Polska zredukowała nadmierny deficyt

W 2014 r. deficyt nominalny został zredukowany o 0,8 pkt. proc., do 3,2% PKB, tj. dalece poniżej rekomendowanego przez Radę Ecofin w grudniu 2013 r. celu 3,9% PKB. Uwzględniając wciąż ponoszone w I połowie 2014 r. koszty systemowej reformy emerytalnej (wprowadzonej w 1999 r.) w wysokości 0,4% PKB, skorygowany w ten sposób (tj. porównywalny z krajami, które nie wdrożyły emerytalnego systemu kapitałowego) deficyt wyniósł 2,8% PKB, co pozwala oczekiwać na zdjęcie z Polski procedury nadmiernego deficytu. Tak znaczna poprawa sytuacji finansów publicznych była efektem wprowadzonych działań konsolidacyjnych oraz korzystnej dla finansów publicznych struktury wzrostu gospodarczego.

W ramach obowiązków informacyjnych, związanych z procedurą nadmiernego deficytu, Polska 15 kwietnia 2015 r. przekazała do Komisji Europejskiej i Rady UE Informację o działaniach podjętych w celu realizacji rekomendacji Rady w ramach procedury nadmiernego deficytu.

Konsolidacja fiskalna w 2014 r. obejmowała zarówno ograniczenie wydatków, jak i wzrost dochodów sektora instytucji rządowych i samorządowych. Relacja wydatków krajowych do PKB (nie uwzględniająca wydatków finansowanych ze środków unijnych, dla których beneficjentem ostatecznym są jednostki sektora instytucji rządowych i samorządowych) ukształtowała się na poziomie 40,4%, tj. o 0,4 pkt. proc. niższym niż w 2013 r. Jednocześnie wydatki na inwestycje publiczne, które zgodnie z rekomendacjami Rady Ecofin nie powinny być obszarem konsolidacji, zwiększyły się o 0,3% PKB, tj. o 11,9% r/r.

Z kolei relacja dochodów krajowych sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB wzrosła w 2014 r. o 0,5 pkt. proc. Było to m.in. efektem rozszerzenia zakresu sektora instytucji rządowych i samorządowych o spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe S.A., realizacji planu działań zwiększających stopień przestrzegania przepisów podatkowych i efektywność działania administracji podatkowej), jak i czynników o charakterze makroekonomicznym, które generalnie (poza kształtowaniem się cen towarów i usług) pozytywnie oddziaływały na realizację dochodów.

Po zakończeniu procedury nadmiernego deficytu celem polityki fiskalnej będzie dążenie do średniookresowego celu budżetowego (MTO), czyli deficytu strukturalnego na poziomie 1% PKB. W związku z tym w latach 2015-2016 m.in. dzięki przestrzeganiu stabilizującej reguły wydatkowej, kontynuowana będzie konsolidacja fiskalna, która pozwoli zredukować deficyt do odpowiednio 2,7% PKB i 2,3% PKB.

Przeciętne wynagrodzenie przekroczyło 3 tys. zł na rękę

Według najnowszych wyliczeń Głównego Urzędu Statystycznego, przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyraźnie przekroczyło w marcu 4000 zł i wyniosło 4214 zł brutto. To dokładnie 3003 zł netto. W górę – zgodnie z oczekiwaniami – poszło także zatrudnienie.

– Tak silny wzrost wynagrodzenia przeciętnego to sygnał, że w końcu presja płacowa spowodowana przez spadające bezrobocie i rosnące zatrudnienie najprawdopodobniej znalazła swoje pokrycie w podwyżkach. Co ciekawe, przekroczyliśmy magiczną granicę 3 tys. zł netto. Można założyć, że w kolejnych miesiącach wzrosty nie będą już tak silne, ale chyba już na trwale utrzymamy wynik powyżej 4 tys. zł – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W porównaniu do analogicznego miesiąca ubiegłego roku, przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w marcu 2015 r. wzrosło o 4,9%. Odczyt ten pozytywnie zaskoczył analityków, którzy typowali wzrost jedynie o 3,4%. Wzrost w ujęciu miesięcznym był jeszcze wyższy i wyniósł 5,8%. Raportowane przez GUS wynagrodzenie nominalne (4214,14 zł) przekroczyło okrągły poziom 4000 zł. Trzy z pięciu poprzednich takich przypadków wypadły jednak w tradycyjnie najlepszym pod względem płac grudniu.  Pozostałe dwa przypadki, to listopad  i marzec 2014 r.

Wzrost nominalnego poziomu wynagrodzeń, zbiegający się z utrzymującą się w Polsce od 9 miesięcy deflacją sprawia, że realna dynamika średniego wynagrodzenia w przedsiębiorstwach zatrudniających ponad 9 osób (6,5%) jest najwyższa od lipca 2008 r.

Zatrudnienie nie zaskoczyło

Z kolei zatrudnienie w marcu wyniosło w liczbach bezwzględnych 5575,6 tys., co oznacza nieznaczny wzrost względem lutego (5572,6 tys.). W porównaniu do marca 2014 r. przybyło 60,6 tys. zatrudnionych. Wzrost zatrudnienia w ujęciu rocznym okazał się zgodny z oczekiwaniami analityków (1,1%).

Równocześnie należy pamiętać, że dane podane dziś przez GUS dotyczą przedsiębiorstw, w których liczba pracujących przekracza 9 osób. Nie obejmują zatem ani najmniejszych firm, ani sektora publicznego.

– Więcej mówiące o realiach polskiego rynku pracy dane o medianie wynagrodzeń GUS – niestety – publikuje co 2 lata. Ostatnie wydanie dotyczące stanu na październik 2012 r. ukazało się w grudniu 2013 r. Według opracowania „Struktura wynagrodzeń według zawodów w październiku 2012 r.”, połowa pracowników zatrudnionych w gospodarce narodowej otrzymywała do 3111,5 zł brutto, natomiast najczęstsze wynagrodzenie wynosiło 2189,11 zł – dodaje Michał Żuławiński, analityk Bankier.pl.

Krwiodawco, pamiętaj o swoich przywilejach, także przy rozliczaniu PIT-u

0

Oddałeś krew? Tego dnia przysługuje ci nie tylko dzień wolny od pracy. Przywilejów dla krwiodawców jest więcej. Między innymi można skorzystać z ulgi podczas wypełniania PIT-u i odliczyć od dochodu ekwiwalent w wysokości 130 zł za litr krwi i osocza.

Maksymalna wysokość ulgi dla mężczyzn wynosi 3 601 zł, a dla kobiet – 3 484 zł. Należy pamiętać, że wartość odpisu nie może przekroczyć 6% dochodu podatnika. Aby móc odliczyć ulgę, potrzebne jest zaświadczenie z jednostki organizacyjnej realizującej zadania w zakresie pobierania krwi.

„Honorowi krwiodawcy nie liczą na żadne dodatkowe profity, ponieważ najcenniejsze jest to, że mogą uratować ludzkie życie” – mówi serwisowi infoWire.pl lek. med. Joanna Wojewoda z Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Warszawie. Skoro jednak przywileje są, warto z nich korzystać.

Zasłużony honorowy dawca krwi (aby nim zostać, kobieta musi oddać 5 l krwi, a mężczyzna – 6 l) oprócz ulgi podatkowej może liczyć na zniżki w aptekach i nie musi czekać w kolejkach w placówkach służby zdrowia. Ci, którzy przekazali jeszcze więcej krwi (kobiety co najmniej 15 l, mężczyźni – minimum 18 l), mają ponadto przywilej poruszania się środkami komunikacji miejskiej za darmo. „Do korzystania z tych ulg uprawnia legitymacja zasłużonego honorowego dawcy krwi” – zaznacza rozmówczyni.

Jeśli krew oddaliśmy jednorazowo, przysługuje nam zwrot kosztów dojazdu do punktu krwiodawstwa i nie musimy iść tego dnia do pracy. Otrzymujemy też legitymację honorowego dawcy krwi oraz posiłek regeneracyjny.

Lewiatan Holding : Deflacja obniżyła obroty w handlu o 2-4 proc. Spadek cen skończy się w III kwartale

CEO Magazyn Polska

Lewiatan Holding prognozuje, że w najbliższych miesiącach deflacja nie będzie już dla niego szczególnie dotkliwa i skończy się w trzecim kwartale br. Wcześniej z tego powodu przychody zarządzanych przez holding placówek były niższe o 2 do 4 proc. Grupa zamierza zwiększać powierzchnię handlową i wymieniać mniejsze sklepy w portfolio na większe. Zapowiada także szerszą kampanię informacyjną kierowaną do franczyzobiorców, kontrahentów oraz klientów.

Przede wszystkim będziemy nadal zwiększać średnią powierzchnię sal sprzedażowych średnio od 5 do 10 mkw. – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kruszewski, prezes Lewiatan Holding. – Wynika to głównie na tego, że przyjmujemy coraz większe formaty. Natomiast sklepy, które ubywają, są to najczęściej małe placówki, które nie są w stanie lub nie za bardzo potrafią odnaleźć się w naszej sieci.

Polska Sieć Handlowa Lewiatan powstała w 1994 roku jako organizacja zrzeszająca kupców prowadzących działalność handlową. Aktualnie zrzesza ponad 2860 placówek realizujących swoje cele poprzez centralę Lewiatan Holding SA oraz spółki regionalne, które budują i koordynują sieć sklepów w poszczególnych regionach. Od początku 2015 roku do sieci dołączyło 70 nowych sklepów. Sieć chwali się, że już niemal 300 placówek ma powierzchnię przekraczającą 300 mkw., a jedynie 70 to małe sklepy.

– Nasz biznes to autorski projekt polegający na tym, że bezpośrednio nie inwestujemy w sklepy, natomiast wypłacamy bardzo wysokie wypłaty retrospektywne za to, że franczyzobiorcy świadczą nam usługę – informuje Wojciech Kruszewski. – Razem z nimi świadczymy usługę dla producenta i pieniądze z tego w absolutnej większości inwestowane są w sklepy. Z tych środków franczyzobiorcy finansują rozwój i doskonalenie własnych placówek. Minimalny procent zostaje w holdingu.

Lewiatan oferuje swoim członkom – oprócz wspólnych, tańszych zakupów – ogólnopolską reklamę oraz produkty pod markami własnymi sieci. W 2014 roku sieć miała ponad 8,5 mld zł obrotów. To jedna czwarta obrotów Biedronki.

Ważnym celem jest dla nas edukacja e-learningowa kierowana zarówno do franczyzobiorców, jak i wszystkich załóg – zapowiada Kruszewski. – Poza tym stawiamy na coraz szerszy zasięg wiadomości o akcjach promocyjnych na różnych nośnikach, żeby dostęp do informacji o naszej sieci i oferowanych produktach był jak największy. Osiągamy dobry efekt synergii z producentami i oni już są przekonani, że warto z nami takie promocje prowadzić.

Według Głównego Urzędu Statystycznego w marcu br. ceny spadły o 1,5 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku, choć w stosunku do lutego ceny wzrosły o 0,2 proc. Według GUS największy wpływ na spadek cen rok do roku miały obniżki opłat związanych z transportem (o 9,9 proc., w tym paliwa do prywatnych środków transportu staniały o 14,8 proc.), ceny żywności i napojów bezalkoholowych (spadek o 2,5 proc.) oraz spadek wartości odzieży i obuwia (o 5,3 proc.). Deflacja jednak, jak przekonuje prezes Lewiatan Holding, nie będzie już szczególnie dotkliwa dla sieci handlowych.

Myślę, że w najbliższych miesiącach deflacja nie będzie już tak mocno wpływała na nasz biznes – prognozuje Wojciech Kruszewski. – Tym bardziej że zakończy się, jak sądzę, najpóźniej w trzecim kwartale br. Na pewno nasze obroty, gdyby nie deflacja, byłyby o 2 do 4 proc. wyższe.

Dobry doradca powinien dopasować fundusz do potrzeb klienta. Nie możne go zarzucać wskaźnikami finansowymi

0

CEO Magazyn Polska

Obowiązkiem doradcy jest pomóc klientowi w wyborze odpowiedniej strategii i sposobu ulokowania oszczędności. Istotne jest poznanie oczekiwań inwestującego, celu i okresu inwestycji oraz poziomu akceptowanego ryzyka. Doradca musi także umieć przedstawić produkt, który proponuje, znać jego wady, zalety oraz jawne i ukryte opłaty.

Odpowiedzialność za to, żeby pomóc klientowi w wyborze dobrego funduszu, musi leżeć po stronie doradców – uważa Marcin Iwuć, właściciel i twórca portalu Finanse bardzo osobiste. – Zwykle rozmowy, które toczą się z klientami na temat funduszy, oscylują wokół stóp zwrotu, wskaźników ryzyka, czyli rzeczy, które tak naprawdę dla osoby niezorientowanej są zupełną abstrakcją. Trzeba przenieść ciężar rozmowy na cel, jaki klient ma do zrealizowania i to, czy dana inwestycja pomoże mu go osiągnąć. Proporcje tematów w rozmowie powinny być zatem zupełnie odwrotne.

Od niemal pięciu lat na polskim rynku obowiązuje dyrektywa unijna MiFID, która zobowiązuje podmioty inwestycyjne do sporządzania profilu klienta zgodnego z jego celami inwestycyjnymi oraz wiedzą na temat rynków finansowych, co wiąże się z kolei ze świadomością ponoszonego ryzyka. Dzięki temu łatwiej dobrać fundusz do klienta, minimalizuje się także ryzyko rozczarowań. Z danych Analiz Online wynika, że w 2015 roku Polacy coraz chętniej zwracają się w stronę funduszy inwestycyjnych, i to funduszy akcyjnych, polecanych przez sprzedawców z racji spodziewanego ożywienia na giełdach i niezbyt obiecujących perspektyw na rynku obligacji czy lokat bankowych. Nie jest to jednak inwestycja odpowiednia dla każdego.

Jednej, prostej recepty świadczenia usług doradztwa inwestycyjnego oczywiście nie ma – zauważa Marcin Iwuć. – Ale musimy wziąć pod uwagę fakt, że fundusze są mimo wszystko produktem skomplikowanym, a klienci nie posiadają wiedzy na temat tego, jak z nich korzystać. Odpowiedzialność za to, by pomóc w doborze dobrego wehikułu finansowego, musi być po stronie doradców. To oni powinni pomóc zgłaszającej się osobie doprecyzować cel inwestycyjny i dobrać właściwy fundusz do konkretnych potrzeb.

Zdaniem twórcy Finansów bardzo osobistych, doradca nie powinien zarzucać klientów wskaźnikami finansowymi. Oczywiście pozytywne wyniki funduszu, na który chce namówić klienta, pomagają w przekonaniu go do inwestycji, ale po pierwsze są to dane historyczne, które wcale nie muszą się powtórzyć, a po drugie nadmiar informacji finansowych może inwestora zniechęcić. Podobnie jak nadużywanie specjalistycznego słownictwa. Według Iwucia doradca 90 proc. czasu powinien przeznaczyć na rzetelne zapoznanie się z sytuacją klienta i jego potrzebami, a jedynie 10 proc. – na dobranie właściwego funduszu.

Trzeba mówić bardzo prostym językiem, by mieć pewność, że klient wie, na co się decyduje i dlaczego podejmuje taką decyzję – przekonuje Marcin Iwuć w rozmowie z agencją Newseria Inwestor. – Tylko to sprawi, że za jakiś czas nie zmieni swojego postanowienia i nie ucieknie z powrotem np. w depozyt.

Do doradców wiele osób straciło zaufanie po kryzysie finansowym 2007-2008 roku, gdy okazało się, że niektórzy oferowali produkty, których sami do końca nie rozumieli. Zdaniem Marcina Iwucia, jeśli doradca inwestycyjny będzie oferował klientowi produkt, którego sam nie rozumie, nie będzie wiedział, jaka jest struktura opłat w produkcie, to zawsze, bez względu na to, jaką taktyka sprzedaży zostanie wykorzystana, sukces będzie krótkotrwały.

Za kilka lat uderzy to rykoszetem zarówno w doradcę, jak i w całą branżę – uważa Iwuć. – Takich przykładów na rynku mamy mnóstwo.

PGNiG obniża ceny gazu dla odbiorców hurtowych. Rabaty związane są z cenami na Towarowej Giełdzie Energii

CEO Magazyn Polska

Od maja najwięksi hurtowi odbiorcy gazu od PGNiG mogą liczyć na duże obniżki. Poza niższą taryfą zatwierdzoną przez prezesa URE spółka gazowa uruchamia też program rabatowy dla najważniejszych klientów. Ceny gazu dla firm, które do niego przystąpią, będą związane z cenami na Towarowej Giełdzie Energii, a te są niższe od zatwierdzonych taryf.

Na pewno jest to dobry ruch – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego. – Ten program idzie w kierunku większej elastyczności, większego otwarcia na potrzeby rynku i pozwala na inne spojrzenie na możliwości, jakie daje współpraca odbiorców hurtowych z PGNiG.

Program rabatowy uruchomiony przez PGNiG będzie obowiązywał od 1 maja do końca roku, chyba że wcześniej nastąpi liberalizacja rynku i zniesiony zostanie obowiązek zatwierdzania taryf przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki. W ramach programu na zniżki liczyć mogą przede wszystkim duzi odbiorcy, którzy odbierają gaz równomiernie i w zadeklarowanej ilości.

Rabaty będą związane z cenami gazu na Towarowej Giełdzie Energii, czyli w rzeczywistości będą podążać za trendami rynkowymi. To dla hurtowych odbiorców PGNiG duża korzyść. Choć od 1 maja, po wejściu w życie nowych taryf zatwierdzonych przez prezesa URE, gaz wysokometanowy dla odbiorców hurtowych potanieje o 7,1 proc., a gaz zaazotowany o 3,2 proc., to program rabatowy oznacza jeszcze większą zniżkę.

Obecne ceny gazu na TGE wynoszą ok. 95 zł za MWh – to o ponad 10 proc. mniej niż w taryfach zatwierdzonych przez URE.

