Kobiety pracujące jako hostessy są narażone na liczne nadużycia. Powstający kodeks etyczny pomoże uregulować branżę i zerwać ze stereotypami

Kobiety pracujące jako hostessy są narażone na liczne nadużycia. Powstający kodeks etyczny pomoże uregulować branżę i zerwać ze stereotypami 1

Z analizy mediów wynika, że w blisko 80 proc. relacje pracownicze oceniane są jako złe. Szczególna sytuacja panuje w branży hostessingu, gdzie pracownice często doświadczają molestowania seksualnego, są wykorzystywane przez pracodawców, narzekają też na brak wsparcia w trudnych sytuacjach z klientami – wynika z raportu „Branża hostess w Polsce. Główne problemy i kontrowersje”. Dlatego Komitet Dialogu Społecznego KIG wspólnie z Forum Odpowiedzialnego Biznesu opowiadają się za stworzeniem kodeksu dobrych praktyk. To pierwszy krok do wprowadzenia wyższych standardów w branży.

– Do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich nie wpłynęły żadne skargi dotyczące hostess i tego, jak były traktowane podczas wykonywania swojego zawodu. Jest to o tyle ciekawe, że według naszego raportu hostessy borykają się z licznymi problemami, zarówno w zakresie warunków zatrudnienia, jak i z dyskryminacją, a w szczególności z molestowaniem, również seksualnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zuzanna Rudzińska-Bluszcz, główna koordynatorka sądowych postępowań strategicznych w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. – Wiemy, że kwestie molestowania i molestowania seksualnego są dużo rzadziej zgłaszane, niż występują w życiu, czego wyrazem jest zjawisko tzw. under-reportingu, czyli braku zgłaszania przypadków molestowania do właściwych organów państwa – dodaje.

Z raportu „Branża hostess w Polsce. Główne problemy i kontrowersje” przygotowanego przez KDS KIG i FOB wynika, że rynek hostessingu nie jest regulowany przez jeden konkretny akt prawny, ale przez kilka ustaw obejmujących także inne branże. Nie funkcjonuje także branżowy kodeks dobrych praktyk. Tymczasem hostessy są w pracy narażone na szereg nadużyć – zdarza się, że są wykorzystywane przez pracodawców, a w trudnych sytuacjach z klientami są pozostawione same sobie. Jak wskazuje raport, molestowanie seksualne stanowi jedno z najtrudniejszych doświadczeń związanych z zawodem hostessy. Najczęściej w praktyce są to wulgarne propozycje seksualne, komentarze dotyczące wyglądu hostess, a nawet obmacywanie. Tych zachowań dopuszczają się klienci oraz uczestnicy obsługiwanych wydarzeń.

– Dla zdecydowanej większości młodych kobiet w tym zawodzie jest to pierwsza praca. Zdobywają pierwsze szlify zawodowe i to, czym tam nasiąkają, co obserwują, a co często woła o pomstę do nieba, może być przez nie uznane jako norma. Nie chcemy, żeby było to później przenoszone na dalsze etapy ich kariery zawodowej – zaznacza Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

Nadużycia wobec hostess to w dużej mierze efekt stereotypów. Przez zlecających pracę często wymagane są skąpy strój i mocny makijaż. Wyzywający ubiór zamienia hostessę w obiekt seksualny i prowadzi do jej uprzedmiotowienia. Powielanie stereotypowego myślenia o hostessach jako o paniach do towarzystwa zwiększa przyzwolenie na zachowania, które w innych okolicznościach byłyby niedopuszczalne. Jest to zawód postrzegany jako łatwy, lekki i przyjemny, a kwestie dotyczące dodatkowego wsparcia dla pracowniczek nie były jak dotąd poruszane.

Raport KDS KIG „Między feudalizmem a personalizmem. Medialny obraz relacji pracowniczych w Polsce”, na potrzeby którego przeanalizowano blisko 400 artykułów prasowych i internetowych, wskazuje, że niemal 80 proc. opinii przedstawia negatywny obraz relacji pracowniczych. Stąd istotne jest budowanie odpowiednich relacji, także w branży hostessingowej. Zbiór standardów w postaci kodeksu etycznego, postulowanego przez ekspertów KDS KIG i FOB, pomógłby zmienić tę sytuację – zwiększyłby poczucie bezpieczeństwa młodych kobiet, poprawiłby się też wizerunek agencji hostessingowych oraz ich klientów. Jego wprowadzenie powinno wpłynąć także na polepszenie warunków zatrudnienia, łatwiejsze radzenie sobie z sytuacjami kryzysowymi i równouprawnieniem, w tym m.in. obaleniem stereotypów.

– Opowiadamy się za stworzeniem kodeksu dobrych praktyk dotyczącego branży hostess. Najważniejszym powodem, który jest widoczny w przygotowanym przez nas raporcie, jest kwestia godności praw pracowniczych osób, które pracują w tym zawodzie – mówi Konrad Ciesiołkiewicz.

– Jest mnóstwo sytuacji, których nie powinno być i jest kilka podmiotów, do których kodeks powinien trafić zarówno do agencji, które zatrudniają hostessy, jak i do agencji eventowych, PR-owych, które dla swoich klientów wynajmują te kobiety. Hostessy przychodzą do pracy w miniówce i w dekolcie do pępka nie dlatego, że sobie tak wymyśliły, tylko ktoś im wydał takie polecenie. Takie kobiety widzieliśmy na dużym wydarzeniu gospodarczym, co uważam za nieadekwatne. Kodeks sprawi, że podobnych sytuacji będziemy obserwować coraz mniej – przekonuje Magdalena Bigaj, ekspertka Komitetu Dialogu Społecznego KIG. Złe traktowanie hostess, brak szacunku, brak godności, którymi są otaczane te osoby, odbijają się później na reputacji tych, którzy zlecają tę pracę, najczęściej wielkich firm i instytucji publicznych – dodaje.

Czwarta rewolucja przemysłowa daje branży spożywczej szanse na rozwój. Nowe technologie pomogą jej zdobywać zagraniczne rynki

Czwarta rewolucja przemysłowa daje branży spożywczej szanse na rozwój. Nowe technologie pomogą jej zdobywać zagraniczne rynki 2

– Rozwiązania wprowadzane w ramach przemysłu 4.0. to szansa dla polskich producentów żywności na zyskanie przewagi konkurencyjnej na rynkach zagranicznych – przekonuje Kacper Nosarzewski, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Studiów nad Przyszłością. Nowe rozwiązania technologiczne pomagają wpływać na decyzje zakupowe, usprawniają produkcję i gwarantują bezpieczeństwo produktów. To o tyle istotne, że konsumenci wybierają produkty coraz bardziej świadomie. Nie tylko zwracają uwagę na cenę, lecz także czytają etykiety.

– W przemyśle spożywczym to, co nazywamy czwartą rewolucją przemysłową czy nadejściem przemysłu 4.0, prezentuje konkretne szanse i okazje do tego, żeby dokonać skoku, żeby zyskać przewagi konkurencyjne. Nowe technologie przede wszystkim w zarządzaniu jakością mają fundamentalne znaczenie dla rozwoju przemysłu spożywczego – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Kacper Nosarzewski, partner 4CF Future Foods, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Studiów nad Przyszłością.

Rolnictwo i przemysł spożywczy coraz częściej wykorzystują nowe technologie. Usprawniają produkcję, zwiększają bezpieczeństwo, pomagają też zaspokoić rosnące wymagania konsumentów. Raport „Trendbook” przygotowany przez BGŻ BNP Paribas zwraca uwagę na to, że konsumenci chętniej sięgają po produkty certyfikowane, bezpieczne dla otoczenia oraz wolne od wyzysku (fair trade). Kluczowe jest też to, kto jest producentem żywności i gdzie ma gospodarstwo, tak by móc sprawdzić, jak powstaje „superfood”.

– Jeżeli chcemy konkurować na rynkach zagranicznych i dowodzić tego, że żywność jest dobrej albo wyróżniającej się jakości, to musimy mieć na to potwierdzenie w postaci systemów, które stosujemy, i danych, które mówią o tym, że produkcja jest kontrolowana from field to fork, czyli od pola do talerza, i że stosowane standardy są wspierane przez odpowiednie rozwiązania technologiczne – tłumaczy Kacper Nosarzewski.

Nowoczesne urządzenia bazujące na sztucznej inteligencji czy machine learning pozwalają nie tylko w pełni kontrolować produkcję, lecz także zadbać o jej jakość. Istnieją już urządzenia, które wykrywają obecność bakterii czy sprawdzają obecność pestycydów.

Najwyższe normy ekologiczne ma spełniać zarówno żywność, jak i opakowanie. Te również stają się coraz bardziej innowacyjne, np. etykieta, która zmienia kolor przy kończącym się terminie ważności czy czujniki ważności jedzenia, które łatwo można sprawdzić za pomocą smartfona.

– Osobnym rozdziałem są czyste innowacje, takie jak produkty spersonalizowane, zmieniające swoją charakterystykę już po zakupie czy nowe sposoby konfekcjonowania produktów spożywczych – opakowania, dystrybucji, które wymagają zastosowania nowych technologii. Polska baza badawczo-rozwojowa jest na niewystarczającym poziomie, część tych rzeczy trzeba zaimportować. Ale tym bardziej polscy producenci żywności powinni się interesować tymi innowacjami, jeżeli chcą konkurować na rynkach w przyszłości – ocenił ekspert podczas Forum Rynku Spożywczego i Handlu.

Producenci żywności coraz chętniej szukają innowacji, m.in. na rynku start-upów, które szukają dla siebie niszy również w tej branży. Nowatorskie rozwiązania chce wprowadzić m.in. Foodtech.ac, pierwszy polski akcelerator start-upów. Jego pierwszą edycje ukończyły m.in. projekty roślinnego zamiennika kurczaka, organicznego napoju z CBD czy w pełni zbilansowanego posiłku w proszku.

Z pomysłów start-upów korzystają najwięksi gracze w branży. Przykładowo, AgriTechHub zainwestował w lubelski start-up Plantalux i projekt specjalnych lamp dla roślin szklarniowych kilka milionów złotych. Grupa Wilmar z kolei zainwestowała kilkanaście milionów złotych w NapiFeryn BioTech, czyli biorafinerię produkującą białko  z rzepaku. Jak przekonuje Nosarzewski, polscy producenci żywności powinni szukać partnerów nie tylko na rodzimym rynku, ale przede wszystkim za granicą.

– Polskie przedsiębiorstwo może bez problemu szukać start-upów, z których kompetencji lub produktów chciałby skorzystać w Unii Europejskiej. Są programy rządowe i działalność wspierająca eksport i inwestycje, które pozwalają na szukanie takich rozwiązań w Stanach Zjednoczonych i na tych najbardziej rozwiniętych rynkach, jeśli chodzi o przemysł spożywczy. Dla wielu producentów żywności w Polsce wydaje się to jednak zbyt ryzykowne i zbyt kosztowne w stosunku do możliwości odcinania kuponów od taniej produkcji i dużego rynku wewnętrznego – ocenia Kacper Nosarzewski.

21 dużych inwestycji zmieni komunikację w Warszawie. Wśród priorytetów obok II linii metra są także parkingi P+R

21 dużych inwestycji zmieni komunikację w Warszawie. Wśród priorytetów obok II linii metra są także parkingi P+R 3

93 proc. warszawiaków pozytywnie ocenia stołeczną komunikację. Za najważniejszą inwestycję uważają dokończenie budowy II linii metra. Trwają prace na trzech stacjach na Woli i trzech na Targówku. ZTM planuje także dodanie dwóch stacji na pierwszej linii oraz trasę kolejnej linii po stronie wschodniej. Ważnym projektem jest też budowa kolejnych parkingów Park & Ride i montaż stacji ładowania samochodów elektrycznych. Docelowo na 9 parkingach ma powstać 14 takich punktów.

– Prowadzimy 21 różnych inwestycji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Franciszek Kujawski, dyrektor Pionu Inwestycji w Zarządzie Transportu Miejskiego. – Mieszkańcy Warszawy czekają przed wszystkim na metro. Większość wysoko ocenia komunikację miejską, więc na pewno nie chcemy zejść z tego poziom. Wśród projektów jest budowa wiat przystankowych czy rozbudowa parkingów dla osób, które dojeżdżają i przesiadają się w komunikację miejską.

Stołeczną komunikację miejską pozytywnie ocenia rekordowe 93 proc. warszawiaków. Z badania wynika, że Warszawa jest miastem zdecydowanie bardziej opartym o transport publiczny. Codziennie lub prawie codziennie z autobusów, tramwajów i metra korzysta ponad połowa mieszkańców. Za najważniejszą inwestycję uważają rozbudowę metra.

– Realizujemy po stronie wschodniej kolejne trzy stacje: od C19 do C21, do Bródna, inaczej mówiąc od stacji Trocka. Po stronie zachodniej końcówka realizacji stacji od ronda Daszyńskiego do stacji Księcia Janusza. W dalszej perspektywie są dwie kolejne stacje C4 i C5, to jest Ulrychów oraz Powstańców Śląskich – wymienia Franciszek Kujawski.

Przebieg drugiej linii metra zakłada poprowadzenie trasy z zachodniej części miasta, z Karolina, na praską stronę Wisły. Długość całej II linii metra będzie wynosić ok. 31 km. Ma także powstać stacja techniczno-postojowa Karolin.

– Ostatni odcinek 3+STP Karolin w tej chwili jest w fazie przygotowawczej, projektowej i to jest jeden z kolejnych odcinków metra, który jest realizowany. Zamknie to cały odcinek II linii metra, wydłużający wcześniej zbudowany odcinek centralny – tłumaczy przedstawiciel ZTM.

W Warszawie powstaną też dwie dodatkowe stacje I linii metra – A12 Plac Konstytucji oraz A16 Muranów. Dzięki temu odległość między stacjami metra zmniejszyłaby się z około 1,5 km do około 700 m. Nowe stacje mają być gotowe do 2026 roku.

Warszawa jest też na etapie prac koncepcyjnych związanych z budową III linią metra. Przygotowywany dokument ma wskazać, jak powinna przebiegać trasa po praskiej stronie.

 Inne inwestycje to przede wszystkim parkingi Park & Ride. W tej chwili są w trakcie realizacji P+R PKP Żerań. Prawdopodobnie w najbliższym czasie ogłosimy przetarg na realizację parkingu P+R PKP Jeziorki. Jesteśmy na etapie przyjęcia koncepcji Park & Ride PKP Wesoła – mówi Kujawski.

Zdecydowana większość warszawiaków lubi korzystać z tego typu parkingów. 91 proc. ocenia je dobrze lub bardzo dobrze – wynika z ubiegłorocznej ankiety przeprowadzonej przez ZTM. Ponad 70 proc. korzysta z parkingów P+R w dni powszednie i przesiada się do transportu publicznego. Miasto planuje też postawienie parkingów modułowych, m.in. przy stacji metra Trocka.

– Stawiamy na elektromobilność. Obecnie przygotowujemy program pilotażowy na parkingu Park & Ride Połczyńska, związany z edukacyjno-technicznym projektem dotyczącym rozwoju elektromobilności. Na kolejnym etapie jest budowa stacji ładowania samochodów elektrycznych, którą obejmą wszystkie obiekty parkingowe Zarządu Transportu Miejskiego – zaznacza ekspert.

Z zapowiedzi ZTM wynika, że 14 punktów ładowania – każdy o mocy 22 kW – zostanie zamontowanych na 9 parkingach.

Korzystanie z parkingów ma być też łatwiejsze. ZTM chce bowiem wykorzystać do kontroli i rozliczania użytkowników system odczytujący tablice rejestracyjne. Ma także powstać centrum zarządzania parkingami, dzięki któremu pracownicy Zarządu będą zdalnie administrowali wszystkimi obiektami.

 Prowadzimy także zadania wewnętrzne ZTM. Chcemy wystartować w 2020 roku z budową pętli autobusowej Młynów, która będzie najnowocześniejszym obiektem, z ładowarkami elektrycznymi i magazynem energii. To byłoby takie zwieńczenie tych wszystkich działań, które są związane z małą infrastrukturą – podkreśla Franciszek Kujawski.

Mikroroboty rewolucjonizują medycynę. Wprowadzone do krwioobiegu mogą zastąpić antybiotyk, pozwolą też wykryć nawet najmniejsze guzy

Mikroroboty medyczne wprowadzane do krwioobiegu pacjenta mogą znaleźć zastosowanie nie tylko w chirurgii i diagnostyce obrazowej. Z powodzeniem mogą być wykorzystywane do zastępowania antybiotykoterapii, a nawet walki z próchnicą. Sterowane ultradźwiękowo urządzenia pozwalają na przeprowadzanie biopsji guzów o średnicy dziesięciokrotnie mniejszej, niż ma to miejsce w standardowych procedurach.

– Na całym świecie, również w Polsce, obserwujemy gwałtowny wzrost popularności unikalnych, przełomowych technologii o rewolucyjnym charakterze, począwszy od wyrobów medycznych, branży farmaceutycznej, biotechnologicznej i zdrowia, po cyfrowe technologie medyczne. Ich celem jest uczynienie świata lepszym i bezpieczniejszym. Mikroroboty zaczynają mieć zastosowanie w chirurgii. Zamiast tradycyjnego zabiegu otwartego używa się specjalnego robota. Dysponujemy już mikrorobotami o różnych funkcjach, które można wprowadzić do krwioobiegu – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Yossi Bornstein, dyrektor generalny i założyciel ShizimGroup.

Mikroroboty, które przez układ krwionośny przemieszczają się z wykorzystaniem pola magnetycznego, mogą być używane np. do naświetlania nowotworów. Nanoroboty mogą jednak przyczynić się również do odejścia od antybiotykoterapii. Inżynierowie z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego opracowali mikroskopijne roboty pokryte specjalną powłoką. Składają się na nią nanodruty ze złota, na której znajduje się hybryda płytek krwi i błon czerwonych krwinek. Dzięki temu są w stanie wykonywać jednocześnie zadania dwóch różnych komórek – płytek krwi, które wiążą patogeny, takie jak bakterie MRSA (odporny na antybiotyki szczep Staphylococcus aureus) oraz czerwone krwinki, które absorbują i neutralizują toksyny wytwarzane przez te bakterie. Złote ciało nanorobotów reaguje na ultradźwięki, co daje im możliwość szybkiego pływania bez chemicznego paliwa. Ta mobilność pomaga nanorobotom przyspieszyć detoksykację.

Mikroroboty mogą być wykorzystywane również do przeprowadzania biopsji.

– Jeden z robotów służy do wprowadzenia igły na głębokość 15-20 cm, aby wykonać biopsję powierzchni mniejszej niż 1 mm. Dotychczas nie można było zbadać danego guzka, jeśli miał on np. 0,5 cm, lub ogólnie jeśli był mniejszy niż 1 cm. W takich przypadkach nawet nie dało się go zlokalizować. To jedna z technologii, którymi dysponujemy – twierdzi Yossi Bornstein.

Roboty w formie kapsułek połykanych przez pacjenta mogą być wykorzystywane również do przeprowadzania badań endoskopowych, np. w obszarze jelita cienkiego. Dotychczas narząd ten można było badać obrazowo jedynie poprzez badania, takie jak enterokliza tomografem komputerowym. Najczęściej nie dawało to niestety jednoznacznego obrazu zmian chorobowych. Chory musiał za to zmagać się chociażby z przyjęciem środka kontrastującego.

Nanourządzenia mogą przydać się też do czyszczenia zębów. Naukowcy z University of Pennsylvania’s School of Dental Medicine oraz School of Engineering and Applied Science połączyli siły w interdyscyplinarnym badaniu, aby zbadać, w jaki sposób można wykorzystać mikroskopijne, podobne do pługa roboty, do rozbicia biofilmów i czyszczenia różnych powierzchni. Inżynierowie używali nanocząstek tlenku żelaza do budowy maleńkich mikrorobotów, którymi mogliby sterować zdalnie za pomocą pola magnetycznego. Zespół dentystyczny stwierdził, że cząsteczki tlenku żelaza mogą przyczynić się do zabicia nawet najbardziej odpornych na antybiotyki bakterii i niszczącego zęby biofilmu.

– Każdy robot ma inne zastosowanie. Dzięki nim można wykonywać zabiegi mikroinwazyjne, które nie tylko prowadzą do szybszego powrotu pacjenta do zdrowia, ale także pozwolą zaoszczędzić pieniądze na szczeblu rządowym – wskazuje dyrektor generalny ShizimGroup. – Tego rodzaju technologie są opracowywane z myślą o zastosowaniu na całym świecie, nie tylko w Polsce. Z regulacyjnego punktu widzenia, kiedy uzyskamy oznaczenie CE i zatwierdzenie FDA, możemy sprzedać technologię każdemu szpitalowi, niezależnie od tego, czy znajduje się on w Stanach Zjednoczonych, Europie czy Azji – dodaje.

Według analityków z Fortune Business Insights wartość światowego rynku robotów medycznych opiewała w 2018 roku na kwotę 2,2 mld dol. Do 2026 roku jego wartość wzrośnie do 10,7 mld dol. Największy udział w rynku mają roboty chirurgiczne. Odpowiadają one za 64,8 proc. przychodów rynku.

Powstanie platforma ułatwiająca sprzedaż firm oraz franczyz. To odpowiedź na rosnącą popularność polskich start-upów

Polska branża startupowa zyskuje na wartości. Wraz z rozwojem tego segmentu rynku wzrasta także zainteresowanie zakupem najbardziej interesujących biznesów. Nowa platforma ma ułatwić przeprowadzanie transakcji zakupu firm i franczyz, a co za tym idzie – zwiększyć ich bezpieczeństwo. Usługa ma sprawdzić się również w roli narzędzia ułatwiającego wejście na rynek międzynarodowy.

– Stworzyliśmy swego rodzaju Booking.com czy Alibabę dla biznesu. Chcemy stworzyć miejsce dla biznesu, gdzie każdy, kto prowadzi działalność gospodarczą znajdzie niezbędne usługi, czy specjalistyczne narzędzia, które pomogą mu prowadzić działalność, lecz także będzie mógł kupić lub sprzedać swój biznes – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marek Kaliciak z Gradalis Group.

Pozyskiwanie start-upów to ryzykowne przedsięwzięcie, nawet najbardziej obiecujący projekt może nie sprostać wyzwaniom inwestorów. Z tego powodu na wspieranie start-upów decydują się wyłącznie najwięksi gracze, którzy mogą pozwolić sobie na poniesienie ryzyka inwestycyjnego. Ich rola ogranicza się zwykle jednak do procesu akceleracyjnego. Osoby zainteresowane sprzedażą dobrze funkcjonującego bądź obiecującego biznesu muszą korzystać z takich narzędzi jak np. SprzedamBiznes.pl, czyli portal łączący inwestorów oraz właścicieli firm oraz franczyz. Platformę wyposażono w aplikację do wyceny potencjału danego biznesu oraz wyszukiwarkę biznesów na sprzedaż. Większość platform tego typu ma jednak charakter lokalny.

– Codziennie 10-12 mln ludzi wpisuje w wyszukiwarkę internetową hasło „sprzedam, kupię biznes”, albo „sprzedam, kupię franczyzę”. W ciągu miesiąca jest to ponad 300 mln potencjalnych klientów. Jest to olbrzymi rynek, który jest tak naprawdę niewykorzystany. Portale funkcjonujące na tym rynku, funkcjonują jak zwykłe strony internetowe, jak tablica ogłoszeń, czyli właściwie umieszczają ogłoszenia klientów za pieniądze – mówi Marek Kaliciak.

Nowe narzędzie od Gradalis Group ma działać na skalę globalną i połączyć polskie startupy z inwestorami z całej Unii Europejskiej. Ma pełnić także rolę pełnoprawnego pośrednika w zakupie biznesu dla użytkowników polsko-,  angielsko- i rosyjskojęzycznych. Warto zauważyć, że nie będzie wyłącznie tablicą ogłoszeniową, a platformą ułatwiającą pozyskanie narzędzi do prowadzenia działalności gospodarczej oraz inwestowania w start-upy o dużym potencjale. Pozwoli przeprowadzić proces zakupu biznesu w kontrolowanym środowisku i zautoryzuje wszystkie płatności.

– Ideą jest to, żeby cały proces transakcyjny kupna i sprzedaży dóbr związanych z biznesem przechodził przez platformę, żeby obydwie strony były sprawdzone. Aby się nie bały siebie, tylko dlatego, że prowadzą ten proces przez internet – tłumaczy ekspert.

Według analityków z firmy Business Research Company  wartość globalnego rynku fintechów w 2018 roku wyniosła 127,66 mld dol. Przewiduje się, że do 2022 roku wzrośnie do 309,98 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 24,8 proc. Platforma Gradalis Group w części poświęconej franczyzom ruszy w grudniu.

Energetyka pod nowym ministerstwem

Ministerstwo nadzoru właścicielskiego będzie miało potężny wpływ na gospodarkę. Może zmarginalizować znaczenie ministerstwa ds. klimatu, tym bardziej, że niejasne jest dlaczego pozostaje resort ochrony środowiska. Ekologom nie będzie łatwiej.

Nowy resort będzie nie tylko nadzorował mienie Skarbu Państwa. Jak zapowiedział już wicepremier Jacek Sasin, który ma kierować nowym ministerstwem: będzie też takim stricte gospodarczym resortem, który będzie inicjował wspólne działania synergiczne spółek Skarbu Państwa na rzecz przyspieszonego rozwoju.

Nazwy ministerstw nie są jeszcze przesądzone, ale to najmniejszy problem.

– Powstaje ministerstwo, które będzie miało nadzór nad spółkami górniczymi i energetycznymi, ale nie wiadomo jeszcze, kto będzie przygotowywał prawo dla tych sektorów, bo powstaje ministerstwo ds. klimatu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Gdyby to ministerstwo ds. klimatu zajmowało się energetyką, a tak jest już nie tylko na Zachodzie, bo także w Europie Środkowej, to moglibyśmy spodziewać się bardziej progresywnej polityki stawiającej na niskoemisyjne i bezemisyjne źródła energii.

Jeżeli ministerstwo nadzoru właścicielskiego przejmie tworzenie regulacji prawnych dotyczących energetyki, to może powtórzyć się problem, jaki miało likwidowane Ministerstwo Energii.

– Na jego czele będzie stał polityk, który nie zna branży energetycznej, podobnie jak jego poprzednik Krzysztof Tchórzewski spędzi cztery lata na uczeniu się jakie wezwania stoją przed tą branżą – komentuje ekspert.

