Powołanie członków Rady Nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. na nową kadencję

22 czerwca 2020 r. Zwyczajne Walne Zgromadzenie GPW wybrało siedmioosobowy skład Rady Nadzorczej GPW na nową, trzyletnią kadencję, rozpoczynającą się 23 czerwca 2020 r.

Do Rady Giełdy zostali powołani:

  1. Michał Bałabanow
  2. Dominik Kaczmarski
  3. Janusz Krawczyk
  4. Jakub Modrzejewski
  5. Filip Paszke
  6. Eugeniusz Szumiejko
  7. Adam Szyszka

Życiorysy członków Rady Giełdy zostaną zamieszczone na stronie www.gpw.pl w zakładce dotyczącej władz spółki: https://www.gpw.pl/wladze-spolki

Zasada swobodnej oceny dowodów w sprawie podatkowej

„Organ podatkowy ocenia na podstawie całego zebranego materiału dowodowego, czy dana okoliczność została udowodniona”. Tak wynika z treści art. 191 ustawy Ordynacja podatkowa (Dz.U. 2019.900, tj. z dnia 14 maja 2019 r., zwanej dalej „Ordynacją podatkową”). Przepis ten wyraża zasadę tzw. swobodnej oceny dowodów, według której organ podatkowy prowadzący kontrolę czy postępowanie podatkowe przy ocenie wiarygodności zgromadzonych dowodów nie jest skrępowany żadnymi regułami określającymi wartość poszczególnych rodzajów dowodów i dokonuje jej w sposób swobodny, na podstawie własnego przekonania opartego na wiedzy, doświadczeniu życiowym, prawach logiki, wzajemnych relacjach między poszczególnymi dowodami, z uwzględnieniem całokształtu zgromadzonego w sprawie materiału dowodowego. Jednak jedną z częstych przyczyn uchylenia decyzji podatkowej jest złamanie przez organ powyższej zasady poprzez dokonanie dowolnej oceny dowodów.

Wszechstronnie zgromadzony materiał dowodowy

Zasada swobodnej oceny dowodów tylko wtedy będzie mogła mieć sens, jeżeli organ podatkowy zgromadzi w sposób zgodny z przepisami prawa formalnego wszystkie dowody niezbędne do ustalenia prawdy obiektywnej (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 22 czerwca 2010 r., III SA/Wa 575/10, LEX nr 675001).

Materiał dowodowy jest zupełny, jeśli zebrano i rozpatrzono wszystkie dowody, przeprowadzono wnioski dowodowe, a udowodniony stan faktyczny stanowi pełną, spójną i logiczną całość. Organ, rozpatrując materiał dowodowy, nie może pominąć żadnego istotnego dowodu. Pominięcie dowodu może nasuwać wątpliwości co do zgodności z rzeczywistością ustalonego stanu faktycznego oraz może wzbudzić wątpliwości co do trafności oceny innych dowodów (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Krakowie z dnia 31 maja 2017 r., I SA/Kr 187/17).

Przez wyczerpujące rozpatrzenie całego materiału dowodowego należy rozumieć ustosunkowanie się organu do każdego dowodu i dokonanie ich oceny we wzajemnym powiązaniu. Ocenie podlega każdy dowód z osobna oraz wszystkie dowody we wzajemnej z sobą łączności, a na prawidłowość tej oceny wskazuje to, czy wyciągnięte przez organ wnioski mają logiczne uzasadnienie (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie z dnia 1 sierpnia 2017 r., I SA/Rz 378/17).

W uzasadnieniu decyzji organ podatkowy ma obowiązek wykazać, z których dowodów korzystał, z których zaś nie i dlaczego, zwłaszcza jeżeli określony dowód oferuje strona postępowania, które z nich uznał za wiarygodne, a które za niewiarygodne i z jakich przyczyn. „Dopiero tak przeprowadzone postępowanie spełnia wymogi art. 122, art. 187 § 1, art. 191 i art. 210 § 4 O.p.” (wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie II FSK 1852/08, LEX nr 596029).

Ocena materiału dowodowego

Ocena dowodów nie może się koncentrować wokół jednego dowodu lub części dowodów. Stwierdzenie, że dana okoliczność została udowodniona, wymaga oceny wszystkich dowodów we wzajemnym ze sobą powiązaniu. Do tego celu konieczne jest uprzednie przeprowadzenie wyczerpującego postępowania dowodowego.

Ocena zebranego w sprawie materiału dowodowego powinna spełniać łącznie trzy warunki. Po pierwsze musi być zgodna z regułami logicznego rozumowania. Po drugie ocena powinna być zgodna z doświadczeniem życiowym. Wreszcie po trzecie musi ona być wszechstronna (wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 19 maja 2011 r., I FSK 1157/10 LEX nr 1080489). Z poglądów wypracowanych przez doktrynę dowiedzieć się można m.in., że „Dokonana przez organ podatkowy ocena dowodów jest przedmiotem kontroli organu drugiej instancji w razie zaskarżenia orzeczenia w toku postępowania odwoławczego. Kontrolowany jest wtedy tok myślowy organu orzekającego pod względem prawidłowości logicznej i zgodności z przepisami prawa procesowego. Kontrola organu odwoławczego nie może prowadzić do zmiany oceny dowodów przez organ drugiej instancji, lecz jedynie do stwierdzenia nieprawidłowości, co w konsekwencji powoduje uchylenie zaskarżonego orzeczenia i przekazanie sprawy do ponownego rozpatrzenia organowi pierwszej instancji” (por. G. Adaszkiewicz, Środki dowodowe…, s. 116).

Swobodna a dowolna ocena materiału dowodowego

Swobodna ocena dowodów jest oceną najpełniejszą, jeżeli została oparta na materiale dowodowym przeprowadzonym bezpośrednio przed organem podatkowym i z aktywnym udziałem strony w tym postępowaniu. Jakkolwiek Ordynacja podatkowa czasami odchodzi w swoich uregulowaniach od zasady bezpośredniości prowadzonego postępowania (art. 181 O.p.), to w przypadku wątpliwości co do oceny dowodu przeprowadzonego w innym postępowaniu lub uzasadnionych zastrzeżeń strony, organ podatkowy jest zobligowany do bezpośredniego przeprowadzenia określonego dowodu i dopiero na podstawie tak przeprowadzonych dowodów dokonuje ich oceny. Zasada swobodnej oceny dowodów oznacza, że organ podatkowy nie jest skrępowany regułami dotyczącymi wartości poszczególnych dowodów, ma obowiązek rozpatrywać dowody na podstawie własnego przekonania, popartego zasadami wiedzy i doświadczenia życiowego. Jednakże swobodna ocena dowodów nie oznacza, że organ jest uprawniony do oceny dowodów według „widzimisię”. Ocenę dowodów organ obowiązany jest bowiem oprzeć na przekonujących podstawach i dać temu wyraz w uzasadnieniu.

Aby swobodna ocena dowodów nie przekształciła się w samowolę, musi być dokonana zgodnie z normami prawa procesowego oraz zachowaniem określonych reguł tej oceny (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 30 października 2015 r., III SA/Wa 4038/14 LEX nr 1967338). Jak wskazuje Naczelny Sąd Administracyjny, w wyroku z dnia 7 maja 2015 r., I FSK 605/14: „Organ podatkowy przy ocenie zebranych w sprawie dowodów powinien, m.in. kierować się prawidłami logiki, zgodnością oceny z prawami nauki i doświadczenia życiowego, traktować zebrane dowody jako zjawiska obiektywne, oceniać dowody wyłącznie z punktu widzenia ich znaczenia i wartości dla rozpatrywanej sprawy, dokonywać wszechstronnej oceny, tak aby w ramach swobodnej oceny nie zostały przekroczone granice dowolności”. Sąd Najwyższy wyraził pogląd, który za dowolne uznał ustalenia faktyczne znajdujące wprawdzie potwierdzenie w materiale dowodowym, ale materiał ten jest niekompletny czy też nie w pełni rozpatrzony. „Zarzut dowolności wykluczają dopiero ustalenia dokonane w całokształcie materiału dowodowego, zgromadzonego i zbadanego w sposób wyczerpujący” (wyrok SN z dnia 23 listopada 1994 r., III ARN 55/94, OSNP 1995 nr 7, poz. 83).

W kontekście treści art. 191 Ordynacji podatkowej należy zwrócić uwagę na tzw. dobrą wiarę podatnika VAT w momencie zawierania transakcji opodatkowanej tym podatkiem. Zdaniem Naczelnego Sądu Administracyjnego przy ocenie świadomości czy też braku świadomości podatnika co do zakwestionowanych transakcji należy uwzględnić orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczące tzw. dobrej wiary.

Podsumowanie

Wszechstronnie rozpatrzony materiał dowodowy, bez pierwotnego założenia organu podatkowego o nieuczciwości podatnika, pozwala na ustalenie zgodnego z rzeczywistością stanu faktycznego sprawy w wyniku dokonania obiektywnej oceny dowodów, zgodnej z zasadą swobodnej oceny dowodów, a w ramach niej – zgodnej z dyrektywami doświadczenia życiowego i logiki. Aby zasada swobodnej oceny dowodów nie przekształciła się w ocenę dowolną, organ podatkowy jest normatywnie związany wieloma dyrektywami ogólnymi postępowania podatkowego. Musi przede wszystkim opierać się na wszechstronnie zebranym i ocenionym materiale dowodowym. Często niestety jest jednak tak, że organy podatkowe czy celno-skarbowe koncentrują się na takim zinterpretowaniu materiału dowodowego, by wynikał z niego stan faktyczny uprawdopodabniający jedynie intencje i założenia przyświecające im zanim jeszcze wszczęto kontrolę czy postępowanie podatkowe. Aby zatem nie dochodziło do przekłamań i misinterpretacji w działaniu organów, warto skorzystać z pomocy i wsparcia doświadczonego pełnomocnika, który nie tylko będzie temperował zakusy urzędników w trakcie kontroli czy postępowania, ale również wzmocni pozycję procesową podatnika poprzez aktywne uczestnictwo w sprawie podatkowej na każdym jej etapie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Giełda transportowa – co warto wiedzieć? jak wykorzystać jej potencjał?

Według ekspertów rynek transakcji doraźnych, czyli tak zwany spot, stanowi 15 proc. całego sektora transportu towarów[1]. Z kolei dane statystyczne wskazują, że z elektronicznych giełd transportowych korzysta na co dzień 90 proc.[2] przedsiębiorstw przewozowych w Europie. Europejski rynek transportowy wart 500 mld dolarów[3] opiera się na zleceniach doraźnych między innymi po to, by ograniczać puste przebiegi. A te szacuje się na co trzeci przejazd w Polsce i co czwarty w UE.[4] Jak efektywnie korzystać z giełdy transportowej oraz które narzędzia cyfrowe pomogą w automatyzacji transportu? Na te i inny pytania odpowiada Tomasz Czyż, ekspert telematyki GBOX.

Giełdy transportowe – barometr gospodarki

„Giełdy wychodzą z kryzysu”. To nagłówki artykułów dotyczących branży transportowej w 2010 roku, gdyż 2009 stanowił wyzwanie dla całego sektora TSL z powodu globalnego kryzysu finansowego. Pandemia koronawirusa w 2020 roku oraz skutki wielu ograniczeń gospodarczych i społecznych, jakie wywołała, przyczyniły się do obniżenia nastrojów wśród przewoźników międzynarodowych. Jednak wbrew przewidywaniom ekonomistów rynek stabilizuje się, zwiększając i umacniając wymianę handlową między krajami UE. Ta odbywa się między innymi poprzez giełdy międzynarodowych ładunków.

Obecnie na giełdach widać wreszcie ożywienie. Otworzenie granic i uruchomienie linii montażowych największych fabryk producentów automotive skutkują wzmożoną aktywnością przewoźników w ruchu transgranicznym. Potwierdzają to najnowsze dane z systemu telematycznego GBOX i sieci E–100.[5] Powoli normują się też stawki za frachty. Powrót na ścieżkę rozwoju i umacnianie transportu drogowego już się rozpoczął – wyjaśnia Tomasz Czyż, GBOX. – To nadal rynek zleceniodawcy, ale też niezwykle cenna baza danych i wiedzy o kondycji całej branży. 

Giełda transportowa – jak zacząć?

W Polsce jest 36 513 przewoźników międzynarodowych ładunków. To niemal o 0,5 tysiąca podmiotów więcej niż w 2018 roku.[6] Ponad 90 proc. tych firm to małe i średnie przedsiębiorstwa – często rodzinne z taborem poniżej 10 pojazdów. Większość transportowców, prowadzących taką działalność, rozpoczyna dzień od zalogowania się na elektronicznej platformie ze zleceniami. Giełdy transportowe, obok map, telematyki czy programów do zarządzania transportem, to podstawowe narzędzie pracy. Jak z nich korzystać?

Aby uzyskać dostęp do giełdy, należy spełnić określone wymagania. Weryfikują one podmioty z sektora TSL tak, aby użytkownikami platformy byli wyłącznie przewoźnicy sprawdzeni pod kątem formalno–prawnym. Dlatego przed podpisaniem umowy z dostawcą giełdy, należy przesłać dokumenty:

  • rejestrowe firmy, ubezpieczenie OCP – przewoźnicy poniżej 3,5 tony;
  • rejestrowe firmy oraz licencja krajowa lub wspólnotowa – przewoźnicy powyżej 3,5 tony
  • licencja spedycyjna (w zakresie pośrednictwa przy przewozie rzeczy) oraz opcjonalnie OCS – firmy spedycyjne

Weryfikacja powyższych dokumentów pozwala stwierdzić, czy przewoźnik lub spedycja spełniają prawne wymogi dotyczące wykonywania tego zakresu działalności oraz czy posiadają odpowiednie zaplecze finansowe (wymagane zabezpieczenie do licencji na pierwszy i każdy kolejny pojazd). Licencja gwarantuje również, że osoba zarządzająca dysponuje certyfikatem kompetencji zawodowych przewoźnika. Niektóre giełdy transportowe wymagają minimalnego okresu funkcjonowania firmy na rynku – jest to na przykład 6 miesięcy prowadzenia działalności.

Giełdy ładunków – co warto wiedzieć?

Elektroniczne platformy do transakcji ładunkami to szansa na pozyskanie nowych zleceń i kontaktów handlowych dla polskich przewoźników. Poszukując towaru do przewiezienia z konkretnego miejsca w Europie, należy wpisać kody pocztowe, gdyż to głównie nimi operujemy w ofertach. Następnie dokonać wyboru dalszych parametrów, w tym między innymi:

  • data;
  • rodzaj pojazdu;
  • tonaż;
  • metry ładowne.

W zależności od popularności danego kierunku możemy uzyskać od kilku do kilkudziesięciu propozycji zleceń. Ze zleceniodawcą wybranej oferty można kontaktować się poprzez wewnętrzny komunikator, wiadomość e–mail lub telefonicznie. Giełdy transportowe rządzą się swoimi prawami. Tutaj liczy się czas reakcji – sprawne przeliczanie opłacalności frachtu i decyzja. Jeżeli jakiś zapis podjętego wstępnie zlecenia budzi wątpliwość, mamy krótki okres na to, by je zestornować, czyli anulować. Dlatego warto zwrócić uwagę między innymi na to:

  • Czy trasa na zleceniu jest dokładnie taka jak w ofercie?
  • Czy wymagane jest użycie pojazdu, jakim dysponujemy – o określonych parametrach i tonażu?
  • Czy mamy konkretne informacje o terminie płatności i szczegółowych warunkach realizacji przejazdu?
  • Czy dostawa jest w określonych godzinach „od:do” czy na przykład FIX – na konkretną awizację lub time slot?

Jeżeli wszystko się zgadza, podajemy dane auta i kierowcy. Następnie zleceniodawca przesyła nam zlecenie – najczęściej w formacie pdf przez pocztę elektroniczną., Podjęcie wybranego frachtu to umowa, na której warunki się zgadzamy. Często wymagane jest odesłanie do zleceniodawcy zeskanowanego podpisanego zlecenia.

Według Tomasza Czyża, eksperta systemu telematycznego GBOX:

W pracy z giełdą transportową pomocne są programy do zarządzania operacjami transportowo–spedycyjnymi oraz telematyka. Oprogramowanie klasy TMS to wsparcie w automatyzacji procesów i oszczędność czasu. Natomiast systemy telematyczne pokażą w czasie rzeczywistym, gdzie znajduje się pojazd, który wymaga szybkiej organizacji ładunku lub doładunku, by nie wracać na pusto. TMS–y oraz telematyka to z pewnością przyszłość rozwoju nowoczesnych technologii w transporcie drogowym i nie należy ich ignorować. Właściciele giełd oraz firm transportowych doceniliby narzędzie, które na podstawie obserwacji działań użytkowników platformy z ładunkami oraz danych telematycznych i szacunków ekonomicznych, będzie w stanie autonomicznie i precyzyjnie wyszukiwać najlepsze zlecenia. Być może tak właśnie będzie za kilka lub kilkanaście lat.

Giełda transportowa jako baza danych online

 Cyfrowa platforma dla przewoźników i załadowców to nie tablica ogłoszeń. Obecnie giełdy transportowe oferują swoim użytkownikom więcej możliwości. Oprócz ładunków do podjęcia klient coraz częściej może skorzystać również z dodatkowych funkcjonalności – np. automatyzacji planowania tras czy rozliczania finansowego.

Poprzez wykorzystanie rozwiązań IT w branży transportowej takich jak na przykład TMS usprawnia się cały proces realizacji operacji transportowych od momentu przyjęcia oferty po kwestie formalne związane z otrzymaniem należności za dany fracht. Integracje zasobów giełd z systemami do zarządzania transportu pozwalają na proste udostępnianie zleceniodawcom pojazdów z wolną powierzchnią ładunkową oraz szybkie wyszukiwanie ofert z określonego obszaru. Póki co nie jest to jeszcze pełna automatyzacja, ale znacząco ułatwia pracę spedytorom i właścicielom firm przewozowych. Wszystkie informacje dostępne są w jednym miejscu, online. Możemy z nich skorzystać w każdej chwili w dowolnym miejscu. Istotne jest też to, że w TMS mamy zachowane i uporządkowane dane archiwalne, co bywa bardzo pomocne, np. w odnalezieniu kontaktu do zleceniodawcy z danego regionu, z którym kiedyś współpracowaliśmy. Skraca się obieg dokumentacji oraz ułatwia kontakt z kierowcom czy spedytorem, bo minimalizujemy wiadomości SMS oraz rozmowy telefoniczne. Wszystko jest zapisywane i widoczne online. Rozwiązania chmurowe – oparte na modelu SaaS (Software as a Service) – rewolucjonizują międzynarodowy transport drogowy, dzięki czemu jest on bardziej efektywny – wyjaśnia Tomasz Czyż, ekspert INELO, dostawcy telematyki GBOX i TMS Easy.

Bezpieczeństwo danych online

Jak bezpiecznie korzystać z giełd transportowych?

Aby sprawdzić wiarygodność oferenta, warto zwrócić uwagę na:

  • ocenę kontrahenta w wewnętrznym rankingu, jeśli taki system oceniania platforma udostępnia;
  • wyszukanie zleceniodawcy w ogólnodostępnych bazach danych CEIDG, KRS, VIES, KREPTD[7];
  • sprawdzenie, czy widnieje on systemach zbierających informacje o dłużnikach;
  • wykorzystanie wyszukiwarki Google do weryfikowania opinii o danej firmie w Internecie
    – np. na forach branżowych, w mediach społecznościowych, grupach specjalistycznych etc.

Ważne jest również bardzo uważne sprawdzanie wszystkich zapisów zlecenia online przed podjęciem ładunku.

Jak jest przyszłość giełd transportowych?

Cyfrowa. Elektroniczne giełdy ładunków międzynarodowych będą ewoluować w kierunku jak największej i jakościowo najlepszej automatyzacji procesów. Algorytmy, które same będą wyszukiwać najbardziej opłacalne oferty, analizować czynniki ryzyka oraz planować trasę tak, by uzyskać wysoką rentowność ze zlecenia, przyszłość ofert doraźnych w sektorze TSL. Świadczy o tym coraz bardziej rosnąca popularność programów do zarządzania operacjami transportowo–spedycyjnymi, które integrowane są między innymi z giełdami – tłumaczy Tomasz Czyż z INELO. – Ponadto rozwijane będą wszelkie rozwiązania, które umożliwią wgląd w dane w czasie rzeczywistym, w tym m.in. o lokalizacji pojazdu, etapie realizacji zlecenie, utrudnieniach na drodze, dostępności kierowcy – analiza czasu jazdy i pracy. W rezultacie poprawi się wydajność i ograniczy puste przejazdy.

Według eksperta oprócz digitalizacji transportu, możemy się spodziewać rozwoju giełd wewnętrznych tworzonych przez duże spedycje. Pozwoli to uzyskać oferty z pierwszej ręki, o co zabiega każdy przewoźnik. Warto też śledzić aplikacje takie jak Uber freight. Nie jest on obecnie zagrożeniem dla potentatów, jednak coraz więcej zachodnich korporacji docenia lekkość rozwiązania. To mobilna platforma przetargowa, która umożliwia znalezienie zlecenia na stałych zasadach. Narzędzie to posiada również planer wysyłek i awizacji, czego nie mają klasyczne giełdy transportowe. Podobnym produktem dla wielkich producentów i korporacji jest Transporeon – pozwala na obsługę time slot’ów i FIX–ów na załadunkach i rozładunkach, służy również do udostępniania pozycji ciężarówek z ładunkami dzięki integracji z systemami telematycznymi.

Przemysł 4.0. = Transport 4.0.

Przyszłość przepływu towarów to zintegrowane platformy danych. W raportach Deloitte łańcuchy dostaw są oceniane jako jedne z największych możliwości dla technologii IoT.[8]  Coraz bardziej istotne będzie szybkość przepływu i wymiany informacji oraz ich weryfikacja.

Podstawą przemysłu 4.0. jest cyfryzacja, a jednym z fundamentów przemysłu jest transport, którego również nie omijają innowacje informatyczne. Globalni spedytorzy będą rozwijać działalność w tym kierunku, a międzynarodowi przewoźnicy nie powinni tych zmian ignorować – podsumowuje Tomasz Czyż, ekspert GBOX, Grupa INELO.

[1] Szacunkowy udział transakcji z giełd transportowych, forum branżowe.

[2] Dane rynkowe, Tygodnik Truck.pl, 2019.

[3] Raporty branżowe, za Rynek Infrastruktury, 2020.

[4] Wydawnictwo branżowe Media Log, Logistyczny.com.

[5] Raport INELO i sieci E–100. Wyniki średniej dziennej aktywności polskich kierowców zawodowych. Okres badania to czas od połowy marca do maja 2020 roku.

[6] Biuro Transportu Międzynarodowego.

[7] CEIDG (Centralna Ewidencja Informacji o Działalności Gospodarczej; KRS (Krajowy Rejestr Sądowy); VIES (VAT Informaction Exchange System); KREPTD (Krajowy Rejestr Elektroniczny Przedsiębiorców Transportu Drogowego).

[8] Deloitte, https://www2.deloitte.com/us/en/insights/focus/future–of–mobility/future–of–freight–connected–data–intelligent–automation.html

Jakie są najpopularniejsze produkty finansowe? Co warto o nich wiedzieć?

Klienci banków i firm pozabankowych mają do wyboru wiele produktów finansowych, które pozwalają im na operowanie pieniędzmi. Jak się okazuje, coraz częściej za skorzystanie z tego rodzaju ofert można uzyskać ciekawe profity. Które produkty finansowe są wybierane najczęściej i jakie dają korzyści?

Konta bankowe – jakie są rodzaje?

Do najczęściej wybieranych usług finansowych należą konta bankowe. Zazwyczaj klient, który decyduje się na taką usługę, wiąże się z daną instytucją na dłużej. Z tego powodu warto wiedzieć, jakie są rodzaje kont oferowanych w bankach:

  • konto osobiste – należy do najczęściej wybieranych produktów tego typu. Zazwyczaj służy do przechowywania bieżących wpływów (np. wypłat). Nie jest oprocentowane, ale może być prowadzone za 0 zł. Niekiedy banki oferują też promocję, jaką jest cashback;
  • konto firmowe – służy do prowadzenia finansów przedsiębiorstwa. Wpływają na nie wynagrodzenia za wykonaną pracę. Z tego rachunku opłacane są też wszelkie zobowiązania firmy;
  • konto oszczędnościowe – służy do zbierania oszczędności. W zależności od banku można na nie przelewać samodzielnie kwoty lub ustawić odpowiednie opcje (np. pobieranie przez bank na rzecz oszczędności procentu od każdej transakcji dokonanej kartą płatniczą). Oprocentowanie na takim koncie powinno pozwolić na uzyskanie oszczędności na poziomie wyższym niż aktualnie panująca inflacja;
  • konto dla dziecka – celem tego konta jest nauczenie dziecka, jak odpowiedzialnie zarządzać pieniędzmi. Rodzić może przelewać na nie określone kwoty. Ma też kontrolę nad wydatkami dziecka (zatwierdza operacje);
  • konto młodzieżowe/studenckie – przeznaczone dla młodych użytkowników, powyżej 18 roku życia. Najczęściej można z niego korzystać do momentu ukończenia studiów. Zazwyczaj takie konto jest prowadzone całkowicie za darmo;
  • konto walutowe – to propozycja dla osób, które często dostają wynagrodzenie w obcej walucie lub wyjeżdżają poza granice kraju i chcą mieć możliwość płacenia wybraną przez siebie walutą.

Karty oferowane przez banki – na co mogą liczyć klienci?

Kolejnym produktem oferowanym przez banki są różnego rodzaju karty. Niemal każdy posiadacz konta osobistego ma kartę debetową, za pomocą której można płacić w sklepach, w sieci oraz wypłacać gotówkę z bankomatu. Coraz popularniejsze stają się również karty kredytowe. Pozwalają one na zakupy na kredyt. Jeżeli spłata nastąpi w określonym czasie (zazwyczaj okres spłaty wynosi 60 dni), nie są one oprocentowane.

W ostatnim czasie duże zainteresowanie wśród klientów budzą karty typu prepaid. Są często wybierane w przypadku kont dla dzieci, gdyż posiadacz takiej karty może wydać tylko tyle pieniędzy, ile znajduje się na danej karcie. Musi zostać wcześniej zasilona, aby można było z niej korzystać.

Jakie są najpopularniejsze rodzaje pożyczek i kredytów nie tylko z banku?

Obok kont oraz kart klienci banków chętnie korzystają także z różnego rodzaju pożyczek i kredytów. Również w tym przypadku można wyróżnić kilka podstawowych produktów. W przypadku pożyczek chodzi zazwyczaj o mniejsze kwoty, a ich celem jest pokrycie bieżących, zwiększonych potrzeb. Zaciągając pożyczkę, zwykle nie trzeba deklarować, na co zostanie przeznaczona. Inaczej jest w przypadku kredytu. Zazwyczaj jest on celowym zobowiązaniem finansowym. Do najczęściej wybieranych kredytów należą:

  • hipoteczne – na zakup nieruchomości, najczęściej domu lub mieszkania;
  • konsumpcyjne – kredyt najczęściej przeznaczany na zakup określonych dóbr, takich jak samochód lub sprzęt RTV, może również występować w formie kredytu ratalnego udzielanego za pośrednictwem sklepu;
  • inwestycyjne – mają one na celu sfinansowanie inwestycji pozwalających na przyszłe powiększenie majątku kredytobiorcy;
  • konsolidacyjne – pozwalają pokryć należności wynikające z innych zobowiązań finansowych. W ten sposób płaci się jedną (często niższą niż poprzednie) ratę.

 

Co ciekawe, obecnie pożyczki udzielane są nie tylko przez banki, lecz także inne instytucje finansowe. Mogą one oferować klientom tzw. szybkie pożyczki krótkoterminowe lub pożyczki ratalne.

Na które promocje za korzystanie z usług finansowych warto zwrócić uwagę?

Klienci decydujący się na skorzystanie z wyżej wymienionych usług często mogą liczyć na atrakcyjne promocje. Organizują je nie tylko banki, lecz także zewnętrzne programy lojalnościowe. Przykładem jest Program PAYBACK. Na stronie https://www.payback.pl/finanse znajdziesz specjalne kupony, które pozwolą ci na szybsze zbieranie punktów w Programie. Pamiętaj o aktywowaniu ich przed zawarciem umowy o dany produkt finansowy. Zapoznaj się dokładnie z warunkami, które trzeba spełnić, aby środki zostały doliczone do twojego konta. Jeżeli zdecydujesz się np. na zaciągnięcie pożyczki, sprawdź, na jaką kwotę musi opiewać umowa. Zgromadzone punkty PAYBACK wymień na atrakcyjne nagrody, np. wyposażenie kuchni, sprzęt RTV lub vouchery do partnerów Programu. Środki możesz też wykorzystać w inny sposób, obniżając nimi rachunki w sklepach partnerskich.