– Na rynkach światowych od jakiegoś czasu cena ropy naftowej, która jest podstawą hurtowych cen gazu ziemnego, regularnie spada. To jeden z elementów, który wpływa na ceny gazu, m.in. oferowane przez PGNiG klientom. Na pewno te uwarunkowania cenowe związane z ceną ropy naftowej mają znaczenie dla taryfy zaproponowanej przez PGNiG i dla tych obniżek w ramach nowego programu rabatowego – podkreśla Zajdler.

Odbiorcy przemysłowi poza przeniesieniem na nich korzyści związanych z tańszym pozyskiwaniem surowca przez PGNiG oczekują również większej elastyczności cen. Zajdler podkreśla, że właśnie elastycznością cen starają się rywalizować inni dostawcy gazu na polskim rynku.

Spółka w ten sposób spełnia oczekiwanie nie tylko klientów, lecz także URE. Nowe taryfy dla odbiorców hurtowych zostały zatwierdzone jedynie na 3 miesiące, co oznacza, że wkrótce należy spodziewać się kolejnej zmiany cen. Tak krótkie okresy obowiązywania taryf mają na celu m.in. regulowanie ich w zgodności z trendami na rynku. Zajdler podkreśla, że prezesowi URE szczególnie zależy na tym, aby podmiot dominujący na rynku, czyli PGNiG, określało ceny w odniesieniu do cen na giełdach energii.

Chodzi o to, żeby jak najbardziej ten aspekt fluktuacji cen był uwzględniony – precyzuje Zajdler. – Odniesienie w tej umowie ceny, jaką klient będzie płacił, do pewnych parametrów ceny giełdowej jest proponowane przez inne firmy na rynku i to wychodzi naprzeciw oczekiwaniom odbiorców.

Zajdler dodaje, że dla PGNiG to dobry sposób na walkę z konkurencją. Gazowy koncern dzięki elastycznym cenom chce zatrzymać obecnych klientów.

Mars uruchamia nową linię produkcyjną w fabryce pod Sochaczewem. Zwiększa też zatrudnienie

0

CEO Magazyn Polska

300 mln zł kosztowała rozbudowa fabryki czekolady firmy Mars w Janaszówku pod Sochaczewem. Dzięki tej inwestycji zakład będzie produkować 1,1 tys. opakowań M&M’s na minutę. Spółka zatrudniła 70 nowych pracowników, ale dzięki zwiększonym dostawom pośrednio w gospodarce powstanie w sumie 350 nowych miejsc pracy. Polska to kluczowy dla Marsa rynek, z którego firma obsługuje nie tylko region, lecz także dalsze rynki.

W ubiegły piątek Mars uruchomił nową linię produkcyjną w fabryce M&M’s w Janaszówku pod Sochaczewem. Rozbudowa zakładu kosztowała 300 mln zł.

Dało nam to możliwość produkowania dodatkowych 25 tys. ton rocznie. To jest 1,1 tys. opakowań M&M’s na minutę. Nasza marka jest dobrze znana i lubiana na świecie, więc zapotrzebowanie wzrasta – podkreśla Krzysztof Dyner, dyrektor fabryki Mars Polska w Janaszówku.

Do obsługi nowej linii firma zatrudniła 70 nowych pracowników. Jednak pośrednio inwestycja da 350 nowych miejsc pracy, m.in. dzięki zwiększonym dostawom surowców i usług.

Fabryka w Janaszówku jest dla nas bardzo ważna. Obsługujemy z niej nie tylko rynek wewnętrzny i rynki europejskie, lecz także Bliski Wschód i Afrykę. Odkryliśmy, że w polskich zakładach jest potencjał, dzięki któremu możemy obsłużyć naszą regionalną sieć – mówi Gilles Morel, lider Mars Chocolate na Europę i Eurazję.

Kompleks fabryczny Mars Polska pod Sochaczewem jest jedną z największych inwestycji kapitałowych firmy na świecie. Należą do niego fabryka czekolady w Janaszówku, dwie fabryki gotowego jedzenia dla zwierząt oraz fabryka mleka o statusie mleczarni w Kożuszkach-Parcel.

Nasza fabryka należy do jednych z najbardziej nowoczesnych w Polsce i na świecie. Zastosowaliśmy wszystkie nowoczesne technologie, które spowodowały, że mamy również pozytywny wpływ na środowisko: obniżamy zużycie energii i wody, a dodatkowo żadne odpady z naszego zakładu nie trafiają na wysypisko śmieci – wyjaśnia Krzysztof Dyner.

Jak podkreśla Gilles Morel, Polska jest jednym z dziesięciu najważniejszych rynków dla firmy. W kraju działa sześć fabryk, które dają zatrudnienie 2,5 tys. osób.

– Będziemy eksportować 70 proc. produkcji z tej fabryki do 60 krajów, 30 proc. jest produkowane na rynek polski. Dla powodzenia naszego przedsięwzięcia jest bardzo ważne, by móc sprzedawać w Polsce produkty wytworzone w polskiej fabryce – podkreśla Morel. – Jesteśmy bardzo dumni, że możemy dzięki tej inwestycji rozwijać w Polsce talenty, kształcić je poza granicami i przyciągać z powrotem do Polski. Większość naszej kadry kierowniczej, dyrektorów i menadżerów to Polacy.

Jak ocenia Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki, decyzja Marsa o rozbudowie fabryki potwierdza tylko tezę, że w Polsce warto inwestować. Jej lokalizacja natomiast będzie sprzyjać zwiększaniu eksportu.

Fabryka znajduje się obok wielkiej aglomeracji warszawskiej, w Sochaczewie, który jest razem z Błoniem jednym z ważniejszych hubów polskiej logistyki, wzmocnionym zmodernizowaną drogą krajową nr 50 i autostradą A2 na całej długości do Niemiec. To jest kapitalna lokalizacja nie tylko do ekspansji na Europę Środkowo-Wschodnią i Wschód, lecz także – co ważne – do podtrzymywania silnego eksportu na rynek Unii Europejski – mówi Janusz Piechociński.

Inwestycja Marsa ma szczególne znaczenie dla Mazowsza, przede wszystkim dla okolic Sochaczewa.

To firma, która ma ogromny wpływ na przemysł spożywczy, produkcję wyrobów czekoladowych w kraju, na to, co się dzieje na ziemi sochaczewskiej. Firma z dużymi tradycjami, bo rozpoczęła swoją produkcję w 1992 roku, przyniosła do Polski technologię, środki finansowe i organizację pracy. Jesteśmy szczęśliwi, że ta firma jest właśnie w gminie Sochaczew i cieszymy się, że systematycznie się rozwija, budując nową firmę, nowy zakład i realizując nowe przedsięwzięcia – mówi Mieczysław Orliński, wójt gminy Sochaczew.

Orange zapowiada duże zmiany. Wprowadza nową ofertę i chce poprawić kontakt z klientem

0

CEO Magazyn Polska

W ofercie Orange pojawiły się nowe pakiety dla klientów indywidualnych i taryfy dla firm. To jeden z elementów globalnych zmian, które mają odświeżyć wizerunek koncernu. Zmieni się również obsługa klientów  serwis ma być prosty i szybki, a jakość usług wysoka. Zarówno nowe taryfy, jak i nowy sposób komunikacji mają być odpowiedzią na zmieniające się potrzeby konsumentów.

Zmiana przede wszystkim musi mieć odzwierciedlenie w naszym codziennym funkcjonowaniu, w postrzeganiu nas przez klientów. Większą wagę będziemy przywiązywać do tego, by słuchać naszych klientów i trafiać w ich potrzeby za pomocą ofert oraz dopasowanych usług i skupiać się na tym, co jest dla nich istotne – mówi agencji Newseria Biznes Bruno Duthoit, prezes Orange Polska.

Operator wprowadza do oferty nowe plany taryfowe dla biznesu i klientów indywidualnych. Na podstawie przeprowadzonych wśród klientów badań w nowych taryfach biznesowych znajdą się – oprócz nielimitowanych rozmów, SMS-ów i MMS-ów w kraju – również pakiety rozmów i pakiety internetowe w roamingu do krajów UE. Z kolei plany dla klientów indywidualnych będą uwzględniały dziedziny życia wskazane przez nich jako szczególnie ważne, czyli bliscy, dom i mobilność.

Wprowadzamy bardziej spójne oferty, odpowiadające potrzebom zarówno klientów indywidualnych, jak i biznesowych, zwłaszcza małych przedsiębiorstw. Prostota, konwergencja oraz bezpieczeństwo są dla nas niezmiernie ważne i zbieżne z oczekiwaniami klientów – mówi prezes Orange Polska

W ofercie pojawi się też bezpłatna CyberTarcza, czyli rozwiązanie zwiększające bezpieczeństwo użytkowania internetu i chroniące przed większością zagrożeń.

Zmieni się również podejście do komunikacji zarówno w salonach, jak i online.

Deklarujemy dostępność w każdym miejscu, w dzień i w nocy, przez różne kanały komunikacji. Serwis służący do zarządzania online swoim kontem przez klienta, będzie prostszy, czy to w przypadku telefonii stacjonarnej, czy mobilnej – wyjaśnia Bruno Duthoit. – W punktach sprzedaży zmienimy sposób, w jaki rozmawiamy z klientem. Będzie więcej dialogu, będziemy słuchać i będziemy starali się sprostać ich oczekiwaniom.

Jak zapewnia prezes Orange, obsługa klienta będzie przebiegała znacznie szybciej niż dotychczas. Klienci, którzy korzystają z wielu usług Orange, będą mogli swoje sprawy załatwić przez wyznaczonego dla nich doradcę. Spółka stopniowo będzie wdrażać też inteligentny system zarządzania ruchem w salonie, dzięki któremu klienci będą mogli zaplanować wizytę w dogodnym dla siebie terminie. W planach jest również otworzenie jeszcze w tym miesiącu w Warszawie Smart Store, czyli inteligentnego salonu przyszłości.

Rusza także system obsługi dla seniorów. Jak podkreśla Duthoit, klienci powyżej 70. roku życia to ważna dla spółki grupa około miliona osób.

Połowa z nich korzysta z telefonii stacjonarnej, a połowa z mobilnej. Ich oczekiwania są inne niż pozostałych klientów. Dlatego właśnie dla nich uruchomimy specjalną linię. Starsza osoba, która zadzwoni, zostanie automatycznie przekierowana do specjalnego call center. Tam obsługa jest dostosowana do potrzeb osób wymagających nieco więcej uwagi, czasu oraz wyjaśnień – mówi prezes Orange Polska.

Orange będzie mieć specjalne oferty dla osób przedłużających umowy. Zamierza koncentrować się również na rozwijaniu technologii zarówno w telefonii stacjonarnej jak i mobilnej, które pozwolą ulepszać ofertę dla klientów. Nowością jest też sprzedaż innych ofert niż tylko telekomunikacyjnych. Dziś w ofercie operator ma usługi finansowe i energię elektryczną.

– Dostrzegliśmy możliwość synergii, a nasi klienci są zainteresowani taką ofertą. Pokrywa się to z potrzebą konwergencji: usługi dla całego domu mogą być zakupione u operatora komórkowego. To ciekawy kierunek rozwoju – mówi Bruno Duthoit. – W krótkim okresie planujemy dalszy rozwój usług finansowych i energetycznych, zamierzamy też zagospodarować istotną niszę, w której zresztą już zajmujemy silną pozycję, a mianowicie internet rzeczy.

Jak podkreśla, rynek przedmiotów podłączonych do sieci dynamicznie się rozwija, również w Polsce. I tak też będzie w najbliższych latach. Do tego segmentu zaliczają się m.in. rozwiązania z zakresu smart cities, a także koncept inteligentnego domu z monitoringiem i zdalnym sterowaniem.

Bank Pocztowy walczy o klientów, wprowadzając darmowe konto. Chce się odróżnić od konkurentów, którzy wprowadzają opłaty w trudnych dla banków czasach

CEO Magazyn Polska

Środowisko niskich stóp procentowych i związane z tym niższe wpływy z rat spłacanych przez klientów kredytów powodują, że przychody banków spadają. Niskie stopy nie zachęcają też Polaków do zakładania lokat. Dlatego banki muszą szukać nowych źródeł przychodów, które zrekompensują im utracone zyski. Większość instytucji podnosi lub wprowadza opłaty za świadczone usługi. Zupełnie odmienną strategię przyjął Bank Pocztowy, który chcąc przyciągnąć nowych klientów, zaoferował darmowe konto z dożywotnią gwarancją braku opłat.

– Rynek się zmienia. Zmiany makroekonomiczne, niższe stopy procentowe i zmiany w samym sektorze bankowym powodują, że banki zmieniają strategię, politykę cenową i podejście do klienta – potwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Szymon Midera, prezes Banku Pocztowego. – Oczywiście jest ogromna pokusa wśród wielu graczy, żeby w prosty sposób te problemy przerzucić na klienta, podnosząc taryfę opłat i prowizji, w tym główną opłatę za prowadzenie rachunku. Dane Narodowego Banku Polskiego potwierdzają, że te opłaty rok do roku rosną.

Z raportu Narodowego Banku Polskiego pt. „Porównanie wysokości prowizji i opłat związanych z rozliczeniami pieniężnymi w złotych w polskim sektorze bankowym” wynika, że w grudniu 2014 roku średnia opłata za prowadzenie konta bankowego była o ponad 8,5 proc. wyższa niż pół roku wcześniej i wyniosła 3,30 zł miesięcznie. Badanie objęło 19 banków.

To jest próba poprawienia rentowności za wszelką cenę w innym środowisku makroekonomicznym, przy wyższej konkurencyjności – uważa Midera. – Z punktu widzenia budowania relacji długofalowej z klientem to nie jest dobra strategia. Klienci będą szukać takich banków, w których będą mieć zapewnione bezpieczeństwo i długofalowe spojrzenie na relacje z klientem.

Banki radzą sobie w nowych warunkach nie tylko poprzez bezpośrednie podniesienie opłat, lecz także poprzez wprowadzenie m.in. większej liczby warunków, od których uzależnione jest posiadanie darmowego konta. Może to być np. podniesienie wymaganego limitu wpływów na konto. Tymczasem Bank Pocztowy wprowadził darmowe konto z dożywotnią gwarancją braku opłat bez dodatkowych warunków.

Zmiana rachunku bankowego to jest bardzo poważna decyzja. Nie powinno się jej podejmować pod wpływem chwili, emocji czy krótkotrwałej promocji ze strony banku. Ona wiąże się też z konkretnym wysiłkiem i dlatego proponujemy darmowy rachunek z gwarancją niezmienności tej oferty, bez żadnych dodatkowych warunków związanych z wpływami na rachunek czy aktywnością klienta – deklaruje prezes Banku Pocztowego.

Szymon Midera zapewnia też, że kierowany przez niego bank nie zamierza w przyszłości zmieniać tej strategii, choć na łatwe zyski w sektorze bankowym długo nie będzie można liczyć. Według Głównego Urzędu Statystycznego w 2014 roku banki zarobiły o 7,1 proc. więcej niż w 2013 roku, przy czym głównie przyczynił się do tego wynik z tytułu odsetek, który będzie słabł z powodu coraz niższych stóp procentowych.

Pierwsza po ponad roku obniżka nastąpiła dopiero w październiku, a kolejna już w marcu br., zatem wpływ niskich stóp procentowych na wyniki banków w tym roku będzie zdecydowanie wyraźniejszy. Z kolei na opłatach i prowizjach banki w ubiegłym roku zarobiły tylko o 0,7 proc. więcej niż w 2013 roku. Do dobrego wyniku przyczyniła się także obniżka kosztów, głównie pracowniczych. Koszty ogółem spadły o 1,3 proc., przy czym pracownicze o 1,7 proc, a koszty ogólnego zarządu o 0,9 proc.

Rentowność sektora maleje i będzie się zbliżała do rentowności banków w krajach Europy Zachodniej, w których środowisko niskich stóp procentowych funkcjonuje już od dłuższego czasu ­– konstatuje Midera. I dodaje: – Musimy sobie z tym poradzić.

Dobre prognozy dla PKP Cargo. Spółka pozyskuje nowe kontrakty

CEO Magazyn Polska

Dostawy stali i kruszyw na budowy oraz rozwój transportu intermodalnego to czynniki, które pozytywnie wpłyną na PKP Cargo w 2015 rok. Powinny one zrównoważyć spadki w przewozach węgla. Wprawdzie dostawy surowca dla polskiej energetyki są stabilne, jednak zastój może  dotyczyć przewozów eksportowanego węgla. Perspektywiczne dla spółki są rynki przewozów drewna oraz zbóż.

Rynek w 2015 roku uważamy za bardzo perspektywiczny, ponieważ rozwój infrastruktury, także w Polsce, pociąga za sobą konieczność dostaw stali. Sygnały o tym, że rynek będzie się rozwijał, płyną też od naszych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Neska, wiceprezes zarządu ds. handlowych PKP Cargo. – Z drugiej strony mamy kruszywa i materiały budowlane. Inwestycje infrastrukturalne zarówno w drogownictwie, jak i na kolei, oraz budowy hydrotechniczne pozwalają nam zakładać, że w tym roku wzrost będzie stabilny.

W ubiegłym roku grupa PKP Cargo miała 4,3 mld zł przychodów operacyjnych i prawie 59 mln zł zysku netto przypadającego na akcjonariuszy jednostki dominującej. Wynik był jednak obciążony realizacją Programu Dobrowolnych Odejść, którego koszt wyniósł ponad 250 mln zł. Po wyłączeniu tego czynnika zysk spółki w 2014 roku był na poziomie 276 mln zł. Raport za I kwartał przewoźnik poda 12 maja.

