KRIR: Odszkodowania dla rolników nie pokryją wszystkich strat spowodowanych suszą. Konieczna jest poprawa retencji wody i zmiany w uprawach

KRIR: Odszkodowania dla rolników nie pokryją wszystkich strat spowodowanych suszą. Konieczna jest poprawa retencji wody i zmiany w uprawach 1

26 września zostanie ogłoszony termin składania wniosków o pomoc dla poszkodowanych rolników do biur powiatowych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Stawka pomocy jest uzależniona od stopnia zniszczeń – maksymalnie w przypadku 70 proc. strat w uprawach wyniesie 1 tys. zł na hektar. – Dobrze, że to wsparcie jest, ale nie wystarczy ono na wznowienie produkcji – mówi Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. I podkreśla, że trzeba myśleć o innych sposobach walki ze skutkami suszy.

Prawdopodobnie 3 października Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa rozpocznie nabór wniosków o pomoc dla gospodarstw rolnych poszkodowanych w tym roku w wyniku suszy, huraganu, gradu, deszczu nawalnego, przymrozków wiosennych lub powodzi. Termin ma zostać ogłoszony 26 września.

 Przy stratach, które sięgają powyżej 70 proc., stawka wynosi 1 tys. zł na hektar. Jeżeli rolnik miał ubezpieczone wszystkich upraw w gospodarstwie powyżej 50 proc. gruntów rolnych, wtedy otrzymuje stawkę pełną. Jeśli nie miał ubezpieczenia, otrzymuje połowę tej stawki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Rolnicy, u których szkody wynoszą 30–70 proc., upraw mogą liczyć na 500 zł za hektar powierzchni, jeśli mają wykupioną polisę ubezpieczeniową. W przypadku braku polisy pomoc wyniesie 250 zł za hektar.

Jak wynika z analizy Najwyższej Izby Kontroli, w ubiegłym roku zawarto ok. 165 tys. umów ubezpieczenia, co oznacza, że zrobiło to ok. 12 proc. właścicieli gospodarstw rolnych. Łączna powierzchnia ubezpieczonych upraw wynosi nieco ponad 3,2 mln ha i od 2013 roku stopniowo spada.

 Straty powyżej 30 proc. są płacone poza formułą pomocy de minimis. Jest to maksymalna pomoc krajowa na gospodarstwo, która wynosi 20 tys. euro na 3 lata, a oprócz tego jest pula maksymalna krajowa i jest to 280 mln euro. My mamy de minimis praktycznie wykorzystany na poziomie około 98 proc. – wyjaśnia Szmulewicz. – Gospodarstwa, które mają do 30 proc. strat, będą miały problem z uzyskaniem tych środków z tego względu, że przekroczony jest limit krajowy.

To oznacza, że wypłata tych środków będzie możliwa po 1 stycznia 2020 roku.

 Stawki zaproponowane przez rząd to bardziej pomoc socjalna niż pomoc na wznowienie produkcji. Ale jeśli straty wynoszą kilka miliardów złotych w skali produkcji, to 2 mld, które przeznaczy ewentualnie rząd, to jest w sumie duża pomoc. Dla tych gospodarstw, które inwestują, mają kredyty, ta pomoc na pewno nie wystarczy na odnowienie produkcji rolnej – przekonuje Wiktor Szmulewicz.

W 2018 roku blisko 270 tys. producentów rolnych otrzymało od państwa 2,2 mld zł pomocy. Jak zaznacza prezes KRIR, do wznowienia produkcji rolnej służą inne narzędzia finansowe. Rolnicy mogą np. zaciągnąć kredyt preferencyjny, klęskowy, starać się o ulgi w podatku gruntowym, a w wyjątkowej sytuacji – o rozłożenie na raty lub umorzenie składki KRUS.

Doraźna pomoc to dla rolników ratunek tylko na chwilę

– Musimy zacząć myśleć o tym, jak zmniejszyć ryzyko suszy w gospodarstwach rolnych, żeby one mogły w normalny sposób funkcjonować. Jest na to kilka sposobów. To m.in. uprawianie roślin, które lepiej znoszą suszę, czyli mniej odmian jarych, a więcej ozimych. To cała agrotechnika, która pozwoli zachowywać jak największą ilość wody po zimie i opadach jesiennych, tak jak to robią Egipt, Portugalia czy Hiszpania – wskazuje prezes KRIR. – Chodzi też o magazynowanie wody. Musimy więc myśleć o wielkiej retencji i małej retencji, która będzie podnosiła wilgotność gleby, zasobność wód gruntowych.

Od 25 września do 22 listopada rolnicy mogą składać do ARiMR wnioski o dofinansowanie budowy lub modernizacji instalacji nawadniających. Możliwa do uzyskania pomoc na jedno gospodarstwo wynosi maksymalnie 100 tys. zł, przy czym refundacji podlega 50 proc. kosztów poniesionych na tę inwestycję (60 proc. w przypadku młodego rolnika).

– Musimy zacząć myśleć nie tylko o odszkodowaniach, bo będziemy wpadać w coraz większe kłopoty. Państwa nigdy nie będzie stać, żeby pokryć te miliardowe straty – podkreśla Wiktor Szmulewicz. – Jeżeli cały czas poziom wód gruntowych będzie spadał, to będziemy mieli coraz mniej wody. To oznacza ograniczenie produkcji rolnej i wzrost cen, bo płodów rolnych będzie mniej. Ucierpi też przemysł, zwłaszcza energetyczny, ale też cała gospodarka, bo może zabraknąć wody pitnej – wymienia.

Inwestorzy zostają przy dolarze. Amerykańska gospodarka hamuje wolniej niż strefa euro

Inwestorzy zostają przy dolarze. Amerykańska gospodarka hamuje wolniej niż strefa euro 2

Na wrześniowym posiedzeniu amerykańska Rezerwa Federalna obniżyła koszt pieniądza, tnąc stopę funduszy federalnych o 25 punktów bazowych do przedziału 1,75–2,00 proc. To druga z rzędu obniżka po decyzji z końca lipca. Według Rafała Sadocha, analityka Domu Maklerskiego mBanku, najważniejsza obecnie kwestia dotyczy tego, co FED zdecyduje na kolejnych posiedzeniach. Z komunikatu FOMC wynika, że dostrzega on raczej zagrożenia dla gospodarki spoza amerykańskiego rynku niż wewnętrzne. Stabilna sytuacja gospodarki USA utrzymuje popyt na dolara.

Sama obniżka stóp procentowych o 25 punktów bazowych niewiele oznacza dla rynków finansowych, bowiem te spodziewały się tego całkowicie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Jerome Powell [szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej – red.] zakomunikował w lipcu, że ówczesna obniżka o 25 punktów bazowych była początkiem średniego okresu dostosowania poziomu kosztu pieniądza i że stopy procentowe jeszcze spadną w tym roku. Również czerwcowe prognozy FED wskazywały, że do końca roku zobaczymy dwie obniżki, zatem to nie jest żadne zaskoczenie dla rynku.

Z komunikatu FOMC wynika, że dostrzega on raczej zagrożenia dla gospodarki spoza amerykańskiego rynku niż wewnętrzne. Rynek pracy nazwano silnym, a wzrost zatrudnienia solidnym. Uznano też, że aktywność gospodarcza wzrasta w umiarkowanym tempie. Również wydatki konsumentów rosły w oczach członków FED w szybkim tempie przy jednocześnie niskiej inflacji. Prognozy mówią o wzroście PKB w tym roku na poziomie 2,2 proc., podczas gdy w lipcu rozwój gospodarki oceniano na 2,1 proc. Na przyszły rok prognozowany jest nieco wolniejsze tempo – 1,9 proc. Sugestii trzeciej obniżki w komunikacie FED próżno się za to doszukiwać.

Najbardziej istotna jest perspektywa tego, czego możemy się spodziewać w końcówce 2019 roku czy w 2020 roku, czy stopy procentowe w Stanach będą dalej obniżane, czy też nie – komentuje Rafał Sadoch. – To jest największy czynnik ryzyka, jeśli chodzi o notowania amerykańskiej waluty czy szerszą sytuację na rynkach finansowych.

Dolar amerykański wzmocnił się od początku roku do euro o ponad 4,3 proc. i jest na najwyższych poziomach od ponad dwóch lat. Wynika to m.in. ze słabych danych ze strefy euro, której gospodarka wzrosła w II kwartale o 0,2 proc., o połowę wolniej niż w pierwszych trzech miesiącach roku. Ostatnie informacje też nie napawają optymizmem: niemiecki przemysł – a Niemcy odpowiadają za jedną piątą europejskiego PKB – zanotował w sierpniu wskaźnik PMI na poziomie 41,1 pkt, dużo poniżej oczekiwań i neutralnego poziomu 50 pkt. Niższy od spodziewanego przez ekonomistów był też poziom tego wskaźnika dla sektora usług. Wskazuje to na spadek zamówień w niemieckich firmach.

Amerykańska waluta cały czas pozostaje bardzo silna i utrzymuje się w pobliżu dwuletnich maksimów – tłumaczy analityk DM mBanku. – Notowania amerykańskiej waluty determinowane są jeszcze przez konflikt handlowy. Część inwestorów nie widzi zbytniej alternatywy dla amerykańskiej waluty z tego względu, że kondycja Stanów Zjednoczonych cały czas prezentuje się lepiej niż w innych gospodarkach. Stany Zjednoczone hamują w wolniejszym stopniu niż chociażby strefa euro. Dlatego mimo obniżek stóp procentowych ten popyt na amerykańską walutę cały czas utrzymuje się i pozostaje bardzo silny.

Po 2023 roku nowe zasady zbierania i przetwarzania odpadów opakowaniowych. Koszty systemu będą mniej obciążać mieszkańców

Po 2023 roku nowe zasady zbierania i przetwarzania odpadów opakowaniowych. Koszty systemu będą mniej obciążać mieszkańców 3

Obowiązujący w systemie gospodarki mechanizm rozszerzonej odpowiedzialności producenta to martwe przepisy – oceniają organizacje branżowe. Obecnie większość kosztów związanych ze zbiórką i recyklingiem odpadów komunalnych i opakowaniowych pokrywają mieszkańcy oraz gminy. Ma to zmienić znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej, zgodnie z którymi od 2023 roku powinny funkcjonować nowe zasady gospodarki odpadami opakowaniowymi.

– Rozszerzona odpowiedzialność producenta (ROP) powinna być mechanizmem efektywnym, który motywuje do uzyskania jak najwyższej jakości, a nie tylko finansuje już zastane procesy. Oczywiście mamy świadomość, że na rynku brakuje pieniędzy i to jest jedna z bolączek systemu. Natomiast samo dołożenie finansowania nie zmieni poziomów recyklingu. Dlatego ROP powinna motywować wszystkich interesariuszy, wszystkie elementy łańcucha wartości do jak najlepszych efektów, a za nimi powinny iść pieniądze z organizacji odzysku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Dziczek, członek zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Opakowań i Produktów w Opakowaniach EKO-PAK.

W polskim systemie gospodarki odpadami funkcjonuje już mechanizm rozszerzonej odpowiedzialności producenta (w oparciu o ustawę o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi), który zakłada, że przedsiębiorstwa wprowadzające opakowania na rynek muszą partycypować w kosztach ich zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. Jednak – jak zgodnie oceniają eksperci – system jest całkowicie nieefektywny.

W tej chwili część odpowiedzialności producentów za wynagrodzeniem przejmują organizacje odzysku, które są zobowiązane do osiągnięcia określonych poziomów zbiórki i recyklingu opakowań. Jeżeli się z nich nie wywiążą, grożą im sankcje finansowe. Brak realnego nadzoru nad tym rynkiem powoduje jednak, że część organizacji odzysku realizuje ten obowiązek tylko na papierze.

Poza tym w obecnym systemie to samorządy są odpowiedzialne za odbiór odpadów, w tym opakowaniowych, od mieszkańców i to one w znacznym stopniu – z opłat mieszkańców – ponoszą koszty selektywnej zbiórki i przygotowania ich do recyklingu.

– Obecnie wkład w koszty wprowadzających opakowania na rynek za pośrednictwem organizacji odzysku wynosi kilka procent. My szacujemy go na 4–5 proc. Natomiast uważamy, co wynika też ze znowelizowanej unijnej dyrektywy, że powinno to być między 80 a 100 proc. w zależności od uzyskiwanych rezultatów – mówi Magdalena Dziczek.

Znowelizowany pakiet dyrektyw odpadowych Unii Europejskiej (przyjęty w lipcu 2018 roku) ustanawia wyższe cele recyklingu odpadów komunalnych i opakowaniowych, a także nakłada na producentów opakowań obowiązek stosowania się do ROP, której zasady zostały ujednolicone w dyrektywach. Zakładają one m.in., że producenci będą zobowiązani do pokrycia kosztu netto (po odjęciu przychodów ze sprzedaży surowców) selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu.

Przepisy regulujące wdrożenie ROP w poszczególnych krajach UE mają zostać uchwalone do lipca 2020 roku i wdrożone najpóźniej do 2023 roku.

– Dyrektywa odpadowa ustanawiająca zasady ROP mówi jasno, że producent musi ponosić koszt netto, czyli pomniejszony o przychody ze sprzedaży danego surowca. Jednak na dziś nie mamy żadnej wiedzy, jakie są te przychody, a tym bardziej, jakie są przychody dla poszczególnych rodzajów odpadów opakowaniowych. W praktyce oznacza to, że wdrożenie zasad ROP, określenie tej wartości finansowej, będzie wypadkową jakichś analiz mniej lub bardziej zbieżnych z rzeczywistością. Stąd bardzo istotne jest upublicznienie informacji finansowych na poziomie gmin, by tej przypadkowości uniknąć. To rzuciłoby światło na faktyczne koszty – mówi Magdalena Dziczek.

Jak podkreśla, samo wdrożenie mechanizmów rozszerzonej odpowiedzialności producenta nie będzie lekiem, który uzdrowi polski rynek gospodarki odpadami. Stąd ważne jest zidentyfikowanie kluczowych problemów tego systemu i wdrożenie kompleksowego planu naprawczego. Jednym z takich problemów jest m.in. mierzenie zanieczyszczeń i dbanie o jakość selektywnej zbiórki już na etapie odbioru odpadów komunalnych od mieszkańców.

– Każdy odpad opakowaniowy to jednocześnie surowiec. Powinniśmy się zastanowić nad całym łańcuchem powiązań w systemie gospodarki odpadami opakowaniowymi. Odpad, który my wrzucamy do określonego pojemnika, czyli np. tworzywa sztuczne do żółtego, powinien tam wylądować jak najskrupulatniej. Następnie firma odbierająca odpady nie powinna go mieszać z innymi, czyli żółty pojemnik powinien być w żółtym pojemniku i nie wolno do niego dosypywać nic z zielonego czy niebieskiego, bo to zanieczyszcza surowce wtórne. Następnie na sortowni mamy konfekcjonowanie, sortujemy te odpady na poszczególne rodzaje i później mogą być one przekazane do recyklingu – mówi Magdalena Dziczek.

W tej chwili sortownie – zwłaszcza te mniejsze – mają problem ze sprzedaniem odpadów surowcowych, np. ze względu na niewielką ilość, którą są w stanie wysortować. Dlatego organizacje odzysku opakowań powinny się aktywnie włączyć w proces poszukiwania recyklera, który będzie w stanie takie odpady przyjąć i zagospodarować w należyty sposób.

– Dotyczy to także odpadów trudno poddających się recyklingowi, jak np. wielowarstwowe folie – mówi Magdalena Dziczek. – Recykler, który przetwarza taki odpad, tworzy z niego nowy produkt. Na tym etapie też widzimy rolę organizacji odzysku, która mogłaby pomóc producentowi zwrócić ten produkt w postaci surowca wtórnego do ponownej produkcji opakowań.

W Polsce codziennie odbiera sobie życie 15 osób. Brakuje programu zapobiegania samobójstwom

W Polsce codziennie odbiera sobie życie 15 osób. Brakuje programu zapobiegania samobójstwom 4

Na świecie co roku niemal 800 tys. ludzi popełnia samobójstwo. To więcej niż umiera wskutek malarii, raka piersi, morderstw czy wojen. W Polsce codziennie odbiera sobie życie 15 osób. Jesteśmy też na drugim miejscu w Europie pod względem liczby samobójstw nieletnich. Opracowanie Narodowego Programu Zapobiegania Samobójstwom i stworzenie odpowiednich warunków dla społecznych organizacji pozarządowych mogłoby pomóc zmniejszyć liczbę samobójstw o blisko 10 proc. – ocenia prof. Brunon Hołyst, prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

– Co roku życie odbiera sobie 800 tys. osób na świecie, a 16 mln czyni nieudane próby. W Polsce w wyniku śmierci samobójczej ginie rocznie około 5 tys. osób, a ponad 100 tys. czyni nieudane próby. Według wskaźników Światowej Organizacji Zdrowia na jedno udane samobójstwo przypada 20 prób samobójczych. Można powiedzieć, że na świecie co 40 sekund człowiek odbiera sobie życie, w Polsce – 15 osób dziennie – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Brunon Hołyst, prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

Wskaźnik samobójstw dla naszego kraju wynosi 16,2 na 100 tys. mieszkańców, przy średniej 10,5 dla świata i 13,7 dla Europy. Znacznie częściej życie odbierają sobie mężczyźni. Na 15 przypadków samobójczej śmierci dziennie 12 przypada na mężczyzn.

– Są tylko nieliczne państwa, gdzie liczba samobójstw kobiet i mężczyzn się równoważy, ale w Polsce ponad czterokrotnie więcej samobójstw popełniają mężczyźni niż kobiety – podaje prof. Brunon Hołyst.

Jak ocenia prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego, po wzroście liczby samobójstw w latach 2007–2010 ostatnio jest ona raczej ustabilizowana, ale ciągle wysoka. Mogłyby ją ograniczyć skoordynowane działania na różnych szczeblach.

– Konieczne jest opracowanie wzorem innych państw Narodowego Programu Zapobiegania Samobójstwom. W Japonii w wyniku jego realizacji samobójstwa wykazują spadek o 10 proc., w Chile o 15 proc., a w Szkocji o 18 proc. – mówi prof. Brunon Hołyst. – Istnieje potrzeba synchronizacji działań organów państwowych i organizacji społecznych, licznej grupy wolontariuszy. Ich zsynchronizowane wysiłki mogą dać oczekiwane rezultaty w postaci zmniejszenia corocznie liczby samobójstw o 10 proc.

WHO podaje, że liczba państw, które uruchomiły u siebie odpowiednie programy zapobiegania samobójstwom, wzrosła w ciągu ostatnich pięciu lat do 38. Przynosi to wyraźne rezultaty, bo w skali całego świata liczba samobójstw w latach 2010–2016 zmalała prawie o 10 proc.

Jak tłumaczy ekspert, współpraca między różnymi instytucjami niekoniecznie musi być uregulowana prawnie. To, co istotne, to ścisła współpraca między organizacjami pozarządowymi. W Polsce istnieje grupa robocza przy Ministerstwie Zdrowia, która zajmuje się tematyką samobójstw. Potrzebny jest jednak narodowy program wczesnej identyfikacji, leczenia i opieki nad osobami cierpiących na zaburzenia psychiczne lub uzależnienia.

– Podstawą opracowania wszelkich narodowych programów są dokładne badania naukowe, żebyśmy mogli postawić diagnozę, co, gdzie, kiedy, jakie przedsięwziąć działania w odniesieniu do różnych grup populacji – podkreśla ekspert.

Niezbędna jest też poprawa dostępu do lekarzy, w tym psychologów i psychiatrów.

– W dokumentach Światowej Organizacji Zdrowia podkreśla się, że łatwa dostępność do służby zdrowia jest jednym z elementów profilaktycznych, przyczynia się do obniżenia stopnia wiktymizacji w wyniku zamachów suicydalnych – mówi prof. Brunon Hołyst.

Urządzenia ubieralne coraz bardziej zaawansowane. Wearables potrafią pomagać osobom ze schorzeniami układu moczowego

Urządzenia ubieralne coraz bardziej zaawansowane. Wearables potrafią pomagać osobom ze schorzeniami układu moczowego 5

Urządzenia do noszenia na ciele znajdują coraz szersze zastosowanie w medycynie i opiece senioralnej. Czujniki USG montowane w najnowocześniejszych urządzeniach mogą np. wykonać zdjęcie płodu i przesłać je lekarzowi do analizy. Coraz częstszym problemem ze względu na starzenie się społeczeństwa jest także nietrzymanie moczu, na które cierpi nawet 33 proc. osób w Stanach Zjednoczonych. Urządzenie wykrywające stan napełnienia pęcherza może zasygnalizować osobie nietrzymającej moczu, że powinna pójść do toalety.

– DFree to urządzenie do noszenia wskazujące, czy konieczna jest wizyta w toalecie. Ma ono czujnik USG, który zakłada się bezpośrednio na skórę. Komunikuje się ono z telefonem użytkownika, a specjalna aplikacja informuje o stanie napełnienia pęcherza i powiadamia, kiedy należy udać się do toalety –wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mai Ono z DFree.

Według American Urological Association, nawet 33 proc. osób w Stanach Zjednoczonych cierpi na nietrzymanie moczu. Problem ten występuje częściej u kobiet niż u mężczyzn. Szacuje się, że zmaga się z nim około 30 proc. kobiet w wieku 30–60 lat, podczas gdy wśród mężczyzn jest to 1,5–5 proc. Dotychczas osoby dotknięte tym problemem były najczęściej skazane na noszenie wkładek higienicznych, pieluchomajtek bądź cewnika urologicznego. Dostępne są także mniej lub bardziej inwazyjne metody leczenia lub łagodzenia nietrzymania moczu. To m.in. nastrzykiwanie mięśnia pęcherza botoksem czy implantacja elektrycznego stymulatora nerwu krzyżowego.

– Naszym celem jest poprawa jakości życia seniorów. Z DFree można dłużej cieszyć się niezależnością, ponieważ osoby, u których wystąpi problem nietrzymania moczu, nie są od razu skazane na korzystanie z pieluch. DFree wskazuje przewidywany czas pójścia do toalety, dzięki czemu pieluchy nie są konieczne – tłumaczy Mai Ono.

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń wearables dla seniorów. Najczęściej są to urządzenia monitorujące funkcje życiowe, takie jak opaska na nadgarstek Fitbit Charge 2. Ma ona wbudowany monitor pracy serca, wyświetla tętno mierzone podczas treningu, spaceru czy wypoczynku. Może również przeprowadzać sesje ćwiczeń z kontrolowania oddechu dla uspokojenia tętna. Apple Watch z kolei wyposażony jest w czujnik wykrywający upadki. W przypadku wykrycia upadku automatycznie dzwoni pod numer alarmowy.

Pojawianie się na rynku medycznych wearables oraz urządzeń do noszenia z funkcjami np. monitorującymi stan zdrowia czy detekcji upadku jest niezwykle ważne zwłaszcza w dobie starzejącego się społeczeństwa. Według ONZ populacja osób powyżej 65 roku życia rośnie najszybciej spośród wszystkich grup wiekowych. W 2050 roku 16 proc. ludzi na całym świecie będzie mieć 65 lat lub więcej (w porównaniu z 9 proc. obecnie). W Europie odsetek będzie jeszcze większy (25 proc.).

– Naszą główną grupą docelową są osoby starsze zmagające się z problemem nietrzymania moczu. Jest to powszechne zaburzenie wśród seniorów. Z uwagi na starzenie się społeczeństwa problem staje się coraz powszechniejszy. Urządzenie może być stosowane m.in. w domach opieki i szpitalach, ale dostępne jest także do zastosowań indywidualnych – mówi Mai Ono.

Według Grand View Research światowy rynek medycznych wearables wyceniany był w 2018 roku na 10,3 mld dol. Do 2026 roku ma rosnąć w tempie średniorocznym na poziomie przeszło 26 proc.

Wydrukowano w 3D pierwszy w Polsce budynek z betonu. W przyszłości możliwe jest drukowanie w pełni zazbrojonych budowli

Wydrukowano w 3D pierwszy w Polsce budynek z betonu. W przyszłości możliwe jest drukowanie w pełni zazbrojonych budowli 6

Druk 3D to rewolucja w architekturze i budownictwie. Technologia jest znacznie szybsza i tańsza niż konwencjonalne budownictwo, ma też mniejszy wpływ na środowisko. Budynków drukowanych maszynowo nie ma jednak zbyt wiele – to efekt skomplikowanych procesów przy samym stawianiu budynku. Dzięki technologii polskiego start-upu może się to zmienić. Polska firma jako pierwsza na świecie chce wdrożyć technologię automatycznego układania zbrojenia i budowy szalunków z użyciem betonu.

– W budownictwie wykorzystuje się sporo tradycyjnych metod i innowacje skupiają się głównie na materiałach. Mamy do czynienia z nowszymi technologiami, a co za tym idzie – materiały są bardziej ekologiczne, zaawansowane w sposób termiczny czy wytrzymałościowy. Jedną z innowacji jest druk 3D. Firmy na świecie już zaczynają dostrzegać tę metodę i wykorzystywać ją np. w wykończeniach czy elementach dekoracyjnych – mówi agencji Newseria Innowacje Rafał Perz, współzałożyciel i członek zarządu firmy REbuild.

Druk 3D już od kilku lat jest coraz powszechniej stosowany w budownictwie. W 2014 roku inżynierowie z Arup wykorzystali druk 3D do wyprodukowania stalowego węzła do lekkiej konstrukcji. Szanghajska firma WinSun Decoration Design Engineering zastosowała duże drukarki 3D do natryskiwania mieszanki szybko schnącego cementu i surowców wtórnych, co umożliwiło zbudowanie 10 małych domów demonstracyjnych w mniej niż 24 godziny. W Hiszpanii pierwszy most dla pieszych wydrukowany w 3D został otwarty pod koniec 2016 roku. Amerykański korpus piechoty morskiej wydrukował zaś w 3D betonową chatę koszarową.

W Polsce stanął niedawno pierwszy betonowy budynek z drukarki 3D.

– W przypadku tego budynku wydrukowane były szalunki pod fundament i ściany, a także elementy dekoracyjne wokół, jak doniczki, stoły, krzesła czy grill. Reszta prac wykończeniowych w budynku była robiona metodą tradycyjną. Proces trójwymiarowego drukowania ścian trwał 13 godzin, a proces wykończeniowy i całego zamknięcia budynku zajął nam około tygodnia – wskazuje Rafał Perz.

REbuild ukończył pierwszy wielkoformatowy wydruk z użyciem drukarki 3DCP do betonu. Budynek ma 7 mkw., a do jego wydruku zużyto ok. 6 ton betonu. To pierwszy budynek wydrukowany z użyciem tej technologii w naszym kraju. Dotychczas drukowane były mniejsze obiekty, np. ławki czy stoły. Rozwiązanie opracowywane przez polski zespół ma zautomatyzować pracę w branży budowlanej. Zbrojenie, podpory, izolacje termiczne czy wznoszenie ścian nawet o skomplikowanych kształtach będzie łatwiejsze i szybsze.

– Technologia druku 3D w budownictwie pozwala na automatyzację i przyspieszenie procesów wznoszenia budowli. Cały proces staje się tańszy, mamy mniejsze wykorzystanie personelu, co wpływa na poprawę bezpieczeństwa, a dodatkowo możemy korzystać z materiałów ekologicznych, które później możemy recyklingować – wymienia współzałożyciel REbuild.

Jak przekonuje ekspert, drukowanie w 3D może pozwolić na szybszą i dokładniejszą budowę złożonych lub wykonanych na zamówienie przedmiotów, a także obniżyć koszty pracy i zmniejszyć ilość odpadów. Może również umożliwić rozpoczęcie budowy w trudnych lub niebezpiecznych środowiskach nieodpowiednich dla ludzkiej siły roboczej, nawet w kosmosie.

Polska firma stale rozwija swoją technologię, która w przyszłości ma pozwolić na wydruk 3D z betonu ze zbrojeniem, czego do tej pory nie udało się żadnej innej firmie na świecie.

– Nie planujemy na razie wdrażania usługi, jaką jest druk czy sprzedaż samych budynków i domów, jednak skupiamy się przede wszystkim na rozwoju technologii i budowie maszyny. I to tę maszynę właśnie będziemy chcieli wdrażać, sprzedawać i komercjalizować. W najbliższym czasie planujemy uruchomienie sprzedaży również na zamówienie, nie tylko gotowych elementów, lecz także według własnego projektu właśnie elementów dekoracyjnych, małej architektury – zapowiada Rafał Perz.

Nasze drogie śmieci

Za śmieci będziemy płacić inaczej. Nawet jeden mieszkaniec może spowodować, że w budynku wielorodzinnym opłaty za niesegregowanie odpadów wzrosną dla każdego o 400 proc.

Wynika to z nowelizacji ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminach, która weszła w życie w życie 6 września 2019 r., z wyjątkiem przepisów o poziomach recyclingu i przygotowaniu do ponownego użycia odpadów komunalnych (te wchodzą od 1 stycznia 2020).

Wyższa opłata wprowadzona została ze względu na konieczność uzyskiwania wysokich norm recyklingu wymaganych przepisami unijnymi.

