Malta na światowym rynku hazardu

Malta od wielu już lat buduje swoją pozycję na europejskim oraz światowym rynku hazardu, w tym w szczególności gier hazardowych online. Obecnie ok. 10% światowych operatorów gier hazardowych online posiada licencję maltańską, a jak wskazuje się w mediach, tylko w ciągu ostatnich trzech lat Malta przyciągnęła ponad 160 dostawców gier hazardowych online.

Popularność maltańskiej licencji hazardowej

Istnieje wiele powodów, dla których tak wielu dostawców gier hazardowych korzysta właśnie z licencji tego małego wyspiarskiego państwa. Wskazać należy przede wszystkim na przyjazny system prawny, przejrzysty i sprawny system licencjonowania, stosunkowo niskie podatki oraz opłaty licencyjne, a także renomę licencji maltańskiej.

Zmiany legislacyjne wprowadzone w 2018 roku zapewniają konsolidację przepisów regulujących wszystkie rodzaje działalności hazardowej i mają na celu dalsze usprawnienie procesu licencjonowania oraz prowadzenia działalności w zakresie organizowania gier hazardowych przy jednoczesnym lepszym sprawowaniu kontroli nad tym sektorem i dbaniu o bezpieczeństwo graczy.

Przyjazne dla przedsiębiorców regulacje licencyjne

Obecnie przewidziane są tylko dwa rodzaje licencji: B2C (dla relacji przedsiębiorca – konsument) i B2B (dla relacji przedsiębiorca – przedsiębiorca). Licencja B2C jest klasyfikowana w zależności od rodzajów dostarczanych gier i eliminuje wymóg posiadania nowej licencji dla każdej klasy gry. Pod rządami nowego prawa w ramach licencji B2C można dodawać różne typy gier bez konieczności przeprowadzania pełnej procedury licencjonowania za każdym razem.

W ramach licencji B2C można oferować następujące rodzaje gier:

Typ 1 – Gry losowe, których wynik określa losowy generator, typu kasyno, w tym ruletka, blackjack, bakarat, poker rozgrywany przeciwko organizatorowi, loterie;

Typ 2 – Gry losowe rozgrywane przeciwko organizatorowi, których wynik nie jest generowany losowo, ale zależy od wyniku zdarzenia lub konkurencji niezwiązanych z grą losową, w którym operator ustala kursy oferowane graczowi (zakłady bukmacherskie);

Typ 3 – Gry losowe, w które nie gra się przeciwko organizatorowi, w których organizator nie jest narażony na ryzyko związane z grami, ale generuje przychody, pobierając prowizję lub inną opłatę w oparciu o stawki lub nagrodę, i obejmuje gry gracz kontra gracz, takie jak poker, bingo i inne gry oparte na prowizjach;

Typ 4 – Kontrolowane gry zręcznościowe.

Procedura uzyskiwania licencji w organie kontrolującym hazard (ang. Malta Gaming Authority) jest wprawdzie bardzo przejrzysta i sprawna ale wymaga spełnienia szeregu warunków i przejścia rygorystycznej weryfikacji.

Zwrócić należy uwagę, że w wyniku nowelizacji doszło do przedłużeniu okresu ważności licencji maltańskich z dotychczasowych pięciu do 10 lat, co daje poczucie stabilności podmiotom uzyskującym licencję.

Korzystny system opłat i podatków

W zakresie opłat i podatków związanych z prowadzeniem działalności hazardowej na Malcie, wskazać należy, że każdy podmiot prowadzący tego rodzaju działalność zobowiązany jest do uiszczania stałej rocznej opłaty licencyjnej, opłaty zwanej compliance contribution, podatku od gier oraz podatku dochodowego, przy czym pomimo znacznej liczby obowiązków finansowych, w końcowym rozrachunku wydają się one być bardzo korzystne dla organizatorów gier hazardowych.

Każdy podmiot posiadający licencję wydaną przez Malta Gaming Authority zobowiązany jest do uiszczania bezzwrotnej stałej rocznej opłaty licencyjnej. Przykładowo dla nieograniczonej w zakresie typów gier licencji B2C wynosi ona 25 000 euro.

Licencjobiorca zobowiązany jest także do uiszczania tzw. compliance contribution, którego wysokość zależy od typów gier organizowanych w ramach licencji oraz uzyskiwanych dochodów i dla pierwszego typu gier w relacji B2C wynosi od 1,25% do 0,40%, przy czym maksymalna łączna wysokość tego rodzaju opłaty wynosi 375 000 euro, dla drugiego typu gier w relacji B2C wynosi od 4% do 0,40%, przy czym maksymalna łączna wysokość tego rodzaju opłaty wynosi 600 000 euro, a dla trzeciego typu gier w relacji B2C wynosi również od 4% do 0,40%, przy czym maksymalna łączna wysokość tego rodzaju opłaty wynosi 500 000 euro.

Podatek od gier na Malcie zależy od oferowanych gier i rodzaju licencji. Standardowo podatek ten wynosi 5% dochodu brutto z gier pochodzącego wyłącznie od maltańskich graczy. Natomiast podatek od internetowych zakładów wzajemnych wynosi jedynie 0,5% od zakładów zawartych (w Polsce jest to 12%).

Jeśli chodzi o podatek dochodowy od osób prawnych, to standardowo wynosi 35%.

W praktyce dla zagranicznych firm oraz podmiotów zarejestrowanych na Malcie, których właścicielami są cudzoziemcy, pod warunkiem spełnienia określonych kryteriów, stawka podatku dochodowego może osiągnąć nawet 5%.

Renoma licencji maltańskiej

Atutem licencji maltańskiej jest także jej renoma. Prawo maltańskie zapewnia bowiem z jednej strony korzystne i przejrzyste dla operatorów zasady prowadzenia działalności, a z drugiej strony ustanawia wysokie wymagania dotyczące uzyskania licencji oraz stałą kontrolę organizowanych gier, zapewnia bezpieczeństwo oraz uczciwe i przejrzyste zasady graczom, a także realizację wymogów w zakresie zapobiegania praniu brudnych pieniędzy, prowadzenia dokumentacji finansowej, ochrony danych osobowych graczy, czy też realizacji zasad odpowiedzialnej gry.

Mając na uwadze omówiony pobieżnie obowiązujący na Malcie stan prawny dotyczący działalności hazardowej, zaryzykować można stwierdzenie, że w przypadku Malty udało się stworzyć korzystne ramy prawne i podatkowe dla prowadzenia działalności hazardowej, w tym osiągnąć balans pomiędzy potrzebami dostawców oraz graczy.

Korzyści także dla graczy maltańskich

Jeśli chodzi o graczy to oprócz wskazywanego już powyżej dążenia do zagwarantowania bezpieczeństwa gier oraz przestrzegania przez organizatorów wszelkich praw graczy, zwrócić należy uwagę na różnice w sytuacji graczy w Polsce oraz na Malcie pod kątem możliwości uczestniczenia w zagranicznych grach hazardowych oraz konsekwencji prawnych i podatkowych.

W świetle obowiązujących w Polsce przepisów prawa, branie na terytorium Polski udziału w internetowych grach hazardowych, które nie posiadają na terenie Polski odpowiedniego zezwolenia jest nielegalne i stanowi wykroczenie lub przestępstwo skarbowe, za które grozić może kara grzywny. W konsekwencji dochód uzyskiwany jest z nielegalnego źródła i brak jest możliwości jego zalegalizowania. Ponadto sąd orzekający w sprawie uczestniczenia w zagranicznej grze hazardowej, w przypadku uzyskania przez sprawcę wygranej, orzeka jej przepadek. Niezależnie od powyższego ustawa o grach hazardowych przewiduje dla graczy, którzy uczestniczą w grze hazardowej urządzanej bez koncesji, bez zezwolenia lub bez zgłoszenia karę w wysokości 100% uzyskanej wygranej, niepomniejszonej o kwoty wpłaconych stawek.

Nie jest zakazane uczestniczenie w grach hazardowych na terytorium innych państw, przy czym wygrane w grach organizowanych na terenie państw członkowskich UE bądź w państwach Europejskiego Obszaru Gospodarczego i zgodnie z obowiązującymi tam przepisami prawa, są zwolnione z podatku dochodowego na terytorium Polski.

System prawny Malty nie zabrania uczestniczenia w zagranicznych w grach hazardowych. Ponadto dochody uzyskane z takich gier mogą być legalnie rozliczane poprzez ich zadeklarowanie i zapłatę podatku dochodowego. W związku z tym dla obywateli innych państw niż Malta, zainteresowanych legalnym uczestniczeniem w zagranicznych grach hazardowych online i możliwością legalnego rozliczenia dochodów uzyskanych z takich gier, korzystne może być uzyskanie statutu maltańskiego rezydenta podatkowego.

Maltańska rezydencja podatkowa

Maltański system prawny umożliwia cudzoziemcom uzyskanie jednego z czterech rodzajów rezydencji podatkowych. Najkorzystniejszym rozwiązaniem dla celów planowania podatkowego jest ordinary residence, czyli rezydencja zwykła, w ramach której brak jest opodatkowania dochodów powstałych poza Maltą pod warunkiem nie otrzymywania ich na terytorium Malty. Rezydent płaci podatek dochodowy jedynie od dochodów uzyskanych ze źródeł położonych na terytorium Malty oraz ze źródeł znajdujących się poza jej terytorium, jeśli dochody te zostały przekazane na terytorium Malty. Brak jest natomiast opodatkowania zysków kapitałowych uzyskanych poza Maltą.

W świetle powyższych uwag stwierdzić można, że Malta ze swoim systemem prawno-podatkowym stanowi miejsce przyjazne zarówno dla organizatorów gier hazardowych, jak również dla graczy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Napęd parowy i kosmiczny minibus, czyli ekologiczne i oszczędne polskie satelity komercyjne

Polska spółka SatRevolution, specjalizująca się w projektowaniu i produkcji nanosatelitów, jeszcze niedawno była startupem, teraz z powodzeniem działa na rynku biznesowym i sprzedaje swoje produkty. Bazując na doświadczeniach Światowida – demonstratora technologii spółki, w 2020 roku SatRevolution planuje starty czterech satelitów, w tym dwóch dla klientów komercyjnych.

Pierwszym z projektów komercyjnych jest SteamSat – nanosatelita rozmiaru 1U, realizowany w ramach kontraktu dla brytyjskiego przedsiębiorstwa SteamJet Space Systems. Celem projektu jest demonstracja napędu zasilanego wodą, przeznaczonego dla małych satelitów w tym nanosatelitów standardu CubeSat. Zostanie on dostarczony na orbitę w trzecim kwartale tego roku na pokładzie rakiety nośnej Soyuz.

Napęd rozszerzy obecne możliwości misji,umożliwiając satelitom dłuższe przebywanie na właściwej orbicie w przestrzeni kosmicznej. Dzięki dużej sile ciągu i niskiemu zużyciu energii, satelity mogą być szybciej uruchamiane i zużywać mniej mocy niż w przypadku tradycyjnego napędu elektrycznego. Do korzyści wynikających z użycia takiego silnika można zaliczyć także optymalizację zatłoczenia orbity, działanie w konstelacjach oraz sprawną deorbitację. Niewielki rozmiar systemu napędowego, którego objętość jest porównywana z puszką tuńczyka, czyni satelitę lżejszym od typowych urządzeń, co z kolei przyczynia się do redukcji kosztów wyniesienia statku kosmicznego na orbitę.
– Produkt naszego klienta można śmiało określić mianem ekologicznego – dzięki możliwości deorbitacji, satelita wykorzystujący ów napęd, nie zostanie kolejnym kosmicznym śmieciem. Z kolei woda idealnie wpisuje się w obecny światowy trend paliw nietoksycznych.Naszej spółce od początku zależy na rozwiązaniach innowacyjnych i to właśnie takich poszukujemy u naszych klientów

– mówi Tomasz Poźniak, Chief Development Officer w SatRevolution.

Wraz ze startem na przełomie 2020 i 2021 roku kolejnego komercyjnego satelity: SW1FT, SatRevolution rozpoczyna realizację swojej wizji współdzielonych misji satelitarnych. SW1FT wykorzystuje autorską platformę NanoBus3U jako bazę do demonstracji kilku zewnętrznych ładunków użytecznych jednocześnie.

– Obserwujemy bardzo duży wzrost zapotrzebowania na systemy satelitarne na całym świecie.Różne niezależne źródła prognozują, że rynek nano- i mikrosatelitów wzrośnie z 1,5 mld dolarów w 2019 roku do 3,6 mld dolarów w 2024 i dalej będzie rósł – do nawet nieco ponad 5 mld do 2027 roku. Jego konsekwencjami są między innymi zatłoczenie orbit oraz rosnąca rywalizacja technologiczna. Jednocześnie misje kosmiczne od zawsze naznaczone są wysokimi kosztami operacyjnymi i dużą dozą ryzyka. Współdzielenie satelitów daje możliwości podzielenia tych kosztów na kilka niezależnych podmiotów –tłumaczy Grzegorz Zwoliński, Prezes Zarządu SatRevolution.

Współdzielenie platform satelitarnych, które można przyrównać do podróżowania minibusem, zamiast samochodem osobowym w pojedynkę, pozwala na umieszczenie na satelicie kilku innowacyjnych sensorów lub eksperymentów jednocześnie.Początki zjawiska miały miejsce, kiedy pierwsze satelity komercyjne zostały zaopatrzone w poboczne moduły nadawczo – odbiorcze innych dostawców. Dzięki obniżeniom kosztów zwiększa się dostępność przestrzeni kosmicznej dla małych, nowych firm. Z takiego rozwiązania chętnie korzystają również większe firmy i agencje rządowe, chcąc wypróbować daną funkcjonalność bez angażowania dużych zasobów technicznych i finansowych. Zarówno NASA, jak i ESA coraz częściej wchodzą takie w partnerstwa publiczno-komercyjne.
– Rynek nanosatelitów rośnie niezwykle dynamicznie – prognozy przewidują przeszło 2500 wyniesień w ciągu najbliższych 6 lat. Staje się on zarazem coraz bardziej zróżnicowany, co zmniejsza przewagę głównych graczy. Jako SatRevolution wspieramy naszych klientów holistycznie: od udostępnienia miejsca, poprzez montaż ładunku na platformie, integrację satelity oraz pełne testy funkcjonalne i kwalifikacyjne, po zorganizowanie niezbędnych pozwoleń oraz kampanii związanej z wyniesieniem satelity na orbitę i początkowe wsparcie operacji na orbicie – deklaruje Grzegorz Zwoliński.

SatRevolution oferuje swoim klientom również swój udział w procesie tworzenia instrumentu. Firma pracuje nad tym, by stopniowo zwiększać objętość swoich satelitów, tym samym zwiększając objętość dostępną dla ładunków użytkowych, a na 2021 rok planuje już wystrzelenie kolejnych współdzielonych satelitów komercyjnych.

Boty szturmem zdobywają obsługę klienta

Sztuczna inteligencja szturmem wdziera się w coraz to nowe dziedziny naszego życia. Już 90 % Polaków dostrzega obecność AI. Rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji towarzyszą nam obecnie na każdym kroku, ułatwiając chociażby dojazd do punktu docelowego czy wybór filmu na wieczorny seans. Wykorzystanie nowych technologii wspomaga również firmy w obsłudze klienta – zmienia się sposób komunikacji marka-konsument, na znaczeniu zyskują voiceboty i chatboty. Wszystko po to, aby odpowiadać na potrzeby konsumentów i budować pozytywne customer experience.

Mimo że termin „sztuczna inteligencja” po raz pierwszy został użyty już w 1955 roku, można śmiało powiedzieć, że jeszcze nigdy ta tematyka nie elektryzowała opinii publicznej tak bardzo jak dziś. Według raportu „Sztuczna inteligencja w społeczeństwie i gospodarce” opublikowanego przez NASK, już 90%  Polaków dostrzega wpływ, jaki AI ma na naszą codzienność. Coraz szybciej postępująca rewolucja technologiczna sprawia, że „myślące maszyny” zaczynają być integralną częścią naszego życia. Przykładów jest wiele – nie trzeba daleko szukać – wystarczy sięgnąć po telefon komórkowy i zapytać o pogodę czy repertuar najbliższego kina.

Obecnie zaawansowanie rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję pozwala nie tylko usprawnić szereg procesów, które do tej pory zarezerwowane były dla ludzi, lecz także udoskonalać te, które już jakiś czas temu zostały zrobotyzowane. Przykładem, który dobrze ilustruje rozwój jaki przechodzi AI, jest obsługa klienta. Jeszcze do niedawna w tej sferze królował system IVR bazujący na nagranych wcześniej komunikatach i wybieraniu tonowym. Wprowadzone pod koniec lat 90. rozwiązanie, było wtedy powiewem wielkiego świata. Dziś słysząc w słuchawce głos zachęcający do zatwierdzenia wyboru, czujemy zniecierpliwienie, a intuicja podpowiada nam, że po „wyklikaniu” właściwych cyferek i tak usłyszymy, że „wszyscy konsultanci są w tej chwili zajęci”.

Nowe technologie sprawiają, że żyjemy coraz sprawniej i szybciej. Tego też wymagamy od obsługi klienta. Jak wynika z badań SAP Customer Experience niemal 75% konsumentów twierdzi, że jest gotowa zrezygnować z interakcji z marką, jeśli ta zbyt wolno reaguje na ich zapytania. Wychodząc naprzeciw naszym oczekiwaniom firmy implementują rozwiązania, które przyspieszają i udoskonalają jakość komunikacji, budując tym samym pozytywne customer experience. Wzrost popularności wirtualnych kanałów i mediów społecznościowych sprawia, że na znaczeniu zyskują voiceboty, a także chatboty.

– W Banku Pocztowym aktywnie poszukujemy możliwości wykorzystania nowoczesnych technologii w celu poprawy procesów komunikacji zarówno wewnątrz banku, jak i w kontakcie z klientami. Stale pracujemy nad innowacyjnymi rozwiązaniami, również tymi związanymi z rozwojem chatbotów i voicebotów. Wiemy, że niektórzy klienci mogą preferować taką formę kontaktu z bankiem, jako alternatywę dla telefonicznej rozmowy z konsultantem. Dlatego cały czas pracujemy nad rozwojem tych kanałów, dążąc do większego komfortu klientów, ale też łatwiejszego, pełniejszego i bardziej „na bieżąco” dostępu do informacji związanych z ich relacją z bankiem, jak np. informacji o zobowiązaniachmówi  Paweł Rzewuski, Zastępca Dyrektora Departamentu Systemów Informatycznych Banku Pocztowego.

Dla większości z nas główną zaletą botów wykorzystywanych w obsłudze klienta jest ich dostępność – tak wynika z raportu firmy Symetria X. Niemal co czwarty z nas chwali sobie możliwość kontaktu 24/7, a co drugi zwraca uwagę na krótszy czas uzyskania odpowiedzi niż w przypadku korzystania z tradycyjnych form obsługi. Co ciekawe, wiele badań i raportów przytaczanych przez media wskazuje na to, że klienci na równi z dostępnością doceniają także anonimowość jaką dają chatboty i voiceboty. W tym świetle wirtualne kanały stają się idealnym sposobem na kontakt z marką dla osób nieśmiałych.

–– Rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję będą stanowiły coraz bardziej istotną część całego procesu komunikacji z klientem. Warto jednak zaznaczyć, że nigdy nie zastąpią tradycyjnych form kontaktu. Implementowanie narzędzi opartych o sztuczną inteligencję nie polega na redukcji zatrudnienia. Boty powinny stanowić istotne wsparcie konsultantów. Mogą chociażby odciążyć ich w towarzyszeniu klientowi w tak prozaicznych czynnościach jak odblokowanie hasła czy wspomóc w trakcie rozmowy sugerując możliwe odpowiedzi czy rozwiązania danego problemu dodaje Paweł Rzewuski z Banku Pocztowego.

„Odbierają”, „słuchają”, „czytają” i co najważniejsze „reagują” i „podejmują” stosowne działania, np. „umawiają” nas na wizytę u lekarza czy „informują” o stanie rachunku. Warto jednak podkreślić, że rozwój sztucznej inteligencji i wzrost jej znaczenia w obsłudze klienta nie jest równoznaczny ze zmniejszeniem się roli tradycyjnych form interakcji marka-konsument. Eksperci zaznaczają, że przyszłość tkwi w połączeniu możliwości jakie daje AI – chatboty czy voiceboty – z umiejętnościami konsultantów, ich kompetencjami miękkimi i unikalnym doświadczeniem. Tylko taka współpraca pozwala osiągnąć efekt synergii, przekładając się na customer experience i wzrost lojalności klienta.

Inwestorzy szukają alternatyw dla nieruchomości handlowych

Wyniki najnowszego badania RICS Poland Commercial Property Monitor za IV kw. 2019 r. różnią się w zależności od poszczególnych sektorów. Coraz wyraźniej słabnie kondycja nieruchomości handlowych, w przypadku powierzchni biurowych i magazynowych tendencje są w miarę stabilne.

Wskaźnik Occupier Sentiment Index spadł w IV kw. z poziomu +9 do poziomu +1 odzwierciedlając ogólny spadek dynamiki w badanym obszarze w minionym kwartale. Wynika to w znacznym stopniu z obniżenia popytu ze strony najemców w całym sektorze nieruchomości handlowych, spadki zasygnalizowało 30% respondentów ankiety RICS. Jednocześnie popyt ze strony najemców wzrósł w sektorach biurowym i przemysłowym.

Pomimo to dostępność powierzchni pod najem rośnie we wszystkich obszarach rynku, sprawiając, że wynajmujący rozbudowują oferowane najemcom pakiety zachęt. W najbliższym roku spodziewany jest wzrost czynszów o ok. 3% w przypadku najbardziej atrakcyjnych powierzchni biurowych i przemysłowych, przy czym prognoza ta została nieco obniżona w stosunku do wyników za III kw. W pozostałych podsektorach spodziewany jest brak zmian albo tendencja nieznacznie negatywna; w przypadku czynszów w obszarze drugorzędnych nieruchomości handlowych przewiduje się spadek o 4%.

Wskaźnik Investment Sentiment Index w IV kw. wzrósł do poziomu +14, przy poprzednim odczycie na poziomie +10. Niemniej jednak jego umiarkowanie dodatnia wartość nadal wskazuje na ograniczoną koniunkturę. Jednocześnie w omawianym kwartale liczba zapytań ze strony inwestorów znacząco wzrosła w przypadku nieruchomości biurowych i magazynowych. Sytuacja jest odwrotna w segmencie detalicznym – był to drugi kolejny kwartał spadku popytu ze strony inwestorów.

W nadchodzących 12 miesiącach spodziewane są zdecydowane wzrosty wartości kapitałowych powierzchni biurowych i magazynowych, ale dla większości pozostałych kategorii prognozy pozostają niezmienione. Wyjątkiem jest rynek drugorzędnych nieruchomości handlowych, gdzie oczekiwania respondentów pozostają negatywne.

“Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce jest w bardzo dobrej kondycji. W samej Warszawie w 2019 r. wynajęto 878 000 m kw. powierzchni biurowej, co było najwyższym wynikiem w historii. Rekord padł również na rynku inwestycyjnym, na którym wartość transakcji w zeszłym roku wyniosła blisko 7,8 mld euro. Oprócz bardzo silnego sektora biurowego i niesłabnącego zainteresowania nieruchomościami magazynowymi obserwujemy rozwój alternatywnych klas aktywów. W 2019 r. sfinalizowano największą transakcję portfelową w segmencie prywatnych domów studenckich, a zainteresowanie międzynarodowych inwestorów zakupem polskich spółek deweloperskich może zwiastować rozwój projektów dedykowanych instytucjonalnemu najmowi mieszkań” – powiedział Kamil Kowa MRICS, członek zarządu i dyrektor działu Corporate Finance & Valuation w Savills Polska.

Nie ma co się martwić na zapas

Wygląda na to, że Wall Street ma swój indywidualny pogląd na świat, które jest na tyle silny, że potrafi odmienić nastroje w pozostałych częściach świata. Wczorajszy nawrót obaw związanych z koronawirusem został zupełnie zignorowany przez inwestorów w USA, przynosząc świeże rekordy S&P500 i Nasdaq. Risk-on powrócił na FX, a nawet wyciągnął ropę Brent z nowych 14-miesięcznych dołków. Skąd nagła zmiana nastrojów?

Inwestorzy na nowo szkicują sobie plany i założenia na kolejne tygodnie, choć wydaje się, że traderzy z USA mają w sobie więcej zimnej krwi i optymizmu niż ich odpowiednicy z Azji. Można zażartować, że najtrudniejszy dzień dla azjatyckich inwestorów to poniedziałek, gdyż muszą sami zadecydować, w którą stronę pójść, zamiast skopiować trend z Wall Street. Ale trudno inaczej odnieść się do zwrotu, jaki nastąpił między ponurym klimatem z poniedziałkowego poranka, a tym, co obserwujemy od wczorajszego wieczora. Według stanu na teraz wirus już nie jest tak straszy i to nawet po tym, jak Światowa Organizacja Zdrowia ostrzegła, że rozprzestrzenianie się wirusa wśród ludzi, którzy nie byli w Chinach, może być „iskrą, która staje się większym ogniem”. Bilans ofiar przestaje już szokować, ekonomiczne skutki są na razie tylko luźnymi szacunkami. Póki nie ma faktów, trzeba polegać na przeczuciu. Wall Street dało wczoraj sygnał, że nie ma co się martwić na zapas.

Można się zastanawiać czy panujący optymizm będzie podatny na zakłócenia w postaci komentarzy bankierów centralnych dotyczących oceny skutków wirusa na gospodarki. Na pierwszym planie jest dziś szef Fed J. Powell, który w Kongresie USA zdaje sprawozdanie z działalności banku centralnego. W komunikacie po ostatnim posiedzeniu FOMC stwierdzono, że decydenci są zadowoleni z obecnego nastawienia w polityce i sytuacji w gospodarce i zapewne taki przekaz Powell powtórzy w Kongresie. Mimo to niewykluczone jest podkreślenie nowych ryzyk, które mogą wpłynąć na perspektyw gospodarcze, choć jest mało realne, aby Powell chciał celowo psuć nastroje. W końcu ostudzenie rajdu na Wall Street przy jednoczesnym powstrzymywaniu się obniżek stóp procentowych wywołałoby furię u prezydenta Trumpa. Nie sądzę, aby szef Fed chciał niezmuszony iść na wojnę z prezydentem.

Biorąc pod uwagę, że gospodarki strefy euro i Wielkiej Brytanii są w dużo bardziej niepewnym stanie, co USA, komentarze prezes EBC Lagarde i szefa Banku Anglii Carneya mogą być bardziej interesujące. EUR już cierpi przez obawy, na ile silnie zależne od kondycji Chin Niemcy poradzą sobie z zakłóceniami w globalnym łańcuchu dostaw. Na takim tle obawy Lagarde będą gorzkim przypomnieniem, że gospodarce trudniej o wyczekiwane odbicie. Carney może być bardziej optymistyczny, inaczej BoE nie zwlekałby z obniżką stopy procentowej. Mimo to publikowane wcześniej dane o produkcji przemysłowej i PKB pokażą, że finisz 2019 r. był słaby. Dane są ryzykiem dla GBP, choć od strony tradingowej jest on w krzyżowym ogniu – traci przez siłę USD, ale korzysta na słabości EUR.

Na złotym nic nowego. EUR/PLN zaparkował w przedziale 4,26-4,27. Lepsze nastroje zewnętrzne oferują szanse na ruch niżej, choć bardziej wygląda na to, że złoty ponownie został zapomniany przez inwestorów, lądując na ziemi niczyjej (względem ostatnich ekstremów 4,23 i 4,31).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ile mieszkań trafia na przetargi?

Niektóre mieszkania są sprzedawane w ramach procedury przetargowej. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, ile takich lokali zmienia właścicieli co roku, a także jak wysokie są ich ceny.

W ramach przetargów, sprzedawane są mieszkania należące do samorządów, przedsiębiorstw państwowych oraz spółdzielni. Artykuły i poradniki dotyczące mieszkań z przetargów, często informują o niskiej cenie wspomnianych lokali. Między innymi dlatego przetargi bywają postrzegane jako okazja do zakupu taniego lokum. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy opinia o okazyjnym charakterze przetargów jest w pełni uzasadniona.

Informacje dotyczące liczby mieszkań sprzedanych na przetargach są bardzo rzadko prezentowane. Warto zatem poinformować, że takie dane podaje Główny Urząd Statystyczny. Wskazują one, że sprzedaż lokali mieszkalnych w ramach przetargów ma wielokrotnie mniejszą skalę niż normalny obrót rynkowy. Przez ostatnie lata, liczba mieszkań sprzedawanych podczas przetargów zmieniała się następująco:

  • 2015 – 1703 lokale
  • 2016 – 1659 lokali
  • 2017 r. – 1561 lokali
  • 2018 – 1578 lokali

Dane GUS mówią również, że przetargowa sprzedaż mieszkań ma miejsce w bardzo różnych częściach Polski. Jeżeli chodzi o 2018 rok, to najwięcej mieszkań podczas przetargów sprzedało się w następujących lokalizacjach:

  • Gliwice – 87 lokali
  • Wrocław – 78 lokali
  • Zabrze – 76 lokali
  • Łódź – 58 lokali
  • powiat świdnicki – 53 lokale
  • Bytom – 51 lokali
  • Jelenia Góra – 50 lokali
  • powiat lęborski – 44 lokale
  • Białystok – 43 lokale
  • powiat kłodzki – 32 lokale

Bardzo interesujące są również dane dotyczące średniej ceny mieszkań sprzedawanych na przetargach. Przez ostatnie lata, taka przeciętna cena wyglądała następująco:

  • 2015 – 2306 zł/mkw.
  • 2016 – 2448 zł/mkw.
  • 2017 – 2447 zł/mkw.
  • 2018 – 2617 zł/mkw.

Pomimo stopniowego wzrostu, analizowana stawka za 1 mkw. z 2018 r. była bardzo atrakcyjna i prawie dwa razy niższa od ogólnopolskiej średniej. Tak niska cena mieszkań sprzedawanych na przetargach wynika z faktu, że wiele wspomnianych „M” znajduje się w małych miejscowościach i cechuje słabym stanem technicznym.

Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Koronawirus to tygodniowo 26 mld USD strat w handlu

  • Euler Hermes prognozuje, że globalny sektor produkcyjny pozostanie w stanie płytkiej recesji w I poł. 2020 r.
  • Ze względu na zatrzymanie produkcji i handlu straty z tytułu eksportu towarów i usług do Chin mogą wynosić 26 mld USD tygodniowo
  • Euler Hermes skorygował w dół prognozę wzrostu handlu globalnego na 2020 r. o -0.5 p.p. do +1.3%.
  • Euler Hermes skorygował prognozę wzrostu globalnego PKB na 2020 r. o -0.1 p.p. do +2.3%

Wybuch epidemii koronawirusa, poza ewidentnym wpływem na Chiny oddziałuje również na resztę świata. W ocenie Euler Hermes, recesja w sektorze produkcji i handlu będzie się prawdopodobnie utrzymywać, z wstrząsem handlowym wynoszącym 26 mld USD tygodniowo z powodu blokady w Chinach i globalnym wzrostem, ledwo utrzymującym się na poziomie, tj. +2% w I kw. 2020 r.

Wybuch epidemii koronawirusa prawdopodobnie będzie utrzymywać sektor produkcji w stanie recesji w I poł. 2020 r. Najbardziej zagrożony jest sektor elektroniczny i komputerowy. Wraz z przerwami w działalności przedsiębiorstw w Chinach spowodowanymi epidemią koronawirusa – które naraziły klika sektorów na ryzyko zakłóceń w łańcuchu dostaw i niższy globalny popyt – zapasy powyżej średniej długoterminowej mogą dalej rosnąć w sektorach, takich jak tekstylny, maszyn i urządzeń transportowych oraz surowców. Jednocześnie, niedobory towarów stanowią ryzyko w sektorach z zapasami poniżej średniej długoterminowej tj. elektronicznym, i komputerowym. W 2019 r., niezwykle wysokie poziomy zapasów przedsiębiorstw wpędziły produkcję przemysłową w recesję, przede wszystkim w gospodarkach zaawansowanych. Zaledwie częściowa absorpcja zapasów w ciągu ostatnich kilku miesięcy, niższy globalny popyt i wyższa niepewność najpewniej doprowadzą do zwiększenia poziomu zapasów w nadchodzących miesiącach. W związku z tym, Euler Hermes prognozuje, że globalny sektor produkcyjny pozostanie w stanie płytkiej recesji w I poł. 2020 r.

Potencjalne straty z tytułu eksportu towarów i usług do Chin mogą wynosić 26 mld USD tygodniowo, ze względu na zatrzymanie produkcji i handlu. Euler Hermes skorygował w dół prognozę wzrostu handlu globalnego na 2020 r. o -0.5 p.p. do +1.3%. Najbardziej zagrożone są Hongkong, USA, Japonia, Korea Południowa i Niemcy. Ta tygodniowa strata jest równa wzrostowi światowej taryfy importowej na towary o +1 p.p. w 2020 r., tj. efektowi konfliktu handlowego pomiędzy USA i Chinami w 2019 r. (0.7 p.p.). W kategorii towarów, najbardziej zagrożonymi krajami są Hongkong, Korea Południowa, Japonia, Niemcy i USA. Koszt może wynosić 18 mld USD tygodniowo. W kategorii usług, wydatki na podróże z Chin stanowią 20% wydatków światowych, wobec 11% w odniesieniu do USA i około 30% w odniesieniu do Europy. Dla świata stanowi to około 6 mld USD tygodniowo potencjalnych strat, przy czym najbardziej dotknięte są nimi Hongkong, USA, Japonia, Wielka Brytania i Korea Południowa. Ponadto straty powiązane z usługami transportowymi (import z Chin) mogą sięgać 2 mld USD tygodniowo. Ten wstrząs handlowy będzie trwał co najmniej do 9 lutego.

Wpływ makroekonomiczny powinien zostać ograniczony (-0.3 p.p. w przypadku wzrostu globalnego PKB w I kw. 2020 r. do +2%), jeżeli przerwa w pracy przedsiębiorstw w Chinach nie potrwa dłużej niż miesiąc, a działalność gospodarcza powróci do stanu normalnego po trzech miesiącach. Chociaż eksperci Euler Hermes sądzą, że negatywne efekty uboczne epidemii koronawirusa nie będą się utrzymywać dłużej niż trzy miesiące, to mają wątpliwości, czy globalna gospodarka jest wystarczająco silna, aby w całości nadrobić zaległości, mając na uwadze fakt, że przyspieszenie wzrostu w II poł. będzie ograniczone przez niepewność dotyczącą USA. Ogólnie rzecz biorąc, w ich ocenie, recesja w sektorze produkcyjnym i globalnej wymianie towarowej przedłuży się do I poł. Dlatego Euler Hermes skorygował prognozę wzrostu globalnego PKB na 2020 r. o -0.1 p.p. do +2.3%, w oparciu o skorygowaną prognozę dla Chin (+5.6%, tj. -0.3 p.p.), strefy euro (+0.9%, tj. -0.1 p.p.) i kilku innych gospodarek (Hongkong, Singapur, Korea Południowa, Japonia, Tajwan, Tajlandia, Australia). Spodziewają się, że polityki monetarne pozostaną bardzo aktywne, z dużym prawdopodobieństwem, że EBC i FED wdrożą kolejną obniżkę stóp procentowych w I poł. 2020 r., zważywszy, że „izolacja” Chin w obliczu wybuchu epidemii koronawirusa może mieć poważny negatywny wpływ na handel towarami i usługami.

Rys. 1 Produkcja przemysłowa, kw./kw/

Koronawirus to tygodniowo 26 mld USD strat w handluŹródło: CPB, Allianz Research 

Rys. 2 Potencjalne tygodniowe straty z tytułu usług powiązanych z sektorem podróży (mld USD)

Potencjalne tygodniowe straty z tytułu usług powiązanych z sektorem podróżyŹródło: ITC, Allianz Research

Rys. 3 Potencjalne tygodniowe straty z tytułu eksportu towarów, mld USD

Potencjalne tygodniowe straty z tytułu eksportu towarówŹródło: ITC, Allianz Research

AUTOR ANALIZY:

ANA BOATA, Szef Badań Makroekonomicznych Euler Hermes

FRANÇOISE HUANG, Starszy Ekonomista Euler Hermes

GEORGES DIB, Ekonomista Euler Hermes

Polski eksport w 2019 r. przekroczył bilion złotych i wypracował dodatnie saldo

Wg wstępnych danych GUS rok 2019 zakończył się dla Polski nadwyżką w handlu zagranicznym w wysokości 7,9 mld zł (1,8 mld euro). To znaczące odbicie w stosunku do 2018 r., gdy saldo wynosiło -19,5 mld zł (-4,6 mld euro). Jak wskazują eksperci międzynarodowej instytucji płatniczej Akcenta, w osiągnieciu nadwyżki dużą zasługę miał niezwykle mocny eksport, który zanotował wzrost o 6,6% (5,5% liczony w euro) po raz pierwszy w historii przekraczając wartość biliona złotych.

Wg pierwszych wyliczeń Głównego Urzędu Statystycznego za 2019 r. wartość obrotów towarowych w handlu zagranicznym wyniosła 1013,7 mld zł (235,8 mld euro) dla eksportu i 1005,8 mld zł (234 mld euro) dla importu.[1]

Polski wywóz wyjątkowo dobrze poradził sobie więc w obliczu wydarzeń takich jak niedawny Brexit czy ogólne spowolnienie w Unii Europejskiej, a w szczególności u naszego najważniejszego partnera – Niemiec. Nie znaczy to jednak, że zupełnie nie odczuł ich wpływu, zaznaczają eksperci Akcenty.

Słabsze obroty z najbliższymi partnerami

W ubiegłym roku dynamika wzrostu wartości sprzedaży za Odrę i do Wielkiej Brytanii zwolniła. W przypadku Niemiec wzrosła ona o 4,2% (3,1% liczone w euro) w ujęciu rocznym. Rok wcześniej, w 2018 r. tempo wzrostu było blisko 2 razy wyższe i wynosiło 9,1% (9,6% w euro) r/r.

Wartość sprzedaży towarów do Wielkiej Brytanii w 2019 r. również nie zanotowała lepszych wyników. Nadal jednak widoczny jest jej wzrost, który GUS szacuje na 2,3% (1,3% w euro) r/r. Jak twierdzi Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału Akcenty, pod względem danych eksportowych na tym kierunku ciekawie zapowiada się obecny rok. – Brexit stał się w końcu faktem i uwolniliśmy się od niepewności co do jego scenariusza. Dla unijnych, w tym polskich firm handlujących z Wielką Brytanią kluczowe będą teraz ustalenia dotyczące przyszłych wzajemnych relacji handlowych. Na ich ustalenie obie strony mają jeszcze trochę czasu, ale doniesienia o nich mogą na bieżąco wpływać na kurs funta. A to będzie się odbijać na marżach eksporterów i importerów – wskazuje ekspert Akcenty.

Najsłabiej w zestawieniu 10 najważniejszych kierunków polskiej sprzedaży zagranicznej wypadły Czechy. Eksport do tego kraju wzrósł tylko o 2,2% (1,1% w euro) w stosunku do roku poprzedniego. – Spowolnienie w Niemczech jest odczuwalne nie tylko w handlu z firmami zza Odry, ale odbija się na innych gospodarkach mocno związanych z tym krajem. Przyczyn osłabienia polskiej sprzedaży na tym kierunku może być jednak oczywiście więcej – dodaje Radosław Jarema.

Zdecydowanie lepiej polski eksport radził sobie w handlu z innymi krajami w zestawieniu. Wśród państw UE największe rokroczne wzrosty odnotowano na kierunku francuskim, o 11,6% (10,4% w euro) i węgierskim, o 10,4% (9,3% w euro).

Rozwijamy eksport poza Unię

Jednak w pierwszej dziesiątce najważniejszych rynków zbytu dla polskiej sprzedaży zagranicznej rozkwit przeżywa eksport na kierunkach pozaunijnych. Wywóz do USA zwiększył się aż o 11,2% (10,1% w euro) r/r, a do Rosji 11% (9,9% w euro). – To kontynuacja trendu obserwowanego na tych kierunkach już od kilku lat z rzędu. Wzrost sprzedaży do tych krajów z pewnością pomaga równoważyć niższą dynamikę obrotów z naszymi najważniejszymi partnerami. To również dobry sygnał, że polskie firmy dywersyfikują rynki zbytu i coraz mocniej rozglądają się poza granice Unii – komentuje ekspert Akcenty.

[1] GUS, https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ceny-handel/handel/obroty-towarowe-handlu-zagranicznego-ogolem-i-wedlug-krajow-w-okresie-styczen-grudzien-2019-roku,1,89.html.

Gospodarka brytyjska rośnie

Dane z Wielkiej Brytanii nie są tak złe, jak sądzono, ale jeszcze długo brytyjska gospodarka będzie się zmagać z problemami wynikającymi z brexitu. To przez wstrzymane inwestycje wiele wskaźników wypada zdecydowanie gorzej, niż by mogło.

Lepsze dane z Wysp

Dzisiaj rano poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB w Wielkiej Brytanii. Rośnie on o 1,1% w skali roku. Z jednej strony to o 0,3% powyżej oczekiwań, co powinno być dobrym sygnałem. Z drugiej strony jednak jest to najgorszy rezultat od 2012 roku, z pominięciem jednego odczytu w 2018 roku, kiedy wynosił dokładnie tyle samo. Po wyjaśnieniu pierwszych wątpliwości w związku z brexitem gospodarka brytyjska ma jednak perspektywy na odbicie. Wiele inwestycji jest bowiem wstrzymanych w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Po tych danych funt zyskiwał względem głównych walut. Było to najprawdopodobniej wynikiem tego, że inwestorzy spodziewali się, że będzie jeszcze gorzej, a aż tak źle jednak nie było.

Budżet USA

Donald Trump zapowiedział budżet na 2021 rok. Rosną wydatki na obronność, cięcia dotyczą planów socjalnych. Nie jest to niespodzianką w programie Republikanów. Warto zwrócić uwagę, że udało się zmniejszyć deficyt budżetowy, jednakże tempo jest niewystarczające, by zrealizować postulat braku deficytu w ciągu 15 lat. Znalazły się za to środki na takie projekty jak lądowanie na księżycu do 2024 roku. To wszystko ma się dziać przy wzroście gospodarczym na poziomie 3,1%, czyli dość optymistycznym, patrząc na to, ile państw ma ostatnio zadyszkę w gospodarce.

Czarne chmury nad Słowacją

Wczoraj poznaliśmy dane naszego południowego sąsiada. Produkcja przemysłowa na Słowacji spada w ujęciu rocznym o imponujące 7,1%. Kraj ten po kilku lepszych latach wyraźnie zaczyna mieć problemy. Widać tutaj trochę powtórkę ze scenariusza niemieckiego. Zmniejszanie zadłużenia względem PKB spowodowało, że cięcia były na tyle głębokie, że zaszkodziły gospodarce. Potwierdzają to wcześniejsze dane na temat wzrostu PKB, który dość niespodziewanie w ciągu roku spadł z 4,6% do 1,3%. Słowacja jest za mała, by samodzielnie wpływać na kurs euro, w związku z czym dane te nie miały wpływu na europejską walutę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – Raport prezesa FED nt. polityki monetarnej.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Coraz więcej dróg, ale coraz mniej pracowników. Kto zbuduje polskie drogi w 2020 roku?

W 2019 roku zostało oddanych do użytku aż 460 kilometrów nowych dróg. To drugi najlepszy wynik w historii polskiego budownictwa drogowego. Kierowców cieszy to, że większość kilometrów powstała na drogach szybkiego ruchu – co udrożniło wiele popularnych przejazdów. W całości gotowa jest trasa S8, a S7 uzyskała wyczekiwany od dawna przejazd obwodnicą Skarżyska Kamiennej. Dzięki temu siatka polskich tras ekspresowych zaczyna się sklejać w całość. W przyszłym roku udrożnić ma się przejazd przez rondo w Kołbieli, które powoduje utrudnienia na trasie S18 z Warszawy do Lublina. Liczymy też na dokończenie budowy obwodnicy Warszawy. Dobry wynik na koniec 2019 roku cieszy szczególnie, gdy przypomnimy sobie czystki na placach budów, przeprowadzone przez generalną dyrekcję. Kontrakty z firmami, które nie radziły sobie z budową, zostały zerwane. Eksperci przewidują, że w tym roku robota w tych miejscach ruszy od nowa. Wskazują jednak na nowe niebezpieczeństwo, które może zaszkodzić rozbudowie polskiej sieci dróg.

– Wydaje mi się, że najgorsze mamy już za sobą. Nowe firmy nie są jeszcze wszędzie wybrane, ale w wielu przypadkach mamy oferty. Sytuację poprawia stabilizacja cen usług i produktów – takich jak stal, beton i asfalt. Jednak pojawia się nowy problem, z którym rynek będzie musiał się zmierzyć: brak rąk do pracy – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes zespołu doradców gospodarczych TOR. – Wszystkie dane pokazują, że zmniejszy się liczba pracowników z Ukrainy – a to głównie oni w ostatnich latach zasilali zespoły budowlane. W marcu otworzy się dla nich się rynek niemiecki. Wielu pracowników jest też ściąganych do Czech. Firmy boją się tego, jak będzie wyglądał rynek pracy i czy będzie kim realizować inwestycje. Zwłaszcza, że w lutym ukaże się nowy duży program inwestycyjny rządu – planujący budowę 100 obwodnic. To dobra wiadomość, bo obwodnice są bardzo potrzebne. To jednak tylko pogłębi problem z brakiem siły roboczej, ktoś wszystkie inwestycje musi przecież zrealizować – ostrzega Furgalski.

Naturalne kosmetyki wciąż stanowią niszę na rynku. Ich sprzedaż rośnie jednak o 70 proc. rocznie

Rynek ekokosmetyków w ostatnim czasie rozwija się bardzo dynamicznie. Konsumenci zwracają uwagę na skład oraz opakowanie produktów, coraz częściej wybierając rozwiązania bardziej naturalne i przyjazne środowisku. Segment takich kosmetyków na razie stanowi ok. 1 proc. całego rynku, ale niedługo może przestać być niszą. 

– Segment kosmetyków naturalnych nadal jest niszą, ponieważ odpowiada za 1 proc. całości. Jednak faktycznie wykazuje on największe i najszybsze wzrostowe wskaźniki – mówi agencji Newseria Biznes Ewa Łusiak, kierownik marketingu Kneipp Polska. – Według badań przeprowadzonych przez GfK Polonia segment kosmetyków naturalnych to najprężniej rozwijający się dział ostatniego roku. Podczas gdy cała branża zanotowała spadek wartości o 0,2 proc., on zaliczył wzrost aż o 71 proc.

