Conotoxia Holding (właściciel Cinkciarz.pl) podsumował 2019 rok

Firmy z grupy Conotoxia Holding, do której należą marki Cinkciarz.pl i Conotoxia, odnotowały w 2019 roku nadzwyczajne wzrosty swoich czołowych produktów.

Większy wolumen transakcji i rosnące przychody – tak w porównaniu do 2018 roku portal Cinkciarz.pl podsumowuje finansowo ubiegły rok. Podane liczby najlepiej obrazują rynkową dominację spółek z grupy.

  • W 2019 roku obrót na transakcjach wymiany walut wzrósł o ok. 18% w porównaniu do 2018 roku, osiągając wartość 18,7 miliarda PLN i zwiększając przychody spółki o  ok. 20%.
  • Rosła również kategoria przekazów pieniężnych: wolumen tych transakcji zwiększył się o 32% (do 2,4 miliarda PLN) w zestawieniu z 2018, a przychody urosły o 45%.
  • Transakcje na rynku Forex okazały się bestsellerem i zanotowały wzrost obrotów o 377%, a spółka wygenerowała o 353% wyższy przychód w porównaniu z poprzednim rokiem.
  • W zestawieniu z 2018, w ubiegłym roku wykorzystanie kart jako metody płatniczej w portalu zwiększyło się o 2025% pod kątem wolumenu, a średnia miesięczna wartość takich transakcji wzrosła o 1000%.
  • Rozwijała się również baza klientów: w 2019 roku zwiększyła się ona o 17% w zestawieniu z 2018.
  • Z usług portalu korzysta coraz więcej firm. W 2019 roku klienci biznesowi odpowiedzialni byli niemal za 40% obrotu.
  • Na popularności zyskiwały rozwiązania dedykowane dla biznesu: obrót w ramach systemu płatności online Cinkciarz Pay w sklepach internetowych wzrósł o 1200% w porównaniu do 2018 roku.
  • Kolejny pobity rekord to liczba zwycięstw w rankingach prognoz walutowych Bloomberga: Cinkciarz.pl triumfował w nich 31 razy w 2019 roku, a 58 razy znalazł się na podium.
  • W porównaniu do 2018 r. koszt pozyskania klienta transakcyjnego (CAC) zmniejszył się o 45% w 2019 roku, a każda złotówka wydana na działania marketingowe przyniosła firmie obrót wyższy o 102%.
  • Zatrudnienie w grupie Conotoxia Holding utrzymywało się na podobnym poziomie, co w 2018 roku. Aktualnie w ramach wszystkich spółek pracują 274 osoby.
  • Na jubileuszowy 10. rok działalności spółka zapowiedziała premierę karty wielowalutowej wraz z jej udostępnieniem dla klientów w Europie i USA.
  • Grupa będzie kontynuowała dalszy rozwój usługi przekazów pieniężnych oraz płatności w Europie i USA.

Ponad 21 miliardów obrotu, trzy- i czterocyfrowe wzrosty

Chociaż wymiana walut nadal pozostaje istotnym elementem oferty Cinkciarz.pl, największe wzrosty zanotowano na dwóch innych produktach, które z miesiąca na miesiąc zyskują nowych zwolenników. Wolumen przekazów pieniężnych przekroczył w ubiegłym roku 2,4 miliarda PLN, co oznacza wzrost o 32% w porównaniu do 2018 roku. Rosły również przychody – dla tej usługi były one o 45% wyższe niż w poprzednim roku.

Kolejną usługą, która okazała się hitem oferty i w 2019 roku pobiła wszelkie rekordy, są transakcje na rynku Forex. Ich uruchomienie w grudniu 2017 roku okazało się strzałem w dziesiątkę. Conotoxia Ltd., spółka, która dostarcza tę usługę klientom portalu Cinkciarz.pl, zanotowała w 2019 roku wzrost obrotów o 377% i o 353% wyższy przychód.

Nie oznacza to jednak, że użytkownicy zapomnieli o wymianie walut. Od wielu lat najlepsze kursy na rynku nadal przyciągają nowych i powracających użytkowników. W minionym roku obrót na takich transakcjach urósł o ok. 18%, osiągając wartość 18,7 miliarda PLN, a przychód spółki zwiększył się o 20% w porównaniu do 2018 roku.

Klienci coraz chętniej korzystali z wielu metod płatności udostępnianych w portalu Cinkciarz.pl. Obrót na transakcjach kartami w 2019 roku wzrósł o 2025% w porównaniu do 2018, a średni miesięczny wolumen takich transakcji zwiększył się o 1000%.

Jeszcze więcej rekordów: baza klientów, portfolio produktów, prestiżowe nagrody

Fintech ma wielu wiernych użytkowników, którzy korzystają z jego usług od momentu powstania 10 lat temu, a nowych wciąż przybywa. W 2019 roku baza klientów zwiększyła się o 17% względem roku poprzedniego. – Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem niezmiernie dumny z osiągnięć spółek z grupy Conotoxia Holding. Wojna o klienta na rynku fintechów trwa w najlepsze i wielu z naszych konkurentów obniża swoje marże nawet do zera. Powoduje to, że pomimo niebotycznych budżetów marketingowych i zewnętrznego finansowania, latami pozostają nierentowni – komentuje Marcin Pióro, CEO Conotoxia Holding.

Segment klientów biznesowych intensywnie się rozwijał. Obrót transakcji tych klientów stanowił prawie 40% całkowitego obrotu użytkowników portalu w 2019 roku. Co zrozumiałe w obliczu tych danych, Grupa kontynuowała rozwój usług dedykowanych dla biznesu. Na popularności zyskał autorski system płatności dla e-commerce, Cinkciarz Pay – obrót na transakcjach wykonywanych przez ten system w sklepach internetowych wzrósł o 1200%, porównując z 2018.

2019 w Cinkciarz.pl to również rok wielkich zwycięstw w prestiżowym rankingu Bloomberga, gdzie o wygraną walczą specjaliści największych instytucji finansowych świata. Prognozy walutowe przygotowane przez analityków fintechu pozwoliły spółce zwyciężyć aż 31 razy w kwartalnych zestawieniach, a 58 razy zająć miejsce na podium. – Nasza dominacja w rankingach Bloomberga to kolejny powód do dumy – dodaje Marcin Pióro. – Tylu zwycięstw w 2019 roku nie miała żadna inna światowa instytucja biorąca udział w tej klasyfikacji.

Słowo roku: optymalizacja

Poza rozbudową portfolio ofertowego, w 2019 roku Conotoxia Holding skupiła się na działaniach optymalizacyjnych. Z bardzo dobrym skutkiem – koszt pozyskania klienta transakcyjnego w 2019 roku był o 45% niższy niż w 2018 roku, a każda złotówka, którą firma wydała na działania marketingowe, wygenerowała o 102% wyższy obrót niż w poprzednim roku.

– Jak widać, nasze usługi bronią się same, a na dodatek generują przychód. To oczywiście zasługa naszych klientów. Dzięki nim możemy nieustannie się rozwijać, wprowadzać nowe usługi i wchodzić na kolejne rynki. Zarówno tym, którzy są z nami od dawna, jak i nowym użytkownikom jestem bardzo wdzięczny – mówi CEO.

Conotoxia Holding podała również dane dotyczące zatrudnienia w grupie. Liczba pracowników utrzymuje się na podobnym poziomie, co w 2018 roku. Obecnie grupa zatrudnia 274 specjalistów.

Jubileuszowe plany na 2020 rok

Po rekordowym 2019 roku Cinkciarz.pl wkroczył właśnie w jubileuszowy, dziesiąty rok działalności. Już jego pierwsze tygodnie pokazały, że spółka nie ma zamiaru spocząć na laurach i w 2020 chce przekroczyć wszelkie granice. Również dosłownie – na Cinkciarz.pl znajdziemy informacje o tym, że usługa przekazów pieniężnych dostępna jest już w 42 amerykańskich stanach, a do listy wkrótce dołączą kolejne. Jeszcze w tym roku na amerykańskim rynku zadebiutuje autorski system płatności dla e-commerce, Conotoxia Pay, będący odpowiednikiem działającego już z sukcesem na polskim rynku Cinkciarz Pay.

 

Na 2020 rok Cinkciarz.pl zaplanował także premierę karty wielowalutowej, która ma szansę stać się kolejnym hitem oferty – ta również zostanie udostępniona klientom z USA i Europy już na przełomie drugiego i trzeciego kwartału tego roku.

– 10 lat temu zrewolucjonizowaliśmy rynek wymiany walut, przenosząc go do internetu i oferując najbardziej atrakcyjne kursy na rynku. Za naszym przykładem podążały banki i inni gracze, powoli obniżając swoje prowizje za wymianę walut, które kiedyś wynosiły nawet 20%. Rynek zmienia się w zawrotnym tempie, my również poszerzamy ofertę, ale portal Cinkciarz.pl zawsze oferował najlepsze kursy walut i to się nigdy nie zmieni – podsumowuje Pióro.

Usługi oferowane w serwisie Cinkciarz.pl świadczą firmy należące do Conotoxia Holding.

Świadczenie usług elektronicznych a VAT

Nie każda usługa świadczona przez Internet może być zakwalifikowana jako usługa elektroniczna. Odpowiednie ustalenie charakteru usługi, a następnie obowiązków związanych z rozliczeniami podatku jest kluczowe dla racjonalnego i świadomego przedsiębiorcy, gdyż pozwala na ograniczenie ryzyka podatkowego.

Każdorazowo analiza usług powinna opierać się na krajowych przepisach oraz przepisach unijnych, a jeżeli usługi mają być świadczone także do innych krajów UE, należy brać pod uwagę także przepisy obowiązujące w danym kraju.

Czym są usługi elektroniczne?

Usługi elektroniczne to szeroko pojęte usługi świadczone za pomocą środków komunikacji elektronicznej, w szczególności Internetu lub innych sieci elektronicznych, których świadczenie jest zasadniczo zautomatyzowane i nie wymaga dużego wkładu pracy człowieka, a świadczenie tych usług bez technologii telekomunikacyjnej jest niemożliwe.

Rozporządzenie Wykonawcze Rady (UE) nr 282/2011 z dnia 15 marca 2011 r. ustanawiające środki wykonawcze do dyrektywy 2006/112/WE w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej zawiera przykładowy katalog usług elektronicznych, do których należą m.in. dostawy oprogramowania drogą elektroniczną, strony internetowe, automatyczne usługi internetowe wykonywane na podstawie wprowadzonych przez nabywcę danych, przekazywanie prawa do wystawiania towarów na aukcje, zdalne zarządzanie systemami, hurtownie danych, serwerownie, sterowniki itp.

Na marginesie warto wskazać, że dla organów podatkowych świadczenie usług internetowych różni się od świadczenia usług elektronicznych. Przykładowo w interpretacji indywidualnej z 14 grudnia 2016 r., sygn. akt 0461-ITPP2.4512.792.2016.1, Dyrektor Izby Skarbowej w Bydgoszczy stwierdził, że aby zakwalifikować dane świadczenie do usług elektronicznych, musi ono być świadczone przez Internet lub za pomocą innej sieci. Ponadto muszą być spełnione inne warunki, jak np. automatyzacja, niewielki udział człowieka, a świadczenie nie może być wykonywane bez technologii.

Obowiązek podatkowy

Należy pamiętać, że polska ustawa o VAT nie przewiduje konkretnego momentu powstania obowiązku podatkowego dla usług świadczonych drogą elektroniczną, dlatego należy w takich sytuacjach stosować zasady ogólne – co do zasady data świadczenia usługi.

Natomiast w sytuacji, gdy przedsiębiorca świadczy usługi klientom po dokonaniu przez nich płatności, zgodnie z art. 19a ust 8 ustawy o podatku VAT obowiązek podatkowy powinien powstać w momencie otrzymania płatności, jeśli płatność może być traktowana jako zaliczka na określoną usługę.

Na marginesie warto zaznaczyć, że jeżeli płatność będzie dokonywana na rachunek ogólny, tj. bez wyraźnego wskazania/przypisania do konkretnej usługi, zastosowanie mogą mieć regulacje dotyczące bonów różnego przeznaczenia (określone w art. 8b ustawy o VAT) i w konsekwencji obowiązek podatkowy w takich przypadkach może powstać w późniejszym momencie, tj. w momencie faktycznego świadczenia określonej usługi.

Miejsce opodatkowania

Prawidłowe rozliczenie VAT z tytułu świadczenia usług elektronicznych wymaga w szczególności ustalenia miejsca opodatkowania tych transakcji. W przypadku transakcji sprzedaży usług elektronicznych do podatników VAT miejscem opodatkowania takich transakcji jest – zgodnie z zasadą ogólną – miejsce, w którym podatnik będący usługobiorcą posiada siedzibę działalności gospodarczej. Oznacza to, że w przypadku sprzedaży takich usług do podmiotów z innych krajów, do ich opodatkowania będzie dochodziło w kraju usługobiorcy, a usługodawca wystawi fakturę z odwrotnym obciążeniem.

Nieco bardziej skomplikowanie wygląda sytuacja w przypadku sprzedaży usług na rzecz konsumentów, w szczególności będących obcokrajowcami. Zgodnie z art. 28k ustawy o podatku VAT w przypadku transakcji sprzedaży usług elektronicznych do konsumentów miejscem świadczenia jest miejsce, w którym nabywca ma siedzibę, stałe miejsce zamieszkania lub zwykłe miejsce pobytu.

W związku z powyższym może się zdarzyć, że miejsce opodatkowania świadczonych usług elektronicznych będzie poza Polską – taka sytuacja spowoduje konieczność rozliczenia VAT należnego w kraju nabywcy, zgodnie z ustawą o VAT tego kraju. Możliwe jest także skorzystanie z MOSS (ang. Mini One Stop Shop), specjalnego narzędzia ułatwiającego rozliczenia VAT od takich usług, bez konieczności rejestracji podatnika w kraju nabywcy usług.

Procedura MOSS

Zgodnie z rozdziałem 6a ustawy o VAT można w takich sytuacjach zastosować procedurę szczególną MOSS. Należy zaznaczyć, że nie jest to obowiązek, lecz ułatwienie dla przedsiębiorców. W celu skorzystania z tej procedury należy zarejestrować się poprzez złożenie formularza VIU-R w urzędzie poprzez e-deklaracje. Następnie przedsiębiorca musi składać specjalne deklaracje VAT na druku VIU-D za okresy kwartalne do Drugiego Urzędu Skarbowego Warszawa-Śródmieście. Termin na złożenie deklaracji to 20 dzień każdego miesiąca po zakończeniu kwartału. Całość raportowania odbywa się elektronicznie. Zapłaty należy dokonać w walucie euro.

Obowiązek stosowania kas fiskalnych

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Finansów z dnia 28 grudnia 2018 r. w sprawie zwolnień z obowiązku prowadzenia ewidencji przy zastosowaniu kas rejestrujących usługi świadczone na rzecz osób niebędących podatnikami nie muszą być udokumentowane za pomocą kasy fiskalnej, jeżeli dostawca otrzyma całą zapłatę za usługę za pośrednictwem rachunku bankowego, a płatność może być jednoznacznie przypisana do konkretnego świadczenia usług wraz z rejestrem i dowodem zapłaty (pełny opis usług jest w tym momencie kluczowy). W przypadku usług elektronicznych, z uwagi na korzystanie z technologii, taki sposób rozliczeń jest naturalny, dlatego w takiej sytuacji podatnik może wystawić jedynie fakturę i nie ewidencjonować sprzedaży do osób fizycznych na kasie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Tłusty Czwartek – dziś zjemy 7 tysięcy ton pączków

Tradycja jedzenia słodkich pączków w Tłusty Czwartek sięga w Polsce XVI wieku. Powszechne jest przekonanie, że idealny pączek jest puszysty i jednocześnie lekko zapadnięty, a jasna obwódka dookoła ma świadczyć o tym, że ciasto smażone było na świeżym tłuszczu.

Szacuje się, że obecnie tego dnia spożywamy przeciętnie około 100 milionów pączków, czyli na jednego mieszkańca Polski przypada 2,5 pączka. Przy założeniu, że przeciętny pączek waży ok. 70 gramów, 20 lutego br. zjemy 7 tysięcy ton pączków. Do przygotowania odpowiedniej ilości ciasta drożdżowego, w piekarniach, cukierniach i domach zostanie zużyte łącznie ok. 2,5 tysiąca ton mąki pszennej, 500 ton cukru, 500 ton masła, 1,3 mln litrów mleka oraz około 25 mln sztuk jaj.

– Ceny pączków w sklepach i cukierniach zaczynają się od kilkudziesięciu groszy, sięgając nawet 5-6 zł za sztukę. Jest to uzależnione od miejsca zakupu, wielkości miasta, ale też, co ciekawe – pory dnia. Jeżeli natomiast zdecydujemy się na przygotowanie pączków w domu, a po poszczególne składniki udamy się do sklepów osiedlowych czy małoformatowych, to koszt przygotowania jednego pączka może wynieść przeciętnie od 1,16 zł do 1,60 zł – mówi Marta Skrzypczyk, Dyrektor Biura Analiz Sektora Rolno-Spożywczego w Banku BNP Paribas. – Jednak ze względu na wzrosty cen detalicznych cukru, mąki oraz olejów, koszt ten będzie o ok. 5-6% wyższy niż w ubiegłym roku – dodaje.

Składnikiem, za który zapłacimy mniej, jest masło. Według danych GUS, w grudniu 2019 roku ceny detaliczne masła były przeciętnie o ok. 14% niższe niż rok wcześniej. Z kolei największy wzrost cen (o 23% w relacji rocznej) odnotowano w przypadku cukru.

Samodzielne przygotowanie pączków to zadanie pracochłonne. Dotyczy to także ich produkcji w zakładach przetwórczych. Według danych PontInfo udział kosztów pracy w kosztach działalności operacyjnej branży piekarniczej i ciastkarskiej wynosił w ostatnich latach około 18%. Dla porównania, w przypadku sektora spożywczego ogółem kształtował się na poziomie 8%. Tym samym branża w dużo większym stopniu odczuwa narastający problem z dostępem do pracowników. W 2019 roku koszty wynagrodzeń w cukierniach i piekarniach wzrosły o prawie 13%, podobnie jak koszty energii, zaś koszty surowców, stanowiące około 41% kosztów ogółem, zwiększyły się o około 8%.

Grupa Trei Real Estate podsumowała działalność w 2019 r.

  • W 2019 roku grupa Trei Real Estate zwiększyła o 1/3 wolumen projektów w budowie, który osiągnął wartość 900 mln euro.
  • Projekty mieszkaniowe stanowią 80% wszystkich zrealizowanych inwestycji.
  • Firma wybudowała 3 600 mieszkań w Polsce, Niemczech i Stanach Zjednoczonych o łącznej powierzchni 360 000 mkw.
  • Wartość portfela grupy Trei urosła rok do roku o 100 mln euro, osiągając wartość 1,2 mld euro.
  • Największa część portfela nieruchomosci grupy Trei zlokalizowana jest w Polsce (36%).

Trei Real Estate GmbH (grupa Trei Real Estate), międzynarodowy inwestor, deweloper i zarządca nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych z Niemiec, podsumował wyniki za 2019 r. na wszystkich swoich sześciu międzynarodowych rynkach – w Niemczech, Polsce, Czechach, Słowacji, Portugalii i USA.

Mocny akcent na budowę nowych projektów

Grupa Trei Real Estate w ubiegłym roku systematycznie rozwijała działalność deweloperską. Wolumen projektów w budowie wzrósł o ponad 30%, zwiększając się z 685 mln euro na koniec roku 2018 do ok. 900 mln euro do końca 2019. Opiewające na kwotę 730 mln euro (2018: 580 mln euro) inwestycje mieszkaniowe stanowiły około 80% całego wolumenu. Pozostała część, czyli 170 mln euro (2018: 105 mln euro), dotyczyła nieruchomości handlowych. Działalność deweloperska firmy koncentrowała się na Niemczech (50%) i kolejno na Polsce (30%), Stanach Zjednoczonych (18%) oraz Czechach (2%).
W 2019 r. dokonaliśmy ekspansji we wszystkich głównych segmentach naszej działalności. Jednym z kamieni milowych było wejście na polski rynek nieruchomości mieszkaniowych dzięki przejęciu projektu Bacciarellego 54 we Wrocławiu. W przygotowaniu są kolejne inwestycje mieszkaniowe w Łodzi, Poznaniu i Warszawie. W sumie grupa Trei posiada w Polsce 1 500 mieszkań w fazie planowania lub budowy. Kolejnym ważnym wydarzeniem dla Trei była ceremonia zawieszenia wiechy na naszej pierwszej inwestycji deweloperskiej w Berlinie, położonej przy Pappelallee. Wśród naszych czterech projektów w tym mieście ten jest najbardziej zaawansowany. Powstanie tu w sumie 750 mieszkań o łącznym wolumenie inwestycji ok. 250 mln euro. Równolegle kontynuowaliśmy rozwój sieci parków handlowych pod marką Vendo Park w Polsce i Czechach. W 2019 r. udało nam się otworzyć kolejne pięć obiektów i w rezultacie do końca roku zarządzaliśmy portfelem 24 ukończonych nieruchomości. Następnych 19 Vendo Parków jest obecnie w fazie planowania i budowy, –  komentuje Pepijn Morshuis, prezes grupy Trei Real Estate.

Grupa Trei jest obecnie aktywnie zaangażowana w 35 projektów deweloperskich, z których 19 to obiekty handlowe, które łącznie zaoferują 130 000 mkw. powierzchni najmu. Pozostałe 16 inwestycji to nieruchomości mieszkaniowe. Całkowita powierzchnia zabudowy 3 600 mieszkań, które Trei obecnie realizuje w Niemczech, Polsce i Stanach Zjednoczonych, wynosi 360 000 mkw.

Poprzedni rok był dla nas bardzo intensywny, co przejawiało się w zwiększeniu tempa inwestycji w Polsce. Otworzyliśmy w tym czasie pięć Vendo Parków w Bytowie, Ostrołęce, Pułtusku, Łasku i Kobyłce, które dostarczyły łącznie ponad 18 000 mkw. nowoczesnej powierzchni najmu. Na nowe projekty przeznaczyliśmy ponad 25 mln euro, zwiększając tym samym niemal dwukrotnie poziom inwestycji w stosunku do roku 2018. Powiększyliśmy też nasz polski portfel gruntów pod przyszłe projekty handlowe. To był bardzo udany rok, wytyczający nam ambitne plany na lata kolejne, dodaje Jacek Wesołowski, dyrektor zarządzający Trei Real Estate Poland.

Portfel i akwizycje

Na koniec roku 2019 grupa Trei zarządzała aktywami nieruchomościowymi o łącznej wartości 1,2 mld euro (2018: 1,1 mld euro).

Większość z 390 nieruchomości z portfela grupy znajduje się w Polsce (36%) i Niemczech (32%). Dalej plasują się Czechy (17%), Portugalia (13%), Słowacja (1%) i Stany Zjednoczone (1%). Poziom najmu w portfelu pozostał stabilny i na koniec roku 2019 wyniósł 99,4% (2018: 99,4%).

Wolumen transakcji grupy Trei w ubiegłym roku osiągnął poziom ok. 90 mln euro (2018: 161 mln euro). Przejęcia wyraźnie stanowiły większość wolumenu – 76 mln euro. Sprzedaże wyniosły 14 mln euro. Przejęcia obejmowały głównie działki, w tym grunty pod zabudowę mieszkaniową, między innymi w Moguncji, Wrocławiu i Stanach Zjednoczonych, a także działki pod nowe Vendo Parki w Polsce. Niektóre mniejsze nieruchomości w Niemczech zostały wyprzedane w celu optymalizacji portfela.

W 2020 r. kładziemy nacisk na rozwój działalności deweloperskiej w Polsce. Oprócz kontynuacji projektu mieszkaniowego we Wrocławiu przygotowujemy tutaj kilka nowych inwestycji. Jednocześnie pełną parą idą nasze działania w Stanach Zjednoczonych. Planujemy nowe projekty mieszkaniowe oprócz tego, który jest już realizowany w Charlotte w Karolinie Północnej. Wkrótce będziemy mogli ogłosić rozpoczęcie prac budowlanych w ramach nowej inwestycji w Stanach. W Niemczech z kolei postępuje budowa „Zollhafen Mainz” oraz naszych czterech projektów w Berlinie. Obecnie organizujemy konkurs architektoniczny na projekt inwestycji w Moguncji, podsumowuje Pepijn Morshuis, prezes grupy Trei Real Estate.

Jak obywatel Ukrainy przebywający na terytorium Rzeczpospolitej Polski może sprowadzić rodzinę

Jednym z najczęstszych pytań wśród osób, które przyjeżdżają  do Polski na dłuższy czas lub na stałe jest tematyka związana z łączeniem rodziny. Zdecydowana większość obywateli Ukrainy, która przebywa z zamiarem dłuższego pobytu w Polsce, prędzej czy później chce sprowadzić swoich bliskich.

Powstaje zatem pytanie, jak obywatel Ukrainy może sprowadzić do Polski małżonka lub dzieci? Na szczęście polskie ustawodawstwo przewiduje możliwość pobytu czasowego dla cudzoziemca w związku z łączeniem rodziny.

Jeśli obywatel Ukrainy zamierza sprowadzić pozostałą część swojej rodziny do Polski, powinien posiadać prawo do pobytu. Dokumentami, które legalizują pobyt cudzoziemca na terenie Polski jest:

  • karta stałego pobytu;
  • karta czasowego pobytu;
  • zezwolenie dla długoterminowego rezydenta;
  • status uchodźcy;
  • tzw. niebieska karta (karta pobytu czasowego z uwagi na wykonywanie zawodu wymagającego wysokich kwalifikacji).

Obywatel Ukrainy, który ma zamiar sprowadzić rodzinę musi posiadać stały dochód, który pozwala na utrzymanie współmałżonka i dzieci (ponieważ minimalna kwota pieniędzy na utrzymanie jednego członka rodziny powinna wynosić 570 złotych, a wynajem mieszkania nie jest brany pod uwagę). Dodatkowo, konieczne jest przedłożenie dokumentacji, która poświadcza więzy rodzinne między obywatelem Ukrainy przebywającym w Polsce, a pozostałymi członkami rodziny. Przykładem takich dokumentów będą m.in. akt zawarcia małżeństwa, czy akt urodzenia dziecka. Kolejnym z wymogów jest konieczność posiadania ubezpieczenia zdrowotnego. W przypadku posiadania zatrudnienia i odprowadzania składek do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS) istnieje możliwość dopisania pozostałych członków rodziny do istniejącego już ubezpieczenia. Następnie potrzebna jest wiza lub paszport biometryczny dla wszystkich członków rodziny, aby mogło dojść do legalnego przekroczenia granicy. Dopiero wtedy, wraz z głową rodziny, można ubiegać się o zezwolenie na pobyt dla pozostałych. Istotne jest też to, że Urząd Wojewódzki, zajmujący się legalizacją pobytu cudzoziemców, wymaga również dokumentu poświadczającego miejsce zamieszkania. Najprostszym sposobem udowodnienia miejsca zamieszkania będzie przedstawienie umowy najmu lokalu mieszkalnego lub aktu notarialnego, jeżeli cudzoziemiec posiada nieruchomość na terenie Polski.

Osobami, które mają prawo do uzyskania w Polsce legalnego pobytu w związku z łączeniem rodziny będą małżonkowi, dzieci oraz rodzice i opiekunowie osoby niepełnoletniej przebywającej w Polsce jako uchodźcy lub w ramach dodatkowego programu ochrony.

Kancelaria KL Law Polska zapewnia pomoc w legalizacji pobytu cudzoziemców i uzyskaniu zezwolenia na pobyt.

Kontakt w języku rosyjskim i ukraińskim +48 794 080 106

lub e-mail: [email protected]

Więcej informacji na naszej stronie www.kancelaria-kllaw.pl

E-commerce motorem napędowym rozwoju firm kurierskich

Wraz z dynamicznymi wzrostami, które w ostatnich latach na całym świecie notuje branża e-commerce, w sektorze logistyki i transportu możemy obserwować swoistą rewolucję. Wysokie poziomy zamówień internetowych to olbrzymia szansa dla wiodącej części rynku KEP, czyli firm kurierskich, paczkowych czy ekspresowych. Z perspektywy konsumentów, transakcje realizowane online są po prostu najbardziej wygodne. Komfort musi również iść w parze z procesem logistycznym. Towar ma mieć odpowiednią jakość, korzystną cenę i ekspresowo dotrzeć do odbiorcy.

KEP jest jednym z najszybciej rozwijających się rynków w Polsce. Wystarczy przypomnieć, że cała branża w ciągu ostatniej dekady wzrosła o ponad połowę. U źródeł sukcesu e-commerce leży możliwość swobodnego zamawiania produktów wprost pod własne drzwi bez względu na miejsce, w którym aktualnie się znajdujemy. Wymagania konsumentów determinują rozwój podmiotów, świadczących usługi kurierskie. Celem samym w sobie jest maksymalne skrócenie czasu dostawy z jednoczesnym utrzymaniem ceny na stosunkowo niskim poziomie.

