Spowolnienie w polskiej gospodarce widać coraz wyraźniej

W tym tygodniu poznaliśmy dość dużo nowych danych z gospodarki polskiej. W środę przedstawiono styczniowe wyniki z rynku pracy dla przeciętnego zatrudnienia i wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. O ile tempo wzrostu płac przyśpieszyło do 7,1% r/r, tak dynamika zatrudnienia spowolniła do poziomu 1,1% r/r. W kontekście poprzednich miesięcy, wraz z początkiem roku otrzymujemy już wyraźny obraz spowolnienia polskiej gospodarki. W nadchodzących miesiącach prawdopodobny jest wręcz spadek zatrudnienia. Natomiast płace nominalne nadal będą rosły, ale biorąc pod uwagę inflację, ich tempo zwolni. W rezultacie w tym roku trzeba liczyć się ze spowolnieniem konsumpcji gospodarstw domowych i ich niższym wkładem do wzrostu polskiego PKB. Ten scenariusz potwierdza również styczniowy wzrost sprzedaży detalicznej jedynie o 3,4% r/r.

W czwartek zostały opublikowane styczniowe wyniki dla przemysłu (+2,7% m/m i +3,5% r/r po korekcie sezonowej). Firmy przemysłowe o profilu eksportowym radziły sobie bardzo dobrze. Nasuwa się pytanie, co się wydarzy w następnych miesiącach. Najbardziej prawdopodobnym wariantem jest niestety pogorszenie sytuacji w polskim przemyśle.

Od początku tygodnia złoty w stosunku do euro lekko się osłabiał i w piątek rano jego kurs był poniżej poziomu 4,29 PLN/EUR. Straty były widoczne również w stosunku do USD, w piątek rano kurs wynosił 3,97 PLN/USD (tegoroczne minimum polskiej waluty). Na głównej parze walutowej euro się osłabiło i w drugiej połowie tygodnia kurs był na poziomie 1,08 USD/EUR.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Styczniowe wyniki mieszkaniówki pod znakiem sezonowej korekty

Najnowsza informacja GUS, prezentująca wstępne wyniki budownictwa mieszkaniowego w styczniu bieżącego roku, sygnalizuje korekcyjny charakter danych. Jest on charakterystyczny dla większości początkowych tygodni każdego roku, zwłaszcza w przypadku deweloperów.  

Rynek bez sygnałów słabnięcia koniunktury

Wciąż bardzo trudno się dopatrzeć jakichkolwiek symptomów słabnięcia koniunktury inwestycyjnej rynku mieszkaniowego. Korekcyjny charakter styczniowych danych GUS także dotyczy tylko wybranych aspektów aktywności inwestycyjnej pierwotnego segmentu mieszkaniówki. W związku z doskonałym wynikiem sprzedażowym deweloperów w IV kw. ub. roku, a co za tym idzie bardzo dobrym rezultatem całego 2019 roku, raczej bardzo długo jeszcze trudno będzie się doczekać skłonności deweloperów do ograniczania produkcji mieszkań.

Wg portalu RynekPierwotny.pl potwierdzają to bieżące statystyki mieszkań, których budowę rozpoczęto. A rozpoczęto ich ogółem w minionym miesiącu prawie 16 tys., co jest wynikiem lepszym licząc rok do roku aż o ponad 18 proc. Jest to efekt skokowego wzrostu budowy domów przez inwestorów indywidualnych, który wyniósł 63 proc. rdr i 38 proc. mdm. Z kolei sami deweloperzy ruszyli z budową niemal dokładnie 10 tys. lokali, co jest wynikiem porównywalnym z zanotowanym w styczniu ub. roku.

W przypadku budownictwa mieszkaniowego, niezależnie od stanu koniunktury rynkowej, dość mocno utrwaloną od lat tradycją jest widoczne hamowanie aktywności inwestycyjnej w pierwszych tygodniach każdego roku. W efekcie miesiąc styczeń jest od lat regularnie i niezawodnie najsłabszym miesiącem w mieszkaniówce pod względem statystyk nowo rozpoczynanych budów. Ich wolumen w pierwszym miesiącu roku jest zazwyczaj niższy od średniej całorocznej o około 40 proc, wyznaczając tym samym dołek, od którego w kolejnych okresach następuje odbicie. Początek bieżącego roku sugeruje więc dość wyraźnie, że inwestorzy nie zamierzają ograniczać swojej aktywności inwestycyjnej w kolejnych miesiącach i kwartałach.Infografika – Ilość rozpoczętych budów

Mniej pozwoleń u deweloperów

Z kolei w przypadku statystyk nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym, styczeń zaowocował korekcyjnym rozstrzygnięciem. GUS doliczył się ich ogółem w ubiegłym miesiącu 18,4 tys., czyli około jedną dziesiątą mniej w stosunku do analogicznego okresu ub. roku. Wg portalu RynekPierwotny.pl za słabszy tym razem wynik odpowiadają deweloperzy, którzy uzyskując 11,5 tys. pozwoleń osiągnęli rezultat słabszy zarówno rok do roku jak i w odniesieniu do miesiąca poprzedniego o kilkanaście procent.

Za to inwestorzy indywidualni, podobnie jak w przypadku nowych budów, z bardzo dobrym wynikiem 6,8 tys. zakomunikowali rosnący potencjał budownictwa jednorodzinnego w Polsce.

Jak wiadomo statystyki nowych pozwoleń na budowę wciąż pozostają bardzo wiarygodnym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Słabszy wynik styczniowy jest zapewne jedynie korektą rekordowych osiągnięć w tym zakresie z ubiegłego roku, a więc w żadnym wypadku nie może świadczyć o jakimkolwiek osłabieniu optymizmu inwestycyjnego przedsiębiorców.

Mieszkania oddane wciąż na wysokiej fali

Tradycyjnie w ostatnich czasach bardzo mocnym ogniwem gusowskich danych sygnalnych budownictwa mieszkaniowego okazały się w styczniu statystyki mieszkań oddanych do użytkowania. Było ich w sumie ponad 17,4 tys., co oznacza liczony rok do roku progres rzędu ułamka procenta, jednak w stosunku do miesiąca poprzedzającego spadek aż o jedną czwartą. Regres ten wynika jednak z faktu bardzo wysokiej bazy, którą był historycznie rekordowy w skali miesiąca wynik lokali oddanych w grudniu 2019 roku.

Statystyki mieszkań oddawanych do użytku nie zależą jednak od aktualnej sytuacji rynkowej, ale są efektem stanu koniunktury sprzed około dwóch lat, a wiec okresu odpowiadającego cyklowi inwestycyjnemu w budownictwie mieszkaniowym. W związku z tym z całą pewnością jeszcze przed dość długi okres czasu, niezależnie od bieżącej koniunktury, należy oczekiwać kontynuacji tendencji utrzymywania się tych danych na rekordowo wysokich poziomach przy dodatniej dynamice zmian.

Wyznacznikiem koniunktury inwestycyjnej rynku pierwotnego na najbliższe miesiące będzie w zdecydowanym stopniu wciąż utrzymująca się doskonała koniunktura sprzedażowa mieszkań deweloperskich. Rynek w związku z przyśpieszonym od tego roku trybem wzrostu płacy minimalnej w Polsce, najprawdopodobniej oczekuje analogicznego wzrostu płacy średniej, a w konsekwencji cen w mieszkaniówce, co determinuje popyt do jak najszybszego zrealizowania inwestycji. Trudno w tej sytuacji o prognozy osłabienia tendencji utrzymywania statystyk budownictwa mieszkaniowego GUS na rekordowo wysokich poziomach w przewidywalnej przyszłości.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

RPP podzielona

Według danych udostępnionych przez Narodowy Bank Polski, w styczniu członkowie Rady Polityki Pieniężnej głosowali zarówno za obniżką stóp procentowych, jak i za podwyżką. Wniosek o cięcie o 25 pb poparł tylko Eryk Łon. Propozycję podwyżki o 15 pb poparli Eugeniusz Gatnar, Łukasz Hardt i Kamil Zubelewicz. To nieczęsto spotykane zjawisko, by członkowie ciała decyzyjnego w banku centralnym mieli tak odmienne poglądy.

W protokole po lutowym posiedzeniu RPP czytamy, że wówczas złożono wniosek o obniżkę stóp procentowych, co zapewne można przypisać ponownie Łonowi. Widać, że dla najbardziej gołębiego członka Rady oznaki spowolnienia gospodarczego wymagają najpilniejszej reakcji, z kolei jastrzębie bardziej martwią się o wystrzał inflacji.

Na rozłamach najbardziej jednak korzysta prezes NBP Adam Glapiński, który do dawna jest zwolennikiem utrzymywania polityki pieniężnej bez zmian aż do końca obecnej kadencji RPP w połowie 2022 r. By zbudować front przeciwko woli prezesa, potrzeba aż 6 głosów w 10-osobowej Radzie. Po rozkładzie głosów nie widać, aby miało to nastąpić prędko. Sam Glapiński w komentarzu dla Rzeczpospolitej stwierdził, że podwyżka zaszkodziłaby gospodarce i osłabiłaby dynamikę popytu. Jego zdaniem, choć roczna inflacja w 2020 r. znacząco wykroczy poza cel NBP, skok inflacji jest przejściowy. Bank centralny jest gotowy do reakcji, ale dopiero gdy pojawi się ryzyko, że w długim terminie inflacja nie będzie się obniżać. To sensowne argumenty, z którymi się zgadzam i nie przewiduję zmian poziomu stóp procentowych w najbliższych dwóch latach. Intersująca jest riposta Łukasza Hardta, dla którego podwyżka o 15 pb teraz zwiększyłaby wiarygodność RPP, dlatego zamierza rozważyć wniosek o podwyżkę w marcu, jeśli nowa projekcja nie wskaże na obniżanie się inflacji. Osobiście jednak mam wątpliwości czy dostarczanie dowodów o skrajnych poglądach członków Rady (przeciwstawne wnioski) rzeczywiście pomaga wiarygodności RPP. Jak dla mnie tylko umniejsza znaczenie jej poszczególnych członków, pozostawiając jedyne liczące się słowo dla prezesa Glapińskiego.

Dla złotego powyższe dywagacje nie mają wpływu, gdyż rynek już dawno uwierzył w twarde deklaracje prezesa NBP o niezmienianiu stóp procentowych do końca kadencji. Złoty jest słabszy w skali tygodnia, gdyż rynki wschodzące gorzko znoszą dominację dolara. Jakkolwiek na złotego wpływ USD jest dużo mniejszy niż na waluty azjatyckie, czy Turcji lub RPA (przez silniejsze powiązanie z gospodarką strefy euro a mniejsze uzależnienie od emisji długu dolarowego), to w dobie niepewności i awersji do ryzyka rynkom wschodzącym „dostaje się po równo”.

Ponadto dziś niewykluczone, że tarcza ochronna w postaci bliskich relacji z Eurolandem zostanie mocno osłabiona. Indeksy PMI będą pierwszym kluczowym odczytem pozwalającym ocenić wstępne skutki epidemii koronawirusa na niemiecki sektor wytwórczy. Zakłócenia w łańcuchach dostaw z Chin rodzą negatywne ryzyka dla wskaźników z przemysłu i mogą odwrócić poprawę, która widzieliśmy w danych za styczeń. Choć sektor usługowy, który bardziej jest zorientowany na aktywność wewnętrzną, powinien nadal korzystać z korzystnych warunków krajowego popytu, rynek będzie bardziej wrażliwy na rozczarowania w przemyśle. Dane w pierwszej kolejności będą decydować o kierunku dla EUR, ale waluty regionu Europy Środkowo-Wschodniej mogą oberwać rykoszetem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zagrożonych ubóstwem jest 7 mln Polaków. Do 2030 roku ich liczba może spaść do 1,5 mln

0

W skrajnym ubóstwie żyje 2 mln Polaków, a blisko 7 mln jest zagrożonych ubóstwem. Dzięki połączeniu środków krajowych i unijnych do 2030 roku liczba osób zagrożonych biedą może spaść do 1,5 mln. – Konieczne jest jednak, by polityka rządowa i wydatki ze środków unijnych wzajemnie się uzupełniały, a procedury rozliczania projektów były prostsze – ocenia dr hab. Ryszard Szarfenberg z Polskiego Komitetu Europejskiej Sieci Przeciw Ubóstwu.

– Polskim celem przyjętym w 2011 roku w zakresie przeciwdziałania ubóstwu było ograniczenie liczby osób, które są dotknięte tym problemem, z 11,5 mln w 2008 roku do 9 mln w 2018 roku. Obecnie mamy około 7 mln, więc przekroczyliśmy ten cel. Ale nadal 7 mln obywateli jest w trudnej sytuacji, żyje w biedzie lub wykluczeniu społecznym i to jest wyzwanie – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Ryszard Szarfenberg z Polskiego Komitetu Europejskiej Sieci Przeciw Ubóstwu.

Z raportu „Poverty watch 2019: monitoring ubóstwa finansowego i polityki społecznej przeciw ubóstwu w Polsce” przygotowanego przez Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu (EAPN Polska) wynika, że obecnie w skrajnym ubóstwie żyje 2 mln ludzi (5,4 proc. przy 6,7 proc. w 2011 roku). Choć liczba osób zagrożonych ubóstwem jest mniejsza niż jeszcze kilka lat temu, w 2018 roku pozytywny trend został zatrzymany. Co więcej, zagrożenie to wzrosło w każdej grupie społecznej.

– Miejmy nadzieję, że polityka rządu, ale też wykorzystanie funduszy w okresie 2021–2027 będzie się przyczyniało do ograniczenia liczby osób zagrożonych ubóstwem do 1,5 mln do roku 2030 – podkreśla dr hab. Ryszard Szarfenberg.

W latach 2014–2020 z Europejskiego Funduszu Społecznego Polsce przyznano ok. 13,2 mld euro. Są one wykorzystywane na poziomie krajowym, w ramach programu operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (PO WER), na który przeznaczono 4,4 mld euro, a pozostałe ponad 66 proc. zostało rozdzielone między 16 regionalnych programów operacyjnych. Środki trafiły na inicjatywy, które miały zredukować bezrobocie, ubóstwo i marginalizację społeczną.

– Środki na przeciwdziałanie ubóstwu i wykluczeniu społecznemu płynące z UE, w porównaniu z naszymi własnymi środkami na świadczenia pieniężne i na rozmaite usługi dla osób w szeroko rozumianej pomocy społecznej, są niewielkie. Wiele środków europejskich trafia na infrastrukturę, inwestycje w tzw. twarde projekty. Tam jest bardzo dużo pieniędzy w porównaniu z tymi, które są przeznaczane na miękkie usługi, aktywizację zawodową osób w trudnej sytuacji czy na usługi deinstytucjonalizacji. Nie ma więc wielkich nadziei, że za pomocą tych pieniędzy uda nam się rozwiązać wszystkie nasze problemy – ocenia ekspert.

W nowej perspektywie finansowej pieniądze na walkę z ubóstwem będą dostępne w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego Plus. Komisja Europejska zapowiada, że będzie to prostsza i bardziej elastyczna wersja dzisiejszego EFS dzięki połączeniu kilku istniejących funduszy i programów.  Do EFS+ zostanie włączone wsparcie dla osób najbardziej potrzebujących, co umożliwi im korzystanie z lepszej kombinacji pomocy materialnej i kompleksowego wsparcia socjalnego.

To są przede wszystkim pieniądze na to, żebyśmy wypracowywali jakieś nowe rozwiązania, nowe usługi, które później powinny być powszechnie stosowane w naszych samorządach – podkreśla Ryszard Szarfenberg.

Jak podkreśla, kluczowe, by polityka rządowa i wydatki ze środków unijnych na przeciwdziałanie ubóstwu i wykluczeniu społecznemu wzajemnie się uzupełniały.

– Jednym z przykładów jest asystent rodziny, który najpierw był finansowany ze środków unijnych, a później został wprowadzony do ustawodawstwa krajowego. To samo jest ze spółdzielczością socjalną, z ekonomią społeczną. Tu też najpierw były rozwiązania, które działały za pieniądze unijne i później były wprowadzane do naszego ustawodawstwa – mówi przedstawiciel EAPN Polska.

Przygotowane przez resort inwestycji „Założenia do umowy partnerstwa na lata 2021–2027” wskazują, że w ciągu ostatniej dekady wskaźnik zagrożenia ubóstwem lub wykluczeniem społecznym w Polsce spadł z 34,2 proc. w 2007 roku do 19,5 proc. w 2017 roku. Do końca 2018 roku ponad 105 tys. osób zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym zostało objętych wsparciem w zakresie aktywnej integracji, z czego 38,6 tys. stanowiły osoby z niepełnosprawnościami. Jednocześnie 19 tys. osób, które zakończyły udział w projektach, uzyskało kwalifikacje lub nabyło nowe kompetencje, a 12,3 tys. osób znalazło zatrudnienie.

– W nowej perspektywie 2021–2027 jednym z dużych wyzwań jest to, żeby dotrzeć do grup, które trudno aktywizować. Jeżeli są hojne świadczenia pieniężne, to mniejsza jest presja ekonomiczna, żeby podejmować aktywizację zawodową. Wyzwaniem jest zachęcenie osób, które doświadczają różnych problemów, do tego, żeby brać udział w czymś, co bezpośrednio nie przekłada się na ich sytuację, np. jakieś szkolenia, treningi. Trzeba je przekonać, że będą mi z tego korzyści w dłuższej perspektywie – mówi ekspert.

Jak podkreśla, w nowej perspektywie unijnej kwoty na przeciwdziałanie ubóstwu i wykluczeniu społecznemu będą porównywalne. Większa ma być natomiast kontrola nad wydatkowaniem środków.

– Głównym wyzwaniem w obszarze korzystania ze środków unijnych przez organizacje pozarządowe jest przede wszystkim nadmiar biurokracji i brak zaufania ze strony tych, którzy rozliczają projekty – podkreśla Ryszard Szarfenberg. – Potrzebne jest także uproszczenie procedur rozliczania projektów, bo z tym organizacje sobie czasem nie radzą, a jeśli są małe, nie mają specjalistów od tego, to tym bardziej jest im trudno i boją się w ogóle korzystać z tych środków.

Tym bardziej że często dodatkowe rygory formalne nie wynikają z przepisów unijnych, ale z krajowych regulacji.

Bruksela dziwi się czasem, że mamy takie, a nie inne rozwiązania. Unia wcale nie wymaga, żebyśmy byli tacy rygorystyczni w kontroli, więc nie komplikujmy sami sobie sprawy. Oczywiście jest to o tyle trudne, że rząd swoje, ale mamy też regionalne programy operacyjne, więc może być tak, że w jednym województwie jest trochę łatwiej, a w innym trochę trudniej. Ale wiele zależy od rządu, zmian prawnych i interpretacji przyjaznych organizacjom – podkreśla ekspert EAPN Polska.

UOKiK wytypował kolejne potencjalne piramidy finansowe. W ostatnich trzech latach znalazł na rynku 19 takich podmiotów

W ciągu ostatnich trzech lat UOKiK wytypował – zgodnie z oficjalnymi komunikatami – 19 firm działających na zasadzie piramidy finansowej. W tym tygodniu postawił zarzuty nieuczciwych praktyk kolejnym trzem spółkom, których działalność opierała się na sprzedaży pakietów członkowskich i obiecywaniu korzyści w zamian za namawianie do zakupu kolejnych osób. UOKiK podkreśla, że inwestowanie w piramidy finansowe – których struktura przypomina domek z kart – każdorazowo wiąże się z dużym ryzykiem utraty środków, dlatego konsumenci powinni być wyczuleni na konkretne sygnały ostrzegawcze.

Piramidy finansowe zarabiają na opłatach od użytkowników. Kiedy ktoś promuje system polegający na tym, że będziemy zarabiać, jeśli tylko polecimy kogoś innego, kto również wpłaci pieniądze, to zawsze powinno w nas wzbudzić czujność. Piramida finansowa prędzej czy później upadnie, kiedy tylko przestanie przybywać użytkowników, którzy tworzą jej strukturę. Wtedy konsument, który w nią zainwestował, traci wszystkie pieniądze, a zarabia tylko osoba, która tę piramidę wymyśliła. Dlatego bardzo przestrzegamy przed inwestycjami w takie struktury – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Piramidy finansowe zarabiają na opłatach od użytkowników – każdy z nich musi zapłacić określoną kwotę za przystąpienie i zwerbować kolejnych członków. Ich pieniądze nie są inwestowane, więc nie przynoszą żadnych zysków, z reguły trafiają do pomysłodawców projektu. Prędzej czy później możliwość werbowania nowych członków się jednak kończy i system upada, a konsumenci tracą ulokowane pieniądze. Innymi słowy: działalność piramidy finansowej polega bardziej na obiecywaniu uczestnikom zysków i werbowaniu do struktury kolejnych członków niż na świadczeniu rzeczywistych usług inwestycyjnych.

Piramidy finansowe są nielegalne. Przepisy chroniące konsumentów jednoznacznie zakazują ich tworzenia i prowadzenia. Takie zachowania są zaliczane do nieuczciwych praktyk rynkowych, a nadzór nad przestrzeganiem tego zakazu sprawuje UOKiK (na podstawie art. 15.1 ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym oraz art. 286 § 1 Kodeksu karnego jest to oszustwo, za które grozi do ośmiu lat pozbawienia wolności). Karane jest również propagowanie piramid finansowych – grozi za to kara do 10 proc. obrotów. Konsumenci sami powinni być jednak wyczuleni na zachęty czy pozytywne opinie o konkretnych systemach promocyjnych zamieszczane w internecie czy na portalach społecznościowych.

Jeżeli trafiamy na ofertę łatwego i szybkiego zysku, powinniśmy od razu zadać sobie pytanie, czy jest możliwe zarobienie pieniędzy w taki sposób. Trzeba sprawdzić informacje o tym, kto stoi za tym systemem, gdzie mieści się firma. Jeżeli ma siedzibę np. w Dubaju, to wiadomo, że trudno będzie się skontaktować z twórcami takiego przedsięwzięcia – mówi Agnieszka Majchrzak.

Kolejny sygnał ostrzegawczy to odsyłanie na stronę internetową, która nie zawiera podstawowych informacji na temat organizatora inwestycji albo nie jest prowadzona w języku polskim (jest za to dostępna np. po ukraińsku, wietnamsku, indonezyjsku), a miejsce prowadzenia działalności jest w egzotycznym kraju – najczęściej poza granicami UE.

Jeżeli ktoś bardzo enigmatycznie opisuje, na czym polega uczestnictwo w danym systemie, posługuje się górnolotnymi sformułowaniami, jak: „zostań partnerem, odmień swoje życie, zarób bez wychodzenia z domu i bez wysiłku”, to takie slogany też powinny wzbudzić czujność ­– wyjaśnia Agnieszka Majchrzak.

UOKiK podkreśla, że konsumenci powinni zachować ostrożność, gdy ktoś zapewnia o bardzo wysokich zyskach w krótkim czasie, nie wspominając przy tym o ryzykach związanych z inwestowaniem, albo ogólnie lub niezrozumiale przedstawia sposób swojego działania, unika odpowiedzi na konkretne pytania bądź tłumaczy, że niedawno rozpoczął działalność. Zwłaszcza jeżeli nie wskazuje przy tym swoich źródeł finansowania.

Możemy weryfikować opinie na stronach internetowych, ale trzeba pamiętać, że często pozytywne oceny są opłacane albo pochodzą właśnie od twórców takiej piramidy. Nie można więc bezkrytycznie ufać opiniom zamieszczanym w sieci czy na portalach społecznościowych – podkreśla ekspertka Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

UOKiK postawił w tym tygodniu zarzuty nieuczciwych praktyk kolejnym trzem firmom, które zostały uznane za potencjalne piramidy finansowe. To spółki Luxinvest i Quantum z Nowego Sącza oraz zarejestrowana w USA Quantum International EN – za wszystkimi trzema stoją te same osoby. Firmy oferowały konsumentom w internecie pomoc w dochodzeniu roszczeń i sprzedawały usługi szkoleniowe, ale UOKiK ustalił, że miało to na celu głównie zyskanie wiarygodności i zaufania. W rzeczywistości podstawą ich działalności była sprzedaż pakietów członkowskich i obiecywanie korzyści w zamian za namawianie do przystąpienia kolejnych osób. Pół roku temu, we wrześniu ub.r., urząd postawił też takie zarzuty czterem innym firmom.

W sumie od 2017 roku UOKiK wytypował prawie 20 takich podmiotów działających na zasadzie piramidy finansowej. W części z nich zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa.

Jak dotąd najsłynniejszą i największą piramidą była Amber Gold, która upadła w 2012 roku po trzech latach działalności. Poszkodowanych zostało 19 tys. osób, a kwota powierzonych przez nie środków to ponad 850 mln zł. Spółka Amber Gold miała inwestować w złoto i inne kruszce, a członków kusiła wysokim oprocentowaniem nawet 16,5 proc. w skali roku, które znacznie przewyższało oprocentowanie lokat bankowych.

Oficjalnie działające instytucje – takie jak banki czy firmy pożyczkowe – można sprawdzić np. w prowadzonym przez Komisję Nadzoru Finansowego rejestrze pośredników finansowych. To nie jest trudne. Jednak trudność pojawia się właśnie wtedy, kiedy mamy do czynienia z firmą oferującą nam alternatywne inwestycje, z piramidą finansową – mówi Agnieszka Majchrzak.

UOKiK ostrzega przed potencjalnie ryzykownymi inwestycjami, wydając tzw. ostrzeżenia konsumenckie, podawane do publicznej wiadomości. Trzeba je śledzić na oficjalnej stronie urzędu. Takie ostrzeżenie jest wydawane wtedy, gdy z zebranych w postępowaniu informacji wynika uzasadnione podejrzenie stosowania przez konkretnego przedsiębiorcę praktyki naruszającej zbiorowe interesy konsumentów, która może spowodować dla nich znaczne straty.

