirusa na gospodarkę jest wciąż oceniany przede wszystkim jako negatywny – tak uważa 2 na 3 przedsiębiorców, miesiąc wcześniej 3 na 4, a w kwietniu aż 84 proc. Jednak zdecydowanych pesymistów jest już mniej – teraz jest nim niemal co trzeci szef firmy, w maju co drugi, a w kwietniu 7 na 10 wskazywało na zdecydowanie niekorzystny wpływ COVID-19 na prowadzony biznes. Ponadto, coraz liczniejsza jest grupa firm, których zdaniem koronawirus nie odciśnie piętna na gospodarce. Na neutralny wpływ wskazuje obecnie 30 proc. zapytanych, w maju – 23 proc., a w kwietniu tylko 14 proc. Takie opinie pozwalają z większym optymizmem spoglądać w przyszłość, jednak jak wskazują sami zainteresowani, rekonwalescencja polskiego biznesu może potrwać jeszcze kilka lat – komentuje wyniki badania Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Nie zmienił się, w porównaniu do poprzednich edycji badania, trend, zgodnie z którym im mniejsza firma, tym większy pesymizm w odniesieniu do wpływu pandemii na kondycję branży. Zmian „zdecydowanie niekorzystnych” spodziewa 34 proc. mikroprzedsiębiorców, 29 proc. małych firm i 26 proc. średnich.

Podobnie jak w maju, w czerwcu pesymizm dotyczący wpływu COVID-19 na działalność firmy jest największy w branży HoReCa. 3 na 4 hotelarzy i restauratorów zdecydowanie negatywnie ocenia pandemię w kontekście swojego biznesu (poprzednio 91 proc.). Nadal stosunkowo najwięcej optymizmu wyrażają przedstawiciele branży produkcyjnej (8 proc., poprzednio 11 proc.).

– Siłę polskiego przemysłu pokazały najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego. Ku zaskoczeniu większości analityków, produkcja przemysłowa nie tylko nie odnotowała wysokiego spadku w czerwcu, ale wzrosła o 0,5 proc. rok do roku. W odbudowie sektora pomogły zarówno rządowe pakiety pomocowe, wsparcie prywatnych instytucji, w tym finansowych, ale także większy ruch zakupowy Polaków. Bo wzrosty widzimy m.in. przy produkcji mebli czy urządzeń elektrycznych – zwraca uwagę Radosław Woźniak z EFL.

W branży budowlanej, handlowej, produkcyjnej i transportowej najwięcej przedsiębiorców uważa, że pandemia raczej niekorzystnie wpłynie na ich firmę (odpowiednio 53 proc., 43 proc., 39 proc., 35 proc.).

Wirus już nie taki straszny?

W czerwcu zdecydowanie więcej respondentów niż miesiąc wcześniej (50 proc., poprzednio 19 proc.) nie spodziewała się zmiany sytuacji w swojej branży. Przedsiębiorcy nadal obawiali się, że koronawirus spowoduje upadki firm, jednak ten odsetek spadł z 54 proc. do 31 proc. (spadek o 23,5 pkt. proc.).

W porównaniu z majem, kiedy w pięciu sektorach przewagę mieli ci, którzy uważali, że pandemia spowoduje upadki firm, sytuacja zmieniła się zasadniczo. Obecnie taką obawę wyrażają przede wszystkim przedstawiciele branży HoReCa (50 proc., chociaż jednocześnie prawie 7 proc. z nich spodziewa się rozwoju branży). W pozostałych pięciu sektorach najliczniejsze są te grupy, które nie przewidują istotnej zmiany sytuacji. Na przykład w branży produkcyjnej odsetek wzrósł z 33 proc. do 62 proc., w handlowej – z 16 proc. do 51 proc., a w budowlanej – z 29 proc. do 51 proc.

***

Barometr COVID-19 to dodatkowe badanie towarzyszące Barometrowi EFL, zapoczątkowane w marcu 2020 roku w celu diagnozy wpływu pandemii koronawirusa na przedsiębiorstwa z sektora MŚP. Badanie jest realizowane co miesiąc.

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm.

Mimo pandemii, większość Polaków nie ogranicza wydatków i zamierza jak najszybciej powrócić do „normalności”

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez EY Polska, w obliczu pandemii niespełna 26% polskich gospodarstw domowych zdecydowało się na ograniczenie wydatków. Pozostała część ankietowanych stara się funkcjonować jak dotychczas i nie decyduje się na oszczędności. Większość Polaków liczy, że ich życie jak najszybciej wróci do normalności, a dalsze oszczędności i cięcia wydatków planuje 15% osób. EY zdefiniował cztery główne postawy obrazujące stosunek do wydatkowania pieniędzy w czasie pandemii oraz wskazał na pięć trendów, które będą kształtować budżety domowe w najbliższym czasie.

W badaniu zachowań konsumenckich EY Future Consumer Index[1] przeprowadzonego przez EY Polska, 16% Polaków przyznało, że pandemia w znacznym stopniu jest dla ich dotkliwa i dlatego muszą wprowadzać oszczędności w domowych budżetach (grupa osób deklarujących postawę „Deep cuts/Tnij głęboko”). To też osoby, które z pesymizmem patrzą w przyszłość, dlatego duża część z nich w dalszym ciągu zamierza zmniejszać wydatki i wprowadzać oszczędności. Taką postawę („Keep cutting/Utrzymać cięcia”) na kolejne miesiące zamierza przyjąć jednak tylko nieco ponad 10% spośród wszystkich badanych. Ankietowani w tej grupie to osoby, które najbardziej zmieniły swoje zachowania – zakupy robią inaczej, a do swoich koszyków wkładają inne produkty, niż dotychczas.

Negatywne skutki pandemii obserwuje też niespełna 10% ankietowanych Polaków, którzy choć nie są nią bezpośrednio dotknięci, to z obawą patrzą w przyszłość i martwią się o swoje rodziny. Przyjmują obecnie postawę „Save and stockpile/Oszczędzaj i przechowuj” i są najbardziej zróżnicowaną i niejednomyślną grupą pod względem przyszłych postaw. Niemal w równym stopniu deklarują dalsze oszczędności, jak również powrót do normalności.

Największa grupa Polaków – stanowiąca 43% badanych – przyjmuje postawę „Stay calm, carry on/Zachowaj spokój i kontynuuj”, czyli zachowuje spokój i stara się funkcjonować jak dotychczas. To osoby, które ani nie zmniejszają, ani nie zwiększają swoich wydatków i raczej niepokoją się tym, że inni mniej chętnie wydają pieniądze. To osoby, które stanowią największą grupę wśród 41% Polaków spodziewających się, że po ustaniu epidemii ich życie powróci do normalności (postawa z „Return to normal/Powrót do normalności”).

Z kolei osoby, które choć są zaniepokojone pandemią, to optymistycznie patrzą w przyszłość i nie ograniczają swoich wydatków to 30% badanych przez EY Polska określających swoją postawę jako „Hibernate and spend/Hibernuj i wydawaj”. Są znaczącą grupą osób, które musiały zmienić swoje zachowania na skutek wprowadzonych obostrzeń i zamierzają z pełną mocą powrócić do swoich dotychczasowych przyzwyczajeń oraz wydatków sprzed epidemii. Tak planuje postąpić blisko 20% spośród wszystkich Polaków ankietowanych przez EY Polska, którzy deklarują postawę „Back with a bang/Powrót z hukiem”.

– Polska edycja zainicjowanego przez EY w kwietniu badania „EY Future Consumer Index” pokazuje, że podobnie jak mieszkańcy innych części świata, najchętniej wykazujemy postawę „Stay calm, carry on”. Widać jednak, że mniej zdecydowanie niż przedstawiciele innych – w szczególności zachodnioeuropejskich – krajów wprowadzamy plany oszczędnościowe. Raczej przyjmujemy postawę wyczekującą i nie decydując się na radykalne cięcia, oczekujemy powrotu do normalności. Prawdopodobnie nie będzie to ta sama rzeczywistość i niezbędne będą zmiany – nawet jeśli nie będą one w istotnym stopniu dotyczyły domowych budżetów, prawdopodobnie przyniosą przynajmniej częściową odmianę zachowań zakupowych – mówi Łukasz Wojciechowski, Partner EY, Lider Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich.

Rys. 1. EY Future Consumer Index: Obecne postawy i zachowania Polaków wobec pandemii COVID-19Obecne postawy i zachowania Polaków wobec pandemii COVID-19

Rys. 2. EY Future Consumer Index: Spodziewane postawy i zachowania Polaków wobec pandemii COVID-19Spodziewane postawy i zachowania Polaków wobec pandemii COVID-19

– Trzeba mieć na uwadze fakt, że część postaw konsumenckich wymuszona została wprowadzonymi odgórnie obostrzeniami i zamknięciem gospodarek. Nie mniej istotne dla wyników są jednak czynniki psychologiczne i nastroje społeczne związane z niepewnością dotyczącą przyszłej sytuacji gospodarczej oraz z obawami dotyczącymi wpływu lockdownu na rynek pracy i domowe budżety – dodaje Adam Malarski, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, Zespół Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich.

Skłonność do wydawania pieniędzy to jeden z aspektów badania EY Polska. Pokazało ono jednak również, że 54% ankietowanych w wyniku pandemii COVID-19 w dłuższej perspektywie znacząco zmieni sposób, w jaki żyje. To oznacza zmianę przyzwyczajeń konsumenckich – zarówno dotyczących decyzji zakupowych, jak również wydatkowania pieniędzy. Jak wynika z badania, na znaczeniu zyskają kwestie zdrowotne, którymi Polacy coraz częściej będą kierować się na zakupach. 61% ankietowanych zamierza w najbliższym czasie zwracać większą uwagę na to, co kupuje i wybierać produkty uznawane jako zdrowsze dla organizmu. Już nie tylko wygoda, ale również kwestie zdrowotne będą decydować o wybieranych sposobach płatności. 67% Polaków deklaruje bowiem, że będzie korzystać z płatności zbliżeniowych lub bezgotówkowych, aby zminimalizować kontakt z potencjalnymi źródłami zakażenia.

– Zachowania konsumentów zmieniały się dynamicznie od dłuższego czasu. Polacy coraz częściej kupowali wielokanałowo, na znaczeniu zyskiwał segment online, a konsumenci dużą wagę przykładali do osobistych doświadczeń związanych z markami i wybieranymi produktami. Zmiany zachowań zakupowych zdecydowanie przyspieszyły jednak na skutek pandemii COVID-19. Ostatnie kilkanaście tygodni pokazało, że Polacy chcą kupować coraz bardziej świadomie – starając się kierować się przy wyborze produktów nie tylko ceną, czy marką, ale również wartościami, które za markami i produktami stoją. Mogą to być wartości zdrowotne, społeczne czy środowiskowe – dodaje Robert Krzak, ekspert Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich EY Polska.

Rys. 3. Deklarowane przyszłe zachowania zakupowe Polaków w obliczu pandemii COVID-19Deklarowane przyszłe zachowania zakupowe Polaków w obliczu pandemii COVID-19

O Badaniu EY Polska

Polska edycja badania „EY Future Consumer Index” przygotowana przez EY Polska przeprowadzona została w dniach 22-28 czerwca 2020 roku na grupie 1000 osób w wieku 18-65 lat. Swoim zasięgiem badanie objęło cały kraj i wszystkie grupy społeczne. Respondenci odpowiadali na pytania dotyczące obecnych zachowań zakupowych, nastrojów i przewidywanych postaw w najbliższej przyszłości.

Biurowe portfolio MVGM rośnie

W pierwszym półroczu 2020 roku, mimo trwającej pandemii, MVGM podpisało umowy na zarządzanie projektami biurowymi oferującymi w sumie ponad 70 000 mkw. powierzchni. Nowe mandaty zarządcze pozwoliły znacząco zwiększyć obecność firmy na największych rynkach regionalnych w Polsce.

W ciągu pierwszych sześciu miesiącach tego roku portfolio zarządcze MVGM powiększyło się, m.in. o krakowski Tischnera Office, Forum 76 w Łodzi, Prosta Tower w Warszawie oraz City One, czyli pierwszy etap parku biurowego City Forum we Wrocławiu. Łódzka i wrocławska inwestycja trafiły pod zarządzanie MVGM już w trakcie trwania epidemii koronawirusa.
Nowe projekty powiększają nasz biznes w Polsce w sposób zrównoważony. Rośniemy nie tylko w Warszawie, ale też na głównych rynkach regionalnych, a każdy z nich charakteryzuje się swoją specyfiką oraz stawia przed nami inne wyzwania. To natomiast pozwala zespołowi MVGM poszerzać know-how i doskonalić ofertę usług, które oferujemy naszym klientom. Jest to szczególnie ważne zwłaszcza teraz, w sytuacji zwiększonej niepewności na rynkach globalnych, kiedy firmy próbują odbudować swoją odporność biznesową. – komentuje Virginie de Baere, Dyrektor Zarządzająca MVGM w Polsce

Ponadto, na początku tego roku IMMOFINANZ, jeden z kluczowych inwestorów na stołecznym rynku biurowym, przedłużył współpracę z MVGM na zarządzanie dwunastoma nieruchomościami biurowymi stanowiącymi łącznie dwadzieścia trzy budynki o łącznej powierzchni najmu wynoszącej ok. 350 000 mkw.

Aktualnie, na nasze polskie portfolio biurowe składa się 47 inwestycji oferujących w sumie blisko 800 000 mkw. powierzchni. Skala naszego biznesu oznacza bardzo dużą odpowiedzialność. Od połowy marca znacząco zmienił się bowiem sposób, w jaki biurowce powinny być zarządzane. MVGM ma jednak tę przewagę, że działa na dziesięciu europejskich rynkach biurowych jednocześnie. To kraje, które w różnym stopniu zostały dotknięte przez pandemię, a nasi eksperci na bieżąco wymieniają się swoimi obserwacjami i doświadczeniami, co pozwala nam szybciej i lepiej reagować w warunkach tej nowej normalności, w której przyszło nam teraz funkcjonować. – dodaje Virginie de Baere

Pandemia nie obniżyła popytu na biura w regionach

– Colliers International podsumowuje II kwartał 2020 na rynkach biurowych w regionach –

Na koniec II kwartału 2020 roku łączne zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na ośmiu rynkach regionalnych wyniosły około 5,6 mln mkw. Na podium pod względem całkowitej podaży znajdują się: Kraków (1 483 300 mkw.), Wrocław (1 186 100 mkw.) oraz Trójmiasto (868 400 mkw.).

W pierwszej połowie 2020 roku do użytkowania oddano obiekty o łącznej powierzchni
175 600 mkw., z czego najwięcej w Krakowie (ok. 69 100 mkw.), Katowicach (31 100 mkw.) oraz Trójmieście (29 900 mkw.). To 27% mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku.

Popyt wyższy niż rok temu

Całkowity wolumen transakcji najmu zarejestrowanych w I połowie 2020 roku wyniósł
333 000 mkw., o 9% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Natomiast w samym drugim kwartale 2020 roku wynajęto niemal dwukrotnie mniej powierzchni niż w pierwszym. Od początku 2020 roku najwięcej powierzchni zostało wynajęte w Krakowie (114 700 mkw.).

W okresie od stycznia do czerwca 2020 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom: 54% (włączając umowy przednajmu oraz powierzchnie na potrzeby własne właściciela nieruchomości). Renegocjacje i przedłużenia obowiązujących kontraktów odpowiadały za 32% zarejestrowanego popytu, a ekspansje za 14%. W samym II kwartale 2020 roku największy udział stanowiły transakcje odnowieniowe – 59%, natomiast na umowy nowe oraz ekspansje przypadło odpowiednio 28% i 13%. W strukturze najemców zdecydowanie przeważały firmy z sektora IT.

