17 proc. stanowisk w zarządach przedsiębiorstw zajmują kobiety

Odsetek kobiet w zarządach firm na całym świecie rośnie, lecz problem parytetu płci w biznesie nadal nie został rozwiązany. Z szóstej edycji raportu „Women in the Boardroom: A Global Perspective”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że kobiety zajmują o 1,9 proc. więcej stanowisk w zarządach niż w 2017 roku. Wzrost ten jest jednak wciąż zbyt powolny. W Polsce kobiety stoją na czele 6 proc. spółek giełdowych, stanowią również 13 proc. członków zarządów. Tymczasem według autorów raportu wzrost różnorodności w organizacji przekłada się nie tylko na jej wyniki finansowe, lecz także na poprawę poziomu innowacyjności.

Analiza Deloitte przedstawia wysiłki i postępy 66 krajów, w tym Polski, podjęte w celu zwiększenia udziału kobiet na stanowiskach kierowniczych. Z badania wynika, że tempo zachodzących zmian w poszczególnych państwach jest bardzo zróżnicowane, a kraje, które chwalą się wzrostem udziału kobiet w zarządach firm, osiągnęły to przy użyciu różnych metod.

– W Norwegii i Francji zostały przyjęte kwoty gwarantujące kobietom 40 proc. miejsc w radach nadzorczych spółek publicznych. W Belgii zaś wymagany jest udział każdej płci w zarządach firm na poziomie co najmniej jednej trzeciej. Obowiązek wprowadzenia polityki różnorodności dotyczącej składu organów nadzorujących i zarządzających wynika także z „Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW” wprowadzonych w 2016 roku. W Polsce jednak zastosowała ją zaledwie jedna czwarta spółek giełdowych – mówi Dorota Snarska-Kuman, partner Deloitte, liderka Programu Rozwoju Rad Nadzorczych w Deloitte.

Równość niezależnie od płci

W czternastu krajach Unii Europejskiej kobiety stanowią średnio co najmniej 25 proc. członków kadry zarządczej. Są to Austria, Belgia, Dania, Niemcy, Finlandia, Francja, Islandia, Włochy, Łotwa, Holandia, Słowenia, Szwecja, Wielka Brytania i Norwegia, która jest liderem w obszarze różnorodności, a kobiety stanowią tam aż 41 proc. członków zarządów. Z kolei w Kanadzie odsetek przedstawicielek zasiadających w zarządach wyniósł 21,4 proc., co oznacza wzrost o 3,7 proc. w stosunku do 2017 r. Najsłabiej pod tym względem wypadły firmy południowoamerykańskie i azjatyckie, w których kobiety stanowią odpowiednio 7,9 i 9,3 proc. członków zarządu.

Jak zaobserwowali eksperci Deloitte, najwięcej kobiet należy do kadry kierowniczej w europejskich firmach reprezentujących sektor medyczny i farmaceutyczny (28,2 proc.), dóbr konsumenckich (27,7 proc) oraz branżę finansową (26 proc.).

Choć pocieszający jest fakt, że liczba kobiet na kierowniczych stanowiskach zwiększa się, zdaniem ekspertów Deloitte jeżeli globalny trend nie ulegnie przyspieszeniu, czyli wzrost udziału kobiet nie przekroczy ok. 1 proc. rocznie, osiągnięcie odpowiedniego parytetu w skali światowej zajmie nawet 30 lat. W niektórych krajach, zwłaszcza europejskich oraz w Australii widać realny postęp. Choć jednak średnia globalna nieznacznie wzrosła, tylko sześć krajów na świecie może pochwalić się średnią powyżej 30 proc. – Nasze badanie potwierdza, że bariery utrudniające osiągnięcie różnorodności w organizacjach nie zniknęły. Schematy kulturowe, podświadome uprzedzenia, brak traktowania różnorodności jako celu biznesowego, to kilka z podstawowych z tematów wymagających konkretnych działań. To oznacza potrzebę traktowania różnorodności jako celu strategicznego, wpisania do zadań zarządów i wpływu na ich ocenę – mówi Iva Georgijew, partner w Deloitte, liderka Diversity&Inclusion w Deloitte w Europie Środkowej, założycielka i liderka Klubu SheXO Deloitte.

Przed Polską wciąż długa droga

Globalnie 17 proc. stanowisk w zarządach przedsiębiorstw zajmują kobiety. To wzrost od 2017 roku o niemal dwa proc. Odwilż widać także w kraju. W Polsce kobiety stoją na czele 6 proc. firm i stanowią 13 proc. członków zarządów wszystkich spółek giełdowych. Zajmują też 15,8 proc. miejsc w radach nadzorczych spółek giełdowych z rynku głównego. W fotelu przewodniczącego rady nadzorczej zasiadają w 8,7 proc. analizowanych firm, jest to wzrost o 0,9 proc. w stosunku do 2017 roku.

– Na różnorodność pracowników pod względem płci stawiają dziś przede wszystkim duże korporacje. To one pierwsze dostrzegły, że zatrudnianie kobiet pozytywnie przekłada się zarówno na styl zarządzania, jak i wewnętrzne relacje w firmie. Dodatkowo, większych graczy – lepiej widać. Przyciągają uwagę nie tylko interesariuszy, ale też organizacji nadzorujących, co rodzi obawy o ryzyko utraty reputacji. Faktem też jest, że w dobie rosnącej popularności idei odpowiedzialnego biznesu firmy zwracają większą uwagę na swoich pracowników, klientów i otoczenie społeczne, w którym działają – mówi Dorota Snarska-Kuman.

Siła tkwi w różnorodności

Równość płci w firmie oznacza także tworzenie produktów i usług lepszej jakości. Dzieje się tak m.in. dzięki zderzeniu ze sobą różnych perspektyw. Takie podejście pomaga w tworzeniu strategii, wprowadzaniu innowacyjnych rozwiązań czy też w zarządzaniu firmą. Uwzględniając więcej czynników zarządy dochodzą do trafniejszych decyzji, a sam proces staje się znacznie ciekawszy w urozmaiconym środowisku. Męsko-damskie zespoły pozwalają patrzeć na biznes z różnych perspektyw, skuteczniej służąc coraz bardziej zróżnicowanej grupie klientów. Jak zauważają eksperci Deloitte, za sprawą kobiet, które znalazły się w organach zarządzających spółek, możliwa jest skuteczna walka ze stereotypami, wyrównywanie poziomu wynagrodzeń, a inne kobiety dostają zachętę do podejmowania ryzyka i wybierania ścieżek kariery tradycyjnie stanowiących domenę mężczyzn.

– Promowanie równości płci i budowanie kultury włączającej nie tylko zwiększa możliwości ekonomiczne kobiet. Jest też uzasadnione z biznesowego punktu widzenia. W Deloitte wierzymy, że różnorodność sprzyja innowacyjności oraz zwiększa skuteczność obsługi coraz bardziej zróżnicowanych grup klientów. Aby wnieść swój wkład w promowanie równości płci m.in. współtworzymy program cross-mentoringowy LeadersIN, który okazał się być znakomitym narzędziem świadomego kształtowania kariery zawodowej kobiet w biznesie – mówi Iva Georgijew.

Kobieca solidarność

Firmy, w których kobiety zajmują stanowisko prezesa mają prawie dwa razy więcej członkiń zarządów niż te kierowane przez mężczyzn (odpowiednio 29,3 proc. i 16,5 proc.). W przypadku Europy to odpowiednio 34,8 i 25,4 proc.
– Analiza ta jeszcze raz potwierdza, jak bardzo obecność kobiety w zarządzie wpływa na wzrost liczby liderek na stanowiskach kierowniczych w danej firmie. Kobiety w zarządzie są wzorem do naśladowania dla innych liderek w firmie. Wysoki udział kobiet na stanowiskach kierowniczych przyczynia się z kolei do zwiększenia efektywności i poprawy wizerunku spółki – mówi Dorota Snarska-Kuman.

***

O badaniu „Women in the Boardroom: A Global Perspective”

Na zlecenie Deloitte Global firma MSCI ESG Research Inc. zgromadziła dane na temat różnorodności członków zarządów w 8 648 spółkach z 49 krajów w regionie Azji i Pacyfiku, Ameryk oraz Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (według stanu na dzień 15 grudnia 2018 roku).

Na ich podstawie opracowany został raport „Women in the Boardroom”, zawierający analizę postępów, jakie dokonują się w skali globalnej, regionalnej i krajowej w obszarze zwiększania różnorodności w organach zarządzających różnych firm. Publikacja zawiera również szczegółowe informacje na temat liczebności kobiet w zarządach w podziale na sześć kluczowych sektorów (branża usług finansowych; konsumencka; technologii, mediów i telekomunikacji; produkcyjna; nauk przyrodniczych i medyczna; energetyczna). Dane te zostały uzupełnione przez Deloitte Global informacjami na temat wiążących kwot dla kobiet oraz innych inicjatyw podejmowanych w celu zwiększenia różnorodności zarządów spółek w 17 innych krajach. Publikacja koncentruje się zatem na działaniach podejmowanych w 66 różnych krajach celem osiągnięcia odpowiedniego parytetu płci w organach zarządzających. Dodatkowe wywiady przeprowadzone z członkami zarządów firm z Australii, Stanów Zjednoczonych i Hiszpanii prezentują istotne wnioski płynące z badania z perspektywy autorów publikacji, uzupełnione wnikliwymi obserwacjami na temat stopniowych zmian zachodzących w tym zakresie w tych trzech częściach świata.

Startuje II edycja programu „Biznes kontra smog”

Z badania przeprowadzonego wśród pracowników firm zaangażowanych w drugą edycję programu „Biznes kontra smog” wynika, że aż 68% z nich rozważa lub rozważało zmianę pracy ze względu na złą jakość powietrza w miejscowości, w której pracuje. Smog staje się coraz większym wyzwaniem także dla pracodawców, dlatego do drugiej edycji projektu włączyło się ponad dwa razy więcej organizacji niż rok wcześniej. Program „Biznes kontra smog” powstał z inicjatywy PwC i jest realizowany we współpracy z 26 firmami pod auspicjami Krakowskiego Alarmu Smogowego i Stowarzyszenia ASPIRE oraz pod honorowym patronatem Marszałka Województwa Małopolskiego.

W badaniu przeprowadzonym wśród pracowników firm zrzeszonych w projekcie „Biznes kontra smog” wzięło udział niemal 2500 osób. Aż 68% z nich przyznało, że rozważa zmianę obecnej pracy z powodu złej jakości powietrza w miejscowości, w której wykonuje pracę. Jednocześnie, niemal 80% na bieżąco śledzi informacje o stanie powietrza w swoim miejscu zamieszkania, a 87% uważa działania interesariuszy publicznych w zakresie poprawy jakości powietrza za niewystarczające.

Smog z jednej strony wpływa negatywnie na nasz stan zdrowia czy jakość życia, z drugiej – coraz częściej staje się też decydującym czynnikiem przy wyborze miejsca pracy. Jako biznes mamy ogromne zadanie do wykonania, by uświadamiać dzieci i młodzież, a pośrednio także ich rodziców, do przywiązywania większej wagi do dbałości o środowisko naturalne. Ponieważ podwoiliśmy liczbę firm zaangażowanych w program ‘Biznes kontra smog”, siła naszego oddziaływania będzie jeszcze większa. – Bartosz Jasiołek, partner w PwC.

Sukces poprzedniej edycji programu (wolontariusze przeszkolili niemal 10 tys. dzieci w szkołach i przedszkolach) zwiększył zainteresowanie firm w Polsce tematem edukacji w zakresie smogu. W efekcie do II edycji „Biznes kontra smog” włączyło się w sumie aż 29 organizacji: ABB, Airly, Akamai, Alexander Mann Solutions Poland, Amer Sports, Amway, Aon, Assa Abloy, Grupa CANPACK, Capita, Cisco Systems, Ecolab, Euroclear, Herbalife, Hitachi Vantara, HSBC, IAG GBS, Innogy, Jacobs, Krakowski Alarm Smogowy, Maxima Europe, Motorola Solutions Polska, PerkinElmer, PwC, Sappi, State Street Bank Polska, Stowarzyszenie ASPIRE, WilsonHCG oraz Zurich Insurance Company Ltd. Program jest realizowany pod honorowym patronatem Marszałka Województwa Małopolskiego.

W tej edycji „Biznes kontra smog” dla szkół i przedszkoli uczestniczących w programie będzie zorganizowany konkurs, w którym nagrodami będą czujniki czystości powietrza, ufundowane przez Airly. Regulamin konkursu dostępny jest tutaj.

Zainteresowanie dyrektorów szkół, które zapraszają wolontariuszy ‘Biznes kontra smog’ do swoich placówek oraz zaangażowanie firm, które dołączyły do projektu, pokazują ogromną siłę edukacji i współpracy. Ważne problemy społeczne, a smog jest w czołówce tych wyzwań, wymagają właśnie tego typu wspólnych działań. – Andrew Hallam, sekretarz generalny Stowarzyszenia ASPIRE.

Celem „Biznes kontra smog” jest realizacja programu wolontariatu pracowniczego w obszarze edukacji dzieci i młodzieży na temat smogu i czystości powietrza. Dzięki dołączeniu nowych firm, wolontariusze będą mogli dotrzeć ze szkoleniami do jeszcze większej liczby szkół i przedszkoli, nie tylko z województwa małopolskiego. Zajęcia są prowadzone przez przygotowanych wcześniej przez Krakowski Alarm Smogowy wolontariuszy, a program jest dostosowany do różnych grup wiekowych. Uczestnicy warsztatów dowiadują się m.in. czym jest smog, dlaczego powstaje, jakie zagrożenia niesie dla zdrowia i życia ludzi oraz co można i należy robić, aby móc oddychać czystszym powietrzem. Organizatorzy projektu podkreślają, że wszystkie warsztaty są bezpłatne.

Bardzo ważne jest, abyśmy mieli świadomość, że rozwiązanie problemu smogu wymaga szeregu skoordynowanych działań na szczeblu centralnym i lokalnym, ale także każdy z nas, swoimi codziennymi decyzjami może mieć wpływ na to, jak wygląda środowisko naturalne. To, czym ogrzewamy dom, jakiego transportu używamy, albo czy swoją postawą zachęcamy innych do ekologicznych zachowań ma również istotne znaczenie. – Ewa Lutomska, współzałożycielka Krakowskiego Alarmu Smogowego

Jak podkreśla ekspertka z Krakowskiego Alarmu Smogowego, budowanie świadomości wśród mieszkańców i podejmowanie przez nich inicjatywy może skutecznie doprowadzić do zmiany rzeczywistości. To widać na przykładzie Krakowa, gdzie na skutek determinacji mieszkańców wprowadzono całkowity zakaz spalania węgla i drewna, co lokalnie przekłada się na poprawę jakości powietrza.

Ważną zmianą, wprowadzoną m.in. dzięki aktywnej postawie społeczeństwa, jest modyfikacja rozporządzenia o poziomach alarmowania. Teraz poziom alarmowy będzie ogłaszany, gdy dobowe stężenia pyłu PM10 osiągną wartość 150 µg/m3, a nie 300 µg/m3. To oznacza, że szybciej będziemy informowani o wystąpieniu stanu zagrożenia oraz że szybciej zostaną podjęte działania naprawcze. A podjęcie ich jest konieczne, zwłaszcza w małych miejscowościach, ponieważ Polska pod względem stężeń rakotwórczego benzo(a)pirenu cały czas stanowi czerwoną plamę na mapie Europy.

Sklepy odzieżowe muszą szybciej nadążać za trendami technologicznymi, aby nie wypaść z rynku

Najwięcej pracowników sklepów z ubraniami uważa, że przed Mikołajkami i Bożym Narodzeniem ruch w ich placówkach jest 4-5 razy większy niż zwykle. W tym okresie najbardziej uciążliwe są szybko zmieniające się promocje. Dużym utrudnieniem jest również obsługa zwrotów, a także akceptacja przecen uszkodzonych towarów. Problematyczne staje się też przyjmowanie bieżących reklamacji. Łącznie 82% ankietowanych stwierdza, że nowe technologie i procesy automatyzujące pracę nie działają zbyt dobrze lub mogłyby zdecydowanie lepiej funkcjonować. Według nich, poprawa powinna nastąpić głównie w zakresie zmian cen promocyjnych, przecen wadliwych rzeczy, obsługi reklamacji oraz przyjmowania zwrotów.

Zwielokrotniony ruch

52% pracowników obsługi sklepów odzieżowych twierdzi, że przed Mikołajkami i Bożym Narodzeniem ruch w ich placówkach jest 4-5 razy większy niż zazwyczaj. 29% zauważa, że aktywność klientów wzrasta aż 6-7-krotnie. Takie wyniki zupełnie nie dziwią ekspertów. W przedświątecznym okresie nie tylko rośnie liczba klientów, ale również częstotliwość ich wizyt, co podkreśla Sebastian Starzyński, prezes zarządu TakeTask S.A. Każda osoba może kilka razy wybrać się do centrum handlowego, aby najpierw rozejrzeć się, a po namyśle wrócić i kupić wybrane rzeczy.

– Konsumenci często kupują ubrania jako prezenty na święta. Coraz częściej też wykorzystują pojawiające się w tym okresie promocje w celu wzbogacenia swoich szaf przed nadchodzącymi spotkaniami gwiazdkowymi i sylwestrowymi. W wybranych sieciach spora liczba osób realizuje również karty podarunkowe – zauważa Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Przy tak zwiększonym ruchu pracownikom sklepów najbardziej przeszkadzają szybko zmieniające się promocje – 33%. Dość uciążliwa jest dla nich też obsługa zwrotów od klientów – 13%. W dalszej kolejności ankietowani wymieniają akceptację przecen towarów uszkodzonych – 12%, a także przyjmowanie bieżących reklamacji – 11%. Jak komentuje Sebastian Starzyński, w tym okresie rabaty muszą być często zmieniane, aby na bieżąco wpływać na decyzje konsumentów. Ponadto przy większej sprzedaży część towarów szybko schodzi, więc trzeba obejmować zniżkami inne artykuły. To wszystko zwiększa ilość pracy.

– Sieci handlowe wiedzą, że w tym okresie mogą wyprzedać zalegające w magazynach kolekcje, np. jesienno-zimowe. Promocjami chcą wpływać na popyt ich towarów. Wyzwanie polega na umieszczaniu właściwych cenówek przy ubraniach czy na witrynach, zgodnie z systemem zarządzania sprzedażą. W grudniu rotacja asortymentu jest bardzo duża, bo zdecydowanie więcej osób przymierza i przegląda odzież. Dlatego trudniej jest zapanować nad zgodnością narzucanych cen z tymi, które widnieją na metkach w czasie rzeczywistym – dodaje Marcin Lenkiewicz.

Zacofanie technologiczne

Łącznie 46% ankietowanych stwierdza, że w ich placówkach nowe technologie i procesy automatyzujące pracę nie działają zbyt dobrze. Blisko 40% uważa, że mogłyby one funkcjonować lepiej. Zdaniem eksperta z TakeTask, negatywne oceny są związane z tym, że sklepy odzieżowe mocno skupiły się na rozwoju swoich działań online i e-commerce. Tradycyjne placówki zostały trochę pominięte w transformacji technologicznej. Teraz muszą szybko nadążyć za nowymi trendami, aby nie wypaść z rynku. Pracownicy sami dostrzegają, że w innych obszarach nowoczesne sprzęty i aplikacje usprawniają życie, a w ich miejscu pracy niewiele się zmienia.

– W ocenie badanych, klienci byliby zdecydowanie szybciej i sprawniej obsługiwani, gdyby poprawiło się działanie nowych technologii i automatyzacji w zakresie zmian cen w promocji. Tak stwierdza aż 36% pracowników sklepów. W następnej kolejności znaczenie ma usprawnienie wprowadzania przecen towarów uszkodzonych – 16%, obsługa reklamacji – 14%, a także przyjmowanie zwrotów – 11% – informuje ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Prezes Starzyński wyjaśnia, że instrukcje dotyczące promocji docierają do sklepów zwykle poprzez e-maile. Potem trzeba je drukować. Z kolei reklamacje i zwroty są opisywane ręcznie w obecności klientów. Natomiast wprowadzanie przecen wadliwych towarów wymaga konsultacji z centralą, m.in. poprzez przesyłanie zdjęć. Pracownicy widzą, że stosowane metody są już mocno przestarzałe. Marcin Lenkiewicz przyznaje, że ich obserwacje są słusznie. Gdyby ułatwiono im pracę, te osoby mogłyby obsługiwać więcej klientów. Podniosłaby się też satysfakcja z wykonywanych działań, co przełożyłoby się na ich efektywność.

– Źle dobrane nowe technologie i nieefektywne procesy automatyzujące w niskim sezonie nie są palącym problemem. Natomiast w okresie przedświątecznym pracownicy muszą wybierać, czy w danej chwili mają wdrażać promocje, obsługiwać klientów, a może przyjmować reklamacje. Wszystkie te czynności są jednakowo ważne. Jeśli panuje chaos, klienci się denerwują i po prostu wychodzą ze sklepów bez zakupów, co jest stratą finansową dla sieci – stwierdza ekspert z TakeTask.

Możliwe rozwiązania

W sklepach odzieżowych pracuje coraz więcej młodych ludzi, m.in. studentów. Aplikacje mobilne są dla nich obecnie naturalną formą komunikacji. Zdaniem ekspertów, tego typu intuicyjne narzędzie mogłoby uporządkować wszystkie zadania z różnych obszarów i najszybciej poprawić efektywność pracy na poziomie sklepu. Jedna „apka” mogłaby zastąpić wiele sposobów komunikacji między pracownikami i centralą. Samo potwierdzenie wykonywanych czynności zachodziłoby sprawniej. Praca w takim systemie byłby lżejsza i bardziej interesująca. A to przełożyłoby się na wyniki sprzedażowe.

– Warto pytać pracowników w czasie testów, czy konkretne narzędzie im odpowiada i pomaga. Jego wdrożenie, pomimo słabego działania, może przynieść odwrotne skutki do zamierzonych. Zatrudnieni powinni być ambasadorami wprowadzanych rozwiązań, a nie ich przeciwnikami. Doradzałbym również korzystanie ze sprawdzonych systemów niż tworzenie ich od początku. To pozwoli sieciom zaoszczędzić na czasie, a osobom z obsługi – zachować spokój w pracy. Niesprawna aplikacja może wywoływać zamęt i podnosić poziom stresu – tłumaczy Sebastian Starzyński.

Każdą technologię trzeba oddzielnie analizować. Część rozwiązań ma na celu pomoc pracownikom, czego przykładem są aplikacje mobilne. Natomiast rolą niektórych narzędzi jest zastępowanie ludzkiej pracy. I tu można wymienić np. kasy samoobsługowe. Marcin Lenkiewicz uważa, że osoby z obsługi sklepów mogą stać się ambasadorami nowych wdrożeń, jeżeli zobaczą korzyści z nich wynikające. Wszelkie ułatwienia raczej zostaną przyjęte z entuzjazmem przez młodych ludzi, którzy pracują w tego typu placówkach i na co dzień bardzo sprawnie korzystają z aplikacji.

– Moim zdaniem, dostępność technologii, rosnące koszty ludzkiej pracy i coraz większe wymagania klientów nie dają innego wyjścia retailerom, jak tylko digitalizować operacje na poziomie sklepów stacjonarnych. Ci, którzy nie będą tego robić, zaczną generować straty przewyższające koszty wdrożeń technologicznych. Należy jednak za każdym razem oceniać, na ile dane rozwiązanie zwiększy efektywność biznesową i w jak wielu obszarach zadziała – zwraca uwagę prezes Starzyński.

W opinii eksperta z Grupy Mobilnej Qpony-Blix, sklepy powinny jak najszybciej dążyć do tego, aby usprawnić ww. procesy i wpisać się w aktualnie panujące trendy. Pomysłem na przyspieszenie obsługi już teraz jest np. wydzielenie odrębnego miejsca w sklepie na dokonywanie tzw. szybkich zwrotów i reklamacji. Dedykowana osoba z zespołu przyjmowałaby klientów bez blokowania głównych kas. Jak wiadomo, kolejki przed świętami są naprawdę długie. Oczekiwanie na finalizację zakupu np. przez pół godziny może skutecznie zniechęcać konsumentów.

– Warto myśleć o technologiach dających duże wzrosty efektywności, a to jest możliwe, jeśli obejmują one wiele procesów lub ekstremalnie zwiększają efektywność jednego z nich. Dla przykładu, aplikacje mobilne do zarządzania operacjami w sieciach handlowych digitalizują jednocześnie mnóstwo czynności. Każdą z nich optymalizują w większym lub w mniejszym stopniu, w sumie mając wielki wpływ na całą organizację – podsumowuje ekspert z TakeTask.