Istotny wpływ na skalę przewozów na początku roku miała sytuacja na rynku węgla. Z jednej strony mamy bardzo dobre wskaźniki ekonomiczne płynące właściwie ze wszystkich linii biznesowych, ze wszystkich produktów, które wozimy – od kruszyw, przez biznes intermodalny, aż po drewno. Dobre wskaźniki notuje również hutnictwo, metale, rudy. Z drugiej strony węgiel ze względu na perturbacje, które praktycznie towarzyszą nam przez cały 2014 rok i z którymi weszliśmy również w 2015, powoduje, że rozwój na całym wolumenie przewozów jest w jakiś sposób niwelowany sytuacją związaną z przewozami węgla – podkreśla Neska.

Udział spółki w dostawach węgla dla polskiej energetyki jest stabilny. Niewiadomą są jednak przewozy eksportowanego surowca, które już w ubiegłym roku były niskie i nic nie zapowiada odbicia w tym roku.

Spółka poinformowała w czwartek o podpisaniu dwuletnich umów na przewozy towarów z trzema liderami polskiego przemysłu drzewnego – International Paper Kwidzyn, Kronospan Szczecinek oraz Mondi Świecie. Przewoźnik będzie transportować dla tych podmiotów m.in. drewno, wyroby z drewna oraz zrębki drzewne.

Takie segmenty jak rynek drewna czy rynki płodów rolnych są dla nas bardzo ciekawe i zakładamy, że będą też dosyć stabilne. Przyczyniają się one do dywersyfikacji naszego portfela – wskazuje wiceprezes PKP Cargo.

Perspektywicznym kierunkiem, choć o niewielkim jeszcze znaczeniu finansowym w skali działalności PKP Cargo, jest segment przewozów intermodalnych, czyli łączących różne środki transportu: kolejowy, drogowy i morski. Jak deklaruje Jacek Neska, spółka osiąga w tej dziedzinie dwucyfrowe wzrosty, dzięki czemu udział intermodalu w przychodach powinien się w kolejnych latach zwiększać.

Intermodal to linia biznesowa, która obecnie stanowi o 4 proc. naszej całej wykonanej pracy – zaznacza Neska. – Traktujemy ją jednak jako linię najbardziej perspektywiczną, z największym potencjałem wzrostu. W tej chwili notujemy wzrosty dwucyfrowe rok do roku. Oczywiście, w jakiś sposób jest to efekt niskiej bazy, natomiast głęboko wierzymy w to, że ten rynek się będzie rozwijał.

Wiceprezes PKP Cargo podkreśla, że na biznes przewoźnika pozytywny wpływ ma poprawiająca się sytuacja makroekonomiczna, a zwłaszcza coraz lepsza kondycja polskiego przemysłu. Od października ubiegłego roku obrazujący ją wskaźnik PMI pozostaje powyżej poziomu 50 pkt, co oznacza rozwój sektora. W I kwartale oscylował wokół poziomu 55 pkt.

Jeżeli nasi klienci produkują, jeżeli potrzebują surowców i sprzedają swoje wyroby, to wtedy rynek logistyczny, również kolejowy, ma się dobrze. Sytuacja makroekonomiczna ma istotny wpływ na to, co dzieje się na torach – mówi Jacek Neska. – Z dużym zadowoleniem obserwujemy to, że wskaźniki, które opisują polską gospodarkę, mają pozytywny oddźwięk i z tym wiążemy oczekiwania związane z dalszym rozwojem rynku logistycznego w Polsce.

Właściciele małych i średnich firm coraz częściej szukają wsparcia wśród bardziej doświadczonych przedsiębiorców. Przyspiesza to rozwój ich biznesów

0

CEO Magazyn Polska

Właściciele firm coraz częściej szukają wsparcia u innych przedsiębiorców. Wymiana doświadczeń czy zasięgnięcie opinii pozwala im skuteczniej rozwiązywać biznesowe problemy. Zwłaszcza że zwykle są one podobne, dotyczą m.in. zwiększania sprzedaży, przyciągania i utrzymywania klientów, znajdowania odpowiednich pracowników czy organizacji przedsiębiorstwa.

– Najczęściej problemy, z którymi borykają się prezesi średnich i małych firm, związane są ze sprzedażą, pozyskiwaniem i utrzymaniem klienta. Przedsiębiorcom brakuje skutecznych sprzedawców, a firmą odpowiedniej organizacji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Augustyniak, dyrektor regionalny Alpha Group w Polsce, firmy organizującej m.in. spotkania dla biznesu.

Augustyniak zwraca uwagę na to, że małe i średnie przedsiębiorstwa w miarę rozwoju swojej działalności i znajdowania nowych rynków mierzą się z podobnymi problemami. O ile skuteczne zarządzanie firmą zatrudniającą 5-10 osób jest w miarę proste, o tyle przy wzroście liczby pracowników do 20-30 i obrotów mogą pojawić się problemy ze zwiększeniem sprzedaży, utrzymaniem klientów, zatrudnieniem odpowiednich osób czy organizacją firmy.

Ten ostatni element jest szczególnie ważny z punktu widzenia właścicieli. Wielu szefów małych i średnich firm bierze odpowiedzialność za wszystkie procesy, co nie pozwala im na urlop lub przerwę w pracy. Augustyniak zwraca jednak uwagę na to, że nowi przedsiębiorcy mogą wiele nauczyć się od tych, którzy już pokonali te przeszkody lub wcześniej popełniali błędy i wiedzą, jak sobie z nimi radzić. Coraz więcej właścicieli firm docenia taką możliwość.

Tradycyjnie raczej się nie zrzeszamy, problemy wolimy rozwiązywać we własnym, małym gronie. Ale jesteśmy bardzo zaskoczeni, bo ludzie rzeczywiście przychodzą, otwierają się i w atmosferze zaufania mówią o swoich największych problemach biznesowych. W zamian za to otrzymują rekomendacje i rozwiązania. Właściciele firm wychodzą z takich spotkań bardzo zadowoleni – podkreśla Augustyniak.

Takie comiesięczne spotkania ułatwiają podejmowanie decyzji prezesom firm. Jak zwraca uwagę Augustyniak, nawet w przedsiębiorstwach zatrudniających 50-60 osób i generujących kilkumilionowe obroty rocznie właściciele często nie mają nikogo, kto mógłby im pomóc w kierowaniu firmą.

Augustyniak dodaje, że uczestnictwo w spotkaniu w ramach tzw. rady dyrektorów to dla wielu prezesów także pierwsza okazja, by spojrzeć na własną działalność z innej perspektywy. Mogą usłyszeć wiele nowych pomysłów, które w codziennej pracy nie są analizowane.

To jest bardzo duża wartość, jeżeli właściciel wychodzi jeden dzień w miesiącu, by spotykać się z ludźmi, którzy mają podobne wyzwania, i spojrzeć na poziomie strategicznym na całość swojej firmy, na problemy, z jakimi się mierzy, i na otoczenie rynkowe. To jest luksus, na który do tej pory właściciele małych firm nie mogli sobie pozwolić – przekonuje Augustyniak.

Rośnie wiedza Polaków na temat GMO. Zwracają uwagę na oznaczenia na opakowaniach

CEO Magazyn Polska

Polacy wiedzą coraz więcej na temat żywności modyfikowanej genetycznie. Co trzeci Polak świadomie nie kupuje żywności GMO, a informacji o jej pochodzeniu szuka na opakowaniu. Znacznie mniej powszechna jest wiedza o antybiotykach dodawanych do żywności. Tymczasem jej spożywanie może skutkować reakcjami alergicznymi lub uodpornieniem organizmu na działanie antybiotyków.

Polscy konsumenci, zwłaszcza w miastach, mają coraz większą świadomość tego, co kupują, i zwracają uwagę na etykiety. Cały czas mamy bardzo dynamiczny wzrost spożywania produktów niemodyfikowanych genetycznie czy takich, które nie zawierają składników modyfikowanych genetycznie. Na polskim rynku jest kilka produktów, które nie stosują żadnych składników modyfikowanych genetycznie i ten walor jest podkreślany w komunikacji z klientami – mówi agencji Newseria Artur Węgłowski, wiceprezes zarządu Farmio, producenta jaj.

Również Farmio w komunikacji podkreśla, że jaja, które firma wprowadza do obrotu, pochodzą od kur karmionych paszą bez GMO.

Obecnie na rynku europejskim dopuszczony jest handel genetycznie modyfikowaną kukurydzą i soją. W Polsce od 2013 roku obowiązuje zakaz uprawy roślin genetycznie modyfikowanych. Dozwolony jest natomiast import i handel produktami GMO, w tym ogólnie dostępnymi produktami spożywczymi oraz paszami dla zwierząt. Z danych firmy Farmio wynika, że rocznie Polska importuje ok. 2 mln ton soi modyfikowanej genetycznie na potrzeby produkcji pasz dla drobiu, bydła i trzody chlewnej.

Unijne prawo nakazuje oznakowanie produktów zawierających przynajmniej 0,9 proc. składników zmodyfikowanych genetycznie. Nie dotyczy on znakowania produktów nabiałowych i mięsnych pochodzących ze zwierząt karmionych paszami z GMO.

Jeśli mam wybór, to ja zawsze będę preferował i do tego będę też namawiał wszystkich konsumentów, aby wybierali produkty niemodyfikowane genetycznie, czyli takie, które nie zawierają modyfikowanej soi czy kukurydzy. Brak modyfikacji daje nam czystość, bliskość z naturą, tradycyjność. Modyfikacje dają większe możliwości produkcji spożywczej, ale jednak pojawia się pytanie, czy nie mają negatywnego wpływu na nasze zdrowie – mówi Artur Węgłowski.

Poza kwestią GMO konsumentów powinna interesować również zawartość antybiotyków w żywności. Już w pierwszej połowie XX wieku zaczęto dodawać antybiotyki do paszy zwierząt hodowlanych, odkryto bowiem, że powodują one przyrost masy ciała. Nieuzasadnione użycie antybiotyków w hodowli zwierząt jest zabronione w Unii Europejskiej od 2006 roku, jednak zdarzają się przypadki jej stosowania. Obecność niedozwolonego poziomu antybiotyków w jajkach lub mięsie może być też efektem niewłaściwego dawkowania leku choremu zwierzęciu, nieprzestrzegania okresu karencji lub podania niedozwolonej dla danego gatunku substancji. Zdaniem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) nadużywanie antybiotyków w hodowli zwierząt jest jedną z ważniejszych przyczyn narastania problemu lekoodporności u ludzi.

– W 2013 roku użycie antybiotyków do produkcji żywności wyniosło 520 ton. Nawet minimalne dawki antybiotyków, które pozostają w produktach spożywczych, kumulują się w organizmie i powodują liczne problemy. W przypadku alergików nawet minimalna ilość antybiotyku może wzbudzić wstrząs anafilaktyczny. W ich przypadku i u dzieci do lat 12 obowiązuje absolutny zakaz stosowania tetracyklin czy antybiotyków z tej grupy. A 70 proc. antybiotyków używanych do produkcji żywności to właśnie antybiotyki z grupy tetracyklin i penicyliny – mówi Artur Węgłowski.

Przedstawiciele Farmio zapewniają, że zgodnie z oczekiwaniami konsumentów jaja tej firmy są dodatkowo badane pod kątem obecności antybiotyków.

WHO uznała, że odporność niektórych drobnoustrojów na leki jest jednym z największych zagrożeń dla zdrowia człowieka w XXI wieku. Tylko na terenie Unii Europejskiej w wyniku zakażenia bakteriami odpornymi na niektóre antybiotyki umiera rocznie 25 tys. ludzi. Zdaniem komisji ekspertów powołanej w 2013 roku przez brytyjski rząd w 2050 roku odporność na antybiotyki może być przyczyną śmierci 10 mln ludzi.

Ruszył kanał TVN Fabuła. Będzie walczył o fanów filmów i seriali również własnymi produkcjami

0

 

TVN nowym kanałem chce zawalczyć o widownie ceniącą dobre filmy w wysokiej jakości. W ofercie właśnie uruchomionego TVN Fabuła znajdą się również seriale – nie tylko produkcje TVN-u, lecz także zagraniczne hity. Mimo dużej konkurencji kilkudziesięciu kanałów filmowych i serialowych stacja liczy na duży sukces.

Kanał TVN Fabuła jest częścią oferty Premium TV. Mamy o tyle łatwiej na biznesowym polu, że jesteśmy w pakiecie razem z innymi kanałami, nie tylko kanałami TVN. Dlatego myślę, że jesteśmy skazani na sukces – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Świerzawski, dyrektor TVN Fabuła.

Premium TV to oferta TVN dla reklamodawców obejmująca różne kanały tematyczne.

Uruchomiony 16 kwietnia kanał to propozycja dla fanów filmów i seriali. Będzie walczyć o widzów m.in. z propozycjami Polsatu i TVP (np. Polsat Film i TVP Seriale). TVN Fabuła stawia przede wszystkim na jakość i możliwość wyboru.

Jest wszystko, co widzowie filmów uwielbiają, czyli świetna jakość dźwięku, obrazu i możliwość przełączania się między wersjami. Niby wiele stacji oferuje tego typu udogodnienia, niemniej jednak jak popatrzymy na całość polskiej oferty telewizyjnej, to nie jest to takie oczywiste. Nie jest tak, że wszystkie programy nadawane są w HD, wiele filmowo-serialowych kanałów nadal nadaje w wersji podstawowej, w wersji SD – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Świerzawski, dyrektor TVN Fabuła.

Nowy kanał TVN Fabuła ma trafić m.in. do tych widzów, którzy uprawiają tzw. binge watching, czyli oglądają kilka odcinków ulubionego serialu z rzędu.

Świerzawski, który sam jest filmowcem i współpracował jako asystent reżysera m.in. z Agnieszką Holland i Stevenem Spielbergiem, zapewnia, że oferta będzie zróżnicowana. W ramówce TVN Fabuła mają znaleźć się zarówno najnowsze produkcje, jak i nieco starsze seriale. Już w ten weekend kanał wyemitował kinowy przebój „Władca pierścieni: Powrót króla”. Wkrótce planowana jest emisja m.in. „Sherlocka Holmesa”.

To będzie szansa na zobaczenie pewnych filmów po raz pierwszy w wysokiej jakości. To jest oferta skierowana do ludzi, którzy kino kochają, którzy kina szukają w telewizji i którzy uwielbiają je oglądać – mówi Świerzawski.

Poza światowymi hitami TVN Fabuła zamierza też promować własne produkcje koncernu. Codziennie o godz. 20:00 emitowane będą seriale wyprodukowane dla TVN-u. Świerzawski podkreśla, że to szansa, by wiele z tych chętnie oglądanych seriali wróciło na antenę w czasie największej oglądalności. Natomiast o godz. 21:00 będzie rozpoczynało się najważniejsze pasmo, w którym wyświetlane będą filmy oraz maratony serialowe.

TVN Fabuła jest w ofercie nc+, UPC, TOYA oraz wielu mniejszych operatorów telewizji kablowej i satelitarnej.

Wartość rynku e-booków sięgnie 60 mln zł. E-czytelnicy czytają prawie trzy razy więcej niż tradycyjni

Polacy coraz chętniej sięgają po e-booki. Rynek sprzedaży książek elektronicznych rośnie bardzo szybko i jak szacuje branża, w 2015 roku jego wartość wzrośnie do co najmniej 60 mln zł. Dlatego w szybkim tempie przybywa też tytułów w wersji elektronicznej. Z badań Virtualo wynika, że e-czytelnicy czytają rocznie 30 książek, podczas gdy czytelnicy tradycyjnych książek średnio 11.

Czytelnicy e-booków najchętniej czytają książki z kategorii kryminał i sensacja (18 proc.). W pierwszym kwartale bestsellerem w Virtualo była kryminalna trylogia Zygmunta Miłoszewskiego, czyli tytuły „Uwikłanie”, „Ziarno prawdy” i „Gniew”. Bardzo często wybierają tez powieści obyczajowe (16 proc.), fantastykę (11 proc.), reportaż i literaturę faktu (9 proc.).

W ofercie samego Virtualo jest ponad 40 tys. e-booków i audiobooków, więc ta liczba cały czas rośnie w porównaniu do 37 tys., które były na koniec zeszłego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Martyna Bednarczyk z Virtualo. – Prowadzimy cały czas nowe akcje promocyjne, wprowadzamy nowe tytuły.

E-booki częściej kupują mężczyźni, kobiety nadal chętniej wybierają książki drukowane. W ocenie sprzedawców wynika to z większego zainteresowania mężczyzn nowymi technologiami, jednak ta różnica powinna stopniowo zanikać. Z badania przeprowadzonego pod patronatem Biblioteki Analiz wynika, że 67 proc. czytelników książek cyfrowych ma od 25 do 45 lat.

Ze wszystkich danych wynika, że na razie głównie czytamy książki drukowane – informuje Martyna Bednarczyk. – Natomiast e-czytelnicy stanowią elitę wśród ogółu czytelników, gdyż czytają nawet 30 książek rocznie w porównaniu z 11 książkami, które czytają czytelnicy książek drukowanych. Jest to zdecydowanie grupa osób, która czytają bardzo dużo i bardzo chętnie.

Średnia cena pojedynczego e-booka zakupionego w pierwszym kwartale wyniosła 21,90 zł. Ceny e-booków są średnio o 20-30 proc. niższe niż ceny książek drukowanych. Dodatkowo wydawnictwa kuszą czytelników promocjami. Ceny mogłyby być jeszcze niższe, gdyby nie system podatkowy, który traktuje e-booki jak zwykły towar, a nie jak książki.

W Polsce cały czas VAT na e-booki wynosi 23 proc., a na książki drukowane 5 proc. Jest to na pewno jeden z czynników, który bardzo utrudnia rozwój rynku – podkreśla koordynator ds. marketingu Virtualo. – Drugim takim czynnikiem jest piractwo. Wiadomo, że e-booki są dość łatwo dostępne, ale i łatwo jest taki plik udostępnić w sieci. Oczywiście mamy mnóstwo zabezpieczeń i możemy do tego dojść, kto taki plik udostępnił, ale prawo za tym nie nadąża. Tu jest główny problem.

