Cisco prezentuje strategię „Internetu Przyszłości” oraz architekturę krzemową

  • Cisco prezentuje szczegóły strategii technologicznej „Internetu Przyszłości” opartej na inwestycjach rozwojowych w krzem, światłowód i oprogramowanie.
  • Cisco Silicon OneTM to pierwsza ujednolicona architektura krzemowa, która może być wykorzystywana w każdym elemencie sieci i w dowolnym rozwiązaniu sieciowym.
  • Cisco 8000 to pierwsza platforma stworzona z wykorzystaniem Silicon One oraz nowym systemem operacyjnym IOS XR7.
  • Cisco 8000 umożliwi obniżenie kosztów budowy i obsługi dużych sieci, aby mogły one obsługiwać cyforwe aplikacje i usługi, takie jak 5G, wideo czy chmurę.
  • Nowe opcje elastycznych modeli biznesowych umożliwią klientom wykorzystanie innowacji w sposób który najlepiej odpowie na potrzeby ich biznesu.
  • AT&T, Century Link, Comcast, Facebook, Microsoft i The Walt Disney Studios dzielą się spostrzeżeniami odnośnie wspólnych innowacji oraz potrzeb Interentu.

Cisco przedstawiło szczegóły strategii technologicznej budowy nowego Internetu, zaprojektowanego tak, aby cyfrowe innowacje mogły pokonać bariery związane z wydajnością, kosztami oraz zużyciem energii obecnej infrastruktury. W ciągu najbliższych dzisięcioleci to podejście zmieni sposób, w jaki działa Internet. Strategia Cisco już teraz umożliwia dostarczenie przełomowej technologii, która toruje drogę deweloperom tworzącym aplikacje i usługi, o których dopiero zaczynali marzyć.

Cisco przedstawiło najnowsze innowacje, w tym: Cisco Silicon OneTM, jedyną na rynku krzemową architekturę sieciową tego rodzaju; nową serię Cisco 8000, najpotężniejsze na świecie routery klasy operatorskiej stworzone z wykorzystaniem nowego krzemu; a także nowe możliwości zakupu, które pozwolą klientom na konsumpcję technologii poprzez zdezagregowany model biznesowy.

„Innowacje wymagają skoncentrowanych inwestycji, odpowiedniego zespołu oraz kultury pracy wspierającej wyobraźnię” – mówi Chuck Robbins, CEO Cisco. „Jesteśmy zdeterminowani, aby przekształcić rynek. Chcemy stworzyć nowy Internet na potrzeby ery sieci 5G. Nasze najnowsze rozwiązania wykorzystujące krzem, światłowód i oprogramowanie reprezentują nieprzerwane innowacje, które pozwalają naszym klientom utrzymać się wśród liderów rynku i tworzyć nowe, przełomowe doświadczenia użytkowników w ciągu najbliższych dekad”.

Tworzenie podstaw Internetu przyszłości

W ciągu najbliższej dekady, cyfrowe doświadczenia będą tworzone za pomocą zaawansowanych technologii – wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, streamingu 16K, sztucznej inteligencji, 5G, obliczeń kwantowych, adaptacyjnych i predykcyjnych rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa, inteligentnego Internetu rzeczy oraz innych, które nie zostały jeszcze wynalezione. Kolejna generacja złożonych aplikacji sprawi, że obecna infrastruktura Internetu będzie niewystarczająca.

Przez ostatnie pięć lat, Cisco realizowało strategię technologiczną, tworząc Internet, którego będzie potrzebował biznes do odniesienia sukcesu w zaawansowanym cyfrowo świecie. Jej celem jest rozwiązanie najtrudniejszych problemów, które pojawią się wraz z postępem cyfrowej transformacji i wykorzystaniem obecnej infrastruktury do granic możliwości. Strategia Cisco pozwoli zbudować infrastrukturę internetową nowej generacji, która łączy nową architekturę krzemową z nową generacją światłowodu. Wpłynie to na aspekt ekonomiczny tworzenia sieci, tak aby odpowiadała na przyszłe zapotrzebowanie, wspierała działanie cyfrowych aplikacji oraz umożliwiała klientom prowadzenie działań biznesowych w łatwiejszy i bardziej ekonomiczny sposób.

Strategia Cisco opiera się na rozwoju i inwestycjach w trzech kluczowych obszarach technologii: krzemie, światłowodach i oprogramowaniu.

„Przekraczanie granic innowacji jest kluczowe dla przyszłości. Wierzymy, że krzem, światłowód oraz oprogramowanie stanowią warstwy technologii, które to umożliwią” – tłumaczy David Goeckeler, wiceprezes i dyrektor generalny działu Networking and Security Business w Cisco. „Strategia technologiczna Cisco nie dotyczy jednej kategorii produktów. Poświęciliśmy kilka ostatnich lat na pracy nad wszystkimi kategoriami niezależnych technologii. Wierzymy, że w przyszłości ulegną one połączeniu i w efekcie umożliwią nam rozwiązanie najtrudniejszych problemów, które ograniczają rozwój cyfrowych innowacji. Strategia ta pozowli zrealizować najbardziej ambitny projekt rozwojowy w historii Cisco”.

Cisco Silicon One – Przełomowa, ujednolicona, programowalna architektura krzemowa

Cisco Silicon One będzie stanowiło fundament rozwoju portfolio routerów Cisco. W niedalekiej przyszłości ich wydajność osiągnie 25 Terabitów (Tbps) na sekundę. Jest to pierwszy na rynku czip sieciowy, który można uniwersalnie adaptować na rynku największych dostawców usług internetowych. Zaprojektowany zarówno z myślą o stałych, jak i modułowych platformach, może jak nigdy wcześniej stawić czoła najwyższym wymaganiom. Pierwszy model Cisco Silicon One ‘Q100’ przekroczył próg 10 Tbps przepustowości sieci nie tracąc na programowalności, buforowaniu, efektywności energetycznej, skalowalności czy elastyczności funkcji.

Zwykle, różne rodzaje krzemu, posiadające różne właściwości, są wykorzystywane w ramach sieci czy nawet poszczególnych urządzeń. Rozwój i testy nowych funkcji mogę być długotrwałe i kosztowne. Ujednolicony i programowalny krzem pozwoli operatorm sieci znacznie ograniczyć koszty operacyjne i poprawić stosunek czasu poświęconego na projekty związane z nowymi usługami do osiąganych efektów.

„Z niecierpliwością oczekujemy wejścia Cisco w obszar technologii rozwiazań szybkiego routingu oraz współpracy nad rozwiązaniami spełniającymi wymogi kolejnej generacji sieci, dotyczace wyższych predkości i większej przepustowości” – mówi Amin Vahdat, Wiceprezes Systems Infrastructure, Google Cloud.

„Facebook jest silnym zwolennikiem dezagregacji sieci i otwartych ekosystemów, inicjując kluczowe inicjatywy branżowe, takie jak Open Compute Project i Telecom Infrastructure Project, aby przekształcić przemysł sieciowy” – powiedział Najam Ahmad, wiceprezes ds. Inżynierii sieci w Facebooku. „Nowa architektura Silicon One firmy Cisco jest zgodna z tą wizją i uważamy, że ten model oferuje operatorom sieci różnorodne i elastyczne opcje dzięki zdezagregowanemu podejściu”.

„Cisco zmienia ekonomikę napędzania rozwoju Internetu, wprowadzając innowacje w ramach sprzętu, oprogramowania, światłowodu i krzemu, aby pomóc klientom lepiej zarządzać kosztami operacyjnymi, co umożliwi im działanie na większą skalę w kolejnej fazie rozwoju Internetu” – powiedział Ray Moto, CEO i główny analityk ACG Research. „Jako, że wkraczamy w rok 2020, czas w jakim jesteśmy w stanie zapewnić efektywność operacyjną będzie miał kluczowe znaczenie”.

Platforma z serii Cisco 8000 zasilana Cisco Silicon One – najlepsza wydajność na rynku

Nowa seria Cisco 8000 to pierwsza platforma stworzona z wykorzystaniem Cisco Silicon One Q100. Została zaprojektowana, aby pomóc dostawcom usług i firmom działającym na skalę internetową ograniczyć koszty budowy i zarządzania sieciami masowymi w erze 5G, AI oraz IoT. Główne funkcje obejmują:

  • Optymalizację pod kątem 400 Gbps i większych szybkości przesyłu danych, poczynając od 10.8 Tbps w ramach pojedynczej jednostki rackowej.
  • Nowy, sieciowy system operacyjny Cisco IOS XR7, opracowany, aby uprościć działanie i obniżyć koszty operacyjne.
  • Zaawansowane rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa, ze zintegrowaną technologią zapewniającą informacje w czasie rzeczywistym, gwarantującą niezawodność infrastruktury krytycznej.
  • Dostawcy usług zyskają większą przepustowość oraz programowalność, aby zapewnić prędkości rzędu Tbps nawet w tych miejscach sieci, gdzie przestrzeń i możliwości zasilania są ograniczone.

Globalne wdrożenia i testy u klientów

Cisco pracuje z grupą pierwszych klientów nad wdrożeniem i testami urządzeń z serii Cisco 8000. STC, lider branży telekomunikacyjnej w regionie Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki jest pierwszym klientem, który wdrożył nową technologię. Trwające globalne testy obejmują Comcast, NTTCom i inne.

Światłowód dla prędkości 400G i wyższych

Tworzenie nowego Internetu, który będzie mógł wspierać przyszłe cyfrowe innowacje będzie uzależnione od ciągłego rozwoju technologii krzemowych i światłowodowych. Cisco, jako jedyna na rynku firma posiada najbardziej zaawansowane zasoby intelektualne w obu tych obszarach.

Jako, że szybkość transmisji wzrasta ze 100G do 400G i wyższych, koszt światłowodu stanowi coraz większą część całkowitego kosztu budowy i zarządzania infrastrukturą internetową. Cisco inwestuje w zasoby wewnętrzne, aby zapewnić klientom dostęp do światłowodu gdy obciążenie routerów i przełączników wciąż wzrasta. Umożliwia to firmom sprostanie najbardziej rygorystycznym standardom niezawodności i jakości.

W ramach programu kwalifikacyjnego, Cisco będzie testowało swój światłowód, tak aby był w pełni zgodny ze standardami rynku i działał w każdych warunkach i w ramach każdego hosta, włączając w to maszyny pochodzące od innych producentów niż Cisco. Ten program sprawi, że klienci mogą wykorzystywać światłówód Cisco w aplikacjach, gdzie zostały wdrożone urządzenia innych producentów, mając pewność, że spełni on wymogi odnośnie jakości i niezawodności, których oczekują od rozwiązań Cisco.

Pondato, w ramach rozwoju krzemu i fotoniki krzemowej funkcje, które były zwykle dostarczane w formie osobnych rozwiązań będzie można niebawem podłączyć do innych urządzeń, których konstrukcja na to pozwala (jako tzw. „pluggable form factors”). Ta zmiana niesie ze sobą potencjalnie znaczące korzyści dla operatorów sieciowych w kontekście prostoty operacyjnej. Cisco inwestuje w technologie z zakresu fotoniki krzemowej, aby wpłynąć na zmiany w architekturze sieci centrów danych oraz sieci dostawców usług, co przełoży się na obniżenie kosztów, ograniczy zapotrzebowanie na przestrzeń oraz zasilanie, a także uprości operacje sieciowe.

Zmiana ekonomiki Internetu dzięki elastycznym modelom biznesowym

Cisco ogłosiło także plany dotyczące oferowania elastycznych modeli konsumpcji obejmujących portfolio Cisco Optics, dezagregację oprogramowania Cisco IOS-XR oraz Cisco Silicon One. Ten nowy model jest łatwy w adaptacji i umożliwia klientom budowę sieci w oparciu o wybrane komponenty, white boxy lub zintegrowany system. To podejście stanowi odpowiedź na zmieniający się charakter operatorów wybierających na potrzeby prowadzonych projektów oddzielne lub połączone elementy technologii. Tworzy to nowe realia finansowe dla branży internetowej, aby zapewnić znaczącą wartość biznesową.

Firmy przyszłości to teraźniejszość

Analiza danych i wykorzystanie najnowszych zdobyczy techniki pozwalają przedsiębiorstwom już dziś zmienić się w firmy gotowe na przyszłość. Rozwój Przemysłu 4.0 wspierają inteligentne rozwiązania i urządzenia Internetu Rzeczy.

Przedsiębiorstwa, niezależnie od wielkości, wykorzystują nowoczesne rozwiązania, aby przyspieszyć cyfrową transformację procesów biznesowych. Chcą lepiej zarządzać dostępnymi zasobami, przestrzenią i talentami pracowników. Integrują inteligentne maszyny i systemy, personalizują swoje produkty oraz wprowadzają nowe sposoby pracy. Te wszystkie działania określane są jako Przemysł 4.0, będący nową koncepcją na rewolucję w branży produkcyjnej.

Według raportu PWC[1], jednym z kluczowych wyzwań w transformacji do Przemysłu 4.0 jest zmiana mentalności. Pracownikom dotychczas podejmującym kluczowe decyzje i odpowiadającym za koordynowanie procesu produkcji są przydzielane nowe obowiązki. Zmuszani są do wykształcenia nowych zdolności w zakresie zaprogramowania procesu, zdefiniowania procedur i przekazania całości inicjatywy maszynom, sami zaś pozostają w roli nadzorców całego procesu. Ale takie zmiany wiążą się z trudnościami, wynikającymi z olbrzymich różnic pokoleniowych osób w niej uczestniczących. Zarządy firm muszą znajdować liderów, którzy tę zmianę przeprowadzą i zainspirują przedsiębiorstwo do dalszego rozwoju w nowych obszarach. To wszystko dzieje się w myśl tezy, że zachodzące zmiany, to przede wszystkim ewolucja.

Nowoczesne urządzenia na linii produkcyjnej

Nową generację przemysłu napędza robotyzacja i automatyzacja produkcji, ale również połączone urządzenia Internetu Rzeczy. Rozwiązania te umożliwiają monitorowanie czasu pracy maszyn, dzięki czemu można lepiej zoptymalizować procesy produkcyjne. Przykładem mogą być tutaj stworzone przez Konica Minolta okulary rozszerzonej rzeczywistości AIRe Lens. Pozwalają one na połączenie świata fizycznego z cyfrowym i nakładanie wirtualnych oraz interaktywnych obiektów na realne otoczenie. Urządzenie zostało zaprojektowane dla środowisk produkcyjnych lub konserwacyjnych, gdzie złożone zadania wymagają zaangażowania obu rąk pracownika. Aplikacja zapewnia zdalną pomoc oraz wskazówki i krok po kroku pozwala wykonywać robotnikom określone zadania. Rozwiązanie testowano już w fabrykach ciągników John Deere, a także w firmach Siemens czy Honeywell. Teraz Konica Minolta współpracuje również z Deutsche Telekom, by zaadoptować do nich technologię transmisji w sieciach komórkowych 5G.

Piotr Bettin menadżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo Konica Minolta
Piotr Bettin menadżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo Konica Minolta

– Dzisiejsze inteligentne systemy monitoringu wideo w celu wydobycia dodatkowych informacji łączą dane z czujników wizualnych, termicznych i dźwiękowych. Rozróżniana jest wielkość obiektów i uwzględniana perspektywa. Możliwe jest tworzenie tzw. map cieplnych pomieszczeń o największym zagęszczeniu ruchu. Dzięki temu można zapobiegać wypadkom w procesach produkcyjnych. Urządzenia te są w stanie wykryć np. wzrost temperatury w maszynie na linii produkcyjnej, a w przypadku jej przegrzania się uruchomiony zostanie alarm. Zaawansowany system monitoringu wideo może zliczać nie tylko ludzi, ale też zdefiniowane wcześniej obiekty. To pozwala wykorzystać go w logistyce i dystrybucji. Najważniejsze, z punktu widzenia przedsiębiorstwa, jest to, że w jednym miejscu kamera pełnić może kilka funkcji jednocześnie, np. wykrywać niedozwolone ruchy i czuwać nad procesem produkcji – mówi Piotr Bettin, menedżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo w Konica Minolta.

Liderzy wyścigu będą mieli łatwiej

Choć inwestycje w transformację cyfrową przedsiębiorstwa są kosztowne, to przedstawiciele firm z całego świata są przekonani, że efekty istotnie przewyższą poniesione koszty, a okres zwrotu z inwestycji będzie dość krótki.[2] To jeden z argumentów, dla których prognozuje się, że rynek przemysłowego Internetu Rzeczy (IIoT) na świecie wzrośnie do 2025 roku o 38,1 miliardów USD, przy średnim rocznym wzroście wynoszącym 7,1%.[3] Firmy, które nie wdrożą zmian, narażone będą na pozostanie w tyle za liderami. Nadgonienie najbardziej zaawansowanych technologicznie i organizacyjnie graczy będzie wymagało wówczas kosztownej i zdecydowanej restrukturyzacji.

[1] Raport “Przemysł 4.0 czyli wyzwania współczesnej produkcji” https://www.pwc.pl/pl/pdf/przemysl-4-0-raport.pdf

[2] Raport “Przemysł 4.0 czyli wyzwania współczesnej produkcji” https://www.pwc.pl/pl/pdf/przemysl-4-0-raport.pdf

[3] https://www.prnewswire.com/news-releases/global-industrial-internet-of-things-iiot-market-report-2019-market-is-projected-to-grow-by-us38-1-billion-300909765.html

 

Jak sprawdzić historię pojazdu? 5 najlepszych dekoderów VIN

O tym, jak ważne jest sprawdzenie VIN przed zakupem auta nie trzeba już nikomu przypominać. Problemem może jednak okazać się wybór dekodera. By ułatwić wam zadanie, przygotowaliśmy listę pięciu aplikacji, które na tle konkurencji najbardziej wyróżniają się różnorodnością i wiarygodnością dostarczanych informacji.

carVertical

To chyba dekoder, którego baza została zbudowana z użyciem technologii blockchain. Dzięki temu informacje są odporne na próby fałszerstw, a klienci mogą być pewni co do ich wiarygodności. Wrażenie robi też zawartość raportu, w którym poza standardowymi informacjami o przeszłości auta, znajdziemy też między innymi listę kompletnego wyposażenia fabrycznego dla danej wersji, opis najczęstszych usterek modelu i przybliżoną wycenę auta. Z przykładowym raportem możemy zapoznać się na stronie www.carvertical.com/pl/.

Carfax

Świetne źródło wiedzy na temat przeszłości samochodów pochodzących z Ameryki Północnej. Firma stworzyła swoją zawierającą ponad 14 miliardów rekordów bazę we współpracy z towarzystwami ubezpieczeniowymi, dealerami, warsztatami samochodowymi oraz organami ścigania, a doświadczenie zdobywane przez 30 lat gwarantuje wiarygodność zawartych w raporcie danych. Nic więc dziwnego, że w rankingu bestvindecoder.com aplikacja uplasowała się na drugim miejscu. Niestety, baza Carfax obejmuje jedynie część europejskich krajów, co oznacza, że w przypadku aut niesprowadzanych zza oceanu narzędzie może się nie sprawdzić.

autoDNA

To jeden z najważniejszych graczy na polskim i europejskim rynku dekoderów VIN. autoDNA oferuje kompleksowe sprawdzenie historii auta pochodzącego zarówno ze Starego Kontynentu, jak i Stanów Zjednoczonych oraz Kanady. W bazie wyszukiwarki znajdują się informacje dotyczące pół miliarda samochodów rejestrowanych po obu stronach Atlantyku. Wadą serwisu jest jednak specyficzny sposób przedstawiania danych, polegający na dzieleniu ich na kilka oddzielnych raportów. Jak nietrudno się domyślić, z każdy z nich klient musi osobno zapłacić.

VinAudit.com

To kolejna opcja dla klientów sprowadzających samochód z USA lub Kanady. Aplikacja umożliwia autoryzowany dostęp do National Motor Vehicle Title Information System, w którym znajdują się informacje na temat zdecydowanej większości zarejestrowanych w Stanach samochodów. Firma oferuje wygenerowanie pojedynczego raportu, ale też przygotował opcję specjalnie dla klientów biznesowych, dzięki której można zamawiać wiele raportów w ramach opłacanego co miesiąc abonamentu.

EpicVIN

Stosunkowo tani dekoder VIN, dzięki któremu uzyskamy dostęp do najważniejszych informacji dotyczących historii danego auta, takich jak rocznik, typ silnika, wyposażenie, historia serwisowania oraz obecność w bazach pojazdów kradzionych. EpicVIN również korzysta z National Motor Vehicle Title Information System, co czyni go wiarygodnym narzędziem w sprawdzeniu samochodu ze Stanów Zjednoczonych, jednak nie posiada bazy aut sprowadzanych z europejskich krajów, co mocno ogranicza jego użyteczność dla polskich klientów.

Pracownicy mobilni – trendy na 2020 r.

W branży transportu i logistyki rośnie znaczenie nowoczesnych technik. Przedsiębiorstwa chcą dzięki nim sprostać rosnącej konkurencji. Rozwój sprawi, że zmieni się również podejście do pracowników w 2020 roku i kolejnych.

W najbliższych latach czeka nas ekspansja technik takich jak 5G oraz Internet Rzeczy, które będą miały znaczący wpływ na branżę transportu i logistyki. Rozwój elektrycznych i autonomicznych pojazdów zmieni gruntownie sposób zarządzania flotami pojazdów w firmach. Rosnąca liczba samochodów elektrycznych i autonomicznych będzie prowadziła do sytuacji, w której takie kwestie jak zużycie paliwa czy podnoszenie bezpieczeństwa jazdy staną się dla zarządzających flotą drugorzędne.

Dużo ważniejsze będą tematy dotyczące bezpośrednio mobilnych pracowników – np. tego, ile czasu zajmuje im dojechanie do celu czy wykonanie zlecenia. Zamiast monitorować flotę, zarządcy będą więc monitorowali pracę zespołu i zwiększali jego efektywność. Już obecnie gromadzenie i analiza danych powoli stają się kluczowe. Dzięki nim firmy zyskują szerszy wgląd w informacje o funkcjonowaniu swoich pojazdów. Mogą precyzyjniej mierzyć wydajność i koszty oraz podejmować bardziej świadome decyzje biznesowe.

– Przetwarzanie większej ilości danych ułatwia ludziom zrozumienie sytuacji w przedsiębiorstwie. Informacje i systemy monitorowania flot, bazujące na GPS można potem wykorzystać do automatyzacji pewnych zadań. Takie trendy się nasilą, ponieważ branża już wykorzystuje możliwość gromadzenia bardziej szczegółowych danych i stara się łączyć informacje z różnych źródeł takich jak pojazd, urządzenia mobilne i inne czujniki z dostępem do Internetu. Kluczowe zmiany czekają nas w zakresie sposobu interakcji między pracownikami w terenie a menadżerami flot – uważa Sebastian Bazylak ekspert z firmy Verizon Connect.

Do tej pory mobilni pracownicy często musieli ręcznie wprowadzać dane i potwierdzać status wykonywanych zadań. W przyszłości ta forma będzie zastępowana przez narzędzia automatyzujące oraz asystentów głosowych. Zamiast angażować pracownika, by ręcznie wprowadzał zmianę statusu i potwierdzenie dostawy na jakimkolwiek terminalu, system elektroniczny automatycznie będzie dostarczać takie informacje. Powiadomi zwierzchników o terminowości, a jeśli pojawią się jakieś opóźnienia, to zadba, aby nie ucierpiał łańcuch dostaw. Kolejne zadanie wyznaczy innemu pracownikowi w terenie lub poinformuje odbiorcę o opóźnieniu. W coraz większym stopniu mobilni pracownicy polegać będą również na bezdotykowej obsłudze urządzeń. Już teraz popularność głosowych asystentów w smartfonach wpłynęła na znaczny rozwój techniki. Należy liczyć się z tym, że coraz więcej tego typu rozwiązań pojawi się w zastosowaniach profesjonalnych.

Technika wpływa też na poprawę niezawodności. Już teraz popularność zdobywają urządzenia domowe umożliwiające zdalną diagnostykę w wypadku wystąpienia nieprawidłowości lub awarii. Rozwój czujników wizualnych może być z powodzeniem wykorzystany do diagnostyki pojazdów w trasie. Obecnie można wykryć i przewidzieć sytuacje, w których samochód będzie wymagał interwencji i naprawy u mechanika lub rutynowego przeglądu. W przyszłości konsultacja wideo z biurem, gdy kierowca wykryje jakąś niespodziewaną usterkę, uchroni przed wyłączeniem pojazdu z eksploatacji na wiele dni. Warto też zauważyć, że to wszystko ma miejsce już teraz, choć nie tak dawno koncepcja strumieniowego przesyłania obrazu wysokiej rozdzielczości wydawała się bardzo odległa.

Postępować będzie również integracja flot z innymi systemami – nie tylko telematyką, kartami paliwowymi czy pracą dyspozytorów – ale też firmowymi programami do mobilnego zarządzania personelem czy oprogramowaniem do kompleksowego zarządzania przedsiębiorstwem (ERP). Zarządzanie flotą będzie coraz bardziej dopasowywało się do całego przedsiębiorstwa. Poprawi to codzienne operacje i pozwoli na długoterminowe zwiększanie wyników finansowych.

Stan rozwoju elektromobilności w Polsce AD 2019

Elektromobilność jako zjawisko, z miesiąca na miesiąc zyskuje na znaczeniu. Staje się coraz bardziej popularna w wielu krajach, wkracza coraz mocniej do świadomości konsumentów i zaznacza swoją obecność w kolejnych obszarach biznesu. Polska nie należy jednak obecnie do państw mogących pochwalić się prognozowaną w ostatnich latach dynamiką rozwoju e-mobilności. Przyczyn takiej sytuacji jest wiele i dotyczą one różnych aspektów, na elementarnym wręcz poziomie. Trudno spodziewać się, że sytuacja ta ulegnie radykalnej zmianie już w najbliższym czasie. Liczby nie pozostawiają bowiem złudzeń. Jak wynika z raportu „Elektromobilność w Polsce 2019”, przygotowanego na podstawie danych pochodzących z badania, przeprowadzonego przez firmę szkoleniową Nowe Motywacje, pod patronatem Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych PSPA oraz Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR, brak jest przede wszystkim wielu podstawowych elementów przekonujących do nabywania i użytkowania samochód elektrycznych oraz wiedzy i odpowiedniego przeszkolenia na poziomie salonów sprzedaży, a także autoryzowanych stacji obsługi. Z jakimi wyzwaniami trzeba będzie się zmierzyć i co powinni zrobić beneficjenci trendu elektromobilności – szczególnie chcący sprzedawać i serwisować samochody elektryczne w Polsce, by trend e-mobilności zaczął rozwijać się dynamicznie?

Polska rzeczywistość elektromobilna

Jak wynika z danych SAMAR, pod koniec września 2019, z niemal 21 milionów samochodów o dopuszczalnej masie całkowitej do 3,5 tony, poruszających się po polskich drogach, pojazdy całkowicie elektryczne stanowiły zaledwie 0,02%, czyli ich liczba wynosiła niespełna 4400 sztuk.