Za kilka dni Niemcy obejmują prezydencję w Unii Europejskiej. Stawiają na odnawialne źródła energii i zeroemisyjny transport

Kolejne miesiące w Unii Europejskiej będą upływać pod znakiem radzenia sobie z kryzysem gospodarczym. Ma to umożliwić ogromny pakiet pomocowy i inwestowanie w branże przyszłości, które napędzą wzrost PKB i powstawanie nowych miejsc pracy. Kierunek tych zmian wyznaczać będą Niemcy, które 1 lipca przejmą od Chorwacji przewodnictwo w UE i które same postawiły na przyszłościowe inwestycje. – Możemy się spodziewać dużych środków finansowych na inwestycje, które umożliwią przestawienie europejskiej gospodarki na napędy wodorowe – mówi  Marcin Korolec, były minister środowiska i prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

– Kształt pakietu stymulującego, który został zaproponowany przez niemiecki rząd, czyli m.in. masowe wsparcie elektryfikacji transportu i wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych, pokazuje, że najlepszym sposobem wychodzenia z kryzysu dzisiaj jest wsparcie dla branż, które będą silnikami wzrostu w przyszłości, dadzą Europie czy poszczególnym państwom członkowskim przewagi konkurencyjne w średnim i w długim okresie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Korolec.

W połowie czerwca niemiecki rząd przyjął pakiet naprawczy wart 130 mld euro, który pozostanie w mocy do końca 2021 roku. Obejmuje on m.in. wsparcie dla elektromobilności – pobudzenie (do dwukrotnie większego poziomu) sprzedaży pojazdów elektrycznych, typu plug-in i hybrydowych oraz inwestycji w infrastrukturę do ładowania. 7 mld euro trafi na stworzenie infrastruktury wodorowej, a rząd pracuje nad osobną strategią w tym zakresie. Niemcy chcą także inwestować w rozwój morskiej energetyki odnawialnej.

– Wsparcie niemieckiego rządu dla niemieckiej gospodarki dotkniętej kryzysem gospodarczym, który nastąpił w wyniku pandemii, jest bardzo istotną wskazówką, w jaki sposób nasz największy partner handlowy i gospodarczy będzie wychodził z kryzysu i jaka będzie w tej kwestii polityka Unii Europejskiej – zauważa prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Pod koniec maja Komisja Europejska zaprezentowała kompleksowy plan odbudowy unijnej gospodarki. Narzędzie Next Generation UE opiewa na kwotę 750 mld euro, co wzmocni przyszły budżet 2021-2027 do kwoty 1,85 bln euro. Szefowa KE Ursula von der Leyen podkreślała, że kluczem do sukcesu jest inwestowanie w przyszłość, a więc realizacja założeń Europejskiego Zielonego Ładu i towarzysząca jej cyfryzacja

– Unia Europejska przeznaczy znaczne fundusze na odnawialne źródła energii oraz transformację sektora transportu w stronę rozwiązań zeroemisyjnych, a w zasadzie w kierunku napędów elektrycznych – uściśla Marcin Korolec. – Bardzo duże środki trafią na inwestycje w wytwarzanie wodoru i na przestawianie gospodarki na napędy wodorowe.

Jego zdaniem rezygnacja z importu paliw kopalnych w Europie oznacza oszczędności na poziomie dziesiątków, a nawet setek miliardów euro. Wartość importu ropy naftowej do Polski tylko na potrzeby samochodów osobowych to ok. 12 mld euro rocznie.

– Przestawienie transportu w Polsce na elektryczny dałoby oszczędności na poziomie 12 mld euro, czyli 50 mld zł rocznie – przelicza prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych. – Kierunek zaproponowany przez niemiecki rząd to dobra strategia dla Polski. 2,5 mld euro zostało już zarezerwowane na finansowanie inwestycji w infrastrukturę ładowania, masowe wsparcie sprzedaży samochodów elektrycznych.

Jak podkreśla, Polska jest obecnie największym w Europie producentem baterii do samochodów elektrycznych i stymulacja tego rynku w UE i w Niemczech spowoduje wzrost zamówień w fabrykach, które w dużej części są zlokalizowane w Polsce.

– Liczymy także na to, że plany niemieckiego rządu dotyczące obniżki stawek VAT-u na samochody elektryczne zainspirują polskie Ministerstwo Finansów do podobnych działań i pomagania tym, którzy chcą kupować samochody nieemisyjne – dodaje Marcin Korolec.

Fundacja Promocji Pojazdów Elektrycznych wraz z Transport & Environment opracowały „Ekologiczną reformę podatkową. 16 propozycji nowej legislacji na rzecz elektromobilności”. Jak podkreślono w dokumencie, głównym celem proponowanych regulacji jest rozwiązanie problemu rosnącej emisji gazów cieplarnianych i zanieczyszczeń powietrza pochodzących z samochodów osobowych. Rynek samochodów zero- i niskoemisyjnych nie rozwija się w Polsce tak szybko, aby można było liczyć na odwrócenie niekorzystnych trendów zagrażających środowisku. Jednym z postulatów jest obniżenie stawki VAT na samochody zero- i niskoemisyjne. Eksperci proponują zastosowanie preferencyjnej stawki VAT na samochody zeroemisyjne (5 proc.) i niskoemisyjne o zasięgu co najmniej 80 km przy użyciu wyłącznie zasięgu elektrycznego (7 proc.), możliwość odliczania 100 proc. VAT przy zakupie nowego samochodu elektrycznego oraz zmniejszenie wysokości odliczeń VAT na samochody spalinowe.

Infrastruktura ciepłownicza w polskich miastach wymaga modernizacji. Pandemia nie wpłynie na poziom inwestycji

Ciepłownictwo stoi przed koniecznością transformacji i dużych inwestycji w infrastrukturę, co wynika m.in. z coraz bardziej restrykcyjnych norm środowiskowych. Wytwórcy energii i ciepła współpracują z samorządami z całej Polski, by modernizować lokalne systemy ciepłownicze i budować nowe, bardziej proekologiczne źródła. W ubiegłym tygodniu spółka PGE Energia Ciepła podpisała z władzami Sanoka porozumienie, które dotyczy inwestycji w rozwój tamtejszej infrastruktury ciepłowniczej. Nowa inwestycja będzie ekologiczna i efektywna ekonomicznie, co przełoży się też na niższe ceny ciepła dla mieszkańców i poprawi jakość powietrza w regionie. Procesu inwestycyjnego w polskich miastach nie powstrzymała również pandemia koronawirusa.

– Pandemia dotknęła ciepłownictwo, podobnie jak każdą inną gałąź gospodarki. Wiele obiektów typu szkoły, internaty, akademiki zostało zamkniętych, a to są nasi odbiorcy ciepła. Jednak jesteśmy do tego przyzwyczajeni, bo każdego roku pogoda także rzutuje na wielkość naszych przychodów. Jedyny problem może się pojawić ze strony firm wykonawczych, ale obecnie nie mamy sygnałów, aby mogło to wpływać na prowadzone przez nas inwestycje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Kołodziejak, p.o. prezesa zarządu, PGE Energia Ciepła.

Polska ma jedną z najlepiej rozwiniętych sieci ciepłowniczych w Europie, liczącą prawie 21,5 tys. km. Ten sektor stoi jednak przed koniecznością transformacji i dużych inwestycji, co wynika zarówno z przestarzałej infrastruktury (według danych Forum Energii ok. 80 proc. sieci ciepłowniczych w Polsce jest nieefektywnych energetycznie), jak i coraz bardziej restrykcyjnych norm środowiskowych. Ciepłownictwo zużywa ok. 26 mln ton węgla rocznie, a Polska jest zobowiązana do uczestnictwa w osiąganiu wspólnych celów Unii Europejskiej i redukcji emisji gazów cieplarnianych w ciepłownictwie i energetyce o 43 proc. do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 2005 roku). Dlatego też udział OZE w polskim ciepłownictwie, który sięga na razie kilkunastu procent, ma stopniowo wzrastać, m.in. poprzez wykorzystanie biopaliw stałych, biogazy czy odpadów komunalnych.

– Cała nasza grupa zmierza w zielonym kierunku z poszanowaniem konwencjonalnej podstawy. Ciepłownictwo z natury rzeczy jest bardziej potrzebne zimą, przy mniejszym nasłonecznieniu, w związku z czym wciąż są potrzebne paliwa kopalne. Dlatego gaz jest przez nas traktowany jako paliwo przejściowe, ale oprócz tego do swojego miksu energetycznego włączamy również odnawialne źródła energii – mówi Przemysław Kołodziejak.

W ramach programu inwestycyjnego PGE Energia Ciepła współpracuje z samorządami z całej Polski w celu modernizacji lokalnych systemów ciepłowniczych i budowy nowych źródeł kogeneracyjnych. Ma to umożliwić mieszkańcom rezygnację z przydomowych instalacji grzewczych i podłączanie się do miejskiego systemu ciepłowniczego, co przyczyni się do znacznego ograniczenia emisji tlenków siarki, azotu oraz pyłów.

 Ciepło ma charakter lokalny, więc siłą rzeczy musimy współpracować z lokalnymi społecznościami, które z niego korzystają. Realizujemy zadanie własne gminy polegające na zaopatrzeniu w ciepło. Wytwarzamy je w sposób ekologiczny i bezpieczny, a ciepło systemowe jest bardzo wygodne w korzystaniu i nie niesie ze sobą żadnych zagrożeń – podkreśla p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła.

W ubiegłym tygodniu spółka podpisała list intencyjny z władzami Sanoka oraz Sanockim Przedsiębiorstwem Gospodarki Komunalnej. Porozumienie zakłada rozwój istniejącego systemu ciepłowniczego i zapewnienie bezpieczeństwa dostaw ciepła w mieście. Na jego podstawie PGE Energia Ciepła przygotuje analizę możliwości inwestycji w rozwój infrastruktury ciepłowniczej w Sanoku. Jednym z rozważanych przez nią scenariuszy jest budowa niskoemisyjnego źródła kogeneracyjnego, które będzie wytwarzać ciepło w skojarzeniu z energią elektryczną. To jedna z najbardziej ekologicznych metod, która przyczynia się do walki z problemem niskiej emisji.

 Obecna instalacja emituje ponad 25 tys. ton CO2 rocznie, dlatego widzimy potrzebę szybkiego przemodelowania wewnętrznych źródeł energii w kierunku OZE. Liczymy, że współpraca z PGE Energia Ciepła pozwoli nam osiągnąć ten cel i ograniczyć emisję CO2 oraz utrzymać ceny za ciepło na poziomie akceptowalnym dla mieszkańców – mówi Dominik Witek, prezes Sanockiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej.

Zakład ciepłowniczy w Sanoku wybudowano jeszcze w latach 70., do produkcji ciepła jest w nim wykorzystywany głównie węgiel. Emisja ok. 25 tys. ton dwutlenku węgla rocznie przekłada się na milionowe koszty, które muszą ponosić także mieszkańcy. Wzrost cen uprawnień do emisji CO2 spowoduje, że ceny za podgrzanie wody i centralne ogrzewanie dodatkowo wzrosną, dlatego miastu zależy, żeby nowa inwestycja była bardziej ekologiczna i efektywna ekonomicznie.

 Jako samorząd nie jesteśmy w stanie udźwignąć wielu inwestycji, część z nich już została zahamowana, a nasz budżet został uszczuplony o kolejne miliony przez sytuację z koronawirusem. Dlatego współpraca z takim potentatem jak PGE Energia Ciepła jest dla nas szansą dalszego rozwoju – podkreśla burmistrz Sanoka Tomasz Matuszewski. – Sanok jest bramą do Bieszczad i od zawsze jest kojarzony z czystym środowiskiem i czystym powietrzem. Chcemy, żeby był miastem ekologicznym, ale w tym celu musimy wprowadzać zieloną energię. W jej dostarczeniu może pomóc właśnie ta wspólna inicjatywa.

Jak dotąd spółka PGE Energia Ciepła podpisała już kilkanaście podobnych listów intencyjnych i porozumień dotyczących rozwoju lokalnej infrastruktury (m.in. w Biłgoraju, Chełmie, Kartuzach, Kołobrzegu, Nowym Sączu i Wadowicach). To element Strategii Ciepłownictwa Grupy Kapitałowej PGE na lata 2018–2023 z perspektywą do 2030 roku, zgodnie z którą grupa chce stać się liderem zmian środowiskowych w sektorze poprzez prowadzenie działań wspierających walkę o czyste powietrze w polskich miastach.

 Pakiet inwestycyjny w horyzoncie do 2024 roku liczy prawie 6 mld zł. W tej chwili największą naszą inwestycją jest budowa nowej elektrociepłowni w mieście Siechnice pod Wrocławiem. Jest to projekt wart ok. 800 mln zł – wskazuje Przemysław Kołodziejak.

Należąca do Grupy PGE spółka jest największym w Polsce producentem ciepła i energii elektrycznej wytwarzanych w procesie wysokosprawnej kogeneracji, z ok. 25-proc. udziałem w tym rynku. Należy do niej 13 elektrociepłowni i sieci ciepłownicze o długości ok. 609 km.

W maju 2020 r. rynek pożyczek skurczył się o 57,9% r/r

W maju 2020 r., w porównaniu do maja 2019 r. w ujęciu wartościowym firmy pożyczkowe udzieliły pożyczek na kwotę niższą
o (-57,9%), spadek w ujęciu liczbowym wyniósł (-45,5%). Łączna sprzedaż firm pożyczkowych współpracujących z BIK wyniosła w maju 2020 r. 255 mln zł w ujęciu wartościowym oraz 128,1 tys. w ujęciu liczbowym. Średnia wartość udzielonej w maju 2020 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 1994 zł i była niższa od średniej wartości pożyczki udzielonej w maju 2019 r. o (-23%).

Łącznie w okresie styczeń–maj 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły 878,7 tys. pożyczek na łączną kwotę 2,006 mld zł. Firmy pożyczkowe udzieliły o (-24,1%) mniej pożyczek oraz udzieliły finansowania na kwotę niższą o (-32,8%) niż w analogicznym okresie zeszłego roku. W omawianym okresie, w ujęciu wartościowym 33% udzielonych pożyczek było na kwoty powyżej 5 tys. zł, zaś w ujęciu liczbowym stanowiły one jednak tylko 9% sprzedaży.

W pięciu pierwszych miesiącach br., w ujęciu liczbowym dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 40% liczby udzielonego finansowania. W ujęciu wartościowym pożyczki udzielone na kwoty poniżej 1 tys. zł miały 10% udziału w sprzedaży. Najwyższą ujemną dynamikę w ujęciu liczbowym oraz wartościowym w okresie styczeń–maj 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. odnotowały pożyczki z przedziału kwotowego powyżej 5 tys. zł (-40,9%) oraz 3–5 tys. zł (-32,5%).

Rząd chce wprowadzić nową opłatę od sprzętu elektronicznego. Ceny laptopów czy smartfonów mogą być nawet kilkaset złotych wyższe

Około 1 mld zł rocznie – taka kwota miałaby trafić do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi po wprowadzeniu nowej daniny, tzw. opłaty reprograficznej obejmującej smartfony, tablety czy laptopy. Prezes Federacji Konsumentów podkreśla, że wprost przełoży się to na wyższe ceny sprzętów elektronicznych. W przypadku laptopa ze średniej półki cenowej obłożenie go podatkiem w wysokości minimum 6 proc. spowoduje wzrost jego ceny o kilkaset złotych. Tymczasem konsumenci już w tej chwili są kilkukrotnie opodatkowani za korzystanie z treści w internecie.

 Przyjęliśmy z dużym niepokojem zapowiedzi wprowadzenia nowego podatku od urządzeń elektronicznych: smartfonów, tabletów, laptopów czy telewizorów z funkcją smart, czyli elektroniki, z której wszyscy na co dzień korzystamy w gospodarstwach domowych. To de facto jest podatek, chociaż nazywa się go opłatą reprograficzną – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Rady Krajowej Federacji Konsumentów.

Opłata reprograficzna w założeniu ma rekompensować twórcom straty ponoszone z powodu tego, że konsumenci zamiast kupować treści, kopiują je i przechowują na użytek własny. W Polsce ta danina jest doliczana do cen urządzeń i nośników służących do kopiowania treści, takich jak np. skanery czy płyty CD, i trafia do artystów za pośrednictwem organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. Większość objętych nią urządzeń jest jednak przestarzała – opłata nie uwzględnia m.in. laptopów i smartfonów. Pod koniec kwietnia wicepremier Piotr Gliński zapowiedział, że zostanie ona zaktualizowana, ponieważ Polska jest jednym z ostatnich europejskich krajów, które nie mają jeszcze zaktualizowanej opłaty reprograficznej. Wedle zapowiedzi nowa danina będzie nie niższa niż 6 proc. wartości sprzętu elektronicznego.

– To bardzo duża kwota, zważywszy na to, jaki jest wolumen rynku smartfonów, telewizorów i laptopów. Do organizacji zbiorowego zarządzania miałoby trafić około 1 mld zł rocznie. To oznacza, że te pieniądze zostaną zabrane z naszych domowych budżetów. W sytuacji, w której wszyscy się teraz znaleźliśmy, kiedy jeden laptop w domu okazuje się niewystarczający, te sprzęty stały się dobrem pierwszej potrzeby. To już nie jest jakieś ekskluzywne dobro służące rozrywce, każde gospodarstwo domowe go potrzebuje – i to często więcej niż jednej sztuki. Uważamy, że sięganie do kieszeni Polaków w takiej sytuacji jest mocno niepokojące – podkreśla Kamil Pluskwa-Dąbrowski.

Jak ocenia, wprowadzenie nowej daniny spowoduje wzrost cen sprzętów elektronicznych. Marże na tym rynku już w tej chwili są bardzo niskie. Dlatego producenci czy importerzy nie wezmą na siebie nowej opłaty i przerzucą ją na konsumentów.

– W przypadku laptopa, który kosztuje 2,5 tys. zł, danina w wysokości 6 proc. przełoży się na wzrost rzędu 150 zł. To znaczy, że te towary staną się dla pewnych grup trudniej dostępne. Gospodarstwo domowe, które ma trójkę lub czwórkę dzieci w szkole i wszystkie muszą korzystać z laptopa, poniesie znaczący wydatek w domowym budżecie. Może to prowadzić do zjawiska ograniczenia dostępności tego sprzętu, przyczyniać się do wykluczenia cyfrowego. W obecnej sytuacji – kiedy nasze życie podczas pandemii stało się jeszcze bardziej cyfrowe niż dotychczas – wywoła to niekorzystne skutki społeczne – mówi prezes Federacji Konsumentów.

Podkreśla, że w czasie pandemii, zdalnej pracy i nauki zdalnej, na progu dużego kryzysu gospodarczego i trudnej sytuacji gospodarstw domowych obecny moment jest najgorszym możliwym na wprowadzanie nowej daniny, która nie ma zresztą żadnego uzasadnienia.

 Nie ma logicznego związku pomiędzy zakupem smartfona a szkodą, którą poniesie jakikolwiek artysta. Konsumenci używają laptopów czy smartfonów do zupełnie innych celów. Korzystają głównie z treści pobieranych online z internetu, komunikacji mailowej czy za pośrednictwem komunikatorów. To zastosowanie, o którym mówimy przy opłacie reprograficznej, jest marginalne. Potwierdza to szybki rozwój platform cyfrowych, które sprzedają content. W dzisiejszych czasach mało kto trzyma pliki muzyczne na swoim telefonie – przekonuje Kamil Pluskwa-Dąbrowski. – Środowisko, które proponuje to rozwiązanie, w ogóle nie uwzględnia tych argumentów. Opieramy się na stereotypie i opinii wyrobionej kilkanaście lat temu, kiedy nie mieliśmy powszechnego dostępu do internetu i kiedy podstawowym narzędziem był odtwarzacz MP3. Ale ta sytuacja się już zmieniła, świat się scyfryzował.

Obecnie każdy utwór muzyczny, film czy inny rodzaj twórczości artysty jest opatrzony licencją. Konsumenci za nią płacą, a platformy streamingowe rozliczają się z artystami. Dodatkowo wprowadzony został jeszcze podatek w wysokości 1,5 proc. dla tych platform, a na forum europejskim trwają rozmowy dotyczące tzw. podatku cyfrowego dla dużych podmiotów. To oznacza, że konsumenci już w tej chwili są kilkukrotnie opodatkowani za korzystanie z treści w internecie. Nakładanie na nich kolejnej daniny jest wątpliwe, tymczasem artyści i tak na niej nie skorzystają.

 Opłaty na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi ponosimy od bardzo dawna. Jest opłata reprograficzna na nośniki typu pendrive czy nawet na papier. Okazuje się, że zarządzanie tymi środkami jest po prostu nieefektywne. Na kontach organizacji zbiorowego zarządzania leżą nierozdysponowane miliardy złotych. W związku z pandemią i ryzykiem utraty dochodów organizacje zawodowe wprowadzają różne programy pomocowe dla swoich przedstawicieli, świadczenia na rzecz tych grup. Jednak artyści zostali zostawieni sami sobie. Dlatego uważamy, że w pierwszej kolejności należałoby usprawnić ten system i sprawić, żeby był bardziej przejrzysty, a dopiero potem szukać dodatkowych pieniędzy – mówi prezes Rady Krajowej Federacji Konsumentów.

Nowy ład polskiej energetyki – mamy kompetencje i firmy, które chcą rozwijać zielone technologie

Finansowanie inwestycji zmieni się drastycznie od 2022 r. Wspieranie energetyki związanej z węglem jest nierealne. Polska gospodarka może na tym bardzo skorzystać, a opłacalność inwestycji będzie wyznaczać taksonomia.

Europejski Zielony Ład ma na celu przyspieszenie tempa transformacji krajów UE w kierunku gospodarki zeroemisyjnej, rozwijającej się bez wykorzystania paliw kopalnych. Jedną z prawdopodobnych implikacji jest wzrost celu redukcji emisji gazów cieplarnianych na rok 2030 z obecnego poziomu 40 proc. do ok. 55 proc. (względem 1990 r.). W tym kontekście kluczową koncepcją staje się tzw. łączenie sektorów energii, jak to ocenia Instytut Jagielloński, w swoim raporcie „Łączenie sektorów zielonej energii. Co to oznacza dla Polski? Elektryfikacja, decentralizacja, digitalizacja”.

Kierunek ten zakłada znaczny wzrost wykorzystania energii elektrycznej, pochodzącej z najtańszej formy jej pozyskiwania, tj. elektrowni wiatrowych i instalacji fotowoltaicznych, zasilania określonych sektorów gospodarki takich jak sektor transportowy, różne gałęzie przemysłu oraz ciepłownictwo systemowe i indywidualne ogrzewanie budynków, w celu minimalizacji zależności od paliw kopalnych.

Jak wynika z raportu Instytutu Jagiellońskiego najważniejszym wyzwaniem dla takiej przyszłości energetycznej państw jest z jednej strony rozproszenie przestrzenne (decentralizacja), a z drugiej strony zmienność i nieregularność wytwarzania warunkowana czynnikami pogodowymi. Rozwiązaniem są odpowiednie technologie wytwarzania i magazynowania – np. turbiny gazowe, wykorzystujące biogaz lub wodór w cyklu prostym, czy magazynowanie energii w bateriach, ale również odpowiednich technologii cyfrowych umożliwiających komunikację urządzeń i agregację – np. internet rzeczy czy sztuczna inteligencja oraz rozwiązań rynkowych – np. zarządzanie popytem (DSM) w celu chwilowej redukcji zapotrzebowania, czy odpowiednia konstrukcja tzw. usług systemowych, zapewniających utrzymanie częstotliwości i napięcia.

Unijna polityka finansowania inwestycji w sposób zrównoważony jest jedną z tych, której rola w kształtowaniu ram regulacyjnych transformacji energetyki znacząco rośnie. Obejmuje bardzo szeroki zakres podmiotów unijnych rynków finansowych – banki, zakłady ubezpieczeń, fundusze emerytalne, podmioty zarządzające aktywami, doradców inwestycyjnych i większość instytucji świadczących usługi finansowe na rynku kapitałowym.

Celem ostatnich reform jest przekierowanie strumienia środków finansowych na wsparcie inwestycji, które przyczyniają się do realizacji unijnej polityki klimatycznej. Zarządzanie ryzykiem finansowym będzie jeszcze bardziej związane z uwzględnieniem zmian klimatu, środowiska i kwestii społecznych, a także wsparcie przejrzystości działalności finansowej i gospodarczej w zakresie wpływu na zrównoważony rozwój. Służyć temu ma wdrażany obecnie przez państwa członkowskie pakiet legislacji, ustalony w ramach zaproponowanego w 2018 r. planu zrównoważonego finansowania. Dla przyszłości energetyki, najistotniejsze są te, które bezpośrednio wpłyną na przepływ kapitału, który finansuje inwestycje w tym sektorze. Chodzi nie tylko o duże inwestycje infrastrukturalne, lecz także małe i średnie projekty.

– Z tymi zmianami związana jest taksonomia, to nowy system jednolitej klasyfikacji działalności wszystkich podmiotów systemów finansowych, tj. banków europejskich, banków krajowych i banków komercyjnych. Unijne rozporządzenie wskazuje, które z finansowych działalności przyczyniają się do zrównoważonego rozwoju oraz w jakich obszarach takie inwestycje będą pozytywnie wpływać na środowisko – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Wróbel, ekspert Instytutu Jagiellońskiego.

System będzie obowiązywać od 2022 r., wówczas taksonomia będzie musiała być stosowana przez państwa członkowskie i Unię Europejską, uczestników rynku finansowego UE oferujących produkty finansowe, czy spółki objęte raportowaniem niefinansowym. Powinien być również stosowany na zasadzie dobrowolności przez innych uczestników rynku nieobjętych tym obowiązkiem. Unijne rozporządzenie zawiera mechanizm regularnej rewizji kryteriów w oparciu o raporty, które będą przygotowywane przez KE w trzyletnich odstępach. Mechanizm ma prowadzić również do rozszerzania stosowania taksonomii.

– Spodziewane wycofywanie się instytucji finansowych z zaangażowania w inwestycje niespełniające kryteriów określonych w taksonomii, w istotny sposób zdeterminuje rodzaj inwestycji w sektorze energetycznym, ponieważ niektóre inwestycje, jak np. konwencjonalne jednostki gazowe lub jednostki energetyki jądrowej, będą „niebankowalne” – ocenia Paweł Wróbel, współautor raportu Instytutu Jagiellońskiego.

W procesie tym bardzo ważną role odgrywać będzie Europejski Bank Inwestycyjny (EBI), ale też banki komercyjne i inne instytucje finansowe jeszcze bardziej w sposób zdecydowany wanny negować finansowanie „starej” energetyki.

We wszystkich przypadkach wsparcie inwestycji węglowych nie będzie możliwe. Również inwestycje gazowe, poza wyjątkami, nie będą wspierane. Na odstępstwa mogą liczyć, przede wszystkim, inwestycje w projekty strategiczne, wpisane na unijną listę PCI, tj. projektów wspólnotowego zainteresowania. Inwestycje gazowe, kluczowe z punktu widzenia rozwoju polskiej infrastruktury, które w 2019 r. zostały włączone na unijną listę projektów wspólnego zainteresowania (PCI), to połączenia gazowe Polski z Litwą i Słowacją, odcinek gazociągu z Polski do Danii w ramach projektu Baltic Pipe, a także planowany pływający terminal LNG w Gdańsku (FSRU). Wiele wskazuje na to, że są to ostatnie inwestycje gazowe, które będą mogły być współfinansowane ze wsparciem unijnego funduszu Connecting Europe Facility. Sytuację mogą czasowo zmienić działania antykryzysowe związane z pandemią COVID-19. Gdyby taki scenariusz się potwierdził, to zapewne polegałby na czasowej kontynuacji dotychczasowych zasad wsparcia dużych infrastrukturalnych projektów gazowych.

