W tym roku możliwy wzrost PKB o 3,7-3,8 proc.

CEO Magazyn Polska

Dzięki wyższym dochodom budżetowym oraz niższym kosztom obsługi długu stan finansów państwa jest lepszy niż oczekiwano. Lepsza koniunktura w strefie euro oraz ożywienie inwestycyjne w kraju sprawią, że polska gospodarka powinna rozwijać się w tym roku w tempie 3,7-3,8 proc. – prognozuje Dariusz Rosati. Czynnikami ryzyka są deflacja i sytuacja geopolityczna.

Według obliczeń Ministerstwa Finansów deficyt budżetowy w ubiegłym roku wyniósł niecałe 29 mld zł, wobec zaplanowanych 47,5 mld zł.

Deficyt budżetowy jest najniższy od wielu lat dzięki częściowo niższym wydatkom związanym z obsługą długu, co jest zasługą niskich stóp procentowych, a także dzięki znacznie wyższym dochodom, które były związane z ożywieniem gospodarczym i przede wszystkim z lepszą skutecznością w ściąganiu podatków – mówi agencji Newseria Biznes prof. Dariusz Rosati, europoseł.

Tegoroczna ustawa budżetowa przewiduje wzrost dochodów do poziomu ponad 297 mld zł, wzrost wydatków do ponad 343 mld zł, więc deficyt ma wynieść maksymalnie 46,1 mld zł. Rząd założył też spadek deficytu sektora finansów publicznych do poziomu 2,8 proc. wielkości PKB.

Liczymy, że w tym roku te pozytywne tendencje się utrzymają. Rząd planuje bardzo ostrożnie deficyt na poziomie czterdziestu kilku miliardów, ale myślę, że będzie on ponownie mniejszy – zakłada polityk Platformy Obywatelskiej.

Motorem wzrostu gospodarczego będzie eksport. Tym bardziej że główny partner handlowy Polski, czyli strefa euro, wychodzi na prostą.

To ożywienie już jest trwałe, właściwie trwa ono od 2014 roku. Strefa euro wydaje się już wychodzić na prostą po sześciu latach stagnacji – podkreśla Rosati. – Druga rzecz to są nasze własne źródła wzrostu. Mamy bardzo dobre wskaźniki inwestycji prywatnych z ubiegłego roku, potwierdza to np. spadek stopy bezrobocia.

Nie bez znaczenia dla ogólnej koniunktury jest też ogłoszony pod koniec zeszłego roku przez szefa Komisji Europejskiej plan inwestycyjny o wartości 315 miliardów euro. Powinien on znacznie pobudzić wzrost gospodarczy oraz zwiększyć poziom zatrudnienia.

Mamy wiele cząstkowych danych, które pokazują, że polska gospodarka rzeczywiście dobrze się rozwija, jest na ścieżce wzrostu częściowo dzięki eksportowi, ale głównie dzięki rynkowi wewnętrznemu. O ile nie zdarzy się nic niespodziewanego, to powinniśmy ten wzrost w tym roku kontynuować na poziomie około 3,7-3,8 proc. – zakłada europoseł.

Do czynników ryzyka Rosati zalicza utrzymującą się od lipca ubiegłego roku deflację oraz sytuację geopolityczną.

Ryzyko związane z dalszą ewentualną eskalacją konfliktu na Ukrainie i ryzyko związane z rozwojem sytuacji w strefie euro, przede wszystkim z Grecją. Gdyby się okazało, że nastąpi jakaś katastrofa grecka, to oczywiście odbiłoby się to również na gospodarce – ostrzega Dariusz Rosati.

Luksusowe samochody sprzedają się w Polsce coraz lepiej

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż luksusowych samochodów w Polsce szybko rośnie. Marvipol liczy, że również w tym roku nabywców znajdzie o kilkanaście procent więcej samochodów marki Land Rover i Jaguar niż w 2014 roku. Dlatego poszerza swoje portfolio o kolejne modele tych aut.

Motoryzacja to drugi obok nieruchomości segment działalności Marvipolu. W ostatnim roku przychody z działalności deweloperskiej nieznacznie przewyższały przychody ze sprzedaży aut z wyższej półki.

Grupa Kapitałowa Marvipol osiągnęła przychody na poziomie ponad 750 mln zł, z czego ok. 350 mln zł pochodziło z segmentu motoryzacyjnego, a 400 mln z segmentu deweloperskiego. Ten pierwszy będzie bardzo dynamicznie rósł w kolejnych latach i taka jest strategia firmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Sekuła, dyrektor finansowy Marvipolu.

Tendencję potwierdzają wyniki firmy w pierwszych miesiącach tego roku, więc Marvipol zakłada solidny wzrost do końca roku. Duże nadzieje wiąże też z nowymi modelami, które wprowadza na polski rynek. To Land Rover Discovery Sport i Jaguar XE, który trafi do salonów w drugiej połowie roku. Te modele mają przyciągnąć klientów, co powinno skutkować wyższymi wolumenami sprzedaży już w 2015 roku.

Wyniki I kwartału są bardzo dobre w segmencie motoryzacyjnym – ocenia Łukasz Sekuła. – Sprzedaliśmy 344 samochody Jaguar Land Rover, co dobrze wróży naszym planom rocznym. Spodziewamy się, ze w tym roku sprzedamy około 1,3 tys. samochodów Jaguar Land Rover. Dla porównania cały zeszły rok to 1118 sztuk, tak że to będzie dwucyfrowy wzrost.

Przychody Marvipolu wzrosły w 2014 roku o 50 proc. do 761,2 mln zł. Zysk netto spółki był w tym czasie ponad trzy razy wyższy niż w 2013 roku i sięgał 48 mln zł. Obecny rok ma być jeszcze lepszy. Optymizm zarządu zdają się potwierdzać najnowsze wyniki deweloperskiej części Grupy. Segment zamknął pierwszy kwartał zgodnie z planem sprzedażowym – 146 podpisanych umów sprzedaży. Sekuła podkreśla, że osiągnięcie wyniku 550-600 sprzedanych mieszkań jest realne. W ubiegłym roku spółka podpisała 776 umów sprzedaży lokali zarówno mieszkalnych, jak i użytkowych.

Central Park Ursynów to nasza główna inwestycja na najbliższe lata – podkreśla dyrektor finansowy Marvipolu. – W tym roku spodziewamy się sprzedaży na poziomie około 400 mieszkań. To mieszkania przede wszystkim jedno- i dwupokojowe, widzimy też bardzo duże zainteresowanie mieszkaniami trzypokojowymi, o metrażu ponad 60 mkw.

Na rynku franczyzy działa już ponad tysiąc marek

CEO Magazyn Polska

Oferta systemów franczyzowych szybko się rozwija, a rynek wszedł w fazę dojrzałości. Istnieje na nim już ponad tysiąc marek i konceptów. W ramach różnych systemów działa przeszło 63,5 tys. placówek – punktów handlowych i usługowych. Chociaż franczyza to inaczej biznes z instrukcją, nie oznacza to, że jest ona pozbawiona ryzyka.

Rynek franczyzy rozwija się od 20 lat i stał się już dojrzały. Mamy do wyboru ponad tysiąc ofert pomysłów na biznes – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Arkadiusz Słodkowski, prezes zarządu analizującej ten sektor firmy doradczej Profit System. – Rynek ma to do siebie, że rozwija się w stronę wzrostu liczby placówek. Nie przewiduję zatem gwałtownego przyrostu kolejnych konceptów. Myślę, że wejście na rynek 20, 50 do 100 nowych pomysłów rocznie to będzie bardzo dużo.

Oferta franczyzodawców jest szeroka. Przedsiębiorcy mogą wybierać wśród ofert za kilka lub kilkanaście tysięcy złotych, lecz także mogą zainwestować nawet 1-1,5 mln zł na przykład w duży supermarket czy placówkę gastronomiczną.

Jak wynika z danych Profit System, w ubiegłym roku sprzedaż franczyzy rozpoczęły kolejne 143 firmy, a 63 poniosły porażkę. Przybyło zatem 80 franczyzodawców, o 28 więcej niż w 2013 roku.

Dynamicznie rośnie również druga strona rynku. W 2014 roku na rynek weszło około trzech tysięcy działających na licencji sklepów i punktów usługowych (prawie 5,5 tys. w 2013 roku). Pod koniec ostatnich dwunastu miesięcy na polskim rynku działało łącznie 63,5 tys. placówek franczyzowych. Według analityków Profit System w tym roku ich liczba może wzrosnąć do około 67 tys. Takie tempo wzrostu powinno się utrzymać również w kolejnych latach.

Najwięcej punktów franczyzowych funkcjonuje w sektorze handlu detalicznego artykułami spożywczymi.