Reakcja na trendy

Gwałtowny postęp e-handlu wymaga od firm kurierskich śledzenia i reakcji na trendy. Standardem jest rozwój w oparciu o korzystanie z nowych technologii czy innowacyjnych rozwiązań, które mają ułatwić sprawniejszą logistykę z zachowaniem optymalizacji kosztów. Wpływ e-commerce na logistykę widać zresztą na wielu płaszczyznach. Zmiany w infrastrukturze technicznej oraz informatycznej budują przewagi konkurencyjne i umożliwiają sprawną obsługę e-klientów.

Innym ciekawym przykładem są sieci handlowe, rozszerzające swoją ofertę o zakupy przez Internet. Same usługi logistyczne nie sprowadzają się jednak wyłącznie do przygotowania i dostarczenia przesyłki. Mechanizmy generujące skuteczną realizację zlecenia zaczynają się od obsługi systemu IT, obsługi zwrotów przez reklamacje, a nawet komunikację z klientem. Świadomość konsumentów rośnie, dlatego wielu z nich chce mieć większą kontrolą nad realizacją zlecenia. Zarówno firmy kurierskie, jak i logistyczne zmierzają jednym krokiem do specjalizacji swoich usług. Nikogo nie dziwi zatem implementacja narzędzi informatycznych oraz aplikacji mobilnych. W XXI wieku jest to powszechny standard, który nie tylko przyspiesza profesjonalizację, ale również przekłada się na wzajemne zależności pomiędzy e-commerce a szeroko pojętymi logistyką czy transportem. Wspomniane zależności to przede wszystkim sprawne oraz jakościowe przejście do „ostatniej mili kurierskiej”. Końcowe, newralgiczne ogniwo łańcucha dostaw nadal wymaga wdrożenia odpowiednich narzędzi, aby funkcjonować w oparciu o automatyzację wszystkich kluczowych procesów.

Przesyłki międzynarodowe

Zauważalnym wyzwaniem dla branży KEP staje się także obsługa przesyłek międzynarodowych. W Polsce stanowią one wciąż stosunkowo niewielką ilość, ale z roku na rok rosną wprost proporcjonalnie do segmentu e-commerce. W internetowej sprzedaży transgranicznej nie brakuje oczywiście ograniczeń jak wydłużony czas dostawy czy brak możliwości monitorowania, nie wspominając już o wyższych kosztach. Mimo to konsumenci decydują się na realizację zakupów poza granicami swojego kraju. Szansę na sukces już dawno zwietrzył największy gracz na światowym rynku, czyli Chiny, które proponują Europejczykom atrakcyjne ceny wraz z darmową przesyłką.

Obecna sytuacja jest jasnym sygnałem dla całej branży, że wszelkie rodzaju ograniczenia należy jak najszybciej wyeliminować. E-commerce wymaga nieustannej mobilności i determinacji w rozwoju, tym bardziej że z badań UPS Pulse of the Online Shopper wynika, że prawie 60% potencjalnych e-klientów zrezygnowało z realizacji zakupów ze względu na długi czas dostawy.

Michał Czechowski, Dyrektor zarządzający SwipBox Polska

Wśród głównych walut król jest tylko jeden – dolar amerykański

Czy jen nadgania słabością to, co od kilku dni doświadcza euro? Nagłe załamanie JPY wzmocniło przekonanie, że klimat risk-off odchodzi wraz z nadziejami, że skuteczne okażą się działania chińskich władz na polu opanowania wirusa i późniejszego wsparcia gospodarki. Waluty słabych gospodarek z ujemnymi stopami procentowymi stają się pożywką inwestorów przestających szukać bezpiecznych przystani. Wygrywa USD.

Ku zdumieniu sporej część rynku, w tym moim, USD/JPY wczoraj skoczył o 1,6 proc. Jednostajny ruch sugeruje masowe wyprzedawanie jena, gdyż siła dolara manifestowała się już wcześniej na innych crossach. Na rynku nie brakuje wytłumaczeń wyskoku kursu. Zabezpieczenie w JPY przeciwko wirusowej panice przestało być potrzebne; powrót do risk-on zachęca do zawierania transakcji carry-trade kosztem jena; ruch został spotęgowany przez wycinanie krótkich pozycji w USD/JPY; inwestorzy z Japonii skupują dług w USA dla wyższych stóp zwrotu; słabe dane z Japonii sprzed dwóch dni (!) podnoszą ryzyko recesji i są negatywne dla waluty. Wszystkie te hipotezy mają w jakimś stopniu sens. Ale intryguje to, co wyjątkowego było w środowej sesji, że przyniosła taki zwrot na JPY? I jeśli przyjmiemy teorię łagodzenia obaw i potrzeby bezpiecznych przystani, to dlaczego CHF pozostaje mocny, a złoto od początku tygodnia zyskało tyle, co jen stracił? Ceny aktywów nie realizują jednolitego schematu i co najwyżej imitują chaos, w jakim są obecnie prognozy gospodarcze dla świata w obliczu epidemii koronawirusa. Czy spowolnienie będzie ciężkie? Czy władze mu zapobiegną? Jaka będzie rola banków centralnych? Ostatnie zmiany cen nie dają jasnej odpowiedzi i niewykluczone, że kolejne dni przyniosą więcej zaskakujących ruchów.

Nie zmienia to faktu, że wśród głównych walut król jest tylko jeden – dolar amerykański. Gospodarka USA wykazuje najmniejsze szkody spowodowane epidemią koronawirusa. Wsparcie w segmentach rynku wewnętrznego (jak np. rynek budowlany, nastroje konsumentów) dostarczają zeszłoroczne decyzje o obniżkach stóp procentowych Fed, a mimo to oprocentowanie pozostaje wyższe niż w innych gospodarkach, co oferuje dolarowi dodatkową premię. A jednocześnie USD pozostaje walutą rezerwową i gwarantuje bezpieczeństwo. Nawet jeśli nastroje rynkowe się poprawią i kusi odkurzenie strategii carry trade, niepewność wokół kondycji rynków wschodzących prowadzi wybierania USA jako kierunku inwestycji. Rekordy Wall Street i stabilny Fed są świetną reklamą dla dolara. Czy dzieje się dobrze, czy źle, wybór pada na USD. Dopóki przekonanie o bezpieczeństwie dolara nie zostanie zachwiane, inwestorzy nie będą rozglądać się za alternatywą.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zmiana przepisów w Danii dot. płacy minimalnej – nowe obowiązki i nowe kary

W styczniu zawarto porozumienie pomiędzy duńskim rządem, a innymi organizacjami, którego celem jest zabezpieczenie lokalnego rynku i ochrona pracowników zagranicznych przed dumpingiem socjalnym. Efektem ustaleń ma być powstanie i wprowadzenie nowych przepisów. Szczególnie powinny zainteresować one przewoźników, których kierowcy wykonują kabotaż lub uczestniczą w transporcie kombinowanym na terenie Danii.

– W najbliższym czasie Dania planuje wprowadzić nowe przepisy, w myśl których kierowcy zza granicy wykonujący kabotaż na terytorium tego państwa będą rozliczani wg płacy minimalnej, co do której wysokości porozumieją się związki zawodowe. Nowe zasady miałyby obowiązywać także kierowców wykonujących przewozy w ramach transportu kombinowanego w Danii – mówi Mateusz Włoch, ekspert Inelo. Co ważne zmiany legislacyjne nie będą obejmowały obowiązków w tranzycie oraz w transporcie międzynarodowym – dodaje.

Jakich zmian się spodziewać?

Podpisane porozumienie zawiera kilka elementów, determinujących powstanie nowych duńskich planów legislacyjnych. Najbardziej rewolucyjnym z nich jest wprowadzenie godzinowej stawki minimalnej dla pracowników delegowanych – wykonujących kabotaż lub przewóz kombinowany.

– Obecnie wysokość godzinowej stawki minimalnej nie jest jeszcze znana. Zgodnie z zapowiedziami zostanie ona wypracowana na bazie kilkudziesięciu zawartych pomiędzy pracodawcami, a związkami zawodowymi, układów zbiorowych – wyjaśnia ekspert Inelo.

Kolejnym istotnym elementem wynikającym z umowy, który zostanie wprowadzony jest obowiązek zgłaszania pracowników. Za pośrednictwem elektronicznego systemu przewoźnicy będą rejestrowali delegowanych na teren Danii pracowników, którzy mają wykonywać kabotaż lub przewóz kombinowany. Wśród danych, które trzeba będzie wprowadzić znajdą się m.in. nazwa i adres przedsiębiorstwa wykonującego przewóz, dane kontaktowe, informacje na temat pojazdu – w tym numer rejestracyjny, data rozpoczęcia i zakończenia operacji transportowej, a także imię oraz nazwisko kierowcy.

Zgłoszenie delegowania i umowa o pracę, potwierdzenie wypłaty wynagrodzenia, a możliwe, że nawet ewidencja przepracowanych godzin – to zbiór dokumentów, które wraz z nowymi regulacjami staną się obowiązkowym wyposażeniem ciężarówki podczas kontroli drogowej. Zatem kierowca zobowiązany będzie przestawić te dokumenty w momencie sprawdzenia przez służby duńskie.

Nowe obowiązki – nowe kary

Co jeśli obowiązki nie zostaną dopełnione? W takich przypadkach przewoźnicy powinni liczyć się z sankcjami finansowymi, których wartość może nawet ulec podwojeniu w sytuacjach powtarzających się przewinień.

– Przewoźnicy mogą spodziewać się kar w wysokości 1340 euro za niezgłoszenie lub błędne zgłoszenie kierowcy. Znacznie wyższej kary mogą oczekiwać  firmy, które nie wyrównały płacy do minimalnej stawki duńskiej. Taka sankcja zostanie naliczona na podstawie niedopłaty, ale minimalna stawka kary będzie wynosić 4700 euro. Warto pamiętać, że przedsiębiorstwa, w których niestosowanie się do nowych wytycznych będzie się powtarzało, mogą otrzymać nawet dwukrotnie wyższe sankcje. – wyjaśnia Mateusz Włoch.

Od dawna procesowany pakiet mobilności wkrótce najprawdopodobniej stanie się faktem. Zanim UE w pełni wprowadzi jego postanowienia w życie, państwa Europy Zachodniej dbając o rodzimych przewoźników stopniowo mogą wprowadzać regulacje, które wyeliminują tzw. dumping socjalny, przy jednoczesnej ochronie własnych przedsiębiorców. Tymczasem przewoźnicy z wschodniej części Europy choć konkurencyjni i wysoko cenieni na rynku zachodnim, mogą mieć niemałe problemy, by podołać nowym regulacjom.

Fakty i mity dotyczące elektromobilności

Choć trend elektromobilności nie zagościł jeszcze na dobre na polskich drogach, to wokół samej tematyki pojawiło się już wiele mitów, związanych nie tylko z technicznymi aspektami użytkowania samochodów elektrycznych, ale również dotyczących ich produkcji, codziennej eksploatacji oraz recyklingu. W wielu źródłach znaleźć można zatem często mylne oraz sprzeczne informacje, które niestety zmieniać mogą postrzeganie e-mobilności przez różne grupy odbiorców przekazu i wpływać na spowolnienie rozwoju trendu. Jak pokazują dane zawarte w raporcie „Elektromobilność w Polsce 2019” przygotowanym w celu sprawdzenia gotowości autoryzowanych punktów sprzedaży oraz serwisów obsługi na świadczenie usług związanych z e-mobilnością, zatrudnieni w nich doradcy nie są niestety również wiarygodnym źródłem informacji dla potencjalnych nabywców, gdyż sami nie posiadają jeszcze odpowiedniej wiedzy w tym obszarze. Co jest zatem prawdą, a co przekłamaniem? I gdzie należy szukać rzetelnej wiedzy o faktycznej emisji CO₂, sposobach ładowania, zasięgach i żywotności baterii oraz przywilejach dla posiadaczy samochodów elektrycznych?

Jazda samochodem elektrycznym różni się od tej z silnikiem spalinowym, szczególnie jeśli chce się zachować jak najdłuższy dystans pomiędzy ładowaniami, dlatego sam sposób jazdy musi być bardziej płynny, a kierowca powinien korzystać z odzyskiwania energii podczas hamowania.

To fakt, z którym chyba nikt, nawet nieposiadający dużej wiedzy na temat aut napędzanych energią elektryczną, nie będzie starał się polemizować. Wiele innych informacji dotyczących e-mobilności i samochodów elektrycznych wymaga jednak doprecyzowania, tak by do świadomości potencjalnych nabywców, użytkowników oraz osób zainteresowanych elektromobilnością, mogły dotrzeć tylko sprawdzone i prawdziwe informacje. Czas zatem zmierzyć się z największymi obecnie mitami dotyczącymi elektromobilności.

Fakty i mity – wyjaśniamy

  1. Samochody elektryczne mają mały zasięg

Zasięg samochodu może być zależny od wielu czynników: warunków atmosferycznych, urządzeń elektrycznych z jakich korzysta kierowca podczas jazdy, odpowiedniego ogumienia i ciśnienia w oponach, ale także na przykład zamkniętych szyb bocznych podczas jazdy, by auto nie generowało dodatkowego oporu powietrza, zwiększającego zużycie energii. To ile kilometrów da się przejechać na jednym ładowaniu zależy w dużej mierze od zachowań samego kierowcy. Nowe generacje akumulatorów, dostępne w modelach pojawiających się obecnie na rynku, oferują coraz większe zasięgi, dając możliwość przejechania nawet 400-600 kilometrów na jednym ładowaniu. Biorąc pod uwagę, że średni przebieg większości użytkowników aut poruszających się w miastach to 50-60 km dziennie, przy bardziej pojemnych akumulatorach jedno ładowanie może wystarczyć nawet na cały tydzień takiej jazdy. Takie zasięgi są osiągane w każdym aucie elektrycznym nawet zimą. Jeśli natomiast posiadacz elektryka chce się wybrać w długą podróż to również jest to możliwe i wymaga jedynie zaplanowania drogi z uwzględnieniem punktów szybkiego ładowania, zaś czas postoju można wykorzystać na odpoczynek.

  1. Aktualnie jest zbyt mało możliwość ładowania baterii

Posiadacze samochodów elektrycznych mają kilka różnych opcji ładowania baterii w swoich pojazdach. Jest to możliwe przy użyciu:

– gniazdka w domu – opcja ta nie jest zalecana przez producentów ze względu na brak dostosowania niektórych instalacji do długiego ładowania przy dużym obciążeniu;

– domowej ładowarki naściennej (wallbox) – ładowarki naścienne o mocy od 2,3 do 11 kW (rzadziej 22 kW) są najlepszą opcją, jeśli chodzi o ładowanie w domu;

– stacji publicznej (często darmowe) – aktualnie powszechnie stosuje się stacje ładowania o mocy od 11 do 22 kW. Posiadają one złącza typu 2, z prądem zmiennym (AC). Aby przekształcić prąd zmienny (AC) z głównego zasilania na prąd stały (DC) potrzebny do zasilenia akumulatorów, samochody elektryczne są wyposażone w odpowiednie ładowarki;

– super szybkie ładowarki na prąd stały – ładowanie przy użyciu DC (prądu stałego) to najszybsza opcja ładowania pojazdu z napędem elektrycznym (BEV). Tego typu rozwiązania pozwalają na pełne naładowanie baterii nawet w ciągu godziny.

Jak wynika z danych zawartych w „Liczniku elektromobilności”, już pod koniec grudnia ubiegłego roku liczba ogólnodostępnych ładowarek przekroczyła 1000 sztuk, i rośnie z każdym miesiącem. W Europie w latach 2014–2018 łączna liczba punktów ładowania wzrosła ponad trzykrotnie, z ok. 41 000 do 149 000. Prawo wymusza albo będzie wymuszało (w zależności od kraju) konieczność budowania ładowarek na każdym parkingu np. tych znajdujących się przy supermarketach. Podobne regulacje mają również obowiązywać w Polsce.

Ładowanie samochodu elektrycznego jest również bezpieczne dzięki specjalnej konstrukcji wtyczek i gniazd chroniących osobę podłączającą, zatem użytkownicy nie mają się czego obawiać.

  1. Ładowanie baterii trwa bardzo długo

Ze względu na możliwość ładowania samochodu zarówno w domu jak i w pracy sam czas ładowania nie jest aż tak istotny. To co jednak zmienia posiadanie samochodu elektrycznego to sposób codziennego użytkowania i rutynowe działania kierowców. Należy bowiem inaczej podchodzić do planowania jego ładowania. Większość użytkowników elektryków w ramach codziennego użytkowania (średniej ilość kilometrów pokonywanych w ciągu dnia) nie potrzebuje nawet pełnego zasięgu. Samochód może ładować się tak długo jak trzeba podczas pobytu w domu lub na publicznych stacjach w godzinach pracy. Dzięki stale rozwijającej się infrastrukturze do szybkiego ładowania pojazdy elektryczne będzie można naładować do 80% w ciągu 45 minut. Producenci elektryków stale pracują nad skróceniem czasu niezbędnego do pełnego naładowania akumulatorów, ich pojemnością i skutecznym utrzymywaniem energii oraz we współpracy z innymi podmiotami nad przygotowaniem ładowarek, które będą niezwykle sprawnie przekazywać energię.

  1. Samochody elektryczne są bardzo drogie i jest mało dostępnych modeli

Samochody elektryczne są statystycznie droższe niż ich spalinowe odpowiedniki, ze względu na koszt opracowania i wdrożenia nowej technologii do produkcji oraz koszt samych akumulatorów. Jednak ich ceny systematycznie spadają, a potencjalni nabywcy mogą skorzystać z rządowych dopłat, które zmniejszają cenę zakupu. To co powinno przekonać potencjalnych nabywców do większego wydatku początkowego to niższe koszty użytkowania – ceny prądu, mniej potencjalnych napraw, mniej wydatków eksploatacyjnych np. brak wymian oleju. Do tego należy dodać jeszcze szereg innych korzyści jak np. bezpłatne parkowanie w miastach lub korzystanie z buspasów (w zależności od kraju i miasta).

Wybór modeli aut elektrycznych jest coraz większy i zmienia się obecnie z każdym miesiącem. Na polskim rynku dostępne są już np: Smart Fortwo, VW eUp, Skoda iV, Smart Forfour, Mini Mini, Nissan Leaf, Nissan e-NV200, Renault ZOE, Hundai Kona, Huyndai Ioniq, DS. 3 Crossback, Volkswagen e-Golf, Audi e-Tron, Mercedes EQC, czy Jaguar i-Pace. W ciągu najbliższych tygodni i miesięcy pojawią się Pegueot e208, eCorsa, VW ID3 czy SEAT El-Born. W sumie potencjalni nabywcy w Polsce mogą wybierać już w ponad 20 modelach różnych producentów. Większość z nich już zapowiedziała jednak wprowadzenie kilku lub nawet kilkunastu modeli aut elektrycznych w najbliższych latach, dlatego nie tylko w 2020 roku pojawi się w Polsce dużo modeli samochodów elektrycznych i hybrydowych.

  1. Samochody elektryczne są niebezpieczne zarówno dla użytkowników jak i dla pieszych

Wszystkie samochody elektryczne muszą spełniać takie same standardy bezpieczeństwa jak samochody z silnikami spalinowym. Komory baterii są specjalnie zabezpieczane na wypadek uderzenia, przewody oplatane są specjalnymi zabezpieczeniami np. kevlarowymi, aby uniknąć przetarcia, akumulatory są odłączane automatycznie w razie wypadku lub przebicia prądu. Każde auto elektryczne, przed dopuszczeniem do sprzedaży, przechodzi proces homologacji i wszystkie testy zderzeniowe identycznie jak modele aut spalinowych. Dodatkowo użytkownicy nie muszą się martwić o styczność elementów elektrycznych z wodą. Zarówno silnik, jak i przewody oraz gniazdka ładowania, wykonane są tak, by radziły sobie z czynnikami zewnętrznymi, w tym szczególnie z wilgocią.

W obszarze troski o bezpieczeństwo pieszych samochody elektryczne są wyposażone w specjalny system generowania dźwięku przy niskich prędkościach jazdy, aby ostrzegać pieszych o nadjeżdżającym pojeździe.

  1. Samochody elektryczne są pozornie 0-emisyjne, a zużyte akumulatory zatruwają środowisko

Faktem jest, że produkcja akumulatorów związana jest ze szkodliwą emisją gazów np. CO₂, jednak dzięki zeroemisyjności w trakcie użytkowania samochodu elektrycznego bilans CO₂ związany z produkcją wyrównuje się, gdyż auto jeżdżące na baterie nie emituje żadnych szkodliwych substancji. Problem stanowić jednak może sposób pozyskiwania energii wykorzystywanej do ładowania baterii. Część krajów do jej produkcji nadal wykorzystuje węgiel, co znacząco wpływa na emisję szkodliwych gazów, a co za tym idzie na środowisko. Inne korzystają już z czystych źródeł jej pozyskiwania, co faktycznie wpływa na 0-emisyjność elektryków.

Często podnoszone są również głosy mówiące o niebezpieczeństwie związanym ze składowaniem zużytych akumulatorów. W rzeczywistości akumulator z samochodu elektrycznego podlega recyclingowi nawet w 97%, co również obala kolejny mit.

Doradca handlowy lub serwisowy źródłem rzetelnej wiedzy o elektromobilności?

Jak wynika z danych zawartych w raporcie „Elektromobilność w Polsce 2019” przygotowanym przez firmę szkoleniową Nowe Motywacje pod patronatem Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych PSPA oraz Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR, doradcy mają bardzo zróżnicowany poziom wiadomości dotyczących e-mobilności, a większość z nich jeszcze nie uczestniczyła w programach rozwojowych podnoszących ich wiedzę w tym obszarze. Zaledwie niespełna 41% doradców sprzedaży zna kryteria przemawiające za zakupem auta elektrycznego, a niemal 39% może podzielić się informacjami, dotyczącymi zachęt finansowych dla nabywców elektryków. Niemal 52% może poinformować potencjalnych klientów o ekonomicznych aspektach użytkowania samochodów elektrycznych, a ponad 57% byłoby w stanie doradzić nabywcy jak miałby się zachować w przypadku rozładowania baterii lub awarii. Trochę ponad 31% sprzedawców może podzielić się wiedzą na temat regionalnej infrastruktury niezbędnej do ładowania baterii, a ponad 46% zna przywileje, jakie przysługują obecnie posiadaczom i użytkownikom elektryków.

Doradcy serwisowi również nie są obecnie najbardziej rzetelnym źródłem wiedzy dotyczącym elektromobilności. Niespełna 28% może powiedzieć wiele na temat technicznych aspektów użytkowania i awaryjności samochodów elektrycznych. 63% doradców posiada informacje dotyczące ekonomicznych aspektów serwisowania pojazdów napędzanych energią. Dla ponad 57% temat gwarancji, dotyczącej baterii w autach elektrycznych, nadal jest tajemnicą, a zagadnienia związane z ich żywotnością są nieznane ponad 61% doradców. Niemal 54% może podzielić się natomiast wiedzą dotyczącą zasad prawidłowej eksploatacji elektryków. Niemal 41% posiada informacje na temat ładowania baterii, a ponad 57% na temat sposobów, w jakie można to robić. Ponad 42% może udzielić informacji na temat zużycia energii przez elektryki w różnych porach roku, a 48% wytłumaczy również co należy zrobić w przypadku awarii lub rozładowania. Ponad 57% nie wiedziałoby natomiast jak wyglądają kwestie bezpieczeństwa w przypadku użytkowania pojazdów elektrycznych. 48% nie posiada również wiedzy na temat sieci punktów naprawy elektryków danej marki.

Obecnie na rynku funkcjonuje niestety wiele mitów związanych z elektromobilnością. Jako nowy trend e-mobilność wywołuje wiele emocji i ogromne zainteresowanie ze strony różnych grup. Taki stan rzeczy zawsze przekłada się na dużą liczbę pojawiających się informacji, z których niestety nie wszystkie muszą być prawdziwe. Brak dynamiki w rozwoju elektromobilności w Polsce, spowodowany wieloma czynnikami, doprowadził jednak do sytuacji, w której ciężko jest wskazać najbardziej rzetelne źródła wiedzy o mobilności opartej na elektryce. Części sprawdzonych wiadomości na rynek dostarczają organizacje branżowe, jednak jedno z głównych i najbardziej oczywistych źródeł dla potencjalnych nabywców elektryków – doradcy zatrudnieni w salonach sprzedaży i serwisach, nadal nie jest w pełni wiarygodne. Ich wiedza nie jest wystarczająca, a już teraz powinna obejmować nie tylko aspekty techniczne, ale również kwestie bezpieczeństwa, prawidłowego użytkowania oraz eksploatacji pojazdów napędzanych prądem i to w różnych warunkach. Pracownicy powinni również być w stanie udzielić klientom informacji dotyczących przywilejów związanych z posiadaniem samochodów elektrycznych, na jakie mogą liczyć ich właściciele oraz finansowania zakupu czy dostępnej infrastruktury ładowarek. Konieczność obalania mitów dotyczących e-mobilności pokazuje jak ważny jest obecnie rozwój i edukacja doradców, którzy już w niedalekiej przyszłości wpływać będą na decyzje zakupowe konsumentów, którzy już teraz są żywo zainteresowani samochodami elektrycznymi twierdzi Andrzej Trutkowski, Dyrektor Merytoryczny ds. Jakości, Trener i Konsultant w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Do 2023 roku ponad 10% połączeń mobilnych na świecie będzie obsługiwanych przez 5G; w Polsce będzie to 2%

  • Szybkość połączeń 5G będzie 13-razy większa niż przeciętnych połączeń mobilnych
  • 66% globalnej populacji (5,3 miliarda ludzi) będzie miało dostęp do Internetu
  • Na świecie będzie niemal 30 miliardów urządzeń/połączeń, z czego 45% będą stanowiły połączenia mobilne
  • Średnia przepustowość łączy szerokopasmowych wzrośnie z 46 Mbps do 110 Mbps
  • W latach 2020 – 2023 liczba hotspotów Wi-Fi 6 wzrośnie trzynastokrotnie i będzie stanowiła 11% wszystkich publicznych hotspotów Wi-Fi

Jak wynika z nowego raportu Cisco „Annual Internet Report” (dawniej Visual Networking Index – VNI), do 2023 roku połączenia 5G będą obsługiwały już ponad 10% globalnych połączeń mobilnych. Średnia szybkość połączeń 5G będzie 13 razy większa niż przeciętnych połączeń mobilnych, osiągając 575 megabitów na sekundę. Dzięki zwiększonej wydajności, 5G zapewni bardziej dynamiczną infrastrukturę mobilną dla projektów wykorzystujących sztuczną inteligencję oraz Internet rzeczy, włączając w to autonomiczne samochody, inicjatywy smart city, inteligentne rozwiązania w służbie zdrowia, wideo i inne.

Przez ostatnie 50 lat, w każdej dekadzie prezentowano nową, niezwykle innowacyjną technologię mobilną. W tym czasie wymagania odnośnie przepustowości sieci mobilnych bardzo się zmieniły. Początkowo obsługiwały one jedynie połączenia głosowe i wiadomości tekstowe, obecnie są to treści wideo Ultra HD oraz aplikacje AR i VR. Na całym świecie oczekiwania użytkowników prywatnych i biznesowych względem sieci mobilnych stale rosną, co wiąże się z coraz większą popularnością aplikacji mobilnych. Media społecznościowe, streaming wideo, rozwój e-commerce, gaming czy cyfryzacja biznesu w celu zwiększenia produktywności przyczynią się do dalszego wzrostu liczby aplikacji mobilnych. Cisco przewiduje, że do 2023 roku zostaną one ściągnięte niemal 300 miliardów razy.

„Z naszego badania jasno wynika, że liczba użytkowników Internetu, urządzeń i połączeń będzie stale rosła, a zapotrzebowanie na dużą przepustowość sieci będzie większe niż możemy sobie wyobrazić” – mówi Roland Acra, starszy wiceprezes i dyrektor ds. technologii w Cisco. „Wnioski z Annual Internet Report pomagają firmom, rządom i dostawcom usług na całym świecie przygotować i zabezpieczyć sieci na nadchodzące wzrosty połączeń oraz zalew nowych aplikacji”.

Wnioski z Cisco Annual Internet Report (2018 – 2023)

Cisco Annual Internet Report obejmuje sieci mobilne, Wi-Fi oraz stacjonarne. W publikacji zawarto prognozy ilościowe dotyczące wzrostu liczby użytkowników, urządzeń, połączeń i wydajności sieci, a także trendy na lata 2018 – 2023.