Przyczyn, tak małej liczby samochodów elektrycznych w Polsce, jest jednak bardzo dużo. Należą do nich niewątpliwie:

  • ograniczona jeszcze oferta i dostępność pojazdów elektrycznych z różnych segmentów;
  • wysokie ceny zakupu i nieobowiązujące jeszcze, bo niedawno uchwalonego, rozporządzenie dotyczące dofinansowania[1];
  • brak wystarczającej publicznej infrastruktury niezbędnej do szybkiego ładowania na terenie całego kraju – aktualnie dostępnych jest około 900 stacji ładowania[2];
  • brak ogólnokrajowego katalogu zachęt i ograniczone zachęty lokalne;
  • zbyt wolno rosnąca świadomość użytkowników i nabywców, związana z korzyściami płynącymi z użytkowania pojazdów elektrycznych, zarówno dla nich, jak i dla środowiska naturalnego;
  • ograniczony poziom wiedzy doradców handlowych oraz serwisowych, którzy odpowiadać mają za sprzedaż i obsługę aut elektrycznych.
Na rynku polskim notujemy stale rosnącą liczbę rejestrowanych samochodów elektrycznych. Niestety, w stosunku do obecnego parku, liczba ta jest wciąż niewielka. Główną przeszkodą jest nie tylko ograniczona infrastruktura, ale przede wszystkim cena takich pojazdów i brak wsparcia finansowego na odpowiednim poziomie, które na innych rynkach odgrywa istotną rolę. Sytuacja będzie się jednak zmieniać. Polska podda się ogólnym trendom. Zmiany wymuszą nie tylko przepisy tworzone na poziomie europejskim, ale także zmiana struktury oferty producentów oraz zapowiedziana już poprawa w zakresie dostępnej infrastruktury ładowania. W życie wejdą również przepisy umożliwiające wsparcie finansowe dla osób kupujących samochody elektryczne. I chociaż zapowiedziane dopłaty nie obejmą wszystkich zainteresowanych podmiotów oraz wszystkich pojazdów, to jednak ich pozytywny wpływ będzie widoczny.

Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR

Salony i serwisy „bez energii” i wiedzy niezbędnej do sprzedaży oraz napraw elektryków

Warto przyjrzeć się bliżej niezwykle istotnemu obszarowi, ograniczającemu rozwój elektromobilności w Polsce, jakim jest dostęp do rzetelnych informacji oraz wsparcia ze strony kompetentnych doradców sprzedających, serwisujących i naprawiających samochody elektryczne. Jak wynika z danych uzyskanych podczas badania przeprowadzonego przez firmę szkoleniową Nowe Motywacje, potencjalni nabywcy tego typu pojazdów nie mogą liczyć na uzyskanie interesujących ich informacji od większości doradców handlowych, zatrudnionych w salonach sprzedaży oraz serwisach, którzy to powinni być jednymi z najlepiej obecnie „doinformowanych”. Rzeczywistość nie pozostawia jednak złudzeń i po zebraniu oraz przeanalizowaniu informacji, pozyskanych podczas wizyt w 54 wybranych salonach sprzedaży oraz 53 serwisach można stwierdzić, że Polska, również w tym obszarze, nie jest jeszcze gotowa na elektromobilność.

Z informacji zawartych w raporcie „Elektromobilność w Polsce 2019”, przygotowanym na podstawie danych pochodzących z tego badania wynika, że przeciętny Polak planujący nabycie samochodu elektrycznego i udający się do salonu sprzedaży, musi być przygotowany na to, że:

  • większość salonów sprzedaży wprowadzi do swojej oferty modele elektryczne dopiero na początku lub w trakcie 2020 roku, zatem nie da się ich jeszcze obejrzeć w salonie;
  • same salony nie są jeszcze przygotowane na wystawianie samochodów elektrycznych i nie posiadają odpowiedniej infrastruktury np. miejsca na zainstalowanie stacji ładowania;
  • zatrudnieni doradcy mają bardzo zróżnicowany poziom wiedzy oraz umiejętności jej przekazywania, jak również osobistego przekonania co do zalet pojazdów elektrycznych, dlatego nie zawsze są rzetelnym głosem wspomagającym w podjęciu odpowiedniej decyzji;
  • większość doradców jeszcze nie uczestniczyła w programach rozwojowych podnoszących ich wiedzę w obszarze elektromobilności i umiejętności sprzedaży samochodów elektrycznych;
  • bardzo często w salonach i serwisach brak jest katalogów, ulotek, banerów czy reklam dotyczących aut elektrycznych;
  • w przypadku braku aktualnej dostępności pojazdów elektrycznych zaproponowane mogą zostać modele hybrydowe.

Dostępne informacje i liczby uświadamiają nam, że potencjalni nabywcy oraz użytkownicy samochodów napędzanych energią elektryczną w Polsce muszą być prawdziwymi miłośnikami, lubiącymi samodzielnie zdobywać niezbędne informacje, mającymi całkiem zasobne portfele oraz czas, cierpliwość i zmysł sprawnego planowania, a także wewnętrzny „power”, by móc czerpać korzyści z użytkowania pojazdu na baterie. Dzieje się tak niestety z powodu szeregu przeszkód i ograniczeń stojących na drodze do rozwoju elektromobilności w Polsce. Liczby, obrazujące poszczególne zjawiska nie tylko nie napawają optymizmem, ale też nie pozwalają sądzić, że sytuacja zmieni się niebawem diametralnie. Ciężko jest dyskutować z obecną rzeczywistością, choć jak pokazują ostatnie dekady dynamicznego rozwoju technologii, ważne dla gospodarki oraz konsumentów trendy, potrafią nagle nabierać niewyobrażalnego wręcz tempa i w bardzo krótkim czasie zdominować rynek. I na taki scenariusz, dotyczący e-mobilności trzeba być przygotowanym odpowiednio wcześnie – mówi Andrzej Trutkowski, Dyrektor Merytoryczny ds. Jakości, Senior Trener i Konsultant w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Biorąc pod uwagę fakt, że to właśnie doradcy klienta są odpowiedzialni za skuteczną sprzedaż i to od nich, posiadanej przez nich wiedzy i umiejętności odpowiadania na pytania oraz potrzeby klientów, zależy to czy faktycznie dojdzie do zakupu, czy nabywca rozmyśli się z jakiegoś powodu, niewystarczające ich przygotowanie merytoryczne ma i będzie mieć ogromy wpływ na decyzje zakupowe nabywców. Mówimy bowiem o sprzedaży samochodów, które nie są jeszcze powszechnie znane, posiadają odmienne cechy związane z użytkowaniem i zupełnie inne właściwości jezdne, niż samochody napędzane silnikami spalinowymi.

Salonowa rzeczywistość e-mobilna – liczby mówią same za siebie

W salonach wybranych marek, oferujących samochody elektryczne, które w październiku bieżącego roku odwiedzili „Tajemniczy Klienci” wynika, że zaledwie niespełna 41% doradców posiada wiedzę na temat kryteriów przemawiających za zakupem auta elektrycznego na podstawie przedstawionych im potrzeb nabywcy, a niemal 39% może podzielić się informacjami, dotyczącymi zachęt finansowych dla nabywców elektryków. Tylko trochę ponad 31% sprzedawców może pochwalić się wiedzą na temat regionalnej infrastruktury niezbędnej do ładowania baterii, a ponad 46% zna przywileje, jakie przysługują obecnie posiadaczom i użytkownikom elektryków. Niemal 52% może podzielić się z potencjalnymi klientami informacjami dotyczącymi ekonomicznych aspektów użytkowania samochodów elektrycznych, a ponad 57% byłoby w stanie doradzić nabywcy jak miałby się zachować w przypadku rozładowania baterii lub awarii. Ponad 55% doradców znało ofertę elektryków danej marki/dealera, jednak większość z nich nie mogła zaprezentować konkretnych modeli, ponieważ albo nie są one jeszcze dostępne, albo nie znajdują się w salonie. Zaledwie niespełna 27% wie, jak sprzedawać samochody elektryczne, a niemal 56% jest osobiście przekonana do oferty aut elektrycznych sprzedawanej marki oraz płynących z tego korzyści.

Polacy w coraz większym stopniu są gotowi na elektromobilność, ale czy to samo można powiedzieć o pracownikach salonów samochodowych, mających często bezpośredni kontakt z klientem? To właśnie od doradców handlowych zależy w znacznym stopniu podjęcie decyzji konsumenta o wyborze konkretnego środka transportu. Ma to szczególne znaczenie w przypadku modeli zeroemisyjnych, które dla wielu kierowców stanowią zupełną nowość. Pracownicy polskich salonów oraz serwisów mają zatem wpływ na popularyzację elektromobilności, przekonując obecnych i potencjalnych klientów do zalet zrównoważonego transportu. W tym kontekście, niezwykle ważne jest badanie poziomu ich wiedzy i przeprowadzanie cyklicznych szkoleń w tym zakresie – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

W ASO również nie najlepiej

Według uzyskanych, podczas badania zrealizowanego przez Nowe Motywacje, informacji okazało się, że zaledwie 30% serwisów miało dotychczas okazję dokonywać napraw samochodów elektrycznych, zaś ponad 57% zatrudnionych w nich doradców nie jest nawet przekonana do elektryków, które serwisują. Niewiele ponad 35% doradców serwisowych, z przebadanych 53 autoryzowanych serwisów obsługi, posiada wiedzę na temat zasad dotyczących wykonywania przeglądów i serwisowania aut elektrycznych, zaś niespełna 28% może powiedzieć wiele na temat technicznych aspektów ich użytkowania i awaryjności. Znacznie lepiej jest jednak w przypadku posiadania informacji dotyczących ekonomicznych aspektów serwisowania pojazdów napędzanych energią. Zna je niemal 63% doradców. Niestety dla ponad 57% temat gwarancji, dotyczącej baterii w autach elektrycznych, nadal jest tajemnicą, a zagadnienia związane z ich żywotnością są nieznane ponad 61% doradców. Ich większość, bo aż niemal 54% może podzielić się natomiast wiedzą dotyczącą zasad prawidłowej eksploatacji elektryków. Niemal 41% posiada informacje na temat ładowania baterii, a ponad 57% na temat sposobów, w jakie można to robić. Ponad 42% może udzielić informacji na temat zużycia energii przez elektryki w różnych porach roku, a 48% wytłumaczy również co należy zrobić w przypadku awarii lub rozładowania. Ponad 57% nie wiedziałoby natomiast jak wyglądają kwestie bezpieczeństwa w przypadku użytkowania pojazdów elektrycznych. 48% nie posiada również wiedzy na temat sieci punktów naprawy elektryków danej marki.

Powyższe dane, choć pochodzą zarówno z serwisów i salonów posiadających już w swojej ofercie samochody elektryczne i tych, które dopiero będą je oferować nie są pozytywne i pokazują ogromne uchybienia merytoryczne oraz kompetencyjne. Braki w obszarze rzetelnej i kompleksowej wiedzy, w liczbie przeszkolonych już doradców, a nawet dostępnej oferty powodują, że patrząc na rzeczywistość ciężko jest obecnie odnosić się do prognoz i oczekiwań względem rozwoju elektromobilności w Polsce. Rozwój ten bowiem niesie ze sobą nowe ryzyka, ale i szanse, z których już teraz zdają sobie sprawę np. koncerny samochodowe. Rozumieją one, że tylko odpowiednio wczesne działania mogą doprowadzić je do sukcesu na tym, dopiero „klarującym” się rynku i inwestycja w rozwój technologii oraz kadr będzie mieć w tym obszarze kluczowe znaczenie. Konieczności rozwoju i edukacji zarówno klientów, jak i samych doradców nie dostrzegają jednak dystrybutorzy i sprzedawcy samochodów elektrycznych, którzy w oczekiwaniu na eksplozję trendu, odkładają na później uzupełnianie kluczowych kompetencji pracowników, którzy w największym stopniu mają przysłużyć się jego rozwojowi poprzez skuteczną sprzedaż i przekonywanie klientów do korzyści płynących z posiadania i użytkowania aut napędzanych bateriami dodaje Andrzej Trutkowski, z firmy szkoleniowej Nowe Motywacje.

Treść pełnego raportu „Elektromobilność w Polsce 2019” dostępna jest na stronie: https://nowemotywacje.pl/elektromobilnosc-w-polsce/

Informacje o badaniu:

Badanie zostało zrealizowane przez 15 ankieterów/badaczy, podczas wizyt w 54 salonach dealerskich lub salonach sprzedaży i 53 autoryzowanych serwisach 8 marek (Citroën, Hyundai, Kia, Opel, Peugeot, Renault, Škoda, VW), zlokalizowanych w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Swarzędzu, Gnieźnie, Szczecinie i Zielonej Górze, które deklarują dostępność samochodów elektrycznych w swojej ofercie. Badanie zostało przeprowadzone w październiku 2019 roku w formie Tajemniczego Klienta i polegało na kompleksowej rozmowie z doradcą handlowym oraz doradcą serwisowym, prowadzonej zgodnie ze scenariuszem i dotyczącej możliwości nabycia, użytkowania i serwisowania aut elektrycznych. Pytania były skupione zarówno na aspektach jakościowych jak i na odczuciach rozmówcy, kompleksowości wypowiedzi, płynności przekazu, zachowaniach poszczególnych doradców, źródeł, z których korzystają oraz obserwowanych kompetencjach miękkich. Celem badania było zdiagnozowanie zakresu wiedzy o elektromobilności na poziomie doradców pracujących w salonie i serwisie – ich przygotowanie do obsługi klienta oraz zweryfikowanie dostępnej infrastruktury, a także dostępności materiałów informacyjnych oraz reklam, dotyczących oferowanych samochodów elektrycznych.

[1] https://www.gov.pl/web/energia/rozporzadzenie-w-sprawie-wsparcia-dla-osob-fizycznych-w-ramach-fundusz-niskoemisyjnego-transportu-podpisane

[2] http://pspa.com.pl/

Raport został przygotowany pod patronatem: Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR, Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych PSPA

Ekorewolucja w natarciu – czy polska branża gastronomiczna jest na nią gotowa?

Polska branża gastronomiczna staje się coraz bardziej eko. Plastikowe opakowania powoli ustępują miejsca bardziej przyjaznym dla środowiska rozwiązaniom. Rewolucja jest nieunikniona, jednak na powszechne zmiany przyjdzie nam trochę poczekać.

Unia Europejska wypowiada wojnę plastikowi. Już w 2021 r. z obrotu znikną m.in. plastikowe naczynia, sztućce i słomki jednorazowego użytku. Oznacza to zwrot w działalności nie tylko dla producentów tego typu produktów. Nowe przepisy odczują także właściciele lokali gastronomicznych i zwykli konsumenci, których czeka zmiana sposobu myślenia i przyzwyczajeń. A to dopiero początek europejskiej walki z nadprodukcją tworzyw sztucznych, których odpady mają katastrofalne skutki dla środowiska naturalnego.

Opakowania z recyklingu i mikroelektrownie

Na fali proekologicznych postulatów wiele firm na własną rękę zaczyna ograniczać zużycie plastiku. W lokalach ogólnopolskiej sieci spaghetterii Makarun dania można na przykład zjeść z biodegradowalnej miseczki, która na stałe zagościła w restauracjach i cieszy się sporym powodzeniem.

Istnieją także restauracje, dla których ekologia jest siłą napędową wszelkich działań. Należy do nich sieć Mihiderka, serwująca wegańskie potrawy, m.in. roślinne burgery. Już sam fakt pozbycia się z menu mięsa pozwala zmniejszyć emisję CO2, metanu oraz zużycie wody pitnej, wykorzystywanej do hodowli zwierząt. Do tego dochodzą opakowania, boxy do burgerów oraz kubki do napojów na wynos wykonane m.in. z papieru pochodzącego z recyklingu czy PLA – tzw. bioplastiku, wytwarzanego na bazie roślin. W każdym lokalu spotkamy także szklane butelki, czy papierowe torby na wynos. Mihiderka poszła nawet o krok dalej – ich kuchnia centralna jest zasilana prądem z własnej mikroelektrowni fotowoltaicznej o mocy 42 kWp – co w przeliczeniu rocznym oznacza o 24-26 ton mniejszą emisję CO2.

– Staramy się nie marnować zasobów naszej planety bez potrzeby. Oczywiście, że nie jest obecnie możliwe doprowadzenie do sytuacji, w której nasz wpływ na środowisko będzie zerowy, jednak to co robimy, z pewnością przyczynia się do ograniczenia zanieczyszczeń. Niemniej jednak, to od konsumentów zależy najwięcej. Obecnie bowiem produkty proekologiczne są droższe od zwykłych, a to nasi goście swoimi pieniędzmi potwierdzają trafność naszych propozycji. Dlatego ogromnie ważna jest też ogólna edukacja całego społeczeństwa w tym zakresie – zwraca uwagę Marcin Krysiński, współzałożyciel Mihiderki.

Nie takie eko proste

Biodegradowalne opakowania produkowane są najczęściej z pulpy celulozowej, bambusa, trzciny cukrowej czy tzw. bioplastiku uzyskiwanego ze skrobii kukurydzianej. Ich podstawową zaletą jest fakt, że szybko ulegają całkowitemu rozkładowi, a obecna technologia czyni je równie funkcjonalnymi co plastik.

Te rozwiązania, oprócz restauracji, zaczynają stosować także firmy oferujące catering dietetyczny, dla których dobre opakowanie to gwarancja tego, że klient otrzyma swój posiłek w nienaruszonym stanie. Obecnie ok. 20 firm w Polsce daje możliwość zakupu diety w ekologicznych pudełkach. W zdecydowanej większości przypadków klienci za bycie eko muszą jednak dopłacić – od 5 do nawet 10 zł dziennie, co stanowi od 10 do 20% wartości usługi. A do tego polscy konsumenci nie są do końca przekonani.

– Biodegradowalne opakowania są droższe niż plastik, dlatego w rzeczywistości niewiele osób decyduje się na ich zakup. W naszym codziennym życiu dbanie o środowisko często kończy się tam, gdzie zaczynają domowe finanse – zwraca uwagę Łukasz Sot, współwłaściciel Cateromarket.pl, serwisu do zamawiania diet pudełkowych online. – Warto także pochylić się nad drugą istotną sprawą. Fakt, że jakiś materiał jest biodegradowalny nie musi oznaczać, że jest także przyjazny dla środowiska. Weźmy na przykład trzcinę cukrową czy papier, które WWF zalicza do tzw. surowców wrażliwych. Ich produkcja na masową skalę przyczynia się do wylesiania ogromnych terenów ziemi, a co z tym idzie, postępujących zmian klimatycznych.

Specjaliści z branży zwracają więc uwagę, że jeśli chcemy zainwestować w ekologiczne rozwiązania, warto robić to z głową. W tym kontekście ważnymi wyznacznikami są certyfikaty, które gwarantują, że dany materiał został pozyskany z odpowiedzialnego źródła. W przypadku trzciny cukrowej jest to Bonsucro, a drewna – FSC Forests for All Forever. Dobrym rozwiązaniem są także tworzywa pochodzące z recyklingu – np. papier.

Łukasz Sot
Łukasz Sot z Cateromarket.pl

– Jeśli myślimy o przyszłości naszej planety, trzeba brać pod uwagę także skutki, jakie może przynieść masowe przerzucenie się z plastiku na naturalne materiały. Już teraz mówi się o ogromnych wycinkach lasów pod uprawę różnych roślin, w wyniku których niszczone są nie tylko drzewa, ale także wiele gatunków zwierząt. Wszyscy zgadzamy się co do tego, że plastik powinien zniknąć, jednak warto dołożyć wszelkich starań, aby jeden problem nie został zastąpiony kolejnym – podsumowuje Łukasz Sot z Cateromarket.pl.

Jak nie pogubić się w tym gąszczu przekonań i sprzecznych doniesień? Zdaniem Łukasza Sota wszystkim przydałaby się solidna lekcja ekologii, dzięki której moglibyśmy spojrzeć na problem z perspektywy globalnej. Edukacja powinna dotyczyć także konsumentów, bo tylko oni są w stanie sprawić, by prawdziwie bezpieczne, biodegradowalne opakowania nie były jedynie ciekawostką, a stały się naszą codziennością.

Trendy w zarzadzaniu aplikacjami na 2020

W 2019 r. wdrożenia w środowiskach multi-cloud zaczęły wchodzić do mainstreamu, a metodologie DevOps wywierały coraz większy wpływ na strategie biznesowe. Co dalej?

W 2020 roku więcej organizacji zdecyduje się podjąć rzeczywiste kroki w kierunku cyfryzacji. Coraz więcej managerów biznesowych będzie angażować się w decyzje dotyczące aplikacji, które służą zdobyciu przewagi konkurencyjnej na rynku i zapewnienie wyjątkowego doświadczenia klienta.

Spodziewamy się, że powstanie nowa generacja aplikacji. Będzie wspierała skalowalność i ekspansję nowych, cyfrowych modeli biznesowych. Będzie też wykorzystywała natywną dla chmury infrastrukturę i zapewniała automatyzację dzięki rozwojowi oprogramowania.

Wzrośnie rola sztucznej inteligencji, szczególnie przy wykorzystaniu bardziej zaawansowanych platform aplikacyjnych, telemetrii, analizy danych i technologii maszynowego uczenia. Usługi aplikacyjne będą miały możliwość wysyłania danych telemetrycznych i wykonywania działań na podstawie informacji uzyskanych z analizy opartej na sztucznej inteligencji.

Spodziewamy się, że rozproszone usługi aplikacyjne poprawią wydajność, bezpieczeństwo, operacyjność i zdolność adaptacji bez angażowania znacznych zasobów programistycznych.

Aplikacje stały się dla firm głównym kanałem opracowywania oraz dostarczania dóbr i usług – najważniejszym zasobem nowoczesnych przedsiębiorstw. Dla efektywnego zarządzania kapitałem aplikacji, organizacje coraz częściej będą budować strategie obejmujące sposób budowania aplikacji, ich pozyskiwania, wdrażania, zarządzania nimi, ochrony i usuwania.

Rok 2020 przyniesie rozwój kultury DevOps w organizacjach – nastąpi mariaż teorii z najlepszymi praktykami. Tradycyjne jednofunkcyjne zespoły pozostają w tyle za swoimi nowocześniejszymi, napędzanymi metodologią DevOps odpowiednikami, które znacznie lepiej radzą sobie z pipeline’m automatyzacji. Zespoły współpracujące mogą promować standaryzację w narzędziach, które odpowiadają zarówno za dostawę, jak i wdrożenia (np. Jenkins i GitHub/GitLab), ponieważ metodologia DevOps nie powinna zatrzymywać się jedynie na dostarczaniu. Funkcje wdrażania (zgodne z kompleksowym pipeline’m narzędzi i usług aplikacyjnych) powinny być zautomatyzowane. To się może wydarzyć w organizacjach, które zmienią kulturę na DevOps.

Centra danych w 2020 będą ewoluowały. Na początku 2019 roku, dyrektor IDC powiedział partnerom na konferencji IGEL Disrupt, że ponad 80% firm, które przepytano, przewidywało przesunięcie obciążenia z chmury publicznej. Firmy będą wykorzystywały możliwości związane z przenoszeniem obciążenia, które obejmują poprawę dostępności narzędzi operacyjnych opartych na multi-cloud oraz nacisk na architektury aplikacyjne (oparte z kolei na bardziej przenośnych technologiach, jak kontenery).

Wyzwania ochrony aplikacji

Zgodnie z F5 Labs, język po stronie serwera PHP – używany od 2013 r. przez co najmniej 80% stron internetowych – będzie dostarczał hakerom łatwych celów. Świadomość tych uwarunkowań jest konieczna dla radzenia sobie zarówno z podatnościami, jak zagrożeniami.

Biznes zdaje sobie także sprawę, że aplikacje obejmują więcej niż tylko kod, który wykonują. Trzeba zwracać uwagę na wszystko, co je wprawia w ruch, włącznie z architekturą, konfiguracją, innymi zasobami, które są podłączone oraz użytkownikami.

W 2020 potrzebne będą programy bezpieczeństwa oparte na ryzyku zamiast na pozornie sprawdzonych rozwiązaniach czy na listach kontrolnych. Organizacje będą dostosowywać mechanizmy kontrolne do zagrożeń, z którymi rzeczywiście się stykają. Pierwszym krokiem w każdej ocenie ryzyka będzie merytoryczny (i ciągły) proces inwentaryzacji.

API – interfejsy oprogramowania aplikacji mogą przekształcać modele biznesowe i bezpośrednio generować przychody. Cyberprzestępcy to wiedzą. W 2020, siłą rzeczy organizacje mocniej niż zwykle skupią się na warstwie API, szczególnie jeśli chodzi o zabezpieczania dostępu do funkcji biznesowych, które oferują. Jednym z problemów pozostaną zbyt szerokie uprawnienia, które oznaczają, że ataki poprzez API mogą dać przestępcom wgląd we wszystko w ramach infrastruktury aplikacji. Wywołania API są również podatne na zwykłe sieciowe zapytania-pułapki, a widoczność (świadomość sytuacyjna) API na niskim poziomie – co będzie wymagało poprawy.

Organizacje docenią i będą wspierać się implementowaniem ochrony API bezpośrednio w aplikacji lub (nawet lepiej) w bramce API, która następnie chroni API z jego funkcjami jak limitowanie zapytań (aby zapobiec atakom typu odmowa usługi) i autoryzacji. Dzięki temu funkcja uwierzytelnianie zawęża dostęp do API. Umożliwia dostęp do specyficznych zapytań tylko wybranym klientom, zwykle identyfikowanym przy pomocy tokenów albo kluczy API. Wzrost zainteresowania ochroną na poziomie bramki API będziemy też zawdzięczać temu, że można nią ograniczyć stosowane metody http oraz rejestrować próby logowania służące nadużywaniu innych metod, dzięki czemu rośnie świadomość przypuszczanych ataków.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

Kurs funta po wyborach – możliwe scenariusze

Obywatele Królestwa zagłosują w przedterminowych wyborach parlamentarnych, które mają przełamać brexitowy impas. Premier Boris Johnson obiecał, że jeśli wygra jego partia, to brexit nastąpi z końcem przyszłego miesiąca. Wielu obserwatorów nie wierzy jednak w taki scenariusz po przegranej walce premier May. GBP jest mocno wrażliwy na każde doniesienia dotyczące sondaży dotyczących wyników wyborów. Dzieje się tak dlatego, że to właśnie od tego, jak zagłosują Brytyjczycy, w dużej mierze zależy, czy zobaczymy w końcu zakończenie brexitowej sagi.

– Funt jest niżej, gdyż inwestorzy kupujący walutę w ostatnich dniach w nadziei na łatwą wygraną torysów, teraz mają wątpliwości. Nie wszystko jest jednak stracone. Boris Johnson może być nawet zadowolony z sondażu, gdyż może on zapewnić mobilizację wyborców Partii Konserwatywnej, którzy nie zamierzali iść do urn, licząc na pewną wygraną BoJo. Rajd funta może wrócić, dodatkowo wspierany odwijaniem transakcji zabezpieczających, na które od wczoraj pojawił się świeży popyt – tłumaczy Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers.

Funt wrażliwy na doniesienia sondaży

Szterling w relacji do dolara amerykańskiego jest na fali wzrostowej od początku września. Rynek zdołał już mocno zdyskontować wygraną Partii Konserwatywnej, na której czele stoi Boris Johnson. Nie oznacza to jednak, że jeszcze po ogłoszeniu wyników funt nie będzie zyskiwać. Wtorkowy sondaż firmy YouGov pokazał przewagę torysów, która jednak skurczyła się w porównaniu do poprzedniego badania. Ostatnie szacunki wskazują, że Johnson może oczekiwać 28 głosów przewagi. Poprzednio było to aż 68. Nerwowość na rynku jest uzasadniona, bowiem YouGov przyzwyczaił, że dostarcza predykcji o dużym stopniu dokładności. Widać, że na funcie pojawiła się lekka niepewność. Niższe poziomy GBP/USD mogą być jednak wykorzystywane przez inwestorów jako atrakcyjne, czego efektem może być kolejny impuls wzrostowy na parze walutowej.

Co oznacza dla rynku wygrana Borisa Johnsona?

Uzyskanie przez konserwatystów samodzielnej większości (przewaga przynajmniej 7 pkt proc. nad laburzystami) będzie miało kilka następstw. Po pierwsze, Boris Johnson ponownie zostanie premierem na Wyspach. Po drugie – umowa brexitowa zostanie poparta przez wszystkich kandydatów z Partii Konserwatywnej. W ten sposób nowy-stary premier będzie mógł działać sprawniej, co zwiększa szansę na szybszą ratyfikację porozumienia. Wówczas data 31 stycznia 2020 roku przeszłaby do historii jako oficjalny dzień wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Wielomiesięczna saga zostałaby teoretycznie zakończona. Efektem tego mógłby być przysłowiowy rajd ulgi na rynku funta, czyli dalsza, dynamiczna aprecjacja waluty.