Coraz więcej banków centralnych dostrzega potrzebę wspierania unijnych regulacji. Znaczący jest choćby przykład listu otwartego szefów banków centralnych z Anglii oraz Francji opublikowany w 2019 r. Sygnatariusze wskazują na potrzebę uwzględnienia ryzyk w sektorze finansowym, które są związane z konsekwencjami zmian klimatu. Należy się spodziewać, że tym tropem pójdą wkrótce kolejne banki centralne i wiodące banki komercyjne, tym bardziej, że zawiązana została już międzynarodowa współpraca kilkudziesięciu banków pod nazwą „Network for Greening the Financial Services”, które podobnie postrzegają swoją przyszłą rolę. Są wśród nich banki centralne oraz organy nadzoru finansowego m.in. Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Finlandii, Grecji, Luksemburga, Łotwy, Litwy, Estonii, Cypru, Węgier, Irlandii, Malty, Danii, Holandii, Niemiec, Szwecji, Belgii, Malty, Słowenii, Austrii, a także kilkudziesięciu państw spoza UE m.in. Japonii, Kanady, Brazylii, Chin, Australii.

– Polska ma szanse, aby stać się beneficjantem, który bardzo skorzysta na tej transformacji – podsumowuje ekspert Instytutu Jagiellońskiego.

Pandemia stała się szansą dla Polski na przejęcie roli Chin w przetwórstwie rybnym. Rośnie popyt na produkty konserwowe i mrożone

Podczas lockdownu wzrosło zapotrzebowanie na produkty o długim terminie przydatności do spożycia. W przypadku ryb były to produkty mrożone i w puszkach. Wielu polskich przetwórców pod koniec marca i w kwietniu musiało zwiększyć produkcję i zatrudnienie. Sprzyjały im także zakłócenia w światowym łańcuchu dostaw, bo część zamówień z krajów europejskich i Ameryki zaczęła omijać Chiny i trafiać na inne rynki. Dla polskiego przetwórstwa ryb jest to szansa na nowych klientów.

 Nasi partnerzy, którzy od wielu lat mają przetwórstwo na bardzo wysokim poziomie i należą do programu certyfikacji MSC, mówią, że był bardzo duży popyt na ich produkty. Polska branża bardzo szybko zareagowała na zwiększoną produkcję, zatrudnienie nawet rosło. Bardzo ważne jest to, że od wielu lat trzymała standardy higieniczne, więc przebywanie w zakładzie nie niosło ze sobą dużego ryzyka zakażenia koronawirusem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Dębicka, dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej.

Pandemia spowodowała wzrost sprzedaży żywności. Od marca br. zanotowano zwiększone zakupy produktów mrożonych, przetworzonych i puszek zarówno w Polsce, jak i całej UE. Polskie firmy są głównym dostawcą tych towarów i udało im się dostosować do zwiększonego zapotrzebowania. W znacznie gorszej sytuacji znaleźli się dostawcy do gastronomii, która najpierw przez kilka tygodni musiała zupełnie zaprzestać działalności, a potem wróciła, ale w okrojonej formie – z ograniczeniem liczby klientów mogących jednocześnie przebywać w lokalu i mniejszym zainteresowaniem konsumentów, wynikającym zarówno z obaw o bezpieczeństwo, jak i oszczędności.

– Jesteśmy krajem, który produkuje przede wszystkim produkty przetworzone, mrożone, puszki, jesteśmy wręcz liderem tych produktów na rynku Unii Europejskiej – podkreśla Anna Dębicka.

Jednocześnie polscy przetwórcy zaczęli poszukiwać nowych możliwości. Jeszcze przed pandemią koronawirusa rozpoczęto rozmowy o współpracy ze Stanami Zjednoczonymi na temat przeniesienia części przetwórstwa z tego kraju do Polski, a obecna sytuacja, po chwilowym przestoju w negocjacjach, może na kolejnym etapie doprowadzić do realizacji tych planów.

Widzimy, że rynek globalny się zmienia. Wcześniej przetwórstwo było bardzo uzależnione od rynku chińskiego, w zasadzie większość połowów amerykańskich czy kanadyjskich była przetwarzana w Chinach i dopiero trafiała na rynek Unii Europejskiej, również do polskich przetwórców – mówi dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej. – W tej chwili światowi kupcy mają duży dystans do przetwórstwa w Chinach, chcą większej dywersyfikacji i tu jest ogromna szansa dla polskiego przetwórstwa, które już wcześniej prowadziło rozmowy z krajami Ameryki Północnej, żeby przetwórstwo tzw. pierwszego rzędu, czyli filetowanie ryb, przeprowadzić do Polski.

Według Polskiego Stowarzyszenia Przetwórców Ryb nasz kraj ze swoją infrastrukturą i położeniem w bezpośrednim sąsiedztwie Niemiec może stać się istotnym elementem łańcucha dostaw, w którym główną rolę odgrywały dotąd Chiny.

– W Polsce mamy ponad 200 firm zarejestrowanych do handlu z Unią Europejską i to na bardzo wysokim poziomie. Mamy sygnały od polskich przetwórców, że ten globalny rynek trochę się rozprasza. Mamy nadzieję, że znajdą oni na nim swoją szansę dostarczenia wysokiej jakości bezpiecznych produktów na rynki europejskie, ale też światowe – mówi Anna Dębicka.

Zainicjowany w styczniu tego roku i realizowany przez stowarzyszenie projekt zakłada, oprócz zwiększenia spożycia mintaja, możliwość stworzenia w Polsce i rozwinięcia w UE rynku na dzikiego łososia, dorsza pacyficznego, pacyficzne ryby płaskie czy karmazyny pacyficzne – dzikie ryby pochodzące ze zrównoważonych i certyfikowanych połowów morskich.

Z uwagi na koronawirusa najbardziej ucierpiały kraje, które były bardzo blisko związane z turystyką i szeroko pojętą branżą HoReCa, czyli hotelarstwem, cateringiem, restauracjami. Takie państwa jak Włochy, Hiszpania, Portugalia czy Wielka Brytania były przyzwyczajone do tego, że rybę i owoce morza się je w restauracji, na ulicy, w hotelu, a to niestety zostało całkowicie zamrożone na kilkanaście tygodni – mówi dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej. – W tej chwili to powoli zaczyna się odradzać i wszyscy wierzą, że chęć spożywania zdrowego jedzenia, jakim są ryby, spowoduje odbicie się tej gospodarki w ciągu najbliższych miesięcy.

Nie brakuje głosów, że pandemia oprócz zagrożeń niesie ze sobą szansę na rewolucję ekologiczną. Jak podaje „Magazyn Przemysłu Rybnego”, w marcu 2020 roku, a więc już w trakcie pandemii, wzrosty sprzedaży żywności ekologicznej były wyższe niż żywności tradycyjnej. Dane te wskazują, że najważniejszym czynnikiem pobudzającym sprzedaż będzie dbałość o zdrowie.

Z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika, że w ciągu trzech kwartałów 2019 roku produkcja w zakładach przetwórstwa rybnego, zatrudniających powyżej 49 osób, wyniosła 367,9 tys. ton i była o 5,7 proc. większa niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Najmocniej wzrosła produkcja całych ryb morskich mrożonych (o 51,7 proc., do 33,9 tys. ton) i ryb solonych (o 27,0 proc., do 6,9 tys. ton). Produkcja świeżych i chłodzonych filetów z ryb morskich była większa niż przed rokiem o 5,8 proc. (56,7 tys. ton), a przetworów i konserw – o 2,8 proc. (187,3 tys. ton), przy niewielkiej obniżce podaży ryb wędzonych (o 0,3 proc., do 56 tys. ton). Spadek produkcji odnotowano głównie w przypadku mrożonych filetów z ryb morskich (o 8,6 proc., do 18,9 tys. ton).

W okresie styczeń–wrzesień 2019 roku eksport produktów rybołówstwa wyniósł 409,3 tys. ton, a jego wartość sięgnęła 7,13 mld zł. Były to liczby większe odpowiednio o 11,7 proc. i 9,5 proc. niż w analogicznym okresie 2018 roku. Wywóz ryb wędzonych zwiększył się o 7,4 proc. do 42,9 tys. ton, przetworów i konserw z ryb – o 0,9 proc. do 109,5 tys. ton, a filetów i mięsa z ryb zmniejszył się o 4,4 proc. do 68,3 tys. ton. Największą wartość osiągnął eksport łososi (prawie 4 mld zł, wzrost o 8,5 proc.), śledzi (432 mln zł, spadek o 4,6 proc.), dorszy (424 mln zł, spadek o 8,9 proc.), pstrągów (286 mln zł, wzrost o 20,2 proc.) oraz mintajów (270 mln zł, wzrost o 34,6 proc.).

Co z polskim złotym? Czy czekają nas ujemne stopy procentowe?

Istnieje ryzyko, że RPP podejmie decyzję o obniżeniu stóp procentowych poniżej zera w celu wspierania niekonwencjonalnych działań banku centralnego. Podwyżki stóp procentowych nie wcześniej niż w listopadzie 2022 r.

Rada Polityki Pieniężnej na ostatnim posiedzeniu nie zmieniła stóp procentowych (stopa referencyjna wynosi 0,10%). W komunikacie po posiedzeniu oceniła, że w najbliższym czasie kontynuowane będzie ożywienie aktywności gospodarczej, wspierane przez dalsze znoszenie restrykcji związanych z pandemią oraz działania ze strony polityki gospodarczej, w tym poluzowanie polityki pieniężnej.

Rada podtrzymała ocenę, zgodnie z którą skala oczekiwanego ożywienia aktywności może być ograniczana przez niepewność dotyczącą skutków pandemii, niższe dochody oraz słabsze niż w poprzednich latach nastroje podmiotów gospodarczych.

Zgodnie z komunikatem NBP będzie kontynuował skup skarbowych papierów wartościowych i dłużnych papierów wartościowych gwarantowanych przez Skarb Państwa na rynku wtórnym w ramach strukturalnych operacji otwartego rynku.

W komunikacie po posiedzeniu RPP na szczególną uwagę zasługuje fragment, w którym Rada wskazuje na zaniepokojenie faktem, iż kanał kursu walutowego w mechanizmie transmisji polityki pieniężnej jest niedrożny.

– Bank centralny w czasach kryzysu chciałby zobaczyć wyraźne osłabienie polskiej waluty ponieważ jest to jeden z ważnych kanałów oddziaływania polityki pieniężnej na realną sferę gospodarki, bo jeżeli kurs się osłabia, to zwiększa się opłacalność eksportu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista w Credit Agricole Bank Polski SA. – Do osłabienia kursu jednak początkowo nie doszło, ten kanał oddziaływania okazał się niedrożny, stąd najnowsze komentarze publikowane przez RPP i reakcja rynku w postaci osłabienia złotego.

W ocenie Credit Agricole BP wykorzystane przez Radę sformułowanie nie oznacza jednak zwiększonego prawdopodobieństwa interwencji walutowej zmierzającej do trwałego osłabienia kursu złotego.

Sygnalizowany przez Radę brak wyraźnego osłabienia kursu złotego w reakcji na silne pogorszenie perspektyw wzrostu gospodarczego stanowi wsparcie dla scenariusza, zgodnie z którym na lipcowym posiedzeniu Rada wprowadzi tzw. forward guidance, a więc zapowie utrzymywanie stopy referencyjnej NBP na poziomie zbliżonym do zera przez dłuższy czas.

– Podtrzymujemy ocenę, zgodnie z którą ewentualne dalsze łagodzenie polityki pieniężnej będzie miało niekonwencjonalny charakter – ocenia K.Jaworski z Credit Agricole Bank Polski. – Oczekujemy, że Rada wstrzyma się z decyzją o zastosowaniu kolejnych narzędzi niekonwencjonalnych co najmniej do jesieni br.

W przypadku wystąpienia drugiej fali epidemii COVID-19 i towarzyszącego jej wzrostu niepewności oraz pogorszenia klimatu inwestycyjnego Rada może zdecydować się na działania zmierzające do pobudzenia akcji kredytowej i popytu zbliżone do tych, które podejmowały w ostatnich latach banki centralne realizujące politykę pieniężną w warunkach zbliżonych do zera stóp procentowych.

W ocenie Credit Agricole BP istnieje ryzyko, że RPP podejmie decyzję o obniżeniu stóp procentowych poniżej zera w celu wspierania innych działań niekonwencjonalnych banku centralnego.

Natomiast pierwsza podwyżka stóp procentowych nastąpi nie wcześniej niż w listopadzie 2022 r.

Nowe technologie pomagają walczyć z koronawirusem. Coraz więcej firm sięga po sztuczną inteligencję, rozszerzoną rzeczywistość czy druk 3D

Pandemia koronawirusa sprawiła, że w szpitalach brakuje sprzętu ochronnego i medycznego. Pomóc w tym może druk 3D. Dlatego coraz więcej firm zajmujących się drukiem przestrzennym przestawia się na produkcję sprzętu ratującego życie. Polacy opracowali np. hełm do wentylacji, którego części zostały wydrukowane w 3D. W walce z koronawirusem pomaga też sztuczna inteligencja i rozszerzona rzeczywistość. Rozwija się również telemedycyna, na rynku pojawiły się np. testy do zdalnego wykrywania COVID-19.

– Wiele firm zwraca się z prośbą o możliwość wdrożenia jakichś elementów technologicznych opartych na druku 3D czy aplikacjach np. do monitorowania stanu pacjenta. Zaczęły się poszukiwania dobrych i tanich rozwiązań tego typu, których można użyć na dużą skalę i które umożliwiają również komunikację na pewną odległość – to rozwój telemedycyny, monitorowania pacjenta zdalnie. Ta gałąź zaczyna się mocno rozwijać – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje anestezjolog Łukasz Wróblewski z II Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Nowe technologie pomagają walczyć z pandemią. Ponieważ osoby z objawami COVID-19 lub przebywające na kwarantannie powinny ograniczyć bezpośrednie kontakty z innymi, w tym personelem służby zdrowia, to usługi online, umożliwiające pacjentom np. konsultację z lekarzem przez telefon, wideo lub bezpośrednią wiadomość, stają się coraz popularniejsze.

Coraz więcej krajów wdraża aplikacje nadzorujące smartfony, zaś sztuczna inteligencja pomaga rozpoznać chorych i pozwala przyspieszyć badania nad szczepionką i lekami na koronawirusa. Przykładem może być jeden ze szpitali w Chinach, który korzysta z systemu opartego na sztucznej inteligencji do skanowania tomografii komputerowej płuc. Z kolei Barabasi Lab łączy uczenie maszynowe z nauką sieci, aby znaleźć potencjalne leki przeciwko wirusowi. Firma Qvetus opracowała zaś algorytm, który pomaga szpitalom lepiej zarządzać zasobami.

– Dużo trudniejsze jest użycie tych technologii do stworzenia urządzeń dla pacjenta. Technologie muszą mieć certyfikację medyczną. To, co wytworzymy, musi być bezpieczne dla pacjenta. Stąd na pewno proces adaptacji nowych technologii jest dłuższy i trudniejszy, aczkolwiek jak najbardziej będą one przydatne – zauważa Łukasz Wróblewski.

Wzrosło też zastosowanie druku 3D. Belgijska firma zaprojektowała otwieracz do drzwi, który nie wymaga użycia rąk, a można go wydrukować w 3D. Formlabs, twórca i producent technologii druku 3D, codziennie produkuje do 100 tys. zestawów do pobierania wymazów. W tej technologii powstają już kabiny do kwarantanny, respiratory czy proste przyłbice ochronne. Polacy opracowali prototyp hełmu do nieinwazyjnej wentylacji, który pomoże w leczeniu chorych z niewydolnością oddechową i może zmniejszyć liczbę pacjentów wymagających zastosowania respiratora. Co istotne, niektóre elementy hełmu drukowane są w 3D. 

– To jest pewna odpowiedź na to, że w obecnej chwili na naszym rynku nie ma takich rozwiązań, a możemy je samodzielnie wygenerować. Dosiedli się też inni inżynierowie, którzy powiedzieli: obudujmy to elektroniką. Zatem jest potrzeba i nagle chce się szukać takich rozwiązań, które nie tylko się sprawdzą, ale też w dłuższej perspektywie doprowadzą do produktu, który będzie sprzedawany nie tylko w Polsce – mówi anestezjolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Rynek zautomatyzowanego druku 3D osiągnie do 2030 roku wartość blisko 10 mld dol. Analitycy ResearchandMarkets podają, że pomimo pandemii koronawirusa w najbliższych latach rynek ten będzie się rozwijał w tempie blisko 40 proc. średniorocznie.

Fotowoltaiczne innowacje zmienią oblicze nowoczesnego budownictwa. Pozwolą tworzyć zeroemisyjne hotele czy biurowce

Wejście na rynek fotowoltaiczny firmy Tesla zwróciło uwagę na potencjał tej technologii w branży mieszkaniowej. O wykorzystaniu paneli fotowoltaicznych w budownictwie coraz częściej myśli się już na etapie planowania, zwłaszcza w przypadku budynków dążących do zeroemisyjności. W realizacji tego przedsięwzięcia pomogą m.in. panele zintegrowane z dachówkami czy materiały nowej generacji, które pozwolą zainstalować systemy fotowoltaiczne na dachach pojazdów bądź w oknach biurowców.

– Wykorzystanie fotowoltaiki w budownictwie daje możliwość zastąpienia tradycyjnych paneli dachówką fotowoltaiczną, szybami fotowoltaicznymi czy farbą, która jest w stanie produkować energię. W związku z powyższym mówimy o rozwoju technologii, która będzie się wpisywała w sposób integralny w istniejącą architekturę budynków, jednocześnie przyczyniając się do ich zeroemisyjności – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Skorupa, prezes Foton Technik Grupy Innogy.

SolarCity, spółka córka firmy Tesla, już w 2016 roku wprowadziła do sprzedaży pierwsze dachówki zintegrowane z panelami fotowoltaicznymi, a na przestrzeni czterech lat znacząco usprawniła proces produkcyjny. Dachówki nowej generacji mają być najtańszym domowym systemem fotowoltaicznym dostępnym na amerykańskim rynku. Według raportu Solar Energy Industries Association w pierwszym kwartale 2020 roku koszt instalacji paneli konsumenckich wynosił 2,83 dol. na jeden wat wyprodukowanej energii, zaś instalacja paneli od SolarCity to wydatek rzędu 1,89 dol./W.

Do popularyzacji paneli fotowoltaicznych włączyła się Unia Europejska, która widzi w zielonej energii narzędzie do walki z kryzysem klimatycznym. Unijne cele klimatyczno-energetyczne zakładają, że do 2030 roku udział OZE w produkcji energii elektrycznej w UE ma wzrosnąć do poziomu 32 proc. W osiągnięciu tego celu mają pomóc środki z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, które w Polsce rozdysponowywano m.in. za pośrednictwem programu Mój Prąd skierowanego do odbiorców indywidualnych.

– Kluczowe są dwie zmienne: legislacja oraz różnego rodzaju systemy wsparcia poprzez dotacje czy programy pożyczkowe redystrybuowane choćby przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. W sposób skokowy rośnie efektywność modułów fotowoltaicznych, a jednocześnie maleje tzw. cena za wat pik mocy zainstalowanej wyprodukowanej przez dany moduł – tłumaczy ekspert.

Na polskim rynku w instalacje fotowoltaiczne zintegrowane z budynkami inwestuje m.in. ML System. Firma wyspecjalizowała się w produkcji fotowoltaicznych systemów fasadowych, lamp, zadaszeń, świetlików, a także szyb nowej generacji, w tym szyb zespolonych ze zintegrowanym panelem. W upowszechnieniu się paneli fotowoltaicznych mogą pomóc programy partnerskie wdrożone m.in. przez Foton Technik. Firma daje swoim klientom gwarancję na obniżenie rachunków za zużycie energii elektrycznej i zobowiązuje się do zwrotu ewentualnej różnicy w opłacie za prąd.

Z raportu „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2020” autorstwa ekspertów Instytutu Energetyki Odnawialnej wynika, że do końca 2020 roku obrót na rodzimym rynku fotowoltaicznym może osiągnąć wartość 5 mld zł. Do rozkwitu tego sektora gospodarki miały przyczynić się m.in. ulgi podatkowe oraz programy unijne dofinansowujące domowe instalacje słoneczne.

– Dzisiaj tę technologię wykorzystuje się w normalnych oknach, szybach okiennych przy zastosowaniu technologii perowskitów. Jest to nowa technologia i istotnym elementem dla jej dalszej popularyzacji jest poprawa jej efektywności i sprawności produkcyjnej. Najbardziej popularne są tzw. carporty, czyli wykorzystanie ogniw fotowoltaicznych do pokrycia zadaszeń nad stanowiskami dla samochodów w celu zasilenia słupków do ładowania aut elektrycznych lub oświetlenia parkingowego – wskazuje Michał Skorupa.

Z perowskitami eksperymentują m.in. inżynierowie z firmy Panasonic, którzy planują wykorzystać ten przyszłościowy materiał do wytwarzania powlekanych paneli fotowoltaicznych o grubości nieprzekraczającej 2 mm. Ich efektywność szacowana jest na 16,1 proc. a dzięki niewielkiej wadze można zastosować je tam, gdzie nie sprawdzą się znacznie cięższe, klasyczne panele fotowoltaiczne.

Do inwestowania w perowskity zachęcają również eksperci z Europejskiej Inicjatywy Perowskitowej. Organizacja planuje powołać do życia ogólnoeuropejski program badawczo-rozwojowy, który pozwoli wdrożyć proces produkcji paneli nowej generacji na szeroką skalę. Dzięki temu możliwe będzie produkowanie rozwiązań z branży Building PV przy wykorzystaniu lokalnego, europejskiego kapitału.

– Coraz częściej widzimy, że takie obiekty jak hotele czy budynki zeroemisyjne szukają rozwiązań, które stałyby się integralnymi elementami tych budynków. Nie można tego rynku lekceważyć z perspektywy dynamiki rozwoju całego segmentu, w najbliższych latach będziemy obserwować apogeum rozwoju technologii Building PV – przewiduje prezes Foton Technik Grupy Innogy.

Według analityków Allied Market Research wartość rynku paneli fotowoltaicznych w 2026 roku wyniesie 223,3 mld dol. i wykaże średnioroczny wskaźnik wzrostu na poziomie 20,5 proc.

W gospodarce morskiej trwają inwestycje warte prawie 10 mld zł. Do 2030 roku kolejne 15 mld zł

Wartość wszystkich trwających inwestycji mających na celu rozwój portów morskich sięga prawie 10 miliardów złotych. Natomiast do 2030 roku na kolejne strategiczne inwestycje morskie zostanie przeznaczone kolejne 15 mld złotych.

Ostatnie lata w gospodarce morskiej to prawdziwy boom inwestycyjny. Świetne wyniki portów, jeśli chodzi o przeładunki i coroczne rekordy to najlepszy dowód na coraz lepszą pozycję polskich terminali na Bałtyku i w Europie.

Obecnie w trzech największych portach morskich trwają inwestycje morskie, których wartość sięga niemal 10 miliardów złotych. Niektóre są przełomowe, o których dyskutowano przez wiele lat. Teraz powstają na naszych oczach.

Największe spośród trwających inwestycji to przede wszystkim pogłębienie toru wodnego Świnoujście-Szczecin do 12,5 metra za 1,44 mld zł, przekop Mierzei Wiślanej za 992 mln zł, modernizacja dostępu kolejowego do trzech największych portów za w sumie 3,2 mld zł, modernizacja układu falochronów w Porcie Północnym w Gdańsku za 795 mln zł, czy pogłębianie toru podejściowego i akwenów wewnętrznych oraz przebudowa nabrzeży w Porcie Gdynia za 560 mln zł.

Natomiast do 2030 roku – tak jak zakłada zaktualizowany plan rozwoju polskich portów – zostaną przeprowadzone kolejne inwestycje. Wśród nich trzy strategiczne, czyli budowa Portu Centralnego w Gdańsku, Portu Zewnętrznego w Gdyni oraz głębokowodnego terminalu kontenerowego w Świnoujściu. Wartość tych inwestycji sięgnie kolejne 15 mld zł.

W sumie na projekty morskie do 2030 roku przeznaczonych zostanie ponad 25 mld zł.

W ocenie ministra gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marka Gróbarczyka realizacja tego wielkiego planu inwestycji morskich pozwoli Polsce znacząco zwiększyć swój potencjał rozwoju w oparciu o dostęp do morza. „Dla nas głównym celem jest rozwój infrastrukturalny portów, ugruntowanie ich znaczącej pozycji i zabezpieczenie na przyszłość stabilnego rozwoju” – mówi Marek Gróbarczyk. Minister przewiduje, że realizowane i planowane inwestycje ponad dwukrotnie podniosą przeładunki w polskich portach.
Źródło informacji: MGMiŻŚ

Majowa sprzedaż detaliczna w Polsce wypadła lepiej niż prognozowano

Dane z Polski potwierdzają, że kryzys wcale nie musi być taki głęboki. Sprzedaż detaliczna w maju wypadła znacznie lepiej niż przypuszczano, a patrząc na odmrożenie gospodarki w czerwcu kolejny wynik powinien również być dobry.

Dobre dane z Polski

Dzisiaj od rana opublikowano dane na temat sprzedaży detalicznej w Polsce. Spadek o 8,6% w skali rocznej jest lepszy od oczekiwanego spadku o 12,9%. W ujęciu miesięcznym widać wyraźną poprawę, ale jest to zasługa bardzo słabego kwietnia, a nie dobrego maja. Warto zwrócić uwagę, że spadek sprzedaży detalicznej poniżej 10% to nic nadzwyczajnego na tle światowym. Lepsze dane pokazali chociażby Amerykanie, w Europie na razie poznaliśmy tylko odczyty za maj z Rosji i Wielkiej Brytanii. W takim zestawieniu mamy najlepszy wynik, przynajmniej na razie. Inwestorzy uznali to widocznie za dobry sygnał, bo złoty zyskuje wyraźnie na wartości względem głównych walut po tych danych.

Chiny nie zmieniają stóp procentowych

Bank Chin, jako jeden z nielicznych, utrzymuje obecnie relatywnie wysokie stopy procentowe. Wartość 3,85% jest poziomem, który w Europie prezentuje Rosja, w Unii Europejskiej najwyższe stopy procentowe mają w Chorwacji z 2,5%. W przypadku Pekinu ważnym elementem jest problem bardzo dużego zadłużenia i potencjału jeszcze większego wzrostu w przypadku zalania rynku jeszcze tańszym pieniądzem.

Trudne czasy dla frankowiczów

Wbrew oczekiwaniom temat kredytów frankowych nie okazał się istotnym elementem kampanii prezydenckiej. Ważny natomiast jest ostatni wzrost franka, który odbił się w ciągu tygodnia z 4,10 zł na 4,20 zł. Winny jest sam frank szwajcarski, który w tym czasie umocnił się względem euro. Tym samym złoty stracił względem helweckiej waluty.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Odczyty PMI w tym tygodniu mogą zaskoczyć na plus

Dane z tego tygodnia pokażą do jakiego stopnia sytuacja w gospodarkach strefy euro, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii poprawiła się pod koniec II kwartału. Czy jest szansa na szybsze odbicie?

Ubiegły tydzień przyniósł mieszane informacje ze świata, a zachowanie rynku walutowego było dość niejednoznaczne – waluty zachowywały się w sposób indywidualny. W najbliższych dniach dla rynku kluczowe będą wstępne, czerwcowe odczyty indeksów PMI dla strefy euro, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Dane te są obecnie najbardziej wiarygodnym bieżącym wskaźnikiem kondycji gospodarek i ich perspektyw. W ostatnich tygodniach dane gospodarcze często zaskakiwały na plus. Sądzimy, że ten trend będzie kontynuowany i niektóre z indeksów ponownie znajdą się powyżej poziomu 50 pkt, sugerując powrót do ekspansji.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w parze z euro. Wyróżniał się tym samym negatywnie na tle pozostałych kluczowych walut regionu.

W przeciwieństwie do kilku poprzednich, ubiegłotygodniowe spotkanie RPP nie przyniosło decyzji o obniżce stóp procentowych. Nie uświadczyliśmy również konferencji prasowej po spotkaniu, co stało się już regułą w czasach pandemii. W kontekście spotkania jedyną interesującą kwestią było zwrócenie uwagi w komunikacie na ryzyko niekorzystnego efektu odporności kursu walutowego na ożywienie gospodarcze. W „minutkach” z poprzedniego spotkania, które też zostały opublikowane w poprzednim tygodniu, również widać negatywne postrzeganie łagodnego zachowania waluty w kontekście kryzysu.

Sygnały te wywołały spekulacje dotyczące możliwej interwencji banku centralnego mającej na celu osłabienie polskiej waluty. Naszym zdaniem stosunek zysków do ryzyk w kontekście potencjalnego podjęcia tego typu działania jest jednak niekorzystny, a spekulacje te są przesadzone.