Ludzie muszą chodzić gdzieś na zakupy, kupować chleb i mleko. W związku z tym franczyzobiorców w tej branży jest dużo, sieci są bardzo silne i dobrze zorganizowane – tłumaczy Słodkowski. – Podobnie jest z gastronomią. Tu z kolei zauważamy element mody – wiele osób chce mieć swoją gastronomię, własną kawiarnię czy restaurację.

Według Profit System sporo niezależnych właścicieli sklepów wybiera franczyzę, by móc skutecznie konkurować z dyskontami. Największą siecią tego sektora w ubiegłym roku była marka abc, do której należało 7 tys. placówek. Wielu franczyzobiorców pozyskała także Grupa Muszkieterów, stowarzyszenie przedsiębiorców zarządzających supermarketami Intermarché (218 sklepów) i Bricomarché (108 placówek). Spośród branż usługowych najliczniejsza jest gastronomia. Hegemonem jest McDonald’s (ponad 225 punktów), daleko za nim plasują się Telepizza (85) oraz Biesiadowo (90).

Rozważając franczyzę, trzeba pamiętać o tym, że musi to być koncept sprawdzony, co oznacza, że od jego właściciela można oczekiwać wiedzy i nie trzeba uczyć się na własnych błędach – zauważa Słodkowski. – Istotne są nie tylko szkolenia uczące, jak rozpocząć biznes, lecz także wiedza na temat tego, jak skutecznie z miesiąca na miesiąc radzić sobie z jego prowadzeniem i z rosnącą liczbą klientów.

Kluczowy dla powodzenia biznesu jest wybór sprawdzonego franczyzodawcy. Słodkowski jednak podkreśla, że mimo instrukcji franczyza nie jest pozbawiona ryzyka. W ubiegłym roku 63 franczyzodawców poniosło porażkę, to aż o dziewięciu więcej niż w 2013 roku.

Franczyzobiorca jest trochę narażony na błędy franczyzodawcy. Poza tym ewentualny przedsiębiorca musi uważnie sprawdzić umowę, bo mogą się w niej kryć jakieś kruczki. Trzeba uważnie obejrzeć model biznesowy i przeanalizować, czy rzeczywiście ten pomysł jest opłacalny – radzi ekspert Profit System.

Zmiany w agencjach działających na rynku reklamowym

CEO Magazyn Polska

Sytuacja na rynku reklamowym wymusza zmiany w działających na nim agencjach. Przestają one być podwykonawcami, których zadaniem jest prosta promocja danego produktu czy usługi, a stają się dostawcą kontentu, który zainteresuje odbiorców. Warunkiem skutecznego dotarcia do klientów jest nie tylko ciekawa treść. Powinna ona być także użyteczna i dopasowana do zainteresowań odbiorcy.

– Rynek reklamy przechodzi fundamentalną zmianę. Jeszcze jesteśmy w momencie, w którym agencje reklamowe i domy mediowe w dużej mierze są traktowane jako podwykonawcy, którzy mają zareklamować daną usługę naszego klienta. To się jednak zmieni, szczególnie agencje kreatywne będą musiały dostarczyć kontent, który będzie interesujący dla odbiorcy – ocenia w rozmowie z Newserią Biznes Wojciech Borowski, prezes zarządu McCann, polskiego oddziału międzynarodowej grupy medialnej.

Jak dodaje, powodem zmian jest coraz większy wybór. To odbiorcy we własnym zakresie decydują o odbieranych treściach. Dlatego żeby dotrzeć do klienta, trzeba dać mu ciekawą treść, taką, która bawi, bo odbiorcy traktują wolny czas jako moment na rozrywkę.

Treść może być także użyteczna, jeśli odbiorcy uznają ją za wartościową i jeśli pomoże im ona rozwiązać problem. Szanse ma również kontent, który jest idealnie wkomponowany w ich zainteresowania, hobby lub pasje – wymienia Wojciech Borowski. – Wszystkie treści, które nie będą spełniały tych trzech warunków i które będą uznane za nachalne, narzucające się, wręcz przymuszające do oglądania czegokolwiek, będą odrzucane, tym samym będą kompletnie nieskuteczne.

Wyniki ubiegłorocznego raportu Interaktywnie.com wskazują, że najbardziej irytują internautów wyskakujące banery (ok. 94 proc. wskazań) i wideo z reklamami (75 proc. wskazań), a najmniej linki sponsorowane i reklamy w mediach społecznościowych.

Zdaniem Borowskiego perspektywy reklamy banerowej są nikłe, bo teraz to odbiorca decyduje o wyświetlanych treściach, a zadaniem nowoczesnego marketingu jest stworzenie przekazu szytego na miarę, dostosowanego do potrzeb użytkowników internetu.

Ekspert negatywnie ocenia także perspektywy reklamy natywnej, czyli zaprojektowanej tak, by zlewała się z treścią serwisu.

– Nie wróżę natywnej reklamy wielkiej przyszłości, w szczególności tej często stosowanej w Polsce, która jest zwyczajnie kryptoreklamą. A to wpływa na reputację danego tytułu – ostrzega ekspert.

Montowanie dodatkowego oświetlenia w samochodzie może doprowadzić do utraty dowodu rejestracyjnego

CEO Magazyn Polska

Tuning oświetlenia to modny sposób na nadanie samochodowi indywidualnego charakteru. Polskie prawo bardzo restrykcyjnie podchodzi jednak do tego typu nowinek. Zamontowanie oświetlenia felg, spryskiwaczy lub ciemnych lamp z tyłu pojazdu może skutkować utratą dowodu rejestracyjnego. Mandat grozi natomiast kierowcy, który zaniedba stan lamp i reflektorów.

– Światła samochodowe są niezwykle ważne, dlatego że jeździmy w różnych porach dnia i nocy, również wtedy, gdy jest zła widoczność. Światła pozwalają kierowcy widzieć drogę, a innym użytkownikom widzieć, że pojazd się porusza, czyli widzimy i jesteśmy widzialni. Dlatego jest to niezwykle istotne, szczególnie dzisiaj, kiedy mamy duży ruch samochodowy i jest wielu użytkowników dróg, również piesi – mówi agencji informacyjnej Newseria Zenon Rudak, kierownik Centrum Technicznego Hella Polska.

Prawidłowe ustawienie świateł w samochodzie i jakość reflektorów samochodowych mają ogromny wpływ na bezpieczeństwo i komfort jazdy. Zgodnie z polskim prawem każdy kierowca ma obowiązek używania świateł mijania podczas jazdy w warunkach normalnej przejrzystości powietrza. Zasada ta obowiązuje przez cały rok i przez całą dobę. Przy dobrych warunkach pogodowych od świtu do zmierzchu kierowca może zamiast świateł mijania używać świateł do jazdy dziennej. Od lutego 2011 r. wszystkie nowe samochody o masie do 3,5 t muszą być w nie wyposażone seryjnie. Użytkownicy starszych modeli mogą zamontować je samodzielnie, ale istotne jest, by oświetlenie posiadało europejską homologację.

Polscy kierowcy popełniają liczne błędy w zakresie oświetlenia samochodu, często wynikające z nieświadomości i nieznajomości prawa. W ramach tzw. tuningu oświetlenia stosują nieprawidłowe żarówki albo używają zamienników żarówek halogenowych w postaci elementów ksenonowych czy diodowych, które nie mają homologacji. Modne są także światła pod kolor nadwozia samochodu, podświetlone podwozie, felgi, a nawet spryskiwacze. Prawo bardzo restrykcyjnie podchodzi jednak do kwestii oświetlenia samochodu. Oprócz świateł do jazdy dziennej zezwala zamontować na zewnątrz samochodu tylko dodatkowe światła boczne lub obrysowe. Wszelkie inne elementy oświetleniowe są niedozwolone i mogą skutkować odebraniem dowodu rejestracyjnego.

W ramach tuningu oświetlenia wielu kierowców montuje ciemne lampy z tyłu, które mają albo kolor nadwozia, albo są czarne, a świecą na różne kolory. Takie rozwiązania są dostępne i możliwe, jeżeli są homologowane, czyli mają dopuszczenie do ruchu. Samodzielne naklejanie na lampy folii przyciemniających jest, po pierwsze, niedozwolone, a po drugie, powoduje, że nasze światła są gorzej widzialne dla innych. Oświetlenie samochodowe kieruje się pewnymi przepisami, bardzo restrykcyjnymi, i nie można sobie pozwolić na żadną dowolność – mówi Zenon Rudak.

Za sprawność oświetlenia w samochodzie odpowiedzialny jest kierowca, dlatego nie powinien on zapominać o regularnym kontrolowaniu jego stanu. Przed każdym wyjazdem w trasę, nawet krótką, powinien sprawdzić, czy wszystkie światła działają prawidłowo. Ze względu na fakt, że reflektory mogą samoczynnie zmieniać położenie na skutek drgań lub wstrząsów auta, specjaliści zalecają kontrolę i regulację ustawienia świateł po przejechaniu każdorazowo 10 tys. km. Regulacja świateł niezbędna jest także po wymianie żarówek lub reflektorów oraz po wszelkiego rodzaju naprawach blacharskich nadwozia.