Polacy obawiają się, że automatyzacja odbierze im pracę

Ponad 30% Polaków obawia się utraty pracy w wyniku automatyzacji – wynika z ogólnopolskiego raportu TOP CDR. Oczekują oni od firm wdrażania cyfrowej odpowiedzialności biznesu poprzez: prowadzenie szkoleń z bezpieczeństwa internetowego i rozpoznawania tzw. fake news’ów (ok. 42%), umożliwienia pracownikom pozyskania nowych kompetencji cyfrowych (ok. 38%) oraz podejmowania działań na rzecz redukcji lęku przed technologią (ok. 30%). Dobre praktyki w zakresie cyfrowej odpowiedzialności, do 25 listopada 2019 r., firmy mogą przetestować w konkursie Firma Odpowiedzialna Technologicznie pod patronatem Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Obawy przed automatyzacją

Jak pokazują badania, Polacy obawiają się postępującej automatyzacji. Co trzeci ankietowany uważa, że wymusi ona na nim konieczność przekwalifikowania się lub zmiany pracy w ciągu najbliższych 10 lat. Poza edukacją na rzecz bezpiecznego wykorzystania technologii i pozyskiwania nowych kompetencji cyfrowych, pracownicy oczekują od pracodawców stworzenia jasnych ścieżek kariery umożliwiających im zdobycie odpowiednich kwalifikacji na przyszłość (ponad 29% odpowiedzi) oraz weryfikacji czy praca w firmie nie prowadzi do nadmiernego przeciążenia informacją (22% wskazań).

Wykres 1. Czy Pana/Pani zdaniem automatyzacja pracy przy pomocy robotów wymusi na Panu/Pani konieczność przekwalifikowania się lub zmiany pracy w ciągu najbliższych 10 lat?

Polacy obawiają się, że automatyzacja odbierze im pracę
Źródło: „Czy sztuczna inteligencja wygra z człowiekiem? Raport Programu Cyfrowej Odpowiedzialności Biznesu”.

Dla Polaków bardzo ważne jest również, aby firma umożliwiała pozyskanie niezbędnych kompetencji cyfrowych w przypadku digitalizacji produktów oraz procesów i usług oraz zapewniała odpoczynek  od cyfrowego świata poza biurem (21,6% odpowiedzi). Firma powinna również walczyć z uzależnieniem od urządzeń cyfrowych poprzez dbanie o podtrzymanie tradycyjnych form relacji społecznych zachodzących poza światem wirtualnym (21,2%).

Organizatorzy konkursu „TOP CD – Firma Odpowiedzialna Technologicznie” chcą pomóc pracodawcom zmniejszać obawy Polaków przed postępującą automatyzacją i zachęcają firmy do dzielenia się dobrymi praktykami w zakresie wdrażania automatyzacji i nowych technologii cyfrowych. Jury konkursu w skład, którego wchodzą: naukowcy z uczelni wyższych technicznych, badacze rynku mediów, eksperci od komunikacji oraz socjolodzy, będzie nagradzało dobre praktyki stosowane przez firmy odpowiedzialne technologicznie pokazujące, jak można wykorzystać technologię nie tylko na korzyść firmy ale również jej pracowników. Zgłoszeń należy dokonywać przez stronę www.topcdr.pl do 25 listopada 2019 r.

„Firma odpowiedzialna cyfrowo”, czyli jaka?

W Raporcie TOP CDR, postanowiono zbadać również jak Polacy rozumieją określenie „firma odpowiedzialna cyfrowo”. Okazało się, że większość ankietowanych zna to pojęcie, ale różnie je interpretuje. Dla 40% ankietowanych firma odpowiedzialna cyfrowo to firma, która prowadzi szkolenia w zakresie podwyższania kompetencji cyfrowych. Natomiast 38% uważa, że umożliwia ona pracownikom pozyskanie potrzebnych kompetencji, by nie stracili pracy w wyniku automatyzacji.

„Rewolucja cyfrowa dyktuje tempo przemian zachodzących na rynku pracy. Pracodawcy starają się za nimi nadążać, wdrażając w firmie dobre praktyki dotyczące wykorzystania szans płynących z  postępującej cyfryzacji oraz ograniczenia negatywnych konsekwencji zastępowania pracy ludzkiej przez roboty. Kwestie takie jak: work life balance, walka z wykluczeniem cyfrowym i zdobywanie nowych umiejętności związanych z nowoczesnymi technologiami będą miały dla pracowników coraz większe znaczenie i w nadchodzących latach mogą być czynnikiem decydującym o wyborze danego pracodawcy. Dlatego już teraz zdecydowaliśmy się nagrodzić przedsiębiorstwa wyróżniające się na tym polu, przyznając tytuł Firmy Odpowiedzialnej Technologicznie. To pierwsze tego typu wyróżnienie w kraju” – tłumaczy Iwona Kubicz, ekspert konkursu Firma Odpowiedzialna Technologicznie.

Wykres 2. Jakie cechy kojarzą się Panu/ Pani z określeniem „firma odpowiedzialna cyfrowo”? Proszę zaznaczyć max. 3 najważniejsze odpowiedzi.

Czy sztuczna inteligencja wygra z człowiekiem
Źródło: „Czy sztuczna inteligencja wygra z człowiekiem? Raport Programu Cyfrowej Odpowiedzialności Biznesu”.

Konkurs Firma Odpowiedzialna Technologicznie

W ramach programu TOP CDR promującego ideę Corporate Digitally Responsibility powstał pierwszy w Polsce konkurs wyróżniający firmy odpowiedzialne cyfrowo. Konkurs objęty został m.in. patronatem Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a także Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Ideą konkursu jest promocja dobrych praktyk w firmach i instytucjach związana z wdrażaniem Cyfrowej Odpowiedzialności Biznesu oraz przyznanie nagrody dla firm i instytucji pozytywnie wyróżniających się na tym polu.

W konkursie mogą wziąć udział wszystkie firmy, które wdrażają dobre praktyki cyfrowej odpowiedzialności biznesu. Formularz konkursowy wraz z regulaminem dostępny jest na stronie: http://topcdr.pl/ w zakładce: zgłoszenie konkurs TOP CDR. Zgłoszenia do Konkursu potrwają do 25 listopada 2019. Wyróżnione firmy otrzymają tytuł Firmy Odpowiedzialnej Technologicznie. Rada Ekspertów programu TOP CDR, złożona z przedstawicieli środowiska naukowego, którzy specjalizują się w dziedzinie nowoczesnych technologii i społecznej odpowiedzialności biznesu oceni dobre praktyki zaprezentowane przez firmy w formularzu konkursowym w dziedzinach takich jak: digitalizacja, automatyzacja i sztuczna inteligencja, dane oraz komunikacja.

Złoty kontynuuje wyprzedaż

Kurs EUR/PLN jest obecnie najwyższy od ponad trzech tygodni. Krajowa waluta w swej słabości nie jest jednak odosobniona – do euro w ostatnim czasie nawet mocniej traci forint węgierski. W przypadku polskiej waluty zmianę można traktować jak odreagowanie po ostatnim umocnieniu, można ją również powiązać ze zmianami na parze EUR/USD, która ostatnio spadła do poziomów notowanych niemal miesiąc temu.

Najbliższy tydzień przyniesie kilka interesujących informacji z Polski – jutro poznamy szacunek dynamiki PKB w III kwartale, z kolei w piątek opublikowany zostanie odczyt inflacji bazowej w październiku. Dane z kraju jednak nie powinny mieć zbyt dużego przełożenia na zachowanie złotego. Dużo ważniejsze najpewniej będą informacje z zewnątrz – szczególnie te dotyczące amerykańskiego protekcjonizmu w handlu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Wczorajsze dane ZEW dla Niemiec i strefy euro w ujęciu ogólnym zaskoczyły na plus, pokazując poprawę sentymentu w listopadzie. Dane wskazują, że nastroje  względem niedalekiej przyszłości wśród ankietowanych ekspertów nadal są pesymistyczne, jednak zauważalnie lepsze niż przez kilka ostatnich miesięcy. Dzisiejsze dane o produkcji przemysłowej w strefie euro we wrześniu również nastrajają pozytywnie. W ujęciu rocznym dynamika wprawdzie od blisko roku pozostaje ujemna, jednak w ostatnim miesiącu pomiarów wzrosła do najwyższego poziomu od maja.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,97-5,00. Wczorajsze dane z brytyjskiego rynku pracy rozczarowały. W okresie lipiec-wrzesień wprawdzie spadła stopa bezrobocia, spadek zatrudnienia i hamujący wzrost płac jednak nie nastrajają pozytywnie.

Dzisiejsze dane o inflacji w Wielkiej Brytanii w październiku rozczarowały. Inflacja bazowa wprawdzie zgodnie z oczekiwaniami utrzymała się na poziomie z poprzedniego miesiąca, jednak w październiku odnotowano spadek indeksu CPI do poziomu 1,5%, co oznacza, że znalazł się on najniżej od trzech lat. Reakcja funta brytyjskiego na dane nie była wyraźna, jednak słabsza inflacja może być niekorzystna dla waluty – spadek dynamiki cen może bowiem wzmacniać szanse na luzowanie polityki pieniężnej w Wielkiej Brytanii.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,87-3,89. Wczoraj rynek był w dobrych nastrojach, licząc, że przemówienie Donalda Trumpa może przynieść pozytywne informacje ws. dalszych kroków USA w kontekście relacji handlowych z innymi państwami. Nie poznaliśmy jednak żadnych szczegółów dotyczących potencjalnego częściowego porozumienia z Chinami ws. handlu ani informacji dotyczących wydłużenia okresu zwolnienia z ceł importu aut, na co liczą europejscy producenci. Trump zamiast tego mówił o “oszukiwaniu” USA przez Chiny, utrzymując stosunkowo agresywną retorykę. Brak konkretów w kwestii handlu nie został pozytywnie odebrane przez rynek.

Dzisiejsze dane o inflacji konsumenckiej w USA w październiku były mieszane – in minus zaskoczyła bazowa inflacja CPI. Okazała się ona być nieco niższa niż miesiąc wcześniej, nieznacznie wzrosła natomiast inflacja CPI. Dane nie są mocno różne od oczekiwań i póki co nie widać, żeby miały silny efekt na USD. Do końca dnia nie czekają nas już żadne kluczowe publikacje. Uwaga inwestorów najpewniej skupi się na przemówieniu przewodniczącego Rezerwy Federalnej.

KLUCZOWE WYDARZENIA

17:00 – przemawia przewodniczący Fed, Jerome Powell

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Leasing i wynajem długoterminowy samochodów po III kwartale 2019

Jak pokazują opublikowane przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) dane, wynajem długoterminowy samochodów był jedynym w trzecim kwartale rodzajem finansowania pojazdów przez firmy w Polsce, który odnotował wzrost sprzedaży w porównaniu z wynikami osiągniętymi rok wcześniej. W trzecim kwartale firmy nabyły w formule wynajmu długoterminowego o 3,1% nowych samochodów osobowych więcej, niż w analogicznym czasie rok temu. Całkowita sprzedaż nowych aut do firm, uwzględniająca wszystkie możliwe rodzaje finansowania, była natomiast mniejsza o 2,7% r/r. Jeszcze większy, bo wynoszący 4,2% spadek sprzedaży, wystąpił w przypadku nowych samochodów nabywanych z wykorzystaniem kredytu, zakupu ze środków własnych i klasycznego leasingu finansowego liczonych razem. Biorąc pod uwagę łączną liczbę pojazdów znajdujących się w Polsce w wynajmie długoterminowym, rynek urósł w trzecim kwartale o 9,5% r/r. Branża Rent a Car (wypożyczalnie samochodów) zanotowała natomiast w trzecim kwartale nieznaczny, na poziomie 1,6%, spadek łącznej liczby aut znajdujących się w usługach wynajmu krótko- i średnioterminowego, w porównaniu ze stanem z końca września ubiegłego roku.  

Bardzo wysokie jak na warunki polskiego rynku poziomy sprzedaży nowych samochodów do firm, osiągnięte w drugiej połowie zeszłego roku, ustawiły poprzeczkę i bazę porównawczą dla roku 2019 na trudnym do pokonania poziomie. Widmo znaczącej zmiany przepisów podatkowych dotyczących rozliczania aut służbowych od początku roku 2019, w połączeniu z podgrzewającymi koniunkturę działaniami marketingowymi importerów i dealerów nowych samochodów, skłaniały część firm i przedsiębiorców w naszym kraju do wzmożonych zakupów aut w ostatnich miesiącach ubiegłego roku.

Od początku bieżącego roku na rynku sprzedaży nowych aut była obserwowana stagnacja, tzn. z salonów wyjeżdżała zbliżona liczba samochodów w porównaniu ze stanem sprzed roku. W trzecim kwartale jednak, ze względu na bardzo wysoką tzw. bazę porównawczą, odnotowany został już spadek wynoszący 2,7% r/r. W przypadku nowych aut kupowanych na kredyt, ze środków własnych oraz w ramach klasycznego leasingu finansowego łącznie, spadek sprzedaży był nawet nieznacznie większy, bo na poziomie 4,2% r/r. Tym samym, wynajem długoterminowy pozostał jedyną w trzecim kwartale formą finansowania nowych samochodów firmowych, w przypadku której odnotowany został wzrost. Firmy i przedsiębiorcy nabyli w formule wynajmu długoterminowego o 3,1% nowych aut osobowych więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.   Sprzedaz aut do firm – CFM vs inne rodzaje finansowania

Wynajem długoterminowy zwiększa swój udział w sprzedaży nowych aut do firm w Polsce

Większy wolumen sprzedaży nowych aut w wynajmie długoterminowym, w zestawieniu ze spadkami w tym zakresie w przypadku konkurencyjnych form finansowania, przyniósł także wzrost udziału tej formy finansowania w całkowitej sprzedaży nowych samochodów osobowych do firm w trzecim kwartale 2019 roku. Na nieco ponad 97 tys. nowych aut sprzedanych do firm w okresie od lipca do września, 21,4 tys. zostało nabytych w ramach wynajmu długoterminowego. Oznacza to, że udział wynajmu długoterminowego w całkowitej sprzedaży nowych samochodów do firm w Polsce w trzecim kwartale osiągnął poziom 22% i zwiększył się o 1% w porównaniu do analogicznego okresu rok temu.   Udzial wynajmu dlugoterminowego – sprzedaz aut do firm

Biorąc pod uwagę najważniejszy w przypadku wynajmu długoterminowego aut wskaźnik rozwoju, a więc wzrost łącznej liczby pojazdów znajdujących się w tej usłudze na polskim rynku, w trzecim kwartale 2019 roku branża urosła o 9,5% r/r.

Branża wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce ma powody do zadowolenia. Pomimo, że w trzecim kwartale roku sprzedaż nowych aut do firm spadła i gorsze niż przed rokiem wyniki odnotowały wszystkie konkurencyjne rodzaje finansowania pojazdów firmowych, to sprzedaż aut w wynajmie długoterminowym, nawet w obliczu takich niekorzystnych zjawisk rynkowych, nadal rosła – mówi Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Regional Manager of Central Europe w Arval. – Wynajem długoterminowy cieszy się w Polsce wciąż rosnącą popularnością, zdobywając w ostatnich kilkunastu miesiącach coraz większą rzeszę klientów z segmentu małych i średnich przedsiębiorstw. Sektor MŚP jeszcze do niedawna stanowił marginalny udział w wynajmie długoterminowym, a obecnie coraz chętniej sięga po ten rodzaj finansowania swoich samochodów firmowych. Obserwujemy, że część małych i średnich przedsiębiorstw zastępuje wynajmem długoterminowym wcześniej wykorzystywany klasyczny leasing finansowy. Małe firmy doceniają takie zalety wynajmu długoterminowego jak chociażby stałe i niższe w porównaniu z konkurencyjnymi rozwiązaniami koszty aut służbowych, prostotę rozliczeń, minimalne zaangażowanie w administrację, naprawy, ubezpieczenia czy serwisowanie samochodów oraz brak konieczności wpłaty własnej.    

Spośród dwóch usług zaliczanych do wynajmu długoterminowego, w Polsce dominuje Full Serwis Leasing, czyli wariant gwarantujący przedsiębiorcy stałe koszty finansowania auta oraz jego pełną obsługę np. przeglądy, rejestracje, serwis, naprawy, ubezpieczenie, likwidację szkód, czy opony. W liczącej na koniec trzeciego kwartału 161,1 tys. aut* flocie firm PZWLP w wynajmie długoterminowym, pojazdy w usłudze Full Serwis Leasing stanowiły aż 93,3% ogółu. Pozostała część, a więc 6,7% samochodów, była finansowana i obsługiwana w ramach usługi Leasingu z Serwisem, która jest uproszczoną wersją Full Serwis Leasingu i zapewnia korzystającej z niej firmie mniejszy zakres obsługi auta. W gronie najpopularniejszych samochodów w wynajmie długoterminowym
w Polsce na koniec trzeciego kwartału znajdowały się: Skoda Octavia, Volkswagen Passat, Opel Astra i Ford Focus.

Coraz mniej Diesli w wynajmie długoterminowym

Dane PZWLP na koniec trzeciego kwartału wskazują na dalszy spadek udziału samochodów z silnikami Diesla we flotach w wynajmie długoterminowym w Polsce. Diesli jest coraz mniej. W liczącej ponad 161 tys. pojazdów łącznej flocie w wynajmie długoterminowym firm skupionych w PZWLP, na koniec września stanowiły one już poniżej 60% wszystkich samochodów, dokładnie 58,9%, czyli o 3,3% mniej niż rok temu. Równolegle rośnie odsetek aut wyposażonych w benzynowe jednostki napędowe, których było 38,3% (wzrost o 2% r/r). Przybywa także samochodów wykorzystujących ekologiczne, a więc hybrydowe i elektryczne, napędy. Udział tego typu aut wynosił na koniec trzeciego kwartału już 2,8% i w ciągu roku niemalże się podwoił (wzrost o 1,3%). Samochodów napędzanych ekologicznymi jednostkami było łącznie już ponad 4,2 tys. – 3866 hybryd oraz 363 auta elektryczne.Rodzaje napedow wynajem dlugoterminowy po III kw. 2019

Jeszcze kilka lat temu samochody napędzane Dieslem stanowiły we flotach w wynajmie długoterminowym w Polsce nawet  ¾ pojazdów – mówi Rogier Klop, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający LeasePlan Polska. – Obecny spadek udziału aut z tego typu silnikami do poziomu poniżej 60%, co oznacza, że stanowią one już niewiele więcej niż połowę łącznej floty, zasługuje na uwagę. Rynek polski nie jest jednak pod tym względem odosobniony, podobne zjawiska zachodzą bowiem także w wielu innych krajach europejskich. Zastępowanie samochodów z napędami wysokoprężnymi bardziej ekologicznymi jednostkami benzynowymi oraz przede wszystkim rosnący odsetek aut niskoemisyjnych to trend, który utrzymuje się na polskim rynku wynajmu długoterminowego już od dłuższego czasu i trzeba go oceniać bardzo pozytywnie. Należy przy tym jednak mieć świadomość, że samochody zeroemisyjne, a więc elektryczne, stanowią wciąż marginalny udział w Polsce. Jesteśmy przekonani, że sytuację
w tym zakresie mogłyby zmienić planowane publiczne dopłaty do zakupu aut elektrycznych. Liczymy, że klienci wynajmu długoterminowego będą mogli w świetle planowanych przepisów stać się beneficjentami dopłat do samochodów elektrycznych.

Nowe samochody zakupione przez firmy PZWLP na potrzeby wynajmu długoterminowego w samym trzecim kwartale roku były bardziej przyjazne dla środowiska naturalnego, aniżeli w porównywalnym okresie rok temu. Średnia emisja dwutlenku węgla samochodów osobowych była o 0,9% i 1,16 g/km niższa niż rok wcześniej i wyniosła 125,57 g/km. Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 140,63 g/km i była niższa o 8,1% i 12,4 g/km w stosunku do stanu sprzed roku.    Emisja CO2 – auta w wynajmie dlugoterminowym

Branża Rent a Car z nieznacznym spadkiem na poziomie 1,6% r/r

Reprezentowana w PZWLP przez 8 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów branża Rent a Car odnotowała na koniec trzeciego kwartału 2019 r. nieznaczny spadek na poziomie 1,6% r/r. Na koniec września łączna flota firm Rent a Car w PZWLP** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła ponad 19,5 tys. aut (19.563).

* – bez floty firmy Athlon Car Lease

** – bez floty firmy Avis Budget / Jupol – Car

Eksperckie wskazówki dla bezpiecznego przemysłu

Na przestrzeni ostatnich lat obserwujemy znaczną poprawę bezpieczeństwa pracy pracowników przemysłowych. Dotyczy ona zarówno prac wykonywanych na maszynach, jak i poza nimi. Jest to efekt rosnącej świadomości, edukacji, ale i ciężkiej pracy osób zajmujących się tym obszarem. To właśnie głównie dla nich, już po raz trzeci, EcoMS Consulting zorganizowało konferencję poświęconą bezpiecznym zachowaniom w przemyśle.

Prelegentami byli praktycy tematyki bezpieczeństwa z różnych branż. Dobre praktyki, wytyczne, normy, jak i własne doświadczenia są kluczem do kształtowania właściwych postaw. Szczególnie, gdy ukazane zostały różne punkty widzenia: służby BHP, Inspektorów Pracy, działów odpowiedzialnych za modyfikacje maszyn, biegłych opiniujących w procesach orzekania o wypadkach przy pracy.

Strażnicy bezpieczeństwa

Wieloletni praktyk Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) starszy inspektor Andrzej Midera omówił przypadki kontroli maszyn sprowadzanych spoza Unii Europejskiej. Nie poprzestał na negatywnych przykładach, ale wskazał także, jak wyglądały te, które można uznać za wzorcowe. Poznanie perspektywy PIP stanowi ogromną pomoc w przygotowaniu się do kolejnych, właściwie przeprowadzonych postępowań.

Dr inż. Zygmunt Niechoda z Polskiego Komitetu Normalizacyjnego udowodnił, że normalizacja ma bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo przemysłowe. Rolą norm nie jest utrudnianie życia przedsiębiorcy, a zapewnienie technicznej realizacji minimalnych wymagań bezpieczeństwa zawartych w przepisach prawa. Mają one również znaczący wpływ na zmniejszającą się liczbę wypadków.

Któż jak nie biegły sądowy dysponuje rozległą wiedzą w zakresie niebezpiecznych zachowań i ich skutków w postaci wypadków przy pracy podczas obsługi maszyn.

– Powinniśmy próbować przewidzieć odruchowe, a nawet skrajnie nieodpowiedzialne działania pracowników. Czas reakcji urządzeń zabezpieczających nie jest przecież równy 0 – zwrócił uwagę  dr inż. Radosław Gonet, który jako biegły sądowy podzielił się kilkoma interesującymi przykładami.

Audyty etyczne to mniej znany obszar związany z bezpieczeństwem przemysłu. Przez ich meandry przeprowadziła uczestników konferencji Iwona Karmowska z Bureau Veritas Polska. O ile w naturalny sposób odbieramy dobrowolność zatrudnienia czy wolność zrzeszania się, to większym problemem jest godziwa płaca i narzucanie nadmiernego czasu pracy oraz różne formy dyskryminacji. Wdrożone zasady etyczne trzeba weryfikować właśnie poprzez audyty.

Zabezpieczmy maszyny

Ireneusz Nowak (INEE Industry) i Daniel Małż (Siemens) skupili się na bezpieczeństwie maszyn. Najpierw ocenić należy ryzyka z punktu widzenia ograniczeń maszyn, zidentyfikować zagrożenia. Kluczowy jest drugi etap, a więc redukcja ryzyka poprzez bezpieczne rozwiązania, techniczne środki ochronne oraz informacje dotyczące użytkowania.

Grzegorz Szydło z BWI Poland Technologies omówił z kolei wymagania dotyczące wprowadzania i użytkowania maszyn. Poznać można było nie tylko przepisy, ale i wyjątki od nich. Prelegent przestrzegał przed błędami, które sam popełnił i sugerował, jak im zapobiegać.

– Bazując na codziennej praktyce, przedstawiłem najczęściej występujące problemy w zakładach produkcyjnych. Stwierdzane są one podczas audytów oceniających zgodność z wymaganiami prawnymi – opowiada Grzegorz Brylonek z EcoMS Consulting. I tak, w maszynach jest to często problem z UDT – dowód na to, że nie działają procedury odbiorowe maszyn, a w dziennikach konserwacji – brak wpisów pomiarów rezystancji (elektrycznych), cykli pracy. Przy pracach szczególnie niebezpiecznych pomijana jest energetyka, brakuje przedsięwzięć mających poprawić stan BHP, jak i przeglądów głównych wyłączników prądu oraz przepustów pożarowych.

Radosław Studziński (Reckitt Benckiser) i Piotr Miler (Rozwiązania bezpieczeństwa) omówili modyfikacje maszyn „nowych” pod kątem utraty ważności oznakowania CE, jak również sytuacje, kiedy modernizacja maszyn „starych” staje się problemem.

Pomocne narzędzia

Joanna Nagraba opowiedziała o obszarze, z którym firma Faraone jest nieodłącznie związana – pracą na wysokościach. Wg danych GUS upadek z wysokości jest przyczyną co 6 wypadku śmiertelnego w całej gospodarce narodowej i aż co 3 wypadku śmiertelnego w budownictwie. Są to konsekwencje zaniedbań i uchybień, którym w większości można zaradzić, posługując się odpowiednimi narzędziami

Adam Jabłoński (FILTER SERVICE) udowodniał, że dopasowanie środków ochrony indywidualnej do pracownika przed przystąpieniem do pracy jest czynnikiem zapobiegającym chorobom zawodowym. Niestety niska jest świadomość skutków nieprawidłowego ich stosowania.

Wojciech Turowicz z Surveily wprowadził zebranych w świat, gdzie kamery obserwują środowisko pracy i przekazują obraz do analizy. Sztuczna inteligencja na podstawie analizy strumieni obrazu automatycznie wyciąga wnioski, a sygnały o incydentach trafiają do bazy danych oraz do właściwych osób. Analiza następuje w czasie rzeczywistym, co gwarantuje natychmiastową reakcję i maksymalizuje szansę na prewencję. Takich możliwości jest znacznie więcej!

Podwykonawcy – nadzór, LOTO, RODO, ISO 45001

– Niezbędne jest identyfikowanie zagrożeń oraz oceny i nadzorowanie ryzyk dotyczących BHP. Co więcej w wyborze wykonawców wskazane jest uwzględnienie w dokumentach kontraktowych kryteriów BHP. Organizacja powinna nie tylko określić, co należy monitorować i mierzyć w zakresie skuteczności operacyjnych środków nadzoru, ale i z kim się komunikować wśród wykonawców – podkreślił Piotr Kowalski z EcoMS Consulting, który poruszył istotny temat nadzoru nad podwykonawcami wg ISO 45001.

Jak wygląda kwestia podwykonawców w założeniach systemu LOTO przybliżył Grzegorz Zielonka (Żywiec Zdrój). Dariusz Pączka z Budimexu zaprezentował m.in. co zrobić, gdy nasz zleceniodawca oczekuje skanów orzeczeń wydanych po przeprowadzonych badaniach oraz dokumentacji ze szkoleń BHP. Otóż nie ma ku temu bezpośredniego uzasadnienia prawnego, zarówno na gruncie przepisów prawa pracy, jak również przepisów o ochronie danych osobowych (RODO).

Aspektów bezpieczeństwa poruszono wiele, a uzupełniły je jeszcze warsztaty. Dynamika zmian daje jednak pewność, że następna edycja owocować będzie kolejną dawką praktycznej wiedzy.

