Grupa CDRL po IV kwartale 2019 r.

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik, podsumowała wyniki sprzedaży w czwartym kwartale 2019 roku, które były najwyższe w historii. Jednostkowe przychody ze sprzedaży CDRL S.A. wyniosły 62,0 mln zł. W tym okresie białoruska sieć sklepów Buslik wypracowała 67,4 mln zł przychodów w sieci stacjonarnej, natomiast sklep internetowy wygenerował 2,6 mln zł przychodów, czyli o 94 proc. więcej, niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

– Wyniki sprzedaży Grupy CDRL w czwartym kwartale utrzymują się na wysokim poziomie i z naszej perspektywy są zadowalające. Okres od października do grudnia był najlepszym czasem w minionym roku pod względem wysokości obrotów. Niewielkie spadki wyników jednostkowych względem odnotowanych w ubiegłym roku są spowodowane anomaliami pogodowymi i w konsekwencji niższą sprzedażą odzieży zimowej. Dzięki skutecznym działaniom optymalizacji kosztów i oferty podnieśliśmy marżę brutto w sklepach Buslik, jednak wciąż widzimy tam potencjał do wzrostu. – komentuje Marek Dworczak, prezes CDRL

W okresie od stycznia do grudnia, przychody wygenerowane przez CDRL wyniosły 251 mln zł, co oznacza wzrost o 6 proc. r/r. Sieć sklepów Buslik odnotowała 247,1 mln zł przychodów, co jest wynikiem o 1 proc. lepszym niż w roku poprzednim. Znaczące wzrosty odnotowuje sklep internetowy białoruskiej sieci. W ciągu czterech kwartałów sprzedaż wyniosła 7,8 mln zł, co oznacza wzrost względem 2018 roku o 93 proc.

Pragma Faktoring publikuje wyniki za 2019 rok

Pragma Faktoring pochwaliła się inwestorom wynikami sprzedażowymi za ubiegły rok. Dane obejmują obroty oraz liczbę pozyskanych klientów.

Wartość sfinansowanych faktur wzrosła od 142.173 tys. zł w pierwszym do 163.147 tys. zł w ostatnim kwartale. Średnia dynamika wzrostu wartości kwartał do kwartału wyniosła prawie 10%. W całym roku Pragma odnotowała obroty faktoringowe na poziomie 566,384 tys. zł.

W zakresie produktów online pod marką PragmaGO® spółka osiągnęła średnią dynamikę wzrostu obrotów 14% w skali kwartału. W sumie dzięki produktom online (produkty faktoringowe oraz finansowanie zakupów) spółka udzieliła Klientom finansowania na kwotę 370.700 tys. zł.

Jeszcze szybsze tempo ma przyrost liczby obsługiwanych klientów, który osiąga 25%
w skali kwartału. W pierwszym kwartale spółka finansowała 515 klientów, a w ostatnim już 975. Łącznie z usług Pragma w 2019 r. skorzystało 1 641 Klientów wobec 845 rok wcześniej (wzrost o 94 % r/r).

Zarząd Pragma Faktoring komentuje  te wyniki stwierdzając, że są one dowodem skutecznej realizacji wyznaczonej 2 lata temu strategii.

Naszym celem jest pozyskiwanie i obsługa klientów z sektora MSP w procesach
w 100% onlinowych. Chcemy zwiększyć liczbę klientów, dając im wygodną, atrakcyjną rynkowo i cenowo usługę finansowania dostępną z każdego miejsca, w którym przebywają. Jak pokazują liczby, przedsiębiorcy doceniają nasze starania wiążąc się
z Pragma
.” – cieszy się Daniel Mączyński, Wiceprezes ds. rozwoju w Pragma Faktoring SA.

Faktycznie Pragma Faktoring zaczynając 20 lat temu jako tradycyjny faktor pozabankowy, w ostatnich latach przestawiła swoje tory na fintech i w 2019 roku już ponad 65% sprzedaży generują produkty online PragmaGO®, a spółka zapowiada utrzymanie tego kierunku.

Bezpieczeństwo, ochrona danych – praca zdalna wymaga regulacji prawnych

Coraz więcej pracowników korzysta z możliwości pracy zdalnej. Dzieje się tak dzięki dostępności technologii cyfrowej i Internetu – ale praca zdalna odpowiada także na zmieniające się potrzeby pracowników i rosnącą konkurencję na rynku pracy. Gdy poszukiwany przez przedsiębiorcę pracownik opiekuje się dziećmi, daleko mieszka, lub inny czynnik społeczno-ekonomiczny powstrzymuje go przed przyjazdem do biura – pracodawcy często decydują się na zatrudnienie zdalne. Taka forma pracy ma wiele dobrych stron – pozwala pracownikowi na ustalanie własnego grafiku, przez co polepsza się jego wydajność i zwiększa się możliwość połączenia życia zawodowego z prywatnym. Tak elastyczne podejście do zatrudnienia pozwala realizować się na rynku pracy wielu osobom, które z różnych względów nie chcą lub nie mogą pracować w tradycyjny sposób. Praca zdalna niesie jednak za sobą pewne niebezpieczeństwa.

– Problemy rodzi brak regulacji prawnych. W Polsce nie ma przepisów, które dokładnie regulowałyby zasady świadczenia pracy zdalnej. Najbliższe temu przepisy dotyczą telepracy, jest to jednak zupełnie inna forma zatrudnienia – powiedziała serwisowi eNewsroom Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka prawa pracy Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Praca zdalna musi zostać uregulowana – podczas świadczenia usług przez pracownika pojawiają się wątpliwości co do kwestii ochrony danych, powierzenia sprzętu i odpowiedzialności za niego, a także wypadków w miejscu pracy. Takie aspekty pracy zdalnej powinny zostać uregulowane przepisami. Pracodawcy oczekują więc, że nastąpią zmiany w prawie pracy. Potrzebujemy wprowadzenia pojęcia pracy zdalnej i określenia jej podstawowych zasad – tak, żeby mogła być powszechnie stosowana w sposób legalny i przewidziany w przepisach kodeksu pracy – apeluje Spytek-Bandurska.

60 proc. pracowników chce skorzystać z oferty ubezpieczeń od pracodawcy. Najczęściej są to grupowe polisy na życie

Grupowe ubezpieczenia to atrakcyjny i pożądany przez osoby zatrudnione benefit. W realiach niskiego bezrobocia pomagają firmom walczyć o pracowników. Dlatego 46 proc. pracodawców oferuje grupowe ubezpieczenia na życie, a im większa firma, tym częściej pojawia się to świadczenie pozapłacowe – wynika z nowego badania Unum Insight. Sondaż pokazuje też, że wszystkie dodatkowe ubezpieczenia oferowane w firmach wzbudzają duże zainteresowanie – ok. 60 proc. ankietowanych pracowników jest chętnych, by z nich skorzystać.

– Ubezpieczenia są benefitem, którego pracownicy często oczekują od swoich pracodawców. Jak wynika z naszych badań, najczęściej oferowanym typem jest grupowe ubezpieczenie na życie. Podstawową zaletą takiej polisy jest szeroki zakres ochrony przy relatywnie niskiej składce. Pracownik objęty jest ochroną nie tylko na wypadek śmierci, ale również poważnej choroby, pobytu w szpitalu, operacji, inwalidztwa czy uszczerbku na zdrowiu. Może również otrzymać świadczenie w przypadku śmierci bliskiej osoby: małżonka, partnera, rodzica bądź teścia – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Grudnik, dyrektor operacyjny ds. ubezpieczeń grupowych w Unum Życie TUiR.

Grupowe polisy w miejscu pracy są w Polsce najpowszechniejszą formą ubezpieczeń na życie. Jak wynika z danych przytaczanych przez Polską Izbę Ubezpieczeń, na indywidualną ochronę decyduje się raptem 26 proc. osób między 20. a 50. rokiem życia, co w praktyce przekłada się na 1/10 populacji, podczas gdy grupowym ubezpieczeniem na życie w miejscu pracy jest objęta blisko połowa.

– Pracodawcy mogą wybierać z szerokiej oferty ubezpieczeń. Najczęściej jest to grupowe ubezpieczenie na życie (46 proc. firm – red.), ale poza tym firmy oferują również ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków (19 proc. – red.), ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne (po 18 proc. – red.) – wymienia Joanna Grudnik.

Z danych PIU wynika, że na koniec III kwartału ub.r. prywatne ubezpieczenie zdrowotne miało ponad 2,8 mln Polaków (wzrost o 15 proc. r/r), a największy udział w tym rynku mają niezmiennie polisy oferowane przez firmy pracownikom jako element pakietu socjalnego. W realiach niskiego bezrobocia i dużej konkurencji o talenty grupowe ubezpieczenia są dla firm elementem, który pomaga budować ich employer branding i pozycjonować się jako atrakcyjny pracodawca.

Jak wynika z grudniowego badania Ipsos dla Unum Życie TUiR, im większa firma, tym częściej pojawia się to świadczenie pozapłacowe.

– W przypadku programów dobrowolnych składka najczęściej opłacana jest ze środków pracownika bądź współfinansowana przez pracodawcę (odpowiednio 46 proc. i 31 proc. – red.). Natomiast największe firmy, zatrudniające powyżej 250 pracowników, często bezpłatnie oferują im ten benefit – podkreśla Joanna Grudnik.

Badanie Ipsos pokazuje, że wszystkie dodatkowe ubezpieczenia w firmach wzbudzają dość duże zainteresowanie – około 60 proc. ankietowanych pracowników byłoby chętnych z nich skorzystać.

– Największą popularnością cieszy się ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków (65 proc. – red.). Na drugim miejscu plasuje się długotrwała niezdolność do pracy, a dalej – ubezpieczenie na wypadek choroby onkologicznej czy innych poważnych zachorowań (odpowiednio 64 proc. i 60 proc. – red.) – mówi Joanna Grudnik.

Ubezpieczeniem na wypadek choroby nowotworowej nieco częściej są zainteresowani pracownicy firm średnich (67 proc.), nieco rzadziej dużych (53 proc.). Wyróżnikiem firm zatrudniających 51–250 pracowników jest natomiast częstsze oferowanie ubezpieczenia zdrowotnego (28 vs. 18 proc. wśród ogółu).

Dla pracownika podejmującego decyzję o przystąpieniu do ubezpieczenia oferowanego przez pracodawcę najważniejsze są trzy kryteria: wysokość składki (55 proc.), wysokość sumy ubezpieczenia (48 proc.) oraz zakres ochrony (46 proc.).

– Duże znaczenie ma również czytelność, klarowność warunków ubezpieczenia oraz szybkość wypłaty świadczenia – mówi Joanna Grudnik. – Ponad połowa ankietowanych przez nas pracowników najchętniej poznałaby ofertę świadczeń pracowniczych drogą elektroniczną, za pośrednictwem internetu, intranetu, aplikacji czy materiałów przesyłanych pocztą elektroniczną. Nowe technologie są niezwykle pomocne – przyspieszają i upraszczają proces przystąpienia do ubezpieczenia. To bardzo dobra informacja dla tych ubezpieczycieli, którzy idą z duchem czasu.

Zaletą grupowego ubezpieczenia jest szeroki zakres ochrony przy relatywnie niskiej składce, ale i ograniczone do minimum formalności związane z zawarciem umowy. Pracownik wypełnia formularz przystąpienia do ubezpieczenia i nie musi robić nic więcej – składka jest co miesiąc ściągana automatycznie z konta (jeżeli pracodawca nie opłaca jej w całości).

– Trzeba też pamiętać, że kwoty wypłaconych świadczeń nie podlegają opodatkowaniu. Dzięki tym wszystkim elementom oraz prostej formie przystąpienia do takiego programu ubezpieczenia grupowe są popularnym, ale i jednym z najbardziej pożądanych benefitów pracowniczych – podkreśla dyrektor operacyjny ds. ubezpieczeń grupowych w Unum Życie TUiR.

43 proc. badanych jako najatrakcyjniejszy benefit pozapłacowy wskazało abonament medyczny, co trzeci pracownik – dodatkowy płatny urlop, a co czwarty – możliwości rozwoju zawodowego. Zatrudnieni doceniają także bezpłatne zdrowe posiłki w pracy oraz elastyczne godziny pracy.

E-papierosy pod lupą naukowców. W Wielkiej Brytanii i Kanadzie są rekomendowaną alternatywą dla papierosów

E-papierosy pod lupą naukowców. W Wielkiej Brytanii i Kanadzie są rekomendowaną alternatywą dla papierosów 1

Branża tytoniowa od kilku lat stawia mocny akcent na rozwijanie alternatywnych produktów nikotynowych, do których zaliczają się e-papierosy. Część dotychczasowych badań potwierdza, że ich palenie – nawet jeśli nie są one całkowicie nieszkodliwe – powoduje mniej szkód niż tradycyjne wyroby tytoniowe. Niektóre państwa, jak Wielka Brytania, Nowa Zelandia czy Kanada, rekomendują palaczom przejście na papierosy elektroniczne, zakładając, że dzięki niższej toksyczności mogą ograniczyć szkody społeczne związane z aktywnym i biernym paleniem oraz m.in. ograniczyć koszty ponoszone przez system ochrony zdrowia.

 E-papierosy są kategorią produktów o potencjalnie obniżonym ryzyku. Kiedy porównamy ich zastosowanie i działanie ze zwykłymi papierosami tytoniowymi, widzimy, że zawierają mniej substancji szkodliwych – mówi agencji Newseria Biznes dr Marianna Gaca, kierownik oceny przedklinicznej w centrum badawczo-rozwojowym British American Tobacco w Southampton w Wielkiej Brytanii.

W tradycyjnych papierosach tytoń jest spalany, a dym powstający w wyniku tej reakcji zawiera blisko 7 tys. związków chemicznych, toksycznych pierwiastków, metali ciężkich i substancji smolistych. To one odpowiadają za nowotwory, choroby płuc i układu krążenia, które wywołuje palenie papierosów. Dlatego tez branża tytoniowa od kilku lat rozwija innowacyjne produkty nikotynowe. Zaliczają się do nich e-papierosy, w których reakcja spalania tytoniu w ogóle nie zachodzi.

 E-papieros to produkt bardzo prosty w budowie i działaniu. Jest podzielony na dwie główne części. Zawiera e-liquid, czyli płyn z glikolem propylenowym, glicerolem, nikotyną, dodatkiem smakowym i wodą. Dużą uwagę poświęcamy zarządzaniu tymi produktami – znamy składniki, z których robione są płyny, zatrudniamy 50 toksykologów, którzy badają ich skład. Kontrolujemy również łańcuch dostaw surowców potrzebnych do wyrobu płynów przeznaczonych na rynek UE – podkreśla dr Marianna Gaca. – Część z e-liquidem jest przyłączona do urządzenia, które obejmuje akumulator i atomizer. Za ich sprawą płyn się podgrzewa i zostaje zamieniony w parę. 

Jak podkreśla, w centrum badawczo-rozwojowym BAT w Southampton zatrudnionych jest ponad 500 naukowców, którzy nie tylko pracują nad innowacjami w tej dziedzinie, lecz także badają skład i właściwości e-papierosów oraz samych płynów.

– Badamy substancje w aerozolach uwalniane w momencie, kiedy e-papieros zostaje uruchomiony i jest w użyciu. Przeprowadzamy ponad 100 analiz chemicznych i ponad 35 testów biologicznych, dzięki czemu możemy przyjrzeć się temu, jak niższa liczba substancji szkodliwych wpływa na komórki  – mówi dr Marianna Gaca.

Temat e-papierosów nadal pozostaje przedmiotem sporów środowiska naukowego. Część dotychczasowych badań potwierdza koncepcję zmniejszonego ryzyka, zgodnie z którą ich palenie, nawet jeśli nie są całkowicie nieszkodliwe, powoduje mniej szkód niż tradycyjne wyroby tytoniowe. Wynika to z faktu, że w przypadku e-papierosów płyn zawierający nikotynę i związki aromatyzujące jest podgrzewany do temperatury 200–250°C. Dzięki temu ilość szkodliwych związków wdychanych przez e-palaczy ma być mniejsza.

Badania nad szkodliwością e-papierosów prowadzi m.in. zespół naukowców ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego pod kierownictwem toksykologa prof. Andrzeja Sobczaka, który – nie opowiadając się za żadną formą palenia wyrobów tytoniowych – sprawdził zawartość kadmu i ołowiu w dymie z tradycyjnych i elektronicznych papierosów. Dotychczasowe wyniki opublikowane na łamach wydawanego przez Oxford University Press „Nicotine & Tobacco Research” pokazują, że całkowite przestawienie się z papierosów konwencjonalnych na elektroniczne prowadzi do mniejszej ekspozycji palaczy na szkodliwe substancje.

 Prowadzimy długoterminowe badania, żeby lepiej zrozumieć skutki biologiczne palenia e-papierosów. Ich wyniki są dostępne dla wszystkich zainteresowanych. Wyniki badań innych niezależnych podmiotów, które analizują e-papierosy albo dotyczą produktów Vype, są zbliżone do naszych i potwierdzają znaczną redukcję substancji szkodliwych i zdecydowanie mniejsze ryzyko biologiczne – mówi dr Marianna Gaca.

Co istotne, wiele państw bierze pod uwagę zmianę podejścia regulacyjnego do e-papierosów, zakładając, że dzięki niższej toksyczności mogłyby ograniczyć szkody społeczne związane z aktywnym i biernym paleniem. W Wielkiej Brytanii rządowa agencja do spraw zdrowia publicznego – Public Health England – wyemitowała w 2018 roku specjalny spot porównujący wpływ zwykłych papierosów i e-papierosów, wskazując, że szkodliwość tych drugich może być nawet o 95 proc. niższa.

– Wiele rządów i agencji państwowych zaczyna dochodzić do przekonania, że e-papierosy mają duży potencjał, aby stać się mniej szkodliwą dla zdrowia alternatywą dla tradycyjnych wyrobów tytoniowych. Brytyjskie organizacje, takie jak agencja wykonawcza Ministerstwa Zdrowia Public Health England oraz Królewskie Kolegium Lekarskie, podzielają pogląd, że właściwie używane e-papierosy są w 95 proc. mniej szkodliwe od tradycyjnych papierosów – mówi dr Marianna Gaca. – Również Kanada i Nowa Zelandia przyznają, że są one o wiele bezpieczniejsze i mniej szkodliwe dla zdrowia od tradycyjnych papierosów. 

W Polsce, podobnie jak w innych krajach rozwiniętych, liczba osób palących papierosy systematycznie się zmniejsza. Wyniki ubiegłorocznego badania Kantar Polska na zlecenie GIS pokazują, że wśród Polaków odsetek palaczy spadł z 31 proc. 2011 roku do 21 proc. w 2019 roku. Palenie tytoniu nadal stanowi jednak poważny problem społeczny, odpowiadając za około 90 proc. przypadków zachorowań na raka płuc.

Miasta, powiaty i gminy szukają nowych źródeł dochodów. Bez zmian w zasadach finansowania samorządów zagrożone będą inwestycje

Samorządy domagają się od rządu rekompensat za wyższe koszty po reformie oświaty oraz większego udziału w dochodach z obniżonego podatku PIT i z likwidacji OFE. W obecnej sytuacji może im bowiem zabraknąć pieniędzy na inwestycje. Zdaniem dr. Jarosława Górskiego ze Związku Miast Polskich potrzebne oczekiwanie władz lokalnych w tym zakresie jest uzasadnione. Dla poprawy ich kondycji finansowej potrzebne są również współpraca obu stron nad długoletnim planowaniem i uruchomienie przez samorządy wewnętrznych źródeł rozwoju.

Włądze lokalne w tej chwili cierpią przede wszystkim z powodu tego, że duża część kosztów wprowadzenia reformy oświatowej została przerzucona na budżety samorządowe, czyli oświatowa część subwencji ogólnej jest niewystarczająca na pokrycie wzrostu wynagrodzeń nauczycieli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Jarosław Górski, adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, doradca miast w Związku Miast Polskich. – To może spowodować np. pogorszenie zdolności samorządów finansowania projektów rozwojowych. Szkół być może nie będzie stać na ważne remonty, modernizacje czy doskonalenie programów kształcenia i tworzenie dodatkowej oferty dla uczniów.

Według raportu Najwyższej Izby Kontroli opublikowanego w maju 2019 roku minister edukacji narodowej Anna Zalewska przygotowując reformę edukacji, nie przeanalizowała rzetelnie finansowych i organizacyjnych skutków projektowanych zmian. Przewidywano, że reforma będzie sfinansowana z części oświatowej subwencji ogólnej oraz oszczędności samorządów. W latach 2014–2017 wydatki organów prowadzących na zadania oświatowe wzrosły o ponad 12 proc. przy wzroście subwencji tylko o 6 proc. W tym czasie udział środków subwencji w tych wydatkach spadł z 63 proc. do 60 proc.

Ponadto z powodu dwukrotnych podwyżek wynagrodzeń dla nauczycieli wzrosły koszty kształcenia w przeliczeniu na ucznia i w 2018 roku były one o ponad 6 proc. wyższe niż dwa lata wcześniej. Nie uzyskano także spodziewanych oszczędności w dowożeniu dzieci do szkół – jak wyliczył NIK, gminy musiały wydać o ponad 67 mln zł więcej, zamiast zyskać założone 82 mln zł. Tymczasem z rezerwy części oświatowej subwencji ogólnej przekazano tylko 38,5 proc. kwoty, na którą samorządy złożyły wnioski.

Do tego koszty podnosi rekordowy wzrost płacy minimalnej, a obniżenie podatków zmniejszy przychody lokalnych budżetów.

Powinniśmy bardzo mocno pracować nad szerokim porozumieniem strony samorządowej i rządowej nad długofalowym planowaniem rozkładu sił i środków po obu stronach w realizacji najważniejszych zadań publicznych – mówi dr Jarosław Górski. – Oczekiwałbym tego, żeby strona samorządowa była częściej wysłuchiwana przez stronę rządową, kiedy są planowane duże reformy mające wpływ na zadania lokalne. W tej chwili mam wrażenie, że strona samorządowa obarczana jest wieloma obowiązkami, za którymi nie idzie dostateczny strumień finansowania.

W związku z tym samorządowcy domagają się dopłat na realizację powierzonych im przez rząd zadań i większego udziału w podatku PIT. Z raportu o stanie finansów JST wynika, że w ostatnich latach wyraźnie wzrosły wydatki bieżące samorządów, ale wzrost wpływów z podatków tego nie pokrywał. Rośnie też zadłużenie lokalnych władz, które muszą dofinansowywać m.in. także szpitale. W tej sytuacji władzom lokalnym może nie wystarczyć pieniędzy na finansowanie zwłaszcza wieloletnich inwestycji.

 Samorządy często odwlekają podjęcie decyzji o dużych inwestycjach infrastrukturalnych – w drogi, oświatę czy infrastrukturę komunalną – bo obawiają się zmiany sytuacji budżetowej z roku na rok, m.in. z powodu niestabilnego otoczenia polityczno-prawnego – tłumaczy Jarosław Górski. – W związku z tym niektóre z tych inwestycji, chociaż być może dałoby się je zrealizować, są odkładane w czasie albo realizowane są w znacznie mniejszym wymiarze, niż można byłoby to zrobić, gdybyśmy mieli dużo bardziej stabilne otoczenie polityczno-prawne.

Związek Miast Polskich alarmuje, że dalsze niezrekompensowane ubytki w dochodach JST przy wzroście kosztów ich funkcjonowania będą oznaczać faktyczną likwidację zdolności rozwojowych, zwłaszcza miast na prawach powiatu (prognozowana nadwyżka operacyjna netto w 2019 roku wynosi tylko 675 mln zł), jednej trzeciej powiatów i bardzo wielu gmin.

– Do tej pory większość samorządów upatrywała szansę w pozyskiwaniu np. inwestorów zewnętrznych czy w sprzedaży terenów inwestycyjnych, czy w tworzeniu miejsc pracy – wyjaśnia przedstawiciel Związku Miast Polskich. – Władze lokalne zaczynają powoli odkrywać, że sytuacja budżetowa może się poprawić, kiedy zaczną uruchamiać wewnętrzne źródła rozwoju.

Szansą może być np. aktywizacja lokalnej społeczności, ale na to również potrzeba środków.

– Dzisiaj zauważamy, że można uzyskać znaczącą poprawę sytuacji budżetowej gminy i zdolności do finansowania projektów rozwojowych przez to, że inwestuje się w kapitał społeczny, aktywizuje się mieszkańców, wspiera się lokalne inicjatywy obywatelskie, inwestuje się w kulturę czy kształcenie ustawiczne, pracuje się nad tym, żeby mieszkańcy się zakorzeniali, czuli się dobrze w swoim miejscu zamieszkania i chcieli tam wydawać pieniądze – podkreśla doradca miast w ZMP.

W I kwartale inflacja konsumencka może przekroczyć 4 proc. Najmocniej podrożeją transport, energia, usługi i żywność

W grudniu wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych niespodziewanie wyskoczył do poziomów niewidzianych od przeszło siedmiu lat. Z wtorkowych danych GUS wynika, że przyczyniły się do tego wzrosty cen żywności, m.in. mięsa wieprzowego, ale też kategorii transport. Ekonomiści są zgodni, że w I kwartale mocno będziemy odczuwać skutki podwyżek, ale w kolejnych kwartałach inflacja pozostanie w górnym paśmie dopuszczalnych odchyleń od celu NBP. Wszystko przez zwyżkę cen regulowanych i płac oraz niepewność związaną z cenami żywności.

W ujęciu miesięcznym mamy bardzo wysoki wzrost cen mięsa wieprzowego. To jest związane z wykrytym ASF-em – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Mamy sporą podwyżkę cen w ubezpieczeniach i to jest prawdopodobnie ruch wyprzedzający przed nowym rokiem, oraz w kategorii transport. Tu prócz wzrostu cen paliw mieliśmy również podniesienie opłat za usługi transportowe, więc też można przypuszczać, że był to ruch wyprzedzający w stosunku do stycznia.