Przed nami wybory prezydenckie w Polsce, które zaplanowane są na niedzielę. Obecnie nie wygląda na to, żeby kurs złotego istotnie reagował na tę kwestię. Utrzymanie status quo powinno gwarantować brak większych ruchów w tym kontekście. Zmiana na szczycie albo jej perspektywa po pierwszej turze mogłaby jednak spotkać się z nerwową reakcją inwestorów – nie wiadomo, jak wyglądałyby relacje prezydenta i rządu z dwóch największych partii. Z drugiej strony taka zmiana mogłaby być interpretowana jako pozytywna dla relacji Polski z Unią Europejską. W tym kontekście trudno przewidzieć reakcję waluty na potencjalną zmianę głowy państwa.

EUR

Miniony tydzień nie przyniósł zbyt wielu danych z gospodarki strefy euro. Pozytywny jednak jest brak istotniejszych negatywnych informacji z frontu walki z koronawirusem. W przeciwieństwie do sytuacji w USA, liczba nowych przypadków w Europie nie rośnie.

Ponadto banki w strefie euro przyjęły więcej tanich pożyczek od EBC w ramach programu TLTRO III niż oczekiwano. Jest to kolejny pozytywny sygnał sugerujący, że banki są bardziej optymistyczne w kontekście popytu na kredyt.

Sądzimy, że dane PMI dla strefy euro, które poznamy w tym tygodniu mogą ponownie zaskoczyć na plus. Jeśli tak się stanie, i różnica w kontekście pandemii między USA i Europą będzie się utrzymywać, możemy doświadczyć umocnienia wspólnej europejskiej waluty w relacji do głównych walut.

USD

Dane z gospodarki Stanów Zjednoczonych jakie poznaliśmy w ubiegłym tygodniu były dość mieszane. Sprzedaż detaliczna w maju zaskoczyła in plus, doświadczając wzrostu o ok. dwa razy większej skali niż oczekiwano. Jest to miłe zaskoczenie po katastrofalnym, kwietniowym odczycie. W zeszłym tygodniu nieco zawiodły jednak dane z rynku pracy. W poprzedzającym tygodniu złożono aż 1,5 mln nowych wniosków o zasiłek, z kolei liczba tych już pobierających świadczenia w tygodniu kończącym się 6 czerwca nie spadła poniżej 20 mln osób.

Jednak chyba najbardziej niepokojący jest wzrost liczby dziennie rejestrowanych zakażeń koronawirusem w wielu amerykańskich stanach, takich jak Kalifornia, Teksas czy Floryda. Ostatnie dni przyniosły tam przebicie dotychczasowych rekordów nowych zakażeń. Sądzimy, że różnica między danymi po obu stronach Atlantyku powinna wspierać euro w najbliższych tygodniach.

Liczba nowych dziennych potwierdzonych przypadków COVID-19 [USA vs. największe gospodarki strefy euro] (marzec ‘20 – czerwiec ‘20)Liczba nowych dziennych potwierdzonych przypadków COVID-19

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 22/06/2020

GBP

Dane makroekonomiczne, które napłynęły z Wielkiej Brytanii w ostatnich dniach w ujęciu ogólnym były lepsze od oczekiwań. Stopa bezrobocia wbrew oczekiwaniom nie wzrosła, a sprzedaż detaliczna (z wyłączeniem paliw samochodowych) wzrosła o ok. 10%, mniej więcej o połowę silniej niż oczekiwano.

Decydenci Banku Anglii postanowili utrzymać stopy procentowe na niezmienionym poziomie, jednocześnie decydując się na rozszerzenie dotychczasowego programu skupu aktywów o 100 mld funtów do docelowego poziomu 745 mld funtów (z jednym głosem sprzeciwu).

Brytyjska waluta w zeszłym tygodniu charakteryzowała się istotną słabością. Wygląda na to, że inwestorzy coraz bardziej niepokoją się brakiem postępu w negocjacjach brexitowych z Unią Europejską.

CHF

W ubiegłym tygodniu frank szwajcarski kontynuował umocnienie w parze z euro, jednak spora część zmian na EUR/CHF zdaje się być związana ze słabością wspólnej europejskiej waluty.

W ubiegłym tygodniu uwaga inwestorów skupiła się na spotkaniu decyzyjnym SNB. Decydenci nie zmienili stóp procentowych – stopa referencyjna jest głęboko ujemna, pozostając na poziomie -0,75%. W podsumowaniu po spotkaniu decydenci określili franka mianem „wysoko wycenianego” i potwierdzili, że bank centralny „pozostaje gotowy do silniejszej interwencji na rynku walutowym”.

Podczas konferencji prasowej, prezes SNB, Thomas Jordan potwierdził, że interwencje były „znaczne”, jednak zasugerował, że „sytuacja od tamtej pory nieco się uspokoiła”. W komentarzu z poprzedniego tygodnia wspominaliśmy, że dane sugerują, że potrzeba znaczących interwencji zmalała. W poprzednim tygodniu wartość depozytów na żądanie wzrosła, jednak skala tego ruchu sugeruje, że bank nie podejmuje silnych interwencji na rynku walutowym.

Retoryka banku centralnego sugeruje, że w najbliższym czasie nie ma co liczyć na normalizację polityki pieniężnej. Nowa warunkowa prognoza inflacji SNB (zakładająca utrzymanie stabilnych stóp procentowych) wskazuje, że dynamika cen powinna być ujemna zarówno w 2020, jak i 2021 roku. Nawet w 2022 roku inflacja ma być ledwo dostrzegalna i wynieść 0,2%. Przechodząc do kwestii wzrostu gospodarczego, SNB oczekuje spadku PKB o 6% w tym roku. Byłaby to największa recesja od ponad czterech dekad.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

AS Roma wybrała SALESmanago

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych klubów piłkarskich na świecie, AS Roma rozstrzygnął międzynarodowy przetarg na system do automatyzacji marketingu i wybrał polski system SALESmanago Marketing Automation. Umowa podpisana została przez Prezesa AS Roma Francesco Calvo, który wcześniej pełnił rolę Chief Revenue Officer w FC Barcelona i Juventus Turyn.

Z systemu SALESmanago, który oferuje rozwiązania marketingowe wspierane sztuczną inteligencją, korzysta ponad 10 tys firm na całym świecie. Są to głównie sklepy internetowe, ale bardzo silnie jest reprezentowana grupa klubów sportowych a wśród nich m.in mistrz szwecji w piłce nożnej AIK Fotboll, a w Polsce Lech Poznań.

Jesteśmy bardzo szczęśliwi z wygrania w niezwykle konkurencyjnym globalnym przetargu. Cieszy nas również, że będziemy kontynuować silną reprezentację Polski w AS Roma rozpoczętą przez Zbigniewa Bońka w 1985 roku i utrzymywaną w kolejnych latach przez takich zawodników jak Wojciech Szczęsny czy Łukasz Skorupski. – mówi Grzegorz Blazewicz, założyciel i Prezes SALESmanago.

SALESmanago to polskie rozwiązanie w zakresie Customer Data Platform i Marketing Automation wspieranym przez algorytmy AI i Machine Learning. Obecnie z rozwiązań SALESmanago korzysta ponad 10 000 firm w 40 krajach, a według Financial Times Fast 1000 spółka została uplasowana na 26 miejscu najszybciej rosnących firm w Europie. Spółka zatrudnia prawie 200 osób i ma siedzibę główną w Krakowie.

Pesymizm WHO niestraszny Wall Street. Tesla zapowiada przełomowe wydarzenie

Na początku tygodnia indeksy giełdowe w Stanach Zjednoczonych nieznacznie spadły m.in. ze względu na to, że nowe dane pokazujące ożywienie gospodarcze są równoważone przez wzrost liczby infekcji koronawirusem w niektórych stanach USA. Presja na sprzedaż wydaje się raczej bardzo ograniczona dzięki publikacji dobrych wyników sprzedaży detalicznej w maju oraz czerwcowych indeksów New York i Philadelphia Fed Manufacturing.

Tedros Adhanom Ghebreyesus, szef WHO, z kolei powiedział, że pandemia Covid-19 przyspiesza na całym świecie, a ostatni milion przypadków zgłoszono w ciągu zaledwie ośmiu dni. Dodał również, że pandemia to coś więcej niż kryzys zdrowotny, jest to kryzys gospodarczy, społeczny i, w wielu krajach, polityczny. Jego efekty będą odczuwalne przez dziesięciolecia. Jednak ani tymi wypowiedziami, ani danymi, które pokazują wzrost infekcji koronawirusem w Arizonie, Południowej Karolinie, Florydzie i Teksasie, rynek się nie przejął. Inwestorzy są od ponad dekady przyzwyczajeni do tego, że im gorzej w gospodarce, tym bardziej bank centralny będzie ratować sytuację i nie pozwoli na załamanie giełdy.

Z punktu widzenia ciekawych wydarzeń dla spółek Elon Musk, dyrektor generalny Tesla Inc, powiedział w weekend, że 15 września jest wstępnym terminem zgromadzenia akcjonariuszy spółki i jej Dnia Baterii (Battery Day), w którym oczekuje się ogłoszenia znacznych postępów w dziedzinie technologii akumulatorów baterii.

To wydarzenie dotyczące baterii, które Musk ogłosił, że jest jednym z najbardziej ekscytujących dni w historii Tesli, zostało wcześniej zaplanowane na maj, podczas gdy spotkanie akcjonariuszy miało się odbyć 7 lipca. Oba zostały przełożone z powodu epidemii koronawirusa. Wydarzenie z okazji Dnia Baterii obejmie wycieczkę po systemie produkcji firmy – podał Musk na Twitterze.

Tesla i chińska firma Contemporary Amperex Technology Ltd (CATL) wspólnie opracowują akumulatory zaprojektowane z myślą o wydajności zużycia na milion mil i umożliwieniu sprzedaży elektrycznej Tesli za tę samą cenę lub za mniejszą niż pojazd na benzynę.

Dzięki globalnej flocie ponad 1 miliona pojazdów elektrycznych, które są w stanie łączyć się z siecią i dzielić się z nią, Tesla chce osiągnąć status firmy energetycznej, konkurującej z takimi tradycyjnymi dostawcami energii, jak Pacific Gas & Electric i Tokyo Electric Power – podała agencja Reuters, cytując źródła znające te plany.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Jak założyć szkołę językową?

Na rynku funkcjonuje wiele placówek oferujących naukę języków- właściwie na każdym rogu możemy dostrzec reklamy promujące różne szkoły. Konkurencja jest spora, a miejsc, w których można uczyć się zarówno popularnych, jak i niszowych języków, wciąż przybywa. Wielu specjalistów, posiadających kompetencje do nauczania, a nawet prowadzenia własnej działalności, zastanawia się, czy przy tak dużej konkurencji, zakładanie kolejnej firmy ma sens?

Znajomość angielskiego obowiązkowa

Umiejętność posługiwania się  językiem angielskim wymagana jest do zatrudnienia niemal w każdej branży, dlatego popyt na lekcje angielszczyzny wciąż rośnie.

Pomimo tego, że zarówno publiczne, jak i prywatne szkoły, oferują swoim uczniom naukę angielskiego już od najmłodszych lat, wielu z nas nie jest zadowolonych ze stopnia znajomości tego języka. Dodatkowo, znaczna część społeczeństwa nie miała możliwości nauki angielskiego podczas swojej edukacji, gdyż nie był on tak popularny, jak teraz. Dlatego wielu dorosłych zapisuje się do szkół językowych, w rezultacie,  zapotrzebowanie na naukę angielskiego jest spore i wciąż rośnie. Jeżeli posiadamy pasję do nauczania języków lub zdolność  zarządzania i chcemy być samodzielni zawodowo, to założenie szkoły językowej jest zdecydowanie dobrym pomysłem na biznes.

Najtrudniejszy pierwszy krok

Działalność warto rozpocząć od researchu: sprawdzić czy w okolicy znajdują się szkoły podstawowe i średnie lub biura. Zarówno uczniowie, jak i pracownicy, stanowią potencjalną grupę klientów. Następnie zastanówmy się, czy chcemy rozpoczynać swoją działalność, czy decydujemy się na franczyzę.

Zaczynanie własnego biznesu od zera, bez doświadczenia, stanowi zazwyczaj główną przeszkodę w realizacji planu. Wszechobecna konkurencja, spore ryzyko niepowodzenia i brak odpowiedniego przygotowania, zniechęcają nas do podjęcia działania. Dlatego już na samym początku warto rozważyć współpracę na zasadzie franczyzy. Pierwszy krok, czyli zapoznanie się z ofertą franczyzodawców np. https://universe.earlystage.pl, może okazać się milowym krokiem w naszej działaności.

Biznesplan

Tworzenie firmy rozpoczynamy od przygotowania biznesplanu. W przypadku szkoły językowej, oprócz załatwienia szeregu formalności oraz przygotowania oferty,  kluczowe jest zawarcie takich pozycji jak działanie promocyjne i pomoce naukowe. Reklamowanie nowej, nieznanej wcześniej marki oraz opracowanie odpowiednich materiałów do nauki języka, mogą stanowić prawdziwe wyzwanie. Dlatego warto rozważyć szybszą i zdecydowanie prostszą opcję: skorzystanie ze sprawdzonego systemu biznesowego oraz wiedzy franczyzodawcy. W ramach umowy firma, oferująca franczyzę, pomoże nam w opracowaniu planu działalności krok, po kroku.

Gdy mamy już gotowy biznesplan, czas na zarejestrowanie naszej działalności. Na początek, z uwagi na koszty, jak i na formalności, najlepiej sprawdzi się jednoosobowa działalność gospodarcza. Jeżeli zdecydujemy się na franczyzę, franczyzodawca udziela nam pomocy w sprawach administracyjnych oraz organizacyjnych. Kolejną kwestią jest sprawa rozliczeniowa. Prowadząc działalność, jesteśmy zobligowani do odprowadzania składek ZUS oraz podatków. Do tego musimy doliczyć koszt wynajmu lokalu, pensji dla pracowników oraz koszty pozyskania materiałów dydaktycznych i szkoleń dla pracowników. W przypadku franczyzy otrzymujemy dostęp do autorskich materiałów dydaktycznych oraz możliwość odbywania licznych szkoleń i kursów zarówno we wstępnej fazie działalności (kursy: metodyczne, marketingowe, administracyjne, HR-owe), jak i w trakcie współpracy.

Ostatnim etapem jest promowanie naszej szkoły. Warto zastanowić się nad reklamą w internecie, np. na znanych portalach społecznościowych, a także spróbować reklamy wśród lokalnej społeczności, w okolicznych szkołach i firmach. Jeżeli decydujemy się na franczyzę, sprawa wygląda prościej: możemy skorzystać z wieloletniego doświadczenia franczyzodawcy, który umożliwi nam dostęp do wielu rozwiązań promocyjnych oraz swojej rozpoznawalnej marki, co znacznie przyspieszy proces pozyskiwania pierwszych uczniów.

Zakładając własną szkołę językową, musimy liczyć się z ogromem obowiązków oraz odpowiedzialnością, jaka będzie na nas spoczywać. Jednak nie zapominajmy, dlaczego to robimy – prowadzenie własnego biznesu daje nam niezależność. Jest to zaleta zarówno prowadzenia szkoły pod własną nazwą, jak i franczyzy, dzięki której także możemy zarządzać i decydować o naszej działalności. Franczyza daje możliwość swobody w prowadzeniu szkoły językowej, jednocześnie pomagając w rozwoju firmy, w zamian za spełnienie warunków umowy i uiszczanie opłaty w wysokości 7-12% naszego comiesięcznego przychodu. W celu pogłębienia tematu zakładania szkoły we współpracy franczyzowej, warto zapoznać się z krokami, które należy podjąć szczegółowo opisanymi na stronie: https://universe.earlystage.pl/universe/jak-zalozyc-szkole-jezykowa

Wybór należy do nas. Czy to ryzykując i tworząc firmę od zera, czy poprzez współpracę franczyzową, warto spełnić swoje marzenia i zdecydować się na otworzenie własnej szkoły językowej.

Pandemia poważnie wpłynęła na ruch w grach mobilnych. Zwiększyła się też aktywność użytkowników

Z danych AdColony wynika, że od marca do maja br. ruch w grach mobilnych w Polsce zwiększył się o 17% w porównaniu do analogicznego okresu ub.r. Natomiast aktywność spędzania czasu na tego typu rozrywce wzrosła o 24%. Do najchętniej pobieranych kategorii należą m.in. gry zręcznościowe, przygodowe, quizowe, sportowe i rekreacyjne. Z analizy również wynika, że w czasie pandemii aż 66% Polaków codziennie grało na smartfonach. 44% zajmowało się tym minimum 5 razy dziennie, a 30% przeznaczało na to godzinę w ciągu dnia. Najwyższy szczyt aktywności przypadał między 9.00 a 14.00. Widać też tzw. wypłaszczanie częstotliwości, tj. wzrost wskaźników grania w nietypowych dotąd godzinach.

AdColony, jedna z największych platform reklamowych na świecie, informuje, że w ostatnich miesiącach ruch w grach mobilnych wrósł w Polsce o 17% w porównaniu do analogicznego okresu ub.r. – To bardzo znaczący wzrost. Biorąc pod uwagę ilość polskich użytkowników tej sieci, to jest przeskok z 7,5 mln do ponad 9 mln osób – komentuje Michał Pietruszka, Head of Mobile Product w Mobiem Polska.

Porównując ww. okresy, Polacy zwiększyli swoją aktywność w zakresie spędzania czasu na grach mobilnych o 24%. – Ten odsetek również mocno wzrósł, ponieważ osoby pozostające w tym czasie w domach poszukiwały dostępnej rozrywki w najprostszym wydaniu. Gry zaczęły wypełniać ich przerwy pomiędzy kolejnymi zadaniami w pracy i innymi obowiązkami – wyjaśnia Pietruszka.

W naszym kraju wśród najczęściej pobieranych gatunków (wg klasyfikacji sklepu Google Play) znalazły się gry zręcznościowe, przygodowe, quizowe, sportowe, rekreacyjne, kasynowe, symulacyjne, muzyczne oraz wyścigowe. – Te kategorie są najpopularniejsze, bo zapewniają użytkownikom szybką rozrywkę. Większość osób oczekuje gier, które zajmują mało czasu – zauważa Radosław Włoda, Dyrektor Handlowy w Mobiem Polska.

Ponadto z analizy AdColony wynika, że ww. czasie pandemii aż 66% Polaków codziennie grało w gry mobilne na swoich smartfonach. – To wyraźnie pokazuje, że tego typu gry były w tym czasie jedną z najpopularniejszych form rozrywki. Potencjał dotarcia do użytkowników smartfonów za ich pośrednictwem jest naprawdę duży. I z pewnością można się spodziewać, że taki pozostanie jeszcze długo po zakończeniu izolacji – wskazuje Włoda.

Do tego należy dodać, że w ostatnich dwóch miesiącach 44% badanych grało w gry mobilne minimum 5 razy dziennie. 30% spędzało w ten sposób godzinę w ciągu dnia. – Z tych danych wynika, że użytkownicy sięgają po najprostsze gry kilka razy dziennie. Ale są też tacy gracze, którzy wolą rozrywkę wymagającą większej atencji. Mogą to być np. zmagania wieloosobowe, które zajmują godzinę i dłużej – tłumaczy Michał Pietruszka.

Jak podsumowuje Volkan Biçer, General Manager EMEA & LATAM w AdColony, koronawirus ograniczył aktywne życie towarzyskie i zwiększył dystans między ludźmi. Nieuniknionym zatem stał się scenariusz, w którym człowiek zbliżył się do technologii cyfrowej. Potwierdzają to wyniki badania dot. wpływu COVID-19 na zachowanie ludzi w czasie pandemii. Międzynarodowy gigant przeprowadził je w całym regionie EMEA. Ekspert podaje, że prawie połowa uczestników codziennie grała na swoich urządzeniach mobilnych. Aż 85% osób potwierdziło, że tego typu rozrywka ułatwiała oderwanie się od codziennych myśli i stresu.

Platforma AdColony porównała dane z okresu od 3 marca do 3 maja br. i z analogicznych miesięcy ub.r. Wyniki zostały zebrane dla rynku polskiego. Do analizy wykorzystano obserwację 3,8 miliona użytkowników.

Nieetyczna windykacja? Gdzie złożyć wniosek? – Poradnik ekspercki ZPF

Pandemia spowodowała, że wielu konsumentów ma trudności z terminowym spłacaniem swoich zobowiązań. W tej – niełatwej dla wielu osób –  sytuacji etyczne odzyskiwanie należności staje się tym bardziej istotne. Czy istnieje w Polsce zbiór norm etycznych, których przestrzegają firmy zarządzające wierzytelnościami? Kto stworzył taki dokument i co jest w nim zawarte? Podpowiadamy. 

Kilkanaście lat temu Związek Przedsiębiorstw Finansowych (organizacja zrzeszająca instytucje m.in. z sektora bankowego, pożyczkowego, pośrednictwa finansowego czy windykacyjnego) stworzyła Zasady Dobrych Praktyk (ZDP). To obszerny dokument będący zbiorem norm etycznych, według których powinny funkcjonować firmy działające na rynku finansowym. Poszczególne rozdziały tego dokumentu dotyczą różnych branż i ich praktyk biznesowych. ZDP regulują działalność przedsiębiorców skupionych w Związku, takich jak biura informacji gospodarczej, pożyczkodawców, pośredników finansowych, fundusze hipotecznych, wreszcie – zarządzających wierzytelnościami, czyli popularną branżę windykacyjną.

Przedsiębiorstwa windykacyjne zrzeszone w Związku Przedsiębiorstw Finansowych dobrowolnie zobowiązują się do przestrzegania restrykcyjnych norm zawartych w Zasadach Dobrych Praktyk. Co roku przechodzą audyt etyczny, a jeśli spełnią jego wymogi, otrzymują Certyfikat Etyczny. – Warto podkreślić, że firmy zarządzające wierzytelnościami, które obowiązuje stosowanie Zasad Dobrych Praktyk, stanowią ok. 70 proc. wartości całego rynku. To dużo, choć wciąż staramy się pozyskać dla naszego programu etycznego więcej firm. W naszym odczuciu cały rynek i wszystkie firmy z tej branży powinny działać w sposób profesjonalny i z zachowaniem najwyższych standardów, wypracowanych w gronie Członków ZPF – mówi Andrzej Roter, Prezes ZPF.

Co dokładnie zawierają Zasady Dobrych Praktyk Windykacyjnych?

Dokument określa m.in., jak powinien wyglądać profesjonalny proces windykacyjny, w jaki sposób winna przebiegać komunikacja z zadłużonym konsumentem (zarówno listowa, telefoniczna, jak i bezpośrednia), jakie informacje powinny znaleźć się w wezwaniu do zapłaty, jak firmy windykacyjne winny chronić dane osobowe konsumentów. Oto kilka wskazówek przygotowanych w oparciu
o Zasady Dobrych Praktyk ZPF.

  • Przedsiębiorstwo windykacyjne powinno komunikować się z osobą zadłużoną w sposób zapewniający ochronę interesów kontrahenta, a równocześnie przestrzeganie prawa, dobrych obyczajów oraz poszanowanie słusznych praw dłużnika.
  • Korespondencja do osoby zadłużonej powinna być wysyłana na jego adres zamieszkania (lub inny, pod którym może być on osiągalny), w zamkniętej kopercie i bez żadnych adnotacji lub znaków wskazujących, że korespondencja dotyczy długu adresata.
  • Wezwanie do zapłaty z firmy windykacyjnej powinno dokładnie opisywać daną wierzytelność (tytuł, wierzyciel, wystawca faktury, należność główna, data wymagalności, naliczone odsetki, numer faktury, data wystawienia faktury, okres, za jaki faktura została wystawiona, jeśli windykowana jest wierzytelność o charakterze ciągłym).
  • Rozmowy telefoniczne z konsumentem mogą być prowadzone w czasie i miejscu, które według rozsądnej oceny nie będą uciążliwe dla osoby zadłużonej.
  • Windykator terenowy, podczas podejmowania czynności windykacyjnych oraz prowadzenia rozmów z osobą zadłużoną, jest zobowiązany przedstawić się, okazać identyfikator oraz upoważnienie do działania wydane przez przedsiębiorstwo windykacyjne z wyraźnym określeniem zakresu swojego umocowania.
  • Przedsiębiorstwo windykacyjne powinno również zapewnić zachowanie tajemnicy oraz pełną ochronę danych osobowych osoby zadłużonej.

Wniosek o zbadanie zgodności praktyki biznesowej firmy windykacyjnej z Zasadami Dobrych Praktyk

Przy ZPF działa Komisja Etyki, do której każdy konsument, klient firm członkowskich ZPF może zwrócić się ze skargą – wnioskiem o zbadanie zgodności praktyki biznesowej konkretnej firmy z Zasadami Dobrych Praktyk. Osoba, która czuje się pokrzywdzona, możne złożyć taki wniosek na każdym etapie, jeśli w tej sprawie postępowanie reklamacyjne jeszcze nie zostało wszczęte. Może być złożony także, kiedy postępowanie reklamacyjne już się zakończyło się, jeśli wnioskodawca – klient uzna, że otrzymał niesatysfakcjonującą odpowiedź od przedsiębiorcy, lub gdy przedsiębiorca nie odpowiedział na reklamację w ciągu 30 dni od jej otrzymania. Jeśli natomiast postępowanie reklamacyjne trwa, rekomendowane jest zaczekać ze złożeniem wniosku do jego zakończenia.

Jak stworzyć bezpieczne miasto?

Jak wskazują badania dotyczące smart city[1], bezpieczeństwo jest dla lokalnych społeczności kwestią kluczową. Według CBOS[2] aż 89 proc. z nas czuje się w Polsce bezpiecznie, m.in. za sprawą nieustannie ulepszanej technologii wizyjnej. Monitoring może jeszcze skuteczniej odpowiadać na potrzeby mieszkańców. Wystarczy, że poza statycznymi, dobrze znanymi urządzeniami montowanymi w przestrzeni publicznej, służby sięgną po dodatkowe wsparcie – kamery nasobne – z sukcesem wykorzystywane m.in. w Szczytnie.

Coraz większa część światowej populacji mieszka w miastach, a bezpieczeństwo jest jednym z priorytetów obywateli w odniesieniu do postrzegania atrakcyjności życia w danej aglomeracji. Dlatego środowisko miejskie jest naturalnym miejscem, w którym zyskiwać na znaczeniu będą technologie wychodzące naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców, takie jak np. kamery nasobne. Mają one bowiem wiele zalet: rejestrują materiał dowodowy, odstraszają przestępców, a także wspierają szkolenia funkcjonariuszy służb i pracowników ochrony.

Mniej incydentów i mniej skarg

Zmniejszenie przestępczości we wszystkich jej formach – od stosunkowo niewielkich, takich jak wandalizm, aż do poważniejszych, jak choćby kradzieże czy przemoc fizyczna – jest głównym celem władz każdego miasta. Już dzisiaj w wielu polskich aglomeracjach, monitoring wizyjny odgrywa kluczową rolę zarówno w powstrzymywaniu przestępczości, jak i pomaganiu w dochodzeniach. Reakcja obywateli na kamery instalowane w przestrzeni miejskiej jest pozytywna, a sama obecność rejestratorów wideo ogranicza liczbę wykroczeń. Podobnie jest z kamerami nasobnymi.

Podstawową zaletą tego rozwiązania jest możliwość uzyskania natychmiastowych dowodów dla dochodzenia po incydencie – nie tylko w celu wykorzystania ich przeciwko domniemanemu przestępcy, ale także po to, by wskazać, że funkcjonariusz organów ścigania, bądź prywatny pracownik ochrony zachował się właściwie, zgodnie z oficjalnymi wytycznymi i procedurami. Jak podkreśla Bogumił Szymanek z Axis Communications: „Dzieje się tak, ponieważ kamera nasobna może zarejestrować dokładny obraz widziany przez daną osobę, czym uzupełnia elementy nieobjęte tradycyjnym monitoringiem”.

Dodatkowo, obecność kamery nasobnej wpływa na zachowania – zarówno osoby noszącej urządzenie, jak i mieszkańców. Może to skutkować zmniejszoną liczbą incydentów, ale także skarg na funkcjonariuszy. Dobrym przykładem może być Szczytno – miasto, w którym udany projekt pilotażowy spowodował, że kamery nasobne na stałe zagościły na mundurach strażników miejskich.

„Materiał z kamer pozwala nam w łatwy sposób dokumentować pracę strażników. Zdarzały się sytuacje, w których mieszkańcy składali skargi na zasadność interwencji. Odkąd strażnicy miejscy noszą kamery nasobne, zauważyliśmy znaczne zmniejszenie ich liczby. Wpływa to bezpośrednio na jakość i efektywność pracy straży miejskiej. Czas, który dotychczas był spędzany na udowadnianiu zasadności interwencji, strażnicy przeznaczają teraz na działania w terenie. Cenne godziny, zamiast na sprawy administracyjne, wykorzystywane są na realną, skuteczną pomoc mieszkańcom” mówi Krzysztof Mańkowski, burmistrz Szczytna.