Boliwia podąży drogą Wenezueli? Koniec hossy na polskim rynku pracy?

Po wielu kwartałach korzystnych zmian na rynku pracy pojawiają się sygnały nadchodzącego pogorszenia. NBP w swojej kwartalnej projekcji o inflacji uważa, że w ciągu najbliższych dwóch lat bezrobocie, zamiast spadać będzie rosnąć. Sumarycznie o około 0,5%.

Czy bezrobocie wzrośnie?

Ostatnie zmiany prognoz na temat inflacji i wzrostu PKB nie były aż takim zaskoczeniem jak te dotyczące bezrobocia. W ciągu dwóch lat ma ono wzrosnąć o 0,5%. Zmiana dotyczy metody BAEL, czyli tej, która zasadniczo uzyskuje niższe rezultaty niż tradycyjny pomiar ilości osób bezrobotnych. Powodów, jak zawsze, jest kilka. Jednym z nich są zmiany planów zatrudnienia w związku z tym, że koniunktura nie jest tak dobra, jak przewidywano kilka kwartałów temu. Nie bez znaczenia jest jednak najprawdopodobniej wzrost płacy minimalnej. Ekonomia jest bezlitosna, skoro cena pracy rośnie, to popyt na nią spada. Warto zwrócić uwagę, że nawet wzrost o 0,5% to nie jest dramat społeczny, biorąc pod uwagę, że ostatnimi laty bezrobocie znacznie szybciej spadało. Może się to jednak okazać problemem dla budżetu. Owe 0,5% osób mniej zapłaci podatki i weźmie przecież zasiłki, a to niskie bezrobocie było jednym z najważniejszych czynników, przez które było nas stać na wydatki socjalne.

Czy Boliwia podąży drogą Wenezueli?

Masowe protesty w ciągu ostatnich trzech tygodni zmusiły prezydenta Boliwii Evo Moralesa do podania się do dymisji. Morales krajem rządził nieprzerwanie od 2006, wygrywając wybory zawsze z bardzo wysokim poparciem. W wyborach z 20 października różnica głosów pomiędzy Moralesem a jego głównym rywalem Carlosem Mesą sięgnęła około 10%. Po kilku dniach odwlekania podania oficjalnych wyników wyborów ogłoszono, że nie dojdzie do drugiej tury, gdyż Morales otrzymał wystarczającą przewagę. Takie działania wywołały falę protestów. Tymczasowym prezydentem Boliwii ogłosiła się Jeanine Áñez, która jest liderką opozycji i drugą wiceprzewodniczącą Senatu. Z przejęcia urzędu prezydenta zrezygnowali wyżej postawieni (wiceprezydent Boliwii, przewodniczący Senatu i jego wiceprzewodniczący oraz przewodniczący Izby Deputowanych). Problem w tym, że podczas tych działań, ze względu na brak deputowanych z prezydenckiej partii nie było kworum. Evo Morales otrzymał azyl polityczny w Meksyku, uznał się za ofiarę zamachu stanu oraz twierdzi, że to wojsko zmusiło go do rezygnacji. Pomimo pewnych podobieństw do sytuacji w Wenezueli warto podkreślić podstawową różnicę. Resorty siłowe nie bronią dotychczasowego prezydenta, co pozwoli najprawdopodobniej znacznie szybciej rozwiązać impas, a przede wszystkim nie pogrążyć kraju w kryzysie gospodarczym (oprócz politycznego).

Chiny sprzątają w gospodarce

Październikowe dane z Chin pokazały najmniej kredytów od 3 lat. Co jakiś czas trafia się taki miesiąc i analitycy zastanawiają się wtedy czy to pojedynczy wypadek przy pracy, czy początek nowego trendu. Po jednym odczycie ciężko mówić o nowej tendencji. Podobny wynik był uzyskany w lutym tego roku. Dwa miesiące z największą akcją kredytową to styczeń i marzec, co powoduje, że wynik lutego wcale nie był żadnym przełomem. Dopiero kolejne miesiące pokażą nam czy to lokalna anomalia, czy Bank Chin faktycznie zmienia podejście.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – inflacja konsumencka,

17:00 – USA – wystąpienie prezesa FED.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Mówi, ale nie czuje. Etyka chatbotów – jaka przyszłość nas czeka?

Chatboty wykorzystywane do kontaktów z klientami potrafią już przetwarzać język, ale go nie rozumieją. Taki wirtualny pracownik obsługi klienta ma więc ograniczone możliwości rozmowy. W przeciwieństwie do ludzi nie wie, czym są emocje, tym samym nie wie także, czym jest etyka. Mimo to firmy coraz częściej stawiają na chatboty – wynika z badań dr Aleksandry Przegalińskiej, które mają być pierwszym krokiem w kierunku samoregulacji rynku chatbotów.

Wirtualni asystenci uczą się coraz szybciej. Nie muszą jeść, spać, nie chorują. W kontakcie z klientami potrafią zmieniać zdanie w zależności od tego, z kim rozmawiają. Jednak z powodu braku etyki chatbotów – ustalonego systemu wartości i braku nadzoru nad ich rozwojem – może dochodzić do różnych patologii.

– Zmierzamy w kierunku rozumienia kontekstu przez chatboty. Mają one rozumieć naszą intonację, okoliczności wypowiedzi. Tak, by uniknąć sytuacji podobnej z chatbotem Tay – botem Microsoftu, którego proces uczenia nie był nadzorowany, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że chatbot stał się rasistą i antysemitą – mówi dr Aleksandra Przegalińska, badaczka sztucznej inteligencji z Akademii Leona Koźmińskiego, która od maja analizuje interakcje zachodzące pomiędzy człowiekiem a humanoidem.

Pod jej kierunkiem naukowcy z Akademii Leona Koźmińskiego, Uniwersytetu SWPS i amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology zajmują się określeniem ram etycznych dla funkcjonowania chatbotów online. Jak zaznaczają badacze, zaufanie jest centralnym punktem udanej interakcji człowiek – chatbot. Dlatego też stworzyli autorską metodologię analizy treści komunikatów powstających w takich interakcjach, która łączy metody neurobiologiczne, eksplorację tekstu i uczenie się maszynowe. Z badań wynika, że boty reagują inaczej w zależności od tego, z kim rozmawiają.

– Chatboty mają ograniczone zdolności komunikacji. Nie są w stanie odpowiadać na skomplikowane pytania ani szeregować twierdzeń według konkretnego klucza. Mogą jedynie odpowiadać na jednozdaniowe stwierdzenia. W badaniu potwierdziliśmy tzw. Uncanny Valley Effect – czyli „efekt dziwności” towarzyszący interakcji człowieka z humanoidami – wyjaśnia dr Aleksandra Przegalińska, kierownik studiów z zastosowania sztucznej inteligencji w biznesie.

Alternatywne boty na miarę nowoczesnej obsługi klienta

Wnioski z prowadzonych badań mają pomóc m.in. w tworzeniu botów alternatywnych dla tych, które aktualnie budowane są na rynku. Systemy obsługi klientów zmieniły się nie do poznania, ponieważ coraz więcej firm odchodzi od tradycyjnej i kosztownej obsługi na rzecz tej nowoczesnej, opartej właśnie na chatbotach. Jak przewiduje międzynarodowa firma analityczna Global Market Insights, światowy rynek chatbotów w 2024 roku ma być wart 1,3 biliona dolarów.

Projekt badawczy prowadzony jest od maja 2019 roku ze środków Narodowego Centrum Nauki. W skład zespołu badawczego wchodzą: prof. Peter Gloor z MIT, dr Anna Stróż z UW, dr. hab. Grzegorz Mazurek oraz dr Leon Ciechanowski z Akademii Leona Koźmińskiego.

Savills: rynek inwestycji w nieruchomości w CEE po Q3

Z najnowszego raportu firmy doradczej Savills wynika, że w pierwszych trzech kwartałach 2019 roku wartość transakcji inwestycyjnych na rynkach nieruchomości komercyjnych Polski, Czech, Słowacji, Węgier i Rumunii przekroczyła 8 mld euro i była o 54% wyższa od średniej pięcioletniej.

Aktywność inwestycyjna w Europie Środkowo-Wschodniej rośnie systematycznie od 2013 roku (średnio o 24% rocznie), co świadczy o coraz większym zaufaniu inwestorów do tego regionu, a sprzyja temu szybsze tempo wzrostu gospodarczego w porównaniu ze średnią unijną oraz coraz niższe bezrobocie i rosnąca konsumpcja.

Polska – największa gospodarka w regionie – ma 46-procentowy udział w całkowitej wartości PKB pięciu krajów Europy Środkowo-Wschodniej, a wolumen transakcji inwestycyjnych w pierwszych dziewięciu miesiącach bieżącego roku przekroczył 4,5 mld euro, co stanowiło 56% łącznych obrotów w regionie. Udział Czech, gdzie inwestorzy zainwestowali 2,36 mld euro, w łącznym wolumenie inwestycyjnym wyniósł ok. jednej trzeciej, natomiast na Węgry i Rumunię przypadło po 6%, a na Słowację 3%.

Najsilniejszymi graczami w regionie byli tradycyjnie inwestorzy zagraniczni. Na tych rynkach od dawna dominują inwestorzy niemieccy, brytyjscy i austriaccy, którzy odpowiadali za ponad połowę aktywności inwestycyjnej. W ostatnich trzech latach nastąpił spadek zaangażowania na rynku inwestorów z USA oraz Niemiec i jednocześnie znaczący napływ kapitału z RPA (14% w 2018 roku) i Azji (12% w 2018 roku). W pierwszych dziewięciu miesiącach 2019 roku wzrósł udział w aktywności inwestycyjnej zwłaszcza inwestorów koreańskich – z 4% w ubiegłym roku do 14%. Wśród niedawno sfinalizowanych transakcji z udziałem kapitału południowokoreańskiego można wymienić sprzedaż magazynu firmy Amazon w Pradze – w transakcji tej firma Savills doradzała kupującemu.

Rywalizacja o najlepsze aktywa w regionie spowodowała szybką kompresję stóp kapitalizacji w ostatnich kilku kwartałach. Średnia stopa kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości w COB w pięciu analizowanych krajach zmniejszyła się w trzecim kwartale br. o 30 pb w porównaniu z ubiegłym rokiem i o 14 pb w stosunku do poprzedniego kwartału i wynosi obecnie 5,24%. W przypadku budynków biurowych w COB najniższe stopy kapitalizacji są obecnie w Pradze (3,9%) oraz w Warszawie (4,5%) i Budapeszcie (4,9%), natomiast wyższe można nadal uzyskać w Bratysławie i Bukareszcie, gdzie wynoszą odpowiednio 5,75% i 7%.

„Nieruchomości biurowe są nadal najbardziej atrakcyjną klasą aktywów inwestycyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej. Ich udział w wolumenie transakcji inwestycyjnych w pierwszych dziewięciu miesiącach bieżącego roku wzrósł do ponad 60% w porównaniu z 45% w analogicznym okresie roku 2018” – mówi Chris Gillum, dyrektor działu nieruchomości biurowych, zespół doradztwa inwestycyjnego w regionie EMEA, Savills.

„Międzynarodowy kapitał coraz śmielej wkracza na rynki regionu, do czego zachęca względna dostępność atrakcyjnych produktów inwestycyjnych i korzystne wskaźniki gospodarcze. To tłumaczy dobre wyniki sektora, które naszym zdaniem będą nadal przyciągały inwestorów również w roku 2020. Na przykład, w październiku grupa Corporate Finance House Group z Bliskiego Wschodu nabyła spółkę będącą właścicielem biurowca Day Tower w Bukareszcie. Była to pierwsza inwestycja tego inwestora w Rumunii, a w transakcji tej kupującemu doradzała firma Savills” – dodaje Chris Gillum, Savills

Wolumen transakcji najmu w stolicach państw Europy Środkowo-Wschodniej rośnie od pięciu lat w średnim tempie 9% rocznie, co spowodowało spadek średniego wskaźnika pustostanów w Pradze, Budapeszcie, Bukareszcie i Warszawie do 6,8% w porównaniu z 13,8% w roku 2014 oraz o pół punktu procentowego w porównaniu z ubiegłym rokiem. Najmniej powierzchni biurowej dostępnej jest w Pradze, gdzie poziom pustostanów wynosi 4,6%, a w dalszej kolejności w Budapeszcie (5,9%), Bukareszcie (8,0%) i Warszawie (8,2%).

„Według prognoz Oxford Economics, w pierwszej dziesiątce najszybciej rozwijających się miast europejskich w najbliższych pięciu latach znajdą się między innymi Warszawa (2. miejsce w rankingu) i Budapeszt (5. pozycja), a także Praga i Bukareszt – odpowiednio na 6. i 9. miejscu. Miasta te będą odnotowywały roczny wzrost PKB na średnim poziomie 2,6% w porównaniu ze średnią europejską wynoszącą 1,9%” – mówi Eri Mitsostergiou, dyrektor w dziale badań europejskich, Savills.

W 2025 r. Polska może zrównać się z Niemcami w eksporcie opakowań

Opakowania należą do polskich specjalności eksportowych. W ciągu ostatnich 8 lat średnioroczny wzrost zagranicznej sprzedaży branży sięgał 11,2 proc. Jednocześnie, sektor rósł też dzięki eksportowi pośredniemu, czyli wzrostowi wywozu pakowanych towarów. Eksperci Santander Bank Polska i SpotData prognozują, że choć dynamika wzrostu eksportu opakowań w nadchodzących latach spowolni, to i tak powinna pozwolić na zrównanie się w zagranicznej sprzedaży z Niemcami, najprawdopodobniej już w 2025 r.

Na przestrzeni ostatniej dekady Europa Środkowa wraz z Niemcami stała się przemysłowym zapleczem dla całej Unii Europejskiej. Szybki wzrost sektora przemysłowego sprawił, że rósł też popyt na opakowania – zarówno na te sprzedawane bezpośrednio w kanałach eksportowych (eksport bezpośredni), jak i ze strony branż nastawionych na eksport (eksport pośredni). Dzięki temu producenci opakowań z Polski z powodzeniem konkurują nie tylko z producentami z Europy Środkowo-Wschodniej, ale i z Niemcami, wskazują analitycy Santander Bank Polska i SpotData w raporcie „Rewolucja opakowań. Polscy producenci wobec zmian regulacji i preferencji konsumentów”.

Po załamaniu na rynkach finansowych z 2008 r. Niemcy, Austria, Polska, Czechy i Słowacja były jedynymi krajami w Unii Europejskiej, w których zatrudnienie w przemyśle rosło. – Polski sektor opakowań wykazał niską wrażliwość na wstrząsy gospodarcze, a jego przewaga kosztowa, w tym stabilne jednostkowe koszty pracy pozwoliły na sukcesywną ekspansję zarówno w produkcji, jak i w eksporcie. W czasach upadłości licznych europejskich producentów, zagraniczni inwestorzy nie tylko chętnie kupowali polskie opakowania, ale i przenosili produkcję nad Wisłę. Obecnie stanowią ok. 60% firm z branży – wskazuje Kamil Mikołajczyk, dyrektor ds. sektora produkcji przemysłowej w Santander Bank Polska.

Zapakowani w eksport

Dzisiejsza pozycja branży jest efektem nie tylko bardzo dynamicznego wzrostu eksportu w ostatnich latach (średnio o 11,2% r/r w ciągu 8 lat), ale i ekspansji zagranicznej sektorów, które korzystają z opakowań. Eksport pośredni w ciągu ostatnich 8 lat rósł średnio o ok. 7,2% rocznie. – Nasze obliczenia dla kontrybucji eksportu pośredniego oparliśmy na średniej ważonej z realnej dynamiki sprzedaży zagranicznej takich grup produktowych jak: żywność, napoje, lekarstwa, kosmetyki i chemia gospodarcza. W ekonomii takie powiązania nazywamy backward linkages. Producent uczestniczy w wymianie międzynarodowej nie bezpośrednio, ale poprzez dostarczanie towarów pośrednich dla eksportera. W ten sposób wartość dodana wytwarzana przez producentów opakowań na rynek krajowy jest też eksportowana – zaznacza ekspert Ignacy Morawski, dyrektor centrum analitycznego SpotData.

Nowy rozdział

Wg autorów raportu „Rewolucja opakowań. Polscy producenci wobec zmian regulacji i preferencji konsumentów” branża będzie mieć w nadchodzących latach dużo trudniejsze warunki do rozwoju. Producenci będą bowiem musieli zmierzyć się z wieloma trudnościami, takimi jak spowolnienie gospodarcze w strefie euro czy nowe, surowe unijne wymogi względem ekologii i recyklingu.

Z drugiej strony wyzwania w kwestii ekologii rodzą także nowe perspektywy dla branży. – Polityka wspierająca gospodarkę obiegu zamkniętego i wykorzystanie materiałów z recyklingu może obniżyć zależność kraju od zagranicznych dostaw surowców i półproduktów i rozwinąć w Polsce na większą skalę te elementy łańcucha dostaw, które dotychczas opierały się głównie na imporcie. W ten sposób mogą powstawać nowe miejsca pracy i wartość dodana napędzająca wzrost gospodarczy. Będzie to oczywiście proces długookresowy, ponieważ w przypadku wielu rodzajów opakowań nie ma jeszcze wydajnych metod recyklingu, a produkcja niektórych opakowań z materiałów pochodzących z recyklingu jest bardzo problematyczna – tłumaczy Kamil Mikołajczyk.

Eksperci Santander Bank Polska i SpotData spodziewają się, że w najbliższych latach branża opakowań nadal będzie się rozwijać i zwiększać eksport. W swojej prognozie wskazują, że średnioroczna dynamika wzrostu sprzedaży zagranicznej będzie sięgać ok. 6,5 proc. Pozwoli to na dalsze umacnianie pozycji polskiego sektora opakowań na europejskim rynku. Co więcej, w ostatnich 15 latach polski eksport opakowań per capita systematycznie, niemal liniowo zbliżał się bowiem do poziomu Niemiec. Przy prognozowanym wzroście 6-7% w 2025 r. będzie mógł osiągnąć 100 proc. poziomu niemieckiego.

Warsztaty dla branży

Przedstawiciele branży opakowań będą mieli okazję poznać cały raport „Rewolucja opakowań. Polscy producenci opakowań wobec zmian regulacji i preferencji konsumentów” na spotkaniu networkingowym, połączonym z warsztatami, organizowanym przez Santander Bank Polska oraz Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową (AHK Polska) 28 listopada br. w Łodzi. Obecni podczas wydarzenia eksperci przybliżą uczestnikom sytuację na niemieckim rynku pod kątem możliwości zbytu, szans oraz wyzwań, z którymi należy się liczyć w kontekście spowolnienia gospodarki tego kraju. Warsztat będzie stanowił doskonałą okazję do zapoznania się z aktualnymi trendami na rynku opakowań oraz do wzajemnej wymiany doświadczeń.

Udział w spotkaniu jest bezpłatny, zgłoszenie odbywa się za pomocą formularza dostępnego pod linkiem www.ahk.pl/pl/opakowania. Termin nadsyłania zgłoszeń upływa w dniu 19 listopada 2019 r. Liczba miejsc jest ograniczona, a o udziale zadecyduje kolejność nadsyłania zgłoszeń.

Firmy kontrolowane przez miliarderów przynoszą zwroty na poziomie prawie dwukrotnej średniej wyników rynkowych

W ciągu ostatnich 15 lat do końca 2018 r. spółki kontrolowane przez miliarderów notowane na giełdzie przyniosły zwrot na poziomie 17,8%, w porównaniu z 9,1% wygenerowanymi przez MSCI AC World Index.

Jest to jeden z wniosków z corocznego raportu UBS i PwC Billionaires Insights, tj. The Billionaire Effect. Raport pokazuje, że majątek światowych miliarderów zmalał o 388 mld USD na koniec 2018 roku, po pięciu latach wzrostu.

W Polsce na koniec 2018 r. było siedmiu miliarderów, o jeden więcej niż w poprzednim roku. Jednak ich całkowity majątek nieznacznie spadło z 13,8 mld USD w 2017 r. do 13,2 mld w 2018 r.

Miliarderzy z Azji doświadczyli korekty po pięciu latach znacznego wzrostu, podczas którego ich bogactwo zostało pomnożone prawie czterokrotnie. Z kolei w obu Amerykach w tym roku nastąpił niewielki wzrost poziomu zamożności, głównie wśród gigantów technologicznych. Pomimo ubiegłorocznego spowolnienia wzrostu, wartość majątku miliarderów jest o ponad jedną trzecią wyższa (34,5%) niż pięć lat wcześniej, co stanowi wzrost o 2,2 bln USD.

Globalnie, silny rynek dolara i niestabilne rynki akcji przyczyniły się do skurczenia wartości majątku miliarderów do 8,5 bln USD po pięciu latach wzrostu.

Miliarderzy z branży technologicznej mieli szansę zaobserwować, że poziom ich zamożności wzrósł bardziej niż w jakimkolwiek innym sektorze w ubiegłym roku, jako rezultat stymulacji istniejących już firm i nowych graczy rynkowych.

W ciągu ostatnich pięciu lat liczba kobiet miliarderów wzrosła o 46%.

Josef Stadler, szef działu Ultra High Net Worth w UBS Global Wealth Management, tak skomentował nowy raport: „Boom miliarderów, który miał miejsce w ciągu ostatnich pięciu lat, teraz został poddany naturalnej korekcie. Warunki do skurczenia się portfeli miliarderów stworzył silniejszy dolar w połączeniu z większą niepewnością na rynkach akcji w trudnych warunkach geopolitycznych.”

„Niemniej jednak jasne jest, że miliarderzy nadal funkcjonują z sukcesem. Miliarderzy tworzą i kierują przedsiębiorstwami, które na rynkach akcji konsekwentnie przewyższają średnie wyniki. Pomysłowość biznesowa przełożyła się również na podejmowane działania filantropijne; obecnie miliarderzy poszukują nowych sposobów na wprowadzenie daleko idących zmian środowiskowych i społecznych. „Efekt miliardera” żyje i ma się dobrze na całym świecie – i wykazuje niewielkie oznaki spowolnienia.”

Ali Janoudi, dyrektor ds. Europy Środkowej i Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki w UBS Global Wealth Management, powiedział: „Badanie pokazuje, że ponad dwie trzecie miliarderów na rynkach wschodzących w Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a także w bardziej rozwiniętych krajach takich jak Polska i Cypr są samowystarczalne, co jest zachęcające, ponieważ podkreśla to, jak wiele możliwości ekonomicznych i przedsiębiorczych możemy znaleźć w tych regionach”.

Nowy raport pokazuje, że firmy kontrolowane przez miliarderów osiągnęły prawie dwukrotność średnich wyników rynkowych w ciągu ostatnich 15 lat.

Pełny raport pod linkiem: https://www.ubs.com/global/en/wealth-management/uhnw/billionaires-report.html

Tajemnica skarbowa – zakres i możliwe konsekwencje karne

Zgodnie z art. 293 Ordynacji podatkowej wszelkie indywidualne dane, które zostały zawarte w deklaracji podatkowej oraz innych dokumentach składanych przez podatników, płatników albo inkasentów, objęte są tajemnicą skarbową. Czym właściwie jest ta instytucja oraz jakie zasady jej dotyczą?

Zakres przedmiotowy tajemnicy skarbowej

Tak naprawdę ustawodawca w Ordynacji podatkowej nie sformułował żadnej formalnej definicji tej instytucji. Za to szczegółowo określił jej zakres – zarówno podmiotowy, jak i przedmiotowy. Zakres przedmiotowy związany jest przede wszystkim z powszechnością obowiązku podatkowego. W ustawie wskazano nie tylko ogólną regułę, zgodnie z którą tajemnica skarbowa dotyczy informacji z deklaracji podatkowych i innych dokumentów składanych w urzędach skarbowych. Określono tam również szczegółowy katalog obejmujący informacje podatkowe przekazywane organom podatkowym przez podmioty inne niż te wskazane w ogólnej regule, dane zawarte w aktach dokumentujących czynności sprawdzające, w aktach postępowania podatkowego, kontroli podatkowej, kontroli celno-skarbowej oraz aktach postępowania w sprawach o przestępstwa skarbowe lub wykroczenia skarbowe, dane z dokumentacji rachunkowej organu podatkowego, informacje uzyskane przez organy Krajowej Administracji Skarbowej z banków oraz innych źródeł niż dotychczas wymienione, informacje uzyskane w toku postępowania w sprawie zawarcia porozumień w sprawach ustalenia cen transferowych, dane z akt dokumentujących kontrolę związaną z nadpłatą podatku, informacje o wynikach analizy ryzyka, informacje i dokumenty dotyczące schematów podatkowych, a także dane z akt postępowania w sprawie wydania opinii zabezpieczającej.

Kiedy nie stosuje się przepisów o tajemnicy skarbowej?

Przepisów dotyczących tajemnicy skarbowej nie stosuje się natomiast do udostępnienia pewnych informacji kontrahentowi podatnika prowadzącego działalność gospodarczą. Dane te obejmują w szczególności: kwestię niezłożenia lub złożenia przez podatnika deklaracji lub innego dokumentu, do których złożenia był obowiązany na podstawie przepisów ustaw podatkowych, zagadnienie nieujęcia lub ujęcia przez podatnika w złożonej deklaracji lub złożonym innym dokumencie zdarzeń, do których ujęcia był obowiązany na podstawie przepisów ustaw podatkowych, a także informacje o zaleganiu lub niezaleganiu przez podatnika w podatkach wynikających z deklaracji lub innego dokumentu, które to są składane na podstawie przepisów ustaw podatkowych.

Zakres podmiotowy tajemnicy skarbowej

Ordynacja podatkowa wskazała też na katalog osób, które zostały zobowiązane do przestrzegania tajemnicy skarbowej. W ramach tej grupy należy wymienić przede wszystkim pracowników izb administracji skarbowej, funkcjonariuszy, pracowników Krajowej Informacji Skarbowej, wójta, burmistrza (prezydenta miasta), starostę, marszałka województwa oraz pracowników urzędów ich obsługujących, członków samorządowych kolegiów odwoławczych, a także pracowników biur tych kolegiów, ministra właściwego do spraw finansów publicznych oraz pracowników Ministerstwa Finansów, Szefa Krajowej Administracji Skarbowej, osoby odbywające staż, praktykę zawodową lub studencką w urzędzie obsługującym ministra właściwego do spraw finansów publicznych lub w innych organach podatkowych, przedstawicieli obcej władzy przebywających w siedzibach organów podatkowych, obecnych w toku postępowania podatkowego lub obecnych w toku czynności kontrolnych w związku z wymianą informacji, a także członków Rady. Obowiązek zachowania tajemnicy skarbowej dotyczy zatem wszystkich osób, które w jakikolwiek sposób miały styczność z dokumentacją podatkową, także tych, którym udostępniono określone dane.