– Pandemia Covid-19 spowodowała wzrost niepewności i ostrożności wśród wielu firm, co  przełożyło się na wydłużenie się procesów decyzyjnych na wielu polach, także w kontekście najmu powierzchni biurowych. Najemcy, którym właśnie kończą się umowy najmu, są zmuszeni do dokonania pewnych kroków, dlatego też wiele transakcji nadal trwa. Tak jak przypuszczaliśmy, w II kwartale znacznie wzrosła liczba renegocjacji i trend ten z pewnością będzie się utrzymywał. Na rynku pojawia się także coraz więcej ofert podnajmu – obecnie na największych rynkach regionalnych[1] dostępnych jest ok. 70 000 mkw. podnajmów i liczba ta stale rośnie – mówi Paweł Skałba, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Biurowych w Colliers International.

Wśród największych transakcji zawartych w pierwszej połowie 2020 roku można wymienić odnowienie umowy ABB w biurowcu Axis w Krakowie (20 000 mkw.), transakcję przednajmu firmy Fujitsu Technology Solutions w budynku Fuzja w Łodzi (16 300 mkw.) oraz transakcję klienta poufnego w krakowskim Tertium Business Park II (14 500 mkw.).

Wolna powierzchnia

Na koniec II kwartału 2020 roku na ośmiu głównych rynkach regionalnych do wynajęcia pozostawało 571 600 mkw. powierzchni biurowej, czego wynikiem jest wskaźnik pustostanów na poziomie 10,2% (wzrost o 0,7 p.p. kw./kw.). Najwyższy współczynnik wolnej powierzchni odnotowano w Poznaniu – 14,5%, najniższy zaś w Trójmieście i Katowicach – 6,1%.

[1] Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Lublin

Kto najczęściej odwiedza fast foody w Polsce? Na pewno nie seniorzy, ale to może jeszcze się zmienić

Konsumenci będący w wieku od 25 do 34 lat najliczniej odwiedzają fast foody. Stanowią blisko połowę ich klienteli. Kolejna aktywna grupa mieści się w przedziale od 35 do 44 lat – przeszło 20%. Za nią są osoby od 45. do 54. roku życia – niespełna 16%, a dopiero później – klienci mający od 18 do 24 lat – prawie 14%. Na końcu zestawienia są Polacy powyżej 55. roku życia – łącznie ok. 4%. Tak wynika z ogólnopolskiego badania firmy Proxi.cloud, przeprowadzonego na podstawie obserwacji blisko 3 mln wizyt w tego typu restauracjach.

Głównymi klientami fast foodów są osoby w wieku od 25 do 34 lat – 46,2%. Na drugim miejscu są konsumenci w przedziale od 35 do 44 lat – 20,1%, a na trzeciej pozycji – ludzie mający od 45 do 54 lat – 15,6%. Jak stwierdza Adam Grochowski z firmy technologicznej Proxi.cloud, największą grupę stanowią Polacy znajdujący się na początku drogi zawodowej. Szybkie tempo życia sprawia, że brakuje im czasu na robienie dużych zakupów i gotowanie posiłków. Bardzo często odwiedzają tego typu restauracje w drodze do pracy, aby wypić kawę i zjeść śniadanie. Wracając do domów, pojawiają się ponownie.

– Przedział wiekowy od 25 do 34 lat to czas inwestowania w jak najlepszą pozycję zawodową i społeczną. W miarę zdobywania stabilizacji życiowej nieco starsze osoby zaczynają bardziej koncentrować się na komforcie życia domowego. Mając zasobniejsze portfele, chętniej też bywają w ekskluzywnych restauracjach. Klientela fast foodów jest więc po części przejmowana przez tę droższą gastronomię – twierdzi dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator zachowań konsumenckich.

Dopiero na czwartej pozycji znalazły się osoby, które są w wieku od 18 do 24 lat – 13,8%. Zdaniem Adama Grochowskiego, dania typu fast food idealnie odpowiadają gustom i smakom młodych klientów, a dodatkowo są dla nich przystępne cenowo. Niemniej ci, którzy mieszkają z rodzicami, nie potrzebują stołować się na mieście. Często mają też zapewnione niedrogie posiłki na uczelniach.

– Nie jest to etap życiowy, w którym ma się pieniądze na częste chodzenie do restauracji. W kolejnych latach młodzi ludzie będą jednak coraz bardziej potrzebni na rynku pracy, więc ich dochody będą rosnąć. Wówczas odsetek klientów w wieku 18-24 powiększy się, zwłaszcza w dużych miastach – prognozuje dr Faliński.

Przedostatnie miejsce w zestawieniu zajmują konsumenci w przedziale wiekowym od 55 do 64 lat – 2,3%, a ostatnie – osoby powyżej 65. roku życia – 1,8%. – Starsze osoby w przeciwieństwie do młodszych mają znacznie więcej czasu na gotowanie. Do tego są przyzwyczajone do tradycyjnej polskiej kuchni i nie potrzebują zmieniać swoich nawyków żywieniowych. Odwiedzają tego typu restauracje raczej ze względu na wnuki niż dla własnej przyjemności – zwraca uwagę ekspert z Proxi.cloud.

Z kolei dr Faliński wskazuje na mniejszą ruchliwość i potrzebę bycia poza domem osób starszych, a także na zalecenia dietetyczne lekarzy. Niemniej ekspert przewiduje, że w kolejnych latach emeryci zaczną częściej pojawiać się w tego typu restauracjach. Już teraz coraz chętniej wychodzą na zewnątrz i spotykają się np. w klubach seniorów. Fast foody również mogą ich zainteresować. To kwestia rozwoju stylu życia ludzi po 60.

– Trzeba też zwrócić uwagę na to, że emeryci często nie mają nowoczesnych smartfonów, a tym bardziej nie instalują aplikacji mobilnych. Przez to zbieranie danych na temat tej grupy wiekowej jest dużo trudniejsze niż w wypadku młodszych konsumentów – podsumowuje Adam Grochowski.

Firma technologiczna Proxi.cloud poddała analizie ponad pół tysiąca restauracji typu fast food (tj. McDonald’s, KFC, Burger King). Badanie trwało od 20 kwietnia do 20 lipca 2020 roku. Łącznie przeanalizowano blisko 2,7 mln wizyt konsumenckich w ww. obiektach. Anonimowe dane zebrano za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie.

Migracja zarobkowa polskich pracowników w czasach Covid-19 – raport OTTO Work Force

Co druga osoba chce wyjechać do pracy za granicę z powodu utraty zatrudnienia, a 69% badanych chce to zrobić jak najszybciej – raport OTTO Work Force z lipca 2020.

Według najnowszego raportu OTTO Work Force, spośród respondentów, którzy wstępnie odpowiedzieli na ogłoszenia rekrutacyjne aż 92% jest zdecydowanych na wyjazd do pracy za granicę. Spośród nich aż 69% chce wyjechać jak najszybciej. 54% respondentów wskazało, że powodem wyjazdu jest utrata zatrudnienia lub czasowe zamknięcie zakładu pracy, a 29% chce wyjechać z powodu obniżki wynagrodzenia w Polsce.

Pandemia koronawirusa i związane z nią ograniczenia w funkcjonowaniu społeczeństwa przyczyniły się do stagnacji gospodarczej i zastoju na rynku pracy. W efekcie część polskich pracowników musiała się zmierzyć ze stratą zatrudnienia lub obniżką wynagrodzenia. Aktualna sytuacja gospodarcza wpływa na wzrost zainteresowania Polaków pracą za granicą.

Według najnowszego badania OTTO Work Force, przeprowadzonego na grupie 500 respondentów, większość pracowników zainteresowanych pracą za granicą, była wcześniej zatrudnionych w Polsce. Wśród respondentów, którzy wstępnie odpowiedzieli na oferty pracy, 60 % pracowało przed pandemią w Polsce, a 40% za granicą. Co ciekawe, w raporcie nie wyłoniono jednego dominującego powodu powrotu pracowników do ojczyzny. Wśród najczęściej wskazywanych odpowiedzi znalazły się trzy i uplasowały się na podobnym poziomie: utrata pracy – 30%, obawa o zachorowanie -29%, chęć powrotu do rodziny -27%.

Dlaczego osoby pracujące za granicą, w czasie pandemii, wróciły do Polski?

Dlaczego osoby pracujące za granicą, w czasie pandemii, wróciły do PolskiŹródło: Migracja zarobkowa polskich pracowników w czasach Covid-19, lipiec 2020, OTTO Work Force.

69% badanych chce jak najszybciej wyjechać do pracy za granicę

Spośród respondentów, którzy odpowiedzieli na ogłoszenia rekrutacyjne aż 92% jest zdecydowanych na wyjazd do pracy za granicę. Wśród nich 81% udzieliło odpowiedzi „tak”, a 11% „raczej tak”. Tylko 5% jeszcze nie podjęło decyzji co do wyjazdu, a 3% zrezygnowało z procesu rekrutacyjnego i wyjazdu.

“Zainteresowanie Polaków wyjazdami do pracy do Holandii i Niemiec widocznie wzrasta. Szacujemy, że chętnych do pracy sezonowej za granicą jest niemal o 30% więcej niż w poprzednim roku. Wśród osób, które wstępnie odpowiadają na nasze oferty pracy, aż 92% jest rzeczywiście zdecydowanych na wyjazd. Wynika to przede wszystkim ze stagnacji gospodarczej i trudnej sytuacji na rynku pracy w Polsce. Holandia także walczy teraz ze skutkami koronawirusa, ale wpływ pandemii na rynek pracy jest znacznie mniejszy niż w Polsce” – mówi Patrycja Liniewicz, Managing Director w OTTO Work Force.

Spośród Polaków, którzy są zainteresowani wyjazdem do pracy za granicę, 69% chce jak najszybciej opuścić Polskę. Kolejne 19% planuje wyjazd w ciągu najbliższych tygodni.

Kiedy pracownicy z Polski chcą wyjechać za granicę?

Kiedy pracownicy z Polski chcą wyjechać za granicę
Źródło: Migracja zarobkowa polskich pracowników w czasach Covid-19, lipiec 2020, OTTO Work Force.

Plany migracyjne Polaków pokazują, że jako społeczeństwo aktywnie poszukujemy wyjścia z trudnej ekonomicznie sytuacji i szansy na zarobek za granicą. W związku z zamrożeniem gospodarki pracownicy musieli zmierzyć się z redukcją miejsc pracy lub obniżką wynagrodzenia. Stąd tak duże zainteresowanie szybkim wyjazdem i odrobieniem strat finansowych. Trzeba zaznaczyć, że obecnie w Holandii jest duże zapotrzebowanie na pracowników, więc łatwo o zatrudnienie. Szczególnie wrażliwym sektorem gospodarczym jest logistyka spożywcza, ze względu na konieczność utrzymania ciagłości dostaw. Branżą, która  intensywnie się rozwija w czasie pandemii jest e-commerce, co generuje dodatkowy popyt na pracowników – wyjaśnia Patrycja Liniewicz, Managing Director w OTTO Work Force.

54% Polaków planuje wyjazd z powodu utraty pracy lub czasowego zamknięcia zakładu pracy

Według raportu OTTO Work Force główną motywacją dla Polaków wyjeżdżających do pracy za granicę są uwarunkowania ekonomiczne. 77% badanych wskazało, że do wyjazdu zachęcają ich wyższe zarobki niż w ojczyźnie. Spośród respondentów aż 54% wskazało, że powodem wyjazdu jest utrata zatrudnienia lub czasowe zamknięcie zakładu pracy, a 29% chce wyjechać z powodu obniżki wynagrodzenia w Polsce.

Co spowodowało, że chce Pan(i) podjąć pracę za granicą?

Co spowodowało, że chce Pan(i) podjąć pracę za granicą
* Ankietowani mogli wskazać maksymalnie dwie odpowiedzi.

Źródło: Migracja zarobkowa polskich pracowników w czasach Covid-19, lipiec 2020, OTTO Work Force.

Pracowników z Polski motywuje do wyjazdu do pracy za granicę przede wszystkim poziom wynagrodzenia, które jest ok 3 razy wyższy niż w Polsce. Jego atrakcyjność podnosi także stosunkowo wysoki kurs Euro, który rósł w czasie pandemii. Kolejną istotną kwestią jest  niepewna sytuacja na rodzimym rynku pracy. Spośród ankietowanych aż 54% wskazało, że chce wyjechać do pracy za granicę z powodu stałej lub przejściowej utraty zatrudnienia. Czynnikiem, który ułatwia wyjazd i cały proces zatrudnienia jest bez wątpienia brak kwarantanny w Holandii. Dzięki temu pracownicy mogą od razu rozpocząć pracę i nie muszą dysponować dodatkowymi środkami na utrzymanie, które byłyby niezbędne w przypadku dwutygodniowej izolacji” – mówi Patrycja Liniewicz, Managing Director  w OTTO Work Force.

Czy kampanijne obietnice socjalne są zagrożeniem dla budżetu państwa?

Tematy gospodarcze nie są zazwyczaj głównym tematem kampanii prezydenckiej. Ostatnie wybory nie były wyjątkiem. W dyskursie politycznym ostatnich miesięcy plany gospodarcze zeszły na dalszy plan. Są one jednak szczególnie ważne w obliczu kryzysu i odmrażania gospodarki po epidemii koronawirusa. W kontekście tego toczy się burzliwa dyskusja, jak powinien wyglądać budżet państwa, skąd weźmiemy pieniądze na pokrycie wydatków na tarcze kryzysowe i kiedy zacznie rosnąć polskie PKB. Na pierwszy rzut oka próżno szukać w kampaniach wyborczych planów i obietnic, które by tego dotyczyły. Jednak należy pamiętać, że na obrót gospodarczy, przychód państwowy i wzrost popytu duży wpływ mają programy socjalne. A te w kampaniach wyborczych grały pierwsze skrzypce.

– Część działania antykryzysowego to również zapewnienie odpowiedniego strumienia popytu. Będzie on bardzo potrzebny na etapie uruchamiania gospodarki po najgorszym okresie epidemii. Może się więc okazać, że w tych różnych kalkulacjach część propozycji przedwyborczych, mówiących o pieniądzach na programy socjalne, będzie miało duże znaczenie gospodarcze – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Instrumenty zaproponowane w kampanii – polegające na przekazaniu pieniędzy w ręce obywateli – mogą pomóc nam szybciej i mocniej odpalić gospodarkę po trudnym okresie. To będzie najpewniej istotny temat w dyskusji nad zapowiadaną korektą tegorocznego budżetu i nad budżetem przyszłorocznym. Oczywiście jeżeli pojawi się więcej informacji, na podstawie których będziemy w stanie określić wiarygodne scenariusze rozwoju wypadków. Na razie bowiem mamy przed oczami mnóstwo różnych opcji – ale nie za bardzo jeszcze wiemy, które z nich są bardziej, a które mniej prawdopodobne. Gdy pojawi się więcej danych, przyjdzie czas na to, żeby zastanowić się, które z kampanijnych obietnic zrealizować, a które nie. Które z nich pomogą naszej gospodarce, a na które nie będzie nas stać – analizuje Soroczyński.

Kurs dolara nadal spada

Kurs dolara amerykańskiego traci do wszystkiego – głównych walut, ryzykownych walut rynków wschodzących, surowców. Brak dalszej eskalacji sporu dyplomatycznego USA-Chiny oraz dowody spadku dziennej liczby przypadków zachorowań na wirusa w USA oferują trampolinę dla apetytu na ryzyko. W takim środowisku bezpieczny dolar jest zbędny.

Obfitość dolara na rynkach finansowych w wyniku masowej ekspansji fiskalnej Fed kiedy nie widać napięć po stronie dostępu do finansowania oznacza, że tani dolar jest wykorzystywany do szukania stopy zwrotu tam, gdzie potencjał zysku jest większy. Rynki długu w krajach, gdzie stopy procentowe nie zostały sprowadzone do zera. Rynki akcji mniej wygrzane niż Wall Street. Wreszcie ujemne realne stopy procentowe, perspektywa długiego utrzymania ultra-łagodnej polityki Fed oraz pęczniejące deficyty budżetowe składają się na idealny mix dla inwestycji w kruszce. Dziś cena złota osiągnęła nowy historyczny rekord; silnie rośnie popyt na srebro.