Jeżeli sami dokonujemy pewnych korekt oświetlenia, np. wymiany żarówek czy ponownego montażu lamp, nieważne, czy jest to reflektor przedni, czy lampa tylna, to powinniśmy w stacji kontroli pojazdów sprawdzić ustawienie świateł. Złe ustawienie powoduje oślepianie innych użytkowników drogi, co stwarza zagrożenie dla innych uczestników ruchu, a także powoduje, że również mu gorzej widzimy. Konstruktorzy samochodów wymyślili sposób ustawiania świateł, który jest z jednej strony najlepszy dla kierowcy, który prowadzi samochód, a z drugiej strony najbezpieczniejszy dla innych użytkowników drogi – mówi Zenon Rudak z Centrum Technicznego Hella Polska.

Hella Polska rozpoczęła przygotowania do drugiej edycji akcji edukacyjnej „Świecimy przykładem”, skierowanej do nauczycieli ponadgimnazjalnych szkół technicznych o kierunku samochodowym. W ramach akcji wykładowcom zostaną przekazane materiały informacyjne i pomoce naukowe, które będą pomocne w prowadzeniu lekcji oraz dodatkowych zajęć dydaktycznych w szkołach. Dodatkowo umożliwią nauczycielom prezentację najnowszych rozwiązań konstrukcyjnych i technologicznych stosowanych w technice motoryzacyjnej. Materiały te wyjaśniają zasady bezpieczeństwa ruchu drogowego oraz reguły związane z wpływem prawidłowego ustawienia świateł i jakości reflektorów samochodowych na komfort podróży. Akcja rozpocznie się we wrześniu bieżącego roku.

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Przedsiębiorcy nie chcą patologii

0

Dzisiaj rozpoczynają się prace Podkomisji Sejmowej do rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym (ZSEE). Zdaniem Konfederacji Lewiatan jest to jeden z ostatnich projektów legislacyjnych, który przed nadchodzącymi wyborami zelektryzuje parlament. Rynek gospodarki zużytym sprzętem jest bowiem pełen nieprawidłowości i nadużyć.

Na nieprawidłowości na rynku zużytym sprzętem elektrycznym i elektronicznym wskazywały m.in. raport Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową , raport „Polityka surowcowa Polski – rzecz o tym, czego nie ma, a jest bardzo potrzebne.” czy analiza rynku ZSEE dokonana przez PWC.

– Wszyscy są zgodni, szara strefa powstała na skutek luk prawnych i niewystarczającego nadzoru. Nieuczciwe praktyki są powszechne i systematycznie wypierają z rynku działających uczciwie przedsiębiorców. Nadużycia i nieprawidłowości sprowadzają się głównie do wydawania fałszywych zaświadczeń o przetworzeniu sprzętu, który nigdy nie został zebrany lub został przetworzony niezgodnie z normami – mówi Agata Staniewska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Przedsiębiorcy czekali na projekt nowej ustawy ZSEE, z nadzieją, że wyeliminuje patologie. Wydawało się to oczywiste, bo kto, jak nie Ministerstwo Środowiska, powinno dbać o środowisko. Tymczasem w projekcie, który trafił do Sejmu, zabrakło narzędzi, które mogłyby doprowadzić do zmiany i uzdrowić system. Z pewnością w parlamencie przedsiębiorcy będą przekonywać decydentów, że warto o środowisko dbać i walczyć z nieuczciwą praktyką. Ale czy to tak właśnie powinno się odbywać?

Zużyty sprzęt elektroniczny i elektryczny – jakie wyzwania przed nami

W 2013 roku na terytorium Polski wprowadzono łącznie ponad 486 tys. ton sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Osiągnęliśmy poziom zbierania sprzętu rzędu 171 tys. ton. Czyli Polska wypełniła obowiązki nałożone na nią przez UE, które mówią o konieczności osiągnięcia poziomu zbiórki 4 kg na mieszkańca na rok. Jednak zgodnie z przepisami Dyrektywy 2012/19/WE będziemy musieli zbierać i przetwarzać ok 11 kg ZSEE na mieszkańca już w 2021 roku. Termin ten został Polsce odroczony na 2 lata ze względu na brak odpowiedniej infrastruktury i niski poziom odzysku.

Aby podołać temu wyzwaniu powinniśmy tworzyć infrastrukturę już dziś, żeby móc wypełniać poziomy, które będą nas obowiązywać za kilka lat. Jeśli jednak system będzie opierał się na szarej strefie nie ma możliwości, żeby inwestycje ruszyły, ponieważ ryzyko po stronie przedsiębiorcy, że nie trafi do niego strumień odpadów, będzie zbyt wysokie.

Mając to na uwadze, rząd i parlament powinni w projekcie ustawy wprowadzić zapisy, które wyeliminują szarą strefę i stworzą warunki do skutecznego, efektywnego i przynoszącego realne korzyści dla środowiska systemu.

Jak uzdrowić system?

Według Konfederacji Lewiatan do ustawy powinny zostać wprowadzone kompleksowe mechanizmy:

• Zapewniające, że środki pozyskane przez organizacje odzysku ZSEE będą przeznaczane na finansowanie budowy systemu zbiórki i przetwarzania ZSEE. Obecne przepisy umożliwiają bowiem, w przypadku osiągnięcia przez organizację odzysku ZSEE dochodu, wypłatę dywidendy akcjonariuszom organizacji odzysku. Obecnie powszechnym procederem jest wypłacanie wysokich dywidend przez organizacje odzysku (a latach 2006-2013 organizacje odzysku wypłaciły w formie dywidend 70,3 mln PLN, z czego w latach 2009-2013 46,1 mln PLN ). Biorąc pod uwagę, że organizacje odzysku powstały na mocy ustawy, jako podmioty dedykowane, które w imieniu przedsiębiorców będą realizować obowiązek zbiórki i przetwarzania ZSEE, powinny być traktowane jako organizacje zaufania publicznego. Ich celem nie jest zarabianie pieniędzy, a profesjonalna i efektywna realizacja obowiązku nałożonego ustawą. Z tego samego powodu, zakład przetwarzania, będący właścicielem organizacji odzysku, nie może wykonywać i potwierdzać wykonanie obowiązków ustawowych dla własnej organizacji, bo w ten sposób eliminuje podstawową zasadę transparentności i ogranicza zasady wolnej konkurencji.

• wprowadzenie monitoringu on-line przepływu ZSEE poczynając od zbierającego zużyty sprzęt, a kończąc na prowadzącym recykling tego rodzaju odpadów jest absolutnie kluczowe dla skutecznego wyeliminowania bieżących nieprawidłowości.

• wzmocnią pozycję organów kontrolnych poprzez wyposażenie ich w skuteczne instrumenty nadzoru. Obecnie pomimo powszechnej wiedzy na temat występowania nieprawidłowości w systemie zagospodarowania ZSEE inspekcja nie ma instrumentów pozwalających na uchwycenie takich nieprawidłowości. Dla skutecznej kontroli należałoby wprowadzić możliwość przeprowadzania niezapowiedzianych kontroli oraz kontroli krzyżowych.

Posiedzenie Podkomisji Sejmowej do rozpatrzenia projektu ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym rozpocznie się dzisiaj o godzinie 18.00.

Konfederacja Lewiatan

 

Produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna

GUS podał dzisiaj dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Oba wskaźniki pozytywnie zaskoczyły ekonomistów. Wartość produkcji przemysłowej w marcu była o 8,8% wyższa niż rok temu. W analogicznym okresie odnotowaliśmy też wzrost sprzedaży detalicznej o 3%.

W przypadku produkcji przemysłowej odnotowaliśmy najsilniejszy wzrost od stycznia 2012 roku. Ekonomiści spodziewali się wzrostu produkcji o 7,2% rdr, po tym, jak w lutym wzrosła ona o 4,9%. Po wyłączeniu czynników o charakterze sezonowym produkcja przemysłowa wzrosła o 0,8% mdm i 6% rdr. Wzrost produkcji sprzedanej odnotowano w 30 spośród 34 działów przemysłu. Najmocniej wzrosły obroty producentów komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych (o 18,4% rdr), pojazdów, przyczep i naczep (o 16,9%) oraz mebli (o 14%).

