Prawie 50 proc. Ukraińców, szukających pracy w Polsce, chce by była ona prosta. Kandydaci tej narodowości deklarują, że najbardziej interesują ich stanowiska w fabrykach, zakładach produkcyjnych, magazynach, prace przy pakowaniu, sortowaniu, na taśmach produkcyjnych, a także ochrona osób i mienia oraz obsługa serwisowa.
Ukraińcy podejmujący decyzję o przyjeździe do Polski nadal wybierają nasz kraj w celach zarobkowych, a nie turystycznych. Zdecydowana większość – niemal 94 proc. zamierza przenieść się nad Wisłę po to by znaleźć tu pracę wynika z najnowszej edycji badania przeprowadzonego przez Pracodawców Pomorza we współpracy z Grupą Progres, na zlecenie Gdańskiego Urzędu Pracy.
Magazyn, inżynieria, przemysł, logistyka
Kandydaci ze Wschodu najczęściej myślą o pracy prostej, która nie będzie wymagała od nich kwalifikacji uniemożliwiających jej podjęcie. Największym zainteresowaniem wśród nich cieszą się stanowiska w branży produkcyjnej, magazynowej i technicznej, w których zajęcia szuka 50 proc. Ukraińców.
– Popularność prostej pracy wśród Ukraińców wynika z kilku czynników. Przede wszystkim liczba ofert dotyczących rekrutacji na stanowiska niewymagające dodatkowych kwalifikacji jest bardzo duża, a to siłą rzeczy przekłada się też na wysoką liczbę zainteresowanych nimi kandydatów. Co więcej, taką pracę można dostać szybciej i łatwiej – liczy się przede wszystkim chęć podjęcia zatrudnienia oraz zaangażowanie – mówi Cezary Maciołek, Wiceprezes Grupy Progres. – Z naszych doświadczeń wynika, że obywatele Ukrainy pierwszą, prostą pracę traktują często jako chwilowe zajęcie, które umożliwi im start w Polsce. Po przyjeździe do naszego kraju robią rekonesans, weryfikują oferty pracy i jeśli uznają, że obecne zajęcie im nie odpowiada podejmują dalsze decyzje np. szukają nowego pracodawcy oraz bardziej wykwalifikowanych stanowisk – podkreśla Cezary Maciołek.
Niemal 18 proc. ankietowanych kandydatów z Ukrainy poszukuje zatrudnienia w sektorze budowlanym i przemysłowym w specjalnościach takich jak: blacharze, monterzy, operatorzy maszyn i koparek, wózków widłowych, obrabiarek CNC, spawacze, ślusarze, mechanicy samochodowi. 11 proc. badanych szuka pracy inżynieryjnej – informatyka, grafika komputerowa, tworzenie stron www oraz telekomunikacja.
Zainteresowaniem wśród respondentów cieszą się też zawody związane z transportem i logistyką. Prawie 9 proc. badanych szuka w Polsce pracy jako kierowca (kat. C+E), dostawca lub spedytor. Na kolejnym miejscu (ponad 5 proc. badanych) znajdują się prace w branży hotelarskiej i gastronomicznej tj. recepcjoniści, pokojówki, personel pomocniczy, kucharze, kelnerzy, pomoce kuchenne oraz obsługa cateringowa.
Mało popularna sprzedaż, prace biurowe, branża medyczna
Małym zainteresowaniem wśród Ukraińców cieszą się stanowiska pracy w sektorze sprzedaży. Niecałe 5 proc. szuka w Polsce ofert zatrudnienia jako sprzedawca usług bankowych i ubezpieczeniowych, pracownik sieci sklepów i obsługi klienta oraz kasjer. Najmniej ankietowanych pracowników ze Wschodu poszukuje prac biurowych w administracji czy banku (ponad 1 proc.), a jedyne 0,5 proc. badanych chce zarabiać w branży medycznej jako stomatolog, pielęgniarka czy opiekun osób starszych.
– Niskie zainteresowanie pracą w sektorze sprzedaży, administracji czy branży medycznej, które wykazują obywatele Ukrainy może wynikać m.in. z nadal istniejącej bariery językowej. Na stanowiskach wymagających np. ciągłego kontaktu z klientem niezbędna jest przynajmniej dobra znajomość języka polskiego. Niestety wielu cudzoziemców z Ukrainy zna jedynie jego podstawy i nawet jeśli posiada odpowiednie kwalifikacje nie może podjąć pracy na stanowiskach, w których komunikacja w języku polskim jest podstawowym wymogiem – zaznacza Cezary Maciołek. – Potwierdzają to wyniki badania przeprowadzonego na zlecenie Gdańskiego Urzędu Pracy – ponad 67 proc. Ukraińców zadeklarowało, że nie zna języka polskiego. Niemal 30 proc. zna go w stopniu umożliwiającym komunikację, a jedynie 3 proc. posługuje się nim biegle – podsumowuje Cezary Maciołek.
Badanie zlecone przez Gdański Urząd Pracy przeprowadzili Pracodawcy Pomorza w partnerstwie z Grupą Progres. Zbadano 1 367 respondentów – obywateli Ukrainy w wieku produkcyjnym.
Właśnie dziś, 29 lipca, przypada Dzień Długu Ekologicznego i po raz kolejny pobiliśmy rekord. Na zużycie zasobów Ziemi, na których odtworzenie nasza planeta potrzebuje całego roku, wystarczyło nam niecałe 7 miesięcy. Oznacza to tyle, że by zaspokoić nasz apetyt potrzebujemy już 1,75 planety.
Konsumpcja ponad miarę
Jeszcze 50 lat temu planeta dawała radę zaspokajać nasze potrzeby (patrz grafika) – w 1970-tym roku Dzień Długu Ekologicznego przypadał dwa dni przed Nowym Rokiem. Biosfera zaopatrywała nas w czyste powietrze potrzebne do oddychania, glebę, potrzebną do produkcji żywności, czystą wodę potrzebną do życia, a lasy pochłaniały dodatkowe gazy cieplarniane emitowane przez człowieka. Od tego czasu liczba ludności wzrosła ponad dwukrotnie, światowa gospodarka ponad 4-krotnie. Zasoby Ziemi przestały nam wystarczać, a klimat uległ tak poważnym zmianom, że zagroziło to naszemu gatunkowi. Życie na kredyt oznacza emisję większej ilości gazów niż Ziemia może wchłonąć, postępujące wylesianie, przełowienie, erozję gleby i utratę różnorodności biologicznej. Dominującym składnikiem naszego śladu ekologicznego (60%) jest dwutlenek węgla, który pochodzi ze spalania paliw kopalnych.
Żegnaj lodowcu na Islandii
Zaledwie kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że jeden z wielkich lodowców na Islandii stopił się, co było naturalną konsekwencją rosnących rok po roku temperatur na Ziemi. Europa Zachodnia smaży się w upale, a w Polsce odnotowaliśmy rekordowo gorący czerwiec. Ilość anomalii pogodowych i ekstremalnych zdarzeń pogodowych w ciągu ostatnich lat wzrosła na tyle, że zaczęliśmy się do nich … przyzwyczajać. Dowiedzieliśmy się, że do końca stulecia 2/3 Hiszpanii zamieni się w pustynię, a duże obszary Afryki, w efekcie rosnących temperatur przestaną nadawać się do życia. Raport ONZ-u przygotowany przez naukowców z całego świata ostrzegł nas, że jeżeli do 2030 roku nie obniżymy emisji gazów cieplarnianych o połowę czeka nas klimatyczna katastrofa. Nie trzeba czekać jednak 11 lat, konsekwencje ponosimy już dziś. Ekstremalne zjawiska pogodowe kosztowały UE 450 mld euro od 1980 roku, każdego roku zanieczyszczone powietrze odpowiada za 430 tysięcy przedwczesnych zgonów. Jak mówi Marta Anczewska z WWF Polska „W Polsce statystyki są jeszcze gorsze. Każdego roku z powodu smogu tracimy małe miasteczko, bo przedwcześnie umiera 50 tysięcy ludzi, a na 50 najbardziej zanieczyszczonych pyłami PM10 oraz PM2.5 miast w Europie 36 jest w naszym kraju”.
To jednak my…
Emisja gazów cieplarnianych to konsekwencja rosnącej konsumpcji. Chcemy więcej mieć, lepiej mieszkać, jeść, częściej podróżować po świecie. W efekcie im bogatsze społeczeństwo tym ślad ekologiczny jego mieszkańców jest większy. Choć rekordzistami w zużywaniu zasobów planety i emisji gazów cieplarnianych są mieszkańcy Kataru i Luksemburga (dla nich dzień długu przypada już w lutym), a gonią ich mieszkańcy USA czy Kanady (dla nich dzień długu w połowie marca), kraje członkowskie UE też nie mają powodów do samozadowolenia. W tym roku europejski Dzień Długu Ekologicznego wypadł 10.maja. Jeśli każdy mieszkaniec Ziemi chciałby żyć jak przeciętny mieszkaniec UE to potrzebowalibyśmy 2,8 planety do zaspokojenie naszych potrzeb. Kraje UE zużywają aż jedną piątą zasobów Ziemi mimo, że stanowią tylko 7% globalnej populacji. “Ponieważ zasoby Ziemi są skończone musimy nie tylko ograniczać konsumpcję, musimy pójść krok dalej i nauczyć się każdy odpad traktować jak surowiec” mówi Ewa Chodkiewicz z WWF Polska’
Tracimy kolejne gatunki
Człowiek konsumując ponad miarę zagroził nie tylko sobie, ale i zwierzętom. Jak pokazał raport Living Planet Report, od 1970 roku w wyniku utraty siedlisk, polowań, degradacji środowiska i zmiany klimatu straciliśmy 60% populacji kręgowców. Zostawiliśmy zwierzętom tylko 25% powierzchni lądów, a jeżeli ten trend się utrzyma w 2050 roku zostawimy im zaledwie 10%, dla wielu gatunków będzie oznaczać to wyrok śmierci. Tempo wymierania gatunków jest tak szybkie, że mówi się już o szóstym masowym wymieraniu, pierwszym z powodu działalności człowieka. Jak się nie opamiętamy świat z jaki znamy, z całym swym bogactwem przyrody zniknie…
Jak oblicza się dług
Ślad ekologiczny ludzkości, to miara wpływu człowieka na środowisko naturalne (wskaźnik ten mówi o tym ile zasobów naturalnych z lądu i wody ludzie potrzebują, by zaspokoić swoje potrzeby oraz ile potrzebuje natura, żeby zaabsorbować wyprodukowany przez nas dwutlenek węgla). Dzień długu ekologicznego wylicza organizacja Global Footpring Network dzieląc ogół zasobów naturalnych biosfery przez światowy ślad ekologiczny, a następnie mnożąc przez liczbę dni w roku. Bierze się więc pod uwagę szereg aspektów takich jak zużycie paliw kopalnych, wody, gleby, emisję dwutlenku węgla, liczbę złowionych ryb.
Otoczeni najnowszą technologią, nadal zależymy od przyrody, czy nam się to podoba czy nie.
Ministerstwo Energii, przy współpracy z Ministerstwem Środowiska, ogłosiło parę dni temu rozpoczęcie programu „Mój prąd”. To inicjatywa skierowana do właścicieli gospodarstw domowych, którzy chcieliby zainstalować na swoim dachu panele fotowoltaiczne. Celem programu jest zwiększenie liczby mikroźródeł energii, z których korzystać będą polskie gospodarstwa domowe. Dofinansowanie może pokryć nawet 50% kosztów kupna i instalacji urządzeń – nie może jednak przekroczyć kwoty 5 tysięcy złotych. Eksperci przyznają, że jest to niewielka suma – jednak dla osób fizycznych, chcących zapewnić produkcję prądu dla jednego domu, może być znacząca. Szczególnie, że za instalacją paneli fotowoltaicznych nie przemawiają tylko względy ekologiczne. Coraz więcej osób inwestuje w fotowoltaikę, mając na uwadze swój domowy budżet.
– To, że mamy panele na dachu, może być dla nas dużą oszczędnością. Rachunki za energię elektryczną mogą drastycznie spaść – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – Ma to duży efekt ekologiczny. Dochodzi do mniejszej emisji CO2 – bo mniej spalamy węgla, żeby dostarczyć energię do polskich domów.Korzystnym efektem jest odpinanie od sieci kolejnych elementów i kolejnych wytwórców energii, którzy stają się niezależni od dużych elektrowni. Dzięki temu mamy coraz bardziej rozproszoną energetykę, która jest mniej wrażliwa na zakłócenia i blackouty – wskazuje Jakóbik.
Choć liczba wypadków drogowych spada to równocześnie rośnie liczba ofiar śmiertelnych na polskich drogach. W tym roku Komenda Główna Policji częściej niż w ubiegłym zatrzymuje kierujących pod wpływem alkoholu i przekraczających dozwoloną prędkość w obszarze zabudowanym. Eksperci podkreślają, że niezbędne są odpowiednia infrastruktura, egzekwowanie przepisów oraz edukacja samych kierowców, którzy muszą rozumieć, że bezpieczeństwo w ruchu drogowym zależy przede wszystkim od nich samych. Wszyscy, którzy mają pomysł, jak skłonić ich do zdjęcia nogi z gazu, mogą wystartować w konkursie DHL Polska, w którym główną nagrodą jest grant w wysokości 50 tys. zł.
– Od początku tego roku na polskich drogach doszło już do ponad 15 tys. wypadków drogowych, w których zginęło prawie 1,5 tys. osób, a ponad 18 tys. zostało rannych. Porównując to do analogicznego okresu roku ubiegłego, statystyki są lepsze pod względem liczy wypadków i rannych, których jest dużo mniej. Natomiast liczba osób, które poniosły śmierć w wypadkach drogowych, jest większa niż rok temu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes podinsp. Radosław Kobryś z Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji.
Podobny trend, czyli zmniejszenie liczby wypadków i rannych przy jednoczesnym wzroście liczby osób zabitych, był zauważalny również w ubiegłorocznych statystykach KGP. W 2018 roku zgłoszono policji 31,7 tys. wypadków drogowych, z czego ponad 2,6 tys. ze skutkiem śmiertelnym. To oznacza, że w prawie co dwunastym wypadku zginął przynajmniej jeden człowiek. W sumie w ubiegłorocznych wypadkach zginęły 2 862 osoby, z których 67 proc. na miejscu.
– Przyczyną jest nadmierna prędkość, brawura i pewność siebie, która przeradza się w tragedię – mówi podinsp. Radosław Kobryś.
Najwięcej wypadków drogowych ma miejsce w relatywnie dobrych warunkach atmosferycznych i przy dobrej widoczności. Wtedy kierowcy czują większy komfort jazdy i rozwijają większe prędkości. W tym roku niepokojącym trendem jest też wzrost liczby kierowców nietrzeźwych, którzy prowadzą pod wpływem alkoholu.
– Od dekady obserwowaliśmy coraz mniej takich sytuacji, kiedy zatrzymywaliśmy kierowców jadących na tzw. podwójnym gazie. Niestety w tym roku mamy już ponad 60 tys. przypadków i to jest wzrost powyżej 5 proc. w stosunku do ubiegłego roku – mówi podinsp. Radosław Kobryś.
Jak informuje, w tym roku policja odnotowała również o wiele więcej przypadków przekroczenia prędkości w obszarze zabudowanym powyżej 50 km/h, co wiąże się z zatrzymaniem prawa jazdy na 3 miesiące. Takich sytuacji było już ponad 25 tys., czyli o połowę więcej niż przed rokiem.
– Roczny koszt wypadków drogowych w Polsce to 52 mld zł. Te koszty rosną, ponieważ mamy coraz nowsze i droższe samochody, pojawiają się auta hybrydowe i elektryczne. Koszt obsługi wypadków drogowych po stronie policji i straży pożarnej, a także koszt ubezpieczenia tych pojazdów jest droższy. W związku z tym kwota rośnie, pomimo spadku liczy wypadków. Dlatego wszyscy powinniśmy być zainteresowani obniżeniem tych statystyk, bo wtedy spadnie też koszt wypadków, ubezpieczenia i obsługi ubezpieczenia, opieki szpitalnej czy rehabilitacji – wylicza Adam Sobieraj, prezes Fundacji Drogi Mazowsza.
Jak podkreśla, filarem bezpieczeństwa na drogach są trzy elementy: dobra infrastruktura, policja, która wyegzekwuje przepisy ruchu drogowego, oraz edukacja kierowców, którzy muszą rozumieć, że bezpieczeństwo w ruchu drogowym zależy przede wszystkim od nich samych.
– Każdy uczestniczy w ruchu drogowym, nawet będąc pieszym i wychodząc na chodnik czy wsiadając na rower. Jeżeli nie wyedukujemy ludzi, dlaczego mają się zatrzymać na czerwonym świetle, dlaczego muszą zareagować na żółte światło czy zwolnić przed przejściem dla pieszych, nie osiągniemy sukcesu na miarę Szwecji, Wielkiej Brytanii czy Francji. Francuzi jako pierwsi policzyli koszt wypadków drogowych i stwierdzili, że ich na to nie stać – podkreśla Adam Sobieraj.
– Musimy przede wszystkim zmienić swoją mentalność i pamiętać, że na drodze mamy być partnerami dla innych, a nie egoistami. Na drodze nie ma słowa „ja”. Chodzi tu szczególnie o tych kierujących, którzy myślą, że są najlepsi, mają najlepszy wzrok, słuch i refleks. Trzeba pamiętać, że na drodze są też inni uczestnicy ruchu drogowego, którzy może nie są tak sprytni i sprawni, ale też mają prawo korzystać z drogi publicznej – dodaje podinsp. Radosław Kobryś.
Wszyscy, którzy mają pomysł na to, jak poprawić bezpieczeństwo ruchu drogowego, skłonić kierowców do zdjęcia nogi z gazu albo przysłużyć się pieszym i rowerzystom, mogą zgłosić się do konkursu „Bezpiecznie z DHL”, w którym nagrodą jest grant w wysokości 50 tys. zł na realizację zwycięskiego pomysłu. Celem konkursu jest promowanie projektów na rzecz poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego i zmniejszenia liczby ofiar wypadków drogowych w Polsce.
– Do udziału zapraszamy organizacje pozarządowe, stowarzyszenia, fundacje, uczelnie oraz firmy. Zakres tematyczny konkursu jest bardzo szeroki, więc zgłosić może się każdy. Proponowane działania mogą dotyczyć kierowców, motocyklistów, rowerzystów, mogą też być skierowane do seniorów bądź dzieci – mówi Magdalena Bugajło, dyrektor ds. komunikacji i PR w DHL Parcel Polska.
Poza spełnieniem podstawowych kryteriów, związanych z celem konkursu, najwyżej oceniane będą projekty innowacyjne oraz te, które zakładają wykorzystanie nowych technologii. Projekty można zgłaszać do 26 września br.
– Każdego dnia na polskie drogi wyjeżdża około 3,5 tys. naszych kurierów oraz około 1 tys. kierowców transportu liniowego. To sprawia, że czujemy się odpowiedzialni za poprawę bezpieczeństwa w ruchu drogowym oraz jego użytkowników. Wspieramy bezpieczeństwo drogowe od wielu lat jako partner akcji „Bezpieczny przejazd”, która ma na celu poprawę bezpieczeństwa w obrębie przejazdów kolejowych. Aktywnie prowadzimy też szkolenia naszych kurierów w zakresie prawidłowego zachowania i udzielania pierwszej pomocy. Nie są to szkolenia obowiązkowe, ale chętnych nie brakuje. W tym roku udział w nich wzięła już setka kurierów, kolejną edycję mamy przewidzianą na wrzesień – mówi Magdalena Bugajło.
Polityka wobec Chin, Rosji i USA, kwestie klimatyczne i wspólna polityka obronności będą jednymi z kluczowych wyzwań dla nowo wybranych władz UE – ocenia Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy. Główny problem stanowi dziś jednak brak jedności i wspólnego głosu państw członkowskich w sprawach kluczowych, dlatego najtrudniejsze może okazać się wypracowanie kompromisu i niwelowanie podziałów w ramach UE. Wyzwania stojące przed dzisiejszą zjednoczoną Europą będą jednym z tematów, który zdominuje dyskusję podczas XXIX Forum Ekonomicznego w Krynicy. W najważniejszym spotkaniu politycznych i ekonomicznych elit regionu CEE, które odbędzie się w dniach 3–5 września, udział zapowiedziało już blisko 5 tys. gości z 60 państw.
– Po raz pierwszy odpowiedzialność za bieg spraw europejskich bierze na siebie przedstawiciel najsilniejszego, najbardziej wpływowego kraju w Europie. To istotnie zmieni charakter dyskusji między strukturami europejskimi a państwami narodowymi. Na Niemcach spoczywa dziś większa odpowiedzialność i to zmusza je do poszukiwania rozwiązań nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Oznacza to również, że – chcemy czy nie – będziemy znacznie istotniejszym niż do tej pory partnerem w poszukiwaniu tych rozwiązań – mówi agencji Newseria Biznes Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy.
Jak ocenia, jednym z głównych problemów dla nowo wybranych władz UE będzie kształtowanie polityki wobec Chin, Rosji i Stanów Zjednoczonych oraz innymi ważnymi partnerami zjednoczonej Europy.
– Wyzwaniem będzie też udzielenie wreszcie odpowiedzi na fundamentalne pytanie „tak czy nie?” dla wspólnych sił zbrojnych i próba wprowadzenia wspólnej polityki zagranicznej. Przecież Europejczycy nie mają wspólnego stanowiska wobec konfliktu bliskowschodniego czy konfliktu w Zatoce Perskiej. Brakuje też wspólnego stanowiska wobec wielu wielkich wyzwań, które widać dzisiaj w Azji czy na Dalekim Wschodzie. Europejczycy muszą zrobić jeszcze dużo, żeby ten mechanizm konsultowania, koordynowania, tworzenia nowej jakości rzeczywiście zafunkcjonował – mówi Zygmunt Berdychowski.
W połowie lipca na najważniejsze unijne stanowisko – nową szefową Komisji Europejskiej – została wybrana dotychczasowa minister obrony Niemiec Ursula von der Leyen. Premier Mateusz Morawiecki ocenił, że jej wygrana „daje nadzieję na nowe otwarcie w UE”. Jeszcze jako minister von der Leyen opowiadała się za koniecznością reformy i wzmocnienia wspólnej, europejskiej polityki obronnej w koordynacji ze strategią i działaniami NATO. Ten element jej agendy pokrywa się też z polityką polskiego rządu, ale – jak zauważa ekspert – może okazać się trudny w realizacji.
– Trudno jest mówić o tym, żeby budować wspólne siły zbrojne wtedy, kiedy większość naszych partnerów w Pakcie Północnoatlantyckim nie jest gotowa wydawać na obronność nawet 2 proc. swojego PKB. A przecież to wyzwanie oznacza, że trzeba będzie wydawać nie 2, ale 3–4, a nawet 5 proc. PKB, żeby stworzyć te europejskie siły zbrojne – mówi Zygmunt Berdychowski.
Jak ocenia, bez wspólnych sił zbrojnych trudno też mówić o federalizacji Europy, zwłaszcza że na ten moment UE ma do rozwiązania wiele innych, istotnych problemów, wśród których na pierwszy plan wysuwa się m.in. brexit.
– Dzisiaj na pewno wizja federalnej Europy zdecydowanie się oddala – mówi Zygmunt Berdychowski. – Proces federalizacji jest możliwy tylko i wyłącznie wtedy, kiedy tego rodzaju wspólnotę próbuje budować wiele podmiotów, które są na podobnym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, kulturowego i gospodarczego. Mając do czynienia z tak głębokim brakiem równowagi we wszystkich tych obszarach, trudno jest mówić o tym, żeby współtworzyć tego rodzaju jednolitą całość w UE.
Jednym z kluczowych punktów agendy będzie polityka klimatyczna, która dla Polski wiąże się z gigantycznymi kosztami przestawienia tradycyjnej energetyki na odnawialną.
– Jeżeli chcemy formułować bardzo ambitne cele klimatyczne, to UE musi nam w tym pomóc, dofinansować część inwestycji, które są niezbędne w tym zakresie. Nie jesteśmy w stanie równolegle modernizować infrastruktury komunikacyjnej, przestawiać gospodarki na tory innowacyjności, bo to jest po prostu niemożliwe i bardzo dużo kosztuje. Te procesy muszą być rozpisane na wiele lat i dzisiaj te kwestie będą w głównej mierze częścią agendy UE – mówi Zygmunt Berdychowski.
Obok obronności, spraw zagranicznych czy polityki klimatycznej, wielkim wyzwaniem dla zjednoczonej Europy będzie niwelowanie narastających różnic i podziałów w ramach UE. Państwom członkowskim brak wspólnego głosu, mają rozbieżne stanowiska w wielu sprawach kluczowych, dotyczących chociażby migracji.
– Sprawa pracowników delegowanych pokazała, że nie tylko najważniejsze kraje w Europie próbują bronić swoich interesów. Tak samo aktywne i zdeterminowane są kraje Europy Środkowej. Widać to chociażby po rozmowach dotyczących budżetu czy układu z Ameryką Południową. Każdy rok przynosi coraz więcej wyzwań, na które musimy przygotować wspólną odpowiedź. To jest trudne, ale równie trudno jest mi sobie jest wyobrazić sytuację, w której polski rząd przechodzi do porządku dziennego nad układem o wolnym handlu z Ameryką Południową. Jest to dla nas tak wielkie wyzwanie, że na pewno w tej sprawie Polacy muszą bronić swoich interesów – podkreśla Zygmunt Berdychowski.
Wyzwania, które stoją przed dzisiejszą zjednoczoną Europą, będą jednym z tematów, który zdominują dyskusję podczas tegorocznego Forum Ekonomicznego w Krynicy. Konferencja odbędzie się w dniach 3-5 września. Hasło przewodnie XXIX edycji Forum to „Europa jutra. Silna, czyli jaka?”
– To jest pytanie, na które jako Europejczycy ciągle próbujemy udzielić odpowiedzi. Europa silna oznacza poszukiwanie kompromisu, który ma pogodzić wszystkich Europejczyków, kiedy mówią o tym, co dla nich jest ważne, kiedy zabiegają o swoje sprawy – mówi Zygmunt Berdychowski.
Forum Ekonomiczne w Krynicy to największa i najbardziej prestiżowa konferencja w Europie Środkowo-Wschodniej, która przyciąga co roku kilka tysięcy gości z Europy, Azji i USA – ministrów, szefów rządów, parlamentarzystów z krajów regionu CEE, prezesów największych spółek, wybitnych ekspertów i ekonomistów, przedstawicieli biznesu, świata nauki i mediów.