Co czwarty nastolatek doświadcza przemocy w internecie. Świadomość zagrożeń wśród rodziców jest wciąż niewystarczająca

Średnio co piąty nastolatek był ośmieszany, a co czwarty – wyzywany w internecie. Tymczasem aż 84 proc. rodziców sądzi, że ich dzieci nigdy nie doświadczyły w sieci słownej przemocy – wynika z badań NASK. Oprócz hejtu młodzież coraz powszechniej styka się też z takimi zagrożeniami jak patostreaming, treści pornograficzne czy fake newsy, a ich lista stale się wydłuża. Kluczem do obrony przed nimi jest edukacja i świadomość po stronie rodziców i nauczycieli. W tym celu w lutym – w ramach obchodów 16. Dnia Bezpiecznego Internetu – odbywa się w całej Polsce blisko 4 tys. inicjatyw na rzecz bezpieczeństwa młodych internautów.

– Podstawą i zarazem wyzwaniem jest budowanie świadomości rodziców, wychowawców, instytucji, mediów, lecz także dostawców usług internetowych, że w sieci istnieją zagrożenia i co je powoduje. Nie trzeba być specjalistą, żeby chronić przed nimi dzieci, a najlepszą aplikacją, która temu służy, jest rozmowa z dzieckiem na temat internetu – powiedział podczas obchodów 16. Dnia Bezpiecznego Internetu minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Badania NASK pokazują, że w Polsce prawie 96 proc. nastolatków korzysta z internetu codziennie, a w sieci spędzają średnio 4 godz. i 12 min. Łączą się z nią głównie poprzez smartfona. Funkcjonowania bez telefonu komórkowego nie wyobraża sobie już 15,7 proc. młodzieży (badanie „Nastolatki 3.0”). Internet jest dla nich przestrzenią rozrywki, dostępu do kultury oraz ośrodkiem życia społecznego, jednak może być też źródłem zagrożeń, takich jak hejt, patotreści czy seksting.

– Patotreści opierają się na zwykłym mechanizmie zysku, na modelu biznesowym, który trudno złamać, a pornografia, niestety, doskonale sprzedaje się w sieci. Dlatego trzeba wyposażyć odbiorców w umiejętność ich identyfikowania, a zło nazwać złem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Jacek Leśkow, dyrektor NASK.

– Ważna jest świadomość, że patostreaming rzeczywiście może być groźny, że istnieją różnego rodzaju groźne uzależnienia, w które dzieci mogą popadać, że seksting, który ma olbrzymie konsekwencje dla psychiki młodych ludzi, jest zjawiskiem coraz powszechniejszym – podkreśla minister Marek Zagórski.

Z polskiej edycji badania EU Kids Online 2018 wynika, że co trzeci nastolatek przynajmniej raz zetknął się w internecie z mową nienawiści. Średnio co czwarty (26,8 proc.) był w sieci wyzywany, a co piąty (19,5 proc.) ośmieszany – to z kolei wyniki badań NASK.

– Przeciętny wiek inicjacji internetowej to dziś osiem lat. Dzieci spędzają w internecie średnio 4 godziny dziennie. Już sam ten fakt trochę rodzi pytania, bo w tym czasie mogłyby grać w piłkę, rozmawiać z rówieśnikami, mieć kontakt z rodzicami. Nigdy też do końca nie wiadomo, jakie treści napotyka w trakcie tych 4 godzin. Tu jest właśnie wielka rola wychowawców, szkoły i rodziców, żeby umieć dziecku przekazać, co jest dla niego dobre, a co jest złe – mówi prof. Jacek Leśkow.

Rodzice i nauczyciele nie zawsze tę świadomość mają. Nie doszacowują czasu, który ich dzieci spędzają w internecie, i nie kontrolują oglądanych przez nie treści – wynika z raportu „Rodzice 3.0” NASK. Tylko co piąty rodzic (21,2 proc.) zadeklarował, że w domu jest zainstalowany filtr rodzicielski lub inna technologia, która ogranicza dostęp do niebezpiecznego contentu. 84 proc. sądzi, że ich dzieci nigdy nie doświadczyły słownej przemocy w internecie.

Podobnie alarmujące wnioski pokazuje raport z badania EU Kids Online: 41,4 proc. nastolatków nigdy lub prawie nigdy nie otrzymało od rodziców i opiekunów porady dotyczącej tego, jak bezpiecznie korzystać z internetu, a prawie połowa  (49,8 proc.) rodziców nigdy nie rozmawia z dziećmi o tym, co robią w sieci. To oznacza, że nastolatki na ogół same muszą radzić sobie z konsekwencjami szkodliwych zjawisk w internecie.

– Jednym z największych zagrożeń internetu jest też to, że rzeczy sprzeczne z naszymi wartościami, czyli np. kłamstwo, nieprawda, fake news, mają szybką możliwość rozprzestrzeniania się. Są w nim też treści mogące szczególnie uderzać w dzieci, które nie są przygotowane do reagowania na nie. Dlatego też wyzwaniem jest wpływ cyfrowego świata na relacje w  trójkącie: dziecko, wychowawcy i szkoła. Musimy się nawzajem, bez przerwy dzielić wiedzą o tym, co te treści niosą, i nie możemy dziecka skazywać na samodzielne stawianie czoła cyfrowemu światu – mówi dyrektor NASK.

– Świadomość tego, co możemy w tym kierunku zrobić, jest absolutną podstawą. Oczywiście potrzebujemy też narzędzi i aplikacji, które będą ją wspomagać, także zmian w prawie, by ograniczać ekspozycję dzieci na różnego rodzaju zagrożenia – mówi Marek Zagórski.

Jak podkreśla, dużym krokiem w tę stronę była zainicjowana przez niego Deklaracja współpracy na rzecz bezpieczeństwa Dzieci w Sieci, podpisana 1 października przez instytucje rządowe, samorządowe, grupy medialne i firmy technologiczne.

– Efektem tej deklaracji było m.in. powołanie Grupy ds. Bezpieczeństwa Dzieci i Młodzieży, która już pracuje i analizuje problem w bardzo szerokim kontekście organizacyjnym i legislacyjnym – mówi Marek Zagórski.

Minister zaznacza też, że podstawą świadomości społecznej są kampanie edukacyjno-informacyjne, realizowane m.in. przez resort cyfryzacji i organizacje pozarządowe. Jedną z takich inicjatyw jest przypadający w tym roku 11 lutego Dzień Bezpiecznego Internetu (DBI). Został on ustanowiony przez Komisję Europejską, ale w tej chwili ma już wymiar ogólnoświatowy – w ubiegłym roku do inicjatywy przyłączyło się ponad 150 państw. W Polsce jest obchodzony po raz 16. Jego główny cel to promowanie bezpiecznego korzystania z sieci i rozwiązań cyfrowych przez dzieci i młodzież oraz edukacja rodziców i nauczycieli w temacie cyberbezpieczeństwa.

– Hasłem tegorocznego DBI jest „Działajmy razem”. To jednocześnie przesłanie i wskazówka, że w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa dzieci w internecie nie można działać w pojedynkę. Nie da się całkowicie wyeliminować zagrożeń, więc żeby chronić przed niebezpieczeństwami, potrzebne jest współdziałanie wielu instytucji – mówi Marek Zagórski.

W ramach obchodów DBI w całej Polsce organizowane są lokalne projekty edukacyjne i inicjatywy na rzecz bezpieczeństwa młodych internautów. Zaproszone do udziału i organizowania własnych projektów są biblioteki, szkoły, domy kultury, osoby prywatne oraz firmy i instytucje. W tym roku zgłosiło się ich jak dotąd ponad 3,4 tys. W całej Polsce planowanych jest ok. 4 tys. inicjatyw, w których weźmie udział w sumie ok. 200 tys. uczniów. Pomysły wciąż można zgłaszać – jest na to czas do końca lutego br.

– Przy okazji Dnia Bezpiecznego Internetu zachęcamy do organizowania inicjatyw, które są temu dedykowane. Zachęcamy, żeby rejestrować się na stronie inicjatywy i tam zgłaszać własne pomysły i je realizować. W tym roku chcielibyśmy pobić rekord, choć akurat w tej sprawie chodzi nie o rekordy, tylko o realne działanie – podkreśla minister cyfryzacji.

Wśród dotychczas zgłoszonych inicjatyw, które będą realizowane przez cały luty, są m.in. zajęcia edukacyjne, przedstawienia teatralne, warsztaty z psychologiem, przygotowanie gazetek i konkursy plastyczne. Najciekawsze z nich zostaną nagrodzone. W ubiegłym roku w ramach obchodów DBI zorganizowano 3977 akcji i lokalnych inicjatyw na rzecz bezpieczeństwa młodych internautów.

Organizatorami obchodów Dnia Bezpiecznego Internetu jest Polskie Centrum Programu Safer Internet (PCPSI), tworzone przez Państwowy Instytut Badawczy NASK i Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. Głównym partnerem akcji jest Fundacja Orange. Partnerami tegorocznej edycji są Facebook Polska oraz Google Polska.

Coraz więcej Polaków kupuje wakacyjne wycieczki kilka miesięcy przed wyjazdem. Sezon 2020 zapowiada się na bardziej udany niż ubiegłoroczny

Ponad 40 proc. Polaków rezerwuje swoje wakacje przynajmniej na dwa miesiące przed wylotem – wynika z analizy Travelplanet.pl. To oznacza, że coraz rzadziej decydujemy się na wyjazd last minute. Gwarancja najniższej ceny i większe poczucie bezpieczeństwa sprawiają, że turystom nie opłaca się czekać z decyzją do ostatniej chwili. Najchętniej wybieramy Grecję, Turcję, Egipt i Tunezję. Blisko 80 proc. Polaków decyduje się na all inclusive, chętniej w cztero- i pięciogwiazdkowych hotelach.

– Wakacje 2020 zapowiadają się na znacznie liczniejsze pod względem liczby wyjazdów klientów biur podróży niż wakacje 2019. Widzimy bardzo dużo wczesnych rezerwacji, czyli first minute. Klienci są przekonani, że, po pierwsze, nie ma na co czekać, po drugie, że ich pieniądze są bezpieczne, po trzecie, że lepszych cen nie dostaną – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Kałucki z Traveplanet.pl.

Według „Raportu Podróżnika 2020” Travelplanet.pl w 2019 roku tylko co czwarty turysta zdecydował się na wakacyjny wyjazd na 10 lub mniej dni przed wylotem. Przeważnie wakacje mamy dobrze zaplanowane – 42 proc. turystów kupuje wycieczkę przynajmniej dwa miesiące przed wyjazdem.

– Jeszcze dekadę temu 45 proc. turystów kupowało wakacje last minute, a w zeszłym roku tylko 24 proc. Widać, jak mocno zmienia się ten trend i jak bardzo on przyśpieszył, o czym świadczą ostatnie trzy lata, zwłaszcza ubiegły rok – wskazuje Jarosław Kałucki.

Wakacje first minute oznaczają często dodatkowe bonusy, obniżki na część hoteli czy gwarancję najniższej ceny – nawet jeśli koszt wycieczki do czasu wyjazdu się obniży, touroperator zwraca różnicę. Jak przekonuje ekspert, na popularność takich zakupów wpływa też większe zaufanie do branży.

 Ubiegłoroczny upadek Thomasa Cooka, który pociągnął za sobą Neckermanna, pokazał, jak bardzo stabilna jest branża turystyczna w Polsce, ponieważ Turystyczny Fundusz Gwarancyjny nie wydał ani złotówki na pokrycie kosztów powrotów czy niezrealizowanych wakacji – mówi Jarosław Kałucki.

Raport Travelplanet.pl wskazuje, że preferencje wakacyjnego odpoczynku Polaków od wielu lat są podobne. Wyjeżdżamy najczęściej na tydzień (71 proc.), w lipcu lub sierpniu (32 proc.), najchętniej do Grecji (22 proc.) i Turcji (20,5 proc.).

– Na trzecim miejscu jest Bułgaria, to bardzo rodzinny kierunek i chętnie rezerwowany. Na czwartym miejscu Hiszpania, na kolejne wracają kierunki arabskie – Egipt i Tunezja. Na podobnych miejscach były też rok wcześniej, ale zwiększa się ich udział w sprzedaży – wylicza przedstawiciel Travelplanet.pl.

W 2019 roku za wakacje płaciliśmy średnio 2,6 tys. zł, o ok. 7 proc. więcej niż rok wcześniej. To nie tylko efekt wzrostu cen, ale także zmieniających się preferencji Polaków. Rzadziej wybieramy zakwaterowanie z wyżywieniem we własnym zakresie (3 proc.) czy z dwoma posiłkami (18 proc.). Stawiamy na all inclusive (79,5 proc.) w coraz lepszych hotelach.

– Tak duża liczba rezerwacji w Turcji, Tunezji i Egipcie świadczy o tym, że być może poprawimy rekord z zeszłego roku, kiedy to aż 27 proc. klientów wyjechało do hoteli pięciogwiazdkowych. Są to kierunki, gdzie za cenę czterech gwiazdek w Europie kupuje się pięć gwiazdek i all inclusive – mówi Jarosław Kałucki.

PESA i Orlen coraz bardziej zaawansowane w budowie lokomotywy na wodór. Ma być gotowa w 2021 roku

W 2021 roku ma być gotowa lokomotywa wodorowa, nad którą wspólnie pracują bydgoska PESA i PKN Orlen. Pojazd ma być wyposażony w autonomiczne sterowanie, a obie spółki są już na zaawansowanym etapie przygotowywania pełnej specyfikacji, po której ruszy faza projektu i budowy. Docelowo nowa technologia ma zostać wdrożona komercyjnie na dużą skalę, również w pojazdach do przewozu osób.

Konfigurujemy pojazd wodorowy – konkretnie lokomotywę manewrową – i jesteśmy już na zaawansowanym etapie prac. Poznajemy wymagania, zarówno techniczne, jak i organizacyjne, i staramy się od razu wpleść do tego projektu prace nad autonomicznym sterowaniem. Mogę więc powiedzieć, że idziemy do przodu. Kiedy domkniemy już kwestie specyfikacji, zaczniemy projektowanie i budowę. Chcemy widzieć lokomotywę wodorową przy pracy w 2021 roku – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Zdziarski, prezes zarządu PESA Bydgoszcz SA.

W ocenie Orlenu i bydgoskiej Pesy ogniwa wodorowe są jedną z najbardziej obiecujących technologii w transporcie kolejowym. Stąd w grudniu ub.r. obie spółki podpisały list intencyjny dotyczący współpracy przy stworzeniu pojazdu szynowego zasilanego wodorem. Na początek ma to być lokomotywa towarowa, a następnie całkowicie bezemisyjny zespół trakcyjny przeznaczony do obsługi ruchu pasażerskiego. Jego zaletą będzie m.in. stosunkowo duży zasięg, jak i krótki czas tankowania, dlatego wodór ma być idealnym paliwem dla ciężkich pojazdów szynowych. Nowa technologia ma pojawić się na rynku w przyszłym roku i docelowo zostać wdrożona komercyjnie na dużą skalę.

Wodór to jedno z kluczowych źródeł czystej energii, wspieranych na poziomie UE jako element gospodarki zeroemisyjnej. Ta technologia staje się coraz popularniejsza – m.in. właśnie w sektorze transportu szynowego. Pojazdy tego typu zamówili niedawno niemieccy przewoźnicy, a tamtejszy rząd zobowiązał się pokryć 40 proc. kosztów paliwa wodorowego. Technologia wodorowych ogniw paliwowych jest też coraz bardziej rozpowszechniona m.in. w Japonii i Kalifornii.

Polska to z kolei jeden z największych producentów wodoru na świecie, m.in. właśnie za sprawą PKN Orlen, który w ramach grupy kapitałowej w procesie produkcyjnym wytwarza blisko 45 ton wysokiej jakości wodoru na godzinę.

Orlen pracuje z wodorem na co dzień. Ropa naftowa to węglowodory, więc spółka jest doświadczona przede wszystkim w produkcji i magazynowaniu wodoru, co do tej pory było ogromnym wyzwaniem dla napędów wodorowych. Orlen zapewnia tę część, w której my się nie specjalizujemy. My natomiast jesteśmy w stanie ten pojazd zbudować – mówi Krzysztof Zdziarski.

Jak zapowiada, PESA planuje dywersyfikację swoich rynków eksportowych. W tej chwili ok. 35 proc. zamówień realizuje w eksporcie, głównie do krajów Europy Środkowej i Zachodniej, w tym przede wszystkim Niemiec i Włoch. Na nich przede wszystkim skupia się bydgoski producent, pracując nad zakończeniem dotychczas rozpoczętych zamówień, ale w nowej strategii przedstawi plany rozszerzenia działalności o kolejne rynki. Z tym – jak podkreśla prezes spółki – będą wiązać się kolejne wyzwania.

– Mowa o różnego rodzaju specyfikacjach, wymaganiach lokalnych, chociaż nowa unifikacja prawa kolejowego przewiduje, że więcej elementów powinno być do siebie podobnych. Są to wyzwania przede wszystkim certyfikacyjne, homologacyjne, techniczne, ale trzeba je pokonać. Oczekiwania pasażerów są natomiast wszędzie  podobne – mówi prezes zarządu PESA Bydgoszcz.

Mobilne mikroskopy mogą już rozpoznawać choroby. Trwają prace nad wbudowaniem ich w okulary

Innowacje w mikroskopii opartej na smartfonach otwierają nowe perspektywy. Najnowsze rozwiązania mogą już służyć do analizy próbek krwi i wykrywania chorób. Technika głębokiego uczenia maszynowego pozwala zaś zobaczyć niedostrzegalne dotąd szczegóły na zdjęciach wykonanych przez smartfony. Trwają prace także nad stworzeniem okularów z wbudowanym minimikroskopem. Specjalna nakładka uHandy potrafi zaś zmienić w mikroskop każdy smartfon lub tablet. Sprawdzi się przede wszystkim w edukacji.

– Mobilny mikroskop uHandy to urządzenie, które współpracuje z każdego rodzaju tabletem czy smartfonem i zmienia go w mikroskop. Ma dwie soczewki o różnym stopniu powiększenia. Białą soczewkę należy wpiąć tak, aby znajdowała się nad przednią lub tylną kamerą tabletu, a następnie skierować światło do środka i gotowe. Za pomocą urządzenia możemy bardzo szybko zbadać odcisk palca, monetę albo np. wydruk, żeby zobaczyć piksele – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jolanda Hsu z uHandy.

Mikroskopy są już coraz mniejsze, mogą też być mobilne. Wszystko dzięki nowym technologiom. Trwają prace nad stworzeniem okularów z wbudowanym minimikroskopem. Na razie mikroskopem mogą stać się urządzenia mobilne. Naukowcy z UCLA Samueli School of Engineering przekonują, że technika głębokiego uczenia maszynowego pozwala dostrzec szczegóły na zdjęciach wykonanych przez smartfony z podobną dokładnością, co mikroskopy.

Urządzenie uHandy pozwala zaś stworzyć mikroskop ze smartfona lub tabletu. Specjalne obiektywy umożliwiają 200-krotne powiększenie oglądanych obiektów, w tym np. organizmów wodnych.

– Wielu nauczycieli chciałoby zabierać uczniów na zajęcia w terenie, ale nie mogliby wówczas korzystać ze standardowych mikroskopów, bo są one zbyt ciężkie. Nasze urządzenie umożliwia prowadzenie badań bezpośrednio na miejscu. Dysponujemy także dodatkowymi materiałami, które pomagają uczniom korzystać z tego rodzaju sprzętu – przekonuje Jolanda Hsu.

Przenośne mikroskopy sprawdzą się nie tylko w szkołach czy codziennym życiu. Niedawno naukowcy ogłosili, że połączenie telefonów komórkowych z adapterami mikroskopów może być przydatne przy diagnozie chorób, m.in. malarii. Nowoczesny sprzęt i oprogramowanie oparte na sztucznej inteligencji można wykorzystać do stworzenia skutecznych narzędzi diagnostycznych. Tanie adaptery wydrukowano w 3D, a techniki głębokiego uczenia się skutecznie identyfikują patogeny. Jeśli kolejne testy potwierdzą skuteczność urządzenia, może zostać wprowadzone w części afrykańskich krajów.

Firma analityczna Industry Research przewiduje, że rynek obiektywów dla smartfonów w najbliższych latach będzie się rozwijał w tempie blisko 16,5 proc., by w 2024 roku osiągnąć wartość 8,3 mld dol.

Banki przechodzą na podpisy elektroniczne. W przyszłości parafowanie umów w sposób tradycyjny może być zabronione

Cyfrowa rewolucja unowocześni systemy obiegu danych. Digitalizacja dokumentów ułatwi ich katalogowanie i przetwarzanie. Cyfryzacja administracji oraz przedsiębiorstw umożliwi przeniesienie dokumentacji do zasobów cyfrowych i zarchiwizowanie jej w chmurach danych. Zwiększy to bezpieczeństwo gromadzonych danych oraz usprawni przepływ informacji zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Według ekspertów w przyszłości podpisywanie umów na papierze może być w ogóle zabronione, głównie ze względu na walkę ze zmianami klimatycznymi.

– Jesteśmy w fazie transformacji cyfrowej, dokumenty papierowe nadal są często używane, natomiast już widać kolejne zmiany w prawie i myślę, że doczekamy się takiego momentu, kiedy będzie wręcz zabronione podpisywanie umów papierowych, trzeba będzie podpisywać je elektronicznie, chociażby ze względu na ochronę środowiska i bezpieczeństwo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Przemysław Sołdacki, wiceprezes Astrafox. – Zmiana Kodeksu cywilnego z 2016 roku pozwoliła podpisywać umowy w postaci tzw. dokumentowej, czyli elektronicznie. W tym roku ruszyły się banki, są już pierwsze inwestycje w obszarze podpisów elektronicznych.

Potencjał cyfrowej dokumentacji docenili m.in. menedżerowie Alior Banku, BNP Paribas oraz PKO BP, którzy zainwestowali w rozwój fintechu Autenti, specjalizującego się w systemach do zarządzania cyfrową dokumentacją. Zadaniem inżynierów Autenti będzie opracowanie narzędzia do podpisywania dokumentów za pośrednictwem e-podpisu przy wykorzystaniu urządzeń mobilnych oraz komputerów osobistych. Nowa platforma pozwoli podpisywać dokumenty za pośrednictwem internetu, ograniczy zużycie papieru, a także poprawi bezpieczeństwo klientów np. poprzez wdrożenie zdalnej kontroli transakcji. Dzięki niej członkowie rodziny mogliby śledzić operacje dokonywane na kontach osób starszych, aby szybciej wykryć podejrzane transakcje.

W rozwiązania z zakresu usprawniania przepływu dokumentacji inwestuje także firma eDokumenty. Produkuje ona wyspecjalizowane narzędzia do obsługi systemów cyfrowego fakturowania, kontroli wniosków oraz cyfrowej korespondencji. Platforma eDokumenty umożliwia wdrożenie cyfrowego, w pełni zinformatyzowanego środowiska pracy.

– Elektroniczny obieg dokumentów oszczędza czas i pieniądze. Dużo łatwiej jest przygotować dokument, przesłać go, podpisać, archiwizować czy wyszukiwać. Dokumenty papierowe to przeżytek, ich przechowywanie zajmuje miejsce, a w przypadku pożarów bądź innych katastrof dużo trudniej je zabezpieczać, a robienie kopii cyfrowych jest bardzo łatwe – tłumaczy ekspert.

Szereg rozwiązań z zakresu digitalizacji procesu obiegu dokumentów przygotowała także firma Astrafox. Za pośrednictwem autorskiego narzędzia Alteryx firmy mogą budować modele predykcyjne czy drzewa decyzyjne, chmurowa hurtownia danych Snowflake umożliwi analizowanie dużych zasobów danych w czasie rzeczywistym, a Tableau zautomatyzuje proces tworzenia raportów, statystyk i prognoz.

Również przedstawiciele administracji publicznej rozwijają rozwiązania z zakresu digitalizacji dokumentów. Dobrym przykładem takiego działania są prace nad aplikacją mObywatel, która za pośrednictwem profilu mTożsamość uwierzytelnia najważniejsze rejestry, takie jak imiona, nazwiska, daty urodzenia, zdjęcia czy numer PESEL w celu składania dokumentów za pośrednictwem internetu. Dzięki temu może posłużyć do rejestracji usług, odbierania paczek poleconych czy uwierzytelniania tożsamości na potrzeby głosowania w wyborach. Sprawdzi się także w roli cyfrowego prawa jazdy, legitymacji studenckiej czy nośnika eRecept.

Z kolei w ramach unijnego Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka polski rząd powołał do życia platformę OBYWATEL.GOV.PL, która ma umożliwić złożenie urzędowych wniosków bez wychodzenia z domu, drogą cyfrową. Platformę przystosowano m.in. do zdalnego wnioskowania o wydanie dowodu osobistego, zarejestrowanie samochodu czy zgłoszenie dziecka do żłobka.

– W tej chwili nikt nie myśli o tym, żeby robić zdjęcie na kliszy. Podobnie jest z dokumentami. Technologia musi być dopracowana – tak jak aparat cyfrowy zapewnia lepszą jakość zdjęć niż nawet na kliszy, tak im technologie obiegu elektronicznych dokumentów będą lepsze, coraz bardziej bezpieczne, tym coraz powszechniej będą używane – mówi Przemysław Sołdacki.

Według analityków z firmy Mordor Intelligence wartość globalnego rynku systemów DMS (ang. system zarządzania dokumentami) w 2019 roku wyniosła 3,88 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 7,68 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 12 proc.

Nie ma chętnych na zbyt drogi polski węgiel. Zamykanie kopalń jest nieuniknione, choć odkładane w czasie

W styczniu produkcja branży wydobywczej spadła rok do roku o 10,4 proc., a w porównaniu z grudniem o 19,7 proc. Jeśli wziąć pod uwagę samo górnictwo węgla kamiennego i brunatnego, to spadek wyniósł aż 27,3 proc. r/r.

Zapaść w górnictwie jest potężna, tym bardziej, że styczniowe dane GUS o gospodarce były lepsze niż się spodziewano. Branża przemysłowa urosła o 1,9 proc. rok do roku, a 5,8 proc. w zestawieniu z grudniem. Rosła też branża energetyczna.