Biblioteka Analiz w 2013 roku szacowała, że straty, które rocznie ponoszą w wyniku piractwa wydawcy, sięgają 250 mln zł. Mimo tych przeciwności przedstawiciele branży są dobrej myśli. Rynek rozwija się dynamicznie i obecny rok pod względem tempa wzrostu powinien być podobny do poprzedniego.

Rok 2014 zakończyliśmy z wynikiem 40 mln zł – mówi Bednarczyk. – Szacujemy, że ten rok będzie jeszcze lepszy i że będzie to 60 mln zł.

Po pierwszym kwartale widać, że najprawdopodobniej wynik ten zostanie zrealizowany z nadwyżką.

Rośnie rynek akcji w Hong Kongu

Karol Ciuk,Doradca Inwestycyjny, Bankowość Detaliczna Citi Handlowy, analizuje powody dynamicznego wzrostu na rynku akcji w Hong Kongu.

Jak podkreśla Karol Ciuk, w ubiegłym roku, alians strategiczny giełd w Hong Kongu i Szanghaju pozwolił inwestorom w Chinach na zakup akcji w Hong Kongu (tzw. akcji H) zgodnie z ustalonym dziennym limitem 10,5 mld juanów. Początkowo możliwość ta nie budziła zainteresowania, jednak już z początkiem kwietnia, po raz pierwszy od wprowadzonych zmian, inwestorzy z Chin dwukrotnie wykorzystali w całości dzienny limit nabyć akcji przyczyniając się do wzrostu indeksu Hang Seng o 11% w pierwszej połowie kwietnia.

Do wyraźnych wzrostów indeksu giełdy w Hong Kongu przyczyniła się znacząca premia w wycenie akcji Państwa Środka (tzw. akcje A) względem akcji H tych samych spółek w Hong Kongu.

Ekspert podkreśla, że pomimo tych wzrostów część spółek, jak np. chińskie banki, wciąż pozostaje wyceniana na jednocyfrowych poziomach wskaźnika ceny do zysku ze względu na obawy inwestorów dotyczące jakości ich portfeli kredytowych. Podobna sytuacja dotyczy spółek działających w sektorze nieruchomości, gdzie niskie wyceny wynikają z trudnej sytuacji na rynku mieszkaniowym. Warto przy tym zwrócić uwagę na pozostające na relatywnie wysokim poziomie realne stopy procentowe. Wskazują one na przestrzeń do ewentualnych działań stymulacyjnych ze strony Ludowego Banku Chin.

Karol Ciuk prognozuje jednak, że przy wsparciu władz monetarnych i rządu chińska gospodarka mimo spowolnienia powinna w tym roku utrzymać wzrost w okolicy 6,9%, wspierając zyski przedsiębiorstw i w konsekwencji inwestorów na rynku akcji.

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

NIK o budowie Aquaparku w Koszalinie

Najwyższa Izba Kontroli negatywnie ocenia budowę ośrodka wodno – rekreacyjnego w Koszalinie – jednej z kluczowych inwestycji miasta. W wyniku złego nadzoru jej koszt wzrósł o ponad 13 mln zł, a obiekt zostanie oddany do użytku z rocznym opóźnieniem. Zarząd Obiektów Sportowych, pełniący nadzór nad inwestycją, nie był ani organizacyjnie ani kadrowo przygotowany do jej prowadzenia. Dlatego dopuścił do licznych nieprawidłowości.

Delegatura NIK w Szczecinie sprawdziła przebieg budowy kompleksu wodno-rekreacyjnego w Koszalinie w okresie od 2009 r. do połowy 2014 r. Kontrolę przeprowadzono w Urzędzie Miejskim w Koszalinie oraz w Zarządzie Obiektów Sportowych Spółka z o.o. w tym mieście.

Kontrola wykazała, że na 10 postępowań o udzielenie zamówień publicznych, prowadzonych w związku z inwestycją, aż w czterech stwierdzono nieprawidłowości. Budowa kompleksu wodno – rekreacyjnego, która rozpoczęła się w 2009 r., miała być jedną z większych inwestycji budowlanych w Koszalinie. Projekt architektoniczny obiektu wybrano w konkursie, w którym rywalizowało osiem propozycji. Jak ustaliła NIK, zdecydowano się na koncepcję, która jako jedyna, nie spełniała założeń konkursu. Koszt jej realizacji był o 8,5 mln zł droższy od planowanego. Urząd Miejski w Koszalinie i Zarząd Obiektów Sportowych ustalili, że koszt budowy ośrodka nie może przekroczyć 73 mln zł. Mimo iż siedem pozostałych projektów mieściło się w tej sumie, to wybrano projekt za 81,5 mln zł. Wyróżniał się on oryginalnym dachem. Jak się później okazało niemożliwym do zbudowania. Niestety z laureatem konkursu podpisano umowę niekorzystną dla Zarządu Obiektów Sportowych. Zmieniono w niej wartość ubezpieczenia, okres jego obowiązywania oraz nie ustalono kar za niewłaściwe wykonanie zadania. A tymczasem miało to stanowić gwarancję, że w przypadku wad w projekcie, inwestor będzie mógł żądać od projektanta wypłaty odszkodowania. Na podstawie podpisanej umowy projektant, mimo błędów w jego koncepcji, nie poniósł żadnych kosztów, w tym kar za niewłaściwe wykonanie zadania. Projekt obiektu zawierał błędy grożące ryzykiem wystąpienia katastrofy budowlanej. Dokonane zmiany, obniżające koszty wykonania obiektu do 73 mln zł, skutkowały tym, że kosztorys inwestorski był niedoszacowany i niemożliwy do wykonania.

Poza konkursem na wykonanie projektu obiektu, prowadzono postępowanie na wybór Inżyniera Kontraktu. Miała to być firma, która w imieniu Zarządu Obiektów Sportowych, nieprzygotowanego do prowadzenia tak dużych inwestycji, nadzorowałaby ją w imieniu spółki. Wybrano najtańszą ofertę. Szacunkowa wartość wynosiła 1,8 mln zł, a wygrana firma zaoferowała 729 tys. zł. Zarząd nie dociekał, dlaczego proponowana cena jest tak niska. Wartość wygranej oferty stanowiła tylko 40,5 proc. szacunkowej wartości zamówienia. Zarząd nie zwrócił się do startujących w postępowaniu o wyjaśnienie, co składa się na ofertę i co wpływa na proponowaną przez nich cenę. NIK zauważa, że dlatego zdecydowano się na spółkę, która nie posiadała zaplecza odpowiednich specjalistów mogących profesjonalnie nadzorować budowę. Niestety wybrany Inżynier Kontraktu nie wykrył w porę, że projekt na budowę basenów jest wadliwy.

W kolejnym przetargu na wykonanie inwestycji ten sam wadliwy projekt był podstawą ustalenia zakresu robót. W przetargu tym Zarząd niezasadnie odrzucił najtańszą ofertę. Jednak w wyniku postępowania odwoławczego ostatecznie zawarto z oferentem umowę. Po 5 dniach od organizacji zaplecza na placu budowy, wykonawca zgłosił błąd w projekcie dotyczący wadliwej konstrukcji dachu. Stwierdził, że na podstawie tego projektu, inwestycji nie da się zrealizować. Projektant był innego zdania. Blisko 10 miesięcy Zarząd, wykonawca i projektant wymieniali się opiniami i ekspertyzami udowadniającymi swoje rację. A budowa w tym czasie stała. Ostatecznie w maju 2013 r. wypowiedziano umowę zawartą z pierwszym wykonawcą. Na mocy ugody sądowej za wykonane prace zapłacono 2 mln zł i obustronnie zrzeczono się kar i odszkodowań.

Przeprowadzono kolejne postępowanie na wprowadzenie zmian w dokumentacji projektowej i dokończenie budowy. To wszystko spowodowało, że koszt wykonania inwestycji wzrósł o 13,1 mln zł (z 73 do 86,1 mln zł), a planowany termin zakończenia prac przesunięty został o rok – z lipca 2014 r. na lipiec 2015 r. Realizowany projekt znacząco różni się od tego wybranego w konkursie przeprowadzonym w 2009 r. Na wniosek nowego wykonawcy zmienił go jednak projektant pierwotnej koncepcji.

W ocenie NIK, za przyjęcie błędnej dokumentacji odpowiedzialny był nie tylko projektant i Inżynier Kontraktu, ale i Zarząd Obiektów Sportowych, który jako inwestor, powinien odpowiednio zarządzać procesem budowlanym.

NIK o zarządzaniu najstarszymi budynkami komunalnymi

Kontrola NIK wykazała, że zarządcy nie podejmowali skutecznych działań dla zahamowania procesu dekapitalizacji najstarszych budynków komunalnych. Stan techniczny tych obiektów ciągle się pogarszał, powodując zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Ciągły niedobór środków na remonty i modernizację sprawiał, że zarządcy często wykonywali remonty budynków jedynie w minimalnym zakresie, a gminy coraz częściej zmuszone były podejmować decyzje o rozbiórce lub sprzedaży zdekapitalizowanych budynków.

W badanym okresie (2011-2013) zasób budynków gminnych, w tym tych najstarszych, zmniejszył się o 10%. NIK podkreśla, że sprawa wymaga pilnego rozwiązania w obliczu rosnącego i niezaspokojonego zapotrzebowania na mieszkania komunalne wśród osób o niskich dochodach.

Aż 75% wszystkich budynków komunalnych w gminach objętych kontrolą stanowiły obiekty oddane do użytku jeszcze przed 14 sierpnia 1961 r. Wiele z nich znajdowało się w złym stanie technicznym, stanowiąc zagrożenie dla zdrowia, a nierzadko i życia ludzi.

Do 90% wzrosła liczba najstarszych budynków zakwalifikowanych do różnego rodzaju napraw. W 2013 r. naprawy głównej (tj. wymiany co najmniej jednej części budynku) wymagało 40% budynków, a do napraw bieżących zakwalifikowano połowę zasobu oddanego do użytku przed 1961 r. Jednak pula środków na remonty sukcesywnie się zmniejszała, powodując pogłębianie się zjawiska tzw. „luki remontowej”, czyli różnicy między rzeczywistymi potrzebami na przeprowadzenie wszystkich koniecznych prac remontowych a nakładami na remonty. W okresie objętym kontrolą na remonty brakowało ok. 1 mld zł. Tymczasem stopień pokrycia niezbędnych nakładów w tym okresie spadł z 20% do 8% i wyniósł w sumie ok. 132 mln zł.

Luka remontowa w latach 2011-2013

Wykres: „Luka remontowa” w latach 2011-2013

Deficyt środków sprawiał, że przy planowaniu remontów zarządcy musieli ograniczać zakres prac do limitów kwot określonych przez gminę. Konsekwencją było dalsze pogarszanie stanu technicznego budynków i obniżanie poziomu bezpieczeństwa mieszkańców, a także zmniejszenie zasobu mieszkaniowego gminy. W związku ze złym stanem technicznym budynków i brakiem środków na remonty, w ciągu 3 lat z użytku wyłączono 925 obiektów, a liczba budynków komunalnych, w tym tych najstarszych w skontrolowanych gminach, spadła o prawie 10%. Odsetek budynków przeznaczonych do opróżnienia i wyburzenia wzrósł z 4,6% w 2011 r. do 5,5% w 2013 r.

W badanym okresie jedynie na terenie dwóch gmin, spośród 21 skontrolowanych podmiotów, zasób mieszkaniowy się zwiększył.NIK podkreśla, że malejąca liczba budynków komunalnych skutkuje wydłużonym czasem oczekiwania na przydział mieszkania. Taka sytuacja powoduje, że gmina musi przeznaczać coraz większe środki na odszkodowania z tytułu niezapewnienia lokalu socjalnego w ustawowym terminie. Jednocześnie poziom środków przeznaczanych przez gminy na poprawę stanu technicznego budynków i ich bezpiecznego użytkowania oraz rozproszenie potencjalnych źródeł finansowania tych zadań w gminach nie pozwalają na racjonalne gospodarowanie budynkami komunalnymi.

Najważniejsze nieprawidłowości i problemy stwierdzone przez NIK:

  • 43% zarządców nie wykonywało w pełni zaleceń nadzoru budowlanego lub robiło to z opóźnieniem, co czasem powodowało zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Zarządcy mieli też problemy z wykonywaniem decyzji organów gmin dotyczących rozbiórki już wykwaterowanych budynków. Taki przypadek miał miejsce w Łodzi, gdzie w 2004 r. wykwaterowano wszystkich mieszkańców, a budynek stał pusty przez 10 lat, po czym doszło do katastrofy budowlanej. Przez cały ten okres zarządca nie podjął żadnych działań, poza zabezpieczeniem dostępu przed osobami nieuprawnionymi. W wyniku katastrofy konieczne było kilkudniowe zamknięcie ruchu dla samochodów w bezpośrednim otoczeniu budynku;
  • prawie ⅔ zarządców nie korzystało z dostępnych źródeł zewnętrznych, pozwalających na dofinansowanie wybranych działań służących poprawie stanu technicznego i wyposażenia budynków, a podejmowane przez gminy lub zarządców działania pozwoliły zaledwie 8 z 21 podmiotów objętych kontrolą na zdobycie dodatkowych środków w wysokości ok. 8,9 mln zł. Uzyskana kwota była jednak kroplą w morzu potrzeb: środki te stanowiły zaledwie 0,8% sumy koniecznej, aby zaspokoić wszystkie potrzeby objętych kontrolą budynków komunalnych w latach 2011-2013. Zewnętrzne źródła dofinansowania obejmowały: Fundusz Dopłat Banku Gospodarstwa Krajowego, Program dla Społeczności Romskiej w Polsce, Lokalne Programy Rewitalizacji, jak również Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w ramach programu KAWKA oraz fundusz prewencyjny PZU. W Krakowie wykorzystano ok. 572 tys. zł z Funduszu Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa, w innych jednostkach spożytkowano także środki będące w dyspozycji Wojewodów oraz Konserwatorów Zabytków;
  • prezydenci i burmistrzowie skontrolowanych gmin – poza jednym przypadkiem – nie kontrolowali zarządców pod kątem wywiązywania się z obowiązków określonych ustawą Prawo budowlane. Poza tym, w przypadku ponad 43% jednostek organy gmin nie weryfikowały, czy zarządcy stosują się do postanowień umów zawartych z gminą, dotyczących zarządzania zasobem komunalnym, w tym: czy przeprowadzają okresowe kontrole stanu technicznego budynków, czy wykonują zalecenia pokontrolne oraz czy prowadzą książki obiektu budowlanego. W ocenie NIK brak zainteresowania po stronie gmin mógł przyczynić się do nieprawidłowości po stronie zarządców w zakresie prowadzonych przez nich kontroli najstarszych budynków;
  • U większości zarządców wystąpiły nieprawidłowości w zakresie prowadzenia rocznych i pięcioletnich kontroli stanu technicznego budynków. 81% skontrolowanych podmiotów w ogóle nie wykonywało takich kontroli lub przeprowadzało je z opóźnieniem w stosunku do terminów określonych w ustawie Prawo budowlane lub w odpowiednich rozporządzeniach. W wyniku kontroli NIK, w jednym przypadku zarządca został ukarany karą grzywny za niedopełnienie obowiązków w tym zakresie.
  • W ponad 70% przypadków protokoły z kontroli okresowych były niekompletne. Nie ujmowano w nich wszystkich wymaganych prawem danych, nie sprawdzano wykonania zaleceń z poprzednich kontroli. Nie dokumentowano też ustaleń z przeglądów roboczych dotyczących przygotowania budynku do okresu zimowego, na podstawie których sporządzano zestawienie robót remontowych. Zdaniem NIK zaniedbania w zakresie wykonywania okresowych kontroli i przeglądów oraz niekompletne protokoły kontroli sprawiały, że ani gminy, ani zarządcy nie mieli pełnej wiedzy o stanie technicznym użytkowanych budynków. Brak takich informacji nie pozwalał na określenie rzeczywistego zapotrzebowania na remonty i modernizacje, a tym samym na sporządzanie rzetelnych planów remontowych.
W ocenie Izby konieczne jest podjęcie następujących działań:
1) przez Ministra Infrastruktury i Rozwoju, w zakresie:
  • stworzenia jednolitego systemu na poziomie krajowym, pozwalającego na określenie rzeczywistych potrzeb w zakresie remontów i modernizacji najstarszych budynków,
  • wypracowania mechanizmu wsparcia finansowego dla gmin
  • w powyższym zakresie.
2) przez wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, w zakresie:
  • zahamowania procesu degradacji najstarszych budynków komunalnych,
  • wzmocnienia nadzoru właścicielskiego nad działalnością zarządców zasobów komunalnych.
3) przez zarządców budynków komunalnych, w zakresie:
  • wykonywania decyzji wydanych przez organ nadzoru budowlanego,
  • terminowego przeprowadzania rocznych i pięcioletnich kontroli stanu technicznego budynków,
  • sporządzania planów remontów budynków na podstawie kompletnych i rzetelnie sporządzanych protokołów z okresowych kontroli,
  • pełnej realizacji zaleceń pokontrolnych zawartych w protokołach z przeprowadzanych okresowych kontroli stanu technicznego,
  • wprowadzenia zasady dokumentowania wszystkich przeglądów i zdarzeń oraz określania stanu budynków i rzeczywistych potrzeb w zakresie ich remontów.

Bezpieczeństwo zatrudnienia i ochrona miejsc pracy

Kluczowy wpływ na stabilność rynku pracy ma – obok obowiązującego systemu prawnego – skala zamówień na usługi na rynku komercyjnym i publicznym. Doskonałe dane o systematycznym spadku bezrobocia w latach 2014 i 2015 powinny być poparte kompleksowymi działaniami mającymi na celu ochronę miejsc pracy i podnoszenie bezpieczeństwa zatrudnienia. Takie działania podejmuje zarówno Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ), jak i przedsiębiorcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan. W celu długookresowej stabilizacji polskiego rynku pracy, jego dalszego rozwoju oraz skutecznego zabezpieczenia interesów pracowników pracodawcy branż usługowych podpisali deklarację wypełniania zapisów znowelizowanych: Ustawy Prawo zamówień publicznych obowiązującej od 19 października 2014 roku oraz Ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, której zapisy wejdą w życie od 1 stycznia 2016 roku, a także zaangażowania w edukowanie społeczeństwa, budowanie najlepszych wzorców i rozpowszechnianie właściwych standardów działania.