Program tegorocznego Forum obejmuje osiem sesji planarnych, a także około 300 dyskusji panelowych w ramach kilku ścieżek tematycznych. Może paść kolejny rekord frekwencji – udział w wydarzeniu zapowiedziało blisko 5 tys. gości, z których ponad 40 proc. pochodzi z zagranicy. Obecność na XXIX Forum w Krynicy zapowiedzieli m.in. minister infrastruktury RP Andrzej Adamczyk, Petr Koblic, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Pradze, przewodniczący rady Federacji Europejskich Giełd Papierów Wartościowych oraz Tanja Miščević, szefowa zespołu negocjacyjnego ds. przystąpienia Republiki Serbii do UE. Z potwierdzeniem najważniejszych gości, a więc prezydentów i premierów, organizatorzy jeszcze spokojnie czekają.
– Chcemy, żeby Forum Ekonomiczne w 2019 roku było wydarzeniem wyjątkowym. Propozycje tematyczne będą bardzo różne – od dedykowanych bezpieczeństwu, polityce, poprzez kulturę, sport, aż po zagadnienia z zakresu cyberprzestrzeni czy spraw międzynarodowych. Jestem przekonany, że w tej ogromnej liczbie tematów znajdzie się wiele interesujących, ale i specyficznych, co wszystkim, którzy przyjeżdżają do Krynicy, da poczucie, że jest to warte odwiedzenia miejsce – mówi przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy.
Dwa razy do roku Ministerstwo Rolnictwa będzie ogłaszać ceny referencyjne dla wybranych grup owoców, warzyw i produktów rolnych. Skupowanie ich poniżej cen ustalonych przez resort będzie prawnie zabronione, pod groźbą kary finansowej do 3 proc. obrotów – zakłada projekt nowelizacji ustawy o przewadze kontraktowej. Na początku lipca przyjęła go Rada Ministrów, teraz zajmie się nim Sejm. Zmiana ma przede wszystkim wzmocnić pozycję rolników i ustabilizować rynek rolny.
– Jednym z głównych problemów polskich rolników i sadowników jest niestabilność tego rynku. Nie wiedzą, komu będą sprzedawać, ponieważ nie było do tej pory pisemnych umów. Drugi problem to kwestia cen – i stąd prace Rady Ministrów nad wprowadzeniem cen referencyjnych na niestabilnych dotąd rynkach, gdzie rolnicy nie wiedzieli nawet, czy będą mogli sprzedać po cenie, która pokryje im koszty produkcji. Dotąd – kiedy pojawiał się urodzaj – ceny bardzo spadały i nie było punktu odniesienia. Dzięki cenom referencyjnym będziemy mogli interweniować – mówi Marek agencji Newseria Biznes Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Jak zauważa, w lipcu minęły dwa lata od wejścia w życie ustawy o przewadze kontraktowej, która pozwala lepiej chronić interesy rolników. Na jej podstawie UOKiK może interweniować wobec podmiotów, które są monopolistami na rynku albo mają przewagę kontraktową wobec swoich dostawców.
– Mamy już pierwsze decyzje, które m.in. wymusiły na dużych koncernach międzynarodowych, żeby traktowali polskich rolników tak jak rolników niemieckich. Dotyczy to dużego podmiotu skupującego buraki cukrowe czy producenta cukru – mówi Marek Niechciał.
– Już na początku widzieliśmy – w reakcji na samo wprowadzenie tej ustawy – poprawę zachowania przedsiębiorców skupujących produkty rolne i spożywcze. Zdyscyplinowali się, nie stosują już takich praktyk jak dodatkowe opłaty czy zbyt długie terminy płatności – dodaje Jacek Marczak, zastępca dyrektora delegatury UOKiK w Bydgoszczy.
UOKiK prowadzi w tej chwili kilka postępowań związanych z przewagą kontraktową, cztery z nich zakończyły się już polubownymi rozstrzygnięciami. Jedna z ostatnich decyzji dotyczy spółki Real SA, dużego producenta soków i mrożonek.
– Podmiot ten stosował bardzo długie terminy płatności i po naszej interwencji zobowiązał się do skrócenia ich do maksymalnie 60 dni, a w przypadku mniejszych podmiotów do 30 dni oraz sprawdzenia swoich płatności z ostatnich 2 lat. Jeżeli któryś z rolników otrzymał pieniądze po zbyt długim czasie, dostanie odsetki. Podobne decyzje, z takim właśnie skutkiem, bez konieczności nakładania kary pieniężnej ani wieloletniego sporu sądowego, podejmowaliśmy również w stosunku do m.in. producentów cukru czy podmiotów skupujących marchew. Taka szybka interwencja pomaga rolnikom –podkreśla Jacek Marczak.
Do poprawy sytuacji rolników i sadowników ma się też przyczynić projektowana nowelizacja ustawy o przewadze kontraktowej. Ten został już 8 lipca przyjęty przez Radę Ministrów, teraz ma zająć się nim Sejm. Główną zmianą będzie wprowadzenie cen referencyjnych na wybrane grupy produktów, głównie owoców i warzyw.
– Ustawa wprowadzi zakaz sprzedaży produktów rolnych poniżej cen proponowanych i oficjalnie obwieszczanych przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi – mówi Jacek Marczak.
– Po wprowadzeniu tej ustawy podmiot, który ma przewagę kontraktową wobec swojego kontrahenta czy ogólnie jest dużą firmą w relacji z małym dostawcą, nie będzie mógł skupować po cenach niższych niż ceny referencyjne ogłaszane przez ministra rolnictwa dwa razy do roku. Mogą być to np. ceny jabłek poszczególnych gatunków. Jeżeli kupi je po cenie niższej, a równocześnie będzie mieć wobec swojego dostawcy przewagę kontraktową, wtedy złamie prawo i musi się liczyć z sankcjami finansowymi, sięgającymi 3 proc. obrotów – dodaje Marek Niechciał.
Zgodnie z deklaracjami Ministerstwa Infrastruktury na początku roku zostanie zlecone przygotowanie master planu Centralnego Portu Komunikacyjnego, który ma rozpocząć działalność w 2027 roku. Nowy hub może stanowić pewne zagrożenie dla regionalnych portów lotniczych. Kluczowe okażą się inwestycje w infrastrukturę drogową i kolejową oraz to, w jakim stopniu uda się je zrealizować przed uruchomieniem nowego portu, żeby zapewnić pasażerom możliwość płynnego dotarcia z i na lotnisko. Regionalne lotniska podkreślają jednak, że ich pozycja jest stabilna i z CPK zamierzają konkurować atrakcyjną siatką połączeń.
Centralny Port Komunikacyjny „Solidarność” ma powstać w gminie Baranów, 40 km na zachód od Warszawy. W pierwszym etapie ma mieć przepustowość na poziomie 45 mln, a docelowo – ok. 100 mln pasażerów rocznie. Inwestycja warta łącznie 37 mld zł obejmie budowę portu lotniczego na miarę największych na świecie, miasteczka Airport City z hotelami i powierzchnią kongresowo-biurową oraz infrastrukturę drogową i kolejową, która będzie obsługiwać nowe lotnisko. W planach jest m.in. do 250 km dróg na terenie całego kraju, które usprawnią dotarcie do CPK, ponad 900 km nowych linii i łączników kolejowych oraz skrócenie czasu dojazdu do lotniska do 120 min z największych miast w Polsce. Zgodnie z założeniami część tej infrastruktury ma powstać jeszcze przed 2025 rokiem, większość – do 2030 roku.
– Pomijając kwestię, czy CPK ma szansę w ogóle powstać do 2027 roku, bo intuicja mi podpowiada, że jest to data raczej deklaratywna niż realna, kluczowe będzie to, jak zostanie zorganizowany dojazd do tego lotniska, czy zgodnie z deklaracjami zostaną uruchomione szybkie połączenia kolejowe, czy też nastąpi to dopiero wiele lat po otwarciu CPK – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Kuś, prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu.
Jak podkreśla, to właśnie będzie determinować wpływ CPK na funkcjonowanie lotnisk regionalnych.
– Jeżeli do CPK nie da się szybko dojechać samochodem czy pociągiem, to siłą rzeczy pewnie utrzymamy 6 połączeń lotniczych dziennie, żeby pasażerowie mogli dolecieć z Wrocławia do CPK i stamtąd dalej w świat, więc interes lotniska będzie utrzymany – mówi Dariusz Kuś.
Także w raporcie „Centralny Port Komunikacyjny – analiza koncepcji”, opracowanym przez Port Lotniczy Lublin, eksperci podkreślają, że wpływ CPK na regionalne porty lotnicze będzie silnie uzależniony od inwestycji w infrastrukturę. Jeżeli – zgodnie z założeniami – do 2030 roku z każdego większego miasta w Polsce będzie można dojechać do CPK w 120 minut, wówczas podróże lotnicze na krótkich dystansach będą przegrywać rywalizację z koleją, co będzie oznaczać odpływ pasażerów na krótkich dystansach. Innymi słowy, utworzenie szybkich połączeń kolejowych do CPK spowoduje konieczność likwidacji połączeń lotniczych z portów regionalnych do Warszawy. Ucierpieć mogą zwłaszcza mniejsze lotniska, położone blisko CPK, jak Łódź, Bydgoszcz i Lublin. Z drugiej strony autorzy raportu podkreślają, że do dziś nie powstały wszystkie projekty drogowe, które były w planach rządowych na Euro 2012, co świadczy o nieterminowości inwestycji publicznych w Polsce. Tym bardziej stworzenie infrastruktury dla CPK w ciągu 6–11 lat oceniane jest jako mało realne.
– Lotniska regionalne obsługują około 2/3 całego ruchu lotniczego w Polsce i według ekspertów ta struktura nie ulegnie zmianie po wybudowaniu Centralnego Portu Komunikacyjnego. Warto też zwrócić uwagę na preferencje podróżnych. Coraz częściej wybierają oni regionalne lotniska i korzystają z małych lotnisk położonych blisko domu. Dodatkowe czynniki, czyli np. to, jak blisko domu jest położone lotnisko, jaki czas trzeba poświęcić na odprawę i wejście na pokład samolotu, bardzo istotnie wpływają na to, jakie decyzje podejmuje pasażer – dodaje Daniel Mackiewicz, kierownik ds. marketingu Portu Lotniczego Bydgoszcz.
W ubiegłym roku z siatki lotnisk regionalnych skorzystało w sumie 28,1 mln pasażerów, czyli ponad 3,7 mln więcej niż jeszcze rok wcześniej. Był to najlepszy dotychczas wynik regionalnych lotnisk. Ich udział w całości ruchu pasażerskiego obsłużonego w Polsce wyniósł 61 proc. – pokazują statystyki Związku Regionalnych Portów Lotniczych.
– Trzeba mieć na uwadze dostępność różnego rodzaju wyszukiwarek i przeglądarek, które pozwalają porównać ceny. To dla pasażerów narzędzie, które pomaga im się kierować rozumem i portfelem. Tak naprawdę to konkurencyjność ofert będzie kluczowa przy podejmowaniu decyzji – mówi Daniel Mackiewicz.
– Nawet jeżeli powstanie CPK, a my będziemy oferowali fajne kierunki wylotów, lotów czarterowych czy point-to-point, czyli z miasta do miasta, czy możliwość dostania się do wielu hubów przesiadkowych, to pasażerowie zagłosują nogami, przyjadą do nas i będą korzystali z naszego lotniska. Nie obawiam się wielkiego wpływu CPK na naszą działalność, zwłaszcza że będzie to inwestycja rozłożona w czasie – dodaje Dariusz Kuś.
Jak ocenia prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu, dla rozwoju CPK kluczowe będzie również to, czy Polskie Linie Lotnicze LOT będą w stanie zapewnić odpowiednią siatkę połączeń i obłożenie lotów. Także w raporcie „Centralny Port Komunikacyjny – analiza koncepcji” eksperci podkreślają, że LOT, który w 2018 roku przewiózł niespełna 9 mln pasażerów, mimo dynamicznego rozwoju może nie dostarczyć takiego wolumenu ruchu, który pozwoliłby efektywnie wykorzystywać infrastrukturę CPK.
Z drugiej strony raport pokazuje, że budowa CPK to również szansa dla LOT-u, która umożliwi rozwój połączeń do USA i Azji, czyli rejonu, który zdominuje światowe lotnictwo w perspektywie nadchodzących lat. CPK to również większe możliwości bazowania i serwisowania maszyn.
– Trendy, które obserwujemy na rynku, być może rzeczywiście dają uzasadnienie dla budowy CPK. Europejskie lotniska przesiadkowe są dość mocno zatłoczone i być może na mapie Europy jest miejsce dla kolejnego, dużego portu przesiadkowego, który zdejmie z zatłoczonych portów część oferowania –mówi Dariusz Kuś.
Jak podkreśla, w tej chwili odpowiedzią na zatłoczone europejskie lotniska jest trend otwierania połączeń point-to-point, czyli bezpośrednich połączeń, z pominięciem hubów przesiadkowych.
– Co więcej, producenci samolotów też mają na to swoją odpowiedź. Odpowiadają na te potrzeby produkcją maszyn wąskokadłubowych. Plany budowy Airbusa A321 LR, który już jest w ciekawej fazie wykonawczej, pokazują, że ten samolot będzie mógł latać na dystansach, które dzisiaj z lotnisk regionalnych są jeszcze nieosiągalne. Myślę, że wyklują się z tego ciekawe rozwiązania dla portów regionalnych – mówi Dariusz Kuś.
W ubiegłym roku polskie lotniska obsłużyły w sumie 45,7 mln pasażerów, czyli o 14 proc. więcej w stosunku do poprzedniego roku – wynika z danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego. To o 3 mln więcej niż zakładały prognozy urzędu. „Największe nasycenie ruchu występuje w głównych lotniskach Polski Centralnej, co w przyszłości może powodować problemy z przepustowością” – zauważa ULC. Długoterminowe prognozy dla rynku lotniczego w Polsce zakładają, że w 2035 roku liczba pasażerów niemal się podwoi i sięgnie już ok. 94 proc.
Polska branża ICT wypracowuje zbyt mały udział w PKB i notuje zbyt małe wzrosty, by rodzima gospodarka mogła stać się liczącą w obliczu odbywającej się czwartej rewolucji przemysłowej – twierdzą twórcy raportu „Polska (prawdziwie) cyfrowa”. Sugerują 12 rozwiązań mogących poprawić sytuację. To m.in. wsparcie w postaci zamówień rodzimych rozwiązań przez stronę rządową i wspieranie eksportu polskiej myśli technologicznej na zagraniczne rynki.
– Wykorzystanie technologii rewolucji przemysłowej, która się w tej chwili dzieje, jest właściwie główną szansą, żeby wyrwać Polskę z pułapki średniego dochodu. Jest to branża, która generuje teraz największe wartości dodane, najwięcej się w niej dzieje, powstaje dużo nowych firm, nowych podmiotów i to jest szansa dla bardzo wielu polskich firm i polskiej gospodarki – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Bartłomiej Michałowski, członek zarządu Instytutu Sobieskiego i współautor raportu „Polska (prawdziwie) cyfrowa”.
Według raportu do 2020 r. będzie działać na świecie przeszło 3 mln robotów przemysłowych. Wdrażanie rozwiązań z zakresu Przemysłu 4.0 wywoła radykalne przeobrażenia na rynku pracy, a inteligentne oprogramowanie zmieni rynek usług i bardzo wiele sektorów. Gospodarka każdego kraju chcącego w zauważalny sposób wykorzystać potencjał, jaki stwarza czwarta rewolucja przemysłowa, powinna więc notować dynamiczne wzrosty w branży ICT. Tymczasem Polska, będąca według Banku Światowego na 23. miejscu na 200 notowanych państw, jeśli chodzi o wysokość PKB, wzrostów takich nie notuje.
W 2017 r. polski produkt krajowy brutto wzrósł o 4,8 proc, a branża teleinformatyczna zaledwie o 1,5 proc. Oznacza to więc nieproporcjonalny do PKB i co najmniej trzykrotnie zbyt niski wzrost w stosunku do tego, co gospodarka powinna wypracowywać. Dla porównania, według Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości udział sektora ICT w PKB Polski wynosi 6 proc., a we Francji wyniósł w 2017 roku 7 proc.
– Jednym z zasadniczych wniosków jest potrzeba większej liczby innowacyjnych projektów. Potrzeba, żeby polskie spółki Skarbu Państwa, polskie ministerstwa zamawiały projekty z obszaru właśnie innowacji, teleinformatyki, sztucznej inteligencji czy blockchainu. Rozwiązania te w dużej mierze w tej chwili się dopiero tworzą. Skorzystają na tym te państwa, w których firmy takie rozwiązania i takie technologie będą mogły dostarczać, bo ta rewolucja trwa teraz – ocenia Bartłomiej Michałowski.
Trzy czwarte dochodów branży ICT generuje w Polsce 50 największych firm, przy czym w dwóch trzecich są to przedsiębiorstwa stanowiące oddziały firm zagranicznych. Okazuje się też, że na liście 500 największych firm działających w sektorze cyberbezpieczeństwa nie znalazła się ani jedna pochodząca z Polski. Z kolei z raportu Computerworld TOP200 wynika, że w roku 2016 było w Polsce 369 firm ICT z obrotami przekraczającymi milion zł. W roku 2017 ich liczba wzrosła do 387. Taki wzrost jest jednak zdaniem specjalistów wciąż niewystarczający. W pobudzanie polskiej gospodarki do wypracowywania obiecujących technologii napędzających czwartą rewolucję przemysłową powinna aktywnie włączyć się też strona rządowa.
– Polskie spółki Skarbu Państwa i ministerstwa powinny brać udział w tzw. poligonach innowacyjności, gdzie byłby wymóg wykorzystywania nowych technologii. W pierwszej kolejności w pilocie, a jeżeli pilot się sprawdza, powinniśmy go szybko replikować, a realizująca tego pilota powinna mieć szansę na tym zarobić i się rozwinąć. Rekomendujemy też, by polski rząd miał własnego szefa informatyki, który będzie dbał o techniczną stronę infrastruktury publicznej – sugeruje współautor raportu „Polska (prawdziwie) cyfrowa”.
Do zadań szefa Biura IT rządu miałaby należeć m.in. implementacja narzędzi i rozwiązań dla wszystkich ministerstw wspierających działania administracji publicznej. Jedną z rekomendacji twórców raportu jest też to, by Polska usamodzielniała się technologicznie dzięki korzystaniu z polskich produktów ICT, a także wspierała działania dążące do eksportu na światowe rynki zaawansowanych technologicznie produktów.
Z raportu „Perspektywy Rozwoju Polskiej Branży ICT do roku 2025” sporządzonego przez Investin wynika, że w 2025 roku polski sektor ICT osiągnie wielkość produkcji na poziomie 54 mln euro. Do 2024 roku zatrudnienie w tym sektorze przekroczy pół miliona osób.
To może być kolejny etap wojny informacyjnej przed wyborami prezydenckimi w 2020 roku. Technologia deepfake daje praktycznie nieograniczone możliwości, a można ją wykorzystywać domowymi sposobami. Zmanipulowane filmy wideo, dzięki sztucznej inteligencji są nie do odróżnienia od prawdziwych nagrań. Mogą służyć do produkcji na masową skalę fake newsów. Trwają pracę nad oprogramowaniem, które ma pomóc ocenić prawdziwość pojawiających się filmów.
– Deepfake używa bardzo zaawansowanych narzędzi sztucznej inteligencji, które mogą być używane w różnych celach. Generuje zawartość medialną, która nie jest prawdziwa. Może ludzi po prostu oszukiwać, wprowadzać w błąd. To przykład tworzenia fake newsów, przy czym deepfake koncentruje się na generowaniu kontentu wideo – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Dominik Ślęzak z Instytutu Informatyki Uniwersytetu Warszawskiego.
Amerykańska Izba Reprezentantów ostrzega, że technologia deepfake może być wykorzystywana przez wywiady wrogich państw i stanowić zagrożenie dla dyskusji publicznej i bezpieczeństwa narodowego USA. O technologii pozwalającej wyprodukować w pełni profesjonalne filmy wideo zrobiło się głośno już w 2017 roku. To wtedy w sieci zaczęły krążyć sfałszowane filmy pornograficzne, gdzie aktorkom cyfrowo podmieniono twarze na te należące do celebrytek. To jednak był dopiero początek.
– Sztuczną inteligencję, a konkretnie sieci neuronowe, można wykorzystać też pozytywnie. To np. ulubiona gra online, gdzie główny bohater może mnie przypominać. Innym przykładem są symulacje w medycynie. Np. możemy mieć bazę danych zapisów wideo przypadków bardzo poważnych schorzeń i spróbować dostosować te zapisy do parametrów nowego pacjenta – wymienia dr hab. Dominik Ślęzak.
Ostatnie przykłady pokazują jednak, że technologia deepfake to przede wszystkim niemal nieograniczone możliwości do wypuszczania fałszywych informacji. Niedawno w internecie można było obejrzeć rzekomą pijaną Nancy Pelosi, spikerkę Izby Reprezentantów. Mówiła niewyraźnie i bardzo powoli, tymczasem okazało się, że po prostu jej wypowiedź została spowolniona o kilkadziesiąt procent. Wcześniej jednak filmik z jej udziałem udostępnił choćby były burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani. W sieci krążyły też fałszywe nagrania z Barackiem Obamą, Donaldem Trumpem czy Markiem Zuckerbergiem.
– Jeżeli ktoś używa tej technologii bez zgody osób, których zdjęcia są wykorzystywane, np. do tworzenia nieprawdziwych filmów czy właśnie przekręcania czyichś orędzi, czyli nie tylko wyciągania z kontekstu jakiejś wypowiedzi, ale wkładanie w czyjeś usta zupełnie nowych wypowiedzi, to są to narzędzia bardzo niebezpieczne – wskazuje ekspert.
Kilka tygodni temu pojawiła się aplikacja DeepNude. Dzięki niej można było „rozebrać” kobiety – wystarczyło zdjęcie, by dzięki sztucznej inteligencji zobaczyć, jak wygląda ona nago. Po licznych protestach aplikacja została zamknięta, ale w sieci krążą jej kolejne wersje. To tylko przykład aplikacji, która mogła być bardzo pomocna i służyć np. do skanowania ludzi do celów bezpieczeństwa, tymczasem była wykorzystana zupełnie inaczej.
– Sztuczna inteligencja będzie nam dawała coraz silniejsze narzędzia, analizę danych, symulowania rzeczywistości, zmieniania rzeczywistości. Jest to jednak nasza odpowiedzialność, jak będziemy tych narzędzi używać – podkreśla dr Ślęzak.
Pojawiają się aplikacje, które mają pomóc rozpoznać fałszywe materiały. Niektóre bardzo dokładnie sprawdzają mimikę, inne – częstotliwość mrugania i na tej podstawie oceniają stopień prawdopodobieństwa, że nagranie zostało spreparowane. Dopóki jednak nie zostaną opracowane takie przepisy, które pozwolą całkowicie unieszkodliwić technologię, wyścig będzie trwał.
– To podobnie jak w branży cyberbezpieczeństwa. Z jednej strony są hakerzy, którzy atakują nasze maszyny, próbują je zawirusować, a my próbujemy to wykryć i przeciwdziałać. Tak samo w dziedzinie deepfake’a można do tego podejść. Trzeba się nauczyć odróżnić prawdziwy kontent od tego spreparowanego i odpowiednio reagować – mówi dr hab. Dominik Ślęzak.
Ponad 73 proc. rodziców przyznaje, że zdarza im się kłócić przy dziecku. Co trzeci dorosły dzieli się z najmłodszymi swoimi problemami zawodowymi. Niemal tyle samo osób potwierdziło, że zdarza im się rozładowywać negatywne emocje podczas rozmowy z dziećmi – wynika z badania przeprowadzonego w ramach wspólnej kampanii SOS Wioski Dziecięce i portalu Onet.pl. Tymczasem wprowadzanie dziecka w szczegóły własnych problemów i włączanie go w ich rozwiązywanie, może skutkować odwracaniem się ról w rodzinie. W efekcie to dziecko opiekuje się rodzicem.
– Rodzice bardzo często obciążają dzieci swoimi problemami. Aż 73 proc. z nich kłóci się przy dziecku, połowa z nich w tym czasie krytykuje partnera. 51 proc. rodziców, którzy wzięli udział w badaniu, zwierza się i konsultuje z dziećmi swoje problemy, np. zawodowe, a 77 proc. rodziców uważa dziecko za swojego przyjaciela – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Choszcz-Sendrowska, dyrektor ds. komunikacji Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce.
Z badania przeprowadzonego przez firmę NEUROHM w ramach kampanii prowadzonej wspólnie przez SOS Wioski Dziecięce i Onet.pl „Problemy dorosłych to ciężar dla dzieci”, wynika, że dorośli nie do końca rozumieją, przed jakimi tematami powinni chronić swoje dzieci. Duża grupa kłóci się przy dziecku, omawia z pociechami problemy w swoich związkach, a co trzeci rodzic przyznaje, że rozładowuje negatywne emocje właśnie podczas rozmowy z dzieckiem.
– Powinniśmy być przyjaciółmi dla swoich dzieci, ale to nie znaczy, że dzieci mają być naszymi przyjaciółmi, że powinniśmy ich traktować tak, jak przyjaciela, partnera czy kogoś, kto ma nam pomóc rozwiązać problemy. Nie tędy droga. To my, dorośli, jesteśmy od tego, żeby rozwiązywać problemy, żeby sobie z nimi radzić, a dziecko powinno słyszeć od nas zapewnienie, że z tymi problemami sobie poradzimy, nawet jeżeli jest trudno – tłumaczy Anna Choszcz-Sendrowska.
Ekspertka podkreśla, że dziecko powinno mieć poczucie bezpieczeństwa. Choć powinno mieć świadomość problemów, np. ciężkiej choroby w rodzinie, to istotny jest sposób, w jaki rodzice zasygnalizują trudną sytuację. Niezależnie od wieku dziecka nie należy go też wprowadzać w szczegóły problemu, powinno mieć poczucie, że to rodzice są odpowiedzialni za rozwiązanie kłopotów.
– Ciężka choroba czy śmierć to są takie sytuacje, kiedy musimy być z dziećmi szczerzy, bo nie uciekniemy od rzeczywistości, ona dziecko dogoni. Musimy to więc zrobić w bezpiecznej formie, tak żeby dziecko nie poczuło się np. winne – wskazuje ekspertka Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce.
Wprowadzania dziecka w szczegóły własnych problemów może skutkować odwróceniem się ról w rodzinie, tzw. parentyfikacji. Skutki mogą być trudne do przewidzenia. Nakładanie na dzieci dużych ciężarów, z którymi nie radzą sobie rodzice, to tak naprawdę koniec dzieciństwa i ogromne problemy z radzeniem sobie z emocjami w przyszłości.
– Są dzieci, które np. musiały zarabiać czy zbierać puszki po to, żeby rodzeństwo miało co jeść, kryć rodziców przed dłużnikami czy w wieku 5–6 lat przewijać, karmić i opiekować się rodzeństwem, kiedy rodzice zostawiali je na długo. To są ekstremalne sytuacje i bardzo trudno jest wyrwać dziecko z takiej roli – mówi Choszcz-Sendrowska.