W grudniu generalnie usługi podrożały bardziej niż towary – odpowiednio o 6,1 proc. oraz 2,4 proc. rok do roku. W szczegółowym ujęciu najbardziej, bo o niemal jedną trzecią, skoczyły ceny wywozu śmieci. Zaraz po tej usłudze uplasowały się ceny mięsa wieprzowego, gdyż w ostatnich trzech tygodniach grudnia wykryto ponad 200 nowych ognisk afrykańskiego pomoru świń w siedmiu województwach. Do tego dochodzi nagłaśniany już od miesięcy problem występowania ASF w Chinach i globalnie zwiększonego popytu na ten produkt. Za wieprzowinę w grudniu trzeba było zapłacić o niemal jedną czwartą więcej niż rok wcześniej (23,6 proc.).

Mięso będzie dalej drożało, bo zaraz po Nowym Roku Główny Inspektorat Weterynarii podał informacje o powrocie po 2,5 roku na terytorium Polski grypy ptaków. Do tej pory wykryto już osiem ognisk, a wiele krajów wstrzymało bądź ograniczyło z trudem wznowiony import tego mięsa z naszego kraju. To m.in. RPA, Białoruś, Japonia, Korea Południowa, Kazachstan, Armenia czy Zjednoczone Emiraty Arabskie.

– W kolejnych miesiącach inflacja będzie niestety jeszcze wyższa. Przemawia za tym szereg czynników, m.in. dalsze podwyżki cen regulowanych, akcyza na alkohol i papierosy czy ceny energii dla gospodarstw domowych. Rosną ceny usług, które są pochodną m.in. wzrostu płac, w tym płacy minimalnej od 1 stycznia – wylicza Monika Kurtek. – Drożeje też żywność, w tej chwili ponosimy skutki zeszłorocznej suszy i przymrozków, a obecna pogoda też budzi niepewność o to, jak będą wyglądały kolejne miesiące.

W ciągu całego 2019 roku najbardziej – poza wspomnianym już wywozem śmieci – podrożały właśnie produkty spożywcze: warzywa i cukier (o 19,8 proc. oraz 16,9 proc.), wyraźnie droższa była też wieprzowina (9,6 proc.), pieczywo (8,6 proc.) i mąka (8,0 proc.). Ta kolejność będzie się zmieniać, ponieważ niektóre produkty i zwłaszcza usługi odnotowały skok właśnie w grudniu. Dobrym przykładem są tu usługi transportowe, które wobec listopada zdrożały o 29,4 proc., czy ubezpieczenia, których ceny poszły w górę dokładnie o tyle samo rok do roku, co miesiąc do miesiąca – o 7,8 proc.

To wszystko skumuluje się i spowoduje, że inflacja w I kwartale będzie przekraczać nawet 4 proc. – prognozuje główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Dalsza perspektywa jest trochę bardziej optymistyczna. W kolejnych kwartałach inflacja zacznie wracać na trochę niższe poziomy, ale musimy być raczej przygotowani na to, że będzie ona w okolicach 3 proc. i wyżej, a nie poniżej 2 proc.

Pacjent przyszłości będzie kontaktował się z lekarzem tylko w wyjątkowych sytuacjach. Na co dzień personel medyczny będą wspierać sztuczna inteligencja i aplikacje mobilne

– Pacjent przyszłości dzięki spersonalizowanym informacjom będzie lepiej zarządzać swoim własnym zdrowiem, a z lekarzami będzie komunikować się tylko w razie potrzeby – ocenia Jeroen Tas, Chief Innovation & Strategy Officer w Philips. Inteligentne urządzenia same diagnozują już pacjentów, wyniki przesyłają lekarzom i alarmują, kiedy stan zdrowia znacząco się pogorszy. Ponad połowa pacjentów przyznaje, że jest gotowa na to, by zaawansowane technologie odciążały lekarzy.

 Dziś opieka zdrowotna jest skupiona wokół sytuacji, gdy stan pacjentów jest na tyle zły, że trafiają do szpitala. W przyszłości odpowiednie narzędzia pozwolą im uniknąć hospitalizacji i zapobiec pogorszeniu się stanu zdrowia, który wymagałby szybkiej interwencji. To nie oznacza, że taka pomoc nie będzie nigdy potrzebna, ale będziemy mieli znacznie więcej informacji o pacjencie, dzięki którym możliwe będzie postawienie o wiele bardziej precyzyjnej diagnozy i lepsze dopasowanie leczenia – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes podczas targów CES 2020 w Las Vegas Jeroen Tas, Chief Innovation & Strategy Officer w Philips.

Sztuczna inteligencja i nowe technologie coraz częściej wspierają lekarzy podczas diagnozy. Już w 2018 roku urządzenie BioMind oparte na AI okazało się skuteczne w diagnozowaniu chorób neurologicznych. Z kolei algorytm opracowany przez naukowców ze Stanford University w ciągu dwóch miesięcy nauczył się rozpoznawać 14 chorób na podstawie zdjęć RTG. Tego typu urządzenia coraz częściej trafiają do szpitali i gabinetów lekarskich. Również pacjenci chętniej korzystają ze zdobyczy technologicznych do monitorowania swojego stanu zdrowia w domu, m.in. swojej aktywności fizycznej, diety, ciśnienia krwi czy dawkowania leków. Połączone ze specjalną aplikacją urządzenia dają znać, kiedy parametry zdrowotne stają się niewłaściwe i alarmują, kiedy potrzebna okazuje się wizyta u specjalisty.

 Pacjent przyszłości to konsument, który dzięki spersonalizowanym informacjom lepiej zarządza swoim własnym zdrowiem i komunikuje się z lekarzami tylko w razie potrzeby. Ci z kolei będą częściej pełnić rolę przewodników. W nagłych sytuacjach będą mogli skorzystać z posiadanych informacji o pacjencie, żeby mu pomóc lub skierować go do odpowiedniego specjalisty. Co ważne, dane te będą na bieżąco zbierane i analizowane w pogłębiony sposób – wskazuje Jeroen Tas.

Z badania PwC „Dlaczego sztuczna inteligencja i roboty na nowo zdefiniują opiekę zdrowotną” wynika, że ponad połowa pacjentów (55 proc.) chciałaby korzystać z nowych technologii i urządzeń opartych na sztucznej inteligencji, które mogłyby stawiać wstępną diagnozę i zalecać sposób leczenia. Także „Future Health Index 2019” wskazuje, że personel medyczny oraz pacjenci będą się dostosowywać do nowych technologii. Już 77 proc. personelu medycznego korzysta z co najmniej jednego typu cyfrowego rozwiązania, w tym z aplikacji mobilnych. Co trzeci pacjent jest skłonny odbywać zdalne konsultacje w przypadkach niewymagających pilnego kontaktu z lekarzem.

 Niezbędną technologią do rozwoju takich urządzeń jest sztuczna inteligencja, ponieważ mamy do czynienia z ogromną ilością danych przesyłanych na bieżąco. Są to dane medyczne, ale również kontekstowe, dotyczące zachowań zdrowotnych. Kiedy mamy do dyspozycji tak ogromną ilość danych, bardzo trudno jest samodzielnie wyciągnąć z nich jakiekolwiek wnioski – ocenia ekspert.

Dzięki sztucznej inteligencji gromadzone dane są odpowiednio grupowane w zależności od schorzenia, analizowane i porównywane z tymi uzyskanymi wcześniej. Szybko więc widać, jak np. zmieniał się stan zdrowia danego pacjenta na przestrzeni czasu. Połowa przedstawicieli personelu medycznego zgłasza, że dane  z wywiadu chorobowego uzyskiwanego przy użyciu cyfrowych rozwiązań mają korzystny wpływ na jakość zapewnianej opieki (62 proc.) i wyniki pacjentów (56 proc.). Podobny odsetek przyznaje, że zaleca pacjentom korzystanie z technologii cyfrowych do monitorowania ich stanu zdrowia, jednak dotychczas rzadko dane te były przekazywane zwrotnie w formie cyfrowej do lekarzy.

Można zakładać, że sytuacja dotycząca gromadzenia i przetwarzania danych medycznych w różnych krajach stopniowo będzie ewoluować w kierunku ich powszechnego, ale i bezpiecznego wykorzystania, a zbiory danych będą coraz lepiej ustrukturyzowane i pełniejsze. Philips jako lider cyfrowych rozwiązań coraz silniej współpracuje z czołowymi polskimi ośrodkami badawczymi, aby wspólnie digitalizować ochronę zdrowia oraz dostarczać wartości, na których zależy pacjentom oraz leczącym ich specjalistom – mówi Jeroen Tas.

Raport „Future Health Index 2019” pokazuje, że personel medyczny w Polsce nie ma jeszcze pełnego zaufania do sztucznej inteligencji, bo zaledwie 14 proc. z nich używa AI do poprawy trafności diagnozy i 16 proc. do wykrywania nieprawidłowości w stanie zdrowia. Jednak już dziś znacząca część tej grupy dostrzega przydatność i czułaby się komfortowo, używając AI do monitorowania zdrowia pacjenta (70 proc.).

Targi CES 2020 w Las Vegas pokazują, że rynek innowacyjnych rozwiązań medycznych wciąż się rozwija. Philips zaprezentował na nich m.in. rozwiązania nakierowane na poprawę snu, w tym leczenie obturacyjnego bezdechu sennego, a także rozwiązanie Philips Pregnancy+ pozwalające młodym rodzicom kontrolować rozwój dziecka przez dziewięć miesięcy ciąży.

ESA zbuduje europejski system do monitorowania pogody kosmicznej. Polacy szansę widzą przede wszystkim w usuwaniu kosmicznych śmieci

Do 2030 roku Europa powinna być w stanie chronić infrastrukturę w przestrzeni kosmicznej i na Ziemi przed ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi. Do tego czasu będzie też zdolna do wczesnego ostrzegania o niebezpiecznych asteroidach większych niż 40 m i odbije od atmosfery ziemskiej asteroidy mniejsze niż te o średnicy 1 km. ESA rozwija też program eksploracyjny. Polska może aktywnie uczestniczyć w większości kosmicznych programów. Obecnie w naszym kraju istnieje ponad 350 firm, które działają w przemyśle kosmicznym.

– W portfolio projektów ESA znajdują się dwa nowe albo znacząco przedefiniowane obszary. Space Safety ma służyć bezpieczeństwu operacji kosmicznych, zarówno związanemu z obserwowaniem kosmosu z Ziemi i śledzeniem obiektów, w tym śmieci kosmicznych na orbicie, jak i z zapobieganiem dzięki temu kolizjom, również na orbicie, poprzez np. serwisowanie uszkodzonych satelitów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Aleksandra Bukała, dyrektor Departamentu Strategii i Współpracy Międzynarodowej w Polskiej Agencji Kosmicznej.

Jak podaje ESA, od 2019 roku po naszej atmosferze krąży ponad 1,5 tys. aktywnych satelitów. Ich bezpieczeństwo jest kluczowe i obejmuje nie tylko ochronę infrastruktury kosmicznej przed zagrożeniami płynącymi z kosmosu, lecz także związanymi z cyberbezpieczeństwem. Infiltrowane były już systemy kontroli naziemnej satelitów, także stacja naziemna ESA doświadczyła ataku, którego celem było uniemożliwienie przekazywania danych. To tylko przykłady, które pokazują, jak istotna jest ochrona kosmicznej infrastruktury.

ESA opracowuje również europejski system monitorowania pogody kosmicznej. W efekcie do 2030 roku Europa powinna być w stanie chronić niezbędną infrastrukturę w przestrzeni kosmicznej i na Ziemi przed ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi. Ma to być możliwe dzięki specjalnemu statkowi kosmicznemu monitorującemu pogodę kosmiczną czy małe satelity z ładunkami do monitorowania pogody kosmicznej.

Do 2030 roku Europa ma zyskać zdolność do wczesnego ostrzegania o niebezpiecznych asteroidach większych niż 40 m, odbije też asteroidy mniejsze niż 1 km. Dodatkowo  ESA angażuje się w usuwanie kosmicznych śmieci i inwestuje we flotę odporną na zagrożenia związane z odpadami kosmicznymi. Przygotowuje się też do wykorzystania uczenia maszynowego do ochrony satelitów przed rosnącym zagrożeniem ze strony kosmicznych śmieci.

– Postrzegamy w tym dużą szansę dla Polski. To program nowy, w związku z czym nowi gracze ze świeżymi pomysłami mają potencjalnie łatwiejszy dostęp. Do tego w naszej opinii program ten ma duży potencjał komercjalizacyjny, ponieważ to jest realny problem, a liczba prywatnych obiektów na orbicie rośnie, w związku z czym będzie też rosło zapotrzebowanie na ich bezpieczne usuwanie – ocenia dr Aleksandra Bukała.

ESA rozwija też program eksploracyjny. Przygotowana strategia obejmuje trzy miejsca docelowe, w których ludzie mają współpracować z robotami: orbitę nisko-ziemską na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, Księżyc i Mars. Dzięki robotom będzie można z wyprzedzeniem przygotowywać miejsca lądowania, maszyny udadzą się też w miejsca zbyt niebezpieczne dla ludzi. Tym samym przyspieszy eksploracja kosmosu.

– Program eksploracyjny jest ogromny, będzie wymagał globalnego wysiłku. Uważamy, że powrót na Księżyc i ewentualnie misje robotyczne i załogowe na Marsa też są szansą dla naszej branży – zaznacza ekspertka.

Obecnie w przestrzeni kosmicznej działa ok. 350 polskich firm. Od czasu przystąpienia Polski do ESA jesteśmy coraz mocniej liczącym się graczem w przemyśle kosmicznym. Nasze firmy mają też na koncie wiele sukcesów. To w Polsce opracowano oraz wyprodukowano czujnik do pomiaru temperatury i przewodnictwa cieplnego, który sprawdził się na pokładzie lądownika Huygens (w 2005 roku wylądował na powierzchni jednego z księżyców Saturna). Polscy inżynierowie opracowali system zasilania dla Planetarnego Spektrometru Fourierowskiego, a w CBK PAN powstały kluczowe elementy lokalnego oscylatora dla heterodynowego spektrometru dalekiej podczerwieni. Wiadomo też, że polski SENER ma wyprodukować urządzenia do montażu paneli słonecznych dla satelity JUICE, który w 2022 poleci w kierunku Jowisza. Mamy też istotny wkład w analizę danych spływających z satelitów.

– Z kosmosu spływa ogromna ilość danych do obserwacji Ziemi, które w formie surowej są trudne do obrobienia. Dlatego wiele firm widzi swój biznes w obróbce tych danych i oferowaniu usług na bazie tej imponującej infrastruktury, którą już ESA zbudowała. W tym są też przykłady sukcesu polskich firm i trzymamy kciuki, żeby dalej rozwijały się z takimi sukcesami – mówi dr Aleksandra Bukała.

W 2020 roku możemy być świadkami krytycznego ataku na infrastruktury państwowe, w tym elektrownie jądrowe. Ich skutki mogą być katastrofalne

W 2020 roku możemy być świadkami krytycznego ataku na infrastruktury państwowe, w tym elektrownie jądrowe. Ich skutki mogą być katastrofalne 2

Już ponad 77 proc. ekspertów ds. bezpieczeństwa przewiduje, że w 2020 roku może dojść do krytycznego naruszenia infrastruktury, które może mieć poważne konsekwencje. Napięcie na linii USA – Iran spowodowało, że wielu amerykańskich ekspertów zaczęło przygotowywać się do cyberataku na systemy rządowe w USA lub na infrastrukturę kluczową dla bezpieczeństwa kraju. Szkody powstałe wskutek cyberataku na przemysłowe  systemy sterowania mogą być trudne do wyobrażenia, dlatego rozwijają się nowe systemy ochrony przed nimi.

– Liczba cyberataków gwałtownie rośnie. Wszystkie dane światowe to rejestrują i to zagrożenie wydaje się być coraz większe, tym bardziej że świat robi się coraz bardziej niespokojny. Dzisiaj w zasadzie prowadzenie tradycyjnej wojny byłoby nieracjonalne. Raczej rozwiązania wojny cybernetycznej będą właśnie bardziej prawdopodobne niż wojna w tradycyjnym wydaniu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Jan Maciej Kościelny z Wydziału Mechatroniki Politechniki Warszawskiej.

Zgodnie ze sprawozdaniem ESG/ISSA 2019 już ponad 90 proc. organizacji ocenia, że grozi im cyberatak. Raport Black Hat 2019 wskazuje, że 77 proc. liderów bezpieczeństwa przewiduje krytyczne naruszenie infrastruktury, które może mieć niebezpieczne konsekwencje. Globalny koszt cyberprzestępczości osiągnie 6 bilionów dolarów do 2021 roku, czyli dwukrotnie więcej niż w 2015 roku.

O tym, że cyberataki są poważnym zagrożeniem, może świadczyć chociażby fakt, że po zabiciu przez armię USA głównego dowódcy wojskowego Iranu, Ghasema Solejmaniego, zaczęto przygotowywać się do cyberataku na prywatne firmy, a przede wszystkim systemy rządowe w USA. To ataki w kluczową infrastrukturę kraju mogłyby być najbardziej bolesne.

– Ataki na przemysłowe systemy sterowania mogą być bardzo różnorodne, może być atakowany obwód regulacji, mogą być atakowane urządzenia pomiarowe, wykonawcze, same sterowniki, system wizualizacji procesu. Każdy atak oczywiście może być przeprowadzony. On jest z reguły tak prowadzony, żeby wprowadzić jakąś destrukcję w systemie sterowania – tłumaczy Jan Maciej Kościelny.

W 2019 roku hakerzy z powodzeniem zaatakowali duże miasta, rządy, firmy, szpitale i szkoły na całym świecie. W marcu zeszłego roku oprogramowanie ransomware, LockerGoga, zainfekowało jednego z największych producentów aluminium na świecie, Norsk Hydro. Atak skutecznie wyłączył automatyzację na kilka dni i zmusił firmę do zakupu setek nowych komputerów. W maju miasto Baltimore zostało zaatakowane przez hakerów, którzy zamrozili tysiące miejskich komputerów. Atak kosztował miasto 18 mln dol. i wpłynął na wiele ich krytycznych systemów. Z kolei na początku października ujawniono, że wiele szpitali w stanie Arkansas zostało dotkniętych masowym cyberatakiem.

To jednak ataki na kluczowe instytucje mogą doprowadzić do całkowitego paraliżu państwa.

– Jeśli zostanie skutecznie zaatakowana elektrownia jądrowa, możemy sobie wyobrazić katastrofę na miarę Czarnobyla, więc skala tu jest olbrzymia. Znane dotychczas przykłady cyberataków to np. ropociąg Baku–Ceyhan, gdzie doszło do poważnych strat ekonomicznych, a dodatkowo praktycznie wojny, bo Turcy zaatakowali Kurdów – mówi ekspert.

Hinduscy urzędnicy przyznali w październiku, że doszło do cyberataku w elektrowni jądrowej w Kudankulam, największej w Indiach, wyposażonej w dwa reaktory wodne. To sygnał, że przemysł energetyki jądrowej musi poważniej potraktować cyberbezpieczeństwo. Tymczasem raport brytyjskiego think tanku Chatham House wskazuje na wszechobecne niedociągnięcia w podejściu energetyki jądrowej do cyberbezpieczeństwa. Zagrożenie jest olbrzymie, np. w 2018 roku pojawiła się nowa wersja wirusa Shamoon, który w 2012 roku zniszczył 30 tys. komputerów w spółce naftowej Arabii Saudyjskiej, Saudi Aramco. Teraz wirus mógłby doprowadzić przynajmniej do tak samo poważnych strat. Jeśli jednak hakerzy zaatakowaliby elektrownię jądrową, skutki byłyby katastrofalne.

– To zawsze sieć jest tym miejscem, gdzie wprowadzany jest cyberatak. Mamy już bardzo wiele metod zabezpieczenia, jest taka znana strategia obrony w głąb opracowana przez Departament Stanu USA, która jest powszechnie stosowana. Zawiera ona sześć warstw, zarówno organizacyjnych, jak i technicznych, które prowadzą do zwiększenia bezpieczeństwa. To jednak nie gwarantuje w stu procentach tego, że atak zostanie w porę rozpoznany i unicestwiony – ocenia Kościelny.

Departament Obrony USA wydał niedawno nowy projekt standardów bezpieczeństwa cybernetycznego, który zaostrza zasady, jakich muszą przestrzegać kontrahenci rządowi, aby odpierać ataki hakerskie.

–  Jest też dodatkowa warstwa, która bazuje na metodach diagnostyki online, rozpoznawania ataku, jeżeli on już wniknie do systemu sterowania. Chodzi o jego szybkie rozpoznanie w systemie sterowania i podjęcie skutecznych akcji zabezpieczających – wskazuje prof. dr hab. Jan Maciej Kościelny.

Konfederacja Lewiatan: Przewidujemy głębsze spowolnienie gospodarcze niż większość analityków

Spowolnienie gospodarcze w Polsce nie będzie tak łagodne i mało dotkliwe jak mogło się to wydawać jeszcze w połowie ubiegłego roku.

Konfederacja Lewiatan w swej prognozie przewiduje, że w 2020 r. wzrost gospodarczy wyniesie 3,1 proc., zaś inflacja średnioroczna 3,5 proc. Dynamika konsumpcji prywatnej osiągnie 3,2 proc., a inwestycji 2,8 proc. Stopa bezrobocia wzrośnie do 5,6-5,7 proc.

– Przewidujemy głębsze spowolnienie gospodarcze niż większość analityków – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Zasadnicze powody są dwa. Pierwszy, związany jest ze spowolnieniem gospodarczym na świecie. Drugi powód wynika z wyjątkowej sytuacji właśnie w Polsce.

Jak ocenia Konfederacja Lewiatan „Fundamentalnym problemem jest sprzeczność w polityce publicznej, która z jednej strony deklaruje chęć wspierania przedsiębiorczości, a z drugiej zmiennością prawa i przesadną opresyjnością w jego interpretacji tłumi ją, podnosząc koszty transakcyjne funkcjonowania firm małych i średnich”.

– Niepewności i nieprzewidywalności, dużej liczby zmian w przepisach, także podatkowych obawiają się przedsiębiorcy w tym roku. Apelujemy o spowolnienie procesu stanowienia prawa i tworzenie regulacji w dialogu z firmami – mówi M.Witucki z Konfederacji Lewiatan.

Elektroniczna baza danych o odpadach wejdzie w życie 6 miesięcy później

• Komisja ochrony środowiska w Senacie jednogłośnie opowiedziała się za przesunięciem terminu pełnego wejścia w życie elektronicznej bazy danych o odpadach (BDO).
• Po apelach Konfederacji Lewiatan senatorowie zgodzili się, aby stało się to 6 miesięcy później.

– Elektroniczna baza danych o odpadach jest bardzo potrzebna, ale nie do końca dopracowana na poziomie technicznym. Brak możliwości wygenerowania określonych dokumentów, bądź wykonania pewnych obowiązków rejestracyjnych w przypadku awarii lub niepełnej funkcjonalności BDO, mogłoby spowodować negatywne konsekwencje nie tylko dla przedsiębiorców gospodarujących odpadami, ale również dla funkcjonowania całego systemu – mówi Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan.

W Senacie wprowadzono poprawki postulowane przez Konfederację Lewiatan, a dotyczące sprawozdawczości za 2019 r. Ustawa trafi teraz z powrotem do Sejmu, który powinien zaakceptować poprawki Senatu.

Lewiatan popiera wszystkie działania, które usprawniają gospodarowanie odpadami, w szczególności te, które mają ograniczyć szarą strefę. Jest też zwolennikiem bazy danych o produktach i opakowaniach oraz gospodarce odpadami (BDO). Dzięki temu systemowi możliwe będzie gromadzenie danych związanych z gospodarką odpadami. BDO będzie istotnym elementem systemu Rozszerzonej Odpowiedzialności Producentów.

Polska otrzyma środki na transformację regionów pogórniczych

Komisja Europejska przekaże większość środków Funduszu Sprawiedliwej Transformacji Energetycznej ze względu na kryteria. Środki te będą mogły trafić także do sektora gazowego.

Polska otrzyma środki na transformację regionów pogórniczych, które są głównym adresatem tego Funduszu. Udział Polski w funduszu wartym 7,5 mld euro może osiągnąć nawet 25-27 procent. Środki te mają posłużyć „budowie nowych biznesów i usług”.

Przejście od węgla do gazu jest naturalnym krokiem i nie do uniknięcia w krajach jak Polska, Niemczy czy Grecja.

Komisja ma weryfikować wsparcie z całego mechanizmu sprawiedliwej transformacji, pod kątem realizacji celu neutralności klimatycznej, ale nie zapewni z jego pomocą bezpośredniego finansowania projektowego, jak było ze środkami unijnymi w przeszłości.

– Polska ma duże szanse, aby stać się największym beneficjentem programu, a to powinno okazać się napędem do nowego skoku rozwojowego ku nowym dziedzinom gospodarki i nie chodzi tu tylko o odnawialne źródła energii – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, red.nacz. BiznesAlert.pl.

Inflacja jeszcze przyspieszy. Duży wzrost cen mięsa wieprzowego i warzyw

Ważne dla firm: Za duży wzrost inflacji w grudniu 2019 roku odpowiadają szybko rosnące ceny mięsa wieprzowego, warzyw, ubezpieczeń i gazu LPG. Przedsiębiorcy powoli uwzględniają wyższą inflację w cenach produktów i usług.

Dzisiejsze pełne dane GUS o inflacji w grudniu 2019 roku ujawniają, czemu zawdzięczamy wzrosty cen towarów i usług konsumpcyjnych na poziomie 3,4% w skali roku i 0,8% w skali miesiąca, które niewątpliwie wstrząsnęły opinią publiczną.