  1. Globalne prognozy dot. użytkowników urządzeń mobilnych i Internetu do 2023 r.
    • Ponad 70% globalnej populacji (5,7 miliarda ludzi) będzie miało dostęp do połączeń mobilnych (2G, 3G, 4G lub 5G).
    • Użytkownicy Internetu będą stanowili 66% globalnej populacji (5,3 miliarda ludzi).
  2. Przewidywania dotyczące urządzeń i połączeń do 2023 r.
    • Do 2023 r. na jedną osobę będzie przypadało 3,6 urządzenia / połączenia sieciowego i niemal 10 urządzeń / połączeń sieciowych na gospodarstwo domowe.
    • Niemal połowa (47%) wszystkich urządzeń i połączeń będzie w stanie obsługiwać streaming video.
    • Połączenia M2M (machine-to-machine), które obsługują szeroki zakres aplikacji IoT, będą stanowiły około 50% (14,7 miliarda) wszystkich urządzeń i połączeń.
  3. Przewidywania dotyczące globalnych połączeń mobilnych do 2023 r.
    • 45% wszystkich urządzeń łączących się z siecią będzie to robić poprzez połączenie mobilne (3G i sieci niższej generacji, 4G, 5G oraz sieci LPWA – Low Power Wide Area), a 55% będzie podłączonych za pomocą kabla lub poprzez Wi-Fi.
    • Globalne połączenia 5G będą stanowiły 10,6% wszystkich połączeń mobilnych. W 2018 r. było ich 0%.
    • Do 2023 r., globalne połączenia LPWA będą stanowiły 14,4% wszystkich połączeń mobilnych, w porównaniu do 2,5% w 2018 r.
  4. Prognozy dotyczące Wi-Fi do 2023 r.
    • Liczba hotspotów Wi-Fi na całym świecie wzrośnie czterokrotnie w okresie 2018 – 2023. W 2023 r. na świecie będzie niemal 628 milionów publicznych hotspotów Wi-Fi, w 2018 r. było ich 169 milionów.
    • Liczba hotspotów Wi-Fi 6 na całym świecie wzrośnie trzynastokrotnie w okresie 2020 – 2023 i będą one stanowiły 11% wszystkich publicznych hotspotów Wi-Fi.
  5. Przewidywania dotyczące globalnej wydajności sieci (mobilnej, Wi-Fi, sieci stacjonarne) do 2023 r.
    • Średnia globalna prędkość połączeń mobilnych będzie ponad trzykrotnie większa i wzrośnie z 13 Mbps (2018) do 44 Mbps (2023).
    • Średnia globalna prędkość połączeń Wi-Fi będzie ponad trzykrotnie większa i wzrośnie z 30 Mbps (2018) do 92 Mbps (2023).
    • Średnia globalna prędkość połączeń w sieciach stacjonarnych będzie ponad dwukrotnie większa i wzrośnie z 46 Mbps (2018) do 110 Mbps (2023).
  6. Globalne trendy z zakresu cyberbezpieczeństwa w okresie 2018 – 2019
    • W skali globalnej, częstotliwości ataków DDoS wzrosła o 39%.
    • W skali globalnej natężenie ataków wzrosło o 63%.
    • Średnia wielkość ataku DDoS wyniosła 1 Gbps (23% ataków jest większa niż 1 Gbps). Odnotowano 776% wzrost ataków DDoS wielkości od 100 Gbps do 400 Gbps.

Dane dotyczące Polski

  • Do 2023 roku w Polsce będzie 33,4 miliona użytkowników sieci mobilnych (co stanowi 89% populacji).
  • Liczba publicznych hotspotów Wi-Fi w Polsce (włączając w to hotspoty domowe) wzrośnie ponad dwukrotnie, z 3,1 miliona w 2018 r. do 6,9 miliona w 2023 r.
  • W Polsce średnia szybkość sieci stacjonarnych wzrośnie niemal pięciokrotnie, z 38,5 Mbps w 2018 do 180,4 Mbps w 2023 r.
  • W Polsce średnia szybkość sieci Wi-Fi w urządzeniach mobilnych wzrośnie ponad dwukrotnie, z 20,1 Mbps w 2018 do 45 Mbps w 2023 r.
  • W Polsce średnia szybkość połączeń mobilnych wzrośnie niemal trzykrotnie, z 15,6 Mbps w 2018 do 45,4 Mbps w 2023 r.
  • Do 2023 r. w Polsce będzie 1,9 miliona połączeń 5G. Będą one stanowiły 2% wszystkich połączeń mobilnych.
  • Do 2023 r. 4G będzie odpowiadało za 62% połączeń mobilnych w Polsce, w porównaniu z 54% w 2018 r.
  • Do 2023 r. 3G oraz sieci niższej generacji będą odpowiadały za 24,5% połączeń mobilnych w Polsce. W 2018 r. stanowiły one aż 44,2%.
  • W Polsce do 2023 r. zostanie ściągnięte 1,8 miliarda aplikacji.

Cisco Annual Internet Report Forecast

Cisco Annual Internet Report obejmuje globalne, regionalne i krajowe prognozy i analizy, które poddają ocenie poziomy cyfrowej transformacji. Raport jest opracowywany przez ten sam zespół analityków, którzy odpowiadali za Cisco Visual Networking Index (VNI) Forecast. Zestawienie obejmuje sieci stacjonarne, Wi-Fi oraz mobilne (3G i niższe, 4G oraz 5G). Przedstawione prognozy ilościowe dotyczą wzrostu liczby użytkowników Internetu, urządzeń i połączeń, a także wydajności sieci i nowych wymagań wobec aplikacji. Autorzy zawarli również analizy i oceny jakościowe w czterech strategicznych obszarach: aplikacje, bezpieczeństwo, transformacja infrastruktury oraz wzmocnienie pozycji pracowników i zespołów.

Jak odczytać sprawozdanie finansowe w formie elektronicznej?

Wciąż problematyczna dla użytkowników sprawozdań finansowych jest kwestia odczytania zawartości sprawozdania w formacie XML – zarówno przed złożeniem podpisu, jak i w późniejszym okresie. Format pliku XML jest dość nieczytelny dla zwykłego użytkownika, nie zawiera np. nazw linii, a jedynie określone kody.

Ministerstwo Finansów do tej pory nie utworzyło darmowego czytnika sprawozdań w formacie XML – możliwe jest jedynie otworzenie pliku XML za pomocą darmowej aplikacji MF do tworzenia sprawozdań. Aplikacja umożliwia odczytanie zapisanie zawartości do pliku PDF, jednak bez zawartości załącznika z notami – ten trzeba ściągnąć oddzielnie.

Dodatkowo, aplikacja działa jedynie dla sprawozdań sporządzonych według załącznika 1, 4, 5 i 6 do Ustawy o rachunkowości – a zatem za pomocą czytnika nie mogą zwizualizować sprawozdania ubezpieczyciele bądź jednostki sporządzające sprawozdania skonsolidowane.

Rodzaje czytników plików XML

Dostępne są darmowe czytniki, stworzone przez doradców księgowych lub firmy z branży IT – zazwyczaj polegają one na zaczytaniu pliku XML na stronie internetowej dostawcy. W tym przypadku należałoby się jednak zapoznać z polityką prywatności danej strony – w tym czy informacje finansowe ze sprawozdań są w jakikolwiek sposób widoczne dla firm udostępniających oprogramowanie i czy są zapisywane bądź przechowywane w jakiejkolwiek bazie. Brak polityki bezpieczeństwa powinien dyskwalifikować taką stronę, uniemożliwiając ujawnienie danych przedsiębiorstwa przed oficjalną publikacją sprawozdań po ich zatwierdzeniu.

Część firm wbudowało czytniki plików XML w oprogramowanie sprzedawane w celu wygenerowania pliku XML. Jest to już jednak oprogramowanie komercyjne, czyli płatne. Co istotne, do tej pory nie powstało oprogramowanie, które umożliwiałoby podpisanie podpisem elektronicznym zwizualizowanego sprawozdania – zawsze dzieje się to wtórnie, czyli podpisywany jest plik XML. W praktyce, w ubiegłym roku członkowie organu kierowniczego otrzymywali do podpisania plik XML wraz z przygotowanym sprawozdaniem w formie wydruku lub pliku PDF – jednak w tym przypadku również nie ma 100% pewności, że plik XML jest zgodny z wygenerowaną wcześniej wizualizacją. Wygląda na to, że ze względu na skomplikowanie i szyfrowanie kwalifikowanych podpisów elektronicznych, na takie oprogramowanie będziemy musieli jeszcze poczekać.

Obowiązkowe e-sprawozdania

Przypomnijmy, że od początku października 2018 roku większość przedsiębiorstw jest zobligowana do sporządzania sprawozdań finansowych jedynie w formie elektronicznej. Sprawozdanie finansowe w formie elektronicznej powinno być złożone w ciągu 15 dni od dnia zatwierdzenia do sądu rejestrowego.

Autorka: Magdalena Michniewicz, Senior Manager w MDDP Outsourcing

Polacy powinni zacząć oszczędzać. Spodziewany jest dalszy wzrost cen

Według wstępnych danych w styczniu ceny towarów i usług wzrosły rok do roku o 4,4 proc., najmocniej od grudnia 2011 roku. Po raz pierwszy od września 2012 roku inflacja przebiła górną granicę pasma dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego. Zdaniem ekonomistów w kolejnych miesiącach odczyty mogą być jeszcze wyższe, dlatego należałoby zachęcić konsumentów do oszczędzania, a nie wydawania pieniędzy.

Ta inflacja miała charakter kosztowy, czyli wynikała ze wzrostu wynagrodzeń, z poczucia, że usługi powinny być droższe, ponieważ jest korzystna sytuacja na rynku pracy i pracownicy mogą żądać wyższych pensji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Bogusław Półtorak, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. – Ta presja na wzrost pensji i kosztów spowodowała, że przedsiębiorcy też zaczęli podnosić ceny swoich towarów i usług. Niskie stopy procentowe nie były decydujące dla wzrostu inflacji, ale są czynnikiem, który podtrzymuje te procesy. Bank centralny w najbliższych miesiącach musi dać wyraźny sygnał, w jaki sposób będzie walczył z inflacją.

Najważniejszym narzędziem, jakim dysponuje Rada Polityki Pieniężnej w celu ograniczenia inflacji, są stopy procentowe. Jednak ekonomiści zgodnie twierdzą, że podniesienie ich dałoby efekt w postaci spadku tempa wzrostu cen dopiero za kilka kwartałów i czas na taki manewr minął w zeszłym roku. W dodatku prezes NBP prof. Adam Glapiński podtrzymuje swoją opinię o niepodnoszeniu stóp procentowych do końca jego kadencji, czyli do połowy 2022 roku. Wzrost stóp od razu zaś przełożyłby się na oprocentowanie kredytów konsumpcyjnych, ograniczone czterokrotnością wysokości stopy lombardowej, a jakikolwiek sygnał zapowiadający taką możliwość spowodowałby podniesienie stopy WIBOR nawet przed decyzją. Jednak zdaniem prof. Bogusława Półtoraka bank centralny mógłby wykorzystać inne narzędzia.

One dotychczas nie były zbyt chętnie w Polsce wykorzystywane. To tzw. interwencje rynkowe w postaci sprzedaży papierów wartościowych czy też przyjmowania lokat przez sam bank centralny. Wyobrażałbym sobie, że taki sygnał, który mógłby dzisiaj pójść do rynku, to byłoby przyjmowanie lokat przez bank centralny po nieco wyższych stopach procentowych niż banki – proponuje ekonomista z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. – To by spowodowało takie podejście wśród oszczędzających, że bank centralny sygnalizuje, że opłaca się oszczędzać. To przekonanie, że warto oszczędzać, musi być wyartykułowane ze strony banku centralnego. Tego typu polityka słowna jest równie ważna jak te twarde instrumenty polityki pieniężnej.

Niskie stopy procentowe i wyższy od nich poziom inflacji powodują, że realnie oszczędności trzymane na koncie oszczędnościowym czy lokacie tracą na wartości. Stopa referencyjna pozostaje na najniższym w historii poziomie 1,5 proc. od 5 marca 2015 roku, kiedy mieliśmy jednak deflację, czyli spadek cen w ujęciu rocznym na poziomie -4,7 proc. (odczyt za luty 2015 roku). Obecnie przy tych samych stopach mamy 4,4 proc. na plusie. W tej sytuacji konsumenci mają odczucie, że nie opłaca się oszczędzać, lepiej wydać tę kwotę, zanim wybrany towar czy usługa podrożeją.

Szczyt inflacji jeszcze przed nami. Ta presja będzie wysoka, dopóki nie dojdzie do takiego momentu, który grozi stagflacją. Gdyby doszło do ograniczenia popytu wewnętrznego i problemów przedsiębiorców, którzy też przecież kupują towary i usługi, może to doprowadzić do tego, że będziemy mieć fazę wysokich cen, spowolnienie gospodarcze, co z czasem przełoży się też na wzrost bezrobocia – tłumaczy dr hab. Bogusław Półtorak. – Wtedy może się pojawić presja na obniżkę wynagrodzeń i dopiero wtedy presja inflacyjna będzie malała. Może to potrwać dużo dłużej niż w przypadku, gdybyśmy podjęli bardziej świadomą politykę zachęcania do tego, żeby więcej oszczędzać i inwestować bardziej świadomie w różne aktywa.

Niedobory wody poważnym problemem na coraz większym obszarze Polski. Kryzys ten będzie się nasilał

Największe niedobory wody w Polsce notowane są w pasie centralnym – od Ziemi Lubuskiej, poprzez Wielkopolskę i Mazowsze, aż po Lubelszczyznę i część Pojezierza Mazurskiego. Jednak specjaliści alarmują, że obszar ten powiększa się i problem suszy dotyczy okresowo kolejnych miejsc na mapie Polski. – Na ilość opadów nie mamy żadnego wpływu, ale możemy przeciwdziałać skutkom ich braku, np. zbiornikami retencyjnymi – podkreśla Sergiusz Kieruzel z Wód Polskich. Programy wspierające takie inwestycje uruchamiane są przez kolejne samorządy. Na dofinansowanie mogą też liczyć rolnicy. Do sukcesu potrzebna jest również edukacja społeczeństwa, jak oszczędzać wodę.

– W ubiegłym roku około 10–12 proc. gmin miało bardzo duże problemy z niedoborem wody, a w ponad 300 gminach ogłoszono stany alarmowe z uwagi na brak wody – mówi agencji Newseria Biznes Sergiusz Kieruzel, dyrektor Biura Prezesa Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie. – Niestety obszar dotknięty suszą zwiększa się. Jeszcze niedawno były to pewne punkty na mapie Polski centralnej, teraz właściwie to jest cała Polska centralna, ale także części województw położonych nad morzem, np. w Zachodniopomorskiem, czyli tam, gdzie susza zawsze była mniej dotkliwa.

Podobnie jest w górach. Wprawdzie suma opadów jest w nich największa w Polsce (średnia roczna suma opadów to ponad 1,7 tys. mm na mkw.), ale i tam są takie obszary, np. na Podkarpaciu, w północnej części Małopolski, gdzie już występuje susza glebowa.

Cała Polska dotknięta jest bardzo niskimi stanami wód rzek. Jest to tzw. susza hydrologiczna. Szczególnie obszary w Dolinie Noteci, Dolinie Narwi i Dolinie Warty, gdzie są bardzo niskie stany wód, również należą do terenów dotkniętych problemem suszy – dodaje Kieruzel.

Jak podaje Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej – Państwowy Instytut Badawczy, ubiegłoroczne lato przyniosło istotne niedobory opadów atmosferycznych, ekstremalnie wysokie temperatury powietrza i spadek stanów wody w rzekach. Było to szczególnie odczuwalne w czerwcu. W lipcu nie było lepiej – poza ulewnymi deszczami na Mazowszu, Podlasiu i Lubelszczyźnie, które doprowadziły nawet do lokalnych podtopień, panowała susza. Średnio w Polsce lipcowe opady uplasowały się na poziomie 69 proc. normy. Sierpień był pod względem opadów bardzo zróżnicowany w poszczególnych regionach kraju. Choć średnio w Polsce suma opadów za ten miesiąc była zbliżona do normy (91 proc.), to w województwach południowo-wschodnich i południowych (wynik ulewnych deszczy w drugiej dekadzie sierpnia) znacznie tę normę przekraczała. Z kolei w pasie centralnym odnotowano istotne niedobory wilgoci (74–24 proc. normy).

Ciepła i bezśnieżna zima przyczynia się do suszy glebowej. Dane na temat wilgotności gleby w połowie stycznia br. wskazują, że jest ona bardzo niska – poniżej 40 proc., a miejscami nawet 35 proc. Wprawdzie w kolejnych tygodniach sytuacja się poprawiła, ale eksperci IMGW podkreślają, że aby odbudowały się zasoby wodne sprzed zeszłorocznej suszy, mżawka powinna padać nieprzerwanie przez 60 dni. Brak opadów przyczynił się do tego, że na Kujawach, w województwach zachodniopomorskim, pomorskim, wielkopolskim oraz części łódzkiego i warmińsko-mazurskiego w styczniu odnotowano intensywną suszę atmosferyczną i rolniczą.

Sergiusz Kieruzel podkreśla, że choć na zjawiska atmosferyczne człowiek nie ma bezpośredniego wpływu, to już skutkom braku opadów da się przeciwdziałać. Na działania nakierowane na walkę ze skutkami suszy i powodzi PGW Wody Polskie przeznaczą ok. 400 mln zł.

Podobnie jak w przypadku powodzi możliwe jest łagodzenie następstw suszy. Przeważnie te kwestie są ze sobą powiązane – zauważa. – Po pierwsze, retencja, zarówno na poziomie gospodarstwa domowego, jak i retencja śródpolna na poziomie lokalnym i wreszcie budowa dużych zbiorników retencyjnych, które podczas nawalnego deszczu zgromadzą wodę i ochronią przed powodzią. Z kolei w okresie suszy zapas wody poprawi bilans wodny i chroni przed skutkami niedoborów wody.

Tego typu inicjatywy podejmuje coraz więcej samorządów. Oferują one wsparcie finansowe dla inwestycji w zbiorniki retencyjne i gromadzenie deszczówki. Wśród przykładów można wymienić programy: Warszawa chwyta wodę, łódzka Deszczówka – gromadzenie wód opadowych, wrocławski Złap deszcz, Po(d)lej deszczem w Sosnowcu. Takie wsparcie jest bardzo istotne, gdyż Polska pod względem gromadzenia wody znajduje się w ogonie państw UE.

Jak podkreśla ekspert, jeszcze 30–40 lat temu „łapanie” deszczówki było dość powszechną praktyką, a zgromadzoną w ten sposób wodę wykorzystywano np. do podlewania ogrodu. Obecnie właściciele działek wykorzystują do tego wodę z wodociągów miejskich.

– W wielu krajach afrykańskich czy azjatyckich podlewanie ogródka czystą i zdrową wodą pitną byłoby odbierane ze zdziwieniem, a może nawet ze złością z powodu jej marnotrawstwa – zauważa Sergiusz Kieruzel. – Potrzebna jest wiedza i edukacja społeczeństwa, aby ludzie wiedzieli, jak jeszcze można zaoszczędzić wodę, a przede wszystkim jak jej nie marnować.

Działkowcy powinni także przestawiać się na rośliny, które potrzebują mniej wody.

– Dlatego bardzo polecamy program Kwietne łąki, czyli sianie ziół i kwiatów, których nie trzeba często kosić i które zatrzymują wilgoć w glebie, a w dodatku ładnie wyglądają i pachną – mówi Sergiusz Kieruzel. – Wskazane jest też odtwarzanie naturalnych zbiorników wodnych – stawów, oczek wodnych, zalesień śródpolnych, mokradeł, które magazynują wodę w glebie.

Od 21 lutego rolnicy mogą wnioskować w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa o dofinansowanie inwestycji w obszarze nawadniania. Mogą to być m.in. budowa studni i zbiorników oraz zakup maszyn i urządzeń do poboru, magazynowania, uzdatniania, odzyskiwania lub rozprowadzania wody, instalacji nawadniających i systemów do sterowania nawadnianiem.

Koronawirus w Chinach zaraża też światowy przemysł i rynki finansowe. Powody do obaw mają m.in. kredytobiorcy we frankach

Na koniec I kwartału można spodziewać się wyraźnego wyhamowania tempa wzrostu PKB w Chinach, do czego przyczynią się m.in. problemy związane z epidemią koronawirusa. To z kolei odbije się na polskiej gospodarce, dla której Państwo Środka jest ważnym partnerem handlowym. Na razie oszacowanie tego wpływu jest trudne, bo wciąż nie wiadomo, ile czasu potrwa zatrzymanie epidemii. Epidemia koronawirusa silnie wpływa też na nastroje na rynkach finansowych i szkodzi wycenie europejskiej waluty. Może również osłabić złotego i przełożyć się na wysoki kurs franka, co z kolei będzie złą wiadomością dla kredytobiorców zadłużonych w szwajcarskiej walucie.

– Ostatnia dekada była okresem dynamicznego wzrostu chińskiej gospodarki, która stała się jednym z motorów globalnego wzrostu PKB. To był szczególnie udany okres dla chińskiego sektora technologicznego. Niemniej gospodarka ta nie jest pozbawiona problemów. Dynamika PKB stopniowo słabnie, potencjał dla wzrostu eksportu maleje, topnieje przewaga płacowo-kosztowa, a problemy widoczne są także na rynku nieruchomości oraz w funkcjonowaniu państwowych firm z przemysłu ciężkiego. Teraz doszedł problem koronawirusa oraz odizolowania regionu Wuhan – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Dmitrowski, menedżer ds. analiz rynku, Biuro Badań i Analiz Banku Gospodarstwa Krajowego.

Ostatni kwartał ubiegłego roku chińska gospodarka zakończyła wzrostem PKB o 6,0 proc., jednak w I kwartale br. można już spodziewać się wyraźnego wyhamowania. Złożą się na to czynniki związane z wydłużonym okresem świątecznym i tym, że po nim część fabryk nie wznowiła działalności, oraz problemy logistyczne i zaopatrzeniowe. Na chiński eksport wciąż negatywnie będą oddziaływać utrzymane w USA cła, a problematyczna może okazać się inflacja, która będzie ograniczać wzrost popytu wewnętrznego w Chinach (m.in. ze względu na wysokie ceny żywności).

– Dodatkowo Chińczycy ze strachu przed koronawirusem ograniczyli swoją aktywność, co będzie oddziaływać negatywnie na sytuację w sektorze usług oraz handlu detalicznego. W konsekwencji można oczekiwać znaczącego pogorszenia danych makroekonomicznych, które będą napływać z Chin w najbliższych miesiącach – ocenia Piotr Dmitrowski.

Region Wuhan, w którym wykryto koronawirusa, jest jednym z najważniejszych ośrodków gospodarczych w Państwie Środka. To z niego poprowadzona jest linia kolejowa do Europy, zaś rzeka Jangcy łączy Wuhan z Szanghajem. Ograniczenie w przepływie ludzi będzie mieć długotrwałe konsekwencje dla dotychczas prowadzonych biznesów. Tłem dla tego będzie osłabienie nastrojów w turystyce.

– Chińska gospodarka ma coraz większe znaczenie w skali globalnej. W efekcie wszelkie zaburzenia, zwłaszcza w sektorze przemysłowym, będą mieć negatywne konsekwencje w innych regionach świata. Możemy mieć do czynienia z efektem logistycznego domina. Przedsiębiorstwa, również polskie, które nie otrzymają dostaw materiałów z Chin, będą miały problemy z wykonaniem własnych zamówień. Dodatkowo trzeba pamiętać o tym, że Chiny są bardzo ważnym importerem surowców. Chińskie problemy przekładają się na niską wycenę takich surowców jak ropa naftowa czy węgiel, a w efekcie problemy będą mieć branże wydobywcze – mówi Piotr Dmitrowski.

Gospodarka Eurolandu jest silnie uzależniona zarówno od eksportu, jak i importu z Chin. W efekcie chińskie problemy będą wywoływać zakłócenia w europejskim sektorze przemysłowym. Dla Polski Chiny są ważnym partnerem handlowym. To drugi kraj po Niemczech, z którego sprowadzamy najwięcej towarów, dlatego zaburzenia w dostawach będą mieć przełożenie na krajową gospodarkę. Pozytywem jest jednak fakt, że jest ona mniej zależna od eksportu do Chin.

– Oszacowanie skali tego wpływu jest obecnie niezmiernie trudne. Wciąż nie wiemy, jak długo problem będzie się utrzymywał, jak długo w Chinach epidemia nie zostanie opanowana. Od tego zależy, jak bardzo może pogorszyć się klimat inwestycyjny. Im dłużej problemy będą się utrzymywać, tym bardziej klimat inwestycyjny w Polsce może się pogorszyć – przestrzega Piotr Dmitrowski.

Problem koronawirusa silnie wpływa też na nastroje na rynkach finansowych i szkodzi wycenie europejskiej waluty. Inwestorzy sprzedają euro, w efekcie kurs EUR/USD jest na poziomach najniższych od 2017 roku. Dolar zyskuje z tego względu, że amerykańska gospodarka jest relatywnie najmniej uzależniona od sytuacji w chińskim sektorze przemysłowym.

Przy słabych odczytach makroekonomicznych zwykle zyskują waluty krajów zaliczanych do bezpiecznych przystani. Takimi walutami są np. frank szwajcarski i japoński jen. Z kolei tracić mogą waluty rynków wschodzących, w tym polski złoty. Połączenie mocnego franka szwajcarskiego w relacji do euro oraz wysoki poziom EUR/PLN będzie przekładać się na wysoki kurs franka w stosunku do złotego, co z kolei będzie złą wiadomością dla kredytobiorców zadłużonych w szwajcarskiej walucie.

– W zestawieniu ze słabymi danymi makroekonomicznymi, które mogą się pojawić ze względu na koronawirusa, inwestorzy będą stawiać na obligacje skarbowe, przede wszystkim amerykańskie i niemieckie. Uważamy jednak, że zyskiwać będą także obligacje rynków wschodzących, w tym polskie papiery skarbowe. Tracić mogą natomiast bardziej ryzykowne aktywa, takie jak akcje. Do tej pory rynki akcyjne dość dobrze przyjmowały problem koronawirusa z tego względu, że sentyment rynkowy poprawiał nadzieje na stymulację wzrostu gospodarczego w Chinach. Można oczekiwać, że chiński rząd zdecyduje się na wyraźne zwiększenie wydatków fiskalnych, jak również dalsze luzowanie polityki monetarnej. Jednak w przyszłości, kiedy będą pojawiać się słabe dane z gospodarki, dobry nastrój na giełdach trudno będzie utrzymać – mówi ekspert Biura Badań i Analiz Banku Gospodarstwa Krajowego.

Coraz większe wydatki na reklamę w kinach. Wpływają na to rosnąca liczba widzów i zastosowanie nowych technologii

Kino jest coraz bardziej doceniane przez marketerów, a budżety reklamowe w tym segmencie są coraz większe. W tym roku – jak wynika z prognoz Zenith – reklama kinowa urośnie o 4,6 proc., czyli powyżej średniej rynkowej. Również globalne prognozy mówią o tym, że będzie to jeden z liderów wzrostów wydatków reklamowych spośród wszystkich segmentów. – Reklama kinowa daje możliwość wykorzystania innowacyjnych technologii, formatów ScreenX czy 4DX. Pozwala też na lepszą interakcję z widzem – ocenia Justyna Krzyżanowska z New Age Media.

– Marketerzy doceniają to, że w kinie docierają do konkretnych grup odbiorców. Wpływają na to aspekty demograficzne i behawioralne. Kina są zlokalizowane w największych miastach, centrach handlowych, z widownią złożoną z ludzi wykształconych, aktywnych zawodowo, często otwartych na nowe technologie i z dużym potencjałem zakupowym. Te wszystkie aspekty sprawiają, że budżety reklamowe w kinie są coraz większe – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Justyna Krzyżanowska, international marketing manager w New Age Media.

Z analizy Wirtualnemedia.pl na podstawie danych Kantar Media wynika, że w 2019 roku wydatki na reklamę w kinie wzrosły do blisko 2 mld zł. Dla porównania, do telewizji trafiło 20,3 mld zł, a do radia – 8,4 mld. Najszybciej wydatki na reklamę rosły w telewizji (nieco ponad 18 proc.) i w kinie (17,2 proc.).

 W całym torcie reklamowym, z uwzględnieniem wszystkich mediów, udział reklamy kinowej wynosi 2 proc. – mówi Justyna Krzyżanowska. – Musimy tylko pamiętać, że ten udział nie odzwierciedla wszystkich możliwości, które mamy w kinie, i istoty reklamy kinowej.

Jak ocenia ekspertka, reklama kinowa daje możliwość wykorzystania nowych technologii, m.in. ScreenX, w której na ścianach są dodatkowe ekrany, czy 4DX, w której dzięki zaawansowanym rozwiązaniom środowiskowym widz staje się częścią projekcji.

– Drugim elementem jest możliwość tworzenia interakcji z klientami w przestrzeni kinowej. Marketerzy mogą wykorzystać korytarze i sale kinowe, by stworzyć mnóstwo okazji do kontaktu z klientem, ale również interakcji z produktem czy z marką – wskazuje Justyna Krzyżanowska.

Zenith ocenia, że w 2020 roku reklama kinowa będzie rosnąć szybciej niż rynek (o 4,6 proc.) i będzie jedynym segmentem z potencjałem wzrostu wśród mediów niecyfrowych. Globalne prognozy na lata 2019–2022 mówią także o dynamicznym wzroście wydatków – o 11,5 proc. rocznie. Będzie to trzecie – po wideo online i mediach społecznościowych – tempo w tym okresie. Nadal jednak w globalnym torcie reklamowym udział kina nie przekroczy 1 proc.

