Komu pomoże uproszczona restrukturyzacja?

Turystyka, transport, handel, motoryzacja i meblarstwo – w opinii PMR Restrukturyzacje te branże najbardziej oczekują możliwości skorzystania z uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego. Ustawa wprowadzająca nowe narzędzie wsparcia dla przedsiębiorców została właśnie podpisana przez prezydenta.

Mimo odmrożenia gospodarki wiele firm w Polsce wciąż z niepokojem spogląda na finanse. Według Krajowego Rejestru Długów prawie 40% przedsiębiorstw źle ocenia swoją sytuację ekonomiczną. BIG Info Monitor wskazuje z kolei, że 27% firm obawia się utraty płynności finansowej. W tym badaniu przedsiębiorstwa wskazują także, że często mają problemy ze ściąganiem należności. Najczęściej mówi o tym branża transportowa i handel. W transporcie ponad połowa zleceniodawców nie spłaca długów mających więcej niż 30 dni. Ta branża ma również najwięcej kłopotów ze ściąganiem należności oraz największy problem z terminową spłatą własnych zobowiązań.

Biznes wciąż ma problemy ze ściąganiem i spłatą długów

Po kwietniowych spadkach przychodów i uzyskanych minimach w każdym kolejnym miesiącu pojawiają się nowe podsumowania dotychczasowych skutków pandemii, a firmy wciąż wyczekują poprawy sytuacji ekonomicznej. Szczególnie głośno o swoich problemach mówią branża turystyczna, motoryzacja i meblarska. – Skutki pandemii szczególnie bolesne mogą okazać się dla małych przedsiębiorstw z branży motoryzacyjnej, pełniących rolę poddostawców, które swoje przetrwanie bardzo często uzależniają od jednego dużego klienta. Dla meblarstwa problemem może okazać się zaś prognozowany spadek popytu w sprzedaży mieszkań oraz wzrost bezrobocia, który automatycznie ogranicza konsumpcję na produkty spoza kategorii pierwszego użytku – wskazuje Małgorzata Anisimowicz, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i prezes zarządu PMR Restrukturyzacje.

Naprawa bez udziału sądu

W obliczu przedłużających się problemów finansowych coraz więcej firm decyduje się wprowadzać działania naprawcze, w tym także restrukturyzację, która umożliwia zawarcie układów z wierzycielami oraz chroni kluczowe umowy i majątek firmy. W ramach Tarczy 4.0 przedsiębiorcy uzyskują w tym aspekcie dodatkowe narzędzie, które pozwoli im działać znacznie szybciej, przy jednoczesnym zachowaniu uprawnień przyjętych dla restrukturyzacji sądowej. – Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne przede wszystkim będzie miało charakter pozasądowy, a do jego przeprowadzenia wystarczy umowa z doradcą restrukturyzacyjnym. Skorzystać z tego narzędzia będzie mogło każde przedsiębiorstwo, niezależnie od wielkości czy skali działalności – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz.

Obwieszczenie i co dalej?

W przypadku uproszczonej restrukturyzacji kluczowy jest dzień obwieszczenia otwarcia postępowania o zatwierdzenie układu w Monitorze Sądowym i Gospodarczym. Od tego momentu, aż do dnia umorzenia lub zakończenia postępowania z mocy prawa zawieszeniu ulega postępowanie egzekucyjne wszczęte przed dniem otwarcia postępowania. Jednocześnie niemożliwe staje się wszczęcie postępowania egzekucyjnego oraz wykonanie postanowienia o zabezpieczeniu roszczenia lub zarządzenia zabezpieczenia roszczenia wynikającego z wierzytelności. Po rozpoczętym postępowaniu, bez zgody nadzorcy układu, niedopuszczalne będzie również wypowiedzenie umów, w tym m.in. najmu lub dzierżawy, leasingu, ubezpieczeń majątkowych, umów rachunku bankowego czy umów poręczeń.

Czas ma ogromne znaczenie

W sytuacji kryzysowej sprzymierzeńcem przedsiębiorców z pewnością nie jest upływający czas. – W oczekiwaniu na pozytywne sygnały o odbiciu w gospodarce, firmy nie mogą lekceważyć narastających problemów wewnątrz własnej organizacji. Wraz z pogarszaniem się sytuacji finansowej firmy coraz trudniej zawrzeć porozumienie z wierzycielami. Zmniejsza się także liczba dostępnych opcji naprawy finansów firmy, w tym także opcji restrukturyzacyjnych. Aby na koniec uniknąć chaotycznych ruchów, warto przygotować strategię naprawczą odpowiednio wcześniej, jeszcze przed pojawieniem się realnego ryzyka niewypłacalności – tłumaczy Małgorzata Anisimowicz.

Jednym z kluczowych i najbardziej efektywnych rozwiązań w sytuacji kryzysowej jest właśnie restrukturyzacja, która nie tylko chroni majątek i umowy przedsiębiorstwa, ale także zabezpiecza interesy kontrahentów, chroniąc ich przed tzw. efektem domina w przypadku upadku przedsiębiorstwa. Otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego przez spółkę, jest również działaniem zaradczym i naprawczym, które uwalnia członków zarządu od solidarnej odpowiedzialności majątkiem osobistym za powstałe zobowiązania. Dzięki temu tworzy ono bezpieczną przestrzeń do zaplanowania i wdrożenia instrumentów naprawczych na wielu płaszczyznach i to bez osobistego ryzyka w przypadku niepowodzenia.

Jeden doradca na wiele problemów

Wszystkie rodzaje postępowań restrukturyzacyjnych poza wstrzymaniem egzekucji, zawarciem układu z wierzycielami i ochroną kluczowych umów, dostarczają także możliwości, narzędzia i czas na przebudowę modelu biznesowego, uwzgledniającego potencjał przedsiębiorstwa i zmieniające się potrzeby klientów. – Teraz, korzystając z uproszczonego postępowania, będzie można to robić jeszcze szybciej – podkreśla Małgorzata Anisimowicz. Prezes zarządu PMR Restrukturyzacje przypomina jednocześnie, że już na rozpoczęciu procesu naprawczego kluczowy jest wybór doradcy restrukturyzacyjnego, który zapewnia interdyscyplinarne wsparcie i doradztwo przez całą restrukturyzację, od etapu decyzji, aż do wyniku końcowego. – Doradcy restrukturyzacyjni jako specjaliści z zakresu wsparcia przedsiębiorstw w kryzysie powinni zapewnić wsparcie w zakresie finansów, księgowości, podatków, analiz rynkowych czy też negocjacji. Decydując się na taką formę doradztwa, firma otrzymuje kompleksowe wsparcie w ramach jednego podmiotu, który krok po kroku pomaga jej w odzyskaniu płynności finansowej i wyjściu na biznesową prostą – podsumowuje Małgorzata Anisimowicz.

Rozszerzona rzeczywistość w reklamie to już nie science fiction

Firmom z każdej branży coraz trudniej wyróżnić się na rynku, zaangażować odbiorców i ich utrzymać. Klienci oczekują silnych bodźców i prawdziwych emocji, które umocnią autentyczność marki i jej historię. Według badań, ich uwagę można jednak przyciągnąć jedynie na 8 sekund.[1] O ten czas rywalizują dziesiątki komunikatów jednocześnie. Wygrywa ten, kto wejdzie w interakcję, połączy przestrzeń rzeczywistą i wirtualną, pozwoli na wypróbowanie produktu przed kupnem. Nowy wymiar komunikacji zapewniają technologie takie jak rozszerzona rzeczywistość, która już dawno przestała być traktowana jak science fiction.

Dać się zaskoczyć

Według prognoz za 10 lat aż 69% decyzji konsumentów będzie podejmowanych na podstawie interakcji z inteligentnymi urządzeniami.[2] Wirtualni doradcy zbadają potrzeby odbiorców, a przymierzalnia online dopasuje stylizację. Już teraz, często nieświadomie, wykorzystywane są zaawansowane rozwiązania w codziennym życiu, takie jak wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, sztuczna inteligencja czy roboty. Służą one do zabawy lub bardziej praktycznych czy zawodowych celów, ale mają cechę wspólną – zaskakują odbiorcę.

Ożywiony obraz

Technologia rozszerzonej rzeczywistości (ang. Augmented Reality, AR) umożliwia połączenie w czasie rzeczywistym świata prawdziwego z interaktywnym obrazem generowanym cyfrowo. Dzieje się to zazwyczaj bezpośrednio w smartfonie – po zeskanowaniu dany obraz zostaje uzupełniony o tekst, zdjęcia, modele graficzne 3D, animacje, filmy czy dźwięki. Rozpoznane przez aplikację obrazki w książeczce dla dzieci mogą więc „ożywać”, zeskanowane w sklepie opakowanie produktu przenosić do przepisu kulinarnego, papierowa instrukcja składania mebli zapewniać film instruktażowy, a wiszące w witrynie sklepu logo przekazać dodatkowy kupon na zakupy. A to dopiero początek możliwości wykorzystania AR.

Klucz do serca klienta

Otaczające bodźce sprawiają, że niewiele rzeczy robi już wrażenie na odbiorcach marketingowych komunikatów. Aby zainteresować i utrzymać użytkownika, trzeba dostarczyć mu informacje w sposób wygodny i angażujący emocje. Rozszerzona rzeczywistość pozwala wejść w interakcję z odbiorcami, wyróżnić się i przyciągnąć zainteresowanie. Pobudza wyobraźnię i pozytywne skojarzenia, dostarcza nowych emocji, które są kluczem współczesnego marketingu. Może połączyć papier sensoryczny oraz techniki drukarskie, pozwala na przekroczenie granicy pomiędzy zdjęciem a filmem.

Rozszerzona rzeczywistość pomoże w ciekawszej prezentacji produktów i usług, łatwym pokazaniu funkcji i zalet np. maszyn produkcyjnych czy wielu przedmiotów jednocześnie. Daje nieograniczone możliwości m.in. w reklamie ambientowej: wzbogaca przekaz o wideo, animacje, zdjęcia, modele 3D, mapy, quizy czy formularze. Wystarczy interaktywna tablica reklamowa w centrum handlowym, ulotka bądź okładka. Technologia AR nie jest przy tym jeszcze powszechnie wykorzystywana, dzięki czemu zachowuje efekt nowości. Wzbudza zainteresowanie, wciąga klienta w emocjonalną historię, bawi, zachęca do interakcji. Takie reklamy wymagają czynnego udziału odbiorcy, dlatego są bardzo skuteczne w budowaniu wizerunku marki i produktu, a przy tym łatwe do zintegrowania z innymi kanałami komunikacji – wskazuje Anna Pantus, Marketing Communications Manager w firmie Konica Minolta.

[1] https://www.labelsandlabeling.com/news/industry-updates/vicki-strull-brands-don%E2%80%99t-exist-without-packaging

[2]  Raport SAS, Experience 2030 – The Future of Customer Experience is… NOW!

USA straszy rynki

Na rynki wypłynęła informacja o wznowieniu kwarantanny w niektórych stanach. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać, inwestorzy obniżyli swój apetyt na ryzyko sprzedając co bardziej ryzykowne aktywa. Złoty na razie traci niewiele, ale zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie.

Powrót epidemii w USA?

Wczorajsza informacja o przywróceniu kwarantanny w niektórych stanach spowodowała spory popłoch na rynkach. Powodem jest strach przed kolejnym lockdownem. Stanowisko Donalda Trumpa w tej sprawie (który nie wiadomo czy żartem, czy nie, sugerował zmniejszenie liczby testów by poprawić sytuację) nie pomaga. Spadki było widać wczoraj wyraźnie zarówno na giełdach, jak i surowcach energetycznych. Nie ominęły one również walut krajów rozwijających się, w tym złotego.

Indeks IFO w górę

Po dobrych danych z indeksów PMI lepszy od oczekiwań indeks IFO nie jest zaskoczeniem. 86,2 punktów to wciąż jednak wyraźnie poniżej 100 punktów będących w przypadku tego wskaźnika pewnym stanem równowagi pomiędzy pozytywnym i negatywnym podejściem. Pokazuje to, że jeszcze daleka droga u naszych zachodnich sąsiadów do powrotu do wzrostów. Widać to było również po walucie, gdzie wczoraj mimo krótkotrwałych odbić euro traciło względem dolara.

Stopy procentowe w Czechach bez zmian

Na wczorajszym posiedzeniu Czeski Narodowy Bank nie zaskoczył analityków. Utrzymał on stopy procentowe na niezmienionym poziomie podtrzymując relatywnie rzadką sytuację wyższej stopy procentowej w Pradze niż w Warszawie. Różnica pomiędzy 0,25% i 0,1% nie jest jednak niczym szczególnie istotnym. Co ciekawe, korona czeska po tych danych lekko traciła na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:30 – Unia Europejska – protokół z posiedzenia EBC,
  • 14:30 – USA – zamówienia na dobra,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Inteligentna wyszukiwarka wakacji z dofinansowaniem NCBR

Firma z Gdańska buduje inteligentny system wyszukiwania ofert turystycznych oparty na algorytmach rozumienia języka naturalnego. Grant na realizację projektu przyznało Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Intuicyjność, prostota, oszczędność czasu, kompleksowość. Rozwiązanie Qtravel API bazujące na algorytmach rozumienia języka naturalnego, ze szczególnym uwzględnieniem języka polskiego, dostosowane do wielkoskalowego zastosowania w wyszukiwarce, będzie nowością na naszym rynku turystycznym. Prace nad nim ruszają 1 lipca br.

– Dla branży turystycznej, a zwłaszcza dla podmiotów operujących w językach innych niż angielski, takie narzędzia są praktycznie niedostępne – mówi Agnieszka Kukałowicz, prezes zarządu Q&Q Sp. z o.o.

Pionierską wyszukiwarkę wycieczek z wyszukiwaniem kontekstowym spółka Q&Q uruchomiła w swoim portalu turystycznym Qtravel.pl w już w 2010 roku. Cel: uwolnienie użytkowników od skomplikowanych formularzy na rzecz prostych mechanizmów wyszukiwania. Choć samo narzędzie, jak przyznają dziś jego twórcy, nie było doskonałe, proste algorytmy wyszukiwania tekstowego udało się w nim zastosować. Z jakim efektem?

– Był bardzo pozytywny feedback z rynku, głównie od naszych klientów, ale także partnerów biznesowych – przyznaje prezes Kukałowicz. – Temat budowy narzędzia, które faktycznie rozumiałoby język polski, przewijał się w naszych głowach bezustannie.

Boom na rozwiązania wykorzystujące technologie inżynierii języka naturalnego (NLP), takie jak np. konwersacyjne boty, sprawił, że zespół nie miał już wątpliwości: to właściwy kierunek. Pomysł ewoluował, aż zapadła decyzja o złożeniu wniosku o dofinansowanie w konkursie „Szybka Ścieżka” NCBR. Z sukcesem. W kwietniu br. strony podpisały umowę na realizację projektu.

Decyzją ekspertów na opracowanie nowatorskiego systemu wyszukiwania i prezentacji ofert turystycznych Q&Q otrzyma 3,2 mln zł z unijnego Programu Inteligentny Rozwój. Całkowita wartość projektu to 4,4 mln zł.

Prace badawczo-rozwojowe zajmą około dwóch lat. Następnie spółka chce wdrożyć wypracowane rozwiązania, a także zaoferować je licencjobiorcom.

– Turystyka to sektor bardzo istotny dla gospodarczego, społecznego i kulturowego rozwoju naszego kraju. Choć w związku z epidemią koronawirusa przeżywa obecnie trudności, to jednak jestem przekonany, że naturalna ciekawość świata i potrzeba odpoczynku, a także wsparcie dla firm działających w tym obszarze pozwolą całej branży szybko podźwignąć się z kryzysu. Z pewnością nowa turystyka będzie trochę inna i wymagać będzie większej troski o klienta. W ten trend doskonale wpisuje się lepsze dopasowanie dziesiątek tysięcy ofert do zapytań użytkowników, nad którym pracują nasi przedsiębiorcy i naukowcy – zauważa dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

– Jak pokazują dane GUS, w 2018 roku ponad 60 proc. dorosłych mieszkańców Polski co najmniej raz wybrało się w podróż turystyczną, a w ciągu roku odbyliśmy w sumie 72 mln podróży. Mimo zachwiania spowodowanego światową pandemią ta ważna dla rozwoju naszej gospodarki branża ma przed sobą przyszłość, bo wszyscy czasem potrzebujemy oderwania się od naszych codziennych zajęć. Wsparcie z Funduszy Europejskich dla innowacji w turystyce, które powstają w naszym kraju, przekłada się na nasze zdrowie i nowe siły, a także powstawanie nowych miejsc pracy i wybór naszego kraju jako wymarzonego miejsca na wakacje, wypoczynek i miejsce spędzania wolnego czasu – mówi Anna Gembicka, wiceminister funduszy i polityki regionalnej.

Gdzie pojechać na nurkowanie latem?

W przypadku tradycyjnego wyszukiwania ofert od turystów wymaga się uzupełnienia wielu pól poprzez podanie konkretnych parametrów wyjazdu, takich jak: kierunek, klasa hotelu, forma wyżywienia, oczekiwane atrakcje turystyczne i wypoczynkowe, liczba uczestników czy wiek dzieci.

– Badania prowadzone w tym zakresie pokazują, że jest to metoda wymagająca od użytkownika dużego nakładu uwagi, pracy, cierpliwości. Często zbyt dużego, a to może prowadzić do zniechęcenia i rezygnacji z interakcji – podkreśla prezes Agnieszka Kukałowicz.

Efekt wielogodzinnych poszukiwań? Duża liczba mało dopasowanych ofert. W ten sposób można stracić potencjalnych klientów, zwłaszcza ludzi młodych, którzy rzadko mają tak bardzo sprecyzowane preferencje. Są za to otwarci na inspiracje i dodatkowe aktywności. Szukają przede wszystkim ciekawych, nowych pomysłów.

Specjaliści z branży mają świadomość, że zgodnie z nowymi trendami, turyści oczekują podniesienia komfortu korzystania z usług. Można to osiągnąć poprzez wysoki poziom intuicyjności stosowanych rozwiązań, nowe sposoby komunikacji (chatboty, inteligentne głośniki) oraz dostarczanie informacji o usługach i niestandardowych atrakcjach turystycznych, chociażby takich jak okresowa wystawa prac ulubionego artysty, koncert słynnej gwiazdy czy spotkanie fanów z mistrzem sportu. Przedkłada się to również na wzrost oczekiwań w stosunku do nowoczesnych systemów wyszukiwania.

Dlatego innowacyjna wyszukiwarka stawia na pytania otwarte, np. „Gdzie pojechać na wakacje w ciepłe kraje w lutym”, „Gdzie pojechać z żoną na nurkowanie w lato”, „Który hotel dla nowożeńców wybrać na Karaibach”. Za pomocą przygotowanych algorytmów analizy języka naturalnego silnik zamieni te bardzo ogólne, nieustrukturyzowane pytania, sformułowane w języku naturalnym, na postać numeryczną, ustrukturyzowaną – i zwróci użytkownikowi oferty spełniające te kryteria.

– Język naturalny to język naszej codzienności. Nie ma on określonej struktury, jak język formalny czy język programowania (np. Java, C++, PHP). To z punktu widzenia naszego tematu czyni go stosunkowo trudnym do interpretacji przez klasyczne algorytmy komputerowe – mówi prof. Maciej Piasecki z Wydziału Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej, odpowiedzialny w projekcie za prace badawcze w zakresie opracowania algorytmów analizy semantycznej tekstów dla branży turystycznej i języka polskiego. – Algorytmy rozumienia języka naturalnego są budowane w oparciu o metody uczenia maszynowego, a także przez przygotowane przez człowieka wzorce działania systemu (tzw. korpusy), dziedzinowe bazy reguł lingwistycznych oraz relacyjne słowniki semantyczne (np. słowosieć).

Obrazowo rzecz ujmując, algorytmy te mają za zadanie przekształcenie wyrażeń języka naturalnego (np. polskiego, angielskiego czy hiszpańskiego) na bardziej formalny język symboliczny, łatwiejszy do zrozumienia przez programy komputerowe. Kluczowym elementem przy budowaniu algorytmów języka naturalnego jest opracowanie ukierunkowanych rozwiązań na podstawie dużej ilości danych z określonej dziedziny.

– Dzięki temu możliwa jest zamiana nieustrukturyzowanych zapytań w języku naturalnym (np. „Gdzie pojechać z żoną na nurkowanie w lato”) na formę zrozumiałą dla wyszukiwarki turystycznej (liczba osób: 2, aktywność: nurkowanie, termin: 01.07-30.08). Następnie trzeba wykorzystać możliwość analizy treści opisowych z ofert do jak najlepszego dopasowania pytania do ofert. Nawet jeżeli nie pojawiają się dokładnie te słowa co w zapytaniu, a jedynie sformułowania o bardzo podobnym znaczeniu – tłumaczy prof. Piasecki.

Wyprawa rodzinna czy podróż biznesowa?

Po uzyskaniu ustrukturyzowanych zapytań można jeszcze dopytać użytkownika o brakujące parametry potrzebne do dokonania rezerwacji (np. liczba osób, zakres dat). Możliwe będzie także zaproponowanie różnych aktywności (nurkowanie, kitesurfing itp.) czy rodzaju podróży (np. podróż poślubna, podróż biznesowa, podróż rodzinna).

Maszynowe „zrozumienie” treści pytania i ofert umożliwi ponadto wprowadzenie elementów interakcyjności w komunikacji i dojście do wyboru „szytych na miarę” ofert zaledwie w kilku krokach.

– Takie podejście pozwala użytkownikowi odkryć dosłownie w minutę dopasowane do jego indywidualnych potrzeb ofert ­– zapewnia specjalista w zakresie inżynierii języka naturalnego.

Trzeba jeszcze sobie poradzić ze złożonością i kolosalnym rozmiarem danych turystycznych. Skala wyzwania technologicznego jest w tym przypadku ogromna, bo jak tłumaczą eksperci, aby zapewnić automatyczne wyszukiwanie pakietów turystycznych tylko od jednego większego operatora, opracowywanie narzędzie musi indeksować 1,5 mln plików zawierających zmienne ceny w zależności od liczby osób, liczby dzieci, a nawet ich wieku. Q&Q stawia w tym aspekcie na swoich specjalistów IT z doświadczeniem w zakresie przetwarzania danych turystycznych, rozwiązań Big Data i systemów wyszukiwania.

– Każdy zadaje sobie pytanie, jak łatwo, szybko i płynnie dokonać takiej technologicznej rewolucji. A co najważniejsze, jak dokonać tego bez strat dla prowadzonego biznesu. I są to pytania uzasadnione. Prawda jest taka, że budowa wyszukiwarki semantycznej ofert dla turystyki przy jej obecnych ograniczeniach jest większym wyzwaniem niż dla innych, bardziej jednorodnych branż. Mamy przekonanie, że przygotowanie narzędzi Qtravel API jest odpowiedzią na to zapotrzebowanie – mówi prezes Agnieszka Kukałowicz.

Jak zaznacza, dzięki dofinansowaniu z programu „Szybka Ścieżka” NCBR, firma Q&Q będzie mogła, pozyskując kadrę badawczo-rozwojową, zrealizować etap badań przemysłowych dotyczący algorytmów NLP dla języka polskiego. Do tej pory było to dla zespołu największe wyzwanie pod względem finansowym i organizacyjnym.

– Dysponowanie innowacyjną i unikalną technologią dedykowaną na rynek turystyczny przyczyni się do wzrostu konkurencyjności firmy i będzie stanowić o jej przewadze nad innymi graczami na rynku turystycznym – jest przekonana Kukałowicz. – Odzyskamy dla branży klienta, który do tej pory wolał sam składać swoje puzzle turystyczne. Damy mu powód, aby zaufał doradcom.

Turystyka w świecie po COVID-19

Projekt rusza w momencie, gdy epidemia COVID-19 paraliżuje branżę turystyczną.

Profesor Magdalena Kachniewska (Szkoła Główna Handlowa w Warszawie), która będzie wspierać prace zespołu projektowego w zakresie nowych technologii w turystyce, zwraca uwagę, że każdą sytuację kryzysową można postrzegać albo pesymistycznie jako stratę, albo optymistycznie jako szansę na coś nowego i rozwojowego.

– W naszym projekcie obowiązuje ta druga optyka. Oczywiście, aktualna sytuacja związana z ogólnym spowolnieniem dynamiki rozwoju, zanikiem ruchu turystycznego, ograniczeniem swobody podróżowania, utrzymującym się poczuciem zagrożenia, które w oczywisty sposób wpływa na niską skłonność do podejmowania podróży, wydaje się skrajnie niekorzystna. My jednak uważamy, że kryzys to idealny czas na opracowanie nowych rozwiązań – mówi prof. Kachniewska. – Proszę zwrócić uwagę, że to nie pierwszy kryzys w branży travel. Potrzeba podróżowania, wypoczynku, regeneracji ma jednak w sobie jakąś naturalną siłę przetrwania.

Nie ulega wątpliwości, że istotnej zmianie ulegnie formuła i czas wyjazdów wypoczynkowych.

– Nasze wstępne badania wskazują, że w najbliższym sezonie respondenci planują podejmować kilkukrotne, ale za to krótsze wyjazdy wakacyjne. Z pewnością będą wyjeżdżać na mniejsze odległości, poszukiwane będą tańsze opcje wyjazdów wakacyjnych, a znacząca część popytu na wyjazdy zagraniczne przesunie się w kierunku turystyki krajowej. Wygląda zatem na to, że operujący na rynku travel gracze potrzebować będą nowych, optymalnych dla istniejących potrzeb narzędzi, które pomogą budować biznes w nowej odsłonie. Potrzebna będzie łatwiejsza, szybsza, lepsza orientacja, szybka identyfikacja atrakcyjnych ofert, optymalizacja wyboru, filtrowanie dostępnych propozycji według różnorodnych – niegdyś całkiem nieistotnych – kryteriów – wskazuje prof. Magdalena Kachniewska.

Z analiz badaczy wynika, że niestandardowe kryteria doboru kierunku wyjazdu i rodzaju imprezy turystycznej nie znajdują na razie odpowiedniego wsparcia w postaci narzędzi cyfrowych. Qtravel API ma to zmienić. Pierwsze wyniki projektu będą wdrażane za 2,5 roku.

– Z całą pewnością rynek turystyczny będzie wówczas w zupełnie innym punkcie niż dzisiaj. Firmy, które się utrzymają, będą szukały nowych, niskokosztowych rozwiązań zwiększających ich atrakcyjność i skuteczność. Narzędzie i usługi, które będą wynikiem naszego projektu, stanowią odpowiedź na te potrzeby – mówi Agnieszka Kukałowicz.

Zespół projektowy przewiduje, że opracowane mechanizmy budowy algorytmów przetwarzania języka naturalnego można będzie stosunkowo łatwo przenieść na inną dziedzinę, np. platformę medyczną, motoryzacyjną czy wydawniczą. Jesteśmy przekonani, że tak jak np. w przypadku czeków podróżniczych, a potem kart płatniczych, nasze rozwiązanie – opracowane pierwotnie dla turystyki – podbije inne branże, a z czasem i rynki. Jesteśmy tu perspektywicznymi optymistami dodaje prezes Q&Q.

Czym jest system TMS? Czy postępująca cyfryzacja transportu będzie dotyczyć mojego przedsiębiorstwa?

Według danych z raportu McKinsey & Company branża TSL jest sektorem gospodarki z największym potencjałem do cyfryzacji. Nowoczesne technologie stają się nieodłącznym elementem w transporcie, coraz więcej przedsiębiorstw decyduje się usprawnić organizację pracy i oszczędzić jak najwięcej czasu oraz zasobów – konkurencja nie śpi, a kluczem do sukcesu jest najczęściej odpowiednie zbalansowanie planu danego frachtu z zachowaniem odpowiedniej rentowności. By zachować kontrolę oraz konkurencyjność na rynku, firmy transportowe spoglądają w stronę kompleksowych rozwiązań, takich jak Transportation Management System, w skrócie TMS. Marta Staniszewska, ekspert GBOX z Grupy INELO przybliża podstawowe założenia oraz funkcjonalności systemów TMS w pierwszym z serii tekstów poradnikowych dla firm z branży transportowej chcących zainwestować w tego rodzaju rozwiązanie.

Co to jest TMS?