Okres przejściowy, definiowany jako czas do końca 2020 roku, zostanie prawdopodobnie wydłużony. Bruksela oraz Londyn będą potrzebować więcej czasu, by porozumieć się i ustalić wzajemne relacje. Tego typu negocjacje to proces, który może potrwać nawet kilka lat.

Co jeśli konserwatyści nie uzyskają samodzielnej większości?

Brak zdobycia większości implikuje sprawę fundamentalną: partia Jonsona raczej nie będzie w stanie spełnić obietnicy brexitu. Konserwatyści nie są nawet w stanie stworzyć koalicji z żadnym ugrupowaniem, które uzyska dostęp do Izby Gmin. Możliwe byłoby wówczas, że Partia Pracy dogada się z mniejszymi ugrupowaniami: Szkocką Partią Narodową oraz Liberalnymi Demokratami (LD). W rezultacie szeroka koalicja opozycji mogłaby zacząć rządzić.

Obie mniejsze partie w sprawie brexitu popierają pomysł Corbyna (lidera Partii Pracy), polegający na renegocjowaniu porozumienia oraz rozpisaniu ponownego referendum. Efektem tego byłoby przesunięcie w czasie terminu wyjścia Brytyjczyków z Unii. Taki scenariusz będzie negatywny dla funta w krótkim terminie, ponieważ saga brexitu się wydłuży. W długim horyzoncie funt może jednak zyskiwać, bo nowe referendum to także prawdopodobieństwo, że do wyjścia Wielkiej Brytanii z UE w ogóle nie dojdzie.

Kolejny negatywny scenariusz dla funta

Inny możliwy scenariusz to taki, w którym żadne z ugrupowań nie zdobywa większości 320 głosów, niezbędnych do stworzenia rządu. Partia DUP (północnoirlandzcy unioniści, koalicjanci konserwatystów w poprzedniej kadencji) niechętnie bowiem podchodzi do współpracy z Borisem Johnsonem, nieprzychylnie patrząc na warunki wynegocjowanej przez niego umowy. Partia ta również nie wejdzie w porozumienie z Corbynem, ze względu na to, że lider Partii Pracy powiązany jest z irlandzkimi republikanami.

Ekspert TMS podsumowuje: – Taki przebieg wydarzeń wymusiłby rozpisanie kolejnych wyborów, a w konsekwencji spowodowałby odroczenie terminu brexitu. Rynek z pewnością nie uznałby tych informacji za pozytywne. Odpływ kapitału z GBP i spadek wartości funta byłby tego naturalnym następstwem.

Wzrost globalnego zapotrzebowania na energię zagrożeniem dla porozumienia klimatycznego

Capgemini opublikowało 21. edycję corocznego sprawozdania World Energy Markets Observatory (WEMO), stworzonego we współpracy z De Pardieu Brocas Maffei i Vaasa ETT. Wyniki wskazują, że globalne zapotrzebowanie na energię i emisje gazów cieplarnianych (GHG) wzrosły w 2018 r., zagrażając ustaleniom porozumienia paryskiego.

Pomimo ciągłego wzrostu na rynku odnawialnych źródeł energii, oraz spadku ich kosztów, to jednak nadal węgiel, ropa naftowa i gaz pozostają podstawą rosnącego zużycia energii. Transformacja energetyczna jest również zagrożona napięciami geopolitycznymi i handlowymi oraz spadającym poziomem inwestycji w czystą energię. Patrząc obiektywnie na te zjawiska, prawdopodobnie bez zdecydowanych działań, które wykroczą poza istniejącą politykę transformacji energetycznej, świat najprawdopodobniej nie osiągnie celów porozumienia paryskiego.

Rosnące ilości gazów zagrożeniem dla celów porozumienia klimatycznego

Wysiłki na rzecz ograniczenia emisji gazów cieplarnianych (Green House Gases) utknęły w 2018 roku, przy wzroście emisji o 2% w porównaniu z 1,6% wzrostem z 2017 roku i brakiem wzrostu w Europie w latach 2014-2016. Emisja gazów cieplarnianych wzrosła w Chinach o 2,3%, w USA o 3,4%, a w Indiach o 6,4%. Wzrost ten był spowodowany rosnącym zużyciem energii, które w 2018 roku wzrosło na całym świecie o 2,3%, czyli prawie dwukrotnie więcej, niż średnia roczna stopa wzrostu od 2010 roku. Prawie 75% tego wzrostu napędzała konsumpcja ropy naftowej, gazu i węgla, najwyższa od 2013 roku. Na całym świecie nastąpił 4% wzrost zużycia węgla, przy znacznym wzroście produkcji energii z wykorzystaniem węgla.

Najszybciej rozwijającym się segmentem pozostają odnawialne źródła energii

Jednocześnie odnawialne źródła energii zachowały swój status najszybciej rozwijającego się źródła energii na świecie – 14,5% w 2018 roku. Odnawialne źródła energii nadal stają się tańsze, przy czym koszt energii elektrycznej wytwarzanej przez energię słoneczną, fotowoltaiczną i lądową energię wiatrową spada o 13%, a koszt energii wytwarzanej przez morską energię wiatrową o 1%.
Jednak inwestycje w czystą energię maleją. W pierwszej połowie 2019 roku wyniosły one 217,6 mld dolarów, czyli o 14% mniej niż w tym samym okresie 2018 roku. Inwestycje w Chinach gwałtownie spadły, o 39%, a w USA (6%) i w Europie (4%) – bardziej umiarkowanie. Natomiast w Indiach wzrósł on o 10% do 5,9 mld dolarów.

Do 2040 roku nie przewiduje się uprzemysłowienia żadnych przełomowych rozwiązań

Koszty energii odnawialnej nadal spadają, ale koszty związane z adaptacją technologii, przerwami w dystrybucji, między innymi związanymi z sezonowością, uniemożliwiają obecnie, aby technologie te były zdecydowanie bardziej popularne niż większość innych źródeł wytwarzania energii elektrycznej.
W perspektywie 2040 roku nie przewiduje się uprzemysłowienia żadnych przełomowych rozwiązań technicznych związanych z energią. Jednak dąży się do poprawy istniejących technologii, a co za tym idzie do obniżenia kosztów energii ze źródeł odnawialnych, baterii elektrycznych, pojazdów elektrycznych i małych modułowych reaktorów jądrowych. Ponadto, rozbudowane zostaną również hybrydowe gospodarstwa rolne, wykorzystujące odnawialne źródła energii.

Europa przewodzi marszowi w kierunku niskiej emisji dwutlenku węgla

Europa okazuje się jak dotąd najbardziej skutecznym regionem w walce ze zmianami klimatycznymi i we wdrażaniu transformacji energetycznej. Wzrost zapotrzebowania na energię w regionie europejskim był znacznie niższy niż w pozostałych częściach świata, a w 2018 roku wzrósł jedynie o 0,2% w porównaniu z globalnym poziomem 2,3%. Niemcy przodują w tej dziedzinie, odnotowując spadek popytu o 2,2%.
Europa jest na dobrej drodze do osiągnięcia dwóch z trzech podstawowych celów klimatycznych wyznaczonych przez UE na 2020 rok, czyli ograniczenia emisji gazów cieplarnianych o 20% w porównaniu z 1990 rokiem oraz zapewnienia udziału energii ze źródeł odnawialnych w zużyciu energii na poziomie co najmniej 20%. Rządy krajowe potwierdziły ostatnio plany redukcji emisji dwutlenku węgla. Francja zobowiązała się, aby do 2022 roku zaprzestać wytwarzania energii elektrycznej z węgla i do 2035 roku wytwarzać 50% energii elektrycznej z energii jądrowej. A Niemcy planują, aby do 2038 roku wyłączyć wszystkie elektrownie węglowe, które w ubiegłym roku stanowiły 37% produkcji energii elektrycznej. Jednak wyzwania na rok 2030 i kolejne lata pozostają trudne do zrealizowania.

Napięcia geopolityczne i problemy energetyczne są coraz bardziej ze sobą powiązane

Zarówno Stany Zjednoczone, jak i Chiny, wykorzystały swoją rosnącą dominację na rynku energii na swoją korzyść w dziedzinie geopolityki. W przypadku Stanów Zjednoczonych wzrost wydobycia łupków pozwolił im przełamać zależność od Bliskiego Wschodu. Do 2025 roku ma stanowić ponad połowę światowego wzrostu wydobycia ropy naftowej i gazu (odpowiednio 75% i 40%). Chiny produkują 95% surowców i metali ziem rzadkich, które są niezbędne do przyspieszenia transformacji energetycznej, co stanowi o ich strategicznej przewadze.

Chiny i Indie, gigantyczni konsumenci i emitenci CO2, mają bardzo różne pozycje na rynkach energetycznych

Chiny ugruntowały swoją pozycję lidera rynku energetycznego, na którym energia jest dostarczana wszystkim mieszkańcom, z rozwojem elektrowni opalanych węglem, z 70% udziałem w rynku światowym. Chiny są liderem w dostarczaniu większości technologii (takich jak paliwa kopalne, odnawialne źródła energii i magazynowanie energii: 7 z 10 największych światowych dostawców sprzętu to Chińczycy). Choć rozpowszechniają tanie panele słoneczne, w raporcie podkreślono, że wkrótce Chiny mogą również stać się liderem w dziedzinie technologii jądrowej. Chiny są też odpowiedzialne za pokrycie 95% światowego zapotrzebowania na metale ziem rzadkich stosowane w zaawansowanych technologicznie rozwiązaniach.
W Indiach kwestia ta jest bardziej skoncentrowana na dostarczaniu energii elektrycznej dla wszystkich (program „24/7 Power for all”). Oba kraje pozostaną w wysokim stopniu uzależnione od elektrowni węglowych przez co najmniej 2 dekady, aby zaspokoić rosnące krajowe zapotrzebowanie na energię i pozostaną dużymi emitentami CO2.

Czy to wystarczy, aby osiągnąć cele klimatyczne?

W raporcie stwierdzono, że biorąc pod uwagę obecne tendencje konsumpcyjne, to cele założone w ramach porozumienia klimatycznego wyglądają nierealistycznie. Aby wywrzeć znaczący wpływ, rządy musiałyby wprowadzić zmiany. Rekomendacje zawarte w raporcie są następujące:W raporcie stwierdzono, że biorąc pod uwagę obecne tendencje konsumpcyjne, to cele założone w ramach porozumienia klimatycznego wyglądają nierealistycznie. Aby wywrzeć znaczący wpływ, rządy musiałyby wprowadzić zmiany. Rekomendacje zawarte w raporcie są następujące:
  • Podniesienie cen emisji dwutlenku węgla do poziomu, który pobudzi inwestycje bezemisyjne.
  • Zwiększenie wykorzystania i poleganie na energii odnawialnej.
  • Rozwijanie infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych.
  • Zwiększenie finansowania na rzecz wychwytywania, wykorzystywania i składowania dwutlenku węgla.
  • Promowanie czystych technologii spalania węgla w elektrowniach.
  • Przeznaczenie 100% wpływów z podatków na ochronę środowiska na projekty związane z transformacją energetyczną (z obecnego poziomu poniżej 50%).
  • Utorowanie drogi do renowacji budynków, aby uczynić je bardziej energooszczędnymi.
  • Poleganie na uczestnictwie przedsiębiorstw użyteczności publicznej i instytucji finansowych w tych działaniach.
  • Wdrożenie programów w celu osiągnięcia zmian zachowań wszystkich użytkowników indywidualnych.

World Energy Markets Observatory to coroczny raport publikowany przez Capgemini, który monitoruje główne wskaźniki na rynkach energii elektrycznej i gazu w Ameryce Północnej, Europie, Australii, Azji Południowo-Wschodniej, w tym po raz pierwszy w tym roku w Chinach i Indiach, oraz informuje o rozwoju i transformacji w tych sektorach. 21. edycja, która została przygotowana głównie na podstawie danych publicznych w połączeniu z wiedzą fachową Capgemini w sektorze energetycznym, odnosi się do danych z 2018 r. oraz zimy 2018/2019 r. Specjalną wiedzę na temat regulacji i zachowań klientów zapewniły zespoły badawcze w De Pardieu Brocas Maffei i VaasaETT.

Nie spółka cywilna, a jej wspólnicy są podatnikami podatku od nieruchomości

W przypadku wykorzystywania nieruchomości do prowadzenia działalności gospodarczej przez spółkę cywilną w doktrynie i orzecznictwie do niedawna istniały rozbieżności co do tego, czy podatnikiem podatku od nieruchomości może być spółka cywilna, czy wyłącznie tworzący ją wspólnicy. 7 listopada 2019 r. w kwestii opodatkowania należącej do spółki cywilnej nieruchomości wypowiedział się Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach (sygn. akt I SA/Gl 1352/16).

Art. 3 ust. 1 ustawy o podatkach i opłatach lokalnych (Dz.U. 1991 nr 9 poz. 31, ze zm., dalej: u.p.o.l.) stanowi, że podatnikami podatku od nieruchomości są osoby fizyczne, osoby prawne, jednostki organizacyjne, w tym spółki nieposiadające osobowości prawnej, będące właścicielami, posiadaczami samoistnymi lub użytkownikami wieczystymi nieruchomości, a także posiadaczami określonych nieruchomości lub ich części, należących do Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego.

W przypadku spółki cywilnej, pomimo że wykorzystywana przez nią nieruchomość znajduje się we władaniu jej wspólników, z uwagi na fakt jej wykorzystywania do prowadzonej działalności gospodarczej część doktryny i orzecznictwa to właśnie ją uznawała za podatnika podatku od nieruchomości. Jak wskazał Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach w wyroku z 15 kwietnia 2013 r.: „Podatnikiem podatku od nieruchomości w sytuacji, gdy nieruchomość została nabyta przez wspólników dla celów prowadzenia działalności gospodarczej, jest spółka jako jednostka organizacyjna nieposiadająca osobowości prawnej” (sygn. I SA/Gl 207/13).

Jednakże wspólnicy spółki cywilnej musieli mierzyć się z odmienną linią orzeczniczą. Naczelny Sąd Administracyjny w uchwale 7 sędziów orzekł, że: „Ponieważ w myśl regulacji prawa cywilnego spółka cywilna nie może być właścicielem nieruchomości ani użytkownikiem wieczystym gruntów, ani też – jak w rozpatrywanym przypadku – najemcą lokalu komunalnego, to w świetle postanowień art. 3 ust. 1 u.p.o.l. nie jest podatnikiem podatku od nieruchomości (…) podatnikiem podatku od nieruchomości są wspólnicy spółki cywilnej, a nie spółka” (wyrok z 30 stycznia 2017 r., sygn. akt I FPS 5/16).

Kto jest podmiotem opodatkowania – spółka, czy wspólnicy?

Prezydent miasta ustalił dwóm wspólnikom spółki cywilnej zobowiązanie w podatku od nieruchomości, którego przedmiotem opodatkowania były grunty, budynki i budowle związane z prowadzoną przez spółkę działalnością. W swojej decyzji wskazał, że zawiązując spółkę cywilną, nie tworzy się nowego podmiotu, jednostki organizacyjnej, bo jest to jedynie umowa wspólników zobowiązująca ich wzajemnie do podejmowania działań służących osiągnięciu wspólnego celu gospodarczego. Spółka cywilna nie jest ani jednostką organizacyjną nieposiadającą osobowości prawnej, którą ustawa o podatkach i opłatach lokalnych wymienia w kręgu podmiotów podatku od nieruchomości, ani nawet nie posiada zdolności do czynności prawnych.

Wspólnicy wnieśli odwołanie od tej decyzji do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które przychyliło się do niego. Zdaniem SKO organ pierwszej instancji błędnie uznał za podatników podatku od nieruchomości wspólników, jako osoby fizyczne. Przywołując treść przepisów Kodeksu cywilnego, w tym m.in. art. 861 § 1 oraz 863 § 1 i 2, wskazało, że prawo własności nieruchomości składa się na majątek spółki, będąc majątkiem wspólnym wszystkich wspólników wykorzystywanym we wspólnym celu gospodarczym. I jeśli nawet inne przepisy będą stanowić, że spółka cywilna nie jest przedsiębiorcą, tylko są nimi jej wspólnicy, to nie zmienia to faktu, że dzielność któregokolwiek z nich nie będzie wyodrębnionym od spółki działaniem. Dlatego też SKO uchylił decyzję prezydenta miasta, jako skierowaną do podmiotów niebędących stroną postępowania podatkowego.

Interwencja prokuratora

Działając m.in. na podstawie art. 8 § 1 Ustawy z dnia 30 sierpnia 2002 r. Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi (Dz.U. 2002 nr 153 poz. 1270, ze zm.), prokurator zaskarżył w całości takie rozstrzygnięcie organu drugiej instancji. Wskazując, że kwestia wstępowania przez spółkę cywilną w rolę podmiotu podatku od nieruchomości jest kwestią nierozstrzygniętą w literaturze i orzecznictwie, stał jednak na stanowisku, że nie posiadając odrębnego bytu prawnego, nie może ona nabywać praw do nieruchomości, a tym samym nie może być podatnikiem podatku należnego z tytułu posiadania takiej nieruchomości. Podatnikiem takim mogą być jej wspólnicy, bo to oni są podmiotem praw i obowiązków w spółce, a także współwłaścicielami i współposiadaczami nieruchomości.

Decydujące rozstrzygnięcie NSA

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach uznał skargę prokuratora za zasadną. Sąd zgodził się, że możliwość uznania spółki cywilnej za podmiot podatku od nieruchomości jest, a w zasadzie był sprawą sporną w orzecznictwie sądowoadministracyjnym. W uchwale z 13 marca 2017 r. spór ten ostatecznie rozstrzygnął bowiem Naczelny Sąd Administracyjny. NSA w składzie 7 sędziów orzekł, że: „W świetle art. 3 ust. 1 ustawy z dnia 12 stycznia 1991 r. o podatkach i opłatach lokalnych (…) podatnikiem podatku od nieruchomości są wspólnicy spółki cywilnej, a nie spółka cywilna” (sygn. II FPS 5/16). Potwierdza to również wcześniejsza uchwała składu 7 sędziów NSA z 30 stycznia 2017 r. (sygn. I FPS 5/16) stwierdzająca, że spółka cywilna, nie mogąc być właścicielem, użytkownikiem wieczystym ani najemcą nieruchomości, w świetle art. 3 ust. 1 u.p.o.l. nie może też być podatnikiem podatku od nieruchomości. Zobowiązanie to spoczywa solidarnie na wszystkich jej wspólnikach.

WSA w Gliwicach, uchylając zaskarżoną decyzję SKO, orzekł: „Mając na uwadze powołaną uchwałę, zdaniem Sądu, to Wspólnicy w świetle powołanej regulacji art. 3 ust. 1 u.p.o.l. są podatnikami podatku od nieruchomości. Trafnie zatem Prezydent Miasta za podatników podatku od nieruchomości uznał Wspólników jako osoby fizyczne, nie zaś prowadzoną przez nich spółkę cywilną” (sygn. akt I SA/Gl 1352/16).

Odpowiedzialność wspólnika całym swoim majątkiem

Planując wspólne przedsięwzięcie przy wyborze formy jego podjęcia i prowadzenia, przedsiębiorcy powinni dobrze przemyśleć swój wybór. Faktem jest, że spółka cywilna, służąc osiągnięciu wspólnego celu gospodarczego, posiada wiele zalet odróżniających ją od spółek prawa handlowego, jak choćby niskie koszty jej założenia czy łatwość w prowadzeniu jej spraw. Nie wolno jednak zapominać, że w przypadku wystąpienia długów i innych zobowiązań odpowiedzialność za to solidarnie ponoszą wszyscy wspólnicy, bez ograniczeń, całym swoim majątkiem prywatnym. W przypadku spółki cywilnej organy skarbowe mają jednak znacznie ułatwione zadanie w dochodzeniu należności. Tu odpowiedzialność nie ogranicza się do wielkości wniesionych do spółki udziałów czy majątku spółki. Każdy ze wspólników odpowiada za nie bez ograniczeń całym swoim majątkiem. Co więcej, organ skarbowy, dochodząc zobowiązań podatkowych, może dokonać ich pełnego zaspokojenia z majątku tylko jednego ze wspólników np. tego, którego majątek jest wystarczający, lub też tego, którego „znajdzie” szybciej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Soroczyński: Koniec kontraktu jamalskiego to dobra decyzja

PGNiG oficjalnie wypowiedziało długoterminowy kontrakt jamalski, na mocy którego kupujemy gaz od rosyjskiego Gazpromu. Polska strona nie była zadowolona z kontraktu, gdyż zaczęła na nim tracić. Kontrakt z Gazpromem miał bowiem narzuconą przez Rosjan formułę take-or-pay – według której byliśmy zobowiązani kupić rocznie co najmniej 8,7 miliardów m3 gazu. Kupowanie takiej ilości gazu od jednego dostawcy sprawiało, że za gaz od Gazpromu solidnie przepłacaliśmy. Nie pozwalało to także zdywersyfikować dostaw, co pozwoliłoby Polsce na niezależność w zakresie pozyskiwania paliw. Dlatego PGNiG podjął decyzję o wypowiedzeniu umowy z Gazpromem. Nie oznacza to, że szybko przestaniemy używać rosyjskiego gazu – umowa zakończy się dopiero w 2022 roku. Już teraz jednak trwa dyskusja, czy bez rosyjskiego gazu uda nam się zaspokoić potrzeby na to paliwo.

– We wszelkich dyskusjach o tym, czy po wypowiedzeniu długoterminowej umowy z Rosją poradzimy sobie z dostawami odpowiedniej ilości gazu – trzeba podkreślić, że aktualna sytuacja nie wyklucza kupienia gazu od Rosjan, gdybyśmy go potrzebowali – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Wykluczenie przymusowego zakupu gazu i zagwarantowanie sobie możliwości negocjacji dostaw, również z Rosji, jest dla nas w tej chwili dobrym posunięciem. Faktycznie, nie mamy wielu zewnętrznych dostawców. Oprócz Rosji, nasze główne źródło gazu to dostawy morskie, realizowane przez Gazoport w Świnoujściu. One nie są jednak wystarczające dla pokrycia potrzeb całego kraju. Jednak w przyszłości będziemy zapewne korzystać ze źródeł norweskich i kupować gaz od Niemiec. To powinno ustabilizować naszą sytuację gazową. Również dostawy z Rosji będą się odbywać na lepszych warunkach. Bez kontraktu wiszącego nad naszą głową będziemy mieć lepszą możliwość negocjowania cen – podkreśla Soroczyński.

Obecny system gospodarowania odpadami jest kosztowny i nieefektywny. Bez jego reformy konsumenci muszą liczyć się z dalszym wzrostem cen

Koszty gospodarki odpadami będą rosły. – Wynika to m.in. z faktu, że w tej chwili są niedoszacowane, a cały system nieefektywny, co uderza po kieszeni zarówno samorządy, jak i wszystkich konsumentów – mówi Leszek Karski, ekspert prawa ochrony środowiska. Dodatkowym czynnikiem napędzającym podwyżki są też rosnące ceny energii czy paliw, które przekładają się na koszty transportu. Ekspert podkreśla, że w Polsce cały system gospodarki odpadami wymaga reformy, która powinna zacząć się już na etapie edukacji konsumentów. 

– Polityka gospodarowania odpadami powinna zmierzać w kierunku proaktywności wszystkich uczestników tego systemu – zarówno samorządów, konsumentów, przedsiębiorców, jak i państwa. Na dziś mamy bardzo złą sytuację. Nie mamy organizacji odzysku ani instalacji przetwarzania odpadów, a wytwarzamy ich coraz więcej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Leszek Karski, ekspert prawa ochrony środowiska i zrównoważonego rozwoju, wykładowca Politechniki Warszawskiej i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Jak podkreśla, fundamentem systemu gospodarki odpadami są konsumenci. Stąd konieczna jest szeroka edukacja i przekonanie ich do bardziej świadomych wyborów, np. rezygnacji z opakowań plastikowych i takich, których nie można poddać recyklingowi. Konsumenci muszą też zdawać sobie sprawę, że odbiór śmieci wiąże się z kosztami, w których muszą partycypować.

Tymczasem w Polsce – jak pokazało październikowe badanie ARC Rynek i Opinia dla Forum Odpowiedzialnego Biznesu – świadomość społeczna w tym zakresie wciąż jest niska. Tylko 15 proc. Polaków potrafi poprawnie segregować odpady podczas ich wyrzucania i raptem 58 proc. uważa, że ma to jakikolwiek sens. Co więcej, śmieci segreguje tylko 66 proc., co oznacza, że 1/3 Polaków nie robi tego w ogóle.

– Samorządy mogą nas wspierać, rozwiązywać pewne problemy, dostarczać infrastrukturę. Państwo może przygotowywać ustawy, tworzyć pozytywny klimat i model edukacyjny, lecz tak naprawdę to od każdego obywatela zależy efekt końcowy – podkreśla Leszek Karski. – Od Jasia Kowalskiego należy zacząć i uzmysłowić mu, żeby korzystał z jak najmniejszej ilości opakowań jednorazowego użytku, żeby zastanowił się nad tym, jak dokonuje zakupów.

Kolejny po konsumentach element systemu to przedsiębiorcy. Ich większą odpowiedzialność i partycypację w systemie gospodarki odpadami wymusi znowelizowany pakiet dyrektyw Unii Europejskiej (przyjęty w lipcu 2018 roku), który wprowadza tzw. ROP, czyli rozszerzoną odpowiedzialność producentów odpadów opakowaniowych. Według nowych przepisów (które w poszczególnych krajach członkowskich UE mają zostać uchwalone do lipca 2020 roku i wdrożone najpóźniej do 2023 roku) producenci będą zobowiązani do pokrycia kosztu netto (po odjęciu przychodów ze sprzedaży surowców) selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu.

Eksperci podkreślają jednak, że w Polsce zmian wymaga cały model selektywnej zbiórki, recyklingu i finansowania sytemu gospodarowania odpadami komunalnymi.

– Trzeba podjąć inicjatywy zmierzające do uporządkowania systemu gospodarki odpadami i wziąć za to odpowiedzialność. To jest trudne, bo przyzwyczailiśmy się, że koszt gospodarki odpadami jest stosunkowo niski. Tymczasem wynika to z faktu, że cena zagospodarowania tych odpadów nie odzwierciedla faktycznych kosztów. W efekcie na polach i w lasach jest pełno nielegalnie wyrzuconych odpadów. To z kolei powoduje, że jakość życia spada, ludzie zaczynają chorować. W tej chwili mamy w Polsce najwięcej zachorowań na nowotwory jelit na tle Unii Europejskiej. To ma bezpośrednie przełożenie na nasze zdrowie, dlatego tak istotne jest, żeby nowe przepisy były skuteczne, efektywne i prowadziły do poprawy gospodarki odpadami – mówi Leszek Karski.

W tej chwili koszty gospodarowania odpadami są niedoszacowane, przez co system jest nieefektywny. Kolejnym czynnikiem napędzającym podwyżki są również rosnące ceny energii czy paliw.

– Dopóki nie zbudujemy odpowiedniej infrastruktury dopasowanej do strumienia odpadów, organizacji odzysku i kadr, ceny będą rosły, bo one muszą uwzględniać stworzenie na nowo systemu, który jest szczelny, zapewnia nam bezpieczeństwo zdrowotne i ekologiczne, a także spełnia wymogi na poziomie unijnym. Ponieważ nie jesteśmy proaktywni, nic nie robimy w tym obszarze, to de facto się cofamy i to uderza w każdego konsumenta – mówi wykładowca Politechniki Warszawskiej i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Brytyjczycy wybierają nowy parlament. Od tego zależy m.in. scenariusz brexitu i status Szkocji

12 grudnia już drugi raz w ciągu trzech lat obywatele Zjednoczonego Królestwa wezmą udział w przedterminowych wyborach do niższej izby parlamentu. Według sondaży Partia Konserwatywna Borisa Johnsona powinna odzyskać utraconą dwa i pół roku temu większość i doprowadzić do brexitu. Według dra Grzegorza Mathei z Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie najważniejszym zadaniem nowego rządu będzie uchronienie brytyjskiego państwa przed rozpadem.