Na popularność tego segmentu reklamowego wpływa z pewnością większa częstotliwość chodzenia do kina. W 2019 roku, po raz pierwszy po 1989 roku, sprzedano ponad 60 mln biletów. Dla porównania, w 2018 roku było to ok. 59 mln, w 2017 – 56,6 mln, a w 2016 roku – 52 mln.

– Marketerzy i reklamodawcy śledzą statystyki filmów, jest to dla nich bardzo ważne, tak samo jak dla nas. Wysokie wyniki frekwencyjne zapewniają realizację ich kampanii marketingowych i sukces podjętych aktywności – mówi Justyna Krzyżanowska.

Niebezpiecznie wysoka inflacja? Prognozy na 2020 rok

Większość prognoz określających skalę inflacji na ten rok wspomina wartości dla dynamiki rocznej między 3,5 a 4 proc. To dosyć prawdopodobne zapowiedzi i mogą być przyjmowane jako niepokojące. Należy pamiętać, że wyznaczony limit to 2,5 proc. +/- 1 pp. Już w okolicach 3,5 proc. inflacja traktowana jest jako nadmierna. Prognozy wskazują też, że w tym roku inflacja będzie wyjątkowo wysoka w pierwszym kwartale. Potem nastąpi jej lekki spadek. W skali całego roku średni wskaźnik może wynieść nieco ponad 3, być może 3,5 proc. – jeżeli poziom utrzyma się powyżej 3,5 proc. w dłuższym okresie, 6-7 kwartałów. Istnieje zagrożenie, że ludzie przyzwyczailiby się, że inflacja jest wyższa i należy wliczać ją w budżety. Wtedy bylibyśmy bliscy procesu indeksacji, który przyspiesza i wzmacnia inflację oraz powoduje, że utrzymuje się ona dłużej. Sukces zbijania inflacji w ostatnich latach to wiara wśród konsumentów i przedsiębiorców, że zmiana cen jest zaniedbywalna w stosunku do tego, co robimy na co dzień. Nie myśli się o rewaloryzowaniu umów, zakładając, że inflacja jest stosunkowo małaGdyby okazało się, że jej poziom ma być podwyższony przez dłuższy czas, dojdzie do wpisywania odpowiednich klauzul w kontraktach. To z kolei jeszcze bardziej wzmocni procesy inflacyjne.

– Z punktu widzenia takiej gospodarki jak polska, lekko podwyższony wskaźnik inflacji jest dopuszczalny w pewnym okresie. U nas może być on nieco wyższy niż w krajach bardziej rozwiniętych, gdzie poziom PKB w przeliczeniu na mieszkańca jest również wyższy – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Jest to spowodowane tym, że Polska nadal w pewnych obszarach gospodarki musi nadganiać. Nasze usługi są wyraźnie tańsze niż w krajach zachodnich i w stosunku do tego, co możemy zapłacić w działalności przemysłowej czy budownictwie. Mogą więc pojawiać się skoki cen wynikające głównie z podwyżek płac – zwłaszcza w sferze usługowej i handlu. To też przełoży się na wyższą inflację. Rozważając wpływ na gospodarkę bierze się pod uwagę dwa aspekty. Utrata wartości pieniądza nie jest korzystna i nie może być szczególnie duża. Dla Polski 2,5-3 proc. jest bezpieczne. Wskaźnik na poziomie 5-6 proc. byłby stanowczo za duży. Odbiłoby się to na skłonności do oszczędzania ze względu na niezbyt wysokie ceny depozytów – co oznaczałoby brak zaufania do własnego pieniądza. Z drugiej strony zmiana cen powoduje pewne dopasowania. W ujęciu realnym zmieniają się proporcje pomiędzy kosztami wytwarzania czy płacami. Dzięki stopniowemu, niewielkiemu wzrostowi inflacji można dokonywać drobnych dopasowań, które pozwalają odnaleźć się w biznesie. Proces ten nie może jednak postępować zbyt szybko. Prognozy mówią, że wzrost inflacji z początku roku nie będzie zbyt trwały. Niedługo wskaźnik powinien spaść do 3 proc., a następnie do 2,5 proc. Dla gospodarki ta sytuacja będzie wciąż jeszcze bezpieczna – zaznaczył Soroczyński.

Popularność najmu mieszkań jest wciąż niewielka. Odsetek wynajmujących jest ośmiokrotnie niższy niż w Niemczech

Wynajem mieszkania nie jest dla Polaków atrakcyjnym sposobem na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych. Po pierwsze, własność jest wciąż postrzegana jako synonim zamożności, po drugie, rynek najmu nie oferuje dostatecznej liczby mieszkań o odpowiednim standardzie. Z tych powodów odsetek dorosłych Polaków korzystających z najmu na wolnym rynku oscyluje w okolicach 5 proc. To wprawdzie dwa razy więcej niż osiem lat temu, ale w krajach Europy Zachodniej odsetek ten dochodzi nawet do 40 proc.

– W krajach Europy Zachodniej wynajmowanie mieszkania jest czymś oczywistym, a dla wielu ludzi wręcz normą. Przykładowo, w Niemczech odsetek osób wynajmujących mieszkanie wynosi ok. 40 proc., podobnie jest w Danii, natomiast w Szwajcarii co drugi dorosły mieszkaniec wynajmuje mieszkanie – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Stępkowski, specjalista ds. rozwoju i eksploatacji systemu w Centrum AMRON.

W Polsce popularność najmu jest zbliżona do krajów byłego bloku wschodniego: Estonii, Litwy, Czech i Słowacji. We wszystkich tych krajach odsetek osób wynajmujących mieszkania nie przekracza 7 proc. (najwyższy jest na Łotwie – 6,9 proc. oraz na Słowacji – 6,8 proc.), a w Polsce wynosi 5 proc.

– Wprawdzie z roku na rok przybywa osób wynajmujących mieszkania i trend ten jest zauważalny, ale wciąż jesteśmy pod tym względem prawie na szarym końcu w Europie – dodaje ekspert. – Wynika to w dużej mierze z czynników historyczno-socjologicznych. W dalszym ciągu w krajach byłego bloku wschodniego własność traktowana jest jako wyznacznik wysokiego statusu majątkowego i społecznego.

Jak wynika z raportu Centrum AMRON, nieruchomości postrzegane są jako najbardziej bezpieczne aktywa, które stanowią pewną, akumulowaną przez całe życie lokatę kapitału. Ponadto w Polsce rynek kapitałowy nie jest tak dobrze rozwinięty jak w Europie Zachodniej, brakuje więc powszechnej alternatywy dla gromadzenia oszczędności i ich inwestowania, chociażby na rynku papierów wartościowych.

Kolejny powód to sytuacja na rynku najmu. Jak podkreśla Łukasz Stępkowski, w Polsce nie ma odpowiedniej podaży mieszkań budowanych z przeznaczeniem na wynajem, o wysokim standardzie funkcjonalnym i technicznym. Ten segment dopiero powstaje. Stosunkowo niedawno, bo dopiero w 2017 roku, została uchwalona ustawa o Krajowym Zasobie Nieruchomości, która wprowadziła do porządku prawnego najem instytucjonalny. Charakteryzuje się on większą transparentnością i z założenia ma równoważyć interesy prawne najemców i wynajmujących.

– Rezultaty już widać – zapewnia Łukasz Stępkowski. – Zainteresowanie najmem rośnie i choć na spektakularne efekty trzeba będzie jeszcze poczekać, należy się spodziewać, że w kolejnych latach coraz więcej osób będzie decydowało się na najem mieszkania.

Ekspert podkreśla, że na rozwój rynku najmu będą wpływały przede wszystkim dwa czynniki: wzrost liczby mieszkań o wysokim standardzie oferowany przez deweloperów mieszkaniowych i państwowy Fundusz Mieszkań na Wynajem oraz postępujące procesy demograficzne.

– Pokolenie wyżu demograficznego z końca lat 80. i początku lat 90. ubiegłego wieku coraz bardziej akcentuje potrzebę przestrzennej niezależności i nie chce wiązać się na całe życie z jednym miejscem zamieszkania. Młodzi ludzie są coraz bardziej mobilni w porównaniu ze starszym pokoleniem. Ich miejsca zamieszkania nie determinuje już miejsce pracy, dlatego styl życia młodego pokolenia będzie kreował rynek najmu w przyszłości. Jednak Polakom potrzeba jeszcze czasu, aby mogli dorównać pod tym względem obywatelom krajów Europy Zachodniej – zauważa specjalista.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego dodatnie saldo migracji wewnętrznej po raz ostatni odnotowano w 2000 roku. Oznacza to, że obecnie Polacy nie migrują z miasta do miasta, bo, po pierwsze, sytuacja na rynku pracy tego nie wymaga, a jeśli decydują się na wyjazd za pracą, to przede wszystkim za granicę.

Wzrost popytu na najem mieszkań powoduje także coraz większe zakupy mieszkań dokonywane w celach inwestycyjnych. Sprzyjają temu niskie stopy procentowe.

– Stopy zwrotu cały czas są na wysokim poziomie, dużo wyższym niż oprocentowanie depozytów. Wiele będzie zależało od decyzji Rady Polityki Pieniężnej. W marcu będziemy obchodzili piątą rocznicę ostatniej podwyżki stóp procentowych, dla porównania – w Czechach przez ten czas stopy zmieniano dziewięciokrotnie – podkreśla Łukasz Stępkowski.

Baza mieszkań do wynajęcia stale się powiększa, co powoduje konkurencję: zarówno cenową, jak i jakościową – mieszkania oferowane na rynku najmu są w coraz lepszym stanie techniczno-funkcjonalnym. Coraz większa popularność najmu jest także efektem większej dynamiki wzrostu cen mieszkań niż stawek czynszu.

– Wzrost stawek czynszu najmu jest zauważalny, ale są to wzrosty jednocyfrowe – uściśla specjalista ds. rozwoju i eksploatacji systemu w Centrum AMRON. – W największych aglomeracjach te podwyżki sięgają 5–6 proc., natomiast wzrost cen mieszkań do sprzedaży sięga kilkunastu procent.

Nanomateriały zrewolucjonizują ortopedię i implantologię. Antybakteryjne powłoki atomowe zmniejszą ryzyko zakażeń podczas wszczepiania implantów

Nanotechnologia zmienia oblicze medycyny. Dzięki cienkim warstwom atomowym o działaniu antybakteryjnym mamy szansę pokonać problem lekooporności szczepów bakterii. Technologia ta pozwala ponadto opracować dużo doskonalsze implanty stomatologiczne czy protezy kończyn. W medycynie stomatologicznej nanotechnologia umożliwia także stworzenie materiałów, które wyeliminują ryzyko próchnicy.

– Zajmujemy się technologią pokrywania cienkich warstw atomowych różnych powierzchni. Powłoki te można wykorzystywać w elektronice, fotowoltaice, ale również w biologii i medycynie –  mówi agencji Newseria Innowacje Aleksandra Seweryn z Instytutu Fizyki Polskiej Akademii Nauk. – Wykazaliśmy już właściwości antybakteryjne tych warstw, teraz z naszym partnerem z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu wykonujemy badania związane z zachowaniem się komórek kostnych w ich otoczeniu. Planujemy wykorzystanie takich warstw w powłokach implantów.

Naukowcy z Instytutu Fizyki PAN opracowali metodę wytwarzania powłok antybakteryjnych, które stanowią cienkie warstwy tlenkowe (warstwy tlenku cynku, hafnu, cyrkonu, aluminium i tytanu). Wykazują one działanie bakteriobójcze. Dzięki temu, że warstwy osadzane są w procesie niskotemperaturowym, możliwe jest pokrywanie nimi powierzchni materiałów metalicznych, a także tworzyw naturalnych i sztucznych. Daje to ogromne pole do zastosowania w medycynie – zwłaszcza w obszarze narzędzi chirurgicznych czy odzieży ochronnej.

– Bardzo dużym problemem obecnej cywilizacji jest inwazja bakterii i przede wszystkim ich lekooporność. Coraz więcej szczepów jest opornych na antybiotyki, mamy ich bardzo mało w porównaniu z liczbą bakterii i z tempem, w jakim one się uodparniają na te leki. Dlatego poszukujemy nowych rozwiązań, żeby zwalczać infekcje bakteryjne, eliminując jednocześnie wykorzystanie antybiotyków. Nasze warstwy mają działanie bakteriostatyczne i mogą być w tym celu wykorzystywane – przekonuje Aleksandra Seweryn.

Aplikacja tych warstw w materiale tkankowym może zrewolucjonizować implantologię. Dzięki skutecznemu wyeliminowaniu bakterii z pola styczności powierzchni implantu z tkanką ciała można wypracować dużo lepsze efekty terapeutyczne.

Rosyjscy naukowcy planują wykorzystać nanotechnologię do tego, by zapobiegać próchnicy lub doprowadzać do wyeliminowania jej nawrotu po wykonaniu plomby. Pracownicy Narodowego Badawczego Uniwersytetu Technologicznego MISiS prowadzili badania nad nanocząsteczkami składającymi się z tlenku żelaza, tytanu, cynku i innych metali. Wykazują one silne działanie bakteriobójcze. Domieszanie ich do plomby na stałe zapobiega rozwojowi próchnicy.

Rozwiązanie proponowane przez Polaków w stomatologii będzie przeznaczone dla pacjentów, którzy już stracili ząb w wyniku urazu lub choroby.

– Implanty stomatologiczne są w tej chwili bardzo często stosowane. Bardzo duży odsetek pacjentów po wypadkach komunikacyjnych potrzebuje takiej pomocy. Drugi powód to względy estetyczne – podkreśla pracowniczka Instytutu Fizyki PAN. – Dużym problemem jest też osteoporoza. To choroba cywilizacyjna powodująca zmniejszenie gęstości kości, w związku z czym mają one bardzo dużą tendencję do złamań, również proces ich gojenia jest bardzo utrudniony. Dlatego też sfunkcjonalizowanie tych powłok, które my proponujemy, będzie wspomagało leczenie takich złamań.

Według raportu Research and Markets światowy rynek nanomedycyny osiągnie do 2025 roku wartość niemal 351 mld dol.

Polskie start-upy mają dostać lepsze warunki do rozwoju. Planowane jest szersze wykorzystanie sztucznej inteligencji i technologii blockchain

W Europejskim Rankingu Innowacyjności Polska jest na piątym miejscu od końca. Z kolei tylko innowacje pozwolą utrzymać się w wyścigu europejskich i światowych potęg. Pomóc ma w tym Strategia Rozwoju Rynku Kapitałowego. Piaskownica regulacyjna pomoże start-upom, ma też powstać ekosystem dla rozwiązań fintechowych. Dzięki wypracowanej strategii Polska ma też lepiej wykorzystywać nowe technologie, takie jak sztuczna inteligencja czy blockchain.

– W 2019 roku polski rząd przyjął Strategię Rozwoju Rynku Kapitałowego. To pierwszy tak obszerny dokument, który pomagał rządowi napisać Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju wraz z Unią Europejską. W tym dokumencie jednym z ważnych wniosków jest ten, że Polska nie do końca nadąża z innowacyjnością i z fintechem – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jacek Kubas, zastępca dyrektora w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju.

Polska w Europejskim Rankingu Innowacyjności jest na piątym miejscu od końca. Również polskie regiony mają umiarkowane sukcesy w tym zakresie. Jesteśmy zaliczani do grona umiarkowanych innowatorów. Choć pod względem liczby start-upów jesteśmy jednym z liderów w regionie, naszym problemem jest brak odpowiedniego ekosystemu, a to właśnie współpraca administracyjno-finansowa może zagwarantować im sukces. Tego obecnie brakuje, dlatego trudniej im przebić się na światowych rynkach. Strategia Rozwoju Rynku Kapitałowego ma pomóc rozwiązać największe bolączki rynku  nie tylko finansowania start-upów, lecz także szerszego wykorzystywania nowych technologii.

– Jeden z elementów tego projektu tworzy strategię fintech. Jednak współpracujemy również z KNF w kwestii budowy piaskownicy regulacyjnej oraz tzw. SupTech i RegTech. To próba wykorzystywania nowych technologii, np. sztucznej inteligencji czy blockchainu, w prowadzeniu nadzoru finansowego, żeby był bardziej efektywny, szybszy i bardziej nowoczesny – tłumaczy Jacek Kubas.

Badanie “Emerging Technologies: The competitive edge for finance and operations” przeprowadzone przez Enterprise Strategy Group i Oracle wskazuje, że wdrażanie nowych technologii, takich właśnie jak SI czy blockchain, znacząco zwiększa konkurencyjność firm, ich efektywność, a zmniejsza zaś liczbę błędów. Polskie firmy chętnie wdrażają nowe technologie, nie zawsze jednak mają przygotowaną strategię, problemem jest też wykorzystywanie technologii w praktyce.

– Piaskownica regulacyjna pozwala nowym start-upom sprawdzać i testować środowisko regulacyjne w danym kraju, poznać, jak mogłoby ono funkcjonować, i dowiedzieć się, czy i jakiej licencji potrzebują. To szansa na sprawdzenie, czy rozwiązanie, które faktycznie chcą zaimplementować na rynku, będzie wymagało regulacji – dodaje Jacek Kubas.

Pod względem liczby start-upów Polska jest w czołówce. Szacuje się, że działa ich ok. 3 tys., z czego w branży finansowej funkcjonuje blisko 200 start-upów technologicznych. Z danych zebranych przez PFR Ventures i fundusz Inovo Venture Partners wynika, że fundusze VC zainwestowały w ubiegłym roku w polskie spółki technologiczne ponad 1,2 mld zł. To ośmiokrotnie więcej niż w 2018 roku. Większość start-upów w Polsce finansuje się jednak sama, na Zachodzie częściej z pomocą przychodzą największe firmy.

– Fintech w innowacyjności nie widzi granic i powstające podmioty myślą globalnie. Musimy stworzyć im takie środowisko do rozwoju w naszym kraju, żeby nie przenosiły się nigdzie indziej, żeby rozwijały się i przyciągały inne podmioty również do Polski. Stworzenie tego ekosystemu fintech jest podwaliną, aby zbudować prawdziwy ekosystem i przyciągnąć start-upy i fintechy do naszego kraju oraz wspomóc te, które u nas powstają – zaznacza ekspert.

Pierwsze zapowiedzi wskazywały, że już w 2020 roku ma zniknąć część barier, która przeszkadza w rozwoju technologicznych start-upów.

– W ciągu 15 miesięcy chcemy przygotować różne strategie, mapy, dokumenty, które pokażą nam, w którą stronę iść. Oczywiście będziemy wspierać ministerstwo i KNF, żeby różne regulacje zostały przyjęte – zapowiada Jacek Kubas. – Dla nas najważniejsze jest, żeby to stało się jak najszybciej.

Priorytety cyfrowe UE na następne 5 lat

Komisja Europejska opublikowała komunikat prezentujący priorytety cyfrowe UE na następne 5 lat. Wraz z nim przedstawiono też Białą Księgą nt. sztucznej inteligencji oraz strategię danych.

Komisja Europejska (KE) opracowała główne założenia polityki cyfrowej UE. Ich celem jest maksymalizacja korzyści, jakie – dla wszystkich ludzi – niesie ze sobą cyfryzacja, przy jednoczesnym zachowaniu wartości europejskich.

Europejska suwerenność cyfrowa

W środę w Brukseli opublikowano komunikat o kształtowaniu cyfrowej przyszłości Europy, Białą Księgę w sprawie Sztucznej Inteligencji oraz komunikat „Europejska strategia danych”.

– Zaprezentowana przez Komisję Europejską nowa strategia cyfrowa to ważny i potrzebny dokument. Szczególnie cieszy fakt, że KE umieściła politykę cyfrową na pierwszym planie swoich priorytetów – mówi minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Strategia przedstawiona przez Komisję Europejską opiera się na trzech głównych celach:

Cel 1: Technologia dla ludzi – czyli rozwój technologii, która ma rzeczywiście zmieniać życie obywateli.

Komisja stawia na współpracę między państwami członkowskimi i wzywa do inwestycji m.in. w budowę sieci i kapitał ludzki – zarówno na poziomie europejskim, krajowym jak i regionalnym. Jednocześnie KE podkreśla, że do sfinansowania rewolucji cyfrowej potrzebne będą zarówno środki publiczne, jak i prywatne.

Komisja wzywa także do współpracy w obszarze cyberbezpieczeństwa i konieczności budowy zaufania do nowych technologii. Jednym z priorytetów Komisji na następne lata będzie rozwój kompetencji cyfrowych Europejczyków i edukacja.

Cel 2: Uczciwa i konkurencyjna gospodarka cyfrowa

– Europa musi stać się niezależna i tworzyć własne rozwiązania cyfrowe, a nie opierać się na technologii zaprojektowanej przez kogoś innego. Kluczem do tego mają być dane i ich ponowne wykorzystanie. Komisja zamierza także zaproponować strategię dla małych i średnich przedsiębiorców, aby również oni mogli skorzystać z dobrodziejstw cyfryzacji.

Jak twierdzi KE – na rynku wewnętrznym, zarówno w jego wymiarze tradycyjnym jak i cyfrowym, powinny obowiązywać te same reguły. Wszystkie firmy powinny konkurować na równych zasadach, a konsumenci powinni mieć pewność, że ich prawa będą respektowane.

Cel 3: Otwarte, demokratyczne i zrównoważone społeczeństwo – czyli utworzenie środowiska godnego zaufania, demokratycznego, w którym prawa podstawowe są szanowane i które jednocześnie jest neutralne dla klimatu i wydajnie wykorzystuje swoje zasoby.

Komisja ma zamiar ponownie zdefiniować rolę i obowiązki platform internetowych. W szczególności w kontekście zamieszczania – w tych serwisach – nielegalnych treści. Według KE, w internecie konsumenci mają mieć większą kontrolę nad swoimi danymi osobowymi, a także nad swoją tożsamością online.

Zdaniem Komisji, reguły dotyczące dzielenia się i zarządzania informacją w sieci muszą być transparentne. Wszystko po to, by zapobiegać kampaniom dezinformacyjnym, na które w ostatnim czasie Europa była narażona.

Słowa klucze, wokół których tworzona jest strategia, to: ludzie, gospodarka, społeczeństwo, zaufanie, świat, demokracja, sprawiedliwość, egzekwowanie oraz doskonałość.

Ekosystem doskonałości

Podejście KE do Sztucznej Inteligencji (AI) opiera się na strategii danych, promowaniu zdolności innowacyjnych Europy oraz na rozwijaniu etycznej i godnej zaufania Sztucznej Inteligencji. W Białej Księdze Komisja podkreśla, że Europa musi wypracować wspólne podejście w tym zakresie. Po to, by zapobiec fragmentacji rynku.

Głównym celem Komisji jest ponadto stworzenie – dzięki współpracy z państwami członkowskimi (wspólnych inwestycji i badań) – „ekosystemu doskonałości”, na który składają się: rozwój kompetencji cyfrowych koniecznych dla produkcji i obsługi systemów opartych na AI oraz zaangażowanie MŚP i sektora prywatnego.

KE zwraca uwagę na fakt, że aby sztuczna inteligencja mogła funkcjonować należy zapewnić dostęp do danych i odpowiedniej infrastruktury komputerowej.

– Jako Polska opowiadamy się za tym, aby przejrzysta, godna zaufania i niedyskryminująca technologia oparta na Sztucznej Inteligencji stała się znakiem towarowym UE. Jednak nie powinniśmy także zapominać o kształceniu świetnych programistów i specjalistów IT, którzy mogą być naszą najlepszą wizytówką na światowych rynkach – mówi minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Ekosystem oparty na zaufaniu

Drugim elementem rozwoju Sztucznej Inteligencji w Europie będzie zbudowanie „ekosystemu opartego na zaufaniu”, co będzie wymagało modernizacji obowiązujących ram regulacyjnych, ale bez jednoczesnego nakładania zbyt dużych obciążeń na mniejszych przedsiębiorców. Komisja proponuje podejście oparte na ocenie ryzyka.

I tak – zdaniem KE – w przypadkach wykorzystania AI w ochronie zdrowia, czy transporcie (wysokie ryzyko) systemy oparte na Sztucznej Inteligencji powinny być przejrzyste, identyfikowalne i nadzorowane przez człowieka. W przypadku zastosowań o niższym ryzyku Komisja rekomenduje dobrowolny system etykietowania.

Biała Księga porusza także kwestię systemu rozpoznawania twarzy do zdalnej identyfikacji biometrycznej. Obecnie taka możliwość jest zabroniona. Może być stosowana tylko w wyjątkowych, należycie uzasadnionych, przypadkach. Komisja chce rozpocząć szeroką debatę na temat ewentualnych wyjątków w tym względzie i zachęca zainteresowane strony do konsultacji.

Europejska strategia danych

– Europa ma wszystko, czego potrzeba, aby być liderem w dziedzinie „dużych zbiorów danych”, a jednocześnie zachować swoją suwerenność technologiczną, wiodącą pozycję w przemyśle i konkurencyjność gospodarczą z korzyścią dla europejskich konsumentów – powiedział Thierry Breton, komisarz ds. rynku wewnętrznego UE. – Nasze społeczeństwo generuje ogromną liczbę przemysłowych i publicznych danych. Zależy nam, aby europejskie przedsiębiorstwa miały do nich dostęp i na tej podstawie tworzyły wartość dla Europejczyków – dodał.

Wychodząc z tych założeń Komisja Europejska opublikowała strategię dotyczącą budowania gospodarki opartej na danych. Zawiera ona działania w obszarze prawa i inwestycji, który miałyby zostać podjęte w ciągu najbliższych pięciu lat. Cel? Zwiększenie – w ramach jednolitego rynku wewnętrznego – wykorzystania danych oraz popytu na produkty i usługi oparte na danych.

Strategia KE w tym zakresie ma cztery główne filary.

W ramach pierwszego – Komisja zaproponuje stworzenie ram prawnych dla zarządzania danymi. Zwiększona ma zostać także dostępności danych sektora publicznego poprzez otwarcie w całej UE zbiorów danych o wysokiej wartości i umożliwienie ich ponownego wykorzystania.

Drugim filarem strategii jest wsparcie rozwoju technologii i infrastruktury cyfrowej. Tak, aby zwiększyć wykorzystanie możliwości związanych z gospodarką opartą na danych. Dlatego Komisja chce współfinansować inwestycje w europejskie projekty dotyczące europejskich przestrzeni danych oraz infrastruktury chmury obliczeniowej.

Trzeci filar strategii to działania na rzecz rozwoju umiejętności cyfrowych. Komisja ma także przeanalizować, w jaki sposób zapewnić obywatelom lepszą kontrolę nad tym, kto ma dostęp do dotyczących ich danych.

Działania sektorowe w celu zbudowania europejskich przestrzeni danych (np. w dziedzinie produkcji przemysłowej, zielonego ładu, mobilności czy zdrowia) – to czwarty filar strategii na rzecz budowania gospodarki popartej na danych.

– Przedstawione przez Komisję Europejską działania w tym zakresie są zgodne z naszymi postulatami. Zgłaszaliśmy je jeszcze na etapie dyskusji na temat tego, jak powinna wyglądać unijna polityka w obszarze gospodarki opartej na danych – mówi minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Obawy związane z koronawirusem nadal wpływają na rynek

Rynek nie przestaje zwracać uwagi na informacje z Azji. Pogorszenie nastrojów w kontekście koronawirusa widać już w odczytach z Europy.

Zgodnie z najnowszymi danymi, liczba osób zakażonych koronawirusem przebiła 75 tys., z czego ponad 2 tys. straciło życie. Liczby te mogą przerażać, i wraz z szeregiem dodatkowych informacji dotyczących efektów koronawirusa sprawiają, że inwestorzy cały czas pozostają w napięciu. Wspomniane dodatkowe informacje to m.in. wieści dotyczące problemów firm w kontekście produkcji i niższego popytu, informacje o odsunięciu lub możliwości odsunięcia w czasie istotnych wydarzeń odbywających się w Azji oraz rozczarowujące dane z gospodarek.

W kontekście danych z gospodarki, warto wspomnieć o dwóch odczytach. Po pierwsze – o indeksach ZEW opisujących nastroje względem sytuacji w gospodarce Niemiec i strefy euro. W lutym odnotowały one spore spadki w relacji do poziomów z poprzedniego miesiąca, właśnie m.in. w związku z obawami dotyczącymi wpływu koronawirusa na europejskie gospodarki. Po drugie – o danych o japońskim PKB w czwartym kwartale ubiegłego roku, który m.in. w konsekwencji podwyżki podatku od sprzedaży doświadczył spadku rzędu 1,6% w ujęciu kwartalnym i 6,3% w ujęciu zanualizowanym.

Oczywiście w powyższych danych nie widać jeszcze efektu koronawirusa, bo dotyczą one okresu przed wybuchem epidemii. Niemniej właśnie to budzi obawy: trzecia największa gospodarka świata doświadczyła głębokiego spadku PKB jeszcze przed otrzymaniem kolejnego ciosu. W tym kontekście trudno liczyć na poprawę sytuacji japońskiej gospodarki w najbliższym czasie. Niewykluczone, że wręcz ulegnie ona pogorszeniu.