Obowiązki podmiotów objętych tajemnicą skarbową

Co istotne, w kontekście zachowania tajemnicy skarbowej wszystkie osoby, na których spoczywa taki obowiązek, muszą złożyć przyrzeczenie na piśmie. W Ordynacji podatkowej wskazano jego szczegółową treść: „Przyrzekam, że będę przestrzegał tajemnicy skarbowej. Oświadczam, że są mi znane przepisy o odpowiedzialności karnej za ujawnienie tajemnicy skarbowej”. Dodatkowo zachowanie tajemnicy skarbowej obowiązuje także po ustaniu zatrudnienia, zakończeniu stażu lub praktyki oraz rozwiązaniu innego stosunku łączącego dany podmiot z administracją.

Reguły przestrzegania tajemnicy skarbowej i możliwe konsekwencje karne

Podniosłość zagadnienia tajemnicy skarbowej wyraża się również w specyficznym sposobie przechowywania dokumentów podatkowych. Wszelkie akta sprawy zawierające informacje pochodzące z banków lub spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych oraz z innych instytucji finansowych, określone w ustawie o wymianie informacji podatkowych z innymi państwami, uzyskane z obcych państw, a także uzyskane w postępowaniu w sprawie zawarcia porozumień w sprawach ustalenia cen transferowych, należy przechowywać w pomieszczeniach, które zostały zabezpieczone zgodnie z regułami przyjętymi w odniesieniu do ochrony informacji niejawnych. Co również warte podkreślenia, wszelkie naruszenie tajemnicy skarbowej związane jest z odpowiedzialnością karną. Jak wskazano bowiem w art. 306 § 1 Ordynacji podatkowej: „kto, będąc obowiązanym do zachowania tajemnicy skarbowej, ujawnia informacje objęte tą tajemnicą, podlega karze pozbawienia wolności do lat 5”. Z kolei w myśl § 2 tego artykułu: „kto, będąc obowiązanym do zachowania tajemnicy skarbowej, ujawnia informacje określone w art. 182, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 5”. Te informacje wskazane w art. 182 Ordynacji podatkowej związane są z informacjami z banków. Ewentualne złagodzenie kary może wynikać jedynie z nieumyślności czynu.

Tajemnica skarbowa a prawo ochrony prywatności

Tajemnica skarbowa stanowi niezwykle ważną instytucję zawartą w przepisach prawa podatkowego. To nie tylko wyraz konstytucyjnego prawa do ochrony prywatności, ale również mechanizm chroniący szeroko rozumiany interes gospodarczy podatnika. W ramach tajemnicy skarbowej należy dokonać drobnego rozróżnienia – zwykłych informacji skarbowych, a także tych pochodzących z instytucji finansowych. Należy bowiem zauważyć, że te drugie objęte są nawet szerszą ochroną wynikającą z obecnej w prawie bankowym tajemnicy bankowej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Usługi dodane w banku to już standard

Bilety do kina, serwis rezerwacyjny, opłata za parking, programy lojalnościowe sieci handlowych czy ubezpieczenie turystyczne. Wszystkie te usługi mogą, a nawet powinny dziś udostępniać banki swoim klientom w aplikacji mobilnej, jako tzw. VAS (Value Added Services). Zmieniające się przepisy, połączone z presją konkurencji ze strony fintechów i światowych gigantów technologicznych, skłaniają banki do ostrej walki o lojalność klienta. Jak wskazuje Marzena Sokołowska z ITMAGINATION, niefinansowe usługi dodane dostępne w banku są dziś niezbędne dla budowania przewagi rynkowej. Te banki, które chcą utrzymać i rozwijać swoją pozycję, muszą być jednocześnie tradycyjne, inteligentne i angażujące.

Już dziś w ofercie niemal każdego banku w Polsce można znaleźć tzw. VAS’y (Value Added Services). Są to niefinansowe usługi, świadczone przez banki najczęściej poprzez kanały cyfrowe. Nie służą one zwiększeniu sprzedaży poprzez cross-sell czy up-sell. Ich celem jest utrzymanie klientów i zwiększenie ich lojalności. W praktyce dzięki nim w jednej aplikacji bankowej, klient ma dostęp do całego wachlarza usług. Przykładowo, może dokonać zakupu biletów do kina, otrzymać oferty na specjalne okazje w galeriach handlowych, zarezerwować lot, hotel lub wynająć samochód.

– Rozwój kanałów cyfrowych sprawił, że banki zaczęły udostępniać klientom coraz więcej usług dodatkowych powiązanych z podstawowymi produktami finansowymi. Są nimi m.in. platformy do zarządzania wydatkami (PFM, Personal Funding Management) czy skarbonki do automatycznego oszczędzania. W erze PSD2 i otwartej bankowości oraz wzmożonej konkurencji ze strony fintechów i gigantów technologicznych GAFAA (Google, Amazon, Facebook, Alibaba, Apple), banki próbują na nowo podbić świat klienta – mówi Marzena Sokołowska, Banking Services Product Manager w ITMAGINATION.

Bank przyszłosci, czyli jutra

Według badania Deloitte o usługach VAS w bankach, ponad połowę Polaków korzystających ze smartfonów irytuje konieczność instalacji wielu aplikacji mobilnych. Użytkownicy smartfonów ograniczają się do korzystania średnio z 10 aplikacji. Oznacza to, że trzeba dostarczyć prawdziwą wartość dodaną, aby znaleźć się w tym gronie. Zdaniem Marzeny Sokołowskiej, bank przyszłości to taki, który jest jednocześnie tradycyjny, inteligentny i angażujący. Tradycyjny oznacza spełnienie swojej podstawowej funkcji – dostarczenie bezpiecznych i wiarygodnych produktów finansowych. Inteligentny to analiza i przewidywanie potrzeb klienta oraz błyskawiczne dopasowanie do nich oferty indywidualnej, „tu i teraz”. Angażujący bank to taki, który poza standardowymi usługami i produktami bankowymi, oferuje dodatkowe możliwości i dba o user experience.

– Finansowanie to już tylko narzędzie do spełnienia potrzeby klienta banku. Fundamentem usług VAS jest „uczący się” mechanizm przewidywania tych potrzeb. Spersonalizowana oferta połączona z geolokalizacją jest kluczem do sukcesu. Jeśli każdy posiadacz aplikacji będzie otrzymywał nie tylko atrakcyjne i będące tuż za rogiem, ale też dobrze dopasowane do swoich potrzeb propozycje, chętnie z nich skorzysta. Dobrym przykładem innowacyjnych usług VAS jest niedawno zapowiedziana przez grupę SGB usługa zarządzania subskrypcjami. W aplikacji mobilnej banku, klient będzie mógł włączać i wyłączać płatności za usługi takich dostawców, jak Netflix czy Spotify – wyjaśnia Marzena Sokołowska z ITMAGINATION.

VASy do dyspozycji polaków

Najstarszą usługą VAS w sektorze bankowym są ubezpieczenia. Użytkownicy większości aplikacji bankowych mogą wykupić ubezpieczenie turystyczne, majątkowe oraz polisy AC/OC. Banki stały się również bramą, przez którą klienci wchodzą do e-urzędu. Za pośrednictwem aplikacji banku można już przejść do platformy ePUAP, zarejestrować wniosek o świadczenie 500+, a nawet założyć firmę. Ponadto, takie banki, jak PKO BP, Alior Bank, Idea Bank, ING czy mBank, udostępniły dla przedsiębiorców platformy do fakturowania i analizy poziomu bieżącej sprzedaży i kosztów oraz prognozowania wydatków, a więc dbają o płynność finansową klienta.

Ekspertka ITMAGINATION zwraca uwagę, że coraz więcej banków aktywnie walczy z konkurencją, w postaci fintechów, poprzez udostępnianie, bezpośrednio w swojej aplikacji, e-kantorów. Klient może w kilku kliknięciach wymienić walutę po atrakcyjnym kursie, kiedy tylko ma taką potrzebę. Z kolei miłośnicy „łapania okazji” mają do dyspozycji np. aplikację mobilną Goodie (należącą do Banku Millennium). Udostępnia ona nie tylko elektroniczne wersje gazetek wszystkich najpopularniejszych sklepów, ale także oferty poszczególnych centrów handlowych z możliwością założenia wirtualnej karty rabatowej ulubionej galerii handlowej.

Wzory z zagranicy

Niekwestionowanym liderem w dostarczaniu usług dodanych za granicą jest brytyjski Monzo. Ten mobilny bank pomaga klientom m.in. w zmianie dostawcy prądu, telewizji kablowej czy usług komórkowych na najtańszego na rynku, pełniąc rolę pośrednika, bez konieczności przedłożenia dodatkowych dokumentów papierowych. Wspiera także klienta w wyborze ubezpieczyciela mieszkania czy kredytodawcy hipotecznego. Starling Bank, również z UK, wprowadził, podobną do Goodie Millennium, usługę umożliwiającą użytkownikom połączenie swojego konta bankowego z portfelem Yoyo. Płacąc kartą Starling Banku w sklepie należącym do sieci lojalnościowej Yoyo, klient zbiera punkty lojalnościowe bez konieczności uruchamiania aplikacji podczas zakupu.

Z kolei węgierski OTP Bank stworzył aplikację mobilną Simple, która łączy w sobie nawet 40 rodzajów usług VAS. Za pomocą Simple użytkownicy mogą zapłacić za parking, kupić bilet na autobus, do kina, teatru, a także na inne wydarzenia. Aplikacja umożliwia również zamówienie taksówki i jedzenia, płacenie przez QR kody czy zakup ubezpieczenia turystycznego. Ze standardowej bankowości mobilnej OTP korzysta 400 tys. osób, a nowa paltforma Simple obsługuje już nawet 700 tys. użytkowników.

W Skandynawii banki poszły nawet o krok dalej. Danske Bank, DNB i Nordea udostępniają w aplikacjach doradztwo i pomoc w przeprocesowaniu spraw urzędowych, w rozwoju kariery, sprzedaży nieruchomości, a nawet prowadzą serwisy z ogłoszeniami sprzedaży nieruchomości.

Globalne wdrożenia 5G – reszta świata goni Amerykę

Branża telekomunikacyjna spodziewa się pierwszych komercyjnych zastosowań sieci 5G w latach 2020-2021 – wynika z raportu „Operatorzy dzielą się nadziejami i obawami branży: od kosztów energii po transformację związaną z przetwarzaniem brzegowym”, przygotowanego przez 451 Research oraz firmę Vertiv. Na pełne wdrożenie nowej technologii potrzeba będzie jednak kilku lat. W tym aspekcie Ameryka Północna będzie nadawać tempo, a Europa i reszta świata – nadrabiać zaległości.

Wprowadzanie rozwiązań 5G w Ameryce Płn. napędzane jest przez tzw. „wielką czwórkę” telekomów: AT&T, Verizon, Sprint oraz T-Mobile. Głównie dzięki ich działaniom region będzie miał największy odsetek wczesnych wdrożeń 5G na świecie. Natomiast prawie połowa północnoamerykańskich firm telekomunikacyjnych przewiduje, że całkowite wdrożenie nowego standardu sieci będzie miało tam miejsce już w latach 2025-2027.

Respondenci z pozostałych regionów (z wyłączeniem Afryki i Bliskiego Wschodu) nie spodziewają się tego przed 2028 rokiem – wskazuje tak trzy czwarte (78%) z nich.

Wdrożenia sieci 5G w Ameryce charakteryzują się stałym systematycznym wzrostem – zwraca uwagę Piotr Wójcik, Dyrektor Działu Sprzedaży ds. Kluczowych Klientów z firmy Vertiv Poland. – Pozostałe regiony, w tym Europa, będą musiały dokonywać ogromnych skoków, aby w krótkim czasie osiągnąć postęp: od niewielkiego, do powszechnego zasięgu.

Przedstawiciele branży telco z Ameryki martwią się o efektywność energetyczną, mniej o bezpieczeństwo

Prawie połowa uczestników badania z całego świata (49%) wskazała efektywność energetyczną jako czynnik najważniejszy dla osiągnięcia celów operacyjnych i rentowności związanej z wdrożeniami 5G. W tym temacie widać odmienne podejście firm telekomunikacyjnych z Ameryki Północnej i Europy: efektywność energetyczną uważa za najważniejszy czynnik 68% operatorów zza oceanu oraz 33% europejskich.

Amerykanie w porównaniu z ankietowanymi z pozostałych regionów wykazali natomiast najmniejsze obawy związane z zarządzaniem bezpieczeństwem. Nie wyrazili zainteresowania przeprowadzaniem testów bezpieczeństwa sieci. Globalnie 52% respondentów stwierdziło, że jest to poważny problem, ale zgodziło się z tym tylko 26% dostawców usług telekomunikacyjnych z Ameryki Północnej.

Modernizacja sieci największym wyzwaniem

Największe wyzwania związane z wdrożeniem infrastruktury 5G są tak samo widziane po obu stronach Atlantyku. Operatorzy byli zgodni, że modernizacji sieci jest konieczna w celu zapewnienia jej odporności, koniecznej do świadczenia zaawansowanych usług komercyjnych. Zmiany powinny nastąpić głównie w infrastrukturze dostępowej oraz warstwie agregacji łączy. Najwyższy odsetek takich odpowiedzi padł wśród europejskich telekomów (83%).

Z kolei największą różnicę między Ameryką a starym kontynentem widać było w podejściu wobec dodania pasma dosyłowego lub nowych łączy do stacji bazowych 5G. Jako wyzwanie wskazało to 68% operatorów zza oceanu i tylko 17% (najmniejszy odsetek spośród wszystkich regionów) z Europy.

Co czeka polską produkcję?

W 1. kwartale tego roku przeprowadziliśmy badanie, które było analizą tego, jak polska produkcja podchodzi do nowoczesnych technologii: z jakimi problemami i wyzwaniami ma do czynienia i do czego potrzebuje narzędzi informatycznych. Stanowiło ono jednocześnie ocenę sytuacji ekonomicznej oraz koniunktury gospodarczej w branży. Kiedy je przeprowadzaliśmy, nastroje w sektorze były pozytywne, ale zaczynały już pojawiać się głosy o nadchodzącym spowolnieniu gospodarczym. Teraz tych zaniepokojonych głosów jest coraz więcej, przy czym dużo miejsca poświęca się temu jak sytuacja zmienia się u naszych zachodnich sąsiadów – głównych odbiorców eksportu przemysłu produkcyjnego. Czy powinniśmy zatem bić na alarm? I jeśli tak, to jakie kroki postulować?

Mikołaj Garbarek, Dyrektor Działu Wdrożeń PSI Polska Sp. z o.o.
Mikołaj Garbarek, Dyrektor Działu Wdrożeń PSI Polska Sp. z o.o.

Jak wynika z naszego badania, niemal 60 proc. przychodów polskiej produkcji to eksport, a w krajach Europy Zachodniej sprzedaje 90 proc. wytwórców. Największą gospodarką Europy są Niemcy i to o recesji w tym kraju mówi się coraz więcej. Bliskie relacje ekonomiczne z naszym zachodnim sąsiadem mogą być dla gospodarki zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Z jednej strony potężny rynek zbytu jaki stanowią Niemcy generuje znaczną część popytu dla naszego przemysłu. Z drugiej zaś – tak silne uzależnienie od jednego partnera handlowego może pociągnąć nas w dół w przypadku jego potknięcia, a z takimi możemy mieć obecnie do czynienia. Dlatego ekonomiści z niepokojem przyjmują zapowiedzi spowolnienia wzrostu niemieckiego PKB, upatrując w nim zagrożenie dla lokalnego biznesu. Jednak jak wynika z naszego badania, producenci z Polski, ogólnie deklarujący duży udział eksportu w ogólnej sprzedaży, zdecydowanie optymistycznie patrzyli w przyszłość, nie przejmując się wizją dekoniunktury. Ponad połowa (52 proc.) badanych firm produkcyjnych w Polsce liczyła na to, że zamknie mijający rok z bilansem lepszym niż w poprzedni. Jednocześnie to samo badanie wyraźnie pokazało, że przedsiębiorcy są świadomi znaczenia eksportu, zwłaszcza do Niemiec, w ich działalności. 59 proc. przychodu było efektem sprzedaży zagranicznej, w przytłaczającej większości w kierunku zachodnim. Czy mamy zatem przykład krótkowzroczności lokalnych producentów, czy może za takimi ocenami stoi coś więcej?

Jeśli przyjrzeć się danym historycznym, to recesja na Zachodzie niekoniecznie musi oznaczać kłopoty dla polskiego przemysłu. W przeszłości lokalne firmy nie tylko potrafiły sobie poradzić z kłopotami swoich zachodnich klientów, ale także skorzystać na nich. Przykładowo: w latach 2001-2004 niemiecka gospodarka poważnie wyhamowała, a średni wzrost PKB w tym okresie wyniósł jedynie 1,3 proc. W międzyczasie średni wzrost produkcji przemysłowej w Polsce rok do roku wyniósł 5,7 proc. Pokazuje to, że nasze firmy potrafiły dostosować się do okresu dekoniunktury i nadal zwiększać produkcję. W przypadku kryzysu w latach 2007-2009 niestety nie udało się polskim przedsiębiorcom utrzymać dodatniego bilansu. Recesja, która w kluczowym punkcie osiągnęła blisko 6 proc., odcisnęła poważne piętno na polskiej gospodarce. Jednak jeśli spojrzeć na efekt w perspektywie dłuższej, to zauważymy, że tylko w roku 2009 produkcja skurczyła się o 4 proc., by w latach następnych utrzymać tendencję wzrostową. Ostatecznie skumulowany wzrost od momentu kryzysu spowodował zwiększenie wskaźników produkcji do ponad 140 proc. względem krytycznego roku 2009.

Jest kilka hipotez, które mogą tłumaczyć odporność lokalnego przemysłu na wahania koniunktury. Opublikowany w październiku br. Raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Nowe oblicze handlu Polski z Niemcami” dowodzi, że traktowanie polsko-niemieckiej wymiany handlowej w oderwaniu od globalnej gospodarki ukazuje nam tylko częściową prawdę o jej mechanizmach. Autorzy raportu wskazują, że produkty wytwarzane w Polsce są częścią szerszych łańcuchów wartości, dlatego spadek popytu w Niemczech może być łagodzony poprzez jego wzrost w innych krajach. Tym samym inne kraje korzystają na polskiej wartości dodanej nie prowadząc z nią bezpośrednich interesów.

Kolejną poduszką bezpieczeństwa dla naszego lokalnego przemysłu może być wielkość rodzimego rynku. Ekspozycja Polski na handel międzynarodowy szacowana jest na ponad 50 proc. To dużo, jeśli jednak spojrzeć na inne gospodarki regionu, jak Czechy czy Słowacja, wartość ta może osiągać nawet 90 proc. Polscy producenci mogą w razie gospodarczych kłopotów Niemiec liczyć na naszych lokalnych klientów, a niemieccy producenci na polskich konsumentów. Nasza gospodarka, mimo że znacznie mniejsza od niemieckiej, jest na tyle rozwinięta, by stabilizować cały system, gdzie nasi południowi sąsiedzi nie posiadają takiej zdolności.

Wreszcie nie bez znaczenia pozostaje fakt, że to co może być problemem dla zachodnich gospodarek, lokalne firmy mogą uznawać za szansę. W dobie dekoniunktury zachodni przedsiębiorcy mogą szukać redukcji kosztów, między innymi poprzez zmianę poddostawców na tych oferujących tańszy produkt. To szansa dla producentów z Polski, dysponujących technologiami niejednokrotnie pozwalającymi zaoferować produkty wysokiej jakości, ale konkurencyjne cenowo dzięki niższym kosztom pracy. W efekcie konkurencyjność polskiego przemysłu może rosnąć w dobie dekoniunktury na zachodzie.

Jednak przy wszystkich analizach ekonomiczno-historycznych i próbach przewidywań tego, w którym kierunku zmierza gospodarka firmy powinny pamiętać jedną maksymę: „kto nie idzie do przodu, ten się cofa”. Konkurencja na rynku, opisywane wyżej wahnięcia koniunktury, rewolucja przemysłowa, cyfryzacja społeczeństwa i rosnące oczekiwania klientów – te wszystkie czynniki mają wpływ na sektor produkcyjny.Produkcja musi zmieniać sposób działania, dostosowywać go do realiów rynku, również do sytuacji na rynku pracy. Konkretne rozwiązania przynoszą ze sobą nowe technologie, w szczególności rozwiązania z zakresu Przemysłu 4.0. To one pozwalają produkować szybciej, oszczędniej, adekwatnie do zapotrzebowania i wydajniej. Bez nich firmy nie mogą optymalizować działalności biznesowej. Spójrzmy na to w ten sposób: jeśli załamanie gospodarcze nadejdzie, to firmy, które zainwestowały w rozwiązania umożliwiające lepsze planowanie i zarządzanie całą produkcją, zapasami, personelem, etc. będą miały przewagę nad tymi, które tego nie uczyniły – będą szybciej adaptować się do nowych warunków. Jeśli czarne scenariusze się nie sprawdzą, to i tak skorzystają na wdrożeniach, bo wzrośnie ich konkurencyjność. Polski przemysł produkcyjny ma zatem do wyboru dwie drogi: pierwsza to mniej lub bardziej bierne oczekiwanie na to, co przyniesie przyszłość, druga – mądre inwestycje i przygotowanie się już teraz na różne scenariusze. Mam nadzieję, co zdają się potwierdzać wyniki naszego badania, że polska produkcja wybierze tę drugą opcję.

Zwyczaje zakupowe Polaków. Jak Polacy kupują?

W ciągu ostatnich dwóch lat, statystyczny polski konsument diametralnie zmienił motywacje dotyczące swoich decyzji zakupowych. Kiedyś głównym „wabikiem” przyciągającym Polaków do sklepów były promocje. Dziś konsumenci podchodzą do nich bardziej ostrożnie, co widać w wynikach najnowszych badań. W siłę rośnie grupa tzw. konsumentów pasywnych, dla których okazyjna cena danego produktu to za mało, aby zdecydować się na jego zakup.

Zmiana biegunów

Rok 2019 przyniósł znaczące roszady na arenie polskich konsumentów. W ciągu zaledwie dwóch lat zmieniło się… niemal wszystko. Jak wynika z badania Monitor Promocji 2019 ARC Rynek i Opinia najsilniejsza dotychczas grupa konsumentów a więc tzw. Łowcy Promocji spadła w rankingu aż o dwa oczka. Klienci kupujący głównie pod wpływem impulsu, podatni na różnorodne okazje, loterie, konkursy jeszcze w 2017 roku stanowili aż 31%[1] wszystkich konsumentów. Dziś grupa ta zmniejszyła się o 8 % i tym samym spadła na trzecie miejsce w rankingu. Ich pozycję zajęli konsumenci Pasywni (28%), charakteryzujący się poświęcaniem czasu na porównywanie cen, ofert i promocji. Co ciekawe, dwa lata wcześniej stanowili oni grupę najmniejszą (16%)! W środku stawki znaleźli się jeszcze Minimaliści (22%), sięgający po swoje ulubione marki niezależnie od tego, czy są w obniżonej cenie oraz konsumenci Racjonalni (27%). Ci drudzy, chociaż zainteresowani ofertami promocyjnymi, starają się wybierać te, w których można kupić więcej produktów za mniej i chętnie poświęcają czas na porównywanie ofert w różnych miejscach.

– Polacy w gąszczu różnorodnych promocji, trafiających do nich z wielu różnych stron, stają się na nie coraz mniej wrażliwi. Podczas gdy jeszcze dwa lata temu roku tzw. łowcy promocji stanowili największą grupę konsumentów, rok 2019 przyniósł spore zmiany. Dotychczasowi liderzy zostali zdeklasowani, nie tylko przez klientów racjonalnych, porównujących ceny i posiadających swoje ulubione marki, ale także tych pasywnych. Nie oznacza to oczywiście, że czas rabatów przeminął. Przed nami, jako producentami staje wyzwanie tworzenia coraz lepszych ofert oraz wykorzystywanie do ich prezentowania nowych kanałów dystrybucji – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Dobrze zbudowana oferta

Badania wyraźnie pokazują, że w porównaniu z poprzednimi latami, zauważalny jest kilkuprocentowy spadek korzystania z praktycznie wszystkich rodzajów promocji. Mowa zarówno o tych dotyczących obniżki cen lub usług, oferujących większą liczbę produktów lub usług za te samą cenę jak i tych polegających na dołączaniu próbek do innych produktów. Widać więc, że polskie społeczeństwo staje się coraz bardziej świadome, dlatego wprowadzenie nowych form promocji i tworzenie oferty odpowiadającej na potrzeby konsumentów wydaje się więc koniecznością.

[1] https://arc.com.pl/Minimalisci-czy-lowcy-promocji-jak-kupuja-Polacy-blog-pol-1572945964.html

Fiskus mocno sięgnie do kieszeni e-palaczy. Ceny liquidów wzrosną nawet o 150%

Niewiele ponad pół roku pozostało do opodatkowania akcyzą płynu do papierosów elektronicznych i wyrobów nowatorskich. Nowe regulacje obejmą również liquidy, które nie zawierają nikotyny. Branża podkreśla, że nie ma unijnej dyrektywy, która nakazywałaby taki ruch. I dodaje, że ustalone stawki są stanowczo za wysokie. W efekcie ceny mogą być o 150% wyższe od obecnych. Z kolei Ministerstwo Finansów zakłada wpływy w wysokości 75 mln zł w pierwszym roku i w kolejnych latach obowiązywania przepisów. Jednak liczne przykłady z innych krajów pokazują, że wprowadzenie akcyzy może oznaczać m.in. wzrost szarej strefy i bankructwo wielu przedsiębiorców. 

Podatek (nie)uzasadniony

Od 1 lipca 2020 roku stawka akcyzy na płyn do papierosów elektronicznych ma wynosić 0,5 zł za mililitr. Z kolei dla wyrobów nowatorskich będzie na poziomie 141,29 zł za kilogram i 31,41% średniej ważonej detalicznej ceny sprzedaży tytoniu do palenia. Regulacje te miały wejść w życie od początku tego roku, ale wydłużono okres obowiązywania zerowej stawki. Zrobiono to, aby przedsiębiorcy mogli m.in. przygotować się do oznaczania towarów znakami akcyzy.

– Polityka akcyzowa była i jest związana z wyrobami tytoniowymi oraz alkoholowymi. Jesteśmy jednak zaskoczeni tym, że dotknęło to również naszą branżę. W większości państw UE takie przepisy nie funkcjonują i nie ma wspólnej dyrektywy unijnej, która nakazywałaby wprowadzanie tego podatku. Nie rozumiemy również, dlaczego nasz regulator, nowelizując ustawę, nałożył podatek także na liquidy, które przecież nie zawierają nikotyny – komentuje Justyna Lipowicz, prezes LIPRO e-Liquid Production.

Z kolei Estera Józefowicz z British American Tobacco Polska podkreśla, że płyny do e-papierosów nie zawierają tytoniu, a niektóre również nikotyny. Dlatego akcyza na te produkty nie jest uzasadniona. I dodaje, że wprowadzenie tego podatku to duże zagrożenie dla legalnego rynku i dla działających na nim przedsiębiorców. Ruch ten może doprowadzić do przesunięcia znacznej części konsumpcji do tzw. szarej strefy.

