Obraz rynku hotelowego w Polsce. Przybywa hoteli i problemów finansowych

Rosnąca liczba turystów i gości biznesowych zachęca inwestorów do otwierania kolejnych hoteli. Szacuje się, że w budowie jest ponad sto obiektów z kilkunastoma tysiącami pokoi. Mimo, że hotelarstwo jest branżą dochodową i z obiecującymi perspektywami, to problemów nie brakuje obok wojny cenowej, braku rąk do pracy, konkurencji z mieszkaniami na krótki najem, są też niespłacone zobowiązania. Z raportu „Obraz rynku hotelowego w Polsce. Przybywa hoteli i problemów finansowych”, przygotowanego przez BIG InfoMonitor wynika, że z przeterminowanym zadłużeniem kredytowym i pozakredytowym zmaga się co 10. przedsiębiorstwo oferujące usługi hotelowe. Niemal 900 firm hotelarskich ma razem prawie 1 mld zł zaległości w bankach i u swoich dostawców.

W bazach BIG InfoMonitor i BIK znajduje się 889 firm hotelarskich ze zobowiązaniami nieopłaconymi przez co najmniej 30 dni po terminie na kwotę min. 500 zł. Ich zaległości wynoszą 987 mln zł, co w przeliczeniu na firmę daje średnio 1,1 mln zł przeterminowanego zobowiązania. Problem z płaceniem na czas ma niemal co dziesiąte przedsiębiorstwo (9,8 proc.), przez rok odsetek ten wzrósł o prawie 1 pkt. proc. W hotelarskim biznesie niesolidnych płatników jest więcej niż przeciętnie w gospodarce, gdzie odsetek ten wynosi 6,2 proc. – Zaległości są w dużej mierze efektem zatorów płatniczych. Hotelarstwo jest jedną z tych branż, w których relacje z partnerami biznesowymi mają ogromne znaczenie dla płynności finansowej. Hotelarze mają bardzo dużą liczbę kontrahentów, którym muszą na bieżąco płacić. Z drugiej strony sami są zależni od płatności, które na ich konto nie zawsze spływają w terminie. O tym jak bardzo w tym biznesie ważne są te powiązania, świadczą doniesienia o kłopotach europejskich hoteli po upadku biura podróży Thomas Cook – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

W stosunku do zeszłego roku wzrósł nie tylko odsetek zadłużonych, ale także sama wartość zaległych zobowiązań. W porównaniu do 970 mln zł z połowy 2018 r. zaległości branży są wyższe o 17 mln zł. To niewielki wzrost, co można odczytywać jako dobrą prognozę na przyszłość. Nie zmienia to jednak faktu, że branża hotelarska wciąż częściej ma problemy z terminowym regulowaniem zobowiązań niż wiele innych bznesów.

Rekordowe zadłużenie woj. łódzkiego

W podziale na województwa najwięcej zadłużonych firm hotelarskich ma siedzibę na Mazowszu oraz Dolnym Śląsku – odpowiednio 156 i 139. Na trzecim miejscu pod względem liczby niesolidnych dłużników jest Małopolska, gdzie zobowiązań w terminie nie spłaca 86 podmiotów. 

Jednak pod względem wartości przeterminowanych zobowiązań niechlubnie wyróżniają się firmy hotelarskie z woj. łódzkiego, które w bazach BIG InfoMonitor i BIK mają aż 303,7 mln zł przeterminowanych zobowiązań. Kolejne najgorzej spłacające jest województwo małopolskie, gdzie firmy mają do uregulowania 136,7 mln zł. Na Mazowszu zobowiązań jest ponad 107,5 mln zł, a firmy z Dolnego Śląska są dłużne bankom i partnerom biznesowym blisko 92,4 mln zł.

W części przypadków ogólna skala przeterminowanego zadłużenia w województwie jest zawyżana przez rekordzistów. Tak jest np. w województwie łódzkim, którego firmy hotelarskie są liderem w kraju jeśli chodzi o sumę zaległości m.in. za sprawą rekordowych zaległości – 212 mln zł – jednego z hotelarzy. To trzy razy więcej niż drugi największy przeterminowany dług firmy z Pomorza. Na trzecim miejscu niechlubnego zestawienia znajduje się firma hotelarska z Małopolski (niespełna 60 mln zł).Hotelarze nie lubią gości, którzy nie płacą, ale sami mają problemy z regulowaniem należności

Na końcu listy rekordzistów znajduje się hotel z Opolszczyzny, na którego koncie znajduje się przeterminowane zadłużenie w wysokości 3,3 mln zł. Odpowiada on przy okazji za większość całkowitego zadłużenia firm hotelarskich w regionie, które wynosi 3,6 mln zł. 

Boom w hotelarstwie napędza koniunktura gospodarcza

Pomimo niespłacanego zadłużenia, co może świadczyć, że również ma problemy z uzyskaniem płatności od swoich klientów, branża hotelarska stale się rozwija. Optymistyczne wyniki polskiej gospodarki, rosnąca liczba gości, coraz lepiej prosperujący biznes oraz trwający boom na rynku nieruchomości to główne czynniki utrzymujące wzrostową tendencję. Przekłada się to na rozwój. Tylko w roku 2018 wartość inwestycji hotelowych wyniosła blisko 2 mld zł (1 993 mln zł), o 5 proc. więcej niż rok wcześniej.

Jak podaje GUS w Polsce jest obecnie 4 229 obiektów hotelowych. W tej grupie większość stanowią hotele, którym przydzielono jakąkolwiek kategorię (gwiazdkę). Dane GUS wskazują, że było ich 2 635, czyli o 1,7 proc. więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Przybywa też turystów. W pierwszym półroczu 2019 r. z noclegu skorzystało 16,1 mln osób. Oznacza to wzrost w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. o 6,1 proc. Ponad dwie trzecie wszystkich gości zatrzymało się w hotelach (10,9 mln), co stanowiło wzrost o 6,4 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. Oprócz gości na zyski składają się również wpływy z organizacji różnych wydarzeń.

Jednym z kluczowych czynników dla rentowności hotelu jest RevPAR, czyli przychód z jednego dostępnego pokoju. Zgodnie z wyliczeniami Emmerson Evaluation średni RevPAR w naszym kraju to obecnie około 200 zł. W zależności od kategorii hotelu może to być: 85-120 zł (3 gwiazdki), 140-195 zł (4 gwiazdki), 260-440 zł (5 gwiazdek). Hotrec podaje, że w roku 2018 hotelowy wskaźnik RevPAR urósł w Polsce o 0,7 proc. Powodów niskiego wyniku należy upatrywać w większej podaży. Żeby poprawić tempo wzrostu, konieczny jest dalszy wzrost popytu. Dane z roku 2019 są optymistyczne. W maju wartość RevPAR wzrosła o 7,2 proc. głównie dzięki poprawie frekwencji (+4,7 pkt. proc.), bowiem ceny pozostały praktycznie na tym samym poziomie (+0,7 pkt. proc.). – Rosnące wskaźniki makroekonomiczne i związana z tym większa zamożność społeczeństwa sprawiają, że inwestowanie w branży hotelarskiej cały czas jest atrakcyjne. Chęć osiągania wysokich stóp zwrotu, zależna jest jednak od wielu czynników. Wymaga znaczących inwestycji, posiadania specjalistycznej wiedzy i doświadczenia. Sukces jest m.in. efektem usytuowania, optymalnej wielkości obiektu, atrakcyjności otoczenia i umiejętności radzenia sobie z sezonowością – mówi Sławomir GrzelczakSporym wyzwaniem jest też zatrudnienie. Rekordowo niskie bezrobocie i rosnące płace z jednej strony sprzyjają hotelom, a z drugiej są źródłem jej problemów z brakiem pracowników. Kolejne elementy wpływające na wyniki finansowe to trwający w branży boom inwestycyjny. Wzrost konkurencji już przekłada się na wojnę cenową, a do rywalizacji o klienta wkroczył też na dobre zyskujący coraz większą popularność krótkoterminowy najem mieszkań i apartamentów.

Duże szanse na porozumienie ws. brexitu

Szanse na porozumienie w sprawie brexitu między UE i Wielką Brytanią są wysokie i najwyraźniej do uzgodnienia pozostały tylko techniczne szczegóły. Mimo to funt wciąż faluje w gąszczu przeczących sobie przecieków i spekulacji, przez co nie można odtrąbić pełnego sukcesu.

W ciągu ostatnich 24 godzin szanse na uzgodnienie warunków brexitu wyraźnie wzrosły, tylko po to, by w międzyczasie ponownie zostało zasiane ziarno zwątpienia. Choć po wielogodzinnych rozmowach w środę porozumienie nie zostało zawarte, komentarze z obozów negocjacyjnych sugerują, że znaleziono konsensus dla warunków kontroli celnej, a parlament Północnej Irlandii będzie miał decydujący głos o przyszłości relacji handlowych po zakończeniu czteroletniego okresu przejściowego. To dobra podstawa dla zaprezentowania przywódcom unijnym podczas startującego dziś szczytu UE, choć nie wszystko jest jeszcze przesądzone. Dziś rano wątpliwości zasiewa opór północnoirlandzkiej partii DUP, która nie popiera projektu porozumienia w obecnej formie. A poparcie DUP jest kluczowe, jeśli premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson chce mieć chociaż cień nadziei, że jego mniejszościowy rząd ma jakiekolwiek szanse zatwierdzenia umowy w Westminsterze. A i nawet przy zgodzie DUP nie ma gwarancji, że wszyscy politycy Partii Konserwatywnej w Izbie Lordów zagłosują za przyjęciem porozumienia. Chociaż wydaje się to logiczne i jedyne słuszne wyjście dla gospodarki, to historia ostatnich miesięcy nauczyła nas, że pobudki, który kierują się brytyjscy posłowi, mogą być zakasujące. Bez wątpienia jest nadzieja, że koniec roku będzie dla funta pomyślny i w przypadku porozumienia będzie musiała dokonać się duża rewizja wyceny jego wartości przez długoterminowy kapitał portfelowy. Na razie jednak jest za dużo chaotycznych zwrotów akcji, którymi karmi się kapitał spekulacyjny.

Na nadziejach porozumienia brexitowego korzysta też EUR z EUR/USD podchodzącym pod 1,11. W końcu brexit jest problemem nie tylko Wielkiej Brytania, ale w zasadzie całej Europy – od strony ewentualnych zatorów w handlu po dokładanie dodatkowego czynnika niepewności dla biznesu i konsumentów hamującego ich decyzje ekonomiczne. Bez obaw o brexit z tyłu głowy, inwestorzy mogliby się skupić na innych elementach mających wpływ na EUR/USD. Dane makro w Eurolandzie już są złe, a w USA się pogarszają. EBC zdaje się zrobił, co mógł (nie zaszkodzi bardziej EUR), a ruch należy teraz do polityki fiskalnej (co powinno być pozytywne dla waluty). Po stronie dolara Fed ma przestrzeń do dalszego luzowania polityki pieniężnej z kolejną obniżką bardzo prawdopodobną jeszcze w tym miesiącu. Wczoraj rozczarowujące dane o sprzedaży detalicznej podkopały zaufanie do dotychczas silnej postawy konsumentów. A przy zepchnięciu (chwilowo) na dalszy plan tematu sporu handlowego USA-Chiny, USD stracił atut bezpiecznej przystani dla kapitału trzymanego w ryzykownych aktywach. EUR/USD ma swój moment, by odmienić trend na dłużej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wzrośnie liczba transakcji restrukturyzacyjnych w Europie Środkowej

Aktywność inwestorów na rynku fuzji i przejęć w Europie Środkowej spadła w pierwszym połroczu. Jednak eksperci kancelarii prawnej Wolf Theiss wskazują, że narastające problemy płynnościowe spółek z sektora przemysłowego i handlu detalicznego mogą przyciągać inwestorów zainteresowanych aktywami podmiotów w trudnej sytuacji finansowej.

Spodziewamy się, że w Europie Środkowej wzrośnie liczba transakcji na   aktywach w sytuacji nieregularnej.  Przewidujemy, że będzie to dotyczyć zwłaszcza branży motoryzacyjnej, stalowej i handlu detalicznego – powiedział Lech Giliciński, Partner i szef praktyki Restrukturyzacji i Upadłości w warszawskim biurze Wolf Theiss podczas tegorocznego CEE M&A and Private Equity Forum.

Lech Giliciński prowadził podczas Forum debatę poświęconą inwestycjom w aktywa w upadłości i restrukturyzacji. Jego zdaniem kłopoty niemieckich firm motoryzacyjnych przełożą się na trudności poddostawców w regionie Europy Środkowej. W sektorze stalowym wzrost wolumenu sprzedaży aktywów w restrukturyzacji wynikać będzie ze spadku popytu na stal na świecie, natomiast w branży detalicznej kłopoty płynnościowe pojawiać się mogą w związku z rosnącą konkurencją sektora e-commerce i dynamicznymi zmianami w nawykach konsumenckich.

Obawy o światowe spowolnienie gospodarcze ostudziły zapał inwestycyjny w regionie Europy Środkowej i zmniejszyły aktywność na rynku fuzji i przejęć w bieżącym roku. Jak wynika z danych serwisu Mergermarket opublikowanych podczas Forum łączna wartość transakcji fuzji i przejęć w Europie Środkowej spadła w pierwszym półroczu o 16 proc. do 11,2 mld euro w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku. Liczba transakcji zmniejszyła się w tym okresie do 306 z 334.

Europa Środkowa podąża za globalnymi trendami inwestycyjnymi – powiedział Jacek Michalski, Partner i szef zespołu Doradztwa Korporacyjnego oraz Fuzji i Przejęć w Wolf Theiss w Warszawie. – Pomimo, że większość krajów w regionie może pochwalić się zdrowymi fundamentami, obawy o światowy wzrost gospodarczy, jak również wygórowane oczekiwania cenowe sprzedających negatywnie wpływają na rynek fuzji i przejęć.

Tegoroczne CEE and Private Equity Forum, które miało miejsce w Warszawie w październiku, zostało zorganizowane we współpracy z serwisem Mergermarket. Oprócz tematów związanych z restrukturyzacją i sprzedażą aktywów w sytuacji nieregularnej, uczestnicy dyskutowali również o trendach na rynkach fuzji i przejęć w regionie, pozyskiwaniu finansowania oraz strategiach budowania wartości przedsiębiorstw.

Główne wnioski jakie płyną z Forum to rosnąca rola funduszy private equity i venture capital w finansowaniu innowacyjnych przedsiębiorstw – powiedział Przemek Kozdój, Partner i szef zespołu Bankowości i Finansów w kancelarii Wolf Theiss w Warszawie. – Rola funduszy zyskuje na znaczeniu zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę spadającą aktywność inwestorów na lokalnych giełdach oraz coraz mniejszą liczbę spółek zainteresowanych pozyskaniem finansowania na rynkach publicznych.

Toyota wzmacnia swoją pozycję na europejskim rynku

  • W pierwszych trzech kwartałach 2019 roku Toyota Motor Europe zanotowała 5,3-procentowy udział w rynku;
  • Wzrost sprzedaży rok do roku o 16% dzięki rosnącej popularności hybryd i nowym modelom;
  • Rekordowy udział hybryd w całkowitej sprzedaży Toyoty na poziomie 52%.

W trzecim kwartale 2019 roku Toyota Motor Europe (TME) utrzymała bardzo dobrą sprzedaż z pierwszego półrocza. Przyczyniły się do tego nowe modele oraz bogata gama hybryd. Od stycznia do września 2019 roku TME sprzedała 838 691 aut, notując 3,1-procentowy wzrost przy kurczącym się rynku.

Matt Harrison, wiceprezydent Toyota Motor Europe
Matt Harrison, wiceprezydent Toyota Motor Europe

„W pierwszej połowie tego roku sprzedaż naszych samochodów osiągnęła rekordowe poziomy, zaś w trzecim kwartale nie zwolniliśmy tempa. Choć europejski rynek samochodów słabnie, sprzedaż Toyota Motor Europe wzrosła, do czego przyczyniła się popularność hybryd. Przewidywaliśmy, że w tym roku nasz udział w rynku wzrośnie, ale rzeczywisty poziom zainteresowania naszymi modelami przerósł oczekiwania. Jesteśmy przekonani, że czwarty kwartał przyniesie równie dobre wiadomości i że roczna sprzedaż naszej firmy w Europie przekroczy zakładane 1 065 000 egzemplarzy” – powiedział Matt Harrison, wiceprezydent Toyota Motor Europe.

Wyniki sprzedaży Toyota Motor Europe

W tym roku, od stycznia do września, Toyota Motor Europe sprzedała 838 691 samochodów, o 3,1 procent więcej niż w tym samym okresie 2018 roku. To spowodowało, że udział TME w rynku motoryzacyjnym w Europie wzrósł o 0,3 punktu procentowego do 5,3 procent.

Sprzedaż hybryd zwiększyła się rok do roku o 16% do liczby 435 881 egzemplarzy. Stanowią one już 52% wszystkich samochodów dostarczonych klientom przez europejski oddział koncernu, a w krajach Europy Zachodniej i Środkowej 62%. Na rynkach wschodnich, obejmujących Rosję, Ukrainę, Kazachstan, kraje Kaukazu, Turcję i Izrael, hybrydy odpowiadają za 23% sprzedaży TME.

Wyniki sprzedaży marki Toyota w Europie

Europejscy klienci kupili w tym roku 775 201 samochodów marki Toyota, o 2,6% więcej niż w ciągu pierwszych 9 miesięcy 2018 roku. Najpopularniejszy model to Yaris – na drogi wyjechało 177 538 egzemplarzy miejskiego hatchbacka w omawianym okresie. Drugie miejsce zajęła Corolla z wynikiem 158 579 egzemplarzy, a trzecie Toyota RAV4 notująca 107 633 sprzedanych aut. Największymi wzrostami wykazały się modele Mirai (+76%), Camry (+30%) i RAV4 (+24%).

Liderem rynku hybryd jest nowa Corolla Hybrid, której sprzedaż wyniosła 113 926 aut. Na drugim miejscu znalazła się Toyota C-HR Hybrid (86 330 egz.), na trzecim Yaris Hybrid (86 330 egz.), a na kolejnym RAV4 Hybrid (75 168 egz.).

W porównaniu do tego samego okresu 2018 roku popularność hybryd Toyoty wzrosła o 15% do liczby 392 804 aut. Ich udział w całkowitej sprzedaży marki wynosi 51%, w tym w Europie Zachodniej i Środkowej 60%, zaś 22% na rynkach Europy Wschodniej i krajów ościennych (Izraela, Turcji, Kazachstanu, Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu).

Z bardzo dobrym przyjęciem klientów spotkała się Corolla w wersjach Hatchback i TS Kombi, których gama napędowa obejmuje dwa układy hybrydowe – 122-konny z silnikiem 1,8 l oraz 184-konny, oparty na silniku 2,0 l. Strategia wprowadzenia do oferty dwóch napędów hybrydowych o różnej mocy i charakterystyce zaowocowała 84-procentowym udziałem hybryd w sprzedaży Corolli Hatchback i TS Kombi (89 835 egz.). Corolla Sedan jest po raz pierwszy dostępna z napędem hybrydowym, który odpowiada za około połowę sprzedaży tej wersji nadwozia (24 091 egz.). Udział napędu hybrydowego w sprzedaży nowej Toyoty C-HR wynosi prawie 90%. W Europie Zachodniej i Środkowej napęd hybrydowy odpowiada za 80% sprzedaży SUV-a RAV4.

Wyniki sprzedaży Toyoty od stycznia do września 2019 roku

 

Toyota Motor Europe 838 691
 
TOYOTA 775 201
AYGO 78 530
Yaris (łącznie) 177 538
  Yaris Hybrid 86 330
Corolla (łącznie) 158 579
  Corolla Hybrid 113 926
Corolla HB i TS Kombi (łącznie) 106 835
  Corolla HB i TS Kombi Hybrid 89 835
Corolla Sedan (łącznie) 51 744
  Corolla Sedan Hybrid 24 091
Toyota C-HR (łącznie) 106 632
  Toyota C-HR Hybrid 94 536
Avensis 1 242
Rodzina Priusa 16 974
Prius 4 240
Prius+ 10 731
Prius Plug-in Hybrid 2 003
Mirai 220
Camry (łącznie) 37 997
  Camry Hybrid 5 870
GT86 787
RAV4 (łącznie) 107 633
  RAV4 Hybrid 75 168
Highlander 1 159
Land Cruiser 32 500
Hilux 28 563
PROACE 21 844
Inne modele 5 003

 

Brak biegłych, słaba jakość opinii – taka przyszłość może czekać frankowiczów w sądach

W sprawach frankowych często opinie biegłych są kluczowe. Już teraz sporządzanie ich trwa nawet do 6 miesięcy, a ten czas wciąż się wydłuża. Jeśli po ostatnim wyroku TSUE przybędzie pozwów, liczba biegłych może być niewystarczająca. Dodatkowo niskie stawki i opóźnienia w płatnościach zniechęcają do przyjmowania zleceń. Sądy uspokajają jednak, że opiniodawców nie zabraknie i będą posiłkować się nimi spoza właściwości miejscowej. Eksperci z kolei ostrzegają, że realnym zagrożeniem jest wydłużenie czasu trwania postępowań, a ewentualne powoływanie osób bez doświadczenia może wpłynąć na jakość ekspertyz.

Rozstrzygające opinie

W pozwach o zapłatę powód zobowiązany jest podać wartość przedmiotu sporu, czyli dokładną kwotę roszczenia, której dochodzi od banku. Może ona wynikać z nieważności umowy lub z wyeliminowania z niej postanowień dot. waloryzacji kredytu do franka szwajcarskiego i dotyczyć wyliczenia nadpłaty z powodu bezskuteczności klauzul indeksacyjnych lub denominacyjnych.

– Bardzo często strony podnoszą w pozwach konieczność ustalenia całkowitego kosztu kredytu i rzeczywistej rocznej stopy procentowej. Wnoszą o opisanie obiegu środków finansowych, jakie towarzyszyły udzieleniu kredytu indeksowanego czy denominowanego do CHF. Niejednokrotnie wymagane jest też przedstawienie czynników wpływających na zmiany kursów walut oraz na wysokość spreadu stosowanego przez rynek walutowy – mówi Krzysztof Michrowski, wpisany na listę biegłych sądowych z dziedziny bankowości i inżynierii finansowej przy Sądzie Okręgowym w Warszawie.

Ponadto w niektórych przypadkach trzeba ustalić, czy np. zawarte przez pozwany bank transakcje na instrumentach pochodnych mogły służyć finansowaniu kredytu waloryzowanego do CHF. Do przeprowadzenia tego typu analiz konieczne jest posiadanie specjalistycznej wiedzy z zakresu bankowości, finansów oraz matematyki finansowej. W tym celu należy powołać biegłego sądowego.

– Oczywiście sprawy mogą toczyć się bez opinii biegłych. Sądy zlecają sporządzenie ich, gdy same uznają to za niezbędne do rzetelnego podejmowania decyzji. Wyniki ekspertyz są dla nich merytorycznym wsparciem przy wydawaniu orzeczeń – wyjaśnia Mariusz Śliwiński, wpisany na listę biegłych sądowych przy Sądzie Okręgowym w Poznaniu oraz przy Sądzie Okręgowym w Warszawie.

Czas to nie pieniądz

Jak podkreśla Krzysztof Michrowski, proces tworzenia opinii jest bardzo skomplikowany i czasochłonny. Samo wyliczenie wartości przedmiotu sporu dla wprawionego biegłego, dysponującego stworzonymi przez siebie arkuszami kalkulacyjnymi, trwa około tygodnia. W bardziej skomplikowanych przypadkach dotyczących funkcjonowania rynku walutowego i roli banku jako jego uczestnika, może zająć nawet dwa miesiące.

– Do pracy biegłego należy zapoznanie się z aktami sprawy. W przypadku kredytów CHF to może być od 2 do 10 tomów, z których każdy jest dzielony na 200 kart. Na podstawie tych dokumentów należy udzielić jak najbardziej obiektywnych odpowiedzi na pytania zadane przez sąd. Często trzeba też przeprowadzić wiele bardzo szczegółowych obliczeń, np. z pomocą arkusza kalkulacyjnego. Przygotowanie opinii zajmuje od 50 do nawet 150 godz. Przeciętnie trwa ok. 100 godzin – zaznacza Mariusz Śliwiński.

Natomiast Krzysztof Michrowski informuje, że obecnie postępowanie sądowe w sprawie kredytu frankowego może trwać od ok. 2 do 3 lat. Biegli z zakresu bankowości, których jest w Polsce relatywnie niewielu, otrzymują wciąż nowe zlecenia opracowania opinii, a czas na ich sporządzenie wynosi nawet do 6 miesięcy. Ekspertów zniechęca relatywnie niskie wynagrodzenie w stosunku do specjalizacji i zakresu podejmowanych czynności. Można zatem przewidywać, że po głośnym wyroku TSUE, który daje frankowiczom pewnego rodzaju nadzieję, liczba biegłych zajmujących się tego typu sprawami okaże się niewystarczająca.

– Już teraz sądy są bardzo mocno obciążone liczbą opinii do sporządzenia. Stawki za ich wydawanie nie są podnoszone od wielu lat. Do tego trzeba dodać, że często występują znaczące opóźnienia w płatnościach. Bywa, że biegły czeka nawet ponad pół roku na swoje wynagrodzenie, a wcześniej musi opłacić podatki. Jest to mocno zniechęcające do tego typu pracy. Trudno godnie z niej żyć i tylko na niej się koncentrować. Dla wysokiej klasy specjalistów często pozostaje ona pewnego rodzajem misji społecznej – przyznaje Mariusz Śliwiński.

Wystarczające zasoby?

Na listach, które prowadzą prezesi sądów okręgowych, biegłych legitymujących się specjalizacją z zakresu finansów jest ok. 900, z rachunkowości – blisko 1000, zaś z dziedziny bankowości – w przybliżeniu 200. Występują różnice w liczbie ww. ekspertów ustanowionych przy poszczególnych sądach. Jak podaje Ministerstwo Sprawiedliwości, do wydania opinii sąd może powołać osobę, która posiada wiadomości specjalne, istotne dla jej rozstrzygnięcia, zatem nie tylko osobę pełniącą funkcję biegłego sądowego.

– Na liście biegłych z dziedziny finansów i bankowości Sądu Okręgowego w Łodzi figuruje dziewięć osób. Nic nie wskazuje na to, aby ich liczba była niewystarczająca. W zależności od sytuacji sąd może też zlecić wykonanie opinii ekspertowi z innego sądu okręgowego lub powołać biegłego ad hoc – stwierdza SSO Monika Pawłowska-Radzimierska, tamtejszy rzecznik prasowy ds. cywilnych.

Z kolei sędzia Marcin Kołakowski, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego Warszawa-Praga, uważa, że liczba biegłych z zakresu finansów i bankowości, wpisanych na listy prezesów sądów okręgowych nie stanowi problemu. W przypadku znacznego wzrostu tego typu spraw można zwracać się do innych specjalistów, np. biegłych rewidentów czy profesorów wyższych uczelni ekonomicznych.

– Z moich obserwacji wynika, iż kolejki w sądach już teraz są duże i cały czas rosną. To, że ktoś jest wpisany na listę biegłych w jednym czy w drugim sądzie lub pracuje na uczelni, wcale nie oznacza, że będzie chciał się zająć tego typu sprawami i ma ku temu wystarczające kompetencje. Być może w przyszłości będzie potrzebne rozwiązanie systemowe tego problemu – zauważa Mariusz Śliwiński.

Brak ryzyka?

Zdaniem Tomasza Buczka, Sekretarza Generalnego Polskiego Stowarzyszenia Rzeczoznawców i Biegłych Sądowych, nie powinniśmy ulegać panice, że zabraknie specjalistów. Wyrok w sprawie tzw. frankowiczów uprościł procedury przeliczenia kredytów. Oznacza to, że nie są potrzebni wyłącznie biegli z zakresu prawa bankowego. Sądy mogą posiłkować się opiniami innych ekspertów, np. z dziedziny rachunkowości, finansów czy ekonomii, jak również mają możliwość korzystania z instytutów, które są uprawnione do wydawania opinii. Ważne jest to, aby wybrany człowiek bądź podmiot mógł prawidłowo wykonać ekspertyzę i dostarczyć dowody w sprawie. Jednak nie wszyscy biegli podzielą to zdanie.

– W mojej opinii, biegły powinien specjalizować się w bankowości i finansach lub w rachunkowości bankowej i matematyce finansowej. Ponadto bardzo przydatne jest doświadczenie stricte bankowe. Istotna jest znajomość produktów kredytowych, w tym jego składowych parametrów. Nie każdy ekspert posiada takie doświadczenie, a źle napisaną opinię bardzo łatwo jest podważyć. Pozwów kredytowych przybywa, a liczba biegłych jest ograniczona. To może znacznie wydłużyć czas trwania procesu sądowego, a powoływanie osób bez doświadczenia i specjalistycznej wiedzy niewątpliwie wpłynie na jakość przygotowywanych opinii – ostrzega Krzysztof Michrowski.