Badanie zostało zrealizowane przez Grupę Mobilną Qpony-Blix we współpracy z międzynarodową firmą doradczą UCE GROUP LTD. Działania przeprowadzono w sklepach odzieżowych o powierzchni min. 100  mkw. usytuowanych w dużych i średnich galeriach handlowych, które znajdują się na terenie 16 dużych miast oraz 11 średnich i mniejszych miejscowości. Od 17 października do 04 listopada 2019 roku łącznie odbyło się 226 wywiadów z bezpośrednią obsługą ww. placówek. Ankieta była anonimowa.

Plast-Box po 3 kw. 2019 r.

Plast-Box, giełdowy producent opakowań z tworzyw sztucznych podsumował trzy kwartały 2019 roku podwajając zyski i notując skonsolidowane przychody na poziomie 167,3 mln zł (28,6% wzrost r/r), oraz wynik EBITDA w wysokości 19,3 mln zł (80,4% wzrost r/r).

– Z kwartału na kwartał zwiększamy naszą efektywność wytwórczą i sprzedażową. Pierwsze 9 miesięcy 2019 roku kończymy bardzo dobrymi wskaźnikami finansowymi – wypracowaliśmy blisko 8 milionów zysku netto, nasze przychody rosną w tempie dwucyfrowym  – komentuje Grzegorz Pawlak, prezes zarządu Plast-Box S.A.  – Wkraczamy w etap rozwoju Grupy, do którego przygotowywaliśmy się od zeszłego roku. Liczę, że wchodzimy już w stałą tendencję wzrostową – dodaje G. Pawlak

Dobre wyniki odnotował również Plast-Box S.A. jako podmiot dominujący w grupie kapitałowej. Sprzedaż w ujęciu jednostkowym po trzech kwartałach wzrosła o 5,5% do 118,3 mln zł. Spółka uzyskała w tym okresie zysk operacyjny 5,9 mln zł. Zysk netto wyniósł w tym samym czasie 5,6 mln zł, a EBITDA 12,7 mln zł.

Od momentu przejęcia, pod koniec ubiegłego roku, polskiego producenta opakowań Stark Partner, Grupa Plast-Box integruje działalność operacyjną swoich spółek zależnych. Intensywne scalanie biznesów należących do Grupy sprzyja umacnianiu pozycji na konkurencyjnym rynku opakowań. Po trzech kwartałach br. Grupa Plast-Box zanotowała dwucyfrowy wzrost sprzedaży w kraju i zagranicą. Sprzedaż krajowa w okresie trzech kwartałów br. urosła do 74,5 mln zł, tj. o 49,7% r/r. Sprzedaż zagraniczna  ukształtowała się na poziomie 92,8 mln zł, tj. wzrost o 15,5% r/r. Kluczowymi rynkami eksportowymi pozostają kraje Unii Europejskiej. W omawianym okresie Grupa wykazała 10,1% wzrost sprzedaży do UE, do poziomu 51,4 mln zł z 46,7 mln zł w analogicznym okresie 2018 r.

Na każdym z rynków notujemy wzrosty przychodów rok do roku, Nie zwalniamy tempa, konsolidujemy strukturę Grupy przygotowując się do dalszego rozwoju – podsumowuje G. Pawlak.

Grupą kapitałową zarządza słupska spółka Plast-Box S.A. W skład Grupy wchodzą spółki zależne prowadzące działalności na terenie Polski (Plast-Box Development Sp. z o.o., Plast-Box Apartments Sp. z o.o., Stark Partner Sp. z o.o. i Stark Partner Nieruchomości Sp. z o.o.) oraz na Ukrainie (Plast-Box Ukraina Sp. z o.o.) i Białorusi (Plast-Box East Sp. z o.o.).

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 18.11-22.11

Rynki akcji poprawiają rekordy, a na rynku walutowym dominuje ostrożna stabilizacja przy podwyższonej wrażliwości na wieści o postępach w negocjacjach handlowych USA-Chiny. Optymizm utrzymuje się jednak tylko na nadziejach, ale do pełniejszej poprawy nastrojów potrzeba potwierdzenia w odbiciu danych makro. Choć jeden miesiąc lepszych odczytów nie odmieni jeszcze trendu, to silne PMI z Eurolandu i USA mogą być obiecującą zapowiedzią. Poza tym inwestorzy będą szukać ciekawostek w minutkach FOMC, EBC i RPP.

Przyszły tydzień: minutki FOMC/EBC/RPP/RBA, PMI z USA/strefy euro, produkcja przemysłowa z Polski, CPI/sprzedaż z Kanady

USA

Na konferencji po październikowym posiedzeniu FOMC prezes Powell stwierdził, że będzie potrzeba istotnej zmiany perspektyw gospodarczych, aby bank powrócił do luzowania monetarnego. W protokole z posiedzenia (śr) poszukiwane będą informacje, co członkowie Komitetu traktują jako te istotne zmiany. Interesującym może też być, jak członkowie FOMC zapatrują się na kwestię przestrzelenia celu inflacyjnego 2 proc., o czym prezes Powell wspominał na konferencji. Większe przyzwolenie na wzrost inflacji będzie implikować brak perspektywy podwyżek stóp procentowych na dłużej. W temacie danych indeks Fed z Filadelfii (czw) i PMI dla przemysłu i usług (pt) powinny potwierdzać poprawę nastrojów w reakcji na osłabienie ryzyk geopolitycznych.

Strefa euro

W strefie euro w centrum uwagi będą wstępne odczyty indeksów PMI (pt). Sektor usługowy ponownie powinien wypadać lepiej od przemysłu, choć w obu przypadkach spodziewana jest poprawa względem poprzedniego miesiąca. Inne wskaźniki nastrojów za listopad (ZEW, Sentix) wskazały, że firmy lepiej oceniają warunki do prowadzenia biznesu w obliczu ocieplenia relacji USA-Chiny i postępów ws. brexitu. EUR silnie będzie reagować na zaskoczenia w danych. Poza tym minutki EBC (czw) prawdopodobnie nie dostarczą rewelacji odnośnie stanowiska EBC, który czeka na efekty pakietu stymulacyjnego zakomunikowanego we wrześniu.

Polska

Z Polski otrzymamy dane z rynku pracy (czw) oraz produkcję przemysłową (pt). Produkcja będzie ważniejsza, szczególnie jeśli wskaże na mocniejszą zadyszkę sektora i potwierdzi słabe odczyty PMI. W minutkach z posiedzenia RPP interesujące będzie, jak silne są głosy niepokoju o spowolnienie w danych, nawet jeśli nie spodziewamy się, aby prędko powstała większość za obniżką stóp procentowych. Losy złotego w najbliższych dniach będą mocniej zależeć od sentyment zewnętrznego, gdzie widzimy podwyższone ryzyko wzrostu presji na aktywa rynków wschodzących. EUR/PLN 4,30 nie jest daleko, by zostać naruszonym.

Australia i Nowa Zelandia

Ubogi kalendarz z Australii implikuje konsolidację dla AUD po ostatniej fali osłabienia. Minutki z posiedzenia RBA (wt) skupią się na dyskusji o prognozach, co dla rynku nie będzie nową informacją. Przy niczym istotnym zaplanowanym z Nowej Zelandii, obie waluty z Antypodów pozostaną przede wszystkim wrażliwe na nowe informacje w temacie wojen handlowych.

Kanada

Z Kanady dostaniemy dane o inflacji CPI (śr) i sprzedaży detalicznej (pt). Inflacja pozostaje blisko celu, ustawiając BoC w komfortowej sytuacji i pomaga oddalić apele za luzowaniem polityki. Sprzedaż detaliczna w sierpniu wypadła słabo przez niskie ceny paliw, więc tym razem jest pole do odbicia. Dane mogą zaoferować impulsy do przejściowego umocnienia CAD, ale ogólnie oczekiwalibyśmy konsolidacji w przedziale USD/CAD 1,32-1,33.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska gospodarka zwalnia, jednak złoty zyskuje

Polski złoty wczoraj przerwał ostatnią, złą passę, zyskując w relacji do głównych walut. Nie współgrało to z publikacją danych ekonomicznych, które pokazują hamowanie polskiej gospodarki.

Wczorajsza aprecjacja złotego zdaje się potwierdzać, że zależność między publikacją danych z polskiej gospodarki, a zachowaniem krajowej waluty nie jest silna. Zgodnie ze wstępnym szacunkiem, w trzecim kwartale br. wzrost gospodarczy w Polsce wyniósł 3,9% w ujęciu rocznym. Jest to dynamika wyraźnie niższa niż notowana w poprzednim kwartale (4,6%). Szacunek jest również nieco gorszy od oczekiwań konsensusu ekonomistów.

Wzrost PKB Polski w ujęciu rocznym (2005 – 2019)

pkb polski
Źródło: Bloomberg Data: 15/11/2019

Czy dane faktycznie są jednak tak złe, jak każą sądzić co niektóre nagłówki? Niekoniecznie. Warto spojrzeć na odsezonowane dane Eurostatu, które pokazują, że dynamika PKB Polski w trzecim kwartale wyniosła 4% w ujęciu rocznym, ale aż 1,3% w ujęciu kwartalnym. Tym samym, porównując z innymi gospodarkami UE, dla których poznaliśmy odczyty (obecnie są dostępne wstępne dane dla 20 z 28 gospodarek), Polska w trzecim kwartale zajmuje drugie miejsce (za Węgrami) pod względem wzrostu w ujęciu rok-do-roku i pierwsze miejsce pod kątem wzrostu kwartał-do-kwartału. Trudno nie odbierać tego jako dobry sygnał.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,28-4,30. Para EUR/USD zakończyła wczorajszy dzień na plusie. Większa część umocnienia euro w parze z dolarem amerykańskim nastąpiła w drugiej części dnia, w trakcie sesji amerykańskiej.

Wczorajsze dane o niemieckim PKB w III kwartale zaskoczyły in plus, pokazując, że – mimo nieco głębszego, kwartalnego spadku PKB w II kwartale – kraj jednak uniknął technicznej recesji. Rewizja danych Eurostatu dla strefy euro pokazała, że wzrost w ostatnim okresie pomiarów był nieznacznie wyższy od wcześniej szacowanego i wyniósł 1,2%. Natomiast nie zaskoczyły dzisiejsze, zrewidowane dane o inflacji konsumenckiej w strefie euro. Inflacja w październiku znalazła się na poziomie 0,7%, z kolei wskaźnik bazowy wyniósł 1,1%.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 5,00-5,02. Wczorajsze dane o sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii rozczarowały. Wbrew oczekiwaniom sprzedaż w październiku rosła o 3,1% w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej, w ujęciu miesięcznym notując lekki spadek. Gorsze dane zdają się wspierać szanse na obniżkę w przyszłym roku stóp procentowych w Wielkiej Brytanii. Obecnie rynek szacuje, że szanse na cięcie stóp o 25 punktów bazowych w drugiej części 2020 roku wynoszą mniej więcej 50/50.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,88-3,91. Osłabieniu dolara w parze ze złotym wczoraj sprzyjał zarówno wzrost pary EUR/USD, jak i silniejszy złoty. W kontekście ostatnich informacji z USA warto wspomnieć o sygnałach dotyczących amerykańsko-chińskiej wojny handlowej. Są one pozytywne – rzecznik chińskiego Ministerstwa Handlu, Gao Feng stwierdził, że “wojna handlowa rozpoczęła się od taryf i powinna się zakończyć się ich zniesieniem”, potwierdzając, że Chinom zależy na stopniowym wycofywaniu się z taryf celnych przez oba kraje w ramach zawarcia tzw. fazy pierwszej porozumienia w handlu. Larry Kudlow, doradca ekonomiczny Białego Domu również pozytywnie wypowiadał się w kwestii osiągnięcia w niedługim czasie częściowego porozumienia. Mamy nadzieję, że dojdzie do niego w przeciągu kilku następnych tygodni.

Wczorajsze dane makroekonomiczne z USA były mieszane – in minus zaskoczył cotygodniowy odczyt o liczbie wstępnych bezrobotnych. Wyższa od oczekiwań okazała się natomiast inflacja PPI w październiku. Przed Komisją Budżetową Kongresu przemawiał również Jerome Powell, który w dość pozytywnych słowach wyrażał się o sytuacji gospodarczej USA, sugerując, że jest ona stabilna. Powell nie wniósł jednak zbyt dużo nowego do wypowiedzi z poprzedniego dnia.

Dziś poznamy dane o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej USA w październiku, które będą istotniejsze od wczorajszych. W związku z tym mogą przełożyć się na nieco większą zmienność na parach z USD w drugiej części dnia. Nadal jednak zachowanie amerykańskiej waluty (i szerokiego rynku) w największym stopniu powinno zależeć od nastrojów, a największy potencjał wpłynięcia na te zdają się mieć informacje związane z wojną handlową USA i Chin.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

14:30 – dane o sprzedaży detalicznej w USA w październiku

15:15 – dane o produkcji przemysłowej w USA w październiku

18:00 – przemawia prezes Bundesbanku, Jens Weidmann

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Polski przemysł wysyła pierwsze sygnały spowolnienia

W tym tygodniu kluczowym wydarzeniem była publikacja wstępnych wyników PKB w krajach UE. Choć Produkt Krajowy Brutto w strefie euro wzrósł w III kwartale o 1,2% w porównaniu rocznym, to obniża się dynamika jego wzrostu, na co wpływ ma przede wszystkim spowolnienie gospodarki w Niemczech i Włoszech. Podczas gdy problemy naszych zachodnich sąsiadów są związane z napiętą sytuacją w handlu międzynarodowym (przede wszystkim z rozwojem Brexitu i wojny handlowej między USA i Chinami), to w przypadku Włoch mają dużo głębsze źródło i ich naprawienie wymaga znacznych reform strukturalnych. Z kolei kraje spoza strefy euro są w całkiem dobrej formie. PKB w Polsce w III kwartale, z uwzględnieniem korekty sezonowej, zanotował wzrost o 4%, do którego w perspektywie długoterminowej przyczyniła się rosnąca konsumpcja, którą napędza wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń. Polski przemysł wysyła już jednak pierwsze sygnały spowolnienia, które będzie się pogłębiać jeżeli wyniki gospodarek strefy euro, na czele z Niemcami, nie ulegną poprawie. Rozwój sytuacji w Niemczech będzie z kolei zależał od dalszych losów Brexitu oraz wojny handlowej między USA i Chinami. Odroczenie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE oraz możliwość konstruktywnego rozwiązania wojny w handlu międzynarodowym stanowią szansę na nieznaczną poprawę, nawet jeśli napięcia w niemieckiej gospodarce będą nadal trwać. Wskaźnik nastrojów gospodarczych ZEW jednak już zareagował na poprawę sytuacji. Wzrósł o ponad 20 pkt, do poziomu -2,1 pkt.

Złoty w tym tygodniu zwrócił część zysków z poprzednich tygodni i w piątek rano był na poziomie ok. 4,28 PLN/EUR. Na głównej parze walutowej kurs oscylował wokół 1,10 USD/EUR.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Fundusze Sunfish Partners i Finch Capital inwestują w PerfOps prawie 3 mln złotych

Zgodnie z umową z 30 października br., fundusze venture capital Sunfish Partners i Finch Capital zainwestowały w PerfOps 750 000 USD, czyli blisko 3 mln zł. To już druga runda inwestycji w krakowską spółkę programistyczną.

W ubiegłym roku firma zakończyła etap finansowania zalążkowego w wysokości       2 mln zł, Finch Capital zainwestował w projekt 1 mln zł, a w maju br. firma otrzymała pierwszy 1 mln zł dofinansowania z Sunfish Partners.

PerfOps chce wykorzystać przyznane fundusze przede wszystkim na rozbudowę krakowskiego zespołu. Firma planuje też zainwestować w kadrę zarządzającą i rozwój swojej infrastruktury. Spółka udanie wystartowała ze swoim narzędziem do równoważenia obciążenia w sieci (FlexBalancer) i obsługuje już 8 miliardów zapytań miesięcznie.

FlexBalancer, nasze sztandarowe narzędzie do równoważenia obciążenia serwerów, okazało się ogromnym sukcesem. W najbliższej przyszłości chcielibyśmy ulepszyć nasz produkt o niestandardowe możliwości routingu, które pozwolą klientom połączyć dane PerfOpsa z ich własnymi, zastrzeżonymi algorytmami. To sprawi, że nasze rozwiązanie będzie jeszcze bardziej elastyczne – przyznaje Dmitriy Akulov, założyciel  i CEO PerfOps.

PerfOps to polska spółka programistyczna, która dostarcza analitykę dla firm zajmujących się infrastrukturą internetową. Ofertę firmy wyróżnia autorskie narzędzie FlexBalancer – nowatorskie rozwiązanie do równoważenia obciążenia serwerów, oparte na chmurze. W dynamiczny sposób kieruje ruchem sieciowym w czasie rzeczywistym oraz monitoruje infrastrukturę internetową. Firma działa od 2017 roku.

Sunfish Partners jako jeden z nielicznych niemieckich funduszy aktywnie operuje na polskim rynku startupowym. Firma preferuje inwestycje w założycieli startupów        z dużym doświadczeniem w dziedzinie nauk o danych lub inżynierii, którzy wykorzystują nowe technologie, aby w inny sposób spojrzeć na istniejące branże lub pomóc w budowaniu branż przyszłości.

Finch Capital to doświadczony fundusz venture capital, specjalizujący się w obszarze inwestycji zalążkowych w branży finansowej i nowych technologii. Spółka inwestuje w projekty na wczesnym etapie rozwoju zarówno w Europie, jak w i Azji Południowo-Wschodniej.

Gwałtowna podwyżka akcyzy uderza w biznes

Projekt ustawy określający nowe, wyższe stawki akcyzy na wyroby alkoholowe i tytoniowe, który trafił wczoraj do Sejmu, został opracowany i przyjęty z pominięciem konsultacji społecznych. Przewiduje on aż 10-procentową podwyżkę akcyzy na te towary zamiast zakładanych m.in. w projekcie ustawy budżetowej na 2020 rok 3 procent.

Pracodawcy RP stanowczo sprzeciwiają się tak rażącemu naruszaniu standardów legislacji, jak miało to miejsce w tym przypadku. Taki sposób procedowania zmian mających zasadniczy wpływ na funkcjonowanie przedsiębiorstw narusza zasadę pewności prawa i działa negatywnie na pewność obrotu oraz rozwój przedsiębiorczości. Skokowa podwyżka stawek akcyzy odbije się ponadto na cenach towarów, a to z kolei może przyczynić się do zwiększenia udziału szarej strefy w rynku wyrobów akcyzowych.

Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku akcyzowym trafił do Sejmu 14 listopada i przewiduje indeksację stawek podatku akcyzowego na wyroby akcyzowe będące używkami, tj. alkohol etylowy, piwo, wino, wyroby winiarskie, wyroby pośrednie, wyroby tytoniowe, susz tytoniowy i wyroby nowatorskie. Zaproponowane w projekcie stawki oznaczają 10-proc. podwyżkę akcyzy – tak znaczący wzrost jest o tyle zaskakujący, że w projekcie ustawy budżetowej na 2020 rok zakładano podwyżkę zaledwie o 3 proc.

Oprócz zapisów projektu, zasadnicze wątpliwości budzi sposób jego procedowania. Rząd przyjął bowiem projekt w trybie obiegowym, bez przeprowadzenia konsultacji społecznych. Głos przedsiębiorców z branż, których bezpośrednio dotyczą zmiany został zatem całkowicie zignorowany. Projekt został ponadto przedstawiony w ostatniej chwili, tuż przed zakończeniem roku. Nowe regulacje mają zaś wejść w życie już z dniem 1 stycznia 2020 r., więc producentom nie dano odpowiedniego czasu na przygotowanie się do zmian.

Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej

Polska gospodarka zwalnia, ale będziemy zdrowsi

Zgodnie z oczekiwaniami większości instytucji zarówno międzynarodowych, jak i krajowych, polskie PKB nie wzrasta tak szybko, jak przewidywano jeszcze rok temu. Efektem wolniejszego wzrostu będą mniejsze wpływy w przyszłorocznym budżecie. Na szczęście rządzący znaleźli na to sposób i dzięki podniesieniu akcyzy na alkohol oraz wyroby tytoniowe będą próbowali uzupełnić tę lukę.

Polskie PKB spowalnia

Po serii prognoz na temat polskiego wzrostu PKB przyszedł czas na wstępne dane GUS. Potwierdzają one, że zeszłoroczne szacunki odnośnie do tego wskaźnika były nadmiernie optymistyczne. Spowolnienie wzrostu do 3,9% przy spodziewanych 4,1% nie jest oczywiście powodem do szczególnego niepokoju. Nie jest to może tempo, które pozwala pod tym względem na rywalizację z Chinami, ale daje ono stabilne miejsce w czołówce Unii Europejskiej. Dane na temat inflacji potwierdziły, że jest ona dokładnie równa celowi inflacyjnemu. Gospodarka rozwijająca się w tempie niemal 4% przy równoczesnych stabilnych cenach to sytuacja, która z pewnością nie powinna niepokoić inwestorów. Publikacja tych danych była wczoraj jednym z powodów, dzięki którym po czterech kolejnych dniach strat złoty odzyskał ponad grosz względem euro.

Unia Europejska z pozytywną rewizją

Często po przeliczeniu wszystkich danych publikowane są aktualizację wskaźników. Relatywnie rzadko oba takie odczyty w znaczący sposób różnią się od siebie, dlatego analitycy przykładają mniejszą wagę do owych rewizji. Wczoraj jednak podniesiono w górę parametr wzrostu gospodarczego dla strefy euro z 1,1% do 1,2%. Jest to między innymi efekt pozytywnych niespodzianek z Niemiec, które ostatnio pokazują lepsze (a przynajmniej nie tak złe) dane niż w poprzednich miesiącach. Na razie nie możemy jeszcze powiedzieć, że główna lokomotywa europejskiej gospodarki ma się już całkiem dobrze. Widać natomiast poprawę i powolne wychodzenie na prostą. Optymizm zaczyna pojawiać się już nie tylko na giełdzie, gdzie główny frankfurcki indeks DAX osiąga najwyższe poziomy od czasu rekordowych szczytów z końca 2017 roku. Wczoraj mogliśmy również zaobserwować przełożenie tej poprawy na umocnienie się euro względem dolara.

Państwo zadba o obywateli

Plan budżetu bez deficytu to wciąż aktualne zamierzenia rządzących, które mają być zrealizowane za wszelką cenę. Likwidację 30-krotności składek ZUS jest skłonna poprzeć Lewica (a przynajmniej jej część pod pewnymi warunkami), co pozwoli głównej partii koalicyjnej zignorować rozłam w szeregach Zjednoczonej Prawicy w sprawie tej podwyżki obciążeń. Dodatkowo rząd zadba o nasze zdrowie, podnosząc akcyzę na alkohol i papierosy. W uzasadnieniu pojawia się informacja, że dzięki temu będziemy konsumować mniej tych używek. Za to w wyliczeniach widać, że tak naprawdę chodzi o to, żeby Polacy zapłacili więcej i pomogli w ten sposób w redukcji deficytu. Jednak wg deklaracji rzecznika rządu większy wpływ do budżetu nie jest wcale jedynym celem.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wyniki sprzedaży detalicznej,
  • 15:15 – USA – produkcja przemysłowa.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Jak wygląda nowy sposób dostawy dronami? SEAT

Drony stale potwierdzają swoją przydatność – pomagają już w walce z pożarami, w kontroli granic czy nawet w inspekcjach podatkowych. Niemal codziennie pojawiają się kolejne pomysły na wykorzystanie tych urządzeń. W fabrykach SEAT-a właśnie wdrożono nowy system dostaw przy użyciu dronów, opracowany we współpracy z Grupo Sesé. Elementy konstrukcyjne są transportowane drogą powietrzną z centrum logistycznego do zakładu montażowego w jedyne 15 minut. Jak wygląda cały proces?

„Aktywacja Protokołu Drona”

Powyższe polecenie rozpoczyna całą operację. W zakładzie montażowym stwierdzono zapotrzebowanie na kierownicę. Zamówienie trafia do centrum logistycznego Grupo Sesé, gdzie wybraną część pakuje się do ważącej 5,5 kg kapsuły z włókna węglowego. Następnie mocuje się ją do drona za pomocą silnego elektromagnesu. Kierownica czeka na odlot z lądowiska.

W powietrzu

Do transportu wykorzystywane są drony mierzące 1,7 metra średnicy. Pojazd samodzielnie wzbija się na wysokość 95 metrów i rusza w 2-kilometrową podróż do zakładu SEAT-a. Urządzenie porusza się z prędkością 40 km/h, więc od wystartowania do dostarczenia kierownicy mijają jedynie 4 minuty. Z kolei od momentu wdrożenia protokołu do chwili, gdy kierownica dociera na linię montażową, mija 15 minut.