– W mojej ocenie nie ma żadnych optymistycznych przesłanek, które pozwoliłyby twierdzić, że nowa Izba Gmin będzie bardziej stabilna niż poprzednia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Grzegorz Mathea, prodziekan Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie. – Brytyjczycy wybierają pomiędzy populistą z jednej strony, z drugiej strony anarchizująco-lewicującym socjalistą, czyli liderem opozycyjnej Partii Pracy, który zamierza nacjonalizować całe gałęzie przemysłu w Wielkiej Brytanii. Nie do końca wiemy, jaka jest linia polityczna tej partii. Czasem jest za brexitem, a czasem przeciw. Sami Brytyjczycy nie do końca się orientują, na co tak na dobrą sprawę będą głosować.

Premier Wielkiej Brytanii i lider Partii Konserwatywnej Boris Johnson chciałby opuszczenia wspólnoty przez Wielką Brytanię. Jego najpoważniejszym rywalem jest Jeremy Corbyn z Partii Pracy, ale w wyborach wezmą udział jeszcze trzy mniejsze ugrupowania: antybrexitową partię Liberalnych Demokratów, Szkocką Partię Narodową, która w razie brexitu będzie dążyła do wystąpienia Szkocji z Wielkiej Brytanii i powrotu do UE, oraz skrajną Partię Brexit Nigela Farage’a.

Według ostatniego sondażu Remain United Partia Konserwatywna może liczyć na 42 proc. głosów, ale Partia Pracy nie pozostaje daleko w tyle, z poparciem na poziomie 36 proc. Na trzecim miejscu uplasowali się Liberalni Demokraci, którzy mogą liczyć na 11 proc. głosów. Poparcie dla Brexit Party zadeklarowało 4 proc. badanych, a dla Zielonych – 2 proc. Jeśli takim wynikiem zakończyłyby się wybory, konserwatyści mieliby 10 miejsc przewagi ponad potrzebny do samodzielnego rządzenia limit. Jednak ponieważ w Wielkiej Brytanii, inaczej niż w Polsce, obowiązuje ordynacja większościowa, o wiele trudniej przewidzieć wynik wyborów niż w przypadku ordynacji proporcjonalnej.

Sytuacja premiera Johnsona to przykład, w jaki sposób polityk populistyczny nagle zderza się z rzeczywistością – mówi dr Grzegorz Mathea. – Kiedy był jeszcze w opozycji, serwował Brytyjczykom bardzo proste rozwiązania: wyjdźmy z Unii Europejskiej, porzućmy ją, zacznijmy tworzyć zupełnie nową rzeczywistość gospodarczą. Teraz, kiedy jest premierem, stracił swoją buńczuczność. Przypominam, że zapowiadał, że prędzej umrze w rowie, niż doprowadzi do sytuacji, w której po 31 października 2019 roku Wielka Brytania będzie wciąż w Unii Europejskiej. Jest już daleko po 31 października, a Wielka Brytania wciąż jest członkiem Unii.

Nie był to pierwszy termin opuszczenia Wspólnoty przez Wielką Brytanię. Początkowo datą rozstania miał być 31 marca, czyli dwa lata po złożeniu wniosku o wystąpienie ze wspólnoty, które nastąpiło po referendum z 23 czerwca 2016 roku. Wskutek nieprzyjęcia przez Izbę Gmin ani umowy, ani możliwości opuszczenia UE bez umowy, kraj ten złożył wniosek o odroczenie brexitu do 30 czerwca. Bruksela zgodziła się na 12 kwietnia (bez umowy) lub 22 maja (gdyby udało się wynegocjować umowę), w końcu ustalono 31 października. Kolejną datą jest 31 stycznia 2020 roku i jeżeli konserwatyści uzyskają parlamentarną większość, termin ten ma szansę zostać dotrzymany.

 Brytyjczycy są już bardzo zmęczeni, i politycy, i społeczeństwo, ponieważ nikt nie ma pewności, ani Brytyjczycy, ani 3 mln obywateli Unii Europejskiej, pracujących na Wyspach, a wśród nich milion Polaków, co mają myśleć o swojej przyszłości. Nie wiedzą, na czym stoją, co ich czeka w najbliższych miesiącach i latach – podkreśla dr Grzegorz Mathea. – Myślę, że politycy unijni, którzy negocjują brexit, również chcieliby już sfinalizować te umowy.

W referendum w 2016 roku za brexitem zagłosowało niespełna 52 proc. Brytyjczyków, głównie Anglików i Walijczyków. Jednak Irlandczycy z Irlandii Północnej, a zwłaszcza Szkoci zdecydowanie opowiedzieli się za pozostaniem we wspólnocie. We wrześniu 2014 roku naród ten wziął udział w referendum na temat odłączenia od Zjednoczonego Królestwa i wprawdzie większość opowiedziała się za utrzymaniem status quo, ale w proporcji 44,7 proc. do 55,3 proc. Tymczasem w głosowaniu nad brexitem 62 proc. Szkotów i 56 proc. Irlandczyków głosowało za pozostaniem w UE. Dodatkowo, o czym rzadziej się mówi, przeciw brexitowi było niemal 96 proc. mieszkańców Gibraltaru. Stawia to pod znakiem zapytania jedność Zjednoczonego Królestwa.

– W przypadku Irlandii Północnej sytuacja komplikuje się w związku z granicą, która dzieli Irlandię na dwie części. To powoduje, że jedyna lądowa granica Wielkiej Brytanii z Unią Europejską zostanie przywrócona, co z kolei może spowodować, że konflikt w Irlandii Północnej, który toczył się przez 30 lat, może zostać odnowiony – ocenia prodziekan WSB. – Natomiast większość Szkotów w referendum chciała wciąż być Brytyjczykami, ale po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej te sentymenty mogą się odwrócić. W mojej ocenie w ciągu najbliższych 10 lat jest wielce prawdopodobne, że będziemy mieli nowe państwo w Europie, niepodległą Szkocję.

Współczesny konsument kupuje coś więcej niż sam produkt. Sprzedawcy kreują więc pozytywne emocje z nim związane

Blisko 2/3 klientów przed zakupem czerpie inspirację z mediów społecznościowych – wynika z badań PwC. Współczesny konsument kupuje już nie tylko sam produkt czy usługę, ale również wrażenia i emocje związane z jego zakupem. Dlatego kreowanie pozytywnych doświadczeń konsumenckich, niezależnie od kanału sprzedaży, jest obecnie jednym z największych wyzwań dla marketerów i fundamentem trendu experience economy.

– Experience economy to pewnego rodzaju „zanurzenie w przeżyciu” i w tę stronę będzie zmierzać marketing. Firmy będą marketować tak, żeby sprzedawać klientom nie sam produkt, ale wrażenie, pozytywne doznanie – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Kobylecki, prezes i producent kreatywny w Tengent Studio.

Współczesny konsument jest nie tylko wygodny, ale coraz bardziej wymagający i świadomy swoich wyborów. Szuka coraz lepszych doświadczeń zakupowych, poczynając od wyglądu samego sklepu, a kończąc na profesjonalnej obsłudze. Kupuje już nie tylko produkt czy usługę, ale także wrażenia związane z jej nabywaniem. Stąd trend „experience economy”, który zakłada zapewnienie klientom jak najlepszych doświadczeń zakupowych, zyskuje na znaczeniu. Ma odzwierciedlenie m.in. w tym, jak zmieniają się sklepy wielkopowierzchniowe i tradycyjne salony. Coraz częściej przekształcają się one w showroomy, które są wizytówką firmy i spełniają funkcję marketingową.

– Sklepy w galeriach handlowych zamieniają się w showroomy, gdzie produkt jest z tyłu, a bardziej wyeksponowany i sprzedawany jest np. za pośrednictwem Instagrama, czyli rozchodzi się wizerunkowo nie produkt, a bardziej jego anturaż – mówi Marcin Kobylecki.

Jak wynika z ubiegłorocznych badań firmy doradczej PwC („Polacy na zakupach”), 58 proc. konsumentów przed zakupem szuka inspiracji w mediach społecznościowych. Dla przykładu, Instagram stanowi dla wielu z nich źródło pomysłów na prezent, stylizację lub aranżację wnętrz. W dziewięciu krajach na świecie uruchomiono w tej aplikacji opcję oznaczania przedmiotu ze zdjęcia i dodawania szczegółowych informacji o produkcie i jego cenie wraz z linkiem do strony, gdzie można go kupić. 40 proc. polskich konsumentów odwiedza też strony firmowe sklepów lub marek i szuka na nich inspiracji.

– Widać, jak rozwijają się sieci socialowe, wszyscy chcą tam zaistnieć, w tym również firmy ze swoimi produktami. W natłoku informacji wygrywa ten, kto ma lepszy wizerunek albo ciekawszy pomysł na siebie – mówi Marcin Kobylecki.

Kreowanie pozytywnych doświadczeń konsumenckich – niezależnie od kanału sprzedaży – to obecnie jedno z największych wyzwań dla marketerów.

– Myślę, że experience economy będzie się rozwijać w stronę mixu różnych technik z pogranicza psychologii, neurobiologii, poznania ludzkiego umysłu i wykorzystania ich w celu dotarcia do klienta za pośrednictwem zmysłów – mówi prezes i producent kreatywny w Tengent Studio.

Co istotne, z raportu PwC wynika również, że Polacy coraz bardziej cenią też wydatki na doświadczenia niż przedmioty – 33 proc. przyznało, że zaczęli więcej wydawać na doświadczenia, takie jak podróże, szkolenia, jadanie na mieście czy wydarzenia kulturalne.

Przyszłość rynku akcesoriów do gier to personalizacja. Użytkownicy oczekują produktów unikatowych, dopasowanych do ich fizjonomii

Rynek gadżetów gamingowych rośnie w siłę. Coraz więcej producentów kieruje swoje urządzenia nie tylko do przeciętnego gracza, lecz także do zawodowych e-sportowców. Gracze poszukują podzespołów i peryferiów komputerowych, które będą mogli dostosować do swoich potrzeb i przyzwyczajeń. Na popularności zyskują sprzęty gamingowe z w pełni konfigurowalnym podświetleniem, klawiatury pozwalające dopasować sposób działania przełączników oraz myszki, które zostaną dostosowane do dłoni konkretnego użytkownika.

– W tej chwili obserwujemy bardzo dynamiczny rozwój rynku dla graczy we wszelkich kategoriach produktowych. Jesteśmy znani głównie z produktów komponentowych związanych z technologią pamięci flash i tam także widzimy mocny nacisk na to, żeby produkty były dedykowane graczom. A to znaczy, że mają być wydajne, doskonałej jakości, a także niosące jakąś wartość dodaną, np. podświetlenie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Orłowski z firmy ADATA.

W pełni konfigurowalne systemy podświetlenia RGB stały się znakiem rozpoznawczym urządzeń gamingowych. Producenci sprzętów klasy premium przeznaczonych dla graczy umieszczają je dziś już nie tylko w klawiaturach czy myszkach, paski LED znajdziemy także na kościach pamięci RAM ADATA XPG Spectrix czy na gamingowych płytach głównych od takich firm jak MSI, gdzie służą m.in. w roli narzędzia do kontrolowania temperatury procesora.

Inżynierowie Logitech opracowali nawet głośniki, które rozświetlają ścianę za monitorem i pozwalają dostosować barwę podświetlenia do tego, co dzieje się na ekranie. Po skonfigurowaniu Logitech G560 do współpracy z kompatybilnymi grami podświetlenie może sygnalizować np. stan zdrowia bohatera bądź czas odnowienia się jego umiejętności.

Najwięcej innowacji producenci wprowadzają w urządzeniach peryferyjnych, które mają bezpośredni wpływ na skuteczność gracza. Nacisk kładziony jest przede wszystkim na personalizację tych urządzeń.

– Mamy niezwykle ciekawą myszkę dla graczy, która będzie tworzona pod konkretnego zawodnika. Będzie wykonana w technologii druku 3D z niezwykle wytrzymałych materiałów. Ta myszka będzie dedykowana oczywiście e-sportowcom, bo to jest naturalny wybór dla takich ludzi. Oni nie chcą kupować czegoś, co znajdą w supermarkecie, oni chcą mieć myszkę stworzoną dla nich – przekonuje ekspert.

Myszka XPG Headshot od ADATA wpisuje się w trend daleko idącej personalizacji sprzętu gamingowego. Dzięki wykorzystaniu druku 3D myszka będzie idealnie układać się w dłoni gracza. Co więcej, wykonano ją z elastycznego, termoplastycznego materiału PA12, który pozwala aktywować dodatkowe funkcje ściskając obudowę urządzenia.

W ciekawy sposób do kwestii personalizacji urządzeń peryferyjnych podeszli także projektanci nowej klawiatury od Logitech, modelu Pro X Gaming. Sprzęt ten pozwala na wymianę nie tylko nakładek na przełączniki, lecz także samych przełączników, jeśli te zepsują się, albo ich charakterystyka nie będzie odpowiadała preferencjom gracza. Użytkownik może wymienić je na własną rękę, bez konieczności serwisowania urządzenia.

– Przyszłość akcesoriów dla graczy to według mnie personalizacja, czyli dostosowywanie produktu pod konkretnego zawodnika. Tak jak w zwykłym sporcie możemy dobrać przeróżne elementy sprzętu, tak samo w esporcie. Będziemy w stanie wybrać rodzaj przełącznika, jego wielkość, skok czy szybkości reakcji. Również myszkę, która będzie idealnie dopasowana do dłoni gracza, do jego uścisku, do jego długości palców. To zdecydowanie przeszłość – twierdzi Michał Orłowski.

Według analityków z firmy IMARC wartość globalnego rynku peryferiów gamingowych w 2018 roku wyniosła 2,66 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 4,1 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 7 proc.

Min. Rozwoju: Kosmos to źródło dochodów, innowacji i pole do rozwoju polskich firm

W ramach popularyzacji branży kosmicznej polski rząd przeznaczy 250 mln zł na składkę do Europejskiej Agencji Kosmicznej. Kondycję branży poprawić może także wdrożenie programu Horyzont Europa na lata 2021-2027, dzięki któremu polskie przedsiębiorstwa będą odgrywały większą rolę w międzynarodowych projektach badawczych.

– Przystąpiliśmy do Europejskiej Agencji Kosmicznej, która obok naszego członkostwa w Unii Europejskiej jest drugim najważniejszym narzędziem realizacji w praktyce naszych ambicji kosmicznych, które sprowadzają się do tego, żeby wykorzystywać nowoczesne technologie do eksploracji kosmosu, do sięgania po instrumenty obserwacyjne Ziemi i wykorzystywania kosmosu do celów wojskowych. I to wszystko sprawia, że otwiera się duże pole do popisu dla polskich firm – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Ociepa, wiceminister w Ministerstwie Rozwoju.

Dużą szansę na zwiększenie udziału polskich firm oraz naukowców w rozwoju europejskich programów kosmicznych daje unijny program Horyzont Europa na lata 2021-2027. Wprowadzono w nim kryterium geograficzne do wyboru finansowanych projektów, które ułatwi inżynierom z Europy Wschodniej partycypowanie w unijnych projektach kosmicznych.

Widać już pierwsze efekty inwestycji w ten sektor gospodarki. 17 grudnia 2019 roku podczas wystrzelenia satelity OPS-SAT w ramach realizacji misji Europejskiej Agencji Kosmicznej przetestowane zostanie oprogramowanie wykonane przez warszawską firmę GMV Innovating Solutions. Będzie to pierwszy przypadek wykorzystania pełnego oprogramowania pokładowego przez ESA w całości zaprogramowanego przez polską firmę.

– Rośnie świadomość społeczna, że kosmos to nie tylko „Gwiezdne wojny” w wymiarze science fiction, lecz także źródło dochodów, innowacji, zmian technologicznych, że wokół niego można rozwinąć swoje firmy – wskazuje Marcin Ociepa.

Polska delegacja zadeklarowała także na posiedzeniu Rady Ministerialnej ESA wpłacenie 39 mln euro na realizację siedmiu programów kosmicznych, które będą rozwijane w najbliższych latach. Ministerstwo Rozwoju liczy na to, że środki te przyczynią się do rozwoju całego polskiego sektora kosmicznego.

– Chcemy wspierać przedsiębiorców poprzez tworzenie forów do kontaktów B2B, kontaktów międzynarodowych czy do tworzenia klastrów. Poprzez utworzenie i restrukturyzację w następnym kroku Polskiej Agencji Kosmicznej, poprzez naszą ambitną składkę do ESA jesteśmy w stanie te cele realizować na miarę naszych możliwości – przekonuje wiceminister Ociepa.

Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku technologii kosmicznych w 2018 roku wyniosła 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie ona do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.

Połowa pracowników w Polsce ma nieprawidłową wagę, a co piąty – podwyższony cholesterol. Do dbania o zdrowie chcą ich zmotywować pracodawcy

Choć według połowy Polaków sport ma największy wpływ na zdrowie, to blisko 60 proc. nie uprawia żadnej aktywności fizycznej. W efekcie co drugi pracownik biurowy ma nieprawidłowy wskaźnik BMI, czyli problemy z wagą, a co piąty – nieprawidłowy cholesterol – wynika z raportu Medicover Polska. Zauważają to pracodawcy, którzy często wśród pozapłacowych benefitów oferują pakiety sportowe. – Możemy zmniejszyć w ten sposób absencję pracowniczą i poprawić efektywność zakładu pracy – ocenia Artur Białkowski z Medicover Polska.

– Pakiety aktywnościowe, sportowe i kulturalne mają wpływ na to, jak funkcjonujemy. Według badań ponad 82 proc. Polaków nie spełnia kryteriów WHO co do aktywności fizycznej. To oznacza, że mamy dużo do zrobienia. Jako pracodawcy powinniśmy zadbać o to, żeby w naszej ofercie dla pracowników znalazły się aktywności sportowe, które będą wpływały na poprawę ich kondycji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Białkowski, dyrektor zarządzający ds. usług biznesowych w Medicover Polska.

Z raportu Instytutu Kontekstów Pracy „Benefity pozapłacowe: wyjdź poza standard” wynika, że zwykle firmy oferują zatrudnionym średnio ponad pięć świadczeń, a te największe już około siedmiu. Dodatkowe benefity otrzymuje niemal 90 proc. pracowników. Do najpopularniejszych należą prywatna opieka medyczna oraz karnety sportowe i dofinansowanie aktywności fizycznej.

– Jeśli dobrze wdrożymy pakiety benefitowe dla naszych pracowników, na pewno odniesiemy efekt w postaci zmniejszenia absencji pracowniczej. To zdecydowanie poprawia efektywność zakładu pracy – mówi Artur Białkowski.

Polski Instytut Ekonomiczny w raporcie „Polski rynek sportu” wylicza, że regularnie sport uprawia 28 proc. Polaków, przy unijnej średniej na poziomie 40 proc. Ponad połowa w ogóle nie uprawia sportu. Koszty braku aktywności fizycznej Polaków szacuje się na 7 mld zł rocznie.

Raport „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2013–2017” przygotowany przez Medicover Polska pokazuje z kolei, że co drugi pracownik biurowy ma nieprawidłowe BMI, a co piąty zmaga się z podwyższonym cholesterolem. Benefity pozapłacowe pomagają to zmienić.

– Byliśmy bardzo ciekawi, jak wygląda aktywność użytkowników OK System, którzy rozpoczęli swoją aktywność w styczniu. Okazało się, że w 2013 roku po dziewięciu miesiącach aktywnych nadal było tylko 30 proc. osób, po trzech miesiącach 50 proc. przestawało uczęszczać. Natomiast w roku 2019 po 9 miesiącach nadal jest aktywnych prawie 50 proc. użytkowników. To pokazuje, że mniej jest słomianego zapału, większa za to wytrwałość do ćwiczeń – ocenia Aleksandra Tokarewicz, prezes zarządu OK System Polska.

Jak podaje CBOS (badanie „Jak zdrowo odżywiają się Polacy”), większość osób zdaje sobie sprawę z korzyści, jakie wynikają z aktywności fizycznej. Prawie połowa społeczeństwa uznaje, że do poprawy zdrowia przyczynia się przede wszystkim sport (48 proc.) i zdrowe odżywianie (47 proc.). Często brakuje jednak motywacji do ćwiczeń.

– Ważne jest to, w jakim miejscu realizujemy trening. Pojawiło się wiele takich miejsc, w których oprócz sprzętu mamy dostęp do bardzo bogatej oferty diagnostycznej, lecz również dietetycznej – ocenia Piotr Szczepanek, dyrektor marketingu Calypso Fitness. – Regularne pomiary dają możliwość kontrolowania, w jaki sposób zmierzamy do celu, który sobie wyznaczamy w treningu. Do tego na każdym kroku, kiedy tracimy motywację, możemy zasięgnąć rady trenerów bądź instruktorów.

Jak podkreślają eksperci, pracodawcy zdają sobie sprawę, jak ważna jest aktywność fizyczna pracowników. Promują ją nie tylko poprzez benefity, lecz także różne inicjatywy organizowane w firmach.

– Jesteśmy przez firmy zapraszani na różne eventy, takie jak dni zdrowia, dni sportu czy active days. To dla nas okazja, żeby zaprosić kluby fitness, spotkać się z pracownikami, zrobić analizy składu ciała, zaprosić na trening wprowadzający czy przygotować plan treningowy. Takich eventów jeszcze kilka lat temu robiliśmy kilka, kilkanaście w roku. W tej chwili to jest kilka, kilkanaście imprez w miesiącu – mówi Aleksandra Tokarewicz.

Kluby fitness mogą być zasilane energią wytwarzaną przez ćwiczących. To pozwala oszczędzić na rachunkach za prąd i ograniczyć emisję CO2

SportsArt, dostawca profesjonalnego sprzętu sportowego w Polsce, wprowadził na rynek linię urządzeń cardio ECO-POWR, w których energia kinetyczna generowana przez ćwiczących jest zamieniana na energię elektryczną. Wytworzona siłą ludzkich mięśni energia może stanowić źródło zasilania dla klimatyzatorów, telewizorów, oświetlenia czy lodówek funkcjonujących w siłowni lub fitness klubie. W skali roku, w zależności od wielkości obiektów​, oszczędność prądu może sięgnąć nawet 7 MWh, co przekłada się na rachunki niższe o 7–9 tys. zł. Wyposażenie wszystkich działających w Polsce fitness klubów i siłowni w ekomaszyny mogłoby zredukować polski deficyt energetyczny o moc, jaką dostarcza rocznie średniej wielkości elektrownia węglowa.

 Ekologia jest coraz bardziej popularna i modna, wiele osób chce chronić środowisko. W klubach fitness wyposażonych w urządzenia z linii ECO-POWR​ dajemy taką możliwość. Każdy klubowicz, który do nas przychodzi, włącza się w akcję proekologiczną. Sam wytwarza energię, przez co emitujemy mniej dwutlenku węgla do atmosfery – mówi agencji Newseria Biznes Arkadiusz Rudnicki, menadżer główny sieci Calypso Fitness.

ECO-POWR to linia zaawansowanych technologicznie urządzeń cardio dla klubów sportowych, siłowni i hoteli, które chcą się włączyć w ochronę środowiska i ograniczanie emisji dwutlenku węgla.

– W linii ECO-POWR​​ mamy do dyspozycji te same urządzenia, które występują w każdym fitness klubie, czyli bieżnię, orbitrek czy rower. Te urządzenia różnią się tylko tym, że wewnątrz posiadają wbudowany mikroinwerter, który zamienia energię kinetyczną każdego z ćwiczących na energię elektryczną, którą wprowadzamy do wewnętrznej instalacji elektrycznej klubu. To działa w ten sam sposób, jak fotowoltaika na dachach domów – mówi Arkadiusz Paszun, prezes firmy IMG SA, dostarczającej sprzęt i akcesoria do klubów sportowych.

Podczas godzinnego treningu na dowolnej maszynie ECO-POWR można wygenerować nawet 150 watów energii elektrycznej. Przy 20 urządzeniach można odzyskać 2030 kWh dziennie.

Przeliczając to na wartości roczne, w jednym klubie fitness można odzyskać nawet 7 MWh energii. Co równie istotne, 7 MWh oznacza także 7 ton mniej CO2 w atmosferze – mówi Arkadiusz Paszun. – ECO-POWR​​ to prawdziwe źródło odnawialnej energii, takiej samej jaką uzyskujemy dzięki słońcu, wodzie czy wiatrowi. Wcześniej czy później będziemy musieli szukać tej odnawialnej energii wszędzie, a siłownie mogą stać się jednym z jej źródeł.

Wytworzenie 20–30 kWh dziennie wystarczy do zasilenia 2 klimatyzatorów (1400 watów), 2 dużych lodówek (400 watów), 4 telewizorów LED 40’ (400 watów) i 40 żarówek (400 watów) przez cały dzień.

– Każdego dnia, wytwarzając energię na tych urządzeniach, możemy zasilić te sprzęty bez poboru prądu i bez emitowania CO2 do atmosfery. Właściciel klubu, który ma tego typu urządzenia, oszczędza rocznie nawet do 9 tys. zł – podkreśla Arkadiusz Rudnicki.

Dzięki dedykowanej aplikacji WATA, z którą połączone są urządzenia ECO-POWR​, zarówno ćwiczący, jak i właściciele czy managerowie klubów mogą śledzić postępy w produkcji energii. Osoby trenujące w klubie mają dodatkową motywację do ćwiczeń, bo dbają o kondycję fizyczną, ale także przyczyniają się do ochrony środowiska.

– Każda osoba, która przychodzi do naszego klubu i współuczestniczy w procesie odzysku energii, jest przez nas nagradzana. Zbiera ekwiwalent wato-godzin w punktach, które są później wymieniane na nagrody. Aplikacja WATA daje takie możliwości i każdy klubowicz, mając ją w swoim smartfonie, może gromadzić punkty. Dodatkowo chcemy motywować klientów poprzez zwiększanie punktacji w różnych okresach, dając im możliwość powiększenia puli nagród – dodaje Arkadiusz Rudnicki.

Siłownia zasilana siłą ludzkich mięśni to zupełnie nowy koncept biznesowy na polskim rynku. Szacunki pokazują, że wyposażenie około 2 tys. istniejących obiektów sportowych w ekomaszyny mogłoby pomniejszyć polski deficyt energetyczny o moc, jaką dostarcza rocznie średniej wielkości elektrownia węglowa.

 W Polsce działa dopiero 6 obiektów, które są wyposażone w tego typu urządzenia: 3 hotele i 3 fitness kluby. Zainteresowanie jest jednak bardzo duże i spodziewamy się, że w przyszłym roku tych obiektów może być zdecydowanie więcej, około 30–40 – mówi Arkadiusz Paszun.

Wykorzystanie ekomaszyn cardio wiąże się nie tylko ze znacznym ograniczeniem kosztów zużycia energii elektrycznej, ale także może stać się ważnym argumentem w walce o coraz bardziej wymagających klientów siłowni czy klubów fitness.

Warszawa zyskała kolejny apartamentowiec. Nowoczesny budynek stanął przy ul. Dobrej 32

Najnowsza inwestycja spółki Powiśle BJK to coś więcej, niż budynek. To połączenie komfortu, kameralnej atmosfery i aktywnego wypoczynku.