Według sędzi Sylwii Urbańskiej, rzecznika prasowego ds. cywilnych Sądu Okręgowego w Warszawie, w razie znaczącego wzrostu wpływu spraw rzeczywiście istnieje ryzyko, że liczba biegłych będzie niewystarczająca. Obecnie trudno przewidzieć, ilu ich może brakować np. za kilka miesięcy. Zależeć to będzie od tego, jak wiele pozwów dotyczących kredytów indeksowanych czy denominowanych do franka szwajcarskiego wpłynie do sądów. Znaczenie będzie miało też to, czy w danej sprawie w ogóle będzie dopuszczany dowód z opinii biegłego. Dotychczas nie w każdym tego typu przypadku występował.

Energetyka napędzana przez innowacje

Innowacje i nowe technologie to dziś główna siła napędzająca rozwój energetyki. Wykorzystanie innowacyjnych rozwiązań pochodzących z różnorodnych sektorów rynku pozwala tej branży m.in. na zwiększenie konkurencyjności, uzyskiwanie dodatkowych źródeł przychodu, optymalizację kosztów czy podnoszenie jakości produktów i usług.

Raport „Innowacje dla Energetyki. Kierunki Rozwoju Innowacji Energetycznych”, wydany przez Ministerstwo Energii, jako jeden z celów wdrażania innowacji w energetyce wskazuje zwiększenie konkurencyjności polskiego sektora energii, do którego z kolei przyczyniają się m.in. stałe podnoszenie zaawansowania technologicznego czy jakości jego funkcjonowania oraz optymalizacja wykorzystania  zasobów, którym on dysponuje. By osiągnąć te założenia, firmy z branży energetycznej mogą sięgać po innowacyjne technologie i ich aplikacje z różnych sektorów rynku – od IT po space-tech. –  Sektor kosmiczny jest przykładem gałęzi przemysłu, dostarczającej innowacyjnych technologii, które odpowiednio zaadaptowane, mogą usprawniać pracę podmiotów z sektora energetycznego zajmujących się zarówno konwencjonalnymi, jak i niekonwencjonalnymi źródłami energii – komentuje Jędrzej Kowalewski, prezes spółki Scanway.

Setki tysięcy oszczędności dla farm wiatrowych

Jako przykład technologii tworzonych na potrzeby sektora kosmicznego, możliwych do zastosowania w energetyce, można podać systemy wizyjne i pomiary 3D, konkretniej np. laserową kontrolę stanu turbin wiatrowych. Scanway wykorzystując swoje know-how z zakresu projektowania optyki na potrzeby projektów kosmicznych, w tym budowy we współpracy z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju polskiego satelity ScanSAT, przygotował takie aplikacje m.in. dla Zakładów H. Cegielski – Poznań S.A. Autorskie systemy pomiaru trójwymiarowego spółki pozwoliły na precyzyjne określenie ubytków i niedokładności mechanicznych w korpusach przekładni turbin wiatrowych. Zestaw skanerów 3D umożliwił zaawansowaną optymalizację procesu remontowego oraz prowadzenia prac serwisowych.

Taka optymalizacja procesu serwisowania oznacza skrócenie przestojów
i przekłada się na konkretne liczby – w przypadku farmy
wiatrowej składającej się z 50 turbin, oszczędności z niej wynikające mogą wynosić nawet do 200 tys. zł rocznie – komentuje Kowalewski.  Zakłady H. Cegielski to nie jedyna firma korzystająca z rozwiązań Scanway – firma współpracowała również ze spółkami kapitałowymi PGE – Naszą ofertę dedykujemy podmiotom, które na branżę energetyczną patrzą przez pryzmat odpowiedzialności, niezawodności i innowacji. Rozwiązania Scanway prezentujemy m.in. na  branżowych wydarzeniach, w tym na  V Kongresie Energetycznym oraz Kongresie Nowego Przemysłu, gdzie spotkały się one z dużym zainteresowaniem – dodaje CEO wrocławskiej spółki.

Z kosmosu do polskiej energetyki

Z aplikacji technologii pochodzących z branży space-tech mogą korzystać nie tylko farmy wiatrowe. Wspominany już Scanway, pracuje nad technologią monitorowania składu węgla w kopalniach z użyciem technologii stosowanej przez NASA na Marsie. Takie rozwiązanie wsparłoby środowiska polskiej energetyki konwencjonalnej, ponieważ w sposób pośredni pozwala znacznie zmniejszyć emisję szkodliwych substancji przy produkcji energii.

Energetyce może przysłużyć się również rozwój polskich satelitów i obserwacji zdalnych. Przykładowo prace nad satelitą ScanSAT, który planowo ma znaleźć się na orbicie na przełomie 2020 i 2021 roku, doprowadziły do opracowania przez Scanway precyzyjnego, zminiaturyzowanego układu optycznego, który zamontowany na dronach może być wykorzystywany np. w detekcji wycieku gazów, monitorowaniu stanu sieci energetycznych lub kopalni odkrywkowych.

Takie wykorzystanie innowacyjnych technologii bezpośrednio wpływa na unowocześnianie się polskiego sektora energii na wielu płaszczyznach jego funkcjonowania – od pozyskiwania surowca, przez jego przesył, zarządzanie zużyciem czy też optymalizację kosztową, przekładającą się na wdrażanie konkurencyjnych modeli biznesowych w energetyce.

Integracja branży energetycznej z branżami pozornie jej dalekimi, jak właśnie space tech, i aplikacje proponowanych przez nie innowacji przyczyniają się do zwiększenia efektywności procesu wytwarzania i wykorzystania energii – komentuje Jędrzej Kowalewski. Mogą się też przyczynić do niezakłóconego funkcjonowania systemu energetycznego, co w skali makro może przekładać się na podnoszenie bezpieczeństwa energetycznego, jakości oferty całej branży oraz jej konkurencyjności.

Innowacje tak, ale skąd?

Źródłem innowacji dla branży energetycznej mogą być rozwiązania tworzone przez firmy działające w różnej skali i w różnych sektorach rynku, choć najwięksi gracze
z sektora szczególną uwagę przywiązują do startupów. Przykładowo w ramach grupy PGE powołany został PGE Ventures, fundusz Venture Capital, którego celem jest inwestowanie w start-upy, z kolei PGNIG utworzyło inkubator technologiczny InnVento wspierający rozwój
star­tu­pów z branży ener­ge­tycz­nej oraz poszu­ki­wa­nie nowych tech­no­lo­gicz­nych roz­wią­zań dla branży. Innym przykładem jest powstanie spółki-córki Energa – firmy Enspiron, która działa w obszarze tworzenia rozwiązań dla nowoczesnej energetyki. Szczególne znaczenie dla przepływu technologii między różnymi sektorami przemysłu ma ich otwartość na nowe rozwiązania, nawet jeśli nie mają one między nimi przełożenia 1:1, a wymagają odpowiedniego zaadaptowania i przygotowania indywidualnych ich aplikacji. – W naszym przypadku i technologii związanych z sektorem kosmicznym się to sprawdza – czerpiąc z know-how ze zrealizowanych projektów przekładamy rozwiązania „kosmiczne” na potrzeby przemysłu, w tym energetycznego – podsumowuje Jędrzej Kowalewski. Przykłady te pokazują, że wykorzystanie innowacji i nowych technologii w energetyce to szeroki obszar, który rokuje na jej dalszy dynamiczny rozwój.

CSR 2.0, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu ważniejsza niż kiedykolwiek

Jak być społecznie odpowiedzialnym? To pytanie zadaje sobie wielu przedsiębiorców, którzy chcą nie tylko z powodzeniem prowadzić biznes, ale także brać odpowiedzialność za swoje działania i wprowadzać zmiany, które będą mieć większe znaczenie. CSR, czyli Corporate Social Responsibility nie jest w Polsce nowym zjawiskiem. Udział w akcjach charytatywnych, organizowanie pomocy np. dla lokalnej społeczności, itp. znalazło stałe miejsce w polityce nie tylko największych korporacji, ale i mniejszych firm.  Jeżeli takie postępowanie jest powszechne, to, czy ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie i przynosi pozytywne skutki? Okazuje się, że CSR nadal  jest potrzebny, jednak dzisiaj coraz częściej przyjmuje postać dbania o sustainability. To model zarządzania przedsiębiorstwem, który zakłada zrównoważony rozwój firmy. Ta, która funkcjonuje zgodnie z tą polityką, skupia się nie tylko na ekologii i zmniejszeniu swojego negatywnego wpływu na środowisko, ale także na odpowiedzialnym podejściu do pracowników i tworzeniu rozwiązań, z których może czerpać całe społeczeństwo. Dobrze dobrana strategia CSR 2.0 marki niesie korzyści dla wszystkich i nie można ukrywać, że po prostu danej firmie się opłaca.

CSR: wymóg biznesowy XXI wieku

Doświadczenie wielu marek pokazuje, że prowadzenie działalności nastawionej jedynie na zysk w pewnym momencie obraca się przeciwko firmie, a w dzisiejszych czasach po prostu na dłuższą metę paradoksalnie się nie opłaca. W wielu przypadkach w ogóle nie jest również możliwe. Przedsiębiorstwa, szczególnie korporacje i wielkie zakłady, na które są zwrócone oczy wszystkich, czują presję, by po pierwsze, zniwelować swój negatywny wpływ na środowisko naturalne, a co więcej, by podejmować działania, które przedłużą życie naszej Planecie i pomogą ludziom, którzy cierpią z powodu zmian klimatycznych. Tego oczekują klienci, interesariusze, całe społeczności. Globalizacja oprócz oczywistych negatywnych skutków, przyniosła także „modę” na pomaganie. Niesienie pomocy dla potrzebujących jest kluczowe we współczesnym świecie, ale nie można także ukrywać, że jest dobrze widziane. Szczególnie w przypadku firm, które mogą sobie pozwolić na pomoc finansową czy oferowanie swoich usług pro bono. Tutaj panuje po prostu zasada: stać Cię, a nie pomagasz, to jesteś tym złym.

Niesienie pomocy przez biznes stało się obecnie ważniejsze niż kiedykolwiek. W Intrum od dawna pracujemy zgodnie z zasadami sustainability. Co ważne, podejmowane przez nas inicjatywy, bardzo często są proponowane przez samych pracowników. Dlaczego to ważne? Uważamy, że firma nie może po prostu narzucić pracownikom polityki zrównoważonego rozwoju i postanowić, że od poniedziałku będzie działać fair, w trosce o społeczeństwo czy środowisko. Podejmowane działania powinny zdobyć akceptację zespołu i być w zgodzie z tożsamością i wartościami danej marki. Nikt nie uwierzy, że firma X chce nieść pomoc i czynić realne zmiany czy to w swoim otoczeniu, czy to globalnie, jeżeli ma zupełnie odmienny wizerunek, jest znana z tego, że źle traktuje pracowników lub nie liczy się z konsekwencjami środowiskowymi swojej działalności. Dlatego przedsiębiorstwo, dla którego ważny jest CSR i szerzej – dbanie o zrównoważony rozwój – musi podejść kompleksowo do sprawy. Nie wystarczą pojedyncze akcje, a długofalowy plan działania, który jest nastawiony na konkretny cel. Firma, która chce być odpowiedzialna społecznie, powinna mieć na stałe wpisaną taką postawę w swój model biznesowy – komentuje Iwona Żurawska, Dyrektor HR w Intrum.

Tak robi Intrum. Świetnym przykładem jest Annual and Sustainability Report 2018, czyli dokument, w którym jest zapisana strategia firmy dotycząca dbania o środowisko, potrzeby pracowników i niesienia pomocy dla społeczeństwa. Grupa Intrum pokazuje w nim również, jakie inicjatywy w tych obszarach podjęła w danym roku i planuje w kolejnych miesiącach, zarówno na poziomie globalnym, jak i lokalnie, jeżeli chodzi o 25 krajów w całej Europie, w których marka jest obecna.

Pomaganie jest proste i nie kosztuje wiele

Zdarza się, że wiele firm przed pomaganiem i byciem odpowiedzialnym społecznie powstrzymuje obawa, że takie działania wymagają sporo czasu, a także podjęcia wielu dodatkowych środków, również tych finansowych. Nic bardziej mylnego, ponieważ w tym przypadku od skali pomocy, bardziej liczy się efekt, a jak dodaje Iwona Żurawska, największą „siłę rażenia” mają działania podejmowane lokalnie, bo przynoszą realną pomoc w krótkim czasie.

– Jeżeli chodzi o pomoc dla najbardziej potrzebujących, skupiamy się na lokalnych społecznościach, fundacjach, firmach, itp. Nasi pracownicy ze wszystkich lokalizacji, w których działamy (Warszawa, Wrocław, Białystok), angażują się np. w zbiórki pieniędzy dla tych mniej uprzywilejowanych lub po prostu dla osób, które znalazły się w ciężkiej sytuacji życiowej, miejscowych schronisk dla zwierząt, itp. Działając w ten sposób, widzimy, kto w naszym otoczeniu potrzebuje pomocy, ponieważ znamy sytuację naszych „sąsiadów”. Możemy także na bieżąco kontrolować podejmowane przez nas kroki
i sprawdzać, czy przynoszą efekty.

Pracodawco, nie zapominaj o pracownikach!

CSR 2.0 lub troska o zrównoważony rozwój, oznacza również dbanie o pracowników. Nie chodzi jednak tylko o działania employer brandingowe, czy o spełnianie potrzeb obecnych czy potencjalnych pracowników. Ważne jest także zachęcenie zespołu np. do wyrobienia w sobie odpowiednich nawyków, by ludzie sami chcieli podejmować działania, chociażby na rzecz środowiska czy pomocy innym, by wiedzieli, że jest to ważne. Inną kwestią jest dbanie o właściwą komunikację z zespołem i regularne podejmowanie takich kroków, dzięki którym pracownicy danej firmy będą tworzyć zgraną grupę, która efektywnie pracuje.

Działania employer brandingowe, ukazujące daną firmę, jako atrakcyjnego pracodawcę, dbającego o dobro pracowników, muszą zostać uzupełnione o tematy, które są ważne dla pracowników, np. stawianie na ekologię w miejscu pracy
i podejmowanie szeregu działach pokazujących, że dana marka postępuje etycznie, ma jasno określony kodeks postępowania i go przestrzega, dba o przejrzystość zasad prowadzenia biznesu, postępuje fair z partnerami biznesowymi, podwykonawcami. Przy tym nie należy zapominać, że tworzenie komfortowego miejsca pracy dla wszystkich pracowników oraz dawanie im możliwości rozwoju i zdobywania kolejnych umiejętności, to podstawa, dla każdego pracodawcy, który chce działać zgodnie z filozofią CSR 2.0 –
zaznacza Iwona Żurawska, Dyrektor HR w Intrum.

Zrównoważony rozwój firmy to również stawianie na budowanie zespołu zróżnicowanego pod względem płci i wieku. Różnorodność jest wartością samą w sobie, a w miejscu pracy wpływa pozytywnie na pracę zespołu, jego motywację,  podejście do rozwiązywania problemów, itp. Dbanie o prawa człowieka, godne warunki pracy i szacunek dla pracowników, to zresztą oczywiste kwestie.

Ile zyskamy?

Benefitów dla samej firmy wynikających z dobrze przygotowanej strategii CSR jest tyle, ile pomysłów ma dana organizacja na ich zrealizowanie. W każdym przypadku jednak firma zyskuje w oczach pracowników – obecnych i przyszłych, także swoich klientów. Zdobywa kolejne narzędzie, dzięki którym może zawalczyć o konkurencyjność rynkową. Każde działanie wymaga jednak wyczucia oraz znajomości firmy na tyle, aby ocenić, jakie rozwiązania może wdrożyć w życie i jak zostaną one odebrane przez społeczeństwo, otoczenie biznesowe i przede wszystkim potencjalnych beneficjentów.

Korzyści, jakie będzie czerpać firma z bycia odpowiedzialną społecznie, są ważne, jednak główny celem podejmowania działań z obszaru CSR czy sustainability powinna być chęć dokonywania zmian, które mają znaczenie dla społeczeństwa, gospodarki, środowiska i tworzenie nowych rozwiązań, które w jakimś wymiarze ułatwiają życie innym. Taki jest kierunek,
w którym podążają zachodnie firmy z rozwiniętych społeczeństw. Dla nich nie liczy się już tylko pogoń za zyskiem. Chcą czegoś więcej. Chcą stawać się „lepsze” dla siebie, innych, dla społeczeństwa.

Co wyrok TSUE oznacza dla banków i kredytobiorców?

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej przesądził o kluczowych zagadnieniach, związanych z kredytami we frankach. Orzekł, że niezgodne z prawem zapisy o kursach walut – które znalazły się w umowach, są podstawą do unieważnienia ich. Jednocześnie w orzeczeniu widzimy zapis, że na wyrok ten może się powoływać konsument, dochodzący swoich spraw. Otrzymaliśmy więc mocne narzędzie, dzięki któremu wszyscy klienci decydujący się na rozprawę w sądzie mogą walczyć o unieważnienie swojej umowy kredytowej. Trzeba jednak pamiętać, że wyrok ten wskazuje unieważnienie jako jedyną słuszną drogę rozwiązania tych spraw. Eliminuje to więc możliwość ubiegania się o rozwiązanie: złotówki oparte o stopę LIBOR, o którym to rozwiązaniu rozpisywały się media przed ogłoszeniem wyroku. Dla kredytobiorców oznacza to większą pewność przy składaniu pozwów. Wciąż jednak muszą liczyć się z paroletnią batalią sądową.

Barbara Garlacz, radczyni prawna
Barbara Garlacz, radczyni prawna

– TSUE w wyroku numer C260/18 przesądził podstawową ścieżkę orzeczniczą, którą jest unieważnienie umowy. Należy się więc spodziewać, że sądy będą dążyły do rychłego zamykania tych spraw. Z drugiej jednak strony wzrasta liczba klientów, pozywających swoje banki – co spowoduje przedłużanie procesów sądowych. Trzeba więc przygotować się na 3 lub 4 lata walki – powiedziała serwisowi eNewsroom Barbara Garlacz, radczyni prawna. – Kredytobiorcy mogą liczyć na to, że za trzy lata banki zaczną siadać do rozmów ugodowych. W tej chwili nie będą chciały rozmawiać o ugodach – na razie obserwują, jak orzeczenie TSUE będzie implementowane przez sądy powszechne. A to wydarzy się dopiero wtedy, gdy pojawią się orzeczenia Sądu Najwyższego i sądów apelacyjnych – które będą dla sądów powszechnych definitywnie wiążące. Na te orzeczenia poczekamy jeszcze ponad dwa lata. Wtedy zobaczymy, jak zachowają się banki. Możliwe, że po kilkudziesięciu przegranych sprawach zdecydują się na ugody z klientami – przewiduje Garlacz.

Po informacji o zniesieniu wiz do USA wzrosło zainteresowanie Polaków lotami za ocean. Zwiększy się liczba połączeń, a bilety będą tańsze

Po informacji o zniesieniu wiz do USA wzrosło zainteresowanie Polaków lotami za ocean. Zwiększy się liczba połączeń, a bilety będą tańsze 1

Stany Zjednoczone są trzecią po Francji i Hiszpanii najchętniej odwiedzaną destynacją przez turystów na świecie. W przypadku polskich turystów nie ma ich nawet w dwudziestce najpopularniejszych kierunków. Dzięki zniesieniu wiz zainteresowanie podróżami do USA znacznie wzrośnie. Już zaraz po zapowiedzi zniesienia wiz Polacy szukali lotów do Stanów Zjednoczonych trzykrotnie częściej niż weekend wcześniej. Na zniesieniu wiz skorzystają polskie i amerykańskie biura turystyczne. Zwiększy się też liczba połączeń.

– Zniesienie wiz zdecydowanie zwiększy zainteresowanie polskich turystów Stanami Zjednoczonymi. USA są trzecią po Francji i Hiszpanii najchętniej odwiedzaną destynacją przez turystów na świecie. W przypadku polskich turystów, za sprawą ograniczeń wizowych i wysokich kosztów wyjazdów, nie ma ich nawet w dwudziestce. A Polacy podróżują coraz więcej i dalej, więc potencjał tego rynku jest duży. Zresztą sama zapowiedź zniesienia wiz spowodowała wzrost wyszukiwania ofert przelotów do Stanów Zjednoczonych kilkukrotnie – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Daniel Puciato, prof. WSB, menedżer kierunku turystyka i rekreacja w Wyższej Szkole Bankowej we Wrocławiu.

Polacy z roku na rok coraz więcej podróżują. GUS podaje, że na wyjazdy w 2018 roku Polacy wydali 72,5 mld zł, o blisko 10 proc. niż rok wcześniej. W czołówce znajdują się przede wszystkim kraje europejskie i północnej Afryki. Coraz chętniej decydujemy się na dalsze wyjazdy, wśród najpopularniejszych kierunków brakuje jednak Stanów Zjednoczonych. Informacja o zniesieniu wiz przy podróżach do 90 dni może to zmienić. Już teraz, jak wynika z danych wyszukiwarki Kayak.pl, w pierwszych dniach po zapowiedzi, Polacy szukali lotów do USA o 319 proc. częściej niż weekend wcześniej. W 2019 roku to 27 proc. więcej niż w ubiegłym roku.

– W wyniku zniesienia wiz nastąpi zarówno wzrost zainteresowania turystów wyjazdami do Stanów Zjednoczonych, jak i wzbogacenie oferty turystycznej w tym kierunku, dlatego że korzyści z tego tytułu dla branży turystycznej są bezsprzeczne. Nastąpi wzrost obrotów biur podróży, które organizują wyjazdy w kierunkach amerykańskich oraz przewoźników z Polski. Będą zatem pozytywne skutki, zarówno dla turystyki biznesowej, kulturowej, jak i wypoczynkowej – ocenia dr hab. Daniel Puciato.

Polskie Linie Lotnicze LOT już zapowiedziały, że w 2020 roku uruchomią kolejne, dziewiąte już połączenie ze Stanami Zjednoczonymi. W sierpniu przyszłego roku zostaną zainaugurowane loty między Polską a Kalifornią. Także linie American Airlines zapowiedziały już uruchomienie bezpośredniego lotu na trasie Chicago–Kraków. Wzrosty sprzedaży mogą zanotować biura podróży, będzie można np. połączyć zwiedzanie USA z Karaibami.

– W Stanach Zjednoczonych mieszka 10 mln ludzi polskiego pochodzenia. Zniesienie wiz w związku z tym również zmniejszy problemy, które się wiążą z odwiedzaniem tychże osób – zaznacza ekspert.

Zniesienie wiz sprawi, że wyprawy do USA będą znacznie tańsze. Zamiast wizy i wydania 160 dol. wystarczy 14 dolarów na zarejestrowanie się w ESTA (konieczne przed wyjazdem do Stanów). Wstępne zapowiedzi LOT wskazują, że przewoźnik będzie chciał zwiększyć liczbę dostępnych miejsc w już latających samolotach. To z kolei może oznaczać spadek cen biletów.

– Początkowo na skutek dużego zainteresowania turystów tamtym kierunkiem nie spodziewałbym się obniżki cen, ale stopniowo, wraz ze wzrostem oferty, wraz ze stabilizacją popytu można się spodziewać lekkiej obniżki. Natomiast pamiętajmy, że Stany Zjednoczone są bardzo drogą destynacją, wielkość wydatków turystycznych jest tam największa na świecie i w ubiegłym roku wyniosła ponad 210 mld dol., czyli w przeliczeniu na jednego turystę jest to niemal 11 tys. zł – przypomina dr hab. Daniel Puciato.

Rośnie popularność sprzedaży bezpośredniej. Branża generuje 3 mld zł i współpracuje z nią już 1 mln konsultantów

Rośnie popularność sprzedaży bezpośredniej. Branża generuje 3 mld zł i współpracuje z nią już 1 mln konsultantów 2

Sprzedaży bezpośrednia w Polsce rośnie w siłę. Jej obroty przekraczają 3 mld zł i z każdym rokiem rosną o kilka procent. Z branżą współpracuje już ok. 1 mln osób, przy czym dla 20 proc. jest to podstawowe źródło dochodów. Ponad 80 proc. konsultantów jest zadowolonych z dotychczasowej współpracy, podobnie jak 90 proc. konsumentów. Na przestrzeni ostatnich 25 lat w branży zaszły ogromne zmiany, z których główną jest rosnący udział nowych technologii i zmiana kategorii produktowych sprzedawanych w tym kanale. Zarówno te zmiany, jak i korzyści płynące z pracy w tej branży ma pokazać startująca właśnie kampania Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

– Obroty na rynku sprzedaży bezpośredniej sięgają obecnie 3,3 mld zł i od wielu lat rosną w tempie około 3–6 proc. rocznie. Spośród miliona osób, które współpracują z firmami sprzedaży bezpośredniej, 20 proc. z nich to sprzedawcy, dla których jest to główne zajęcie i podstawowe źródło utrzymania. Natomiast pozostali to właściwie stali klienci, którzy korzystają z dużych upustów i kupują na ogół tylko dla siebie, czasem dla najbliższej rodziny czy znajomych – mówi Mirosław Luboń, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Z branżą sprzedaży bezpośredniej współpracuje już około miliona konsultantów, a 83 proc. z nich jest zadowolonych ze współpracy – wynika z tegorocznego badania IPSOS na zlecenie SELDIA (Europejskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej). Większość (59 proc.) stanowią osoby w wieku 25–44 lata, kolejne 15 proc. sprzedawców ma między 45 a 54 lata. Blisko 30 proc. współpracuje z tą branżą od ponad 10 lat, a zdecydowaną większość, bo aż 90 proc. osób zajmujących się sprzedażą bezpośrednią, stanowią kobiety, dla których zaletą jest możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy czy elastyczne godziny pracy.

– Są wśród nich nauczycielki, urzędniczki, pielęgniarki i lekarki, przekrój zawodowy jest bardzo szeroki – mówi Mirosław Luboń.

Dodatkowe dochody to jedna z największych zalet sprzedaży bezpośredniej, na którą wskazuje 80 proc. konsultantów. Zdaniem 55 proc. umożliwia ona finansową niezależność. Natomiast 60 proc. sprzedawców uważa, że ta forma zatrudnienia poprawia umiejętności zarządzania i sprzedaży, pozwala poznawać nowych ludzi (80 proc.) i pomaga poprawić kontakty interpersonalne (68 proc.). Wśród głównych zalet konsultanci podkreślają także wygodę, elastyczność tej formy pracy, swobodę i niezależność.

– Sprzedaż bezpośrednia stwarza wiele możliwości. Z jednej strony są to korzyści dla osób, które kupują towary i usługi za pośrednictwem tej branży i otrzymują obsługę połączoną z prezentacją produktu, mają możliwość ich testowania. Z drugiej – to także korzyści dla osób, które współpracują z tą branżą na poważnie i mają m.in. możliwość uzyskiwania dodatkowych dochodów. Tutaj nie ma bariery wejścia – ta branża nie dyskryminuje nikogo, niezależnie od płci, rasy, koloru, wykształcenia, doświadczenia, każdy może znaleźć miejsce dla siebie. To jest rzeczywiście szansa na budowanie swojej zawodowej przyszłości, realizowanie się z zachowaniem elastycznego czasu pracy – mówi Konrad Szałkiewicz, przewodniczący zarządu PSSB.

Jak podkreśla, siłą sprzedaży bezpośredniej jest osobisty, tradycyjny kontakt i dobra, trwała relacja z klientami. Ci doceniają, że mogą w spokoju przetestować dany produkt przed zakupem bez wychodzenia z domu i zasięgnąć fachowej porady konsultanta. Obok wygody i oszczędności czasu, plusem jest też bezpieczeństwo zakupów, bo większość firm skupionych w PSSB zapewnia możliwość zwrotu produktów w ciągu 14 do 21 dni.

– Sprzedaż bezpośrednia to odpowiedź na potrzeby dzisiejszych konsumentów, czego nie oferują już duże sieci handlowe. Mam tu na myśli przede wszystkim rozumienie potrzeb klienta, dopasowanie produktów do jego potrzeb, możliwość ich przetestowania. Generalnie chodzi o stworzenie wyjątkowego doświadczenia zakupowego, o które coraz trudniej w takich standardowych formach zakupu jak sieci handlowe – mówi Konrad Szałkiewicz.

Tegoroczne badanie IPSOS dla SELDIA pokazuje, że 72 proc. konsultantów i sprzedawców ocenia oferowane przez siebie produkty jako wysokiej jakości. Z kolei cykliczne badania rynkowe PSSB pokazują, że Polsce znajomość tej branży się pogłębia, a jej ocena jest coraz lepsza. 90 proc. konsumentów jest zadowolonych z dotychczasowych usług.

– Badania przeprowadzane jeszcze w latach 90. pokazywały, że wtedy zaledwie dwadzieścia kilka procent Polaków uważało, że sprzedaż bezpośrednia jest potrzebna, jest korzystna. W tej chwili ten odsetek jest znacznie wyższy i sięga już 80 proc. Wśród osób, które same zetknęły się ze sprzedażą bezpośrednią, satysfakcja sięga natomiast prawie 90 proc. – mówi Mirosław Luboń.