– Marzec jest miesiącem sezonowego wzrostu produkcji przemysłowej, ale nawet po uwzględnieniu tego czynnika, tegoroczny wynik prezentuje się dość dobrze. Spora w tym zasługa górnictwa, gdzie po zakończeniu strajków na Górnym Śląsku produkcja ruszyła w górę i była o niemal jedną trzecią większa niż w lutym. Na przyspieszenie w przemyśle już od połowy 2014 roku wskazywał indeks PMI, który jednak od trzech miesięcy już nie rośnie. Z tego powodu w następnych miesiącach można oczekiwać stabilizacji dynamiki produkcji przemysłowej na obecnym, stosunkowo wysokim poziomie – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Bardzo dobre dane o sprzedaży detalicznej

Korzystnie prezentują się też dane o sprzedaży detalicznej, która w cenach bieżących wzrosła o 3% wobec spadku w lutym o 1,3%. Rynkowy konsensus zakładał w marcu wzrost o 1,5% rdr, więc możemy mówić o pozytywnej niespodziance. W stosunku do lutego sprzedaż wzrosła o 17,4%. Ze względu na utrzymującą się w Polsce już od 9 miesięcy deflację, warto zwrócić także uwagę na dane w cenach stałych. Tu widzimy wzrost sprzedaży w ujęciu rocznym o 6,6%, wobec wzrostu o 2,4% w lutym i o 3,3% rok temu. W porównaniu z lutym miał miejsce wzrost sprzedaży w cenach stałych aż o 17,1%. – Wzrost sprzedaży detalicznej liczony w cenach stałych (tj. bez uwzględnienia deflacji) wyniósł w marcu aż 6,6% rdr, co było najwyższym wynikiem od blisko roku. Taki rezultat może przełożyć się na pozytywne zaskoczenie po stronie konsumpcji w danych o PKB za pierwszy kwartał – dodaje Krzystof Kolany.

Ciąg dalszy pozytywnych informacji. Jak długo utrzyma się trend wzrostowy?

Dane o produkcji przemysłowej i detalicznej kontynuują wysyp pozytywnych informacji odnośnie do koniunktury w polskiej gospodarce.

– Koniunktura poprawia się, co widać również w płacach. Z marcowego odczytu, dotyczącego przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw wynika, że w porównaniu do zeszłego roku wzrosło ono o 4,9% i wyniosło 4214 zł brutto. To już ponad 3 tys. zł netto. Równocześnie zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw zwiększyło się do 5575 tys. osób – to o 60 tys. więcej niż przed rokiem. Dodając do tego spadek stopy bezrobocia śmiało można stwierdzić, że w gospodarce jest coraz lepiej i co najważniejsze – wskaźniki makro przekładają się na wzrost wynagrodzeń Polaków. Niebawem zostaną uruchomione środki UE dla Polski, a to rodzi nadzieję, że ten pozytywny trend utrzyma się co najmniej do końca 2015 roku – komentuje Łukasz PiechowiakKrzysztof Kolany, główny ekonomista Bankier.pl.

Trzy czwarte konsumentów na świecie uważa, że marki muszą brać odpowiedzialność za stan środowiska naturalnego

Niemal dwie trzecie respondentów ma poczucie się winy, gdy ich postępowanie jest nieekologiczne. Jednocześnie Ci sami respondenci twierdzą, że kupują wyłącznie produkty i usługi marek, które podzielają ich przekonania, wartości lub ideały.

Przy okazji 45. Światowego Dnia Ziemi, którego obchody będą miały miejsce w tym tygodniu, instytut GfK publikuje wyniki międzynarodowego badania ilustrującego, na ile wartości związane z ochroną środowiska naturalnego są istotne dla mieszkańców globu.
W ramach tego badania przeprowadzono 28 000 wywiadów w 23 krajach świata.  Ponad trzy czwarte respondentów (76 proc.) zgadza się, że firmy muszą w swojej działalności uwzględniać czynnik odpowiedzialności za środowisko naturalne. Niemal dwie trzecie respondentów (63 proc.) deklaruje, iż czuje się winne, gdy postąpi nieekologicznie oraz, równocześnie, że kupuje wyłącznie produkty i usługi firm, które podzielają ich przekonania, wartości, ideały.
Wyniki badania wskazują, iż powyższe poglądy występują w badanej populacji zdecydowanie częściej. Zaledwie 6 proc. respondentów uważa, że firmy nie muszą brać współodpowiedzialności za środowisko. Równocześnie jedynie 14 proc. nie ma poczucia winy z powodu swoich zachowań niezgodnych z ekologicznymi postulatami, a 11 proc. zadeklarowało, że kupuje nie tylko produkty i usługi marek deklarujących przestrzeganie wartości ważnych dla respondentów.
W czasach intensywnej rywalizacji o portfele konsumentów, każde działanie wychodzące naprzeciw oczekiwaniom konsumentów, pozwala markom wyróżnić się na tle konkurencji i budować ich lojalność. Konsumenci chcą mieć poczucie trafności swoich wyborów.

Jak duża odpowiedzialność firm za środowisko
Analiza wyników uwzględniająca płeć respondentów wskazuje, iż nie jest to wymiar, który różnicuje istotnie wyrażane poglądy. Nieco ponad trzy czwarte kobiet (78 proc.) i trzy czwarte mężczyzn (75 proc.) zgadza się ze stwierdzeniem, że firmy (marki) muszą uwzględniać w swoich wartościach odpowiedzialność za środowisko, a spośród nich trzech na dziesięciu respondentów (28 proc.), jest zdecydowanymi zwolennikami takiego podejścia (tu także płeć w niewielkim stopniu wpływa na poglądy – proporcja wśród nich wynosi 29 proc. kobiet do 26 proc. mężczyzn).
Podobnie jak płeć, tak i wiek nie jest cechą, która istotnie wpływa na poglądy w tych kwestiach. We wszystkich grupach wiekowych występuje wysoki odsetek respondentów, którzy utożsamiają się z powyższymi poglądami – 80 proc. w grupie 30-39 lat, 78 proc. w grupie 40-49 lat i 77 proc. w grupie 60+. Jedynie wśród najmłodszych (15-19 lat) odsetek zgadzających się z powyższym stwierdzeniem spada do 69%.
Wyniki analizy danych pod kątem kraju wskazują, iż najwyższy odsetek zwolenników opinii o koniecznej odpowiedzialności środowiskowej firm występuje w Indiach i Indonezji (odpowiednio 94 i 93 proc.). Nawet w krajach, w których o podobne deklaracje nieco trudniej (Japonia 58 proc.; Szwecja 62 proc.), to nawet tam widać, że zgadza się z nim nadal ponad połowa respondentów.
Kraje, w których występuje najwyższy odsetek respondentów zdecydowanie zgadzających się ze stwierdzeniem, że marki powinny być odpowiedzialne za środowisko to Brazylia (47 proc), Turcja (46 proc.) i Rosja (40 proc.).
GfK-Infographic-Companies-Environment_PL.jpg
Czy sami czujemy się winni
W przypadku pytania o osobistą odpowiedzialność za środowisko niemal dwie trzecie (63 proc.) wszystkich respondentów biorących udział w badaniu odpowiedziało, że czuje się winne robiąc coś niezgodnego z zasadami ekologii (zdecydowanie z tym stwierdzeniem zgadza się 17 proc. respondentów). Kobiety częściej (64 proc.) zgadzają się z podanym stwierdzeniem, z czego 18 proc. zgadza się z nim zdecydowanie. W przypadku mężczyzn wartości te wynoszą 61 proc. (zgadzający się), w tym 15 proc. (zdecydowanie zgadzający się). Analogicznie jak w przypadku opinii o postępowaniu firm, także i w ocenie własnego postępowania płeć i wiek nie różnicują poglądów. Podział ze względu na grupy wiekowe wskazuje na prawie równomierny rozkład opinii zawierający się w przedziale od 58 do 65 proc.
W podziale geograficznym Indie i Indonezja ponownie osiągnęły najwyższy poziom wskazań, tym razem w pytaniu o poczucie winy – odsetek respondentów w tych krajach, którzy zgadzają się z powyższym stwierdzeniem wynosi odpowiednio 85 i 83 proc. Z kolei na dole rankingu znajdują się Korea Pd. (41 proc.), Polska (38 proc.) i Szwecja (37 proc.).
GfK-Infographic-Environment-Guilt_PL.jpg
Chcemy marek podzielających nasze przekonania
Identyczny odsetek kobiet i mężczyzn (63 proc.) zgadza się ze stwierdzeniem, iż kupuje wyłącznie produkty i usługi pochodzące do firm podzielających ich przekonania, wartości i idee.
Z punktu widzenia wieku podział jest nieco bardziej zróżnicowany. Z powyższym stwierdzeniem zgadza się od około dwóch trzecich respondentów (68 proc.) w wieku 30-39 lat do 57 proc. respondentów najmłodszych lub najstarszych, w wieku 15-19 lub 60+.
W podziale geograficznym Indie i Indonezja ponownie znalazły się na pierwszym miejscu w rankingu.
GfK-Infographic-Buy-Values_PL.jpg

Wzrost zdolności kredytowej pozwala kupić dodatkowy pokój

0

105 tys. zł – prawie o tyle więcej na zakup mieszkania może dziś pożyczyć trzyosobowa rodzina dzięki zapoczątkowanym prawie trzy lata temu obniżkom stóp procentowych. Kwota ta wystarczy na zakup dodatkowego pokoju nawet w drogiej stolicy – wynika z danych, które zebrał Lion’s Bank.