System TMS to transportation management system, czyli system zarządzania transportem. Takie oprogramowanie powstało, by umożliwić pełną automatyzację procesu planowania dostaw towarów przede wszystkim poprzez oszczędność czasu i ułatwienie pracy. Praca spedytora opiera się na trzech, podstawowych zadaniach. Po pierwsze, należy znaleźć zlecenie, po drugie, musimy zając się opracowaniem kosztorysu, negocjacją warunków kontraktu co będzie skutkowało wystawieniem faktury. Trzeci, ostatni element to płatność i rozliczenie się za wykonany przejazd. – Koordynacja tych wszystkich elementów bardzo często wiąże się z pracą kilku osób, co przekłada się na kilkadziesiąt wymienionych maili, pracę w komputerowym skoroszycie, programie księgowym, musimy wytyczyć trasę na mapie, obliczyć niezbędne koszty, takie jak pensja kierowcy, paliwo i mnóstwo innych elementów składających się na finalne wyruszenie ciężarówki z bazy. System TMS pozwala nam zebrać te wszystkie informacje w jednym miejscu, gdzie możemy pracować ze zleceniami, fakturami i płatnościami – mówi Marta Staniszewska, ekspert GBOX oraz Easy TMS, Grupa INELO.

Dla kogo jest system TMS?

Dostępność nowych technologii i postępująca cyfryzacja sektora transportowego sprawiają, że implementacja systemu TMS pozwalającego na automatyzację procesów jest już możliwa w praktycznie każdej firmie transportowej. Na wybór systemu TMS decydują się więc zarówno przedsiębiorstwa działające na rynku ponad 30 lat oraz firmy dopiero stawiające pierwsze kroki w transporcie i logistyce. – Nowe technologie coraz częściej goszczą w naszym życiu zawodowym, coraz więcej przedsiębiorstw z wielu branż decyduje się sięgać po nowoczesne rozwiązania ułatwiające pracę. Nie inaczej jest w transporcie. System TMS to bardzo często podstawa działalności wielu firm transportowych. Możliwość kontroli wszystkich aktywności w firmie związanych ze zleceniami, czy obecnie realizowanymi przejazdami oraz przyspieszenie wielu czynności, takich jak wystawianie faktur nie tylko ułatwia pracę ale może przynieść spore oszczędności – dodaje Marta Staniszewska.

Czy wdrożenie systemu TMS sprawi, że moja firma będzie więcej zarabiać?

– Wdrożenie nowych technologii, takich jak TMS w firmie transportowej, z pewnością pozwala na lepsze rozeznanie sytuacji rynkowej oraz dokładne przebadanie rentowności naszego przedsiębiorstwa. Mając dokładne dane na temat zleceń, łatwiej orientując się w sprawach związanych z księgowością oraz obsługą płatności będziemy w stanie lepiej organizować pracę, co może przełożyć się na lepszą wydajność oraz zysk. – Musimy jednak pamiętać, że TMS nie jest uniwersalnym lekarstwem na ewentualne problemy trapiące naszą firmę. System TMS pozwala przetwarzać dane, które do niego wprowadzimy. W momencie, kiedy np. chcemy mieć kontrolę nad flotą naszych pojazdów, wyciągać wnioski na temat bieżącego spalania naszych kierowców, czy na bieżąco doglądać obrane trasy z naszym ładunkiem musimy posiadać odpowiednie urządzenia telematyczne, które zbiorą dla nas te informacje – komentuje Marta Staniszewska. Dobrym pomysłem będzie też zaimplementowanie dostępnych w internecie giełd zleceń do naszego TMS. W połączeniu z telematyką będziemy mogli wydajnie planować kolejne frachty nie czekając na meldunki kierowców oraz nie będziemy tracić czasu na research nowych zleceń.

Jak wybrać odpowiednie oprogramowanie dla naszej firmy?

W procesie wyboru odpowiedniego systemu TMS jest odpowiednie zbadanie potrzeb naszej firmy oraz sumienne przygotowanie się do wdrożenia przedsiębiorstwa pod możliwości oprogramowania. Konfiguracja TMS zależy od bardzo wielu czynników, przede wszystkim firmy zajmujące się wyłącznie spedycją nie będą potrzebować tylu funkcjonalności co przewoźnicy posiadający własną flotę. – Badanie potrzeb naszego przedsiębiorstwa jest bardzo potrzebne w momencie kiedy chcemy zająć się cyfryzacją naszej firmy. Nie możemy spodziewać się, że zainstalowany TMS będzie od razu w pełni funkcjonalny i dopasowany. Proces wdrożenia, w przypadku dużych firm, może trwać nawet kilka miesięcy – automatyzacja, która jest największą zaletą TMS wymaga zebrania wielu informacji, odpowiedniego opracowania oraz przede wszystkim umiejętnego wprowadzenia danych do naszego systemu. Jeśli nie czujemy się wystarczająco kompetentni, aby taki proces przeprowadzić we własnym zakresem, to dobrym pomysłem może być skorzystanie z odpowiedniego szkolenia organizowanego przez firmy oferujące rozwiązania TMS. Warto przeprowadzić odpowiedni rekonesans, niektóre wdrożenia są oferowane za darmo w momencie wyboru systemu TMS danej firmy – podpowiada Marta Staniszewska.

Znalezienie ekipy budowlanej coraz trudniejsze. Polacy poświęcają średnio 3 miesiące no poszukiwania wykonawców budowy wymarzonego domu

Polacy poświęcają zwykle 3 miesiące na znalezienie odpowiedniej ekipy budowlanej, a następnie czekają kolejne tygodnie na wolny termin u wybranych wykonawców wynika z najnowszego badania Oferteo.pl. Najczęściej przy wyborze kierują się opiniami znajomych oraz poprzednich klientów danej firmy.

Długie miesiące poszukiwania wykonawców

Ile czasu zajął Państwu wybór ekipy, która miała rozpocząć budowęW ubiegłym roku wybór odpowiedniej ekipy budowlanej zajmował inwestorom zwykle 2-3 miesiące. Jedna trzecia badanych przez Oferteo.pl, największego polskiego serwisu łączącego poszukujących towarów i usług z ich dostawcami, zdołała zamknąć proces w ciągu miesiąca, a kolejne 29% musiały poświęcić na poszukiwania nawet więcej niż 3 miesiące.

Po wybraniu odpowiedniego zespołu trzeba jeszcze poczekać na wolny termin w kalendarzu specjalistów. Co trzeci badany czekał w kolejce do wykonawców od 1 do 3 miesięcy, a u 30% czas oczekiwania wynosił ponad 3 miesiące. 37% budujących dom wybrało ekipę, która była w stanie rozpocząć pracę w ciągu miesiąca.

Opinie poprzednich klientów najważniejsze

Czym kierowali się Państwo przy wyborze ekipy budowlanejPrzy podejmowaniu decyzji o tym, komu powierzą budowę domu, Polacy najczęściej kierowali się referencjami innych klientów (44% respondentów) oraz poleceniami znajomych (37%). Pod uwagę często brali także swoje odczucia po bezpośrednim kontakcie z wykonawcami. Jak się okazuje, nie bez znaczenia są także dostępność w konkretnym terminie (wskazana przez 31% uczestników badania) oraz zaproponowana przez firmę cena usługi (30%).

Przeczytanie opinii poprzednich klientów oraz zapoznanie się ze zrealizowanymi dotychczas projektami to najbardziej wiarygodne sposoby przekonania się, czy mamy do czynienia z dobrymi specjalistami. Warto poświęcić czas na rozważenie i porównanie wszystkich dostępnych na rynku opcji, aby znaleźć zaufaną i sprawdzoną ekipę budowlaną, która sprosta naszym oczekiwaniom. Oczywiście do najwyższej klasy specjalistów ustawiają się najdłuższe kolejki, trzeba więc uzbroić się w cierpliwość, a najlepiej rozpocząć poszukiwania odpowiednio wcześnie – radzi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl.

Znalezienie ekipy coraz trudniejsze

Jak długo musieli Państwo czekać aż wybrana ekipa mogła rozpocząć pracę

 

Pytani o to, co sprawiło im najwięcej trudności podczas całego procesu inwestycyjnego, aż 40% ankietowanych odpowiedziało, że było to znalezienie odpowiedniej ekipy budowlanej. Rok wcześniej taką odpowiedź wskazało 35% badanych. Wygląda więc na to, że szukanie specjalistów budowlanych z roku na rok staje się coraz bardziej wymagające. Z najnowszej edycji badania Oferteo.pl wynika, że w ubiegłym roku więcej trudności generowało jedynie załatwienie formalności urzędowych.

Koszty robocizny najczęściej przerastają założony budżet

Co sprawiło Państwu najwięcej trudności podczas całego procesu inwestycyjnegoWyniki badania Oferteo.pl pokazują, że Polacy mają trudność, by właściwie oszacować koszty budowy domu. W zdecydowanej większości (68%) inwestorzy błędnie przewidują koszty inwestycji, a rzeczywiste wydatki okazują się znacznie wyższe niż zakładano. Najczęściej Polaków zaskakują ceny robocizny, które wskazało aż 46% badanych. 41% zapłaciło więcej za materiały.

Metodologia badania

Przedstawione w „Raporcie o budowie domów w Polsce” dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego w 2020 roku metodą CAWI na próbie 660 osób, które w 2019 roku budowały dom.

Technologia dla biur – doraźnie i długofalowo

Co kilka, kilkanaście lat mamy do czynienia z globalnym wydarzeniem, które swoją skalą wpływa na społeczeństwo powodując znaczące zmiany w naszym nastawieniu i kształtując najmłodsze pokolenia. W ciągu ostatnich dekad były to zarówno pozytywne, jak i negatywne wydarzenia: lądowanie na księżycu (1969), upadek muru berlińskiego (1991), zamachy na World Trade Center (2001) czy globalny kryzys gospodarczy (2008). Obecnie przechodzimy przez pandemię COVID-19 – kolejne wydarzenie, które zapisze się na kartach historii w kategorii dużego markera społecznego.

Marker społeczny wprowadza wiele niepewności, jednocześnie zmieniając naszą rzeczywistość na tyle, że kształtowane przez lata nawyki ludzkie potrafią się w ciągu kilku miesięcy obrócić o 180 stopni. Jednym z największym sprzymierzeńców i akceleratorów zmian jest technologia – to dzięki niej mogliśmy zamknąć się w domach, ale nadal pracować, dzięki niej też mogliśmy przestać chodzić do sklepów, ale nadal kupować.

Technologia jest już na takim etapie rozwoju, że nie sposób od niej uciec. Według raportów CISCO do 2025 roku przewiduje się, że wyprodukujemy 175 zetabajtów danych. Dla porównania pierwszy zetabajt osiągnęliśmy w 2016 roku, a w 2018 było ich już 18. W dodatku 90% tych danych zostanie wyprodukowane przez internet rzeczy, a więc de facto przez maszyny.

Osoby, które wcześniej nie korzystały i nawet nie próbowały się przekonać do rozwiązań takich, jak praca zdalna czy e-commerce w wyniku pandemii i związanych z nią ograniczeń zostały rzucone na głęboką wodę. Podobnie dzieje się z organizacjami – firmy, które do tej pory nie praktykowały rotacyjnych biurek czy parkingów zaczynają poszukiwać rozwiązań wprowadzających elastyczność oraz wspierających bezpieczeństwo pracowników.

Doraźnie

Planując powroty do biur, myślimy przede wszystkim o bezpieczeństwie, które opieramy dziś głównie o dystans społeczny i częstą dezynfekcję. Jednym z najlepszych doraźnych rozwiązań technologicznych jest wprowadzenie systemu zarządzania powierzchnią biurową tak, aby dostarczać pracownikom informacje w czasie rzeczywistym oraz umożliwić interakcje z przestrzenią. Takie rozwiązanie wdrażamy właśnie w warszawskim biurze Colliers. Jest to system Office App, który integruje wiele funkcjonalności biurowych, zapewniających użytkownikom i zarządcom budynku bezpieczeństwo i wygodę pracy.

Na interaktywnej mapie biura dostępnej w aplikacji możemy pokazywać pracownikom dostępność miejsc pracy – na podstawie tego, które biurka administracja oznaczy w systemie jako dostępne oraz na podstawie rezerwacji innych osób. Dzięki temu możemy blokować biurka tak, aby zagwarantować odległość 2 m pomiędzy pracownikami. Biurka, sale konferencyjne oraz miejsca parkingowe można też rezerwować z wyprzedzeniem, dzięki czemu zbieramy informacje od pracowników o ich zamiarach i gwarantujemy im możliwość skorzystania z tych przestrzeni w czasie, gdy ich dostępność musi zostać ograniczona.

Innym przykładem doraźnego rozwiązania jest elektroniczna rejestracja gości. W ramach aplikacji Office App pracownicy rejestrują wszystkich zaproszonych do biura ludzi. Mogą również rezerwować salę na spotkanie, weryfikując, jaka maksymalna liczba osób jest dopuszczalna w wybranym pokoju. Gość może otrzymać spersonalizowane zaproszenie z informacjami o protokole bezpieczeństwa w naszym biurze. Jednocześnie recepcja ma dostęp do listy gości i potwierdza ich przybycie – osoba zapraszająca otrzymuje wówczas automatyczne powiadomienie na telefonie. Jest to proste rozwiązanie, które poprzez centralne miejsce przekazywania i zbierania informacji zdecydowanie upraszcza proces zarządzania wizytami w biurze.

Zakres systemu Office App jest indywidualnie ustalany z najemcą na podstawie jego potrzeb i możliwości technologicznych nieruchomości. Jest także w pełni dostosowywany do strategii klienta.

Długofalowo

W badaniu Colliers aż 49% pracowników wskazało, że chce pracować z domu 1-2 dni w tygodniu. Są również grupy, które chciałyby pracować zdalnie zdecydowanie więcej. Co ciekawe, wyniki tych badań nie różnią się znacząco od tego, czego oczekiwali pracownicy przed COVID-19. To, co się zmieniło diametralnie, to podejście organizacji do wykorzystania modelu pracy elastycznej, w tym z domu. Aż 74% z badanych przez Colliers najemców potwierdziło, że widzi długofalową zmianę w sposobie, w jakim będą korzystać z biur.

Znaczący wzrost elastyczności wymaga wprowadzenia nowych zasad korzystania z przestrzeni, ale niesie ze sobą również pewne wyzwania. Najemcy muszą odpowiedzieć sobie na pytania, ile powierzchni biurowej będą potrzebować, jak zarządzić zmieniającymi się potrzebami oraz komunikacją? Wdrażając jakiekolwiek doraźne rozwiązania, warto zatem myśleć o perspektywie długofalowej, tak aby zapewnić sobie możliwość uzupełnienia systemu kolejnymi inteligentnymi technologiami, np. sensorami zajętości, które zbiorą realne dane wykorzystania biura w nowej rzeczywistości. W świecie technologicznych rozwiązań bardzo istotna jest bowiem możliwość integracji oraz samej elastyczności oprogramowania, tak by stopniowo móc budować w pełni inteligentne zarządzanie biurem.

Cyfryzacja środowiska pracy nie tylko podnosi poziom elastyczności przestrzeni, lecz także pomaga zaoszczędzić na kosztach eksploatacyjnych biura, co w czasie kryzysu jest szczególnie ważne.

Komentarz Renaty Hartle, manager ds. flex office i rozwiązań technologicznych w Colliers International

Badanie EY: COVID-19 utrudnia prowadzenie przedsiębiorstwa w sposób etyczny

Według Światowego Badania Uczciwości w Biznesie 2020 przeprowadzonego przez EY, 90% ankietowanych uważa, że COVID-19 utrudnia prowadzenie przedsiębiorstwa w sposób etyczny. Z drugiej strony 43% członków zarządu uważa, że pandemia może doprowadzić do poprawy sytuacji związanej z uczciwością w biznesie. Zdaniem 79% badanych w Polsce, dochowanie standardów uczciwości może być wyzwaniem w czasach dynamicznych zmian i trudnej sytuacji rynkowej. Średnia dla krajów rozwiniętych wyniosła 54%. Polscy respondenci pojęcie uczciwości odnoszą raczej do zgodności z prawem i obowiązującymi zasadami (62% odpowiedzi i pierwsze miejsce na świecie) niż postępowania we właściwy sposób, nawet jeśli nikt nie patrzy (27% wskazań i trzecie miejsce od końca na świecie).

57% respondentów w Polsce do najważniejszych korzyści z uczciwego działania zalicza możliwość przyciągania nowych klientów, jest to zdecydowanie więcej niż średnia światowa wynosząca 41%. Natomiast tylko 16% polskich ankietowanych postępuje uczciwie, ponieważ obawia się działań regulatorów i organów ścigania – to dwukrotnie mniej niż na świecie, gdzie na ten powód postępowania wskazało 31% badanych.

Zdaniem 79%, badanych przez EY w Polsce, dochowanie standardów uczciwości może być wyzwaniem w czasach dynamicznych zmian i trudnej sytuacji rynkowej. Na świecie pogląd ten podziela średnio 59% respondentów, a w krajach rozwiniętych – 54%. Kryzys gospodarczy wywołany epidemią COVID-19 zdaniem 90% ankietowanych jeszcze bardziej utrudnił prowadzenie firmy w uczciwy sposób. Z drugiej strony 43% członków zarządu uważa, że pandemia może poprawić sytuację związaną z uczciwością w prowadzeniu firmy. Ten pogląd podziela tylko 21% młodszych stażem pracowników.

Większość ankietowanych przez EY potwierdziło, że kryzys spowodowany COVID-19 negatywnie wpływa na uczciwość w firmach. W Polsce zdecydowanie więcej respondentów niż w innych krajach uważa, że w sytuacji wyzwań rynkowych uczciwe postępowanie jest utrudnione. Jak pokazały doświadczenia kryzysu lat 2007-2008, w niepewnych czasach rośnie presja na działania nieetyczne. Więcej osób skłonnych jest działać niezgodnie z zasadami, a czasem i z przepisami prawa, aby ratować swoje firmy oraz miejsca pracy – mówi Mariusz Witalis, Partner w Zespole Zarządzania Ryzykiem Nadużyć EY. Tym bardziej istotne jest, aby oprzeć się pokusie oszczędzania na funkcji compliance, gdyż oprócz ryzyka prawnego, rośnie także ryzyko reputacyjne, m.in. za sprawą mediów społecznościowych, dzięki którym przepływ wszelkich informacji jest szybszy – dodaje.

Badanie przeprowadzone przez EY pokazało, że globalnie kadra kierownicza jest skłonna do działań nieetycznych czterokrotnie częściej niż szeregowi pracownicy, odpowiednio 12% i 3% wskazań. Co ciekawe, 58% członków zarządu jest przekonanych, że ich działania są zgodne z prawem i obowiązującymi zasadami. Natomiast 57% pracowników młodszych stażem ma co do tego wątpliwości. Jednocześnie znaczna część respondentów uważa, że to właśnie kierownictwo odgrywa kluczową rolę w budowaniu postaw etycznych. W Polsce tylko 7% ankietowanych uważa, że to dział compliance (zarządzający ryzykiem braku zgodności) jest odpowiedzialny w firmie za zapewnienie uczciwego postępowania pracowników – na świecie 18% badanych wyraziło taki pogląd.

W przypadku postaw indywidualnych blisko co czwarty (23%) badany w Polsce (30% na świecie) byłby gotowy postąpić nieetycznie, jeśli miałoby to pozytywny wpływ na jego wynagrodzenie lub rozwój kariery. Co siódmy (13%) uczestnik badania ogółem i aż co piąty (20%) członek zarządu byłby skłonny ignorować nieetyczne postępowanie kontrahenta, jeśli miałoby to pozytywny wpływ na jego wynagrodzenie lub rozwój kariery.

Badanie EY porusza też kwestię sygnalistów w firmach. Już od grudnia przyszłego roku wchodzi w życie Dyrektywa UE w zakresie ochrony sygnalistów, która kompleksowo reguluje tę kwestię.

Badanie pokazało, że 23% pracowników w naszym kraju choć raz zgłaszało jakąś nieprawidłowość, globalnie 37% ankietowanych przyznało się do takich działań. Z kolei 31% respondentów w Polsce, w porównaniu do 40% na świecie, było świadkiem zachowań, które mogłyby być uznane ze nieetyczne. Co istotne ankietowani podkreślają, że pracownicy mogą obecnie łatwiej niż w przeszłości zgłaszać nieprawidłowości (40% w Polsce i 39% globalnie).

Sygnaliści to najlepsze i najważniejsze źródło informacji o nadużyciach i wątpliwych zachowaniach w firmie. Ważne, żeby czuli się bezpieczni w organizacji. Przeprowadzone przez nas badanie pokazało, że 78% respondentów w Polsce uważa, że w ich organizacji sygnaliści nie muszą obawiać się negatywnych konsekwencji. Niestety 17% polskich ankietowanych wskazuje, że wzrosły obawy pracowników przed korzystaniem z dostępnych kanałów zgłaszania nieprawidłowości. Co gorsza, ponad połowa badanych zgłaszających nieetyczne zachowania czuła presję, aby tego nie robić – tłumaczy Mariusz Witalis.

Światowe Badanie Uczciwości w Biznesie przeprowadzone przez EY w 2020 r. objęło również kwestię cyberbezpieczeństwa i ochrony danych osobowych. Zagrożenie atakiem hakerskim jest najczęściej wskazywanym zagrożeniem dla długoterminowego sukcesu firmy, w Polsce na równi z ryzykiem nadużyć (odpowiednio 32% i 31% odpowiedzi). Jest uważane za groźniejsze niż ryzyko związane z korupcją czy sytuacją makroekonomiczną. Na cyberataki najbardziej narażone są dane klientów i pracowników oraz dane finansowe. W Polsce odsetek tych wskazań (51%) przewyższa średnią światową (34%).

Badanie EY pokazało, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy, 13% polskich organizacji było celem cyberataku – na świecie ten odsetek jest większy i wynosi 21%. Również 13% polskich firm odnotowało poważny wyciek danych (19% globalnie). 37% polskich organizacji (38% na świecie) ma opracowany plan postępowania w przypadku wystąpienia cyberataku. 14% respondentów z Polski (13% na świecie) uważa, że ich firma powinna być lepiej przygotowana na atak hakerski. 25% firm w Polsce ma już wdrożone procedury odpowiedzi na wniosek o dostęp do danych osobowych, globalnie 29% przedsiębiorstw posiada takie procedury. Według badania EY 19% respondentów z Polski (14% globalnie) uważa, że ich organizacja mogłaby lepiej chronić dane klientów.

Światowe Badanie Uczciwości w Biznesie 2020 zostało zrealizowane w okresie od stycznia do lutego 2020 roku przez agencję badań rynku Ipsos Mori. Ankieterzy przeprowadzili 2948 wywiadów w lokalnych językach z członkami zarządów, przedstawicielami kadry kierowniczej wyższego szczebla, managerami i pracownikami wybranych największych spółek z 33 krajów i terytoriów z całego świata. W badaniu wzięło udział 100 firm z Polski. Kolejne 600 wywiadów przeprowadzono w Chinach, Niemczech, Indiach, Włoszech, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych w kwietniu 2020 roku po wybuchu pandemii COVID-19, z zastosowaniem tego samego profilu ankietowanych.

Co czwarta firma chce w ciągu roku wrócić do stanu zatrudnienia sprzed pandemii

Co czwarty polski pracodawca zamierza w ciągu najbliższych 12 miesięcy odbudować liczbę pracowników i wrócić do stanu zatrudnienia sprzed pandemii – potwierdziły firmy w badaniu przeprowadzonym przez ManpowerGroup. Jednocześnie 3% szacuje, że zajmie im to dłużej niż rok, a 17% nie wie, kiedy uda im się osiągnąć ten cel. Na tle prognoz firm z 26 rynków regionu EMEA to polscy pracodawcy są najbardziej pesymistyczni.

Obecna sytuacja na rynku związana z rozwojem koronawirusa jest dynamiczna, a ponad połowa polskich pracodawców szacuje, że nigdy nie wróci do liczby pracowników zatrudnionych przed pojawieniem się Covid-19.

– Fakt, że 55% firm nie planuje powrotu do stanu zatrudnienia sprzed Covidu może wynikać z wielu czynników. Przedsiębiorstwa nie wiedzą, czy w przyszłości uda im się osiągnąć podobny poziom produkcji lub skalę prowadzonego biznesu. Może być to również związane z szukaniem innych rozwiązań jak wprowadzenie automatyzacji czy dywersyfikacji portfela usług, na którym działają – mówi Tomasz Walenczak, dyrektor Manpower. – Firmy szukają również sposobów, które pozwolą im na wygenerowanie oszczędności bez konieczności redukowania zespołów. Wiedzą, że kiedy zapotrzebowanie na ich produkty lub usługi wróci do wcześniejszego poziomu będą musiały szybko odpowiedzieć na potrzeby klientów. Tak samo elastycznie, jak reagowały na pierwsze wyzwania, które pojawiły się w momencie wystąpienia pandemii w Polsce, także na poziomie zarządzania zespołami i procesami. Pewien odsetek organizacji, które nie przewidują powrotu do wcześniejszego stanu zatrudnienia może planować przeniesienie części zasobów kadrowych lub procesów do zewnętrznych dostawców, aby móc w większym stopniu korzystać z elastycznych form zatrudnienia, które szczególnie w świetle ostatnich miesięcy zyskały. Podobnie zmienia się podejście pracodawców w zakresie strategii zarządzania talentami, w tym reskillingu i upskillingu pracowników, by budować wewnątrz organizacji zespoły o potrzebnych w danym momencie kompetencjach. Z pandemią lepiej poradziły sobie te firmy, które potrafiły dynamicznie odpowiedzieć na zmiany i przystosować się do nowej rzeczywistości. Z pewnością na tak wysoki odsetek negatywnych wskazań miał też wpływ czas przeprowadzenia badania, czyli połowa kwietnia, który był okresem funkcjonowania wielu ograniczeń w prowadzeniu działalności – uzupełnia ekspert Manpower.

Co czwarta firma chce w ciągu roku wrócić do stanu zatrudnienia sprzed pandemiiWedług Tomasza Walenczaka, rynek pracy w najbliższym roku będzie cechował się dużą dynamiką. Dla osób planujących zmianę zawodową będzie to trudny moment, ponieważ ofert pracy jest mniej. – Wzrosły oczekiwania pracodawców, którzy mają świadomość, że z powodu obecnej sytuacji jest więcej dostępnych kandydatów dlatego mogą sobie pozwolić na pogłębioną selekcję oraz dłuższy czas poszukiwania idealnego pracownika. Z drugiej strony pracownicy zachowują się w sposób bardziej wyważony i są mniej otwarci na zmianę zawodową, co jednak powoli ulega zmianie. Im bardziej Polacy stają się otwarci i częściej przemieszczają się także w ramach wypoczynku, tym częściej myślą o zmianie kariery, ale nadal to nie jest jeszcze ta otwartość, którą obserwowaliśmy pół roku temu. Najbliższy rok będzie czasem umacniania się takich dziedzin jak marketing internetowy, e-commerce, usługi kurierskie i wsparcie dla tych obszarów. Kandydaci o kompetencjach technicznych, inżynieryjnych, związanych z automatyzacją procesów mogą liczyć na atrakcyjne możliwości znalezienia nowej pracy. Wiele firm będzie poszukiwać takich specjalistów, ponieważ organizacje próbują pójść w kierunku zautomatyzowania prac, by w przypadku kolejnego kryzysu wywołanego pandemią być bardziej niezależnym – uzupełnia ekspert.

Polacy najmniej optymistyczni wśród rynków europejskich

O plany powrotu do stanu zatrudnienia sprzed pandemii zapytano pracodawców z 26 rynków regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka). Najbardziej optymistyczni są przedsiębiorcy z Izraela, gdzie aż 86% szacuje, że w ciągu roku uda im się powrócić do liczby pracowników sprzed rozwoju koronawirusa. Pozytywne plany mają także pracodawcy w Belgii (72%), Grecji (79%), Rumunii (63%), Finlandii (64%) i Chorwacji (64%). Najwięcej firm, które szacują, że już nigdy nie odbudują swoich zespołów jest w Polsce (55%), Turcji (37%) oraz na Węgrzech (30%). Z kolei największa niepewność panuje wśród przedstawicieli Norwegii (58%), Hiszpanii (52%), Słowacji (29%), Holandii (27%), Niemiec (25%) oraz Szwecji (25%).

– Podczas gdy na jednych rynkach sytuacja się polepsza, na innych rozwój koronawirusa przyspiesza. To wszystko sprawia, że trudno uznać obecną sytuację za opanowaną. Odnosząc się do kondycji polskiego rynku, należy wspomnieć o dodatkowym czynniku, czyli fakcie, że nasza gospodarka w dużej mierze uzależniona jest od rynków zewnętrznych. Znaczna liczba inwestycji w Polsce powstała, by produkować nie na lokalny rynek, a na rynki zewnętrzne. Flagowym przykładem jest branża motoryzacyjna i wyzwania związane ze spadkiem popytu na auta, z jakimi obecnie mierzy się ten sektor. Nie chodzi jedynie o producentów samochodów dostępnych w naszym kraju, ale też poddostawców, producentów komponentów dla branży motoryzacyjnej. Jeśli przedstawiciele tego sektora mają trudności w realizacji swojego biznesu, to automatycznie wszyscy poddostawcy również – tłumaczy Tomasz Walenczak.