Dotychczas było tak, że każdy mieszkaniec samodzielnie deklarował czy będzie segregował odpady. Nowelizacja ustawy narzuca obowiązek segregowania śmieci na każdego z nas. To wspólnota mieszkaniowa czy spółdzielnia mieszkaniowa w zabudowie wielorodzinnej odpowiada za segregację odpadów, a więc w sytuacji, gdy jeden lub kilku mieszkańców nie segreguje tych odpadów będzie decydowało w jakiej wysokości naliczone zostaną opłaty dla wszystkich.

Karol Andrzejewski, dyrektor regionalny TuMieszkamy
Karol Andrzejewski, dyrektor regionalny TuMieszkamy

– Gminy mają do dyspozycji możliwość naliczenia od 2 do 4-krotności opłaty za odpady niesegregowane, gdy mieszkańcy nie dopełniają zasad segregacji odpadów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Karol Andrzejewski, dyrektor regionalny TuMieszkamy, firmy zarządzającej nieruchomościami należącej do międzynarodowej Grupy City Service. – Ponieważ wspólnoty i spółdzielnie praktycznie nie mają możliwości weryfikacji, który mieszkaniec przyczynił się do wzrostu opłat pozostaje im postawienie na edukację podczas spotkań organizowanych z mieszkańcami.

Do 2030 roku spersonalizowane plany profilaktyki zdrowotnej i leczenie w domu staną się normą

Digitalizacja i zmiany demograficzne w nadchodzących latach wprowadzą trwałe zmiany w sektorze medycyny i opieki zdrowotnej. Według oczekiwań konsumentów, do 2030 roku spersonalizowane plany profilaktyki zdrowotnej i leczenie w domu staną się normą, a technologie dadzą pacjentom możliwość łatwiejszego i efektywniejszego kontrolowania stanu zdrowia – to ustalenia wynikające z badania przeprowadzonego przez niezależną firmę badań rynkowych CITE Research na zlecenie Dassault Systèmes, na reprezentatywnej próbie tysiąca dorosłych Amerykanów.

Starzenie się populacji na świecie stanie się jedną z najważniejszych przemian społecznych stulecia. Według danych ONZ[1] globalnie populacja osób w wieku 60 lat lub więcej rośnie szybciej niż wszystkie młodsze grupy wiekowe. Liczba osób w wieku 60+ wzrośnie ponad dwukrotnie do 2050 r. i trzykrotnie do 2100 roku, osiągając odpowiednio liczbę 2,1 mld w 2050 r. i 3,1 mld w 2100 roku. Ten trend można zaobserwować także w Polsce – z danych GUS wynika, że przyspieszeniu uległ proces starzenia się ludności Polski. Niezmiennie rośnie grupa osób w wieku 65 lat i więcej – w 2018 r. zwiększyła się o 212 tys. osób do wielkości ponad 6,7 mln.

Wyzwania związane ze starzeniem się społeczeństwa, a z drugiej strony zmieniające się oczekiwania konsumentów odnośnie modelu opieki zdrowotnej sprawiają, że branża medyczna coraz częściej sięga po innowacyjne produkty, które pozwolą na optymalizację istniejących procesów i wdrażanie w życie śmiałych wizji.

Badanie pozwoliło na sformułowanie następujących wniosków:

  • 83 procent respondentów uważa, że największy wpływ na ich życie będą miały plany profilaktyczne, budowane na podstawie wzorców zachowań i przyzwyczajeń żywieniowych
  • Ponad 80 procent respondentów spodziewa się, że będzie mogło zapobiegać chorobom i dzięki temu żyć dłużej, ponieważ technologie dadzą im możliwość łatwiejszego i efektywniejszego kontrolowania stanu zdrowia
  • 81 procent jest zdania, że leczenie będzie mogło być prowadzone w warunkach domowych przez urządzenia
  • 80 procent chciałaby korzystać z w pełni elektronicznych kartotek medycznych
  • 3/4 respondentów uważa, że odczuje wpływ postępującej personalizacji usług medycznych, m.in. dzięki takim rozwiązaniom jak domowe aplikacje diagnostyczne, urządzenia typu wearable oraz zindywidualizowane protezy ortopedyczne.

 [1] United Nations (2017): http://www.un.org/en/sections/issues-depth/ageing/

Vision Express podsumowuje 3 kw. 2019

Sieć Vision Express liczy już 207 salonów zlokalizowanych w całej Polsce. W ciągu trzech kwartałów 2019 roku powiększyła się o kolejnych 15 punktów – w tym flagowy salon w Domach Towarowych WSJ w samym centrum Warszawy oraz 19. warszawski salon w Galerii Młociny, sąsiadujący z popularnymi międzynarodowymi markami. Ostatnie otwarcie miało natomiast miejsce w regionalnym centrum handlowym Millenium Hall w Rzeszowie, które oferuje swoim klientom szeroką ofertę usługowo-kulturalną.

Firma nie ogranicza się jednak do rozwoju w największych miastach w Polsce. Dociera także do mniejszych miejscowości. W samym sierpniu otworzone zostały salony w Pile, Nowym Targu i Jarosławiu.

Priorytetem firmy jest dotarcie do jak największej liczby Polaków i dostosowanie swojej oferty do ich potrzeb, dlatego rozbudowuje swoją sieć w różnych obszarach. W wybranych salonach otwiera strefy dedykowane najmłodszym posiadaczom okularów, a także rozwija nowy format small concept store w mniejszych miastach. Dodatkowo modernizuje punkty działające już od wielu lat oraz poszerza tam, gdzie to możliwe, zakres oferowanych usług medycznych.

Wierzę, że realizując przyjętą strategię rozwoju możemy przyczynić się do poprawy jakości życia milionów Polaków, zapewniając profesjonalne badania wzroku, najwyższej jakości korekcję wad, a także bogaty wybór okularów przeciwsłonecznych – modnych i chroniących przed szkodliwym promieniowaniem UV – mówi Katarzyna Dąbrowska, Dyrektor ds. Rozwoju i Inwestycji Vision Express.

Na przestrzeni ostatnich trzech kwartałów na mapie Polski pojawiły się następujące salony:

  • Białogard, Galeria Hosso, Plac Wolności 10A
  • Warszawa, Domy Towarowe Wars Sawa Junior, ul. Marszałkowska 104/122
  • Koszalin, CH Atrium Koszalin, ul. Paderewskiego 1
  • Tczew, Galeria Kociewska, ul. Pomorska 1
  • Częstochowa – Poczesna, CH Auchan, ul. Krakowska 10
  • Poznań Komorniki, Auchan Komorniki, ul. Głogowska 432
  • Nowy Sącz, Galeria Trzy Korony, ul. Lwowska 80
  • Warszawa, Galeria Młociny, al. Zgrupowania AK Kampinos 15
  • Opole, Solaris Center, Plac Kopernika 16 (relokacja)
  • Zielona Góra, Tesco Zielona Góra, ul. Energetyków 2A
  • Nowy Targ, Dekada Nowy Targ, ul. Kilińskiego 20
  • Piła, VIVO! Piła, ul. 14 Lutego 26
  • Jarosław, Galeria Stara Ujeżdżalnia, ul. Gen. Sikorskiego 2A
  • Rzeszów, Millenium Hall, al. Maj. Kopisto 1

Wyrok TSUE ws. frankowiczów może spowodować lawinę pozwów przeciwko bankom

Wojciech Bochenek, radca prawny, Bochenek i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych
Wojciech Bochenek, radca prawny, Bochenek i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej 3 października wyda wyrok, na który czekają nie tylko frankowicze. To orzeczenie może pociągnąć za sobą setki tysięcy wyroków polskich sądów, wymuszających decyzje na bankach.

Już obecnie rośnie dynamika spraw zgłaszanych do sądów przez frankowiczów, ale dopiero orzeczenie TSUE może spowodować lawinę.

– Aktualnie szacuje się, że do sądów zostało złożonych 20 tys. spraw dotyczących kredytów mieszkaniowych w walutach obcych, w ostatnim półroczu zgłoszono 4,3 tys. spraw, gdy w poprzednim ok. 3 tys. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Bochenek, radca prawny, Bochenek i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych. – Trend wzrastający wynika z bardzo korzystnych orzeczeń Sądu Najwyższego, które zapadły w kwietniu i maju br.

Już te orzeczenia, a dopiero przed nami wyrok TSUE, są przełomowe, gdyż SN podtrzymuje swoją opinię, wskazując, że taki kredyt po usunięciu klauzuli przeliczeniowej może funkcjonować w oparciu o kwotę nominalną, wyrażoną w złotych polskich.

– Takie rozstrzygnięcie nie jest dla banków jakąś dotkliwą karą ponieważ prawo, które ma na celu ochronę konsumentów, zna dalej idące sankcje w postaci kredytu darmowego – wyjaśnia Wojciech Bochenek. – W takiej sytuacji bank na kredycie nie zarabia i musi oddać klientowi odsetki oraz inne koszty związane z umową.

TSUE wypowiedział się w tonie pro konsumenckim, stąd tak duże oczekiwania frankowiczów związane z orzeczeniem, które mamy poznać 3 października.

Przypomnijmy, że warszawski sąd okręgowy skierował do TSUE pytania prejudycjalne, domagając się wykładni unijnego prawa w kwestiach dotyczących nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich. W maju 2019 r. rzecznik generalny TSUE wydał opinię korzystną dla skarżących, wskazując, że sąd nie może samodzielnie uzupełnić luk w umowie po wyeliminowaniu niezgodnych z prawem zapisów. Nie może też orzec, że umowa ma dalej obowiązywać. Frankowicze oczekują podtrzymania tej opinii wyrokiem TSUE, natomiast banki obawiają się, że dla nich będzie to oznaczać dodatkowy koszt przekraczający nawet 60 mld zł.

Raport Euler Hermes – niewypłacalności polskiego biznesu po 8 miesiącach 2019 r.

Euler Hermes, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. Kluczowe wnioski:

  • W sierpniu 2019 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 82 niewypłacalnych polskich firmach wobec 90 w sierpniu 2018 roku – spadek o 9% w porównaniu r/r
  • Ustabilizowanie się liczby niewypłacalności – mniejsze jej wahania w kolejnych miesiącach w porównaniu do 2018r.
  • Od początku roku do końca sierpnia opublikowano informacje o 659 niewypłacalnych firmach wobec 670 w analogicznym okresie przed rokiem (-2%), (efekt wysokiej bazy – wzrostu ich liczby 4 rok z rzędu)
  • Najwięcej niewypłacalności było w sektorze usług (29), przemysłowym (24) oraz w budownictwie (13)
  • Sektor usług – ryzyko rozproszone, obecne we wszystkich rodzajach usług
  • Budownictwo: ponowny wzrost liczby firm mających problemy po b. dobrym II kwartale. Uwaga: wśród nich równie liczne były nie tylko firmy infrastruktury drogowej (np. kanalizacja czy prace elektryczne), ale także budownictwa ogólnego

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Konsumpcja stabilizuje rynek, ale korzystają na niej tylko więksi gracze

Liczba niewypłacalności jest w tym roku bardziej stabilna, mniejsze niż w ubiegłym roku są wahania ich liczby w kolejnych miesiącach. Co więcej – pomimo jak na razie mniejszej o 2% ich liczby w porównaniu do roku ubiegłego, od czerwca widoczny jest stopniowy trend wzrostu ich liczby.

Czy są to efekty dużej już statystycznie bazy, punktu odniesienia w liczbie niewypłacalności za lata ubiegłe? A może „stabilizującą” rolę spełniają zwiększone środki socjalne – a wiec i wydatki konsumenckie w roku wyborów?

Konsumenci rzeczywiście kupują więcej. Ale nie wszędzie – nie wszyscy sprzedający na tym zyskują jednakowo. Zyskuje na tym tylko część handlu, a w największym stopniu największe podmioty – ocenia Tomasz Starus, członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. – Ponadto Polacy kupują trochę więcej, ale też towarów droższych, zarówno w sektorze spożywczym, jak i wyposażenia mieszkań, udany sezon mają też np. biura turystyczne. Tym niemniej małe sklepy nie są gremialnie na fali wznoszącej, a zapowiadane podniesienie płacy minimalnej może dla części z nich być krytyczne – i tak już przegrywają walkę o pracownika z większymi sieciami, mogącymi sobie pozwolić nie tylko na wyższe płace, ale też m.in. na przyciągające ludzi benefity jak prywatna opieka zdrowotna etc. Więksi gracze jako pierwsi wprowadzają też automatyzację w handlu – samoobsługowe kasy, które mogą zapewnić im ugruntowanie przewagi w najbliższych latach, nie tylko dzięki obniżce kosztów i uniezależnieniu się od dostępności pracowników i m.in. płacy minimalnej, ale także pozwalając im wkrótce kontynuować sprzedaż we wszystkich niedzielach bez handlu”.

niewypłacalności sierpień 2019 r.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Budownictwo – (krótkotrwała?) przerwa w boomie

W budownictwie kontraktów i pieniędzy jest i będzie w najbliższych miesiącach na rynku trochę mniej.  Nowe, podpisywane kontrakty charakteryzują się tym, iż ich zwycięzcy w  tym roku projektują, a gdy już to zrobią – to będą musieli uzyskać zezwolenia na budowę. Zamknięcie etapu dokumentacji, administracyjnych pozwoleń etc. potrwa, tak iż obecnie rozpisywane przetargi wejdą w fazę realizacji najwcześniej pod koniec przyszłego roku. Zmniejszyła się więc pula zleceń i firmy zaczęły ponownie o nie konkurować, a tymczasem koszty pracy i materiałów utrzymują się na wysokim poziomie, co jest dla wykonawców jeszcze większym problemem. W sierpniu zaczęła więc ponownie rosnąć (na razie nieznacznie) liczba  niewypłacalności w budownictwie – dotyczyły one nie tylko firm realizujących inwestycje infrastrukturalne (m.in. prace oświetleniowe czy kanalizacyjne), ale w równym stopniu także wyspecjalizowane w budownictwie ogólnym – wznoszeniu budynków, co jest pewną niespodzianką zważywszy na popyt na rynku mieszkaniowym, ale też biurowym czy magazynowym.

Usługi i sektor produkcyjny z największą liczbą niewypłacalności, ale innym ich charakterem

W usługach mieliśmy do czynienia z  bardzo zróżnicowanym profilem niewypłacalnych firm, nie ma jednej – dwóch grup firm które zdominowałyby publikacje w MSiG. Na liście tych niewypłacalnych znalazły się więc firmy obsługujące rynek nieruchomości, pośrednictwa finansowego, gastronomiczne, ochrony zdrowia, reklamowe etc. Tymczasem w sektorze produkcyjnym niewypłacalności skupiają się w dwóch-trzech kategoriach: przede wszystkim produkcji wyrobów metalowych, w tym części oraz różnego rodzaju konstrukcji, szerzej – produkcji wyrobów budowlanych oraz jak co miesiąc –  produktów rolnych, żywności.Usługi i sektor produkcyjny z największą liczbą niewypłacalności

Usługi i sektor produkcyjny z największą liczbą niewypłacalności 2
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Płaca minimalna – ani w prawo, ani w lewo. Pracodawcy pytają polityków Jak żyć?

Polscy politycy nie oszczędzają pracodawców. Niespełna miesiąc przed wyborami zasypują wyborców pomysłami dotyczącymi wysokości płacy minimalnej. Zła wiadomość jest jednak taka, że nie tylko partia rządząca nie ma dopracowanego pomysłu na kwestię najniższego wynagrodzenia. Pozostałe znaczące opcje polityczne również nie odrobiły lekcji z tego przedmiotu.

Pomysły różnych opcji politycznych na kwestię najniższych wynagrodzeń nie napawają pracodawców optymizmem. Politycy kolejny raz obiecują coś, co być może ładnie brzmi, jednak wielu z nich nie potrafi podać szacunkowych kosztów wcielenia ich pomysłów w życie. Co więcej, można odnieść wrażenie, że proponowane projekty nie zostały skonsultowane z przedsiębiorcami, a to na nich w pierwszej kolejności spadnie konieczność pokrycia kosztów proponowanych zmian.

Pracodawcy pytają: Jak żyć?

PiS proponuje by od 1 stycznia 2020 pensja minimalna wynosiła 2600 zł brutto, następnie – na koniec tego samego roku 3000 zł brutto, a w 2023 r. już 4000 zł brutto.

Jeszcze kilka miesięcy temu słyszeliśmy o waloryzacji najniższej pensji – w przypadku zatrudnienia na etat w pełnym wymiarze – do 2 450 zł. Obecnie mówi się o podwyższeniu jej do 2 600 zł, a docelowo w roku 2023 najniższa pensja wyniesie 4 000 zł. Pomysł ten wiąże się z wieloma konsekwencjami wpływającymi bezpośrednio na firmy i cały rynek pracy, a skutki odczujemy w każdym aspekcie naszego życia. Najszybciej płacąc o wiele więcej za zakupy, usługi i to nie będzie sloganowy „Dobry czas dla Polski” – zaznacza Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres. – Mam wrażenie, że politycy różnych opcji licytują się, kto da więcej, jednak gdy przyjdzie im płacić za wygraną licytację sięgną do naszych kieszeni – mówi Cezary Maciołek.

Partie bez dobrych pomysłów na płacę minimalną?

SLD (Lewica) proponuje 10-letnią strategię ustalenia płacy minimalnej, konsultowanej z przedsiębiorcami i pracownikami. W 2020 r. – 2700 złotych brutto. W 2030 r. na poziomie 60% średniego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw.

Konfederacja sprzeciwia się sztucznemu ustawianiu pensji minimalnej.

Koalicja Obywatelska proponuje by wysokość płacy minimalnej była ustalana automatycznie i wynosiła połowę przeciętnego wynagrodzenia.

PSL, Prawica, Akcja Zawiedzionych Emerytów i Rencistów oraz Skuteczni Piotra Liroya-Marca nie prezentują jasnego stanowiska w sprawie płacy minimalnej.

Według Cezarego Maciołka najlepszym rozwiązaniem byłoby połączenie trzech koncepcji z prawej i lewej strony sceny politycznej. Pomysł PiS-u na to by płaca minimalna rosła jest dobry co do zasady, plusem jest także systemowe podejście oraz plan rozwoju na najbliższe 2 – 3 lata pokazujący cel, do którego dążymy. Do tego obszaru można dodać pewne propozycje SLD – pomysł by konsultować wysokość płacy minimalnej z przedstawicielami przedsiębiorców i pracowników. Wiceprezes Grupy Progres podkreśla jednak, że 10-letnia strategia ustalenia najniższych wynagrodzeń jest zbyt długa. Dopełnieniem powyższej koncepcji byłoby podejście Koalicji Obywatelskiej by wysokość płacy minimalnej wynosiła połowę przeciętnego wynagrodzenia, co nie będzie budziło frustracji i zapobiegnie nieproporcjonalnym wzrostom wynagrodzeń najniższych i średnich.

W efekcie powyższego połączenia powstaje propozycja cywilizująca rynek – plan rozwoju na najbliższe 2 – 3 lata dot. płacy minimalnej, której wysokość będzie konsultowana z przedsiębiorcami oraz pracownikami zakładający, że wysokość płacy minimalnej wyniesie połowę przeciętnego wynagrodzenia. – Wprowadzenie powyższego modelu prowadziłoby do sytuacji win-win. Idące w górę wynagrodzenia najlepiej zarabiających powodowałyby automatyczny wzrost zarobków osób zarabiających mniej, a taki układ byłby dobrym prognostykiem dla całej klasy pracującej – podsumowuje Cezary Maciołek.

Przychody klubów 1 Ligi wyniosły w 2018 roku ponad 90 mln zł

Łączne przychody operacyjne klubów grających w rozgrywkach Pierwszej Ligi Piłkarskiej w ubiegłym roku sięgnęły 90,6 mln zł. Dodatkowo wpłynęło do nich ponad 3,2 mln zł z tytułu transferów zawodników. Z drugiej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „1 Liga finansowa”, przygotowanego we współpracy z Pierwszą Ligą Piłkarską, wynika, że największym źródłem finansowania klubów 1 Ligi są przychody komercyjne, które stanowią aż 77 proc. wszystkich wpływów. Tegoroczne zestawienie przychodów pierwszoligowców wygrał Raków Częstochowa, którego przychody w 2018 roku wyniosły niemal 11 mln zł.

Łączne przychody wygenerowane przez kluby Fortuna 1 Ligi z działalności operacyjnej, czyli bez uwzględnienia transferów wyniosły 90,6 mln zł. W stosunku do ubiegłego roku jest to mniej o 15 proc. Kluby z czołowej piątki zestawienia wygenerowały prawie połowę tej łącznej kwoty przychodów – mówi Przemysław Zawadzki, Partner Associate, Lider Sports Business Group Deloitte.

Suma ta nie uwzględnia przychodów klubu Bruk-Bet Termalica Nieciecza, który nie zdecydował się przekazać danych na potrzeby powstania raportu. Aby uzyskać pełen obraz rynku do sumy łącznych przychodów klubów Fortuna 1 Ligi należy dodać przychody klubu z Niecieczy. Sprawozdanie finansowe klubu jest dostępne na stronie internetowej Krajowego Rejestru Sądowego. W związku z przyjętą globalnie metodą zbierania danych od analizowanych klubów, nie zdecydowano się na uwzględnienie w polskiej wersji raportu danych z KRS.

Raport Deloitte zawiera również informacje dotyczące przychodów klubów Fortuna 1 Ligi z tytułu transferów. W ubiegłym roku wyniosły one 3,28 mln zł, w tym 223 tys. zł na rynku zagranicznym. W 2018 roku najwięcej na transferach ze wszystkich zespołów Fortuna 1 Ligi zarobiło Podbeskidzie Bielsko-Biała – 817 tys. zł. Na drugim miejscu uplasował się GKS Tychy, którego przychody z tego tytułu nieznacznie przekroczyły 700 tys. zł. Ostatnim klubem na podium i jednocześnie ostatnim, który zarobił powyżej pół mln zł z działalności transferowej jest Raków Częstochowa (603 tysiące zł). Jedynym klubem Fortuna 1 Ligi, który w 2018 roku zarobił na transferach zagranicznych jest MKS Chojniczanka.
Przychody klubów 1 Ligi wyniosły w 2018 roku ponad 90 mln zł

Śląskie kluby na czele

W drugiej edycji zestawienia przychodów klubów Fortuna 1 Ligi Piłkarskiej, najwyższe przychody z działalności sportowej odnotował Raków Częstochowa. Klub występował w rozgrywkach 1 Ligi od sezonu 2016/2017. Sezon 2018/2019 częstochowianie ukończyli na 1. miejscu w tabeli, dzięki czemu obecnie klub z Rakowa występuje w Ekstraklasie.

Ponad 70 proc. przychodów klubu stanowią przychody komercyjne. Łączne przychody Rakowa w 2018 roku wyniosły 11 mln złotych. W związku z awansem Rakowa do najwyższej klasy rozgrywkowej możemy spodziewać się znacznego wzrostu przychodów w kolejnej edycji raportu o finansach klubów Ekstraklasy – mówi Paweł Jakóbik, Ekspert, Sports Business Group Deloitte.

Drugie miejsce w zestawieniu zajął ubiegłoroczny lider GKS Katowice, który odnotował przychody na poziomie 10,8 mln zł. Raków Częstochowa i GKS to jedyne kluby, które osiągnęły przychody na poziomie przekraczającym 10 milionów złotych. Ostatnie miejsce na podium przypadło Odrze Opole, której przychody w 2018 roku wyniosły 6,8 mln zł. Aż 84 proc. tej kwoty stanowiły przychody komercyjne. W zeszłorocznym zestawieniu klub plasował się na 10 pozycji.

1 Liga na tle Ekstraklasy

Przychody wszystkich klubów z Ekstraklasy za 2018 rok są niemal sześciokrotnie wyższe niż klubów Fortuna 1 Ligi. Zdecydowana przewaga klubów z wyższej ligi widoczna jest w każdym obszarze przychodów.

Spowodowane jest to niewątpliwe większą popularnością Ekstraklasy, nowocześniejszymi stadionami, o większej pojemności, a także większymi przychodami z tytułu transmisji meczów zespołów grających w najwyższej klasie rozgrywkowej – mówi Przemysław Zawadzki.

Największe źródło dochodu klubów 1 Ligi stanowią przychody komercyjne. Kwota ponad 70 mln zł odpowiada za 77 proc. łącznych przychodów klubów. Przychody ze sprzedaży biletów, karnetów i pozostałych wpływów w dniu meczu wyniosły blisko 6,5 mln zł, co stanowi spadek o prawie 1 mln w stosunku do poprzedniego roku. Największy przychód z tego tytułu osiągnął ŁKS Łódź, który dzięki najwyższej średniej widowni na trybunach zapewnił sobie ponad 1,1 mln zł. Z kolei w kategorii przychodów z tytułu transmisji telewizyjnych i wpływów od organizatora rozgrywek, tegorocznym liderem jest Stomil Olsztyn, który osiągnął przychody na poziomie 2 mln zł. Wysokie przychody z tego tytułu klub zawdzięcza zajęciu pierwszego miejsca w ramach programu Pro Junior System. Łącznie przychody z transmisji wyniosły w omawianym okresie niemal 14,13 mln zł.

Sezon 2018/2019 pod względem frekwencji w Fortuna 1 Lidze okazał się nieco gorszy od poprzedniego. Średnio mecze pierwszoligowców oglądało 1 870 widzów. Największą frekwencją w minionym sezonie może się pochwalić ŁKS Łódź. Mecze domowe łodzian gromadziły średnio 4 556 kibiców na mecz. Jest to wynik lepszy o 9 proc. względem poprzedniego sezonu. Poza ŁKS Łódź jeszcze dwa kluby mogły pochwalić się frekwencją przekraczającą 3 tysiące osób na mecz. Są to GKS Tychy (4 137) oraz Stal Mielec (3 162).

Wysoka frekwencja przekłada się na wpływy do klubowej kasy. Kluby więc starają się, aby jak najwięcej kibiców odwiedzało ich stadiony. Oprócz poprawy infrastruktury niemniej ważne jest bezpieczeństwo i poprawa jakości widowiska sportowego. W tym obszarze w ostatnich latach zaszły bardzo pozytywne zmiany. Jako zarząd Pierwszej Ligi Piłkarskiej przywiązujemy do tego aspektu dużą wagę – mówi Marcin Janicki, Prezes Pierwszej Ligi Piłkarskiej.

1 Liga i jej medialna aktywność

Oprócz działalności sportowej i biznesowej nie mniej ważny jest obraz medialny i marketingowy Fortuna 1 Ligi oraz klubów w niej występujących. Jak wynika z badania Pantagon Research w omawianym okresie, czyli sezonie 2018/2019 tylko w internecie liczba publikacji i wzmianek o lidze oraz jej klubach wyniosła średnio niemal 23 tys. miesięcznie. Łącznie było to 275,9 tys. razy. Wartość reklamowa wynosiła średnio około 4 mln zł miesięcznie (47 mln zł łącznie). Największą liczbą wzmianek i publikacji internetowych może się pochwalić GKS Katowice. Było to średnio 30,1 tys. miesięcznie. Pod tym względem, wynikiem ponad 20 tys. publikacji miesięcznie mogą pochwalić się także Stal Mielec i GKS Tychy. Korzyści medialne odnoszą także miasta, których nazwy występują w nazwach klubów. Pod tym względem liderem jest także stolica Górnego Śląska. W kontekście 1 Ligi wzmianki o Katowicach pojawiały się średnio ponad 30 tys. razy miesięcznie. Na drugim i trzecim miejscu uplasowały się Tychy oraz Mielec.

Nowe mieszkania pod Warszawą: gdzie jest ich najwięcej?

Wszystkie największe polskie metropolie posiadają rozbudowane aglomeracje. Warszawa oczywiście nie stanowi wyjątku. Istnieją różne sposoby wyznaczania oraz definiowania aglomeracji warszawskiej. Zgodnie z niektórymi założeniami, taką aglomerację poza samą Warszawą zamieszkuje dodatkowe 1,5 mln osób. Podwarszawskie powiaty ze względu na swoją bardzo dobrą lokalizację i ceny gruntów często o wiele mniejsze niż w stolicy, stanowią ciekawy cel dla deweloperów. Na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego z 2018 r. postanowiliśmy sprawdzić, gdzie najczęściej powstają nowe mieszkania pod Warszawą.

Odpowiednich informacji trzeba szukać w bazie BDL …

Informacji na temat liczby budowanych mieszkań pod Warszawą, najlepiej jest szukać w Banku Danych Lokalnych GUS. Wspomniany serwis Głównego Urzędu Statystycznego podaje między innymi liczbę rozpoczętych i ukończonych mieszkań, a także liczbę mieszkań, na których budowę uzyskano pozwolenia. „W tym kontekście warto wspomnieć, że wedle definicji stosowanych przez GUS, mieszkaniem jest zarówno lokal mieszkalny, jak i dom jednorodzinny” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Informacje przedstawione w poniższej tabeli dotyczą ostatniego pełnego roku. Trzeba nadmienić, że uwzględniają one już nową metodologię GUS – u. Zgodnie z podziałem stosowanym przez Główny Urząd Statystyczny od 2018 roku, jednoosobowe firmy budujące mieszkania na sprzedaż lub wynajem, nie są już zaliczane do inwestorów indywidualnych. Takie mikrofirmy deweloperskie powiększają wyniki dotyczące budownictwa na sprzedaż lub wynajem. Leszek Markiewicz ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl przypomina, że w praktyce jest to budownictwo związane wyłącznie z celem sprzedażowym, bo krajowi deweloperzy nie wynajmują mieszkań.