Kwiecień przyniósł kolejny wzrost zdolności kredytowej statystycznej rodziny. Jest to efekt uwzględnienia przez banki marcowego cięcia stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Dane za kwiecień br. sugerują, że trzyosobowa rodzina z dochodem 5 tys. zł netto może pożyczyć 461,6 tys. zł (mediana) w formie 30-letniego kredytu. Założyliśmy, że kredytobiorcy zobowiązują się do korzystania z bankowego rachunku i karty kredytowej, a w niektórych bankach także kupują dodatkowe ubezpieczenie (o ile jest to niezbędne). Marcowy wynik jest o 44,8 tys. zł wyższy niż w analogicznym okresie przed rokiem, a także o aż o 104,6 tys. zł wyższy niż we wrześniu 2012 roku. Ta druga data jest o tyle ważna, że od września rynek zaczął dyskontować mające nadejść obniżki stóp procentowych, co przełożyło się na spadek oprocentowania i rosnące możliwości pożyczkowe.

Dodatkowy pokój dzięki decyzjom Rady

Po niemal trzech latach możliwości zakupowe modelowej rodziny zmieniły się diametralnie. Na przykład w Zielonej Górze za kwotę 104,6 tys. zł, o którą wzrosła przeciętna zdolność kredytowa, można kupić 35 metrów używanego lokalu, a więc modelowa rodzina mogłaby nie tylko kupić większe „M”, ale nawet dodatkową kawalerkę. Z drugiej strony nawet w Warszawie, gdzie ceny mieszkań są wysokie, wzrost zdolności kredytowej odpowiada przeciętnej cenie prawie 15 m kw. używanego lokum. Modelowa rodzina trzy lata temu mogłaby więc kupić z wykorzystaniem kredytu mieszkanie o jeden pokój mniejsze niż dziś.

Zmiana możliwości nabywczych modelowej rodziny

Lokalizacja

Przeciętna cena transakcyjna

(w zł za m kw. mieszkania używanego)

Powierzchnia możliwa do nabycia za 104,6 tys. zł (w m kw.)

Warszawa

7 058

14,8

Kraków

5 834

17,9

Wrocław

5 194

20,1

Gdańsk

5 014

20,9

Poznań

4 979

21,0

Gdynia

4 604

22,7

Rzeszów

4 582

22,8

Lublin

4 444

23,5

Opole

4 017

26,0

Olsztyn

4 012

26,1

Szczecin

3 937

26,6

Kielce

3 703

28,2

Białystok

3 702

28,3

Łódź

3 490

30,0

Bydgoszcz

3 450

30,3

Katowice

3 348

31,2

Zielona Góra

2 990

35,0

Opracowanie Lion’s Bank na podstawie danych NBP za IV kw. ‘14

 

W rok rata spadła o 165 zł

Bliska rekordowej zdolność kredytowa jest oczywiście pokłosiem spadającego oprocentowania długu. Obecnie chcąc zaciągnąć kredyt na 300 tys. zł i 30 lat, trzeba się liczyć z ratą miesięczną na poziomie 1335 zł (przy założeniu marży na poziomie 1,78%). Rok temu rata kredytu o identycznej wartości wynosiła 1500 zł, czyli była o 165 zł wyższa, i to pomimo faktu, że rok temu marże kredytowe były niższe niż dziś.

Ale Uwaga! Trzeba pamiętać, że zadłużając się dziś – przy niskim poziomie stóp procentowych – można co prawda pożyczyć więcej, ale gdy stopy zaczną rosnąć wyższa będzie też comiesięczna rata. Dziś za każde pożyczone na 30 lat 100 tys. zł trzeba do banku oddawać co miesiąc 445 zł. Gdyby stopy procentowe wzrosły do poziomu sprzed obniżek (podstawowa stopa była na poziomie 4,75%, a nie 1,5% jak dziś), rata w przeliczeniu na każde pożyczone 100 tys. zł wzrosłaby do poziomu 639 zł miesięcznie.

Przeciętna marża kredytowa

Możliwości pożyczkowe modelowej rodziny rosną od czwartego kwartału 2012 r. Wtedy to już bowiem rynek zaczął dyskontować oczekiwany początek cyklu obniżek stóp procentowych. Na początku września 2012 r. przykładowa rodzina mogła pożyczyć na mieszkanie 357 tys. zł, a dziś już 461,6 tys. zł, czyli o 104,6 tys. zł więcej. W dużej mierze wynika to z faktu, że w trzecim kwartale 2012 r. podstawowa stopa procentowa była na poziomie 4,75%, a dziś jedynie 1,5%.

Inaczej niż stopy procentowe zachowują się marże w bankach komercyjnych. Przeważnie banki podnoszą swoje marże wtedy, gdy koszt pieniądza jest relatywnie niski, a obniżają je, gdy RPP zacieśnia politykę pieniężną. Obecnie mamy do czynienia z pierwszym z tych scenariuszy. Z danych zebranych przez Tax Care wynika bowiem, że średnia marża kredytów hipotecznych wzrosła z poziomu 1,47% we wrześniu 2012 r. do 1,78% obecnie, a więc o 0,31 pkt proc. W trakcie ostatnich 12 miesięcy podwyżka wyniosła 0,11 pkt. proc. Jak widać, wzrost marż jest znacznie mniejszy niż spadek stóp procentowych.

2015_04_16_wykres_1

600 tysięcy na mieszkanie za 5 tysięcy dochodu

Trzeba oczywiście pamiętać, że oferty banków są bardzo zróżnicowane. Doskonałym tego przykładem jest chociażby kwota kredytu, na którą mogłaby liczyć modelowa rodzina w poszczególnych bankach. Zakładamy, że trzyosobowa rodzina o dochodzie 5 tys. zł netto mieszka w mieście mającym 150 tys. mieszkańców, nie ma żadnych kredytów i posiada samochód. Rodzina chce kupić mieszkanie o pow. 70 m kw. i w tym celu zadłużyć się na 30 lat w równych ratach z możliwie niskim wkładem własnym.

Efekt? Sześć banków jest skłonnych pożyczyć takim kredytobiorcom ponad pół miliona złotych, a więc ponad 100 razy więcej niż wynoszą miesięczne dochody kredytobiorcy. Są to Raiffeisen Polbank, Alior Bank, Pekao Bank S.A., BNP Paribas Bank, Eurobank i PKO BP. Pierwsza z instytucji skłonna jest nawet pożyczyć hipotetycznym kredytobiorcom ponad 600 tysięcy złotych. Na drugim biegunie są Deutsche Bank Polska, mBank i ING Bank Śląski. Według ich deklaracji modelowa rodzina mogłaby liczyć na kredyt w kwocie od 350 do niespełna 400 tys. zł.

Zdolność kredytowa 3-os. rodziny z dochodem 5 tys. zł netto

Bank

Maksymalna kwota kredytu (3-os. rodzina)

Alior Bank

558 130 zł

Bank BGŻ

435 708 zł

Bank BPH*

459 900 zł

Bank Millennium

485 990 zł

Bank Pekao S.A.

552 674 zł

Bank Pocztowy

414 546 zł

Bank Zachodni WBK

455 199 zł

BNP Paribas Bank

521 604 zł

BOŚ Bank

434 000 zł

Citi Handlowy

481 000 zł

Credit Agricole

439 629 zł

Deutsche Bank Polska

350 000 zł

Eurobank

515 395 zł

Getin Noble Bank

463 342 zł

ING Bank Śląski**

399 258 zł

mBank

389 601 zł

PKO BP

515 395 zł

Raiffeisen Polbank

605 000 zł

Źródło: ankiety wysłane do banków na początku kwietnia 2015 r.
Założenia: 3-osobowa rodzina o dochodzie 5000 zł netto mieszka w mieście o liczbie mieszkańców 150 tys., nie ma żadnych kredytów i posiada samochód. Rodzina chce kupić mieszkanie o pow. 70 m kw. i w tym celu zadłużyć się na 30 lat w ratach równych z możliwie niskim wkładem własnym.
* kwota kredytu zawierająca kredytowane koszty (opłaty i prowizje)
** oferta „Niższa marża” z dodatkowym ubezpieczeniem – pakiet życie

 

Przestrzeń do obniżek się wyczerpała, a o podwyżek daleko

Prognozy na najbliższe miesiące sugerują, że raty o ile jeszcze spadną, to już nieznacznie. Tak przynajmniej wynika z aktualnych notowań kontraktów terminowych na stopę procentową. Wynika z nich, że WIBOR 3M może spaść do poziomu 1,55% w perspektywie 2-3 kwartałów. Kolejne miesiące mogą za to przynieść podwyżki WIBOR-u. W dłuższym horyzoncie czasowym (21-miesięcznym) kontrakty na WIBOR 3M notowane są na poziomie 1,72%, a więc wyżej niż dzisiejszy poziom WIBORu (1,65%). Liczby te są o tyle ważne, że składnikiem oprocentowania kredytu mieszkaniowego w Polsce bardzo często jest właśnie WIBOR 3M. W efekcie gdy jest on niższy, raty maleją i odwrotnie.