– Firmy szukają rozwiązań, wyciągają wnioski, aby skutecznie zaplanować powrót do nowej rzeczywistości. Organizacje zmieniają swoje strategie, aby być jak najlepiej przygotowanym na inne ryzyka rynkowe, które mogą nastąpić po koronawirusie lub w ogóle funkcjonować w pandemii, ponieważ nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy wirus nie wróci jesienią, a jeśli tak, to w jakim nasileniu i jakie wywrze piętno na polski rynek – podsumowuje ekspert.

* Badanie zostało zrealizowane w dniach 17-30 kwietnia 2020 roku wśród pracodawców z 43 krajów i terytoriów. W Polsce w badaniu wzięło udział 432 firmy.

PZF: faktoring poczuł siłę pandemii

– Ekonomiczne skutki pandemii koronawirusa nie ominęły branży faktoringowej mówi Jarosław Jaworski, przewodniczący komitetu wykonawczego Polskiego Związku Faktorów. – Nasi członkowie znaleźli się w sytuacji bez precedensu. W kwietniu i maju zanotowali spadki obrotów, jakich nie doświadczyli od czasów powstania rynku. Na szczęście byliśmy na to przygotowani – dodaje Jarosław Jaworski. W kwietniu krajowi faktorzy nabyli wierzytelności o wartości 12 proc. niższej niż rok wcześniej, a w maju – o 15,6 proc. niższej niż przed rokiem. Dlatego PZF wspólnie z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, jako pierwsi w Unii Europejskiej, zainicjowali procedurę objęcia przedsiębiorców korzystających z faktoringu pomocą funduszy płynnościowych, która czeka obecnie na akceptację Komisji Europejskiej.

Rynek faktoringu w Polsce poważnie odczuł ekonomiczne skutki wybuchu pandemii koronawirusa. O ile I kwartał 2020 r. zamknął pokaźnym, bo 13-procentowym wzrostem obrotów, o tyle dwa kolejne miesiące przyniosły już spadki. Po pięciu miesiącach 2020 r., dzięki wzrostom z I kwartału, rynek notował względem pierwszych pięciu miesięcy poprzedniego roku wzrost już tylko o 2 proc. Na koniec I półrocza 2020 r. można spodziewać się ujemnej dynamiki.

– Przyczyną takiego stanu rzeczy nie był spadek zainteresowania naszą usługą. Wprost przeciwnie zapytań o faktoring jest coraz więcej, a jego popularność w Polsce należy do najwyższych w UE. Spadek wynika ze zdecydowanego pogorszenia sprzedaży u dotychczasowych klientów, będącego skutkiem zamrożenia gospodarki z powodu pandemii – dodaje Dariusz Steć dyrektor wykonawczy PZF.

Wartość wykupionych faktur przez członków PZF wyniosła w 2019 r. ponad 280 mld zł, co stanowi 13 proc. polskiego PKB. To poziom taki jak w Wielkiej Brytanii i wyższy niż w Niemczech (8 proc.) czy Austrii (7 proc.), a także na Węgrzech (6 proc.), w Czechach (3 proc.) czy Rumunii (2 proc). W całej UE wskaźnik ten wyniósł 11,3 proc. Wyniki za 6 miesięcy będą znane w połowie lipca.

– Mieliśmy świadomość, że kryzys dotknie nasz rynek. Sprawą otwartą pozostawała skala spadków. Dziś wiemy, że nie będzie to tylko wyhamowanie dynamiki wzrostu sprzedaży, ale prawdopodobnie jej załamanie – mówi Jarosław Jaworski, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF, który objął stery Związku już po wybuchu pandemii. – Przed nami trudne zadanie powstrzymania negatywnych skutków kryzysu w kolejnych miesiącach. Głównym celem firm faktoringowych pozostanie wspieranie klientów w okresie spowolnienia oraz zapewnienie finansowania ich ponownego rozwojudodaje.

Firmy członkowskie PZF w zależności od strategii przyjętych przez grupy finansowe, do których należą, bądź zgodnie ze kierunkami obranymi przez właścicieli, podjęły nadzwyczajne środki, umożliwiające klientom szybszy i prostszy dostęp do usług faktoringowych, a ich kontrahentom – m.in. wydłużenie terminów płatności lub odroczenie regulowania należności.

– Ponadto PZF wspólnie z Bankiem Gospodarstwa Krajowego rozpoczął procedurę objęcia klientów faktoringu programem Funduszu Gwarancji Płynnościowych. Czeka on obecnie na zgodę Komisji Europejskiej, która powinna już niedługo zostać wydana. Oprócz tego programami rządowymi mają zostać objęte ubezpieczenia należności, będące ważnym składnikiem faktoringu pełnego. Dlatego mamy nadzieję, że w kolejnych miesiącach uda nam się pokonać kryzys, by nadal wspierać finansowaniem polskie firmy – mówi Jarosław Jaworski.

Przedsiębiorcy potrzebują zmian zmniejszających zatory płatnicze

W czasie recesji, kiedy bieżąca sprzedaż towarów i usług ulega bardzo istotnym spadkom, „łatanie” luki płynnościowej tylko za pomocą kredytów lub innego finansowania dłużnego, powoduje dalsze zadłużanie się firm przy spadku obrotów. To powoduje pogorszenie ich sytuacji. – W przypadku faktoringu mamy sytuację odmienną. Tu istotą jest „odmrażanie” środków finansowych poprzez zamianę należności na gotówkę. I to jest największą zaletą tej usługi w obecnych czasach, co zresztą zostało potwierdzone podczas kryzysu finansowego w latach 2008/2009 – mówi Dariusz Steć.

Aby krajowe podmioty gospodarcze mogły wrócić na drogę wzrostu, nie wystarczy sama tarcza antykryzysowa. Muszą zostać zlikwidowane bariery istniejące wcześniej. Do najpoważniejszych należą kontraktowe zakazy cesji wierzytelności. W znacznej mierze utrudniają one przedsiębiorcom sięgnięcie po finansowanie, które pozwoliłoby pokonać kryzys dodaje Jarosław Jaworski.

Zakaz cesji wierzytelności to dopuszczone w Kodeksie cywilnym prawo odbiorcy do zablokowania swobodnego dysponowania przez dostawcę należnością wynikającą z wystawionej przez niego faktury. W takim przypadku ten ostatni nie może zamienić tej należności na gotówkę, co pogarsza jego płynność, a w konsekwencji staje nie przyczyną powstawania zatorów płatniczych.

– Jedną z kluczowych przyczyn tworzenia się zatorów płatniczych jest stosowany w umowach handlowych zakaz cesji wierzytelności wynikających z faktur wystawianych przez dostawców towarów i usług swoim kontrahentom. Bez zgody dłużnika dostawcy nie mogą m.in. sięgać po finansowanie swojej działalności w oparciu o faktury. Tymczasem terminy płatności wymuszane przez odbiorców, zwłaszcza tych o dominującej pozycji rynkowej, są coraz dłuższe i mogą sięgać nawet 90 dni – mówi Jerzy Dąbrowski, wiceprzewodniczący komitetu wykonawczego PZF.

– Polski Związek Faktorów od kilku już lat postuluje przyjęcie rozwiązania prawnego likwidującego ten problem. Polega ono na zmianie brzmienia art. 514 Kodeksu Cywilnego tak, aby zakaz cesji w odniesieniu do wierzytelności niepieniężnych pozostawał w mocy, natomiast w odniesieniu do wierzytelności pieniężnych – stawał się nieskuteczny. Spełnia ono dwa elementy budowy silnej gospodarki, zawarte w „Planie na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”: tworzenie przyjaznego otoczenia prawnego oraz zapewnienie przedsiębiorcom dostępu do oferty finansowej. Pomoże też im szybciej pokonać skutki obecnego kryzysu – dodaje Jerzy Dąbrowski.

Report: załamanie, odbicie i powrót do normalności – wydatki konsumenckie podczas pandemii w Polsce

 

  • Punkty zwrotne pandemii, gdy aktywność transakcyjna konsumentów zamarła i kiedy się odrodziła
  • Usługi offline, które traciły w kwarantannie, stopniowo wracają do gry, inne wciąż wyłącznie zyskują
  • Wpływ etapów odmrażania gospodarki na poszczególne sektory, co dalej z turystyką?

Revolut przeanalizował tegoroczne dane transakcyjne ponad 1 miliona klientów w Polsce, by sprawdzić jak zmieniały się zachowania konsumenckie Polaków w trakcie pandemii. Analiza miała na celu wskazać punkty zwrotne kryzysu i ocenić stan obecny – badano okres od 2 stycznia do 20 czerwca 2020 r.

Punkty zwrotne kryzysu

Analizując dane transakcyjne kartami fizycznymi, płatności online, przelewy pomiędzy klientami (peer-to-peer), zlecenia wymiany walut, płatności w różnych kategoriach usług, pod względem ich ilości i wartości, łatwo zauważyć daty graniczne, które powtarzają się niemal w każdym przypadku.

2 stycznia to punkt wyjściowy analizy, czyli 100% – od tego dnia wolumeny transakcji rosły osiągając dzienne maksima na przełomie lutego i marca – w zależności od kategorii nawet do 150%. Konsumpcja kształtowała się normalnie do 10 marca, gdy nastąpiło załamanie i szybki spadek aktywności. Dzienne wolumeny transakcji osiągnęły minima 12 kwietnia, w czasie Świąt Wielkanocnych. To data graniczna, od której nastąpił powolny wzrost. By ustalić stan obecny, pod uwagę wzięto wyniki z 9 i 19 czerwca. Wskazują one na częściowy powrót do “normalności”. Revolut Money Report – zmiana liczby i wartości transakcji realizowanych przez polskich klientów Revolut kartami fizycznymi w proc.

Transakcje offline Polaków w kraju i za granicą

Najbardziej oczywistym przykładem wpływu kwarantanny na zachowania konsumentów, są transakcje kartami fizycznymi. Po jej ogłoszeniu w Polsce, spadły raptownie. Jeśli przyjmiemy, że 2 stycznia to 100%, w dniach 7 i 10 marca ich liczba sięgnęła 145% i 132%, by następnie 12 kwietnia ustanowić minimum 14%. Spadki jeśli chodzi o wartość dziennych transakcji też były drastyczne. 10 marca były na poziomie 130%. Podczas „kryzysowych” zakupów, gdy ze sklepów znikały makaron i mąka, skoczyły nawet do 170% (w piątek 13 marca). 12 kwietnia osiągnęły najniższy poziom 11%.

Wielkie odmrażanie

Po Świętach Wielkanocnych, a następnie po wdrażaniu kolejnych etapów odmrażania gospodarki – 20 kwietnia: sklepy, 4 maja: hotele i galerie handlowe, 18 maja: fryzjerzy, restauracje i kawiarnie, 30 maja: siłownie i baseny – wolumen transakcji kartami fizycznymi zaczął powoli rosnąć. W Polsce sięga już poziomów sprzed pandemii.

Co z zagranicą? Śledząc liczbę i wartość transakcji realizowanych kartami fizycznymi przez Polaków za granicą, widać, że spadki zaczęły się już w lutym. Powodem były rezygnacje z wyjazdów, kwarantanna, która zaczęła się w niektórych krajach wcześniej i powroty Polaków do kraju. Revolut przestał być kartą podróżną – 19 czerwca Polacy 9 na 10 transakcji zrealizowali w Polsce (ich wartość to 79% wartości transakcji ogółem).

E-commerce, P2P i wymiana walut

Kwarantanna i kryzys związany z pandemią uderzył także w transakcje e-commerce, transakcje między klientami Revolut oraz transakcje wymiany walut. W przypadku wymiany walut, po ogłoszeniu kwarantanny transakcje chwilowo wzrosły. 19 marca ich ilość sięgnęła 137%, a wartość 504% (przypomnijmy, 2 stycznia to 100%). Duże obroty utrzymały się do końca marca. Być może Polacy kupując CHF, USD i EUR zabezpieczali się na czas kryzysu.

Minimalne wartości we wszystkich trzech kategoriach przypadły na kwiecień (dzienne wyniki z 12 kwietnia to kolejno 70%, 34% i 25%). W czerwcu spadki zostały w znacznym stopniu odrobione. Szczególną datą w przypadku transakcji peer-to-peer (pomiędzy klientami Revolut) był 1 czerwca. Tego dnia wzrosły one do 131% jeśli chodzi o ilość i 165% jeśli chodzi o wartość. Można przypuszczać, że w dzień dziecka z kont Revolut rodziców strumień środków trafił wprost na konta Revolut dzieci.

Restauracje odrabiają straty, turystyka nadal w zapaści

Pandemia uderzyła we wszystkie typy usług. Najmniej po 10 marca spadła wartość transakcji z kategorii zakupy oraz wydatki spożywcze, obie kategorie odrobiły już spadki (19 czerwca kolejno 117%, 156%). Wydatki spożywcze wyrównały rekordy z połowy marca (“kryzysowe zakupy makaronu i mąki”), a na duże zakupy nie-spożywcze Polacy ruszyli w połowie czerwca (być może wydając nadwyżki zaoszczędzone w trakcie kwarantanny).

O ile na koniec czerwca transport odrobił spadki (19 czerwca ilość 93%, wartość 99%), wydatki na restauracje jeszcze nie osiągnęły poziomu sprzed pandemii (wartość 75%). W zapaści pozostaje branża turystyczna, gdzie ilość i wartość transakcji nie wróciła jeszcze do poziomu ze stycznia (19 czerwca ilość 34%, wartość 29%). Trend jest jednak rosnący i sezon wakacyjny dopiero się rozpoczyna, być może jest szansa na poprawę.

Usługi offline wracają do gry

Marzec był miesiącem spektakularnych wzrostów w usługach dowozu jedzenia, gier, streamingu video i muzyki. Duże spadki z uwagi na kwarantannę notowały jednak w marcu usługi offline takie jak transport kolejowy i miejski, saloniki prasowe, kawiarnie i restauracje fast-food, maszyny vendingowe, sklepy i galerie handlowe. Porównując miesiąc największych spadków (1-20 kwietnia) z bieżącym miesiącem (1-20 czerwca) widać dużą poprawę.

Kto zyskał, a kto stracił? Porównując średnią liczbę transakcji z pomocą Revolut w Polsce, w kwietniu i czerwcu, dostrzec można duże odbicie w transporcie kolejowym i miejskim (PKP Intercity +756%, Bolt +513%, Uber +173%, Autopay +185%, SkyCash +663%, Mobilet +416%, Jak Dojadę +336%). Choć skala wzrostów wynika z niskiej bazy po spadkach w “kryzysowym kwietniu” niewątpliwie jest sygnałem powrotu do normalności.

Znów chodzimy na kawę, znów kupujemy prasę

Odbicie widoczne jest też w przypadku sieci fast-food, kawiarni i saloników prasowych (Burger King +266%, KFC +131%, McDonald’s +156%, Starbucks +639%, Inmedio +173%, Empik +262%). Spadków z luty/marzec (-43%) nie odrobiły chyba jeszcze maszyny vendingowe UVP (wzrost kwiecień/czerwiec +45%). W przypadku zakupów spożywczych w czasie kryzysu Polacy kupowali rzadziej ale za większe kwoty, w czerwcu znów częściej kupujemy (Biedronka +80%, Auchan +99%, Netto +44%, Ikea +271%, Decathlon +610% porównując kwiecień i czerwiec).

Co z usługami, które przeżyły boom w kryzysie? Porównując luty/marzec oraz kwiecień/czerwiec, wciąż rosną Aliexpress (+12%, +7%), Pyszne (+20%, +18%), Spotify (+25%, +19%). Podwyższone poziomy liczby transakcji utrzymują też usługi streamingu video, Netflix (+20%, -1%), HBO (+25%, -2%), TVN (+76%, -8%) i dostaw jedzenia, Uber Eats (+46%, -5%) i Wolt (+49%, -10%). W przypadku gamingu, wrócił on do poziomów sprzed kryzysu.

Cieszymy się z wszelkich oznak powrotu koniunktury. Liczymy, że krajowe biznesy, polskie marki i usługi naszych zagranicznych partnerów szybko rozpędzą się po kryzysie. Uruchomimy niebawem nowe narzędzie Revolut Rewards, które może w tym pomóc” – powiedział Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.Revolut Money Report – zmiana liczby i wartości transakcji realizowanych przez polskich klientów Revolut kartami fizycznymi w proc.

GPW nagrodziła liderów rynku kapitałowego w 2019 r.

  • W siedzibie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie odbyło się Podsumowanie Roku Giełdowego 2019
  • Podczas uroczystości wręczono nagrody GPW za najlepsze wyniki i wspieranie rozwoju polskiego rynku kapitałowego w 2019 r.

GPW nagrodziła liderów rynku kapitałowego 3Gospodarzami Gali Podsumowanie Roku Giełdowego 2019 byli Członkowie Zarządu GPW: Izabela Olszewska oraz Piotr Borowski. Nagrody wręczyli również Mariusz Bieńkowski, Prezes BondSpot oraz Zbigniew Minda, Prezes GPW Benchmark. W uroczystości udział wzięli przedstawiciele uhonorowanych instytucji rynku kapitałowego, w tym emitenci, domy maklerskie, banki, firmy inwestycyjne oraz organizacje i stowarzyszenia branżowe.

GPW nagrodziła liderów rynku kapitałowego 2– Rok 2019 był trudny dla europejskich rynków kapitałowych, co widać po dwucyfrowych spadki obrotów na London Stock Exchange, Deutsche Boerse, Wiener Boerse. Wprowadzone w ostatnich dwóch latach zmiany w ramach strategii #GPW2022 pozwoliły nam obronić poziom obrotów lepiej niż innym giełdom europejskim. Kierunki rozwoju obrane w 2018 roku okazały się właściwe. Innowacyjne rozwiązania zostały docenione, czego dowodem jest wsparcie finansowe Narodowego Centrum Badań i Rozwoju dla opracowania nowego sytemu transakcyjnego i inicjatywy strategicznej GPW Data. Dalszy rozwój naszej Giełdy i całego rynku kapitałowego nie byłby możliwy bez szerokiego wsparcia dla innowacyjnych rozwiązań kluczowych uczestników rynku – liderów, którzy w 2019 roku przyczynili się do wzrostu znaczenia warszawskiego parkietu – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.PRG2019_Laureaci_3_Catalyst

Nagrody przyznano w kategoriach:

Nagrody GPW na Głównym Rynku akcji:

  • Dom Maklerski Banku Handlowego S.A. – za najwyższy udział lokalnego członka giełdy w obrotach sesyjnych akcjami na Głównym Rynku w 2019 r.
  • JP Morgan Securities PLC – za najwyższy udział członka giełdy w obrotach sesyjnych akcjami na Głównym Rynku w 2019 r.
  • Beta Securities Poland S.A. – za wprowadzenie nowej jakości na rynku ETF w Polsce
  • ING Bank N.V. – za największą liczbę wprowadzonych certyfikatów strukturyzowanych w 2019 r.

PRG2019_Laureaci_2_NewConnectNagrody GPW na NewConnect:

  • Biuro Maklerskie mBanku – za najwyższy udział w obrotach sesyjnych akcjami na rynku NewConnect w 2019 r.
  • Dom Maklerski BDM – za najwyższy udział animatora w obrotach sesyjnych akcjami na rynku NewConnect w 2019 r.

Nagrody GPW na Catalyst:

  • Biuro Maklerskie PKO Banku Polskiego – za najwyższy udział w obrotach obligacjami na rynku Catalyst w 2019 r.
  • KGHM Polska Miedź S.A. – za największą ofertę obligacji w 2019 r.
  • ING Bank Hipoteczny S.A. – dla pierwszego banku hipotecznego, który zadebiutował na rynku Catalyst z „zielonymi” listami zastawnymi

Nagrody GPW na rynku instrumentów pochodnych:

  • Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska – za najwyższą aktywność na rynku kontraktów terminowych w 2019 r.
  • Santander Biuro Maklerskie – za najwyższy udział w wolumenie obrotów opcjami indeksowymi bez transakcji animatora w 2019 r.

Nagrody GPW dla dystrybutorów informacji:

  • Biuro Maklerskie PKO Banku Polskiego – nagroda za największą liczbę abonentów danych giełdowych czasu rzeczywistego w 2019 r.
  • mBank S.A. – za największą wartość portfela zamówień na produkty informacyjne zawierające dane GPW i BondSpot w 2019 r.

Broker Roku 2019:

  • Biuro Maklerskie PKO Banku Polskiego – za najwyższą wartość obrotu w transakcjach sesyjnych i pakietowych na akcjach z Głównego Rynku oraz NewConnect, obligacjach skarbowych i nieskarbowych z rynku regulowanego oraz ASO GPW i BondSpot, a także za wspomaganie płynności na największej liczbie klas aktywów notowanych na GPW w 2019 r.

Nagrody BondSpot:

  • mBank S.A. – lider rynku kasowego Treasury BondSpot Poland
  • ING Bank Śląski S.A. – lider rynku transakcji warunkowych Treasury BondSpot Poland
  • mBank S.A. – lider market makingu na rynku Treasury BondSpot Poland

Nagrody GPW Benchmark:

  • Powszechny Zakład Ubezpieczeń S.A. – dla PZU Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. za wkład w uruchomienie indeksu regionalnego CEEplus oraz jego promocję w ramach Subfunduszu inPZU Akcje CEEplus
  • Investors TFI S.A. – dla pierwszego podmiotu, który nawiązał współpracę z GPW Benchmark w zakresie administracji indeksem kastomizowanym „MS Investors” zgodnie z Rozporządzeniem o Wskaźnikach Referencyjnych

Nagrody IR Excellence Programme

Podczas uroczystości wręczone zostały również nagrody w ramach IR Excellence Programme – badania poświęconego jakości relacji inwestorskich w spółkach publicznych wchodzących w skład WIG20, mWIG40, sWIG80 oraz 20 spółek z sektora „gier”. Sprawdzona została dostępność określonych danych, w szczególności w języku angielskim, na stronach korporacyjnych emitentów notowanych na GPW. Wszystkie nagrodzone spółki osiągnęły identyczny maksymalny wynik.

Nagrody za osiągnięcie najlepszego wyniku w drugim (finałowym) badaniu IR Excellence Programme oraz jednocześnie za maksymalną ocenę współczynnika Kodeksu Dobrych Praktyk otrzymały:

  • KGHM Polska Miedź S.A.
  • Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo S.A.
  • Powszechny Zakład Ubezpieczeń S.A.

Organizatorem Gali Podsumowanie Roku Giełdowego 2019 była Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie. Partnerami wydarzenia byli: BondSpot oraz GPW Benchmark.

Kool2Play rozpoczyna IPO. Warszawski producent gier opublikował dokument informacyjny

Kool2Play – niezależny producent gier z wieloletnim doświadczeniem w produkcji i promocji gier –  rozpoczyna pierwszą ofertę publiczną akcji. Dziś spółka opublikowała dokument informacyjny. Zapisy na akcje zostaną przeprowadzone w dniach 25 czerwca – 17 lipca br. Kool2Play chce zadebiutować na rynku NewConnect w trzecim kwartale bieżącego roku.

Zapisy na akcje w cenie emisyjnej 14 zł, przyjmowane będą osobiście w siedzibie spółki, bądź w postaci elektronicznej – poprzez wypełnienie formularza zapisu zamieszczonego na stronie https://www.kool2play.com/akcje. – Emisję przeprowadzamy nie tylko w celu zdobycia funduszy na produkcję i promocję naszych tytułów. Chcemy przede wszystkim zwiększyć wiarygodność spółki w oczach kontrahentów i potencjalnych partnerów biznesowych. Uważam, że jesteśmy w idealnym momencie, aby dołączyć do grona spółek notowanych na rynku NewConnect. –  dodaje prezes Kool2Play.

Środki z emisji do 180 tys. nowych akcji serii D zostaną przeznaczone przede wszystkim na finalizację prac oraz promocję gry „Uragun”, produkcję oraz promocję “City of Minds” i projektu o kodowej nazwie “Odrodzenie”. Ponadto spółka chce przeznaczyć pozyskane pieniądze na rozwój swojej bieżącej działalności operacyjnej oraz podmiotu wchodzącego w skład grupy kapitałowej – agencje marketingową Kool Things. –  Kończymy prace nad naszą pierwszą grą – Uragun. Stworzyliśmy wersję demo tytułu i jesteśmy już naprawdę blisko premiery w Early Access. Wiemy jakie są oczekiwania graczy i posiadamy kompetencje, które są niezbędne do produkcji wysokiej jakości gier oraz ich sprawnej promocji. – mówi Marcin Marzęcki, prezes Kool2Play.

Kool2Play wykorzystuje ponad 10 lat doświadczenia zespołu zdobytego w dziedzinie marketingu gier komputerowych i konsolowych. Spółka od 5 lat tworzy własne produkcje, stale zwiększając skalę realizowanych projektów. Obecnie Kool2Play projektuje gry nie tylko na PC, ale także z myślą o konsolach obecnej generacji. Trzon zespołu tworzą specjaliści z kilkunastoletnim doświadczeniem a głównym projektantem studia jest Jacek Wesołowski – współtwórca wielu rozpoznawalnych tytułów, w tym renomowanego Bulletstorm.  W skład Grupy Kapitałowej wchodzi również najbardziej doświadczona agencja PR gamingowego w Polsce – Kool Things. Dzięki doświadczeniu zdobytemu we współpracy z potentatami światowego sektora rozrywki elektronicznej (wśród nich byli m.in. Activision Blizzard, Wargaming czy Square Enix), GK Kool2Play posiada know how potrzebny do odpowiedniego promowania swoich tytułów.

Kool2Play jest też beneficjentem licznych grantów. W ostatnich miesiącach spółka otrzymała dotację NCBR z programu GameINN na projekt: Opracowanie innowacyjnych modułów gry, opartych na sztucznej inteligencji wirtualnych postaci (Agentów) pozwalających na symulację ich realistycznych zachowań i interakcji z graczem., w ramach w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014- 2020. W związku z zawartą umową spółka uzyskała dofinansowanie w kwocie 1.676.730 zł. Dodatkowo Kool Things pozytywnie przeszedł postępowanie w ramach konkursu Szybka Ścieżka dla Mazowsza. Na dzień sporządzenia dokumentu informacyjnego wniosek został pozytywnie rozpatrzony, a spółka Kool Things sp. z o.o. sp. k. oczekuje na zawarcie umowy o dofinansowanie w wysokości 1 902 490 zł.

Spadek eksportu polskich produktów spożywczych a przyszłość rynku słodyczy

Perspektywy dla rynku słodyczy na rok 2020 były optymistyczne z uwagi na dobrą koniunkturę oraz globalny wzrost spożycia tego typu produktów. Wybuch pandemii ostudził pozytywne nastroje, powodując spadek eksportu wyrobów cukierniczych. Producenci muszą mierzyć się m.in. z restrykcjami w handlu, utrudnieniami w transporcie czy izolacją społeczną.

O wpływie epidemii koronawirusa na sprzedaż zagraniczną polskich słodyczy oraz sytuacji branży spożywczej mówi Julita Sipa z firmy Brześć, produkującej wyroby cukiernicze i przekąski.

Według szacunków ekspertów eksport polskiej żywności spadnie w tym roku o 8 proc. – do 28,9 mld euro[1]. Branża cukiernicza, jako część przemysłu spożywczego, również odnotowuje spadek sprzedaży produktów na rynki zagraniczne. Jej przedstawiciele są jednak narażeni na mniejsze straty niż przedsiębiorstwa oferujące wyroby nieprzetworzone, jak surowe mięso czy mleko, które ze względu na krótką datę spożycia muszą trafić do sklepów znacznie szybciej.

Ograniczenia w transporcie

Ogromnym problemem, z jakim borykali i wciąż borykają się eksporterzy produktów spożywczych, są utrudnienia w transporcie. Państwa wdrożyły obostrzenia związane z pandemią, które nie wstrzymały całkowicie łańcuchów dostaw, ale znacznie wpłynęły na utrzymanie ciągłości procesów logistycznych. O ile w przypadku dostaw drogą lądową główną niedogodnością były zniesione już dodatkowe kontrole na granicach i spowodowane nimi kolejki, to w kwestii transportu morskiego sprawa jest bardziej skomplikowana. Eksporterzy, zawierając umowy z importerami, nie przewidzieli wybuchu globalnej epidemii. W związku z tym, aby wywiązać się ze zobowiązań wobec zagranicznych kontrahentów, są oni zmuszeni ponieść koszty podwyżek stawek przewozowych kontenerów. Dodatkowo, część portów jest zablokowana nieodebranymi ładunkami, przez co kolejne dostawy są przekierowywane w inne miejsca, a to wydłuża czas ich dystrybucji. Istnieje też kłopot ze znalezieniem załadunku na powrót, więc kontenery wracają puste, zwiększając tym samym wydatki na transport.