Jak podkreśla, wizerunek branży psują jednak nierzetelne firmy, które organizują pokazy, podczas których stosują techniki manipulacyjne, namawiając klientów do zakupu drogich garnków, kołder czy urządzeń medycznych. Ofiarą takich trików manipulacyjnych najczęściej padają osoby starsze. Dlatego od początku tego roku PSSB wspólnie z UOKiK prowadzi specjalną kampanię „Poznaj swojego kontrahenta” wymierzoną w nieuczciwych sprzedawców.

Dyrektor generalny PSSB podkreśla również, że w ciągu ostatnich 25 lat w branży sprzedaży bezpośredniej zaszły duże zmiany. Wzrosły zarówno jej obroty, jak i liczba konsultantów, dystrybutorów i przedstawicieli handlowych. Podstawową zmianą jest jednak rosnący udział nowych technologii i cyfrowych kanałów kontaktu z klientami. Obecnie już blisko trzy czwarte zamówień jest składanych online i przy użyciu mobilnych narzędzi, maleje za to udział poczty czy tradycyjnego telefonu.

– Sprzedaż bezpośrednia stała się takim modelowym przykładem omnichannel, czyli wykorzystuje wiele rożnych kanałów dystrybucji i one wzajemnie się uzupełniają – mówi Mirosław Luboń.

– Perspektywy rozwoju sprzedaży bezpośredniej w Polsce są bardzo optymistyczne. Wynika to przede wszystkim z rozwoju technologii i mediów społecznościowych. Technologia, nowoczesny kontakt z klientami i millenialsi, którzy poszukują nowych form rozwoju zawodowego, niekoniecznie w formie pracy na etacie, dających im możliwość realizowania swoich pasji, zastosowanie tych nowych technologii w sprzedaży, marketingu czy obsłudze klienta jest odpowiedzią na bieżące trendy. To powoduje, że branża staje się coraz bardziej atrakcyjna – dodaje Konrad Szałkiewicz.

Druga, istotna zmiana na rynku sprzedaży bezpośredniej w ciągu minionych 25 lat dotyczy kategorii produktów sprzedawanych w tym kanale. O ile wcześniej dominowały kosmetyki – tak teraz ich udział stopniowo maleje, wzrasta za to sprzedaż artykułów wellness.

– Jeszcze na początku lat 90. dominowały kosmetyki, które odpowiadały za 95 proc. tego rynku. W tej chwili one stanowią ponad 50 proc. ale ich udział spada. Zastępują je inne kategorie produktowe typu wellness, czyli artykuły dietetyczne, suplementy diety, artykuły służące zdrowemu trybowi życia oraz AGD – mówi Mirosław Luboń.

Jak co roku 23 października przypada Polski Dzień Sprzedaży Bezpośredniej. Tegoroczna, VIII edycja będzie połączona z obchodami 25-lecia działalności Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej, które monitoruje przestrzeganie standardów etycznych przez kilkadziesiąt firm członkowskich (m.in. Amway, Avon, Herbalife, Mary Kay, Nu Skin, Oriflame i Zepter). Z tej okazji PSSB startuje ze specjalną kampanią „Sprzedaż bezpośrednia – twój pomysł na życie”.

– Przez 25 lat podejmowaliśmy szereg działań na rzecz poprawy wizerunku branży, a korzystając z rocznicy, stworzyliśmy specjalną kampanię, do której zaprosiliśmy jej prawdziwych przedstawicieli. Opowiadając swoje historie, pokazują, dlaczego zdecydowali się na pracę w sprzedaży bezpośredniej. Ta kampania pozwoli nam walczyć ze stereotypami i pokazać, jak branża się zmieniła przez ostatnie lata, że jest nowoczesna, fajna, skupia młodych ludzi, stwarza klientom doskonałe doświadczenia zakupowe i dla blisko miliona zatrudnionych w niej osób jest świetną okazją do rozwoju zawodowego, oferując elastyczny czas pracy czy dodatkowe możliwości zarobkowe – mówi Mirosław Luboń, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Cztery polskie uczelnie z szansą na prestiżowy, międzynarodowy certyfikat. Mają go najbardziej elitarne uczelnie świata

0

Cztery polskie uczelnie z szansą na prestiżowy, międzynarodowy certyfikat. Mają go najbardziej elitarne uczelnie świata 3

Szkoły biznesowe należą do najbardziej obleganych zarówno w Polsce, jak i w całej Europie – podkreśla Tim Mescon, prezes zarządu AACSB w regionie EMEA. Amerykańska organizacja non profit od ponad stu lat akredytuje najlepsze na świecie uczelnie, które kształcą na kierunkach biznesowych. Należą do nich m.in. Harvard, Stanford i MIT. W Polsce prestiżowym certyfikatem mogą się pochwalić na razie tylko dwie uczelnie: Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie oraz Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, ale z AACSB współpracują już cztery kolejne.

– Cały czas obserwujemy ogromne zainteresowanie edukacją biznesową na poziomie licencjackim i magisterskim – nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie i na świecie. Na poziomie licencjackim kierunki biznesowe i pokrewne należą do najliczniej oferowanych na terenie Europy – mówi Tim Mescon.

Jak podkreśla, polskie i europejskie szkoły, które kształcą na kierunkach biznesowych, w tej chwili nieustannie wprowadzają do oferty nowe kierunki związane z technologiami, m.in. teleinformatyką czy analizą danych. Rośnie również zainteresowanie kierunkami związanymi z przedsiębiorczością czy fintechami, które są popularne i poszukiwane przez studentów. Poza tym szkoły biznesowe kładą też duży nacisk na kompetencje najbardziej pożądane w tej chwili na rynku pracy, co oznacza, że stawiają nie tylko na twarde umiejętności, lecz także rozwijanie inteligencji emocjonalnej, umiejętności nawiązywania relacji między ludźmi i miękkich kompetencji interpersonalnych.

– W firmach panuje przekonanie, że są one w stanie przygotować absolwentów do pracy od strony technicznej, ale kandydaci muszą posiadać umiejętność współpracy z innymi ludźmi. Właśnie na tę umiejętność kładzie się obecnie bardzo duży nacisk w szkołach biznesowych – mówi Tim Mescon, prezes zarządu organizacji AACSB w regionie EMEA.

Amerykańska AACSB to najstarsza na świecie organizacja non profit, która akredytuje szkoły biznesowe i uczelnie wyższe, prowadzące działalność naukową w obszarach zarządzania, biznesu i księgowości. Prestiżową akredytacją AACSB może się pochwalić zaledwie 5 proc. uczelni biznesowych na całym świecie. W elitarnym gronie jest w tej chwili nieco ponad 800 placówek z kilkudziesięciu krajów – w tym topowe uczelnie, jak Harvard University, Yale University, Massachusetts Institute of Technology, Stanford University, London Business School i Maastricht University.

– Uzyskanie naszej akredytacji stanowi dla uczelni sposób na wyróżnienie się i potwierdzenie wysokiej jakości nauczania. W ten sposób dają światu sygnał, że spełniają określone standardy – mówi Stephanie Bryant.

Uzyskanie prestiżowej akredytacji oznacza, że uczelnia jest w stanie spełnić rygorystyczne standardy jakościowe opracowane i aktualizowane przez AACSB International. Oznacza to także m.in. większą rozpoznawalność na rynku międzynarodowym, promocję uczelni i obecność w światowych rankingach edukacyjnych.

– W celu uzyskania akredytacji trzeba spełniać 15 standardów. Poza tym uczelnie muszą mieć w swojej ofercie kierunki licencjackie oraz należeć do AACSB. Po spełnieniu tych kryteriów , muszą jeszcze przejść proces wdrażania wymaganych przez nas standardów – mówi Stephanie Bryant.

Prowadzona przez AACSB akredytacja obejmuje 15 standardów w podziale na cztery kategorie: zarządzanie strategiczne i innowacje, studenci, wykładowcy i eksperci oraz zaangażowanie akademickie i zawodowe. W trakcie kilkuletniego procesu organizacja bierze pod lupę szereg czynników, takich jak program nauczania, osiągnięcia naukowe kadry uczelni, baza dydaktyczno-naukowa czy współpraca międzynarodowa.

– Długość procesu akredytacji zależy od uczelni i od tego, w jakim stopniu spełnia ona nasze standardy w momencie przystąpienia do niego. Jeżeli większość wymogów akredytacyjnych jest spełniona już na tym etapie, nie trwa to długo. Przeciętny czas uzyskania akredytacji wynosi 4,5 roku, ale maksymalnie może trwać nawet 7 lat – mówi Stephanie Bryant.

W Polsce jak dotąd prestiżowy certyfikat jakości otrzymały tylko dwie uczelnie: Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie oraz Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu.

– Współpracujemy z szóstką placówek w Polsce, czwórka z nich stara się o uzyskanie akredytacji – mówi Tim Mescon, prezes zarządu organizacji AACSB  w regionie EMEA.

Jedną z uczelni ubiegających się o prestiżowy certyfikat jest Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu. Kierownik sekcji ds. akredytacji i kontaktów międzynarodowych uczelni Maria Knecht-Tarczewska podkreśla, że uniwersytet przede wszystkim stara się sprostać oczekiwaniom pracodawców, dlatego programy nauczania często powstają we współpracy z pomiotami z otoczenia biznesowego, a akredytacja oparta na międzynarodowych standardach to jeden ze sposobów na podniesienie jakości kształcenia.

– Z punktu widzenia władz uczelni uzyskanie międzynarodowej akredytacji jak AACSB oznacza większą rozpoznawalność na rynku światowym. Z kolei pracownicy uczelni będą dzięki temu bardziej atrakcyjnymi partnerami do międzynarodowych zespołów badawczych. Dla studentów korzyści również są ogromne – w dobie coraz większej mobilności ważne jest dla nich to, aby móc odwiedzać uczelnie partnerskie z rożnych rejonów świata. Co więcej, standardy uczelni wpływają również na atrakcyjność dyplomów posiadanych  przez studentów. Z kolei pracodawcy, którzy pozyskują pracowników z akredytowanych uczelni, mają pewność, że ci będą posiadali nie tylko wiedzę teoretyczną, ale i umiejętności potrzebne, żeby tę wiedzę właściwie realizować – mówi Maria Knecht-Tarczewska,

Co istotne, certyfikat AACSB oznacza dla uczelni również dużo szersze możliwości nawiązywania międzynarodowej współpracy – zwłaszcza w zakresie badań, publikacji naukowych, dydaktyki i wymiany, przy aktywnym wsparciu ze strony AACSB International.

– W obecnych czasach globalizacji bardzo ważne jest utrzymywanie kontaktów z partnerami biznesowymi. Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu ma ponad 213 podpisanych umów z uczelniami partnerskimi w ramach programu Erasmus+ oraz 45 umów z uniwersytetami partnerskimi. To umożliwia wymianę, zarówno studentów jak i pracowników naukowo-dydaktycznych, którzy mogą dzięki temu zyskiwać doświadczenia na rynku międzynarodowym – mówi Maria Knecht-Tarczewska.

– Wiele szkół zainteresowanych jest międzynarodową współpracą. Bardzo często za instytucje partnerskie chcą one mieć placówki akredytowane przez AACSB, stanowi to więc silny bodziec do uzyskania naszej akredytacji – dodaje Stephanie Bryant, wiceprezes zarządu i dyrektor ds. akredytacji AACSB.

Akredytacja AACSB to jeden z trzech najbardziej elitarnych, prestiżowych certyfikatów przyznawanych uczelniom biznesowym. Obok EQUIS i AMBA – wspólnie stanowią tak zwane „trzy korony”, o które ubiegają się najlepsze na świecie szkoły wyższe.

Tylko 10 proc. małych i średnich przedsiębiorstw wprowadziła nowy produkt lub usługę. Mimo że to one decydują o przewadze konkurencyjnej firmy

0

Tylko 10 proc. małych i średnich przedsiębiorstw wprowadziła nowy produkt lub usługę. Mimo że to one decydują o przewadze konkurencyjnej firmy 4

Choć rosną nakłady na inwestycje, to małe i średnie przedsiębiorstwa na rozwój przeznaczają niewiele środków. Obecnie w Polsce tylko 7 firm na 100 wdraża innowacje produktowe lub procesowe. Firmy z sektora MŚP głównie skupiają się na usprawnieniu produktowym, a tylko co dziesiąta stawia na innowacyjne rozwiązania. Tymczasem to właśnie one, w tym szersze wykorzystanie sztucznej inteligencji czy wirtualnej rzeczywistości, przynoszą największe zyski. Firmy zainteresowane zbudowaniem strategii trwałej przewagi konkurencyjnej mogą wziąć udział w warsztatach wspierających innowacyjność.

– W sektorze małych i średnich przedsiębiorstw innowacja ma charakter przede wszystkim niewielkiego innowatorstwa. Firmy skupiają się często na szkoleniu pracowników z obecnych trendów, z nowinek technicznych, natomiast nie koncentrują się na tym, aby wprowadzać rewolucyjne produkty na rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Golonka, konsultant ds. przemysłu z ramienia Autodesk.

O tym, jak wykorzystać możliwości, jakie daje Przemysł 4.0 i zbudować przewagę konkurencyjną, mówią eksperci Autodesk podczas warsztatów „Innovation Workshop”. Odbywać się będą one do 27 listopada w Sopocie, Wrocławiu, Katowicach, Rzeszowie, Poznaniu oraz w Warszawie.

– Rozróżniamy trzy rodzaje innowacji: innowacja inkrementalna, kiedy ulepszamy produkt, usługę w nieznacznym stopniu. Innowacja systemowa, kiedy dany produkt lub usługę stosujemy na innym rynku lub też taki produkt znajduje zupełnie nowe zastosowanie. Przełomowa jest innowacja transformacyjna. To wprowadzenie zupełnie nowego produktu na rynek lub też jego rewolucyjne zastosowanie – twierdzi Joanna Golonka.

Ekspertka wskazuje, że firmy z sektora MŚP głównie skupiają się na innowacji inkrementalnej ( 70 proc.). Zdecydowanie rzadziej inwestują w innowacje systemowe (20 proc.) i transformacyjne (10 proc.). Tymczasem to właśnie innowacja transformacyjna buduje przewagę konkurencyjną i decyduje o rozwoju.

– Wykorzystanie technologii cyfrowych może usprawnić niemal każdy rodzaj pracy. Obecnie mamy natłok informacji i danych, które zbieraliśmy przez kolejne lata. Teraz ważne jest, żeby te dane w odpowiedni sposób wykorzystać, przeanalizować, wykorzystać je do generowania korzyści biznesowych – przekonuje przedstawicielka Autodesk.

Przemysł 4.0, zaliczany przez Deloitte do grupy megatrendów, bazuje na coraz większym udziale nowych technologii w gospodarce. Internet rzeczy zapewnia w czasie rzeczywistym niezbędne informacje, a robotyzacja pozwala zwiększyć wydajność produkcji. Analitycy Deloitte oceniają, że czwarta rewolucja przemysłowa zwiększy produktywność i zniweluje ryzyko.

– W firmach produkcyjnych to przede wszystkim automatyzacja linii produkcyjnych, analiza danych oraz narzędzia, które pozwalają na zredukowanie liczby prototypów i zmniejszenie kosztów projektowych. Druk 3D sprawdza się zwłaszcza w mikroprzedsiębiorstwach, jest wykorzystywany na mniejszą skalę do tworzenia niszowych produktów, pozwala zaoszczędzić koszty. Mamy technologię wirtualnej rzeczywistości, która pozwala na lepszą komunikację z klientem, na łatwiejsze zobrazowanie produktu – wymienia ekspertka.

Prognozy Gartnera zakładają, że do końca 2020 roku ok. 40 proc. procesów związanych z analizą danych będzie podlegać automatyzacji. Z kolei według szacunków International Federation of Robotics do 2020 roku w fabrykach na całym świecie będzie zainstalowanych ok. 1,7 mld robotów przemysłowych.

W Polsce jednak, jak wynika z raportu „Smart Industry Polska 2018”, przygotowanego przez Siemens we współpracy z Ministerstwem Przedsiębiorczości i Technologii, 60 proc. przedsiębiorstw z sektora MŚP w ogóle nie zna koncepcji Przemysłu 4.0, a zaledwie 15,5 proc. uwzględnia ją w swojej strategii. Tymczasem istnieje szereg programów, które innowacyjność wspierają.

– Wspieranie konkurencyjności takich przedsiębiorstw powinno być strategicznym elementem polityki państwa. Dlatego też tworzone są pewne fundusze, tak jak np. projekt „Sieć Otwartych Innowacji” prowadzony przez Agencję Rozwoju Przemysłu oraz inne fundusze korzystające z zasobów Unii Europejskiej. Jednocześnie takie firmy mogą korzystać z ulg podatkowych. Bardzo ważne jest to, aby firmy z sektora MŚP miały równe szanse we wdrażaniu innowacji i konkurencyjności na polskim rynku – przekonuje Joanna Golonka.

„Raport o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw 2019” przygotowany przez PARP wskazuje, że w 2017 roku nakłady inwestycyjne na nowe i używane środki trwałe we wszystkich podmiotach gospodarki w Polsce wyniosły 194,4 mld zł, przy czym nakłady inwestycyjne na nowe środki osiągnęły 173 mld zł. Średnio nakłady inwestycyjne na jedną firmę wyniosły ok. 93,6 tys. zł. O ile w grupie dużych przedsiębiorstw w 2017 r. w porównaniu z poprzednim rokiem zanotowano spadek nakładów o 2 proc., o tyle rosły one w mikro- (z 15,6 tys. zł do 17,1 tys. zł), małych (z 293 tys. zł do 319 tys.) i średnich firmach (z 2,31 mln zł do 2,51 mln zł).

Zakupy online robimy w pracy. Szczególnie pomiędzy 1. a 10. dniem miesiąca

Zakupy online robimy w pracy. Szczególnie pomiędzy 1. a 10. dniem miesiąca 5

Polacy coraz chętniej kupują w sklepach internetowych. Serwis Ceneo.pl przeanalizował ponad 3 mln ankiet, które Polacy wypełnili w ostatnim roku po zrealizowanych zakupach w ramach konsumenckiego Programu Zaufanych Opinii. Dane pokazują, że w internecie kupujemy najwięcej pomiędzy 1. i 10. dniem każdego miesiąca – co zbiega się z wypłatą pensji. W ostatnim roku polscy konsumenci mocno ograniczyli też zakupy online w weekendy, co może wiązać się z niedzielnym zakazem handlu. Dane Ceneo wskazują, że 95 proc. klientów jest usatysfakcjonowanych zakupami w sklepach internetowych, a przy wyborze sprzedawcy kierujemy się – obok niskiej ceny – głównie wiarygodnością.

– Przy wyborze sklepów internetowych kluczowe jest dla Polaków bezpieczeństwo. Na podstawie 3 mln ankiet przeprowadziliśmy badanie, które pokazało nam, że Polacy decydują się na zakupy w sklepach online, które są przede wszystkim bezpieczne, gwarantują szybką dostawę, które są znanymi markami i oferują bezpłatne koszty dostawy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Stehlik, dyrektor działu sprzedaży w Ceneo.pl.

Popularność e-handlu rośnie w Polsce skokowo. W internetowych zakupach Polacy najbardziej cenią możliwość kupowania wygodnie i w każdym momencie, większy wybór produktów, niższe ceny i nieograniczony czas na podjęcie decyzji o zakupie.

– Nasze badanie pokazuje, że 95 proc. Polaków jest usatysfakcjonowanych z zakupów w sklepach internetowych. Pozytywne opinie zamieszczane w serwisie Ceneo dotyczą głównie czasu dostawy i jakości obsługi w sklepach internetowych – mówi Katarzyna Stehlik.

Analiza ponad 3 mln ankiet wypełnionych na przestrzeni ostatniego roku w ramach Programu Zaufanych Opinii Ceneo.pl pokazuje, jak w rzeczywistości Polacy kupują w sieci. Dane serwisu wskazują, że każdego miesiąca polscy konsumenci generują w sklepach internetowych dwa szczyty zakupowe. Zaczynają się one każdego 1. i 10. dnia miesiąca, co związane jest z wypłatą pensji. To zwiększone zainteresowanie zakupami online utrzymuje się jeszcze przez kilka kolejnych dni.

– Polacy najczęściej generują szczyty zakupowe na początku miesiąca, kiedy otrzymują wypłaty – mówi Katarzyna Stehlik – Najwięcej osób dokonuje zakupów w internecie od 1. do 10. dnia miesiąca. Zazwyczaj są to godziny poranne – co oznacza, że Polacy często dokonują zakupów, kiedy docierają do pracy i otwierają laptopa. Są to również godziny późnopopołudniowe i oczywiście takim okresem wzmożonych zakupów jest ostatni kwartał, kiedy przypada Black Friday, Cyber Monday oraz 4 grudnia – Dzień Darmowej Wysyłki.

Statystyki Ceneo pokazują też, że w ciągu ostatniego roku Polacy mocno ograniczyli zakupy online w weekendy, co może wiązać się z niedzielnym zakazem handlu. Prawdopodobnie konsumenci z góry zakładają, że poświęcą ten czas na odpoczynek lub spędzą go z rodziną.

– Zauważyliśmy, że Polacy mniej chętnie dokonują zakupów w niedzielę, ponieważ ten dzień poświęcają na spędzanie czasu z rodziną, na aktywności sportowe. Natomiast liczba transakcji wzrasta w tygodniu, zazwyczaj zamawiamy produkty we wtorki, środy i czwartki – mówi Katarzyna Stehlik.

Wyjątkiem od reguł jest okres przedświąteczny, kiedy zakupy trwają przez cały tydzień i niemal całą dobę. Na przełomie listopada i grudnia sklepy internetowe włączają świąteczne promocje, a kulminacyjnym momentem jest ostatni weekend listopada, czyli tzw. Black Friday. Polacy coraz częściej zwlekają z zakupem prezentów właśnie do tego momentu. Ogólny wzrost zamówień sklepy internetowe notują także w okresie Walentynek i Dnia Dziecka, a najchętniej kupowanymi w sieci produktami w ostatnim roku są te z kategorii zdrowie, uroda i dziecko.

– Polacy bardzo chętnie kupują przez internet zabawki i tutaj zawsze obserwujemy mocno wzrostowy trend w ostatnim kwartale roku. Hitami, które bardzo dobrze się sprzedają, są produkty z kategorii uroda, drobne AGD, beauty i książki. Ostatnio, po wręczeniu Nobla dla Olgi Tokarczuk, zauważyliśmy bardzo dużo zapytań właśnie o jej powieści – mówi Katarzyna Stehlik.

Jak podkreśla, Polacy wybierają sklepy internetowe, kierując się zarówno najniższą ceną, jak i ich wiarygodnością, chętnie korzystając przy tym z takich porównywarek jak Ceneo. Program Zaufanych Opinii Ceneo jest dla użytkowników wiarygodnym źródłem wiedzy na temat sprzedawców i produktów.

Na podstawie ankiet zamieszczanych w serwisie, w których internauci dzielą się swoimi opiniami na temat przebiegu transakcji, obsługi sklepów i procesu dostawy, co roku powstaje Ranking Zaufanych Sklepów. Tegoroczna edycja jest już dziesiątą. W tym roku ranking obejmie w sumie 16 kategorii – to lista marek, którą Polacy darzyli największym zaufaniem w ostatnim roku. W kategorii Multimedia oraz Najlepszy Sklep z „Kup Teraz” pierwsze miejsce zajęła internetowa księgarnia TaniaKsiążka.pl.

– Udział w tym rankingu nas uwiarygadnia. Mimo że e-commerce rozwija się w Polsce już od 15 lat, są jeszcze ludzie, którzy uważają, że mogą zostać oszukani przez sklep internetowy. Wybór sklepu, który zajął pierwsze miejsce w rankingu Ceneo, daje pewną gwarancję, że zamówienie zostanie zrealizowane szybko i dobrze – mówi Łukasz Kierus, założyciel i szef księgarni internetowej TaniaKsiążka.pl.

Jak podkreśla, budowanie zaufania klientów to długi proces, na który składa się wiele czynników: od szerokiej oferty, dostępności produktów, szybkiej realizacji zamówienia i sposobu zapakowania przesyłki aż po cały proces obsługi klienta przed i po zakupie.

Michał Nawrocki, wiceprezes e-sklepu Electro.pl – jednego z liderów AGD i RTV, nagrodzonego w tym roku w kategorii Sklep Dekady – potwierdza, że klienci doceniają sumę doświadczeń i jakość obsługi, co przekłada się na wysoką satysfakcję z zakupów.

– Znalezienie się w rankingu zaufanych opinii przekłada się na biznes, ponieważ każda pozytywna opinia klienta jest czytana przez innych użytkowników, którzy dzięki temu wiedzą, że jest to rzetelny, wiarygodny sprzedawca z dobrą obsługą. To buduje wizerunek – mówi Michał Nawrocki.

– Sklepy, które otrzymały wyróżnienia w Rankingu Zaufanych Sklepów Ceneo, mają swoją ikonkę. Tak więc spośród kilkudziesięciu innych klienci na pewno zwracają uwagę, że sklep ma pierwsze miejsce, drugie czy trzecie. To ułatwia klientowi wybór sklepu, w którym powinien zrobić zakupy, jeżeli chce mieć pewność, że jego zamówienie zostanie właściwie zrealizowane – dodaje Łukasz Kierus, szef księgarni internetowej TaniaKsiążka.pl.

Komercyjne podróże w kosmos już wkrótce będą możliwe. Chętni do przedłużenia wakacji w kosmosie będą mogli spędzić czas w okołoziemskich hotelach

Komercyjne podróże w kosmos już wkrótce będą możliwe. Chętni do przedłużenia wakacji w kosmosie będą mogli spędzić czas w okołoziemskich hotelach 6

Podróże kosmiczne są coraz bliżej. Podróż na Księżyc czy najbliższe planety zajmie trochę czasu – w przypadku Księżyca kilka dni, na Marsa nawet kilka miesięcy, ale loty turystyczne w kosmosie już niedługo będą dostępne. Już w 2020 roku załogowe statki kosmiczne mają zabierać pierwszych turystów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Virgin Galactic Gateway to Space przygotowuje się do wypuszczenia codziennych pasażerów w kosmos już w przyszłym roku. Międzygalaktyczny pobyt będzie można przedłużyć na stacji kosmicznej Von Braun, czyli pierwszym na świecie hotelu kosmicznym.

– Już dawno temu ludzie zapowiadali, że będą turystyczne loty w kosmos. Minęło kilkadziesiąt lat i wciąż nie ma tych lotów turystycznych. Choć patrząc na to, jaki jest postęp w prywatnym sektorze kosmicznym, można się zastanawiać nad tą turystyką już na poważnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mateusz Borkowicz z Planetarium Centrum Nauki Kopernik.

Choć wycieczki w kosmosie nie są jeszcze codziennością, wszystko wskazuje na to, że w ciągu kilku najbliższych lat może się to zmienić. Działa już Virgin Galactic Gateway to Space, pierwszy na świecie komercyjny port kosmiczny. Połączy terminal pasażerski z hangarem dla pojazdów WhiteKnightTwo i SpaceShipTwo, których loty testowe rozpoczną się w 2020 roku. Goście spędzą tu kilka dni na szkoleniu przed podróżą w kosmos. Żeby znaleźć się na pokładzie SpaceShipTwo, trzeba zapłacić 347 tys. dol.

Ci, którzy będą chcieli wydłużyć wycieczkę po kosmosie, będą mogli zarezerwować pobyt w stacji kosmicznej Von Braun, która ma być pierwszym na świecie hotelem kosmicznym. Kosmiczny hotel ma być gotowy w 2025 roku. Nieco wcześniej, bo w 2022 roku, ma zacząć działać w pełni modułowa stacja kosmiczna – hotel będzie krążył wokół Ziemi co 90 minut, ​​goście będą mogli więc zobaczyć ok. 16 wschodów i zachodów słońca co 24 godziny.

– Możliwe są komercyjne loty w kosmos, choć co prawda jeszcze bezzałogowe. Na przykład Elon Musk dla NASA wysyła swoje rakiety z zaopatrzeniem na stację kosmiczną, która prawdopodobnie w przyszłości będzie kosmicznym muzeum – wskazuje Borkowicz.

Na rynku nie brakuje firm, które planują turystyczne loty w kosmos czy spędzenie czasu w kosmicznym hotelu. Firma SpaceX Elona Muska na 2020 rok zapowiedziała lot załogowym statkiem kosmicznym. Także NASA, wspólnie z Boeingiem i SpaceX, przewiduje komercyjne loty, na razie maksymalnie dwa rocznie. Podróż na międzynarodową stację kosmiczną i z powrotem ma kosztować ponad 50 mln dol.

Rosyjska agencja Roscosmos nawiązała współpracę ze Space Adventures, aby stworzyć nowe miejsce turystyczne w kosmosie, a rosyjska agencja kosmiczna planuje przekształcić wycofaną z eksploatacji Międzynarodową Stację Kosmiczną w luksusowy hotel .

– Jesteśmy przyzwyczajeni, że podróżujemy szybko po naszej planecie, ale loty w kosmos tak proste nie będą. Mam nadzieję, że w przyszłości będą tak tanie i bezpieczne jak obecnie loty samolotem, ale na pewno nie tak krótkie. Lot np. na Księżyc zajmie 3–4 dni. Gdybyśmy chcieli wybrać się na Marsa, to taki lot, przynajmniej w teorii, to jakieś 6 do 10 miesięcy – wylicza Mateusz Borkowicz.