Jak wskazuje, rodzice często nie zastanawiają się, czy potrafią rozmawiać z dziećmi, czy faktycznie chronią je przed problemami. Przy wszechobecnym pośpiechu nie myślimy, czy informacje podawane maluchowi są dostosowane do poziomu jego wiedzy i umiejętności językowych. W efekcie czasem nieświadomie obciążamy dzieci problemami dorosłych.
– Nasza kampania „Problemy dorosłych to ciężar dla dzieci” jest po to, żebyśmy się przez chwilę zastanowili nad jakością swojego rodzicielstwa. Powinniśmy się zastanowić, czy w ogóle myślimy o tym, jak wychowujemy nasze dzieci, czy planujemy rozmowę z nimi, czy idziemy na żywioł. Coś, co dla nas jest zwykłym, codziennym problemem, dla dziecka może urosnąć do bardzo wielkich rozmiarów – wskazuje Anna Choszcz-Sendrowska.
Sektor technologii notuje w ostatnim czasie wzmożoną zmienność, którą w dużej mierze stymulują wahania kursów akcji najbardziej znanych przedsiębiorstw. Jonathan Curtis z Franklin Equity Group uważa, że sektor oferuje atrakcyjny długoterminowy potencjał. W tym artykule Curtis koncentruje się na wpływie mniej znanych spółek i omawia możliwości związane z wdrażaniem technologii telekomunikacji mobilnej piątej generacji (5G).
Jonathan Curtis z Franklin Equity Group
Wielu inwestorów ma tendencję do postrzegania sektora technologicznego przez pryzmat kilku największych przedsiębiorstw, na czele z tzw. grupą „FAANG”, do której zaliczane są Facebook, Apple, Amazon, Netflix i należąca do holdingu Alphabet spółka Google.
Sektor technologii to jednak znacznie więcej niż tylko kilku gigantów. Choć z podekscytowaniem obserwujemy wydarzenia mające wpływ na wyniki dużych przedsiębiorstw, przyglądamy się także mniej znanym spółkom, które odgrywają ważną rolę w procesie transformacji cyfrowej.
Poszukujemy przedsiębiorstw wdrażających nowe technologie, zmieniających własną kulturę korporacyjną i podważających dotychczasowe status quo.
Spółki stojące za elektroniczną rewolucją zmuszają tradycyjne przedsiębiorstwa do zmian
Coraz więcej spółek z różnych branż zaczyna wykorzystywać rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym w celu utrzymania konkurencyjnej pozycji, czego przykładem mogą być aplikacje rozpoznające mowę, takie jak Siri lub Alexa, czy też algorytm rekomendujący treści dostępne w serwisie Netflix. Uważamy, że ten trend wiąże się z interesującymi możliwościami dla inwestorów.
Dzięki transformacji cyfrowej coraz więcej spółek może usprawniać lub tworzyć całkowicie nowe procesy biznesowe. Jako inwestorzy działający w sektorze technologii, z radością obserwujemy wdrażanie rozwiązań elektronicznych także przez spółki spoza obszaru IT, które szybciej niż reszta rynku przyjmują nowe technologie. Jednocześnie uważamy, że niektóre spółki pracujące nad komercyjnym wykorzystaniem technologii szerokopasmowej komunikacji piątej generacji (5G) mogą oferować potencjalne możliwości w dłuższej perspektywie.
Poza technologią 5G
Wielu komentatorów uważa uruchomienie sieci mobilnych 5G za kolejny przełom dla sektora technologicznego w ujęciu globalnym. Nie mamy wątpliwości, że nowa technologia może odmienić sytuację na rynku i dostrzegamy kilka sposobów wykorzystania potencjalnych możliwości związanych z 5G przez inwestorów.
Sądzimy, że najbardziej atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych należy szukać w łańcuchu dostaw związanym z wdrożeniem technologii 5G, a nie wśród producentów urządzeń telekomunikacyjnych.
Dostrzegamy, na przykład, potencjał w branży półprzewodników, np. wśród producentów chipów i modułów pamięci, czyli produktów mających kluczowe znaczenie dla wdrożenia technologii 5G.
Możliwości widzimy także wśród spółek obsługujących infrastrukturę komunikacji bezprzewodowej, dzięki której operatorzy sieci 5G mogą udostępniać swoje usługi sieciowe użytkownikom urządzeń mobilnych.
Dzięki kontroli nad dystrybucją operatorzy wież telekomunikacyjnych mają dużą swobodę w narzucaniu cen operatorom sieci bezprzewodowych. W naszej ocenie modele biznesowe przedsiębiorstw obsługujących wieże telekomunikacyjne mogą stawać się atrakcyjniejsze wraz z coraz większym rozpowszechnieniem sieci 5G.
Widzimy, ponadto, że ewolucja sieci 5G tworzy kolejne możliwości w obszarze „Internetu rzeczy”, umożliwiając jeszcze lepszą integrację urządzeń codziennego użytku za pośrednictwem bezprzewodowego Internetu.
W nadchodzących latach spodziewamy się ogromnego wzrostu liczby urządzeń połączonych z Internetem dzięki oferowanej przez sieci 5G większej przepustowości i mniejszemu opóźnieniu. W związku z tym wyszukaliśmy potencjalnie atrakcyjne możliwości wśród dostawców bezpiecznych chmur obliczeniowych dla klientów korporacyjnych.
Długofalowa perspektywa
Choć niektórzy inwestorzy mogą traktować akcje uznanych spółek należących do grupy „FAANG” jako barometr zmian w całym sektorze technologicznym, my nie przywiązujemy tak dużej wagi do tymczasowych wahań wyceny kilku przedsiębiorstw.
Zwykle inwestujemy w perspektywie 3-5 lat i poszukujemy możliwości wśród spółek powiązanych z szerokim trendem transformacji cyfrowej, które niekoniecznie muszą zaliczać się do najbardziej znanych przedsiębiorstw na rynku.
Wczoraj wszyscy spodziewali się emocji związanych z decyzjami banków centralnych. O ile Turcy zaczęli dzień od dość radykalnych decyzji, to Europejski Bank centralny zawiódł obserwatorów.
Draghi i spółka wciąż czekają
Posiedzenie Zarządu Europejskiego Banku Centralnego było interesujące, ale zabrakło najważniejszej rzeczy – decyzji o zmianie stóp procentowych. Jeszcze wczoraj zastanawiano się, jaka będzie reakcja Rezerwy Federalnej na ewentualne ruchy EBC. Okazało się jednak, że były to zupełnie niepotrzebne dywagacje, gdyż to europejski regulator postanowił zaczekać na kroki Fed. Nawet słabe dane indeksów koniunktury, głównie niemieckich, nie skłoniły banku centralnego strefy euro do działania. Po samej decyzji zgodnie z oczekiwaniami mieliśmy zwiększoną zmienność na parze EUR/USD, ale łączna zmiana nie była imponująca. Kurs euro do dolara najpierw spadł, potem wyskoczył w górę, by ostatecznie zakończyć dzień na niemal niezmienionym poziomie. Ta karuzela nie pomogła jednak złotemu, który wyraźnie stracił względem europejskiej waluty. Dobra informacja pojawiła się natomiast dla kredytobiorców walutowych, gdyż frank stracił na wartości.
Turcja tnie stopy
Czego nie zrobił Europejski Bank Centralny, zostało z nawiązką wykonane z samego rana przez Bank Turcji. Obciął on główną stopę procentową z 24% do 19,75%. Analitycy spodziewali się spadku do 21,5%. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na duże naciski na bank centralny ze strony prezydenta Recepa Erdoğana. Posiedzeniu przewodniczył nowy szef tureckiego regulatora, gdyż stary nie podzielał poglądów głowy państwa. Warto przypomnieć, że prezydent wielokrotnie negował relację pomiędzy stopami procentowymi a inflacją, a właściwie nie tyle negował, ile jasno dawał do zrozumienia, że ta relacja jest dokładnie odwrotna od powszechnego poglądu ekonomistów na ten temat. Jego zdaniem wysokie stopy powodują wzrost inflacji. Powinniśmy szybko zobaczyć, czyja ocena jest bliższa prawdy. Obecnie inflacja w Turcji wynosi niemal 16% i to po 3% spadku w czerwcu. Co ciekawe lira turecka zyskała na wartości po tej decyzji.
Co z Brexitem?
Boris Johnson powtórzył to, co wielokrotnie już słyszeliśmy – nie jest fanem wynegocjowanych przez swoją poprzedniczkę warunków opuszczenia Wspólnoty. Szczególnie mechanizmu awaryjnego dla Irlandii Północnej (tzw. backstop). Powtórzył również deklarację o możliwym Brexicie bez umowy, ale jednocześnie zapowiedział, że porozumienie jest lepszym rozwiązaniem. W reakcji na te dane funt zaczął tracić część ostatnich zysków.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – wstępne dane na temat PKB.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Kuehne + Nagel w Austrii przejęło firmę Jöbstl, średniej wielkości przedsiębiorstwo logistyczne z siedzibą w Wundschuh w okolicach miasta Graz. Dzięki integracji Grupy Jöbstl, Kuehne + Nagel rozszerza swoją sieć drogową i umacnia transport w kierunku Europy Wschodniej. W przyszłości, Klienci będą mogli korzystać z serwisu Grupy Jöbstl w zakresie europejskich usług drobnicowych. „Dodając do naszej oferty portfolio Grupy Jöbstl, jesteśmy w stanie zaoferować Klientom więcej usług w regionie i strategicznie rozbudowywać naszą sieć drogową” – wyjaśnia Uwe Hött, wicedyrektor dywizji drogowej Kuehne + Nagel w Europe. „Dysponując ponad 130 oddziałami w całej Europie, Kuehne + Nagel obecnie łączy wszystkie rynki w regionie. Dzięki integracji z siecią Jöbstl wzmocnimy dostępne połączenia, szczególnie z sąsiednimi państwami przy jednoczesnym zwiększeniu częstotliwości wyjazdów i skróceniu czasu dostaw. Zakładamy, że szczególnie duże firmy skorzystają z naszego rozszerzonego portfolia usług ”.
„Bardzo doceniamy silne zakorzenienie Jöbstla w austriackich tradycjach oraz jego długą historię. Dzięki przejęciu rodzinnej firmy, zyskujemy partnera, który cechuje się niezawodnością, elastycznością i obsługą Klienta z osobistymi, wartościowymi akcentami, które są niezwykle ważne dla Kuehne + Nagel”, mówi Franz Braunsberger, dyrektor generalny Kuehne + Nagel w Austrii.
„Cieszymy się, że możemy dołączyć do Grupy Kuehne + Nagel i stać się częścią silnej międzynarodowej sieci logistycznej. Razem możemy oferować Klientom szerokie portfolio usług. Łącząc nasze sieci budujemy synergie i tworzymy przestrzeń dla wzrostu, przynosząc wymierne korzyści naszym Klientom i pracownikom”- dodaje Christoph Jöbstl, dyrektor zarządzający i udziałowiec grupy Jöbstl.
Przejęcie zostało zatwierdzone przez właściwe organy antymonopolowe. W ramach przejęcia 100% udziałów w SLM Spedition und Logistik GmbH w Wiedniu zostanie przeniesionych na Kuehne + Nagel. Strony zgodziły się nie ujawniać ceny transakcji.
W 2021 roku Toyota Motor Manufacturing Poland (TMMP) rozpocznie w Wałbrzychu produkcję kolejnej elektrycznej przekładni (e-CVT – electronic continuously variable transmission) do niskoemisyjnych napędów hybrydowych, która będzie współpracować z silnikiem o pojemności 1,5 l;
Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami produkcja silnika 1,5 l ruszy rok wcześniej w drugim zakładzie TMMP zlokalizowanym w Jelczu-Laskowicach. W ten sposób oba zakłady będą tworzyć jeden hybrydowy zespół napędowy;
W ramach inwestycji TMMP rozpocznie produkcję silników elektrycznych, które są integralną częścią przekładni e-CVT;
Zakład w Wałbrzychu od listopada 2018 produkuje elektryczne przekładnie do napędów hybrydowych współpracujących z silnikiem 1,8 l.
Sprzedaż niskoemisyjnych samochodów hybrydowych marki Toyota na rynku europejskim stale rośnie, osiągając w pierwszym półroczu 2019 roku 52% całości wolumenu sprzedaży. Z uwagi na popularyzację technologii hybrydowej Toyota systematycznie zwiększa produkcję komponentów hybrydowych w Europie.
W 2021 roku polska fabryka Toyoty podwoi produkcję elektrycznych przekładni hybrydowych wraz z planowanym uruchomieniem nowej przekładni współpracującej z silnikiem o pojemności 1,5 l. Projekt ten o wartości 300 milionów złotych stanowi uzupełnienie i rozszerzenie produkcji przekładni e-CVT współpracującej z silnikiem 1,8 l, uruchomionej w listopadzie 2018 roku. Razem z pozostałymi obecnie realizowanymi projektami wdrożenia nowoczesnych silników TNGA poziom inwestycji w obu zakładach Toyota Motor Manufacturing Poland zlokalizowanych w Wałbrzychu i Jelczu-Laskowicach wzrośnie do blisko 5 miliardów złotych.
W ramach inwestycji Toyota planuje uruchomienie produkcji silników elektrycznych MG1, stanowiących integralną część elektrycznej przekładni hybrydowej. Nowa przekładnia e-CVT będzie współpracować z najnowszej generacji silnikiem o pojemności 1,5 l, zaprojektowanym w oparciu o globalną platformę projektową Toyoty TNGA (Toyota New Global Architecture), którego produkcja ruszy wiosną 2020 roku w Jelczu-Laskowicach. W ten sposób oba polskie zakłady Toyoty będą tworzyć jeden hybrydowy zespół napędowy. W związku z planowaną produkcją nowych silników zakład w Jelczu-Laskowicach prowadzi działania rekrutacyjne, zmierzające do zatrudnienia dodatkowo 200 pracowników, którzy dołączą do 450 nowych osób przyjętych do pracy w minionych miesiącach.
Eiji Takeichi, Prezes TMMP: „Nasza fabryka staje się europejskim centrum produkcyjnym elektrycznych komponentów do niskoemisyjnych napędów hybrydowych. Decyzja koncernu o rozszerzeniu produkcji o kolejny typ przekładni e-CVT stanowi uznanie naszych dotychczasowych osiągnięć oraz dowód na zaufanie, jakim władze koncernu darzą TMMP. Będziemy kontynuować rozwój naszej załogi w oparciu o nowoczesne, zautomatyzowane procesy, które będą wdrażane wraz z uruchomieniem u nas produkcji głównych komponentów elektrycznych. To kolejny kamień milowy na drodze do elektromobilności w Polsce i Europie”.
Mateusz Morawiecki, Prezes Rady Ministrów: „Z gospodarką jest trochę tak jak z samochodem. Jeśli nie ma dobrego napędu, jeśli nie ma dobrego przełożenia, to gospodarka nie kręci się tak jak powinna. Nowoczesne technologie, takie jak te które przyciągamy za sprawą Toyoty do Polski, są właśnie takim dobrym napędem. Jesteśmy więc na dobrej drodze do zwiększania nowoczesności i innowacyjności polskiej gospodarki. Tu, w Wałbrzychu powstanie nowa inwestycja w supernowoczesny przemysł niskoemisyjnej mobilności. Te inwestycje, które dzisiaj widziałem w Wałbrzychu wraz z tymi, które za rok, za dwa będą gotowe, są ogromną szansą rozwoju całej polskiej gospodarki”.
Elektryczna przekładnia e-CVT stanowi serce niskoemisyjnego systemu hybrydowego Toyoty. Współpraca dwóch silników elektrycznych, stanowiących integralną część przekładni e-CVT z silnikiem benzynowym, zapewnia optymalny przepływ energii w elektrycznym pojeździe hybrydowym (HEV – hybrid electric vehicle). W czasie hamowania energia kinetyczna samochodu hybrydowego jest odzyskiwana i zamieniana na energię elektryczną, dzięki czemu pojazd zużywa mniej paliwa. Niezależne badania przeprowadzone m.in. przez Uniwersytet w Rzymie oraz Politechnikę Krakowską potwierdzają, że „samoładujące się” hybrydowe samochody Toyoty pokonują ponad 50% dystansu w mieście wyłącznie przy użyciu silnika elektrycznego, czyli bez emisji cząsteczek do atmosfery*. Toyota uważa technologię hybrydową za ważny krok na drodze do pełnej elektromobilności. Technologia ta zapewnia klientom najlepsze obecnie dostępne na rynku ekologiczne, a zarazem ekonomiczne oraz wygodne w użytkowaniu rozwiązanie, a miastom gotowe narzędzie do walki ze smogiem.
Projekty TMMP związane z technologią hybrydową
Podzespół
Zakład produkcyjny
Start produkcji
Elektryczna przekładnia hybrydowa e-CVT 1.8
Wałbrzych
listopad 2018
Silnik benzynowy 2,0 l TNGA
Jelcz-Laskowice
wrzesień 2019
Silnik benzynowy 1,5 l TNGA
Jelcz-Laskowice
wiosna 2020
Elektryczna przekładnia hybrydowa e-CVT 1.5
Wałbrzych
2021
Toyota Motor Manufacturing Poland (TMMP)
TMMP posiada dwa zakłady zlokalizowane na Dolnym Śląsku. Fabryka w Wałbrzychu produkuje elektryczne przekładnie do niskoemisyjnych samochodów hybrydowych, współpracujących z silnikiem 1,8-litra, 1-litrowe silniki benzynowe oraz manualne i półautomatyczne skrzynie biegów. Jej obecne roczne możliwości produkcyjne sięgają 175 tysięcy elektrycznych przekładani do napędów hybrydowych, 258 tysięcy silników i 633 tysięcy skrzyń biegów.
Zakład w Jelczu-Laskowicach produkuje silniki benzynowe 1,5 l. Po uruchomieniu linii produkcyjnych nowych silników o pojemności 2,0 l i 1,5 l, zaprojektowanych w technologii TNGA, zdolności produkcyjne fabryki wyniosą 309 tysięcy jednostek napędowych rocznie.
Fabryki TMMP zaopatrują montownie samochodów Toyoty oraz Grupy PSA i firmy Lotus, prowadzone przez spółki europejskie: w Czechach, Wielkiej Brytanii, Francji, Turcji i Rosji oraz poza Europą: w Republice Południowej Afryki i Japonii.
Według danych polskiej Ambasady w Pekinie obroty towarowe Polski z Chinami osiągnęły w 2017 r. wartość 29 331 mln USD, zaś wartość chińskiego importu do Polski wzrosła o blisko 3,1 mld USD (w stosunku do 2016 r.). W 2017 r. nastąpiło również rozszerzenie typowej w relacjach handlowych z Chinami asymetrii. Polska importowała bowiem z Chin towary o wartości blisko 12-krotnie wyższej niż wartość polskiego eksportu do Chin. Wskutek tego deficyt dwustronnej wymiany towarowej powiększył się do rekordowego poziomu 24 721 mln USD.
Do najpopularniejszych towarów importowanych z Chin do Polski nadal należą w szczególności: telefony komórkowe, urządzenia komputerowe, części do urządzeń nadawczych oraz odbiorników radiowych i telewizyjnych, a także części i akcesoria do maszyn biurowych. Wyróżnić również należy zabawki i gry towarzyskie, sprzęt oświetleniowy, obuwie, walizy i teczki.
W przypadku znalezienia w Chinach zaufanego dostawcy import towarów do Polski w dalszym ciągu należy do opłacalnej gałęzi biznesu. Nadal bowiem produkcja wyrobów w Chinach jest relatywnie tania, a jakość produktów stale wzrasta. W związku z tym nie może dziwić fakt, iż coraz więcej polskich przedsiębiorców sprowadza towary z tamtejszego terytorium, celem dalszej odsprzedaży. Z drugiej zaś strony ich chińscy odpowiednicy szukają rynku zbytu pośród polskich konsumentów. Na gruncie tej ostatniej aktywności biznesowej wykształciła się kolejna sposobność do zarobku przez polskie przedsiębiorstwa. Dokładniej rzecz ujmując, chodzi tutaj o pośrednictwo pomiędzy chińskim dostawcą a krajowym nabywcą zmierzające do wyszukania odbiorcy dla chińskich towarów.
Jako że w takim przypadku pojawia się usługa oraz związane z nią wynagrodzenie od chińskiego kontrahenta, rodzi się pytanie, czy z takiego pośrednictwa na zarobek w postaci podatku VAT może liczyć również fiskus. Odpowiedź w jednym z najnowszych rozstrzygnięć (nr 0112-KDIL1-3.4012.82.2019.3.JN) uzyskał jeden z podatników VAT.
Wątpliwości podatnika
Jeden z przedsiębiorców postanowił zaimplementować do swojego przedmiotu działalności gospodarczej tzw. dropshipping. Model ten powszechnie funkcjonuje w ramach szeroko pojętego pośrednictwa w sprzedaży. W tym przypadku polegał on na pośrednictwie w aukcjach internetowych, czyli oferowaniu w imieniu chińskiego dostawcy określonych przedmiotów. Towary te miały zostać bezpośrednio wysłane na adres polskiego konsumenta po dokonaniu przez niego zakupu i płatności.
Polski podmiot w ramach swoich usług miał więc nawiązywać kontakt z zagranicznym dostawcą towarów i oferować mu usługę pośrednictwa handlowego. Dalej zaś dostawca zagraniczny przedstawiał listę produktów wraz z cenami i zlecał oferowanie produktów polskim klientom w jego imieniu, zastrzegając jednocześnie, że uiści prowizję dopiero po sprzedaży oferowanego przedmiotu.
Potwierdzenie takiego stanu rzeczy miało wynikać z regulaminu widniejącego na stronie internetowej polskiego przedsiębiorcy, za pośrednictwem której kojarzył oferty chińskich dostawców z potrzebami polskich odbiorców. Miało z niego wynikać w szczególności, że polski podmiot jest jedynie pośrednikiem, nie jest importerem towaru ani nie nabywa towaru na swoją rzecz.
Stanowisko podatnika
Polski przedsiębiorca stanął na stanowisku, że świadczona przez niego usługa nie będzie opodatkowana podatkiem VAT. Powołał się tutaj na przepisy rozdziału III ustawy o VAT określające miejsce opodatkowania przy świadczeniu usług. Precyzyjniej rzecz ujmując, przywołano art. 28b ust. 1 ustawy o VAT, który mówi, że miejscem świadczenia usług w przypadku świadczenia usług na rzecz podatnika jest miejsce, w którym podatnik będący usługobiorcą posiada siedzibę działalności gospodarczej. Z reguły jest to miejsce, w którym zapadają istotne decyzje dotyczące zarządzania przedsiębiorstwem usługobiorcy.
Argumentacja skupiła się również na zasadzie terytorialności podatku od towarów i usług, zgodnie z którą opodatkowaniu w danym państwie podlegają tylko te czynności, które zostały uznane za wykonane w danym państwie. W tym wypadku określenie miejsca świadczenia determinuje miejsce opodatkowania. Określenie miejsca świadczenia jest szczególnie istotne w przypadku usług, których świadczenie odbywa się pomiędzy podmiotami z różnych państw. Miejsce świadczenia wskazuje bowiem państwo, w którym dana czynność winna zostać opodatkowana.
Zgodnie więc z przywołanymi przepisami podatnik stanął na stanowisku, że choć usługa pośrednictwa została fizycznie wykonana w Polsce, to miejsce jej opodatkowania wystąpi poza naszym krajem, co oznacza, że podatek VAT nie powinien zostać doliczony do ceny usługi.
Stanowisko organu
Rozstrzygnięcie organu okazało się pozytywne dla podatnika. Organ powołał się na te same regulacje prawne, które w swym uzasadnieniu przywołał podatnik. Stwierdzono zatem, że świadczone usługi nie będą podlegały opodatkowaniu w Polsce podatkiem VAT z uwagi na to, że usługobiorcy (dostawcy zagraniczni) będą podatnikami w rozumieniu art. 28a ustawy o VAT, a miejscem świadczenia (opodatkowania) usług – na podstawie art. 28b ust. 1 ustawy – będą kraje, w których dostawcy mają swoje siedziby (w tym przypadku Chiny).
Podsumowanie
Bez wątpienia orzeczenie organu jest korzystne dla podatników trudniących się pośrednictwem w sprzedaży dla zagranicznych kontrahentów. Powód jest już znany – usługa ta nie będzie podlegała opodatkowaniu na terytorium Polski, co oznacza brak obowiązku wykazania podatku VAT na wystawianej fakturze. Wiadomość ta jest zatem budująca dla przedsiębiorców trudniących się omawianym biznesem.
Warto przy tym zwrócić uwagę, że przedmiotowy model dropshippingu może być wykonywany zdalnie, a więc praktycznie z terytorium każdego państwa. Jeśli takim terytorium jest kraj, którego jurysdykcja podatkowa stosuje łagodne opodatkowanie e-usług podatkiem dochodowym, to przedmiotowa aktywność gospodarcza staje się jeszcze bardziej opłacalna.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Zmiany klimatu stały się faktem. Pod koniec ubiegłego roku opublikowany został Specjalny Raport IPCC „Global Warming of 1.5 ºC”. Szacuje się, że działalność człowieka spowodowała około 1,0°C wzrost globalnego ocieplenia powyżej poziomu sprzed rewolucji przemysłowej i jeśli nie podejmiemy żadnych szeroko okrojonych działań, wzrośnie do 2°C. Naukowcy nie mają złudzeń: trzeba dążyć do ograniczenia globalnego wzrostu temperatury do 1,5°C, w przeciwnym razie czeka nas katastrofa klimatyczna. Jakie konsekwencje dla człowieka niesie ze sobą to dodatkowe 0,5°C?
W raporcie IPCC wyraźnie podkreśla się konieczność natychmiastowej transformacji światowej gospodarki tak, aby ograniczyć wzrost globalnej temperatury. Ludzkość ma czas zaledwie do 2030 roku, by powstrzymać katastrofalne skutki zmiany klimatu. Tylko szybko i daleko idąca, holistyczna transformacja m.in. w przemyśle, zwłaszcza paliwowo-energetycznym, a także w infrastrukturze technicznej i transportowej pozwoli ograniczyć globalne ocieplenie. Już teraz ekstremalne zjawiska pogodowe – będące skutkiem zmian klimatu – powodzie, susza, wichury przestają być postapokaliptystyczną mrzonką, a stają się faktem. Faktem, który został poparty przez 91 naukowców z 40 krajów, którzy odpowiedzieli na ponad 42 tysiące komentarzy i poprawek ekspertów oraz przedstawicieli rządów.