Powyższe liczby świadczą o wierze graczy rynkowych w utrzymaniu stóp procentowych w 2015, a nawet w 2016 roku na niezmienionym poziomie. Świadczą one także o przewidywanej podwyżce stóp najwcześniej na przełomie 2016/17 – tak przynajmniej rynek wycenia dziś najbardziej prawdopodobny scenariusz.

2015_04_16_wykres_2

Bartosz Turek, Lion’s Bank

Anna Olesiejuk, Tax Care

Jak pomóc sobie w biznesie i pozyskać klientów?

1

Start własnego biznesu zawsze stanowi duże wyzwanie. Dobry pomysł to oczywiście podstawa, ale może nie wystarczyć, aby zagwarantować sukces. Potrzebny jest też przemyślany biznesplan, który pozwoli wprowadzić zamysł w życie, a przede wszystkim pomoże w szybkim pozyskaniu klientów i ich zaufania. Nie inaczej wyglądają początki w branży usług sprzątających. Istnieją jednak rozwiązania, które mogą pomóc skutecznie rozwinąć swój biznes.  

Na rynku usług sprzątających działa wiele firm, zarówno tych większych, jak i jednoosobowych. Obserwuje się też wciąż rosnący popyt na ich usługi, zarówno ze strony klienta biznesowego, jak i osób indywidualnych. Firmy sprzątające rywalizują ze sobą ceną, sposobem rozliczeń, zakresem oferowanych usług, jednak na tak konkurencyjnym rynku najważniejsza jest jakość. Klienci poszukują sprawdzonych rozwiązań, takich które docenili i z których są zadowoleni inni. Najlepszą promocją okazuje się poczta pantoflowa i system rekomendacji od dotychczasowych klientów. Wydawać by się mogło, że nowe podmioty stoją na straconej pozycji, ponieważ potrzebują co najmniej kilku tygodni, żeby zebrać grono stałych klientów, którzy będą polecać ich usługi innym. Na rynku pojawiają się jednak możliwości, które mogą znacznie ułatwić start. Rozwiązaniem może być nawiązanie współpracy z firmą, która mając doświadczenie na rynku będzie pełnić rolę pośrednika i pomoże w zdobyciu klientów.

W sieci działają platformy internetowe, które pośredniczą pomiędzy pracownikami firm sprzątających, a potencjalnymi klientami. Decydując się na skorzystanie z ich pomocy warto przeanalizować, które rozwiązanie będzie najkorzystniejsze. Najlepiej jest wybrać serwis, który oferuje coś więcej niż tylko tablicę ogłoszeń, na której można przedstawić swoje usługi. Niektóre z nich oferują usługi osób z doświadczeniem w branży. Przykładem może być Pozamiatane.pl, który dużą wagę przywiązuje do rekrutacji sprzątaczy. Współpracują z nim tylko doświadczone osoby, które posiadają udokumentowane referencje. Każda z nich jest weryfikowana, sprawdzana jest też jakość jej pracy. Dzięki temu klienci zyskują pewność, że zamawiają usługę specjalisty, a nie przypadkowej osoby, która zamieściła swoje ogłoszenie w Internecie. Na zbudowanym zaufaniu korzystają wszystkie działające w ramach serwisu osoby oraz klienci.

Początkujące firmy często nie mogą pozwolić sobie na rozbudowane działania reklamowe. Oczywiście w sieci można zamieścić bezpłatne ogłoszenie, jednak z pewnością zginie ono w gąszczu innych i co ważniejsze, bez poparcia opiniami klientów nie przyciągnie uwagi. Z kolei ogłoszenia w prasie czy druk i dystrybucja ulotek wymagają już nakładów finansowych. Współpraca z wyspecjalizowanym serwisem internetowym sprawia, że firmy nie muszą się o to martwić, ponieważ to jego właściciele promują usługi swoich sprzątaczy. Serwis zajmuje się dotarciem do potencjalnego klienta i przekonaniem go do oferowanych usług. Sprzątaczom przekazywane są już konkretne zlecenia. Ponadto zyskują oni możliwość działania pod szyldem rozpoznawalnej już marki.

Słysząc o takiej możliwości współpracy wiele osób może obawiać się utraty samodzielności, którą miała dać własna działalność. Jeśli jednak partnera wybierze się odpowiednio, zyska się dostęp do nowych zleceń, jednocześnie nie musząc rezygnować z planowanych działań, swoich stałych klientów czy poszukiwania nowych we własnym zakresie. Sprzątacze pracują na własny rachunek i sami określają, które zlecenie chcą przyjąć, dowolnie ustalając swój grafik.

Oferta serwisów internetowych to znaczne wsparcie dla początkujących przedsiębiorców. Dzięki nim mogą oni rozwijać swój biznes. Z kolei dla tych, którzy chcieliby zacząć działać na własną rękę, mogą być inspiracją do założenia działalności.

 

Autorem komentarza jest Jakub Łączkowski, Prezes Zarządu Pozamiatane.pl

Link4 chce podwoić swoją wartość i osiągnąć 1 mld zł składek do 2020 r. Będzie rozwijać m.in. sprzedaż bezpośrednią ubezpieczeń

CEO Magazyn Polska

Towarzystwo ubezpieczeniowe Link4 w ciągu najbliższych pięciu lat chce podwoić swoją wartość i dostarczyć nowemu właścicielowi około miliarda złotych w formie składek. Mają w tym pomóc systemy telematyczne oraz propagowany przez zarząd model sprzedaży bezpośredniej, który w Polsce zwolenników zyskuje powoli.

– Nowe produkty wykorzystujące telematykę [połączenie telekomunikacji i informatyki, pomocne głównie w lokalizowaniu przedmiotów i osób oraz mierzeniu parametrów ryzyka kierowcy – red.] będą dostępne dla naszych klientów korporacyjnych i flotowych w ciągu najbliższych kilku miesięcy – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Roger Hodgkiss, prezes zarządu firmy ubezpieczeniowej Link4. – Wtedy też powinny trafić do naszej oferty rozwiązania telematyczne dla klientów indywidualnych.

Rozwiązania telematyczne w ubezpieczeniach mogą być wykorzystywane zarówno do lokalizowania pojazdów przy ubezpieczeniach komunikacyjnych, lokalizowania przedmiotów i osób przy ubezpieczeniach życiowych i majątkowych, jak i określania parametrów ryzyka w stylu jazdy kierowcy, co może obniżyć koszt polisy.

Link4 od września należy do PZU, o zamiarze zawarcia transakcji poinformowano przed rokiem. Była ona elementem budowy dominującej pozycji korporacji na rynkach Europy Środkowej i Wschodniej. Razem z Link4 PZU nabyło także udziały w kilku innych, prowadzących działalność głównie w krajach bałtyckich, przedsiębiorstwach. Całość kosztowała ok. 350 mln euro (za samo Link4 PZU zapłaciło niemal 92 mln euro).

Teraz, gdy naszym udziałowcem jest PZU, pojawiły się kapitał na rozwój, mamy więc bardzo ambitne plany – zapowiada Roger Hodgkiss. – Chcemy podwoić wartość naszej firmy w ciągu następnych 4-5 lat i dostarczać około miliarda złotych składek w takiej samej perspektywie czasowej.

Jeszcze gdy właścicielem Link4 było brytyjskie towarzystwo ubezpieczeniowe RSA Insurance Group, firma wprowadziła do swojej oferty innowacyjną na krajowym rynku ofertę polis sprzedawanych w modelu bezpośrednim (z pominięciem agentów i brokerów). Jednak rozwiązanie to, choć tańsze w swojej konstrukcji (pośrednik też musi zarobić), przyjmuje się nad Wisłą z oporami.

Wciąż jestem rozczarowany i sfrustrowany tym, że w Polsce kanał bezpośredni nie jest większy niż jest, jego udział to tylko około 10 proc. – wskazuje Hodgkiss. – Na innych rozwiniętych lub rozwijających się rynkach stanowi on znacznie większą część handlu. Nie mogę się doczekać, kiedy kanał bezpośredni będzie także w Polsce lepiej rozwinięty. Ale sądzę, że nastąpi to w ciągu najbliższych pięciu do dziesięciu lat.

Według branżowego pisma „Network Magazyn” obroty tylko 33 największych korporacji oferujących usługi i produkty w modelu sprzedaży bezpośredniej w 2013 roku wyniosły 2,1 mld zł (cały handel detaliczny w Polsce generuje przychody rzędu biliona zł). Po sporym wzroście na początku obecnej dekady przychody przedsiębiorstw od czterech lat utrzymują się na mniej więcej podobnym poziomie.