Nowe nawyki zakupowe

Wprowadzone na początku pandemii restrykcje dotyczące wychodzenia z domów i ograniczenia liczby osób przebywających w sklepach spowodowały zmiany w nawykach zakupowych klientów. Ze względów bezpieczeństwa obniżyła się częstotliwość robienia zakupów, a wzrosła ilość kupowanych jednorazowo artykułów. W tym trudnym okresie dobrze sprzedawały się produkty pierwszej potrzeby oraz sucha żywność z długim terminem przydatności, jak ryż, kasza czy makarony. Oczywiście, wiele wyrobów cukierniczych również ma wydłużoną datę spożycia i z pewnością poprawiły nastrój niejednej osobie podczas izolacji społecznej, ale nie są to produkty niezbędne do przeżycia. Liczymy na to, że stabilizująca się sytuacja oraz znoszenie ograniczeń pozwoli na bardziej spontaniczne zakupy, w przyjemniejszej atmosferze, co będzie sprzyjać nabywaniu słodyczy, które są w dużej mierze zakupem impulsywnym.

Co dalej z eksportem?

Analitycy przewidują, że eksport polskich produktów spożywczych wróci do sytuacji wyjściowej sprzed pandemii w trzecim lub czwartym kwartale przyszłego roku[2]. Mamy nadzieję, że koniunktura poprawi się jeszcze szybciej, szczególnie na rynku słodyczy. Już teraz, wraz z odmrażaniem gospodarek oraz stopniowym hamowaniem epidemii w Europie i krajach azjatyckich, zaczynamy dostrzegać wzrost popytu na nasze słodkości. W kryzysie należy upatrywać też szansy na nawiązanie kontraktów na nowych rynkach. Polskie słodycze wciąż są konkurencyjne jakościowo i cenowo, a zmiana układów biznesowych i szukanie oszczędności przez sieci handlowe mogą być okazją dla rodzimych przedsiębiorców.

[1]Santander Bank Polska (2020), Szok. I co dalej? Ścieżki eksportu żywności z Polski w czasie recesji wywołanej epidemią COVID-19.

[2]Tamże.

InventionMed z kolejnym azjatyckim kontrahentem

Technologiczna spółka z branży medycznej InventionMed poszerza działalność w zakresie dystrybucji testów na COVID-19. Spółka zawarła umowę o poufności (NDA) z Shenzhen Microprofit Biotech Co. Ltd. Współpraca z chińską firmą będzie dotyczyć importu testów na rynek polski. Docelowy kontrakt może dotyczyć również wsparcia we wdrożeniu produktów InventionMed na rynku azjatyckim.

Shenzhen Microprofit Biotech Co. Ltd. jest producentem testów na obecność wirusa COVID-19, który został wpisany do CCCMHPIE (China Chamber of Commerce for Import& Export of Medicines & Health Products). InventionMed, w początkowej fazie współpracy zamierza zamówić partię testów, w celu weryfikacji ich jakości w polskim laboratorium. W przypadku potwierdzenia wysokiej jakości produktów, spółka będzie sprowadzała testy w celach komercyjnych.

– Zapotrzebowanie na testy diagnostyczne na obecność choroby COVID-19 jest bardzo duże, dlatego ciągle podejmujemy działania związane z ich dystrybucją na rynku polskim, wykorzystując kontakty, jakie posiadamy na rynku azjatyckim. Shenzhen Microprofit Biotech Co. Ltd. to nasz drugi kontrahent, z którym podejmujemy współpracę w tym zakresie – komentuje Tomasz Kierul, prezes InventionMed.

Shenzhen Microprofit Biotech Co. Ltd jest również zainteresowany rozwiązaniami związanymi z wirtualną rzeczywistością w medycynie, w tym produktami tworzonymi przez InventionMed –  TutorDerm i wirtualną strzykawką. Firma nie wyklucza zaangażowania się w dystrybucję symulatorów medycznych na rynku azjatyckim.

Rosną obawy co do rosnącej liczby zachorowań na COVID-19 w USA

Rynki w końcu zaczynają przywiązywać większą uwagę do rosnącej liczby zachorowań na COVID-19 w USA. Czy to przez przebijanie rekordów z kwietnia, czy przez brak czynników balansujących związanych z ożywieniem – to nie jest nieistotne, kiedy zagrożone są pozycje na kilka dni przed rozliczeniem kwartału.

Myślę, że warto zachować dystans przy dyskusji, dlaczego akurat wczoraj był dzień, kiedy statystki z zachorowań na COVID-19 były ważniejsze niż wcześniej. Po pierwsze nie można zaprzeczyć, że liczby są złe. NBC News donosi, że w środę USA odnotowały największy dzienny przyrost nowych przypadków zachorowań – 36,4 tys., podbijając tym samy rekord ze szczytu pandemii w kwietniu. W kolejnych dniach liczby mogą być jeszcze gorsze, gdyż gubernatorowie stanów wciąż wykluczają powrót lockdownu i preferują wpierw zastosować inne środki (obowiązek masek, samodzielna kwarantanna przyjezdnych z innych stanów). Wydaje się jednak, że koncepcja nowego „rekordu” przemówiła do świadomości inwestorów bardziej niż trajektoria wzrostowa zachorowań, którą już od jakiegoś czasu można było obserwować. Co więcej, wyczerpały się czynniki równoważące obawy, którymi inwestorzy posiłkowali się przy bagatelizowaniu liczby zachorowań. Jakkolwiek jeszcze we wtorek nadzieje na ożywienie były podsycane przez silne wzrosty indeksów PMI w Europie i USA, tak wczoraj temat ożywienia globalnego przynosił negatywne informacje. Przywołane zostały obawy o rozpętanie wojny celnej między USA i UE, a MFW obniżyło swoje prognozy globalnego wzrostu (po dwóch miesiącach od ostatniej rewizji). Inwestorzy zostali pozbawieni punktów zaczepienia do obrony pozytywnych nastrojów, a przede wszystkim zysków z rajdu ryzyka. Na kilka dni przed końcem kwartału jest coraz mniej czasu na bagatelizowanie ryzyk, a większe znaczenie ma ochrona stopy zwrotu. O ile do końca tygodnia nie pojawi się impuls, by zachować optymizm, realizacja zysków może ściągać indeksy niżej, a na FX umacniać USD.

Co mogłoby ustabilizować nastroje? Najłatwiej prosić jest Fed o pomoc. Wstrzykiwanie dodatkowej płynności w rynek sprawdziło się już kilkukrotnie jako narzędzie do wyciszenia paniki rynkowej. Obawiam się jednak, że jeśli kolejne dni będą przynosić nowe rekordy zachorowań, nie uda się ich zagłuszyć nowymi miliardami dolarów. Rynki wkroczyły już w fazę, kiedy tanie finansowanie z Fed traktowane jest jako nieskończone, a nieskończoność + X = nieskończoność. Fed może sobie zdawać z tego sprawę i powinien oszczędzać amunicję na potężniejsze zawirowania, tj. pozwolić na spadek indeksów na Wall Street o 7-10 proc. Innym „kołem ratunkowym” może być zatwierdzenie nowego pakietu fiskalnego przez Biały Dom, choć wymaga to aprobaty Kongresu, tymczasem w USA na nowo rozkręca się kampania wyborcza. Stąd polityczne gierki nad pakietem mogą tylko podsycać nerwowość na rynkach. Szczerze wątpię, czy podobne, jak opisane powyżej działania innych instytucji (np. EBC, UE) mogłyby przekonać inwestorów, że władze mają kontrolę nad sytuacją. Łacnie wygląda na to, że rynki czeka krok w tył w rajdzie ryzyka i ponowne oszacowanie bilansu ryzyk, zanim lipiec zostanie potraktowany jako „carte blanche”.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Inteligencja jest sztuczna, problem prawdziwy. Dlaczego ludzie udają maszyny?

Sztuczna inteligencja to bez wątpienia jeden z najgorętszych trendów branży IT w ostatnich latach. Zajmują się nią zarówno startupy z Europy, jak i wielkie korporacje z Doliny Krzemowej. Trudno się temu dziwić – SI ma całkowicie zmienić naszą rzeczywistość. Być może doczekamy się maszyn, które będą w stanie udawać człowieka. Póki co mamy jednak do czynienia z ludźmi, którzy udają maszyny.

Sukcesy twórców sztucznej inteligencji szybko i często przebijają się w medialnych doniesieniach – także tych mainstreamowych. Jeszcze w poprzednim wieku głośno było o systemie Deep Blue, który pokonał szachowego arcymistrza, niedawno komputery udowodniły swą wyższość także w go czy pokerze. W roku 2014 gwiazdą stał się program komputerowy Eugene Goostman, który pokonał test Turinga i tym samym miał udowodnić, że sztuczna inteligencja stała się faktem.

Minęło kilka lat, a pytanie o to, kiedy doczekamy się prawdziwej sztucznej inteligencji pozostaje aktualne. Bo chociaż wokół wspomnianych projektów robiło się głośno, szybko okazywało się, że to zaledwie marna namiastka czegoś, co mogłoby imitować ludzki mózg. Zamiast wirtualnych asystentów rodem z książek i filmów SF, mamy do dyspozycji proste boty do zamawiania pizzy.

Czarnoksiężnik z Oz w branży IT

Powstało już wiele artykułów i raportów dotyczących sztucznej inteligencji w kontekście odbierania pracy człowiekowi. Można się z nich dowiedzieć, ile miejsc pracy zniknie wskutek tej cyfrowej ofensywy, które profesje są najbardziej zagrożone, jaką ścieżkę kariery należy wybrać, by zminimalizować ryzyko bezrobocia. Pokaźna część tych prognoz jest już nieaktualna – komputery nie wymiotły ludzi z rynku pracy. Wciąż ich potrzebują. Nierzadko w kontrowersyjnych okolicznościach.

Do szerszej świadomości zaczyna się przebijać pojęcie fake AI, czyli zmyślonej sztucznej inteligencji. Firmy stosujące ten proceder wprowadzają w błąd inwestorów, klientów i media przekonując, że udało im się dokonać postępu na niwie uczenia maszynowego. Przykładem startup Expensify, o którym zrobiło się głośno w roku 2017. Przyznał on wówczas, że oferowana przez niego usługa SmartScan, która miała korzystać ze sztucznej inteligencji, w rzeczywistości funkcjonowała dzięki działaniom nisko opłacanych pracowników. – Ludzie udający maszyny udające ludzi to w tej branży nic nowego. Zjawisko otrzymało nawet nazwę: technika Czarnoksiężnika z Oz. Podobnie jak w historii o Dorotce mamy tu do czynienia z symulowaniem czegoś. Tam za kurtyną krył się staruszek udający wielkiego maga. W przypadku sztucznej inteligencji za wszechmocnym algorytmem też skrywa się człowiek. Odbiorcom wydaje się, że mają do czynienia z elektronicznym bóstwem, a w rzeczywistości za „czary” odpowiada tania siła robocza z Indii albo Filipin – tłumaczy Sascha Stockem założyciel i CEO Nethansy, która wprowadza polskie i niemieckie firmy na Amazona, gdzie przy pomocy bazującego na algorytmach sztucznej inteligencji autorskiego systemu Clipperon, kompleksowo zarządza ich sprzedażą.

Stockem ma rację twierdząc, że zjawisko nie jest nowe. Już w 2008 roku brytyjskie media przyglądały się firmie SpinVox dostarczającej system do konwersji wiadomości audio ze skrzynki pocztowej na tekst. Jej byli pracownicy przekonywali wówczas, że za rozwiązaniem nie stoi rozwinięta technologia, lecz sztab ludzi zatrudnionych w egzotycznych krajach. Dokonywali oni transkrypcji większości wiadomość głosowych swoich klientów.

Podobne rewelacje pojawiły się w roku 2016 w kontekście działania startupów Clara Labs i X.ai, rozwijających technologię wirtualnego asystenta, służącego do umawiania spotkań. Redakcja Bloomberga opisywała wówczas przypadek człowieka, który zatrudniając się w X.ai miał nadzieję na ciekawą pracę w startupie technologicznym. Rzeczywistość okazała się wyjątkowo… nudna. Przez kilkanaście godzin dziennie wykonywał on powtarzalne czynności, które – w teorii – powinien realizować wirtualny asystent. Czy takie praktyki są właściwe wyłącznie dla mniejszych firm? Nie, podobne zarzuty wysuwane są także przeciw gigantom z Google i Facebookiem na czele.

Dlaczego SI? Bo to się opłaca!

Pojawia się oczywiście pytanie o przyczyny takiego zachowania – dlaczego firmy udają, że dysponują rozwiązaniami, które w rzeczywistości nie istnieją? – Na pierwszym miejscu należy wymienić pieniądze – wyjaśnia Stockem. – Sztuczna inteligencja to temat, który kręci inwestorów. Wielu z nich nie zadaje zbyt wielu pytań, nie wnika w prace zespołu, tylko wyciąga portfel, kiedy pada magiczna fraza „artificial intelligence”. Kiedyś w Stanach Zjednoczonych cudownym produktem do wszystkiego był olej z węża. Dzisiaj tę rolę spełnia sztuczna inteligencja. Wystarczy spojrzeć na liczbę firm, które korzystają z domeny .ai – w ciągu kilku ostatnich lat ich liczba uległa podwojeniu.

Potwierdzają to dane udostępnione przez firmę PitchBook. W roku 2010 fundusze venture capital zainwestowały w sztuczną inteligencję mniej niż 500 mln dolarów. W roku 2017 było to już blisko 11 mld dolarów. Firma MMC Ventures informowała parę lat temu w swym raporcie, że startupy, które przedstawiają się jako pracujące nad sztuczną inteligencją, mogą uzyskać finansowanie o 50 proc. większe od innych przedsiębiorstw software’owych. Ten sam podmiot donosił, że aż 40 proc. europejskich startupów zaliczanych do branży SI, w rzeczywistości nie używa rozwiązań tego typu.

Problem dotyczy także tych firm, które korzystają z owoców uczenia maszynowego – nierzadko przybiera to banalną formę. Zamiast rozwiązań choć trochę przypominających pracę ludzkiego mózgu, oferują one bardzo proste czatboty. Warto jednak podkreślić, że odbiorców w błąd nie wprowadzają wyłącznie firmy – czasem robią to np. przedstawiciele mediów czy funduszy inwestycyjnych, którzy słabo orientują się w temacie i widzą SI wszędzie tam, gdzie pojawiają się słowa startup i automatyzacja czy robotyzacja. – Niektórym wydaje się, że automatyzacja to już sztuczna inteligencja. Tymczasem różnica jest olbrzymia. Ta pierwsza może sprawiać wrażenie „smart”, ale nie jest w stanie się uczyć, rozumieć danych. Rozwiązania tego typu są przydatne, lecz robią tylko to, czego zostały nauczone. Sztuczna inteligencja idzie znacznie dalej, potrafi naśladować ludzki mózg i samodzielnie uczy się rozwiązywać problemy. Takie narzędzie może sobie radzić nawet z bardzo skomplikowanymi zadaniami. Haczyk polega na tym, że stworzenie SI z prawdziwego zdarzenia wymaga masy danych i pieniędzy. Wielu firm po prostu nie stać na tworzenie czegoś tak skomplikowanego – konkluduje CEO Nethansy.

Powodem, dla którego firmy naginają fakty i przekonują, że dysponują sztuczną inteligencją może być zatem chęć wstępnego zbadania nieznanych wód i to z zamiarem wypłynięcia na nie. Część startupów naprawdę chce stworzyć SI i wykorzystać ją do konkretnego celu. Wcześniej próbują jednak dowiedzieć się, czy rynek będzie zainteresowany ich pomysłem, produktem. Korzystają zatem z pracy ludzi, którzy udając maszyny, pokazują, jak może wyglądać przyszłość. Także i w tym przypadku sprawa rozbija się o pieniądze – jeżeli ktoś poświęca dużo czasu i górę gotówki na jakiś projekt, chce mieć pewność, że potem go sprzeda. Oczywiście nie usprawiedliwia to okłamywania odbiorców.

Po upalnym lecie przyjdzie zima sztucznej inteligencji?

Nadszarpnięcie zaufania klientów oraz inwestorów może być brzemienne w skutkach. Chodzi nie tylko o sam fakt, że to ludzie wykonują zadania, które rzekomo miała realizować maszyna. W grę wchodzi również kwestia bezpieczeństwa. Wielu osobom może się nie spodobać to, że do związanych z nimi danych, nierzadko wrażliwych, mają dostęp inni ludzie. I to bez nadzoru, zachowania nawet pozorów ostrożności. Takie przypadki mogą na sobie skupić uwagę mediów i zaszkodzić całej branży. Rozpocznie się odwrót od wszechmocnego SI. – Ta sfera IT ma już za sobą czasy wzlotów i upadków. Po okresach wielkiego zainteresowania sztuczną inteligencją, hojnego finansowania jej rozwoju, przychodziły momenty poważnego zwątpienia – przypomina założyciel firmy Nethansa. – Okresy te nazywamy zimą SI. Pierwsza przyszła w drugiej połowie lat 70. XX wieku, druga na przełomie lat 80. i 90. Nie można wykluczać, że obecny boom zakończy się czymś podobnym.

Na razie w niektórych firmach dominuje zasada fake it ’til you make it – startupy chcą udawać, że posiadają SI do momentu, w którym rzeczywiście ją stworzą. Krótkoterminowo taka strategia może przynosić korzyści, ale w dłuższej perspektywie jest nie do utrzymania – rozwiązania oparte o pracę człowieka okazują się zbyt drogie, gdy trzeba zwiększyć skalę działalności. Nierzadko okazuje się też, że wyznaczony cel był zbyt ambitny. Firmy po prostu nie są w stanie stworzyć obiecanego rozwiązania. Zapowiedzi rewolucji trafiają do kosza.

Obietnica płacy minimalnej 3000 zł w 2021 r. – całe szczęście, że to była fikcja wyborcza…

W 2019 w kampanii wyborczej nagle pojawiła się obietnica wzrostu płacy minimalnej do 2600 zł w 2020 r., następnie 3000 zł w 2021 r. i docelowo 4000 zł. Ekonomiści wpadli w osłupienie, choć nie wszyscy. Niektórzy zwykli udawać, że 2+2=5, ale że 2+2=9? Arytmetyka jest bezlitosna. Płaca 4000 zł stanowiłaby, nawet według optymistycznej prognozy rządowej, 65 proc. średniego wynagrodzenia w 2023 r., a w relacji do mediany wynagrodzenia przekroczyłaby 70 proc.! To dobiłoby polskie małe i średnie firmy.Obietnica płacy minimalnej 3000 zł w 2021 r. – całe szczęście, że to była fikcja wyborcza

Tego typu obietnice przez ekonomistów są niekiedy przyjmowane „z przymrużeniem oka”. Mówią, że to już jest taka totalna fikcja, że na pewno nie wejdzie w życie, także po co się tym zajmować. Ale czy o to chodzi w debacie publicznej? Jak jest z tą obietnicą?

Powstaje pytanie i obawa, czy nagle obietnica znowu nie wróci. Jakie jest oficjalne stanowisko rządu w zakresie tej obietnicy? Przecież w wielu miejscach na rządowych stronach internetowych można wciąż wyszukać slajdy i wykresy obiecujące płacę minimalną 3000 zł w 2021 r. Pytanie otwarte czy obietnica 3000 zł dla minimalnego wynagrodzenia jest ciągle w grze?

Już wzrost płacy minimalnej w 2020 r. do 2600 zł był ryzykownym rozwiązaniem dla gospodarki, który objawił się wzrostem inflacji na początku 2020 r. prawie do 5 proc. r/r. Zresztą w Polsce inflacja jest obecnie najwyższa w całej Unii Europejskiej. Epidemia COVID-19 złagodziła negatywne konsekwencje płacy minimalnej, ale problem strukturalny dalej istnieje. W świetle obecnych danych płaca minimalna w wysokości 2600 zł stała się większym ograniczeniem dla firm, niż nam się pierwotnie wydawało.

Rząd przyjmując płacę minimalną na 2020 r. zakładał wzrost średniej płacy w gospodarce narodowej o ponad 6 proc. r/r, do poziomu ok. 5,2 tysiąca złotych. Płaca minimalna wg założeń miała więc wynieść niemal połowę średniej płacy (49,7 proc.). Jednak w przypadku relacji do mediany wynagrodzenia byłoby to już ok. 55-57 proc..

Tak zakładaliśmy przed kryzysem. Kryzys wywrócił do góry nogami wszystkie prognozy i założenia. Teraz ekonomiści prognozują, że wzrost płac w gospodarce będzie znacząco niższy. Mediana prognoz wzrostu nominalnego wynagrodzenia to teraz ok. 3-3,6 proc. r/r, a niewykluczony jest nawet spadek lub stabilizacja średniej płacy w tym roku w relacji do 2019 r. Przy takich prognozach średnia płaca w 2020 r. wyniesie ok. 4,9-5,1 tys. zł. Wówczas relacja płacy minimalnej do średniej ukształtowałaby się na poziomie 51-53 proc.! W przypadku relacji do mediany to może już być 58-60 proc. To oznacza, bardzo wysoki poziom płacy minimalnej w porównaniu do wielu krajów OECD już teraz. Musimy mieć na uwadze, że w kryzysie najbardziej dotknięte zostały mikro- i małe firmy. Dla tych firm poziom płacy minimalnej jest poważnym ograniczeniem w elastycznym dostosowaniu się do sytuacji kryzysowej. Wiele firm z tego powodu musiało się zdecydować na zwolnienia. Dalsze podnoszenie płacy minimalnej pogłębi zwolnienia na rynku pracy.

Warto też znaczyć, że za płacę minimalną według danych EUROSTAT można kupić realnie całkiem przyzwoity koszyk dóbr, według parytetu siły nabywczej, w porównaniu z innymi krajami w Unii Europejskiej. Minimalne wynagrodzenie w Polsce w 2020 r. w przeliczeniu na wspólną walutę przed kryzysem dawało ok. 600 euro na miesiąc. W porównaniu z krajami zachodniej Europy to niezbyt dużo na pierwszy rzut oka. Najbliżej nam do Grecji i Portugalii – nasze płacowe minimum to około 80 proc. poziomu w tych krajach. Ale w porównaniu z Niemcami czy Francją to tylko niecałe 40 proc., zaś z Luksemburgiem to jedynie 30 proc.Obietnica płacy minimalnej 3000 zł w 2021

Sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej, gdy weźmiemy pod uwagę realną siłę nabywczą wynagrodzeń (uwzględniającą poziom cen w danym kraju). W takim ujęciu płaca minimalna w Polsce przekroczyła już 1000 jednostek PPS (to sztuczna waluta używana do wyliczeń uwzględniających parytet siły nabywczej). Jesteśmy w pierwszej dziesiątce krajów w UE o najwyższej płacy minimalnej. Zresztą wiele krajów w ogóle nie posiada płacy minimalnej. W efekcie w porównaniu z krajami bardziej rozwiniętymi różnica nie jest już tak duża. Przykładowo, w takim ujęciu wartość płacy minimalnej w Polsce jest wyższa niż w Portugalii i Grecji, a w relacji do poziomu w Hiszpanii sięga 93 proc. Nawet na tle najbogatszych krajów UE nie wypadamy tak dramatycznie słabo – to 62 proc. poziomu w Luksemburga, prawie 70 proc.  Niemiec czy 82 proc. Irlandii. Gdybyśmy chcieli zwiększyć płacę minimalną do 4000 zł to według parytetu siły nabywczej (przy innych czynnikach nie zmienionych) płaca minimalna w Polsce przebiłaby niemiecką, to pokazuje absurd tej obietnicy, gdyż po prostu nasza gospodarka, nasze firmy nie są na to gotowe. Wszyscy chcemy ten cel osiągnąć. Polska płaca minimalna może zrównać się z niemiecką, ale tylko wtedy kiedy nasze gospodarki będą na zbliżonym poziomie rozwoju gospodarczego, a to niestety nie nastąpi za 2-3 lata.

Algorytm wyliczania płacy minimalnej zupełnie nie uwzględnia sytuacji kryzysowej, która dotknęła polski rynek pracy, jak i całą gospodarkę. Niestety, mimo że płaca minimalna w 2020 r. w relacji do średniorocznej płacy znacząco przebije 50 proc., a relacja do mediany może się zbliżyć do 60 proc. to ustawa przewiduje dalszy wzrost płacy minimalnej o prognozowany wzrost inflacji na 2021 r. oraz 2/3 realnego wzrostu PKB w 2021 r.

Po pierwsze, algorytm jest ślepy na sytuację, że w 2020 r. będziemy mieli głęboką recesję, a wzrost w 2021 r. to efekt odbicia od dna, a nie dobrej sytuacji firm.

Po drugie, to czy do wzrostu płacy dodajemy owe 2/3 PKB, decyduje sprawdzenie czy płaca minimalna w 2020 r. przekroczyła 50 proc., ale płacy w I kw. b.r. To jest absurd systemowy. Płaca w I kw. jest zawsze sezonowo większa niż w II i III kw., jest też większa od średniorocznej płacy, nawet o 4 proc. w niektórych latach. Wynika to z faktu, że w I kw. są wypłacane 13-tki i wiele innych dodatków do wynagrodzeń, które są wliczane do płacy. To powoduje, że zawsze mamy sztucznie zawyżony mianownik tej relacji.

No a obecnie mamy kryzys, płaca w całym roku ma wynieść 4,9-5,1 tys. zł, a my liczymy relację do sezonowo zawyżonej płacy sprzed kryzysu (teraz jest to 5,3 tys. zł). Co jest dodatkowo absurdalne, płaca z I kw. jest nawet wyższa od pierwotnej prognozy budżetowej (5,2 tys. zł). Relacja płacy minimalnej do tej z I kw. teraz nie przekracza 50 proc. ale na koniec roku, nie ulega żadnej wątpliwości, że przekroczy 50 proc., może nawet sięgnąć 53 proc..

Ile może wynieść płaca minimalna według algorytmu ustawowego? Tego jeszcze nie wiemy, bo rząd nie przedstawił prognoz na 2021 r. W prognozach rynkowych zakłada się, że wzrost inflacji w 2021 r. wyniesie ok. 2 proc. r/r, a wzrost PKB ok 4 proc. r/r. Wskaźnik weryfikacyjny wyniesie 1, gdyż wykonanie inflacji w 2019 r. było zgodne prognozą rządową z ustawy budżetowej. W przypadku takich prognoz waloryzacja inflacyjna powinna wynieść więc ok. 50 zł, a komponent związany z PKB daje wzrost o ok. 70 zł. Łącznie płaca minimalna wzrosłaby o 120 zł. To daje wzrost płacy minimalnej o 4,7 proc. r/r podczas gdy wzrost średniej płacy w gospodarce narodowej wg prognoz ekonomistów to 3,8 proc. r/r, a ostrożne prognozy zakładają nawet tylko 2 proc. r/r w 2021 r. Czyli nastąpi dalszy wzrost relacji płacy minimalnej do płacy średniej i mediany. W relacji do średniej 52-54 proc., a w relacji do mediany 58-61 proc.. Przy tak dużej niepewności, ryzyku drugiej fali epidemii, bardzo trudnej sytuacji firm, w szczególności mikro i małych przedsiębiorstw, wzrost płacy minimalnej w 2020 r. zgodnie z algorytmem ustawowym doprowadzić może do zwolnień i wzrostu bezrobocia.

Ten mechanizm niezależnie od kryzysu wymaga reformy. W regule wydatkowej, rząd dodał klauzulę wyjścia związaną ze stanem epidemii. Potrzebna nam klauzula wyjścia dla płacy minimalnej.

W 2021 r. płaca minimalna powinna zostać utrzymana na poziomie z 2020 r., tj. na poziomie 2600 zł. Nawet przy zamrożeniu płacy minimalnej jej relacja do płacy średniej pozostanie na poziomie zbliżonym do 50 proc., a nawet w skrajnym scenariuszu przekroczy 51 proc.. W relacji do mediany wynagrodzenia ta relacja wyniesie 56-58 proc..

Konieczny jest rzetelny, pogłębiony dialog stron społecznych na temat kształtowania się płacy minimalnej w okresie kryzysu. Konieczne jest uwzględnienie bieżącej, złej sytuacji mikro i małych firm, szczególnie w małych miejscowościach, gdzie te firmy dominują. Również zmiany wymaga algorytm wyliczania płacy minimalnej. Cele które były ustalone, zostały osiągnięte, mechanizm wymaga dostosowania.

Dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP

AmCham o projekcie ustawy o Funduszu Medycznym: deklarujemy współpracę i prosimy o konsultacje

W nawiązaniu do opublikowanego na stronie Sejmu RP prezydenckiego projektu ustawy o Funduszu Medycznym, Komitet Farmaceutyczny Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce (AmCham) przedstawił swoje wstępne stanowisko.