Dodatkowo, nagrania z kamer nadobnych mogą być niezwykle przydatne podczas szkolenia funkcjonariuszy i osób odpowiedzialnych za ochronę. Wykorzystanie rzeczywistych materiałów wideo z incydentami – obrazu i dźwięku/odgłosów – jak inni pracownicy radzili sobie z konkretną sytuacją – wnosi istotny element praktyczny do teorii nauczanych w trakcie przygotowania do zawodu.

Nie tylko służby

Jednak kamery nasobne to nie tylko odpowiedź na potrzeby mieszkańców związane z pracą miejskich służb. To także duże ułatwienie dla innych przedsiębiorstw funkcjonujących na terenie miasta, w tym m.in. transportu publicznego, szpitali czy szkół. W każdej z wymienionych instytucji, tego typu technologia może pomóc w ograniczeniu wszelkiego rodzaju sytuacji spornych, incydentów czy nadużyć i wpłynąć na ich pozytywny odbiór ze strony mieszkańców.

Sama obecność kamery nasobnej zazwyczaj przynosi efekt uspokojenia i minimalizuje prawdopodobieństwo eskalacji konfliktów. Osoba nosząca aparat ma także zwiększone poczucie bezpieczeństwa i czuje się pewniej wykonując swoje obowiązki. Także w przypadku zawodów innych niż policjanci czy strażnicy miejscy, choćby kierowców miejskich autobusów czy ratowników medycznych, materiały nagrane przez kamery mogą z powodzeniem zostać wykorzystane jako nagrania szkoleniowe.

„Łatwe w obsłudze kamery nasobne to przyszłość, która już się dzieje – szczególnie jeśli mówimy tu o przemianie miast w prawdziwe smart city. Więcej na ten temat opowiemy także podczas konferencji Axis Talk, która odbędzie się online już 25 czerwca – mówi Konrad Badowski z Axis Communications i dodaje: – Zapraszam w szczególności na panel o godzinie 11, podczas którego postaram się wskazać jak skutecznie budować systemy inteligentnego miasta, także w oparciu o rozwiązania nasobne.

[1] http://nis.com.pl/userfiles/editor/nauka/062017_n/Mikulik.pdf

[2] https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2019/K_072_19.PDF

Szybsze i wygodniejsze zakupy w serwisie Amazon dzięki tokenizacji kart Mastercard

Coraz więcej konsumentów kupuje online praktycznie wszystko, od artykułów spożywczych i jedzenia z dostawą, po artykuły gospodarstwa domowego, odzież czy rozrywkę. Dlatego też detaliści starają się ciągle usprawniać obsługę transakcji w internecie. W ramach takich działań Mastercard wdroży technologię tokenizacji dla kart płatniczych klientów Amazon w 12 krajach na terenie Ameryki Północnej i Łacińskiej, Bliskiego Wschodu i Europy. Dzięki zastąpieniu danych karty konsumenta tzw. tokenem, czyli zastępującym ją ciągiem cyfr, informacje o płatności są unikatowe dla danej transakcji i mogą być używane tylko przez uprawnionego do tego sprzedawcę. Amazon zacznie korzystać z tokenów Mastercard w płatnościach przed końcem 2020 r.

Rozwój e-commerce sprawia, że coraz więcej konsumentów zapisuje dane swoich kart płatniczych i zarządza nimi na różnych stronach internetowych. Amazon, tak jak wielu innych sprzedawców na całym świecie, będzie korzystał z technologii tokenizacji Mastercard, aby zadbać o bezproblemową aktualizację danych kart zapisywanych przez klientów. W przeciwieństwie do kart fizycznych, tokeny cyfrowe nie tracą ważności — gdy klient otrzymuje od banku nową kartę, dane uwierzytelniające tokenu są automatycznie aktualizowane. Eliminuje to kłopotliwe, ponowne wprowadzanie numerów kart i pozwala uniknąć niepotrzebnych utrudnień podczas dokonywania płatności.

Dzięki możliwości wyświetlania dobrze znanego posiadaczowi karty jej graficznego wizerunku, tokenizacja zapewnia doświadczenie użytkownika na najwyższym poziomie, wzbudzające jego zaufanie do płatności online. Mastercard udostępnia wizualizację karty charakterystyczną dla danego wydawcy, co pomaga użytkownikowi w sprawniejszym wyborze ulubionej formy płatności i zwiększeniu prawdopodobieństwa finalizacji zakupu. Jak wynika z badania zleconego przez Mastercard, 80% użytkowników kart prawdopodobnie dokona zakupu, gdy zobaczy grafikę swojej karty[1].

W 2020 r. wzrost popularności płatności cyfrowych wśród konsumentów przyspieszył, dlatego tak ważne jest, aby platformy e-commerce zapewniały łatwe i wygodne płatności. Podstawę takiej płynnej obsługi stanowi usługa Mastercard Digital Enablement Service (MDES), która eliminuje kłopotliwe zarządzanie danymi kart i ogranicza ryzyko porzucenia koszyków.

„Obserwowany przez nas zwrot konsumentów w kierunku cyfrowości w ostatnich miesiącach znacznie przyspieszył. Naszym zadaniem pozostaje budowa infrastruktury i przyjaznego ekosystemu dla zaawansowanych cyfrowo konsumentów oraz myślących przyszłościowo partnerów biznesowych, takich jak Amazon. Nasza współpraca z Amazon, podobnie jak z innymi detalistami, potwierdza zalety naszego sprawdzonego pakietu produktów cyfrowych. Nasze narzędzia usprawniają robienie zakupów i podnoszą wskaźniki pozytywnie zrealizowanych transakcji” — powiedział Jorn Lambert, wiceprezes ds. rozwiązań cyfrowych w Mastercard.

Usługa MDES działa dla kart Mastercard wydawanych przez ponad 2600 instytucji finansowych na całym świecie i jest dostępna u 1200 podmiotów z innych branż wnioskujących o otrzymanie tokenu. Popularność tokenizacji kart zapisanych przez sprzedawców detalicznych szybko rośnie, a Mastercard nieprzerwanie nawiązuje współpracę z kolejnymi, uznanymi, globalnymi markami — takimi jak Amazon — dzięki którym rozwiązanie jest dostępne na coraz większą skalę. Amazon wdroży tokeny Mastercard w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Brazylii, Francji, Niemczech, Włoszech, Meksyku, Holandii, Hiszpanii, Turcji i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

[1] Badanie zrealizowane przez firmę Kantar na zlecenie Mastercard, w okresie od 30 sierpnia do 20 września 2019 r., na próbie dorosłych respondentów ze Stanów Zjednoczonych, którzy regularnie robią zakupy przez Internet (co najmniej 3 razy w ciągu ostatnich sześciu miesięcy), posiadają kartę kredytową lub debetową Mastercard i przynajmniej czasem używają płatności bez rejestracji lub za pomocą zapisanej karty.

Mihiderka podsumowuje pierwszy miesiąc po ponownym otwarciu lokali

Właśnie minął miesiąc od momentu, gdy zostały zluzowane „pandemiczne” obostrzenia dotyczące gastronomii. To właściwy moment na pierwsze podsumowanie i wstępne szacunki dotyczące perspektyw działalności sieci Mihiderka.

Spośród 10 lokali tworzących obecnie naszą sieć, cztery znajdują się w lokalizacjach przyulicznych, a sześć w centrach/galeriach handlowych. Daje to dodatkową możliwość porównania względem samej lokalizacji danej restauracji.

Okres tzw. pandemii to czas, w którym wszystkie nasze plany bieżące i dotyczące rozwoju uległy brutalnej weryfikacji. Zamiast planowanych, nowych otwarć, których w roku 2020 mieliśmy mieć minimum cztery, mamy w zasadzie walkę o przetrwanie naszej sieci. Niestety, takie są realia i warto – moim zdaniem – podzielić się opisem tego, co wynika z tej sytuacji dla Mihiderki.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że nasz koncept należy do niszowych, a przez to prezentowane poniżej informacje mogę odstawać od średniej branżowej, jednak dobrze ilustrują one problem, w jakim znalazła się zarówno branża gastronomiczna, jak też wiele innych.

Najlepiej kwestię wpływu pandemii na naszą działalność ilustruje procentowe porównanie spadku sprzedaży sprzed tzw. „lockdownu” z tą osiągniętą za opisywany miesiąc. Zatem wzięliśmy pod uwagę (1) ostatnie 31 dni (okres 10.02.2020 poniedziałek do 11.03.2020 środa), w których jeszcze prowadziliśmy normalną działalność i zestawiliśmy je z analogicznym (wg dni tygodnia) okresem 31 dni (2), a więc licząc od poniedziałku 18.05 do środy 17.06. Dla poszczególnych lokalizacji spadki sprzedaży wyglądają następująco:

% spadku sprzedaży
Arkady Wrocławskie 83,26%
Galeria Katowicka 79,04%
Kraków, ul. Józefa 22 76,01%
Wrocław, pl. Dominikański 74,95%
Częstochowa, Galeria Jurajska 69,62%
Katowice, Galeria Libero 68,05%
Kraków, ul. Dietla 77 64,02%
Gemini Park Tychy 58,15%
Zabrze, CH M1 54,97%
Gliwice, ul. Kaczyniec 13 54,72%
W całej sieci 59,35%
w tym:
Przyuliczne 66,77%
Centra/Galerie Handlowe 69,14%

Tabela: Procentowy spadek sprzedaży po restarcie gastronomii.

Warto tu także dodać, że w osiąganej sprzedaży zawarta jest także tzw. sprzedaż w dostawie, a więc w tym kanale dystrybucji dla którego inwestowanie w wykończenie i wyposażenie lokalu jest kompletnie zbędne.

Przedstawione wartości ilustrują ogromne ubytki w sprzedaży. Zderzając to ze stosunkowo niską rentownością lokali gastronomicznych, która w zasadzie nie przekracza 10% możemy mówić o fatalnej sytuacji w jakiej znalazła się nasza sieć. Co gorsza, nic nie wskazuje na jakąś znaczącą poprawę w najbliższym czasie. Dopóki bowiem będą obowiązywały restrykcje i określone odległości pomiędzy zajętymi stolikami, dopóty szansa na istotny wzrost sprzedaży jest niewielka.

Na tym tle zupełnie niepasująca do tego obrazu jest szeroko nagłaśniana przez wynajmujących informacja jakoby ruch w centrach/galeriach handlowych był niewiele niższy od tego sprzed „lockdownu”. Rozumiemy oczywiście, że dla każdego rodzaju działalności te zależności są różne i inaczej wpływają na ostateczne wyniki sprzedaży, jednak – co do zasady – jest raczej gorzej niż lepiej.

Nie dziwi zatem coraz bardziej stanowcza postawa najemców, w tym oficjalnie zrzeszonych w grupie interesów (nasza firma nie należy w tym momencie do żadnej takiej organizacji), którzy domagają się wypracowania rozwiązań umożliwiających im przetrwanie. Zakładając nawet, że zapowiada „druga fala pandemii” nie nadejdzie, trudno spodziewać się, aby najemcy dysponowali rezerwami finansowymi pozwalającymi im na wielomiesięczne dopłacanie do ograniczonej działalności swoich biznesów. Inwestycje w wykończenie lokali zostały przecież poniesione – w naszym przypadku średni koszt uruchomienia lokalu to ok. 160.000 zł. netto – w kompletnie innych realiach gospodarczych. Wówczas wynajmujący w centrach/galeriach handlowych roztaczali przez nami wizje stale rosnącego ruchu (tzw. footfall), który niejednokrotnie był określany milionem odwiedzających miesięcznie. Teraz, gdy sytuacja jest diametralnie inna, to właśnie od wynajmujących zależy, jak dalej potoczą się losy takich sieci jak Mihiderka.

W kwestii „wsparcia” oferowanego przez Państwo, zawiodło ono na całej linii. Najpierw przez to, że mimo minimum trzech miesięcy, jakie miało do dyspozycji zanim pojawił się u nas pierwszy pacjent z koronawirusem, nie przygotowało prawidłowo całego kraju do „lockdownu”. Następnie, co już jest tylko skutkiem pierwotnych zaniedbań, po omacku i na łapu-capu wprowadzane były zmiany w przepisach i kolejne „tarcze”. Rozwiązania, które niczego tak naprawdę nam nie dają. Bo po cóż nam tzw. „tarcza 15ze”, jeśli oznacza ona de facto akceptację czynszów dokładnie w tej wysokości, jaka obowiązywała przed pandemią mimo drastycznie gorszych warunków do prowadzenia lokali? Co ma niby dać zniesienie ograniczenia 1 os./4m2 w lokalu, skoro i tak stoliki muszą być od siebie oddalone o min. 2m? Nie wspomnę tu o sporych kosztach, jakie musimy ponosić w celu wypełnienia narzuconych rygorów sanitarnych. Rygorów, których jak wszyscy wiedzą nie przestrzegał nawet sam Pan Premier. W działaniach rządu nie widzę żadnej sensownej myśli. Zresztą, gdyby rzeczywiście była chęć zrekompensowania nam poniesionych strat, to potrzebna do tego „tarcza” (refundacja utraconych przychodów, wcześniej zainwestowanych środków, należnych do zapłaty czynszów i innych tego typu opłat) byłaby już uchwalona. Do tego już zupełnym kuriozum jest uparte trwanie przy zakazie handlu w niedzielę. Jego zniesienie z pewnością pomogłoby w odbudowie naszych biznesów. Myślę, że podobnie rozumują wynajmujący i wielu innych przedsiębiorców.

Jako mała, rodzinna firma z kapitałem pochodzącym wyłącznie z własnych środków wypracowanych wcześniej innymi przedsięwzięciami, nie mamy możliwości po prostu dopłacać do funkcjonowania nierentownych lokali. Tym samym stajemy przed dość oczywistą alternatywą. Albo wynajmujący zgodzą się na czasowe dostosowanie wysokości opłat czynszowych do realiów wynikających z aktualnej sprzedaży, albo będziemy zmuszeni takie lokale po prostu zamknąć. Nasza marka zapewne z czasem dostosuje się do zmian na rynku – m.in. przez uruchomienie sprzedaży alternatywnymi kanałami, takimi jak dowóz gotowych dań do klienta (catering) – jednak dużo ostrożniej będziemy podchodzić do ewentualnych, kolejnych otwarć w przyszłości (po pandemii). Zakładam, że inni myślą podobnie, a zatem znalezienie nowych najemców może być dla wynajmujących znacznie trudniejsze niż dogadanie się z obecnymi.

Zresztą walka o przetrwanie to nie tylko próby urealnienia czynszów. To także konieczność optymalizacji w zakresie innych kosztów, szczególnie osobowych. Tu niezbędna jest elastyczność zarządców, którzy np. nie powinni upierać się przy otwieraniu lokali w tzw. godzinach otwarcia centrum/galerii i czasowo pozostawić nam swobodę w tym zakresie. I trzeba powiedzieć, że w większości przypadków zarządcy stanęli tu na wysokości zadania i jednak starają się wyjść naprzeciw naszym oczekiwaniom. Dzięki temu mamy nieco niższe koszty funkcjonowania, co zwiększa szanse na przyszłość.

Kolejnym, dobrym prognostykiem jest fakt, iż już w 7 przypadkach negocjacje są na dobrej drodze do – jak się wydaje – osiągnięcia sensownego kompromisu. Pozostałe 3 umowy jeszcze czekają w kolejce na rozwój wypadków i sądzę, że do końca czerwca sprawy się wyjaśnią do tego stopnia, że wreszcie będziemy wiedzieć na czym stoimy. Podkreślam, że nie jest naszą intencją wykorzystywanie obecnej sytuacji do kompleksowej renegocjacji umów najmu.

Trochę niepokojące wszakże są sytuacje, które pokazują, że niektórzy przedstawiciele zarządzających obiektami zatrzymali się mentalnie dobrze przed pandemią. Ostatnio na przykład zostaliśmy wezwani – pod rygorem dokonania tego na nasz koszt – o uzupełnienie jakiejś drobnej kwestii technicznej w jednym z lokali. Dodam, że kwestii nie mającej żadnego istotnego znaczenia dla wynajmującego (tym bardziej funkcjonowania obiektu), a nam przysparzającej dodatkowych kosztów eksploatacyjnych (większe zużycie prądu) oraz oczywiście zrealizowania tej poprawki. To – jak na razie – najbardziej absurdalne żądanie, jakie zostało do nas skierowane w tym trudnym czasie. Szkoda jednak, że musimy się zajmować realizacją tej „prośby” w chwili, gdy liczy się każda złotówka. No cóż, trudne czasy pokazują wielkość jednych, a obnażają małość innych. Oby tych drugich było jak najmniej, bo czeka nas jeszcze wiele pracy zanim wrócimy do czasów sprzed pandemii.

Marcin Krysiński – współwłaściciel sieci Mihiderka

Polska, Czechy i Węgry – jak Europa Środkowa radzi sobie z cyfrową transformacją?

Czechy są lokalnym liderem w transformacji cyfrowej, Polacy popierają europejską chmurę, Węgrzy inwestują w backup – to tylko niektóre wnioski z przeprowadzonych badań na zlecenie Aruba Cloud. Firma zapytała blisko 700 firm z Polski, Czech i Węgier o wykorzystanie technologii chmurowych w tamtejszych firmach, oraz o obawy związane z cyberbezpieczeństwem, a także, w jaki sposób zabezpieczają się przed zagrożeniami w sieci.Aruba_Infografika_1

Europa Środkowa przekonuje się co do chmury

Chmura staje się powoli normą w naszym regionie. W swojej działalności wykorzystuje ją co trzecia (33 proc.) średnia i duża firma w Polsce. Nieco lepiej sytuacja rysuje się na Węgrzech, gdzie tego typu rozwiązania wdrożyło 38 proc. respondentów. Liderem w regionie są Czesi, u naszych południowych sąsiadów prawie połowa (49 proc.) ankietowanych przedsiębiorców zadeklarowała częściową migrację do chmury.

To bardzo optymistyczne dane – komentuje Marcin Zmaczyński, Head of Marketing w Aruba Cloud – pokazuje to, że powoli doganiamy Europę. Mamy nadzieję, że za średnimi i dużymi firmami ruszą także mniejsze przedsiębiorstwa, które postanowią skorzystać z cyfrowej transformacji.

Badania wskazują, że firmy, które przeprowadziły migrację, są zadowolone z tego kroku. Większość z ankietowanych nie ma żadnych uwag  do swoich dostawców usług chmurowych. Taką postawę zgłasza odpowiednio 51 proc. Czechów, 41 proc. Węgrów i 20 proc. Polaków. Znacznie mniej respondentów miało uwagi co do ceny, odpowiednio 12 proc. 17 proc. i 20 proc. Jak się okazuje kraje Europy Środkowej, różnią się jednak w kwestii tego, za co cenią dostawców. W Polsce kluczowe okazały się niezawodność (34 proc.) i jakość usług (26 proc.). Czesi prócz niezawodności (32 proc.) stawiają również na jakość obsługi klienta i pomocy technicznej, tę opcję wybrało 21 proc. badanych. Zdaniem Węgrów z kolei kluczowa jest dostępność i łatwy kontakt z dostawcami, taki powód deklaruje 23 proc. z nich.

Lokalizacja ma znaczenie

Podczas badania ankieterzy zapytali przedsiębiorców o kwestię lokalizacji centrów danych. Blisko 60 proc. Czechów i Polaków, oraz 44 proc. Węgrów wskazuje, że ta kwestia może mieć wpływ przy wyborze dostawcy. Jak się okazuje dla środkowoeuropejskich firm, istotne również jest, żeby informacje przechowywane w chmurze fizycznie znajdowały się pod europejską jurysdykcją. W naszym kraju tę odpowiedź wskazało 44 proc., nieco mniej Czechów (33 proc.) i 18 proc. Węgrów.

Cieszy nas, że firmy w Europie Środkowej rozumieją, że chmura to także fizyczne centrum danych, które obejmują konkretne regulacje kraju, w jakim się ono znajduje. Od tego zależy, czy do naszych plików nie będzie miał wglądu nikt nieautoryzowany, a to kluczowa kwestia w budowaniu zaufania do firmy wykorzystującej chmurę – komentuje Marcin Zmaczyński.

Certyfikaty równie ważne, co cena

Dla wszystkich krajów kluczowe przy wyborze dostawcy chmury okazały się nie tylko koszty, ale także wiarygodność. Dlatego po 37 proc. badanych firm w Polsce wskazuje, że kieruje się odpowiednimi certyfikatami posiadanymi przez firmę oraz kosztami oferty. Z kolei dla 47 proc. Czechów najważniejsza okazała się cena, a na certyfikaty wskazało 38 proc. Odwrotnie sytuacja kształtuje się nad Dunajem, gdzie odpowiednie dokumenty przekonują prawie połowę (48 proc.) tamtejszych firm, a koszty 31 proc.

Badacze zapytali też średnie i duże firmy o to, co ich zdaniem może zniechęcać inne firmy do korzystania z technologii chmurowych. Większość badanych firm wskazała, że główną barierą może być kwestia bezpieczeństwa. Na tę zmienną wskazało odpowiednio 33 proc. Czechów, 20 proc. Węgrów oraz aż 41 proc. Polaków. Z drugiej strony zdaniem ankietowanych w naszym regionie dla firm nie jest przeszkodą przywiązanie do lokalnych rozwiązań, martwi to odpowiednio 2 i 3 proc. Czechów i Polaków. Może to skłaniać do optymistycznych wniosków, że transformacja cyfrowa nie będzie opóźniana przez dług technologiczny i dotychczasowe inwestycje w infrastrukturę.

Nadal jednak wielu przedsiębiorców nie jest przekonanych co do tego ruchu. Dla Polaków główną przeszkodą były wewnętrzne procedury, które zabraniają przenoszenia danych do zewnętrznych centrów, taki powód wskazało 34 proc. badanych firm. Na kolejnych miejscach znalazły się zarówno brak zaufania do tego typu instytucji, jak i zapotrzebowania na takie usługi, odpowiednio 27 i 24 proc.

Co ciekawe, Polska jest w tej kwestii wyjątkiem wśród krajów Europy Środkowej. Przykładowo dla ¼ badanych czeskich firm wewnętrzne procedury stanowiły istotne ograniczenie, ale na kwestie zaufania wskazało jedynie 5 proc., a żadna z badanych firm nie uznała technologii chmurowych za niepotrzebne do skutecznego prowadzenia biznesu. Z kolei najwięcej badanych węgierskich firm, bo aż 33 proc., nie ufa dostawcom na tyle, by przenieść tam swoje dane, a 19 proc. jest ograniczana przez regulacje wewnątrz organizacji. Brak zapotrzebowania na migrację do chmury wskazało jedynie 9 proc. ankietowanych firm.

Edukacja o cyberbezpieczeństwie przynosi efekty

Badacze zapytali także o zagrożenia cyberbezpieczeństwa, które spędzają sen z powiek regionalnym przedsiębiorcom. Badani wymieniali głównie złośliwe oprogramowanie typu malware oraz kradzież firmowych danych. Polacy najbardziej obawiają się, że ich dane dostaną się w niepowołane ręce, taki pogląd wyraża 42 proc. ankietowanych. Złośliwe oprogramowanie to problem dla 36 proc. badanych firm znad Wisły. Wśród pozostałych badanych krajów priorytety cyberbezpieczeństwa kształtują się podobnie, choć na pierwszym miejscu stawiają malware, przed kradzieżą danych. Węgrzy, prezentują podobną świadomość zagrożeń jak Polacy, odpowiednio 40 proc. i 32 proc. Z kolei Czesi wydają się mniej przejmować kwestiami cyberbezpieczeństwa, jedynie 22 proc. z nich obawia się złośliwego oprogramowania, a tylko 12 proc. wycieku danych. Zapytani o główne sposoby ochrony przed cyfrowymi zagrożeniami badani głównie wskazywali oprogramowanie antywirusowe (Polacy 53 proc. wskazań, Czesi 47 proc., a Węgrzy 39 proc.). Jednak istotne różnice pojawiały się w obszarze innych preferowanych środków. Nasi rodacy stawiają na zabezpieczenia sieciowe (25 proc.), szkolenie pracowników (24 proc.) i regularne aktualizacje. Dla porównania odpowiednią ochronę sieci wdrożyło 19 proc. Czechów i jedynie 4 proc. Węgrów. Podobnie pozostałe kraje plasują się zdecydowanie niżej, jeśli chodzi o odpowiednią edukację pracowników – na ten aspekt wskazało odpowiednio 16 proc. i 6 proc. badanych.

Rosnąca świadomość dotycząca cyberbezpieczeństwa to bardzo pozytywne zjawisko. Od kilku lat coraz głośniej mówi się o potrzebie odpowiedniego zabezpieczenia danych w firmie i widać, że przynosi to efekty. Wysoka świadomość Polaków to zdecydowanie dobry prognostyk na przyszłość. Oczekujemy, że w najbliższych latach przełoży się to na wdrożenie jeszcze skuteczniejszych sposobów na cyberprzestępców, jak na przykład backup w chmurze czy usługa Disaster Recovery as a Service – podsumowuje Marcin Zmaczyński.

O badaniu

Badanie zostało przeprowadzone w styczniu i lutym br. Na próbie 654 średnich (ponad 50 pracowników) i dużych firm (powyżej 250 pracowników), mających siedzibę w Polsce, Czechach lub Węgrzech. Ankietowanymi były osoby odpowiedzialne w przedsiębiorstwach za infrastrukturę IT. Badanie przeprowadziła pracownia badawcza ARC Rynek i Opinia.

Dane z MF: Urzędy skarbowe mocno przyspieszyły. Decyzja w kwestii uwolnienia VAT-u już w 7 dni

Przeszło 3,8 mld złotych wyniosła łączna kwota środków uwolnionych z rachunków VAT od stycznia do maja br. To niemal 2 razy więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku, kiedy przekazano niespełna 2,2 mld złotych. Ostatnio podatnicy złożyli ponad 11 tysięcy wniosków w tej sprawie, a wcześniej – o ponad 2 tysiące mniej. W tym roku naczelnicy urzędów skarbowych wydali niemal 9,5 tysiąca postanowień, czyli o przeszło tysiąc więcej niż w pierwszych pięciu miesiącach ub.r. Spadł też średni czas od wpływu wniosku do rozstrzygnięcia. W analizowanym okresie 2019 roku wyniósł on prawie 18 dni, a w zeszłym miesiącu – już niespełna tydzień.

Według danych Ministerstwa Finansów z pięciu miesięcy 2020 roku, łączna kwota uwolnionych środków z rachunków VAT przekroczyła 3,8 mld złotych. W analogicznym okresie ub.r. podatnicy uzyskali w ten sposób blisko 2,2 mld zł. Jak podkreśla Jerzy Martini, doradca podatkowy specjalizujący się w zagadnieniach VAT-owskich, płynność finansowa stała się bardzo ważna w dobie pandemii. Wcześniej sytuacja wielu przedsiębiorców była znacznie lepsza. Nie musieli więc wnioskować ws. środków zamrożonych na rachunkach. Natomiast teraz więcej firm liczy się z każdą złotówką, dlatego częściej sięgają po zgromadzone w ten sposób rezerwy.

– Wyraźnie trzeba zaznaczyć, że to są pieniądze przedsiębiorców, a nie urzędów. Jednocześnie firmy nie mogą wydatkować tych środków w dowolny sposób. Mamy bowiem ograniczony zakres i katalog transferów. To np. pensje pracownicze czy zapłata dla kontrahenta. On może nie życzy sobie wpłaty środków na rachunek VAT, bo też ma ten sam problem i również zamierza zapłacić pracownikom – komentuje dr Jacek Matarewicz, ekspert BCC ds. podatku VAT, akcyzy oraz prawa karnoskarbowego.

Jak informuje Paweł Jurek, rzecznik prasowy ministra finansów, w okresie od stycznia do maja br. podatnicy złożyli 11 155 wniosków o uwolnienie środków z rachunku VAT. W analogicznym okresie ubiegłego roku było ich 9036. Ostatnio naczelnicy urzędów skarbowych wydali 9380 postanowień o uwolnieniu środków z rachunku VAT, a rok wcześniej – 8209.