Szybsze, bardziej zwrotne i zrównoważone

Wynalazek wpisuje się w założenia Przemysłu 4.0 i sprawia, że jesteśmy bardziej wydajni i konkurencyjni. Ponadto wspiera zrównoważony rozwój firmy – komentuje dr Christian Vollmer, wiceprezes działu produkcji i logistyki. Dostawy dronami to rozwiązanie bezemisyjne, gdyż urządzenia zasilane są elektrycznymi akumulatorami. Dzięki systemowi ograniczenie emisji CO² może wynieść nawet tonę rocznie.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Nowy system dostaw jest trzykrotnie bezpieczniejszy od poprzedniego. Najbardziej zależało nam, żeby dron miał jak największą ładowność i jak najbardziej opływowe kształty. Poza 6 silnikami, wyposażyliśmy nasze urządzenia w 3 systemy nawigacji satelitarnej, 6 akumulatorów i 3 systemy nawigacji inercyjnej – wymienia pilot centrum TSA Toni Caballero. Przełomowy projekt realizowany był pod nadzorem hiszpańskiej Agencji Bezpieczeństwa Lotniczego (AESA).

Przyszłość z głową w chmurach

Na razie w fabryce w Martorell drony wykorzystywane są do transportu kierownic i poduszek powietrznych, jednak rozwiązanie można wdrożyć również w innych obszarach. – Transport za pośrednictwem dronów zrewolucjonizuje logistykę. Od wprowadzenia nowego systemu do naszego zakładu czas dostawy części skrócił się o 80% – mówi Christian Vollmer. Drony to element strategii inteligentnej fabryki SEAT-a, która zakłada wdrażanie przełomowych technologii dla ulepszenia procesów produkcyjnych oraz zapewnienia klientom szybszej obsługi i elastyczności. Niektórzy z nich będą trzymać w rękach kierownicę, która trafiła do ich samochodu prosto z nieba.

Import towarów: US nie potrafił zaklasyfikować usług, więc zaklasyfikował je na niekorzyść podatnika

Naczelnik urzędu celno-skarbowego określił przedsiębiorcy kwotę należnego podatku z tytułu importu towarów, zwiększając podstawę opodatkowania o nabyte przy tym imporcie usługi pośrednictwa. W wyniku wniesionej przez przedsiębiorcę skargi Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gorzowie Wlkp. uchylił tę decyzję organu, bo jak stwierdził, organ, dokonując tylko częściowej klasyfikacji nabytych przez importera usług na te zwiększające podstawę opodatkowania i te niemające na nią wpływu, wszystkie pozostałe zaklasyfikował bez wyjaśnienia na niekorzyść podatnika (wyrok z 9 października 2019 r., sygn. akt I SA/Go 324/19).

Przepis art. 30b ust. 1 zd. pierwsze ustawy o podatku od towarów i usług stanowi, że: „Podstawą opodatkowania z tytułu importu towarów jest wartość celna powiększona o należne cło” (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.). Wyjaśnienie, w jaki sposób ustala się wartość celną, zawiera art. 32 ust. 1 lit. a) tiret (i) Wspólnotowego Kodeksu Celnego, zgodnie z którym: „…do ceny faktycznie zapłaconej lub należnej za przywożone towary dodaje się następujące elementy w wysokości, w jakiej zostały poniesione przez kupującego, lecz nieujęte w cenie faktycznie zapłaconej lub należnej za towary: prowizje i koszty pośrednictwa, z wyjątkiem prowizji od zakupu” (Dz.Urz. UE L 302 z 19.10.1992 r.).

Ustalenie zobowiązania podatkowego w wyniku weryfikacji dokumentacji importera

Decyzją z kwietnia 2019 r. dyrektor izby administracji skarbowej utrzymał w mocy decyzję naczelnika urzędu celno-skarbowego z listopada 2018 r. określającą podstawę opodatkowania w imporcie towarów, w tym wysokość należnego zobowiązania w podatku od towarów i usług, którą wydał po przeprowadzeniu postępowania podatkowego i weryfikacji dokumentacji księgowej, bankowej i handlowej u jednego z importerów towarów. W ocenie naczelnika UCS agencja celna, czyli bezpośredni przedstawiciel importera, w dokumencie celnym SAD, w rubryce 44 „Dodatkowe informacje/załączone dokumenty/świadectwa i pozwolenia” nie zadeklarowała „elementów dodawanych do wartości z Pola 42”, a więc wskazujących kosztów i prowizji poniesionych przez importera, a mających zgodnie z art. 32 ust. 1 lit. a) tiret (i) Wspólnotowego Kodeksu Celnego wpływ na wysokość wartości celnej sprowadzanego z Chin towaru, a zatem i na wysokość opodatkowania z tytułu importu towarów.

Umowa o charakterze pośredniczym

Funkcjonariusze celni ustalili, że spółka (importer towarów) poniosła w związku z zadeklarowanym importem dodatkowe koszty pośrednictwa na rzecz agenta koordynującego działania spółki na terenie Chin. W wyniku tych ustaleń naczelnik UCS stwierdził, że uiszczone na rzecz tego agenta wynagrodzenie nie było świadczeniem należnym z tytułu umowy o charakterze przedstawicielskim (stanowiącym element prowizji od zakupu), a umowy o charakterze pośredniczym, czyli spełniającym kryteria zwiększające podstawę opodatkowania, prowizji i kosztów pośrednictwa.

Organ przywołał w swej decyzji wyrok w innej sprawie importera

Organ powołał się na wyrok WSA w Gorzowie z 16 listopada 2017 r. (sygn. akt I SA/Go 385/17), w którym sąd dokonał oceny tejże umowy, na podstawie której spółka wypłacała już wynagrodzenie chińskiemu agentowi w ramach innego importu. Skład orzekający w tamtej sprawie zgodził się z organem, że wspieranie importera w działaniach na terenie Chin, polegające m.in. na przyjmowaniu zamówień na towary i przekazywaniu ich do fabryk, przygotowaniu dokumentów wysyłkowych towarów, kontroli jakości towarów, poszukiwaniu dostawców i produktów wypełnia znamiona usług o charakterze pośrednictwa. W wyroku tym sąd wskazał jednocześnie, że w przedmiotowej umowie agent zobowiązany był do świadczenia także innych usług, obejmujących zarząd i rozliczanie kosztów związanych z zajmowaną przez importera na terenie Chin nieruchomością lokalową, a usługi te wykraczają poza ramy pośrednictwa. Stąd też nie podlegają zaliczeniu zwiększającemu podstawę opodatkowania z tytułu importu towaru.

Naczelnik UCS w ślad za ww. wyrokiem stwierdził, że wydatki na naprawy i konserwację lokalu, rejestrację biura, prąd czy z tytułu chińskich podatków od osób prawnych można uznać za niepodlegające doliczeniu do wartości celnej kosztów zarządu i rozliczania należności związanych z nieruchomością lokalową, tak jak uznał to sąd w powoływanym orzeczeniu. Co do reszty nabytych przez spółkę usług, organ uznał, że skoro nie podlegały wskazanej kwalifikacji sądu, wyłączającej z zaliczenia do wartości celnej, stanowić będą usługi pośrednictwa, które wartość tę powiększają.

Spółka zarzuciła organowi dokonanie ustaleń bez przeprowadzenia czynności wyjaśniających

W złożonej do sądu administracyjnego skardze spółka zarzuciła organowi rażące naruszenie przepisów postępowania polegające na nieustaleniu i niewyjaśnieniu przez organ, na czym faktycznie polegały usługi świadczone przez agenta na terenie Chin, w tym nieprzeprowadzenie dowodów, jakie należało dopuścić w sprawie, zarówno w postaci przesłuchania świadków, jak i wystąpienia do agenta o przedłożenie pisemnego raportu do wystawionej za swoje usługi faktury, w szczególności zawierającego zestawienie kosztów ponoszonych w związku z nieruchomością lokalową.

Organ zwiększył podstawę opodatkowania, nie wyjaśniając motywów

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gorzowie w wydanym 9 października 2019 r. wyroku zgodził się ze skarżącą. Zwrócił uwagę, że organ nie poczynił wymaganych ustaleń, nie podjął wszelkich niezbędnych działań w celu dokładnego wyjaśnienia stanu faktycznego oraz załatwienia sprawy w postępowaniu podatkowym zgodnie z art. 122 Ordynacji podatkowej. Tym samym naruszył art. 187 § 1 oraz art. 191 tej ustawy, bo nie wykonał obowiązku zebrania i w sposób wyczerpujący rozpatrzenia całego materiału dowodowego, co uniemożliwiło mu pełną ocenę, czy dane okoliczności zostały udowodnione.

Sąd zwrócił uwagę, że organ przywołał rozważania zawarte w wyroku z 16 listopada 2017 r. (sygn. akt I SA/Go 385/17), przyjmując na potrzeby wydania swojej decyzji poczynione tam ustalenia co do czynności stanowiących usługi pośrednictwa oraz czynności ich nie stanowiących. Nie wziął jednak pod uwagę, że skład orzekający w tamtej sprawie nie wypowiedział się co do wykonywanych przez agenta czynności, takich jak: organizowanie spotkań i przyjmowanie klientów zleceniodawcy, tłumaczenie dokumentacji, organizacja pobytu pracowników i przedstawicieli zleceniodawcy w Chinach czy też zapewnienie samochodu przeznaczonego do wykorzystania dla obsługi działań i inwestycji zleceniodawcy. Tak więc niejako z automatu, z pokrzywdzeniem skarżącej spółki, organ wszystkie te „nieocenione” przez sąd usługi, a jako nieuznane za wyłączone z katalogu usług powiększających wartość celną importowanego towaru, zakwalifikował jako usługi pośrednictwa wartość tę powiększające.

„…w wyroku I SA/Go 385/17 Sąd nie wypowiedział się czy czynności takie jak: organizowanie spotkań (…) są czynnościami dotyczącymi pośrednictwa. Tymczasem w decyzji będącej przedmiotem zaskarżenia w niniejszym postępowaniu organ nie dokonał podziału wskazanych w umowie usług na związane i niezwiązane z pośrednictwem. Powtórzył jedynie fragment rozważań zawartych w ww. wyroku i uznał, że poza ramy pośrednictwa wychodzi jedynie zarząd i rozliczanie należności związanych z nieruchomością lokalową. W sposób dorozumiany uznał wszystkie inne usługi za związane z pośrednictwem. Nie wyjaśnił jednak swoich motywów…” (sygn. akt I SA/Go 324/19).

Na niekorzyść podatnika

Przedsiębiorcy, będąc podmiotem prowadzonego przez organy skarbowe postępowania, muszą mieć się na baczności, czy aby pod przykrywką działań zgodnych z wydanym orzeczeniem sądu organ nie przemyca do podstawy opodatkowania elementów wpływających na jej podwyższenie. Nie można bowiem zapominać, iż zgodnie z naczelną zasadą fiskusa, jego organy powinny dążyć do zapewnienia jak najwyższego zabezpieczenia dochodów budżetowych państwa, a najprostsza do tego droga prowadzi przez możliwie jak najwyższy w danych okolicznościach pobór podatków.

Jak podsumował w niniejszej sprawie sąd: „…powinnością organów winna być analiza Sprawozdania i weryfikacja wszystkich wyszczególnionych tam usług pod kątem możliwości uznania, że stanowią one wynagrodzenie za świadczenie usług pośrednictwa. (…) Ani z treści decyzji organów, ani z treści dokumentów zgromadzonych w sprawie, nie wynika bowiem, dlaczego np. wydatki „Różne”, wskazane w Sprawozdaniu pod nr 5, organy uznały za koszt związane z pośrednictwem. (…) Organ dokonał podziałów wydatków wskazanych w nr 3 Sprawozdania w sposób niekorzystny dla podatnika” (sygn. akt I SA/Go 324/19).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polska Rada Biznesu przeciw zniesieniu limitu 30-krotności składek na ZUS

Przedsiębiorcy zrzeszeni w Polskiej Radzie Biznesu (PRB) podtrzymują sprzeciw wobec próby zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUS przez posłów koalicji rządzącej. Rząd wycofał się z tego rozwiązania przed wyborami i uznał argumenty wyrażone w bezprecedensowym wspólnym proteście 65 największych polskich organizacji pracodawców. Teraz projekt znów trafił do Sejmu jako inicjatywa poselska.

W ocenie PRB rządzący, w ramach próby doraźnego zwiększenia przychodów budżetowych, nie doceniają skali negatywnych efektów zwiększenia opodatkowania biznesu. Zniesienie limitu oznacza bowiem między innymi:

Pogorszenie stanu gospodarki

Badania1 wykazują, że klin podatkowy (czyli różnica między całkowitym kosztem zatrudnienia na podstawie umowy o pracę a wynagrodzeniem trafiającym do kieszeni pracownika) jest jedną z największych bolączek polskich przedsiębiorców. Rosnące koszty pracy w połączeniu ze zwiększonym klinem będą ograniczać możliwości rozwoju polskich firm, co negatywnie wpłynie na gospodarkę i wpływy budżetowe. Będą też zachętą do przesuwania pracowników z etatów na alternatywne formy zatrudnienia – ze szkodą dla budżetu państwa.

Odpływ specjalistów za granicę

Wyższe składki na ZUS oznaczają podniesienie kosztów pracy i podatków dla wysoko wykwalifikowanych pracowników. Najbardziej ucierpią na tym branże innowacyjne, których pracownicy znajdą lepsze warunki pracy poza krajem, co odbije się bezpośrednio na konkurencyjności polskich firm, ich innowacyjności i inwestycjach.

Docelowe bankructwo systemu emerytalnego

Zmiana będzie miała także negatywne skutki dla budżetu państwa w dłuższym horyzoncie. Jest oczywiste, że dzisiejsze wyższe wpływy z podniesionych składek nie będą odkładane na przyszłe wyższe emerytury, tylko zostaną wydane na bieżące potrzeby. W efekcie za dzisiejsze wydatki zapłacą przyszłe pokolenia, które w perspektywie 20 lat zmuszone będą sfinansować wypłatę ogromnych emerytur dla osób o najwyższych dochodach. To rozwiązanie całkowicie narusza sprawiedliwość międzypokoleniową – jest życiem na koszt dzieci i wnuków.

Niższe realne wpływy budżetowe

Rząd zakłada, że zniesienie limitu składek zwiększy przychody budżetu o 7,1 mld złotych w 2020 r., tymczasem analizy makroekonomiczne wskazują, że te wpływy mogą być w praktyce mniejsze nawet o 50% z uwagi na przechodzenie zatrudnionych na alternatywne formy zatrudnienia. Dodatkowo, z racji wyższych emerytur, które nowe prawo spowoduje, z każdym rokiem wydatki ZUS będą skokowo rosły i dociążały budżet.

Podsumowując: w ocenie przedsiębiorców zrzeszonych w Polskiej Radzie Biznesu, proponowane zmiany nie przyniosą korzyści dla budżetu zakładanych przez koalicję rządzącą, a równocześnie pogorszą sytuację polskich przedsiębiorstw i zdewastują docelowo system emerytalny.

Oburzający jest również termin próby wprowadzenia zmian: 45 dni przed końcem roku, kiedy firmy zaplanowały już budżety na przyszły rok i nie mają szansy na dostosowanie się do nowych przepisów.

W tym kontekście PRB apeluje do koalicji rządzącej o wycofanie się z planowanych zmian oraz do Senatu i Prezydenta oraz opozycji parlamentarnej o aktywne działanie w celu ich zablokowania.

  • Przedsiębiorca wysłuchany? Czego potrzebuje do rozwoju, raport Polskiej Rady Biznesu i Polityki Insight: https://prb.pl/wp-content/uploads/2019/05/Przedsiebiorca-wysluchany.pdf

Rynek magazynowy w III kwartale 2019 r.

Sektor magazynowy w Polsce odnotował kolejny dobry kwartał. W okresie od czerwca do września 2019 wynajętych zostało ponad 830 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, z czego 56% stanowiły nowe umowy najmu. Oddano do użytku 990 tys. mkw., a w budowie pozostaje 1,85 mln mkw. Dostępność powierzchni nieznacznie wzrosła do 6,2%, w kolejnych kwartałach trend ten powinien utrzymać się – czytamy w raporcie podsumowującym III kwartał br. na rynku magazynowym przygotowany przez ekspertów AXI IMMO.

Rynek inwestycyjny: Jest popyt, brak podaży

Po poprzednim rekordowym dla sektora magazynowego roku, wynik na rynku inwestycyjnym za trzy pierwsze kwartały 2019 roku również można uznać za udany. Wprawdzie wartość transakcji inwestycyjnych była niższa o 23% i wyniosła 634 mln euro w porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym, ale wynika to głównie z braku podaży, a nie niskiego zainteresowania inwestorów. Projekty logistyczne i produkcyjne są dziś poszukiwanym produktem inwestycyjnym.

Główne kierunki kapitału płyną z Azji, ale widoczni są także inwestorzy z Czech i Europy Zachodniej. Stopy kapitalizacji wykazują dalszą delikatną tendencję spadkową, choć nadal są o 100 – 150 punktów bazowych wyższe niż oferty na rynkach Europy Zachodniej – komentuje Renata Osiecka, Patner Zarządzająca AXI IMMO.

Popyt: Blisko 40% całości popytu w regionie Warszawy

Od początku roku wynajętych zostało 2,63 mln mkw., z czego 830 tys. mkw. przypadło na III kwartał 2019 r. 56% z całości popytu w III kw. stanowiły nowe umowy najmu i ekspansje. Zauważalna jest jednak tendencja spadkowa tego typu umów. Pięć głównych rynków magazynowych odpowiadało za 87% w całości popytu. Liderem popytu w omawianym okresie był region Warszawy, gdzie łącznie wynajęto 319 tys. mkw. powierzchni magazynowo-produkcyjnej, z czego 94% przypadło na lokalizacje poza granicami miasta. Region Warszawy odpowiadał za 38,5% całości popytu w okresie od czerwca do września br. Na drugim miejscu znalazł się Górny Śląsk z wynikiem 175 tys. mkw., następnie po ponad 70 tys. mkw. wynajęte zostało w Poznaniu, Wrocławiu i Polsce Centralnej.

W strukturze popytu, podobnie jak w poprzednich kwartałach, pierwsze miejsce zajęli operatorzy logistyczni z udziałem na poziomie 42%. Na drugim miejscu znalazły się sieci handlowe i dystrybutorzy  – 17,5%, następnie firmy produkcyjne 9%.

Prym wiodą najemcy już obecni na polskim rynku, którzy w wyniku dostosowywania łańcuchów dostaw do obsługi kanału e-commerce i dzięki nowym kontraktom logistycznym inwestują w wynajem nowoczesnej powierzchni magazynowej. Sytuacja dotyczy zarówno dużych podmiotów, w tym operatorów i sieci handlowych, jak też średniej wielkości firm, które podnoszą standard powierzchni przenosząc się do nowoczesnych centrów dystrybucyjnych. Drugą, mniejszą grupę stanowią nowe firmy, które decydują się na inwestycje w Polsce, ze względu na poszukiwanie oszczędności w zakresie najmu oraz kosztów pracy – komentuje Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO.

Podaż: 60% nowej podaży, dzięki inwestycjom BTS

Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce na koniec września 2019 r. przekroczyła 17,5 mln mkw. To rezultat oddania do użytkowania od początku roku blisko 2 mln mkw., z czego 990 tys. mkw. to inwestycje zakończone w III kw. br. Jest to wynik o 56% wyższy w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym. Warto również zwrócić uwagę, że 60% powierzchni dostarczonej na rynek od czerwca do końca września br. to inwestycje typu BTS.

Najwięcej nowej powierzchni A-klasowej deweloperzy dostarczyli na rynek w regionie Górnego Śląska, aż 368 tys. mkw., następnie w Polsce Centralnej – 218 tys. mkw. i na Dolnym Śląsku 173 tys. mkw. 5 głównych hubów magazynowo-logistycznych odpowiadało za 86% nowej podaży dostarczonej na rynek w III kw. br.  Aktywność deweloperska nie słabnie, czego efektem było 1,85 mln mkw. w budowie na koniec września br. Najwięcej powierzchni powstaje w regionie Warszawy 456 tys. mkw., następnie na Dolnym Śląsku 330 tys. mkw. i na Górnym Śląsku 298 tys. mkw.

Udział projektów spekulacyjnych utrzymuje się, podobniej jak w poprzednim kwartale, na wysokim poziome 50%. Stałą praktyką rynkową jest rozpoczynanie inwestycji ze znaczącym udziałem komponentu spekulacyjnego. Ma to miejsce zarówno na głównych rynkach, jak też w nowych lokalizacjach.

Poziom pustostanów na ścieżce wzrostu

W ostatnim kwartale średni współczynnik powierzchni niewynajętej wzrósł o 1,2 p.p. i na koniec września 2019 wyniósł 6,2%. W kolejnych kwartałach możemy spodziewać się wzrostu dostępności powierzchni na większości rynków, ze względu na dużą liczbę inwestycji z udziałem części spekulacyjnej.  Wśród głównych rynków najwyższy wskaźnik odnotowano w Warszawa miasto (10%), Polsce Centralnej (8,3%), następnie w regionie Poznania (8%) i Górnego Śląska (7,2%).

Stawki czynszów zależne od konkurencyjności regionalnej

Stawki bazowe w ostatnim kwartale 2019 r. utrzymywały się na stabilnym poziomie, choć w wybranych lokalizacjach nadal widoczny jest trend wzrostowy związany z wyższymi kosztami zakupu gruntów i materiałów budowalnych. Z drugiej strony na wysoce konkurencyjnych rynkach, gdzie rośnie dostępność powierzchni, stawki wykazują delikatną tendencję spadkową. Najwyższe stawki czynszów bazowych niezmiennie dotyczą rynku warszawskiego w obrębie miasta (4,80–5,25 EUR/mkw./miesiąc), gdzie większość transakcji dotyczy mniejszych powierzchni poniżej 4-5 tys. mkw. Czynsze bazowe na pozostałych rynkach magazynowych, w przypadku większych modułów typu Big-box kształtują się na poziomie 2,60–3,80 EUR/mkw./miesiąc. Stawki efektywne są średnio o 25-35% niższe niż bazowe. Najniższe stawki zarówno bazowe, jak i efektywne są możliwe do osiągnięcia w okolicach Warszawy, w Polsce Centralnej i Poznaniu.

Prognozy

Wyniki rynkowe za trzy ostatnie kwartały bieżącego roku pokazują, że sektor magazynowy pozostaje w dobrej kondycji. Czas rekordów mamy za sobą, ale na koniec roku możemy spodziewać się, że popyt na powierzchnie magazynowe osiągnie dobry wynik, na poziomie przynajmniej 3,5 mln mkw.

Po stronie podaży będziemy obserwować rozwój nowych projektów w miastach średniej wielkości, gdzie poprawia się dostępność komunikacyjna a jednocześnie potencjał znalezienia wykwalifikowanych pracowników jest wyższy niż w dużych ośrodkach logistycznych. Na swoją szansę czekają takie lokalizacje, jak Olsztyn, Elbląg czy Radom.

Na większości głównych rynków w kolejnych kwartałach współczynnik powierzchni niewynajętej będzie wykazywał tendencję wzrostową, ze względu na dużą liczbę inwestycji spekulacyjnych oraz relokacje firm do nowych obiektów.

Korekta rynkowa spowodowana spowolnieniem gospodarczym w Europie, w pierwszej kolejności może mieć wpływ na firmy produkcyjne, logistyka będzie bronić się, dzięki e-commerce i zwiększeniu outsourcingu usług logistycznych.

Inwestorzy widzą duży potencjał w sektorze, czego efektem będzie dalszy wzrost wolumenu transakcji inwestycyjnych kosztem sektora handlowego.

Najważniejsze zmiany w ustawie o podatku dochodowym w 2019 roku

Od początku 2019 roku przepisy ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych zostały znowelizowane aż siedmiokrotnie. Na tym jednak nie koniec. Ustawodawca przewiduje kolejne regulacje w zakresie rozwiązań dotyczących CIT. Eksperci z firmy inFakt opowiadają o najważniejszych spośród nich.

Biała lista podatników

Wprowadzenie w ustawie o VAT tzw. białej listy podatników niesie ze sobą również zmiany w ustawie o CIT, które wejdą w życie 1 stycznia 2020 roku.

W przypadku gdy podatnik który na podstawie umowy zawartej z czynnym podatnikiem VAT albo nabywcą towarów lub usługobiorcą jest obowiązany do pobrania od niego należności za towary lub usługi potwierdzone fakturą i przekazania jej w całości albo części dokona zapłaty tej należności przelewem na rachunek inny niż zawarty na białej liście, to u takiego podatnika ustala się przychód w dniu zlecenia przelewu.

Przychód ustala się w takiej wysokości, w jakiej płatność została dokonana na rachunek inny niż zawarty na dzień zlecenia przelewu w wykazie podmiotów.