Trwają już prace nad silnikami nowej generacji, które znacznie przyspieszą kosmiczne loty. NASA ma np. zamiar uruchomić najszybszy statek kosmiczny w historii, który będzie pędził z prędkością 692 tys. km/h. Na Ziemi to odpowiednik podróży z Waszyngtonu do Tokio w mniej niż minutę. David Burns, inżynier z NASA Marshall Space Flight Center w Alabamie, zaprojektował zaś silnik spiralny pozbawiony paliwa do napędzania statku kosmicznego. Większość naukowców do projektu silnika podchodzi jednak sceptycznie.

– W przyszłości, jeżeli chcemy myśleć o kolonizacji układu słonecznego i latać turystycznie na inną planetę, musimy wziąć pod uwagę to, że nawet przy dostępie do naprawdę wysokiej technologii nie jesteśmy w stanie pokonać praw fizyki. Trzeba sporo czasu, żeby przedostać się nawet na sąsiednią planetę, więc takie podróże będą bardzo trudne dla ludzi, ale mam nadzieję też dosyć tanie – ocenia Mateusz Borkowicz.

Według prognoz analityków UBS rynek kosmicznej turystyki w ciągu dekady ma osiągnąć wartość 20 mld dol. i będzie konkurował z długodystansowymi lotami. Cały przemysł kosmiczny ma podwoić swoją wartość do 2030 r. do ponad 800 mld dol.

Bloomga przedstawia ambitne plany na zakończenie 2019 roku

Bloomga, developer gier na urządzenia przenośne, już na targach Poznań Game Arena zaprezentuje nadchodzące premiery gier na systemy Android oraz iOS – Wild West Age oraz Islandoom. Oba tytuły zostaną wydane w formacie free-to-play w najbliższych miesiącach.

Działania spółki znanej z gier przeglądarkowych nabierają rozpędu. Jeszcze w bieżącym miesiącu ruszą przedzapisy do wersji mobilnej gry Islandoom. Natomiast w dniach 18-20 października na targach PGA Bloomga przedstawi największy dotychczasowy projekt spółki – Wild West Age. Premiera tytułu planowana jest na I kwartał nadchodzącego roku.

Naszym priorytetem na najbliższe miesiące jest rozwój Islandoom oraz premiera gry Wild West Age. Lada dzień, w sklepach iStore oraz Google Play uruchomimy zapisy, które pozwolą użytkownikom na automatyczne pobranie gry w dzień premiery. Możliwość zapisu będzie aktywna już w czasie PGA. Jeszcze przed końcem listopada planujemy wydanie Islandoom na urządzenia iOS i Android. Będziemy uruchamiać kolejne serwery z częstotliwością zależną od sukcesu osiągniętego na telefonach i tabletach. – opisuje plany spółki Dawid Przygodzki, prezes Bloomga.

Islandoom to strategiczna gra MMO dostępna na przeglądarkach. Głównym celem tytułu jest stworzenie imperium w postapokaliptycznej rzeczywistości, w której większość lądu na ziemi znalazła się pod wodą. Gracz może wybrać jedną z czterech wyspiarskich frakcji – ze względu na odmienne statystyki, każda z nich oferuje inny styl rozgrywki. Produkcja, dostępna od 2017 roku, była wielokrotnie chwalona za unikatowy świat oraz szybkie zbudowanie sporej bazy graczy. W produkcji znajduje się również druga gra spółki – Wild West Age.

Na I kwartał 2020 roku jest planowana premiera Wild West Age. Obecnie prowadzimy rozmowy z potencjalnymi wydawcami gry i liczymy, że o efektach rozmów będziemy mogli poinformować już niedługo. – kontynuuje.

Wild West Age bazuje na modelu biznesowym free-to-play. Oznacza to, że rozpoczęcie gry na urządzeniach mobilnych oraz komputerach będzie darmowe. Jest to produkcja multiplatformowa, która połączy graczy z urządzeń mobilnych oraz przeglądarek internetowych, a później do społeczności graczy dołączą także użytkownicy platformy Steam. Docelowym trybem zabawy jest kampania fabularna. Autorzy przygotowali dziesiątki misji, podczas których zmierzymy się przeciwnikami rodem z epoki Dzikiego Zachodu. Na chętnych czeka także multiplayer umożliwiający walkę z innymi użytkownikami. Rozgrywkę wieloosobową będzie można zobaczyć po raz pierwszy już w tym tygodniu, na stoisku w Poznaniu. Wild West Age opiera się na kilku filarach. Poza rozbudową miasta, gracz musi eksplorować mapę świata, rekrutować i trenować jednostki, walczyć z przeciwnikami, odblokowywać nowe przedmioty, czy wyznaczać podwładnych do wykonywania rozmaitych obowiązków. Jednym z głównych celów gry jest zbudowanie najpotężniejszej sieci handlowo-przemysłowej łączącej ze sobą przeciwległe wybrzeża USA.

W czasie targów PGA pokażemy pierwszy trailer nowej cross-platformowej gry. Zostanie zaprezentowane pierwsze demo modelu walki PvP, w które będzie można zagrać na tabletach dostępnych na naszym stanowisku. Dzięki temu już w ten weekend dostaniemy feedback od zwiedzających.

Sektor gier mobilnych wciąż dominuje światowy rynek gier. W 2018 roku wygenerował on aż 63.2 miliardów USD przychodu, co stanowiło blisko połowę łącznego przychodu wygenerowanego przez ogół urządzeń elektronicznych. Produkcje na telefony i tablety przewyższają przychodami obroty na konsole oraz komputery osobiste, które mają kolejno 32% oraz 21% rynku. Gry przeglądarkowe stanowią obecnie ułamek tej kwoty.

Mikrofirmy nadal czują się bezpiecznie, jednak obawiają się o przyszłość

Już 85% mikrofirm deklaruje, że ma poczucie bezpieczeństwa finansowego – wynika z Indeksu Bezpieczeństwa Finansowego Nest Banku. Okazuje się jednak, że prawie 62% obawia się, o to co będzie w przyszłości. Co sprawia, że mikrofirmy czują się bezpiecznie? Czego przedsiębiorcy się obawiają?

Indeks Bezpieczeństwa Finansowego[1] to badanie realizowane cyklicznie na zlecenie Nest Banku. Najnowsza edycja badania została przeprowadzona w sierpniu i wrześniu 2019 roku przez agencję SW RESEARCH na reprezentatywnej grupie polskich mikro i małych firm. Celem badania jest sprawdzanie postaw i przekonań przedsiębiorców w zakresie bezpieczeństwa finansowego.

Poczucie bezpieczeństwa rośnie, jednak obawa o przyszłość pozostaje

Poczucie bezpieczeństwa rośnie, jednak obawa o przyszłość pozostaje

Od kilku lat systematycznie rośnie w Polsce liczba mikro i małych firm. Polski sektor MŚP jest zdominowany przez mikrofirmy, których udział w strukturze wszystkich przedsiębiorstw wynosi aż 96,5%. Obecnie jest ich ponad 2 mln, o czyli o 3,5% więcej niż w 2016 r. i o 12% więcej niż w 2008 r[2]. Z Indeksu Bezpieczeństwa Finansowego Nest Banku wynika, że polskie mikrofirmy czują się bardzo dobrze na rynku – aż 85% z nich ma poczucie bezpieczeństwa finansowego. 38% mikroprzedsiębiorców deklaruje nawet, że ma poczucie stabilności finansowej w firmie. Jednak spora grupa mikrofirm ciągle obawia się o swoją finansową przyszłość – aż 62%. Tylko 2% mikroprzedsiębiorców deklaruje, że zdecydowanie nie obawia się o finanse w przyszłości.

Co sprawia, że przedsiębiorcy czują się bezpiecznie?

Mikroprzedsiębiorcy zapytani o to, co ma kluczowe znaczenie w budowaniu poczucia bezpieczeństwa finansowego najczęściej odpowiadali, że płynność finansowa oraz duża liczba zleceń. Aż 27% badanych podkreślało, że kluczowy jest brak zatorów płatniczych, który pozwala na utrzymanie płynności finansowej – Polskie mikrofirmy są świadome, że działają na bardzo wymagającym rynku. Co ciekawe, czują się na nim bezpiecznie i śmiało podejmują decyzje inwestycyjne – aż 64% z nich deklaruje, że w ostatnich 5-latach poczyniło inwestycję przekraczającą 10 tys. złotych – mówi Agnieszka Porębska-Kość, Członek Zarządu Nest Banku.

Czego obawiają się mikrofirmy?Czego obawiają się mikrofirmyNiemal 1/5 mikrofirm (19%) najbardziej obawia się utraty płynności finansowej. Niewiele mniej boi się natomiast braku zapłaty za swoje usługi (13%), nieprzewidywalności rynku (13%) oraz niewypłacalności partnerów biznesowych (12%). Jedynie 2% mikroprzedsiębiorców nie ma żadnych obaw.

Co zrobiłby mikroprzedsiębiorca w sytuacji awaryjnej?

Co zrobiłby mikroprzedsiębiorca w sytuacji awaryjnejW przypadku zagrożenia bezpieczeństwa finansowego firmy 36% ankietowanych zredukowałoby wydatki, prawie co piąty wykorzystałby własne oszczędności, a 13% rozważyłoby wzięcie kredytu w banku. Tym samym kredyt w banku znalazł się znacznie wyżej niż takie rozwiązania jak zawieszenie działalności firmy (5%), redukcja zatrudnienia (8%) czy pożyczka od znajomych (6%)
– Niepokojące jest, że aż 36% mikrofirm woli zredukować wydatki, niż zwrócić się po pomoc do banku. Prawdopodobnie w przypadku części przedsiębiorców wynika to z przekonania, że wzięcie kredytu w banku to skomplikowana i czasochłonna procedura. Jednak w ostatnich kilku latach pojawiły się rozwiązania, dzięki którym firma może uzyskać pieniądze w kilka dni. Aby uzyskać finansowanie w Nest Banku wystarczy zadzwonić do doradcy, który na podstawie wywiadu telefonicznego poda kwotę kredytu dostępną dla danego klienta. Uzyskanie takiej informacji nie wymaga angażowania klienta w czasochłonne zbieranie dokumentów czy wizyty w banku. Wystarczy potwierdzić chęć uzyskania finansowania przy pomocy smsa. Resztą formalności zajmie się doradca, a pieniądze znajdą się na rachunku nawet następnego dnia.

Agnieszka Porębska-Kość, Członek Zarządu Nest Banku

[1] Indeks Bezpieczeństwa Finansowego Nest Banku to badanie, które zostało zrealizowane w dniach 27.08-04.09.2019 przez agencję SW RESEARCH metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W ramach badania przeprowadzono 1001 ankiet z osobami samozatrudnionymi oraz właścicielami mikro i małych przedsiębiorstw. [2] Raport o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw 2019, źródło: PARP (www.parp.gov.pl)

Rollercoaster w relacjach USA i Chin skutkuje globalnym spowolnieniem gospodarczym

Światowa gospodarka wzrośnie w tym roku o 3 proc., zamiast oczekiwanych 3,2 proc. Według prognoz MFW w 2020 r. wzrost przyspieszy do 3,4 proc., zamiast do 3,6 proc. Przyczyn należy szukać głównie w konflikcie handlowym pomiędzy USA i Chinami. Trwa on już kilkanaście miesięcy i mimo kolejnych rund negocjacyjnych datę jego zakończenia trudno przewidzieć. To realizacja scenariusza egoizmu gospodarczego opisywanego w raporcie Kierunki 2019, którego autorami są DNB Bank Polska i PwC. Blisko jedna czwarta polskich przedsiębiorców obawia się skutków wojny celnej. 

Wzrost ekonomiczny na świecie jest najsłabszy od ponad sześciu lat. To w dużej mierze wynik konfliktu gospodarczego pomiędzy USA i Chinami. Mimo spadków wskaźników makroekonomicznych, wciąż pojawiają się kolejne bariery. Podniesienie ceł oznacza osłabienie popytu na eksportowane dobra. Przekłada się to na spadek podaży, co dla producentów oznacza ograniczenie produkcji. Czy sytuacja ulegnie stabilizacji?  W ubiegłym tygodniu zawarto w Waszyngtonie wstępne porozumienie w sprawie zakończenia toczącej się od ponad dwóch lat wojny handlowej, ale decyzje w sprawie konkretów jeszcze nie zapadły.

Ta niepewność jest widoczna w działaniach przedsiębiorstw, które w wielu przypadkach nie podejmują nowych inwestycji lub odkładają takie decyzje w czasie. Eksperci rynkowi wskazują, że coraz więcej firm bierze pod uwagę przeniesienia produkcji (w części lub w całości) z Chin do innych państw. Takie decyzje rozważają m.in. technologiczni giganci (HP, Dell, Microsoft, Amazon, Apple). Również w Europie widać konsekwencje konfliktu. Jak wynika z raportu Kierunki 2019 DNB Bank Polska i PwC, blisko jedna czwarta polskich przedsiębiorców obawia się skutków wojny celnej.

Po raz pierwszy od jesieni 2012 r. globalny wskaźnik Purchasing Managers’ Index (PMI) w obszarze przemysłu spadł poniżej 50 pkt. Oznacza to, że sytuacja producentów jest niekorzystna. Na obecną chwilę dane z gospodarstw domowych są stabilne, a sektory budownictwa i usług stale rosną. Pokazuje to, że trudne relacje handlowe na linii USA-Chiny nie wpływają jeszcze tak znacząco na inne obszary gospodarki. Nie oznacza to jednak, że w dłuższej perspektywie konsekwencji uda się uniknąć.

Rollercoaster w relacjach USA i Chin skutkuje globalnym spowolnieniem gospodarczymŹródło: DNB Markets

Zgodnie z szacunkami coraz większe bariery w wymianie handlowej i ich negatywny wpływ na produkcję wpłynęło na obniżenie wzrostu gospodarczego. Wzrost PKB w skali świata może zwolnić z 3 proc. do 2,8 proc. w nadchodzącym roku. Byłoby to najniższy wynik od czasu ostatniego kryzysu finansowego, kiedy globalna gospodarka skurczyła się o 0,1 proc.

– Przemysł, a zwłaszcza motoryzacja i elektronika to obszary o największej ekspozycji na handlową wymianę międzynarodową, a więc również najbardziej narażone na ograniczenia otwartości państw. Skoro spada popyt i podaż, musi się to odbić na PKB. Jego wzrost spowalnia, co wywołuje dodatkowy pesymizm i niepewność. Tak rozwija się egoizm gospodarczy –  mówi Marcin Prusak, Członek Zarządu DNB Bank Polska.

Rollercoaster w relacjach USA i Chin skutkuje globalnym spowolnieniem gospodarczym 1Źródło: Thomson Datastream/ DNB Markets

Wymiana gospodarczych ciosów

Początek konfliktu sięga lipca 2018 r., kiedy administracja prezydenta Trumpa po raz pierwszy uderzyła w chiński eksport cłami na poziomie 25 proc. od produktów technologicznych wartych 34 mld USD. Chiny nie pozostały dłużne i odpowiedziały symetrycznie.

Już w sierpniu 2018 r. cła na poziomie 25 proc. dotyczyły towarów o wartości w sumie 50 mld USD po obu stronach. Dodatkowo, we wrześniu 2018 r. nałożono cła w wysokości 5-10 proc. odpowiednio na produkty warte 200 mld USD (USA na chiński eksport) i 60 mld USD (Chiny na eksport z Ameryki).

W maju 2019 poziom ceł na towary o tych wartościach został podniesiony i wyrównany do 25 proc. W efekcie zaczęły obowiązywać taryfy na poziomie 20-25 proc. na towary warte odpowiednio 250 mld USD (ze strony USA) i  110 mld USD (ze strony Chin).

Tegoroczna jesień przynosi nowe sankcje. USA wprowadziły już 10 proc. cła na towary o wartości 300 mld USD (częściowo teraz, częściowo zostaną one wprowadzone w grudniu). Jednak zgodnie z zapowiedzią, mogą one zostać podwyższone do poziomu 15 proc. Administracja Trumpa nie wyklucza także podniesienia wcześniejszych ceł na towary o wartości 250 mld USD – z 25  do 30 proc. Termin został jednak przesunięty na razie na połowę października. To efekt chińskiej decyzji o zmniejszeniu sankcji na amerykańską soję i wieprzowinę. Czy to początek zmiany podejścia i szansa na osiągnięcie porozumienia, czy jednak  zasłona dymna, która ma uśpić czujność drugiej strony?Rollercoaster w relacjach USA i Chin skutkuje globalnym spowolnieniem gospodarczym 2

Opracowanie: DNB Bank Polska

Negocjacje trwają

W ubiegłym tygodniu rozpoczęła się  kolejna runda negocjacji pomiędzy gospodarczymi mocarstwami. Z deklaracji obu stron wynika, że widzą negatywne skutki nakładanych ceł. Jak wskazuje U.S. Chamber of Commerce przedłużające się napięcia handlowe i eskalacja konfliktu nie leżą w interesie żadnego państwa. Również Ministerstwo Spraw Zagranicznych Chin jest zdania, że brak współpracy niekorzystnie odbija się na ogólnej kondycji gospodarek. Jednak z bardziej praktycznego punktu widzenia obie strony czekają na przychylne gesty wobec siebie i od nich uzależniają kolejne kroki. To wyczekiwanie skutkuje pogorszeniem kondycji światowej gospodarki. Można to podrównać do coraz szybszej jazdy rollercoasterem. Próbowanie się i wytrzymywanie coraz większych przeciążeń przez dwóch pasażerów odbija się na wszystkich uczestnikach zabawy.

Program 500+ trafiający do zamożniejszych rodzin zapewnia nam „budowlany cud”

Na początku tego roku dominowała prognoza, że dojdzie do 10 proc. spadku udzielanych kredytów mieszkaniowych w 2019 r. Jednak stało się inaczej. Dlatego, że program 500+ trafia teraz do zamożniejszych rodzin.

O ile pierwszy kwartał potwierdzał pesymistyczne prognozy dla rynku mieszkaniowego, to w drugim nastąpił gwałtowny skok zarówno wolumenu jak i wartości udzielonych hipotek, odpowiednio o 17 proc. i 21 proc. kw./kw. To oznaczało najlepszy kwartalny wynik od 2008 r.

Prognoza, że wartość udzielonych w 2019 r. kredytów mieszkaniowych w br. wyniesie 47 mld zł zmieniła się w przewidywania na poziomie 60 mld zł.

– Wygląda to na coś w rodzaju hipotecznego cudu nad Wisłą, jednak na rynkach finansowych cuda raczej się nie zdarzają – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. – Skąd więc ta swoista eksplozja statystyk? Zdecydowanie zastanawiające jest, że cudowne ożywienie krajowego rynku hipotek nastąpiło zaledwie kilka tygodni po konwencji rządzącej partii z końca lutego br., na którym ogłoszono rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko.

Jak wynika z tegorocznego raportu Instytutu Badań Strukturalnych zaledwie 37 proc. środków z 500+ trafia do rodzin ubogich, którym te pieniądze są niezbędne do zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych. Natomiast z badań Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH z 2017 r. wynika, że tylko 40 proc. beneficjentów programu deklaruje przeznaczenie środków w dłuższym terminie na żywność i odzież, gdy prawie 22 proc. na zwiększenie oszczędności.

– Rozszerzenie programu na pierwsze dziecko znacząco zwiększy odsetek na tyle zamożnych beneficjentów 500+, że otrzymane w jego ramach środki będą stanowiły dla nich nadwyżkę finansową i nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby już obecnie nawet 1/3 transferu socjalnego, czyli w skali roku nawet kilkanaście miliardów złotych trafiało na konta oszczędnościowe albo na cele inwestycyjne, a jak inwestycje, to wiadomo, że w Polsce numer jeden to mieszkania – wyjaśnia ekspert.

Jeśli to się potwierdzi, to rynek mieszkaniowy przez kolejne lata będzie miał zapewniony wysoki popyt ze strony zamożniejszej części beneficjentów rządowego programu.

Google for Startups tworzy w Warszawie akcelerator dla sektora gamingowego

Dziś rusza kolejna inicjatywa Google wspierająca rozwój startupów w zaawansowanej fazie wzrostu. W Warszawie wystartuje Google for Startups Accelerator, którego pierwsza edycja jest skierowana do firm z sektora gamingowego z całej Europy. W programie weźmie udział 10 startupów z sześciu krajów. Inicjatywa będzie częścią europejskiej sieci akceleratorów Google – kolejne ruszą w Maladze i Tel Avivie.  

Czym jest Google for Startups Accelerator? To kilkumiesięczny program dla zaawansowanych startupów (w tym spółek giełdowych), który ma pomóc im w szybkim rozwoju i globalnej ekspansji. Pierwsza edycja warszawskiego akceleratora Google jest skierowana do firm z branży gamingowej z całej Europy. Projekt rozpoczyna się tygodniowymi warsztatami z 30 mentorami z całego świata. Przez kolejne miesiące wybrane firmy będą w warszawskim Campusie Google for Startups szkolić się m.in. z wykorzystania technologii i produktów wspierających rozwój biznesu gamingowego, a także rozwijać swoje umiejętności zarządcze i sposoby rozbudowywania zespołu firmy. Całość zakończy się w połowie przyszłego roku podczas Demo Day – spotkania z potencjalnymi inwestorami. Google for Startups Accelerator gaming

Poniżej poznacie nazwy 10 startupów, które znalazły się w szczęśliwym gronie uczestników akceleratora gamingowego Google for Startups w Warszawie:

Ahoy Games (Polska)

Założony w 2013 roku Ahoy Games tworzy mobilne wersje klasycznych i popularnych gier planszowych. Kładzie przy tym duży nacisk na jakość i doświadczenie użytkownika. Jak sami założyciele firmy o sobie mówią, są małym zespołem ekspertów, mającym duży wpływ. Najpopularniejsza gra Ahoy Games o nazwie „Okey” ma codziennie ponad pół miliona aktywnych użytkowników.

BON Games (Finlandia)

BON Games to fińskie studio gier założone w 2017 roku. Jego twórcy dzielili pasję do oldschoolowych gier typu tycoon i symulacji biznesowych. Po analizie danych
i przeprowadzeniu badań, okazało się, że za tą pasją idzie również realna szansa rynkowa. Pierwsza gra BON Games, Transit King Tycoon, została wydana w czerwcu 2018 roku i do dziś zdobywa nowych fanów na całym świecie. Gra odnotowuje również fenomenalny zwrot wydatków na reklamę (ROAS) a jej przychody wzrosły z 50% do 100% miesięcznie w tym roku.

Chess & Checkers Games (Polska)

Chess & Checkers to firma, której historia rozpoczęła się w styczniu 2015 roku. To właśnie wtedy Łukasz Oktaba, chcąc nauczyć się programowania w Javie, zaczął od napisania prostej gry mobilnej na Androida. Tak powstały Warcaby – gra miała być tylko dodatkiem do CV, ale ostatecznie stała się jedną z lepiej rozpoznawalnych w swojej kategorii. Obecnie na sukces Chess & Checkers pracuje już 13-osobowy zespół, a firma stworzyła kolejną klasyczną grę planszową – Szachy. Zarówno Szachy, jak i Warcaby, zostały pobrane już ponad 70 milionów razy.

highCore Games (Białoruś)

Niewielki, ale niezwykle ambitny zespół twórców, skupiający się głównie na grach mobilnych z segmentu mid core i casual. Gry z ich portfolio zostały już ściągnięte ponad 20 milionów razy.

PowerPlay Studio (Słowacja)

PowerPlay Studio jest jednym z największych słowackich studiów gier
i zdecydowanym numerem jeden pośród studiów niezależnych. Koncentrują się przede wszystkim na grach niszowych – zwłaszcza kategorii gier sportowych.

Reality Games (Polska)

Reality Games to dynamicznie rozwijające się studio gier, opracowujące gry mobilne, które wykorzystują dane z realnego świata. Silnik gier pobiera i łączy takie dane ze znanymi koncepcjami oraz sprawdzoną mechaniką, aby wygenerować wciągającą mobilną rozrywkę. Jak mówią sami założyciele, Reality Games nie próbuje konkurować z żadnymi z obecnych trendów w branży, ich celem jest tworzenie zupełnie nowego gatunku mobilnej rozrywki.

Synctuition (Estonia)

Synctuition to wyjątkowa aplikacja relaksacyjna, która wykorzystuje dźwięki 3D, dudnienia różnicowe, fale gamma i spersonalizowaną częstotliwość głosu. Pierwsza iteracja programu została udostępniona w 2017 roku, a rok później po zrewidowaniu wielu pierwotnych decyzji biznesowych,  powstała druga wersja aplikacji –  “Synctuition-first”. W pierwszych sześciu miesiącach działania aplikacja wygenerowała ponad 500 000 instalacji i osiągnęła docelowy przychód na 2019 rok już w pierwszych ośmiu miesiącach od ponownego uruchomienia.

T-Bull (Polska)

Studio zostało założone w 2010 roku przez Grzegorza Zwolińskiego, Damiana Fijałkowskiego i Radosława Łapczyńskiego. Opracowane przez firmę gry trafiły na wszystkie kluczowe platformy mobilne i zostały pobrane przez prawie pół miliarda użytkowników na całym świecie. Jedna z ich najpopularniejszych gier, Moto Rider GO, trafiła na listę najlepszych gier Google Play w 2018 roku.

Two Desperados (Serbia)

Two Desperados to studio gier mobilnych z siedzibą w Belgradzie. Ich gry, Woka Woka i Viola’s Quest, są jednymi z najlepszych typu marble shooters z liczbą ponad 30 milionów graczy. Motto firmy brzmi: “świetne zespoły tworzą świetne gry”.

Webelinx (Serbia)

Twórcy takich gier jak My Basketball Team, Playbook, Teenage Drama, Amnesia czy Hidden Objects in Famous Paintings, które przyniosły im ogromny sukces. Ich produkcje wyróżnia wyjątkowa grafika i oryginalne pomysły. Dzięki tym cechom stali się największym studiem gier mobilnych w Serbii.

Oprócz uruchomienia akceleratora gamingowego, podsumowujemy też efekty programu Residency – którego ostatnio edycja również skierowana była do firm z obszaru mobile gaming. Dwanaście startupów które na 6 miesięcy przeniosły swoje siedziby do Campusu Google for Startups w Warszawie może na koniec programu pochwalić się świetnymi wynikami. Firmy objęte wsparciem uzyskały ponad 60% wzrostu przychodów, zwiększyły liczbę ściągnięć swoich aplikacji o aż 22 miliony, a także zanotowały wzrost zysków z reklam o 6 milionów złotych.

US posądził firmę o świadomy udział w karuzeli VAT mimo braku dowodów

Organy podatkowe posądziły firmę o świadomy udział w karuzeli VAT. Nie udowodniły jednak, że towar będący przedmiotem obrotu nie był w rzeczywistości dostarczany i odbierany. Wręcz przeciwnie, wykazana przez nie argumentacja prowadziła do wniosku, że towar ten faktycznie istniał i był przedmiotem dostawy. Dlatego też sąd administracyjny, uchylając decyzję organów, na skutek wniesionej przez spółkę skargi, pouczył: „Jeżeli organ podatkowy stoi na stanowisku, że transakcja była pozorna albo dokonano jej w celu obejścia prawa, powinien to wskazać oraz wykazać w uzasadnieniu swojego rozstrzygnięcia (…)” (wyrok WSA w Gliwicach z 21 sierpnia 2019 r., sygn. akt I SA/Gl 417/19).

„Nie stanowią podstawy do obniżenia podatku należnego oraz zwrotu różnicy podatku lub zwrotu podatku naliczonego faktury i dokumenty celne w przypadku gdy wystawione faktury, faktury korygujące lub dokumenty celne stwierdzają czynności, które nie zostały dokonane – w części dotyczącej tych czynności” – stwierdza Ustawa z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług: w art. 88 ust. 3a pkt 4 lit a) (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.).

Wnioski sprzeczne z zasadami logiki

Na podstawie przeprowadzonych kontroli naczelnik urzędu skarbowego ustalił, że jedna z polskich spółek, specjalizująca się w obrocie cynkiem, brała udział w karuzeli VAT, odliczając 23% VAT od nabycia cynku, a następnie dokonując wewnątrzwspólnotowej jego dostawy na terytorium Czech i Słowacji ze stawką 0%. Spółka miała świadomość uczestnictwa w transakcji łańcuchowej, stąd jej działania nakierowane były na popełnienie oszustwa podatkowego. O fikcyjności prowadzenia działalności spółki w obrocie cynkiem przemawiać miało chociażby niewłaściwe jego przechowywanie, wskazujące na brak dbałości o towar, co nie miałoby miejsca, gdyby działalność była rzeczywista.

W odwołaniu od tej decyzji spółka zarzuciła NUS m.in. pomijanie korzystnych dla niej dowodów, jak również wysnuwanie wniosków niemających oparcia w zgromadzonym materiale dowodowym, a przede wszystkim sprzecznych z zasadami logiki i doświadczenia życiowego. Przedsiębiorca wskazywał również, że organ z góry założył sobie cel, jakim było udowodnienie spółce winy, mimo braku dowodów, które potwierdzałyby świadomy jej udział w karuzeli VAT.