Przez cały miesiąc czynniki ryzyka nie potrafiły trwale skupić na sobie uwagi. Przyszłość pakietów fiskalnych w Eurolandzie i USA, druga fala zachorowań, spór USA-Chiny – zdarzenia te wystarczały na chwilowy przestój, jednak pęd do dyskonta lepszego jutra był za silny, by zostać całkowicie zastopowany. Kryzys istotnie zmienił fundamenty rynku przez bezprecedensowe luzowanie fiskalne i monetarne. Luzowanie, które jeszcze pokaże swoje nowe rozdziały, jak np. Faza 4. pakietu fiskalnego USA. W pierwszej fazie kryzysu nie liczyły się konsekwencje rosnącego zadłużenia/drukowania pieniądza. Ważniejsza była szybkość reakcji dla ratowania gospodarek i rynków przed unicestwieniem. Teraz przyszedł czas na ocenę tego, kto zrobił ile, jakie to przyniesie skutki i gdzie ustawia wartość gospodarki względem innych. USA są największe, musiały zrobić najwięcej, ale dyskusyjne jest, czy pozwoliło im to utrzymać starą pozycję. Z perspektywy statystyk walki z wirusem trudno zwiastować, że Ameryka znowu będzie wielka. Może za to być wielkim dawcą kapitału dla reszty świata.

Rynki szukają nowej wartości godziwej dolara i punktu równowagi dla wszystkich aktywów w nim wyrażonych. Na razie nikt nie kwestionuje, czy poziom ten został osiągnięty. Rodzi to ryzyko przestrzelenia z późniejszą korektą. Z drugiej strony gospodarka globalna i rynki finansowe poruszają się po nieznanych wodach bez historycznego schematu do porównania z bieżącym stanem rzeczy. W efekcie nie ma jednej słusznej odpowiedzi jak daleko rajd może zajść.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak home office wpływa na rynek biurowy i efektywność pracy

Komentuje: Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz

Czy firmy ograniczają ilość wynajmowanej powierzchni, by zredukować koszty? Jaki trend rysuje się na rynku biurowym? 

Firmy poszukują teraz najbardziej optymalnego dla siebie modelu pracy, jednocześnie rozpoznają swoje, rzeczywiste zapotrzebowanie na powierzchnię biurową. Weryfikują, zarówno metraż biur, ich układ funkcjonalny oraz nowe oczekiwania pracowników. Praca zdalna staje się coraz bardziej dostępna. Zmiany w aspekcie popytu uzależnione są od branży. Firmy, których model biznesowy oparty jest na procesie nie będą potrzebowały tak dużej przestrzeni, jak firmy kreatywne i podmioty innowacyjne, w których efektywność pracy uzależniona jest od komunikacji międzyludzkiej, interakcji i wymiany pomysłów.

Trudno jeszcze mówić o trendzie, ponieważ część firm, głównie globalne korporacje nie wróciły do biur. Firmy badają sytuację, analizują środowisko pracy, by stworzyć nowy, jak najlepszy model pracy, przeprojektować biura i dostosować je do obecnych warunków. W niektórych przypadkach wyniki analiz pokazują, że zajmowana obecnie powierzchnia biurowa jest wręcz za mała, aby spełnić nowe wymogi BHP i zapewnić pracownikom bezpieczeństwo. Firmy, które nadal pozostają na home office ponoszą dodatkowe koszty, związane z przeprowadzaniem online nowych szkoleń BHP, zapewnianiem pracownikom odpowiednich do pracy w domu biurek, krzeseł, czy pokryciem kosztów prądu i internetu.

Czy firmy planują szerzej utrzymać na stałe system pracy zdalnej? Jak to przełoży się na aranżację biur?

Praktycznie wszyscy najemcy coraz chętniej będą dopuszczać teraz pracę zdalną w różnych modelach i zróżnicowanych systemach pracy. Firmy zmierzają do zmniejszenia wielkości zajmowanej powierzchni biurowej i prawdopodobnie częściej będą wprowadzać system hotdesking’ów, czyli stanowisk pracy rotacyjnej. Biura w wielu firmach pełnić będą teraz przede wszystkim funkcję miejsca spotkań biznesowych oraz wymiany poglądów zespołu i właśnie w te stronę szło będzie projektowanie i organizacja przestrzeni.

Widoczny jest również trend, związany z tym, że biznes coraz bardziej otwiera się na videokonferencje. W ten sposób standardowo organizowane są teraz spotkania z klientami i kontrahentami, choć przed wirusem większość firm wolała robić biznes organizując spotkania bezpośrednie. Stąd teraz w przestrzeniach biurowych tworzonych jest coraz więcej mini salek, budek telefonicznych i boksów, w których pracownicy mogą w zaciszu odbywać videocalle.

Jakie czynniki są dziś decydujące przy wyborze biura?

Na rynku biurowym wyraźnie zauważalna jest obecnie tendencja związana z poszukiwaniem oszczędności. Firmy coraz powszechniej korzystają z możliwości, jakie daje home office. Biura natomiast stają się ostoją bezpieczeństwa, a to sprawia że oczekiwania techniczne i funkcjonalne odnośnie wynajmowanej powierzchni są jeszcze wyższe.

Z przeprowadzonych przez nas ostatnio badań, w których wzięło udział kilkaset firm wynika, że pracodawcy stawiają przede wszystkim na bezpieczeństwo w biurze, jak również elastyczne i funkcjonalne rozwiązania do pracy, jak np. system hot desk. Wdrażają również procedury wiążące się z pracą zdalną i home office, najczęściej w układzie tygodniowym 2/5 czy 3/5.

Kluczowym czynnikiem przy wyborze biura jest dziś przede wszystkim możliwość wdrażania rozwiązań zwiększających bezpieczeństwo sanitarne w przestrzeni pracy. A przy tym, jeszcze bardziej niż wcześniej na plan pierwszy wysuwa się aspekt lokalizacji nieruchomości biurowych i ich dostępność komunikacyjna.

Jakie efekty przynoszą renegocjacje umów? Czy najemcy i wynajmujący znajdują porozumienie?   

Wszyscy uczestnicy rynku aktywnie przyglądają się rozwojowi sytuacji. Jak zwykle pojawia się pewna ilość spekulantów. Mam jednak odczucie, że rynek dąży do równowagi i stabilizacji. Najemcy starają się uzyskać oszczędności na czas, kiedy biura nie będą w pełni wykorzystane. Wynajmujący zaś w zamian za upusty oczekują przedłużenia okresu najmu. Prowadzone obecnie różnego rodzaju dyskusje i negocjacje znajdują szereg wspólnych rozwiązań w zakresie obniżki opłat, rozłożenia płatności, czy wydłużenia kontraktów oraz rozłożenia w czasie określonych zachęt.

Firmy, które redukują zatrudnienie i starają się obniżyć koszty próbują z kolei podnająć część biur, jeśli pozwalają na to warunki umowy lub godzi się właściciel. Część firm, którym kończą się umowy najmu rozpatruje teraz także bardziej ekonomiczne lokalizacje. Rośnie również zainteresowanie hybrydowym modelem najmu, łączącym tradycyjny wynajem z biurami serwisowanymi.

Czy najemcy w większym zakresie korzystają z przestrzeni coworkingowych?

Wydaje się, że najemcy częściej niż z przestrzeni coworkingowych korzystać będą z biur serwisowanych, które dają możliwość pracy w znanym, wyizolowanym otoczeniu. Wynika to z potrzeby większego bezpieczeństwa. Praca we własnym biurze ma wiele zalet, stymuluje wymianę poglądów i kreatywność, z czego firma uzyskuje najwięcej.

Czy firmy planują przerzucenie bezpośrednich spotkań służbowych na komunikatory?

Relacje służbowe, które jeszcze niedawno wydawały się być nie do zrealizowania zdalnie, w trybie online obecnie są w ten sposób nawiązywane standardowo. Dziś większość takich działań wykonuje się zdalnie, bez spotkań. Przyśpiesza to prace nad różnymi projektami i jest bardziej wygodne. Pozwala również pracować wspólnie zespołom rozproszonym w różnych regionach kraju. Teamy wykorzystują dziś rozwiązania, które dotąd nie były spotykane.

W jakim stopniu COVID-19 wpłynie na rynek biurowy w Polsce? Czy spadną stawki za wynajem? W jakim kierunku będzie rozwijał się segment?

Krajowe rynki biurowe, na których wcześniej brakowało wolnej powierzchni, dążą do większej równowagi poprzez rosnący poziom pustostanów. Najemcy mają coraz większy wybór powierzchni. Można zauważyć również większą dbałość o relacje.

Wydaje się, że najmniej dotkliwie spadek popytu na biura odczuje Warszawa. Świadczy o tym duża ilość prowadzonych obecnie renegocjacji umów najmu krótko i średnioterminowych.

W przypadku projektów spekulacyjnych proces komercjalizacji będzie dłuższy. Większość budów prowadzona jest terminowo, ale banki wyraźnie usztywniają politykę, jeśli chodzi o finansowanie nowych projektów deweloperskich. Prawdopodobnie więc w nadchodzących latach, po oddaniu inwestycji będących dziś w realizacji, przyrost podaży na rynku biurowym zdecydowanie się obniży.

Czasowy spadek zapotrzebowania na powierzchnię i wzrost poziomu pustostanów nie przyniesie jednak najprawdopodobniej destabilizacji na rynku biurowym w dłuższej perspektywie. Optymizmem napawa fakt, że duże międzynarodowe fundusze wciąż zainteresowane są inwestowaniem w nieruchomości biurowe w Polsce. Zaskakująco dobrym wynikiem pod tym względem zamknęło się pierwsze półrocze br.

Ceny za wynajem powierzchni na rynku biurowym w najbliższym czasie będą spadać. Na ogół nie będzie dotyczyło to jednak stawek wywoławczych, ale czynszu efektywnego, który będzie obniżany dzięki rozbudowanym pakietom zachęt. Obniżki ceny za metr widoczne są natomiast w budynkach starszej generacji. Obserwujemy też spadek cen budowlanych dla prac aranżacyjnych.

Komentuje: Magdalena Zagrodnik, Business Partner w Walter Herz

Jakie systemy pracy najczęściej wdrażają teraz firmy?

W czerwcu rozpoczęły się powroty pracowników do biur. Najczęściej stosowanym rozwiązaniem jest połączenie pracy zdalnej ze stacjonarną. Jedne firmy całkowicie powróciły do biur, inne funkcjonują w systemie dwuzmianowym, żeby zredukować ryzyko zakażenia i nie dopuścić by wszyscy pracownicy musieli poddać się kwarantannie. A część firm w ogóle nie wróciła do biur i prawdopodobnie do końca tego roku nie wróci. Podejmowane decyzje, dotyczące formy pracy związane są z profilem firm oraz rodzajem prowadzonego biznesu.

Pracodawcy są teraz na etapie badania efektywności i skutków, jakie przynosi home office. W kontrolowaniu pracy świadczonej zdalnie pomagają nowoczesne systemy monitorujące prace ludzi, weryfikujące ruch w określonych systemach i czas logowania się pracowników. Natomiast jeszcze większe znaczenie zyskuje teraz People Management. Kadra managerska, która będzie potrafiła online zadbać o morale pracowników, zmotywować do pracy i sprawić, by zespół nadal był jednością

W wielu firmach eksperyment związany z pracą zdalną nie sprawdził się. Chodzi głównie o czynnik ludzki i efektywność, którą niesie praca zespołowa. Niemniej, większość firm deklaruje dziś chęć częściowego przejścia na pracę zdalną i tworzenia rozproszonych zespołów. Masowo wdrażane są też systemy do komunikacji oraz aplikacje umożliwiające komunikację zdalną.

Czy masowa praca zdalna to dobry kierunek zmian?

W ostatnich miesiącach został na nowo zdefiniowany system pracy. Do marca  br. dla większości nowoczesnych firm kluczowa była formuła work-life balance. Zgodnie z którą pracę wykonywało się w biurze, a w domu skupiało wyłącznie na życiu prywatnym. Masowe przejście na home office pokazało, że możemy też pracować w domu. Ale jednocześnie także udowodniło, jak cenna jest praca w biurze w kontekście integracji i budowania relacji z innymi pracownikami firmy. Walor społeczny pracy biurowej okazał się bardziej istotny niż wcześniej mogliśmy przypuszczać.

Ostatnie miesiące obnażyły wiele wad pracy zdalnej, które powinny być impulsem dla firm by nie stosować takiego rozwiązania na szeroką skalę, kiedy nie będzie to już wymagane ze względów zdrowotnych. Osoby pracujące w domu mają przede wszystkim większy problem z identyfikacją z firmą i nawiązaniem ścisłych relacji z zespołem. Częściej rotują, łatwiej mogą zostać przejęte przez konkurencję, bo idą w stronę niezależności jednostki, co nie sprzyja efektywności pracy.

Jak nowy styl pracy wpływa na wydajność zespołów? 

Przez ostatnie lata biura projektowane były w sposób, który wspierał integrację między pracownikami i networking. Aranżowane były duże kuchnie, powierzchnie chilloutowe, sale spotkań. Rezygnacja z tego typu funkcjonalności, sprzyjających dobrej komunikacji i zastąpienie ich systemem home office przekłada się na mniejszą kreatywność zespołów. W biurze rodzi się duch teamu i ciekawe pomysły, które dla wielu firm są kluczowe w rozwoju. Dlatego decyzje o docelowej redukcji tradycyjnego biura i przejściu na pracę zdalną powinny być poparte dogłębnymi analizami, bo może to przynieść negatywne skutki w aspekcie biznesowym.

Czy pracownicy chcą pozostać na home office?    

Z naszych analiz wynika, że zdecydowana większość pracowników w firmach chce powrotu do biur. Badania wykazują też, że największy kłopot z pracą zdalną mają paradoksalnie młodzi pracownicy, którzy bardziej niż inni przyzwyczajeni są do kontaktów online. To właśnie na nich home office wpływa najbardziej stresująco. Młodzi ludzie w największym stopniu potrzebują bowiem informacji zwrotnej na temat wykonywanej pracy i jasno określonych możliwości rozwoju, który jest dla nich elementem nadrzędnym. W biurze mają okazję wymieniać informacje i zdobywać wiedzę. I co nie mniej ważne, praca w społeczności firmowej wzmacnia w nich poczucie przynależności.

Część pracowników z kolei ceni sobie spokój i ciszę w domu, co pozwala im bardziej się skupić i to jest cenny feedback dla pracodawców pod kątem trendów w projektowaniu biur. I wskazówka, że open space nie zawsze będzie dobrym rozwiązaniem.

Nasz zespół już od dawna marzył o powrocie do biura i tak zdecydowaliśmy, bo wszyscy pracownicy Walter Herz byli już mocno zmęczeni pracą zdalną.

Złoto najdroższe w historii

Cena złota pobiła historyczny rekord – dziś rano osiągnęła pułap 1944 dolarów za uncję. To o ponad 20 dolarów więcej niż 9 lat temu. Do tej pory najwyższy w historii kurs tego kruszcu odnotowano w 2011 roku, kiedy to wyniósł 1920,70 dolarów za uncję.

Skąd tak nagły skok? Jak podkreślają analitycy, COVID-19 i ogłaszany przez kolejne kraje początek drugiej fali pandemii to tylko jedna z przyczyn zdecydowanego skoku cen w ostatnim tygodniu. – Oprócz niestabilnej sytuacji epidemicznej, należy zwrócić uwagę na rosnące napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, spadający kurs dolara, a także dodatkowe bodźce fiskalne w USA i Europie – podkreśla Michał Tekliński, dyrektor ds. rynków międzynarodowych w Grupie Goldenmark. – Co więcej, nie zapowiada się, by którekolwiek z tych uwarunkowań doczekało się szybkiego rozwiązania, co skłania wielu analityków do prognozowania dalszego trendu wzrostowego cen tego kruszcu.