Co jeśli…
Zdaniem badaczy pracujących nad raportem, transformacja światowych gospodarek musi być bezprecedensowa, aby uniknąć wzrostu temperatury o dodatkowe 0,5°C, które wywoła nieodwracalne konsekwencje. Czasu na wprowadzenie działań mających na celu wyhamowanie globalnego ocieplenia do poziomu 1,5°C mamy niewiele. Zaledwie dekadę. Działania, do których Strony Konwencji Klimatycznej zobowiązały się w Porozumieniu Paryskim nie wystarczą, aby osiągnąć ten cel. Są one jednak konieczne. Przy zatrzymaniu wzrostu temperatury na poziomie 1,5°C prawdopodobieństwo całkowitego zaniku lodu arktycznego latem będzie aż 10 razy mniejsze niż przy ociepleniu o 2°C, zaś wzrost poziomu morza będzie o 4-16 cm niższy – co odpowiada zmniejszeniu populacji narażonej na negatywne skutki tego procesu o około 10 mln osób. Jeśli nie unikniemy wzrostu temperatury o dodatkowe 0,5°C, skażemy na zagładę niemal wszystkie obszary występowania rafy koralowej. Ograniczenie wzrostu temperatury pozwoliłoby zachować 10-30% tych ekosystemów. Będzie to wymagać od ludzkości „szybkiej i dalekosiężnej” transformacji obejmującej całą światową gospodarkę. W jaki sposób?
Działania pozwalające ograniczyć globalne ocieplenie do 1,5°C bez przekroczenia tego progu lub z jego niewielkim przekroczeniem mogą być różnorodne, polegać na obniżaniu energochłonności gospodarki, zmniejszaniu wykorzystania zasobów środowiska, dekarbonizacji, zalesianiu, wychwytywaniu dwutlenku węgla, ale także powinny ograniczać emisję innych gazów cieplarnianych do poziomu 25-30 Gt ekwiwalentu CO2 jeszcze przed rokiem 2030, a do 2050 – do zera. Jeżeli te znaczące redukcje nastąpią po roku 2030, skutki ocieplenie powyżej 1,5°C będą nieodwracalne – dr inż. Krystian Szczepański, Dyrektor IOŚ-PIB.
Brak planu B
Zmiany klimatu to nie tylko przekształcenia na poziomie przyrodniczym, ale także zwiększenie liczby osób zagrożonych ekstremalnymi zjawiskami klimatycznymi czy ubóstwem nawet o kilkaset milionów. Zwiększenie polaryzacji między poszczególnymi regionami świata, niestabilność pogodowa, a w konsekwencji przełożenie tego wszystkiego na globalną ekonomię to nadchodząca przyszłość, która nie ominie również Polski.
Raport IPCC wskazuje, że ograniczenie ocieplenia do 1,5 stopnia jest trudne, wymagające współpracy międzynarodowej na wielu płaszczyznach, ale ciągle możliwe. Wskazane w nim alternatywne scenariusze to zbiór informacji niezbędnych decydentom do podjęcia decyzji dotyczących zmian klimatycznych. Wystarczy po nie sięgnąć i sukcesywnie, bezprecedensowo wdrażać, ponieważ jak dotychczas ludzkość nie stworzyła „planu B”.
Więcej informacji na temat zmian klimatu i sposobów adaptacji do ich skutków można znaleźć na stronie projektu Klimada 2.0, realizowanego przez Instytut Ochrony Środowiska: http://klimada2.ios.gov.pl.
Nagłówki artykułów prasowych w Wielkiej Brytanii w ostatnich miesiącach były zdominowane przez rozwój sytuacji związanej z Brexitem. Czas teraz na spokojne podsumowanie ostatnich wydarzeń, analizę, jak i nowe prognozy.
Na początku warto przypomnieć kluczowe wydarzenia. Premier Theresa May nie zdołała przeforsować wynegocjowanej przez siebie umowy regulującej sytuację Wielkiej Brytanii po opuszczeniu Unii Europejskiej. May przegrała trzy głosowania w Izbie Gmin z rzędu, co znacznie zwiększyło obawy, że 31 października Wielka Brytania wyjdzie ze Wspólnoty bez podpisanego porozumienia.
Niepewność związana z sytuacją Wielkiej Brytanii na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy doprowadziła do wyraźnego osłabienia funta brytyjskiego w relacji do głównych walut i polskiego złotego. Tylko na przestrzeni ostatnich czterech miesięcy szterling osłabił się względem polskiego złotego o ponad 5%.
Kumulacja niepokoju co do kształtu Brexitu, słabszych danych z brytyjskiej gospodarki i rosnącej wyceny prawdopodobieństwa cięć stóp procentowych ze strony BoE doprowadziła kurs funta brytyjskiego ważony udziałem poszczególnych partnerów w handlu z Wielką Brytanią do najniższego poziomu od września 2017 roku.
Pod koniec listopada ubiegłego roku premier Wielkiej Brytanii, Theresa May, zdołała wynegocjować z Unią Europejską 585-stronicowy projekt umowy o wyjściu Zjednoczonego Królestwa ze Wspólnoty, czyli tzw. Withdrawal Agreement. Izba Gmin odrzuciła jednak wspomniany projekt w trzech osobnych głosowaniach. O ile podczas ostatniego głosowania w marcu przewaga głosów „przeciw” nad „za” była już wyraźnie mniejsza niż w przypadku poprzednich prób (porozumienie odrzucona przewagą 58 głosów), May wciąż nie zdołała przekonać większości w Izbie Gmin do swojej wersji porozumienia.
Polityczne przepychanki
Głównym problemem, który przebijał się w negocjacjach związanych z Brexitem była kwestia tzw. backstopu, na granicy Irlandii i Irlandii Północnej. „Backstop” stanowi mechanizm bezpieczeństwa, który ma zapobiec powstaniu „twardej” granicy między Irlandią a Irlandią Północną po Brexicie. W praktyce „backstop” zatrzymałby Wielką Brytanię w unii celnej na nieokreślony czas, czemu zdecydowanie sprzeciwiają się najbardziej zagorzali zwolennicy Brexitu w Izbie Gmin.
Przełamaniu impasu miały służyć rozmowy odbywające się pomiędzy dwoma największymi partiami politycznymi w Wielkiej Brytanii. Po stosunkowo krótkim czasie negocjacje między reprezentantami Partii Pracy oraz Konserwatystów upadły. Tym samym pozycja Theresy May jako premier Wielkiej Brytanii stała się niemożliwa do utrzymania, co ostatecznie doprowadziło do jej rezygnacji w maju.
Od tego momentu uwagę rynków przykuwał wyścig o fotel lidera Torysów – a w konsekwencji, premiera Wielkiej Brytanii – którego zwycięzcą został były burmistrz Londynu oraz jedna z twarzy Brexitu, Boris Johnson. Perspektywa Johnsona jako szefa brytyjskiego rządu zdecydowanie nie sprzyjała uspokojeniu inwestorów i w okresie przed jego elekcją przyczyniła się do słabości funta brytyjskiego. Wśród wszystkich kandydatów na lidera Partii Konserwatywnej Johnson wydawał się najmniej przejęty ryzykiem Brexitu „bez umowy”, a także najmocniej opowiadał się za tym, że 31 października będzie ostatecznym terminem na wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej – z umową lub bez niej.
Wzrost niepokoju związanego z możliwością zmaterializowania się scenariusza Brexitu bez umowy znalazł odbicie w ostatnich wycenach bukmacherów, zgodnie z którymi obecnie szacowane prawdopodobieństwo „no dealu” wynosi ok. jeden do trzech, choć jeszcze kilka tygodni temu było to ok. 16%.
W jednym z indykatywnych głosowań Izba Gmin wprawdzie wyraźnie odrzuciła możliwość wyjścia z Unii Europejskiej bez podpisanego porozumienia, jednak należy podkreślić, że to oświadczenie z punktu widzenia prawa nie ma mocy wiążącej, a zatem istnieje rzeczywiste prawdopodobieństwo, że w październiku dojdzie do Brexitu bez umowy.
Kwestie gospodarcze
Zaczynamy wyraźniej dostrzegać wpływ, jaki niepewność polityczna związana Brexitem ma na aktywność biznesową i zaufanie konsumentów w Wielkiej Brytanii. Co prawda w pierwszym kwartale 2019 roku gospodarka Wielkiej Brytanii rosła w stosunkowo dobrym tempie (0,5% w ujęciu kwartalnym), aczkolwiek bazując na ostatnich odczytach wskaźników, w drugim kwartale tego roku powinniśmy spodziewać się spowolnienia.
Szczególnie słabe były ostatnie indeksy PMI opisujące aktywność biznesową. W ostatnim okresie pomiarów kluczowe indeksy wahały się wokół poziomu 50 – powyżej tej wartości mamy do czynienia z ekspansją sektora, wartości poniżej 50 oznaczają z kolei jego kurczenie się. Zbiorczy wskaźnik PMI dla Wielkiej Brytanii, czyli średnia ważona indeksów PMI dla sektora usług, budownictwa i przemysłu w czerwcu wyniósł 49,7. Tym samym po raz pierwszy od lipca 2016 roku, czyli miesiąca następującego bezpośrednio po ogłoszeniu wyniku referendum ws. Brexitu indeks spadł do wartości, która sugeruje załamanie aktywności. Obecnie Bank Anglii spodziewa się zerowego wzrostu gospodarczego w ujęciu kwartalnym w drugim kwartale 2019 roku, co oznacza ekspansję niższą o 0,2 p.p. w porównaniu z poprzednimi założeniami BoE.
Implikowane prawdopodobieństwo Brexitu bez umowy (wrzesień ’18-lipiec ’19)
Źródło: Bloomberg Data: 18/07/2019
Aktywność gospodarki Wielkiej Brytanii spada, a kwestia Brexitu pozostaje nierozwiązana dłużej niż powszechnie oczekiwano. Tym samym rynki finansowe przestały stawiać na zwrot w stronę bardziej restrykcyjnej polityki monetarnej ze strony Banku Anglii. W zamian coraz częściej mówi się o cięciu stóp procentowych przez BoE. Podczas ostatniego spotkania banku centralnego, które odbyło się w czerwcu, decydenci Banku Anglii po raz kolejny potwierdzili, że obecnie nie będą podejmować nowych działań w zakresie polityki monetarnej tylko obserwować dane napływające z brytyjskiej gospodarki. Decydenci podkreślali równocześnie, że dotychczasowe dane były zbieżne z ich oczekiwaniami z maja. Przewodniczący BoE, Mark Carney, potwierdził jednocześnie, że wzrosło prawdopodobieństwo tzw. Brexitu bez umowy.
Oczekujemy, że w sierpniu przy okazji publikacji raportu o inflacji, Bank Anglii obniży projekcje wzrostu gospodarczego, oraz potwierdzi, że luźniejsza polityka monetarna jest możliwa, jeśli porozumienie ws. Brexitu nie zostanie zaakceptowane. Warto podkreślić, że na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy dynamika cen w Wielkiej Brytanii spadła. Wskaźnik cen CPI w maju spadł do 1,7% w ujęciu rocznym, czyli najniższego poziomu od ponad dwóch lat. Znalazł się on również znacznie poniżej 2-procentowego celu inflacyjnego Banku Anglii. W czerwcu odnotowaliśmy wzrost do poziomu 1,8%, nadal jednak jest to dość niski poziom.
Wskaźniki aktywności biznesowej PMI w Wielkiej Brytanii (2016-2019)
Zwracamy jednak uwagę na bardzo dobrą sytuację brytyjskiego rynku pracy, która kontrastuje z gorszymi informacjami z szerokiej gospodarki. Być może właśnie ze względu na sytuację na rynku pracy Bank Anglii zdecyduje się wrócić do sugerowania potrzeby „stopniowego” oraz „ograniczonego” podnoszenia stóp procentowych w prognozowanym okresie – oczywiście pod warunkiem, że w międzyczasie dojdzie do akceptacji umowy w kwestii Brexitu.
Stopa bezrobocia w Wielkiej Brytanii po raz kolejny spadła – na przestrzeni trzech miesięcy do maja wynosiła ona 3,8%. Jest to najniższy poziom od czterech dekad. Ponownie przyspiesza również wzrost wynagrodzeń, który obecnie wynosi ponad 3% w ujęciu nominalnym i nieco ponad 1% w ujęciu realnym – tym samym wskaźnik znajduje się blisko poziomu najwyższego od około dekady. Dynamika płac rośnie w dobrym tempie, co oznacza, że może wspierać wewnętrzną konsumpcję, a tym samym pozytywnie wpływać na wzrost PKB Wielkiej Brytanii.
Wzrost realnych wynagrodzeń w Wielkiej Brytanii (2013-2019)
Sądzimy, że do końca 2019 roku losy funta brytyjskiego będą zależały niemalże wyłącznie od tego, w jaki sposób rozwiązana zostanie kwestia Brexitu. O ile zauważamy dość istotny wzrost prawdopodobieństwa tzw. no dealu, pozostajemy optymistami względem perspektyw szterlinga.
Nasz scenariusz bazowy nadal zakłada, że Izba Gmin zgodzi się na podpisanie porozumienia z Unią Europejską przed 31 października. Jest jasnym, że większość posłów w niższej izbie sprzeciwia się Brexitowi bez umowy, podobne stanowisko zajmują zresztą głowy państw UE. Z coraz większym przekonaniem rozważamy jednak scenariusz, w którym do przełamania impasu będzie potrzebne rozpisanie kolejnych wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii.
Niemniej, sądzimy, że w kolejnych tygodniach brytyjska waluta może tracić. Każdy kolejny dzień bez pozytywnych informacji związanych z negocjacjami ws. Brexitu zbliża Wielką Brytanię do wyjścia z Unii Europejskiej bez porozumienia kształtującego przyszłe relację Zjednoczonego Królestwa ze Wspólnotą. „No deal” jest powszechnie uważany za najgorszy możliwy scenariusz dla brytyjskiej gospodarki, jak i dla funta. W przypadku realizacji tego scenariusza oczekiwalibyśmy wyprzedaży szterlinga, dochodzącej do poziomu między 5% a 10% w relacji do dolara amerykańskiego oraz wyprzedaży o zbliżonej, ale nieco mniejszej skali w parze z polskim złotym (dla którego taki scenariusz również nie byłby pozytywny).
Z drugiej strony, jakikolwiek scenariusz, który pozwoliłby na uniknięcie „no dealu” w naszym przekonaniu powinien wesprzeć brytyjską walutę i sprawić, że szterling zakończy 2019 rok jako jedna z najlepiej radzących sobie walut grupy G10. Jesteśmy jednak zmuszeni do obniżenia naszej dotychczasowej prognozy dla funta brytyjskiego, co ma odzwierciedlać odsunięcie Brexitu w czasie.
GBP/USD
GBP/EUR
GBP/PLN
Q3-2019
1,26
1,10
4,70
E-2019
1,32
1,15
4,90
Q1-2020
1,35
1,16
4,90
Q2-2020
1,37
1,18
4,95
E-2020
1,40
1,19
5,00
Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
Za pośrednictwem Walutomatu wymieniono waluty o łącznej wartości 60 miliardów złotych. To imponująca kwota serwisu, który jest prekursorem polskiego rynku wymiany walut. Fenomenem platformy są na pewno minimalne spready, które na euro wyniosły średnio w 2019 zaledwie 37 pipsów.
Walutomat powstał w 2009 roku. Był pierwszym serwisem wymiany walut w Polsce i prawdopodobnie na świecie. Otworzył erę kantorów internetowych – branżę wartą obecnie kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie.
– Dziś w Walutomacie zarejestrowało się ponad 318 tys. klientów, a serwis cały czas się rozwija, mimo rosnącej w kraju konkurencji.60 miliardów złotych naszego obrotu całościowego to suma, którą trudno sobie wyobrazić. To niemal 1/7 budżetu Polski. Przez lata Walutomat budował swoją markę i zaufanie i to procentuje – mówi Magdalena Jasnoch, Kierownik Marketingu i PR Walutomat.pl
Serwis funkcjonuje na zasadzie wymiany społecznościowej. Jest platformą pośredniczącą w wymianie między osobami o potrzebach walutowych. Użytkownicy sami ustalają kursy, a serwis w nie nie ingeruje. Od wymiany pobiera jedynie od 0,06 do 0,2 proc. prowizji. Wzrastającą popularność Walutomatu może tłumaczyć wprowadzenie nowych rozwiązań produktowych oraz bardzo niskie spready na platformie.
Marcin Rogalski
– Wraz z rosnącymi obrotami i większą liczbą klientów korzystających z naszej platformy wymiany walut, widzimy coraz lepsze oferty składane przez użytkowników – zyskują na tym wszyscy. Z naszej analizy wynika, że najlepsze oferty kupna i sprzedaży na Walutomacie są przeciętnie bliżej siebie niż miało to miejsce rok temu. Obecny średni spread na euro wynosi teraz zaledwie 37 pipsów, czyli 0,0037 zł – analizuje Marcin Rogalski, analityk danych Walutomatu.
Serwis Walutomat.pl założony został prawie 10 lat temu, w listopadzie 2009 roku. Dopiero kilka miesięcy później, w kwietniu 2010 roku, powstał następny serwis branżowy, oferujący wymianę walut – Internetowykantor.pl. Oba te poznańskie kantory należą teraz do jednego właściciela – spółki Currency One.
Według badań Kantar TNS1 aż 40% kupujących w sieci chce odbierać zakupy spożywcze w Paczkomatach® InPost. Innowacyjne maszyny w formie „Lodówkomatów” mogą być już niedługo dostępne w całej Polsce. Motorem napędowym dla rozwoju sieci maszyn może być zauważalna zmiana nawyków konsumenckich wynikająca m.in. z obowiązującego zakazu handlu w niedziele. Wygoda rozumiana jako dostępność usługi całą dobę oraz brak konieczności jechania do stacjonarnego sklepu motywuje do zakupów odpowiednio aż 75% oraz 72% kupujących online2.
“Odbiór zakupów spożywczych w Lodówkomatach InPost to zdecydowanie kolejny krok naszego rozwoju. Mamy opracowany i przetestowany system uzupełnienia naszych maszyn o funkcjonalność do odbioru żywności, napojów i mrożonek – takie pilotażowe programy prowadzimy już od 2018 roku. Technicznie jesteśmy zatem w pełni gotowi. Kluczowy jest teraz szybki rozwój oferty e-sklepów w zakresie produktów spożywczych – choć dynamika wzrostu tego segmentu jest wysoka, to nadal potrzeba większej skali. Dlatego bardzo zachęcamy naszych partnerów do inwestowania w sprzedaż online – co w kontekście niedziel wolnych od handlu wydaje się być doskonałą opcją dla konsumentów”– powiedział Rafał Brzoska, prezes InPost.
Liczba Paczkomatów® InPost (4800 urządzeń w Polsce) przekroczyła skalę placówek własnych Poczty Polskiej (46003). Tym samym sieć wygodnych i elastycznych punktów odbioru i nadania przesyłki w InPost jest doskonałą alternatywą dostępną w trybie 24h/7.
InPost – na mocy porozumienia o współpracy – rozpoczął również instalację Paczkomatów® InPost przy sklepach Dino i Lidl w całej Polsce oraz w Centrach Handlowych Auchan. Jeszcze w 2019 roku InPost uruchomi 3 nowoczesne sortownie w 7R Park Sosnowiec, 7R Park Warszawa oraz w parku logistycznym MLP Poznań West.
Paczkomaty® InPost są też najczęstszą oferowaną formą dostawy zakupów w sklepach internetowych wg raportu serwisu Furgonetka.pl. Aż 74% dużych sklepów oraz 44% małych i średnich oferuje dostawę do Paczkomatów® InPost. Średni koszt dostawy za ich pośrednictwem to 10 złotych w mniejszych i 9 złotych w dużych sklepach internetowych.
W tym roku InPost udostępnił nową aplikację mobilną na telefony pracujące pod kontrolą systemów iOS i Android. W ramach aplikacji użytkownicy mogą skorzystać bezpłatnie z usług, które obejmują m.in. statusy i śledzenie drogi przesyłek, dodatkowe powiadomienia, możliwość odbioru czy zapłaty za pobraniem.
We wrześniu 2018 roku InPost i KKR – amerykańska firma inwestycyjna – zawarły porozumienie gwarantujące 125 mln euro finansowania dla InPost w okresie 5,5 roku. Ponadto Advent International i InPost w latach 2018-2020 zainwestują nawet 250 mln zł w infrastrukturę paczkomatową oraz rozwój usług kurierskich.
Według raportu Gemius E-commerce w Polsce w 2019 roku:
Aż 52% kupujących w Internecie deklaruje Paczkomaty® jako najczęściej wybieraną formę dostawy towaru. Oznacza to wzrost popularności usługi wśród internatów o 4 punkty procentowe w porównaniu do wyników raportu za 2018 rok.
Usługi kurierskie InPost zyskały na popularności – zanotowały przyrost wskazań o 5 punktów procentowych wobec 2018 roku i utrzymały trzecie miejsce wśród najchętniej wybieranych firm kurierskich w Polsce. Wyprzedziły m.in. Pocztex (Pocztę Polską) oraz światowych potentatów, takich jak GLS, UPS i FedEx.
Ponadto, aż 61% badanych deklaruje, że usługa InPost najbardziej zachęcają ich do zakupów przez Internet – jest to wzrost o 6 punktów procentowych więcej z roku na rok.
InPost notuje jeden z najwyższych wskaźników zadowolenia klientów NPS (styczeń 2019, ankieta wysyłana do klientów po wykonaniu usługi):
Enefit Green, spółka zależna Grupy Eesti Energia, zajmująca się wytwarzaniem energii ze źródeł odnawialnych, wytworzyła 626 GWh energii elektrycznej w pierwszym półroczu 2019 r. To o 449 GWh więcej niż rok wcześniej, co stanowi trzyipółkrotny wzrost. Taka ilość wystarczyłaby na zasilenie przez cały rok blisko 210 tys. gospodarstw domowych o statystycznym zużyciu energii.
Wykładniczy wzrost wytwarzania energii przez Enefit Green był możliwy m.in. dzięki przejęciu farm wiatrowych Nelja Energia w maju 2018 r. Aavo Kärmas, prezes zarządu Enefit Green, oświadczył, że do osiągnięcia tak wysokiego wolumenu produkcji w I półroczu 2019 r. przyczyniły się doskonałe warunki wiatrowe na początku roku oraz niezawodność jednostek wytwórczych.
– Rok 2019 zaczął się rekordowo silnymi i stałymi wiatrami, które ogromnie przyczyniły się do produkcji Enefit Green w ciągu pierwszych sześciu miesięcy. Ponadto wszystkie zbudowane przez nas w ubiegłym roku elektrownie słoneczne działają z bardzo wysoką sprawnością. Na przykład instalacja energii odnawialnej na wyspie Ruhnu [Estonia] osiągnęła pożądaną wydajność jeszcze przed nadejściem lata i 50% energii elektrycznej na wyspie pochodzi ze źródeł odnawialnych – stwierdził prezes Kärmas.
Wzrost wytwarzania energii odnawialnej przez Enefit Green pozwoli zrealizować cel, jaki przyjęła Eesti Energia, deklarując wytwarzanie 45% elektryczności ze źródeł odnawialnych i alternatywnych do 2023 r. Przyczyni się do tego także ostatnia inwestycja Spółki w zakup 20 farm fotowoltaicznych w Polsce, o łącznej mocy 19,15 MW. Enefit Green rozważa także budowę nowej farmy wiatrowej w pobliżu miasteczka Risti w zachodniej części Estonii.
Enefit Green jest spółką zależną Eesti Energia. Działa w obszarze energetyki odnawialnej wytwarzając energię elektryczną z wiatru, wody i energii słonecznej. Do produkcji energii elektrycznej i cieplnej stosuje także biomasę oraz zmieszane odpady komunalne. Dzięki przyjętej strategii inwestycyjnej spółka Enefit Green posiada najbardziej zróżnicowany portfel wytwórczy wśród wszystkich producentów energii ze źródeł odnawialnych prowadzących działalność w krajach bałtyckich.
„Rezerwa Federalna ma dużo większe pole do obniżek stóp procentowych w porównaniu z Europejskim Bankiem Centralnym, a w zasadzie w porównaniu ze wszystkimi pozostałymi bankami grupy G10” – uważają eksperci Ebury. To ma istotny wpływ na ich przewidywania dotyczące zmian kursów kluczowych par walutowych, tj. EUR/USD, GBP/USD i USD/PLN.
Od początku czerwca dolar amerykański osłabił się w relacji do głównych walut i polskiego złotego. Za pogarszającym się sentymentem względem USD stał wzrost rynkowej wyceny prawdopodobieństwa agresywnych obniżek stóp procentowych ze strony Rezerwy Federalnej w 2019 roku.
Od czasu ostatniej podwyżki stóp procentowych Rezerwy Federalnej, która miała miejsce w grudniu ubiegłego roku, retoryka decydentów z FOMC uległa zmianie o 180 stopni. Oczekiwania członków amerykańskiego banku centralnego zmieniły się m.in. w obliczu presji politycznej wywieranej na Fed przez prezydenta Trumpa. Jeszcze na początku roku decydenci sygnalizowali możliwość kolejnych podwyżek. Obecnie członkowie FOMC sugerują, że podczas lipcowego spotkania Rezerwy Federalnej dojdzie do pierwszego cięcia stóp procentowych od ponad dekady. Podczas czerwcowego spotkania Fed niemal jednoznacznie wskazał na plany obniżek, wyrażając obawy w związku z ostatnią eskalacją konfliktu na linii USA-Chiny.
Zarys szerszego kontekstu
Negocjacje handlowe między Chinami i USA wydawały się przebiegać dość dobrze aż do maja, kiedy to prezydent Trump dość nieoczekiwanie podniósł cła na równowartość 200 mld USD chińskiego eksportu z dotychczasowych 10% aż do 25%. Chiny odpowiedziały na ten ruch, również nakładając dodatkowe opłaty na amerykańskie dobra. Pod koniec czerwca podczas spotkania grupy G20 w Osace głowy obu państw zgodziły się na tymczasowe „zawieszenie broni”. Padła również obietnica powrotu do negocjacji. Od dłuższego czasu wyrażamy opinię, że w bliżej nieokreślonej przyszłości Stany Zjednoczone powinny raczej podpisać umowę z Chinami. Niedawne spotkanie G20, podczas którego liderzy USA i Chin zgodzili się powstrzymać od dalszych modyfikacji ceł wydaje się sprzyjać temu, aby taka umowa została podpisana w nadchodzących miesiącach.
W obliczu rosnącej niepewności w handlu międzynarodowym, przewodniczący Rezerwy Federalnej, Jerome Powell, w czerwcu stwierdził, że „pojawiają się coraz silniejsze argumenty przemawiające za nieco bardziej akomodatywną polityką monetarną”, a sami decydenci „będą działać w sposób, który jest odpowiedni” w celu utrzymania ekspansji w gospodarce USA.