– Postulowaliśmy o systemowe rozwiązanie w ramach tarczy antykryzysowej, tzn. o uwolnienie środków zgromadzonych na rachunkach VAT bez składania wniosków. To byłoby niezwykle pomocne dla przedsiębiorców, którzy ze względu na spowolnienie gospodarcze szybko potrzebują pieniędzy. Taka zmiana powinna nastąpić w związku ze stanem epidemii, który obecnie mamy. Jednak Ministerstwo Finansów nie zgodziło się na to – mówi dr Matarewicz.

Brak wniosków byłby korzystny dla przedsiębiorców, co podkreśla dr Radosław Piekarz, doradca podatkowy specjalizujący się m.in. w podatku VAT. Ekspert jednak nie wierzy, żeby resort nawet czasowo wprowadził takie ułatwienia. I zaznacza, że Ministerstwo pracowało przez kilka lat nad wdrożeniem mechanizmów, które mają wykluczać przestępstwa VAT-owskie. Zmiany w tym zakresie mogłyby zachwiać stabilność finansów publicznych. Nie jest też wykluczone, że powstałaby bardzo duża luka VAT-owska, bo firmy zwyczajnie wyłudzałyby ten podatek.

– Ustawowo organ ma 60 dni na rozpatrzenie wniosku o uwolnienie środków z rachunku VAT. W mojej praktyce zawodowej miałem do czynienia z przypadkami firm, które właśnie tyle czekały na decyzję. A to nie były nowe czy jakieś podejrzane podmioty dla urzędu skarbowego. One również nie ukrywały swoich aktywów, ani nie uciekały z majątkiem za granicę. To nie były również firmy, w stosunku do których są prowadzone jakiekolwiek postępowania – zaznacza ekspert BCC.

Jak podkreśla Paweł Jurek, sukcesywnie spada średni czas od wpływu wniosku do rozstrzygnięcia. W analizowanym okresie 2019 roku wyniósł on 17,79 dnia. W tym roku zmniejszył się do 13,35 dnia, a w maju – nawet do 6,97 dnia. Zdaniem Jerzego Martiniego, nowe narzędzia informatyczne zdecydowanie pozwalają na szybszą pracę urzędników. Dawniej trzeba było korespondencyjnie wymieniać informacje drogą papierową, żeby sprawdzić zasadność zwrotu. Zanim organy zorientowały się, że dochodziło do oszustwa, mijały miesiące albo i 2 lata. Według eksperta, 7 dni oczekiwania na decyzję to bardzo dobry czas.

– Nawet te 14 dni to nie jest zbyt długo. Zresztą można to porównać np. z wypłatą tzw. postojowego przez ZUS. Miała być natychmiastowa pomoc dla firm, które wstrzymały swoją działalność, a niektóre z nich czekają prawie 2 miesiące. Patrząc na to, urząd skarbowy działa naprawdę sprawnie – stwierdza dr Piekarz.

Z kolei według dr. Matarewicza, 14, czy nawet 7 dni to jest długo, nie wspominając już o dwóch miesiącach. Ekspert BCC zaznacza, że we wniosku trzeba podać konkretną kwotę, która ma zostać uwolniona z rachunku VAT. A przecież biznes nie lubi stagnacji. Salda zmieniają się dosyć często. W kolejnej tarczy antykryzysowej powinien znaleźć się zapis pozwalający na wnioskowanie o całość dostępnych środków w dniu podejmowania decyzji przez skarbówkę.

– Z perspektywy gospodarki szybkie uwolnienie środków jest bardzo korzystne. One pracują zamiast być zablokowane. A im więcej jest szybkich decyzji, tym lepiej. Być może rozstrzygnięcia będą zapadać jeszcze prędzej. Jednak podejrzewam, że liczba wniosków nie będzie wzrastać. W zasadzie ci, którzy mieli problemy z płynnością finansową, już się z tym tematem zetknęli. Oczywiście, nie wiemy, jak będzie rozwijała się sytuacja z kryzysem i czy trudności nie będą się pogłębiać – dodaje Jerzy Martini.

Natomiast dr Piekarz przypuszcza, że liczba wniosków o uwolnienie środków VAT-owskich będzie wzrastać. Część branż dopiero z opóźnieniem zostanie dotknięta tym, co się obecnie dzieje. W pierwszej kolejności kryzys odczuły branże usługowe, bo nastąpiło czasowe zamknięcie. Jeśli wzrośnie bezrobocie, a to już następuje, to ludzie będą ograniczać wydatki. I wpłynie to również na firmy oferujące różne towary.

– Oczywiście, powinniśmy się zabezpieczać na wypadek przestępczości podatkowej. Taki kryzys to zapewne też pokusa dla nieuczciwych przedsiębiorców, żeby wykorzystać specyficzne warunki. Ale nie możemy przez ten pryzmat zabijać biznesu, który naprawdę ma problem. Trzeba wyważyć te interesy. Uważam, że pomaganie firmom, żeby przetrwały, jest w tym momencie ważniejsze niż ściąganie za wszelką cenę podatków od przedsiębiorców – podsumowuje dr Jacek Matarewicz.

Uzasadnienie faktyczne i prawne decyzji podatkowej

NSA w Warszawie w wyroku z dnia 20 lipca 1981 r. (sygn. SA 1163/81) stwierdził, że pisma zawierające rozstrzygnięcia w sprawie załatwianej w formie decyzji są decyzjami pomimo nieposiadania w pełni formy przewidzianej w art. 107 § 1 KPA (obecnie także art. 210 § 1 ustawy Ordynacja podatkowa, Dz.U. 2019.900, tj. z dnia 14 maja 2019 r., zwanej dalej „Ordynacją podatkową”), jeżeli tylko zawierają minimum elementów niezbędnych do zakwalifikowania ich jako decyzji. Do takich elementów należy zaliczyć: oznaczenie organu administracji państwowej wydającego akt, wskazanie adresata aktu, rozstrzygnięcie o istocie sprawy oraz podpis osoby reprezentującej organ administracji. Jakie znaczenie ma zatem uzasadnienie faktyczne i prawne decyzji podatkowej?

Decyzja podatkowa

Zgodnie z treścią art. 210 § 1 Ordynacji podatkowej decyzja podatkowa zawiera:

1) oznaczenie organu podatkowego;

2) datę jej wydania;

3) oznaczenie strony;

4) powołanie podstawy prawnej;

5) rozstrzygnięcie;

6) uzasadnienie faktyczne i prawne;

7) pouczenie o trybie odwoławczym – jeżeli od decyzji służy odwołanie;

8) podpis osoby upoważnionej, z podaniem jej imienia i nazwiska oraz stanowiska służbowego, a jeżeli decyzja została wydana w formie dokumentu elektronicznego – kwalifikowany podpis elektroniczny, podpis zaufany albo podpis osobisty.

Jak wskazuje się w orzecznictwie, „Zgodnie z zasadami prawidłowo prowadzonego postępowania administracyjnego (także prowadzonego na podstawie przepisów ordynacji podatkowej), decyzja powinna wskazywać ustalony przez organ administracyjny stan faktyczny, określać przesłanki zastosowania tej, a nie innej kwalifikacji prawnej i ustalać, jakie okoliczności stanu faktycznego odpowiadają którym z fragmentów normy prawnej zastosowanej w sprawie. To wszystko kryje w sobie formuła art. 210 § 1 pkt 6 O.p.” (wyrok NSA w Warszawie z 18 maja 2000 r., V SA 2762/99, LEX nr 41776).

Aby zatem móc wydać decyzję podatkową wymiarową, w pełni odpowiadającą powyższym warunkom, zwłaszcza w zakresie rozstrzygnięcia, które dla istnienia decyzji podatkowej, jak i dla samego podatnika jest kluczowe, niezbędne jest przeprowadzenie poprawnego postępowania podatkowego, zgodnie z obowiązującymi zasadami wynikającymi z Ordynacji podatkowej. Należą do nich: zasada legalizmu, wg której organy działają na podstawie przepisów prawa (art. 120), zasada prowadzenia postępowania podatkowego w sposób budzący zaufanie do organów podatkowych (art. 121 § 1), zasada informowania, wg której organy podatkowe w postępowaniu podatkowym obowiązane są udzielać niezbędnych informacji i wyjaśnień o przepisach prawa podatkowego pozostających w związku z przedmiotem postępowania (art. 121 § 2), zasada prawdy obiektywnej w postępowaniu podatkowym, wg której w toku postępowania organy podatkowe podejmują wszelkie niezbędne działania w celu dokładnego wyjaśnienia stanu faktycznego oraz załatwienia sprawy w postępowaniu podatkowym (art. 122) czy też zasada przekonywania strony w postępowaniu podatkowym, wg której organy podatkowe powinny wyjaśniać stronom zasadność przesłanek, którymi kierują się przy załatwianiu sprawy, aby w miarę możliwości doprowadzić do wykonania przez strony decyzji bez stosowania środków przymusu (art. 124).

Uzasadnienie faktyczne

Zgodnie z art. 210 § 4 O.p. uzasadnienie faktyczne decyzji zawiera w szczególności wskazanie faktów, które organ uznał za udowodnione, dowodów, którym dał wiarę, oraz przyczyn, dla których innym dowodom odmówił wiarygodności.

Jak podkreśla się w orzecznictwie: „Uzasadnienie decyzji ma szczególne znaczenie przy ocenie jej prawidłowości przez organ odwoławczy bądź też sąd administracyjny, zwłaszcza decyzji o charakterze uznaniowym. Organ odwoławczy powinien kontrolować treść uzasadnienia. Brak prawidłowego uzasadnienia takiej decyzji uniemożliwia ustalenie, czy organ nie przekroczył granic przyznanego mu uznania, gdyż to swobodne uznanie nie może być jednak tożsame z dowolnością” (tak NSA w wyroku z 23 października 1998 r., I SA/Ka 225/97, Legalis).

„W sporządzonych przez organ motywach powinna być dokonana ocena zebranego materiału dowodowego i wyczerpujące wyjaśnienie przesłanek podjęcia aktu w sposób, który przekonuje o prawidłowości oceny zebranych dowodów i trafności rozstrzygnięcia. Organy podatkowe II instancji w uzasadnieniach podejmowanych przez siebie decyzji bardzo często ograniczają się do stwierdzenia istotnych rozbieżności w materiale dowodowym, bez ich wyspecyfikowania, a następnie próby ich wyjaśnienia. Jeżeli np. decyzja nie zawiera uzasadnienia faktycznego, a minister, działając jako organ odwoławczy, orzekł o prawidłowości decyzji dotkniętej tym brakiem, wywodząc, że decyzja deklaratoryjna nie wymaga uzasadnienia, stanowi to naruszenie postanowienia art. 210 § 1 pkt 6 OrdPU. Natomiast nieustosunkowanie się do zarzutów odwołania i skwitowanie ich stwierdzeniem, że są bezzasadne, narusza ten sam przepis w stopniu mogącym mieć istotny wpływ na wynik sprawy” (wyrok NSA z 25 czerwca 1999 r., III SA 7760/98, niepubl.).

Takie działanie z pewnością nie budzi zaufania do organów podatkowych, a „Spełnienie (…) wymagania prowadzenia postępowania administracyjnego w taki sposób, aby pogłębić zaufanie obywateli do organów Państwa, jest szczególnie istotne w sprawie, w której uczestnicy postępowania reprezentują rozbieżne lub sprzeczne ze sobą interesy. W takich sprawach szczególna rola uzasadnienia decyzji administracyjnej i wyroku sądu administracyjnego polega na tym, by przekonać stronę, że jej stanowisko zostało poważnie wzięte pod uwagę, a jeżeli zapadło inne rozstrzygnięcie, to przyczyną tego są istotne powody” (wyrok NSA z 16 lutego 1994 r., III ARN 2/94, Legalis).

Uzasadnienie prawne

Zgodnie z art. 210 § 4 O.p. uzasadnienie prawne zawiera wyjaśnienie podstawy prawnej decyzji z przytoczeniem przepisów prawa. Stanowi zatem rozpisanie zastosowanego w podstawie prawnej decyzji przepisów prawa materialnego w kontekście ustalonego stanu faktycznego, czego efektem jest rozstrzygnięcie.

W doktrynie podkreśla się, że „Materialna strona uzasadnienia odgrywa bardzo ważną rolę procesową, warunkuje prawo do obrony, prawo odwołania i pośrednio realizację zasady dwuinstancyjności postępowania. Brak uzasadnienia decyzji podatkowej jest naruszeniem uprawnień strony i uniemożliwia jej złożenie odwołania spełniającego wymagania art. 222 OrdPU. Strona powinna mieć jasno przedstawione stanowisko organu co do podstaw przyjętego rozstrzygnięcia, tak aby mogła ustosunkować się do przedstawionych zarzutów. W sytuacji zaniechania jego sporządzenia strony pozbawione byłyby możliwości obrony ich interesów, prowadzenia polemiki z organem, czy to w odwołaniu od decyzji organu I instancji, czy też w skardze skierowanej do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Uzasadnienie aktu służy wyjaśnieniu rozstrzygnięcia, stanowiącego dyspozytywną część decyzji. Praktyka niestosowania prawidłowego uzasadnienia uniemożliwia często dokonanie kontroli, czy nie nastąpiło przekroczenie granic uznania administracyjnego. W konsekwencji prowadzi to do zatarcia granic między decyzjami uznaniowymi a pozostałymi. Również uznanie administracyjne powinno być uzasadnione w sposób pełny i oparty na stanie faktycznym, jak też prawnym sprawy. W szczególności szacowanie podstawy opodatkowania powinno być oparte na realnych założeniach i dokonane przy uwzględnieniu logicznych metod rozumowania” (wyrok NSA z 31 maja 1996 r., SA/Lu 1489/95, Legalis). „Logicznych metod rozumowania nie może eliminować kryterium wiary, które tak podkreśla art. 210 § 4 OrdPU”. (H. Dzwonkowski (red.), Ordynacja podatkowa. Komentarz. Wyd. 8, Warszawa 2019).

Podsumowanie

Jak wynika z powyższego, uzasadnienie faktyczne i prawne decyzji podatkowej odgrywa znaczącą rolę w poznaniu toku myślowego organu podatkowego, który rozstrzygał w sprawie podatkowej, pozwala na wychwycenie ewentualnych błędów logicznego rozumowania, jak i w zastosowaniu generalnych zasad prowadzenia postępowania podatkowego, zwłaszcza postępowania dowodowego i metod oceny zebranego w jego toku materiału. Niezachowanie przez organ właściwych zasad, procedur i działań prowadzić zaś może do wyeliminowania z obrotu prawnego wadliwej decyzji. Przeto błędne uzasadnienie decyzji to pewna wygrana przed organem odwoławczym bądź sądem administracyjnym. Stąd też konstatacja jest taka, że decyzje podatkowe, głównie ich uzasadnienie faktyczne i prawne, należy z uwagą przeczytać, a następnie przeanalizować, zwłaszcza gdy dotyczą nałożenia obowiązków podatkowych, z czym często nie sposób się zgodzić. W takiej sytuacji warto natomiast zasięgnąć porady prawnej w zakresie poprawności rozumienia treści decyzji oraz wiążących się z tym konsekwencji, tak natury podatkowej, jak i okołopodatkowej. Wszak zarzuty karne czy karne skarbowe, zabezpieczenie na majątku bądź egzekucja administracyjna to już coraz mniej zaskakujący kogokolwiek, smutny obrazek towarzyszący sprawie podatkowej i kończącej postępowanie podatkowe decyzji podatkowej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Najefektywniejsze opcje inwestycje na rynku nieruchomości – Agata Karolina Lasota, LBC Invest

Czy nieruchomości to dziś dobry kierunek inwestycyjny? Jak korzystnie i najbezpieczniej ulokować kapitał?

Niespodzianka, jaką przygotował nam rok 2020 z pewnością zmieni bardzo dużo w naszej rzeczywistości. Jak ciężko zmiany odchorować będzie musiał rynek nieruchomości pokażą najbliższe miesiące. Kryzys wywołany COVID-19 wyhamował obserwowany od kilku lat w naszym kraju wzrost cen nieruchomości i ostudził popyt. Dla graczy rynkowych jest to jednak świetny moment na realizację transakcji po okazyjnych cenach. Słabe wyniki rynków kapitałowych i obniżenie stóp procentowych do poziomu bliskiego zera, decydujące o nierentowności lokat, zdają się tylko potwierdzać, że to właśnie nieruchomości są dziś najstabilniejszymi aktywami inwestycyjnymi.

Polowanie na okazje

Już w pierwszych dniach lockdown-u aktywni byli inwestorzy oportunistyczni, polujący na okazje. Na wszystkich rynkach światowych bardzo czujne są też fundusze inwestycyjne. Tropienie okazyjnych ofert, zarówno wśród inwestorów indywidualnych, jak i instytucjonalnych jest bardzo widoczne, ale na rynku nie ma jeszcze spektakularnych przecen. Ceny mieszkań deweloperskich zostały jak dotąd jedynie delikatnie skorygowane.

Dużej presji na obniżki nie ma, bo na rynku pierwotnym  mamy do czynienia z niską podażą mieszkań. Oferta będzie jeszcze topniała, bo deweloperzy nie poszerzają oferty. W maju na rynek weszło o połowę mniej mieszkań niż zwykle. Wyhamowania produkcji należało się spodziewać, ale skalę tego zjawiska trudno jeszcze przewidzieć, ponieważ wprowadzone teraz projekty były już wcześniej przygotowane do budowy.

Zamrożenie gospodarki nie zebrało jeszcze największego żniwa, a jego echo odczuwalne będzie przez wiele miesięcy i duże okazje cenowe z pewnością będą się pojawiały. Jak duże? Trudno dziś powiedzieć. Wszystko zależy od tego, czy mamy do czynienia jedynie z krótkoterminowym zastojem, czy raczej dłuższym okresem spowolnienia.

Luksusowe nieruchomości zamiast lokat i aktywów kapitałowych

Kapitał wycofywany dziś masowo z lokat bankowych w dużej części trafia na rynek nieruchomości premium, który jest najbardziej odporny na kryzys. W Polsce obiekty tej klasy pod względem standardu i aranżacji nie ustępują nieruchomościom plasowanym w tym segmencie na świecie. Ich ceny są  jednak znacznie niższe, co daje potencjał do wzrostu w przypadku najlepszych lokalizacji. Luksusowe nieruchomości w naszym kraju są niemal dwukrotnie tańsze niż w Nowym Jorku, czy Londynie, jednak ich wartość wolno, ale konsekwentnie idzie w górę.

Najbardziej prestiżowe warszawskie adresy zdrożały w ciągu ostatnich czterech lat o jedną czwartą. Luksusowe apartamenty to żelazna lokata kapitału. Niezależnie od okoliczności najlepsze miejscówki w największych polskich miastach wciąż tylko zyskują na wartości. To produkt, który nie jest podatny na spekulacyjne wzrosty i wahania koniunkturalne. Ceny topowych apartamentów regularnie wzrastają i w dłuższej perspektywie można na nich nieźle zarobić. Dlatego nasz rynek nieruchomości premium jest coraz bardziej interesujący także dla zagranicznych inwestorów.

Z drugiej strony, należy zwrócić uwagę, że w ostatnim czasie przybyło wiele realizacji, które nie do końca spełniają kryteria nieruchomości luksusowych, czyli produktu z definicji unikalnego, a nie obliczonego tylko na jak największą ilość powierzchni użytkowej (PUM).  Aby uniknąć rozczarowań inwestycyjnych trzeba mieć pewność, że nieruchomość rzeczywiście wyróżnia się na rynku ekskluzywną lokalizacją i rozwiązaniami architektonicznymi oraz najwyższej jakości wykonaniem. Tylko kameralne projekty, oferujące najwyższy standard i wyjątkowy design zlokalizowane w prestiżowych miejscach są dla potencjalnych inwestorów bezpiecznym wyborem, inwestycją odporną na wszelkie zawirowania rynkowe.

Obserwowaliśmy w ostatnich tygodniach, jak inwestorzy w Trójmieście przechodzili raptownie z najmu krótkoterminowego w długoterminowy, ale także rozczarowanie inwestorów w condohotele, które miały gwarantować zysk. Nowe warunki społeczno-ekonomiczne, w jakich dziś funkcjonujemy mają bowiem duży wpływ również na rynek najmu.

Rentowność i stabilny najem kluczowymi kryteriami wyboru

Inwestując w nieruchomości w dobie kryzysu należy wybrać taką opcję, która zapewnia stabilny najem i dobrą rentowność inwestycji. Dotyczy to, zarówno mieszkań, jak i nieruchomości komercyjnych. W LBC Invest specjalizujemy się w wynajmie korporacyjnym. Oferujemy klientom kompleksowy program inwestycyjny, obejmujący zakup oraz przygotowanie apartamentu lub nieruchomości komercyjnej pod wynajem, zapewniamy wiarygodnych i sprawdzonych najemców i zajmujemy się zarządzaniem najmem w imieniu klienta. Po drodze realizując wszystkie związane z tym formalności. Wybrane dla klientów nieruchomości poddajemy gruntownej analizie, by zapewnić im inwestycje generujące stabilne przychody w długiej perspektywie. Wszyscy inwestorzy otrzymują od nas certyfikat.

Klientom z zasobniejszym portfelem polecamy inwestycje w nieruchomości magazynowe i retail parki. To dziś jeden z najbardziej obiecujących kierunków rozwoju biznesu w sektorze komercyjnym. Sieciowe marki weryfikują obecnie swoje strategie ekspansji i tylko kwestią czasu jest, kiedy pojawią się w retail  parkach rozszerzając jednocześnie sieć sprzedaży on-line. Szybki wzrost obrotów w handlu internetowym branży e-commerce przekłada się na skokowo rosnący popyt na powierzchnie magazynowe.

Domy w cenie

Ostatnie miesiące wpłynęły także na zmianę preferencji inwestorów indywidualnych, poszukujących nieruchomości na potrzeby własne. Na popularności zyskały domy o metrażu 150-250 mkw. i mieszkania o powierzchni powyżej 100 mkw. z ogródkami lub dużymi tarasami. Znacznie większym powodzeniem cieszą się też działki rekreacyjne i budowlane. Klienci poszukują, albo dużych działek na obrzeżach miast, które planują odsprzedać później pod inwestycje deweloperskie, albo parceli pod dom, po to by móc uciec do niego z miasta na stałe lub czasowo w nim odpoczywać.

Rynek nieruchomości ewoluuje. Z segmentu mieszkaniowego zniknęli inwestorzy nabywający nieruchomości z zamiarem szybkiej i dochodowej odsprzedaży oraz tacy, którzy celowali w wynajem krótkoterminowy. W dłuższej perspektywie kryzys z pewnością odciśnie piętno także na segmencie biurowym. Część powierzchni zostanie zwolniona ze względu na zmianę charakteru pracy i przejście pewnej ilości pracowników już na stałe w tryb pracy zdalnej. Ostateczny wpływ spowolnienia gospodarczego na popyt na biura i ceny najmu poznamy jednak dopiero w przyszłym roku.

Niemniej, już teraz widoczne są wysprzedaże aktywów przez firmy zmuszone poprawić swój cashflow. Są to przede wszystkim działki inwestycyjne i nieruchomości komercyjne. Trudna sytuacja na rynku może być też impulsem do przyspieszenia procesów konsolidacyjnych firm. Wydaje się to tym bardziej prawdopodobne, że po raz pierwszy od ostatniego kryzysu finansowego w latach 2007-2009, mimo dwukrotnej obniżki stóp procentowych w Polsce, zaczęło wzrastać oprocentowanie kredytów dla deweloperów.

Blokada kredytowania inwestycji

Banki zaostrzyły politykę kredytową. O finansowanie jest coraz trudniej. Praktycznie jest ono dostępne już tylko w nielicznych bankach. W większości akcje kredytowe zostały wstrzymane, albo bardzo ograniczone, a z kredytowania wyłączone zostały niektóre branże w tym nieruchomości. Niemal całkowicie wyhamowało finansowanie takich projektów komercyjnych, jak hotele, galerie handlowe i biurowce. Mniejsi deweloperzy, którzy posiadają  atrakcyjne działki poszukują partnerów do przedsięwzięć joint venture. Na takim rozwiązaniu skorzystają z pewnością duże spółki deweloperskie.

Prawdopodobne jest też, że wzrośnie konkurencyjność na rynku mieszkaniowym, bo firmy działające dotąd w sektorze hotelowym i handlowym, które najbardziej ucierpiały z powodu zamrożenia gospodarki, myślą teraz o przejściu na produkcję mieszkań. I to właśnie nieruchomości wielorodzinne mogą wyjść z kryzysu obronną ręką jako jedna z silniejszych klas aktywów.

Dla rynku nieruchomości kluczowa będzie jednak  przede wszystkim kondycja polskiej gospodarki. Jest on bowiem ściśle związany z tym, jaka jest ogólna sytuacja ekonomiczna w kraju.

Autor: Agata Karolina Lasota, dyrektor zarządzająca w LBC Invest

Na wniosek Rzecznika MŚP Główny Inspektor Sanitarny zmienił wytyczne dla przedszkoli

Na wniosek Rzecznika MŚP Główny Inspektor Sanitarny zmienił wytyczne zwiększając liczbę dzieci, jaka może przebywać w grupie przedszkolnej oraz zmniejszając minimalną przestrzeń do wypoczynku, zabawy i zajęć dla dzieci w sali

Na wniosek Rzecznika MŚP Główny Inspektor Sanitarny zmienił wytyczne z dnia 4 maja 2020 r. dla przedszkoli, oddziałów przedszkolnych w szkole podstawowej i innych form wychowania przedszkolnego oraz instytucji opieki nad dziećmi w wieku do lat 3 zwiększając liczbę dzieci, jaka może przebywać w grupie przedszkolnej oraz zmniejszając minimalną przestrzeń do wypoczynku, zabawy i zajęć dla dzieci w sali.

Zgodnie z pierwotną treścią wytycznych z dnia 4 maja 2020 r. dla przedszkoli, oddziałów przedszkolnych w szkole podstawowej i innych form wychowania przedszkolnego oraz instytucji opieki nad dziećmi w wieku do lat 3, wydanych przez Głównego Inspektora Sanitarnego na podstawie art. 8a ust. 5 pkt 2 ustawy z dnia 14 marca 1985 r. o Państwowej Inspekcji Sanitarnej (Dz. U. z 2019 r. poz. 59), w grupie mogło przebywać do 12 dzieci, a minimalna przestrzeń do wypoczynku, zabawy i zajęć dla dzieci w sali nie mogła być mniejsza niż 4 m2 na 1 dziecko i każdego opiekuna.

Na skutek sygnałów o istotnych utrudnieniach związanych z ww. limitami dla przedsiębiorców prowadzących przedszkola, a także mając na uwadze społeczne tło tego problemu związane z oczekiwaniami i potrzebami rodziców powracającymi do pracy w ramach kolejnego etapu „odmrażania gospodarki”, Rzecznik MŚP pismem z dnia 15 maja 2020 r. wystąpił do Głównego Inspektora Sanitarnego dr hab. n. med. Jarosława Pinkasa o zmianę wytycznych z dnia 4 maja 2020 r. poprzez zwiększenie liczby dzieci, jaka może przebywać w grupie przedszkolnej oraz zmniejszenie minimalnej powierzchni przestrzeni do wypoczynku, zabawy i zajęć dla dzieci w sali. Dodatkowo, pismem z dnia 22 maja 2020 r. Rzecznik MŚP wystąpił do Wiceprezes Rady Ministrów, Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz z prośbą o wsparcie proponowanych rozwiązań w przedmiotowej sprawie.

Powyższy apel spotkał się z pozytywnym odzewem. Pismem z dnia 9 czerwca 2020 r. Główny Inspektor Sanitarny poinformował Rzecznika MŚP, że w zaktualizowanych wytycznych z dnia 4 czerwca 2020 r. dla przedszkoli, oddziałów przedszkolnych w szkole podstawowej i innych form wychowania przedszkolnego oraz instytucji opieki nad dziećmi w wieku do lat 3 w przypadku przedszkoli, oddziałów przedszkolnych w szkołach podstawowych i innych form wychowania przedszkolnego – przestrzeń do wypoczynku, zabawy i zajęć dla dzieci w sali nie może być mniejsza niż 3 m2 na 1 dziecko i każdego opiekuna, a w grupie może przebywać do 16 dzieci.

Letnie wyprzedaże: czy będą takie same jak rok temu?

W najlepsze trwa sezon letnich wyprzedaży. I choć jego intensyfikacja nastąpiła, jak co roku, w połowie czerwca, to jednak nie sposób nie zauważyć różnic, jakie towarzyszą tegorocznej ich edycji. O czym mowa oraz jak i co będziemy kupować na letnich wyprzedażach 2020?