Deweloperzy sporo budują koło Piaseczna i Wołomina

W tabeli przedstawiliśmy m.in. informacje na temat skali budownictwa deweloperskiego w powiatach położonych blisko Warszawy. Chodzi o następujące jednostki podziału administracyjnego: pow. grodziski, pow. legionowski, pow. miński, pow. nowodworski, pow. otwocki, pow. piaseczyński, pow. pruszkowski, pow. warszawski zachodni oraz pow. wołomiński. „To właśnie w wymienionych powiatach otaczających stolicę pierścieniem, najczęściej powstają mieszkania” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Kolorystyczna skala z poniższej tabeli pozwala na stwierdzenie, że pod względem aktywności deweloperów w 2018 r. zdecydowanie przodował powiat wołomiński oraz powiat piaseczyński. Na terenie drugiego ze wspomnianych powiatów, deweloperzy w 2018 r. rozpoczęli ponad 2400 mieszkań. Takiej skali budownictwa deweloperskiego nie powstydziłoby się wiele miast o średniej wielkości. Pod względem liczby pozwoleń na budowę mieszkań, bardzo wysoki wynik uzyskał też powiat wołomiński (1950 pozwoleń w 2018 r.). Ciekawy wydaje się fakt, że deweloperzy podejmujący sporo inwestycji w powiecie piaseczyńskim, raczej nie chcą budować mieszkań i domów po drugiej stronie Wisły. „Niska liczba mieszkań oddawanych do użytku w powiecie otwockim potwierdza, że nie jest to zupełnie nowa sytuacja” – zauważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Osoby prywatne chętnie wybierają np. powiat miński

Mieszkania pod Warszawą chętnie budują również inwestorzy prywatni. Właśnie dlatego poniższa tabela uwzględnia dane dotyczące budownictwa indywidualnego. Takie informacje potwierdzają, że w minionym roku domy jednorodzinne często powstawały na terenie kilku lokalizacji chętnie wybieranych również przez deweloperów. Mowa o powiecie wołomińskim, powiecie piaseczyńskim, powiecie legionowskim oraz powiecie warszawskim – zachodnim (zobacz poniższa tabela). Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomościSzybko.pl uważa, że taka swoista rywalizacja o działki budowlane pomiędzy inwestorami prywatnymi oraz deweloperami może prowadzić do dodatkowego wzrostu cen gruntów na terenie wymienionych powiatów.

Warto zwrócić uwagę, że domy jednorodzinne dość często powstają również w powiatach cieszących się mniejszym zainteresowaniem deweloperów. Chodzi o wspomniany już wcześniej powiat otwocki, powiat miński i powiat grodziski. „W przypadku tak rozległego powiatu jak miński trzeba pamiętać, że oferuje on zarówno bardzo dobre lokalizacje pod budowę domu (niemal graniczące z Warszawą), jak i lokalizacje skutkujące koniecznością długotrwałego dojazdu do stolicy” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomościSzybko.pl.

Nowe mieszkania pod Warszawą NieruchomosciSzybko tab.1
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych GUS

Autor: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Wyniki Banku Pocztowego za I półrocze 2019 r.

W I półroczu 2019 r. Bank Pocztowy zanotował zdecydowanie lepsze wyniki w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Zysk netto wzrósł nominalnie 5,7% jednak bez uwzględniania zdarzeń jednorazowych o 319%, wynik odsetkowy o ponad 3%, a suma bilansowa o 4,2%.  Wygenerowane wyniki to efekt między innymi optymalizacji niektórych procesów zarządczych, zwiększenia sprzedaży kredytów, także w sieci placówek Poczty Polskiej, wprowadzenia nowych cyfrowych kanałów obsługi Klientów oraz zmniejszenia kosztów ogólnych prowadzonej działalności. W opinii Zarządu obserwowana poprawa kondycji finansowej Banku to dobra podstawa do dynamicznego rozwoju w kolejnych okresach.

Wzrost efektywności

Wzrost sprzedaży kredytów obserwowany jest we wszystkich segmentach.
W zakresie kredytów konsumpcyjnych 16%, a kredytów dla klientów instytucjonalnych (małych i średnich przedsiębiorstw, mieszkalnictwa) o 144%. Bank zanotował średnio ponad 60 mln zł sprzedaży w miesiącu w pierwszych dwóch kwartałach 2019 r., przy czym aż o 27% wzrosła sprzedaż w sieci Poczty Polskiej. W sumie wzrost salda kredytów w omawianym okresie wyniósł ponad 6% z poziomu 5,15 mld złotych na koniec pierwszego półrocza 2018 r. do poziomu 5,47 mld złotych na koniec czerwca br.

W I półroczu 2019 r. Bank Pocztowy wypracował zysk netto na poziomie 10,9 mln zł w porównaniu do 10,3 mln wygenerowanych w analogicznym okresie roku ubiegłego. Jednak wynik I półrocza 2018 r. uwzględniał zdarzenia jednorazowe na poziomie ponad 7 mln złotych. Wskaźnik zwrotu z kapitału (ROE netto) ukształtował się w I półroczu tego roku na poziomie 3,63% i był o 0,29 p.p. wyższy niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Poprawa wyników w ujęciu rocznym to efekt konsekwentnie wprowadzanych zmian na różnych poziomach. Zwiększyliśmy sprzedaż poprzez placówki Poczty Polskiej, uruchomiliśmy nowe cyfrowe narzędzia do obsługi naszych Klientów m.in. Google Pay, płatności poprzez terminale na poczcie, a także poszerzyliśmy ofertę dla małych i średnich przedsiębiorstw. Wyniki zanotowane w I półroczu 2019 r. to dobry prognostyk do dynamicznego rozwoju w kolejnych kwartałach. Systematycznie stajemy się bankiem bardziej pocztowym, bardziej cyfrowym i bardziej biznesowym zgodnie z przyjętą w 2017 r. strategią komentuje Robert Kuraszkiewicz, Prezes Zarządu Banku Pocztowego.

Bank zanotował także wzrost o ponad 8% salda depozytów detalicznych w wyniku dynamicznego przyrostu środków zgromadzonych na rachunkach oszczędnościowo-rozliczeniowych. Średni stan środków na kontach typu ROR wzrósł o 21% (z poziomu 2,1 mld zł w pierwszym półroczu 2018 r. do 2,56 mld zł w analogicznym okresie tego roku) mimo zmniejszania liczby rachunków i nieznacznego spadku sprzedaży w tym zakresie.

Wynik odsetkowy wzrósł o 4,0 mln zł, tj. o 3,1%, na co wpłynął spadek przychodów odsetkowych o 2,0 mln zł rekompensowany spadkiem kosztów odsetkowych o 6,0 mln zł. Wyższy o 4,0 mln zł  wynik odsetkowy to efekt wzrostu salda kredytów konsumpcyjnych, w warunkach niskich rynkowych stóp procentowych. Dodatkowo warto zaznaczyć, że o  5,7 mln złotych spadły koszty działania banku. Przy obniżeniu kosztów   i wzroście dochodów z podstawowej działalności operacyjnej, mimo braku jednorazowych pozostałych przychodów operacyjnych, które silnie oddziaływały na wynik w I poł. 2018 r. wskaźnik C/I wyniósł 67,9%, co oznacza spadek  o 2,4 p.p. w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego.

Bezpieczeństwo kapitałowe i płynnościowe

Analizując poziom wskaźników kapitałowych należy wyraźnie zaznaczyć, że na koniec pierwszego półrocza 2019 roku kształtowały się one na wysokich poziomach, znacząco powyżej minimalnych wymogów nadzorczych,  co obrazuje bezpieczeństwo Banku w zakresie bazy kapitałowej. Współczynnik Tier 1 kształtował się na poziomie 14,4% a CAR na poziomie 17,3%. Nieznaczny spadek miar kapitałowych w stosunku do I półrocza 2018 roku wynikał głównie z zastosowania okresu przejściowego wynikającego z MSSF 9 i straty bilansowej w bilansie otwarcia.

Także wskaźniki płynnościowe na koniec pierwszego półrocza 2019 roku kształtowały się na wysokich poziomach, znacząco powyżej minimalnych wymogów nadzorczych, co pokazuje bezpieczeństwo banku w zakresie płynności. Miało to odzwierciedlenie we wskaźniku LCR, który ukształtował się na poziomie 215% wobec średniej w sektorze krajowych banków komercyjnych wynoszącej 146%.

Rozwój oferty

W I półroczu bank realizując swoją strategię intensywnie wprowadzał nowe produkty i zwiększał efektywność cyfrowych kanałów wspomagających obsługę klientów.

Bank Pocztowy jako jeden z pierwszych banków w Polsce rozpoczął uruchamianie otwartej bankowości zgodnie z PSD2 dzięki czemu klienci Banku korzystający z bankowości Pocztowy24 i EnveloBank, po wyrażeniu odpowiednich zgód, uzyskali możliwość korzystania z usług finansowych certyfikowanych dostawców trzecich (TPP). Wprowadzone zmiany stanowią realizację wymogów Dyrektywy PSD2.

W lipcu br. Bank Pocztowy stanął na czele konsorcjum tworzonego także przez PKO Bank Polski S.A. i eService Sp. z.o.o. W efekcie Klienci Poczty Polskiej mogą jeszcze wygodniej płacić kartą oraz z wykorzystaniem płatności mobilnych w 4700 placówkach i u 3500 kurierów.

Od 1 sierpnia br. Klienci Banku Pocztowego i EnveloBanku – zarówno indywidulani, jak i firmowi – korzystający  z kart debetowych  oraz kredytowych Visa i Mastercard Banku Pocztowego i EnveloBanku, mogą korzystać z płatności mobilnych Google Pay. Usługa umożliwia bezpieczne i wygodnie płacenie telefonem wszędzie tam, gdzie akceptowane są płatności zbliżeniowe – w sklepach, w internecie i  niektórych aplikacjach mobilnych, a  także wypłacanie gotówki telefonem z bankomatów wyposażonych w czytnik zbliżeniowy.

Bank intensywnie pracuje nad rozwojem własnej oferty w zakresie nowych produktów oraz nowych kanałów ułatwiających obsługę klientów. W najbliższym czasie zamierza między innymi umożliwić płatności mobilne Apple Pay oraz Garmin Pay. Już w październiku, w oparciu o ścisłą współpracę z Pocztą Polską, Bank udostępni swoim Klientom dwie nowe usługi
– e-Awizo oraz Polecony do skrzynki. Dzięki temu Klienci Banku Pocztowego uzyskają możliwość korzystania z wygodnego rozwiązania otrzymywania informacji o pozostawionym przez listonosza awizo w formie SMS. Dzięki drugiej usłudze, listy polecone (poza tymi, które z uwagi na przepisy prawa wymagają odbioru w placówce)  będą mogli otrzymywać do własnej skrzynki na listy.

W ostatnim czasie Bank Pocztowy wdrożył nowy program lojalnościowy dla kart z logo Poczty Polskiej, w ramach Mastercard Priceless Specials. Mając na celu wykorzystywanie synergii w Grupie – dodatkowo punktowane są transakcje dokonane kartą płatniczą w placówkach Poczty Polskiej.

Bank Pocztowy przygotował też dedykowaną ofertę w zakresie kredytów na preferencyjnych warunkach dla pracowników sfery budżetowej (m.in. policjanci, żołnierze, pracownicy Poczty Polskiej, nauczyciele, lekarze i pielęgniarki czy osoby zatrudnione w publicznych urzędach).

Już wkrótce Bank planuje powszechne udostępnienie wszystkim klientom aplikacji mobilnej i internetowej EnveloBanku.  Bank pracuje także nad wprowadzeniem oferty depozytowej i kredytowej dla rolników indywidualnych oraz małych i średnich przedsiębiorstw z tego segmentu  w placówkach sieci własnej  Banku i Poczty Polskiej.

CIT: Limity wydatków na usługi o charakterze niematerialnym i prawnym

Z dniem 1 stycznia 2018 roku do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (dalej: ustawa CIT) dodano art. 15e, który w poprzednim stanie prawnym nie posiadał swojego odpowiednika. Regulacja ta ogranicza możliwość zaliczania do kosztów uzyskania przychodów wydatków poniesionych na nabycie usług i wartości o charakterze niematerialnym i prawnym.

Uwagi ogólne

Wprowadzenie ograniczenia wiązało się z zamiarem ustawodawcy uszczelnienia systemu podatku dochodowego od osób prawnych. W ocenie prawodawcy, przedmiotowe usługi i wartości są bowiem wykorzystywane do sztucznego zaniżania podstawy podatkowania poprzez zawyżanie kosztów uzyskania przychodów. Powód zmian został wyjaśniony w uzasadnieniu do projektu ustawy nowelizującej z dnia 27 października 2017 roku. Jak z niego wynika prawodawca dostrzegł, iż przedmiotem większości działań związanych z tzw. agresywną optymalizacją podatkową są prawa i wartości o charakterze niematerialnym. Z uwagi na brak ich powiązania z realnie istniejącą substancją, a także zindywidualizowany charakter są one idealnym narzędziem do kreowania tzw. tarczy podatkowej. Osłona podatkowa przyjmuje więc charakter sztucznego, nieuzasadnionego ekonomicznie, generowania kosztów uzyskania przychodów. Dodatkowo, organy podatkowe napotykały trudności w obiektywnym ustaleniu wartości rynkowej świadczeń niematerialnych, która w praktyce była często obliczana przez podatników przy uwzględnieniu szeregu niemierzalnych lub trudnych do oszacowania czynników. Zawiłe działania arytmetyczne na podstawie których ustalono cenę świadczenia, częstokroć powiązane z elementami wyników finansowych podmiotów wchodzących w skład grup kapitałowych powodowały, że ustalenie rynkowości nabywanego świadczenia nie było możliwe. Co więcej, kontrole podatkowe niejednokrotnie uwidaczniały szereg nadużyć polegających na przenoszeniu na polskie spółki, wchodzące w skład międzynarodowych grup, ciężaru ekonomicznego nabywania przez grupę usług niematerialnych. Ciężar ten nie był rozkładany w adekwatny, sprawiedliwy sposób.

Powyższe działania doprowadziły zatem do odwrócenia sytuacji i utworzenia tarczy, tym razem chroniącej interes skarbu państwa.

Mechanizm

Przedmiotowe ograniczenie w limitowaniu wydatków dotyczy następujących świadczeń:

  • usług doradczych, badania rynku, usług reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze;
  • autorskich lub pokrewnych praw majątkowych;
  • licencji;
  • praw określonych w ustawie – Prawo własności przemysłowej (w szczególności prawa do wynalazku (patentu), prawa ochronnego na znak towarowy, prawa ochronnego na wzór użytkowy, praw z rejestracji wzoru przemysłowego, praw do oznaczenia geograficznego, prawa z rejestracji topografii układu scalonego);
  • know-how;
  • przeniesienia ryzyka niewypłacalności dłużnika z tytułu pożyczek, w tym w ramach zobowiązań wynikających z pochodnych instrumentów finansowych oraz świadczeń o podobnym charakterze.

Ograniczenie znajdzie zastosowanie, jeśli wydatki na ww. świadczenia zostaną poniesione bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych w rozumieniu przepisów w zakresie cen transferowych lub podmiotów mających miejsce zamieszkania, siedzibę lub zarząd na terytorium lub w kraju stosującym szkodliwą konkurencję podatkową. Kolejnym warunkiem jest aby wydatki na ww. świadczenia przekroczyły łącznie w roku podatkowym kwotę 3 mln zł.

Podsumowując, jeśli podatnik poniósł ww. wydatki na rzecz podmiotu powiązanego lub podmiotu z kraju stosującego szkodliwą konkurencję podatkową i przekroczyły one w roku podatkowym kwotę 3 mln zł, to podatnik będzie zobowiązany do kalkulacji limitu i wyłączenia z kosztów podatkowych części wydatków. Przedmiotowemu wyłączeniu będą podlegać koszty w części przekraczającej w roku podatkowym sumę kwoty 3 mln zł oraz 5% EBITDA podatnika obliczanej w oparciu o wartości podatkowe (tj. 5% nadwyżki sumy przychodów ze wszystkich źródeł przychodów pomniejszonych o przychody z tytułu odsetek nad sumą kosztów uzyskania przychodów pomniejszonych o wartość zaliczonych w roku podatkowym do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych i odsetek).

Trudności interpretacyjne

Obecna praktyka interpretacyjna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej (dalej: Dyrektor KIS) pozwala na wyróżnienie trzech grup zagadnień generujących trudności w wykładni komentowanej regulacji. Zaakcentować tutaj należy:

  • zagadnienie ustalenia czy nabywane przez podatników świadczenia mają podobny charakter do usług wyraźnie wskazanych w omawianej regulacji;
  • zagadnienie ustalenia czy nabywane świadczenia mogą zostać zaliczone do kosztów podatkowych bez limitowania jako że są bezpośrednio związane z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi;
  • zagadnienie zastosowania symboli PKWiU celem ustalenia podlegania poszczególnych usług przedmiotowemu limitowaniu.

Usługi o podobnym charakterze

Treść art. 15e ust. 1 ustawy CIT, każe przyjąć, że o zaklasyfikowaniu danej usługi do świadczeń podlegających ograniczeniu w zaliczeniu do kosztów podatkowych, wystarczające jest stwierdzenie, że usługa ta jest świadczeniem o podobnym charakterze do świadczeń wymienionych precyzyjnie przez ustawodawcę. Innymi słowy, jeśli podatnik nabywa usługę, która nie może być jednoznacznie przypisana do katalogu usług wyraźnie wskazanych w tym przepisie, to obowiązkiem staje się ustalenie czy usługa ta bezsprzecznie posiada cechy charakterystyczne dla świadczeń objętych limitowaniem.

Konieczność ta wynika z posłużenia się przez prawodawcę zwrotem „oraz świadczeń o podobnym charakterze”. Niestety, taka konstrukcja słowna pozostawia organom podatkowym zbyt duży luz decyzyjny wynikający z nieostrości tego pojęcia.

Potwierdzeniem powyższego jest bogactwo wydanych dotąd interpretacji indywidualnych przedmiotem których jest wątpliwość podatników skupiająca się na możliwości uznania objęcia danej usługi brzmieniem art. 15e ustawy CIT.

Dobrym przykładem jest tutaj usługa pośrednictwa, która nie została wymieniona przez prawodawcę ale która – w opinii organów podatkowych – jest uważana za usługę podobną do usługi reklamy bądź doradztwa.

W jednej ze spraw, w której podatnika i organ pogodził dopiero Wojewódzki Sąd Administracyjny (dalej: WSA) w Krakowie potwierdzono wskazane powyżej obawy podatników rozciągania limitowania na świadczenia, które nie powinny mu podlegać. Kością niezgody było wykorzystanie przez organ zwrotu „o podobnym charakterze”. W wyroku tym (I SA/Kr 1006/18) zaakcentowano zatem nietrafne przyporządkowanie usługi pośrednictwa świadczonej przez agentów sprzedaży na rzecz podatnika do kategorii świadczeń reklamowych.

Kolejnym przykładem nieprawidłowej wykładni omawianego zwrotu jest rozstrzygnięcie nr 0114-KDIP2-2.4010.572.2018.2.SJ., w ramach którego ponownie uznano, że usługa pośrednictwa posiada elementy charakterystyczne m.in. dla usług reklamy. Co interesujące, orzeczenie to zostało wydane już po opublikowaniu przywołanego wcześniej wyroku WSA w Krakowie. Oznacza to, że tezy płynące z tego orzeczenia nie zostały wzięte pod uwagę przy ocenie stanowiska podatnika.

Omawiana niedoskonałość w konstrukcji słownej przepisu pozwala zatem organom podatkowym na profiskalną wykładnię komentowanej regulacji. Z drugiej strony wpędza ona w pułapkę samych podatników, którzy samodzielnie muszą dokonać zakwalifikowania danego świadczenia jako objętego (bądź nie) omawianym limitem. Problem ten staje się poważny w szczególności w przypadku usług kompleksowych, w których jedynie pojedyncze pomocnicze świadczenie stanowi usługę z katalogu zawartego w art. 15e ustawy CIT. Dobrym przykładem jest tutaj wyrok WSA w Gliwicach (I SA/Gl 579/19) stwierdzający błąd w rozumowaniu podatnika odnoszący się do klasyfikacji usług i interpretacji zwrotu „o podobnym o charakterze”.

Świadczenie bezpośrednio związane z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi

Zgodnie z art. 15e ust. 11 pkt 1 ustawy CIT ograniczenie w limitowaniu wydatków na świadczenia niematerialne nie ma zastosowania do kosztów usług, opłat i należności, bezpośrednio związanych z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi.

W związku z tym, koszty opłat i należności za korzystanie lub prawo do korzystania m.in. z licencji oraz know-how, zaliczane do kosztów uzyskania przychodów bezpośrednio związanych z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi – nie podlegają ograniczeniu w zaliczaniu do kosztów uzyskania przychodów na podstawie art. 15e ust. 1 ustawy CIT.

Co warte zauważenia, przepisy ustawy CIT nie wskazują, jak należy rozumieć pojęcie „koszty uzyskania przychodów bezpośrednio związane z wytworzeniem lub nabyciem przez podatnika towaru lub świadczeniem usługi”. Po raz kolejny zatem w tym samym artykule mamy do czynienia z pojęciem nieostrym. Nie będzie zatem ryzykiem stwierdzenie istnienia zbyt dużego luzu decyzyjnego organów podatkowych przy wykładni omawianego zwrotu.

Z praktyki interpretacyjnej Dyrektora KIS wynika, że zdekodowanie pojęcia bezpośredniości powinno się sprowadzić do poszukiwania związku z samym przedmiotem (efektem) wytwarzania (nabywania) albo świadczenia usługi, tj. określonym dobrem lub określoną usługą. Z tego względu należy uznać, iż koszt, o którym mowa w omawianym przepisie, to koszt usługi lub prawa w jakimkolwiek stopniu „inkorporowany” w produkcie, towarze lub usłudze. Jest to zatem koszt, który wpływa na finalną cenę danego towaru lub usługi jako (zazwyczaj) jeden z wielu wydatków niezbędnych do poniesienia w procesie produkcji, dystrybucji danego dobra lub świadczenia określonej usługi. Koszt ten powinien przy tym być możliwy do zidentyfikowania jako czynnik obiektywnie kształtujący cenę danego dobra lub usługi.

Inny sposób wykładni prezentują natomiast sądy. Przykładowo, w wyroku WSA w Warszawie (III SA/Wa 2094/18) zaprezentowano pogląd zgodnie z którym, „bezpośredni związek” to związek bliski, silny i konieczny, w odróżnieniu od związku luźnego, swobodnego, odległego i zbędnego. Jeśli więc ustawa wymaga, aby związek nabytej usługi z wytworzeniem towaru był bezpośredni, to wymaga w istocie, aby wartość dodana tej usługi stanowiła konieczny element powstania towaru. Bez tej dodatkowej wartości towar w ogóle nie mógłby powstać zgodnie z wymogami prawnymi, jakościowymi, a przede wszystkim – czysto faktycznymi.

W omawianej sprawie sąd skorygował niekorzystne dla podatnika stanowisko Dyrektora KIS bowiem słusznie zauważył, że prawodawcy chodziło o wydatki, które dla wytworzenia towaru są po prostu absolutnie niezbędne. Za chybione uznano zatem analizowanie kwestii bezpośredniości i pośredniości związku kosztu i ceny, zamiast związku kosztu i wytworzenia towaru. Sąd uwypuklił zatem błąd metodologiczny Dyrektora KIS, nazywając go poważnym.

Wobec powyższego skonkludować należy, iż otwartość w rozumieniu pojęcia „bezpośredniości” daje organom podatkowym zbyt dużą swobodę w kształtowaniu obowiązków podatników. Pokłosiem tego będą liczne trudności interpretacyjne, przekształcające się w taką samą liczbę sporów. Prawdą jest że w takim przypadku z pomocą przychodzą dostępne w nauce prawa metody wykładni, pozwalające na odkodowanie treści przepisu ustawy. W tym miejscu nasuwa się jednak pytanie o powód braku zastosowania przez ustawodawcę prostszej i czytelniejszej konstrukcji słownej zastępującej zwrot „bezpośrednio” zwrotem „konieczne” lub „niezbędne”. Taki scenariusz wyeliminowałby dowolność w rozstrzyganiu spraw, zabezpieczając tym samym jedno z najważniejszych praw podatników. Jako że okoliczność ta jest podnoszona przez sądy, to w przyszłości wypatrywać należy nowelizacji przedmiotowej normy.

PKWiU

Kolejnym zagadnieniem, z którym muszą zmierzyć się podatnicy, jest stosowanie przez organy kwalifikacji statystycznej celem ustalenia czy dane usługi podlegają przedmiotowemu limitowaniu.

Z całą siłą podkreślić jednak należy, że taka praktyka interpretacyjna nie znajduje oparcia w treści art. 15e ustawy CIT. Uwypuklić bowiem trzeba, że w żadnym miejscu omawiana regulacja nie odwołuje się do klasyfikacji statystycznych. Pokłosiem tego jest obowiązek wykładni omawianej regulacji przy zastosowaniu prymatu języka potocznego.

Analiza orzeczeń Dyrektora KIS pozwala na przyjęcie wniosku, że obowiązek ten nie jest respektowany. W konsekwencji, podatnicy zwracający się z zapytaniem interpretacyjnym są wzywani do uzupełnienia stanu faktycznego poprzez wskazanie określonej kwalifikacji statystycznej. Podatnicy z obawy o brak rozpatrzenia wniosku podają odpowiednią klasyfikację, która następnie jest odnoszona przez organ do nabywanych przez podatnika usług. W tym momencie dochodzi do rażącego naruszenia art. 15e ustawy CIT, co skutkuje nieprawidłowością wydanej interpretacji lub innego rozstrzygnięcia podatkowego.

Stanowisko organów podatkowych korygują sądy administracyjne. Warto choćby przywołać czerwcowy wyrok WSA w Łodzi (I SA/Łd 119/19), w którym jasno oznajmiono, że nie ma podstaw do stwierdzania istnienia ograniczenia wynikającego z art. 15e w odniesieniu do usług zakwalifikowanych według PKWiU. Sąd pouczył zatem organ o obowiązku dokonania wykładni językowej pojęcia nabywanych usług mając na uwadze wyjaśnienia podatnika zawarte we wniosku. Analogicznie sprawę rozstrzygnął sąd w Poznaniu (I SA/Po 763/18). Niestety, oba wyroki są nieprawomocne, co oznacza, że Dyrektor KIS dąży do wypracowania linii orzeczniczej przez Naczelny Sąd Administracyjny.

Podsumowanie

Resort finansów dostrzegł zapewne wysyp zapytań interpretacyjnych w przedmiocie limitowania wydatków poniesionych na nabycie usług niematerialnych. Bez echa nie przeszedł również brak zaaprobowania stanowiska organów przez sądy administracyjne. Niestety, nie doprowadziło to do zmiany brzmienia art. 15e. Wprawdzie 1 stycznia 2019 roku ustawodawca dokonał nowelizacji omawianej regulacji, z tym że zmiany okazały się jedynie kosmetyczne i nie wyeliminowały zarzewi przyszłych sporów.

Jednocześnie Dyrektor KIS nie składa broni, wnosząc skargi kasacyjne. Wszystkie powołane powyżej wyroki nie mają więc waloru prawomocności. Obecnie zatem podatnicy powinni bacznie obserwować linię orzeczniczą jaką przyjmie Naczelny Sąd Administracyjny.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfrowe czy drukowane: jakie gazety preferują czytelnicy?

Od kilku lat trwa debata na temat tego, w jakiej formie użytkownicy czytają gazety i magazyny. Gdy postawimy naprzeciw siebie druk i wydania cyfrowe, to szala przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę nie dając konkretnej odpowiedzi na pytanie „co jest lepsze?”. A co jeśli okazuje się, że te dwie metody wcale nie są przeciwnikami, ale sojusznikami?

W Internecie krąży wiele różnych opinii na temat wydań drukowanych i cyfrowych, jednak nie ma konkretnych argumentów przemawiających za jedną z form. Część osób mówi, że prasa drukowana umiera. Nic bardziej mylnego. Co więcej, zyskała partnera do ekspansji biznesu. W jaki sposób te dwie formy mogą wspierać się nawzajem?

Odwieczna konkurencja

W 2017 roku firma Freeport Press przeprowadziła badanie prasy na temat preferowanego formatu czytanej publikacji. Około 44% ankietowanych wskazało, że miesięcznie czyta od 1 do 2 gazet w papierowej wersji. Z kolei 27% osób wskazało, że miesięcznie w formie cyfrowej czyta 1 lud 2 magazyny.