Niespójne ustalenia organu

Przedsiębiorca podkreślił, że decyzja organu została wydana w oparciu jedynie o stwierdzone nieprawidłowości na wstępnym i końcowym etapie obrotu cynkiem, choć wątpliwości nie budził fakt, iż spółka była w posiadaniu przedmiotowego towaru oraz dysponowała prawem do rozporządzania nim jak właściciel. Co więcej, ustalenia organu nie były wewnętrznie spójne, bowiem z jednej strony stwierdził on, że faktury zakupu nie dokumentują rzeczywistych zdarzeń, z drugiej zaś posądził spółkę o to, że była jednym z ogniw w łańcuchu dostaw towaru tego samego, nieznanego pochodzenia.

() faktury sprzedaży cynku wystawione na rzecz polskich kontrahentów w miesiącach; styczeń 2015 r. i luty 2015 r. mają znamiona tzw. pustych faktur, mimo iż organ pierwszej instancji sam potwierdził fizyczne dostawy towarów do tych kontrahentów, a nawet wskazał, iż w niektórych przypadkach byli oni ostatecznymi konsumentami cynku ()(sygn. akt I SA/Gl 417/19).

Niekonsekwencja organów

Dyrektor Izby Administracji Skarbowej nie przychylił się do wniesionego przez spółkę odwołania i nie uchylił decyzji NUS. Uczynił to natomiast sąd. W wyroku z 21 sierpnia 2019 r., wskazując na art. 21 § 2 Ordynacji podatkowej oraz art. 99 ust. 12 ustawy o VAT, zwrócił uwagę, że ustawodawca sformułował w nich domniemanie prawne co do prawidłowości składanych przez podatników deklaracji podatkowych. A ustalenia organu w tej sprawie domniemania tego nie obalają. Fiskus nie wykazał bowiem, czy nabycie przez spółkę towaru było fikcyjne ani nie zbadał jej świadomości uczestnictwa w karuzeli VAT.

WSA w Gliwicach podkreślił również niekonsekwencję organów, które powołując się na art. 88 ust. 3a pkt 4 lit a) ustawy o podatku od towarów i usług, zarzucają spółce niedokonywanie rzeczywistych czynności gospodarczych, z drugiej zaś strony, poświęcając sporo uwagi na prześledzenie łańcucha transakcji poprzedzających dostawy od polskich kontrahentów spółki, realizowane właśnie do niej.

W dalszym uzasadnieniu sąd zwrócił uwagę, że sam fakt zaistnienia nieprawidłowości na wcześniejszych etapach transakcji nie oznacza automatycznie, że spółka również na kolejnych etapach dokonała celowych nieprawidłowości. Sąd wskazał także na takie uchybienia w ustaleniach organu, jak te, których dokonał w odniesieniu do niewłaściwego zdaniem organu składowania cynku. Organ pominął stanowisko skarżącej, że nie broni się zarzut niedbałości o towar poprzez składowanie go na niezadaszonym placu, skoro cynk nie ulega korozji.

„Organ odwoławczy nie ustalił, czy nabycie towaru przez skarżącego w istocie nie miało miejsca, czy też towar nabywany był przedmiotem pozornych transakcji karuzelowych. W tym drugim przypadku konieczne zaś byłoby badanie świadomości skarżącego co do udziału w oszustwie podatkowym (…) Jeżeli organ podatkowy stoi na stanowisku, że transakcja była pozorna albo dokonano jej w celu obejścia prawa, powinien to wskazać oraz wykazać w uzasadnieniu swojego rozstrzygnięcia (…)” (sygn. akt I SA/Gl 417/19).

Cel – udowodnić winę przedsiębiorcy

Obrona przed urzędniczym bezprawiem to dziś jeden z nierozłącznych elementów prowadzenia działalności gospodarczej. Przedsiębiorcy wspierani przez wyspecjalizowane w postępowaniu w sporach z organami podatkowymi kancelarie prawne oraz przez mających już niemalże statut stałych pracowników przedsiębiorstwa doradców podatkowych każdego dnia stają przed zadaniem ochrony majątku firmy, a zatem i ochrony samej firmy przed nieuprawnionymi działaniami urzędników. Świadomość istniejącego wciąż, otwartego konfliktu na linii fiskus – przedsiębiorca potwierdzają obawy spółki, jakie wyraziła w tej sprawie: „(…) rozstrzygnięcie organu pierwszej instancji opiera się na z góry założonym celu, tj. – udowodnienia winy strony, pomimo braku istnienia i zgromadzenia obiektywnych dowodów potwierdzających jej świadomy udział w zarzucanym procederze wyłudzenia VAT” (sygn. akt I SA/Gl 417/19).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

OpenX – z Doliny Krzemowej do Krakowa

W krakowskim biurowcu V Offices swoją nową siedzibę otworzyło OpenX – jedna z pięciu największych firm na świecie specjalizujących się w reklamach internetowych. W proces wynajmu i aranżacji powierzchni biurowej zaangażowana była międzynarodowa agencja doradcza CBRE. Oficjalne otwarcie biura odbyło się w sierpniu br.

OpenX to jedna z pięciu największych internetowych firm reklamowych na świecie. Wywodzi się z Doliny Krzemowej, a jej początki w Polsce sięgają dwa lata wstecz. Obecnie firma planuje dużą ekspansję, dlatego podjęła decyzję o zmianie biura na nowocześniejsze, większe i spełniające bardzo wysokie standardy, których dzisiaj oczekują pracownicy.

Nowa siedziba OpenX, o powierzchni 1,7 tys. mkw. z możliwością powiększenia, mieści się w należącym do Afi Europe budynku V Offices w centrum Krakowa. To bardzo dobra lokalizacja, w której znajduje się zaledwie kilka biurowców, z łatwym dojazdem wszystkimi środkami komunikacji, szeroką ofertą usług w sąsiedztwie i bliskością Starego Miasta. Dzięki temu prestiż nowego biura OpenX znacząco się podnosi.

W procesie wynajmu i planowania przestrzeni biurowej wzięła udział agencja CBRE.

Kraków cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem wśród międzynarodowych firm. Rynek biurowy w stolicy Małopolski wiedzie prym wśród miast regionalnych pod kątem zainteresowania najemców szukających atrakcyjnych lokalizacji. Tylko w pierwszym półroczu w stolicy Małopolski wynajętych zostało niemal 140 tys. mkw. nowoczesnych biur. Bardzo dobrze wykształceni pracownicy, zaplecze akademickie, kulturalne i przede wszystkim najwyższej klasy powierzchnie biurowe przyciągają do Krakowa firmy takie jak OpenX, której mieliśmy przyjemność doradzać na etapie wyboru nowego biura oraz jego optymalnej aranżacji  – mówi Kamil Tyszkiewicz, szef regionalnych rynków biurowych, CBRE.

Konferencja SegFault w Warszawie – merytorycznie o sztucznej inteligencji!

Już 25 października odbędzie się pierwsza warszawska edycja, znanej na rynku IT, konferencji SegFault. Tym razem agenda SegFault w pełni poświęcona jest zagadnieniom sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowemu. To wydarzenie zarówno dla przedstawicieli branży IT, programistów, geeków, jak i biznesu poszukującego inspiracji w nowoczesnych rozwiązaniach z obszaru cyfrowych technologii.

AI i ML to dwa niepozorne dwuliterowe skróty, które od lat rozpalają wyobraźnię zarówno miłośników technologii, inwestorów, jak i konsumentów. Sztuczna inteligencja, bo o niej mowa, w latach 80. i 90. ubiegłego wieku była osią większości filmów science fiction. W tym samym czasie środowiska akademickie poświęcały niezliczone ilości godzin kodowi, który się uczy i adaptuje swoje zachowanie do zmieniających się warunków. Czasy się zmieniły, bo dziś w kieszeni niemal każdego z nas znajduje się telefon z AI, aparaty fotograficzne, które „inteligentnie” retuszują zdjęcia, sztuczną inteligencję, która maluje obrazy, tworzy muzykę, czy rozpoznaje twarze.

Warszawska konferencja SegFault to merytoryczne spotkanie wokół tematów i pytań związanych ze sztuczną inteligencją. Czy sztuczna inteligencja to lek na wszystkie wyzwania współczesnego świata IT? Z historii wiemy, że było już wiele takich momentów, rozwiązań, czy technologii, które miały zmienić zasady gry – podkreśla Jarosław Pałka z Symentis Events – jeden z członków Rady Programowej wydarzenia.

Podczas konferencji znani prelegenci i praktycy AI i ML (m.in. Wojciech Ptak, czy Krzysztof Kudryński), pracujący w różnych dziedzinach, podejmą próbę odpowiedzi na szereg pytań – w tym o bezpieczeństwo naszych danych w świecie post-AI oraz o „data science” jako jednym z zawodów przyszłości.

Bilety na wydarzenie są dostępne na stronie organizatora: https://segfault.events/warszawa2019. Liczba miejsc ograniczona!

SegFault w Warszawie już 25 października!

Brexit znów w centrum uwagi

Najbliższe dni mogą przynieść rozwiązanie kwestii Brexitu. Czy nie grozi nam jednak Brexit bez umowy?

Ostatnie dni przyniosły wyraźny wzrost zmienności na parze GBP/PLN. Tylko w ciągu czterech poprzednich dni handlu brytyjska waluta w parze z polskim złotym zyskała ponad 15 groszy. Poprawa nastrojów względem funta związana jest serią komentarzy ze strony tak brytyjskich, jak i europejskich oficjeli sugerujących, że osiągnięcie umowy ws. Brexitu jest możliwe. Jest to wyraźny zwrot w retoryce w stosunku do sytuacji z jaką mieliśmy do czynienia jeszcze kilka tygodni temu. Tego typu komentarze sprawiły, że wyraźnie zmalały szanse na tzw. no-deal Brexit przed końcem roku. Zgodnie z wycenami bukmacherów wynoszą one obecnie mniej więcej 15-20%.

Kurs GBP/PLN (10/10/19-16/10/19)

kurs funta wykres
Źródło: Bloomberg Data: 16/10/19

Dla funta brytyjskiego bieżący tydzień będzie kluczowy. Już jutro bowiem rozpocznie się dwudniowy szczyt Rady Europejskiej, którego najważniejszym tematem będzie właśnie Brexit. Jeśli brytyjskim i europejskim oficjelom przed szczytem udałoby się osiągnąć zgodę co do tekstu porozumienia, Rada mogłaby przed końcem tygodnia przegłosować go, co otworzyłoby drogę do głosowania w Izbie Gmin i wyjścia Wielkiej Brytanii z UE 31 października. Wśród tych realistycznych scenariuszy jest to najbardziej optymistyczny, jednak nie jedyny możliwy. Z uwagi na to, że na osiągnięcie porozumienia zostało bardzo niewiele czasu, całkiem prawdopodobne jest też kolejne wydłużenie terminu Brexitu.

W tak niepewnym środowisku można stwierdzić jedno – brytyjska waluta w kolejnych dniach może charakteryzować się podobnie wysoką zmiennością do tej obserwowanej ostatnio.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Pierwsza część tygodnia nie obfitowała w zbyt wiele istotnych informacji ze strefy euro. Poniedziałkowe dane o produkcji przemysłowej w sierpniu pokazały nieoczekiwany wzrost w ujęciu miesięcznym, patrząc na dane w ujęciu rocznym cały czas widać jednak wyraźną słabość sektora. A ostatnie dane PMI sugerują, że wrzesień prawdopodobnie był jeszcze gorszy.

W kontekście globalnych obaw o sytuację gospodarczą, trudno dziwić się ekspertom ankietowanym w badaniach ZEW, których wyniki poznaliśmy wczoraj – październikowe indeksy dla Niemiec i strefy euro wskazują na utrzymywanie się negatywnych nastrojów. Na szczęście, wbrew oczekiwaniom konsensusu, dane nie pokazały istotnego pogłębienia wspomnianych obaw.

Dzisiejsze dane ze strefy euro również nie rozpieszczają. Rewizja danych o inflacji we wrześniu pokazała, że kluczowa miara, inflacja CPI wyniosła 0,8%, tym samym okazując się niższa od i tak rozczarowującego poziomu szacowanego wcześniej. Ostatni spadek dynamiki cen niestety zdaje się współgrać ze słabością gospodarki strefy euro.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,9%, wahając się w widełkach 4,91-4,97. Uwaga inwestorów obecnie skupia się niemal wyłącznie na informacjach związanych z Brexitem, w związku z czym dane makroekonomiczne przechodzą bez większego echa. Niemniej – w związku z tym, iż po rozwiązaniu kwestii Brexitu ponownie zyskają na znaczeniu – warto o nich nie zapominać.

Wczorajsze odczyty z Wielkiej Brytanii rozczarowały, sugerując, że niepokój związany z Brexitem może niekorzystnie przekładać się na dotychczas wyjątkowo dobrą sytuację brytyjskiego rynku pracy. Pewne obawy w tym kontekście może budzić informacja o tym, iż w ostatnim okresie pomiarów (trzech miesięcy do sierpnia) odnotowaliśmy wzrost stopy bezrobocia z najniższego poziomu od ponad czterech dekad. Dzisiejsze dane o brytyjskiej inflacji we wrześniu również nie budzą specjalnego optymizmu. Inflacja bazowa we wrześniu wprawdzie zgodnie z oczekiwaniami wzrosła z najniższego poziomu od listopada 2016 roku, notowanego miesiąc wcześniej, nieco rozczarował natomiast indeks CPI.

Nieco słabsze dane nie muszą jeszcze zwiastować najgorszego. Jeśli jednak słabość w brytyjskiej gospodarce będzie bardziej widoczna – a szczególnie, jeśli rozczarowywać będą kolejne dane z brytyjskiego rynku pracy – retoryka BoE może zmienić się w stronę bardziej gołębiej. A już teraz rynek oczekuje, że pomimo wyraźnego spadku ryzyka „no-dealu” prawdopodobieństwo cięcia stóp procentowych w połowie przyszłego roku wynosi ok. 50%.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 3,89-3,91. Ostatnie dni nie przyniosły istotnych zmian kursu złotego w relacji do dolara amerykańskiego. Wygląda na to, że brakuje czynników, które owe zmiany mogłyby powodować. Wszelkie wieści związane z amerykańskim wycofywaniem się z Syrii i jego konsekwencjami na których skupiają się media oddziałują przede wszystkim na zachowanie liry tureckiej, jednak na pozostałe waluty zdają się nie mieć większego wpływu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

16:00 – przemawia główny ekonomista EBC, Philip Lane

21:00 – przemawia Lael Brainard z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Moody’s ostrzega. MFW: Ceny w Polsce będą rosnąć najszybciej w Unii

Najnowsza prognoza Międzynarodowego Funduszu Walutowego nie wygląda dla Polaków najlepiej. Raczej nikt nie marzy o tym, żeby przez 4 lata z rzędu ceny w jego kraju rosły w najszybszym tempie w Europie. Niestety właśnie taki rozwój wydarzeń przedstawia w swoich przewidywaniach na przyszłość MFW.

Ceny zwiększą tempo wzrostu

Międzynarodowy Fundusz Walutowy zaktualizował prognozę inflacyjną dla Polski. 3,5% w 2020 to górna granica celu inflacyjnego, która została ustalona przez NBP. Na pierwszy rzut oka nie wygląda to źle, aczkolwiek mogą też pojawić się pojedyncze miesiące powyżej wspomnianego celu. Niestety gorzej wygląda informacja, że według aktualnych predykcji będzie to prawdopodobnie najwyższy wynik w całej Unii Europejskiej. Do poziomu poniżej 3% inflacja ma wrócić dopiero w 2023 roku. Warto zwrócić uwagę, że prognoza zawiera w sobie pewne założenia, co do rozwoju sytuacji na świecie. Gdyby np. doszło do eskalacji napięć w Zatoce Perskiej i wzrostu cen ropy, wtedy poziom ten mógłby okazać się wyższy.

Moody’s ostrzega

Agencja ratingowa wskazała zmiany w sądownictwie oraz bardzo ekspansywną politykę socjalną jako czynniki mogące w przyszłości doprowadzić do pogorszenia naszego profilu kredytowego. Powodem jest nieuwzględnienie w planach budżetowych wielu wydatków związanych z obietnicami wyborczymi. Warto przypomnieć, że nie powinno to spowodować problemów w 2020 roku, ale w głównej mierze będzie to zasługa jednorazowych dużych wpływów budżetowych (m.in. z likwidacji OFE oraz aukcji częstotliwości 5G), a nie odpowiedzialnej polityki finansowej rządu. Powodem obaw jest fakt, że w sytuacji gorszej koniunktury w 2021 r. i braku dodatkowych sporych przychodów może się okazać, że budżet wykaże pokaźny deficyt, dochodzący nawet do konstytucyjnych poziomów. W przypadku takiego scenariusza bylibyśmy świadkami dużej przeceny na polskim złotym.

Dane z Wysp Brytyjskich

Wczoraj poznaliśmy liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych z Wielkiej Brytanii. Było ich 21 tys. wobec oczekiwanych 26 tys. Możemy zatem mówić o pozytywnym zaskoczeniu, ale warto pamiętać, że przy poprzednim odczycie było ich jedynie 16 tysięcy. Należy przy tym dodać, że stopa bezrobocia wzrosła do 3,9%, ale w żadnym wypadku nie jest to pułap, który powinien martwić (szczególnie po zakończeniu okresu prac sezonowych). Pensje rosną o 3,8%, czyli symbolicznie powyżej oczekiwań, ale co najważniejsze 2% powyżej opublikowanej dzisiaj inflacji. W tle tych danych funt wyraźnie zyskuje, ale pamiętajmy, że akurat w tym kontekście odczyty nie mają większego znaczenia, a dzieje się to ze względu na coraz mniejsze szanse brexitu bez umowy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – sprzedaż detaliczna,

20:00 – USA – stenogramy z posiedzenia Fed.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Kraków wyznacza trendy w regionach

Kraków generuje niemal połowę całkowitego popytu na powierzchnie biurowe w miastach regionalnych, poza Warszawą.

Krakowski rynek biurowy w regionach nie ma sobie równych. W ciągu ostatniej dekady zasoby Krakowa wzrosły czterokrotnie, do 1,36 mln mkw. nowoczesnych powierzchni. Jako znany ośrodek akademicki i popularna destynacja turystyczna Kraków jest dziś, obok Warszawy najatrakcyjniejszą lokalizacją dla międzynarodowych inwestorów oraz deweloperów realizujących projekty komercyjne w Polsce. Największą siłą napędowa dla rozwoju rynku biurowego w aglomeracji jest działalność firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu, które w stolicy Małopolski mają około 60 proc. udział w wolumenie najmu.

Z danych firmy doradczej Walter Herz wynika, że do końca 2019 roku deweloperzy planują ukończyć w Krakowie realizację budynków, w których znajdzie się łącznie przeszło 110 tys. mkw. powierzchni biurowej. W pierwszej połowie br. na krakowski rynek trafiło zaś niemal 100 tys. mkw. biur, m.in. w takich obiektach jak V.Offices, Fabryczna Office Park B1, Mogilska Office, czy DOT Office F1.

Rekordowa podaż

Mateusz Strzelecki, partner i Head of Regional Markets w Walter Herz, przyznaje, że ten rok może zamknąć się w Krakowie rekordową, nową podażą, przekraczającą poziom 200 tys. mkw. powierzchni. – W ostatnich latach krakowski rynek biurowy rósł średnio około 15 proc. rocznie. A obecne tempo przyrostu podaży w mieście należy do wyjątkowych na tle miast regionalnych. Jedynie w Warszawie powstaje dziś więcej powierzchni biurowych niż w Krakowie – dodaje Mateusz Strzelecki.

Według obliczeń Walter Herz, na krakowskim rynku w budowie jest aktualnie około 270 tys. mkw. biur. Pozwolenie na użytkowanie uzyskał także właśnie projekt Tischnera Office, zrealizowany przez Cavatina Holding, który oferuje niemal 34 tys. mkw. powierzchni biurowej. Na terenie tej, nagradzanej już inwestycji znajdzie się 2,6 tys. mkw. terenów zielonych.

Cavatina rozpoczęła również niedawno budowę czwartego etapu kompleksu Equal Business Park przy ulicy Wielickiej,  w którym powstaje budynek z 11 tys. mkw. powierzchni i przygotowuje kolejne projekty. W rejonie dzielnicy Zabłocie, przy skrzyżowaniu ulic Klimeckiego i Nowohuckiej deweloper prowadzi też prace przygotowawcze do budowy nowego biurowca w ramach realizacji kompleksu Klimeckiego Office. W inwestycji zaprojektowane zostały dwa budynki. Pierwszy biurowiec przyniesie niemal 8 tys. mkw. powierzchni, a kolejny dostarczyć ma 28 tys. mkw. biur.  Według zapowiedzi inwestora, w ciągu najbliższych trzech lat, dzięki działalności prowadzonej przez firmę w Krakowie zasoby biurowe miasta wzrosną o blisko 78 tys. mkw. powierzchni.

Spektakularne inwestycje

Swoje, nowe inwestycje w Krakowie wprowadza również Grupa Buma. Przy alei Bora Komorowskiego i ulicy Lublańskiej firma realizuje kompleks biurowy Tertium Business Park. Łącznie ze zrealizowanymi już przez dewelopera w tej lokalizacji budynkami Quattro Business Park, Five i Rondo Business Park obiekt tworzyć będzie nowoczesną dzielnicę biurową, oferującą ponad 115 tys. mkw. powierzchni.

Na południu Krakowa, na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej Krakowskiego Parku Technologicznego przy ulicy Czerwone Maki  Grupa Buma prowadzi również budowę inwestycji Dot Office, która dostarczy w sumie ponad 120 tys. mkw. powierzchni biurowej. W ramach projektu powstało już siedem budynków, w tym oddany niedawno biurowiec F1 z 9,8 tys. mkw. powierzchni, a kolejne są w fazie przygotowania i realizacji.

Grupa Buma planuje także rozpoczęcie budowy obiektu biurowego Ten Office. Zlokalizowany przy ulicy Tischnera, w sąsiedztwie ulicy Wadowickiej i Zakopiańskiej zespół dwóch budynków klasy A zaoferuje ponad 31,7 tys. mkw. powierzchni najmu. Na terenie obiektu zaaranżowane zostały strefy relaksu, w tym zielony, widokowy taras na dachu jednego z budynków oraz zielony dziedziniec, gdzie poza miejscami do wypoczynku, znajdzie się stół do tenisa stołowego oraz do gry w piłkarzyki, czy miejsce do uprawy ziół.

W Krakowie rozgrywają najwięksi deweloperzy

Na krakowskim rynku działalność prowadzi również firma Skanska. W pobliżu Dworca Głównego i Galerii Krakowskiej realizuje kompleks High5ive, który docelowo przyniesie 70 tys. mkw. powierzchni biurowej. Projekt obejmuje budowę pięciu budynków, z których dwa są już oddane do użytku. Dwa kolejne biurowce z 32 tys. mkw. powierzchni mają być gotowe w przyszłym roku, a budowa ostatniego jest przygotowywana.

Na terenie dawnych zakładów Państwowej Wytwórni Wódek w Krakowie przy ulicy Fabrycznej firma Inter-Bud prowadzi z kolei budowę inwestycji Fabryczna City. W części biurowej obiektu – Fabryczna Office zaprojektowane zostały cztery biurowce, z których jeden został oddany, dwa są w fazie realizacji, a budowa ostatniego dopiero się rozpocznie. Ponadto w ramach inwestycji powstanie czterogwiazdkowy hotel Mercure Kraków Fabryczna City z fitness, basenem i SPA, muzeum wódki, pasaż z restauracjami oraz mieszkania i lokale usługowe.

Wielofunkcyjny kompleks realizowany jest też w pobliżu krakowskiego ronda Mogilskiego. W Unity Center znajdą się budynki biurowe, hotel i apartamenty. W Krakowie w budowie są również kolejne etapy inwestycji Bonarka for Business. W sąsiedztwie ronda Matecznego powstaje kompleks Wadowicka 3 (31,3 tys. mkw. w trzech budynkach), w którym obecnie realizowany biurowiec ubiega się o pierwszy w Polsce certyfikat Fitwel. W trakcie budowy w aglomeracji krakowskiej jest również kompleks Zabłocie Business Park.

Poza tym, budowę nowego projektu przy ulicy Saskiej 25 w Krakowie zapowiada firma White Star. W inwestycji The Park powstać ma osiem budynków, które zaoferują łącznie 100 tys. mkw. powierzchni biurowej.

Niebywale wysoki popyt

Jak podaje Walter Herz, w pierwszej połowie tego roku na krakowskim rynku zakontraktowane zostało niespełna 140 tys. mkw. powierzchni biurowej, niemal dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. To prawie połowa wolumenu najmu wygenerowanego w tym czasie na rynkach regionalnych, poza Warszawą.  Podobnie, jak w innych miastach, w Krakowie najwięcej biur trafiło do firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu.

Na uwagę zasługuje fakt, że na krakowskim rynku podpisywanych jest w ostatnim czasie więcej umów na wynajem wyjątkowo dużych powierzchni. Do największych transakcji zawartych w ostatnich miesiącach należał rekordowy w historii krakowskiego rynku przednajem firmy UBS na 19,5 tys. mkw. powierzchni w dwóch biurowcach kompleksu Fabryczna Office Park. A także przednajem firmy Sabre na blisko 16 tys. mkw. biur w inwestycji Tischnera Office.

Firmy, które poszukują dużych powierzchni w centralnych rejonach miasta zmuszone są do zawierania umów typu pre-let ze względu na małą ilość gotowej, wolnej powierzchni, której jest w Krakowie tylko około 10 proc.

Ekspansja sektora BPO/SSC i rozwój elastycznych powierzchni do pracy

Niezwykle wysoki popyt na powierzchnię biurową w Krakowie wiąże się, zarówno z ekspansją firm IT, jak i sektora BPO/SSC. Stolica Małopolski jest bowiem jednym z wiodących na świecie ośrodków, w których rozwija się rynek nowoczesnych usług dla biznesu. W 2018 roku firmy z tego sektora podpisały w Polsce umowy na ponad 400 tys. mkw. powierzchni biurowych, co stanowiło około 25 proc. całkowitego wolumenu najmu. Poza Warszawą centra obsługi biznesu w minionym roku wygenerowały ponad połowę całkowitego popytu na powierzchnię biurową. W pierwszych 6 miesiącach bieżącego roku do najemców z tej branży trafiło zaś prawie 190 tys. mkw. biur, podaje Walter Herz.

Kraków jest też liderem w regionach, jeśli chodzi o wzrost potencjału powierzchni typu flexi. Krakowskie zasoby elastycznych biur wynoszą około 24 tys. mkw. powierzchni. W pierwszym półroczu bieżnego roku z 21 tys. mkw. tego typu powierzchni wynajętej na rynkach regionalnych, poza Warszawą, aż 13 tys. mkw. zakontraktowane zostało w Krakowie. A w nowych, krakowskich obiektach zaplanowane zostało już kolejne 15 tys. mkw. powierzchni coworkingowych. Ze stolicą Małopolski w regionach pod tym względem konkurować może jedynie Wrocław, w którym zaplecze elastycznej powierzchni liczy około 17 tys. mkw.

Deweloperzy chętnie aranżują przestrzenie typu flexi w nowych biurowcach, ponieważ najemcy zwracają dziś uwagę nie tylko na to, czy budynek oferuje różnorodne usługi na miejscu, ale także czy zapewnia powierzchnie elastyczne i biura serwisowane. Umożliwiają one bowiem firmom szybką optymalizację zajmowanej powierzchni w przypadku wzrostu zatrudnienia, czy czasowego zapotrzebowania na dodatkową powierzchnię w trakcie prowadzenia konkretnych projektów.

Tak blisko, a tak daleko

Rynki pozostają wyczulone na wszelkie informacje związane z brexitem i relacjami USA-Chiny przy niegasnących nadziejach, że z obu tematów wyjdą pozytywne rezultaty. Jednocześnie nie ma dnia, żeby pojawiały się doniesienia, że nie wszystko dopięte na ostatni guzik i zawsze jest przestrzeń, żeby się wszystko rozsypało. W efekcie trendy są nietrwałe i podatne na bolesne odwijanie.

Dziś rano jest zupełnie inny klimat wokół negocjacji brexitu względem tego, który panował wczoraj. We wtorek doniesienia, że negocjatorzy dopinają projekt porozumienia, by móc go poddać pod obrady na szczycie UE, stał się zapalnikiem rajdu GBP/USD do 1,28. Od ubiegłego czwartku, kiedy rozpoczęła się karuzela nieoficjalnych przecieków, funt zyskał niemal 5 proc. Nadal nie wiemy, na jakie ustępstwa zgodził się premier Boris Johnson, a co zaoferowała UE w kwestii rozwiązania spornej kwestii granicy irlandzkiej. Ale najwyraźniej inwestorom na rynku walutowym to wystarcza, by rozgrywać asymetryczne ryzyko w oparciu o tezę, że ani Johnson, ani Bruksela nie jest zainteresowana chaotycznym rozwodem 31 października. Jakkolwiek to wystarcza dla kapitału spekulacyjnego, który szybko może przesiadać się na kupowanie funta, niekoniecznie jest zachętą dla kapitału portfelowego (np. funduszy inwestycyjnych), które muszą rozważniej szacować ryzyko. To z jednej strony oznacza, że jeśli porozumienie ws. brexitu zostanie potwierdzone, rajd GBP wejdzie w drugą, stabilniejszą fazę (kolejne 5 proc.). Na razie jednak kapitał spekulacyjny może być zbawieniem lub klątwą – przy napływie negatywnych informacji krótkoterminowi inwestorzy nie będą wahać się z ucinaniem pozycji. Dobrze to widać dziś rano, kiedy GBP/USD nurkuje pod 1,27 po świeżych doniesieniach, że Demokratyczna Partia Unionistyczna Irlandii Północnej nie jest gotowa poprzeć jakichkolwiek ustępstw, do których skłonny byłby Boris Johnson.