„To już pewne, mamy długo oczekiwane ożywienie na rynku pracy. Polska gospodarka jeszcze nigdy od rozpoczęcia transformacji nie zatrudniała tylu osób, co obecnie. Po dobrych wynikach w ubiegłym roku, w nadchodzących miesiącach możemy się spodziewać dalszego spadku bezrobocia. Na wsparcie osób szukających pracy zarezerwowaliśmy w tym roku 5,5 mld zł. To o blisko 0,5 mld więcej niż w ubiegłym roku. Dzięki nowemu wsparciu dla młodych, rodziców, opiekunów i osób 50+ oraz ożywieniu gospodarczemu jest szansa, że stopa bezrobocia w tym roku będzie jednocyfrowa” – powiedział Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

W 2014 roku z nowych instrumentów wsparcia skorzystało 19,6 tys. osób bezrobotnych. To m.in. bony zatrudnieniowe i na zasiedlenie, refundacja składek ZUS, granty na telepracę, świadczenia aktywizacyjne oraz trójstronne umowy szkoleniowe. Dodatkowo ponad 51 tys. osób otrzymało dotacje na start własnego biznesu, a 220 tys. wzięło udział w stażach u pracodawców. W sumie urzędy pracy w 2014 roku udzieliły wsparcia 505 tys. osób bezrobotnych .

„Kluczowe jest, by ozusowanie umów zleceń przyniosło założony przez Ustawodawcę rezultat – a więc przede wszystkim poprawę sytuacji pracowników i zwiększenie bezpieczeństwa ich zatrudnienia. Celem jest stabilizacja na rynku pracy oraz ochrona osób szczególnie narażonych na wykluczenie. Dlatego działania regulacyjne muszą być rozsądne i rozłożone w czasie tak, aby nie zaszkodzić trendowi wzrostu zatrudnienia. To niezwykle ważne, że cele realizowane przez Ministerstwo Pracy są także rozumiane, popierane i wdrażane przez przedsiębiorców. Pracodawcy w 2014 roku stworzyli ponad 610 tys. miejsc pracy, a dzięki ich aktywności inwestycyjnej w bieżącym roku liczba ta może być jeszcze wyższa. W tej liczbie, ponad połowa miejsc pracy została obsadzona przez osoby bezrobotne, a nowe instrumenty mają pomagać lokować ich na otwartym rynku pracy. Deklaracja firm z branży usługowej powinna stanowić wzór dla kolejnych sektorów, które nie tylko chcą zatrudniać, ale także podejmują działania na rzecz poprawy jakości pracy” – dodał Jacek Męcina, sekretarz stanu w MPiPS.

„Znowelizowana w ubiegłym roku Ustawa Pzp pozwoli na efektywniejsze wydatkowanie publicznych pieniędzy oraz na ugruntowanie właściwych standardów i praktyk m.in. w obszarze wyłaniania najkorzystniejszych ekonomicznie ofert. Katalog dobrych praktyk w ramach zamówień publicznych to pozycja obowiązkowa – zarówno dla Zamawiających, jak i Wykonawców. Z całą pewnością warto, by w szczegółach zapoznali się oni z zasadami, jakie powinny obowiązywać dziś na rynku. Waloryzacja kontraktów długoterminowych, odejście od kryterium najniższej ceny i równa konkurencja będą korzystne przede wszystkim dla pracowników” – mówi Maria Janyska, Poseł na Sejm RP, wchodząca w skład Komisji Gospodarki oraz podkomisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy – Prawo zamówień publicznych.

„Wypracowanie wspólnych standardów, którymi kierować się będą Pracodawcy to bardzo ważny krok, aby w rzeczywisty sposób uzdrowić nie tylko rynek zamówień publicznych, ale także sektor prywatny. W związku z tym niezwykle istotne będzie przestrzeganie katalogu dobrych praktyk oraz deklaracji, które pozwolą nie tylko ustabilizować sytuację na rynku pracy w firmach usługowych, ale również doprowadzić do zwiększenia poziomu zatrudnienia w oparciu o umowy o pracę oraz zapewniania pracownikom godziwych warunków wynagradzania” – ocenił Jan Guz, przewodniczący OPZZ.

„Pracodawcy – jednym głosem ze Związkami Zawodowymi – od 2009 roku postulowali wprowadzenie obowiązkowych składek od umów cywilnoprawnych, a uregulowane ww. aktami prawnymi zmiany wyczerpują podnoszone postulaty. Reforma zabezpiecza nie tylko interes pracowników, ale pozwoli na zmniejszenie szarej strefy w zatrudnieniu czy wyeliminowanie praktyk szkodzących uczciwej konkurencji. Deklaracja pracodawców to ważny krok – a dobrą platformą współpracy będą zbliżające się targi ISSA INTERCLEAN CEE 2015 w Warszawie, gdzie wszyscy uczestnicy rynku będą mogli wymienić między sobą dobre praktyki” – komentuje Marek Kowalski, Przewodniczący Rady Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan.

Pracodawcy wskazują, że właściwie wdrożone i przestrzegane reformy w sposób fundamentalny przyczynią się do utrwalenia rozwoju społeczno-gospodarczego Polski, ale również będą stymulować aktywność zawodową Polaków. Deklaracja ma charakter otwarty i może być przedmiotem nostryfikacji zarówno Związków Zawodowych, jak i Związków Pracodawców.

Stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła w marcu br. 11,7% (w marcu 2014 r. stopa bezrobocia wynosiła 13,5 proc) i w porównaniu do lutego br. spadła o 0,3 punktu procentowego. Bezrobocie spadło we wszystkich województwach.

Firmy chcą zatrudniać nowych pracowników. W marcu 2015 r. zgłosiły do służb zatrudnienia 115 tys. miejsc pracy i aktywizacji zawodowej, o 18 tys. więcej niż w lutym br. Liczba ofert zgłoszonych w marcu br. była o 5,9 tys., czyli o 5,4 % wyższa niż w marcu 2014 r.

Konfederacja Lewiatan

Jak chronić powietrze w Polsce?

Przygotowany przez Ministerstwo Środowiska projekt Krajowego Programu Ochrony Powietrza stawia właściwą diagnozę stanu powietrza w Polsce oraz proponuje odpowiednie działania w celu jego ochrony – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Zgadzamy się, że przedsięwzięcia zmierzające do poprawy czystości powietrza powinny koncentrować się na ograniczaniu emisji z sektora komunalno-bytowego (indywidulane ogrzewanie budynków) oraz z sektora transportu. One w znacznym stopniu przyczyniają się do przekroczeń dopuszczalnych poziomów zanieczyszczeń. Ponadto w sektorach tych możliwe jest uzyskanie w stosunkowo krótkim czasie istotnych redukcji emisji. Z tego też względu potencjał ograniczenia emisji właśnie w tych sektorach powinien zostać w pełni wykorzystany poprzez odpowiednie działania systemowe, regulacyjne, finansowe oraz edukacyjne – mówi Agata Staniewska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Lewiatan podziela również konkluzje projektu KPOP, zgodnie z którymi dotychczasowe istotne redukcje emisji możliwe były dzięki inwestycjom w ochronę środowiska w zakładach przemysłowych oraz w sektorze energetycznym na skutek odpowiedniego stosowania wymagań najlepszych dostępnych technik i rozwiązań prawnych (pozwolenia zintegrowane).

W ocenie Konfederacji Lewiatan oznacza to, że ten obszar regulacji skierowany do dużych obiektów energetycznego spalania oraz zakładów przemysłowych działa prawidłowo i przynosi oczekiwane efekty. Dlatego też nie należy tych regulacji zmieniać.

Konfederacja Lewiatan

Na kontach bankowych można zarobić kilkaset złotych

0

Zakładając odpowiednie konto można zarobić nawet kilkaset złotych w skali roku. Pozwalają na to programy moneyback podpięte do kart kredytowych. Niestety, coraz mniej banków oferuje tego typu bonusy.

Terminem moneyback określamy promocję, która polega na zwrocie określonego procentu od obrotów wykonanych kartą płatniczą. Na koniec miesiąca bank sumuje ile klient wydał za pomocą karty, odlicza określony procent i przelewa na konto użytkownika. Z reguły zwrot wynosi od 1 do 3 proc., ale nie więcej niż około 50 zł miesięcznie. W skali roku można odzyskać nawet 760 zł. Niestety, takich programów jest coraz mniej.

– Banki finansują tego typu bonusy między innymi z prowizji pobieranych od punktów akceptujących karty płatnicze. Po obniżce opłaty interchange z 1,6 proc. do poziomu 0,2-3 proc. banki mniej chętnie sponsorują nagrody dla klientów. Dziś musiałyby łożyć z własnej kieszeni, wcześniej nagrody dla klientów były „sponsorowane” przez handlowców płacących bardzo wysokie prowizje – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Z analizy Bankier.pl wynika, że konta z moneybackiem znajdziemy dziś w 9 bankach.  Nie wszędzie jest to jednak zwrot od płatności kartą. BZ WBK, czy Getin Bank proponują klientom zwrot od wartości opłaconych rachunków za energię czy inne media. Z kolei w iKoncie od BNP Paribas Banku jest moneyback na poziomie 3 proc., ale od transakcji wykonanych kartą przez aplikację PayU. W niektórych bankach moneyback dotyczy tylko transakcji wykonanych w określonych punktach handlowych. Przykładowo Eurobank zwraca 5 proc. za wydatki kartą do konta na sport, rekreację i rozrywkę, a Toyota Bank oddaje od 2 do nawet 10 proc. za paliwo.

Haczyk za haczykiem

Z reguły programy moneyback są pełne haczyków. Mogą z nich korzystać tylko wybrani klienci, lub osoby, które spełniają określone warunki. Na przykład w mBanku, żeby dostać zwrot w wysokości 2 proc. Miesięcznie, trzeba zasilać konto kwotą nie niższą niż 1000 zł i wydawać kartą minimum 250 zł. Dodatkowo z oferty mogą skorzystać tylko nowi klienci.

– Programy moneyback są bardzo skutecznym narzędziem do promocji transakcji bezgotówkowych, ale nie najważniejszym. Moneyback to produkt dla osób, które aktywnie korzystają z kart płatniczych i jednocześnie odnotowują stosunkowo wysokie wpływy na konto. Przy moneybacku wynoszącym 2% wartości transakcji, by uzyskać 50 zł zwrotu trzeba dokonać zakupów kartą na łączną kwotę 2,5 tys. zł. W Polsce, wciąż mało który klient banku może sobie na to pozwolić. Zwykle miesięczne zwroty wynoszą kilka lub kilkanaście złotych – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Nowe prawo restrukturyzacyjne ratunkiem dla upadających firm

0

Ani upadłość, ani likwidacja, ale druga szansa – 1 stycznia 2016 r. wejdzie w życie nowe prawo restrukturyzacyjne, którego przepisy mają ułatwić przedsiębiorstwom wychodzenie z tarapatów finansowych, a także zabezpieczyć interesy wierzycieli.

Nowe prawo wprowadza elastyczne możliwości postępowania w przypadku niewypłacalności lub zagrożenia niewypłacalnością. „Firmy będą mogły skorzystać z czterech procedur: o zatwierdzenie układu, przyspieszonego postępowania układowego, postępowania układowego i postępowania sanacyjnego” – wyjaśnia w rozmowie z serwisem infoWire.pl radca prawny Piotr Zimmerman z kancelarii prawnej Zimmerman i Wspólnicy.

Wprowadzona zostanie regulacja, która w ramach postępowania upadłościowego pozwoli dłużnikowi na złożenie wniosku o sprzedaż przedsiębiorstwa lub części jego majątku. Oprócz tego zwiększą się kompetencje wierzycieli w postępowaniu ogólnym i ich wpływ na syndyka, a w postępowaniach restrukturyzacyjnych – na nadzorcę i zarządcę. „Tak znowelizowane zapisy prawa upadłościowego pomogą w szybkim i sprawnym przeprowadzeniu postępowania. Mają spowodować, że wierzyciele nie będą musieli latami czekać na wypłatę należnych im pieniędzy” – mówi ekspert.

Ważnym elementem reformy jest utworzenie internetowego Centralnego Rejestru Restrukturyzacji i Upadłości. Oprócz informacji na temat postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych bezpłatny portal będzie zawierał wzory pism i formularzy wymaganych w trakcie spraw. Ułatwi to komunikowanie się sądu z dłużnikiem i wierzycielami, a przez to – aktywizowanie tych ostatnich w procesie restrukturyzacyjnym.

Prof. M. Noga: Polskie firmy powinny śmielej korzystać ze zjawiska joyflation, zaś RPP mogłaby rozważyć obniżenie celu inflacyjnego do 2 proc.

CEO Magazyn Polska

Mimo deflacji Produkt Krajowy Brutto jest coraz wyższy, a tempo jego wzrostu nie słabnie. W tym roku może się zbliżyć do 4 proc., a potem przekroczyć ten poziom. To zjawisko zwane przez ekonomistów joyflation. Zdaniem prof. Mariana Nogi, byłego członka RPP, warto korzystać z okazji, bo choć wzrost gospodarczy przy niskich cenach ma potrwać kilka lat, nie jest to nam dane na stałe.

Polskie PKB w zeszłym roku wzrosło o 3,3 proc. W ocenie wielu ekonomistów w 2015 roku wzrost będzie wyższy.

– Widziałem prognozy większości banków polskich na ten temat i one są między 3 a 4 proc., i to tak właśnie będzie mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Marian Noga z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, były członek Rady Polityki Pieniężnej. – Myślę, że tak w połowie będzie ten wzrost w roku 2015, czyli 3,5 proc. To jest moim zdaniem dobry wskaźnik, który zapewnia Polsce rozwój gospodarczy i przedpole do jeszcze większego wzrostu w 2016 roku.

Mimo wzrostu gospodarki w tempie powyżej 3 proc., ceny od sierpnia ub.r. spadają. W marcu były niższe od tych sprzed roku o 1,5 proc. Zazwyczaj rozwój gospodarczy napędza inflację, natomiast obserwowany obecnie szybki wzrost przy niewielkiej inflacji lub deflacji ekonomiści określają jako joyflation. Wytłumaczeniem tego zjawiska nie mogą być nawet wspierające rozwój Polski pieniądze z Unii Europejskiej.

– Tylko 10 proc. inwestycji jest finansowanych przez fundusze europejskie, a 90 proc. przez polskie przedsiębiorstwa – zwraca uwagę były członek Rady Polityki Pieniężnej. – W związku z tym to jest nasz wzrost gospodarczy. I rzeczywiście mamy w Polsce joyflation.

Kondycja gospodarki byłaby jeszcze lepsza, gdyby polskie firmy zaczęły jeszcze więcej inwestować w rozwój. Umożliwiają to bardzo niskie stopy procentowe, za którymi idą tanie kredyty. Przedsiębiorstwa wolą jednak trzymać pieniądze na swoich kontach, niż je wydawać.

– Czyli ani kredytów nie biorą, ani nie finansują ze swoich funduszy i środków mówi prof. Marian Noga. Dlatego że apetyt na ryzyko jest niski, mamy do czynienia raczej z awersją do ryzyka. To wynika z sytuacji na zewnątrz Polski. Jak się sytuacja na zewnątrz poprawi, a musi się poprawić, może za rok, to wtedy inwestycje będą mogły wpływać, ale to już będzie 2016 rok czy nawet 2017. Gdyby wtedy inwestycje działały, spożycie działało, a do tego jeszcze eksport, to u nas mógłby być wzrost nawet 4,5 proc. PKB.

Tymczasem gospodarka rynkowa rozwija się cyklicznie i po okresach dobrego wzrostu, dobrej koniunktury musi nastąpić okres dekoniunktury. Joyflation nie jest dana na stałe.

– Dobrze by było, żeby było tak stale, ale to jest niemożliwe – podkreśla prof. Marian Noga z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. – Chodzi tylko o to, żeby te amplitudy wahań nie były za wysokie i żeby nie było tych wahań zbyt częstych. Żeby gospodarka możliwie długo była w fazie wzrostu. Jeżeli nawet musi być spadek, to żeby to spowolnienie nie było za duże i raczej krótkie, toby była najlepsza sytuacja dla gospodarki.

Inflacja, czyli wzrost cen, powróci prawdopodobnie już jesienią, gdy pojawi się efekt bazy, czyli ceny będą porównywane do niskich cen z jesieni 2014 roku, a ponadto dołączą się czynniki sezonowe. Zdaniem prof. Mariana Nogi najlepsza dla gospodarki byłaby inflacja na poziomie ok. 2 proc., a Rada Polityki Pieniężnej powinna rozważyć obniżenie celu inflacyjnego właśnie do tego poziomu z obecnych 2,5 proc.

– Spowodowałoby to, że cel inflacyjny w Polsce byłby identyczny jak w Wielkiej Brytanii, Szwecji, Danii czy jak – przede wszystkim – w strefie euro. To jest pierwszy krok. A drugi krok to doprowadzić inflację bieżącą do poziomu 2 proc. To jest ważne dlatego, że postęp cywilizacyjny kosztuje. Każdy z nas pracuje w określonym miejscu i zdobywa określone kwalifikacje, zwiększa swoje doświadczenie, potem lepiej pracuje, a za to pracodawca powinien nam zapłacić. Mówi się, że to jest gdzieś 2 proc. wzrostu, a u nas nie ma nieraz wzrostu płac w sektorze budżetowym przez trzy lata. A ci pracownicy są lepsi. I w związku z tym musimy się zgodzić na inflację 2-proc., cel bym obniżył do 2 proc. i pilnował potem tych 2 proc.