Jak wynika z badań Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia, przedstawionych podczas VII Forum Branży Kosmetycznej, rynek kosmetyków, złożony z kosmetyków kolorowych, produktów higieny osobistej, intymnej i kosmetyków dla dzieci, w ubiegłym roku był wart ponad 4,8 mld zł. Z tego produkty ekologiczne stanowiły ok. 1 proc. (52 mln zł).

 Widzimy bardzo duży zwrot ku naturalnym produktom zarówno w spożywce, jak i kosmetykach oraz środkach czystości – mówi Ewa Łusiak. – Okazuje się, że coraz więcej zwolenników jest wśród gospodarstw domowych, które nie do końca deklarują się jako rodziny ekologiczne. Wzrost zakupów kosmetyków naturalnych właśnie w takich gospodarstwach wynosi aż 110 proc. w porównaniu do zeszłego roku, podczas gdy u osób deklarujących, że żyją zgodnie z naturą, wzrost wynosi 53 proc.

Jeszcze kilka lat temu podstawowy kanał dystrybucji produktów naturalnych stanowiły sklepy ekologiczne. W związku z tym dostęp do tego rodzaju kosmetyków był utrudniony. Dziś można je spotkać w większości popularnych drogerii, ale też w supermarketach i dyskontach. To wpływa na ich rosnącą sprzedaż.

– Kobiety w Polsce coraz chętniej kupują kosmetyki naturalne i szukają produktów bezpiecznych dla siebie i swojej rodziny. Czytają etykiety, zwracają uwagę na to, czy produkty zawierają szkodliwe substancje, czy są testowane na zwierzętach, chociaż marki obecne na polskim rynku nie mogą tego robić – podkreśla Ewa Łusiak. – Coraz bardziej interesujemy się składem pod kątem jego biodegradowalności i tego, czy zawiera mikroplastik.

Jak wyjaśnia kierownik marketingu Kneipp Polska, pojęcia produktów naturalnych i ekologicznych są często stosowane wymiennie, tym bardziej że brakuje dokładnych definicji. Jednak istotne jest tu pewne rozróżnienie – zarówno w kosmetykach naturalnych, jak i ekologicznych znajdują się naturalne składniki, z upraw ekologicznych, ale tylko część produktów ma certyfikat ekologiczności i wtedy są to kosmetyki ekologiczne certyfikowane.

Powszechny wzrost wiedzy powoduje, że wymagania stawiane producentom stale rosną. Przez to ekologiczną metamorfozę przechodzą także sami producenci.

– Specjaliści zapewniają, że zainteresowanie produktami ekologicznymi będzie coraz większe, niezależnie od sektora. Branża RTV czy przemysł spożywczy także odnotowały znaczące zmiany w tym zakresie. Poza tym dyrektywy unijne wymagają od producentów konkretnych działań na rzecz ochrony środowiska. W większości przypadków eliminujemy groźny plastik, zamieniając go na ten, który podlega procesowi recyklingu – zwraca uwagę Ewa Łusiak.

Jak podkreśla, w tym przypadku problemem są jednak ograniczenia produkcyjne.

– Okazuje się, że maszyny produkujące opakowania nie mogą korzystać z recyklingowanego plastiku, zupełnie inne parki maszynowe są do tego potrzebne. Dlatego szukamy jako firma rozwiązań pozwalających nam utrzymać certyfikat Green Brand, który otrzymaliśmy po raz czwarty z rzędu – mówi kierownik marketingu Kneipp Polska. – Rezygnujemy z ciężkich opakowań, odchudziliśmy nasze butelki, co dało niesamowite oszczędności pod względem emisji gazów cieplarnianych czy zużycia wody. Szukamy innych rozwiązań w etykietach. Nasze etykiety są w 100 proc. z recyklingu, zamieniamy plastik na włókna trzciny cukrowej, która jest doskonałym surowcem. Czekamy na park maszynowy, żeby mógł produkować takie opakowania.

Walentynki będzie w tym roku świętować ponad 60 proc. Polaków. Średnio wydamy na ten cel 143 zł

Najczęściej święto zakochanych celebrują ludzie młodzi, do 40. roku życia – ok. 70 proc. z nich zamierza spędzić ten dzień z drugą połówką i kupić jej prezent – wynika  z badania Barometr Providenta. Wśród osób po 60. roku życia odsetek ten jest niższy, ale ciągle wysoki – 50 proc. Najpopularniejszymi podarunkami będą kwiaty i słodycze, co trzecia osoba spędzi walentynkowy wieczór na romantycznej kolacji. Na walentynki wydamy średnio 143 zł, czyli o ponad 50 zł więcej niż rok temu.

– Blisko 60 proc. naszych respondentów odpowiedziało, że zamierza świętować 14 lutego jako dzień zakochanych. W większości będą to ludzie młodzi. 70 proc. osób w wieku 30–40 lat potwierdza świętowanie tego dnia. Wśród 20-latków jest ich niewiele mniej, bo 65 proc., a w grupie wiekowej 60+ zamierza świętować połowa osób – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magda Maślana, ekspert ds. PR w Provident Polska.

Z badania Barometr Providenta wynika, że w 2019 roku święto zakochanych celebrowało zaledwie 39 proc. W tym roku blisko 90 proc. osób ten dzień zamierza spędzić z partnerem lub partnerką, a 8 proc. spotka się z przyjacielem czy przyjaciółką. Dla 40 proc. Polaków 14 lutego jest tylko zwykłym dniem w kalendarzu i nie będą go specjalnie świętować.

– 30 proc. z nich wskazało, że po prostu nie mają z kim tego święta obchodzić. Kolejne 30 proc. mówiło, że jest to zwyczaj, który nie wpisuje się w ich kalendarz tradycyjnych świąt, dlatego nie będą obchodzić tego dnia – tłumaczy Magda Maślana.

Większość osób, które deklarują, że będą obchodzić walentynki, spędzi je tradycyjnie. Uczucia najchętniej okazujemy, przygotowując romantyczną kolację w domu. Takie plany na ten rok ma jedna trzecia badanych. Na kulinarny prezent dla drugiej połówki częściej decydują się kobiety.

– W naszym badaniu wyszło, że 3/4 Polaków kiedykolwiek otrzymało prezent na walentynki, nie inaczej będzie w tym roku. Najczęściej myślimy o drobnych podarkach – podkreśla Magda Maślana.

Duża grupa kupi ukochanej osobie słodycze (21 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn) i kwiaty (2 proc. kobiet i 44 proc. mężczyzn). Co piąta para spędzi święto zakochanych w teatrze lub kinie. W 2019 roku na walentynki wydaliśmy średnio 90 zł. W tym roku ta kwota znacznie wzrośnie.

 Święto zakochanych wymaga pewnych nakładów finansowych – przygotowanie kolacji czy wyjście do kina to jednak pewne koszty. W tym roku średnio Polacy zamierzają wydać na ten cel 143 zł – wylicza Magda Maślana.

Za kilka lat Port Gdynia będzie obsługiwać największe statki pływające po Bałtyku. Rozbudowa jest na etapie analiz środowiskowych

Port Gdynia będzie obsługiwać kontenery z 430-metrowych statków oceanicznych. To największe jednostki, jakie wpływają na Morze Bałtyckie. Dzięki budowie Portu Zewnętrznego, który powstanie na sztucznej wyspie, zwiększą się zarówno jego możliwości przeładunkowe, jak i prestiż w regionie Bałtyku. Inwestycja jest na etapie analiz środowiskowych, w ciągu kilkunastu miesięcy powinien zostać wyłoniony prywatny inwestor. – Chcemy, żeby Port Zewnętrzny zaczął funkcjonować za siedem–osiem lat – podkreśla Adam Meller, prezes gdyńskiego portu.

– Cały czas staramy się, aby Port Zewnętrzny dokumentacyjnie został przygotowany jak najszybciej. W tej chwili prowadzimy analizy wpływu tej inwestycji na środowisko, głównie morskie. Pozyskaliśmy już partnerów do budowy portu i teraz z pomocą doradców przygotowujemy dokumentację i specyfikację, tak żeby wybrany docelowo inwestor spełniał nasze oczekiwania – mówi agencji Newseria Biznes Adam Meller, prezes Zarządu Morskiego Portu Gdynia.

Inwestycja będzie realizowana w formule PPP. W zamian za kapitał zainwestowany w budowę portu prywatny inwestor zostanie jego operatorem na okres kilkudziesięciu lat. W listopadzie Zarząd Morskiego Portu Gdynia podpisał umowę z konsorcjum trzech firm konsultingowych, które będą doradzać w sprawie budowy i komercjalizacji Portu Zewnętrznego.

– Chcemy, żeby Port Zewnętrzny zaczął funkcjonować za siedem–osiem lat, zależnie od sytuacji i okoliczności. Szacowany łączny koszt inwestycji to ok. 1 mld euro – mówi Adam Meller.

Głębokowodny Port Zewnętrzny o powierzchni ponad 150 hektarów powstanie na sztucznej wyspie i będzie wykorzystywał istniejące nabrzeża: Śląskie i Szwedzkie. To konieczność, ponieważ Port Gdynia jest otoczony przez zabudowania i dzielnice mieszkalne, więc jedyna szansa jego rozbudowy to wyjście w wody Zatoki Gdańskiej.

Rozbudowa jest z kolei pilnie potrzebna w obliczu szybkiego rozwoju konkurencyjnych portów morskich w regionie Morza Bałtyckiego i Północnego oraz prognoz dotyczących popytu na przeładunki kontenerowe w polskich portach morskich. Wskazują one na wzrost do poziomu ok. 9,5 mln TEU (jednostka miary odpowiadająca objętości standardowego kontenera) w 2050 roku.

– Ładunki kontenerowe rozwijają się dzisiaj najszybciej, więc tych kontenerów w basenie Morza Bałtyckiego pojawiać się będzie coraz więcej. To jest nasze wyjście naprzeciw tym tendencjom. Chcemy zwiększyć potencjał przeładunkowy i wybudować port głębokowodny dla przyszłych operatorów kontenerowych. Port, do którego będą wpływać największe statki, jakie pływają dzisiaj w basenie Morza Bałtyckiego – mówi Adam Meller.

Obecny terminal obsługuje 1,8 miliona TEU. Nowa inwestycja zwiększy zdolności przeładunkowe o 2,5 mln TEU, a długość nabrzeży przeładunkowych wydłuży się o ok. 2 kilometry. Poprawi się też dostęp do portu – zarówno od strony morskiej, jak i lądowej, bo projekt obejmuje również rozbudowę sieci kolejowej oraz układu drogowego, który łączy port z siecią dróg krajowych. W porcie wydzielone zostanie też miejsce do montażu morskich farm wiatrowych.

Inwestycja ma również podnieść prestiż Portu Gdynia w rejonie Bałtyku. Po rozbudowie będzie on jednym z kilku wiodących punktów przeładunkowych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Rozbudowę Portu Gdynia wsparła specustawa ws. portów zewnętrznych, którą Sejm przyjął w sierpniu ub.r. Wprowadza ona ułatwienia dla sprawnej realizacji projektów rozbudowy portów morskich. Według szacunków resortu bez tego proces przygotowania inwestycji trwałby siedem lat, natomiast dzięki specustawie skróci się do trzech–czterech lat.

Obok Portu Zewnętrznego cały czas realizujemy inwestycję związaną z budową publicznego terminala promowego. Chcemy, żeby promy nie musiały wpływać głęboko do portu, ale żeby mogły operować zaraz przy wyjściu z niego. Ta inwestycja, warta ok. 300 mln zł, zakończy się za mniej więcej półtora roku – mówi prezes zarządu Morskiego Portu Gdynia.

W Unii Europejskiej trwają prace nad certyfikacją w zakresie cyberbezpieczeństwa. Nowy system ma być bronią w walce z hakerami

Cyberataki powodują poważne zakłócenia w funkcjonowaniu infrastruktury państwowej i generują duże koszty dla firm, które padają ich ofiarą. W związku z tym UE chce zagwarantować, że wszystkie procesy, usługi i urządzenia podłączone do sieci będą spełniać najwyższe kryteria cyberbezpieczeństwa. Temu ma służyć unijny system certyfikacji, nad którym pracuje ENISA. Europejski certyfikat ma gwarantować, że urządzenia smart home, inteligentne samochody czy wyroby medyczne zostały zaprojektowane z dbałością o cyberbezpieczeństwo. UE jest w ostatnich latach bardzo aktywna w tym obszarze – na 2021 rok planuje też przegląd wdrożenia dyrektywy NIS w poszczególnych krajach członkowskich.

W świecie cyfrowym doganiamy powoli mechanizmy, które dotąd funkcjonowały w tradycyjnej gospodarce. Jest powszechnie akceptowalne, że certyfikuje się różne produkty z punktu widzenia określonych parametrów, np. bezpieczną żywność. W tej chwili w UE tworzymy zręby systemu certyfikacji w zakresie cyberbezpieczeństwa. W przyszłości będzie można certyfikować także np. oprogramowanie – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Boratyński, szef wydziału ds. polityki cyberbezpieczeństwa DG Connect w Komisji Europejskiej.

Na forum UE ostatnie lata były bardzo aktywne pod względem tworzenia nowych regulacji w zakresie cyberbezpieczeństwa. W ubiegłym roku weszła w życie jedna z najważniejszych – Cybersecurity Act. Z jednej strony wzmacnia ona rolę Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Sieci i Informacji (ENISA), z drugiej – tworzy ramy wspólnego europejskiego systemu certyfikacji cyberbezpieczeństwa dla produktów i usług ICT.

Certyfikacja jest konieczna, gdyż liczba ataków hakerskich stale rośnie. Jak podaje Związek Cyfrowa Polska („Cyberbezpieczeństwo w Polsce: ochrona urządzeń końcowych przed cyberatakami 2019”), w ciągu ostatnich sześciu lat liczba ataków tylko na netbooki i komputery stacjonarne wzrosła na świecie o 232 proc. Ich celem padają też komórki, drukarki czy inne urządzenia podłączone do sieci, tym bardziej że jest ich coraz więcej. Średnio co 4,2 sekundy pojawia się na świecie nowe złośliwe oprogramowanie.

W tej chwili bardzo poważnym zagrożeniem, również dla firm, jest ransomware, czyli złośliwe oprogramowanie, które blokuje dostęp do danych i szyfruje dyski twarde. To już w pewnym sensie plaga. Są podejmowane środki zapobiegawcze, ale oprócz regulacji i wydatków firm na cyberbezpieczeństwo ważna jest też świadomość użytkowników dotycząca np. tego, żeby nie klikać linków z podejrzanego źródła – podkreśla Jakub Boratyński.

Certyfikacja usług, oprogramowania i urządzeń podłączonych do sieci ma zagwarantować, że spełniają one najwyższe kryteria cyberbezpieczeństwa i gwarantują poufność przetwarzanych danych w całym cyklu działania. To oznacza, że już na etapie projektowania muszą minimalizować ryzyko wystąpienia luk w bezpieczeństwie.

– W tej chwili mamy dostępne w sprzedaży kompletnie niezabezpieczone produkty, np. podłączone do sieci kamery, gdzie nie ma nawet wymogu wprowadzenia hasła. Jest tylko najprostsze, fabrycznie ustawione hasło. Przy obecnym stopniu zaawansowania technologii i przy naszym uzależnieniu od nich takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. Zwłaszcza jeśli poważnie myślimy o takich dziedzinach jak smart home – mówi Jakub Boratyński.

Wspólny europejski certyfikat będzie gwarantować, że urządzenia smart home, inteligentne samochody, wyroby medyczne czy sprzęty IoT zostały zaprojektowane z dbałością o cyberbezpieczeństwo. To z jednej strony zwiększy zaufanie konsumentów, a z drugiej – pomoże ograniczyć straty dla gospodarki i biznesu generowane przez ataki hakerskie.

Za przygotowywanie poszczególnych programów certyfikacji będzie odpowiadać ENISA, która we współpracy z nowym organem, Europejską Grupą ds. Certyfikacji Cyberbezpieczeństwa (ECCG), przygotuje kompleksowy zbiór wymogów technicznych, norm i procedur w celu oceny produktów i usług pod kątem odpowiednich zabezpieczeń.

Certyfikaty (przewiduje się wprowadzenie trzech poziomów certyfikacji: podstawowy, istotny i wysoki) będą przyznawane przez odpowiednie krajowe organy, wyznaczone w poszczególnych państwach członkowskich UE. Będą obowiązywać na terenie całej Unii. To ułatwi konsumentom zapoznanie się z charakterystyką zabezpieczeń konkretnych produktów i usług, a firmom – ich sprzedawanie za granicą. Co do zasady, certyfikacja w zakresie cyberbezpieczeństwa ma być dobrowolna, ale poszczególne kraje UE mogą same wprowadzić taki obowiązek np. w przetargach publicznych.

– Trzeba jednak podkreślić, że nigdy nie możemy być pewni, że jesteśmy w 100 proc. bezpieczni, że nic się nie wydarzy. Dlatego też cyberbezpieczeństwo polega na zarządzaniu ryzykiem – mówi Jakub Boratyński.

W poszczególnych krajach UE wciąż trwają także prace związane z wdrażaniem drugiej, kluczowej regulacji w zakresie cyberbezpieczeństwa – dyrektywy NIS.

– Polska stworzyła na jej podstawie ustawę o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. W tej chwili ten system dojrzewa i się rozwija. Jesteśmy na etapie, w którym będziemy sprawdzali, jak wygląda to w poszczególnych państwach członkowskich. Najpóźniej w maju 2021 roku dokonamy oceny funkcjonowania tej dyrektywy i być może – jak to ma zawsze miejsce w przypadku przeglądu dyrektywy – wystąpimy z nowym instrumentem. Jednak w tej chwili jest za wcześnie, żeby o tym mówić – mówi ekspert DG Connect.

Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która weszła w życie w 2018 roku, to pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący tego obszaru. Stworzyła ona ramy dla całego krajowego ekosystemu cyberbezpieczeństwa i objęła m.in. sektor telekomunikacyjny, finansowy i administrację publiczną, na które zostały nałożone nowe obowiązki raportowania do CSIRT-ów incydentów naruszenia bezpieczeństwa w ciągu 24 godzin.

– Są w UE kraje, które są światowymi liderami w zakresie cyberbezpieczeństwa, ale i takie, które mocno odstają. Zróżnicowanie jest ogromne, co zasadniczo jest powodem, dla którego podejmujemy działania na poziomie ogólnoeuropejskim – mówi Jakub Boratyński.

Jak ocenia, wzorcem dla UE we wdrażaniu nowych regulacji w obszarze cyberpolicy mogą być Stany Zjednoczone.

W Europie także są wysokiej klasy specjaliści w dziedzinie cyberbezpieczeństwa, również w Polsce. Przykładowo, polski CERT, który od wielu lat funkcjonuje przy NASK, jest jednym z najlepszych w Europie i jest bardzo aktywny w ramach międzynarodowej współpracy – mówi szef wydziału ds. polityki cyberbezpieczeństwa DG Connect w Komisji Europejskiej.

Z ostatniego raportu CERT Polska „Krajobraz bezpieczeństwa polskiego internetu” wynika, że w 2018 roku liczba zarejestrowanych w Polsce incydentów naruszenia bezpieczeństwa wzrosła o 17,5 proc. w stosunku do poprzedniego. Najczęstsze przypadki (44 proc.) dotyczyły phishingu.

Liczba upadłości i restrukturyzacji może wzrosnąć w tym roku o 6 proc. W dużych tarapatach branża transportowa i meblowa

Rośnie liczba upadłości i restrukturyzacji firm. Cierpią zwłaszcza branże transportowa, meblowa czy motoryzacyjna. Ten trend będzie kontynuowany w 2020 roku. Główną przyczyną, poza cyklem koniunkturalnym, jest wojna handlowa między USA i Chinami, która odbija się na niemieckim eksporcie. Według Coface szansa na znaczącą poprawę koniunktury u głównych partnerów handlowych Polski jest nikła. Przełoży się to na 6-proc. wzrost upadłości i wniosków o restrukturyzację.

– W tym roku przedsiębiorstwa będą borykały się z wieloma problemami, przede wszystkim ze spowolnieniem gospodarczym. W naszej ocenie głównym ryzykiem pozostaje sytuacja na rynkach zagranicznych. Mamy co prawda dodatnią dynamikę eksportu, ale widać, że jest ona niższa niż w poprzednich latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista w regionie Europy Centralnej firmy Coface. – Głównie wpływa na nas spowolnienie w Europie Zachodniej, a oczekujemy, że w tym roku wzrost gospodarczy nie przyspieszy. Dodatkowo na rynku krajowym zaczyna niekorzystnie wpływać na firmy, zwłaszcza te mniejsze, podniesienie minimalnego wynagrodzenia.

Zgodnie z danymi Coface w 2019 roku liczba upadłości i restrukturyzacji firm w Polsce zwiększyła się o 4,5 proc. i wyniosła 1019 wobec 975 w roku 2018. Ponad połowa tej liczby obejmowała upadłości, niemal 300 dotyczyła przyspieszonego postępowania układowego, a 112 – postępowania sanacyjnego. Ze wstępnych danych GUS wynika, że wzrost gospodarczy w 2019 roku wyniósł 4 proc. wobec 5,1 proc. w 2018 roku. Pogarsza się również sytuacja na rynkach ościennych, głównie w Niemczech, które są najważniejszym partnerem gospodarczym Polski.

– W związku z tym już widzimy, że rośnie liczba upadłości. Polskie firmy transportowe odczuwają to spowolnienie na rynkach zagranicznych w Europie Zachodniej. Widzimy też wzrost upadłości i restrukturyzacji wśród takich hitów eksportowych Polski jak branża meblowa czy branża wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych, która jest istotnym dostawcą komponentów dla branży motoryzacyjnej – wylicza Grzegorz Sielewicz. – Na rynku krajowym problemy ma branża handlowa, zwłaszcza handlu detalicznego. Na wzrost upadłości wpływają m.in. dosyć duża konkurencja, rozszerzenie ograniczenia handlu w niedzielę czy rosnące koszty wynagrodzeń.

W 2019 roku istotny wzrost postanowień o upadłości miał miejsce w branży produkcji mebli (o 90 proc.), produkcji wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych (o 44 proc.), a także w transporcie (o 30 proc.), który ma wysoką ekspozycję na rynki zagraniczne, a polskie firmy transportowe utrzymują pozycję lidera w drogowym przewozie międzynarodowym w Unii Europejskiej. Handel zanotował 8-proc. wzrost i dogania produkcję pod względem największego udziału w ogólnej liczbie upadłości i restrukturyzacji (24,7 proc. vs 25,7 proc.).

Z prognoz Coface wynika, że spowolnienie gospodarcze na rynkach zewnętrznych będzie głównym czynnikiem zagrożenia dla polskiej gospodarki oraz sytuacji przedsiębiorstw w 2020 roku. Ekonomiści Coface spodziewają się dalszego spowolnienia globalnego wzrostu PKB oraz oddziaływania wojny handlowej pomiędzy USA a Chinami na kształt globalnej gospodarki. Prawdopodobieństwo szybkiej poprawy koniunktury na głównych rynkach eksportowych Polski jest niskie – wzrost gospodarczy w Niemczech wyniesie zaledwie 0,5 proc. w 2020 roku, a wciąż niejasne warunki brexitu obciążają nasze relacje z trzecim największym odbiorcą polskich towarów. W rezultacie prognozy Coface zakładają wzrost gospodarczy Polski w tym roku na poziomie 3,3 proc. To mniej, niż wynika z ostatniej, listopadowej prognozy Narodowego Banku Polskiego (3,6 proc.).

 Oczekujemy, że w 2020 roku łączna liczba upadłości czy restrukturyzacji wzrośnie o 6 proc. Jest to nieznacznie więcej niż w 2019 roku, ale był to okres dosyć solidnego wzrostu gospodarczego. W obliczu spowalniającego wzrostu gospodarczego w 2020 roku, a także wielu innych czynników, zwłaszcza dalszego wzrostu kosztów pracy, surowców i energii, firmy będą odczuwały trudności z płynnością finansową – tłumaczy Grzegorz Sielewicz. – Co jest pozytywne, nadal mamy dosyć istotny wzrost liczby restrukturyzacji [o 7 proc. r/r – red.]. Jest więc nadzieja, że niektóre z firm w trudnej sytuacji powrócą do efektywnej działalności biznesowej i nie zakończą jej upadłością w celu likwidacji majątku.

Po skokowym zwiększeniu wykorzystania restrukturyzacji w poprzednich latach ich liczba będzie się stabilizować, pozostając na zbliżonym do obecnego udziale, czyli 44 proc. w łącznej liczbie postanowień.

– Największą popularnością cieszą się te postępowania, które można najszybciej przeprowadzić, czyli przyspieszone postępowanie układowe. Na drugim miejscu mamy postępowania sanacyjne, które są hybrydą upadłości i restrukturyzacji, dającą znaczne prawa dłużnikowi, podobne do praw, które wcześniej miał syndyk, chociażby wypowiedzenie niekorzystnych kontraktów czy zwalniania pracowników – wymienia Grzegorz Sielewicz. – W związku z tym również sanacja jest dosyć popularna. Jest to działanie rozłożone w czasie, bo postępowania sanacyjne zajmują rok albo dłużej, ale daje również nadzieję na powrót do efektywnej działalności biznesowej.

Sztuczna inteligencja pomoże interpretować wyniki badań. Opracowane przez Polaków rozwiązanie znacznie przyspieszy pracę szpitalnych oddziałów ratunkowych

Sztuczna inteligencja (SI) coraz skuteczniej wspiera lekarzy interpretujących wyniki badań obrazowych. Asystent dla radiologów wykryje nawet najdrobniejsze urazy ortopedyczne, które mogą zostać niezauważone przez zmęczonego lekarza szpitalnego oddziału ratunkowego. SI ustali także, których pacjentów zagrożonych udarem mózgu należy przyjąć w pierwszej kolejności. Do 2025 roku rynek sztucznej inteligencji w medycynie zwiększy swoją wartość ponad siedmiokrotnie.

– Asystent sztucznej inteligencji dla radiologów rozwiąże problemy związane z wykrywaniem różnego rodzaju zmian, takich jak trudno widoczne złamania. To także kwestie związane z posturografią, czyli obliczaniem długości, kątów kości, dostarczanie wyników w różnego rodzaju skalach medycznych lekarzowi po to, żeby mógł trafniej podjąć decyzję i zdiagnozować pacjenta – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Rafał Kosno, współzałożyciel MSK AID.

Rozwiązanie opracowane przez polski start-up ma przede wszystkim ułatwić lekarzom pracę na szpitalnych oddziałach ratunkowych. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że na SOR-ach w 2018 roku udzielono pomocy niemal 5 mln osób. Ponad 1,1 mln porad dotyczyło chirurgii urazowo-ortopedycznej. Tak duże obciążenie lekarzy diagnozujących chorych po urazach, szukających pomocy zwłaszcza w godzinach nocnych, sprawia, że muszą się oni zmagać z dużym zmęczeniem. W efekcie trudniej jest im postawić trafną diagnozę. Sztuczna inteligencja ma im pomóc interpretować wyniki badań obrazowych.

– Lekarzom brakuje narzędzi, które by dostarczyły wiedzę specjalistyczną, i to właśnie robimy. Asystent sztucznej inteligencji wspierający radiologów jest potrzebny dlatego, że tego typu badania radiologiczne zajmują zazwyczaj bardzo dużo czasu ortopedzie czy radiologowi. Zależy nam na przekazaniu bardzo często początkującym lekarzom takiego wsparcia, które jest wytrenowane na podstawie wiedzy eksperckiej i znacząco przyśpiesza pracę tych osób. Niezależnie, czy jest to dzień, czy noc, jakie warunki mają, jakie mają wsparcie czy jakich specjalistów wokół, mogą korzystać właśnie z najlepszych metod badawczych – mówi Rafał Kosno.

Sztuczna inteligencja coraz częściej wspiera lekarzy interpretujących wyniki badań obrazowych. Agencja ds. Żywności i Leków wydała niedawno certyfikat dla narzędzia wspierającego klinicystów w oznaczaniu wyników angiografii. Moduł Aidoc pomaga radiologom w ustaleniu priorytetu przypadków niedrożności dużych naczyń zobrazowanych w tomografii komputerowej. Sztuczna inteligencja stale analizuje obrazy pod kątem udaru niedokrwiennego i krwotocznego, a następnie automatycznie przenosi przypadki uznane za najpilniejsze na szczyt listy pacjentów oczekujących na leczenie.

Rozwiązanie MSK AID jest z kolei nakładką na istniejące oprogramowanie, które ma wesprzeć radiologów i ortopedów w podejmowaniu decyzji dotyczących zdrowia i życia pacjentów. Jest to model, który łączy się z innymi programami, dzięki czemu zdolny jest do analizowania zdjęć z niemal wszystkich obecnie stosowanych aparatów radiologicznych. Zdjęcia rentgenowskie są obecnie jedną z najpopularniejszych metod badań obrazowych w urazach ortopedycznych.

– Rynek zdjęć radiologicznych jest potężny. Każdego roku na całym świecie jest wykonywanych ponad miliard zdjęć rentgenowskich, w Stanach Zjednoczonych blisko 400 milionów, a w samym tylko jednym szpitalu w Polsce – w Otwocku – blisko 200 tys. zdjęć. Mówię tu wyłącznie o zdjęciach rentgenowskich, mamy również diagnostykę związaną z tomografią komputerową czy USG i tam również wolumeny są ogromne – wymienia ekspert.

Według analityków z Mordor Intelligence światowy rynek sztucznej inteligencji w medycynie osiągnął w 2019 roku wartość 3,14 mld dol. Do 2025 roku wycena ma sięgnąć 23,85 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu przekroczy 40 proc.

Inteligentny alkomat na podczerwień będzie podpowiadać, kiedy usiąść za kółkiem. Już w 2022 roku samochody same będą sprawdzały trzeźwość kierowcy

Z danych opublikowanych przez Komendę Główną Policji wynika, że w 2019 roku zatrzymano 111 tys. nietrzeźwych kierowców, o 6 tys. więcej niż w 2018 roku. W wypadkach z ich udziałem zginęło 180 osób, a ponad 2 tys. zostało rannych. W zredukowaniu tych liczb pomóc mogą nowe narzędzia do kontroli trzeźwości, m.in. ultraczułe alkomaty nowej generacji czy systemy bezpieczeństwa obowiązkowo montowane w samochodach od 2022 roku.

Branża kontroli trzeźwości przejdzie ogromne zmiany w 2022 roku, kiedy w życie wejdzie nowe unijne prawo zobowiązujące producentów samochodów do wdrażania nowych systemów bezpieczeństwa. Obok systemu wykrywającego oznaki zasypiania kierowcy projektanci aut będą musieli wykonać instalację umożliwiającą zamontowanie alkomatu uniemożliwiającego uruchomienie silnika, kiedy kierowca jest w stanie nietrzeźwości.

Sam alkomat nie będzie jeszcze niezbędnym elementem podstawowego wyposażenia auta przeznaczonego na rynek europejski. Dlatego też producenci wprowadzają na rynek nowej generacji urządzenia mierzące poziom alkoholu we krwi.

– OCIGO to pierwszy tester trzeźwości wyposażony w technologię podczerwieni. Do tej pory jej zastosowanie wymagało sporych gabarytów i wiązało się z wysokimi kosztami, a miniaturyzacja była bardzo trudna. Musieliśmy znaleźć sposób na obniżenie kosztów i wprowadzenie masowej produkcji, co wymagało sześciu lat prac badawczo-rozwojowych i wdrożeniowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Guillaume Nesa, dyrektor generalny i współzałożyciel firmy Olythe. – Kiedy rozpoczynaliśmy naszą działalność, brakowało niezawodnego testera trzeźwości. Żadne dostępne urządzenie nie oferowało odpowiedniej dokładności pomiaru ani jakichkolwiek wskazówek.

Alkomat od Olythe bazuje na technologii, która do niedawna dostępna była wyłącznie dla służb mundurowych. Dzięki wykorzystaniu spektrografu podczerwieni możliwe jest przeprowadzenie pomiaru o wysokiej dokładności, zgodnego z europejskimi normami NF EN 16280. Są one gwarancją, że pomiar będzie obarczony odchyleniem nie większym niż 20 proc. OCIGO zapewnia użytkownikowi szereg dodatkowych informacji – po wykryciu alkoholu w oddechu nie tylko poda jego dokładne stężenie. Za pośrednictwem towarzyszącej aplikacji mobilnej wyliczy także, kiedy kierowca będzie mógł bezpiecznie zasiąść za kierownicą.

Tymczasem w USA prowadzi się już testy zaawansowanych systemów kontroli trzeźwości preinstalowanych w samochodach. W ramach partnerstwa publiczno-prywatnego Driven to Protect w Maryland uruchomiono pilotażowe testy Driver Alcohol Detection System for Safety. System DADSS zaimplementowano w ośmiu autach Motor Vehicles Administration i jest on w stanie automatycznie wykrywać poziom trzeźwości kierowcy bez konieczności sięgania po klasyczny alkomat. W autach rozmieszczono szereg czujników, które w czasie rzeczywistym analizują skład powietrza wydychanego przez kierowcę. Jeśli wykryją zbyt duże stężenie alkoholu we krwi, nie pozwolą uruchomić auta.

DADSS jest jednak dopiero we wczesnej fazie testów, pierwsze seryjne auta wyposażone w ten system mogą pojawić się na rynku dopiero w 2025 roku. Do tego czasu kierowcy będą musieli polegać na klasycznych alkomatach, w których jednym z najważniejszych funkcji jest prostota użytkowania.

– OCIGO jest bardzo prosty w użytkowaniu i w pełni dostosowany do wielokrotnego stosowania. Wystarczy włączyć urządzenie jednym przyciskiem i skorzystać z ustnika, dmuchając przez 4–5 sekund. Po tym czasie urządzenie od razu wyświetla wynik. Nie jest konieczna kalibracja, bo chociaż przepisy sugerują wykonywanie jej raz w roku, zastosowano tutaj inną technologię, która zawsze pozwala na uzyskanie wiarygodnych wartości – przekonuje Guillaume Nesa.

Według analityków z firmy Market Data Forecast wartość globalnego rynku alkomatów w 2019 roku wyniosła 864,6 mln dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 1,26 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 7,88 proc.

Przyjaźń do białoruskich rafinerii

Integracja Białorusi z Rosją jest zagrożona z powodu sporów o tranzyt ropy naftowej. Polska może na tym zyskać, jeżeli dodatkowa ropa dostarczane do Gdańska popłynie ropociągiem Przyjaźń.

Białoruś i Rosja prawdopodobnie odłożą rozmowy o wzroście taryf na tranzyt ropy do lata 2020 r. Wtedy ustalony zostanie wpływ nowego podatku środowiskowego na Białorusi, oraz zostaną obliczone straty wynikające ze zmniejszenia wolumenu przesyłu ropy naftowej przez Białoruś w 2019 roku. Zbyt wygórowane żądania Białorusinów, mogą jednak w rezultacie okazać się niebezpieczne dla samej Białorusi.

Zasadniczym powodem odłożenia dalszych negocjacji jest brak wiarygodnych prognoz dotyczących wielkości wolumenu ropy, która będzie przesyłana przez białoruski system przesyłowy w bieżącym roku. W trakcie negocjacji okazało się, że obie strony obliczają wysokość przesyłu uwzględniając różne dane. Mińsk szacuje, że białoruskie rafinerie otrzymają 17,5 mln ton ropy, natomiast Moskwa oblicza wolumen na poziomie 24 mln ton ropy.

Ta różnica sprawia, że ropa, pierwotnie przeznaczona dla białoruskich rafinerii, będzie musiała zostać przesłana w kierunku innych odbiorców. Zmniejszony przerób w białoruskich rafineriach, zgodnie z planami Łukaszenki, ma zostać zrekompensowany wyższym przychodem z tranzytu ropy. Mińsk w negocjacjach zażądał podwyższenia taryf o 16,6 procent, uwzględniając w tej kwocie rekompensaty za kryzys chlorkowy z wiosny ubiegłego roku, jednakże nie przedstawił szczegółowych wyliczeń strat, a tego oczekują Rosjanie. W dalszym etapie negocjacji, strona białoruska zgodziła się zmniejszyć swe oczekiwania do 14 procent, jednak i to okazało się zbyt dużą podwyżką dla negocjatorów ze strony Rosji.

Warto przypomnieć, że w tym samym czasie trwają negocjacje odnośnie dostaw ropy dla białoruskich zakładów w Mozyrzu i Nowopołocku. Białorusini chcą zniesienia premii eksportowej, której oczekują rosyjskie firmy wydobywcze. Ta premia, która ma wynosić 6 dolarów na tonie ropy, została przyznana, aby zrekompensować straty dla rosyjskich dostawców ropy. Cena ropy dla białoruskiego Bielnaftachimu, zgodnie z informacjami dostawców, jest o 17 procent niższa niż cena rynkowa tego surowca. Sama jej sprzedaż jest prowadzona z zerową stawką podatku VAT. Oznacza to, że firmy sprzedając surowiec na Białoruś tracą względem tego, co mogłyby zarobić handlując nim z innymi kontrahentami.

Pojawiają się jednak opinie niektórych ekonomistów, w tym z banku Raiffeisen, którzy przestrzegają stronę Białoruską przed zbytnią zachłannością. Jeżeli Mińsk dopnie swego w lecie, i podniesie taryfy minimum o 14 procent, będzie to, łącznie z podwyżką w październiku 2019 roku i lutową z bieżącego roku, podwyższenie kosztów transportu rosyjskiej ropy białoruskim szlakiem o niespełna 25 procent w ciągu niecałego roku. Taki wzrost może być odczuwalny dla wyników finansowych rosyjskich spółek naftowych.

Odłożenie negocjacji tranzytowych nie zmniejszy napięcia w relacjach pomiędzy oboma państwami. Wciąż nierozstrzygnięta pozostaje kwestia bezpośrednich dostaw ropy do białoruskich rafinerii z Rosji, a także formuła cenowa nowego kontraktu gazowego, która będzie obowiązywać do końca lutego.

Tak znaczny wzrost może dodatkowo zmobilizować Rosjan np. do zwiększenia inwestycji w rosyjskie naftoporty. Według danych opublikowanych przez spółkę Transnieft, w 2019 roku poprzez rosyjskie porty wyeksportowano 138 mln ton surowca, w tym przez port w Noworosyjsku 31 mln ton, w Primorsku 47,5 mln ton, w Kozmino 33,2 mln ton, w Ust Łudze 26,4 mln ton.

W 2018 r., za pomocą portów wyeksportowane zostało 124,1 mln ton ropy. O ile widoczny jest wzrost obsługi eksportu przez porty, to w przypadku eksportu rurociągowego zostały odnotowane znaczne spadki. Za pomocą ropociągu Przyjaźń w zeszłym roku za granicę zostało wysłane 43,3 mln ton ropy, podczas gdy w 2018 roku wolumen wyniósł 48,9 mln ton. Do Białoruskich rafinerii w 2019 roku zostało dostarczone 17,6 mln ton ropy. Według tych danych, biorąc pod uwagę ponad miesięczną przerwę w dostawach ropy systemem Przyjaźń, białoruskie straty nie powinny być duże. Dla porównania, w 2018 roku do Polski za pomocą Przyjaźni zostało dostarczone 13,1 mln ton, w 2018 roku było to 15 mln ton. Do Niemiec dotarło 16,1 mln ton, podczas gdy w 2018 roku było to 20.6 mln ton.

– Spór pomiędzy Białorusią o Rosją może zakończyć się sukcesem dla Polski – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mariusz Marszałkowski z BiznesAlert.pl. – Polska może okazać się alternatywą dla dostaw rosyjskiej ropy na Białoruś, ponieważ przez Naftoport w Gdańsku ropa może być przesyłana ropociągiem Przyjaźń do białoruskich rafinerii.

Warzywa solidnie zdrożały. Najbardziej wzrosły ceny cebuli, ziemniaków i selera

W latach 2018-2019 średnie ceny rabatowe najczęściej promowanych w sklepach warzyw wzrosły o blisko 17%. Cebula zdrożała aż o 60%. Duża podwyżka dot. ziemniaków – o 55%, selera – o 44%, a także buraków – o 31%. Najmniej podrożała marchew – o 7%. Z kolei ogórki potaniały o 0,65%. Eksperci zwracają uwagę na przyczyny. Dla przykładu z danych GUS-u wynika, że w całym 2019 r. ceny detaliczne większości warzyw gruntowych były wyższe średnio o ok. 20% niż rok wcześniej. Jednocześnie niektórzy analitycy zapowiadają, że już w I kwartale 2020 r. konsumenci zapłacą mniej niż na początku ub.r. Wciąż jednak będzie to wyższy poziom niż dwa lata temu.

Skok w promocji

Jak wynika z cyklicznego raportu Hiper-Com Poland i aplikacji Zdrowe Zakupy, analizą objęto ceny warzyw, które w latach 2018-2019 były najczęściej promowane przez ogólnopolskie sklepy. Wśród nich należy wymienić pomidory, paprykę, ogórka, ziemniaki, kapustę, marchew, cebulę, cukinię, buraki i selera. Sprawdzono gazetki wydawane przez wszystkie dostępne na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience i cash&carry. Łącznie przeanalizowano blisko 15 tys. publikacji, w tym ponad 9,5 tys. akcji promocyjnych.

– W ww. okresie średnie ceny promocyjne wskazanych warzyw poszły w górę o 16,6%. Według mnie, to bardzo wysoki wzrost, znacznie przekraczający wskaźniki inflacji. Do tego trzeba zauważyć, że to są promocje, a sieci przecież mocno ich pilnują, żeby były atrakcyjne. Przyczyn tego stanu było wiele. Niekorzystne warunki pogodowe ograniczały plony. A kiedy na rynku jest mniej produktów, ich ceny błyskawicznie rosną, nawet te rabatowe – mówi Hubert Majkowski z Hiper-Com Poland.

– Wzrost cen promocyjnych objął wszystkie sieci handlowe, bo warzywa zdrożały na całym rynku. I to musiało wpłynąć na zmniejszenie rabatów. Niemniej, pomimo podwyżek, sklepy konsekwentnie promowały tego typu produkty, w tym artykuły BIO – zwraca uwagę Arkadiusz Paprzycki, ekspert z aplikacji Zdrowe Zakupy.

Z kolei Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw, podkreśla, że ceny poszczególnych gatunków warzyw w danym okresie ostatecznie zależą od strategii danej sieci. Prowadzenie działań promocyjnych, w tym stosowanie rabatów, ma na celu zachęcenie konsumenta do większych zakupów, a nie obniżenie dochodu sprzedawcy.

– Wzrosty na krajowym rynku były tak duże, że dotknęły nawet najczęściej promowane artykuły. Patrząc już na poszczególne warzywa, wyraźnie widać, że ceny promocyjne kilku z nich mocno poszły w górę w ub.r. Dotyczy to cebuli – wzrost aż o 60%, ziemniaków – o 55%, selera – o 44%, a także buraków – o 31% – wymienia ekspert z aplikacji Zdrowe Zakupy.

Na liście TOP10 analizowanych produktów są też pozycje, które odnotowały stosunkowo niewielkie podwyżki. Przykładem tego jest marchew – zaledwie 7%. Natomiast ogórki nieznacznie potaniały – o 0,65%.

Przyczyn jest kilka

– W pierwszej połowie 2018 r. ceny warzyw kształtowały się na niskim poziomie. Istotny ich wzrost odnotowano w drugim półroczu. Był to efekt dotkliwej suszy, która wystąpiła w miesiącach wiosenno-letnich. Producenci zmagali się z deficytem wody. To obniżyło produkcję oraz podaż warzyw na krajowym rynku. I wywołało presję na ceny regularne i promocyjne, nie tylko dwa lata temu, ale też w pierwszej połowie ubiegłego roku – wyjaśnia Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego z Santander Bank.

Jak informuje Witold Boguta, w 2018 r. zebrano ok. 4,1 mln ton warzyw gruntowych. I tym samym zanotowano spadek o ok. 10,3% w stosunku do 2017 r. Natomiast w 2019 r. plony oszacowano na ponad 3,8 mln ton. I jak podaje GUS, był to o ok. 6% niższy poziom w porównaniu z wynikiem z wcześniejszego roku. Szczególnie zmniejszyła się produkcja korzeniowych warzyw, czyli m.in. buraków, selera, marchwi i pietruszki.

– W drugiej połowie 2019 r. warzywa zaczęły tanieć. Jak pokazują dane ze spółdzielni ogrodniczych, publikowane przez IERiGŻ, w listopadzie średnia cena skupu cebuli spadła o 48% w relacji do stycznia 2019 r. Marchew kosztowała mniej o 53% w stosunku do początku ub.r. Utrzymujący się spadek cen może wskazywać na wyższą podaż warzyw gruntowych na rynku krajowym, niż wynikałoby to z szacunku GUS-u – dodaje Grzegorz Rykaczewski.

Prezes KZGPOiW zaznacza, że część gatunków warzyw zebranych w miesiącach jesiennych jest przechowywanych w chłodniach i sprzedawanych w następnym roku. Dotyczy to np. cebuli czy ziemniaków. Dlatego dwa lata temu klienci kupowali najpierw produkty zebrane w 2017 roku, a później – te z 2018 roku. Ub.r. to już czas sprzedaży niskich zbiorów z 2018 roku. Wtedy też było wiadomo, że kolejne plony będą słabe z powodu suszy. To realnie spowodowało wzrost cen, które w 2019 roku osiągnęły istotnie wyższy poziom niż w roku poprzednim.

– W wyniku niedostatecznej ilości towaru na rynku popyt został pokryty produktami pochodzącymi z innych krajów. W związku z tym nastąpiły kolejne wzrosty cen. Dotyczyło to np. ziemniaków importowanych z Holandii czy Wielkiej Brytanii. Trzeba też brać pod uwagę rosnące koszty produkcji związane z podwyżkami dla pracowników. A to w konsekwencji miało realne odbicie na cenach promocyjnych w sklepach – dodaje Hubert Majkowski.

Według Witolda Boguty, zdrożały gatunki najbardziej wrażliwe na suszę, których plony spadły. I tak np. cebula, której cena promocyjna najmocniej wzrosła, jest rośliną płytko korzeniącą się. To powoduje, że przy suszy ma bardzo ograniczony dostęp do wody. Uzupełnianie jej braków na rynku importem z odleglejszych krajów podnosi koszt transportu, np. z Kazachstanu do Polski, a także ceny detaliczne.

– GUS podaje, że w okresie dwunastu miesięcy 2019 r. ceny detaliczne warzyw były wyższe średnio o ok. 20% niż rok wcześniej. Wprawdzie w drugiej połowie ub.r. nieco spadły zarówno ceny hurtowe, jak i regularne w sklepach, ale nadal jedne i drugie były wyższe niż przed rokiem. W grudniu warzywa były droższe przeciętnie o 12,3% w porównaniu do analogicznego miesiąca 2018 roku – zauważa Grzegorz Rykaczewski.

Prognozy (nie) są dobre

Ekspert z aplikacji Zdrowe Zakupy przypomina, że mniejsze zbiory dotyczą właściwie całej Europy. W analizowanym okresie podaż na rynku była niższa, co wpłynęło na wzrost cen wykupu, a to z kolei bezpośrednio przełożyło się na podwyżki cen regularnych i promocyjnych w sieciach handlowych. Niestety ze względu na kolejny rok suszy w rolnictwie i mniejsze zbiory, ceny wciąż mogą pozostać na wysokim poziomie.

– Jeśli zaobserwowany trend spadku cen z drugiej połowy 2019 r. utrzyma się w kolejnych miesiącach, to w pierwszym kwartale 2020 r. konsumenci zapłacą mniej za warzywa niż na początku roku 2019. Wciąż jednak będzie to wyższy poziom niż dwa lata temu – prognozuje analityk z Santander Bank.

Natomiast prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw przewiduje, że w kolejnych latach konsumenci będą musieli płacić coraz więcej za warzywa gruntowe. Wpłyną na to niskie zbiory z lat 2018-2019, a kluczowe znaczenie będzie miała zapowiadana na ten rok susza. Trzeba być na to przygotowanym szczególnie w sytuacji, gdy anomalia pogodowe dotykają producentów w wielu krajach.

Nowoczesne statuetki i podziękowania biznesowe

Koniec roku to doskonały moment do podsumowania zrealizowanych projektów, nawiązanych nowych kontaktów, czy udziałów w interesujących wydarzeniach. Warto dla najważniejszych osób przygotować podziękowania biznesowe, które nadadzą trwałości Waszej współpracy. To cenny i elegancki gest, który jest bardzo miło odbierany. To wyrażenie głębokiej wdzięczności, czy podziękowanie za wsparcie.

Zastanawiasz się jaką formę wybrać? Firma nagrody.pl bez wątpienia pomoże Ci w Bez wątpienia najlepszym podziękowaniem biznesowym będzie nowoczesna statuetka, czy elegancki dyplom. To bardzo prestiżowe wyróżnienia dla partnerów biznesowych, kontrahentów, czy prelegentów. Profesjonalny zespół gwarantuje Ci, że znajdziesz w asortymencie nowoczesne statuetki biznesowe, które będą świadczyć nie tylko o Twoim sukcesie, ale i wyróżnionej przez Ciebie osoby. Sprawdź w jaki sposób stawiają na elegancję wykonując nowoczesne statuetki i podziękowania biznesowe.

Statuetki i certyfikaty biznesowe na zamówienie

Do produkcji podziękowań biznesowych wykorzystuje najnowsze technologie i najwyższej jakości materiały, takie jak drewno, czy szkło. Daje Ci to gwarancję, że do wyróżnionej osoby trafią najlepsze statuetki biznesowe. Mogą mieć one dowolny kształt – jako producentem statuetek firma nagrody.pl może dla Ciebie wykonać każdą formę tego wyróżnienia. To niemal nowoczesne rzeźby, które zrobią piorunujące wrażenie na obdarowanych osobach. Statuetki biznesowe na zamówienie możesz podarować swoim partnerom biznesowym, czy nawet pracownikom. Możesz nawiązać w nich do charakteru Twojej firmy i świadczonych przez Ciebie usług, co na pewno zostanie od razu zauważone. Takie biznesowe statuetki prezentują się niezwykle efektownie i bardzo luksusowo. Doskonałą ozdobą firmowego biura są również drewniane certyfikaty. Wykonane z kolorowym nadrukiem na pewno zajmą honorowe miejsce w każdym gabinecie. Nieograniczone możliwości nowoczesnego druku UV pozwalają na wykonanie każdego elementu graficznego. Drewniany dyplom to podziękowanie biznesowe w bardzo dobrym guście. W bogatej ofercie nagrody.pl z pewnością znajdziesz nowoczesne statuetki i podziękowania biznesowe.

Nagrody biznesowe o nowoczesnym designie

Wieloletnie doświadczenie firmy nagrody.pl pozwala na wykonanie innowacyjnych projektów na statuetki jubileuszowe i biznesowe, których nie spotkasz na sklepowych półkach. Wszystkie wykonuje się na indywidualne zamówienie, co jeszcze bardziej podkreśla ich wyjątkowość. Dotychczasowe realizacje są najlepszą rekomendacją ich szerokich możliwości. Podejmując się wykonania często skomplikowanych statuetek, czy certyfikatów nagrody.pl staje na wysokości zadania. Już od pierwszej rozmowy klienci są pod opieką profesjonalistów, aż do dostawy swych podziękowań. Nagrody.pl słyną z dokładności i niespotykanej staranności. Statuetki na podziękowania biznesowe nie tylko świetnie prezentują się na zdjęciach, ale i na żywo. Zadziwiają wysokim poziomem detali i emanują nowoczesnością. Zachęcamy do zapoznania się z ofertą na podziękowania biznesowe, które właściwie pokażą Twoją firmę.

Polityka monetarna RPP bez zmian

Na lutowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej, zgodnie z oczekiwaniami, pozostawiła stopy procentowe NBP na niezmienionym poziomie. Od niemal pięciu lat stopa referencyjna utrzymuje się na historycznie niskim poziomie 1,5%. RPP postrzega spodziewany na początku tego roku wzrost inflacji jako przejściowy oraz liczy na to, że inflacja będzie się obniżać. Zdaniem Rady rozwój koronawirusa stanowi ryzyko dla światowej gospodarki, jednak jego wpływ na realny wzrost globalny, ale także w Polsce powinien być ograniczony. W opinii RPP koniunktura pozostaje dobra mimo obniżającego się tempa wzrostu gospodarczego w czwartym kwartale ubiegłego roku. Komunikat oraz wypowiedzi członków RPP po posiedzeniu wskazują, że wciąż najbardziej prawdopodobnym scenariuszem pozostaje utrzymanie obecnych stóp procentowych.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 2,00%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zyskały 2,14%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień ze wzrostem: o 1,50% dla sWIG80 oraz o 1,68% dla mWIG40.

Nadchodzący tydzień nie przyniesie zbyt wielu danych makroekonomicznych. W środę (12.02.2020) prezes Fed przedstawi półroczny raport na temat polityki monetarnej przed komisją bankową Senatu USA. W czwartek (13.02.2020) poznamy inflacje CPI oraz liczbę nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Natomiast w piątek (14.02.2020) nadejdzie kolej na dane dotyczące sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej w USA.
Poza tym, w czwartek (13.02.2020) poznamy saldo obrotów towarowych Polski, a w piątek (14.02.2020) inflacje CPI oraz wstępne dane o PKB.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Rynek walutowy reaguje na poprawę sentymentu w kontekście koronawirusa

Miniony tydzień przyniósł umocnienie polskiej waluty w parze z euro. Złotemu sprzyjały sygnały sugerujące stabilizację sytuacji w kontekście koronawirusa, który obecnie stanowi chyba najbardziej trudne do oszacowania ryzyko dla światowej gospodarki.

Informacje sugerujące, że tempo wzrostu zachorowań w Chinach nie rośnie, przełożyły się na poprawę sentymentu do niektórych aktywów. W minionym tygodniu na wartości zyskiwały dolar amerykański oraz waluty azjatyckie, które szczególnie skorzystały na poprawie nastrojów. Dolarowi amerykańskiemu sprzyjały również dobre dane z gospodarki, w tym szczególnie styczniowy raport z rynku pracy, który potwierdził, że wzrost gospodarczy w Stanach Zjednoczonych – który już teraz jest najdłuższym nieprzerwanym okresem ekspansji w historii tego kraju – nadal nie chyli się ku końcowi. Słabo radziły sobie natomiast waluty safe-haven, takie jak frank szwajcarski, oraz inne główne waluty europejskie.

W tym tygodniu uwaga rynku najpewniej pozostanie skupiona na kolejnych doniesieniach dotyczących rozwoju epidemii koronawirusa w Chinach, jak i na świecie. Inwestorzy zwrócą też uwagę na komentarze decydentów z kluczowych banków centralnych, w tym przemówienia przewodniczącego Fed, Jerome’a Powella, przed Kongresem oraz dane ekonomiczne – w tym m.in. odczyty dynamiki PKB w Wielkiej Brytanii i strefie euro w IV kwartale ubiegłego roku (odpowiednio we wtorek i piątek), dane o produkcji przemysłowej w strefie euro w grudniu (środa), a także dane o inflacji konsumenckiej w USA (czwartek). Poruszenie mogą wywołać również wtorkowe prawybory Partii Demokratycznej w stanie New Hampshire. Zwłaszcza jeżeli ich wynik potwierdzi, że faworytem w wyścigu o nominację Demokratów do wyborów prezydenckich jest kandydat z lewego skrzydła partii, Bernie Sanders.

PLN

Ostatnie dni przyniosły wzrost zmienności złotego. Po umocnieniu w pierwszej części tygodnia, polska waluta oddała część zysków względem euro, jednak i tak zakończyła tydzień na plusie.

Dane PMI dla przemysłu, które poznaliśmy w ubiegłym tygodniu, rozczarowały. Spotkanie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło z kolei żadnych istotniejszych informacji poza potwierdzeniem stanowiska prezesa Glapińskiego, który w dalszym ciągu sugeruje, że gdyby w ramach obecnej kadencji RPP miało dojść do zmiany stóp procentowych, ich obniżka jest bardziej prawdopodobna niż podwyżka.

W tym tygodniu uwaga rynku powinna skupić się na danych makroekonomicznych z Polski. W piątek poznamy dwie kluczowe publikacje: odczyt inflacji konsumenckiej w styczniu oraz dane o wzroście gospodarczym w końcówce ubiegłego roku. Konsensus oczekuje mocnego  podbicia inflacji i wyraźnego wyhamowania tempa dynamiki PKB w relacji do poprzednich odczytów.

GBP

W ubiegłym tygodniu styczniowe odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI w Wielkiej Brytanii zostały zrewidowane w górę. Dobrze wróży to wzrostowi gospodarczemu w 2020 roku. Rewizja nie zdołała jednak uchronić funta przed deprecjacją, zwłaszcza w parze z dolarem amerykańskim. Funtowi brytyjskiemu w ostatnich dniach nie sprzyjała szczególnie ostra retoryka Borisa Johnsona w kontekście negocjacji z UE.

Oczekiwania względem wtorkowego odczytu dynamiki PKB w Wielkiej Brytanii są dość stonowane. Mediana ekonomistów oczekuje płaskiego wzrostu. Nie jest to zaskoczeniem – na dane wpływ miała bowiem niepewność związana z Brexitem, która utrzymywała się do czasu wyborów parlamentarnych w grudniu. Niemniej, uwzględniając sam fakt, jak niskie są  prognozy, niewykluczone jest, że dane okażą się lepsze od konsensusu. Sam funt brytyjski obecnie wydaje się nadmiernie wyprzedany, zwłaszcza w parze z dolarem amerykańskim.

EUR

W ostatnich tygodniach euro charakteryzowało się słabością w parze z dolarem amerykańskim. Obecnie znajduje się nieco poniżej kluczowego poziomu 1,10. W związku z tym, że eksport ma istotne znaczenie dla gospodarek wspólnego bloku (przychody z niego  odpowiadają za ok. 40% PKB strefy euro), zachowanie wspólnej waluty w ostatnich tygodniach można częściowo powiązać z obawami związanymi z koronawirusem.

Co tyczy się danych ze strefy euro, w środę poznamy (już obecnie dość wsteczne) dane o produkcji przemysłowej w grudniu. W piątek natomiast opublikowane zostaną szacunki dynamiki wzrostu PKB w IV kwartale ubiegłego roku. W najbliższych dniach kilkukrotnie przemawiać będą też oficjele z EBC, w tym przewodnicząca banku centralnego, Christine Lagarde. Mało prawdopodobne wydaje się jednak, żeby ich komentarze pozwoliły nam ocenić, czego dotyczą dyskusje obecnie toczące się w banku centralnym. Zachowanie głównej pary w tym kontekście w dużym stopniu powinno zależeć od wieści z USA, a także z Chin.

USD

Podczas wystąpień przewodniczącego Rezerwy Federalnej, Jerome’a Powella, we wtorek i środę, najpewniej po raz kolejny usłyszymy optymistyczny ton oraz stwierdzenie, że gospodarka Stanów Zjednoczonych radzi sobie dobrze, nie generując presji na wzrost dynamiki cen. Powell powinien również powtórzyć, że Rezerwa Federalna zamierza wstrzymać się z kolejnymi zmianami w zakresie polityki monetarnej w dającej się przewidzieć przyszłości. Źródłem optymizmu w jego wypowiedzi może być też sytuacja na amerykańskim rynku pracy – ostatnie dane pokazały istotny wzrost zatrudnienia w sektorach pozarolniczych i przyspieszenie dynamiki płac w styczniu.

Czwartkowy odczyt inflacji CPI powinien potwierdzić, że dynamika cen w USA jest mniej więcej zgodna z celem inflacyjnym Fedu, oraz że na ten moment nie jest konieczne zacieśnianie polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych. W kontekście rynku walutowego, ostatnia aprecjacja dolara amerykańskiego w parze z euro wydaje się nam przesadzona. Jesteśmy zdania, że w najbliższych tygodniach możliwe będzie umocnienie euro w relacji do dolara amerykańskiego do poziomu 1,115, czyli do okolic górnej granicy widełek w których ostatnio poruszała się główna para.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Koronawirus z Wuhan miesza na rynkach

  • Koronawirus wstrzymuje chińskie PKB
  • Ludowy Bank Chin dał impuls rynkom
  • Amerykański Senat odrzucił impeachment Trumpa

Od kilkunastu dni jedenastomilionowe miasto Wuhan jest objęte kwarantanną, ludzie nie mogą opuszczać swoich mieszkań, a wszelki ruch został wstrzymany. Na decyzję o otwarciu fabryk i wznowieniu produkcji czekają też rynki. Przedłużający się okres przestoju w fabrykach Państwa Środka negatywnie wpływa nie tylko na globalną gospodarkę. W tej chwili rynek zakłada pozytywny scenariusz, zgodnie z którym kwarantanna zostanie zniesiona i sytuacja niebawem wróci do normy, wiec ewentualne jej przedłużenie może doprowadzić do spadków na światowych giełdach i wzrostu zmienności.

Analitycy szacują, że w wyniku epidemii w pierwszym kwartale wzrost chińskiego PKB może spaść o 2 proc. Strata przełoży się na wynik chińskiej gospodarki w całym roku, co istotnie wpłynie na światowe giełdy. Kraje rynków wschodzących,  w tym Chiny, miały być pozytywnym bodźcem dla wzrostu GDP w tym roku.

Koronawirus wpłynął także na notowania surowców. Spadły ceny ropy naftowej, miedzi i metali przemysłowych. Wstrzymanie chińskiej gospodarki w znacznym stopniu obniżyło popyt Chin, będących jednym z największych odbiorców tych surowców na świecie. Z drugiej strony wzrost zmienności oraz obawy o spowolnienie globalnych gospodarek to dobre otoczenie makroekonomiczne dla cen złota.

Po obchodach Chińskiego Nowego Roku, by złagodzić negatywny wpływ epidemii na gospodarkę, Bank of China, centralny bank tego kraju, zasilił rynek kwotą 173 mld dolarów, zwiększając płynność w systemie bankowym. Wsparcie banku dało impuls rynkom i widoczne są już pewne oznaki stabilizacji.

Za oceanem umocniła się pozycja urzędującego prezydenta. Zgodnie z oczekiwaniami amerykański Senat odrzucił impeachment Donalda Trumpa. Rynki czekają na wyniki prawyborów w Partii Demokratycznej i nazwisko oficjalnego kandydata w wyścigu o fotel prezydenta USA.

Marek Straszak, Dyrektor Inwestycyjny ds. Zarządzania Aktywami i Doradztwa Inwestycyjnego Generali Investments TFI 

Inflacja rośnie, stopy procentowe bez zmian

  • Czeski Bank Centralny zaskoczył rynki podnosząc stopy procentowe
  • Wysokie odczyty inflacji nie wpływają na decyzję RPP

Europejski Bank Centralny i FED utrzymują politykę niskich stóp procentowych. Zdeterminowana w tym celu wydaje się także Rada Polityki Pieniężnej, która nie zmieniła retoryki i utrzymała referencyjne stopy procentowe na poziomie 1,5 proc.

Wciąż trwa wyraźny wzrost inflacji, która w styczniu przekroczy 4 proc. Będzie zatem ona znacznie wyższa od górnego pasma (3,5 proc.) dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego (2,5 proc). Wolniej niż zakładano nastąpi też schodzenie inflacji do niższych poziomów.  Z wyższą inflacją, ponad przedziałem wahań wokół celu Narodowego Banku Polskiego, przyjdzie nam się mierzyć przez cały 2020 rok.

Rada Polityki Pieniężnej jako jedną z przyczyn wzrostu inflacji wskazuje wzrost cen żywności o 6,9 proc. Patrząc jednak na dekompozycję inflacji zauważyć można, że rosną też ceny usług w obszarze zdrowia, łączności, rekreacji i kultury, gastronomii i hotelarstwa czy edukacji. Te elementy wchodzą już do inflacji bazowej, a zatem do kategorii, na którą RPP ma większy wpływ niż np. ceny paliw czy żywności. Taka sytuacja pokazuje, że znaczącą rolę na ceny ma obecna sytuacja na rynku pracy. Od stycznia wzrosła pensja minimalna, kolejny raz spadła stopa bezrobocia, a wskaźnik zatrudnienia jest na historycznie wysokim poziomie (63,7 proc.). Pokazuje to, że rezerwy zasobu pracy w gospodarce wyczerpują się (zarówno spadająca stopa bezrobocia, jak i aktywizacja osób dotychczas nieaktywnych na rynku pracy).

Zaskakująco dla rynków zachował się Czeski Banki Centralny, który wbrew przewidywaniom ekonomistów 6 lutego podniósł główną stopę procentową o 0,25 proc. z poziomu 2 proc. do 2,25 proc. Polityka pieniężna naszych południowych sąsiadów jest najbardziej klasyczna w regionie. Czesi zareagowali podwyżką na przekroczenie akceptowalnego poziomu odchyleń od celu inflacyjnego 2,0%+-1% oraz gorsze niż poprzednie prognozy inflacji na rok 2020.

Andrzej Czarnecki, Dyrektor Inwestycyjny ds. Papierów Dłużnych Generali Investments TFI

Credit Agricole obniża prognozy wzrostu dla Polski

Prognozy wzrostu PKB dla naszego kraju to nie jest coś, co poprawia nastrój. Kolejna instytucja obniża swoje projekcje na 2020 rok. Patrząc na wynik w IV kwartale, nie powinno to dziwić.

Spadają prognozy wzrostu dla Polski

Rok 2020 ma się zakończyć wzrostem na poziomie 2,7%, a nie jak dotychczas sądzono 3,0%. Tak przynajmniej uważają specjaliści z Credit Agricole. Powodem obniżenia prognozy jest gorszy wynik za 2019 rok oraz, co ciekawe, epidemia koronowirusa. Dość szybko znalazła ona swoje odzwierciedlenie w prognozach. Analitycy spodziewają się najwyraźniej szybkiego wpływu i zaniknięcia, bo na rok 2021 utrzymano prognozę na poziomie 3,3%.

Ceny rosną szybciej niż oczekiwano w Chinach

Ostatni rok to wyraźne przyspieszenie wzrostu cen w Państwie Środka. Rezultat 5,4% to najwyższy wynik od drugiej połowy 2011 roku. Od tego czasu tylko momentami inflacja przekraczała 3%. Warto zwrócić uwagę, że jeszcze rok temu inflacja wynosiła 1,5%, a od tego czasu dokonano 3 obniżek stóp procentowych, jednakże były to ruchy o 0,05%, nie powinny mieć zatem tak istotnego wpływu na rynek. Dla porównania Amerykanie, pomimo tego, że znajdują się na niższych poziomach stóp procentowych, zmieniają je przeważnie o 0,25%, czyli pięć razy mocniej.

Amerykański rynek pracy

 Stopa bezrobocia w USA co prawda wzrosła, aczkolwiek w tym samym momencie poznaliśmy dane o zwiększonej ilości nowych miejsc pracy. Jak to często bywa, bezrobocie bezrobociu nierówne. W USA zakłada się, że bezrobotny to taki, który szukał pracy przez ostatnie 4 tygodnie, ale jej nie znalazł. Może się zatem zdarzyć, że dobra koniunktura aktywizuje osoby długotrwale nieposiadające pracy do powrotu na rynek. Może wtedy dojść do sytuacji, gdzie pomimo tworzenia nowych miejsc pracy, przybywa bezrobotnych. Wskaźnikiem, który potwierdza dobrą kondycję rynku pracy jest wzrost płac. Inwestorzy zwrócili uwagę na nowe miejsca pracy bardziej niż na stopę bezrobocia, bo dolar zyskiwał.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Dynamika rynku nieruchomości i prognozy na 2020 rok

W ostatnich latach możemy zauważyć silny wzrost podaży mieszkań, co jest wywołane niesłabnącą chęcią inwestycji w nieruchomości przez społeczeństwo. W samym 2018 r. sprzedano niemal 65 tysięcy mieszkań w sześciu największych polskich miastach. W konsekwencji, wysoki popyt na zakup nieruchomości – bardzo często w celach inwestycyjnych – przełożył się na istotny wzrost cen.

Możemy również zaobserwować rosnące zainteresowanie najmem instytucjonalnym przez podmioty międzynarodowe. Globalne fundusze decydują się na zakup nawet całych grup deweloperskich w celu szybkiego zbudowania portfela mieszkań na wynajem. Jednym z takich przykładów jest przejęcie Vantage Development przez TAG Immobilien. Silne zwiększenie podaży mieszkań na przestrzeni kilku ostatnich lat wydaje się przeważać nad wzrostem popytu ze strony najemców, co z kolei hamuje przyrost wysokości stawek najmu, a w efekcie wywiera presję stopy zwrotu z inwestycji mieszkaniowych. Obserwujemy także zwiększające się zróżnicowanie preferowanych form najmu w zależności od lokalizacji oraz charakteru budynku. Właściciel, szukając najwyższej stopy zwrotu z inwestycji, powinien rozważyć zarówno możliwości oferowane przez najem długoterminowy, jak i krótkoterminowy. Warto też wziąć pod uwagę bardziej alternatywne formy najmu, jak mieszkania studenckie, senioralne czy kwatery pracownicze. Z perspektywy zarządzania najmem, obserwujemy rosnące oczekiwania najemców, tak pod względem standardu wynajmowanych mieszkań, jak i jakości obsługi samego najmu.

Prognozy dla branży nieruchomości

Sytuacja na rynku nieruchomości pod koniec 2019 r. pozwala zaobserwować pewne wyhamowanie tempa wzrostu cen mieszkań. Z dużym prawdopodobieństwem wydaje się, że ceny powinny ustabilizować się na aktualnych poziomach przez okres 2020 r. Mimo wysokich pułapów, popyt na nowe mieszkania również pozostaje bardzo wysoki. Tak nietypowa sytuacja może co prawda w najbliższym czasie przełożyć się na spadki cen, lecz jest to perspektywa, której oczekuje cała branża już od około sześciu miesięcy wstecz. Wyjątkiem jest oczywiście scenariusz kryzysowy, który determinuje zupełnie nieprzewidywalne prognozy. Przewidujemy natomiast, że segment najmu instytucjonalnego – krótko- i długoterminowy – będzie wiodącym motorem napędowym wzrostu cen w najbliższych 2-3 latach ze względu na zmniejszającą się liczbę działek o przeznaczeniu mieszkaniowym na sprzedaż w dużych miastach.

Najem mieszkań alternatywą dla zakupu na kredyt

Inwestycje w mieszkania nadal mogą liczyć na wysokie stopy zwrotu w porównaniu do lokat bankowych rzędu 5-6% z perspektywy dużych miast. Należy jednak mieć na uwadze, że rosnąca konkurencyjność rynku zmniejsza liczbę okazji inwestycyjnych dających możliwość nieproporcjonalnie wysokiego zwrotu. Grupy, które dotychczas napędzały wzrost popytu na najem, jak imigranci czy studenci, faktycznie wydają się być mniej istotne niż w poprzednich latach. Są one jednak sukcesywnie zastępowane szerszym trendem wśród młodszej części społeczeństwa, który dotyczy wynajmowania mieszkań jako alternatywy dla zakupu na kredyt. Zmiana ta powinna sprzyjać mobilności społecznej, co jest z kolei zbieżne z trendami panującymi w innych krajach Europy Zachodniej. Interesującym czynnikiem jest również dojrzewający rynek profesjonalnych zarządców najmu krótko- i długoterminowego. Wysokiej jakości operator jest w stanie zapewnić właścicielowi pełną bezobsługowość mieszkania, komunikację z najemcą, a także konserwację techniczną nieruchomości. Zagraniczne doświadczenia sugerują, że profesjonalnie zarządzane mieszkanie jest w stanie wygenerować nawet do 20% wyższego przychodu w przeciwieństwie do samodzielnego zarządzania przez właściciela.

Aleksander Jóźwik, Chief Strategy Officer, Rent like home

Umowa dowodowa – szanse i zagrożenia

7 listopada 2019 r. weszła w życie nowelizacja kodeksu postępowania cywilnego (dalej „KPC”). Wprowadzone zmiany dotyczą całej procedury, jednak prawdziwa rewolucja odnosi się do postępowania gospodarczego. Ustawa przywraca jego odrębność, wprowadzając przy tym szereg nowych, dotychczas nieznanych polskiemu KPC rozwiązań. Jedną ze zmian o prawdziwie fundamentalnym znaczeniu jest wprowadzenie tzw. umowy dowodowej, która pozwoli stronom procesu zdecydować, co może być dowodem w sprawie, a co będzie pozbawione mocy dowodowej. To nowe narzędzie może znacznie utrudnić dowodzenie w postępowaniu, ale jego przemyślane wykorzystanie może także pomóc w uzyskaniu korzystnego rozstrzygnięcia.

Na czym polega umowa dowodowa?

Zgodnie z art. 4589 § 1 KPC „w postępowaniu gospodarczym strony mogą się umówić o wyłączenie określonych dowodów w sprawie z określonego stosunku prawnego powstałego na podstawie umowy (umowa dowodowa)”.

Przepis ten pozwala wprowadzać uzależnione jedynie od woli stron ograniczenia dowodowe, jednak nie w każdym postępowaniu. Zawarcie takiej umowy jest możliwe jedynie w sprawach gospodarczych, a więc przede wszystkim w sporach ze stosunków cywilnych między przedsiębiorcami w zakresie prowadzonej przez nich działalności gospodarczej.

Umowa może wyłączać jedynie określone dowody w sprawie z określonego stosunku prawnego. To sprawia, że umowa dowodowa musi zostać odpowiednio doprecyzowana. Konieczne jest wskazanie konkretnych dowodów lub ich kategorii, które nie będą mogły zostać wykorzystane w postępowaniu. Dodatkowo takie wyłączenie znajdzie zastosowanie jedynie w określonej, jednoznacznie sprecyzowanej sprawie wyznaczanej przez dany stosunek prawny. Nie jest więc możliwe zawarcie ogólnej umowy dowodowej odnoszącej się do wszystkich spraw między przedsiębiorcami.

Należy także pamiętać, że umowa może dotyczyć stosunków prawnych powstałych w drodze umowy, nie zaś wynikających np. z czynów niedozwolonych popełnionych przez jedną ze stron.

Wymogi formalne

Przepisy wprowadzają także szczególne regulacje dotyczące tego, jak umowa dowodowa może zostać zawarta. Zgodnie z art. 4589 § 2 KPC umowę dowodową zawiera się na piśmie pod rygorem nieważności albo ustnie przed sądem. Jednocześnie, w myśl § 3 wskazanego artykułu umowa dowodowa zawarta pod warunkiem lub z zastrzeżeniem terminu jest nieważna.

Wskazane regulacje to kolejne ograniczenia, które mają sprawić, że umowa będzie zawierana z większą rozwagą oraz ograniczy możliwość jej stosowania jedynie na korzyść jednej ze stron. Zgodnie bowiem z tymi regulacjami umowa dowodowa nie zostanie zawarta np. w korespondencji e-mailowej. Nie będzie także możliwości wprowadzenia szczególnych zastrzeżeń, które sprawią, że powołanie się na nią będzie możliwe jedynie w razie wystąpienia określonych, korzystnych dla jednej ze stron okoliczności.

Kiedy powołać się na umowę dowodową?

Ustawa nie wskazuje, kiedy strony powinny zawrzeć umowę dowodową. Może to więc nastąpić zarówno w trakcie rozpoczynania współpracy (np. w umowie regulującej jej zasady), w trakcie sporów przedsądowych, jak też już w postępowaniu przed sądem. Wówczas jednak objęcie umową dowodu przeprowadzonego przed jej zawarciem nie pozbawia go mocy.

Ustawa ogranicza jednak możliwość podniesienia zarzutu nieważności lub bezskuteczności umowy dowodowej, który zgodnie z 4589 § 4 KPC można podnieść najpóźniej na posiedzeniu, na którym powołano się na umowę, a jeśli uczyniono to w piśmie procesowym – najpóźniej w następnym piśmie albo na najbliższym posiedzeniu.

Umowę można spożytkować z korzyścią dla siebie

Umowa dowodowa daje nowe możliwości ustalania strategii postępowania oraz prowadzenia sporu, i to nie tylko w postępowaniu sądowym. Odpowiednie wskazanie niedopuszczalnych w procesie dowodów może sprawić, że druga strona będzie dużo rozważniej sięgała po pozew. Umowa może także znacznie ułatwić wygraną przed sądem, gdy nie pozwoli przeciwnikowi procesowemu wykazać istotnej dla niego okoliczności. Dobrze przewidując możliwy przebieg potencjalnego sporu, już w chwili rozpoczynania współpracy można więc postarać się o zwiększenie swoich szans na pozytywne rozstrzygnięcie.

Dodatkowo ustawa daje przewagę przedsiębiorcom będącym osobami fizycznymi. Zgodnie z art. 4586 § 1 KPC przepisy dotyczące postępowania gospodarczego, a więc także dotyczące umowy dowodowej, mogą zostać wyłączone w danej sprawie na wniosek osoby, która nie jest przedsiębiorcą lub jest przedsiębiorcą będącym osobą fizyczną. Wówczas sąd będzie stosował przepisy KPC z pominięciem odrębności przewidzianych dla tego postępowania. Ci przedsiębiorcy mogą więc zapewnić sobie przewagę, sprawiając, że regulacje znajdą zastosowanie tylko w tych sporach, w których będzie to dla nich korzystne.

Nowy mechanizm należy stosować z rozwagą

Nowe regulacje mogą przyczynić się także do usprawnienia postępowania. Strony, ustalając z góry sposób, w jaki można dowodzić przed sądem okoliczności związanych z daną umową, wyłączają możliwość powoływania szeregu dowodów prowadzących do wydłużenia postępowania i zwiększenia jego kosztów. Jednocześnie takie porozumienie, określając np., że przeprowadzenie dowodów z zeznań świadków czy korespondencji między stronami nie będzie możliwe, może skłonić do dokonania dokładniejszych ustaleń w pisemnej umowie przewidującej zasady współpracy.

Przedsiębiorcy, zawierając takie umowy, muszą mieć jednak na uwadze, że niosą one za sobą nie tylko korzyści, ale też ogromne ograniczenia. Umowa dowodowa sprawia, że udowodnienie wielu okoliczności może nie być możliwe. Tym samym, zawierając umowę dowodową, trzeba zawsze przewidywać jej konsekwencje i wpływ na potencjalne postępowanie. To zaś może okazać się niezwykle trudne, zwłaszcza gdy nie ma się dużego doświadczenia w prowadzeniu sporów sądowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Potwierdzone spowolnienie gospodarcze Polski – analiza Euler Hermes

  • Realny PKB Polski wzrósł o +4.0% w 2019, co oznacza spadek z poziomu +5.1% w 2018 r.
  • Głównym motorem napędowym wzrostu w 2019 r. był popyt krajowy (+3.6 p.p.),
  • Konsumpcja prywatna wzrosła o +3.9%, co oznacza spadek z +4.3% w 2018 r.
  • Wskaźnik PMI dla przemysłu spadł do kwartalnej średniej 46.8 punktów w IV kw. 2019 r., poziomu najniższego od ponad 10 lat.
  • Prognozujemy dalsze całoroczne spowolnienie wzrostu gospodarczego na poziomie +3.2%, ale ze stopniowym ożywieniem w kolejnych kwartałach.

Oczekiwane spowolnienie wzrostu gospodarczego Polski w 2019 r. zostało potwierdzone. Realny PKB wzrósł o +4.0% w roku jako całości, co oznacza spadek z poziomu +5.1% w 2018 r. i osiągnięcie wartości nieco poniżej prognozy konsensusu (+4.2%), według wstępnych danych szacunkowych. Informacje dotyczące strony popytowej dostępne są tylko częściowo, ale wskazują, że głównym motorem napędowym wzrostu w 2019 r. był popyt krajowy (+3.6 p.p.), podczas gdy wkład eksportu netto wyniósł +0.4 p.p. Konsumpcja prywatna wzrosła o +3.9%, co oznacza spadek z +4.3% w 2018 r. Dzięki kontynuowanemu wykorzystaniu funduszy UE na kwalifikujące się projekty, inwestycje trwałe wciąż jeszcze odnotowały wzrost +7.8% w ostatnim roku, chociaż nieco poniżej poziomu +8.9% uzyskanego w 2018 r. Zapasy odjęły -0.8 p.p. od całościowego wzrostu PKB w 2019 r., będąc tym samym głównym elementem przyczyniającym się do rocznego spowolnienia.

Dane z całego roku sugerują znaczne zwolnienie wzrostu w ostatnim kwartale 2019 r., dopełniając stały trend spadkowy w kwartalnych wskaźnikach wzrostu w trakcie roku.

Dane PKB za IV kw. nie zostały jeszcze przekazane, ale dane za rok jako całość wskazują, że wzrost rok do roku (r/r) znacząco zwolnił do +2.7% w IV kw. z +3.9% w III kw., +4.6% w II kw. i +4.8% w I kw. Te wniosek jest potwierdzony przez podobny stały spadek wzrostu produkcji przemysłowej, który osiągnął najniższy poziom od trzech lat +3.0% r/r w IV kw. Ponadto wskaźnik PMI dla przemysłu spadł do kwartalnej średniej 46.8 punktów w IV kw., poziomu najniższego od ponad 10 lat.

Dla 2020 r. Euler Hermes prognozuje dalsze całoroczne spowolnienie wzrostu gospodarczego na poziomie +3.2%, ale ze stopniowym ożywieniem w kolejnych kwartałach.

Patrząc na dane miesięczne, wskaźnik PMI dla przemysłu, a także jego podkomponenty, nowe zamówienia i nowe zamówienia eksportowe faktycznie osiągnęły najniższe poziomy w październiku 2019 r. i odnotowały lekkie ożywienie pod koniec ubiegłego roku. W konsekwencji, przewidujemy, że realny wzrost PKB osiągnie najniższy poziom na przełomie roku i prognozujemy stopniowe ożywienie (z poziomu +2.7% r/r odnotowanego w IV kw.) w trakcie 2020 r.

Co to znaczy dla przedsiębiorstw?

Opublikowane niedawno dane pokazują, że liczba upadłości przedsiębiorstw ustabilizowała się w 2019 r. (977 przypadków, -1% spadek z 988 przypadków w 2018 r.), po trzech latach znaczących wzrostów. Ten stan odzwierciedla, przynajmniej częściowo, fakt, że spadek marży zysku przedsiębiorstw niefinansowych dobiegł końca w ubiegłym roku. Dlatego w połączeniu z naszą opisaną powyżej prognozą wzrostu gospodarczego spodziewamy się kolejnego roku stabilizacji liczby upadłości w 2020 r.

Upadłości przedsiębiorstw w Polsce (dane roczne i zmiany)

potwierdzone spowolnienie gospodarcze Polski
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

AUTOR ANALIZY: MANFRED STAMER, Starszy Ekonomista Euler Hermes

Nerwowy start tygodnia

Po nerwowym starcie tygodnia rynki wykazują oznaki uspokojenia, jednak inwestorzy nie są w stanie do końca uciec od rozterek związanych z koronawirusem i jego skutkiem na globalną gospodarkę. Defensywne podejście do inwestowania dominuje i choć nie brak dowodów, że tempo rozprzestrzeniania epidemii maleje, jest mało realne, aby kolejny raz zaskakujące doniesienia o nowym leku odmieniły obraz rynku.

Po weekendzie główna uwaga skupiła się na clickbaitowych porównaniach sugerujących, że liczba śmiertelnych przypadków koronawirusa przewyższyła liczbę zabitych przez epidemię SARS w 2002/2003 r. (908 vs 774). Trzeba jednak zwrócić uwagę na różnicę w liczbie zakażonych dziś (40 tys.) i wtedy (8 tys.). Tempo rozprzestrzeniania się epidemii zwalnia przy skutecznej walce z roznoszeniem wirusa poza Chinami. Ale z perspektywy rynków temat pozostaje aktualny i przypadki medyczne automatycznie ożywiają obawy o ekonomiczne skutki epidemii. W ostatnich godzinach łagodzącym czynnikiem były informacje, że przedsiębiorstwa w Chinach wznawiają prace po przymusowej przerwie. Mimo to wciąż jest potencjał do negatywnych zaskoczeń, które zburzą stabilizację. O rajd ulgi oparty o cudowne informacje będzie dużo trudniejszy niż tydzień temu – drugi raz raporty o szczepionce nie zadziałają.

Ewaluacja skutków epidemii wirusa na globalne ożywienie pozostanie tematem nr 1 na rynkach, przy czym dopiero za kilka tygodni dane makro zaczną ukazywać skale zniszczeń. W najbliższych dniach jedyne, co będzie można ocenić, to uderzenie w nastroje konsumentów i przedsiębiorców przez pierwsze doniesienia o koronawirusie pod koniec stycznia. W USA utrzymujące się pozytywne nastroje konsumentów powinny znaleźć odbicie w dobrych wynikach sprzedaży detalicznej (pt). USA pokazują odporność na kłopoty, z jakimi borykają się inne gospodarki i to oferuje USD wsparcie w okresie podwyższonej niepewności. Nadchodzący tydzień przynosi odbywające się co pół roku sprawozdanie prezesa Fed z działalności banku centralnego. W komunikacie po ostatnim posiedzeniu FOMC stwierdzono, że decydenci są zadowoleni z obecnego nastawienia w polityce i sytuacji w gospodarce i zapewne taki przekaz Powell powtórzy w Kongresie.
W strefie euro indeks Sentix (pon) zapewne obniży się przy pogorszeniu nastrojów z powodu obaw o wirusa. W Wielkiej Brytanii grudniowe dane z przemysłu i PKB za IV kw. (wt) jeszcze nie uwzględnią optymizmu, który już można było odczytać w najnowszych PMI. Jeśli GBP ma szukać pretekstu do odbicia, to raczej nie otrzyma go w najbliższych dniach.

Z konferencji prasowej po posiedzeniu RPP w ubiegłym tygodniu wiem, że Rada jest świadoma przejściowego przestrzelenie celu inflacyjnego, a także spowolnienia gospodarczego, ale nie zamierza zmieniać swojego nastawienia. To osłabia wpływ publikacji CPI i PKB z Polski w tym tygodniu na złotego i skazuje walutę na wyłączne podleganie pod czynniki zewnętrzne. Po burzliwym tygodniu EUR/PLN stabilizuje się mniej więcej w środku tegorocznego przedziału wahań i naszym zdaniem tutaj powinien szukać poziomu równowagi.

W Nowej Zelandii RBNZ prawdopodobnie utrzyma stopę OCR na 1 proc. (śr), jednak niepewność dotyczy komunikatu, który może zostać zmieniony na bardziej gołębi w obliczu narosłych ryzyk dla ożywienia. Wpływ epidemii wirusa na rzecz wstrzymania eksportu podnosi negatywne ryzyka dla NZD w kontekście wydźwięku banku centralnego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Do końca lutego obowiązuje zgoda na odstrzał bobrów. Ekolodzy alarmują, że te zwierzęta pomagają w walce ze skutkami suszy

Zgodnie z decyzją Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Warszawie do końca lutego myśliwi mają zgodę na odstrzał bobrów. Zarządzenie to dotyczy odstrzału maksymalnie 1465 zwierząt w ciągu trzech lat (w okresach od października do lutego). Powodem tej decyzji są szkody wyrządzane przez bobry i wysokie odszkodowania wypłacane przez państwo z tego tytułu. Działacze WWF Polska przekonują, że znacznie wyższe są koszty walki z suszą w Polsce, a działalność bobrów jest pożyteczna na terenach, gdzie rolnicy borykają się z problemem niedoboru wody.

RDOŚ w Warszawie podaje, że w latach 2009–2019 wypłacił odszkodowania z tytułu szkód wyrządzonych przez bobry na Mazowszu w wysokości ponad 48 mln zł. W samym 2019 roku dyrekcja otrzymała ponad tysiąc zgłoszeń, a w wyniku analizy wypłaciła odszkodowania na kwotę ponad 8 mln zł. W ciągu tej dekady wartość odszkodowań wzrosła blisko ośmiokrotnie, a liczba zgłoszeń ponad czterokrotnie.

Jeżeli weźmiemy pod uwagę wartość odszkodowań, które są wypłacane przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska, czyli de facto z kieszeni podatników, to rzeczywiście one rosną – komentuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Karpa-Świderek, rzeczniczka WWF Polska. – Jednak musimy uwzględnić również fakt, że Polska jest krajem, który ma poważny problem z brakiem opadów, czyli rosną też koszty walki z suszą i straty przez nią  spowodowane. Rocznie jest to kwota rzędu kilku miliardów złotych.

Jak podkreśla, łącznie z powodu zmiany klimatu, czyli ekstremalnych zjawisk pogodowych, Polska traci 9 mld zł rocznie. Nawet kilka milionów złotych wypłacanych w formie odszkodowania za straty wyrządzone przez bobry (to tylko jeden z gatunków chronionych, za który Skarb Państwa wypłaca odszkodowania) jest niczym w stosunku do tego, jakie straty ponosimy jako podatnicy w związku z suszą.

Bobry to sprzymierzeńcy człowieka w czasach suszy – uściśla Katarzyna Karpa-Świderek. – Tereny, na których działają bobry, szczególnie blisko rzek, dzięki konstrukcjom, które tworzą, stają się terenami podmokłymi. Zalane łąki to może być problem dla rolników, ale w okresach suszy te łąki nie wysychają właśnie dzięki działalności bobrów.

Jak dodaje ekspertka WWF Polska, korzyści z tytułu działalności bobra odnosi całe społeczeństwo, natomiast straty bardzo często ponoszą pojedyncze gospodarstwa. Zwraca też uwagę, że nie da się wycenić pracy tych zwierząt powodującej zatrzymywanie wody w glebie i zestawić tego z kosztami budowy zbiorników retencyjnych.

Możliwe, że taka kalkulacja pokazałaby, że z finansowego punktu widzenia lepiej chronić bobry, niż je tępić, a następnie przeznaczać ogromne pieniądze na to, żeby budować sztuczne zbiorniki, które będą jeszcze dodatkowo ingerowały w przyrodę, a często wręcz niszczyły systemy rzeczne – ocenia Karpa-Świderek. – Programy ochrony Polski przed suszą będą podatników kosztować wiele miliardów złotych, a tymczasem w przyrodzie mamy sprzymierzeńca i powinniśmy to właściwie wykorzystać.

RDOŚ podkreśla, że działalność bobrów niszczy nie tylko uprawy i sady, lecz również drogi i nasypy kolejowe oraz mosty, co stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa.

Według danych GUS w roku 2000 na terenie Polski populacja bobra wynosiła niecałe 24,5 tys. osobników, w 2010 roku prawie 69 tys., a w 2018 – ponad 127 tys. osobników. Populację na Mazowszu GUS szacuje na 16,6 tys. zwierząt. Jak podkreśla RDOŚ, liczba 1,5 tys. bobrów, które mogą zostać odstrzelone w ciągu trzech lat, jest znacznie niższa niż średni przyrost naturalny populacji.

 Ich liczba rzeczywiście w ostatnich latach wzrosła do kilkudziesięciu tysięcy sztuk, ale nie zmienia to faktu, że są to zwierzęta niezwykle pożyteczne. Człowiek zaczął walczyć z tym gatunkiem do tego stopnia, że w latach 70. ubiegłego wieku wytępił go niemal całkowicie. Wielkim sukcesem jest to, że udało się przywrócić bobra środowisku naturalnemu – mówi Katarzyna Karpa-Świderek.

Sposobów na uniknięcie niekorzystnych skutków działalności bobrów jest wiele – nie tylko odstrzał. Jedną z alternatyw wobec zabijania zwierząt jest przeniesienie ich w miejsce, gdzie występuje mniej osobników. Inny sposób to specjalne konstrukcje, które sprawiają, że poziom wody opada. Dla ochrony drzew stosowane są również siatki na pniach.

Jednak najlepszą formą zabezpieczenia jest sprawny system odszkodowań dla rolników, aby zrekompensować im straty, które wynikają z obecności bobrów. Należy również przeanalizować sposób wykorzystywania terenów zalewowych rzek i podchodzić do natury z pewną dozą pokory. Człowiek powinien dostosować się do natury, a nie tylko wykorzystywać ją do swoich potrzeb – zauważa Katarzyna Karpa-Świderek.

Import węgla do Polski tańszy niż krajowe wydobycie

Chociaż Polska importuje obecnie coraz mniej węgla z Rosji, nie oznacza to, że zmniejszył się też ogół dostaw tego surowca do naszego kraju. Polski węgiel, który jest najdroższą ofertą na rynku, okazuje się też ostatnim wyborem. Taniej jest sprowadzić surowiec z giełdy – nawet z tak egzotycznych kierunków jak RPA, Australia, czy Kolumbia.

– Węgiel ten jest importowany do Polski i okazuje się tańszy od tego, co oferują nasi górnicy. Wydobycie surowca w naszym kraju jest nieefektywne. Do tego polskie złoża znajdują się coraz głębiej – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – Wydobycie węgla kosztuje więc coraz więcej ze względów obiektywnych, czyli geologicznych. Dlatego rozwiązaniem tego problemu są bolesne reformy, które pozwolą dostosować nasz sektor do nowych, trudnych realiów – aby przetrwał na taką skalę, jak to tylko możliwe. Najgorszym rozwiązaniem jest zakłamywanie rzeczywistości przez polityków, którzy obiecują nawet kolejne 200 lat zużycia węgla w Polsce. Czasy dobrobytu w sektorze węglowym niewątpliwie dobiegły końca. Nie oznacza to jednak, że surowiec ten nie może przetrwać. Jeżeli pójdziemy w całkiem nowym, innowacyjnym kierunku, będzie on jeszcze przez wiele lat służył polskiej gospodarce – zapowiada Jakóbik.

W Polsce dwie trzecie największych firm wdrożyło już działania proekologiczne. Prawie połowa obawia się, że ich koszty będą większe niż korzyści

Za 70 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych od 1988 do 2015 roku odpowiada 100 firm, które mają najbardziej szkodliwy wpływ na środowisko. W nadchodzących latach to właśnie sektor przedsiębiorstw będzie mieć decydujące przełożenie na stan środowiska. Jak wynika z raportu DNB Bank Polska i PwC „Kierunki 2020”, w Polsce już 2/3 największych firm wdrożyło inicjatywy proekologiczne, z których najczęstsze to segregacja odpadów, używanie energooszczędnych żarówek i akcje edukacyjne. 45 proc. z nich sądzi, że przyniesie im to realne korzyści finansowe. Jednak podobny odsetek firm nadal uważa, że choć takie działania pozytywnie przekładają się na wizerunek, to ich koszty wciąż przeważają nad korzyściami.

Liczba ludzi żyjących na Ziemi podwoiła się w ciągu ostatnich 50 lat. Jednocześnie w tym czasie o 94 proc. wzrosła emisja gazów cieplarnianych, a ilość wykorzystywanej energii w przeliczeniu na jedną osobę zwiększyła się o 44 proc. Jeżeli – zgodnie z prognozami ONZ – populacja wzrośnie do 9,6 mld ludzi w 2050 roku, ludzkość będzie już potrzebować zasobów naturalnych trzykrotnie przekraczających obecne zasoby planety.

Raport „Kierunki 2020. Zielona odpowiedzialność biznesu. Czy biznes przyjazny środowisku się opłaca?” DNB Bank Polska i PwC wskazuje, że w Polsce 19,6 proc. największych firm widzi zagrożenie w zmianach klimatycznych, a prawie 1/4 uznaje zanieczyszczenie środowiska za największe wyzwanie ludzkości.

– Przeanalizowaliśmy kilka branż pod kątem ich szkodliwości i wpływu na środowisko naturalne, biorąc pod uwagę m.in. emisję gazów cieplarnianych, zużycie i zatrucie wody, zatrucie gleby czy produkcję odpadów. Z naszej analizy wyszło, że najbardziej szkodliwe dla środowiska są branża spożywcza – produkcja żywności – oraz przemysł wytwórczy – mówi agencji Newseria Biznes Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska.

70 proc. wody pobieranej bezzwrotnie z rzek i jezior jest wykorzystywane w rolnictwie, 20 proc. trafia do przemysłu. Inne branże także oddziałują szkodliwie na środowisko, chociaż powszechnie nie są tak postrzegane.

– Branża farmaceutyczna produkuje nawet o 55 proc. więcej gazów cieplarnianych niż przemysł samochodowy, co jest dość zaskakujące – mówi Artur Tomaszewski. – Niektóre branże, np. farmacja i handel detaliczny, choć na pozór nieszkodliwe, produkują podobną ilość plastiku tzw. krótkiego wykorzystania. Jeśli jest on niewłaściwie zagospodarowany, ma bardzo szkodliwy wpływ na środowisko. Branża TMT, czyli telekomunikacja i media, wydawałoby się, że nie ma negatywnego wpływu na środowisko, a jednak znaleźliśmy kilka takich elementów, jak chociażby ogromne ilości energii zużywanej na utrzymywanie centrów danych i klimatyzacji czy wytwarzane elektroodpady, które zawierają dużą ilość metali ciężkich.

Firmy mogą ograniczać swój negatywny wpływ na środowisko w różnoraki sposób: poprzez reorganizację procesów wewnętrznych (np. wymianę żarówek na energooszczędne, wprowadzenie segregacji odpadów w biurach, zmianę polityki podróży służbowych i promowanie wideokonferencji czy transportu kolejowego zamiast podróży samolotami), po modyfikację produktów, które dostarczają na rynek, i używanie do ich produkcji mniej szkodliwych materiałów. Mogą także kształtować postawy i pozytywne nawyki konsumenckie.

Eksperci wskazują, że to właśnie sektor przedsiębiorstw może mieć w nadchodzących dekadach decydujące przełożenie na stan środowiska. Zdają sobie sprawę z tego także sami zainteresowani. 70 proc. firm uznało, że to biznes może w największym stopniu przeciwdziałać zmianom środowiskowym. Jednocześnie ponad 73 proc. wskazało na polityków, a 63,2 proc. – na społeczeństwo.

– Najłatwiejszym do wdrożenia działaniem jest uświadamianie i edukacja konsumentów. To wbrew pozorom ma spory wpływ, ponieważ świadomy konsument będzie wybierać producentów i produkty, które są przyjazne środowisku – twierdzi Artur Tomaszewski. – Z kolei najtrudniejsza, bo wymagająca największych inwestycji, jest zmiana profilu firmy, sposobu produkcji, używanie surowców odnawialnych, poprawa procesów, które skutkują mniejszymi szkodami dla środowiska.

W Polsce już ponad 67,3 proc. największych firm wdrożyło inicjatywy, które mają zmniejszyć ich wpływ na środowisko, a 14,5 proc. ma to w planach. Najczęstszą inicjatywą jest segregacja śmieci – stosuje ją ponad 75 proc. przedsiębiorstw. Niewiele mniej (72,7 proc.) używa energooszczędnych żarówek, a 47,3 proc. prowadzi akcje edukacyjne dla pracowników. W Polsce ponad połowa dużych firm, kierując się troską o środowisko, wprowadziła też zmiany w swojej ofercie.

– Wdrożenie w firmie koncepcji ochrony środowiska i związanego z tym CSR-u musi wpisywać się w model biznesowy. To nie może być sztuka dla sztuki, bo wtedy te działania są prowadzone trochę po omacku i nie idą w parze z podstawową linią działania firmy – mówi Jacek Socha, wiceprezes zarządu PwC Polska. – Nasz raport wykazał, że opłaca się wprowadzać do biznesu koncepcje ochrony środowiska. Nawet bardziej w krajach rozwijających się niż w tych rozwiniętych, gdzie polityki prośrodowiskowe w firmach są już mocno zaawansowane.

Z raportu DNB Bank Polska i PwC wynika, że w krajach rozwijających się po zwiększeniu zaangażowania firmy w inicjatywy środowiskowe jej wskaźnik ROA, czyli zwrot z aktywów, może wzrosnąć o 3,2 proc. W krajach rozwiniętych rośnie on o 1,1 proc. Wynika to z faktu, że w państwach na wczesnym etapie rozwoju wdrożenie praktyk prośrodowiskowych, takich jak recykling odpadów czy wyłączanie nieużywanych urządzeń, jest stosunkowo proste, wymaga niskich nakładów finansowych i czasowych, a dość szybko przynosi wymierne korzyści.

W Polsce blisko połowa największych firm (44 proc.) uważa, że działania proekologiczne mogą przynieść im wymierne korzyści finansowe. Z kolei 47 proc. dostrzega w takich działaniach głównie korzyści wizerunkowe, ale ich zdaniem w krótkim okresie koszty przewyższają korzyści.

– To jednak będzie się zmieniać, ponieważ rośnie świadomość konsumentów. To oznacza, że coraz częściej będą oni wybierać produkty ekologiczne, produkowane z odnawialnych materiałów – mówi prezes DNB Bank Polska.

Jak podkreśla, działania prośrodowiskowe będą dla firm coraz bardziej opłacalne finansowo również z uwagi na presję regulacyjną, rosnące ceny paliw kopalnych czy koszty uprawnień do emisji dwutlenku węgla.

– Przykładem jest kilkukrotny wzrost ceny emisji CO2 w ciągu kilku ostatnich lat – z 4 euro na 32 euro za tonę. Również ceny surowców nieodnawialnych będą rosły. Dlatego jeśli przedsiębiorcy nie zmienią technologii, nie dostosują się, nie zmienią procesów wewnętrznych, to koszty produkcji, która szkodzi środowisku, będą coraz wyższe. Trzeci element to przewaga konkurencyjna. Nasze badania wskazują, że działania prośrodowiskowe firm to ciągle bardziej dobre praktyki niż standardy rynkowe. Dlatego też firma, która będzie działała proaktywnie w kierunku ochrony środowiska, może uzyskać na rynku pewną przewagę nad konkurencją – mówi Artur Tomaszewski.

Od 15 lutego będzie można rozliczyć się przez Twój e-PIT. Osoby prowadzące działalność gospodarczą ponownie bez takiej możliwości

0

30 kwietnia mija termin rozliczenia się z fiskusem. Osoby fizyczne mogą to robić samodzielnie od 1 stycznia lub skorzystać z gotowego rozliczenia w usłudze Twój e-PIT przygotowanego przez Krajową Administrację Skarbową. Gotowe formularze dostępne będą online od połowy lutego. – W rozliczeniach za 2019 rok miały być także e-PIT-y dla osób prowadzących działalność gospodarczą, jednak ministerstwo wycofało się z tego pomysłu, będą natomiast e-PIT-y dla osób rozliczających się z najmu podatkiem zryczałtowanym – mówi Małgorzata Słomka z Instytutu Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy.

Z rozliczenia, które przygotowuje administracja skarbowa, mogą skorzystać podatnicy, którzy rozliczają PIT-28, PIT-36, PIT-37 i PIT-38. Odnośnie do dwóch pierwszych formularzy nie dotyczy to przychodów z działalności gospodarczej i działów specjalnych produkcji rolnej. Od 15 lutego w systemie pojawią się nowe formularze PIT-28 i PIT-36. Elektroniczne rozliczenie z fiskusem ma być w tym roku w pełni zintegrowane z zewnętrznymi rejestrami, np. PESEL oraz szkolnictwa wyższego. W rozliczeniu automatycznie mają się pojawić dane dzieci podatnika i ulga, która z tego tytułu przysługuje.

Otrzymując wstępne rozliczenie, należy sprawdzić kilka rzeczy, przede wszystkim, czy są tam wszystkie przychody, które podatnik otrzymał w danym roku, bo np. nie wszyscy płatnicy złożyli PIT-11 do urzędu skarbowego, czy prawidłowa jest wysokość kosztów, w szczególności jeżeli podatnik stosuje podwyższone koszty uzyskania przychodów, czy został zachowany limit tych kosztów, czy podatnik go nie przekroczył – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Słomka, doradca podatkowy w Instytucie Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy.

Przed zatwierdzeniem rozliczenia podatnik powinien także zweryfikować kwoty składek oraz sprawdzić, czy ma prawo do stosowania ulg, czy może ono wygasło. Podatnicy przed 26. rokiem życia powinni sprawdzić, czy została wykazana i zastosowana ulga. Zgodnie ze zmianami podatkowymi od 1 sierpnia 2019 roku ustawodawca wprowadził zwolnienie z podatku dla tych osób, czyli tzw. zerowy PIT. Zwolnienie z podatku dotyczy młodych, których przychody nie przekroczyły w roku podatkowym kwoty 85 528 zł. Wyjątkowo w 2019 roku, ze względu na to, że przepisy weszły w życie w trakcie roku, limit ten jest niższy i wynosi 35 636,67 zł.

Podatnik powinien sprawdzić wstępnie przygotowane zeznanie, ale jest to oczywiście jego prawo, nie obowiązek. Może sprawdzić i zaakceptować, może też wprowadzić poprawki do tego zeznania. Jeśli nie sprawdzimy zeznania i okaże się po terminie, że potrzebna jest korekta, wówczas podatnik będzie musiał zapłacić zaległość, jeżeli ona powstanie, z odsetkami za zwłokę – podkreśla Małgorzata Słomka.

Warto pamiętać, że zeznania PIT-37 i PIT-38  są automatycznie przyjmowane przez organ, nawet w przypadku braku akceptacji przez podatnika. Z kolei PIT-28 dotyczący rozliczenia przychodów z najmu opodatkowanego zryczałtowanym podatkiem dochodowym powinien być zaakceptowany przez podatnika, tu nie ma automatycznej akceptacji. To oznacza, że jeżeli podatnik nie zatwierdzi takiego zeznania poprzez wprowadzenie zmian lub akceptację, to nie zostanie ono skutecznie złożone.

W przypadku powstania niedopłaty podatku wykazanej w zeznaniu termin zapłaty przypada 30 kwietnia 2020 roku, a w przypadku zryczałtowanego podatku jest to 2 marca. W przypadku nieuiszczenia podatków w terminie od następnego dnia naliczane są odsetki za zwłokę – mówi doradca podatkowy.

Jeżeli podatnikowi przysługuje zwrot podatku, jego termin zależy od tego, jak i kiedy się rozliczył. W przypadku złożenia deklaracji w wersji papierowej w urzędzie skarbowym czy wysłania jej listem poleconym termin na zwrot wynosi trzy miesiące. Przy wersji elektronicznej termin zwrotu podatku wynosi 45 dni liczonych od dnia następującego po złożeniu deklaracji.

Jeżeli podatnik złoży deklarację w okresie od 1 stycznia do 15 lutego, to przyjmuje się, że złożył ją z datą 15 lutego, ale termin 45-dniowy liczy się od 17 lutego z uwagi na to, że jest to pierwszy dzień roboczy po tym terminie – mówi Małgorzata Słomka.

Usługa Twój e-PIT działa od połowy 2019 roku. Z danych resortu finansów wynika, że w ubiegłym roku złożono w sumie 19,9 mln rozliczeń za 2018 rok. Z tego 16,1 mln wpłynęło przez internet, w tym 7 mln za pośrednictwem usługi Twój e-PIT.

Firmy coraz bardziej boją się cyberprzestępczości. Zagrożeniem są też dla nich zmiany klimatu i utrata reputacji

0

Cyberprzestępczość stwarza największe ryzyko dla działalności biznesowej w globalnej skali. Obawia się go już blisko 40 proc. menadżerów, podczas gdy jeszcze siedem lat temu na ten problem wskazywało raptem 6 proc. – wynika z dziewiątej edycji Barometru Ryzyk Allianz 2020. Na kolejnych pozycjach znalazły się zagrożenia związane z przerwami w działalności gospodarczej oraz zmiany w legislacji i regulacjach, ale w rankingu dynamicznie pną się w górę również zmiany klimatu. – Ryzyka cybernetyczne i zmiany klimatu to dwa istotne wyzwania, które firmy muszą uważnie obserwować w nadchodzącej dekadzie – mówi Tomasz Kryłowicz z Allianz Polska.

– To już dziewiąta edycja raportu Barometr Ryzyk Allianz i na jej podstawie możemy zobaczyć, jak zmieniało się postrzeganie ryzyk biznesowych w ostatnich latach. Pierwszą zmianą są incydenty cybernetyczne. Jeszcze siedem lat temu były daleko poza pierwszą dziesiątką największych zagrożeń. Wtedy tylko 6 proc. respondentów wskazywało na nie jako istotne zagrożenie dla przedsiębiorstw. Obecnie są numerem jeden. Prawie 40 proc. badanych postrzega incydenty cybernetyczne jako główne zagrożenie dla ich działalności – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Kryłowicz, dyrektor Departamentu Zarządzania Ryzykiem w Allianz Polska.

W tegorocznej edycji Barometru Ryzyk Allianz cyberprzestępczość wyprzedziła najczęściej wskazywane do tej pory zagrożenie, jakim były przerwy w działalności gospodarczej. Obecnie wskazuje na nie 37 proc. respondentów, podczas gdy incydentów cybernetycznych obawia się już 39 proc.

– Wynika to z faktu, że firmy coraz częściej polegają na nowych technologiach informatycznych, połączeniu z internetem i oferowaniu swoich usług online. Wiąże się z tym większa podatność i ekspozycja na ataki cybernetyczne. A te są coraz bardziej kosztowne dla firm. Mają też coraz większy zasięg – międzynarodowy, a czasem także globalny – mówi Tomasz Kryłowicz.

Po cyberprzestępczości i zagrożeniach związanych z przerwami w działalności gospodarczej na trzecim miejscu (27 proc.) znalazły się ryzyka dotyczące zmiany legislacji i przepisów prawnych obciążających przedsiębiorstwa. Co istotne, w rankingu ryzyk biznesowych dynamicznie pną się w górę również zmiany klimatu (17 proc.).

– Ryzyko regulacyjne i zmiany w przepisach dotyczą nie tylko krajów w trakcie transformacji, a do takich wciąż należy Polska, ale również bardzo dojrzałych gospodarek. Tutaj można wymienić np. wojny handlowe między Chinami i USA albo brexit, który dotknie stabilnej gospodarki Wielkiej Brytanii. Z kolei zmiany klimatyczne są dostrzegane, gdyż wśród firm rośnie świadomość, że ocieplenie klimatu będzie miało dramatyczny wpływ także na biznes. Organizacje pozarządowe o międzynarodowym zasięgu, ale również twórcy prawa, chcą przeciwdziałać zmianom klimatu, planując wprowadzenie nowych przepisów w tym zakresie – mówi Tomasz Kryłowicz.

Jak podkreśla, incydenty cybernetyczne i zmiany klimatu budzą obawy przedsiębiorstw, ponieważ są to jeszcze relatywnie nowe zagrożenia i nie wiadomo, jak będą się rozwijać. Firmy nie wypracowały jeszcze dostatecznych narzędzi do radzenia sobie z nimi.

– Chodzi nie tylko o straty finansowe i operacyjne, lecz także o utratę reputacji marki, jeżeli np. nastąpi wyciek danych osobowych w danej firmie albo okaże się, że przedsiębiorstwo postępuje w sposób nieetyczny w zakresie zmian klimatu – mówi Tomasz Kryłowicz.

Ankieta na temat globalnego ryzyka biznesowego przeprowadzona przez Allianz Global Corporate & Specialty obejmuje opinie 2718 ekspertów z ponad 100 krajów. Udział w badaniu wzięli m.in. prezesi, dyrektorzy generalni, menedżerowie ryzyka, brokerzy i eksperci ubezpieczeniowi. Badanie zostało przeprowadzone również wśród ekspertów z Polski. W ich ocenie przerwy w działalności w dalszym ciągu stanowią najważniejsze ryzyko biznesowe dla firm (54 proc.). Na drugim miejscu znalazło się ryzyko związane z pożarami i eksplozjami (42 proc.), awansując z piątego miejsca w 2019 roku. Z kolei ryzyko incydentów cybernetycznych w Polsce zajmuje dopiero trzecią pozycję (38 proc.) i spadło o jedną pozycję względem ubiegłego roku.

– Polscy eksperci już kolejny rok z rzędu wskazują przerwy w ciągłości działalności gospodarczej jako największe zagrożenie. Jednocześnie nie wskazują jednej konkretnej przyczyny przerwania tej ciągłości. Może być ona związana z incydentami cybernetycznymi, katastrofą naturalną, problemami technologicznymi lub procesowymi, które spowodują np. pożar, jak również ze zmianami klimatu, np. suszą. Problem pojawia się nie tylko w utraconych zyskach, ale również w aspekcie utraty reputacji marki, co prowadzi do utraty pozycji rynkowej – podkreśla dyrektor Departamentu Zarządzania Ryzykiem w Allianz Polska.

W Polsce w pierwszej dziesiątce największych ryzyk biznesowych znalazły się w tym roku również obawy związane ze skutkami zmian klimatu (15 proc.) oraz rozwojem sytuacji makroekonomicznej (15 proc.). Oba te czynniki nie były uwzględniane przez polskich ekspertów w poprzednich latach. Na znaczeniu zyskało także ryzyko dotyczące utraty reputacji i wartości marki. W 2019 roku wskazywało na nie jedynie 12 proc., w obecnym – już 23 proc.

– Świadomość ryzyka reputacyjnego rośnie także w Europie. We Włoszech znalazło się na trzecim miejscu. To oznacza, że firmy są coraz bardziej świadome tego, jak negatywny wpływ dla biznesu może mieć utrata reputacji, niezależnie od branży i wielkości firmy. W świecie mediów społecznościowych i internetu, kiedy tak łatwo dzielić się opiniami, wygenerowanie kryzysu wizerunkowego jest bardzo proste i wszyscy mamy tego świadomość – podkreśla Michał Podogrodzki, dyrektor Departamentu Komunikacji i PR w Allianz Polska.

Polacy coraz częściej wybierają zdrową żywność. Na znaczeniu zyskują produkty w wygodnych opakowaniach

Polacy stają się świadomymi konsumentami: częściej sprawdzają skład produktów, interesują się także krajem pochodzenia i sposobem produkcji. Już 40 proc. przyznaje, że zdrową żywność kupuje przynajmniej raz w tygodniu – wynika z badań firmy De Heus. Do naszych koszyków częściej trafiają produkty z krótką listą składników i jak najmniej przetworzone, bogate w błonnik i z niską zawartością cukru. – Rynek zdrowej żywności będzie rósł właściwie w każdym segmencie spożywczym – przekonuje Damian Podawca z firmy Barilla.

– Polacy są coraz bardziej zainteresowani kwestią zdrowego odżywiania nie tylko na poziomie deklaracji. Mają coraz większą wiedzę i świadomość, przybywa źródeł i ekspertów, którzy mówią, czym jest zdrowa dieta i zbilansowane odżywianie. To nie tylko deklaracje, ale też rzeczywiste wybory i konkretne działania konsumenckie. Ten trend będzie rósł – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Damian Podawca, marketing manager w firmie Barilla, produkującej m.in. makarony oraz pieczywo chrupkie i przekąski pod marką Wasa.

Już 40 proc. Polaków deklaruje, że przynajmniej raz w tygodniu kupuje zdrową żywość – bez konserwantów, fosforanów, z krótką listą składników – wynika z badań przeprowadzonych przez agencję badawczą MANDS na zlecenie De Heus. Produkty przed zakupem oceniamy po wyglądzie, składzie, zapachu i cenie. Zwracamy uwagę na kraj produkcji i często wybieramy polską żywność. Wybieramy rzeczy jak najmniej przetworzone, z wysoką zawartością składników odżywczych.

– Ludzie są świadomi tego, co konsumują i jak to wpływa na ich organizm i zdrowie. Są świadomi tego, czym są poszczególne produkty i jakie ich składniki i elementy są wartościowe dla diety i codziennego odżywiania. Stąd zainteresowanie m.in. produktami pełnoziarnistymi, bogatymi w błonnik, o niskiej zawartości cukru – wskazuje Damian Podawca.

Rosnące wymagania konsumentów sprawiają, że rynek zdrowej żywności się rozwija.

– Rynek zdrowego odżywiania będzie rósł właściwie w każdym segmencie spożywczym. My jako firma Barilla w Polsce działamy w trzech obszarach: makarony, sosy i pieczywo chrupkie i w każdym z tych segmentów widzimy wzrost zainteresowania zdrowymi wariantami produktów – ocenia.

Na znaczeniu zyskują też produkty w wygodnych opakowaniach, odpowiednie do zjedzenia także w pośpiechu.