W ujęciu ogólnorynkowym apetyt na ryzyko jest uzależniony od postrzegania szans dogadania brexitu i trwałości postanowień częściowego porozumienia handlowego między USA i Chinami. Wczorajszy wyskok funta zainicjował przecenę japońskiego jena i złota. Ruchy te jednak uległy odwróceniu, kiedy uwaga rynków przeniosła się na Kongres USA, gdzie Izba Reprezentantów przegłosowała ustawę o Prawach Człowieka i Demokracji w Hong Kongu. Ustawa będzie wymagać od USA ustalenia czy wydarzenia polityczne w Hongkongu uzasadniają zmianę traktowania miasta jako odrębnego podmiotu handlowego, czy objąć sankcjami takimi jak Chiny. Chiny wyraźnie postrzegają to jako ingerencję w ich sprawy wewnętrzne i grożą odwetem. Ustawa musi przejść jeszcze Senat i zyskać podpis prezydenta. Trump może być bardziej zainteresowany eksportem towarów rolnych do Chin, ugłaskaniem farmerów (czyt. wyborców) i zdecydować się zawetowanie ustawy. Jednak sprawa Hong Kongu stała się głośna, a przy politycznej pomyłce prezydenta w wycofaniu się z sojuszu z Kurdami, Trump może nie mieć wystarczającego kredytu zaufania, by zignorować łamanie praw człowieka w Hong Kongu. W efekcie otwiera się nowy scenariusz, w ramach którego może dojść do ponownej eskalacji sporu z Chinami. Inwestorzy już teraz muszą brać pod uwagę potencjalne ryzyka, co podnosi nerwowość i obniża zaufanie do trwałości zawiązujących się trendów.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Branża transportowa i magazynowa w czołówce inwestycji zagranicznych inwestorów

Polski sektor TSL, bez względu na spadek koniunktury w Europie, czeka najprawdopodobniej dalszy intensywny rozwój. Pod warunkiem jednak, że poradzi sobie między innymi z niedoborem pracowników i nie cofnie się przed digitalizacją i automatyzacją procesów.  

Europa pozostaje dla zagranicznych firm wciąż atrakcyjnym miejscem do inwestowania, pomimo widma brexitu, niestabilnej sytuacji politycznej i generalnego spowolnienia gospodarczego – wynika z najnowszego raportu Europe Attractivenes Survey 2019 przygotowanego przez Ernst & Young. Firma badawcza oparła swoje szacunki na opiniach przedstawicieli 506 firm z całego świata.

Polska na 1. miejscu w regionie pod względem atrakcyjności

Z badania wynika, że inwestować warto przede wszystkim w Europie Zachodniej, w dalszej zaś kolejności – w Europie Środkowo-Wschodniej. I tu prym wiedzie Polska, która wysunęła się w 2018 roku na 1. miejsce w regionie, plasując się tym samym na 6. miejscu w całej Europie pod względem liczby bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). W Polsce zlokalizowano w minionym roku 272 BIZ i był to wzrost aż 38-procentowy rok do roku (dla porównania Węgry odnotowały 101 BIZ,
a Czechy – 65). Odwrotna tendencja dotknęła Wielką Brytanię i Niemcy – w tych krajach zaobserwowano 13-procentowy spadek liczby tego rodzaju inwestycji.

27 inwestycji zagranicznych to projekty z sektora TSL

Jak podaje EY, za niemal połowę wszystkich bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce odpowiada produkcja części motoryzacyjnych, transport, logistyka i przemysł chemiczny. 27 spośród wspomnianych wyżej 272 projektów dotyczy łącznie tylko transportu i logistyki. Ważne miejsce na tle projektów logistycznych zajmują natomiast strategie reorganizacji łańcucha dostaw, obecne w Europie od kilku lat (5-proc. przyrost).

W Europie inwestuje się chętnie, ale i tak widać pogorszenie

Na pewno na starym kontynencie widać już pewne symptomy spadku koniunktury, a więc także spowolnienia sektora TSL. Wiadomo bowiem, że sektor ten silnie uzależniony jest od kondycji całej gospodarki. Podczas, gdy w 2018 r. w projekty logistyczne, związane z produkcją czy łańcuchami dostaw chciało inwestować 16 proc. firm, tak w 2019 r. deklarowało taką gotowość już tylko 10 proc. zagranicznych inwestorów. Jednocześnie, jedynie 27 proc. badanych wobec 35 proc. rok wcześniej, planuje ogółem inwestować lub rozszerzać działalność w Europie w 2019 r. Jest to wynik najniższy od siedmiu lat.

Rynek magazynowy wskaźnikiem rozwoju logistyki

W polskiej gospodarce transport pełni dużą rolę, wypracowując, razem z gospodarką magazynową, około 6 proc. PKB. Na razie wydaje się być nieporuszony dekoniunkturą panującą na rynku europejskim.  Z raportu Jones Lang LaSalle wynika, że przez pierwsze dwa kwartały 2019 r. do użytku oddano ponad 1,1 miliona mkw. powierzchni magazynowej i był to najwyższy wynik odnotowany w I półroczu w historii rynku. Tym samym całkowite zasoby magazynowe w Polsce sięgnęły 16,9 miliona mkw.

Rynek magazynowy zawdzięcza swój rozkwit głównie branży logistycznej, choć oczywiście nie tylko – magazyn jako taki jest niezbędnym elementem większości przedsiębiorstw produkcyjnych. Dość powiedzieć, że obecnie polski rynek magazynowy pozostaje najbardziej konkurencyjnym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej (niewysoki czynsz, atrakcyjne koszty pracy), stając się powoli logistycznym centrum Europy. Popyt na transport drogowy, najpopularniejszy na razie rodzaj transportu towarów – w rezultacie zaś także zapotrzebowanie na kierowców – będzie zatem w dalszym ciągu wykazywać tendencję wzrostową. Inna sprawa, czy rynek będzie w stanie temu popytowi sprostać, głównie ze względu na brak wystarczającej liczby kierowców – komentuje Bartosz Najman, wiceprezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców i firmy Inelo, dostarczającej rozwiązania IT dla transportu.

E-handel rośnie w siłę, a to rodzi wyzwania

Kolejnym ważnym dla branży logistycznej wskaźnikiem jest rosnący rynek e-commerce. Urząd Komunikacji Elektronicznej podaje, że w 2018 roku był on wart 45 mld zł, zaś w 2021 r. wartość ta może wzrosnąć nawet do 70 mld zł. Za granicą kupuje coraz więcej internautów, co oznacza, że stale wzrasta liczba zarówno paczek eksportowych, jak i importowych. W Polsce dwa razy więcej idzie na eksport. Jak wskazuje Bartosz Najman: Należy zaznaczyć, że wartość eksportu ogółem ciągle rośnie – i to do wszystkich krajów będących głównymi partnerami handlowymi Polski. Zgodnie z danymi GUS między pierwszym kwartałem 2018 r. a tym samym okresem roku 2019 wzrost ten wyniósł 7,6 proc., a obroty towarowe w eksporcie osiągnęły 243,7 mld zł. Najwięcej Polska eksportuje do krajów rozwiniętych – 87,4 proc., przede wszystkim do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Czech czy Francji, w mniejszym stopniu do Holandii, Włoch, USA, Rosji, Węgier i Szwecji. Udział Niemiec w eksporcie zmalał co prawda o 1,2 p. proc. w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego, jednakże wciąż stanowi aż 27 proc. całego eksportu Polski. Rodzimi przewoźnicy nadal transportują najwięcej właśnie do sąsiada zza Odry.

Utrzymująca się w kraju dobra koniunktura nie jest oczywiście antidotum na wszelkie bolączki branży, a wręcz podnosi poprzeczkę logistykom. Czy ten uprzywilejowany sektor krajowej gospodarki sprosta w najbliższych latach licznym wyzwaniom, takim jak brak rąk do pracy (niedobór około 100 tys. kierowców), rosnące koszty działalności, zbliżający się brexit, stagnacja w strefie euro, obostrzenia środowiskowe czy tendencje protekcjonistyczne wielu krajów Europy Zachodniej? – wiceprezes OCRK i Inelo.

Zwiększa się presja na firmy transportowe

Jak wskazuje Cushman & Wakefield, firmy z sektora transportowo-logistycznego muszą stawić czoła rosnącej presji na zwiększanie efektywności i spełnianie złożonych wymagań klientów. W obecnej sytuacji nie mają wyjścia – poszukują jeszcze większej wydajności i innowacyjności. Przykładowo, problem braku kierowców skłania firmy do wykorzystywania przestrzeni ładunkowej i możliwie jak największego kompresowania ładunków. W ogóle eksperci są zgodni co do tego, że przyszłość rynku TSL nieodłącznie będzie się wiązać z digitalizacją i automatyzacją procesów zarówno w transporcie, jak i w logistyce. Już dziś inwestorzy przy wyborze miejsca inwestycji kierują się tym, czy będą
w stanie znaleźć pracowników z tzw. kwalifikacjami technologicznymi. Jest to warunek istotny lub nawet krytycznie istotny przy planowaniu nowych inwestycji w Europie aż dla 94 proc. badanych firm.

Mobilność odbiorców wyzwaniem dla kurierów

Rynek usług kurierskich bardzo szybko ewoluuje. Proces rozwoju jest determinowany przez potrzeby odbiorców indywidualnych oraz powszechność zakupów online. Firmy kurierskie konsekwentnie uzupełniają swoją ofertę o punkty odbioru, z których klienci mogą korzystać wedle własnego uznania i w zależności od dostępności pod adresem nadania przesyłki.

Dzięki dedykowanym punktom odbiorca nie musi czekać na wizytę kuriera, a może odebrać paczkę w dowolnym miejscu i dogodnym dla siebie terminie. Rozwiązanie usprawnia także komunikację na linii klient-firma kurierska, tym bardziej że w dobie wzrostu całego rynku e-commerce dostarczenie kilkudziesięciu przesyłek dziennie z perspektywy jednego kuriera staje się wyjątkowym wyzwaniem. Zastanie adresata w domu w najbardziej tradycyjnym przedziale czasowym, czyli w godz. 10:00-16:00 szczególnie w dużych miastach jest praktycznie niemożliwe. Wpływ na zaistniałą sytuację ma nie tylko profil klienta – osoby pracujące, które większość zakupów realizują przy wykorzystaniu Internetu – ale również jego zwiększona mobilność. Rytm dnia często ulega zmianie, trudno także przewidzieć zdarzenia losowe, co w konsekwencji przekłada się na skuteczność dostarczenia przesyłki przez kuriera.

Obniżenie kosztów ostatniej mili

Jeszcze kilka lat temu usługa „one day delivery” nie była powszechnym standardem. Obecnie, w dużych miastach produkty można otrzymać już w kilkadziesiąt minut od realizacji zamówienia. Nowe wyzwania dla branży kurierskiej wcale nie hamują jej rozwoju, a wręcz przeciwnie, przyspieszają go. Załamanie koniunktury jest mało realną perspektywą, ponieważ profesjonalne podmioty nie tylko dostosowują się do coraz bardziej wymagających reguł, ale w głównej mierze umiejętnie implementują know-how zdobyty na zagranicznych rynkach, gdzie cały segment znajduje się na jeszcze wyższym poziomie zarówno w zakresie potrzeb odbiorców, jak i logistycznego czy infrastrukturalnego zaplecza firm kurierskich. Z perspektywy globalnej wdrażane są kolejne innowacyjne rozwiązania także w obszarze automatów do odbioru przesyłek. Kurierzy korzystają z nich nie tylko jako docelowych punktów odbioru, ale także dostarczają do nich przesyłki już po jednorazowej nieobecności klienta pod wskazanym w zamówieniu adresem. Ma to na celu zmniejszenie liczby prób dostarczenia przesyłki oraz umożliwienie odbiorcy realizacji zlecenia w dogodnym miejscu i czasie, w konsekwencji zaś obniża koszt ostatniej mili.

E-commerce napędza branżę kurierską, lecz wciąż w modelu tradycyjnym w dużej mierze funkcjonuje w oparciu o rozwiązanie niekoniecznie najwygodniejsze dla klienta indywidualnego. Wie on co prawda, kiedy paczka do niego dotrze, ale ramy czasowe dostawy z reguły zamykają się do dwóch godzin. Jest zatem zmuszony czekać na kuriera pod danym adresem, mimo że sama wizyta trwa zaledwie kilka minut. Miarą dostosowania się do potrzeb odbiorcy jest wdrożenie nowoczesnych, komfortowych i przede wszystkim skutecznych rozwiązań, które realnie wpłyną na zarządzanie czasem zarówno po stronie klienta, jak i współpracującej z nim firmy kurierskiej.

Szkoły coraz lepiej przygotowane na cyfrową edukację. Do szybkiego internetu podłączanych jest średnio 100 szkół dziennie

0

Szkoły coraz lepiej przygotowane na cyfrową edukację. Do szybkiego internetu podłączanych jest średnio 100 szkół dziennie 7

Projekt Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej zakłada, że do końca 2019 roku blisko 11 tys. szkół zostanie podłączonych do światłowodu, a do końca 2020 roku w zasięgu szybkiego internetu znajdą się wszystkie szkoły w Polsce. – Projekt jest mocno rozkręcony, podłączamy do OSE ok. setki szkół dziennie – mówi minister cyfryzacji Marek Zagórski. Jak podkreśla, OSE wraz z ekosystemem towarzyszącym – m.in. edukacją z zakresu cyberbezpieczeństwa, szkoleniami dla nauczycieli i materiałami do wykorzystania na lekcjach, które zapewni NASK – podniesie efektywność całego procesu edukacji.

 Do podpięcia zostało nam jeszcze trochę szkół, bo na ogólną liczbę około 19,5 tys. lokalizacji w tej chwili mamy instalacje w 6,4 tys. szkół (stan na 20.09.19 – red). Ten proces od trzech miesięcy jest już bardzo rozkręcony. Dziennie podłączanych jest około setki szkół, więc wszystko wskazuje na to, że zrobimy to zgodnie z założeniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

W ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej do końca 2020 roku ponad 30,5 tys. szkół w 19,5 tys. lokalizacji w całej Polsce ma zostać podłączonych do szybkiego internetu światłowodowego. Dzięki temu lekcje będą prowadzone przy wykorzystaniu nowych technologii i internetu, a uczniowie i nauczyciele rozwiną cyfrowe kompetencje. Projekt ma całkowicie zmienić model kształcenia w polskich szkołach – z analogowego na cyfrowy.

 Realizujemy ten projekt przede wszystkim na obszarach białych plam, czyli wszędzie tam, gdzie inwestycje komercyjnie nie miałyby możliwości się pojawić – podkreśla Marek Zagórski. – OSE zapewni dostęp do najważniejszego miejsca, w którym mamy zasoby, treści i narzędzia, czyli do internetu, w sposób nieograniczony i nielimitowany, zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Pozwoli na korzystanie z tych wszystkich zasobów, a także wraz z dodatkowymi narzędziami, które chcemy stworzyć w ramach OSE, podniesie efektywność całego procesu nauczania, adaptując go do potrzeb i zmieniającej się percepcji uczniów.

– Polskie szkoły w wielu przypadkach są już gotowe na tę nowoczesną cyfrową edukację. Rzeczywiście mamy wielu nauczycieli mocno zaangażowanych, zainteresowanych takimi narzędziami i wprowadzających je praktycznie w proces nauczania. Dużo jest jeszcze do zrobienia i mamy nadzieję, że OSE wyrówna szanse, da wszystkim nauczycielom i uczniom dostęp do tych narzędzi cyfrowych – dodaje Bartłomiej Klinger, zastępca dyrektora ds. projektów administracyjno-edukacyjnych w NASK.

Państwowy Instytut Badawczy NASK jest odpowiedzialny za jej wdrożenie i utrzymanie OSE. Będzie także czuwać nad cyberbezpieczeństwem sieci oraz zapewni usługi towarzyszące, m.in. w zakresie edukacji dotyczącej bezpiecznego korzystania z internetu, szkoleń dla nauczycieli i gotowych materiałów – scenariuszy do wykorzystania w trakcie lekcji z uczniami.

W połowie tego roku NASK wystartował już z projektem OSEhero.pl, który promuje i nagradza aktywnych nauczycieli, którzy prowadzą zajęcia kreatywnie z wykorzystaniem internetu i nowych technologii, motywując uczniów do większego zaangażowania.

– Chcemy, żeby nauczyciele inspirowali się nawzajem. Pokazywali sobie, co udało im się zrobić i co to dało uczniom. Z drugiej strony, jako NASK chcemy podpowiadać, co jest dobrego i fajnego w tym cyfrowym świecie, które technologie i w jaki sposób można wykorzystać. Będziemy też nauczycieli edukować, szczególnie w obszarze zagrożeń, nie tylko niebezpiecznych treści, ataków hakerskich, lecz także wielu zagrożeń emocjonalnych, z którymi dzieci się mierzą – wymienia Bartłomiej Klinger.

 To jest ogromne wyzwanie. Starsi nauczyciele nie potrafią się tak dobrze poruszać w świecie cyfrowym jak młodsze pokolenie. Ale nasi uczniowie posługują się komórkami, portalami społecznościowymi, wchodzą do miejsc nie zawsze dozwolonych, nie rozumieją zagrożeń. Dla nas największym zadaniem jest przygotować uczniów do tego, żeby sami umieli się obronić przed niebezpieczeństwami – mówi Anna Chyżyńska, dyrektor Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Żardenikach.

OSE ma wyrównać różnice pomiędzy szkołami z obszarów wiejskich a tymi w dużych miastach oraz umożliwić transfer wiedzy pomiędzy jednostkami edukacyjnymi. W tym celu NASK w całej Polsce organizuje też cykl konferencji OSEregio. Ostatnia odbyła się w Ostrołęce, kolejne są planowane w Białej Podlaskiej i Białymstoku (w końcówce września i na początku października).

Spotkania w ramach OSEregio są płaszczyzną współpracy i okazją do wymiany doświadczeń pomiędzy przedstawicielami lokalnych szkół, kuratoriów czy bibliotek. Udział w nich jest bezpłatny, a w trakcie konferencji szkoły mają szansę wygrać dla siebie nowoczesne, mobilne pracownie multimedialne.

 Mobilna pracownia multimedialna to zestaw 16 laptopów, które są umieszczone w szafie na kółkach, czyli można ją przemieścić do dowolnej klasy w szkole. Nie są związane z jednym miejscem, np. pracownią informatyczną, więc każdy nauczyciel, jeżeli ma pomysł na wykorzystanie narzędzi cyfrowych czy internetu w trakcie lekcji, może z takiej pracowni skorzystać. Mobilne pracownie multimedialne pozwolą uczniom wykorzystać świat cyfrowy praktycznie na każdej lekcji – wyjaśnia Bartłomiej Klinger.

– Mobilne pracownie umożliwią nam prowadzenie zajęć z wykorzystaniem internetu i laptopów na różnych lekcjach, w dowolnym momencie. To będzie coś, co zdecydowanie poszerzy możliwości szkoły – mówi Grzegorz Wyszogrodzki, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 3 w Mińsku Mazowieckim.

Biznes chce rozwiązać problem zmian klimatycznych. Wprowadzane w firmach innowacje mają ograniczyć smog i zużycie energii

Biznes chce rozwiązać problem zmian klimatycznych. Wprowadzane w firmach innowacje mają ograniczyć smog i zużycie energii 8

Firmy mają do odegrania jedną z kluczowych ról w przeciwdziałaniu globalnym problemom – podkreśla Gayle Schueller, wiceprezes 3M ds. zrównoważonego rozwoju. Jak ocenia, walka m.in. z negatywnymi zmianami klimatycznymi zaczyna się już na poziomie wyborów konsumenckich, z kolei zadaniem rządów i organizacji międzynarodowych jest tworzenie regulacji, które wspierają pozytywne zmiany zgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju. Globalny biznes może się do tego przyczynić m.in. dzięki kreowaniu innowacyjnych rozwiązań. To właśnie nowe produkty, jak opracowane przez 3M specjalne ziarno ograniczające smog, mogą pomóc w rozwiązywaniu globalnych problemów środowiskowych czy społecznych.

– Świat stoi obecnie przed ogromnymi wyzwaniami związanymi ze wzrostem ludności, której liczba zgodnie z przewidywaniami wzrośnie do 9 miliardów w 2050 r., czy też kryzysem klimatycznym. Niezwykle ważne jest dostrzeżenie wielkiej roli, jaką w kształtowaniu naszej przyszłości odgrywają firmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Gayle Schueller, wiceprezes 3M ds. Zrównoważonego Rozwoju.

ONZ podaje, że jeśli zgodnie z prognozami globalna populacja wzrośnie do 9,6 mld ludzi w 2050 roku – będziemy potrzebować surowców i bogactw naturalnych trzykrotnie przekraczających obecne zasoby planety. To tylko jedno z globalnych wyzwań, nakreślonych w Celach Zrównoważonego Rozwoju ONZ (tzw. Agenda 2030). Kolejne to szybka urbanizacja – do 2050 roku sześć na dziesięć osób będzie mieszkańcami miast. Te stanowią zaledwie 3 proc. powierzchni, ale odpowiadają za 60–80 proc. całkowitego zużycia energii i 75 proc. emisji dwutlenku węgla. Urbanizacja i wzrost populacji pociągną za sobą większe zapotrzebowanie na wodę, żywność i energię – tylko w krajach OECD wzrośnie ono o 35 proc. do końca obecnej dekady.

Gayle Schueller, wiceprezes 3M ds. zrównoważonego rozwoju, podkreśla, że w zaadresowaniu wszystkich tych wyzwań kluczowa będzie współpraca pomiędzy rządami i organizacjami międzynarodowymi, biznesem a samymi konsumentami.

– Żadna firma ani żadna osoba w pojedynkę nie jest w stanie wprowadzić realnych zmian w zakresie zrównoważonego rozwoju. Każdy z nas musi mieć swój udział w stawianiu czoła wyzwaniom związanym m.in. z wydobyciem surowców, zmianami klimatycznymi czy jakością wody i powietrza. W przypadku takich firm jak 3M wiąże się to z potrzebą opracowywania innowacyjnych produktów, wspierania zastosowania nauki w praktyce oraz tworzenia odpowiednich rozwiązań. Oznacza to, że również każdy z nas indywidualnie musi na poważnie podchodzić do obowiązków związanych z recyklingiem odpadów i zastanowić się nad nawykami żywieniowymi. Warto pomyśleć, w jaki sposób mięso zastąpić innymi produktami spożywczymi albo przejść na dietę w większym stopniu opartą na produktach roślinnych. Musimy też tworzyć rozwiązania w zakresie bardziej ekologicznego transportu – mówi Gayle Schueller.

Jak ocenia Gayle, działania na rzecz przeciwdziałania m.in. zmianom klimatycznym zaczynają się już na poziomie wyborów konsumenckich. Zarówno zmiany klimatu, jak i degradacja środowiska są jednymi z najbardziej palących problemów w globalnej skali. ONZ podaje, że połowa światowej populacji oddycha powietrzem, które jest 2,5 razy bardziej zanieczyszczone niż normy dopuszczalne przez WHO. Od 1990 roku emisja dwutlenku węgla na świecie wzrosła o prawie 50 proc., do oceanów każdego roku trafia 8 mln ton plastiku, co odpowiada ciężarówce śmieci wyrzucanej do wody co minutę.

Zadaniem rządów i organizacji międzynarodowych jest tworzenie regulacji, które wspierają model wprowadzania pozytywnych zmian. Z kolei biznes może się do tego przyczynić dzięki modyfikacji produkcji, konkretnym działaniom w obszarze środowiskowym czy CSR-owym oraz kreowaniu innowacyjnych rozwiązań.

– Kluczowa jest tu jednak współpraca na każdym szczeblu – począwszy od firm, rządów, lokalnych społeczności i samych klientów oraz konsumentów. Firmy i konsumenci muszą współpracować z rządami państw przy tworzeniu właściwych regulacji. Biznes zaś musi współpracować z klientami i dostawcami. Chodzi o to, by wspólnie dążyć do tworzenia innowacji, znajdować zastosowania dla rozwiązań techniczno-naukowych, które pozwolą wprowadzić realną i pozytywną zmianę na świecie – podkreśla Gayle Schueller.

W ubiegłym roku 3M ogłosiło swoją Strategię Zrównoważonego Rozwoju. Raport opublikowany w maju br. pokazuje z kolei, jakie postępy poczyniła firma w tym czasie. W ciągu roku 3M pomogło klientom zapobiec emisji ponad 40 ton dwutlenku węgla, a począwszy od 2002 roku obniżyło emisję własną o prawie 64 proc. (niemal podwajając w tym czasie swoje przychody). Z drugiej strony – ślad energii odnawialnej został zwiększony o 27 proc.

– Wyznaczyliśmy cele, które są ściśle powiązane z celami zrównoważonego rozwoju ONZ. Naszą ambicją jest realizacja ich w perspektywie najbliższych 10, 20 czy 30 lat. Dotyczą one m.in. oszczędzania energii, gospodarki odpadami, wsparcia edukacji m.in. w zakresie nauki i technologii. Chcemy podejść do problemu w sposób uporządkowany, tak by popularyzować nasze wartości i wspierać zrównoważony rozwój poprzez rozwiązania produktowe i angażowanie naszych pracowników – mówi Alain Simonnet, dyrektor zarządzający 3M na region Europy Wschodniej.

Strategia firmy zakłada, że do 2025 roku połowa energii wykorzystywanej przez 3M ma już pochodzić z OZE. Natomiast do 2050 roku wszystkie placówki firmy w 70 krajach na całym świecie mają być w 100 proc. zasilane energią odnawialną. Przyjęty przez firmę program „2025 Sustainability Goals” zakłada również osiągnięcie zerowej ilości odpadów w 30 proc. zakładów produkcyjnych 3M, ale ten cel został już prawie całkowicie zrealizowany.

– 3M każdego dnia obecne jest na bardzo wielu rynkach w najróżniejszych zakątkach świata. Wywierając wpływ na życie ludzi i ich zachowania poprzez oferowane rozwiązania w zakresie transportu, elektroniki, opieki  zdrowotnej, możemy wprowadzać realne zmiany – mówi Gayle Schueller, wiceprezes 3M ds. zrównoważonego rozwoju.

3M każdego roku wprowadza na rynek około 1 tys. nowych produktów. W grudniu 2018 roku, podczas konferencji COP24 w Katowicach, firma ogłosiła, że począwszy od 2019 roku każdy z nich – od karteczek samoprzylepnych Post-it po rozwiązania dla pojazdów autonomicznych – będzie zgodny ze strategią 3M w zakresie zrównoważonego rozwoju. Dotyczy to m.in. ponownego wykorzystywania surowców, recyklingu, oszczędności wody, odpowiedzialnego łańcuch dostaw czy zastosowania materiałów odnawialnych, odpowiednich dla danego rozwiązania – od początku do końca cyklu życia każdego produktu.

– 3M jest firmą, której działalność bazuje na nauce. Nasza działalność skupia się na czterech sektorach: bezpieczeństwo i przemysł, transport i elektronika, ochrona zdrowia oraz produkty konsumenckie. Wierzymy, że poprzez stosowanie rozwiązań stworzonych przez naukę w każdym z nich możemy zmienić to, jak w przyszłości będzie wyglądać codzienne życie milionów ludzi, ich środowisko oraz warunki pracy – mówi Alain Simonnet.

Firma inwestuje ok. 6 proc. swoich przychodów w badania i rozwój. Jak podkreśla, to właśnie nowe, innowacyjne produkty mogą pomóc w rozwiązywaniu globalnych problemów środowiskowych czy społecznych. Przykładem jest specjalne ziarno redukujące smog stworzone przez 3M, które znalazło się na liście Best Inventions 2018 magazynu „Time”.

W trakcie wydarzenia „Sustainability Inspired Innovations”, które zostało zorganizowane przez 3M we współpracy z międzynarodową organizacją United Nations Global Compact (UN Global Compact) obecni goście mieli możliwość wziąć udział w debatach poświęconych tematyce zrównoważonego rozwoju i roli innowacji w rozwiązywaniu globalnych wyzwań. Celem spotkania było dzielenie się wiedzą z zakresu dobrych praktyk dotyczących zrównoważonego rozwoju oraz umacnianie dialogu z innymi firmami, które mają na celu działanie dla dobra klimatu i społeczności.