Dobiega końca budowa apartamentowca zlokalizowanego przy ul. Dobrej 32 w Warszawie. Jej inwestorem jest Powiśle BJK, spółka należąca do Grupy BJK – rodzinnej firma posiadającej ponad 20-letnie doświadczenie na rynku nieruchomości. Choć w Polsce każdego roku powstaje wiele apartamentowców, to jednak wyłącznie nieliczne z nich zasługują na wspomniane miano. Wyjątkiem od tej reguły jest apartamentowiec przy ul. Dobrej 32. Architekci nadali mu strukturę kryształu. Parter budynku będzie stale rozświetlony, ale i nieco wycofany. Nad nim znajduje się sześć pięter mieszkalnych, a całość konstrukcji zamyka trójwymiarowe zadaszenie chroniące tarasy dwóch najwyżej położonych apartamentów przed nadmiernym oświetleniem słonecznym.

Jak mówi prezes spółki BJK Bartosz Kuźma: „We wszystkich naszych inwestycjach stawialiśmy przede wszystkim na architekturę i jakość stosowanych materiałów i rozwiązań. Apartamenty Dobra 32 jest dla nas szczególnie ważnym projektem ze względu na unikatową lokalizację. Wybierając materiały, z których powstaje budynek, nie szukaliśmy oszczędności. Zawsze najważniejszym kryterium była estetyka i jakość. Przykładem może być najbardziej nowoczesna winda dostępna na rynku, z kabiną wykonaną na specjalne zamówienie, a także panoramiczne okna w mieszkaniach o imponujących wymiarach, otwierane ukrytymi w ramie siłownikami elektrycznymi. Lokale wyposażone są w klimatyzację najwyższej klasy z ukrytymi w podłodze klimakonwektorami. Gwarantuje to nie tylko większą estetykę pomieszczeń, ale i komfort równomiernej temperatury w każdym punkcie lokalu”.Apartamentowiec przy ul. Dobrej 32 Apartamentowiec przy ul. Dobrej 32

Apartamenty przy ul. Dobrej 32 z powodzeniem można określić mianem przestrzeni dla wymagających. W budynku znajduje się jedynie 18 mieszkań, co umożliwia zachowanie kameralnej atmosfery. Oznacza to również, iż osoby zamieszkujące budynek zapewne będą się znały, nawet jeśli nie zawarły znajomości przed zakupem. Co istotne to fakt, iż w umowach deweloperskich zawarto wyraźny brak zgody na wynajem krótkoterminowy. Dzięki temu mieszkańcy apartamentów nie będą narażeni na konfrontacje z ludźmi pojawiającymi się na krótko, którzy nie szanują cudzego prawa do spokoju. O komfort i wygodę mieszkańców zadba również recepcja oraz concierge.

Większość apartamentów znajdujących się w budynku to mieszkania powyżej 100 m2. Prawdziwym diamentem wśród nich jest penthouse o powierzchni 291 m2 położony na trzech kondygnacjach, z czego każda z nich może pełnić inną funkcję. Na najwyższej z nich znajduje się taras o powierzchni 60 m2, a na dwóch pozostałych duże balkony. Na każdej kondygnacji znajduje się łazienka (na V piętrze dwie) lub toaleta. Apartament składa się z trzech sypialni, salonu liczącego 101 m2 połączonego z kuchnią, pokoju dziennego oraz gabinetu, garderoby i przedpokoju.

Na uwagę zasługuje również nieprzypadkowa lokalizacja apartamentowca. Bliskość nadwiślańskich bulwarów i Parku Kazimierzowskiego gwarantuje bowiem możliwość rekreacji na świeżym powietrzu. W pobliżu Dobrej 32 powstaje także kompleks Elektrownia Powiśle. Na powierzchni 15,5 tys. m2 funkcjonować będzie nawet 40 restauracji, liczne kawiarnie, winiarnie, bary i whisky bary. Nie zabraknie też butików i sklepów; zarówno tych prowadzonych przez samych projektantów, jak i typu pop-up store.

Elektrownia Powiśle
Elektrownia Powiśle

Dobra 32 to połączenie najwyższego standardu i wygody z możliwością prowadzenia aktywnego życia towarzyskiego i rekreacji na świeżym powietrzu. To także błoga cisza i spokój, panujące we wnętrzu samego budynku. Więcej informacji na temat Dobrej 32 znajdziesz na stronie http://dobra32.pl/.

Święta tuż-tuż. Czy jesteś gotowy na wszystkie świąteczne wydatki?

Święta Bożego Narodzenia to czas pełen relaksu i rodzinnego wypoczynku, w którym wszyscy zbieramy się przy wigilijnym stole. Gwiazdka ma też drugą stronę – bardziej przyziemną. To stół z dwunastu dań i góra prezentów pod choinką. Ta strona potrafi naprawdę sporo kosztować: zgodnie z badaniami firmy Deloitte, zeszłoroczne święta kosztowały przeciętną polską rodzinę około 1168 zł, a zdecydowaną większość tej kwoty przeznaczyliśmy właśnie na prezenty i artykuły spożywcze (odpowiednio 45 i 44%). Czy można obniżyć tę kwotę, nie obniżając jednocześnie jakości świąt?

Jak oszczędzać na zakupach spożywczych?

szybka pożyczka przez internet
Źródło: Takto Chat – Szybkie pożyczki przez Czat w 5 minut | TaktoEasy.pl

Świąteczne zakupy to złożona operacja, do której należy podejść z odpowiednim zaangażowaniem i taktyką. W gąszczu lampek choinkowych i czekoladowych Mikołajów bardzo łatwo możesz zapomnieć, co właściwie było celem Twojej wizyty w sklepie. Na szczęście, skutków zakupowej gorączki można uniknąć – należy jedynie stosować się do kilku uniwersalnych zasad.

Zrób listę zakupów

Brak listy najpotrzebniejszych produktów to jeden z najpoważniejszych błędów, jakie może popełnić. Poleganie wyłącznie na własnej pamięci prędzej czy później doprowadzi do sytuacji, w której niektóre produkty kupisz dwa razy, a po inne będziesz zmuszony wybrać się do sklepu jeszcze raz. Warto poświęcić nieco czasu, aby uzupełnić listę o jak największą liczbę detali, takich jak szczegółowe wypisanie planowanych do przygotowania posiłków czy podzielenie zakupów na poszczególne sklepy (supermarket, warzywniak, piekarnia). To pomoże Ci w ograniczeniu listy wyłącznie do niezbędnych produktów.

Stacjonarnie czy sieciowo?

Zakupy w dużych dyskontach spożywczych mają swoje wady i zalety. Wyjazd do dużego supermarketu wyraźnie zwiększa Twoje szanse na owocne zakupy – musisz jednak pamiętać, że okres przedświąteczny sprzyja brakom w towarze i ogromnym kolejkom. Decydując się na samodzielne zakupy, warto poświęcić nieco czasu, aby porównać aktualne promocje. Być może uda Ci się dzięki temu zaoszczędzić trochę grosza?

Osoby zabiegane powinny pamiętać o dobrodziejstwach zakupów przez Internet z dostawą wprost do domu. Supermarkety umożliwiają precyzyjne określenie godziny odbioru, dzięki czemu wygodnie dostosujesz transport do swojej dostępności. Zakupy online znakomicie współgrają z opisaną wcześniej precyzyjną listą zakupów, którą będziesz mógł odhaczać punkt po punkcie. Dodatkowo, wyeliminujesz ryzyko skuszenia się na zbędne produkty z ekspozycji i zaoszczędzisz pieniądze.

Organizowanie świąt i szykowanie prezentów to duże wyzwanie dla każdego portfela. Na szczęście, z pomocą przychodzi szybka pożyczka przez Internet od TAKTO Easy. Firma ta jako pierwsza w Polsce oferuje składanie wniosku przez internetowy czat. Szybka pożyczka przez Internet od TAKTO Easy to minimum formalności, dzięki którym cały proces decyzyjny może potrwać jedynie kilkanaście minut.

Już dziś zapoznaj się z tą innowacyjną ofertą i przekonaj się, że szybka pożyczka przez Internet jest teraz prostsza niż kiedykolwiek.

Złóż wniosek jeszcze dziś i przekonaj się, że szybka pożyczka online może zostać udzielona szybko i na prostych zasadach. Znajdziesz nas pod adresem: ul. Szczytnicka 11, 50-382 Wrocław lub na naszej stronie: TaktoEasy.pl

Źródło: Takto Chat – Szybkie pożyczki przez Czat w 5 minut | TaktoEasy.pl

ORLEN wnioskuje o odszkodowania za zanieczyszczoną ropę

PKN ORLEN wystąpił do dostawców rosyjskich o odszkodowania związane z zanieczyszczoną ropą. Obejmują one m.in. dodatkowe koszty poniesione w związku z przerobem tego surowca.

– Zgodnie z zapowiedziami wystąpiliśmy do dostawców o odszkodowanie z tytułu ropy zawierającej chlorki organiczne. Zależało nam na precyzyjnym wyliczeniu wszystkich kosztów, które ponieśliśmy, związanych z ochroną instalacji produkcyjnych, a także pozyskaniem czystej, nieskażonej ropy dla utrzymania ciągłości przerobu. Dlatego ten proces był długotrwały. Tym bardziej, że musieliśmy dostosować nasze analizy do planowych przestojów remontowych w naszej rafinerii. Jesteśmy zdeterminowani, aby odzyskać wszystkie koszty, które ponieśliśmy – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Podejmowane działania w zakresie odszkodowań związane są z zamknięciem rurociągu „Przyjaźń” przez PERN w dniu 24 kwietnia 2019 r. Rosyjska ropa nie płynęła rurociągiem przez 46 dni. W tym czasie PKN ORLEN dzięki m.in. wdrożonej strategii dywersyfikacji dostaw, a także wykorzystaniu zapasów operacyjnych i infrastrukturze, takiej jak kawerny w IKS Solino, dysponował zasobami, które wystarczały do utrzymania produkcji na założonych wcześniej poziomach i pomocy w udrożnieniu systemu przesyłowego. Kluczowe w tym zakresie było także wsparcie polskiego rządu.

PKN ORLEN wykorzystuje każdą możliwość podjęcia szerszej współpracy z nowymi dostawcami, ponieważ zwiększa to bezpieczeństwo energetyczne Polski. Dywersyfikacja dostaw ropy naftowej do płockiej rafinerii to efekt współpracy biznesowej z firmami spoza Europy, w tym z Afryki, czy Zatoki Perskiej. Działania podejmowane przez PKN ORLEN umożliwiają uzyskanie korzystnego miksu rop, optymalizującego produkcję. Mają one także pozytywny wpływ na finalną jakość i cenę produktów oraz stabilność na rynku. Miesięcznie do rafinerii w Płocku trafia ok. 1,4 mln ton ropy naftowej, z czego średnio ok. 700 tys. ton z kierunków alternatywnych wobec rosyjskiego. Tylko od początku 2018 roku, w ramach zakupów typu spot, zakontraktowany został surowiec z Angoli, Nigerii, ze Stanów Zjednoczonych, czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Rynek nieruchomości magazynowych w Polsce w 3 kw. 2019

W ciągu pierwszych trzech kwartałów 2019 r. w Polsce przybyło prawie 2,0 mln m kw. nowej powierzchni magazynowo-przemysłowej, co jest najwyższym wynikiem w historii. Zgodnie z analizami firmy doradczej Savills, poziom popytu stabilizuje się i powraca do wartości sprzed trzech lat.

Jak wynika z raportu „Market in Minutes – Rynek magazynowy w Polsce” opracowanego przez Savills, po pierwszych dziewięciu miesiącach roku, całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej wzrosły do 17,6 mln m kw. W podziale na regiony największym rynkiem pozostaje Warszawa (ponad 4,1 mln m kw.) a na drugie miejsce wrócił Górny Śląsk (ponad 3 mln m kw.) kosztem Polski Centralnej (2,9 mln m kw.).

Najwięcej nowej powierzchni logistycznej powstaje obecnie w Warszawie i okolicach, a także we Wrocławiu i na Górnym Śląsku. Powierzchnia pozostająca w budowie wynajęta jest w ok. 46%. Aktywność deweloperów dostosowuje się do stabilizującego się popytu. Na koniec września 2019 r. w budowie pozostawało 1,8 mln m kw., czyli 13% mniej niż przed rokiem.

Zgodnie z danymi Savills w ciągu pierwszych trzech kwartałów 2019 roku wynajęto 2,7 mln m kw. nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej. Około jedna trzecia popytu przypada na Warszawę i okolice. Największą umowę najmu w trzecim kwartale podpisała firma Raben, dla której w Rudzie Śląskiej firma Prologis buduje centrum operacyjne o powierzchni ok. 50 000 m kw.

Średnia stopa pustostanów dla całego kraju pozostaje na niskim poziomie, jednakże wzrosła do 6,5%, o 2,2 pkt. proc. rdr. i 1,4 pkt. proc. w stosunku do czerwca br. Stawki czynszowe nie uległy istotnej zmianie. W przypadku czynszów bazowych wynoszą one od 2,7 euro do 4,2 euro za m kw. na miesiąc w wielkopowierzchniowych obiektach, dochodząc do 5,25 euro za m kw. na miesiąc w mniejszych modułach zlokalizowanych na terenie Warszawy.

Lata 2017-2018 były dotychczas najlepszym okresem dla polskiego rynku nieruchomości magazynowych i przemysłowych. Zarówno w 2017 jak i w 2018 r. wybudowano ponad 2 mln m kw. i wynajęto powyżej 4 mln m kw. powierzchni. Po pierwszych trzech kwartałach 2019 roku widać, że porównując do analogicznych okresów z przeszłości, rynek powraca do wyników odnotowywanych przed tymi dwoma rekordowymi latami. Według Savills delikatny spadek poziomu popytu jest w dużej mierze efektem wysokiej bazy a wzrost stopy pustostanów wynika z porównania do jednego z najniższych poziomów w historii odnotowanego w analogicznym okresie ubiegłego roku.

„Za nami dwa rekordowe lata dla rynku nieruchomości magazynowych i przemysłowych w Polsce, w trakcie których rozwijał się on w niezwykle imponującym tempie. Dane za trzy pierwsze kwartały 2019 r. wskazują na powrót do dynamiki wzrostu sprzed trzech lat, która nadal pozostaje wysoka. Kluczowa dla rynku będzie aktywność najemców w najbliższych miesiącach. Wpływ na to będzie mieć kondycja gospodarki światowej, zwłaszcza naszego zachodniego sąsiada, będącego głównym rynkiem eksportowym dla Polski. Dalszy rozwój branży e-commerce i nadal wysoki poziom konsumpcji prywatnej generujący wewnętrzny popyt pozwalają jednak wierzyć, że w najbliższym czasie czeka nas okres stabilnego wzrostu sektora nieruchomości magazynowo-przemysłowych” – mówi Kamil Szymański, dyrektor działu powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills.

Co ze stopami w USA? Jutro wybory w Wielkiej Brytanii

Po serii obniżek stóp procentowych w USA zapowiada się dzisiaj spokojne posiedzenie FOMC. Analitycy spodziewają się, że jeżeli nie stanie się nic nadzwyczajnego, stopy procentowe pozostaną bez zmian.

Wybory na Wyspach już jutro

Jutro odbędą się przyspieszone wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii. Rynki dotychczas podchodziły do tego tematu bardzo spokojnie. Wczoraj wieczorem jednak wyraźnie inwestorom puściły nerwy. W ciągu godziny funt stracił na wartości 3 grosze. Ostatnie sondaże sugerują, że konserwatyści będą mieć samodzielną większość. Oznacza to, że temat brexitu może znowu powrócić. Może to oznaczać opuszczenie Unii już przed kolejnym terminem ostatecznym. Taki scenariusz, patrząc na długość oczekiwania, wcale nie musi być taki zły dla rynków. O ile faktycznie analizy pokazują, że brexit nie będzie korzystnym procesem, o tyle wstrzymanie oddechu w gospodarce, czekając na niego, też dobrze nie wpływa.

Posiedzenie FOMC

Federalny Komitet Otwartego Rynku podejmie dzisiaj decyzję w sprawie sóp procentowych. Analitycy są zgodni, że nie dojdzie do zmiany sóp procentowych. Co ciekawe, patrząc na zmiany notowań kontraktów terminowych, większa, aczkolwiek symboliczna, jest szansa na wzrost stóp procentowych. Realnie za obniżką przemawia obecnie tylko presja ze strony prezydenta Donalda Trumpa. Jeżeli nie dojdzie do zmian, rynki powinny reagować neutralnie. W przypadku obniżki powinniśmy być świadkami gwałtownych spadków dolara.

Turcja pręży muskuły

Po tym, jak prezydent USA zapowiedział sankcje w związku z zakupem przez Turcję rosyjskich systemów obrony, na reakcję Ankary nie trzeba było długo czekać. Tureckie MSZ zapowiedziało odpowiedzi na amerykańskie sankcje. Biorąc pod uwagę, jak ważnym członkiem NATO jest Turcja, jej zbliżanie się z Rosją nie jest mile widziane. Rynki reagują względnie spokojnie, aczkolwiek turecka lira jest wyraźnie w odwrocie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – inflacja konsumencka,
  • 16:30 – USA – zmiana zapasów paliw,
  • 20:00 – USA – posiedzenie FED w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Wyniki rynku ubezpieczeniowego po III kwartale 2019 r.

Po trzech kwartałach 2019 r., ubezpieczyciele wypłacili poszkodowanym i klientom 30,7 mld zł. Ponad 14 mld zł z tej kwoty dotyczyło ubezpieczeń na życie, a kolejnych 11 mld zł związane było z polisami komunikacyjnymi. Aż o 23 proc. wzrosły odszkodowania za szkody spowodowane żywiołami.

Najważniejsze dane z rynku ubezpieczeń po III kw. 2019 r.

  • 67 mld zł aktywów ubezpieczycieli to środki wspierające gospodarkę i finanse publiczne poprzez krajowe obligacje i inne papiery o stałej kwocie dochodu
  • • 15 mld zł aktywów ubezpieczycieli to środki zainwestowane długoterminowo w akcje spółek z GPW i inne papiery o zmiennej kwocie dochodu
  • • 1 mld zł podatku dochodowego do budżetu państwa
  • • Ubezpieczyciele zebrali prawie 47 mld zł składek, o 1,5 proc. więcej niż rok wcześniej

Każda godzina pracy ubezpieczycieli oznacza ponad 4,5 mln zł odszkodowań i świadczeń dla poszkodowanych. Ubezpieczenia to jednak nie tylko korzyść dla poszkodowanych. To także długoterminowe inwestycje w gospodarkę poprzez środki lokowane w papiery wartościowe emitowane przez państwo – mówi Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

 Najważniejsze liczby:

Rynek komunikacyjny

  • Odszkodowania i świadczenia wypłacone brutto z OC ppm wyniosły 7 mld zł (wzrost o 6)
  • Odszkodowania i świadczenia wypłacone brutto z AC wyniosły 4,1 mld zł (wzrost o 12,6 )
  • 562,8 zł to średnia składka z rocznej umowy OC ppm w III kwartale 2019 To o 3,3 proc. mniej niż rok wcześniej
  • 7656 zł to średnia wartość szkody z umowy OC ppm na koniec III 2019 r. To o 3,1 proc. więcej niż rok wcześniej

Rynek majątkowy (Dział II bez ubezpieczeń komunikacyjnych)

 Najważniejsze liczby:

  • Wartość składek z ubezpieczeń majątkowych (nie licząc komunikacyjnych) wyniosła 13,4 mld zł i była o 8,4 wyższa niż rok wcześniej
  • Największy udział w składce na rynku majątkowym mają ubezpieczenia związane z żywiołami i innymi szkodami rzeczowymi. W sumie po III kw. 2019 r. wydaliśmy na nie 5 mld zł.
Andrzej Maciążek, wiceprezes Polskiej Izby Ubezpieczeń
Andrzej Maciążek, wiceprezes Polskiej Izby Ubezpieczeń

Rosną wydatki na ubezpieczenia związane z żywiołami, ale przede wszystkim rośnie wartość wypłacanych odszkodowań. Na koniec września 2019 ubezpieczyciele wypłacili z tytułu żywiołów 1,2 mld zł, co oznacza kwotę aż o 23 proc. wyższą niż rok wcześniej. Raport PIU pt. „Klimat ryzyka” pokazuje wyraźnie, że w kolejnych latach częstotliwość występowania gwałtownych zjawisk pogodowych wzrośnie. Bez dobrej polityki zarządzania ryzykiem musimy liczyć się niestety także z coraz większymi szkodami z tego tytułu – wyjaśnia Andrzej Maciążek, wiceprezes zarządu PIU.

Rynek życiowy

 Najważniejsze liczby:

  • Wartość składki z tytułu ubezpieczeń na życie wyniosła prawie 16 mld zł (spadek o 3,1 )
  • Wartość świadczeń z tytułu ubezpieczeń na życie wyniosła 14,2 mld zł (spadek o 10,6 )
  • Rynek życiowy w Polsce wciąż się kurczy, ale spadek składki jest w kolejnych kwartałach coraz Nadal wynika on z niższej sprzedaży ubezpieczeń inwestycyjnych i oszczędnościowych. Jednocześnie stabilny pozostaje segment polis stricte ochronnych – mówi J. Grzegorz Prądzyński.

Wyniki finansowe ubezpieczycieli

  • Zysk netto ubezpieczycieli życiowych po III 2019 wyniósł 2 mld zł i był o 5 proc. wyższy niż rok wcześniej
  • Ubezpieczyciele majątkowi zakończyli III 2019 r. z zyskiem 3,9 mld zł, co oznacza wzrost o 6,2 proc., ale 1,3 mld zł z tego wyniku to dywidenda z PZU Życie SA do PZU SA, ujęta już w zeszłorocznym zysku netto ubezpieczycieli życiowych

Wynik techniczny ubezpieczeń na życie wyniósł 2,5 mld zł i był o 5,6 proc. wyższy niż rok wcześniej. Wynik techniczny ubezpieczycieli majątkowych wyniósł 2,1 mld zł i był o 10,7 proc. niższy niż rok wcześniej. Należny od polskich ubezpieczycieli podatek dochodowy na koniec III kw. 2019 r. wyniósł 1 mld zł, a podatek od aktywów – ok. 540 mln zł.

Internetowy skok na milion dolarów – jak oszukać startup i inwestora?

Badacze Check Pointa rozwikłali tajemnicę zaginięcia przelewu o wartości 1 miliona dolarów, za którą stał chiński haker, fałszujący wymianę korespondencji pomiędzy spółką venture capital a izraelskim start-up’em. Do dokonania oszustwa wystarczyły dwie fałszywe domeny, kilkanaście maili oraz odmowa bezpośredniego spotkania pomiędzy ofiarami.

Wyobraź sobie, że jesteś właścicielem startupu i czekasz na pierwszą wpłatę od inwestorów, ale pieniądze nie pojawiają się na Twoim koncie bankowym. Albo wyobraź sobie, że jesteś przewodniczącym spółki venture capital, której wydaje się, że przelała pieniądze jednej ze spółek ze swojego portfolio, ale pieniądze nigdy nie dotarły do miejsca przeznaczenia.

Taki rzeczywisty przypadek został zbadany całkiem niedawno przez zespół reagowania na incydenty firmy Check Point (ang. Check Point Incidence Response Team – CP IRT). Chińska firma venture capital została zawiadomiona przez ich bank, że wystąpił problem z jedną z ich ostatnich transakcji. Kilka dni wcześniej, młody izraelski startup zdał sobie sprawę, że nie otrzymał finansowania w kwocie 1 miliona dolarów. Po szybkiej rozmowie telefonicznej obie strony zdały sobie sprawę, że ich pieniądze zostały skradzione.

Analizując korespondencję mailową pomiędzy stronami okazało się, że niektóre maile zostały zmodyfikowane, a inne nie zostały napisane przez żadną osobę z obu firm.

W tym momencie CEO izraelskiego startupu powiadomił grupę CP IRT celem zbadania sprawy. Coś, co wydawało się z początku zwykłym oszustwem typu BEC (ang. Business Email Compromise – naruszenie maili biznesowych), szybko okazało się być czymś zupełnie innym.

Śledztwo

Zespół Check Point IRT zebrał i przeanalizował wszystkie logi, maile oraz komputery zamieszane w sprawę. Podczas zbierania dowodów, CP IRT natrafiło na 3 wyzwania, na które najprawdopodobniej napotkał każdy zespół reagujący na incydenty bezpieczeństwa.

Skrzynki pocztowe klienta były hostowane na serwerze mailowym GoDaddy, który nie dostarczył jednak żadnych informacji pomocnych w śledztwie. Logi audytowe pokazały jedynie 5 ostatnich logowań na serwer i wszystkie z nich należały do pracowników startupu.

Check Point zdał sobie sprawę, że jeżeli włamanie nastąpiło po stronie izraelskiej, prawdopodobnie nie będzie w stanie określić dokładnych czasów logowania i adresu IP atakującego.

Eksperci musieli wyśledzić oryginalne maile, żeby być w stanie przeanalizować ich nagłówki. Gdy już je odzyskali, zyskali szersze spojrzenie na sprawę i byli w stanie powiedzieć, w jaki sposób hakerzy przeprowadzili atak.

Kilka miesięcy przed momentem dokonania transakcji finansowej, atakujący dostrzegł wątek mailowy zapowiadający wielomilionowe wsparcie startupu i postanowił to wykorzystać. Zamiast tylko monitorować maile poprzez utworzenie reguły autoforwardowania, jak to zazwyczaj ma miejsce w przypadkach zwykłych BEC, atakujący postanowił zarejestrować 2 domeny o podobnych nazwach.

Pierwsza domena była praktycznie taka sama jak domena izraelskiego startupu, dodano jedynie “s” na końcu. Druga domena przypominała nazwę chińskiej firmy VC, do której również dodano “s” na końcu.

Jak wskazuje Check Point, atakujący wysłał następnie dwa maile z identycznym nagłówkiem co oryginalny wątek. Pierwszy został wysłany chińskiej firmie z domeny przypominającej izraelską, w którym podano się za CEO startupu. Drugi mail został wysłany do izraelczyków z domeny przypominającej domenę chińskiej spółki VC, w którym podano się za menedżera zajmującego się tą sprawą. W ten sposób atakujący miał przygotowany grunt pod ostateczny atak typu Man-In-The-Middle (ang. człowiek-w-środku).

Każdy mail wysłany przez obie strony był tak naprawdę wysłany przez atakującego, który następnie analizował go i decydował, którą część przeredagować, a następnie zmodyfikowana treść była wysyłana z odpowiedniej fałszywej domeny do prawdziwego adresata wiadomości.

Podczas trwania ataku, atakujący wysłał 18 maili do chińskiej strony i 14 do strony izraelskiej. Cierpliwość, dbałość o szczegóły oraz dobre rozeznanie sprawy umożliwiły przeprowadzenie go z sukcesem.

W pewnym momencie ataku chiński właściciel konta i dyrektor generalny izraelskiego startupu zaplanowali spotkanie w Szanghaju. W ostatniej chwili atakujący wysłał do obu stron maile odwołujące spotkanie, a w każdym była inna wymówka, dlaczego spotkanie nie mogło się odbyć.

Bez tego kluczowego maila ze strony atakującego, cała operacja prawdopodobnie by się nie udała. Bardzo możliwe było, że podczas spotkania właściciel konta zostanie poproszony o zweryfikowanie dokonanych zmian na koncie bankowym.

Było to niedopuszczalne ryzyko dla atakującego, więc podjął kroki, aby upewnić się, że tak się nie stanie. To oznacza, że atakujący wiedział co robi i posiadał doświadczenie.

Co zrobić, gdy zdajesz sobie sprawę, że udało ci się ukraść milion dolarów?

Pojechać na urlop? Kupić samochód?

Haker, zuchwale, zamiast zaprzestać komunikowania się, próbował przechwycić kolejną rundę finansowania VC. Co więcej, nawet po usunięciu skutków tego ataku, izraelski dyrektor finansowy nadal otrzymuje co miesiąc jeden e-mail z fałszywego konta CEO, proszącego o wykonanie transakcji przelewem.