Kryzys dyplomatyczny między Chinami a USA nabiera na sile. Chińskie ministerstwo spraw zagranicznych ostro skomentowało zamknięcie konsulatu Chin w Houston, w odwecie nakazując Amerykanom, by zamknęli swoją placówkę w Chengdu. Jak podkreślają analitycy portalu kitco.com, taka sytuacja w połączeniu ze słabnącym kursem dolara tworzy bardzo sprzyjające warunki dla rynku złota. Do tego należy dodać dodatkowe stymulacje fiskalne w Stanach Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Przywódcy krajów UE zawarli w drugiej połowie lipca porozumienie ws. funduszu odbudowy po kryzysie, wywołanym pandemią koronawirusa, przeznaczając na wsparcie państw członkowskich kwotę 750 mld euro. Z kolei USA pod koniec miesiąca ma ogłosić kolejny pakiet fiskalny. – Tego typu decyzje przeważnie wiążą się ze zwiększeniem podaży pieniądza na rynkach, a to odbija się na trendzie wznoszącym cen złota.

Prognozy analityków w zakresie dalszych zmian cen złota są bardzo optymistyczne. Wskazywany przez Goldman Saachs scenariusz osiągnięcia magicznej granicy 2000 dolarów za uncję jeszcze w tym roku staje się coraz bardziej realny. – Niewątpliwie mamy teraz do czynienia z „gorączką złota”, bo w sytuacji niepewności inwestorzy sięgają chętniej po stabilne aktywa. Kolejne rekordy rozbudzają wyobraźnię, niemniej w przypadku metali szlachetnych należy patrzeć na długookresowy trend – podsumowuje Michał Tekliński.

Auto elektryczne z ładowarką w pakiecie – oferta wynajmu długoterminowego od Arval i EVBox

Arval Service Lease Polska oferuje pakiet wynajmu długoterminowego pojazdów z pełną obsługą i ładowarkami zgodnie z ideą kompleksowej obsługi one-stop-shop. Produkt powstał we współpracy z firmą EVBox. Jest ona częścią grupy energetycznej ENGIE, z którą Arval realizuje międzynarodową umowę na wspólne tworzenie elektromobilnych pakietów usług.

Dostępność infrastruktury ładowania jest jedną z barier spowalniających rozwój elektromobilności w Polsce, a potencjalni użytkownicy pojazdów elektrycznych mają obawy dotyczące tego, jak i gdzie można ładować auto elektryczne. Arval daje odpowiedź najprostszą z możliwych – można to robić w domu lub w firmie.

Arval nie tylko przeprowadza klienta przez proces wyboru pojazdu odpowiedniego do jego potrzeb. Wspólnie z EVBox, dostawcą infrastruktury do ładowania samochodów elektrycznych, doradza też w doborze i montażu odpowiedniej ładowarki. Urządzenie, podobnie jak samochód, może być finansowane z pomocą Arval.

– Dostępność stacji paliw jest powszechna, ale nikt nie ma w garażu własnego dystrybutora. Ładowarkę może mieć każdy. Komfort posiadania „elektryka” przebija pod tym względem tradycyjnie napędzane auta. Dostarczane razem z samochodem inteligentne ładowarki są unikatowym rozwiązaniem na polskim rynku. Zarządzają mocą ładowania pojazdu, dostosowując ją do możliwości przyłącza energetycznego oraz uwzględniają pobór mocy przez inne urządzenia. To bardzo ważne, szczególnie w przypadku instalacji ładowarki w domu użytkownika pojazdu, ponieważ pozwala na ograniczenie kosztów – mówi Radosław Kitala, Konsultant w Arval Service Lease Polska. Razem z ładowarką oferowany jest również system kontrolno-rozliczeniowy, umożliwiający raportowanie o zużytej energii np. na potrzeby rozliczenia z pracodawcą, który zapewnia służbowy samochód elektryczny.

Po analizie potrzeb klienta, eksperci Arval doradząją, jaką ładowarkę należy wybrać. Dostępne są urządzenia o mocy ładowania od 3,7 kW do 2×22 kW. Klienci otrzymują ofertę finansowania urządzeń w formie leasingu, a umowy finansowania ładowarek zawierane są na okres od 36 do 60 miesięcy. Własna infrastruktura i zasięg obecnie dostępnych elektryków powodują, że użytkownicy praktycznie nie mają  potrzeby korzystania z zewnętrznych ładowarek w innych przypadkach, niż dalekie podróże. To także sposób na znaczne oszczędności, szczególnie jeśli samochody ładowane są w nocy, gdy obowiązują niższe taryfy za energię.

Wspólna oferta Arval i EVBox została uznana za najlepszy produkt w kategorii „Elektromobilność: finansowanie niskoemisyjnego transportu” w konkursie Fleet Derby, organizowanym przez branżowy magazyn „Fleet”.

– Trendu związanego z elektromobilnością nie można zatrzymać. Co więcej w Polsce możliwe jest przyspieszenie przesiadania się na ekologiczne samochody, ponieważ Ministerstwo Klimatu ogłosiło w połowie czerwca nowy pakiet dopłat do zakupu pojazdów elektrycznych. Przedsiębiorcy mogli wnioskować o wsparcie w wysokości 25 tys. zł, a osoby fizyczne o prawie 19 tys. zł – mówi Radosław Kitala, przedstawiciel Arval Mobility Observatory w Polsce..

Zgodnie z najnowszymi danymi Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA), w pierwszym kwartale 2020 r. udział samochodów elektrycznych w sprzedaży wszystkich pojazdów w Europie zwiększył się niemal do 7% wobec 3% rok wcześniej, a sprzedaż takich aut w pierwszym kwartale podwoiła się rok do roku.

Polskie spółki giełdowe nie mają strategii redukcji emisji CO2. To może utrudnić im dostęp do finansowania

W ubiegłym roku 28 polskich spółek giełdowych bądź grup kapitałowych wyemitowało do atmosfery 28,2 mln ton gazów cieplarnianych. To w przeliczeniu średnio 106 mln ton na każdy 1 mln zł przychodów – wynika z analizy raportów spółek przeprowadzonej przez Nobili Partners. Największe firmy i spółki z GPW mogły w tym roku dobrowolnie uwzględnić w swoich raportach niefinansowanych informacje dotyczące ich wpływu na klimat, ale od 2021 roku prawdopodobnie będą już mieć taki obowiązek. Większość z nich nie jest na to gotowa i nie ma opracowanej strategii obniżania emisji. To zaś może utrudnić im dostęp do kapitału i mechanizmów finansowych, które będą wdrażane w ramach Europejskiego Zielonego Ładu.

– Europejski Zielony Ład, który jest w tej chwili jedną z najważniejszych polityk unijnych, przewiduje, że do 2030 roku Unia Europejska powinna o połowę obniżyć swoje emisje, a do 2050 roku stać się neutralna klimatycznie. Dla polskich firm to zarówno szansa, jak i zagrożenie. Jeżeli wypadniemy za burtę, nie dostaniemy finansowania na transformację naszych przedsiębiorstw w stronę zielonej gospodarki i zrównoważonego rozwoju. UE przeznacza na to ogromne fundusze, ale jeśli polskie firmy nie będą miały strategii klimatycznych i nie będą świadome, że to jest w tej chwili najważniejszy kierunek, w którym Unia podąża, to niestety będą mieć problemy z dostępem do kapitału – mówi agencji Newseria Biznes Mirella Panek-Owsiańska, ekspert ds. CSR, była członkini zarządu CSR Europe i wieloletnia prezeska Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

Transformacja energetyczna jest przez Komisję Europejską wskazywana jako jeden z filarów wychodzenia z kryzysu gospodarczego po pandemii. Państwom członkowskim, szczególnie tym, które w dużej mierze opierają swoją energetykę na węglu, ma w tym pomóc m.in. Fundusz Sprawiedliwej Transformacji. Zgodnie z wynegocjowanym we wtorek budżetem w kolejnych siedmiu latach zostanie na to przeznaczone 10 mld euro, a Polska może z tego otrzymać 35 proc.

– Zielony Ład to przede wszystkim dostęp do dużych funduszy, ale też pewne wymogi dotyczące np. sprawozdawczości i posiadania strategii klimatycznych przez firmy, które emitują duże ilości CO2. Taka firma powinna ujawniać to w swoich sprawozdaniach i mieć plan, w jaki sposób te emisje obniżyć, przestawić swoją produkcję w kierunku zrównoważonego rozwoju. Polskie przedsiębiorstwa, które będą w stanie dostosować się do tych wymogów, na tym wygrają. Y kolei firmy, które do tej pory nie interesowały się klimatem i nie uważały go za istotny czynnik biznesowy, mogą mieć duże problemy – mówi Mirella Panek-Owsiańska.

Przez pandemię SARS-CoV-2 w tym roku dwa miesiące później niż zwykle, czyli dopiero pod koniec czerwca, zakończył się sezon publikacji raportów za ubiegły rok. W ramach corocznego raportowania największe spółki z GPW są zobowiązane do prezentowania tzw. danych niefinansowych w odniesieniu do pięciu obszarów: środowiskowego, społecznego, pracowniczego, poszanowania praw człowieka oraz przeciwdziałania korupcji. Po raz pierwszy mogły także zastosować unijne wytyczne dotyczące raportowania informacji związanych z ochroną klimatu (np. wielkość emisji CO2 w łańcuchu wartości oraz przychody i inwestycje w podziale na „brązowe” i „zielone”, czyli zrównoważone środowiskowo).

Jak pokazuje analiza przeprowadzona przez firmę konsultingową Nobili Partners, polskie spółki z GPW w większości nie są gotowe na nadchodzące zmiany. Sprawozdania albo oświadczenia niefinansowe za 2019 rok opublikowało 159 dużych i średniej wielkości spółek, czyli 36 proc. emitentów z głównego parkietu warszawskiej giełdy. Tylko pięć z nich poinformowało, że opracowało strategię związaną ze zmianami klimatycznymi albo wdrożyło własną politykę klimatyczną.

– Polskie spółki giełdowe w większości przypadków nie mają żadnych strategii dotyczących zmiany klimatu. Tylko 1 proc. z nich zaraportowało swoje emisje dwutlenku węgla w całym łańcuchu wartości. Bardzo niewiele firm mówi o tym, w jaki sposób zmiany klimatyczne wpłyną na ich sposób prowadzenia biznesu – mówi ekspertka. – W ubiegłym roku tylko 28 spółek giełdowych wyemitowało do atmosfery ponad 28 mln ton gazów cieplarnianych. W przeliczeniu jest to ponad 106 mln ton na każdy 1 mln zł przychodu. Te dane pokazują, jaki wpływ środowiskowy mają największe polskie spółki giełdowe.

W tym roku raportowanie informacji związanych z ochroną klimatu było jeszcze dobrowolne, a z tej możliwości skorzystała tylko część spółek. Wkrótce się to zmieni, bo UE prowadzi zaawansowane prace nad rozwojem wymogów sprawozdawczych. Prawdopodobnie już od 2021 roku firmy będą miały obowiązek precyzyjnego raportowania ich wpływu na klimat oraz wpływu zmian klimatycznych na ich biznes i osiągane wyniki.

– Parlament Europejski chce, aby większa grupa firm – w tej chwili jest to ok. 6 tys. w skali UE – miała obowiązek informowania o np. wielkości swoich emisji dwutlenku węgla. Ta zmiana jest oczekiwana w 2021 roku – mówi Mirella Panek-Owsiańska.

Jak podkreśla, w Polsce społeczna odpowiedzialność biznesu przez lata była kojarzona tylko z działalnością charytatywną czy PR-ową. Dlatego też w raportach niefinansowych firm i spółek z GPW przeważają informacje dotyczące np. kwestii społecznych czy pracowniczych. Inaczej jest już w rozwiniętych krajach UE, gdzie osią raportów niefinansowych stały się kwestie środowiskowe i klimatyczne.

 Polski CSR przez wiele lat był tylko kwestią komunikacji i dobrowolności. Niewiele firm widziało w nim szanse biznesowe, zwłaszcza związane z kwestiami klimatycznymi. W tej chwili to się zmienia, ale wciąż mamy dużo do nadrobienia w porównaniu do europejskich firm. Dla wielu spółek w UE jest to już strategia biznesowa. Od kilku lat widzimy, że kwestie klimatyczne stają się najważniejsze – mówi ekspertka ds. CSR.

W przyszłym roku do NFZ trafi mniej składek. Rząd będzie miał problem z finansowaniem służby zdrowia

W 2021 roku wydatki na służbę zdrowia powinny sięgnąć 120,5 mld zł, ale może się okazać, że pojawią się trudności z wygospodarowaniem takiej kwoty. – W najbliższym czasie możemy spodziewać się zwolnień, a płace pracowników nie będą rosły tak szybko, jak można było oczekiwać przed pandemią, co oznacza, że mniej składek zasili budżet Narodowego Funduszu Zdrowia – mówi Wojciech Wiśniewski, prezes zarządu Public Policy. Brakującą kwotę będzie trzeba pokryć z budżetu państwa, a to może oznaczać konieczność cięć w innych obszarach.

Główny kłopot, który może się pojawić w przyszłym roku w związku z kryzysem gospodarczym spowodowanym pandemią, polega na tym, że suma składek, które będą trafiać do Narodowego Funduszu Zdrowia, będzie niższa, niż wcześniej planowano – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Wiśniewski.

Jak podkreśla, zgodnie z prognozą przychodów Narodowego Funduszu Zdrowia na lata 2020–2023 w tym roku mają być one o blisko 2 mld zł niższe od wstępnie zaplanowanych i wyniosą 91,23 mld zł. Znaczące spadki składek odnotowano już w kwietniu, maju i czerwcu – wynika z danych ZUS na temat wysokości środków przekazywanych do NFZ.

W przyszłym roku zgodnie z ustawą o minimalnych nakładach na ochronę zdrowia wydatki na ten cel powinny wynieść 120,5 mld zł. Jest to niemal 14 mld zł więcej niż w tym roku – mówi prezes zarządu Public Policy. – W związku z niższymi wpływami ze składek większa kwota będzie musiała trafić na ochronę zdrowia z budżetu państwa. Według naszych wyliczeń w przyszłym roku będzie to około 25 mld zł, czyli 10–15 mld zł więcej niż w tym roku.

Zgodnie z mechanizmem z ustawy zakładającej wzrost wydatków na zdrowie do 6 proc. PKB, w przypadku gdy zakładany poziom wpływów do Narodowego Funduszu Zdrowia nie zostanie osiągnięty, rząd powinien skierować dodatkowe środki w formie dotacji budżetowej. Ta zaś – jak podkreślają eksperci Public Policy – ma z roku na rok być coraz wyższa, a za dwa lata wyniesie już 34,8 mld zł. Jak wynika z ustawy i wskaźników makroekonomicznych, w 2022 roku minimalne nakłady na ochronę zdrowia będą wynosić 125,9 mld zł, a w 2023 roku – 139,4 mld zł.

Ochrona zdrowia jest w stanie przyjąć dużo więcej pieniędzy, jednak jeżeli chcemy zachować odpowiednią dostępność świadczeń, żeby pacjenci nie byli zmuszeni korzystać z sektora prywatnych usług medycznych, bo niektórych po prostu na to nie stać, musimy przeznaczyć znacząco więcej na podstawową opiekę zdrowotną i na likwidację kolejek do specjalistów. Jeżeli zaledwie kilkadziesiąt miliardów złotych będzie trafiać do Narodowego Funduszu Zdrowia, to może się okazać, że ta kwota też nie wystarczy – przestrzega Wojciech Wiśniewski.

Z uwagi na konstytucyjne progi ostrożnościowe dotyczące długu publicznego w najbliższym czasie rząd nie będzie mógł tak efektywnie pozyskiwać pieniędzy z rynku długu, zatem nieuniknione wydaje się poszukiwanie oszczędności w innych obszarach.

Trudno powiedzieć, jakie wydatki budżetowe zostaną obcięte, czy będzie to infrastruktura, czy inwestycje, czy transfery społeczne. Wiemy, że w przyszłym roku rząd będzie musiał podejmować decyzje, których żaden rząd nie chce podejmować. Sytuacja jest niestety bardzo trudna – ocenia prezes Public Policy.