– Akcyza jest potrzebna i jesteśmy za jej wprowadzeniem. Dzięki niej na rynku zostaną tylko płyny przebadane i produkowane w odpowiednich warunkach. Jednak stawka, którą proponuje Ministerstwo Finansów, jest absurdalnie wysoka i może zniszczyć branżę – mówi Wojciech Sobaszkiewicz, prezes Vape Club Poland.

Wzrost cen

W projekcie ustawy przekazanym do konsultacji publicznych akcyza wynosiła 70 gr za ml, co podkreśla Paweł Jurek, rzecznik prasowy Ministra Finansów. I dodaje, że w tej kwestii nadesłano do resortu zgłoszenia lobbingowe, które opublikowano na stronie Rządowego Centrum Legislacji. Na skutek licznych uwag podmiotów, stawkę określono na 50 gr/ml. Taka też pojawiła się w projekcie ustawy przyjętym przez Radę Ministrów i przekazanym do Sejmu.

– Opłaty proponowane przez ustawodawcę nie są niskie i znacząco wpłyną na cenę produktu na półce sklepowej. Może się okazać, że łatwiej i taniej będzie kupić produkty w innych krajach europejskich, w większości których akcyza nie obowiązuje – informuje Justyna Lipowicz.

Natomiast Wojciech Sobaszkiewicz przekonuje, że jeśli zacznie obowiązywać akcyza na poziomie 50 gr/ml, to cena płynów będzie dwukrotnie wyższa niż obecnie. Ponadto sprzedaż e-papierosów i płynów diametralnie spadnie. Estera Józefowicz również zaznacza, że zapisana obecnie w ustawie stawka jest bardzo wysoka i może spowodować wzrost cen nawet do 150%. To może się okazać bardzo trudne do zaakceptowania dla polskiego konsumenta.

– Branża proponuje 10 gr za ml płynu z nikotyną oraz 5 gr za ml płynu bez nikotyny. Jeżeli resort nie obniży akcyzy, to zapewne znajdą się podmioty, które będą próbowały obejść przepisy – podkreśla prezes Vape Club Poland.

Zyski i szara strefa

Zgodnie z Oceną Skutków Regulacji (OSR), zakładane były wpływy rzędu 75 mln zł w pierwszym roku i kolejnych latach obowiązywania przepisów. Do wyliczeń przyjęto przybliżoną roczną sprzedaż płynu do papierosów elektronicznych na poziomie ok. 150 tys. litrów. Wielkość ta została oszacowana na podstawie danych z Raportu Fundacji Republikańskiej. W nim roczny wolumen płynów był szacowany na 300 tys. litrów.

– W Ocenie Skutków Regulacji, uwzględniono 50% wielkości podanej w raporcie. Stało się tak ze względu na wymogi wprowadzone regulacją o zmianie ustawy z dnia 16 lipca 2016 r. o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych. Ponadto nie było miarodajnych danych co do ostatecznego kształtu rynku po transformacji spowodowanej ww. ustawą – stwierdza Paweł Jurek.

Dla potrzeb OSR, przyjęto, że kwota dochodu z tytułu akcyzy od wyrobów nowatorskich będzie marginalna. Te ostatnie pojawiły się na polskim rynku na początku kwietnia 2017 roku, natomiast projekt był procedowany w drugiej połowie tego samego roku. Rynek wyrobów nowatorskich dopiero się zaczynał kształtować w naszym kraju i brakowało jakichkolwiek danych co do jego rozmiaru.

– Jak pokazują wcześniejsze doświadczenia związane z papierosami i alkoholem, zmiany cen powodowały powstanie szarej strefy i pojawianie się na rynku produktów o wątpliwej jakości z nieznanych źródeł. W przypadku liquidów zagrożeniem mogą być tańsze produkty, wykonywane metodą chałupniczą, bez odpowiednich badań i realnego producenta odpowiadającego za jakość, które mogą być zagrożeniem dla zdrowia lub nawet życia – zaznacza prezes LIPRO e-Liquid Production.

Jak wskazuje Estera Józefowicz, Węgry wprowadziły opodatkowanie płynów do e-papierosów. W efekcie szara strefa zdominowała legalny rynek i jest szacowana na ok. 90% konsumpcji. Tamtejszy rząd pracuje nad trzykrotną obniżką stawki, która wynosi obecnie 0,17 euro/ml (ok. 70 gr/ml). Ekspert dodaje, że podobne katastrofalne skutki wprowadzenia akcyzy wystąpiły we Włoszech. Tam udział szarej strefy wzrósł do blisko 80%, a kilka tysięcy specjalistycznych sklepów zbankrutowało. W 2019 roku Włosi obniżyli stawkę akcyzy aż o 80%.

– To rynek będzie decydował o wpływach do budżetu, a producenci, będą musieli zmierzyć się z konsekwencjami. Myślę, że część rynku może tego nie wytrzymać, co oczywiście wiążę się również z ograniczeniem wpływów do budżetu wynikających z podatków, które jako firmy płacimy – podsumowuje prezes Lipowicz.

Rekordowa aktywność najemców biurowych

Rynek biurowy w Polsce, a zwłaszcza w Warszawie, znajduje się w bardzo ciekawej fazie. Aktywność deweloperów jest imponująca – w III kw. tego roku na stołeczny rynek trafiło ponad 60 tys. mkw., zaś w budowie znajdują się 32 budynki biurowe o łącznej powierzchni 765 tys. mkw.

Kilka lat temu, właśnie ze względu na tę aktywność, prognozowano znaczne podwyższenie współczynnika powierzchni wolnej. Jak widać po ostatnich wynikach, prognozy te nie sprawdziły się, a wręcz przeciwnie. W trzecim kwartale padł rekord, jeśli chodzi o popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe. Na 9 największych rynkach w Polsce najemcy wynajęli ponad 0,5 mln mkw., z czego aż 284,4 przypadło na Warszawę.

Jest to wynikiem wzrostu zapotrzebowania na wysokiej jakości powierzchnie biurowe w stolicy, który obserwujemy już od roku 2015 roku. Od roku 2016 znacznie wzrósł również współczynnik absorpcji netto, co powoduje, że od tego czasu nieustannie spada ilość powierzchni niewynajętej. W tej chwili w centrum Warszawy wynosi on 5,5%, co oznacza, że najemcy poszukujący powierzchni w tym rejonie miasta mają zawężony wybór, zwłaszcza, jeśli poszukują powierzchni większych niż 1 500 – 2 000 mkw. Nie należy spodziewać się, że ta sytuacja zmieni się w ciągu najbliższych 2 lat, ponieważ podaż nowych projektów, mimo że w najbliższych latach będzie dość duża, nie przewyższy znacząco popytu netto.

Na celowniku najemców z pewnością znajdują się projekty mogące się wyróżnić jakąś wyjątkową cechą takie, jak SKYSAWA, flagowy projekt PHN, powstający przy ul. Świętokrzyskiej 36, który jako jeden z nielicznych będzie miał bezpośrednie połączenie z metrem, Varso Place, który rośnie w okolicach Dworca Centralnego i będzie najwyższym budynkiem w Unii Europejskiej, czy ArtN na terenie dawnej fabryki Norblina, który może pochwalić się wyjątkowym połączeniem funkcji użytkowych – biura, gastronomia, usługi. Ich doskonała lokalizacja – w Centralnym Obszarze Biznesu i na jego obrzeżach, z pewnością przemówi do wielu międzynarodowych firm, które stawiają na prestiżowy adres i szukają wysokiej jakości powierzchni.

Odpowiedzialność konsumencka do poprawki – wyniki badań

  • Ponad połowa Polaków nie oczekuje od firm aktywności w zakresie działań na rzecz środowiska naturalnego i społecznego – tak wynika z badań przeprowadzonych na potrzeby projektu Nienieodpowiedzialni.
  • 86% nie pamięta żadnego skandalu związanego z działaniem firm, a 80% nie brało nigdy udziału w bojkocie konsumenckim.
  • Powodem niepodejmowania tego typu działań jest przede wszystkim brak wiary w ich skuteczność, konformizm, a także obojętność i brak solidarności.

W mediach nie brakuje doniesień o skandalach związanych z działalnością dużych marek. Codziennie do konsumentów docierają kolejne informacje o tym, że firmy dopuszczają się nieuczciwych praktyk, nie przestrzegają praw pracowników, szkodzą środowisku. Fundacja Nienieodpowiedzialni wraz z butikiem badawczym Maison&Partners oraz Wydziałem Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego sprawdziła, jak na tego typu doniesienia reagują Polacy.

Deklaracje bez pokrycia

Polscy konsumenci deklarują, że istotne są dla nich takie aspekty, jak odpowiednie warunki pracy i płacy, uczciwe i etyczne zachowanie, ochrona środowiska czy dobre warunki chowu zwierząt. Jednocześnie zapytani o to, czy oczekują od firm aktywności w zakresie działań na rzecz środowiska naturalnego i społecznego w 37% przyznają, że zadaniem firmy jest zarabianie pieniędzy, co najwyżej „nieszkodzenie”, 22% mówi wprost, że liczą się jedynie zyski. Jedynie 1/3 deklaruje, że zawsze sprawdza, czy działania firmy, której produkty kupuje, nie szkodzą środowisku, a 58%, że zwraca uwagę na ich skład.

Postanowiliśmy ponownie sprawdzić, jak wygląda nasza odpowiedzialność konsumencka. Niestety powtórzyły się wyniki sprzed 2 lat, kiedy to okazało się, że to, co deklarujemy, nie ma pokrycia w konkretnych działaniach. Z jednej strony mówimy o tym, jak ważne dla nas są kwestie etyczne czy środowiskowe, a z drugiej nie wymagamy szanowania ich przez biznes. W ramach naszego projektu chcemy zwiększać świadomość problemu oraz wywoływać dyskusję na ten temat – mówi Magdalena Mitraszewska z Fundacji Nienieodpowiedzialni, pomysłodawcy badań.

Bojkot konsumencki dla wielu z nas jest pojęciem obcym

W badaniu zapytano respondentów, jakie firmy kojarzą w kontekście bojkotów konsumenckich. Aż 86% nie było w stanie przypomnieć sobie ani jednego tego typu skandalu. Po wskazaniu konkretnych przykładów nieuczciwych praktyk znanych firm, nadal w ok. 80% badani nie kojarzyli żadnej z głośnych afer.

Konsumenci nie zdają sobie sprawy z tego, że mają skuteczne narzędzie do piętnowania nieetycznych praktyk, a jest nim po prostu bojkot. Niestety z badania wynika, że tylko 39% z nas zna pojęcie bojkotu konsumenckiego, a tylko 17% kiedykolwiek brało w nim udział. Dla większości wiązało się to z zaprzestaniem korzystania z produktów danej marki. Niestety, nadal są to tylko deklaracje. Respondenci proszeni o wskazanie konkretnych firm, których dotyczył ten bojkot, w 34% nie potrafili udzielić odpowiedzi. Można więc przypuszczać, że i w tym przypadku mamy do czynienia jedynie z deklaracjami bez pokrycia – dodaje Magdalena Mitraszewska.

Nie wierzymy, że możemy coś zmienić

Badanie miało również na celu sprawdzenie, dlaczego nie buntujemy się jako konsumenci. Okazuje się, że aż 51% nie wierzy, że może coś zmienić, 54% natomiast uważa, że konsument nie ma szans w walce z koncernami. Niestety dla 40% nie jest ważne, skąd pochodzi produkt, jeśli jego jakość i cena są odpowiednie, a 45% przekonuje wręcz, że bojkot to darmowa reklama dla firmy.

W badaniu poruszono także aspekt buntów pracowniczych, sprzeciwu wobec praktyk stosowanych w swoim miejscu pracy. Respondenci zapytani o to, dlaczego pracownicy nie buntują się przeciw niewłaściwym działaniom pracodawcy, wskazywali najczęściej, że z obawy o utratę pracy, a 68% nie wierzy, że bunt cokolwiek zmieni.

Badanie zostało przeprowadzone na potrzeby VII Konferencji Nienieodpowiedzialni, której pomysłodawcą była ANG Spółdzielnia. Organizatorzy cyklicznie sprawdzają w ten sposób odpowiedzialność konsumencką Polaków.

Badanie CAWI zostało przeprowadzone na ogólnopolskiej, reprezentatywnej próbie losowo-kwotowej 1049 dorosłych Polaków.

Źródło: Nienieodpowiedzialni i ANG Spółdzielnia

Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach pracownik wybiera pracodawcę

W najbliższych latach na polskim rynku zabraknie ok. 3-4 milionów pracowników, szacują eksperci. Do roku 2050 ta luka może sięgnąć nawet 10 milionów osób. Firmy walczą już nie tylko o programistów, księgowych, finansistów i prawników, ale także szeregowych pracowników fizycznych. Dla kandydatów oznacza to jedno – okazję na lepsze warunki i wyższe wynagrodzenia.

Już niemal 56% obecnych na polskim rynku firm deklaruje problemy ze znalezieniem pracowników – poinformował we wrześniu 2019 br. Work Service. Trudności związane z rekrutacją mają doświadczać przede wszystkim duże przedsiębiorstwa (73%), głównie zajmujące się produkcją przemysłową. Z kolei przyczyną tego stanu rzeczy ma być dobrowolna rotacja pracowników, którzy zmieniają miejsce zatrudnienia skuszeni lepszymi zarobkami, dodatkowymi benefitami czy atrakcyjniejszą lokalizacją.

Potwierdza się to w innych badaniach, opracowanych przez specjalistów zajmujących się zawodowo rekrutacją i doradztwem personalnym. Według najnowszego raportu Antal, Asseco Business Solutions i Grupy Nowy Styl z września br., wskaźnik dobrowolnej rotacji pracowników (attrition), średni dla całego rynku, wzrósł od 2016 r. z 11% do 16%. Widać to zwłaszcza w branży SSC/BPO (centra usług wspólnych – obsługa klienta, księgowość, zakupy), gdzie zanotowano wzrost o 10 p.p. do 20% oraz consultingu i kancelariach prawnych – wzrost o 9 p.p. do 21%. Pozostałe branże, którym szczególnie doskwierają odchodzący pracownicy, to produkcja przemysłowa, logistyka, IT i telekomunikacja.Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach to oni dyktują warunki (2)

Gigantyczna dziura na rynku pracy

Jeszcze bardziej alarmująca teza pojawia się w raporcie Trenkwalder, zgodnie z którym w najbliższych latach na polskim rynku pracy zabraknie około 3-4 mln pracowników, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć nawet do 10 mln. Już teraz firma wskazuje na TOP 10 stanowisk najtrudniejszych do zrekrutowania, na których jest największy popyt na rynku pracy. Miejsce na podium przypadło oczywiście specjalistom IT i programistom. Tuż za nimi znaleźli się jednak przedstawiciele zupełnie innych branż, jak m.in. operatorzy maszyn i wózków widłowych, elektrycy i elektrotechnicy, pracownicy produkcji i pracownicy fizyczni.Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach to oni dyktują warunki (3)

Źródłem problemów jest dziś przede wszystkim niedobór specjalistów o wąskich kompetencjach i wysokich kwalifikacjach. Poza tym brakuje rąk do pracy na stanowiskach dla pracowników fizycznych – tłumaczy Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com.Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach to oni dyktują warunki (1)

Wcześniejsze fale emigracji zarobkowej, rosnący kryzys demograficzny i wzrost liczby osób biernych zawodowo, czy wreszcie niedopasowanie szkolnictwa zawodowego do realnych potrzeb przedsiębiorców dały o sobie znać – czytamy z kolei w opracowaniu Trenkwalder.

Odejście szeregowego pracownika to nawet 100 tys. zł straty

Choć rynek pracownika to spory kłopot dla firm, to sami pracownicy mają z górki. Trenkwalder zwraca uwagę, że obecnie kandydaci uczestniczą w kilku procesach rekrutacyjnych jednocześnie i ostatecznie wybierają najbardziej korzystną ofertę lub kontrofertę obecnego pracodawcy.

Firmy zaczęły się prześcigać w ofertach, bo utrata pracownika to dla nich coraz większa strata finansowa. Antal szacuje, że koszt odejścia szeregowego pracownika po 3 miesiącach to nawet 100 tys. zł. I nie chodzi tu wyłącznie o cenę rekrutacji czy wdrażania nowej osoby, ale często wstrzymania lub wydłużenia projektów na czas znalezienia zastępstwa. – Lepiej zapobiegać niż leczyć – twierdzą eksperci Antal. Ich zdaniem firmy powinny zadbać przede wszystkim o jakość współpracy na linii pracownik-szef, czyli sposób zarządzania, konstruowanie i delegowanie zadań, prowadzenie zespołu.

Od ratownika medycznego do programisty

Firmy podbierają sobie najlepszych specjalistów, a część z nich jest gotowa zatrudniać nawet osoby dopiero startujące w danej branży. Tak jest m.in. w IT, czego dowodem jest historia jednego z kursantów Kodilla.com, Bartłomieja Sopeckiego z Łodzi:

Kim byłem zanim zacząłem pracę w IT? Łatwiej byłoby wymienić, kim nie byłem. Przez 3 lata jeździłem karetką pogotowia jako kontraktowy ratownik. Potem były magazyny, produkcja, budowy – opowiada Bartłomiej, który następnie jako operator linii testującej sprawdzał płyty główne laptopów. To popchnęło go na zupełnie nową ścieżkę.

Byłem ciekawy, jak powstają testy, których używałem do sprawdzania płyt. Zacząłem się interesować programowaniem. Przerobiłem serię tutoriali na YouTube, potem zrobiłem dwa darmowe kursy, by w końcu podjąć decyzję, że chcę się z tym związać na poważnie. Zapisałem się na trwający 9 miesięcy, zdalny kurs programowania z front-endu. To był bardzo intensywny okres, pełen poświęceń, bo nadal pracowałem testując laptopy, w dodatku w systemie dwuzmianowym.

Nauka w szkole programowania zaowocowała nie tylko nowymi umiejętnościami: – Poznałem wielu innych kursantów, a jeden z nich, już po ukończeniu przeze mnie bootcampa, zaproponował mi pracę w firmie, w której był zatrudniony. Rzecz w tym, że ja mieszkałem w Łodzi, a praca była w Mrągowie. Kilka tygodni później siedziałem nad mazurskim jeziorem, już jako programista – opowiada Bartłomiej.

Programowanie od najmłodszych lat

Nowe technologie to szansa zarówno dla pracowników zagrożonych wykluczeniem zawodowym czy sfrustrowanych dotychczasowym brakiem sukcesów na rynku pracy, jak i dla firm, które walczą z niedoborem kadrowym. Serwis Praca.pl zaznacza, że obecnie bycie programistą, zwłaszcza dobrym i z doświadczeniem, jest na całym świecie gwarantem dobrej pracy. I nic raczej tego trendu nie zakłóci.

W wielu krajach wprowadza się umiejętności cyfrowe i programowanie do programu edukacji już od najmłodszych, nawet przedszkolnych lat – podkreślają eksperci tego serwisu. Dodają, że w Polsce informatyka jest co prawda przedmiotem obowiązkowym, jednak liczba godzin (1 tygodniowo) to o wiele za mało. Tymczasem to nieunikniony kierunek rozwoju, nie tylko na rynku pracy, ale także całej współczesnej cywilizacji.

Dla dzieci umiejętność programowania nie będzie zatem dziedziną, w której wiedzę zdobywają na studiach, lecz czymś tak podstawowym, jak dla dzisiejszej młodzieży jest pisanie na klawiaturze. Coś, co obecnie jest rzadkie i gwarantuje sukces, w przyszłości może być po prostu powszechne i nikt nawet nie będzie uznawał posiadania tych umiejętności za jakiś szczególny wyczyn – tak, jak dziś nikt już nie wpisuje w CV tego, że umie czytać i pisać – podsumowuje Praca.pl.

Natomiast Magdalena Rogóż z Kodilla.com dodaje, że to zjawisko już jest bardzo widoczne i dotyczy nie tylko najmłodszych pokoleń. – Umiejętności cyfrowe stają się niezbędnym elementem, bez którego coraz trudniej będzie sobie można poradzić na rynku pracy. Osoby, które chcą sobie zapewnić na nim lepszą pozycję, powinny inwestować w rozwój takich umiejętności. Zwłaszcza, jeśli już dawno temu skończyły szkoły, studia i pracują w innych zawodach niż marzyli – podsumowuje ekspertka.

Popyt na kredyty mieszkaniowe w październiku 2019

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy październikowy odczyt Indeksu wyniósł (+18,1%), co oznacza, że w październiku 2019 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe, na kwotę wyższą o 18,1% w porównaniu z październikiem 2019 r.

W październiku 2019 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 39,13 tys. klientów w porównaniu do 36,32 tys. rok wcześniej – jest to wzrost o 7,8%. Warto odnotować, że we wrześniu br. takich klientów było 35,8 tys., czyli o 9,3% mniej niż w październiku 2019 r. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w październiku 2019 r. wyniosła 282,9 tys. zł.

– Październikowa wartość indeksu jest o 2,1 p.p. wyższa od wartości z września br. (+16,0%). W porównaniu do października zeszłego roku, tegoroczna wartość indeksu w październiku jest o 1,1 p.p. niższa i wynosi (+17,1%).

Na obecną wartość indeksu na poziomie (+18,1%,) wpływa zarówno wzrost liczby osób wnioskujących o kredyt, jak i wzrost o 9,6%, w okresie październik 2019 r. – październik 2018 średniej wartości wnioskowanego kredytu – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Nadal utrzymuje się wysoki popyt na finansowanie nieruchomości kredytem bankowym. W dziesięciu miesiącach 2019 r. łącznie 385,39 tys. osób wnioskowało o kredyt mieszkaniowy. W porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku jest to więcej o 21,6 tys., czyli o 5,9% – dodaje prof. Rogowski.

Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Elastyczność poznawcza jako kompetencja przyszłości

Zmiany w miejscu pracy nie zawsze nadążają za rozwojem technologii i stylu życia. W świecie pełnym chmur, algorytmów i szybko podejmowanych decyzji pracujemy w miejscach, gdzie wciąż musimy czekać na podpis, akceptację czy informację zwrotną. Teoria nie zawsze przekłada się na działania. Dotyczy to także budowania zespołów w organizacjach. Teoretycznie znamy korzyści z tworzenia różnorodnych zespołów, w praktyce jednak wybieramy niewłaściwe kryteria tłumaczy Edyta Paul, ekspertka Concordia Design.

Kiedy w XIX wieku Napoleon III urządzał wystawną kolację na cześć króla Syjamu, kazał dla siebie przygotować złotą zastawę, dla gości srebrną, dla króla Syjamu – aluminiową. Nie był to dyshonor. Aluminium wówczas było droższe od złota, więc serwując gościowi potrawy na aluminiowych talerzach, Napoleon pokazał, jak bardzo go ceni. Niedługo potem technologia produkcji aluminium przewróciła ceny jego pozyskiwania do góry nogami – dziś nikt z nas nie potraktowałby jako wyróżnienia podania nam posiłku na aluminiowej tacce.

Ta historia z całkiem odległego świata powtarza się dziś pewnie kilka razy dziennie. Zmiany technologiczne powodują zmiany społeczne, kulturowe i organizacyjne. Technologia rozwija się wykładniczo, a ludzie nadal linearnie. Jeśli trudno nam zrozumieć tę różnicę, to wyobraźmy sobie, że robimy 30 linearnych, metrowych kroków: znajdziemy się 30 metrów dalej. Robiąc 30 wykładniczych kroków (dublując za każdym razem liczbę metrów z poprzedniego kroku), przesuniemy się o 1 073 741 824 metry. Żeby łatwiej nam było „ogarnąć” tę liczbę – robiąc 30 wykładniczych kroków, 26 razy okrążamy ziemię.

Co dziś oznacza praca w zespołach?

To wszystko zmusza organizacje do innego myślenia, do przyjrzenia się zmieniającym się paradygmatom. Rozważenia tego, co to znaczy być pracownikiem, szefem, ale przede wszystkim, co to znaczy pracować w zespołach.

Miejsce, w którym jest nasze biurko (o ile mamy biurko), język jakiego używamy, kultura, z której się wywodzimy, waluta, w jakiej dostajemy wynagrodzenie – są coraz mniej istotne dla naszej pracy. To oznacza, że firmy mogą poszukiwać talentów w dowolnym miejscu świata i tworzyć zespoły, które czasem nigdy nie widziały się na żywo.

Mobilność pozwala nam być w kontakcie z dowolną osobą, w dowolnym miejscu, o dowolnej porze. Praca nie jest już więc miejscem, tylko smartfonem w kieszeni albo chmurą, w której umieszczamy informacje, siedząc setki kilometrów od biura. Coraz bardziej odczuwalne są także zmiany demograficzne. Milenialsi, którzy w 2020 roku będą stanowić ponad połowę pracowników na świecie, to cyfrowi tubylcy. Tak właśnie chcą pracować: inaczej niż cyfrowi imigranci ze starszych pokoleń.

Zmianie ulega też sposób uczenia się. Wiedzy nie zdobywamy już tylko w sali szkoleniowej. Uczymy się stale za pośrednictwem wielu różnych źródeł i urządzeń, w prawie każdym miejscu – w działaniu, w pociągu, przy lunchu, w samochodzie, w windzie. W inny sposób niż kiedyś dzielimy się informacjami, komunikujemy, współpracujemy, uczymy, szukamy danych, kreujemy. Big Data, platformy do współpracy, chmury, internet rzeczy, algorytmy, AI, Alexa, Siri – te narzędzia towarzyszą nam codziennie. YouTube automatycznie wybiera dla nas filmy w oparciu o to, co dotychczas oglądaliśmy. Netflix sugeruje dopasowanie treści dzięki odpowiedniemu algorytmowi. Amazon zna nasze upodobania lepiej, niż my sami. Technologia zapewnia dostęp do wszystkiego, czego potrzebujemy, szybkość wsparcia, łatwość decyzji, natychmiastowy feedback, zakupy w kilka minut, a wszystko to w spersonalizowanej formie.

Zmiany nie nadążają za… zmianami

Tymczasem nasze doświadczenia z pracy wydają się pochodzić ze świata innego niż ten, którym żyjemy poza firmą. Są oparte o pracę w silosowych organizacjach, czekanie na decyzje i podpisy, informację zwrotną udzielaną raz na rok i siedzenie przy biurku w wyznaczonych godzinach. Czasem wchodzimy do biura jak do skansenu, żeby po przydługim, ośmiogodzinnym zwiedzaniu wyjść do „prawdziwego” świata.

Widząc zmiany, niektóre organizacje działają jak Czerwona Królowa z książki Lewisa Carolla – biegną dwa razy szybciej, byle tylko utrzymać się w miejscu. Podwajają wysiłki, optymalizują, pracują intensywniej – ale nie inaczej. Istnieją też firmy, które traktują zmiany paradygmatu jako zagrożenie i szykują się na walkę o utrzymanie pozycji. Są również takie, które w zmieniającym się świecie widzą ogromną szansę dla siebie. Oduczają się tego, co już świetnie potrafią, ale co zupełnie nie przydaje się w zastanych warunkach i zaczynają tworzyć nową sieciowość.