Wyniki badania wskazały, że prasa drukowana wciąż ma się bardzo dobrze. Warto jednak zwrócić uwagę, że już wtedy 1/3 czytelników prasy wskazywała formę cyfrową jako preferowaną. To znak dla wydawców, aby prowadzić dwutorowe działania i skupić się na nie tylko na utrzymaniu sprzedaży wydań drukowanych, ale również odkryć potencjał formatu cyfrowego.

Magia druku

Wielu czytelników nadal preferuje czytanie artykuł w wersji papierowej. Jest coś w trzymaniu czasopisma, przewracaniu stron i charakterystycznym zapachu tuszu ma papierze, który zachwyca wielu czytelników.

Internet posiada szeroki zasób treści i wiele osób korzysta z niego, aby czytać najświeższe wiadomości i historie, dla których niekoniecznie znajdzie się miejsce w druku. Papierowe wydania są postrzegane bardziej jako format, którego ramy są uhierarchizowane według określonego porządku. Część czytelników klasyfikuje siedzenie i czytanie czasopism jako formę relaksu oraz przerwę od ekranu, w który wpatrują się przez większość dnia.

Przewaga cyfrowa?

Czasopisma cyfrowe mają wiele zalet, a najważniejszą z nich wydaje się być wygoda. Dodatkowo publikacje w takiej wersji są szybsze w produkcji, łatwo dostępne i oferują wiele funkcji, jakich nie posiadają wydania drukowane.

Jeżeli wydawca oferuje drukowane wydanie, to utworzenie formatu cyfrowego może być łatwym procesem. Takim, który kosztuje niewielki ułamek kosztów produkcji i dystrybucji czasopisma drukowanego. Ponadto czytelnicy mają do niego bardzo łatwy dostęp, bez względu czy korzystają z telefonu, tabletu czy komputera. Dobrze zaprojektowane e-wydanie będzie wyświetlać się na każdym z tych urządzeń bez problemów.

Poza tym, czytelnik może je wszędzie zabrać, bez potrzeby szukania dodatkowego miejsca czy zmartwienia gdy magazyn się zgubi. E-wydanie jest łatwo dostępne i możne je otworzyć jednym ruchem palca.

Warto zaznaczyć, że podobnie jak drukowane odpowiedniki, czasopisma cyfrowe mają wyjątkowe zalety. Druk ma swój szczególną formę oraz zapach, z kolei magazyny cyfrowe oferują interaktywne funkcje, np. multimedia czy analityka treści. Wzbogacenie publikacji czy e-wydania o dodatkowe materiały sprawi, że będzie ono bardziej popularne wśród czytelników. Tym samym odbiorca angażuje się w treść, a nie tylko ją scrolluje.

Wspólnie niektóre rzeczy działają lepiej

Opinii na temat zalet formy drukowanej i cyfrowej istnieje tyle, ile jest osób. Oba formaty dobrze ze sobą współgrają. Zarówno media drukowane, jak i cyfrowe mają swoje miejsce. Dzięki unikalnym zaletom każdego z nich można zbudować własną strategię w oparciu o działania, które najlepiej sprawdzą się w grupie docelowej odbiorców.

Posiadanie obu formatów jest korzystne dla rozwoju firmy. Jeżeli istnieje drukowana wersja danego tytułu, to aby wyjść naprzeciw oczekiwaniom odbiorców i utrzymać czytelnictwo należy uruchomić także wersję cyfrową. Dla wydawców, którzy nie mają wystarczającego zaplecza aby uruchomić i rozpocząć dystrybucję e-wydań magazynów istnieją internetowe kioski, które pomagają wydawcom w e-składzie, a czytelnikom oferują dostęp do e-prasy w ramach przystępnego abonamentu. Wystarczy tylko spróbować!

Autor: Janusz Bulak, Prezes Zarządu w P247 Sp. z o.o., który jest właścicielem Publico24 Newsstand

Amerykańska ropa trafi do Polski

W październiku br. do płockiej rafinerii, w ramach dostawy spot, ponownie trafi surowiec ze Stanów Zjednoczonych. Z początkiem tego roku amerykańska ropa została już przerobiona w zakładach Grupy ORLEN w Czechach i na Litwie.

W ramach dostaw spot w październiku do płockiej rafinerii trafi blisko 100  tys. ton amerykańskiej ropy.  PKN ORLEN analizuje możliwości włączenia kierunku amerykańskiego na stałe do swojego portfela dostaw ropy.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

Wykorzystujemy każdą możliwość podjęcia szerszej współpracy z nowymi i sprawdzonymi dostawcami, bo to zwiększa bezpieczeństwo energetyczne Polski. Im bardziej zróżnicowane źródła pochodzenia ropy naftowej, tym większa elastyczność handlowa i wyższa odporność na wahania cen surowca. Politykę dywersyfikacji prowadzimy z perspektywy Grupy Kapitałowej, co sprawia, że jesteśmy w stanie wynegocjować lepsze warunki współpracy – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Obecnie 50% surowca przerabianego w płockiej rafinerii pochodzi spoza kierunku rosyjskiego, a w przypadku całej Grupy ORLEN jest to już  ponad 40%. Jeszcze w latach 2012-2013 udział ropy spoza kierunku wschodniego w produkcji rafineryjnej całej Grupy Kapitałowej wynosił zaledwie 5%.

Koncern konsekwentnie analizuje nowe możliwości dywersyfikacji oraz komplementarność różnych gatunków ropy z możliwościami technologicznymi swoich  rafinerii.  Zakup gatunku lekkiej i słodkiej ropy jaką jest WTI (West Texas Intermediate) wpływa na wzrost uzysków. Charakteryzuje się on bowiem bardzo dobrymi parametrami gęstości i zawartości siarki, co sprawia, że w procesie przerobu uzyskuje się z niej  m. in. dużą ilość tzw. produktów białych.

PKN ORLEN jako pierwszy sprowadził do Polski surowiec z USA po zniesieniu obowiązującego od lat 70-tych XX wieku embarga na jego eksport. Wtedy został on skierowany po raz pierwszy do przerobu w płockiej rafinerii.

Obecnie rafinerie Grupy ORLEN zaopatrywane są w ropę na bazie kontraktów długoterminowych z dostawcami z Arabii Saudyjskiej i Rosji oraz dostaw spotowych m.in. z Angoli, Nigerii, czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich.USA potencjał naftowy

Globalne przychody Haitong Bank S.A. w pierwszym półroczu 2019 r. wyniosły 57 mln euro

  • Przychody z działalności bankowej wyniosły 57 mln euro, co oznacza wzrost o 30 proc. r/r.
  • Zysk operacyjny w pierwszym półroczu wyniósł 18 mln euro, wobec 5 mln euro w pierwszym półroczu 2018 r.
  • Zysk netto wyniósł 11 mln euro wobec 2 mln straty w pierwszym półroczu 2018 r.
  • Pozycja kapitałowa banku należy do najwyższych w branży, ze wskaźnikiem wypłacalności CET 1 na poziomie 24 proc. i TCR w wysokości 30 proc.

Zysk netto Haitong Bank w pierwszym półroczu 2019 r. wyniósł 11 mln euro, wobec straty w wysokości 2 mln euro w pierwszej połowie 2018 r. Dobry wynik bank zawdzięcza 30-proc. wzrostowi przychodów z działalności bankowej (do 57 mln euro) oraz wyższej efektywności. Koszty operacyjne w pierwszym półroczu wyniosły 39 mln euro, a przychód na pracownika wzrósł o 36 proc., w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. Zysk operacyjny w pierwszej połowie 2019 r. wyniósł 18 mln euro wobec 5 mln euro w analogicznym okresie 2018 r.

Bank odnotował pozytywne wyniki, potwierdzając tym samym skuteczność swojego modelu biznesowego. Haitong Bank z powodzeniem obsługuje transakcje w relacjach z chińskimi podmiotami, jednocześnie aktywnie prowadząc swoją działalność na głównych rynkach finansowych w Europie i Ameryce Łacińskiej. Warto zwrócić uwagę, że w omawianym okresie nie było zdarzeń jednorazowych, które wpłynęłyby na wyniki Banku.

Pierwsza połowa tego roku była dla Haitong Bank dobra również pod względem utrzymania wysokiej jakości aktywów. Wskaźnik kredytów zagrożonych (NPL) spadł z 8,2 proc. w grudniu 2018 r. do 4,6 proc. w czerwcu 2019 r. Wynik ten był częściowo wsparty sprzedażą irlandzkiej spółki zależnej, która już od grudnia 2018 r. wykazywana była w bilansie jako działalność zaniechana.

Kapitał

Haitong Bank charakteryzuje obecnie wysoki poziom kapitałów, ze wskaźnikiem CET1 na poziomie 24 proc. oraz wskaźnikiem TCR wynoszącym 30 proc. Silna pozycja kapitałowa daje bankowi szersze możliwości wsparcia działalności klientów w transakcjach kredytowych, gwarancjach emisji, rozwiązaniach korporacyjnych oraz działalności na rynkach obligacji, walut i surowców (FICC). W przyszłości pozwoli ona na dalsze zwiększenie bilansu banku.

Jak podkreśla prezes zarządu Haitong Banku, przeprowadzona w ostatnich latach reorganizacja sprawiła, że bank ma dziś bardzo mocne fundamenty. Wspiera je uporządkowany ład korporacyjny i odnowiona kultura organizacyjna, oparta o główne wartości: Transparentność, Merytokrację, Wytrwałość i Uczciwość. – Te zasady znacząco przyczyniły się do zbudowania rzetelnej i wiarygodniej organizacji – podkreśla p. Wu Min.

Globalne przychody Haitong Bank
Źródło: Haitong Bank

Inne kwestie

W tym roku Haitong Bank otrzymał zezwolenie Banku Portugalii na otwarcie oddziału w Makau (Chiny). Oddział ten oczekuje na zezwolenie lokalnego organu nadzoru, AMCM. Jest to kluczowy krok w kierunku dalszego rozwoju strategii Banku. Oddział w Makau ułatwi transgraniczne transakcje nie tylko z Obszarem Wielkiej Zatoki, obejmującym Makau, Hongkong i chińską prowincję Guangdong, ale również z innymi częściami Chin oraz krajami w rejonie Azji i Pacyfiku.

Dolar kontra reszta świata

Strategiczny wywiad gospodarczy organizowany na szczeblu korporacji lub przedsiębiorstwa, dostarczający informacji o charakterze strategicznym mających wpływ na dalekosiężne plany tych organizacji, uwzględniać musi nie tylko sytuację na rynku, notowania giełdowe czy działania konkurencji. Ważnym elementem jego działalności jest również śledzenie zmian zachodzących w światowej gospodarce i finansach, które w bliższej lub dalszej perspektywie mogą wpłynąć na pozycję rynkową tych organizacji. W tej publikacji postanowiliśmy przyjrzeć się dokładniej sytuacji w światowych finansach, a konkretnie pozycji głównej światowej waluty rezerwowej, jaką jest amerykański dolar, wyrażając nadzieję, że skupi ona uwagę zainteresowanych na zachodzących w tej materii istotnych zmianach.

Uwarunkowania historyczne

W dniach 1–22 lipca 1944 r. podczas konferencji walutowo-finansowej ONZ w Bretton Woods w Stanach Zjednoczonych stworzony został międzynarodowy system walutowy nazwany systemem z Bretton Woods. Był to pierwszy w historii międzynarodowy system walutowy wprowadzony w drodze formalnego porozumienia. Powołano wówczas Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) oraz Międzynarodowy Bank Odbudowy i Rozwoju. Celem systemu z Bretton Woods było doprowadzenie do stabilizacji kursów i powszechnej wymienialności walut krajów członkowskich MFW na złoto. W ramach systemu funkcjonowały dwie strefy walutowe: funta szterlinga i franka francuskiego, do których należały kraje ekonomiczne powiązane z Wielką Brytanią i Francją. Główne założenia systemu znalazły się w statucie MFW i obejmowały: wyznaczenie parytetów krajowych walut w złocie lub dolarach USA; wymienialność amerykańskiego dolara na złoto na szczeblu banków centralnych po urzędowym kursie 35 dolarów USA za uncję; możliwość zmiany parytetu (w uzgodnieniu z MFW), ale tylko w wypadku zachwiania bilansu płatniczego danego kraju; konieczność oparcia transakcji walutowych między krajami MFW na parytecie walutowym (wahania kursów mogły wynosić ± 1 procent). 15 sierpnia 1971 r. prezydent USA Richard Nixon zakończył erę parytetu dolara w złocie, ogłaszając, że państwa (zwłaszcza Francja) domagające się wymiany dolarów z nadwyżek handlowych na złoto po 35 dolarów za uncję nie mogą już na to liczyć. Było to faktyczne ogłoszenie niewypłacalności Stanów Zjednoczonych Ameryki i zakończenie epoki układu z Bretton Woods, w której dolar był trwale powiązany ze złotem, a waluty innych krajów były wymieniane na dolara po sztywnych kursach. To także koniec epoki stałych kursów walut, cen surowców i wymiany handlowej, których stabilność uważano za niezbędny warunek rozwoju gospodarczego.

Tym, którzy zgromadzili w dolarze rezerwy, Biały Dom złożył propozycję nie do odrzucenia – wprowadzenia 10-procentowych ceł chroniących amerykański rynek oraz osłabienia ich walut wobec dolara. W grudniu 1971 r. grupa G-10, do której należą najbardziej uprzemysłowione państwa świata, zgodziła się na takie właśnie warunki. Ten Smithsonian Agreement został przez Richarda Nixona określony, jako „największe porozumienie monetarne w historii świata”.

Po 15 sierpnia 1971 r. nastąpiła nowa era, w której Ameryka cieszyła się wobec reszty świata nadmiernym czy wręcz „bezwstydnym” przywilejem (fr. exorbitant privilège). Dolar stał się pieniądzem fiducjarnym[1] (ang. fiat currency), którego wartość była oparta na zaufaniu do emitenta, a nie na jego pokryciu w wartościach materialnych, takich jak złoto. W tym okresie mamy do czynienia z narodzinami systemu petrodolarów, dzięki odzyskaniu przez kraje Bliskiego Wschodu władzy nad złożami, zarządzanymi wcześniej przez zachodnie koncerny naftowe, które w efekcie decydowały o cenie ropy, jedynie informując o niej kraje, w których eksploatowały swoje złoża. Strategia gwarantująca dolarowi światową pozycję poprzez związanie jego wartości z ropą naftową była wyborem prawidłowym – złoto to tylko wartościowy kruszec, podczas gdy ropa to surowiec niezbędny dla światowej gospodarki.

Z jednej strony system petrodolara daje ogromne korzyści, z drugiej natomiast tworzy zależność od pożyczkodawcy, która dzisiaj jest równoważona przez potęgę polityczną i militarną USA. Znaczącą rolę odgrywa także przewaga ekonomiczna, gdyż w warunkach globalnego rynku największy gracz może skutecznie używać sankcji gospodarczych do osiągania swoich celów politycznych. Dolar jest dla USA idealnym narzędziem, gdyż wykluczenie z jego obiegu rodzi utrudnienia i koszty dla sankcjonowanych państw, takich jak chociażby Iran. Wojny gospodarcze coraz częściej wywoływane przez Waszyngton czy inwazje militarne realizowane są głównie w rejonie Bliskiego Wschodu, będącego obszarem najbogatszym w ropę.

Dolar nie jest globalną potęgą dzięki ropie naftowej. Jest nią, ponieważ Stany Zjednoczone to światowy hegemon – tak polityczny, gospodarczy, jak i militarny. Mechanizm petrodolara po epoce Bretton Woods umożliwił jedynie umocnienie globalnej dominacji Waszyngtonu, opartej już nie na złocie, ale na światowej gospodarce. Dzisiaj głównym filarem dolara, najpotężniejszej i jednocześnie najbardziej zagrożonej waluty świata nie jest już petrodolar, lecz raczej „sino-dolar”, czyli konsumpcja pod pożyczki największego producenta światowego, jakim są Chiny, oraz bardzo wydajnych gospodarek azjatyckich.

Petrodolar dał początek zjawisku, które jest w dzisiejszych czasach podstawowym wyzwaniem dla świata, określanym fachowo, jako „globalna nierównowaga w bilansie płatniczym” (ang. global current account imbalances)[2]. Z powodu życia ponad stan – nadmiernej konsumpcji, spadku oszczędności i ciągłego zadłużania się Ameryki – cały świat siedzi na tykającej bombie walutowej, która z pewnością kiedyś wybuchnie. Nie wiadomo tylko, kiedy. Dotychczasowe remedium – emisja dolarów poddanych światowemu recyklingowi – dawno przestało być bezpieczne.

Faktyczne powody, dla których dolary są tak bardzo pożądane na światowych rynkach, wcale nie są związane z poziomem amerykańskiej gospodarki i jej osiągnięciami, ale z:

  1. a) nadmiernym wykorzystywaniem statusu dolara w operacjach wymiany walutowej, w handlu najważniejszymi towarami, takimi jak ropa i zboże. Przykładowo przy wymianie przysłowiowego tugrika[3] na euro operacja wymiany prowadzona jest w następujący sposób: najpierw tugriki zamieniane są na dolary, a następnie dolary na euro;
  2. b) wykorzystywaniem pozycji USA jako największej potęgi politycznej i militarnej. Kraje, które nie chcą sprzedawać swojej ropy lub innych towarów eksportowych za dolary, podlegają restrykcjom, sankcjom, a nawet interwencji zbrojnej pod pretekstem nagle odkrytych naruszeń praw człowieka, posiadania zabronionych rodzajów broni itp.[4].

Bunt w świecie dolara

Coraz głośniejsze są obawy, czy system gospodarki światowej wytrzyma taki zalew dolarów. Ostatnie doniesienia prasowe sygnalizują, że bunt przeciwko dolarowi stał się faktem i zaczyna nabierać rozpędu. Co dziwniejsze, rozwija się w świecie anglosaskim pod przewodnictwem największego sojusznika politycznego USA – Wielkiej Brytanii.

Bunt ten ma charakter gospodarczy i monetarny, który jest o wiele ważniejszy niż jakiekolwiek polityczne zbliżenie ze Stanami Zjednoczonymi, na które premier Boris Johnson może liczyć po twardym Brexicie. Podczas gdy sam Johnson robi wszystko, co w jego mocy, aby zbliżyć się do Donalda Trumpa na poziomie politycznym, to na polu finansowym sytuacja przedstawia się zgoła inaczej: prezes Banku Anglii Mark Carney ogłosił potrzebę rewizji globalnego systemu walutowego. Stwierdził, że istniejący system oparty na dolarze amerykańskim należy pilnie zastąpić nowym „cyfrowym aktywem” lub „cyfrową walutą”.

Demarche Marka Carney’a pikanterii dodaje fakt, iż zostało ono wygłoszone w Stanach Zjednoczonych na dorocznym sympozjum liderów finansowych państw zachodnich w Jackson Hole (Kansas), które odbywa się pod patronatem amerykańskiej Rezerwy Federalnej, tzn. banku centralnego Stanów Zjednoczonych. Trzeba mieć bardzo dobre powody, by, odwiedzając bankierów i finansistów, których życie, zamożność i status społeczny zależą od statusu amerykańskiego dolara, powiedzieć im jasno, że dotychczasowy uprzywilejowany status ich waluty powinien zostać natychmiast obniżony.

Eksperci finansowi zauważają jeszcze jeden ważny szczegół w wystąpieniu Carney’a – to, co proponuje główny bankier w Wielkiej Brytanii, bardzo przypomina projekt Libra, czyli projekt stworzenia cyfrowej waluty, którą jeszcze w tym roku planowało uruchomić konsorcjum składające się z wiodących (głównie amerykańskich) firm finansowych i technologicznych. Projekt ten zdążył już wywołać gniew i krytykę ze strony Donalda Trumpa. Prezydent USA słusznie uznał, że waluta cyfrowa Libra, którą konsorcjum składające się z Facebooka, Mastercard, Paypal, Stripe, Visa, Ebay, Lyft, Uber, Vodafone i innych dużych firm próbuje uruchomić, stanowi bezpośrednie i poważne zagrożenie dla suwerenności monetarnej USA i statusu dolara. Logiczne jest w związku z tym założenie, że propozycja o podobnym charakterze przedstawiona przez Marka Carney’a wywoła równie negatywną i agresywną reakcję wśród administracji Trumpa.

W rzeczywistości propozycja londyńskiego głównego bankiera tym różni się od projektu Libra, że cyfrowa waluta stworzona zostałaby nie w oparciu o prywatne firmy finansowe i technologiczne, a o banki centralne różnych krajów. Jeżeli przełożyć to z dyplomatycznego angielskiego na potoczny polski, to: FED[5] jest proszona o zdjęcie „swojej korony” i przekształcenia się w „równorzędnego członka” zbiorowej organizacji banków centralnych, które będą emitowały globalną „cyfrową walutę”.

Nietrudno przewidzieć, jaka będzie reakcja amerykańskiej administracji na propozycje Carneya, i to niezależnie od nazwiska i przynależności partyjnej konkretnego prezydenta USA. Propozycja ta usuwa grunt spod dolara, a jej wdrożenie nieuchronnie prowadzi do poważnych problemów dla budżetu USA i ich całego systemu finansowego. To z kolei może znacząco ograniczyć możliwość użycia ostatecznego argumentu USA w obronie swojej waluty, tj. „wykorzystania lotniskowców US Navy” (czytaj: użycie siły militarnej).

Z doniesień Reutera wynika, iż stanowisko szefa Banku Anglii zabrzmiało jak oskarżenie w stosunku do amerykańskiej waluty i opartego na niej systemu finansowego. Jak stwierdził Mark Carney: „dolar nie zasługuje już na status światowej waluty rezerwowej, dlatego światowe banki centralne muszą się zjednoczyć i znaleźć dla niego zamiennik”. Carney przypomniał, że od 2008 r. udział krajów rozwijających się w światowej gospodarce wzrósł z 45 do 60 procent. Jednak nie niosło to za sobą proporcjonalnego wzrostu popularności walut tych krajów. Co najmniej połowa wszystkich płatności międzynarodowych jest nadal realizowana w dolarach. Wartość amerykańskiej waluty w handlu światowym zdaniem szefa brytyjskiego regulatora jest „nieodpowiednio wysoka”, co destabilizuje globalną gospodarkę.

Mark Carney jest przekonany, że dominacja dolara w handlu międzynarodowym i globalnym systemie finansowym stwarza problemy w kontrolowaniu inflacji i zapewnieniu stabilności finansowej. Ryzyko utraty płynności rośnie ze względu na bardzo niskie stopy procentowe i słaby wzrost gospodarczy. Aby ustabilizować globalne finanse, rezerwową nie powinna być narodowa waluta żadnego kraju, ale „globalna cyfrowa alternatywa” – wirtualna waluta oparta na koszyku towarów i utworzona z sieci walut cyfrowych banków centralnych. Ułatwi to handel transgraniczny i płatności międzynarodowe, osłabiając zależność gospodarki światowej od dolara. Carney podkreślił również, że uzależnienie od dolara jest zbyt ryzykowne z powodu wojen handlowych rozpoczętych przez Trumpa. Zakłócenia w łańcuchach dostaw w sektorach motoryzacyjnym, stalowym i technologicznym dotyczą także krajów, które nie są bezpośrednio zaangażowane w wojny handlowe.

Podważone zaufanie

Dokładnie rok temu ekonomiści Banku Światowego stwierdzili, że proces depolaryzacji na świecie został rozpoczęty i nie można go już zatrzymać. Według szacunków Europejskiego Banku Centralnego pozycja dolara została w ubiegłym roku podważona bardziej niż kiedykolwiek: jego udział w światowych rezerwach walutowych spadł do 61,7 procent. Tymczasem udział euro wzrósł do 20,7 procent. Od czasu światowego kryzysu finansowego w 2008 r. światowe banki centralne obniżyły amerykańską walutę w strukturze rezerw finansowych o siedem punktów procentowych. W 2018 r. kraje rozwijające się były szczególnie aktywne w wyprzedaży dolarów amerykańskich i obligacji rządowych. Niektóre z tych krajów czyniły tak dla stabilizacji własnej waluty, inne z powodu konfliktów z Waszyngtonem. Ten trend na rynkach wschodzących w dalszym ciągu się utrzymuje.

Jednak jak się okazuje, od aktywów dolarowych odchodzą również kraje rozwinięte. Dla przykładu tylko w kwietniu 2019 r. Wielka Brytania pozbyła się jednorazowo obligacji rządowych USA za 16,3 miliarda dolarów. Eksperci oceniają ideę wspólnej waluty cyfrowej przedstawioną przez szefa banku Anglii bardzo ostrożnie. Aby idea ta mogła się zmaterializować, konieczne jest, aby wszystkie kraje doszły w tej sprawie do konsensusu, co jest bardzo trudne ze względu na to, iż przyjęcie propozycji Carney’a oznaczałoby ograniczenie suwerenności banków centralnych.

Jednak czy to w wyniku sytuacji politycznej, czy w związku z napięciami ekonomicznymi, w których USA wykorzystują pozycję dolara, powstają inne inicjatywy przyczyniające się do stopniowego eliminowania tej waluty ze światowych rozliczeń.

Dedolaryzacja po europejsku

Wychodząc z porozumienia nuklearnego z Iranem i wprowadzając sankcje ekonomiczne na kraje utrzymujące kontakty gospodarcze z tym krajem, Stany Zjednoczone postawiły w trudnym położeniu nie tylko Rosję i Chiny, ale także swoich europejskich sojuszników. Stąd pod koniec czerwca 2019 r. Wielka Brytania, Francja i Niemcy ogłosiły uruchomienie mechanizmu transakcji finansowych INSTEX (Instrument wspierania wymiany handlowej, „Narzędzie wspierania wymiany handlowej”), który pozwala obejść amerykańskie ograniczenia dotyczące zakupu irańskiej ropy. Dostawy nie są opłacane w dolarach, ale w euro. Od 28 czerwca mechanizm jest dostępny dla wszystkich krajów UE, ale wkrótce skorzystać z niego będą mogły także firmy z innych państw.

INSTEX to pośredni system płatności, który zapewnia wymianę towarów bez przekazywania pieniędzy między firmami z Iranu i UE. W rzeczywistości Teheran będzie nadal dostarczał ropę i inne towary do Europy, jednak INSTEX prześle pieniądze za nie, nie irańskim bankom, ale europejskim firmom eksportującym produkty do Republiki Islamskiej. Na razie mowa jest o lekach, sprzęcie medycznym i produktach rolnych. Z czasem zakres produktów dostarczanych w ten sposób Iranowi zostanie rozszerzony.

INSTEX przygotowywany był do uruchomienia od zeszłego roku. Obserwatorzy natychmiast zauważyli, że jest to pierwsze poważne zagrożenie dla dolara od czasu konferencji w Bretton Woods, kiedy to amerykańska waluta zyskała dominującą pozycję w światowej gospodarce. Eksperci są pewni: INSTEX uderzy w pragnienie kontrolowania przez USA światowego porządku gospodarczego, ponieważ nie tylko Europa, ale praktycznie każdy kraj, który nie chce przestrzegać systemu sankcji Białego Domu, będzie w stanie obejść się bez dolara. Nic dziwnego, że Waszyngton próbuje zmusić Europejczyków do porzucenia tego projektu, grożąc sankcjami wszystkim uczestnikom. Według Bloomberga powołującego się na list zastępcy sekretarza skarbu USA Sigal Mandelker „urzędnicy zaangażowani w INSTEX” mają zostać wykluczeni z amerykańskiego systemu finansowego.

Rosja i Chiny przeciwko dolarowi

Podczas gdy Europa dopiero testuje, jak zastąpić dolara i ominąć amerykańskie ograniczenia, Rosja zredukowała swoje inwestycje w amerykańskie papiery dłużne do symbolicznego minimum (do ok. 13 mld USD, z poziomu 176 mld USD w 2010 r.). Ustawowo zabroniono rozliczeń dolarowych pomiędzy rosyjskimi podmiotami gospodarczymi w kraju. W rekordowym tempie Rosja obniża również płatności w dolarach. W ciągu pięciu lat sankcji Moskwa zmniejszyła liczbę międzynarodowych rozliczeń w dolarach o prawie 13 procent, zwiększając udział euro i rubli odpowiednio o 26 i 14 procent. Pięć lat temu w ponad 80 procentach rozliczeń rosyjskich kontraktów zagranicznych wykorzystywana była amerykańska waluta. Teraz stanowi ona zaledwie 56 procent.

Najbardziej aktywna dedolaryzacja występuje w handlu między Rosją a Chinami. Moskwa i Pekin zdecydowały się na rozliczenia za wymianę towarową w walutach krajowych w grudniu 2014 r. Od tego czasu weszły w życie rosyjsko-chińskie umowy o bezpośrednim handlu w rublach i juanach, bez udziału banków amerykańskich, brytyjskich i unijnych. Dotychczasowy postęp był jednak niewielki. Co prawda w ubiegłym roku udział euro we wzajemnych płatnościach podwoił się, ale udział dolara spadł zaledwie o mniej niż dwa procent. Ruble stanowią w rozliczeniach międzynarodowych Rosji nie więcej niż 15 procent, ale w nadchodzących latach liczba ta wzrośnie pięciokrotnie. Jednym z powodów przyspieszonej dedolaryzacji są amerykańskie groźby odłączenia Rosji od SWIFT[6], międzynarodowego międzybankowego systemu transferu danych finansowych.