Z oświadczenia Rezerwy Federalnej zniknęło też odniesienie dotyczące „cierpliwości”, co sugeruje, że bank centralny jest gotowy do działania. Jeszcze bardziej istotnym jest nowy „dot plot” FOMC, w którym po raz pierwszy widać, że duża grupa decydentów popiera cięcie stóp procentowych w 2019 roku. Obecnie 8 z 17 członków komitetu oczekuje niższych stóp procentowych w tym roku, a aż 7 z nich spodziewa się więcej niż jednego cięcia o 25 punktów bazowych. O ile mediana „dotów” dla 2019 roku pozostała niezmieniona, to już w przypadku 2020 roku spadła, sugerując, że większość decydentów spodziewa się niższych stóp procentowych. To znacząca zmiana w relacji do oczekiwań z marca.
Zmiana oczekiwań FOMC względem polityki monetarnej wydaje się mieć wiele wspólnego z brakiem widocznej presji inflacyjnej w gospodarce USA. Przez ostatnie sześć miesięcy kluczowy wskaźnik inflacji CPI w Stanach Zjednoczonych nie przekraczał poziomu 2%, natomiast w maju wskaźnik PCE, który przy podejmowaniu decyzji uwzględnia Rezerwa Federalna, znalazł się na poziomie 1,5%, a więc zdecydowanie poniżej celu inflacyjnego.
Warto również zwrócić uwagę na spadek oczekiwanego poziomu inflacji, mierzonego wskaźnikiem „5 year, 5-year Forward Inflation Expectations Rate”. Ostatnio spadł on do najniższego poziomu od ponad dwóch lat. Niemniej, trzeba też powiedzieć, że inflacja bazowa w USA, czyli wskaźnik cen nieuwzględniający zmian cen najbardziej zmiennych komponentów – żywności i energii – utrzymuje się na poziomie 2-procentowego celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej lub powyżej.
Z uwagi na dobrą sytuację na amerykańskim rynku pracy, a zwłaszcza ze względu na wysokie tempo wzrostu wynagrodzeń, inflacja nie powinna wyraźnie spadać. Mimo wzrostu zewnętrznych ryzyk, które grają na niekorzyść sytuacji gospodarczej w USA, Fed nadal dość optymistycznie wyraża się na temat stanu amerykańskiej gospodarki. Niepokój decydentów z FOMC w ostatnim czasie opierał się głównie na napięciach w handlu międzynarodowym. W pierwszym kwartale 2019 roku gospodarka Stanów Zjednoczonych w ujęciu zanualizowanym rosła o 3,1%. Aczkolwiek należy podkreślić, że tak wysokie tempo ekspansji wynika w dużej części z wpływu czynników tymczasowych, czyli z wyższych dochodów z eksportu oraz ze wzrostu zapasów przedsiębiorstw, a nie z rosnącego popytu wewnętrznego. Natomiast w drugim kwartale 2019 roku niemal na pewno doszło do spowolnienia dynamiki PKB USA.
Niepewność wynikająca z nierozwiązanych konfliktów w handlu międzynarodowym zaczyna przekładać się na aktywność biznesową w Stanach Zjednoczonych. Wskaźnik ISM kluczowych indeksów aktywności PMI dla sektorów innych niż przemysł w czerwcu spadł do poziomu 55,1, co jest jego najniższą wartością od blisko dwóch lat. Ostatnie rozczarowania danymi z amerykańskiej gospodarki dobrze obrazuje indeks zaskoczeń ekonomicznych Citi, który od połowy lutego pozostaje ujemny. Wskaźnik GDPNow Banku Rezerwy Federalnej z Atlanty sugeruje z kolei, że w drugim kwartale bieżącego roku gospodarka USA urosła zaledwie o 1,6%.
Jednocześnie uważamy jednak, że Stanom Zjednoczonym nie grozi w najbliższych kwartałach recesja, ani nawet znaczące spowolnienie gospodarcze. Tempo wzrostu wynagrodzeń w ujęciu rocznym co prawda nieco zmalało od lutego, kiedy to wskaźnik był najwyższy od dekady, aczkolwiek nadal pozostaje stosunkowo wysokie jak na standardy gospodarek rozwiniętych. Poziom kreacji miejsc pracy w czerwcu okazał się lepszy niż oczekiwał konsensus – wyniósł 224 tys. miejsc pracy. Średnia krocząca z ostatnich 12 miesięcy co prawda znowu spadła poniżej poziomu 200 tys., a zatem jest najniższa od kwietnia 2018 roku. Niemniej, naszym zdaniem nadal jest to poziom znacznie wyższy od tego, który uzasadniałby rozpoczęcie długotrwałego cyklu luzowania polityki monetarnej.
Zmiana zatrudnienia w sektorach pozarolniczych w USA (2000-2019)
Po czerwcowym spotkaniu FOMC jasnym jest, że dyskusja wśród decydentów przeszła od kwestii, czy należy ciąć stopy procentowe na to, w jakim tempie i w jakim stopniu luzować politykę monetarną. Kontrakty „fed funds futures” pokazują, że rynki finansowe w pełni wyceniają obniżkę stóp procentowych w lipcu, oczekują również dwóch dodatkowych cięć do końca 2019 roku. Nasze dość optymistyczne spojrzenie na przyszłość światowego handlu oznacza, że wycena tak agresywnego cyklu luzowania polityki monetarnej w naszej ocenie jest przesadna. Żeby uzasadnić tak gwałtowną zmianę status quo musielibyśmy zaobserwować istotne pogorszenie sytuacji w gospodarce światowej, lub istotną, negatywną zmianę sytuacji w negocjacjach handlowych na linii USA-Chiny.
Niemniej, na ten moment Fed jednak wskazuje wyraźnie, że kolejna zmiana w poziomie stóp procentowych będzie obniżką. Jesteśmy zdania, że ścięcie stóp Rezerwy Federalnej podczas lipcowego spotkania jest obecnie nieuniknione. Niemniej, jak już wspominaliśmy, nie uważamy, żeby warunki makroekonomiczne sprzyjały agresywnemu luzowaniu polityki monetarnej. Naszym zdaniem rynki zbyt wiele uwagi przywiązują do możliwości obcięcia stóp procentowych o 50 punktów bazowych, czyli scenariusza, który w naszej opinii oparty jest na wyrywkowo potraktowanym komentarzu Jerome’a Powella z czerwcowego spotkania FOMC. Uważamy raczej, że po obniżce stóp w lipcu Rezerwa Federalna wstrzyma się przed kolejnymi działaniami i zacznie obserwować i oceniać dane makroekonomiczne napływające z USA. Naszym zdaniem dopiero wtedy decydenci zdecydują o tempie i czasie, w którym należałoby dokonać kolejnych cięć.
Czego należy się spodziewać?
Sądzimy jednak, że Rezerwa Federalna ma dużo większe pole do obniżek stóp procentowych w porównaniu z Europejskim Bankiem Centralnym, a w zasadzie w porównaniu ze wszystkimi pozostałymi bankami grupy G10. Tym samym utrzymujemy naszą prognozę zakładającą deprecjację USD w relacji do głównych walut i polskiego złotego. Uważamy, że kurs EUR/USD powinien stopniowo rosnąć, żeby pod koniec 2019 roku osiągnąć poziom 1,16, wzrastając do poziomu 1,18 pod koniec 2020 roku. Uwzględniając naszą prognozę dla pary USD/PLN, spodziewamy się również osłabienia dolara amerykańskiego w relacji do polskiego złotego.
EUR/USD
GBP/USD
USD/PLN
Q3-2019
1,15
1,26
3,70
E-2019
1,15
1,32
3,70
Q1-2020
1,16
1,35
3,65
Q2-2020
1,16
1,37
3,60
E-2020
1,18
1,40
3,60
Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
Ebury na drugim miejscu w rankingu Bloomberg
Analitycy Ebury zajęli drugie miejsce w rankingu prognoz agencji Bloomberg w II kwartale 2019 r. Zarówno EUR/USD jak i USD/CNY znajdują się wśród par walutowych, w przypadku których konkurencja w rankingu prognoz agencji Bloomberg jest najbardziej zacięta. W przypadku kursu EUR/USD prognozy zespołu Ebury w ostatnim II kwartale 2019 r. okazały się lepsze od prognoz 64 konkurencyjnych zespołów, tym samym analitycy Ebury pokonali zespoły analityczne największych banków komercyjnych i inwestycyjnych świata. W przypadku pary USD/CNY analitycy Ebury okazali się lepsi od 44 zespołów prognostycznych.
Młodzi funkcjonują na rynku pracy z większym dynamizmem niż którekolwiek pokolenie przed nimi. Częste zmiany zatrudnienia, niestabilna sytuacja zawodowa i konieczność nieustannego rozwoju – obawy przed wypaleniem zawodowym (ang. fear of burning out) pojawiają się na długo zanim pracownik zacznie faktycznie je odczuwać.
Wypalenie zawodowe nie jest nowym zjawiskiem, jednak obecnie funkcjonuje na niespotykaną dotychczas skalę. „Wywodzi się to poniekąd z charakteru życia zawodowego preferowanego przez pokolenia końca alfabetu – określane jako Y i Z. Millenalsi wysoko stawiają możliwości rozwoju i spełniania się, również poza pracą, oraz liczą na ciągłe kreatywne wyzywania. Nie wykazują przywiązania do jednego miejsca pracy w takim stopniu jak chociażby ich rodzice. Te ciągłe poszukiwania są dla nich męczące i wypalające.” – mówi Jolanta Samul Kowalska, Managing Director w Morgan Philips Group Polska. „Mamy do czynienia z wykształconymi, młodymi ludźmi, którzy mieli plan ukończenia wymarzonych studiów i zdobycia pracy, która będzie jednocześnie ich pasją. Tymczasem na rynku pracy zastali zajęcia poniżej ich oczekiwań, bez stabilnych warunków zatrudnienia lub wyraźnej ścieżki rozwoju. Z drugiej strony są obecni w sieci 24/7 i oglądają idealne życia ich rówieśników w social media. Bez dużej dozy dystansu, nie będą potrafili skutecznie zapanować nad tym, co rzeczywiste i osiągalne, a co powinno pozostać w strefie marzeń. To może prowadzić do frustracji.”
Wyzwania dla pracodawców
Dla pokolenia obecnych 25-35-latków ważne jest nieustanne dostarczanie bodźców do rozwoju – zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Jeżeli pracownik będzie postrzegać stojące przed nim perspektywy zawodowe jako niewystarczające, może on zacząć odczuwać wypalenie zawodowe niemal od początku swojej obecności w firmie. Perspektywa wykonywania nużącej i nierozwijającej pracy negatywnie wpływa na psychikę, co może doprowadzić do problemów zawodowych a w konsekwencji wykluczenia młodego pracownika z rynku pracy. Nie da się oczywiście zrezygnować ze wszystkich powtarzalnych elementów i całkowicie od nowa zbudować systemu pracy, jednak zmniejszenie ilości wielogodzinnych spotkań i rutynowych zadań będzie miało pozytywne przełożenie na młodych pracowników. „W firmach pojawiają się różne pomysły na zmianę sytuacji. Popularna staje się grywalizacja i wykorzystywanie wirtualnych narzędzi do uatrakcyjnienia zadań. Zamiast wpatrywania się w niekończące się tabelki w excelu – wyzwanie do rozwiązania. Samodzielnie lub w grupie. Takie zadania nieraz pojawiają się już na etapie rekrutacji. Pomocne są także benefity pozapłacowe, w ramach których pracownik może skorzystać z kursów językowych, szkoleń z wystąpień publicznych czy warsztatów, podczas których w wolnym czasie rozwinie swoje umiejętności. Dodatkowe impulsy, które zachęcają do oderwania się od ekranu smartfona i poznania czegoś nowego.” – dodaje ekspertka.
Pracownicy urodzeni po 1985 roku są postrzegani przez pracodawców jako otwarte na pracę w grupie i łatwo nawiązujący międzypokoleniowe relacje partnerskie. Nie poszukują mentorstwa w stylu szef – podwładny, a dyskusji i wzajemnego szacunku w pracy. Jeżeli zderzą się z silnie zhierarchizowanymi strukturami, w których ich głos jest niesłyszalny, bez żalu porzucą takie miejsce i będą szukać czegoś bardziej odpowiadającego ich oczekiwaniom. Warto mieć na uwadze, że młode pokolenia coraz rzadziej wskazują pieniądze jako istotny motywator do pozostania w firmie. Równie ważnymi czynnikami jest przyjazna atmosfera i ogólna kultura pracy oraz elastyczność zatrudnienia. W raporcie 2018 Deloitte Millennial Survey aż 43% ankietowanych zadeklarowało chęć zmiany pracy w ciągu najbliższych 2 lat. „To duży problem dla firm – mówimy o prawie 10 milionach pracowników w samej Polsce, wielu z nich na stanowiskach wyższego szczebla i kadry menadżerskiej. Jeśli firmy nie będą w stanie w zdecydowany sposób zareagować na oczekiwania pracowników, będą skazane na niekończące się zmiany personalne i procesy rekrutacyjne, a w dłuższej perspektywie utratę wartościowych kandydatów.”
Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości prowadzi w tym roku cztery konkursy w ramach popularnych „Bonów na innowacje dla małych i średnich przedsiębiorstw”. Przedsiębiorca może uzyskać łącznie nawet 900 tys. zł dofinansowania na opracowanie innowacyjnego produktu lub procesu we współpracy z jednostkami naukowymi oraz jego wdrożenie.
Bony na innowacje to jeden z najbardziej przystępnych mechanizmów wspierana innowacyjności. Działanie ma na celu stymulowanie współpracy świata nauki z przedsiębiorcami poprzez finansowanie usług dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw realizowanych przez jednostki naukowe. O wsparcie na tworzenie lub rozwój innowacyjnych produktów lub procesów można się starać w ramach konkursu, który został skrojony na miarę potrzeb, zwłaszcza mniejszych firm.
– Bony to oferta o charakterze dwuetapowym. W pierwszym przedsiębiorcy mogą ubiegać się o dofinansowanie usług jednostek naukowych na opracowanie innowacyjnego produktu lub procesu. Po zrealizowaniu takiego projektu z sukcesem – czyli formalnie, po zaakceptowaniu przez PARP wniosku o płatność końcową – przedsiębiorcy mogą wnioskować, w drugim konkursie, o środki na wdrożenie opracowanych już rozwiązań – mówi Anna Forin, dyrektor Departamentu Usług Proinnowacyjnych.
Opracowanie innowacji
Do 28 listopada br. PARP będzie przyjmować wnioski o dotacje w „Bonach na innowacje dla MŚP” – etap 1 usługowy.
Przedsiębiorcy mogą uzyskać maksymalnie 340 tys. zł dofinansowania na usługi jednostek naukowych, które pomogą w opracowaniu nowego lub w znaczącym ulepszeniu dotychczasowego produktu lub procesu. Wsparciem może być objęty, zarówno wyrób czy usługa, jak i technologia lub nowy projekt wzorniczy. Minimalny wkład własny przedsiębiorcy to 15 proc. całkowitego kosztu projektu.
Nabór został podzielony na cztery rundy – każda trwa ok. dwa miesiące. Pozwoli to Agencji na bieżącą ocenę projektów i przygotowywanie umów z firmami rekomendowanymi do wsparcia. Wnioski można składać wyłącznie poprzez Generator wniosków na stronie internetowej PARP.
Bony na innowacje MŚP – konkurs na usługi
Termin składania wniosków: 20 marca – 28 listopada 2019 r.
Pula środków w konkursie ogólnym: 50 mln zł
Pula środków w konkursie dedykowanym dostępności: 5 mln zł
Maksymalne wsparcie jednego projektu: 340 tys. zł
Wdrożenie innowacji
PARP przeznaczyła 25 mln zł na dofinansowanie wdrożenia w przedsiębiorstwach innowacji technologicznych (produktowych lub procesowych). Ze wsparcia mogą skorzystać wyłącznie mikro-, mali i średni przedsiębiorcy, którzy z powodzeniem zakończyli projekt w etapie usługowym Bonów na Innowacje dla MŚP.
Nabór wniosków w ramach konkursu „na wdrożenie innowacji” trwa od 17 kwietnia br., a aplikacje będzie można składać do 7 stycznia 2020 r. Maksymalna wartość dofinansowania wdrożenia innowacji dla jednego projektu to 560 tys. zł. Jednak, wartość wkładu własnego przedsiębiorcy zależy od jego statusu (mały, średni) oraz miejsca wdrożenia innowacji. Podobnie, jak w przypadku etapu pierwszego, wnioski będą przyjmowane w czterech rundach.
Termin składania wniosków: 17 kwietnia 2019 r. – 7 stycznia 2020 r.
Pula środków w konkursie ogólnym: 20 mln zł
Pula środków w konkursie dedykowanym dostępności: 5 mln zł
Maksymalne wsparcie jednego projektu: 560 tys. zł (w zależności od statusu przedsiębiorcy i miejsca wdrożenia projektu)
Premiowana dostępność
Poza konkursami ogólnymi, zarówno usługowymi, jak i inwestycyjnymi,, w tym roku równolegle prowadzone są konkursy na dofinansowanie projektów wpisujących się w realizację rządowego programu Dostępność Plus. Różnią się one od konkursów ogólnych głównie kryteriami oceny projektów dotyczącymi rezultatów projektów – opracowane innowacje muszą ułatwiać użytkownikom końcowym, funkcjonowanie w społeczeństwie.
– Wnioskodawcy muszą wykazać przydatność opracowanych rozwiązań w eliminowaniu barier dostępności m.in. seniorów i osób z niepełnosprawnościami funkcjonalnymi (fizycznymi lub poznawczymi), ale także osób czasowo mniej sprawnych, np. ruchowo, czy też kobiet w ciąży, lub osób z małymi dziećmi, lub o nietypowym wzroście, lub poruszających się z nieporęcznym lub ciężkim bagażem – zaznacza dyrektor Forin.
Dodatkowo, przedsiębiorcy wnioskujący o dotacje w tych konkursach zobowiązani są zapewnić – zarówno na etapie realizacji projektu, jak i jego zakończenia – informację zwrotną od grup docelowych na temat przydatności wypracowanego rozwiązania w życiu codziennym. Dlatego w dokumentacji znajdują się zapisy dotyczące zaangażowania w opiniowanie i testowanie tych innowacyjnych produktów lub procesów adresatów rządowego programu Dostępność Plus.
Właściciele nieruchomości położonych w pobliżu lotnisk cywilnych i wojskowych, których nieruchomość znajdzie się w ustanowionym obszarze ograniczonego użytkowania (OOU), mają prawo do ubiegania się o odszkodowania na podstawie Ustawy Prawo ochrony środowiska, art. 129 ust.2.
Właściciele lotnisk już od dawna kwestionują prawa przysługujące właścicielom nieruchomości położonych w obszarze. Sprawy tego typu były już analizowane w Warszawie i Poznaniu, zdecydowana większość z nich zakończyła się wygraną mieszkańców.
Niedawno rozpoczęły się procesy przeciwko Portowi Lotniczemu im. Lecha Wałęsy w Gdańsku. Dzisiaj (24.07.2019 r.) zapadł pierwszy zasądzający wyrok w sprawie.
Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał roszczenia właściciela nieruchomości i zasądził przeszło 60 tys. zł odszkodowania
Przed Sądem Okręgowym w Gdańsku w sprawie o sygn. akt XV C 1047/18 zapadł pierwszy w pełni merytoryczny wyrok w sprawie o odszkodowanie z tytułu spadku wartości nieruchomości spowodowanego objęciem tej nieruchomości obszarem organicznego użytkowania utworzonego (OOU) chwałą Sejmiku Województwa Pomorskiego nr 203/XVIII/16 z dnia 29 lutego 2016 r. w sprawie utworzenia obszaru ograniczonego użytkowania wokół Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy w Gdańsku.
Sprawa dotyczyła nieruchomości zabudowanej budynkiem mieszkalnym jednorodzinny, który znalazł się w strefie B OOU.
W toku procesu został dopuszczony dowód z opinii biegłego sądowego do spraw wyceny nieruchomości i z opinii tej, poddanej wnikliwej analizie przez Sąd i strony oraz szeroko krytykowanej przez pozwanego, jednoznacznie wynikło, że ww. nieruchomość doznała spadku wartości na poziomie ok. 9%.
Sąd po rozpoznaniu sprawy uznał, że opinia biegłej jest spójna, jasna i przekonująca, zaś odpowiedzialność zarządcy lotniska za skutki wprowadzenia OOU powinna być, zgodnie z utrwalonym orzecznictwem Sądu Najwyższego, interpretowana szeroko i na tej podstawie uwzględnił powództwo zasądzając od zarządcy lotniska na rzecz powoda kwotę ustaloną przez biegłą.
W ramach roszczeń pozwu powód dochodził również zwrotu kosztu związanego z wydatkiem na sporządzenie przez rzeczoznawcę majątkowego opinii przedsądowej, na podstawie której powód ustalił, że wartość należącej do niego nieruchomości spadła oraz oszacowała wartość tej szkody.
Sąd uznał, że również i to roszczenie zasługuje na uwzględnienie, gdyż powód nie będący profesjonalistą miał prawo zwrócić się do rzeczoznawcy o dokonania takiej wyceny i koszt ten pozostaje w normalnym związku przyczynowym z doznaną przez niego szkodą.
Wskazać należy, iż o ile ww. wyrok jest jeszcze nieprawomocny i należy zakładać, że pozwany się od niego odwoła, to nie tylko rozstrzygnięcie w nim zawarte odpowiada orzecznictwu innych sądów w przedmiotowej materii, lecz również odpowiada on zapatrywaniu, jakie na przedmiotową materię wyraził Sąd Okręgowy w Gdańsku w innej prowadzonej przez kancelarię sprawie, w której zapadł przeciwko zarządcy lotniska wyrok zaoczny w pełni uwzględniający żądanie pozwu.
Sprawę prowadzi Kancelaria Campter, a Klienta reprezentuje Adwokat Krzysztof Bigoszewski.
Prezes EBC Mario Draghi otworzył drzwi dla dalszego luzowania polityki monetarnej, jednak szpara nie jest tak szeroka jak niektórzy by sobie życzyli, co pozwoliło na częściowe odreagowane wcześniejszej słabości euro. W przypadku EUR/USD reakcja była najmniejsza, gdyż inwestorzy utrzymują stan wyczekiwania na rozstrzygnięcia po stronie polityki Fed. Dziś po południu PKB z USA może dostarczyć ważnych informacji.
Wydźwięk decyzji EBC i konferencji prasowej Draghiego był gołębi, ale nie aż tak, jak rynek oczekiwał. Forward guidance w komunikacie uległ modyfikacji dopuszczającej niższej stopy procentowe w kolejnych kwartałach („co najmniej do połowy 2020 r.), co niemal przesądza, że we wrześniu bank dokona obniżki. Bank zlecił też odpowiednim zespołom zbadanie opcji dla złagodzenia polityki, w tym środki przeciwdziałające negatywnym efektom ubocznym, a także wielkość i kompozycję potencjalnego restartu skupu aktywów. Jednak na konferencji prezes Draghi nie brzmiał alarmująco. Choć zaznaczył, że perspektywy gospodarcze, szczególnie w przemyśle, są coraz gorsze i wymagają działania, ale dodał, że prawdopodobieństwo recesji wciąż pozostaje niskie. Oczekiwania na luzowanie ostudziła też informacja, że w Radzie Prezesów nie ma jednomyślności wobec dalszej ekspansji, co może sugerować, że EBC zdecyduje się na skromne salwy zamiast wytoczenie potężnych dział. Takie podeście jest zrozumiałe, jeśli założymy, że bank obawia się, czy ma wystarczająco amunicji do przeciwdziałania przedłużającemu się pogorszeniu warunków gospodarczych. I to czyni sprzedaż EUR mało atrakcyjną, szczególnie jeśli przyjmiemy, że inne banki centralne mają większe pole manewru. EBC może być gołębi i negatywnie oddziaływać na euro, ale jeśli inne banki centralne będą prowadzić bardziej ekspansywną politykę, relatywnie euro może być silniejsze.
To porównanie szczególnie dotyczy EUR/USD, biorąc pod uwagę na ile może sobie pozwolić Fed. Choć rynek już stonował oczekiwania przed przyszłotygodniowym posiedzeniem FOMC do cięcia tylko o 25 pb (zamiast 50 pb), tak wciąż otwarta jest sprawa, czy będzie to jednorazowa obniżka, czy początek dłuższego cyklu. Na razie nikt nie chce zgadywać, jaką strategię Fed nakreśli do końca roku. Dzisiejsze dane o PKB za II kw. mogą być ostatnią ważną informacją. Rynek nastawił się na wyraźne spowolnienie wzrostu gospodarczego względem początku roku (1,8 proc. vs 3,1 proc.), choć solidne raporty sprzedaży detalicznej i odbicie w zamówieniach na dobra trwałe podnosi ryzyko wyższego odczytu. Lepsze dane mogą podsycać oczekiwania, że Fed będzie mniej chętny do gołębiego zwrotu w polityce, jednak nie można zapominać, że decydenci w banku centralnym rozpatrują więcej czynników niż jednak figura PKB. Słabość inflacji problemy przemysłu w dobie wojny handlowej z Chinami są powodami do zmartwień. Stąd potencjalna pozytywna reakcja USD na dane może okazać się krótkotrwała.
Deweloperzy działający w sześciu największych miastach Polski sprzedali w drugim kwartale br. 15 100 mieszkań, o 8% mniej niż przed kwartałem. Nowa podaż wyniosła w tym czasie 14 900 lokali, dzięki czemu oferta pozostała na poziomie sprzed kwartału. Wciąż rosną – choć zdecydowanie wolniej – ceny mieszkań, co pozwala deweloperom na utrzymanie marż na zadowalającym poziomie – czytamy w najnowszym raporcie JLL „Rynek mieszkaniowy w Polsce Q2 2019”.
Trend spadkowy sprzedaży na rynku nowych mieszkań, choć wyraźny, nie jest tak samo odczuwalny we wszystkich analizowanych przez zespół mieszkaniowy JLL miastach. Tam, gdzie deweloperom udało się w ostatnich miesiącach istotnie zwiększyć ofertę, wzrosła również liczba transakcji. Przykładem może być Wrocław. W okresie od kwietnia do czerwca do sprzedaży trafiło tam blisko 4 tysiące mieszkań (+36% k/k) co zaowocowało 20% wzrostem sprzedaży. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Krakowie, gdzie oferta od kilku kwartałów utrzymuje się na poziomie zbliżonym do tego z 2009 r. Nowa podaż spadła tam o 44% k/k, a liczba transakcji (2,3 tys.) była najgorsza od 4,5 roku. Inaczej spojrzeć należy na spadek liczby transakcji w Łodzi – wprawdzie był równie duży (-22% k/k), ale liczony był od najlepszego rezultatu osiągniętego w historii sprzedaży deweloperskiej w tym mieście.
Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL
Gdyby na wyniki sprzedaży deweloperskiej w II kwartale 2019 r. patrzeć z perspektywy II kwartału 2016 r. można by powiedzieć „Polacy nic się nie stało”. Jednak wynik, rekordowy przed trzema latami, oznacza dziś 20% spadek w stosunku do najwyższego w historii wolumenu transakcji i skłania do pytań o przyszłość rynku. Przyszłość natomiast wygląda zupełnie nieźle. W większości miast realizuje się scenariusz równoległego zmniejszania się podaży i popytu, co zapobiega tworzeniu się nadwyżki podażowej. Wszystko wskazuje też na to, że kupujący oswoili się z wyższymi cenami – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL
Wyższe ceny zniechęcają … ale tylko niektórych
Szybki wzrost cen mieszkań w 2018 r. i systematyczny spadek sprzedaży na największych lokalnych rynkach skłonił część nabywców do wstrzymania decyzji o zakupie, w nadziei na korektę. Tymczasem jak przekonują autorzy raportu „Rynek Mieszkaniowy w Polsce Q2 2019”, wciąż istnieją przesłanki do ich dalszego wzrostu. Głównymi przyczynami są malejąca podaż oraz dążenie deweloperów do utrzymania płynności na coraz bardziej wymagającym rynku. Wyższe ceny pozwalają na pokrycie rosnących kosztów realizacji i zakupu gruntów przy utrzymaniu akceptowalnych marż.
Potwierdzeniem tego może być fakt, że na żadnym z sześciu głównych rynków eksperci JLL nie odnotowali w ostatnim kwartale spadków cen. W Warszawie, Trójmieście i Krakowie, przekroczyły już one historyczne poziomy z końca 2007 roku, a w Łodzi powoli się do niego zbliżają. W ujęciu rocznym najmniejszy wzrost cen odnotowano w Poznaniu i Łodzi – na rynkach, na których oferta osiągnęła rekordowo wysoki poziom (odpowiednio o 3% i 6%). W Warszawie, Wrocławiu, Krakowie i Trójmieście ceny były o 11% wyższe niż przed rokiem.
Mimo, rosnących cen, Polacy wciąż mogą sobie pozwolić na zakup. Jeśli porównamy relację średniej ceny 1 mkw. do średniego wynagrodzenia na poszczególnych rynkach, to nie różni się ona istotnie od tej z 2017 roku. Wprawdzie w Warszawie czy Trójmieście wzrost poziomu wynagrodzeń jest wolniejszy niż wzrost cen, ale daleko nam jeszcze do sytuacji z 2009 roku, kiedy w większości miast przeciętne wynagrodzenie starczało na zakup zaledwie 0,5 mkw. – Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL
Szanse i zagrożenia
Jak podkreślają autorzy raportu, wyniki pierwszego półrocza wskazują na realizowanie się najkorzystniejszego dla branży deweloperskiej scenariusza dość łagodnego spowolnienia, przy zachowaniu równowagi pomiędzy liczbą mieszkań wprowadzanych do sprzedaży i sprzedawanych.
Kazimierz Kirejczyk, Wiceprezes Zarządu JLL
Równowagę tę zaburzyć może odpływ nabywców inwestycyjnych spowodowany pogorszeniem rentowności inwestowania w mieszkania na wynajem. Przyczyn tego może być kilka. Nieuchronne jest wejście na rynek dużej liczby lokali zakupionych w minionych latach z myślą o wynajmie. W dodatku zagrożeniem dla tego sektora są ewentualne restrykcje lub nowe regulacje dotyczące najmu krótkoterminowego. Oliwy do ognia może dolać gwałtowny wzrost inflacji, który skłoni Radę Polityki Pieniężnej do podniesienia stóp procentowych. Poza inwestorami, uderzyłby on w nabywców finansujących zakup kredytem. – Kazimierz Kirejczyk, Wiceprezes Zarządu JLL
Ukrytą rezerwą dla utrzymania obecnego poziomu produkcji, przy wyhamowaniu wzrostu cen, byłyby poważne zmiany regulacyjne, uwalniające duże zasoby terenów inwestycyjnych.
Utrzymuje się rekordowa aktywność najemców na warszawskim rynku biurowym. Od 14 lat nie odnotowano w drugim kwartale tak wysokiego popytu. Jednak transakcje, które doprowadziły do tego wyniku mają jedną istotną wspólną cechę – wszystkie największe podpisane umowy należały do firm z sektora finansowego. Według autorów raportu CBRE „Market View. Rynek biurowy w Warszawie – I połowa 2019 r.”, to właśnie ci najemcy mają obecnie największy wpływ na kształt stołecznego rynku biurowego.
Odnotowany popyt na warszawskim rynku biurowym jest najwyższym wynikiem za drugi kwartał od 2005 roku. W tym okresie w 2019 r. wynajęte zostało ponad 265,5 tys. mkw. – przy tym dla porównania w roku poprzednim było to około 220 tys. mkw. Ten imponujący wynik to efekt zawarcia lub renegocjacji przez firmy z sektora finansowego wielu bardzo dużych umów najmu w prestiżowych lokalizacjach. Listę trzech największych transakcji tego okresu otwiera umowa Getin Noble Banku w The Warsaw Hub C podpisana na 18 500 mkw. Na drugim miejscu znajduje się Warta, która w drugim kwartale sfinalizowała decyzję o przeniesieniu swojej siedziby do Warsaw Unit, gdzie zajmie 17 600 mkw. Podium zamyka renegocjacja umowy dla firmy z sektora bankowego na 13 000 mkw. w biurowcu Marynarska 12. Przy wszystkich trzech transakcjach najemcę reprezentowała agencja CBRE.
– Dobra kondycja rynku przesuwa przewagę w stronę właścicieli budynków w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach. Po drugim kwartale 2019 r. możemy mówić o delikatnym wzroście czynszów, gdzie w centrum – najdroższej części stolicy – stawki prime wynoszą 24 euro/m-s/mkw. Nie zniechęca to jednak firm do wybierania na swoje siedziby prestiżowych biurowców. I tu po raz kolejny największą aktywnością wykazują się reprezentanci świata finansów – komentuje Paweł Dobrowolski, ekspert rynku biurowego, CBRE.
Eksperci CBRE przewidują, że w dłuższej perspektywie trend na nowoczesne biura oraz konsolidację różnych oddziałów firm z sektora finansowego najbardziej dotkliwie odczują starsze warszawskie biurowce. Już teraz widać wzmożoną aktywność wśród właścicieli oraz zarządców budynków, którzy stawiają na rewitalizację ich wnętrz oraz wdrażanie nowoczesnych rozwiązań.
– Warszawski rynek biurowy dawno nie miał się aż tak dobrze. Rekordowy pod kątem zamkniętych transakcji najmu drugi kwartał doprowadził w większości stref biznesowych do spadku poziomu pustostanów w porównaniu ze stanem z tego samego okresu w 2018 r. Co więcej, zaobserwowaliśmy pozytywne zmiany na Służewcu, mimo że wciąż utrzymuje się tam najwyższy współczynnik powierzchni niewynajętej. Jest to naszym zdaniem namacalnym dowodem wyjątkowo dobrej sytuacji branżowej – podsumowuje Paweł Dobrowolski z CBRE. I dodaje: – W związku ze wzmożoną aktywnością najemców i stopniowo spadającą liczbą mkw. dostępnych od zaraz, obserwujemy coraz większe zainteresowanie firm umowami przednajmu. Najemcy są coraz bardziej świadomi roli nowoczesnego i dopasowanego do ich potrzeb biura i chcą mieć gwarancję pierwszeństwa do ofert najwyższej jakości.
Łączny zasób powierzchni biurowej w Warszawie wynosi obecnie ponad 5,5 mln mkw., co oznacza 1,5% wzrost kw./kw. oraz 2,5% r/r. W drugim kwartale 2019 oddano do użytkowania 7 obiektów, oferujących łącznie 60 341 mkw. Wszystkie ukończone projekty biurowe były zlokalizowane poza centrum, a do największych z nich należą: Moje Miejsce B1 (18 712 mkw.), Vector+ (13 690 mkw.) oraz The Park 6 (11 200 mkw.).
Powraca temat wojny handlowej pomiędzy USA a Chinami
Marek Straszak, Portfolio Manager Union Investment TFI
Ostatniego dnia lipca poznamy decyzję FED w sprawie cięcia stóp. Presja na Rezerwę Federalną w sprawie złagodzenia polityki monetarnej i obniżenia stóp procentowych jest ogromna. Dawno już nie obserwowaliśmy tego typu nastrojów. Analitycy uważają, że w FED dominuje podejście gołębie i obniżki są realne, co sugerują też wypowiedzi poszczególnych członków banku centralnego. Spodziewana redukcja to 25 punktów bazowych, choć niektórzy analitycy mówią nawet o 50 punktach bazowych. Tak wysokie oczekiwania mogą świadczyć o tym, że realne odczyty z gospodarki nie są satysfakcjonujące. Jednak ważniejsze od decyzji z lipcowego posiedzenia Rezerwy Federalnej mogą się okazać komunikaty co do jej działania w przyszłości.
Sygnały płynące z banku centralnego pozytywnie wpłynęły na rynki akcji i obligacji. Czerwiec i początek lipca przyniósł wzrosty i był bardzo pozytywny w obu klasach aktywów, co nie jest częstym zjawiskiem.
Rynek długu bardzo dobrze performował. Rentowności obligacji obniżyły się w oczekiwaniu na poluzowanie polityki monetarnej. Pozytywny sentyment przeniósł się także na rynki akcji. Widzimy duże oczekiwanie na stymulus w Chinach, który ma poprawić sytuację w tym kraju.
Żądanie cięć stóp procentowych bardzo dobrze wpływa na złoto, którego ceny w ostatnim czasie rosną. Niższe stopy procentowe są zachętą dla inwestorów, by lokować kapitał w tego typu klasy aktywów. Popyt na złoto rośnie także w związku z szybko rosnącą inflacją.
Chmury na horyzoncie
Istnieje też ryzyko, że FED zaskoczy jastrzębią polityką i nie zdecyduje się na najbliższym posiedzeniu na cięcie stóp procentowych oraz to, że rozbudzone oczekiwania inwestorów spotkają się z działaniem niewystarczającym. Wówczas, rynki, zarówno obligacyjne jak i akcyjne, mogą ruszyć w dół.
Po czwartkowym spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego kurs EUR/USD na moment spadł do najniższego poziomu od dwóch miesięcy. Wspólna europejska waluta zareagowała na sugestie decydentów z EBC, którzy wskazali na gotowość do obniżenia stóp procentowych w celu walki z uporczywie niską inflacją w bloku walutowym.
Kurs USD/EUR & USD/PLN (25/07/19)
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 25/07/19
Podczas spotkania w lipcu decydenci postanowili utrzymać stopy procentowe na niezmienionym poziomie, wbrew oczekiwaniom części inwestorów, którzy liczyli, że spotkanie zaowocuje obniżką stóp procentowych. W oświadczeniu banku centralnego można było jednak odnaleźć najwyraźniejszą dotychczas sugestię wskazującą na gotowość decydentów do obniżki stóp procentowych już podczas spotkania we wrześniu.
W odniesieniu do dalszych kroków decydentów z EBC, oświadczenie po spotkaniu sugeruje, że „Rada Prezesów EBC oczekuje, że przez co najmniej pierwszą połowę 2020 roku kluczowe stopy procentowe EBC pozostaną na obecnych poziomach lub niższych [ang. at their present or lower levels]”. Dodanie słowa „niższych” do treści poprzedniego oświadczenia banku z czerwca oznacza istotną zmianę w kierowaniu oczekiwaniami rynku co do przyszłości (ang. forward guidance), która sugeruje, że bank centralny jest gotów podążyć za Rezerwą Federalną i obniżyć stopy procentowe podczas następnego spotkania. Draghi zasugerował również, że oprócz modyfikowania stóp procentowych, może dojść do ponownego uruchomienia programu QE. EBC dodaje, że bada opcje takie jak „tiering” (różnicowanie oprocentowania depozytów, które banki komercyjne składają w banku centralnym) i „opcje dotyczące rozmiarów i kompozycji potencjalnych nowych zakupów aktywów netto”.
Prezes Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi podtrzymał gołębią retorykę również podczas konferencji prasowej po spotkaniu decyzyjnym EBC. Draghi wyraził zwiększone obawy względem perspektyw gospodarek strefy euro oraz podkreślił, że blok walutowy wciąż potrzebuje znaczącej stymulacji. Draghi zwrócił też uwagę na to, że niedawne publikacje makroekonomiczne wskazują na „nieco słabszy wzrost” w drugim oraz w trzecim kwartale bieżącego roku. Prezes EBC dodał też, że szanse na poprawę warunków makroekonomicznych w drugiej połowie bieżącego roku stają się mniejsze. Draghi zwrócił uwagę na niedawne pogorszenie się danych z przemysłu oraz wzrost zewnętrznych ryzyk grających na niekorzyść strefy euro, zwłaszcza na kwestię protekcjonizmu oraz ryzyko twardego Brexitu.
W kwestii perspektyw inflacji Draghi stwierdził, że presja inflacyjna w strefie euro jest, póki co, „przytłumiona” oraz, że bank centralny będzie zdeterminowany do podjęcia działań, jeżeli perspektywy inflacji w średnim terminie będą odbiegać od celu Rady Prezesów. Od dłuższego czasu podkreślamy, że EBC będzie utrzymywać akomodatywną politykę monetarną tak długo, jak inflacja w strefie euro będzie wypadała poniżej celu, który bank centralny definiuje jako „zbliżony do poziomu 2%, ale go nieprzekraczający”. Póki co inflacja w strefie euro nie wykazuje jakiegokolwiek trendu wzrostowego, w związku z czym rośnie potrzeba podjęcia działań.
Jesteśmy zdania, że poprzez dodanie w oświadczeniu EBC wyrażenia o „niższych poziomach” stóp procentowych bank centralny strefy euro otworzył sobie furtkę do bardziej ekspansywnej polityki monetarnej, którą decydenci mogą zacząć wdrażać już podczas spotkania we wrześniu. Wtedy też zostaną opublikowane nowe projekcje gospodarcze EBC.
Obecnie wierzymy, że od następnego spotkania EBC możemy oczekiwać obniżki stopy depozytowej, a potencjalnie także przywrócenia programu skupu aktywów przez bank centralny. Wygląda na to, że jest to również opinia zbliżona do oceny rynku. Obecnie rynkowa wycena prawdopodobieństwo obniżki stóp procentowych EBC we wrześniu wynosi około 80%, przed dzisiejszym spotkaniem wynosiła ona około 70%. W trakcie trwania konferencji prasowej Draghiego kurs EUR/USD zdołał się jednak umocnić. Uważamy, że można to zawdzięczać prezesowi EBC, który specjalnie unikał odpowiedzi na pytania dotyczące czasu, jak i skali, dalszych zmian w polityce monetarnej, dodając, że decydenci nie prowadzili dyskusji w kwestii obniżki stóp procentowych podczas spotkania banku centralnego w tym miesiącu.
Mimo wyższego prawdopodobieństwa obniżek stóp procentowych ze strony Europejskiego Banku Centralnego nadal uważamy, że w 2019 roku euro powinno umocnić się w relacji do dolara amerykańskiego. Stopy procentowe w strefie euro już teraz znajdują się na poziomie zbliżonym do zera, a niektóre z nich są nawet ujemne. Tym samym Rezerwa Federalna ma dużo większe możliwości w kwestii obniżek stóp w porównaniu z EBC, co naszym zdaniem powinno zapewnić wsparcie wspólnej europejskiej walucie w relacji do dolara amerykańskiego w 2019 roku. Materializacja naszych oczekiwań oznaczałaby również spadek kursu USD/PLN.
Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
RPP pomimo rosnącej inflacji nie zmienia gołębiej polityki
Obligacje trzymają się mocno
Krzysztof Izdebski, Zarządzający funduszami dłużnymi w Union Investment TFI
Po dużym spadku rentowności w ostatnich miesiącach następuje chwila konsolidacji i oczekiwania na decyzję banków centralnych. Decydujące będzie najbliższe posiedzenie Rezerwy Federalnej zaplanowane na 31 lipca, na którym może dojść do zapowiadanego obniżenia stóp procentowych. Oczekiwania rynku są tak duże, że istnieje znaczne prawdopodobieństwo, że FED ich nie spełni. Spodziewana obniżka stóp procentowych powinna wynieść aż 50 pb. – niższa, np. o 25 pb., może już zostać odebrana negatywnie. Pomimo gołębiej retoryki banku centralnego zbyt mała obniżka może niekorzystnie wpłynąć na rynek.
W Polsce rentowności dziesięcioletnich obligacji są na poziomie 2,20 proc. – 2,30 proc. Wpływa na nie m.in. niski spread do niemieckich obligacji skarbowych, z jakim mamy do czynienia w ostatnim roku. Czekamy na to, co wydarzy się na głównych rynkach, by móc reagować. Wydaje się, że rynek jest w pozytywnym nastroju w stosunku do polskich obligacji. Nawet jeśli inflacja pójdzie w górę, nie spodziewamy się gwałtownych działań ze strony banku centralnego. Nie ma obawy o podwyżki stóp w Polsce.
Ostatnie dwa miesiące to przede wszystkim dobre wyniki na obligacjach. Pierwszy wysoki odczyt inflacji został zinterpretowany jako zmiana retoryki RPP na jastrzębią. Jednak przekaz z ostatnich dwóch miesięcy pokazuje, że Rada Polityki Pieniężnej najprawdopodobniej nie zamierza podejmować jakichkolwiek działań.
Co jeśli inflacja będzie szła dalej w górę?
RPP prezentuje ciekawą retorykę. Wydaje się, że dopóki inflacja nie skoczy do 3,5 proc., nie jest im straszna. Dotychczasowe stanowisko przewodniczącego Rady prof. Adama Glapińskiego, wedle którego możemy dzielnie znieść szybkorosnącą inflację, może się zmienić. Wszystko będzie zależało od tego, co będzie działo się na świecie. Jeśli pojawi się dyskusja o obniżkach stóp czy o spowolnieniu, to Rada dalej będzie utrzymywać, że można to przetrzymać. Dla przykładu na Węgrzech inflacja spadła z 3,90 na 3,40 proc. Jeśli rynek uwierzy, że RPP przetrzyma inflację, to inflacja może być na poziomie ok. 3,5 proc., a dziesięcioletnie obligacje mogą być na poziomie 2,50 proc. czy 2,30 proc. albo 2,20 proc., tak jak jest w tej chwili.
Wyrok TSUE może negatywnie wpłynąć na sytuację banków
Zmiana układu sił w Parlamencie Europejskim wpływa na rynek energii
Maciej Kik, Zarządzający funduszami akcji w Union Investment TFI
W ostatnim czasie na rynku akcyjnym widzimy osłabienie nastrojów. Wpływ na to ma kilka czynników. Po pierwsze zbyt rozbudzone oczekiwania względem banków centralnych odnośnie programów stymulacji gospodarek. Po drugie obserwujemy eskalację wojen handlowych po okresie dwumiesięcznego uspokojenia oraz sygnałów, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Jak pokazują jednak ostatnie działania prezydenta Donalda Trumpa wciąż daleko do porozumienia. To wszystko powoduje, że globalne nastroje na rynkach akcji pogorszyły się. Widzimy to także na rodzimym rynku. Słabe dane makroekonomiczne spływają ze Stanów Zjednoczonych, Chin (rozczarowujący wzrost PKB) a w szczególności z krajów europejskich. To wszystko ma wpływ na Polskę, a pierwszym sygnałem ostrzegawczym jest bardzo słaby odczyt produkcji przemysłowej za czerwiec (spadek o 2,7 proc. wobec oczekiwań wzrostu o 2 proc.).
Tematem numer jeden w Polsce jest wyrok TSUE dotyczący kredytów frankowych. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej najprawdopodobniej wyda orzeczenie, według którego sądy krajowe będą mogły unieważnić umowy kredytowe albo rozstrzygać o ich przewalutowaniu. To jest bardzo duże ryzyko dla polskich banków, które udzielały kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich. Potencjalnie są to – według skrajnych interpretacji – ogromne kwoty rzędu nawet kilkudziesięciu mld złotych, co w zasadzie mogłoby wywrócić system bankowy w Polsce. Ryzyko jest duże i zależy od liczby pozwów przeciwko bankom. Widać, że rośnie świadomość tego faktu i dlatego następuje pewna korekta notowań na polskich bankach.
Widoczne są wzrosty w sektorze telekomunikacyjnym. Segment ten charakteryzuje się ograniczoną konkurencją. Na polskim rynku funkcjonuje zaledwie kilka firm w tej branży. Obserwujemy zakończenie wojny cenowej pomiędzy liderami, co przełożyło się na zapowiedzi o planowanych podwyżkach cen za usługi – to bardzo wyraźna zmiana rynkowa. Podwyżka cen powinna przełożyć się na poprawę wyników spółek, stąd tak dynamiczny rerating spółek telekomunikacyjnych na GPW. W ostatnich dniach pojawiły się jednak informacje, że zapowiadana podwyżka wcale nie musi być taka jednoznaczna. Nie wszyscy gracze rynkowi są zgodni w tym temacie. Dlatego musimy poczekać na to, jak rozwinie się gra konkurencyjna.
Wiele dzieje się także w sektorze energetycznym, gdzie po wyborach do Parlamentu Europejskiego zmienił się układ sił. Nowe władze wspierają zwiększenie ograniczeń związanych z emisją CO2, co nakłada jeszcze większą presję na nasz sektor energetyczny. Kontrakty na CO2 są na historycznie wysokich poziomach, więc koszty dla spółek energetycznych rosną.
W Warszawie w trakcie planowania i budowy jest ponad 40 hoteli. W następnych latach oferta noclegowa zwiększy się o ponad 5 tys. pokoi.
W Warszawie, która jest najszybciej rozwijającym się ośrodkiem biznesowym w Europie Środkowo-Wschodniej, wzrost rynku hotelowego wiąże się bezpośrednio z rozwojem segmentu biurowego, który notuje w ostatnich latach rekordowe wyniki. Popyt na pokoje hotelowe w stolicy generują bowiem głównie klienci biznesowi. Pokazują to choćby ceny noclegów i wskaźniki obłożenia, które w weekendy są w Warszawie nawet kilkukrotnie niższe niż w dni robocze.
Największą grupą odbiorców usług hotelowych w mieście jest wciąż biznes, ale warszawski rynek turystyczny także regularnie wzrasta. Warszawa jest coraz lepiej skomunikowana ze światem i staje się coraz popularniejszym kierunkiem wśród turystów. Lotnisko Chopina, podobnie jak lotnisko w Modlinie, może pochwalić się dużym, zeszłorocznym przyrostem liczby pasażerów.
Warszawska baza hotelowa szybko rośnie
Andrzej Szymczyk – Associate Director Hospitality Department w Walter Herz
Od kilku lat rośnie w Polsce popyt na usługi hotelowe, za czym idzie rozwój krajowej bazy noclegowej. Warszawą interesują się zarówno globalni operatorzy hotelowi, jak i najwięksi, światowi inwestorzy. – Co roku w stolicy otwiera się kilka dużych hoteli, a w fazie planowania i w trakcie realizacji jest w tej chwili ponad 40 nowych obiektów – mówi Andrzej Szymczyk, Associate Director Hospitality Department w Walter Herz.
Zdaniem eksperta w ciągu najbliższych pięciu lat oferta hotelowa w mieście ma szansę wzrosnąć o ponad 5 tys. pokoi, co stanowi jedną trzecią obecnej podaży na rynku. – Warszawę docenili najwięksi, branżowi gracze, stąd co roku możemy obserwować na stołecznym rynku debiuty nowych, hotelowych marek. Nowe marki hotelowe, które pojawiają się w Warszawie umacniają z kolei jej pozycję wśród najbardziej rozwojowych rynków hotelowych w Europie – przyznaje ekspert.
– W segment hotelowy, z uwagi na potrzebę dywersyfikacji portfela i potencjalnie wysoką rentowność, inwestują dziś firmy, które dotąd działały w innych sektorach rynku nieruchomości komercyjnych. Hotele powstają także coraz liczniej w inwestycjach wielofunkcyjnych, za czym idą również nowe formy współpracy z operatorami, które w nowych budynkach coraz częściej przyjmują formę klasycznej umowy najmu powierzchni – informuje Andrzej Szymczyk.
Debiuty nowych marek
W tym roku byliśmy już świadkami wielu ciekawych otwarć na warszawskim rynku hotelowym. W marcu w Centrum Praskim Koneser na Pradze ruszył 141-pokojowy Moxy sieci Marriott International. Hotel wpisuje się w ideę co-livingu, a jego cechą charakterystyczną są duże części wspólne, jak koktajl-bar, strefa do pracy, strefa relaksu, czy biblioteka.
Na początku kwietnia na warszawskim Mokotowie, przy ulicy Suwak otworzył się zaś pierwszy w Polsce hotel marki Four Points by Sheraton, także funkcjonujący w ramach grupy Marriott International. Jego wnętrza, które nawiązują do osiągnięć projektantów dawnej Warszawy, zaaranżowane zostały w stylu modern vintage. Hotel oferuje 190 pokoi i pięć sal konferencyjnych. Znajduje się w nim także restauracja & bar Suwak 7, serwująca szeroki wybór lokalnych piw kraftowych.
W maju br., po kilkumiesięcznym remoncie otworzył się ponownie dla gości hotel grupy Radisson przy ulicy Grzybowskiej w Warszawie. Przed remontem funkcjonował jako Radisson Blu. Po renowacji hotel zmienił markę na Radisson Collection, która pozycjonowana jest wyżej w hierarchii sieci. W obiekcie, poza 311 pokojami, mieszczą się trzy restauracje i osiem sal konferencyjnych, z których największa może pomieścić 400 osób.
Oryginalne koncepty hotelowe
W pierwszym kwartale bieżącego roku otwarty został w Warszawie również czterogwiazdkowy hotel biznesowy Vienna House Mokotów ze 164 pokojami, salami konferencyjnymi i strefą rekreacyjną oraz restauracją. Hotel mieści się w zagłębiu biurowym na stołecznym Służewcu Przemysłowym przy ulicy Postępu, w jednym z budynków kompleksu P4.
Niedawno przy ulicy Tamka w warszawskim Śródmieściu miał także swój debiut pierwszy w Polsce hotel niemieckiej marki Motel One Warszawa-Chopin, nawiązujący swoją nazwą do lokalizacji naprzeciwko Muzeum Chopina. W designerskim wystroju hotelowych części wspólnych widoczne są inspiracje postacią i twórczością najwybitniejszego polskiego kompozytora i pianisty. Równie efektowne są też nowoczesne wnętrza 333 pokoi, które dostępne są w czterech kategoriach.