Dodatkowo podatnicy nie zaliczają do kosztów uzyskania przychodów wydatku w tej części, w jakiej płatność jednorazowej transakcji na rzecz innego przedsiębiorcy (bez względu na liczbę wynikających z niej płatności) przekracza 15 000 zł, pod warunkiem, że:

  • została dokonana bez pośrednictwa rachunku płatniczego lub
  • została dokonana przelewem na rachunek inny niż zawarty na białej liście w przypadku dostawy towarów lub świadczenia usług potwierdzonych fakturą, dokonanych przez dostawcę towarów lub usługodawcę zarejestrowanego na potrzeby podatku od towarów i usług jako czynny podatnik VAT.

Jeżeli podatnik zaliczy te wydatki do kosztów uzyskania przychodów, co nastąpi z naruszeniem przepisów, będzie zobowiązany do:

  • zmniejszenia kosztów uzyskania przychodów albo
  • w przypadku braku możliwości zmniejszenia kosztów uzyskania przychodów – zwiększenia przychodów.

Dotyczy to miesiąca, w którym odpowiednio została dokonana płatność bez pośrednictwa rachunku płatniczego, został zlecony przelew albo płatność została dokonana z pominięciem mechanizmu podzielonej płatności.

Regulacji tych nie stosuje się do podatników, którzy złożą zawiadomienie do właściwego Naczelnika Urzędu Skarbowego o dokonaniu przelewu na rachunek spoza białej listy podatników. Zawiadomienie, zgodnie z art. 117ba § 3 Ordynacji podatkowej, należy złożyć w ciągu trzech dni liczonych od dnia zlecenia przelewu. Warto zaznaczyć, że chodzi o dni kalendarzowe, co oznacza, że jeśli przelew został zlecony w piątek, to zawiadomienie należy złożyć najpóźniej w poniedziałek.

Ustawodawca nie określił wzoru zawiadomienia, natomiast w praktyce warto, aby w nim wskazać:

  • dane sprzedawcy oraz odbiorcy należności, w tym numery identyfikacyjne;
  • numer rachunku zlecającego płatność;
  • numer rachunku przyjmującego płatność;
  • krótką informację na temat transakcji, w tym numer faktury.

Zawiadomienie warto przygotować w dwóch egzemplarzach, jeden dla US oraz drugi jako kopię do dokumentów księgowych, który zostanie oznaczony przez US.

Powrót do papierowych deklaracji CIT-8

Zgodnie z ustawą z 11 września 2019 r. od 25 października 2019 podatnicy, którzy osiągają dochody zwolnione od podatku na podstawie art. 17 ust. 1 ustawy o CIT oraz nie zatrudniają pracowników, mogą składać deklaracje CIT-8 w postaci papierowej. Warto zaznaczyć, że taka możliwość obowiązuje także dla dochodów uzyskanych w 2018 roku.

Dla wybranych spółek, takich jak fundacje, jest to niewątpliwe ułatwienie, gdyż do wersji elektronicznej musiałyby kupić podpis kwalifikowany i oddelegować księgowego do wysyłania deklaracji CIT-8 mówi Piotr Ciszewski, ekspert podatkowy w firmie inFakt. – Ustawodawca zdawał sobie sprawę, że dla organizacji non-profit zakup podpisu kwalifikowanego jest utrudnieniem, dlatego początkowo wydłużył termin składania deklaracji CIT-8, a następnie zaproponował powrót do deklaracji papierowych.

Ulga na złe długi

19 lipca 2019 roku została uchwalona ustawa o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych. Głównym celem wprowadzenia zmian jest ochrona wierzycieli poprzez wprowadzenie rozwiązań dotyczących rozliczania ulgi na złe długi. Od 2020 roku podatnik będzie miał prawo skorzystania z ulgi w podatku CIT. Ulga konstrukcyjnie zbliżona jest do ulgi na złe długi funkcjonującej w podatku VAT.

Zgodnie z ustawą o CIT podatnik nabywa prawo do zmniejszenia podstawy opodatkowania lub zwiększenia straty o zaliczaną do przychodów wartość wierzytelności, która nie została uregulowana lub zbyta. Rozliczenia będzie mógł dokonać w zeznaniu rocznym składanym za rok podatkowy, w którym upłynęło 90 dni od dnia upływu terminu zapłaty określonego na fakturze lub w umowie.

Warto zaznaczyć, że zmniejszenia będzie można dokonać także na etapie obliczania zaliczki na podatek CIT. Rozliczenia można dokonać w okresie rozliczeniowym, w którym upłynęło 90 dni od dnia upływu terminu zapłaty określonego na fakturze lub umowie. W momencie uregulowania zobowiązania dłużnik nabywa prawo do korekty zwrotnej. Korektę rozlicza się w deklaracji za okres, w którym uregulowano zobowiązanie.

Definicja małego podatnika od 2020 roku

Od 2020 r. będzie obowiązywała nowa kwota limitu określającego małego podatnika, za którego będzie się uważać takiego, u którego wartość przychodu ze sprzedaży (wraz z kwotą należnego podatku od towarów i usług) nie przekroczyła w poprzednim roku podatkowym wyrażonej w złotych kwoty odpowiadającej równowartości 2 milionów euro. Kwotę należy przeliczyć według średniego kursu euro ogłaszanego przez Narodowy Bank Polski na pierwszy dzień roboczy października poprzedniego roku podatkowego, w zaokrągleniu do tysiąca złotych.

Rozszerzenie katalogu wydatków NKUP (nie stanowiących kosztu uzyskania przychodów)

Od 2020 r. nie uważa się za koszty uzyskania przychodów wpłat na Fundusz Wsparcia Kredytobiorców, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy i znajdują się w trudnej sytuacji finansowej oraz kwot, o których mowa w art. 8a ust. 7 ustawy z dnia 9 października 2015 r.

Współczesny senior to atrakcyjny kandydat na rynku pracy

14-go listopada obchodziliśmy Ogólnopolski Dzień Seniora – warto  postawić sobie pytanie, co tak naprawdę wiemy o tym pokoleniu. Ciepłe kapcie, książka, domowe obiadki i… problemy ze zdrowiem – to pierwsze skojarzenia, które łączymy ze słowem senior. Tymczasem co piąty z nich z łatwością korzysta z mediów elektronicznych – telewizji, radia i Internetu![1] Osoby w wieku 50+ mają wiele zainteresowań, nie rezygnują z pracy, korzystają z dóbr kultury i są aktywni fizycznie. Silver generation to pokolenie świadome swoich potrzeb, oczekiwań, skupiające się nad stylem swojego życia. Dodatkowo to atrakcyjna i powiększająca się grupa na rynku pracy, a pracodawcy zaczynają to doceniać i dostosowują stanowiska do kompetencji starszych kandydatów.

Czas wolny na emeryturze to czas na hobby

Badanie przeprowadzone wśród seniorów na terenie Przemyśla pokazało, że największa grupa badanych – dokładnie co trzecia osoba – w wolnym czasie oddaje się swojemu hobby. Wiele osób gra w szachy i karty, rozwiązuje krzyżówki, majsterkuje, pogłębia swoją wiedzę z zakresu historii, polityki czy sztuki lub słucha muzyki. Panie oddają się gotowaniu, a panowie poświęcają się drobnym naprawom i pracom z narzędziami. Seniorzy z łatwością korzystają z mediów elektronicznych – około 20% z nich z chęcią ogląda telewizję, słucha radia i przegląda Internet.

Czas wolny poświęcany jest także na spotkania z rodziną i znajomymi. W wielu sytuacjach nieoceniona okazuje się pomoc przy opiece nad wnukami bądź innymi bliskimi. Seniorzy zajmują się także działką, roślinami i swoimi zwierzętami (7%). Część z nich woli aktywne rozrywki, takie jak spacery, pływanie, jeżdżenie na rowerze czy chodzenie na wycieczki (głównie osoby do 65 r.ż.; 7%), Tylko 3% badanych w wolnym czasie korzysta z wizyt w przychodni lekarskiej, a to może sugerować, że wbrew pozorom ich aktywność przekłada się także na dobre samopoczucie i ogólny, lepszy stan zdrowia.

Aktywny senior także pracuje

Z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) w 2017 r.  wynika, że aż 97,5% osób aktywnych zawodowo w wieku 60 lat i więcej to osoby pracujące[2]. Oznacza to, że prawie wszyscy zdolni do pracy seniorzy są zatrudnieni. Liczba pracowników w wieku 50-64 lata wzrasta, ale nadal pracuje tylko co czwarta kobieta[3]. Według specjalistów HR, nadciąga tzw. srebrne tsunami, czyli przypływ doświadczonych pracowników, którzy dzięki przepracowanym latom i różnym sytuacjom życiowym ukształtowali zupełnie inne podejście do pracy niż millenialsi i pokolenie Z. Mocnymi cechami srebrnego pokolenia są efektywne zarządzanie czasem, umiejętność radzenia sobie ze stresem czy łatwe rozwiązywanie konfliktów. Rynek pracy, który był dostępny w czasach ich młodości cechował się zupełnie innymi zasadami, a utrzymanie zatrudnienia, przy dużej liczbie kandydatów na jedno miejsce pracy, było kluczowe. – Pracownicy w wieku 50+ podchodzą do pracy w sposób niezwykle odpowiedzialny i chętnie podejmują nowe wyzwania – mówi Anna Ciołek, Kierownik Zespołu Rekrutacji w firmie ATERIMA MED, zatrudniającej opiekunów i opiekunki osób starszych w Niemczech. – Zdają sobie sprawę, że w dojrzałym wieku trudniej jest znaleźć pracę lub nauczyć się nowego zawodu, ale jednocześnie wiedzą, w czym są kompetentni. Z naszej strony otrzymują wsparcie merytoryczne oraz pomoc w nauce języka, co ułatwia im rozpoczęcie pracy w zawodzie opiekuna i przekłada się na ich zadowolenie z wykonywanej pracy – dodaje.

Dla nich ważna jest pomoc innym

Aż 17% badanych odpowiedziało, że wolny czas poświęca na szeroko rozumianą pomoc innym[4]. W tej kategorii mieści się pomoc najbliższej rodzinie poprzez opiekę nad wnukami czy chorą małżonką/małżonkiem bądź inną bliską osobą. Aktywność wolontariacka osób starszych w UE w 2015 r. pokazuje, że w porównaniu z innymi grupami wiekowymi najaktywniejszą grupę stanowiły osoby w wieku 55-59 lat[5]. Seniorzy dobrze odnajdują się w wolontariacie, chętnie pomagają dzieciom i swoim rówieśnikom, którzy mają problemy ze zdrowiem, a także angażują się w akcje wspierające zwierzęta. – Osoby starsze bardzo dobrze sprawdzają się w opiece nad innymi – twierdzi Tomasz Piłat, Dyrektor Akademii Opiekunów, która wspiera opiekunów osób starszych w rozwijaniu kompetencji i umiejętności, a także działa na rzecz wzrostu świadomości społecznej w zakresie schorzeń demencyjnych. – Nie do przecenienia są ich kompetencje miękkie, takie jak cierpliwość, umiejętność rozwiązywania konfliktów i zachowania spokoju. Wolontariat może być dobrym startem do zdobycia cennego doświadczenia, a następnie podjęcia pracy jako opiekun – dodaje.

Dojrzała kultura

Statystyki Centrum Badania Opinii Społecznej dowodzą, że aktywność kulturalna seniorów jest na wysokim poziomie: 27% chodzi do kina, 25% do muzeów, galerii i na wystawy, a 23% wybiera teatr i operę. Dojrzałe osoby równie chętnie zapisują się do lokalnych klubów seniora lub Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Dzięki temu mogą korzystać z lekcji języków obcych, zajęć plastycznych, wycieczek po regionie czy wykładów ze znanymi, doświadczonymi specjalistami w swojej dziedzinie. Uczą się również jak obsługiwać komputer i jak korzystać z Internetu.

– Dużym zainteresowaniem cieszą się zajęcia prozdrowotne: gimnastyka, joga, fitness w wodzie oraz rozwijające pasje: plastyka, historia sztuki, geografia i turystyka. Słuchacze uniwersytetu uwielbiają spotkania z podróżnikami, chętnie jeżdżą na wycieczki szlakiem dziedzictwa kulturowego województwa łódzkiego i działają społecznie dla dobra gminy. Przede wszystkim systematycznie chodzą na wybrane przez siebie zajęcia – mówi Elżbieta Grochulska, organizatorka Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Aleksandrowie Łódzkim. – Na wykłady UTW uczęszcza 300 osób, a co dziesiąty z nich korzysta z zajęć językowych. Najchętniej seniorzy korzystają z zajęć związanych z aktywnością fizyczną, np. zajęcia ruchowe lub z działalnością artystyczną (koło plastyczne, chór). Dostrzegam w nich niezwykłe zaangażowanie przy organizacji wydarzeń dla społeczności lokalnej. Wspólnie tworzymy Święto Latawca, Rajd Samochodowy czy Letnie Koncerty w Parku – dodaje.

[1] http://www.przemysl.pl/download/attachment/55814/raport-z-badan-wsrod-seniorow-w-przemyslu.pdf

[2] https://www.senat.gov.pl/gfx/senat/pl/senatopracowania/170/plik/ot-672.pdf

[3] https://serwisemerytalny.rp.pl/ilu-polskich-seniorow-jest-aktywnych-na-rynku-pracy/

[4] http://www.przemysl.pl/download/attachment/55814/raport-z-badan-wsrod-seniorow-w-przemyslu.pdf

[5] https://www.senat.gov.pl/gfx/senat/pl/senatopracowania/170/plik/ot-672.pdf

Postępowanie karne – od października postępowanie dowodowe bez udziału oskarżonego lub obrońcy

5 października 2019 r. do kodeksu postępowania karnego wprowadzono art. 378a o przeprowadzeniu postępowania dowodowego bez udziału oskarżonego lub obrońcy, nawet gdy nieobecność została usprawiedliwiona. Jest to naruszenie konstytucyjne prawa do obrony.

Sąd będzie mógł zastosować przepis w razie wystąpienia szczególnie uzasadnionych wypadków, jeśli oskarżony lub obrońca był prawidłowo zawiadomiony. W szczególności Sąd może przesłuchać świadków, nawet jeśli oskarżony nie składał jeszcze wyjaśnień.

– Gdy sąd zdecyduje się w takiej sytuacji na przeprowadzenie dowodu musi zawiadomić oskarżonego lub obrońcę o nowym terminie rozprawy, jeśli ten nie był im znany – mówi w rozmowie z MarketNews24 Ewa Kołodziejska, prawnik z kancelarii Zięba&Partners. – Przewodniczący powinien również pouczyć o możliwości złożenia wniosku o uzupełniające przeprowadzenie dowodu, który został przeprowadzony pod ich nieobecność.

We wniosku oprócz dowodu oraz okoliczności, które mają zostać udowodnione należy dodatkowo wykazać, że sposób przeprowadzenia dowodu podczas nieobecności oskarżonego czy obrońcy naruszał gwarancje procesowe, w szczególności prawo do obrony. W razie uwzględnienia wniosku Sąd przeprowadza dowód jedynie w zakresie w jakim wykazano naruszenie gwarancji procesowych.

Wniosek taki należy złożyć najpóźniej na kolejnym terminie rozprawy, potem prawo do złożenia wniosku wygasa i nie jest możliwe powoływanie się na gwarancje procesowe, w tym prawo do obrony.

Wniosek nie przysługuje również, jeśli okaże się, że nieobecność oskarżonego lub obrońcy na terminie była nieusprawiedliwiona.

– Według uzasadnienia projektu ustawy, zmiana ta ma służyć przyśpieszeniu postępowania sądowego i zapobieganie obstrukcji procesowej, nie wiadomo jednak jak często sądy będą się decydowały na stosowanie kontrowersyjnego przepisu, który narusza konstytucyjne prawo do obrony – wyjaśnia E.Kołodziejska z Z&P.

Polacy mają większe długi niż zarobki

Przeciętna pensja w naszym kraju wynosi obecnie 4839 zł. Tymczasem średnie zadłużenie Polaków, widniejące w Krajowym Rejestrze Długów, jest blisko 4 razy większe. To 18 335 zł. Patrząc przez pryzmat zarobków w regionach, widać, że najmocniej obciąża ono mieszkańców województwa lubelskiego, którzy musieliby oddać 4,2 swojej wypłaty, aby spłacić zaległości.

Według danych KRD łączne zadłużenie Polaków wynosi 44,8 mld zł i systematycznie rośnie. Jeszcze w ub. r. niezapłacone rachunki za prąd, wodę, gaz, telefon, telewizję czy Internet wynosiły 44,1 mld zł.

Dolny Śląsk dobrze zarabia, ale zaciska pasa

Jeśli zestawić ostatnie dostępne dane GUS za II kwartał 2019 r. dotyczące średnich wynagrodzeń w poszczególnych regionach z przeciętnym zadłużeniem przypadającym na osobę, nasuwają się zaskakujące wnioski. Najlepsze pensje (6191 zł) zapewnia Mazowsze z ulokowaną tam Warszawą, gdzie są też najwyższe średnie zaległości (20 877 zł), co akurat nie dziwi. Ale na drugim miejscu pod względem dochodów lokuje się województwo dolnośląskie z pensją 5302 zł, co jednak nie idzie w parze ze statystycznym zadłużeniem. Wynosi ono tam bowiem 18 502 zł, a więc według danych KRD daje temu regionowi dopiero… piąte miejsce. Trzecie jest Pomorze z pensją 5 108 zł i tu również pojawia się rozdźwięk. Województwo to jest bowiem… drugie pod względem średniego zadłużenia, które wynosi 18 937 zł.

– Widać więc, że średnie zadłużenie w regionach nie zawsze pokrywa się z zarobkami. Wynagrodzenia w województwach mają związek z poziomem ich rozwoju gospodarczego. Wysokie płace w Mazowieckiem i Dolnośląskiem napędzają zlokalizowane tam duże centra usług z zakresu IT, finansów i zarządzania oraz zakłady przemysłowe. Wraz ze wzrostem zarobków rośnie apetyt na konsumpcję. Duże ośrodki oferują życie na wysokim poziomie, dostęp do licznych galerii handlowych i rozrywek, co sprawia, że mieszkańcy są skłonni głębiej sięgnąć do kieszeni. Niestety, atrakcyjne wynagrodzenia nie zawsze idą w parze z umiarem w ich wydawaniu oraz zaciąganiu kredytów. A niezależnie od aktualnej sytuacji finansowej zobowiązania trzeba spłacać – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Na Mazowszu trzy pensje i dług spłacony

Zderzając dane GUS o średnich zarobkach z przeciętnym zadłużeniem, widać także znaczne różnice w tym, ile pensji musieliby przeznaczyć mieszkańcy regionów na pokrycie średniego długu. Najwięcej, bo 4,2 wypłaty, poświęciliby mieszkańcy Lubelszczyzny. Tam średnie zarobki to 4406 zł, a przeciętny dług wnosi 18 734 zł na osobę. Niewiele lepiej wygląda sytuacja w Warmińsko-Mazurskiem, gdzie potrzeba 4,1 wypłaty, która wynosi 4212 zł, aby pokryć 17 554 zł statystycznych zaległości. Na trzecim miejscu lokuje się województwo kujawsko-pomorskie – tam mieszkańcy musieliby przeznaczyć 4 wypłaty. Co miesiąc zarabiają przeciętnie 4423 zł, a ich niespłacone zobowiązania wynoszą 17 822 zł.

Na przeciwnym biegunie jest województwo mazowieckie, gdzie choć jest największe średnie zadłużenie – 20 877 zł – to zarobki są najwyższe w całym kraju. Obecnie to 6191 zł, a więc mieszkańcy tego województwa muszą pracować na spłatę zadłużenia najkrócej, tzn. 3,3 miesiąca. Drugie miejsce zajmuje Dolny Śląsk. Jego mieszkańcy mają do oddania przeciętnie 3,4 wypłaty wynoszącej 5302 zł, aby pokryć 18 502 zł zaległości przypadających na osobę. Pierwszą trójkę zamyka Śląsk, gdzie pensje wynoszą 5068 zł, co oznacza konieczność oddania 3,5-miesięcznego wynagrodzenia na uregulowanie 17 994 zł zaległości.

– Teoretycznie Polacy potrzebują na spłatę średniego długu trzy, cztery pensje, może się więc wydawać, że uregulowanie takiej należności zajmie im zaledwie trzy, cztery miesiące. Pamiętajmy jednak, że w praktyce mało kto jest w stanie przeznaczyć całe swoje zarobki na pokrycie zaległości. Życie przecież też kosztuje. Zazwyczaj więc dług rozkładany jest na raty, a jego całkowita spłata może trwać nawet do dwóch lat. Oczywiście negocjatorzy zawsze uwzględniają możliwości finansowe danej osoby i dostosowują spłatę do aktualnej sytuacji materialnej dłużnika – mówi Jakub Kostecki.

Źródło: Krajowy Rejestr Długów

Konstytucja Biznesu po ponad roku obowiązywania nadal nie zmieniła mentalności urzędników

Konstytucja dla biznesu obowiązuje od półtora roku, ale jej zasady są łamane przez administrację państwową. O tym, że skala tego zjawiska jest bardzo duża świadczą dane przedstawione przez Ministerstwo Finansów.

A miało być tak pięknie…

Istnieje zasada domniemania niewinności, zasada rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika, zasada korzystnej dla podatnika interpretacji przepisów. Wszystko co prawem nie jest zabronione jest dozwolone. Takie jest obowiązujące prawo, a dokładnie prawo przedsiębiorców, które wchodzi w skład tzw. Konstytucji biznesu obowiązującej od kwietnia 2018 r.
Konstytucja biznesu, to pakiet pięciu ustaw, które miały w głównej mierze regulować stosunki na linii obywatel, przedsiębiorca, podatnik a organy administracji państwowej. Jaka jest rzeczywistość po upływie półtora roku? Oto kilka przykładów.

– Ministerstwo Finansów wskazało, że od początku obowiązywania Konstytucji biznesu doszło do przerwania terminu biegu przedawnienia w ok. 900 sprawach, które stanowią 20 proc. wszelkich spraw podatkowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Turska, doradca podatkowy, wiceprezes zarządu w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. Dlaczego jest to tak istotne? Ponieważ zobowiązanie podatkowe w Polsce przedawnia się z upływem 5 lat licząc od końca roku, w którym podatnik zobowiązany był do zapłaty podatku. Po upływie okresu przedawnienia organy podatkowe nie mogą żądać od nas zaległego podatku i odsetek za zwłokę. Jednak bieg terminu przedawnienia przerywa się jeżeli zostanie wszczęte postępowanie w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe.

Okazuje się, że jest to rozwiązanie bardzo często stosowane przez organy podatkowe, skoro zostało zastosowane w co piątej sprawie.

Kolejnym problemem jest czas trwania postępowań podatkowych oraz kontroli skarbowych.

– Zgodnie ze statystykami przekazanymi przez Ministerstwo Finansów ponad 1 200 postępowań podatkowych trwało ponad 2 lata – mówi A.Turska z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Zasada domniemania niewinności przedsiębiorcy czy też podatnika również jest pomijana. Okazuje się, że w ciągu 1,5 roku przedsiębiorcy 37 razy powoływali się na tę zasadę, ale ani razu nie została ona uwzględniona.

Aktualizacja opłat za użytkowanie wieczyste

Ostatni kwartał roku kalendarzowego to z reguły czas, w którym użytkownicy wieczyści nieruchomości otrzymują najwięcej wypowiedzeń dotychczasowej wysokości opłat za użytkowanie wieczyste nieruchomości. Termin na dokonanie aktualizacji ze skutkiem na kolejny rok kalendarzowy upływa bowiem 31 grudnia poprzedniego roku (art. 78 ust. 1 Ustawy o Gospodarce Nieruchomościami).

Aktualizacja opłat za użytkowanie wieczyste

Opłata roczna za użytkowanie wieczyste jest równa iloczynowi stawki za użytkowanie wieczyste wyrażonej w procentach oraz ustalonej wartości nieruchomości gruntowej. O ile stawka opłaty za użytkowanie wieczyste ulega zmianom tylko w razie zmiany przeznaczenia nieruchomości, to wartość nieruchomości gruntowych na przestrzeni lat – co do zasady – dynamicznie rosła. Niejednokrotnie użytkownicy wieczyści wnoszą opłaty za użytkowanie wieczyste obliczone na podstawie wartości nieruchomości ustalonej kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat temu z uwagi na brak aktualizacji opłaty za użytkowanie wieczyste w tym okresie. W związku z upływem wielu lat wartość nieruchomości gruntowych wzrosła zwykle kilkukrotnie bądź też nawet kilkunastokrotnie. W związku z powyższym aktualizacja opłat za użytkowanie wieczyste wydaje się być ostatecznie nieunikniona, bo wzrost wartości nieruchomości gruntowej zwykle jest oczywisty.

Na jakich podstawach można podważyć wypowiedzenie?