Jego zdaniem system ochrony zdrowia w Polsce jest znacząco niedofinansowany, bo obecnie przeznaczamy na ochronę zdrowia 6,3 proc. PKB, a wydatki publiczne stanowią 4,5 proc. PKB. To plasuje Polskę wśród krajów w dolnej części tabeli Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Średnia dla wszystkich jej państw to odpowiednio 8,8 proc. oraz 6,6 proc. (dane OECD Health Statistics 2019).

Jeżeli nie zainwestujemy więcej, to – jak szacuje OECD – w 2030 roku będziemy przeznaczać na ochronę zdrowia tyle pieniędzy, ile Kolumbia. Jeżeli chcemy być państwem rozwiniętym, powinniśmy zainwestować w zdrowie Polaków znacznie więcej niż obecnie. Bez tego nie będzie nas stać na podstawowe rzeczy. W dobie koronawirusa życie wielu ludzi zależy od ratowników, diagnostów laboratoryjnych, a oni mają bardzo konkretne oczekiwania płacowe. Bez wzrostu nakładów na służbę zdrowia w budżecie państwa nie będziemy w stanie ich zaspokoić – ocenia Wojciech Wiśniewski.

Mimo kryzysu firmy nie muszą rezygnować z inwestycji. 160 mln zł trafi do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw na rozwój i wdrażanie innowacji

Kryzys wywołany pandemią koronawirusa zmusił firmy, zwłaszcza MŚP, do szukania dodatkowych źródeł kapitału – zarówno na sfinansowanie bieżącej działalności, jak i dalszy rozwój. Przedsiębiorstwa, które miały w planach wdrażanie innowacji, nie muszą z nich rezygnować mimo niepewnej sytuacji. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości w czterech prowadzonych konkursach „Bony na innowacje dla MŚP” ma do rozdysponowania 160 mln zł na takie projekty. O dotację mogą ubiegać się mikro-, małe i średnie firmy z całego kraju, niezależnie od branży. Do tej pory blisko 900 przedsiębiorców pozyskało już w ten sposób ponad 220 mln zł. W obecnie trwających konkursach jest do rozdysponowania 160 mln zł. 

– „Bony na innowacje dla MŚP” to dotacja udzielana przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorców, która jest dostępna już od 2015 roku. W tym czasie wpłynęło do nas blisko 3,9 tys. projektów od przedsiębiorców i zawarliśmy z nimi prawie 900 umów. To oznacza, że w każdej rundzie dostajemy kilkaset projektów do dofinansowania, niezależnie od tego, czy mamy stan epidemiczny, czy też nie – mówi agencji Newseria Biznes Anna Forin, dyrektor Departamentu Usług Proinnowacyjnych w PARP.

W trudnej sytuacji gospodarczej, wywołanej pandemią SARS-CoV-2, wszystkie przedsiębiorstwa szukają dodatkowych źródeł finansowania na bieżące wydatki, inwestycje, jak i na działalność innowacyjną. Firmy, które mają innowacyjny pomysł, ale brakuje im środków na jego realizację, mogą starać się o wsparcie finansowe z PARP.

Firma, która ma pomysł na innowację, we współpracy z jednostką naukową może go opracować, sparametryzować, a później wprowadzić na rynek. Dla mikro- i małych firm często jest to w ogóle pierwszy kontakt z wdrażaniem innowacji, bo nie mają własnego zaplecza badawczo-rozwojowego, więc wsparcie jednostki naukowej jest im bardzo pomocne – mówi Anna Forin.

Możliwość zlecenia prac B+R wyspecjalizowanej jednostce jest najistotniejszym elementem tego bonu. Sami nie bylibyśmy w stanie zrobić takich badań – podkreśla Krzysztof Grzegorczyk, prezes Fundacji Ochrony Klimatu PROZON, która dzięki środkom z bonu sfinansowała opracowanie innowacyjnej instalacji do odzyskiwania surowców. – Drugi ważny element to dość krótki czas rozpatrywania i realizacji tego projektu – nasz zamknął się w ciągu 12–13 miesięcy.

„Bony na innowacje dla MŚP” są podzielone na dwa etapy. W pierwszym z nich – usługowym – firma może pozyskać środki na zakup usług B+R polegających na opracowaniu nowego lub znacząco ulepszonego produktu, technologii czy projektu wzorniczego. To działanie ma wspierać współpracę firm z jednostkami naukowo-badawczymi.

– Przedmiotem dofinansowania mogą być zarówno innowacje procesowe, jak i produktowe. Całkowity koszt projektu może wynieść od 60 do 400 tys. zł, a maksymalne dofinansowanie to 85 proc. jego wartości. To oznacza, że wartość dofinansowania może wynieść od 51 tys. zł aż do 340 tys. zł. Na wnioski od przedsiębiorców w tym konkursie czekamy do 30 września br. – mówi Anna Forin.

Po pomyślnym przejściu tego etapu firma może ubiegać się o kolejne środki na wdrożenie innowacji w ramach drugiego etapu – inwestycyjnego. Pozyskane z PARP finansowanie może przeznaczyć np. na zakup maszyn i urządzeń niezbędnych do wdrożenia innowacji technologicznej opracowanej przez jednostkę naukową lub zakup patentów, licencji, know-how albo innych praw własności intelektualnej.

Tutaj dofinansowanie może wynieść od 20 do nawet 70 proc., przy czym maksymalna wartość projektu inwestycyjnego to 800 tys. zł. To oznacza, że w zależności od tego, jakiej wielkości jest firma i gdzie realizuje projekt – może dostać maksymalnie 560 tys. zł. Konkurs inwestycyjny zakończy się 30 grudnia br., przed nami jeszcze dwie rundy – zapowiada dyrektor Departamentu Usług Proinnowacyjnych w PARP.

„Bony na innowacje dla MŚP” cieszą się wśród przedsiębiorców dużą popularnością. O takie wsparcie najczęściej starają się firmy z sektora przetwórstwa przemysłowego (864 złożone wnioski), zajmujące się działalnością profesjonalną, naukową i techniczną (487) oraz informacją i komunikacją (471).

– Projekty są bardzo różnorodne i dotyczą wielu różnych branż, mamy cały przekrój wszystkich możliwych kodów PKD i Krajowych Inteligentnych Specjalizacji – mówi Anna Forin.

Od lat chcieliśmy zrealizować duży projekt, natomiast nie mieliśmy na niego wystarczających funduszy. Bon na innowacje pozwolił nam stworzyć projekt bardzo innowacyjnej instalacji do rozdziału czynników chłodniczych i sfinansował ją w 85 proc. Dzięki niej możemy odzyskiwać nie 80 proc. czynników, ale blisko 100 proc. i wprowadzać je na rynek. To ogromny skok dla naszej firmy i duży efekt ekologiczny – dodaje Krzysztof Grzegorczyk.

Łącznie w obu etapach konkursu do MŚP trafiło już wsparcie w łącznej wysokości ponad 220,5 mln zł ze środków unijnych. Średnia wartość dotacji oscyluje wokół 250 tys. zł w etapie usługowym i ok. 400 tys. zł w inwestycyjnym. Jak podkreśla dyrektor w PARP, wartość całego programu przekracza 400 mln zł, a w czterech prowadzonych obecnie konkursach jest do rozdysponowania 160 mln zł.

– To oznacza, że jeszcze całkiem duża grupa przedsiębiorców może liczyć na wsparcie – mówi Anna Forin.

Równolegle toczą się również dwa konkursy na dofinansowanie projektów wpisujących się w realizację rządowego programu Dostępność Plus. Do PARP wpłynęło dotychczas 60 wniosków o dofinansowanie takich projektów na kwotę 15,8 mln zł. Przedsiębiorcy muszą wykazać, że opracowane przez nich rozwiązania ułatwią codzienne funkcjonowanie osób z ograniczeniami funkcjonalnymi, np. osób niepełnosprawnych czy z trwałymi lub czasowymi ograniczeniami sprawności, np. seniorów.

– Chodzi przede wszystkim o osoby z wszelkimi możliwymi rodzajami niepełnosprawności, ale i takie, które mają czasowe utrudnienia w poruszaniu się, np. seniorzy, kobiety w ciąży, osoby o nietypowym wzroście, poruszające się z dużym i nieporęcznym bagażem. W ramach konkursu usługowego możliwe jest dofinansowanie tylko innowacji produktowych. Wartość projektu może wynieść od 60 do 400 tys. zł, a maksymalne dofinansowanie to 85 proc. To oznacza, że można pozyskać od 51 tys. zł do 340 tys. zł. W przypadku konkursu inwestycyjnego maksymalna wartość projektu to 800 tys. zł. To oznacza, że w zależności od tego, jakiej wielkości jest firma i gdzie realizuje projekt, może dostać maksymalnie 560 tys. zł – wskazuje dyrektor Departamentu Usług Proinnowacyjnych w PARP.

Mniejszy ruch lotniczy nie zahamował inwestycji na polskich lotniskach. W Katowice Airport trwa rozbudowa terminalu i płyty postojowej

Ruch pasażerski na europejskich lotniskach tylko w czerwcu był aż o 93 proc. mniejszy niż przed rokiem. Obsłużono 16,8 mln pasażerów przy 240 mln w czerwcu 2019 roku. Pełne przywrócenie ruchu do stanu sprzed pandemii nastąpi najwcześniej w 2024 roku – wynika z szacunków Międzynarodowej Rady Portów Lotniczych. Mimo mniejszego ruchu polskie lotniska nie rezygnują z zaplanowanych inwestycji. W Katowice Airport trwa rozbudowa terminalu i płyty postojowej.

Z danych Międzynarodowej Rady Portów Lotniczych (ACI) wynika, że ruch pasażerski na europejskich lotniskach był w czerwcu o 93 proc. mniejszy niż w analogicznym okresie 2019 roku. To nieco lepszy wynik niż w maju (spadek o 98 proc. r/r).

– ACI szacuje, że w tym roku w porównaniu z poprzednim ruch lotniczy na światowych lotniskach spadnie o około 55 proc. Najmocniejj kryzysem ma być dotknięty Stary Kontynent – tutaj spodziewamy się spadku ruchu na poziomie około 65 proc. Niestety te prognozy się potwierdzają, widać to już w danych statystycznych za pierwsze półrocze 2020 roku – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Adamczyk, PR Manager Katowice Airport.

Również w Polsce wszystkie lotniska zanotowały ogromne spadki. W I półroczu w Katowice Airport obsłużono w sumie 660 tys. podróżnych, czyli o 1,37 mln mniej (spadek o 67 proc.) w porównaniu z tym samym okresem 2019 roku.

 W przypadku polskich lotnisk spadek ruchu rok do roku wyniesie około 60 proc. i prawdopodobnie takim samym spadkiem zakończymy cały rok 2020. Eksperci szacują, że branża lotnicza z kryzysu będzie wychodziła powoli, przed nami jest długa droga, żeby wrócić do poziomu z rekordowego roku 2019, kiedy to 14 polskich lotnisk obsłużyło 49 mln pasażerów. Polska branża, podobnie jak światowa, powinna wrócić do stanu sprzed pandemii w okolicach 2023–2024 roku – ocenia Piotr Adamczyk.

W segmencie lotów rozkładowych katowickie lotnisko obsłużyło w I połowie roku 533 tys. pasażerów, czyli o 796 tys. mniej (spadek o blisko 60 proc.) w porównaniu z analogicznym okresem w 2019 roku. Z kolei segment czarterowy zanotował spadek 84 proc. – z Katowic podróżowało w ten sposób 110 tys. pasażerów, podczas gdy rok temu – 581 tys. Ogółem w I półroczu odnotowano  nieco ponad 9,3 tys. startów i lądowań, czyli o 8,8 tys. mniej niż w 2019 roku.

 Jesteśmy dobrej myśli. Wiemy, że ludzie chcą podróżować, widzimy to po bardzo dużym zainteresowaniu ofertą biur podróży, wylotem na wakacje za granicę, więc wierzymy, że przed nami długi, ale zakończony sukcesem proces odbudowy – mówi PR Manager Katowice Airport.

Mniejszy ruch na lotniskach nie wpłynął jednak na planowane inwestycje. W Katowice Airport, zgodnie z planem, trwa przebudowa i rozbudowa terminalu pasażerskiego B. Dzięki inwestycji zwiększy się liczba stanowisk odprawy biletowo-bagażowej (z 18 do 28), stanowisk kontroli bezpieczeństwa (z 6 do 8) i bramek do boardingu (z 10 do 16). Przebudowa ma się zakończyć w 2021 roku.

– Obiekt jest w środku całkowicie wymieniony, ponadto zostanie także rozbudowany, więc de facto będzie to zupełnie nowy terminal. Po oddaniu rozbudowanego terminala pasażerskiego B roczna przepustowość całej infrastruktury pyrzowickiego lotniska wzrośnie z 6 mln pasażerów, bo tyle możemy w komfortowych warunkach obecnie obsłużyć, do 8 mln – wskazuje Piotr Adamczyk.

Na lotnisku rozbudowywana jest także baza do obsługi technicznej samolotów. Powstaje 66 tys. mkw. nowej powierzchni – płyta postojowa z dziewięcioma stanowiskami dla samolotów wielkości Boeinga 737 oraz hangary.

– Po zakończeniu tej inwestycji pyrzowickie lotnisko będzie posiadało największą liczbę stanowisk postojowych ze wszystkich portów regionalnych w Polsce. Będziemy dysponować aż 45 stanowiskami dla najpopularniejszych średniodystansowych samolotów, które zabierają od 180 do 230 pasażerów na pokład – podkreśla PR Manager Katowice Airport.

Zbudowano najmniejszy na świecie chip do wszczepiania pod skórę. Waży 2 mg i może badać połączenia mózgowe

Japońscy naukowcy zbudowali najmniejsze na świecie urządzenie optyczne, które może być wszczepiane pod skórę. Zawiera ogniwo fotowoltaiczne, zasilane światłem podczerwonym, które emituje światło niebieskie. Zastosowanie światła podczerwonego pozwala na wszczepienie urządzenia na kilka centymetrów w głąb ciała, a emisja światła niebieskiego może być wykorzystana do kontroli wzorców mózgowych. Chip może znaleźć zastosowanie zarówno w opiece medycznej, jak i na błyskawicznie rosnącym rynku internetu rzeczy.

Zachowanie neuronów można zmienić nie tylko za pomocą substancji chemicznych, ale i samego światła. Światło może aktywować określone białka w mózgu, aby zmienić wzorce mózgowe. W związku z tym naukowcy wszczepili urządzenia optyczne np. gryzoniom, aby skutecznie kontrolować ich zachowanie, używając jako bodźca jedynie światła o określonych długościach fal. Dotychczas stosowane urządzenia były zazwyczaj nieporęczne i ciężkie, w dużej mierze ze względu na zależność od elektromagnetyzmu – zarówno napięcie, jak i prąd zmniejszają się wraz ze zmniejszaniem rozmiaru.

Grupa japońskich naukowców zbudowała wszczepialny chip CMOS o objętości 1 mm3 i ciężarze 2,3 mg.

– Rozmiar jest zawsze wyzwaniem. Nikt nie lubi mieć dużych implantów – podkreśla Takashi Tokuda, profesor nadzwyczajny w Nara Institute of Science and Technology (NAIST). – Zintegrowaliśmy dwa zestawy ogniw fotowoltaicznych na układach półprzewodnikowych. Dziesięć komórek zostało zintegrowanych do zasilania, a siedem komórek do polaryzacji.

Tak mały rozmiar urządzenia optycznego wynika z faktu, że w urządzeniach opartych na fotowoltaice napięcie pozostaje niezmienione niezależnie od rozmiaru. Nowy chip wykorzystuje uzupełniający się półprzewodnik z tlenku metalu, który kontroluje moc fotowoltaiczną.

Urządzenie zawiera chip LED InGan (zbudowany z azotku indu i galu), dzięki któremu może emitować niebieskie światło. Można je zaś aktywować za pomocą światła podczerwonego. To o tyle istotne, że podczerwień może wnikać głęboko w ciało, podczas gdy światło niebieskie nie może dotrzeć głębiej niż powierzchnia. Dlatego urządzenie można wszczepić na kilka centymetrów w głąb ciała.