Na liście tegorocznych otwarć znalazł się również nowy obiekt sieci Puro, zlokalizowany w ścisłym centrum Warszawy, przy ulicy Widok 5/7/9, w okolicy nowej Rotundy i stacji metra Centrum. Czterogwiazdkowy hotel oferuje 150 pokoi, ogólnodostępne lobby, restaurację, bar oraz taras z widokiem na dachy śródmiejskich kamienic i Pałac Kultury.
Najciekawsze planowane otwarcia
W najbliższych latach planowanych jest wiele nowych otwarć. Do najciekawszych należy z pewnością oczekiwany w 2020 roku pięciogwiazdkowy hotel Nobu ze 120 pokojami, który będzie mieścił się w połączonych budynkach dawnego hotelu Rialto i nowej konstrukcji, powstającej obok. Nobu Hospitality to światowa marka znana z lifestylowych hoteli i oryginalnych restauracji, której założycielami są Robert De Niro, producent filmowy Meir Teper i ceniony szef kuchni Nobu Matsuhisa.
W hotel sieci Marriott International zmienić mają się także zabytkowe budynki położone w sercu warszawskiej Starówki. Inwestycja polega na adaptacji historycznych zabudowań Pałacu Branickich i Szaniawskich przy ulicy Miodowej i przekształcenie ich w wyjątkowy obiekt hotelowy marki Autrograph Collection. Hotel, który zaoferuje około 100 pokoi ma zostać otwarty w pierwszej połowie 2021 roku. Znajdą się w nim także powierzchnie konferencyjne, strefa SPA oraz bogata oferta gastronomiczna.
Na Pradze, przy ul. Sierakowskiego remontowana jest z kolei kamienica Karola Juliusza Mintera, w której od 2021 roku działać ma pięciogwiazdkowy obiekt ze 118 pokojami. Inwestorem projektu jest spółka Port Praski, planująca również inne obiekty hotelowe na terenie dawnego portu.
Firma BBI Development, która szykuje się do realizacji w centrum Warszawy spektakularnego wieżowca Roma Tower, zapowiada natomiast otwarcie w nim wysokiej klasy hotelu, który ma być najlepszy w mieście. Wielofunkcyjna wieża, która stanąć ma u zbiegu ulicy Nowogrodzkiej i Emilii Plater, aktualnie jest na etapie projektowania i zmian koncepcji aranżacyjnej.
Hotele w hubach biurowych
Jeden z budynków w kompleksie The Warsaw HUB, który powstaje przy rondzie Daszyńskiego pomieści z kolei 430 pokoi i apartamentów w dwóch hotelach renomowanej sieci hotelarskiej – InterContinental Hotels Group. Pierwszy w Polsce hotel Crowne Plaza, który znajdzie się na terenie tego obiektu zaoferuje 212 pokoi i apartamentów, a hotel Holiday Inn Express udostępni 218 pokoi.
Na pierwszym i drugim piętrze w budynku hotelowym powstaną też modnie urządzone restauracje ze stolikami na około 270 gości. Otwarcie obu hoteli planowane jest w pierwszym kwartale 2020 roku. Kompleks The Warsaw HUB składał sie będzie z trzech budynków wysokościowych połączonych wspólną, pięciokondygnacyjną podstawą, w której znajdą się powierzchnie handlowo-usługowe, konferencyjne i coworkingowe.
Nowe obiekty w różnych dzielnicach miasta
Pod koniec 2020 roku zapowiadane jest także otwarcie hotelu Best Western Plus, który budowany jest w warszawskiej dzielnicy Wawer, przy ulicy Kosmatki, w sąsiedztwie Trasy Siekierkowskiej i Wału Miedzeszyńskiego. Hotel zapewni 100 pokoi, a także bar, restaurację, klub fitness, salon odnowy biologicznej, zaplecze konferencyjne i strefę co-workingową. W skład kompleksu wejdzie również budynek biurowy o powierzchni około 4 tys. mkw.
W dzielnicy Ursynów planowane jest natomiast otwarcie hotelu Staybridge Suites. Nowy, warszawski obiekt, sprzedawany indywidualnym inwestorom w formule condo, funkcjonujący pod międzynarodową marką hotelową usytuowany będzie u zbiegu ulicy Puławskiej i Pileckiego, niedaleko lotniska Chopina i Toru wyścigów konnych Służewiec. Liczący 193 pokoi hotel ma przyjąć pierwszych gości na początku 2021 roku.
Na 2023 rok zapowiedziane jest też otwarcie w Warszawie hotelu nowej marki Radisson Red. Hotel Radisson Red Warsaw z 267 pokojami zająć ma dolną część wielofunkcyjnego 140-metrowego wieżowca Liberty Tower, który powstanie na stołecznej Woli u zbiegu ulicy Grzybowskiej i Żelaznej. Hotel dysponował będzie restauracją, barem, siłownią oraz przestrzenią przeznaczoną do spotkań i wydarzeń. Budowę wysokościowca, w którym znajdzie się hotel, firma Golub GetHouse planuje rozpocząć w przyszłym roku.
Hotel i świątynia
W centrum miasta, przy ulicy Twardej 6 budowę obiektu hotelowego planuje również Gmina Wyznaniowa Żydowska w Warszawie. Warunki zabudowy, jakie uzyskała przewidują możliwość budowy hotelu o wysokości 80 metrów obok Synagogi Nożyków, w miejscu XIX-wiecznego Białego Budynku oraz czteropiętrowego biurowca, w którym poza siedzibą gminy i innych organizacji ma mieścić się także druga świątynia.
Grupa Orbis i AccorHotels, która w Warszawie posiada 12 własnych hoteli reprezentujących sześć marek, także planuje nowe otwarcia. Jeszcze w tym roku do portfolio grupy dołączyć ma hotel ibis Styles Warszawa Włochy. A w przyszłym roku przy ulicy Sacharowa na warszawskich Bielanach powstać ma kompleks, w którym znajdą się hotele marki Mercure i ibis, zarządzane przez grupę Orbis.
Pierwszy hotel marki na naszym kontynencie
Niespotykaną dotąd w Europie markę Royal Tulip wprowadza też do Polski Louvre Hotels Group, której portfolio obejmuje ponad 2600 hoteli w 54 krajach. Na jej debiut na naszym kontynencie wybrała Warszawę. Obiekt Royal Tulip Warsaw Apartments funkcjonował będzie w kompleksie Unique Tower, powstającym na warszawskiej bliskiej Woli, przy ulicy Grzybowskiej. Royal Tulip Warsaw Apartments zaoferuje 448 jednostek apartamentowych. Infrastruktura obiektu obejmie również recepcję, restaurację, strefy SPA i fitness oraz centrum biznesowe.
Specjalizujące się w wielofunkcyjnych projektach Echo Investment na działce o powierzchni 6,5 ha przy ulicy Towarowej 22 w centrum Warszawy planuje zaś realizację wielofunkcyjnego kompleksu, który przynieść ma łącznie 230 tys. mkw. powierzchni użytkowej. Na terenie obiektu planowany jest również hotel.
Polska sieć Q Hotel zamierza też otworzyć obiekt hotelowy w Warszawie przy ulicy Nowogrodzkiej, a przy alejach Jerozolimskich 144, w sąsiedztwie Dworca Zachodniego ma zostać otwarty pierwszy w Warszawie hotel marki AC Hotels by Marriott. Znajdzie się w nim 260 pokoi, przestrzeń konferencyjna oraz restauracja i sky bar z panoramicznym widokiem na miasto.
Między wrześniem a listopadem przyszłego roku Główny Urząd Statystyczny przeprowadzi Powszechny Spis Rolny, który obejmie wszystkie gospodarstwa rolne w kraju. Udział w nim będzie obowiązkowy – rolnicy mogą dokonać samospisu w internecie, ale ci, którzy tego nie zrobią, nie mogą odmówić udzielenia informacji rachmistrzom w bezpośrednich wywiadach. Zebrane dane posłużą do kształtowania krajowej polityki rolnej oraz analizy zmian zachodzących w polskim rolnictwie w latach 2010–2020. Podobne spisy będą przeprowadzone we wszystkich krajach Unii Europejskiej.
– Spis rolny – podobnie jak spis powszechny – jest realizowany co około 10 lat we wszystkich krajach członkowskich ONZ. Obejmuje swoim zasięgiem wszystkie gospodarstwa rolne w kraju. To bardzo duże i kosztowne badanie, ale i wyjątkowa okazja, żeby pozyskać szczegółowe informacje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Rozkrut, prezes Głównego Urzędu Statystycznego.
Zgodnie z procedowanym w Sejmie projektem ustawy Powszechny Spis Rolny ma zostać przeprowadzony od 1 września do 30 listopada 2020 roku. Obejmie gospodarstwa rolne prowadzone przez osoby fizyczne, osoby prawne oraz jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej. Udział w nim będzie obowiązkowy.
– Rolnik nie może odmówić nam udzielenia odpowiedzi na zadawane pytania. Musi tych odpowiedzi udzielić w taki sposób, żeby dostarczyć nam wiarygodnych i rzetelnych informacji na temat tego, w jaki sposób prowadzi swoje gospodarstwo rolne oraz innych danych dotyczących tego gospodarstwa, np. powierzchni zasiewów, stosowania nawozów, wyposażenia technicznego gospodarstwa czy pogłowia zwierząt. To kwestie, które są istotne z perspektywy kształtowania polityki rolnej kraju – mówi Dominik Rozkrut.
Spis rolny zostanie przeprowadzony w trzech formach. Podstawową jest samospis internetowy za pośrednictwem aplikacji, która będzie dostępna na stronie internetowej Głównego Urzędu Statystycznego. Rachmistrzowie będą też przeprowadzać wywiady telefoniczne i bezpośrednie.
– Spis rolny potrwa trzy miesiące i będzie realizowany jednocześnie na terenie całego kraju. We wszystkich województwach będziemy mieć siatkę rachmistrzów spisowych i odpowiedni aparat organizacyjny, który umożliwi przeprowadzenie wywiadów z rolnikami. W tym samym roku taki spis rolny będzie realizowany również w innych krajach członkowskich Unii Europejskiej. UE w pewnym stopniu harmonizuje sposób przeprowadzania tych wywiadów, żeby uzyskać porównywalne informacje dla krajów członkowskich – mówi Dominik Rozkrut.
Poprzednie spisy rolne w Polsce przeprowadzane były w latach 2002 i 2010. Na prace związane z obecnym zapisano w projekcie ustawy łącznie 243 mln zł w latach 2019–2021, z czego ponad 17 mln zł ma pochodzić z unijnych środków.
– Najważniejszą zmianą w tej edycji jest to, że przykładamy dużą wagę do spisu poprzez internet. Będziemy apelować do rolników, aby wzięli w nim udział poprzez stronę internetową, co ograniczy koszty realizacji i myślę, że jest też dla nich najwygodniejszą formą. Są też takie gospodarstwa, które nie mają łączy internetowych i tutaj będziemy realizować spisy pozostałymi kanałami – mówi Dominik Rozkrut. – Przygotowaliśmy szereg narzędzi na wypadek potrzeby weryfikacji i identyfikacji naszych rachmistrzów. Rolnik, kiedy zapuka do jego drzwi rachmistrz spisowy, może zażądać okazania odpowiedniej legitymacji, która będzie miała powszechnie znany wzór z podpisem dyrektora Urzędu Statystycznego.
W razie dodatkowych wątpliwości GUS uruchomi też specjalną infolinię, poprzez którą będzie można zweryfikować tożsamość rachmistrza i sprawdzić, czy nie ma się do czynienia z oszustem. Wszystkie informacje zebrane w spisie rolnym będą poufne i objęte tajemnicą statystyczną, a ich administratorem będzie prezes GUS. Natomiast zagregowane dane statystyczne zostaną przedstawione w ciągu roku po przeprowadzeniu spisu.
– Jesteśmy zobowiązani, żeby publikacja danych nastąpiła jak najszybciej po okresie realizacji spisu. W przypadku informacji ogólnych, dotyczących m.in. liczby gospodarstw rolnych czy podstawowych cech i struktury gospodarstw, są przewidziane odpowiednie daty. Ale oczywiście te dane będą agregowane dłużej, ponieważ potencjał z nich wynikający jest olbrzymi i będziemy z nich korzystać przez kolejne 10 lat – mówi Dominik Rozkrut.
Celem spisu rolnego jest m.in. zapewnienie informacji dotyczących gospodarstw rolnych. Posłużą one do kształtowania krajowej polityki rolnej oraz analizy zmian, które zaszły w rolnictwie w latach 2010–2020. Ponadto Polska jest zobowiązana dostarczać takie dane m.in. na potrzeby Eurostatu.
– Wyniki spisu z 2010 roku wskazywały na pewne zmiany strukturalne zachodzące w naszym rolnictwie. Ono było tradycyjnie bardzo rozdrobnione – mamy w Polsce przeszło 1,5 mln gospodarstw, większość z nich nie przekracza 5 ha. W ostatnim spisie widać było już pewne tendencje zmierzające do stopniowej koncentracji i specjalizacji gospodarstw rolnych. Pojawiało się coraz więcej dużych gospodarstw, które miały bardzo określoną specjalizację, były bardzo dobrze wyposażone w urządzenia wspomagające produkcję rolniczą. Ciekawe jest, jak te zmiany dalej zachodziły i jaki jest dzisiejszy obraz polskiego rolnictwa. Ten obraz jesteśmy w stanie uzyskać dzięki realizacji Powszechnego Spisu Rolnego – mówi prezes Głównego Urzędu Statystycznego.
Przed polską giełdą szansa na dwa istotne zastrzyki kapitału – w ciągu kilku miesięcy środki z otwartych funduszy emerytalnych przejdą do nowych indywidualnych kont emerytalnych, a pracownicze plany kapitałowe rozwiną swoją działalność. Wielką niewiadomą pozostaje to, jaka część uczestników OFE zdecyduje się przenieść środki do ZUS-u i ilu zatrudnionych zdecyduje się na oszczędzanie w ramach PPK. Od tego zależeć będzie dalszy los warszawskiego parkietu. Działalność inwestorów wspomogłaby także likwidacja nadmiernych regulacji.
– Gdy patrzymy na fundusze, które są kierowane do klienta detalicznego, to ten klient nam się bardzo mocno spolaryzował ze względu na pewien stan niepewności dotyczącej gospodarki, rynku i różnych sprzecznych sygnałów, że z jednej strony sytuacja gospodarcza wygląda super, z drugiej strony nie widać reakcji na giełdzie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Marcin Dyl, prezes zarządu Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami. – Klient dosyć masowo kupuje fundusze najbardziej bezpieczne i w tym zakresie jesteśmy wyjątkiem w Europie, natomiast nie ma apetytu na ryzyko, wobec tego raczej ostrożnie inwestuje w fundusze z zaangażowaniem akcji albo są to jakieś niewielkie transfery.
Z danych Analiz.pl i IZFiA wynika, że na koniec czerwca wartość aktywów funduszy inwestycyjnych wyniosła 250,7 mld zł, o 0,7 proc. więcej niż na koniec maja. Jednak inwestorzy więcej pieniędzy z nich wypłacili niż wpłacili. Całe pierwsze półrocze tego roku zamknęło się wzrostem aktywów o ok. 0,4 mld zł. Najwięcej zyskały fundusze dłużne (+1,8 mld zł) oraz akcyjne i mieszane (po 0,8 mld zł), przy czym do końca maja saldo funduszy akcji było ujemne, bo w samym czerwcu zyskały 0,9 mld zł). Spadły aktywa funduszy aktywów niepublicznych (-2,2 mld zł) oraz absolutnej stopy zwrotu (-1,1 mld zł). Choć więc funduszom akcji ostatecznie udało się po czerwcu wyjść na plus, to do maja pozostawały na minusie, bo w samym tylko poprzednim miesiącu pozyskały więcej pieniędzy (0,9 mld zł) niż w całym półroczu.
– Ten rynek będzie miał dwa dosyć duże, istotne impulsy. Pierwszy to start programu PPK i to, w jaki będzie poziom partycypacji, pokaże siłę rynku. To jest oczywiście proces, który będzie trwał przez kilka lat, natomiast sam początek jest bardzo ważny – uważa Marcin Dyl. – Druga rzecz, która ma znaczenie w zakresie odbudowy zaufania na rynku, to jest zamknięcie tematu OFE planowane na początek przyszłego roku. Przekształcenie otwartych funduszy emerytalnych w fundusze inwestycyjne pokaże, jaka część osób zdecyduje się na transfer środków do funduszy, a jaka część wybierze ZUS.
Od lipca br. największe firmy, zatrudniające 250 lub więcej pracowników, mają obowiązek utworzenia pracowniczych planów kapitałowych, w których pracownicy gromadzić będą dodatkowe środki na emeryturę. Jednak obowiązek podpisania umowy o zarządzanie mają do 25 października, a do zawarcia umów w imieniu pracowników – do 12 listopada. Wtedy będzie wiadomo, ilu pracowników największych firm zdecydowało się partycypować w programie. Na razie PKO TFI pochwaliło się, że ma już z klientami 100 pierwszych umów o zarządzanie. Wiadomo też, że PKN Orlen współpracować będzie z PZU TFI.
– Okazuje się, że wśród podmiotów, które oferują PPK, rynek będzie zdominowany przez towarzystwa funduszy inwestycyjnych, wobec tego na nich będzie spoczywał ciężar wdrożenia tych regulacji, kontaktu z klientami, z pracodawcami – mówi prezes IZFiA. – To, ile osób zaufa PPK, jest bardzo istotne. Szacuje się to na poziomie od 40 do 60 proc. Są kraje, w których wprowadzone tego rodzaju reformy, jak Włochy, gdzie poziom uczestnictwa był zdecydowanie niższy, i jak Wielka Brytania czy Nowa Zelandia, gdzie był on zdecydowanie wyższy.
Twórcy PPK zakładają, że do PPK przystąpi połowa zatrudnionych. Jest to program o tyle atrakcyjny, że składka odprowadzana jest nie tylko przez pracownika i pracodawcę, lecz także państwo się dokłada: na początek wpłaca 250 zł, a potem co roku 240 zł. Jednak kluczowy dla powodzenia projektu jest sposób, w jaki zalety uczestnictwa w PPK będą komunikowane i z jakim zaangażowaniem pracodawcy będą edukowali pracowników na ten temat. Dotychczasowe doświadczenia z IKE i IKZE pokazują, że Polacy nie są przekonani o konieczności dodatkowego oszczędzania na emeryturę. Według KNF na koniec roku 2018 rachunki IKE miało 995,65 tys. pracujących, a IKZE – 730,4 tys., tymczasem zatrudnionych jest 16,4 mln osób. Od 2020 roku powstaną tzw. nowe IKE, w które przekształcone zostaną otwarte fundusze emerytalne, które tym samym znikną z polskiego rynku.
– Jeżeli chodzi o przekształcenie OFE w fundusze, również ciężar będzie spoczywał na funduszach, bo będziemy mieli nowe fundusze, które będą działały według starych zasad, będą utożsamiały się z rynkiem i będą wykorzystywane relacje, które dotychczasowe TFI wypracowały z klientem – uzasadnia Marcin Dyl.
Podkreśla także, że funduszom w działalności pomogłyby nie tylko zachęty do inwestowania, lecz także maksymalnie liberalny – w granicach pozostawionych przez unijne regulacje – rynek. Polscy prawodawcy mają bowiem tendencję do wprowadzania bardziej rygorystycznych przepisów niż wymaga tego Unia, co utrudnia działalność uczestnikom rynku i do niej zniechęca.
– Mamy taką przypadłość, że próbujemy we własnym warsztacie wystrugać własny model, nie patrząc na to, że ktoś inny już coś takiego zbudował i pewne rzeczy ma wystandaryzowane. Tak jest niestety w zakresie regulacji. Mamy zapisane w projekcie Strategii Rynku Kapitałowego, że w ciągu pół roku od jej wejścia w życie zostanie dokonany przegląd tego, co jest nadregulacją, i zostanie to usunięte z naszego reżimu prawnego – tłumaczy prezes IZFiA. – To pokazuje, że to zjawisko jest, jest silne i trzeba z nim walczyć.
Od 2021 roku wszystkie zamówienia publiczne będą odbywać się online. Urząd Zamówień Publicznych czeka na decyzję o przyznaniu finansowania z Centrum Projektów Polska Cyfrowa i gdy tylko ją dostanie, ogłosi przetarg na wykonawcę. Z platformy e-Zamówień ma korzystać nawet 35 tys. zamawiających, a jej wdrożenie znacznie uprości i zwiększy przejrzystość zamówień publicznych. Co istotne, platforma ma zacząć działać równolegle z wejściem w życie nowej ustawy Prawo zamówień publicznych, której projekt został w lipcu przyjęty przez rząd.
– Prace nad budową nowej platformy elektronicznych zamówień trwają. Jesteśmy na etapie oczekiwania na pozytywną decyzję o dofinansowaniu naszego projektu z Centrum Projektów Polska Cyfrowa. Przeszliśmy już ocenę formalną, czekamy na wynik oceny merytorycznej. Gdy tylko dostaniemy pozytywną opinię i będziemy mieli zapewnione finansowanie, rozpoczynamy postępowanie o udzielenie zamówienia publicznego na wyłonienie wykonawcy, który wykona taką platformę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Hubert Nowak, prezes Urzędu Zamówień Publicznych.
Zgodnie z nowelizacją ustawy Prawo zamówień publicznych, która weszła w życie 17 października 2018 roku, obowiązuje elektronizacja zamówień o wartości powyżej progów unijnych. Te stanowią około 20 proc. wszystkich postępowań. W praktyce oznacza to, że komunikacja między zamawiającym a wykonawcami, zwłaszcza składanie ofert i wniosków o dopuszczenie do udziału w postępowaniu, odbywa się za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej.
Zgodnie z harmonogramem Ministerstwa Cyfryzacji pozostałe przetargi miały się odbywać w sieci w 2020 roku, wraz z wdrożeniem platformy e-Zamówień. Proces się jednak opóźni, z uwagi na to, że w marcu tego roku Ministerstwo Cyfryzacji odstąpiło od kontraktu na zaprojektowanie, budowę i wdrożenie z powodu zwłoki wykonawcy w realizacji umowy. Nowy termin wdrożenia platformy to styczeń 2021 roku.
Zgodnie z majową prezentacją Urzędu Zamówień Publicznych całkowita wartość projektu finansowanego z Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa ma wynieść nieco ponad 34 mln zł. Resort szacuje, że będzie z niej korzystać nawet 35 tys. podmiotów, które mają status zamawiających.
– Po uruchomieniu elektronicznych zamówień system zmieni się diametralnie. Zupełnie inna będzie filozofia ofertowania i przygotowywania postępowania o zamówienie publiczne. Zarówno dla zamawiających, jak i wykonawców otworzą się szerokie możliwości związane z reużywalnością danych. Otworzą się również szerokie możliwości analityczne, związane z tym, że można będzie m.in. śledzić dane, filtrować je, monitorować trendy związane z poszczególnymi sektorami, miastami, dziedzinami. Tego nam w tym momencie brakuje – mówi prezes UZP. – Pojawi się możliwość budowania odpowiednich strategii, z jednej strony strategii zakupowych przez zamawiających, a z drugiej strony strategii salesowych dla wykonawców.
Jak podkreśla, elektronizacja wszystkich zamówień publicznych ma uprościć system zarówno dla zamawiających, jak i wykonawców. Obecnie część zamówień odbywa się w formie papierowej, a część w elektronicznej. Według resortu postępowania online będą też bardziej przejrzyste i konkurencyjne, dzięki czemu ma w nich startować więcej podmiotów. W 2018 roku na jedno postępowanie przypadało średnio raptem 2,19 oferty.
– Elektronizacja będzie wiązała się z dużymi ułatwieniami, brakiem konieczności fizycznego zaangażowania, przywożenia i składania ofert, przekazywania ich dalej. To wszystko wpłynie na szybkość postępowań, ale mam nadzieję, że również zwiększy zainteresowanie wykonawców udziałem w rynku zamówień publicznych – podkreśla Hubert Nowak.
Rynek zamówień publicznych w 2018 roku był wart w Polsce 202 mld zł. Jego wartość dynamicznie rośnie – jeszcze w 2017 roku wynosiła ok. 163 mld zł.
Od kilku lat pszczelarstwo staje się modnym hobby, a ule coraz częściej pojawiają się w miastach. W Paryżu, Londynie czy Berlinie stoi po 4–5 tys. uli. Szacuje się, że Warszawa ma ich na razie kilkaset, ale z każdym rokiem ich liczba rośnie. Na ich postawienie decyduje się coraz więcej firm, m.in. DHL Parcel Polska. Przy warszawskiej siedzibie stanęło 5 uli z 250 tys. pszczół. Eksperci wskazują, że pszczoły w miastach są zdrowsze, produkują więcej miodu i co więcej jest on mniej zanieczyszczony niż na terenach rolniczych. Poza tym tylko w miastach możliwa jest produkcja miodu winobluszczowego czy kasztanowcowego.
– Pszczelarstwo miejskie powstało jako odpowiedź na fakt, że środowisko na wsiach jest dziś bardziej zanieczyszczone chemią i opryskami niż jeszcze 100 lat temu. Okazało się, że pszczoły radzą sobie w mieście całkiem nieźle i ten trend rozwija się od lat 80. Zaobserwowano, że miejskie pszczoły przynoszą nawet więcej miodu, są zdrowsze i nie chorują, bo przede wszystkim nie są podtruwane opryskami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kamil Baj, pszczelarz, założyciel Pszczelarium.
Szacuje się, że w samej Warszawie na dachach budynków znajduje się kilkaset uli. Badania przeprowadzone wspólnie z Wydziałem Chemii Uniwersytetu Warszawskiego pokazały, że miejskie pszczoły mają na sobie o wiele mniej pestycydów i zanieczyszczeń i są potencjalnie zdrowsze niż te żyjące na wsi.
– Pszczoły w miastach to wartość edukacyjna. Ludzie dowiadują się, że pszczół wcale nie trzeba się panicznie bać i że mogą żyć bardzo blisko człowieka. Dzięki temu w miastach, które do tej pory były niedopszczelone, rośliny mogą się teraz skutecznie zapylić i wysiać nasiona, a nawet wydać lepsze plony. Dlatego działkowcy powinni być zadowoleni, że od kilku lat w mieście pojawia się coraz więcej pszczół. Poza tym, miejskie pszczoły produkują niesamowity miód, np. winobluszczowy, kasztanowcowy czy głogowy. Takie gatunki miodu można pozyskać tylko w miastach, gdzie rośnie duża liczba tych roślin nektarujących – mówi Kamil Baj.
Wbrew powszechnym obawom nie ma też żadnych obaw o czystość produkowanego przez żyjące w miastach pszczoły miodu. Hodowcy podkreślają, że może on być nawet zdrowszy, ponieważ największym wrogiem pszczół są środki ochrony roślin, dość powszechnie stosowane na wsiach.