Wątpliwości budzić może niekiedy wartość nieruchomości gruntowej ustalona w operacie szacunkowym, metodologia jego sporządzenia oraz poczynione założenia co do stanu faktycznego i prawnego nieruchomości. W wielu przypadkach operaty szacunkowe biegłych rzeczoznawców zawierają błędy, które pozwalają na ich podważenie. Tym niemniej, bardzo często się zdarza, że użytkownicy wieczyści weryfikując wartość nieruchomości w użytkowaniu wieczystym otrzymują podobny wynik wyceny nieruchomości, jak w przypadku operatu szacunkowego sporządzonego na zlecenie właściciela nieruchomości. Z tego względu nie korzystają z przysługujących im środków ochrony prawnej.

Nawet jeżeli wartość nieruchomości gruntowej faktycznie wzrosła do kwoty wskazanej w wypowiedzeniu wysokości opłaty za użytkowanie wieczyste, to nie oznacza to jeszcze, że nie można skutecznie bronić się przed podwyżką opłaty za użytkowanie wieczyste. W wielu przypadkach właściciele nieruchomości aktualizując opłaty popełniają bowiem poważne błędy formalne, które mogą nawet stanowić podstawę do ustalenia opłaty za użytkowanie wieczyste w dotychczasowej wysokości. Dlatego też warto przeprowadzić wnikliwą analizę całej dokumentacji przed podjęciem decyzji o rezygnacji ze złożenia wniosku o ustalenie, że podwyżka opłaty jest nieuzasadniona.

Co można osiągnąć?

Skuteczne podważenie aktualizacji w całości skutkować będzie ustaleniem opłaty za użytkowanie wieczyste w dotychczasowej wysokości. W konsekwencji właściciel nieruchomości nie będzie mógł podjąć kolejnej próby dokonania aktualizacji wysokości opłaty za użytkowanie wieczyste przez 3 lata. W praktyce oznacza to, że użytkownik wieczysty przez okres nawet 5 lat będzie ponosić niższe opłaty niż, gdyby nie złożył sprzeciwu. Okres ten będzie wynosił 5 lat (a nie 3) o ile zaktualizowana wartość nieruchomości będzie przewyższać więcej niż dwukrotnie dotychczasową wartość nieruchomości, co jest regułą. Wynika to z przepisów prawa, wedle których przez pierwsze dwa lata po aktualizacji opłaty za użytkowanie wieczyste opłata roczna jest znacznie niższa niż docelowa.

W celu zakwestionowania aktualizacji wysokości opłaty za użytkowanie wieczyste użytkownik wieczysty powinien złożyć za pośrednictwem organu dokonującego wypowiedzenia wniosek do Samorządowego Kolegium Odwoławczego („SKO”) o ustalenie, że aktualizacja opłaty za użytkowanie wieczyste jest nieuzasadniona bądź uzasadniona w innej wysokości. Na złożenie takiego wniosku użytkownik ma 30 dni od otrzymania wypowiedzenia. Należy więc jak najszybciej zweryfikować dokumentację dotyczącą aktualizacji, którą dysponuje właściwy organ, w tym w szczególności operat szacunkowy i przeprowadzić analizę, jakie są szanse powodzenia w kwestionowaniu wysokości opłaty za użytkowanie wieczyste. Rozstrzygnięcie SKO może być zaskarżone zarówno przez użytkownika wieczystego, jak i przez właściwy organ poprzez złożenie sprzeciwu do sądu powszechnego za pośrednictwem SKO.

W razie, gdy uchybienia formalne są oczywiste, w wielu przypadkach orzeczenie SKO kończy sprawę, gdyż właściwy organ niejednokrotnie decyduje się na nieskładanie sprzeciwu. W razie złożenia sprzeciwu spór może trwać nawet kilka lat. Może to mieć również korzystne skutki dla użytkownika wieczystego, gdyż w czasie prowadzenia sporu opłata za użytkowanie wieczyste nie zostanie zaktualizowana.

W czasie trwania sporu o wysokość opłaty użytkownik wieczysty zobowiązany jest płacić opłatę w dotychczasowej wysokości. Nawet jeśli po jego zakończeniu będzie musiał uzupełnić opłatę za wcześniejsze lata to właścicielowi nie będą przysługiwać odsetki za opóźnienie spowodowane prowadzeniem sporu. – Robert Uhl, Adwokat w Deloitte Legal, Partner Associate

Podsumowując, w razie aktualizacji opłaty za użytkowanie wieczyste warto jest wnikliwie przeanalizować wszystkie istotne dokumenty i na tej podstawie podjąć decyzję o kwestionowaniu podwyżki. Nawet jeżeli wartość nieruchomości wzrosła w takim stopniu jak wynika z wypowiedzenia i oferty nowej wysokości opłaty to aktualizacja może okazać się nieskuteczna, jeżeli podniesione zostaną odpowiednie argumenty prawne. – Łukasz Żuławiński, Radca prawny w Deloitte Legal, Senior Associate

Hakerzy mimo woli – czy Twój sprzęt infekuje kolejne?

Zgodnie z najnowszym raportem The Hunt for IoT (październik 2019) liczba wykrytych thingbotów wzrasta. Eksperci F5 Labs pokazują w raporcie dwadzieścia sześć aktywnych i nowych, z których 88 proc. należy do grupy post-Mirai[1]. Europa pozostaje terytorium najbardziej narażonym na potencjalne ataki wzorowane na tym botnecie. Rozprzestrzenianie się thingbotów nie słabnie, a stoją za tym wszyscy użytkownicy: zaczynając od dzieci, a kończąc na organizacjach na poziomie państw narodowych[2].

Skala zagrożenia rośnie, tym bardziej że – jak wskazuje raport – ataki thingbotów są tanie i mają ogromne możliwości. Wystarczy, że na urządzeniu IoT zostanie raz zainstalowany malware, żeby bot kontaktował się z serwerem i zaczął pobierać jego polecenia (najczęściej dotyczące przeprowadzenia ataków DDoS). Ponadto, thingboty angażują serwery proxy do zbierania informacji z ruchu pomiędzy urządzeniami, szyfrowanego ruchu, kopania kryptowalut oraz przeprowadzania ataków na aplikacje internetowe. Podobne usługi sprzedawane są już nawet na Instagramie. Młodociani hakerzy budują i sprzedają botnety w abonamencie już od 5 dolarów miesięcznie.

Dane od partnera F5 Labs – Baffin Bay Networks wskazują, że Europa w zainfekowanych urządzeniach IoT ma więcej skanerów Mirai (które próbują rozprzestrzeniać infekcję) niż jakikolwiek inny region na świecie[3]. Obok oryginalnego zagrożenia z botnetu Mirai funkcjonują też jego odgałęzienia – klony.

Podczas testów przeprowadzonych przez naszych kolegów z F5 Labs na urządzeniach IoT stosowanych we wdrożeniach infrastruktury krytycznej (np. zapewnianiających usługi internetowe dla flot ratunkowych) – aż 62 proc. z badanych struktur zostało uznanych za podatne na zagrożenia. Warto zwrócić uwagę, że powinny to być najbezpieczniejsze urządzenia i systemy. Tymczasem liczba wszystkich urządzeń IoT, łącznie z tymi „mniej bezpiecznymi” ma osiągnąć szacunkowo 20 miliardów sztuk do końca przyszłego roku – mówi Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland. Skala podatności, a tym samym wykorzystania do ataków jest więc bezprecedensowa – dodaje.

Hunt for IoT donosi ponadto, że routery domowe i firmowe (SOHO), kamery IP, cyfrowe urządzenia nagrywające (DVR), rejestratory monitoringu wizyjnego (NVR) i telewizje przemysłowe czy dozorowe (CCTV) pozostają  głównymi zainfekowanymi przez thingboty urządzeniami IoT.

Thingboty celują w urządzenia Internetu Rzeczy używając http oraz publicznie dostępnych, uniwersalnych protokołów (UPnP, HNAP, SSH) – na marginesie, te usługi nie powinny być w ogóle publicznie dostępne. 30% nowo odkrytych thingbotów próbuje się dostać do IoT poprzez typowe podatności i ekspozycje, które są uwzględnione na CVE –  dostępnej publicznie liście możliwych wejść.

Czekanie aż producenci IoT zaczną dostarczać bezpieczne produkty czy pokładanie zaufania we wdrażanie kontrolerów bezpieczeństwa jest stratą czasu. Biznes już teraz musi sam się bronić. Warto zacząć od zabezpieczenia się przed najczęstszym typem ataków ze strony thingbotów, czyli DDOS. Dla obrony przed tego typu atakami, najlepszym rozwiązaniem jest skorzystanie z usług dostawcy zabezpieczeń typu cloud scrabbing. Wynika to głównie z tego, że wielkość tego typu ataków przekracza możliwości większości sieci (poza dostawcami usług i bankami). Są to ataki powszechne, bo ich przeprowadzenie jest tanie, kosztują ok. 20 dolarów – komentuje Ireneusz Wiśniewski. I dodaje:

W drugiej kolejności mamy ataki na aplikacje internetowe – te wymagają ochrony zaporami sieciowymi z wykrywaniem botów (mechanizmy behawioralne) i blokowaniem ruchu pochodzącego od nich. Produkty IoT z niewiadomymi podatnościami lub zabezpieczeniami poniżej normy trzeba poddawać testom i kwarantannie lub usuwać ze struktury biznesowej – podsumowuje Ireneusz Wiśniewski.

[1] Mirai to najpotężniejszy botnet (sieć urządzeń IoT podległa poleceniom hakerów), spośród tych, które dotąd przeprowadziły ataki – jest ciągle widoczny, częściowo dzięki swojemu rozproszonemu modelowi skanowania, który umożliwia samo-powielanie.

[2] https://www.f5.com/labs/articles/threat-intelligence/the-hunt-for-iot–so-easy-to-compromise–children-are-doing-it

[3] Baffin Bay Networks zbadał wzorce zachowań Mirai, a następnie wyciągnął/określił współrzędne geograficzne szerokości i długości geograficznej urządzeń Internetu Rzeczy zachowujących się jak infekcja Mirai. Ponieważ są to urządzenia stacjonarne (routery, kamery, nagrywarki, telewizje przemysłowe) ich współrzędne określone w ten sposób są dokładniejsze od fizycznego adresu IP.

Produktywność pracowników nie rośnie tak szybko, jak sugerowany wzrost płacy minimalnej

W 2020 r. płaca minimalna ma wynosić 2 600 zł, a średnie wynagrodzenia w małych firmach w 2018 r. wynosiły ok. 3 tys. zł. Największe kłopoty przed małym firmami, dlatego bezrobocie zacznie wzrastać.

– Zyskają osoby najniżej zarabiające i o najniższych kwalifikacjach zawodowych, a w najtrudniejszej sytuacji znajdą się najmniejsze firmy, bo będą zwalniać pracowników, gdy nie będzie ich stać na podwyższenie najniższej płacy, ale jednocześnie pracownicy o wyższych kwalifikacjach będą się przenosić do firm średnich o dużych, bo płace są tam o 2 tys. zł wyższe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Monika Fedorczuk, ekspert ds. rynku pracy Konfederacji Lewiatan.

Najmniejsze firmy będą przenosić się do szarej strefy, aby nie podwyższać wynagrodzeń, co oznacza, że będzie rosnąć co najmniej oficjalne bezrobocie. Jeżeli w 2024 r. zgodnie z rządowymi obietnicami wzrośnie do 4 tys. zł, to skala tego zjawiska będzie dużo większa.

Przy takim scenariuszu zmian w wynagrodzeniach wzrost najniższej płacy okaże się coraz większym problemem dla osób właśnie o najniższych kwalifikacjach.

– Tak duży wzrost minimalnego wynagrodzenia wymusi na firmach inwestycje w robotyzację, ze względu na coraz wyższy koszt funduszu wynagrodzeń – ocenia ekspertka Lewiatana.

To nie jest kraj dla bogatych ludzi

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po kilkaset złotych – stwierdziło dumnie Ministerstwo Przedsiębiorczości, informując o skierowaniu 18 października 2019 r. do konsultacji publicznych projektu ustawy wprowadzającego proporcjonalny od uzyskiwanego dochodu sposób liczenia składek na obowiązkowe ubezpieczenie społeczne. Zmiany faktycznie przyniosą pozytywną, odczuwalną zmianę w sytuacji najmniejszych przedsiębiorców. Jednak pytanie brzmi, kto to wszystko sfinansuje?

Zgłoszony 17 października 2019 r. Projekt ustawy o zmianie ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych oraz ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej autorstwa Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii przewiduje zmianę sposobu ustalania wymiaru składek na obowiązkowe ubezpieczenia społeczne. W przypadku standardowych składek jest to obecnie 60% średniego krajowego wynagrodzenia. Po wejściu w życie nowelizacji podstawa wymiaru składki będzie liczona od uzyskiwanego dochodu, jednak nieprzekraczającego określonego rocznego progu. Tzw. Mały ZUS już obowiązuje. Został wprowadzony ustawą z dnia 20 lipca 2018 r. o zmianie niektórych ustaw w celu obniżenia składek na ubezpieczenia społeczne osób fizycznych wykonujących działalność gospodarczą na mniejszą skalę (Dz.U. 2018 poz. 1577 i 2244), obejmując najmniejszych przedsiębiorców, których roczne przychody nie przekraczały 30-krotności kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę. Po zmianach Mały ZUS ma objąć jeszcze szerszy krąg adresatów:

„Według założeń przyjętych przy opracowaniu koncepcji nowelizacji, będzie ona modyfikowała wysokość progu przychodu umożliwiającego skorzystanie z ulgi (…), a także dopuści ustalenie podstawy wymiaru składek na podstawie uzyskanego dochodu. W założeniach przyjmuje się, że prawo do skorzystania z obniżonej składki na ubezpieczenia społeczne będą miały osoby, których przychód z pozarolniczej działalności gospodarczej w poprzednim roku kalendarzowym nie był wyższy niż 120 tys. zł” (Uzasadnienie projektu ustawy o zmianie ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych oraz ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej).

Za korzyści dla mniejszych zapłacą ci więksi

„Na dochody budżetowe będą miały wpływ, poprzez obniżenie podstawy opodatkowania, m.in. planowane zmiany w systemie ubezpieczeń społecznych związane ze zniesieniem ograniczenia rocznej podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe” – to cytat z Uzasadnienia ustawy budżetowej na 2020 r. Istotny jest jeszcze jeden cytat z tego uzasadnienia autorstwa Rady Ministrów: „…w projekcie ustawy budżetowej na rok 2020 przewidziano zrównoważony budżet państwa, tj. budżet, w którym całość wydatków budżetu państwa pokrywana jest jego dochodami”.

Co to oznacza? Przekaz jest jasny. Jeśli obniża się zobowiązania składkowe ZUS małym przedsiębiorcom, to powstałą w systemie ubezpieczeń społecznych dziurę trzeba zasypać pieniędzmi zabranymi większym przedsiębiorcom. Dlaczego? Rachunek jest prosty. Zniesienie ograniczenia rocznej podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe sprawia, że w pierwszej kolejności stracą najlepiej zarabiający, powyżej 12 tys. zł miesięcznie. Otrzymają oni na rękę od kilku do kilkunastu procent wypłaty mniej. Jednak równolegle, wprost proporcjonalnie, czyli o kilka, a nawet kilkanaście procent więcej do kasy ZUS przeleją przedsiębiorcy, którzy te osoby zatrudniają. Przykładowo po zniesieniu limitu 30-krotności składek na ZUS przedsiębiorca zatrudniający pracownika z pensją brutto 13 tys. zł miesięcznie będzie musiał dopłacać do jego zatrudnienia ok. 400 zł więcej miesięcznie, czyli ok. 5 tys. zł rocznie. Wyliczenia te, dla zrozumienia, w jakiej sytuacji mogą wkrótce znaleźć się przedsiębiorcy-pracodawcy, brzmią jednak mniej optymistycznie, gdy za przykład weźmie się pracownika zarabiającego 20 tys. zł. Po zmianach pracodawca dopłaci więcej o około 1 700 zł miesięcznie i ponad 20 tys. zł rocznie. Przy pensji pracownika na poziomie 30 tys. zł koszty te wzrosną odpowiednio o około 3 500 zł miesięcznie i ponad 42 tys. zł rocznie.

Zagraniczna rezydencja podatkowa

Wyższe rachunki za niezbędne do prowadzenia przedsiębiorstwa opłaty, jak prąd czy gaz, nowe podatki i inne daniny publicznoprawne, a od 1 stycznia nowego roku wzrost o 15,5% najniższego kosztu zatrudnienia pracownika, a teraz, poprzez likwidację limitu 30-krotności składek ZUS, dodatkowo wzrost kosztów zatrudnienia najlepiej zarabiających – tak wygląda realizacja zadeklarowanej przez rząd idei zrównoważonego rozwoju. W sumie można się w tym doszukać pewnej logiki, bo dawanie jednym kosztem drugich też może doprowadzić do ich uśrednienia.

Nikogo nie może więc już dziwić, że osoby lepiej zarabiające, a tym bardziej zatrudniający je przedsiębiorcy, korzystają z możliwości przeniesienia swojego biznesu pod bardziej przyjazną jurysdykcję. Zmiana rezydencji podatkowej, przeniesienie swojej działalności, czy wykorzystanie zagranicznych struktur organizacyjnych, to skuteczne i już prawdopodobnie jedyne, poza zamknięciem działalności, lekarstwo dla tych, którym nie podoba się oferowany sposób równoważenia. Nie należy też zapominać, że w planach jest likwidacja stałej składki ZUS, celem wprowadzenia powszechnej, „sprawiedliwościowej” składki liczonej proporcjonalnie od uzyskiwanych dochodów, i to nie tylko z tytułu umowy o pracę, ale także osiąganych z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Adam Klinert nowym wiceprezesem Portu Lotniczego Lublin

Rada Nadzorcza Portu Lotniczego Lublin S.A. powołała nowego wiceprezesa zarządu – Adama Klinerta. Zajął on miejsce Włodzimierza Wysockiego, który pełnił obowiązki wiceprezesa lotniska od listopada 2016 r.

Adam Klinert (ur. 1969 r.) jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego ze specjalizacją w prawie gospodarczym publicznym, w szczególności przekształceniach własnościowych oraz restrukturyzacji przedsiębiorstw. Ukończył również studia podyplomowe w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego na kierunku zarządzanie w administracji publicznej.

Adam Klinert przez ponad 12 lat zajmował stanowiska kierownicze, wymagające umiejętności zarządczych. Był liderem projektów, w których nadzorował zespoły od kilkunastu do kilkuset osób. Doświadczenie zdobywał m.in. w takich branżach, jak transportowa (PKP Cargo), energetyczna (PGE Energia Odnawialna S.A., PGE Energia Jądrowa 1 S.A., Elektrownie Górnej Odry Sp. z o. o.), nieruchomościowa (BGK Nieruchomości S.A.) oraz bankowa (Bank Gospodarstwa Krajowego).

Od 2010 r. jest blisko związany z branżą lotniczą. W latach 2010 – 2015 był wiceprezesem zarządu ds. prawnych i finansowych Portu Lotniczego Radom S.A., a w latach 2015 – 2017 i 2019 doradcą Zarządu Portu Lotniczego Lublin S.A.

„Twardy” brexit może nam zabrać nawet 35 tysięcy miejsc pracy

Toczący się od trzech lat proces brexitu spędza sen z powiek przedsiębiorcom. Szczególnie tym, którzy zajmują się eksportem produktów do Wielkiej Brytanii. Od początku wiadomo było, że wyjście Zjednoczone Królestwa z Unii Europejskiej będzie miało negatywny wpływ na eksport i handel z Brytyjczykami. Jednak wizja „twardego” brexitu – czyli wyjścia z Unii bez umowy – jest szczególnie niekorzystna dla państw członkowskich Unii. Oznacza ona, że popyt na towary eksportowe spadnie w Wielkiej Brytanii nawet o 20%. Chociaż więc możliwość „twardego” brexitu nie jest zbyt wielka, warto uświadomić sobie jego konsekwencje. Szczególnie, że jeśli dojdzie do skutku brexit z umową – po minięciu łagodnego okresu przejściowego możemy zmierzyć się z konsekwencjami o podobnym rozmiarze.

– Tak duży spadek popytu na towary eksportowe w Wielkiej Brytanii przełożyłoby się na spadek polskiego PKB i liczby pracujących w gospodarce o około 0,025%. To niewielki odsetek, ale jeżeli przeliczymy go na rzeczywistą wartość nominalną i liczbę miejsc pracy – oznacza spadek PKB o około 5 miliardów złotych i około 35 tysięcy utraconych miejsc pracy – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Oczywiście w przypadku brexitu z umową skutki będą mniejsze. Jednak wciąż nie znamy ostatecznej wersji umowy, a możliwość „twardego” brexitu wciąż istnieje. Co więcej, wzrost gospodarczy w Wielkiej Brytanii już zaczął spowalniać – co ma wpływ na eksport z innych krajów. Możemy się więc spodziewać, że nawet przed faktycznym brexitem zobaczymy jego konsekwencje w naszej gospodarce. Warto wspomnieć także o tym, że konsekwencje te dotkną najbardziej polskiego sektora ogólnospożywczego. Artykuły rolno-spożywcze stanowią prawie 20% naszego eksportu do Wielkiej Brytanii. Dlatego w przypadku brexitu, z sektora rolno-spożywczego może zniknąć nawet 8 tysięcy miejsc pracy – ostrzega Sawulski.

Oracle migruje Prudential do chmury. Pierwsze takie wdrożenie w Polsce

Prudential wdrożył chmurowy system ERP Oracle Financials Cloud. Projekt zrealizowano równocześnie w Polsce oraz w Irlandii w ciągu zaledwie 10 miesięcy. To jedno z pierwszych wdrożeń chmurowych systemu ERP Oracle w branży finansowej w Polsce i w regionie.

Choć sektor finansowy ze względu na liczne regulacje i związane z nimi obostrzenia, do tej pory z dystansem podchodził do inwestycji w chmurę obliczeniową, wiele wskazuje na to, że sytuacja zaczyna się zmieniać.

Dwie lokalizacje, jeden system

Na wdrożenie chmurowego systemu ERP zdecydował się w Polsce Prudential będący oddziałem spółki irlandzkiej Prudential International Assurance, należącej do Grupy Prudential. Dotychczas wykorzystywany system zastąpiono chmurowym rozwiązaniem Oracle Financials Cloud.

– System ERP z którego korzystaliśmy spełniał wprawdzie nasze oczekiwania w zakresie rachunkowości finansowej, jednakże zależało nam na znacznie szerszej digitalizacji, standaryzacji i uproszczeniu procesów w obszarze Finansów oraz IT – tłumaczy Marcin Sagała, CIO i członek Executive Committee w Prudential – Zdecydowaliśmy o wdrożeniu jednego, centralnego systemu dla spółek w Polsce i w Irlandii – dodaje Marcin Sagała.

Prudential zdecydował o wyborze Oracle Financials Cloud, zintegrowanego systemu ERP wspierającego zarządzanie finansami, pozwalającego m.in. na zautomatyzowanie przetwarzania wydatków czy raportowanie kluczowych wskaźników wydajności.

Braliśmy pod uwagę kilka rozwiązań, w tym zarówno te dostępne w modelu SaaS, jak
i oprogramowanie instalowane na własnej infrastrukturze. Biorąc jednak pod uwagę wszystkie ważne dla nas aspekty – zarówno te biznesowe, jaki techniczne wybraliśmy system Oracle –
mówi Marcin Sagała z Prudential.  

– Cieszę się, że Prudential zdecydował się na system ERP od Oracle.  Liczę na to, że realizacja tego projektu, zakończona sukcesem, ułatwi branży finansowej podejmowanie decyzji o inwestycji w chmurę – mówi Piotr Ferszka, Dyrektor Sprzedaży Aplikacji w Oracle Polska.

Argumenty za chmurą

Centralny system ERP wdrożono zarówno dla polskiego oddziału, jak również centrali Prudential w Dublinie, a cały projekt zrealizowano w rekordowym czasie 10 miesięcy. Bardzo ważną rolę odegrało w tym wsparcie 10-osobowego działu konsultingu Oracle, który odpowiadał za parametryzację rozwiązania pod potrzeby Prudential oraz przygotowanie wszystkich niezbędnych rozszerzeń.

Z jednej strony wykorzystaliśmy nasze najlepsze praktyki do standaryzacji procesów biznesowych i minimalizacji dostosowań systemu. Dostarczyliśmy m.in. predefiniowane szablony analityczne przy zachowaniu możliwości dostosowania procesów do specyficznych potrzeb Prudential. Z drugiej strony, zastosowanie metodyki Oracle – TCM (True Cloud Method), w połączeniu z metodyką zwinną stosowaną w projektach realizowanych w Prudential, pozwoliło na uzyskanie szybkich efektów wdrożeniowych – tłumaczy Monika Adamska, Dyrektor Konsultingu w Oracle Polska, Krajach Bałtyckich i na Ukrainie. Prudential wykorzystał też własny zespół programistyczny, co zdecydowało o braku konieczności korzystania z usług integratora.