Nie ma chętnych na zbyt drogi polski węgiel, chyba że polski przemysł i konsumenci zechcą płacić dużo większe rachunki za energię elektryczną. Na początku roku na zwałach zalegało już 14,5 mln ton węgla, w tym 4,5 mln na placach przy kopalniach.

– Węgiel jest wożony do nowego centralnego magazynu w Ostrowie Wielkopolskim, co jest o tyle absurdalne, że państwowe spółki płacą za transport do Ostrowa, a będą musiały płacić kolejny raz za transport do ostatecznego miejsca, gdzie ten węgiel zostanie spalony – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Te koszty transportu to już kilkadziesiąt procent wartości wydobytego węgla.

Stworzenie przez rząd centralnego magazynu nie było żadnym rozwiązaniem problemu. Państwowe górnictwo będzie chciało eksportować węgiel, aby pozbyć się zapasów i utrzymywać wydobycie.

– Problem jest taki, że przy jego sprzedaży poza granice kraju na każdej wyeksportowanej tonie węgla państwowe spółki będą tracić ok. 100 zł, bo ceny węgla w Europie są wyjątkowo niskie, a w Polsce rekordowo wysokie – wyjaśnia B.Derski.

Zamykanie kopalń jest nieuniknione, choć odkładane w czasie.

Credit Agricole: Nie ma bańki spekulacyjnej. Ceny mieszkań będą rosnąć, ale wolniej

Za cztery lata przeciętne ceny nowych mieszkań wzrosną do ponad 10 tys. zł za m kw. Wzrost cen będzie jednak coraz słabszy. W 2020 r. wyniesie 8,4 proc., ale w 2023 r. będzie na poziomie 5,0. Na rynku nie ma bańki spekulacyjnej.

Co spowoduje osłabienie tempa wzrostu cen? Stopa bezrobocia będzie kształtowała się w najbliższych latach w lekkim trendzie wzrostowym (do końca 2021 r. zwiększy się o 0,3 pkt. proc. a do końca 2023 r. o 1 pkt. proc.). Taka tendencja będzie wynikała m.in. z oczekiwanego spowolnienia wzrostu gospodarczego powiązanego z cyklem w absorbcji środków unijnych i spadku zatrudnienia związanego częściowo z silnym wzrostem płacy minimalnej. W kontekście popytu gotówkowego na mieszkania oznacza to nieznaczne spowolnienie jego wzrostu.

W warunkach pogarszającej się sytuacji makroekonomicznej i malejącego zasobu oszczędności, trudno oczekiwać, że dwucyfrowe tempo wzrostu popytu gotówkowego na mieszkania zostanie utrzymane, choć stopy procentowe pozostaną w najbliższych latach na niezmienionym poziomie, co będzie sprzyjać inwestycjom w mieszkania będących alternatywą dla nisko oprocentowanych depozytów bankowych.

Spójne z założeniem o wolniej rosnącym popycie zarówno ze strony gospodarstw domowych, jak i inwestorów długoterminowych jest przyjęcie założenia, że coraz mniej Polaków będzie oczekiwać, że „ceny domów nigdy nie spadają”. Choć rynek mieszkaniowy jest typowym rynkiem cyklicznym, to obecnie niemal połowa Polaków właśnie tak uważa.

– W mojej prognozie zakładam, że tempo wzrostu cen mieszkań na rynku pierwotnym obniży się do 8,4% r/r w 2020 r. i w kolejnych latach będzie znajdować się w trendzie spadkowym osiągając poziom 5,0% w 2023 r. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista Credit Agricole Bank Polski. – Oznacza to, że przeciętna cena transakcyjna w siedmiu największych miastach zwiększy się z 8,2 tys. zł w IV kw. 2019 r. do 10,7 tys. za m kw. na koniec 2023 r.

Powody silnego styczniowego wzrostu inflacji

O niskiej inflacji musimy zapomnieć. W każdym miesiącu tego roku będzie wyższa od celu inflacyjnego. Najważniejszą przyczyną jest bardzo wysoki wzrost płacy minimalnej, czyli jej wzrost jest sztucznie wywołany i nie powinien być aż takim zaskoczeniem.

W ostatnich latach przywykliśmy do niskiego wzrostu cen, a wcześniej nawet ich spadku czyli deflacji. Inflacja 4,4 proc. jest powodem do niepokoju.

– Nie ma jednego powodu, tak silnego wzrostu inflacji. Jednak są trzy czynniki szczególnie istotne – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Po pierwsze, to efekt niekorzystnych warunków pogodowych, które przełożyły się na wzrost cen warzyw i owoców. Ten efekt inflacji będzie widoczny jeszcze przez kilka miesięcy.

Drugą przyczyną jest tzw. efekt środowiskowy. Coraz więcej płacimy za ochronę środowiska. Podwyżki cen energii są związane z wzrostem cen prawa do emisji CO2. Podrożały też bardzo opłaty za wywóz śmieci, bo koszty ich segregacji bardzo wzrosły. – Ta wyższa inflacja jest trochę śmieciowa – komentuje ekspert XTB. – Powinniśmy się przyzwyczajać do tego, że ekologia kosztuje.

Kolejną przyczyną jest dobra koniunktura gospodarcza przy niskim bezrobociu i wysokim wzroście płacy minimalnej. Do 2 600 zł od stycznia, co jest rekordowym wzrostem, bo o 350 zł. Z powodu wzrostu płacy minimalnej zaczynają szybko rosnąć koszty usług, a firmy podnoszą ceny swych usług.

– Inflacja jest na niepokojąco wysokim poziomie, a co dalej? Wpływ podwyżek opłat za śmieci na inflację potrwa jeszcze kilka miesięcy, ale zniknie w przyszłym roku. Mielibyśmy pecha, gdyby był to kolejny niekorzystny rok dla uprawy warzyw i owoców. Natomiast trzecia z przyczyn wysokiej inflacji będzie się utrzymywać. I dlatego przewiduję, że w każdym miesiącu tego roku inflacja będzie się utrzymywać powyżej celu inflacyjnego – przewiduje dr P.Kwiecień.

Wola przejmuje prowadzenie w warszawskiej sztafecie biurowej

Służewiec biznesowy próbuje dotrzymać kroku warszawskiej Woli, która obrasta biurowymi wieżami.

Warszawskie biura skupione są przede wszystkim w trzech dzielnicach – na Mokotowie, w Śródmieściu i na Woli. Na ich terenie zlokalizowane jest około 75 proc. zasobów biurowych miasta. Największe warszawskie obiekty biurowe, o powierzchni przekraczającej 30 tys. mkw. oferują ponad jedną czwartą powierzchni, jaką dysponuje stołeczny rynek. Struktura podaży zmienia się jednak dynamicznie, bo na terenie aglomeracji realizowanych jest kilkanaście projektów wielkoskalowych, w większości w centralnym obszarze miasta, które wejdą na rynek w tym i przyszłym roku.

Najwięcej biurowców rośnie w rejonie ronda Daszyńskiego. I niedługo to właśnie ten obszar przejmie biurową palmę pierwszeństwa w Warszawie. Centrum miasta zapełnia się szklanymi wieżami, wśród których znajdzie się też najwyższy budynek, nie tylko w stolicy, ale i w Unii Europejskiej. Wieża Varso Tower, powstająca w pobliżu Dworca Centralnego z iglicą mierzyć będzie 310 metrów. Wysokościowiec wraz z dwoma niższymi wieżowcami realizowany jest w ramach inwestycji Varso Place, która dostarczy łącznie 144 tys. mkw. powierzchni.

Wolskie wysokościowce

W rejonie ronda Daszyńskiego, na tzw. bliskiej Woli, którą od Śródmieścia dzieli aleja Jana Pawła II w budowie jest kilka kolejnych wież biurowych. Do końca 2021 roku na tym obszarze zostanie oddanych do użytkowania kilka inwestycji, w których powstają wysokościowce. Na rynek wejdą takie projekty jak The Warsaw Hub, Warsaw Unit, Skyliner, Warsaw Unit, Spark, Mennica Legacy Tower, Generation Park, a w 2022 roku ma zostać ukończona również wieża biurowa SKYSAWA budowana przy rondzie ONZ. Poza tym, w tej części miasta realizowanych jest także kilka ciekawych inwestycji, wśród których wymienić można biurowiec Chmielna 89, czy kompleks Lixa oraz multifunkcyjne projekty Browary Warszawskie, czy Fabrykę Norblina.

Nowe obiekty wraz z istniejącymi już w okolicy ronda Daszyńskiego, nowoczesnymi budynkami biurowymi utworzą największy w Warszawie hub biurowy, który pod względem standardu oferowanej powierzchni nie będzie miał sobie równych. Wielkością oferty nowe centrum biznesowe będzie zaś dorównywało zasobom Służewca Przemysłowego, który dzięki swojej kubaturze wciąż jest największą strefą biurową w Warszawie i w Polsce. To zagłębie dziś się już jednak nie rozwija. Poza budynkiem u zbiegu ulic Marynarskiej i Taśmowej, który będzie siedzibą firmy DSV, na jego terenie nie są prowadzone żadne inwestycje biurowe.

Służewiec w transformacji

Niemniej, monofunkcyjne jeszcze do niedawna mokotowskie zagłębie biurowe, skupiające 1,1 mln mkw. powierzchni, od pewnego czasu sukcesywnie zmienia swój charakter, by stać się na powrót atrakcyjnym dla najemców. Służewiec konsekwentnie odchodzi od typowo biurowego charakteru. Poprzez zmianę funkcji niektórych budynków i wprowadzanie inwestycji mieszkaniowych oraz hotelowych, a także dodatkowych usług i atrakcji, jak park linearny, czy amfiteatr chce stać się ciekawą lokalizacją także po godzinach pracy.

Pierwszy hotel – Hampton by Hilton Mokotów otworzył się na Służewcu w 2018 roku. Niedawno przy ulicy Postępu oddany został hotel Holiday Inn Express Mokotów, a przy Woronicza gości powita Focus Hotel Premium. Kolejne dwa obiekty hotelowe – Moxy & Residence Inn i  Holiday Inn Warsaw Mokotów są w fazie planowania. Według szacunkowych danych, po ich oddaniu ten obszar będzie miał do zaoferowania około 1600 miejsc hotelowych.

Na Służewcu przewidziane są też nowe inwestycje mieszkaniowe. Zakup przez Echo Investment czterech biurowców oraz gruntów na terenie kompleksu Empark wiąże się bowiem z zapowiedziami realizacji w ich miejsce osiedla mieszkaniowego. W ostatnich latach oddane zostało na tym terenie około 3,9 tys. mieszkań. W planowanych dziś inwestycjach powstać ma podobna ich ilość

Zmiany zachodzą też w samych budynkach biurowych, których właściciele chcą zaoferować podobne udogodnienia, jakie zapewniają biurowce w centrum miasta. Modernizacji poddane zostały m.in. Tulipan House, Park Postępu, Horizon, Adgar Plaza One, Adgar Wave, Innova i Signum Work Station (dawne Trinity Park II i III), czy budynki przy Cybernetyki 7 i 7a.

Rekordowy popyt na warszawskie biura

Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz

Tymczasem powierzchnia biurowa w Warszawie rozchodzi się na tak zwanym pniu. Największe zainteresowanie najemców budzą biura zlokalizowane w centralnym obszarze miasta. Jak podaje Walter Herz, w 2019 roku w wolumen najmu na rynku warszawskim kolejny raz osiągnął rekordową wartość, a jego chłonność jest dziś najwyższa w historii. – W minionym roku w Warszawie wynajęte zostało prawie 880 tys. mkw. powierzchni biurowych. Na około jedną czwartą z tej powierzchni zawarte zostały umowy przednajmu. Wyraźnie widoczny jest wzrost udziału tego typu kontraktacji w wolumenie najmu. Coraz więcej firm zgłasza też zapotrzebowanie na wynajem dużych powierzchni, przekraczających 10 tys. mkw. Ubiegły rok przyniósł również bezprecedensowe umowy, w których zakontraktowane zostało po ponad 40 tys. mkw. biur. Na rynku widoczna jest kompresja zachęt oferowanych przez właścicieli budynków. Duży popyt na powierzchnię  powoduje, że najemcy zdecydowanie wcześniej, nawet na 2-3 lata przed zakończeniem umów najmu zaczynają analizować możliwości rynkowe, by móc podjąć najkorzystniejszą decyzję i albo renegocjować kontrakt, albo zmienić biuro – zauważa Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz.

Mała dostępność gotowych biur sprawia, że firmy znacznie częściej niż wcześniej decydują się na rezerwacje powierzchni w powstających biurowcach. W Warszawie w budowie jest ponad 850 tys. mkw. biur. Większość tej powierzchni oddana zostanie w tym i przyszłym roku. Według danych Walter Herz, w 2019 roku na warszawski rynek weszło natomiast zaledwie nieco ponad 160 tys. mkw.

– W najbliższej perspektywie prawdopodobnie będziemy mogli obserwować w Warszawie kolejne rynkowe rekordy. Tym razem związane, nie tylko z popytem, ale także podażą. W tym roku zasoby biurowe stolicy mogą wzrosnąć o 450 tys. mkw. powierzchni, a przyszły rok powinien przynieść kolejne 400 tys. mkw. nowych biur. Wielkość nowej podaży zależeć będzie od tego, czy budowy zakończą się w zakładanym terminie. Ponadprzeciętna nowa podaż nie zachwieje jednak równowagi na warszawskim rynku, bo cieszy się on dużym powodzeniem międzynarodowego biznesu. Wysokiej klasy biura w najnowocześniejszych obiektach szybko znajdują najemców – dodaje Bartłomiej Zagrodnik.

Według danych Walter Herz, współczynnik pustostanów w centrum Warszawy nie przekracza aktualnie 5 proc. Poza obszarem centralnym spadł zaś do poziomu około 9 proc. Wolnych powierzchni jest też mniej na Mokotowie. Mimo, że Służewiec Przemysłowy nadal charakteryzuje najwyższym współczynnikiem pustostanów na rynku warszawskim, transformacja i poprawa infrastruktury komunikacyjnej w tej części miasta znacznie podniosła jednak jego atrakcyjność. Obecne tam firmy częściej decydują się na przedłużanie umów najmu. Motywują do tego również oferowane w tym rejonie, niższe stawki czynszowe niż w centrum miasta, które kształtują się w przedziale 13,0 – 14,5 euro/mkw.

Bank Chin postanowił obniżyć stopy procentowe pomimo gwałtownie rosnącej inflacji

Czasem może się wydawać, że gospodarka chińska nie stosuje tych samych reguł, co gospodarki większości państw na świecie. Teraz właśnie Bank Chin postanawia obniżać stopy procentowe pomimo gwałtownie rosnącej inflacji. Obniżka na szczęście wyniosła zaledwie 0,1%.

Chiny obniżają stopy procentowe

Decyzja Banku Chin była swoistym zaskoczeniem dla rynku. Część analityków przewidywała, co prawda, że spowolnienie gospodarcze skłoni władze do stymulacji wzrostu PKB tańszym kredytem. Dane o inflacji za styczeń powodowały jednak, że głośno mówiło się o wstrzymaniu tych oczekiwań. W ciągu miesiąca inflacja wzrosła o 0,9% i osiągnęła 5,4%. To najwyższy poziom od końca 2011 roku i ponad dwukrotność średniej ostatnich lat. Mimo tego zdecydowano się na obniżkę. Zgodnie z przewidywaniami obniżka stóp procentowych osłabiła juana. Ruch ten jest korzystny, gdyż stymuluje eksport, nie zmienia to faktu, że wielu obserwatorów zastanawia się, co dalej stanie się z inflacją.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Analitycy spodziewali się symbolicznego spadku produkcji przemysłowej o 0,1% w skali roku. Tak źle jednak nie było i wskaźnik rośnie o 1,1%. Warto jednak pamiętać, że rok temu było to 3,8% i dane te również nie budziły entuzjazmu. Mamy zatem specyficzną sytuację, gdzie dochodzi do publikacji lepszych od oczekiwań danych, a złoty i tak traci na wartości. Od rana euro podrożało z poziomu 4,27 zł do 4,28 zł.  

Dobre dane z amerykańskiego rynku nieruchomości

Wczoraj opublikowano dane na temat budowy nowych domów w USA. Zarówno pozwolenia, jak i rozpoczęte budowy nowych domów wypadły lepiej od oczekiwań analityków. Różnica ta wyniosła od 6-9% zatem była istotna. Inwestycje w nieruchomości są ważnym barometrem gospodarki, to w końcu od kryzysu kredytów hipotecznych rozpoczął się kryzys 2008 roku. Dane te pozwoliły utrzymać relację 1 dolara i 8 centów za euro. Oznacza to, że od początku roku cena euro wyrażona w dolarze wzrosła o 4 centy. Z tego też powodu, przy w miarę stabilnej cenie eurodolar podrożał od początku roku o około 15 groszy.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Co czeka branżę IT w 2020 roku? – Piotr Kawecki, prezes zarządu w ITBoom

Rok 2019 był dla całej branży bardzo udany. Na pewno czynnikiem sprzyjającym jest dynamiczny rozwój wszystkich sektorów, a co się z tym wiąże, rosnące potrzeby inwestowania w nowe technologie. Spadek bezrobocia oraz jednoczesny wzrost zapotrzebowania na nowych pracowników wymaga od przedsiębiorców szukania alternatywy do tworzenia nowych miejsc pracy. Jedną z nich jest automatyzacja niektórych procesów. Dzieje się to już na wielu płaszczyznach, począwszy od działów produkcji, dystrybucji, logistyki, aż po administrację i pracę biurową. W tym ostatnim obszarze mówimy na przykład o automatyzacji obrotu i akceptacji dokumentów wewnętrznych, czy rejestracji czasu pracy celem jeszcze lepszej optymalizacji. Z roku na rok nasza praca przekłada się na coraz bardziej wymierne korzyści dla klientów.

Rok 2019 zdecydowanie możemy zaliczyć do udanych dla naszej firmy. Ze względu na coraz większą liczbę Klientów, z którymi współpracujemy powiększyliśmy zespół zarówno o doświadczonych specjalistów, jak i o osoby, które rozpoczynają swoja drogę zawodową. Rok 2019 upłynął również pod hasłem szkoleń, kursów i szeroko pojętego poszerzania wiedzy. IT to branża, w której nieustannie trzeba się uczyć.

Warto wspomnieć także o projektach, które przekładają się na jakość pracy i dużo lepszy przepływ informacji w przedsiębiorstwach. Projektem zrealizowanym w 2019 roku, z którego jesteśmy najbardziej dumni, jest wdrożenie u jednego z naszych kontrahentów z branży produkcyjnej rozwiązania e-commerce do komunikacji zewnętrznej z siecią sprzedaży.

2020 będzie czasem chmury

Według wszelkich analiz w 2020 roku największą perspektywą rozwoju będą miały rozwiązania chmurowe, które w Polsce są warte już ponad 312 mln USD. W naszym kraju, ten sektor będzie rosnąć pięć razy szybciej niż usługi czy sprzedaż hardware’u. Dotychczas jedną z głównych barier rozwoju chmury były obawy związane z wyciekiem danych i wiązane z nimi obostrzenia prawne. Obecnie prawo w tej kwestii zostało uporządkowane, a wdrożone rozwiązania spełniają najwyższe standardy ochrony przechowywanych i wymienianych danych. Wyraźnie zachęca to firmy do korzystania z tego rodzaju rozwiązań. Branża finansowa, produkcja, dystrybucja i sprzedaż to główne sektory, w których widzimy duży potencjał. Firmy z tych branż zaczynają dużo mocniej niż dotychczas inwestować w rozwiązania IT. Najwidoczniej rysującym się trendem jest wielopłaszczyznowość wdrożeń. Do niedawna standardem była realizacja projektu w jednym konkretnym dziale przedsiębiorstwa. Teraz widzimy konieczność tworzenia rozwiązań zespalających całe procesy, od działu produkcji, automatyzacji pracy np. urządzeń spiętych w IoT, po zarządzanie finansami i księgowość. W każdym z tych obszarów rozwiązania informatyczne zapewniają usprawnienia, które czynią pracę tańszą, efektywniejszą i precyzyjniejszą. Warto wspomnieć o działach sprzedaży, które wspierane są obecnie od momentu pozyskania klientów do obsługi posprzedażowej, serwisowej i gwarancyjnej. Mamy do tego naprawdę mnóstwo narzędzi, takich jak krojone na miarę aplikacje mobilne, korzystające z rozwiązań chmurowych. IT nakierowane do wewnątrz struktur danej organizacji może także uprościć wiele procedur, np. w działach HR. Wdrożenie odpowiednich aplikacji do zarządzania zadaniami i projektami, to kolejne obszary usług jakie będą się wciąż świetnie sprzedawały w 2020 roku.

Sztuczna inteligencja i bezpieczeństwo

W perspektywie najbliższych lat bezpieczeństwo będzie kluczowym obszarem. Sztuczna inteligencja, która obecnie bardzo dynamicznie się rozwija, dzięki procesowi samouczenia się, będzie mogła przewidywać potrzeby użytkowników aplikacji czy wyłapywać niestandardowe zachowania. Już dzisiaj odpowiednie oprogramowanie zarządza i pomaga kontrolować ryzyko np. przy ocenie wniosków kredytowych czy określeniu zdolności kredytobiorcy. To co jeszcze 4-6 lat temu było odległą przyszłością, dzisiaj jest wdrażane jako narzędzie podstawowe. Dzisiaj autoryzacja w aplikacji mobilnej oraz potwierdzenie zawarcia umowy skanem twarzy to rozwiązania stosowane praktycznie na co dzień w wielu instytucjach. Biometria jest tak powszechna, że nikt nie określa jej mianem science fiction. Przyszłość branży to zapewne bezpieczne rozwiązania IT, chroniące naszą tożsamość czy procesy biznesowe, ale jednocześnie pozwalające nam wykonywać dany proces szybciej i o wiele skuteczniej niż dotychczas.

Jeśli spojrzymy na rynek globalnie, to na rynku IT panuje nieustające trend odchodzenia od korporacji w kontekście innowacji. Takie firmy jak HPE, Google czy Microsoft wytwarzają wewnątrz własnych struktur tzw. startupy. Są to spółki zależne, pełniące de facto funkcję działów, które są całkowicie wyjęte spod korporacyjnych struktur. Pozwala to tym zespołom na dużo swobodniejsze działanie w kontekście wytwarzania całkowicie nowych, innowacyjnych technologii. Prekursorem takiego podejścia jest Google, Amazon oraz Apple. Firmy te od dawna stawiały na innowacje. Takie podejście, w opinii wielu ekspertów i mojej, znacznie przyczyni się w kolejnych latach do powstawania nowych rozwiązań IT, jeszcze bardziej innowacyjnych niż te, z których korzystamy dzisiaj. Przełomem jest także dostępność korporacyjnych technologii IT w chmurowym modelu abonamentowym. Dzisiaj wiele rozwiązań, do niedawna dostępnych w ramach skomplikowanych wdrożeń rozpisanych na wiele miesięcy, a nawet lat, jest na wyciągniecie ręki sektora MŚP. Technologie takie jak Microsoft Azure, Amazon Web Services, Google Cloud Platform stale tanieją i robią się bardziej dostępne dla dużo szerszego grona odbiorców.

Jak wygląda leasing samochodów z zagranicy?

Leasing stanowi niezwykle popularną formę finansowania zakupu aut. Choć większość użytkowników decyduje się na samochody dostępne na rynku krajowym, coraz częściej ich zainteresowanie kierowane jest w stronę używanych samochodów z zagranicy. Jak wygląda proces leasingu tego typu pojazdów? Do kogo konkretnie kierowana jest taka forma współpracy? Czego od leasingu oczekują klienci? Na te pytania odpowiada Piotr Aleksin, ekspert platformy CarForFriend.pl.

Leasing pozwala na pozyskanie nowego lub używanego samochodu i oddanie go do użytku osobie prywatnej lub firmie w ograniczonym zakresie przez daną instytucję finansującą. Jak mówi Piotr Aleksin, z punktu widzenia osoby prowadzącej działalność gospodarczą, taka forma sfinansowania zakupu samochodu jest dla przedsiębiorców najbardziej atrakcyjna, gdyż pozwala na maksymalną optymalizację kosztów – po wygaśnięciu umowy, użytkownik samochodu może go wykupić, oddać leasingodawcy lub po prostu uzyskać nowy model, bez utraty czasu na czynności związane ze sprzedażą pojazdu lub załatwianiem formalności w urzędach i ubezpieczalni. Choć w Polsce w największej ilości brane są w leasing pojazdy dostępne na rynku krajowym, użytkownicy coraz częściej poszukują możliwości leasingu samochodów z zagranicy. Czy taki zakup jest możliwy? Jak przebiega proces leasingu tego typu pojazdów?

Jak leasingować?

Jak tłumaczy ekspert, leasing aut z zagranicy jest jak najbardziej możliwy, jednak zanim przystąpi się do tego procesu, trzeba wziąć pod uwagę kilka ważnych kryteriów: „Po pierwsze, auto nie może być starsze niż 10 lat na koniec okresu leasingu. Ważne jest, aby wziąć też pod uwagę relatywnie rozsądny przebieg pożądanego przez nas samochodu. Musi mieścić się on w granicach raczej do 120 tys. km.  na początku okresu leasingu. Spełniając te wymogi, takie zagraniczne auto w zależności od preferencji użytkownika można wziąć w leasing finansowy lub operacyjny, gdzie standardowy czas trwania umowy wynosi 3 do 5 lat.”

A jak przebiega procedura leasingowa takiego pojazdu z zagranicy? „Po wybraniu przez użytkownika konkretnego samochodu my jako Dostawca przedmiotu leasingu weryfikujemy stan i historię pojazdu za granicą. Jeśli wszystko z autem jest O.K. to przystępujemy do procedury leasingowej, wysyłając zapytanie do współpracującego z nami leasingodawcy. Weryfikuje on podmiot, który chce skorzystać z leasingu, a gdy daje zielone światło na dalsze procedowanie, wystawiamy fakturę proformę. My jako spółka kupujemy auto, a klient podpisuje umowę leasingową. Po tej czynności następuje rejestracja samochodu oraz odbiór pojazdu.” – wyjaśnia Piotr Aleksin dodając także, że w przypadku obowiązku rejestracji leasingowanego samochodu czy jego przeglądów, kwestie te reguluje już dana umowa leasingowa – „W zdecydowanej większości przypadków, rejestracji pojazdu dokonuje właściciel samochodu, czyli leasingodawca. Kwestię przeglądów i utrzymania przedmiotu leasingu w należytym stanie pozostawia się leasingobiorcy, ale i to reguluje za każdym razem umowa”.