Byliśmy pierwsi w takim modelu sprzedaży ubezpieczeń, jesteśmy liderem i chcemy utrzymać pozycję, tak aby w chwili, kiedy rynek się przesunie, móc wygenerować dużo wolumenów z tego właśnie kanału – tłumaczy prezes Hodgkiss. – Na razie konsumenci w Polsce wciąż czują się o wiele bardziej komfortowo, gdy kupują ubezpieczenie od agenta albo kogoś, z kim mogą wejść w relację. Model bezpośredni chce to zakwestionować, zapewnić, że tak naprawdę jest dla nich o wiele korzystniejszy. Myślę, że wystarczy poczekać.

Zdaniem Rogera Hodgkissa po nabyciu przez PZU udziałów RSA Insurance Group w Link4 obecnie na krajowym rynku ubezpieczeń nie ma miejsca na dalsze konsolidacje.

Myślę, że jest mnóstwo inwestorów, którzy chcieliby wejść na polski rynek, ponieważ widzą  tu jeszcze świetne możliwości – przekonuje Hodgkiss. – Nie sądzę jednak, by obecnie były realne możliwości dalszych konsolidacji, ponieważ wszyscy gracze, którzy aktualnie są na rynku, chcą na nim pozostać.

Social Media i wybrane kanały społecznościowe

Social media marketing: jest to (pl. marketing w mediach społecznościowych) – zjawisko polegające na zdobywaniu uwagi oraz generowaniu ruchu internetowego przy pomocy serwisów społecznościowych. Do promocji marki wykorzystuje się takie portale społecznościowe jak Facebook, Twitter, LinkedIn, Yelp, Youtube czy blogi. Media społecznościowe w ostatnim czasie odgrywają coraz większą rolę w działaniach marketingowych wielu firm, ze względu na fakt, że są łatwo dostępne dla wszystkich, którzy mają dostęp do internetu. Social media marketing umożliwia bezpośredni dostęp do pożądanej grupy docelowej, a dodatkowo obniża koszty działań marketingowych.

SPOSOBY DZIAŁANIA SOCIAL MEDIA
Social Media Marketing wykorzystuje zaangażowanie klienta na portalach społecznościowych, wobec marki lub produktu. Głównym celem działań z zakresu Social media marketing nie jest efekt sprzedażowy, ale budowanie wizerunku marki. Materiały do kampanii marketingowych tworzy się, nie tylko po to by zdobyć uwagę klienta, lecz przede wszystkim w celu zachęcenia go do dzielenia się nimi ze swoimi znajomymi. Skutkuje to zwiększeniem wiarygodności przekazywanej treści, gdyż pochodzi ona z zaufanego źródła…

NARZĘDZIA SOCIAL MARKETERA
Wśród środków, które wykorzystuje się do komunikacji, możemy wymienić strony fanowskie (tzw. fanpage), marketing wirusowy, gry, blogi, filmy wideo.

FACEBOOK
Głównym działanie z zakresu social marketing na Facebooku, jest stworzenie i zarządzanie fanpagem marki lub firmy. W ramach aktywności, na profilu zamieszcza się zdjęcia, filmy, lub wiadomości tekstowe. Działania mają na celu aktywizację fanów firmy, co przekłada się na tworzenie pozytywnego wizerunku marki. Istnieje możliwość tworzenia specjalnych aplikacji, które pozwalają na rywalizację między fanami, co przekłada się na większe zaangażowanie. Jest to działanie z pogranicza E-PR, które to powinny być prowadzone równolegle do działań marketingowych. Do obserwacji Facebooka wykorzystuje się specjalne narzędzia które pozwalają w czasie rzeczywistym monitorować, wybrane przez nas frazy. Liczbę użytkowników Facebooka na koniec roku 2012 szacuje się na 1 mld.

TWITTER
Pozwala firmom na bezpośredni kontakt z fanami. Przy tworzeniu informacji mamy do wykorzystania 140 znaków, co wymusza tworzenie krótki dynamicznych informacji, które mają szansę na ściągnięcie uwagi użytkowników. Wykorzystuje się go również do wstawiania odnośników do innych portali, na których zamieszcza się pozostała część przekazu marketingowego. Twitter pod koniec roku 2012 osiągnął 200 mln użytkowników.

PINTEREST
Jest to serwis społecznościowy bazujący, na zdjęciach umieszczanych przez użytkowników, którzy mają możliwość dzielenia się z innymi. Fotografie można grupować w kategoriach zainteresowań. Działania marketingowe na tym serwisie wymuszają przygotowanie treść wizualnych, które mają szansę na przyciągnięcie uwagi użytkowników.

BLOGI
Działalność na blogach, można prowadzić w dwojaki sposób. Pierwszym jest stworzenie swojego bloga markowego, na którym opisuje się działania dotyczące marki, wstawia zdjęcia oraz filmy. Pozwalają na zamieszczanie dłuższych opisów produktów oraz zamieszczanie artykułów specjalistycznych. Drugim sposobem na wykorzystanie blogów, jest współdziałanie z blogerami, przy pomocy których organizuje się konkursy dla członków społeczności skupionych wokół ich stron internetowych. Innym typem działania jest wysyłanie swoich produktów do przetestowania i opisania, przy tego typu działaniach trzeba zwrócić uwagę że nie wszystkie opinie muszą być pozytywne.

YOUTUBE
Strategia prowadzenia działań na YouTubie, skupia się na tworzeniu filmów reklamowych oraz wirusowych. Mają one za zadanie przyciągnięcie widzów, przy czym muszą być ciekawe i interesujące dla użytkownika, ponieważ ma on kontrolę nad tym co ogląda. Filmy wirusowe na pierwszym miejscu stawiają na rozbawieniu lub zaciekawieniu użytkownika, dopiero później na promocji marki lub produktu. Są one zazwyczaj dłuższe niż reklamy telewizyjne z racji braku ograniczenia czasowego, a wszystkie koszty ograniczają się do budżetu na stworzenie filmu.

PORÓWNANIE Z TRADYCYJNYMI KAMPANIAMI
Porównując do tradycyjnych kampanii reklamowych w Internecie, starają się nie wykorzystać tradycyjnych, środków takich jakich, banery, mailing, reklama kontekstowa, ponieważ są one mało efektywne w tego typu działaniach. Prowadzenie tego typu działań nie jest jednak pozbawione ryzyka, ze strony użytkowników. Przy prowadzeniu tego typu działalności, dochodzi do interakcji z użytkownikami, dzięki czemu tworzy się bliższe relacje z użytkownikami. Dzięki wykorzystaniu narzędzi analitycznych istnieje możliwość obserwowania w czasie rzeczywistym skutków działań reklamowych oraz szybkiego reagowania na pojawiające się zagrożenia. Część działania skupia się nie na, sprzedaniu produktu, a przyciągnięcie fanów, który w pozytywny sposób będę reagować na działania marketingowe.

ROZRÓŻNIENIE MEDIÓW SPOŁECZNOŚCIOWYCH OD MEDIÓW PRZEMYSŁOWYCH
Przedsiębiorstwa mogą zwracać się ku mediom społecznościowym jako mediom stworzonym przez konsumenta. We wszystkich definicjach mediów społecznościowych powszechnie pojawiającym się wątkiem jest zmieszanie technologii z interakcją społeczną dla współtworzenia wartości przedsiębiorstwa.
Ludzie zdobywają informacje, edukację, wiadomości oraz inne dane z mediów elektronicznych, jak i drukowanych. Media społecznościowe są dalekie przemysłowym oraz tradycyjnym mediom, takim jak gazety, czasopisma, telewizja czy film. Są stosunkowo niedrogie i łatwo dostępne dla każdego, kto chce uzyskać lub opublikować informację w porównaniu z mediami przemysłowymi, które w ogólnym rozrachunku wymagają znaczących środków na opublikowanie informacji.