Apator prognozuje kolejny dobry rok. Inwestycje spółki powinny podnieść jej przychody

0

CEO Magazyn Polska

Apator, wiodący polski producent sprzętu pomiarowego, liczy na to, że w 2015 roku zwiększy swoje przychody. Spółce ma pomóc ekspansja na rynku brytyjskim, gdzie w lutym została jedynym właścicielem działającej w podobnej branży firmy George Wilson Industries Limited.

Apator za spółkę z Coventry zapłaci w sumie 5,4 mln funtów. Spłaci też 1,7 mln funtów, jakie brytyjska spółka winna jest poprzedniemu właścicielowi, firmie National Industry Group.

– To daje nam dostęp do rynku brytyjskiego, będziemy mieli pełną kontrolę nad spółką – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Nowak, członek zarządu, dyrektor ds. finansowych Apator SA. – Rysują się tam bardzo ciekawe perspektywy wejścia na rynek smart meteringu, a GWi (George Wilson Industries) ma być wehikułem, który ma nam w tym pomóc.

Pieniądze przeznaczone na zakup GWi będą pochodziły z kredytu inwestycyjnego. Apator nie planuje szukać innego sposobu finansowania tej transakcji.

– Wielkość inwestycji jest taka, że to źródło finansowania, tzn. kredyt inwestycyjny, jest wystarczające, nie myślimy w tym momencie o innych źródłach, biorąc pod uwagę wielkość tej transakcji deklaruje Piotr Nowak.

Jak zaznacza, pozycja Apatora na rynku jest coraz lepsza i spółka liczy na to, że poprawi bardzo dobre wyniki z 2014 roku.

– Prognozujemy dalsze zwiększenie przychodów z działalności organicznej w linie opomiarowania energii elektrycznej, wody i gazu. Częściowo wzrosty będą wzmocnione też dzięki naszej akwizycję GWi w Wielkiej Brytanii.

W ubiegłym roku przychody Apatora ze sprzedaży wzrosły o 42,5 mln zł, przekraczając 725 mln zł. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej bliski był 85 mln zł, co oznacza wzrost o 17 mln w porównaniu z 2013 rokiem. To oznacza, że rośnie też dywidenda płacona akcjonariuszom spółki.

– Apator zadeklarował 80 gr na akcję z zysku za 2014 rok przypomina członek zarządu i dyrektor ds. finansowych spółki. – W naszej polityce mamy zapisane, że możemy dystrybuować maksymalnie do 75 proc. zysku. To będzie zależało od naszej sytuacji i planów inwestycyjnych. Będziemy rozważać te poziomy w roku nadchodzącym.

Apator produkuje liczniki wodne, gazowe, a przede wszystkim elektryczne. Wraz z rozwojem technologicznym zmienia się ich konstrukcja i w całej Europie dostawcy mediów systematycznie je wymieniają. Spółka liczy na dynamiczny wzrost tego rynku w najbliższych latach i swój udział w tym wzroście. Sporo też inwestuje. CAPEX spółki w ostatnich latach utrzymuje się na poziomie ok. 23 mln zł rocznie. Teraz ma być podobnie.

– To będą inwestycje zbliżone do poziomu z lat ubiegłych zapowiada Piotr Nowak z zarządu Apatora. – Będziemy inwestować głównie w majątek trwały, odtworzeniowy, moce produkcyjne Apatora. Będziemy realizować kilka nowych projektów, ale te poziomy nie powinny odbiegać od tych, które Apator prezentował w latach ubiegłych.

Selgros Cash & Carry rozbudowuje swoją sieć sprzedaży i rozwija sklep internetowy. Spółka stawia na dostawy do hoteli, restauracji i kawiarni

CEO Magazyn Polska

Selgros, jedna z trzech działających w Polsce sieci hurtowni spożywczych typu cash & carry, rozwija swój sklep internetowy. Firma stawia na dostawy z dowozem do lokali gastronomicznych, oczekując, że będzie ją to wyróżniało na rynku.

Otwierając pierwszą hurtownie w latach 90., Selgros Cash & Carry zakładał, że stworzy ich docelowo pięć. Obecnie otworzył ich już 16, a w planach ma kolejne cztery. Dwie z nich mają powstać w tym roku, z czego jedna w Warszawie. Pięć kolejnych przejdzie modernizację. Jak deklaruje operator hurtowni, dobre wyniki, jakie sieć osiągnęła na polskim rynku, sprawiły, że jej rozwój był znacznie bardziej ambitny niż pierwotnie zakładano. Potwierdził to 2014 rok.

– Wydaje mi się, że rok był dobry mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Wardęcki, kierownik działu obsługi klienta Selgros Cash & Carry. – Otworzyliśmy kolejną halę w Lublinie, rozwijamy nową działkę naszej działalności w postaci e-sklepu. Staramy się też pozyskiwać klientów gastronomicznych, oferując im dowóz. Następny rok będzie czasem ugruntowywania tych działań i zdobywania coraz mocniejszej pozycji u dostawców.

Selgros Cash & Carry oferuje w swych hurtowniach zaopatrzenie dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Obecnie zatrudnia przeszło 4000 pracowników, a każda kolejna hala to ok. 300 nowych miejsc pracy. Wyróżnikiem sieci Selgros jest stworzenie systemu dostaw dla segmentu HoReCa, czyli firm prowadzących działalność hotelarsko-restauracyjną. Wymaga to systematycznego dostarczania do klienta szerokiego asortymentu towarów spożywczych. Zapewnienia im odpowiedniego przechowywania i transportu oraz czasu dostawy. Za tę działalność Selgros został uhonorowany podczas marcowych targów Poland & CEE Retail Summit. Potwierdza to, że współpraca sieci z klientami układa się dobrze podkreśla Piotr Wardęcki z Selgros Cash & Carry.

– Kolejny rok jesteśmy przez nich doceniani, wygrywamy z innymi firmami z branży. Sądzę jednak, że trudne zadanie dopiero przed nami: musimy działać na takim poziomie jak dotychczas, ewentualnie osiągać jeszcze lepsze wyniki, żeby w kolejnych edycjach konkursu zdobywać podobne nagrody. Mocno podniosło nam to poprzeczkę – mówi kierownik działu obsługi klienta Selgros Cash & Carry.

Selgros Cash&Carry to sieć wielkopowierzchniowych hurtowni, do których klient przyjeżdża własnym transportem i płaci gotówką, w odróżnieniu od hurtowni tradycyjnych, które same dowożą zamówiony towar do klienta i wystawiają fakturę z odroczonym terminem płatności. W Polsce Selgros ma trzecią pozycję na rynku, po sieciach Makro oraz Eurocash.

J.K. Bielecki: po sukcesach eksportowych polskie firmy zaczynają myśleć o fuzjach i przejęciach

CEO Magazyn Polska

Sukcesy w eksporcie na zagraniczne rynki skłaniają polskich przedsiębiorców do myślenia o fuzjach i przejęciach. Sprzyjają temu również warunki gospodarcze, czyli przedłużające się problemy rozwiniętych państw europejskich i tani pieniądz. Ekspansje polskich firm może wesprzeć kapitałowo uruchomiony kilka miesięcy temu Fundusz Ekspansji Zagranicznej BGK, który oferuje środki do 50 mln zł.

Firmy z Polski doszły do tego etapu, że po okresie ekspansji eksportowej myślą coraz częściej o fuzjach i przejęciach. Myślę, że fundusz uruchomiony w ramach BGK będzie wspierał ekspansję zagraniczną polskich przedsiębiorstw – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący Rady Partnerów EY.

Zadaniem Funduszu Ekspansji Zagranicznej BGK jest wsparcie kapitałowe polskich firm, które dokonują ekspansji zagranicznej. Udział FEZ w każdym z projektów wyniesie od 5 mln do 50 mln zł i może stanowić maksymalnie 50 proc. wartości całej inwestycji. Funduszem zarządza TFI BGK i działa on od początku 2015 roku. Obecnie dysponuje kapitałami w wysokości 100 mln zł, ale w ciągu 7 lat mają one wzrosnąć do 1,5 mld zł.

Do transakcji fuzji i przejęć zachęca przede wszystkim otoczenie gospodarcze. Spowolnienie w Europie trwa już 7 lat i w niektórych krajach nadal stanowi poważny problem. Jak podkreśla Bielecki, kryzys sprzyja tym, którzy są przedsiębiorczy i mają kapitał, a w takiej roli coraz częściej występują polskie firmy.

– Pojawiają się szanse akwizycyjne, gdyż w tej chwili w gospodarce światowej, szczególnie w krajach bardziej rozwiniętych, nie brakuje pieniądza, tylko pomysłu na inwestycje – podkreśla przewodniczący Rady Partnerów EY. – Jeśli są polscy przedsiębiorcy, którzy mają pomysł i wiedzą, co zrobić, to teraz nadchodzi właściwy moment.

Tym bardziej że koszt pieniądza jest rekordowo niski. W Polsce i krajach rozwiniętych stopy procentowe są na historycznie niskich poziomach. Poza tym myśleniu o przejęciach na rynkach zagranicznych sprzyja również demografia.

– Skutki starzejącego się społeczeństwa zachodniego zaczynają nam służyć. Niektóre biznesy rodzinne w Europie Zachodniej po prostu są sprzedawane przez starszych przedsiębiorców, którzy na ostatnie lata chcą się spokojnie scashować – podkreśla Jan Krzysztof Bielecki.

Z drugiej strony spowolnienie w gospodarce globalnej jest wyzwaniem, z którym polskie firmy również muszą sobie radzić.

– Od ponad roku mówi się o tzw. sekularnej stagnacji, czyli o poważnym spowolnieniu rozwoju gospodarczego w krajach najbardziej rozwiniętych w perspektywie nawet kilkunastu lat. To jest nowe wyzwanie, z którym musimy sobie poradzić – zaznacza Bielecki.

Według ekonomistów sekularna stagnacja w Europie wynika m.in. z dysproporcji handlu zagranicznego w strefie euro. Przed 2008 rokiem państwa z południa Europy osiągnęły deficyty na rachunkach bieżących, a państwa z północy miały z kolei nadwyżki. Pierwsza grupa stała się zatem dłużnikiem drugiej grupy, będącej wierzycielem. Nierównowaga handlowa jest jedną z przyczyn mniejszej dynamiki wzrostu PKB w Europie niż w USA bądź krajach BRICS.

Problemem w informatyzacji administracji jest kryterium najniższej ceny. Instytucje publiczne to wymagający klient dla firm IT

0

Sektor publiczny staje się jednym z ważniejszych klientów firm informatycznych. W kolejnych latach zamówień może być jeszcze więcej, bo cyfryzacja będzie finansowana również ze środków unijnych. Administracja to wymagający zleceniodawca, bo każde rozwiązanie IT jest tworzone na miarę, a dodatkowym wyzwaniem są wymogi Prawa zamówień publicznych i kryterium najniższej ceny.

Trudno znaleźć kilka podobnych ministerstw czy instytucji w jednym kraju, w związku z czym każda z nich ma swoją specyfikę i wymaga rozwiązań tworzonych na miarę, pod konkretne procesy, pod swój specyficzny rodzaj działalności – mówi agencji Newseria Borys Stokalski, prezes zarządu spółki Infovide-Matrix. – Druga rzecz to ustawa o zamówieniach publicznych. Praktyka jej stosowania wymaga doskonalenia.

To dwie cechy odróżniające sektor publiczny od innych klientów firm IT.

Zgodnie z Prawem zamówień publicznych cena nadal jest elementem mającym  kluczowy wpływ na wyniki organizowanego przez podmiot sektora publicznego przetargu. Zdaniem Stokalskiego decydenci w sektorze działają pod presją filozofii najniższej ceny, co powoduje, że często wygrywa oferta najtańsza, ale w praktyce niemożliwa do zrealizowania w sposób, który przyniesie oczekiwane korzyści zamawiającemu.

Specyfika pracy w sektorze publicznym polega na tym, by nie poddać się temu szaleństwu. Oczywiście dostawcy powinni twardo konkurować o kontrakty, ale równie ważne jest to, żeby klient na końcu był w stanie w sensowny sposób korzystać z rozwiązania, które dostanie. Jeżeli jesteśmy w stanie, dostarczając sensowne rozwiązanie, jednocześnie zaproponować rozwiązanie, które jest atrakcyjne cenowo, to wtedy udaje nam się takie przetargi wygrywać – mówi prezes Infovide-Matrix.

Technologia staje się narzędziem modernizacji państwa. Informatyka zyskuje w oczach decydentów politycznych, którzy są dysponentami środków sektora publicznego. W wielu obszarach – zdaniem Stokalskiego – działające systemy są na najwyższym poziomie. Jako przykład podaje ZUS i NBP.

Jednak mieliśmy ostatnio do czynienia, np. przy okazji wyborów, z działaniami, które nie mieszczą się, niestety, w granicach racjonalnych decyzji menadżerskich i prowadzą do marnotrawstwa środków publicznych i skandali, których wolelibyśmy nie oglądać – uważa prezes Infovide-Matrix.

Stokalski przyznaje, że znaczenie sektora publicznego jest coraz większe, bo i proces informatyzacji w administracji przyspiesza. W kolejnych latach dzięki dofinansowaniu cyfryzacji w ramach unijnych programów zamówień może być jeszcze więcej.

Sektor publiczny jest trzecim co do wielkości klientem naszej spółki. Przewodzą energetyka i przemysł oraz branża finansowa, która obejmuje banki i instytucje ubezpieczeniowe. W tych dwóch segmentach wielkość naszych ubiegłorocznych przychodów wyniosła po około 50 mln zł. Z sektora publicznego pochodziło 26 mln zł. Jest to więc liczący się, choć nie największy, element naszego portfela – podkreśla Borys Stokalski.

Infovide-Matrix jest zainteresowana przetargami we wszystkich segmentach sektora publicznego. Takie instytucje jak Ministerstwo Finansów czy Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa od lat są klientami spółki. Przedsiębiorstwo startuje więc samodzielnie lub w konsorcjum we wszystkich przetargach organizowanych przez te instytucje.

Szukamy też nowych okazji do wykorzystania kompetencji spółki. Ostatnio pozyskaliśmy duży projektu wdrożeniowego w obszarze systemów ERP [rozwiązania wspomagające zarządzanie – red.] dla sądów – dodaje prezes spółki technologicznej.

Investors TFI: widać rosnące zainteresowanie zagranicznych inwestorów spółkami z WIG20

Krajowi inwestorzy w tym roku kupują raczej akcje małych i średnich spółek, dlatego te największe liczą na kapitał zagraniczny. Investors TFI jest zdania, że spodziewane wzrosty na warszawskiej giełdzie podyktowane będą głównie aktywnością inwestorów zagranicznych lokujących kapitały głównie w spółkach blue chip wchodzących w skład indeksu WIG20.

– Widzimy powrót inwestorów, w szczególności zagranicznych, na WIG20 – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji w Investors TFI. – Jeżeli będziemy mogli oczekiwać wzrostów, to tylko dzięki pieniądzom napływającym z zagranicy. Polscy inwestorzy w tym roku bardziej obstawiają małe i średnie spółki, które powinny być liderami wzrostów na giełdzie.

Od początku roku indeks WIG20, gromadzący spółki o największej kapitalizacji na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, wzrósł o 6,9 proc. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca wzrost przekroczył 7 proc. Średnie spółki skupione w mWIG40 od początku roku zyskały blisko 10 proc., a w ciągu miesiąca  2 proc. Z kolei sWIG80 zyskał w tym roku 12 proc., ale przez ostatni miesiąc jedynie 1 proc.

Na razie nie ma jakiegoś szerokiego przepływu do rynków wschodzących kapitału zagranicznego – wskazuje Jarosław Niedzielewski. – Widzimy, że niektóre z tych rynków zachowują się lepiej i w związku z tym inwestorzy zagraniczni część pieniędzy kierują również do Polski. W szczególności dlatego, że jesteśmy blisko rynków zachodnioeuropejskich, które zachowują się bardzo dobrze w ostatnich tygodniach i miesiącach.

Tym bardziej że ożywienie gospodarcze w Europie zaczyna już być widoczne.

Jesteśmy krajem, który leży bardzo blisko niemieckiej, największej w Europie, gospodarki i możemy na tym najbardziej skorzystać, w tym również polskie spółki – przekonuje Niedzielewski. – Wydaje mi się, że sektor, który może rosnąć, to banki. Mają szansę odzyskać siłę, ale tylko gdy będziemy już wiedzieli, czy zostaną podjęte rozwiązania dotyczące kredytów frankowych. To jest kluczowe ryzyko, które do tej pory trochę uniemożliwiało silniejsze wzrosty największemu sektorowi dużych spółek wchodzących w skład WIG20.

W okresie od stycznia do końca marca indeks WIG-banki stracił ponad 3,5 proc. i był jedynym sektorem branżowym na GPW, który w tym czasie odnotował stratę. Dopiero w ostatnich dniach odrobił straty z pierwszego kwartału.

W ramach prac nad nowymi zasadami funkcjonowania rynku kredytów hipotecznych Związek Banków Polskich zaproponował utworzenie dwóch funduszy. Ze wspierającego kredytobiorców Funduszu Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych mogliby korzystać zadłużeni, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej, niezależnie od waluty w jakiej zaciągali pożyczkę. Natomiast zadaniem Sektorowego Funduszu Stabilizacyjnego byłaby pomoc wyłącznie w rozwiązaniu problemu kredytów we frankach szwajcarskich. Związek zaproponował również tzw. uwolnienie zabezpieczeń hipotecznych, czyli ewentualną możliwość zmiany zabezpieczenia na wpis do księgi wieczystej innej nieruchomości.

Firmy mają szanse na lepsze stawki i warunki wynajmu biur. Skorzystają na tym przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa

Warszawski rynek powierzchni biurowej jest coraz bardziej korzystny dla najemców. Duża liczba nowych biurowców wpływa na obniżkę czynszów. Oprócz tego firmy mogą negocjować inne atrakcyjne warunki, np. wakacje czynszowe czy biuro dostosowane do swoich specyficznych potrzeb. To przede wszystkim szansa dla małych i średnich firm na siedzibę w bardziej prestiżowych lokalizacjach.