Co przemawia „za”?

Choć leasing istnieje na rynku motoryzacyjnym od dłuższego czasu, w przypadku samochodów używanych z zagranicy jest to pewnego rodzaju nowość. Jak mówi ekspert CarForFriend.pl, dopiero od niedawna firmy leasingowe zauważyły potencjał w rynku importowanych, zagranicznych samochodów, na które co roku zwiększa się popyt: „Mówiąc o leasingu zagranicznych używanych aut, trzeba wspomnieć o idących za nim korzyściach po stronie leasingobiorcy. Wybierając auto na rynkach Europy Zachodniej, przed użytkownikiem nie tylko pojawiają się lepsze oferty cenowo, ale także ma do dyspozycji zdecydowanie większe portfolio dostępnych modeli niż w Polsce. Zlecenie wyboru auta do leasingu przez CarForFriend.pl daje dodatkowo spokój, ponieważ to importer sprawdza i weryfikuje pojazd oraz przygotowuje przedmiot leasingu dokumentowo do rejestracji w Polsce. 

Piotr Aleksin dodaje również, że użytkownicy decydujący się na tego typu zakup przez platformę CarForFriend mogą spodziewać się również sprawności całości procesu, uproszczonych procedur i pozostawienia formalności związanych z tym całym działaniem po stronie leasingobiorcy.

Diesel w odwrocie. Hybrydy sprzyjają elektryfikacji

Rok 2019 był kolejnym rokiem wzrostu sprzedaży samochodów na europejskim rynku, wynika z raportu firmy analitycznej JATO Dynamics. Europie udało się utrzymać dobre tempo mimo spadków na dwóch największych rynkach motoryzacyjnych świata – w Chinach i USA. Zanotowano również rekordową sprzedaż SUV-ów i samochodów zelektryfikowanych. Ale eksperci studzą emocje.

Kolejny rok wzrostów

W 2019 roku w Europie zarejestrowano 15 757 412 samochodów osobowych, o 1,1% więcej niż rok wcześniej – podają eksperci firmy analitycznej JATO Dynamics. To najwyższy wynik w ciągu ostatnich 12 lat. Taki rezultat wyróżnia się na tle dwóch największych rynków motoryzacyjnych świata, które zanotowały w 2019 roku wyraźne straty. W Chinach sprzedaż samochodów spadła o 8%, a w Stanach Zjednoczonych zmniejszyła się o 2%.

Europejskim liderem są Niemcy. U naszych zachodnich sąsiadów zarejestrowano w 2019 roku 3,611 mln aut. Na drugim miejscu znalazła się Wielka Brytania z wynikiem 2,312 mln egzemplarzy, a kolejna jest Francja, z której salonów wyjechały 2,202 mln samochodów. W pierwszej piątce zmieściły się również kolejno Włochy i Hiszpania.

Polska goni czołówkę

Wysoką, szóstą pozycję zajęła Polska. W ubiegłym roku nad Wisłą zarejestrowano 556 000 nowych aut. To wzrost o 4,4% względem 2018 roku i historyczny rekord.

Taki wynik pozwolił nam wyprzedzić takie kraje jak Belgia, Holandia, Szwecja czy Austria.

Eksperci JATO podkreślają jednak, że za wzrost europejskiego rynku motoryzacyjnego odpowiada w dużej mierze wysoka sprzedaż w grudniu, wynikająca z obaw przed bardziej restrykcyjnymi normami emisji oraz wyższymi cenami samochodów w 2020 roku. Potwierdzeniem tego są rejestracje samochodów od stycznia do listopada 2019 roku, które w rzeczywistości były o 0,4% niższe niż w tym samym okresie rok wcześniej.

car_regs__by_fuel_typeDiesel w odwrocie, napędy elektryczne w natarciu

W ubiegłym roku Europejczycy wybierali głównie samochody napędzane silnikami benzynowymi – 59% zarejestrowanych aut wyposażono w napęd tego typu. Niemal dwukrotnie mniejszy udział w rynku zanotowały pojazdy z jednostkami wysokoprężnymi – 31%. Warto dodać, że jeszcze w 2011 roku diesle mogliśmy znaleźć pod maskami 55% aut sprzedawanych w Europie.

Samochody zelektryfikowane stanowiły natomiast 8% europejskiego rynku. Łączna sprzedaż samochodów napędzanych przynajmniej po części z użyciem energii elektrycznej wyniosła 1,28 mln sztuk. To o 35% egzemplarzy więcej, niż w 2018 roku. Eksperci JATO podkreślają, że Europa urasta dzięki temu do miana najważniejszego rynku dla samochodów zelektryfikowanych zaraz po Japonii.top_selling_evs_europe_2019___jato

Toyota liderem elektryfikacji

Europejskiemu rynkowi samochodów zelektryfikowanych nadal przewodzą hybrydy, które w 2019 roku stanowiły 56% tego segmentu. A liderem wśród producentów hybryd jest niezmiennie Toyota, która wraz z bliźniaczym Lexusem dostarczyła aż 70% aut tego rodzaju.

Najpopularniejszym modelem zelektryfikowanym w Europie jest nowa Toyota Corolla, która wraz ze znikającym z rynku Aurisem zanotowała sprzedaż w wysokości 124 453 egzemplarzy, a więc wzrost o 44%. Kolejne miejsca również zajęły samochody hybrydowe Toyoty – crossover C-HR oraz miejski hatchback Yaris. W najlepszej dziesiątce znalazła się również Toyota RAV4. Eksperci JATO podkreślają ponadto, że tylko Toyota i Tesla są producentami, których sprzedaż składa się w ponad połowie z aut zelektryfikowanych.

W 2019 to właśnie Tesla była producentem najpopularniejszego samochodu z napędem wyłącznie elektrycznym w Europie. Taki tytuł należy do Modelu 3, którego rejestracje wyniosły 94 495 egzemplarzy. Auta z napędem wyłącznie elektrycznym stanowiły w ubiegłym roku 28% rynku samochodów zelektryfikowanych na Starym Kontynencie. A hybrydy plug-in zajęły pozostałe 16%.

Rekordowa popularność SUV-ów

Na uwagę zasługuje również nieustannie rosnąca sprzedaż SUV-ów. Samochody z tym nadwoziem stanowiły ponad 38% aut kupionych przez Europejczyków w ubiegłym roku. Co więcej, po raz pierwszy liczba SUV-ów zarejestrowanych w Europie przekroczyła próg 6 mln – wyniosła 6 030 481 egzemplarzy.

SUV jest oczywiście najchętniej wybieranym rodzajem nadwozia na Starym Kontynencie. Drugie w kolejności są samochody subkomapaktowe (19%), a dalej kompakty (17%) oraz auta miejskie (7,5%). Warto dodać, że ponad połowę – 58% – samochodów w Europie zarejestrowano w 2019 roku na firmy. A to oznacza wzrost ich liczby o 4%.

Budżet UE na lata 2021-27 a sprawa polska

Wyniki rozpoczynającego się w czwartek unijnego szczytu dotyczącego budżetu na lata 2021–2027 wpłyną na gospodarczą przyszłość Polski. Zapowiadane znaczące zmniejszenie funduszy przypadających Polsce odbije się na polskim wzroście gospodarczym oraz sytuacji rodzimych przedsiębiorstw – uważają Pracodawcy RP.

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej siłą rzeczy spowodowało okrojenie jej przyszłego budżetu. Na wielkości funduszy przypadających Polsce zaważą także inne okoliczności. Są to m.in. coraz większe uzależnienie transferów od wypełniania celów związanych z neutralnością klimatyczną oraz konflikty wokół przestrzegania praworządności. Tymczasem już jakiekolwiek ograniczenie unijnego finansowania będzie dla Polski złą wiadomością.

Fundusze strukturalne napływające z Unii Europejskiej to bardzo istotny element gospodarczego krwioobiegu Polski. Są przeznaczane na inwestycje infrastrukturalne, które w większości realizują polscy przedsiębiorcy korzystający z polskich pracowników. W rezultacie wzbogaca się nasza infrastruktura, rozwijają się nasze firmy, powstają nowe miejsca pracy, a państwo dodatkowo może cieszyć się z wyższych wpływów podatkowych – tłumaczy wiceprezydent Pracodawców RP Piotr Kamiński.

Budżet z lat 2014-2020 przyniósł Polsce 105,8 miliarda euro, czyli według obecnego kursu euro ponad 451 miliardów złotych. To więcej niż nasz tegoroczny budżet, który niedawno został przyjęty przez Sejm. Z tej kwoty Polska wykorzystała do końca 2018 roku 22 proc. środków.

W sytuacji spowolnienia gospodarczego ogarniającego Europę można się spodziewać, że negocjacje potrwają długo i będą obfitować w ostre starcia – przewiduje Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Pracodawców RP. – Państwa będące płatnikami netto będą dążyć każdym sposobem do zmniejszenia swoich wydatków. Państwa otrzymujące więcej niż wpłacają – takie jak Polska – będą próbować ochronić swoje interesy. Do tego dojdą dążenia krajów zaawansowanych technologicznie do przesunięcia ciężaru finansowania z polityki spójności na wspieranie innowacyjności – mówi ekspert.

Dla Polski najkorzystniejsze byłoby zachowanie dotychczasowych kluczy podziału środków unijnych. Jest jednak pewne, że zostaną one w jakimś stopniu zmodyfikowane, m.in. przez uwzględnienie ogłoszonego przez UE „Green Dealu”, czyli zasad polityki klimatycznej. A to oznacza, że Polska musi się liczyć z cięciami.

Każde zmniejszenie tych funduszy odbije się na polskich przedsiębiorcach, a tym samym odczuje to całe społeczeństwo. Powinniśmy więc zrobić wszystko, by wartość wsparcia unijnego nie zmniejszyła się. Wiele jest jeszcze do zrobienia w polskiej infrastrukturze, aby w pełni wykorzystać polski potencjał dla wzrostu całej Unii Europejskiej! – podkreśla Piotr Kamiński.

Conotoxia Holding (właściciel Cinkciarz.pl) podsumował 2019 rok

Firmy z grupy Conotoxia Holding, do której należą marki Cinkciarz.pl i Conotoxia, odnotowały w 2019 roku nadzwyczajne wzrosty swoich czołowych produktów.

Większy wolumen transakcji i rosnące przychody – tak w porównaniu do 2018 roku portal Cinkciarz.pl podsumowuje finansowo ubiegły rok. Podane liczby najlepiej obrazują rynkową dominację spółek z grupy.

  • W 2019 roku obrót na transakcjach wymiany walut wzrósł o ok. 18% w porównaniu do 2018 roku, osiągając wartość 18,7 miliarda PLN i zwiększając przychody spółki o  ok. 20%.
  • Rosła również kategoria przekazów pieniężnych: wolumen tych transakcji zwiększył się o 32% (do 2,4 miliarda PLN) w zestawieniu z 2018, a przychody urosły o 45%.
  • Transakcje na rynku Forex okazały się bestsellerem i zanotowały wzrost obrotów o 377%, a spółka wygenerowała o 353% wyższy przychód w porównaniu z poprzednim rokiem.
  • W zestawieniu z 2018, w ubiegłym roku wykorzystanie kart jako metody płatniczej w portalu zwiększyło się o 2025% pod kątem wolumenu, a średnia miesięczna wartość takich transakcji wzrosła o 1000%.
  • Rozwijała się również baza klientów: w 2019 roku zwiększyła się ona o 17% w zestawieniu z 2018.
  • Z usług portalu korzysta coraz więcej firm. W 2019 roku klienci biznesowi odpowiedzialni byli niemal za 40% obrotu.
  • Na popularności zyskiwały rozwiązania dedykowane dla biznesu: obrót w ramach systemu płatności online Cinkciarz Pay w sklepach internetowych wzrósł o 1200% w porównaniu do 2018 roku.
  • Kolejny pobity rekord to liczba zwycięstw w rankingach prognoz walutowych Bloomberga: Cinkciarz.pl triumfował w nich 31 razy w 2019 roku, a 58 razy znalazł się na podium.
  • W porównaniu do 2018 r. koszt pozyskania klienta transakcyjnego (CAC) zmniejszył się o 45% w 2019 roku, a każda złotówka wydana na działania marketingowe przyniosła firmie obrót wyższy o 102%.
  • Zatrudnienie w grupie Conotoxia Holding utrzymywało się na podobnym poziomie, co w 2018 roku. Aktualnie w ramach wszystkich spółek pracują 274 osoby.
  • Na jubileuszowy 10. rok działalności spółka zapowiedziała premierę karty wielowalutowej wraz z jej udostępnieniem dla klientów w Europie i USA.
  • Grupa będzie kontynuowała dalszy rozwój usługi przekazów pieniężnych oraz płatności w Europie i USA.

Ponad 21 miliardów obrotu, trzy- i czterocyfrowe wzrosty

Chociaż wymiana walut nadal pozostaje istotnym elementem oferty Cinkciarz.pl, największe wzrosty zanotowano na dwóch innych produktach, które z miesiąca na miesiąc zyskują nowych zwolenników. Wolumen przekazów pieniężnych przekroczył w ubiegłym roku 2,4 miliarda PLN, co oznacza wzrost o 32% w porównaniu do 2018 roku. Rosły również przychody – dla tej usługi były one o 45% wyższe niż w poprzednim roku.

Kolejną usługą, która okazała się hitem oferty i w 2019 roku pobiła wszelkie rekordy, są transakcje na rynku Forex. Ich uruchomienie w grudniu 2017 roku okazało się strzałem w dziesiątkę. Conotoxia Ltd., spółka, która dostarcza tę usługę klientom portalu Cinkciarz.pl, zanotowała w 2019 roku wzrost obrotów o 377% i o 353% wyższy przychód.

Nie oznacza to jednak, że użytkownicy zapomnieli o wymianie walut. Od wielu lat najlepsze kursy na rynku nadal przyciągają nowych i powracających użytkowników. W minionym roku obrót na takich transakcjach urósł o ok. 18%, osiągając wartość 18,7 miliarda PLN, a przychód spółki zwiększył się o 20% w porównaniu do 2018 roku.

Klienci coraz chętniej korzystali z wielu metod płatności udostępnianych w portalu Cinkciarz.pl. Obrót na transakcjach kartami w 2019 roku wzrósł o 2025% w porównaniu do 2018, a średni miesięczny wolumen takich transakcji zwiększył się o 1000%.

Jeszcze więcej rekordów: baza klientów, portfolio produktów, prestiżowe nagrody

Fintech ma wielu wiernych użytkowników, którzy korzystają z jego usług od momentu powstania 10 lat temu, a nowych wciąż przybywa. W 2019 roku baza klientów zwiększyła się o 17% względem roku poprzedniego. – Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem niezmiernie dumny z osiągnięć spółek z grupy Conotoxia Holding. Wojna o klienta na rynku fintechów trwa w najlepsze i wielu z naszych konkurentów obniża swoje marże nawet do zera. Powoduje to, że pomimo niebotycznych budżetów marketingowych i zewnętrznego finansowania, latami pozostają nierentowni – komentuje Marcin Pióro, CEO Conotoxia Holding.

Segment klientów biznesowych intensywnie się rozwijał. Obrót transakcji tych klientów stanowił prawie 40% całkowitego obrotu użytkowników portalu w 2019 roku. Co zrozumiałe w obliczu tych danych, Grupa kontynuowała rozwój usług dedykowanych dla biznesu. Na popularności zyskał autorski system płatności dla e-commerce, Cinkciarz Pay – obrót na transakcjach wykonywanych przez ten system w sklepach internetowych wzrósł o 1200%, porównując z 2018.

2019 w Cinkciarz.pl to również rok wielkich zwycięstw w prestiżowym rankingu Bloomberga, gdzie o wygraną walczą specjaliści największych instytucji finansowych świata. Prognozy walutowe przygotowane przez analityków fintechu pozwoliły spółce zwyciężyć aż 31 razy w kwartalnych zestawieniach, a 58 razy zająć miejsce na podium. – Nasza dominacja w rankingach Bloomberga to kolejny powód do dumy – dodaje Marcin Pióro. – Tylu zwycięstw w 2019 roku nie miała żadna inna światowa instytucja biorąca udział w tej klasyfikacji.

Słowo roku: optymalizacja

Poza rozbudową portfolio ofertowego, w 2019 roku Conotoxia Holding skupiła się na działaniach optymalizacyjnych. Z bardzo dobrym skutkiem – koszt pozyskania klienta transakcyjnego w 2019 roku był o 45% niższy niż w 2018 roku, a każda złotówka, którą firma wydała na działania marketingowe, wygenerowała o 102% wyższy obrót niż w poprzednim roku.

– Jak widać, nasze usługi bronią się same, a na dodatek generują przychód. To oczywiście zasługa naszych klientów. Dzięki nim możemy nieustannie się rozwijać, wprowadzać nowe usługi i wchodzić na kolejne rynki. Zarówno tym, którzy są z nami od dawna, jak i nowym użytkownikom jestem bardzo wdzięczny – mówi CEO.

Conotoxia Holding podała również dane dotyczące zatrudnienia w grupie. Liczba pracowników utrzymuje się na podobnym poziomie, co w 2018 roku. Obecnie grupa zatrudnia 274 specjalistów.

Jubileuszowe plany na 2020 rok

Po rekordowym 2019 roku Cinkciarz.pl wkroczył właśnie w jubileuszowy, dziesiąty rok działalności. Już jego pierwsze tygodnie pokazały, że spółka nie ma zamiaru spocząć na laurach i w 2020 chce przekroczyć wszelkie granice. Również dosłownie – na Cinkciarz.pl znajdziemy informacje o tym, że usługa przekazów pieniężnych dostępna jest już w 42 amerykańskich stanach, a do listy wkrótce dołączą kolejne. Jeszcze w tym roku na amerykańskim rynku zadebiutuje autorski system płatności dla e-commerce, Conotoxia Pay, będący odpowiednikiem działającego już z sukcesem na polskim rynku Cinkciarz Pay.

 

Na 2020 rok Cinkciarz.pl zaplanował także premierę karty wielowalutowej, która ma szansę stać się kolejnym hitem oferty – ta również zostanie udostępniona klientom z USA i Europy już na przełomie drugiego i trzeciego kwartału tego roku.

– 10 lat temu zrewolucjonizowaliśmy rynek wymiany walut, przenosząc go do internetu i oferując najbardziej atrakcyjne kursy na rynku. Za naszym przykładem podążały banki i inni gracze, powoli obniżając swoje prowizje za wymianę walut, które kiedyś wynosiły nawet 20%. Rynek zmienia się w zawrotnym tempie, my również poszerzamy ofertę, ale portal Cinkciarz.pl zawsze oferował najlepsze kursy walut i to się nigdy nie zmieni – podsumowuje Pióro.

Usługi oferowane w serwisie Cinkciarz.pl świadczą firmy należące do Conotoxia Holding.

Świadczenie usług elektronicznych a VAT

Nie każda usługa świadczona przez Internet może być zakwalifikowana jako usługa elektroniczna. Odpowiednie ustalenie charakteru usługi, a następnie obowiązków związanych z rozliczeniami podatku jest kluczowe dla racjonalnego i świadomego przedsiębiorcy, gdyż pozwala na ograniczenie ryzyka podatkowego.

Każdorazowo analiza usług powinna opierać się na krajowych przepisach oraz przepisach unijnych, a jeżeli usługi mają być świadczone także do innych krajów UE, należy brać pod uwagę także przepisy obowiązujące w danym kraju.

Czym są usługi elektroniczne?

Usługi elektroniczne to szeroko pojęte usługi świadczone za pomocą środków komunikacji elektronicznej, w szczególności Internetu lub innych sieci elektronicznych, których świadczenie jest zasadniczo zautomatyzowane i nie wymaga dużego wkładu pracy człowieka, a świadczenie tych usług bez technologii telekomunikacyjnej jest niemożliwe.

Rozporządzenie Wykonawcze Rady (UE) nr 282/2011 z dnia 15 marca 2011 r. ustanawiające środki wykonawcze do dyrektywy 2006/112/WE w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej zawiera przykładowy katalog usług elektronicznych, do których należą m.in. dostawy oprogramowania drogą elektroniczną, strony internetowe, automatyczne usługi internetowe wykonywane na podstawie wprowadzonych przez nabywcę danych, przekazywanie prawa do wystawiania towarów na aukcje, zdalne zarządzanie systemami, hurtownie danych, serwerownie, sterowniki itp.

Na marginesie warto wskazać, że dla organów podatkowych świadczenie usług internetowych różni się od świadczenia usług elektronicznych. Przykładowo w interpretacji indywidualnej z 14 grudnia 2016 r., sygn. akt 0461-ITPP2.4512.792.2016.1, Dyrektor Izby Skarbowej w Bydgoszczy stwierdził, że aby zakwalifikować dane świadczenie do usług elektronicznych, musi ono być świadczone przez Internet lub za pomocą innej sieci. Ponadto muszą być spełnione inne warunki, jak np. automatyzacja, niewielki udział człowieka, a świadczenie nie może być wykonywane bez technologii.

Obowiązek podatkowy

Należy pamiętać, że polska ustawa o VAT nie przewiduje konkretnego momentu powstania obowiązku podatkowego dla usług świadczonych drogą elektroniczną, dlatego należy w takich sytuacjach stosować zasady ogólne – co do zasady data świadczenia usługi.

Natomiast w sytuacji, gdy przedsiębiorca świadczy usługi klientom po dokonaniu przez nich płatności, zgodnie z art. 19a ust 8 ustawy o podatku VAT obowiązek podatkowy powinien powstać w momencie otrzymania płatności, jeśli płatność może być traktowana jako zaliczka na określoną usługę.

Na marginesie warto zaznaczyć, że jeżeli płatność będzie dokonywana na rachunek ogólny, tj. bez wyraźnego wskazania/przypisania do konkretnej usługi, zastosowanie mogą mieć regulacje dotyczące bonów różnego przeznaczenia (określone w art. 8b ustawy o VAT) i w konsekwencji obowiązek podatkowy w takich przypadkach może powstać w późniejszym momencie, tj. w momencie faktycznego świadczenia określonej usługi.

Miejsce opodatkowania

Prawidłowe rozliczenie VAT z tytułu świadczenia usług elektronicznych wymaga w szczególności ustalenia miejsca opodatkowania tych transakcji. W przypadku transakcji sprzedaży usług elektronicznych do podatników VAT miejscem opodatkowania takich transakcji jest – zgodnie z zasadą ogólną – miejsce, w którym podatnik będący usługobiorcą posiada siedzibę działalności gospodarczej. Oznacza to, że w przypadku sprzedaży takich usług do podmiotów z innych krajów, do ich opodatkowania będzie dochodziło w kraju usługobiorcy, a usługodawca wystawi fakturę z odwrotnym obciążeniem.

Nieco bardziej skomplikowanie wygląda sytuacja w przypadku sprzedaży usług na rzecz konsumentów, w szczególności będących obcokrajowcami. Zgodnie z art. 28k ustawy o podatku VAT w przypadku transakcji sprzedaży usług elektronicznych do konsumentów miejscem świadczenia jest miejsce, w którym nabywca ma siedzibę, stałe miejsce zamieszkania lub zwykłe miejsce pobytu.

W związku z powyższym może się zdarzyć, że miejsce opodatkowania świadczonych usług elektronicznych będzie poza Polską – taka sytuacja spowoduje konieczność rozliczenia VAT należnego w kraju nabywcy, zgodnie z ustawą o VAT tego kraju. Możliwe jest także skorzystanie z MOSS (ang. Mini One Stop Shop), specjalnego narzędzia ułatwiającego rozliczenia VAT od takich usług, bez konieczności rejestracji podatnika w kraju nabywcy usług.

Procedura MOSS

Zgodnie z rozdziałem 6a ustawy o VAT można w takich sytuacjach zastosować procedurę szczególną MOSS. Należy zaznaczyć, że nie jest to obowiązek, lecz ułatwienie dla przedsiębiorców. W celu skorzystania z tej procedury należy zarejestrować się poprzez złożenie formularza VIU-R w urzędzie poprzez e-deklaracje. Następnie przedsiębiorca musi składać specjalne deklaracje VAT na druku VIU-D za okresy kwartalne do Drugiego Urzędu Skarbowego Warszawa-Śródmieście. Termin na złożenie deklaracji to 20 dzień każdego miesiąca po zakończeniu kwartału. Całość raportowania odbywa się elektronicznie. Zapłaty należy dokonać w walucie euro.

Obowiązek stosowania kas fiskalnych

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Finansów z dnia 28 grudnia 2018 r. w sprawie zwolnień z obowiązku prowadzenia ewidencji przy zastosowaniu kas rejestrujących usługi świadczone na rzecz osób niebędących podatnikami nie muszą być udokumentowane za pomocą kasy fiskalnej, jeżeli dostawca otrzyma całą zapłatę za usługę za pośrednictwem rachunku bankowego, a płatność może być jednoznacznie przypisana do konkretnego świadczenia usług wraz z rejestrem i dowodem zapłaty (pełny opis usług jest w tym momencie kluczowy). W przypadku usług elektronicznych, z uwagi na korzystanie z technologii, taki sposób rozliczeń jest naturalny, dlatego w takiej sytuacji podatnik może wystawić jedynie fakturę i nie ewidencjonować sprzedaży do osób fizycznych na kasie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Tłusty Czwartek – dziś zjemy 7 tysięcy ton pączków

Tradycja jedzenia słodkich pączków w Tłusty Czwartek sięga w Polsce XVI wieku. Powszechne jest przekonanie, że idealny pączek jest puszysty i jednocześnie lekko zapadnięty, a jasna obwódka dookoła ma świadczyć o tym, że ciasto smażone było na świeżym tłuszczu.