System funkcjonuje produkcyjnie od 1 stycznia 2019 r. Wśród korzyści wynikających z wdrożenia chmurowego ERP, przedstawiciele Prudentiala zauważają m.in. wzrost produktywności pracowników, poprawę efektywności analiz finansowych, skrócenie czasu zamknięcia okresu fiskalnego, a także poprawę audytowalności danych i procesów.

– Oracle przekonał nas do modelu cloud. Mamy jeden globalny system z możliwością lokalnego dostosowania, jeden plan kont pozwalający obsługiwać różne rodzaje biznesu i wiele ksiąg pozwalających raportować w różnych standardach księgowych. Ujednoliciliśmy procesy księgowe między spółkami i mamy możliwość rozbudowy systemu o inne moduły i integracji z innymi rozwiązaniami – tłumaczy Marcin Sagała. – Moim zdaniem rozwiązania chmurowe sprawdzają się doskonale w obszarach, które nie budują przewagi konkurencyjnej danej organizacji. W naszym przypadku główny system produktowy tudzież systemy sprzedażowe na pewno na długi czas pozostaną poza modelem SaaS, co nie znaczy, że nie skorzystamy za jakiś czas z modeli IaaS czy PaaS – dodaje.

Warszawski rynek nieruchomości z dalszym potencjałem na wzrosty

Sprzedaż nowych mieszkań w Warszawie w trzech pierwszych kwartałach 2019 r. wyniosła 17 500 i była wyższa o 7% r/r. W 7 z 18 stołecznych dzielnic średnie ceny mieszkań w ofercie przekroczyły 11 000 zł/mkw.

średnie ceny mieszkań w WarszawieCeny na pierwotnym rynku mieszkaniowym w Warszawie sięgnęły 10 400 zł/mkw. – nie notowanego nigdy wcześniej poziomu. Chętnych na zakup jednak nie brakuje, bo miasto się rozwija, mieszkańców przybywa, a nieruchomości wciąż pozostają jedną z najatrakcyjniejszych form inwestycji. W pierwszych trzech kwartałach 2019 r. działający w Warszawie deweloperzy sprzedali 17 500 nowych mieszkań.

Pierwotny rynek mieszkaniowy w Warszawie osiągnął swoją maksymalną skalę w roku 2017, kiedy sprzedaż sięgnęła 28 500 mieszkań. Było możliwe przede wszystkim dzięki silnemu popytowi inwestycyjnemu realizowanemu przez indywidualnych nabywców z myślą o wynajęciu i dążeniu do poprawy warunków mieszkaniowych przez nabywców z drugiego wyżu demograficznego (35-45 lat). Popyt był wówczas wspierany także programem MdM, a rekordowo niskie stopy procentowe ułatwiały uzyskanie kredytu i stymulowały zakupy w grupie osób szukających pomysłu na zainwestowanie zgromadzonych oszczędności. Nie bez znaczenia była również systematycznie poprawiająca się relacja dochodów potencjalnych nabywców do cen mieszkań.

Od początku 2018 roku na rynku warszawskim obserwujemy narastające problemy podażowe spowodowane malejącą dostępnością gruntów, co w połączeniu z istotnym wzrostem cen wykonawstwa przełożyło się na szybki wzrost cen mieszkań. W efekcie od grudnia 2017 r. do września 2019 roku średnia cena mieszkań na rynku pierwotnym wzrosła o 22% i sięgnęła rekordowych 10 400 zł/mkw. Obecnie nominalnie ceny mieszkań w Warszawie są o kilkanaście procent wyższe niż w okresie poprzedniego boomu.

Ceny rosną, ale chętnych nie brakuje

Jak wynika z analiz zespołu mieszkaniowego JLL, nic nie wskazuje jednak na to, aby stołecznemu rynkowi pierwotnemu groziło gwałtowne spowolnienie czy drastyczny spadek cen. Choć rekordy bite przez deweloperów na stołecznym rynku jeszcze przed dwoma laty są nie do powtórzenia, to wyniki osiągane przez firmy tu działające są w znacznej mierze satysfakcjonujące. Udało im się ustabilizować trudności związane z kontraktowaniem wykonawstwa, a wolniejsze tempo sprzedaży rekompensują sobie utrzymaniem marż na zadowalającym poziomie. Do tego wynik rzędu 5 600 umów zawartych w III kw. br. jest rezultatem o 2% lepszym niż przed kwartałem i 7% lepszym niż przed rokiem. – Kazimierz Kirejczyk, główny ekspert JLL ds. rynku mieszkaniowego oraz wiceprezes zarządu JLL

Jego zadaniem spadek wolumenu transakcji wynika w dużej mierze z malejącej podaży. W okresie od stycznia do końca września br. do sprzedaży na rynku pierwotnym wprowadzono zaledwie 14 500 mieszkań, o 8% mniej niż w tym samym czasie przed rokiem. W tym samym czasie 17 500 lokali znalazło swoich nabywców, a oferta spadła do poziomu 16 700 (-3% k/k).

Liderem pod względem wielkości oferty pozostaje wciąż Białołęka, gdzie na koniec III kw. 2019 r. znajdowało się 18% wszystkich dostępnych w stolicy mieszkań. Tuż za nią znajdował się Mokotów (16%) i Praga Południe (14%). Pod względem cen mieszkań na czele stawki niezmiennie utrzymuje się Śródmieście, gdzie za 1 mkw. mieszkania dostępnego w ofercie deweloperów trzeba było zapłacić na koniec września 20 400 zł. W siedmiu z osiemnastu stołecznych dzielnic średnie ceny oferowanych lokali przekroczyły 11 000 zł/mkw. Oprócz wspomnianego Śródmieścia były to Ochota, Wola, Praga Północ, Żoliborz, Bielany i Mokotów.

Przestrzeń dla rozwoju

Niezależnie od przyszłego scenariusza rozwoju naszego kraju, Warszawa jest skazana na dalszy wzrost liczby ludności. Tempo i przebieg tego procesu zależeć będzie przede wszystkim od tempa rozwoju gospodarczego kraju oraz charakteru i skali migracji zagranicznych – zwłaszcza od wzrostu liczby miejsc pracy i dostępności mieszkań.

W porównaniu do wielu innych miast w Europie Warszawa ma wciąż duże rezerwy rozwojowe w postaci terenów postindustrialnych położonych w granicach miasta. Niestety w ostatnich latach realna możliwość wykorzystywania tych terenów wyraźnie się zmniejszyła. Część gruntów – tych należących do Skarbu Państwa – została zarezerwowana na przyszłe potrzeby rządowego programu Mieszkanie+. Z drugiej strony, samorząd zahamował udostępnianie terenów należących do miasta w związku z koncepcją ich wykorzystania na cele miejskich programów mieszkaniowych. Dodać to tego należy również dominującą w myśleniu o planowaniu miasta tendencję ograniczania zjawiska „rozlewania się miasta”, co przekłada się na ograniczenie inwestycji na nieuzbrojonych terenach. W tym kontekście trudno się dziwić, że ceny gruntów – a w konsekwencji mieszkań – systematycznie rosną i nadal będą rosnąć. – Kazimierz Kirejczyk, główny ekspert JLL ds. rynku mieszkaniowego oraz wiceprezes zarządu JLL

Rozwaga przede wszystkim

Chociaż na rynku nie brakuje powodów do obaw, ostatnie godziny udało się przetrwać bez świeżych zapalników, co pomaga w stabilizacji sentymentu. USD/JPY odbija od dołków, podobnie AUD/USD; cofnęło się złoto. Mimo to w ruchach nie ma dynamiki świadczącej, aby inwestorzy masowo kupowali optymizm. Rozwaga przede wszystkim.

W naszym ulubionym temacie wojen handlowych stało się coś i nic – w zależności od tego, kogo pytać. Doradca ekonomiczny Białego Domu Larry Kudlow powiedział dziennikarzom, że negocjacje porozumienia pierwszej fazy z Chinami są na ostatniej prostej. Brzmiałoby to wszystko dobrze, gdyby Kudlow nie dodał, że prezydent Trump jeszcze nie jest gotowy do złożenia finalnego podpisu. Zatem umowa jest prawie gotowa, ale nie jest? I tak słyszymy do tygodni. Stąd kłóciłbym się, czy faktycznie są czynione postępy, ale też nie zdziwię się, jeśli rynki będą w stanie wykrzesać iskrę nadziei ze słów Kudlowa. Taki mamy rynek, że neutralne informacje są pozytywne, bo nie są negatywne.

Pomimo tego nie obserwujemy dynamicznego odreagowanie wczorajszej nerwowości. Wprawdzie USD/JPY i EUR/CHF cofnęły się od lokalnych ekstremów, a presja na AUD i inne waluty ryzykowne zelżała, to jednak odbicia są płytkie i nie widać w nich przekonania. Ale ten brak przekonania nie objawia się wyłącznie w ocenie, czy rynek jest w trybie risk-on albo risk-off. EUR/USD w ciągu ostatnich 7 dni obniżył się ledwo o figurę, co średnio daje 14 pipsów/dzień. Para walutowa generująca największe obroty zmienia się dziennie średnio o 14 pipsów. Wcześniej w tym roku można było zaobserwować większe zdecydowanie w ucieczce w USD i sprzedaży EUR/USD, a teraz rynek zdaje się nie wiedzieć, co będzie dalej. I to niezdecydowanie wydaje się zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że najbliższe dni, jeśli nie tygodnie, nie przyniosą rozstrzygnięć w kluczowych kwestiach. Grudzień (być może) przyniesie podpisanie wstępnego porozumienia handlowego USA-Chiny, choć bez uzgodnienia kluczowych kwestii, więc trudno będzie na tym zbudować rajd ulgi. Brytyjski parlament do prac nad brexitem w tym roku prawdopodobnie już nie powróci. Fed jasno dał do zrozumienia, że po trzech obniżkach spauzuje na jakiś czas, z kolei EBC już we wrześniu wystrzelał się z amunicji. By ocenić zmianę trendu w danych potrzeba więcej niż dwóch dobrych odczytów, więc listopadowe figury same nie odwrócą trendu. Innymi słowy wydaje się zasadne, że zwykle realizowany w ostatnich dwóch tygodniach grudnia okołoświąteczny marazm w 2019 r. zarażą rynki finansowe już teraz.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Impel po 3 kw. 2019 r.

Grupa Impel – największa w kraju grupa firm świadczących usługi dla biznesu – wypracowała przez trzy kwartały 2019 roku przychody na poziomie 1 624 mln zł. Skonsolidowany zysk operacyjny w tym okresie wyniósł 38,7 mln zł i jest bardzo porównywalny z zyskiem operacyjnym osiągniętym w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku. Zysk netto przypadający na akcjonariuszy podmiotu dominującego po dziewięciu miesiącach osiągnął poziom 13,2 mln zł.

– Wyniki Grupy po trzecim kwartale są zgodne z oczekiwaniami zarządu. Pomimo dynamicznych zmian na rynku pracy udało się utrzymać wartości kluczowych wskaźników ekonomicznych Grupy. Stabilna sytuacja Grupy pozwala obecnie na pracę nad projektami rozwojowymi, opartymi o digitalizację i automatyzację procesów. Kluczowym celem jest dla nas wielokrotnie wspomniana digitalizacja procesów wewnętrznych oraz wszelkie formy wzbogacania naszych usług o narzędzia informatyczne we wszystkich obszarach działalności. Zmieniamy się i chcemy w jak największym stopniu wykorzystywać szanse, które w naszej branży są związane m.in. z konwersją usług – mówi Grzegorz Dzik, prezes zarządu Impel S.A.

Facility Management

Segment Facility Management, posiadający największy udział w skonsolidowanych przychodach Grupy Impel, po trzech kwartałach 2019 roku osiągnął je na poziomie 1 134,5 mln zł. Zysk operacyjny wyniósł 19,45 mln zł. Segment Facility Management obejmuje usługi związane między innymi z utrzymaniem czystości, bezpieczeństwem, serwisem technicznym nieruchomości, cateringiem, rentalem odzieży i opieką nad pacjentem.

Impel konsekwentnie inwestuje w rozwój środków technicznej ochrony mienia i wdraża nowe rozwiązania w grupie produktowej Security. Jednym z nich jest system ochrony mobiGUARD, czyli system mobilnej wieży obserwacyjnej, wyposażonej w wysokiej jakości kamery i czujniki połączone z centrum monitoringu. System jest niezależny energetycznie i odporny na próby sabotażu. Mobilna wieża może być zastosowana w usługach monitoringu budów, dużych przestrzeni takich jak place i parkingi, w obserwacji i ochronie imprez masowych. MobiGUARD wraz z usługą Zone Security to elementy kompleksowego rozwiązania w zakresie technicznej ochrony mienia, które zyskują  zaufanie i zapotrzebowanie u klientów.

– Zauważamy, że klienci coraz częściej decydują się na rozwiązania oparte na technologii. Zapewniają one wysoką jakość świadczonych usług ochrony, czyli niezawodność, pewność działania i szybkość reakcji. Jednocześnie, rozwiązanie to uniezależnia nas od rosnących kosztów pracy i problemów z pozyskaniem pracowników, którzy do tej pory byli głównym czynnikiem skutecznej ochrony. Dziś, jako pierwsi na polskim rynku, wpisujemy się w ogólnoświatowy trend – od wielu lat inwestując środki w rozwój kadry i sprzętu – podsumowuje Jakub Dzik, wiceprezes zarządu Grupy Impel.

Nowych rozwiązań aktywnie poszukuje również spółka Impel Catering. Realizuje działania, których celem jest zmiana standardów na rynku usług żywieniowych w publicznych jednostkach służby zdrowia. – W ramach naszej usługi Imfood oferujemy placówkom oprogramowanie do zarządzania procesem żywienia pacjenta, od momentu jego rejestracji, do momentu wypisu z placówki. Usługa Imfood to nowoczesna platforma informatyczna. Dzięki niej zarządzający placówkami służby zdrowia optymalizują m.in. pracochłonne procesy logistyczne takie jak: planowanie i rozliczanie posiłków, obniżanie zaangażowania kadrowego i infrastrukturalnego. Cena usługi w standardzie Imfood jest porównywalna z tradycyjnym cateringiem. Beneficjentem tego rozwiązania są jednak przede wszystkim pacjenci, którzy otrzymują pełnowartościowy posiłek, podany w atrakcyjnej formie– mówi Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel S.A. – Wdrażając nową usługę nawiązaliśmy już współpracę między innymi z firmą Sokołów, jednym z liderów branży spożywczej w Polsce. Jesteśmy przekonani, że wspólne działanie poprawiające jakość zdrowych posiłków, zmieni podejście do usług cateringowych w polskich szpitalach. Imfood w ocenie naszych Szpitali, jest bardzo dobrym rozwiązaniem – podsumowuje Wojciech Rembikowski.

Digital Services & Business Process oraz Industrial Services

Segment Digital Services & Business Process Outsourcing po trzech kwartałach 2019 roku uzyskał przychody na poziomie 235,9 mln zł. Zysk operacyjny wypracowany w tym okresie wyniósł 4,45 mln zł. W ramach DS&BPO Grupa Impel świadczy usługi IT oraz obsługuje procesy biznesowe w zakresie obsługi księgowej, obsługi kadrowo-płacowej, zarządzania dokumentami oraz doradztwa podatkowego.

Impel Business Solutions, kluczowa spółka w segmencie DS&BPO, rozwija współpracę z uczelniami wyższymi realizując projekty kształtujące przyszłość rynku pracy w sektorze BPO. Specjaliści i menadżerowie spółki aktywnie uczestniczą w projektach uczelni, dzieląc się doświadczeniem biznesowym ze studentami i środowiskiem akademickim oraz wskazują kierunki rozwoju programów dydaktycznych istotnych dla pracodawców.

Spółka informatyczna SI-Consulting wprowadziła na rynek usługę przeznaczoną do konwersji starszych systemów SAP ERP do nowoczesnej platformy SAP S/4HANA. SI2S4 to usługa oparta na autorskiej metodyce, wykorzystująca narzędzia maksymalizujące korzyści i minimalizujące czas wymagany do realizacji projektu konwersji. Dostępna jest w modelu wariantowym, uzależnionym od np. liczby jednostek gospodarczych czy zakresu funkcjonalnego. W trakcie projektu wykorzystujemy narzędzia automatyzujące testy, co ogranicza konieczne zaangażowanie ze strony klienta. Nasza spółka otrzymała Certificate of Qualification – SAP Qualified Partner-Packaged Solution for Conversion to SAP S/4HANA, co oznacza najwyższą rekomendację ze strony SAP AG dla SI-Consulting.

Znaczące zwiększenie przychodów nastąpiło w obszarze Industrial Services. Segment osiągnął przychody na poziomie 253,6 mln zł, w stosunku do poprzedniego roku wzrost wyniósł 17%. Wypracowany zysk operacyjny osiągnął poziom 6,75 mln zł. Obszar Industrial Services obejmuje usługi dla przemysłu polegające na czyszczeniu przemysłowym, wsparciu utrzymania ruchu, usługach remontowo-budowlanych czy zintegrowanej obsłudze nieruchomości.

Browary Kompanii Piwowarskiej przestawiają się na zieloną energię elektryczną. Ich produkcja w kraju będzie w 100 proc. zasilana przez odnawialne źródła

Browary Kompanii Piwowarskiej przestawiają się na zieloną energię elektryczną. Ich produkcja w kraju będzie w 100 proc. zasilana przez odnawialne źródła 1

1/3 udziałów w polskim rynku piwa ma Kompania Piwowarska. Firma sukcesywnie zwiększa wykorzystanie energii z odnawialnych źródeł. W 2021 roku jej browary będą już w 100 proc. zasilane zieloną energią elektryczną. Ma się do tego przyczynić zawarta właśnie umowa z innogy, na mocy której browary KP będą zaopatrywane w energię elektryczną z farm wiatrowych. Pozwoli to m.in. ograniczyć emisję dwutlenku węgla o 66 proc. i zabezpieczy firmę przed wzrostem cen energii. Dziesięcioletni kontrakt to jedna z niewielu dotąd na polskim rynku umów zawieranych bezpośrednio pomiędzy wytwórcą energii z OZE a jej odbiorcą końcowym.

Umowa pomiędzy Kompanią Piwowarską a innogy to pierwszy w Polsce kontrakt na zakup energii elektrycznej pochodzącej z farmy wiatrowej, której rozbudowa nie będzie dotowana finansowaniem rządowym. To również jedna z niewielu dotąd na polskim rynku umów typu PPA (Power Purchase Agreements), zawieranych bezpośrednio pomiędzy wytwórcą energii z OZE a jej odbiorcą końcowym, z pominięciem operatora systemu dystrybucyjnego. Poza aspektem ekologicznym pozwala to przedsiębiorstwom zabezpieczyć się przed wzrostem cen energii.

– Umowa z innogy pomoże przekształcić nasz system pozyskiwania energii na bardziej przyjazny dla środowiska. Po wdrożeniu umowy zwiększymy udział energii z odnawialnych źródeł do 40 proc., a rok później – do 100 proc. To bardzo ambitny cel do osiągnięcia w ciągu zaledwie dwóch lat – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Igor Tikhonov, prezes Kompanii Piwowarskiej.

W ubiegłym roku 7 proc. energii zużytej przez KP do produkcji piwa pochodziło z OZE, ale firma sukcesywnie zwiększa ten udział i do końca 2020 roku ma on wynieść już 40 proc. Ma się do tego przyczynić podpisana właśnie umowa z innogy, na mocy której Tyskie Browary Książęce w Tychach, Browar Dojlidy w Białymstoku oraz Lech Browary Wielkopolski w Poznaniu od 2021 roku będą zasilane zieloną energią elektryczną z farm wiatrowych położonych w Nowym Stawie (okolice Gdańska).

W przyszłym roku farma wiatrowa innogy w Nowym Stawie dostarczy browarom 30 GWh energii. Rok później ten wolumen wzrośnie już do 80 GWh rocznie. Pozwoli to Kompanii Piwowarskiej ograniczyć emisję dwutlenku węgla o 66 proc. w porównaniu z 2019 rokiem.

Umowa wejdzie w życie z początkiem przyszłego roku i będzie obowiązywać przez 10 lat (do 2029 roku). Transakcja ta umożliwi też rozbudowę farmy wiatrowej w Nowym Stawie. Obie spółki podkreślają, że porozumienie pozwoli im wpisać się w założenia polskiej i unijnej polityki klimatycznej i jest dowodem na to, że polski przemysł powoli „wkracza na zieloną drogę”.

– Dzisiejsi konsumenci oczekują informacji o sposobie produkcji naszych wyrobów, miejscu wytwarzania i sposobie recyklingu materiałów – podkreśla Igor Tikhonov. – Browary już podjęły szereg działań w celu ograniczenia niekorzystnego wpływu na środowisko: ograniczyliśmy zużycie wody do niezbędnego minimum, a w naszych browarach używamy biogazu do wytwarzania ciepła i pary. Kolejnym logicznym krokiem jest przyjrzenie się kwestii zużycia energii – dodaje.

Kompania Piwowarska jest liderem polskiego rynku piwnego, z udziałem na poziomie 36,3 proc. W ubiegłym roku firma sprzedała 13,6 mln hektolitrów, czyli 2,7 mld półlitrowych piw. To mniej więcej tyle, ile rocznie produkują Irlandia i Dania razem wzięte. Realizowana przez firmę strategia zrównoważonego rozwoju skupia się na czterech filarach: środowisko, społeczeństwo, odpowiedzialne wybory i odpowiedzialny biznes. W ten sposób firma wypełnia 13 z 17 celów „Agendy 2030” ONZ, jednocześnie przyczyniając się do realizacji wizji środowiskowej japońskiej Grupy Asahi. W ubiegłym roku firma poddała recyklingowi 99,65 proc. wszystkich odpadów i produktów ubocznych powstających przy produkcji piwa. W dużym stopniu korzysta też z opakowań zwrotnych – w butelkach tego rodzaju KP sprzedała w ubiegłym roku 46 proc. swoich piw.

– Przemysł piwowarski jest w dużym stopniu prowadzony w sposób przyjazny dla środowiska, szczególnie w Polsce, gdzie prawie 50 proc. puszek jest odzyskiwanych i mamy także zwrotne butelki i beczki. Jednocześnie w Kompanii Piwowarskiej zużywamy stosunkowo niewielką ilość wody – tylko 2,6 l – do wyprodukowania litra piwa, co stanowi bardzo dobry wynik na tle standardów europejskich oraz jeden z najlepszych w kraju. Korzystanie z energii odnawialnej pomaga nam z kolei w przestrzeganiu agendy środowiskowej – podsumowuje Igor Tikhonov.

Tempo wzrostu gospodarki hamuje. Kryzys w Niemczech jeszcze nie spowalnia eksportu, ale wstrzymuje inwestycje firm

Tempo wzrostu gospodarki hamuje. Kryzys w Niemczech jeszcze nie spowalnia eksportu, ale wstrzymuje inwestycje firm 2

W III kwartale 2019 roku PKB Polski zwiększyło się o 3,9 proc. w ujęciu rocznym. To wprawdzie najwolniejsze tempo od IV kwartału 2016 roku, ale i tak dobry wynik. Według Rafała Beneckiego, głównego ekonomisty ING Banku Śląskiego, istotne jest to, że problemy niemieckiego przemysłu przekładają się na polską gospodarkę wolniej i łagodniej niż zazwyczaj. Jednak mimo wzrostu dochodów konsumentów dynamika ich wydatków spada, a firmy coraz ostrożniej planują inwestycje.

Spowolnienie wzrostu było prognozowane przez ekonomistów od wielu miesięcy z powodu zastoju w strefie euro, a zwłaszcza w niemieckim przemyśle. To jednak nie jest jedyna przyczyna wyhamowania tempa rozwoju gospodarki. Wciąż kuleją inwestycje, zwłaszcza prywatnych firm, a wydatki konsumpcyjne nie będą rosły tak szybko jak dotychczas.

 Widzimy lekkie wyhamowanie wydatków konsumpcyjnych, słabsze inwestycje i wciąż pozytywny wkład eksportu netto – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Wbrew pozorom wydatki konsumpcyjne nie rosną tak szybko, jak sugerowałyby dochody. Gospodarstwa domowe zaczęły trochę więcej oszczędzać, widzą zbliżające się spowolnienie gospodarcze i są ostrożniejsze. Dlatego po skoku wydatków konsumpcyjnych w II kwartale szacujemy, że w III ich tempo było podobne jak poprzednio, czyli około 4,4 proc.

Eksport wciąż rozwija się szybciej niż import, co mogłoby sugerować, że polska gospodarka pozostaje odporna na spowolnienie w Niemczech. Wpływa ono jednak chociażby na mniejszą skłonność firm do inwestowania.

– Dlatego spodziewamy się, że w przyszłym roku tempo PKB średnio wyniesie 3,3 proc., czyli zbliżymy się do naturalnego poziomu wzrostu gospodarczego w Polsce. Uważamy również, że tak szybko jak w tym roku nie będą rosły wydatki konsumpcyjne, niemniej jednak wciąż będą bardzo mocne. Przyspieszą bowiem płace, m.in. przez pensję minimalną, ale również pojawią się dalsze transfery socjalne. Słabym punktem będą inwestycje, ponieważ one w przyszłym roku mogą być jeszcze trochę słabsze – zastrzega Rafał Benecki.