Jak wynika z danych firmy JLL, w ubiegłym roku w Warszawie przybyło blisko 280 tys. mkw. powierzchni biurowej. Ogółem w stolicy całkowita podaż to prawie 4,5 mln mkw.

To bardzo dobry czas dla firm, które mają siedziby np. w mieszkaniach, żeby wprowadzić się do nieruchomości biurowych, które były dotychczas dla nich niedostępne – mówi Bartosz Budnicki, dyrektor operacyjny w Commerson, firmie oferującej doradztwo i pośrednictwo w obrocie nieruchomościami komercyjnymi. – W tej chwili deweloperzy są w stanie wykończyć powierzchnie zgodnie z wymaganiami nowego najemcy, udzielają też wakacji czynszowych. Dlatego klient może całkowicie bezkosztowo wejść w nowe biuro w prestiżowej lokalizacji.

Obecnie w stolicy w budowie jest 760 tys. mkw. powierzchni biurowej. W 2015 roku w Warszawie do użytku zostanie oddanych ok. 320 tys. mkw., przynajmniej tyle samo w 2016 roku.

Warsaw Spire to 100 tys. mkw., Hines to kolejne 70 tys. mkw. i jeszcze 90 tys. firmy Skanska. Nie widać, żeby przez najbliższe parę lat ta tendencja miała wyhamować. Jedynym hamulcem mogą być banki, które wstrzymają finansowanie nowej podaży, ale trudno ocenić, czy tak faktycznie się stanie – mówi Budnicki.

W ubiegłym roku podpisano umowy najmu na 612 tys. mkw. (dane JLL). Duża liczba nowych inwestycji sprawia jednak, że coraz więcej deweloperów ma problem ze znalezieniem najemców. Raport firmy CBRE „Warsaw Office MarketView Q4 2014” wskazuje, że obecnie 570 tys. mkw. to pustostany. Na koniec 2015 roku bez najemcy może być 18 proc. powierzchni, a w 2016 roku może być to ponad 20 proc. – oceniają eksperci. To trudna sytuacja dla deweloperów, ale wyjątkowo korzystna dla najemców.

Jeśli banki nie wstrzymają finansowania, możemy mieć rynek najemcy przez najbliższe 10 lat. Jeśli nastąpi wstrzymanie finansowania nowych inwestycji, może się okazać, że sytuacja rynkowa, korzystna dla małych i średnich firm, ulegnie zmianie w ciągu trzech lat – przekonuje ekspert firmy Commerson.

Obecna sytuacja to okazja nie tylko do rewizji warunków dotychczasowych umów i negocjacji niższego czynszu, lecz także do znalezienia nowego biura w dobrej lokalizacji i korzystnej cenie. Budnicki przekonuje, że warto w tym celu skorzystać z pomocy firm, które zajmują się doradztwem w obrocie nieruchomościami i mogą pomóc zarówno w negocjacji czynszu, jak i wyborze właściwego budynku.

Wybór budynku jest bardziej skomplikowany. Na finalną ofertę składa się nie tylko cena za 1 mkw., lecz także efektywność budynku, składowe opłat serwisowych i inne warunki najmu. Kiedy przychodzi klient, który twierdzi, że potrzebuje 450 mkw., to po weryfikacji jego wymagań budynki, które mu przedstawiamy, mogą, w zależności od efektywności, oferować powierzchnię od 350 do 550 metrów – wskazuje Budnicki.

Klienci wciąż ostrożnie korzystają z pomocy takich firm. Tym bardziej że część pośredników może równocześnie reprezentować deweloperów.

Polacy nie oszczędzają na produktach dla dzieci. Sieć sklepów Coccodrillo chce wykorzystać dobrą koniunkturę

CEO Magazyn Polska

Sklepy z produktami dla dzieci notują coraz lepsze wyniki. W ubiegłym roku Coccodrillo miało 11,4 mln zł zysku. To wynik lepszy niemal o 275 proc. od osiągniętego w 2013 roku. Firma planuje utrzymać wynik finansowy na zbliżonym poziomie i zwiększyć obroty o ok. 7-10 proc. Wyniki mogą być jeszcze lepsze, bo rynek produktów dla dzieci systematycznie rośnie. W ubiegłym roku jego wartość przekroczyła 9 mld zł.  

Jesteśmy bardzo zadowoleni ze sprzedaży w 2014 roku. Pierwsze miesiące tego roku również pokazują, że jesteśmy dobrze odbierani, a nasze kolekcje cieszą się zaufaniem klientów – mówi agencji Newseria Biznes Marek Dworczak, prezes zarządu CDRL, właściciela marki Coccodrillo. – Styczeń zamknął się ponad 20-proc. wzrostem w stosunku do poprzedniego roku, podobnie w lutym i marcu – dodaje.

Rynek produktów dla dzieci rośnie. Z danych firmy PMR wynika, że w 2014 roku był on wart ok. 9 mld zł, co oznacza mniej niż 3-proc. wzrost względem 2013 roku. W najbliższych latach dynamika ma być jeszcze większa – ok. 4 proc. Branża liczy na coraz lepsze wyniki, zwłaszcza że powoli poprawia się sytuacja demograficzna. W 2014 roku, po raz pierwszy od czterech latach, zanotowano wzrost urodzeń (376 tys., o 6 tys. więcej niż w 2013 roku).

Chcemy utrzymać dynamikę sprzedaży na poziomie 7-10 proc. Zapewne nie uda nam się osiągnąć takiego wzrostu, jaki zanotowaliśmy między 2013 a 2014 rokiem, kiedy z 3 mln zł osiągnęliśmy ponad 11 mln. Ponad 200-proc. wzrost jest niewykonalny, ale będziemy zadowoleni, jeśli nasz wynik będzie na podobnym poziomie netto jak w 2014 roku – podkreśla prezes CDRL.

Odzież i obuwie dziecięce to największy segment rynku produktów dla dzieci. W ubiegłych latach odzież generowała ponad 30 proc. sprzedaży (odzież i obuwie łącznie blisko połowę). Jak zaznacza Dworczak, najlepiej sprzedaje się odzież dla niemowlaków i najmłodszych dzieci.

Z raportu PMR wynika, że wybierając produkty dla dzieci, Polacy częściej sięgają po asortyment z górnej półki i uznane marki.

Kładziemy nacisk na jakość, na to gdzie i jak produkujemy. Nasze produkty są poddawane weryfikacji i kontroli jakości kilkakrotnie, od momentu powstania wzorów do ostatecznej weryfikacji, jak już towar zostanie dostarczony na nasz magazyn w Kościanie – zaznacza Dworczak. – Ludzie nam zaufali, chętnie kupują nasze produkty, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i internetowych. To jest taki powód, dla którego tak śmiało patrzymy w przyszłość.

Sieć Coccodrillo liczy obecnie ponad 360 sklepów na całym świecie (z czego 214 w Polsce). W tym roku powierzchnia handlowa powinna wzrosnąć o ok. 9 proc. do 457 placówek na koniec roku. Klienci będą mogli kupować również w sklepie internetowym.

Dynamicznie rośnie sprzedaż samochodów ciężarowych. Producenci opon spodziewają się dużych wzrostów

Polscy producenci opon mają nadzieję, że najgorsze już za nimi. Liczą na to, że już w tym roku krajowa sprzedaż zacznie rosnąć i będzie to zapowiedzą jeszcze większych wzrostów w 2016 roku. Na razie Polacy wola kupować samochody niż opony.

W ubiegłym roku sprzedaż opon do aut osobowych była o 2 proc. mniejsza niż rok wcześniej. W przypadku ogumienia do samochodów ciężarowych spadek wyniósł aż 11 proc. To efekt spowolnienia w inwestycjach. Wraz z uruchomieniem środków unijnych ruszą nowe projekty, więc branża liczy na to, że ten rok i kolejne lata przyniosą wzrosty w tym segmencie.

Spadki w segmencie samochodów osobowych są przede wszystkim skutkiem lekkiej jak na nasz klimat zimy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. – W przypadku ciężarówek powodem jest zahamowana sprzedaż samochodów ciężarowych i inwestycji w branży budowlanej. Duże kontrakty infrastrukturalne i budowa dróg na razie zostały wstrzymane. Wszyscy czekają na nowy budżet unijny, nową kontraktację, podpisywanie umów, więc spodziewamy się, że w tym roku i na pewno w przyszłym segment opon ciężarowych na zanotuje wzrosty.

W ubiegłym roku sprzedaż opon do samochodów ciężarowych była o 11 proc. niższa. Sprzedaż tego typu aut w tym okresie spadła o ponad 9 proc. W tym roku wyniki sprzedaży w salonach są już dużo lepsze. Pierwszy kwartał zakończył się na 11-proc. plusie. Tylko w marcu sprzedaż była o 27,4 proc. wyższa niż przed rokiem i o 21,9 proc. wyższa niż w lutym – wynika z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego

– Branża oponiarska składa się z dwóch podstawowych segmentów: opony produkowane i sprzedawane do fabryk motoryzacyjnych na tzw. pierwszy montaż i opony sprzedawane na rynek wtórny. W związku z tym od liczby sprzedanych nowych samochodów i od liczby rejestracji zależy w pewnym stopniu również wynik poszczególnych producentów opon. Im bardziej sprzedaż samochodów rośnie, tym lepiej sprzedają się opony – wyjaśnia Sarnecki.

Spadki sprzedaży opon w Polsce są wyjątkowe na tle całego kontynentu. W ubiegłym roku w Europie sprzedaż była wyższa o 2 proc. w segmencie aut osobowych i o 4 proc. w segmencie samochodów ciężarowych.

W całej Europie sprzedaje się 165 mln sztuk opon do aut osobowych, w Polsce – około 9,5 mln. W przypadku samochodów ciężarowych to 8,5 mln sztuk w Europie, około 700-800 tys. w Polsce – informuje dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. – Analizując dane rynkowe, można powiedzieć, że 2014 rok w Europie był nieznacznie lepszy niż 2013 rok. Spodziewamy się, że ta tendencja zwyżkowa obejmie też 2015 rok. W Polsce również spodziewamy się na koniec 2015 roku poprawy wyników ze względu na zwiększoną liczbę zarejestrowanych samochodów.

Dla działających w Polsce producentów opon rynek krajowy nie jest jednak najważniejszy, ich fabryki pracują bowiem głównie na eksport.

Od lat 90. przemysł oponiarski zainwestował w Polsce 7,5 mld zł – przypomina Piotr Sarnecki. – Mamy cztery fabryki: w Olsztynie, Dębicy, Poznaniu i Stargardzie. Dziennie produkują one 130 tys. sztuk opon, więc jesteśmy bardzo dużą branżą i dużym eksporterem. Nasze produkty są sprzedawane na czterech kontynentach.

Polacy coraz chętniej sięgają po wina. Do winiarskich potęg sporo nam jednak brakuje

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż win w Polsce rośnie. Z raportu KPMG wynika, że już co dziesiąta złotówka wydana na alkohol przypada właśnie na wina. Najczęściej kupowane są trunki do 30 zł za butelkę, coraz częściej wytrawne i półwytrawne, a nie deserowe jak kilka lat temu. Rocznie Polak wypija 7 litrów wina, w tym 3,5 litra wina gronowego. Spożycie w krajach winiarskich jest kilkukrotnie większe.

Coraz więcej ludzi pije wina, jednak wciąż znacznie częściej sięgają po piwa. Spożycie piwa dziś to ok. 90 litrów rocznie na osobę, a wina – w granicach 7 litrów, z czego 3,5 litra przypada na wina gronowe. Pozostałe 3,5 proc. to wina owocowe, wszelkiego rodzaju napoje fermentowane produkowane na bazie polskich owoców – mówi agencji Newseria Biznes Elżbieta Pawłowska, członek honorowy Polskiej Rady Winiarstwa.

W międzynarodowych rankingach Polacy pod względem spożycia wina wciąż są w tyle Europy (35. miejsce). Francuzi wypijają rocznie 45 litrów wina (15 razy więcej), niewiele mniej Portugalczycy (42 litrów), czy Włosi (37 litrów). Rynek rośnie jednak w siłę. Jak wynika z raportu KPMG, od 2004 roku sprzedaż win gronowych, zarówno spokojnych, jak i musujących, wzrosła w Polsce o 56 proc.

Upodobania konsumentów idą w kierunku win wytrawnych, półwytrawnych i półsłodkich. Jeszcze kilkanaście lat temu preferowano wina deserowe i ziołowe – ocenia ekspertka. – Na wina musujące największe zapotrzebowanie jest w okresie karnawału, ale już w tej chwili obserwujemy, że te wina również interesują konsumentów w ciągu całego roku, przede wszystkim latem, np. szampan z truskawkami.

Prognozy KPMG wskazują, że rynek wina może się rozwijać w tempie blisko 7 proc. rocznie. Może mieć to związek z coraz większą ofertą, zwłaszcza w dyskontach. Tam też najczęściej kupujemy wina (44 proc. ). Sięgamy po te do 30 zł za butelkę. Rzadziej kupujemy wina premium w sklepach specjalistycznych.

Niemniej jednak już jest coraz większa grupa konsumentów, którzy z racji tego, że wyjeżdżają za granicę i spotykają się z określonymi winami, szukają ich na naszym rynku i wówczas kupują również wina droższe – zaznacza Pawłowska.

Same firmy zajmujące się dystrybucją zaznaczają, że w ciągu najbliższych lat wzrośnie znaczenie win niemusujących, przede wszystkim w przedziale cenowym 30-60 zł (wzrost o 71 proc. wedle raportu KPMG).

Na stole Polaków dominują wina europejskie, stąd pochodzi 75 proc. importowanych win gronowych. W 2013 roku kluczowym dostawcą były Włochy (21,3 mln litrów). Coraz większym zainteresowaniem cieszą się wina z Nowego Świata (np. z USA i Chile). Chętnie otwieramy się też na nowości.

Większa popularność wina różowego na Zachodzie przenoszona jest na nasz rynek. Obecnie cieszy się ono sporą renomą – przyznaje Elżbieta Pawłowska.

Choć zdecydowana większość win obecnych na polskim rynku pochodzi z importu, powoli rośnie też zainteresowanie rodzimą produkcją. Z informacji Agencji Rynku Rolnego wynika, że w sezonie 2013/2014 działało 49 producentów wina (cztery lata wcześniej było ich 21), a uprawiana powierzchnia winorośli to ok. 100 ha.

Ogólnie polskie wina są rozprowadzane w regionach, w których są wytwarzane. Zdarza się, że można je kupić w restauracjach czy sklepach. Często jest to połączone z agroturystyką – podkreśla ekspertka Polskiej Rady Winiarstwa.

Producenci telewizyjni mają więcej zamówień od mniejszych stacji. Ich udział w oglądalności rośnie

0

 

Oglądalność tzw. wielkiej czwórki stacji telewizyjnych w ciągu ostatniego roku spadła o blisko 2 pkt proc. Zyskują natomiast mniejsze anteny, które łącznie mają już ponad połowę udziałów w oglądalności. Rosnąca popularność powoduje, że coraz częściej zamawiają one u krajowych producentów telewizyjnych.

Wielka czwórka, czyli TVN, Polsat i dwa kanały telewizji publicznej, straciła pozycję lidera – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Grzywaczewski, wiceprezes zarządu spółki ATM Grupa, producenta programów telewizyjnych. – Mniejsze anteny mają już większy udział w rynku niż te cztery główne.

Według danych badającej rynek firmy Nielsen Audience Measurement w marcu pierwsze miejsce wśród najpopularniejszych stacji telewizyjnych należało do TVP1. Udział tego kanału w porównaniu z marcem 2014 roku zmniejszył się jednak o 3,43 pkt proc. i wyniósł 12,97 proc. Z trzeciej na drugą pozycję awansował Polsat, którego udział w analizowanym okresie zmniejszył się o 1,45 pkt proc. do 12,26 proc. Na ostatnią lokatę podium spadł TVN, którego wynik w porównaniu z marcem ubiegłego roku zmalał o 6,23 pkt proc. do 11,89 proc. Czwarte miejsce należało do TVP2 (9,21 proc., czyli o 5,15 pkt proc. mniej niż przed rokiem). Łączny udział wielkiej czwórki zmalał z 48,26 proc. w marcu 2014 roku do 46,33 proc. pod koniec ubiegłego miesiąca.

Małe stacje zdają sobie sprawę z tego, że trzeba mieć polski kontent, bo on się najlepiej ogląda – wskazuje Maciej Grzywaczewski. – Zwracają się zatem do nas o polskie produkcje, bo krajowy widz najbardziej je lubi. To bardzo nas cieszy. Są one zresztą, porównując z różnymi, zagranicznymi realizacjami, na bardzo dobrym poziomie.

Jak wynika z zestawiania Nielsena w marcu br. wśród 20 najchętniej oglądanych programów najwięcej, bo dwanaście miejsc, zajęły pozycje wyemitowane przez TVP1, cztery – TVP2, a po dwie – Polsatu i TVN. Największą widownię zgromadził serial „M jak miłość” TVP2, którego najchętniej oglądany odcinek (10 marca) zatrzymał przed telewizorami 7,43 mln osób. Drugie miejsce zajął serial TVP1 „Ranczo”, którego odcinek z 15 marca zgromadził średnio 7 mln osób.

Bardzo się otwieramy na przyzwyczajenie krajowego widza do krajowych produkcji – przekonuje Grzywaczewski. – Stąd właśnie poszliśmy w stronę Pulsu, współpracujemy z Foksem i Discovery. Powstaje nowy kanał Canal+ Discovery. Będziemy jednym z jego głównych partnerów produkcyjnych. To bardzo dużo produkcji lifestyle’owych, które choć są trochę tańsze, to rynek jest nimi bardzo zainteresowany.

ATM Grupa współpracuje również ze stacją TV4 przy produkcji telenoweli dokumentalnej „Policjantki i policjanci”. Ten format również cieszy się w Polsce coraz większą popularnością.

Jesteśmy otwarci także na współpracę z mniejszymi kanałami. One oferują trochę mniejsze budżety, ale jesteśmy w stanie dać im za to dobrą ofertę – zapewnia wiceprezes ATM Grupa.

Producentom telewizyjnym sprzyja również rynek reklamy TV. W ubiegłym roku wpływy w tym segmencie były większe o 5,6 proc.

Mimo przenoszenia się reklamy do internetu widzimy pozytywne trendy również w telewizji. Cały czas podaż reklamy na tym rynku, szczególnie w kraju, utrzymuje się na dobrym poziomie, bo Polacy przede wszystkim oglądają telewizję. Młode pokolenie może rzeczywiście częściej korzysta z internetu, choć często jest on po prostu instrumentem do ściągania kontentu telewizyjnego czy fabularnego – wskazuje Grzywaczewski.

Niewielka popularność ubezpieczeń dla rowerzystów. Wykupuje je tylko 5 proc. Polaków

Polacy pokochali jazdę na rowerze. Z badań CBOS wynika, że z jednośladów korzysta aż 70 proc. społeczeństwa. Wciąż jednak co czwarty nie stosuje obowiązkowych odblasków, a  tylko co trzeci jeździ w kasku. Tylko 5 proc. zdecydowało się wykupić odpowiednie ubezpieczenie. Na rynku są obecnie dostępne pakiety AC, OC i NNW dla rowerzystów, które pomagają uniknąć wysokich kosztów w razie utraty pojazdu lub udziału w wypadku drogowym.

Z badań przeprowadzonych przez Europ Assistance Polska wynika, że bezpieczeństwo jest ważne dla rowerzystów, ale nie wszyscy przywiązują do tego odpowiednią wagę. 23 proc. nie stosuje odblasków, a tylko 33 proc. jeździ w kasku. Z kolei blisko 66 proc. rowerzystów przed przejażdżką sprawdza stan swojego roweru. Dodatkowo prawie połowa miłośników jednośladów jeździ tylko po wyznaczonych trasach. Zdecydowanie częściej robią to kobiety, one jednak rzadziej niż mężczyźni używają kasków czy ochraniaczy. Cykliści pamiętają także o dzieciach: 40 proc. najchętniej przewozi pociechy w foteliku rowerowym, tylko 4 proc. korzysta ze specjalnych przyczepek. Co ciekawe, zaledwie 5 proc. polskich cyklistów korzysta z przeznaczonych dla nich ubezpieczeń. 49 proc. kupiła je samodzielnie, pozostali otrzymali je w ramach innego ubezpieczenia.

Na rynku co roku pojawiają się nowe produkty ubezpieczeniowe dla rowerzystów. Najczęściej dotyczą one ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej, ubezpieczenia kradzieży pojazdu oraz od wystąpienia nieszczęśliwego wypadku. Oferta jest zróżnicowana. Możemy kupować takie ubezpieczenia osobno lub w pakiecie z innymi produktami ubezpieczeniowymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Justyna Niebutkowska, specjalista ds. PR i marketingu Europ Assistance Polska.

Dla rowerzystów dostępne są trzy rodzaje polis: AC, OC i NNW. AC chroni przed stratami wynikającymi z utraty lub uszkodzenia roweru, co przydarza się co dziesiątemu Polakowi.

Zdaniem policji rowerzyści niedostatecznie zabezpieczają swoje pojazdy: 71 proc. stosuje zabezpieczenia mechaniczne, takie jak łańcuchy, linki i zapięcia typu un-lock. 16 proc. znakuje swój rower, a 14 proc. stosuje blokadę na tylne koło. Najczęściej kradzieże dokonywane są w miejscu zamieszkania.

Na przykładzie ubezpieczenia Pomoc Rowerowa możemy pokazać, że nie samo ubezpieczenie jest jego przedmiotem, lecz także assistance, które jest do niego dołączone. Tak jak w assistance samochodowym ubezpieczony rowerzysta może liczyć zarówno na odszkodowanie, jak i na pomoc w przypadku awarii pojazdu, która wiąże się np. z holowaniem roweru albo usprawnieniem go na miejscu zdarzenia – mówi Justyna Niebutkowska.

Przeznaczone dla rowerzystów ubezpieczenie NNW pokryje koszty związane z chorobą po wypadku drogowym. OC chroni natomiast rowerzystę od odpowiedzialności finansowej za szkodę wyrządzoną innej osobie podczas jazdy na rowerze. Ubezpieczenie to kosztuje kilkanaście złotych rocznie, a może uchronić przed poważnym wydatkiem. Ze statystyk Komendy Głównej Policji wynika, że stale wzrasta liczba wypadków z udziałem rowerzystów. W 2013 roku doszło do blisko 5 tys. wypadków, to o 70 więcej niż dwa lata wcześniej. Życie straciło w nich aż 317 osób, wiele zostało rannych.

Dobre ubezpieczenie powinno być jak najlepiej dostosowane do potrzeb rowerzysty.

Jeżeli często jeździmy, to warto wybrać ubezpieczenie, które zawiera w sobie pakiet assistance. Wraz z częstotliwością poruszania się na rowerze wzrasta też ryzyko wystąpienia awarii naszego pojazdu, a wtedy assistance może być bardzo przydatny. Jeżeli jesteśmy zwolennikiem ubezpieczeń majątkowych i chcemy chronić swój dobytek, to warto rozważyć zakup ubezpieczenia majątkowego, do którego będzie dołączone również ubezpieczenie rowerowe – mówi Justyna Niebutkowska.

Ogólnopolskie Badanie Rowerowe Europ Assistance Polska pokazało, że 56 proc. polskich cyklistów jeździ na rowerze kilka razy w tygodniu, a 19 proc. nawet codziennie. Większość, bo aż 87 proc., jazdę na rowerze traktuje rekreacyjnie, 28 proc. korzysta z roweru, by pojechać do sklepu po zakupy, a 26 proc. dojeżdża w ten sposób do pracy lub szkoły.

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Zaskakujące orzeczenie w sprawie bankowego tytułu egzekucyjnego

0

Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy o bankowym tytule egzekucyjnym są niezgodne z konstytucją. Poniżej Komentarz Bartosza Wyżykowskiego, radcy prawnego, eksperta Konfederacji Lewiatan.

14 kwietnia 2015 r. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy ustawy – Prawo bankowe umożliwiające bankom wystawianie bankowych tytułów egzekucyjnych (BTE), są niezgodne z art. 32 ust. 1 Konstytucji RP, a więc z zasadą, że wszyscy są równi wobec prawa (sygn.: P 45/12). Przepisy tracą moc obowiązującą z dniem 1 sierpnia 2016 r.

To zaskakujące orzeczenie, dlatego, że problematyka ta dwukrotnie była przedmiotem rozważań Trybunału Konstytucyjnego i w obu wyrokach (wyrok z dnia 16.05.1995 r., K 12/93 i wyrok z dnia 26.01.2005 r., P 10/04), Trybunał Konstytucyjny orzekł, że instytucja BTE nie jest niezgodna z Konstytucją RP. W najnowszym orzeczeniu Trybunał Konstytucyjny uznał jednak, że prawo do wystawiania BTE jest przywilejem banków, naruszającym zasadę równego traktowania w trzech aspektach. A mianowicie w relacji między bankiem a jego klientem, w relacjach między bankami jako wierzycielami a pozostałymi podmiotami będącymi wierzycielami oraz w relacjach między dłużnikami banków i dłużnikami innych podmiotów.

Zlikwidowanie obecnie istniejącego trybu dochodzenia roszczeń, spowoduje konieczność występowania przez banki do sądu z powództwem na zasadach ogólnych, bądź powództwami opartymi na zabezpieczeniach osobowych (np. weksle), rzeczowych, bądź też, co wydaje się bardzo  prawdopodobne, z przyjmowaniem przez banki oświadczeń o poddaniu się egzekucji składanych w formie aktu notarialnego w trybie art. 777 § 1 pkt. 4-6 k.p.c. Zastosowanie tych narzędzi może się z kolei wiązać z dodatkowymi kosztami po stronie klientów banków, w tym konsumentów. Swoją drogą, skoro BTE uznane zostało jako niezgodne z zasadą równości w relacji wierzyciel-dłużnik, z takim uzasadnieniem, że strony powinny mieć równe, co do zasady, możliwości obrony swych praw i interesów wynikających z zawartej umowy, to powstaje pytanie, czy tytuły egzekucyjne z art. 777 k.p.c. tej zasady również nie naruszają?

Powstaje też ciekawe pytanie, jak w okresie do 1 sierpnia 2016 r. (termin utraty mocy obowiązującej przepisów), zachowają się sądy (zwłaszcza powszechne) i czy będą nadawały bankowym tytułom egzekucyjnym klauzule wykonalności, a co za tym idzie, czy BTE będą mogły być podstawą egzekucji? Z jednej strony, już samo ogłoszenie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego uchyla domniemanie konstytucyjności zakwestionowanych przepisów. Z drugiej zaś, odroczenie utraty ich mocy obowiązującej wskazuje, że nagła zmiana stanu prawnego mogłaby być zbyt radykalną i niosącą za sobą negatywne skutki. Zresztą w swoim komunikacie, Trybunał wskazał, że odroczenie to umożliwić ma zakończenie spraw w toku oraz wydanie przez ustawodawcę odpowiednich przepisów intertemporalnych. Kluczowa będzie też treść uzasadnienia do wyroku.

Z kolei orzecznictwo Sądu Najwyższego nie jest w tym zakresie jednolite. Wydaje się przeważać pogląd, że przepis uznany za niezgodny z Konstytucją RP, nawet w przypadku odroczenia utraty jego mocy wiążącej, nie powinien być stosowany ani do stanów faktycznych powstałych przed wydaniem wyroku, ani po jego ogłoszeniu (por. wyrok Sądu Najwyższego z dnia 20 maja 2009 r., I CSK 379/08). Również w orzecznictwie sądów administracyjnych dominuje pogląd wyrażony przez Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 6 lutego 2008 r., II OSK 1745/07, że przepis uznany przez TK za niekonstytucyjny ma taki charakter od samego początku, tj. od dnia jego wejścia w życie. W przypadku BTE decyzja o tym, czy i jak stosować przepisy prawa bankowego, należeć będzie do sądów powszechnych.

Nie możemy zmarnować sukcesu ostatnich 25 lat

Prezydent Bronisław Komorowski podsumował pięć lat swojej kadencji i przedstawił plany na przyszłość.

Komentarz Henryki Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan

BochniarzNie możemy zmarnować wspólnej szansy, nie możemy zmarnować sukcesu 25 lat i kolejnej, ale też ostatniej transzy silnego finansowego europejskiego wsparcia. Musimy zbudować nowe przewagi konkurencyjne Polski, bo trzymanie się dotychczasowych, może nas zepchnąć na pozycję gospodarki skolonializowanej. Cieszy nas, przedsiębiorców, że Bronisław Komorowski ma taką samą wizję prezydentury. Powinniśmy budować porozumienie, jak ma wyglądać Polska za 10, 20 lat, a każdy kolejny prezydent i rząd powinni dokładać swoją cegiełkę, zamiast wywracania wszystkiego co zrobili poprzednicy.

W ogłoszonym w lipcu ubiegłego roku Manifeście Polska 2015-2025, zaproponowaliśmy nowe cele na kolejne 10 lat: zwiększenie PKB o połowę, zmniejszenie o połowę skali ubóstwa i przystąpienie do strefy euro. To współgra z priorytetami prezydenta.

Jak osiągnąć te cele? Przede wszystkim trzeba skupić świat polityki na kluczowych kwestiach rozwoju gospodarki i rozwoju społecznego. Nie zapewni nam nowych przewag uchwalanie dziesiątków czy setek nowych ustaw i rozporządzeń, jeżeli nie mamy wizji, strategii i planu. Potrzebna jest uczciwa i rzetelna współpraca wszystkich sił politycznych z pracodawcami i przedsiębiorcami. Potrzebne jest też niezależne centrum analiz strategicznych – ośrodek, który oceniałby postępy i zagrożenia przyjętej strategii rozwoju. Postulujemy powołanie Rady Konkurencyjności po to, by rozwiązania prawne filtrować przez pryzmat przyjętej strategii.
Dla Lewiatana silna obecność Polski w Unii Europejskiej jest kluczowa. To dobre dla Polaków, dla gospodarki, dla Europy. Nie możemy być sami, bo przegramy.

Ogromną szansą jest otwarcie wszystkich partnerów społecznych i rządu na kwestie dialogu społecznego. Mamy uzgodniony projekt, teraz trzeba szybko go uchwalić i zacząć pracę Rady Dialogu Społecznego. Jedno jest jednak pewne: najlepsza nawet ustawa dotycząca dialogu nie spełni oczekiwań, jeśli nie będzie gotowości wszystkich stron , a przede wszystkim rządu, do autentycznego dialogu, zaufania, wspólnego dążenia do rozwiązywania trudnych spraw.

Prezydentura musi być oparta na najwyższych wartościach – wolności i solidarności. Jak pisał Paweł Jasienica, „polityka nigdy nie odbywa się w moralnej próżni. Zaufanie rządzonych do osobistej przyzwoitości rządzących znaczy bardzo wiele.” Prezydent z racji urzędu ma podstawowe zadanie – przywrócić godność i jakość polityce i debacie publicznej.

Konfederacja Lewiatan

Lewiatan w Koalicji na rzecz Polskich Innowacji

0

Realne, trwałe i systemowe zmiany gospodarczo-społeczne to cel, który będzie realizować Koalicja na rzecz Polskich Innowacji. Została powołana do życia przez najprężniej działające w Polsce instytucje naukowe, akademickie i biznesowe. Misja KPI została przedstawiona w czasie spotkania inauguracyjnego, które odbyło się 16 kwietnia w Warszawie.

Koalicja, której założycielami są m.in. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej, Gdański Park Naukowo-Technologiczny, Intel, Konfederacja Lewiatan, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, PwC, Startup Poland czy Wardyński i Wspólnicy działa na rzecz stworzenia przyjaznych warunków dla rozwoju ekosystemu innowacji w Polsce. W wyniku prac KPI zostaną wypracowane szczegółowe proinnowacyjne rozwiązania na rzecz rozwoju sektora B+R w Polsce i zwiększenia poziomu innowacyjności polskiej gospodarki.

– Polska gospodarka odniosła w minionych dekadach niewątpliwy sukces, ale dziś potrzebuje takich zmian, które pozwolą na wyrwanie się z „pułapki średniego rozwoju” i awans do grona krajów wysoko rozwiniętych. Nie da się tego osiągnąć jedynie w drodze kopiowania, importu technologii i zadowalania się rolą globalnych poddostawców. Polskie firmy muszą stać się innowacyjne, ekspansywne, zacząć budować globalne marki i docierać ze swoją ofertą do klientów na całym świecie –komentuje powstanie Koalicji prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.

– Wiadomo powszechnie, że tylko ogólnokrajowa, „wieloresortowa” i skoordynowana polityka w zakresie wparcia nowych technologii może pozwolić na szybkie zwiększenie światowej konkurencyjności Polskiej gospodarki. Wspólne działanie jest więc niezwykle ważne, bowiem rozwój innowacji to nie jedynie wyścig o prymat światowy, ale przede wszystkim wzrost dobrobytu obywateli i bardziej atrakcyjne życie codzienne w Polsce. Dlatego cieszę się, że tak wielu środowiskom zależy na rozwoju kultury innowacyjności w naszym kraju. Wierzę, że w dialogu biznesu i administracji wypracowany zostanie optymalny, przyjazny ekosystem rozwoju nowoczesnych technologii „made in Poland” –  podkreśla prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski, dyrektor NCBR.

– Koalicja na rzecz Polskich Innowacji będzie podejmować między innymi działania mające na celu zbliżenie środowisk naukowych i biznesowych w Polsce, a także poprawienie jakości dialogu międzysektorowego – jest to dla nas jedno z jej najważniejszych zadań. Zależy nam na tym, aby w ramach grup roboczych wypracować między innymi instrumenty wsparcia dla firm chcących zaangażować się w działalność w sferze B+R – dodaje prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Swoją misję Koalicja będzie realizowała poprzez:

1. Rozwijanie inteligencji rynkowej poprzez stymulowanie właściwych kierunków badań naukowych oraz wypracowanie kultury organizacyjnej sprzyjającej wzmacnianiu ekosystemu innowacji.

2. Wskazanie  narodowych specjalności w badaniach i nauce o największym potencjale oraz ich promocja w Polsce i za granicą.

3. Wprowadzanie dogodnych warunków do tworzenia nowych innowacyjnych firm (start-upów) w Polsce oraz działanie na rzecz poprawy ich współpracy z innymi sektorami gospodarki.

4. Wypracowywanie i promowanie narzędzi do ochrony, zarządzania i komercjalizacji własności intelektualnej.

5. Działanie na rzecz zbliżenia świata nauki oraz biznesu, zwiększające skłonność do inwestowania w badania naukowe i transfer wiedzy.

6. Tworzenie dogodnych warunków dla biznesu do otwierania i rozwijania oddziałów R&D w kraju oraz zwiększanie ich zaangażowania w badania naukowe.

7. Wypracowanie strategii zmian legislacyjnych służących rozwojowi innowacyjnej gospodarki.

8. Promowanie twórczych i przedsiębiorczych postaw oraz zachęcanie młodzieży do planowania kariery w obszarze innowacji.

9. Wspieranie budowy wiodących centrów naukowych, które przyciągną do kraju ambitne projekty, wybitne talenty, a wraz z nimi innowacyjne firmy i dodatkowe możliwości finansowania.

Bieżąca działalność Koalicji będzie opierać się na pracach czterech grup roboczych dedykowanych poszczególnym obszarom tematycznym: 1) regulacjom prawnym, 2) współpracy nauki z biznesem, 3) zarządzaniu IP, komercjalizacji badań i Venture Capital oraz 4) systemowi podatkowemu w kontekście procesu innowacji. Operatorem Koalicji na rzecz Polskich Innowacji jest Fundacja Res Publica.