Ponieważ około 42 procent transakcji SWIFT odbywa się w dolarach, jest to potężna broń Waszyngtonu. Odłączenie od systemu zagraża rosyjskiej gospodarce poważnymi problemami – od ucieczki kapitału, do deprecjacji rubla i rosnących stóp procentowych. Financial Times zauważa, że agresywność Waszyngtonu zmusza Rosję i Chiny do „przetestowania amerykańskiej wiarygodności”. Nowe mechanizmy płatności stworzone na skutek amerykańskich gróźb nie tylko niezawodnie chronią przed presją sankcji, ale także podają w wątpliwość status dolara jako głównej waluty rezerwowej.

Na skutek tych gróźb Moskwa utworzyła rosyjski odpowiednik SWIFT – System Przekazywania Komunikatów Finansowych (SFPS) (Системa передачи финансовых сообщений – СПФС). Według rosyjskiego Banku Centralnego do 1 czerwca 2019 r. 398 przedsiębiorstw i banków tego kraju, a także białoruski Belgazprombank zostały podłączone do SPFS.

W Chinach z kolei odpowiednikiem SWIFT jest system CIPS (ang. China International Payments System), do którego pod koniec marca 2019 r. dołączyło kilka rosyjskich banków. Na początku czerwca pierwszy wicepremier, minister finansów Rosji Anton Siluanov i prezes Chińskiego Banku Ludowego I Gan podpisali umowę o utworzeniu nowego systemu płatności, który stanie się swego rodzaju „śluzą między rosyjskim i chińskim odpowiednikiem SWIFT”.

Zakłada się, że system rozliczeń w walutach narodowych zadziała do końca 2019 roku i obejmie przede wszystkim największe rosyjskie koncerny naftowe i gazowe, a także producentów rolnych. Wiele rosyjskich banków połączyło się już z chińskim odpowiednikiem SWIFT w celu ułatwienia wzajemnych rozliczeń między Federacją Rosyjską a Chinami – powiedział Vladimir Shapovalov, szef departamentu stosunków z zagranicznymi organami regulacyjnymi Departamentu Współpracy Międzynarodowej Centralnego Banku Federacji Rosyjskiej. Rosjanie z kolei liczą na to, że liczne chińskie banki zostaną podłączone do rosyjskiego SWFP, co ułatwi utrzymanie handlu między Rosją a Chinami.

Resume

Oczywiście żaden poważny finansista nie zakłada, że świat nagle odwróci się od dolara. Moskwa i Pekin spieszą się jednak ze względu na groźbę kolejnych sankcji ekonomicznych, które może wprowadzić Waszyngton. W stosunkach amerykańsko-chińskich nabiera tempa wojna handlowa. Jednocześnie Stany Zjednoczone prowadzą niewypowiedzianą wojnę ekonomiczną z Rosją. Tylko w ubiegłym roku do Kongresu USA wpłynęło dziesięć kolejnych projektów ustaw przewidujących szeroki zakres antyrosyjskich ograniczeń – od zakazu inwestowania w obligacje rządowe, po odłączenie państwowych banków od SWIFT. Jakby tego było mało, Stany Zjednoczone straszą sankcjami swoich najbliższych sojuszników w Europie.

Sankcje – „czarne listy” osób prywatnych, organizacji i przedsiębiorstw efektywnie odcinające je od światowego systemu finansowego – stały się uznanym narzędziem Stanów Zjednoczonych w wojnach finansowych. USA używają sankcji wobec różnych wyzwań dla bezpieczeństwa kraju, takich jak handel narkotykami, cyberataki czy finansowanie terroryzmu. Jednak najszersze zastosowanie znajdują w wywieraniu presji ekonomicznej na przeciwników politycznych, którzy w bliższej lub dalszej perspektywie czasowej mogą stanowić problem lub zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.

W tym miejscu należałoby zastanowić się, czy aż tak agresywne działania USA, prowadzone jednocześnie wobec tak licznych przeciwników, pozwolą im zwiększyć bezpieczeństwo finansowe i zatrzymać erozję własnej waluty. Warto też przytoczyć słowa byłego już amerykańskiego sekretarza skarbu Jacka Lew, który w wywiadzie udzielonym 8 marca 2016 r. dla amerykańskiej telewizji publicznie stwierdził: „Sankcje ekonomiczne i finansowe są mocną bronią, ale nie mogą być stosowane lekkomyślnie”. Według Lew uderzenie za pomocą sankcji musi być rozważane tak samo starannie, jak uderzenie militarne.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk, Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

[1] Pieniądz fiducjarny (łac. fides – wiara) – waluta niemająca oparcia w dobrach materialnych (jak np. kruszce), której wartość ma źródło z reguły w dekretowanym prawnie monopolu w wykorzystaniu go na danym obszarze, jako legalny środek płatniczy oraz na popycie generowanym przez instytucje państwowe, głównie przez pobór podatków. Wartość pieniądza fiducjarnego opiera się na zaufaniu do emitenta.

[2] A. Szczęśniak, cykl „Petrodolary”, publikacja dla: Nowa Debata, 30.11.2014, s. 1 http://nowadebata.pl/2014/11/30/petrodolary-czyli-jak-ropa-naftowa-dala-poczatek-globalnej-niestabilnosci/

[3] Tugrik – waluta Mongolii.

[4] Wykorzystanie złota jako waluty przetargowej oraz niechęć do dolara były zauważalne wśród afrykańskich i arabskich krajów już od 2000 r., kiedy to Saddam Hussain po raz pierwszy zażądał płatności za ropę w euro, podważając wartość amerykańskiego dolara. Następnym krajem, który zbojkotował dolara, był Iran, który w 2009 r. zażądał płatności za ropę w euro. W 2011 r. przywódca Libii Muammar Al Kaddafi zażądał płatności za libijską ropę nie w euro, lecz w złocie.

[5] System Rezerwy Federalnej, potocznie Rezerwa Federalna (ang. Federal Reserve System, skrótowo Federal Reserve, potocznie FED) – bank centralny Stanów Zjednoczonych.

[6] SWIFT – międzynarodowy międzybankowy system do przesyłania informacji i dokonywania płatności. Podłączonych jest do niego ponad 10,8 tys. największych organizacji w ponad 200 krajach.

Pakiet mobilności nie do zatrzymania

Europa, nawet Zachodnia, nie jest przygotowana na to, by przyjąć pakiet mobilności, gdyż funkcjonowanie obecnego systemu transportu drogowego opiera się na pracy przewoźników z części Środkowo-Wschodniej kontynentu. Choć wydaje się, że Niemcy i Francja najbardziej na tym skorzystają w przyszłości, to skutki nowego prawa odczują wszyscy Europejczycy w postaci wzrostu cen towarów i żywności.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Z danych Grupy Inelo wynika, że wartość rynku przewozowego ma się zwiększyć o 3,1 proc. do 2020 roku, zatem popyt na te usługi będzie rósł. Jeśli wschodnioeuropejscy przewoźnicy zaczną wozić mniej, czy kierowcy zawodowi z krajów Starej Unii sprostają zapotrzebowaniu na transport? Zdaniem Kamila Wolańskiego, eksperta Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, kontrowersyjne decyzje Komisji TRAN w sprawie pakietu mobilności powinny budzić niepokój wszystkich krajów Wspólnoty.

Do następnego etapu prac skierowano wszystkie dokumenty przegłosowane wcześniej w Parlamencie Europejskim w pierwszym czytaniu dotyczące:

  • delegowania kierowców w sektorze transportu drogowego,

28 za, 16 przeciw, 3 wstrzymało się

  • maksymalnych okresów przerw, odpoczynków, prowadzenia pojazdu,

30 za, 15 przeciw, 2 wstrzymało się

  • dostępu do rynku przewozowego,

30 za, 14 przeciw, 2 wstrzymało się.

Tym samym oficjalnie rozpoczynają się międzyinstytucjonalne negocjacje (Trilog) dotyczące przyjętych przez Parlament przepisów. Jak zauważa Kamil Wolański, ekspert OCRK: Po dłuższej przerwie wynikającej z okresu wyborczego przystąpiono do finalizacji prac nad zapisami pakietu mobilności. Przewaga głosów „za” pokazuje, że po wyborach niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o układ sił w Brukseli. Stanowisko Komisji Europejskiej, zaprezentowane już po głosowaniu w PE i łagodzące obecne przepisy zostało całkowicie pominięte w debacie europarlamentarzystów na posiedzeniu Komisji TRAN. Pokazuje to, w jaki sposób prowadzone są prace nad prawem, które ma regulować europejski system transportu drogowego. Pośpiech, brak rzetelnej dyskusji oraz, co najważniejsze, brak odniesienia się do jakichkolwiek badań dotyczących skutków planowanych zmian dla wszystkich państw członkowskich budzi kontrowersje i niepokój. Unia, w której w ciągu 15 lat polscy przewoźnicy wypracowali trzecią pozycję w udziale PKB, zapewniająca swobodę przepływu towarów i usług, w odniesieniu do tej konkretnej branży właśnie upada. Teraz czas na Radę UE, która przed podjęciem decyzji, co do dalszych losów pakietu mobilności przeprowadzi szereg spotkań z KE i PE w ramach tzw. trilogu. Wszystko po to, by nie przedłużać już procedury legislacyjnej. Z punktu widzenia rodzimych przedsiębiorców dzisiejszy wynik głosowania należy uznać za próbę maksymalnego ograniczenia w udziale w rynku przewozowym, co z wolnym rynkiem, będącym u podstaw UE, nie ma nic wspólnego.

Najwięcej na nowych regulacjach unijnych w ramach „ochrony” swojego rynku skorzystają Niemcy, Francja, a także Włochy, Austria i kraje Beneluksu. Ciężko przewidzieć wpływ pakietu na gospodarkę Wielkiej Brytanii oraz Irlandii z uwagi na brexit. Razem z Polską najbardziej ucierpią między innymi Rumunia, Litwa, Słowacja, Bułgaria i Łotwa. Niepocieszeni z uwagi na dalekie trasy typu cross-trade i udział w kabotażu będą też Portugalczycy i Hiszpanie. Jeśli Europa Środkowo-Wschodnia będzie przewozić mniej towarów, jak zostanie wypełniona luka pomiędzy popytem na transport transgraniczny a niedoborem wykwalifikowanych kierowców samochodów ciężarowych?

Nowa strategia Kuehne + Nagel: od 2020 roku firma będzie oferowała zrównoważony i neutralny pod względem emisji CO2 transport

Kuehne + Nagel wprowadza program Net Zero Carbon, dzięki któremu aktywnie przyczynia się do redukcji CO2 w transporcie i logistyce na całym świecie. Oprócz ciągłego ograniczania emisji dwutlenku węgla, firma oferuje teraz swoim Klientom rozwiązania zmniejszające pozostawiany ślad węglowy wywołany ich transportem. Wykorzystanie technologii Big Data i wdrożenie jej w platformy cyfrowe firmy umożliwia wybór rodzaju transportu oraz optymalizację tras, budując zrównoważoną i pro-środowiskową wartość dla przyszłych pokoleń.

Jako wiodący operator logistyczny, Kuehne + Nagel proaktywnie angażuje się w niwelacje pozostawianego śladu węglowego z transportu świadczonego przez swoich dostawców. Do ich grona należą firmy transportowe oraz linie lotnicze i dostawcy spedycji morskiej.
Kuehne + Nagel dąży do kompleksowej neutralizacji CO2 (w zakresie trzech poziomów, w ramach protokołu w sprawie emisji gazów cieplarnianych – Greenhouse Gas Protocol – GHG) do 2030 r. Pierwszy element strategii zakłada ograniczenie emisji CO2 w transporcie ładunków niepełnokontenerowych (LCL) od 2020 roku.

Program Net Zero Carbon zakłada trzy obszary działania: wykrywanie, redukcję i kompensację pozostawianego śladu węglowego. Kuehne + Nagel rozpoczęło realizacje autorskich projektów przyrodniczych w Mjanmie i Nowej Zelandii oraz zainwestowało w różne projekty środowiskowe, zakładające usuwanie CO2 z powietrza. Kuehne + Nagel gwarantuje zgodność norm emisji CO2 i metodologii obliczania ich wartości z międzynarodowymi standardami.

W ciągu ostatnich lat, Kuehne + Nagel znacznie ograniczyło swój ślad węglowy i dalej będzie wdrażać dobre praktyki w tym zakresie. Trwające programy szkoleniowe utrzymują i poszerzają świadomość ekologiczną pracowników firmy. Wideokonferencje coraz częściej zastępują podróże służbowe. Bezpośrednie, nieuniknione emisje dwutlenku węgla (zakres pierwszy i drugi w ramach protokołu w sprawie gazów cieplarnianych) zostaną w pełni rekompensowane od 2020 roku.

Dr Detlef Trefzger, dyrektor zarządzający Kuehne + Nagel International AG, komentuje: „Jako jedna z wiodących firm logistycznych na świecie, uznajemy naszą odpowiedzialność za środowisko, ekosystem i przede wszystkim za ludzi. Nasza działalność opiera i będzie się opierać na realizacji celów, mających za zadanie niwelację pozostawianego śladu węglowego we współpracy z dostawcami i Klientami. W pełni popieramy założenia porozumienia paryskiego, którego celem jest ograniczenie globalnego wzrostu temperatury do 1,5°C. Kuehne + Nagel aktywnie angażuje się również w implementacje innowacyjnych i zrównoważonych rozwiązań w całym cyklu łańcucha dostaw.

Jak sobie radzą na rynku pracy i jakiego zatrudnienia poszukują absolwenci polskich uczelni?

Obecnie stopa bezrobocia wynosi  5,2% i jest najniższa od wielu lat[1].  Wiele wskazuje na to, że w przyszłości ten wskaźnik będzie jeszcze niższy, ponieważ jak przewiduje PwC, do 2025 r. konieczne będzie zatrudnienie ok. 1,5 mln osób[2], w tym także młodych pracowników. Fakt starzenia się naszego społeczeństwa, rozwój  nowych technologii i pojawienie się zawodów, które wcześniej nie istniały, sprawia, że na rynku pracy za chwilę dyktować warunki będzie pokolenie Z. Chodzi o osoby urodzone w końcówce lat 90. XX w., które właśnie rozpoczynają karierę zawodową, czyli mowa także o świeżo upieczonych absolwentach polskich uczelni. To generacja pracowników, która jest nadzieją polskiej gospodarki. Pracodawcy, nie tylko te największe marki, doskonale wiedzą, że młode talenty z otwartymi głowami, nieszablonowym podejściem do rozwiązywania problemów i innymi kompetencjami, których nie posiadają starsi pracownicy, są na wagę złota.  A, co na swój temat uważają „Zetki”? Czy czują się przygotowane przez szkoły wyższe do podjęcia pracy? Co myślą o swojej drodze zawodowej i czy wiedzą, czego oczekują od przyszłych pracodawców? 

Agnieszka Surowiec, ekspert z firmy Intrum Justitia
Agnieszka Surowiec, ekspert z firmy Intrum Justitia

Jak zaznacza Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum, poznanie odpowiedzi na powyższe pytania jest kluczowe dla pracodawców, którzy myślą o rekrutowaniu młodych-zdolnych. – Pracodawcy muszą poznać potrzeby najmłodszej generacji pracowników, ponieważ osoby między 20., a 25. rokiem życia, szykujące się na podbój rynku pracy, mają zupełnie inne wymagania niż Millenialsi czy starsze pokolenia. To ważne, ponieważ nierzadko daje się zauważyć, że pracodawca doskonale wie, co zyska zatrudniając „Zetkę” i jak cenny może być to pracownik dla firmy, ale nie zawsze wie, czego oczekuje od niego druga strona. Często popełnianym przez nich błędem również jest to, że problemy młodych pracowników rozwiązują „starymi” metodami, które są zupełnie nieskuteczne w ich przypadku. Kim zatem są pracownicy z pokolenia Z, absolwenci polskich uczelni?

Czy absolwenci czują się gotowi?

Młody, czyli niezdecydowany lekkoduch? To mit. Osoby, które teraz rozpoczynają studia, szukają takiego kierunku czy uczelni, która w przyszłości zapewni im dobrą pracę, ale jednocześnie, chcą w tej pracy robić, to co lubią. Rozpoczynają karierę z założeniem, że można połączyć te dwie kwestie. „Zetkom” zależy na rozwijaniu posiadanych pasji. Jak pokazują dane zebrane przez Pracuj.pl, wśród absolwentów oraz studentów, aż 50 proc. tej grupy, postrzega pracę jako środek do realizacji pasji pozazawodowych[3]. Chcą pracować w firmie, która pomoże im zdobywać nowe umiejętności i będzie dla nich stymulującym wyzwaniem. Mniej liczy się dla nich zarabianie góry pieniędzy, bo nauczyli się od starszych pokoleń, że te nie zawsze przynosi satysfakcję.

Osoby, które niedawno ukończyły 20. rok życia, choć nie mają doświadczenia na rynku pracy, wiedzą, że teraz dla pracodawców liczą się kompetencje, które da się nazwać, za którymi stoi jakieś know-how. Czy polskie uczelnie, których zdecydowana większość jest nastawiona na przygotowanie młodego człowieka na rynek pracy, są tego świadome?  Od tego, czy dana szkoła wyższa przyłoży się do przekazywania praktycznej wiedzy, w dużej mierze może zależeć, czy młody człowiek z sukcesem wejdzie na rynek pracy, czy też „straci” kilka następnych lat swojego życia na doszkalanie się, czy wręcz zmianę zawodu. Niestety, wśród absolwentów przeważają podobne, negatywne zdania co do poziomu ukończonej szkoły wyższej oraz jej odpowiedniego przygotowania młodego człowieka do funkcjonowania na obecnym rynku pracy.

Pomimo mało przychylnych opinii na temat efektów nauki na uniwersytetach i innych szkołach wyższych, ponad 3/4 studentów ma zamiar rozwijać się zgodnie z wybranym kierunkiem studiów[4]. Co więcej, większą wagę przykładają także do dalszego kształcenia po ukończeniu szkoły wyższej, np. na studiach doktoranckich, podyplomowych, kursach czy szkoleniach. Można z tego wyciągnąć wniosek, że poważnie podchodzą do swojej przyszłości. To, co różni generację Z od poprzednich pokoleń, to świadomość, że ukończenie studiów wyższych już nie gwarantuje sukcesu zawodowego. Skończenie danego kierunku może być świetną bazą do zdobywania bardziej konkretnych kompetencji wymaganych na rynku pracy. To także dobry sygnał dla pracodawców. Wystarczy, że podczas rekrutacji będą skoncentrowani na zatrudnieniu takich dwudziestolatków, którzy będą chcieć się uczyć także w pracy i każde proponowane szkolenie nie będzie przez nich traktowane jak przykry obowiązek, ale jak „darmowa” szansa nauczenia się czegoś nowego – mówi Agnieszka Surowiec, Intrum.

Staż? Jak najbardziej!

Absolwenci polskich uczelni zdobywanie nowych kompetencji coraz częściej traktują jako inwestycję w swoją przyszłość. Zapewne większość HR-owców spotkała podczas prowadzonej rekrutacji „młodego-zdolnego” z minimalnym doświadczeniem zawodowym, który chciałby zarabiać kilka tysięcy złotych na starcie. Ale nie brakuje również osób, które zdecydują się na kilkumiesięczne staże czy praktyki, nierzadko bezpłatne. Według raportu Pracuj.pl, aż 82 proc. badanych studentów i absolwentów bardzo docenia taki rodzaj zdobywania wiedzy i często z niego korzysta (blisko 70 proc. respondentów[5]). Staże nie tylko pomagają studentom przygotować się do pracy na konkretnym stanowisku, ale także uczą zasad funkcjonowania w danej firmie.

– Stereotyp mówiący o praktykancie, robiącym kawę czy kserującym dokumenty odszedł już w zapomnienie. Przede wszystkim dlatego, że dzisiaj firmy nie mogą pozwolić sobie na marnowanie potencjału. Każdy pracownik jest cenny. Dziś pracodawcy wdrażają wiele narzędzi z zakresu employer brandingu, by odpowiednio przyjąć w firmie nowych pracowników, także praktykanta czy stażystę. Studenci czy absolwenci również mają świadomość, że podczas stażu czy praktyk zdobędą wiedzę i umiejętności, których nie przekaże im żadna szkoła. Wiedzą także, że jeżeli pokażą się od dobrej strony podczas takiego „testowego” okresu, będą mieć szansę na stabilne zatrudnienie w danym miejscu. Pokolenie Z nie chce gromadzić pieniędzy, a wspomnienia i doświadczenia. Takie samo podejście daje się zauważyć, jeżeli chodzi o sprawy zawodowe. Dla „Zetek” liczy się zdobycie wielu istotnych kompetencji, zanim znajdą wymarzoną pracę. Dlatego decydują się również na wolontariaty, projekty studenckie, programy stażowe i menedżerskie oferowane przez coraz więcej firm oraz tradycyjne praktyki – wylicza Agnieszka Surowiec,  Intrum.

Gdzie absolwenci chcieliby pracować?

Według raportu Pracuj.pl, prawie połowa badanych (44 proc.) myśli o pracy w międzynarodowej korporacji lub dużej ogólnopolskiej organizacji. Z kolei 1/3 chciałaby pracować w małej firmie liczącej do 50 pracowników lub w start-upie. Niewielu jednak myśli o założeniu własnej firmy – jedynie 17 proc. respondentów badania. Te dane pokazują, że szukając zatrudnienia, absolwenci w mniejszym stopniu zwracają uwagę na zarobki, ale cenią sobie już wcześniej wspomnianą możliwość rozwoju zawodowego oraz dobrą atmosferę w miejscu pracy.

Szansa na szybki awans oraz wysokie wynagrodzenie, to nie są najważniejsze czynniki wpływające na to, że młodzi będą aplikować na dane stanowisko. Bardziej liczy się dla nich docenianie przez pracodawcę, możliwość pracy dla marki, która dokonuje znaczących zmian w świecie, np. dba o środowisko lub po prostu stawia na zrównoważony rozwój.
Z naszych doświadczeń wynika również, że takim osobom szczególnie zależy na szybkim zintegrowaniu się z zespołem, dowiedzeniu się jak największej ilości informacji o marce, dla której pracują. Dlatego w Intrum dbamy o to, aby nowy pracownik nie tylko pozna
ł zasady funkcjonowania w firmie, ale także otrzymał wiedzę na temat naszej historii i misji – wyjaśnia Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.

[1] Dane GUS.

[2] Dane PwC: Rosnąca luka na rynku pracy w Polsce, 2019.

[3] Raport Pracuj.pl, Studenci i absolwenci o rynku pracy, 2019.

[4] j.w.

[5] j.w.

Wdrożenie 5G zwiększy zużycie energii o 170%

Wdrożenie sieci 5G to przełomowe wydarzenie dla branży telekomunikacyjnej. Ankietowani przez Vertiv operatorzy, również działający w Polsce, optymistycznie oceniają perspektywy biznesowe niesione przez tę technologię. Jednak jednocześnie trzeba mieć na uwadze ryzyko, że korzyści finansowe płynące z możliwości, jakie daje 5G, mogą być ograniczone przez niekontrolowane zużycie energii.

Rozpatrując korzyści związane z 5G trzeba mieć na uwadze, że bardziej intensywny transfer danych wymaga ogromnej ilości energii elektrycznej. Operatorzy wdrażający 5G muszą więc zwrócić uwagę na dwa aspekty tego przedsięwzięcia: masową łączność bezprzewodową i ogromną ilość energii wymaganą do jej realizacji.

Przedstawiciele telekomów mają tego świadomość. Zdaniem 90% firm telekomunikacyjnych, które wzięły udział w badaniu 451 Research i Vertiv, 5G spowoduje wzrost zużycia energii i jej kosztów. W związku z tym są one zainteresowane technologiami i usługami, które zwiększą wydajność. Jest to zgodne z analizami firmy Vertiv, według których przejście na technologię 5G spowoduje zwiększenie całkowitego zużycia energii w sieci o 150-170% do 2026 roku.

Wygląda więc na to, że łagodzenie skutków zwiększonych kosztów zasilania będzie jednym z najpoważniejszych wyzwań dla firm udostępniających sygnał w standardzie 5G.

Energetyka a 5G – wyzwania

Operatorzy telekomunikacyjni są przede wszystkim zainteresowani zmniejszeniem konieczności konwersji napięcia przemiennego (AC) do stałego (DC). Aż 79% badanych uznało, że zagadnienie to już teraz jest ważne, a według 85% nastąpi to w ciągu najbliższych pięciu lat. W tym samym czasie powszechnie zaczną być stosowane także nowe techniki chłodzenia. Obecnie z nowoczesnych rozwiązań w tym zakresie korzysta 43% operatorów na całym świecie, a w perspektywie pięcioletniej odsetek ten ma sięgnąć 73%. Firmy telekomunikacyjne wymieniają także akumulatory kwasowo-ołowiowe (VRLA) na litowo-jonowe. Dokonało tego już 66% telekomów, a za pięć lat ten odsetek ma wynieść 81%.

Wdrożenie technologii 5G będzie najtrudniejszym i wywierającym największy wpływ procesem usprawniania infrastruktury sieciowej, jakiego kiedykolwiek doświadczyła branża telekomunikacyjna. Skala tego wyzwania jest już powszechnie zauważana, podobnie jak potrzeba zapewnienia nowych technologii i usług – zauważa Piotr Wójcik, Dyrektor Działu Sprzedaży ds. Kluczowych Klientów z polskiego oddziału firmy Vertiv. –  Ich rentowność będzie zagwarantowana dzięki wydajnemu zarządzaniu coraz bardziej rozproszonymi sieciami i łagodzeniu skutków związanych ze zwiększonymi kosztami energii elektrycznej.

Przedsiębiorstwa mogą skorzystać z wielu sposobów kontrolowania kosztów w warstwie infrastruktury i obniżania ich. Z pewnością będzie pomocna wymiana fizycznych elementów na nowe, jednak jest to proces częściowy i przyrostowy. W przypadku posiadania ograniczonych środków na inwestycje, można skorzystać z innych rozwiązań. Innowacyjne modele biznesowe, takie jak ESaaS (oszczędności energetyczne jako usługa), są w stanie zaspokoić oczekiwane potrzeby związane z infrastrukturą.

Co ze środowiskiem?

Sieci telekomunikacyjne zgodne ze standardem 5G zapewnią mocniejszy sygnał radiowy, dzięki czemu dotrze on do większej liczby odbiorców. W wartościach bezwzględnych spowoduje to zwiększenie poboru energii elektrycznej, ale dzięki lepszemu pokryciu obszaru, zmniejszy się średnia emisja dwutlenku węgla przypadająca na użytkownika końcowego.

Według raportu SMARTer 2030[1], opracowanego przez Accenture dla GeSI (Global E-sustainability Initiative), pomimo oczekiwanego rozwoju sektora ICT, obejmującego operatorów telefonii komórkowej, względna emisja dwutlenku węgla przez tę branżę do 2030 r. utrzyma się na poziomie 2% globalnej emisji. Co jednak ważniejsze, potencjał jej obniżenia przez cały sektor ICT, w tym przez telefonię komórkową, szacuje się na poziomie 20% globalnej emisji CO2 do roku 2030.

Jak można wykorzystać sieć 5G

Rozwój i systematyczne poszerzanie zasięgu sieci 5G to kluczowy czynnik dla zastosowań technologii przetwarzania na brzegu sieci (edge computing). Ponadto, nowa technologia będzie mieć zastosowanie w takich obszarach jak przesyłanie materiałów wideo o wysokiej rozdzielczości (HD i Ultra HD), wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, inteligentne domy, budynki, fabryki, a nawet całe ekosystemy inteligentnych miast czy cyfrowa opieka zdrowotna.

Kiedy do tego może dojść? Większość badanych operatorów zakłada, że globalnie era 5G ma szansę rozpocząć się na dobre w 2021 roku. Natomiast 88% ankietowanych ma zamiar wdrożyć tę technologię w latach 2021-2022.

[1] http://smarter2030.gesi.org/downloads/Full_report.pdf

Sprzedaż kredytów w Polsce – sierpień 2019 r.

W sierpniu 2019 r., w porównaniu do sierpnia 2018 r., w ujęciu wartościowym, banki i SKOK-i udzieliły kredytów na wyższą kwotę we wszystkich czterech grupach produktowych. Najwyższe wzrosty odnotowały kredyty mieszkaniowe (+18,4%) oraz karty kredytowe (+12,2%). Sprzedaż kredytów konsumpcyjnych wzrosła o (+4,7%), a limitów kredytowych o (+0,5%). W ujęciu liczbowym, w stosunku do sierpnia 2018 r. odnotowano wzrost sprzedaży kart kredytowych (+22,2%) i kredytów mieszkaniowych (+10,1%). W przypadku limitów kredytowych oraz kredytów konsumpcyjnych dynamika jest ujemna: odpowiednio (-17,1%) oraz (-1,8%). W sierpniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły kredytów konsumpcyjnych na kwotę 7,371 mld zł, zaś mieszkaniowych na kwotę 5,614 mld zł. W porównaniu do lipca 2019 r. wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych spadła o (-7,8%), zaś kredytów konsumpcyjnych o (-10,5%).