Szacuje się, że obecnie tego dnia spożywamy przeciętnie około 100 milionów pączków, czyli na jednego mieszkańca Polski przypada 2,5 pączka. Przy założeniu, że przeciętny pączek waży ok. 70 gramów, 20 lutego br. zjemy 7 tysięcy ton pączków. Do przygotowania odpowiedniej ilości ciasta drożdżowego, w piekarniach, cukierniach i domach zostanie zużyte łącznie ok. 2,5 tysiąca ton mąki pszennej, 500 ton cukru, 500 ton masła, 1,3 mln litrów mleka oraz około 25 mln sztuk jaj.

– Ceny pączków w sklepach i cukierniach zaczynają się od kilkudziesięciu groszy, sięgając nawet 5-6 zł za sztukę. Jest to uzależnione od miejsca zakupu, wielkości miasta, ale też, co ciekawe – pory dnia. Jeżeli natomiast zdecydujemy się na przygotowanie pączków w domu, a po poszczególne składniki udamy się do sklepów osiedlowych czy małoformatowych, to koszt przygotowania jednego pączka może wynieść przeciętnie od 1,16 zł do 1,60 zł – mówi Marta Skrzypczyk, Dyrektor Biura Analiz Sektora Rolno-Spożywczego w Banku BNP Paribas. – Jednak ze względu na wzrosty cen detalicznych cukru, mąki oraz olejów, koszt ten będzie o ok. 5-6% wyższy niż w ubiegłym roku – dodaje.

Składnikiem, za który zapłacimy mniej, jest masło. Według danych GUS, w grudniu 2019 roku ceny detaliczne masła były przeciętnie o ok. 14% niższe niż rok wcześniej. Z kolei największy wzrost cen (o 23% w relacji rocznej) odnotowano w przypadku cukru.

Samodzielne przygotowanie pączków to zadanie pracochłonne. Dotyczy to także ich produkcji w zakładach przetwórczych. Według danych PontInfo udział kosztów pracy w kosztach działalności operacyjnej branży piekarniczej i ciastkarskiej wynosił w ostatnich latach około 18%. Dla porównania, w przypadku sektora spożywczego ogółem kształtował się na poziomie 8%. Tym samym branża w dużo większym stopniu odczuwa narastający problem z dostępem do pracowników. W 2019 roku koszty wynagrodzeń w cukierniach i piekarniach wzrosły o prawie 13%, podobnie jak koszty energii, zaś koszty surowców, stanowiące około 41% kosztów ogółem, zwiększyły się o około 8%.

Grupa Trei Real Estate podsumowała działalność w 2019 r.

  • W 2019 roku grupa Trei Real Estate zwiększyła o 1/3 wolumen projektów w budowie, który osiągnął wartość 900 mln euro.
  • Projekty mieszkaniowe stanowią 80% wszystkich zrealizowanych inwestycji.
  • Firma wybudowała 3 600 mieszkań w Polsce, Niemczech i Stanach Zjednoczonych o łącznej powierzchni 360 000 mkw.
  • Wartość portfela grupy Trei urosła rok do roku o 100 mln euro, osiągając wartość 1,2 mld euro.
  • Największa część portfela nieruchomosci grupy Trei zlokalizowana jest w Polsce (36%).

Trei Real Estate GmbH (grupa Trei Real Estate), międzynarodowy inwestor, deweloper i zarządca nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych z Niemiec, podsumował wyniki za 2019 r. na wszystkich swoich sześciu międzynarodowych rynkach – w Niemczech, Polsce, Czechach, Słowacji, Portugalii i USA.

Mocny akcent na budowę nowych projektów

Grupa Trei Real Estate w ubiegłym roku systematycznie rozwijała działalność deweloperską. Wolumen projektów w budowie wzrósł o ponad 30%, zwiększając się z 685 mln euro na koniec roku 2018 do ok. 900 mln euro do końca 2019. Opiewające na kwotę 730 mln euro (2018: 580 mln euro) inwestycje mieszkaniowe stanowiły około 80% całego wolumenu. Pozostała część, czyli 170 mln euro (2018: 105 mln euro), dotyczyła nieruchomości handlowych. Działalność deweloperska firmy koncentrowała się na Niemczech (50%) i kolejno na Polsce (30%), Stanach Zjednoczonych (18%) oraz Czechach (2%).
W 2019 r. dokonaliśmy ekspansji we wszystkich głównych segmentach naszej działalności. Jednym z kamieni milowych było wejście na polski rynek nieruchomości mieszkaniowych dzięki przejęciu projektu Bacciarellego 54 we Wrocławiu. W przygotowaniu są kolejne inwestycje mieszkaniowe w Łodzi, Poznaniu i Warszawie. W sumie grupa Trei posiada w Polsce 1 500 mieszkań w fazie planowania lub budowy. Kolejnym ważnym wydarzeniem dla Trei była ceremonia zawieszenia wiechy na naszej pierwszej inwestycji deweloperskiej w Berlinie, położonej przy Pappelallee. Wśród naszych czterech projektów w tym mieście ten jest najbardziej zaawansowany. Powstanie tu w sumie 750 mieszkań o łącznym wolumenie inwestycji ok. 250 mln euro. Równolegle kontynuowaliśmy rozwój sieci parków handlowych pod marką Vendo Park w Polsce i Czechach. W 2019 r. udało nam się otworzyć kolejne pięć obiektów i w rezultacie do końca roku zarządzaliśmy portfelem 24 ukończonych nieruchomości. Następnych 19 Vendo Parków jest obecnie w fazie planowania i budowy, –  komentuje Pepijn Morshuis, prezes grupy Trei Real Estate.

Grupa Trei jest obecnie aktywnie zaangażowana w 35 projektów deweloperskich, z których 19 to obiekty handlowe, które łącznie zaoferują 130 000 mkw. powierzchni najmu. Pozostałe 16 inwestycji to nieruchomości mieszkaniowe. Całkowita powierzchnia zabudowy 3 600 mieszkań, które Trei obecnie realizuje w Niemczech, Polsce i Stanach Zjednoczonych, wynosi 360 000 mkw.

Poprzedni rok był dla nas bardzo intensywny, co przejawiało się w zwiększeniu tempa inwestycji w Polsce. Otworzyliśmy w tym czasie pięć Vendo Parków w Bytowie, Ostrołęce, Pułtusku, Łasku i Kobyłce, które dostarczyły łącznie ponad 18 000 mkw. nowoczesnej powierzchni najmu. Na nowe projekty przeznaczyliśmy ponad 25 mln euro, zwiększając tym samym niemal dwukrotnie poziom inwestycji w stosunku do roku 2018. Powiększyliśmy też nasz polski portfel gruntów pod przyszłe projekty handlowe. To był bardzo udany rok, wytyczający nam ambitne plany na lata kolejne, dodaje Jacek Wesołowski, dyrektor zarządzający Trei Real Estate Poland.

Portfel i akwizycje

Na koniec roku 2019 grupa Trei zarządzała aktywami nieruchomościowymi o łącznej wartości 1,2 mld euro (2018: 1,1 mld euro).

Większość z 390 nieruchomości z portfela grupy znajduje się w Polsce (36%) i Niemczech (32%). Dalej plasują się Czechy (17%), Portugalia (13%), Słowacja (1%) i Stany Zjednoczone (1%). Poziom najmu w portfelu pozostał stabilny i na koniec roku 2019 wyniósł 99,4% (2018: 99,4%).

Wolumen transakcji grupy Trei w ubiegłym roku osiągnął poziom ok. 90 mln euro (2018: 161 mln euro). Przejęcia wyraźnie stanowiły większość wolumenu – 76 mln euro. Sprzedaże wyniosły 14 mln euro. Przejęcia obejmowały głównie działki, w tym grunty pod zabudowę mieszkaniową, między innymi w Moguncji, Wrocławiu i Stanach Zjednoczonych, a także działki pod nowe Vendo Parki w Polsce. Niektóre mniejsze nieruchomości w Niemczech zostały wyprzedane w celu optymalizacji portfela.

W 2020 r. kładziemy nacisk na rozwój działalności deweloperskiej w Polsce. Oprócz kontynuacji projektu mieszkaniowego we Wrocławiu przygotowujemy tutaj kilka nowych inwestycji. Jednocześnie pełną parą idą nasze działania w Stanach Zjednoczonych. Planujemy nowe projekty mieszkaniowe oprócz tego, który jest już realizowany w Charlotte w Karolinie Północnej. Wkrótce będziemy mogli ogłosić rozpoczęcie prac budowlanych w ramach nowej inwestycji w Stanach. W Niemczech z kolei postępuje budowa „Zollhafen Mainz” oraz naszych czterech projektów w Berlinie. Obecnie organizujemy konkurs architektoniczny na projekt inwestycji w Moguncji, podsumowuje Pepijn Morshuis, prezes grupy Trei Real Estate.

Jak obywatel Ukrainy przebywający na terytorium Rzeczpospolitej Polski może sprowadzić rodzinę

Jednym z najczęstszych pytań wśród osób, które przyjeżdżają  do Polski na dłuższy czas lub na stałe jest tematyka związana z łączeniem rodziny. Zdecydowana większość obywateli Ukrainy, która przebywa z zamiarem dłuższego pobytu w Polsce, prędzej czy później chce sprowadzić swoich bliskich.

Powstaje zatem pytanie, jak obywatel Ukrainy może sprowadzić do Polski małżonka lub dzieci? Na szczęście polskie ustawodawstwo przewiduje możliwość pobytu czasowego dla cudzoziemca w związku z łączeniem rodziny.

Jeśli obywatel Ukrainy zamierza sprowadzić pozostałą część swojej rodziny do Polski, powinien posiadać prawo do pobytu. Dokumentami, które legalizują pobyt cudzoziemca na terenie Polski jest:

  • karta stałego pobytu;
  • karta czasowego pobytu;
  • zezwolenie dla długoterminowego rezydenta;
  • status uchodźcy;
  • tzw. niebieska karta (karta pobytu czasowego z uwagi na wykonywanie zawodu wymagającego wysokich kwalifikacji).

Obywatel Ukrainy, który ma zamiar sprowadzić rodzinę musi posiadać stały dochód, który pozwala na utrzymanie współmałżonka i dzieci (ponieważ minimalna kwota pieniędzy na utrzymanie jednego członka rodziny powinna wynosić 570 złotych, a wynajem mieszkania nie jest brany pod uwagę). Dodatkowo, konieczne jest przedłożenie dokumentacji, która poświadcza więzy rodzinne między obywatelem Ukrainy przebywającym w Polsce, a pozostałymi członkami rodziny. Przykładem takich dokumentów będą m.in. akt zawarcia małżeństwa, czy akt urodzenia dziecka. Kolejnym z wymogów jest konieczność posiadania ubezpieczenia zdrowotnego. W przypadku posiadania zatrudnienia i odprowadzania składek do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS) istnieje możliwość dopisania pozostałych członków rodziny do istniejącego już ubezpieczenia. Następnie potrzebna jest wiza lub paszport biometryczny dla wszystkich członków rodziny, aby mogło dojść do legalnego przekroczenia granicy. Dopiero wtedy, wraz z głową rodziny, można ubiegać się o zezwolenie na pobyt dla pozostałych. Istotne jest też to, że Urząd Wojewódzki, zajmujący się legalizacją pobytu cudzoziemców, wymaga również dokumentu poświadczającego miejsce zamieszkania. Najprostszym sposobem udowodnienia miejsca zamieszkania będzie przedstawienie umowy najmu lokalu mieszkalnego lub aktu notarialnego, jeżeli cudzoziemiec posiada nieruchomość na terenie Polski.

Osobami, które mają prawo do uzyskania w Polsce legalnego pobytu w związku z łączeniem rodziny będą małżonkowi, dzieci oraz rodzice i opiekunowie osoby niepełnoletniej przebywającej w Polsce jako uchodźcy lub w ramach dodatkowego programu ochrony.

Kancelaria KL Law Polska zapewnia pomoc w legalizacji pobytu cudzoziemców i uzyskaniu zezwolenia na pobyt.

Kontakt w języku rosyjskim i ukraińskim +48 794 080 106

lub e-mail: [email protected]

Więcej informacji na naszej stronie www.kancelaria-kllaw.pl

E-commerce motorem napędowym rozwoju firm kurierskich

Wraz z dynamicznymi wzrostami, które w ostatnich latach na całym świecie notuje branża e-commerce, w sektorze logistyki i transportu możemy obserwować swoistą rewolucję. Wysokie poziomy zamówień internetowych to olbrzymia szansa dla wiodącej części rynku KEP, czyli firm kurierskich, paczkowych czy ekspresowych. Z perspektywy konsumentów, transakcje realizowane online są po prostu najbardziej wygodne. Komfort musi również iść w parze z procesem logistycznym. Towar ma mieć odpowiednią jakość, korzystną cenę i ekspresowo dotrzeć do odbiorcy.

KEP jest jednym z najszybciej rozwijających się rynków w Polsce. Wystarczy przypomnieć, że cała branża w ciągu ostatniej dekady wzrosła o ponad połowę. U źródeł sukcesu e-commerce leży możliwość swobodnego zamawiania produktów wprost pod własne drzwi bez względu na miejsce, w którym aktualnie się znajdujemy. Wymagania konsumentów determinują rozwój podmiotów, świadczących usługi kurierskie. Celem samym w sobie jest maksymalne skrócenie czasu dostawy z jednoczesnym utrzymaniem ceny na stosunkowo niskim poziomie.

Reakcja na trendy

Gwałtowny postęp e-handlu wymaga od firm kurierskich śledzenia i reakcji na trendy. Standardem jest rozwój w oparciu o korzystanie z nowych technologii czy innowacyjnych rozwiązań, które mają ułatwić sprawniejszą logistykę z zachowaniem optymalizacji kosztów. Wpływ e-commerce na logistykę widać zresztą na wielu płaszczyznach. Zmiany w infrastrukturze technicznej oraz informatycznej budują przewagi konkurencyjne i umożliwiają sprawną obsługę e-klientów.

Innym ciekawym przykładem są sieci handlowe, rozszerzające swoją ofertę o zakupy przez Internet. Same usługi logistyczne nie sprowadzają się jednak wyłącznie do przygotowania i dostarczenia przesyłki. Mechanizmy generujące skuteczną realizację zlecenia zaczynają się od obsługi systemu IT, obsługi zwrotów przez reklamacje, a nawet komunikację z klientem. Świadomość konsumentów rośnie, dlatego wielu z nich chce mieć większą kontrolą nad realizacją zlecenia. Zarówno firmy kurierskie, jak i logistyczne zmierzają jednym krokiem do specjalizacji swoich usług. Nikogo nie dziwi zatem implementacja narzędzi informatycznych oraz aplikacji mobilnych. W XXI wieku jest to powszechny standard, który nie tylko przyspiesza profesjonalizację, ale również przekłada się na wzajemne zależności pomiędzy e-commerce a szeroko pojętymi logistyką czy transportem. Wspomniane zależności to przede wszystkim sprawne oraz jakościowe przejście do „ostatniej mili kurierskiej”. Końcowe, newralgiczne ogniwo łańcucha dostaw nadal wymaga wdrożenia odpowiednich narzędzi, aby funkcjonować w oparciu o automatyzację wszystkich kluczowych procesów.

Przesyłki międzynarodowe

Zauważalnym wyzwaniem dla branży KEP staje się także obsługa przesyłek międzynarodowych. W Polsce stanowią one wciąż stosunkowo niewielką ilość, ale z roku na rok rosną wprost proporcjonalnie do segmentu e-commerce. W internetowej sprzedaży transgranicznej nie brakuje oczywiście ograniczeń jak wydłużony czas dostawy czy brak możliwości monitorowania, nie wspominając już o wyższych kosztach. Mimo to konsumenci decydują się na realizację zakupów poza granicami swojego kraju. Szansę na sukces już dawno zwietrzył największy gracz na światowym rynku, czyli Chiny, które proponują Europejczykom atrakcyjne ceny wraz z darmową przesyłką.

Obecna sytuacja jest jasnym sygnałem dla całej branży, że wszelkie rodzaju ograniczenia należy jak najszybciej wyeliminować. E-commerce wymaga nieustannej mobilności i determinacji w rozwoju, tym bardziej że z badań UPS Pulse of the Online Shopper wynika, że prawie 60% potencjalnych e-klientów zrezygnowało z realizacji zakupów ze względu na długi czas dostawy.

Michał Czechowski, Dyrektor zarządzający SwipBox Polska

Wśród głównych walut król jest tylko jeden – dolar amerykański

Czy jen nadgania słabością to, co od kilku dni doświadcza euro? Nagłe załamanie JPY wzmocniło przekonanie, że klimat risk-off odchodzi wraz z nadziejami, że skuteczne okażą się działania chińskich władz na polu opanowania wirusa i późniejszego wsparcia gospodarki. Waluty słabych gospodarek z ujemnymi stopami procentowymi stają się pożywką inwestorów przestających szukać bezpiecznych przystani. Wygrywa USD.

Ku zdumieniu sporej część rynku, w tym moim, USD/JPY wczoraj skoczył o 1,6 proc. Jednostajny ruch sugeruje masowe wyprzedawanie jena, gdyż siła dolara manifestowała się już wcześniej na innych crossach. Na rynku nie brakuje wytłumaczeń wyskoku kursu. Zabezpieczenie w JPY przeciwko wirusowej panice przestało być potrzebne; powrót do risk-on zachęca do zawierania transakcji carry-trade kosztem jena; ruch został spotęgowany przez wycinanie krótkich pozycji w USD/JPY; inwestorzy z Japonii skupują dług w USA dla wyższych stóp zwrotu; słabe dane z Japonii sprzed dwóch dni (!) podnoszą ryzyko recesji i są negatywne dla waluty. Wszystkie te hipotezy mają w jakimś stopniu sens. Ale intryguje to, co wyjątkowego było w środowej sesji, że przyniosła taki zwrot na JPY? I jeśli przyjmiemy teorię łagodzenia obaw i potrzeby bezpiecznych przystani, to dlaczego CHF pozostaje mocny, a złoto od początku tygodnia zyskało tyle, co jen stracił? Ceny aktywów nie realizują jednolitego schematu i co najwyżej imitują chaos, w jakim są obecnie prognozy gospodarcze dla świata w obliczu epidemii koronawirusa. Czy spowolnienie będzie ciężkie? Czy władze mu zapobiegną? Jaka będzie rola banków centralnych? Ostatnie zmiany cen nie dają jasnej odpowiedzi i niewykluczone, że kolejne dni przyniosą więcej zaskakujących ruchów.

Nie zmienia to faktu, że wśród głównych walut król jest tylko jeden – dolar amerykański. Gospodarka USA wykazuje najmniejsze szkody spowodowane epidemią koronawirusa. Wsparcie w segmentach rynku wewnętrznego (jak np. rynek budowlany, nastroje konsumentów) dostarczają zeszłoroczne decyzje o obniżkach stóp procentowych Fed, a mimo to oprocentowanie pozostaje wyższe niż w innych gospodarkach, co oferuje dolarowi dodatkową premię. A jednocześnie USD pozostaje walutą rezerwową i gwarantuje bezpieczeństwo. Nawet jeśli nastroje rynkowe się poprawią i kusi odkurzenie strategii carry trade, niepewność wokół kondycji rynków wschodzących prowadzi wybierania USA jako kierunku inwestycji. Rekordy Wall Street i stabilny Fed są świetną reklamą dla dolara. Czy dzieje się dobrze, czy źle, wybór pada na USD. Dopóki przekonanie o bezpieczeństwie dolara nie zostanie zachwiane, inwestorzy nie będą rozglądać się za alternatywą.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zmiana przepisów w Danii dot. płacy minimalnej – nowe obowiązki i nowe kary

W styczniu zawarto porozumienie pomiędzy duńskim rządem, a innymi organizacjami, którego celem jest zabezpieczenie lokalnego rynku i ochrona pracowników zagranicznych przed dumpingiem socjalnym. Efektem ustaleń ma być powstanie i wprowadzenie nowych przepisów. Szczególnie powinny zainteresować one przewoźników, których kierowcy wykonują kabotaż lub uczestniczą w transporcie kombinowanym na terenie Danii.

– W najbliższym czasie Dania planuje wprowadzić nowe przepisy, w myśl których kierowcy zza granicy wykonujący kabotaż na terytorium tego państwa będą rozliczani wg płacy minimalnej, co do której wysokości porozumieją się związki zawodowe. Nowe zasady miałyby obowiązywać także kierowców wykonujących przewozy w ramach transportu kombinowanego w Danii – mówi Mateusz Włoch, ekspert Inelo. Co ważne zmiany legislacyjne nie będą obejmowały obowiązków w tranzycie oraz w transporcie międzynarodowym – dodaje.

Jakich zmian się spodziewać?

Podpisane porozumienie zawiera kilka elementów, determinujących powstanie nowych duńskich planów legislacyjnych. Najbardziej rewolucyjnym z nich jest wprowadzenie godzinowej stawki minimalnej dla pracowników delegowanych – wykonujących kabotaż lub przewóz kombinowany.

– Obecnie wysokość godzinowej stawki minimalnej nie jest jeszcze znana. Zgodnie z zapowiedziami zostanie ona wypracowana na bazie kilkudziesięciu zawartych pomiędzy pracodawcami, a związkami zawodowymi, układów zbiorowych – wyjaśnia ekspert Inelo.

Kolejnym istotnym elementem wynikającym z umowy, który zostanie wprowadzony jest obowiązek zgłaszania pracowników. Za pośrednictwem elektronicznego systemu przewoźnicy będą rejestrowali delegowanych na teren Danii pracowników, którzy mają wykonywać kabotaż lub przewóz kombinowany. Wśród danych, które trzeba będzie wprowadzić znajdą się m.in. nazwa i adres przedsiębiorstwa wykonującego przewóz, dane kontaktowe, informacje na temat pojazdu – w tym numer rejestracyjny, data rozpoczęcia i zakończenia operacji transportowej, a także imię oraz nazwisko kierowcy.

Zgłoszenie delegowania i umowa o pracę, potwierdzenie wypłaty wynagrodzenia, a możliwe, że nawet ewidencja przepracowanych godzin – to zbiór dokumentów, które wraz z nowymi regulacjami staną się obowiązkowym wyposażeniem ciężarówki podczas kontroli drogowej. Zatem kierowca zobowiązany będzie przestawić te dokumenty w momencie sprawdzenia przez służby duńskie.

Nowe obowiązki – nowe kary

Co jeśli obowiązki nie zostaną dopełnione? W takich przypadkach przewoźnicy powinni liczyć się z sankcjami finansowymi, których wartość może nawet ulec podwojeniu w sytuacjach powtarzających się przewinień.

– Przewoźnicy mogą spodziewać się kar w wysokości 1340 euro za niezgłoszenie lub błędne zgłoszenie kierowcy. Znacznie wyższej kary mogą oczekiwać  firmy, które nie wyrównały płacy do minimalnej stawki duńskiej. Taka sankcja zostanie naliczona na podstawie niedopłaty, ale minimalna stawka kary będzie wynosić 4700 euro. Warto pamiętać, że przedsiębiorstwa, w których niestosowanie się do nowych wytycznych będzie się powtarzało, mogą otrzymać nawet dwukrotnie wyższe sankcje. – wyjaśnia Mateusz Włoch.

Od dawna procesowany pakiet mobilności wkrótce najprawdopodobniej stanie się faktem. Zanim UE w pełni wprowadzi jego postanowienia w życie, państwa Europy Zachodniej dbając o rodzimych przewoźników stopniowo mogą wprowadzać regulacje, które wyeliminują tzw. dumping socjalny, przy jednoczesnej ochronie własnych przedsiębiorców. Tymczasem przewoźnicy z wschodniej części Europy choć konkurencyjni i wysoko cenieni na rynku zachodnim, mogą mieć niemałe problemy, by podołać nowym regulacjom.

Fakty i mity dotyczące elektromobilności

Choć trend elektromobilności nie zagościł jeszcze na dobre na polskich drogach, to wokół samej tematyki pojawiło się już wiele mitów, związanych nie tylko z technicznymi aspektami użytkowania samochodów elektrycznych, ale również dotyczących ich produkcji, codziennej eksploatacji oraz recyklingu. W wielu źródłach znaleźć można zatem często mylne oraz sprzeczne informacje, które niestety zmieniać mogą postrzeganie e-mobilności przez różne grupy odbiorców przekazu i wpływać na spowolnienie rozwoju trendu. Jak pokazują dane zawarte w raporcie „Elektromobilność w Polsce 2019” przygotowanym w celu sprawdzenia gotowości autoryzowanych punktów sprzedaży oraz serwisów obsługi na świadczenie usług związanych z e-mobilnością, zatrudnieni w nich doradcy nie są niestety również wiarygodnym źródłem informacji dla potencjalnych nabywców, gdyż sami nie posiadają jeszcze odpowiedniej wiedzy w tym obszarze. Co jest zatem prawdą, a co przekłamaniem? I gdzie należy szukać rzetelnej wiedzy o faktycznej emisji CO₂, sposobach ładowania, zasięgach i żywotności baterii oraz przywilejach dla posiadaczy samochodów elektrycznych?

Jazda samochodem elektrycznym różni się od tej z silnikiem spalinowym, szczególnie jeśli chce się zachować jak najdłuższy dystans pomiędzy ładowaniami, dlatego sam sposób jazdy musi być bardziej płynny, a kierowca powinien korzystać z odzyskiwania energii podczas hamowania.

To fakt, z którym chyba nikt, nawet nieposiadający dużej wiedzy na temat aut napędzanych energią elektryczną, nie będzie starał się polemizować. Wiele innych informacji dotyczących e-mobilności i samochodów elektrycznych wymaga jednak doprecyzowania, tak by do świadomości potencjalnych nabywców, użytkowników oraz osób zainteresowanych elektromobilnością, mogły dotrzeć tylko sprawdzone i prawdziwe informacje. Czas zatem zmierzyć się z największymi obecnie mitami dotyczącymi elektromobilności.