Zespół na jeden projekt

Kiedy w 1967 roku Stanley Miligram przeprowadzał swój eksperyment mający dowieść, że każdą osobę łączy z dowolną inną osobą jedynie 6 pośredników, Facebook ani inne platformy społecznościowe jeszcze nie istniały. Nie wiemy, jak dzięki internetowi zmniejszyło się to „6 stopni oddalenia” – ale wiemy, że zdecydowanie łatwiej jest nam dotrzeć do tych, którzy nas w jakimkolwiek sensie interesują. Skrócenie drogi do innych, bycie w wielu sieciach naraz sprawia, że potrzebujemy zupełnie innych kompetencji. Widać też zmiany w tworzeniu i działaniu zespołów. Zespoły królestwa, które charakteryzowały się stabilnością, trwałością i brakiem dużych zmian na przestrzeni lat – coraz częściej zastępują zespoły namioty. Te budowane są na potrzeby jednego projektu, po zrealizowaniu którego członkowie przenoszą się zupełnie gdzieś indziej, żeby w kolejnym zespole robić coś zupełnie nowego. Potrzebujemy do tego odmiennych kompetencji – członkowie następnych zespołów, oprócz wiedzy i doświadczenia, muszą wnosić swoją umiejętność szybkiej adaptacji, samozarządzania, samoorganizacji i współpracy z ludźmi czasem z „zupełnie innych planet”.

Różnorodność różnorodności nierówna

Doskonale znamy teorię, że im bardziej różnorodny zespół, tym lepsze efekty, więc skupiamy się na tej najbardziej widocznej różnorodności. Budujemy zespoły, w których członkowie różnią się płcią, doświadczeniem, pochodzeniem, wiedzą, kompetencjami. Tak też zrobili badacze Alison Reynolds i David Lewis, prowadząc przez 12 lat symulacje, w których zespoły miały jak najszybciej rozwiązać problem. Naukowcy założyli, że różnorodność będzie miała kluczowe znaczenie. Problemy najlepiej rozwiązywały te zespoły, które były mieszanką różnych stylów poznawczych. Ich członkowie różnili się w sposobach przyjmowania i przetwarzania informacji oraz reagowania na sytuacje nowe i problemy, do których rozwiązania nikt nie dostarczył instrukcji obsługi.

Kwestia elastyczności poznawczej, czyli wiedzy na temat własnego stylu poznawczego, radzenia sobie ze współpracą z ludźmi o innych stylach myślenia i wykorzystywania efektów tej wiedzy i współpracy, jest nadal zbyt rzadko wykorzystywana w pracy zespołowej. Dzieje się tak dlatego, że style poznawcze to cechy dużo bardziej ukryte, w przeciwieństwie do doświadczenia, wieku, płci, kompetencji i osobowości. Nie widać ich na pierwszy rzut oka. Nie dostrzegamy, jak działa styl poznawczy, widzimy tylko konsekwencje jego działania. Umiejętności miękkie, w tym elastyczność poznawcza, coraz częściej wskazywane są jako najbardziej poszukiwane kompetencje na rynku. Jest więc szansa, że zaczniemy coraz częściej „myśleć o naszym myśleniu”, budując zespoły.

Edyta Paul podczas konferencji „You cannot not design” poprowadzi wykład „Z zespołów twierdz do zespołów namiotów. poznaw” oraz warsztat „Fakty, Relacje, Idea czy Struktury – style myślenia i działania”.

Konferencja odbędzie się 16-17 stycznia 2020 r. w siedzibie Concordia Design w Poznaniu. Uniwersytet SWPS jest Partnerem merytorycznym wydarzenia.

Polska 13. najszybciej rozwijającym się rynkiem e-handlu na świecie. Firmy muszą jednak szukać nowych usług, żeby się wyróżnić

Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków e-commerce na świecie. W przyszłym roku jego wartość ma przekroczyć 60 mld zł, zakupy online robi już co drugi Polak, a branża wciąż ma przed sobą duży potencjał do rozwoju. Nic dziwnego, że konkurencja na rynku się zaostrza. Firmy działające w e-commerce muszą szukać swoich nisz i nowych usług, które pozwolą im lepiej odpowiadać na oczekiwania klientów. A te związane są głównie z jak najkrótszym czasem dostawy. W Polsce wystartowała właśnie pierwsza platforma online, która pozwala na automatyczną wycenę i zlecenie wysyłki palet w transporcie detalicznym. To rozwiązanie może podnieść konkurencyjność zwłaszcza małych i średnich firm, skracając proces wynajmowania zewnętrznego transportu.

– Polska jest 13. najszybciej rozwijającym się rynkiem e-commerce na świecie. Szacuje się, że na koniec 2019 roku wartość tego rynku będzie wynosiła już ok. 50 mld zł. Dzięki tak dużej dynamice rozwoju firmy działające w e-commerce rosną i szukają dla siebie nisz, które dadzą im ten potencjał rynku wykorzystać – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Borowiecki, ekspert Treo.

Według Gemiusa zakupy w sieci robi już 56 proc. internautów, czyli ok. 15 mln Polaków, i z roku na rok ten odsetek rośnie. Jak wynika z raportu Statista Digital Market Outlook, Polska znajduje się na 13. miejscu w zestawieniu najszybciej rosnących rynków e-commerce na świecie. W 2019 roku wartość krajowego e-handlu ma wzrosnąć do 50 mld zł, podczas gdy jeszcze w 2015 roku była szacowana na 30 mld zł. Natomiast w przyszłym – według prognoz przytaczanych przez PwC („Polacy na zakupach. 5 filarów nowoczesnego handlu”) – może przekroczyć 60 mld zł.

Szybki rozwój e-commerce obrazują też statystyki Urzędu Komunikacji Elektronicznej, z których wynika, że w ubiegłym roku liczba dostarczonych przesyłek kurierskich i tradycyjnych paczek pocztowych sięgnęła 391,7 mln sztuk, co oznacza ponad 17-proc. wzrost w stosunku do 2017 roku. W ciągu najbliższych kilku lat wolumen przesyłek ma już wzrosnąć do 500 mln sztuk.

Tymczasem według danych PwC w Polsce udział e-commerce w handlu detalicznym ogółem wynosi ok. 5 proc. i jest o połowę niższy od średniej europejskiej i globalnej. Branża wciąż ma więc ogromne pole do rozwoju. Podczas gdy zakupy w sieci robi co drugi Polak, w Holandii ten odsetek wynosi 82 proc., w Niemczech – 77 proc.

– Przedsiębiorstwa działające w e-commerce potrzebują skrócenia czasu dostaw. Szukają dodatkowych kanałów transportu, nowych sposobów wysyłki, żeby zautomatyzować cały proces. Dzięki temu będą mogły uzyskać przewagę na rynku, pozyskać większą liczbę klientów dla swojego biznesu. Często potrzebują dodatkowych usług, których w tej chwili firmy transportowe czy kurierskie właściwie nie mogą im zaoferować – wskazuje Michał Borowiecki.

Szybko rosnąca popularność e-commerce i oczekiwania klientów – skupione głównie na jak najszybszym czasie dostawy – napędzają branżę logistyczną i rozwój nowych usług, które pozwoliłyby firmom wyróżnić się na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. Zwłaszcza dla mniejszych firm, dla których poważnym wyzwaniem jest konkurowanie z dużymi e-commerce’owymi platformami, inwestycje w obsługę logistyczną i skrócenie czasu dostaw mogą stanowić o ich przewadze.

– Aktualnie rynek można podzielić na dwa segmenty. Pierwszy to duże firmy, które mają swoich partnerów regionalnych i międzynarodowych, do których mogą wysyłać całe partie towaru dużymi pojazdami. Drugi segment to małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie mają tego typu udogodnień i muszą wysyłać ładunki bezpośrednio do swoich klientów. Im trudno jest znaleźć dostosowane do potrzeb i rozmiarów oferty na transport. Muszą mozolnie zbierać oferty z rynku, czyli po prostu wysyłać do firm transportowych zapytania o wycenę i terminy. Często nie uzyskują odpowiedzi w ogóle albo muszą na nią bardzo długo czekać – mówi Michał Borowiecki.

Na polskim rynku wystartowała właśnie pierwsza platforma internetowa, która umożliwia automatyczną wycenę i zlecenie wysyłki palet w transporcie drobnicowym. To rozwiązanie zwłaszcza dla firm z MŚP, bo zwykle to one muszą same radzić sobie z wynajmowaniem zewnętrznego transportu – ich skala działania często nie pozwala na zawarcie stałej umowy z przewoźnikiem czy na zakup własnych samochodów. Jak podkreśla ekspert, automatyzacja wyceny i wysyłki umożliwi firmom przyspieszenie realizacji dostaw, dzięki czemu będą mogły zwiększyć dynamikę sprzedaży i uzyskać przewagę konkurencyjną.

– Platforma Treo to system, który pozwala na automatyczną wycenę i obsługę zamówień przesyłek paletowych i gabarytowych. Działa w pełni automatycznie, 24 h na dobę i pozwala na bardzo szybkie porównanie ofert różnych przewoźników. Dzięki temu firma, która w tej chwili potrzebuje dużo czasu na uzyskanie ofert od kilku konkurencyjnych przewoźników, może taką ofertę uzyskać online w ciągu 15 sekund – mówi Michał Borowiecki, ekspert Treo.

M. Boni: Wypracowanie wspólnych celów klimatycznych podczas COP25 w Madrycie będzie trudne do osiągnięcia

2 grudnia startuje w Madrycie szczyt klimatyczny COP25, na którym mają zostać sprecyzowane kolejne globalne cele polityki klimatycznej i ograniczania emisji dwutlenku węgla. W konferencji weźmie udział około 25 tys. delegatów z blisko 200 państw świata, a także m.in. szwedzka nastoletnia aktywistka ekologiczna Greta Thunberg. Były europoseł Michał Boni ocenia, że porozumienie będzie trudne do osiągnięcia m.in. ze względu na postawę Stanów Zjednoczonych, które wycofały się z Porozumienia Paryskiego. Podkreśla też, że zrewidowania wymaga również polska polityka energetyczna, która cieszy się coraz mniejszym poparciem społecznym.

– Amerykanie najpierw zrobili krok do przodu, podpisali Porozumienie Paryskie, ale się z niego wycofali. To jednak nie oznacza, że na poziomie miast, gubernatorów i stanów polityka prośrodowiskowa nie funkcjonuje. Chiny są w trakcie wielkiej reorientacji, bo też zaczynają rozumieć, jak wielkie są zagrożenia środowiskowe. Skala inwestycji w środowisko jest bardzo duża, aczkolwiek tam trzeba odrobić wiele zaległości – komentuje szanse na porozumienie na COP25 Michał Boni, senator SME Europe, były europoseł. – Wypowiedź Grety Thunberg w ONZ radykalnie pokazała, że pokolenie dzieciaków woła do nas: „Zróbcie coś z tą Ziemią, żebyśmy my, dzieci, mogli dożyć waszego 60-letniego wieku”.

Gospodarzem poprzedniego szczytu w Katowicach była Polska, która na COP24 zaprezentowała się kontrowersyjnie, stawiając akcent na węgiel kamienny, za co organizacja CAN (Climate Action Network) przyznała Polsce tytuł Skamieliny Roku. Polska energetyka jest w tej chwili oparta na węglu w blisko 80 proc. i – jak wynika z projektu „Krajowego planu na rzecz energii i klimatu na lata 2021–2030” – jeszcze przez wiele lat węgiel kamienny ma decydować o obliczu szeroko pojętego rynku energetycznego w Polsce. Jego udział ma spadać sukcesywnie i dopiero w 2030 roku zmniejszy się do ok. 60 proc.

– Polska może stawiać na węgiel, ale to jest naiwne, krótkoterminowe politykierstwo, dlatego że w górnictwie pracuje 80 tys. osób, a 46 tys. rocznie umiera z powodu smogu. Taki typ postawy, jaki niekiedy się w Polsce pojawia, mógł być dobry 20–30 lat temu, kiedy nie było jeszcze widać tych zagrożeń środowiskowych. Dzisiaj już trzeba mieć głowę wypełnioną czarną sadzą, żeby nie dostrzegać ryzyka dla naszego życia, zdrowia i całej planety – mówi Michał Boni.

Jak ocenia, postawa ta się jednak zmienia. Społeczeństwo w Polsce w tej chwili staje się coraz bardziej prośrodowiskowe. Potwierdza to m.in. ubiegłoroczne badanie Kantar Millward Brown dla WWF Polska, z którego wynika, że 45 proc. Polaków jest niezadowolonych z dotychczasowej polityki państwa dotyczącej ochrony środowiska i popiera ją już tylko co trzeci. Węgiel, który według części polityków jest polskim narodowym dobrem, za wiodące źródło energii w przyszłości uznaje zaledwie 8 proc. badanych. 60 proc. Polaków ocenia również, że promocja odnawialnych źródeł energii przez władze kraju jest niedostateczna, a aż 66 proc. badanych chce, aby w przyszłości OZE było głównym paliwem energetycznym w Polsce.

– Trzeba rozmawiać ze społeczeństwem, trzeba skonstruować dialog społeczny tak, żeby nie straszyć wysokimi kosztami transformacji energetycznej. Trzeba pokazać, że w dłuższej perspektywie mamy wybór: albo brnąć w coś, co będzie nas niszczyło, albo wszyscy razem solidarnie ponosić koszty – mówi Michał Boni.

Senator SME Europe podkreśla też, że zmiany klimatyczne i związane z nimi problemy, takie jak m.in. nierówności społeczne, stały się już problemem na tyle palącym, że spychają w cień kwestie rozwoju gospodarczego.

– Świat stanął na krawędzi i dywagacje, że przemysł czy gospodarka czegoś potrzebują, w zderzeniu z ludzkim życiem i życiem planety, powinny zejść już w głęboki cień. Wszyscy powinniśmy sobie uświadomić, jak wielkie jest zagrożenie nierównowagą, którą wywołuje kryzys klimatyczny. Potrzebny jest osobny plan dotyczący plastiku, wody i smogu. Musimy się też zastanowić, jak te kwestie rozwiązać, zmieniając przy tym zachowania konsumentów – mówi Michał Boni.

Jego zdaniem od tych drobnych kroków bardzo wiele zależy, podobnie jak od mądrych decyzji na poziomie lokalnym czy globalnym.

– W Europie dyskutuje się Europejski Fundusz Sprawiedliwej Transformacji Energetycznej. Posłowie zeszłej kadencji zaproponowali 5 mld euro dla 41 regionów węglowych. Nie chodzi o to, żeby z dnia na dzień różne rzeczy zrobić, ale w perspektywie kilkunastu lat musimy mieć jasność, jakie kroki zostaną przedsięwzięte – mówi Michał Boni. – Podobnie się dzieje z przemysłem samochodowym. To wszystko razem powinno być połączone z innowacjami, dlatego że w ten sposób możemy wpłynąć na ocalenie globu, klimatu i naszego życia w taki sposób, żeby przemysł się rozwijał, a nie kurczył.

Wymiana rekomendacji pomaga rozwijać biznes i pozyskiwać nowe kontrakty. Dzięki nim małe i średnie firmy w Polsce uzyskały 471 mln zł dodatkowego przychodu

0

Wymiana rekomendacji pomaga rozwijać biznes i pozyskiwać nowe kontrakty. Dzięki nim małe i średnie firmy w Polsce uzyskały 471 mln zł dodatkowego przychodu 4

Polecenia są skutecznym narzędziem rozwijania biznesu. Rekomendacja udzielona przez innego przedsiębiorcę pozwala szybciej i skutecznej zdobywać nowych klientów i partnerów biznesowych. Średnio jedna na trzy rekomendacje kończy się zawarciem kontraktu – na dodatek przy zerowych kosztach marketingu. Mimo to większość firm nie przykłada dużej wagi do networkingu i budowania relacji. Przedsiębiorcy nie wiedzą też, jak skutecznie przekazywać rekomendacje, dlatego coraz częściej decydują się na przyłączenie do międzynarodowych organizacji takich jak BNI.

– Rekomendacje są bardzo ważne w rozwoju biznesu. Większość przedsiębiorców uważa, że pomagają im rozwijać firmę, ale jednocześnie niewielu z nich ma realny plan i wie, co zrobić, żeby tych rekomendacji było więcej. 98 proc. pytanych przez nas przedsiębiorców odpowiada, że rekomendacje są ważne w prowadzeniu firmy, ale tylko 3 proc. właścicieli firm ma w tym zakresie strategie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Chmura, dyrektor narodowy BNI Polska.

– Pomiędzy przedsiębiorcami w Polsce wymienianych jest coraz więcej rekomendacji. To naturalne, że jeżeli firma potrzebuje produktu czy usługi, to weryfikuje sytuację na rynku i szuka sprawdzonych partnerów biznesowych – dodaje Mateusz Bacański, dyrektor narodowy BNI Polska.

Umiejętność nawiązywania i podtrzymywania relacji w sieci kontaktów zyskuje na znaczeniu w biznesie. Coraz więcej przedsiębiorców postrzega rekomendacje jako ważne narzędzie rozwijania firmy, które umożliwia pozyskiwanie klientów i partnerów handlowych. Ich skuteczność jest dużo wyższa niż telefonów „w ciemno” do potencjalnych kontrahentów i klientów. W 1/3 przypadków skutkiem rekomendacji jest zawarcie kontraktu biznesowego, przy zerowych kosztach marketingu i reklamy. Jedyne, co przedsiębiorca musi poświęcić, to swój czas.

– Trzeba wykonać wiele telefonów, żeby umówić się na spotkanie, i odbyć wiele spotkań, żeby któreś zakończyło się sprzedażą. Szybciej nawiązujemy relacje, jeżeli ktoś nas zarekomenduje, powie o nas: „znam dobrego fotografa czy znam dobrą agencję reklamową”. Co więcej, rekomendacja pojawia się jako odpowiedź na konkretną potrzebę biznesową – w momencie, kiedy firma szuka fotografa czy agencji reklamowej. To połączenie z realnym zapotrzebowaniem zapewnia wysoką skuteczność – mówi Ryszard Chmura.

Budowanie i podtrzymywanie relacji to skuteczne narzędzie rozwijania biznesu, ale większość firm nie uwzględnia networkingu i systemu rekomendacji w swojej strategii biznesowej. Przedsiębiorcy nie do końca wiedzą też, jak to robić, bo takiej umiejętności nie uczy żadna z uczelni. Pomagają im w tym za to organizacje takie jak BNI (ang. Business Network International). Jest to największa na świecie organizacja opierająca działalność na marketingu rekomendacji biznesowych i efektywnym networkingu, skupiająca firmy z sektora MSP, 

– Korzyści wynikające z marketingu rekomendacji są związane z budowaniem relacji. Firmy zyskują nie tylko większe przychody, ale również kontakty, z których mogą korzystać. Jedną z największych zalet sieci takich jak BNI jest to, że firma wie, do kogo się zwrócić, jeśli czegoś potrzebuje. Wszyscy potrzebujemy rekomendacji od innych, aby prowadzić biznes lub korzystać z usług. Na tym polega siła wiedzy, którą rozpowszechniamy – dodaje Ivan Misner, twórca i założyciel BNI.

– W grupie zrzeszonych jest średnio ponad 30 przedsiębiorców, każdy jest z innej branży, a więc nie ma wzajemnej konkurencji. Jeżeli mamy biuro księgowe i kancelarię prawną, to te firmy nawzajem mogą polecać swoje usługi swoim klientom. Średnio każdy z członków BNI ma 300 kontaktów biznesowych, więc cała grupa ma ponad 9 tys. kontaktów. Najczęściej w Polsce przedsiębiorca potrzebuje kilkudziesięciu, aby rozwinąć swoją firmę – wyjaśnia Mateusz Bacański.

Popularność rekomendacji w Polsce rośnie szczególnie wśród przedsiębiorców z sektora MŚP albo tych, którzy dopiero stawiają w biznesie pierwsze kroki.

– Dołączając do BNI, zatrudniałem jedną osobę i nie wiedziałem jak sprzedawać. W ciągu 4 lat zaczęło spływać tak wiele rekomendacji, że musiałem zatrudnić 100 dodatkowych osób, żeby obsłużyć pozyskane zlecenia. To pokazuje, jak szybko rekomendacje pozwalają rozwinąć firmę – mówi Ryszard Chmura.

Sieć BNI jest obecna w 70 krajach, gdzie skupia już 260 tys. małych i średnich firm w ponad 9 tys. grup. W ubiegłym roku przedsiębiorcy w ramach sieci wymienili na całym świecie 11,2 mln rekomendacji, które doprowadziły do wygenerowania przez nich dodatkowych przychodów rzędu 16  mld dolarów.

 Często przedsiębiorcy i liderzy firm są tak zajęci bieżącą działalnością, że nie mają czasu albo umiejętności potrzebnych do zapewnienia stałego dopływu przychodów, który pozwoli na rozwój przedsiębiorstwa. BNI pomaga firmom na całym świecie w osiągnięciu trwałego wzrostu. Przedsiębiorcy dołączają do naszej sieci, żeby rozwijać swoją działalność i otrzymywać rekomendacje. Bycie członkiem BNI umożliwia im także rozwój osobisty i zawodowy oraz nawiązanie wieloletnich przyjaźni – mówi Graham Weihmiller, dyrektor generalny BNI.

W Polsce w 27 miastach działają już w sumie 72 grupy BNI. Sieć zrzesza już ponad 2,5 tys. małych i średnich przedsiębiorstw, które realizowały dodatkowe zlecenia na kwotę 471 mln zł netto w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Oznacza to, że każdy członek BNI w tym czasie pozyskał z rekomendacji średnio ponad 244 tys. zł netto dodatkowego przychodu dla swojej firmy.

Globalny koncern tytoniowy otwiera w Warszawie kolejną inwestycję. W trzy lata zatrudni ponad 850 osób

Należąca do Grupy Japan Tobacco spółka JTI zainwestowała dotąd na polskim rynku przeszło 800 mln dolarów, głównie w rozwój swoich fabryk zlokalizowanych niedaleko Łodzi. Kolejną inwestycję uruchomi w Warszawie. W nowym centrum usług biznesowych, które będzie świadczyć usługi m.in. z zakresu finansów, marketingu i sprzedaży na skalę globalną, zamierza w trzy lata zatrudnić ponad 850 osób. Rekrutacja na niektóre stanowiska już się rozpoczęła.

– W ciągu najbliższych trzech lat zatrudnimy w Warszawie ponad 850 osób w naszym Globalnym Centrum Usług Biznesowych. Rozpoczęliśmy już proces rekrutacyjny, poszukujemy i będziemy poszukiwać pracowników w takich dziedzinach, jak finanse, sprzedaż, marketing, sprawy regulacyjne, ale również globalny łańcuch dostaw. Przy obecnym rynku pracy, w szczególności w Warszawie, ten cały proces nie będzie łatwy. Jesteśmy jednak przekonani, że dzięki dobrej ofercie i lokalizacji biura w samym centrum zatrudnimy najlepszych kandydatów – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Lewandowski, dyrektor ds. korporacyjnych i komunikacji w JTI Polska.

JTI (Japan Tobacco International) to międzynarodowa firma tytoniowa działająca w ponad 130 krajach. Należy do Grupy Japan Tobacco i na całym świecie zatrudnia ponad 45 tys. osób. Z początkiem listopada koncern zapowiedział utworzenie w Polsce kolejnej, strategicznej inwestycji – Globalnego Centrum Usług Biznesowych w Warszawie. W ciągu trzech lat zamierza zatrudnić w nim ponad 850 pracowników, dzięki czemu całkowite zatrudnienie w Polsce przekroczy 3 tys. osób.

– Głównym powodem umiejscowienia naszego Globalnego Centrum Usług Biznesowych w Warszawie była dostępność kandydatów, czyli wykształconych i zmotywowanych ludzi – mówi Andrzej Lewandowski.

Rekrutacji do nowego centrum będzie w kolejnych miesiącach towarzyszyć zakrojona na szeroką skalę kampania promocyjna JTI, bazująca na haśle HASHJoinTheIdea. Firma zamierza docierać do potencjalnych kandydatów przede wszystkim poprzez media społecznościowe.

 Wiemy, że zrekrutowanie ponad 850 osób w tak krótkim czasie nie będzie łatwe, ale jesteśmy przekonani, że damy radę, m.in. dzięki temu, jak będzie wyglądała nasza propozycja dla pracowników – zarówno jeśli chodzi o wynagrodzenia, jak i nasze nowoczesne biuro i kulturę organizacyjną. Pomimo tego wyzwania, jakim jest obecny rynek pracy, jesteśmy przekonani, że damy radę zatrudnić najlepszych ludzi – mówi Andrzej Lewandowski.

Pracownicy nowego centrum będą odpowiedzialni za wsparcie eksperckie oraz zarządzanie procesami transakcyjnymi wielu obszarów międzynarodowej działalności Grupy JTI, takich jak m.in. finanse, marketing i sprzedaż, ludzie i kultura organizacyjna, badania i rozwój, sprawy prawne i regulacyjne oraz globalny łańcuch dostaw.

– Globalne Centrum Usług Biznesowych w Warszawie będzie wspierać rozwój Grupy JTI na całym świecie. Będzie służyć temu, aby rynki JTI rozwijały się nadal w taki sposób, jak do tej pory, żeby firma rozwijała sprzedaż tradycyjnych wyrobów tytoniowych, ale również wyrobów innowacyjnych, które ostatnio wprowadziliśmy także w Polsce – mówi Andrzej Lewandowski.

Nowe centrum biznesowe to kolejna inwestycja koncernu w Polsce – w ostatniej dekadzie całkowita wartość inwestycji przekroczyła 800 mln dol. W tym roku firma rozpoczęła produkcję wyrobów tytoniowych Ploom Tech w swoim kompleksie nowoczesnych fabryk w Starym Gostkowie koło Łodzi.

W dzienniczkach uczniów dominują negatywne uwagi. Więcej pochwał mogłoby motywować dzieci do pracy i wzmacniać ich dobre cechy

W komunikacji między nauczycielami a rodzicami dominują zwykle negatywne uwagi na temat zachowania uczniów, co powoduje ciągłe napięcia w kontaktach między domem a szkołą. Kadra pedagogiczna rzadko chwali dzieci i zwraca uwagę na pozytywne przykłady zachowań. Tymczasem rodzice powinni wiedzieć, że ich dziecko ma np. talent przywódczy czy potrafi rozwiązywać konflikty w klasie. Dzięki temu mogliby wzmacniać w nich te pozytywne cechy. Dzieci za to czułyby się bardziej zmotywowane do dalszych starań.

– Najczęściej nauczyciele komunikują do rodziców uwagi w formie elektronicznej poprzez dziennik i są to niestety uwagi negatywne. Bardzo rzadko spotykamy się z pochwałami czy uwagami pozytywnymi mówiącymi o tym, co w dziecku jest dobre. Myślę, że wynika to m.in. z braku czasu nauczycieli, którzy są bardzo zapracowani i komunikują tylko to, co jest najistotniejsze z ich punktu widzenia, czyli relacjonują rodzicom problemy związane z dzieckiem i to, co należy w nim poprawić – mówi agencji Newseria Anna Zapał, pomysłodawczyni akcji „Pozytywna Uwaga”, która ma zachęcać do pozytywnej komunikacji na linii szkoła – dom.