– We wszystkich badaniach, które robiliśmy my i inni pszczelarze, zawsze miód miejski wychodził niesamowicie czysty i nie było tam zanieczyszczeń powstających ze smogu, czyli pyłów, węglowodorów, metali ciężkich. Dlaczego ich nie ma? Latem poziom smogu jest dosyć niski, zapylenie z transportu też ma dość niskie natężenie, a pszczoły – ponieważ żyją krótko, 5–6 tygodni – nie akumulują tych zanieczyszczeń. Kwiat nektaruje na tyle krótko, 1–2 tygodnie, że też nie akumuluje tych zanieczyszczeń – wyjaśnia Kamil Baj.
Jak podkreśla, pszczołom w mieście nie przeszkadza ani hałas, ani wysokość, bo pasieki często zlokalizowane głównie na dachach kilkunastopiętrowych biurowców. Pszczelarstwo miejskie jest jednak trudniejsze – wymaga od hodowcy większej wiedzy i większej staranności.
– Od lat 80. miasta takie jak Paryż, Londyn czy Berlin miały wielu pszczelarzy i tam obecnie jest po 4–5 tys. uli. Z kolei w Warszawie Pszczelarium zaczęło stawiać pierwsze ule w 2014 roku. Od tego czasu mamy ich już około 120 w różnych pasiekach oraz około 80 w innych miastach. Jedna z pasiek jest zlokalizowana m.in. w siedzibie DHL Parcel – mówi Kamil Baj.
– Na razie postawiliśmy 5 uli. Łącznie jest w nich około 250 tys. pszczół. Na lokalizację wybraliśmy nasze biuro w Warszawie, ponieważ jesteśmy usytuowani na obrzeżach miasta, w okolicy jest dużo zieleni – mówi Magdalena Bugajło, dyrektor ds. komunikacji i PR w DHL Parcel Polska. –Zdecydowaliśmy się na pszczoły, ponieważ wspierają ekosystem i mają dobroczynny wpływ na środowisko naturalne, a jako firma zajmująca się głównie transportem czujemy, że jest to w obrębie naszej odpowiedzialności. Dodatkowo jest to inicjatywa, która integruje pracowników. Mamy w planach warsztaty, które pokażą, w jaki sposób funkcjonują pszczoły i ul.
Miejskie pasieki nie tylko chronią pszczoły, lecz także ograniczają zanieczyszczenie powietrza i pomagają okolicznej zieleni. Jak podkreśla Magdalena Bugajło, dobroczynny wpływ pszczół jest ważny również z perspektywy strategii „Misja 2050: Zero Emisji!”, która przewiduje, że do 2050 roku DHL ograniczy emisję dwutlenku węgla w swoich procesach logistycznych do zera. Firma nie wyklucza, że w przyszłości rozszerzy swoją pszczelarską działalność na inne miasta.
Według danych z Inspekcji Weterynaryjnej w 2018 roku w Polsce było około 1,63 mln rodzin pszczelich. Ich liczba zwiększyła się o ok. 5,2 proc. względem poprzedniego roku. Najwięcej, bo ok. 12 proc. ogółu rodzin pszczelich, znajduje się na terenie województwa lubelskiego. Według danych KOWR blisko 1,35 mln pni pszczelich jest w posiadaniu pszczelarzy należących do organizacji pszczelarskich. W sumie należy do nich obecnie 47,25 tys. producentów (raport „Sektor pszczelarski w Polsce w 2018 roku” Instytutu Ogrodnictwa).
Na organizację wesela Polacy wydają coraz więcej – w ciągu ostatniej dekady wydatki te wzrosły o blisko 30 proc. Obecnie średni koszt organizacji przyjęcia na 100 osób to 50–80 tys. zł – wynika z obserwacji Polskiego Stowarzyszenia Konsultantów Ślubnych. Zdaniem jego ekspertów wartość rynku ślubnego dawno przekroczyła 5 mld zł i zbliża się do 10 mld. Debiutuje na nim coraz więcej firm, które chcą skorzystać na tym dynamicznym rozwoju branży. Zapotrzebowanie na usługi jest tak duże, że mimo ogromnej konkurencji każdy znajdzie na rynku miejsce dla siebie – podkreślają przedstawiciele PSKŚ.
Mimo kryzysu instytucji małżeństwa, w Polsce, według danych GUS, co roku odbywa się blisko 200 tys. ślubów, przy czym od czterech lat liczba nowo zawieranych małżeństw wyraźnie wzrasta. Młode pary chętniej wydają też pieniądze na organizację wesela, dzięki czemu sektor ślubny rozwija się coraz bardziej dynamicznie. Zgodnie z informacjami Polskiego Stowarzyszenia Konsultantów Ślubnych obecnie wartość tego rynku szacowana jest na blisko 10 mld zł.
– Jeśli porównamy branżę ślubną w Polsce dziesięć lat temu i dzisiaj, jest to ogromny skok rozwojowy. Zakładamy, że kolejne lata przyniosą dalszy rozwój, wiele fajnych inspiracji dla branży i wzrost jakości usług – mówi agencji informacyjnej Newseria Ewa Wardęga-Sawicka, rzecznik Polskiego Stowarzyszenia Konsultantów Ślubnych.
Polacy wydają coraz więcej na organizację przyjęcia weselnego. Jak wynika z danych Polskiego Stowarzyszenia Konsultantów Ślubnych na przestrzeni ostatnich 10 lat budżet weselny zwiększył się o 20–30 proc. Przyjęcie na 100 osób kosztuje nowożeńców ok. 50–80 tys. zł. Wzrost wydatków wynika po części z rosnących cen usług, po części natomiast z faktu, że młode pary przywiązują coraz większą uwagę m.in. do oprawy wizualnej wesela – zamiast ograniczać się do darmowych dekoracji oferowanych przez właścicieli sali, zatrudniają profesjonalnych dekoratorów.
– Kiedyś niewiele osób zwracało na to uwagę i przeznaczało na to jakikolwiek budżet, raczej było to minimum, natomiast w tej chwili są to wydatki od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.
Rynek ślubny wciąż nie jest całkowicie nasycony, a rosnąca liczba ślubów zwiększa popyt na podwykonawców i dostawców poszczególnych usług – od wedding plannerów do firm dostarczających dekoracje weselne. Co roku debiutują na rynku nowe firmy, wciąż też jest miejsce dla kolejnych, zwłaszcza tych oferujących najwyższy standard usług. Przy tak prężnym rozwoju i dobrych prognozach na przyszłość wejście do tego sektora może więc stanowić dobry plan na rozwój biznesu.
– Na pewno jest ogromna konkurencja, szczególnie w dużych miastach. Natomiast musimy pamiętać, że przy tej liczbie ślubów cały czas jest miejsce dla nowych firm. Mimo dużej konkurencji wszyscy znajdują bez problemu pracę dla siebie – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.
Ze względu na warunki klimatyczne w Polsce rynek ślubny wciąż jest rynkiem sezonowym, przy czym sezon trwa od kwietnia do października. Większość par decyduje się na ślub wiosną i latem, głównie ze względu na możliwość zorganizowania wesela w plenerze i szansę na ciekawsze sesje ślubne na łonie natury. Eksperci zauważają jednak rosnącą tendencję organizowania ślubów również zimą – w tym czasie zdecydowanie łatwiej o wolny termin.
– Wtedy branża ślubna ma niejako martwy sezon, więc możemy się spodziewać niższych cen poszczególnych usług. Zachęcam pary młode, aby decydować się na śluby zimowe, jesienne czy też wczesnowiosenne. Muszę przyznać, że są to naprawdę przepiękne śluby – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.
Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji już dziś mogą przewidywać niebezpieczne zachowania u kierowców oraz prognozować ryzyko epidemiologiczne. Wirtualni doradcy coraz częściej przejmują kontakt telefoniczny z klientem. Następujące zmiany technologiczne wymuszą na przedsiębiorcach konieczność ich wdrożeń. Eksperci jednak przekonują, że sztuczna inteligencja wywrze na rynku pracy nie niszczący, lecz stymulujący wpływ. Powstaną bowiem nowe stanowiska pracy.
– Klienci przyszłości to wszystkie osoby, które poszukują użytecznych usług. Usługi przyszłości z kolei z natury zawierać będą pewien element cyfrowy. Dlatego wszyscy staniemy się konsumentami i producentami hybrydowych produktów i usług wykorzystujących sztuczną inteligencję, dane, wirtualną rzeczywistość, rozszerzoną rzeczywistość i inne cyfrowe technologie. Będzie to dla nas zupełnie naturalne, szczególnie dla młodszych pokoleń – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ayesha Khanna, dyrektor generalny i współzałożycielka ADDO AI.
Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji pozwolą firmom przede wszystkim wypracować znaczne oszczędności. Centra obsługi klientów są obecnie postrzegane jako jedne z największych generatorów kosztów. Najnowszą technologią pozwalającą je obniżać są wirtualni agenci. To zautomatyzowane systemy, wyszkolone na transkrypcjach usług, które mogą wykorzystywać sztuczną inteligencję do rozpoznawania i odpowiadania na żądania klientów przez telefon lub czat. Najbardziej znaczące korzyści z wirtualnej obsługi klienta wynikają jednak z poprawy jakości obsługi.
– Każda firma, o ile zależy jej na utrzymaniu konkurencyjnej pozycji na rynku, musi inwestować w rozwiązania sztucznej inteligencji. Chcąc podnieść jakość obsługi klienta, lepiej rozumieć jego potrzeby i prezentować swoje produkty jako atrakcyjne i użyteczne, musimy korzystać z danych, a właśnie sztuczna inteligencja umożliwia ich analizę. Jest to również konieczne dla obsługi klienta, bo automatyzacja wspierana przez sztuczną inteligencję usprawnia i przyspiesza procedury w tym zakresie – przekonuje Ayesha Khanna.
ADDO AI zbudowało dla jednego z największych dostawców ubezpieczeń w Azji prototypową platformę, która identyfikowała ryzykowne zachowania kierowców w starszym wieku. Wykorzystując kombinację danych z kamer samochodowych, telematyki z diagnostyki pokładowej (OBD) oraz informacji o ruchu drogowym i pogodzie model został przeszkolony tak, aby identyfikować i przewidywać, kiedy starsi kierowcy zaczynają jeździć w ryzykowny sposób. Dzięki temu system mógł doradzić im, by się zatrzymali. Pilot wykorzystał różne techniki sztucznej inteligencji, w tym głębokie uczenie maszynowe i splotowe sieci neuronowe.
Firma pracowała też nad systemem nadzoru epidemiologicznego w indyjskiej prowincji Pendżab. Wiązało się to z gromadzeniem i analizowaniem informacji w czasie rzeczywistym, takich jak dane pogodowe z Departamentu Meteorologicznego, dane o epidemii choroby z Departamentu Zdrowia oraz dane dotyczące opieki zdrowotnej ze szpitali. Dzięki temu zostały opracowane wzorce przewidywania, w których podkreślono wpływ różnych zmiennych na stan zdrowia.
Ważnym aspektem związanym z implementacją sztucznej inteligencji w różnych branżach jest potrzeba przemodelowania rynku pracy.
– Sztuczna inteligencja i robotyka przyniosą nieuchronne zmiany w większości zawodów. Powinniśmy wspierać ludzi, których stanowiska pracy zostaną wyparte. Zapewniać im odpowiednie środki i czas, aby mogli się dostosować do zmian. Sądzę, że w miejsce starych zawodów powstanie szereg nowych. Jednocześnie wszystkie państwa powinny podjąć działania, by wspierać ludzi w tym przełomowym okresie, aby nie utracili dochodów, pewności twórczej i własnej tożsamości – apeluje ekspertka.
Analitycy Gartnera przewidują, że do 2022 roku jedna piąta kontaktów z klientami będzie obsługiwana przez wirtualnych doradców. Znacznie więcej, bo 70 proc. tych interakcji, zostanie zrealizowanych przy wsparciu sztucznej inteligencji.
5G to już teraźniejszość. Do sprzedaży trafia właśnie pierwszy smartfon z obsługą sieci nowej generacji. Budowana jest także infrastruktura, która pozwoli wykorzystać możliwości 5G. Wdrożenia nowej technologii pozwolą na rozwój szeregu usług mobilnych, także z zakresu służby zdrowia. Już dziś, m.in. w Chinach na telemedycynę otwiera się coraz więcej placówek, również szpitalnych. Polska sieć 5G, zdaniem specjalistów, potrzebuje jednak dużo większego wsparcia w opracowywaniu innowacyjnych inicjatyw niż obecnie zakłada rząd.
Rozwój sieci 5G może mieć wpływ na rozwój wielu branż. Superszybki internet pozwoli na znaczną popularyzację multimediów tworzonych w jakości 4K, 8K oraz 360 stopni. Dzięki dużo większej przepustowości filmy w tej technologii będzie można oglądać wygodnie w streamingu, np. za pośrednictwem smartfona. Pierwszy krok wykonało chińskie Huawei. Zaprezentowany już w Polsce model Mate 20 X (5G) obsługuje sieć nowej generacji, choć wciąż nie ma infrastruktury, która zapewnia łączność 5G. Obecnie rozwiązania te są testowane przez operatorów sieci komórkowych.
– 5G ma szansę stać się wehikułem rozwoju nowych, innowacyjnych usług i będą to usługi, które rozwijać się będą w bardzo różnych obszarach. Począwszy od mediów i rozrywki, poprzez samochody autonomiczne, a skończywszy na nowoczesnych usługach telemedycyny, e-zdrowia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Aleksandra Musielak, ekspert ds. rynku cyfrowego i telekomunikacyjnego w Konfederacji Lewiatan.
Z badania ankietowego przeprowadzonego wśród lekarzy z Korei Południowej przez branżowy portal Intermd wynika, że 68 proc. z nich uważa, że rozwój sieci 5G zmieni oblicze telemedycyny. Lekarze kojarzyli ją natomiast najczęściej z konsultacjami wideo (58 proc.). Co ciekawe, aż 61,4 proc. z nich było przeciwnych idei wykorzystywania technologii informacyjnej do zapewnienia opieki zdrowotnej na odległość.
Tymczasem w Chinach szpitale zachęcane są przez rząd do poszerzania wachlarza usług online, takich jak konsultacje czy analiza wyników badań. Działający w Pekinie China-Japan Friendship Hospital buduje swoją wersję online. Diagnozowane za jej pośrednictwem są niektóre choroby, można także wydawać e-recepty. Wiele chińskich szpitali ma też swoje aplikacje mobilne, dzięki którym pacjenci mogą zarejestrować się na spotkanie online. Jednocześnie opracowano platformy do łączenia zasobów z różnych szpitali w celu jeszcze większego usprawnienia wizyt.
Aby w Polsce innowacyjne usługi mogły się rozwijać w dynamicznym tempie potrzebne są znacznie większe środki. Rządowa strategia wdrożenia 5G w Polsce zakłada zapewnienie Ministerstwu Cyfryzacji finansowania rozwiązań systemowych oraz prawnych do 2023 roku. Szacunkowa kwota, jaka zostanie przeznaczona na ten cel to 10-15 mln złotych.
– Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Polska Fundacja Rozwoju przeznaczają środki budżetowe, ale także unijne na uruchomienie nowych, innowacyjnych usług. Proponujemy, żeby te środki zostały zwiększone dwukrotnie – postuluje Aleksandra Musielak.
Zgodnie z danymi zawartymi w Ericsson Mobility Report z sieci 5G do 2022 r. będzie korzystać 540 mln użytkowników. Dominującymi regionami staną się Ameryka Północna i Azja Wschodnia.
Firma Salesforce trzeci rok z rzędu przeprowadziła międzynarodowe badanie klientów, ujmując jego wyniki w raporcie „State of the Connected Customer”. Z tegorocznych analiz rynku wynika, że klienci oczekują od firm większej personalizacji w kontakcie, innowacyjnych i wielokanałowych standardów obsługi, a jednocześnie doceniają firmy aktywne społecznie – takie, które prowadzą działania na rzecz lokalnych społeczności, ochrony środowiska czy zrównoważonego rozwoju.
Z ostatniego badania Salesforce wynika, że 56% klientów widzi konieczność zmiany podejścia firm do angażowania ich w proces zakupowy. Ludzie oczekująpersonalizacji, spójnego przekazu we wszystkich kanałach kontaktu, ochrony danych osobowych i innowacyjności. Przyglądają się także postawom etycznym firm. Aż 80% klientów jest lojalna wobec firm o dobrej reputacji.
Potrzeba zmiany podejścia do klienta
Oczekiwania, preferencje i gusta klientów powodują, że przedsiębiorstwa coraz częściej stają wobec konieczności reorganizacji strategii zarządzania pozytywnymi doświadczeniami klientów (Customer Experience – CX). W procesie tym należy brać pod uwagę następujące kwestie:
Innowacyjność w angażowaniu klientów nie może opierać się głównie na danych ilościowych pochodzących z transakcji zawartych w przeszłości. Klienci wymagają dziś podejścia bardziej indywidualnego, które wynika z kontekstu danej chwili i to niezależnie od sposobu, w jaki klient wchodzi w interakcję z firmą. Co ważne dla przedsiębiorstw, niemal trzy czwarte (73%) klientów, którzy doświadczyli choć raz wysokiej jakości obsługi (standardy Customer Experience), oczekują tego od każdej firmy. To oznacza, że poprzeczka na tym polu ciągle idzie w górę.
Wymagania klientów co do poziomu ich obsługi zmuszają przedsiębiorstwa do przyspieszonej cyfryzacji i sięgania po nowe technologie, głównie sztuczną inteligencję (AI) i Internet Rzeczy (IoT) – w celu zwiększenia efektywniejszych interakcji z kupującymi. Aż 75% badanych konsumentów jest skłonnych zapłacić więcej, gdy produkt lub usługa jest bardziej innowacyjna, ale także gdy towarzyszące zakupom doświadczenia są bardziej pozytywne.
Zaufanie do firm staje się coraz większą wartością, ale ponad połowa klientów (54%) uważa, że obecnie jest je trudniej zdobyć niż kiedyś. Obecnie zaufanie buduje nie tylko polityka bezpieczeństwa danych, ale także uczciwość (82% wskazań), przejrzystość w działaniach i komunikacji (70%), autentyczność (61%) i etyka w działaniu (64%).
Wartości korporacyjne (rozumiane jako działania na rzecz równości praw i zrównoważonego rozwoju, a także filantropia) pobudzają do decyzji o zakupach. Aż 73% klientów twierdzi, że etyka w działaniu ma dziś większe znaczenie niż przed rokiem.
Oczekiwania klientów są wyższe niż to, co firmy rzeczywiście zapewniają
Dla 84% klientów doświadczenia jakich dostarcza firma podczas zakupów są tak samo ważne jak jej produkty i usługi. Działania firm ukierunkowane na szerokie segmenty klientów powoli odchodzą w przeszłość, gdyż dziś liczy się indywidualne traktowanie. Większość konsumentów i klientów biznesowych wykorzystuje do kontaktu różne metody w zależności od sytuacji i kontekstu. Co więcej, prawie dwie trzecie (64%) używa różnych urządzeń w ramach załatwiania jednej sprawy.
Aż 40% klientów nie dokona zakupu, jeśli nie będzie mogło skorzystać z preferowanych sposobów komunikacji z firmą. Klienci oczekują od firm, że ich przedstawiciele mają dysponować spójnymi informacjami pozwalającymi na przeprowadzenie spersonalizowanej obsługi niezależnie od formy kontaktu. Dla firm to niełatwe wyzwanie, ponieważ przeciętnie w przedsiębiorstwach tylko 29% wykorzystywanych aplikacji, rozwiązań i systemów jest ze sobą zintegrowanych. Stąd wynika bardzo wyraźna luka pomiędzy życzeniami klientów a rzeczywistością: 73% respondentów chciałoby, aby firmy rozumiały ich potrzeby, ale tylko 51% uważa, że tak się faktycznie dzieje. Ta luka jest szansą dla firm, które chcą zdobyć przewagę konkurencyjną.
Klient oczekuje innowacyjności
Najmocniejsze marki rywalizują o zapewnienie najwyższej jakości obsługi klienta, aby nie oddać pola konkurencji. Klienci oczekują, że firmy będą częściej dostarczać innowacyjne produkty i usługi (67% w stosunku do 63% w 2018 r.).Innowacyjność ma szczególne znaczenie dla nabywców biznesowych, których zakupy mogą mieć wpływ na konkurencyjność ich przedsiębiorstw. 70% nabywców B2B zapłaci więcej za produkty wyróżniające ich na rynku, ale także za lepsze Customer Experience. Poprawę doświadczeń zakupowych zapewniają m.in. technologie, w tym sztuczna inteligencja. Najczęstsze obecnie zastosowanie AI to technologia głosowa, z której na co dzień korzysta już 27% respondentów. Kolejna technologia to Internet Rzeczy – 77% klientów uważa, że podłączone do Internetu urządzenia ułatwiają im życie.
Zaufanie coraz ważniejsze
Już w zeszłorocznym raporcie widoczny był narastający kryzys zaufania wobec firm wynikający z wątpliwych praktyk biznesowych dotyczących przetwarzania danych osobowych. Według 73% respondentów zaufanie do firm ma większe znaczenie niż przed rokiem, ale według 54% dziś trudniej je zdobyć. 89% klientów jest lojalnych wobec marek, którym ufają. Jednym z probierzy zaufania jest sposób wykorzystywania danych przez firmy. Te które mają jasno określają strategię w tym zakresie łatwiej zdobywają zaufanie swoich klientów, spośród których 70% deklaruje lojalność. Niestety znaczna część (63%) klientów uważa, że dotyczące ich informacje nie są wykorzystywane w sposób przejrzysty, a 46% sądzi, że wręcz utraciło kontrolę nad własnymi danymi. Do zwiększenia transparentności w wykorzystywaniu danych zachęca dziś nie tylko zwalczenie obaw klientów, ale także lepsze dostosowanie się do rozporządzenia Unii Europejskiej o ochronie danych osobowych (RODO).
Etyka biznesu – istotny wyróżnik
Zasady, którymi kieruje się firma w swoim codziennym działaniu, stają się czynnikiem mającym wpływ na zakupy. Aż 73% klientów twierdzi, że etyka ma obecnie większe znaczenie niż rok temu i odmawia zakupu od firmy, jeśli ta postępuje nieetycznie. Technologia i etyka są ze sobą powiązane. Ponad połowa klientów obawia się o zachowanie zasad równości w miarę postępu technologicznego (np. w dostępie do pracy). Trzy czwarte respondentów uważa, że przedsiębiorstwa są odpowiedzialne za zapewnienie pracownikom takich samych możliwości w gospodarce cyfrowej poprzez przygotowanie ich do nowych zadań i zmian w sposobie wykonywania pracy. Ankietowani oczekują również działań na rzecz lokalnych społeczności, a 77% chętnie widziałaby działania na rzecz ograniczenia zmian klimatycznych. Co ciekawe, najmłodsze pokolenie najczęściej unika firm, które stawiają na pierwszym miejscu krótkoterminowe zyski a nie dobro planety.
Jak poszczególne branże traktują klientów?
Branże rozwijają się w różnym tempie. Niektóre ze względu na mniej restrykcyjne regulacje i inne czynniki są w stanie szybciej dostosować się do zmieniających się oczekiwań klientów w zakresie budowania ich zaangażowania. Sektor technologiczny uznawany jest za zapewniający najlepsze Customer Experience. Turystyka, transport i hotelarstwo, których deklarowanym celem jest zapewnienie komfortu klientom, również otrzymują wysokie noty, podobnie jak handel detaliczny. O klientów nie za bardzo dba administracja publiczna, co wynika z jej niedofinansowania. Inna ściśle regulowana branża – opieka zdrowotna – otrzymała w raporcie mieszane recenzje, z niemal takim samym udziałem klientów określających ją jako jedną z branż zapewniających najlepsze CX oraz nazywających ją jedną z najgorszych pod tym względem.
Główne wnioski z raportu:
84% klientów twierdzi, że sposób w jaki firma dostarcza i utrzymuje z nimi relacje w procesie zakupowym jest tak samo ważny, jak jej produkty i usługi (zmiana z 80% w 2018 roku);
54% respondentów uważa, że firmy powinny zmienić sposób angażowania się w kontakty z klientami – 71% chce, żeby marki komunikowały się w czasie rzeczywistym, a 66% oczekuje takich samych doświadczeń we wszystkich kanałach kontaktu;
według 73% ankietowanych jedno pozytywne doświadczenie w trakcie kontaktu z firmą powoduje wzrost wymagań wobec innych marek;
62% klientów jest otwartych na wykorzystanie sztucznej inteligencji w celu poprawy Customer Experience (59% w 2018 roku);
88% wierzy, że firmy w sposób odpowiedzialny stosują technologie, takie jak AI i IoT;
dla 73% klientów zaufanie ma większe znaczenie niż przed rokiem;
46% klientów uważa, że straciło kontrolę nad własnymi danymi osobowymi. W ich opinii wynika to z braku przejrzystości w sposobie wykorzystywania danych przez firmy (63% wskazań).
Informacje o raporcie „State of the Connected Customer”
Dane zawarte w raporcie pochodzą z badania przeprowadzonego w kwietniu 2019 r. wśród 8022 respondentów (nie ograniczonych do użytkowników technologii Salesforce) z Francji, Hiszpanii, Irlandii, Niemiec, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Włoch, Australii i Nowej Zelandii, Hongkongu, Indii, Japonii, Singapuru, Tajlandii, Kanady i Stanów Zjednoczonych.
Badanie objęło trzy grupy respondentów:
konsumentów,
nabywców biznesowych – kupujących w imieniu swoich pracodawców;
klientów – reprezentujących łącznie obie grupy.
Ankietowane osoby reprezentowały trzy pokolenia klientów:
Millenialsów – urodzonych w latach 1981-2000;
Pokolenie X – urodzonych w latach 1965-1980;
Pokolenie Baby Boomers – urodzonych przed 1965.
Branżowy ranking Customer Experience – najlepsze doświadczenia klientów w kontaktach z firmami z określonych branż (respondenci zostali poproszeni o wymienienie trzech najlepszych i trzech najgorszych branż według własnego doświadczenia wyniesionego z interakcji z nimi)
Branża
Najwyższe miejsce
w ocenie CX
Najniższe miejsca w ocenie CX
technologia
45%
8%
podróże, transport, turystyka
35%
17%
handel
34%
16%
dobra konsumpcyjne
33%
15%
opieka zdrowotna
29%
30%
organizacje non-profit
22%
18%
usługi finansowe
22%
39%
edukacja
21%
23%
media i komunikacja
21%
33%
przemysł
15%
19%
motoryzacja
14%
21%
administracja publiczna
9%
60%
Kanały kontaktu z firmami preferowane przez klientów w zależności od pokolenia