Okazuje się, że za ten wystrzał odpowiada tylko kilka kategorii produktów:

• mięso wieprzowe – duży wzrost cen (23,6% r/r, 6,8% m/m) przy relatywnie znacznym udziale w koszyku konsumenckim. Wzrost cen mięsa tego gatunku naturalnie przekłada się również na znaczący wzrost cen wędlin (11,9% r/r, 2% m/m). Problem ASF jest nierozwiązany, a perspektywy poprawy w najbliższych miesiącach bardzo ograniczone. Skala redukcji pogłowia globalnie jest nieporównywalnie duża w stosunku do polskiej podaży. To skutkuje rzadkością dóbr i wzrostem ich cen. Szczęśliwie jednak na tym tle pozostałe gatunki mięs nie zdrożały, a ograniczenia eksportowe wynikające z ognisk ptasiej grypy będą pomocne w utrzymaniu lub spadku cen drobiu czy jaj;

• warzywa (12,3% r/r, 3,6% m/m) – zmiany klimatyczne wzmocnione przez efekty sezonowe, grudniowe święta nie pomogły klientom. Sztywna lista zakupowa nie sprzyja ewentualnej obniżce cen przez producentów i sprzedawców;

• ubezpieczenia (7,8% r/r i m/m), u podłoża których leży wzrost szkodowości i zaniechanie praktyk dumpingowych;

• gaz LPG (14,3% m/m), usługi transportowe (7,5% r/r, 29,4% m/m) – tu prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z korektą w najbliższych miesiącach – oraz turystyczne (8,7% r/r, 1,2% m/m).

Szykujmy się na znaczący wzrost cen. Bardziej usług niż towarów. Spowodowany rosnącym skokowo wynagrodzeniem minimalnym i dostosowaniami w rozkładzie płac. Nie jest niespodzianką, że przedsiębiorcy, antycypując skalę zmian, dostosowują ceny powoli, aby nie szokować klientów. Należy jednak przypomnieć, że nie jest to jedyne źródło inflacji w przyszłych miesiącach: wyższa akcyza przełoży się na ceny alkoholi, napięcia na Bliskim Wschodzie podniosą ceny ropy, nie wspominając o cenach energii.

Komentarz dr Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

InnoEnergy startuje z 6. edycją PowerUp! Challenge

Firma poszukuje najlepszych startupów, scaleupów oraz małych i średnich przedsiębiorstw z Europy Środkowo-Wschodniej, oferując możliwość inwestycji liczonych w milionach euro.

  • Europejski fundusz EIT InnoEnergy poszukuje możliwości inwestycji w przełomowe rozwiązania technologiczne z Europy Środkowo-Wschodniej.
  • Najlepsze firmy mogą liczyć na inwestycje finansowe nawet do kilku milionów euro oraz dostęp do rynków europejskich, a startupy również na wiedzę i wsparcie ekspertów biznesowych.
  • Szwedzka firma Northvolt, założona przez menadżerów pełniących uprzednio funkcje zarządcze w Tesli, która otrzymała wsparcie InnoEnergy, obecnie wyceniana jest na 1,6 mld euro.
  • Termin składania wniosków mija 5 marca 2020.

Program PowerUp! Challenge to szansa dla firm z Europy Środkowo-Wschodniej, które potrzebują zarówno inwestycji finansowej, jak i wsparcia biznesowego. Konkurs jest otwarty dla przedsiębiorstw na każdym etapie rozwoju, a najlepsi będą mogli korzystać z dostępu do europejskiej sieci partnerów InnoEnergy.

– Nie ma znaczenia, czy masz tylko innowacyjny pomysł, szukasz kolejnych klientów, czy planujesz ekspansję rynkową. W centrum naszego zainteresowania są projekty związane z magazynowaniem energii, dekarbonizacją przemysłu i zrównoważonym rozwojem miast, ale zapraszamy też wszystkich posiadających niekonwencjonalne pomysły technologiczne – mówi Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe.

Specjalnie dla startupów, w ramach PowerUp! Challenge, InnoEnergy organizuje konkurs, w którym do wygrania są nagrody finansowe o łącznej wartości 65 000 euro i tytuł „Start-up of the Year”. Najlepsi będą mieli możliwość uczestnictwa w Business Bootcamps©, które koncentrują się na merytorycznym wsparciu młodych przedsiębiorców przez międzynarodowych ekspertów.

InnoEnergy to fundusz inwestujący w rozwiązania z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart. Poprzez wiedzę, finansowanie oraz sieć kontaktów wspiera komercjalizację produktów i ich wprowadzenie na rynki międzynarodowe.

Jedną z przełomowych inwestycji InnoEnergy jest Northvolt, największy w Europie producent baterii litowo-jonowych, wyceniany obecnie na 1,6 mld euro. Na czele założonej w 2016 roku spółki stanęło dwóch byłych wiceprezesów Tesli – Peter Carlsson oraz Paolo Cerutti. Kilka miesięcy temu firma Northvolt uzyskała 350 mln euro dofinansowania z Europejskiego Banku Inwestycyjnego i obecnie buduje dwie fabryki akumulatorów zasilane „zieloną” energią: Northvolt Ett w Skellefteá, w pobliżu koła podbiegunowego, oraz Northvolt Zwei w Dolnej Saksonii w Niemczech. Co ciekawe, w Gdańsku od połowy ubiegłego roku działa nowoczesna linia montażu baterii i systemu magazynowania energii – Northvolt Battery Systems Jeden.

Wnioski o uczestnictwo w PowerUp! Challenge należy składać do 5 marca 2020 za pośrednictwem strony: https://powerup.innoenergy.com 

2020 w branży druku: grafiki wewnętrzne i rozwój AI

Zapewnienie bezpieczeństwa danych, postępująca automatyzacja oraz wdrażanie sztucznej inteligencji – to główne wyzwania, przed którymi stanie branża druku w 2020 r. Z  prognozy ekspertów Canon wynika też, że coraz prężniej będą się rozwijały techniki wykorzystywane do dekoracji wnętrz i wystroju miejsc publicznych.

– 2019 rok potwierdził, że rynek rozwiązań dla druku biurowego jest rynkiem dojrzałym – zauważa Dariusz Szwed, MPS Business Development Manager w Canon Polska. – Klienci wiedzą, czego powinni oczekiwać. Coraz większy nacisk kładzie się na niskie koszty eksploatacji, wysoką niezawodność oraz bezpieczeństwo urządzeń w sieci. Nie mniej istotna jest także intuicyjność i szybkość użycia urządzenia. Te trendy będą się pogłębiać w przyszłym roku – przewiduje ekspert.

Coraz większe znaczenie, zdaniem specjalisty, będą odgrywać także procesy wydajnej cyfrowej transformacji dokumentu. – Urządzenia, które pojawią się na rynku w 2020 roku, umożliwią wykonanie do 270 wysokojakościowych skanów na minutę. Standardem stanie się także umieszczone w chmurze, w pełni polskojęzyczne oprogramowanie do zarządzania jakością druku. Nowe serie oprogramowania oferować będą jeszcze szerszy zakres funkcji, wysoki poziom bezpieczeństwa oraz nowe narzędzia do digitalizacji dokumentów – zapowiada Dariusz Szwed.

Grafiki wewnętrzne w 2020 r.  przebojem na rynku

Zdaniem Tomasza Miękusa, Product Business Developera w Canon Polska, 2020 rok przyniesie znaczny wzrost segmentu druku w branży wnętrzarskiej. 2020 to w naszych prognozach kolejny rok wzrostu popularności grafik wewnętrznych, takich jak fototapety, szkło dekoracyjne, czy grafika podłogowa. Wzrośnie także wykorzystanie tekstyliów w dekoracji wnętrz. Coraz częściej z takich rozwiązań będą korzystać firmy dla ozdoby biur, sal konferencyjnych, czy wnętrza sklepów i restauracji mówi Miękus. I dodaje: Spodziewamy się także coraz większego wykorzystania technik druku dla wystroju miejsc publicznych, takich jak szkoły, szpitale, urzędy. Oczywiście nie mniej ważni są klienci indywidualni, którzy coraz bardziej będą zainteresowani wykorzystaniem druku wielkoformatowego dla ozdoby prywatnych przestrzeni.

FESPA (Federacja Europejskich Związków Sitodrukarzy) oraz firma konsultingowa InfoTrends uznały światowy rynek tekstyliów ozdobnych za najbardziej obiecujący segment branży druku wielkoformatowego. Jego wartość szacuje się obecnie na 165 mld USD.

Dla wielu firm z branży drukarskiej istotną szansą na dołączenie do tej dynamicznie rozrastającej się gałęzi gospodarki będą czerwcowe targi DRUPA 2020. Wydarzenie, odbywające się co cztery lata w niemieckim Düsseldorfie, uznane jest za najważniejsze na świecie specjalistyczne targi przemysłu poligraficznego. W 2020 roku będzie miało miejsce między 16 a 26 czerwca.

AI w każdym biurze

Specjaliści przewidują również, że w następnej dekadzie, a być może już w rozpoczynającym się roku, najważniejszym wyzwaniem dla biznesu będzie robotyzacja i techniczne usprawnienie stosowanych rozwiązań. W ciągu ostatnich dziesięciu lat powszechna automatyzacja branży zmieniła się z niejasnej koncepcji w rzeczywistość, a w 2020 roku coraz bardziej pozwoli odciążyć pracowników oraz zwiększyć ich wydajność i satysfakcję z pracy.

Jednym z przejawów automatyzacji jest także wdrażanie coraz dojrzalszych form sztucznej inteligencji. Według ocen ekspertów, w 2020 roku przedsiębiorstwa uważniej zaczną przyglądać się detalom organizacyjnym pod kątem wdrożenia w nie rozwiązań z dziedziny AI.

– Dopóki nie potrafimy wytworzyć w pełni niezależnych inteligentnych systemów, sztuczna inteligencja sprawdza się najlepiej, gdy jest używana w celu poprawy zadań wykonywanych przez ludzi. W przestrzeni biurowej można mówić chociażby o lepszym zarządzaniu obiegiem dokumentów oraz ich wydajniejszej archiwizacji – komentuje Dariusz Szwed.

Ogromne znaczenie w 2020 roku będzie też miała konieczność zapewnienia użytkownikom cyfrowego bezpieczeństwa, szczególnie w przypadku systemów obsługujących wrażliwe dane. – Klienci są coraz bardziej świadomi zagrożeń, czyhających na nich w cyfrowym świecie. To kwestia istotna także w dziedzinie druku, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z dokumentami o poufnej treści. Zagrożenia cały czas ewoluują, dlatego nieustannie musimy trzymać rękę na pulsie – zauważa ekspert Canon Polska.

Świat w obliczu zmian klimatycznych i konfliktów politycznych – Global Risks Report 2020

  • Zagrożenia klimatyczne znalazły się wśród długoterminowych ryzyk, podczas gdy „konflikty gospodarcze” i „krajowa polaryzacja polityczna” uznano za najpoważniejsze ryzyka krótkoterminowe w 2020 roku – wynika z najnowszego raportu Global Risks Report 2020.
  • Raport przestrzega przed turbulencjami geopolitycznymi i odejściem od multilateralizmu, które utrudniają przeciwstawianie się wspólnym, krytycznym zagrożeniom globalnym.
  • Bez dążenia do naprawy podziałów społecznych i pobudzenia zrównoważonego wzrostu gospodarczego, światowi liderzy nie mogą reagować w odpowiedni sposób na kryzysy spowodowane zmianami klimatycznymi czy utratą bioróżnorodności.

Jak wynika z opublikowanego przez World Economic Forum raportu „Global Risks Report 2020”, w tym roku przewiduje się wzrost polaryzacji gospodarczej i politycznej. Współpraca światowych liderów, przedsiębiorstw oraz decydentów politycznych jest potrzebna bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, aby powstrzymać poważne zagrożenia dla naszego klimatu, środowiska, zdrowia publicznego i systemów technologicznych. Podkreśla to wyraźną potrzebę wielostronnego podejścia, by zapewnić ograniczenie ryzyka w czasach, gdy świat nie może doczekać się osłabienia niepokoi geopolitycznych.

Według prognoz zawartych w raporcie, w 2020 roku będziemy obserwować widoczne podziały krajowe i międzynarodowe oraz spowolnienie gospodarcze. Geopolityczne turbulencje popychają nas w kierunku „niestabilnego” jednostronnego świata rywalizacji o władzę w czasach, gdy liderzy biznesu oraz rządy państw powinni skoncentrować się na współpracy w celu rozwiązania wspólnych ryzyk.

Wśród 750 światowych ekspertów i decydentów politycznych – respondentów badania, 78% spodziewa się wzrostu ryzyka „konfliktów gospodarczych” i „krajowej polaryzacji politycznej” w 2020 roku.

Wspomniane ryzyka mogłyby okazać się katastrofalne w skutkach, szczególnie w sytuacji przeciwdziałania poważnym zagrożeniom, takim jak kryzys klimatyczny, utrata bioróżnorodności oraz zanik gatunków. Raport wskazuje na potrzebę dopasowania przez decydentów politycznych celów związanych z ochroną Ziemi do planów pobudzenia wzrostu gospodarczego – a firmom na uniknięcie potencjonalnych, katastrofalnych strat poprzez dostosowanie się do celów naukowych.

Po raz pierwszy w 10-letniej historii raportu Global Risks Report, 5 największych globalnych zagrożeń pod względem prawdopodobieństwa wystąpienia dotyczą środowiska:

  1. Ekstremalne zjawiska pogodowe i spowodowane przez nie uszkodzenia mienia, infrastruktury czy utrata ludzkiego życia.
  2. Słabe dostosowanie się do zmian klimatycznych przez rządy oraz firmy.
  3. Szkody i katastrofy środowiskowe spowodowane działalnością człowieka, w tym przestępstwa przeciwko środowisku, takie jak wycieki ropy naftowej i skażenia radioaktywne.
  4. Utrata bioróżnorodności oraz załamanie ekosystemu (lądowego lub morskiego) z nieodwracalnymi konsekwencjami dla środowiska, skutkującymi wyczerpaniem się zasobów dla ludzkości i przemysłu.
  5. Katastrofy naturalne, takie jak trzęsienia ziemi, tsunami, erupcje wulkanów oraz burze geomagnetyczne.

Raport zwraca uwagę, że jeśli zainteresowane strony nie dostosują się do „dzisiejszej epokowej zmiany władzy” i turbulencji geopolitycznych, skończy się czas na sprostanie najpilniejszym gospodarczym, środowiskowym i technologicznym wyzwaniom. Sygnalizuje to również, że odpowiednie działania decydentów politycznych oraz przedsiębiorstw są bardzo potrzebne.

„Krajobraz polityczny stoi w obliczu podnoszenia się poziomu mórz i wybuchów pożarów. Jest to rok, w którym światowi liderzy muszą podjąć wspólne działania, aby naprawić oraz wzmocnić współpracę, nie tylko dla osiągnięcia krótkoterminowych korzyści, ale przede wszystkim stawienia czoła głęboko zakorzenionym zagrożeniom” – zauważa Břrge Brende, President of the World Economic Forum.

Raport Global Risks Report jest częścią inicjatywy Global Risks Initiative, która zrzesza interesariuszy w celu opracowania zrównoważonych oraz zintegrowanych rozwiązań dla najważniejszych wyzwań we współczesnym świecie.

W materiale podkreślono, że myślenie systemowe jest konieczne, aby przeciwstawić się nadciągającym zagrożeniom geopolitycznym i środowiskowym, w innym wypadku mogą zostać one niezauważone. Tegoroczna publikacja koncentruje się wyraźnie na skutkach rosnącej nierówności społecznej, lukach w zarządzaniu technologią czy w systemie opieki zdrowotnej.

John Drzik, Chairman of Marsh & McLennan Insights, zwraca uwagę, że: „Na firmach spoczywa coraz większa presja ze strony inwestorów, organów regulacyjnych, klientów i pracowników, wykazania się odpornością na postępujące zmiany klimatyczne. Postęp naukowy sprawił, że obecnie zagrożenia klimatyczne można modelować z większą dokładnością i włączyć do zarządzania ryzykiem i tworzenia biznesplanów. Ostatnie głośne wydarzenia, jak niedawne pożary w Australii i Kalifornii zwiększają presję wiszącą nad przedsiębiorstwami, aby reagowały na widoczne zmiany klimatyczne, jednocześnie zmagając się z poważnymi zagrożeniami geopolitycznymi i cyberbezpieczeństwa”.

Dla młodego pokolenia stan planety budzi coraz większy niepokój. W raporcie przedstawiono, w jaki sposób osoby urodzone po 1980 roku postrzegają różne zagrożenia. Dla osób z tej grupy wiekowej ryzyka środowiskowe stanowią poważne zagrożenia zarówno w krótkiej, jak i długiej perspektywie. Blisko 90% z nich jest zdania, że „ekstremalne fale upałów”, „niszczenie ekosystemów” czy „wpływ zanieczyszczeń powietrza na zdrowie człowieka” ulegną pogorszeniu w 2020 roku, w porównaniu do odpowiednio 77%, 76% i 67% wśród pozostałych grup wiekowych respondentów. Uważają ponadto, że wpływ zagrożeń środowiskowych do 2030 roku będzie coraz bardziej katastrofalny w skutkach.

Działalność człowieka spowodowały już utratę 83% wszystkich gatunków dzikich ssaków i połowy roślin. Peter Giger, Group Chief Risk Officer, Zurich Insurance Group podkreśla pilną potrzebę szybkiego dostosowania się, aby uniknąć najgorszych oraz nieodwracalnych w skutkach zmian klimatycznych oraz podjęcia działań mających na celu ochronę różnorodności biologicznej naszej planety:

„Zróżnicowane biologicznie ekosystemy wychwytują ogromne ilości dwutlenku węgla i zapewniają ogromne korzyści ekonomiczne, które szacuje się na 33 bilionów dolarów rocznie, czyli równowartość łącznego PKB Stanów Zjednoczonych i Chin. Istotnym jest, aby firmy i decydenci polityczni przeprowadzali szybsze przejście na gospodarkę niskoemisyjną oraz bardziej zrównoważone modele biznesowe. Już teraz obserwujemy upadające firmy w wyniku niedostosowania ich strategii do zmieniających się preferencji klientów. Ryzyko przejścia jest realne i każdy musi w tym uczestniczyć, aby je złagodzić. To nie jest tylko imperatyw gospodarczy, to po prostu właściwe podejście”.

Artur Grześkowiak – Prezes Marsh Polska dodaje: „Biznes musi być czujny wobec najpilniejszych problemów globalnych i związanych z nimi pojawiających się zagrożeń. Firmy powinny przewidywać ryzyko – m.in. operacyjne czy w zakresie utraty reputacji, które nasilają się w związku z rosnącymi niepokojami społecznymi na świecie. Istotne jest także rozpoznanie prawdopodobieństwa zmian strukturalnych w otoczeniu handlowym i inwestycjach technologicznych – i odpowiednie dostosowanie do tego prowadzonych działalności. Przepisy dotyczące ochrony danych i inwestycji zagranicznych w technologie krytyczne prawdopodobnie zostaną jeszcze bardziej zaostrzone – widzieliśmy już te trendy w UE, USA, Chinach i Japonii.

Do kluczowych wyzwań dla polskich przedsiębiorstw warto dodać konieczność wdrażania nowych regulacji, zmieniający się rynek pracy, ale też rozwój nowych technologii. Zmiany klimatyczne, które obserwujemy już od kilku lat wymagają odpowiedniego podejścia również ze strony biznesu – firmy intensyfikują swoje strategie w zakresie społecznej odpowiedzialności, promując zachowania wspierające m.in. ochronę i dbanie o środowisko, czy też organizując dedykowane akcje i wolontariat pracowniczy w tym obszarze. Oczywiście do zrobienia jest dużo więcej..

Biorąc pod uwagę nowe wyzwania, przedsiębiorstwa będą musiały znaleźć właściwe podejście na poziomie zarządów – omówić złożone, strategiczne zagrożenia i włączyć je do swojego procesu decyzyjnego”.

Raport Global Risks Report 2020 został opracowany dzięki wsparciu rady World Economic Forum’s Global Risks Advisory Board, a także stałej współpracy z partnerami strategicznymi: Marsh & McLennan Companies, Zurich Insurance Group i autorytetami akademickimi z Oxford Martin School (University of Oxford), the National University of Singapore, oraz Wharton Risk Management and Decision Processes Center (University of Pennsylvania).

Aneks

Respondenci badania zostali poproszeni o ocenę (1) prawdopodobieństwa wystąpienia zagrożenia w ciągu następnych 10 lat oraz (2) stopień dotkliwości jego skutków na poziomie globalnym, gdyby wystąpiły.

TOP 5 ZAGROŻEŃ pod względem prawdopodobieństwa wystąpienia w ciągu następnych 10 lat:

  1. Ekstremalne zjawiska pogodowe (np. powodzie, burze, etc.)
  2. Słabe dostosowanie się do zmian klimatycznych
  3. Katastrofy naturalne (np. trzęsienia ziemi, tsunami, erupcje wulkanów, burze geomagnetyczne)
  4. Utrata bioróżnorodności oraz załamanie ekosystemu
  5. Szkody i katastrofy środowiskowe spowodowane działalnością

TOP 5 ZAGROŻEŃ z uwagi na dotkliwość skutków przez następne 10 lat:

  1. Słabe dostosowanie się do zmian klimatycznych
  2. Broń masowego rażenia
  3. Utrata bioróżnorodności oraz załamanie ekosystemu
  4. Ekstremalne zjawiska pogodowe (np. powodzie, burze, etc.)
  5. Kryzys wodny

Respondenci zostali także poproszeni o ocenę wzajemnych powiązań między parami globalnych zagrożeń:

TOP 5 ZAGROŻEŃ pod względem współzależności

  1. Ekstremalne zjawiska pogodowe + słabe dostosowanie się do zmian klimatycznych
  2. Cyberataki + zakłócenia działania krytycznej infrastruktury IT
  3. Wysokie bezrobocie strukturalne lub niedozatrudnienie + dotkliwe konsekwencje postępu technologicznego
  4. Utrata bioróżnorodności oraz załamanie ekosystemu + słabe dostosowanie się do zmian klimatycznych
  5. Kryzys żywnościowy + ekstremalne zjawiska pogodowe

Zagrożenia krótkoterminowe: odsetek respondentów, którzy uważają, że poniższe ryzyka przybiorą na sile
w 2020 r.:

  1. Konflikty gospodarcze = 78.5%
  2. Krajowa polaryzacja polityczna = 78.4%
  3. Ekstremalne fale upałów = 77.1%
  4. Niszczenie zasobów naturalnych = 76.2%
  5. Cyberataki: infrastruktura = 76.1%
  • Pełny raport jest dostępny na stronie: https://www.marsh.com/content/dam/marsh/Documents/PDF/pl/Global%20Risk%202020-FullReport-DIGITAL-LowRes-SpreadsWithCovers.pdf

Większa ostrożność i mniejszy optymizm inwestorów private equity w Europie Środkowej

Pogarszają się nastroje gospodarcze, a co za tym idzie zaufanie inwestorów funduszy private equity do rynku. Niemal połowa z nich spodziewa się osłabienia sytuacji gospodarczej w najbliższych miesiącach. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Private Equity Confidence Survey ”, przedstawiającego opinie inwestorów z Europy Środkowej, te prognozy w połączeniu z wysokimi wycenami transakcji zwiększyły apetyt na sprzedaż. Aż 25 proc. respondentów planuje skupić się na niej w najbliższym czasie. Na tym tle większość gospodarek w regionie, w tym Polska, wydaje się być oazą ekonomicznego bezpieczeństwa. Według prognoz będą się one rozwijać nawet trzy razy szybciej niż gospodarki w Europie Zachodniej.

Pogorszenie nastrojów na rynku jest coraz silniej odczuwalne. Odzwierciedla to tzw. indeks optymizmu, który znalazł się na najniższym poziomie od siedmiu lat. Aż 46 proc. przedstawicieli funduszy private equity spodziewa się pogorszenia sytuacji gospodarczej w nadchodzących miesiącach. To spory wzrost w porównaniu do 17 proc. w ostatnim badaniu. Żaden z ankietowanych nie uważa natomiast, że ulegnie ona poprawie. Co ciekawe, te nastroje zdają się nie mieć większego wpływu na Europę Środkową, gdzie większość gospodarek rozwija się 2-3 razy szybciej niż w Europie Zachodniej. Polska i Rumunia mają rosnąć w 2020 roku odpowiednio o 3,5 proc. i 3,1 proc. wobec 1 proc. dla strefy euro.

Kupić czy sprzedać?

Jedna czwarta respondentów funduszy private equity skupi się na rynku zbytu. To wzrost z 19 proc. w ostatnim badaniu i największy wynik od czasu badania przeprowadzonego wiosną 2015 r., kiedy to 40 proc. ankietowanych deklarowało zamiar sprzedaży. Kolejne 27 proc. inwestorów chce po równo skupić się na kupnie i sprzedaży, a 48 proc. planuje więcej kupić niż sprzedać, czyli sprzedaż aktywów o niskiej produktywności albo tych, które uzna za zbędne. To spadek o 7 pp. w porównaniu z poprzednią edycją badania.

Prawdopodobnie powodem zmiany nastawienia są wysokie ceny, choć 65 proc. respondentów uważa, że nie zmieniły się one w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Z badania Deloitte wynika, że wyceny mogą spaść, czego w najbliższym roku spodziewa się bezprecedensowa, bo aż 48 proc., liczba ankietowanych. Tylko 15 proc. prognozuje wzrost, a 37 proc. spodziewa się utrzymania obecnego poziomu.

W ciągu ostatnich kilku lat poziom cen wspierał szereg lukratywnych wyjść dla funduszy private equity w regionie, co z kolei pomogło przyciągnąć inwestorów. Chociaż wydaje się, że obecny poziom cen obniży się, może to napędzać wzrost liczby transakcji, ponieważ fundusze ze świeżo pozyskanym kapitałem są w stanie spełnić oczekiwania sprzedawców
– mówi Mark Jung, Partner w dziale doradztwa finansowego, Lider Private Equity w Europie Środkowej, Deloitte.

Liderzy rynkowi coraz mocniejsi

Z badania Deloitte wynika, że liderzy rynkowi umocnią swoją pozycję i ponownie są uznawani za najbardziej konkurencyjnych. 62 proc. ankietowanych oczekuje, że największe firmy będą cieszyć się największym zainteresowaniem inwestorów w Europie Środkowej. To spora różnica w stosunku do poprzedniego badania, w którym uważała tak mniej niż połowa respondentów (47 proc.). Tę zmianę odczują średnie firmy, ponieważ to ich kosztem nastąpił wzrost. Uzyskały one tylko 29 proc. głosów, w porównaniu do 40 proc. w ostatnim badaniu.

Powodami tej zmiany są również wysokie ceny i niepewna sytuacja gospodarcza w Europie. Mogą one prowadzić do zawierania większych transakcji, co przecież zazwyczaj dzieje się w przypadku graczy globalnych. Ci mają stabilniejsze przychody, co daje pewność kredytodawcom, a cele inwestycyjne czyni bezpieczniejszymi
– mówi Michał Tokarski, Partner w dziale doradztwa finansowego, Lider zespołu Corporate Finance, Deloitte.

Wolniej, znaczy bezpieczniej

Respondenci badania Deloitte prognozują, że stłumione tempo aktywności rynkowej w Europie Środkowej utrzyma się na obecnym poziomie lub zwolni jeszcze bardziej. Większość ankietowanych (58 proc.) oczekuje utrzymania obecnego poziomu, jednak trzeba odnotować prawie dwukrotne zwiększenie liczby respondentów spodziewających się spadku aktywności w najbliższych miesiącach z 15 proc. w ostatnim badaniu do 27 proc. Najprawdopodobniej jest to spowodowane chęcią utrzymania przez inwestorów dyscypliny na rynku w regionie w związku z brakiem pewności co do globalnej sytuacji gospodarczej i wysokimi cenami. W Europie wpływ na to ma między innymi niepewność związana z Brexitem.

Podobne warunki sprawiają, że inwestorzy chcą zawierać tylko „najlepsze” transakcje, o które zresztą wszyscy konkurują. Jak łatwo się domyślić, powoduje to presję na wzrost cen. W naszym regionie i w ogóle w Europie, dzieje się tak już od pewnego czasu – mówi Mark Jung.

Większość, bo aż 60 proc. respondentów uważa, że efektywność inwestycji finansowych w regionie pozostanie na tym samym poziomie. Z kolei 35 proc. oczekuje wzrostu wydajności, a jedynie 6 proc. uważa, że efektywność finansowa będzie spadać. Choć jest to wzrost w porównaniu z ostatnią ankietą, kiedy nikt nie spodziewał się spadków, nadal jest to wynik mniejszy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy spadku spodziewało się aż 9 proc. respondentów Deloitte.

Informacja o raporcie

Wyniki 34. edycji regionalnego badania Deloitte z cyklu „Central Europe Private Equity Confidence Survey” stanowią wnioski z ankiety skierowanej do inwestorów Private Equity działających w krajach Europy Środkowej. Badanie ukazuje się cyklicznie dwa razy w roku począwszy od 2003 r. Przeprowadzona ankieta miała na celu zbadanie nastrojów i oczekiwań funduszy PE odnośnie m.in: rynku transakcyjnego, spodziewanych parametrów transakcyjnych oraz aktywności w ciągu kolejnych 6 miesięcy. Indeks optymizmu jest średnią z 7 indeksów uzyskanych z pierwszych 7 pytań ankietowych. Wskaźnik przestawia zmianę odczuć pozytywnych w stosunku do łącznej liczy odpowiedzi pozytywnych i negatywnych (odpowiedzi neutralnie nie były brane pod uwagę) w porównaniu do pierwszej edycji badania z wiosny 2003 r. Im wskaźnik wyższy, tym większy optymizm przedstawicieli funduszy.

Ile w 2020 r. zarobi kierowca ciężarówki?

W 2020 roku wzrost płacy minimalnej w Polsce jest najwyższy od 10 lat. Pensja minimum wynosi teraz 2600 złotych brutto, czyli 49,7 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia. Wraz z tą zmianą rośnie także wartość za pracę w nocy oraz za nadgodziny i dyżury kierowców. Ile więc może zarobić kierujący ciężarówką i na co przedsiębiorcy powinni zwrócić szczególną uwagę? Eksperci Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) wyjaśniają, o czym będzie się mówić w kwestii zarobków w 2020 roku.

Wynagrodzenie minimalne – jego wzrost i prawidłowe rozliczanie – to jedno. Sprawa płacy minimalnej i znaczne zwiększenie kosztów pracowniczych skomplikuje się, kiedy w życie wejdzie unijna dyrektywa o delegowaniu pracowników. Pakiet mobilności, przed którym, wydaje się, że nie ma już odwrotu, podbije tylko stawki i jeszcze bardziej utrudni funkcjonowanie polskim przewoźnikom na rynku międzynarodowym, między innymi przez, wzrost zarobków kierowców i powroty bez załadunku. 2020 rok jest dla transportowców zapowiedzią niepewnych czasów – mówi Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

Wynagrodzenie minimalne po nowemu

Pensja minimum rośnie nieprzerwanie od 20 lat. Co więcej, nowe stawki mają zastosowanie do wszystkich zawodów i branż, niezależnie od wielkości przedsiębiorstwa, regionu czy wyników finansowych, a pracodawca, który wypłaca wynagrodzenie niższe niż zakłada ustawa podlega karze sięgającej nawet 30 tysięcy złotych. Kwota minimalna to nie tylko dochód netto pracownika. Wliczają się w nią również wszystkie składki i świadczenia wynikające ze stosunku pracy w tym między innymi ZUS. W 2020 roku w Polsce miesięczna stawka minimalna to 2600 PLN brutto, czyli 1920,62 na rękę, a plany polskiego ustawodawcy idą jeszcze dalej, gdyż w 2023 roku najniższe, proponowane wynagrodzenie ma osiągnąć pułap 4000 złotych. Pozostaje pytanie, jak tegoroczne podwyżki odczują transportowcy?

Warto zwrócić uwagę, że w branży transportowej częstym zjawiskiem jest określanie w pensji kierowcy wynagrodzenia zasadniczego, czyli tak zwanej podstawy, w kwotach niższych niż wynagrodzenie minimalne. Na taką praktykę pozwala polskie prawo, które wlicza w skład ustawowego minimum m.in. dyżur i premie. Przedsiębiorcy, których kierowcy w umowach o pracę mają wprowadzone niższe wynagrodzenie zasadnicze niż płaca minimalna w danym roku, także odczują podwyżkę poprzez wyższą wartość nadgodzin – wyjaśnia Bartłomiej Zgudziak, ekspert OCRK. – Nadgodzina składa się z podstawy i dodatku. Podstawa do nadgodziny, jeżeli wynagrodzenie zasadnicze nie osiąga ustawowego minimum, obliczana jest z obwiązującej płacy minimalnej.

Wartość podstawy do jednej nadgodziny (przy założeniu planu 160h
i wynagrodzeniu zasadniczym niższym niż wynagrodzenie minimalne)
Wynagrodzenie minimalne   2 250,00 zł                  14,06 zł
  2 600,00 zł                  16,25 zł
Ile więcej?                    2,19 zł
                15,56%

 

Tabela 1. Opracowanie własne na podstawie danych z programu 4trans od Inelo.

Wyższa stawka wynagrodzenia minimalnego wpływa na zmianę dodatku do pensji. Na przykład dla miesiąca, w którym wymiar czasu pracy wynosi 160 godzin stawka godzinowa za czas pracy w nocy wzrośnie z 2,81 do 3,25 złotychinformuje ekspert OCRK.Zmiany w przepisach powodują konieczność wprowadzenia nowych stawek do wielu umów o pracę. Tym samym przy modyfikacji wartości tak zwanej podstawy warto przyjrzeć się między innymi wysokości ryczałtów. Podniesienie stawek może być także okazją do zweryfikowania pełnej struktury wynagrodzenia tak, aby rozliczenia po nowemu były jak najmniej odczuwalne dla przedsiębiorcy.

Ile zarabia kierowca tira w Polsce?

Poniższe dane z programu 4trans prezentują przykładowe przeliczenie polskiego wynagrodzenia z uwzględnieniem należnych dodatków kierowcy, pracującego cały miesiąc w transporcie międzynarodowym.

Ile zarabia kierowca tira w Polsce
Tabela 2. Opracowanie własne na podstawie danych z programu Inelo.

Najwyższe zarobki odnotowują kierowcy na trasach międzynarodowych. Warto zauważyć, że wraz ze wzrostem pensji minimum w Polsce dopłaty do zagranicznych płac minimalnych będą niższe. Wynika to z większego wynagrodzenia zasadniczego. W symulacji OCRK zostało ono podwyższone o 350 złotych. W przykładowym rozliczeniu czasu pracy kierowcy, pracującego w danym miesiącu rozliczeniowym we Francji i w Niemczech, widoczny jest spadek wartości dopłat nawet o 40 proc. – wyjaśnia Bartłomiej Zgudziak.

Ile zarabia kierowca tira
Tabela 3. Opracowanie własne na podstawie danych z programu Inelo.

W transporcie międzynarodowym pracodawca może wybrać stawkę diety zagranicznej. Minimalna kwota dobowa w takiej podróży to 30 złotych, a maksymalna może wynieść przykładowo we Francji 50 euro, a w Niemczech 49 euro. W operacjach transgranicznych istotny też jest zwrot kosztów za noclegi i najczęściej wypłacany jest w formie ryczałtu za nocleg. Według niemieckich stawek będzie to równowartość 37,5 euro, a według francuskich przepisów aż 45 euro.

Delegowanie pracownika wiąże się przestrzeganiem prawa międzynarodowego, które zmieni się w lipcu 2020 roku wraz z wejściem w życie unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych. W sektorze transportu, po wejściu w życie pakietu mobilności, będziemy mieć 18 miesięcy na to, by przygotować się na te zmiany. Jeśli nie będzie aktualizacji w polskich przepisach, koszty pracownicze dla rodzimych przedsiębiorców mogą wzrosnąć nawet o 40 proc. W czym dokładnie tkwi problem?

Zarobki kierowcy tira według Unii Europejskiej

Jeżeli do tej pory kierowca otrzymywał wypłatę na poziomie na przykład 6500 złotych na rękę z uwzględnieniem diet i ryczałtów za noclegi, to przewoźnik ponosił całkowity koszt zatrudnienia około 8500 złotych w zależności od przyjętej podstawy wynagrodzenia. Sytuacja może się diametralnie zmienić, gdyż Unia Europejska chce, by wprowadzić nowe przepisy o delegowaniu również dla kierowców. Może zatem dojść do sytuacji, w której przedsiębiorca będzie zobowiązany wypłacić kierowcy polskie diety wraz z ryczałtem noclegowym i równocześnie pełne sektorowe wynagrodzenie naliczane według prawa państwa, w którym pracownik przebywał, wykonując obowiązki służbowe – informuje Łukasz Włoch z OCRK

Wyjściem może okazać się zmiana w rodzimych przepisach. Istnieją już propozycje rozwiązań, które pozwolą zaliczać całe wynagrodzenie pracownika na poczet zagranicznej płacy minimalnej, niezależnie od tego, jaka jego część podlega obowiązkowemu odprowadzaniu składek. W takiej sytuacji wzrost kosztów pracowniczych dla przedsiębiorcy może wynieść 15 proc., a nie jak w najgorszym scenariuszu aż 40 proc. Czy tak się stanie w 2020 roku? Tego nie wiemy, a czasu na dostosowanie przepisów jest coraz mniej.

Jedno jest pewne transportowców czeka teraz trudny czas. Pakiet mobilności zachwieje międzynarodowym systemem drogowym, bo odnalezienie się w skomplikowanych regulacjach i dostosowanie do nowego otoczenia biznesowego, w którym przewoźnicy będą zmuszeni funkcjonować, może sprawić problem w szczególności mniejszym i średnim firmom. Zagrożeniem są nieprzewidziane wzrosty kosztów pracowniczych, nieadekwatne stawki operacji transportowych, częste powroty bez załadunków, niezamierzone błędy w rozliczaniu czasu pracy i płacy według zmienionych zasad, a w konsekwencji niewydolność finansowa i wypadnięcie z rynku na rzecz zachodnich przewoźników – podsumowuje Łukasz Włoch, OCRK.

Osiem trendów, które odmienią polski rynek powierzchni biurowych w 2020 roku

1) Wzrośnie popyt na biura swing space

Z roku na rok dla tradycyjnego biurowca coraz większą wartością staje się przestrzeń elastyczna, która może służyć za miejsce przejściowe (swing space), ułatwiające przeprowadzkę lub – w szczególności – ułatwiające proces rozwoju na nowym rynku poprzez ofertę biurową rosnącą wraz z oczekiwaniami i wymaganiami klienta. Rośnie więc liczba potrzeb i zastosowań elastycznych powierzchni biurowych na rynku, do których operatorzy biurowi na bieżąco muszą dostosowywać swoje oferty. Operatorzy, którzy nie dysponują przestrzenią typu swing mogą tracić na konkurencyjności w tym bardzo rozwojowym segmencie rynku.

2) Korporacje napędzą portfele operatorów

W branży znacząco rośnie zaufanie dużych firm oraz korporacji do konceptu biur flex. W 2019 roku Business Link odnotował ponad 130% wzrost udziału dużych firm (od 50 do 249 osób, oraz większych niż 250 osób) w puli wszystkich klientów. Jednym z powodów rosnącego zaufania dużych podmiotów do tego modelu najmu powierzchni jest większa wiarygodność, podparta również dobrymi doświadczeniami firm, które już wcześniej przetarły szlaki jako najemcy. W pozyskiwaniu klientów korporacyjnych najłatwiej będzie operatorom z silnymi właścicielami, mogącymi się pochwali ugruntowaną i stabilną pozycją na rynku.

3) Rosnąć będą powierzchnie, a nie liczba biur

Operatorzy biurowi coraz częściej dostrzegają, że optymalizacja kosztów oparta na efekcie skali nie polega już wyłącznie na zwiększaniu liczby placówek, a raczej na zwiększaniu dostępnego metrażu w zajmowanych już lokalizacjach. Takie podejście wpisuje się w znaną już diagnozę, wskazująca, że przyszłość coworkingu zależeć będzie nie od pojedynczych klientów, a od silnych, dużych korporacji. Operatorzy potrafią także doskonale liczyć. Wiedzą, że bardziej opłaca im się zatrudnić 4 osoby do obsługi 2 tysięcy metrów kwadratowych w jednej lokalizacji, niż 4 osoby do obsługi 4 różnych biur po 500 m2.

4) „Jedno biurko” usprawni działalność mobilnych zespołów

Na rynku zmienia się podejście do pracy zdalnej. Pracownicy coraz mniej chętnie pracują w przestrzeni publicznej, a nie zawsze mają możliwość pracy z domu. W niektóre zawody wpisana jest konieczność pracy rotacyjnej lub realizacji części zadań w domach klientów. Dla takich zespołów powstają oferty wynajmu biur elastycznych, gdzie jedno biurko może służyć całemu zespołowi. Nowoczesne systemy rezerwacji pozwalają na efektywne i optymalne finansowo wykorzystanie przestrzeni biurowej i właśnie do takich rozwiązań należeć będzie przyszłość.

5) Wzrośnie znaczenie dostępu do biur

Duże powierzchnie biurowe stały się w Polsce wartością deficytową. Pustostan biurowy w Warszawie jest najniższy od 7 lat, co znacząco zmienia układ sił na polu negocjacji cenowych pomiędzy deweloperami i operatorami biurowymi. Silna pozycja dewelopera (a w szczególności działów leasingu) sprawia, że wielkoformatowy najemca musi mieć dziś doskonale udokumentowaną kondycję finansową, wiarygodność i wypracowaną pozycję na rynku. Operatorom biurowym sytuacji nie ułatwiają także niedawne problemy WeWorka związane z nieudanym debiutem giełdowym, które mogą wpłynąć na zaufania deweloperów do konceptu coworkingowego. Dlatego coraz większego znaczenia nabierać będzie stały dostęp do dużej puli powierzchni biurowych, który dziś gwarantuje już niemal tylko i wyłącznie synergia deweloperów i operatorów.

6) Slow-work stanie się równie ważny jak high-tech

Oczekiwania najemców powierzchni elastycznych z segmentu premium zmieniają się błyskawicznie. Klienci coraz mocniej doceniają najwyższej jakości materiały wykończeniowe, wyjątkowe wzornictwo, obecność roślinności, a także – w proporcji do biur zamykanych – większe niż dotąd przestrzenie wspólne służące do wypoczynku. Te elementy  składają się na biuro, które powinno budować poczucie prestiżu i być coraz bardziej elastyczne nie tylko procesowo, z punktu widzenia decydenta, ale też funkcjonalnie – z punktu widzenia pracownika. Trendem będzie zatem tworzenie przestrzeni przyjaznych i funkcjonalnych, sprzyjających komfortowi, prywatności. Pracownik nie oczekuje już nowoczesności przeładowanej rozwiązaniami technologicznymi ani open space’u z rozrywkami rodem z kampusu Google. Zamiast tego na topie będą np. biura z pokojami do drzemek oraz wszystkie rozwiązania zgodne z duchem slow-work i eko.

7) Biura komplementarne przyciągną firmy

Elastyczny najem już dziś pozwala dynamicznie dopasowywać rozmiar i strukturę wynajmowanej powierzchni do aktualnych potrzeb najemcy. Firma płaci za produkt szyty na miarę, a nie zbyt mały lub nieproporcjonalnie duży do jej charakterystyki. Na takie biuro, w ramach komplementarnego rozwiązania, coraz częściej decydować będą się firmy, posiadające już główną siedzibę o klasycznym charakterze. Elastyczne powierzchnie biurowe gwarantują im alternatywne rozwiązania, a to wpływa bezpośrednio na efektywność pracy. Dobrze zaplanowane biuro, mające charakter holistyczny lub uzupełniający względem głównej siedziby, staję się źródłem oszczędności czasu i pieniędzy, będąc jednocześnie skutecznym elementem employer brandingu. Po biura na wynajem coraz częściej będą więc sięgać firmy, które mają już swoją główną, dużą i nowoczesną siedzibę. W obliczu wyczekiwanego spowolnienia koniunktury coraz istotniejszą rolę odgrywać będzie również elastyczna, krótkoterminowa umowa i możliwość proporcjonalnego zredukowania wynajmowanej przestrzeni.

8) Deweloperzy odegrają ważniejszą rolę na rynku

Na rynkach dojrzewających, takich jak polski, wyraźnym trendem staje się akumulowanie powierzchni biurowych w rękach deweloperów. Firmy z branży nieruchomości, kojarzące się dotychczas z konserwatywnym podejściem i tendencją do minimalizacji ryzyka, coraz chętniej inwestują w koncept biur elastycznych. Najwięksi gracze tworzą także własne brandy operatorów biurowych i coraz mocniej wykorzystuję efekt synergii, dzięki czemu szybko umacniają swoją pozycję w branży. I to właśnie do takich firm będzie należeć przyszłość rynku powierzchni biurowych na wynajem.

Business Link

Ransomware, chmury, 5G, uczenie maszynowe. Gdzie spodziewać się cyberzagrożeń w 2020 roku?

Najnowszy „2020 Threat Report” z SophosLabs ukazuje przewidywania dotyczące zagrożeń czekających w cyberprzestrzeni w nadchodzącym roku. Eksperci Sophos wyróżnili cztery główne zagrożenia: przestępcy będą rozwijać ransomware, wykorzystywać luki w zabezpieczeniach chmury i 5G, a także oszukiwać modele uczenia maszynowego. To na te potencjalne punkty zapalne będą musieli zwrócić uwagę specjaliści odpowiedzialni za ochronę infrastruktury informatycznej na początku nowego dziesięciolecia.

Ransomware wciąż w natarciu – ale z podwyższoną poprzeczką

Mark Loman, Director of Engineering for Next-Generation Tech: O wiele łatwiej jest zmienić „wygląd” złośliwego oprogramowania niż jego cel lub zachowania. Z tego względu działanie nowoczesnego ransomware opiera się na tzw. „zaciemnianiu kodu” – wprowadzania w kodzie zmian, które nie zmieniają sposobu działania samego oprogramowania, ale znacznie utrudniają jego zrozumienie. Inne sposoby na uniknięcie wykrycia przez systemy zabezpieczające, które hakerzy zastosują w 2020 roku, to również szyfrowanie tylko stosunkowo niewielkiej części danego pliku lub doprowadzenie do uruchomienia systemu operacyjnego w trybie awaryjnym. Coraz częściej również trzeba będzie odpierać ataki wykorzystujące automatyzację do jak najszybszego przełamania zabezpieczeń.

Ransomware będzie tak długo popularne, jak długo docieranie do ofiar będzie łatwe. Niezabezpieczone usługi, niezałatane systemy i wycieki danych uwierzytelniających – to gwarancja bogatych żniw zarówno dla weteranów cyberprzestępczości, jak i osób, które dopiero zaczynają działania w tym zakresie. Dlatego niezbędne staje się wprowadzenie solidnych mechanizmów kontroli bezpieczeństwa, monitorowania i reagowania, które obejmą wszystkie punkty końcowe, sieci oraz systemy. Równie istotne są regularne aktualizacje oprogramowania.

Małe błędy, duże luki – otwarte drzwi do chmury

Andy Miller, Senior Director of Global Public Cloud: Cała idea działania w chmurze opiera się na elastyczności. Jeden klik umożliwia zwiększenie lub zmniejszenie zasobów – w ten sposób przedsiębiorstwa mogą dostosowywać niezbędną moc obliczeniową do potrzeb swoich klientów. Jednak z punktu widzenia bezpieczeństwa informatycznego, w długofalowej perspektywie elastyczność i prostota obsługi chmury mogą obrócić się na jej niekorzyść – narażając klientów na zagrożenie wyciekiem danych.

W 2020 roku drobne błędy w zabezpieczeniach chmury, które zostaną wykryte przez cyberprzestępców, mogą doprowadzić do wycieków dużych zbiorów danych. Największe luki są rezultatem prostych błędów popełnionych w trakcie konfiguracji architektury chmurowej. A rosnąca złożoność i elastyczność systemów opartych na tej technologii prowadzi do zwiększenia ryzyka popełnienia błędu przez operatora danej chmury. Problematyczny jest również brak możliwości dokładnego monitorowania działań, które zachodzą na maszynach organizacji.

Przestępcy doskonale sobie zdają sprawę ze wszystkich tych problemów i będą skrupulatnie wykorzystywać luki w chmurach dla własnej korzyści, szczególnie wiedząc o tym, że ochrona danych przechowywanych w taki sposób wymaga zupełnie innego zestawu narzędzi niż w przypadku serwerów czy zwykłych stacji roboczych.

Machine learning solą w oku cyberprzestępców

Joe Levy, CTO: Machine learning stał się fundamentem strategii bezpieczeństwa w większości współczesnych organizacji. Cyberprzestępcy również mają tego świadomość, dlatego coraz częściej w swoich działaniach w przyszłym roku będą uwzględniać rolę tych systemów, czy to starając się je osłabić, czy unikając bycia wykrytym przez nie. Niektórzy z nich mogą jednak próbować współpracować z tą technologią, w ten sposób tworząc fałszywe treści, które będą bardzo przekonujące dla odbiorcy i posłużą jako podstawa ataku socjotechnicznego.

W najbliższych latach tempo eksperymentów w branży będzie nieustannie rosło – systemy zabezpieczające będą nieustannie się uczyły, co umożliwi im podejmowanie częściowo lub nawet w pełni autonomicznych decyzji, aby chronić infrastrukturę informatyczną oraz jej użytkowników. Nowe techniki obrony generują jednak jeszcze nowsze techniki ataku. Tym razem będziemy mieli do czynienia z tzw. „wetware” – atak łączący automatyczne tworzenie treści z manualnymi działaniami człowieka. To umożliwia spersonalizowanie działań cyberprzestępcy i omijanie zabezpieczeń obecnej generacji.

Firmy powinny postawić na ochronę, która umożliwi zapobieganie atakom, zanim jeszcze się wydarzą. Połączenie specjalistów ds. bezpieczeństwa wyszukujących zagrożenia z wiodącą technologią w tym zakresie umożliwia organizacjom szybsze wykrywanie i powstrzymywanie nawet najbardziej wyrafinowanych ataków.

5G to nowe szanse, ale również niespotykane wcześniej zagrożenia

Dan Schiappa, Chief Product Officer: 5G będzie technologią, która zmieni sposób działania branży – obiecuje połączyć niemal wszystkie aspekty życia za pośrednictwem sieci. Taka obietnica oznacza szybsze działania, mniejsze opóźnienia, ale również nowe zagrożenia oraz potencjalne punkty zapalne. Wprowadzenie niedostępnych do tej pory częstotliwości radiowych będzie wymagać jeszcze większej pracy nad bezpieczeństwem naszych połączeń, urządzeń oraz aplikacji.

Radia wbudowane w urządzenia 5G nie wymagają już komunikacji z siecią korporacyjną, co oznacza większe problemy z identyfikacją zagrożeń. W takiej sytuacji rozwiązaniem jest wielowarstwowe podejście do bezpieczeństwa, w ramach którego zabezpieczenia poszczególnych aspektów działania organizacji tworzą jeden wspólny system, łącząc się ze sobą i dzieląc się informacjami. Działanie razem umożliwia łatwiejsze odpieranie ataków, niż gdyby każdy produkt działał samodzielnie.

Wydatek poniesiony za kogoś a koszty podatkowe

W praktyce biznesowej dochodzi do sytuacji, gdy koszty są ponoszone przez inny podmiot niż ten, którego faktycznie dotyczą. Przykładowo mogą to być wydatki na wyjazdy pracowników kontrahenta, na sfinansowanie czyjejś inwestycji czy dofinansowanie działalności partnera biznesowego lub zwyczajne darowizny. Przykłady można mnożyć, w zależności od potrzeb biznesowych mogą one być różne. Kolejna kategoria obejmuje wydatki na prywatne cele pracowników oraz sytuację odmienną tj. finansowanie działalności podatnika przez pracowników (np. zarząd).

Związek z przychodami

Jedną z najważniejszych kwestii przy zaliczeniu wydatku do kosztów uzyskania przychodów jest jego cel oraz związek z przychodami. Jak zauważył Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 7 lutego 2019 r. (sygn. II FSK 318/17): „użycie w art. 15 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych zwrotu „w celu” oznacza, że nie zawsze wydatek przynieść musi skutek w postaci osiągnięcia przychodu, zachowania lub zabezpieczenia jego źródła. Dla oceny, czy dany wydatek został poczyniony w celu zachowania lub zabezpieczenia źródła przychodu należy mieć na względzie charakter związku przyczynowo-skutkowego między kosztem a przychodem”. Wyrok ten oznacza, że podatnik powinien analizować nie tylko celowość ponoszonych wydatków, ale także ich związek z przychodami, który może być bezpośredni albo pośredni.

W przypadku kosztów bezpośrednio związanych z przychodami nie ma problemu z ich przyporządkowaniem. Kwestia prawidłowej kwalifikacji jest natomiast dużo bardziej istotna w przypadku kosztów pośrednich, gdzie podatnik powinien potrafić wykazać ich związek z przychodami. Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 30 listopada 2018 r. (sygn. II FSK 3420/16) wskazał, że przy interpretacji związku i celu poniesionego wydatku należy zawsze odwoływać się do wykładni gospodarczej, tj. należy założyć, że podatnik działa jak racjonalny przedsiębiorca kierujący się chęcią osiągnięcia zysku. Dopiero organ podatkowy powinien wykazać, że intencje podatnika były inne.

Poniesienie wydatku z własnych zasobów

Kolejną bardzo istotną przesłanką kwalifikacji wydatku do kosztów podatkowych jest poniesienie go z własnych środków. Kwestię tę idealnie obrazuje stanowisko Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej wyrażone w interpretacji indywidualnej z dnia 1 września 2017 r. nr 0111-KDIB2-1.4010.131.2017.2.MJ. gdzie organ wskazał, że sfinansowanie wydatków przez prezesa firmy z jego prywatnych środków powoduje, że wydatki te nie mogą zostać zaliczone do kosztów podatkowych spółki.

Podobna sytuacja miała miejsce w sprawie rozstrzygniętej wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 31 października 2019 r. (sygn. akt III SA/Wa 576/19). Sprawa, rozpatrywana przez WSA, dotyczyła osoby fizycznej będącej wspólnikiem kilku spółek deweloperskich, która po wybudowaniu osiedla z własnych środków wybudowała za miasto drogi dojazdowe. Wydatki związane z tym przedsięwzięciem chciała zaliczyć do kosztów podatkowych związanych z prowadzoną działalnością deweloperską i budową osiedla. Organ podatkowy nie zgodził się z takim podejściem, gdyż nie znalazł związku pomiędzy poniesionym wydatkiem a przychodami z prowadzonej działalności gospodarczej. Jego stanowisko potwierdził WSA w Warszawie.

W takich sytuacjach przesłankę poniesienia kosztu z własnych środków można w prosty sposób wypełnić poprzez zrefakturowanie kosztów poniesionych z prywatnych pieniędzy na firmę w oparciu o umowę/porozumienie. W tym celu należy zadbać o odpowiednie procedury oraz weryfikację ich przestrzegania w przedsiębiorstwie.

Kwalifikacja w zależności od sytuacji

Na zakończenie warto wskazać, że dany wydatek może być różnie klasyfikowany, w zależności od sytuacji. Dobrym przykładem jest wydatek na „finansowanie wycieczki dla pracowników kontrahenta”. Zasadniczo w sytuacji, gdy chcemy po prostu sfinansować pracownikom kontrahenta wycieczkę, biorąc pod uwagę powyższe przesłanki, koszty takiej wycieczki należałoby uznać za niepodatkowe, gdyż nie są one związane z przychodami podatnika.

Jednakże, jeżeli taki wydatek będzie połączony np. z akcją konkursową dla pracowników kontrahenta mającą na celu mobilizację do większej sprzedaży, a nagrodę otrzymają najlepsi sprzedawcy, istnieją wówczas przesłanki dla uznania nagród w postaci wycieczek za koszty podatkowe. Podobna sytuacja będzie miała miejsce w przypadku organizacji zagranicznego szkolenia, choć tu mogą pojawić się spory z fiskusem odnośnie do zasadności kosztów.

Podsumowanie

Kwestia kwalifikacji podatkowej wydatków ponoszonych za inne podmioty powinna być w każdej sytuacji analizowana indywidualnie. W artykule przedstawione zostały najczęstsze sytuacje, w ramach których podatnik powinien zmierzyć się z tematem finansowania wydatków za inny podmiot. Konsekwencje podatkowe wadliwej kwalifikacji wydatków są dotkliwe, gdyż poza koniecznością korekty deklaracji i zapłaty zobowiązania dochodzą dodatkowo odsetki oraz potencjalnie odpowiedzialność z kodeksu karno-skarbowego. Dlatego każdorazowo pozycja podatnika co do kwalifikacji takich wydatków powinna być oparta o przepisy podatkowe i orzecznictwo.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Inflacja w grudniu bez korekty, czyli o 0,1% poniżej górnej granicy celu inflacyjnego

Dzisiaj o 17:30 czasu polskiego ma dojść do podpisania umowy handlowej pomiędzy USA a Chinami. Będzie to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa domknięcie ważnego rozdziału w gospodarczej historii świata.

Finalne dane na temat inflacji bez korekty

Zgodnie z oczekiwaniami GUS nie aktualizował swoich wyliczeń inflacyjnych. Wzrost cen w grudniu, podobnie jak we wstępnych danych, wyniósł 3,4%, czyli o 0,1% poniżej górnej granicy celu inflacyjnego. To problematyczna sytuacja dla RPP. Można uznać to za sygnał wskazujący, że warto rozważyć podwyżkę stóp procentowych, szczególnie biorąc pod uwagę wzrost cen prądu. Taki ruch jednak nie byłby mile widziany przez partię rządzącą. Wyższe stopy to droższe kredyty zarówno dla przedsiębiorców, jak również droższe finansowanie zadłużenia.

Czy umowa handlowa zostanie podpisana?

Dzisiaj ma nastąpić podpisanie umowy handlowej pomiędzy USA a Chinami. Nadwyżka handlowa wynosi obecnie niemal 300 mld dolarów, ale mówimy o nadwyżce towarowej. To tego parametru używają Amerykanie, aby podkreślić krzywdę, jaka się dzieje. W ramach ugody Chińczycy mają kupować w USA około 200 mld dolarów towarów więcej, między innymi dóbr przemysłowych, surowców energetycznych, płodów rolnych i usług. Co ciekawe, pomimo podpisywania tego typu umów pomiędzy państwami, nadal nazywamy to wolnym rynkiem. O ile strona chińska jest wyraźnie kontrolowana, to nawet tam może być problem z nabywaniem takiej ilości dodatkowych dóbr. Atrakcyjność cen przy wzroście popytu też może być dyskusyjna, mowa tutaj zarówno o cenach eksportu, jak i tych na rynku krajowym. Najważniejsze jest jednak, że konflikt nie będzie na razie eskalował.

14 emerytura ma trafić pod obrady

Projekt ten może budzić zdziwienie, biorąc pod uwagę ilość miesięcy w roku, ale rząd zamiast podnosić emerytury woli okazjonalnie wypłacać dodatkowe świadczenia. Jest to prawdopodobnie lepsze wizerunkowo, aczkolwiek to także zaleta dla budżetu. Jednorazowych świadczeń można teoretycznie nie ponowić, a podwyżki emerytur to stały koszt.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Emocjonujące metry. Dlaczego jest (i będzie) drożej?

Ceny nowych mieszkań w większości polskich aglomeracji osiągnęły już poziom hossy z 2007 roku lub go przekroczyły. Sprowokowało to tezy o bańce spekulacyjnej i nadchodzącym kryzysie w branży. Tymczasem, polski rynek nieruchomości jest daleki od przegrzania, a najbardziej prawdopodobny scenariusz na przyszłe lata to dalszy wzrost cen mieszkań i domów.

wykres3-1Co warto śledzić prognozując ceny nieruchomości? Poza doniesieniami z rynku pieniądza, w postaci stóp procentowych, jest jeszcze jeden, bardzo ważny trop – średnie krajowe wynagrodzenie. Istnieje wyraźna korelacja pomiędzy  poziomem płac a cenami nieruchomości. Co więcej, w ujęciu długoterminowym nasze pensje stanowią najważniejszą (żeby nie powiedzieć jedyną) zmienną wpływającą na przeciętny koszt mieszkania lub domu.

Poddajmy analizie europejskie metropolie, najlepiej podobne pod względem liczby mieszkańców – przykładowo od 400 tys. do 1 mln. Porównując kształtowanie się wynagrodzeń i cen metra kwadratowego na przestrzeni ostatnich 9 lat, w większości przypadków otrzymamy stosunek od 0,6 do 0,7. Warto dodać, że korelacja ta występuje zarówno w Kownie oraz Sarajewie, jak i Walencji, Edynburgu czy Trójmieście. Prowadzi to do dość zaskakującego wniosku, że ceny nieruchomości w europejskich metropoliach – niezależnie od lokalizacji – w ujęciu relatywnym plasują się na zbliżonym do siebie poziomie.wykres3-1

Spróbujmy teraz spojrzeć w przyszłość i weźmy pod lupę wspomniane Trójmiasto. W przypadku województwa pomorskiego współzależność dochody – ceny nieruchomości jest niezwykle wysoka i historycznie wynosi aż 97%, biorąc pod uwagę dane od 2010 roku. Pozwala to przypuszczać, że ceny mieszkań i domów do 2022 roku będą rosnąć w tempie 6-7% w skali roku, gdyż taki wzrost płac prognozuje Narodowy Bank Polski.

Oczywiście, dla powyższego scenariusza istnieje szereg krótkoterminowych zagrożeń, jak ryzyko znacznego pogorszenia koniunktury, nadmierne nasycenie rynku nieruchomości czy zaostrzenie przepisów dotyczących przyznawania kredytów hipotecznych. W tych sytuacjach, deweloperzy będą jednak zmuszeni ograniczać podaż, przez co ceny wzrosną jeszcze bardziej, niż wynikałoby to z tempa wzrostu wynagrodzeń.

Beznazwy-1W przypadku rynku premium, który jest szczególnie odporny na wahania koniunktury, na ograniczenie podaży duży wpływ ma limit najlepszych lokalizacji. We wspomnianym Trójmieście już teraz zaczyna brakować atrakcyjnych działek. Nieruchomości, które są lub będą zrealizowane na tego typu terenach dają największe możliwości zysku. W Gdyni wśród takich perełek można wymienić luksusową Villę Nova w prestiżowej dzielnicy Orłowo – to ponad 200 metrowy apartament zlokalizowany przy nadmorskiej plaży i klifie. W Gdańsku – Tarasy Bałtyku – nowoczesny apartamentowiec ze świetnym dostępem do miejskiej infrastruktury, widokiem na park, morze, zielone wzgórza lub panoramę miasta. Inwestycja wyróżnia się nie tylko dobrą lokalizacją, ciekawą bryłą i pięknymi wnętrzami, ale też długą listą udogodnień i najnowszych rozwiązań technologicznych.

W odpowiedzi na pnące się w górę kwoty mieszkań i domów, pojawia się pytanie – czy to już bańka? Z pomocą przychodzą dane Związku Banków Polskich. W II kwartale 2019 roku odnotowano rekord dekady, jeśli chodzi o podpisane umowy kredytowe. Przyczyną są wyjątkowo niskie stopy procentowe, które zwiększyły dostępność kredytów. Nieopłacalność oszczędzania na lokatach, obligacjach i kontach oszczędnościowych zachęciła też do inwestowania w nieruchomości. Liczba zaciągniętych zobowiązań jest jednak o ponad 30% mniejsza niż w szczycie bańki z lat 2007/8. Do diagnozy sytuacji może też posłużyć aktualny wskaźnik zawieranych transakcji. Eurostat szacuje wzrost obrotów o ok. 6-8% w ujęciu rocznym. Dla porównania, w 2007 roku liczba nabywanych nieruchomości rosła od 40% do prawie 80%. Dane mówią więc same za siebie. Na rynku panuje duży popyt, nie mamy jednak do czynienia z bańką.

Autorem tekstu jest Piotr Tarkowski

Analitycy TMS: Wstępne porozumienie USA-Chiny to sukces, ale nie koniec problemów

Półtora roku od wybuchu wojen handlowych, po kilkunastu miesiącach burzliwych negocjacji, dziś popołudniu wicepremier Liu w błysku fleszy podpisze 86-stronnicowy dokument wstępnej umowy handlowej USA–Chiny. Biały Dom będzie piał nad nią z zachwytu, ale zdaniem analityków TMS Brokers jest ona fasadowa, niepełna i nie kończy definitywnie sporu handlowego. Tym bardziej nie będzie panaceum na bolączki światowej gospodarki, która rośnie w tempie najwolniejszym od kryzysu finansowego.

Chiny zobowiążą się m.in. do zmian w polityce kursowej, lepszej ochrony własności intelektualnej, liberalizacji systemu finansowego. To wszystkie kwestie, których ocena nie jest zero-jedynkowa. Państwo Środka do końca 2021 roku ma też dokonać dodatkowych zakupów amerykańskich dóbr o wartości 200 mld USD, z czego ponad 30 mld USD mają stanowić płody rolne. W zamian USA obniżą stawki celne na katalog produktów o wartości 120 mld USD (z 15 do 7,5 proc.) Dodajmy, że cła na pozostałą część dóbr obłożonych taryfami (240 mld) pozostają na dotychczasowym poziomie.

Wstępna umowa bez kontrowersji

Samo podpisanie dokumentu nie będzie budzić euforii inwestorów. Upublicznienie niektórych zapisów może wręcz prowadzić do rozczarowania. Tak było wczoraj, gdy sentyment zepsuła informacja, że Stany Zjednoczone nie zrezygnują z ceł przed wyborami prezydenckimi. Uwaga szybko przeniesie się na prace nad kompleksowym porozumieniem. Donald Trump zapowiedział, że odwiedzi w tym celu Pekin, ale oczywiście data wizyty nie jest znana. Sekretarz Skarbu USA Steven Mnuchin sugerował z kolei, że druga faza rozmów może zostać dodatkowo podzielona na etapy. Ma to ułatwić trudne negocjacje.

Nie ma jednak wątpliwości, że we wstępnej umowie pomijano drażliwe kwestie. W maju strona chińska oznajmiła, że 20 proc. amerykańskich postulatów jest nie do przyjęcia. O porozumienie w zakresie usunięcia pozataryfowych instrumentów polityki handlowej, ustępstw w zakresie dostępu do rynku nowoczesnych technologii, usług finansowych, czy zmian w polityce przemysłowej nie będzie łatwo. A przecież należy też wypracować odpowiednie mechanizmy kontrolne i gwarantujące przestrzeganie uzgodnień…

Chiny mogą ustąpić?

Jak intensywne będą kolejne rozmowy? Ich zakończenia nie spodziewamy się w najbliższym półroczu, ani przed wyborami. Nastawienie Trumpa będzie dyktowane przez sondaże poparcia. A te wypadają dla prezydenta fatalnie w stanach o rolniczym charakterze (Iowa, Ohio, Wisconsin) oraz w Michigan, gdzie skoncentrowany jest przemysł motoryzacyjny. Przebieg kampanii może zatem warunkować jej retorykę i zagrażać np. europejskim producentom aut (w końcu cła są zawieszone do maja). Strona chińska może być bardziej skłonna do ustępstw, ponieważ cła na towary o wartości 360 mld USD nadal obowiązują i ciążą gospodarce.

To nie koniec problemów

Wygląda na to, że najbardziej burzliwa faza wojen handlowych jest za nami. Eksperci TMS Brokers oceniają, że skala niepewności uderzająca w światowy przemysł i inwestycje firm będzie w kolejnych kwartałach mniejsza. Jednocześnie wpływ dotychczasowego konfliktu dopiero w drugiej części roku osiągnie apogeum. Oznacza to, że problemy globalnej gospodarki nie znikną jak za dotknięciem magicznej różdżki, a droga do ożywienia będzie długa i wyboista. Dlatego analitycy TMS Brokers uważają, że optymizm inwestorów może zostać wystawiony na ciężką próbę.

– Widzimy duże prawdopodobieństwo schłodzenia nastrojów inwestycyjnych. Powinno to przełożyć się m.in. na odrabianie strat przez słabego ostatnio jena, czy wzrosty EUR/PLN z obecnych, nielicujących z fundamentami poziomów. EUR/USD w szerszym horyzoncie powinien kontynuować rozpoczętą w czwartym kwartale mozolną wspinaczkę na wyższe pułapy. Zakładamy, że funt wznowi rajd z końcówki roku. Na razie walucie ciąży wysokie prawdopodobieństwo cięcia stóp przez Bank Anglii, ale jeśli dojdzie do tego w styczniu, to furtka do wznowienia będzie szeroko otwarta – ocenia Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz w TMS Brokers.

Taki będzie rok 2020 w handlu internetowym. Personalizacja, szybkie płatności i rozwój voice commerce

sprzedawców online korzysta z interaktywnych form komunikacji, takich jak quizy czy ankiety, co pomaga im w tworzeniu całkowicie spersonalizowanych produktów. Konsumenci, odpowiadając na zadane pytania, dobrowolnie przekazują informacje na temat swoich preferencji, a to bezcenna wiedza dla specjalistów, którzy są odpowiedzialni za komunikację, tworzenie i realizację projektów, które mają być dopasowane do konsumenckich preferencji.

Zakupy nad Wisłą

Jak podaje GUS, w 2018 roku 84 proc. gospodarstw domowych i 96 proc. firm miało dostęp do internetu. Biorąc pod uwagę populację o liczebności ponad 38 mln, taki odsetek to potężna baza potencjalnych nabywców. Nic więc dziwnego, że wraz z końcem roku 2019 polski rynek e-commerce miał osiągnąć wartość 13.5 mld USD, co stanowi wzrost o 16 proc. w porównaniu z rokiem 2018. Obecnie Polska, wśród najszybciej rozwijających się rynków e-commerce na świecie, zajmuje szczęśliwe, 13. miejsce.

Co zaś przyniesie nam rok 2020? W świecie rodzimego e-commerce będzie to przede wszystkim rozwój nowych form płatności, opartych głównie na błyskawicznych płatnościach mobilnych, takich jak Apple Pay czy Google Pay. Jeżeli zaś chodzi o platformy zakupowe, to na popularności będzie zyskiwał międzynarodowy portal handlowy Amazon, dzięki któremu polskie firmy mają możliwość dotarcia niskim nakładem środków finansowych i pracy do grupy blisko 100 mln potencjalnych klientów, których zgromadził serwis Jeffa Bezosa w Europie. Wejście na międzynarodowy rynek nigdy nie było tak proste. To olbrzymia szansa, zarówno dla producentów, jak i resellerów, którzy w swoich dłoniach mają kolejny oręż, który pomoże im zawalczyć o uwagę konsumentów. Nie są zmuszeni do tego, by polegać tylko i wyłącznie na rodzimym Allegro, które ogranicza się do nadwiślańskiego rynku i ma o wiele mniejszą bazę odbiorców.

Mobile wciąż king

Nie dalej jak trzy lata temu, zaledwie co trzeci Polak korzystał z telefonu do zakupów online. Dziś robi to prawie połowa. Handel mobilny jest jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się trendów, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. W skali globalnej ten segment rośnie o około 15 proc. rocznie. Według szacunków opublikowanych przez portal Statista, do 2020 r. zakupy mobilne miały pokryć 45% wszystkich globalnych przychodów z handlu elektronicznego.

Długo oczekiwane uruchomienie zaawansowanego asystenta głosowego od Google zaczyna zbierać swoje żniwa i na pewno wpłynie na popularyzację Voice Commerce. Już dziś za pośrednictwem smartfona i poleceń głosowych Polacy mogą zamawiać bilet na Flixbus lub pizzę z Pyszne.pl, a to dopiero początek. W końcu mamy w Polsce ponad 12 tys. sklepów internetowych.

Mimo że powstają coraz bardziej wyszukane narzędzia, które mają wspomóc e-commerce w realizacji podstawowej misji każdego przedsiębiorstwa, czyli w generowaniu zysków, nie możemy zapominać o tym, co najważniejsze. Gwarantem sukcesu nie jest sama otwartość na nowe technologie, lecz korzystanie z nich tak, aby maksymalnie ułatwić życie klientowi. Klientocentryzm, personalizacja, customer experience nie przyniosą efektu, jeśli znajdziemy je tylko na slajdach w PowerPoincie.

Aleksandra Szarmach – Chief Marketing & Sales Officer w Nethansie, wiodącej polskiej agencji specjalizującej się we wsparciu i automatyzacji sprzedaży na Amazonie. Aleksandra jest absolwentką Uniwersytetu Gdańskiego. Obecnie kończy studia MBA. Karierę zawodową rozpoczęła w Apella, największej agencji marketingowej w Polsce północnej, gdzie odpowiadała za komunikację w mediach społecznościowych. Następnie w sieci sklepów detalicznych Stokki podjęła się budowania marki oraz tworzenia i implementacji strategii marketingowej. Realizowała również projekty marketingowe dla Mercedes Benz czy Porsche (Lellek Group).

Skąd nadejdą kryzysy wizerunkowe 2020 roku?

Problemy związane z ekologią oraz cyberbezpieczeństwem wizerunkowym – to główne zagrożenia kryzysowe, jakich w 2020 roku spodziewają się specjaliści ds. wizerunku. Aż ponad połowa rzeczników, dyrektorów i managerów public relations przewiduje, że w obecnym roku kryzys wizerunkowy dotknie ich organizację. Takie są wyniki badania Kryzysometr 2020, przeprowadzonego przez agencję Alert Media Communications wśród ponad stu wysoko wykwalifikowanych przedstawicieli branży PR, odpowiadających za komunikację w wiodących polskich firmach, instytucjach państwowych i samorządowych oraz organizacjach pozarządowych[1].

To, że kryzys nadejdzie, jest bardziej prawdopodobne niż spokój. Taki wniosek ogólny płynie z badania przeprowadzonego przez Alert Media Communications – warszawską agencję PR, specjalizującą się w komunikacji kryzysowej i strategicznym PR. W ostatnich dniach grudnia 2019 roku agencja po raz pierwszy przeprowadziła badanie Kryzysometr, w wyniku którego co roku będzie publikować wskaźnik określający ocenę specjalistów od komunikacji możliwości wystąpienia kryzysu wizerunkowego w ich organizacjach w kolejnym się roku. Prawdopodobieństwo oceniane jest w skali od 1 do 100. W aktualnym badaniu ze średniej opinii wszystkich jego uczestników powstał Kryzysometr 2020, który wyniósł aż 52%. Oznacza to, że więcej ankietowanych spodziewa się kryzysu w swojej firmie niż tego, że problemy wizerunkowe nie nastąpią.

Większe obawy przed kryzysem mają przedstawiciele instytucji publicznych, którzy prawdopodobieństwo wystąpienia negatywnych zdarzeń w ich organizacjach oceniają aż na 61%. Bardziej optymistycznie na rozpoczynający się rok patrzą przedstawiciele biznesu – w tym gronie prawdopodobieństwo wystąpienia kryzysu oceniane jest na 46%.

„Kryzysometr to wskaźnik, który stworzyliśmy na wzór indeksów badających nastroje inwestorów giełdowych. Sprawdza on skalę optymizmu lub obaw, z jakimi specjaliści od komunikacji wchodzą w kolejny rok. Obecnie widzimy, że prognozy są dość pesymistyczne, a ponadto ankietowani wskazują na szereg nowych zagrożeń, z jakimi będą musiały mierzyć się ich organizacje” – powiedział Krzysztof Tomczyński, Partner i Account Director w Alert Media Communications.Firmy boja sie internetu Kryzysometr 2020 Prognozowane Przyczyny kryzysu

Gdzie licho się czai, czyli lista prognozowanych zagrożeń

W badaniu spytano o prognozowane źródła kryzysów wizerunkowych na 2020 rok. Na pierwszym miejscu ankietowani wskazali ryzyko oskarżeń o zanieczyszczanie środowiska (61% wskazań). Pokazuje to, że temat ekologii – coraz powszechniej obecny w debacie publicznej – przekłada się na podwyższenie oczekiwań w tym obszarze wobec firm i instytucji. Specjaliści od wizerunku zdają sobie sprawę, że brak odpowiedzi na to społeczne zapotrzebowanie tworzy dzisiaj bardzo wysokie ryzyko reputacyjne.

Jako drugi z obszarów potencjalnych kryzysów wizerunkowych wymieniono różnego rodzaju zagrożenia związane z rozwojem internetu i mediów społecznościowych, takie jak fake news i deep fake (48% wskazań), cyberataki i wycieki danych (43%) czy „hejtostrofy” i fale negatywnych komentarzy w sieciach społecznościowych (28%).

„Cyberprzestrzeń to coraz częściej obszar wybuchu i rozgrywania się kryzysów. Choć kryzysy od dawna upodobały sobie sieć, to właśnie w 2019 roku odnotowaliśmy w Alert Media znaczący wzrost projektów, w których klienci zwracali się do nas o pomoc w kwestiach cyberbezpieczeństwa wizerunkowego. Trend ten zapewne będzie rósł w 2020 roku – nie dziwi zatem, że na zagrożenia w tym obszarze zwracają również uwagę nasi ankietowani praktycy PR” – oceniła Beata Łaszyn, Wiceprezes Zarządu Alert Media Communications.

To, co w zestawieniu zaskakuje, to relatywnie niska pozycja tradycyjnych przyczyn występowania kryzysów, czyli zdarzeń, od których większość firm zaczynała dotychczas tworzenie swoich instrukcji zarządzania komunikacją w sytuacjach kryzysowych. Na końcu stawki znalazły się takie zdarzenia, jak np.: niewłaściwa obsługa Klienta (7% wskazań), problemy z produktami i jakością (6%) czy wypadki i katastrofy (6%).

„Nasza praktyka wskazuje, że wciąż wiele kryzysów dotyczy produktów, ale rzeczywiście nowe zagrożenia rosną w cyberprzestrzeni i sferze wrażliwości społecznej. Ankietowani specjaliści PR dobrze to czują. Oznacza to, że wchodzimy merytorycznie w nową erę zarządzania komunikacją kryzysową. Charakteryzować się ona będzie całą gamą nowych, wciąż nie całkiem znanych i zdiagnozowanych zagrożeń, którymi trzeba zarządzać według nowych metodologii. Właśnie dlatego tak ważna jest edukacja w tym zakresie oraz odpowiednie przygotowanie firm i organizacji – szkolenia, symulacje, właściwe procedury i manuale dostosowane do nowych wyzwań” – podsumował Adam Łaszyn, Prezes Zarządu Alert Media Communications.

W badaniu Kryzysometr 2020, przeprowadzonym przez agencję Alert Media Communications, wzięło udział 108 rzeczników, dyrektorów i managerów PR z wiodących polskich firm, instytucji państwowych i samorządowych oraz organizacji pozarządowych. Badanie zostało przeprowadzone w drugiej połowie grudnia 2019 roku.

[1] W badaniu respondentami byli wyłącznie specjaliści PR tzw. in house, czyli zatrudnieni w korporacjach lub instytucjach. Nie brali w nim udziału usługodawcy PR, czyli pracownicy agencji PR.

Zamieszanie z Bazą Danych Odpadowych – komentarz ZPP

Od 1 stycznia 2020 roku miał zacząć funkcjonować nowe moduły Bazy Danych Odpadowych, tj. moduł ewidencji i moduł sprawozdawczości, agregujące informacje o przedsiębiorcach wytwarzających odpady. W założeniu, BDO ma usprawnić kontrolę nad gospodarką odpadami oraz ułatwić podmiotom wytwarzającym odpady realizację wszelkiego rodzaju obowiązków rejestrowych, ewidencyjnych i sprawozdawczych, poprzez całkowitą elektronizację tych procesów. Na potrzebę ograniczenia szarej strefy i udoskonalenia mechanizmów kontrolnych zwraca uwagę większość komentatorów. Niestety, wprowadzenie tej – wydawałoby się – technicznej zmiany, wiąże się w Polsce z szeregiem komplikacji i utrudnień.

Przedsiębiorcy wytwarzający odpady i spełniający kryteria określone w ustawie o odpadach, powinni zarejestrować się w bazie BDO najpóźniej 31 grudnia 2019 roku, tak by od początku 2020 roku móc operować elektronicznymi dokumentami ewidencyjnymi i sprawozdawczymi, takimi jak elektroniczne karty ewidencji odpadów, elektroniczne karty przekazania odpadów, czy też roczne sprawozdania. Niestety, bardzo duża część przedsiębiorców nie była świadoma obowiązku rejestracji w bazie BDO. Nie pomagały w tym również stosunkowo skomplikowane przepisy ustawy o odpadach, które utrudniały jednoznaczne wskazanie przedsiębiorców objętych obowiązkiem rejestracji w bazie. O tym, jak powszechny jest to problem może świadczyć fakt, że podczas gdy niektóre szacunki wskazują, iż w bazie znajdować powinno się nawet pół miliona podmiotów funkcjonujących na rynku, pod koniec 2019 roku było w niej jedynie ponad 160 tysięcy firm. W ciągu ostatnich tygodni urzędy marszałkowskie nie nadążały z rozpatrywaniem napływających wniosków o rejestrację. Jeszcze na początku stycznia przedstawiciele Ministerstwa Klimatu zachęcali do rejestracji w bazie.

Od 1 stycznia 2020 roku, w związku z uruchomieniem dwóch nowych modułów BDO, system ewidencji i sprawozdawczości w zakresie odpadów stał się całkowicie zelektronizowany. W konsekwencji, niestety, podmioty gospodarujące odpadami nie mogą od tego dnia przyjmować odpadów od firm, które nie uzyskały wpisu do rejestru, ponieważ nie mogą one wypełnić elektronicznych kart przekazania odpadów.

W reakcji na chaos, posłowie Prawa i Sprawiedliwości złożyli projekt nowelizacji ustawy o odpadach, zakładający półroczny okres przejściowy, w którym warunkowo możliwe będzie dalsze korzystanie z papierowej ewidencji. Przepisy mają być stosowane ze skutkiem wstecznym od dnia 1 stycznia 2020 roku.

Omawiany przypadek to najlepszy przykład na to, jak natłok nowych regulacji oraz nieprzejrzysty sposób ich formułowania może wygenerować istotne problemy dla funkcjonowania całego segmentu gospodarki oraz wywołać chaos legislacyjny, w którym konieczne staje się uchwalanie poprawek z mocą wsteczną. Teoretycznie przedsiębiorcy powinni być zarejestrowani w BDO już od ponad roku. Skoro jednak nie dopełniła tego obowiązku 1/3 firm, świadczy to o tym, że opóźnienia nie są rezultatem pojedynczych niedopatrzeń i pomyłek. Przedsiębiorcy zwyczajnie albo o obowiązku nie wiedzieli, albo wywnioskowali błędnie ze skomplikowanych przepisów, że mu nie podlegają. Dobre rządzenie to tworzenie przewidywalnych i czytelnych dla adresatów regulacji. Będziemy wciąż apelować o to, by prawo dla przedsiębiorców było zrozumiałe, a liczba nowych obowiązków formalnych umiarkowana i ograniczona do tych absolutnie niezbędnych.

USA i Chiny podpisują umowę handlową. Najbardziej burzliwa faza wojen handlowych jest za nami

Półtora roku od wybuchu wojen handlowych, po kilkunastu miesiącach burzliwych negocjacji, dziś popołudniu wicepremier Liu w błysku fleszy podpisze 86 – stronnicowy dokument wstępnej umowy handlowej USA – Chiny. Biały Dom będzie piał z zachwytu nad umową, ale naszym zdaniem jest ona fasadowa, niepełna i nie kończy definitywnie sporu handlowego. Tym bardziej nie będzie panaceum na bolączki światowej gospodarki, która rośnie w tempie najwolniejszym od kryzysu finansowego.

Chiny zobowiążą się m.in. do zmian w polityce kursowej, lepszej ochrony własności intelektualnej, liberalizacji systemu finansowego. To wszystkie kwestie, których ocena nie jest zero – jedynkowa. Państwo Środka do końca 2021 roku ma też dokonać dodatkowych zakupów amerykańskich dóbr o wartości 200 mld USD, z czego ponad 30 mld USD mają stanowić płody rolne. W zamian USA obniżą stawki celne na katalog produktów o wartości 120 mld USD (z 15 do 7,5 proc.) Dodajmy, że cła na pozostałą część dóbr obłożonych taryfami (240 mld) pozostają na dotychczasowym poziomie.

Samo podpisanie dokumentu nie będzie budzić euforii inwestorów. Upublicznienie niektórych zapisów może wręcz prowadzić do rozczarowania. Tak było wczoraj, gdy sentyment zepsuła informacja, że Stany Zjednoczone nie zrezygnują z ceł przed wyborami prezydenckimi. Uwaga szybko przeniesie, się na prace nad kompleksowym porozumieniem. Donald Trump zapowiedział, że odwiedzi w tym celu Pekin, ale oczywiście data wizyty nie jest znana. Sekretarz Skarbu Mnuchin sugerował z kolei, że druga faza rozmów może zostać dodatkowo podzielona na etapy. Ma to ułatwić rozmowy, które będą trudne. Nie ma wątpliwości, że we wstępnej umowie pomijano drażliwe kwestie. W maju strona chińska oznajmiła, że 20 proc. amerykańskich postulatów jest nie do przyjęcia. O porozumienie w zakresie usunięcia pozataryfowych instrumentów polityki handlowej, ustępstw w zakresie dostępu do rynku nowoczesnych technologii, usług finansowych, czy zmian w polityce przemysłowej nie będzie łatwo. A przecież należy też wypracować odpowiednie mechanizmy kontrolne i gwarantujące przestrzeganie uzgodnień…

Jak intensywne będą kolejne rozmowy? Ich zakończenia nie spodziewamy się w najbliższym półroczu a zapewne także nie przed wyborami. Nastawienie Trumpa będzie dyktowane przez sondaże poparcia. A te wypadają dla prezydenta fatalnie w stanach o rolniczym charakterze (Iowa, Ohio, Wisonsin) oraz w Michigan, gdzie skoncentrowany jest przemysł motoryzacyjny. Przebieg kampanii może zatem warunkować retorykę i zagraża np. europejskim producentom aut (w końcu cła są zawieszone do maja). Strona chińska może być bardziej skłonna, w końcu cła na towary o wartości 360 mld USD nadal obowiązują i ciążą gospodarce.

Wszystko wygląda na to, że najbardziej burzliwa faza wojen handlowych jest za nami. Skala niepewności uderzająca w światowy przemysł i inwestycje firm będzie w kolejnych kwartałach mniejsza. Jednocześnie wpływ dotychczasowego konfliktu dopiero w drugiej części roku osiągnie apogeum. Oznacza to, że problemy globalnej gospodarki nie znikną jak za dotknięciem magicznej różdżki a droga do ożywienia będzie długa i wyboista. W rezultacie uważamy, że optymizm inwestorów może zostać wystawiony na ciężką próbę.
Widzimy duże prawdopodobieństwo schłodzenia nastrojów inwestycyjnych. Powinno to przełożyć się m.in. na odrabianie strat przez słabego ostatnio jena czy wzrosty EUR/PLN z obecnych, nielicujących z fundamentami poziomów. EUR/USD w szerszym horyzoncie powinien kontynuować rozpoczętą w czwartym kwartale mozolną wspinaczkę na wyższe pułapy. Zakładamy, że funt wznowi rajd z końcówki roku. Na razie walucie ciąży wysokie prawdopodobieństwo cięcia stóp przez Bank Anglii, ale jeśli dojdzie do tego w styczniu, to furtka do wznowienia będzie szeroko otwarta.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sztuczna inteligencja osiągnie dojrzałość i co dalej? Oto prognozy technologiczne VMware na lata 2020-2025

Ostanie kilka lat przyniosło nam wiele ciekawych zjawisk w świecie cyfrowego biznesu i równie dużo ciekawych, nowatorskich technologii. Popularyzacja chmury, intensywny rozwój uczenia maszynowego, przyrost aplikacji mobilnych czy pierwsze sieci 5G – to tylko część tej historii. A co czeka nas w nadchodzących latach? Na to pytanie odpowiadają eksperci firmy VMware.

Wielka rewolucja przemysłowa zaczęła się w XVIII wieku. Trwała kolejne 150 lat, skutecznie zmieniając otaczający nas świat. Teraz, na naszych oczach, odbywa się kolejna rewolucja technologiczna i choć nie przypomina tej rodem z filmów science fiction, rok 2020 i kolejnych kilka lat zapowiadają się bardzo ciekawie. Dojrzałe SI, inteligentne cyberbezpieczeństwo, nowe spojrzenie na chmurę i skupienie na cyfrowych doświadczeniach – to tylko niektóre trendy, które będą determinować technologiczny krajobraz nadchodzących lat. Część z analizowanych trendów to oczywiście kontynuacja zjawisk, które obserwujemy od dawna, ale dzisiaj wkraczamy w czasy, gdy technologie nie mogą działać samodzielnie. Wszystkie wzajemnie zaczną się przenikać i wpływać jedne na drugie, tworząc nowy cyfrowy krajobraz. Eksperci VMware prezentują pięć innowacji i technologii, na które należy szczególnie zwrócić uwagę w latach 2020-2025.

  1. Sztuczna inteligencja osiągnie biznesową dojrzałość

Sztuczna inteligencja po latach dziecięcych w końcu osiągnie swoją dojrzałość i przejdzie tzw. test Turinga. Oznacza to, że w wielu obszarach zbliży się do inteligencji ludzkiej. Nie oznacza to jednak, że już w tym, albo następnym roku SI szturmem podbije świat biznesu.

Jak dotąd mechanizmy takie jak uczenie maszynowe (ML) wymagały ogromnych ilości danych do działania, co często było i nadal jest poza zasięgiem firm spoza wąsko rozumianej branży technologicznej. Przykładowo, małą firmę e-commerce nie stać na zatrudnienie własnego zespołu analityków umiejących obsłużyć systemy oparte na uczeniu maszynowym. To się jednak zmieni. Już wkrótce zobaczymy wysyp gotowych usług typu SI/ML, opracowanych przez dostawców chmurowych lub społeczności open source – mówi Chris Wolf, wiceprezes ds. nowych technologii w firmie VMware. Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe staną się tym samym bardziej dostępne dla organizacji, które nie posiadają wiedzy w tym zakresie. Firmy, którym uda się oswoić SI dla klientów biznesowych spoza głównego nurtu w 99 procentach staną się dominującymi graczami na rynku – dodaje.

Jednocześnie, Bask Iyer, dyrektor generalny ds. IT w VMware podkreśla, że sprzedawcy usług IT już chwalą się, że wiele ich usług posiada mechanizmy SI, ale firmy muszą być ostrożne w ich ocenie. Biznes będzie musiał wycałować wiele żab, zanim znajdzie prawdziwego mechanicznego księcia lub księżniczkę – puentuje.  

  1. Większa orientacja na cyfrowe doświadczenia pracowników

W nadchodzących latach, cyfrowe doświadczenia w firmie staną się ważnym czynnikiem przyciągających nowych pracowników. Współczesne środowisko pracy to już bowiem nie tylko biurko z komputerem. Korzystamy ze smartfonów, tabletów, laptopów i coraz częściej pracujmy w drodze. Nie dziwi więc, że według badań VMware ponad 75 proc. polskich pracowników uzależnia decyzję o podjęciu pracy u danego przedsiębiorcy od swobody wyboru cyfrowych narzędzi.

Choć bezpłatne jedzenie czy biurowe strefy komfortu są czymś co wyróżnia pracodawców, pracownicy po prostu chcą mieć swobodny dostęp do odpowiednich narzędzi, aby wykonać swoją pracę. IT musi współpracować z działami HR i sprzedaży, aby poprawić doświadczenia cyfrowe pracowników przez cały czas ich zatrudnienia. Tym bardziej, że w ciągu kilku następnych lat doświadczenia pracowników staną się takim samym priorytetem biznesowym, jak skierowany do klientów customer experience – komentuje Bask Iyer z VMware.

  1. Technologia Edge wchodzi na biznesowe salony

Edge computing stanie się technologią kluczową dla rozwoju nowoczesnego IT. Dopełni możliwości jakie oferują centra danych i platformy chmurowe, umożliwiając tworzenie nowych aplikacji i dostarczając zupełni inny rodzaj cyfrowych doświadczeń. Sama technologia się nie zmieni. Zmieni się jednak sposób wykorzystania tych rozwiązań w różnych branżach. To wymaga jednak dużo pracy i zdaniem Baska Iyer’a wiele w tym obszarze będą musiały zrobić startupy.

Firmy poszukują technologicznych partnerów, którzy pomogą im przyspieszyć inwestycje w rozwiązania typu edge. Wiele wskazuje, że na rynku pojawi się więc dużo nowych kompleksowych usług bazujących na tej technologii – prognozuje Wolf. Ich celem będzie obniżenie kosztów oraz konsolidacja infrastruktury, którą obejmie przetwarzania brzegowe. Przede wszystkim jednak firmy potrzebuje rozwiązania, które pozwoli dostarczać innowacyjne usług do firmowych biur rozsianych po kraju w całości w formie oprogramowania – dodaje.

  1. Chmura wraca do fizycznych źródeł

W ostatnich latach firmy inwestowały w rozwój chmur obliczeniowych głównie pod kątem disaster recovery i środowisk do budowania nowych aplikacji. Coraz więcej przedsiębiorstw zmienia to podejście i w następnych latach inwestycje chmurowe pójdą w rozwój środowisk hybrydowych oraz technologii Kubernetes w celu rozwoju bieżących procesów i aplikacji. W wielu przypadkach migracja danych w całości do chmury publicznej nie jest praktycznym rozwiązaniem. Wiele firm będzie więc zadawać sobie pytanie – czemu nie przenieść chmury do miejsca gdzie dane już są, czyli lokalnego centrum danych.

Wiele wskazuje, że dyskusje jaką chmurę wybrać przestaną mieć rację bytu. Dzisiaj najlepszym rozwiązaniem dla biznesu jest multicloud i chmura hybrydowa. To naturalny wybór dla firm, które operują zróżnicowanymi zasobami danych. Mając moc możliwości nie trzeba od razu wszystkich krytycznych biznesowych danych wrzucać do jednej określonej chmury. Można swoje dane posegmentować i wypróbować na nich kilku różnych rozwiązań. VMware od kilku lat prowadził działania realizujące tę wizję. Jest ona nie tylko korzystna dla firmy, która decyduje się na chmurę, ale i dla całego rynku. Niesie bowiem nadzieję, że firmy jeszcze odważniej wejdą do świata chmur obliczeniowych, jeśli zrozumieją, że wcale nie muszą rezygnować z infrastruktury, w którą już wcześniej zainwestowały czas i pieniądze – mówi Stanisław Bochnak, strateg ds. biznesowych w VMware Polska.

  1. Wbudowane, inteligentne cyberbezpieczeństwo

Zagrożenia cybernetyczne stają coraz bardziej dojrzałe, skomplikowane i co gorsza, stale się zmieniają. Przed nami coraz więcej ataków na urządzenia IoT, rozwój technologii deepfake czy wzmacnianie sztuczną inteligencją ataki typu phishing i ransomware. By mierzyć się z tym wyzwaniem, zabezpieczenia muszą być „dynamiczne, a firmowe strategie stać się bardziej proaktywne, niż reaktywne. Nadchodzące lata to czas, gdy organizację zrozumieją, że nastał czas całkowitej zmiany obecnego modelu cyberbezpieczeństwa. Musi ono być na stałe wbudowane w systemy i aplikacje, które biznes wykorzystuje w codziennej działalności.

Znaleźliśmy się w punkcie, w którym polityki bezpieczeństwa, zabezpieczenia sieciowe i zapory typu firewall są integralnym elementem dowolnej aplikacji. Poszczególne mechanizmy działają cały czas. Przestają tylko wtedy, gdy aplikacja zostaje wycofana z użycia – tłumaczy Wolf z VMware. W tym w nowym świecie, gdzie aplikacje, obieg danych i mechanizmy bezpieczeństwa stale ewoluują, eksperci dostrzegają jednak pewne poważne zagrożenie – brak odpowiednio wykwalifikowanych kadr. Jest jednak na to sposób. Nowych mechanizmów nie trzeba wpisywać w strukturę całej firmy. Zacznijmy małymi kroczkami. Stwórzmy aplikację kontenerową, poddajmy ją testom w odpowiednim środowisku wirtualnym i zabezpieczmy odpowiednimi narzędziami. Wewnętrzny zespół IT w oparciu o te podejście może stopniowo uczyć się nowych narzędzi i metod, by dopiero z czasem wdrożyć je w całym przedsiębiorstwie – konkluduje Wolf z VMware.

Koncentracja na przychodach z najmu długoterminowego – rekomenduje Savills Investment Management

  • Savills IM dostrzega perspektywy inwestycyjne w nowoczesnych, doskonale skomunikowanych biurach, sprawdzonych formatach handlowych i nowoczesnych centrach dystrybucyjnych oraz miejskich obiektach logistycznych w wielu europejskich lokalizacjach.
  • Zdaniem Savills IM, oczekiwania dotyczące utrzymania niskich stóp procentowych
    w dłuższym okresie, prawdopodobnie wydłużą cykl inwestycyjny.

W rekomendacji na 2020 rok Savills Investment Management (Savills IM), międzynarodowy menedżer inwestycyjny działający na rynku nieruchomości, sugeruje skoncentrowanie się na przychodach z najmu długoterminowego. Zdaniem Savills IM, bardziej ryzykowne strategie wartości dodanej i oportunistyczne są w większym stopniu zależne od warunków ekonomicznych oraz korzystnych perspektyw zatrudnienia.

Na obecnym, późnym etapie cyklu inwestycyjnego perspektywy dla ogólnoeuropejskich rynków najemców są mniej optymistyczne niż w ostatnich latach. Według prognoz, w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy wzrost gospodarczy będzie się utrzymywać na niskim poziomie. Jest to związane ze spadkiem dynamiki globalnego popytu i utrzymującymi się  zagrożeniami geopolitycznymi. Mimo tych czynników, w raporcie „Outlook 2020”, Savills IM spodziewa się okazji inwestycyjnych w sektorach biurowym, handlowym i logistycznym. Inwestorzy muszą jednak pamiętać o znaczeniu lokalizacji aktywów, zmian strukturalnych na rynkach nieruchomości oraz inwestowaniu w sprawdzone formaty.

Andreas Trumpp, Head of Research, Europe, w Savills IMM, skomentował:

W tym momencie cyklu gospodarczego, szukamy długoterminowych strumieni przychodów. Preferujemy centralne dzielnice biznesowe (CBD), ich obrzeża oraz centralne lokalizacje miejskie, które gwarantują dostęp do dobrze rozwiniętej infrastruktury komunikacyjnej. Rynki charakteryzujące się niedoborem nowoczesnej powierzchni biurowej również stwarzają interesujące okazje inwestycyjne. Obiekty typu multi-let o krótkich okresach najmu, ale usytuowane w centralnych lokalizacjach, oferują możliwości wzrostu czynszów poprzez aktywne zarządzanie.

Naszą uwagę przykuwają również obiekty handlowe, które zaspokajają potrzeby zakupowe
– centra outletowe lub formaty convenience, np. parki handlowe, pod warunkiem, że mają ograniczoną konkurencję i są łatwo dostępne dla dużych skupisk ludności.

Dostęp do głównych sieci komunikacyjnych i pracowników, to z kolei kluczowe elementy
w branży logistycznej. W związku z tym jesteśmy zainteresowani dużymi i nowoczesnymi magazynami dystrybucyjnymi, zlokalizowanymi w pobliżu głównych sieci komunikacyjnych, jak również mniejszymi obiektami miejskimi, usytuowanymi w obrębie lub w pobliżu dużych
i gęsto zaludnionych miast
”.

Do kluczowych tematów poruszonych w raporcie „Outlook 2020” należą:

Rynek biurowy

Z uwagi na niedobór nowoczesnej powierzchni klasy A, w średnim okresie można spodziewać się ograniczonego wzrostu poziomu czynszów, niższego niż miało to miejsce w poprzednich latach. W dłuższym okresie środowisko niskich stóp procentowych przełoży się na wydłużenie okresu spadków stóp kapitalizacji, co wpłynie na wydłużenie całego procesu inwestycyjnego. Dzięki temu atrakcyjna różnica między rentownością inwestycji biurowych a rentownością „wolnych od ryzyka” obligacji skarbowych powinna pomóc
w utrzymaniu wysokiego wolumenu inwestycji w nieruchomości. Wysokiej jakości aktywa o stabilnych najmach mogą stanowić bezpieczną przystań, natomiast regionalne rynki charakteryzujące się niedoborem powierzchni biurowej, wydają się atrakcyjne
z perspektywy cenowej.

Kluczowe kierunki:

  • nowoczesne budynki biurowe w dobrze skomunikowanych dzielnicach Brukseli, Luksemburga, na obrzeżach centralnych dzielnic biznesowych w siedmiu największych miastach Niemiec, a także w Paryżu, Lyonie, Mediolanie, Helsinkach, Oslo, Sztokholmie, Lizbonie, Madrycie, Barcelonie, Londynie, Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście.
  • budynki biurowe o profilu core/core-plus w Kopenhadze, Sztokholmie, Wiedniu
    i Warszawie oraz w siedmiu największych miastach Niemiec (Berlinie, Kolonii, Düsseldorfie, Frankfurcie, Hamburgu, Monachium i Stuttgarcie).

Rynek handlowy

Rozwój technologiczny, wyzwania demograficzne i zmieniające się zachowania konsumentów, wywołują ogromne zmiany w całym europejskim sektorze handlowym. Formaty typu convenience oraz centra handlowe, które oferują konsumentom najciekawsze doznania zakupowe, lepiej poradzą sobie z zawirowaniami spowodowanymi zmianami w nawykach konsumentów. Atrakcyjne stopy zwrotu są nadal dostępne dla inwestorów, którzy wybiorą aktywa zdolne do przetrwania zmian strukturalnych, a nawet skorzystania na nich. Dla tego rodzaju projektów kluczowe znaczenie ma aktywne zarządzanie.

Kluczowe kierunki:

  • najlepsze parki handlowe na obszarach z dobrymi perspektywami długofalowego popytu w Holandii, Francji, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech, Włoszech
    i Szwecji, zwłaszcza te bazujące na branży spożywczej i uwzględniające szeroką ofertę usług.
  • najlepsze aktywa przy głównych ulicach handlowych we Francji, w siedmiu największych miastach Niemiec, Londynie oraz w dużych miastach we Włoszech, a także w Kopenhadze, Aarhus, Sztokholmie, Lizbonie, Madrycie i Barcelonie.

Rynek logistyczny

Czynniki pobudzające popyt wśród najemców są ograniczone ze względu na słabe perspektywy gospodarcze w Europie i rosnące koszty operacyjne. Sektor logistyczny powinien jednak skorzystać na zmianach strukturalnych, takich, jak: wdrażanie nowych technologii, automatyzacja, zmiany w przyzwyczajeniach konsumentów i inicjatywy rozwoju transportu, np. stworzenie Nowego Jedwabnego Szlaku z Chin do Europy. Rosnąca liczba gotowych inwestycji nie sprzyja wzrostowi poziomu czynszów, jednak
w 2020 roku sektor utrzyma dobrą kondycję ze względu na dużą ilość dostępnego kapitału i atrakcyjne stopy zwrotu w porównaniu z innymi sektorami.

Kluczowe kierunki:

  • nowoczesne centra dystrybucyjne wzdłuż głównych korytarzy transportowych
    w pobliżu Wiednia, Paryża, Lyonu, Marsylii, w Irlandii (M50), północnych Włoszech, w okolicach głównych niemieckich klastrów logistycznych, Sjaelland w Danii, Helsinek, szwedzkiego trójkąta logistycznego, węzłów w Polsce (np. Warszawa i Wrocław), wzdłuż głównych korytarzy transportowych oraz w pobliżu głównych portów w Portugalii, Madrycie i Barcelonie.
  • logistyka miejska oraz mniejsze i średnie magazyny w Holandii (Bleiswijk), Wielkiej Brytanii, głównych konurbacjach niemieckich, Kopenhadze, Sztokholmie, Helsinkach, Norwegii oraz selektywne możliwości w Austrii.

Polska

Polska należy do najszybciej rozwijających się gospodarek w całej Europie. Jak wskazują prognozy Oxford Economics, w 2020 roku wzrost PKB wyniesie 3,2%, a krajowe czynniki wzrostu powinny pozostać stabilne. Stwarza to bardzo dobre warunki do inwestowania
w różnych sektorach nieruchomości. Ożywienie warszawskiego rynku biurowego jest napędzane popytem ze strony sektora technologicznego, finansowego i usługowego. Według Savills Research, w 2020 roku czynsze za powierzchnie biurowe powinny nadal wzrastać. Będzie to skorelowane ze spadkiem wskaźnika pustostanów, szczególnie
w centralnych lokalizacjach. Stopy zwrotu z najlepszych inwestycji biurowych będą kształtowały się na poziomie 4,5%, co stanowi atrakcyjną alternatywę względem rozwiniętych rynków Europy Zachodniej.

Z kolei, rozwój rynku powierzchni logistycznych i jego dywersyfikacja geograficzna są napędzane popytem ze strony najemców logistycznych i rozwijającego się sektora
e-commerce. Szybkie tempo wzrostu czynszów w ostatnim czasie wyhamowało. Mimo tego w kolejnych miesiącach należy spodziewać się dalszego wzrostu poziomu stawek efektywnych, m.in. ze względu na rosnące koszty budowy.

Pomimo dużych wydatków konsumenckich dojrzały sektor handlowy w Polsce staje się bardziej spolaryzowany. Według BNPPRE (BNP Paribas Real Estate) najnowocześniejsze centra handlowe cieszą się dużym popytem i wysokim poziomem komercjalizacji, ale starsze aktywa są coraz bardziej narażone na konkurencję ze strony branży e-commerce
i negatywne zmiany w modelach najmu.

Kluczowe kierunki:

  • atrakcyjne aktywa biurowe w Warszawie, które poprzez swoją lokalizację i dogodny dostęp do infrastruktury komunikacyjnej, gwarantują stabilność przychodów. Wyselekcjonowane projekty biurowe na rynkach regionalnych: w Krakowie,
    we Wrocławiu oraz w Trójmieście.
  • nowoczesne centra dystrybucyjne o dużym potencjale wzrostu wartości, zlokalizowane wzdłuż głównych korytarzy komunikacyjnych, wspierających transport intermodalny. Aktywa w pobliżu obszarów miejskich oraz w nowo powstających klastrach logistycznych.

Andreas Trumpp dodał: „Niezależnie od tego, jaką strategię przyjmą inwestorzy, doradzamy im współpracę z podmiotami specjalizującymi się w zarządzaniu aktywami, posiadającymi wiedzę i doświadczenie na rynku lokalnym, podmiotami, które są w stanie wskazać i zapewnić najlepsze możliwości na coraz bardziej wymagających rynkach”.

Vivid Games zrealizował prognozy na 2019 r.

Vivid Games zrealizował prognozy na 2019 r., wynika z opublikowanych dziś wstępnych wyników finansowych. Na poziomie skonsolidowanym bydgoski developer gier wypracował 12,3 mln zł przychodów ze sprzedaży i 0,56 mln zł zysku netto, wobec 11,6 mln zł i 0,24 mln zł prognozowanych. Oznacza to, że w czwartym kwartale Vivid Games zarobił ok. 1 mln zł.

Osiągnęliśmy lepsze wyniki w stosunku do prognoz, zarówno w ujęciu sprzedaży, jak i zysku netto. Miniony rok był dużo lepszy niż poprzedni. W spółce bardzo dużo się dzieje – dywersyfikujemy portfolio, wprowadzamy do sprzedaży nowe gry, rozpoczęliśmy dystrybucję na Nintendo Switch, wprowadziliśmy subskrypcje, a w najbliższym czasie również nowe formaty reklamowe. Działania w tym zakresie będą przekładały się na coraz lepsze wyniki finansowe – zapowiada Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games.

Po trzech kwartałach Vivid Games wypracował 8,1 mln zł przychodów, przy stracie netto na poziomie 0,4 mln zł. Oznacza to, że w IV kwartale sprzedaż wyniosła 4,2 mln zł, a zysk netto ok. 1 mln zł. – Dobre wyniki to efekt m.in. wprowadzenia do sprzedaży nowych gier w tym Zombie Blast Crew, działań marketingowych w zakresie user-acquisition, jak również coraz bardziej wydajnej monetyzacji całego portfolio gier. W 2019 pobranych zostało 25 mln naszych gier, co oznacza blisko 30% wzrost r-d-r. W I kwartale 2020 spodziewamy się 5 premier gier mobilnych i co najmniej 4 gier na Nintendo Switch – kontynuuje Kościelny.

Strategia Vivid Games zakłada m.in. rozwój i dywersyfikację portfela produktów, rozbudowę sieci dystrybucji o nowe kanały i platformy sprzętowe, oraz rozwój nowych linii biznesowych w tym innowacyjnej platformy automatyzacji testów Quasu (www.quasu.io). W 2020 roku na rynek trafi 15 nowych gier mobilnych, i około 10 gier na Nintendo Switch w tym Real Boxing 2, Mayhem Combat oraz Godfire: Rise of Prometheus. Prognozy na 2020 roku zakładają 19 mln zł przychodów ze sprzedaży i 3 mln zł zysku netto.

Euler Hermes: W 2020 roku w aż 4 na 5 krajów wzrośnie liczba niewypłacalnych firm

  • Tendencja wzrostu liczby niewypłacalnych firm utrzymała się w 2019 roku po raz trzeci z rzędu i – według Globalnego Indeksu Niewypłacalności Euler Hermes, obejmującego 44 kraje wytwarzające 87% światowego PKB – wyniosła +9% w ujęciu rocznym
  • Bieżący, 2020 rok będzie czwartym z rzędu, w którym liczba upadających podmiotów wzrośnie ponownie, tym razem o +6% w ujęciu rocznym
  • Największy wkład we wzrost liczby upadłości będzie miała Azja, natomiast w Europie Zachodniej ze wzrostem ich liczby będziemy mieli do czynienia w większości państw. W USA i Kanadzie już w ubiegłym roku rosła liczba niewypłacalności – po raz pierwszy od wielu lat. W 2020 przewidujemy dalszy ich wzrost o odpowiednio +4% i +5% r/r
  • Upadłości dużych firm – osiągających obroty na poziomie przekraczającym 50 mln EUR – utrzymują się na stałym i niepokojąco wysokim poziomie

Wciąż rośnie liczba upadłości firm na całym świecie, co wiąże się ze wzrostem ryzyka w eksporcie: taki wniosek płynie z najnowszego Raportu o niewypłacalnościach firm na świecie [Global Insolvency Report] opracowanego przez Euler Hermes, obejmującego 44 kraje oraz 87% światowego PKB. Liczba niewypłacalnych podmiotów zwiększyła się w 2019 roku o +9%, głównie z powodu przedłużającego się wzrostu w tym zakresie w Chinach (+20%) oraz w pewnym zakresie z powodu odwrócenia dotychczasowych tendencji występujących w Europie Zachodniej (+2%) i Ameryce Północnej (+3%).

Utrzymująca się słabość gospodarki, niepewność polityczna i niepokoje społeczne

Specjaliści Euler Hermes uważają, że ta niepokojąca tendencja wynika z połączenia obniżonej od dłuższego czasu dynamiki gospodarczej, występującej w szczególności w gospodarkach rozwiniętych, w sektorze przemysłowym, a także wciąż widocznych skutków sporów handlowych, niepewności politycznej i napięć społecznych.

Nawet wsparcie wynikające ze stosowanych polityk pieniężnych nie wystarczy w 2020 do zrównoważenia spadku popytu, ostrzejszej konkurencji cenowej oraz wzrostu kosztów produkcji, w tym w szczególności wynagrodzeń.

Wzrost ryzyka eksportowego – praktycznie wszędzie

Przewiduje się, że na skutek powyższego liczba niewypłacalności firm powinna znów wzrosnąć w tym roku na całym świecie o +6%, przy czym największy wkład w jej wzrost będzie miała Azja (+8% w ujęciu rocznym), a w szczególności Chiny (+10%) oraz Indie (+11%). Wzrost gospodarczy w Europie Zachodniej utrzyma się poniżej historycznego progu, który zwykle stabilizuje liczbę niewypłacalności (+1,7%), co doprowadzi do wzrostu ich liczby i ryzyka w większości krajów. Ogółem, cztery na pięć krajów wykażą w 2020 roku wzrost liczby upadłości, a najważniejszymi wyjątkami będą w tym zakresie Brazylia (-3% w ujęciu rocznym) i Francja (0%).

W 2019 roku wzrost niewypłacalności – jego tempo był większe, jednak zwiększenie liczby upadłości nie było aż tak powszechne, dotknęło bowiem „zaledwie” dwa na trzy kraje. Obecnie ryzyko eksportowe wzrasta niemalże wszędzie: brak już „bezpiecznych przystani”.

Polska – problem z rentownością rodzimych firm w sytuacji wolniejszego wzrostu

W Polsce utrzyma się zwiększona liczba upadłości, nieco powyżej poprzedniego ich szczytu z lat 2012-2013. Najistotniejszy jest strukturalny problem niskiej rentowności polskich firm, który zaostrzy się przy słabszym wzroście gospodarczym – mówi Maxime Lemerle, Szef Działu Analiz Sektorów i Niewypłacalności w Euler Hermes.

Poważny efekt domina powodowany przez upadłości dużych firm

Liczba upadłości dużych firm w okresie od 1-3 kwartał 2019 roku była dość stabilna w ujęciu rocznym (upadło 249 dużych firm), jednak większy był ich negatywny efekt ze względu na większe obroty niewypłacalnych podmiotów (o +39,1 mld EUR r/r, do poziomu 145,2 mld EUR), co może powodować poważny efekt domina odczuwalny przez podmioty na wszystkich poziomach łańcucha dostaw. Im wyższe są obroty upadających firm, tym większe są szkody dla poszczególnych dostawców. Gorącym obszarem pod tym względem był sektor budownictwa w Azji, energetyki i handlu detalicznego w Ameryce Północnej, a także handlu detalicznego i usług w Europie Zachodniej.

Prognozy w zakresie niewypłacalności wymagają ogólnie rzecz biorąc ścisłej kontroli sporów handlowych, a także innych rodzajów ryzyka politycznego i związanego z wdrażanymi politykami, ponieważ poziom niepewności gospodarczej utrzyma się na wysokim poziomie w całym 2020 roku. Aby uniknąć rosnących strat potrzebne będzie stosowanie nie tylko większej selektywności, ale także prewencyjnych działań w zakresie zarządzania kredytem w transakcjach handlowych”, mówi Maxime Lemerle, Szef Działu Analiz Sektorów i Niewypłacalności w Euler Hermes.

Ile domów jest sprzedawanych w Warszawie i okolicach?

Aglomeracja warszawska to obszar ważny z punktu widzenia budownictwa jednorodzinnego. Sprawdzamy, jak często kupowane są domy pod Warszawą.

Aglomeracja warszawska na pewno jest jedną z najbardziej perspektywicznych w całym kraju. Potwierdzenie stanowi szybki rozwój stolicy i otaczających ją powiatów. Miarą tego rozwoju może być liczba budowanych oraz sprzedawanych domów jednorodzinnych. Domy pod Warszawą wzbudzają spore zainteresowanie nawet jeśli są nieco bardziej oddalone od stołecznej metropolii. Opublikowane dopiero niedawno przez GUS informacje o sprzedaży domów na terenie Warszawy i okolic, stanowią dobrą okazję do tego, aby sprawdzić wielkość lokalnego rynku. Dane Głównego Urzędu Statystycznego potwierdzają, że domy pod Warszawą (np. w powiecie legionowskim oraz piaseczyńskim) wciąż są atrakcyjne dla kupujących.

GUS bierze pod uwagę tylko zakończone transakcje

Osoby bliżej zainteresowane „mieszkaniówką” mogą wiedzieć, że Główny Urząd Statystyczny co roku publikuje szczegółowe dane na temat obrotu nieruchomościami. Na takie roczne informacje czasem trzeba poczekać nawet 11 miesięcy. „Są one jednak bardzo wartościowe, ponieważ opierają się na faktycznych transakcjach z aktów notarialnych” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Główny Urząd Statystyczny w połowie listopada 2019 r. opublikował informacje o obrocie nieruchomościami za okres styczeń – grudzień 2018 r. Wspomniane statystyki dotyczą m.in. lokali mieszkalnych, działek zabudowanych domami oraz działek budowlanych. Poniższa tabela prezentuje informacje o tym, jak sprzedawały się domy pod Warszawą w 2018 r. Warto zwrócić uwagę, że przygotowane przez nas zestawienie uwzględnia nie tylko stolicę oraz pobliskie powiaty. „Ta tabela prezentuje informacje o wszystkich powiatach oraz miastach na prawach powiatu, w których przez rok (styczeń – grudzień 2018 r.) odnotowano najwięcej transakcji dotyczących działek zabudowanych różnymi domami (nie tylko całorocznymi)” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Warszawę wyprzedziły dwa miasta i okolice Poznania

Przygotowana przez nas tabela przedstawia dwadzieścia najbardziej popularnych lokalizacji, czyli miast na prawach powiatu oraz powiatów. Warto zwrócić uwagę, że na czwartym miejscu uplasowała się Warszawa z wynikiem wynoszącym 1248 domów (nowych i używanych oraz całorocznych i letniskowych). Polską stolicę wyprzedziły dwa inne duże miasta. Mowa o Wrocławiu (3084 sprzedane domy) oraz Katowicach (1936 sprzedanych domów). „Przed Warszawą uplasował się także powiat poznański (1543 domy sprzedane w 2018 r.). Domy pod Warszawą (np. koło Legionowa) były o wiele mniej popularne
– wylicza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Uwagę może zwracać zarówno bardzo duża liczba domów sprzedanych na terenie Wrocławia, jak i niska jednostkowa cena jednego domu (ok. 208 tys. zł). Ten drugi wynik mocno odróżnia się na tle średniej ceny rynkowej domów sprzedawanych w Warszawie (niemal 992 tys. zł). Na podstawie dostępnych danych GUS-u, dość trudno jest wyjaśnić tę dysproporcję cenową. „Wydaje się jednak, że na terenie dolnośląskiej metropolii częściej mogły sprzedawać się stare domy do remontu lub całkowitego wyburzenia, domy letniskowe albo małe budynki pełniące rolę „drugiego domu”. Podobna sytuacja mogła dotyczyć również Katowic” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Dużo domów sprzedało się też pod Legionowem …

W krajowej czołówce pod względem sprzedaży domów z 2018 r. uplasowały się także inne części aglomeracji warszawskiej. Mowa o następujących powiatach:

  • legionowski – 876 sprzedanych domów/średnia cena domu – 315,2 tys. zł
  • piaseczyński – 674 sprzedane domy pod Warszawą/średnia cena domu – 508,2 tys. zł
  • warszawski zachodni – 445 sprzedanych domów/średnia cena domu – 587,8 tys. zł

Poza wyżej wymienionymi powiatami, żaden inny powiat spod Warszawy nie zakwalifikował się do grupy trzydziestu najbardziej popularnych lokalizacji w Polsce. Ta sytuacja wskazuje, że obrót domami na terenie aglomeracji warszawskiej koncentruje się w samej stolicy, na zachód od niej, a także pod Legionowem i Piasecznem. Informacje zaprezentowane w poniższej tabeli sugerują również, że pod względem cenowym najbardziej atrakcyjny jest powiat legionowski. „Warto jednak pamiętać, że ten wniosek obejmuje wszystkie domy pod Warszawą (również takie nie posiadające charakteru całorocznego)” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Domy pod Warszawą NieruchomosciSzybko tab.1

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

W 2050 roku potrzebne będzie o 50 proc. więcej żywności niż obecnie. Jej pozyskanie stanie się możliwe dzięki innowacyjnym technologiom w rolnictwie

Z powodu głodu i niedożywienia co roku na świecie umiera ok. 3,1 mln ludzi. Do 2050 roku będziemy musieli wyprodukować co najmniej 50 proc. więcej żywności niż obecnie, aby wyżywić 10 miliardów ludzi. Ponad połowa zasobów ziemi na świecie jest już jednak wykorzystywana do produkcji jedzenia, a rolnictwo negatywnie wpływa na środowisko. Potrzebne są innowacje, które nie tylko pomogą osiągnąć wymaganą wielkość produkcji, lecz także umożliwią wytwarzanie żywności w sposób zrównoważony. Centrum Badawczo-Rozwojowe w Śmielinie, którego działalność ma ruszyć 16 stycznia, ma pomóc w opracowaniu innowacyjnych rozwiązań dla rolnictwa.

– Rolnictwo w Polsce boryka się z szeregiem problemów. Jednym z nich jest zmieniający się klimat, czyli od kilku lat panująca susza. Kolejną trudnością jest kwestia opłacalności gospodarstw, brak siły roboczej, która szczególnie dotyka większe gospodarstwa. Problemem jest również szereg wycofywanych środków ochrony roślin – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Różniak, właściciel firm Mzuri – Agro i Agro-Land Group, które otworzą Centrum Badawczo-Rozwojowe Agro–Środki–Technika–Technologia.

Już teraz, jak wynika z danych Międzynarodowego Instytutu Badań nad Polityką Żywnościową, na które powołuje się raport „Wpływ klimatu na zdrowie”, niedożywienie i głód dotyka ok. 815 mln ludzi na świecie. Co roku z tego powodu umiera 3,1 mln osób, a problem może narastać. World Resources Institute podaje, że do 2050 roku, żeby wykarmić 10 mld ludzi, trzeba będzie wyprodukować o ok. 50 proc. więcej żywności niż obecnie.

– Oczywiście jest jeszcze pewien potencjał w rolnictwie, niemniej ponad 40 proc. gleb na świecie jest zdegradowanych. Jeżeli nie zaczniemy jako rolnicy i świat nauki zastanawiać się nad tym, co trzeba zmienić, co innowacyjnego wprowadzić, to staniemy przed bardzo wielkim problemem wyżywienia liczniejszej o 3 mld osób ludzkości – ocenia Marek Różniak.

Już ponad połowa ziemi na świecie jest wykorzystywana do produkcji żywności. Zmiany klimatu przyspieszają degradację gleby, brakuje także wody. Potrzebne są więc innowacyjne rozwiązania, które pozwolą wyprodukować wystarczającą ilość żywności w zrównoważony sposób.

– Powinny zostać wprowadzone nie tylko same innowacje, lecz również mechanizmy – czy to finansowe, czy prawne – które pozwolą je wprowadzić i przyspieszą ten proces. Nie należy zapominać, że rolnik jest tradycjonalistą i zmiana myślenia czy podejścia do samej uprawy czy stosowania środków do produkcji to bardzo długotrwały proces – podkreśla Marek Różniak.

To właśnie z potrzeby wprowadzania innowacji na rynek w Śmielinie w województwie kujawsko-pomorskim w połowie stycznia rozpocznie działalność Centrum Badawczo-Rozwojowe. Ośrodek ma pomóc dostosować technologię i metody uprawy roślin do aktualnych warunków klimatycznych i agrarnych. Badania będą skupiały się w trzech obszarach: technologii strip-till, zabiegach nalistnych oraz poprawie żyzności gleby.

System uprawy pasowej w technologii Mzuri Pro-Til pomaga zapewnić optymalne środowisko dla wzrostu roślin i wysokich zbiorów. Maszyna ta umożliwia także spulchnianie i optymalne zagęszczanie wąskich pasów gleby, a także precyzyjną aplikację nasion i nawozów na nich.

– Pierwszą gałęzią centrum będą laboratoria konstruktorskie, które będą zajmowały się maszyną Mzuri Pro-Til, czyli badaniem jej pod względem mechanicznym i przystosowywaniem jej do różnych warunków środowiskowych w Polsce i na świecie – wskazuje właściciel Mzuri – Agro i Agro-Land Group.

Jak tłumaczy Różniak, dzięki technologii będzie można wprowadzić na rynek nowoczesne rozwiązania, które połączą maksymalną wydajność produkcyjną z ekologią.

– Dzisiaj z naszymi maszynami jesteśmy obecni w 27 krajach na czterech kontynentach, w Europie, Azji, Afryce i Australii. Osiągane wyniki, o których mówią nasi klienci i dystrybutorzy, są na tyle obiecujące, że chcemy zbadać to w bardzo szerokim aspekcie – zapowiada Marek Róźniak.

Drugi obszar obejmie prace nad preparatami zmieniającymi właściwości wody do zabiegów agrochemicznych, nawozów dolistnych i biostymulatorów. W ten sposób będzie można zwiększyć wydajność roślin i poprawić jakość plonów.

Trzecią gałęzią centrum będą laboratoria gleby, laboratoria roślinne, m.in. komora fitotronowa, która pozwoli badać rzeczy wymyślone przez konstruktorów i chemików, zarówno w aspekcie laboratoryjnym, jak również w szerokich doświadczeniach polowych. Dzięki temu naukowcy będą mogli wyciągać właściwe wnioski, a opracowane technologie przenosić na grunt typowo biznesowy – tłumaczy Marek Różniak.

Jak zaznacza właściciel Mzuri – Agro i Agro-Land Group, centrum będzie prowadzić badania nie tylko pod konkretną technologię, ale tak, by opracować nowe, skuteczne metody produkcji w rolnictwie.

W Centrum Badawczo-Rozwojowym będzie można zlecić badania. Jeżeli ktoś będzie miał pomysł, jesteśmy otwarci na różnego rodzaju wspólne projekty. Do współpracy zaprosiliśmy praktycznie wszystkie uniwersytety technologiczne i przyrodnicze z całej Polski – mówi Marek Różniak.

Ruszył drugi nabór wniosków w ramach programu Mój Prąd na dofinansowanie przydomowych instalacji fotowoltaicznych. To wydatek najczęściej 20–25 tys. zł i zwraca się po ok. pięciu latach

13 stycznia 2020 r. ruszył kolejny nabór wniosków w ramach programu Mój Prąd. Zakłada on dofinansowanie inwestycji w instalację fotowoltaiczną w kwocie do 5 tys. zł. Pierwszy nabór pokazał, że zainteresowanie jest bardzo duże. – Instalacja dla domu jednorodzinnego to koszt średnio 20–25 tys. zł. Zwrot z tego typu instalacji to pięć lat, natomiast przy dużo większych wydatkach wydłuża się do góra 10 lat – mówi Dawid Cycoń, prezes firmy ML System.

W pierwszym etapie, zgodnie z danymi Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW), wsparto 17,5 tys. instalacji PV na łączną kwotę 90 mln zł (dotacje wypłacone oraz zatwierdzone do wypłaty). Pozwoli to wygenerować 100 GWh energii w ciągu roku. Drugi nabór ruszył 13 stycznia. W jego ramach można uzyskać dofinansowanie na instalacje podłączone do sieci i opłacone nie wcześniej niż 23 lipca 2019 roku.

– Wsparcie ma formę dotacji do 50 proc. kosztów kwalifikowanych mikroinstalacji, ale nie więcej niż 5 tys. zł na jedno przedsięwzięcie. Każdy dostosowuje instalację do potrzeb własnego zużycia prądu i najczęściej są one warte 20–25 tys. zł. To jest średnia wartość instalacji sprzedawanych mieszkańcom domów jednorodzinnych – mówi agencji Newseria Biznes Dawid Cycoń, prezes firmy ML System.

Dofinansowanie mogą otrzymać osoby fizyczne, które zdecydują się na wytwarzanie energii elektrycznej na własne potrzeby z wykorzystaniem mikroinstalacji fotowoltaicznej. Konieczne jest również zawarcie umowy kompleksowej z operatorem, regulującej kwestie związane z wprowadzeniem energii elektrycznej do sieci.

– Instalację można dobrać w taki sposób, aby miesięczny rachunek wynosił zero, czyli żeby była lekka nadprodukcja w skali półrocznej czy rocznej w rozliczeniach z zakładem energetycznym – podkreśla Dawid Cycoń.

Dzięki temu inwestorzy mogą oczekiwać szybkiego zwrotu z takiej inwestycji.

– Zwrot z tych najtańszych instalacji występuje już po pięciu latach, natomiast przy dużo większych wydatkach – są bowiem dostępne dużo większe instalacje, warte np. 60 tys. zł, połączone z zadaszeniami tarasu czy miejsc parkingowych – jest to osiem–dziewięć, góra dziesięć lat – podkreśla prezes ML System.

Do wypłaty z programu Mój Prąd zostało jeszcze ponad 900 mln zł, bo jego łączny budżet opiewa na 1 mld zł. Eksperci liczą, że mocno pobudzi on rynek fotowoltaiki, który w ostatnich latach i tak znacząco przyspieszył.

– Program przewiduje dotacje dla 200 tys. gospodarstw domowych, a to wygeneruje popyt na rynku warty co najmniej 3–4 mld zł, w zależności od tego, jaką przyjmiemy średnią cenę instalacji. Myślę, że to może być nawet 4–5 mld zł – przewiduje Dawid Cycoń. – Rząd zapowiedział już, że po zakończeniu programu Mój Prąd uruchomi następne systemy wsparcia dla energetyki prosumenckiej.

Rządowa inicjatywa ma także przyczynić się do spełnienia międzynarodowych zobowiązań Polski w zakresie rozwoju energetyki odnawialnej, poprawy jakości powietrza na obszarach słabo zurbanizowanych oraz zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego.

– Nie da się zbudować niezależności energetycznej opartej tylko na jednym źródle odnawialnym – ocenia Dawid Cycoń. – Niemcy są krajem dużo bardziej zaawansowanym w tej dziedzinie, który dużo wcześniej inwestował w energię odnawialną, i tam miks energetyczny jest dobrany w taki sposób, aby równoważył pewne niedobory. W zimie, kiedy częściej wieje, elektrownie wiatrowe uzupełniają braki energii fotowoltaicznej z uwagi na krótszy dzień i mniejsze wykorzystanie słońca. Należy budować miks energetyczny tak, aby był on zrównoważony, a około 40 proc. powinna stanowić fotowoltaika.

Jak podkreśla ekspert, dziś w Europie budynki odpowiadają aż za 40 proc. zużycia energii. Szukając oszczędności, powinniśmy dążyć do tego, by w miarę możliwości budynki same dla siebie produkowały tę energię. Moda na ekologię jest tu ważnym czynnikiem, który skłania gospodarstwa domowe
do inwestycji, ale największe znaczenie mają jednak rządowe programy wsparcia oraz wymogi regulacyjne.

– Należy wprowadzić rozwiązania legislacyjne, które wyegzekwują wymagania dotyczące efektywności energetycznej budynków – dodaje prezes ML System. – Obecnie takie wymogi zawiera rozporządzenie ministra budownictwa, ale dotyczą one przede wszystkim izolacyjności termicznej budynków, a nie aktywności energetycznej. Budynek sam powinien stanowić generator energii, pożytkowanej głównie na własne potrzeby.

Firmom opłaca się inwestować w zdrowie pracowników. W 100-osobowym przedsiębiorstwie oszczędności mogą przekraczać 100 tys. zł rocznie

Firmom opłaca się inwestować w zdrowie pracowników. W 100-osobowym przedsiębiorstwie oszczędności mogą przekraczać 100 tys. zł rocznie 3

Prywatna opieka medyczna to najbardziej popularny i pożądany przez pracowników benefit. Zmniejsza także koszty związane z ich absencją i poprawia wizerunek firmy. W przedsiębiorstwie zatrudniającym ok. 100 osób  oszczędności mogą przekroczyć nawet 100 tys. zł rocznie – wynika z analiz Medicover. Część firm idzie o krok dalej i otwiera przyzakładowe centra medyczne, w których pracownicy i ich rodziny mogą we właściwym czasie odbyć wizytę lekarską i rozpocząć leczenie. Największe w Polsce przyzakładowe centrum Medicover zostało właśnie otwarte w Zawierciu przy hucie CMC Poland Sp z o.o.

Opieka zdrowotna, jaką pracodawca zapewnia swoim pracownikom, jest nieoceniona. Pozwala na łatwiejszy dostęp do lekarzy, więc pacjent szybciej otrzymuje pomoc i dzięki temu szybciej zdrowieje – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Bożena Walewska-Zielecka, dyrektor departamentu medycznego i członek zarządu Medicover Sp. z o. o.

Prywatna opieka medyczna to najczęściej oferowany przez pracodawców element pakietu benefitów – pokazuje raport Sedlak & Sedlak „Świadczenia dodatkowe w oczach pracowników 2019”. W ubiegłym roku odsetek zatrudnionych otrzymujących ten benefit wyniósł 70,6 proc. Z kolei 48,5 proc. wskazało dodatkową opiekę medyczną jako najbardziej atrakcyjny i pożądany dodatek do wynagrodzenia.

Takie świadczenie wzmacnia employer branding i poprawia wizerunek firmy, ale z drugiej strony przynosi też wymierne finansowe korzyści. Pozwala zmniejszyć skalę absencji chorobowych i związanych z nimi kosztów, które ponosi przedsiębiorstwo. Z danych ZUS wynika, że tylko w pierwszym kwartale ubiegłego roku Polacy spędzili na zwolnieniach lekarskich łącznie 102,9 mln dni, a lekarze wystawili 9,2 mln zaświadczeń o czasowej niezdolności do pracy, najczęściej dla osób w wieku 30–39 lat, a przeciętna długość takiego zwolnienia przekroczyła 11 dni.

Najczęstszą dolegliwością, z którą zgłaszają się pacjenci, są bóle w układzie ruchu, w tym bóle kręgosłupa, bóle pleców. Kolejnymi najczęściej występującymi chorobami dotykającymi pracowników są: otyłość brzuszna, nadciśnienie tętnicze oraz nieprawidłowe wyniki badań cholesterolu i trójglicerydów we krwi. Są to tzw. choroby cywilizacyjne, które wynikają głównie z nieprawidłowego stylu życia, złej diety i ograniczonej aktywności fizycznej – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Bożena Walewska-Zielecka.

Koszty absencji i prezenteizmu pracowników (spadku produktywności w czasie choroby), jakie ponosi firma, są uzależnione m.in. od rodzaju schorzenia, nasilenia dolegliwości, powikłań, dostępu do diagnostyki i możliwości szybkiego skorzystania z konsultacji lekarskiej.

Części z nich firma może uniknąć. Raport Medicover („Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2013–2017”) pokazuje, że obejmując pracowników dodatkową opieką medyczną, firma może zaoszczędzić ponad 1 tys. zł na jednego zatrudnionego rocznie. Ta kwota została obliczona na podstawie siedmiu najczęstszych przyczyn zwolnień lekarskich wśród polskich pracowników i obejmuje zarówno koszty nieobecności w pracy, jak i obniżonej efektywności związanej z chorobą. Oznacza to, że firma zatrudniająca około 100 osób jest w stanie wygenerować roczne oszczędności przekraczające 100 tys. zł (uwzględniając średnią płacę w sektorze przedsiębiorstw). Inwestycja w dodatkową opiekę medyczną jest więc dla firm opłacalna, stąd rokrocznie coraz więcej z nich decyduje się na objęcie nią swoich pracowników.

Wyzwania zdrowotne to temat, z którym pracodawcy muszą się zmierzyć. Wszyscy nasi pracownicy mają pakiety medyczne już od 2016 roku, natomiast teraz zdecydowaliśmy się rozszerzyć współpracę z Medicover. Otworzyliśmy największą przyzakładową placówkę medyczną, która podniesie jakość opieki dla naszych pracowników i ich rodzin oraz skróci czas oczekiwania na konsultację lekarską – mówi Jerzy Kozicz, prezes zarządu CMC Poland Sp. z o.o.

CMC Poland Sp. z o.o. to drugi pod względem nakładów amerykański inwestor w Polsce i największy pracodawca w regionie zawierciańskim. Zajmuje się recyklingiem, produkcją i przetwórstwem stali. Pod względem wielkości produkcji huta CMC Poland Sp. z o.o. jest drugą największą w kraju. W ciągu ostatnich lat firma zainwestowała w Polsce ponad 2 mld zł i planuje kolejne inwestycje za ponad 300 mln zł. Huta jest też największym lokalnym pracodawcą. Od czterech lat współpracuje z Medicover, zapewniając pracownikom i członkom ich rodzin możliwość korzystania z prywatnej opieki medycznej.

– Do tej pory Medicover nie miał swojej placówki w Zawierciu. Stwierdziliśmy, że dobrze byłoby, aby taka powstała przy naszej hucie i żeby pracownicy i ich rodziny mogli z niej korzystać – mówi Barbara Kaleta, dyrektor personalny i członek zarządu CMC Poland Sp. z o.o. – Zależy nam, żeby pracownicy byli zdrowi, mieli szybki dostęp do specjalistów, możliwość zdiagnozowania, podjęcia leczenia i szybszego powrotu do pracy. Z naszej perspektywy ta placówka nie jest więc kosztem, ale inwestycją.

– W samym Zawierciu pracuje prawie 1,8 tys. pracowników. Doliczając ich rodziny, mamy znaczącą liczbę osób, które będą miały dostęp do nowoczesnej opieki zdrowotnej  dodaje Jerzy Kozicz.

W przyzakładowym centrum medycznym Medicover dostępnych będzie dziewięć gabinetów lekarskich, gabinet zabiegowy, aparatura RTG i USG. Pracownicy będą wykonywać w niej zarówno kompleksowe badania medycyny pracy, jak i korzystać z usług medycznych i konsultacji specjalistów, w tym m.in. internisty, laryngologa, kardiologa, dermatologa, okulisty, urologa i ortopedy.

– Zakres usług medycznych realizowanych w placówkach przyzakładowych każdorazowo dostosowywany jest do indywidualnych potrzeb i możliwości firm. W przyzakładowym centrum medycznym opieka jest blisko pacjenta. Zapewni m.in. szybki i wygodny sposób na zrealizowanie badań medycyny pracy, minimalizację czasu spędzonego poza stanowiskiem pracy, a przede wszystkim wyraźne skrócenie czasu absencji pracowników – mówi prof. Bożena Walewska-Zielecka.

Co istotne, pacjenci mogą skorzystać z porady lekarza stacjonarnie, ale także nadal zdalnie – przez telefon, za pośrednictwem czatu albo wideorozmowy. W Medicover konsultacje telemedyczne stanowią już blisko 40 proc. wszystkich wizyt lekarskich. W 2019 roku udzielono ponad 3 mln porad i usług telemedycznych. Pacjenci otrzymują też elektroniczne zwolnienia i e-recepty, co przekłada się na dodatkową oszczędność czasu i wygodę pacjentów.

Polska szybko i skutecznie wydaje unijne fundusze. W nowej perspektywie potrzebne są zmiany w organizacji konkursów i rozliczaniu projektów

Obecnie z unijnym dofinansowaniem jest realizowanych prawie 58,5 tys. inwestycji o wartości blisko 448 mld zł. Udział funduszy europejskich wynosi ponad 83 proc. Rok 2019 zakończył się z ponad 80-proc. wykorzystaniem puli środków dostępnych w obecnej perspektywie finansowej UE i Polska jest pod tym względem w czołówce państw członkowskich. Wydatkowanie i rozliczanie projektów będzie trwało do 2023 roku, a jednocześnie trwają prace nad nowym rozdaniem. – Jest wiele elementów, które powinniśmy systematycznie poprawiać, szczególnie w organizacji konkursów i rozliczaniu projektów – podkreśla Krzysztof Brysiewicz, wspólnik w kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.

 Mamy kilka lat na zamknięcie rozliczeń z perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2014–2020, natomiast wydatkowanie środków będzie trwało aż do 2023 roku. Do 2020 roku odbywa się kontraktacja, czyli wyłanianie nowych beneficjentów, zawieranie umów, kontraktowanie środków, natomiast po tym okresie powinniśmy zamknąć rozliczenia maksymalnie do 2023 roku – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Brysiewicz, radca prawny, wspólnik w kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.

Z danych Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej na dzień 6 stycznia wynika, że z unijnym dofinansowaniem jest realizowanych 58 426 inwestycji. Ich łączna wartość to 447,6 mld zł, z czego 272,2 mld to fundusze UE.  Złożono w sumie ponad 126 tys. wniosków o dofinansowanie na całkowitą kwotę 725,5 mld zł. Na poziomie krajowym rozliczono już wydatki w wysokości 183,9 mld zł z udziałem środków unijnych na poziomie 124,6 mld zł, co stanowi 38,1 proc. alokacji.

Środki UE wsparły projekty infrastrukturalne i ochronę środowiska, projekty wspierające rozwój cyfrowy oraz edukację czy programy regionalne dla poszczególnych województw.

Przed nami jeszcze kilka lat w obecnej perspektywie finansowej, chociaż w międzyczasie pojawi się nowe rozdanie środków unijnych. To będzie na pewno intensywny czas dla urzędników, przedsiębiorców i wszystkich beneficjentów, ponieważ to ostatnie okazje, żeby ubiegać się o te środki. Teraz natomiast będziemy musieli skupić się na rozliczeniu tych projektów, które już zostały dofinansowane, i utrzymaniu ich trwałości – zapowiada Krzysztof Brysiewicz.

Polska jest jednym z największych beneficjentów środków z Unii Europejskiej. W latach 2004–2018 (do czerwca) na jej konto wpłynęło ponad 163,6 mld euro – ponad 44 mld euro z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, 30,3 mld euro z Funduszu Spójności i 59,9 mld euro z innych funduszy strukturalnych. W tym samym czasie do Brukseli odprowadziliśmy nieco ponad 53,6 mld euro.

– Jesteśmy prymusem pod względem ilości przyjętych środków. Efekty finansowania unijnych projektów widać gołym okiem, np. w liczbie dróg czy taboru. Widać je też w polskich przedsiębiorstwach i samorządach. Jednak jest też wiele elementów, które powinniśmy poprawiać, np. organizację konkursów i rozliczanie projektów – przekonuje ekspert kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.

Wiadomo już, że przyszły unijny budżet nie będzie dla Polski tak korzystny jak te w poprzednich latach. Przede wszystkim dlatego, że coraz szybciej doganiamy Europę. W latach 2004–2018 dystans pomiędzy Polską a UE-28 mierzony w PKB na mieszkańca zmalał o prawie 21 pkt proc., co w znacznej mierze jest zasługą unijnej polityki spójności. Jak podkreśla Krzysztof Brysiewicz, przyszła perspektywa przyniesie nie tylko mniejsze kwoty wsparcia, ale też zmianę sposobu finansowania projektów.

 Większy nacisk zostanie położony m.in. na projekty badawcze, gospodarkę niskoemisyjną, smart cities, a trochę mniejszy strumień pieniędzy będzie skierowany na cele związane z polityką spójności, czyli inwestycje w infrastrukturę przedsiębiorstw czy infrastrukturę transportową – wskazuje radca prawny.

W zaabsorbowaniu nowych środków pomoże fakt, że w Polsce po jesiennych wyborach parlamentarnych wyodrębniono Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej, które zajmuje się koordynacją wydawania pieniędzy z UE.

 Przed nowym ministerstwem stoi wielkie wyzwanie zakończenia negocjacji z Unią Europejską dotyczących nowej perspektywy i przygotowania takich ram prawnych, które pozwolą te środki zaabsorbować w sposób efektywny i nieszkodzący wszystkim uczestnikom tego systemu – mówi Krzysztof Brysiewicz.

Kolejne 12 miesięcy będzie trudne dla firm. Doskwierają im ciągłe zmiany prawa i sytuacja na rynku pracy

Największą bolączką dla firm są ciągłe zmiany regulacyjne i podatkowe – podkreśla Konfederacja Lewiatan. W tym roku wyzwaniem będą m.in.: split payment, nowa matryca VAT, obowiązek wymiany kas fiskalnych czy podatek od sprzedaży detalicznej, który dotknie branżę handlową. W połączeniu ze skokowym wzrostem płacy minimalnej ciągłe zmiany prawa podnoszą koszty funkcjonowania przedsiębiorstw i powodują niepewność, która hamuje inwestycje. Eksperci apelują, by w związku z tym rząd spowolnił proces stanowienia prawa i stworzył nowe regulacje w dialogu z przedsiębiorcami, żeby pomóc im przetrwać kryzys.

W 2020 roku czeka nas spowolnienie. Z jednej strony zejście poniżej 4 proc. wzrostu PKB, a z drugiej – wzrost inflacji do poziomu 3–3,5 proc. Firmy już to przetrawiły, więc trudniejsza jest dla nich nieustająca kumulacja rozwiązań prawnych, podatkowych i regulacyjnych, które powodują, że prowadzenie biznesu wcale nie staje się łatwiejsze – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Od początku tego roku przedsiębiorcy mierzą się z długą listą zmian w prawie podatkowym. Część z nich wiąże się z wprowadzoną w drugiej połowie ub.r. białą listą podatników VAT i obowiązkowym split paymentem. Od 1 stycznia obowiązują sankcje w podatkach dochodowych PIT i CIT za dokonanie płatności (na kwotę powyżej 15 tys. zł) na rachunek bankowy przedsiębiorcy, który nie znajduje się w wykazie podatników VAT, albo kiedy dokonana płatność odbyła się z pominięciem obowiązkowego mechanizmu podzielonej płatności.

Część przedsiębiorców od nowego roku musi też stosować kasy fiskalne online, które zapewniają połączenie z systemami informatycznymi Ministerstwa Finansów (np. świadczący usługi naprawy samochodów, wymiany opon albo prowadzący sprzedaż paliw). W kolejnych miesiącach obowiązek wymiany kas fiskalnych obejmie inne branże (od 1 lipca np. usługi związane w wyżywieniem lub krótkotrwałego zakwaterowania). Natomiast wszyscy przedsiębiorcy od stycznia muszą brać pod uwagę brak możliwości wystawienia faktury do paragonu bez numeru NIP nabywcy – wymaga to zmian w kasach fiskalnych, systemach księgowych i w procesie sprzedaży.

Nawet jeśli rząd wprowadza różne pomysły stymulujące rozwój gospodarki, to nagromadzenie regulacji powoduje sytuacje takie jak „strajk” dużej części kas fiskalnych z początkiem stycznia – mówi Maciej Witucki.

W nadchodzących miesiącach będzie więcej zmian, które wymuszą zmiany w systemach i sposobach rozliczeń. Od 1 kwietnia wchodzi w życie nowa matryca stawek VAT, co zbiegnie się w czasie z nałożeniem na duże przedsiębiorstwa obowiązku przekazywania nowych plików JPK VAT (małych i średnich przedsiębiorców ta zmiana obejmie od 1 lipca). Wiele wskazuje też na to, że w połowie roku branża handlowa zostanie dodatkowo obciążona podatkiem od sprzedaży detalicznej (na razie zawieszonym), który dodatkowo wprowadzi nowe obowiązki związane z ewidencjonowaniem, obliczaniem i zapłatą tej daniny. Branża hotelarska i turystyczna z kolei musi liczyć się z wprowadzeniem podatku minimalnego, który miał przeciwdziałać agresywnej optymalizacji podatkowej stosowanej w branży wynajmu nieruchomości komercyjnych.

Dla dużych firm, które mogą sobie pozwolić na wsparcie w interpretacjach podatkowych i regulacyjnych, głównym tematem jest dziś rynek pracy. Dla średnich barierą jest niepewność systemu regulacyjnego – nowe regulacje, pomysły, podatki i systemy raportowania. W przypadku tych najmniejszych znów wraca kwestia pracowników i pensji minimalnych. Wspólnym mianownikiem dla nich wszystkich jest jednak niestabilność systemu prawno-podatkowego, który może w każdej chwili dorzucić nowe obciążenie – dodaje Maciej Witucki.

Konfederacja Lewiatan ocenia, że w tym roku pracodawcy nadal będą borykać się z coraz większym niedoborem pracowników i niedopasowaniem ich kompetencji do potrzeb firm. Konkurencja o pracowników zaostrzy się zarówno na rynku krajowym, jak i unijnym. Z drugiej strony skokowy wzrost płacy minimalnej mocno wpłynie na rachunek kosztów i rentowność przedsiębiorstw, co może zachwiać zwłaszcza kondycją MŚP.

W tym roku firmy doświadczyły bardzo wyraźnego wzrostu płacy minimalnej, powyżej 15 proc. Wiele osób, które zarabiały więcej, również oczekuje dostosowania swoich płac do nowych warunków. To bardzo istotnie wpływa na rachunek kosztów firm – mówi Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna z Konfederacji Lewiatan. – Spowolnienie gospodarcze co do zasady weryfikuje rachunki kosztów, ponieważ wiąże się z mniejszym popytem, a konkurencja pozostaje taka sama. Firmy, które będą konfrontowały się z tymi wyższymi kosztami, przynajmniej część z nich będą musiały przenieść na klientów w postaci wyższych cen. Niektóre być może będą zamykane.

Wzrost gospodarczy na poziomie 3,1 proc. PKB przy średniorocznej inflacji 3,5 proc. i bezrobociu wynoszącym 5,6–5,7 proc. – to prognozy Konfederacji Lewiatan na 2020 rok. Eksperci szacują, że dynamika konsumpcji prywatnej osiągnie 3,2 proc., natomiast inwestycji – 2,8 proc.

Wiemy, że inwestycje publiczne są silnie związane z cyklem unijnym, a te środki będą wygasały. Inwestycje samorządowe również nie będą w stanie podbić tego wyniku – ocenia Sonia Buchholtz.

Jak podkreśla, barierą dla inwestycji przedsiębiorstw będzie właśnie niepewność otoczenia prawnego i instytucjonalnego.

– Gros firm deklaruje, że taką niepewność odczuwa, więc nie ma powodów, żeby liczyć na odbicie inwestycji przedsiębiorstw – mówi Sonia Buchholtz. – Odrębną kwestią są też ryzyka związane z brexitem. Dla przedsiębiorstw oznacza to zmniejszenie jednolitego rynku. Zmieniają się zasady prowadzenia biznesu z podmiotami w Wielkiej Brytanii, ale i koszty transakcyjne tych przedsięwzięć prawdopodobnie będą większe. Do tego dochodzi ogromna niepewność polityczna, bo nie wiemy, jak ostatecznie brexit będzie wyglądać.

Eksperci Konfederacji Lewiatan podkreślają, że aby pomóc firmom przejść przez spowolnienie gospodarcze, zapewnić większy komfort prowadzenia działalności i pobudzić inwestycje, rząd musi przede wszystkim spowolnić proces stanowienia prawa i tworzyć nowe regulacje w dialogu z przedsiębiorcami.

W Polsce powstają kosmiczne laboratoria bazujące na nanosatelitach. Pozwolą mniejszym ośrodkom naukowym prowadzić badania w kosmosie

Wzrost zainteresowania laboratoriami kosmicznymi opartymi na nanosatelitach to szansa na zaistnienie dla małych ośrodków naukowych i firm technologicznych z krajów, które nie dysponują budżetem potrzebnym do prowadzenia własnych programów kosmicznych. Korzystają na tym m.in. polscy naukowcy oraz inżynierowie, którzy zaangażowali się w prace nad nanosatelitą OPS-Sat w ramach współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną.

– To mały satelita w kategorii nanosatelitów. Jego zadaniem jest przetestowanie kluczowych technologii, które później będą miały zastosowanie dla większych satelitów. Jest to satelita o wadze 3 kg, który będzie miał za zadanie przeprowadzić kilkanaście eksperymentów na różnych modułach elektroniki pod kątem przyszłych misji kosmicznych Europejskiej Agencji Kosmicznej – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacek Kosiec, prezes zarządu Creotech Instruments.

W proces powstawania nanosatelity OPS-Sat zaangażowano trzy polskie firmy oraz ośrodki naukowe: Creotech Instruments, GMV Polska oraz Centrum Badań Kosmicznych PAN. Ich zadaniem było zaprojektowanie modułu łączności bezprzewodowej, który zapewni komunikację nanosatelity z ziemskimi odbiornikami. Nadrzędnym celem wysłania OPS-Sat na orbitę okołoziemską było stworzenie warunków do testowania nowych technologii kosmicznych.

Przedstawiciele Europejskiej Agencji Kosmicznej liczą na to, że dzięki zastosowaniu satelitów CubeSat możliwe będzie przyspieszenie prac nad innowacyjnymi technologiami na potrzeby większych misji. OPS-Sat ma pełnić rolę inkubatora technologicznego i umożliwić przeprowadzenie testów środowiskowych nowych narzędzi na mniejszą skalę niż w przypadku wielkoformatowych laboratoriów kosmicznych.

– Zadaniem tego satelity jest przetestowanie jak największej liczby takich modułów, które są dostępne z półki, a więc nie były specjalnie projektowane dla satelitów, ale np. były wykorzystywane w przemyśle samochodowym. W kosmosie są specjalne wymagania, przede wszystkim związane z radiacją, i sprawdzamy na satelicie OPS-Sat, czy tego rodzaju moduły mogą mieć zastosowanie w kosmosie – wyjaśnia Jacek Kosiec.

Nie jest to jedyny nanosatelita wykorzystywany w roli kosmicznego laboratorium. Polska firma SatRevolution we współpracy z naukowcami z Politechniki Wrocławskiej stworzy nanosatelitę z układem lab-on-chip, który pozwoli przeprowadzić w przestrzeni kosmicznej szereg eksperymentów z zakresu biologii i biomedycyny. Zespół odpowiedzialny za pracę nad tym projektem pomoże zbadać model rozwoju komórek rakowych w warunkach mikrograwitacji jako element prac nad lekami onkologicznymi nowej generacji.

Tego typu firm w Polsce może przybywać.

– OPS-Sat to mały krok dla takich firm jak nasza, ale wielki krok dla ludzkości. Nie sądzę, żebyśmy mieli Elona Muska w Polsce, bo działamy w innych warunkach i nie dysponujemy tak wielkimi zasobami, w szczególności finansowymi. Bazując na projektach, które jesteśmy w stanie zdobyć w Europejskiej Agencji Kosmicznej, możemy się rozwijać, a to daje już bardzo mocne podstawy do tego, żeby przygotować produkty komercyjne. A kosmos się komercjalizuje i w związku z tym rosną szanse dla takich firm jak nasza – przewiduje Jacek Kosiec.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku nanosatelitów w 2019 roku wyniosła 1,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 3,6 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 19,8 proc.