Dynamika PKB Japonii w ujęciu kwartalnym (2015 – 2019)

Dynamika PKB Japonii
Źródło: Bloomberg Data: 19/02/20

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR
Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,26-4,28. W parze z dolarem amerykańskim, europejska waluta kontynuowała wczoraj spadki, schodząc poniżej poziomu 1,08. Spadek głównej pary można powiązać z utrzymującymi się obawami dotyczącymi sytuacji gospodarczej strefy euro, które rosną również w związku z koronawirusem. Strefa euro może być narażona na wpływ efektów z nim związanych bardziej niż inne duże gospodarki, ze względu na nadzwyczaj duży udział handlu w PKB.

Pogorszenie nastrojów ekonomicznych widać już teraz. Ostatnie odczyty indeksów ZEW – opisujących sentyment względem bieżącej i przyszłej sytuacji w największej gospodarce strefy euro, Niemczech – znalazły się wyraźnie poniżej odczytów z poprzedniego miesiąca, jak i oczekiwanych poziomów. Indeks odnoszący się do perspektyw gospodarczych strefy euro znalazł się na poziomie 10,4 pkt wobec 25,6 pkt notowanych miesiąc wcześniej.

Indeks ZEW dla perspektyw gospodarczych strefy euro (2015 – 2020)
Indeks ZEW dla perspektyw gospodarczych strefy euroŹródło: Bloomberg Data: 19/02/20

GBP
Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 5,11-5,16. Poziom, który wczoraj osiągnął funt w parze ze złotym, był najwyższy od połowy grudnia, kiedy to brytyjska waluta gwałtownie umocniła się w następstwie publikacji wyników exit poll wskazujących na przytłaczające zwycięstwo Partii Konserwatywnej w wyborach powszechnych.

Wśród informacji z Wielkiej Brytanii, które poznaliśmy w ostatnich dniach, warto wyróżnić dwie publikacje danych ekonomicznych. Wczorajsze odczyty z rynku pracy opisujące sytuację w trzech miesiącach do grudnia w ujęciu ogólnym okazały się nieco gorsze od oczekiwań, nadal jednak wskazują na utrzymywanie się dobrej sytuacji na brytyjskim rynku pracy. Pewne obawy może budzić hamowanie dynamiki płac, jednak dzisiejsze dane pokazujące odbicie inflacji bazowej o 0,2 p.p. do 1,6% i skok inflacji CPI z 1,3% do 1,8% w styczniu powinny sprawić, że Bank Anglii w najbliższym czasie nie będzie obniżać stóp procentowych.

USD
Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 3,93-3,96. Obecnie dolar amerykański w parze ze złotym znajduje się na najwyższym poziomie od ponad czterech miesięcy, co ma związek głównie ze zmianami na parze EUR/USD.

W ostatnim czasie nie poznaliśmy zbyt wielu istotnych informacji z USA. Dziś wieczorem ma się to zmienić za sprawą publikacji „minutek” z ostatniego spotkania FOMC. W związku z tym, że sytuacja globalna w kontekście koronawirusa zmienia się nadzwyczaj szybko, na nią w kontekście komentarzy decydentów z kluczowych banków centralnych ostatnio szczególną uwagę zwracali inwestorzy. Retoryka decydentów sprzed trzech tygodni może jawić się jako bardziej „wsteczna” niż zazwyczaj, w związku z czym wpływ publikacji na zachowanie dolara amerykańskiego może nie być duży.

Kurs USD/PLN (luty ‘19 – luty ‘20)
Kurs USDŹródło: Bloomberg Data: 19/02/20

KLUCZOWE PUBLIKACJE
20:00 – „minutki” z ostatniego spotkania FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Giełda nie lubi rosnącej inflacji. Rosnące ceny coraz mocniej ciążą GPW

Konsumenci odwiedzający popularne supermarkety czy dyskonty nie mają powodów do radości. Wyższa inflacja nie pomoże też notowaniom na GPW.

W ostatnich dniach polskie media obiegła wiadomość, że „koszyk Dudy”, czyli zestaw produktów, które w 2015 r. prezydent kupił w jednym ze sklepów Biedronki, dziś kosztuje nawet o 30% drożej. Oficjalne dane są mniej zatrważające, ale i tak inflacja jest najwyższa od października 2012 r. Według najnowszych danych GUS, w styczniu 2020 r. ceny dóbr konsumpcyjnych wzrosły o 4,4% rok do roku.

– Ceny żywności rosną aktualnie w tempie 7% rocznie. Do tego dochodzą wzrosty kosztów pracy i cen energii. Inflacja jest najdotkliwsza dla najuboższych, ponieważ najbardziej drożeje żywność, na którą wydają oni największą część domowego budżetu. I tak możemy mówić o szczęściu, ponieważ ceny ropy na światowych giełdach pozostają niskie, a złoty jest stabilny. Gdyby było odwrotnie, sytuacja naprawdę mogłaby być już trudna – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.

Rosnące ceny nie są też dobrą wiadomością dla inwestorów zaangażowanych w akcje spółek notowane na GPW. Na razie inflacja pozostaje dla rynków kwestią neutralną, ale długoterminowo nie można o rosnącej inflacji mówić dobrze, skoro spółki z GPW nie pokazują wyższych przychodów w konsekwencji wzrostu cen. Raczej zmniejszają swoje marże, a nie da się tego robić w nieskończoność.

– Notowania na GPW nie były w stanie rosnąć w ostatnich latach w otoczeniu niskiej inflacji i fantastycznej atmosfery na światowych rynkach, gdy na giełdach w USA bite były kolejne rekordy. Jeżeli więc nie udałoby się opanować w tym roku inflacji w Polsce, nie byłaby to dobra informacja dla GPW – ocenie Łukasz Wardyn.

Wysoka inflacja to jeszcze jedno zagrożenie dla notowań akcji. Oznacza ona bowiem ryzyko podwyżki stóp procentowych, która mogłaby dodatkowo wyssać kapitał z GPW. – Jeżeli dojdzie do jednej podwyżki stóp procentowych, to na GPW nic złego się nie stanie – komentuje ekspert CMC Markets. – Gorzej, gdyby inwestorzy zaczęli myśleć, że to początek serii takich podwyżek.

Jak na razie warszawska giełda nie zareagowała istotnie na wyższą inflację, ponieważ inwestorzy oceniają, że po I kw. 2020 r. wróci ona do niższych poziomów. Warto obserwować, czy w najbliższych tygodniach i miesiącach tempo wzrostu cen rzeczywiście będzie mniejsze.

Złoty powstrzymuje straty. Polska gospodarka zwalnia, zatrudnienie też

Przed nami sesja wypełniona wieloma istotnymi odczytami. Polski rynek pracy, brytyjska i amerykańska inflacja. A na kolację “minutki” FOMC.

Ambiwalentny odczyt

Lokalnie najważniejszym odczytem dnia jest ten dotyczący rynku pracy. Inwestorzy mogą mieć spory problem z jego interpretacją. Przede wszystkim dynamika zatrudnienia wyraźnie spadła i wynosi obecnie zaledwie 1,1%. Już grudniowy odczyt na poziomie 2,6% budził pewien niepokój, który teraz wyraźnie został pogłębiony. Nie da się ukryć, że problemy z dynamiką PKB zaczynają się przekładać na rynek pracy i możemy się spodziewać dalszego wzrostu bezrobocia. Pozytywnie zaskoczyła za to dynamika wynagrodzenia, która znowu może się chwalić siódemką z przodu.

Wypchany kalendarz

Obecny tydzień bardzo powoli nam się rozkręcał. Przede wszystkim ze względu na poniedziałkowe święto w Stanach, które bardzo pomogło choćby Japończykom. Fatalne dane z gospodarki Kraju Kwitnącej Wiśni zapewne bardziej by uderzyły w jena na pełnym rynku. Wczorajsza sesja też nosiła znamiona efektu późnego startu, choć akurat na rynku akcyjnym było ciekawie ze względu na fatalne wiadomości z firmy Apple. Środowa sesja jest jednak pełna ważnych danych, więc handel powinien ruszyć pełną parą. I już nie zwolnić aż do końca tygodnia. Poznaliśmy kolejne słabe dane z Japonii, gdzie zarówno import, jak i eksport się skurczyły. Warto też zwrócić uwagę na odczyty inflacyjne na Wyspach Brytyjskich, zwłaszcza w kontekście ostatniej dyskusji o potencjalnym cięciu stóp procentowych. Mniej emocji zapewne wzbudzi odczyt inflacji w USA, ponieważ po pierwsze dotyczy ona cen producenckich, a po drugie za oceanem sytuacja ze stopami procentowymi jest znacznie bardziej klarowna. O tym jak bardzo będziemy mogli się przekonać wieczorem z lektury tzw. “minutek” Komitetu Decyzyjnego FED. Rynek oczekuje kolejnych zapewnień, że w najbliższym czasie FOMC przyjmie strategię wait & see.

Złoty powstrzymuje straty

Już początek sesji na walutach pokazuje, że środa będzie ciekawa. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na eurodolara, którego kurs po zejściu poniżej pułapu 1,08 $, od rana testuje zawzięcie ten poziom. Prawdopodobnie dolar obecnie zbiera siły przed kolejnym ruchem w dół. Siłę amerykańskiej waluty widzimy także względem złotego, rano kurs USDPLN przekroczył poziom 3,95 zł i był najwyższy od początku października. Euro kosztuje 4,265 zł, frank znowu powrócił powyżej poziomu 4 złotych. Tanieje za to funt, za którego zapłacimy 5,12 zł.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Dezinformacja – definicja, teoria, praktyka i zarządzanie

W dzisiejszej rzeczywistości politycznej i gospodarczej można wyraźnie zauważyć aktywne wykorzystanie różnych technologii dezinformacyjnych. Przede wszystkim dezinformacja stała się jedną z podstawowych technologii informacyjnych wykorzystywanych w tzw. wojnach informacyjnych, które z kolei wchodzą w skład coraz powszechniej wykorzystywanych w rozgrywkach między państwami wojen hybrydowych. W gospodarce technologie dezinformacyjne wykorzystywane są w konfrontacji zarówno pomiędzy pojedynczymi przedsiębiorstwami, jak i grupami finansowo przemysłowymi, a także ponadnarodowymi korporacjami, jak i państwami.

W obecnych konfliktach gospodarczych dezinformacja stała się istotnym elementem operacyjnym, taktycznym i strategicznym ukrycia własnych zamiarów. Jest ona rozprzestrzeniana w celu wywarcia określonego wpływu na kierownictwo przeciwnika (konkurenta) oraz zmniejszenia jego zdolności do zarządzania, a także do kontrolowania bieżącej sytuacji rynkowej. Dezinformacja pozwala również osiągać efekt zaskoczenia wobec przeciwnika (konkurenta). Ponadto można zauważyć, że tak jak gospodarka coraz częściej wykorzystywana jest w rozgrywkach politycznych (sankcje, embarga), tak również dezinformacja stosowana w dziedzinie gospodarki wykorzystywana jest coraz częściej dla osiągania celów politycznych, a nie ekonomicznych.

Wprowadzenie w błąd przeciwnika politycznego może przysporzyć mu poważnych kłopotów i narazić na straty. Odpowiednio „podrobione” informacje, analizy, raporty i oceny z dziedziny geopolityki i geoekonomii nie pozostają oczywiście bez wpływu na działalność gospodarczą. To przecież na podstawie prognozowanego rozwoju sytuacji makroekonomicznej wiele banków, koncernów, ale także firm różnej wielkości podejmuje swoje decyzje biznesowe. Dlatego warto bliżej przyjrzeć się zjawisku, jakim jest dezinformacja, podstawowym pojęciom z tej dziedziny technologii informacyjnej, a także metodom i sposobom prowadzenia działań dezinformacyjnych. Wydaje się, że wiedza o podstawach stosowania dezinformacji pozwoli osobom związanym z wywiadem gospodarczym uważniej przyglądać się zdobywanym informacjom i oceniać je krytycznie m.in. pod kątem możliwej dezinformacji.

Dezinformacja – pojęcia definicyjne

Pod pojęciem „dezinformacji” rozumieć można:

  1. metodę maskowania polegającą na celowym rozpowszechnianiu fałszywych informacji o maskowanym obiekcie, jego strukturze i działaniach, a także na imitowaniu działań tego obiektu, zgodnie z tymi fałszywymi informacjami;
  2. prowadzenie specjalnych operacji i działań mających na celu ukrycie tajemnic chronionych przed przeciwnikiem, a także wprowadzanie go w błąd w kwestiach związanych z określonymi problemami politycznymi, gospodarczymi, naukowymi, technicznymi, wojskowymi i innymi w celu skłonienia przeciwnika do podjęcia takich decyzji i działań, które byłyby korzystne dla strony wprowadzającej w błąd;
  3. informacje, materiały i dokumenty zawierające dane mające na celu wprowadzenie kogokolwiek w błąd.

Allen Dulles w swojej książce „The Art of Intelligence” podaje podobną definicję tego terminu: „W wywiadzie pojęcie „dezinformacji” obejmuje szeroki zakres działań, w których jedno państwo próbuje wprowadzić w błąd inne (zwykle potencjalnego lub faktycznego przeciwnika), w odniesieniu do jego możliwości i zamiarów. Ta metoda jest najbardziej aktywnie stosowana podczas wojny lub w okresie poprzedzającym bezpośrednie działania wojenne, gdy głównym zadaniem dezinformacji jest wprowadzenie przeciwnika w błąd, w kwestii planów i zamiarów strony dezinformującej, jak np. odwrócenie sił obrony wroga od obszaru, gdzie planowany jest atak lub stworzenie wrażenia, że atak w ogóle nie jest planowany”.

W zachodniej literaturze specjalistycznej istnieje różnica między terminami „dezinformacja” i „operacja psychologiczna”. Zarówno dezinformacja, jak i operacja psychologiczna traktowane są jako systemowy proces przekazywania specjalnie przygotowanych, fałszywych komunikatów dla wybranego celu (obiektu) oddziaływania dezinformacyjnego. Jednak celami operacji psychologicznej są zwykle duże grupy ludzi (społeczności), a dezinformacja dotyczy niektórych, specjalnie wybranych grup osób lub nawet konkretnych, pojedynczych ludzi. W tym artykule autorzy używają terminu „operacja dezinformacyjna” dla obu ww. przypadków, aby nie wprowadzać zamieszania w głowach czytelników i nie tworzyć dodatkowego, w sumie zbędnego, aparatu koncepcyjnego.

Tak więc operacja dezinformacyjna (OD) to zestaw powiązanych ze sobą zwodniczych działań, których wspólnym celem jest wprowadzanie w błąd przeciwnika.

Z operacją dezinformacyjną ściśle związane są następujące terminy:

Cel dezinformacji – celem dezinformacji jest decydent lub grupa społeczna, który(a) w wyniku działań dezinformacyjnych ma zostać wprowadzony(a) w błąd;

Legenda – przyjęta wersja dezinformowania przeciwnika w celu ukrycia swoich prawdziwych motywów działań i samych działań;

Legendowanie – dezinformowanie przeciwnika w celu ukrycia swoich prawdziwych motywów i kierunków działania;

Operator (ang. deweloper) – osoba, która opracowuje scenariusz zdarzeń mających wprowadzić w błąd. Twórcy wydarzeń dezinformacyjnych powinni mieć rozwiniętą wyobraźnię, ponieważ zdolność do przemyślenia i skutecznego oszustwa zależy bezpośrednio od kreatywnego potencjału, wykorzystywanego do rozwijania i zapewniania legendy operacji;

Gra operacyjna – tajna operacja dezinformacyjna wykorzystująca podstawione osoby, legendowane organizacje, przewerbowaną agenturę przeciwnika, sprzęt operacyjny do identyfikacji nielojalności personelu przedsiębiorstwa, zakłócanie dezinformacyjnych (przeciwdziałanie) zamiarów przeciwników (konkurentów).

Aby właściwie przygotować operację dezinformacyjną (OD), specjaliści od działań dezinformacyjnych (operatorzy) muszą dysponować niezbędnymi danymi, w tym m.in. powinni znać:

  • główne zadanie dezinformacji, w każdym jego elemencie;
  • zadania poszczególnych oddziałów i filii przedsiębiorstwa i obszary odpowiedzialności każdej z nich;
  • koncepcje uzasadnionego ryzyka;
  • inicjatywy gospodarcze przedsiębiorstwa;
  • zasady poufności i możliwość wykorzystania efektu zaskoczenia;
  • dane o możliwościach systemu wywiadowczego przedsiębiorstwa i jego przeciwnika (konkurenta), ich charakterystyki uwzględniające zasady przekazywania informacji oraz metodologie ich przetwarzania;
  • informacje o czynnikach psychologicznych i kulturowych mogących mieć wpływ na planowanie działań przeciwnika (konkurenta) i podejmowanie przez niego decyzji;
  • informacje o możliwościach przeciwnika w planowaniu i opracowywaniu środków dezinformacyjnych (zarówno formalnych, jak i nieformalnych).

Operacje dezinformacyjne mogą mieć charakter manipulacyjny. Ten rodzaj operacji ma na celu stworzenie w umyśle obiektu dezinformacji pożądanego poczucia rzeczywistości i nakłonienie go do wymaganych działań.

Dla przykładu, kiedy Winston Churchill w 1941 r. zdał sobie sprawę, że Wielka Brytania nie przetrwa bez udziału Stanów Zjednoczonych w drugiej wojnie światowej, włączył brytyjski wywiad w manipulacje, które miały przekonać Amerykanów, aby do tej wojny przystąpili. W ramach tych manipulacji Amerykanom podrzucona została mapa, z której wynikało, że naziści zamierzają podzielić Amerykę Południową na pięć wasalnych wobec Niemiec państw. Kolejnym „dowodem” był „dokument” informujący o przygotowywanym obaleniu proamerykańskiego rządu Boliwii. Celowo wyolbrzymiono również informację o tym, że Niemcy rzekomo zgromadzili w Brazylii około 5000 żołnierzy i przygotowują się do zdobycia Kanału Panamskiego. Roosevelt wielokrotnie powoływał się na te dane w swoich przemówieniach, przekonując, że ze względu na zagrożenie interesów amerykańskich USA nie mogą uniknąć udziału w wojnie przeciw hitlerowskim Niemcom.

Natomiast, jako przykład zastosowania manipulacyjnych technologii dezinformacyjnych w gospodarce możemy przytoczyć działalność różnego rodzaju firm trustowych , które potrafią skupić ogromne nieraz kwoty pochodzące z osobistych oszczędności klientów, w zamian oferując jedynie populistyczne obietnice.

Operacja dezinformacyjna może również mieć charakter działań rozpraszających. Chodzi w nich o rozproszenie uwagi przeciwnika w taki sposób, aby stworzył sobie fałszywe wyobrażenie o istocie sprawy i skierował swoje zainteresowanie w stronę informacji przez niego niepożądanych. W ten sposób uzyskujemy nie tylko odwrócenie uwagi przeciwnika od spraw (działań), które zamierzamy zamaskować, ale także zmuszamy go do rozproszenia zasobów finansowych, które traci na nieistotne dla niego działania.

Ostatnią tezę można zilustrować historią z książki „Wielka porażka” autorstwa byłego angielskiego oficera wywiadu Tomplisona. W latach 90. XX w. wywiad brytyjski aktywnie rozpracowywał pewnego moskiewskiego dziennikarza. Oczekiwania rekrutacyjne MI6 były podsycane przez fakt, iż publikacje obiektu rozpracowania dotyczyły głównie tematów wojskowych i były bliskie informacjom z gryfem „ściśle tajne”. Jednocześnie dziennikarza często widywano w towarzystwie ówczesnego Ministra Obrony Federacji Rosyjskiej Pavla Gracheva. W trakcie rozpracowania jeden z pracowników MI6 pod legendą prezesa angielskiej „firmy” zapoznał się z obiektem przez telefon i namówił go do przesyłania interesujących go informacji. Jednocześnie w moskiewskiej rezydenturze MI6 gromadzono informacje o charakterze obiektu rozpracowania, jego stylu życia i aspiracjach. Jednak zbliżenie z kandydatem na agenta szło bardzo opornie. Spowodowało to, że Brytyjczycy zdecydowali się zagrać va banque i zaprosić dziennikarza do Wielkiej Brytanii na decydującą rozmowę rekrutacyjną. Jednak dziennikarz, chociaż chętnie przyjmował zapłatę za swoje materiały, ciągle wynajdował powody do odwoływania lub odkładania wcześniej umówionych podróży za granicę. Po trzech miesiącach zwodzenia MI6 w końcu zdała sobie sprawę, że dziennikarz otwarcie z nich kpi, wymieniając pełnowartościowe funty za informacyjne bzdury, i możliwe, że robi to wspólnie ze swoimi mocodawcami z rosyjskiego kontrwywiadu. Wywiad brytyjski, po tym, jak na próżno stracił ponad 40 tys. funtów, został zmuszony do zamknięcia tej obiecującej początkowo kombinacji operacyjnej.

Określenie obiektu dezinformacji

Niekiedy można spotkać się z opinią, że celem ataków dezinformacyjnych są przede wszystkim służby wywiadowcze (informacyjne) przeciwnika (konkurenta). Jednak w rzeczywistości wywiad nie jest celem dezinformacji samym w sobie, ale stanowi kanał do jej przekazania decydentowi będącemu zwykle właściwym celem dezinformacji. Dlaczego decydent? Ponieważ to on ma uprawnienia do opracowywania i podejmowania decyzji, które przyczyniają się do osiągnięcia celu dezinformacji.

Aby operacja dezinformacji mogła zostać przeprowadzona skutecznie, musi być ściśle skorelowana z rzeczywistym stanem rzeczy i istniejącą realnie sytuacją. Poza tym operacja taka musi ideologicznie odpowiadać środowisku, w którym zostanie użyta. Nie może też obfitować w szczegóły. Musi natomiast być na tyle elastyczna, aby uwzględniać możliwość manewru, a nawet odwrotu od pierwotnych planów na wszystkich etapach jej realizacji. Sztuka dezinformacji polega na przekazywaniu wybranemu obiektowi informacji, które są bardzo zbliżone do prawdziwego stanu rzeczy, a jednocześnie zawierają element(y) wprowadzające go w błąd. Ilość elementów dezinformacyjnych zastosowanych w operacji, a także ich dobór merytoryczny zależy od psychologicznych cech obiektu ataku. Dezinformacja może polegać również na pewnej deformacji i/lub wzmocnieniu niektórych wybranych fragmentów istniejącego stanu rzeczy.

Jak mawiał dr Goebbels: „dezinformacji można użyć tylko wtedy, gdy kłamstwo jest trudne do rozpoznania i jeśli oszustwo dla większości widzów, słuchaczy i czytelników, wyraźnie nie koliduje z rzeczywistością. Ale jeśli późniejsze ujawnienie faktu dezinformacji, nie ma znaczenia, to kłamać należy z pełnym zaangażowaniem, bez względu na fakty i standardy moralne”.

Określenie sposobów i metod rozprzestrzeniania dezinformacji

Według ekspertów w dziedzinie psychologii w celu skutecznego rozpowszechniania dezinformacji wykorzystywane są następujące defekty występujące stosunkowo powszechnie w postrzeganiu informacji przez człowieka.

Po pierwsze jest to selektywność ludzkiej percepcji. Widzimy tylko to, co możemy rozpoznać i co wynika z naszych wcześniejszych doświadczeń. Jest to automatyczna reakcja człowieka na znane słowa i zwroty, wynikająca z wcześniejszego doświadczenia, bez zadawania sobie trudu zrozumienia właściwego kontekstu informacji (tzw. pozycjonowanie informacji na podstawie zewnętrznych oznak, bez zrozumienia jej istoty).

Po drugie – brak zainteresowania informacją. Najgroźniejsza „dezinformacja” łatwo traci na znaczeniu, jeśli sam obiekt nie chce jej widzieć. Wielu ludzi, nawet zauważając pewne niedociągnięcia i błędy w otrzymanej informacji, zamiast na tej podstawie zrewidować swoją ocenę działań lub wydarzeń, woli znaleźć dla nich wytłumaczenie, niekiedy nawet irracjonalne. Sytuację taką można scharakteryzować słowami klasyka: „Ach, łatwo mnie oszukać, sam cieszę się, że mnie oszukano”.

Po trzecie – wiara człowieka w autorytet innych osób. Każdy człowiek posiada grono znaczących dla niego osób, od których przyjmuje informacje na wiarę, z mniejszą dozą krytycyzmu.

Sposoby doprowadzenia dezinformacji do obiektu są następujące:

  • łańcuch prosty: „dezinformator – dezinformowany”;
  • łańcuch pośredni: „dezinformator – translator – dezinformowany”, przy czym w charakterze translatora wykorzystuje się ludzi istotnych dla obiektu dezinformacji, a także media, fikcyjne dokumenty itp.;
  • „szum informacyjny”: technologia dezinformacji, której istota polega na tym, że jeśli nie ma możliwości ukrycia „niewygodnej” informacji, to dokonuje się jej dywersyfikacji, tj. stwarza się pewien zestaw wersji w równym stopniu prawdopodobnych, „potwierdzanych” specjalnie przygotowanymi faktami, półprawdami i fake’ami. Rozpowszechniając i utwierdzając te wersje w masowej świadomości poprzez zmieszanie różnorodnych opinii i faktów, doprowadzamy do sytuacji, w której „niewygodna prawda” zostaje „rozmyta” w natłoku różnych prawdopodobnych wersji i ginie w „szumie informacyjnym”.

Najnowsze osiągnięcia nauki i techniki od zawsze wykorzystywane były w dezinformacji. Jednym z przykładów postępu (w swoim czasie) w rozwoju i doskonaleniu technologii dezinformacyjnych może być konferencja wywiadu wojskowego USA, która odbyła się w maju 1998 r. w Arlington (Washington D.C.), dotycząca coraz szerzej wykorzystywanego Internetu. Występujący podczas konferencji ekspert ds. Operacji Informacyjnych Departamentu Wojen Informacyjnych Agencji Wywiadu Obronnego (DIA) Stanów Zjednoczonych John Yurechko stwierdził m.in., że „amerykańskie agencje wywiadowcze aktywnie badają możliwości korzystania z Internetu w celu generowania i rozpowszechniania informacji zaprojektowanych w celu kształtowania opinii publicznej w najbardziej palących kwestiach politycznych”. Z jego słów wynikało, że w ramach tzw. programu „zarządzania percepcją” (ang. perception management) amerykańska wspólnota wywiadowcza od dziesięcioleci wprowadza dezinformację w celu wywołania zmian politycznych, unikając bezpośredniej interwencji politycznej lub wojskowej w krajach, w których Stany Zjednoczone mają znaczące interesy. Yurechko zauważył, że „nowoczesne narzędzia programowe pozwalają manipulować zdjęciami i filmami, aby tworzyć zdjęcia wydarzeń i sytuacji, które nigdy nie miały miejsca i które mogą być dalej dystrybuowane przez Internet do innych krajów, w nadziei na wywołanie pożądanych reakcji. Na przykład służby wywiadowcze mogą próbować przekonać przywódcę kraju, że nadchodzi masowa inwazja, rozpowszechniając wideoklipy przedstawiające rozmieszczenie dużych sił zbrojnych w pobliżu granic jego kraju, znacznie przewyższających rzeczywiste”. W ramach demonstracji Yurechko pokazał publiczności zdjęcie z 1938 r., przedstawiające Józefa Stalina w towarzystwie ówczesnego szefa NKWD Nikołaja Jeżowa. W innej wersji tego samego zdjęcia Jeżow został z niego usunięty, bez żadnych oznak jego obecności, za pomocą „technicznych środków retuszowania”. Yurechko zauważył również, że dokładnie takie same techniki można zastosować w odniesieniu do filmów.

Scentralizowane zarządzanie

Zarządzanie i nadzór nad działaniami dezinformacyjnymi powinny być skoncentrowane w jednych rękach. Jest to konieczne, aby uniknąć niespójności w działaniach różnych działów podmiotu gospodarczego (korporacji) i przeprowadzić klarowną realizację planu, bez negatywnego wpływu indywidualnych działań na osiągnięcie wspólnego celu operacji.

Jako przykład możemy przytoczyć fragment wspomnianej już książki A. Dullesa, „The Art of Intelligence”: „Kiedy radziecki dyplomata ściśle poufnie przekazuje informację swojemu koledze z neutralnego kraju, zwykle oczekuje, że dyplomata ten wkrótce uczestniczył będzie w kolacji z Anglikami i Amerykanami, którym bez skrupułów przekaże zasłyszaną nowość. Jednocześnie okazuje się, że ta „przypadkowa informacja” znajduje się w dyrektywie Ministerstwa Spraw Zagranicznych ZSRR. I kiedy w którymś z centrów wywiadowczych na Zachodzie zaczynamy analizować dyrektywę MSZ ZSRR, to okazuje się, że jej treść zasadniczo pokrywa się z tym, co powiedział przedstawiciel radziecki przy koktajlu, gdzieś w odległym o dziesięć tysięcy mil miejscu. Wydaje się, zatem, że uzyskany dokument (dyrektywa) znalazła potwierdzenie w źródle osobowym. W rzeczywistości Rosjanie działali w ramach zaplanowanej i skoordynowanej operacji politycznej dezinformacji”.

Innym przykładem scentralizowanego zarządzania dezinformacją są działania Amerykanów podjęte natychmiast po tragicznych wydarzeniach z 11 września 2001 r. W Departamencie Obrony USA utworzono wówczas Biuro ds. Wpływu Strategicznego (ang. Office for Strategic Influence). Szefem Biura został mianowany generał brygady Simon Warden. W czasach rządów Reagana był on jednym z liderów programu SDI („wojen gwiezdnych”), którego polityczne znaczenie opierało się nie tyle na prawdziwych sukcesach w badaniach i rozwoju, ile na umiejętnej dezinformacji. Długoterminowe plany OSI obejmowały organizację skoordynowanych, aktywnych przedsięwzięć dezinformacyjnych w celu dostarczania „właściwych” informacji dziennikarzom, organizacjom publicznym i rządom obcych mocarstw, zarówno wrogich, jak i „przyjaznych”. W tym celu OSI za 100 tys. dolarów miesięcznie zatrudniło firmę konsultingową Rendon Group z Waszyngtonu. Firma miała już wcześniejsze doświadczenie w realizacji takich przedsięwzięć. To ona w 1990 r. na prośbę CIA przeprowadziła kampanię propagandową na Bliskim Wschodzie, odsłaniając „irackie okrucieństwa w Kuwejcie”. W lutym 2002 r. pod naciskiem amerykańskiej opinii publicznej Biuro zostało rozwiązane, co nie oznaczało jednak odrzucenia technologii dezinformacyjnych przez amerykańskie służby specjalne.

Aktualność

Operacja dezinformacyjna wymaga starannego wyboru czasu dla jej przeprowadzenia. Należy przewidzieć jej fazę przygotowawczą, niezbędną dla przeprowadzenia następujących zadań:

  • opisu operacji;
  • oceny możliwości systemu wywiadowczego (informacyjnego) przeciwnika (konkurenta) do gromadzenia, analizowania i przesyłania danych;
  • oceny reakcji decydenta oraz oznak wywiadowczych (reakcji) w obozie przeciwnika (konkurenta), wskazujących na działania, które są wynikiem podejmowanych przez niego decyzji.
  • Natomiast w procesie planowania operacji dezinformacyjnej należy wziąć pod uwagę:
  • czas niezbędny strukturom jednostki wywiadowczej (gospodarczej) na wdrożenie operacji;
  • czas potrzebny systemowi rozpoznawczemu (informacyjnemu) przeciwnika na zebranie, analizę i przekazanie dezinformacji decydentowi;
  • czas potrzebny przeciwnikowi na podjęcie i wdrożenie decyzji, będących wynikiem naszych działań dezinformacyjnych;
  • czas potrzebny przeciwnikom (oponentom) na wykonanie tych działań.

Spójność

Działania dezinformacyjne wymagają długiego i starannego przygotowania, ścisłej współpracy i koordynacji działań wszystkich zaangażowanych w nie struktur. Z reguły są one częścią większej operacji, której zapewniają maskowanie (przykrycie). Dlatego opracowanie koncepcji planu dezinformacji odbywa się zwykle jako część planu tej głównej operacji. Dla przykładu dezinformacja może być częścią operacji komórek wywiadu konkretnej korporacji, obliczonej na wyparcie konkurentów z rynku.

Wywiad i kontrwywiad w operacjach dezinformacyjnych

Aby osiągnąć pożądany efekt operacji dezinformacyjnej na wszystkich etapach jej realizacji (planowanie, wykonanie i zakończenie), konieczne jest jej wywiadowcze i kontrwywiadowcze wsparcie.

Po pierwsze, aby informacje przekazywane przeciwnikowi (konkurentowi) wydawały się wiarygodne i nie wykraczały poza działania, które strona przeciwna jest w stanie wykonać, konieczne jest ustalenie, co przeciwnik (konkurent) już wie w danej sprawie i jakiego rodzaju rozwoju wydarzeń się spodziewa.

Po drugie, należy stworzyć regularne kanały informacji zwrotnej, pozwalające uzyskać ocenę stopnia postrzegania i zaufania do „dezinformacji” przez przeciwnika oraz jej późniejszej korekty, jeśli u przeciwnika pojawiłyby się wątpliwości co do wiarygodności przekazywanych mu informacji. Można tego dokonać zarówno poprzez źródła wywiadowcze w obozie przeciwników, jak i poprzez ciągłe monitorowanie pośrednich oznak wywiadowczych (reakcji przeciwnika).

Po trzecie, skuteczność operacji dezinformacyjnej zależy w dużej mierze od ścisłego przestrzegania zasad konspiracji, które wykluczają jakąkolwiek możliwość wycieku informacji o planach i zamiarach przeprowadzenia dezinformacji, nie wspominając już o planie jej wdrożenia. W tym celu zaleca się stosowanie zasady fragmentacji (dzielenia) istotnych informacji na temat operacji, tj. krąg osób znających całość planu operacji dezinformacyjnej powinien być jak najbardziej zawężony, a bezpośredni wykonawcy powinni znać tylko te elementy ogólnego planu, które są im potrzebne do wykonania swojej pracy. Jak pokazuje praktyka, w większości przypadków konieczne jest ukrycie nawet samego faktu możliwości użycia technologii dezinformacyjnych, ze względu na ich ewentualne wykorzystanie w kolejnych operacjach.

I na koniec ważna uwaga: „nigdy nie należy wpadać w dziurę wykopaną dla innych”. Pod tym względem bardzo pouczające są doświadczenia amerykańskie. Zgodnie z prawem Stanów Zjednoczonych Pentagon (podobnie jak CIA) nie może prowadzić działań propagandowych w Stanach Zjednoczonych. W czasach zimnej wojny zakaz ten był obchodzony przez publikowanie dezinformacji w europejskich agencjach informacyjnych, np. Reuters lub France Presse. Jednak dezinformacja, często zataczając krąg, wracała do USA. Tak więc zdarzyło się, że The Wall Street Journal opublikował artykuł stwierdzający, że wobec reżimu Kadafiego powstała w Libii potężna wewnętrzna opozycja. Jednak szybko okazało się, że redaktor WSJ padł ofiarą dezinformacji rozpowszechnianej przez Centralną Agencję Wywiadowczą.

Inny przykład, kiedy CIA w latach 80. XX w. zdecydowała się dokonać analizy publikacji medialnych na temat zaangażowania sowieckiego wywiadu w finansowanie organizacji terrorystycznych, okazało się, że prawie wszystkie publikacje były czystą, kreatywną działalnością CIA lub jej echem.

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk

Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Procedura antymobbingowa w firmie – 3 kwestie, które powinien uwzględnić pracodawca

Odpowiedzialność za mobbing jest oparta na zasadzie winy, a nie ryzyka. Oznacza to, że w razie sporu sądowego to pracodawca musi wykazać, jakie działania podjął, aby nie dopuścić do nadużyć. Z tego względu warto zadbać, aby w firmie obwiązywały odpowiednio skonstruowane wewnętrzne procedury antymobbingowe.

Przy określaniu zasad postępowania, niezbędne jest współdziałanie pracodawcy i pracowników. Wspólnie wypracowane i obustronnie zaakceptowane zapisy mogą stanowić skuteczne narzędzie w walce z tym niepożądanym zjawiskiem. W tym artykule skupiamy się na 3 propozycjach rozwiązań, które wzmocnią pozycję pracodawcy w razie ewentualnego postępowania sądowego.

  1. Możliwość anonimowego zgłaszania niewłaściwych zachowań

W procedurach antymobbingowych znajdują się zazwyczaj zapisy mówiące o możliwości zgłaszania zachowań świadczących o mobbingu. Często wymagają jednak od pracownika ujawnienia swoich danych. Tymczasem poddany mobbingowi pracownik lub osoba, która zauważyła tego rodzaju zachowania, może mieć opory przed dokonaniem jawnego zgłoszenia, w obawie przed negatywną reakcją oskarżonego albo szykany ze strony przełożonych lub współpracowników. Aby zachęcić, a zarazem ułatwić pracownikom sygnalizowanie podejrzeń o mobbing, warto zrezygnować z wymogu podawania danych osobowych.  Można to zrobić poprzez umieszczenie w ogólnodostępnym miejscu skrzynki na anonimowe zgłoszenia. Takie rozwiązanie pomaga ustalić, czy niezgodne z prawem działania były sygnalizowane i jak długo trwały. Brak nawet anonimowego zgłoszenia może podważyć wiarygodność stawianych zarzutów. Ponadto pracodawca może w ten sposób wykazać, że stworzył łatwo dostępne narzędzie służące monitorowaniu nagannych zachowań, a zatem podjął działania mające im zapobiec i nie dopuścić do mobbingu.

  1. Ankiety dotyczące niepokojących zachowań w miejscu pracy

O tym, czy pracodawca na bieżąco badał ryzyko wystąpienia niepożądanych zachowań mogą także świadczyć przeprowadzane regularnie ankiety. Kwestionariusze powinny zawierać pytania zmierzające do ustalenia, czy w opinii pracowników dochodzi do jakichkolwiek niepokojących zachowań, w tym takich, które mogą prowadzić do mobbingu lub być za mobbing uznane. Jako przykłady można podać dyskryminowanie, lekceważenie, ignorowanie, obrażanie, czy ciągłe krytykowanie. Ankietowani pracownicy powinni mieć też możliwość swobodnej wypowiedzi o tym, jak postrzegają swoje środowisko pracy, a także wskazania sytuacji i zachowań, w których czuli się niekomfortowo. To rozwiązanie, podobnie jak skrzynka na anonimowe zgłoszenia, będzie w razie postępowania przed sądem, ważnym argumentem świadczącym o tym, że pracodawca dołożył wszelkich starań, aby zapobiec nadużyciom. Poza tym może mieć wpływ na ocenę przez sąd zeznań mobbingowanego oraz świadków.

  1. Postępowanie umożliwiające weryfikację zgłoszeń dotyczących mobbingu

Niezwykle istotny jest także sposób postępowania pracodawcy po otrzymaniu zgłoszenia o mobbingu. Każda taka informacja powinna być poddana szczegółowej weryfikacji. Warto rozważyć dokonanie wstępnej oceny sytuacji przez osobę spoza firmy, najlepiej audytora objętego obowiązkiem zachowania tajemnicy zawodowej. Może to być zewnętrzny prawnik lub psycholog, którego zadaniem będzie przeprowadzenie z pracownikami rozmów i ustalenie stanu faktycznego. Takie postępowanie może być prowadzone w sposób nieformalny, bez sporządzania protokołów i podpisywania zeznań. Na tym etapie chodzi bowiem o to, by audytor przedstawił pracodawcy informację, czy jego zdaniem istnieje uzasadnione podejrzenie mobbingu. Plusem przyjęcia takiego modelu jest uzyskanie przez zarząd rozeznania w sytuacji, i to już na wczesnym etapie kryzysu. Otwartej postawie pracowników z pewnością będzie sprzyjać zaangażowanie w sprawę osoby spoza firmy. Wreszcie informacje uzyskane na tym etapie dostarczą pracodawcy wiedzy na temat stanowiska i dowodów, jakimi dysponują stroni konfliktu i świadkowie, co ułatwi podjęcie decyzji w sprawie dalszego trybu działania, szczególnie przez sądem.
W razie postępowania przed sądem odpowiednio skonstruowana procedura antymobbingowa może stanowić dla pracodawcy ważny instrument obrony. W każdej, nawet najmniejszej firmie, warto zatem opracować reguły pozwalające zapobiegać mobbingowi i rozwiązywać spory powstałe na tym tle.  Pozwoli to uniknąć kryzysu, który może poważnie zagrozić funkcjonowaniu firmy.

Autorki:

Dorota Brzezińska-Grabarczyk, adwokat, partner w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci. Specjalizuje się w rozwiązywaniu sporów sądowych z zakresu prawa pracy, prawa spółek, nieuczciwej konkurencji oraz w sprawach budowlanych. Ekspert w dziedzinie projektów inwestycyjnych.

Magdalena Jarecka, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci. Specjalizuje się w prawie pracy, obsłudze korporacyjnej przedsiębiorstw oraz rozwiązywaniu sporów sądowych.

Tesla wciąż rozpala emocje na Wall Street

Notowania kontraktów terminowych na amerykańskie indeksy w środę wskazują na możliwość wyższego otwarcia, co oznaczałoby, że wczorajsze cofnięcie może zostać dość szybko wymazane. Byki na amerykańskim parkiecie nie odpuszczają i z każdym cofnięciem, nawet najmniejszym, zdają się nabywać kolejne akcje.

Mimo wczorajszego ostrzeżenia Apple o wpływie koronawirusa na wyniki spółki inwestorzy wciąż liczą na deklaracje chińskich władz wspomagające gospodarkę i ochronę jej przed negatywnymi skutkami epidemii. Dodatkowo pojawiły się oznaki spowolnienia wzrostu liczby nowych inflacji, a Chiny przedstawiły szereg środków fiskalnych i monetarnych w celu ograniczenia szkód spowodowanych zamknięciem działalności gospodarczej i ograniczeniem podróży w drugiej co do wielkości gospodarce świata. Rynek zakłada jednak, że to jeszcze nie koniec i dalsza pomoc jest prawdopodobna, a skutki dla gospodarki będą krótkotrwałe. Z wydarzeń makroekonomicznych w Stanach Zjednoczonych uczestnicy rynku oczekują na protokół z ostatniego posiedzenia Fed, podczas którego bank centralny wskazał na dalszy umiarkowany wzrost gospodarki krajowej i powiedział, że monitoruje ryzyko wybuchu koronawirusa. Rynek stopy procentowej zakłada, że z ponad 80 proc. prawdopodobieństwem Rezerwa Federalna USA zdecyduje się na cięcie stopy funduszy federalnych do końca tego roku o 25 pb., co też może być wsparciem dla rynku akcji.

Nie zmniejszają się emocje związane ze wzrostem ceny akcji Tesli. Firma Elona Muska była wczoraj najsilniej drożejącą spółką na giełdzie Nasdaq, zyskując ponad 7 proc. Dziś w handlu przed sesją cena akcji rośnie również o ponad 7 proc., zbliżając się do poziomu 920 USD. Historyczny szczyt ustanowiony na początku tego miesiąca znajduje się pod poziomem 969 USD. Z pozytywnych informacji dla spółki pojawił się nowy poziom docelowy od Piper Sandler. Wcześniej znajdował się on na poziomie 729 USD i został podniesiony do 928 USD, co ponownie rozpaliło emocje jeszcze przed otwarciem rynku kasowego.

Na Wall Street również nie milkną echa ostatniego rajdu cen akcji spółki Nvidia, o której wspominaliśmy już w komentarzach. Cena akcji osiągnęła wczoraj rekordowy poziom zamknięcia i tym samym podwoiła swoją wartość w zaledwie pół roku. Spółka dostała pozytywną rekomendację od analityków Bernsteina z najwyższą ceną docelową na Wall Street równą 360 USD, co oznacza, że jest ona wyższa o 21 proc. od ceny z wtorkowego zamknięcia. Według danych zebranych przez Bloomberga Nvidia ma 33 rekomendacje kupna, 8 trzymaj i 3 sprzedaj ze średnią ceną docelową na poziomie 303 USD.

Departament Zarządzania Aktywami, Copernicus Capital TFI S.A.

To już ostatni tłusty czwartek z trzema stawkami VAT na pączki

Wszystko wskazuje na to, że tegoroczny tłusty czwartek będzie ostatnim, kiedy na pączki obowiązują trzy stawki VAT. Od 1 kwietnia zacznie bowiem w pełni obowiązywać nowa matryca stawek VAT, której wybrane przepisy funkcjonują od 1 listopada 2019 r. Dotychczas wprowadzone zmiany nie objęły jednak pączka.

Do pączka obecnie ma zastosowanie VAT w wysokości 5%, 8% i 23%. Stawka ta zależy od tego, czy jest to pączek dietetyczny lub tradycyjny z datą spożycia do 14 dni, czy pączek o dłuższym terminie przydatności.

Stawka 5% obowiązuje dla wyrobów sklasyfikowanych jako pieczywo – dotyczy to pączków dietetycznych, których termin przydatności do spożycia nie przekracza 14 dni. Jeśli pączek dietetyczny zostałby sprzedany po tym terminie, to stawka VAT wynosiłaby 23%.

Natomiast tradycyjne pączki rozumiane jako wyroby ciastkarskie są obłożone stawką 8%, również pod warunkiem 14-dniowego terminu przydatności do spożycia. Po jego upłynięciu stawka wynosiłaby także 23%. – Kolejnym absurdem jest więc to, że starszy wyrób, z przekroczoną datą przydatności do spożycia, będzie droższy niż świeży – zauważa Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt. – W dodatku to sprzedawca ma obowiązek dobrania odpowiedniej stawki.

Absurdów związanych z VAT jest wiele. Jednak nowa matryca stawek podatku ma je wyeliminować. Zgodnie z uzasadnieniem do ustawy ma być ona oparta na trzech filarach: prostota – przejrzystość – przyjazność stosowania. Dlatego też pączki będą objęte jedną stawką VAT wynoszącą 5%. To dobra wiadomość dla konsumentów, gdyż paczki będą obłożone niska stawką. Jest to również dobra wiadomość dla sprzedawców, z uwagi na to, że nie będą musieli się zastanawiać, czy pączek ma np. datę spożycia do 14 dni czy dłuższą.

Nowa matryca stawek VAT jest oparta na nomenklaturze scalonej (CN). – W związku z tym konkretne produkty są przyporządkowane do danego działu w systemie CN, np. pieczywo, owoce, warzywa, mięsa czy też produkty mleczarskie. W konsekwencji stawkami zostały objęte całe działy, a nie poszczególne towary z nich wyodrębnione – tłumaczy Piotr Juszczyk.

O ile więc miłośnicy pączków mogą być spokojni, to matryca VAT przyniesie podwyżki dla koneserów innych smakołyków. Ekspert inFakt wskazuje, że z 5% na 23% wzrośnie stawka podatku np. na homary i ośmiornice oraz inne skorupiaki, mięczaki i bezkręgowce wodne (m.in. kraby, langusty, krewetki, ostrygi, małże, ślimaki) oraz przetwory z nich: kawior, namiastki kawioru, jak również sprzedawane w różnego rodzaju placówkach gastronomicznych posiłki, których składnikiem są te produkty.

Holandia wprowadza obowiązek zgłaszania pracowników delegowanych

Już od 1 marca 2020 r. zgłoszenie pracownika delegowanego w transporcie do pracy w Holandii dla przewozów kabotażowych, przewozów międzynarodowych i dla samozatrudnionych będzie obowiązkowe. Co to oznacza w praktyce? Kto będzie wyłączony spod tego obowiązku? Jakie kary grożą za niedopełnienie rejestracji? O nowym obowiązku przewoźników opowiada ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Holandia wprowadza nowy obowiązek dla przewoźników delegujących kierowców, którzy realizują przewozy kabotażowe i międzynarodowe na terytorium tego kraju. Od 1 marca 2020 r. frachty dokonywane na terenie Niderlandów należy zgłosić do elektronicznego systemu.

– Aby dokonać zgłoszenia kierowcy do delegowania należy po zalogowaniu się – za pośrednictwem portalu www.meldloket.postedworkers.nl uzupełnić formularz. Już teraz można dokonywać rejestracji wyjazdów, które będą realizowane po 1 marca 2020 r. – wyjaśnia Bartłomiej Zgudziak, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). – Jeśli kierowca wyjedzie do Holandii przed tą datą, a formularz nie zostanie wysłany, to nie ma powodów do zmartwień. Pierwsza rejestracja powinna zostać dokonana przy pierwszym transporcie rozpoczynającym się po 1 marca – dodaje.

Kogo obowiązuje zgłaszanie delegowania?

Nowe przepisy obowiązują zagranicznych kierowców, którzy realizują na terenie Holandii przewozy kabotażowe oraz przewozy międzynarodowe. Zgłoszenia nie muszą składać przewoźnicy, którzy dokonują pasażerskiego transportu drogowego oraz tranzytu, czyli przejeżdżają przez Niderlandy, nie załadowując lub rozładowując ciężarówki na terenie tego kraju.

Obowiązek składania zgłoszeń nie będzie dotyczył tylko zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, także osób samozatrudnionych, które realizują kabotaż lub transport międzynarodowy. – Nowe przepisy mogą wydawać się dla przewoźników uciążliwe, jednak z pewnością dużym uproszczeniem w tym zakresie dla firm przewożących towary na terenie Niderlandów będzie możliwość skorzystania ze zgłoszenia rocznego – podpowiada ekspert OCRK.

Brak zgłoszenia delegowania równoznaczne z  karą?

Niedopełnienie obowiązku elektronicznej rejestracji delegowania kierowcy może wiązać się z karą finansową o  wartości nawet 12 tys. euro. Zaś w przypadku powtarzających się uchybień przewoźnicy powinni liczyć się z 50 proc. podniesieniem wartości wspomnianej kary.

Obowiązek zgłoszenia delegowania kierowcy do Holandii, to nie wszystkie nowości, które wiążą się z wprowadzeniem tego przepisu. Można spodziewać się również zaostrzenia kwestii związanych z wymaganą dokumentacją. Szczególny nacisk zostanie położony na dwie kwestie. Pierwszą z nich jest zaświadczenie A1, które kierowca powinien posiadać w ciężarówce. Kolejną istotnym obostrzeniem jest konieczność wyznaczenia osoby kontaktowej z adresem w Królestwie Niderlandów. W przypadku konieczności wskazania osoby pełniącej rolę reprezentanta firmy na terenie Holandii – może tę funkcję pełnić sam pracownik delegowany.

Uwaga! Wprowadzenie elektronicznego systemu rejestracji pracowników delegowanych z pewnością przyczyni się do szczegółowej weryfikacji kwestii wypłacania kierowcom holenderskiej płacy minimalnej.

Również warto przy tej okazji wspomnieć, że od 1 stycznia 2020 roku na terenie Niderlandów obowiązuje stawka minimalnego wynagrodzenie w wysokości 9,54 euro za godzinę pracy. Wprowadzenie konieczności rejestracji w systemie elektronicznym ułatwi proces egzekwowania minimalnych stawek holenderskich dla pracowników delegowanych. Jest to wyraźny znak, że jeszcze przed przyjęciem pakietu mobilności kolejne zachodnie kraje rozpoczynają walkę z konkurencyjnymi przewoźnikami z Europy Wschodniej – dodaje Bartłomiej Zgudziak.

Tab. 1 Wynagrodzenie minimalne za godzinę pracy na terenie Holandii

Tydzień pracy w pełnym wymiarze godzin w firmie 21 lat i więcej 20 lat 19 lat 18 lat 17 lat 16 lat 15 lat
40 godzin 9,54 euro / 1h 7,64 euro / 1h 5,73 euro / 1h 4,77 euro / 1h 3,77 euro / 1h 3,30 euro / 1h 2,87 euro / 1h

Źródło: Inelo

Dobry, zły i szalony

Zmęczenie tematem koronawirusa zaczyna być coraz bardziej odczuwalne, choć nie da się od niego uciec. Ale póki nie ma oczywistego powodu, by wyciągać go na pierwszy plan, inwestorzy zagłębiają się w kwestiach pobocznych, których nie brakuje. Siła dolara, słabość euro, huśtawka funta. Uczestnicy rynku mają jednak świadomość, że spokój może zostać zachwiany z dnia na dzień, więc nie będą dziwić szarpane ruchy korekcyjne.

Zgodnie z oczekiwaniami szok związany z ostrzeżeniem wydanym przez amerykańską spółkę technologiczną nie trwał długo i rynki szybko wróciły do punktu wyjścia i lepszych nastrojów. Z Chin napływają informacje, że tempo przyrostu nowych przypadków zachorować maleje, co obecnie ma większą siłę oddziaływania niż dyskusje o ekonomicznych skutkach epidemii. W międzyczasie po kątach rozgrywają się mniejsze tematy. EUR/USD pierwszy raz od trzech lat znalazł się poniżej 1,08 i nie widać obecnie żadnej siły, która mogłaby odwrócić trend. Rynek nie wierzy, aby perspektywy ekonomiczne strefy euro miały się szybko odmienić na lepsze, co zresztą wczoraj potwierdziły ponure odczytu indeksu ZEW. Dla kontrastu indeksy New York Empire State przypomniał, że koniunktura w USA ma się jak najlepiej. Wyższe stopy procentowe w USA dokładają presji, szczególnie kiedy rynek wznowił spekulacje o pogłębieniu ekspansji monetarnej EBC. Na horyzoncie czekają jeszcze europejskie indeksy PMI (piątek), które rozczarowującymi wskazaniami mogą dolać oliwy do ognia. A jeszcze dziś na pierwszym planie będzie Fed. Jakkolwiek minutki ze styczniowego posiedzenia wiele nie wniosą, tak zaplanowane pięć wystąpień przedstawicieli banku centralnego może rzucić więcej światła na ocenę aktualnych wydarzeń. Nie ma powodu, aby decydenci wyrażali podwyższone obawy skłaniające do rewizji oczekiwań dotyczących strategii stóp procentowych.

Dziwne rzeczy dzieją się z funtem, gdyż wczoraj z niczego waluta zyskała 0,5 proc. No dobrze, nie do końca z niczego, gdyż ruch zbiegł się w czasie z informacją, że kanclerz skarbu przedstawi projekt budżetu w terminie, tj. 11 marca. Pozytywne znaczenie miało się wziąć z tego, że informacja negowała wcześniejsze doniesienia, według których mogłyby dojść do opóźnień w związku z rezygnacją Sajida Javida ze stanowiska kanclerza skarbu i zastąpienia go przez Rishi Sunaka. Mimo to kupowanie pod to funta wydaje się absurdalne, dotrzymanie terminu prezentacji budżetu tylko potwierdza, że w tak krótkim czasie nie dojdzie od znaczących zmian w projekcie, w szczególności po stronie ambitnego pakietu fiskalnego. Jeśli tak, to ani perspektywy gospodarki Wielkiej Brytanii nie uległy potencjalnej poprawie, na też Bank Anglii nie dostanie argumentu, by na dłużej odroczyć dyskusję o obniżce stopy procentowej. Rynek funta zdaje się siedzieć na szpilkach i stara się wycisnąć trend z każdego pretekstu. Ja osobiście tego nie kupuję i chyba nie jestem w tym odosobniony, patrząc jak rajdy GBP/USD gasną pod 1,3050.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W 2019 upadłość ogłosiło ponad tysiąc firm. Blisko co trzeci przedsiębiorca ma kłopoty z płynnością

Część polskich firm ma spory problem z utrzymaniem płynności finansowej rozumianej, jako regulowanie na czas swoich zobowiązań. Jak wskazuje badanie BIG InfoMonitor, dla 16 proc. przedsiębiorstw są to duże lub regularnie powracające kłopoty. Najbardziej zagrożone są podmioty z branży transportowej i handlowej. Problemy z płynnością mogą przełożyć się na relacje biznesowe, a w najgorszym wypadku doprowadzić do finansowej ruiny. Tylko w 2019 upadłość ogłosiło ponad tysiąc podmiotów.

O ile dwie trzecie przedsiębiorców nie doświadcza kłopotów z płynnością, to blisko jedna trzecia w jakimś stopniu traci na braku stabilności finansowej. 6 proc. firm w Polsce miało w ubiegłym roku duże problemy z utrzymaniem płynności w firmowym budżecie (jest to bardzo zbliżony wynik do zeszłorocznych 5,8 proc.). Dodatkowo blisko 10 proc. wskazuje na regularne opóźnienia w przepływach. Z kolei 15 proc. skarży się na kłopoty z finansową płynnością od czasu do czasu.

– Odpowiedni poziom płynności finansowej jest kluczowy dla funkcjonowania każdej firmy. Jego brak dotyka dziś w znacznym stopniu 6 proc. przedsiębiorstw. To mało i dużo jednocześnie, gdyż problemy z płynnością jednej firmy mogą dotykać także jej partnerów biznesowych. Tak powstają zatory płatnicze. Co kwartał odnotowujemy zmiany w poziomie zatorów, jednak zawsze jest to problem ponad połowy przedsiębiorstw. Trudno na razie ocenić, czy sytuację poprawi nowa ustawa antyzatorowa obowiązująca od stycznia tego roku – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Poziom płynności zależy od branży

Najczęściej regularne kłopoty z wypłacalnością dotyczą firm transportowych – doświadczały one trudności ponad dwa razy częściej niż średnia (13,8 proc.). Powyżej średniej znalazły się także usługi – 7,9 proc. Jednak, jeśli brać pod uwagę także średni poziom utrudnień z płynnością finansową to zaraz po transporcie znalazł się handel. O ile duże problemy z płatnościami miało tam 2,6 proc. firm, to nawracające co jakiś czas braki w płynności przytrafiały się 14,7 proc. handlowcom.

Najlepiej sytuację ocenia przemysł. Aż 68,4 proc. podmiotów w tej branży nie zmagało się z żadnymi trudnościami w tym zakresie. Podobnie jest w usługach. Z jednej strony często skarżą się na problemy z płynnością, ale jednocześnie odsetek niemających kłopotów z tego powodu jest stosunkowo wysoki – 68,3 proc. Praktycznie taka sama sytuacja jest w branży budowlanej, gdzie o płynność nie musi się martwić 68,2 proc. firm.