Początek letnich wyprzedaży to dla konsumentów już przymusowy punkt w kalendarzu zakupowym. Planując zakup odzieży i obuwia na lato, bardzo często bierzemy pod uwagę termin rozpoczęcia sezonu obniżek cen w sklepach, który w 2019 roku i latach poprzednich przypadał na drugą połowę czerwca, około 20. dnia miesiąca. Nie trudno się jednak domyślić, że pandemia zburzyła dotychczasowy porządek. Zamknięcie galerii handlowych, restrykcje, które dla wielu konsumentów były związane z tymczasowym bezrobociem, niepewna przyszłość, a co za tym idzie – mniejsze zainteresowanie zakupami w segmencie fashion i finansowy kryzys marek modowych. Większość firm skutecznie osadziła  wówczas  swoje działania w realiach online’owych, jednak najszybszą drogą do stymulowania sprzedaży okazało się obniżenie cen – wtedy jeszcze zupełnie nowych, wiosennych kolekcji. Stąd też dużo wcześniej rozpoczął się sezon wyprzedażowy.

Dlatego już na początku kwietnia wiele rzeczy z kolekcji wiosna/lato 2020 mogliśmy kupić z rabatem sięgającym do 30%. To ceny charakterystyczne dla pierwszego etapu wyprzedaży, a pojawiły się one już 2 miesiące przed planowanymi letnimi obniżkami. Z czym wiąże się to dla konsumentów?

W praktyce, przesunięcie terminu wyprzedaży oznacza, że w momencie największego boom’u,  czyli połowie czerwca, klienci spotkali się z rabatami rzędu nawet -50%, a te jak wiemy z zasady zarezerwowane były na II etap wyprzedaży przypadający w zeszłym roku na początku lipca – mówi Martyna Głowińska, Marketing i PR Manager z Grupy Domodi. – Taki stan rzeczy nie oznacza, że wyprzedaże zakończą się szybciej. Stany magazynowe wielu marek pozwolą na wyprzedawanie asortymentu przez około 6-8 tygodni, czyli tak, jak w latach ubiegłych. Jedyna różnica polegać będzie na wysokości obniżek, gdyż już II ich etap przyniesie nam upusty do 80% – dodaje.

Co będziemy kupować?

Serwis Domodi.pl sprawdził, jakie produkty były najchętniej klikane w czasie letnich wyprzedaży w 2019 roku. Nikogo nie zdziwi fakt, że w tym okresie najchętniej wybierane były sukienki, które stanowiły wówczas aż 37% zakupów. Na drugim miejscu najchętniej znajdowały się sandały z wynikiem 21%. A na trzecim – obuwie sportowe, na które zdecydowało się 7% kupującychdomodi wyprzedaż

źródło: Domodi.pl; 2019 rok okres czerwiec/lipiec;

Porównując te liczby z danymi za pierwsze dni letnich wyprzedaży w 2020 roku na Domodi.pl widzimy pewien dysonans.

Tak chętnie wybierane w okresie letnim, ale też z powodu sezonu ślubnego, sukienki zdecydowanie zeszły na dalszy plan i obecnie znajdują się na trzecim miejscu. Zostały wyprzedzone przez spodenki męskie i sandały. Tak popularne jeszcze rok temu buty sportowe – spadły aż na 11 miejsce. – podsumowuje Martyna Głowińska. – Oczywiście kolejne dni pokażą nam czy ta tendencja się utrzyma, natomiast zmiany preferencji użytkowników wynikają bezpośrednio z czasu pandemii i zamknięcia w domach. Wtedy to chętnie sięgaliśmy po wygodne dresy czy obuwie sportowe, które pomagało nam podczas ćwiczeń w domu. – podsumowuje ekspertka z Grupy Domodi.

Z nadziejami na lepsze

Debata o ryzykach wynikających z rosnącej liczby zachorowań w USA pozostaje motywem przewodnim dla nastrojów rynkowych, chociaż wahania cen aktywów pozostają stłumione, gdyż niepewność nie przeradza się w ucieczkę od ryzyka. Dziś rano czynnikiem balansującym stały się lepsze wieści o opanowaniu epidemii w Pekinie. Mimo to na rynku są miejsca, gdzie pozycjonowane jest wystawiane na ciężką próbę.

EUR/USD jest jednym z takich miejsc i potrzebuje świeżego paliwa do wzrostów, gdyż cierpliwość posiadaczy długich pozycji zaczyna się wyczerpywać. W ciągu ostatniego tygodnia kurs w powolnym tempie osuwał się z 1,1350 pod 1,12. Piątkowa wideokonferencja przywódców państw UE nie przyniosła pozytywnych niespodzianek w temacie funduszu naprawczego. Choć politycy przyznali, że należy działać szybko, to jednak za konieczne uznali fizyczne spotkanie w kolejnym miesiącu. To tylko podkreśla, ile zakulisowych negocjacji będzie potrzeba, aby wypracować konsensus. Dodatkowo fakt, że nie została jeszcze określona konkretna data spotkania w połowie lipca też pokazuje, ile przygotowań (czyt. targów) w międzyczasie będzie trzeba dokonać. Sama istota powstania funduszu jest już w cenach, tak samo jak premia za ryzyko, że na drodze negocjacji pojawią się przeszkody dla swobodnego udzielania pomocy potrzebującym krajom. Obecnie ryzykiem dla EUR mogą być informacje, gdzie leży i jak silny jest opór „Oszczędnej Czwórki” przeciw bezwarunkowym pożyczkom dla biedniejszych państw południa.

Dane też zyskają na znaczeniu. We wtorek ze strefy euro otrzymamy najnowsze PMI, a w środę niemiecki indeks Ifo. Po maju PMI dla usług był wciąż w silnie kryzysowym stanie (30,5) i otwieranie punktów usługowych powinno skutkować mocnym odbiciem, choć powrót ponad 50 jest mało prawdopodobny, gdyż zasady dystansu społecznego nie zostały w pełni zniesione. Przemysł wciąż boryka się z powolną odbudową zamówień i przywróceniem łańcuchów dostaw, zatem tutaj poprawa będzie wolniejsza. Ifo powinien wskazać na poprawę warunków prowadzenia biznesu. Niemiecka gospodarka najmniej spośród czterech największych gospodarek była doświadczona skutkami pandemii, stąd łatwiej będzie firmom dostrzegać szanse na powrót ożywienia. Postawa EUR jest silnie zależna od podtrzymania motywu szybszego odbicia gospodarczego i dobre dane pomogłyby w umocnieniu waluty, ale to też oznacza, że większa wrażliwość inwestorów będzie na gorsze dane.

Podobnie też wygasł zapał do aprecjacji złotego, a w ostatnich dniach EUR/PLN utrzymuje się dobre 9-10 groszy powyżej czerwcowych minimów. Na przełomie maja i czerwca złoty korzystał na poprawie nastrojów rynkowych, ale zaskakująca obniżka stóp procentowych pod koniec maja oraz później zgłaszane przez RPP werbalne niezadowolenie z siły waluty zakotwiczyło kurs blisko 4,45. Rynek przeszedł w taktyczne rozgrywanie trendu bocznego – powinniśmy obserwować więcej taktycznego kupowania EUR/PLN przy podejściach do 4,40-4,43, gdyż inwestorzy będą liczyć na podskok kursu do 4,50 w okresach wzrostu awersji do ryzyka na rynkach. Dane z Polski będą miały niewielki wpływ na walutę. W tym tygodniu najbardziej intersująco zapowiada się dzisiejsza publikacja sprzedaży detalicznej. Patrząc na już opublikowane odczyty z gospodarek zachodnich, odmrożenie gospodarki przekłada się na silne odbicie sprzedaży na realizacji odłożonych zakupów. Podobne wyniki w Polski dawałyby nadzieję, że tąpnięcie konsumpcji będzie płytsze, ale do końca roku dynamiki roczne pozostaną ujemne, gdyż niektóre straty wywołanej kryzysem pozostaną nieodwracalne.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Komunikacja zbiorowa ucierpi przez wirusa. Samochody wracają do łask

Jedna trzecia Polaków, którzy w ciągu ostatnich 12 miesięcy latali samolotem, uważa, że rynek lotniczy przez lata nie wróci do sytuacji sprzed pandemii.  Ankietowani deklarują także rzadsze podróże samolotem niż dotychczas – wynika z badania Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych IBRIS na zlecenie Portu Lotniczego Lublin. Na pandemii koronawirusa straci cała komunikacja zbiorowa. Do łask wracają za to samochody prywatne. Eksperci Portu Lotniczego Lubin uważają, że epidemia zmieni nasz styl życia i podróżowania.

Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) szacuje, że w 2020 roku lotniczy ruch pasażerki odnotuje spadek w porównaniu z rokiem poprzednim aż o połowę, zaś przychody linii lotniczych będą mniejsze o 55%. Dla światowej branży lotniczej oznaczać to będzie ponad 300 miliardów dolarów strat – mówi Krzysztof Wójtowicz, Prezes Portu Lotniczego Lublin.

Pandemia wpłynie na częstotliwość latania

Polacy są podzieleni w ocenie tego jak trwałe są zmiany rynku lotniczego. Nieco ponad jedna trzecia (34%) badanych ocenia, że przez wiele lat nie wróci on do sytuacji sprzed pandemii. Niewiele mniej respondentów (31%) nie uważa, żeby powrót do stanu sprzed pandemii trwał latami. Największa, bo 35% grupa ankietowanych nie ma w tej sprawie zdania.

Częstsze niż dotychczas podróże lotnicze deklaruje zaledwie 2% spośród tych Polaków, którzy w ciągu ostatniego roku podróżowali samolotem. Tak samo jak dotychczas latać będzie niemal 2/3 z nich (63%). Najczęściej odpowiadają tak mężczyźni (71% wobec 57% kobiet) oraz najmłodsi z grupy 18-29 lat (79%). Co trzeci ankietowany deklaruje, że samolotem będzie latał rzadziej niż dotychczas. Tak twierdzą głównie seniorzy w wieku 70+ (52%) oraz 48% mieszkańców wsi.

Komunikacja zbiorowa ucierpi przez wirusa. Samochody wracają do łask.

Nikt z ankietowanych nie zadeklarował zamiaru częstszych niż dotychczas podróży transportem publicznym. 63% badanych zamierza przemieszczać się komunikacją zbiorową tak samo jak dotychczas, a 30% ten środek transportu wybierze rzadziej. Tymczasem prawie co czwarty badany (23%) deklaruje zamiar częstszego korzystania z prywatnego samochodu, a 71% będzie podróżować własnym autem tak samo jak dotychczas. Zaledwie 2% respondentów ograniczy używanie tego środka lokomocji. Marek Serafin – ekspert rynku lotniczego z pasazer.com uważa, że pandemia na trwałe zmieni nasz styl podróżowania. – Ograniczenie latania będzie towarzyszyło nam także po ustaniu pandemii. W tej sytuacji poważny wpływ na kondycję rynku lotniczego ma polityka rządowa, która może w istotny sposób wpływać na możliwości utrzymania się całego rynku – podsumowuje Marek Serafin.

Rozpoczynający się kryzys poruszy najbogatszych, a biedniejszym da szansę na rozwój

Przez ostanie dwadzieścia lat tempo wzrostu zamożności było wyjątkowo odporne na czynniki zewnętrzne. Kryzys ekonomiczny spowodowany wystąpieniem pandemii oraz zmienna sytuacja na rynkach niemal na pewno doprowadzi do zmniejszenia się światowego bogactwa – szacują eksperci Boston Consulting Group.

Jedną z charakterystycznych cech wzrostu bogactwa w ciągu ostatnich dwóch dekad była niezwykła odporność tego procesu na czynniki zewnętrzne. Pomimo wielu kryzysów, wzrost zamożności okazał się wyjątkowo silny, wychodząc obronną ręką nawet z najcięższych testów. W ciągu ostatnich 20 lat osobiste bogactwo finansowe prawie się potroiło, z 80 bilionów dolarów w 1999 roku do 226 bilionów dolarów na koniec 2019 roku. Tym razem światowe bogactwo może zmniejszyć się o nawet 16 bilionów dolarów.

„Kryzys na rynku kredytów hipotecznych z 2008 r. doprowadził do masowych interwencji rządów i banków centralnych, ale prywatne aktywa finansowe okazały się niezwykle odporne. Jednak kryzys wywołany COVID-19 może być jednym z najcięższych testów dla światowych rynków – uważa Franciszek Hutten-Czapski, Managing Director & Senior Partner, Chairman BCG w Polsce, Head of BCG Gamma & Platinion na region CEE. – Większość gospodarek znalazła się w recesji. Tempo wychodzenia z obecnego kryzysu zależy nie tylko od interwencji rządów i banków centralnych, ale w dużej mierze od powodzenia działań w zakresie zdrowia publicznego. Pandemia niemal na pewno doprowadzi do zmniejszenia się globalnego poziomu dobrobytu w najbliższym czasie. Jednak jego wartość uzależniamy od wielu zmiennych” – dodaje Chairman BCG Warszawa.

W raporcie, BCG przedstawia trzy potencjalne scenariusze wychodzenia z kryzysu: I. szybkiego odbicia, II. powolnej odbudowy lub III. długotrwałych skutków. W latach 2019 – 2024 tempo bogacenia się może obniżyć się do 1,4 proc. jeśli potwierdzi się najgorszy scenariusz. Jeżeli odbicie będzie szybkie tempo akumulacji bogactwa może sięgnąć około 4,5 proc. rocznie. Niezależnie od tego, który scenariusz się pojawi powrót do stanu sprzed epidemii będzie stanowić wyzwanie.
Ponadto najnowszy raport Global Wealth 2020 wskazuje, że obecnie jest więcej bogactwa będącego udziałem znaczącej ilości osób, a luka bogactwa oddzielająca rozwinięte rynki i rynki wschodzące dramatycznie zmniejszyła się wraz z początkiem wieku. Przez większość współczesnej historii dojrzałe rynki stanowiły lwią część bogactwa. Ale czasy się zmieniają. W ciągu ostatnich 20 lat pojawił się świat dwóch prędkości, w którym „rynki wzrostu” w Azji, Europie Wschodniej, Ameryce Łacińskiej oraz na Bliskim Wschodzie i Afryce szybko się rozwijały, napędzane przez dobre wyniki PKB i wyższe stopy oszczędności indywidualnych, podczas gdy gospodarki Ameryki Północnej, Europy Zachodniej, Japonii i Oceanii osiągnęły skromniejszy wzrost. Na przykład w Chinach gospodarstwa domowe konsekwentnie oszczędzały średnio ponad 25% dochodu do dyspozycji w ciągu ostatnich dwóch dekad, w porównaniu ze średnią stopą oszczędności mniejszą niż 10% w gospodarstwach domowych w Europie i Stanach Zjednoczonych. W wyniku tej dwubiegowej dynamiki udział bogactwa posiadanego przez rosnące rynki stale rośnie.

Źródło informacji: Boston Consulting Group

Czy zdołamy odbudować przemysł lotniczy po epidemii?

Epidemia koronawirusa uziemiła linie lotnicze. W ciągu kilku miesięcy światowy ruch lotniczy spadł o 94%. To niespotykana dotychczas sytuacja – trudno więc przewidzieć w pełni jej konsekwencje. Wiele międzynarodowych i krajowych linii zbankrutowało, inne zwalniają tysiące pracowników. Ograniczenie lotów oznacza również brak zapotrzebowania na nową flotę. Kłopoty mają więc producenci samolotów – nawet ci najwięksi, jak Boeing czy Airbus – linie ratują swoje budżety, wycofując się z kontraktów i nie zamawiają nowych maszyn. Kolejne państwa, w tym Polska, przeznaczają miliardy na ratowanie przemysłu lotniczego. Utrzymywanie infrastruktury i pracowników kosztuje – ale analitycy twierdzą, że się opłaci. Jeśli pozwolimy upaść branży lotniczej, ucierpią inne, bardzo ważne gałęzie przemysłu i usług. Dobrze funkcjonująca infrastruktura lotnicza oznacza dla kraju wpływy z turystyki, biznesu i handlu. Dlatego warto utrzymywać branżę na powierzchni i zastanawiać się, jak latać bezpiecznie.

Szkody wynikające z upadku kolejnych lotniczych byłyby większe niż koszt pomocy, która w tej chwili do nich trafia. W odbudowie gospodarczej dobre funkcjonowanie transportu, zwłaszcza lotniczego i międzykontynentalnego, jest rzeczą kluczową – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR– Będziemy musieli oczywiście wprowadzić zmiany na lotniskach. Na pewno wydłuży się czas odprawy, a dopóki nie będzie szczepionki – będziemy musieli przestrzegać rygoru sanitarnego. Oprócz maseczek, ograniczonej oferty na pokładzie i odstępów, które trzeba zachowywać – we wszystkich miejscach publicznych czekają nas dodatkowe obostrzenia: mierzenie temperatury oraz ograniczenie wstępu na teren terminala tylko do osób, które wylatują. Najpewniej nie będzie jednak żadnego odgórnego ograniczenia miejsc w samolocie – zajętość na pokładzie musi wynosić co najmniej 77% miejsc, by lot był opłacalny. Jeżeli jednak będziemy trzymać się narzuconych rygorów, a powietrze w samolotach będzie dokładnie filtrowane – to samoloty nie staną się źródłem zarażeń. Mimo tych środków ostrożności linie lotnicze po epidemii będą musiały zmierzyć się z dużą nieufnością do latania. Aż 45% ankietowanych zamierza poczekać co najmniej pół roku przed kolejnym lotem. Mamy więc za sobą bardzo ciężkie miesiące szoku, a przed nami co najmniej trzy lata odbudowy branży – przewiduje Furgalski.

Co czwarty Polak przesiada się na rower w związku z pandemią. Jednak tylko co dziesiąty ma polisę rowerową

Jazda na rowerze stała się najpopularniejszą formą aktywnego spędzania czasu wolnego. Jak wynika z danych GUS, 2/3 gospodarstw domowych posiada rower, a blisko połowa Polaków jeździ na nim przynajmniej kilka razy w miesiącu. W związku z pandemią koronawirusa rośnie popularność tego środka transportu również w codziennym użytkowaniu, bo coraz więcej osób – zamiast podróżować do pracy komunikacją publiczną – wybiera rower lub hulajnogę. Rzadko które z nich jest jednak ubezpieczone. Tylko jeden na dziesięciu Polaków ma ubezpieczenie w razie wypadku, choć aż 38 proc. obawia się kolizji i stłuczek.

– Pokochaliśmy jazdę na rowerze i hulajnogach. Jeździmy na nich rekreacyjnie, ale też dojeżdżamy nimi do pracy i po zakupy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Dąbrowska, dyrektor Pionu Klienta Korporacyjnego w Nationale-Nederlanden.

Jak wynika z badania przeprowadzonego dla Nationale-Nederlanden, blisko połowa Polaków jeździ na rowerze przynajmniej kilka razy w miesiącu, przy czym co drugi z nich wybiera ten środek komunikacji częściej – minimum trzy razy w tygodniu. Prawie 1/4 deklaruje też wybór roweru czy elektrycznej hulajnogi do codziennego przemieszczania się, np. w celu dojeżdżania do pracy.

– Jazda na rowerze stała się najpopularniejszą formą aktywnego spędzania czasu wolnego. Częściej jeździmy na rowerach, niż biegamy, pływamy czy ćwiczymy w siłowniach lub klubach fitness. Pochodną tego zainteresowania jest fakt, że w Polsce rok w rok sprzedaje się ponad milion nowych rowerów i ten trend utrzymuje się od wielu lat. Równolegle mocno rozwija się infrastruktura rowerowa – powstają nowe ścieżki w miastach i poza zurbanizowanymi terenami, a więc mamy warunki do coraz bezpieczniejszej jazdy – mówi Paweł Hyjek, Product Area Lead w ING Banku Śląskim.

Pandemia koronawirusa – przez obawy przed zakażeniem czy ograniczenia wprowadzone w publicznej komunikacji – dodatkowo zwiększa popularność tego środka transportu. Jak pokazuje majowe badanie Nationale-Nederlanden, tylko 10 proc. Polaków decyduje się w tej sytuacji korzystać z miejskiej komunikacji. Zdecydowana większość (85 proc.) wybierze własny samochód, ale 24 proc. zamierza przemieszczać się właśnie na rowerze.

– Pandemia znacząco wpłynęła na zmianę naszych preferencji dotyczących transportu publicznego. Widzimy ogromny boom na rowery i wykorzystywanie ich jako środka transportu – nie tylko w celu dojeżdżania do pracy, ale generalnie do przemieszczania się – mówi Ewa Dąbrowska.

Jak podkreśla, aż 38 proc. rowerzystów odczuwa zagrożenie ze strony innych uczestników ruchu drogowego.

– Największym zagrożeniem są autobusy i inne samochody. Prawie co drugi respondent stwierdził, że nie czuje się bezpiecznie na drodze. Kolizje i wypadki drogowe to główne zagrożenie, które czeka rowerzystów i osoby jeżdżące na hulajnogach – mówi ekspertka.

Mimo obaw przed stłuczką tylko 27 proc. rowerzystów korzysta podczas jazdy z kasku i ochraniaczy. Z kolei ubezpieczenie rowerowe w razie wypadku posiada tylko 1 na 10 Polaków.

– W ubiegłym roku na polskich drogach było prawie 4,5 tys. wypadków, w których uczestniczyli rowerzyści. To oznacza, że nowe ścieżki i infrastruktura nie eliminują całkowicie ryzyka – mówi Paweł Hyjek.

– Coraz częściej korzystamy ze ścieżek rowerowych, których przybywa i łącznie jest ich już prawie 12 tys. kilometrów, ale nawet na nich nie czujemy się bezpiecznie. 20 proc. rowerzystów obawia się różnego rodzaju stłuczek z innymi uczestnikiem ruchu. Kolejnym problemem są kradzieże rowerów czy hulajnóg – aż 30 proc. badanych powiedziało nam, że w przeszłości stracili swój ukochany sprzęt – mówi Ewa Dąbrowska.

Blisko połowa (46 proc.) użytkowników rowerów na co dzień przechowuje je w garażu. Podobny odsetek (47 proc.) deklaruje, że zawsze zabezpiecza swój rower lub hulajnogę elektryczną przed kradzieżą. Z drugiej strony prawie co trzeci rowerzysta przyznaje, że często zdarza mu się nie zabezpieczyć swojego pojazdu, jeżeli zostawia go w miejscu publicznym na krótki czas. Kradzież niejednokrotnie wiąże się ze sporą stratą, bo – jak pokazuje badanie Nationale-Nederlanden – prawie połowa Polaków posiada rower o wartości ok. 2 tys. zł, a co czwarty zdecydował się na zakup sprzętu powyżej 4 tys. zł.

– Kupujemy coraz droższe i coraz bardziej zaawansowane technologicznie rowery. Niestety dostrzegają to też złodzieje. Zabezpieczamy nasz sprzęt, przywiązujemy linkami, łańcuchami, u-lockami, zabezpieczeniami tylnego koła, a jednak okazuje się, że złodzieje potrafią sforsować te zabezpieczenia i rowery niestety giną, a potem trudno je odzyskać. Dlatego właśnie warto pomyśleć o ubezpieczeniu swojego sprzętu – twierdzi Paweł Hyjek.

– Użytkownicy rowerów i hulajnóg powinni zacząć od ubezpieczenia NNW, czyli polisy dla siebie na wypadek stłuczek i urazów. Po drugie, warto zadbać o swój sprzęt i mieć ubezpieczenie na wypadek kradzieży albo jego uszkodzenia. Dodatkowym zabezpieczeniem jest assistance, które zapewni nam natychmiastową pomoc w razie wypadku czy uszkodzenia roweru lub hulajnogi. Ważne też, żeby skorzystać z ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej, bo do kolizji może dojść nawet na ścieżce rowerowej i wtedy ubezpieczenie pokryje ewentualne roszczenia osoby przez nas poszkodowanej – radzi Ewa Dąbrowska.

Jak oceniają eksperci, trudno dokładnie określić wielkość i dynamikę rynku ubezpieczeń rowerowych w Polsce. Jest jednak duży potencjał dla rozwoju polis skierowanych właśnie do tej grupy klientów. Dlatego też ING Bank Śląski i Nationale-Nederlanden wprowadzają do swojej oferty ubezpieczenie roweru, hulajnogi elektrycznej i ich użytkownika. „Ubezpieczenie na dwa koła” jest dostępne w trzech wariantach i można objąć nim sprzęt do wartości 10 tys. zł.

– Ubezpieczenie dla rowerzysty powinno być indywidualnie skomponowane przez klienta. To on powinien wybrać, jakiego zakresu ochrony oczekuje i za jaki zakres chce płacić składkę. Stworzyliśmy ubezpieczenie, w którym klient może ubezpieczyć tylko rower lub hulajnogę elektryczną albo tylko samego siebie od następstw nieszczęśliwych wypadków. W trzecim wariancie może ubezpieczyć zarówno siebie, jak i swój sprzęt – mówi Paweł Hyjek.

W tej trzeciej wersji ubezpieczenie roczne kosztuje od 113 zł. Jeśli ktoś wybiera opcję pierwszą lub drugą, minimalny wydatek to odpowiednio 63 i 71 zł.

– Istotnym elementem jest też assistance, zwłaszcza jeśli oddalamy się od miejsca zamieszkania, jeździmy na rowerze w miejscach poza obszarem zabudowy. Jakakolwiek awaria wiąże się z problemami z dojechaniem do domu albo serwisu. Dobry assistance, który w przypadku awarii przyjedzie i na miejscu naprawi rower albo zapewni nam transport, to istotny element takiej polisy – mówi Product Area Lead w ING Banku Śląskim.

„Ubezpieczenie na dwa koła” można zawrzeć na 6 lub 12 miesięcy z możliwością przedłużenia. W ramach polisy NNW rowerzysty obejmuje wypadki zarówno podczas jazdy na własnym, jak i wypożyczonym sprzęcie. Produkt, choć skierowany do osób, które korzystają z jednośladów w celach rekreacyjnych, obejmuje również zawody amatorskie, jak np. triathlony czy amatorskie wyścigi kolarskie.

Transport i logistyka dotkliwie odczuły globalną pandemię SARS-CoV-2. Nie wszystkie firmy transportowe przejdą przez kryzys suchą stopą

Wśród sektorów, których działalność zweryfikowała pandemia, jest transport i logistyka. Niektóre mniejsze firmy transportowe już ogłosiły bankructwo, większe przedsiębiorstwa mogą jednak paradoksalnie na tej sytuacji skorzystać. Branża operatorów logistycznych może zyskać dzięki ponownemu docenieniu korzyści wynikających ze współpracy z zewnętrznym dostawcą. Międzynarodowy koncern FM Logistic opublikował dane, które pokazują, że pandemia miała jak dotąd niewielki wpływ na jego wyniki finansowe, przynajmniej w zakończonym roku obrotowym. Firma obchodzi właśnie 25-lecie działalności w Polsce i zapowiada kolejne projekty na tutejszym rynku.

– Wybuch pandemii SARS-CoV-2 miał niewielki wpływ na wyniki w roku finansowym, który zakończył się w marcu br. Większe wyzwania postawił przed nami początek nowego roku obrotowego. W kwietniu i maju zaobserwowaliśmy spadek przychodów o 9 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem oraz znaczny wzrost kosztów operacyjnych związany z wprowadzaniem odpowiednich środków bezpieczeństwa w związku z pandemią koronawirusa. W dalszym ciągu podejmujemy działania, aby chronić naszych pracowników, zaspokajać potrzeby klientów i jednocześnie wypracować wysokie wyniki bilansowe. W niemal wszystkich naszych jednostkach prowadzona jest obecnie działalność – wskazuje Jean-Christophe Machet, CEO FM Logistic.

Koncern logistyczny, który prowadzi działalność w 14 krajach Europy, Azji i Ameryki Południowej, przedstawił właśnie swoje wyniki finansowe. Pokazały one, że globalna pandemia SARS-CoV-2 miała niewielki wpływ na miniony rok obrotowy. Spółka FM Logistic zanotowała przychody w wysokości 1,43 mld euro (wzrost o 8,7 proc.), natomiast zysk przed odliczeniem odsetek i podatków (EBIT) wyniósł 42,5 mln euro, czyli aż o 21 proc. więcej niż w roku ubiegłym.

Ponad 1/3 łącznych przychodów grupy (36 proc., ponad 500 mln euro) wypracował segment transportowy, głównie dzięki rozwojowi usług LTL (ładunki mniejsze niż samochody ciężarowe) oraz logistyce miejskiej. Oferowana przez FM Logistic usługa CityLogin, która łączy dostawy ostatniej mili i małe miejskie huby logistyczne, jest obecnie dostępna w 30 miastach Europy.