Przedstawiciele KF AmCham podkreślają, że opublikowany projekt ustawy jest inicjatywą znaczącą z punktu widzenia zdrowia obywateli i zrównoważonego rozwoju Polski. Deklarują współpracę w obszarze uzgodnień odnośnie do proponowanej ustawy i postulują umożliwienie konsultacji szczegółowych zapisów projektu.

Wyczekiwana inicjatywa

Projekt ustawy o Funduszu Medycznym jest inicjatywą wyczekiwaną i bardzo potrzebną. Jako Komitet Farmaceutyczny AmCham witamy go z pełną otwartością. W szczególności pozytywnie odnosimy się do dostrzeżenia znaczenia dostępu do innowacyjnej, skutecznej i bezpiecznej farmakoterapii w budowaniu kapitału zdrowia polskiego społeczeństwa, z zaakcentowaniem obszarów takich jak onkologia i choroby rzadkie. Cieszymy się, że rola przemysłu farmaceutycznego, inwestującego znaczące środki w prace badawczo-rozwojowe nad nowymi opcjami terapeutycznymi, została dostrzeżona przez Kancelarię Prezydenta RP. Liczymy jednocześnie, że proces legislacyjny nad ustawą umożliwi zainteresowanym stronom dialog dotyczący planowanych rozwiązań, dzięki któremu w jak najlepszy sposób zostaną zaadresowane potrzeby zdrowotne obywateli. Deklarujemy swoje wsparcie dla tego procesu oraz wyrażamy zainteresowanie dla wspólnej pracy nad projektem – mówi Jacek Graliński, przewodniczący Komitetu Farmaceutycznego AmCham.

Niebezpieczeństwa kryzysu

Jak podkreślają członkowie Komitetu Farmaceutycznego AmCham, kryzys gospodarczy spowodowany pandemią koronawirusa ma wymierny wpływ na stabilność finansowania systemu ochrony zdrowia w Polsce. Ostatnie miesiące przyniosły uszczuplenie wartości składek przekazywanych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych do Narodowego Funduszu Zdrowia. W części ma to związek z przepisami tak zwanej tarczy antykryzysowej, na podstawie których wiele podmiotów zostało czasowo zwolnionych z obowiązku odprowadzania składek na ubezpieczenie zdrowotne. Szacuje się, że obecny kryzys ma wpływ na sytuację na rynku pracy, a od niej zależy sytuacja finansowa płatnika publicznego.

Głęboko wierzymy, że zapewnienie stabilnego finansowania systemu ochrony zdrowia ma w nadchodzących miesiącach zasadnicze znaczenie dla budowania tak zwanej „nowej normalności”. Z tego powodu uznajemy przedstawiony projekt ustawy o Funduszu Medycznym za wychodzący naprzeciw tym potrzebom – wyjaśnia Jacek Graliński.

Bardziej dostępne terapie

Zdaniem przedstawicieli KF AmCham ważnym aspektem prezydenckiego projektu ustawy o Funduszu Medycznym jest zapowiedź zwiększenia elastyczności systemu refundacyjnego poprzez wydzielenie ścieżki wczesnego dostępu dla innowacyjnych terapii, dopuszczonych do obrotu na podstawie decyzji Komisji Europejskiej. Jak podkreślają eksperci KF AmCham, dziś w wielu dziedzinach medycyny okres niezbędny do objęcia refundacją terapii na podstawie przepisów ustawy refundacyjnej bywa zbyt długi z punktu widzenia potrzeb pacjentów.

Wydzielenie nowej ścieżki, opartej o obiektywne kryteria oceny, uznajemy za krok w dobrym kierunku. Jednocześnie doceniamy zwrócenie szczególnej uwagi na racjonalne gospodarowanie środkami publicznymi poprzez wprowadzenie mechanizmów płatności za efekt, co jest zgodne z trendami zarządzania systemami ochrony zdrowia, określanymi mianem Value Based Healthcare. Skierowanie dodatkowego strumienia finansowania w tym mechanizmie gwarantuje osiągnięcie wymiernych korzyści zdrowotnych przez wielu pacjentów. Mamy nadzieję, że te środki, wraz z utrzymaniem aktualnego trendu wzrostu wartości środków przeznaczanych w ramach całkowitego budżetu na refundację przez Narodowy Funduszu Zdrowia, pozwolą na zasadnicze ograniczenie niekorzystnych zjawisk związanych z ograniczeniami w dostępie do terapii – mówi Jacek Graliński.

Otwarte konsultacje

Komitet Farmaceutyczny AmCham. deklaruje wolę aktywnego uczestnictwa swoich przedstawicieli w toku procesu legislacyjnego nad projektem ustawy.

Jako Komitet Farmaceutyczny AmCham dziękujemy Panu Prezydentowi za inicjatywę powołania Funduszu Medycznego. Uznajemy, że możliwość konsultacji zapisów projektu byłaby z punktu widzenia dopracowania zapisów ustawy niezwykle cenna i efektywna. Ze swojej strony planujemy przygotowanie i przedstawienie szczegółowego stanowiska KF AmCham do projektu ustawy licząc, że będzie ono przydatne z punktu widzenia planowanych prac nad projektem. Wierzymy, że skuteczne wdrożenie ustawy w znaczącym stopniu przyczyni się do poprawy sytuacji polskich pacjentów – mówi Jacek Graliński.

Do sądów napływa coraz więcej pozwów rozwodowych. Czas oczekiwania na rozstrzygnięcie ze względu na pandemię będzie dłuższy

0

Rocznie w Polsce sądy orzekają średnio 65 tys. rozwodów. Choć wpływ pandemii na tę liczbę nie jest jeszcze znany, to prawnicy już alarmują o zwiększonym zainteresowaniu ze strony klientów procedurami rozwodowymi. Wpływ na to może mieć okres lockdownu, kiedy małżeństwa spędzały ze sobą każdą wolną chwilę, co mogło uwypuklić problemy i różnice w związku. Po złożeniu wniosku do sądu nie należy jednak spodziewać się szybkiego rozpatrzenia sprawy. Po ponad dwumiesięcznej przerwie sądy funkcjonują w reżimie sanitarnym i wiele czynności – m.in. rozprawy z udziałem świadków – przebiega dłużej niż przed pandemią koronawirusa.

W połowie marca zatrzymał się świat prawniczy: sądy zdjęły z wokandy sprawy rozwodowe, budynki sądów zostały zamknięte dla interesantów, a z czasem zostały także wstrzymane biegi terminów sądowych. Ponadto Poczta Polska, która obsługuje przesyłki sądowe, pracowała w znacznie mniejszym wymiarze godzin, a kancelarie adwokackie potrzebowały czasu, żeby się przystosować do nowych warunków, np. odbywania spotkań online z klientami – mówi Karolina Marszałek, adwokat i mediator z Kancelarii Adwokackiej Karolina Marszałek.

Obecnie funkcjonowanie sądów i kancelarii prawniczych wróciło w zasadzie do normy, chociaż koronawirus zmienił nieco zasady działalności firm i instytucji. Sądy funkcjonują w reżimie sanitarnym i muszą dostosować się do wytycznych ministra zdrowia. Przykładowo w Sądzie Okręgowym w Warszawie rozprawy są wyznaczane znacznie rzadziej, świadkowie są wzywani oddzielnie na konkretne godziny, między rozprawami sale są wietrzone i dezynfekowane, co oznacza, że jest mniej rozpraw wyznaczonych na jeden dzień.

– Nie ma żadnych przeciwwskazań – ani technicznych, ani formalnych  do złożenia pozwu rozwodowego. Można go złożyć osobiście, za pośrednictwem adwokata lub radcy prawnego. Jednak złożenie teraz pozwu o rozwód skutkuje tym, że prawdopodobnie będzie on  rozpoznawany dopiero jesienią i zimą – zaznacza Karolina Marszałek.

Prawnicy obserwują obecnie większe zainteresowanie pozwami rozwodowymi. Trudno ocenić, na ile jest to spowodowane izolacją i spędzaniem czasu w domu z małżonkiem, a na ile wcześniejszą sytuacją w związku.

Na statystyki z okresu pandemii musimy jeszcze poczekać, ale z pewnością zamknięcie ludzi w jednym pomieszczeniu, zwłaszcza kiedy w rodzinie była stosowana przemoc, potęguje strach i wzajemną niechęć. Częste przebywanie w domu ze współmałżonkiem mogło także uwypuklić pewne problemy lub prowadzić do konfliktów, które nie byłyby widoczne w innej sytuacji – relacjonuje ekspertka. – Z drugiej strony są też związki, którym pandemia koronawirusa pomogła. Wycofywałam jeden pozew o rozwód, bo moja klientka po miesiącu spędzonym z mężem stwierdziła, że jednak ich małżeństwo da się uratować. To jeden z przykładów pozytywnych skutków pandemii koronawirusa dla relacji małżeńskich.

Wśród częstych powodów rozwodów są zdrady, ale także przemoc fizyczna, psychiczna oraz ekonomiczna. Do nieporozumień na tle finansowym dochodzą nałogi, bardzo często alkoholizm, dłuższa nieobecność małżonka, choćby ze względu na pracę za granicą, ale także niedobór seksualny.

– Bardzo często spotykam ludzi, którzy przez brak bliskości fizycznej mają poczucie, że są niekochani lub czują się nieakceptowani i to też doprowadza do rozpadu małżeństwa – uściśla adwokat.

Potwierdzają to statystyki. Według najnowszego Rocznika Demograficznego 2019 publikowanego przez Główny Urząd Statystyczny w 2018 roku w Polsce sądy orzekły 62 843 rozwody, w tym ponad 45 tys. dotyczyło mieszkańców miast. Przyczyną blisko 14 tys. spraw rozwodowych było niedochowanie wierności małżeńskiej, prawie 10 tys. przypadków miało związek z nadużywaniem alkoholu, a w 27 tys. spraw rozwodowych jako przyczynę podawano niezgodność charakterów.

Stabilność zatrudnienia szczególnie ceniona przez młodych Polaków. Praca na własny rachunek traci na atrakcyjności

Aż 81% przedstawicieli młodego pokolenia wybiera stabilne zatrudnienie w firmie zamiast pracy na własny rachunek. Młodzi od wysokich zarobków wolą work-life balance, ale myśląc o swoim rozwoju chcą pracować w doświadczonych zespołach i z szefem, który jest autorytetem – wynika z raportu „Młodzi Polacy na rynku pracy w nowej normalności”, przygotowanym przez firmę doradczą PwC, Well.HR i Absolvent Consulting.

Nowa rzeczywistość zmienia postawy i oczekiwania pracowników. W ich identyfikowaniu pomocne są badania pulse-check i nowe technologie. W PwC oraz u naszych klientów wykorzystujemy aplikację M.A.I.A. – dzięki elementom sztucznej inteligencji narzędzie analizuje udzielone przez pracowników odpowiedzi, bada trendy, odkrywa ukryte zależności i udziela pragmatycznych rad menadżerom, jak budować i utrzymywać zaangażowanie pracowników. Badanie postaw najmłodszego pokolenia ma tym większy sens, że wraz ze zdobywanym doświadczeniem będą oni zmieniać zdanie w wielu kwestiach. Ich uchwycenie pozwoli na efektywne zarządzanie talentami i całym zespołem. – Dorota Dębińska-Pokorska, partner w PwC odpowiedzialna za usługi z obszaru People & Change

Z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu w kwietniu 2020 r. wynika, że mając do wyboru stabilne zatrudnienie w firmie lub pracę na własny rachunek, zdecydowana większość, bo aż 81,5% respondentów wybrała pierwsze rozwiązanie. Wraz z wiekiem znaczenia nabiera także rodzaj umowy z pracodawcą – umowę o pracę jako preferowaną formę zatrudnienia wskazało 55% osób poniżej 20. roku życia i 84% respondentów powyżej 25 lat.

Młode osoby cenią sobie także zrównoważone podejście do podziału pomiędzy pracą a życiem prywatnym. Respondenci postawieni przed wyborem pomiędzy work-life balance a wysokimi zarobkami w większości wybrali work-life balance (59% vs 40%).

Młode pokolenie ceni transparentność i ‘grę w otwarte karty’. Ważne jest dla nich zwłaszcza otwarte komunikowanie wynagrodzeń, jasno określone zasady współpracy i dobre warunki do rozwoju. Wbrew obiegowym opiniom, Zetki nie szukają w pracy szefa, który będzie ich kumplem, ale takiego, który stanie się dla nich autorytetem. Za szansę do rozwoju uważają m.in. częsty feedback. Lubią różnorodne wiekowo organizacje, bo mają świadomość, że mogą się wiele nauczyć od bardziej doświadczonych kolegów. – Joanna Kotzian, współzałożycielka Well.HR

Co jest dla młodych ważne w pracy

Połowa respondentów badania jako najważniejszy element w pracy wskazała przyjazną atmosferę (50%). Na kolejnych miejscach znalazły się: zdobycie doświadczenia zawodowego (49%), poczucie sensu wykonywanej pracy (43%), wysokie zarobki (42%) i praca zgodna z zainteresowaniami (36%). Z kolei na przeciwległym biegunie, jako elementy nie do zaakceptowania, młodzi wymienili: brak możliwości rozwoju (53%), zarobki nieadekwatne do oczekiwań (52%), konflikt w zespole (49%), wysoki poziom stresu (48%) i brak możliwości awansu (34%).

Co oznaczają wysokie zarobki? Mediana oczekiwań respondentów badania ukształtowała się na poziomie 4 tys. zł netto. Najwyższe oczekiwania finansowe (powyżej mediany) mają studenci kierunków medycznych oraz biologiczno-przyrodniczych, a najniższe (poniżej mediany) studenci kierunków artystycznych, społecznych i humanistycznych.

Podejmując decyzję o aplikowaniu na ofertę zatrudnienia, młodzi Polacy dokładnie sprawdzają przyszłego pracodawcę. Prawie wszyscy sprawdzają profil działania firmy oraz poziom wynagrodzenia, a 78% kandydatów – ofertę benefitów. 86% sprawdza opinie na temat pracodawcy w internecie, w porównaniu z 72% osób odwiedzających stronę kariera i 71% pytających o opinię znajomych. Natomiast profile pracodawców w mediach społecznościowych sprawdza niemal 60% uczestników badania. Dla prawie 70% badanych ważne są wartości firmy oraz jej wizja i misja.

Żyjemy w czasach transformacji kulturowej i biznesowej – to fakt. Kompetencjami przyszłości są umiejętność szybkiego uczenia się nowych rzeczy i oduczania starych metod pracy czy współpracy, szczególnie w odniesieniu do używanej technologii, która optymalizuje i poprawia efektywność czasu i kosztów. Młode pokolenie sprawdzi się idealnie w takim środowisku. Oczekiwania tego pokolenia w stosunku do miejsca pracy również transformują. Zachowanie poczucia bezpieczeństwa, szacunku i docenienia w pracy powinny być definiowane razem z nimi, ponieważ chcą oni, by ich wartości i przekonania były częścią kultury organizacyjnej. Radość, życie i zdrowie są celem samym w sobie – nie praca – mówi pokolenie Z i millenialsi. – Joanna Tonkowicz, partner zarządzająca Absolvent Consulting

Dobry pracodawca, czyli jaki

Na zaufanie do pracodawcy oraz na postrzeganie jego marki przez młodych ludzi mają wpływ przede wszystkim transparentność wynagrodzenia (56%) oraz opinia znajomych (54%). Dobry pracodawca to dla młodych ludzi taki, który już teraz buduje z nimi relacje w partnerski sposób, stawiając na ważne dla nich tematy, takie jak rozwój, dzielenie się wiedzą i wsparcie działalności na uczelniach, najchętniej podczas spotkań umożliwiających interakcję.

Według młodych dobry pracodawca prowadzi warsztaty na uczelniach lub w swojej siedzibie (45%), organizuje szkolenia/spotkania online (44%), wspiera organizacje studenckie i uczelnie (44%) oraz bierze udział w targach pracy (43%).

Wśród benefitów młodzi najczęściej wskazują dostęp do szkoleń, ubezpieczenie zdrowotne, możliwość pracy zdalnej i elastyczne godziny pracy.

Badanie pokazuje, co jeszcze możemy zrobić jako pracodawcy, aby proaktywnie się przygotować na ‘nową rzeczywistość’ w jeszcze bardziej zróżnicowanych pokoleniowo zespołach. Tu warto postawić jeszcze jedno pytanie: czy przed nami kolejna wojna o talenty czy raczej współpraca między pracodawcami w zakresie wzmacniania kompetencji całego młodego pokolenia? Zetki wybiorą te firmy, które będą chciały wywrzeć jak najszerszy pozytywny wpływ, a swoją misją i wizją przyciągną wszystkie pokolenia. – Tina Sobocińska, dyrektor zespołu Human Capital w PwC

O raporcie „Młodzi Polacy na rynku pracy w nowej normalności”

Raport powstał na podstawie badania realizowanego za pomocą ankiety online w marcu i kwietniu 2020 roku. W liczącej 1813 osób grupie byli głównie studenci, zdecydowaną większość badanych stanowiły osoby do 25. roku życia.

Dwie trzecie Polaków musiało zmienić wakacyjne plany. Tną także budżety na wyjazdy

65 proc. Polaków deklaruje, że ze względu na pandemię koronawirusa musiało zmienić wakacyjne plany – wynika z Barometru Providenta. Dwie trzecie z nich zrezygnowało z wyjazdu, co czwarty wybrał inną destynację, a co szósty na razie zawiesił planowanie urlopu. Powodami są  niepewność co do rozwoju sytuacji epidemicznej oraz obawa o bezpieczeństwo i zdrowie. Pewne jest to, że w tym roku znacznie częściej będziemy szukać wakacyjnych atrakcji w kraju. Chcemy też przeznaczyć na ten cel mniej środków, niż wcześniej zamierzaliśmy.

– Tegoroczne wakacje będą zupełnie inne niż do tej pory. Sytuacja związana z pandemią dość mocno zweryfikowała nasze plany – mówi agencji Newseria Biznes Magda Maślana, ekspert ds. PR w Provident Polska. – 65 proc. Polaków, którzy mieli wcześniej zaplanowany urlop, zweryfikowało te plany i je zmieniło. 62 proc. osób, które w marcu miały już zaplanowane wyjazdy, po prostu z nich zrezygnowało. Co czwarty Polak z tej grupy postanowił zmienić miejsce swojej destynacji, natomiast 16 proc. zawiesiło wyjazd i czeka z decyzją do ostatniego momentu.

Z Barometru Providenta wynika, że na początku marca zaledwie 8,5 proc. Polaków nie wiedziało, jak spędzi lato. Koronawirus, zamknięte granice i problemy branży turystycznej pomieszały szyki większości z nich. Tylko 20 proc. badanych deklaruje, że mimo koronawirusa ich plany urlopowe się nie zmienią. W związku z faktem, że kobiety częściej niż mężczyźni deklarowały plany wakacyjne przed wybuchem pandemii – to też częściej niż mężczyźni przyznawały, że pod jej wpływem zmieniły plany.

– Niepewność jest największym determinantem naszych decyzji – związana z sytuacją w kraju, sytuacją epidemiczną, z obostrzeniami, które są na nas nakładane w tym trudnym czasie. 66 proc. Polaków, którzy zaplanowali już urlopy, uznaje ją za główny powód, dla którego musieli zmienić swoje plany. Połowa z tej grupy wskazuje, że równie ważne są dla nich zdrowie i bezpieczeństwo podczas urlopu – zaznacza ekspertka. – 22 proc. przyznaje również, że niepewna jest dla nich sytuacja w branży turystycznej i transportowej, co także jest powodem, dla którego nie decydują się na większe wyjazdy. Co piąty wskazuje na kłopoty finansowe.

Uszczuplone dochody wpływają na to, że wiele gospodarstw domowych zamierza oszczędzić na tegorocznych wyjazdach. 41 proc. badanych przyznało, że wyda na ten cel mniej, niż wcześniej zakładało. Tym bardziej że wciąż liczna jest grupa osób, które straciły pieniądze z powodu poczynionych rezerwacji czy wpłaconych zaliczek i jeszcze ich nie odzyskały.

– Budżety na tegoroczne wyjazdy będą skromniejsze – mówi Magda Maślana. – Przed pandemią w budżecie 2 tys. zł planowało zmieścić się około 31 proc. Polaków, natomiast po pandemii jest to już 39 proc. Notujemy też duże, kilkunastoprocentowe spadki w przedziałach od 2 tys. do 4 tys. i powyżej 4 tys zł.

Przed koronawirusem 28,6 proc. Polaków miało w planach wyjazd zagraniczny, kolejne 19 proc. – urlop w kraju i za granicą, a 37,8 proc. – tylko w kraju. Dziś ta ostatnia opcja wybierana jest jeszcze częściej. Wypoczywać w Polsce zamierza 43,7 proc. ankietowanych. Co czwarty zostanie w domu i co ciekawe, to najmłodsi (do 24 lat) najczęściej wskazywali tę odpowiedź. Na moment przeprowadzenia badania urlop zagraniczny planowało 7,2 proc. badanych.

WHO: Testy najlepszym sposobem kontroli pandemii. W Polsce przebadano dotąd 1,4 mln próbek

Na całym świecie zakażonych SARS-CoV-2 zostało ponad 9 mln osób, a ponad 470 tys. zmarło. – Obserwujemy wypłaszczenie krzywej zachorowań lub jej powolny spadek, ale w przypadku pojawienia się nowego szczytu zachorowań trzeba niezwłocznie przywrócić działania z zakresu zdrowia publicznego – mówi dr Paloma Cuchi, przedstawicielka WHO w Polsce. Jak podkreśla, testy są najlepszym sposobem wskazania, gdzie pojawiają się nowe ogniska koronawirusa. Stąd ważne, żeby wszystkie kraje wciąż utrzymywały dużą liczbę testów u osób, u których podejrzewa się zakażenie SARS-CoV-2 na podstawie objawów klinicznych.

Pandemia wywołana koronawirusem to nowość. Ten wirus jest trudny do powstrzymania ze względu na niektóre jego cechy, m.in. to, że u niektórych osób w przedklinicznej fazie choroby jego ilość w organizmie może być duża tuż przed wystąpieniem objawów, około jeden–dwa dni wcześniej. Takie czynniki sprawiają, że trudno określić ognisko choroby i ją opanować – mówi agencji Newseria Biznes dr Paloma Cuchi.

Zgodnie z mapą WHO jak dotąd na całym świecie zakażonych zostało już 9 mln osób, a ponad 470 tys. zmarło. Największymi ogniskami choroby są w tej chwili Stany Zjednoczone, Rosja i Brazylia, ale gwałtownie rośnie też liczba nowych zakażeń w Indiach, które wyprzedziły Wielką Brytanię i są na czwartym miejscu pod względem liczby zachorowań na COVID-19. W Polsce dotychczasowy bilans to blisko 33 tys. zakażonych i 1400 zmarłych z powodu koronawirusa (dane z 24 czerwca). Najwięcej nowych przypadków wciąż przybywa na Śląsku, ale lokalne ogniska SARS-CoV-2 pojawiają się w całej Polsce.

– Wszystkie kraje muszą mieć świadomość konieczności monitorowania pandemii. Obecnie obserwujemy wypłaszczenie krzywej zachorowań lub jej powolny spadek, ale w przypadku pojawienia się nowego szczytu zachorowań trzeba niezwłocznie przywrócić działania z zakresu zdrowia publicznego – wskazuje przedstawicielka WHO w Polsce.

Kluczem do sukcesu są testy, które pozwalają określić, gdzie pojawiają się nowe ogniska koronawirusa, i odpowiednio na to zareagować. Stąd ważne, żeby wszystkie kraje wciąż wykonywały dużą liczbę testów u osób, u których podejrzewa się zakażenie SARS-CoV-2 na podstawie objawów klinicznych takich jak gorączka czy trudności w oddychaniu.

Trzeba też badać osoby mające kontakt z takimi ludźmi. To pozwoli jak najszybciej zidentyfikować osoby zakażone oraz te, które mogły się zakazić. W przeciwnym razie wirus będzie się wciąż rozprzestrzeniać. Odnotowaliśmy wiele przypadków gospodarstw domowych, w których jedna osoba po zakażeniu natychmiast zakażała inne, z którymi była w bliskich kontaktach. Zaleca się więc, aby kraje szukały takich osób i natychmiast wdrażały kwarantannę lub izolację – mówi dr Paloma Cuchi.

Według danych Ministerstwa Zdrowia w Polsce przebadano dotąd prawie 1,4 mln próbek pobranych od 1,25 mln osób. Dziennie wykonywanych jest kilkanaście tysięcy testów.

– Jeżeli jest możliwość, żeby rozszerzyć badania na inne grupy, jak np. ośrodki dla osób starszych czy górników, jak w przypadku Polski, należy natychmiast rozpocząć testowanie. Takie są zalecenia. Jednak ważna jest właściwa strategia i robienie testów osobom, które ich potrzebują, czyli zakażonym SARS-CoV-2 i osobom z ich środowiska, a następnie rozszerzanie zakresu badań. Nadal szukamy testu o dużej skuteczności, ale należy badać, badać i jeszcze raz badać zgodnie z odpowiednią strategią – podkreśla przedstawicielka WHO w Polsce.

Wskazuje, że w początkowej fazie, kiedy wiedza na temat wirusa SARS-CoV-2 była jeszcze niewielka, to społeczna izolacja i wprowadzony w wielu krajach nakaz pozostawania w domach znacząco przyczyniły się do kontroli pandemii.

Na początku nie wiedzieliśmy, czym tak naprawdę jest ta pandemia. Nie wiedzieliśmy, gdzie występują jej ogniska, kto jest zakażony i kto miał kontakt z zakażonymi, więc pomysł pozostania w domach był dobry. W ten sposób kraje zyskały czas, by wdrożyć odpowiednie działania. Z perspektywy klinicznej chodziło też o przygotowanie szpitali i ośrodków, a także społeczeństwa, aby zdobyli wiedzę na temat wirusa i tego, jak się przed nim chronić. Dzisiaj wiemy więcej na jego temat, więc możemy podejmować inne działania, szczególnie jeśli chodzi o testy i kontrolę osób, które miały z nim kontakt z wirusem, odpowiednie prowadzenie kwarantanny. Pomocne w tym są zwłaszcza duże wsparcie społeczeństwa i zastosowanie środków takich jak etykieta podczas kaszlu, mycie rąk i utrzymywanie dystansu – mówi dr Paloma Cuchi.

Obecnie w Polsce na kwarantannie przebywa blisko 100 tys. osób. W połowie miesiąca Ministerstwo Zdrowia zmieniło jej zasady. Zgodnie z rozporządzeniem od 17 czerwca obowiązkowa kwarantanna ma trwać do czasu uzyskania ujemnego wyniku testu diagnostycznego w kierunku SARS-CoV-2 (ale nie dłużej niż 14 dni, licząc od dnia następującego po styczności lub narażeniu na zakażenie).

– Jeżeli ktoś  miał kontakt z wirusem, objawy mogą pojawić się w ciągu sześciu–siedmiu dni, ale wiemy, że może to potrwać nawet 14 dni. Dlatego też najbezpieczniej jest, aby osoby, które miały kontakt z zakażonym SARS-CoV-2, przechodziły 14-dniową  kwarantannę. Po dwóch tygodniach należy sprawdzić, czy wystąpiły objawy albo wynik testu jest dodatni. Jeżeli obecność koronawirusa zostanie potwierdzona, taka osoba powinna przebywać w izolacji do czasu upewnienia się, że nie może już zarażać innych – wskazuje przedstawicielka WHO w Polsce. – Jeśli będziemy mieli lepsze testy i będziemy lepiej rozumieć dynamikę działania SARS-CoV-2, to zalecenie co do długości kwarantanny może się zmienić. Trzeba pamiętać, że stan wiedzy o wirusie ciągle się zmienia. Zalecenia zmieniamy albo aktualizujemy w miarę gromadzenia badań i danych z poszczególnych państw.

Rynek fotowoltaiki ponownie na fali wzrostowej. Obroty mogą w tym roku wzrosnąć o 25 proc.

Pandemia SARS-CoV-2 wyhamowała rynek fotowoltaiki. Problemy były wywołane m.in. lockdownem i wstrzymaniem tradycyjnej sprzedaży oraz chwilowymi przerwami w dostawach komponentów do instalacji fotowoltaicznych. Zawirowania na rynku trwały jednak krótko, tym bardziej że część firm przeniosła się do internetu. Już pod koniec kwietnia firmy z branży notowały sprzedaż na podobnym poziomie co przed pandemią. Fotowoltaika może więc pozostać najszybciej rozwijającym się sektorem OZE w Polsce. Prognozy Instytutu Energetyki Odnawialnej mówią o wzroście obrotów na tym rynku o 25 proc. r/r.

Po ogłoszeniu restrykcji branża faktycznie obserwowała zdecydowane wyhamowanie sprzedaży i montażu instalacji fotowoltaicznych. Ten stan utrzymywał się przez parę tygodni – mówi agencji Newseria Biznes Michał Skorupa, prezes spółki Foton Technik. – W kolejnych obserwowaliśmy ponowne wzrosty sprzedaży do poziomów sprzed pandemii. Dzisiaj branża znów jest w trendzie wzrostowym i jest to podyktowane głównie tym, że fotowoltaika zawsze się opłaca – niezależnie od tego, jakie mamy trudności w otoczeniu biznesowym.

Już pod koniec kwietnia branża zaczęła ponownie notować wzrosty sprzedaży instalacji fotowoltaicznych – zarówno tych małych, jak i większych, powyżej 50 kW mocy zainstalowanej. Marcowe i kwietniowe zastoje były spowodowane nie tylko lockdownem i wstrzymaniem się z inwestycjami, lecz także chwilowymi przerwami w dostawach komponentów. Ich przyczyną było m.in. tymczasowe wstrzymanie produkcji w fabrykach w Azji.

Chodziło o dostawy modułów fotowoltaicznych, inwerterów czy innych niezbędnych elementów. Kluczowe okazało się to, czy dana spółka prowadząca sprzedaż i montaż instalacji fotowoltaicznych miała dużo wcześniej zabezpieczony stock magazynowy na odpowiednim poziomie, który pozwolił jej mimo zawirowań zapewnić swoją zdolność operacyjną na rzecz klientów – mówi Michał Skorupa.

Jak podkreśla, w wyniku restrykcji wprowadzonych w związku z SARS-CoV-2 część branży przeniosła się online, żeby móc dalej prowadzić sprzedaż przy zachowaniu wymogów bezpieczeństwa.

– Było to kluczowe, aby zachować zdolność operacyjną i nadal prowadzić działalność sprzedażową, ale przy jednoczesnym zachowaniu wszelkich standardów bezpieczeństwa i środków ochrony osobistej – zarówno po stronie klienta, jak i osób, które mają z nim kontakt  – mówi prezes Foton Technik

Fotowoltaika jest najszybciej rozwijającym się sektorem OZE w Polsce. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki jeszcze w 2014 roku moc fotowoltaiczna w sieci wynosiła 20 MW, a w kwietniu tego roku już 1,83 GW (z czego aż 1,2 GW generują prosumenci). To oznacza, że w nieco ponad pięć lat moc wzrosła aż o 9 tys. proc. Pod względem przyrostu nowych mocy z paneli słonecznych zainstalowanych w systemie znajdujemy się obecnie na piątym miejscu w Unii Europejskiej. I tak też powinno pozostać. Według raportu Instytutu Energetyki Odnawialnej „Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020” na koniec roku moc zainstalowana w Polsce może wzrosnąć do 2,5 GW, a obroty na rynku wzrosną w tym roku o 25 proc. i przekroczą 5 mld zł. W 2025 roku moc PV może osiągnąć 7,8 GW.

Instalacja fotowoltaiczna powinna efektywnie pracować przez minimum 25–30 lat. W tak długim horyzoncie czasowym na pewno będzie opłacalna. Gdy dodamy rosnące ceny energii, co możemy obserwować na przestrzeni ostatnich lat, inwestycja ta opłaci się klientowi również z perspektywy budowania niezależności energetycznej – mówi Michał Skorupa.

W Polsce rynek fotowoltaiki przeżywa w tej chwili boom, który napędziły m.in. nowelizacja ustawy o OZE zmieniająca definicję prosumenta, spadek cen paneli fotowoltaicznych i ujednolicenie stawki podatku VAT oraz rządowe programy Energia Plus czy Mój Prąd. Ten ostatni jest największym w Europie programem dofinansowania do prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW. Dotychczasowy bilans programu to 73 tys. wniosków i 408 MW mocy zainstalowanej, a – jak podaje NFOŚiGW – wartość inwestycji w przydomową fotowoltaikę, zrealizowanych przez polskie gospodarstwa domowe dzięki programowi. osiągnęła już kwotę ok. 1,8 mld zł. Przydomowe źródła energii odnawialnej są w Polsce coraz popularniejsze m.in. ze względu na fakt, że energia ze słońca jest znacząco tańsza niż ze źródeł tradycyjnych. Również dla przedsiębiorstw, które decydują się na fotowoltaikę, korzyścią są niższe rachunki, a poza tym także większe bezpieczeństwo energetyczne i bardziej proekologiczny wizerunek.

W fotowoltaikę inwestują różni klienci – w zależności od motywacji i tego, czego dany klient poszukuje. W przypadku instalacji powyżej 50 kW mocy zainstalowanej najczęściej są to inwestorzy, którzy budują duże farmy np. pod kątem systemów aukcyjnych. Są też klienci biznesowi, którzy chcą obniżyć konsumpcję energii w ramach swojej działalności i przy okazji budować wizerunek przedsiębiorstwa ekologicznego. Z kolei klienci indywidualni w gospodarstwach domowych chcą przede wszystkim budować swoją niezależność energetyczną z perspektywy rosnących cen energii – mówi prezes spółki Foton Technik.

Unia Europejska przed USA i Chinami. Walka z koronawirusem napędza poziom innowacyjności [DEPESZA]

Innowacyjność zwiększa konkurencyjność i wydajność. Chroni bezpieczeństwo narodowe i może pomóc w rozwiązywaniu problemów społecznych. To istotne, zwłaszcza w czasie pandemii. Nowe technologie pomogą opracować rozwiązania do skutecznej walki z COVID-19. Wyniki Unii Europejskiej w zakresie innowacji stale rosną, od 2012 roku wydajność innowacyjna wzrosła o niemal 9 proc. – UE przoduje w wychodzeniu z kryzysu związanego z koronawirusem – przekonuje Mariya Gabriel, komisarz ds. innowacji, badań, kultury, edukacji i młodzieży.

Najnowsza Europejska Tablica Innowacji wskazuje, że choć krajom UE nieco brakuje do wyników Korei Południowej, Japonii czy Australii, to w wyścigu innowacyjności prześcigamy m.in. USA i Chiny. Średnio wydajność innowacyjna UE wzrosła od 2012 roku o 8,9 proc. Liderem innowacji w Europie jest Szwecja, przed Finlandią, Danią i Holandią.

– Tegoroczna tablica wyników pokazuje, że Unia Europejska już jest dobrym miejscem do rozwijania innowacyjności, ale musimy jeszcze bardziej zintensyfikować wysiłki w całej UE, aby znaleźć globalne rozwiązania w celu opanowania koronawirusa i jednocześnie pomóc Europie w wyjściu z kryzysu. Bardziej niż kiedykolwiek istotne znaczenie ma innowacyjność, ponieważ jest ona podstawą naszych wysiłków na rzecz pokonania pandemii koronawirusa – podkreśla Thierry Breton, komisarz ds. rynku wewnętrznego.

Pandemia koronawirusa wstrząsnęła gospodarką i systemami opieki społecznej. UE wykorzystuje jednak wszystkie dostępne narzędzia do zachowania jednolitego rynku i wspierania gospodarki europejskiej. Badania i innowacje są istotną częścią skoordynowanej reakcji Unii na kryzys. Za blisko 60 proc. wzrostu gospodarczego Europy w ciągu ostatnich dziesięcioleci odpowiadają właśnie innowacje. Badania i innowacje zwiększają konkurencyjność krajowych gospodarek oraz cyfrową i ekologiczną transformację społeczeństwa. Tym samym przyczyniają się do skutecznej walki z koronawirusem.

Widać to m.in. po wydatkach na badania nad szczepionką na SARS-CoV-2 czy lekami skutecznie pomagającymi w chorobie. Blisko 140 mln euro trafiło na opracowanie szczepionek, nowych metod leczenia i  testów diagnostycznych, 72 mln euro na leczenie i diagnostykę za pośrednictwem Inicjatywy Leków Innowacyjnych (IMI). Na wzmocnienie zdolności do produkcji i wdrażania rozwiązań oraz na lepsze zrozumienie pandemii przeznaczono ponad 120 mln euro. Z kolei 314 mln euro trafiło do MŚP i start-upów na innowacyjne rozwiązania, które mają na celu rozwiązanie pandemii SARS-CoV-2 poprzez program akceleracyjny Europejskiej Rady Innowacji.

– UE przoduje w wychodzeniu z kryzysu związanego z koronawirusem poprzez zwiększanie wsparcia dla wysiłków badawczych i łączenie różnych podmiotów działających w ekosystemach innowacji, zarówno z sektora publicznego, jak i prywatnego, które mogą przekształcić nowe idee w rzeczywistość i poprawić jakość życia obywateli – wskazuje Mariya Gabriel, komisarz ds. innowacji, badań, kultury, edukacji i młodzieży.

Powstał najszybszy komputer kwantowy na świecie. Pomoże rozwiązać skomplikowane problemy matematyczne oraz przyda się w finansach i medycynie [DEPESZA]

Koncern Honeywell ogłosił zakończenie prac nad komputerem kwantowym nowej generacji. Ich maszyna osiągnęła objętość kwantową równą 64, dwukrotnie prześcigając pod tym względem dotychczasowego lidera komputer kwantowy IBM Raleigh. Komercjalizacja urządzenia ma umożliwić przeprowadzenie procesów matematycznych, które przekraczają możliwości obliczeniowe komputerów krzemowych. Komputery kwantowe mogą znaleźć zastosowanie m.in. w branży finansowej, motoryzacyjnej czy medycznej.

– To, co sprawia, że ​​nasze komputery kwantowe są tak wydajne, to posiadanie kubitów najwyższej jakości, z najniższym poziomem błędów. Jest to połączenie wykorzystania identycznych, w pełni połączonych kubitów i precyzyjnej kontroli – podkreśla Tony Uttley, prezes Honeywell Quantum Solutions. – Gdy te kubity oddziałują ze sobą w obliczeniach, otrzymujemy kwantowe „supermoce”, wykładniczy wzrost liczby wartości, które można rozpatrywać jednocześnie.

Sercem komputera kwantowego od Honeywell jest kriogeniczna komora próżniowa schłodzona za pomocą ciekłego helu do 10 K – temperatury bliskiej zera absolutnego. Wewnątrz niej, 0,1 mm ponad pułapką jonową, lewitują pojedyncze atomy uwięzione w polu elektrycznym. Po przepuszczeniu przez nie wiązki laserowej naukowcy mogą wykonywać za ich pośrednictwem operacje kwantowe.

Przewaga komputera kwantowego nad konstrukcjami opartymi na półprzewodnikach z krzemu tkwi w sposobie przetwarzania danych. Klasyczne komputery przetwarzają bity zero-jedynkowo, a każdy z nich może przyjąć wyłącznie jeden konkretny stan. Maszyny kwantowe bazują na kubitach, mogących przyjmować superpozycję, w której znajdują się w dwóch stanach jednocześnie. Wykorzystanie kubitów pozwala przeprowadzać skomplikowane operacje matematyczne znacznie szybciej niż przy wykorzystaniu algorytmów zero-jedynkowych.

– Technologia kwantowa pozwoli uzyskać dokładną odpowiedź, a nie tylko się do niej zbliżyć – przekonuje Tony Uttley. – Można przyjrzeć się różnym interakcjom dokładnie w tym samym czasie, aby znaleźć optymalne rozwiązanie.

Potencjał tej technologii zaprezentowali w 2019 roku inżynierowie Google’a, generując za pośrednictwem 54-kubitowego procesora Sycamore przypadkowy ciąg cyfr i potwierdzając jego losowość. Operację, którą tradycyjne superkomputery wykonałyby w 10 tys. lat, komputer kwantowy od Google ukończył w 3 minuty i 20 sekund.

Szeroko zakrojone prace nad komercjalizacją komputerów kwantowych prowadzi także firma IBM. Amerykańska korporacja otworzyła w Nowym Jorku Centrum Obliczeń Kwantowych, ośrodek badawczo-rozwojowy umożliwiający zdalne korzystanie z mocy obliczeniowej komputerów kwantowych za pośrednictwem platformy IBM Q Experience w celach naukowych i komercyjnych.

– Wróciliśmy do korzeni. 60 lat temu komputery zajmowały cały pokój, a wszędzie widniały jedynie przewody. Z komputerami kwantowymi dziś jest podobnie – mówi prezes Honeywell Quantum Solutions.

Komputery kwantowe mogą posłużyć do prowadzenia zaawansowanych symulacji medycznych np. w celu opracowania nowego leku. W branży motoryzacyjnej mogą posłużyć do optymalizacji ruchu drogowego, a branża finansowa za pomocą kwantowych algorytmów może skutecznie chronić swoje rozwiązania. Technologia kwantowa może się przydać wszędzie tam, gdzie poszukuje się nowych rozwiązań, materiałów czy modeli matematycznych i fizycznych.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku obliczeń kwantowych w 2019 roku wyniosła 93 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 283 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 25 proc.

Bezrobocie rośnie wolno. Ale może przyspieszyć

Dane GUS dotyczące bezrobocia w maju 2020 r. potwierdzają wcześniejsze szacunki resortu rodziny, pracy i polityki społecznej. Stopa bezrobocia wyniosła 6%, a liczba bezrobotnych zarejestrowanych w powiatowych urzędach pracy 1011,7 tys. Oznacza to niewielki wzrost bezrobocia od początku pandemii COVID -19.

Warto pamiętać, że wchodziliśmy w okres zamrożenia gospodarki z rekordowo niskim bezrobociem (w lutym 2020 r. było to 5,5%), również w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Obecną, stosunkowo dobrą sytuację na rynku pracy, zawdzięczamy bardzo ostrożnym ruchom kadrowym ze strony pracodawców, którzy czekając na zmianę sytuacji, raczej korzystają z dostępnych form wspierania utrzymania pracowników niż dokonują radykalnych zwolnień

Epidemia koronawirusa nie zmieniła jednej z najbardziej charakterystycznych cech rynku pracy, czyli zróżnicowania regionalnego. Najtrudniejsza sytuacja jest w województwie warmińsko – mazurskim, gdzie stopa bezrobocia wynosi 10,4% i w obszarze województwa mazowieckiego bez wliczania Warszawy (9,7%). Na przeciwnym biegunie są województwa wielkopolskie i śląskie ze stopą bezrobocia na poziomie – odpowiednio – 3,6% i 4,5% . W samym regionie warszawskim stołecznym zarejestrowane osoby bez pracy stanowią 2,4%.

Na poziomie powiatów stopa bezrobocia jest zdecydowanie bardziej zróżnicowana i waha się od 1,4% czy 1,5% w – odpowiednio – Katowicach i Poznaniu do aż 23,9% w powiecie szydłowieckim na Mazowszu. Warto zauważyć, że województwo mazowieckie jest obszarem o największym zróżnicowaniu sytuacji na powiatowych rynkach pracy – pomiędzy stolicą a powiatem szydłowieckim od lat jest kolosalna różnica, która mimo licznych programów aktywizacji nie ulega zmniejszeniu, co świadczy o tym, że problemy mają charakter strukturalny.

Prezentowane dane dotyczą maja, kiedy zakończył się okres zamrożenia gospodarki. Kolejne miesiące będą testem, na ile obecne na rynku firmy będą mogły wrócić do poziomu aktywności sprzed koronawirusa, a tym samym utrzymać wszystkich dotychczasowych pracowników. Instrumenty przewidziane w kolejnych ustawach antykryzysowych mają ograniczony, trzymiesięczny czas obowiązywania. Okres po zakończeniu wsparcia ze strony rządowej będzie prawdziwym testem na faktyczne zapotrzebowanie na pracowników na rynku pracy.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Odmrażanie gospodarki znacznie obniżyło straty PKB

Dwie organizacje reprezentujące interesy przedsiębiorców – Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) i Konfederacja Lewiatan – stworzyły licznik strat polskiej gospodarki podczas epidemii COVID-19. Licznik uwzględnia przede wszystkim ograniczenia aktywności gospodarczej, wynikające z obostrzeń wprowadzonych w poprzednich miesiącach. Pokazuje, że zamrożenie części gospodarki miało bardzo duże konsekwencje dla polskiego PKB. W szczytowym momencie epidemii straty przyrastały bowiem w tempie 2,1 miliarda złotych dziennie. Teraz, gdy powoli wracamy do normalności, na liczniku możemy zobaczyć, jak aktywowanie kolejnych gałęzi gospodarki wpływa na gospodarkę.

– Licznik aktualizujemy w oparciu o luzowanie obostrzeń, by pokazać efekt tych zmian. Nasza najnowsza aktualizacja, dotycząca stanu obowiązującego po 15 czerwca pokazuje, że poziom narastania strat obniżył się do 600 milionów złotych dziennie – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Oznacza to, że polska gospodarka została odmrożona w mniej więcej 71% w stosunku do szczytowego stanu najintensywniejszych obostrzeń przeciwepidemicznych. Kolejnym krokiem, który potencjalnie może w dalszym stopniu ograniczyć narastanie tych strat, jest powrót do pracy osób korzystających z zasiłku opiekuńczego – czyli opiekującymi się dziećmi od czasu zamknięcia instytucji edukacyjnych. Ta zmiana zbiegnie się jednak z początkiem wakacji, ponieważ zasiłek obowiązywał do 21 czerwca. Efekt w ujęciu gospodarczym będzie więc trudniejszy do uchwycenia – lecz mamy nadzieję, że zobaczymy go w naszych obliczeniach – zapowiada Kozłowski.

2.4 mln m kw. wolnych biur. Najnowsze dane z rynku biurowego

Aktualne dane REDD wskazują, że obecnie na polskim rynku dostępnych jest 4376 modułów biurowych o łącznej powierzchni 2.4 mln m kw. Od początku kwietnia rynek zasiliło ponad 700 modułów o powierzchni ponad 180 tys. m kw., które nie zostały zaabsorbowane przez nowe umowy najmu.

Spośród ponad 25 rynków regionalnych monitorowanych przez REDD, największe zasoby wolnej powierzchni biurowej występują w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Katowicach, Poznaniu, Gdańsku i Łodzi.REDD3 (1)

Na tych siedmiu rynkach wolna powierzchnia w oddanych i budowanych budynkach A- i B-klasowych to ponad 1.92 mln m kw., co stanowi 80 proc. wszystkich dostępnych biur w Polsce. W pozostałych miastach wolne powierzchnie wynoszą poniżej 15 tys. m kw. w każdym mieście.REDD2 (1)

Z perspektywy danych napływających z rynku, o aktualnej kondycji biur eksperci REDD mówią w kontekście dwóch obserwacji.  – Po pierwsze to rosnące zasoby dostępnej powierzchni. Do połowy marca dostępne powierzchnie spadały – to oznacza, że podpisywano więcej umów niż zwalniano biur. Sytuacja zmieniła się z początkiem drugiego kwartału. Obecnie co tydzień zwalnia się ok. 30 biur. Pustostany rosną jednak powoli, choć na razie nie widać oznak odwrócenia tej tendencji – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

– Druga obserwacja dotyczy powierzchni użytkowej wolnych modułów biurowych, które pojawiają się na rynku. Od początku kwietnia średnia wielkość dostępnego biura „skurczyła się” o prawie 25 proc. z 540 m kw. do 415 m kw. Oznacza to, że na rynek trafiają coraz mniejsze puste biura – w naszej opinii zwalniane przez mniejsze i średnie firmy – dodaje Judyta Bartnicka, Big Data Analyst REDD.REDD1 (2)

Dzięki interwencji Rzecznika MŚP w Tarczy Antykryzysowej 4.0 znalazły się korzystne rozwiązania dla przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne

Uchwalona w dniu 4 czerwca 2020 r. ustawa o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o zmianie niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 382) przewidywała m.in. ograniczenie wysokości wypłacanych pracownikom w związku z rozwiązaniem umowy o pracę odpraw, odszkodowań lub innych świadczeń przez pracodawcę, u którego wystąpił spadek obrotów gospodarczych lub istotny wzrost obciążenia wynagrodzeń – do kwoty wynoszącej dziesięciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Powyższe rozwiązanie rozciągnięto na wypowiedzenie albo rozwiązanie umowy agencyjnej, umowy zlecenia (lub innej umowy o świadczenie usług, do której stosuje się przepisy dotyczące zlecenia), umowy o dzieło albo w związku z ustaniem odpłatnego pełnienia funkcji.

W związku z niepokojącymi sygnałami otrzymanymi od przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne, Rzecznik MŚP pismem z dnia 2 czerwca 2020 r.  zwrócił się do Marszałek Sejmu Elżbiety Witek o dokonanie stosownych korekt w projektowanym nowym art. 15gd ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (Dz. U. z 2020 r. poz. 374, ze zm., dalej: „Specustawa”) poprzez nierozciąganie na nich problematycznej regulacji. Rzecznik MŚP wskazał, że obecnie polski rynek składa się w przeważającej większości z agentów będących mikroprzedsiębiorcami, podczas gdy dającymi zlecenie są najczęściej duże, międzynarodowe przedsiębiorstwa. Ponadto, pismem z dnia 8 czerwca 2020 r. Rzecznik MŚP zwrócił się w tej sprawie do Wiceprezes Rady Ministrów, Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz z prośbą o wsparcie tego postulatu.

Powyższy apel spotkał się z pozytywnym odzewem. Na posiedzeniu w dniu 19 czerwca 2020 r. Sejm przyjął poprawkę Senatu zakładającą wykreślenie z art. 15gd ust. 2 Specustawy odwołania do odpowiedniego stosowania tej regulacji do umowy agencyjnej. Ustawa została podpisana przez Prezydenta w dniu 23 czerwca 2020 r.

Inwestycja w mieszkanie na wynajem. Warto czy nie warto?

Rynek najmu w czasie koronawirusa wyraźnie zwolnił. Tymczasem, zakup mieszkania pod wynajem to bardzo popularna forma inwestowania oszczędności Polaków. W dłuższej perspektywie jest to bezpieczna lokata kapitału, zwłaszcza gdy zakup realizowany jest za gotówkę, w okazyjnej cenie. Jednak gdy takie przedsięwzięcie ma charakter inwestycyjny i odbywa się z udziałem finansowania kredytem hipotecznym, pojawia się pytanie o poziom stopy zwrotu z takiej inwestycji oraz poziom ryzyka inwestycyjnego. Eksperci BIK i Otodom zbadali, jakie ryzyko towarzyszy lewarowaniu inwestycji mieszkaniowej kredytem bankowym, zwłaszcza w okresie trwającej pandemii, gdy maleje popyt na wynajem, a czynsze z najmu z miesiąca na miesiąc spadają.

Rozważając zaciągnięcie kredytu na zakup nieruchomości pod wynajem należy zawsze przeanalizować ryzyko związane z taką inwestycją. Jednym z kluczowych ryzyk jest spadek dochodów z czynszu. Wartość czynszu jest determinowana popytem na wynajem i podażą nieruchomości pod wynajem. Zarówno popyt, jak i podaż, mają w tym przypadku charakter lokalny. I to lokalny rynek (relacja popytu i podaży) wyznacza wartość czynszu, jaki możemy uzyskać, a tym samym stopę zwrotu z inwestycji oraz poziom ryzyka jej towarzyszący.

Koronawirus zaraził rynek najmu w Polsce

W ostatnich miesiącach popyt na wynajem długoterminowy znacząco zmalał w wyniku braku studentów (studia on-line), odpływu pracowników z zagranicy (wyjazd z Polski) oraz praktycznie wstrzymania wyjazdów biznesowych (przejście na pracę zdalną).
Fakt spadku popytu na rynku wynajmu w wyniku pandemii potwierdza Jarosław Krawczyk, ekspert z portalu Otodom.

– Zachwiane zostały proporcje popytu i podaży. Z jednej strony do swoich domów wrócili studenci i pracownicy zagraniczni, zwalniając dotychczas zajmowane mieszkania. Nie ma też turystów, którzy korzystali z najmu krótkoterminowego, z lokali wynajmowanych na doby, powszechnych dziś na rynku. Mniejszy popyt zderzył się z większym wyborem dostępnych mieszkań na wynajem, co skutkuje obniżeniem oczekiwań właścicieli odnośnie kwoty za wynajem. Wolą oni wynająć mieszkania taniej niż utrzymywać puste lokale, które przecież wciąż generują koszty utrzymania, a jeśli zostały kupione na kredyt – wymagają spłacania kolejnych rat.

otodom_ceny_najmu

– Wahania cen najmu mieszkań zdarzały się regularnie. Od dawna jednak nie było miesiąca, w którym we wszystkich miastach obserwowaliśmy spadki. W kwietniu ceny najmniej spadły w Katowicach (o 1,6%), a najbardziej w Warszawie – aż o 7,2% – podsumowuje Jarosław Krawczyk z portalu Otodom.

Argumenty przemawiające na korzyść właścicieli nieruchomości oraz potwierdzenie słuszności decyzji o długoterminowej inwestycji w mieszkania na wynajem, wskazuje główny analityk BIK, prof. Waldemar Rogowski, który ocenia obecną sytuację również pod kątem dostępności kredytów:

– Wymagania banków w zakresie udzielania nowych kredytów, czyli wyższy wkład własny, spadek akceptowalnego wskaźnika LtV, wzrost akceptowalnego poziomu scoringowego określającego wiarygodność kredytową, spadek akceptowalnego wskaźnika DtI, przekładają się na mniejszą dostępność kredytu, szczególnie wśród osób młodych. Osoby te przy braku możliwości uzyskania kredytu bankowego zdecydują się na wynajmowanie nieruchomości.

Ile osób dotyka dziś zmiana cen najmu i jaka jest skala inwestycji w nieruchomości, można oceniać na podstawie analiz, jakie przygotowują analitycy BIK w oparciu o największą w kraju bazę informacji na temat kredytów, zaciąganych przez ponad 15 milionów dorosłych Polaków.

Krajobraz kredytów hipotecznych w Polsce

Na 31 maja 2020 r. 2,545 mln czynnych kredytów mieszkaniowych posiadało 4,041 mln Polaków. Łączna kwota zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych wynosiła 477,585 mld zł. W strukturze kredytobiorców wyróżnić można takich, którzy mają więcej niż 2 kredyty mieszkaniowe do spłaty:

  • więcej niż dwa ma 54 486 osób (1,3% ogółu kredytobiorców) w tym:
  • trzy kredyty posiada 44 918 osób;
  • cztery kredyty ma 7 045 osób;
  • pięć i więcej kredytów jest u 2 523 osób.

Z osób posiadających więcej niż dwa kredyty mieszkaniowe większość – 82% to osoby z trzema kredytami mieszkaniowymi. Osoby z trzema i więcej kredytami posiadają 102 577 kredytów, co stanowi 4% wszystkich kredytów mieszkaniowych. 77 048 kredytów to kredyty osób posiadających trzy czynne kredyty mieszkaniowe.

BIK przyjął, że osoby posiadające więcej niż dwa kredyty mieszkaniowe, finansują nieruchomości w celach inwestycyjnych. W takim przypadku osoby te, jako inwestorzy, czerpią korzyści ekonomiczne z wynajmu zarówno krótkoterminowego, jak i długoterminowego. Lewarowanie transakcji zakupu nieruchomości w celach inwestycyjnych (pod wynajem) nie jest jeszcze popularne. Kwota kredytów mieszkaniowych do spłaty przez osoby z trzema i więcej kredytami mieszkaniowymi na 31 maja 2020 r. wynosi 22,24 mld zł i stanowi 4,66% łącznego zadłużenia z tytułu wszystkich kredytów mieszkaniowych. Z tego 15,9 mld (71,5%) to zadłużenie osób z trzema kredytami.

bik_struktura_mieszkaniowi2020Około 13% kredytobiorców posiadających więcej niż dwa kredyty to mieszkańcy Warszawy. Ich udział w kwocie do spłaty wynosi aż 21,7%, co wiąże się z koniecznością zaciągnięcia wyższego kredytu z uwagi na najwyższe ceny nieruchomości w Warszawie. Zatem tu szczególnie zwrot z inwestycji przekłada się na wysokość pobieranego czynszu, który w okresie pandemii spadł najbardziej. Drugim miastem, gdzie znaczną rolę odgrywają wynajmy na cele biznesowe i studenckie, jest Wrocław, a następnie Kraków, w którym duże znaczenie ma wynajem krótkoterminowy, wyhamowany ze względu na ograniczenie ruchu turystycznego.

Jednocześnie trzeba nadmienić, że nie zawsze inwestycja jest realizowana w miejscu zamieszkania kredytobiorcy. Dlatego część inwestorów z dużych miast kupuje nieruchomości inwestycyjne w kurortach górskich lub nadmorskich, często w formule kondohoteli, aparthoteli. Ten rodzaj inwestycji opiera się na korzyściach pozyskiwanych z najmu sezonowego przez operatora nieruchomości, a znaczna część czynszu z najmu trafia do kieszeni inwestorów. Koszt m2 jest zatem istotnie wyższy od kosztu metra kupowanego indywidualnie od dewelopera.

W obecnej sytuacji zwrot z takiej inwestycji jest bliski zeru zwłaszcza, że zmienia się podejście Polaków do doboru miejsc noclegowych. Zamiast dużych hoteli, rezerwują wypoczynek w domkach położonych z dala od skupisk ludzkich.

Czy warto inwestować w mieszkania?

Podczas inwestowania własnych oszczędności czy tzw. nadwyżek finansowych, należy zwrócić uwagę na wiele czynników dla powodzenia takiego przedsięwzięcia. Z ostrożnością należy traktować inwestycje w instrumenty kapitałowe czy lokowanie środków na giełdzie, która w obliczu kryzysu pandemicznego raczej czeka na moment odrabiania strat. Choć pieniądze w bankach zawsze są bezpieczne, to sytuacja spadku dochodów z lokat bankowych do symbolicznych wartości skłania do poszukiwania innych form lokowania swoich środków. Już obserwuje się nieznaczny odpływ depozytów z banków i poszukiwanie przez Polaków innych bezpieczniejszych form inwestowania. Wybór, oprócz optymalnej dywersyfikacji lokowania swoich środków, powinna determinować decyzja, na jaki okres chcemy inwestować. Alternatywą może być rynek nieruchomości, jednak w przypadku częściowego finansowania kredytem, wiąże się to z określonymi regulacjami, „barierami wejścia” lub w przypadku zakupu za gotówkę zamrożeniem kapitału na dłuższy okres.

– Należy pamiętać, że w przypadku inwestycji pod wynajem, ryzyko dotyczy zarówno finansowania aktywa kredytem, któremu towarzyszy środowisko zmian wysokości stóp procentowych, a także ryzyko walutowe w przypadku kredytów walutowych, jak i braku uzyskiwania korzyści z wynajmu, w obecnej sytuacji spadku popytu i cen najmu, a w związku z tym zagrożonych dochodów na spłatę zaciągniętego kredytu, którym finansowany był zakup inwestycji – tłumaczy główny analityk BIK.

Najgorszym rozwiązaniem są działania pochopne, obserwowane zwłaszcza w początkowej fazie pandemii. Dotyczyły one gwałtownego wypłacania z banków swoich oszczędności życia, przenoszenia ich na ROR lub co gorsza, trzymania ich w domu, w gotówce. To zjawisko rodzące ekonomiczny problem, związany z udzielaniem finansowania w przyszłości, a z perspektywy gospodarstwa domowego – niezrozumiałe zwłaszcza, że przysłowiowe trzymanie gotówki „w skarpecie”, może narazić je na kradzież.

W podsumowaniu

Sytuacja ekonomiczna związana z epidemią koronawirusa zmieniła podejście Polaków do planowania swoich wydatków. Wyraźnie zmalał konsumpcjonizm, spadł jednak także popyt na kredyty. Klienci z pewnością zastanawiają się nad alternatywnymi sposobami pomnażania kapitału, choć nadal swoje oszczędności trzymają na lokatach, w bankach.

Jak wskazują miesięczne dane sektora bankowego, opublikowane przez Komisję Nadzoru Finansowego, według stanu na 30 kwietnia 2020 r., poziom oszczędności Polaków zwiększa się szybciej niż poziom zadłużenia, depozyty gospodarstw domowych na koniec kwietnia 2020 r. wynosiły 959 mld zł.

Raportu Narodowego Banku Polskiego o stabilności systemu finansowego z czerwca 2020 r., wydania specjalnego poświęconego skutkom pandemii COVID-19 wynika, że zwiększony popyt na gotówkę oraz przewidywane ograniczenie dochodów sugerują, że „obserwowane dotychczas wysokie tempo wzrostu depozytów gospodarstw domowych może ulec osłabieniu”.

Pytanie, czy obecnie jest dobry czas na poszukiwanie okazji inwestycyjnych? Czy w wyniku pandemii Polacy zasięgną opinii doświadczonych w przedmiocie inwestowania i skuszą się po pandemii na inne formy pomnażania kapitału. A może po prostu zredefiniują cele, na które gromadzą oszczędności?

Na ten moment, z badań przeprowadzonych przez Związek Banków Polskich wynika, że aż 57% badanych wskazuje jako ważne odkładanie pieniędzy na tzw. czarną godzinę, rzadko mamy sprecyzowane cele, a  najrzadziej wskazywanym celem oszczędzania jest zakup mieszkania – deklaruje go jedynie 8% Polaków. 

Czego nauczyła nas pandemia koronawirusa, czyli pozytywne skutki pandemii dla biznesu

Pandemia koronawirusa wpłynęła niemal na każdą dziedzinę naszego życia. Wiele firm już wie, że efekty biznesowe będą odczuwalne jeszcze przez długi czas. Jednak poza trudnymi konsekwencjami, można dostrzec także pozytywne skutki kryzysu. Potrzeba dopasowania się do panującej sytuacji sprawiła, że otworzyliśmy się na innowacyjne rozwiązania i z kreatywnością podchodziliśmy do nowych wyzwań. Eksperci wskazują, że z pandemii możemy wynieść doświadczenia, które pozytywnie wpłyną między innymi na sposób prowadzenia firm i tryb pracy.

„Jedyną pewną rzeczą w życiu jest zmiana” – niemal każdy z nas natknął się kiedyś na ten cytat. Dlaczego więc tak boimy się zmian? Nawet te nieprzewidziane czy niepożądane zmiany mogą mieć pozytywne skutki. Pandemia koronawirusa jest doskonałym przykładem na to, że ludzie potrafią dostosować się nawet do ekstremalnych sytuacji.

Co zmieni się na rynku pracy? 

Większość firm podczas pandemii przeszła na pracę zdalną. Wielu pracodawców, pomimo początkowej niechęci do tej formy współpracy, zdecydowało się na stałe wprowadzić możliwość pozostania na tzw. home office dla części zespołu. Okazało się, że jest to skuteczne rozwiązanie. To także znaczna oszczędność czasu dla pracowników, którzy dotychczas tracili nawet kilka godzin na dojazdy i przygotowanie do pracy. Zyskany czas mogą oni teraz poświęcić bliskim, rozwojowi, pasji czy edukacji.

Pandemia pokazała pracodawcom, że można funkcjonować w 100% zdalnie i możliwe jest przejście na taki tryb praktycznie z dnia na dzień. Udało się to nawet z pozoru skostniałym instytucjom. – mówi Natalia Bogdan, prezes agencji pracy Jobhouse. Dodaje: COVID znacznie przyspieszył rozwój e-commerce i powiązanych z nim sektorów – nowych technologii, marketingu online i logistyki, zmieniając mocno zwyczaje zakupowe Polaków. Także sytuacja na rynku pracy pozwoliła zweryfikować, czy deklarowane przez pracodawców wartości były prawdziwe, czy tylko pozorne. Pracownicy z kolei, dzięki obecnej sytuacji, bardziej doceniają swoją pracę i myślę, że będą bardziej lojalni wobec pracodawców, niż miało to miejsce podczas tzw. rynku pracownika. Koronawirus zacieśnił także nasze relacje, przestawił priorytety, pozwolił zrozumieć, co w życiu jest naprawdę ważne i docenić zwykłą codzienność – spacer w lesie, spotkanie z przyjaciółmi czy zakupy
w tradycyjnym sklepie.

Koniec rynku pracownika, wbrew obawom pracowników, może okazać się pozytywną zmianą, dzięki której rynek pracy unormuje się.

Nowe spojrzenie przedsiębiorców

Właściciele biznesów, niezależnie od branży, musieli dopasować swoje działania do wyjątkowo trudnej sytuacji. Ci z nich, którzy podeszli do zmian z otwartością, zdołali nie tylko przetrwać najtrudniejszy okres, ale także wprowadzić do firmy innowacje, które pozytywnie wpłyną na jej działalność również w przyszłości.

Wielu przedsiębiorców podjęło działania, na które do tej pory brakowało czasu lub motywacji. Wprowadzili zmiany w kanałach komunikacji, dostosowali produkty, szukali nowych grup odbiorców, czy skupili się na atmosferze, z jaką kojarzona jest firma. To również czas na przemyślenia, w jakim kierunku firma powinna się rozwijać i jak najlepiej spełniać oczekiwania klientów. – mówi Agnieszka Gniotek, właścicielka Galerii Xanadu. Dodaje: W Xanadu pandemia przyniosła zmiany, które planowane były od dawna, jednak brakowało impulsu do ich wdrożenia. Przede wszystkim zaczęliśmy spotykać się wirtualnie z klientami: kolekcjonerami i miłośnikami sztuki. Rynek sztuki od kilku już lat przeprowadza licytacje zdalne przy użyciu platform, pozwalających na uczestnictwo w aukcjach w czasie rzeczywistym bez wychodzenia z domu. Podczas kwarantanny zaczęliśmy organizować także spotkania na platformie zoom i w ich ramach prezentować wnętrze galerii na wirtualnych modelach. To świetne narzędzie, które z pewnością pozostanie z nami na stałe. Pozwala nam na ciągły i bliski kontakt z klientami, którzy rozsiani są po całym świecie.

Nawet sytuację kryzysową można wykorzystać więc do rozwoju biznesu, a chwilowe zawieszenie w działalności potraktować jako okazję do reorganizacji, planowania czy edukacji. Doświadczenia przedsiębiorców pokazują, że nie warto się poddawać i biernie oczekiwać na zmianę sytuacji.

Automatyzacja i Internet – nowi przyjaciele przedsiębiorców

Branża eventowa najbardziej odczuła skutki pandemii, jej przedstawiciele musieli szukać nowych, innowacyjnych rozwiązań. Ci, którym się to udało przetrwali najtrudniejszy czas.

Jako organizatorzy jednych z największych targów kosmetyków naturalnych w Polsce, z dużymi obawami obserwowaliśmy rozwój sytuacji na świecie. Kiedy jednak oczywiste było, że targi stacjonarne nie odbędą się, nie poddaliśmy się i szukaliśmy nowych rozwiązań. Tak wpadliśmy na pomysł organizacji targów online za pomocą Instagrama. Efekt? Dwie do tej pory zorganizowane internetowe edycje okazały się prawdziwym sukcesem – nasze Instastories wyświetlono łącznie ponad 2 miliony razy, a podczas 1. edycji wystawcy zanotowali 30% wzrost sprzedaży. – mówi Zuzanna Mierzejewska, właścicielka marki i organizatorka targów Ekocuda. Dodaje: Nasz przykład doskonale pokazuje, że warto szukać nowych rozwiązań.

Bartosz Paprocki, menedżer ds. rozwoju biznesu w Twenty4seven, firmie, która dostarcza systemy dla czołowych firm na rynku telewizyjnym i produkcyjnym przyznaje, że kryzys wywołany koronawirusem wymusił na branży zmiany, które w krajach zachodnich już dawno zostały wprowadzone.

Pandemia zweryfikowała realne potrzeby sprzętu koniecznego do realizacji wydarzeń czy innych produkcji, a także zasobów ludzkich niezbędnych do obsługi takich działań. W sposób konkretny wpłynęła na optymalizację procesów i znaczny rozwój automatyzacji. Kiedy na zachodzie od dawna się to działo, w Polsce wciąż te zmiany przebiegały w sposób bardzo wolny i stopniowy. – mówi Bartosz Paprocki, menedżer ds. rozwoju biznesu w firmie Twenty4seven. Dodaje: Ten kryzys skłonił do refleksji wiele firm, wskazał zarówno pola do poprawy w obszarze oferty, jak i wewnętrznych procesów, które wymagały udoskonalenia i poukładania.

Skutki pandemii – czy zostaną z nami na zawsze?

Jak pokazują powyższe przykłady, firmy potrafią być elastyczne i dostosowywać się do kryzysowych sytuacji. Eksperci przewidują, że wiele zmian, takich jak wspomniana wcześniej praca zdalna, przeniesienie części działalności do przestrzeni online, czy automatyzacja procesów, zostanie z nami na zawsze. Dzięki zdobytym podczas pandemii doświadczeniom i umiejętnościom dopasowania działań do nowych, niespodziewanych wyzwań, firmy będą odporniejsze również na ewentualne kryzysy w przyszłości.

Zwolnienia, brak wypłat, opóźnione wynagrodzenia – najbardziej pracowite pół roku w historii Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom

W swojej kilkuletniej historii Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom nie miało jeszcze tak wiele zgłoszeń dotyczących nieprawidłowości w przypadku rozwiązywania umów, wypłacania wynagrodzeń czy ogólnych relacji między pracodawcom, a pracownikiem jak w pierwszym półroczu roku 2020. Powodem jest oczywiście pandemia koronawirusa, która właściwie w kilka tygodni zmieniła prężnie rozwijający się i pełen przywilejów rynek pracownika, w dość bezwzględny i niepewny przyszłości rynek pracodawcy.  – W ostatnich miesiącach odebraliśmy około 200 telefonów i  maili od pracowników, którzy czują się poszkodowani przez swoich szefów, kierowników i menadżerów. Najwięcej spraw dotyczy zwolnień z pracy, które według zwolnionych są nieuzasadnione. Mnóstwo spraw dotyczy także braku wypłaty wynagrodzenia lub wypłacania pensji w nieregularnych transzach. W marcu i w kwietniu najwięcej problemów generowała turystyka i gastronomia. W czerwcu więcej zgłoszeń dotyczyło takich branż jak przemysł czy transport – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

  • Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom w pierwszym półroczu 2020 roku odebrało ponad 200 zgłoszeń od pracowników, którzy czują się poszkodowani. Znaczna większość to efekty pandemii koronawirusa
  • Najczęstsze zgłoszenia dotyczą: niewypłaconych wynagrodzeń, opóźnień w wypłacaniu wynagrodzeń czy zwolnień, które nie mają uzasadnienia merytorycznego (w tym dyscyplinarnych)
  • Najbardziej poszkodowane branże to turystyka, gastronomia, hotelarstwo, transport czy przemysł
  • Bezrobocie rośnie, ale nie tak dynamicznie jak można byłoby się spodziewać. Eksperci: działają jeszcze tarcze i rozpędzony jest rynek pracy sezonowej

Najpierw kryzys w gastronomii i turystyce. Teraz więcej zgłoszeń od pracowników innych branż. Nie ma dnia by Stowarzyszenie nie działało

Pandemia koronawirusa spowodowała kryzys gospodarczy jakiego jeszcze kilka miesięcy temu Europa by się nie spodziewała. Obecnie obserwujemy powolne „odmrażanie” gospodarki, ale mówienie, że kryzys minął byłoby niestety naiwnością. – Nasze Stowarzyszenie działa aktywnie od kilku lat, ale przyznaje szczerze, że w ostatnich dwóch latach zajmowaliśmy się pojedynczymi sprawami dotyczącymi np. mobbingu czy konfliktów personalnych. Kiedy nastał lockdown i wiadomo już było, że gospodarka szybko nie wróci do stanu sprzed koronawiriusa to właściwie z dnia na dzień nasza skrzynka facebookowa została zalana wiadomościami. Problemy zaczęły się już w marcu kiedy zgłaszały się do nas osoby pracujące w restauracjach i w hotelach, które nie otrzymywały wynagrodzenia na czas – mówi Małgorzata Marczulewska. – Myślę, że mogę powiedzieć, że zgłoszenia liczymy w setkach. Te z pierwszego etapu pandemii dotyczyły najczęściej właśnie pracowników, których zakłady pracy zostały zamknięte. Mowa o restauracjach, barach, hotelach, biurach podróży. Dzwonili do nas ludzie, którzy nie dostali wypłaty lub dostali tylko część. Zdarzały się historie, że np. szef zamknął firmę i przestał odbierać telefon. Każdą sprawą staraliśmy się zająć profesjonalnie. Wiele zostało skierowanych do naszych prawników – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Czy to już koniec problemów? – Nie powiedziałabym. Widać pewną zmianę w zgłoszeniach, bo na przykład w czerwcu telefonów od pracowników hoteli czy restauracji było mniej. To kwestia tego, że sezon się zaczął i wiele firm stara się jakoś funkcjonować. Martwić może sytuacja transportu. Mamy wiele zgłoszeń od pracowników firm transportowych, którzy nie otrzymali pieniędzy. Pojawił się ostatnio także temat jednej z dużych firm przemysłu metalowego. Zgłosiła się do nas grupa pracowników, którym powiedziano, że dostaną pieniądze jak klient przeleje pieniądze za wykonanie kontaktu, który właśnie jest realizowany. Pracownicy byli zmartwieni, bo to oznacza kilka miesięcy bez wpłaty, a już mieli dwumiesięczne zaległości – mówi Małgorzata Marczulewska.

Nadchodzi spokój? „Nie zaryzykowałabym takiego stwierdzenia”

Oficjalne statystyki dotyczące bezrobocia opublikowane zostały kilka dni temu. Wynika z nich, że 3% Polaków aktywnych zawodowo straciło pracę, niecałe 5% podjęło decyzję o zamknięciu firmy, a 20% straciło część etatu lub część wynagrodzenia. W województwie zachodniopomorskim bezrobocie w maju 2020 było najwyższe od roku 2014. Wskaźnik ten przekroczył 7,7%, rok wcześniej było to 7,1%. Porównując statystyki rok do roku – pracę w regionie straciło ponad 7,2 tysiąca osób.

– Analiza statystyk może nie dawać pełnego obrazu sytuacji. Żyjemy w czasach, gdy aktywny zawodowo człowiek nie zawsze idzie się zarejestrować do Urzędu Pracy, a częściej decyduje się na szybkie poszukanie innej pracy. Chyba, że rzeczywiście czuje się pokrzywdzony aktem zwolnienia. Wtedy rozpoczyna batalię sądową i często czas rozstrzygnięcia spędza mówiąc kolokwialnie „na zasiłku” – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Kiedy więc możemy spodziewać się uspokojenia sytuacji na rynku pracy? – Koronawirus nie minął, więc nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że przechodzimy w czas uspokojenia i odbudowywania. Przedsiębiorcy i pracodawcy wciąż żyją w bardzo dużej, często wręcz chorobliwej niepewności. Myślę, że kolejna fala zgłoszeń od zwolnionych pracowników lub osób z którymi pracodawcy się nie rozliczyli czeka nas, gdy swoją moc stracą Tarcze Antykryzysowe. Ofiarami nieuczciwych pracodawców mogą być także pracownicy sezonowi – mówi Prezes Marczulewska. – Tempo naszego działania jest bardzo duże i zmiany dookoła również. Odbieramy mniej wiadomości od pracowników zwalnianych dyscyplinarnie, ale więcej od tych, którym odmówiono urlopu na czas lub zaproponowano im nowe umowy z mocno obniżonym wynagrodzeniem. Mamy nad czym pracować – dodaje Prezes Stowarzyszenia Stop Nieuczciwym Pracodawcom.

Złe jest dobre, jeśli idą za tym pieniądze

Nowy rekordowy szczyt indeksu Nasdaq wyraźnie pokazuje, jak bardzo inwestorzy obawiają się drugiej fali zachorowań na koronawirusa. Niekończące się tnie finansowanie z banków centralnych, otwartość rządów na ekspansję fiskalną oraz niechęć władz do przywracania lockdownu są skutecznym lekarstwem na wszelkie obawy.

Publikowane wczoraj indeksy PMI też działają na wyobraźnię, nawet jeśli ich odbiór jest zniekształcony. Silny skok wskaźników, w niektórych przypadkach powyżej 50 pkt. (próg oddzielający ekspansję od kruczenia się sektora) nie oznacza od razu V-kształtnego odbicia PKB. PMI są indeksami dyfuzji, czyli poziom 50 oznacza tylko tyle, że ankietowani netto oceniają sytuacją w danym miesiącu na równi z tą z poprzedniego miesiąca. Pozostawanie wskaźnika pod 50, nawet jeśli z miesiąca na miesiąc skoczył o 10-15 pkt., dalej sygnalizuje, że większość przedsiębiorców ocenia swoją sytuację za gorszą niż miesiąc wcześniej. Po silnym załamaniu aktywności gospodarczej w okresie marzec-maj odbicie PMI w kierunku 50 jest jedynie oznaką, że biznes uklepuje dołek koniunkturalny. Za poprawę wskaźników głównie odpowiadają nadzieje na lepszą przyszłość i poprawę warunków prowadzenia działalności w kolejnych miesiącach. Bieżący popyt pozostaje słaby, a zamówienia nie odbudowują się w zadowalającym tempie. Szkody w niektórych gałęziach mogą być nieodwracalne. By nie wybrzmiewać ponuro, należy też dodać, że nowa rzeczywistość tworzy warunki dla powstania nowych zawodów i modeli biznesowych, których przez jakiś czas „stare” wskaźniki nie będą ujmować. Ogólnie jednak nie ma co ekscytować się skokami PMI, gdyż zaraz gorzki smak przywrócą recesyjne odczyty PKB za II kw.

Jednak dla rynków finansowych całą ta dyskusja jest drugorzędna. Inwestorzy wiedzą, że jest źle, ale skupiają się na dyskoncie jak szybko będzie lepiej. I w tym aspekcie nadzieje nie umierają. Obfitość wolnego kapitału (od banków centralnych i rządów) zmusza do potęgowania ruchów i jeśli optymizm jest na głównym planie, rajdy ryzykownych aktywów będą się napędzać. Z drugiej strony jednak wrażliwość na najmniejsze oznaki zawahania jest większa. Ucieczka od ryzyka i poszukiwanie bezpiecznych przystani będzie następować szybko i w ostrych ruchach. Może nie być trwałe i równie szybkie do wymazania (jak pokazało wczorajsze zachowanie rynków przy zamieszaniu wokół umowy handlowej Pierwszej Fazy między USA i Chinami), ale zmienność to zmienność. Nie można o tym zapominać przy analizie każdej pozycji na rynku, gdzie obserwujemy obecnie mocniejsze wybicia. EUR/USD, GBP/USD, czy nawet złoto – wszędzie tutaj we wzrostach wyrażona jest słabość USD i lesze nastroje. Do czasu pierwszego, mocniejszego skoku awersji do ryzyka.

Pomimo promocji V-kształtnego odbicia koniunktury przez odczyty PMI, złoty nie potrafił skorzystać z wzrostu apetytu na ryzyko na rynkach globalnych. Coraz mocniej wyczuwalny jest efekt ubiegłotygodniowego wyrażenia zaniepokojenia siłą PLN przez Radę Polityki Pieniężnej. W ocenie całego koszyka walut Europy Środkowo-Wschodniej nie pomaga też wczorajsza zaskakująca obniżka stopy procentowej na Węgrzech. Gołębie ryzyka zniechęcają do inwestycji w waluty regionu. Dla złotego tworzy to środowisko, w którym ryzyka rozkładają się asymetrycznie: poprawa nastrojów da niewiele, ale skok awersji do ryzyka będzie współgrał z fundamentami. W najlepszym przypadku EUR/PLN znajdzie krótkoterminowy poziom równowagi przy 4,45, ale inwestorzy będą czyhać na pretekst do wyskoku w stronę 4,50.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Fundusz Dopłat do Oprocentowania – dla kogo i na jakich warunkach?

Szczegóły działania funduszu dopłat do oprocentowania przybliża Elżbieta Stelmach z BGK.

Prezydent podpisał już tzw. tarczę 4.0. Ustawa powołuje przy BGK Fundusz Dopłat do Oprocentowania. To kolejne rozwiązanie pomocowe dla firm dotkniętych skutkami pandemii koronawirusa. Na co mogą liczyć przedsiębiorcy i jakie warunki muszą spełniać, by ubiegać się o wsparcie? Na pytania o Fundusz Dopłat do Oprocentowania odpowiada Elżbieta Stelmach z BGK.

Na czym będzie polegać wsparcie z Funduszu Dopłat do Oprocentowania?

BGK będzie wypłacać dopłatę, która pokryje część odsetek należnych bankowi kredytującemu. Kredytów z dopłatami będą udzielać banki komercyjne i spółdzielcze, współpracujące z BGK. Dzięki wsparciu z Funduszu Dopłat do Oprocentowania przedsiębiorca będzie spłacać tylko część odsetek należnych bankowi kredytującemu, stanowiących różnicę pomiędzy odsetkami naliczonymi według oprocentowania określonego w umowie kredytowej i kwotą dopłaty pokrywaną ze środków Funduszu.

Kto może ubiegać się o wsparcie?

O kredyt z dopłatą do oprocentowania będą mogli wnioskować wszyscy przedsiębiorcy, niezależnie od branży, oraz podmioty prowadzące działalność w sektorze produkcji podstawowej produktów rolnych. Wysokość wsparcia będzie zależała od wielkości firmy. Sektor MŚP może liczyć na dopłatę do oprocentowania w wysokości 2 punktów procentowych. Dla dużych przedsiębiorstw będzie to kwota odpowiadająca 1 punktowi procentowemu.

Na jakich zasadach będą udzielane dopłaty do odsetek kredytów?

Kredytów z dopłatami będą udzielały banki komercyjne i spółdzielcze, które podpiszą umowę z BGK. Dopłaty będą udzielane do kredytów obrotowych, odnawialnych i nieodnawialnych. Jeden przedsiębiorca będzie mógł skorzystać z dopłat tylko raz – do jednego kredytu. BGK będzie dopłacał do oprocentowania kredytu przedsiębiorcy maksymalnie przez 12 miesięcy. Środki przeznaczone na dopłaty będą wypłacane na pokrycie części oprocentowania kredytu zarówno w tym, jak i w przyszłym roku. Przedsiębiorcy powinni jednak pamiętać, że decyzje o przyznaniu kredytu z dopłatami do oprocentowania będą wydawane do końca 2020 r.

Jakie warunki muszą spełniać przedsiębiorcy, aby ubiegać się o kredyt z dopłatą?

Aby przedsiębiorca mógł ubiegać się o kredyt z dopłatą, musi uwiarygodnić, że kryzys wpłynął lub niebawem wpłynie na kondycję finansową firmy. Bank kredytujący podejmuje decyzję o udzieleniu kredytu zgodnie z własnymi procedurami oraz z uwzględnieniem postanowień ustawy. Ponadto wysokość dopłaty do kredytu jest traktowana jako pomoc publiczna. Dlatego bank kredytujący weźmie pod uwagę kwotę dotychczasowej pomocy publicznej, z której skorzystał przedsiębiorca w związku z COVID-19. Jej suma, po wliczeniu wsparcia z rządowego Funduszu Dopłat do Oprocentowania, nie może przekroczyć limitu ustalonego przez Komisję Europejską. Dla większości firm jest to równowartość 800 tys. euro. Wyjątek stanowią przedsiębiorcy prowadzący działalność w sektorze produkcji podstawowej produktów rolnych (limit to 100 tys. euro) i firmy działające w sektorze rybołówstwa i akwakultury (limit 120 tys. euro).

Kiedy wsparcie będzie dostępne dla przedsiębiorców?

Ustawa przeszła cały proces legislacyjny, a więc jesteśmy już na ostatniej prostej do uruchomienia Funduszu Dopłat do Oprocentowania. BGK musi teraz zawrzeć umowy z bankami kredytującymi, które będą udzielać kredytów z dopłatami. Wtedy rozwiązanie będzie już dostępne dla firm. Listę banków, które będą udzielać kredytów z dopłatami, opublikujemy na stronie internetowej BGK.

Czy Fundusz Dopłat do Oprocentowania można łączyć z innymi programami pomocowymi BGK?

Kredyt z dopłatą nie wyklucza skorzystania z innych programów pomocowych, jakie oferuje BGK. Ważną informacją dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorców jest możliwość łączenia wsparcia z Funduszu Dopłat do Oprocentowania z gwarancjami de minimis. To bardzo korzystny sposób finansowania, szczególnie dla firm, które bez gwarancji spłaty kredytu z BGK w ogóle nie mogłyby starać się o finansowanie. Dla dużych firm też mamy dobrą informację. Ci przedsiębiorcy mogą łączyć dopłaty z gwarancjami z Funduszu Gwarancji Płynnościowych.

Co z firmami, które już spłacają kredyty obrotowe? Czy dla nich też jest przewidziane wsparcie z FDO?

O wsparcie z Funduszu Dopłat do Oprocentowania mogą ubiegać się także firmy, które już spłacają kredyt obrotowy. W tym przypadku przedsiębiorca powinien udać się do banku, w którym zaciągnął zobowiązanie i zapytać o możliwość uzyskania rządowego wsparcia w spłacie odsetek.  W takiej sytuacji konieczne będzie podpisanie aneksu do umowy kredytowej. Można je zawierać do 31 grudnia 2020 r.

Czy banki komercyjne będą udzielać kredytów na preferencyjnych warunkach?