Polski eksport ucieka przed recesją na pozaunijne rynki?

Polski eksport radzi sobie wyjątkowo dobrze w obliczu spowolnienia gospodarczego w UE, a przede wszystkim w Niemczech. W okresie styczeń-październik 2019 r. jego wartość wzrosła o 5,3% r/r, do poziomu 196,6 mld euro. Jak zauważają eksperci instytucji płatniczej AKCENTA w rozwoju zagranicznej sprzedaży duży udział mają kraje spoza UE, a nawet samej Europy. Coraz więcej wysyłamy m.in. za Ocean i do Azji.

W pierwszej 20 najważniejszych rynków zbytu polskiego eksportu 5 znajduje się poza UE, a 2 poza Starym Kontynentem. Razem odpowiadają za ponad 10% polskiego wywozu. W grupie tej w ostatnim czasie odnotowano rekordowe wzrosty sprzedaży. Do znajdujących się na 20 pozycji Chin eksport zwiększył się blisko do 30% r/r. , do USA (+11,4%), na Ukrainę (ponad +10% r/r) oraz do Rosji (+9,7% r/r).

Nowe rynki mają wiele do zaoferowania

Eksport na pozaunijne i pozaeuropejskie rynki wyraźnie ożywił się w ostatnim czasie. Widać, że polskie firmy coraz ambitniej i odważniej podchodzą do międzynarodowej ekspansji. Na odległych rynkach jest też ogromny potencjał i przestrzeń do rozwoju. Oczywiście, zaistnienie na nich jest znacznie trudniejsze niż np. w sąsiednich krajach UE. Z drugiej strony, europejski i unijny rynek jest już mocno nasycony i panuje tu ogromna konkurencja. Jednocześnie polskie firmy coraz bardziej tracą przewagę kosztową, dzięki której przez wiele lat udawało się tak szybko i z sukcesem rozwijać zagraniczną sprzedaż. Rynki pozaunijne dla przedsiębiorstw, które osiągnęły już swoje maksimum wzrostu w UE, mogą być idealnym rozwiązaniem – mówi Radosław Jarema, dyrektor AKCENTY w Polsce.

Kolejnym powodem do zainteresowania się odleglejszymi rynkami dla wielu eksporterów może być także osłabienie koniunktury w UE, a szczególnie w niemieckiej gospodarce, dodaje ekspert AKCENTY. Jak pokazują dane GUS w pierwszych 10 miesiącach br. polski eksport do Niemiec nadal rośnie (+3,8% r/r), ale w znacznie niższym tempie niż w ostatnich latach. Na koniec roku 2017 i 2018 polski wywóz notował tam dwucyfrowe tempo wzrostu (odpowiednio 12,2 i 11,1% r/r).

Innym problemem może być też w najbliższej przyszłości Brexit. – Jego konsekwencje eksporterzy odczują bezpośrednio – w potencjalnie utrudnionym dostępie do brytyjskiego rynku, jak i pośrednio – poprzez skutki gospodarcze wyjścia Wielkiej Brytanii z UE – wskazuje ekspert AKCENTY.

Handel światowy rośnie w najwolniejszym tempie od dziesięciolecia; i nie ma nadziei na znaczną poprawę

  • Handel światowy rósł w najwolniejszym tempie od dziesięciolecia w 2019 r. (+1,5%)
  • Nie ma nadziei na znaczną poprawę w 2020 r. (+1,7%).
  • W obliczu rosnącego protekcjonizmu należy uważać na przekierowanie handlu i „handel fantomowy” w 2020 r.

Większa niepewność i wyższe globalne taryfy celne mają niezwykle negatywny wpływ na handel: w 2019 r. wolumen światowego handlu towarów i usług rósł w najwolniejszym tempie od dziesięciolecia (+1,5%). W rezultacie eksporterzy najprawdopodobniej odnotują w tym roku straty w wysokości 420 mld USD – według ostatniego raportu „Handel Światowy” Euler Hermes: “Wojny handlowe: niech siła handlu będzie z Tobą ”.

Chiny (-67 mld USD), Niemcy (-62 USD mld) i Hongkong (-50 mld USD) to główne ofiary recesji w handlu. Chociaż w większości efekty te można tłumaczyć kwestiami kursów walut, to szok eksportowy niewątpliwie objął wszystkie kraje europejskie i inne światowe centra eksportowe. Pośród sektorów największe straty odczuwa sektor elektroniczny (-212 mld USD), sektor metalowy (-186 mld USD) i sektor energetyczny (-183 mld USD).

Najgorsze może jest już za nami, ale nie ma nadziei na znaczną poprawę w 2020 r.

„Nasz autorski Wskaźnik Cyklu Handlowego[1] (TMI – Trade Momentum Index) pokazuje, że najgorsze jest za nami: wskaźnik przestał się pogarszać, ale jego wartość wciąż jest ujemna. Dlatego oczekujemy, że handel w 2020 r. pozostanie w reżimie niskiego wzrostu, nieznacznie przyspieszając do +1,7%, przy czym światowa gospodarka będzie nadal zwalniać (+2,4% po +2,5% w 2019 r.)” – ocenia Ludovic Subran, Główny Ekonomista Grupy w Allianz i Euler Hermes. „Tak zwana „pierwsza faza” porozumienie pomiędzy USA i Chinami, mimo że powierzchowna, może przynieść pewną ulgę. Ale ponowne groźby wprowadzenia taryf celnych i pracowity rok polityczny (szczyty światowe, wybory w USA) w 2020 r. doprowadzą do większej niestabilności, nie pozostawiając nadziei na znaczną poprawę.

Największe zyski z eksportu odnotują Chiny (90 mld USD) i USA (87 mld USD). Jednak ich konflikt handlowy odcisnął swoje piętno: zyski z eksportu w przypadku obydwu krajów będą mniej więcej o połowę niższe niż w 2018 r. Rosnący protekcjonizm w formie amerykańskich taryf celnych na samochody może w następnej kolejności obrać za cel Niemcy i Zjednoczone Królestwo.

Co do sektorów: elektronicznego (-47 mld USD), metalowego (-42 mld USD) oraz maszyn i urządzeń (-27 mld USD) trend generalnie będzie się utrzymywał w 2020 r. Z kolei, sektory: programów i usług IT (62 mld USD), rolno-spożywczy (41 mld USD) i chemiczny (37 mld USD) odnotują umiarkowane zyski z eksportu.

Nowe strategie w celu uniknięcia kolejnych taryf celnych: przekierowywanie handlu i „mroczny handel”

Mali i zwinni eksporterzy najbardziej skorzystali ze zmian kierunków handlu w sytuacji eskalacji napięć handlowych pomiędzy USA i Chinami. Innymi słowy – najwięksi partnerzy handlowi tracą udział w rynku lub zyskują mniej niż średnia (Kanada, Niemcy, Japonia i Meksyk), podczas gdy wielu mniejszych partnerów handlowych (Tajwan, Holandia, Belgia, Brazylia czy nawet Francja) szybko zyskuje na znaczeniu.

Zwycięzcy mogą nie cieszyć się zbyt długo swoim zwycięstwem: np. Wietnam, który skorzystał na konflikcie handlowym, jest w efekcie na „gorącym krześle” (celowniku), ponieważ jego nadwyżka handlowa z USA gwałtownie się zwiększyła.

„Mroczny handel” (oryg. Phantom trade) jest inną konsekwencją wzrostu napięć handlowych pomiędzy USA i Chinami: niektóre chińskie przedsiębiorstwa mogą wysyłać swoje towary na rynki trzecie, takie jak Tajwan i Japonia, a stamtąd następnie wysyłać je do USA, omijając taryfy celne.

Takie przekierowanie pozwala uniknąć taryf celnych i sztucznie zawyża dane dotyczące handlu (ponieważ ten sam towar podróżuje na dodatkowy rynek, zanim dotrze do ostatecznego odbiorcy). Nasza wstępna analiza południowo-wschodniej Azji w oparciu o dane za ostatnie półtora roku półtora roku pokazuje, że Japonia i Tajwan są wykorzystywane jako rynki-odskocznie dla dalszego eksportu maszyn i urządzeń mechanicznych oraz wyrobów elektrycznych” – podsumował Georges Dib, Ekonomista w Euler Hermes.

[1] Obejmuje: dane z analizy wyników poszczególnych krajów, dotyczące: zamówień eksportowych, dane o produkcji dla sektorów zintegrowanych z handlem światowych (np. motoryzacyjny, elektroniczny, chemiczny). TMI może z miesięcznym wyprzedzeniem wyjaśnić 75% zmian zachodzących w światowym handlu towarami.

Jak powinny wyglądać polskie miasta w 2035 r.?

W małych i średnich miastach mieszka około 40 proc. Polaków. Polski Instytut Ekonomiczny opracował dla nich scenariusze rozwoju w ramach raportów „Scenariusze rozwoju małych i średnich miast”. Do głównych wyzwań stojących przed tymi miejscowościami należy depopulacja oraz brak kompleksowych strategii rozwoju, na które cierpi co piąte średnie miasto. 43 proc. średnich ośrodków stanowią miasta nazwane lokomotywami rozwoju rynków lokalnych. Najwięcej z nich znalazło się w województwach: wielkopolskim, śląskim oraz mazowieckim.

W 2018 roku w Polsce istniało 930 miast, w tym 712 małych oraz 202 średnie. Na potrzeby raportów PIE przebadano 205 małych ośrodków miejskich oraz 90 średnich. Grupę 39 średnich miast o najwyższej samoocenie nazwano lokomotywami rozwoju rynków lokalnych. Znalazły się wśród nich m.in. Gdynia, Skierniewice, Ełk i Gliwice.Jak powinny wyglądać polskie miasta w 2035

 

Lokomotywy rozwoju rynków lokalnych mają silną pozycję w regionie, dobrą sytuację ekonomiczną oraz korzystne wskaźniki działalności gospodarczej i sytuacji społecznej – mówi Katarzyna Dębkowska, kierownik zespołu foresightu gospodarczego Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Miasta te postrzegają siebie jako otwarte i ładne, a także przyjazne dla mieszkańców i biznesu, co pozwala im optymistycznie patrzeć w przyszłość, mimo nie zawsze ukierunkowanego rozwoju. Aby miasta te mogły zrealizować najbardziej optymistyczny scenariusz przygotowany przez ekspertów PIE, potrzebują zapewnienia stabilnego i przyjaznego otoczenia stwarzającego atrakcyjne warunki życia w mieście, a także szerokie możliwości rozwoju biznesu.

39 proc. średnich ośrodków miejskich określono jako miasta z potencjałem bez silnych wyróżników, z czego aż ¼ jest zlokalizowana w województwie śląskim. Największym z nich był w 2018 r. Sosnowiec (202 036 mieszkańców), a najmniejszym Zambrów (22 166 mieszkańców). Jednym z największych zagrożeń dla reprezentantów tej grupy jest wyludnienie. Choć blisko 2/3 mieszkańców tych miast znajduje się w wieku produkcyjnym, to na każde 100 z nich przypada prawie 30 osób w wieku poprodukcyjnym, co stanowi najgorszy wynik obciążenia demograficznego spośród wszystkich badanych grup miast – dodaje Katarzyna Dębkowska.

18 proc. przebadanych średnich miast w Polsce stanowią ośrodki potrzebujące nowych strategii i pomysłu na rozwój. Są one położone przede wszystkim w centralnej, wschodniej i południowej Polsce, a ponad ¼  z nich stanowią byłe miasta wojewódzkie (Chełm, Elbląg, Przemyśl, Tarnobrzeg, Włocławek). Miasta te postrzegają siebie jako kultywujące tradycje i wyludniające się – mówi Katarzyna Dębkowska. Nie uważają się za innowacyjne, a swoją przyszłość dostrzegają w rozwiniętym zakresie usług. Eksperci PIE widzą w przypadku tych ośrodków konieczność interwencji państwowej, ponieważ to właśnie one są w największym stopniu zagrożone skutkami depopulacji. Szansą rozwoju byłoby dla nich pobudzenie migracji z otaczających je terenów wiejskich czy też deglomeracja funkcji publicznych – dodaje Katarzyna Dębkowska

Scenariusze rozwoju małych miast

43 proc. z przebadanych małych ośrodków określono mianem miast niewykorzystanych szans. Zalecamy im przede wszystkim efektywniejsze zarządzanie gospodarką przestrzenną oraz rozwijanie współpracy międzygminnej pod kątem usług publicznych – mówi Katarzyna Dębkowska. 26 proc. małych miast zdefiniowano jako potrzebujące impulsu rozwojowego. Rekomendujemy im zagospodarowanie porzuconej infrastruktury, a także aktywizację mieszkańców poprzez projekty społeczne. 31 proc. małych miast zdefiniowano jako przyjazne do życia. Eksperci PIE wskazują na potrzebę działań koncentrujących się na podnoszeniu jakości życia w mieście, tworzenie pozytywnego wizerunku miasta oraz zachęcanie do migracji powrotnych. Wszystkim małym miastom zalecamy działania mające na celu przyciąganie inwestorów poprzez specjalne zachęty i zwiększanie konkurencyjności miasta dzięki wspieraniu lokalnego kapitału – dodaje Katarzyna Dębkowska.

Inteligentne zamki otwierają furtkę włamywaczom

Błąd projektowy w inteligentnym zamku dobrze ilustruje problemy, z którymi zmagają się producenci urządzeń Internetu Rzeczy.

Konsultanci bezpieczeństwa firmy F-Secure odkryli lukę w inteligentnym zamku, która pozwala atakującym przejąć kontrolę nad urządzeniem. Brak możliwości aktualizacji oprogramowania zamka oznacza, że nie jest i nie będzie możliwe całkowite naprawienie podatności. Pokazuje to równocześnie, z jakimi trudnościami zmagają się zarówno producenci, jak i użytkownicy coraz popularniejszych urządzeń IoT.

KeyWe Smart Lock to inteligentny zamek używany głównie przez osoby prywatne, który pozwala im otwierać i zamykać drzwi za pomocą aplikacji mobilnej w smartfonie. Konsultanci bezpieczeństwa firmy F-Secure odkryli, że błąd w protokole komunikacyjnym pozwala na przechwycenie hasła używanego do sterowania urządzeniem.

Producent zamka zastosował kilka różnych mechanizmów ochrony użytkowników, jednak błąd popełniony został już na etapie projektowania. Jego wykorzystanie pozwala atakującemu przechwycić i odszyfrować wiadomości wysyłane pomiędzy aplikacją mobilną a urządzeniem, co pozwala na przejęcie kontroli nad oprogramowaniem zamka. Jako że atak jest stosunkowo łatwy do przeprowadzenia, a wyeliminowanie podatności niemożliwe, istnieje realne zagrożenie wykorzystania luki przez włamywaczy – mówi Krzysztof Marciniak z F-Secure Consulting, konsultant bezpieczeństwa który zajmował się analizą zamka. – Atakujący potrzebują jedynie nieco wiedzy technicznej, urządzenia do przechwytywania ruchu Bluetooth Low Energy (do kupienia za około 30 zł) i trochę czasu, by przechwycić komunikację.

Opisany atak jest kolejnym przykładem wyzwań, które napotykają producenci i użytkownicy coraz popularniejszych inteligentnych urządzeń. Przewiduje się, że do 2025 roku 125 miliardów urządzeń będzie podłączonych do Internetu.[i] Upowszechnienie tego rodzaju sprzętu oznacza jednak, że coraz częściej występować będą problemy związane z jego bezpieczeństwem.

W zamku zastosowano mechanizmy zwiększające bezpieczeństwo (między innymi szyfrowanie wiadomości) w celu uniemożliwienia niepowołanego dostępu do informacji. Zabezpieczenia obejmują również hasło, które wykorzystywane jest do sterowania zamkiem. Pomimo tego, badaczom z F-Secure Consulting udało się znaleźć stosunkowo prosty sposób, by ominąć te zabezpieczenia. Jako że nie jest możliwe zaktualizowanie oprogramowania urządzenia, właściciele zamków mogą jedynie wymienić je lub zaakceptować fakt, że mogą stać się ofiarą ataku.

Zabezpieczenia sprawdzają się jedynie wtedy, gdy są odpowiednio zaimplementowane – zwraca uwagę Marciniak. – Projektując tego rodzaju rozwiązania, należy przeanalizować model zagrożeń, które mogą dotknąć użytkowników. Uwzględnić potencjalnych atakujących, najbardziej zagrożone komponenty i inne czynniki wpływające na bezpieczeństwo. To nie jest proste, ale konieczne – zwłaszcza gdy producent nie przewiduje możliwości aktualizacji oprogramowania.

Użytkownikom zalecane jest również rozważanie konsekwencji stosowania inteligentnych urządzeń w swoich domach, a producentom – podjęcie współpracy z ekspertami z zakresu cyberbezpieczeństwa przy projektowaniu nowych produktów.

[i] Źródło: https://www.techradar.com/news/rise-of-the-internet-of-things-iot

W 2030 r. pojazdy autonomiczne, usługi MaaS oraz samochody elektryczne będą codziennością

Do roku 2025 liczba samochodów elektrycznych może wzrosnąć do 25 milionów, a oferta koncernów motoryzacyjnych może obejmować aż 400 modeli. Firmy z branży logistycznej, takie jak DHL, DPD i TNT, modernizują swoją flotę i wymieniają pojazdy spalinowe na elektryczne. Działania te przyczynią się do zmiany wymagań i rozwiązań z zakresu infrastruktury do ładowania w miastach, w tym rozwoju technologii ładowania indukcyjnego. Ulepszona zostanie także technologia produkcji akumulatorów, gdyż coraz więcej firm pracuje nad innowacyjnymi rozwiązaniami zorientowanymi na zwiększenie pojemności i skrócenie czasu ładowania. 

Mobilność jako usługa (Maas)

Z ankiety wynika też, że idea mobilności w sposób radykalny zmieni ukierunkowanie z produktów na usługi. Koncepcja posiadania pojazdu ustąpi rozwiązaniom z zakresu mobilności współdzielonej. Mobilność jako usługa (ang. Mobility As A Service, MaaS) unifikuje różne usługi związane z publicznymi i prywatnymi środkami transportu i jest dostępna na żądanie za pośrednictwem systemu do zarządzania przejazdami i płatnościami.

Dzięki rozwiązaniom do zarządzania przejazdami transport publiczny ma stać się kluczowym elementem zrównoważonego systemu mobilności. Popularność oraz zapotrzebowanie na współdzielone usługi transportowe, takie jak wspólne przejazdy samochodem lub taksówką oraz systemy rowerów miejskich i autobusy, rosną na całym świecie. 77% millenialsów (25-34-latków) zamierza współdzielić pojazd w 2030 r.  Co więcej, 38% respondentów z tej grupy wiekowej uważa, że posiadanie pojazdu spersonalizowanego i w pełni przystosowanego do potrzeb jest jedną z głównych zalet technologii mobilności.

Pojazdy autonomiczne

Do roku 2030 część rynku mobilności jako usługi będzie obsługiwana przez pojazdy autonomiczne. Dla przykładu, w roku tym 15% przejazdów autobusowych ma być realizowana przez autobusy autonomiczne. Respondenci coraz bardziej oswajają się też z wizją przyszłości bez kierowców – 63% badanych spodziewa się, że do 2030 r. będzie korzystać z usług bazujących na pojazdach autonomicznych. Pojazdy te są coraz bardziej bezpieczne i oszczędne, co może zwiększyć wydajność istniejącej infrastruktury i wyeliminować błędy ludzkie.

Sprawne nawigowanie i bezpieczne działanie pojazdów autonomicznych bazuje na precyzyjnych informacjach o lokalizacji pozwalających na podejmowanie decyzji i planowanie tras. Pojazdy te porównują dane otoczenia z zapisanymi w pamięci cyfrowymi mapami zawierającymi informacje na temat warunków drogowych, takich jak szerokość pasów ruchu, umiejscowienie przejść dla pieszych i znaków drogowych oraz danymi gromadzonymi przez czujniki umieszczone na zewnątrz pojazdu. Zastosowanie technologii sztucznej inteligencji pozwoli dodatkowo generować lub uzupełniać proste zbiory danych na potrzeby uczenia maszynowego.

Niektóre firmy i rynki inwestują w sztuczną inteligencję, co tylko dowodzi potencjału tej technologii. W samej Wielkiej Brytanii inwestycje w badania i rozwój pojazdów autonomicznych osiągnęły wartość 100 milionów funtów, a Unia Europejska przeznaczyła 300 milionów euro na badania i innowacje w sektorze pojazdów zautomatyzowanych na lata 2014-2020.

Kompetencje przyszłości. Jakie umiejętności będą pożądane w 2020 roku?

Sztuczna inteligencja, redukcja roli człowieka w procesie wytwarzania dóbr, zaawansowane technologie informatyczne – to realia w jakich przyszło nam funkcjonować. Szybki postęp technologiczny i dynamika rozwoju wymusza zmianę podejścia do pracy i potrzebę ponownego zdefiniowania ról w organizacjach. Umiejętności i kwalifikacje, które posiadali nasi rodzice i dziadkowie, nie są już wystarczające. Zatem, co zrobić, aby odnaleźć się w dzisiejszej niełatwej rzeczywistości?

Według raportu World Economic Forum (2018) aż 75 mln miejsc pracy może zostać wypartych przez zautomatyzowane systemy oparte na algorytmach. Jednocześnie szacuje się, że dzięki rozwojowi nowych technologii około 133 mln osób znajdzie zatrudnienie w zupełnie nowych zawodach. To z kolei rodzi potrzebę ciągłego nabywania wiedzy i zmianę podejścia do innowacji, które należy traktować jak przyjaciela, a nie wroga. Dlaczego? Technologia ma za zadanie ułatwiać nam pracę i upraszczać procesy. Nie jest jednak w stanie w całości zastąpić ludzkiego umysłu. Póki co kreatywność, krytyczne myślenie i rozwiązywanie problemów to domena człowieka. A według raportu PFR i firmy Google -„Kompetencje Przyszłości – jak je kształtować w elastycznym ekosystemie edukacyjnym” są to właśnie główne kompetencje zawodowe, na które powinniśmy postawić w 2020 roku.

Kreatywność i krytyczne myślenie

Nie ma się co łudzić – sama znajomość technologii to za mało. Dzisiejsze biznesy działają szybciej, są bardziej elastyczne i rozproszone geograficznie. Multitasking to codzienność. Podobnie jak posiadanie umiejętności wykraczających poza ramy danego stanowiska. – W tym momencie kreatywność to już nie tylko punkt wzbogacający każde CV, ale konieczność. Dynamiczna praca i codzienne wyzwania wymagają kreatywnego oraz krytycznego sposobu myślenia. Model szkolny, gdzie nauczyciel przekazuje wiedzę, a uczniowie biernie ją przyswajają, nie znajdzie tu zastosowania. Samodzielne myślenie, analizowanie i wyciąganie wniosków, które pomogą podjąć trafną decyzję w krótkim czasie, to podstawa skutecznego działania – mówi Magdalena Kozińska, ekspert firmy HRP.

Zdolność ciągłego uczenia się

Czasy, kiedy nauka kończyła się wraz z odebraniem dyplomu, już dawno za nami. Studia poszerzają horyzonty, inspirują i wyposażają w wiedzę potrzebną na start. – Obecnie ciężko wymienić choć jedną branżę, w której nie trzeba aktualizować już zdobytej wiedzy i być na bieżąco z trendami. Nauka nie kończy się wraz z ostatnim rokiem studiów. Można powiedzieć, że to dopiero początek. Chcąc jak najlepiej wykonywać swoją pracę w zmiennym środowisku, trzeba nastawić się na ciągłe kształcenie. Warto postawić na kursy i szkolenia podnoszące kwalifikacje, które obecnie są niemalże na wyciągnięcie ręki, dzięki takim projektom jak prowadzony przez nas Przepis na Rozwój. A przed nami już jego 3 odsłona, która wystartuje na początku 2020 roku – podkreśla ekspert HRP. – Dofinansowanie z funduszy unijnych daje przedsiębiorcom możliwość podwyższania kwalifikacji pracowników, co finalnie wpływa na wzrost przewagi konkurencyjnej firmy. Dzięki szkoleniom pracownik nie tylko nauczy się nowych rzeczy, ale nawiąże kontakty i otworzy się na pracę zespołową. To bardzo istotna umiejętność, której tak naprawdę młodzi ludzie uczą się dopiero po wejściu na rynek pracy. W szkole i na studiach nadal często stawia się na indywidualizm – stwierdza Magdalena Kozińska.

Kompetencje społeczne

Nowoczesny pracownik działa w bardzo dynamicznym oraz różnorodnym środowisku. Często jest to połączenie nie tylko wielu charakterów, ale i kultur, zwłaszcza w strukturach międzynarodowych. Dlatego tak ważna jest umiejętność współdziałania i efektywnej komunikacji. Różnorodność zespołowa rozumiana jest również jako zbiór odmiennych zdolności i doświadczeń. Zespół, w którym znajdą się przedstawiciele świata nowych technologii, nauk humanistycznych, biznesu czy sztuki jest w stanie wypracować lepsze, bardziej innowacyjne rozwiązania ze względu na połączenie różnych umiejętności i punktów widzenia. Jednak, aby przyniosło to efekt potrzebne jest wzajemne zrozumienie i umiejętność „wejścia w skórę” drugiej osoby, czyli empatia.

– Pracodawcy coraz częściej zwracają uwagę na umiejętności miękkie oraz poziom inteligencji emocjonalnej bez której ciężko jest funkcjonować w zróżnicowanym zespole. Nie bez znaczenia jest tutaj również przedsiębiorczość i wykazywanie się inicjatywą – dodaje Magdalena Kozińska.

Kompetencje społeczne, choć bywają bagatelizowane, w dużej mierze przyczyniają się do sukcesu organizacji. Powinni o tym pamiętać przede wszystkim liderzy, których głównym zadaniem jest motywowanie zespołu do osiągania założonych celów oraz zapewnienie sprawnego przepływu informacji w ramach struktury.

Organy podatkowe coraz częściej sięgają po kary porządkowe w maksymalnej wysokości

Profiskalna polityka, skuteczniejsze kontrole i dokładniejsza weryfikacja przedsiębiorców już teraz sprzyjają zwiększonej liczbie nakładanych kar porządkowych. Kolejne zmiany podatkowe planowane na 2020 r. mogą tylko nasilić ten trend. Organy podatkowe najczęściej wymierzają górną granice kary porządkowej, czyli 2800 zł, mimo wyraźnych wytycznych zdefiniowanych przez sądy.

Ogrom zmian w przepisach podatkowych wprowadzanych na przełomie 2019/2020 roku, już od kilku miesięcy przyprawia o zawrót głowy zarówno księgowych jak i właścicieli firm. Jednocześnie rośnie liczba kontroli niezapowiedzianych oraz sama skuteczność kontroli. Przedsiębiorcy typowani do kontroli nie są przypadkowi, urzędnicy wiedzą dokładnie czego szukają i jakich dokumentów potrzebują. Za brak lub opóźnienie w ich przedstawieniu, organy podatkowe coraz częściej wymierzają kary porządkowe na uczestników postępowań prowadzonych przed organami podatkowymi (tj. stronę, pełnomocnika strony, świadka lub biegłego).

Kiedy organ może wymierzyć karę porządkową?