W okresie styczeń – sierpień 2019 r. banki udzieliły o (+2%) więcej kredytów mieszkaniowych niż w analogicznym okresie zeszłego roku, natomiast w ujęciu wartościowym ich wartość była wyższa o (+13,6%). W przypadku kredytów konsumpcyjnych spadła ich liczba o (-1,0%), ale w ujęciu wartościowym zanotowano wzrost (+7,6%). Bardzo wysoką dodatnią dynamikę zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały karty kredytowe: odpowiednio (+22,8%) oraz (+22,4%).
Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne).

W sierpniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 634,6 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 7,37 mld zł. Stanowi to spadek o 1,8% w ujęciu liczbowym i wzrost o 4,7% w ujęciu wartościowym w porównaniu do sierpnia 2018 r. W porównaniu do lipca 2019 r. liczba udzielonych kredytów spadła o 5,4% a wartość o 10,5%. Narastająco od początku roku udzielono 4,825 mln kredytów konsumpcyjnych na wartość 60,2 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku to o 1,0% mniej kredytów, ale o 7,6% wyższa wartość udzielonych kredytów.

– W okresie styczeń – sierpień 2019 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły jedynie kredytów średnio i wysokokwotowych. W przypadku kredytów konsumpcyjnych do 3,5 tys. zł dynamika jest ujemna. Najwyższa ujemna dynamika występowała w kredytach konsumpcyjnych do 1 tys. zł (-15,8%), a najwyższa dodatnia dynamika wzrostu dotyczyła kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł w ujęciu liczbowym (9,5%) i (10,0%) w wartościowym.

Obecnie (styczeń – sierpień 2019 r.) 34% udzielanych przez banki i SKOK-i kredytów konsumpcyjnych stanowią kredyty średniokwotowe (7 – 20 tys. zł) oraz wysokokwotowe (powyżej 20 tys. zł). W ujęciu wartościowym stanowią one już 86,07% wartości wszystkich udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Dzięki wydłużaniu okresu kredytowania, przy niskim, stabilnym poziomie stóp procentowych i rosnących dochodach gospodarstw domowych, banki mogą udzielać kredytów na wyższe kwoty. Dotyczy to głównie kredytów gotówkowych. Dynamika kredytów gotówkowych wysokokwotowych (powyżej 30 tys. zł) udzielonych w okresie styczeń – sierpień 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, wynosi ok. 10,0%. Średnia wartość udzielonego kredytu konsumpcyjnego w sierpniu 2019 r. wyniosła 11 616 zł i była wyższa już o 6,6% od średniej wartości udzielonego kredytu konsumpcyjnego w sierpniu zeszłego roku. Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 18 183 zł – wzrost o 4,3%. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 230 zł i jest ona wyższa niż rok temu o 14,4%. Kredyty ratalne udzielone w sierpniu 2019 r. stanowią ok 47% udzielonych w tym okresie kredytów konsumpcyjnych oraz 17,1% wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych jest przez BIK co miesiąc monitorowany w oparciu o Indeks jakości, który pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela dla kredytów konsumpcyjnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący (sierpniowy) odczyt wynosi 5,51%. W porównaniu do sierpnia 2018 r. wartość indeksu poprawiła się o 0,24. Nadal uważam, że podstawowe ryzyko związane z kredytami konsumpcyjnymi, w szczególności gotówkowymi, determinowane jest przez wysokokwotowe kredyty, które są obarczone wyższym ryzykiem kredytowym od kredytów niskokwotowych – dodaje prof. Rogowski.

Kredyty mieszkaniowe
W sierpniu 2019 r. banki udzieliły łącznie 20,4 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 5,61 mld zł. Stanowi to wzrost o 18,4% w ujęciu wartościowym w porównaniu do sierpnia 2018 r. W ujęciu liczbowym banki udzieliły o 10% więcej kredytów mieszkaniowych. W sierpniu w porównaniu do lipca liczba udzielonych kredytów mieszkaniowych spadła o 8,0%, a wartość udzielonego finansowania o 7,8%.

W okresie styczeń – sierpień 2019 r. banki udzieliły 159,2 tys. kredytów mieszkaniowych na kwotę 42,87 mld zł. Wzrost w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku dotyczył zarówno liczby (2,0%), jak i wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych (13,6%).

– W sierpniu br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy dodatnie dynamiki zarówno wartości udzielonych kredytów, jak i ich liczby w porównaniu z sierpniem zeszłego roku. Dodatnia dynamika wartościowa wynika głównie ze struktury udzielanych kredytów, w okresie styczeń – sierpień 2019 już ponad 68% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 250 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych, określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, nadal obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym dotyczą głównie kredytów powyżej 250 tys. zł, w tym w szczególności kredytów powyżej 350 tys. zł, których w okresie styczeń – sierpień 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 37,0%, a wartościowym o 37,5%. Tak więc wyniki sierpnia nadal potwierdzają, że hossa na rynku kredytów wysokokwotowych trwa w najlepsze. Natomiast spadki obejmują kredyty poniżej 200 tys. zł. Ujemne dynamiki dotyczyły zarówno liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Kredytów do 100 tys. zł banki udzieliły o 24,0% mniej, a w przedziale 100 – 150 tys. zł mniej o 18,2% niż w analogicznym okresie 2018 r. W styczniu 2019 r. prognozowaliśmy wzrost wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych na poziomie 5-8%. W rzeczywistości dynamika ośmiu pierwszych miesięcy 2019 r. do analogicznego okresu 2018 r. wyniosła 13,6%. Co do wartości, to w całym 2019 r. może być to dynamika dwucyfrowa ale raczej kilka punktów procentowych poniżej zeszłorocznej 20% dynamiki. Uważam, że 2019 rok będzie kolejnym rekordowym rokiem ze sprzedażą około 62 mld zł.

– Sierpniowy Indeks Popytu na kredyty mieszkaniowe również sygnalizuje, że wrzesień powinien być dobry dla rynku kredytów mieszkaniowych. Chyba, że na rynku zajdą niespodziewane negatywne zdarzenia. Musimy mieć jednak pełną świadomość, że rekordy bite są tylko w ujęciu wartościowym. Co ciekawe, w okresie styczeń – sierpień 2019 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 310,63 tys. osób – najwięcej od 2013 r., ale jest to tylko 61% osób, które wnioskowały o kredyt mieszkaniowy w 2007 r. Obecnie mamy dużo mniej osób młodych niż w roku 2007, a to one głównie zaciągają kredyty mieszkaniowe, nie mają bowiem tak jak ich rodzice aktywów mieszkaniowych, które można spieniężyć w celu sfinansowania nabycia nowej nieruchomości. Zazwyczaj nie posiadają również wystarczających oszczędności do sfinansowania nabycia nieruchomości bez współfinansowania kredytem bankowym – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w sierpniu 2019 r. wyniósł 0,70%, co potwierdza wieloletnią już stałą obserwację dotyczącą niskiego poziomu ryzyka kredytowego związanego z udzielaniem kredytów mieszkaniowych. W ostatnich 12 miesiącach (sierpień 2019 do sierpnia 2018) jakość portfela poprawiła się, o czym świadczy lekki spadek Indeksu o -0,09.

– Obecnie nie widać istotnych zagrożeń, które w krótkim horyzoncie czasowym mogłyby wpłynąć na wzrost poziomu szkodowości kredytów mieszkaniowych, a tym samym na wzrost poziomu ryzyka kredytowego – zaznacza prof. Rogowski.

Karty kredytowe

W sierpniu 2019 r. banki wydały 94,3 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 539 mln zł. Stanowi to wzrost o 22,2% w ujęciu liczbowym i o 12,2% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do sierpnia 2018 r. Jednak w porównaniu do ubiegłego miesiąca sprzedaż kart kredytowych, i to zarówno w ujęciu liczbowym jak i wartościowym, odnotowała spadek – odpowiednio o 12,2% oraz 12,9%. W pierwszych ośmiu miesiącach banki wydały łącznie 819,7 tys. kart kredytowych – wzrost o 22,8% w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. W tym okresie banki przyznały 4,734 mld zł limitów na kartach kredytowych, co oznacza wzrost w porównaniu do pierwszych ośmiu miesięcy 2018 r. o 22,4%.

– W sierpniu 2019 r., podobnie jak w poprzednich miesiącach, obserwujemy wysokie liczby sprzedaży kart kredytowych – 22,2% wyższa liczba przyznanych limitów niż w analogicznym okresie 2018 r. Najwyższą dodatnią dynamikę przyznawanych limitów na kartach kredytowych w okresie styczeń – sierpień 2019 r. w porównaniu do pierwszych ośmiu miesięcy 2018 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym, odnotowały karty o limitach w przedziale 1-2 tys. zł, odpowiednio 51,7% oraz 46,7% oraz 2 do 3,5 tys. zł – 35,7% oraz 33,8%. Należy jednak podkreślić, że dodatnie dynamiki w ujęciu liczbowym i wartościowym dotyczyły wszystkich przedziałów kwotowych. Potwierdziłaby się więc teza o tym, że na rynek kart kredytowych weszły osoby o niższych dochodach, a ponadto część banków proponuje również kartę kredytową jako alternatywę dla kredytu ratalnego, szczególnie przy zakupach w kanale e-commerce – mówi prof. Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W sierpniu 2019 r. banki przyznały łącznie 53,0 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę 261 mln zł. Stanowi to spadek o 17,1% w ujęciu liczbowym i wzrost o 0,5% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do sierpnia 2018 r. W okresie ośmiu miesięcy 2019 r. liczba przyznanych limitów wyniosła 446,1 tys. sztuk, a wartość przyznanych limitów 2,13 mld zł. Oznacza to spadek o 4,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 2,3% w ujęciu wartościowym w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r.

Co ciekawe, w przypadku limitów w kontach nie obserwujemy typowego zjawiska związanego z rosnącą sprzedażą w obu skrajnych przedziałach kwotowych: nisko i wysokokwotowych. W przypadku limitów dodatnią dynamikę w ujęciu liczbowym odnotowaliśmy jedynie dla dwóch przedziałów środkowych tj. 1 – 2 tys. zł, oraz 2-4 tys. zł. Odpowiednio: 3,3% oraz 1,6%. W ujęciu wartościowym ujemną dynamiką – 12,8% charakteryzował się przedział limitów średnio kwotowych (4 – 7 tys. zł) i przedział limitów 0,5 – 1 tys. zł
(-1,8%)- zauważa prof. Rogowski z BIK.

Wyprzedaż złotego

Nieszczęścia chodzą parami – przysłowie znakomicie opisuje położenie złotego w ostatnich dniach. Pierwszym ciosem wypychającym EUR/PLN ponad 4,38 było upublicznienie daty wydania przez TSUE wyroku ws. hipotek walutowych. Drugim – podnoszącym kurs blisko letnich szczytów 4,40 – seria fatalnych odczytów indeksów PMI dla Niemiec.

Wyprzedaż złotego została wywołana podaniem terminu wyroku TSUE. Wcześniej nie widzieliśmy jednoznacznych oznak, że kwestia ta negatywnie wpływa na walutę. Potwierdza to też ewidentne podbicie zmienności opcji. Inaczej było w przypadku sektora bankowego. W wycenie instytucji od dłuższego czasu budowano premię za ryzyko niekorzystnego wyroku. Spodziewamy się, że w najbliższym tygodniu złoty pozostawać będzie słaby. Pod presją znajduje się też inny przedstawiciel koszyka CEE3, czyli forint. PLN i HUF to zresztą dwie najsłabsze waluty EMEA w tym kwartale, do euro straciły ponad 3 proc. EUR.HUF jest też najwyżej w swojej historii. Gołębie nastawienie Europejskiego Banku Centralnego, dezinflacja na Węgrzech i pogorszenie nastrojów w biznesie powinny znaleźć odzwierciedlenie w stanowisku węgierskich władz monetarnych. Nie należy oczekiwać jednak cięcia stóp poniżej 0,90 proc. W niesprzyjającym walutom naszego regionu otoczeniu forint nadal powinien być bardzo słaby.

Poniedziałkowe publikacje indeksów PMI dla europejskich gospodarek zszokowały rynek słabością. Negatywne zaskoczenie było tym większe, że przecież wcześniej wskaźnik ZEW sugerował, że kondycja gospodarek nie ulega dalszemu pogorszeniu. Dlatego też tak istotny będzie dzisiejszy odczyt indeksu Ifo. Będzie to swoista weryfikacja wniosków płynących z publikacji PMI. Trudno liczyć na trwałą i wyraźną aprecjację euro tak długo jak nad Eurolandem kłębią się czarne chmury recesji. Z drugiej strony nie można nie dostrzegać, że kurs jest w tej chwili jedynie minimalnie niżej niż tuż przed wczorajszymi danymi. Może to potwierdzać wyczerpywanie się pola do spadków kursu. W najbliższym czasie EUR/USD powinien pozostawać w zakresie wahań wokół 1,10. Na bardziej konstruktywne spojrzenie pozwalałoby dopiero wyjście nad 1,11.

Przed południem zapadnie również wyrok brytyjskiego Sądu Najwyższego w sprawie legalności zawieszenia przez Borisa Johnsona prac parlamentu. Na rynku spekuluje się, że będzie on negatywny dla premiera Wielkiej Brytanii. Jednocześnie nie powinno to zmieniać w ewidentny sposób spojrzenia na brexit. Najbardziej pozytywny dla funta byłby wyrok pozbawiający Johnsona możliwości stosowania tego narzędzia w przyszłości. GBP/USD w ostatnich dniach z okolic 1,26 cofnął się w kierunku 1,24. Widzimy prawdopodobieństwo, że spadkowa korekta w notowaniach zostanie przedłużona.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ultimate Games inwestuje w Red Dev Studio

Red Dev Studio podpisał list intencyjny z notowanym na GPW Ultimate Games S.A. Szacowana wartość umowy wynosi 0,5 mln zł. Pozyskane środki Spółka przeznaczy na produkcję nowych gier.

Ultimate Games zobowiązał się dokonać inwestycji finansowej nie niższej niż 400 tys. zł. Zostanie ona zrealizowana w formie zleceń na produkcję gier lub objęcie nowo wyemitowanych akcji w podwyższonym kapitale zakładowym Red Dev Studio, bądź w innej formie ustalonej przez Strony. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na produkcję od 2 do 4 gier wideo, których wydawcą będzie Ultimate Games S.A.

Współpraca to dla nas szansa na szybki rozwój. Dzięki wsparciu Ultimate Games będziemy mogli zwiększyć skalę działalności w zakresie ilości i jakości naszych nowych produkcji – powiedział Wojciech Sypko, założyciel i prezes zarządu Red Dev Studio.

Ponadto 23 września br. Red Dev Studio pozyskało dwóch finansowych inwestorów instytucjonalnych. Spółka zadebiutuje na rynku NewConnect 26 września. Red Dev Studio planuje rozbudowę wydanych do tej pory gier oraz pracę nad nowymi produkcjami, jak również poszerzenie listy platform, na które wydaje gry, co pozwoli na szybszy rozwój i dywersyfikację źródeł przychodów.

Szara strefa w Polsce

Czym jest szara strefa? Pod pojęciem szarej strefy rozumie się podejmowanie aktywności poza oficjalnym obiegiem gospodarczym – całościowe lub częściowe ukrywanie osiągniętych korzyści majątkowych przed organami administracji państwa. Aktywności podejmowane w ramach szarej strefy dzielą się na legalne i zakazane przez prawo. Wśród legalnych, ukrywanych przed fiskusem, można rozróżnić: działalność nieformalną (praca nierejestrowana) oraz działalność ukrytą (sprzedaż bez faktury). Aktywności nielegalne, zaliczane do szarej strefy, to np.: działalność sutenerska, produkcja i handel narkotykami, przemyt papierosów (GUS, 2018b).

Działalność nielegalna

Pierwszym elementem szarej strefy gospodarczej jest działalność nielegalna, obejmująca produkcję wyrobów i usług, których sprzedaż, rozprowadzanie lub posiadanie jest zabronione przez prawo. GUS za nielegalną uznaje również działalność produkcyjną, która jest zwykle legalna, lecz staje się nielegalna, gdy jest wykonywana przez producentów nie mających do tego prawa, np. praktyka medyczna bez licencji.

Działalność ukryta

Drugim elementem szarej strefy jest ukryta działalność prowadzona przez oficjalnie zarejestrowane przedsiębiorstwa. Innymi słowy chodzi tu o zaniżanie obrotów, głównie celem uniknięcia płacenia podatków (podatku dochodowego, podatku od wartości dodanej (VAT) i innych), a także płacenia składek na ubezpieczenie społeczne. Inny powód ukrywania części produkcji dóbr lub usług to niewypełnianie standardów wymaganych przez przepisy prawa, np. elementów prawa pracy takich jak: płaca minimalna, maksymalny czas pracy czy też warunki bezpieczeństwa i higieny pracy. Inne powody to brak odpowiednich uprawnień, czy też niespełnianie norm technicznych lub wymogów ochrony środowiska.

Działalność nieformalna

Nieformalna działalność gospodarcza jako trzeci element szarej strefy gospodarczej, podejmowana jest głównie przez osoby fizyczne odpłatnie świadczące usługi na rzecz innych osób, czasem także na rzecz przedsiębiorstw. Całkowity brak bezpośredniej rejestracji jest albo wynikiem małej skali działalności, albo działaniem z pominięciem regulacji i standardów, może wynikać również z dorywczego bądź sezonowego charakteru podejmowanych przedsięwzięć. W działalność nieformalną zaangażowana jest w dużym stopniu tzw. marginalna siła robocza, która wykorzystywana jest także w drugim elemencie szarej strefy gospodarczej (działalności ukrytej).

Wielkość szarej strefy w Polsce

Wielkość szarej strefy w 2018 roku szacuje się na nieco ponad 280 mld PLN, ale jej odsetek w relacji do PKB w ostatnich 3 latach zmniejszył się z poziomu 16,7 proc. PKB do 14,1 proc. – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Analitycy PIE wyliczyli, że wpływy sektora finansów publicznych z tytułu redukcji szarej strefy o 1 proc. rocznie przyniosłyby do 2023 r. od 63,9 do 127,8 mld PLN i od 87,4 do 174,7 mld PLN w przypadku jej zmniejszania o 1,5 proc.

Szara strefa kojarzy się zazwyczaj z prowadzeniem nielegalnej działalności. Takie aktywności jak przemyt narkotyków czy działalność sutenerska stanowią jednak jej niewielką cześć. Główne części składowe szarej strefy to praca nierejestrowaną (praca „na czarno”) oraz działalność nieformalna („sprzedaż bez faktury”). Dlaczego ograniczanie jej rozmiarów jest takie ważne? Istnienie szarej strefy znacząco uszczupla wpływy podatkowe, przez co ogranicza możliwość finansowania dóbr publicznych.

Według szacunków przedstawionych w raporcie przychody sektora finansów publicznych z powodu aktywności firm poza oficjalnym obiegiem gospodarczym oraz pracy „na czarno” mogły stracić w 2018 r. ponad 280 mld zł. Według wyliczeń United Nations Global Compact szara strefa w Polsce maleje. Jeszcze w 2010 r. prawie 21 proc. PKB Polski było generowane w obrocie nieoficjalnym, dzisiaj ten odsetek spadł do 14,1 proc. i co kluczowe będzie spadać dalej, a każdy jego spadek oznacza więcej środków na usługi publiczne – mówi Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.SZARA STREFA W POLSCE MALEJE

Redukcja szarej strefy a dochody sektora finansów publicznych

Eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego dokonali analizy wpływu redukcji szarej strefy na wielkość dochodów sektora finansów publicznych.

Każdy etap obliczeń przeprowadzono na podstawie trzech scenariuszy. Optymistyczny pokazuje maksymalny (100 proc.) potencjał dodatkowych wpływów do sektora finansów publicznych, lecz jest najmniej prawdopodobny: nie wszystkie przedsiębiorstwa po wyjściu z szarej strefy mogłyby funkcjonować tak samo, nie mamy też co oczekiwać, że wszyscy zatrudnieni „na czarno” podejmą nagle w pełni legalną pracę. Dlatego wprowadzono też dwa wskaźniki korygujące na poziomie 0,75 i 0,5, którym odpowiada scenariusz umiarkowany (75 proc.) oraz pesymistyczny (50 proc.) – tłumaczy Łukasz Czernicki, kierownik zespołu strategii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Przy założeniu, że szarą strefę udałoby się zredukować rocznie o 1 pkt. proc. (w relacji do PKB), dodatkowe wpływy do sektora finansów publicznych w latach 2018-2023 mogłyby wynieść od 63,9 mld PLN do 127,8 mld PLN.SZARA STREFA W POLSCE MALEJE 2

Przy założeniu, że szarą strefę udałoby się zredukować rocznie o 1,5 pkt. proc. (w relacji do PKB), dodatkowe wpływy do sektora finansów publicznych w latach 2018-2023 mogłyby wynieść od 87,4 mld PLN do 174,7 mld PLN.Redukcja szarej strefy a dochody sektora finansów publicznych

Źródła:

  • Instytut Prognoz i Analiz Gospodarczych Fundacja Naukowa
  • Polski Instytut Ekonomiczny

Inwestycje miast skupiają się na niskoemisyjnym transporcie i ekologii. W ich sfinansowaniu pomogą zielone obligacje

Inwestycje miast skupiają się na niskoemisyjnym transporcie i ekologii. W ich sfinansowaniu pomogą zielone obligacje 7

Polskie miasta będą się stawać coraz bardziej zielone. – Ograniczenie emisyjnego transportu i współpraca z energetyką odnawialną będą inwestycjami preferowanymi przez miasta w perspektywie do 2030 roku – podkreśla Małgorzata Zielińska, ekspert DNB Bank Polska. Ponieważ kolejna nowa unijna siedmiolatka nie będzie już dla samorządów tak hojna, te muszą szukać alternatywnych źródeł finansowania takich projektów. Kapitał mogą pozyskać poprzez emisję zielonych obligacji – papierów wartościowych, z których finansowane są inwestycje proekologiczne, np. elektrownie wiatrowe czy przyjazny środowisku transport.

– Polskie miasta coraz bardziej stawiają na ekologię i rozwiązania, które mają ograniczyć emisję dwutlenku węgla, zwiększyć udział niskoemisyjnego transportu publicznego i umilić mieszkańcom życie. W porównaniu do miast europejskich jest jeszcze wiele do zrobienia, ale też nie mamy się czego wstydzić, ponieważ poprzednia perspektywa unijna dała nam wiele środków na transport niskoemisyjny, poprawę jakości życia mieszkańców, efektywność energetyczną oraz termomodernizację budynków. Mamy w Polsce nowoczesne, ekologiczne miasta, które jeszcze przez najbliższe lata na pewno będą dużo czasu i energii poświęcały temu, żeby poprawić ten wizerunek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Zielińska, dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w DNB Bank Polska SA.

Jak ocenia, w perspektywie finansowej do 2030 roku większość inwestycji skupi się właśnie na niskoemisyjnym transporcie, m.in. zakupie autobusów elektrycznych i hybrydowych. Według prognoz zawartych w ubiegłorocznym raporcie „Paliwa alternatywne w komunikacji miejskiej” PSPA w ciągu najbliższych 10 lat na ulicach polskich miast pojawi się już około 3,5 tys. autobusów zasilanych paliwami alternatywnymi.

Kolejny obszar to dofinansowanie wymiany przez mieszkańców starego ogrzewania na nowoczesne źródła ciepła opalane gazem. Za problem smogu, z którym borykają się polskie miasta, odpowiada głównie niska emisja z kotłów i pieców w gospodarstwach domowych.

– Najbliższa perspektywa do 2030 roku z pewnością będzie stawiała na zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Ograniczenie emisyjnego transportu, współpraca z energetyką odnawialną, czyli wiatraki i fotowoltaika, to będą inwestycje preferowane przez miasta. W niektórych metropoliach europejskich, np. w Londynie, nie można już wjeżdżać do wyznaczonych stref samochodem, bo wiąże się to z kosztownymi opłatami. Taka sytuacja ma też miejsce w Krakowie, a inne miasta podwyższają opłaty parkingowe nawet trzykrotnie po to, żeby mieszkańcy zostawiali samochody i przesiadali się na transport publiczny – mówi Małgorzata Zielińska.

Na lata 2014–2020 z budżetu polityki spójności Polska dostała do rozdysponowania w ramach programów krajowych i regionalnych 82,5 mld euro – najwięcej w historii dotychczasowego członkostwa w Unii Europejskiej. Jednak nowa siedmiolatka nie będzie już tak hojna. Z propozycji przedstawionej przez Komisję Europejską w maju ubiegłego roku wynika, że na lata 2021–2027 Polska dostanie o około 25 proc. mniej środków niż w obowiązującej perspektywie. Mniejszy budżet oznacza, że mniej pieniędzy trafi też do samorządów, które będą musiały szukać alternatywnych źródeł finansowania, żeby utrzymać dotychczasowy poziom aktywności inwestycyjnej.

W sfinansowaniu projektów związanych z ekologią, ochroną środowiska czy poprawą jakości powietrza alternatywą dla środków unijnych może być sektor bankowy i zielone obligacje (green bonds).

– Zielone obligacje niczym się nie różnią od klasycznych, za wyjątkiem celu emisji. Celem emisji zielonych obligacji są właśnie wszystkie projekty związane z ekologią i ochroną środowiska. Może to być właśnie niskoemisyjny transport miejski, nowa oczyszczalnia ścieków, ścieżki rowerowe czy nowy park albo dotacje na zwiększanie efektywności energetycznej budynków, zarówno domów komunalnych, jak i użyteczności publicznej – tłumaczy Małgorzata Zielińska.

Jak podkreśla, zielone obligacje to rozwiązanie korzystne zarówno z punktu widzenia miast-emitentów, jak i inwestorów. Miasta wykorzystują je do promowania swoich kluczowych inwestycji o charakterze proekologicznym, natomiast inwestorzy – banki czy fundusze inwestycyjne – szukają takich produktów, ponieważ polityka korporacyjna czy CSR-owa wręcz nakazuje im lokować określony procent kapitału właśnie w inwestycje związane z ekologią i ochroną środowiska.

Emisja zielonych obligacji zaczyna się od tego, że miasto wspólnie z bankiem przygotowują katalog zielonych inwestycji planowanych w perspektywie najbliższych kilku lat.

– Następnie miasto zatwierdza, które z tych projektów będzie chciało zrealizować. Bank przygotowuje decyzję kredytową, która udziela ostatecznej odpowiedzi, czy dany projekt w takiej kwocie i w takim okresie może zostać sfinansowany. Tutaj wchodzi zewnętrzna instytucja – na ogół europejski NGO, który nadaje certyfikat „zieloności”, czyli potwierdza, że dana inwestycja rzeczywiście jest związana z ekologią i potwierdza cel emisji obligacji. Następnie dokonujemy emisji, znajdujemy inwestorów, ewentualnie banki same nabywają takie obligacje na własny portfel i miasto dostaje środki na finansowanie tych projektów – tłumaczy Małgorzata Zielińska.

Polska – jako pierwszy kraj na świecie – już w 2016 roku wyemitowała zielone obligacje na kwotę 750 mln euro na sfinansowanie ulg i dotacji dla firm wytwarzających zieloną energię. Na rynkach kapitałowych takie instrumenty dłużne dla samorządów czy firm zaczęły pojawiać się już kilka lat wcześniej. W ubiegłym roku Polska dokonała kolejnej emisji zielonych obligacji o wartości 1 mld euro. Jak podało Ministerstwo Finansów, emisja po raz kolejny spotkała się z olbrzymim zainteresowaniem, inwestorzy chcieli kupić papiery o wartości aż 3,25 mld euro.

– Liczę, że jeszcze w tym roku pierwszy samorząd zdecyduje na emisję zielonych obligacji. Zachęcamy do tego również małe i średnie samorządy, a nie tylko metropolie – mówi dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w DNB Bank Polska.

Polityka DNB Banku zakłada finansowanie projektów związanych z ochroną środowiska i infrastrukturą samorządową właśnie poprzez zielone obligacje. W 2018 roku był trzecim pod względem aktywności na rynku zielonych obligacji bankiem na świecie. Korzysta przy tym ze wzorców skandynawskich – miasta takie jak Oslo czy Sztokholm już od kilku lat z powodzeniem emitują zielone obligacje.

– Wykorzystując te wzorce, chcemy wdrożyć je do polskich samorządów i pokazać, w jaki sposób można uatrakcyjnić finansowanie, pokazać mieszkańcom, na co wydajemy konkretne środki pożyczone od banku – mówi Małgorzata Zielińska.