Fakty i mity – wyjaśniamy

  1. Samochody elektryczne mają mały zasięg

Zasięg samochodu może być zależny od wielu czynników: warunków atmosferycznych, urządzeń elektrycznych z jakich korzysta kierowca podczas jazdy, odpowiedniego ogumienia i ciśnienia w oponach, ale także na przykład zamkniętych szyb bocznych podczas jazdy, by auto nie generowało dodatkowego oporu powietrza, zwiększającego zużycie energii. To ile kilometrów da się przejechać na jednym ładowaniu zależy w dużej mierze od zachowań samego kierowcy. Nowe generacje akumulatorów, dostępne w modelach pojawiających się obecnie na rynku, oferują coraz większe zasięgi, dając możliwość przejechania nawet 400-600 kilometrów na jednym ładowaniu. Biorąc pod uwagę, że średni przebieg większości użytkowników aut poruszających się w miastach to 50-60 km dziennie, przy bardziej pojemnych akumulatorach jedno ładowanie może wystarczyć nawet na cały tydzień takiej jazdy. Takie zasięgi są osiągane w każdym aucie elektrycznym nawet zimą. Jeśli natomiast posiadacz elektryka chce się wybrać w długą podróż to również jest to możliwe i wymaga jedynie zaplanowania drogi z uwzględnieniem punktów szybkiego ładowania, zaś czas postoju można wykorzystać na odpoczynek.

  1. Aktualnie jest zbyt mało możliwość ładowania baterii

Posiadacze samochodów elektrycznych mają kilka różnych opcji ładowania baterii w swoich pojazdach. Jest to możliwe przy użyciu:

– gniazdka w domu – opcja ta nie jest zalecana przez producentów ze względu na brak dostosowania niektórych instalacji do długiego ładowania przy dużym obciążeniu;

– domowej ładowarki naściennej (wallbox) – ładowarki naścienne o mocy od 2,3 do 11 kW (rzadziej 22 kW) są najlepszą opcją, jeśli chodzi o ładowanie w domu;

– stacji publicznej (często darmowe) – aktualnie powszechnie stosuje się stacje ładowania o mocy od 11 do 22 kW. Posiadają one złącza typu 2, z prądem zmiennym (AC). Aby przekształcić prąd zmienny (AC) z głównego zasilania na prąd stały (DC) potrzebny do zasilenia akumulatorów, samochody elektryczne są wyposażone w odpowiednie ładowarki;

– super szybkie ładowarki na prąd stały – ładowanie przy użyciu DC (prądu stałego) to najszybsza opcja ładowania pojazdu z napędem elektrycznym (BEV). Tego typu rozwiązania pozwalają na pełne naładowanie baterii nawet w ciągu godziny.

Jak wynika z danych zawartych w „Liczniku elektromobilności”, już pod koniec grudnia ubiegłego roku liczba ogólnodostępnych ładowarek przekroczyła 1000 sztuk, i rośnie z każdym miesiącem. W Europie w latach 2014–2018 łączna liczba punktów ładowania wzrosła ponad trzykrotnie, z ok. 41 000 do 149 000. Prawo wymusza albo będzie wymuszało (w zależności od kraju) konieczność budowania ładowarek na każdym parkingu np. tych znajdujących się przy supermarketach. Podobne regulacje mają również obowiązywać w Polsce.

Ładowanie samochodu elektrycznego jest również bezpieczne dzięki specjalnej konstrukcji wtyczek i gniazd chroniących osobę podłączającą, zatem użytkownicy nie mają się czego obawiać.

  1. Ładowanie baterii trwa bardzo długo

Ze względu na możliwość ładowania samochodu zarówno w domu jak i w pracy sam czas ładowania nie jest aż tak istotny. To co jednak zmienia posiadanie samochodu elektrycznego to sposób codziennego użytkowania i rutynowe działania kierowców. Należy bowiem inaczej podchodzić do planowania jego ładowania. Większość użytkowników elektryków w ramach codziennego użytkowania (średniej ilość kilometrów pokonywanych w ciągu dnia) nie potrzebuje nawet pełnego zasięgu. Samochód może ładować się tak długo jak trzeba podczas pobytu w domu lub na publicznych stacjach w godzinach pracy. Dzięki stale rozwijającej się infrastrukturze do szybkiego ładowania pojazdy elektryczne będzie można naładować do 80% w ciągu 45 minut. Producenci elektryków stale pracują nad skróceniem czasu niezbędnego do pełnego naładowania akumulatorów, ich pojemnością i skutecznym utrzymywaniem energii oraz we współpracy z innymi podmiotami nad przygotowaniem ładowarek, które będą niezwykle sprawnie przekazywać energię.

  1. Samochody elektryczne są bardzo drogie i jest mało dostępnych modeli

Samochody elektryczne są statystycznie droższe niż ich spalinowe odpowiedniki, ze względu na koszt opracowania i wdrożenia nowej technologii do produkcji oraz koszt samych akumulatorów. Jednak ich ceny systematycznie spadają, a potencjalni nabywcy mogą skorzystać z rządowych dopłat, które zmniejszają cenę zakupu. To co powinno przekonać potencjalnych nabywców do większego wydatku początkowego to niższe koszty użytkowania – ceny prądu, mniej potencjalnych napraw, mniej wydatków eksploatacyjnych np. brak wymian oleju. Do tego należy dodać jeszcze szereg innych korzyści jak np. bezpłatne parkowanie w miastach lub korzystanie z buspasów (w zależności od kraju i miasta).

Wybór modeli aut elektrycznych jest coraz większy i zmienia się obecnie z każdym miesiącem. Na polskim rynku dostępne są już np: Smart Fortwo, VW eUp, Skoda iV, Smart Forfour, Mini Mini, Nissan Leaf, Nissan e-NV200, Renault ZOE, Hundai Kona, Huyndai Ioniq, DS. 3 Crossback, Volkswagen e-Golf, Audi e-Tron, Mercedes EQC, czy Jaguar i-Pace. W ciągu najbliższych tygodni i miesięcy pojawią się Pegueot e208, eCorsa, VW ID3 czy SEAT El-Born. W sumie potencjalni nabywcy w Polsce mogą wybierać już w ponad 20 modelach różnych producentów. Większość z nich już zapowiedziała jednak wprowadzenie kilku lub nawet kilkunastu modeli aut elektrycznych w najbliższych latach, dlatego nie tylko w 2020 roku pojawi się w Polsce dużo modeli samochodów elektrycznych i hybrydowych.

  1. Samochody elektryczne są niebezpieczne zarówno dla użytkowników jak i dla pieszych

Wszystkie samochody elektryczne muszą spełniać takie same standardy bezpieczeństwa jak samochody z silnikami spalinowym. Komory baterii są specjalnie zabezpieczane na wypadek uderzenia, przewody oplatane są specjalnymi zabezpieczeniami np. kevlarowymi, aby uniknąć przetarcia, akumulatory są odłączane automatycznie w razie wypadku lub przebicia prądu. Każde auto elektryczne, przed dopuszczeniem do sprzedaży, przechodzi proces homologacji i wszystkie testy zderzeniowe identycznie jak modele aut spalinowych. Dodatkowo użytkownicy nie muszą się martwić o styczność elementów elektrycznych z wodą. Zarówno silnik, jak i przewody oraz gniazdka ładowania, wykonane są tak, by radziły sobie z czynnikami zewnętrznymi, w tym szczególnie z wilgocią.

W obszarze troski o bezpieczeństwo pieszych samochody elektryczne są wyposażone w specjalny system generowania dźwięku przy niskich prędkościach jazdy, aby ostrzegać pieszych o nadjeżdżającym pojeździe.

  1. Samochody elektryczne są pozornie 0-emisyjne, a zużyte akumulatory zatruwają środowisko

Faktem jest, że produkcja akumulatorów związana jest ze szkodliwą emisją gazów np. CO₂, jednak dzięki zeroemisyjności w trakcie użytkowania samochodu elektrycznego bilans CO₂ związany z produkcją wyrównuje się, gdyż auto jeżdżące na baterie nie emituje żadnych szkodliwych substancji. Problem stanowić jednak może sposób pozyskiwania energii wykorzystywanej do ładowania baterii. Część krajów do jej produkcji nadal wykorzystuje węgiel, co znacząco wpływa na emisję szkodliwych gazów, a co za tym idzie na środowisko. Inne korzystają już z czystych źródeł jej pozyskiwania, co faktycznie wpływa na 0-emisyjność elektryków.

Często podnoszone są również głosy mówiące o niebezpieczeństwie związanym ze składowaniem zużytych akumulatorów. W rzeczywistości akumulator z samochodu elektrycznego podlega recyclingowi nawet w 97%, co również obala kolejny mit.

Doradca handlowy lub serwisowy źródłem rzetelnej wiedzy o elektromobilności?

Jak wynika z danych zawartych w raporcie „Elektromobilność w Polsce 2019” przygotowanym przez firmę szkoleniową Nowe Motywacje pod patronatem Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych PSPA oraz Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR, doradcy mają bardzo zróżnicowany poziom wiadomości dotyczących e-mobilności, a większość z nich jeszcze nie uczestniczyła w programach rozwojowych podnoszących ich wiedzę w tym obszarze. Zaledwie niespełna 41% doradców sprzedaży zna kryteria przemawiające za zakupem auta elektrycznego, a niemal 39% może podzielić się informacjami, dotyczącymi zachęt finansowych dla nabywców elektryków. Niemal 52% może poinformować potencjalnych klientów o ekonomicznych aspektach użytkowania samochodów elektrycznych, a ponad 57% byłoby w stanie doradzić nabywcy jak miałby się zachować w przypadku rozładowania baterii lub awarii. Trochę ponad 31% sprzedawców może podzielić się wiedzą na temat regionalnej infrastruktury niezbędnej do ładowania baterii, a ponad 46% zna przywileje, jakie przysługują obecnie posiadaczom i użytkownikom elektryków.

Doradcy serwisowi również nie są obecnie najbardziej rzetelnym źródłem wiedzy dotyczącym elektromobilności. Niespełna 28% może powiedzieć wiele na temat technicznych aspektów użytkowania i awaryjności samochodów elektrycznych. 63% doradców posiada informacje dotyczące ekonomicznych aspektów serwisowania pojazdów napędzanych energią. Dla ponad 57% temat gwarancji, dotyczącej baterii w autach elektrycznych, nadal jest tajemnicą, a zagadnienia związane z ich żywotnością są nieznane ponad 61% doradców. Niemal 54% może podzielić się natomiast wiedzą dotyczącą zasad prawidłowej eksploatacji elektryków. Niemal 41% posiada informacje na temat ładowania baterii, a ponad 57% na temat sposobów, w jakie można to robić. Ponad 42% może udzielić informacji na temat zużycia energii przez elektryki w różnych porach roku, a 48% wytłumaczy również co należy zrobić w przypadku awarii lub rozładowania. Ponad 57% nie wiedziałoby natomiast jak wyglądają kwestie bezpieczeństwa w przypadku użytkowania pojazdów elektrycznych. 48% nie posiada również wiedzy na temat sieci punktów naprawy elektryków danej marki.

Obecnie na rynku funkcjonuje niestety wiele mitów związanych z elektromobilnością. Jako nowy trend e-mobilność wywołuje wiele emocji i ogromne zainteresowanie ze strony różnych grup. Taki stan rzeczy zawsze przekłada się na dużą liczbę pojawiających się informacji, z których niestety nie wszystkie muszą być prawdziwe. Brak dynamiki w rozwoju elektromobilności w Polsce, spowodowany wieloma czynnikami, doprowadził jednak do sytuacji, w której ciężko jest wskazać najbardziej rzetelne źródła wiedzy o mobilności opartej na elektryce. Części sprawdzonych wiadomości na rynek dostarczają organizacje branżowe, jednak jedno z głównych i najbardziej oczywistych źródeł dla potencjalnych nabywców elektryków – doradcy zatrudnieni w salonach sprzedaży i serwisach, nadal nie jest w pełni wiarygodne. Ich wiedza nie jest wystarczająca, a już teraz powinna obejmować nie tylko aspekty techniczne, ale również kwestie bezpieczeństwa, prawidłowego użytkowania oraz eksploatacji pojazdów napędzanych prądem i to w różnych warunkach. Pracownicy powinni również być w stanie udzielić klientom informacji dotyczących przywilejów związanych z posiadaniem samochodów elektrycznych, na jakie mogą liczyć ich właściciele oraz finansowania zakupu czy dostępnej infrastruktury ładowarek. Konieczność obalania mitów dotyczących e-mobilności pokazuje jak ważny jest obecnie rozwój i edukacja doradców, którzy już w niedalekiej przyszłości wpływać będą na decyzje zakupowe konsumentów, którzy już teraz są żywo zainteresowani samochodami elektrycznymi twierdzi Andrzej Trutkowski, Dyrektor Merytoryczny ds. Jakości, Trener i Konsultant w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Do 2023 roku ponad 10% połączeń mobilnych na świecie będzie obsługiwanych przez 5G; w Polsce będzie to 2%

  • Szybkość połączeń 5G będzie 13-razy większa niż przeciętnych połączeń mobilnych
  • 66% globalnej populacji (5,3 miliarda ludzi) będzie miało dostęp do Internetu
  • Na świecie będzie niemal 30 miliardów urządzeń/połączeń, z czego 45% będą stanowiły połączenia mobilne
  • Średnia przepustowość łączy szerokopasmowych wzrośnie z 46 Mbps do 110 Mbps
  • W latach 2020 – 2023 liczba hotspotów Wi-Fi 6 wzrośnie trzynastokrotnie i będzie stanowiła 11% wszystkich publicznych hotspotów Wi-Fi

Jak wynika z nowego raportu Cisco „Annual Internet Report” (dawniej Visual Networking Index – VNI), do 2023 roku połączenia 5G będą obsługiwały już ponad 10% globalnych połączeń mobilnych. Średnia szybkość połączeń 5G będzie 13 razy większa niż przeciętnych połączeń mobilnych, osiągając 575 megabitów na sekundę. Dzięki zwiększonej wydajności, 5G zapewni bardziej dynamiczną infrastrukturę mobilną dla projektów wykorzystujących sztuczną inteligencję oraz Internet rzeczy, włączając w to autonomiczne samochody, inicjatywy smart city, inteligentne rozwiązania w służbie zdrowia, wideo i inne.

Przez ostatnie 50 lat, w każdej dekadzie prezentowano nową, niezwykle innowacyjną technologię mobilną. W tym czasie wymagania odnośnie przepustowości sieci mobilnych bardzo się zmieniły. Początkowo obsługiwały one jedynie połączenia głosowe i wiadomości tekstowe, obecnie są to treści wideo Ultra HD oraz aplikacje AR i VR. Na całym świecie oczekiwania użytkowników prywatnych i biznesowych względem sieci mobilnych stale rosną, co wiąże się z coraz większą popularnością aplikacji mobilnych. Media społecznościowe, streaming wideo, rozwój e-commerce, gaming czy cyfryzacja biznesu w celu zwiększenia produktywności przyczynią się do dalszego wzrostu liczby aplikacji mobilnych. Cisco przewiduje, że do 2023 roku zostaną one ściągnięte niemal 300 miliardów razy.

„Z naszego badania jasno wynika, że liczba użytkowników Internetu, urządzeń i połączeń będzie stale rosła, a zapotrzebowanie na dużą przepustowość sieci będzie większe niż możemy sobie wyobrazić” – mówi Roland Acra, starszy wiceprezes i dyrektor ds. technologii w Cisco. „Wnioski z Annual Internet Report pomagają firmom, rządom i dostawcom usług na całym świecie przygotować i zabezpieczyć sieci na nadchodzące wzrosty połączeń oraz zalew nowych aplikacji”.

Wnioski z Cisco Annual Internet Report (2018 – 2023)

Cisco Annual Internet Report obejmuje sieci mobilne, Wi-Fi oraz stacjonarne. W publikacji zawarto prognozy ilościowe dotyczące wzrostu liczby użytkowników, urządzeń, połączeń i wydajności sieci, a także trendy na lata 2018 – 2023.

  1. Globalne prognozy dot. użytkowników urządzeń mobilnych i Internetu do 2023 r.
    • Ponad 70% globalnej populacji (5,7 miliarda ludzi) będzie miało dostęp do połączeń mobilnych (2G, 3G, 4G lub 5G).
    • Użytkownicy Internetu będą stanowili 66% globalnej populacji (5,3 miliarda ludzi).
  2. Przewidywania dotyczące urządzeń i połączeń do 2023 r.
    • Do 2023 r. na jedną osobę będzie przypadało 3,6 urządzenia / połączenia sieciowego i niemal 10 urządzeń / połączeń sieciowych na gospodarstwo domowe.
    • Niemal połowa (47%) wszystkich urządzeń i połączeń będzie w stanie obsługiwać streaming video.
    • Połączenia M2M (machine-to-machine), które obsługują szeroki zakres aplikacji IoT, będą stanowiły około 50% (14,7 miliarda) wszystkich urządzeń i połączeń.
  3. Przewidywania dotyczące globalnych połączeń mobilnych do 2023 r.
    • 45% wszystkich urządzeń łączących się z siecią będzie to robić poprzez połączenie mobilne (3G i sieci niższej generacji, 4G, 5G oraz sieci LPWA – Low Power Wide Area), a 55% będzie podłączonych za pomocą kabla lub poprzez Wi-Fi.
    • Globalne połączenia 5G będą stanowiły 10,6% wszystkich połączeń mobilnych. W 2018 r. było ich 0%.
    • Do 2023 r., globalne połączenia LPWA będą stanowiły 14,4% wszystkich połączeń mobilnych, w porównaniu do 2,5% w 2018 r.
  4. Prognozy dotyczące Wi-Fi do 2023 r.
    • Liczba hotspotów Wi-Fi na całym świecie wzrośnie czterokrotnie w okresie 2018 – 2023. W 2023 r. na świecie będzie niemal 628 milionów publicznych hotspotów Wi-Fi, w 2018 r. było ich 169 milionów.
    • Liczba hotspotów Wi-Fi 6 na całym świecie wzrośnie trzynastokrotnie w okresie 2020 – 2023 i będą one stanowiły 11% wszystkich publicznych hotspotów Wi-Fi.
  5. Przewidywania dotyczące globalnej wydajności sieci (mobilnej, Wi-Fi, sieci stacjonarne) do 2023 r.
    • Średnia globalna prędkość połączeń mobilnych będzie ponad trzykrotnie większa i wzrośnie z 13 Mbps (2018) do 44 Mbps (2023).
    • Średnia globalna prędkość połączeń Wi-Fi będzie ponad trzykrotnie większa i wzrośnie z 30 Mbps (2018) do 92 Mbps (2023).
    • Średnia globalna prędkość połączeń w sieciach stacjonarnych będzie ponad dwukrotnie większa i wzrośnie z 46 Mbps (2018) do 110 Mbps (2023).
  6. Globalne trendy z zakresu cyberbezpieczeństwa w okresie 2018 – 2019
    • W skali globalnej, częstotliwości ataków DDoS wzrosła o 39%.
    • W skali globalnej natężenie ataków wzrosło o 63%.
    • Średnia wielkość ataku DDoS wyniosła 1 Gbps (23% ataków jest większa niż 1 Gbps). Odnotowano 776% wzrost ataków DDoS wielkości od 100 Gbps do 400 Gbps.

Dane dotyczące Polski

  • Do 2023 roku w Polsce będzie 33,4 miliona użytkowników sieci mobilnych (co stanowi 89% populacji).
  • Liczba publicznych hotspotów Wi-Fi w Polsce (włączając w to hotspoty domowe) wzrośnie ponad dwukrotnie, z 3,1 miliona w 2018 r. do 6,9 miliona w 2023 r.
  • W Polsce średnia szybkość sieci stacjonarnych wzrośnie niemal pięciokrotnie, z 38,5 Mbps w 2018 do 180,4 Mbps w 2023 r.
  • W Polsce średnia szybkość sieci Wi-Fi w urządzeniach mobilnych wzrośnie ponad dwukrotnie, z 20,1 Mbps w 2018 do 45 Mbps w 2023 r.
  • W Polsce średnia szybkość połączeń mobilnych wzrośnie niemal trzykrotnie, z 15,6 Mbps w 2018 do 45,4 Mbps w 2023 r.
  • Do 2023 r. w Polsce będzie 1,9 miliona połączeń 5G. Będą one stanowiły 2% wszystkich połączeń mobilnych.
  • Do 2023 r. 4G będzie odpowiadało za 62% połączeń mobilnych w Polsce, w porównaniu z 54% w 2018 r.
  • Do 2023 r. 3G oraz sieci niższej generacji będą odpowiadały za 24,5% połączeń mobilnych w Polsce. W 2018 r. stanowiły one aż 44,2%.
  • W Polsce do 2023 r. zostanie ściągnięte 1,8 miliarda aplikacji.

Cisco Annual Internet Report Forecast

Cisco Annual Internet Report obejmuje globalne, regionalne i krajowe prognozy i analizy, które poddają ocenie poziomy cyfrowej transformacji. Raport jest opracowywany przez ten sam zespół analityków, którzy odpowiadali za Cisco Visual Networking Index (VNI) Forecast. Zestawienie obejmuje sieci stacjonarne, Wi-Fi oraz mobilne (3G i niższe, 4G oraz 5G). Przedstawione prognozy ilościowe dotyczą wzrostu liczby użytkowników Internetu, urządzeń i połączeń, a także wydajności sieci i nowych wymagań wobec aplikacji. Autorzy zawarli również analizy i oceny jakościowe w czterech strategicznych obszarach: aplikacje, bezpieczeństwo, transformacja infrastruktury oraz wzmocnienie pozycji pracowników i zespołów.

Jak odczytać sprawozdanie finansowe w formie elektronicznej?

Wciąż problematyczna dla użytkowników sprawozdań finansowych jest kwestia odczytania zawartości sprawozdania w formacie XML – zarówno przed złożeniem podpisu, jak i w późniejszym okresie. Format pliku XML jest dość nieczytelny dla zwykłego użytkownika, nie zawiera np. nazw linii, a jedynie określone kody.

Ministerstwo Finansów do tej pory nie utworzyło darmowego czytnika sprawozdań w formacie XML – możliwe jest jedynie otworzenie pliku XML za pomocą darmowej aplikacji MF do tworzenia sprawozdań. Aplikacja umożliwia odczytanie zapisanie zawartości do pliku PDF, jednak bez zawartości załącznika z notami – ten trzeba ściągnąć oddzielnie.

Dodatkowo, aplikacja działa jedynie dla sprawozdań sporządzonych według załącznika 1, 4, 5 i 6 do Ustawy o rachunkowości – a zatem za pomocą czytnika nie mogą zwizualizować sprawozdania ubezpieczyciele bądź jednostki sporządzające sprawozdania skonsolidowane.

Rodzaje czytników plików XML

Dostępne są darmowe czytniki, stworzone przez doradców księgowych lub firmy z branży IT – zazwyczaj polegają one na zaczytaniu pliku XML na stronie internetowej dostawcy. W tym przypadku należałoby się jednak zapoznać z polityką prywatności danej strony – w tym czy informacje finansowe ze sprawozdań są w jakikolwiek sposób widoczne dla firm udostępniających oprogramowanie i czy są zapisywane bądź przechowywane w jakiejkolwiek bazie. Brak polityki bezpieczeństwa powinien dyskwalifikować taką stronę, uniemożliwiając ujawnienie danych przedsiębiorstwa przed oficjalną publikacją sprawozdań po ich zatwierdzeniu.

Część firm wbudowało czytniki plików XML w oprogramowanie sprzedawane w celu wygenerowania pliku XML. Jest to już jednak oprogramowanie komercyjne, czyli płatne. Co istotne, do tej pory nie powstało oprogramowanie, które umożliwiałoby podpisanie podpisem elektronicznym zwizualizowanego sprawozdania – zawsze dzieje się to wtórnie, czyli podpisywany jest plik XML. W praktyce, w ubiegłym roku członkowie organu kierowniczego otrzymywali do podpisania plik XML wraz z przygotowanym sprawozdaniem w formie wydruku lub pliku PDF – jednak w tym przypadku również nie ma 100% pewności, że plik XML jest zgodny z wygenerowaną wcześniej wizualizacją. Wygląda na to, że ze względu na skomplikowanie i szyfrowanie kwalifikowanych podpisów elektronicznych, na takie oprogramowanie będziemy musieli jeszcze poczekać.

Obowiązkowe e-sprawozdania

Przypomnijmy, że od początku października 2018 roku większość przedsiębiorstw jest zobligowana do sporządzania sprawozdań finansowych jedynie w formie elektronicznej. Sprawozdanie finansowe w formie elektronicznej powinno być złożone w ciągu 15 dni od dnia zatwierdzenia do sądu rejestrowego.

Autorka: Magdalena Michniewicz, Senior Manager w MDDP Outsourcing

Polacy powinni zacząć oszczędzać. Spodziewany jest dalszy wzrost cen

Według wstępnych danych w styczniu ceny towarów i usług wzrosły rok do roku o 4,4 proc., najmocniej od grudnia 2011 roku. Po raz pierwszy od września 2012 roku inflacja przebiła górną granicę pasma dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego. Zdaniem ekonomistów w kolejnych miesiącach odczyty mogą być jeszcze wyższe, dlatego należałoby zachęcić konsumentów do oszczędzania, a nie wydawania pieniędzy.

Ta inflacja miała charakter kosztowy, czyli wynikała ze wzrostu wynagrodzeń, z poczucia, że usługi powinny być droższe, ponieważ jest korzystna sytuacja na rynku pracy i pracownicy mogą żądać wyższych pensji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Bogusław Półtorak, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. – Ta presja na wzrost pensji i kosztów spowodowała, że przedsiębiorcy też zaczęli podnosić ceny swoich towarów i usług. Niskie stopy procentowe nie były decydujące dla wzrostu inflacji, ale są czynnikiem, który podtrzymuje te procesy. Bank centralny w najbliższych miesiącach musi dać wyraźny sygnał, w jaki sposób będzie walczył z inflacją.