Organ podatkowy ma prawo nałożenia kary porządkowej tylko w związku z prowadzonym postępowaniem podatkowym lub kontrolnym. Celem kary porządkowej jest dyscyplinowanie uczestników postępowania przez stosowanie wobec nich sankcji administracyjnej wyrażającej się w dolegliwości finansowej. Jak wyjaśnia adwokat Jarosław Ziobrowski z kancelarii Ziobrowski Tax&Law „fiskus może nałożyć karę porządkową m.in. z powodu nieokazania dokumentów  w terminie, niestawienia się na wezwanie, nieuzasadnionej nieobecności podczas czynności kontrolnych, odmowy złożenia wyjaśnień, zeznań, wydania opinii czy okazania przedmiotu oględzin. Katalog czynów został wskazany w art. 262 Ordynacji podatkowej i ma charakter zamknięty, co oznacza, że nie można zastosować kary do innych czynów. Kluczową przesłanką nałożenia kary porządkowej jest „bezzasadność odmowy” okazania lub nie przedstawienie w wyznaczonym terminie dokumentów, jednakże tylko w związku z prowadzonym postępowaniem podatkowym lub kontrolnym.” Zachowanie uczestników w toku postępowania sprawdzającego, a także w związku z innymi czynnościami urzędowymi organów podatkowych nie jest zagrożone karą porządkową (por. wyrok NSA w Katowicach z 7.01.2000 r., I SA/Ka 963/98, ONSA 2001/1, poz. 36). Sankcje mogą zostać nałożone zarówno na stronę jak i pełnomocnika, świadka czy biegłego.

Ile wynoszą kary porządkowe?

Kary porządkowe mają charakter uznaniowy, zarówno co do samego jej nałożenia, jak i wysokości. Podatnicy mogą zostać ukarani karą porządkową maksymalnie do 2800 zł. „Z moich obserwacji wynika iż z roku na rok organy podatkowe coraz częściej sięgają po najwyższe stawki” dodaje Jarosław Ziobrowski. Istotne jest, aby orzeczony środek lub ewentualne zagrożenie nim były skutecznymi argumentami dyscyplinującymi uczestników postępowania. Termin płatności kary porządkowej wynosi 7 dni od dnia doręczenia postanowienia o ukaraniu. Termin ten ma charakter materialnoprawny i nie podlega przywróceniu.

W nawiązaniu do jednego z wyroków NSA, urząd skarbowy nie jest zwolniony z obowiązku uzasadnienia, choćby krótkiego, o wysokości sankcji. Dodatkowo, w wyroku wydanym w 2017 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu stwierdził, że kara porządkowa powinna być taka, aby w świetle wszystkich okoliczności sprawy można było uznać ją za sprawiedliwą, a przedział kary porządkowej stanowił odzwierciedlenie skali uchybień, które mogą mieć różny ciężar gatunkowy (sygn. akt I SA/ Po 591/17).

Postanowienie o nałożeniu kary

Karę porządkową nakłada się w formie postanowienia, na które służy zażalenie. Uzasadnienie prawne powinno zawierać nie tylko wskazanie podstawy prawnej i jej wyjaśnienie, lecz także uzasadnienie wysokości wymierzonej kary porządkowej. Jakkolwiek komentowany przepis nie stanowi typowej normy prawa karnego, to jednak stanowi podstawę nałożenia kary pieniężnej, co obliguje organ stosujący tę karę do uwzględnienia zasady adekwatności kary, skoro ustawodawca zakreślił jej granice. W świetle tej zasady wymiar kary porządkowej, uwzględniający całokształt okoliczności sprawy, powinien być sprawiedliwy i uzasadniony. Jak dodaje adwokat Jarosław Ziobrowski „Uznaniowość organów w zakresie nałożenia kary porządkowej nie może oznaczać dowolności w jej nakładaniu, jak i w decydowaniu o jej wysokości. Nie wystarczy samo powołanie i zacytowanie przepisu przez organy podatkowe.”

Jak odwołać się od kary porządkowej

Na postanowienia, na które ukaranemu przysługuje zażalenie, zgodnie z brzmieniem art. 262 § 1 in fine organ podatkowy może orzec karę porządkową, lecz nie musi tego robić. Ukaranemu przysługują dwa środki prawne: zażalenie oraz wniosek o uchylenie kary porządkowej. Zażalenie zawierające zarzuty przeciwko rozstrzygnięciu wnosi się w terminie 7 dni od dnia doręczenia ukaranemu postanowienia. Właściwy do rozpatrzenia zażalenia jest organ podatkowy wyższego stopnia. Uchylenie postanowienia o ukaraniu karą porządkową jest możliwe tylko wówczas, gdy wnioskodawca wskaże przyczyny usprawiedliwiające m.in. niewykonanie czynności nałożonych wezwaniem. Przyczyny takie muszą być obiektywne i winny wskazywać na faktyczną niemożność spełnienia żądania organu.

Brak jasnego stanowiska

Decyzja w sprawie planowanych na 15 grudnia ceł na import z Chin nie została jeszcze podjęta, co pozostawia drogę otwartą dla szczęśliwego zakończenia, jak i smutnych komplikacji prowadzonych negocjacji. Decyzja Białego Domu (odroczyć, czy nie?) staje się najważniejszą kwestią w tym tygodniu i może przyćmić dzisiejszą decyzję FOMC. Szczególnie, że przyszłość polityki monetarnej Fed silnie jest uzależniona od kierunku, w którym będą podążać negocjacje handlowe USA-Chiny.

Konflikt handlowy USA-Chiny w dalszym ciągu steruje nastrojami na rynkach finansowych. Przy odliczaniu do 15 grudnia, kiedy mają wejść nowe cła na chińskie towary, wrażliwość na wszelkie doniesienia wzrasta, ale jasnego stanowiska nie ma. Od wysoko postawionych doradców Trumpa docierają sprzeczne informacje odnośnie tego, czy jest szansa na odłożenie w czasie zaostrzenia polityki handlowej. Ale póki nie będzie oficjalnego komunikatu (lub prezydenckiego tweeta), każdy scenariusz jest możliwy. Inwestorzy stoją w gotowości, co sugeruje, że wstępna reakcja powinna być silna. Ale z uwagi na to, że w ostatnich miesiącach zbyt często dochodziło do nagłych zwrotów akcji i zaprzeczeń, nikt nie wyrywa się w ciemno. Wyczekiwania ciąg dalszy.

Czeka też Fed i to może być główny przekaz po kończącym się dziś posiedzeniu FOMC. Biorąc pod uwagę, że w okresie między posiedzeniami sytuacja w gospodarce nie uległa istotnej zmianie, Fed powinien podtrzymać tryb „wait-nad-see”. Według ostatnich komentarzy prezesa Fed J. Powella, polityka jest „w dobrym miejscu” i potrzeba „wyraźnej rewizji” perspektyw gospodarczych, aby tę równowagę zaburzyć. A nikt nie ma wątpliwości, że zakończenie sporu handlowego lub jego eskalacja będą katalizatorem dla takiej rewizji, przy czym pogorszenie relacji między USA i Chinami wydaje się bardziej prawdopodobne. Ale nawet pozostawanie w niepewności odnośnie tego, co dalej, wystarczy, by negatywnie rzutować na decyzje przedsiębiorstw (co widać w słabych odczytach ISM) i zmusza Fed od pozostania w stanie alarmowym. Z tego punktu widzenia powrót obniżek jest bardziej prawdopodobny niż jakakolwiek dyskusja o podwyżkach. Powell powinien o tym przypomnieć podczas konferencji prasowej. Interesującym będzie, czy prezes przedstawi warunki, przy których Fed powróciłby do dyskusji o obniżkach? Ustalanie takich drogowskazów nigdy nie było w stylu Fed, ale dla polityki celnej zrobi wyjątek? To by podtrzymało presję na USD, gdyby na koniec tygodnia miało dojść do wprowadzenia nowych ceł.

Pozostał jeden dzień do wyborów w Wielkiej Brytanii i emocje nie odpuszczają. Wysoko ceniony za dokładność w przewidywaniach model predykcyjny od YouGov wskazał na kurczącą się przewagę Partii Konserwatywnej. Według ostatnich szacunków Boris Johnson mógłby liczyć tylko na 28 głosów przewagi wobec 68 prognozowanych poprzednio. Według YouGov zakres wahań ostatecznego wyniku dopuszcza nawet parlament bez rządzącej większości, co by zaprzepaściło plany szybkiego przeprowadzenia brexitu. Funt jest niżej, gdyż inwestorzy – kupujący walutę w ostatnich dniach w nadziei na łatwą wygraną torysów – teraz mają wątpliwości. Ale nie wszystko jeszcze stracone. Boris Johnson może być nawet zadowolony z sondażu, gdyż może on zapewnić mobilizację wyborców Partii Konserwatywnej, którzy nie zamierzali iść do urn, licząc na pewną wygraną BoJo. Rajd funta może wrócić, dodatkowo wspierany odwijaniem transakcji zabezpieczających, na które od wczoraj pojawił się świeży popyt.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jakich prezentów powinniśmy spodziewać się pod choinką w tym roku?

W tym roku na świąteczne prezenty wydamy średnio ponad 500 zł. Najczęściej kupowanymi upominkami będą perfumy, książki i słodycze. Choć nadal większość z nas planuje kupić je w tradycyjnych sklepach, to ponad połowa Polaków inspiracji szuka w internecie. To powinni wykorzystać właściciele e-sklepów. W jaki sposób kupujemy online i jak rozwijać biznes e-commerce, wyjaśnia raport SAP.

W tym roku na zakupy świąteczne wydamy średnio 1 521 zł. To o 5% więcej niż rok wcześniej. Największą część tej kwoty planujemy przeznaczyć na prezenty świąteczne – 547 zł. Pozostałą kwotę wydamy odpowiednio na artykuły spożywcze (524 zł), podróże i spotkania towarzyskie (450 zł). Choć większość naszego budżetu planujemy wydać w tradycyjnych sklepach (68%), to prawie połowa z nas inspiracji zakupowych będzie szukać w internecie. To ważna wiadomość dla rynku e-commerce, szansa na przekonanie konsumentów do zakupu online. (źródło: raport Deloitte „Zakupy świąteczne 2019”)

Perfumy i kosmetyki królują pod choinką

Raport Deloitte mówi zarówno, ile wydamy na bożonarodzeniowe zakupy, jak i co konkretnie kupimy. Niezmiennie do najczęściej kupowanych prezentów należą kosmetyki i perfumy oraz książki. W tym roku wielu z nas planuje obdarować najbliższych również słodyczami. Bardzo podobnie postępowaliśmy rok wcześniej, wynika z badania przeprowadzonego przez Allegro i Mobile Institute. W przygotowanym przez nich zestawieniu na wysokiej pozycji znalazły się również produkty związane z hobby oraz ubrania i biżuteria.

Wybierając prezent dla najbliższych, nie należy się jednak sugerować wyłącznie „kanonem prezentów świątecznych” oraz usilnie dążyć do sprawienia niespodzianki, warto wprost zapytać najbliższych, co chcieliby dostać. Według Allegro do najbardziej pożądanych prezentów w zeszłym roku należały produkty elektroniczne i upominki związane z hobby.

Marki powinny śledzić nie tylko główne trendy zakupowe, ale także oczekiwania indywidualnych konsumentów. Zwłaszcza w okresach ich wzmożonej aktywności, jak przygotowania bożonarodzeniowe. Dzięki temu będą w stanie lepiej przygotować plan sprzedażowy i rabatowy, jak również dedykowane oferty specjalne. Warto pamiętać, że aż 61% Polaków oczekuje personalizacji ofert. -Joanna Kosiorek, SAP Customer Experience Marketing Manager, CEE MU

Co kupujemy online?

E-commerce w Polsce nieustannie się rozwija, pokazuje „Ecommerce Report: Poland 2019” przygotowany przy współudziale SAP. Wartość zakupów, których dokonamy w tym roku za pośrednictwem internetu, przekroczy 50 mld zł. To 25% więcej niż w 2018. Na zakupy w tej formie zdecyduje się aż 24,4 mln Polaków. Oznacza to, że udział e-commerce w PKB wzrośnie do 2,3%.

Najczęściej do wirtualnego koszyka dodajemy odzież i akcesoria – 64%. W drugiej kolejności decydujemy się na zakup książek, filmów i muzyki (54%). Listę najpopularniejszych zakupów internetowych zamykają wydatki na bilety do kin i teatrów (51%) obuwie (44%) oraz kosmetyki (43%).

O tym pamiętaj szykując e-sklep na zakupy prezentowe

Jak widać, zestawienie najczęściej kupowanych prezentów oraz lista najchętniej kupowanych w internecie produktów są niemal identyczne. Właściciele e-sklepów powinni zatem wykorzystać to do pobudzenia swojej sprzedaży w okresie świątecznym. Jednak sam wzrost zainteresowania konsumentów, to nie wszystko. Żeby skutecznie przyciągnąć klientów, trzeba pamiętać o kilku podstawowych rzeczach.

  1. 7 na 10 Polaków (73%) jest skłonnych zerwać z marką, jeśli będzie zbyt wolno reagować na ich zapytania. Zdecydowana większość Polaków wymaga, by firmy odpowiadały na ich zapytania w ciągu maksymalnie 24 godzin. O zasadzie tej trzeba szczególnie pamiętać w okresie bożonarodzeniowym. Wiele osób odkłada zakup prezentów na ostatnią chwilę – aż 20% z nas planuje je po 15 grudnia. W związku z tym oczekuje jak najszybszej reakcji sklepu i nawet najmniejsza zwłoka, może wpłynąć na ich decyzję zakupową.
  2. 87% konsumentów motywuje do zakupów online 24h dostęp do oferty, 84%- brak konieczności odwiedzania sklepów stacjonarnych, 73% – łatwość porównywania ofert różnych producentów. Konsumenci stają się coraz bardziej wygodni. Mało kto z nas lubi odwiedzać szczególnie zatłoczone w okresie przedświątecznym centra handlowe. Przewagą witryn internetowych w stosunku do tych fizycznych jest ich dostępność 24*7, nieograniczony czas na dokonanie wyboru i łatwość porównania ofert. To kolejne argumenty za zakupami online i szansa dla e-sklepów w tym gorącym okresie.
  3. 58% Polaków negatywnie reaguje na SPAM. Fakt, że prawie połowa Polaków inspiracji zakupowych szuka w internecie, to duża szansa dla sprzedawców na dotarcie ze swoją ofertą do potencjalnych klientów. Nie można jednak przesadzić z intensywnością reklam i sugestii wysyłanych do konsumentów. Nie dość, że nasz najważniejszy przekaz może zginąć w gąszczu innych informacji, to nadmiar komunikatów nawet skłonić do rezygnacji z dalszych zakupów w naszym sklepie.
  4. Nie wolno powtarzać błędów. Dotyczy to zarówno kontaktu z klientami, jak te opisane powyżej, jak i wszystkich innych aspektów działalności handlowej. Klient, który więcej niż raz nie otrzymał towaru w deklarowanym terminie lub okazało się, że nie zadziałał mu kod rabatowy, zapewne więcej nie skorzysta z naszej oferty. 46% Polskich konsumentów nie wybacza błędów popełnianych więcej niż dwukrotnie.

Emocje na pierwszym miejscu

Współczesny konsument to nie tylko osoba skupiona wyłącznie na produkcie i jego cenie. Nie można zapominać, że jednym z najsilniejszych bodźców zakupowych są emocje. Trzeba zatem o nie odpowiednio zadbać, zwłaszcza w tak szczególnym okresie, jak przygotowania bożonarodzeniowe.

Produkty i usługi są ważne, ale dzisiaj coraz częściej sprzedajemy doświadczenia z nimi związane. Klient pragnie być zauważony, zrozumiany i doceniony, nie chce być tylko anonimowym wpisem w bazie danych. Jeśli będziemy o nim pamiętali i utrzymywali z nim kontakt, trafiając w jego potrzeby i oczekiwania, sprawimy, że będzie miał dobre skojarzenia z naszą marką. A do lubianej marki ludzie zawsze będą chętnie wracać.
-Joanna Kosiorek, SAP Customer Experience Marketing Manager, CEE MU.

W przyszłym roku ponad pół miliarda smartfonów będzie wyposażonych w chipy sztucznej inteligencji

W erze cyfrowej rozwój technologii na nowo definiuje nie tylko działalność wielu firm, ale także życie konsumentów. Ponad jedna trzecia, czyli prawie 520 milionów wszystkich sprzedanych na świecie w 2020 r. smartfonów, będzie posiadać chipy sztucznej inteligencji. Liczba robotów specjalistyczno-usługowych (Professional Service Robots) przewyższy liczbę tych przemysłowych, a ponad 100 firm w skali globalnej rozpocznie testowanie prywatnej sieci 5G. Eksperci Deloitte w najnowszej edycji raportu „Prognozy dla sektora technologii, mediów i telekomunikacji” przedstawiają trendy, jakie zdominują rynek w najbliższych latach. Według ekspertów, do 2020 r. zacieśni się współpraca pomiędzy poszczególnymi graczami na rynku i w powszechnym użyciu znajdą się innowacje, dotychczas uznawane jedynie za rozwiązania przyszłości.

To już dziewiętnasty rok publikacji globalnego raportu Deloitte, omawiającego najważniejsze trendy wpływające na przyszłość sektora technologii, mediów i telekomunikacji na całym świecie. Raport poświęcony jest następującym kluczowym kwestiom: większym powiązaniom pomiędzy poszczególnymi technologiami, prowadzącymi do zwiększenia skali ich oddziaływania i wartości, a także masowemu zastosowaniu wielu technologii, dotychczas uznawanych za rozwiązania przyszłości.

Nowe horyzonty przed sztuczną inteligencją

Z roku na rok sztuczna inteligencja (AI) jest w coraz powszechniejszym użyciu. Eksperci Deloitte przewidują, że w 2020 r. sprzedanych zostanie ponad 750 milionów chipów sztucznej inteligencji (edge AI chips), których zadaniem będzie wspomaganie uczenia maszynowego na urządzeniu, a nie w zdalnym centrum danych. Lokalne obliczenia pozwolą ograniczyć potrzebę wysyłania dużych ilości informacji do chmury, zapewniając tym samym korzyści w zakresie użyteczności, szybkości, bezpieczeństwa danych i prywatności.

Zdaniem specjalistów Deloitte ponad jedna trzecia z 1,56 miliarda smartfonów, które zostaną sprzedane w przyszłym roku, czyli prawie 520 milionów urządzeń, będzie wyposażonych w chipy sztucznej inteligencji.

Ten rynek w ciągu najbliższych kilku lat mocno się rozpędzi. Chipy sztucznej inteligencji będą miały zastosowanie nie tylko w produkcji smartfonów, lecz również tabletów, urządzeń wearables, czyli inteligentnych zegarków i opasek oraz robotów i kamer. Warto jednak zaznaczyć, że rozwój funkcji uczenia maszynowego będzie napędzany głównie przez telefony nowej generacji. Już dziś stanowią one 70 proc. wszystkich urządzeń wyposażonych w funkcje uczenia maszynowego – mówi Sławomir Lubak, lider obszaru Strategii i Integracji Technologii oraz TMT.

Przykładem wykorzystania chipów AI jest m.in. funkcja rozpoznawania twarzy czy obsługa rzeczywistości rozszerzonej w nowych modelach smartfonów.

Prywatna sieć 5G

Zdaniem Deloitte do końca 2020 roku ponad 100 firm na całym świecie rozpocznie testowanie prywatnej sieci 5G. W instalacje tej technologii i niezbędny do tego sprzęt firmy zainwestują w sumie kilkaset milionów dolarów. Najczęściej prywatna sieć 5G będzie preferowanym wyborem dla organizacji ze środowiska przemysłowego (np. zakłady produkcyjne, centra logistyczne i porty). Technologia ta umożliwi im zdalne sterowanie obiektami, pozwoli uzyskać większą elastyczność i wydajność istniejących procesów oraz zapewni bezpieczeństwo w zakresie ochrony danych. Dla wielu przedsiębiorstw stosowanie technologii 5G będzie oznaczać niespotykane dotąd możliwości rozwoju i osiągania nowych, lepszych poziomów wydajności.

Uważamy, że w połączeniu z innymi technologiami, takimi jak, np. Internet Rzeczy, 5G przyczyni się do fundamentalnej zmiany funkcjonowania przedsiębiorstw na całym świecie. W perspektywie krótkoterminowej będzie prawdopodobnie współistnieć z szeroko rozpowszechnionymi obecnie sieciami, takimi jak Wi-Fi czy sieć przewodowa. Jednak w perspektywie 10-15 lat 5G może stać się preferowanym standardem w wymagających środowiskach, gdzie elastyczność jest kluczowa lub w przypadku instalacji o wysokim zagęszczeniu czujników – mówi Jakub Wróbel, Dyrektor w dziale Konsultingu Deloitte

Czas na roboty specjalistyczno-usługowe

Eksperci Deloitte przewidują, że ponad połowa robotów sprzedanych do użytku przemysłowego w 2020 r. będzie miała charakter specjalistyczno-usługowy (Professional Service Robots). Już teraz cieszą się one dużą popularnością nie tylko w logistyce, lecz znajdują też zastosowanie w handlu detalicznym, hotelarstwie czy służbie zdrowia. Maszyny te są zdolne do wykonywania prostych czynności np. w zakresie opieki nad osobami starszymi, usprawniając tym samym pracę wielu ludzi. Przychody wygenerowane z ich produkcji sięgną ponad 16 miliardów dolarów, czyli o 30 proc. więcej niż w 2019 r. Rynek robotów specjalistyczno-usługowych jest napędzany przede wszystkim przez osiągnięcia w dziedzinie usług telekomunikacyjnych, takich jak 5G i chipy AI. Usługi te zapewniają maszynom niezbędną łączność, mobilność i większą wydajność.

Autorzy raportu twierdzą, że choć w 2020 r. sprzedaż robotów specjalistyczno-usługowych przewyższy liczbę kupionych robotów przemysłowych, nie zmniejszy się popyt na te ostatnie. Przeciwnie, prognozowana sprzedaż jednostkowa robotów przemysłowych, które funkcjonują głównie na rynku motoryzacyjnym oraz elektronicznym wzrośnie o 9 proc.
Z pewnością oba typy robotów będą korzystały z nowych rozwiązań technologicznych, a dzięki temu każdy z nich będzie mógł powiększyć skalę swoich możliwości. Warto jednak zaznaczyć, że fabryczna sieć już dziś zapewnia robotom przemysłowym szybką i niezawodną łączność. Dodatkowo, posiadają one więcej miejsca na dodatkowe chipy, a przewodowe połączenie ułatwia im tani i sprawny dostęp do wydajniejszych procesorów zdalnych – mówi Sławomir Lubak.

Już nie science fiction, czyli robotyka domowa

Branża robotyzacji rośnie w siłę z każdym rokiem. W 2019 r. wzrost sprzedaży odnotowały również roboty konsumenckie i rozrywkowe, o 44 i 10 proc. rok do roku. Z badań Deloitte wynika, że te pierwsze stanowią aż 97 proc. wszystkich robotów sprzedawanych każdego roku. Są one przeznaczone do takich zadań jak odkurzanie, koszenie trawnika czy mycie okien. Roboty rozrywkowe to zaś głównie inteligentne zabawki. W przeciwieństwie do robotów przemysłowych, maszyny konsumenckie i rozrywkowe są prostsze i zdecydowanie tańsze. Dostępność tych urządzeń jest właśnie tym, co z roku na rok napędza popyt.

Ten biznes ma wielki potencjał rynkowy. Pojawia się coraz więcej urządzeń, które nie tylko pomagają w wykonywaniu pewnych czynności, ale też przypominają o przyjmowaniu leków, odczytują przychodzące wiadomości czy też informują o aktualnej prognozie pogody. W tych zastosowaniach roboty są dobrym rozwiązaniem wspierającym opiekę nad osobami samotnymi czy niepełnosprawnymi – mówi Paweł Zarudzki, Dyrektor, Lider Zespołu Robotyki i Automatyzacji Kognitywnej.

W roku 2020 i w kolejnych latach będziemy obserwować wzajemne uzupełnianie się wspomnianych technologii i zacieśnianie współpracy pomiędzy poszczególnymi graczami na rynku. Zaobserwujemy też zagęszczenie sieci połączeń między poszczególnymi technologiami (czipy sztucznej inteligencji, roboty, prywatne sieci 5G), które wzmocni wprowadzanie obiecujących innowacji. Tegoroczne prognozy stanowią przydatne wytyczne dla szefów firm TMT, ale również dla tych, którzy z rozwiązań wyposażonych w takie technologie będą korzystać, i którzy z szumu informacyjnego muszą wyłowić informacje istotne dla osiągnięcia sukcesu w nadchodzącym roku.

Fundusz bValue inwestuje w WannaBuy – startup od benefitów pracowniczych

Ponad 12 mld złotych rocznie – tyle wart jest rynek benefitów pracowniczych. Gdyby dodać do tej kwoty premie świąteczne czy jednorazowe bonusy, wartość rynku wzrosłaby o kolejnych kilka miliardów. WannaBuy, za którym stoją seryjni przedsiębiorcy związani z takimi markami jak BeRaw (Purella) czy Panek Carsharing, chce zagospodarować środki, które obecnie trafiają głównie do operatorów kart sportowych oraz firm świadczących prywatną opiekę zdrowotną, budując nową markę HRTech. WannaBuy właśnie pozyskał ponad 1 mln zł od funduszu bValue.

Według raportu Instytutu Staszica, świadczenia pozapłacowe oferuje dziś niemal 90 proc. pracodawców. Ich wartość w Polsce w 2018 roku to aż 12,2 mld zł. Prognozy mówią o dalszym wzroście wydatków.

Nieefektywne narzędzia

Pomysłodawcy WannaBuy zauważyli, że ponad 70 proc. benefitów, które pracodawcy przekazują pracownikom, pozostaje przez nich niewykorzystana. Powody mogą być bardzo różne, ale na pewno jednym z ważniejszych jest słabe dopasowanie świadczeń do potrzeb pracowników. Spółka chce więc umożliwić pracownikom wybór odpowiadających im benefitów. Już teraz oferuje ponad 2 000 produktów w 16 kategoriach.

– Chcemy przebudować rynek benefitów i oddać pracownikom pieniądze, które do nich należą, jednocześnie pracując nad ich motywacją i satysfakcją. Wykorzystywanie zaledwie 27 proc. opłaconych przez firmy świadczeń pozapłacowych wydaje nam się totalnym nieporozumieniem. Wiemy, jak to zmienić – zapowiada Paweł Kornosz, Prezes Zarządu YesIndeed Sp. z o.o., właściciela WannaBuy.

– Niewykorzystane środki z punktu widzenia pracowników przepadają, nie spełniają też pokładanych przez pracodawców nadziei. Jedynym wygranym są oferenci systemów. My postanowiliśmy przede wszystkim zadbać o satysfakcję i motywację pracodawców oraz pracowników – dodaje Kornosz.

Marzenie pracodawców, satysfakcja pracowników

Twórcy WannaBuy podkreślają, że nie są zwykłą kafeterią z większą liczbą dostępnych benefitów. Nie na tym polu chcą walczyć o pozycję lidera.

Spółka pracuje nad rozwiązaniem autonomicznej, samouczącej się grywalizacji opartej o sztuczną inteligencję.

– Sednem naszej propozycji jest nie tylko większa satysfakcja pracowników. Właściwym sensem jest dostarczenie pracodawcom narzędzia do realizacji biznesowych celów, a działom HR oraz kadr narzędzia #HRTech do zwiększania motywacji i zaangażowania pracowników –  wyjaśnia Kornosz.

Spółka ma już za sobą wdrożenia u takich klientów jak AON, Nationale Nederlanden czy Mokate, a jej działaniami objętych jest blisko 17 000 użytkowników i to mimo tego, że dział sprzedaży utworzony został dopiero w październiku 2019 roku.

Perspektywy przed WannaBuy

Pozyskane od bValue fundusze zostaną przeznaczone przede wszystkim na rozwój produktu, w szczególności rozwój modułu grywalizacji, w taki sposób, by pracownicy zaangażowani w grywalizację, jednocześnie realizowali cele spółki.

– Technologia będzie oparta o sztuczną inteligencję oraz data mining, dzięki czemu grywalizacja będzie automatycznie dopasowana do poszczególnych użytkowników – zapowiada Kornosz.