Wciąż brakuje narodowego championa. Czas na zbudowanie silnego polskiego brandu za granicą

Wciąż brakuje narodowego championa. Czas na zbudowanie silnego polskiego brandu za granicą 9

Polska znajduje się obecnie w gronie 25 największych na świecie eksporterów, a w ostatnich latach szybszy wzrost notował pod tym względem tylko Wietnam. Mimo to polska gospodarka wciąż nie może się pochwalić firmami o pozycji globalnych championów. Polskie przedsiębiorstwa za granicą są słabo zaangażowane kapitałowo, co przekłada się na ich niską rozpoznawalność – wynika z raportu opracowanego przez Bank Pekao SA. O tym, jak wesprzeć je w ekspansji za granicą, zwłaszcza w obliczu nadchodzących wyzwań, takich jak brexit czy wojny handlowe, międzynarodowi inwestorzy, eksperci i naukowcy dyskutowali podczas zakończonego właśnie w Warszawie szczytu CEO Summit.

W ostatniej dekadzie Polska awansowała do światowej ekstraklasy eksporterów, a eksport pozostaje obecnie dźwignią rozwojową polskiej gospodarki – wynika z raportu „Czy Polskę stać na posiadanie globalnych czempionów? Internacjonalizacja polskich firm wkracza w nową fazę”, przygotowanego przez Bank Pekao SA. Wynika z niego, że sprzedaż eksportowa w ostatnich kilkunastu latach wzrosła prawie czterokrotnie, a Polska awansowała do grona 25 największych na świecie eksporterów. W ciągu trzech ostatnich lat nadwyżka w handlu zagranicznym kształtowała się na rekordowym poziomie 70–80 mld zł. Pod względem relacji eksportu do PKB Polska przewyższa w tej chwili inne państwa o podobnym potencjale, a spośród blisko 90 państw liczących powyżej 10 mln mieszkańców większy wzrost na całym świecie odnotował tylko Wietnam.

Raport prezentowany podczas CEO Summit, czyli spotkania międzynarodowych inwestorów, liderów biznesu i przedstawicieli rządów, organizowanego przez Pekao i amerykański think-tank Atlantic Council, pokazuje jednak, że w dużej mierze za ten wzrost eksportu odpowiada grono ok. 11 tys. firm z zagranicznym kapitałem, które włączyły Polskę w globalne łańcuchy dostaw. Aż 2/3 największych w Polsce eksporterów to spółki-córki globalnych koncernów. Polskiej gospodarce wciąż brakuje narodowych championów o globalnej pozycji, które zadziałałyby na nią stabilizująco i stymulowały eksport.

Eksperci Pekao zwracają też uwagę na niewielkie zaangażowanie kapitałowe polskich firm za granicą. Na koniec 2018 roku wartość polskich inwestycji zagranicznych wyniosła ok. 29 mld dol. i była o prawie 1/5 niższa niż firm czeskich. Taka ograniczona ekspansja sprawia, że polskie firmy za granicą są słabo rozpoznawalne i niewiele z nich to przedsiębiorstwa na miarę globalnych czempionów. Żeby to zmienić i utrzymać dynamikę sprzedaży zagranicznej na poziomie powyżej 5 proc. rocznie, kluczowa będzie współpraca firm, państwa i sektora finansowego. Zwłaszcza w perspektywie czynników ryzyka takich jak niekorzystna demografia, rosnące ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla i wzrost kosztów energii, digitalizacja procesów produkcyjnych, perspektywy ograniczenia funduszy unijnych i przede wszystkim wydłużająca się lista wyzwań geopolitycznych. Jednym z najważniejszych jest zbliżający się brexit.

Straci na nim zarówno Wielka Brytania, jak i cała Unia Europejska. Obie strony odczują negatywne konsekwencje. Jednak wpływ brexitu będzie o wiele bardziej odczuwalny w Wielkiej Brytanii niż w krajach Unii – możliwe, że będzie mieć nawet pięciokrotnie większe przełożenie na PKB Wielkiej Brytanii w porównaniu do pozostałych krajów UE. Niektóre z państw są jednak narażone na większe straty. Skutki brexitu będą najbardziej odczuwalne w Irlandii, natomiast spośród krajów Europy Środkowo-Wschodniej stosunkowo większe straty poniesie Polska ze względu na strukturę eksportu do Wielkiej Brytanii, zwłaszcza w zakresie sektora rolno-spożywczego, który stanowi ważne źródło przychodów dla Polski i ucierpi na wyjściu Wielkiej Brytanii z UEmówi prof. Ian Begg, wykładowca Instytutu Europejskiego w London School of Economics and Political Science.

Wielka Brytania to obecnie 3. główny kierunek polskiego eksportu (6-procentowy udział w sprzedaży zagranicznej wart w ubiegłym roku 13,9 mld euro). Na brexicie mogą ucierpieć m.in. polskie firmy transportowe i motoryzacyjne, producenci elektroniki, maszyn i urządzeń oraz przemysł meblowy i branża spożywcza, w tym np. producenci drobiu. Polska jest bowiem największym producentem mięsa drobiowego w UE i czwartym na świecie eksporterem, a na rynek Wielkiej Brytanii przypada 17 proc. całego eksportu polskiego drobiu.

Twardy brexit byłby odczuwalny dla większości gałęzi polskiego przemysłu, tymczasem na niespełna miesiąc przed jego datą wciąż nie wiadomo, na jakich dokładnie zasadach się on odbędzie. Jeżeli Wielka Brytania i Unia Europejska nie osiągną porozumienia – swobodna wymiana handlowa urwie się z dnia na dzień, a w zamian pojawią się standardowe warunki WTO z wszystkimi jej barierami: cłami, zezwoleniami, barierami biurokratycznymi czy kontrolami na granicach – wskazują eksperci Pekao. Z raportu banku wynika też, że brexit może pociągnąć za sobą również pośrednie, negatywne konsekwencje, jak bariery dla ekspansji kapitałowej polskich firm na Wyspy Brytyjskie, osłabienie nastrojów na rynkach finansowych i ograniczenia w dostępie do finansowania ze strony brytyjskich funduszy inwestycyjnych.

W kontekście gospodarki światowej zagrożenia związane z brexitem są mniejsze, ale istnieją, co zgodnie przyznają instytucje, takie jak m.in. Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, które wskazują, że brexit, napięcia w handlu oraz czynniki geopolityczne stanowią trzy największe zagrożenia prowadzące do spowolnienia gospodarki światowej – mówi prof. Ian Begg.

Wojny handlowe – w tym narastające napięcia pomiędzy USA i Chinami – to kolejny, ważny czynnik ryzyka dla polskich eksporterów, który – jak podkreśla ekonomistka dr Linda Yueh z Uniwersytetu Oksfordzkiego – odbije się negatywnie także na całej globalnej gospodarce, zwłaszcza w obliczu nadchodzącego spowolnienia gospodarczego.

Chińska gospodarka ma ogromny wpływ na gospodarkę światową. USA i Chiny to dwa główne motory napędowe światowego wzrostu, a zatem wszystko to, co się u nich dzieje, odbija się na kondycji gospodarki światowej. Obecnie USA i Chiny prowadzą wojnę handlową, a więc dwa motory napędowe gospodarki światowej prześcigają się w nakładaniu na siebie nawzajem ceł, co prowadzi do spowolnienia wzrostu gospodarczego w skali globalnej. W tym roku i tak nastąpiło już spowolnienie gospodarcze, więc dodatkowe napięcia nie służą w tej chwili nikomu, a zwłaszcza gospodarce światowej – mówi dr Linda Yueh, St. Edmund Hall, Uniwersytet Oksfordzki.

Polska wysyła obecnie do Chin towary o łącznej wartości ok. 2,5 mld dol., czyli raptem 15 proc. tego, co trafia z Polski do zaledwie 10-milionowych Czech. Polski eksport jest silnie zorientowany na rynek unijny, ale w tej chwili UE zalicza się do najsłabiej rosnących regionów świata. Stąd utrzymanie dotychczasowej dynamiki eksportu będzie wymagać jego przeorientowania na nowe kierunki – a Azja jest jednym z najbardziej perspektywicznych. Polskim eksporterom nie przysłużą się jednak napięcia pomiędzy Chinami a drugą największą, globalną gospodarką.

Uważam, że możemy się spodziewać dalszych napięć na linii USA–Chiny. One będą się nasilały i malały na zmianę. Dla światowego systemu finansowego oznacza to kolejnego źródła ryzyka – mówi dr Linda Yueh – Przez wzgląd na napięcia na linii USA–Chiny, Polska oraz inne kraje regionu będą odgrywały ogromną rolę w najbliższych latach. Światowa gospodarka potrzebuje wielobiegunowego rozwoju, a Unia Europejska ma dobrą pozycję do objęcia roli stabilizującej siły. W rzeczywistości to kraje takie jak Polska i pozostałe państwa Europy Środkowo-Wschodniej budują pozycję UE jako znaczącej siły gospodarczej. Ponadto siła wschodniej części UE ciągle rośnie, tam wciąż można znaleźć duży popyt oraz pokłady energii.

Europa Środkowa i Wschodnia należą do największych beneficjentów procesu globalizacji i w związku z tym ten region powinien odgrywać kluczową rolę w zakresie budowania mostów pomiędzy Europą a resztą świata, budowania stosunków handlowych i kultury otwartości. Przedsiębiorstwa z tego regionu odegrają istotną rolę, ponieważ wiedzą, jak należy przeprowadzać zmiany, prowadzić działalność na styku różnych kultur i środowisk. Potrafią skutecznie zapewniać technologie i wykwalifikowanych pracowników, ale muszą się jeszcze bardziej postarać. Nie chodzi o to, aby Polacy jeździli po świecie w poszukiwaniu pracy co robili przez całe stulecia ale o budowanie przedsiębiorstw w Polsce i innych krajach, które mają potencjał, aby zrewolucjonizować świat – dodaje prof. Ian Goldin, wykładowca Globalization and Development, Uniwersytet Oksfordzki.

Start-upy to źródło innowacji dla dużych firm. UPC Polska wspiera młodych przedsiębiorców i stawia na transformację cyfrową

0

Start-upy to źródło innowacji dla dużych firm. UPC Polska wspiera młodych przedsiębiorców i stawia na transformację cyfrową 10

Inteligentny asystent, który automatyzuje procesy sprzedaży, sensory automatycznie wykrywające uśmiech i agencja marketingowa, która z pomocą technologii chce łączyć pracodawców i osoby niepełnosprawne ruchowo – to rozwiązania nagrodzone w tegorocznej, 6. edycji programu THINK BIG, w którym UPC Polska szuka najlepszych start-upów i innowatorów społecznych wspierających cyfrową transformację. Prezes firmy Robert Redeleanu podkreśla, że współpraca z dużą korporacją to dla nich szansa na wcielenie swoich pomysłów w życie i dotarcie do szerszego grona klientów.

– Wiele korporacji zrozumiało już, że mogą korzystać z zewnętrznych źródeł innowacji, a nie opierać się wyłącznie na strukturach wewnętrznych. Start-upy i małe przedsiębiorstwa wprowadzają na rynek wiele interesujących pomysłów, ale potrzebują wsparcia, żeby udostępnić je szerszej grupie klientów. Możemy im to zapewnić, bo wiemy, że przyniesie to korzyści również naszej firmie – mówi agencji Newseria Biznes Robert Redeleanu, CEO UPC Polska.

Jak podkreśla, współpraca dużej korporacji ze start-upem to sytuacja, w której obie strony są na zwycięskiej pozycji. Małe, innowacyjne spółki są bliżej technologicznych trendów i mają bardziej elastyczny model działalności, dzięki czemu łatwiej i szybciej kreują innowacje. Korporacje zyskują więc nowe rozwiązania i usługi, które mogą wprowadzić do swojego portfolio i zaoferować klientom albo usprawnić dzięki nim własną działalność, w zamian oferując wsparcie finansowe, mentoring, know-how i dostęp do dużej bazy klientów.

Z ostatniego raportu Fundacji StartUp Poland wynika, że 82 proc. start-upów chce współpracować z dużą korporacją. To właśnie dla nich UPC Polska zainicjowało program THINK BIG, objęty w tym roku patronatem Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Jego celem jest wsparcie młodych przedsiębiorców i innowatorów społecznych, którzy rozwijają się w  oparciu o  nowe technologie.

– Od wielu lat jesteśmy zaangażowani w rozwój gospodarki cyfrowej w Polsce. Przeprowadziliśmy znaczne inwestycje w sieci gigabitowe i uważam, że musimy wspierać tych, którzy chcą wprowadzać rozwiązania cyfrowe w życie. Wkładamy dużo wysiłku w odkrywanie interesujących start-upów i małych przedsiębiorstw, które również proponują twórcze rozwiązania problemów w obszarze społeczno-gospodarczym. Od sześciu lat rozwijamy program THINK BIG, ponieważ wierzymy, że nowe technologie naprawdę zmieniają życie ludzi, sferę biznesową oraz wpływają na poprawę sytuacji społecznej w skali całego kraju – mówi Robert Redeleanu.

W tegorocznej, 6. edycji programu THINK BIG – skoncentrowanej wokół hasła „Grow Smarter” – poszukiwane były zwłaszcza te start-upy, które kreują rozwiązania wspierające cyfrową transformację. Spośród ponad setki młodych przedsiębiorców i innowatorów społecznych, którzy zgłosili się do tegorocznej edycji, jury nagrodziło trójkę najlepszych: Edward.AI (wirtualny asystent wspierający przedstawicieli handlowych B2B), Quantum CX (sensory wykrywające uśmiech i pozwalające na mierzenie zadowolenia zarówno klienta, jak i pracowników) oraz Leżę i Pracuję (rozwiązanie wspierające osoby sparaliżowane oraz niepełnosprawne ruchowo w poszukiwaniu pracy). Ta ostatnia zwyciężyła w kategorii społecznej – na najlepsze rozwiązanie technologiczne, które odpowiada na społeczne wyzwania i przyczynia się do poprawy jakości życia społeczeństwa. Głównym partnerem tej kategorii była Fundacja Polskiego Funduszu Rozwoju.

– Byłam pozytywnie zaskoczona tym, co zaproponowały nam firmy i fundacje, które zgłosiły się do programu w kategorii Think Social. Dobrze, że są na polskim rynku osoby, które próbują łączyć technologię z rozwiązywaniem problemów społecznych – mówi Natalia Szulc, corporate communications manager z UPC Polska. – W kategorii społecznej postanowiliśmy nagrodzić projekt Zdalniacy, zgłoszony przez agencję Leżę i Pracuję, który ma na celu łączenie pracodawców z osobami niepełnosprawnymi ruchowo i pracującymi z domu. Doceniliśmy, że agencja sama zatrudnia takie osoby, ma doskonale wypracowany model i wie, jak to robić na szerszą skalę na polskim rynku z wykorzystaniem technologii. To rozwiązanie, które burzy wiele stereotypów na rynku pracy.

Jury programu THINK BIG – w porozumieniu z Fundacją Digital Poland – przyznało też nagrodę korporacji, która odznaczyła się najbardziej inspirującą transformacją cyfrową. W tej kategorii zwycięski okazał się PKO Bank Polski.

Pula nagród finansowych programu THINK BIG: Grow Smarter to 105 000 zł  – zwycięzca każdej kategorii otrzymał 35 000 zł. Oprócz nagród finansowych, zwycięzcy dostaną też możliwość pilotażowego wdrożenia swoich rozwiązań we współpracy z UPC Polska lub innym partnerem programu. Wszyscy półfinaliści z Polski znajdą się również w raporcie „TOP 40 Enterprise Tech from Poland. Technologie, które zmieniają korporacje” przygotowanym przez The Heart i UPC Polska.

Akromegalia – o krok od sukcesu w leczeniu „choroby gigantów”. Na pomoc czeka jedynie wąska grupa pacjentów.

Akromegalia – o krok od sukcesu w leczeniu „choroby gigantów”. Na pomoc czeka jedynie wąska grupa pacjentów. 11

Na akromegalię – nazywaną „chorobą gigantów” – cierpi w Polsce ok. 2,5 tys. osób. Rocznie rozpoznaje się ok. 200 nowych przypadków, głównie wśród mężczyzn. To rzadkie schorzenie powoduje zmiany w wyglądzie, takie jak pogrubienie palców i kości, przerost żuchwy czy wydłużenie kończyn, jednocześnie siejąc potężne spustoszenie w organizmie. Obecnie w Polsce większość pacjentów jest właściwie leczona. Na pomoc czeka jedynie wąska grupa chorych na akromegalię, którzy nie mają dostępu do skutecznej terapii. Jesteśmy więc zaledwie o krok od tego, by chorzy z akromegalią w Polsce byli leczeni na europejskim poziomie, zgodnie z aktualną wiedzą medyczną. 

– Akromegalia jest spowodowana gruczolakiem przysadki. To łagodny guz, który powoduje nadmierne wydzielanie hormonu wzrostu i objawy spowodowane tą chorobą często na początku są bagatelizowane. Dochodzi do pogrubienia palców, powiększenia żuchwy, przede wszystkim zmienia się wygląd pacjenta. Jeżeli ktoś widzi taką osobę regularnie, często nie zauważa tej różnicy. Natomiast jeżeli pacjent spotyka kogoś po dłuższym czasie – wtedy jest szansa na zauważenie tych zmian. Akromegalia wiąże się jednak nie tylko ze zmianami wyglądu, ale i rożnymi powikłaniami, które jeżeli choroba jest nieleczona, powodują skrócenie długości życia – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Marek Bolanowski, specjalista chorób wewnętrznych i endokrynologii, profesor Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu.

Choroba wymaga włączenia szybkiego i skutecznego leczenia, bowiem nieleczenie akromegalii może skrócić długość życia średnio o 10 lat w porównaniu do populacji ogólnej.

– Nieleczenie akromegalii oznacza przedwczesny zgon. Szacuje się, że chory na akromegalię, który nie jest leczony, może umrzeć 10 lat wcześniej niż jego rówieśnik. Ponadto objawy, które towarzyszą tej chorobie – tj. zmiana wyglądu, deformacje i powikłania metaboliczne – też przyspieszają chorobowość i zwiększają śmiertelność – mówi prof. Marek Bolanowski.

Największym wyzwaniem w leczeniu akromegalii, zarówno w Polsce, jak i w innych krajach, jest jej wczesne rozpoznanie. Przeciętnie mija od 7 do 10 lat, zanim objawy dają podstawę do rozpoznania akromegalii. Mimo, że są widoczne gołym okiem – choroba jest bardzo trudna do zdiagnozowania. Zdarza się, że dopiero po kilkunastu latach chory zauważa znaczne zmiany w swoim wyglądzie, a w tym czasie akromegalia sieje już znaczne spustoszenie w organizmie człowieka, powodując m.in. powiększenie serca i wątroby. Jak podkreśla prof. Bolanowski, zbyt późno rozpoznana choroba może prowadzić do powikłań takich jak nadciśnienie, cukrzyca, większe ryzyko udaru mózgu, większa częstotliwość występowania nowotworów i deformacje szkieletu.

– Często ci chorzy wymagają endoprotezowania, są unieruchomieni z powodu trudności w poruszaniu się. Duża część ma też problemy psychologiczne z racji zmiany wyglądu i trudności z funkcjonowaniem w swoim otoczeniu, bo np. są źle oceniani przez sąsiadów czy przypadkowo spotkane osoby – mówi prof. Marek Bolanowski. – Największego wsparcia potrzebują ci chorzy, którzy byli nieskutecznie operowani albo nieskuteczne okazało się u nich napromieniowanie czy dostępne w Polsce leki. Trzeba szacować, że w Polsce może to być nawet 25 proc. pacjentów z rozpoznaniem akromegalii.

Jedyną skuteczną metodą jest operacyjne usunięcie guza przysadki. Niestety metoda ta jest skuteczna tylko w ok. 50 proc. przypadków. Pacjentom, u których okazała się nieskuteczna, pozostaje leczenie farmakologiczne. W Polsce mamy dostęp do leczenia farmakologicznego w I i II linii terapeutycznej. Ok. 25-30 proc. pacjentów nie odpowiada jednak na to leczenie, pozostając bez alternatywnych możliwości leczenia.

– Tutaj jest miejsce dla leków, które są w Polsce niedostępne. Takim lekiem jest antagonista receptora hormonu wzrostu. Jesteśmy chyba wyspą w tej części Europy, ponieważ leki, o których mówię, znane na świecie od 20 lat, są dostępne dla pacjentów nawet w takich krajach jak Rumunia i Bułgaria. W Polsce, według mojej wiedzy, tylko 4 pacjentów otrzymuje ten lek, natomiast staramy się zapewnić im możliwość leczenia występując o ratunkowy dostęp do technologii medycznych – mówi prof. Marek Bolanowski.

O trudnej sytuacji wąskiej grupy chorych na akromegalię mówią także przedstawiciele stowarzyszenia pacjentów i podkreślają, że tak niewiele brakuje, aby pacjenci ci byli leczeni na europejskim poziomie.

 – Oczekujemy od Ministerstwa Zdrowia lepszego dostępu do najnowszych leków leczących akromegalię. Wpisanie na listę refundacyjną leku, który jest w tej chwili dostępny tylko w systemie leczenia ratunkowego, znacznie ułatwiłoby życie tych osób. W tej chwili procedury trwają bardzo długo i powodują, że pacjenci nie są leczeni nawet miesiącami. Natomiast wszyscy chorzy na akromegalię, którzy są nieskutecznie leczeni, w dużo większym stopniu są narażeni m.in. na rozwój raka – dodaje Katarzyna Marcinkowska, prezes Stowarzyszenia Chorych z Akromegalią.

Akromegalia jest ogólnoustrojową chorobą, którą nieodłącznie wiąże się z deformacjami wyglądu chorego. Dlatego pacjentom bardzo potrzebna jest także opieka psychologiczna i łatwiejszy dostęp do lekarzy różnych specjalizacji.

– Ponieważ choroba powoduje rozrost rożnych organów ciała, m.in. wątroby, serca i jelit, potrzebujemy opieki specjalistów z tych dziedzin. Szybki dostęp do endokrynologów, kardiologów, hematologów czy proktologów jest dla nas bardzo ważny. Opóźnione leczenie jest groźne dla życia. Jak wiadomo, nieleczona albo nieskutecznie leczona akromegalia skraca życie o 10 lat – podkreśla Katarzyna Marcinkowska.

Inteligentne systemy zabezpieczeń mogą wyprzeć pracowników ochrony fizycznej. Smart mogą być już nie tylko alarmy, lecz także bramy

Inteligentne systemy zabezpieczeń mogą wyprzeć pracowników ochrony fizycznej. Smart mogą być już nie tylko alarmy, lecz także bramy 12

Popularyzacja inteligentnych systemów monitoringu przyczyniła się do wzrostu zainteresowania systemami ochrony mienia. Skuteczne zabezpieczenie się przed włamaniem bądź wtargnięciem na teren posesji nie może się jednak opierać wyłącznie na rozwiązaniach elektronicznych. Najlepsze efekty dają rozwiązania wykorzystujące urządzenia elektroniczne pełniące funkcję systemów wczesnego ostrzegania wsparte fizycznymi barierami bezpieczeństwa.

– Systemy inteligentnych ogrodzeń polegają na zabezpieczeniu obiektów w linii granicy. Zabezpieczamy ogrodzenia przed możliwością wtargnięcia czy uszkodzenia. Połączone są one z systemami alarmowymi, które znajdują się na obiekcie bądź budujemy już ogrodzenia wraz z monitoringiem. Daje nam to dokładność wskazania próby naruszenia ogrodzenia z dokładnością do 2,5 metra – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Włodzimierz Wyrębek, dyrektor DRX Group.

Wraz z rozwojem rynku internetu rzeczy, a także coraz popularniejszych rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji, także rynek ochrony coraz chętniej sięga po najnowsze technologie. Chociaż na razie ochrona fizyczna wciąż jest niezbędna chociażby w biurowcach czy budynkach mieszkalnych, to koszty jej utrzymania oraz coraz większa skuteczność rozwiązań SI mogą wkrótce ograniczyć potrzebę utrzymywania pracowników ochrony.

– Obecnie zabezpieczenie elektroniczne wypiera ochronę fizyczną, aczkolwiek nie należy tutaj wiązać możliwości wyeliminowania całkowicie ochrony fizycznej. Zmniejszy ją albo wyspecjalizuje do obsługi urządzeń. Natomiast koszty utrzymania ochrony fizycznej i jej skuteczność są wypierane przez ochronę elektroniczną i ten trend przyszedł też do Polski w związku chociażby ze wzrostem kosztów wynagrodzeń – tłumaczy ekspert.

O ile w domach jednorodzinnych ochrona zwykle jest już zautomatyzowana, o tyle np. w budynkach biurowych na znaczeniu zyskują hybrydowe rozwiązania bezpieczeństwa. Przykładem takiego systemu są detektory Peridect od firmy Sieza, które montuje się na ogrodzeniach bądź pod ziemią tuż przy przegrodzie. Czujniki w czasie rzeczywistym dokonują precyzyjnych pomiarów drgań, dzięki czemu mogą z wysoką dokładnością ustalić miejsce wtargnięcia. Po sparowaniu z firmową siecią IoT pozwolą także automatycznie włączyć oświetlenie bądź odtworzyć komunikat głosowy w celu odstraszenia intruza. Przy okazji charakteryzują się niskim współczynnikiem fałszywych alarmów i mogą działać w każdych warunkach atmosferycznych.

– Im lepszy alarm, tym mniej fałszywych alarmów. Alarmy domowe często są wzbudzane np. przez ptaki. W naszym przypadku również dużym wyzwaniem są warunki pogodowe, małe zwierzęta, duże zwierzęta bądź próby uderzeń, które testują zdolność do wykrywania – mówi Włodzimierz Wyrębek.

Jednym z elementów zabezpieczeń fizycznych są bramy i szlabany, które także coraz częściej stają się inteligentne. Firma Wiśniowski opracowała aplikację do sterowania bramami oraz drzwiami z serii CREO. Urządzenia zaprojektowano w taki sposób, aby ich montaż był jak najmniej problematyczny, dlatego działają w oparciu o moduły micro wi-fi, które komunikując się bezpośrednio z routerem, nie korzystają z żadnej pośredniej bramki bezpieczeństwa.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku domowych systemów bezpieczeństwa w 2018 roku wyniosła 45,6 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie do 74,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10 proc.

Opracowana przez Polaków „opaska życia” udoskonali opiekę na SOR-ach. Rozwiązanie jest już testowane w szpitalach

Opracowana przez Polaków „opaska życia” udoskonali opiekę na SOR-ach. Rozwiązanie jest już testowane w szpitalach 13

Szybkie wykrycie pogorszenia parametrów życiowych czy upadku u pacjentów przebywających na szpitalnych oddziałach ratunkowych będzie możliwe dzięki specjalnej opasce stworzonej przez polski start-up. Dzięki udoskonaleniu i zautomatyzowaniu systemu triage można odciążyć personel medyczny i skierować go do pacjentów wymagających pilnej opieki medycznej. Coraz więcej inteligentnych rozwiązań sprawdza się w zastosowaniu u chorych przebywających na SOR-ach.

– „Opaska życia” to najnowsza technologia, która ma pomagać personelowi medycznemu na terenie szpitala w Siedlcach. Po przyjściu na szpitalny oddział ratunkowy część pacjentów jest kategoryzowana jako osoby, które nie potrzebują nagłej pomocy medycznej. Wobec tego zostają one skierowane do poczekalni, ale otrzymują specjalną „opaskę życia”, która na bieżąco monitoruje podstawowe funkcje życiowe i w razie wypadku alarmuje personel medyczny o przekroczeniu ustalonych norm – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Kurczab z Laboratorium Innowacji PZU.

Opaska opracowana przez polski start-up mierzy parametry kluczowe dla określenia stanu, w jakim znajduje się chory. To saturacja, temperatura skóry oraz puls pacjenta. Urządzenie wykrywa również upadek. Po zarejestrowaniu takiego incydentu i w przypadku, gdy po jego zajściu osoba nie wstaje przez 30 sekund, personel medyczny otrzymuje odpowiedni alert.

– W pierwszej kolejności zakładamy, że będziemy monitorować tzw. false positive, czyli sytuacje, gdzie opaska będzie wydawać alarm, a tak naprawdę osoba nie będzie potrzebować tej pomocy. Taka sytuacja może mieć miejsce, ponieważ przykładowo progi, które sobie ustawimy jako progi do alarmu, mogą być ustawione zbyt wąsko. Na starcie pilotażu wolimy, żeby było więcej fałszywych alarmów, niż żeby był o jeden prawdziwy za mało – mówi Marcin Kurczab.

Inteligentne rozwiązania coraz częściej sprawdzają się w zastosowaniach na szpitalnych oddziałach ratunkowych. Naukowcy z Tehran University of Medical Sciences przeprowadzili na grupie 215 pacjentów badanie, w ramach którego przetestowali oparty na sztucznej inteligencji system triage do segregowania pacjentów z ostrym bólem brzucha. Poprzez internetowy interfejs lekarze wprowadzali parametry życiowe pacjenta, umiejscawiali ból i określali towarzyszące mu objawy. Algorytmy Naïve Bayes przetwarzały dane i kategoryzowały pacjenta do odpowiedniego stopnia w systemie triage.