Najważniejszym narzędziem, jakim dysponuje Rada Polityki Pieniężnej w celu ograniczenia inflacji, są stopy procentowe. Jednak ekonomiści zgodnie twierdzą, że podniesienie ich dałoby efekt w postaci spadku tempa wzrostu cen dopiero za kilka kwartałów i czas na taki manewr minął w zeszłym roku. W dodatku prezes NBP prof. Adam Glapiński podtrzymuje swoją opinię o niepodnoszeniu stóp procentowych do końca jego kadencji, czyli do połowy 2022 roku. Wzrost stóp od razu zaś przełożyłby się na oprocentowanie kredytów konsumpcyjnych, ograniczone czterokrotnością wysokości stopy lombardowej, a jakikolwiek sygnał zapowiadający taką możliwość spowodowałby podniesienie stopy WIBOR nawet przed decyzją. Jednak zdaniem prof. Bogusława Półtoraka bank centralny mógłby wykorzystać inne narzędzia.

One dotychczas nie były zbyt chętnie w Polsce wykorzystywane. To tzw. interwencje rynkowe w postaci sprzedaży papierów wartościowych czy też przyjmowania lokat przez sam bank centralny. Wyobrażałbym sobie, że taki sygnał, który mógłby dzisiaj pójść do rynku, to byłoby przyjmowanie lokat przez bank centralny po nieco wyższych stopach procentowych niż banki – proponuje ekonomista z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. – To by spowodowało takie podejście wśród oszczędzających, że bank centralny sygnalizuje, że opłaca się oszczędzać. To przekonanie, że warto oszczędzać, musi być wyartykułowane ze strony banku centralnego. Tego typu polityka słowna jest równie ważna jak te twarde instrumenty polityki pieniężnej.

Niskie stopy procentowe i wyższy od nich poziom inflacji powodują, że realnie oszczędności trzymane na koncie oszczędnościowym czy lokacie tracą na wartości. Stopa referencyjna pozostaje na najniższym w historii poziomie 1,5 proc. od 5 marca 2015 roku, kiedy mieliśmy jednak deflację, czyli spadek cen w ujęciu rocznym na poziomie -4,7 proc. (odczyt za luty 2015 roku). Obecnie przy tych samych stopach mamy 4,4 proc. na plusie. W tej sytuacji konsumenci mają odczucie, że nie opłaca się oszczędzać, lepiej wydać tę kwotę, zanim wybrany towar czy usługa podrożeją.

Szczyt inflacji jeszcze przed nami. Ta presja będzie wysoka, dopóki nie dojdzie do takiego momentu, który grozi stagflacją. Gdyby doszło do ograniczenia popytu wewnętrznego i problemów przedsiębiorców, którzy też przecież kupują towary i usługi, może to doprowadzić do tego, że będziemy mieć fazę wysokich cen, spowolnienie gospodarcze, co z czasem przełoży się też na wzrost bezrobocia – tłumaczy dr hab. Bogusław Półtorak. – Wtedy może się pojawić presja na obniżkę wynagrodzeń i dopiero wtedy presja inflacyjna będzie malała. Może to potrwać dużo dłużej niż w przypadku, gdybyśmy podjęli bardziej świadomą politykę zachęcania do tego, żeby więcej oszczędzać i inwestować bardziej świadomie w różne aktywa.

Niedobory wody poważnym problemem na coraz większym obszarze Polski. Kryzys ten będzie się nasilał

Największe niedobory wody w Polsce notowane są w pasie centralnym – od Ziemi Lubuskiej, poprzez Wielkopolskę i Mazowsze, aż po Lubelszczyznę i część Pojezierza Mazurskiego. Jednak specjaliści alarmują, że obszar ten powiększa się i problem suszy dotyczy okresowo kolejnych miejsc na mapie Polski. – Na ilość opadów nie mamy żadnego wpływu, ale możemy przeciwdziałać skutkom ich braku, np. zbiornikami retencyjnymi – podkreśla Sergiusz Kieruzel z Wód Polskich. Programy wspierające takie inwestycje uruchamiane są przez kolejne samorządy. Na dofinansowanie mogą też liczyć rolnicy. Do sukcesu potrzebna jest również edukacja społeczeństwa, jak oszczędzać wodę.

– W ubiegłym roku około 10–12 proc. gmin miało bardzo duże problemy z niedoborem wody, a w ponad 300 gminach ogłoszono stany alarmowe z uwagi na brak wody – mówi agencji Newseria Biznes Sergiusz Kieruzel, dyrektor Biura Prezesa Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie. – Niestety obszar dotknięty suszą zwiększa się. Jeszcze niedawno były to pewne punkty na mapie Polski centralnej, teraz właściwie to jest cała Polska centralna, ale także części województw położonych nad morzem, np. w Zachodniopomorskiem, czyli tam, gdzie susza zawsze była mniej dotkliwa.

Podobnie jest w górach. Wprawdzie suma opadów jest w nich największa w Polsce (średnia roczna suma opadów to ponad 1,7 tys. mm na mkw.), ale i tam są takie obszary, np. na Podkarpaciu, w północnej części Małopolski, gdzie już występuje susza glebowa.

Cała Polska dotknięta jest bardzo niskimi stanami wód rzek. Jest to tzw. susza hydrologiczna. Szczególnie obszary w Dolinie Noteci, Dolinie Narwi i Dolinie Warty, gdzie są bardzo niskie stany wód, również należą do terenów dotkniętych problemem suszy – dodaje Kieruzel.

Jak podaje Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej – Państwowy Instytut Badawczy, ubiegłoroczne lato przyniosło istotne niedobory opadów atmosferycznych, ekstremalnie wysokie temperatury powietrza i spadek stanów wody w rzekach. Było to szczególnie odczuwalne w czerwcu. W lipcu nie było lepiej – poza ulewnymi deszczami na Mazowszu, Podlasiu i Lubelszczyźnie, które doprowadziły nawet do lokalnych podtopień, panowała susza. Średnio w Polsce lipcowe opady uplasowały się na poziomie 69 proc. normy. Sierpień był pod względem opadów bardzo zróżnicowany w poszczególnych regionach kraju. Choć średnio w Polsce suma opadów za ten miesiąc była zbliżona do normy (91 proc.), to w województwach południowo-wschodnich i południowych (wynik ulewnych deszczy w drugiej dekadzie sierpnia) znacznie tę normę przekraczała. Z kolei w pasie centralnym odnotowano istotne niedobory wilgoci (74–24 proc. normy).

Ciepła i bezśnieżna zima przyczynia się do suszy glebowej. Dane na temat wilgotności gleby w połowie stycznia br. wskazują, że jest ona bardzo niska – poniżej 40 proc., a miejscami nawet 35 proc. Wprawdzie w kolejnych tygodniach sytuacja się poprawiła, ale eksperci IMGW podkreślają, że aby odbudowały się zasoby wodne sprzed zeszłorocznej suszy, mżawka powinna padać nieprzerwanie przez 60 dni. Brak opadów przyczynił się do tego, że na Kujawach, w województwach zachodniopomorskim, pomorskim, wielkopolskim oraz części łódzkiego i warmińsko-mazurskiego w styczniu odnotowano intensywną suszę atmosferyczną i rolniczą.

Sergiusz Kieruzel podkreśla, że choć na zjawiska atmosferyczne człowiek nie ma bezpośredniego wpływu, to już skutkom braku opadów da się przeciwdziałać. Na działania nakierowane na walkę ze skutkami suszy i powodzi PGW Wody Polskie przeznaczą ok. 400 mln zł.

Podobnie jak w przypadku powodzi możliwe jest łagodzenie następstw suszy. Przeważnie te kwestie są ze sobą powiązane – zauważa. – Po pierwsze, retencja, zarówno na poziomie gospodarstwa domowego, jak i retencja śródpolna na poziomie lokalnym i wreszcie budowa dużych zbiorników retencyjnych, które podczas nawalnego deszczu zgromadzą wodę i ochronią przed powodzią. Z kolei w okresie suszy zapas wody poprawi bilans wodny i chroni przed skutkami niedoborów wody.

Tego typu inicjatywy podejmuje coraz więcej samorządów. Oferują one wsparcie finansowe dla inwestycji w zbiorniki retencyjne i gromadzenie deszczówki. Wśród przykładów można wymienić programy: Warszawa chwyta wodę, łódzka Deszczówka – gromadzenie wód opadowych, wrocławski Złap deszcz, Po(d)lej deszczem w Sosnowcu. Takie wsparcie jest bardzo istotne, gdyż Polska pod względem gromadzenia wody znajduje się w ogonie państw UE.

Jak podkreśla ekspert, jeszcze 30–40 lat temu „łapanie” deszczówki było dość powszechną praktyką, a zgromadzoną w ten sposób wodę wykorzystywano np. do podlewania ogrodu. Obecnie właściciele działek wykorzystują do tego wodę z wodociągów miejskich.

– W wielu krajach afrykańskich czy azjatyckich podlewanie ogródka czystą i zdrową wodą pitną byłoby odbierane ze zdziwieniem, a może nawet ze złością z powodu jej marnotrawstwa – zauważa Sergiusz Kieruzel. – Potrzebna jest wiedza i edukacja społeczeństwa, aby ludzie wiedzieli, jak jeszcze można zaoszczędzić wodę, a przede wszystkim jak jej nie marnować.

Działkowcy powinni także przestawiać się na rośliny, które potrzebują mniej wody.

– Dlatego bardzo polecamy program Kwietne łąki, czyli sianie ziół i kwiatów, których nie trzeba często kosić i które zatrzymują wilgoć w glebie, a w dodatku ładnie wyglądają i pachną – mówi Sergiusz Kieruzel. – Wskazane jest też odtwarzanie naturalnych zbiorników wodnych – stawów, oczek wodnych, zalesień śródpolnych, mokradeł, które magazynują wodę w glebie.

Od 21 lutego rolnicy mogą wnioskować w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa o dofinansowanie inwestycji w obszarze nawadniania. Mogą to być m.in. budowa studni i zbiorników oraz zakup maszyn i urządzeń do poboru, magazynowania, uzdatniania, odzyskiwania lub rozprowadzania wody, instalacji nawadniających i systemów do sterowania nawadnianiem.

Koronawirus w Chinach zaraża też światowy przemysł i rynki finansowe. Powody do obaw mają m.in. kredytobiorcy we frankach

Na koniec I kwartału można spodziewać się wyraźnego wyhamowania tempa wzrostu PKB w Chinach, do czego przyczynią się m.in. problemy związane z epidemią koronawirusa. To z kolei odbije się na polskiej gospodarce, dla której Państwo Środka jest ważnym partnerem handlowym. Na razie oszacowanie tego wpływu jest trudne, bo wciąż nie wiadomo, ile czasu potrwa zatrzymanie epidemii. Epidemia koronawirusa silnie wpływa też na nastroje na rynkach finansowych i szkodzi wycenie europejskiej waluty. Może również osłabić złotego i przełożyć się na wysoki kurs franka, co z kolei będzie złą wiadomością dla kredytobiorców zadłużonych w szwajcarskiej walucie.

– Ostatnia dekada była okresem dynamicznego wzrostu chińskiej gospodarki, która stała się jednym z motorów globalnego wzrostu PKB. To był szczególnie udany okres dla chińskiego sektora technologicznego. Niemniej gospodarka ta nie jest pozbawiona problemów. Dynamika PKB stopniowo słabnie, potencjał dla wzrostu eksportu maleje, topnieje przewaga płacowo-kosztowa, a problemy widoczne są także na rynku nieruchomości oraz w funkcjonowaniu państwowych firm z przemysłu ciężkiego. Teraz doszedł problem koronawirusa oraz odizolowania regionu Wuhan – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Dmitrowski, menedżer ds. analiz rynku, Biuro Badań i Analiz Banku Gospodarstwa Krajowego.

Ostatni kwartał ubiegłego roku chińska gospodarka zakończyła wzrostem PKB o 6,0 proc., jednak w I kwartale br. można już spodziewać się wyraźnego wyhamowania. Złożą się na to czynniki związane z wydłużonym okresem świątecznym i tym, że po nim część fabryk nie wznowiła działalności, oraz problemy logistyczne i zaopatrzeniowe. Na chiński eksport wciąż negatywnie będą oddziaływać utrzymane w USA cła, a problematyczna może okazać się inflacja, która będzie ograniczać wzrost popytu wewnętrznego w Chinach (m.in. ze względu na wysokie ceny żywności).

– Dodatkowo Chińczycy ze strachu przed koronawirusem ograniczyli swoją aktywność, co będzie oddziaływać negatywnie na sytuację w sektorze usług oraz handlu detalicznego. W konsekwencji można oczekiwać znaczącego pogorszenia danych makroekonomicznych, które będą napływać z Chin w najbliższych miesiącach – ocenia Piotr Dmitrowski.

Region Wuhan, w którym wykryto koronawirusa, jest jednym z najważniejszych ośrodków gospodarczych w Państwie Środka. To z niego poprowadzona jest linia kolejowa do Europy, zaś rzeka Jangcy łączy Wuhan z Szanghajem. Ograniczenie w przepływie ludzi będzie mieć długotrwałe konsekwencje dla dotychczas prowadzonych biznesów. Tłem dla tego będzie osłabienie nastrojów w turystyce.

– Chińska gospodarka ma coraz większe znaczenie w skali globalnej. W efekcie wszelkie zaburzenia, zwłaszcza w sektorze przemysłowym, będą mieć negatywne konsekwencje w innych regionach świata. Możemy mieć do czynienia z efektem logistycznego domina. Przedsiębiorstwa, również polskie, które nie otrzymają dostaw materiałów z Chin, będą miały problemy z wykonaniem własnych zamówień. Dodatkowo trzeba pamiętać o tym, że Chiny są bardzo ważnym importerem surowców. Chińskie problemy przekładają się na niską wycenę takich surowców jak ropa naftowa czy węgiel, a w efekcie problemy będą mieć branże wydobywcze – mówi Piotr Dmitrowski.

Gospodarka Eurolandu jest silnie uzależniona zarówno od eksportu, jak i importu z Chin. W efekcie chińskie problemy będą wywoływać zakłócenia w europejskim sektorze przemysłowym. Dla Polski Chiny są ważnym partnerem handlowym. To drugi kraj po Niemczech, z którego sprowadzamy najwięcej towarów, dlatego zaburzenia w dostawach będą mieć przełożenie na krajową gospodarkę. Pozytywem jest jednak fakt, że jest ona mniej zależna od eksportu do Chin.

– Oszacowanie skali tego wpływu jest obecnie niezmiernie trudne. Wciąż nie wiemy, jak długo problem będzie się utrzymywał, jak długo w Chinach epidemia nie zostanie opanowana. Od tego zależy, jak bardzo może pogorszyć się klimat inwestycyjny. Im dłużej problemy będą się utrzymywać, tym bardziej klimat inwestycyjny w Polsce może się pogorszyć – przestrzega Piotr Dmitrowski.

Problem koronawirusa silnie wpływa też na nastroje na rynkach finansowych i szkodzi wycenie europejskiej waluty. Inwestorzy sprzedają euro, w efekcie kurs EUR/USD jest na poziomach najniższych od 2017 roku. Dolar zyskuje z tego względu, że amerykańska gospodarka jest relatywnie najmniej uzależniona od sytuacji w chińskim sektorze przemysłowym.

Przy słabych odczytach makroekonomicznych zwykle zyskują waluty krajów zaliczanych do bezpiecznych przystani. Takimi walutami są np. frank szwajcarski i japoński jen. Z kolei tracić mogą waluty rynków wschodzących, w tym polski złoty. Połączenie mocnego franka szwajcarskiego w relacji do euro oraz wysoki poziom EUR/PLN będzie przekładać się na wysoki kurs franka w stosunku do złotego, co z kolei będzie złą wiadomością dla kredytobiorców zadłużonych w szwajcarskiej walucie.

– W zestawieniu ze słabymi danymi makroekonomicznymi, które mogą się pojawić ze względu na koronawirusa, inwestorzy będą stawiać na obligacje skarbowe, przede wszystkim amerykańskie i niemieckie. Uważamy jednak, że zyskiwać będą także obligacje rynków wschodzących, w tym polskie papiery skarbowe. Tracić mogą natomiast bardziej ryzykowne aktywa, takie jak akcje. Do tej pory rynki akcyjne dość dobrze przyjmowały problem koronawirusa z tego względu, że sentyment rynkowy poprawiał nadzieje na stymulację wzrostu gospodarczego w Chinach. Można oczekiwać, że chiński rząd zdecyduje się na wyraźne zwiększenie wydatków fiskalnych, jak również dalsze luzowanie polityki monetarnej. Jednak w przyszłości, kiedy będą pojawiać się słabe dane z gospodarki, dobry nastrój na giełdach trudno będzie utrzymać – mówi ekspert Biura Badań i Analiz Banku Gospodarstwa Krajowego.

Coraz większe wydatki na reklamę w kinach. Wpływają na to rosnąca liczba widzów i zastosowanie nowych technologii

Kino jest coraz bardziej doceniane przez marketerów, a budżety reklamowe w tym segmencie są coraz większe. W tym roku – jak wynika z prognoz Zenith – reklama kinowa urośnie o 4,6 proc., czyli powyżej średniej rynkowej. Również globalne prognozy mówią o tym, że będzie to jeden z liderów wzrostów wydatków reklamowych spośród wszystkich segmentów. – Reklama kinowa daje możliwość wykorzystania innowacyjnych technologii, formatów ScreenX czy 4DX. Pozwala też na lepszą interakcję z widzem – ocenia Justyna Krzyżanowska z New Age Media.

– Marketerzy doceniają to, że w kinie docierają do konkretnych grup odbiorców. Wpływają na to aspekty demograficzne i behawioralne. Kina są zlokalizowane w największych miastach, centrach handlowych, z widownią złożoną z ludzi wykształconych, aktywnych zawodowo, często otwartych na nowe technologie i z dużym potencjałem zakupowym. Te wszystkie aspekty sprawiają, że budżety reklamowe w kinie są coraz większe – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Justyna Krzyżanowska, international marketing manager w New Age Media.

Z analizy Wirtualnemedia.pl na podstawie danych Kantar Media wynika, że w 2019 roku wydatki na reklamę w kinie wzrosły do blisko 2 mld zł. Dla porównania, do telewizji trafiło 20,3 mld zł, a do radia – 8,4 mld. Najszybciej wydatki na reklamę rosły w telewizji (nieco ponad 18 proc.) i w kinie (17,2 proc.).

 W całym torcie reklamowym, z uwzględnieniem wszystkich mediów, udział reklamy kinowej wynosi 2 proc. – mówi Justyna Krzyżanowska. – Musimy tylko pamiętać, że ten udział nie odzwierciedla wszystkich możliwości, które mamy w kinie, i istoty reklamy kinowej.

Jak ocenia ekspertka, reklama kinowa daje możliwość wykorzystania nowych technologii, m.in. ScreenX, w której na ścianach są dodatkowe ekrany, czy 4DX, w której dzięki zaawansowanym rozwiązaniom środowiskowym widz staje się częścią projekcji.

– Drugim elementem jest możliwość tworzenia interakcji z klientami w przestrzeni kinowej. Marketerzy mogą wykorzystać korytarze i sale kinowe, by stworzyć mnóstwo okazji do kontaktu z klientem, ale również interakcji z produktem czy z marką – wskazuje Justyna Krzyżanowska.

Zenith ocenia, że w 2020 roku reklama kinowa będzie rosnąć szybciej niż rynek (o 4,6 proc.) i będzie jedynym segmentem z potencjałem wzrostu wśród mediów niecyfrowych. Globalne prognozy na lata 2019–2022 mówią także o dynamicznym wzroście wydatków – o 11,5 proc. rocznie. Będzie to trzecie – po wideo online i mediach społecznościowych – tempo w tym okresie. Nadal jednak w globalnym torcie reklamowym udział kina nie przekroczy 1 proc.

Na popularność tego segmentu reklamowego wpływa z pewnością większa częstotliwość chodzenia do kina. W 2019 roku, po raz pierwszy po 1989 roku, sprzedano ponad 60 mln biletów. Dla porównania, w 2018 roku było to ok. 59 mln, w 2017 – 56,6 mln, a w 2016 roku – 52 mln.

– Marketerzy i reklamodawcy śledzą statystyki filmów, jest to dla nich bardzo ważne, tak samo jak dla nas. Wysokie wyniki frekwencyjne zapewniają realizację ich kampanii marketingowych i sukces podjętych aktywności – mówi Justyna Krzyżanowska.

Niebezpiecznie wysoka inflacja? Prognozy na 2020 rok

Większość prognoz określających skalę inflacji na ten rok wspomina wartości dla dynamiki rocznej między 3,5 a 4 proc. To dosyć prawdopodobne zapowiedzi i mogą być przyjmowane jako niepokojące. Należy pamiętać, że wyznaczony limit to 2,5 proc. +/- 1 pp. Już w okolicach 3,5 proc. inflacja traktowana jest jako nadmierna. Prognozy wskazują też, że w tym roku inflacja będzie wyjątkowo wysoka w pierwszym kwartale. Potem nastąpi jej lekki spadek. W skali całego roku średni wskaźnik może wynieść nieco ponad 3, być może 3,5 proc. – jeżeli poziom utrzyma się powyżej 3,5 proc. w dłuższym okresie, 6-7 kwartałów. Istnieje zagrożenie, że ludzie przyzwyczailiby się, że inflacja jest wyższa i należy wliczać ją w budżety. Wtedy bylibyśmy bliscy procesu indeksacji, który przyspiesza i wzmacnia inflację oraz powoduje, że utrzymuje się ona dłużej. Sukces zbijania inflacji w ostatnich latach to wiara wśród konsumentów i przedsiębiorców, że zmiana cen jest zaniedbywalna w stosunku do tego, co robimy na co dzień. Nie myśli się o rewaloryzowaniu umów, zakładając, że inflacja jest stosunkowo małaGdyby okazało się, że jej poziom ma być podwyższony przez dłuższy czas, dojdzie do wpisywania odpowiednich klauzul w kontraktach. To z kolei jeszcze bardziej wzmocni procesy inflacyjne.

– Z punktu widzenia takiej gospodarki jak polska, lekko podwyższony wskaźnik inflacji jest dopuszczalny w pewnym okresie. U nas może być on nieco wyższy niż w krajach bardziej rozwiniętych, gdzie poziom PKB w przeliczeniu na mieszkańca jest również wyższy – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Jest to spowodowane tym, że Polska nadal w pewnych obszarach gospodarki musi nadganiać. Nasze usługi są wyraźnie tańsze niż w krajach zachodnich i w stosunku do tego, co możemy zapłacić w działalności przemysłowej czy budownictwie. Mogą więc pojawiać się skoki cen wynikające głównie z podwyżek płac – zwłaszcza w sferze usługowej i handlu. To też przełoży się na wyższą inflację. Rozważając wpływ na gospodarkę bierze się pod uwagę dwa aspekty. Utrata wartości pieniądza nie jest korzystna i nie może być szczególnie duża. Dla Polski 2,5-3 proc. jest bezpieczne. Wskaźnik na poziomie 5-6 proc. byłby stanowczo za duży. Odbiłoby się to na skłonności do oszczędzania ze względu na niezbyt wysokie ceny depozytów – co oznaczałoby brak zaufania do własnego pieniądza. Z drugiej strony zmiana cen powoduje pewne dopasowania. W ujęciu realnym zmieniają się proporcje pomiędzy kosztami wytwarzania czy płacami. Dzięki stopniowemu, niewielkiemu wzrostowi inflacji można dokonywać drobnych dopasowań, które pozwalają odnaleźć się w biznesie. Proces ten nie może jednak postępować zbyt szybko. Prognozy mówią, że wzrost inflacji z początku roku nie będzie zbyt trwały. Niedługo wskaźnik powinien spaść do 3 proc., a następnie do 2,5 proc. Dla gospodarki ta sytuacja będzie wciąż jeszcze bezpieczna – zaznaczył Soroczyński.

Popularność najmu mieszkań jest wciąż niewielka. Odsetek wynajmujących jest ośmiokrotnie niższy niż w Niemczech

Wynajem mieszkania nie jest dla Polaków atrakcyjnym sposobem na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych. Po pierwsze, własność jest wciąż postrzegana jako synonim zamożności, po drugie, rynek najmu nie oferuje dostatecznej liczby mieszkań o odpowiednim standardzie. Z tych powodów odsetek dorosłych Polaków korzystających z najmu na wolnym rynku oscyluje w okolicach 5 proc. To wprawdzie dwa razy więcej niż osiem lat temu, ale w krajach Europy Zachodniej odsetek ten dochodzi nawet do 40 proc.

– W krajach Europy Zachodniej wynajmowanie mieszkania jest czymś oczywistym, a dla wielu ludzi wręcz normą. Przykładowo, w Niemczech odsetek osób wynajmujących mieszkanie wynosi ok. 40 proc., podobnie jest w Danii, natomiast w Szwajcarii co drugi dorosły mieszkaniec wynajmuje mieszkanie – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Stępkowski, specjalista ds. rozwoju i eksploatacji systemu w Centrum AMRON.

W Polsce popularność najmu jest zbliżona do krajów byłego bloku wschodniego: Estonii, Litwy, Czech i Słowacji. We wszystkich tych krajach odsetek osób wynajmujących mieszkania nie przekracza 7 proc. (najwyższy jest na Łotwie – 6,9 proc. oraz na Słowacji – 6,8 proc.), a w Polsce wynosi 5 proc.

– Wprawdzie z roku na rok przybywa osób wynajmujących mieszkania i trend ten jest zauważalny, ale wciąż jesteśmy pod tym względem prawie na szarym końcu w Europie – dodaje ekspert. – Wynika to w dużej mierze z czynników historyczno-socjologicznych. W dalszym ciągu w krajach byłego bloku wschodniego własność traktowana jest jako wyznacznik wysokiego statusu majątkowego i społecznego.

Jak wynika z raportu Centrum AMRON, nieruchomości postrzegane są jako najbardziej bezpieczne aktywa, które stanowią pewną, akumulowaną przez całe życie lokatę kapitału. Ponadto w Polsce rynek kapitałowy nie jest tak dobrze rozwinięty jak w Europie Zachodniej, brakuje więc powszechnej alternatywy dla gromadzenia oszczędności i ich inwestowania, chociażby na rynku papierów wartościowych.