Czy w 2019 r. w firmie pojawiały się kłopoty z utrzymaniem płynności finansowej

Poziom płynności zależy od branży
Źródło: BIG InfoMonitor

Płynność a relacje biznesowe

Brak płynności finansowej przekłada się nie tylko na kondycję pojedynczej firmy, ale także na jej partnerów biznesowych. W sumie ponad połowa podmiotów mających problemy z płynnością wskazuje, że jest to związane z opóźnieniami lub nieuregulowanymi zobowiązaniami kontrahentów. Pod tym względem najgorzej radzi sobie branża handlowa. Tutaj blisko trzy czwarte podmiotów odczuwa skutki nieregularnych płatności. Na drugim krańcu skali są usługi. Około dwóch trzecich działających w branży sporadycznie lub wcale nie opóźniało opłaty faktur z powodu niesolidnych kontrahentów.

Czy zdarzyło się, że z powodu opóźnień lub nieuregulowanych zobowiązań kontrahentów Państwa firma również zalegała z płatnościami?

firma również zalegała z płatnościami
Źródło: BIG InfoMonitor

Coraz więcej upadłości

Zaległości i problemy z płynnością mogą prowadzić do upadłości. Jak pokazują dane Bisnode Polska, w roku 2019 liczba firm-bankrutów sięgnęła 1020. Względem poprzedniego roku to więcej o ponad 4 proc. Choć tendencja wzrostowa w ubiegłym roku wyhamowała, nie oznacza to jednoznacznej poprawy. Tylko w budownictwie i produkcji odsetek upadłości zmalał – odpowiednio o 14,6 proc. i 2 proc. r/r. Natomiast w pozostałych sektorach jest on wyraźnie wyższy. Najlepszym przykładem jest transport, gdzie rok do roku odsetek upadłości wzrósł o 18 proc. Jest to jednocześnie sektor, gdzie duże problemy z brakiem płynności finansowej zgłasza blisko 14 proc. firm – najwięcej ze wszystkich branż.

Upadłości firm w Polsce

Upadłości firm w Polsce
Źródło: Bisnode Polska

*Badanie wykonane dla BIG InfoMonitor przez Keralla Research, Instytut Badań i Rozwiązań B2B, wśród mikro, małych i średnich firmach wystawiających faktury z odroczonym terminem płatności, na próbie n=500. Odpowiadały osoby decyzyjne, właściciele, współwłaściciele firm lub inne osoby wskazane jako zarządzające firmą. Technika wywiadów telefonicznych CATI. Styczeń 2020 r.

Cena rodu mocno w górę, a ma być jeszcze wyższa

O ok. 40% wzrosła cena rodu. Tak duży skok nastąpił na początku roku, w stosunkowo krótkim okresie. Obecne notowania tego metalu szlachetnego wynoszą ok. 9-10 tys. dolarów za uncję, czyli kilka razy więcej niż kosztuje złoto. Zdaniem ekspertów, kurs jeszcze pójdzie w górę, co ma ścisły związek z sytuacją w branży motoryzacyjnej. Rod jest wykorzystywany do produkcji katalizatorów, podobnie jak platyna i pallad. Od niedawna na chętnych czekają sztabki, ale to wciąż niszowy produkt inwestycyjny, który ciężko nabyć na rynku.

Początek 2020 roku przyniósł wyjątkowo dynamiczne wzrosty notowań rodu. W ciągu zaledwie kilku dni poszedł w górę o ok. 40%, co podkreśla Dorota Sierakowska, analityk surowcowy z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. I dodaje, że zmiany widać także w ujęciu długoterminowym. W 2016 roku cena wynosiła niewiele ponad 600 dolarów za uncję, a obecnie oscyluje w okolicach 9-10 tys. dolarów. Dla porównania, kurs złota to blisko 1600 dolarów za uncję. Sprawę napędza jedna branża.

– Motoryzacja to główny odbiorca rodu. Jego cena rośnie i zapewne ten trend utrzyma się przez najbliższy rok. Wynika to z potrzeb produkcji, na które wpływa obecna koniunktura. Jest to charakterystyczne dla metali przemysłowych, czyli są widoczne duże wahania cenowe w krótkich odstępach czasowych. Ale trzeba też zauważyć, że w przyszłym roku może wystąpić znaczna korekta na cenie – komentuje Rafał Krzemiński z Metal Market Europe.

Jak stwierdza Daniel Marburger, dyrektor zarządzający coininvest, do większego popytu na rod przyczyniło się zaostrzenie przepisów dotyczących emisji spalin w Chinach. Ponadto zwiększyło się zapotrzebowanie na katalizatory zawierające ten metal. Mowa tu o producentach pojazdów benzynowych w Europie i Stanach Zjednoczonych. Zdaniem eksperta, to może spowodować, że ceny rodu jeszcze przez pewien czas będą rosły.

– Do produkcji katalizatorów używa się też platyny i palladu. I one są wykorzystywane w większym stopniu niż rod. Inwestorzy mogą oczekiwać, że wysokie ceny tego ostatniego surowca będą wspierać stronę popytową, także na wspomniane wcześniej metale – analizuje Dorota Sierakowska.

Z kolei dyrektor zarządzający coininvest zaznacza, że rod w 80% jest wykorzystywany do produkcji katalizatorów dla przemysłu samochodowego. Ok. 10% to zastosowania chemiczne, a 5% – przemysł szklarski. Natomiast inwestycje w ten metal stanowią znikomą część zapotrzebowania na niego.

– Rynek rodu jest niewielki w porównaniu z pozostałymi metalami szlachetnymi. Cechuje go bardzo mała płynność, a co za tym idzie – podwyższona zmienność notowań. Z tej przyczyny, inwestycje powinny być rozważane w zasadzie tylko przez doświadczonych inwestorów, o dużym apetycie na ryzyko. Większość transakcji odbywa się poza rynkiem regulowanym, w bezpośrednich transakcjach pomiędzy spółkami, które produkują i wykorzystują fizyczny surowiec – informuje analityk z DM BOŚ.

Rod w formie fizycznej jeszcze niedawno nie był dostępny dla inwestorów, co podkreśla Daniel Marburger. Kilku producentów na świecie oferuje sztabki rodu, ale to wciąż bardzo niszowy produkt. I tak jak w przypadku pozostałych metali, pomimo ostatniego wzrostu cen, wciąż są to inwestycje długoterminowe. Spread pomiędzy ceną kupna i sprzedaży jest bardzo wysoki i brakuje płynności w obrocie. Koszty transakcji hedgingowych dla dostawców są też bardzo wysokie.

– Inwestorzy mają niewielkie pole manewru, jeśli chodzi o lokowanie kapitału na rynku rodu. Dostępne są ETFy, w większym lub mniejszym stopniu wyeksponowane na rynek tego metalu, np. Xtrackers Physical Rhodium ETC, jak również spółki wydobywające ww. surowiec. Te ostatnie często jednak pozyskują przy okazji wiele innych metali, co sprawia, że ceny ich akcji nie odzwierciedlają istotnie zmian notowań rodu – podkreśla analityk z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska.

Jak podsumowuje ekspert z coininvest, rod jest mniej atrakcyjny dla prywatnych inwestorów w porównaniu z palladem. Ten ostatni to produkt bardziej ugruntowany, o większej płynności. W Europie oba metale są obciążone dodatkowo podatkiem VAT, przez co inwestowanie w nie może okazać się opłacalne dopiero z perspektywy znaczących wzrostów cen palladu i rodu na giełdzie metali szlachetnych.

Uchylone drzwi do pracy w Niemczech mogą się zatrzasnąć

Niemcy łagodzą przepisy zatrudniania cudzoziemców, a nowe zasady, które wejdą w życie 1 marca, zwiększają szanse na pracę, także dla Ukraińców zatrudnionych w Polsce. Na przeszkodzie może im jednak stanąć technologia – eksperci prognozują, że wraz z jej rozwojem rynek pracy w Niemczech będzie się kurczył.

Pracownicy z Ukrainy wpisali się w polską rzeczywistość, a ich obecność jest istotnym wsparciem rodzimej gospodarki. Dlatego zmiana w niemieckich przepisach legislacyjnych budzi niepokój przedsiębiorców, tym bardziej, że sami Ukraińcy są zainteresowani wyjazdem.

– Bardzo interesują się informacjami na temat zmian na rynku pracy w Niemczech, a nawet wprost pytają nas o oferty pracy na Zachodzie – mówi Paweł Fecko, wiceprezes agencji doradztwa personalnego i pracy tymczasowej IPF Global. – Zainteresowanie to widać szczególnie na portalach społecznościowych. Na naszym profilu posty o przepisach dotyczących niemieckiego rynku pracy cieszą się największym zainteresowaniem i są
najczęściej komentowane.

Karina Knyż-Grzywa, dyrektor biura Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ), największej tego typu organizacji branżowej w Polsce, która zrzesza ponad 60 firm przyznaje, że zainteresowanie Ukraińców pracą za naszą zachodnią granicą odczuwa większość agencji skupionych w tej organizacji.

Od marca do Niemiec już bez języka

Zmiany w przepisach jakie wejdą w życie od pierwszego marca spowodują, że cudzoziemcy spoza UE nie będą musieli wykazywać znajomości języka niemieckiego. Jeśli tylko podpiszą umowę o pracę z pracodawcą, języka mogą nauczyć się już na miejscu. Pracownicy nie będą musieli też udowadniać, że mają określone środki finansowe na własne utrzymanie.

Mimo to – zdaniem ekspertów rynku pracy – przepisy nadal pozostaną bardzo sformalizowane. Każdy ubiegający się o pracę będzie musiał przejść uznanie kwalifikacji, którego dokonują tamtejsze urzędy, bo polityką Niemiec jest zatrudnianie osób z kwalifikacjami. Przepisy, nawet po marcowej zmianie, mają na celu chronić tamtejszy rynek pracy przed napływem taniej siły roboczej. A w Polsce Ukraińcy w większości są pracownikami niewykwalifikowanymi lub, z powodu nieznajomości języka, pracują poniżej swoich kwalifikacji. Ponadto, umowy o pracę będą musiały odpowiadać niemieckim wymogom i standardom, tak jakby pracę miał wykonywać pracownik niemiecki.

Zlikwidowany został także wymóg badania lokalnego rynku. Pracodawca nie musi już wykazywać, że w konkretnym zawodzie jest luka na rynku pracy, której nie może wypełnić lokalny pracownik. Cudzoziemiec może być zatrudniony w każdym zawodzie, o ile jest on zgodny z jego kwalifikacjami, a nie tylko w tym, w którym brakuje fachowców.

– Myślę, że z tych wszystkich powodów obywatele Ukrainy nie wyjadą z Polski, a przynajmniej nie na skalę masową – mówi Katarzyna Ziółkowska, r.pr. kancelarii C&C Chakowski & Ciszek. – Obawy pracodawców wynikają z ich doświadczeń z otwarcia rynku pracy na cudzoziemców w Polsce. Tego nie da się jednak porównać do procedur po stronie niemieckiej. U nas rynek otworzył się szeroko dla wszystkich zza wschodniej granicy. W Niemczech przepisy i procedury nie są tak szybkie i łatwe jak nasze. I to się nie zmieni od marca tego roku, chociaż polskiemu przedsiębiorcy i jego pracownikowi z Ukrainy ciężko jest to zaakceptować. Szacuje się, że na nowych regulacjach, z Polski wyjedzie jedynie od kilku do kilkunastu tysięcy osób.

Popyt na pracowników się nie utrzyma

Za złagodzeniem przepisów o imigracji pracowników lobbowali niemieccy przedsiębiorcy, którzy dotkliwie odczuwają brak rąk do pracy. Nowe regulacje mają przyspieszyć i ułatwić działania legalizacyjne. Mimo złagodzenia procedur i tak są one krytykowane przez przedsiębiorców, jako zbyt wymagające.

Gospodarce Niemiec brakuje dziś około półtora miliona fachowców. Największe braki kadrowe widoczne są w branży opiekuńczo-medycznej, rzemiośle, budownictwie i na produkcji. Obserwując jednak globalne procesy rynkowe i rozwój technologii, w części tych branż zapotrzebowanie na ludzi może się drastycznie zmienić już w ciągu kilku następnych lat.

– W perspektywie dwóch-trzech lat potrzeby rynku niemieckiego na ręce do pracy drastycznie się zmienią – twierdzi Paweł Fecko. – Wynika to z ogromnych zmian technologicznych, które cały czas zachodzą w świecie. Jeśli ten kraj ma być gospodarką konkurencyjną, a do tego zmierza, to będzie wdrażać nowe technologie i w ciągu kilku lat wielu ludzi zostanie bez zatrudnienia lub będzie musiało się przekwalifikować. W Niemczech już się o tym mówi. Zagrożenie wyjazdem Ukraińców z Polski oceniam więc na krótkoterminowe.

Już w tej chwili Niemcy zadają sobie pytanie jak ma wyglądać ich gospodarka. Na łamach prasy eksperci prowadzą dociekania, jak ich kraj może konkurować z amerykańskimi i chińskimi producentami, szczególnie w branży automotive.

– Nowe rozwiązania technologiczne w prosty sposób doprowadzą do zredukowania wielu miejsc pracy, potencjalnie dostępnych dla Ukraińców – podkreśla Fecko.

Polska bardziej przyjazna

Nie bez znaczenia na decyzje Ukraińców pozostaje fakt, że Polska znakomicie dostosowała się do ich potrzeb. Reklamy, informacje w sklepach, menu w restauracjach, infolinie w bankach, a nawet filmy wyświetlane w kinach są już w języku ukraińskim. Do tego podobnie brzmiący język, bliskość kulturowa i wspólna granica na mapie z Ukrainą sprawiają, że dla wielu Ukraińców wyjazd z Polski – mimo deklarowanych chęci – nie musi być najlepszym rozwiązaniem. Tym bardziej, że wielu z nich, kiedy zaczyna płynnie porozumiewać się w języku polskim, zmienia pracę na zgodą z własnym wykształceniem.

Wbrew panującym mitom pieczywo powinny jeść także osoby na diecie. Należy jednak zwracać uwagę na jego skład

Produkty zbożowe stanowią integralną część zbilansowanej diety. Są głównym źródłem błonnika i węglowodanów – składników niezbędnych w codziennym, zdrowym żywieniu. W konsekwencji z pieczywa nie powinny rezygnować nawet osoby na diecie odchudzającej. Jednak, aby upewnić się, że nie przeszkodzi ono w walce o szczupłą i zgrabną sylwetkę, należy dokładnie sprawdzać jego skład. Jakość pieczywa dostępnego na polskim rynku jest bowiem bardzo zróżnicowana.

Piramida zdrowego żywienia i aktywności fizycznej to graficzny zapis grup produktów spożywczych wraz z zalecaną częstotliwością ich spożywania. Życie w zgodzie z jej zasadami to podstawa w walce o zachowanie sprawności intelektualnej i fizycznej na wysokim poziomie.

– Pieczywo jest niezwykle ważnym elementem codziennej diety. Na piramidzie zdrowego żywienia produkty pełnoziarniste i zbożowe znajdują się tuż za owocami i warzywami. Ich wartości odżywcze potwierdzają również liczne, niezależne badania naukowe – powiedziała podczas konferencji marki Wasa dietetyczka Viola Urban.

Pieczywo ma w sobie składniki niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Ziarna zbóż zawierają przede wszystkim cenne witaminy z grupy B oraz minerały.

– Produkty zbożowe są szczególnie bogate w węglowodany. Te z kolei są niezwykle ważne dla naszego organizmu, ponieważ dostarczają mu energii do życia i działania. Ponadto produkty pełnoziarniste to podstawowe źródło błonnika, który bardzo dobrze syci. Kiedy brakuje go w naszej diecie, szybko po posiłku stajemy się znowu głodni – tłumaczy ekspertka.

Obecnie wybór pieczywa jest bardzo szeroki. W konsekwencji zdarza się, że konsument nie wie, na który z dostępnych produktów powinien się zdecydować. Dokonując zakupu, należy zwracać uwagę na skład wypieku. Czujność jest szczególnie istotna z powodu powszechnego zjawiska fałszowania chleba, które często wprowadza klientów w błąd.

– Przy wyborze produktów zbożowych najlepiej kierować się zawartością błonnika i indeksem glikemicznym. Powinniśmy szukać pieczywa z pełnego przemiału, w którym dominowała będzie mąka pełnoziarnista – zwraca uwagę w rozmowie z agencją Newseria Viola Urban.

Dobrą alternatywą dla tradycyjnego chleba może być także pełnoziarniste pieczywo chrupkie bogate w błonnik i składniki mineralne, np. marki Wasa. Na jego bazie można przygotować szybką i pożywną kanapkę, a nawet słodką przekąskę, która z odpowiednimi dodatkami, takimi jak owoce czy gorzka czekolada, na pewno będzie zdrowszym odpowiednikiem tradycyjnych słodyczy.

Wraz z rozpowszechnieniem się mody na zdrowe odżywianie w mediach pojawiło się wiele mitów dotyczących tego, jak powinna wyglądać codzienna dieta. Zbilansowany jadłospis powinien bowiem uwzględniać wszystkie składniki odżywcze.

Jednym z głównych mitów żywieniowych jest to, że kiedy ktoś przechodzi na dietę odchudzającą, to nie powinien jeść węglowodanów, a więc między innymi makaronu czy pieczywa. To nie jest prawda. Osoby, które dbają o sylwetkę, także mogą jeść tego typu produkty, natomiast powinny kontrolować jakość i ilość spożywanych węglowodanów. Skłaniać się w stronę produktów pełnoziarnistych i uważnie analizować skład. Bywa bowiem, że produkty, które wyglądają na pełnoziarniste, w rzeczywistości są barwione karmelem albo słodem – to pułapka, na którą trzeba uważać – tłumaczy ekspertka.

Rynek taksówkowy czeka konsolidacja. Tradycyjne przewozy uzupełni coraz szersza oferta usług dodatkowych

Wraz z postępującą urbanizacją i natężeniem ruchu mieszkańcy miast coraz częściej rezygnują z prywatnych samochodów. Również firmom zaczyna opłacać się rezygnacja z własnej floty na rzecz stałej współpracy z operatorami taksówkowymi. Te nowe możliwości współpracy stwarzają pole do oferowania poza tradycyjnymi przewozami również dodatkowych usług. – Testujemy system z dodatkowym ekranem, który umożliwi pasażerowi śledzenie lokalizacji, a także korzystanie z różnego rodzaju promocji i usług naszych partnerów – mówi prezes iTaxi Jarosław Grabowski. Jego zdaniem lokalnie rozdrobniony rynek taksówkarski czeka konsolidacja.

Potrzeba przemieszczania się po miastach będzie rosła i nic tego nie zatrzyma. Postępująca urbanizacja i rosnące natężenie ruchu samochodowego powodują, że w miastach pewne obszary są w ogóle wyłączane dla aut. Parkingi są bardzo drogie i posiadanie samochodu do codziennego użytkowania, dojeżdżania do pracy jest często po prostu niecelowe. Dlatego też usługi taksówkowe będą się rozwijać. Trudno powiedzieć, czy to będzie rozwój kilku- czy kilkunastoprocentowy, bo dane dla całego rynku są bardzo fragmentaryczne – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Grabowski, prezes zarządu iTaxi.

Również firmy coraz częściej wybierają współpracę z taksówkami zamiast inwestycji we własne floty samochodów. Jak podaje firma iTaxi, w ubiegłym roku przybyło jej kilkadziesiąt tysięcy nowych użytkowników biznesowych, a przejazdy firmowe stanowią 2/3 ogółu. Rozwój tego segmentu stwarza pole do zaoferowania klientom dodatkowych usług poza standardowym przejazdem z punktu A do punktu B.

Część z tych firm ma bardzo specyficzne zapotrzebowania, np. z obsługą imprez firmowych, dowożenia pracowników do pracy – wymienia prezes iTaxi. – Obserwujemy też, co ciekawe, że jest pewna grupa klientów, która wymaga bardzo wysokiej jakości usługi, zarówno pod kątem wyglądu samochodu, jak również kompetencji kierowcy.

Nowym trendem na rynku przewozów jest stosowanie nośników elektronicznych w taksówkach. iTaxi testuje w tej chwili dodatkowe ekrany dotykowe umieszczone w samochodach od strony pasażera. Za ich pośrednictwem klient może śledzić trasę i sprawdzić swoją bieżącą lokalizację, ale ma też możliwość skorzystania ze specjalnych promocji, dodatkowych usług oferowanych przez partnerów czy prześledzenia aktualnych wydarzeń, atrakcji i imprez w mieście.

Myślimy też o wykorzystaniu floty taksówek w sposób reklamowy, ale nieoczywisty – mówi Jarosław Grabowski. – Rok 2019 był dla nas przełomowy z tego względu, że widzimy pierwsze zyski pojawiające się po znaczących inwestycjach, zwłaszcza inwestycjach w technologię. Jednak plany na ten rok są jeszcze bardziej ambitne, planujemy praktycznie podwoić zasięg i liczbę naszych operacji, liczonych zarówno kursami, jak to nazywamy w swoim wewnętrznym żargonie, jak i przychodami.

W 2019 roku firma udostępniła swoim kierowcom nową aplikację do obsługi przewozów. Zaproponowała też nową odsłonę iTaxi 4.0. z usługą Biletu iTaxi, której cena za przejazd jest znana z góry, bez względu na taryfy czy strefy.

– Według naszych badań klienci akceptują nawet wyższą cenę, jeżeli mają pewność jej wysokości, zanim zdecydują się na przejazd samochodem. Najważniejsze z naszego punktu widzenia jest wyeliminowanie dyskomfortu pasażera, który korzysta z usługi transportowej, ale nie wie, ile ma za nią zapłacić – mówi prezes iTaxi. – Dotyczy to np. klientów, którzy przyjeżdżają do obcego miasta i nie znają lokalnych cen.

W 2019 roku pojawiły się nowe opcje płatności za przejazd. Ruszyły również prace nad nowym panelem biznesowym, poprzez który firmom będzie łatwiej kontrolować koszty przejazdów pracowników.

– Chcemy być beneficjentem organicznego wzrostu rynku. W ostatnich latach rośniemy w tempie kilkudziesięciu procent rocznie i zamierzamy je utrzymać także w kolejnym – zapewnia Jarosław Grabowski.

W ubiegłym roku liczba kierowców we flocie iTaxi wzrosła o 40 proc. To przełożyło się na znaczące skrócenie czasu oczekiwania na taksówkę. W Warszawie wynosił on średnio 5 minut. Firma zwiększyła m.in. flotę dostępną w Krakowie, dzięki współpracy z lokalną korporacją. Jak podkreśla Jarosław Grabowski, rynki lokalne są bardzo rozdrobnione, więc można spodziewać się przejęć i połączeń.

Z jednej strony prognozuję typowe procesy konsolidacyjne w postaci przejęć, łączenia się różnego rodzaju konsorcjów, a z drugiej – coraz większą konkurencję, jeżeli chodzi o jakość i dostępność usług nie tylko w skali lokalnej, ale i między aglomeracjami – mówi prezes zarządu iTaxi. – Dla nas ten ostatni punkt jest kluczowy, bo klienci korporacyjni wymagają od nas dostępności we wszystkich dużych miastach w Polsce. Na pewno więc będziemy działać w tym kierunku, aby zapewnić im usługę.

Program Mój Prąd zapoczątkował boom w fotowoltaice. NFOŚiGW chce teraz rozwijać programy wsparcia geotermii, biogazowni i przydomowych magazynów energii

Ubiegły rok był bardzo udany pod względem inwestycji w efektywność energetyczną i odnawialne źródła energii. – Zwłaszcza fotowoltaikę, w której boom zapoczątkował rządowy program Mój Prąd – ocenia wiceprezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej Artur Michalski. Ten program cieszy się największą popularnością spośród wszystkich realizowanych przez Fundusz, ale i rolnicy, samorządy oraz spółdzielnie mieszkaniowe mają coraz szersze spektrum instrumentów, w których mogą ubiegać się o dofinansowanie inwestycji w odnawialne źródła. NFOŚiGW chce wesprzeć zwłaszcza te, które nie były do tej pory szeroko rozpowszechnione, jak np. geotermia i biogazownie.

– Programy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej cieszą się coraz większym powodzeniem, m.in. za sprawą programu Mój Prąd, który w tym roku został odnowiony. Za cel uznajemy rozwój w kolejnych obszarach, czyli wzmocnienie programów geotermalnych, biogazowni rolniczych i hybryd, czyli odnawialnych źródeł plus magazyn energii – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Michalski, wiceprezes zarządu NFOŚiGW.

Zainicjowany w ubiegłym roku Mój Prąd, z budżetem wynoszącym 1 mld zł, to jeden z największych w Europie programów finansowania mikroinstalacji fotowoltaicznych dla osób fizycznych, które wytwarzają energię elektryczną na własne potrzeby. Pierwszy nabór okazał się wielkim sukcesem i zapoczątkował boom w fotowoltaice prosumenckiej. NFOŚiGW przeznaczył w nim 132 mln zł na dofinansowanie ponad 27 tys. instalacji PV o mocy zainstalowanej 152 MW.

– Mój Prąd jest przełomowy. To bardzo prosty program, a jednocześnie szybki w realizacji i dość obszerny, jeśli chodzi o moc, którą planujemy dzięki niemu zainstalować. Dzięki środkom w wysokości 1 mld zł, które pochodzą ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2, uda się poruszyć inwestycje w fotowoltaice i wyzwolić nową moc wytwórczą rzędu 1–2 GW – mówi Artur Michalski.

Do wykorzystania wciąż pozostało ok. 90 proc. środków, które pozwolą na dofinansowanie nawet 200 tys. instalacji. 13 stycznia br. ruszył drugi nabór wniosków, w którym osoby fizyczne mogą ubiegać się o dofinansowanie w wysokości do 50 proc. kosztów kwalifikowanych (ale nie więcej niż 5 tys. zł) na zakup i montaż instalacji PV od 2 do 10 kW. Budżet drugiej edycji to 600 mln zł na przydomowe instalacje fotowoltaiczne, które pozwolą wygenerować moc 700 MW. Nowością jest strona mojprad.gov.pl, na której można sprawdzić status złożonego wniosku.

– Średnia instalacja, którą zakładają beneficjenci, mieści się w granicach 5–6 kW. Tych instalacji powstaje bardzo wiele, czego dowodem są instalatorzy, którzy się do nas zgłaszają, potwierdzają duże zainteresowanie i pomagają w sprawach związanych z obsługą tych wniosków po stronie prosumentów – mówi wiceprezes zarządu NFOŚiGW.

Wnioski można składać w formie papierowej, online i za pośrednictwem instalatorów PV, którzy podpisali z NFOŚiGW porozumienie o współpracy. Do tej pory zawarło je już 49 firm, ale lista sukcesywnie się wydłuża.

W ubiegłym roku ruszył też kolejny program, Agroenergia, skierowany do rolników. Właściciele gospodarstw rolnych mogą ubiegać się w nim o pożyczki i dofinansowanie inwestycji w przydomowe, odnawialne źródła energii. Dotyczy to nie tylko fotowoltaiki, ale i małych elektrowni wiatrowych, wodnych czy biomasy odpadowej, a kwota dotacji może sięgnąć w tym przypadku nawet 800 tys. zł.

– Zainteresowanie tym programem też jest spore. Nie są to może tysiące wniosków, jak w programie Mój Prąd, który ma charakter bardziej masowy, ale mamy kilkaset nowych inwestycji w fotowoltaikę, biogazownie, nawet w małą elektrownię wodną i inne rozwiązania służące efektywności energetycznej – mówi Artur Michalski.

W tym roku Fundusz chce rozwijać te źródła energii odnawialnej, które nie są jeszcze zbyt rozpowszechnione, oraz hybrydy – czyli przydomowe źródła odnawialne połączone z magazynem energii.

– Ta energia z odnawialnych źródeł czasem idzie na straty, bo system nie może jej w danej chwili przyjąć. Stąd też hybrydy, czyli odnawialne źródła energii plus magazyn albo zastosowanie kilku różnych źródeł odnawialnych, bądź połączenie tego z konwencjonalnym systemem energetycznym, powodują, że staje się to bardziej użyteczne. Do tego służy zresztą również formuła klastrowa. Resort energii oczekuje, że klastry będą się rozwijały właśnie w kierunku stabilizacji i lepszego wykorzystania odnawialnych źródeł energii. Wszystko musi iść w kierunku innowacyjności – podkreśla wiceprezes NFOŚiGW.

W końcówce stycznia NFOŚiGW zainicjował też nowy program, skierowany do samorządów – Słoneczne Dachy  – z budżetem wynoszącym 100 mln zł (na razie obejmuje tylko Wielkopolskę). Mieszkańcy budynków wielorodzinnych i spółdzielnie mogą ubiegać się w nim o preferencyjne pożyczki i dofinansowania na zakup i montaż mikroinstalacji fotowoltaicznych o zainstalowanej mocy elektrycznej do 50 kW, a także na przedsięwzięcia termomodernizacyjne. Nabór wystartuje jeszcze w I kwartale tego roku.

– Nowe programy służące rozwojowi odnawialnych źródeł energii będą stymulować rozwój fotowoltaiki przez spółdzielnie czy wspólnoty mieszkaniowe, a więc instalacje PV na budynkach wielorodzinnych – mówi Artur Michalski. – To dodatkowy program przeznaczony na tego typu przedsięwzięcia, bo spółdzielnie mieszkaniowe mogą już także korzystać ze środków pomocowych w ramach Energii Plus i funduszy unijnych.