Nowy biochip japońskich naukowców nie jest jednak jeszcze gotowy do wszczepiania, wciąż wymaga modyfikacji przed uzyskaniem pełnego potencjału.

– Urządzenie może być stosowane tylko do stymulacji impulsami i wymaga czasu ładowania dla każdej stymulacji. Większość optogenetyków używa wielu impulsów. Musimy poprawić wydajność odbioru i konwersji energii – wskazuje Takashi Tokuda. – Jest to jednak najmniejszy na świecie bezprzewodowy optyczny stymulator neuronowy.

Jeśli to najmniejsze na świecie urządzenie optyczne do wszczepiania pod skórę zostanie skomercjalizowane, może posłużyć m.in. w opiece zdrowotnej czy do kontrolowania urządzeń internetu rzeczy.

Najnowsze ładowarki naładują smartfona w 20 minut. W przyszłości może wystarczyć zaledwie minuta

Ładowanie baterii telefonu w mniej niż minutę będzie w przyszłości możliwe dzięki technologii dziś wykorzystywanej w branży kosmicznej – twierdzi NASA. Producenci wciąż pracują także nad rewolucyjnymi akumulatorami, których czas ładowania do pełna zamknie się w kwadransie. Ich premiera może nastąpić jeszcze w tym roku. Obecnie najbardziej zaawansowane ładowarki mogą naładować baterię smartfona w 20 minut, czyli trzykrotnie szybciej niż sprzedawane do tej pory.

– Przyspieszone wprowadzenie technologii 5G na całym świecie, a także rosnąca dywersyfikacja aplikacji zużywających dużo energii, w tym gier i aplikacji do oglądania filmów, stanowią nowe wyzwania dla żywotności baterii telefonów komórkowych i ładowania użytkowników – podkreśla Jeff Zhang, główny naukowiec ds. technologii ładowania w OPPO.

OPPO wprowadziło właśnie na rynek najnowsze ładowarki z technologią ładowania 125 W, które są w stanie naładować do pełna baterię o pojemności 4000 mAh w zaledwie 20 minut. Już po 5 minutach bateria naładowana jest do 41 proc. Dla porównania superszybka ładowarka od Huawei dysponuje mocą 22,5 W i baterię o pojemności 3800 mAh naładuje do pełna w nieco ponad godzinę. Po 30 minutach sprawna bateria jest zaś naładowana w 60 proc.

Ładowarka OPPO wyposażona jest ponadto w trzy oddzielne pompy ładowania i szereg czujników, które mają zapobiegać powstawaniu przeciążeń mogących uszkodzić ładowany sprzęt. Oprócz ładowarki przewodowej o mocy 125 W OPPO produkuje też ładowarki bezprzewodowe AirVOOC o mocy 65 W. Czas ładowania baterii 4000 mAh wynosi w tym przypadku 30 minut. Ładowarka ta jest wyposażona w szklaną obudowę służącą do redystrybuowania ciepła, a także półprzewodnikową chłodnicę, dzięki której ładowany telefon nie nagrzewa się zbyt mocno.

– W 2014 roku wprowadziliśmy technologię szybkiego ładowania VOOC Flash Charge. Teraz jesteśmy zobowiązani do dalszego rozwijania naszej wiedzy i zalet w dziedzinie technologii bezprzewodowego, szybkiego ładowania o dużej mocy i kompaktowych rozmiarach, aby zapewniały użytkownikom bezpieczne, wydajne i wygodne ultraszybkie ładowanie – wskazuje Jeff Zhang.

Przyszłością ładowania urządzeń mobilnych są też zmiany w technologii produkcji ich akumulatorów. Jak wskazuje NASA, baterie w smartfonach przyszłości będą się ładowały w mniej niż minutę. Na razie największe nadzieje pokładane są w wykorzystaniu ogniw zbudowanych z grafenu. Taka bateria mogłaby zmagazynować nawet o 60 proc. energii więcej niż litowo-jonowa. Grafen znacznie wolniej się nagrzewa, więc bateria mogłaby być ładowana dużo większą mocą. W praktyce oznaczałoby to możliwość naładowania jej od zera w nie więcej niż kilkanaście minut. Nad taką właśnie baterią pracuje obecnie Samsung. Według wstępnych zapowiedzi smartfon wyposażony w nią może zostać wypuszczony na rynek jeszcze w tym roku.

Według analityków Transparency Market Research światowy rynek ładowarek do smartfonów osiągnie do 2027 roku wycenę na poziomie 53 mld dol. Dla porównania w 2019 roku było to 30 mld dol.

(Newseria Innowacje)

Wywiad z Dmitrijem Żatuchinem – prezesem i założycielem firmy DO OK

Jest Pan założycielem i prezesem DO OK – firmy specjalizującej się w konsultingu IT i dostarczaniu kompleksowych usług programistycznych. Co skłoniło Pana do stworzenia własnego biznesu?

W przedsiębiorczy sposób myślałem od 6 roku życia. Mając 12 lat zorganizowałem wieczorową sprzedaż lokalnej świeżo wydrukowanej gazety z dostawą pod drzwi mieszkania. W wieku 18 lat zacząłem utrzymywać się sam studiując dziennie informatykę. DO OK założyłem w wieku 25 lat, mając za sobą trzy porażki produktowe, 7 lat pracy w agencjach interaktywnych i zrozumienie, że poprzez usługi na tworzenia produktów IT dla innych mogę się nauczyć docelowo tworzyć własne rozwiązania.

Jakie były początki prowadzenia własnej firmy?

Własną firmę miałem trzy lata przed DO OK. To był mój pierwszy startup – platforma SaaS do monitoringu usług IT. W 2010 zmieniłem profil tej działalności i tak powstało DO OK. Na początku było to 2-3 osoby, pracowaliśmy z mieszkania w centrum Wrocławia, współdzieląc je z inną firmą. Historia jakich wiele – praca po 16 godzin na dobę, ciągłe zabieganie o klientów. Wtedy dosyć szybko zrozumiałem czym jest dobra opieka prawna, księgowa i dlaczego warto więcej w to zainwestować. W ciągu pierwszych dwóch lat, zarabiając pieniądze na tworzeniu aplikacji internetowych, wszystko właściwie inwestowałem w próby tworzenia kolejnych produktów.

Czym kieruje się Pan w pracy zawodowej i generalnie w biznesie?

Biznes jest częścią życia, stąd dbam o jego harmonię. Zależy mi na tym, aby w trakcie działania człowiek skonsumował mniej zasobów niż jego rezultat pracy. Stąd dbanie o zdrowie Ziemi czy ludzi jest dla mnie istotnym drogowskazem. W biznesie i generalnie, również w innych płaszczyznach życia, istotne dla mnie wartości to  samodzielność i zaufanie, komunikacja bez przemocy, konstruktywny i szczery feedback w oparciu o dane i fakty, oraz mindfulness.

Ile osób obecnie tworzy obecnie zespół DO OK i w jakim modelu pracujecie?

Obecnie zespół DO OK liczy ponad 50 osób, które pracują w kilku lokalizacjach, gdzie mieszczą się nasze biura – we Wrocławiu, Zielonej Górze, Amsterdamie i nowo otwarte – w Tallinnie.

Nasz model działania zakłada budowanie organizacji, inspirowanej strukturą AI-powered organization. Postęp technologiczny stwarza ogromne możliwości dla rozwoju współczesnych społeczeństw, ale także firm i organizacji, choć generalnie jest to złożony proces, a zmiany nie następują szybko. Inicjatywy związane z automatyzacją napotykają spore bariery kulturowe i organizacyjne. Niemniej jednak mądre i świadome ich przełamywanie może być bardzo skuteczne w rozwoju całej firmy. Naszym założeniem jest budowanie przewagi konkurencyjnej opartej na rozwiązaniach jakie dostarczają nowoczesne modele organizacyjne.

W portfolio Waszej spółki można znaleźć informacje, że pracujecie dla firm w obszarach FinTech, MedTech, Healthcare i łańcucha dostaw, Big Data. Projektujecie aplikacje internetowe i rozwiązania mobilne. Który z wymienionych obszarów jest dominujący?

W ciągu 10 lat zdobyliśmy wiele doświadczeń dostarczając ponad 150 projektów dla naszych klientów z 13 rynków. Jeśli dominację mam określić z perspektywy przychodów ostatnich 3 lat, to będzie to eHealth.

W jaki sposób pozyskujecie swoich klientów?

Budujemy relacje w ludzki sposób. Sprzedając kierujemy się zasadą dostarczania prawdziwej wartości naszym klientom. Nie próbujemy sprzedawać jeśli nie jest wyrażona jasna potrzeba. Słuchamy i istotnie interesujemy się życiem i biznesem klienta, jeśli jest to w zgodzie z naszą misją. W sytuacji, w której okazuje się, że są obszary, w którym możemy pomóc naszymi usługami, przechodzimy do consultingu biznesowo-produktowego. Jeśli nie możemy wspólnie działać, staramy się pomóc, przekazując jednocześnie kontakty do naszej konkurencji czy innych podmiotów.

Wasz biznes w dużej mierze koncentruje się na sprzedaży rozwiązań dla firm z zagranicy – strategiczne rynki to Holandia, kraje DACH oraz nordyckie. Co warunkuje koncentrację działań na tym obszarze?

W Holandii założyliśmy spółkę-córkę, która już po 5 miesiącach była rentowna i przyniosła  do grupy nowe projekty. Obecnie z naszymi partnerami z Holandii zapraszamy kolejne dwie osoby do generowania new business na tamtym rynku.  Sprzedażowo istotne dla nas są rynki nordyckie: Dania, Norwegia, Finlandia i Estonia, na których od dwóch lat inwestujemy oraz prowadzimy działalność. Już dziś widzimy pierwsze efekty – mamy nowych klientów, nawiązujemy silne partnerstwa oraz pozyskujemy wartościowe osoby do sprzedaży w tamtejszej ekonomii.

Jakim rynkiem, w Pana ocenie,  jest Polska jeśli chodzi o branżę IT?

Jest to świetny rynek jeśli chodzi o usługi i dostęp do wysokiej jakości specjalistów technicznych. Stąd sukces polskiego software house, który dzisiaj staje się partnerem do rozwoju produktów klientów zachodnich, w przeciwieństwie do tego jak to wyglądało 10 lat temu – siłą robocza do wykonania zdefiniowanych z góry zadań. Wydaje mi się, że obecnie wśród krajów Unii Europejskiej mamy najlepszą dostępność ekspertów z różnych specjalizacji. W samym związku pracodawców firm IT – SoDA – którego jesteśmy współzałożycielem, mamy 100 firm zatrudniających łącznie 10 tys.  inżynierów.

Uważam, że jeszcze sporo mamy do zrobienia, jakoj 38 milionowy kraj, w obszarze tworzenia własnych globalnych produktów lub rozwiązań.

Gdzie jeszcze widzi Pan szanse rozwojowe jeśli chodzi o rozwój firmy na rynku międzynarodowym?

Jednym z nadrzędnych celów DO OK jest rozwój przedstawicielstw zagranicznych, które pozwolą na lepsze zrozumienie potrzeb klientów spoza Polski i większą integrację projektów na rynku międzynarodowym. W lipcu br. otworzyliśmy swoje biuro w Tallinnie. Wg portalu Clutch, obecnie jesteśmy w Top 3 na rynku estońskim. Wśród innych założeń firmy jest również zwiększenie liczby osób w obszarze Business Development w Holandii oraz pozyskanie partnerów Country Representative w Norwegii, Danii oraz Finlandii.

Istotne jest dla nas także umiędzynarodowienie w Radzie Nadzorczej, do której w ostatnim czasie dołączył Janne Kalliola, znany na fińskim i estońskim rynku IT przedsiębiorca, posiadający blisko 40-letnie doświadczenie w tej branży.

Oferujecie usługi oprogramowania zmieniające życie – co to oznacza w praktyce?

Przełomem dla DO OK było sprecyzowanie naszej misji, którą jest pomoc założycielom firm w dbaniu o zasoby ziemskie i zdrowie ludzi. Nazywam to znalezieniem swojego Ikigai – nasz powód do życia i pracy z uwzględnieniem tego, czego potrzebuje świat.

Z dużą uważnością realizujemy projekty z myślą o powyższym. Odpowiedzialnie podejmujemy decyzje – zarówno biznesowe, jak i technologiczne.

Przez pierwsze lata traktowałem DO OK jako platformę do eksperymentowania z produktami. Środki na tę aktywność pozyskiwałam prowadząc działalność podwykonawcy dla wielu polskich agencji interaktywnych i holenderskiej firmy, w której pracowałem w 2004 roku. Wtedy też zrealizowaliśmy wiele nagrodzonych aplikacji dla znanych marek takich jak InPost, Mattel, H&M, Adidas, czy Ferrero. Pomogliśmy także polskim startupom, m.in.mfind.pl, czy artkomiks.pl na strategicznym etapie koncepcji czy rozwoju. Obsłużyliśmy i rozwinęliśmy największy portal o kulturze polskiej – culture.pl. Dopiero po 5 latach działalności, czyli w 2015 roku, nastawiłem się na usługi jako core business. Wówczas wyszliśmy z naszą ofertą poza Polskę – otwarcie rynków w Danii i UK, a potem Holandii.

Do wybranych istotnych zdarzeń od tego czasu należy zaliczyć:

  1. a) Pozyskanie na członków RN uznanych specjalistów z zagranicznych rynków; część z nich to nasi klienci,
  2. b) Założenie spółki-córki w 2018 roku w Holandii, również z jednym z naszych klientów; spółka ta obecnie generuje istotny udział w biznesie DO OK,
  3. c) Zdobycie specjalizacji w wybranych kierunkach trzech branż – Healthtech, Fintech, Energy&Utilities,
  4. d) W grudniu 2019 zaprosiliśmy do pracy w naszym zespole 50-tą zrekrutowaną osobę,
  5. e) W lipcu 2020 odnotowaliśmy setnego klienta i osiągnęliśmy liczbę 150 zrealizowanych projektów.

Skąd decyzja o wejściu na rynek NewConnect?

Decyzja o wejściu na NewConnect w 2017 roku była motywowana kilkoma czynnikami. Po pierwsze uznałem, że w przypadku niewielkiej firmy, jak DO OK wówczas, będzie mniej wyzwań związanych z upublicznieniem spółki, i jeszcze zanim urośniemy, przećwiczymy obecność na giełdzie. Dziś, przy dynamicznie rosnącej firmie, sam proces wprowadzenia akcji do obrotu z pewnością pochłonąłby więcej czasu i wymagałby zaangażowania kluczowych w firmie osób, a to działa na niekorzyść wzrostu.

Po drugie chcieliśmy wdrożyć program motywacyjny, szczególnie dla menedżerów i kluczowych specjalistów, na pozyskanie których wcześniej nie było nas stać. I wreszcie, kluczowy czynnik – transparentność i łatwiejsze due dilligence dla partnerów zagranicznych. Uzyskanie statusu spółki publicznej znacznie ułatwiało nam dotarcie do międzynarodowych partnerów.

Co oznacza dla DO OK przejście ze sfery usług do sfery rozwiązań?

Pomysł na przejście ze sfery usług do sfery rozwiązań rodził się w mojej głowie już dawno, to poniekąd dojrzała wersja pierwotnego planu na DO OK. Działając w segmencie usług – jako software house – mamy za mały lewar by realizować misję na bardzo dużą skalę. Firmy – w zależności od modelu, efektywności, branży, czy technologii – uzyskują EBITDA na poziomie 10-25 proc. i z roku na rok trend jest raczej negatywny. Powodami są m.in. postępująca inflacja, wzrost konkurencji, czy coraz trudniejsze budowanie kapitału ludzkiego z wymaganym przez klientów doświadczeniem. Te wyzwania wielokrotnie omawialiśmy na spotkaniach związku pracodawców firm usługowych IT SoDA, którego jesteśmy współzałożycielem. Takie firmy skaluje się liniowo. Segment rozwiązań daje szansę na 100-1000 proc. zwrotu z każdej godziny mózgu talentów w organizacji. To zdecydowanie zwiększa efektywność naszych działań.

Czym DO OK wyróżnia się na tle konkurencji?

Na tle konkurencji wyróżniamy się posiadaniem misji, która nadaje zespołowi i klientom sensu bycia, oraz jasnej wizji przejścia do segmentu rozwiązań. Dzisiaj usługi doradztwa, projektowania i wytwarzania produktów IT na zamówienie są naszym bread&butter. Jutro chcemy, by nasze bogate doświadczenia w wybranych domenach osiągnęły sukces w postaci globalnie używanych produktów DO OK. Już dziś rozwijamy własne rozwiązaniem loT Cloud, z którego korzysta sieć smart alarmów przeciwpożarowych w Norwegii, czy smart heatery w Danii. Niezależnie od rodzaju biznesu, który napędza nasz wzrost, spójność mentalności i potrzeb klientów z naszym “Life-changing software” jest esencją działalności DO OK.

Jakie są Wasze plany i założenia, które chcecie osiągnąć/ zrealizować w ciągu najbliższego roku?

W perspektywie roku najważniejsze będzie dla nas pozyskanie światowej klasy menedżerów i specjalistów na stanowiska: Head of Operations, Head of Growth, czy Head of Business Consultancy. Chcemy zbudować sieć partnerstw sprzedażowych na rynkach nordyckich, a także swoją pozycję pracodawcy i sprawdzonego usługodawcy w Estonii z naszą spółką-córką, DO OK Consulting. Zakładamy jednocześnie walidację modelu sprzedaży i opracowanie mapy rozwoju naszego pierwszego rozwiązania – DoConnect.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 27.07 – 31.07.2020

Pomimo że pandemia ponownie uderza w USA i zagraża ożywieniu gospodarczemu, rynki pozostają niewzruszone, gdyż inwestorzy pokładają nadzieję w ochronną rolę polityki fiskalnej i monetarnej. Dowody wzrostu wątpliwości konsumentów i biznesu oraz napięcia geopolityczne na linii USA-Chiny będą tłem dla wakacyjnych notowań, przejściowo przerywając rajd ryzyka.

Przyszły tydzień: nastroje konsumentów, wnioski o zasiłek z USA, FOMC, Ifo, PKB z USA/Eurolandu/Kanady, CPI z Eurolandu/Polski/Australii, PMI z Chin

USA

W USA główna uwaga będzie na informacjach o nastrojach konsumentów (wt, pt) w obliczu zagrożeń drugą falą zachorowań na koronawirusa. Dodatkowo rynek będzie wrażliwy na oznaki wzrostu liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Dane o zamówieniach na dobra trwałe (pon) pokażą silne odbicie w czerwcu na odbudowie portfela zamówień, a PKB za II kw. (czw) – historyczne załamanie ze względu na lockdown. Posiedzenie FOMC (wt-śr) nie powinno przynieść nowych decyzji, a prezes Powell na konferencji powtórzy gotowość od wsparcia gospodarki i podtrzymania akomodacyjnej polityki na długo. Bardziej interesujące będą postępy w pracach nad Fazą 4. pakietu fiskalnego, szczególnie że ostatnie sygnały wskazują na spore różnice zdań nawet samym obozie Republikanów. Ponadto apetyt na ryzyko (i skorelowana z nim słabość USD) może być wrażliwy na wyniki kwartalne takich gigantów, jak Apple, Alphabet i Amazon (czw).

Strefa euro

Indeks Ifo z Niemiec (pon) prawdopodobnie pokaże dalszą poprawę w ocenie sytuacji bieżącej, choć nasilenie ryzyk drugiej fali pandemii będzie ciążyć na wskaźniku przyszłych oczekiwań. Jak sugerują odczyty PMI, odbicie przemysłu postępuje powoli z uwagi na słabość popytu zewnętrznego. W strefie euro wstępny szacunek PKB za II kw. (pt) ujmie punkt kulminacyjny pandemii w regionie. Zarządzone lockdowny będą skutkować silnym spadkiem PKB – konsensus zakłada 12 proc. k/k. Inflacja HICP ma utrzymać się na 0,3 proc. r/r w lipcu, czyli dużo poniżej celu EBC (2 proc.), gwarantując ekspansywną politykę monetarną na wiele miesięcy do przodu. Spośród wymienionych danych patrzące do przodu Ifo może mieć największy wpływ na EUR, gdyż załamanie gospodarcze z powodu pandemii już dawno zostało zdyskontowane, a dla perspektyw waluty przede wszystkim liczy się przyszłe tempo odbicia. W korektach EUR/USD rynek powinien szukać okazji do powiększania długich pozycji.

Polska

Z Polski otrzymamy wstępne szacunki lipcowej inflacji CPI (pt), gdzie intersującym będzie czy utrzyma się covidowy wzrost cen usług. Oczekujemy, że efekt odblokowanej po kwarantannie konsumpcji wkrótce wygaśnie, co powinno hamować presję inflacyjną, ale w kolejnych miesiącach CPI powinien pozostawać w granicach celu NBP (2,5 proc.). Jest mało prawdopodobne, aby dane mogły wpłynąć na złotego, który ostatnio mocniej korzysta na globalnym wzroście apetytu na ryzyko. Mimo to sceptycznie oceniamy szanse na trwałe zejście EUR/PLN poniżej 4,40.

Chiny

Chińskie indeksy PMI (pt) mają wskazać na kontynuowaną ekspansję, choć tempo poprawy w przemyśle pozostają wciąż słabe, gdyż bardzo powoli odbudowują się łańcuchy dostaw do gospodarek rozwiniętych. Szok popytowy związany z pandemią będzie skutkował ujemnym odczytem inflacji CPI w Australii w II kw. (śr), podczas gdy pozwolenia na budowę domów w czerwcu (czw) pozostaną słabe w obliczu pogorszenia nastrojów konsumentów. Mimo to AUD powinien pozostać relatywnie mocny. Dane o majowym PKB z Kanady (pt) powinny wskazać na silny miesięczny wzrost w ramach odmrażania gospodarki, ale odbicie jest już w cenie i dane będą neutralne dla CAD. Trudności w kontynuacji wzrostów cen ropy naftowej blokują CAD w korzystaniu z rajdu ryzyka w porównaniu do innych walut surowcowych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

ESG – nowa rzeczywistość instytucji finansowych

Tematyka interakcji działalności biznesowej podmiotów sektora finansowego z czynnikami związanymi z ochroną środowiska, polityką społeczną i ładem korporacyjnym (ESG z ang. Environmental, Social, Governance) zagościła na stałe w ocenach inwestorów i na agendach regulatorów. Nadzorcy aktywnie pracują nad wiążącymi dla instytucji finansowych wymogami publikowania przejrzystych informacji dotyczących wpływu ich działalności biznesowej na środowisko naturalne i lokalne społeczności, jak również dotyczących ich podejścia do zarządzania ryzykiem zmiany klimatu. Gospodarcze i społeczne skutki pandemii COVID-19 najprawdopodobniej przyczynią się do dalszego wzrostu znaczenia kwestii ESG dla uczestników rynku finansowego.

Era oceniania przedsiębiorstw wyłącznie na podstawie ich zysków i twardych danych finansowych dobiega końca, zarówno na poziomie globalnym, jak i lokalnym. W dobie niepewności gospodarczej i społecznej wywołanej przez pandemię COVID-19, partnerzy biznesowi i klienci indywidualni przykładają coraz większą wagę do interakcji przedsiębiorstw z ich społecznościami lokalnymi oraz ze środowiskiem naturalnym. Odbudowa gospodarek z kryzysu wywołanego przez pandemię powinna opierać się na silnych i zrównoważonych fundamentach, uwzględniających kwestie ESG. Biorąc pod uwagę skalę inwestycji koniecznych do budowania odpowiedzialnych i zrównoważonych gospodarek, eksperci sektorowi oraz organy nadzorcze stawiają instytucje finansowe w roli kluczowej siły napędowej dla zrównoważonych inwestycji.

Pandemia COVID-19 wyeksponowała współzależności pomiędzy działalnością biznesową przedsiębiorstw a społecznościami w otoczeniu, w którym działają. Wskazała także na istotną rolę, jaką pełnią czynniki ESG w budowaniu odporności firmy na wstrząsy i kryzysy gospodarcze. Uczestnicy rynków finansowych kreują obecnie „nową rzeczywistość” inwestowania. Rzetelnej analizie podlegają nie tylko wyniki finansowe przedsiębiorstw, ale także to, jak czynniki ESG są integrowane do modeli biznesowych. Dynamiczny rozwój regulacji przekłada się na niespotykaną dotąd presję na przedsiębiorstwa, aby wiarygodnie uwzględniać kwestie ESG w ich działalności biznesowej – mówi Stacy Ligas, Senior Partner, CEO w KPMG w Polsce.

Obecnie na rynku istnieje wiele niewiążących wytycznych dotyczących ujawniania informacji w zakresie czynników ESG, pomiaru ekspozycji instytucji na ryzyko zmiany klimatu, czy też uwzględniania czynników ESG w pomiarze podstawowych rodzajów ryzyka finansowego. Na potrzeby ujawnień dotyczących tematyki ESG instytucje dysponują obecnie dowolnością w stosowaniu dostępnych wytycznych, co powoduje, że trudno obecnie o rzetelną porównywalność takich ujawnień pomiędzy instytucjami.

Mnogość istniejących na rynku niewiążących standardów i wytycznych dotyczących raportowania zagadnień związanych z ESG istotnie utrudnia porównywalność informacji publikowanych przez instytucje finansowe i tym samym ocenę ich wiarygodności. Dążenie nadzorców do wypracowania powszechnie obowiązujących standardów w zakresie ujawnień dotyczących kwestii ESG, w tym ryzyka ESG, jest bardzo ważną inicjatywą, która w dłuższym horyzoncie czasowym ułatwi uczestnikom rynku przeprowadzanie rzetelnej oceny rzeczywistej ekspozycji instytucji finansowych na ryzyka ESG i uwzględnienie rezultatów tej oceny w ich decyzjach inwestycyjnych – mówi Andrzej Gałkowski, Partner, Head of Banking, Financial Services, KPMG w Polsce.

Od maja br. obowiązują wytyczne Europejskiego Banku Centralnego dotyczące ujawnień związanych z ryzykiem klimatycznym. W marcu 2021 r. wejdzie w życie Rozporządzenie w sprawie ujawniania informacji związanych ze zrównoważonym rozwojem w sektorze usług finansowych, a od czerwca 2022 r. ujawnienia dotyczące ryzyka ESG staną się częścią ujawnień tzw. III filara w ramach CRR 2.

Nowe, wiążące dla instytucji finansowych regulacje dotyczące tematyki ESG sprawią, że ujawnienia dotyczące ekspozycji instytucji na ryzyko zmiany klimatu oraz wpływu jej biznesowej działalności na społeczności lokalne i środowisko naturalne staną się obowiązkowym elementem sprawozdawczości podmiotów sektora finansowego. Oznacza to, że ujawnienia tego typu nie będą już traktowane jako część opcjonalna, której głównym celem jest zwiększenie atrakcyjności raportów publikowanych przez instytucje. Nowe obowiązki sprawozdawcze będą niewątpliwym wyzwaniem dla instytucji finansowych, szczególnie w aspekcie gromadzenia odpowiednich danych źródłowych, czy wypracowania jasnych metodyk sporządzania ujawnień ilościowych – mówi Iwona Galbierz-Sztrauch, Partner, Financial Services, KPMG w Polsce.

Analiza treści nowych regulacji wskazuje również, że będą one stanowiły jasny impuls do inkorporacji czynników ESG do strategii i systemów zarządzania ryzykiem finansowym przez instytucje.

Obecnie banki rozważają czynniki ESG co do zasady jedynie w kategorii ryzyka utraty reputacji. Dynamicznie postępujące włączanie zagadnień ESG do powszechnie obowiązujących wymogów regulacyjnych pokazuje, że ryzyka związane z ESG, w szczególności ryzyko związane ze zmianą klimatu, powinny być kompleksowo uwzględnione w stosowanych przez instytucje strategiach i politykach zarządzania ryzykiem oraz być traktowane na równi z kluczowymi dla instytucji rodzajami ryzyka, takimi jak ryzyko kredytowe, ryzyko rynkowe czy ryzyko operacyjne. Przykładowo, w maju 2020 r. EUNB sfinalizował nowe wytyczne dotyczące udzielenia i monitorowania kredytów, które wymagają inkorporacji czynników ESG do tych procesów – m.in. w zakresie polityk zarządzania ryzykiem kredytowym, czy oceny zdolności kredytowej klientów – mówi Tomasz Kołodziejczyk, Senior Manager, Financial Services, KPMG w Polsce.

Nowe regulacje będą stanowiły znaczne wyzwanie dla instytucji finansowych, w szczególności w obszarze dotyczącym ilościowego wpływu instytucji na środowisko i społeczności lokalne, pomiaru ekspozycji instytucji na ryzyka ESG oraz pomiaru wpływu czynników ESG na inne „standardowe” rodzaje ryzyka, na które eksponowane są instytucje. Szczególnym wyzwaniem może okazać się wypracowanie przez nadzorców jednolitego podejścia do wymaganych ujawnień ilościowych i utworzenie przez instytucje odpowiednich procesów zarządzania czynnikami i ryzykiem ESG, w tym pozyskiwania danych źródłowych do nowych ujawnień.

53% firm chce utrzymania płacy minimalnej na obecnym poziomie – badanie Lewiatana

0

• 53% przedsiębiorców uważa, że potrzebne jest utrzymanie w przyszłym roku płacy minimalnej na dotychczasowym poziomie 2 600 zł.
• 46% firm oczekuje doprecyzowania obowiązków i odpowiedzialności pracodawców przy pracy zdalnej – wynika z badania, które na zlecenie Konfederacji Lewiatan przeprowadził Instytut Badań Spraw Publicznych.

Po czterech miesiącach walki o utrzymanie miejsc pracy, w połowie lipca 2020 r., zapytaliśmy reprezentatywną próbę przedsiębiorców o ich wnioski wynikające z doświadczeń pandemii. Interesowały nas zmiany prawne, których najbardziej oczekują firmy.

Z naszego badania wynika, że 46% przedsiębiorców oczekuje wdrożenia elastycznego czasu pracy i kont czasu pracy. Doprecyzowania obowiązków i odpowiedzialności pracodawców przy pracy zdalnej spodziewa się 46% firm. Szczególnie ważne jest to dla przedsiębiorstw średnich (51%), a najmniej dla dużych (38%).

49% przedsiębiorstw za potrzebne uważa ograniczenie kosztów pracy (zawieszenie składek FP, odpis PFRON, ZFSS). Im mniejsza firma, tym bardziej popiera ten postulat (wśród małych firm to 55%).
Za czasowym ograniczeniem kosztów pracodawcy wypłaty wynagrodzenia z tytułu choroby opowiada się 38% przedsiębiorców.

53% firm chciałaby utrzymania wysokości płacy minimalnej na poziomie 2 600 zł. Im mniejsza firma, tym bardziej popiera ten postulat (wśród małych firm to 57%).

– W sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia w przyszłym roku musimy twardo stąpać po ziemi. Jeśli chcemy uniknąć kłopotów na rynku pracy powinniśmy ograniczyć wszelkie inicjatywy związane ze wzrostem kosztów pracy. Priorytetem będzie bowiem ratowanie miejsc pracy i firm, mocno dotkniętych skutkami pandemii. W 2021 roku płaca minimalna powinna więc wynosić 2600 zł, czyli tyle ile w tym roku.

Postulujemy też dookreślanie w przepisach Kodeksu pracy ogólnych zasad organizacji pracy zdalnej, z delegacją jej szczegółowego uregulowania przez pracodawcę w zakładowych źródłach prawa pracy. Konieczne jest jasne określenie odpowiedzialności za BHP w miejscu wykonywania pracy zdalnej przez pracownika (dom lub inne miejsce wybrane przez pracownika) – mówi prof. Jacek Męcina, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Badanie przeprowadził w połowie lipca br. Instytut Badań Spraw Publicznych, na zlecenie Konfederacji Lewiatan na próbie 300 przedsiębiorców.