Jak wynika z tegorocznego raportu DNB i KPMG, globalna wartość zielonych obligacji wyniosła w 2017 roku 162,1 mld dol. W 2018 roku było to 167,3 mld. Szacunki rynkowe mówią, że w tym roku będzie to już 250 mld dol. Tylko w styczniu i lutym tego roku wyemitowano obligacje o wartości 24,6 mld dol. Największy udział w rynku zielonych obligacji mają USA (20 proc.) i Chiny (18 proc.). Z europejskich krajów najaktywniejsze pod tym względem są Francja (8 proc.), Niemcy (5 proc.) oraz Holandia (4 proc.). Prawie połowa ze wszystkich europejskich zielonych emitentów to instytucje niefinansowe.

Kurs bitcoina może dojść do 100 tys. dol. już w przyszłym roku. Napędzi go m.in. ograniczona podaż kryptowalut i rosnąca akceptacja takich płatności

Kurs bitcoina może dojść do 100 tys. dol. już w przyszłym roku. Napędzi go m.in. ograniczona podaż kryptowalut i rosnąca akceptacja takich płatności 8

Ograniczona podaż bitcoina i rosnące koszty jego wydobywania, popyt spekulacyjny i coraz większa akceptacja dla płatności w kryptowalutach to czynniki, które będą napędzać wzrost wartości bitcoina. Prezes Blockchain Development Foundation Kamil Gancarz prognozuje, że już w maju przyszłego roku jego kurs może sięgnąć nawet 100 tys. dol. Jak ocenia ekspert, kryptowaluty staną się w przyszłości oficjalnym środkiem płatniczym, bo – mimo niestabilności rynku – mają wiele przewag nad tradycyjnym pieniądzem. Jednak aby było to możliwe, potrzebne są regulacje, które zapewnią większe bezpieczeństwo użytkownikom.

– Zakładam, że bitcoin będzie kosztował 100 tys. dol. w terminie między majem 2020 roku a sierpniem 2021 roku. W tym okresie zobaczymy właśnie taką cenę tej kryptowaluty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kamil Gancarz, finansista, prezes Blockchain Development Foundation.

Jak ocenia, największy wpływ na wzrost kursu kryptowaluty będzie mieć tzw. halving, czyli wysokość nagrody za wykopanie bloku. Nowe bitcoiny powstają dzięki rozwiązywaniu przez komputery (lub urządzenia zwane koparkami) skomplikowanych problemów matematycznych. Bitcoiny są wydobywane w blokach co 10 minut i stanowią nagrodę za pracę górników. Przez pierwsze cztery lata wydobywana liczba wynosiła 50 szt. na blok. Ta wartość zmniejsza się o połowę średnio co cztery lata. Pierwszy halving odbył się w 2012 roku, a nagroda spadła do 25 bitcoinów, kolejny nastąpił w 2016 i nagroda spadła do 12,5. Natomiast w maju 2020 roku będzie miał miejsce kolejny podział nagrody, w którego wyniku liczba bitcoinów trafiających na rynek zmniejszy się do 6,25, co spowoduje wzrost ich wartości do rekordowego pułapu.

– To będzie dużym motorem napędowym wzrostu, ponieważ koszt wydobycia bitcoina urośnie dwa razy, więc rynek automatycznie będzie musiał się dostosować – mówi Kamil Gancarz.

Ekspert ocenia, że do wzrostu wartości kryptowaluty przyczynią się także rosnące koszty produkcji i energii elektrycznej, ponieważ aby wykopać jednego bitcoina, trzeba zapłacić około 6 tys. dol. za prąd, a do tego dochodzi jeszcze koszt amortyzacji koparek. Istotnym czynnikiem jest też z góry ustalona, ograniczona podaż – bitcoinów ma być docelowo 21 mln sztuk.

– Kolejna sprawa to popyt spekulacyjny. Kiedy cena zacznie rosnąć, dołączą też inni uczestnicy rynku i ludzie, którzy będą widzieć w bitcoinie okazję na zarobek, więc to również spowoduje wzrost ceny. Trzecim czynnikiem będzie rosnąca adopcja bitcoina – od września Nowa Zelandia umożliwia wypłatę pensji w bitcoinach, banki centralne zaczynają myśleć o własnych kryptowalutach, co także wspiera wzrost ich wartości – mówi Kamil Gancarz.

Nowa Zelandia jest pierwszym krajem na świecie, który zalegalizował wypłacanie pensji w bitcoinach. Państwo wprowadziło możliwość podziału wypłaty – część można otrzymać w kryptowalucie, a część w formie tradycyjnej gotówki czy przelewu. Taka wypłata ma być akceptowana przez urząd skarbowy i podlegać opodatkowaniu na standardowych warunkach.

Ekspert ocenia, że ta zmiana zwiększy zaufanie społeczeństwa do kryptowalut i będzie zachętą do przechowywania swoich oszczędności w bitcoinach. Jednocześnie podkreśla, że ze względu na dużą niestabilność notowań bitcoina inwestowanie w tę kryptowalutę wiąże się z dość sporym ryzykiem.

– Często mamy zmienność nawet na poziomie 10 proc. dziennie. Wyobraźmy więc sobie, że nasz majątek potrafi się o 10 proc. skurczyć bądź urosnąć w ciągu jednego dnia. Dlatego też ryzyko inwestycyjne jest bardzo duże – mówi Kamil Gancarz. – Dodatkowo największe spadki od poziomów szczytowych do poziomów minimalnych w bitcoinie sięgają 93 proc.. Oczywiście w dłuższej perspektywie bitcoin przeważnie wraca i bije nowe rekordy, ale trzeba się też liczyć ze spadkami.

Mimo niestabilności bitcoin ma wiele przewag nad tradycyjnym pieniądzem – chociażby takich jak brak możliwości fałszerstwa czy prostota transferu środków, które mogą być przesyłane nawet bez dostępu do internetu. W lutym tego roku po raz pierwszy przesłano bitcoina na odległość 640 km z San Francisco do Toronto przez radio. Dlatego – jak prognozuje prezes Blockchain Development Foundation – w przyszłości kryptowaluty najprawdopodobniej staną się oficjalnym środkiem płatniczym, funkcjonując na rynku na równi z walutami narodowymi emitowanymi przez banki centralne. Aby to umożliwić, rynek potrzebuje jednak regulacji, które zapewnią większe bezpieczeństwo użytkownikom.

– Mamy już bardzo dużo piramid finansowych. Sprzedawane są ludziom kryptowaluty, które albo w ogóle nimi nie są, albo są stricte nastawione na wyłudzenie pieniędzy. Z pewnością trzeba będzie też uregulować rynek giełd kryptowalutowych, co pokazuje chociażby ostatnia wpadka Bitmarket.pl, giełdy, która zniknęła z rynku z ogromną liczbą środków poszkodowanych klientów. Nie byłoby tego problemu, gdyby giełdy były regulowane albo podlegały nadzorowi KNF. W tej chwili jest to jeszcze Dziki Zachód, ale on powoli zaczyna być już mainstreamem – mówi Kamil Gancarz.

KRRiT: Jesteśmy gotowi wdrożyć nowy panel badania mediów elektronicznych. Czekamy na odzew rynku

0

KRRiT: Jesteśmy gotowi wdrożyć nowy panel badania mediów elektronicznych. Czekamy na odzew rynku 9

O 24 mln zł większy będzie przyszłoroczny budżet Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która pracuje nad wdrożeniem nowego, jednolitego dla całego rynku standardu badania konsumpcji mediów elektronicznych – internetu, radia i telewizji. Dotychczas monitorowaniem tego rynku zajmowało się kilka różnych firm. KRRiT chce, by w prace czynnie włączył się rynek, czyli nadawcy telewizyjni, radiowi, internetowi i operatorzy kablowi. Wdrożenie nowego standardu ma się przełożyć na większą efektywność dotarcia kontentu reklamowego do odbiorców.

– Budżet KRRiT jest taki, jaki Rada zaplanowała i zgłosiła, więc jest on zgodny z naszymi oczekiwaniami. Tak naprawdę dopiero po procedurze sejmowej będzie można jednak powiedzieć, jakiego ostatecznie nabierze kształtu. Natomiast ten budżet jest związany z licznymi zadaniami KRRiT – w tym jednym nowym, jakim jest jednoźródłowy pomiar telemetryczny radia, telewizji i internetu, który stanowi dużą część proponowanego budżetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Kołodziejski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Zgodnie z przyjętym przez rząd w końcówce sierpnia projektem ustawy budżetowej na 2020 rok do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji mają trafić 72 mln zł wobec 48 mln zł w ubiegłym roku. Wzrost wydatków – jak podkreśla szef KRRiT – jest uzasadniony pilotażowym projektem badania konsumpcji mediów elektronicznych.

Mamy już dzisiaj taki próbny, eksperymentalny panel obejmujący 400 panelistów, którzy noszą swoje urządzenia. One na bieżąco monitorują to, czego słuchamy i oglądamy. Mamy prawie 5 mln danych zwrotnych z dekoderów. Badanie jest realizowane, a to, kiedy zostanie wdrożone, zależy od rynku, bo tak naprawdę czekamy na jakieś rekomendacje, czekamy, aż nadawcy określą, czego potrzebują i jak chcą, aby to badanie było skonstruowane. My jesteśmy gotowi – mówi Witold Kołodziejski.

Nad projektem Telemetria Polska, który zakłada stworzenie nowego, jednoźródłowego panelu badania konsumpcji mediów elektronicznych (telewizji, radia i internetu), KRRiT pracuje od kwietnia ubiegłego roku. Regulator chce, aby w prace czynnie włączył się rynek, czyli nadawcy telewizyjni, radiowi, internetowi i operatorzy kablowi.

 My jesteśmy już w stanie do końca roku ogłaszać pierwsze poważne przetargi. Ale nie zrobimy tego, dopóki nie będzie jakiegoś konsensusu ze strony rynkowej, a z tym jest najtrudniej. Nadawcom samym między sobą jest się trudno porozumieć, a pod uwagę trzeba wziąć jeszcze różne specyfikacje, bo radio, telewizja i branża internetowa zupełnie inaczej na to patrzą. To jest największy problem, a nie sama technika ani sposób prowadzenia badań – mówi Witold Kołodziejski.

Prace badawczo-rozwojowe nad nowym standardem KRRiT prowadziła przez ostatni rok z Instytutem Łączności, który opracował specjalne urządzenia do pomiaru, oraz Instytutem Statystyki i Demografii warszawskiej SGH. W ramach pilotażu do tej pory uruchomiono ponad 400 urządzeń pomiarowych, które w trybie online zarówno stacjonarnie, jak i mobilnie zbierają dane dotyczące konsumpcji mediów (telewizja, radio, internet). Przeprowadzono 5,8 mln obserwacji, co zajęło łącznie 1 174 godziny testów.

Docelowo projekt Telemetria Polska zakłada panel telemetryczny oparty na 26 tys. respondentów i jednoźródłowy pomiar TV, radia i internetu (mierzenie konsumpcji mediów poza domem i na urządzeniach przenośnych). Dodatkowo ma być uruchomiony panel RPD, oparty na 11 mln gospodarstw domowych.

Kluczowym elementem nowego standardu badania ma być jednoźródłowość danych, co oznacza, że dane o konsumpcji różnych mediów będą pochodzić od jednego panelisty. W tej chwili rynek monitoruje kilka różnych firm (np. internet – Gemius, a telewizję – Nielsen). Jak podkreśla KRRiT, wdrożenie nowego standardu przełoży się na większą efektywność dotarcia kontentu reklamowego do odbiorców.

Infekcje układu moczowego mogą nawracać nawet kilka razy w roku. Antybiotyki nie zawsze są wystarczające

Infekcje układu moczowego mogą nawracać nawet kilka razy w roku. Antybiotyki nie zawsze są wystarczające 10

Nawracające infekcje dróg moczowych dokuczają najczęściej kobietom. Mogą się pojawiać nawet kilka razy w roku, przez co znacznie obniżają jakość życia pacjentek. Powodem nawrotów jest zwykle niedoleczona albo niewłaściwie leczona wcześniej infekcja, ale każda z nich pogarsza stan śluzówki pęcherza moczowego, przez co leczenie jest coraz trudniejsze. Antybiotyki nie zawsze są w stanie kompletnie zniszczyć populację bakterii, wtedy stosuje się również tzw. farmakoterapię dopęcherzową.

– Nawracające infekcje dolnych dróg moczowych to ogromny problem dotyczący zarówno Polek, jak i Polaków, ale głównie pań. To infekcje, które nawracają więcej niż dwukrotnie w ciągu roku. Są przyczyną cierpienia, nasilonych dolegliwości dyzurycznych [trudności w oddawaniu moczu – red.]. W zasadzie jeżeli pacjentka wejdzie w ciąg takich infekcji, bardzo trudno jest go przerwać – mówi agencji Newseria Biznes prof. Piotr Radziszewski, kierownik Kliniki Urologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Kobiety trafiają do urologa częściej niż mężczyźni. Wynika to z uwarunkowań anatomicznych: u kobiet cewka moczowa jest znacznie krótsza i mniejsza niż u mężczyzn. Jedną z najczęstszych przyczyn wizyt u urologa są właśnie nawracające infekcje dolnych dróg moczowych. Powodem nawrotów jest zwykle niedoleczona albo niewłaściwie leczona wcześniej infekcja dolnych dróg moczowych. Te bardzo powszechnie powodują bakterie z rodzaju Escherichia coli, które przyczepiają się do śluzówki pęcherza i stopniowo ją niszczą. Dlatego każda infekcja bakteryjna powoduje zniszczenie śluzówki pęcherza.

 Najprościej uzmysłowić sobie, co dzieje się w naszym pęcherzu, na przykładzie zapalenia gardła. Wszyscy doskonale wiemy, że mamy wtedy czerwone gardło, które drapie, piecze, boli i które pod wpływem jakichkolwiek płynów bardzo nam dokucza. Taka sama śluzówka znajduje się w pęcherzu moczowym i niszczą ją kolejne infekcje, kolejne wzrosty bakterii w pęcherzu moczowym. Przez to bakterie niejako wgryzają się w ścianę pęcherza moczowego. Dlatego tak trudno jest wyleczyć nawrotowe infekcje, nawet stosując celowane antybiotyki – mówi prof. Piotr Radziszewski.

Przy każdej infekcji dróg moczowych urolog powinien zlecić posiew moczu, który wykaże, jaki rodzaj drobnoustrojów za nią odpowiada, i określić jego wrażliwość na antybiotykoterapię. Leczenie infekcji dolnych dróg moczowych przeważnie zaczyna się od farmakoterapii doustnej, ale antybiotyki nie zawsze są w stanie kompletnie zniszczyć populację bakterii. Wtedy stosuje się również farmakoterapię dopęcherzową (tzw. wlewki). Jej zadaniem jest odbudowa warstwy tzw. GAG-ów w śluzówce pęcherza moczowego.

– Analogicznie stosujemy różnego rodzaju tabletki do ssania, które chronią śluzówkę w gardle. W pęcherzu moczowym za ten efekt obronny odpowiedzialna jest tzw. warstwa glikozaminoglikanów, kolokwialnie mówiąc GAG-ów. W przypadku pacjentek z nawrotowymi infekcjami dróg moczowych te GAG-i są kompletnie zniszczone. Można je odtworzyć, stosując syntetyczne glikozaminoglikany. Najczęściej stosuje się tutaj kwas hialuronowy połączony z siarczanem chondroityny. Te dwie substancje razem powodują łatwiejsze przyleganie do ściany pęcherza – mówi prof. Piotr Radziszewski.

Farmakoterapia dopęcherzowa pozwala zregenerować uszkodzoną błonę śluzową pęcherza moczowego, co zapobiega przenikaniu odpowiedzialnych za infekcję drobnoustrojów do głębszych warstw ściany pęcherza.

– Kiedy już mamy odtworzoną warstwę glikozaminoglikanów, zdecydowanie łatwiej jest stosować antybiotyki, bo ta warstwa niejako odpycha bakterie od ściany pęcherza moczowego. Natomiast po wyleczeniu i uzyskaniu jałowego posiewu moczu od czasu do czasu powinniśmy naszemu pęcherzowi dostarczyć te syntetyczne glikozaminoglikany po to, żeby łatwiej było mu się regenerować i żeby te infekcje nie nawracały – mówi kierownik Kliniki Urologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Stłuczka wypożyczonym samochodem na minuty może słono kosztować. Wykupienie dodatkowego ubezpieczenia chroni przed kosztami

Stłuczka wypożyczonym samochodem na minuty może słono kosztować. Wykupienie dodatkowego ubezpieczenia chroni przed kosztami 11

Choć większość wypożyczalni aut na minuty oferuje samochody z wykupioną polisą OC, często też AC, to w przypadku stłuczki także użytkownicy muszą partycypować w kosztach. Kwoty, których może od nas zażądać firma wypożyczająca auto, wahają się od 500 zł do nawet 10 tys. zł. – W skrajnych przypadkach, kiedy do wypadku doszło przez rażące zaniedbanie użytkownika, może on ponieść całkowity koszt, czyli zapłacić za naprawę albo wręcz odkupić samochód – mówi Andrzej Popielski, prezes Porowneo.pl.

– Samochody, które wypożyczamy na minuty, tak samo jak wszystkie inne pojazdy, powinny mieć ubezpieczenie OC, często również autocasco i w tym zakresie jesteśmy chronieni. Aczkolwiek pamiętajmy o tym, że w przypadku stłuczki czy wypadku, który spowodujemy takim autem, jesteśmy kompletnie wolni od dodatkowych kosztów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Popielski, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Porowneo.pl.

Z danych zebranych przez DataArt („Transport-sharing w Polsce”) wynika, że mieszkańcy największych ośrodków miejskich w Polsce mają dostęp do 18,3 tys. pojazdów i innych środków komunikacji w ramach transport-sharingu. W Polsce działa już 21 firm, które oferują pożyczenie pojazdu. Polacy chętnie przesiadają się do samochodów na minuty – wypożyczenie auta jest tańsze niż jego zakup, serwisowanie i ubezpieczanie. Może się jednak wiązać ze sporymi kosztami, jeśli dojdzie do wypadku.

– W przypadku wystąpienia szkody kwoty, których może od nas zażądać spółka wypożyczająca samochód, wahają się od 500 zł do nawet 10 tys. zł. W przypadkach, kiedy wykazaliśmy się skrajnym niedbalstwem, możemy ponieść koszt szkody całkowitej, czyli będziemy musieli zapłacić za naprawę albo odkupić samochód – wskazuje Andrzej Popielski.

Ekspert przypomina, by przed wypożyczeniem samochodu sprawdzić, czy firma oferuje ubezpieczenie auta i co ono obejmuje. Koszty OC i AC są dla wypożyczalnie bardzo obciążające, a każdy wypadek i kolizja powodują wzrost składki. Dlatego klienci, którzy spowodowali stłuczkę, muszą partycypować w kosztach. W ostatnich miesiącach doszło do kilku poważnych wypadków spowodowanych przez klientów firm car-sharingowych, którzy prowadzili pod wpływem alkoholu. Kary dla nich sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych..

– Jeżeli zdarza się stłuczka i to my ją spowodowaliśmy, w przypadku samochodu prywatnego zapłacimy za to w postaci wyższej składki ubezpieczeniowej w kolejnym roku. Podobnie firma wypożyczająca samochód, jeżeli takich stłuczek będzie miała dużo, to ubezpieczenie samochodu i floty w kolejnym roku będzie droższe, a więc koszt przejechania 1 km będzie wyższy. Dlatego firmy wypożyczające samochody robią wszystko, żeby zminimalizować ryzyko i spowodować, że albo sami będziemy współpłacić za te szkody, albo będziemy bardzo ostrożnie prowadzić – tłumaczy prezes Porowneo.pl.

Jeśli do wypadku dojdzie nie z naszej winy, warto dopilnować, by taka informacja znalazła się w notatce z miejsca zdarzenia przygotowanej przez policję. Należy też bezzwłocznie powiadomić wypożyczalnię samochodu. To o tyle istotne, że jeśli nie zgłosimy stłuczki, to firma carsharingowa pociągnie nas do odpowiedzialności, nawet jeśli wypadek nie był naszą winą.

Przed wypożyczeniem auta można też wykupić dodatkowe ubezpieczenie, choć trzeba wziąć pod uwagę, że nie wszystkie firmy oferujące usługi carsharingu dają taką możliwość.

– Wiele osób ma OC w życiu prywatnym. Kupujemy te polisy często przy okazji ubezpieczania mieszkania i uważamy, że jesteśmy chronieni. Jednak w przypadku, kiedy prowadzimy samochód, ta sytuacja jest nieco inna. Nie możemy liczyć na wypłatę odszkodowania, ponieważ jest to typowe OC komunikacyjne – przypomina Andrzej Popielski.

Cyberbezpieczeństwo jest obecnie jednym z największych wyzwań. Polska i Europa zbroją się cyfrowo przed nadejściem przemysłowej rewolucji 4.0

Cyberbezpieczeństwo jest obecnie jednym z największych wyzwań. Polska i Europa zbroją się cyfrowo przed nadejściem przemysłowej rewolucji 4.0 12

Kluczem do przeprowadzenia czwartej rewolucji przemysłowej jest wdrożenie skutecznych systemów cyberbezpieczeństwa, które umożliwią firmom skuteczne działanie w silnie zinformatyzowanym społeczeństwie. Odpowiedzią na wyzwania branży przemysłu 4.0 jest m.in. przyjęcie unijnej dyrektywy Cybersecurity Act ujednolicającej proces certyfikacji sprzętu. W Polsce powstaje organizacja zdolna do wydawania globalnie akceptowanych certyfikatów.

– Cybersecurity Act porządkuje wiele kwestii, promuje systemy ewaluacji i certyfikacji. Z jednej strony będzie stanowić to pewnego rodzaju wysiłek, bo musimy wdrożyć określone zasady i regulacje. Z drugiej system spójnej kontroli, daje nam szansę, że przy masowości urządzeń i zastosowaniu ich praktycznie w każdym aspekcie naszego życia ten system będzie bezpieczny. Abyśmy od początku mieli szansę kontrolowania procesów łączności i chronienia się przed różnego rodzaju zagrożeniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jerzy Żurek, dyrektor Instytutu Łączności – Państwowego Instytutu Badawczego.

Przemysł 4.0 w znacznej mierze oparty będzie na cyfryzacji, automatyzacji oraz przetwarzaniu dużych zasobów danych za pośrednictwem chmur obliczeniowych. Funkcjonowanie w takim środowisku wymaga wdrożenia zaawansowanych rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa, które uodpornią firmowe systemy na ataki ze strony cyberprzestępców.

Unijna dyrektywa Cybersecurity Act jest bezpośrednią odpowiedzią na zagrożenia, jakie stwarza przejście na model przemysłu 4.0. Wymusza ona na krajach członkowskich wdrożenie ujednoliconych przepisów certyfikacyjnych usług oraz sprzętu, które mają być podstawowym elementem firmowych systemów cyberbezpieczeństwa. Zunifikowane unijne certyfikaty z jednej strony mają być gwarantem tego, że dany produkt spełnia wyśrubowane normy bezpieczeństwa, z drugiej zaś obniżać koszty prowadzenia firmy, gdyż podmioty działające w kilku krajach członkowskich nie będą musiały inwestować w certyfikację na kilku rynkach.

Nowe wytyczne otrzyma Europejska Agencja Bezpieczeństwa Sieci i Informacji, która zostanie przekształcona w niezależny ośrodek naukowy zajmujący się promocją rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa. Do jej zadań będzie należeć m.in. sprawowanie nadzoru związanego z wdrażaniem spójnej polityki certyfikacyjnej krajów członkowskich.

– Mamy normy cyberbezpieczeństwa i organizacje, które te normy wdrażają. Aby te normy egzekwować musimy stworzyć instytucje i laboratoria, które będą badać rozwiązania nie tylko software’owe, które dzisiaj są nam tak bliskie jako użytkownikom, lecz przede wszystkim urządzenia. I to jest cel, do którego zmierzamy – tłumaczy ekspert.

Do walki z zagrożeniami związanymi z cyberprzestępczością przygotowuje się m.in. Ministerstwo Obrony Narodowej, które planuje do 2022 roku powołać do życia dowództwo obrony cyberprzestrzeni. Nowa jednostka będzie odpowiedzialna za stworzenie formacji wojskowej wyspecjalizowanej w monitorowaniu bezpieczeństwa cyberprzestrzeni.

– Budujemy obecnie krajowy schemat certyfikacji, w ramach którego powstają laboratoria badawcze i instytucje, które w zgodzie z normami cyberbezpieczeństwa będą realizować badania. Te normy są zresztą tak skonstruowane, że zespoły, które je realizują, mają obowiązek wynajdywania nowych metodyk badania. Instytucje na poziomie europejskim i światowym dzielą się tymi doświadczeniami, to także podnosi poziom bezpieczeństwa. – tłumaczy Jerzy Żurek.

Krajowy schemat oceny i certyfikacji bezpieczeństwa oraz prywatności produktów i systemów IT (KSO3C), wdrażany przez Instytut Łączności, Instytut Technik Innowacyjnych EMAG i NASK, jest zgodny z Common Criteria. Celem jest stworzenie skutecznego systemu oceny, certyfikacji bezpieczeństwa i prywatności m.in. urządzeń udostępnianych na polskim rynku, a także usług teleinformatycznych. Do 2022 r. ma zostać powołana na bazie tego przedsięwzięcia organizacja zdolna do wydawania globalnie akceptowanych certyfikatów.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2018 roku wyniosła 116,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Inteligentne urządzenia coraz bardziej ułatwiają opiekę nad małymi dziećmi. Producenci Baby Tech zwracają coraz większą uwagę także na ich bezpieczeństwo

Inteligentne urządzenia coraz bardziej ułatwiają opiekę nad małymi dziećmi. Producenci Baby Tech zwracają coraz większą uwagę także na ich bezpieczeństwo 13

Dzięki inteligentnej kamerze montowanej na ubranku dziecka można uchwycić najważniejsze momenty z życia niemowlaka widziane z jego perspektywy. Poruszający się autonomicznie, inteligentny wózek pozwoli natomiast rodzicom utrzymywać aktywność fizyczną i zabrać małe dziecko np. na poranne bieganie. Elektronicznych i inteligentnych rozwiązań mających zapewnić dzieciom rozrywkę, a rodzicom wsparcie pojawia się coraz więcej.

Z badań Research.NK wynika, że aż 70 proc. rodziców wręcza swoim małym dzieciom tablet lub smartfon w celu zapewnienia im rozrywki. Tymczasem logopedzi alarmują, że kontakt dziecka w wieku poniżej 2 lat z ekranami urządzeń elektronicznych może wpływać na rozwój zaburzeń mowy. Na rynek trafia jednak również coraz więcej technologicznych zabawek i urządzeń, które mogą pomagać rodzicom w codziennej opiece nad dzieckiem.

– Kamera Babeyes to małe urządzenie, które możemy umieścić na ubranku lub obok dziecka, żeby tworzyć nagrania z perspektywy naszej pociechy. Kiedy rodzice patrzą na dziecko, robią to w szczególny sposób, lecz niestety dziecko nie będzie tego pamiętać. Dzięki temu urządzeniu podjęliśmy próbę uchwycenia chwil wzruszenia z punktu widzenia dziecka. Później dziecko będzie mogło zobaczyć, jak rodzice na nie patrzyli lub co czuli dziadkowie i rodzeństwo, kiedy pierwszy raz je zobaczyli – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Yohann Touboul, prezes Babeyes.

Kamera Babeyes rejestruje obraz w jakości HD, w 20-sekundowych sekwencjach. Następnie nagrania można przesyłać na komputer rodziców, a specjalna aplikacja dzięki technologii wykrywania twarzy klasyfikuje sekwencje w podziale na wykryte na nagraniu osoby lub zidentyfikowane przez algorytmy emocje.

– Żaden produkt nie jest niezbędny, ale nasza kamera jest szczególna, ponieważ jest powiązana z emocjami. Wszyscy chcielibyśmy zobaczyć, w jaki sposób patrzyli na nas rodzice, gdy byliśmy dziećmi. Przekazanie czegoś tak niezwykłego jak emocje jest szczególnym prezentem dla naszego dziecka. Urządzenie nagrywa filmy przez dwie godziny, ponieważ naszym zamysłem było zarejestrowanie specjalnych okazji, takich jak pierwsze urodziny czy pierwsze chwile dziecka w domu – przekonuje Yohann Touboul.

Rynek Baby Tech ewoluuje głównie w kierunku urządzeń medycznych, które mają pomagać dzieciom lub rodzicom. Pojawiają się jednak także urządzenia nastawione głównie na rozrywkę, czego przykładem jest kamerka Babeyes.

Inteligentny wózek Smartbe jest natomiast połączeniem obu tych rodzajów zastosowań. Z jednej strony jest on wyposażony w systemy związane z zaspokajaniem potrzeb dziecka i opieką nad nim, takie jak podgrzewacz do butelki, mikrofon i kamery sprzężone z systemem elektronicznej niani czy klimatyzowane łóżeczko z funkcją automatycznej kołyski. Z drugiej zaś strony wózek może wchodzić w autonomiczny tryb przemieszczania się, przez co umożliwia rodzicom zabranie dziecka np. na poranny jogging. Zautomatyzowane funkcje wózka mogą być obsługiwane z poziomu smartfona lub smartwatcha. Aplikacja mobilna pozwala nie tylko zarządzać funkcjami wózka, lecz także zarejestrować, gdzie i jak długo użytkownik przebywał z dzieckiem.