Kiedy rodzice dostają takie komunikaty, skupiają się na niedoskonałościach swoich pociech. Na drugi plan schodzą natomiast mocne strony czy pasje, które należy wzmacniać i pielęgnować.

– Zależy nam na tym, żeby dziennik nie był kojarzony tylko ze stresem i z tym, że musimy sprawdzić, co zostało źle zrobione, jakie dziecko dostało oceny. Chodzi o to, żeby był on takim miejscem, gdzie rodzice dowiadują się też dobrych rzeczy, a nie tylko tych, których się boją – mówi Anna Zapał.

Pomysł na projekt „Pozytywna Uwaga” narodził się w Szkole Podstawowej nr 52 na warszawskim Targówku, ale bierze w nim udział ponad 300 szkół w całym kraju. Wszyscy zgodnie podkreślają, że nie chcą zmieniać podstawy programowej, tylko zachęcić pedagogów, wychowawców i opiekunów do mądrego chwalenia uczniów.

W praktyce chodzi rodzicom o to, by nauczyciele zwrócili uwagę na mocne strony ich dzieci, na najdrobniejsze nawet sukcesy i podzielili się z nimi tymi spostrzeżeniami. Ważne jest to, żeby dzieci miały świadomość, że nawet jak nie mają czerwonego paska, to są w czymś dobre.

– My, jako rodzice, nie widzimy na co dzień tego, jak dzieci zachowują się w społeczności szkolnej i bardzo nam takich informacji brakuje. Wierzymy, że poza wpadkami, które się zdarzają i są relacjonowane w formie negatywnych uwag, są też dobre sytuacje, o których my po prostu nie wiemy, np. że ktoś potrafi rozwiązać jakiś konflikt w klasie czy ma talent przywódczy – podkreśla Anna Zapał.

Jak tłumaczy, wybór listopada jako terminu akcji nie jest przypadkowy. To najbardziej ponury miesiąc w roku: szybko robi się ciemno, dzieci już zapomniały o wakacjach, mają coraz więcej nauki i klasówek, a do świąt jeszcze kilka tygodni.

– Nie zmienimy systemu edukacji i nie uciekniemy od oceniania, ale chcielibyśmy, żeby w tym jednym miesiącu w roku wszyscy nauczyciele skupili się na tym, co w naszych dzieciakach jest dobre. Teraz uczniowie potrzebują najwięcej takiego wzmocnienia – mówi Anna Zapał.

O tym, że pozytywne uwagi wciąż należą do rzadkości, świadczy to, jak dzieci reagują na pochwały.

– Dzieciaki są zawstydzone, bo one się tych uwag nie spodziewały, wstydzą się, uśmiechają dziwnie. Bardzo chcemy zwrócić uwagę w tej akcji na to, żeby to chwalenie nie było takie powierzchowne. Nie zależy nam na tym, żeby mówiono: to jest fajny chłopiec czy grzeczna dziewczynka, tylko żeby nauczyciele na moment zatrzymali się i zauważyli takie cechy, które są później bardzo ważne, jeżeli chodzi np. o wybór ścieżki kariery – mówi Anna Zapał.

Na pochwały zasługują nie tylko uczniowie, lecz także nauczyciele.

– Wierzymy, że nie należy tylko mówić nauczycielom, co źle zrobili, ale też czasami odważyć się ich pochwalić. Wcale nie jest to lizusostwo, żeby powiedzieć komuś, że jakaś lekcja była ciekawa, a dzieci w domu opowiadały, że fantastycznie czuły się podczas jakiejś dyskusji. Jest to warte powiedzenia po to, by wzmocnić nauczycieli i pokazać im, że my doceniamy ich pracę – mówi Anna Zapał.

Szkoła może dołączyć do akcji „Pozytywna Uwaga”, wypełniając formularz i chwaląc się uwagami przekazanymi w listopadzie za pośrednictwem e-dziennika lub tradycyjnego dzienniczka. Mogą one dotyczyć zarówno sukcesów edukacyjnych dzieci, jak i ich zachowania. Na nauczycieli i szkoły, które podzielą się najbardziej inspirującymi uwagami, czekają nagrody.

W Toruniu trwają prace nad miniaturowym, optycznym zegarem atomowym. Wysłany w kosmos może zrewolucjonizować międzyplanetarną nawigację

Ciemna materia stanowi nawet 27 proc. znanego wszechświata. W jej znalezieniu mogą pomóc najnowsze, superprecyzyjne zegary atomowe. Są tak dokładne, że można je wykorzystać do wykrywania ciemnej materii, pomiaru fal grawitacyjnych i określania dokładnego kształtu ziemskiego pola grawitacyjnego. Optyczne zegary atomowe znajdują się również w Polsce. W Toruniu trwają prace nad miniaturowym, przenośnym zegarem optycznym, który mógłby zrewolucjonizować nawigację międzyplanetarną.

– Mój projekt polega na poszukiwaniu ciemnej materii przy pomocy optycznych zegarów atomowych. Optyczne zegary atomowe są to niezwykle czułe urządzenia. Dwa z nich znajdują się w Toruniu, są to jedyne optyczne zegary atomowe w Polsce. I wykorzystujemy fakt, że ciemna materia spowodowałaby bardzo subtelne efekty w naszej naturze, które właśnie za pomocą tych zegarów można by było wykryć – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Beata Zjawin, studentka fizyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, laureatka stypendium SPIE Optics and Photonics Education Scholarship oraz 19. edycji programu L’Oréal Polska „Dla kobiet i nauki”.

Badacze od lat próbowali zaobserwować ciemną materię, która może stanowić nawet 27 proc. całego znanego Wszechświata. Obecnie jest to już jednak możliwe. Fizycy z Uniwersytetu Tokijskiego planują używać laserów do odkrywania osi, czyli cząsteczek, które mogą być składnikami ciemnej materii. Trudność w znalezieniu ciemnej materii polega na tym, że jest ona zbudowana ze słabo oddziałujących masywnych cząstek (WIMP). Choć nie ma jeszcze sposobu, aby je bezpośrednio wykryć, to można przewidzieć ich istnienie na podstawie efektów grawitacyjnych.

W Polsce poszukiwaniem ciemnej materii zajmie się nowa generacja zegarów atomowych.

– To bardzo precyzyjne urządzenia, więc jesteśmy w stanie bardzo dokładnie kontrolować to, co się dzieje w środku optycznego zegara atomowego. Jeżeli zauważymy jakiekolwiek zaburzenia, których źródła nie jesteśmy w stanie podać, możemy spróbować interpretować, czy były one właśnie związane z ciemną materią – tłumaczy Beata Zjawin.

Istnienie ciemnej materii sugeruje się poprzez jej wpływ grawitacyjny na ruchy gwiazd i galaktyk. Obecnie naukowcy testują istnienie pól ciemnej materii, szukając zakłóceń w zegarach atomowych, które utrzymują czas, monitorując drżenie atomów. Zegary są tak dokładne, że stracą nie więcej niż 1 sekundę co 15 miliardów lat.

– Optyczne zegary atomowe są bardziej precyzyjne niż jakiekolwiek inne zegary. To, czego my używamy w tym momencie jako definicji czasu, to są zegary atomowe, bez tej części optycznej, i one się znajdują np. na stacjach GPS i pomagają nam powiedzieć, jakie jest nasze położenie. Plany zakładają, żeby zbudować dużo mniejszy optyczny zegar atomowy, który działałby bez żadnej ingerencji człowieka, by móc np. wysłać go w kosmos – podkreśla studentka.

W Toruniu trwają właśnie prace nad stworzeniem miniaturowych, przenośnych zegarów atomowych. Jeśli takie powstaną, mogłyby np. trafić do satelitów, a w ten sposób zrewolucjonizowałyby cały system nawigacji, ale i obrazowania Ziemi, z dokładnością co do milimetrów. Większość zegarków jest teraz oparta na kwarcowym oscylatorze, który sprawdza się w codziennych pomiarach czasu, ale z czasem traci dokładność. Po 6 tygodniach można je uruchomić z różnicą milisekundy. W nawigacji kosmicznej ułamek sekundy może oznaczać błąd odległości rzędu 300 kilometrów.

– Są to plany raczej bliskie, które teraz realizujemy. W przeciągu kilku, kilkunastu lat mamy nadzieję je już zrealizować – wskazuje Beata Zjawin.

Już wkrótce nowotworom będzie można zapobiegać. W ciągu kilku lat mogą powstać szczepionki na raka oparte na modyfikacji kodu mRNA

Immunoterapia jest formą leczenia raka, która wykorzystuje moc układu odpornościowego organizmu do zapobiegania, kontroli i eliminacji raka. Wkrótce może zdominować leczenie chorób nowotworowych. Po 2020 roku może być wykorzystywana w leczeniu nawet co drugiego nowotworu. Szczepionki już teraz odgrywają znaczącą rolę w terapii czerniaka, raka mózgu czy nowotworów hematologicznych. Niedawno naukowcy z Arizona State University zidentyfikowali ponad 200 tys. neoantygenów nowotworowych, co może doprowadzić do opracowania szerokiego spektrum szczepionek.

– Szczepionki przeciwnowotworowe to rodzaj terapii, której celem jest leczenie osób już chorych na nowotwory. Podajemy przepis na białko charakterystyczne dla nowotworu po to, aby nasz układ immunologiczny wyszkolić do rozpoznawania komórek nowotworowych i niszczenia ich – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jacek Jemielity, profesor w Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego, współtwórca spółki ExploRNA.

Immunoterapia, czyli leczenie raka przy pomocy układu odpornościowego organizmu, zapobiega i eliminuje nowotwór. Szczepionki doprowadziły do przełomu w leczeniu wielu nowotworów. Od szczepionki prewencyjnej przeciw rakowi szyjki macicy i wątroby po pierwszą terapię, która udowodniła, że ​​przedłuża życie pacjentów z czerniakiem z przerzutami. Amerykańskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej (ASCO) już kilka lat temu zapowiedziało, że immunoterapia onkologiczna zdominuje leczenie chorób nowotworowych. Po 2020 roku miała być wykorzystywana przy leczeniu połowy nowotworów.

Tworzenie innowacyjnych terapii przeciw nowotworom jest możliwe m.in. dzięki Polakom, którzy opracowali nowe modyfikacje mRNA – to tzw. „instruktażowy kod DNA”. Jeśli DNA zostaje zmienione, np. przez chorobę, może wysyłać błędny kod. Tymczasem polscy naukowcy tak zmodyfikowali cząsteczkę mRNA, żeby mogła dostarczyć prawidłowych instrukcji, niezależnie od okoliczności.

– Firmy farmaceutyczne, m.in. te, które korzystają z naszego poprzedniego wynalazku, prowadzą badania w tzw. ujęciu spersonalizowanym, tzn., że nie ma przywiązania do konkretnego typu nowotworu, tylko każdy pacjent jest traktowany indywidualnie. To oczywiście oznacza, że potencjalnie niemal każdy rodzaj nowotworu można próbować leczyć metodą aktywującą system immunologiczny – mówi Jacek Jemielity.

Opracowanie skutecznych szczepionek, które nie będą leczyć, a zapobiegać zachorowaniu na nowotwory, jest jednak bardzo trudne. Rak jest oceniany przez naukowców jako choroba inteligentna, tzn. potrafi być nierozpoznany przez układ odpornościowy chorego. Szczepionki wzmacniają immunologię, a zastosowane już podczas choroby umożliwiają zwalczanie zmienionych komórek, nie uszkadzają przy tym zdrowych tkanek. Niewiele jest jednak na razie szczepionek, które chronią przed chorobą.

– Jeszcze żadna terapia związana z mRNA nie została dopuszczona. Jest bardzo wiele badań klinicznych, ale jeszcze żadne z tych badań klinicznych się nie zakończyło. Zapewne w przyszłości leczenie prewencyjne będzie możliwe, natomiast w tym pierwszym okresie nie jest to szczepionka prewencyjna. Jest to szczepionka, która ma za zadanie leczyć osoby już chore – wskazuje ekspert.

Opracowane przez Polaków modyfikacje mRNA znajdują zastosowanie przy opracowaniu szczepionek na choroby wirusowe, w tym także wirus Zika. Szczepionki przeciw chorobom nowotworowym oparte o kod mRNA są jednak kwestią przyszłości.

– Niektóre firmy mają już swoje szczepionki w drugiej lub trzeciej fazie badań klinicznych, co mogłoby oznaczać, że rzeczywiście tego typu terapie mają szanse pojawić się już naprawdę niedługo – ocenia Jacek Jemielity.

Inkubator przedsiębiorczości – czym jest i z jakich usług warto skorzystać?

Inkubator przedsiębiorczości to organizacja działająca w środowisku akademickim lub prywatna fundacja / spółka, mająca na celu holistyczne wspieranie przedsiębiorstw w ich rozwoju, począwszy od rejestracji spółki, przez jej rozliczanie, wsparcie merytoryczne czy zapewnienie outsourcingu konkretnych usług np. marketingowych. Inkubatory skupiają wiele firm w jednym miejscu tworząc tym samym społeczność, w ramach której można nawiązać liczne współprace, wymienić się wiedzą czy doświadczeniami. Zazwyczaj w owych społecznościach dominują startupy z branży fintech i IT.

Zakres wsparcia inkubatorów przedsiębiorczości dzieli się na dwie podstawowe kategorie:

  • Inkubacja – czyli świadczenie kompleksowego wsparcia dla zarejestrowanych firm lub projektów, które wchodząc pod opiekę inkubatora będą zainteresowane założeniem spółki. Wymogiem jest tutaj posiadanie swojej osobowości prawnej. Pomoc inkubatora polega na obsłudze księgowej (księga przychodów i rozchodów, księgi handlowe, ryczałt, kadry i płace), PR, marketingowej (pozycjonowanie stron, kampanie 360, blogger relations, czy social media). Ponadto w ramach współpracy otrzymamy wsparcie w zakresie prawa, RODO, czy IT. Inkubator przedsiębiorczości zapewnia również sesje mentorskie ze specjalistami, szkolenia biznesowe oraz dostęp do wielu narzędzi i coworkingów na preferencyjnych warunkach.
  • Preinkubacja – czyli świadczenie usługi udostępnienia osobowości prawnej inkubatora w celu przetestowania swojego modelu biznesowego. Jeśli masz pomysł na startup, ale nie chcesz od razu rejestrować spółki z o.o., prostej spółki akcyjnej czy jednoosobowej działalności gospodarczej możesz nawiązać współpracę z inkubatorem, który umożliwi rozwijanie projektu pod jego osobowością prawną jako zorganizowana część przedsiębiorstwa (ZCP). Prowadzenie startupu bez rejestracji własnej firmy ma wiele zalet ale i ograniczeń. 

Kiedy warto skorzystać z usług inkubatora przedsiębiorczości w zakresie preinkubacji?

Z preinkubacji warto skorzystać przede wszystkim w takich warunkach, gdy nie dysponujemy budżetem na rejestrację spółki czy realizację swojego projektu. Korzystając z osobowości prawnej inkubatora możemy przetestować swój model biznesowy.

W czym pomoże nam inkubator przedsiębiorczości?

  1. Biuro rachunkowe – powierzając inkubatorowi księgowość, mamy pewność że uzyskujemy opiekę specjalistów biegłych nie tylko w kwestiach księgowości ale również i prawa dotyczącego tematów typowo startupowych jak rozliczenia transakcji opartych o blockchain, transakcji walutowych, czy zarobków z aplikacji mobilnych. Prowadząc rachunkowość startupu trzeba również znać wytyczne podmiotów udzielających finansowania zewnętrznego, względem prowadzenia dodatkowych ewidencji i raportów.
  2. Rejestracja spółek – jeśli nie masz doświadczenia w rejestracji spółki i chcesz to zrobić sprawnie i bezbłędnie, możesz cały proces powierzyć specjaliście, który przeprowadzi Cię przez cały proces oraz dopilnuje wszelkich formalności.
  3. Usługi marketingowe – korzystając z księgowości, otrzymujesz znacznie korzystniejsze warunki na usługi marketingowe. Pozycjonowanie stron, kampanie w Google ADS, social media, blogger relations, czy PR na najwyższym poziomie, pozwoli Twojej firmie rozwinąć skrzydła i uzyskać zwrot z inwestycji, a to wszystko podczas gdy zajmujesz się swoimi trzonowymi zadaniami.
  4. Usługi IT – potrzebujesz pomocy ze stroną internetową czy systemem informatycznym dla Twojej firmy? Możesz liczyć na wsparcie w każdej dziedzinie!
  5. Doradztwo prawne – przygotowanie firmy do wymogów RODO czy innych przepisów to duża trudność dla początkującego przedsiębiorcy. Inkubator przedsiębiorczości przeprowadzi Cię przez wszystkie etapy i pozwoli działać w pełni legalnie i bezpiecznie.
  6. Szkolenia i mentoring – szybkość rozwoju rynkowego i konkurencji, sprawia że trzeba być na bieżąco ze wszystkimi zmianami, aby nie zostać w tyle.
  7. Dostęp do sieci partnerskiej

Chesz oddać formalności związane z biznesem w ręce specjalistów i skupić się na trzonowych zadaniach Twojej firmy?
Sprawdź inkubator Keep Going Group! Pracuj skutecznie, a nie ciężko!

Tydzień bogaty w dane makroekonomiczne

Po raz kolejny, RPP zgodnie z oczekiwaniami utrzymała stopy procentowe NBP na dotychczasowym poziomie. Stopa referencyjna dalej pozostaje na historycznie niskim poziomie 1,5%. Komunikat po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej nie wiele się różnił od poprzedniego. Rada zauważa, że po wzroście w pierwszym kwartale 2020 roku inflacja CPI będzie kształtowała się w pobliżu celu inflacyjnego. Podczas konferencji po posiedzeniu prezes NBP powiedział, że podtrzymuje swoje wcześniejsze oczekiwania, iż stopy procentowe NBP pozostaną stabilne do końca jego kadencji w 2022 roku. Konferencja po posiedzeniu RPP jak i najnowsza projekcja makroekonomiczna wskazująca na utrzymywanie się inflacji w przedziale dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego 1,5%-3,5% r/r podtrzymują dotychczasową gołębią retorykę większości członków Rady.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 2,44%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zyskały aż 2,68%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z nieco mniejszym wzrostem: 1,66% dla sWIG80 oraz 1,40% dla mWIG40.

Nadchodzący tydzień będzie bogaty w dane makroekonomiczne z USA. W środę (13.11.2019) poznamy dane o inflacji CPI w październiku. W czwartek (14.11.2019) poznamy dane o październikowej inflacji PPI oraz będziemy przesłuchiwać się wystąpieniu prezesa Fed Jeromiego Powella. Z kolei w piątek (15.11.2019) nadejdzie kolej na dane o sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej.

Interesujące dane będą również napływały ze Polski. W środę (13.11.2019) poznamy saldo obrotów towarowych. W czwartek (14.11.2019) zostaną przedstawione inwestorom wstępne dane o PKB w III kwartale 2019 roku. Natomiast w piątek (15.11.2019) nadejdzie kolej na finalny raport o inflacji w październiku.

Ponadto nie można pominąć tego, ze w piątek zostaną opublikowane dane o bilansie handlu zagranicznego oraz inflacji HICP dla Stefy Euro.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Czy warto kupić partycypację i wynająć lokum od TBS?

Osoba zainteresowana rynkiem mieszkaniowym, wcześniej czy później spotka się z trzyliterowym skrótem TBS. Oznacza on towarzystwo budownictwa społecznego, czyli jedną z instytucji, które utworzono w celu zaspokajania potrzeb mieszkaniowych uboższych Polaków. Mieszkania z TBS-u czasem są uważane za alternatywę dla własnego „M”. Taka opinia wydaje się dość mocno przesadzona, ponieważ klienci TBS-u jedynie wynajmują swoje lokale. W tym kontekście mylący jest fakt, że czasem pojawiają się internetowe ogłoszenia o sprzedaży tzw. partycypacji w towarzystwach budownictwa społecznego. Postanowiliśmy wyjaśnić, dlaczego takich ogłoszeń nie można mylić z anonsami dotyczącymi sprzedaży odrębnej własności lokalu lub spółdzielczego własnościowego prawa do mieszkania.

Przez lata TBS-y wybudowały około 100 000 lokali …

Warto wiedzieć, że towarzystwa budownictwa społecznego zostały utworzone w połowie lat 90 – tych jako instytucje mające przyczynić się do zlikwidowania dużego deficytu mieszkaniowego. Po latach można stwierdzić, że oferta TBS-ów nie spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem naszych rodaków. Polacy są przywiązani do własności mieszkaniowej i dlatego wszelkie formy najmu traktują jako rozwiązanie tymczasowe. Dotyczy to również najmu lokali od towarzystw budownictwa społecznego, który jest bardziej stabilny niż wynajem na wolnym rynku. Nie można jednak zaprzeczyć, że podczas swojej dotychczasowej działalności TBS-y wybudowały około 100 000 mieszkań. „Gminy dość często są udziałowcami takich instytucji i traktują budowę mieszkań społecznych jako sposób na zapewnienie lokum swoim mieszkańcom” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Partycypacja pokrywa do 30% kosztów budowy lokum

Tak jak już wspomnieliśmy, sposób działania TBS-ów opiera się na wynajmowaniu mieszkań osobom fizycznym. Te osoby korzystają z zalet, które daje długoterminowy i stabilny najem. Pod względem zasad, wynajem lokum od TBS przypomina nieco sposób działania spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania. Klient TBS-u przed podpisaniem umowy najmu musi wnieść wkład wynoszący do 30% kosztów budowy mieszkania. „Taki wkład zwany partycypacją, po wygaśnięciu umowy najmu zostanie zwrócony byłemu najemcy. Co ważne, zwrot wkładu uwzględnia waloryzację” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Warto nadmienić, że nie każda osoba może być najemcą mieszkania z TBS-u. Przyszły najemca mieszkania społecznego nie powinien posiadać prawa do innego lokum w tej samej miejscowości. Ustawa z dnia 26 października 1995 r. regulująca zasady funkcjonowania TBS-ów, wprowadza również pewne kryteria dochodowe dla najemców mieszkań społecznych. Leszek Markiewicz tłumaczy, że osoby posiadające ponadprzeciętne dochody nie będą miały szans na wynajęcie mieszkania od towarzystwa budownictwa społecznego.

Na zbycie partycypacji będzie musiał zgodzić się TBS

Aktualne przepisy pozwalają na zbycie partycypacji w TBS-ie. Właśnie dlatego w Internecie znajdziemy ogłoszenia dotyczące „sprzedaży mieszkań z TBS”. Takie anonse czasem może prezentować również agencja nieruchomości lub samodzielny agent nieruchomości. W świetle tego, co wcześniej napisaliśmy wydaje się jasne, dlaczego zbycia partycypacji nie można porównać ze sprzedażą prawa własności mieszkania albo nawet spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu mieszkalnego. Płacąc za partycypację np. 100 000 zł – 200 000 zł, zyskamy jedynie prawo do stabilnego najmu. „Co więcej, towarzystwo budownictwa społecznego będzie musiało wyrazić zgodę na zbycie partycypacji przez poprzedniego najemcę (zobacz artykuł 29 ustęp 5 ustawy z dnia 26 października 1995 r. o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego)” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wysoki czynsz i brak wykupu to duże wady TBS – ów

Dość duża liczba ogłoszeń dotyczących sprzedaży partycypacji w TBS to konsekwencja rozczarowania ofertą wspomnianych instytucji. Niestety cechują się one wysokim poziomem miesięcznego czynszu (w stosunku do lokali spółdzielczych, komunalnych i własnościowych). Wystarczy wspomnieć, że pod koniec 2016 r. średnia stawka czynszu za mieszkanie z TBS-u wynosiła 10,12 zł/mkw. Dla porównania, przeciętna zaliczka na rzecz wspólnoty mieszkaniowej wówczas kształtowała się na poziomie 2,38 zł/mkw. Tak duża różnica kosztów eksploatacji lokali wynika z faktu, że czynsz pobierany od najemców służy m.in. do spłaty kredytów, które TBS zaciągnął na budowę mieszkań. „Warto wspomnieć, że budowa lokali społecznych nadal jest wspierana dzięki preferencyjnym kredytom, których udziela Bank Gospodarstwa Krajowego” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Najemca mieszkania z towarzystwa budownictwa społecznego poprzez wysoki czynsz systematycznie spłaca kredyt na budowę zajmowanego lokum. Nie oznacza to jednak, że mieszkanie z TBS-u można dogodnie wykupić. Wręcz przeciwnie – wykup mieszkania społecznego jest bardzo trudny. Wynika to z dwóch kwestii. Po pierwsze, TBS-y (zwłaszcza gminne) nie chcą pozbywać się posiadanych mieszkań. Po drugie, cena wykupu mieszkania od TBS-u będzie rynkowa pomimo wysokich stawek wcześniej płaconego czynszu. Trudno się zatem dziwić, że wielu najemców woli odzyskać partycypację i wykorzystać ją jako wkład własny przy kredycie mieszkaniowym. To tłumaczy stosunkowo dużą liczbę ogłoszeń dotyczących mieszkań z TBS-ów. Takie ogłoszenia czasem zamieszczają również agencje nieruchomości. „Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że sprzedaż partycypacji z TBS-u nie jest rodzajem transakcji szczególnie atrakcyjnym dla agenta” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Nowe historyczne minimum GIP60 i tąpnięcie nastrojów w przemyśle

Październik upłynął dla Giełdowego Indeksu Produkcji pod znakiem nowego historycznego minimum, któremu towarzyszyła ogarniająca coraz szersze kręgi obawa o kondycję przemysłu. Wartość polskich spółek produkcyjnych notowanych na GPW spada już od początku drugiego kwartału i obecnie ceny akcji mogą stanowić niezłą okazję inwestycyjną. Nie sposób jednak odpowiedzieć dzisiaj kiedy ta inwestycja się zwróci.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc wrzesień. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A.  pisze:

„Październik był dla polskich spółek produkcyjnych kolejnym słabym miesiącem. Po pierwszych sześciu sesjach GIP60 ustanowił nowe historyczne minimum wynikiem 783,48 pkt. Przez resztę miesiąca indeks powoli odrabiał straty, ale pozwoliło to jedynie na złagodzenie spadku do 3,11% m/m.  Podobnie sytuacja wyglądała w grupie innych małych spółek zaliczanych do SWIG80, który stracił w październiku 1,1% wartości. Lepiej w zeszłym miesiącu rynek akcji  potraktował największe spółki z WIG20, który zyskał 1,0% m/m. Indeks szerokiego rynku zyskiwał w tym samym czasie 0,8%.

Słaby wynik całego GIP60 nie oznacza jednak, że polscy producenci nie dali zarobić swoim inwestorom w zeszłym miesiącu. Niemalże połowa spółek z portfela GIP zakończyła październik z wyższą ceną niż na początku miesiąca, a ośmiu spośród z nich udało się nawet wypracować dwucyfrowy wzrost. W przekroju branżowym najlepiej na parkiecie radzili sobie polscy producenci tworzyw sztucznych, którzy w październiku zwiększyli swoją wartość rynkową średnio o 16,76%. Pozytywnie wspominają ten miesiąc również inwestorzy z otwartą pozycją na akcjach polskich spółek produkujących chemikalia (średni wzrost 5,82% m/m) oraz producenci materiałów budowlanych (+3,72% m/m).