Zastosowanie sztucznej inteligencji w segregacji pacjentów z ostrym bólem brzucha zaowocowało powstaniem modelu z akceptowalnym poziomem dokładności. To z kolei umożliwia odciążenie personelu medycznego i skierowanie go do pacjentów wymagających większej opieki. Podobny cel stawiają sobie twórcy „opaski życia”.

– Podstawową zaletą jest lepsze wykorzystywanie ograniczonego czasu personelu medycznego. Dzięki temu, że opaska monitoruje funkcje życiowe pacjentów oczekujących na przyjęcie, personel medyczny może się skupić na tym, co najważniejsze, czyli niesieniu pomocy tym pacjentom, którzy najpilniej jej potrzebują. A w sytuacji, jeżeli osoba, która czeka w poczekalni, potrzebuje tej pomocy, personel medyczny natychmiast posiądzie taką wiedzę i będzie mógł skierować swoje działania właśnie ku tej osobie – dodaje ekspert.

W kontroli stanu zdrowia u osób z przewlekłym obturacyjnym zapaleniem płuc pomóc może natomiast inteligentna koszulka Hexoskin. Poprzez detekcję delikatnych ruchów klatki piersiowej może ona kontrolować prawidłowość oddechu u osób chorych. Dzięki połączeniu inteligentnego ubrania ze specjalną aplikacją mobilną możliwe jest dokładne, regularne monitorowanie i rejestrowanie parametrów oddechu. Rozwiązanie zostało już przetestowane na grupie zdrowych ochotników. W najbliższym czasie sprawdzana będzie jego skuteczność w alarmowaniu sytuacji związanych z pogorszeniem stanu zdrowia u chorych na POCHP.

– Nie ma przeciwwskazań, aby wykorzystywać tego typu rozwiązania również poza SOR-ami, które są obszarami specyficznymi i na pewno tam widzimy bardzo dużą przydatność wykorzystania tej technologii. Natomiast jesteśmy sobie w stanie wyobrazić również wykorzystanie tej opaski chociażby na izbie przyjęć, gdzie osoby zgłaszają się bardziej cyklicznie, ale też mogą potrzebować tego typu wsparcia – zapewnia Marcin Kurczab.

W ramach fazy pilotażowej szpital w Siedlcach został wyposażony w 50 opasek. Docelowo PZU może go jednak rozszerzyć również na inne placówki, z którymi ma podpisaną umowę na ubezpieczenie. Firma badawcza Allied Market Research przewiduje, że do 2025 roku rynek rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji dla branży medycznej osiągnie wartość ponad 18 mld dol. i będzie się rozwijać w tempie prawie 50 proc. średniorocznie.

Jakie jest pokolenie Z?

Osoby między 18 a 26 rokiem życia mają trudności ze zdefiniowaniem swojego miejsca na rynku pracy – tak Państwowa Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości mówi o pokoleniu Z. Okazuje się, że młodzi myślą o przyszłości, ale jednocześnie ciągle szukają swojej ścieżki zawodowej. Dlaczego tak jest? Najnowsze badanie Deloitte pokazuje, że przyszli i obecni studenci pierwszych roczników są elastyczni i ambitni. Co więcej – są optymistami, gotowymi do zdobywania ciekawych doświadczeń zawodowych. Problem w tym, że często brak im pewności siebie, a w przyszłość patrzą z pewnym niepokojem.

Z wykładowcą Państwowej Uczelni im. Stefana Batorego, dr. Piotrem Millerem rozmawiamy o pokoleniu post-milenialsów – czyli osobach urodzonych po 1995 roku.

Jakie jest pokolenie Z?

W literaturze funkcjonuje kilka odmiennych przedziałów granicznych dla tego pokolenia. Najszerzej można by zdefiniować tę generację jako osoby urodzone w 1990 r. i później. Niektórzy zaś twierdzą, że do tej grupy należą urodzeni między 1993 a 2012 r. Jeszcze inni, że są to osoby, które przyszły na świat po 1995 roku. Ta ostatnia propozycja uznawana bywa za najbardziej adekwatną. Post-milenialsi to osoby mobilne, otwarte i bezpośrednie, „cyfrowe” – potrafiące równocześnie funkcjonować w świecie rzeczywistym i wirtualnym, co więcej – potrzebujące stałego dostępu do Internetu, używające wielu aplikacji, komunikujące się głównie za pomocą mediów społecznościowych.

O przedstawicielach „pokolenia Z” mówi się też czasami jako o „pokoleniu instant” – ludziach nieprzyzwyczajonych do długiego oczekiwania na dotarcie do interesujących ich treści czy informacji. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że to sposób funkcjonowania typowy dla sfery online, który charakteryzuje się natychmiastowym działaniem „tu i teraz”. Dość często przekłada się to również na inne sfery ich życia codziennego – w tym: zawodowego. Warto byłoby też podkreślić, że praca zawodowa nie jest przez nich najczęściej postrzegana jako obszar życia, który należałoby traktować jako ważniejszy od innych – mówi dr Piotr Miller.

Y kontra Z

Badanie sytuacji rożnych pokoleń daje nam pewne narzędzia do analizowania ludzkich postaw w kontekście uwarunkowań ekonomicznych, politycznych i technologicznych, dzięki czemu możemy się na przykład dowiedzieć, jaki wpływ mają globalne wydarzenia na poszczególne grupy wiekowe. W ostatnich latach pokolenie Y stało się chyba najlepiej przebadaną pod każdym względem kategorią osób na rynku pracy. Obecnie, ogromną popularność zyskują raporty dotyczące kolejnej generacji. Dzieje się tak dlatego, że najstarsi przedstawiciele Generacji Z wchodzą teraz w etap dorosłości i stoją przed ważnymi życiowymi decyzjami, takimi jak wybór odpowiednich studiów lub podjęcie pierwszej pracy. Ostatnie dane pokazują, że ci młodzi ludzie są nieco bardziej niż poprzednie pokolenia podatni na wpływy, przede wszystkim ‘influencerów’ i znajomych, ale jednocześnie: za wszelką cenę chcą się wyróżniać. Jak wynika z raportu „Rise of Gen Z. New challenge of retailers” , przedstawiciele pokolenia Z są bardziej niż ich starsi koledzy pragmatyczni i – co ciekawe: skupieni na oszczędzaniu pieniędzy. Do komunikacji z otoczeniem częściej wybierają Instagram i Snapchat niż Facebook. Nieco starsza generacja – Y – częściej przejawia postawy idealistyczne, jest też mocno nastawiona na zbieranie nowych doświadczeń. Dla nich to Facebook, a dopiero później: Instagram są głównymi kanałami komunikacji online.

Pokolenie Z na studiach

Pokolenie Z dorastało w rzeczywistości, w której internetowa rewolucja rozprzestrzeniła się na dobre, a media społecznościowe stały się dla nich równorzędnym, a wręcz: istotniejszym sposobem komunikacji z otoczeniem. Sytuacja polityczna, kryzys uchodźczy, walka o równouprawnienie różnych grup społecznych, perspektywa zbliżającej się katastrofy klimatycznej, a także wydarzenia, takie jak prezydentura D. Trumpa czy Brexit, mogą mieć pewne znaczenie w kształtowaniu postaw życiowych młodych ludzi. A jak radzą sobie przedstawiciele pokolenia Z w codziennej rzeczywistości studiowania?

W trakcie mojej pracy ze studentami, obserwuję pewne zachowania, które jeszcze kilka lat temu nie były widoczne w takiej skali jak dziś. Pierwszym z nich jest spora trudność studentów w skupieniu uwagi na jednej aktywności przez dłuższy czas. Konieczność przyswojenia większej ilości informacji w trakcie zajęć, czy pełne skoncentrowanie się na jednym, konkretnym zadaniu do wykonania, są dla dzisiejszych studentów sporym wyzwaniem. Typowy dla nich multitasking i stałe, równoległe przebywanie w świecie „realnym” i „wirtualnym” skutkują tym, że nawet w trakcie wykonywania zadania, które opierać się ma na przykład o wspólne przedyskutowanie jakiegoś problemu i zespołowe wypracowanie propozycji rozwiązania, prędzej czy później pojawia się u nich chęć sięgnięcia po smartfon – komentuje dr Piotr Miller, socjolog z Państwowej Uczelni im. Stefana Batorego.

Jak pokazują badania, mimo wszystko, post-millenialsi mają ogromną chęć tworzenia nowych rozwiązań. Chcą być świadomi, oczekują szacunku i równego traktowania, potrafią być aktywni i zaangażowani. Prognozuje się, że będą oni jednym z najambitniejszych i najbardziej innowacyjnych pokoleń. – Nie da się ukryć, że praca z dzisiejszymi studentami to spore wyzwanie dla obu stron procesu kształcenia. Od studentów wymaga się w wielu sytuacjach innego niż typowy dla nich sposobu postępowania (jak „wylogowanie się” na jakiś czas z sieci), od dydaktyków – poszukiwania takich metod, technik i narzędzi, które pozwolą na bardziej efektywne docieranie z przekazem do młodych ludzi – mówi dr Piotr Miller.

Praca dla post-millenialsa

Według badań przeprowadzonych przez jedną z firm wynika, że błędne jest przekonanie, jakoby młodzi ludzie myśleli tylko o szybkiej karierze zawodowej, byli nielojalni i mieli wysokie oczekiwania finansowe. Okazuje się, że dla pokolenia Z najważniejsza jest informacja zwrotna na temat efektów swojej pracy, większość z nich nie widzi też problemu w podróżach (nawet: zagranicznych) w ramach wykonywanych obowiązków. Jakie życiowe i zawodowe sprawdziany stoją przed młodymi ludźmi? – W przypadku osób z tzw. „pokolenia Z”, znalezienie „jednego zajęcia na całe życie” będzie należało raczej do rzadkości. W świecie tak głębokich przemian, jakie niesie ze sobą Czwarta Rewolucja Przemysłowa, szacuje się, że nawet 40% współczesnych zawodów w perspektywie kilku, może kilkunastu lat w ogóle przestanie istnieć. W ich miejsce oczywiście pojawią się nowe profesje, będące tak naprawdę kombinacjami różnego typu przydatnych umiejętności: specjalistycznych (branżowych), cyfrowych, interdyscyplinarnych i społecznych – mówi Piotr Miller, wykładowca Państwowej Uczelni im. Stefana Batorego.

Przed „zetkami” i ich potencjalnymi pracodawcami stoi spore wyzwanie. Jednak, jeżeli przełożeni będą potrafili odpowiednio zmotywować młodych ludzi do działania, jednocześnie pozostając otwartymi na ich idee i pomysły, to mogą w przyszłości zdobyć lojalnych i zaangażowanych w rozwój firmy pracowników.

Czego pragną pracownicy?

Nie hamaki i siłownia, lecz czyste biuro w dogodnej lokalizacji, to faktyczne priorytety współczesnych pracowników dotyczące miejsca pracy, wynika z najnowszego badania firmy doradczej Savills. Pracownicy w Polsce chcą mieć wpływ na wygląd biura, w którym pracują a większość ich oczekiwań nie odbiega znacząco od tych, które zgłaszali pracownicy z krajów Europy Zachodniej.

Raport What Workers Want („Czego pragną pracownicy?”) prezentuje wyniki badania przeprowadzonego wiosną 2019 r. na zlecenie firmy doradczej Savills. W ramach niego przeanalizowano potrzeby związane z miejscem pracy ponad 11 000 pracowników biurowych z 11 krajów Europy, w tym ponad 1000 osób z Polski.

W wyniku przeprowadzonego badania okazało się, że dla polskich pracowników najważniejsza w biurze jest… czystość. Ponad 90% respondentów wskazuje ten czynnik jako ważny lub bardzo ważny. Jest ona dużo wyżej ceniona, niż np. dostęp do miejsca parkingowego czy posiadanie odpowiednich sal konferencyjnych na potrzeby spotkań.

„Wyniki badania pokazują jasno, że niezależnie od trendów w aranżacji wnętrz, tym o co pracodawcy powinni zadbać w pierwszej kolejności są absolutne podstawy. Jeśli biuro nie będzie czyste, jeśli nie zapewnimy w nim odpowiedniej temperatury czy oświetlenia, to nie ma sensu zabiegać o satysfakcję pracowników inwestując np. w play room czy inne wyszukane udogodnienia” – mówi Jarosław Pilch, dyrektor działu powierzchni biurowych, reprezentacja najemcy, Savills.

Polska na tle Europy

Wyniki polskiego badania są zbliżone do tych uzyskanych w sondażu ogólnoeuropejskim. To co nas różni to np. stosunek do architektury wnętrz, do której polscy pracownicy przywiązują nieco większą wagę (82% odpowiedzi w badaniu polskim w porównaniu do 70% w badaniu ogólnoeuropejskim). Inaczej podchodzimy również do kwestii zapewnienia miejsca parkingowego dla samochodu. Jest ono ważne lub bardzo ważne dla 81% polskich respondentów, ale współczynnik ten spada do 68%, jeśli weźmiemy pod uwagę ankietowanych ze wszystkich przebadanych krajów europejskich.

Jak wynika z analiz firmy Savills, 38% badanych z Polski pracuje w układzie tzw. open space. To nadal znacznie mniej, niż w Europie Zachodniej. Dla porównania w Wielkiej Brytanii w aranżacji bez gabinetów pracuje blisko trzy czwarte pracowników. Popularność takiego planu biura sprawiła, że dla aż 89% polskich badanych niezwykle istotne jest zapewnienie dodatkowego miejsca do cichej pracy. W nowoczesnych przestrzeniach biurowych coraz częściej projektuje się więc niewielkie salki do pracy w skupieniu, meble i panele pochłaniające dźwięk, a także współczesne budki telefoniczne, w których można rozmawiać przez komórkę nie przeszkadzając innym.

„Wydaje się, że wielu pracodawców dobrze odczytuje potrzeby pracowników i właściwie dobiera priorytety. W naszym badaniu zapytaliśmy ankietowanych, które elementy biura oceniają najwyżej w swoim obecnym miejscu pracy. Okazało się, że to niemal te same, które z ich punktu widzenia określane były jako najważniejsze. Polscy pracownicy przyznają, że w biurach brakuje im np. żłobków zlokalizowanych w budynku, darmowych przekąsek czy infrastruktury dla zwierząt, ale jednocześnie te udogodnienia wskazują jako najmniej istotne” – mówi Wioleta Wojtczak, dyrektorka działu badań i analiz, Savills.

Satysfakcja pracownika

Jak zatem uszczęśliwić pracowników i stworzyć idealne miejsce pracy? Z badania przeprowadzonego przez Savills wynika, że najbardziej zadowoleni pracownicy, to ci, którzy pracują w centrach miast. Co druga osoba jako idealną lokalizację wskazuje centrum, a 67% osób pracujących w środku miasta deklaruje, że jest szczęśliwa.

Centralna lokalizacja zapewnia zwykle dostęp do rozbudowanej infrastruktury wokół budynku, w tym, co niezwykle ważne, do szerokiej oferty gastronomicznej. Zgodnie z wynikami badania What Workers Want najwyższy poziom zadowolenia deklarują pracownicy jedzący obiad w restauracjach. Na takie spędzenie przerwy lunchowej pozwala sobie jednak tylko co dziesiąty pracownik w Polsce. 36% korzysta z firmowej kuchni a 33% je przy swoim stanowisku pracy. 17% badanych korzysta z budynkowych kantyn, które jak się okazuje najpopularniejsze są wśród branży IT oraz w sektorze produkcyjnym.

Głos pracowników

Pracownicy doceniają również, jeśli mogą mieć wpływ na wygląd biura. Życzyłoby sobie tego 70% respondentów. Pożądana jest także możliwość pracy z domu, którą, jak wynika z badania, zapewnia tylko 17% pracodawców. Tylko co drugi pracownik, który przynajmniej 90% czasu w pracy spędza przy swoim biurku deklaruje się jako osoba szczęśliwa.

„Projektowanie biura powinno być poprzedzone analizą potrzeb pracowników danej firmy, tak aby móc stworzyć środowisko dostosowane do ich stylu pracy. O komforcie osób przebywających w biurze często decydują jednak rzeczy, których nie widać na pierwszy rzut oka i o które muszą zadbać osoby w tym wyspecjalizowane. Należy do nich np. wydajny system wentylacji i klimatyzacji czy odpowiednie oświetlenie. Najnowocześniejsze rozwiązania techniczne nie tylko poprawiają komfort pracy, ale i redukują negatywny wpływ na środowisko naturalne i pozwalają zredukować opłaty eksploatacyjne” – mówi Jakub Jędrys, dyrektor działu doradztwa budowlanego i projektowego w Savills.

„Zmiany technologiczne i społeczne wpłynęły na jedno z podstawowych pojęć dla człowieka, jakim jest praca. Jesteśmy dziś bardzo daleko od klasycznego rozumienia tego słowa. Zmiany te wymagają również innego organizowania środowiska pracy. Otoczenie firmowe stanowi ponadto część kultury organizacyjnej i powinno być z nią spójne. Nieumiejętne gospodarowanie przestrzenią, czyli np. źle zaprojektowane przestrzenie open space tworzące nadmiar bodźców osłabiają koncentrację i szybko powodują uczucie zmęczenia” – mówi dr Joanna Heidtman, psycholog i socjolog.

Perspektywa pracodawcy

A czego oczekują sami pracodawcy od idealnego biura? Z pewnością tego, że będzie ono podnosić efektywność pracowników, a także stanowić element pomagający rywalizować o najlepszych kandydatów na coraz bardziej konkurencyjnym rynku pracy.

„Komfortowe biuro z dogodną lokalizacją to element, o który pytają kandydaci już podczas pierwszej rozmowy z rekruterem. To czynnik często decydujący o wyborze oferty pracy, szczególnie gdy kandydat wybiera spośród kilku propozycji. Przyszli pracownicy zwracają też uwagę, czy w okolicy biura znajdują się punkty handlowe i gastronomiczne, ważna jest dla nich również bliskość zieleni, gdzie mogą miło spędzać czas także po pracy” – mówi Anna Tietianiec, ekspert rynku pracy z agencji rekrutacyjnej Manpower.

„Kandydat przychodząc na rozmowę kwalifikacyjną, zwraca uwagę jak wygląda przestrzeń, w której będzie pracował, ocenia czy jest przyjazna dla środowiska i dobrze wyposażona, na przykład w regulowane biurka. To atuty, które warto promować już na etapie publikowania oferty pracy oraz na profilach firmy w mediach społecznościowych, budując pozytywny wizerunek pracodawcy” – dodaje ekspert Manpower.

Jak podaje firma Savills, 64% badanych twierdzi, że obecna aranżacja biura z którego korzystają ma wpływ na jakość ich pracy. Osoby pracujące w gabinetach znacznie częściej deklarują pozytywny wpływ aranżacji biurowej na ich efektywność, niż te, które korzystają z układu open space. Z kolei większy procent pracowników coworków i biur serwisowanych uważa, że ich obecne miejsce pracy poprawia ich efektywność, niż osób pracujących w tradycyjnych biurach.

Wpływ biura na lojalność pracowników

Zapewnienie jak najatrakcyjniejszego biura jest niezwykle ważne, gdyż aż 45% badanych deklaruje, że zamierza zmienić pracodawcę w przeciągu najbliższych pięciu lat. Respondenci zapytani przez Savills o sytuację, w której mieliby rozważać dwie oferty pracy o takim samym wynagrodzeniu i zbliżonych możliwościach kariery, najczęściej wskazywali lokalizację biura, jako czynnik przesądzający o ich wyborze, co pokazuje jak istotne jest to kryterium dla pracowników.

Wpływ lokalizacji biura na lojalność pracowników potwierdza również fakt, że pracownicy, którym dojazd do pracy zajmuje nie dłużej, niż 15 min dwa razy częściej deklarują, że są gotowi związać się z obecnym pracodawcą przez kolejne 10 lat. Niestety zaledwie mniej więcej co piątemu badanemu podróż do biura zajmuje tak krótko. Nie odbiegamy tu znacząco od średniej europejskiej, natomiast wyraźnie rzadsze, niż w Europie Zachodniej jest u nas dojeżdżanie do pracy trwające ponad 90 minut. Pomimo rosnącej świadomości ekologicznej Polaków w dalszym ciągu najpopularniejszym środkiem transportu jest samochód, z którego w drodze do pracy korzysta 64% badanych.

Wnioski

„Firmy, które przywiązują dużą wagę do wyboru właściwego biura są na wygranej pozycji w rywalizacji o największe talenty. Stopa bezrobocia w Polsce jest najniższa w historii. Starzejące się społeczeństwo w połączeniu z malejącą liczbą osób wchodzących na rynek pracy sprawia, że pracodawcom coraz trudniej jest znaleźć i zatrzymać pracowników. Jak pokazują nasze badania lokalizacja biura przekłada się bezpośrednio na lojalność pracowników, a jego aranżacja na efektywność ich pracy. Oznacza to, że wybór odpowiedniej siedziby dla firmy jest jedną z kluczowych decyzji we współczesnym biznesie” – podsumowuje Jarosław Pilch z Savills.

Globalny „risk-off” wspiera ceny złota

Od początku miesiąca dane makroekonomiczne i sytuacja polityczna umacniają „risk-off” – sentyment do bezpiecznych inwestycji, który przekłada się na spadek cen akcji (S&P 500 -1,93 %) i wzrosty cen złota, które osiągnęły 2,25%. Rosły także amerykańskie obligacje skarbowe.

Powodów takiej sytuacji rynkowej jest kilka. Pierwszy to fala gorszych niż się spodziewano wskaźników koniunktury – indeksów ISM usługowego i przemysłowego. ISM przemysłowy spadł poniżej oczekiwanej figury. Rozczarował też indeks ISM dla usług. Neutralnie na rynek przełożyła się publikacja danych NFP dotycząca stopy zatrudnienia w amerykańskiej gospodarce, które były zgodne z przewidywaniami analityków.

Na pogarszające się wyniki amerykańskiej gospodarki reaguje werbalnie FED. Jerome Powell uspakaja, że ekspansja będzie kontynuowana, a bank centralny jest elastyczny. Rynek może liczyć na jego wysoką aktywność – to pozytywna wiadomość dla inwestorów. Jednocześnie Powell zapowiedział zwiększenie bilansu FED poprzez skup bonów skarbowych. Działanie to ma zabezpieczyć płynność na rynku pieniężnym W ubiegłym miesiącu brak płynności na rynku amerykańskim spowodował, że  stopa procentowa pożyczek jednodniowych nagle skoczyła (banki pożyczały sobie środki na 10 proc. w skali roku).

Rozpoczęła się kolejna tura rozmów w konflikcie handlowym pomiędzy Waszyngtonem i Pekinem.  Wstępne informacje są dość pozytywne. Jeszcze przed rozpoczęciem rozmów Chiny zwiększyły zakupy amerykańskiej wieprzowiny, sugerując, że mają możliwości do kolejnych dużych zakupów. Porozumienie ma być osiągnięte w kilku fazach. Bardzo ważnym tematem podczas rozmów jest kwestia uregulowania praw autorskich. Podpisanie wynegocjowanej umowy, dotyczącej fazy I, odbędzie się w Chile, gdzie Donald Trump spotka się z Xi Jinpingiem.

Co prawda do wyborów prezydenckich w USA został jeszcze rok, ale już dziś warto przyjrzeć się Elizabeth Warren – nowej potencjalnej kandydatce demokratów na najwyższy urząd w państwie. Jej program wsparcia klasy średniej związany jest z obciążeniami podatkowymi dla najbogatszych, a także dodatkowymi obciążeniami finansowymi korporacji i elit biznesu. Jej potencjalna wygrana może odbić się negatywnie na rynku akcji.

Na rynku kruszców wciąż rosną ceny złota. Globalny „risk – off” powoduje, że inwestycja w nie jest traktowana jako forma zabezpieczenia. Ceny tego kruszcu rosną z uwagi na obecną sytuację gospodarczą a także z powodu zmiany polityki monetarnej FED. Warto też obserwować to, co robią banki centralne w tym NBP, który w ostatnim czasie skupował złoto.

Rafał Benecki: duże ryzyko podatkowe, prawne i regulacyjne odbija się na rozwoju firm i inwestycjach

Gospodarka nie pozostaje obojętna na życie polityczne kraju. Szczególny wpływ mają na nią okresy wyborcze, które obfitują w nowe wydatki z kasy państwowej. Wzrasta ilość obietnic, planowanych programów i reform. Biznes, przedsiębiorcy i firmy wiedzą, że nowe wydatki państwa poskutkują podwyższeniem podatków i składek. Możemy obserwować, jak rosną podatki VAT i CIT – finansując programy socjalne rządu. To prowadzi do redystrybucji kapitału. Uderza w przedsiębiorstwa oraz osoby wyżej wykształcone i wykwalifikowane – ubogaca zaś tych, którzy mają mniejszy wkład w budowę gospodarki. Taka redystrybucja ożywia gospodarkę na krótką metę, wprowadzając do niej więcej pieniędzy i nakręcając popyt. Jednak długofalowy skutek takiego procesu odbija się na rozwoju firm i inwestycjach.

Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego
Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego

– Firmy postrzegają takie zjawisko jako duże ryzyko podatkowe, prawne i regulacyjne. To ryzyko jest na tyle istotne, że wstrzymują się z inwestycjami – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Niedobrą cechą tego cyklu koniunkturalnego jest bardzo wolny wzrost inwestycji. Po ostatniej zapaści odbiły się one z dużym, około dwuletnim opóźnieniem. Ostatnio rosną trochę lepiej, ale wciąż tracimy na konkurencyjności i przodownictwie w regionie. Na pierwszy rzut oka tego nie widać, ponieważ popyt jest mocno stymulowany. Przez trzy lata z rzędu obserwowaliśmy pięcioprocentowy wzrost gospodarczy. Jednak mniejsze inwestycje oznaczają wolniejszy rozwój głównej siły motorowej polskiej gospodarki, czyli prywatnego biznesu. Jego wzrost najbardziej wpłynął na podniesienie przeciętnego poziomu dochodu. Mniej inwestycji oznacza wolniejszy wzrost firm, które będą przez to mniej konkurencyjne. Nasza pogoń za krajami rozwiniętymi będzie przebiegała jeszcze wolniej – zapowiada Benecki.

Life Science Open Space 2019

LIFE SCIENCE OPEN SPACE 2019: OTWARTE FORUM INNOWACJI DLA ZDROWIA I JAKOŚCI ŻYCIA.

Zaplanowane na 26 listopada Forum to branżowe wydarzenie skierowane do specjalistów, pasjonatów i aktywistów działających w szeroko rozumianym obszarze biotechnologii i zdrowia. Jego organizatorem jest Fundacja Klaster LifeScience Kraków.

To już kolejna edycja wydarzenia, które zdążyło wyrobić sobie markę jako branżowej imprezy, na której warto się stawić. W tym roku organizatorzy zapraszają do EXPO Kraków (ul. Galicyjska 9), gdzie spotkać będzie można osoby otwarte na współpracę i szukające partnerów do rozwoju innowacyjnych przedsięwzięć w różnych dziedzinach – od żywności, medycyny, farmacji i środowiska po informatykę, budownictwo, transport, wypoczynek i innych.

Networking będzie tylko jedną z wielu części programu Forum. Przygotowana przez Klaster LifeScience Kraków agenda składa się z następujących czterech modułów:

  • współpraca – czyli krótkie prezentacje dotyczące potrzeb lub możliwości nawiązania współpracy w ramach projektów naukowych, badawczo-rozwojowych, startupowych i biznesowych;
  • inspiracje – wieczór atrakcji, z których każda ma za zadanie poruszyć intelektualnie i emocjonalnie, pokazać możliwości i pobudzić do działania;
  • partnering – okazja do spotkań 1:1 z  potencjalnymi partnerami w celu przedstawienia i omówienia oferty, pomysłu lub potrzeby;
  • wystawa – przestrzeń dla prezentacji produktów i usług na stoiskach firmowych i projektowych.

„Nasze Forum tworzy wspólną platformę dla pomysłów i szans, współpracy i konkurencji. Ich celem jest zastosowanie wiedzy i technologii poprzez innowacyjność i przedsiębiorczość, by rozwiązać aktualne i przyszłe problemów. Chcemy także, by organizacja Forum pomogła w wykorzystaniu szans związanych z wyzwaniami cywilizacyjnymi i stale rosnącym tempem życia” – mówi dyrektor zarządzający Klastra, Kazimierz Murzyn.

Ważnym aspektem Forum jest możliwość aktywnego uczestnictwa – nie tylko jako odbiorca, lecz również jak prelegent. W tym celu należy zgłosić prezentację z zaproponowanych przez Organizatorów tematów (m.in. printed health, robotyka medyczna, innowacje społeczne czy biogospodarka). Autorzy najciekawszych zgłoszeń będą mieli okazję wystąpić przed zgromadzonym audytorium.

Istnieje także możliwość zgłoszenia projektów do sesji specjalnych, obejmujących następujące obszary: Digital Health – Centrum Zindywidualizowanej Medycyny Obliczeniowej, Kariera, StartUp Scena oraz Business Development.

Pełne informacje dla prezenterów dostępne są na stronie wydarzenia http://lsos.info. Tam też znajdują się wszystkie szczegóły dotyczące zbliżającego się LSOS19. Prezenterzy uczestniczą bez opłat.