Kolejny powód to sytuacja na rynku najmu. Jak podkreśla Łukasz Stępkowski, w Polsce nie ma odpowiedniej podaży mieszkań budowanych z przeznaczeniem na wynajem, o wysokim standardzie funkcjonalnym i technicznym. Ten segment dopiero powstaje. Stosunkowo niedawno, bo dopiero w 2017 roku, została uchwalona ustawa o Krajowym Zasobie Nieruchomości, która wprowadziła do porządku prawnego najem instytucjonalny. Charakteryzuje się on większą transparentnością i z założenia ma równoważyć interesy prawne najemców i wynajmujących.

– Rezultaty już widać – zapewnia Łukasz Stępkowski. – Zainteresowanie najmem rośnie i choć na spektakularne efekty trzeba będzie jeszcze poczekać, należy się spodziewać, że w kolejnych latach coraz więcej osób będzie decydowało się na najem mieszkania.

Ekspert podkreśla, że na rozwój rynku najmu będą wpływały przede wszystkim dwa czynniki: wzrost liczby mieszkań o wysokim standardzie oferowany przez deweloperów mieszkaniowych i państwowy Fundusz Mieszkań na Wynajem oraz postępujące procesy demograficzne.

– Pokolenie wyżu demograficznego z końca lat 80. i początku lat 90. ubiegłego wieku coraz bardziej akcentuje potrzebę przestrzennej niezależności i nie chce wiązać się na całe życie z jednym miejscem zamieszkania. Młodzi ludzie są coraz bardziej mobilni w porównaniu ze starszym pokoleniem. Ich miejsca zamieszkania nie determinuje już miejsce pracy, dlatego styl życia młodego pokolenia będzie kreował rynek najmu w przyszłości. Jednak Polakom potrzeba jeszcze czasu, aby mogli dorównać pod tym względem obywatelom krajów Europy Zachodniej – zauważa specjalista.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego dodatnie saldo migracji wewnętrznej po raz ostatni odnotowano w 2000 roku. Oznacza to, że obecnie Polacy nie migrują z miasta do miasta, bo, po pierwsze, sytuacja na rynku pracy tego nie wymaga, a jeśli decydują się na wyjazd za pracą, to przede wszystkim za granicę.

Wzrost popytu na najem mieszkań powoduje także coraz większe zakupy mieszkań dokonywane w celach inwestycyjnych. Sprzyjają temu niskie stopy procentowe.

– Stopy zwrotu cały czas są na wysokim poziomie, dużo wyższym niż oprocentowanie depozytów. Wiele będzie zależało od decyzji Rady Polityki Pieniężnej. W marcu będziemy obchodzili piątą rocznicę ostatniej podwyżki stóp procentowych, dla porównania – w Czechach przez ten czas stopy zmieniano dziewięciokrotnie – podkreśla Łukasz Stępkowski.

Baza mieszkań do wynajęcia stale się powiększa, co powoduje konkurencję: zarówno cenową, jak i jakościową – mieszkania oferowane na rynku najmu są w coraz lepszym stanie techniczno-funkcjonalnym. Coraz większa popularność najmu jest także efektem większej dynamiki wzrostu cen mieszkań niż stawek czynszu.

– Wzrost stawek czynszu najmu jest zauważalny, ale są to wzrosty jednocyfrowe – uściśla specjalista ds. rozwoju i eksploatacji systemu w Centrum AMRON. – W największych aglomeracjach te podwyżki sięgają 5–6 proc., natomiast wzrost cen mieszkań do sprzedaży sięga kilkunastu procent.

Nanomateriały zrewolucjonizują ortopedię i implantologię. Antybakteryjne powłoki atomowe zmniejszą ryzyko zakażeń podczas wszczepiania implantów

Nanotechnologia zmienia oblicze medycyny. Dzięki cienkim warstwom atomowym o działaniu antybakteryjnym mamy szansę pokonać problem lekooporności szczepów bakterii. Technologia ta pozwala ponadto opracować dużo doskonalsze implanty stomatologiczne czy protezy kończyn. W medycynie stomatologicznej nanotechnologia umożliwia także stworzenie materiałów, które wyeliminują ryzyko próchnicy.

– Zajmujemy się technologią pokrywania cienkich warstw atomowych różnych powierzchni. Powłoki te można wykorzystywać w elektronice, fotowoltaice, ale również w biologii i medycynie –  mówi agencji Newseria Innowacje Aleksandra Seweryn z Instytutu Fizyki Polskiej Akademii Nauk. – Wykazaliśmy już właściwości antybakteryjne tych warstw, teraz z naszym partnerem z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu wykonujemy badania związane z zachowaniem się komórek kostnych w ich otoczeniu. Planujemy wykorzystanie takich warstw w powłokach implantów.

Naukowcy z Instytutu Fizyki PAN opracowali metodę wytwarzania powłok antybakteryjnych, które stanowią cienkie warstwy tlenkowe (warstwy tlenku cynku, hafnu, cyrkonu, aluminium i tytanu). Wykazują one działanie bakteriobójcze. Dzięki temu, że warstwy osadzane są w procesie niskotemperaturowym, możliwe jest pokrywanie nimi powierzchni materiałów metalicznych, a także tworzyw naturalnych i sztucznych. Daje to ogromne pole do zastosowania w medycynie – zwłaszcza w obszarze narzędzi chirurgicznych czy odzieży ochronnej.

– Bardzo dużym problemem obecnej cywilizacji jest inwazja bakterii i przede wszystkim ich lekooporność. Coraz więcej szczepów jest opornych na antybiotyki, mamy ich bardzo mało w porównaniu z liczbą bakterii i z tempem, w jakim one się uodparniają na te leki. Dlatego poszukujemy nowych rozwiązań, żeby zwalczać infekcje bakteryjne, eliminując jednocześnie wykorzystanie antybiotyków. Nasze warstwy mają działanie bakteriostatyczne i mogą być w tym celu wykorzystywane – przekonuje Aleksandra Seweryn.

Aplikacja tych warstw w materiale tkankowym może zrewolucjonizować implantologię. Dzięki skutecznemu wyeliminowaniu bakterii z pola styczności powierzchni implantu z tkanką ciała można wypracować dużo lepsze efekty terapeutyczne.

Rosyjscy naukowcy planują wykorzystać nanotechnologię do tego, by zapobiegać próchnicy lub doprowadzać do wyeliminowania jej nawrotu po wykonaniu plomby. Pracownicy Narodowego Badawczego Uniwersytetu Technologicznego MISiS prowadzili badania nad nanocząsteczkami składającymi się z tlenku żelaza, tytanu, cynku i innych metali. Wykazują one silne działanie bakteriobójcze. Domieszanie ich do plomby na stałe zapobiega rozwojowi próchnicy.

Rozwiązanie proponowane przez Polaków w stomatologii będzie przeznaczone dla pacjentów, którzy już stracili ząb w wyniku urazu lub choroby.

– Implanty stomatologiczne są w tej chwili bardzo często stosowane. Bardzo duży odsetek pacjentów po wypadkach komunikacyjnych potrzebuje takiej pomocy. Drugi powód to względy estetyczne – podkreśla pracowniczka Instytutu Fizyki PAN. – Dużym problemem jest też osteoporoza. To choroba cywilizacyjna powodująca zmniejszenie gęstości kości, w związku z czym mają one bardzo dużą tendencję do złamań, również proces ich gojenia jest bardzo utrudniony. Dlatego też sfunkcjonalizowanie tych powłok, które my proponujemy, będzie wspomagało leczenie takich złamań.

Według raportu Research and Markets światowy rynek nanomedycyny osiągnie do 2025 roku wartość niemal 351 mld dol.

Polskie start-upy mają dostać lepsze warunki do rozwoju. Planowane jest szersze wykorzystanie sztucznej inteligencji i technologii blockchain

W Europejskim Rankingu Innowacyjności Polska jest na piątym miejscu od końca. Z kolei tylko innowacje pozwolą utrzymać się w wyścigu europejskich i światowych potęg. Pomóc ma w tym Strategia Rozwoju Rynku Kapitałowego. Piaskownica regulacyjna pomoże start-upom, ma też powstać ekosystem dla rozwiązań fintechowych. Dzięki wypracowanej strategii Polska ma też lepiej wykorzystywać nowe technologie, takie jak sztuczna inteligencja czy blockchain.

– W 2019 roku polski rząd przyjął Strategię Rozwoju Rynku Kapitałowego. To pierwszy tak obszerny dokument, który pomagał rządowi napisać Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju wraz z Unią Europejską. W tym dokumencie jednym z ważnych wniosków jest ten, że Polska nie do końca nadąża z innowacyjnością i z fintechem – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jacek Kubas, zastępca dyrektora w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju.

Polska w Europejskim Rankingu Innowacyjności jest na piątym miejscu od końca. Również polskie regiony mają umiarkowane sukcesy w tym zakresie. Jesteśmy zaliczani do grona umiarkowanych innowatorów. Choć pod względem liczby start-upów jesteśmy jednym z liderów w regionie, naszym problemem jest brak odpowiedniego ekosystemu, a to właśnie współpraca administracyjno-finansowa może zagwarantować im sukces. Tego obecnie brakuje, dlatego trudniej im przebić się na światowych rynkach. Strategia Rozwoju Rynku Kapitałowego ma pomóc rozwiązać największe bolączki rynku  nie tylko finansowania start-upów, lecz także szerszego wykorzystywania nowych technologii.

– Jeden z elementów tego projektu tworzy strategię fintech. Jednak współpracujemy również z KNF w kwestii budowy piaskownicy regulacyjnej oraz tzw. SupTech i RegTech. To próba wykorzystywania nowych technologii, np. sztucznej inteligencji czy blockchainu, w prowadzeniu nadzoru finansowego, żeby był bardziej efektywny, szybszy i bardziej nowoczesny – tłumaczy Jacek Kubas.

Badanie “Emerging Technologies: The competitive edge for finance and operations” przeprowadzone przez Enterprise Strategy Group i Oracle wskazuje, że wdrażanie nowych technologii, takich właśnie jak SI czy blockchain, znacząco zwiększa konkurencyjność firm, ich efektywność, a zmniejsza zaś liczbę błędów. Polskie firmy chętnie wdrażają nowe technologie, nie zawsze jednak mają przygotowaną strategię, problemem jest też wykorzystywanie technologii w praktyce.

– Piaskownica regulacyjna pozwala nowym start-upom sprawdzać i testować środowisko regulacyjne w danym kraju, poznać, jak mogłoby ono funkcjonować, i dowiedzieć się, czy i jakiej licencji potrzebują. To szansa na sprawdzenie, czy rozwiązanie, które faktycznie chcą zaimplementować na rynku, będzie wymagało regulacji – dodaje Jacek Kubas.

Pod względem liczby start-upów Polska jest w czołówce. Szacuje się, że działa ich ok. 3 tys., z czego w branży finansowej funkcjonuje blisko 200 start-upów technologicznych. Z danych zebranych przez PFR Ventures i fundusz Inovo Venture Partners wynika, że fundusze VC zainwestowały w ubiegłym roku w polskie spółki technologiczne ponad 1,2 mld zł. To ośmiokrotnie więcej niż w 2018 roku. Większość start-upów w Polsce finansuje się jednak sama, na Zachodzie częściej z pomocą przychodzą największe firmy.

– Fintech w innowacyjności nie widzi granic i powstające podmioty myślą globalnie. Musimy stworzyć im takie środowisko do rozwoju w naszym kraju, żeby nie przenosiły się nigdzie indziej, żeby rozwijały się i przyciągały inne podmioty również do Polski. Stworzenie tego ekosystemu fintech jest podwaliną, aby zbudować prawdziwy ekosystem i przyciągnąć start-upy i fintechy do naszego kraju oraz wspomóc te, które u nas powstają – zaznacza ekspert.

Pierwsze zapowiedzi wskazywały, że już w 2020 roku ma zniknąć część barier, która przeszkadza w rozwoju technologicznych start-upów.

– W ciągu 15 miesięcy chcemy przygotować różne strategie, mapy, dokumenty, które pokażą nam, w którą stronę iść. Oczywiście będziemy wspierać ministerstwo i KNF, żeby różne regulacje zostały przyjęte – zapowiada Jacek Kubas. – Dla nas najważniejsze jest, żeby to stało się jak najszybciej.

Priorytety cyfrowe UE na następne 5 lat

Komisja Europejska opublikowała komunikat prezentujący priorytety cyfrowe UE na następne 5 lat. Wraz z nim przedstawiono też Białą Księgą nt. sztucznej inteligencji oraz strategię danych.

Komisja Europejska (KE) opracowała główne założenia polityki cyfrowej UE. Ich celem jest maksymalizacja korzyści, jakie – dla wszystkich ludzi – niesie ze sobą cyfryzacja, przy jednoczesnym zachowaniu wartości europejskich.

Europejska suwerenność cyfrowa

W środę w Brukseli opublikowano komunikat o kształtowaniu cyfrowej przyszłości Europy, Białą Księgę w sprawie Sztucznej Inteligencji oraz komunikat „Europejska strategia danych”.

– Zaprezentowana przez Komisję Europejską nowa strategia cyfrowa to ważny i potrzebny dokument. Szczególnie cieszy fakt, że KE umieściła politykę cyfrową na pierwszym planie swoich priorytetów – mówi minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Strategia przedstawiona przez Komisję Europejską opiera się na trzech głównych celach:

Cel 1: Technologia dla ludzi – czyli rozwój technologii, która ma rzeczywiście zmieniać życie obywateli.

Komisja stawia na współpracę między państwami członkowskimi i wzywa do inwestycji m.in. w budowę sieci i kapitał ludzki – zarówno na poziomie europejskim, krajowym jak i regionalnym. Jednocześnie KE podkreśla, że do sfinansowania rewolucji cyfrowej potrzebne będą zarówno środki publiczne, jak i prywatne.

Komisja wzywa także do współpracy w obszarze cyberbezpieczeństwa i konieczności budowy zaufania do nowych technologii. Jednym z priorytetów Komisji na następne lata będzie rozwój kompetencji cyfrowych Europejczyków i edukacja.

Cel 2: Uczciwa i konkurencyjna gospodarka cyfrowa

– Europa musi stać się niezależna i tworzyć własne rozwiązania cyfrowe, a nie opierać się na technologii zaprojektowanej przez kogoś innego. Kluczem do tego mają być dane i ich ponowne wykorzystanie. Komisja zamierza także zaproponować strategię dla małych i średnich przedsiębiorców, aby również oni mogli skorzystać z dobrodziejstw cyfryzacji.

Jak twierdzi KE – na rynku wewnętrznym, zarówno w jego wymiarze tradycyjnym jak i cyfrowym, powinny obowiązywać te same reguły. Wszystkie firmy powinny konkurować na równych zasadach, a konsumenci powinni mieć pewność, że ich prawa będą respektowane.

Cel 3: Otwarte, demokratyczne i zrównoważone społeczeństwo – czyli utworzenie środowiska godnego zaufania, demokratycznego, w którym prawa podstawowe są szanowane i które jednocześnie jest neutralne dla klimatu i wydajnie wykorzystuje swoje zasoby.

Komisja ma zamiar ponownie zdefiniować rolę i obowiązki platform internetowych. W szczególności w kontekście zamieszczania – w tych serwisach – nielegalnych treści. Według KE, w internecie konsumenci mają mieć większą kontrolę nad swoimi danymi osobowymi, a także nad swoją tożsamością online.

Zdaniem Komisji, reguły dotyczące dzielenia się i zarządzania informacją w sieci muszą być transparentne. Wszystko po to, by zapobiegać kampaniom dezinformacyjnym, na które w ostatnim czasie Europa była narażona.

Słowa klucze, wokół których tworzona jest strategia, to: ludzie, gospodarka, społeczeństwo, zaufanie, świat, demokracja, sprawiedliwość, egzekwowanie oraz doskonałość.

Ekosystem doskonałości

Podejście KE do Sztucznej Inteligencji (AI) opiera się na strategii danych, promowaniu zdolności innowacyjnych Europy oraz na rozwijaniu etycznej i godnej zaufania Sztucznej Inteligencji. W Białej Księdze Komisja podkreśla, że Europa musi wypracować wspólne podejście w tym zakresie. Po to, by zapobiec fragmentacji rynku.

Głównym celem Komisji jest ponadto stworzenie – dzięki współpracy z państwami członkowskimi (wspólnych inwestycji i badań) – „ekosystemu doskonałości”, na który składają się: rozwój kompetencji cyfrowych koniecznych dla produkcji i obsługi systemów opartych na AI oraz zaangażowanie MŚP i sektora prywatnego.

KE zwraca uwagę na fakt, że aby sztuczna inteligencja mogła funkcjonować należy zapewnić dostęp do danych i odpowiedniej infrastruktury komputerowej.

– Jako Polska opowiadamy się za tym, aby przejrzysta, godna zaufania i niedyskryminująca technologia oparta na Sztucznej Inteligencji stała się znakiem towarowym UE. Jednak nie powinniśmy także zapominać o kształceniu świetnych programistów i specjalistów IT, którzy mogą być naszą najlepszą wizytówką na światowych rynkach – mówi minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Ekosystem oparty na zaufaniu

Drugim elementem rozwoju Sztucznej Inteligencji w Europie będzie zbudowanie „ekosystemu opartego na zaufaniu”, co będzie wymagało modernizacji obowiązujących ram regulacyjnych, ale bez jednoczesnego nakładania zbyt dużych obciążeń na mniejszych przedsiębiorców. Komisja proponuje podejście oparte na ocenie ryzyka.

I tak – zdaniem KE – w przypadkach wykorzystania AI w ochronie zdrowia, czy transporcie (wysokie ryzyko) systemy oparte na Sztucznej Inteligencji powinny być przejrzyste, identyfikowalne i nadzorowane przez człowieka. W przypadku zastosowań o niższym ryzyku Komisja rekomenduje dobrowolny system etykietowania.

Biała Księga porusza także kwestię systemu rozpoznawania twarzy do zdalnej identyfikacji biometrycznej. Obecnie taka możliwość jest zabroniona. Może być stosowana tylko w wyjątkowych, należycie uzasadnionych, przypadkach. Komisja chce rozpocząć szeroką debatę na temat ewentualnych wyjątków w tym względzie i zachęca zainteresowane strony do konsultacji.

Europejska strategia danych

– Europa ma wszystko, czego potrzeba, aby być liderem w dziedzinie „dużych zbiorów danych”, a jednocześnie zachować swoją suwerenność technologiczną, wiodącą pozycję w przemyśle i konkurencyjność gospodarczą z korzyścią dla europejskich konsumentów – powiedział Thierry Breton, komisarz ds. rynku wewnętrznego UE. – Nasze społeczeństwo generuje ogromną liczbę przemysłowych i publicznych danych. Zależy nam, aby europejskie przedsiębiorstwa miały do nich dostęp i na tej podstawie tworzyły wartość dla Europejczyków – dodał.

Wychodząc z tych założeń Komisja Europejska opublikowała strategię dotyczącą budowania gospodarki opartej na danych. Zawiera ona działania w obszarze prawa i inwestycji, który miałyby zostać podjęte w ciągu najbliższych pięciu lat. Cel? Zwiększenie – w ramach jednolitego rynku wewnętrznego – wykorzystania danych oraz popytu na produkty i usługi oparte na danych.

Strategia KE w tym zakresie ma cztery główne filary.

W ramach pierwszego – Komisja zaproponuje stworzenie ram prawnych dla zarządzania danymi. Zwiększona ma zostać także dostępności danych sektora publicznego poprzez otwarcie w całej UE zbiorów danych o wysokiej wartości i umożliwienie ich ponownego wykorzystania.

Drugim filarem strategii jest wsparcie rozwoju technologii i infrastruktury cyfrowej. Tak, aby zwiększyć wykorzystanie możliwości związanych z gospodarką opartą na danych. Dlatego Komisja chce współfinansować inwestycje w europejskie projekty dotyczące europejskich przestrzeni danych oraz infrastruktury chmury obliczeniowej.

Trzeci filar strategii to działania na rzecz rozwoju umiejętności cyfrowych. Komisja ma także przeanalizować, w jaki sposób zapewnić obywatelom lepszą kontrolę nad tym, kto ma dostęp do dotyczących ich danych.

Działania sektorowe w celu zbudowania europejskich przestrzeni danych (np. w dziedzinie produkcji przemysłowej, zielonego ładu, mobilności czy zdrowia) – to czwarty filar strategii na rzecz budowania gospodarki popartej na danych.

– Przedstawione przez Komisję Europejską działania w tym zakresie są zgodne z naszymi postulatami. Zgłaszaliśmy je jeszcze na etapie dyskusji na temat tego, jak powinna wyglądać unijna polityka w obszarze gospodarki opartej na danych – mówi minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Obawy związane z koronawirusem nadal wpływają na rynek

Rynek nie przestaje zwracać uwagi na informacje z Azji. Pogorszenie nastrojów w kontekście koronawirusa widać już w odczytach z Europy.

Zgodnie z najnowszymi danymi, liczba osób zakażonych koronawirusem przebiła 75 tys., z czego ponad 2 tys. straciło życie. Liczby te mogą przerażać, i wraz z szeregiem dodatkowych informacji dotyczących efektów koronawirusa sprawiają, że inwestorzy cały czas pozostają w napięciu. Wspomniane dodatkowe informacje to m.in. wieści dotyczące problemów firm w kontekście produkcji i niższego popytu, informacje o odsunięciu lub możliwości odsunięcia w czasie istotnych wydarzeń odbywających się w Azji oraz rozczarowujące dane z gospodarek.

W kontekście danych z gospodarki, warto wspomnieć o dwóch odczytach. Po pierwsze – o indeksach ZEW opisujących nastroje względem sytuacji w gospodarce Niemiec i strefy euro. W lutym odnotowały one spore spadki w relacji do poziomów z poprzedniego miesiąca, właśnie m.in. w związku z obawami dotyczącymi wpływu koronawirusa na europejskie gospodarki. Po drugie – o danych o japońskim PKB w czwartym kwartale ubiegłego roku, który m.in. w konsekwencji podwyżki podatku od sprzedaży doświadczył spadku rzędu 1,6% w ujęciu kwartalnym i 6,3% w ujęciu zanualizowanym.

Oczywiście w powyższych danych nie widać jeszcze efektu koronawirusa, bo dotyczą one okresu przed wybuchem epidemii. Niemniej właśnie to budzi obawy: trzecia największa gospodarka świata doświadczyła głębokiego spadku PKB jeszcze przed otrzymaniem kolejnego ciosu. W tym kontekście trudno liczyć na poprawę sytuacji japońskiej gospodarki w najbliższym czasie. Niewykluczone, że wręcz ulegnie ona pogorszeniu.

Dynamika PKB Japonii w ujęciu kwartalnym (2015 – 2019)

Dynamika PKB Japonii
Źródło: Bloomberg Data: 19/02/20

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR
Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,26-4,28. W parze z dolarem amerykańskim, europejska waluta kontynuowała wczoraj spadki, schodząc poniżej poziomu 1,08. Spadek głównej pary można powiązać z utrzymującymi się obawami dotyczącymi sytuacji gospodarczej strefy euro, które rosną również w związku z koronawirusem. Strefa euro może być narażona na wpływ efektów z nim związanych bardziej niż inne duże gospodarki, ze względu na nadzwyczaj duży udział handlu w PKB.

Pogorszenie nastrojów ekonomicznych widać już teraz. Ostatnie odczyty indeksów ZEW – opisujących sentyment względem bieżącej i przyszłej sytuacji w największej gospodarce strefy euro, Niemczech – znalazły się wyraźnie poniżej odczytów z poprzedniego miesiąca, jak i oczekiwanych poziomów. Indeks odnoszący się do perspektyw gospodarczych strefy euro znalazł się na poziomie 10,4 pkt wobec 25,6 pkt notowanych miesiąc wcześniej.

Indeks ZEW dla perspektyw gospodarczych strefy euro (2015 – 2020)
Indeks ZEW dla perspektyw gospodarczych strefy euroŹródło: Bloomberg Data: 19/02/20

GBP
Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 5,11-5,16. Poziom, który wczoraj osiągnął funt w parze ze złotym, był najwyższy od połowy grudnia, kiedy to brytyjska waluta gwałtownie umocniła się w następstwie publikacji wyników exit poll wskazujących na przytłaczające zwycięstwo Partii Konserwatywnej w wyborach powszechnych.

Wśród informacji z Wielkiej Brytanii, które poznaliśmy w ostatnich dniach, warto wyróżnić dwie publikacje danych ekonomicznych. Wczorajsze odczyty z rynku pracy opisujące sytuację w trzech miesiącach do grudnia w ujęciu ogólnym okazały się nieco gorsze od oczekiwań, nadal jednak wskazują na utrzymywanie się dobrej sytuacji na brytyjskim rynku pracy. Pewne obawy może budzić hamowanie dynamiki płac, jednak dzisiejsze dane pokazujące odbicie inflacji bazowej o 0,2 p.p. do 1,6% i skok inflacji CPI z 1,3% do 1,8% w styczniu powinny sprawić, że Bank Anglii w najbliższym czasie nie będzie obniżać stóp procentowych.

USD
Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 3,93-3,96. Obecnie dolar amerykański w parze ze złotym znajduje się na najwyższym poziomie od ponad czterech miesięcy, co ma związek głównie ze zmianami na parze EUR/USD.

W ostatnim czasie nie poznaliśmy zbyt wielu istotnych informacji z USA. Dziś wieczorem ma się to zmienić za sprawą publikacji „minutek” z ostatniego spotkania FOMC. W związku z tym, że sytuacja globalna w kontekście koronawirusa zmienia się nadzwyczaj szybko, na nią w kontekście komentarzy decydentów z kluczowych banków centralnych ostatnio szczególną uwagę zwracali inwestorzy. Retoryka decydentów sprzed trzech tygodni może jawić się jako bardziej „wsteczna” niż zazwyczaj, w związku z czym wpływ publikacji na zachowanie dolara amerykańskiego może nie być duży.

Kurs USD/PLN (luty ‘19 – luty ‘20)
Kurs USDŹródło: Bloomberg Data: 19/02/20

KLUCZOWE PUBLIKACJE
20:00 – „minutki” z ostatniego spotkania FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska