Produkcja w Polsce w kontekście Czwartej Rewolucji Przemysłowej

Polski przemysł produkcyjny jest coraz bardziej świadomy konieczności wprowadzania zmian. Taka postawa wiele mówi zarówno o samych firmach, kondycji branży, jak i o jej perspektywach. Przeważająca część przedsiębiorstw zajmujących się produkcją dąży do poprawy wydajności i optymalizacji wykorzystania zasobów, bo wie jakim wyzwaniem jest dzisiejsza gospodarka i jak szybko zmieniają się jej realia. Zyskujący na popularności model kastomizacji produkcji wymusza konieczność szybkiego działania i adaptowania się do zmieniających trendów i wymagań rynku, a konkurencja jest silna. Jednocześnie większość chce oszczędzać i w wydajny sposób korzystać z parku maszynowego oraz kadr – tym bardziej, że dzisiejszy rynek pracy jest trudny. Na horyzoncie pojawia się także widmo spowolnienia gospodarczego, a negatywne nastroje niekoniecznie sprzyjają inwestycjom. Nie brak głosów, że Polska stoi w obliczu pułapki średniego dochodu w wyniku „przegrzania” gospodarki, niedostatecznych nakładów inwestycyjnych i małej wydajności pracy. Co zatem mają robić przedsiębiorstwa produkcyjne działające w Polsce, które chcą utrzymać się na rynku? Jak w życiu – nie ma jednej, uniwersalnej recepty. Ale istnieje szereg rozwiązań, które mogą pomóc. Jednym z nich – aczkolwiek określenie „rozwiązanie” wydaje się być tutaj znacznym uproszczeniem – jest koncepcja Przemysłu 4.0 i będąca jej istotą rewolucja przemysłowa obejmująca praktycznie wszystkie aspekty działalności biznesowej. Przemysł 4.0 to zbiór inteligentnych technologii i procesów opartych na integracji systemów przetwarzania danych, automatyzacji i Internetu Rzeczy.

Czwarta Rewolucja Przemysłowa to niewątpliwie szansa dla polskiej gospodarki. Widzieliśmy, jak niesprzyjające okoliczności polityczne 200 lat temu utrudniły Polsce skorzystanie z mechanizacji i uprzemysłowienia, czego skutki obserwujemy do dziś. Widzieliśmy też jak kraje, takie jak Korea czy Finlandia na fali trzeciej rewolucji przemysłowej, z kategorii peryferyjnych państw opartych na rolnictwie i eksploatacji zasobów naturalnych, stawały się technologicznymi liderami. Stawiam tezę, że Polska ma realne szanse na skorzystanie z przełomu Przemysłu 4.0, co więcej – polscy przedsiębiorcy coraz częściej widzą taką potrzebę i zaczynają się do tego skoku przygotowywać. Optymizmem napawa fakt, że 7 na 10 producentów z Polski, którzy znają koncepcję Przemysłu 4.0, wdrożyło lub planuje wprowadzić u siebie technologie wchodzące w jej skład.

Niemal połowa przedsiębiorstw produkcyjnych w Polsce miała w bieżącym roku zamiar zwiększyć nakłady na rozwój systemów informatycznych. Jednocześnie niemal 6 na 10 z nich deklarowało, że inwestycje te mają na celu zwiększenie produktywności. Ta korelacja jest, według Klausa Schwaba – ojca terminu Czwartej Rewolucji Przemysłowej, cechą charakterystyczną dla instytucji wdrażających rozwiązania typowe dla Przemysłu 4.0. Przoduje u nas w tej kwestii branża motoryzacyjna, co nie powinno nikogo dziwić, w końcu sektor ten zawsze był forpocztą innowacji, jak chociażby w przypadku robotyzacji zakładów. Dodatkowo sektor motoryzacyjny jest silnie zorientowany na firmy niemieckie, gdzie idea inteligentnej fabryki już od dłuższego czasu jest wdrażana w życie. Bliskie powiązania z Zachodem to także kolejny czynnik wpływający na potencjał adaptacji Przemysłu 4.0 w Polsce. Przedsiębiorcy, zwłaszcza ci więksi, doskonale wiedzą, że w epoce gospodarki na żądanie, ich partnerzy i klienci będą wymagać produkcji sprofilowanej pod ich indywidualne potrzeby. By temu sprostać konieczne będzie rozwijanie systemów zbierających i przetwarzających dane o produktach na każdym etapie ich cyklu życia, od zamawiania materiałów po obsługę posprzedażową. Realizację tego celu zapewnia właśnie implementacja zaawansowanych systemów informatycznych.

Należy pamiętać, że przejście do Przemysłu 4.0 to stopniowy proces, który wymaga integracji wykorzystywanych już rozwiązań z nowymi technologiami. W miarę jak wdrażane są nowe rozwiązania, zwiększa się zakres technologicznej rewolucji i optymalizacji, której podlegają kolejne obszary. Budowanie odpowiedniego ekosystemu obejmuje między innymi przygotowanie kadry na nadchodzące zmiany. Konieczne są odpowiednie kompetencje do wykorzystywania nowych rozwiązań, co wpływa na strukturę całego przedsiębiorstwa. Automatyzacja procesów pozwala odciążyć część kadr, przez co mogą poświęcać swój czas i umiejętności na aktywności poprawiające całościową produktywność firmy. Firmom, które w swojej działalności wykorzystują już rozwiązania informatyczne, będzie znacznie łatwiej zbudować inteligentną fabrykę na bazie funkcjonujących rozwiązań. Zdecydowana większość producentów w Polsce stosuje już obecnie zaawansowane systemy informatyczne, co daje solidne podwaliny pod wdrażanie takich rozwiązań jak Internet Rzeczy, czy zaawansowana analiza danych.

Co zatem zrobić, żeby ułatwić przedsiębiorcom załapanie się na korzyści płynące z udziału w Czwartej Rewolucji Przemysłowej? Firmy deklarują, że największą przeszkodą, której się obawiają, jest opór przed zmianami wewnątrz organizacji. Kluczowe jest więc klarowne przedstawienie pracownikom tego, jakie konkretne korzyści przyniesie wdrożenie rozwiązań i co mogą dzięki nim zyskać. Nowoczesne technologie powodują w przypadku części użytkowników obawy przed nieznanym, a w Polsce nadal znaczny odsetek osób nie posiada podstawowej wiedzy w zakresie obsługi narzędzi informatycznych i Internetu. Jednak jeśli technologie są wprowadzane rozsądnie, to pozwalają uwolnić zasoby ludzkie i pozwolić kadrze wykonywać bardziej kreatywne zadania, które przekładają się na wyższą produktywność całej firmy. Drugą przeszkodą jest brak środków finansowych. To oczywiste, że nowoczesne rozwiązania technologiczne oznaczają wydatki oraz często konieczność przedefiniowania procesów. Ale inwestycje w nie stają się koniecznością, bo optymalizacja dostępna dzięki nowym technologiom jest trudna, a często wręcz niemożliwa do osiągnięcia dzięki tradycyjnym rozwiązaniom. W obliczu nadchodzącej dekoniunktury firmy mają tendencję do ograniczania inwestycji, jednak w obecnym, „rewolucyjnym” okresie zwlekanie może spowodować, że nigdy już nie uda nam się dogonić czołówki światowej gospodarki. Przedsiębiorcy zdają się to rozumieć, zdecydowana większość z nich zamierza zwiększać nakłady na inwestycje w nowe technologie. To bardzo dobry prognostyk, który pozwala zakładać, że Przemysł 4.0 jest postrzegany przez polski sektor produkcji jako realny wybór.

Zrzutka.pl ma licencję KNF

Komisja Nadzoru Finansowego poinformowała o wydaniu zezwolenia na działanie w charakterze krajowej instytucji płatniczej dla firmy Zrzutka.pl sp. z o. o., operatora portalu www.zrzutka.pl. Co to w praktyce oznacza dla ponad 300 tys. zarejestrowanych użytkowników portalu? Jak otrzymanie licencji wpłynie na dalszy rozwój platformy?

Korzyści jakie niesie ze sobą zmiana statusu prawnego portalu zrzutka.pl dla jego użytkowników będą zauważalne. Jak zauważa Tomasz Chołast ze zrzutka.pl – „Od początku naszej działalności, tj. od roku 2013, przyjmowaliśmy ostrożnościowe podejście. Dlatego większość procedur weryfikacyjnych i schematów działania portalu, już od dawna była zgodna z wymogami ustawy o usługach płatniczych pomimo, iż nie byliśmy zobowiązani do posiadania licencji KNF. Oczywiście, konieczne były też pewne dostosowania i uzupełnienia. Dlatego w najbliższych dniach opublikujemy nową wersję strony zrzutka.pl, będącą owocem ponad rocznej pracy kilkunastoosobowego zespołu.

Chołast ze zrzutka.pl dodaje – “Jesteśmy pewni, że dla naszych użytkowników będzie to zmiana na lepsze – interfejs został uproszczony i uporządkowany, w najbliższym czasie uruchomione zostaną przygotowane już zabezpieczenia związane z silnymi uwierzytelnieniami (analogiczne do tych stosowanych w bankach). Podniesione do najwyższego poziomu zostanie więc również bezpieczeństwo. Możemy również dodać, że wszystkie bazowe warunki korzystania z serwisu pozostają praktycznie bez zmian, a nowy layout strony jest dużo bardziej przejrzysty i przyjemny – jesteśmy przekonani, że spodoba się naszym dotychczasowym i nowym odbiorcom.”

Zrzutka.pl, oprócz startu nowej strony zaplanowanego na najbliższe dni, szykuje również inne, nieco bardziej odległe w czasie, nowości. Wśród nich możliwość realizacji wypłat ze zrzutek z bankomatów (możliwość taka pojawiła się dzięki otrzymaniu licencji z KNF), start międzynarodowej wersji serwisu (również możliwy dzięki otrzymaniu licencji) oraz funkcjonalność związaną z zakładaniem tzw. zrzutek pod patronatem (czyli na rzecz np. wybranej fundacji) czy zrzutek cyklicznych (gdzie wspierający poprzez podpięcie swojej karty będą mogli przekazywać cykliczne wsparcie dla organizatora zrzutki).

Konieczność ubiegania się przez zrzutka.pl o licencję  KNF na świadczenie usług w charakterze krajowej instytucji płatniczej wynikała ze zmiany przepisów, która weszła w życie w czerwcu 2018 roku. Przed nowelizacją Ustawy o Usługach Płatniczych (UUP) zrzutka.pl była uprawniona do korzystania z wyłączenia, o którym była mowa w art. 6 pkt 2) UUP. Przedmiotowy przepis w wersji sprzed nowelizacji przewidywał bowiem, że UUP nie znajduje zastosowania do transakcji płatniczych między płatnikiem a odbiorcą dokonywanych za pośrednictwem osoby wykonującej czynności zmierzające do zawarcia przez płatnika i odbiorcę oznaczonej umowy lub zawierającej taką umowę w imieniu lub na rzecz płatnika albo odbiorcy. Jednakże, wskutek wejścia w życie w czerwcu 2018 roku nowelizacji tej ustawy, wyłączenie to zmieniło brzmienie i obecnie nie znajduje zastosowania do działalności prowadzonej przez zrzutkę. Oczywiście, w okresie od zmiany przepisów do chwili uzyskania zezwolenia KNF Zrzutka.pl również działała zgodnie z prawem. Przepisy przewidywały bowiem okres przejściowy, w którym podmioty świadczące dotychczas usługi, których dotyczyła powyższa zmiana, – a wcześniej nie podlegające nadzorowi KNF, musiały zwrócić się o wydanie stosownego zezwolenia, a świadczenie przez nie usług płatniczych do chwili uzyskania licencji KNF było zgodne z UUP.

Prywatne uczelnie przeżywają oblężenie. Aż dwucyfrowy przyrost liczby studentów

Akademia Leona Koźmińskiego przyjęła 25% więcej kandydatów na studia niż w roku akademickim 2018/2019. W przypadku Akademii Finansów i Biznesu Vistula wzrost wyniósł ponad 20%, a Akademii WSB – ok. 20%. Czesne nie uległo zmianie na wielu uczelniach, ale np. Sopocka Szkoła Wyższa obniżyła je na większości kierunków. Chętni mogli skorzystać z ofert obejmujących unijne dofinansowanie, co zmniejszało opłatę nawet o kilkadziesiąt procent. Z analizy wynika także, że jeśli szkoły wyższe podnosiły czesne, to zazwyczaj tylko o kilka procent.

Duże zainteresowanie

Za nami inauguracja roku akademickiego 2019/2020. Z tej okazji analitycy serwisu agencyjnego MondayNews postanowili sprawdzić sytuację na uczelniach niepublicznych. Pozyskane dane pozwoliły zobrazować zainteresowanie ofertą studiów w porównaniu z początkiem października ub.r. Pytania dotyczyły również wysokości obecnego i poprzednio pobieranego czesnego.

– Wprowadzenie Konstytucji dla Nauki przez wicepremiera Gowina zmieniło zasady finansowania uczelni publicznych. Wcześniej algorytm dotujący zależał od liczby przyjętych studentów na rok, a teraz jest uzależniony od poziomu nauczania. Przewidywano więc, że większą popularnością niż dotychczas będą cieszyć się propozycje uczelni niepublicznych – komentuje dr Piotr Hańczyc, ekspert w dziedzinie szkolnictwa wyższego z Instytutu Sobieskiego.

Akademia Leona Koźmińskiego ma za sobą rekordową rekrutację. 2800 osób przyjęto na studia dyplomowe (licencjackie i magisterskie), czyli o 25% więcej niż rok temu. Z kolei Uczelnia Łazarskiego również odnotowała zauważalny przyrost liczby studentów. Natomiast studia w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego rozpoczęło blisko 3,5 tysiąca osób. To o 500 więcej niż w roku akademickim 2018/2019.

– W przypadku Akademii Finansów i Biznesu Vistula widzimy wzrost o ponad 20% wobec zeszłego roku, z czego dla studentów z Polski – o 13%. Jesteśmy bardzo umiędzynarodowioną uczelnią. Studiują u nas osoby ze 100 krajów, dlatego prowadzimy też dodatkowe statystyki. Z kolei Szkołę Główną Turystyki i Hotelarstwa Vistula też wybrało więcej osób. Wskaźniki wyniosły ok. 17% dla wszystkich studiujących oraz 11% dla Polaków – informuje Anna Jaglińska-Prawdzik z Grupy Uczelni Vistula.

Jak wskazuje Małgorzata Kluska-Nowicka, wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu, tegoroczna rekrutacja na studia I stopnia wzrosła o ok. 20% w porównaniu z ubiegłoroczną. Z kolei Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie przyjęła ponad 10% chętnych więcej niż rok temu. Największy wzrost, prawie o 40%, wystąpił na studiach anglojęzycznych. Natomiast w przypadku Sopockiej Szkoły Wyższej liczba studentów podskoczyła o ponad 320 osób.

– Na większości kierunków mamy znaczny wzrost w stosunku do poprzedniego roku akademickiego. Całościowo liczba przyjętych studentów zwiększyła się o około 20%. Wynika to z upraktycznienia programów kształcenia. Wpływ na nie ma Rada Ekspertów, którą tworzą m.in. prezesi, dyrektorzy wielu przedsiębiorstw i instytucji, a także samorządowcy – stwierdza dr Marcin Lis, prorektor ds. studenckich i współpracy z otoczeniem z Akademii WSB.

W październiku naukę w Wyższej Szkole Ekonomii i Innowacji w Lublinie rozpoczęło 2550 studentów pierwszego roku. W 2017 roku przybyło 1610 osób, a w roku 2015 – 1569. Społeczna Akademia Nauk jest uczelnią o zasięgu ogólnopolskim, co podkreśla Tomasz Jermalonek, zastępca dyrektora ds. promocji SAN-u. I zaznacza, że w Łodzi przyjęto ponad 20% więcej studentów niż w roku 2018. Wzrosła też liczba chętnych, którzy wybrali Olsztyńską Szkołę Wyższą im. Józefa Rusieckiego.

– Aż 1663 nowych osób otrzymało indeksy naszej uczelni w Warszawie. To o 73 studentów więcej niż w ubiegłym roku. Od kilku lat liczba kandydatów na studia w PJATK utrzymuje się na podobnym poziomie. Odnotowujemy stopniowy wzrost chętnych, dlatego uczelnia buduje nowy gmach. Spodziewamy się zainteresowania kandydatów także w przyszłych latach – informuje Katarzyna Majewska z biura prasowego Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych.

Niemal tyle samo studentów, co rok wcześniej, pozyskała Wyższa Szkoła Zarządzania i Administracji w Opolu. Liczba przyjęć do Wyższej Szkoły Agrobiznesu w Łomży jest podobna do ubiegłorocznej. Kujawsko-Pomorska Szkoła Wyższa w Bydgoszczy również odnotowała porównywalną liczbę kandydatów z październikiem ub.r.

Czesne bez zmian

– Widzimy, że wybrane uczelnie niepubliczne zyskały więcej studentów. To pozwala im za pomocą czesnego regulować zapotrzebowanie na dany kierunek w kontekście możliwości kadrowych. Mogą podnieść opłaty, aby zwiększyć prestiż wybranych studiów. To jednak decyzje indywidualne, bo większa liczba studentów oznacza całościowo większe wpływy dla danej uczelni – wyjaśnia dr Piotr Hańczyc.

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie podwyższyła czesne po raz pierwszy od pięciu lat, wzrost wyniósł 7-10%. Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych podniosła płatność na czterech z pięciu kierunków, zmiana nastąpiła o ok. 9% miesięcznie. Na Krakowskiej Akademii i w Wyższej Szkole Ekonomiczno-Humanistycznej w Bielsku-Białej studenci musieli przygotować się na wydatki większe o 5%. W przypadku Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu, czesne wzrosło o ok. 4% dla nowego naboru. Natomiast Uczelnia Łazarskiego nieznacznie podniosła opłatę w stosunku do ubiegłego roku.

– Utrzymaliśmy czesne na tym samym poziomie, jednocześnie wprowadzając dodatkowe promocje. To np. studiowanie w jednej cenie dwóch kierunków ekonomii i stosunków międzynarodowych. Natomiast wybranie pedagogiki daje możliwość studiowania pracy socjalnej za połowę kwoty. Ponadto wręczane są vouchery na studia podyplomowe czy zniżki rodzinne – zaznacza Izabela Pochowska z Biura Promocji Kujawsko-Pomorskiej Szkoły Wyższej w Bydgoszczy.

Uczelnie Grupy Vistula nie zmieniły wysokości czesnego na żadnym kierunku. Wyższa Szkoła Agrobiznesu w Łomży, Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna w Łodzi, Wyższa Szkoła Hotelarstwa i Gastronomii w Poznaniu oraz Wyższa Szkoła Ekonomii i Innowacji w Lublinie też tak zrobiły. W tej ostatniej uczelni bezpłatnie studiuje ponad 1200 osób. Społeczna Akademia Nauk również nie wprowadziła zmian w czesnym. Uznano, że najważniejszym celem i misją uczelni jest umożliwienie kandydatom podjęcie nauki.

– W Akademii WSB czesne pozostaje na tym samym poziomie. Nawet mamy cały system bonifikat. On jest dopasowany do najlepszych absolwentów i studentów, a także dla tych, którzy są naszymi partnerami, ewentualnie rekomendują naszą uczelnię – wyjaśnia dr Lis.

Z kolei Aleksandra Machaj z Sopockiej Szkoły Wyższej, podkreśla, że czesne na rok akademicki 2019/2020 zostało obniżone na 3/4 kierunków. Uczelnia ma w ofercie edukacyjnej sporo kierunków dofinansowanych ze środków UE, które zmniejszały opłatę o 20, 30 czy nawet 70%. Przykładem jest ekonomia o specjalności finanse i ekonomia biznesu.

– W tym momencie nie można jednoznacznie ocenić działań ws. czesnego. W wielu przypadkach opłata pozostała bez zmian lub tylko nieznacznie się zmieniła. Dziś nie wiemy, czy uczelnie niepubliczne poradzą sobie z większą liczbą studentów. To będzie miało spory wpływ na ich funkcjonowanie, bo jednak publiczne szkoły wyższe są bardziej zabezpieczone finansami z budżetu centralnego. W 2-3 lata po reformie, mając odpowiednie dane statystyczne, będziemy mogli wyciągnąć szersze wnioski – podsumowuje ekspert z Instytutu Sobieskiego.

Kurs funta powinien utrzymać wysokie poziomy

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson zyskał aprobatę parlamentu dla wypracowanego przez siebie porozumienia z UE, jednak posłowie sprzeciwili się ekspresowym pracom nad ustawą wdrażającą brexit, w rezultacie wyjście z UE 31 października staje się niemożliwe. Dojdzie do kolejnego odroczenia, pytanie na jak długo? Mimo tego bezumowny brexit pozostaje nierealną opcją, więc funt powinien utrzymać wysokie poziomy.

Boris Johnson już okazał się skuteczniejszy od swojej poprzedniczki Theresy May, gdyż przynajmniej wygrał (przewagą 30 głosów) w Izbie Gmin głosowanie nad ogólnymi założeniami swojej wersji porozumienia o opuszczeniu UE. Ale posłowie odebrali mu szanse wypełnienia obietnicy o przeprowadzeniu brexitu do października, gdyż sprzeciwili się harmonogramowi ściskającemu prace nad liczącą ponad 100 stron ustawą do niecałych trzech dni. Dziś i jutro Izba Gmin zamierza zająć się debata nad tzw. Queen’s Speech i sprawami wymienionymi w expose premiera, a do brexitu wróci nie wcześniej niż po weekendzie. Biorąc pod uwagę, że ustawę musi jeszcze przeprocesować Izba Lordów, wyjście Wielkiej Brytanii z UE w tym miesiącu stało się niemożliwe.

Decyzją parlamentu Johnson został zmuszony prosić UE o kolejne odroczenie daty brexitu. Dotychczas jako potencjalny termin odroczenia pojawiała się tylko jedna data: 31 stycznia. Ale UE ma wolną rękę w wyznaczeniu innej daty. Przywódcy UE27 mogą uznać, że zbyt ryzykownym jest dawanie za dużo czasu brytyjskim posłom na przemyślenia i warto wykorzystać moment, kiedy porozumienie zyskało aprobatę Izby Gmin. W efekcie może zostać przyznane krótsze, techniczne odroczenie (np. o miesiąc), by dać tylko czas na przegłosowanie ustawy wdrażającej brexit. Jeśli jednak UE zdecyduje o odroczeniu do stycznia, premier Johnson będzie dążył do przedterminowych wyborów. Nie ma tylko pewności, czy cel ten osiągnie, skoro jego partia nie ma większości w parlamencie.

Z perspektywy funta wyparowały szanse na najlepsze rozwiązanie i to widać w jego osłabieniu z ostatnich 24 godzin. Z drugiej strony nie wraca ryzyko bezumownego wyjscia z UE. Pozostaje nam lekko opóźniony brexit (po krótkim odroczeniu), albo brexit 31 stycznia po utrzymaniu się Borisa Johnsona przy władzy, albo nawet zwrot w stronę rezygnacji z brexitu, jeśli przedterminowe wybory wygra opozycja. Funt aktualnie znalazł się w zawieszeniu i cierpi na rozczarowaniu, ale średnioterminowo powinien szykować się na umocnienie. Tego kierunku dla waluty ostatnie wydarzenia nie zmieniły.

Reszta rynku pozostaje pod dyktando nastrojów wokół brexitowej sagi. Wczorajsze wydarzenia spowodowały, że podtrzymywany umiarkowany optymizm uleciał z ryzykownych aktywów, ale też nie ma powodu do głębszego załamania sentymentu. Tryb zawieszenia rozlewa się na waluty, rynek akcji i złoto. Czekamy na świeży impuls – najwcześniej wstępne PMI z Eurolandu w czwartek.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska wśród liderów inwestycji Japończyków w regionie CEE

Polska przoduje w gronie krajów Grupy Wyszehradzkiej pod względem liczby japońskich zakładów. Rozwijają się one dynamiczniej niż w Czechach, na Węgrzech i Słowacji. Jednak w porównaniu z nimi wolniej wdrażają rozwiązania automatyzacji przemysłowej 4.0 – tak wynika z badania „Japońskie zakłady produkcyjne w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej”, którego wnioski zawarto w opublikowanej właśnie książce „Japońskie fabryki hybrydowe w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej” (wyd. Poltext).

To pierwsze badanie, które pokazuje, ile jest japońskich firm w Europie Środkowej i jak dużą rolę odgrywają w polskiej gospodarce. Jak wynika z danych zgromadzonych przez autora na podstawie krajowego i japońskiego rejestru przedsiębiorców, w Polsce działają 264 japońskie przedsiębiorstwa. Na drugim miejscu są Czechy – 248, później Węgry – 132, a listę badanych krajów z Europy Środkowej zamyka Słowacja, gdzie funkcjonują 33 firmy z Japonii.

– Polska może się poszczycić dominującą pozycją jako główny odbiorca japońskich inwestycji bezpośrednich i strategiczna baza produkcyjna japońskiej branży motoryzacyjnej. To im w dużej mierze zawdzięczamy strategiczną pozycję Polski w łańcuchach dostaw globalnej branży motoryzacyjnej – podkreśla dr Tomasz Olejniczak z Akademii Leona Koźmińskiego. Przez cztery lata wraz z trzema japońskimi naukowcami (prof. Testuo Abo, prof. Hiroshi Kumon i prof. Masato Itohisa) badał japońskie inwestycje w krajach Grupy Wyszehradzkiej.

Co zachęca Japończyków do inwestowania w Polsce?

Japońskie przedsiębiorstwa w Polsce znajdują się w najlepszej kondycji i mają najciekawsze perspektywy w porównaniu z krajami regionu takimi, jak Czechy, Węgry czy Słowacja. Z perspektywy Polski Japonia nadal jest największym azjatyckim inwestorem, znacznie przekraczającym inwestycje koreańskie czy chińskie.

– Do inwestowania w Polsce Japończyków zachęca z pewnością potencjał rozwojowy naszego kraju, wysokie kompetencje i profesjonalne nastawienie pracowników oraz stabilność polityczna. Odstraszać mogą jednak rosnące koszty pracy i malejące bezrobocie, powolny rozwój infrastruktury transportowej oraz czasem zawiłe lub niejasne przepisy – zaznacza dr Olejniczak.

Motoryzacja przede wszystkim

Mapa japońskich inwestycji zdominowana jest przez te z branży motoryzacyjnej. Na liście są również nieliczne zakłady z branży elektronicznej, jednak większość z nich zniknęła w latach 2010–2015 w wyniku kryzysu finansowego i globalnej restrukturyzacji największych japońskich producentów elektroniki, takich jak Sony, Panasonic, Toshiba czy Sharp.

Co ciekawe, jednym z najstarszych japońskich zakładów produkcyjnych jest właśnie fabryka z branży elektronicznej – założona w 1994 roku gnieźnieńska fabryka baterii Panasonic Energy Poland SA.

Rozwój japońskich inwestycji w Polsce

Pierwsze inwestycje Kraju Kwitnącej Wiśni zaczęły się pojawiać w Polsce już we wczesnych latach 80. Pierwszy boom inwestycyjny miał jednak miejsce dopiero na początku lat 90. Związany był z prywatyzacją i przejmowaniem przez japońskich inwestorów państwowych zakładów przemysłowych, takich jak NSK Kielce, oraz z wejściem na rynek największych japońskich marek i towarzyszącym temu zakładaniem przedstawicielstw handlowych, na przykład Toyota, Sony, JTI, JVC.

Kolejny boom inwestycyjny przypadał na koniec lat 90. i początek XXI w. Związany był z budową w regionie największych zakładów produkcyjnych z branży motoryzacyjnej – Toyota Motors Manufacturing Poland, Bridgestone Poznań, czy Isuzu Motors Polska – oraz wejściem do Polski towarzyszących im poddostawców i partnerów biznesowych.

Największy napływ inwestycji odnotowano jednak w latach 2004-2007, tuż przed wejściem Polski do Unii Europejskiej i tuż po nim. Inwestowały wtedy głównie firmy elektroniczne, jak chociażby Sony, Sharp, Toshiba czy Panasonic, dla których region miał się stać nowym centrum produkcji telewizorów LCD oraz paneli słonecznych.

Japońskie fabryki z biegiem czasu wdrażają coraz więcej japońskich metod produkcji i zarządzania, a jednocześnie w coraz większym stopniu są zarządzane przez lokalnych menedżerów. Stąd nazwa „fabryki hybrydowe”, ponieważ łączą lokalne i japońskie metody zarządzania.

– Na przestrzeni ostatnich 30 lat mamy do czynienia z tysiącami menedżerów i pracowników wysłanych na szkolenia do japońskich centrali i zakładów produkcyjnych oraz z dziesiątkami tysięcy pracowników przeszkolonych lokalnie przez japońskich menedżerów i inżynierów. Japońskie przedsiębiorstwa i ich standardy zarządzania wpłynęły też znacząco na cały łańcuch dostaw uwzględniający klientów, partnerów i poddostawców. Do tego dochodzi ciągły transfer technologii. W branży motoryzacyjnej były to początkowo silniki Diesla, a od niedawna napędy hybrydowe oraz elektryczne. Mamy również przykłady transferu w branży IT chociażby w uczelni PJWSTK, a także energetyki w Elektrowni Kozienice – wymienia dr Tomasz Olejniczak.

Badanie sfinansowano ze środków Narodowego Centrum Nauki. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Poltext.

Gdański Uniwersytet Medyczny częścią projektu iDays

28 października na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym rozpoczną się Europejskie Dni Innowacji iDays. Jest to polska odsłona inicjatywy EIT Health realizowanej w 20 krajach Unii Europejskiej, który ma na celu promocję nowoczesnych rozwiązań w obszarze medycyny i ochrony zdrowia przede wszystkim wśród studentów, absolwentów i doktorantów. Najlepsze pomysły, które powstaną w trakcie warsztatów prowadzonych w ramach iDays zostaną zaprezentowane podczas finału w grudniu br. w Paryżu.

iDays odbędą się tej jesieni w 31 instytucjach, głównie w inkubatorach przedsiębiorczości i na wiodących uczelniach wyższych, m.in. Uniwersytecie Oxford. Jest to inicjatywa EIT Health, największego partnerstwa publiczno-prywatnego w obszarze zdrowia i aktywnego starzenia w Europie, które skupia ponad 140 uczelni wyższych, firm i centrów badawczo-rozwojowych.

Podczas jedno- i dwudniowych sesji studenci będą poznają nie tylko aktualne trendy związane z tworzeniem innowacji, ale także, pracując w interdyscyplinarnych zespołach na realnych przykładach, będą mogli przygotować własną propozycję nowych rozwiązań medycznych.

Polska edycja projektu jest organizowana przez współpracujący z EIT Health Gdański Uniwersytet Medyczny pod patronatem honorowym marszałka województwa pomorskiego Mieczysława Struka i rektorów gdańskich uczelni wyższych. 28 i 29 października studenci będą mogli zdobyć praktyczną wiedzę z zakresu tworzenia i wdrażania innowacji w obszarze zdrowia i aktywnego starzenia. iDays jest skierowane do studentów, absolwentów i doktorantów różnych kierunków studiów, takich jak nauki społeczne, medyczne, informatyczne, biotechnologiczne, zarządzanie, zainteresowanych tematyką ochrony zdrowia, także w kontekście nowoczesnych rozwiązań technologicznych.

Podczas pracy w multidyscyplinarnych zespołach studenci spróbują stawić czoło wyzwaniom, z jakim zmagają się firmy i organizacje należące do EIT Health w zakresie „Przeniesienia opieki do domu” (“Bringing Care Home”). Będą wykorzystywać swoją wiedzę biznesową oraz pomysły z zakresu zdigitalizowanej opieki medycznej, otrzymają też wsparcie ze strony doświadczonych mentorów. Każdy z zespołów zaprezentuje swoje pomysły przed panelem ekspertów, którzy ocenią i nagrodzą najlepszą koncepcję. Członkowie zwycięskiego zespołu zostaną zaproszeni na Finał iDays, który w tym roku odbędzie się 1 grudnia w Paryżu. Będzie to również szansa do dalszego rozwoju projektu oraz szkolenia z zakresu innowacyjnych metodologii.

Wiecej informacji i rejestracja: https://innovationdays.mug.edu.pl/

„Ideą iDays jest zachęcenie studentów i absolwentów do spróbowania swoich sił w obszarze innowacji w medycynie i ochronie zdrowia. Poprzednie edycje projektu zachęciły już setki studentów z całej Europy do podjęcia działań w tym zakresie – mówi Monika Toth, manager programu Regional Innovation Scheme (RIS) w EIT Health – W tym roku blisko 40 proc. wydarzeń w ramach iDays zostanie zorganizowanych w Europie Środkowowschodniej i Południowej. To właśnie stąd wywodzi się coraz więcej start-upów, które z powodzeniem rozwijają innowacje m.in. medyczne” – dodaje Monika Toth.

EIT Health wspiera rozwój talentów w Europie Środkowo-Wschodniej i Południowej poprzez m.in. Regionalny Program Innowacji (Regional Innovation Scheme), który umożliwia lokalnym organizacjom i instytucjom promocję wiedzy i umiejętności z zakresu innowacji w obszarze medycyny i opieki zdrowotnej.

ArchiDoc kupiony za 65 mln zł – OASIS Group wchodzi do Polski

OASIS Group, wiodący europejski dostawca rozwiązań z zakresu zarządzania dokumentami i informacją, przejmuje polskiego lidera rynku, ArchiDoc. Wraz z wejściem na polski rynek OASIS rozpoczyna ekspansję na Europę Środkową. Dla polskiej spółki to szansa na międzynarodowy rozwój.

ArchiDoc to jedna z największych polskich firm oferujących usługi biznesowe z obszaru zarządzania dokumentami i obsługi back-office. Zajmuje się przechowywaniem i digitalizacją dokumentów, outsourcingiem procesów biznesowych oraz elektronicznym obiegiem dokumentów. Od 2017 r. ArchiDoc wchodził w skład grupy kapitałowej OEX S.A.

17 października 2019 r. za kwotę 65 mln zł ArchiDoc został przejęty przez OASIS Group (Offsite Archive Storage and Integrated Services), jednego z największych w Europie dostawców rozwiązań na rynku zarządzania dokumentami i informacją. Transakcja pozwala Grupie OASIS zrealizować strategiczny cel ekspansji w tym rejonie Europie Środkowej. W ciągu ostatnich 10 lat holding przejął już 45 podmiotów – transakcja z ArchiDoc to 46. akwizycja i pierwsza w tym rejonie Europy.

-Transakcję traktujemy jako szansę na dalszy rozwój w międzynarodowym środowisku, w obszarze zbieżnym z zakresem działalności ArchiDoc. Od wielu lat próbujemy pozyskiwać klientów dla outsourcingu procesów biznesowych (BPO) z całego świata i wykorzystać skokowy rozwój tego sektora w Polsce. Wierzymy, że nowy, globalny właściciel nam w tym pomoże – wyjawia Konrad Rochalski, Prezes Zarządu ArchiDoc S.A.

W ostatnich latach ArchiDoc umocnił swoją pozycję na rynku i wypracował ponad 20-procentowy wzrost biznesu. Spółka jest w Polsce liderem w obszarze skanowania i digitalizacji dokumentów oraz outsourcingu procesów biznesowych a także drugim co do wielkości podmiotem przechowującym dokumenty papierowe. Do jej klientów należą największe polskie spółki, w tym 9 z 10 największych banków i 8 z 10 największych firm ubezpieczeniowych. Silnie rozwija się również w sektorze medycznym i administracji publicznej.
– OASIS to europejski lider w obszarze przechowywania i digitalizacji dokumentów. Natomiast w dziedzinie outsourcing procesów biznesowych oraz elektronicznego obiegu dokumentów osiągnięcia ArchiDoc są unikatowe dla inwestora i dają możliwość poszerzenia oferty. Zakładamy, że to właśnie ArchiDoc będzie dostarczać holdingowi kompetencji, w których jest najsilniejszy spośród wszystkich spółek grupy OASIS – komentuje Konrad Rochalski.

Przejęcie przez inwestora nie wpłynie na zmianę nazwy, członków zarządu, strategii firmy ani na radykalne zmiany w portfolio produktowym ArchiDoc. Zmodyfikowana zostanie identyfikacja wizualna spółki, by podkreślić jej przynależność do nowej, silnej grupy o ambicjach europejskich. Nowy logotyp ArchiDoc jest inspirowany znakiem OASIS.
Działająca od 1999 r. OASIS Group, z siedzibą w Dublinie, w Irlandii, posiada lokalizacje w całej Unii Europejskiej. Zatrudnia 650 członków zespołu i świadczy usługi dla ponad 8 000 klientów w różnych branżach, w tym w sektorze finansowym, prawnym, opieki zdrowotnej, rządowym i edukacyjnym. W lutym 2019 r. trzeci raz z rzędu OASIS zaliczono do najszybciej rosnących europejskich spółek według rankingu „Inc. 5000 Europe 2019”.

Zdobyć i zatrzymać – uwaga klienta na wagę złota

Jak wygląda idealna oferta marketingowa? Według respondentów biorących udział w badaniu „Komunikacja marki – oczekiwania konsumenta” odpowiedź jest prosta – to przekaz, którego nie da się przeoczyć. Klienci oczekują personalizacji ofert oraz przedstawienia ich w przystępny i jednoznaczny sposób, a jako przestrzeń do skutecznego dialogu wskazują internet. 

Technologie a zakupy

Jak wynika z raportu przygotowanego przez BIOSTAT, pole komunikacji marek  z odbiorcami zapewnia sieć. Mimo, że świat wirtualny rządzi się swoimi prawami, potrzeby konsumentów pozostają niezmienne, a klienci pragną przede wszystkim wygody oraz jasnych przekazów. – Już 59 proc. odbiorców potwierdza, że informacji o marce szuka przez swojego smartfona. Również za jego pomocą odbierane są przez nich oferty promocyjne. Planując działania marketingowe firmy, które chcą osiągnąć sukces, muszą o tym pamiętać i kampanie opierać przede wszystkim na technologiach mobilnych i stałej obecności w sieci – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Aby sprostać wymaganiom klientów, przed marketingowcami i projektantami newsletterów oraz stron internetowych staje wyzwanie. Muszą zadbać o to, aby witryny były responsywne, a kampanie komunikacyjne prowadzone w prosty dla odbiorcy sposób: na czatach, komunikatorach i poprzez SMSy. Ważne jest też ułatwienie interakcji oraz robienia zakupów, które – jak pokazują badania, wciąż opłacane są przez konsumentów głównie na komputerze. Nie oznacza to jednak, że trendy się nie zmieniają. Obecnie sklepy coraz częściej posiadają własne aplikacje, co w przyszłości może sprawić, że trend finalizowania transakcji przed monitorem, ulegnie odwróceniu.

Przepis na komunikację

Kluczem do zwrócenia (i zatrzymania!) uwagi współczesnych klientów jest odpowiednia konstrukcja oferty. Oczywiste? Okazuje się, że niekoniecznie. Podczas, gdy co drugi konsument wskazuje, że atrakcyjny komunikat to ten spersonalizowany, zdefiniowanie tego terminu sprawia firmom nie lada problem. Rynek pokazuje to jasno – nie chodzi o zwrócenie się do klienta po imieniu, a o podkreślenie ekskluzywności oferty. Nic tak skutecznie nie przyciąga konsumenta, jak propozycja skierowana tylko do członków klubu, bądź oparta na wcześniejszych wyborach klienta. Odbiorcom zależy też na promocjach. Co ciekawe, nie liczy się jednak wysokość rabatu – najważniejsze, aby zasady jego otrzymania były jasne i pozbawione tzw. ukrytych haczyków. Marketingowcy nie mogą zapominać też o formie prezentacji treści. Konsumenci poświęcają komunikatom tylko kilka chwil, istotne jest więc, aby ich przekaz był prosty, jasny, czytelny i atrakcyjny wizualnie.

Dotarcie do konsumenta

Poza treścią, w odpowiednio skonstruowanej ofercie, ważny jest wybór odpowiednich kanałów komunikacji, ponieważ od tej decyzji zależy czy i jak szybko oferta dotrze do odbiorcy. Jak wyglądają preferencje klientów? Od wielu lat, niezmiennie rządzi e-mail. W badaniu „Komunikacja marki – oczekiwania konsumenta”[1], wskazało go ponad 64 proc. ankietowanych. Nieco mniej, bo 44,9 proc. respondentów doceniło komunikację poprzez social media, a 43,4 proc. wskazało czat na stronie internetowej sklepu, jako wygodną formę kontaktu. Co ciekawe, prawie połowa konsumentów zadeklarowała także, że dzięki smartfonom, odbiera informacje w mniej niż 5 minut. Niezależnie od kanału, w komunikacji marka – klient, istotne są również szybkie odpowiedzi, kompleksowe rozwiązywanie problemów oraz automatyczne informowanie o statusie zamówienia.

Podczas tworzenia ofert marketingowych najważniejsza jest obserwacja rynku. Zmieniające się trendy w branży oraz preferencje klientów powinny być bazą do konstruowania skutecznych komunikatów. Zindywidualizowane, wartościowe treści przekazane odpowiednim kanałem, pozwolą na zbudowanie grona zaangażowanych konsumentów, a co za tym idzie, na dynamiczny rozwój firmy.

[1] https://www.biostat.com.pl/komunikacja-marki-oczekiwania-konsumenta.php

Duże zmiany w gospodarce odpadami opakowaniowymi. Resort środowiska pracuje nad nowymi zasadami odpowiedzialności producentów

Duże zmiany w gospodarce odpadami opakowaniowymi. Resort środowiska pracuje nad nowymi zasadami odpowiedzialności producentów 1

Znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej zmieni zasady rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP) za opakowania, które wprowadzają na rynek. Do lipca 2020 roku powinny zostać uchwalone krajowe przepisy regulujące wdrożenie ROP w poszczególnych krajach UE. Jak informuje wiceminister środowiska Sławomir Mazurek – resort prowadzi konsultacje z przedsiębiorcami dotyczące nowych zasad gospodarki odpadami opakowaniowymi i rozważa zachęty m.in. fiskalne dla firm, które będą promować przyjazne dla środowiska, łatwe do recyklingu materiały.

– Gospodarkę odpadami w Polsce czeka zmiana w zakresie rozszerzonej odpowiedzialności producentów. Wynika ona z dyrektywy europejskiej i dotyczy pokrywania kosztów netto zagospodarowania odpadów. To też jest temat, nad którym pracujemy ze wszystkimi interesariuszami. Rozmawiamy z przedsiębiorcami, w jaki sposób wypełnić ten system konkretnymi zobowiązaniami i jak na nowo zdefiniować role poszczególnych uczestników rynku, aby system ten był efektywny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Mazurek, wiceminister środowiska.

W polskim systemie gospodarki odpadami funkcjonuje już mechanizm rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP), który zakłada, że przedsiębiorstwa wprowadzające opakowania na rynek muszą partycypować w kosztach ich zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. Jednak – jak zgodnie oceniają eksperci – obecny system jest całkowicie nieefektywny.

Znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej (przyjęty w lipcu 2018 roku) ustanawia wyższe cele recyklingu odpadów komunalnych i opakowaniowych, a także nakłada na producentów opakowań obowiązek stosowania się do ROP, której zasady zostały ujednolicone w dyrektywach. Zakładają one m.in., że producenci będą zobowiązani do pokrycia kosztu netto (po odjęciu przychodów ze sprzedaży surowców) selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu. Przepisy regulujące wdrożenie ROP w poszczególnych krajach UE mają zostać uchwalone do lipca 2020 roku i wdrożone najpóźniej do 2023 roku.

– Jesteśmy w trakcie konsultacji z przedsiębiorcami, którzy wprowadzają opakowania na rynek i chcemy, żeby ta rozszerzona odpowiedzialność producenta była wspólnym projektem, który – mimo różnych interesów – wprowadzi najlepsze rozwiązania, satysfakcjonujące po części wszystkich. Oczywiście jest to wyzwanie. Istotne, żeby pieniądze faktycznie pojawiły się w tym systemie. Kolejnym elementem będzie wprowadzenie efektywnego systemu zachęt. Wierzę, że już w przyszłym roku wejdą w życie zapisy, które będą te proekologiczne rozwiązania promować – mówi wiceminister Sławomir Mazurek.

Jak podkreśla, do przedsiębiorców najlepiej przemawia kwestia kosztów. Stąd resort rozważa m.in. zachęty fiskalne dla firm, które będą promować przyjazne dla środowiska, łatwe do recyklingu materiały.

– Aby zwiększyć poziomy recyklingu i gospodarować zasobami bardziej oszczędnie kluczowe jest ustawienie systemu zachęt tak, abyśmy mieli w większej ilości materiały jednorodne, materiały łatwe do recyklingu. Promowaniu takich rozwiązań będzie służyć system bonusów – podkreśla wiceminister Sławomir Mazurek. – Dla wielu firm takie proekologiczne zachowania mogą być elementem budowania przewagi konkurencyjnej. Okazuje się, że mamy w Polsce świetne rozwiązania w zakresie nowych materiałów, często są to patenty, które jeszcze nie weszły w fazę szerszej realizacji. Przykładowo, jest polska firma, która produkuje talerzyki z otrąb w zastępstwie dla talerzyków plastikowych, które zgodnie z unijną dyrektywą będą zakazane.

Wiceminister ocenia, że w najbliższej perspektywie wyzwaniem będzie osiągnięcie wymaganego unijną dyrektywą 50-procentowego poziomu recyklingu do 2020 roku, ale i przestawienie się na gospodarkę obiegu zamkniętego (GOZ, circular economy), która zakłada optymalne wykorzystanie odpadów i surowców naturalnych poprzez traktowanie odpadów jako surowców wtórnych i ponowne ich wykorzystywanie. GOZ obejmuje cały cykl życia produktów, od projektowania, przez produkcję i konsumpcję aż po ich selektywną zbiórkę.

– Przed nami też istotny proces związany z określeniem luki inwestycyjnej, abyśmy mogli pozyskiwać fundusze europejskie na gospodarkę odpadami i rozwijać infrastrukturę, tak aby mieszkańcy mieli lepszy dostęp do nowoczesnych technologii, które teraz są często w fazie pilotażu – mówi wiceminister Sławomir Mazurek.

Farmy wiatrowe na Bałtyku zaczną produkować energię za około 5 lat. To ogromna szansa dla polskiego przemysłu

Farmy wiatrowe na Bałtyku zaczną produkować energię za około 5 lat. To ogromna szansa dla polskiego przemysłu 2

Morska energetyka wiatrowa w Europie szybko się rozwija – farmy wiatrowe ma już 11 państw, a w zeszłym roku moc zainstalowana na morzu zwiększyła się o 2,65 GW. Budowane obecnie turbiny są coraz większe i efektywniejsze. Polska jest wciąż daleko w tyle za krajami takimi jak Wielka Brytania czy Niemcy – polskie farmy wiatrowe na Bałtyku są jeszcze w fazie projektów i według rządowych planów zaczną wytwarzać energię bliżej 2025 roku. Ich produkcja może być jednak ogromną szansą dla polskiego przemysłu, m.in. hutniczego i stoczniowego. 

– Morska energetyka wiatrowa w Polsce to zdecydowanie przyszłość. Europa Zachodnia już od dłuższego czasu ma w tym zakresie bardzo duże osiągnięcia. Łączna moc zainstalowana na morzach europejskich sięga rzędu 20–30 GW. My jesteśmy na samym początku, jeszcze nie mamy nic, ale są już plany rządowe. Myślę, że za około 4–5 lat będziemy mieć pierwszą megawatogodzinę dostarczaną z morza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Czech, prezes zarządu Energomontaż-Północ Gdynia SA.

Morska energetyka wiatrowa to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów OZE w Europie. Morskie farmy wiatrowe ma obecnie 11 europejskich państw. Jak wynika ze statystyk WindEurope, w ubiegłym roku w całej Europie moc elektrowni wiatrowych offshore wzrosła o 2,65 GW. Prym wiedzie Wielka Brytania, która w zeszłym roku zainstalowała na morzu ponad 1,3 tys. nowych wiatraków i łącznie ma w tej chwili ponad 8 GW mocy zainstalowanych, a do 2030 roku planuje już osiągnąć poziom 30 GW. Zaraz za Brytyjczykami plasują się z kolei Niemcy, Dania, Belgia i Holandia.

Polskie farmy wiatrowe na Bałtyku są jeszcze w fazie projektów. Zaczną produkować energię około 2025 roku. Natomiast do 2040 roku planowane jest już oddanie do eksploatacji ponad 10 GW mocy zainstalowanej w Polskiej Wyłącznej Strefie Ekonomicznej na Bałtyku („Polityka energetyczna Polski do 2040 roku”).

– Widzimy, jak dynamicznie rozwija się ten sektor, zamówienia cały czas rosną. W tej chwili realizujemy na przykład zamówienie na platformy zewnętrzne dla firmy Smulders. Zamawia głównie Europa, ale nie tylko, spory rozwój obserwujemy też na Tajwanie, w Stanach Zjednoczonych czy w Singapurze – mówi Andrzej Czech.

Jak podkreśla, pod względem liczby zamówień poprzednie dwa lata na rynku europejskim były dla spółki słabsze. Natomiast teraz widać dynamiczny wzrost w skali kilkunastu procent rok do roku. Zamówienia płyną do spółki głównie z państw, w których sektor offshore jest najbardziej rozwinięty, czyli z Wielkiej Brytanii, Danii, Niemiec, Holandii i Belgii.

– W tej chwili do gry wchodzi także Francja, aczkolwiek jeszcze za dużo tych francuskich zleceń nie ma. Rynek francuski jest zbliżony do hiszpańskiego i to głównie oni go obsługują, ale myślę, że przy dużym rozwoju tamtejszej branży i z tamtych rejonów powinniśmy dostawać zamówienia. Szczęśliwie program morskiej energetyki wiatrowej został wpisany w polski miks energetyczny, co napawa dużym optymizmem. Będzie praca dla całego naszego przemysłu na lata – mówi Andrzej Czech.

Produkcja morskich farm wiatrowych może stać się jednym z motorów polskiej gospodarki. Według szacunków McKinsey & Company budowa 6 GW na Bałtyku stworzy 77 tys. nowych miejsc pracy, wygeneruje ok. 60 mld zł wartości dodanej do PKB i 15 mld zł  wpływów z tytułu podatków CIT i VAT („Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Perspektywy i ocena wpływu na lokalną gospodarkę”). Z rozwoju sektora offshore skorzystają m.in. porty – w tym te mniejsze, jak Ustka czy Władysławowo – w których będą operować statki serwisujące farmy wiatrowe.

Jak wynika z raportu „Przyszłość morskiej energetyki wiatrowej w Polsce 2019” opracowanego przez PSEW, typowa, pojedyncza wieża to 300–400 ton stali, a jej konstrukcja wsporcza to kolejne 750–1200 ton. Do budowy morskich farm o mocy 6 GW potrzebne będzie więc około 1 mln ton stali, co stanowi ogromną szansę dla polskiego przemysłu hutniczego i stoczniowego.

– My, jako polski przemysł, robimy głównie fundamenty oraz wieże i to jest stal S355, czyli dosyć standardowa stal o podwyższonej wytrzymałości. Natomiast patrząc szerzej na cały przemysł związany z wiatrówką, tu mamy wszystkie, w tym trudniejsze i bardziej wytrzymałe gatunki stali jak 420, 460 czy nawet trudniejszą w spawaniu 690, które służą głównie do urządzeń pomocniczych. Technologie mamy oczywiście nasze własne, my potrafimy to robić, jesteśmy przygotowani – podkreśla Andrzej Czech, prezes zarządu Energomontaż-Północ Gdynia SA.

Jak wynika z raportu PSEW, produkcja farm wiatrowych i fundamentów to dwa główne elementy łańcucha dostaw dla morskiej energetyki wiatrowej. Ten łańcuch obejmuje m.in. produkcję elementów samych wiatraków, jak łopaty, systemy kontroli kąta natarcia, generatory, przekładnie, systemy odbioru mocy. Niezbędne są stalowe struktury wież, konstrukcje wsporcze, osprzęt elektryczny.

W tej chwili na polskim rynku jest ok. 140 przedsiębiorstw, które mogą się włączyć w  procesy przygotowania, budowy i eksploatacji farm wiatrowych na Bałtyku – pokazują szacunki PSEW. Część z nich to wyspecjalizowane podmioty działające w branży offshore od lat, uznane na europejskim rynku i korzystające z autorskich technologii.

– Prowadzimy prace badawczo-rozwojowe, mamy około 600 własnych procedur spawania różnego rodzaju stali – zaznacza Andrzej Czech.

Jak podkreśla, budowane obecnie turbiny są coraz większe i w efekcie coraz efektywniejsze. PSEW zwraca uwagę na to, że obecnie najwyższa moc turbiny na morzu to 9,5 MW, ale konstrukcje będące w fazie planowania mają osiągać moc nawet 12 MW. Większa efektywność turbin pociąga za sobą spadek kosztów na budowę farm wiatrowych, dzięki czemu są coraz tańsze i coraz bardziej konkurencyjne.

– Wielkość jest chyba takim podstawowym trendem, cały czas idziemy w  górę. Pamiętam jeszcze energetykę morską na turbinach o mocy 3 MW, w tej chwili na bieżąco instalowane jest 6,5–7 MW, a do produkcji wchodzą już turbiny 9,5 MW. Testowane są z kolei modele przemysłowe 12 MW. To wszystko rośnie, jest robione z coraz większych arkuszy, z coraz grubszych blach – mówi Andrzej Czech.

Warszawski Szpital przy Banacha działa planowo. Zabiegi nie są odwoływane, liczba pracowników wzrosła

Warszawski Szpital przy Banacha działa planowo. Zabiegi nie są odwoływane, liczba pracowników wzrosła 3

Według medialnych doniesień z powodu braku środków i personelu oraz problemów finansowych największy w Polsce Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha był zmuszony wstrzymać pracę dziewięciu sal operacyjnych i przekładać planowane zabiegi. Placówka odpowiada jednak, że od początku tego roku zrealizowała 107 proc. ryczałtu NFZ, wszystkie zabiegi odbywają się planowo, a informacje o odpływie kadr są nieprawdziwe – od stycznia w szpitalu przybyło 3 lekarzy i 70 rezydentów, a liczba anestezjologów pozostała bez zmian. 

– Ministerstwo Zdrowia ze względu na wagę szpitala przy ul. Banacha dla całego systemu ochrony zdrowia na bieżąco monitoruje sytuację. Liczba hospitalizacji w tym szpitalu utrzymuje się na stałym poziomie, nie ma tutaj żadnego ograniczenia dostępu do świadczeń dla pacjentów. To, co jest najważniejsze w systemie ochrony zdrowia, czyli zabezpieczenie dobra pacjenta, jest jak najbardziej realizowane – podkreśla Janusz Cieszyński, wiceminister zdrowia.

Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha jest zarządzany przez Warszawski Uniwersytet Medyczny. Stołeczna placówka to jedna z największych i najbardziej wyspecjalizowanych w kraju. W szpitalu działa 18 klinik i 20 poradni specjalistycznych. W ubiegłym roku na Banacha hospitalizowano blisko 35 tys. pacjentów z całej Polski (według prognoz – w bieżącym ich liczba ma już przekroczyć 36 tys.). Placówka, który dysponuje liczącym 23 sale blokiem operacyjnym, rocznie wykonuje też ok. 11 tys. operacji i zatrudnia ok. 600 lekarzy.

Według medialnych doniesień z powodu braku personelu – głównie anestezjologów, pielęgniarek i instrumentariuszek – oraz braku środków i problemów finansowych szpital był zmuszony wstrzymać pracę dziewięciu sal operacyjnych i przekładać w czasie planowane zabiegi. Jeden z głównych problemów ma stanowić ryczałt, czyli kwota, jaką NFZ przeznacza na funkcjonowanie placówki. Na podstawie kwoty ryczałtu szpital prognozuje, jaką liczbę operacji może przeprowadzić bez dopłacania do nich i dalszego zadłużania się. Jeśli przekroczy kwotę ryczałtową, nie otrzyma zwrotu z NFZ.

W oficjalnym komunikacie placówka poinformowała jednak, że „zabiegi wymagające trybu pilnego, ostrego, w stanach zagrożenia życia zawsze były, są i będą wykonywane bez względu na wysokość ryczałtu”. Natomiast planowane zabiegi są wykonywane według kolejki oczekujących, ale nie jest to sytuacja wyjątkowa dla tego szpitala, ale normalna zarówno w polskim, jak i w innych systemach opieki zdrowotnej.

– Liczba hospitalizacji w szpitalu na Banacha utrzymuje się na tym samym poziomie, co w zeszłym roku. Patrząc z perspektywy zabezpieczenia potrzeb zdrowotnych Polaków – w szczególności mieszkańców Mazowsza i Warszawy – nie odnotowaliśmy w tym zakresie jakichkolwiek problemów – podkreśla wiceminister Janusz Cieszyński.

Jak poinformowała placówka, dziewięć sal operacyjnych nie jest wykorzystywanych na stałe, ponieważ na pozostałych szpital i tak wykonuje więcej ryczałtu, niż płaci mu Narodowy Fundusz Zdrowia. Od początku roku do września CSK Banacha wykonał 107 proc. ryczałtu przyznanego przez NFZ.

– Ministerstwo Zdrowia jest w kontakcie ze szpitalem, natomiast celem resortu nie jest liczenie, ile w danym momencie działa sal operacyjnych. Mamy doprowadzić do tego, aby wszystkie zabiegi zgłoszone przez podmiot, za które zapłaci Narodowy Fundusz Zdrowia, były realizowane. Tutaj organizacja leży w gestii dyrektora szpitala. Warszawski Uniwersytet Medyczny jest bardzo dużym podmiotem, dlatego jego sytuacja przekłada się na cały system. Natomiast nie stosujemy w tym przypadku żadnych specjalnych zasad i dbamy o to, żeby odbywały się wszystkie zabiegi, które muszą być zrealizowane – mówi wiceminister Janusz Cieszyński.

Jak podkreśla, pacjenci szukający informacji o możliwym, najbliższym terminie wykonania danego zabiegu mogą dzwonić na bezpłatną infolinię Narodowego Funduszu Zdrowia pod numer 800 190 590. Tam mogą uzyskać informację gdzie dany zabieg zostanie zrealizowany najszybciej.

Jak podały władze Centralnego szpitala Klinicznego przy ul. Banacha, nieprawdziwe są także medialne doniesienia o „dramatycznym odpływie pracowników”, lekarzy i rezydentów z placówki. Według oficjalnych statystyk, od stycznia do września tego roku w szpitalu przybyło trzech lekarzy i 70 rezydentów (których jest obecnie 245), liczba anestezjologów pozostała bez zmian. Placówka ma tylko o jedną pielęgniarkę mniej (łącznie pracuje ich blisko 1 tys.).

– W internecie każdy może dzisiaj znaleźć wpisy organizacji związkowych, które funkcjonują w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym i wskazują, że trwa tam obecnie dzika konsolidacja szpitali uniwersyteckich. Oczywiście wiemy, że to jest trudny proces i każda restrukturyzacja wymaga porozumienia z partnerami społecznymi. Natomiast chciałbym zachęcić władze WUM do tego, aby ten dialog podjęły naprawdę na pełną skalę i doprowadziły do tego, aby niepokoje pracownicze nie obniżały atrakcyjności WUM jako potencjalnego pracodawcy – mówi wiceminister Janusz Cieszyński.

Jak podkreśla, także resort zdrowia podejmuje działania, które mają zwiększyć atrakcyjność zawodów medycznych i zwiększyć liczbę kadr.

– Wprowadziliśmy program zwiększania liczby miejsc na studiach medycznych o 50 proc., uatrakcyjniliśmy także wynagrodzenia, co pozwoliło na powstrzymanie exodusu kadrowego, który trwał za rządów naszych poprzedników. Dzięki temu mamy dzisiaj w Polsce o 10 tys. lekarzy i 17 tys. pielęgniarek więcej niż na początku kadencji. To początek, bo efekty będą widoczne nie tylko dziś, lecz także w latach kolejnych – mówi wiceminister Janusz Cieszyński.

Zadłużenie szpitali i niedobór środków finansowych to problem nie tylko dla CSK Banacha. Dotyczy ok. 500 placówek, których łączne zobowiązania przekraczają 13 mld zł. Według danych przytaczanych przez Okręgową Izbę Lekarską w Warszawie, „uzdrowienie” polskiego systemu ochrony zdrowia wymaga łącznie ok. 30 mld zł zastrzyku finansowego na przeprowadzenie zmian organizacyjnych czy spłatę długów.

Rodzice nie kontrolują czasu spędzanego przez dzieci w internecie. Tylko co piąty ogranicza dostęp do niebezpiecznych treści

Rodzice nie kontrolują czasu spędzanego przez dzieci w internecie. Tylko co piąty ogranicza dostęp do niebezpiecznych treści 4

Ponad 82 proc. dzieci i nastolatków codziennie łączy się z siecią. Internet to zarówno pozytywne aspekty, związane z rozwijaniem kompetencji cyfrowych czy nowoczesną edukacją, jak i zagrożenia, jak hejt, patostreaming czy treści pornograficzne. Bezpieczeństwo dzieci i młodzieży w internecie to wyzwanie, które wymaga aktywnego zaangażowania rodziców i opiekunów. Tymczasem – jak pokazują badania NASK – wielu nie kontroluje czasu spędzanego przez dziecko w internecie ani oglądanych przez nie treści, a tylko co piąty rodzic korzysta z filtra, który ogranicza dostęp do niebezpiecznego kontentu.

Internet jest dzisiaj przestrzenią do wielu niebezpieczeństw i patologii, a rodzice czy opiekunowie wyobrażają sobie, że skoro dziecko siedzi obok w pokoju, to nie jest na nie narażone i są spokojni. Niestety, to nie zawsze jest prawdą – mówi agencji Newseria Biznes Wanda Buk, wiceminister cyfryzacji..

Dzieci i młodzież korzystają z internetu coraz wcześniej i coraz intensywniej – według badania EU Kids Online 2018 82,5 proc. w wieku od 9 do 17 lat łączy się z siecią codziennie. Ma to pozytywne aspekty, związane z kształtowaniem kompetencji cyfrowych, wyrównywaniem szans, rozwojem czy nowoczesną edukacją, ale dostęp do sieci niesie ze sobą także szereg zagrożeń, jak wszechobecny hejt albo patotreści czy seksting. Z danych Dyżurnet.pl wynika, że w ubiegłym roku odnotowano w Polsce blisko 2 tys. przypadków treści pornograficznych z udziałem dzieci.

Z naszych badań wynika, że dzieci, nawet te 10- czy 13-letnie, potrafią spędzać w sieci powyżej 3 godzin dziennie, to jest bardzo dużo. Bardzo ważne jest też to, co dzieci robią w internecie, czy jest to scrollowanie stron albo siedzenie na społecznościówkach, które są na pewno istotne pod kątem społeczno-socjalnym dziecka, ale nie mogą przeważać, czy dziecko czegoś się uczy, np. programowania, coś poznaje, np. godzinami czyta w sieci o podróżach do Tajlandii – mówi Anna Rywczyńska, kierownik Zespołu Projektów Społecznych NASK.

Jak pokazuje raport „Rodzice 3.0” autorstwa NASK, rodzice i opiekunowie często nawet nie doszacowują czasu, który ich podopieczni spędzają w internecie i nie kontrolują oglądanych przez nie treści. Tylko co piąty (21,2 proc.) zadeklarował, że w domu jest zainstalowany filtr rodzicielski lub inna technologia, która ogranicza dostęp do niebezpiecznego kontentu.

Największym zagrożeniem jest to, że dzieci często zostają w tym internetowym świecie same i trafiają na negatywne zjawiska. Zatapiają się w tym świecie i alienują od rzeczywistości. To jest największe zagrożenie – pozostawienie dziecka samego z patostreamami, niekontrolowaną edukacją seksualną, atakami personalnymi na siebie nawzajem. Najgorsze jest to, że nie towarzyszymy dzieciom w tym świecie, pokazując im, co jest dobre, a co jest złe – mówi Bartłomiej Klinger, zastępca dyrektora ds. projektów administracyjno-edukacyjnych w NASK.

Jak wynika z badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, 42 proc. polskich uczniów nie miało w szkole zajęć dotyczących bezpieczeństwa w sieci. Dlatego eksperci podkreślają, że tym bardziej potrzebne jest aktywne zaangażowanie rodziców, żeby je zapewnić.

– Zadajemy sobie pytanie: „jak nie zgubić dziecka w sieci?”. Najprostszą odpowiedzią jest: „być z nim”. Tyle że, aby towarzyszyć mu świadomie, sami musimy umieć poruszać się w sieci i rozumieć zagrożenia. Kiedy będziemy umieli to zrobić, będziemy mogli również przekazać tę wiedzę dzieciom – podkreśla Wanda Buk.

Próba odcięcia dzieci od internetu czy smartfona prawie na pewno skończy się agresją i też nie będzie dla nich dobra, bo wykluczy je ze społeczności i trafią w obszar innych niebezpieczeństw, być może bardziej realnych i dotkliwych psychicznie. Nie mamy wyjścia – musimy jako dorośli żyć z dziećmi w tym świecie cyfrowym, towarzyszyć im tak, jak towarzyszymy im w świecie rzeczywistym, odprowadzamy do szkoły, martwimy się ważnymi zdarzeniami –dodaje Bartłomiej Klinger.

O tym, jak zadbać o bezpieczeństwo dzieci w internecie i co zrobić, aby przebywanie w sieci przynosiło korzyści, rozmawiali uczestnicy konferencji organizowanej przez Państwowy Instytut Badawczy NASK oraz Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. W wydarzeniu, które odbyło się w Warszawie po raz 13., uczestniczyli prelegenci z Polski i z zagranicy. Patronat nad wydarzeniem objęło Ministerstwo Cyfryzacji.

W Polsce na alergiczny nieżyt nosa choruje już ok 9 mln. osób, z czego 25 proc. to dzieci i młodzież. Nieleczony najczęściej prowadzi do rozwoju astmy

W Polsce na alergiczny nieżyt nosa choruje już ok 9 mln. osób, z czego 25 proc. to dzieci i młodzież. Nieleczony najczęściej prowadzi do rozwoju astmy 5

Choroby alergiczne są często określane mianem epidemii XXI wieku. Cierpią na nie zarówno dzieci, jak i dorośli. Nieleczona alergia może prowadzić bowiem do poważnych powikłań i rozwoju kolejnych schorzeń m.in. astmy oskrzelowej. Dlatego bardzo ważne jest jej wczesne rozpoznanie i rozpoczęcie terapii. Jedyną metodą, która polega na zwalczaniu przyczyny, a nie objawów choroby, jest immunoterapia alergenowa, popularnie nazywana odczulaniem. Ze względu na brak refundacji w Polsce pacjenci nie mają jak na razie dostępu do immunoterapii podjęzykowej, podawanej w formie tabletki (liofilizatu). Jej zaletą jest to, że można stosować ją samodzielnie w domu, bez potrzeby ciągłych wizyt u lekarza.

– Podstawowe grupy alergenów, które wywołują alergiczny nieżyt nosa, to pyłki drzew, pyłki traw i roztocza kurzu domowego oraz zarodniki grzybów pleśniowych. Te cztery grupy alergenów najbardziej dokuczają pacjentom z alergią i wywołują u nich alergiczny nieżyt nosa – mówi dr Piotr Dąbrowiecki, alergolog z Kliniki Chorób Infekcyjnych i Alergologii Wojskowego Instytutu Medycznego, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP.

Z ogólnopolskiego badania ECAP wynika, że objawy alergii wykazuje ok. 40 proc. Polaków. Taki odsetek ma dodatnie testy na powszechnie występujące alergeny. Około 9 mln Polaków cierpi na katar alergiczny, natomiast 5,5 mln ma już objawy astmy. Szacuje się, że w całej Europie na różne postacie alergii cierpi ok. 150 mln ludzi, w tym co trzecie dziecko.

Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że choroby alergiczne zajmują dziś trzecią pozycję na liście najczęstszych chorób przewlekłych. Żadna z pozostałych chorób cywilizacyjnych nie notuje takiego tempa przyrostu – według Europejskiej Agencji Alergologii i Immunologii Klinicznej (EAACI) w perspektywie kolejnych 10 lat około 50 proc. Europejczyków będzie dotkniętych chorobami alergicznymi. Z kolei Polskie Towarzystwo Alergologiczne podaje, że co kilkanaście lat następuje podwojenie liczby chorych. Wzrost zachorowań na alergie wiąże się bowiem z rozwojem cywilizacyjnym i zanieczyszczeniem powietrza.

– Jeżeli mieszkamy w zanieczyszczonej atmosferze, oddychamy przez nos zanieczyszczonym powietrzem – w nosie dochodzi do rozwoju przewlekłego stanu zapalnego. Na taką zmienioną błonę śluzową nosa trafiają pyłki – mówi dr Piotr Dąbrowiecki – Badania pokazują, że osoby mieszkające w zanieczyszczonej atmosferze dwu-trzykrotnie częściej rozwijają objawy alergii. Nawet jeżeli nie mają rodziców ani dziadków alergików. Za to, że mamy do czynienia z epidemią alergii w XXI wieku, jako specjaliści winimy również zanieczyszczone powietrze.

Objawami alergii są m.in. świąd, łzawienie i pieczenie oczu, zaczerwienienie spojówek, katar, niedrożność nosa, kichanie, duszność, kaszel, świszczący oddech, pokrzywka, wyprysk, obrzęk jamy ustnej i gardła. Takie długotrwałe symptomy mogą być dla pacjentów bardzo uciążliwe i utrudnić codzienne funkcjonowanie.

– Trudno jest w ogóle powstrzymać to, co się z nosa wydostaje. Kiedy poprawia się pogoda np. w kwietniu, robi się ciepło i pyli brzoza – wtedy ci, którzy są na nią uczuleni, nagle w ciągu dwóch dni stają się bardzo chorzy. Stąd też bardzo wielu pacjentów przychodzi wiosną mówiąc: „katastrofa” – mówi dr Piotr Dąbrowiecki.

Najpopularniejszą metodą rozpoznania alergii są testy skórne lub śródskórne oraz badanie krwi, w którym określa się wysokości stężenia IgE. Rozpoznanie i wczesne leczenie alergii jest bardzo ważne, bo – wbrew pozorom – nie jest to tylko dokuczliwa i stosunkowo niegroźna choroba. Nieleczona alergia może prowadzić do poważnych powikłań i rozwoju kolejnych schorzeń alergicznych, w tym m.in. astmy czy w konsekwencji nawet POChP.

 To nie przechodzi bez echa, nieleczony alergiczny nieżyt nosa może wywołać astmę oskrzelową. Na początku to jest zatkany nos i dyskretne objawy, ale później one z reguły kończą się astmą oskrzelową, która towarzyszy pacjentowi już do końca życia – podkreśla dr Piotr Dąbrowiecki.

– Badania przeprowadzane w grupach młodzieży cierpiącej na alergiczny nieżyt nosa pokazywały, że w ok. 30 do 50 proc. przypadków dochodzi do rozwoju astmy. Natomiast badania epidemiologiczne u dzieci, które sprawdzały pewne predyspozycje, jak nadreaktywność oskrzeli, wykazywały, że w około 20–30 proc. przypadków dzieci, które chorują na alergiczny nieżyt nosa, w przyszłości mogą rozwinąć astmę – dodaje prof. Marek Kulus, kierownik Kliniki Pneumonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

Jak podkreśla, jedynym obecnie leczeniem przyczynowym – nie objawowym – alergii jest odczulanie, czyli tzw. immunoterapia swoista. Polega ona na podawaniu alergenów, na które organizm ma uzyskać tolerancję.

– Immunoterapia może odwrócić ten niekorzystny proces alergizacji, do którego już doszło w organizmie i nie dopuścić do dalszego postępu choroby alergicznej, a więc przekształcania się np. alergicznego nieżytu nosa w astmę. Może spowodować wyleczenie z choroby alergicznej. Wszystkie inne postaci terapii chorób alergicznych niestety mają znamiona leczenia objawowego. Zarówno bardzo skuteczne glikokortykosteroidy wziewne czy donosowe znakomicie kontrolują objawy, ale nie wyleczą pacjenta z choroby. Natomiast immunoterapia swoista może zahamować tan proces i odwrócić predyspozycje do nabywania innych postaci alergii – mówi prof. Marek Kulus.

Odczulanie u dzieci można rozpocząć już po ukończeniu 5 roku życia. To stosowana od dość dawna i sprawdzona forma leczenia alergii, której skuteczność sięga 80–90 proc. Immunoterapia nie tylko poprawia jakość życia pacjentów, lecz także zapobiega rozwojowi astmy oskrzelowej i ciężkich postaci innych chorób alergicznych.

– Immunoterapia alergenowa powinna być rozpoczęta jak najwcześniej, bo w momencie, kiedy trwa już proces zapalny w nosie, w gardle czy w układzie oddechowym, pojawiają się pewnego rodzaju powikłania. One najpierw są dyskretne: przerastają małżowiny w nosie, pojawiają się polipy. Wczesne leczenie alergicznego nieżytu nosa czy astmy przynosi konkretne benefity dla zdrowia. Gdybyśmy mogli zastosować immunoterapię u wszystkich pacjentów po ukończeniu 5 roku życia to byłby strzał w dziesiątkę – mówi dr Piotr Dąbrowiecki.

Leczenie podawane jest w różnych formach, iniekcyjnie i podjęzykowo, w kroplach lub tabletkach (liofilizat). Efektywność obu tych form terapii jest niemal taka sama. Zaletą immunoterapii podjęzykowej jest to, że można stosować ją samodzielnie w domu, bez potrzeby ciągłych wizyt u lekarza. Wystarczy jedna wizyta u alergologa raz na trzy miesiące.

– Immunoterapia z pewnością poprawia jakość życia pacjentów, skuteczność tej metody sięga około 80–90 proc. – podkreśla prof. Marek Kulus – Immunoterapia alergenowa zwykle kojarzy się z bolesnymi zastrzykami, wykonywanymi regularnie, ale w tej chwili mamy dostępne również inne formy immunoterapii, czyli terapię podjęzykową w postaci kropli bądź tabletek. Ta forma jest niezwykle korzystna dla pacjentów, którzy obawiają się iniekcji. Dzieci są tą grupą specjalnie predysponowaną i taka terapia wydaje się specjalnie jakby zaprojektowana dla nich.

Ze względu na brak refundacji polscy pacjenci nie mają jak na razie dostępu do immunoterapii podjęzykowej podawanej w formie tabletek. Lekarze podkreślają, że jej szersza dostępność mogłaby skłonić większą liczbę pacjentów do poddania się takiemu leczeniu.

– Im więcej form immunoterapii na rynku, tym lepiej, tym więcej pacjentów, którzy skorzystają z takiej metody leczenia i dzięki temu być może będziemy mieć mniej astmatyków – mówi dr Piotr Dąbrowiecki, alergolog z Kliniki Chorób Infekcyjnych i Alergologii WIM.

 

Materiał powstał w ramach kampanii. Więcej informacji na stronie Facebooka: Zerwij z alergią – wybierz zdrowie

Urządzenia ratujące życie mieszczą się w kieszeni. Mobilne USG już wkrótce nie tylko zobrazują, lecz także rozpoznają choroby i przewidzą zagrożenia

Urządzenia ratujące życie mieszczą się w kieszeni. Mobilne USG już wkrótce nie tylko zobrazują, lecz także rozpoznają choroby i przewidzą zagrożenia 6

Przenośne urządzenia zmieniają obrazowanie diagnostyczne. Mobilny skaner mierzy aktywność mózgu podczas codziennych czynności, rękawiczki MRI dostarczają obrazy ruchome stawów i ścięgien, zaś bezprzewodowy ultrasonograf zapewnia lekarzom możliwość błyskawicznej diagnostyki i optymalizuje pracę kliniczną. Wojsko wykorzystuje już kieszonkowe urządzenia USG w terenie do oceny obrażeń. Już wkrótce urządzenie obrazujące będzie samo stawiało diagnozę.

– Przyszłość obrazowania medycznego jest bardzo świetlana, w szczególności we współpracy ze sztuczną inteligencją. Powstaną też kieszonkowe urządzenia obrazujące, już dzisiaj mamy kieszonkowe ultrasonografy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Bartosz Borucki, kierownik zespołu sztucznej inteligencji i analizy obrazowej w diagnostyce medycznej na Uniwersytecie Warszawskim.

Obrazowanie medyczne pomaga lekarzom w wykrywaniu i diagnozowaniu wielu chorób, od raka i zapalenia wyrostka robaczkowego po udar i choroby serca. Przemysł USG zmienia sztuczna inteligencja, która znacznie szybciej wykrywa poważne schorzenia, priorytetowo traktuje też pacjentów wymagających pilnej opieki, zalecając skierowanie ich na leczenie. Automatyczna segregacja chorych ułatwia życie lekarzom.

Nowe technologie rzeczywistości rozszerzonej umożliwiają z kolei lekarzom zrobienie wycinków zdjęć MRI i stworzenie obrazu 3D, któremu można się dokładnie przyjrzeć za pomocą okularów 3D, zestawu VR, a nawet wydrukować na drukarce 3D. Przenośne urządzenia do obrazowania diagnostycznego są jednym z ważniejszych trendów na rynku. Zintegrowane ze smartfonami pozwalają szybko sprawdzić stan zdrowia.

– Dostępne są głowice, które można podpiąć do telefonu komórkowego i obrazować ciało ultrasonograficznie, a metody sztucznej inteligencji pomagają interpretować ten bardzo trudny obraz specjalistom, którzy niekoniecznie są przeszkoleni, niekoniecznie są radiologami – przekonuje Bartosz Borucki.

Na rynku jest dostępny przenośny skaner mózgu MEG. Opracowany przez naukowców z University College London, mierzy aktywność mózgu podczas codziennych czynności. Ostrzega też przed możliwymi atakami padaczki. Wprowadzone przez New York University School of Medicine rękawiczki MRI dostarczają z kolei stałe obrazy ruchomych stawów i ścięgien. Pozyskane w ten sposób zdjęcia pomagają nie tylko przy operacjach, lecz także w projektowaniu dokładniejszych protez.

Zdalne monitorowanie zdrowia umożliwiają już inteligentne zegarki wyposażone w mobilne mierniki EKG. Apple Watch dla przykładu wykrywa nieregularne rytmy serca, a diabetycy mogą monitorować poziom cukru za pomocą cyfrowych monitorów glukozy. Butterfly IQ to z kolei pierwszy na świecie ultradźwiękowy system do badania całego ciała, można go też podłączyć do smartfona czy tabletu.

Tymczasem wojsko wykorzystuje już przenośne ultrasonografy w terenie do oceny obrażeń żołnierzy. Lekarze mogą ich używać do identyfikowania obrażeń wewnętrznych, np. gdy ranny żołnierz nie jest w stanie zidentyfikować źródła bólu. Także w szpitalach coraz więcej lekarzy korzysta z kieszonkowych aparatów ultrasonograficznych jako skutecznego sposobu identyfikowania problemów zdrowotnych.

– Wszystko idzie w takim kierunku, że urządzenie obrazujące będzie jednocześnie urządzeniem stawiającym automatyczną diagnozę. Będziemy skanować całe ciało i z bardzo wysokim poziomem szczegółowości mogli wcześnie rozpoznawać różnego rodzaju choroby. Powoli idziemy w stronę nie tyle diagnostyki chorób, ile bardziej prewencji, więc wczesnej interpretacji problemów, które mogą doprowadzić do choroby – podkreśla Bartosz Borucki.

Przemysł 4.0 zrewolucjonizuje gospodarkę, zwłaszcza w segmencie automotive. Brak wdrożenia innowacyjnych linii technologicznych może skutkować wypadnięciem z rynku

Przemysł 4.0 zrewolucjonizuje gospodarkę, zwłaszcza w segmencie automotive. Brak wdrożenia innowacyjnych linii technologicznych może skutkować wypadnięciem z rynku 7

Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie dysponuje największym w Polsce i jednym z największych w Europie laboratoriów Przemysłu 4.0. Jego budowa i późniejsze rozbudowy mają być finansowane przez przedsiębiorców, którzy liczą na pozyskanie wykwalifikowanych pracowników inteligentnych fabryk. Tych wciąż w Polsce i Europie jest zbyt mało, a ich powstawanie jest konieczne do tego, by móc się liczyć w walce o przychody, zwłaszcza w branżach takich jak automotive.

– Akademia Górniczo-Hutnicza nawiązała współpracę z kilkunastoma liderami rynku automotive, producentami nie tylko automatyki przemysłowej, lecz także producentami finalnymi samochodów. W wyniku tej współpracy powstało laboratorium przemysłu 4.0. Na takim standardzie przemysłu musi się oprzeć branża automotive – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr inż. Krzysztof Lalik z Wydziału Inżynierii Mechanicznej i Robotyki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

AGH w Krakowie dysponuje od niedawna linią technologiczną w standardzie Industry 4.0 o wartości miliona złotych, zbudowaną przez Teamtechnik. Jest to największe tego typu laboratorium w Polsce i jedno z trzech największych w Europie. Linia jest elastyczna, dzięki czemu co kilka lat będzie ją można modernizować i dostosowywać do aktualnych standardów obowiązujących w przemyśle. Mają o to zadbać partnerzy projektu, czyli przedsiębiorstwa, którym zależy na solidnym wykształceniu swoich przyszłych kadr.

– Przemysł 4.0 to szeroko pojęta robotyzacja, bardzo nowoczesne, inteligentne napędy, czujniki oraz systemy wizyjne, ale również inne technologie, których cechą charakterystyczną jest to, że te systemy są inteligentne. One doskonale wiedzą, w którym momencie produkcji danego elementu znajduje się linia technologiczna i jak mają zareagować, kogo wezwać i kiedy skończą się jej zasoby. Synergia tych rozwiązań powoduje, że możemy produkować efektywniej, taniej i bardziej elastycznie – przekonuje Krzysztof Lalik.

Dzięki wprowadzaniu takich rozwiązań czas mijający od momentu zaprojektowania do wytworzenia produktu skraca się z kilku lat do zaledwie kilku miesięcy. Pomimo że przemysł na wprowadzaniu takich innowacji bardzo dużo zyskuje, to inteligentne linie produkcyjne wdrażają nieliczni. Z badań przeprowadzonych przez Fujitsu wynika, że większość producentów znajduje się dopiero w początkowej fazie transformacji cyfrowej. Z praktycznych informacji dostarczanych przez technologie Industry 4.0 korzysta w procesie podejmowania biznesowych decyzji zaledwie 28 proc. badanych. 37 proc. projektów inteligentnych fabryk jest obecnie na etapie projektowania. 36 proc. firm dobrnęło do uruchomienia ich w ramach programów pilotażowych, a zaledwie 19 proc. wdrożyło je na stałe. Jedną z barier są koszty inwestycji.

– Koszty trzeba ponieść na samym początku. Inwestycje te mimo wszystko jeszcze nie są na tyle powszechne, żeby były tanie. W związku z tym koszty inwestycyjne są dosyć spore, natomiast okres amortyzacji, okres zwracania się takiej inwestycji jest ultrakrótki w porównaniu do klasycznych technologii. Tymczasem kto nie zaimplementuje standardu Industry 4.0, zostanie w tyle. A ci, którzy zostaną w tyle, bardzo szybko wypadną z rynku – ostrzega naukowiec z AGH.

Z badania Fujitsu wynika, że pozytywne wyniki w okresie do 3 lat od wdrożenia notuje 97 proc. przedsiębiorstw inwestujących w rozwiązania z zakresu Przemysłu 4.0. Raport badawczy IndustryARC wskazuje z kolei, że szacunkowa wartość światowego rynku Industry 4.0 sięgała w 2018 roku 75 mld dol. Do 2025 roku rynek ten ma rosnąć w tempie nawet 20 proc. średniorocznie.

Jak prawidłowo wypełnić obowiązek SENT i uniknąć kary, gdzie szukać wyjątków?

Od wdrożenia przepisów dotyczących monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów upłynęły ponad dwa lata. W tym czasie ustawa doczekała się kilku nowelizacji. Najważniejsze zmiany, między innymi dotyczące geolokalizacji, zostały wprowadzone 15 czerwca 2018 roku. Okazuje się, że do najczęstszych przewinień przewoźników należy naruszenie obowiązku zgłoszenia lub podanie danych niezgodnych ze stanem faktycznym. W takich przypadkach grzywna dla przedsiębiorcy może sięgać nawet 10 tysięcy złotych. Warto wiedzieć więcej i sprawdzić, jak wypełnić obowiązek SENT i uniknąć kary oraz gdzie szukać wyjątków.

Dobrą informacją dla przewoźnika jest to, że nowelizacja ustawy uprościła msetodę klasyfikacji towarów. Od 14 czerwca 2018 r. można dokonywać zbiorczych zgłoszeń oraz stosować wyłącznie Nomenklaturę Scaloną (CN) – opracowaną przez Komisję Europejską, która jest wykazem towarów zawartym w Rozporządzeniu wykonawczym Komisji (UE) 2018/1602 z dnia 11 października 2018 r. zmieniającym załącznik I do rozporządzenia Rady (EWG) nr 2658/87 w sprawie nomenklatury taryfowej i statystycznej oraz w sprawie Wspólnej Taryfy Celnej[1]. Z ustawy usunięto zupełnie klasyfikację towarów według Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług (PKWiU), dzięki czemu zniknęły wątpliwości dotyczące niewłaściwego przyporządkowania ładunku.

System SENT

Jeśli przewoźnik ma zamiar zrealizować przewóz towarów wrażliwych, oprócz prawidłowego zgłoszenia lub jego uzupełnienia w systemie SENT, w trakcie całej trasy przewozu musi zapewnić przekazywanie aktualnych danych geolokalizacyjnych środka transportu, mając oczywiście na uwadze, że ustawa ma zastosowanie na terytorium Polski. Powinien w tym celu skorzystać z mobilnej aplikacji, udostępnionej firmom transportowym przez Ministerstwo Finansów lub z Zewnętrznego Systemu Lokalizacji.

Warto zwrócić uwagę na niezawodność przyjętego rozwiązania. O ile korzystanie z aplikacji wydaje się najmniej dotkliwe finansowo, o tyle jest to metoda najbardziej zawodna, o czym przekonali się już niektórzy użytkujący ją przewoźnicy. Do zdarzeń podnoszących ryzyko zaliczyć należy problemy z ciągłym zasilaniem telefonu, brak pewności co do nieustannej i prawidłowej pracy aplikacji, ograniczony wpływ na właściwe zachowanie kierowcy oraz nadzór nad działaniem aplikacji. Każda nieprawidłowość prowadząca do przerwy w rejestrowaniu trasy skutkować będzie nałożeniem kary w wysokości 10 000 zł. Żaden telefon nie zagwarantuje, że w dowolnym momencie aplikacja nie przestanie działać. Niestety argumenty związane z technicznym funkcjonowaniem aplikacji oraz telefonu, na którym została użyta, nie stanowią podstawy do zmniejszenia lub anulowania kary. W konsekwencji rozwiązania polegające na zastosowaniu bardziej zaawansowanych systemów telematycznych, spełniających wymogi Zewnętrznego Systemu Lokalizacji, na przykład takich jak GBOX, gwarantują bezpieczeństwomówi Arkadiusz Góra, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) w zakresie ITD i PIP.

Towary zza granicy

Szczególnie zagrożone są przypadki tranzytu, wywozu lub wwozu towarów wrażliwych do Polski. Wynika to z faktu, że swoim zasięgiem ustawa obejmuje Polskę. Należy zatem założyć, że zagraniczni kontrahenci nie posiadają wiedzy o obowiązku monitorowania towarów i nie będą dokonywać zgłoszeń w polskim systemie.

W takich sytuacjach niezwykle istotna jest czujność przewoźnika i weryfikacja, czy towar, który ma być podjęty i przewożony z przekroczeniem granicy Polski, podlega zgłoszeniu. W tym celu należy sprawdzić rodzaj ładunku, następnie odnieść się do ustawy z dnia 9 marca 2017 r. o systemie monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów, a konkretnie do art. 3, który wskazuje towary wrażliwe. Jeżeli ładunek nie został wymieniony w tym artykule, koniecznie należy sprawdzić, czy znalazł się w rozporządzeniu, o którym mowa w art. 3 ust. 11 ustawy. Obecnie obowiązującym jest Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 20 lipca 2018 r. w sprawie towarów, których przewóz jest objęty systemem monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów, a wykaz towarów, jakie system uwzględnia, zawarto w paragrafie 1. W art. 3 w ustępach 4- 7 ustawy i w § 2 rozporządzenia wskazano wyjątki, czyli rodzaje przewozów lub towary, do których nie stosuje się przepisów o systemie monitorowania – radzi ekspert OCRK.

Aby być pewnym, że informacje o przepisach są zawsze aktualne, zaleca się korzystanie z oficjalnych publikacji Dziennika Ustaw, przede wszystkim z ISAP – Internetowego Systemu Aktów Prawnych, gdzie można znaleźć nie tylko ustawę, ale również jej kolejne zmiany oraz tekst ujednolicony. Dodatkowo umożliwia on szybkie znalezienie aktów wykonawczych do ustawy, czyli rozporządzeń.

Zgłoszenie towaru krok po kroku

Decydując się na przyjęcie zlecenia przewozowego trzeba się upewnić, czy nadawca dokonał zgłoszenia w systemie SENT. Jeśli jest on spoza granic Polski, najprawdopodobniej nie orientuje się w procedurze zgłoszenia i działania musi podjąć przewoźnik. Przede wszystkim należy sprawdzić, jaki towar lub grupy towarów będą przewożone oraz w jakich ilościach. Następnie trzeba zweryfikować, pod jakim kodem towar widnieje w Nomenklaturze Scalonej. Kolejnym krokiem, po ustaleniu numeru CN, będzie weryfikacja, czy został on objęty systemem monitorowania. W tym celu sprawdzeniu podlega przytoczony wcześniej art. 3 ustawy oraz § 1 rozporządzenia.

W przypadku stwierdzenia, że towar jest objęty systemem nadzoru, konieczne jest zgłoszenie przewozu w SENT, wygenerowanie i przekazanie kierowcy numeru referencyjnego oraz upewnienie się co do prawidłowego działania geolokalizacji. Jeśli przedsiębiorca nie jest pewny co do sposobu zgłaszania przewozów istnieje możliwość skorzystania z systemu w środowisku testowym. Warto również zapoznać się z awaryjną procedurą zgłoszenia, gdyby platforma nie działała lub funkcjonowała nieprawidłowo. W tym celu należy skorzystać z informacji dostępnych w serwisie PUESCwyjaśnia Arkadiusz Góra.

Weryfikacja towaru podlegającego monitorowaniu nie jest trudna. Przewoźnicy powinni jednak informować także kierowców, że za naruszenie obowiązków związanych z monitorowaniem towarów odpowiedzialność ponosi nie tylko przewoźnik, ale również kierujący pojazdem, dlatego jemu również powinno zależeć na prawidłowej realizacji zadania przewozowego.

[1] Informacje na temat nomenklatury oraz wykaz można znaleźć pod adresem: https://stat.gov.pl/sprawozdawczosc/intrastat/nomenklatura-scalona

Banki bronią się przed orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej

Polskie banki bronią się przed orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i wyrokami sądów powszechnych, które unieważniają umowy we frankach. Stosują narrację, w której to one są podstawą działania polskiej gospodarki – ona zaś miałaby upaść, gdy banki poniosą straty związane z wyrokami na korzyść kredytobiorców. Narracja ta jest oszukańcza i błędna z dwóch powodów. Po pierwsze banki, które udzielały kredytów we frankach, wcale nie są podstawą polskiej gospodarki. Przyglądając się poszczególnym bankom z dużymi portfelami kredytowymi we frankach widzimy, że nie mają one zbyt dużo zdrowych aktyw. Po drugie zaś koszty procesów rozłożą się na parę lat – nie powinny więc być dużym obciążeniem. Najważniejszy jednak jest język, którym posługują się banki. Mówią one o „stratach” – a w rzeczywistości mamy do czynienia z brakiem przyszłych, nieuczciwych zysków.

– W banku BPH zostały tylko i wyłącznie toksyczne kredyty i roszczenia z tytułów sprzedaży nieuczciwych produktów. Ten bank nie finansuje już przecież gospodarki, podobnie jak Deutsche Bank Polska i Raiffeisen. Nie rozmawiamy więc o stratach, które dotknęłyby polską gospodarkę – lecz o braku przyszłych zysków. Banki nie dostaną pieniędzy, które chciały zarobić na sprzedaży dodatkowych ubezpieczeń, zawyżonych odsetkach i nieuczciwych przewalutowaniach – powiedziała serwisowi eNewsroom Barbara Garlacz, radczyni prawna. – Dodatkowo warto przyjrzeć się zmianom na rynku bankowym w ostatnich pięciu latach. Łączenia i reorganizacje banków były bowiem ucieczką przed frankowiczami. Banki dążyły do tego, by toksyczne kredyty pozostały w „spółkach wydmuszkach”. To stwarza niebezpieczeństwo, że kredytobiorcy nie będą mogli otrzymać odszkodowań zasądzonych w wygranych rozprawach. Dlatego tak ważne jest rozwiązanie sprawy przed spłatą wszystkich rat i policzenie już opłaconych kwot na poczet kapitału – radzi Garlacz.

Tak sklepy bronią się przed kradzieżami

  • 2,64 mld złotych* rocznie branża handlowa w Polsce wydaje na zabezpieczenia przeciwkradzieżowe.
  • Jest w co inwestować, bo z tegorocznego raportu firmy Crime&Tech wynika, że roczne straty polskich sklepów spowodowane kradzieżami to aż 4,84* mld złotych.
  • Na polskim rynku jest dostępna coraz bardziej nowatorska i skuteczna technologia wspierająca sieci handlowe w zmaganiach z nieuczciwymi klientami.

Sklepy wielkopowierzchniowe w Polsce mają dostęp do specjalistycznych rozwiązań. Dysponują też możliwościami korzystania z nowoczesnych technologii zabezpieczających swój asortyment przed kradzieżami. Coraz częściej takie rozwiązania stosują, wydając na nie ponad 2,6 mld złotych rocznie*. Z pewnością ma to uzasadnienie ekonomiczne, a takie inwestycje się zwracają. Bez nich koszty związane z kradzieżami byłyby prawdopodobnie znacznie wyższe. Już teraz są ogromne: jak podaje raport Crime&Tech, roczne koszty ponoszone przez sieci handlowe w wyniku kradzieży wynoszą aż 4,84 mld złotych. Jednym z powodów jest fakt, że w polskim systemie prawnym kradzież towaru o wartości do 525 zł jest kwalifikowana jednie jako wykroczenie, a kara jest mało dotkliwa.

– Zaawansowane systemy zabezpieczające duże sklepy przed kradzieżami są już dostępne w Polsce „od ręki”. Od kilku lat montujemy i doglądamy systemów, które jeszcze niedawno można było zobaczyć co najwyżej w filmach szpiegowskich. Kradzieże są oczywiście jednym z najważniejszych powodów inwestowania sieci handlowych w nowoczesne technologie zabezpieczające. Innym czynnikiem, który popycha zarządzających sieciami handlowymi do inwestowania w takie wyposażenie sklepów jest chęć zapewniania komfortu kupującym. W miarę wzrostu ich zadowolenia zwiększa się popularność konkretnego obiektu polecanego sobie przez klientów, a w ślad za tym rośnie odwiedzalność i sukces biznesowy sklepu – mówi Leszek Woźniak, kierownik sprzedaży strategicznej w SPIE Building Solutions.

Od wykrywaczy rozszywaczy po videoparagon

Ochrona, kamery czy bramki antykradzieżowe to norma, w wielu sieciach handlowych działają jednak zdecydowanie bardziej zaawansowane systemy.

Przykładem jest system ApparelGuard – system detekcji użycia rozszywaczy w pomieszczeniach przymierzalni sklepowych. To rozwiązanie uszczelniające ochronę obiektu handlowego i zmniejszające skalę kradzieży. Przymierzalnie to z oczywistych względów wrażliwy punkt na mapie sklepowych kradzieży. Nie można tam instalować kamer, są to także miejsca niedostępne dla ochrony. Zautomatyzowany system detekcji użycia rozszywaczy, znacznie ogranicza skalę kradzieży.

Inne rozwiązanie to system CUBE – innowacyjny system kontroli dostępu. Jest instalowany w sieciach handlowych i obiektach wielkopowierzchniowych. System w czasie rzeczywistym kontroluje obszary strategiczne dla działalności obiektu i sieci handlowej. Internetowa platforma i rozbudowane funkcje pozwalają na utworzenie hierarchizacji użytkowników, jak również na dostęp do danych np. o tym, kto i kiedy otworzył obiekt czy system alarmowy został zazbrojony/rozbrojony i przez kogo. Kontrola jest możliwa z dowolnego miejsca – wystarczy mieć dostęp do internetu. Takie funkcje mają znaczenie w przypadku prób kradzieży dokonywanych przez pracowników obiektu handlowego, a także dostawców czy np. serwisów sprzątających. Często to w sumie kilkaset osób, więc ryzyko zatrudnienia nieuczciwych jednostek istnieje.

Wideoparagon to system do rejestracji transakcji kasowych. To inteligentne połączenie danych z paragonu z zapisem obrazu z monitoringu wizyjnego. To narzędzie dla managerów sklepów, dające możliwość weryfikacji każdej transakcji kasowej pod kątem jej poprawności. System pozwala na szybkie odszukanie konkretnej transakcji i porównanie jej z przypisanym filmem wideo. Pozwala zweryfikować czy to, co jest na paragonie w rzeczywistości zostało sprzedane lub czy transakcja „STORNO” została wykonana poprawnie, czyli czy oprócz zwrotu gotówki dla klienta, zakończyła się także zwrotem towaru na stan sklepu. Takie narzędzie zabezpiecza inny potencjalny obszar nadużyć i pozwala na ograniczenie strat finansowych.

System RFID – sieci handlowe coraz częściej projektują wejścia tak, by zachęcały potencjalnych klientów – stosują politykę „otwartych drzwi i przestrzeni”. W takim podejściu nie mieszczą się bramki antykradzieżowe, co stwarza dodatkowe wyzwania dla ochrony przed nieuczciwymi klientami. W takich sytuacjach stosuje się więc rozwiązania „niewidoczne” i nieograniczające przestrzeni wejścia, a jednocześnie zapewniające ochronę antykradzieżową – jak system RFID. Rozwiązanie to oparte jest o anteny sufitowe i detekcję tagów (metki, klipsy) RFID, które są przytwierdzane do produktów sklepowych.

Zastosowanie systemu RFID pozwala także na szybkie inwentaryzacje, automatyczne uzupełnianie stoków magazynowych, informacje o dostępności produktu na półkach, usprawnienie procesu sprzedaży i przyspieszenia czasu obsługi klienta przy kasie, a także wiele innych funkcjonalności dopasowanych do indywidualnych potrzeb danej sieci handlowej.

– Oczywiście większe straty notują obiekty, które nie są wyposażane w takie nowatorskie zabezpieczenia lub są one niewłaściwie obsługiwane. Zamontowanie zabezpieczenia to połowa sukcesu, musi ono być regularnie sprawdzane i serwisowane, aby spełniało swoją funkcje i było niezawodne nie dając równocześnie odczuć dyskomfortu uczciwym kupującym – mówi Leszek Woźniak ze SPIE Building Solutions.

* Crime&tech – Universita Cattolica del Sacro Cuore – Transcrime    

10 najciekawszych faktów i liczb dotyczących drukowania

Z okazji międzynarodowego dnia druku firma Brother przedstawia 10 liczb, które przedstawiają świat druku z zupełnie innej perspektywy.

  1. 0,0092 mm² – Tej wielkości był najmniejszy na świecie obrazek wydrukowany technologią druku atramentowego. Grafika była mniejsza niż główka od szpilki i przedstawiała błazenka – rybkę znaną z filmu „Gdzie jest Nemo?”. Obrazek zawierał 256 kolorów i został wydrukowany dzięki współpracy zespołu naukowców z Politechniki Federalnej w Zurychu. W 2015 r. wyczyn ten został nagrodzony wpisem do księgi rekordów Guinnessa.
  2. 5-7 – Tyle razy można poddać procesowi recyklingu papier wykorzystywany do druku biurowego. Jego zdolność do ponownego wykorzystania z czasem spada, ponieważ włókna celulozy, podczas ich przetwarzania stają się coraz krótsze i niezdolne do utworzenia jednolitego arkusza. Po około 5-7 użyciach materiał co prawda nie nadaje się do wykorzystania w biurowych drukarkach, jednak może być wykorzystywany do produkcji gazet lub kartonów na jajka.
  3. 1439 – Ten rok oficjalnie przyjmuje się na datę narodzin druku. Wtedy to Gutenberg opracował mechaniczny prasę drukarską z ruchomymi czcionkami. Jego wynalazek zagwarantował mu przydomek „ojca druku”.
  4. 1656 – To rok, w którym zaczęła się ukazywać najstarsza drukowana gazeta w Europie, holenderska, „Opregte Haarlemsche Courant”. W 1942 roku gazeta, która nadal jest wydawana, połączyła się z gazetą „Haarlems Dagblad”. Jest starsza od najstarszej, nadal wydawanej brytyjskiej gazety niedzielnej, „The Observerpk” 135 lat, francuskiego „Le Monde” o 288 lat, a hiszpańskiego „El Pais” o 320 lat.
  5. 1661 – W tym roku po raz pierwszy w Europie zostały wydrukowane papierowe banknoty. Zostały stworzone przez szwedzki bank Stokholms Banco. Banknoty zostały sprowadzone na „stary kontynent” przez odkrywców podróżujących na Daleki Wschód jak, chociażby Marco Polo.
  6. 1867 – liczba kolorów w systemie pantone, które mogą być wykorzystane w poligrafice. Pokazuje to, jak daleko technologia druku posunęła się do przodu od czasu czarno-białej prasy. Od początku XXI wieku firma Pantone corocznie w grudniu ogłasza jaki kolor będzie kolorem przewodnim w przyszłym roku. Kolorem w 2019 roku jest Living Coral (numer pantone 16-1546).
  7. 1869 r. – Wydrukowano w Austrii pierwszą pocztówkę. Ówczesne kartki były bardzo podobne do tych, które wysyłamy dziś. Przedstawiały wizerunki zabytków, krajobrazów, a także śmieszne ilustracje. Pomimo postępującej cyfryzacji wszystkich dziedzin życia, uważa się, że na całym świecie nadal wysyła się ponad 2 miliardy pocztówek rocznie.
  8. 2500 p.n.e. – Około tego roku po raz pierwszy został wynaleziony atrament. Co ciekawe pojawił się on jednocześnie w Starożytnym Egipcie i Starożytnych Chinach. Pierwsze tusze były tworzone z ograniczonych materiałów, w tym sadzy z dymu drzewnego, tłuszczu zwierzęcego, które zagęszczaną żelatyną ze skór i kości.
  9. 12 milionów – To największy nakład pierwszego wydania książki w historii. Tytuł ten należy do światowego bestsellera „Harry Potter i Insygnia Śmierci”, który ukazał się w 2007 roku. Powieść pobiła światowy rekord liczby sprzedanych egzemplarzy w ciągu 24 godzin od jej wydania.
  10. 5 miliardów – Liczba sprzedanych i rozdystrybuowanych egzemplarzy najczęściej drukowanej książki świata – Biblii. Szacuje się, że cała Biblia jest przetłumaczona na 349 języków, a w 2123 językach jest co najmniej jedna z jej ksiąg.

Ubezpieczenie prawne kontra abonament prawny – co się opłaca małej firmie?

Blisko 83% przedstawicieli firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw chciałoby móc konsultować się z prawnikiem co najmniej raz w miesiącu, w tym niemal 1/3 znacznie częściej. Jednocześnie mniej niż co dziesiąta posiada w swoich strukturach dział prawny lub prawnika.[1] Brak bieżącego wsparcia prawnego to duży problem w prowadzeniu działalności. Niewielu przedsiębiorców jednak wie, że może sobie na nie pozwolić i to za mniej niż 100 zł miesięcznie. Wśród produktów i różnych pakietów ochrony prawnej występują wyraźne różnice, na które warto zwrócić uwagę.

Mikro, małe i średnie firmy uważają, że często zmieniające się regulacje oraz niejasne przepisy mają najbardziej negatywny wpływ na prowadzenie działalności gospodarczej w Polsce. Mimo dużej świadomości trudnego otoczenia prawnego, wielu przedsiębiorców nie zabezpiecza tej sfery swojej działalności.

Ryzyka pojawienia się problemu prawnego, nawet przy najwyższym stopniu ostrożności, nie może wyeliminować żadne przedsiębiorstwo. Nierzadko są one wynikiem braku właściwej informacji lub błędnej interpretacji przepisów czy zapisów umów przez samą firmę. Problem ten dotyczy szczególnie sektora mikro, małych i średnich firm, gdzie korzystanie z usług radcy prawnego lub adwokata ogranicza się najczęściej do doraźnej pomocy przy próbie rozwiązywania poważnych spraw. Tymczasem przedsiębiorstwa powinny korzystać z ich pomocy na bieżąco, w celu zapobiegania różnym ryzykom i problemom prawnym – mówi Rafał Hiszpański, Prezes Zarządu DAS Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej.

Pomoc prawna na kieszeń MŚP

Przed zapewnieniem firmie stałej opieki prawnej przedsiębiorców z sektora MŚP powstrzymują głównie obawy przed wysokimi kosztami takich usług. Okazuje się, że niekoniecznie są one uzasadnione. Badanie DAS wykazało, że ponad połowa MŚP deklaruje, że na stałą opiekę prawną miesięcznie byłaby w stanie przeznaczyć 100-250 zł. Kwoty tego rzędu pozwalają na skorzystanie z bardzo ograniczonego zakresu usług prawnika lub kancelarii prawnej. Jednak MŚP mogą już znaleźć na rynku bardzo kompleksową ofertę wsparcia prawnego zapewnianego w ramach stałej umowy. Takie możliwości oferują ubezpieczenia prawne oraz abonamenty prawne. Produkty te są skierowane do MŚP, ale ich model świadczeń i zakres pomocy są wyraźnie odmienne. Znajomość tych różnic może pozwolić przedsiębiorcy wybrać ofertę, która najlepiej spełnia jego oczekiwania.

Więcej niż obsługa prawna

Jednym z najbardziej kompleksowych rozwiązań dla firm w sferze ochrony prawnej są ubezpieczenia prawne. To specjalny rodzaj polisy, dostępnej dla jednoosobowych działalności gospodarczych, przedstawicieli wolnych zawodów, jak i firm każdej wielkości. Zapewnia szeroki zakres finansowania usług prawnych w ramach zakresu ubezpieczenia, pokrywa m.in. koszty pracy prawnika, analiz dokumentów oraz daje dostęp do szybkich porad prawnych. Przykładowo, w ofercie specjalizującego się wyłącznie w ubezpieczeniach prawnych Towarzystwa DAS liczba telefonicznych konsultacji prawnych jest nieograniczona, przedsiębiorca może radzić się w kwestiach prawnych z zakresu ubezpieczenia kiedy chce i jak często chce.

Największym wyróżnikiem ubezpieczenia prawnego jest jednak fakt, że finansuje ono nie tylko koszty pracy prawnika, ale pokrywa także dodatkowe wydatki związane z uczestnictwem w procesie sądowym. W jego ramach ubezpieczony może mieć sfinansowane opłaty sądowe, koszty tłumaczeń, dojazdów na rozprawy, w tym także poza granicami Polski oraz wydanie opinii biegłych sądowych i rzeczoznawców, które są szczególnie ważne i niekiedy niezbędne dla pomyślnego rozstrzygnięcia sprawy dla ubezpieczonego. Zwykle polisa obejmuje zakresem sprawy w postępowaniu cywilnym, karnym lub arbitrażowym, a nawet rozstrzyganie w drodze mediacji.

Kolejnym istotnym wyróżnikiem ubezpieczenia prawnego jest to, że w razie niepowodzenia w sądzie przedsiębiorca może także sfinansować dzięki niemu koszty przegrania sprawy sądowej, czyli opłat zasądzonych na rzecz strony przeciwnej lub Skarbu Państwa. Takich wydatków nie pokrywa z własnej kieszeni żaden prawnik, kancelaria czy firma oferująca abonamenty prawnicze.

Ubezpieczenie prawne to najczęściej zobowiązanie roczne. Pułap cenowy składki zaczyna się już na poziomie od ok. 75 zł/mies. W ciągu roku przedsiębiorca może swobodnie korzystać z szeregu usług prawnych w ramach sumy rzędu 50-100 tys. zł na rok. Firma nie musi się więc martwić, że np. w danym miesiącu zużyła już swój limit godzin konsultacji z prawnikiem, może bowiem sfinansować usługi prawne których potrzebuje do kwoty przewidzianej w sumie ubezpieczenia. Są one na tyle wysokie, że wystarczają na pokrycie nawet kosztownych procesów. Dzięki braku innych limitów przedsiębiorca może z pomocą ubezpieczenia doprowadzić swoją sprawę od początku do końca. W dodatku w ramach ubezpieczenia firma ma swobodę wyboru prawnika lub kancelarii. Może więc skorzystać z usług specjalisty w danej dziedzinie. Ubezpieczyciel może także pomóc znaleźć odpowiedniego eksperta zarówno w kraju, jak i za granicą.