– Jest coraz więcej innowacji i produktów, które odpowiadają na nowe potrzeby konsumenckie związane z życiem w biegu. Silny jest trend convenience, czyli wygodne opakowania. Jako marka Wasa mamy bardzo dużo ciekawych propozycji, które będziemy promować – przekonuje szef marketingu w Barilli.

Firma nawiązała właśnie współpracę z Agnieszką Radwańską. Była tenisistka ma być ambasadorką marki Wasa i pomóc promować zdrową żywność.

– Coraz większą rolę w naszej ofercie odgrywają nowości w kategorii przekąsek, jak gotowe kanapki przygotowane specjalnie dla osób, które potrzebują coś szybko złapać w biegu. Duże znaczenie mają też przekąski takie jak krakersy, pieczywo okrągłe czy delikatne pieczywo chrupkie z sezamem lub solą morską. Dzieje się dużo w tych segmentach i wspólnie z Agnieszką Radwańską będziemy promowali te wartościowe produkty – zapowiada Damian Podawca.

W tym roku spodziewanych jest najwięcej misji kosmicznych od lat 60. Przewiduje się także odkrycia nowych planet dzięki detektorowi fal grawitacyjnych

Zaplanowane na 2020 rok misje kosmiczne mogą przynieść przełomowe odkrycia. Od lat 60. nie było tak dużej aktywności w programach kosmicznych. Stany Zjednoczone zainaugurują program Artemis, który doprowadzi do serii załogowych misji kosmicznych. Europa wyśle ​​swojego pierwszego łazika na Marsa również w 2020 roku. Duże programy zapowiadają też Chiny czy Japonia. Naukowcy największe nadzieje wiążą jednak z detektorami fal grawitacyjnych. Powstaje ich coraz więcej, a ogromny detektor orbitalny, który już niedługo ma zacząć działać w kosmosie, pomoże zgłębić tajemnice wszechświata.

– Rzeczy, które są źródłem wielkich medialnych odkryć, to są projekty, które przygotowuje się zazwyczaj latami – ocenia prof. dr hab. Maciej Konacki, astronom z Centrum Astronomicznego im. M. Kopernika PAN w Toruniu. – W 2020 roku nie należy się spodziewać czegoś bardzo konkretnego, natomiast jest kilka przedsięwzięć, jak detektor fal grawitacyjnych, które co jakiś czas dostarczają nam bardzo ciekawych odkryć.

Od pierwszego wykrycia fal grawitacyjnych w 2015 roku LIGO i jej europejski odpowiednik Virgo opublikowały odkrycie 10 połączonych plików binarnych czarnych dziur. W najnowszej kampanii odkryto już ponad 30 przypadków. Nowe badania pokazują, w jaki sposób powstają układy binarne czarnych dziur, jak długo były razem i co dokładnie się dzieje, kiedy dochodzi między nimi do zderzenia. Detekcja fal grawitacyjnych pomaga zrozumieć naturę czarnych dziur, ale też pozwala odkryć nowe planety.

Z falami grawitacyjnymi jako sondą będzie można zbadać obszary niedostępne dla światła. Sieć detektorów na całym świecie rośnie – powstają m.in. we Włoszech, Niemczech, wkrótce w Japonii i prawdopodobnie w Indiach. W przyszłości ma do nich dołączyć detektor działający w kosmosie, a wówczas badania kosmosu znacznie przyspieszą.

– W planach na 2020 rok jest misja na Marsa, latem tego roku ma tam zostać wysłany amerykański łazik marsjański to też jest ciekawa misja. Ja czekam z kolei na przedsięwzięcie prywatne, które wyśle łazika na Księżyc za pomocą rakiety SpaceX. Będzie przy tym wykorzystywana technika telefonii komórkowej do kontaktowania się łazika z lądownikiem – wskazuje prof. dr hab. Maciej Konacki.

W tym roku mają rozpocząć się misje o ogromnej różnorodności. Takiej aktywności – zarówno w przypadku projektów załogowych, jak i robotów – nie było od czasów wyścigu kosmicznego między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim w latach 60.

Misje na Księżyc, Marsa i asteroidy planują Indie, Japonia i Chiny. W tym samym czasie USA chcą zainaugurować program Artemis, który ma doprowadzić do serii załogowych misji kosmicznych i stacji kosmicznej, która w przyszłości okrąży Księżyc. Europa będzie także zaangażowana w Artemis, wyśle ​​też pierwszego łazika-robota na Marsa w 2020 roku. Łazik Mars 2020 będzie szukał dowodów na to, że na tej planecie płynęła woda i mogło ewoluować życie. To początek programu, który będzie trwał dekadę i ma dostarczyć informacji o Czerwonej Planecie.

Elon Musk i SpaceX ma z kolei rozpocząć pierwszą załogową misję. Do marca Crew Dragon 2 po raz pierwszy przetransportuje amerykańskich astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Solar Orbiter (SolO), czyli satelita ESA, będzie podróżował po orbicie Merkurego, aby wykonywać wysokiej rozdzielczości zdjęcia Słońca i wewnętrznej heliosfery. Niedawno też Boeing wypuścił kapsułę Starliner w kosmos.

 Choć Polska jest w przestrzeni kosmicznej stosunkowo mało obecna, ma na swoim koncie kilka sukcesów.

– Polska astronomia jest bardzo silna, mimo że – powiedziałbym – stosunkowo nieliczna. Mamy systematycznie ciekawe wyniki, które są publikowane w czołowych periodykach. Polska jest np. zaangażowana w detekcję fal grawitacyjnych, w poszukiwania planet, w misje satelitarne. Jestem przekonany, że w 2020 roku będzie szereg ciekawych publikacji i odkryć w wykonaniu polskich astronomów – przekonuje prof. dr hab. Maciej Konacki.

Opracowano skuteczną metodę leczenia dysleksji. Inteligentne okulary pozwalają niemal natychmiast osiągnąć efekt terapeutyczny

Nowe technologie coraz częściej pomagają ludziom z różnego rodzaju zaburzeniami. Dzięki opracowanym przez francuskich naukowców inteligentnym okularom osoby cierpiące na dysleksję mogą osiągnąć natychmiastowy efekt terapeutyczny. Wspomóc proces czytania u osób z tym zaburzeniem może także specjalna lampa LED migająca z wysoką częstotliwością, co zwiększa kontrast czytanego tekstu i pomaga w rozróżnianiu kolorów.

– Lexilens to specjalne okulary, które pomagają osobom z dysleksją czytać znacznie szybciej. Urządzenie opiera się na odkryciu naukowym dokonanym na jednej z uczelni we Francji. Skutki korzystania z niego są zdumiewające. Dzieci mogą poprawić prędkość czytania z 60 do 90 słów na minutę. Dotychczas, aby osiągnąć podobne wyniki, musiałyby spędzić trzy lata na kompleksowych ćwiczeniach pod okiem specjalistów. Obecnie wystarczy nosić nasze okulary. Dla osób z dysleksją jest to rewolucyjna technologia – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Sylvain Le Liepvre z Abeye.

Dysleksja jest zaburzeniem objawiającym się trudnościami w nauce czytania i pisania. Naukowcy z Uniwersytetu w Rennes określili przyczynę anatomiczną, która warunkuje tę chorobę. Autorzy badania zauważyli, że komórki receptorowe w oczach osób zdrowych są ułożone symetrycznie. W przypadku cierpiących na dysleksję zebrane są one natomiast w pewne grupy. W wyniku tego mózg generuje dwa obrazy, które są swoimi lustrzanymi odbiciami.

– Obrazy z obydwu oczu są do siebie zbyt podobne, przez co mózg nie może się zdecydować, który wybrać. Osoby z dysleksją nie rozróżniają np. litery B od D, przez co bardzo trudno im „rozszyfrować” tekst. Nasze okulary pomagają im wyraźniej widzieć poszczególne litery, zwiększają kontrast, czasami oddzielają poszczególne wiersze tekstu. Sytuacja może różnić się zasadniczo między jedną osobą a drugą, ale w ostatecznym rozrachunku skutkiem jest poprawa szybkości czytania. Pozwala to dyslektykom lepiej zrozumieć czytany tekst – twierdzi dr Sylvain Le Liepvre.

Okulary Lexilens są kompatybilne z soczewkami korekcyjnymi, dzięki czemu mogą z nich korzystać również osoby z wadami wzroku. Urządzenie wykorzystuje wysokiej jakości soczewki elektrochromowe, które umożliwiają precyzyjną modulację światła, potrzebną do szybszego i wyraźniejszego odczytu tekstu. W rezultacie okulary przynoszą efekt terapeutyczny od razu po ich założeniu. To szczególnie ważne, zwłaszcza w przypadku stosowania u dzieci dopiero uczących się czytać.

– Dyslektykom dużo trudności sprawia samo rozszyfrowanie tekstu, a przez to także nauka w szkole. Zużywając trzy razy więcej energii niż przeciętna osoba na samo czytanie poleceń, nie mają oni potem siły mierzyć się z zadaniami matematycznymi i innymi rzeczami, których muszą się uczyć w szkole. Opracowaliśmy zatem rozwiązanie pozwalające wyeliminować ten globalny problem – mówi ekspert z firmy Abeye. – Obecnie na rynku nie ma podobnych produktów. Po raz pierwszy w historii urządzenie może pomóc osobie z dysleksją poprawić szybkość czytania i zdolność rozumienia tekstów w tak dużym zakresie.

Okulary Lexilens zostały wyróżnione nagrodą CES 2020 Innovation Award. Rynkowy debiut urządzenia planowany jest na jesień. Początkowo trafi ono na rynek francuski.

Tymczasem dostępne jest już rozwiązanie proponowane przez zespół naukowy Lexilife, który odkrył fizjologiczną przyczynę dysleksji. Lampa Lexilight wykorzystuje superszybkie rozbłyski światła LED. Miga z częstotliwością, której nie jest w stanie wychwycić ludzkie oko. Dzięki temu, w przeciwieństwie do lamp stroboskopowych, nie ma ryzyka wywołania ataku epilepsji. Jak twierdzą producenci, urządzenie wykazuje 90-proc. skuteczność. Niebawem jej dystrybucja rozszerzy się również na Stany Zjednoczone. Potrzebujących tego typu rozwiązań jest jednak znacznie więcej. Szczególnie ważne jest dostarczenie im urządzeń pozwalających na indywidualną terapię.

– Dyslektycy stanowią około 10 proc. ludności świata. Jest to zatem dość poważny problem – wskazuje dr Sylvain Le Liepvre.

Analitycy Marketwatch przewidują, że rynek usług i produktów oferowanych w leczeniu dysleksji zbliży się do 2025 roku do wyceny na poziomie 27 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 6,5 proc.

Ceny samochodów używanych – tendencje rynkowe w 2019 i 2020 roku

Rynek samochodów używanych przeżywa prawdziwy rozkwit. Polscy kierowcy nie tylko nie oszczędzają przy zakupie używanych aut, ale również chętniej inwestują w nowinki technologiczne dotyczące wyposażenia. Ile pieniędzy przeznaczano na zakup używanego auta w ubiegłym roku? Jak będzie wyglądać sytuacja w roku 2020? Jak wygląda sytuacja w Polsce na tle innych krajów europejskich? Na te pytania odpowiada Jacek Fijołek, twórca platformy CarForFriend.pl.

Na przestrzeni ostatnich lat znaczący wzrost sprzedaży używanych, zagranicznych aut został zauważony nie tylko w Polsce. Samochody sprowadzane z Niemiec czy Szwecji chętnie kupowane są również przez Litwinów, Ukraińców, Mołdawian, obywateli Kazachstanu oraz krajów arabskich. Zjawisko to swoje korzenie ma nie tylko w globalnym spowolnieniu w sprzedaży nowych aut, ale i w samym postępie technologicznym, zapewniającym coraz to lepszą jakość i wyposażenie samochodów, wolniej tracących przy tym na swojej wartości. Jak zatem obecnie kształtuje się popyt i ceny samochodów używanych?

Cena „nowego” używanego auta

Jak wyjaśnia Jacek Fijołek, twórca CarForFriend.pl, oprócz globalnych czynników takich jak nowe regulacje prawne czy rosnący postęp technologiczny, swój wkład w rozwój  popularności samochodów używanych ma również wzrost średnich wynagrodzeń w Europie Wschodniej oraz idące za tym bogacenie się społeczeństwa: „Konsumenci zapragnęli kupować coraz lepsze i większe „nowe” używane auta. W ostatnim czasie prym wiodły SUV’y oraz modele ze średniej klasy rynkowej takich marek jak Ford, Volkswagen, Audi, Toyota, Nissan czy Hyundai. To spowodowało automatycznie wzrost cen pojazdów dostępnych na rynku. Na przykład w Polsce od 2017 do 2019 roku stawki za używany samochód wzrosły o 30-40%. Cena sprzedawanego klika lat wcześniej auta wynosiła maksymalnie 20 tys. złotych, a dziś kwota ta wynosi już ponad 30 tysięcy złotych”.

Czy taka tendencja utrzyma się również w bieżącym roku? A może będzie odwrotnie? „Nie sądzę, aby ceny samochodów używanych w 2020 roku spadły – mogłoby się tak stać tylko przez znaczące załamanie rynku. Dopóki się bogacimy, kierowcy będą sięgali po coraz to nowsze samochody. Co więcej, w przypadku wzrostu cen, będzie on dotyczył głównie samochodów w „średnim wieku”, które najczęściej poszukiwane są na polskim rynku. Warto wspomnieć, że przedział wieko pojazdów wynosi 10,5 – 11 lat.” – mówi Jacek Fijołek.

Co jeszcze?

Czego jeszcze czeka nas w 2020 roku oprócz stabilizacji rynku oraz widma wzrostu cen samochodów używanych w Polsce i za granicą? Według Jacka Fijołka, w tym roku wśród kierowców nadal nie zmniejszy się popularność SUV’ów i crossoverów. Zostanie położony także większy nacisk na sprzedaż pojazdów elektrycznych. Co więcej, patrząc na rozwój sklepów i portali internetowych, zwiększy się także sprzedaż samochodów używanych w kanale internetowym.

Polska po Brexicie straci, i to relatywnie dużo

Po ponad 3.5 roku od referendum nastąpił oficjalny rozwód Wielkiej Brytanii z Unią Europejską. W świetle deklaracji negocjatora UE, Michela Barnier, celem negocjacji było, aby pozycja europejskich konsumentów i podmiotów gospodarczych UE nie uległa pogorszeniu. Prawa ekonomii są jednak nieubłagane – w długim okresie Polska na Brexicie traci, i to relatywnie dużo.

Brexit oznacza wyłączenie UK z zasad obowiązujących na jednolitym rynku. Oznacza to tyle, że kurczy się obszar, na którym polskie podmioty utrzymują relacje handlowe na znanych, maksymalnie uproszczonych i ekonomicznie korzystnych zasadach. Ten obszar kurczy się o niemal 67 mln potencjalnych konsumentów i 1 mln spółek, gdyby brać pod uwagę wyłącznie bezpośrednie oddziaływanie. Nawet największym optymistom trudno wyobrazić sobie taki wynik negocjacji na koniec 2020, który niweluje do zera ten efekt.

Na dziś zasady relacji gospodarczych między UE i UK są niedookreślone. To naturalnie generuje niepewność, która sama w sobie jest niekorzystna dla biznesów. O ile w przypadku barier taryfowych (np. ceł) minimalny standard wyznaczają zasady WTO i umowy międzynarodowe, o tyle zakres barier pozataryfowych, np. norm i standardów, może być dowolnie kształtowany. Oznacza to wzrost kosztów transakcyjnych, o ile nie całkowitą utratę możliwości handlu.

Przykładu nie trzeba szukać daleko. Świeże mięso wymaga dostarczenia w ograniczonym czasie. Przedłużające się procedury kontroli to istotnie utrudniają, ale już koszt budowy infrastruktury typu chłodnie prowadzi do wzrostu ceny dóbr. Zwłaszcza w dobie taniego funta oznacza to utratę konkurencyjności eksportu. To z kolei pociąga za sobą problemy kolejnych branż, m.in. logistyki.

Z tej perspektywy Polska ma dwojaki problem. Po pierwsze, UK jest wśród trzech największych kierunków eksportu naszych produktów. W 2018 roku wysłaliśmy tam towary o wartości prawie 14 mld euro, co stanowiło ok. 6-7% naszego eksportu. Po drugie, wiele z eksportowanych przez nas dóbr może potencjalnie być przedmiotem zaostrzonych norm i standardów: samochody i ich części, maszyny, AGD, żywność, w tym: mięso i produkty odzwierzęce, słodycze, a także kosmetyki i leki czy papierosy, meble. Należy do tego dodać, że globalne łańcuchy wartości dodanej mogą mieć swoje elementy w UK. A zatem nie jest bez znaczenia, ile spośród polskich produktów jest reeksportowanych do UK z innych gospodarek (głównie europejskich). Krótkookresowo wprawdzie można spodziewać się akumulacji polskich dóbr, a przez to poprawienia naszych statystyk, jednak ten efekt wygaśnie zaraz po wejściu w życie umów.

Także w przypadku usług utrata rynku brytyjskiego będzie dotkliwa. W 2018 eksport polskich usług do UK wyniósł 4,4 mld euro. I ponownie, w świadczeniu pewnych usług polska się specjalizuje: transport i logistyka, usługi komputerowe, usługi audytu, księgowości i doradztwa podatkowego. Gros z nich pełni funkcje wtórne wobec innych działów gospodarki. Ponadto, na tym tle import w obszarach usług finansowych czy praw intelektualnych wydaje się obarczony mniejszym ryzykiem z uwagi np. na doregulowanie na szczeblu międzynarodowym.

Wprawdzie to UE jest stroną negocjacji, ale Polska ma wpływ na wypracowywane przez najbliższe 11 miesięcy porozumienie. Od jego treści zależy jak Brexit efektywnie dotknie polskie firmy od 2021: które branże, z jaką intensywnością i czy uda nam się jakoś te negatywne efekty zniwelować.

Kinga Grafa, Dyrektorka biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 10.02-14.02.2020

Faza paniki rynkowej z powodu koronawirusa już się zakończyła, a ekonomiczne skutki epidemii będą do oszacowania w danych dopiero za kilka tygodni. W międzyczasie solidne odczyty z USA dają paliwo do wzrostów na Wall Street, który zaraża optymizmem inne rynki. W nadchodzącym tygodniu istotne będzie, czy kolejne odczyty makro wpiszą się w pozytywny klimat odreagowania wcześniejszych obaw.

Przyszły tydzień: Powell z Fed w Kongresie, sprzedaż detaliczna/CPI z USA, PKB/produkcja przemysłowa z Eurolandu/Wielkiej Brytanii, CPI/PKB z Polski, nastoje biznesu z Australii, RBNZ

USA

W USA utrzymujące się pozytywne nastroje konsumentów powinny znaleźć odbicie w dobrych wynikach sprzedaży detalicznej (pt). Po CPI (czw) oczekuje się stopniowego wzrostu, ale inflacja bazowa pozostaje nieznacznie powyżej celu 2 proc. i nie niepokoi Fed. USA pokazują odporność na kłopoty, z jakimi borykają się inne gospodarki i to oferuje USD wsparcie w okresie podwyższonej niepewności. Nadchodzący tydzień przynosi odbywające się co pół roku sprawozdanie prezesa Fed z działalności banku centralnego. W komunikacie po ostatnim posiedzeniu FOMC stwierdzono, że decydenci są zadowoleni z obecnego nastawienia w polityce i sytuacji w gospodarce i zapewne taki przekaz Powell powtórzy w Kongresie.

Strefa euro

W strefie euro indeks Sentix (pon) zapewne obniży się przy pogorszeniu nastrojów z powodu obaw o wirusa. Dane o produkcji przemysłowej (śr) i PKB (pt) będą ważne dla oceny aktywności gospodarczej pod koniec 2019 r., choć każde pozytywne zaskoczenie będzie przyjmowane z rezerwą, gdyż inwestorzy będą mieli na uwadze niechybne osłabienie wynikające z zakłócenia łańcucha dostaw z Azji.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii ryzyko polityczne wybiło się na pierwszy plan z przypomnieniem, że negocjacje umowy handlowej z UE nie będą łatwe i przyjemne (przynajmniej na starcie). W danych makro inwestorzy będą poszukiwać dalszej poprawy nastrojów przedsiębiorców i konsumentów po wyklarowaniu sytuacji po wyborach. Ale w nadchodzącym tygodniu grudniowe dane z przemysłu i PKB za IV kw. (wt) jeszcze nie uwzględnią optymizmu, który już można było odczytać w najnowszych PMI. Jeśli GBP ma szukać pretekstu do odbicia, to raczej nie otrzyma go w najbliższych dniach.

Polska

W Polsce styczniowy CPI (pt) powinien pokazać dalszy wzrost do 4 proc. r/r, co będzie mieć związek z regulacyjną podwyżką cen energii. Wstępny szacunek PKB za IV kw. (pt) może wypaść poniżej 3 proc. r/r, co nie zdarzyło się od IV kw. 2016 r. Z konferencji prasowej po posiedzeniu RPP w mijającym tygodniu wiem, że Rada jest świadoma przejściowego przestrzelenie celu inflacyjnego, a także spowolnienia gospodarczego, ale nie zamierza zmieniać swojego nastawienia. To osłabia wpływ publikacji na złotego i skazuje walutę na wyłączne podleganie pod czynniki zewnętrzne. Po burzliwym tygodniu EUR/PLN stabilizuje się mniej więcej w środku tegorocznego przedziału wahań i naszym zdaniem tutaj powinien szukać poziomu równowagi.

Chiny

Styczniowe odczyty CPI i PPI (pon) z Chin raczej jeszcze nie ujmą w pełni wpływu wirusa na aktywność gospodarczą. Publikowane na przestrzeni tygodnia miary finansowania i nowych pożyczek będą uwzględniać agresywne wsparcie płynności przez Ludowy Bank Chin w odpowiedzi na wzrost obaw o pogorszenie perspektyw gospodarczych. Dane przypomną, że Ludowy Bank Chin jest gotowy działać dla wsparcia ożywienia i prawdopodobnie będzie jeszcze bardziej aktywny w kolejnych miesiącach, wywierając tym jednak presję na juana. Ale słaby CNY to silniejszy USD, co nie będzie dobrze odbierane przez prezydenta Trumpa.
W Australii koronawirus i pożary buszu prawdopodobnie będą ciążyć na nastrojach biznesu, co odbije się na indeksach nastrojów NAB (wt). Słaby odczyt przywróci dyskusję o konieczności luzowania polityki RBA, dodając presji na AUD.

Nowa Zelandia

W Nowej Zelandii RBNZ prawdopodobnie utrzyma stopę OCR na 1 proc. (śr), jednak niepewność dotyczy komunikatu, który może zostać zmieniony na bardziej gołębi w obliczu narosłych ryzyk dla ożywienia. Wpływ epidemii wirusa na rzecz wstrzymania eksportu podnosi negatywne ryzyka dla NZD w kontekście wydźwięku banku centralnego.
Następny tydzień nie przynosi nic interesującego po stronie danych z Kanady i Japonii. Sądzimy, że CAD dalej będzie cierpiał przez presję na rynku ropy naftowej oraz solidną postawę USD. USD/JPY śledzi odbicie rynku akcji, choć presja na zwyżki jest rozwodniona, podczas gdy wrażliwość na wzrost awersji do ryzyka pozostaje podwyższona.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.