Co istotne, urządzenia Baby Tech przeznaczone dla noworodków i małych dzieci zwykle nie mają żadnych modułów łączności, które mogłyby zaszkodzić noworodkowi.

– Wszystkie filmy można zgrać na dysk komputera przez kabel USB. Nie wykorzystujemy Wi-Fi ani technologii Bluetooth, więc dziecko nie jest narażone na fale radiowe – wyjaśnia ekspert z Babeyes.

Według analityków Grand View Research globalny rynek produktów dla dzieci osiągnie w 2025 r. wartość blisko 17 mld dol. Tymczasem Technavio podaje, że rynek inteligentnych niań elektronicznych przez najbliższe cztery lata będzie rósł w tempie 23 proc. średniorocznie.

Rezerwa Federalna obniżyła główną stopę procentową o 25 bps

W środę (18.09.2019) Rezerwa Federalna obniżyła główną stopę procentową o 25 bps. do poziomu 1,75%-2,00%. Owa decyzja nie była zaskoczeniem. Podobnie jak podczas posiedzenia Fed pod koniec lipca 2019, gdy także dokonano cięcia stóp procentowych o 25 bps, decyzja ta nie była jednomyślna – dwoje członków Fed optowało za utrzymaniem kosztu pieniądza, a jeden składał wniosek o mocniejsza obniżkę – w wysokości 50 bps. W komunikacie po posiedzeniu decyzję uzasadniono sytuacją w gospodarce światowej oraz ograniczoną presją inflacyjną.

Oczekiwania członków Fed co do przyszłych ruchów w polityce monetarnej pozostają mocno rozbieżne –jeszcze jednej obniżki w bieżącym roku oczekuje 7 osób, stabilizacji 5 osób, a podwyżki o 25 bps spodziewa się 5 członków. Prognozy wskazują na prawdopodobieństwo jednej podwyżki o 25 bps. w 2021 roku oraz w 2022 roku. Obecnie Fed spodziewa się, że wzrost gospodarczy w 2019 roku wyniesie 2,2%, w 2020 r. 2,0% i w 2021 r. 1,9%.
Podczas konferencji po posiedzeniu przewodniczący Fed J.Powell powiedział, że obniżka kosztu pieniądza ma stanowić „zabezpieczenie przed ryzykiem dla perspektyw wzrostu PKB”. Ponadto dodał, że w o ile w dniu dzisiejszym nie spodziewa się dalszego spowalniania gospodarki, to w przypadku wystąpienia spowolnienia dalsze obniżki stóp procentowych będą konieczne.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 1,13%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco mocniejszy spadek o 1,32%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z następująco: sWIG80 minimalnie zyskał na wartości 0,57 %, z kolei mWIG40 spadł o 1,26%.

W nadchodzącym tygodniu uwagę inwestorów będą przykuwać dane napływające z USA. We wtorek (24.09.2019) poznamy indeks zaufania konsumentów – Conference Board. W środę (25.09.2019) będą ujawnione dane dotyczące sprzedaży nowych domów w Stanach Zjednoczonych oraz dane o zapasach ropy. W czwartek (26.09.2019) poznamy dane o PKB USA w drugim kwartale 2019 oraz raport dotyczący nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Z kolei w piątek (06.09.2019), będą ujawnione dane dotyczące zamówień na dobra trwale w sierpniu, dane o dochodach i wydatkach amerykanów oraz indeks Uniwersytetu Michigan.

W Polsce nadchodzący tydzień nie będzie aż tak bogaty w dane makroekonomiczne, we wtorek (24.09.2019) poznamy dane o bezrobociu, a w czwartek(25.09.2019) będzie upubliczniony protokół z posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Jak przeprowadzić fabrykę? Jak zarządzać relokacją zakładu produkcyjnego?

Zarządzanie relokacją zakładu produkcyjnego – rozmowa z Robertem Samczykiem, prezesem spółki Protech Motors.

Czy migracje zakładów produkcyjnych są tak powszechne jak miało to miejsce jeszcze w pierwszych latach XXI wieku?

Rzeczywiście to były lata kiedy relokacje były chlebem powszednim wielu firm. Tania siła robocza szczególnie w krajach azjatyckich, niższe wymagania dotyczące ochrony środowiska, tańsza energia – to wszystko powodowało zwrot w kierunku Chin, Tajwanu czy Kambodży. Dziś podobnie toczy się walka o redukcję kosztów wytwórczych, ale pole bitwy toczy się często w Europie. Producenci stawiają na wykwalifikowanych pracowników, stabilną sytuację polityczną, transparentność produkcji – bo wiele firm różnych branż prowadzi szeroko zakrojone działania CSR oparte na ochronie środowiska i zrównoważonej produkcji.

To gdzie szuka się oszczędności?

Wiele krajów czy regionów stara się przyciągnąć przemysł tworząc preferencyjne warunki do prowadzenia biznesu: są to min. ulgi podatkowe, bogata infrastruktura, z której mogą korzystać nowe zakłady czy chłonność danego rynku – czyli szybsza spedycja towarów dzięki doskonałemu zapleczu logistycznemu. Ale wszystko zawsze jest dobrze skalkulowane pod rozwój firmy. Rachunek ekonomiczny, na który składa się szereg czynników wskazujących na opłacalność produkcji w jednym czy drugim miejscu najczęściej decyduje o przeniesieniu zakładu produkcyjnego z dotychczasowego adresu.

Jak wygląda logistyka związana z relokacją, czy wszystkie zakłady przenosi się tak samo?

Oczywiste różnice wynikają z branży w jakiej funkcjonuje dany producent. Zakład chemiczny będzie różnił się od wytwórcy silników samolotowych, a ten od producenta makaronu. Planowanie przeprowadzki w dużej mierze zależy od produktu finalnego lub materiału, z jakiego powstaje.

W swoim parku maszynowym fabryka może posiadać mniejsze lub większe maszyny, pojedyncze urządzenia lub też linie produkcyjne. Te z kolei mogą być manualne lub zautomatyzowane. Zakład może w swoim procesie produkcyjnym korzystać z maszyn wtryskowych jeśli produkt jest np. plastikowy, z maszyn obróbczych CNC lub pras jeśli produkt jest metalowy itd. Mimo tych różnic wiele jest podobieństw logistycznych przy każdej relokacji.

Każda relokacja, którą miałem możliwość zarządzać prowadzona była na żywym organizmie – na pracującym zakładzie. Żaden producent przecież nie pozwoli sobie na nawet najmniejszą przerwę w produkcji. A biorąc pod uwagę wielkość fabryki lub ilość urządzeń czy też linii produkcyjnych w parku maszynowym, takie przeniesienie może trwać nawet rok lub dłużej.

Bezpieczeństwo pracowników

Dla nas – firmy wchodzącej do obcego zakładu zagadnienie bezpieczeństwa jest priorytetem. Planujemy pracę naszej załogi oraz pracowników klienta tak, aby wyeliminować każde zagrożenie wynikające z naszych działań. Dlatego zanim przystąpimy do realizacji, przygotowujemy wraz z klientem harmonogram, który jasno i szczegółowo określa które maszyny, w jakiej kolejności oraz w jakim czasie będą przenoszone. Im bardziej dokładny plan, tym sprawniejsze wykonanie usługi co za tym idzie jest bezpieczniejsze i zajmuje ono mniej czasu.

A jak wygląda samo przenoszenie pracującego zakładu?

Przed rozpoczęciem prac sprawdzamy poprawność działania maszyny czy też linii produkcyjnej, weryfikujemy geometrię urządzeń jeśli jest wymagana, sprawdzamy cykle produkcyjne itd. Następnie automatyk ściąga kopię zapasową programu. Kolejnym krokiem jest odłączenie napięcia, a następnie mediów od maszyn (instalacji elektrycznej, hydraulicznej, sprężonego powietrza i dodatkowych jeśli są np. podającej surowiec jak np. w przypadku maszyn wtryskowych).

Później następuje demontaż na linii produkcyjnej. Na tym etapie bardzo ważne jest dokładne oznaczenie kabli i elementów maszyn co pozwoli uniknąć pomyłek oraz zaoszczędzi sporo czasu podczas montażu. Następnym etapem jest wyprowadzenie maszyn lub elementów linii z hali załadunek na samochody i transport do nowej lokalizacji gdzie następuje analogicznie ich rozładunek, wprowadzenie na hale i posadzenie urządzeń zgodnie z planem usytuowania przekazanym wcześniej przez Klienta. Zazwyczaj jest tak, że w przypadku linii produkcyjnych relokujemy kolejno pojedynczo linię po linii. Natomiast jeżeli chodzi o maszyny to w zależności od ich gabarytów oraz planów produkcyjnych Klienta możemy przenosić po kilka urządzeń.

Relokacje takie wymagają transportu ponadnormatywnego, którego logistyka nie jest prosta.

Oczywiście, jeśli maszyny lub elementy linii produkcyjnej wymagają ze względu na swój rozmiar lub wagę transportu ponadnormatywnego jesteśmy zobowiązani do wystąpienia wcześniej o stosowne zezwolenia do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Taki konwój też odbywa się na określonych zasadach – prowadzony przez pilota, jedzie trasą oraz w terminie wyznaczonym w zezwoleniu przez powyższy organ administracji państwowej.

Czy widać różnice w wymaganiach odnośnie relokacji w zależności od kraju pochodzenia danej firmy?

Niekoniecznie w samych wymaganiach, tu wyróżniają się właściwie zakłady produkcyjne pochodzenia francuskiego, mają nieco bardziej zaostrzone przepisy BHP poza tym nie widać wielkich różnic.

Co innego jeśli chodzi o organizację pracy czy też trzymanie się wcześniej wspólnie ustalonego harmonogramu. Tu już widać znaczące różnice biorąc po uwagę kraj pochodzenia danego zakładu.

Jeśli np. przenosimy maszyny za granicę, ważna jest również znajomość prawa pracy oraz prawa dotyczącego transportu zwłaszcza ponadgabarytowego, ponieważ te także są mniej lub bardziej zróznicowane w zależności od swojego miejsca na mapie Europy czy też świata.

Jakie czynniki wpływają na podjęcie przez inwestora takiej inwestycji?

Słychać było sygnały, że Polska jako kraj Unii Europejskiej stał się stosunkowo drogi jeżeli chodzi o siłę roboczą, podatki itd. W związku z czym zaczęto zastanawiać się na przeniesieniem części produkcji lub nowe inwestycje na wschodzie Europy. Aczkolwiek obserwując co dzieje się w polskim i europejskim przemyśle nie do końca można potwierdzić tą informacje, ponieważ spora część produkcji jest relokowana właśnie do nas z takich krajów jak Francja, Niemcy, Hiszpania, Belgia czy Włochy.

Część tych relokacji jest związana z przeniesieniem całej produkcji danego zakładu ze względu na koszty, inna z jej częścią np. ze względu na lepszy przepływ produkcji lub logistykę czy późniejszą dystrybucję, kolejne z konsolidacją zakładów lub rozwojem produkcji w danym zakładzie i zostaje przygotowywane miejsce pod nowe maszyny lub linie produkcyjne.

Jakie są największe trudności przy przenoszeniu zagranicę zakładu produkcyjnego? Czy są to czynniki techniczne, prawne?

Czasem czynniki prawne są dla nas pewnym ograniczeniem, co najczęściej nieco wydłuża naszą pracę, ale nie jest nam to straszne, ponieważ tak czy inaczej wykonujemy pracę zdecydowanie szybciej od naszych zagranicznych konkurentów. Jako firmie zagranicznej również ciężej jest nam uzyskać pozwolenia na transporty ponadnormatywne o bardzo dużych ciężarach i to zazwyczaj trwa nieco dłużej.

Większym utrudnieniem bywa dostępność materiałów potrzebnych do relokacji lub np. części zamiennych podczas awarii. Często, żeby zaoszczędzić czas i/lub pieniądze kupujemy je w Polsce i stąd transportujemy do klienta.

Piwo receptury belgijskich trapistów – made in Poland

Legendarny proces tworzenia piwa w końcu pojawił się w Polsce. Wielkopolski rodzinny browar rzemieślniczy warzy „złoty trunek” w zgodzie z zasadami belgijskich trapistów. Trwałość i nasycenie piwa dwutlenkiem węgla bez pasteryzacji i sztucznego nagazowania.

Czy piwo może być tak trwałe jak najlepszy francuski szampan? A może robi się je podobnie? Wielkopolski browar rzemieślniczy Gzub sprowadził do Polski know-how warzenia piwa w technologii, która jest zbliżona do tej, którą wsławili się w piwnym świecie belgijscy trapiści. Czym jest refermentacja i dlaczego zrewolucjonizuje, rynek sztucznie wysycanych i pasteryzowanych piw w Polsce?

Od początków piwowarstwa (4000 rok p.n.e) do średniowiecza wszystkie produkowane piwa były bez gazu. Wraz z nadejściem rewolucji w produkcji beczek, która miała miejsce właśnie w średniowieczu, ludzie po raz pierwszy mogli zaznać smaku gazowanego piwa. W tamtych czasach dużym problemem przy produkcji piwa było jednak samo zrozumienie procesu fermentacji i roli drożdży w tym procesie, ale to właśnie w średniowieczu zauważono zależność między cukrami dodanymi przed rozlewem, a nagazowaniem piwa.

XVI wiek to początki butelkowania piwa, co umożliwiło rozwój branży piwowarskiej i dało dodatkowe możliwości w kwestii nagazowania piwa. Samo nagazowanie piwa, bardzo szybko zaczęto postrzegać jako jego zaletę. W XVIII wieku gazowanie piwa na kontynencie było już rzeczą powszechną. W tej kwestii przodującą rolę odegrali Belgowie. W Belgii bardzo popularne stały się tzw. Geuezerie, w których rozlewano do butelek kupażowane i mieszane różne roczniki piwa typu Lambic. W ten sposób, młode piwo posiadające więcej cukrów resztkowych, podnosiło zawartość cukrów w Gueuze przed rozlewem. Cukier ten po zabutelkowaniu był przetwarzany przez drożdże i w ten sposób dochodziło do nagazowania piwa. Proces wytwarzania Gueuze miał bardzo duży wpływ na rozwój wiedzy na temat nagazowywania piw w butelce. Bardzo dużą rolę w historii refermentacji odegrali również belgijscy mnisi – trapiści, którzy do sprawy podchodzili bardzo skrupulatnie i na bieżąco śledzili postępy właścicieli Gueuzerii. To wszystko przyczyniło się także do rozwoju branży butelkowej, rozpoczęto produkcję mocniejszego szkła, mogącego wytrzymać większe ciśnienie w butelce. I tak rozwijało się to aż do naszych czasów, przy rosnącej wiedzy na temat piwowarstwa.

Samo zastosowanie procesu refermentacji wymaga zachowania najwyższych standardów dotyczących higieny i czystości w browarze. Gdyż warunki w jakich dochodzi do procesu refermentacji (temperatura pow. 21. C) stwarzają również idealne środowisko dla rozwoju niepożądanych w piwie drobnoustrojów. Żeby proces refermentacji mógł przebiec prawidłowo, należy dodać do piwa przed rozlewem odpowiednią porcję świeżych drożdży i odpowiednio dużą ilość cukru, który fermentując w butelce doprowadzi do wytworzenia się CO2 – nagazowania piwa. Proces ten zazwyczaj trwa około paru tygodni. Ten proces jest bardzo podobny do powstawania najlepszych francuskich szampanów – wymaga większego zaangażowania czasu i wysiłku, ale uzyskane efekty końcowe wynagradzają włożony trud.

Tak wygląda to też w naszym rodzinnym Browarze Gzub, gdzie piwo refermentowane w butelkach i beczkach w specjalnie do tego przystosowanym pomieszczeniu, spędza 4-6 tygodni – mówi Jan Staszewski, główny piwowar Browaru Gzub.

Ponadto refermentacja jest bardzo dobrym sposobem na utrwalanie piwa w naturalny sposób, drożdże rozpoczynając pracę czy to w brzeczce czy to w piwie w pierwszej kolejności konsumują tlen, którego w ten sposób pozbywają się z piwa, a który jest głównym czynnikiem psucia się produktów spożywczych. Refermentacja wnosi także do piwa bogate smaki i aromaty, niespotykane w piwach rozlewanych pod ciśnieniem i wysycanych sztucznie CO2 – które stanowią ponad 99% piwa produkowanego w Polsce. Ponadto jest to proces najbardziej naturalny spośród wszystkich procesów utrwalania piwa.

Z tych też względów jako browar rzemieślniczy zdecydowaliśmy się na zastosowanie procesu refermentacji. Wymaga on bardzo dużego samozaparcia, systematyczności, sumienności oraz szczegółowej kontroli na każdym etapie produkcji – dodaje piwowar Jan Staszewski.

Jesteśmy jednym z naprawdę niewielu w Polsce, a na pewno największym w tej części Europy, browarem stosującym proces refermentacji. Cieszy nas, że możemy w ten sposób nawiązywać do najlepszych tradycji piwowarskich na świecie i w ten sposób próbować gonić najlepszych w branży. W tym roku, jedziemy po raz pierwszy na belgijski festiwal Brassigaume, gdzie w końcu będziemy mieli możliwość bezpośredniej konfrontacji naszych wyrobów, z wyrobami browarów, które refermentację stosują już od dawien dawna. Jeśli kiedyś butelka naszego piwa trafi Wam w ręce, wspomnijcie drożdże, które wykonały w nim najważniejszą pracę. – kończy wypowiedź Jan Staszewski.

Browar Gzub to firma rodzinna z miejscowości Annopole koło Środy Wielkopolskiej. Rzemieślniczy browar rodziny Staszewskich, który od 2014 warzył kontraktowo w Belgii, od 2017 roku posiada własną instalację będąc jednym z największych w Wielkopolsce browarów kraftowych. Więcej o browarze, piwie, technologii i produktach tej przedsiębiorczej rodziny można przeczytać na www.gzub.pl.

Klasa średnia w Polsce

Liczebność klasy średniej w Polsce przewyższa liczbę obywateli takich państw jak Dania czy Szwecja – wynika z najnowszego raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Klasa średnia w Polsce. Czy istnieje polski self-made man?”.

Sytuuje to Polskę w czołówce państw europejskich. Prawie połowa spośród członków klasy średniej (45 proc.) ma zobowiązania kredytowe. Taka sama liczba osób nie zgromadziła żadnych oszczędności. Nie dziwi więc, że aż 55 proc. osób zaliczanych do klasy średniej oczekuje aktywnej polityki państwa w zakresie tworzenia nowych miejsc pracy.

Z najnowszego raportu PIE wynika, że uwzględniając kryterium dochodowe (ekonomiczne), w gronie osób w wieku 24-64 lata, do klasy średniej przynależy 54 proc. Polaków. Dla porównania 30 proc. obywateli należy do klasy niższej a 16 proc. do klasy wyższej.Klasa średnia w PolscePodobne proporcje uzyskuje się, dokonując rozróżnienia klasowego ze względu na kryterium zawodowe (społeczne), związane przede wszystkim z wykształceniem, kwalifikacjami oraz zajmowanym stanowiskiem w strukturze organizacyjnej zakładu pracy. W tym ujęciu do klasy średniej można przypisać 51 proc. osób w wieku 24-64, do klasy niższej 37 proc. zaś do wyższej 12 proc.

11-12 milionów pracowników i konsumentów zaliczanych do klasy średniej w relacji do liczby ogółu obywateli stawia nasz kraj w europejskiej czołówce. Wyprzedzamy pod tym względem takie państwa jak Rosja, Litwa, Węgry, a także Portugalia i Hiszpania. Kraje, w których klasa średnia obejmuje największą część społeczeństwa to Wielka Brytania, Holandia oraz Norwegia – mówi Paula Kukołowicz, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Ciekawym zjawiskiem jest to, że oceniając swoje dochody na tle innych osób Polacy przyporządkowują się najczęściej właśnie do klasy średniej. Aż 75 proc. Polaków twierdzi, że należy do 40 proc. osób o średnich dochodach. Gdyby wielkość klasy średniej oprzeć na subiektywnych ocenach własnego dochodu, to należałoby do niej 16,5 mln osób w wieku 24-64 lat, zamiast 11-12 mln spełniających kryteria obiektywne.

Charakterystyka polskiej klasy średniej

Przynależność do klasy średniej w Polsce jest silnie związana z posiadanym wykształceniem. Średnio 54 proc. członków klasy wyższej legitymuje się dyplomem uniwersyteckim w porównaniu do 26 proc. członków klasy średniej oraz 5 proc. członków klasy niższej. Mediana dochodu rozporządzalnego netto (ekwiwalentnego) przypadająca na członka gospodarstwa domowego wśród osób przynależących do klasy średniej wynosi 2500 zł.

Ważnym elementem charakterystyki klasy średniej są aspiracje jej członków. Jeżeli chodzi o oczekiwania dotyczące wzrostu dochodu, to członkowie klasy średniej oceniają, że kwota, która pozwoliłaby na swobodne zaspokojenie potrzeb rodziny to średnio 6600 zł netto miesięcznie. Stanowi to kwotę o 1900 zł wyższą niż aktualnie mierzony średni dochód gospodarstw domowych przynależących do tej kategorii (4700 zł) – dodaje Paula Kukołowicz.

45 proc. przedstawicieli klasy średniej deklaruje brak jakichkolwiek oszczędności. Jednocześnie, dane zgromadzone przez analityków PIE pokazują, że różnego rodzaju kredytami i pożyczkami obciążonych jest 45 proc. członków klasy średniej. Przekłada się to na relatywnie niski poziom zadłużenia polskich gospodarstw domowych w porównaniu do pozostałych państw europejskich. W 2017 r. skumulowana wartość ich zadłużenia stanowiła 35,4 proc. PKB kraju, a więc była wyraźnie mniejsza niż średnia w państwach strefy euro wynosząca 61,2 proc. PKB. Członkowie klasy średniej stosunkowo często pracują na własny rachunek – dotyczy to 23 proc. spośród nich.

Poglądy i postawy

Klasa średnia jest ważnym ogniwem w kształtowaniu życia społecznego. Dlatego poglądy jej przedstawicieli, dotyczące najważniejszych obszarów życia społecznego, są warte odnotowania. 69 proc. osób należących do klasy średniej twierdzi, że proces transformacji gospodarczej przyniosły Polsce same korzyści lub więcej korzyści niż strat. Jednocześnie, 55 proc. członków klasy średniej przychyla się do poglądu, że państwo powinno być aktywne w sferze tworzenia nowych miejsc pracy. Przeważająca większość osób należących do klasy średniej popiera członkostwo Polski w Unii Europejskiej. 70 proc. spośród nich uważa, że przyniosło ono same korzyści lub więcej korzyści niż strat. Jeśli chodzi o priorytety w zakresie kierowania strumieni wydatków publicznych, to przedstawiciele klasy średniej wpisują się w oczekiwania ogółu społeczeństwa i wskazują przede wszystkim na dwa obszary: służbę zdrowia oraz edukację.

Liczysz na kredyt na bieżącą działalność firmy? Przygotuj się dobrze

Na początku 2019 roku banki poważnie zaostrzyły kryteria przyznawania kredytów dla firm. Efekt? Co piąty przedsiębiorca otrzymuje dziś odmowę przyznania kredytu. W 2016 roku odmowy doświadczył co siódmy biznesmen. Przyczyn takiej sytuacji jest kilka. Wzrost ryzyka finansowego w niektórych branżach, kłopoty samych banków, czy obawa przed nadchodzącym spadkiem koniunktury gospodarczej. Dlatego znajomość podstawowych warunków, jakie trzeba spełnić i zasad oceny zdolności kredytowej jest dziś wyjątkowo istotna. – przekonują eksperci z serwisu Finfinder.pl.

Posłużmy się przykładem przedsiębiorcy, który wnioskuje do banku o kredyt na bieżącą działalność firmy.

Na rynku bankowym każdy kredytobiorca w momencie zawarcia transakcji powinien spełniać warunki potwierdzające jego wiarygodność kredytową. Poniższe punkty to podstawowe kryteria sprawdzane/wymagane przy pierwszej ocenie przedsiębiorcy.

1) Obywatelstwo – preferowane polskie. Akceptowana jest także karta stałego pobytu w przypadku cudzoziemca, z ewentualnym dodatkowym poręczeniem osoby zamieszkującej na stałe w Polsce.
2) Wiek – zwykle nie można przekroczyć w dacie spłaty kredytu 75. roku życia (czasami jest to maks. 70 lat). Dla klientów, których wiek w dacie spłaty kredytu jest większy niż 65 lat może być wymagane ubezpieczenie na cały okres kredytowania (lub inne zabezpieczenie wskazane przez bank);
3) BIK/BIG/KRD i inne bazy – w tych miejscach lepiej nie figurować.
4) Weryfikacja na wypadek wystąpienie przesłanek próby wyłudzenia kredytu.
5) Forma prowadzenia działalności – akceptowane wszystkie dostępne.
6) Forma ewidencji operacji gospodarczych – akceptowane wszystkie dostępne. Sposób oceny przez bank według posiadanej formy.
7) Miejsce prowadzenia działalności – zdecydowanie terytorium Polski.
8) Okres prowadzenia działalności:

  • Startup – od pierwszego dnia
  • JDG – od 6 miesięcy (finansowanie z gwarancją Banku Gospodarstwa Krajowego)
  • JDG – od 12 miesięcy (standardowa ocena zdolności kredytowej)
  • Spółki – 24 miesięcy

9) Scoring (metoda punktowej oceny ryzyka kredytowego) – dostosowany do regulacji wewnętrznych banku. Uzależniony jest od oceny pkt. 1-8 oraz wnioskowanej kwoty kredytu.

Ocena zdolności kredytowej

Jeśli spełniamy wszystkie powyższe wymagania, przechodzimy do oceny zdolności kredytowej przez bank. – Jest to istotny i obowiązkowy element procesu oceny ryzyka. Polega na szacowaniu sytuacji finansowej przedsiębiorcy i możliwości terminowej spłaty wszystkich jego zobowiązań wobec kredytodawcy.tłumaczy Norbert Banaszek z Finfinder.pl.

Na ocenę zdolności kredytowej przedsiębiorcy składają się:

1) Obliczenie nadwyżki finansowej.
2) Obliczenie maksymalnej kwoty miesięcznej raty w przypadku wnioskowania o kredyt ratalny.
3) Obliczenie maksymalnej kwoty limitu w przypadku wnioskowania o limit w koncie.
4) Wynik inspekcji w firmie klienta. To bank podejmuje decyzję o konieczności takiej weryfikacji, która będzie niezbędna do wydania ostatecznej decyzji kredytowej.
5) Ocena planowanych działań rozwojowych w ramach prowadzonej firmy, dokonywana w formie wywiadu z klientem.
6) Zaszeregowanie do odpowiedniej kategorii scoringowej.
7) Ewentualna analiza Biznes Planu.

Kolejny element to ocena wiarygodności kredytowej, na co składają się następujące czynniki:

1) Opłacenie 3 ostatnich składek ZUS/KRUS.
2) Brak układów ratalnych oraz postępowań egzekucyjnych, naprawczych, reklamacyjnych i odwoławczych ZUS/US.
3) Opłacony podatek dochodowy. W przypadku złożenia zeznania podatkowego po terminie, przedstawienie zaświadczenia z US o niezaleganiu lub potwierdzenie zapłacenia lub zwrotu podatku wynikającego z PIT.
4) Ewentualna zgoda małżonka na zaciągnięcie zobowiązań wynikających z umowy transakcji.
5) Ewentualne poręczenie wynikające z umowy transakcji.

Jak liczymy zdolność kredytową?

Zdolność kredytowa przedsiębiorcy liczona jest inaczej niż przy kredytach dla osoby fizycznej. Uzależniona jest od wewnętrznych regulacji banku, ale w większości przypadków wygląda tak:

rata wnioskowanego kredytu nie może być większa od około 70-90% miesięcznej nadwyżki finansowej (wysokość określana wewnętrznymi regulacjami banku), na którą składa się m.in. prognozowany miesięczny dochód netto z tytułu prowadzonej działalności, miesięczny dochód netto z innych posiadanych źródeł dochodu, łączne miesięczne obciążenia a także koszty utrzymania gospodarstwa domowego.

O tym warto pamiętać

Zanim złożymy pierwsze dokumenty w sprawie kredytu na bieżącą działalność naszej firmy, pamiętajmy o kilku sprawach. – Informacje, które przekażemy bankowi muszą być wiarygodne. Koloryzowanie, upiększanie rzeczywistości, czy zwyczajne kłamstwa, dyskwalifikują nas w oczach kredytodawcy. Ponadto, tzw. „złote strzały” przychodowe (nagły, znaczy wzrost przychodu) są dodatkowo weryfikowane przez bank. Ma to na celu wykluczenie zamierzonego, sztucznego wpływania na zdolność kredytową firmy.wyjaśnia Norbert Banaszek z Finfinder.pl.W budowaniu pozytywnego „wizerunku kredytowego” pomoże z pewnością dyscyplina płatnicza. Dotyczy to zarówno płatności firmowych, jak i prywatnych. – dodaje.

Autor: Finfinder.pl