Według najnowszego raportu o inflacji Narodowego Banku Polskiego nakłady inwestycyjne w ubiegłym roku wzrosły o 8,7 proc., w bieżącym zwiększą się już tylko o 7,1 proc., w przyszłym – o 4 proc., a w 2021 – zaledwie o 1,9 proc. Wobec lipcowej projekcji spadły prognozy wzrostu PKB: z 4,5 proc. do 4,3 proc. w 2019 roku oraz z 4,0 proc do 3,6 proc. w 2020. Rosną natomiast przewidywania dotyczące inflacji. W marcu NBP spodziewał się wzrostu cen w br. o 1,7 proc., w lipcu podniósł tę prognozę do 2,0 proc., a w listopadzie już do 2,3 proc. W 2020 roku inflacja ma przyspieszyć do 2,8 proc., według ekonomistów ING Banku Śląskiego głównie z powodu I kwartału.

– W III i IV kwartale 2019 roku inflacja trochę spowolniła. W tej chwili wynosi 2,5 proc., ale to jest przejściowe spowolnienie. Zakładamy, że w I kwartale otrzemy się o 3,5 proc., czyli górne ograniczenie powyżej celu banku centralnego – przypomina Rafał Benecki. – Ceny, które są najbardziej odczuwalne dla konsumenta i które rosną szybko, to są ceny żywności i usług. Rok 2019 był drugim z rzędu, kiedy wystąpiła susza i do niedawna tempo wzrostu cen żywności było bardzo wysokie, ostatnio trochę spowolniło. W 2020 roku mamy nadzieję, że trzecia susza z rzędu się nie wydarzy, w związku z tym tempo większości cen żywności będzie trochę mniejsze, może z wyłączeniem wieprzowiny, natomiast ceny usług będą dalej dosyć szybko rosnąć.

Przez ostatnie kwartały inflację napędzały rosnące ceny żywności, zwłaszcza podstawowych produktów, takich jak pieczywo, cukier, warzywa czy wieprzowina. Potaniało masło oraz jaja, ale te akurat produkty zaliczyły poważne wzrosty cen we wcześniejszych okresach. Od stycznia do października żywność była droższa o 4,9 proc niż przed rokiem, a w samym październiku – o 6,5 proc. Tym niemniej ceny żywności i napojów bezalkoholowych w ujęciu rocznym były w październiku najniższe od trzech miesięcy.

Mimo tych wahań i przewidywanego skoku cen w I kwartale przyszłego roku stopy procentowe powinny przez kilka kwartałów pozostać niezmienione.

– Większość Rady Polityki Pieniężnej uważa, że stopy pozostaną przez dłuższy czas niezmienione – ocenia główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Co więcej, inflacja bazowa będzie prawdopodobnie rosła przez cały przyszły rok. My zakładamy, że przez około 1,5 roku stopy się nie zmienią. Następny możliwy krok to są obniżki, gdyby w 2021 roku rzeczywiście wydarzyło się spowolnienie. Ale myślę, że obecny rząd będzie starał się walczyć z takim scenariuszem i robić wszystko, żeby to spowolnienie nie nastąpiło, m.in. poprzez rozpoczęcie i kontynuację dużych projektów infrastrukturalnych i wielkich projektów inwestycji publicznych.

Chiński rynek szansą dla polskich producentów drobiu. Rodzimi drobiarze za granicą wygrywają jakością i ceną

Chiński rynek szansą dla polskich producentów drobiu. Rodzimi drobiarze za granicą wygrywają jakością i ceną 3

Wszystko wskazuje na to, że w tym roku eksport drobiu z Polski, który od kilkunastu lat nieprzerwanie rośnie, po raz pierwszy będzie większy niż dostawy mięsa drobiowego na rynek krajowy – mówi Jarosław Kowalewski z Superdrob. Zwiększony popyt globalny, głównie z powodu rosnącego spożycia w Chinach, tworzy dobrą koniunkturę na kilka kolejnych lat. Polscy producenci wygrywają konkurencję nie tylko ceną, lecz także jakością.

 Jeszcze przez parę ładnych lat czeka nas dosyć dobra koniunktura. Jesteśmy jakościowo i cenowo lepsi niż Europa Zachodnia i tym tak naprawdę zdobywamy te rynki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Kowalewski, członek zarządu Superdrobu. – Od kilkunastu lat w Polsce inwestuje się potężne pieniądze w sektor przetwórstwa, w sektor mięsny, co powoduje, że mamy najnowocześniejszy park maszynowy w Europie, czyli jakościowo zaczynamy być lepsi niż cały Zachód.

Jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, w tym roku, podobnie jak w ubiegłym, najwięcej drobiu spośród krajów UE ubija się w Polsce. Według prognoz Polska utrzyma pozycję lidera w produkcji drobiu. W okresie styczeń–sierpień 2019 roku skupiono w Polsce 2036,9 tys. t drobiu wagi żywej, tj. o 0,4 proc. mniej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego, a przedsiębiorstwa przemysłu mięsnego zatrudniające 50 i więcej pracowników wytworzyły 1817 tys. t mięsa drobiowego, co oznacza wzrost o 3,8 proc. Średnia cena skupu drobiu wyniosła w tym okresie 3,89 zł/kg i była o 4,6 proc. wyższa niż w okresie styczeń–sierpień 2018 roku.

– Jesteśmy bardzo elastyczni i bardzo szybko dostosowujemy się do tego, co dzieje się na świecie. Przez kilkanaście lat Rosja i rynki wschodnie były pokazywane jako główny potencjalny motor wzrostu. Trzy razy embargo na polskie produkty spowodowało, że dzisiaj na te rynki mało kto patrzy, a polscy przedsiębiorcy doskonale się odnaleźli w Europie Zachodniej, krajach afrykańskich czy Azji – mówi Jarosław Kowalewski. – Będziemy wykorzystywać wszystkie dobre potencjalne kierunki eksportu. Najpopularniejsze są dzisiaj Chiny, gdzie po problemach z ASF jest znaczna zmiana w spożyciu mięsa z wieprzowiny, co ma bardzo mocne przełożenie na wzrost spożycia drobiu, a co za tym idzie – również eksportu z Europy.

Największym odbiorcą europejskiego drobiu są wciąż Filipiny, Ghana, Ukraina i RPA, gdzie wzrost był ponaddwukrotny. Dla Polski największymi odbiorcami są wciąż Niemcy, Wielka Brytania i Francja. W ciągu siedmiu miesięcy 2019 roku z Polski wyeksportowano ponad 821 tys. ton mięsa drobiowego, o przeszło 9 proc. więcej niż w tym samych miesiącach rok wcześniej. Warto zauważyć, że europejski konsument najchętniej kupuje filety, podczas gdy np. w Chinach i innych krajach azjatyckich cenione są bardziej części zwierząt z kośćmi, np. skrzydełka.

Polska jest trzecim największym eksporterem drobiu na świecie, więc już jesteśmy liczącym się graczem globalnie – ocenia członek zarządu Superdrobu podczas Forum Rynku Spożywczego i Handlu. – Na rynku chińskim dopiero kilka polskich firm w Polsce jest dopuszczonych, żeby tam eksportować. W skali potrzeb Chin to, co Polska jest w stanie dostarczać, to kropla w morzu i to jest na pewno duży potencjał dla polskich firm. Również kraje afrykańskie, które zaczynają się bogacić i konsumpcja mięsa w strukturze spożycia rośnie regularnie. Indie są ogromnym rynkiem, z ogromnym potencjałem wzrostu. Tam poziomy spożycia są jeszcze dosyć niskie, ale systematycznie rosną wraz z bogaceniem się społeczeństwa.

Ekspert podkreśla, że wśród przeszkód, na jakie napotyka branża drobiarska, są m.in. przeciągająca się niepewność związana z brexitem, protekcjonizm w niektórych europejskich krajach czy tzw. ustawa odorowa uzależniająca możliwości produkcji powyżej 210 dużych jednostek przeliczeniowych inwentarza od zgody sąsiadów lub zachowania odpowiedniej odległości od sąsiednich posesji.

Jeżeli Polska chce wzmacniać rozwój sektora rolno-spożywczego, to powinniśmy myśleć, jak ułatwiać takie inwestycje, a nie jak je blokować – mówi Jarosław Kowalewski o projekcie ustawy odorowej. – Z drugiej strony wiemy, że to są kwestie wrażliwe dla otoczenia, sąsiedztwa. Na pewno są inne rozwiązania, żeby to uregulować i spowodować, że nie będziemy uciążliwi dla otoczenia. Pamiętajmy, że to są miejsca pracy, bo rynek spożywczy to jest jeden z największych motorów wzrostu polskiej gospodarki.

Firmy coraz częściej dbają o pozytywne doświadczenia kandydatów podczas rekrutacji. To przekłada się na lojalność wobec marki

Firmy coraz częściej dbają o pozytywne doświadczenia kandydatów podczas rekrutacji. To przekłada się na lojalność wobec marki 4

Aby przyciągnąć pracowników, nie wystarczy tworzyć miejsc pracy, ale trzeba zadbać o doświadczenia kandydatów i traktować ich jak klientów – przekonuje Maja Gojtowska, autorka książki „Candidate experience. Jeszcze kandydat czy już klient?”. Budowa pozytywnego candidate experience może stanowić o przewadze konkurencyjnej firmy. Brak komunikacji z rekruterem czy niepodawanie istotnych dla kandydata informacji w ogłoszeniu o pracę może zniechęcić do marki. Tymczasem firma, która dba o pracowników podczas rekrutacji, sama tworzy ambasadorów marki.

 Sam fakt tworzenia miejsc pracy to dzisiaj zdecydowanie za mało, trzeba zastanowić się, co zrobić, żeby kandydaci chcieli pracować właśnie w tej organizacji. Pierwsza rzecz, którą należy zrobić obowiązkowo, to rachunek sumienia i zastanowienie się, czy rzeczywiście w takim procesie rekrutacyjnym kandydat zechce wziąć udział – mówi agencji Newseria Biznes Maja Gojtowska, autorka książki „Candidate experience. Jeszcze kandydat czy już klient?”.

Raport eRecruiter „Candidate experience w Polsce” wskazuje, że blisko 80 proc. pracodawców podczas rekrutacji stara się, by kandydat poznał bezpośredniego przełożonego, 75 proc. rzetelnie przedstawia warunki zatrudnienia, a 64 proc. deklaruje, że stosuje prosty proces rekrutacji. Ciągły kontakt z kandydatem i możliwość bezpośredniej komunikacji z rekruterem zapewnia 60 proc. pracodawców, jednak tylko 43 proc. informuje kandydatów o powodach niezakwalifikowania się, co trzeci powiadamia o zakończeniu rekrutacji, a 13 proc. podaje w ogłoszeniu informacje o zarobkach. Tymczasem zdecydowana większość kandydatów oczekuje rzetelnego przedstawienia warunków pracy, informacji o zarobkach i powodach niezakwalifikowania się do dalszego etapu.

– Z taką uwagą, z jaką traktujemy klientów, powinniśmy traktować naszych kandydatów i pracowników – przekonuje Maja Gojtowska. – Nowa osoba do pracy to klient, pracownik, osoba, która może zarekomendować nowych pracowników. Pamiętajmy, że dobre słowo pracownika na temat swojego aktualnego pracodawcy to papierek lakmusowy i zachęta dla innych osób do podjęcia pracy w danej firmie.

Blisko 60 proc. pracodawców deklaruje, że dba o doświadczenia kandydatów na co dzień, a 48 proc. ma wdrożony standard zachowań. Zaledwie 24 proc. prowadzi regularne wewnętrzne działania w zakresie dbania o doświadczenia kandydatów, a 16 proc. przynajmniej raz w roku pyta kandydatów o opinię.

– Z perspektywy budowy doświadczeń kandydata bardzo ważne jest również badanie doświadczeń kandydatów w procesach rekrutacyjnych. Tylko pytając kandydata na koniec procesu, jak ocenia ten proces i swoje doświadczenia, czy byłby skłonny zarekomendować innym swoim znajomym udział w procesie rekrutacyjnym właśnie w naszej firmie, jest bezcenną informacją, która pozwoli nam na koniec dnia wprowadzić konkretne zmiany w procesach rekrutacyjnych – ocenia ekspertka.

Udzielanie informacji zwrotnej ze wskazaniem powodów odrzucenia stanowi wyzwanie dla rekruterów. Tymczasem informację o odrzuceniu lub przejściu do kolejnego etapu rekrutacji wszystkim aplikującym osobom przekazuje zaledwie 13 proc. pracodawców, blisko połowa zaś (47 proc.) wszystkim, którzy wzięli udział w minimum jednym spotkaniu rekrutacyjnym, a 14 proc. – tylko wybranym kandydatom.

 Paradoksalnie to nie samo niezatrudnienie kandydata jest problemem, ale sposób, w jaki to zostało mu zakomunikowane albo czy w ogóle on o tym wie, że nie został zatrudniony. Jeśli kandydat nie zostaje zatrudniony, ale w sposób merytoryczny zostaje mu przekazana informacja zwrotna, z czego ta decyzja wynika i co może zrobić, żeby w przyszłości ponownie aplikować na stanowisko w tej firmie, to może stać się on ambasadorem marki pracodawcy na rynku. Problem zaczyna się wtedy, kiedy odrzucamy kandydata i zostawiamy go z niczym – podkreśla Maja Gojtowska.

Pracodawcy coraz częściej podejmują dodatkowe działania w celu poprawy doświadczeń kandydatów. Chęć poprawy wizerunku wskazuje 68 proc. firm, nieco mniej jako powód podaje dbanie o doświadczenia kandydatów jako klientów. Ponad połowa chce w ten sposób zwiększyć liczbę poleceń od kandydatów.

 Firmy mogą skorzystać z tzw. synergii marek, czyli wykorzystać dobre konotacje konsumentów z markami produktowymi czy usługowymi i przełożyć je na budowę doświadczeń kandydatów w procesie rekrutacyjnym. Jeśli ta obietnica marki produktowej będzie spójna z tą obietnicą, którą składamy kandydatowi w procesie rekrutacyjnym, to potem doświadczenia zatrudnionej osoby będą tylko potwierdzeniem, że firma sama tworzy prawdziwych ambasadorów – mówi Maja Gojtowska.

Problem infekcji bakteriami antybiotykoopornymi coraz poważniejszy. Rocznie z tego powodu umiera ok. 2 mln osób

Problem infekcji bakteriami antybiotykoopornymi coraz poważniejszy. Rocznie z tego powodu umiera ok. 2 mln osób 5

18 listopada obchodzimy Europejski Dzień Wiedzy o Antybiotykach. To ważna data, bo antybiotykooporność to jedno z największych współczesnych zagrożeń dla zdrowia i życia ludzi. Naukowcy szukają sposobów, by przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się opornych na antybiotyki szczepów bakterii. Te wywołują zakażenia trudne do wyleczenia. Raport Najwyższej Izby Kontroli potwierdza, że jedną z istotnych przyczyn powstawania lekooporności jest nadużywanie i niewłaściwe stosowanie antybiotyków. Ministerstwo Zdrowia rozważa utworzenie systemu monitoringu obrotu i zużycia antybiotyków w Polsce.

Według raportu Europejskiego Centrum Profilaktyki i Kontroli Chorób (ECDC) Polska znajduje się w gronie krajów, w których lekooporność bakterii staje się istotnym problemem klinicznym. Oporne na antybiotyki stają się bakterie wywołujące m.in. zapalenie płuc, infekcje opon mózgowych, dróg moczowych i kości.

 Badania naukowe i statystyczne pokazują, że już dzisiaj rocznie z powodu infekcji bakteriami antybiotykoopornymi umiera 2 mln osób, a w 2050 roku, jeżeli dalej rynek farmaceutyczny nie będzie nadążał w gonitwie za mutacją tych bakterii i nie będzie nowych antybiotyków i technologii, będzie z tego powodu umierało 10 mln osób rocznie – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Jarosław Biliński z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Pojawianie i rozprzestrzenianie się opornych na antybiotyki szczepów bakterii chorobotwórczych jest jednym z największych zagrożeń dla zdrowia. Skutkuje to brakiem możliwości skutecznej terapii tych chorób, wysokiej śmiertelności i dużej liczby powikłań. NIK przytacza szacunki mówiące o 300–500 tys. wieloopornych zakażeń rocznie w Polsce.

Problem antybiotykooporności, szczególnie w populacjach wrażliwych, czyli osób np. z upośledzoną odpornością lub osób często leczonych antybiotykami, jest zatrważający i przerażający – mówi Jarosław Biliński. – Co najmniej 30 proc. osób przebywających w szpitalu z reżimem sanitarnym jest skolonizowanych bakteriami antybiotykoopornymi. To oznacza, że ci pacjenci, mimo że nie mają objawów żadnej choroby, to noszą w sobie bakterie oporne na antybiotyki, które w przypadku przedostania się do krwi czy do płuc mogą powodować często śmiertelne infekcje.

Z kontroli NIK w szpitalach wynika, że przybywa pacjentów zakażonych lekoopornymi szczepami bakterii. Odsetek takich pacjentów wzrósł z 0,7 proc. w 2016 roku do 1,9 proc. w pierwszym półroczu tego roku. Ich średni czas hospitalizacji wynosił 23 dni w 2016 roku, a dwa lata później już 24 dni. Prawdopodobieństwo zgonu pacjenta zakażonego tymi bakteriami jest obecnie ośmiokrotnie wyższe niż pacjentów nimi niezakażonych.

Antybiotyki działają tylko na bakterie i nie leczą chorób wirusowych takich, jak grypa, przeziębienie, ostre zapalenie gardła i oskrzeli. Jednak również w przypadku tych chorób pacjenci są leczeni antybiotykami. Eksperci podkreślają, że przyczyną lekooporności jest nagminne przepisywanie pacjentom antybiotyków bez wykonania badań mikrobiologicznych. Z danych NIK wynika, że na 749 chorych pacjentów lekarz pierwszego kontaktu zlecił wykonanie badania mikrobiologicznego tylko w 33 przypadkach (1,5 proc.). Co trzeci chory pacjent wrócił do lekarza POZ, z czego w 269 przypadkach lekarz przepisał nowy antybiotyk.

Problemem jest równie to, że pacjenci leczeni antybiotykami przerywają terapię, gdy tylko poczują się lepiej. Wówczas w organizmie mogą się zmutować niewrażliwe na antybiotyki bakterie, które przenoszą się na inne osoby. Mają one także zdolność „dzielenia się” zdobytą lekoopornością z innymi drobnoustrojami.

By zatrzymać ten negatywny trend, konieczne jest wprowadzenie systemowych rozwiązań, które ograniczą liczbę zakażeń lekoopornymi szczepami bakterii. Resort zdrowia w sierpniu zapowiedział stworzenie systemu monitoringu obrotu i zużycia antybiotyków oraz lekooporności w Polsce, który miałby być częścią krajowej strategii przeciwdziałania antybiotykoodporności. Zmieniony i zaktualizowany ma być również dokument z 2011 roku określający Szpitalną Politykę Antybiotykową.

Usługi chmurowe rewolucjonizują pracę grafików i filmowców. Pozwalają pracować na dowolnym sprzęcie z każdego miejsca na świecie

W branży graficznej coraz większą rolę odgrywają usługi działające w chmurze, które pozwalają elastycznie zarządzać zasobami oraz licencjami oprogramowania. Po porzuceniu przez Adobe tradycyjnego modelu dystrybucji programów graficznych na popularności zaczęły zyskiwać platformy internetowe, które pozwalają pracować zdalnie. Uwalniają twórców od konieczności inwestowania w wydajne komputery i pozwalają pracować z dowolnego miejsca na świecie.

– Renderro jest przestrzenią do pracy w chmurze dla filmowców, grafików i animatorów. Dzięki temu rozwiązaniu twórcy nie muszą kupować własnych, potężnych stacji roboczych, potężnych komputerów, oprogramowania i miejsca na przechowywanie danych, żeby wykonywać swoją pracę. Łączą się z jakiegokolwiek urządzenia wejściowego – laptopa, nawet telefonu komórkowego, do naszej infrastruktury chmurowej, gdzie całą pracę wykonują – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Chomczyk, założyciel Renderro.

Kluczowym krokiem na drodze do zmiany sposobu dystrybucji oprogramowania graficznego poczyniła firma Adobe. Dostawca popularnych narzędzi do obróbki grafiki i montażu wideo zrezygnował ze sprzedaży licencji na poszczególne narzędzia na rzecz chmurowych pakietów subskrypcyjnych, które można instalować na wielu urządzeniach po uprzednim zweryfikowaniu tożsamości użytkownika. Tym samym przyzwyczaiła grafików do korzystania z oprogramowania w modelu usługowym, po który sięgnęły inne firmy z tej branży. Inżynierowie Adobe wprowadzili Creative Cloud, aby znieść limit urządzeń, na których licencjobiorca może zainstalować opłacone oprogramowanie.

Firma Zync Render, która jest częścią Google Cloud Platform, stworzyła z kolei chmurową platformę do renderingu wideo, która ma ułatwić studiom graficznym i twórcom efektów specjalnych pracę nad najbardziej wymagającymi projektami. Platforma pozwala wynająć do 48 tys. rdzeni renderujących, ustalać przydział rdzeni dla poszczególnych użytkowników czy projektów, a co za tym idzie – usprawnić pracę studia graficznego i dostosować wydajność farm renderujących do bieżących potrzeb.

– W tym momencie potencjalnych użytkowników takich rozwiązań jest na świecie około 20 mln. Tego typu technologie mają przed sobą bardzo dużą przyszłość z tego powodu, że dają finalnie użytkownikom optymalizację kosztów, dostępność w sposób mobilny w każdym miejscu i czasie, kiedy tego potrzebują. Dają im wolność, więc uważam, że to się będzie rozwijać – twierdzi ekspert.

Renderro pracuje nad hybrydowym rozwiązaniem łączącym potencjał klasycznych farm renderujących oraz dysków sieciowych. Start-up stworzył chmurę obliczeniową oferującą wysoką moc obliczeniową potrzebną do renderowania filmów, animacji czy projektów architektonicznych. Oprócz tego Renderro pozwoli także archiwizować nawet najbardziej obszerne projekty graficzne i wymieniać się plikami za pośrednictwem internetu.

– Produkt jest w fazie wdrożeniowej, dzieli nas do publicznego wypuszczenia usługi od 3 do 5 miesięcy pracy. W tym momencie wdrażamy nasze rozwiązanie lokalnie z dużymi studiami postprodukcyjnymi, studiami graficznymi i specjalizującymi się w wizualizacji architektonicznej – mówi Piotr Chomczyk.

Renderowaniem w chmurze interesuje się także NVIDIA, twórca platformy CloudXR. To narzędzie zaprojektowano z myślą o współpracy ze SteamVR oraz OpenVR i ma posłużyć do renderowania w chmurze projektów w wirtualnej oraz rozszerzonej rzeczywistości za pośrednictwem sieci 5G. Firma liczy na to, że dzięki niej uda się przyspieszyć rozwój rynku VR poprzez odciążenie komputerów użytkowników i generowanie grafiki na potrzeby tej technologii za pośrednictwem farmy renderującej.

Według analityków z firmy Valuates Reports wartość globalnego rynku cloud computingu w 2018 roku wyniosła 36,7 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 285,3 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 29,2 proc.

Ciepłownie muszą poprawić efektywność energetyczną. Przejście na OZE, a zwłaszcza na geotermię, może być najbardziej ekonomicznym rozwiązaniem

Europejskie systemy ciepłownicze muszą stać się efektywne energetycznie – zakładają unijne dyrektywy. Według wyliczeń ekspertów w 2040 roku najmniejszy koszt produkcji energii uzyska się z odnawialnych źródeł. Szczególne nadzieje wiązane są z energią geotermalną. W Polsce istnieje co najmniej 50 miejsc, gdzie można wykorzystać geotermalne źródła. Kluczem do wytworzenia z nich energii będą sezonowe magazyny ciepła, potrafiące utrzymać ciepło przez kilka miesięcy.

– 90 proc. odnawialnych źródeł energii w ciepłownictwie to jest biomasa. Mamy tylko 6 instalacji geotermalnych. Mapa ciepła geotermalna wykonana przez naukowców z AGH pokazuje, że jest co najmniej 50 miejsc w Polsce, gdzie można wykorzystać ciepło geotermalne do celów komunalno-bytowych –przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jacek Szymczak, prezes zarządu Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Trwa nabór wniosków do programu Polska Geotermia Plus realizowanego przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Jest on skierowany wyłącznie do przedsiębiorców, a jego celem jest zwiększenie wykorzystania zasobów geotermalnych w Polsce. Wsparcie obejmuje dotacje do 40 proc. lub 50 proc. kosztów kwalifikowanych. Wyższa dotacja przyznawana jest dla przedsięwzięć geotermalnych wykorzystujących technologię ORC (Organiczny cykl Rankine’a). Wnioskodawcy mogą też liczyć na pożyczki pozwalające sfinansować całość inwestycji. Na program przewidziana została kwota 600 mln zł.