Samorządom dedykowany jest z kolei program Ciepłownictwo Powiatowe, zainicjowany w zeszłym roku i skierowany do mniejszych miast, poniżej 100 tys. mieszkańców. W ramach budżetu 500 mln zł (na wsparcie zwrotne i bezzwrotne) na dofinansowanie mogą liczyć m.in. takie projekty jak modernizacja, rozbudowa sieci ciepłowniczych czy energetyczne wykorzystanie zasobów geotermalnych.

– Gdyby samorząd czy przedsiębiorstwo ciepłownicze chciało się rozwijać bardziej w kierunku geotermii, mamy program Polska Geotermia Plus – mówi wiceprezes zarządu NFOŚiGW. – Wsparcie dotyczy przedsięwzięć opartych na geotermii, ale też szeregu innych inwestycji, które są z tym powiązane.

Energetyka i wodociągi szczególnie narażone na cyberataki. Na celowniku hakerów są również szpitale

Szczególnie narażone na ataki hakerskie są energetyka i wodociągi jako element infrastruktury krytycznej. Cyberprzestępcy coraz częściej za cel obierają sobie też szpitale i placówki ochrony zdrowia, które niemal powszechnie przechowują już dane i dokumentację medyczną pacjentów w formie cyfrowej oraz rzadko kiedy dbają o zabezpieczenia i aktualizacje nowego sprzętu. Ten sektor jest jednym z najbardziej zaniedbanych pod kątem cyberbezpieczeństwa, co wynika zarówno z braku pieniędzy, jak i odpowiednich kadr.

– Dla hakerów najbardziej łakomym kąskiem jest energetyka i sektory powiązane, czyli paliwa i gaz. Jeśli ten obszar zostanie zaatakowany, może to mieć destrukcyjne skutki na poziomie ogólnokrajowym. Narażony na ataki jest też sektor wody i kanalizacji, o czym wciąż jeszcze mało się mówi, ale są już publikacje naukowe wskazujące na pewne zagrożenia. Proszę sobie wyobrazić, co będzie działo się w miastach, jeżeli zostanie zatrzymany przepływ wody – mówi agencji Newseria Biznes Józef Sulwiński, prezes zarządu SEQRED.

Na cyberataki szczególnie narażone są również ubezpieczenia i bankowość, czyli te branże, w których są pieniądze. Rosnąca liczba takich incydentów wymusza na instytucjach z sektora finansów większą dbałość o bezpieczeństwo. Zwłaszcza że Polacy mają już ponad 37 mln internetowych kont bankowych i ponad 10 mln kont w aplikacjach mobilnych. Blisko 60 proc. uważa banki za liderów cyberbezpieczeństwa, a 90 proc. czuje się bezpiecznie, korzystając z bankowości online, co jak podkreśla Związek Banków Polskich, może świadczyć o uśpionej czujności klientów. Potwierdza to też badanie „Cyberbezpieczny Portfel 2020”, z którego wynika, że niecała połowa Polaków (49 proc.) zmieniła hasło do bankowości internetowej co najmniej raz w ciągu 12 miesięcy, a jeszcze mniejszy odsetek (39 proc.) aktualizuje hasło do bankowości mobilnej.

Oprócz firm i korporacji coraz częściej hakerzy za cel obierają sobie też infrastrukturę krytyczną oraz serwisy rządowe i samorządowe.

– Coraz częściej obserwujemy też ataki na służbę zdrowia. Ten obszar jest chyba najbardziej pod tym względem zaniedbany – potwierdza Józef Sulwiński.

Szpitale i placówki medyczne niemal powszechnie przechowują już dane i dokumentację medyczną pacjentów w formie cyfrowej, a w ostatnich dwóch latach w służbie zdrowia został wdrożony szereg e-usług. Przejście z papierowych kartotek do danych zapisanych w szpitalnych serwerowniach lub w chmurze wiąże się jednak z ryzykiem ataku i zainfekowania złośliwym oprogramowaniem.

Tym bardziej że często w placówkach medycznych, które kupują nowoczesny sprzęt czy urządzenia diagnostyczne korzystające z połączenia z siecią, nikt nie dba o ich zabezpieczenie czy instalowanie aktualizacji, przez co – podobnie jak w przypadku drukarek – mogą zostać łatwo zhakowane.

– Placówki skupiają się na tym, żeby kupić urządzenie i z niego korzystać, natomiast już nie za bardzo dbają o jego bezpieczeństwo. Skutki są takie, że praca szpitala czy recepcji w przychodni zostaje zatrzymana, bo dane zostały zaszyfrowane wskutek ataku – powiedział Józef Sulwiński podczas konferencji InfraSEC na temat cyberbezpieczeństwa twardej infrastruktury. – Służba zdrowia jest pod tym względem dość podobna do systemów automatyki sterującej infrastrukturą krytyczną. Jednak nikt w niej nie myśli kategoriami cyberbezpieczeństwa. Takie kwestie jak segmentacja, separacja sieci czy testy bezpieczeństwa są raczej przyjmowane ze zdziwieniem, często pada pytanie: „Jak to, my w szpitalach też powinniśmy coś takiego zrobić?”. Tak, bo te systemy mają olbrzymi wpływ na nasze życie.

Zaniedbania dotyczące cyberbezpieczeństwa w placówkach ochrony zdrowia wynikają równie często z niewiedzy i braku finansowania na ten cel, jak i odpowiednich kadr.

– Pierwszoplanowy jest brak kompetencji i umiejętności w tym obszarze. Pewnie gdyby znalazły się pieniądze, sytuacja wyglądałaby trochę lepiej. Jednak kadr w obszarze cyberbezpieczeństwa na rynku w Polsce generalnie brakuje. Zwłaszcza przy obecnej kondycji rynku pracy pozyskanie takich ludzi jest naprawdę trudne – mówi prezes zarządu SEQRED.

Już za dziesięć lat połowa nowych Mercedesów będzie bezemisyjna

Koncern Daimler i należąca do niego marka Mercedes-Benz mocno podkreślają, jak ważny jest dla nich rozwój elektromobilnej floty. Mają zamiar całkowicie zrezygnować z produkcji samochodów spalinowych do 2039 roku – co sprawi, że pod znakiem Mercedesa jeździć będą wtedy tylko samochody bezemisyjne. Już za dziesięć lat, w 2030 roku, połowa samochodów schodzących z taśm produkcyjnych Mercedesa ma nie produkować spalin. Koncern przygotowuje się do zrealizowania tego celu. Należąca do niego marka Smart już dzisiaj oferuje tylko i wyłącznie samochody elektromobilne. Nowe modele Smarta kupimy tylko w wersji bezemisyjnej, a elektromobilna oferta samego Mercedesa-Benza poszerza się o kolejne modele.

– Wprowadziliśmy na rynek nową markę: Mercedes EQ. Tym znaczkiem EQ sygnujemy wszystkie nasze samochody elektryczne lub hybrydowe „plug in”. Aktualnie oferujemy na polskim rynku 13 samochodów hybrydowych, 3 różne wersje elektrycznego Smarta oraz EQC – czyli pierwszego w pełni elektrycznego Mercedesa SUV ze średniego segmentu – powiedział serwisowi eNewsroom Aleksander Rzepecki, menadżer do spraw pojazdów elektrycznych w Mercedes-Benz Polska. – Należy zwrócić uwagę, że obok samochodów w pełni elektrycznych, proponujemy klientom modele hybrydowe. Wierzymy w tak zwane hybrydy z wtyczką, czyli pojazdy o mieszanym napędzie elektryczno-spalinowym. Łączymy napęd elektryczny zarówno z silnikiem benzynowym, jak i z silnikiem wysokoprężnym – czyli dieslem. Dzisiejsza technologia diesla jest dosyć czysta – a w przypadku korzystania z samochodu częściowo w mieście, a częściowo w trasie – to właśnie diesel będzie się bardzo dobrze sprawdzał jako wsparcie dla silnika elektrycznego w hybrydach. Osobiście przyjechałem tu właśnie samochodem hybrydowym z silnikiem diesla – przyznaje Rzepecki.

Polska ma duży problem z przyciąganiem i rozwijaniem kadr. Wkrótce może zabraknąć miliona pracowników

Przedsiębiorcy mają problem ze znalezieniem pracowników o takich kompetencjach, jakie są potrzebne do prawidłowego działania ich firm. W przyszłości może być o nich jeszcze trudniej, bo polskie instytucje ani rząd nie wspomagają biznesu w poszukiwaniu, kształceniu i rozwijaniu talentów, które mogłyby zasilić rynek. Na 130 krajów plasujemy się pod tym względem na 44. miejscu, 20 pozycji za najlepszą w naszym regionie Estonią. Najgorzej idzie nam przyciąganie talentów. Skuteczniej robi to aż 71 krajów.

– Brakuje nam talentów do pracy. Mamy niedopasowanie kompetencji kandydatów do pracy i tego, czego oczekuje biznes. Pracodawcy chcą w tym temacie współpracować z instytucjami, rządem, ministerstwami, natomiast w zasadzie nie ma właściciela problemu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Wicha, dyrektor generalna Adecco Poland, wiceprezydent Konfederacji Lewiatan. – Brakuje pracowników wykwalifikowanych na podstawowe stanowiska: operatorów CNC, takich, którzy mogą pracować z maszynami, robotami, którzy mogą programować. Szkolnictwo zawodowe nie funkcjonuje praktycznie wcale, szczególnie w tym obszarze, a to byłoby bardzo oczekiwane przez biznes.

Opublikowana w styczniu przez Grupę Adecco tegoroczna edycja rankingu „Global Talent Competitiveness Index” pokazuje, że w przyciąganiu talentów rośnie rozdźwięk między liderami zestawienia, głównie bogatymi krajami rozwiniętymi, a resztą świata. Przepaść pogłębia rosnąca rola sztucznej inteligencji w biznesie, tymczasem ponad połowa populacji w krajach rozwijających się nie ma podstawowych umiejętności cyfrowych.

W Polsce sytuacja nie jest aż tak zła – plasujemy się na 44. miejscu na świecie i 25. w Europie, ale wyprzedzają nas m.in. takie kraje jak Kostaryka, Chile czy Malezja. W dodatku w ciągu roku spadliśmy o dwie pozycje, co świadczy o tym, że tracimy w walce o talenty – nie umiemy ich przyciągnąć, rozwijać ani angażować. Pracodawców ratują imigranci zarobkowi ze Wschodu, ale ich zatrudnienie wiąże się z formalnościami, a już od marca otworzy się dla nich rynek niemiecki, więc i to źródło może się wyczerpać.

– Powinniśmy pomyśleć o przyszłości. Pytanie, skąd wziąć około miliona osób, których w najbliższej przyszłości będziemy potrzebować do pracy – przestrzega Anna Wicha. – Jednym z rozwiązań pośrednich są pracownicy ze Wschodu, głównie Ukraińcy, ale przy ich zatrudnianiu mamy do czynienia z szeregiem kłopotliwych rozwiązań. Sam limit sześciu miesięcy, na który możemy te osoby zatrudniać, nie jest wystarczający. Do tego dochodzi ogrom pracy administracyjnej, którą pracodawcy muszą włożyć, żeby móc z takiego pracownika skorzystać. Jest on niewspółmierny do tego, co zyskają, zatrudniając te osoby przez sześć miesięcy.

Tymczasem Polska największy problem ma właśnie z przyciąganiem talentów – zajmuje pod tym względem dopiero 72. miejsce na ponad 130 krajów. Od 2014 roku, czyli odkąd publikowany jest raport, jej wynik poprawił się jedynie nieznacznie – z 49,11 proc. do 49,48 proc. Dla porównania, znajdująca się na czele rankingu Szwajcaria uzyskała wynik na poziomie 81,26 proc., a to niemal o 10 pkt proc. więcej niż sześć lat temu.

– W rozwijaniu i przyciąganiu talentów jesteśmy zdecydowanie z tyłu. Nie ma u nas rozwiązań instytucjonalnych, które wspierałyby np. lifelong learning. Nie uczymy zmian kompetencji i nie wspieramy tego absolutnie ze strony rządowej czy instytucjonalnej – ocenia Anna Wicha. – Każdy przedsiębiorca może sobie odpowiedzieć, co mógłby zyskać, gdyby miał łatwy dostęp do określonych kompetencji. W tej chwili ma wybór – albo nie skorzysta z tego rodzaju rozwiązań, albo nie przejmie nowych inwestycji i nie skorzysta z konkretnych kontraktów. To jest duża strata.

Płatności do zakładu przedsiębiorcy zagranicznego w Polsce bez dodatkowych wymagań w podatku u źródła

Zagraniczni przedsiębiorcy funkcjonują w Polsce często poprzez położony na terytorium Rzeczypospolitej zakład. Zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób prawnych (dalej „pod. dochod. od os.”) przez zagraniczny zakład – pod warunkiem, że nic innego nie wynika z umów o unikaniu podwójnego opodatkowania – rozumie się w szczególności stałą placówkę (np. oddział, przedstawicielstwo, biuro, fabryka), a także plac budowy, budowę lub pełnienie funkcji zarządczych na terytorium państwa. Pojęcie „zakładu” jest bardzo szerokie, dlatego jego analiza powinna być każdorazowo dokonywana przy rozpoczęciu współpracy z kontrahentem o międzynarodowym zasięgu.

Wypłata należności na rzecz zakładu

Zgodnie z art. 26 ust. 1d pod. dochod. od os. nie jest konieczne pobieranie zryczałtowanego podatku dochodowego z tytułu należności za świadczenia objęte regulacjami dotyczącymi podatku u źródła, które są wypłacane na rzecz zakładu. Innymi słowy, dokonując wypłaty na rzecz zakładu z tytułu usług niematerialnych, takich jak np. usługi zarządcze, doradcze, marketingowe, przetwarzania danych, a także im podobnych oraz wypłat z tytułu należności licencyjnych, praw autorskich, odsetek, dywidend, użytkowania urządzenia przemysłowego, w tym także środka transportu czy opłat za świadczenia w zakresie działalności widowiskowej, rozrywkowej lub sportowej, należy wziąć pod uwagę regulacje dotyczące podatku u źródła. Co prawda powyższa regulacja oznacza brak podwójnego opodatkowania zakładów zagranicznych przedsiębiorców w Polsce, jednak konieczne jest spełnienie warunków stawianych przez ustawę. W przypadku, gdyby zryczałtowany podatek u źródła był pobierany przez płatnika i dodatkowo zagraniczny przedsiębiorca rozliczałby podatek dochodowy od tego zakładu w Polsce, doszłoby wówczas do podwójnego opodatkowania dochodów uzyskiwanych przez zakład na terytorium Polski.

Warunki

Niepobieranie przez płatnika podatku w przypadku wypłat na rzecz zakładu zagranicznego przedsiębiorcy zostało uwarunkowane pozyskaniem odpowiedniego zagranicznego certyfikatu rezydencji, a także pisemnego oświadczenia, że należności te związane są z działalnością zakładu tego podatnika. Warunki te mają zapobiegać nadmiernemu opodatkowaniu działalności zakładu, a także nierozliczeniu podatku w którymkolwiek kraju.

Należy podkreślić, że przepisy podatkowe nie zawierają żadnych regulacji ani podpowiedzi, jak takie oświadczenie powinno wyglądać. Wskazują jedynie, co powinno ono zawierać w wersji „minimalnej” – powinno ono określać przynajmniej pełną nazwę podatnika, adres i numer identyfikacji podatkowej oraz adres jego zakładu. Takie oświadczenie powinno być podpisane zgodnie z zasadami reprezentacji podmiotu zagranicznego, co płatnik działający z należytą starannością powinien zweryfikować, żądając odpowiedniego rejestru handlowego lub pełnomocnictwa. Ponadto należy pamiętać, że w przypadku niepobrania należności konieczne jest zawiadomienie naczelnika urzędu skarbowego na odpowiednim formularzu.

Limit WHT a należności zakładu

Z dniem 1 stycznia 2019 r. weszły w życie zmiany przepisów dotyczących rozliczenia podatku od źródła. Przepisy te wprowadzają nowe regulacje nie tylko w obszarze należytej staranności przy dokonywaniu weryfikacji zagranicznego kontrahenta i samej płatności, ale także wprowadzają domniemanie stosowania mechanizmu płatności i zwrotu przy transakcjach powyżej 2 mln zł objętych podatkiem u źródła. Nieprecyzyjne sformułowanie ustawy prowadzi do różnego rodzaju wątpliwości. Jedną z nich jest pytanie, czy w przypadku wypłat należności objętych regulacjami dotyczącymi podatku u źródła (wymienionych w art. 21 ust. 1 pod. dochod. od os.) limit wynikający z art. 26 ust. 1 pod. dochod. od os. ma zastosowanie także do zakładów zagranicznych przedsiębiorców znajdujących się w Polsce.

Z pomocą w tym temacie przychodzi Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej, który w wydawanych interpretacjach potwierdza, że w przypadku zagranicznego zakładu regulacje dotyczące limitu nie znajdują zastosowania. W interpretacji nr 0111-KDIB1-2.4010.390.2019.2.AK z dnia 2 grudnia 2019 r. Dyrektor KIS wskazał, że podmioty wypłacające należności z tytułów wymienionych w art. 21 ust. 1 pod. dochod. od os. na rzecz podmiotów zagranicznych prowadzących działalność poprzez zakład położony na terytorium Polski, mogą nie pobierać od tych kwot podatku u źródła bez konieczności składania oświadczenia w przypadku płatności przekraczających 2 mln zł. Oznacza to, że art. 26 ust. 2e pod. dochod. od os. nie znajdzie zastosowania w przypadku wypłat należności na rzecz podmiotów prowadzących działalność przez prowadzony na terytorium RP zakład. Podobne stanowisko zajął Dyrektor KIS w interpretacji z 19 lutego 2019 r., sygn. 0114-KDIP2-1.4010.518.2018.1.AJ.

Zatem jak wynika z powyższego, współpracując z zakładem zagranicznego przedsiębiorcy znajdującym się na terenie kraju, można nie być objętym regulacjami dotyczącymi podatku u źródła w przypadku spełnienia odpowiednich warunków oraz posiadania niezbędnej dokumentacji. Jest to istotne, gdyż wiele sporów podatników z fiskusem dotyczy właśnie prawidłowości spełnienia formalnych warunków zwolnienia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

1 marca i co dalej? Jak zatrzymać pracowników z Ukrainy?

Rok 2020 będzie niewątpliwie wyzwaniem dla polskich przedsiębiorców, którzy chcą utrzymać elastyczność produkcji. Na horyzoncie nie widać większych zmian w podaży pracowników, a od 1 marca br. Niemcy otwierają swój rynek pracy dla cudzoziemców. Jak firmy mogą zatrzymać pracowników z Ukrainy?

1 MARCA I ….

Rynek niemiecki dotyka ten sam problem, z którym borykają się nasi przedsiębiorcy – brak rąk do pracy.

Nie pomogły napływy uchodźców w latach 2015-2018, ułatwione w 2016 r. procedury zatrudniania dla migrantów z Bałkanów czy migracje zarobkowe z innych krajów UE. W 2018 r. w Niemczech nieobsadzonych pozostawało 1,2 mln. miejsc pracy, a wg. badań Fundacji Bertelsmann’a liczba specjalistów imigrujących z innych państw UE będzie się zmniejszać ze względu na problemy demograficzne i ekonomiczne, których doświadczają pozostałe kraje UE. To zmusiło Niemcy do zmian w polityce imigracyjnej. Nowe przepisy ułatwiające dostęp do niemieckiego rynku pracy cudzoziemcom wejdą w życie już 1 marca br. Czy to dla nas powód do paniki? Na pewno nie na początku.

Niemcy nie są jeszcze przygotowani proceduralnie na otwarcie swojego rynku pracy. Nadal nie opracowali przepisów wykonawczych, rozporządzeń, które opisywałoby, jak ten proces miałby wyglądać. Praca administracyjna związana chociażby z samym wydawaniem zezwoleń jest ogromna. Dlatego, w tym roku nie musimy obawiać się znaczącego odpływu Ukraińców do Niemiec. Co nie znaczy, że możemy osiąść na laurach i nie zadbać o to, żeby chcieli u nas zostać. – mówi Ewelina Glińska-Kołodziej, Dyrektor Operacyjny Trenkwalder Polska, agencji rekrutacji.

KTO WYJEDZIE DO NIEMIEC?

Obcokrajowcy będą mogli podjąć zatrudnienie w Niemczech w każdym zawodzie, a nie jak dotychczas  w wybranych sektorach. Pracodawca niemiecki nie będzie też musiał uprzednio sprawdzać dostępności lokalnej siły roboczej. Najbardziej poszukiwani są lekarze, fizjoterapeuci, pielęgniarki, eksperci w dziedzinie lotnictwa czy technologii energetycznej, inżynierowie, specjaliści IT i z branży budowlanej. Warunkiem zatrudnienia ma być znajomość języka niemieckiego na poziomie B2 i posiadanie kwalifikacji zawodowych uznanych w Niemczech.

B2 to praktycznie swobodne porozumiewanie się w danym języku. Niemcy są tu restrykcyjni i jak na razie nie przewidują sytuacji, w której brygadzista zna niemiecki, a pracownicy szeregowi już nie. Zrobiliśmy badanie wśród blisko 2 tys. spośród Ukraińców, których zatrudniamy dla naszych klientów w Polsce i tylko 4 proc. zna język niemiecki, i to na poziomie podstawowym. To w większości pracodawcy produkcyjni, których najbardziej potrzebuje rynek. Oczywiście słychać głosy, i ja się z tym zgadzam, że absolwenci uniwersytetów ukraińskich, którzy znają języki obce mogą być atrakcyjni dla rynku niemieckiego. – dodaje Ewelina Glińska-Kołodziej

Bariera językowa to na pewno przeszkoda, ale niewykluczone, że Niemcy mogą po jakimś czasie zmniejszyć swoje oczekiwania, byle tylko pozyskać dobrego pracownika. Magnesem są oczywiście dużo wyższe zarobki od proponowanych w Polsce. Nawet po podniesieniu płacy minimalnej od 2020 r.

KONKURENCJA NIE TYLKO W NIEMCZECH

Ukraińcy przyjeżdżają do Polski za pracą od 2014 r. Widać jednak wyraźnie, że boom imigracyjny już się skończył. Wpływa na to poprawa sytuacji gospodarczej na Ukrainie – umocnienie hrywny, wzrost wynagrodzeń, nowe inwestycje. Drugim czynnikiem jest konkurencja ze stronny innych krajów europejskich. Chociaż polscy przedsiębiorcy z obawą patrzą głównie w stronę Niemiec, to warto z tyłu głowy pamiętać o krajach bałtyckich i Czechach.

Dla mnie największym zagrożeniem jest w tej chwili rynek czeski. Bardziej nawet niż niemiecki. Czesi w przeciągu ubiegłego roku poluzowali politykę związaną z wydawaniem zezwoleń na pracę dla obcokrajowców i zwiększyli limity zatrudnienia. To oznacza, że w 2020 r. są gotowi na przyjęcie większej liczby pracowników z zagranicy. Zarobki w Czechach są wyższe średnio o 100 euro niż w Polsce.
To naprawdę atrakcyjna oferta. Atutem jest stosunkowa bliskość geograficzna i kulturowa. Czesi są też gotowi, na to, aby tylko brygadzista znał język czeski
. – podkreśla Ewelina Glińska-Kołodziej.

JAK ZATRZYMAĆ PRACOWNIKA Z UKRAINY?

W Polsce może przebywać obecnie ok. 1,3 mln Ukraińców (dla porównania w Niemczech to ok. 250 tys.). Ukraińcy pracują najczęściej jako robotnicy przemysłowi i rzemieślnicy, operatorzy lub monterzy maszyn i urządzeń, pracownicy biurowi, sprzedawcy, w innych usługach. Wykonują tzw. prace proste, niewymagające wysokich kwalifikacji.

Na naszą korzyść przemawiają nadal wyższe zarobki niż na Ukrainie, bliskość geograficzna, która umożliwia Ukraińcom regularne podróże do domu i utrzymanie stałego kontaktu z rodziną, podobieństwo językowe i kulturowe, ułatwiające codzienną komunikację i umożliwiające zatrudnienie. Wsparciem jest także istniejąca w Polsce od wielu lat diaspora ukraińska. Czy to wystarczy jednak, żeby zatrzymać pracowników z Ukrainy w naszym kraju?

Ukraińcy są już bardziej zakorzenieni w Polsce, bardziej mobilni. Chociaż nadal są zainteresowani pracą w Polsce, to częściej przebierają w ofertach. Większość Ukraińców oczekuje bezpłatnego zakwaterowania oraz odpowiedniej opieki socjalnej. Często są zainteresowani dodatkowymi benefitami, jak np. dofinansowaniem do posiłków, kartami sportowymi, kartami wejścia do obiektów kulturalno-rozrywkowych, czy też dopłatami do dojazdów do pracy.mówi Daniel Sola, Dyrektor Projektów Międzynarodowych, Trenkwalder Polska.

Niemiecki rynek pracy może okazać się atrakcyjny także dla młodych Ukraińców, którzy ukończyli studia w Polsce i tu zdobyli doświadczenie zawodowe. Kilkuletni pobyt pozwolił im zapoznać się ze standardami polskiego rynku pracy, które są zbliżone do zachodnich i przezwyciężyć trudności integracyjne.

„CZUJ SIĘ JAK W DOMU”

Integracja społeczna ma duży wpływ na chęć pozostania w naszym kraju. Stąd tak ważna jest właściwa koordynacja pracownika od momentu przyjazdu do kraju przez cały okres zatrudnienia. To dodatkowe obciążenie logistyczne dla pracodawców, ale warto o to zadbać.

Uzyskiwanie pozwoleń, koordynowanie całej procedury legalizacji zatrudnienia w urzędach, które nadal mają opóźnienia w tym zakresie, to pracochłonny proces dla przedsiębiorców. Dlatego coraz więcej naszych klientów przekazuje nam te obowiązki, aby nie angażować własnych zasobów. Na potrzeby współpracy z naszymi klientami opracowaliśmy specjalny program dla pracowników z zagranicy „Czuj się jak w domu”, który zapewnia, m.in. koordynatora w języku ukraińskim, rosyjskim lub angielskim, pomoc w organizacji przyjazdu do Polski, pozyskanie wszystkich zezwoleń urzędowych, pomoc w założeniu konta bankowego czy w relokacji rodziny. Mam już feedback, że to się sprawdza.  – dodaje Daniel Sola.

„PRZYSPIESZYĆ” URZĘDY

Usprawnienie procedur legalizacji zatrudnienia i przyspieszenie pracy urzędów to temat, który wraca bumerangiem. Obecna ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy umożliwia zatrudnienie na podstawie oświadczenia na okres 6 miesięcy w kolejnych 12, a na podstawie zezwolenia – do 3 lat
i trzeba starać się o kolejne. Projekt nowej ustawy o rynku pracy przewiduje wydłużenie okresu ważności oświadczenia do 12 miesięcy. Wciąż trwają jednak nad nią prace i nie wiadomo, kiedy zostanie uchwalona. Tymczasem w Czechach i na Słowacji, które konkurują z nami o pracowników ukraińskich, już od dawna procedury są proste i działają sprawnie.

Obserwujemy poprawę obsługi cudzoziemców w Urzędach Wojewódzkich, co wpływa na skrócenie czasu oczekiwania na wydanie zezwolenia na pracę. Przykładowo, w województwie łódzkim w zeszłym roku czekaliśmy na wydanie zezwolenia 3 miesiące, a obecnie 2 miesiące. Urząd prognozuje, że w marcu czas oczekiwania wyniesie miesiąc. Nadal nie jest to jednak standard ogólnopolski. Potrzebne jest nie tylko uproszczenie, ale i ujednolicenie procedur we wszystkich urzędach. To jeden z istotnych czynników wpływających na konkurencyjność naszego rynku pracy. – podkreśla Daniel Sola.

Warto, aby przedsiębiorcy upomnieli się u ustawodawcy o przyspieszenie procedur legalizacji zatrudnienia cudzoziemców. Jeśli nie zatrzymamy Ukraińców, to na poszukiwanie pracowników zostanie nam Azja i Afryka. A to bardzo kosztowne źródło pozyskania pracownika – przystosowanie zakładu pracy pod kątem języka angielskiego (m.in. procedury BHP, instrukcje stanowiskowe), czas oczekiwania na pozwolenia i rozpoczęcie pracy to nawet 6 miesięcy. Do tego dochodzą bilety lotnicze i opłacenie zakwaterowania w Polsce. To koszt rzędu 6 tys. złotych na jednego pracownika, który będzie u nas pracował przez 12 miesięcy (na tyle wydawana będzie wiza). Oczywiście można starać się o pozyskanie zezwolenia na pobyt związany z pracą i obcokrajowiec zostanie dłużej.

Jeśli jednak chcemy zatrzymać pracowników z Ukrainy w Polsce, to mamy praktycznie ten rok na to, aby sprawić, że polski rynek pracy będzie konkurencyjny z niemieckim czy czeskim.