Bank kredytujący podejmuje decyzję o udzieleniu kredytu zgodnie z własnymi procedurami oraz z uwzględnieniem postanowień ustawy. Jeśli chodzi o warunki udzielania kredytów z dopłatami ustawa wskazuje jedynie, że procentowanie kredytu nie może być wyższe niż średnie oprocentowanie pozostałych kredytów obrotowych udzielanych przez bank.

Ile pieniędzy trafi do przedsiębiorców za pośrednictwem Funduszu Dopłat do Oprocentowania?

Zgodnie z ustawą, limit wydatków na dopłaty do oprocentowania na 2020 rok to ok. 296 mln zł, a na 2021 r. – 271 mln zł z budżetu państwa.

Wpływ COVID-19 na branżę budowlano-nieruchomościową

Polskie firmy budowlano-nieruchomościowe zaskakująco dobrze radzą sobie w obliczu pandemii koronawirusa. Po niewielkich początkowych stratach sektor odnotowuje systematyczne wzrosty. Pojawia się jednak pytanie, jak rynek zareaguje na drastyczny spadek liczby udzielanych kredytów hipotecznych.

Sektor budowlano-nieruchomościowy w Polsce

Polski sektor budowlano-nieruchomościowy zareagował na pandemię nadzwyczaj łagodnie notując w połowie marca spadek w granicach 21-26%. Co więcej, indeksy wskazują na pozytywną tendencję w postaci wysokiego tempa odrabiania strat. Szczególnie dynamiczne wzrosty, bo aż o 16% w stosunku do początku roku, obserwujemy w sektorze budowlanym. Firmy nieruchomościowe odrabiają straty nieco wolniej, ale systematycznie.

– Pozytywne nastroje wobec firm budowlanych można tłumaczyć przede wszystkim wieloletnią perspektywą realizowanych projektów. – wyjaśnia Szymon Balcerzak, Szef Zespołu Doradztwa Transakcyjnego i Analiz w Kochański & Partners.

Wpływ COVID-19 na rynek mieszkaniowy

Powstaje jednak pytanie, jak firmy budowlano-nieruchomościowe zareagują na obserwowany obecnie dramatyczny spadek udzielanych kredytów hipotecznych. Restrykcje w polityce kredytowej banków oraz niechęć kredytobiorców do zaciągania zobowiązań finansowych mogą wpłynąć na poziom cen mieszkań w kolejnych miesiącach, a w efekcie na wyniki finansowe przedsiębiorstw. Utrzymujący się kryzys w sektorze bankowym pozwala jednak przypuszczać, że banki zdecydują się niebawem na uelastycznienie swojego podejścia.

Interesujący jest przyszły efekt zderzenia wieloletniego trendu wzrostowego na rynku cen nieruchomości z gwałtownym spadkiem liczby udzielanych kredytów hipotecznych zaobserwowanym w kwietniu. W długiej perspektywie rynek będzie się kształtował między innymi w oparciu o politykę kredytową banków. Utrzymanie przez nie silnych restrykcji może przyczynić się do pogorszenia wyników finansowych firm budowlano-nieruchomościowych wywołanych spadkiem popytu na nieruchomości – zauważa Adrian Grzegorzewski, analityk z kancelarii Kochański & Partners.

Kontekst międzynarodowy

Sytuacja polskiego sektora budowlano-nieruchomościowego przedstawia się stosunkowo dobrze, szczególnie w porównaniu do rynków zagranicznych. Wpływ COVID-19 szczególnie silnie odczuł rynek amerykański, na którym w marcu obserwowaliśmy spadki rzędu 36-39% w porównaniu z początkiem roku. Niepokojąco prezentuje się również dosyć wolne tempo odrabiania strat: do 1 czerwca indeksy wróciły do poziomu 13-15% poniżej wartości ze stycznia.

Mimo to nastroje na rynku amerykańskim pozwalają optymistycznie patrzeć na przyszłość branży. Na lokalnym rynku mieszkaniowym pojawia się coraz więcej ofert najmu, a ceny nieruchomości powoli wracają do poziomu sprzed wybuchu pandemii. Analitycy przewidują również stopniowy rozwój amerykańskiego sektora budowlanego do 2024 roku.

W ostatnim okresie obserwujemy też poprawę kondycji rynku budowlano-nieruchomościowego w Niemczech. W czerwcu indeks firm budowlanych był o 26% niższy niż na początku roku, natomiast indeks nieruchomości odnotował stratę wynoszącą zaledwie 4%. Wpłynęło to na umocnienie pozycji sektora, a w efekcie również wzrost cen nieruchomości.

Tendencje na światowych rynkach nieruchomościowo-budowlanych wróżą więc powolny powrót do normalności. Jak tłumaczy Paweł Cholewiński, Partner, Szef Praktyki Nieruchomości w kancelarii Kochański & Partners:

Problemy wynikające z Covid-19 najmocniej odczuły firmy budowlano-nieruchomościowe w gospodarkach nastawionych na eksport. Był to skutek zamknięcia granic przez większość państw świata. Długotrwały charakter umów zawieranych w tym sektorze pozwala jednak przypuszczać, że po zniesieniu restrykcji funkcjonowanie przedsiębiorstw wróci do normy a realizacja rozpoczętych projektów zostanie jedynie nieznacznie odsunięta w czasie.

Spadek bezrobocia w Polsce. Jak na razie kryzys omija polski rynek pracy

Dane na temat bezrobocia nie są tak dobre jak w zeszłym roku, ale wzrost liczby bezrobotnych zaskakuje analityków. Spodziewano się istotnych problemów, a taki wzrost nie jest niczym złym, szczególnie gdy spojrzymy na poziomy z poprzedniej kadencji Sejmu.

Dane zza oceanu

Wczorajszy odczyt indeksów PMI w USA nie był tak miłym zaskoczeniem jak w Europie. Dane okazały się jednak lepsze (choć niewiele) od oczekiwań. PMI dla przemysłu zatrzymało się na poziomie 49,6 pkt (tylko nieznacznie poniżej granicy 50 pkt oddzielającej symbolicznie rozwój od recesji). Lepiej niż prognozy wypadła również sprzedaż nowych domów. Po tych danych dolar odzyskał część tego, co stracił w pierwszej połowie dnia względem euro po dobrych danych z Europy.

Spadek bezrobocia w Polsce

Majowe dane pokazały, że stopa bezrobocia w Polsce ponownie spadła. Tym razem do 6%. Pamiętajmy, że na korzyść działa nie tylko odmrożenie gospodarki, ale i początek prac sezonowych w turystyce. Obawy przed koronawirusem powodują, że do Polski zapewne przyjedzie mniej niż w zeszłym roku turystów zza granicy. Jednak z tych samych powodów również Polacy nie wybiorą się tak licznie na wakacje zagraniczne i skorzystają z oferty krajowej.

Węgry obniżyły stopy procentowe

Niespodziewanie na Węgrzech bank centralny MNB obniżył stopy procentowe o 0,15%. Efektem tej decyzji było wczoraj osłabianie się forinta względem walut. Co ciekawe, nawet pomimo obniżki utrzymywana jest relatywnie wysoka (jak na sytuację gospodarczą kraju) stopa procentowa wynosząca 0,75%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Porozumienie między Millennium Leasing i ARP Leasing

W dniu 23 czerwca br. w siedzibie Agencji Rozwoju Przemysłu S.A. w Warszawie, podpisane zostało porozumienie pomiędzy Zarządami Spółek Millennium Leasing a ARP Leasing. W porozumieniu ustalono zasady i tryb współpracy dotyczące sprzedaży środków transportu, stanowiących przedmioty leasingu w Umowach Leasingu zawartych przez Millennium Leasing, w związku z podjęciem przez ARP Leasing decyzji o udzieleniu refinansowania leasingu realizowanego na podstawie tych umów w ramach Tarczy Antykryzysowej dla przedsiębiorców branży transportowej.

To bardzo dobra wiadomość dla polskich firm transportowych korzystających dotychczas z leasingu u naszego partnera biznesowego. Dzięki wspólnym ustaleniom w zakresie formy i trybu współpracy, przedsiębiorcy mogą liczyć na spójne podejście do możliwości uzyskania refinansowania aktualnych umów leasingowych w ramach oferowanego przez nas instrumentu wsparcia, w przypadku dokonania takiego wyboru. Porozumienie o współpracy w ramach działań Tarczy Antykryzysowej z Millennium Leasing jest pierwszym jakie materializujemy po kilkunastu dniach intensywnej i znakomitej współpracy zespołów roboczych naszych spółek. Myślę, że to wzorcowy przykład profesjonalizmu i zrozumienia  pomiędzy sektorem komercyjnym a państwowym, których wspólnym interesem jest zapewnienie optymalnego wsparcia dla przedsiębiorców w trudnej sytuacji spowodowanej pandemią COVID-19 – mówi Wojciech Miedziński, Prezes Zarządu ARP Leasing.

Porozumienie podpisane z ARP Leasing w ramach oferowanego przez ARP instrumentu wsparcia Tarczy Antykryzysowej określa operacyjne ramy dla skorzystania z tego instrumentu, który mieści się w całym pakiecie rozwiązań, wspierających płynność polskich przedsiębiorców. Cieszę się, że udało się do tego doprowadzić w tak krótkim czasie. Jednocześnie wierzę, że ten pierwszy krok jest dobrym prognostykiem na przyszłość, kiedy to oprócz wsparcia płynności, będziemy mogli uczestniczyć w kolejnych etapach wspierania polskiej gospodarki. Branża leasingowa od lat wspiera inwestycje polskich przedsiębiorców, a w znacznej mierze również sprzedaż realizowaną przez polskich producentów oraz dystrybutorów maszyn i urządzeń czy taboru kolejowego i drogowego – mówi Marcin Balicki, Prezes Zarządu Millennium Leasing.

Ponad jedna czwarta managerów w Polsce uważa, że w ciągu 3 lat więcej niż połowa pracowników firmy będzie wymagała przekwalifikowania

Wybuch pandemii koronawirusa SARS-CoV-2 zmusił firmy do natychmiastowej reorganizacji pracy, czyli przejścia na zdalny i wirtualny tryb, wdrożenia nowych metod działania oraz powierzenia pracownikom zadań o krytycznym znaczeniu. Z tegorocznej, 10. edycji badania firmy doradczej Deloitte „Human Capital Trends” wynika, że najważniejszym zadaniem, jakie stoi teraz przed organizacjami jest określenie, w jaki sposób utrzymać wprowadzone działania i zakorzenić je w DNA firmy. To będzie jednak wymagało zmian w kulturze organizacyjnej przedsiębiorstwa. Tymczasem globalnie jedynie 17 proc. respondentów jest w stanie w dużym stopniu przewidzieć, na jakie umiejętności będzie zapotrzebowanie. W Polsce uważa tak ponad jedna trzecia zapytanych.

W tegorocznej edycji badania „Human Capital Trends” wzięło udział niemal 9 tys. respondentów ze 119 krajów i różnych sektorów gospodarki. Na przestrzeni ponad 10 lat w ankiecie Deloitte wzięło udział blisko 55 tysięcy liderów biznesu, dzięki czemu jest to największe badanie zarządzania kapitałem ludzkim na świecie.

Wybuch pandemii przyspieszył przejście firmy odpowiedzialnej z koncepcji w namacalną rzeczywistość biznesową. – Pytaniem pozostaje, czy skutki, które niesie ze sobą COVID-19 na stałe zmienią rynek pracy. Nasz raport pokazuje, że organizacje doświadczyły przeprowadzonego w skrajnych warunkach testu swoich deklaracji i działań. W najbardziej dynamicznym otoczeniu biznesowym, z jakim wielu z nas miało do czynienia po raz pierwszy, zostały sprawdzone ich umiejętności m.in. integrowania ludzi z technologią. O ile czas kryzysu może prowadzić do heroicznych i nigdy wcześniej nie podejmowanych działań, to sukces odnalezienia się w nowej rzeczywistości zależy już od trwałości tych działań. Dobre intencje to za mało, konieczna jest znacząca zmiana – mówi John Guziak, partner, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Polsce.

Zadanie, jakie teraz stoi przed liderami, to sprawić, aby technologia (w którą inwestycje znacznie przyspieszyły w ostatnich miesiącach) i ludzie potrafili współistnieć. – Jestem pewien, że integracja maszyn i ludzi będzie źródłem trwałych korzyści i nie tylko zapewni pracownikom większe poczucie przynależności, ale też pozytywnie wpłynie na ich samopoczucie. Prawie połowa z naszych respondentów przyznała, że ich organizacje zaczynają szerzej patrzeć na cele swojej działalności i chcą uwzględniać potrzeby wszystkich interesariuszy, w tym lokalnych społeczności i całego społeczeństwa – mówi John Guziak. Z badania Deloitte wynika, że firmy odpowiedzialne powinny uwzględnić w swoim DNA trzy następujące elementy: cel (zakorzenianie misji i wartości wśród zespołów, poszczególnych pracowników oraz w samym środowisku pracy), potencjał (pobudzanie możliwości drzemiących w pracownikach, aby mogli wykazać się w nowych obszarach) oraz perspektywę (podejmowanie odważnych decyzji w czasie nieustających zmian). Wprowadzenie każdego z nich wymaga istotnych modyfikacji strategii i programów pracowniczych, ale też oferuje firmom przejrzysty kierunek działań, który umożliwi im odbudowę i powrót na ścieżkę rozwoju.

Bezpieczeństwo i dobre samopoczucie

W przeszłości organizacje były odpowiedzialne za bezpieczeństwo swoich pracowników. W najnowszej edycji badania prawie wszyscy respondenci (96 proc. globalnie i 97 proc. w Polsce) uważają, że obowiązkiem organizacji jest dbanie o dobre samopoczucie pracowników. W ocenie 71 proc. respondentów w Polsce i aż 80 proc globalnie tzw. well-being pracowników jest ważnym lub bardzo ważnym elementem warunkującym sukces firmy, przy czym tylko 10 proc. (globalnie 12 proc.) jest gotowych wdrożyć takie podejście. – We wszystkich kategoriach tegorocznego badania, największe rozbieżności zauważamy między postrzeganiem tej koncepcji jako ważnej a gotowością do wprowadzenia jej w życie. Może dlatego, że well-being to nie tylko, jak najczęściej rozumiemy to pojęcie, zdrowie fizyczne. Odnosi się również do świadomości celu, jaki przyświeca pracy i poczucia przynależnościIrena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.

Według 69 proc. respondentów (79 proc. globalnie) wspieranie poczucia przynależności jest istotne dla ich organizacji w perspektywie osiągnięcia sukcesu w kolejnych 12-18 miesiącach. Aż 95 proc. (globalnie 93 proc.) przyznało, że poczucie przynależności ma pozytywny wpływ na wyniki osiągane przez organizację. Co ciekawe jest to jeden z najwyższych wskaźników jednomyślności, jaki odnotowano w raporcie „Global Human Capital Trends” w jego dziesięcioletniej historii. Jednocześnie trzeba zauważyć, że jedynie 14 proc. (13 proc. globalnie) jest gotowe wdrożyć takie podejście.

Do celów firmy odpowiedzialnej eksperci Deloitte zaliczają także utrzymanie wielopokoleniowego zespołu. – W ciągu kolejnych trzech lat zatrą się różnice pokoleniowe dotyczące poglądów na równowagę między pracą a życiem prywatnym, oczekiwań w zakresie lojalności i stabilności zatrudnienia oraz rozwoju. Bardziej wyraźne z kolei staną się różnice w biegłości w posługiwaniu się nowymi technologiami, gotowości do zmiany pełnionej roli, oczekiwaniach dotyczących wpływu społecznego – dodaje Irena Pichola.

Ponad połowa respondentów tegorocznego badania w Polsce i na świecie przyznała, że bierze pod uwagę różnice pokoleniowe przy opracowywaniu i wdrażaniu programów pracowniczych. Jednak jedynie 10 proc. w Polsce, a jeszcze mniej na świecie (6 proc.) respondentów deklaruje, że ich kierownictwo dysponuje środkami umożliwiającymi efektywne zarządzanie wielopokoleniowymi zespołami pracowników. To nasuwa pytanie, czy strategie zarządzania talentami powinny być oparte o segmentację pracowników uwzględniającą grupy pokoleniowe.

Wspólna płaszczyzna

Wraz z szybkim wprowadzaniem do organizacji sztucznej inteligencji (AI) pracownicy stają w obliczu nowej rzeczywistości wymagającej od nich współpracy z maszynami, przy pełnym wykorzystaniu możliwości obydwu stron. Zgodnie z wynikami tegorocznego badania, zaledwie 15 proc. respondentów (12 proc. globalnie) uważa, że ich organizacje wykorzystują AI przede wszystkim, aby zastąpić pracowników, podczas gdy 72 proc. (58 proc. globalnie) uważa, że wykorzystuje AI z naciskiem na poprawę spójności i jakości pracy. – Podobnie jak w przypadku zeszłorocznego konceptu „superstanowisk”, tegoroczny model „superzespołów” jest połączeniem ludzi i maszyn, wykorzystującym wzajemnie uzupełniające się umiejętności do rozwiązywania problemów, pozyskiwania informacji i tworzenia wartości. To wszystko na nowo definiuje potencjał oraz tworzy nowe możliwości – mówi John Guziak.

Rozwój technologii wymaga nieustannego podnoszenia umiejętności technicznych pracowników. Decyzje kadry zarządzającej i inwestorów w zakresie ich przekwalifikowania są podejmowane z uwzględnieniem przyszłych potrzeb firmy. Tymczasem z ankiety Deloitte wynika, że tylko 13 proc. ankietowanych (17 proc. globalnie) wskazało, że ich organizacje dokonują znaczących inwestycji w zakresie przekwalifikowania pracowników w ramach wspierania swojej strategii AI. Ten wynik zaskakuje tym bardziej, że 53 proc. respondentów na świecie i ponad jedna czwarta z Polski uważa, że ponad połowa wszystkich pracowników firmy będzie wymagała przekwalifikowania w ciągu trzech najbliższych lat. Jednocześnie w tym okresie tylko 13 proc. (16 proc. globalnie) liderów biznesowych zamierza znacząco zwiększyć nakłady na inwestycje wspierające proces przekwalifikowania pracowników. – Jako że wiedza techniczna szybko się dezaktualizuje, organizacje powinny inwestować w rozwój umiejętności miękkich, które pracownicy będą mogli wykorzystać w dłuższej perspektywie, takich jak kreatywność, zdolność współpracy, krytycznego myślenia czy inteligencję emocjonalną – dodaje John Guziak.

Etyczne dylematy

63 proc. organizacji (56 proc. globalnie) w ciągu ostatnich 3 lat wprowadziło zmiany do swojej strategii wynagradzania, a kolejne 69 proc. z nich (64 proc. globalnie) zamierza to zrobić jeszcze raz. Aby przełamać, wydawać by się mogło, niekończący się cykl reform systemu wynagrodzeń, firmy potrzebują wskazówek do dalszego działania. – Ważne, by były one oparte nie tylko na danych i wskaźnikach porównawczych, ale również brały pod uwagę czynnik ludzki. Takie podejście umożliwi firmom podejmowanie odważnych decyzji, nie tylko na podstawie wyliczeń, ale też wniosków odzwierciedlających, jak organizacje cenią pracowników oraz jak pracownicy cenią organizacje – mówi Sylwia Dębińska, Dyrektor, Talent Leader, Deloitte. – Wybuch epidemii pokazał, że wynagrodzenie jest nie tyle odzwierciedleniem kultury organizacyjnej, co wskaźnikiem jej wartości rynkowej. Co więcej, pandemia przyczyniła się do zwrócenia większej uwagi na usługi podstawowe. Okazało się, że istnienie niektórych dotychczas mniej płatnych czy niżej waloryzowanych profesji jest wręcz niezbędne w czasach kryzysu.

Ponieważ wciąż zmieniają się strategie zarządzania talentami i rośnie niepewność co do przyszłości pracy, pracowników, jak i miejsc pracy, firmy potrzebują wiedzy na temat przyszłych trendów kształtujących podejście do kapitału ludzkiego. Organizacje, które zaczną zadawać zasadniczo nowe pytania, będą w stanie podejmować odważne decyzje dotyczące kluczowych obszarów ryzyka związanych z kapitałem ludzkim oraz możliwości w tym zakresie. Już teraz 95 proc. respondentów (97 proc. globalnie) zgłasza potrzebę posiadania dodatkowych informacji na temat kompetencji i oczekiwań swoich pracowników, a 40 proc. (53 proc. globalnie) uważa, że wśród liderów nastąpił wzrost zainteresowania takimi informacjami, na przykład dotyczącymi gotowości do spełnienia nowych wymagań. Jednak wciąż tylko 18 proc. (11 proc.) z nich pozyskuje te informacje w czasie rzeczywistym.

W ocenie zdecydowanej większości respondentów, bo aż 92 proc. w Polsce i 85 proc. na świecie, przyszłość pracy będzie wiązała się z dylematami etycznymi dotyczącymi ochrony poufności, kontroli danych pracowników oraz traktowania pracowników świadczących usługi w ramach alternatywnych form zatrudnienia. Jednocześnie 36 proc. ankietowanych w Polsce i o 9 pp. mniej na świecie zapewnia, że ich organizacje mają jasno określone zasady i osoby odpowiedzialne za zarządzanie problemami etycznymi związanymi z przyszłością pracy. Jak zauważają eksperci firmy doradczej pomimo szybkiego rozwoju tego segmentu wiele organizacji wciąż nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia alternatywnych form zatrudnienia. Niemniej te wszystkie czynniki sprawią, że działy HR przejdą poważną metamorfozę. Tak też uważa ponad połowa respondentów w Polsce i na świecie. – Już w ciągu kilku ubiegłych miesięcy zakres działań i możliwości zespołu HR zostały szczególnie docenione. Rola działu HR była nieodzowna w różnych obszarach. Otwarte jednak pozostaje pytanie o to, czy i w jaki sposób zespoły te będą poszerzały zakres swoich kluczowych działań i obszarów wpływu. Czy będą w stanie przejąć wiodącą rolę w procesie dostosowywania się do zmieniających się wymagań organizacyjnych i biznesowych. Aby to osiągnąć działy HR powinny zwiększać swoje kompetencje zawodowe, rozwinąć styl pracy oparty na zwinności i pracy zespołowej, poprawiać efektywność poprzez automatyzację oraz zwiększanie roli liderów HR – dodaje Sylwia Dębińska. Badanie wykazuje, że 17 proc. respondentów (26 proc. globalnie) nie ma pewności, co do zdolności działu HR do wprowadzenia oczekiwanych zmian.

Tematy kapitału ludzkiego przestają być jedynie w centrum zainteresowań działów HR i w interesie całej organizacji leży, aby znalazły się na agendzie ich zarządów. Przyszłość rynku pracy i pracownika wymaga zaangażowania całej organizacji – podsumowuje John Guziak.

Omnichannel w obliczu pandemii – z ewolucji w rewolucję

Firma Colliers International przeprowadziła ankiety wśród przedstawicieli polskich oraz zagranicznych sieci i marek działających na polskim rynku handlu detalicznego. Wśród firm objętych ankietą najliczniejszą grupę stanowili reprezentanci sektorów: gastronomii, zdrowia i urody, mody i elektroniki, na co dzień funkcjonujących w centrach i parkach handlowych, jak również w lokalizacjach przy ulicach handlowych. Badanie miało na celu poznanie opinii przedstawicieli sieci i marek handlowych na temat przewidywań i planów dotyczących inwestycji w poszerzenie kanałów sprzedaży i komunikacji z klientem w najbliższych przyszłości. Wyniki ankiet opublikowano w raporcie „Omnichanel – z ewolucji w rewolucję”.

Zmiany przyśpieszyły

Na pytanie dotyczące poziomu digitalizacji firmy, kanałów sprzedaży i komunikacji z klientem, niemal połowa, bo 49% ankietowanych, oceniła dotychczasowy jej poziom jako wysoki, zaś 33% jako przeciętny. Potwierdza to dotychczasowe obserwacje, że na polskim rynku handlowym proces ewolucyjnej transformacji w kierunku sprzedaży wielokanałowej rozpoczął się już kilka lat przed pandemią COVID-19. Przyczyniły się do tego rozwój technologii, jak również zmiany potrzeb i zachowań konsumenckich. Obecny kryzys stał się zaś impulsem, który znacznie przyspieszył ten proces.

– Od kilku lat e-commerce rósł w siłę, notując olbrzymie wzrosty. Jednak obecna sytuacja sprawiła, że dynamika rozwoju przyspieszyła gwałtownie. Ci, którzy zastanawiali się, jaki procent biznesu powinna zajmować sprzedaż on-line, znaleźli obecnie odpowiedź – jak największą – mówi Jadwiga Żurek, dyrektor sprzedaży w Arvato Supply Chain Solutions Polska.

Do końca 2019 roku, czyli jeszcze przed wybuchem pandemii, jako główne kanały komunikacji z klientem ankietowani wskazywali stronę www oraz Facebook. Głównym narzędziem sprzedaży on-line u 43% badanych był własny sklep internetowy, zaś najpopularniejszą formą dostaw towarów zakupionych on-line wg ankietowanych były usługi kurierskie lub paczkomaty. W ubiegłym roku tylko 8% sklepów w Polsce nie prowadziło żadnej formy sprzedaży on-line. Okres pandemii przyczynia się do przyspieszenia wprowadzanych zmian, wykorzystania nowych kanałów sprzedaży, komunikacji z klientami czy dostaw towarów.

Sprzedaż wielokanałowa przyszłością handlu

Pandemia nie jest powodem zmian, ale ma wpływ na dynamikę ewolucji handlu w kierunku sprzedaży wielokanałowej, znacząco ją przyspieszając. Od początku roku do końca kwietnia liczba sklepów internetowych w Polsce zwiększyła się o 1,7 tys. i osiągnęła poziom 40 tys. Na samej platformie Allegro sprzedaż rozpoczęło 15 tys. nowych firm, a Facebook uruchomił nową opcję Facebook Shops.

Według 32% badanych udział sprzedaży internetowej w pierwszych miesiącach pandemii wzrósł o ponad 100%. Warto wziąć jednak pod uwagę, że nie były to nominalnie duże poziomy sprzedaży, ponieważ udział e-commerce w handlu detalicznym w Polsce wynosi obecnie jedynie około 10%. Z pewnością jednak trend sprzedaży on-line będzie w przyszłości wzrostowy. Eksperci prognozują, że dla wielu firm osiągnie w perspektywie kilku lat poziom ok. 20 -25% całości sprzedaży.

Okres pandemii sprawił, że strategia digitalizacji stała się fundamentem utrzymania rozwoju i stabilności biznesowej. Na pytanie o zwiększenie inwestycji w digitalizację z powodu sytuacji związanej z pandemią, 69% ankietowanych odpowiedziało twierdząco. W odpowiedzi na społeczną izolację, sieci handlowe wprowadziły wiele ciekawych i niekonwencjonalnych rozwiązań sprzedaży i dostaw. Z zebranych odpowiedzi wynika jednak, że upłynęło zbyt mało czasu, aby podać konkretne rozwiązania w zakresie nowych technologii, które zostaną wprowadzone na stałe.

– Trudno obecnie o konkretne scenariusze wzrostu zakupów on-line, jednak pewne jest, jakie czynniki będą odgrywać kluczową rolę w kształtowaniu zachowań zakupowych – to wygoda i jakość doświadczeń klientów oraz poziom obsługi. Okres pandemii i zwiększona w jego trakcie aktywność zakupów on-line tyko wyostrzyła znaczenie jakości obsługi i doświadczeń, także dla kanału e-commerce. Bez inwestycji w bardziej sprawne systemy nawigacji, czytelne layouty, trafniejsze wyszukiwarki, dobre zdjęcia, pełne opisy produktów, klienci nie utrzymają się na stałe w określonych sklepach on-line – mówi Marta Machus-Burek, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Handlowych w Colliers International.

Nowy format sklepów

W opinii ankietowanych teorie o końcu handlu w formule tradycyjnej są znacznie przesadzone, spodziewają się natomiast zmiany strategii co do liczby punktów stacjonarnych, wyboru lokalizacji oraz formatu. Dla rynku polskiego eksperci Colliers przewidują trend stopniowego wzrostu zainteresowania i popularności lokalizacji handlowych i usługowych położonych blisko miejsc zamieszkania i dzielnicowych punktów komunikacyjnych, z naturalnym ruchem pieszych. Dynamiczny rozwój parków handlowych, jaki obserwowaliśmy w ostatnich latach, wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów i sieci handlowych, oceniających tego typu obiekty jako bezpieczne. Sektor gastronomiczny natomiast zwrócił swoją uwagę na projekty typu mixed-use – 23% respondentów w tej grupie ankietowanych przygląda się lokalizacjom w projektach wielofunkcyjnych w największych aglomeracjach.