– Będziemy rozwijać pompy ciepła wszędzie tam, gdzie jest to racjonalnie uzasadnione. Będziemy rozwijać magazyny ciepła, nie tylko te dobowe, których mamy trzy w Polsce, lecz także w przyszłości sezonowe, które potrafią utrzymywać ciepło przez kilka miesięcy, a skoro one się pojawią, to będziemy wykorzystywać rozwiązania typu power-to-heat, czyli energię elektryczną generowaną nadwyżkowo z wiatraków kierowaną do tychże magazynów sezonowych – tłumaczy Jacek Szymczak.

Według raportu „OZE i magazyny ciepła w polskim ciepłownictwie” Instytutu Energetyki Odnawialnej szacowany koszt wytworzenia ciepła po 2040 roku z OZE wyniesie 54,7 zł za gigadżul. W scenariuszu zakładającym udoskonalanie ciepłowni węglowych koszt będzie wyższy i może wynieść 56,3 zł za gigadżul.

Wzrostowi znaczenia odnawialnych źródeł energii w ciepłownictwie ma służyć rozwój technologii magazynowania ciepła. Według ekspertów IEO magazyny ciepła są już dziś bardziej wydajne niż magazyny energii elektrycznej. Kluczowym rozwiązaniem dla ciepłownictwa ma jednak być wprowadzenie sezonowych magazynów ciepła. Ich zadaniem ma być wyrównanie podaży i zapotrzebowania na ciepło w okresach letnim i zimowym.

W kontekście ciepłownictwa rozważane są również inne technologie, również te, których funkcjonowanie wiąże się z górnictwem.

– Będziemy wprowadzać nowe technologie, chociażby związane z gazowaniem węgla. Trzeba coś zrobić w końcu z odpadami, by móc możliwie w największym stopniu odpady wykorzystywać do celów termicznego przekształcania. I nie chodzi o semantykę, możemy nazwać to jakkolwiek, ale spalanie odpadów komunalnych jest dużym wyzwaniem – ocenia  prezes zarządu Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Gazyfikacja węgla, czyli jego konwersja w miejscu złoża w gaz zawierający wodór, może potencjalnie uniezależnić Polskę od zagranicznych dostaw. Liderem tej technologii są Chiny. Na całym świecie rocznie gazyfikuje się od 300 do 400 mln ton węgla. Potencjalne lokalizacje polskiej instalacji do przeprowadzania tego procesu to Kopalnia Ziemowit w Lędzinach lub Jankowice w Rybniku.

#SzlachetnyMikołaj w firmie? W okresie świątecznym warto zadbać o dobre relacje z pracownikami

Aż 70% podarunków wręczanych pracownikom ma miejsce w okresie świąt Bożego Narodzenia, a ponad 71% firm deklaruje, że w ogóle wręcza swoim pracownikom prezenty na różne okazje – tak wynika z badania „Mikołaj w pracy…podarunki dla pracowników 2019”, przeprowadzonego przez HBRP/ICAN Institute i Edenred. To optymistyczne dane, jak widać trend obdarowywania pracowników na święta zadomowił się już w polskiej kulturze pracy.

Jaką kwotę zwykle firmy przeznaczają na podarunki świąteczne? Jak przedstawia nasze badanie, średnio firmy przeznaczają na ten cel 400 zł brutto/pracownika. Jednakże, 48% pracowników uważa, że kwota ta jest za mała, ponieważ średni koszt zakupu i przygotowania potraw oraz symbolicznych prezentów dla rodziny to 1 200 zł.

Oczekiwania pracowników rosną, hojniejsze powinny się również stać portfele i pomysły pracodawców – aby na koniec roku podziękować pracownikom za zaangażowanie i poświęcenie.

Takie gesty się liczą, w długotrwałej strategii motywacji i Employer Branding szczególnie…

Jednak nie dla wszystkich firm, okres świąteczny kojarzy się wyłącznie
z „konsumpcjonizmem”. Dla pracodawców święta to czas, w którym chętnie angażują się w inicjatywy charytatywne, do udziau w których zachęcają również swoich pracowników (46% firm).

Hojne prezenty vis a vis kampanie charytatywne? Zamiast wybierać, my proponujemy udział w kampanii „Szlachetna Paczka z Edenred – dołącz do nas”.

To z pewnością wyjątkowa kampania na rynku, którą realizujemy we współpracy ze Stowarzyszeniem WIOSNA już od 2016 r. Kierujemy ją do firm, które
na nadchodzące święta zamiast tradycyjnych paczek, bonów lub przelewów
na konto  pragną podarować swoim pracownikom wyjątkowy prezent – SZLACHETNĄ KARTĘ PODARUNKOWĄ.

To limitowana edycja kart podarunkowych Edenred, które mają niezwykłą moc –
MOC POMAGANIA potrzebującym rodzinom w Polsce przez cały rok. Firmy, które zdecydują się na ich zakup, nie tylko wybiorą oryginalny podarunek dla swoich pracowników, ale także otrzymają potwierdzony certyfikatem status Szlachetnej Firmy, który mogą używać do wzmocnienia działań CSR oraz Employer Brandingu.

MOC POMAGANIA  stale rośnie, a Szlachetna Paczka z Edenred pomogła już blisko 170 tys. potrzebujących rodzin w Polsce. Tylko w roku 2018  przekazliśmy
153 000 zł na rozwój projektów Paczka+, Paczka SENIOR, Paczka LEKARZ i Paczka PRAWNIK.

Na tę pomoc co roku liczą podopieczni Stowarzyszenia WIOSNA.

Szlachetne karty podarunkowe Edenred to także MOC OSZCZĘDZANIA I MOC KORZYŚCI dla pracowników firmy. To dodatkowe 65 zł w prezencie od partnerów Edenred – ekstra bonus dla pracowników.  Z perspektywy pracodawcy to również opłacalne rozwiązanie – zasilając kartę pracownika np. na kwotę 500 zł, w rzeczywistości przekazują mu podarunek o wartości 565 zł, a finansowanie kart z budżetu ZFŚS zapewni mu dodatkowe oszczędności w PIT do 1000 zł rocznie /pracownika.

To jednak nie wszystko… Dla posiadaczy kart podarunkowych –  Edenred przygotował również pakiet świątecznych kuponów zniżkowych, które dają oszczędności do 3264 zł.

Satysfakcja robienia zakupów z kartami podarunkowymi Edenred wzrasta, kiedy pracownicy mogą nimi płacić w szerokiej sieci punktów sprzedaży na całym świecie,  zarówno w terminalu płatniczym, jak i online oraz zbliżeniowo z Apple  Pay i Google Pay™.

Pomagamy, bo razem MAMY MOC! Dołącz do nas i ty!

Więcej o kampanii na kartypodarunkowe.edenred.pl

Pobierz pełny raport na podarunki.edenred.pl

Pozyskiwanie nowych klientów to największe wyzwanie dla polskich MŚP

Podczas gdy małe przedsiębiorstwa walczą o pozyskanie klienta, ponad jedna trzecia z nich nie ma strony internetowej, która umożliwiłaby szybkie odnalezienie firmy.

  • 37,5% małych firm w Polsce nie posiada własnej strony internetowej[1]
  • W 2017 roku jedynie 9% małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce sprzedawało swoje produkty online[2], w 2018 roku było to już 12% (jednak to ciągle poniżej średniej w Unii Europejskiej, która wynosi 17%)
  • Co drugi przedsiębiorca wskazuje rozwój i wzrost biznesu za najważniejszy cel w najbliższym roku.

W badaniu przeprowadzonym przez Kantar na zlecenie Google, mali i średni przedsiębiorcy z Polski wskazali napędzenie wzrostu jako główny priorytet.  Badanie, którego celem było zrozumienie najważniejszych obaw polskich małych i średnich przedsiębiorców oraz ich sposoby reklamowania swojej marki, produktów lub usług wykazało też, że oczekują oni dostępu do łatwych w użyciu, szybkich narzędzi umożliwiających reklamę.

56% małych i średnich przedsiębiorców zidentyfikowało zdobywanie nowych klientów jako główne wyzwanie w najbliższym roku. Ze względu na to, że rozwój i wzrost biznesu jest najważniejszym celem dla 49% respondentów, a pozostanie stabilnym i niezawodnym biznesem wskazało 42%, można wnioskować, że MŚP potrzebują prostych sposobów napędzania wzrostu przy stosunkowo niskich kosztach.

Małe i średnie firmy obecnie często nie wykorzystują narzędzi, które mogą im pomóc w osiągnięciu wyżej wymienionych celów. Uzasadniają to trudnościami i nakładami czasowymi związanymi z reklamą i zarządzaniem obecnością marki w Internecie, podczas gdy oba sposoby są kluczowe dla pozyskania nowych klientów. Warto jednak zauważyć, że przedsiębiorcom nie można zarzucić braku oddania w tej kwestii: 18% spędza ponad cztery godziny tygodniowo na zarządzaniu reklamami, a jedna trzecia (33%) poświęca na tę aktywność ponad dwie godziny w tygodniu. To znacząca inwestycja czasowa dla wielu właścicieli firm, którzy zmagają się z organizacją dnia pracy i dla których głównym priorytetem jest codzienne prowadzenie biznesu.

Klienci szukają niezbędnych im produktów na bieżąco, w biegu, przy użyciu smartfonów.  Wyszukiwania mobilne z użyciem hasła obok mnie wzrosło w Polsce o 325% w przeciągu ostatnich dwóch lat, a trzech na czterech Polaków wyszukuje produkt w Internecie przed zakupem, niezależnie od tego czy zamierza to zrobić online czy offline. Dlatego małe i średnie firmy, odpowiadając na potrzeby konsumenta, powinny być łatwo dostępne online. Tymczasem 37,5% polskich małych i średnich firm nie posiada nawet strony www.[3]

Niemniej, właściciele MŚP mają duże ambicje w zakresie reklamy cyfrowej. 83% uważa, że celem ich reklamy w internecie było pozyskanie nowych klientów, a 61% z nich zasugerowało, że​ było to zwiększenie rozpoznawalności ich marki. Co drugi pytany uznał, że zależy mu na zwiększeniu liczby telefonów do firmy. 73% respondentów zapytanych o to, jaki powinien być produkt reklamowy odpowiada bez wahania: łatwy w użyciu. Drugie miejsce zajmuje wskazanie elastyczny (71%), a ponad połowa (56%) przedsiębiorców poszukuje produktów wykorzystujących  inteligentne technologie. Oczywiste jest, że reklama musi być bardziej dostępna, łatwa w użyciu i szybka w zarządzaniu, jeśli MŚP mają potencjalnie czerpać z niej zyski, a tym bardziej gdy starają się powiększyć lub utrzymywać obecne wyniki biznesowe.

Kim Spalding, Global Product Director for small business ads at Google: Właściciele małych firm często pełnią jednocześnie kilka ról w swoich biznesach i najczęściej brakuje im czasu. Lecz nawet najbardziej zajęty przedsiębiorca wie, że reklama online jest niezbędna do zdobycia nowych klientów i dalszego rozwoju.  Wykorzystując technologię uczenia maszynowego i automatyzację, Google Ads oferuje tzw. inteligentne kampanie produktowe. To pomoc małym i średnim przedsiębiorstwom, które nie specjalizują się na co dzień w marketingu cyfrowym: w szybkim tworzeniu reklam i docieraniu do nowych klientów, ale chcą czerpać z niego korzyści.

Metodologia 

Ankieta została przeprowadzona za pośrednictwem wywiadu telefonicznego. Wywiady były przeprowadzane z osobami, które są odpowiedzialne za działania marketingowe w firmach zatrudniających do 250 osób. Wielkość próby w Polsce wynosiła 371 osób.

[1]  https://www.parp.gov.pl/storage/publications/pdf/2019_07_ROSS.pdf

[2]  Rise of Digital Challengers by McKinsey

[3]  https://www.parp.gov.pl/storage/publications/pdf/2019_07_ROSS.pdf

Prawie 60 proc. Polaków nie wie, jak radzić sobie z długami. Są one częstą przyczyną depresji i napięć w rodzinie

Prawie 60 proc. Polaków nie wie, jak radzić sobie z długami. Są one częstą przyczyną depresji i napięć w rodzinie 6

Napięcia w rodzinie, konflikty, poczucie bezsilności, a nawet stany depresyjne – to pozafinansowe problemy, jakie często towarzyszą niespłaconym zobowiązaniom. 45 proc. zadłużonych Polaków oczekiwałoby w tym zakresie wsparcia, doradztwa i pomocy ze strony rodziny. Jednak tylko co piętnasty chciałby, aby wyręczono go w kwestii uregulowania długu. Do skorzystania z takiej pomocy są najbardziej skłonni przedstawiciele najmłodszej generacji Z w wieku 18–24 lat. Jest to pokolenie, która nie obawia się szczerych rozmów z partnerem o długach – wynika z badania „Postawy różnych pokoleń Polaków wobec zadłużenia” Grupy KRUK.

– Prawie 96 proc. naszych respondentów zadeklarowało, że zadłużenie pociąga za sobą także zupełnie inne problemy natury pozafinansowej. 40 proc. odpowiada, że najczęściej są to napięcia w rodzinie, różnego rodzaju kłótnie i nieporozumienia. W dalszej kolejności mamy emocje, takie jak poczucie bezsilności związane z tym, że nie dajemy sobie rady i nie mamy wsparcia. Zamykamy się w sobie, wstydzimy się naszego zadłużenia. Pojawia się również depresja – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Salach z biura prasowego Grupy KRUK.

Jak wynika z najnowszego badania „Postawy różnych pokoleń Polaków wobec zadłużenia”, przeprowadzonego przez IQS na zlecenie Grupy KRUK, długi mają duże przełożenie na stan emocjonalny. Najczęściej towarzyszą im niepokój i lęk (66 proc.) oraz strach i napięcie (65 proc.). Tylko 5 proc. Polaków zadeklarowało, że długi są im obojętne i nie mają żadnego wpływu na ich samopoczucie.

– Najbardziej emocjonalne pod tym względem okazuje się być pokolenie Y [25–38 lat – red.]. Wśród tej grupy wiekowej najwięcej osób odpowiedziało, że zadłużenie wpływa na ich poczucie stabilności i bezpieczeństwa. To oni najczęściej zapadają z tego powodu na depresję – mówi Agnieszka Salach.

Zadłużenie w największym stopniu demotywuje przedstawicieli generacji 65+. Z kolei osoby z pokolenia X (3954 lata) wierzą w siebie i zadłużenie nie powoduje u nich spadku nastroju. Wszystkie grupy wiekowe podkreślały, że najważniejsze cechy charakteru, które pomagają radzić sobie z trudną sytuacją finansową, to konsekwencja (54 proc.), silna wola (45 proc.), wiara w poprawę sytuacji (43 proc.) oraz odporność na stres (39 proc.).

Co ciekawe, im młodsze pokolenie, tym bardziej skore do otwartej rozmowy o finansach. Co trzeci przedstawiciel generacji Z (1824 lata) twierdzi, że poinformowałby współmałżonka lub partnera o swoich problemach finansowych. Wśród millenialsów ten odsetek wynosi już 25 proc. i spada wraz z wiekiem. Wśród baby boomersów (55-64 lata) na szczerą rozmowę z partnerem zdecydowałby się tylko co dziewiąty przedstawiciel tej grupy wiekowej.

Ponad połowa Polaków (52 proc.) uważa, że nie ma decydującego wpływu na to, czy wpadnie w długi. Z kolei 40 proc. sądzi, że zadłużenie jest konsekwencją życiowej niezaradności.

– Dość charakterystyczną grupą jest pokolenie 65+. Dominują w nim osoby, które uważają, że długi są głównie spowodowane nieumiejętnością gospodarowania finansami. Przedstawiciele tej generacji najczęściej odpowiadali też, że w zadłużenie najczęściej popadamy przez mechanizmy konsumpcyjne, czyli za dużo kupujemy, nie potrafimy sobie niczego odmówić – mówi Agnieszka Salach.

Jak podkreśla psycholog Roman Pomianowski, młodsze pokolenia są generalnie bardziej skore do optymizmu w kwestii finansów, nierzadko licząc, że w razie problemów będą mogli się zwrócić po pomoc do rodziców. Potwierdzają to zresztą wyniki badania. 37 proc. przedstawicieli generacji Z, mając kłopot ze spłatą zadłużenia, w pierwszej kolejności zwróciłoby się z prośbą o pomoc do rodziców, a tylko 18 proc. – do firmy, której zalega z zapłatą. Starsze pokolenia cechuje z kolei większe poczucie odpowiedzialności. Ogółem 37 proc. Polaków deklaruje, że w takiej sytuacji od razu skontaktowaliby się z firmą windykacyjną lub firmą, której zalegają z zapłatą.

– Zadłużenie to zawsze ogromny problem, często na tyle przerażający, że aż nie chce się go przyjąć do wiadomości i robi się wszystko, aby przed nim uciec. Ale prędzej czy później jego konsekwencje docierają do człowieka – mówi Roman Pomianowski, psycholog ze Stowarzyszenie Program Wsparcia Zadłużonych. – Przy naszym poziomie edukacji ekonomicznej większość Polaków zapytanych: „Co zrobić w sytuacji zadłużenia?”, ma w głowie jeden wielki znak zapytania.

Prawie 60 proc. Polaków nie wie, jak mogłoby sobie poradzić ze spłatą zadłużenia i potrzebowałaby pomocy w tym zakresie. Ponad połowa (54 proc.) twierdzi, że w rozwiązaniu problemu pomogłoby im znalezienie dodatkowego źródła dochodu. Z kolei co piąta osoba potrzebowałaby pomocy w planowaniu domowego budżetu i osoby, która mogłaby ją motywować do spłaty długu. We wspomnianym badaniu 45 proc. Polaków zadeklarowało także, że mając problemy finansowe, ważne byłoby dla nich wsparcie, doradztwo i pomoc ze strony rodziny. Jednak tylko co piętnasty Polak (7 proc.) oczekiwałby wyręczenia w spłacie długu.

– Tu nie chodzi o pocieszanie, tylko zbudowanie planu, włącznie z odesłaniem takiej osoby do specjalistycznej pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej, bo takiej też osoby zadłużone mogą wymagać – mówi Roman Pomianowski.

– Respondenci często mówili nam też, że w razie tarapatów finansowych zależy im na pozyskaniu wiedzy o tym, jak je spłacać. To pokazuje, jak ważne są inicjatywy społeczne, jak chociażby przypadający 17 listopada Dzień bez Długów. To dobry pretekst, żeby edukować ludzi na tematy finansowe: jak odpowiedzialnie się zapożyczać, na co zwracać uwagę. Jest to też pretekst do tego, żeby zacząć rozmawiać na temat finansów z naszymi najbliższymi –mówi Agnieszka Salach.

Nowy rząd będzie się musiał zmagać ze spowolnieniem gospodarki i inwestycji. Wyzwaniem dla ministra finansów będzie utrzymanie wydatków socjalnych

Nowy rząd będzie się musiał zmagać ze spowolnieniem gospodarki i inwestycji. Wyzwaniem dla ministra finansów będzie utrzymanie wydatków socjalnych 7

Głównym priorytetem nowego rządu w obszarze polityki gospodarczej będzie wsparcie krajowej gospodarki w warunkach spowolnienia na świecie – uważa Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. Wśród ważnych zadań jest zachęcenie prywatnego biznesu do inwestowania. Wiele wyzwań czeka ministra finansów, którzy będzie musiał pogodzić możliwe ograniczenia w pozyskiwaniu nowych dochodów z deklarowanym przed wyborami wzrostem wydatków socjalnych.

Wśród resortów gospodarczych niewątpliwie duże wyzwania będą skoncentrowane w Ministerstwie Finansów przede wszystkim w kontekście deficytu budżetowego. Dotychczasowy projekt zrównoważonego budżetu będzie niezwykle trudny do utrzymania. Projekt, który będzie przedłożony przez nowy rząd, może zawierać deficyt – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. – Ograniczeniem, z którym Ministerstwo Finansów będzie się borykać, jest tzw. reguła wydatkowa, która ogranicza możliwości wzrostu wydatków, szczególnie w kontekście spowalniającego wzrostu gospodarczego ograniczającego możliwości pozyskania nowych dochodów.

Pod koniec sierpnia br. poprzedni rząd Mateusza Morawieckiego przyjął projekt pierwszego po 1989 roku zrównoważonego budżetu, czyli takiego, w którym wydatki równają się dochodom. Jedne i drugie mają wynieść po 429,5 mld zł. Reguła wydatkowa ogranicza możliwości zwiększania wydatków sektora finansów publicznych, a rząd liczy na to, że nie wzrosną one ponad 2–3 proc. PKB. W 2018 roku wyniosły 0,5 proc. PKB, ten jednak rósł w wyjątkowo szybkim tempie 5,1 proc. W tym roku dynamika będzie wolniejsza, w 2020 znowu wyhamuje.

W takich uwarunkowaniach silniejsze niż założono w budżecie spowolnienie gospodarcze może zwiększyć presję na realizację tegorocznego budżetu i stanowić wyzwanie dla konstrukcji budżetu w kolejnych latach – uważa główny ekonomista Banku Millennium. – Utrzymanie polityki transferów społecznych, które zostały zadeklarowane przez rząd przed wyborami parlamentarnymi, może być wyzwaniem w warunkach spowalniającego wzrostu gospodarczego.

Podkreśla jednak, że nie spodziewa się kryzysu, a jedynie spowolnienia wzrostu globalnej gospodarki. Główne przyczyny to wciąż odsuwająca się data brexitu i nieznane warunki, na jakich ma on nastąpić, oraz wojna handlowa między USA i Chinami. Jeśli uda się wynegocjować warunki wyjścia Wielkiej Brytanii z UE i zakończyć szkodzące obu stronom oraz ich kontrahentom spory między dwiema potęgami gospodarczymi, a widać sygnały, że obie się ku temu skłaniają, globalna gospodarka powinna odzyskać impet.

Polska jako duży eksporter do Niemiec, zwłaszcza poddostawca przemysłu motoryzacyjnego, może na tym konflikcie ucierpieć. Jednak ze względu na to, że nasz rynek jest duży i chłonny, siła nabywcza mieszkańców rośnie, a ponadto jesteśmy mniej niż Czechy czy Węgry uzależnieni od międzynarodowego biznesu, efekty spowolnienia powinny zostać złagodzone. Przed rządem jednak stoi zadanie pobudzenia aktywności rodzimego biznesu.

– Ponieważ inwestycje prywatne do tej pory nie rosły wyraźnie, to przy wygaśnięciu funduszy unijnych zabraknie paliwa do wzrostu inwestycji. Dlatego też wśród działań nowego rządu powinny być takie obszary, które pozwalałyby zaktywizować inwestycje prywatne, bo tych w polskiej gospodarce, póki co jest niewiele. Są one konieczne, jeśli chcemy poprawić konkurencyjność i produktywność polskiej gospodarki – ocenia Grzegorz Maliszewski.

Komisja Europejska obniżyła ostatnio prognozy wzrostu PKB dla polskiej gospodarki z 4,4 proc. w tym roku do 4,1 proc. oraz z 3,5 proc. w 2020 roku do 3,3 proc. Na tle większości państw UE to wciąż bardzo szybkie tempo, jednak bolączką są nastroje w polskich firmach i ich niechęć do inwestowania. Z Barometru EFL na IV kwartał br. wynika, że mikro-, małe i średnie firmy kończą 2019 rok z najsłabszymi nastrojami w tym roku. W szczególności widoczne jest załamanie planów inwestycyjnych – tylko 16 proc. przedsiębiorców planuje więcej inwestować, a to najniższe wskazanie w ciągu ostatnich 5 lat.

Nowością w gabinecie Mateusza Morawieckiego jest likwidacja Ministerstwa Energii i utworzenie w zamian Ministerstwa Klimatu, które przejmie przynajmniej część jego kompetencji. Przywrócony zostanie również resort skarbu państwa, którym pokierować ma Jacek Sasin.

Polski rząd powinien tak projektować działania polityki gospodarczej, aby móc z jednej strony wspierać koniunkturę gospodarczą, ale z drugiej – politykę klimatyczną w kierunku bardziej proekologicznej polityki gospodarczej – mówi Grzegorz Maliszewski. – Pomysł powołania resortu skarbu państwa jest dobry. Korzyścią byłaby poprawa zarządzania w spółkach skarbu państwa. Do tej pory było dużo niejasności wokół osób, które były powoływane na różne funkcje w tych spółkach. Jeśli ten proces zostanie usystematyzowany, niewątpliwie będzie to korzyść dla spółek publicznych.