Niestety najgorsze wyniki osiągnęły największe spółki z GIP60, w tym przede wszystkim producenci odzieży, określani przez nas mianem projektantów. Szczególnie mocno rozczarowały inwestorów wyniki spółki CCC, której ekspansja doprowadziła do wzrostu przychodów jednak kosztem rentowności, co w konsekwencji spowodowało redukcję kapitalizacji rynkowej o niemal 20% w ciągu miesiąca. Również LPP nie może zaliczyć ubiegłego miesiąca do udanych, jednak w tym przypadku rozmiar korekty był znacznie mniejszy i akcje spółki traciły „jedynie” 5,17% m/m, w konsekwencji średnia spółek z tej branży wyniosła -9,62% m/m. Niewiele lepiej wypadły spółki z branży motoryzacyjnej, które straciły w tym czasie 8,17% m/m. Tak złe wyniki spółek z dużym udziałem w portfelu GIP60 doprowadziły do tego, że cały indeks stracił w kolejnym już miesiącu tego roku i obecnie unosi się ledwo ponad historycznym minimum.

Ergis urósł w październiku najbardziej

Comiesięczny ranking GIP60 ma na celu wyróżnienie polskich spółek produkcyjnych, które osiągają największy miesięczny wzrost ceny akcji. W październiku, dzięki wzrostowi ceny akcji o 40% m/m, na czele klasyfikacji GIP60 stanął producent tworzyw sztucznych – ERGIS. Ten środkowoeuropejski lider w produkcji opakowań przemysłowych i folii do pakowania żywności wypracował tak imponujący wzrost za sprawą wezwania do sprzedaży akcji opublikowanego przez zarząd, który ma w planach wycofać spółkę z GPW i kontynuować restrukturyzację. Ale wpływ na wzrost miały również inne czynniki, październik był dobrym miesiącem również dla innych polskich producentów z branży tworzyw sztucznych. LENTEX zyskał w tym czasie 5,46% m/m, a IZO-BLOK dołożył 4,81% m/m.

Na drugim miejscu spółka ES-SYSTEM za wzrost miesięczny na poziomie 30,08%. Cena akcji spółki wystrzeliła po ogłoszeniu sprzedaży znacznego pakietu branżowemu inwestorowi strategicznemu, która kończy proces przeglądu opcji strategicznych. Najniższy stopień podium GIP60 w październiku dla spółki MERCATOR MEDICAL za wzrost 28,70% m/m, sprowokowany głównie szacunkami wyników za III kwartał br., transakcjami na akcjach przez członków zarządu i informacji o znaczącej umowie zawartej przez spółkę z partnerem zagranicznym.

Ponure nastroje ogarniają spółki produkcyjne

Wśród kadry kierowniczej wybranych spółek produkcyjnych, od wielu miesięcy panują minorowe nastroje, które we wrześniu pogorszyły się jeszcze bardziej. Odczyt PMI® dla polskiego przemysłu na poziomie 45,6 pkt to najniższy wynik od kwietnia 2009 roku, na który złożyły się najgorsze w historii badań prognozy ankietowanych dotyczące przyszłej produkcji. Według ankietowanych produkcja, nowe zamówienia i eksport spadły w najszybszym tempie od ponad dekady, co przełożyło się na największy miesięczny spadek PMI® spośród wszystkich krajów europejskich biorących udział w badaniu.

Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy ekonomiści najczęściej wskazują wpływ negatywnych nastrojów z Europy Zachodniej. PMI® zagregowany dla całej Eurostrefy wyniósł we wrześniu 45,9 notując ósmy miesiąc z rzędu poniżej neutralnej granicy 50 pkt. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda u naszego największego partnera handlowego, gdzie panują obecnie najgorsze nastroje na świecie i to mimo niewielkiej poprawy z 41,7 pkt we wrześniu do 42,1 pkt w październiku (9 miesiąc z rzędu poniżej 50 pkt).

Najlepsze nastroje obecnie panują za oceanem, gdzie wszystkie badane kraje osiągnęły wyniki powyżej 50 pkt (w USA 51,3 pkt). Niewiele gorzej sytuacja wygląda w Azji, gdzie w połowie badanych krajów panują już pozytywne nastroje (w Chinach 51,7 pkt). Taki obraz pasuje do analiz doszukujących się problemów europejskiego przemysłu w umacniającym się do niedawna dolarze i rosnącej konkurencji nisko kosztowych gospodarek azjatyckich.

Twarde dane przywracają nadzieję, ale na jak długo?

Jednak nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków bazując jedynie na badaniu nastrojów i to w wyselekcjonowanej grupie producentów. GUS publikuje dane z większym opóźnieniem, ale dzięki dokładniejszej metodologii prezentuje wiarygodniejszy obraz sektora przemysłowego. I tak, we wrześniu br. produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 5,6% w porównaniu z analogicznym miesiącem ub. roku i 10,7% wyższa niż w sierpniu br. Po wyeliminowaniu czynników o charakterze sezonowym, produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 3,5% r/r  i 1,2% m/m. W okresie styczeń-wrzesień tego roku produkcja była wyższa o 4,5% w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku i jest to wzrost o słabszej dynamice niż w zeszłym roku kiedy podczas pierwszych dziewięciu miesiącach nasz rodzimy przemysł rósł o 5,9% r/r, ale prezentuje się znacznie korzystniej niż wyniki badania PMI®.

Niestety nie można w ten sam sposób skwitować sytuacji w Niemczech, które są dla naszego przemysłu obecnie największym zagranicznym rynkiem zbytu. Produkcja przemysłowa zmalała tam we wrześniu o 4,3% r/r, już po raz jedenasty z rzędu potwierdzając wyraźną recesję u naszego zachodniego sąsiada. Utrzymująca się tak długo zła kondycja niemieckiego przemysłu miała do tej pory większy wpływ na nastrój polskich producentów, ale jeśli sytuacja się nie poprawi to już niedługo podobne symptomy mogą pojawić się również w twardych danych. Czy poluzowanie polityki pieniężnej FED i EBC zdołają złagodzić wpływ dekoniunktury przemysłowej na ceny akcji polskich producentów? Dotychczasowe doświadczenia inwestorów z GPW zdają się nie dawać na to większych szans, ale może niskie ceny skuszą zagraniczny kapitał, który może w końcu zwróci uwagę na nasz rodzimy parkiet. Na ostatnich sesjach października i pierwszych sesjach listopada zdaje się realizować taki właśnie optymistyczny scenariusz, pytanie na jak długo wystarczy mu paliwa.”

Niektóre gminy będą mogły dochodzić opłat dodatkowych za parkowanie nawet po upływie 5 lat

Urzędy skarbowe umarzały postępowania egzekucyjne ws. opłat dodatkowych za brak opłaty za postój w strefach płatnego parkowania po upływie 5-letniego terminu przedawnienia tych roszczeń, wskazanego w ustawie o drogach publicznych. Jedno z takich postanowień o umorzeniu zaskarżył Prezydent m.st. Warszawy, wskazując, że termin przedawnienia nie upłynął, bo zgodnie z przepisami Ordynacji podatkowej przerwały go czynności egzekucyjne zastosowane wobec dłużnika. W wyroku z 25 września 2019 r. zgodził się z nim Naczelny Sąd Administracyjny.

Zgodnie z art. 13 ust. 1 pkt 1 Ustawy z dnia 21 marca 1985 r. o drogach publicznych: „Korzystający z dróg publicznych są obowiązani do ponoszenia opłat za postój pojazdów samochodowych na drogach publicznych: a) w strefie płatnego parkowania, b) w śródmiejskiej strefie płatnego parkowania” (Dz.U. 1985 nr 14 poz. 60, ze zm.). Z kolei na mocy art. 13f za nieuiszczenie tych opłat zarząd lub zarządca drogi może pobierać opłatę dodatkową. Art. 40d ust. 3 tej ustawy precyzuje, że obowiązek uiszczenia opłat dodatkowych przedawnia się z upływem 5 lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym opłaty powinny zostać uiszczone.

Po upływie wskazanego w tym przepisie 5-letniego okresu, powołując się na jego treść, organy egzekucyjne umarzały postępowanie egzekucyjne wobec podmiotów zobowiązanych do uregulowania tej opłaty. Tak uczynił Naczelnik Urzędu Skarbowego w Wołominie postanowieniem wydanym w styczniu 2018 r., a które w mocy utrzymał Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Warszawie postanowieniem z marca 2018 r. Rozstrzygnięcia organów obu instancji zaskarżył Prezydent m.st. Warszawy.

Zastosowanie środka egzekucyjnego przerwało bieg terminu przedawnienia

Prezydent Warszawy stał na stanowisku, że na mocy odesłania zawartego w art. 67 Ustawy z dnia o finansach publicznych w sprawach dotyczących tych opłat dodatkowych stosuje się odpowiednio przepisy działu III ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa. A przepis art. 70 § 4 zd. 1 Ordynacji (dalej: O.p.) stanowi, że: „Bieg terminu przedawnienia zostaje przerwany wskutek zastosowania środka egzekucyjnego, o którym podatnik został zawiadomiony” (Dz.U. z 2018 r. poz. 800, z późn. zm.). Na tej podstawie skarżący wywodził, że wskutek zastosowania wobec dłużnika środka egzekucyjnego w postaci zajęcia rachunku bankowego, przysługująca mu względem tego dłużnika wierzytelność nie uległa przedawnieniu.

Przepisy powołane później nie mogą mieć pierwszeństwa przed powołanymi wcześniej

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wyrokiem z dnia 28 listopada 2018 r. (sygn. akt V SA/Wa 698/18) oddalił skargę Prezydenta. Sąd wskazał, że przepisy dotyczące przedmiotowej opłaty dodatkowej zostały wprowadzone do ustawy o drogach publicznych (dalej: u.d.p.) w 2005 r. Natomiast ustawa o finansach publicznych weszła w życie 1 stycznia 2010 r. Według sądu przepis art. 40d ust. 3 u.d.p. jest przepisem szczególnym w stosunku do regulacji ustawy o finansach publicznych, bo reguluje tylko przedawnienie wskazanych w nim opłat, podczas gdy art. 67 ust. 1 ustawy o finansach publicznych (dalej: u.f.p.) dotyczy wszystkich niepodatkowych należności budżetowych o charakterze publicznoprawnym. A że przepisy tej drugiej ustawy, jako powołane do życia później, nie mają pierwszeństwa przed postanowieniami wskazanego przepisu szczególnego, to automatycznie zastosowania w przedmiotowej sprawie nie mogą znaleźć odesłane na podstawie art. 67 ust. 1 u.f.p. przepisy działu III Ordynacji podatkowej.

Jak orzekł WSA, w jego ocenie racjonalny ustawodawca nie mógł celowo poprzez późniejsze powołanie przepisów u.f.p. pogorszyć sytuacji zobowiązanych do uiszczenia opłaty dodatkowej, stąd nie ma możliwości zastosowania w ich zakresie przepisu art. 70 § 4 O.p., który do takiej sytuacji by doprowadził, zezwalając na przerwanie biegu terminu przedawnienia ciążącego na nich zobowiązania (sygn. akt V SA/Wa 698/18).

Przepis ustawy o drogach publicznych ma pierwszeństwo jedynie w obszarze, który reguluje

Prezydent m.st. Warszawy wniósł skargę kasacyjną, na skutek której Naczelny Sąd Administracyjny wyrokiem z 25 września 2019 r. uchylił zaskarżony wyrok oraz zaskarżone postanowienia organów pierwszej i drugiej instancji. NSA zwrócił uwagę na przepis art. 2 § 2 O.p., który stwierdza, że jeśli odrębne przepisy nie stanowią inaczej, przepisy działu III O.p. stosuje się również do opłat takich, jakiej dotyczy przedmiot tej sprawy. Jego zdaniem opłata dodatkowa za parkowanie w strefie płatnego parkowania stanowi należność publicznoprawną, do której w wyniku odesłania zawartego w art. 67 ust. 1 u.p.f. mają zastosowanie przepisy działu III Ordynacji podatkowej, w tym jego art. 70 § 4.

Przyznając art. 40d ust. 3 ustawy o drogach publicznych pierwszeństwo stosowania w obszarze objętym jego regulacją, powziął wątpliwości co do możliwości rozciągnięcia tego pierwszeństwa na pozostałe obszary nieuregulowane w u.d.p., a uregulowane w Ordynacji podatkowej. Mogłoby to bowiem prowadzić m.in. do takich sytuacji, że przedmiotowa opłata dodatkowa nie mogłaby wygasnąć przez potrącenie czy też zostać objęta ulgą.

Sąd podzielił stanowisko wyrażone przez NSA w wyroku z 9 stycznia 2019 r. (sygn. akt II FSK 2600/18), że „… art. 40d ust. 3 u.d.p. stanowi odpowiednik art. 70 § 1 O.p., a norma wyrażona w art. 40d ust. 3 u.d.p. nie odnosi się (…) w żaden sposób do pozostałych kwestii, związanych z przedawnieniem – jak zawieszenie lub przerwanie biegu terminu przedawnienia, nie mówiąc już o pozostałych zagadnieniach, uregulowanych przez przepisy działu III O.p.; nie może więc tych zagadnień regulować w sposób szczególny do regulacji zawartej w O.p.” (Wyrok NSA z 25 września 2019 r., sygn. akt I GSK 511/19).

Szansa dla gmin na ściągnięcie należności

Komentowany wyrok NSA otwiera gminom drogę do dalszego dochodzenia przysługujących im roszczeń przeciw zobowiązanym do uiszczenia opłaty dodatkowej za brak opłaty w strefie płatnego parkowania. Mimo bowiem upływu 5 lat od końca roku, w którym opłaty powinny zostać uiszczone, może się okazać, że zobowiązani do jej zapłaty nie będą mogli skutecznie podnieść zarzutu przedawnienia. Wybierając kancelarię prawną do obsługi swojej wierzytelności, gminy powinny pamiętać, by wybrać taką, która specjalizuje się również w sporach z organami skarbowymi, bo zanim dane im będzie skutecznie odzyskać swoje należności, będą musiały wytłumaczyć tym organom, że obowiązek dokonywania przez nie czynności windykacyjnych jeszcze nie wygasł.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Split payment w budowlance jednak jest do ominięcia. Wystarczy, że branża wykorzysta euro

Obserwatorzy rynku twierdzą, że firmy budowlane znalazły sposób na uniknięcie mechanizmu podzielonej płatności. Przedsiębiorcy zaczną wystawiać faktury w euro. Jak komentuje Ministerstwo Finansów, nie będzie to próbą obejścia przepisów, jeżeli prawidłowe będzie opodatkowanie danej transakcji, na zasadzie importu usług. Eksperci jednak ostrzegają, że koszty przeniesienia działalności za granicę będą nieuzasadnione wobec skutków, jakie rodzi MPP. Zmiana rezydencji podatkowej może również zaszkodzić spółce, która nigdy nie funkcjonowała w innych realiach. Ponadto większość kontrahentów raczej nie podejmie ryzyka kursowego, bo byłoby to obarczone zbyt dużą niepewnością.

Euro pomoże?

W branży budowlanej mówi się, że mechanizm podzielonej płatności doprowadzi do wyższych cen. Jednak niektórzy eksperci twierdzą, że przedsiębiorcy doskonale sobie z tym poradzą, ponieważ zaczną wystawiać faktury w euro, a wówczas nie będą musieli stosować MPP. Według Zbigniewa Makowskiego, wicedyrektora Departamentu Podatku od Towarów i Usług w Ministerstwie Finansów, nie będzie to próbą obejścia prawa, jeżeli prawidłowe będzie opodatkowanie danej transakcji, na zasadzie importu usług.

– Wątpliwości budzi założenie, że wystawianie faktur np. w euro stanowi okoliczność uniemożliwiającą wykonanie obowiązku dokonywania płatności metodą MPP. Zgodnie z art. 358 § 1 kodeksu cywilnego, jeżeli przedmiot zobowiązania, podlegający wykonaniu na terytorium RP, jest wyrażony w obcej walucie, spłata może nastąpić w złotych. Jest to niemożliwe tylko wtedy, gdy ustawa, orzeczenie sądowe będące źródłem należności lub czynność prawna zastrzega spełnienie świadczenia wyłącznie w zagranicznym środku płatniczym – mówi dr Janusz Makarowski z Krajowego Instytutu Kontroli Biznesowej.

Natomiast Zbigniew Makowski podkreśla, że kluczową sprawą nie jest waluta, ale to, czy jest wykazany polski podatek VAT na fakturze sprzedawcy. Jeżeli nie jest, czyli mamy do czynienia np. z importem usług, wówczas nie ma zastosowania MPP. Z kolei faktura wystawiona w euro, w której jest polski podatek VAT, przy spełnieniu przesłanek powstania mechanizmu podzielonej płatności, musi być zapłacona w złotówkach w MPP, w części odpowiadającej kwocie podatku VAT.

– W art. 106 e ust. 1 ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług wskazane jest, co powinna zawierać faktura. Wg ust. 11, kwoty podatku wykazuje się w złotych. Gdy są one wyrażone w walucie obcej, stosuje się zasady przeliczania stosowane do określenia podstawy opodatkowania. Zaznaczenie na fakturze ceny np. w euro nie stoi co do zasady na przeszkodzie temu, by płatności na rachunek sprzedawcy dokonać w złotówkach i wywiązać się z obowiązku wynikającego z przepisów o stosowaniu metody podzielonej płatności ­– dodaje dr Makarowski.

Branża jest spokojna

Jak ocenia dr Damian Kaźmierczak, Główny Ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, w dużych spółkach budowlanych split payment zdecydowanie nie jest kwestią, która mocno niepokoi dyrektorów finansowych. Wprawdzie liczą się oni z umiarkowanym pogorszeniem płynności finansowej, ale jednocześnie wyrażają zadowolenie, że wprowadzenie obowiązkowej płatności podzielonej prowadzi do likwidacji kłopotliwego mechanizmu odwróconego VAT.

– Wiele firm budowlanych już od dłuższego czasu używa split paymentu. W przypadku zleceń wykonywanych dla sektora publicznego płatności otrzymywane za wykonane prace były dzielone. Czas pokazał, że nie było wielu problemów z zachowaniem płynności w tej branży ani spektakularnych bankructw spowodowanych wprowadzeniem MPP – zauważa Łukasz Sęktas, ekspert rynku nieruchomości i prezes zarządu TIARA Development.

Najwięksi gracze obawiają się jednak, że na skutek wdrożenia MPP dojdzie do kolejnych podwyżek cen usług podwykonawczych, co zaznacza dr Kaźmierczak. Małe i średnie firmy mogą bowiem szybko przerzucić ryzyko pogorszenia płynności na generalnych wykonawców. Dokładnie tak samo uczyniły po wprowadzeniu odwrotnego obciążenia VAT w 2017 roku. Z kolei były już przedsiębiorca z branży budowlanej, który chce zachować anonimowość, twierdzi, że przez takie rozwiązania jak split payment wiele rodzimych przedsiębiorstw upadnie. W konsekwencji ucierpi na tym cała gospodarka.

– Część mało rentownych firm, których wydatki na zakup towarów objętych VAT są niskie, rzeczywiście może mieć problem z bieżącą działalnością. Jednak specyfika branży powoduje, że wiele podmiotów notuje nadwyżkę VAT-u naliczonego nad należnym lub wykazuje względną równowagę. W długim terminie split payment przyczyni się wręcz do rozwoju rodzimych biznesów, bo ułatwi działanie uczciwych graczy. Natomiast nie sądzę, by przedsiębiorcy chcieli przenosić swoje działalności za granicę w celu uniknięcia MPP. Koszty takiego rozwiązania znacznie przewyższyłyby korzyści – uważa Łukasz Sęktas.

Skórka za wyprawkę

Dr Janusz Makarowski wyraźnie ostrzega, że wydatki związane z przeniesieniem działalności za granicę byłyby nieuzasadnione w porównaniu ze skutkami, które rodzi obligatoryjny split payment. Zakładając firmę poza Polską, przedsiębiorca, chcąc dokonywać transakcji na terenie RP, i tak nie uniknie konieczności zarejestrowania się jako czynny podatnik VAT i wystawiania faktur z tym podatkiem. W konsekwencji będzie zobowiązany do przyjmowania płatności z zastosowaniem podzielonej płatności.

– Zmiana rezydencji podatkowej może przynieść negatywne konsekwencje organizacyjne i finansowe dla spółki, która nigdy wcześniej nie funkcjonowała w innych realiach gospodarczych i formalnoprawnych. Ponadto większość kontrahentów najprawdopodobniej nie będzie gotowa na ponoszenie ryzyka kursowego. I zdecyduje się na znalezienie takiego partnera biznesowego, który będzie wystawiał faktury w polskich złotych – przewiduje ekspert z Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

Z kolei dr Janusz Makarowski przypomina, że polski przedsiębiorca, zakładając firmę za granicą, jest zobowiązany zarejestrować się na terytorium innego kraju UE dla potrzeb rozliczenia podatku VAT. Względnie może skorzystać z instytucji przedstawiciela podatkowego. Obligują go do tego przepisy prawa unijnego i krajowego. W tym zakresie należy wymienić Dyrektywę Rady 2006/112/WE z dnia 28 listopada 2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej. Ekspert z KIKB podsumowuje, że przenoszenie poza Polskę biznesów budowlanych jest mało realnym scenariuszem, ale oczywiście może się wydarzyć. I dodaje, że jeżeli już do tego dojdzie, to tego typu rozwiązanie będzie praktykowane na niewielką skalę.

Technologia 5G zmieni sektor usług transportu i logistyki

Technologia 5G znacząco wpłynie na logistykę i będzie podstawą wielu nowoczesnych rozwiązań dla sektora TSL – od dronów i konwojów autonomicznych ciężarówek po czujniki na każdym towarze. Dzięki możliwościom Internetu Rzeczy i technologii 5G wgląd w całość operacji logistycznych będzie w przyszłości mógł osiągnąć poziom wręcz modelowy.

5G to ultraszybkie połączenie internetowe, oferujące kilkudziesięciokrotnie wyższą prędkość transmisji danych w porównaniu z 4G LTE, ogromną przepustowość łącza i praktycznie brak opóźnień.

Obserwując tempo zmian technologicznych w branży transportowej trudno nie mieć wrażenia, że jedno pokolenie pracowników jest świadkiem kilku rewolucji technologicznych. Ich podstawą są nowe standardy łączności bezprzewodowej – począwszy od pierwszej w pełni cyfrowej sieci komórkowej 2G (w Polsce od połowy lat 90.), przez 3G do 4G LTE. Chcąc zobrazować skalę zmian wystarczy przypomnieć sobie, jak wyglądała kontrola przepływu towarów i kontakt z kierowcami w minionych dekadach, gdy telefon komórkowy posiadali nieliczni, a dostęp do internetu w podróży był abstrakcją.

Lista zalet 5G dla branży TSL jest długa

Plany uruchomienia sieci piątej generacji wywołują w Polsce i Europie coraz większe zainteresowanie. „Ograniczenie zalet ultraszybkiego internetu 5G do oglądania filmów 4K w kabinie ciężarówki jest zbyt dużym uproszczeniem i powiązaniem nowej technologii tylko z rozrywką. Tymczasem 5G umożliwia podłączenie do sieci nawet 100 urządzeń mobilnych na metr kwadratowy, a praca tysięcy połączonych ze sobą obiektów – tzw. Internetu Rzeczy – oznacza dla branży logistycznej i transportowej wizję kolejnej rewolucji” – wyjaśnia Marcin Sugak, dyrektor ds. rozwoju przemysłu z firmy Ericsson.

Wysoka przepustowość łącza i brak opóźnień w transmisji 5G pozwolą uzyskać lepszą widoczność w całym łańcuchu dostaw. Olbrzymie nadzieje wiąże się z popularyzacją czujników śledzących transport towaru. Zakres danych zbieranych przez tego typu urządzenia może być bardzo szeroki i odnosić się do konkretnej palety, paczki, a nawet transportowanej części zamiennej. „Wyobraźmy sobie, że poza trackingiem towaru czujniki monitorują jego temperaturę, wilgotność lub przeciążenia wywołane drganiami czy przemieszczeniem się palet w naczepie. Tego typu informacje będą cenne dla wielu firm, a nawet krytyczne przy ładunkach wymagających transportu w kontrolowanych warunkach, na przykład w logistyce dla branży farmaceutycznej” – dodaje ekspert Ericsson.

Logistyka produkcji i rozwój transportu autonomicznego

Logistyka w erze łączności 5G jest szczególnie interesująca dla branży produkcyjnej. Marzeniem każdej firmy jest śledzenie popytu na towar w czasie rzeczywistym. Przy dzisiejszej technologii można wyobrazić sobie sytuację, w której dzięki łączności z produktem śledzimy na bieżąco realizację planu sprzedaży i na tej podstawie szybko modyfikujemy moce produkcyjne i logistykę. Tego typu rozwiązania będą możliwe wyłącznie przy wykorzystaniu technologii 5G. Czy jednak ograniczenia związane z powszechnym wykorzystaniem mikrourządzeń sieciowych nie będą problemem? Jak wyjaśnia specjalista Ericsson niekoniecznie, ponieważ przewiduje się, że w perspektywie kolejnych lat dokona się dalszy postęp w miniaturyzacji czujników, a ich coraz niższe koszty produkcji przełożą się na wyższą dostępność i brak obaw związanych z przypadkowym zgubieniem czy kradzieżą czujnika.

Wróćmy jednak do teraźniejszości. U progu upowszechnienia technologii 5G w Europie coraz więcej firm logistycznych wykorzystuje urządzenia, których praca jest mocno uzależniona od dobrej łączności bezprzewodowej. Drony pomagają w inwentaryzacji magazynów, a rozwój pojazdów autonomicznych również nabiera tempa. W 2018 roku Ericsson we współpracy ze szwedzkim operatorem telekomunikacyjnym Telia i start-upem Einride rozpoczęli testy bezkabinowej ciężarówki Einride T-Pod w centrum logistycznym DB Schenker w Jönköping. Szacuje się, że ciężarówka bezkabinowa T-Pod i oparty na 5G system transportu autonomicznego mają szansę zastąpić ponad 60 procent dzisiejszego transportu drogowego. To alternatywa przyjazna dla środowiska i konkurencyjna kosztowo. W maju 2019 roku pojazd rozpoczął drugą fazę testów. To pierwsza w historii ciężarówka autonomiczna posiadająca dopuszczenie do ruchu po drogach publicznych.

Polska u progu 5G

Sama technologia 5G jest już w Polsce dostępna, ale konieczne jest jeszcze przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. W sytuacji, gdy plany wprowadzenia nowej technologii będą realizowane bez większych przeszkód, to sieć komercyjna 5G zacznie działać nad Wisłą około 2022 roku.