– Atutem WannaBuy jest doświadczony i zmotywowany zespół, który ma możliwości i ambicje odnieść sukces również poza granicami Polski. Przekonała nas dotychczasowa trakcja i umiejętność zdobywania klientów oraz wartość rynku pozapłacowych świadczeń, która w tym roku przebiję kwotę 13 mld zł, czyli będzie niewiele mniejsza niż rynek ubezpieczeń komunikacyjnych w Polsce – podkreśla Leszek Orłowski, dyrektor inwestycyjny bValue.

– Rynek pracownika, walka o talenty i ich utrzymanie a także zmiany pokoleniowe powodują konieczność korzystania z nowych narzędzi w obszarze HR-tech. Żeby pozyskać i utrzymać dobrych i zmotywowanych pracowników nowoczesne organizację są zmuszone szukać nowych rozwiązań, które według nas dostarcza właśnie WannaBuy – podkreśla Maciej Balsewicz, CEO, funduszu bValue.

Dotychczasowa działalność spółki finansowana była z Programów Aktywizacji Sprzedaży prowadzonych w zakresie spółki YesIndeed, która świadczy swoje usługi m.in. dla Danone, Coca Cola Hellenic, Uniqa, Nationale Nederlanden czy Toyota Bank. Twórcy WannaBuy byli wcześniej zaangażowani m.in. w startup Purella, producenta żywności pod marką BeRaw (powiązaną z Ewą Chodakowską). Pełnili także wysokie funkcje menadżerskie w PLL LOT, Pepsi i innych strukturach korporacyjnych. Paweł Kornosz jest również zaangażowany w projekt Panek Carsharing oraz Panek rent a car jako Członek Rady Nadzorczej.

Fundusz bValue był pierwszym wyborem twórców przedsięwzięcia.

– Mamy bardzo dobre doświadczenia z Purella. bValue to fundusz, który oprócz pieniędzy dostarcza ponadprzeciętną wartość i dostęp do sieci kontaktów, a ponadto autentycznie się angażuje, wspierając nas w tworzeniu struktur i procesów, które umożliwiają skalowanie spółki – podkreśla Kornosz.

bValue to jeden z wiodących funduszy early stage VC w Polsce, zarządzający środkami o wartości blisko 25 mln euro, koncertujący się na branżach b2b SaaS, ecommerce, FinTech oraz Cybersecurity. Najczęstszy rozmiar inwestycji to od 200 tys. do 800 tys. euro dla spółek w regionie CEE. bValue kładzie duży nacisk na szybkie skalowanie działalności firm oraz skuteczne wykorzystanie szerokiej sieci kontaktów zarówno inwestorskich jak i branżowych w ramach bValue ekosystem.

Inwestycja w YesIndeed została zrealizowana z funduszu w ramach programu Bridge Alfa realizowanego z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju.

Pierwsze polskie oprogramowanie dla satelity ESA wylatuje na orbitę

Już ponad 100 firm i instytucji z 17 europejskich krajów zgłosiło się do przetestowania swoich technologii kosmicznych na pokładzie satelity OPS-SAT. W przygotowaniu misji Europejskiej Agencji Kosmicznej, której start zaplanowany jest na 17 grudnia 2019 roku, uczestniczyli m.in. specjaliści z warszawskiego GMV Innovating Solutions opracowując i wdrażając pełne oprogramowanie pokładowe. To pierwszy raz, gdy zaprojektowany i wykonany w Polsce tzw. flight software dla satelity ESA zostanie uruchomiony na orbicie.

Ze względu na duże ryzyko i możliwe straty finansowe, firmy kosmiczne dość niechętnie biorą udział w drogich, komercyjnych misjach z nowych i nieprzetestowanych technologii. Jest to jedna z barier, która utrudnia szybki rozwój wielu obszarów sektora kosmicznego, w tym naziemnych systemów kontroli misji (Ground Control Segment). Aby przełamać negatywne nastawienie przedstawicieli branży do eksperymentów na orbicie Europejska Agencja Kosmiczna przygotowała misję wystrzelenia satelity formatu CubeSat, który posłuży jako platforma do taniej weryfikacji nowych rozwiązań technologicznych w warunkach rzeczywistych, na orbicie wokół Ziemi.

Satelita OPS-SAT wyposażony jest w procesor 10 razy mocniejszy od tych używanych obecnie w statkach kosmicznych ESA oraz w zestaw eksperymentalnych podsystemów. Na orbicie biegunowej o wysokości 515 km sprawował będzie funkcję laboratorium do testowania m.in. sposobów kontrolowania satelitów i podsystemów pokładowych. Pozwoli to firmom na demonstrację działania nowych technologii tanim kosztem na pokładzie małego satelity, zanim zostaną zaimplementowane do większych i bardziej kosztownych projektów.

OPS-SAT to bardzo ważny projekt dla GMV oraz polskiej branży kosmicznej. Po raz pierwszy polscy inżynierowie, pracujący w GMV, opracowali i dostarczyli pełne oprogramowanie pokładowe z wszystkimi jego funkcjonalnościami dla satelity Europejskiej Agencji Kosmicznej. Projekt OPS-SAT realizowany jest w ramach General Support Technology Programme (GSTP), programu opcjonalnego ESA umożliwiającego rozwój unikalnych technologii i kompetencji w polskich przedsiębiorstwach. Udział GMV w misji OPS-SAT nie tylko utrwala wizerunek polskiej branży kosmicznej jako zaufanego i kompetentnego dostawcy ESA, ale również pokazuje korzyści z inwestowania przez Polskę w programy opcjonalne Europejskiej Agencji Kosmicznej – mówi Paweł Wojtkiewicz, dyrektor ds. sektora kosmicznego w GMV.

Do zadań warszawskiej firmy w ramach projektu OPS-SAT należało opracowanie pełnego oprogramowania pokładowego misji, a także zaprojektowanie i wdrożenie szeregu systemów dla satelity. Do tych ostatnich należy m.in. ADCS (Attitude Determination and Control System) – jeden z najważniejszych elementów oprogramowania każdego satelity odpowiedzialny za prawidłową komunikację z urządzeniem i kontrolowanie trajektorii jego ruchu po orbicie, a także FDIR (Failure Detection Identification and Recovery), umożliwiający monitorowanie parametrów podsystemów satelity, a w razie wykrycia nieprawidłowości przestawienie go w bezpieczny tryb.

Specjaliści GMV odpowiedzialni byli również za integrację nowego algorytmu kompresji danych POCKET+ oraz przygotowanie i implementację standardu protokołu wymiany informacji MOS (Mission Operation Services).

Każdy satelita kontrolowany jest z Ziemi za pomocą specjalnego oprogramowania i infrastruktury naziemnej (Ground Control Segment). Jednym z kluczowych celów misji jest zademonstrowanie działania MOS w warunkach operacyjnych, w trakcie kontrolowania satelity oraz jego ładunku użytecznego. Jeśli stworzone przez GMV rozwiązanie zadziała, to ma szansę stać się standardem stosowanym we wszystkich satelitach Europejskiej Agencji Kosmicznej i nie tylko, jest to bowiem standard opracowywany przez wszystkie największe agencje kosmiczne na świecie łącznie z NASA. Postawi to GMV w roli wiodącej marki, która jako pierwsza zaimplementowała standard MOS do użytku na orbicie – tłumaczy Krystyna Macioszek, inżynier oprogramowania pokładowego w GMV i koordynatorka projektu.

Satelita zostanie wyniesiony na orbitę z Kourou w Gujanie Francuskiej na pokładzie Soyuz STA/Fregat. Start rakiety zaplanowany jest na 17 grudnia 2019 roku, o godzinie 9:54 (CET). Właścicielem misji jest Europejska Agencja Kosmiczna a satelita będzie kontrolowany z Europejskiego Centrum Operacji Satelitarnych ESOC. Całkowity koszt misji wynosi ok. 2,5 miliona EUR.

System gospodarki odpadami w gminach wymaga poprawy. Potrzeba więcej pieniędzy i nowoczesnych instalacji

Koszty gospodarowania odpadami w gminach rosną, stanowiąc coraz większe obciążenie dla ich budżetów. Samorządy mają też problem z zagospodarowaniem dużych ilości odpadów komunalnych, których nie da się poddać recyklingowi i nie można składować. W Rzeszowie takie odpady trafiają do należącej do PGE Energia Ciepła instalacji, która w procesie termicznego przetwarzania odzyskuje z nich energię i ciepło. Korzystają z nich mieszkańcy i jednostki samorządu. Eksperci podkreślają, że w całym systemie gospodarki odpadami w Polsce potrzebnych jest więcej takich instalacji, żeby rozwiązać problem zalewu śmieci, z którym borykają się gminy.

– Dziś cały system gospodarowania odpadów w Polsce trzeba zbudować od początku. Wszystkie gminy dbają o to, żeby zagospodarowanie odpadów było możliwe w sposób zgodny z prawem i wymogami ochrony środowiska, abyśmy nie stali się przysłowiowym śmietnikiem. Gminy zaczynają rozmawiać ze sobą o możliwości pozyskania środków zewnętrznych na ten cel w kolejnej perspektywie. Myślimy o powołaniu związków międzygminnych, żeby wspólnie rozwiązywać problemy odpadowe – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Ożóg, wójt gminy Ostrów.

Koszty gospodarowania odpadami stanowią istotną pozycję w budżetach gmin. Są z roku na rok coraz wyższe, co wynika m.in. ze wzrostu cen energii, wody, transportu czy paliwa. W części samorządów koszty za odbiór odpadów komunalnych po stronie mieszkańców są też po prostu źle skalkulowane.

– Jest wiele do zrobienia, żeby ceny gospodarki odpadami w gminach nie rosły. Począwszy od samej gminy, która powinna doskonalić swój system zbiórki selektywnej, co w dzisiejszych warunkach nie jest proste, bo często trudno jest zbyć selektywnie zebrane odpady. Trudno też zrozumieć, jak do odpadów zmieszanych trafiają szkło, popiół czy odpady metalowe – to jest już ewidentnie wina systemu zbiórki odpadów, która generuje koszt. Jeżeli zbierzemy metale, szkło i popiół, a płacimy za zmieszane odpady, które są najdroższe w tym systemie, to na pewno nie działa na korzyść gminy – mówi Andrzej Kulig, dyrektor Departamentu Ochrony Środowiska Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podkarpackiego.

Eksperci podkreślają, że w Polsce zmian wymaga cały system finansowania, zbiórki i gospodarki odpadami, w którym m.in. większą odpowiedzialność powinni wziąć na siebie producenci odpadów opakowaniowych.

– Trzeba podnieść odpowiedzialność producentów za wytwarzane produkty tak, aby one dłużej nam służyły i można było je później poddać recyklingowi. W pewien sposób wspomagał to system kaucyjny, dzięki któremu odpady z rynku łatwiej było zebrać do ponownego recyklingu. Te wszystkie elementy muszą zadziałać razem, żeby ceny w gminach przestały rosnąć – podkreśla Andrzej Kulig. – Niestety dziś za produkty, które powinny być surowcami, zbierający muszą płacić, bo brakuje instalacji poddających odpady recyklingowi. Brakuje też instalacji do termicznego odzysku energii z tych odpadów. Ten obszar gospodarki jest niedoinwestowany, muszą pojawić się w nim pieniądze i nowe technologie.

Jedną z najnowocześniejszych w Polsce tego typu instalacji jest Instalacja Termicznego Przetwarzania z Odzyskiem Energii (ITPOE) w Rzeszowie należąca do PGE Energia Ciepła. Spalarnia umożliwia przekształcanie odpadów komunalnych w ciepło i energię elektryczną, z której następnie korzystają m.in. jednostki samorządowe i mieszkańcy Rzeszowa.

– Stwarzamy możliwość zagospodarowania tych odpadów, z którymi nic już nie można zrobić. Hierarchia postępowania z odpadami jest taka, że najpierw powinniśmy w ogóle unikać ich generowania, następnie – jeżeli już powstają – poddać je recyklingowi i dopiero na koniec, kiedy nie ma lepszej metody, przetwarzamy je termicznie, uzyskując z nich energię. W tym przypadku służy ona do zasilania miejskiej sieci ciepłowniczej i systemów elektroenergetycznych. Konsumentem tej energii jest miasto, które ma dzięki temu relatywnie tanie ciepło – mówi Grzegorz Gilewicz, dyrektor Oddziału PGE Energia Ciepła, Oddział w Rzeszowie.

Obiekt, który działa od października ubiegłego roku, spełnia wyśrubowane normy ekologiczne UE m.in. w zakresie emisji dwutlenku węgla, które są 10-krotnie niższe niż dla instalacji spalających węgiel kamienny.

– Spalarnia jest objęta pełnym monitoringiem, zarówno technologicznym, jak i emisyjnym. Prowadzimy monitoring ciągły dla bardzo wielu substancji, są pomiary okresowe, czego nie ma w instalacjach do spalania węgla, które również prowadzą proces spalania – wyjaśnia Andrzej Kulig.

Aktualnie ITPOE w Rzeszowie utylizuje ok. 100 tys. ton odpadów, jednak planowana jest rozbudowa instalacji, która niemal podwoi jej wydajność (do 180 tys. ton rocznie). Inwestycja ma się zakończyć w ciągu około dwóch lat od zakończenia formalności i analiz rynkowych.

– Na dziś analizujemy zasadność budowy II linii ITPOE, obliczonej na przetwarzanie ok. 80 tys. ton odpadów rocznie, i mamy nadzieję szybko ją zrealizować. Jest to instalacja oparta na najnowocześniejszej technologii rusztowej, wyposażonej w tzw. fabrykę chemiczną do oczyszczania spalin, czyli w instalację do odsiarczania, odazotowania, odpylania, także do usuwania potencjalnych ciężkich węglowodorów takich jak dioksyny i furany – tłumaczy Grzegorz Gilewicz.

Prezes rzeszowskiego oddziału PGE EC podkreśla też, że korzyścią dla samorządu jest nie tylko relatywnie tanie ciepło, które powstaje w procesie termicznego przekształcania odpadów komunalnych, lecz również miejsca pracy oraz wpływy budżetowe w wysokości około 1,4 mln zł rocznie.

– Planujemy kolejne inwestycje. Oprócz rozbudowy ITPOE o II linię, musimy dostosować nasze instalacje węglowe do dyrektywy IED [w sprawie emisji przemysłowych – red.]. W sumie w ciągu najbliższych czterech lat na remonty, modernizacje i inwestycje zamierzamy przeznaczyć ok. 600 mln zł – mówi Grzegorz Gilewicz.

– W obecnych warunkach rozbudowa instalacji do termicznego przekształcania odpadów z odzyskiem ciepła i wytwarzaniem energii elektrycznej jest niezbędna. Na pewno musi powstać – i to jak najszybciej – określona liczba takich urządzeń, bo mamy w systemie potężną lukę. Dziś nie ma co zrobić z dużą ilością odpadów palnych, których nie da się poddać recyklingowi i nie można ich składować – podkreśla dyrektor Departamentu Ochrony Środowiska Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podkarpackiego.

Blisko połowa pracowników padła ofiarą mobbingu. Tylko co czwarta firma stara się temu przeciwdziałać

Ponad 60 proc. Polaków doświadczyło nieodpowiedniego traktowania przez przełożonego, a blisko połowa padła ofiarą przemocy słownej. 46 proc. deklaruje, że było mobbingowanych w miejscy pracy – wynika z raportu „Bezpieczeństwo pracy w Polsce”. Zagrożenia psychospołeczne, w tym również mobbing, mają negatywny wpływ na pracowników i ich efektywność. Wiąże się z nimi co trzecia nieobecność w pracy. Mają one także przełożenie na całą firmę, a jedynie 26 proc. pracowników podkreśla, że ich organizacja podejmuje działania na rzecz przeciwdziałania mobbingowi.

 Pracownicy biurowi i pracownicy umysłowo-fizyczni spotkali się w swojej działalności zawodowej z oznakami przemocy ze strony przełożonych. Aż 63 proc. respondentów wskazało, że ich osobiście dotknęło takie zachowanie. Mieli też do czynienia z przemocą słowną – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jan Obojski, pełnomocnik ds. zarządzania logistycznego w ILS Grupa Inter Cars, ekspert Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Co też jest zaskoczeniem, prawie 46 proc. respondentów miało odczucie, że było mobbingowanych w swojej pracy.

Tak wysoki odsetek może po części wynikać z niezrozumienia pojęcia „mobbing”. Wprawdzie 80 proc. badanych przyznaje, że spotkało się z takim określeniem, jednak definiowali to jako nękanie, stresowanie pracowników i wymuszanie na nich pewnych działań.

Nie docierali oni jednak do istoty samego mobbingu, którym jest trwałość i uporczywość podejmowanych działań. Pracownicy sobie z tego nie zdawali sprawy – mówi Jan Obojski. – Jeżeli presja na pracownika jest długotrwała, powtarzana, wówczas mamy do czynienia z mobbingiem. Takiego działania dopuszczają się pracodawcy i bezpośredni przełożeni, ale niewielu pracowników zdaje sobie sprawę z tego, że również inny pracownik może go mobbingować.

Według raportu „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” Koalicji Bezpieczni w Pracy 87 proc. podkreśla, że jeśli miałoby wybór, zdecydowałoby się na pracę w miejscu oferującym niższą płacę, ale lepsze warunki psychospołeczne. To właśnie atmosfera pracy i stres są według Polaków głównymi czynnikami, które wpływają na efektywność pracy.

– Mobbing dotyczy całej organizacji – spada efektywność pracy, pogarsza się reputacja firmy, jak również atmosfera wokół całej firmy. 80 proc. badanych wskazało, że chętnie podejmie pracę w firmie o dobrej reputacji, nawet z mniejszym wynagrodzeniem – zaznacza ekspert.

Zła atmosfera w firmie może skłonić pracowników do poszukiwania nowego pracodawcy, a zła reputacja na rynku może zniechęcić kandydatów do pracy. Mobbing może mieć także poważne konsekwencje prawne dla firmy – pracownik może bowiem dochodzić swoich roszczeń, jeśli wskutek uporczywego nękania rozwiązał umowę o pracę lub poniósł z tego tytułu konkretną szkodę. Eksperci podkreślają jednak, że w polskim prawie brakuje kompleksowych narzędzi do walki z tym zjawiskiem. Jednym z warunków skutecznej walki – niezależnym od rozwiązań prawnych – jest edukacja. Tymczasem tylko 26 proc. pracowników przyznaje, że w ich organizacji prowadzono działania na rzecz przeciwdziałania mobbingowi.

Blisko 70 proc. pracowników ocenia, że czynniki psychospołeczne mają duży wpływ na zdolność do poprawnego wykonywania obowiązków zawodowych. Podobny odsetek ocenia, że w swoim miejscu pracy dostrzega potencjalne zagrożenie dla zdrowia i życia. Co dziesiąta osoba wskazuje, że w jej firmie wielokrotnie doszło do wypadku przy pracy spowodowanego stresem, nadmiarem obowiązków albo presją czasu (33 proc. podaje, że raz lub kilka razy). Mimo to zagrożenia psychospołeczne nie zawsze są poruszane podczas szkoleń BHP.

– Już 92 proc. wszystkich respondentów było przeszkolonych z zakresu BHP na swoich aktualnych stanowiskach pracy, natomiast tylko 58 proc. zostało przeszkolonych w zakresie zagrożeń psychospołecznych. Analizując branże, najsłabiej pod tym względem wypadł sektor zdrowia publicznego – ocenia Magdalena Grońska, dyrektor ds. bezpieczeństwa, ochrony zdrowia i zrównoważonego rozwoju w Lafarge w Polsce, ekspert Koalicji Bezpieczni w Pracy.

Jedynie 40 proc. pracodawców lub bezpośrednich przełożonych podejmuje w rozmowie tematykę zagrożeń psychospołecznych w miejscu pracy. Czynniki takie jak stres wielu osobom wydają się czymś zwyczajnym w miejscu pracy. Najczęściej stresują się niewystarczającymi zarobkami, nadmiarem obowiązków, presją czasu, odpowiedzialnością zawodową czy obawą przed wyrządzeniem szkody,

– Te czynniki nie działają tu i teraz, nie odzwierciedlają fizycznego uszczerbku na zdrowiu w danym momencie. Możemy je zobaczyć dopiero w okresie długoterminowym poprzez absencję pracowników, spadek efektywności pracy, a w końcu zwolnienia – podkreśla Grońska.

Badanie „Bezpieczeństwo pracy w Polce” podaje, że za niemal 30 proc. wszystkich absencji związanych z chorobą odpowiada siedem czynników psychospołecznych. Stres, nadmierne oczekiwania pracodawców, także mobbing mogą prowadzić do wypalenie zawodowego czy depresji.

– Skutki ekonomiczne w perspektywie długoterminowej najbardziej dotkną pracodawców i budżet państwa poprzez znaczne obciążenie systemu ubezpieczeń społecznych – ocenia Magdalena Grońska. – Mam nadzieję, że raport Koalicji Bezpieczni w Pracy zainspiruje do dyskusji na temat zmian w Kodeksie pracy zarówno pracodawców, jak i przedstawicieli ustawodawcy.

W Europie dostępny jest nowy lek wydłużający życie pacjentów z rzadką i ciężką chorobą płuc. W Polsce nadal czeka na refundację

Tętnicze nadciśnienie płucne to rzadka choroba, która atakuje głównie ludzi młodych. Rocznie rozpoznaje się ją u około 120 osób, w Polsce cierpi na nią szacunkowo ok. tysiąca pacjentów. Nieleczone TNP prowadzi do szybkiej śmierci w ciągu 2–3 lat, dlatego bardzo ważne jest szybkie rozpoznanie i właściwa terapia. Stosowanie refundowanych leków, które są podawane dożylnie lub pozajelitowo, nie jest dla pacjentów komfortowe. W Europie został już jednak zarejestrowany nowy lek podawany doustnie, w tabletkach, który pozwala wydłużyć życie chorych i umożliwia im powrót do normalnej aktywności zawodowej. W Polsce wciąż jednak czeka na refundację.

Tętnicze nadciśnienie płucne to ciężka, śmiertelna choroba, objawiająca się głównie dusznością, ograniczeniem tolerancji wysiłku. W przypadku braku leczenia pacjenci od momentu postawienia diagnozy żyją średnio około 2–3 lat. Dlatego bardzo ważne jest, żeby pacjent z tętniczym nadciśnieniem płucnym był jak najszybciej rozpoznany i skutecznie leczony – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. n. med. Grzegorz Kopeć, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Lekarze pierwszego kontaktu mają problem z rozpoznaniem TNP, gdyż objawy – brak tchu, zadyszka, znużenie i zmęczenie – często wiążą się z przepracowaniem czy brakiem snu albo są mylone z astmą. Choroba pojawia się jednak bez względu na styl życia, atakując głównie młodych, a nieleczona prowadzi do szybkiej śmierci. Połowa pacjentów z TNP umiera w ciągu 2,5 roku.

Do oceny stopnia zaawansowania choroby służy klasa czynnościowa WHO. Pacjenci w klasie IV mają najbardziej uciążliwe objawy – duszność i zmęczenie występuje nawet przy myciu się, jedzeniu, a nawet mówieniu. W klasie III pacjent dostaje zadyszki np. przy wejściu po schodach na pierwsze piętro. Pacjenci w klasie II mają mniej nasilone objawy, a w klasie I choroba jest w ogóle bezobjawowa. Niemniej jednak nawet pacjenci z II czy III grupy mają złe rokowanie – tłumaczy dr Grzegorz Kopeć.

W Polsce leczenie TNP jest refundowane przez NFZ. Stosuje się w nim leki z trzech grup, które są do siebie podobne, ale mają inny mechanizm działania. Dwie z nich to leki doustne, a trzecia grupa to leki podawane pozajelitowo, czyli wziewnie, podskórnie bądź dożylnie. Najlepsze efekty daje połączenie tych leków i synergia różnych mechanizmów ich działania.

 Wszystkie trzy leki możemy podać jedynie pacjentowi w klasie IV, z najcięższą postacią choroby. Natomiast nie możemy tego zrobić w klasie czynnościowej II lub III, a chcielibyśmy i powinniśmy, bo choroba – mimo że nie daje dużych objawów, szczególnie na początku u młodych osób – powoduje bardzo wysokie ciśnienie w tętnicy płucnej. Pacjent w momencie rozpoznania TNP ma już ok. 70 proc. tętnic płucnych pozamykanych przez chorobę, dlatego nie ma czasu na zwlekanie z terapią – podkreśla dr Grzegorz Kopeć.

Naszym celem jest obniżenie wartości tętniczego ciśnienia płucnego. Żeby to osiągnąć, niezbędne jest zastosowanie agresywnego leczenia już od samego początku. Większość pacjentów cierpiących na TNP musi być leczona przez co najmniej rok, przy czym ok. połowa wymaga zastosowania wlewów epoprostenolu, zazwyczaj w ciągu tygodnia od rozpoczęcia stosowania leków doustnych. To pozwala na szybkie uzyskanie normalnych wartości ciśnienia pod względem hemodynamiki, czyli przepływów krwi w sercu  dodaje prof. Hiromi Matsubara, kardiolog, światowej klasy specjalista w leczeniu tętniczego nadciśnienia płucnego.

Stosowanie refundowanych leków, które są podawane dożylnie lub pozajelitowo, we wlewkach – nie jest dla pacjentów komfortowe. Wkłucia są bolesne, a założone do wlewów porty naczyniowe (rurki umieszczone w naczyniu krwionośnym) mogą doprowadzić do infekcji. Takie leki działają jednak silniej, więc chorzy z ciężką postacią TNP wymagają ich stosowania.

Wykorzystanie pewnych leków, jak różnego rodzaju infuzje dożylne, może negatywnie wpłynąć na ogólną jakość życia, lecz po uzyskaniu trwałych efektów leczenia pacjenci mogą cieszyć się dobrym życiem. Większość pacjentów trafia do naszego centrum w zaawansowanym stadium choroby tętniczego nadciśnienia płucnego, które objawia się wysokimi wartościami tętniczego ciśnienia płucnego. Potrzebują oni agresywnego leczenia, lecz naszym podstawowym celem jest ich wyleczenie, przynajmniej pod względem hemodynamicznym. Jeśli obniżymy tętnicze ciśnienie płucne do normalnych wartości, pacjent nie cierpi już na TNP i ryzyko śmierci z tej przyczyny zostaje wyeliminowane – wskazuje prof. Hiromi Matsubara.

Pacjenci w mniej zaawansowanym stadium choroby mogą być leczeni doustnie, tabletkami. Większość chorych preferuje je ze względu na większy komfort terapii, lepszą jakość życia i mniej skutków ubocznych. Taki lek – o nazwie substancji czynnej seleksypag – został już zarejestrowany w Unii Europejskiej. To lek nowej generacji, który może być stosowany u pacjentów w III i IV klasie czynnościowej. W Polsce wciąż jednak czeka on na refundację.

Seleksypag to nowy lek zarejestrowany w leczeniu tętniczego nadciśnienia płucnego. Jest agonistą receptorów dla prostacykliny, czyli ma podobny mechanizm działania jak te leki, które są podawane podskórnie lub dożylnie, ale jednocześnie nie jest aż tak mocny. Według wytycznych Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego zaczynamy leczenie pacjenta od dwóch tabletek doustnych. Jeżeli nie osiągniemy dobrych efektów leczenia, to powinniśmy dodać właśnie seleksypag, czyli nieinwazyjną formę prostacykliny. Jeżeli natomiast nadal nie ma efektów, wówczas seleksypag trzeba zamienić na epoprostenol czy inne podawanie prostacykliny pozajelitowo – mówi dr Grzegorz Kopeć.

Lekarze podkreślają, że w przypadku TNP komfort leczenia jest bardzo istotny, ponieważ pacjent musi przyjmować leki do końca życia i nie może przerwać terapii, bo mogłoby to znacznie pogorszyć jego rokowania. Seleksypag pozwala poprawić komfort leczenia. Dla pacjentów z TNP to szansa na poprawę jakości życia, wydłużenie go oraz odsunięcie w czasie przeszczepu płuc.