Duży potencjał rozwoju ubezpieczeń prawnych w Polsce pokazują także wyniki badania DAS, które wykazały, że prawie 60% polskich MŚP uważa, że w obliczu trudnego i często zmieniającego się otoczenia  prawnego warto rozważyć zakup ubezpieczenia oferującego stałą pomoc profesjonalnego prawnika.

Ochrona ochronie nie równa

Pod względem kosztów z ubezpieczeniami prawnymi konkurować mogą abonamenty prawne, które są stałą, pakietową formą współpracy z kancelarią lub ich siecią. W ramach miesięcznej opłaty przedsiębiorstwo ma zagwarantowany dostęp do różnego zakresu usług prawnych ściśle określonych w umowie. Pakiety abonamentowe są także bardzo zróżnicowane pod względem wysokości składki. Ich kwota może wahać się od ok. 60 zł, do nawet ponad tysiąca złotych miesięcznie. Co do zasady finansują jedynie pracę prawnika i nie obejmują innych wydatków związanych np. z procesem sądowym. Najbardziej podstawowe pakiety obejmują zwykle kilka godzin pracy prawnika miesięcznie. W niektórych abonamentach firma ma z kolei do wykorzystania ograniczoną liczbę konkretnych usług w miesiącu. Po ich zużyciu firma musi już płacić za dalsze wsparcie prawne. Decydując się na abonament w konkretnej kancelarii lub ich sieci przedsiębiorca ma do dyspozycji tylko prawników lub radców prawnych, którzy do niej należą.

Warto wiedzieć, że ustawa o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej nakłada na zakłady ubezpieczeń wiele dodatkowych regulacji, którym nie podlegają firmy oferujące abonamenty prawne. Nadzór KNF oraz m.in. regulacje dotyczące poziomu świadczenia usług czy wypłacalności towarzystwa ubezpieczeń są zabezpieczeniem dla ich klientów. Poza tym, ubezpieczony ma prawo swobodnie wybrać radcę prawnego lub adwokata i jest ustawowo chroniony przed przypadkami konfliktu interesów, np. gdyby chciał wejść w spór sądowy z posiadaczem takiej samej polisy u tego samego ubezpieczyciela. Tymczasem abonamenty często oferowane są przez podmioty, które same nie mają prawa do świadczenia usług prawniczych, w tym przez spółki z o.o., których model biznesowy opiera się na sieci współpracujących prawników, którzy świadczą usługi na rzez klientów takich spółek. Warto zwrócić na to uwagę, bo takie podmioty nie ponoszą prawnej odpowiedzialności za usługi prawne. Z punktu widzenia bezpieczeństwa to ważna różnica – wskazuje Piotr Skorupa, Członek Zarządu DAS Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej.

Stała ochrona prawna, bez względu na jej formę, to długoterminowa inwestycja w utrzymanie zdrowego i bezpiecznego biznesu. Pod jej ochronnym parasolem firmy są mniej narażone na ryzyko prowadzenia sporów prawnych. To także oszczędność cennego czasu przedsiębiorcy, który bez konieczności angażowania się w sprawę może w pełni skoncentrować się na biznesie.

[1] Badanie DAS Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej przeprowadzone przez SW Research.

GPW uruchamia program crowdfundingowy dla branży maklerskiej

  • Giełda uruchamia Program Firm Partnerskich GPW – Partner Crowdfundigowy GPW adresowany dla brokerów zajmujących się crowdfundingiem i crowdinvestingiem
  • Jako pierwszy do programu przystąpił Dom Maklerski INC
  • Przyjęcie programu przez Zarząd Giełdy to pierwszy krok do uruchomienia inicjatywy strategicznej GPW Private Market

Zarząd Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) zdecydował o przyjęciu Programu Firm Partnerskich GPW – Partner Crowdfundigowy GPW w zakresie crowdfundingu i crowdinvestingu. Program adresowany jest do podmiotów krajowych i zagranicznych z branży maklerskiej, które oferują usługi w zakresie finansowania i inwestowania społecznościowego.

Giełda umożliwia firmom pozyskanie kapitału na rozwój. W strategii #GPW2020 uwzględniliśmy uruchomienie projektów biznesowych, które wspierają spółki, szczególnie z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, w ich dalszym rozwoju. Zdecydowaliśmy się na uruchomienie Programu Firm Partnerskich GPW – Partner Crowdfundigowy GPW, ponieważ chcemy współpracować z domami maklerskimi, które pozyskują finasowanie dla firm poprzez crowdfunding – mówi Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Jako pierwszy do Programu Firm Partnerskich GPW przystąpił Dom Maklerski INC, który podpisał z GPW umowę o współpracy jako firma partnerska. Dom Maklerski INC jest właścicielem serwisu Crowdconnect.pl – platformy ofert publicznych bazującej na idei crowdinvestingu.

Każda firma, która będzie chciała przystąpić do programu musi złożyć stosowny wniosek do GPW. Zakwalifikowane firmy zostaną partnerami GPW w zakresie wspierania spółek na wczesnym etapie rozwoju poprzez zapewnienie im dostępu do kapitału w ramach crowdfundingu i crowdinvestingu. Firmy będą mogły posługiwać się tytułem Partnera Crowdfundingowego GPW.

Giełda będzie prowadzić i publikować na swojej stronie internetowej listę Firm Partnerskich biorących udział w programie.

Jak rozwijać kompetencje menedżerów w erze cyfrowej transformacji?

Świat VUCA jest zmienny, wieloaspektowy, złożony i niejednoznaczny. Dziś dodatkowo jest zdominowany przez nowe technologie. To stawia przed menedżerami coraz to nowe wyzwania. Jak współpracować z pokoleniem pracowników, dla których świat cyfrowy jest tak samo realny, jak… świat realny? Jak rozwijać zespół, wykorzystując nowe technologie? Jak radzić sobie w świecie, w którym dostęp do wiedzy jest demokratyczny i tak pracownik, jak i klient sięgają do niej „on demand”?

Możemy wiele zrobić, by działania menedżerów były bardziej kreatywne i skuteczne. Na początek jednak warto dać im dostęp do wiedzy o nich samych i o zespole. Inwestując w takie szkolenia narzędziowe, które kształtują nawyk samorozwoju, możemy osiągnąć zaskakujące efekty. Jednak dziś nie mogą to być standardowe metody rozwoju, bo wyzwania mamy niestandardowe.

Wiesz, od czego zacząć, planując rozwój menedżerów?

Kolejnym innowacyjnym narzędziem do analizy są badania 360 stopni. Angażują samego menedżera, który opisuje, jak widzi swój zespół. Następnie w ten sam sposób członkowie zespołu opisują określone cechy grupy, którą tworzą. Porównanie obu wyników jest dla menedżera cenną wiedzą. Może tkwić w nieświadomości problemów. Równie dobrze może nie doszacować poziomu współpracy, zaufania osobistego i profesjonalnego swojego zespołu, jak i „patrzeć przez różowe okulary”.

Do narzędzi analizy on-line warto dodać bardziej tradycyjne metody, na przykład wywiady strukturyzowane. Czego mogą dotyczyć? Specyfiki wyzwań zawodowych, z którymi ci spotykają się w codziennej pracy. Współcześnie szefowie pełnią wiele ról jednocześnie. Pod hasłem „menedżer” kryje się już nie tylko osoba zarządzająca, ale: lider, wizjoner, analityk, strateg, motywator, inspirator, psycholog, coach czy koordynator. W związku z tym, wraz ze zmieniającym się biznesem, rola menedżera staje się trudniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Praca na własnym potencjale: czy wiem, jaki jest mój potencjał osobisty?

Zapewne wiele osób zgodzi się ze stwierdzeniem, że porównania do innych osób mogą rodzić frustrację. Perspektywa zmienia się w sytuacji, w której jesteśmy oceniani w sposób jawny i to przez osoby, które dobrze nas znają. Dlaczego więc nie zastosować tego pomysłu do szkoleń rozwijających menedżerów?

„W badaniach stosujemy narzędzie oparte o koncepcję silnych stron. Talent Reflect sprawdza, jakie talenty osobiste posiadasz, ale to dopiero pierwszy krok. Po etapie SAMOOCENY system prosi cię o wskazanie pięciu osób, które dobrze cię znają. Oni także odpowiedzą na te same pytania o tobie. Efektem jest mapa dominujących silnych stron w niezwykłym układzie. Talenty WSPÓLNE to obszar, który widzisz zarówno ty, jak i osoby, które cię opisywały. NIEWIDOCZNE to obszar ukryty, widzisz je tylko ty. NIEŚWIADOME – widzą je wszyscy inni… poza tobą!” – opisuje Arkadiusz Siechowicz Partner Zarządzający firmy szkoleniowo-doradczej Westhill Consulting i Prezes spółki informatycznej Gamehill.

5 pytań, na które znajdź odpowiedź, zanim zaczniesz!

Kompleksowo. Tak chcą się rozwijać menedżerowie nowoczesnych firm. I mają do tego prawo, bo i od nich oczekuje się kompleksowości. Czy jednak można przygotować projekt rozwojowy, który jak multitool ze szwajcarskiej firmy będzie dobry dla każdego i zawsze? Na te 5 pytań należy sobie odpowiedzieć, jeśli planuje się rozwój kadry menedżerskiej w swojej organizacji. Przed projektem należy określić, które z poniższych wyborów bardziej pasują do specyfiki firmy, potrzeb i budżetu.

  1. Więcej działań off-line czy on-line?

Projekt hybrydowy lub inaczej blended learning to dziś najefektywniejsza forma uczenia się i wdrażania nawyków. Idealnie jest rozłożyć tak energię, by zostało jej zarówno na pracę na sali szkoleniowej, jak i w formie microlearningu i mobile learningu, na tworzenie nawyków w formie on-line.

  1. Wszystkie działania w pakiecie, a może kafeteria?

Ten dylemat często jest istotny dla działów HR. Przygotować pakiet dobrze dobranych działań (bo przecież znamy się na tym, jesteśmy ekspertami), czy raczej pozwolić ludziom wybierać?

  1. Więcej działań samodzielnie czy w grupie?

Formy rozwoju samodzielne to np. coachingi, mentoring, mobile learning, praca własna, czytanie i słuchanie lub udział w konferencji. W grupie, oprócz szkoleń, warsztatów, to zadania zespołowe, team coachingi lub sesje master mind.

  1. Elitarnie czy egalitarnie?

To dylemat, kogo zapraszamy do projektu. Wszystkich czy wąską grupę? Firmy chcące rozwijać nowocześnie menedżerów planują różne projekty: dla wszystkich (egalitarnie, np. Akademia Menedżera) oraz dla wąskiej grupy (elitarnie, np. Akademia Talentów).

  1. Mogę czy muszę?

Czy rozwój jest obowiązkiem, czy przywilejem?

„Mogę czy muszę brać w tym udział? To dylemat wielu moich klientów – firm i organizacji. Z jednej strony uważają słusznie, że – aby móc się nazywać liderem – TRZEBA znać konkretne zestawy narzędzi zarządzania. Z drugiej strony budżet określa zakres projektu. W tej sytuacji firmy szukają elastycznych partnerów doradczo-szkoleniowych. To właśnie elastyczność dostawcy w badaniach jest kryterium numer 1, które decyduje o wyborze” – wyjaśnia Krzysztof Filarski, Partner Zarządzający Westhill Consulting i Członek Zarządu Gamehill.

Niech to będzie wciągające jak gra!

Umiejętność budowania silnych zespołów i samoświadomość to dziś jedne z najważniejszych kompetencji. To je warto rozwijać w świecie zdominowanym przez technologie – jeszcze długo sztuczna inteligencja tego nie osiągnie! Odpowiedzi na pytanie, jak to robić, dostarcza sam rynek. Jednym z wyróżniających się narzędzi w świecie cyfrowej transformacji jest platforma gamifikacyjna. Zdobywanie wiedzy zamienione w pełną ciekawych wyzwań i fascynujących odkryć przygodę, zdaje się o wiele lepszym rozwiązaniem niż standardowe szkolenie kadry menedżerskiej. Jak pokazują doświadczenia osób zarządzających, ten rodzaj przyswajania informacji przynosi o wiele większy wzrost motywacji i zaangażowania pracowników, a to przecież klucz do budowy silnej organizacji i wypracowania pozycji lidera na rynku.

„Grywalizacja to zastosowanie mechanizmów znanych ze świata gier do »niegrowego« świata. Na przykład do rozwoju menedżerów. Istotnym elementem jest wciągająca fabuła. Najlepsze wdrożenia platform grywalizacyjnych, które realizowaliśmy, miały wciągające story, a jednocześnie dawały użytkownikom realną wartość biznesową. Gamifikacja kształtuje nawyki i sama z siebie oswaja z digitalną formą. Dziś jest must have w repertuarze rozwojowym w świecie digitalnym” – konkluduje Arkadiusz Siechowicz z Westhill Consulting.  

Fiskus odmówił wydania opinii zabezpieczającej, bo przedsiębiorcy działali zgodnie z prawem, ale podważali jego cel

Sztuczne zawyżanie kosztów uzyskania przychodów w zakresie przeprowadzonej wymiany udziałów, skutkujące osiągnięciem korzyści podatkowej, a także arbitralne ukształtowanie transakcji przez strony w taki sposób, by mieszcząc się w granicach dopuszczonych przez przepisy prawa, jednocześnie podważać ich cel to zdaniem Szefa KAS wypełniające kryteria unikania opodatkowania przesłanki legitymujące go do odmowy wydania opinii zabezpieczającej wspólnikom, tworzącym holding spółek przed sprzedażą udziałów.

Nowelizacją ustawy – Ordynacja podatkowa (dalej: O.p.) 15 lipca 2016 r. weszły w życie przepisy wprowadzające do obrotu prawnego instytucję tzw. klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania. Od 1 stycznia 2019 r. klauzulę tę organy skarbowe mogą wykorzystywać do oceny głównego celu podjętej przez podatnika czynności, a dokładnie, czy jest nim osiągnięcie korzyści majątkowej. Unikaniem opodatkowania zgodnie z powołanym nowelizacją art. 119a § 1 O.p. jest osiągnięcie korzyści podatkowej, sprzecznej w danych okolicznościach z przedmiotem lub celem ustawy podatkowej lub jej przepisu, wskutek zamierzenia dokonania lub dokonania czynności, której głównym lub jednym z głównych celów było osiągnięcie tej korzyści, a sposób działania był sztuczny.

Podatnicy, zwłaszcza przedsiębiorcy, bojąc się negatywnych konsekwencji uznania przez fiskus dokonywanych przez nich czynności za sztuczne lub mające na celu jedynie osiągnięcie korzyści podatkowej, wraz z wejściem w życie klauzuli zaczęli masowo składać wnioski o wydanie interpretacji podatkowej. Jednak organy, powołując się na przepis 14b § 5b pkt 1) O.p., równie masowo odmawiały ich wydania. Przepis ten stanowi bowiem, że „Nie wydaje się interpretacji indywidualnej w zakresie tych elementów stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego, co do których istnieje uzasadnione przypuszczenie, że mogą być przedmiotem decyzji wydanej z zastosowaniem art. 119a…” (Dz.U. 2019 poz. 900).

Odmowa wydania opinii za 20 000 zł

Co ważne, prócz braku uzyskania potwierdzenia od fiskusa, że dokonywana przez przedsiębiorcę czynność nie zostanie uznana za unikanie opodatkowania, większego uszczerbku taka odmowa organu temu podatnikowi nie przynosiła. Koszt złożenia wniosku o wydanie interpretacji indywidualnej to jedyne 40 zł.

Ustawodawca wyciągnął do przedsiębiorców rękę, oferując silniejszą i bardziej doniosłą instytucję – opinię zabezpieczającą, która w odróżnieniu od interpretacji podatkowej chroni przed zastosowaniem klauzuli. Wydaje ją Szef Krajowej Administracji Skarbowej. Jest jednak jedno „ale”. Zgodnie z art. 119zc. § 1 zd. 1: „Wniosek o wydanie opinii zabezpieczającej podlega opłacie w wysokości 20 000 zł. …” (Dz.U. 2019 poz. 900). Przy czym najbardziej dotkliwe jest to, że wpłata 20 000 zł może okazać się dla przedsiębiorcy pieniędzmi wyrzuconymi w błoto. Bowiem nawet jeśli szef KAS odmówi wydania opinii, to wpłaconych pieniędzy nie zwróci.

Restrukturyzacja spółki warunkiem zakupu udziałów

W listopadzie 2018 r. dwaj wspólnicy wystąpili do szefa KAS z wnioskiem o wydanie opinii zabezpieczającej w sprawie dokonywanej przez nich transakcji sprzedaży posiadanych udziałów w należących do nich trzech spółkach. Z przedstawionego przez nich opisu transakcji wynikało, że rok wcześniej zawarli z przyszłym nabywcą ww. udziałów list intencyjny, w którym zastrzeżono, że nabywca dokona zakupu 100% udziałów pod warunkiem, że sprzedający przeprowadzą restrukturyzację spółki polegającą na utworzeniu spółki holdingowej, kumulującej w jej władaniu 100% udziałów w trzech wspomnianych spółkach. Restrukturyzacja obejmować miała również przekształcenie podmiotów niemających formy spółki kapitałowej na spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Zakup grupy spółek w ramach jednej transakcji

Jak tłumaczyli wnioskodawcy, nabywca chciał dzięki temu uzyskać pewność, że jedną czynnością prawną zdobędzie kontrolę nad całą grupą spółek oraz ograniczy ryzyko prawne przejęcia poprzez wyeliminowanie spółek cywilnych z grupy nabywanych podmiotów za sprawą ich przekształcenia w formę spółki z o.o. Prócz wynagrodzenia za sprzedaż udziałów obaj wspólnicy mieli po tej transakcji zająć stanowiska kierownicze w którejś ze spółek, w grupie utworzonej ze sprzedanej spółki holdingowej i spółek należących już wcześniej do nabywcy, czego warunkiem było skuteczne przeprowadzenie restrukturyzacji. W przekonaniu wspólników restrukturyzacja miała również przełożyć się pozytywnie na wartość udziałów spółki.

Ograniczenie transakcji do nabycia całej grupy spółek jedynie od dwóch najważniejszych w jej strukturze podmiotów miało zagwarantować nabywcy minimalizację ryzyka biznesowego, z uwagi na szczególne zaangażowanie w powodzenie transakcji właśnie tej dwójki sprzedających, przy jednoczesnym uzyskaniu jasnej i przejrzystej, gotowej od razu do działania struktury.

Korzyść podatkowa dzięki nabyciu udziałów w zamian za aport

Nominalna wartość udziałów w utworzonej spółce holdingowej, jakie objęli dwaj wspólnicy zbywający w zamian za wnoszone do niej udziały w trzech spółkach, w przypadku pierwszego z nich wynosiła 22 696 700 zł (w zamian za wkład niepieniężny w wysokości 22 696 738,90 zł) oraz 21 551 850 (w zamian za aport w wysokości 21 551 897,61 zł). Korzyścią podatkową dla wspólników, w ramach zbycia udziałów obejmowanych za aport w innej postaci niż przedsiębiorstwo, była możliwość rozpoznania w chwili ich odpłatnego zbycia kosztu uzyskania przychodu w wysokości wartości wkładów niepieniężnych. Jak wynika z informacji organu podatkowego:

„…potencjalna korzyść podatkowa materializuje się poprzez wykazanie kosztów uzyskania przychodów w postaci wartości udziałów wniesionych do Spółki w ramach wymiany udziałów, co powoduje, iż w przypadku zbycia udziałów za cenę 10 851 149 EUR rozpoznane zostaną koszty na poziomie: Wnioskodawca 1 – 22 696 738,90 PLN, Wnioskodawca 2 – 21 551 897,61 PLN. Wartość korzyści podatkowej w przedmiotowej sprawie stanowi różnica pomiędzy kwotą podatku skalkulowaną w oparciu o wartość nabycia udziałów z uwzględnieniem transakcji wymiany udziałów oraz z jej pominięciem, tj. dla Wnioskodawcy 1 ≈ 4 311 392,39 PLN, dla Wnioskodawcy 2 ≈ 4 093 901,05 PLN. Powyższe kwoty stanowią korzyść w postaci obniżenia wysokości zobowiązania podatkowego stosownie do art. 119e pkt 1 Ordynacji podatkowej (informacja DKP1.8011.4.2019 z 26 sierpnia 2019 r.).

Alternatywa wobec sprzedaży przedsiębiorstwa

Szef KAS, powołując się na treść art. 119c O.p., wskazał, że przepis ten nie klasyfikuje działań podatników jako sztucznych, jeśli dominującym celem ich zastosowania jest cel ekonomiczny. Tworzenie holdingu uzasadnione jest chęcią wzmacniania i rozwoju prowadzonej działalności, zatem nie powinno być nakierowane na wyjście z tworzonej struktury, a motywowane czynnikami o charakterze długofalowym i inwestycyjnym. A w przedstawionym we wniosku o wydanie opinii stanie faktycznym wymiana udziałów i cała restrukturyzacja spółki była motywowana chęcią sprzedaży udziałów przez ich posiadaczy, stanowiąc alternatywę wobec sprzedaży przedsiębiorstwa.

Przedsiębiorcy podjęli czynność zgodną z przepisami prawa, ale…

Organ podatkowy przywołał również korespondencję prowadzoną przez wnioskodawców z doradcami podatkowymi, która jego zdaniem wskazywać miała, że restrukturyzacja była inicjatywą wnioskodawców, a nie nabywcy, i uzasadniona głównie aspektami podatkowymi. Dlatego też, powołując się na wypełnienie przesłanek klauzuli przeciw unikaniu opodatkowania, szef KAS odmówił wydania opinii zabezpieczającej. Wskazał na sztuczne zawyżenie kalkulacji kosztów uzyskania przychodu w zakresie przeprowadzonej wymiany udziałów, celowe utworzenie struktury holdingowej jedynie dla możliwości zaliczenia do kosztów podatkowych wydatków poniesionych na nabycie udziałów spółki.

„…transakcja wymiany udziałów, poprzedzająca zbycie udziałów, stanowi w przedmiotowej sprawie o nieuzasadnionym dzieleniu operacji stosownie do art. 119c § 2 pkt 1 (…) Założeniem ustawodawcy, w tym europejskiego, miało być zapewnienie, aby ewentualny wzrost wartości udziałów nie został opodatkowany przed jego rzeczywistą realizacją. Trudno natomiast uznać, iż skoordynowane działanie motywowane sprzedażą udziałów, wpisuje się w realizację celu ustawy polegającego zasadniczo na odroczeniu opodatkowania. Jednocześnie posługiwanie się formułą, w której określona restrukturyzacja (tutaj wymiana udziałów) stanowiłaby warunek sine qua non dalszej sprzedaży, nie znajduje uzasadnienia gospodarczego. (…) warunki przeprowadzenia całej czynności zostały arbitralnie ukształtowane przez podmioty jej dokonujące w taki sposób, by stan faktyczny mieścił się w hipotezie norm przepisów materialnego prawa podatkowego (zgodnie z literalnym brzmieniem przepisów), lecz podważał ich cel (Informacja dotycząca odmowy wydania opinii zabezpieczającej w zakresie zbycia udziałów w spółce kapitałowej poprzedzonego bezpośrednio wymianą udziałów”, DKP1.8011.4.2019 <poprzedni znak DKP3.8011.9.2018> z 26 sierpnia 2019 r.).

Z opinią nie trzeba się zgadzać, ale może to oznaczać wojnę z fiskusem

Przedsiębiorcy nie muszą się jednak godzić z odmową wydania opinii przez organ i stratą wpłaconych 20 000 zł. Zgodnie bowiem z art. 119y § 3 O.p. odmowa wydania opinii zabezpieczającej zawiera pouczenie o prawie wniesienia skargi do sądu administracyjnego. A to, że organy lubią powoływać się na zaistnienie przesłanek do zastosowania klauzuli przeciw unikaniu opodatkowania, potwierdziła odpowiedź Ministerstwa Finansów z 10 maja 2017 r. na interpelację poselską nr 11902. Na 6 złożonych wówczas przez przedsiębiorców wniosków o wydanie opinii zabezpieczającej, 2 pozostawiono bez rozpoznania z powodu braków formalnych, 2 były w trakcie rozpatrywania, a 2 odmówiono wydania opinii. To pokazuje, jak dużym problemem dla fiskusa jest instytucja opinii zabezpieczającej. Wydanie pozytywnej dla podatnika opinii zamknie bowiem organom drogę do opodatkowania dokonanej przez niego czynności. Dlatego „bezpieczniej” jest opinii nie wydać. Stąd powstają takie właśnie twory w postaci uzasadnienia odmowy wydania opinii tłumaczeniem, że: czynność dokonana przez przedsiębiorców jest zgodna z przepisami prawa, ale podważa ich cel.

Przedsiębiorcy wstępujący czy to na drogę administracyjną, czy dalej – sądową, pozyskania opinii zabezpieczającej, przygotowanie i obsługę procesu złożenia skargi do sądu administracyjnego, czy wcześniejszego wniosku o wydanie opinii mogą scedować na specjalizującą się w tym, doświadczoną kancelarię prawną. Warto jednak pamiętać, by profesjonalny pełnomocnik miał w swojej ofercie także kompleksową reprezentację przedsiębiorców w sporach z organami podatkowymi na każdym etapie. Zgodnie bowiem z art. 119z O.p.: „Złożenie wniosku o wydanie opinii zabezpieczającej nie stanowi przeszkody do prowadzenia czynności sprawdzających, kontroli podatkowej, postępowania podatkowego lub kontroli celno-skarbowej” (Dz.U. 2019 poz. 900).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Gospodarka dronowa 1.0

Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego wartość polskiego rynku dronów konsumenckich w latach 2017-2026 wyniesie 1,08 mld zł. Równie imponująca będzie liczba sprzedanych urządzeń, która ma szansę przekroczyć 386 tys. sztuk. Jednak jak wskazują eksperci, to nie prywatni odbiorcy, a polska gospodarka może najwięcej skorzystać na popularyzacji „bezzałogowców”. Wg umiarkowanego scenariusza, branża dronowa może wygenerować  od 576 do nawet 900 mld złotych do 2026 roku. Drony będą też odgrywały coraz większą rolę w służbach mundurowych i ratownictwie.

Największymi beneficjentami dronowej rewolucji będzie branża budowlana, gdzie wartość tej gałęzi gospodarki w Polsce wyniesie ponad 627 mln zł oraz rolnictwo (612 mln zł). Drony znajdą także zastosowanie w telekomunikacji, energetyce czy ubezpieczeniach oraz w administracji publicznej. Skąd takie zainteresowanie bezzałogowymi statkami powietrznymi? To przede wszystkim ograniczenie kosztów i zwiększenie bezpieczeństwa pracowników. Wg raportu Skyward z 2018 roku, 1 na 10 firm w USA wykorzystuje już drony, a 88 proc. z nich odnotowała zwrot z inwestycji już w przeciągu roku.

Drony pozwalają na wykonywanie bardzo niebezpiecznych działań, takich jak wykonywanie zdjęć, wideo, czy ocena stanu infrastruktury z powietrza, które do tej pory były wykonywane z samolotów, lub przez wykwalifikowanych specjalistów. Możemy tu wymienić np. wymianę oświetlenia na masztach telekomunikacyjnych, ocenę stanu kominów w elektrowniach, identyfikowanie źródeł pożarów czy wsparcie w poszukiwaniach osób zaginionych. Można powiedzieć, że drony są rozszerzeniem ludzkich zmysłów. Obecnie jest to zmysł wzroku, pozwalający ocenić wizualnie miejsca i elementy do tej pory poza naszym zasięgiem, ale z czasem drony będą wyposażane w aparaty nasłuchowe czy wykrywające gazy i zapachy, dzięki czemu sprawdzimy czy w instalacji nie ma wycieku gazu i czy natężenie hałasu w danym miejscu nie przekracza norm – powiedział Karol Sawicki, Dyrektor ds. rozwoju rynku w Esri Polska.

Dron to nie wszystko

Firmy, które są świadome potencjału wykorzystania dronów w biznesie nie decydują się na inwestycję w nadziei na znalezienie korzyści, ale mają jasno określone wyzwania biznesowe, które drony mają rozwiązać. Oczywiście samo wykorzystanie drona to jedno, kolejnym krokiem jest odpowiednia interpretacja danych i podjęcie stosownych działań, w czym pomagają np. rozwiązania location intelligence. Firmy wykorzystują rozwiązania z obszaru sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, aby przetwarzać dane zbierane przez drony. Wizualizacja danych najczęściej odbywa się za pomocą systemów informacji geograficznej (GIS), dzięki czemu jest ona zrozumiała dla osób, bez wykształcenia technicznego. Przykładem może być oznaczenie na mapie miejsc, gdzie doszło do awarii sieci lub gdzie droga została zablokowana przez powalone drzewa.

„Bezzałogowiec” dla rolnictwa,

Jeśli weźmie się pod uwagę, że tylko jedna choroba roślin uprawnych w jednym ze stanów w USA przyniosła straty w tym sektorze na kwotę 104 milionów dolarów w ciągu roku, można zrozumieć, dlaczego wykorzystanie dronów w rolnictwie staje się takie istotne. Rolnicy mogą wykorzystywać drony na kilka sposobów, aby ograniczyć straty i maksymalizować zyski. Pierwszy to monitorowanie pól w poszukiwaniu chorób, ale także w sytuacjach kryzysowych takich jak pożary czy podtopienia. Nowoczesne bezzałogowce i oprogramowanie do analizy danych w pełni automatyzuje ten proces, a rolnik otrzymuje gotową informację, który fragment pola wymaga interwencji. Monitorowanie pól może być też przydatne w przypadku konieczności zebrania dokumentacji potrzebnej do uzyskania pomocy finansowej od państwa lub odszkodowania od firmy ubezpieczeniowej.

Specjalistyczne drony umożliwiają także dokonywanie precyzyjnego nawożenia i oprysków pól, co sprawia, że działania są bardziej efektywne i mniej szkodliwe dla środowiska. Dodatkowo dron patrolujący uprawy skutecznie odstrasza dzikie zwierzęta niszczące uprawy.

przemysłu,

Branża przemysłowa i budowlana to kolejni beneficjenci dronowej rewolucji. Bezzałogowe statki powietrzne przydają się m.in. w procesie ekspansji i budowy nowych obiektów. Dostarczają informacji na temat postępu prac, pozwalają na dokonywanie obliczeń wolumetrycznych, aby stwierdzić, czy materiały budowlane wymagają uzupełnienia, służą do wykrywania potencjalnych zagrożeń na terenie budowy. Drony (także lądowe) mogą wykonywać zdjęcia całego obiektu w technologii LIDAR, które służą do tworzenia dokładnych planów budynku. Daje to pracownikom spójny widok miejsca pracy lub środowiska przemysłowego, co w połączeniu z urządzeniami IoT może posłużyć do wykonywania zaawansowanych routingów czy analiz środowiska wewnętrznego, w tym ruchu wzorców ruchu na terenie zakładu, zasobów czy infrastruktury.

telekomunikacji

Ostatnią branżą, o której warto wspomnieć w kontekście wykorzystania dronów są firmy telekomunikacyjne. Oprócz monitorowania obiektów takich jak anteny i nadajniki, operatorzy mogą wykorzystać drony do pokrywania luk w zasięgu sieci komórkowych. Dron staje się latającą anteną i wieżą komórkową w jednym. Może to być szczególnie przydatne w przypadku kataklizmów jak wichury, które mogą uszkodzić nadajniki naziemne.

Ciężko wyliczyć wszystkie zastosowania dronów w biznesie z uwagi na to, że branża jest bardzo młoda i cały czas dynamicznie się rozwija. Ciekawym acz kontrowersyjnym pomysłem na wykorzystanie dronów, jest śledzenie działań konkurencji poprzez przelot statkiem powietrznym nad sklepem, zakładem lub polem uprawnym konkurenta. Dane dostarczone w ten sposób mogą wiele powiedzieć, o kondycji firmy czy liczbie klientów odwiedzających dany lokal. Ten aspekt prowadzi też do kolejnych pytań związanych z odpowiednim prawodawstwem, które musi być dostosowane do nowych realiów w jakich przyszło nam rozwijać biznesy – dodał Karol Sawicki.

i policji

Drony to także coraz częściej niezbędne wyposażenie policji i służb mundurowych. Przekonali się o tym m.in. uczestnicy trzydniowego seminarium szkoleniowego na temat bezzałogowych statków powietrznych, które odbyło się w Szkole Policji w Katowicach we wrześniu 2019 roku. Uczestnicy seminarium dowiedzieli się m.in. o wykorzystaniu danych zbieranych przez bezzałogowe statki powietrzne i poznawali możliwości dronów w obszarze zapewnienia bezpieczeństwa publicznego. Jedną z osób prowadzących szkolenie był Robert Jędrzejczak z Esri Polska, która jest członkiem Polskiej Izby Systemów Bezzałogowych.

– Drony mogą wspierać Policję i służby mundurowe m.in. w trakcie poszukiwania osób zaginionych, gdzie obserwacja z powietrza połączona np. z wykorzystaniem kamer termowizyjnych jest niezwykle istotna. „Bezzałogowce” pomagają także w badaniu natężenia ruchu drogowego czy śledzenia podejrzanych. Wszystkie dane zebrane przez bezzałogowe statki powietrzne mogą być później przeanalizowane w celu wyciągania bardziej dokładnych wniosków – podsumowuje Robert Jędrzejczak.

Już ponad 12 mln mkw. powierzchni handlowej Polsce. Podsumowanie III kw. na rynku centrów handlowych

Na koniec III kw. 2019 roku w Polsce działało 517 centrów handlowych o łącznej powierzchni 12 143 000 mkw. W budowie znajduje się obecnie 432,5 tys. mkw. Podsumowując III kw. 2019 roku, eksperci Colliers International wybrali 5 najważniejszych wydarzeń na rynku handlowym, które miały miejsce od początku lipca do końca września:

  1. Makro Cash and Carry zmieniła właściciela

Firma Metro Properties sprzedała 11 sklepów Makro Cash and Carry w Polsce, na Węgrzech i w Czechach. Portfel został przejęty przez FLE GmbH z siedzibą w Wiedniu, spółkę zależną francuskiej grupy LFPI, inwestującą w imieniu funduszu regulowanego AFI. Łączny wolumen transakcji przekroczył 250 mln euro

  1. Nowe miejsce zakupów na Podkarpaciu

Oddano do użytku nowe centrum handlowe Stara Ujeżdżalnia w Jarosławiu. Obiekt o powierzchni 25 tys. mkw. GLA i 80 lokalach, jest drugim co do wielkości centrum handlowym otwartym w Polsce w roku bieżącym. Oferta obejmuje m. in. marki z grupy LPP, New Yorker, Martes Sport, Smyk, supermarket E. Leclerc, Media Expert, RTV Euro AGD oraz EMPiK, klub fitness i kino.

  1. Zmiany w CH Janki

Ukończono rozbudowę centrum handlowego Janki pod Warszawą, które powiększyło się o 21 tys. mkw. GLA i 70 nowych sklepów (w dwóch etapach). Wśród nowych i zmodernizowanych sklepów są m. in. locale marek Inditex Group Reserved, New Yorker, Flying Tiger Copenhagen, Rossmann, Deichmann i Martes Sport. W trakcie rozbudowy powiększono także do 20 punktów strefę gastronomiczną, powstał również parking podziemny na 1200 samochodów.

  1. Inwestorzy wkraczają do mniejszych miast

Wzmaga się aktywność inwestorów i deweloperów w średnich i małych miastach. W ostatnim kwartale Immofinanz powiększył zasięg konceptów Stop Shop w Polsce, kupując park handlowy w Łowiczu. Z kolei spółka EDS Retail Park zapowiada budowę obiektów poniżej 5 000 mkw. GLA m.in. w Legnicy, Nowym Dworze Mazowieckim, Redzie oraz Lubinie. Firma Trei Real Estate GmbH otworzyła Vendo Park w Pułtusku oraz zabezpieczyła działki pod kolejne projekty m.in. w Kutnie i Kobyłce.

  1. Roszady w sektorze spożywczym

Trwa restrukturyzacja oraz optymalizacja w sektorze spożywczym. SPAR sfinalizował umowę przejęcia Grupy Piotr i Paweł, co spowoduje stopniową zmianę logo wszystkich działających sklepów sieci. Rośnie liczba zamykanych lub zmniejszanych sklepów Tesco, a część portfolio została zakupiona przez firmę Kaufland.

Lista najbardziej poszukiwanych i opłacalnych zawodów

Z 9. edycji badania „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” wynika, że:

  • Przeciętnie specjaliści i menedżerowie otrzymują rocznie dziewięć ofert pracy.
  • 55% specjalistów odczuło poprawę swojej sytuacji zawodowej, z czego większość deklaruje zdecydowaną zmianę na plus.
  • Podwyżki otrzymało 67% przebadanych osób. W niektórych przypadkach pensje rosły w dwucyfrowym tempie.

Pierwsze wyniki 9. edycji badania „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” zrealizowanego przez firmę rekrutacyjną Antal pokazują, że rynek pracownika wciąż pozostaje silny, ale się stabilizuje.

Zainteresowanie pracodawców zatrudnieniem specjalistów i menedżerów za wyjątkiem obszaru IT w 2019 roku spadło w porównaniu do roku poprzedniego. Mimo, że średnia liczba oferowanych miejsc pracy pozostaje na podobnym poziomie przyglądając się wynikom per dyscyplina wyraźnie widać faworytów bieżącego roku. Średnio o 2 oferty rocznie mniej otrzymają pracownicy zatrudnieni w działach marketingu, HR-u, administracji, a także prawnicy. Nieznacznie mniejsze zainteresowanie ze strony pracodawców odczuli też przedstawiciele inżynierii, sprzedaży oraz wyższej kadry zarządzającej. Wzrostowe tendencje dotyczą pracowników logistyki, oraz rekordzistów branży IT, gdzie średnia wynosi aż 25 ofert pracy rocznie – o 8 ofert więcej niż w 2018 roku. Zmian nie odczuli finansiści, którzy otrzymują średnio 9 propozycji i są szczególnie chętnie zatrudniani przez prężnie rozwijające się w Polsce centra usług wspólnych.

Wciąż jednak propozycji dla wykwalifikowanych osób – szczególnie z branży IT – jest dużo więcej niż dobrych kandydatów. W efekcie zdobycie odpowiednich specjalistów i menedżerów staje się jednym z głównych wyzwań dla polskich firm, które coraz częściej muszą rywalizować o talenty nie tylko w skali kraju, ale i świata. Jak zatem w dzisiejszych czasach pozyskać wartościowego pracownika? Jakie kompetencje zawodowe są najbardziej pożądane?

Artur Skiba, prezes agencji Antal
Artur Skiba, prezes agencji Antal

Rozwój inteligentnych miast, nowe inwestycje, stały popyt na programistów i rozwój centrów nowoczesnych usług dla biznesu – na rynku pracy dawno nie obserwowano tak dużej aktywności rekrutacyjnej. Specjaliści i menedżerowie wybierający dziś pracę w Polsce mogą liczyć na atrakcyjne benefity i świetne warunki finansowe, porównywalne albo takie same jak te, które obowiązują za granicą – mówi Artur Skiba, Prezes Antal.

Aktywność Specjalistów i menedżerów na rynku pracy

Zawody najbardziej pożądane przez pracodawców

Z analizy ekspertów Antal wynika, że największe zapotrzebowanie jest na pracowników z umiejętnościami informatycznymi, znający nowe technologie. Niezmiennie poszukiwani są także pracownicy, którzy posługują się biegle językami obcymi. Na topie są: włoski, francuski, niemiecki. Znajomość tych języków jest obecnie bardzo pożądana, szczególnie w sektorze finansowym i bankowości. Trend jest szczególnie zauważalny w sektorze inżynieryjnym. Oto lista najbardziej pożądanych zawodów w 2019 roku:

Najbardziej pożądane zawody w 2019 roku
IT  

Programista DevOps

Programista software

Produkcja przemysłowa  

Inżynier Automatyki
Inżynier Robotyki
Inżynier Oprogramowania

SSC/BPO Księgowy księgi głównej

Księgowy działu należności

Finanse i księgowość Specjalista ds. podatków
Sprzedaż i marketing Key account manager

Najbardziej oblegani pracownicy nie muszą na własną rękę poszukiwać nowego zatrudnienia. Nie zaznaczają na profilach społecznościowych, że są otwarci na zmianę pracy, nie wysyłają CV do działów HR, co nie zmienia faktu, że gdy pracodawca skontaktuje się z nimi, chętnie rozważą daną ofertę pracy – podkreśla Sebastian Sala, menedżer Antal SSC/BPO.

Z raportu Antal wynika, że 60% specjalistów i menedżerów nie szuka aktywnie pracy, w tym 8% deklaruje brak otwartości na jakąkolwiek zmianę pracy. Połowa respondentów sądzi, że jest w stanie znaleźć pracę adekwatną do swoich kompetencji i oczekiwań w mniej niż trzy miesiące. To sprawia, że oczekiwania kandydatów rosną.

Rynek pracownika? A może dobrego pracodawcy?

Jak wynika z ostatnio opublikowanego raportu Antal „Rotacja dobrowolna pracowników” coraz więcej pracowników odchodzi dobrowolnie z organizacji – to stanowi wyzwanie dla firm, ze względu na rosnące koszty rekrutacji. Dlatego tak ważne staje się zbudowanie atrakcyjnej oferty zarówno rekrutacyjnej, jak i rozwojowej. Oznacza to konieczność zaproponowania specjalistom nie tylko atrakcyjnego wynagrodzenia, ale również interesującej ścieżki kariery oraz pakietu oczekiwanych benefitów. Co przyciąga kandydatów?

Dla specjalistów i menedżerów koniecznym warunkiem jest wyższe od dotychczasowego wynagrodzenie (73%). Na drugim miejscu znalazła się umowa o pracę (58%) Odsetek osób wskazujących ten element, jako kluczowy wzrósł o 4,1 punkty procentowe w porównaniu do ubiegłego roku. Jednocześnie o dwa punkty procentowe spadł odsetek osób preferujących umowy B2B. Dla respondentów ważne są również elastyczne godziny pracy. Dla połowy kadry średniego i wyższego szczebla (50%) jest to warunek konieczny do rozpatrzenia nowego zatrudnienia.Specjaliści wciąż na wagę złota

O badaniu

Badanie Antal zostało przeprowadzone metodą CAWI w dniach 1-30.09.2019 roku. Wzięło w nim udział 2225 specjalistów i menedżerów z całej Polski.

Publikacja pełnego raportu „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” nastąpi w listopadzie br.

Rekordowy trzeci kwartał na rynku biurowym w Warszawie

Trzeci kwartał na stołecznym rynku biurowym był rekordowy pod względem popytu i zamknął się imponującym wynikiem 284 000 mkw. Oznacza to, że od początku roku wynajęto już blisko 690 000 mkw. powierzchni. Jednocześnie sukcesywnie spada współczynnik pustostanów, a firmy coraz częściej decydują się na umowy przednajmu.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na warszawskim rynku biurowym na koniec III kwartału 2019 r.

Popyt rekordowy pod każdym względem

Rok 2019 już teraz jest pełen rekordów. Trzeci kwartał odznaczał się historycznie najwyższym popytem – firmy podpisały umowy najmu na 284 000 mkw., co przełożyło się na świetny wynik pierwszych trzech kwartałów. Łącznie od początku roku wynajęto prawie 690 000 mkw. powierzchni. Do tej pory zawarto też aż jedenaście transakcji najmu przekraczających 10 000 mkw., z czego dwie opiewały na ponad 40 000 mkw. Warszawa po raz kolejny potwierdza tym samym swoją siłę gospodarczą i pozycję biurowego lidera w Europie Środkowo-Wschodniej. – Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant z Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Największą umową tego roku, oraz historycznie największą na polskim rynku, był przednajem mBank w Mennica Legacy Tower na prawie 46 000 mkw. Kolejną spektakularną transakcją było odnowienie najmu Orange Polska w Miasteczku Orange na blisko 45 000 mkw. Pierwszą trójkę zamyka odnowienie najmu T-Mobile na ponad 27 000 mkw. w budynku Marynarska 12 na Mokotowie. Ciekawym zjawiskiem na rynku jest dynamiczny wzrost wolumenu przednajmów. Coraz mniejsza dostępność opcji najmu w istniejących biurowcach skłania firmy do rozważenia obiektów w budowie. W okresie od stycznia do końca września aż 184 000 mkw. przypadło na ten typ umów, co jest 32% wzrostem w porównaniu z całym 2018 rokiem.

Patrząc na poszczególne strefy biurowe, największą popularnością cieszyło się Centrum, w którym wynajęto blisko 211 000 mkw. Mokotów zajął drugie miejsce, a na trzeciej pozycji uplasował się obszar Jerozolimskie.

Podaż bardziej różnorodna dzięki flexom

Wysoki popyt na biura napędza aktywność deweloperów komercyjnych. Od początku roku do użytku oddano ponad 142 000 mkw. biur w 15 budynkach. Obecnie w budowie znajduje się ok. 790 000 mkw. powierzchni w ramach obiektów, które zostaną ukończone do 2022 roku. Co ważne, około 40% tego wolumenu jest już zabezpieczone umowami przednajmu.

Zmianom po stronie podażowej towarzyszy coraz większe zainteresowanie elastycznymi powierzchniami do pracy – zarówno po stronie mniejszych firm i start-upów, jak i międzynarodowych korporacji. Tego typu rozwiązania biurowe i rewolucja jaką wywołują, wzbogacają rynek tradycyjnego najmu i stwarzają nowe możliwości dla najemców. Z kolei rosnące zainteresowanie z ich strony sprawia, że operatorzy biur flex mogą zaliczyć ten rok do szczególnie intensywnych. W 2019 rynek wzbogaci się łącznie o 50 000 mkw. nowych centrów – część z nich już otwarto, a część zostanie oddanych do końca roku. Największym z nich będzie WeWork w kompleksie Mennica Legacy. – Adam Lis, Doradca ds. Elastycznych Rozwiązań Biurowych, JLL

Łukasz Dziedzic, Starszy Analityk Rynku, JLL
Łukasz Dziedzic, Starszy Analityk Rynku, JLL

Komercyjny sukces nowych projektów, wraz z rosnącą popularnością rewitalizacji i zmiany funkcji budynków, prowadzi do zmiany struktury rynku.

Warszawa potrzebuje wielofunkcyjnych, świetnie skomunikowanych dzielnic, które będą odpowiednie nie tylko do pracy, ale i życia. To wymagania nie tylko współczesnych metropolii, ale i mieszkańców. W tym kierunku zmierza między innymi warszawski Mokotów, gdzie Echo Investment podjęło decyzję o zakupie części kompleksu biurowego Empark i przekształceniu jego funkcji na mieszkaniową. To jeden z przykładów długoterminowej wizji rozwoju Warszawy. – Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant z Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Pustostany i czynsze

Współczynnik pustostanów w Warszawie obniżył się do 8,2% (5,5% w strefach centralnych i 10% poza nimi), co jest spadkiem o 1,8 p.p. r-d-r. Tak niski wakat przekłada się na ograniczoną dostępność opcji najmu w istniejących budynkach, szczególnie w strefach centralnych, przez co wzrasta wolumen przednajmów. Firmom coraz trudniej jest znaleźć odpowiednią przestrzeń w zakończonych inwestycjach.
Najwyższe czynsze transakcyjne wzrosły w centralnych częściach Warszawy ze względu na wysoki popyt, niski wskaźnik pustostanów oraz rosnące koszty budowy. W szerokim centrum czynsze dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 do 24 euro za mkw. miesięcznie, a poza nim od 11 do 15 euro.

Jak wybrać system do marketingu lub CRM?

Wybór odpowiedniego systemu, który wspomoże procesy sprzedażowo-marketingowe w firmie to połowa sukcesu. Na jakiej podstawie podjąć decyzję, by jej nie żałować? Gdzie szukać gotowych rozwiązań?

Czym jest CRM, a czym system do marketingu?

Systemy wspomagające pracę przedsiębiorstwa można wdrożyć tak naprawdę do każdego z obszarów. By jednak od czegoś zacząć, dobrze jest się skupić na tym, co w każdym biznesie liczy się przede wszystkim – sprzedaży i ściśle powiązanego z nią marketingu.

Dynamiczny rozwój technologii pozwala w tych dwóch obszarach w doskonały sposób optymalizować pracę – zarówno pod kątem kosztów, jak i czasu – oraz osiągać niezwykle zadowalające efekty. Mowa o systemach wspomagających pracę działów sprzedaży i marketingu, które znajdują się w niemal każdej firmie.

W sprzedaży kluczową rolę odgrywa system CRM, czyli narzędzie informatyczne, działające w oparciu o procedury istotne z punktu zarządzania relacjami z klientami. Pozwala on w pewnej części zautomatyzować pracę działu sprzedaży (ale nie tylko – również działu marketingu, biura obsługi klienta czy zarządu). Zbiera bowiem w jednym miejscu wszystkie dane na temat klientów, podejmowanych przez nich decyzji zakupowych, preferencji, potencjału sprzedażowego, historii współpracy itd. Pod względem ilości informacji, CRM to prawdziwa kopalnia wiedzy.

Systemy marketingowe to z kolei narzędzia informatyczne, które zaprojektowano po to, by optymalizować pracę działów marketingu. Mogą obejmować całość obszarów za które odpowiada zespół marketingowy i automatyzować wiele z obowiązków (mowa o systemach marketing automation) lub odpowiadać za wspomaganie działania konkretnego obszaru – np. systemy do e-mail marketingu, systemy do landing pages.

Co ciekawe, systemy CRM i systemy marketingowe mogą być połączone w jedno narzędzie, które pozwoli pracować w tym samym czasie całej firmie, korzystając z jednakowych baz danych. Dzięki temu wszystkie procesy w przedsiębiorstwie będą silnie zintegrowane i szansa na osiągnięcie efektu synergii znacząco wzrośnie.

Na jakiej podstawie wybrać system CRM lub system marketingowy?

Zarówno, jeśli chodzi o systemy CRM, jak i systemy marketingowe, przed podjęciem decyzji osoby odpowiedzialne za dokonanie wyboru – w porozumieniu z kluczowymi osobami, które będą miały pracować na danym narzędziu – powinny odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań:

  • W jakim celu system będzie używany?
  • Jakie korzyści przyniesie system?
  • Ile osób będzie korzystało z systemu?
  • Jakie funkcje są potrzebne w systemie?
  • Jaki jest budżet na system?
  • Jak długo będzie trwało wdrożenie systemu?
  • Czy i w jakim zakresie konieczne będzie zaangażowanie osób z wnętrza przedsiębiorstwa do wdrożenia systemu?
  • Jak bardzo skomplikowany jest system i ile – mniej więcej czasu – zajmuje nauczenie się go w podstawowym zakresie?
  • Czy działanie pozostałych systemy, z których korzysta firma, nie będzie kolidowało w żaden sposób z nowym systemem?

Udzielenie uczciwych odpowiedzi to dopiero początek w drodze do podjęcia ostatecznej decyzji. Następnie dobrze jest się skontaktować z przedstawicielami firm oferującymi konkretne rozwiązania, dopytać o interesujące szczegóły i poprosić o dostęp do konta testowego. Przetestowanie oprogramowania pozwoli wyczuć, czy jest ono intuicyjne i czy dobrze będzie się na nim pracowało.

Gdzie szukać sprawdzonych rozwiązań?

Zarówno systemy CRM, jak i systemy marketingowe sprzedawane są przez firmy działające mocno w internecie. Dlatego informacji na ich temat i ofert warto również szukać w sieci. Wybór rozwiązań wspierających procesy sprzedażowe i marketingowe jest obecnie naprawdę szeroki. By nie pogubić się w tym wszystkim, dobrze jest skorzystać z profesjonalnego serwisu https://programy.do, który pomaga w wyborze systemów CRM, platform marketing automation, systemów e-mail marketingowych oraz rozwiązań do tworzenia landing pages. 

Najlepszy kwartał w historii warszawskiego rynku nieruchomości biurowych

Za nami najlepszy kwartał w historii rynku nieruchomości biurowych w Warszawie, podaje firma doradcza Savills w swoim najnowszym raporcie. W ciągu minionych trzech miesięcy zawarto m.in. największą jak dotąd nową umowę najmu oraz największą renegocjację.

Najwyższy dotychczas popyt na powierzchnie biurowe w Warszawie odnotowano w 2018 roku. W przeciągu 12 miesięcy wynajęto wówczas blisko 860 000 m kw. Pierwszy kwartał bieżącego roku cechował się nieco mniejszą aktywnością najemców, ale w kolejnych dwóch rynek znacząco przyśpieszył. Prawie 690 000 m kw. wynajęte na przestrzeni pierwszych dziewięciu miesięcy roku to najwyższy wynik, jaki odnotowano kiedykolwiek w takim okresie w Polsce.

Do osiągnięcia tak wysokiego poziomu popytu przyczynił się zwłaszcza trzeci kwartał, który samodzielnie był najaktywniejszy w historii polskiego rynku. Łącznie w jego trakcie w Warszawie wynajęto blisko 285 000 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej, przede wszystkim za sprawą dwóch rekordowych transakcji, umowy przednajmu podpisanej przez mBank w Mennica Legacy Tower (45 600 m kw.) i renegocjacji umowy w Miasteczku Orange przez Orange Polska (44 850 m kw.).

„To bez wątpienia rok dużych transakcji. W wakacje rynek zamiast zwolnić przyśpieszył. Mamy tym samym szansę na pobicie zeszłorocznego rekordu popytu. Nawet jednak, jeśli tak się nie stanie, to wartość transakcji najmu będzie z pewnością i tak bardzo wysoka, a osiągnięcie takiego poziomu aktywności najemców drugi rok z rzędu potwierdza bardzo dobrą kondycję rynku biurowego w Warszawie” – mówi Daniel Czarnecki, dyrektor działu powierzchni biurowych, reprezentacja wynajmującego, Savills.

Jak podaje firma doradcza Savills, w trzecim kwartale 2019 r. rynek nieruchomości biurowych w Warszawie wzbogacił się o 61 700 m kw. powierzchni. Największym nowym obiektem była Wola Retro (Develia; 24 500 m kw.). Łącznie od początku roku w Warszawie przybyło już ponad 142 000 m kw., co zwiększyło całkowite zasoby stolicy do 5,6 mln m kw.

W czwartym kwartale do oddania planowanych jest aż 120 000 m kw., ale niewykluczone jest przesunięcie niektórych z projektów na 2020 rok. Zgodnie z danymi Savills łącznie w budowie pozostaje 760 000 m kw. nowej powierzchni., z czego ponad połowa jest już zabezpieczona umowami przednajmu lub listami intencyjnymi. Zdecydowanie największy plac budowy znajduje się na Woli, w pobliżu ronda Daszyńskiego, gdzie aktualnie powstaje prawie 415 000 m kw. nowej powierzchni biurowej.

Średnia stopa pustostanów dla Warszawy na koniec września obniżyła się do 8,2% i prawdopodobnie do końca roku utrzyma tendencję spadkową. Widoczne są mocne dysproporcje pomiędzy poszczególnymi obszarami – wakat na Mokotowie wynosi 13,7% a w centralnych lokalizacjach 5,5%.

W Centralnym Obszarze Biznesu oraz w Centrum czynsze nominalne kształtują się na poziomie od 22,50 do 25,50 euro/m kw./miesiąc za powierzchnie na najwyższych piętrach wieżowców. W najlepszych budynkach zlokalizowanych w granicach Służewca wahają się od 13,00 do 15,00 euro/m kw./miesiąc.

„Rekordowy popyt przełożył się na usztywnienie warunków najmu w centralnych lokalizacjach. Dodatkowo powoli zauważalny zaczyna być wzrost zainteresowania Mokotowem, który w nadchodzących kwartałach powinien przełożyć się na większą liczbę transakcji najmu w tej części Warszawy. Po okresie pewnej stagnacji na Służewcu mamy do czynienia z falą remontów przeprowadzanych przez właścicieli, którzy oportunistycznie kupili tam nieruchomości. Odnowione budynki z pewnością mają szansę przyciągnąć najemców” – dodaje Daniel Czarnecki z Savills.

Brexit: Polska wśród państw UE, które dotknie najsilniej

Spadek eksportu w wyniku brexitu z umową obniży PKB w Polsce o 0,14 proc., czyli ok. 3 mld zł. W przypadku twardego brexitu będzie to 0,24 proc., a więc równowartość ok. 5 mld zł – wynika z wyliczeń opublikowanych w Tygodniku Gospodarczym Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Liczba miejsc pracy może obniżyć się o 0,13 proc. (20 tys.) w scenariuszu brexitu z umową oraz o 0,23 proc. (35 tys.) w scenariuszu twardego brexitu. Zmieni się także sytuacja Polaków na emigracji, a przywrócenie unii celnej może spowodować wielomiliardowe niedobory leków. Wpłynie to również na wielkość budżetu UE, który w nowej perspektywie straci znaczącego płatnika.

Naukowcy z londyńskiego National Institute of Economic and Social Research szacują, że w przypadku brexitu z umową import Wielkiej Brytanii obniży się o 11 proc. W przypadku twardego brexitu spadek ten zwiększy się do 19 proc. Według wyliczeń analityków PIE w scenariuszu brexitu z umową spadek obrotów handlowych z Wielką Brytanią bezpośrednio obniży PKB w państwach członkowskich średnio o 0,15 proc., a liczbę pracujących o 0,12 proc. W scenariuszu twardego brexitu spadki te wyniosą odpowiednio 0,26 proc. i 0,21 proc.

Niezależnie od wariantu Polska znajdzie się w gronie państw UE najsilniej dotkniętych brexitem – komentuje Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii PIE. Brexit ma szczególne znaczenie dla polskiego sektora rolno-spożywczego, gdzie niższe obroty handlowe spowodowane brexitem z umową mogą obniżyć wartość dodaną o około 0,3 mld zł oraz skutkować spadkiem liczby miejsc pracy o prawie 5 tys. Liczby te wyniosą odpowiednio 0,5 mld zł i ponad 8 tys. miejsc pracy w scenariuszu brexitu bez umowy.

W ocenie Międzynarodowego Funduszu Walutowego bezumowny brexit oznaczać będzie 4 proc. podniesienie brytyjskich taryf importowych w handlu z UE i dodatkowy wzrost barier pozataryfowych (w sumie o 24 proc. w przeliczeniu na ekwiwalent taryfowy), a także utratę przez Wielką Brytanię dostępu do większości istniejących porozumień o preferencyjnym handlu między UE a krajami trzecimi. Z kolei według prognoz OECD z września całkowite rozmiary brytyjskiego eksportu obniżą się o 8 proc., a całkowite rozmiary unijnego eksportu zmniejszą się o 1,5 proc. PKB Wielkiej Brytanii obniży się w 2020 roku o 2 proc., a w 2021 roku negatywne odchylenie od scenariusza bazowego pogłębi się do niemal 2,5 proc. PKB.

Sytuacja Polaków w Wielkiej Brytanii

Obywatele UE mieszkający w Wielkiej Brytanii, którzy chcą legalnie przebywać na Wyspach po 2021 r., powinni złożyć wniosek o otrzymanie statusu rezydenta. Oprócz legalnej pracy, zapewni im to m.in. dostęp do bezpłatnej służby zdrowia czy możliwość wynajęcia mieszkania. Do końca września 2019 r. obywatele UE złożyli prawie 1,8 mln wniosków. Aż 1/5 wszystkich wniosków stanowiły te z Polski, 16 proc. to wnioski mieszkańców Rumunii, a 11 proc. – Włoch. Biorąc pod uwagę ogólną liczbę Polaków mieszkających na Wyspach, wniosek złożyło jedynie 38 proc.

Katarzyna Dębkowska, kierowniczka zespołu foresightu gospodarczego w PIE
Katarzyna Dębkowska, kierowniczka zespołu foresightu gospodarczego w PIE

Część osób może mieć problem z dostarczeniem dokumentów niezbędnych do uzyskania takiego statusu, ponieważ pracują w szarej strefie. Inni z kolei mogą nie planować dalszego pobytu na Wyspach – tłumaczy Katarzyna Dębkowska, kierownik zespołu foresightu gospodarczego PIE. Według badań NBP z końca 2018 r. prawie 10 proc. Polaków bało się, że ich sytuacja na rynku pracy może się pogorszyć i w związku z tym było zdecydowanych na wyjazd z Wielkiej Brytanii.

Leki utkną na przejściach granicznych?

Biorąc pod uwagę niebezpieczeństwo natychmiastowego przywrócenia unii celnej w przypadku wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy, a także przyjmując, że w 2018 roku Wielka Brytania importowała z krajów UE leki o łącznej wartości 17,7 mld GBP, można oszacować, że twardy Brexit spowodowałby w Wielkiej Brytanii przez pierwsze pół roku niedobór leków o łącznej wartości 1,8-2,7 mld funtów.

Na niedobory narażone są również kraje europejskie – mówi Adam Czerwiński, analityk zespołu strategii PIE. Dodając do powyższych założeń wartość importu leków ze Zjednoczonego Królestwa do pozostałych krajów UE równą 10,9 mld GBP, oszacować można, że opcja „no-deal” grozi Europie niedoborami leków na poziomie 1,1-1,6 mld funtów w półrocznej perspektywie. Problem dotyczy również Polski, która w 2018 roku importowała z Wielkiej Brytanii leki o wartości 275 mln funtów i w wypadku twardego brexitu byłaby narażona na niedobory o wartości 28-41 mln GBP (135-205 mln PLN).

Brexit będzie miał także wpływ na politykę spójności oraz programy unijne finansowane ze wspólnej kasy, europejski system handlu emisjami CO2, a także przepływ danych osobowych Europejczyków pomiędzy firmami a ich brytyjskimi partnerami.

Polskie MŚP w dobrej kondycji, mikro najbardziej pesymistyczne. Wszyscy czekają na spowolnienie

Ponad połowa firm z sektora MŚP ocenia swoją obecną kondycję finansową jako dobrą lub bardzo dobrą – wynika z badania Diners Club Polska. Mimo że wynik jest dla większości pozytywny, od trzech lat systematycznie rośnie liczba przedsiębiorstw w złej sytuacji. Przybywa również tych, które przewidują pogorszenie w przyszłości.

Prawie połowa (49 proc.) firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw ocenia swoją aktualną kondycję finansową jako dobrą, natomiast zdaniem tylko 6 proc. jest ona nawet bardzo dobra. W stabilnej sytuacji jest blisko co trzecia firma (32 proc.) – wynika z piątej edycji badania Diners Club Polska „Kondycja finansowa Polskich MŚP”. Negatywnie swoją obecną sytuację ocenia tylko 13 proc. – 8 proc. źle, a 5 proc. bardzo źle.

W porównaniu do roku ubiegłego, koniunktura polskich MŚP jest nieco gorsza. Nieznacznie wzrosła liczba przedsiębiorstw, które oceniają swoją kondycję jako złą lub bardzo złą, z drugiej strony spadła liczba podmiotów w bardzo dobrej sytuacji.

MSP raport
Źródło: Badanie IBRIS na zlecenie Diners Club Polska, „Kondycja polskich MŚP”, październik 2019.

– Kondycja polskich MŚP jest stabilna, ponad połowa jest w dobrej sytuacji. Warto jednak zwrócić uwagę, że na przestrzeni trzech lat bilans jest systematycznie słabszy. Jeszcze w 2017 r., w dobrej lub bardzo dobrej sytuacji było 68 proc. firm. Rok temu już 56 proc., a obecnie 55 proc. Najwyraźniej widać to po malejącej liczbie przedsiębiorstw w bardzo dobrej kondycji. W 2017 r. było ich 13 proc., rok temu już 8 proc., a teraz zaledwie 6 proc. – mówi Monika Masztakowska z Diners Club Polska.

Najgorzej w mikro, najlepiej w średnich

Samoocena kondycji finansowej zależy głównie od wielkości firmy. Najgorzej jest w przedsiębiorstwach mikro, zatrudniających do 9 pracowników. 15 proc. z nich określa swoją kondycję jako złą lub bardzo złą, w przypadku 35 proc. jest ona stabilna (ani dobra, ani zła). 46 proc. ankietowanych uważa swoją sytuacją za dobrą, a tylko 5 proc. za bardzo dobrą.

Na przeciwnym biegunie są firmy średnie, zatrudniające między 50 a 249 pracowników. 75 proc. z nich ocenia swoją sytuację jako dobrą lub bardzo dobrą. Stabilnie jest u 17 proc. ankietowanych, a tylko u 8 proc. jest ona zła lub bardzo zła.

Firmy pesymistycznie patrzą w przyszłość

Jak wynika z badania Diners Club Polska, tylko 21 proc. podmiotów z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw uważa, że ich sytuacja polepszy się w ciągu najbliższego roku. Natomiast zdaniem 45 proc. ankietowanych pozostanie ona bez zmian. Co ważne, aż 26 proc. firm z sektora MŚP prognozuje, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy ich sytuacja się pogorszy. W porównaniu do 2018 r., pogorszeniu uległy wszystkie wskaźniki. Rok temu słabszej kondycji spodziewało się tylko 11 proc. badanych. 52 proc. prognozowało, że sytuacja ich firm będzie stabilna, a 29 proc. liczyło na poprawę.

Plany MSP
Źródło: Badanie IBRIS na zlecenie Diners Club Polska, „Kondycja polskich MŚP”, październik 2019.

– Prognozy na najbliższy rok mogą niepokoić. Co czwarta firma uważa, że jej sytuacja się pogorszy. Jest to najgorszy wynik od pięciu lat. Natomiast w porównaniu do 2017 r. takich firm przybyło aż o 20 pkt. proc. Z drugiej strony ubyło przedsiębiorstw, które liczą na poprawę. Na przełomie trzech lat mamy spadek aż o 15 pkt. proc. – mówi Monika Masztakowska z Diners Club Polska.

Mikro najbardziej pesymistyczne

Najczęściej negatywnie w przyszłość patrzą firmy mikro (zatrudniające do 9 pracowników). Jak wynika z badania Diners Club Polska, 29 proc. z nich przewiduje pogorszenie kondycji finansowej, natomiast na polepszenie liczy 18 proc. Odwrotnie oceniają najbliższy rok firmy średnie (między 50-249 pracowników). 13 proc. spodziewa się gorszej koniunktury, 54 proc. stabilnej, a 21 proc. liczy na poprawę.

– Gorsze przewidywania mogą wynikać z wielu czynników. Zatory płatnicze, trudności z pozyskaniem pracowników, niepewna sytuacja prawna, m.in. dotycząca płacy minimalnej. To wszystko może wpływać niepokojąco na firmy z sektora MŚP, zwłaszcza na te najmniejsze – mówi Monika Masztakowska z Diners Club Polska. – Ważne jest to, że firmy mają świadomość nowych wyzwań, bo to pokazuje, że będą się do takiej sytuacji przygotowywać – dodaje.

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych (IBRIS) w październiku 2019 r. na podstawie wywiadów z 500. właścicielami mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z całej Polski. Wykorzystano metodę telefonicznych standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI). Błąd oszacowania = 4 proc., poziom ufności 0,95.

Liczenie głosów, liczenie dni

Rynki wypełniają się optymizmem wokół procesu brexitu i rozmów handlowych USA-Chiny, dodatkowo zachęcone perspektywą obniżki stóp procentowych Fed za tydzień. Apetyt na ryzyko rozwija się jednak powoli, czekając na mocniejszy impuls. Głosowania w Westminsterze są pierwsze w kolejności.

Poniedziałek nie przyniósł wiele nowego w temacie brexitu. Spiker Izby Gmin John Bercow zgodnie z przewidywaniami nie zezwolił na ponowne głosowanie nad projektem porozumieniem brexitu. Parlament zapoznał się jedynie z ustawą wdrażającą brexit (Withdrawal Agreement Bill, WAB), nad którą dziś po południu rozpocznie obrady. Po 20:00 polskiego czasu powinno odbyć się głosowanie za akceptacją ogólnych założeń ustawy, po czym ma się odbyć drugie głosowanie nad harmonogramem prac nad WAB. Doniesienia medialne sugerują, że premier Boris Johnson zebrał wystarczającą liczbę głosów za ustawą, ale sprzeciw budzi tempo prac: rząd chce w trzy dni zamknąć debatę nad ustawą liczącą 110 stron i 125 stron noty wyjaśniającej. To tworzy wygodną furtkę dla przeciwników politycznych Johnsona, by doprowadzić do niewypełnienia przez niego obietnicy przeprowadzenia brexitu do 31 października, a jednocześnie nie wyjść na przeciwników porozumienia zawartego z UE. Mimo to dalej perspektywy pozostają pomyślne, gdyż bezumowny brexit za 9 dni został wykluczony, a pytaniem otwartym pozostaje tylko, czy do rozstania z UE przyjdzie na koniec października, kilka dni później, czy dopiero w styczniu? Funt pozostaje blisko szczytów, co sugeruje, że rynek z optymizmem patrzy na rozwój wydarzeń w Westminsterze, ale inwestorzy rozważnie czekają na konfirmację dla rozkręcenia silniejszego ruchu.

Optymizm wokół sprawy brexitu pomaga w generalnej poprawie sentymentu na rynkach. Pomocne jest też to, że w temacie rozmów handlowych USA-Chiny nie docierają niepokojące sygnały. Tydzień zaczęliśmy od (rzekomo) krzepiących słów premiera Chin Liu He, który powtórzył za innymi, że strony poczyniły wyraźne postępy. Rynek dobrze przyjął też słowa doradcy ekonomicznego prezydenta Trumpa Larry’ego Kudlowa, który zasugerował, że jeśli rozmowy pierwszej fazy z Chinami pójdą dalej dobrze, cła zaplanowane na implementację w połowie grudnia mogą zostać anulowane. Nie uszczegółowił jednak, jakie warunki muszą zostać spełnione. Sam Trump powiedział wczoraj, że „Chiny rozpoczęły kupowanie”, ale on chce, by kupowały więcej. Dodał, że ma nadzieje na podpisanie umowy podczas szczytu w Chile w połowie listopada. Ogólnie nie dowiedzieliśmy się niczego nowego, ale rynek najwyraźniej przyjął postawę, że brak złych informacji to wystarczająco dobra informacja. Na rynku walutowym przede wszystkim AUD i NZD korzystają na lepszym klimacie wokół relacji USA i Chin, ale pozostawałbym czujny. Niewiele trzeba, by (ponownie) doszło do zwrotu i eskalacji sporu. Inaczej nie byłoby takich komentarzy, jak dzisiejszy sekretarza handlu USA Wilbura Rossa, zdaniem którego „umowa z Chinami nie musi być w listopadzie, musi być właściwa”. Zbagatelizował także znaczenie niedawnej umowy „fazy 1”, stwierdzając, że fazy 2 i 3 umowy z Chinami będą zawierać kluczowe kwestie. Ale na razie inwestorzy chcą widzieć szklankę do połowy pełną.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zatrudnienie Azjatów w polskich firmach wzrosło prawie o połowę

W I połowie 2019 roku wydano ponad 35 tys. zezwoleń na pracę dla obywateli krajów azjatyckich. To o 42% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej – wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. W pierwszych sześciu miesiącach roku, najwięcej zezwoleń trafiło w ręce Nepalczyków (6,3 tys.), następnie Hindusów (4,3 tys.) oraz Banglijczyków (4,1 tys.). W sumie o pozwolenie na pracę w Polsce starali się obywatele aż 39 krajów azjatyckich. Eksperci Personnel Service wskazują, że w kolejnych miesiącach pracodawcy częściej będą sięgać po kadrę z Azji, ze względu na trudności z rekrutacją pracowników z Ukrainy. Skala ich napływu będzie jednak dużo mniejsza.  

W I półroczu 2019 roku wydano ponad 162 tys. zezwoleń na pracę dla obywateli Ukrainy, o aż 47% więcej niż rok wcześniej. Zdecydowanie mniej, bo zaledwie 35 tys. zezwoleń trafiło w ręce obywateli krajów azjatyckich. Skala jest zdecydowanie mniejsza, ale wzrosty równie silne. W porównaniu do I półrocza 2018 roku, w tym roku firmy w Polsce zatrudniły aż o 42% więcej pracowników z Azji. Tendencja wzrostowa będzie się utrzymywać.

Już teraz rekrutacja ukraińskich pracowników staje się coraz trudniejsza. Inne kraje europejskie, jak Niemcy czy Czechy, kuszą Ukraińców lepszymi pensjami. A te są bardzo istotne, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę krótkotrwały i powtarzalny charakter imigracji zarobkowej z Ukrainy. Naszym wschodnim sąsiadom zależy na jak najwyższym zarobku w krótkim czasie, a o ten łatwiej w Niemczech niż w Polsce. Oczywiście nadal mamy pewne przewagi wobec innych państw, takie jak bliskość geograficzna i językowa, ale nie zmienia to faktu, że rosnąca liczba firm będzie sięgała coraz dalej na Wschód, żeby uzupełnić luki kadrowe. Kraje azjatyckie staną się atrakcyjnym źródłem pracowników – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Kogo firmy wybierają najchętniej?

Polska jest chętnie wybieranym krajem emigracji zarobkowej wśród obywateli Nepalu – zezwolenie na pracę w I półroczu 2019 roku otrzymało aż 6,3 tys. Nepalczyków. Na drugim miejscu byli Hindusi, którzy otrzymali 4,3 tys. zezwoleń, a na trzecim Banglijczycy – 4,1 tys. zezwoleń. Poza podium znaleźli się Gruzini, dla których wydano prawie 3,3 tys. zezwoleń. Następnie Filipińczycy (2,8) oraz Uzbecy (2,6 tys.).

Najmniej liczną reprezentację miały Bahrajn, Arabia Saudyjska i Laos – o pozwolenie na pracę w Polsce starało się odpowiednio 1, 1 i 2 obywateli tych państw.

Bariera kulturowa większa niż w przypadki Ukraińców

Azja jest bardzo rozległym kontynentem, zalicza się do niej zarówno kraje bliskowschodnie, jak i wyspiarską Japonię. To prawdziwy tygiel kulturowy, językowy i religijny, ale mocno odmienny od europejskich społeczeństw. Pracodawcy będą musieli zmierzyć się z barierami wynikającymi z tych różnic oraz procesem adaptacji azjatyckich pracowników do polskich warunków pracy.

Dużo łatwiej jest przyciągnąć i zatrzymać osobę z kraju, który jest kulturowo i językowo pokrewny, a takim jest właśnie Ukraina. Samo sprowadzenie pracownika z państw azjatyckich wiąże się z większymi kosztami. Dochodzą również wydatki związane m.in. z kursem językowym. Biorąc jednak pod uwagę, że o Ukraińców jest teraz trudniej, pracodawcy coraz częściej będą skłonni ponosić ten wyższy koszt ściągnięcia siły roboczej z Azji. Tę tendencję widzimy wyraźnie w naszej firmie, ściągamy pracowników m.in. z Nepalu czy Indonezji – podkreśla Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service. 

W pierwszej edycji ratingu Diversity & Inclusion przoduje branża finansowa i usług profesjonalnych

Podczas gali konkursu „Raporty społeczne” na Giełdzie Papierów Wartościowych ogłoszone zostały wyniki pierwszego ratingu liderów zarządzania różnorodnością i promowania włączającej kultury organizacyjnej opracowanego przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu, koordynatora Karty Różnorodności w Polsce oraz Deloitte. W składzie pierwszej edycji liderów zarządzania różnorodnością znalazły się BNP Paribas Polska, Citi w Polsce, DNB Bank Polska, ING Bank Śląski oraz NatWest Poland. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Deloitte oraz Billie Jean King Leadership Initiative (BJKLI) 80 proc. pracowników wskazuje działania związane z włączeniem pracowników jako istotny czynnik wyboru pracodawcy.

Pracownicy coraz częściej oczekują od pracodawców nie tylko podejmowania działań i programów z zakresu różnorodności i włączającego środowiska pracy, ale przede wszystkim uczynienia z nich podstawowego aspektu funkcjonowania organizacji i włączenia do codziennych praktyk oraz doświadczeń pracowników. Diversity&Inclusion Rating to nowa inicjatywa Forum Odpowiedzialnego Biznesu, która powstała przy współpracy ekspertów Deloitte. Skupia podmioty czerpiące siłę z różnych wymiarów różnorodności, pozwala na ocenę poziomu dojrzał ości firmy w zarządzaniu różnorodnością oraz włączającą kulturą organizacyjną, jest także podsumowaniem działań w tym obszarze.

Ostre kryteria

Kwestionariusz, który wypełniały spółki składał się z 4 części: podstawy zarządzania, programy

i działania, budowanie zaangażowania oraz wskaźniki rezultatów. – Już tegoroczna edycja badania Deloitte „Global Human Capital Trends 2019”dowiodła, że rośnie znaczenie firmy odpowiedzialnej 4.0, dla której obok zysków i korzyści ważne są interesy pracowników, klientów i otoczenia społecznego, w którym działa. Uczestnicy ratingu przedstawili dojrzałe strategiczne podejście do zarządzania różnorodnością i ciekawe projekty nakierowane na budowanie inkluzywnej kultury organizacyjnej. Potwierdza to, że z jednej strony organizacje coraz poważniej podchodzą do tematu diversity, a z drugiej, że rynek pracownika stawia warunki i ustala reguły konkurencyjności. Z badań Deloitte i BJKLI wynika bowiem, że 39 proc. pracowników zrezygnowałoby z pracy na rzecz pracodawcy bardziej inkluzywnego, włączającego wszystkich pracowników w życie firmy – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Deloitte w Polsce i Europie Środkowej.

W pierwszej części uczestnicy ratingu musieli opisać swoją strategię zarządzania różnorodnością i przedstawić sposoby zarządzania ryzykami w zakresie przeciwdziałania dyskryminacji i poszanowania praw człowieka. Część druga dotyczyła praktyk promujących równość szans pracowników m.in. w systemie wynagrodzeń i motywacyjnym, edukację z zakresu różnorodności i równego traktowania w miejscu pracy, a także inicjatywy zwiększające dostępność organizacji dla wszystkich pracowników oraz budowania relacji i inkluzywnej kultury organizacyjnej. Część dotycząca budowania zaangażowania skupiona była na zaangażowaniu zarządu i kadry kierowniczej we wspieranie różnorodności, narzędziach komunikacji wewnętrznej i dialogu z pracownikami, a także zaangażowaniu firmy w inicjatywy zewnętrzne na rzecz różnorodności.

Najlepsza piątka

Do pierwszej edycji ratingu zaklasyfikowało się 5 firm, które wykazały się najwyższym poziomem zarządzania różnorodnością: BNP Paribas Polska, Citi w Polsce, DNB Bank Polska, ING Bank Śląski oraz NatWest Poland.

Wszystkie te podmioty przyjęły formalne i strategiczne podejście do równego traktowania, zarządzania różnorodnością w miejscu pracy i budowania włączającej kultury organizacyjnej, a dodatkowo większość powiązała je ze strategią biznesową. Godny odnotowania jest też fakt, że większość tych organizacji powołała w swoich strukturach osobę odpowiadającą za obszar zarządzania różnorodnością i budowania włączającej kultury organizacyjnej – mówi Marzena Strzelczak, dyrektorka generalna, członkini Zarządu Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

Każda z powyższych firm przyjęła formalne zasady różnorodności i braku dyskryminacji, które stosuje w procesie rekrutacji. Większość podmiotów opracowała i wdrożyła politykę lub regulamin w zakresie przeciwdziałania dyskryminacji, ochrony przed mobbingiem lub molestowaniem. We wszystkich firmach wdrożony został także system whistleblowing, umożliwiający pracownikom anonimowe poinformowanie o nieprawidłowościach. Większość spółek przed podjęciem współpracy z podmiotem zewnętrznym (np. dostawcą) przeprowadza ocenę pod kątem ryzyka współpracy m.in. w zakresie zarządzania różnorodnością.

Pracownik świadomy swoich potrzeb

Biorąc pod uwagę wyzwania związane z demografią Polski i znaczny wzrost populacji osób w wieku dojrzałym, niezwykle istotne jest zapewnienie przez pracodawcę dobrej współpracy międzypokoleniowej. Działania takie podejmowane są również przez podmioty z ratingu, czego przykładem może być przeprowadzenie działań edukacyjnych wokół raportu IQS „Dwa pokolenia – dwa światy” dla pracowników BNP Paribas Bank Polska. NatWest Polska szczególną uwagę poświęcił z kolei powracającym do pracy po długiej nieobecności, takiej jak urlop macierzyński – program Keep in Touch ma na celu zapewnić możliwość utrzymania kontaktu z pracodawcą i odnalezienie się w nowej sytuacji.

DNB Bank Polska S.A. włączył pracowników wszystkich szczebli w tworzenie przyszłości banku, zapraszając ich do Projektu 4 THE FUTURE, w którym każdy miał możliwość opracowania i wdrożenia strategicznych koncepcji rozwoju organizacji.

Innymi ciekawymi programami, którymi zdecydowały się podzielić podmioty z ratingu jest np. Program Onkologiczny oferowany pracownikom ING Banku Śląskiego i jego spółek – ING jako pracodawca służy wsparciem w sposób szczególny, tak aby pracownicy czuli się zaakceptowani, bez względu na ich problemy zdrowotne i nie byli sami w obliczu choroby. Z kolei Biznes w kobiecych rękach to program finansowany przez Citi Foundation, angażujący wolontariuszy Citi w Polsce, realizowany we współpracy z Fundacją Przedsiębiorczości Kobiet. Kompleksowy program akceleracyjny, adresowany jest do kobiet z pomysłem na biznes i z planem założenia swojej firmy w trakcie trwania programu. W ramach programu powstało 169 firm.

Powyższe przykłady pozytywnie wpływają na samopoczucie i doświadczenia pracownika. To wszystko sprawia, że każdy zatrudniony może być sobą i rozwijać się bez konieczności ukrywania własnej tożsamości. Wśród firm z ratingu potwierdzeniem dobrego samopoczucia w ramach organizacji jest m.in. średni staż pracy, który za 2018 r. wynosił na stanowiskach niższego szczebla ponad 7 lat, na stanowiskach managerskich blisko 11 lat, a na stanowiskach zarządczych 13 lat – mówi Rafał Rudzki, Dyrektor w zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Deloitte w Polsce i Europie Środkowej.

Jak zauważają eksperci Deloitte wciąż istnieje luka pomiędzy oczekiwaniami pracowników, a tym co oferują pracodawcy. Coraz więcej organizacji próbuje przeobrazić się we włączające miejsce pracy poprzez specjalne programy i szkolenia. Od 2014 do 2017 roku odsetek przedstawicieli kadr zarządzających, dla których kreowanie włączającej kultury organizacyjnej było jednym z priorytetów wzrósł o 32 proc. – Warto zwrócić uwagę na fakt, że w ratingu wyróżniły się najbardziej instytucje z branży finansowej i usług profesjonalnych – dodaje Irena Pichola.

O ratingu

Pytania w ramach kwestionariusza zostały przygotowane z uwzględnieniem uznanych międzynarodowych standardów  i  wytycznych, w tym m.in.: Sustainable Development Goals (SDG), ISO 26000 (w zakresie wybranych obszarów społecznej odpowiedzialności m.in. praw człowieka oraz praktyk z zakresu pracy), GRI Standards (w zakresie różnorodności i równości szans), wytycznych OECD dla przedsiębiorstw wielonarodowych (w zakresie zaleceń dotyczących zatrudnienia i stosunków pracowniczych).

Po uzupełnieniu ankiety, spółki poddane zostały niezależnej, zewnętrznej weryfikacji Deloitte w celu potwierdzenia prawdziwości danych zawartych w kwestionariuszu.

WindFloat Atlantic – rozpoczyna się instalacja pierwszej pływającej farmy wiatrowej w Europie kontynentalnej

Pierwsza jednostka projektu WindFloat Atlantic – największa do tej pory morska turbina wiatrowa zainstalowana na pływającej platformie, wyruszyła do miejsca docelowego przy portugalskim wybrzeżu Viana do Castelo, gdzie odbędzie się oddanie do eksploatacji pływającej farmy wiatrowej.

Realizacja tego projektu przyczyni się do przyspieszenia komercyjnego wdrożenia innowacyjnej technologii WindFloat®, która umożliwia wykorzystanie bogatych zasobów wiatrowych na dotychczas niedostępnych obszarach wód średnio-głębokich i głębokich. Projekt WindFloat Atlantic to również istotny krok milowy w rozwoju branży, gdyż dzięki niemu powstanie pierwsza półzanurzalna pływająca farma wiatrowa na świecie.

Technologia WindFloat® umożliwia instalację farm wiatrowych na głębokich wodach morskich, co pozwoli uwolnić zasoby energii z ogromnych obszarów, przyczyniając się tym samym do rozwiązania istotnych wyzwań społecznych, takich jak transformacja w kierunku czystej energii, zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego i zapobieganie zmianom klimatu. Jednocześnie projekt stwarza nowe miejsca pracy, zwiększa wzrost gospodarczy oraz otwiera możliwości dla zrównoważonych inwestycji.

Windplus to konsorcjum, w skład którego wchodzą EDP RENEWABLES, ENGIE, REPSOL i PRINCIPLE POWER.

Trzy struktury pływające, każda o wysokości 30 m, umocowana w odległości 50 m od pozostałych, zostaną zainstalowane tworząc pierwszą pływającą morską farmę wiatrową w Europie kontynentalnej. W ciągu najbliższych miesięcy dołączą do niej dwie kolejne platformy, tworząc farmę wiatrową o łącznej mocy zainstalowanej 25 MW, będąca w stanie wyprodukować energię elektryczną w ilości pokrywającej roczne zapotrzebowanie 60 000 użytkowników.

Rynek biurowy w Warszawie po 3 kw. 2019 r.

Za nami rekordowe dziewięć miesięcy na warszawskim rynku nieruchomości biurowych. Popyt w pierwszych trzech kwartałach roku wyniósł rekordowe 689,3 tys. mkw., o 10% więcej niż rok wcześniej wynika z raportu CBRE „Warszawski Rynek Biurowy”. Eksperci zwracają uwagę, że trzeci kwartał charakteryzował się wysokim poziomem inwestycji. Wartość transakcji wyniosła prawie 662 mln euro, w tym najwyższa w historii kwota 386 mln euro została wydana na zakup Warsaw Spire. W Warszawie nadal popyt przewyższa podaż, a poziom pustostanów jest na niskim poziomie. Czynsze utrzymują stabilny poziom.

Mikołaj Sznajder, Senior Associate Director, Dział Office, CBRE_media
Mikołaj Sznajder

– Warszawskie biura wynajmują się w niesłychanym tempie. Od początku roku doszło do wchłonięcia ponad 154 tys. mkw. powierzchni biurowej, czyli o 12,3 tys. więcej niż oddano do użytkowania w tym okresie. Biorąc pod uwagę, że popyt nie słabnie, a budynki, które mają być gotowe do użytkowania do końca roku są już w dużej mierze wynajęte, absorpcja na koniec roku może być znacznie wyższa, osiągając prognozowany poziom ok. 270 tys. mkw. powierzchni – komentuje Mikołaj Sznajder, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych w CBRE.

Rośnie podaż i aktywność inwestorów

Rynek biurowy rozwija się dynamicznie. Na koniec III kwartału 2019 roku podaż powierzchni  biurowej w Warszawie wyniosła 5,6 mln mkw. powierzchni. Od początku roku oddano do użytkowania 15 nowych projektów, których łączna powierzchnia przekroczyła 142 tys. mkw. W tym samym czasie skumulowana wartość transakcji na rynku inwestycyjnym wyniosła prawie 662 mln euro. Zawarto 6 transakcji, w tym rekordową sprzedaż budynku Warsaw Spire za 386 mln euro. Poprzedni rekord należał do Ronda 1, który sprzedano w 2014 roku za 291 mln euro.

Eksperci CBRE wskazują, że rekordowa podaż planowana jest na lata 2020-2021, kiedy może przybyć ponad 800 tys. mkw., najwięcej w strefach centralnych miasta. Co ważne, na najbardziej atrakcyjne projekty w budowie są podpisywane umowy przednajmu, co powoduje, że na rynku zostaje coraz mniej dostępnej powierzchni. Alternatywą dla tradycyjnego najmu mogą być biura elastyczne, które obejmują 3,9% przestrzeni biurowej w centrum Warszawy.

Najemcy muszą szybko działać

Nowa powierzchnia biurowa rozchodzi się w Warszawie w ekspresowym tempie. W sumie w ciągu dziewięciu miesięcy aktywność najemców wyniosła 689 tys. mkw. To najwyższy popyt w ciągu ostatnich 15 lat. Ze względu na niską dostępność wolnych powierzchni w centrum, większa część popytu (61%) zlokalizowana była poza nim.

Do grona największych najemców biurowych w Warszawie zalicza się duże firmy doradcze, instytucje bankowe, firmy ubezpieczeniowe i inne przedsiębiorstwa związane z sektorem usług finansowych i biznesowych, dla których ważna jest prestiżowa lokalizacja. Oprócz wyżej wymienionych sektorów w III kwartale 2019 roku zanotowano 8% udział branż związanych z produkcją oraz 10% udział usług konsumpcyjnych i wypoczynkowych.

Duża aktywność najemców przekłada się na spadający poziom pustostanów, który na koniec września wyniósł 8,2%.

Czynsze w centrum Warszawy

Ostatnie trzy lata charakteryzują się niewielkim wzrostem czynszów prime. W obszarach centralnych ceny wzrosły o 1 EUR w stosunku do 2017 roku, natomiast w obszarach poza centrum jedynie o 0,5 EUR. Najatrakcyjniejsze lokalizacje w centrum wyceniane są na 24 EUR za mkw. miesięcznie, natomiast średnia dla tego obszaru miasta w III kwartale 2019 roku ukształtowała się na poziomie 20 EUR za mkw. miesięcznie.

Wielka Brytania prosi o wydłużenie terminu wyjścia z UE

W czwartek (17.10.2019) doszło do wstępnego uzgodnienia tekstu porozumienia pomiędzy Wielką Brytanią oraz Unią Europejską, co dało nadzieje na szybkie rozwiązanie niepewności związanych z opuszczeniem UE przez Zjednoczone Królestwo. Jednak sobotnie głosowanie w brytyjskim parlamencie nad wypracowanymi warunkami opuszczenia Unii Europejskiej z dniem 31 października 2019 nie przyniosło skutku. Izba Gmin przyjęła poprawkę wstrzymującą poparcie dla porozumienia z Unią Europejską do czasu przyjęcia i wejścia w życie pakietu stosownych ustaw. W rezultacie premier Boris Johnson był zmuszony do złożenia prośby o wydłużenie terminu wyjścia ze wspólnoty, co jest obecnie przedmiotem negocjacji w ramach UE.

W ubiegłym tygodniu GPW w Warszawie zanotowała leki wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG oraz notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) wzrosły o 0,22. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 zyskał na wartości 0,02%, natomiast mWIG40 umocnił się o 0,19%.

Nadchodzący tydzień przyniesie nam wiele danych zarówno z Europy, jak i z USA. We wtorek (22.10.2019) poznamy dane o produkcji budowlano-montażowej w Polsce. W czwartek (24.10.2019) czeka nas seria odczytów indeksu PMI dla Eurolandu i poszczególnych państw strefy euro oraz konferencja prasowa po posiedzeniu zarządu ECB.

Dane z USA będą nadchodziły według następującego harmonogramu: we wtorek (22.10.2019) poznamy dane o sprzedaży domów na rynku wtórnym, w środę (23.10.2019) – dane dotyczące zapasów ropy, w czwartek (24.10.2019) nadejdzie kolej na dane o zamówieniach na dobra trwałe, wstępny odczyt indeksu PMI za miesiąc październik 2019 roku oraz dane o sprzedaży domów na rynku pierwotnym, z kolei w piątek (25.10.2019) poznamy indeks uniwersytetu w Michigan.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Jak po wyroku TSUE prawidłowo obliczyć WPS i nie wpaść w dodatkowe kłopoty

Po głośnym wyroku pojawiają się w mediach opinie, że dochodzenie roszczeń przy kredytach waloryzowanych do CHF zostało znacznie uproszczone. Należy jednak pamiętać o tym, że sposób wyliczenia wartości przedmiotu sporu nie zmienił się. Błąd wciąż grozi zaniżeniem żądanej kwoty roszczenia lub częściowym jej uznaniem. Dlatego zaleca się powierzenie tego typu wyliczeń osobie biegłej w bankowości lub inżynierii finansowej. Powinna ona mieć też wiedzę i doświadczenie w zakresie produktów kredytowych i ich parametrów.

Ryzykowna samodzielność

Nie ulega wątpliwości, że ustalenie wartości przedmiotu sporu, w przypadku kredytów walutowych lub waloryzowanych do waluty obcej, wymaga znajomości inżynierii finansowej. Niezbędna jest też wiedza z zakresu bankowości i prawa bankowego. Przy wyliczeniu trzeba uwzględnić m.in. ewentualną karencję w spłacie rat kapitałowych, zmiany oprocentowania czy koszty i skutki podpisanych aneksów do umowy kredytowej. Pomocna jest również znajomość formuł dla arkuszy kalkulacyjnych lub umiejętność obsługi kalkulatorów finansowych. Jeśli kredytobiorca czuje się na siłach, by samodzielnie wyliczyć WPS, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby zrobił to sam.

Najpierw należy określić, które postanowienia umowy kredytowej są kwestionowane i jaki skutek niesie ich wyeliminowanie. W wyniku tego powstaje roszczenie wobec banku o zwrot kwot pobranych bez podstawy prawnej. Głównym elementem spornym są klauzule dotyczące waloryzacji, tj. indeksowania lub denominowania złotego do franka szwajcarskiego lub innej obcej waluty. WPS, w przypadku najczęściej występującego kredytu indeksowanego, będzie wynikać z nadpłaty historycznych rat kredytu zaciągniętego w CHF ponad ratę wyrażoną w PLN, wyliczoną po wykreśleniu z umowy niedozwolonych klauzul waloryzacyjnych.

Trzeba mieć świadomość tego, że najczęściej popełnianym błędem jest nieprawidłowe wyliczenie raty kredytu, rzeczywiście należnej po wykreśleniu z umowy ww. klauzul. Zazwyczaj powodem tego jest stosowanie niewłaściwej stawki bazowej (LIBOR/WIBOR/EURIBOR) przy obliczaniu oprocentowania. I z reguły właśnie z tym kredytobiorcy mają największy problem. Mniej doświadczeni specjaliści również czasem mylą się w tej kwestii.

Pominięcie kosztów aneksów kredytowych też jest dość częstą pomyłką. Ponadto nieuwzględniany bywa fakt, że pieniądze zostały wypłacone w transzach, a bank zastosował karencję w spłacie rat kapitałowych. Nawet specjalista ma czasem problem z aneksem do umowy kredytowej, który pozwala kredytobiorcy spłacać zobowiązanie bezpośrednio w walucie kredytu lub po kursie średnim NBP. Jest to kolejnym powodem błędnego wyliczenia wartości przedmiotu sporu.

Tymczasem sąd oczekuje precyzyjnie wyliczonej kwoty roszczenia wraz ze szczegółową argumentacją, z czego ona dokładnie wynika. Trzeba też brać pod uwagę to, że pozwany bank będzie wnioskował o powołanie biegłego w celu wydania opinii, czy podana wartość została wyliczona poprawnie. W przypadku błędu kredytobiorca poważnie naraża się na zaniżenie kwoty roszczenia lub na uznanie jej jedynie w części.

Jeśli obliczona przez biegłego kwota będzie niższa od wskazanej przez kredytobiorcę, to może się okazać, że dłużnik wygrał sprawę np. w 80%, a przegrał w 20%. Odpowiednio do tego zostaną rozłożone koszty procesu. Natomiast w sytuacji, gdy frankowicz ustali za niską wartość, straci pieniądze nawet w przypadku wygranej. Sąd nie będzie mógł zasądzić więcej niż zażąda. Przy niewielkiej różnicy sędzia może też uznać, że jest ona nieistotna. Dlatego tak ważna jest precyzja.

Wybór fachowca

Ostatnio można zauważyć, że na rynku przybywa firm, które specjalizują się w obsłudze frankowiczów. Wynika to oczywiście z koniunktury. Boom na tego typu sprawy będzie trwał jeszcze przez dobrych kilka lat. Jeżeli dana kancelaria prawna współpracuje z wyspecjalizowanymi analitykami, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że klient uzyska tam kompleksową pomoc. Zdarza się jednak, że kredytobiorcy nie wiedzą, kto będzie obliczał ich wartość przedmiotu sporu. Dlatego na wstępie warto o to zapytać, a później samemu to finalnie zweryfikować.

Chcąc powierzyć swoją sprawę w odpowiednie ręce, warto szczegółowo zapoznać się z doświadczeniem zawodowym danego specjalisty. Można zadać pytania, m.in. dotyczące praktycznych umiejętności czy stosowanej metodologii. Ważną informacją powinien być koszt samego wyliczenia WPS-u. W dużej mierze jest on uzależniony od stopnia skomplikowania danego przypadku i średnio wynosi od ok. 800 do 1000 zł.

Godny zaufania pełnomocnik powinien ponadto umieć wyjaśnić klientowi, co będzie skutkiem „odfrankowienia” kredytu i z czego dokładnie wynika wartość roszczenia. Wyliczy i przedstawi wysokość raty kapitałowo-odsetkowej oraz rzeczywiste saldo kredytu w PLN na dzień sporządzania analizy.

Do analizy należy dostarczyć umowę kredytową wraz ze wszystkimi załącznikami i aneksami. Potrzebne jest zaświadczenie z banku dot. historii zmian oprocentowania, poświadczenie kosztów okołokredytowych, a także pismo, w którym bank wykaże daty oraz kwoty wypłaconych transz. Niezbędny jest też regulamin kredytowy (jeśli był załączony do umowy) i harmonogram spłaty kredytu. Specjalista powinien o tym wszystkim przypomnieć.

Autorem publikacji jest Krzysztof Michrowski,
Partner w Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office,
makler papierów wartościowych.

10 tys. czujników umieszczonych w szkołach będzie badać jakość powietrza. Edukacja dzieci, ich rodziców i nauczycieli ma pomóc w walce ze smogiem

10 tys. czujników umieszczonych w szkołach będzie badać jakość powietrza. Edukacja dzieci, ich rodziców i nauczycieli ma pomóc w walce ze smogiem 8

Nie tylko przemysł i spaliny samochodów odpowiadają za smog. Największym problemem są domowe piece grzewcze opalane drewnem lub węglem. W Polsce niska emisja odpowiada za 52 proc. pyłów PM10 oraz 82 proc. benzo(a)pirenu w powietrzu. Kluczowa jest zmiana przyzwyczajeń, do tego jednak niezbędna jest edukacja. Edukacyjna Sieć Antysmogowa pomaga w zmianie przyzwyczajeń. Czujniki zanieczyszczenia powietrza umieszczone w szkołach są wysyłane do NASK za pośrednictwem internetu lub Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. Do projektu dołączyło już ponad 330 szkół i 50,5 tys. uczniów.

Projekt Edukacyjnej Sieci Antysmogowej jest w dużej mierze synergicznym z Ogólnopolską Siecią Edukacyjną. Jest to narzędzie edukacyjne, które może być wykorzystywane do działań z zakresu ochrony środowiska. W projekcie generowanych jest ogromna liczba danych z wielu czujników, na razie mamy ich co prawda kilkaset, ale zakładamy, że będziemy ich mieli kilka tysięcy. A to oznacza, że będziemy dysponować bardzo dużą bazą danych, które muszą być transferowane – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

W ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej do końca 2020 roku ponad 30,5 tys. szkół w 19,5 tys. lokalizacji w całej Polsce ma zostać podłączonych do szybkiego internetu światłowodowego. Dzięki OSE wszystkie szkoły mają przejść na cyfrowy model edukacji. Program ESA jest przykładem wykorzystania szybkiego internetu do celów edukacyjnych.

Wykorzystanie różnych nośników informacji jest kluczowe dla procesu edukacyjnego. Szkoła nie jest w stanie zapewnić wszystkich możliwych pomocy dydaktycznych, a baza tych pomocy znajduje się tak naprawdę w sieci – przekonuje Dariusz Milewski, dyrektor Zespołu Szkół im. Żołnierzy Armii Krajowej w Makowie Mazowieckim.

Obecnie jednak, jak wynika z badania „Nastolatki 3.0” przeprowadzonego przez NASK, w polskich szkołach nowe technologie są na razie wykorzystywane głównie w sposób bierny – ponad 80 proc. uczniów przyznaje, że jeżeli nauczyciele wykorzystują już internet na zajęciach, to najczęściej do odtwarzania filmów i prezentacji. Dzięki OSE ma się to już wkrótce zmienić.

Zbudowaliśmy sieć szkieletową bazującą na 16 węzłach i jednocześnie przyłączamy kolejne szkoły. W tej chwili mamy ponad 7 tys. szkół z instalacją, z tego blisko 4 tys. mają już sygnał, możliwość korzystania ze wszystkich usług OSE. Do końca roku tych szkół ma być 10–11 tys. – zapowiada Marek Zagórski.

Dzięki OSE możliwy jest rozwój projektu ESA, czyli Edukacyjnej Sieci Antysmogowej. Program edukacyjny ma upowszechnić wiedzy o tym, jak powstaje smog, jaki wpływ ma na nasze zdrowie, uczy też, jak zapobiegać zanieczyszczeniom powietrza.

Projekt polega na tym, żeby opomiarować polskie szkoły, połączyć te informacje w jedną sieć i zaprezentować, jakie informacje à propos czystości powietrza wokół tych szkół się mogą pojawić. W ślad za tym chcemy pójść z edukacją, żeby nauczyć dzieci, nauczycieli i rodziców, z czym się wiąże to, że powietrze jest czyste albo, że jest zanieczyszczone, co zrobić, żeby było coraz czystsze, jak możemy wpływać na powietrze, nie paląc nieodpowiednimi rzeczami – tłumaczy Bartłomiej Klinger, dyrektor ds. projektów administracyjno-edukacyjnych NASK.

Jak podaje NASK, w Polsce to nie przemysł i spaliny samochodów odpowiadają za smog. W największym stopniu odpowiedzialne są domowe piece grzewcze opalane drewnem lub węglem. Właśnie niska emisja odpowiada za 52 proc. pyłów zawieszonych PM10 oraz 82 proc. benzo(a)pirenu. Pomaga to zmierzyć 337 czujników umieszczonych w szkołach, ale docelowo mają być zamontowane w co najmniej 10 tys. placówkach.

Byliśmy pierwszą z dziesięciu pilotażowych szkół, gdzie zamontowano czujnik zanieczyszczenia powietrza, co pozwoliło nam na rozpoczęcie akcji uświadamiającej. Sami się zmagamy jako mieszkańcy tego obszaru właśnie z tym zanieczyszczeniem. Maków to kominy przestarzałych instalacji grzewczych, które produkują wyłącznie smog. Dlatego przyjęliśmy na siebie wyzwanie uświadomienia zagrożeń związanych z zanieczyszczeniem powietrza – mówi Dariusz Milewski.

Do projektu ESA dołączył Microsoft. Dzięki sztucznej inteligencji i chmurze obliczeniowej będzie można lepiej analizować dane i przewidzieć pomiary.

Podpisaliśmy porozumienie z firmą Microsoft po to, żeby zaangażować ich potencjał technologiczny i częściowo też finansowy do wsparcia procesu analizy danych, które zbieramy z czujników w sieci ESA. Firma Microsoft zaoferowała współpracę, zarówno własną, jak i partnerów swoich technologicznych w przygotowaniu modelu analitycznego, który sprawdzi te dane, poogląda te wszystkie dane historyczne i bieżące. Będzie też w stanie podpowiedzieć, co może być jutro, pojutrze, za tydzień – wskazuje Bartłomiej Klinger.

W sezonie 2018/2019 (styczeń–marzec) w ramach projektu 209 szkół zostało objętych edukacją. Eksperci przeszkolili 3 093 nauczycieli. W zajęciach, warsztatach i akcjach informacyjnych wzięło udział 50 598 uczniów, 33 963 rodziców i opiekunów oraz 923 mieszkańców miejscowości w pobliżu zaangażowanych szkół.

Aby pomóc gminom włączyć się do projektu, NASK pod patronatem Ministerstwa Cyfryzacji rozpoczyna nowy, poszerzony program „Razem dla czystego powietrza”, który ma na celu mobilizację gmin do podejmowania działań na rzecz poprawy jakości powietrza.

Polska jednym z niewielu państw na świecie z oświadczeniami majątkowymi wypełnianymi ręcznie. Kontrola nad tym systemem jest iluzoryczna

Polska jednym z niewielu państw na świecie z oświadczeniami majątkowymi wypełnianymi ręcznie. Kontrola nad tym systemem jest iluzoryczna 9

W grupie niewielu krajów na świecie, gdzie oświadczenia majątkowe są wypełniane ręcznie, wciąż znajduje się Polska. Jak podkreśla Krzysztof Izdebski z Fundacji ePaństwo, kontrola społeczna i instytucjonalna nad systemem oświadczeń majątkowych jest iluzoryczna. Dodaje, że zamiast realnych zmian, które mogłyby się przyczynić do większej skuteczności polityki antykorupcyjnej, rząd skupił się na korzystnej wizerunkowo nowelizacji przepisów o jawności majątków urzędników i ich rodzin.

– Najważniejszy problem z systemem oświadczeń majątkowych jest taki, że Polska jest jednym z niewielu krajów na świecie, gdzie te oświadczenia są wypełniane ręcznie. Wszędzie na świecie mamy już digitalizację i można to zrobić za pomocą komputera. Dzięki temu można te oświadczenia rozczytać, analizować i kontrola nad systemem oświadczeń majątkowych jest realna. W Polsce wygląda to fatalnie. Z punktu widzenia kontroli społecznej, z punktu widzenia służb takich jak CBA, kontrolna nad oświadczeniami majątkowymi jest po prostu iluzoryczna. To jest pierwsza rzecz, która powinna się zmienić – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Izdebski, dyrektor programowy Fundacji ePaństwo.

Jak ocenia, zamiast wprowadzić realne zmiany w systemie oświadczeń majątkowych, rząd skupił się na tych bardziej popularnych i nośnych społecznie, czyli ustawie o jawności majątku rodzin najważniejszych urzędników państwowych.

Jej projekt (przewiduje nowelizację łącznie pięciu ustaw), który powstał w kancelarii Premiera, trafił do Sejmu w końcówce sierpnia. Został przyjęty 11 września. Zakłada, że najważniejsi urzędnicy państwowi – w tym m.in. premier, ministrowie, posłowie i europosłowie, senatorowie, prezesi Trybunału Konstytucyjnego, Naczelnego Sądu Administracyjnego i Sądu Najwyższego oraz szefowie innych instytucji państwowych – będą zobowiązani do umieszczania w oświadczeniach majątkowych informacji o majątku swoich małżonków, dzieci i osób, z którymi pozostają we wspólnym pożyciu.

Przepisami zajmował się ostatnio Senat. Wcześniej senacka Komisja Regulaminowa, Etyki i Spraw Senatorskich zarekomendowała odrzucenie projektu ustawy w całości ze względu na liczne błędy. Po posiedzeniu plenarnym projekt ze zgłoszonymi poprawkami ponownie trafił do prac w komisji. Dyrektor Fundacji ePaństwo ocenia, że jedną z głównych wad jest w tym przypadku brak jakichkolwiek konsultacji z organizacjami pozarządowymi.

– Pomysł wyszedł z rządu, ale zupełnie nie został skonsultowany i od razu trafił do parlamentu. W uzasadnieniu, dlaczego nie przeprowadzono żadnych konsultacji, znalazło się jedno zdanie, że społeczeństwo oczekuje takich zmian. Natomiast nie dostarczono dowodów, nie wyjaśniono, dlaczego akurat takich zmian społeczeństwo oczekuje. Faktycznie to jest kwestia szeroko dyskutowana, która pojawiała się w debacie publicznej. Jednak naszym zdaniem, jako organizacji, która zajmuje się przeciwdziałaniem korupcji, nie jest to najważniejszy problem, z którym mamy do czynienia w systemie oświadczeń majątkowych – mówi Krzysztof Izdebski.

Jak podkreśla, oświadczenia majątkowe wymagają przede wszystkim digitalizacji, żeby umożliwić ich skuteczniejszą kontrolę, a realne zmiany w tym systemie przyczyniłyby się do większej skuteczności polityki antykorupcyjnej.

– Skala korupcji w Polsce się zmienia. To, z czym mieliśmy do czynienia jeszcze przed kilkoma laty, czyli taka drobna korupcja w przypadku policji, kolejek do lekarzy, ustąpiła miejsca większej korupcji, związanej z zamówieniami publicznymi i tymi obszarami, gdzie rzeczywiście wydaje się duże publiczne pieniądze. Natomiast na szczęście Polska nie jest krajem przodującym w tych działaniach korupcyjnych, plasujemy się w europejskiej średniej. Ale to też jest wynikiem działań legislacyjnych prowadzonych na przestrzeni wielu lat, chociażby wprowadzania wiele lat temu obowiązku składania oświadczeń majątkowych. Natomiast w tym temacie zawsze może być lepiej, dlatego trzeba o nim mówić – zaznacza Krzysztof Izdebski.

W opublikowanym w styczniu przez międzynarodową organizację Transparency International rankingu Indeks Percepcji Korupcji, Polska zajęła 36. miejsce na 180 państw (z wynikiem 60 punktów na maksymalnie 100), utrzymując tym samym pozycję sprzed roku. Awans w rankingu natomiast zanotowały Czechy (z 42. na 38.), Węgry (z 66. na 64.) i Ukraina (z 130. na 120.).