Dobre wyniki to również efekt m.in. poprawy efektywności operacyjnej i wprowadzenia nowych usług, które odpowiadają na trendy konsumenckie takie jak szybki wzrost znaczenia e-commerce i ekologii. Spółka wprowadziła m.in. usługi dropshippingu dla producentów, którzy sprzedają swoje produkty bezpośrednio do klienta. Uruchomiła też pomiar emisji gazów cieplarnianych z usług transportowych i logistycznych świadczonych na rzecz konkretnych klientów oraz nowy projekt „zero waste”. W ubiegłym roku finansowym kontynuowała też inwestycje w innowacje oraz automatyzację procesów biurowych i magazynów, w części z nich wdrożono roboty służące do przenoszenia palet i ciężkich ładunków.

– Jesteśmy świadomi ewolucji, która zachodzi w ostatnim czasie – nie tylko dzięki nowym technologiom i analizie danych, ale także dzięki rosnącemu zrozumieniu dla konieczności zrównoważonego rozwoju i ogromnej dbałości o bezpieczeństwo naszego środowiska. Wkrótce poinformujemy o naszych kolejnych inwestycjach w tym obszarze – zapowiada Daniel Franke, Managing Director FM Logistic CE.

Na polskim rynku operuje należąca do międzynarodowej grupy spółka córka, czyli FM Logistic Centralna Europa. Prowadzi ona działalność również w Czechach, Słowacji i na Węgrzech. W roku finansowym 2019/2020 uzyskała przychód w wysokości 322 mln euro i pozyskała kilku dużych klientów, w tym Lorenz Bahlsen Snack-World, czyli światowego producenta słonych przekąsek, i Polpharmę, polskiego producenta leków. Specjalnie na jej potrzeby został rozbudowany magazyn w podwarszawskim Błoniu, gdzie pod nazwą FM Health działa największe centrum logistyczne dla farmacji w Europie Środkowej.

FM Logistic CE prowadzi też w regionie m.in dedykowany start-upom program FM OpenLab, który ma wspierać młodych przedsiębiorców, oraz stawia mocny akcent na ekologię. Ma w swojej flocie pojazdy elektryczne, w tym samochód z agregatem chłodniczym, który prowadzi dystrybucję paczek dla sektora farmaceutycznego FM Health. Operator stara się budować magazyny w sposób maksymalnie neutralny dla środowiska, z uwzględnieniem energooszczędnych i ekologicznych rozwiązań. Firma planuje też w Polsce kolejne inwestycje: z początkiem nowego roku zamierza rozpocząć budowę nowej platformy logistycznej między Łodzią a Warszawą.

– Zaczynaliśmy 25 lat temu od jednej palety pod Warszawą, dziś w regionie Europy Środkowej działamy na czterech rynkach, realizując operacje logistyczne dla wszystkich branż gospodarki. Jesteśmy dumni z naszej historii, naszych wartości i naszych pracowników – mówi Daniel Franke. – Są to solidne i stabilne fundamenty do dalszego rozwoju, którego tempo chcemy utrzymać. Jesteśmy firmą zorientowaną na przyszłość, mamy dużą świadomość zmian, jakie dokonują się nie tylko poprzez nowe technologie i cyfryzację, ale też przez dbanie o środowisko naturalne. W dalszym ciągu będziemy koncentrować się na tych obszarach.

Są też i pozytywne zmiany spowodowane przez pandemię. Rośnie liczba przetargów w sektorze  e-commerce, co wymusza zintensyfikowanie działań w tym obszarze. Firmy muszą przyspieszyć digitalizację procesów nie tylko operacyjnych, ale również sprzedażowych i HR. Branża stawia też na automatyzację procesów magazynowych. Dla firmy wielkości FM Logistic, która zatrudnia ponad 5500 pracowników rozproszonych na region Europy Środkowej, wprowadzenie systemu obsługi pracowników Workday to ogromne udogodnienie oraz budowa przewagi konkurencyjnej.

Klienci, szczególnie w obecnej niepewnej sytuacji gospodarczej, doceniają korzyści płynące ze współpracy z zewnętrznym operatorem logistycznym. Szczególne znaczenie ma tu elastyczność, jaką na co dzień takie firmy mogą zaoferować, czy to w kontekście automatyzacji, czy błyskawicznej możliwości dostosowania się do wykorzystywanych kanałów dystrybucji wynikającego z gwałtownych zmian zachowań konsumentów mówi dyrektor zarządzający FM Logistic CE.

Kolejne epidemie mogą być groźniejsze niż SARS-CoV-2. Potrzeba nowych procedur i dużej reformy w służbie zdrowia

Ochrona zdrowia musi być przygotowana na kolejne kryzysy, bo eksperci są zgodni, że epidemie chorób zakaźnych będą coraz częstsze i bardziej dotkliwe niż koronawirus. Dlatego potrzebna jest gruntowna reforma systemu i wsparcie dla przeciążonego personelu medycznego, w które powinien zaangażować się również biznes. Taki jest cel inicjatywy My, Solidarni, która ma zapewnić pomoc medykom walczącym na pierwszej linii frontu z SARS-CoV-2. Do Sejmu ma niedługo trafić projekt ustawy, na mocy której państwowe spółki i instytucje publiczne będą mogły zaoferować medykom np. rabaty na stacjach benzynowych czy zniżki w placówkach kulturalnych i sportowych. Głównym filarem akcji ma być jednak solidarność na najniższym poziomie – po stronie społeczeństwa.

– To bardzo trudny okres dla kadry medycznej. Sytuacja pielęgniarek w czasie pandemii była szczególnie trudna, braki kadrowe w tej grupie zawodowej dodatkowo utrudniają działanie. Przeszkadzał nam przede wszystkim chaos decyzyjny i kompetencyjny. Pracownicy byli zamykani w zakładach pracy na kwarantannę i w tym czasie świadczyli pracę. Z jednej strony ich oklaskiwano i nazywano bohaterami, a z drugiej – kierowano na świadczenia przestojowe, które ograniczały ich wynagrodzenie do jednej trzeciej – mówi agencji Newseria Biznes Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.

Lekarze, pielęgniarki, ratownicy oraz pozostały personel medyczny tworzą pierwszy front w walce z pandemią wirusa SARS-CoV-2. Ostatnie miesiące pokazały, jak duże znaczenie ma ich praca dla ludzkiego zdrowia i bezpieczeństwa publicznego. Sytuacja medyków jest jednak szczególnie trudna. Obok przewlekłego stresu i obciążającej pracy muszą mierzyć się także z nawet 40-krotnie większym ryzykiem zakażenia SARS-CoV-2 i psychologicznymi skutkami wojny z pandemią.

– Na początku najbardziej doskwierały brak środków ochrony indywidualnej i złe zabezpieczanie pracowników. Sytuacja zaczęła się normalizować dopiero na początku maja – mówi Krystyna Ptok. – Zmniejsza się liczba zakażonych i przebywających na kwarantannie pielęgniarek, ale niestety cztery nasze koleżanki zmarły. W tej chwili zaopatrzenie w środki ochrony indywidualnej jest już dobre, natomiast nadal szwankują procedury. Krzywa wzrostu zachorowań trochę się spłaszcza, więc chcielibyśmy ujednolicenia wytycznych dotyczących sposobów postępowania, które płyną z Ministerstwa Zdrowia, Głównego Inspektoratu Sanitarnego i Głównego Inspektoratu Pracy. Należałoby wprowadzić jakieś wspólne standardy postępowania.

Jak podkreśla, w tej chwili medycy potrzebują przede wszystkim właściwych procedur i rozwiązań prawnych, które wyznaczą standardy postępowania i zagwarantują im możliwość bezpiecznego wykonywania swojej pracy.

– Przepisy powinny również regulować prawa pracowników w związku z zakażeniem SARS-CoV-2. Odległe skutki zachorowania wciąż są nam nieznane. Dlatego pracownicy, którzy zakazili się w miejscu pracy, powinni być rejestrowani i na tej podstawie mogliby później występować o orzeczenie choroby zawodowej czy o rentę – mówi przewodnicząca OZZPiP.

Pracujący w ciężkich warunkach personel medyczny na co dzień potrzebuje też wsparcia i społecznej solidarności. Tymczasem w ostatnich tygodniach sytuacja bywała wręcz odwrotna – lekarze czy pielęgniarki muszą mierzyć się z ostracyzmem czy wręcz agresją sąsiadów i pacjentów powodowaną lękiem przed przeniesieniem zakażenia. Ich przejawem były zdewastowane samochody czy obraźliwe wiadomości zostawiane medykom na klatkach schodowych.

– Nie doceniamy osób, które przeżywają właśnie najtrudniejsze doświadczenia zawodowe, które poświęcają swoje życie. Sytuację, której doświadczamy, należy postrzegać w kategoriach kryzysu prowadzącego do traumy, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i społeczno-kulturowym. Skala zmian, doświadczeń granicznych, przez które właśnie przechodzimy, zagrożenia życia i zdrowia oraz obrazów, którymi jesteśmy bombardowani – jak ciężarówki wywożące ciała umierających – prowadzi do traumy i szukania kozłów ofiarnych – mówi Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG. – Jeżeli tak dalej pójdzie, nie będziemy mieli osób, które zechcą pełnić służbę państwu.

– To są ludzie, którzy bardzo ciężko pracują, ponadwymiarowo, narażają siebie i swoje rodziny. Dlatego powinni być wynagradzani odpowiednio do tego ryzyka i nakładu pracy. W tej chwili nie są, więc tu jest szerokie pole do działania – mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – Druga sprawa to walka o dobre imię służby zdrowia, lekarzy, ratowników i pielęgniarek. Ci ludzie powinni być noszeni na rękach, a nie być ofiarami różnych nieprzyjemnych odruchów społecznych.

My, Solidarni to społeczna inicjatywa, która ma zapewnić pomoc i wsparcie medykom walczącym na pierwszej linii frontu z SARS-CoV-2. Jest wzorowana na podobnym programie skierowanym do weteranów polskiej armii. Inicjatywa opiera się na czterech filarach: administracji rządowej, samorządowej, przedsiębiorstwach i obywatelach. Niedługo do Sejmu ma trafić projekt ustawy, na mocy której państwowe spółki i instytucje publiczne będą mogły zaoferować medykom np. rabaty na stacjach benzynowych Orlenu czy zniżki w placówkach kulturalnych i sportowych. Podobną możliwość będą mieć samorządy. W akcję mogą włączyć się też prywatne firmy, oferując np. zniżki czy preferencyjne oferty i rabaty na swoje towary i usługi dla pracowników zawodów medycznych i ich rodzin.

– Chcieliśmy, żeby inicjatywa nie wyszła od środowisk medycznych, aby ktoś nie wziął tego za próbę budowania jakiegoś systemu przywilejów. Nie chodzi o to, żeby ktoś na tym zarobił – mówi prof. Paweł Kowal. – Chciałbym też podkreślić kwestie bezpieczeństwa prawnego, ubezpieczeń, pewnych gwarancji państwowych dla medyków. To jest umotywowane bezpieczeństwem kraju i możliwością, że w przyszłości będziemy mieli do czynienia z podobnymi albo gorszymi historiami.

Głównym filarem akcji ma być solidarność na poziomie społeczeństwa. Inicjatorzy podkreślają, że każdy może się włączyć – wystarczy zacząć od siebie, od udostępnienia miejsca w kolejce do apteki czy na poczcie, od prostego gestu życzliwości. W czasie pandemii i obecnego kryzysu bardzo ważne jest wsparcie, uznanie, zaufanie i zrozumienie dla pracowników medycznych oraz docenienie ich pracy.

Eksperci są zgodni, że epidemie chorób zakaźnych będą coraz częstsze. Ochrona zdrowia musi być przygotowana do kolejnych kryzysów. Dlatego potrzebna jest jej gruntowna reforma i wsparcie dla personelu medycznego – zarówno na poziomie rządowym, jak i społecznym.

– Musimy zbudować szeroki front, który będzie wspierał prawdziwą reformę służby zdrowia w Polsce. Bez tego nie damy sobie rady ani na co dzień, ani w przyszłości – podkreśla Andrzej Arendarski. – Gdybyśmy zostali skonfrontowani z podobną pandemią, ale wirus byłby dużo bardziej agresywny, wówczas skutki mogłyby być trudne do wyobrażenia. Trzeba już teraz temu przeciwdziałać. Służba zdrowia to zbyt poważna sprawa, żeby ją zostawiać politykom, bo oni zawsze chcą coś ugrać. Tutaj trzeba stworzyć pewien ruch społeczny, który na politykach wymoże zajęcie się zreformowaniem służby zdrowia na poważnie.

Według danych Ministerstwa Zdrowia od wybuchu w Polsce pandemii SARS-CoV-2 do 3 czerwca zakażenie stwierdzono u ponad 2,4 tys. pracowników ochrony zdrowia, w tym 660 lekarzy i 1659 pielęgniarek oraz 85 położnych, a 428 osób było hospitalizowanych lub w trakcie kwarantanny. To oznacza, że personel medyczny stanowi ok. 10 proc. wszystkich zakażonych. Pracownicy służby zdrowia są również szczególnie narażeni na psychologiczne skutki pandemii, co podkreśla też ONZ. Według danych przytaczanych przez Medicover 35 proc. z nich odczuwa traumatyczny stres, a 15 proc. cierpi na depresję.

Firmy ostrożnie planują inwestycje w kryzysie. Tylko 17 proc. chce angażować środki w rozwój

0

Ze względu na skutki pandemii większość firm, szczególnie z sektora MŚP, ostrożnie podchodzi do planowania inwestycji w warunkach gospodarczego spowolnienia. Nie mogą pozwolić sobie na zbędne i kosztowne projekty. Alternatywą jest wzięcie „na warsztat” już posiadanych rozwiązań i sprawdzenie, jak firma może lepiej wykorzystywać narzędzia IT, które ma w swoich zasobach. Przedsiębiorstwa mogą realizować mniejsze projekty i inwestować w niewielkie rozwiązania IT, ale przynoszące znaczące usprawnienia i oszczędności.

Trzymiesięczny lockdown wymusił wstrzymanie działalności wielu firm, co przełożyło się na straty finansowe. Z drugiej strony koronawirus wygenerował u nich dodatkowe koszty. W co 10. przedsiębiorstwie wydatki związane z dostosowaniem się do działalności w czasie pandemii stanowią nawet ponad 5 proc. budżetu kosztowego – wynika z badania Polskiego Forum HR („Bezpieczny powrót do pracy w nowej normalności”). Ponad połowa (53 proc.) firm spodziewa się w nadchodzących miesiącach zmniejszenia rentowności, a na ograniczenie możliwości prowadzenia działalności oraz wzrost cen towarów i usług wskazało kolejno 29 i 22 proc.

W takich warunkach – i wobec spodziewanego spowolnienia gospodarczego o nieznanej jeszcze skali – firmy ostrożnie podchodzą do planowania inwestycji. Jak wynika z ostatniej edycji badania „KoronaBilans MŚP” przeprowadzonego na zlecenie KRD, w najbliższych trzech miesiącach tylko 16,6 proc. planuje przeznaczyć pieniądze na rozwój. W tej grupie co czwarte przedsiębiorstwo zamierza zainwestować w systemy IT, aplikacje i sklepy internetowe.

Z zapytań klientów czy nawet informacji zamieszczanych na portalach branżowych wynika, że koronawirus znacznie przyspieszył rozwój biznesu pod kątem IT. Projekty, nad którymi klienci zastanawiali się od kilku lat, teraz stały się priorytetowe i już rozpoczęły się nad nimi prace – wskazuje Kinga Moska, Service Delivery Executive w Hicronie.

Wiele firm w ostatnich tygodniach przeszło przyspieszony kurs cyfryzacji i wdrożyło nowe rozwiązania IT. Wynika to z faktu, że pandemia i społeczna izolacja wymusiły na nich przeniesienie działalności do sieci. Rozwój kanału online był niezbędny, żeby firmy mogły przetrwać i nie stracić płynności finansowej. Jak wynika z majowej edycji badania KRD, również w najbliższym czasie ponad 62 proc. przedsiębiorstw planuje aktywniejsze działania online.

 Wielkim zainteresowaniem zaczęły się cieszyć rozwiązania typu portale e-commerce do sprzedaży detalicznej oraz te związane z bezpieczeństwem. Obszary dotyczące infrastruktury – ze względu na coraz powszechniejszy tryb pracy zdalnej – spadły ze swojej silnej dotychczas pozycji. Biznes obecnie rozwija się raczej pod kątem usługowym – mówi Kinga Moska.

Jak podkreślają eksperci Hicrona, firmy powinny wykorzystać ten czas na umacnianie swojej konkurencyjności i pozycji rynkowej. Do wyboru mają kilka scenariuszy rozwoju przedsiębiorstwa w czasie kryzysu. Mogą np. realizować mniejsze projekty i inwestować w niewielkie rozwiązania IT, ale przynoszące znaczące usprawnienia i oszczędności, albo wykorzystać czas na uporządkowanie do tej pory mniej priorytetowych obszarów technologicznych. By szerzej przedstawić rozwiązania i scenariusze przygotowane do aktualnej sytuacji biznesowej, firma zorganizowała pięć spotkań w ramach HicrOn-Time Webinars, powstałych na kanwie HicrOn-Time Strategy. Kolejne nagrania odcinków pojawiają się na stronie organizatorów co tydzień w czwartek.

Pewne jest to, że organizacje nie mogą sobie pozwolić na inwestycje zbędne i kosztowne. Planowanie wszelkich nowych projektów wymaga ostrożności i strategii skupionej na takich sposobach ulepszania firmy, które nie wymagają dużych środków finansowych czy zawierania zobowiązujących kontraktów. Jedną z metod jest wzięcie „na warsztat” już posiadanych rozwiązań i sprawdzenie, jak firma może lepiej wykorzystywać narzędzia IT, które ma w swoich zasobach. Temu służą np. szkolenia pracowników.

– To krótkie, najczęściej jednodniowe szkolenia, które mają na celu odświeżenie wiedzy na temat danej funkcjonalności bądź skupienie się na konkretnym przypadku użycia systemu. Takie warsztaty cieszą się w ostatnim czasie dużą popularnością. Pozwalają np. zwiększyć liczbę użytkowników systemu i zaangażować w szkolenie nowe osoby, co znacznie optymalizuje pracę i proces. Taki warsztat może zostać powtórzony po około dwóch tygodniach w celu usystematyzowania wiedzy i odpowiedzi na pytania, które pojawiły się w międzyczasie. Po przeprowadzeniu takich szkoleń widać zwiększenie efektywności użytkowników końcowych, a także zmniejszenie liczby generowanych zgłoszeń, co bezpośrednio przekłada się na korzyści pieniężne. Nie jest to zatem wielka inwestycja, a stopa zwrotu jest znacząca – przekonuje ekspertka firmy Hicron.

Przedsiębiorstwa często uważają, że po wdrożeniu nowego systemu IT użytkownicy sami nauczą się, jak z niego korzystać, więc inwestowanie w szkolenia jest zbędne. Jednak jest to tylko pozorna oszczędność, ponieważ niepełne wykorzystanie możliwości nowego narzędzia może okazać się w długoterminowej perspektywie mniej korzystne.

Inwestowanie w rozwiązania, które sprawdzą się w obecnych, wymagających czasach i zaprocentują w przyszłości, wymaga określenia priorytetów firmy i dobrze przygotowanej strategii.

– Wykorzystujemy praktyczne doświadczenie konsultantów i programistów. Przedstawiając propozycje rozwiązania, bierzemy odpowiedzialność za jego realizację i wpływ na poprawę procesów biznesowych. Rozwijamy rolę Trusted Advisora, który jest doradcą technicznym, wizjonerem, architektem rozwiązania oraz który wyciąga wnioski z poprzednich projektów i adaptuje je w nowych warunkach, u nowych klientów – mówi Kinga Moska.

Podczas pandemii wzrosła liczba cyberataków. Hakerzy celują w infrastrukturę krytyczną i luki w zabezpieczeniach podczas pracy zdalnej

W dobie pandemii koronawirusa zagrożenie ze strony hakerów się nasiliło, a rewolucja przemysłowa w zakresie internetu rzeczy oraz upowszechnienie się systemów pracy zdalnej otworzyło przed cyberprzestępcami nowe możliwości przeprowadzenia ataków. Jednostki rządowe oraz firmy technologiczne przygotowują się do wojny z cyberprzestępczością, aby zminimalizować skutki ataków na infrastrukturę krytyczną.

– Ataki ukierunkowane na infrastrukturę krytyczną i przemysłowe systemy sterowania wzrosły 20-krotnie w 2019 roku i ponownie wzrosły w tym roku podczas przymusowej izolacji spowodowanej przez pandemię SARS-CoV-2. Hakerzy starają się wykorzystywać luki w zabezpieczeniach pracujących zdalnie – wskazuje Aviv Abramovich, szef działu zarządzania usługami bezpieczeństwa w Check Point. – Rewolucja przemysłowa 4.0 jest już bardzo zaawansowana, a ze względu na pandemię jeszcze przyspieszy, dlatego bardzo ważne jest, aby chronić infrastrukturę, od hali produkcyjnej i pola po chmurę.

Według raportu „X-Force Threat Intelligence Index 2020” opracowanego przez firmę Intel w 2019 roku przeprowadzono rekordową liczbę ataków cybernetycznych 8,5 mld przypadków. Pod zmasowanym ostrzałem znalazła się przede wszystkim infrastruktura krytyczna – sieci energetyczne, służba zdrowia czy instytucje finansowe. Cyberprzestępcy coraz częściej wykorzystują do przeprowadzania ataków luki w systemach informatycznych nowej generacji, takich jak internet rzeczy, automatyczne urządzenia przemysłowe czy systemy medyczne.

Intensyfikację cyberataków w czasie pandemii zaobserwowali m.in. specjaliści z Australijskiego Centrum Cyberbezpieczeństwa. Kampania hakerska, z jaką od kilku miesięcy zmaga się ten kraj, ma być wycelowana w organizacje rządowe, służbę zdrowia i operatorów infrastruktury krytycznej. Według zapewnień rządu skala ataków może świadczyć o tym, że ich zleceniodawcą jest obce państwo.

W Polsce sejmowa Komisja Administracji i Spraw Wewnętrznych pracuje obecnie nad nowelizacją ustawy o zarządzaniu kryzysowym, która  pozwoli przygotować się na incydenty tego typu. Zgodnie z nowymi zapisami ma zostać rozszerzony zakres ochrony infrastruktury krytycznej – systemy cyberbezpieczeństwa mają objąć ochroną nie tylko konkretne zakłady, ale też całe łańcuchy infrastruktury krytycznej. Powstać mają także szczegółowe plany zarządzania ryzykiem oraz reagowania kryzysowego, które mają zminimalizować ryzyko skutecznego przeprowadzenia cyberataków oraz zniwelować ich skutki.

– Podczas pandemii SARS-CoV-2 wzrosła liczba ataków na sieci sterowania przemysłowego i systemy ICS/SCADA, które zarządzają infrastrukturą krytyczną w obszarze energii, produkcji, transportu i mediów. Zakłócenia wywołane przez te ataki sprawiły, że bezpieczeństwo ma wyższy priorytet, ale wdrożenie musi być łatwe dla organizacji, z automatyczną ochroną, która nie wpływa na codzienne operacje – wskazuje Robyn Westervelt, dyrektor ds. badań w IDC.

Według najnowszego rankingu bezpieczeństwa sieciowego opracowanego przez firmę Check Point Software Technologies Polska zajmuje 26. pozycję wśród krajów europejskich oraz 51. miejsce wśród wszystkich 105 przebadanych krajów.

Pojawienie się koronawirusa przyspieszy automatyzację rynku pracy. Roboty zyskały zupełnie nowe zastosowania w wielu dziedzinach

Pandemia koronawirusa położyła się cieniem na globalnej gospodarce. Aby powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa, konieczne było ograniczenie pracy w części zakładów przemysłowych oraz zamknięcie linii produkcyjnych. Ubocznym efektem restrykcji pandemicznych będzie wzrost zainteresowania technologiami z branży automatyzacji, w tym robotami wyspecjalizowanymi w wykonywaniu zadań zlecanych do niedawna fizycznym pracownikom.

– Pojawienie się wirusa powoduje perturbacje w działaniu firm i dezorganizuje życie codzienne, dlatego tam, gdzie można wyeliminować ten czynnik, żeby zapewnić ciągłość procesu, będziemy implementować rozwiązania oparte na technice. Wiele osób będzie miało na względzie robotyzację, usprawnianie procesów tak, aby zmniejszyć liczbę ludzi, którzy są podatni na wszelkiego rodzaju wirusy i czynniki zewnętrzne. Ciągłość firmy, działanie operacyjne, zapewnienie przede wszystkim możliwości prowadzenia działalności gospodarczej będą tutaj kluczowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Marek Nowakowski, dyrektor ds. technicznych Stekop SA.

Według raportu „Global Capital Confidence Barometer” autorstwa firmy EY koronawirus przyspieszy automatyzację przedsiębiorstw. 36 proc. managerów przyznało, że w odpowiedzi na postpandemiczne wyzwania wdroży rozwiązania z zakresu automatyzacji pracy, a 31 proc. planuje przeprowadzić proces cyfryzacji firmy. W Chinach odsetek ten jest jeszcze większy i wynosi odpowiednio 71 proc. oraz 66 proc. Badanie ujawnia także, które technologie w najbliższym czasie będą cieszyć się największym zainteresowaniem. Wśród managerów z Chin, którzy chcą wykorzystać nowe technologie, aby zminimalizować skutki pandemii, aż 47 proc. opowiada się za wdrożeniem modelu pracy zdalnej. Z kolei 21 proc. wierzy w to, że kryzysu pozwolą uniknąć technologie Big Data oraz sztuczna inteligencja.

Firma Stekop włączyła się w ten trend i zaprojektowała system automatyzujący diagnostykę osób przemieszczających się w miejscach publicznych. Maszynę wyposażono w sztuczną inteligencję oraz czujniki termiczne mierzące temperaturę klientów. System rozpoznawania twarzy koreluje informacje z konkretną osobą, dzięki czemu może przypisać kilka pomiarów do jednego klienta, aby ułatwić rozpoznanie wstępnych objawów koronawirusa.

– W służbie zdrowia też da się zaimplementować rozwiązania oparte na robotyce tam, gdzie człowiek był narażony na kontakt z drugą osobą. Pandemia pokazała, że inżynierowie mogą w tej sferze zaproponować wiele rozwiązań technicznych. Pojawiły się automaty, w których pacjent przychodzący poddawany jest weryfikacji pod kątem temperatury, a duży ich odsetek wymaga prostej diagnozy, co może być zrobione w trybie online. Mamy też roboty, które jeżdżą w obiektach służby zdrowia i zabijają bakterie i wirusy poprzez działanie lamp ultrafioletowych i dezynfekcję z wykorzystaniem płynów – wymienia ekspert.

Robota automatyzującego pracę personelu medycznego zaprezentowała m.in. firma APA Group. Maszynę zaprojektowano w taki sposób, aby zautomatyzowała proces podawania posiłków i leków czy pomiar temperatury, ograniczając kontakt personelu z osobami chorymi. Robot dysponuje także systemem autodezynfekującym, który redukuje ryzyko rozprzestrzenienia się wirusa.

Po technologie inteligentne sięgnęły również władze Singapuru, które wykorzystały robota kroczącego Spot od firmy Boston Dynamics do patrolowania przestrzeni miejskich. Czteronożna maszyna ma wyręczyć służby porządkowe w upominaniu mieszkańców o konieczności zachowania bezpiecznego dystansu społecznego. Robot wyposażony w czujniki optyczne automatycznie monitoruje liczbę osób odwiedzających patrolowany obszar i upomina przechodniów, jeśli ci nie stosują się do zaleceń pandemicznych i spacerują zbyt blisko siebie.

– Roboty wykorzystywano do dostaw towarów dla osób w kwarantannie lub o podwyższonym ryzyku. Część firm nie chciała też angażować całej załogi, w związku z czym do niektórych prac zaangażowano roboty zaprogramowane tak, aby mogły wykonywać proste czynności. Tam, gdzie można zaimplementować robota, będzie to na pewno rozważone tak, aby nie musieć przeobrażać całej linii. Czasami łatwiej ponieść jednorazowy wydatek w postaci inwestycji w robota, niż wykonywać przezbrojenie całej linii produkcyjnej. Myślę, że ten kierunek będzie brany pod uwagę – podsumowuje dr inż. Marek Nowakowski.

Według firmy badawczej Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku robotów autonomicznych do 2026 roku wzrośnie do blisko 17,8 mld dol.