Konfederacja Lewiatan

Temat ustawy o fundacjach rodzinnych prawdopodobnie powróci po wakacjach

Prace nad tworzeniem polskiej ustawy o fundacji rodzinnej zostały wstrzymane. Kontrowersyjna rozdzielność majątkowa pomiędzy współmałżonkami pozostaje atrakcyjnym rozwiązaniem, które może pomóc chronić firmy rodzinne przed skutkami bankructwa.

Aktualna sytuacja związana z ogólnoświatową epidemią wywołuje niepokój na rynkach finansowych, pogłębiając obawy polskich przedsiębiorców dotyczące planowania przyszłości firmy, aby zapewnić jej przetrwanie.

– Z prawnego punktu nigdy nie ma złego momentu na przygotowanie sukcesji, im wcześniej ten proces rozpoczniemy, tym większe są szanse na jego finalizację – mówi w rozmowie z MarketNews24 Katarzyna Karpiuk, radca prawny, ekspertka ds. sukcesji w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Są narzędzia prawne, dostępne „od zaraz”, które mogą zostać wykorzystane do dywersyfikacji ryzyka biznesowego, a jednym z nich jest przygotowanie testamentu, uwzględniającego zapisy windykacyjne dotyczące rozdysponowania poszczególnych składników majątku. Pakiet praw udziałowych może zostać przekazany konkretnemu spadkobiercy, bez konieczności oczekiwania na efekt postępowania spadkowego, które w przypadku konfliktu może trwać latami. W ten sposób można uniknąć ryzyka związanego z sytuacją, w której firma nie ma właściciela i mogłaby nie poradzić sobie z długim okresem trwania „bezkrólewia”. Taki testament, dla pełnej skuteczności powinien być skorelowanym z postanowieniami umowy bądź statutem spółki.

Innym narzędziem jest wprowadzenie umownego ustroju rozdzielności majątkowej między małżonkami, w taki sposób, aby odseparować majątek współmałżonka, który nie jest zaangażowany w działalność biznesową. To powinno być połączenie dwóch umów, potrzebna jest także umowa o podziale majątku.

Jest to częściowa ochrona majątku, dla przeprowadzenia której wystarczy jedna dobrze przygotowana wizyta u notariusza. W ten sposób firmy rodzinne mogą ochronić część majątku przed wierzycielami oraz negatywnymi konsekwencjami działalności operacyjnej, chroniąc tym samym członków najbliższej rodziny

Tarcze antykryzysowe nie wprowadziły zmian, które chroniłyby bezpośrednio polskie firmy rodzinne przed konsekwencjami obecnej sytuacji gospodarczej wywołanej epidemią. Natomiast bankructwa firm są procesem opóźnionym, także ze względu na „zamrożenie” pracy sądów.

Jeżeli wcześniej zgłoszony został wniosek o upadłość, to kwestia podziału majątku musi być dokładnie przeanalizowana, aby nie narazić się na zarzut działania z zamiarem pokrzywdzenia wierzycieli, a taki zarzut może być postawiony w ciągu pięciu lat. Ważny jest wiec wybór aktywów, które można bezpiecznie podzielić.

– Temat sukcesji poprzez tworzenie fundacji rodzinnych prawdopodobnie powróci po wakacjach i polscy przedsiębiorcy nie będą zmuszani do korzystania z takiego rozwiązania jak tworzenie fundacji poza granicami Polski, co wiąże się z ryzykami podatkowymi – komentuje K.Karpiuk z Kancelarii Ożóg Tomczykowski

4GW mocy mniej w wyniku awarii w polskich elektrowniach

Ceny energii elektrycznej podczas epidemii koronawirusa utrzymują się na niskim poziomie. Wyjątkiem był 22 czerwca – kiedy to poszybowały w górę, przekraczając granicę tysiąca złotych za megawatogodzinę. Przyczyną tego była nagła awaria kilku elektrowni. W samej elektrowni Bełchatów zanotowano ubytek aż 2 gigawatów mocy zainstalowanej – a awarie w innych elektrowniach sprawiły, że dostępna moc spadła o prawie 4GW. To około 10% mocy zainstalowanej we wszystkich elektrowniach w Polsce. Awarie spowodowane były różnymi czynnikami – w Bełchatowie ulewne deszcze zalały kilka jednostek wytwórczych, a w Opolu, Dolnej Odrze i Jaworznie pojawiły się usterki instalacji. Obniżenie mocy o 4GW zmusiło polską sieć elektroenergetyczną do zawyżonego importu energii z krajów sąsiednich. Udało się więc uniknąć blackoutu. Eksperci wskazują jednak, że z tej sytuacji powinniśmy wyciągnąć wnioski i bardziej zdywersyfikować źródła energii elektrycznej w Polsce. 

– Odporny na zawirowania w dostawach i produkcji energii elektrycznej system to taki, który jest znacznym stopniu zdywersyfikowany – jeśli chodzi o moc i źródła produkcji energii. Sytuacja uczy nas, że nie powinniśmy opierać się tylko i wyłącznie na dużych, regulacyjnych jednostkach produkcyjnych – takich, jak Kozienice czy Bełchatów. Powinniśmy zmierzać w stronę mniejszych, bardziej elastycznych i odpornych na zawirowania na rynku blokach wytwórczych, takich jak na przykład bloki gazowe – powiedział serwisowi eNewsroom Bartłomiej Sawicki, redaktor serwisu Biznesalert.pl. – Tym razem pech chciał, że także blok gazowy we Włocławku uległ awarii. Nie przewidzimy więc wszystkich usterek, jakie zdarzają się w naszym systemie elektroenergetycznym. Ale możemy je ograniczyć. Oczywiście polskie sieci elektroenergetyczne są gotowe na takie wyzwania. Przykładem tego jest gotowość do importu z zagranicy około 3GW mocy. System powinien być jednak bardziej zbilansowany i zdywersyfikowany – zarówno pod względem importu energii elektrycznej od naszych sąsiadów, jak i pod względem mocy zainstalowanej i źródeł produkcji energii elektrycznej w Polsce – ocenia Sawicki.

Większe dochody, więcej sukcesów? Z prezesem-informatykiem to możliwe

0

Mawia się, że dzisiaj każda firma jest firmą technologiczną i coraz więcej ludzi zaczyna naprawdę zdawać sobie z tego sprawę. 7 na 10 biznesowych liderów uważa, że prezesami firm i członkami zarządów powinny być osoby z technologicznym doświadczeniem. Najbardziej pożądani? Programiści i twórcy innowacyjnych aplikacji. Takie wnioski płyną z najnowszego raportu firmy VMware.

Najnowsze badania VMware zostały zrealizowane na grupie 2250 przedstawicieli kadry zarządzającej z największych firm w regionie EMEA. Wyniki pokazują, że w firmach rośnie znaczenie osób związanych z technologiami oraz IT. Przekonanie, że szersze dopuszczenie ich do stanowisk w zarządzie, może korzystanie wpłynąć na firmę, jest coraz bardziej powszechne.

Zarząd 4.0

Według raportu VMware, prezes z kompetencjami technologicznymi to szereg wymiernych korzyści dla organizacji:

  • 50 proc. ankietowanych uważa, że wsparcie takich ludzi może zwiększyć efektywność całej organizacji,
  • 42 proc. widzi możliwości wzrostu wyników biznesowo-finansowych,
  • 40 proc. dostrzega szansę na przyspieszenie innowacyjnych projektów,
  • 37 proc. jest z kolei zdania, że prezes-technolog pozwoliłby firmie zwiększyć też jakość usług, poprawiając tzw. customer experience konsumentów.

Dzisiejszy prezes nie jest już osobą zajmującą się tylko finansowym wycinkiem organizacji. Nigdy wcześnie nie musiał zarządzać tak zróżnicowanym zestawem zadań, jak dziś, do którego dochodzi jeszcze cyfryzacja. Ci, którzy mają wiedzę na temat nowych technologii i rozumieją, jak one działają, jak wspierają biznes nawet w trudnych czasach, mają prawdziwą przewagę – komentuje Ed Hoppitt, dyrektor ds. rozwoju aplikacji chmurowych, VMware EMEA.

Szybkość rynkowego przetrwania

Możliwość dostarczenia nowoczesnych usługi oraz aplikacji biznesowych, które zapewniają firmie atrakcyjne produkty i stymulują zaangażowanie klientów, jest niezbędna do osiągnięcia sukcesu. Wiedza w dziedzinie technologii na poziomie zarządczym w połączeniu z cyfrowymi narzędziami umożliwiającą obsługę tych aplikacji to zwycięska kombinacja, przekonują eksperci VMware. Wtóruje im Wojciech Buczkowski, Prezes Zarządu Komputronik S.A., jednej z największych i najdłużej działających sieci sklepów ze sprzętem elektronicznym oraz produktami RTV i AGD w Polsce – Firmy handlowe, które odnoszą dzisiaj największe sukcesy, to te które potrafią korzystać z cyfrowych narzędzi do budowania zróżnicowanych i konkurencyjnych usług, mających wpływ na wysoką satysfakcję klientów. Dlatego dzisiejsze firmy muszą na poziomie zarządczym mieć ludzi, którzy rozumieją tę zależność.

Pełne zrozumienie wartości, ale i procesów rządzących cyfrową transformacją to kluczowy aspekt powodzenia każdego projektu – czytamy w raporcie VMware. Taka postawa przekłada się po prostu na szybkość działania, a jak pokazały niedawno pandemiczne okoliczności, ta jest potrzebna, by firmy mogły sprawnie dostosować się do nowych warunków rynkowych czy potrzeb pracowników.

Pandemia najsilniej unaoczniła nam, że digitalizacji można dokonać szybko. Nie potrzeba było dekad, by przejść z offline w online. Na własnej skórze, przekonały się o tym rządy tworzące aplikacje wspierające walkę z koronawirusem, detaliści z dnia na dzień przenoszący sprzedaż do sieci czy miliony ludzi, którzy pracowali i studiowali z domów – mówi Ed Hoppitt z VMware.

Pokaż mi „apkę”, a ocenię Twoje szanse

Zmiany personalne w zarządach firm wymusza fakt, że aplikacje biznesowe i konsumenckie stają się coraz ważniejszym elementem każdej organizacji. Ankietowani przez VMware prezesi i dyrektorzy podkreśli, że wiele firm m.in. przetrwało lockdown dzięki możliwości szybkiego modernizowania swoich aplikacji biznesowych.

Ponad połowa (57 proc) respondentów podkreśliła ważną rolę nowoczesnych aplikacji w zakresie pracy zdalnej, a ponad jedna trzecia wskazała na ich zdolność stałej aktualizacji w odpowiedzi na zmieniające się warunki rynkowe i potrzeby konsumenckie (39 proc.).

Coraz częściej konsumenci podejmują swoje decyzje na podstawie tego, jak działa aplikacja danej firmy. I sektor bankowy nie jest tu wyjątkiem. Dlatego właśnie sukces firmy zależy od tego, jak szybko jest w stanie zmodyfikować swoje aplikacje tak, aby były najbardziej dopasowane do potrzeb użytkowników końcowych – komentuje Michał Plechawski, dyrektor zarządzający ds. informatyki i technologii w mBanku. By zmiany wdrażać jednak szybko potrzeba odpowiednich procesów i narzędzi. Sukces modelu chmury obliczeniowej w znacznej mierze wynika właśnie z tego, że dostarcza takie narzędzia i wspiera takie procesy. Ale nie potrzeba wykorzystywać chmury publicznej, żeby mieć sprawny proces tworzenia software. W mBanku udało nam się przejść do modelu cyfrowych platform typu cloud-ready w ramach własnych centrów danych. Platform, które umożliwiają tworzenie, uruchamianie, zarządzanie, ochronę, a przede wszystkim udoskonalanie aplikacji bardzo szybko. Technologie VMWare są kluczowym komponentem tego naszego ekosystemu platform.

Od ponad 22 lat, kiedy Komputronik założył jeden z pierwszych w Polsce sklepów online, znamy wartość nowych technologii i to jak pozwalają odpowiadać na potrzeby konsumentów. Dzisiaj, szybkość rozwoju i umiejętność dostarczania nowoczesnym aplikacji pozwala nam ciągle odkrywać nowe sposoby komunikacji z naszymi klientami, a musimy to robić szybko, aby uzyskać przewagę konkurencyjną nad innymi detalistami – dodaje Wojciech Buczkowski, Prezes Zarządu Komputronik S.A.

8 na 10 twórców aplikacji i liderów technologii w regionie EMEA jest zgodnych co do tego, że ​​bez udanej modernizacji aplikacji organizacje nie będą w stanie zapewnić swoim klientom najwyższego poziomu satysfakcji konsumenckiej. To potwierdzają wnioski z zeszłorocznych badań VMware, kiedy 80 proc. ankietowanych przez VMware specjalistów IT otwarcie powiedziało, że ​​udoskonalenie portfela aplikacji poprawia jakość obsługi klienta, a to bezpośrednio związane jest ze wzrostem przychodów.

Luka w CIT ciągle duża

Luka w podatku CIT to rocznie 22 mld zł. Dla porównania, tyle kosztuje utrzymanie policji w całym kraju.

– Z naszego raportu wynika, że ta luka podatkowa jest wciąż istotnym problemem polskiej gospodarki, ponieważ wynosi ok. 1 proc. PKB, a jej ograniczenie mogłoby znacząco wzmocnić budżet rządu i samorządów – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jakub Sawulski, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE).

Dane zawarte w raporcie dotyczą PIE okresu do zakończenia 2018 r., gdyż nowsze dane, które byłyby potrzebne do analiz nie są jeszcze dostępne. Z analizy wynika, że luka podatkowa CIT w porównaniu do 2014 r. zmalała o 35 proc.

Jak wypadamy na tle innych krajów UE porównując luki podatkowe? – Niestety, nie ma możliwości takiego porównania ponieważ nie ma jednej wspólnej metodologii liczenia luki w CIT dla wszystkich krajów, inaczej jest, gdy porównujemy podatek VAT, który jest harmonizowany – wyjaśnia ekspert PIE.

Przyczyny spadku luki CIT w Polsce są dwojakie. Po pierwsze sprzyjała temu dobra koniunktura gospodarcza w badanym okresie. Zazwyczaj skłonność podmiotów gospodarczych do nielegalnych lub quasi-legalnych działań maleje w okresach dobrej koniunktury. Po drugie – do redukcji luki CIT przyczyniła się poprawa ściągalności podatków w wyniku działań podjętych przez Ministerstwo Finansów.

Jednak dobrą koniunkturę gospodarczą mamy już za sobą, a według niektórych analityków PKB może w 2020 r. spaść nawet o 7 proc.

– Jest takie ryzyko, że z powodu kryzysu gospodarczego luka będzie się zwiększać, bo w okresach złej koniunktury firmy uciekają w szarą strefę lub w optymalizacje podatkowe – przyznaje dr J.Sawulski.

Ta luka mogłaby okazać się jednak mniejsza, gdyby nie to, że 1/3 podatników CIT nie wykazywała zysków, albo są oni zwolnieni z podatku.

Jedną z metod optymalizacji podatkowej, na którą PIE wskazuje w swym raporcie, jest sztuczne transferowanie zysków poza granice Polski, do spółek-matek zarejestrowanych w takich państwach jak Cypr, Malta, Holandia czy Luksemburg.

Istnieje też luka polityczna w CIT. To ubytek dochodów z tego podatku wynikający z przyznawanych przez państwo preferencji podatkowych – zwolnień, odliczeń itp. W 2018 r. wyniosła 7,2 mld zł.

To efekt zwolnienia z CIT dla firm działających w specjalnych strefach ekonomicznych, to także wynika z możliwości rozliczenia strat w latach wcześniejszych i również z mniejszej stawki CIT dla mniejszych przedsiębiorstw.

– Te preferencje służą temu, aby firmy więcej inwestowały i szybciej się rozwijały, ale musimy mieć świadomość, że to kosztuje i warto rozważyć czy te preferencje dają nam więcej korzystnych efektów niż ich koszt – dodaje ekspert PIE.