Jedną z najbardziej charakterystycznych cech zarówno dla mediów społecznościowych, jak i przemysłowych jest zdolność docierania do małej i dużej liczby odbiorców. Na przykład zarówno blog, jak i telewizja mogą zarówno nie dotrzeć do nikogo, jak i dotrzeć do milionowej publiczności. Niektóre z właściwości, które opisują różnice pomiędzy mediami przemysłowymi a społecznościowymi są:

• Zasięg – technologie zarówno przemysłowych, jak i społecznościowych mediów zapewniają łatwo skalowalną zdolność docierania do globalnej grupy osób. Jednak media przemysłowe używają scentralizowanego schematu odpowiedniego dla organizacji, produkcji i szerzenia, podczas gdy social media są (co wynika bezpośrednio z ich natury), bardziej zdecentralizowane, mniej hierarchiczne oraz zróżnicowane przez różnorakie aspekty produkcji i użytkowania.
• Dostępność – środki oraz zasoby produkcyjne w mediach przemysłowych w całości należą do przedsiębiorstwa, którego są własnością lub do rządu. Zupełnie odwrotnie, niż w mediach społecznościowych, gdzie wszystkie narzędzia są publicznie i powszechnie dostępne niewielkim lub wręcz żadnym kosztem.
• Użyteczność
• Natychmiastowość
• Trwałość

WPŁYWANIE POPRZEZ MEDIA SPOŁECZNOŚCIOWE NA LUDZKOŚĆ
Rządy najsilniejszych państw wykorzystują media społecznościowe np. Facebook do prowadzenia polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej oraz do analizowania postaw od pojedynczego człowieka do społeczności również wielkich . Służby specjalne zadaniowane przez władzę wykonawczą, poprzez owe media mają potencjał i go używają do dezinformowania narodów własnych państw, jak i obcych państw, a także kreują postawy społeczne zgodne ze swoimi celami politycznymi.

Służby specjalne używają do tych celów komputerów o skomplikowanych systemach informatycznych, o bardzo dużych mocach obliczeniowych, przy zastosowaniu, sztucznej inteligencji i specjalizowanych algorytmów. Systemy te łączą pojedynczych użytkowników w zasoby ludzkie połączone ze sobą rozmaitymi relacjami, więziami społecznymi. Badane i wykorzystywane są relacje, zależności zarówno towarzyskie, finansowe, zainteresowań, upodobań, zamieszkania, narodowości, wyznania i mnóstwo innych cech. Instrumenty informatyczne mające MS jako bazę danych analizują również cechy psycho-fizyczne ludności.
Podobne wykorzystanie ww. mediów w celach sprzedażowych prowadzą przedsiębiorstwa. Media społecznościowe są również szeroko wykorzystywane w działaniach Public Relations.

 

Milena Gocejna
Agencja PR Future Advert

Samorządowcy stawiają na seniorów

Mają swoje lata, więc i doświadczenie – nic dziwnego, że wiele samorządów zaczyna powoływać rady seniorów i wsłuchiwać się w ich doradczy głos. Na pełniejsze włączenie najstarszych mieszkańców w procesy decyzyjne pozwoliła ubiegłoroczna nowelizacja Ustawy o samorządzie gminnym.

Już ponad 60 samorządów powołało rady seniorów, które działają jako ciała konsultacyjno-doradcze. „Jest to doskonała inicjatywa – aktywizuje osoby starsze, których nieustannie przybywa. Dzięki takim radom władze dostrzegają i lepiej rozumieją potrzeby seniorów, a następnie mogą je zaspokajać w ramach swojej polityki” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Brzeska-Miksa z Funduszu Hipotecznego Familia.

Bycie członkiem rady seniorów daje osobom starszym poczucie ważności i przekonanie, że mogą robić coś dla społeczności lokalnej. „Bardzo często potrzeby osób starszych są potrzebami całego społeczeństwa. Doskonałym przykładem jest przestrzeń społeczna. Seniorzy zwracają uwagę na konieczność budowania podjazdów, chodników, wytyczania przejść dla pieszych. Te zmiany są niezbędne również dla rodzin z dziećmi” – zaznacza ekspertka.

Rady seniorów są powoływane przez rady gmin z ich własnej inicjatywy albo na wniosek osób zainteresowanych. Zakładane są głównie w miastach. W tych większych jest możliwość tworzenia rad dzielnicowych. Powstają one już np. w Warszawie.

Uważaj, kiedy szukasz mieszkania przez internet

Obecnie ok. 90% ogłoszeń dotyczących kupna lub wynajmu nieruchomości znajduje się w sieci. Oprócz uczciwych znajdziemy tam również te napisane przez oszustów. Jak nie dać się im przechytrzyć?

Znalazłeś korzystną ofertę? Zbadaj ją pod każdym względem. Spotkaj się z właścicielem mieszkania, ustal, czy faktycznie jest on osobą, za którą się podaje, i koniecznie obejrzyj lokal osobiście. Nie bój się zadawać różnych pytań. Jeśli oferent udziela wymijających odpowiedzi, to sygnał, że może próbować cię oszukać.

W ogłoszeniu została podana znacznie zaniżona cena? Prawdopodobnie jest ono nieprawdziwe. „Są okazje, ale bardzo rzadko i trzeba mieć trochę szczęścia. Zdarza się np., że ludzie wyjeżdżają i poszukują osoby zaufanej, która nie zdewastuje mieszkania. Wolą wtedy wynająć je taniej, ale na dłużej” – mówi serwisowi infoWire.pl Jarosław Mikołaj Skoczeń z Emmerson Realty.

Bardzo ważną kwestią jest podpisanie umowy. Zadbaj, żeby została ona sporządzona zgodnie z prawem. Pozwoli to uniknąć w przyszłości wielu ewentualnych problemów. Przed złożeniem podpisu przeczytaj oczywiście dokładnie treść porozumienia. Sprawdź, czy zgadza się ona z tym, o czym była mowa w ogłoszeniu internetowym. I pamiętaj: przed podpisaniem umowy nie płać żadnych prowizji ani kosztów wstępnych.

Sprzedaż detaliczna: nie tylko efekt świąt

O 3 proc. (w cenach bieżących) wzrosła w marcu sprzedaż detaliczna w porównaniu do tego samego miesiąca ubiegłego roku, a w cenach stałych o 6,6 proc. – podał GUS.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Od maja 2014 r. wzrost sprzedaży detalicznej (w cenach bieżących) nie przekroczył 3 proc. r/r, a w cenach stałych od kwietnia 2014 r. nie przekroczył 6 proc. Dlatego marcowe dane są dobrym prognostykiem. Nawet uwzględniając fakt, że część wzrostu do efekt zakupów na święta Wielkanocne, które w tym roku wypadły na początku kwietnia.

Największą dynamikę wzrostu ,w cenach bieżących, wykazała sprzedaż żywności. Świetnie radziły sobie niewyspecjalizowane sklepy, czyli hiper i supermarkety. Gospodarstwa domowe robiły przedświąteczne zakupy już w marcu. Zapewne cześć tego popytu przełoży się pozytywnie również na wyniki sprzedaży detalicznej w kwietniu.
Mocno przyspieszyła, po dość słabym wzroście od początku 2014 roku (z wyjątkiem sierpnia) sprzedaż mebli, rtv i agd. Marcowy wzrost o 9,3 proc. w cenach bieżących i 10 proc. w cenach stałych sugeruje, że Polacy zaczynają chętniej niż dotychczas wydawać pieniądze i to wcale nie dlatego, że ceny spadają.

Ciągle wysoką dynamikę sprzedaży wykazują branża tekstylna, odzieżowa i obuwnicza. Ale jest to okupione silnymi obniżkami cen, co już przekłada się na kondycję niektórych firm. Spadek sprzedaży samochodów wyhamował (nieznacznie zmniejszyła się baza). Może jeszcze nie w kwietniu, ale już w maju powinniśmy zobaczyć silniejsze wzrosty sprzedaży samochodów.

Jeśli marzec pokazał wzrost skłonności do konsumpcji gospodarstw domowych, a nie jedynie świąteczną aktywność, to spożycie indywidulane w tym roku będzie mocno wspierało wzrost PKB.

Konfederacja Lewiatan

XIII edycja Konkursu Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy

1

Wybór najlepszych urzędów oraz tworzenie przyjaznej atmosfery między administracją podatkową a przedsiębiorcami – to główne założenia konkursu Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy. Już po raz 13. konkurs organizują  Ministerstwo Finansów oraz Business Centre Club.

W ramach konkursu urzędy skarbowe w całym kraju będą oceniane na podstawie punktów przyznanych przez przedsiębiorców w ankiecie konkursowej. Oceniane będą m.in.: jakość obsługi podatnika, łatwość komunikacji oraz kompetencje pracowników. Urzędy wyłonione w konkursie zostaną wyróżnione podczas uroczystej gali w siedzibie BCC oraz otrzymają prawo posługiwania się przez rok tytułem „Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy”. Wyróżnienie jest wyrazem uznania przedsiębiorców dla jakości pracy urzędów oraz umiejętności i kompetencji pracowników administracji podatkowej.

L. Fogelman (Greenberg Traurig): Konsolidacja polskich banków wśród już działających na rynku graczy. Wartość przejmowanych podmiotów pójdzie w górę

CEO Magazyn Polska

Mimo że konsolidacja sektora bankowego w Polsce trwa od kilkunastu lat, polskie banki czekają jeszcze zmiany własnościowe. Jest ich wciąż za dużo, a rozrobienie sektora i trudne warunki zewnętrzne nie służą zyskom. Nie oznacza to jednak, że na polskim rynku pojawi się nowy duży inwestor. W ocenie Lejba Fogelmana, starszego partnera Greenberg Traurig, działające w Polsce banki podzielą rynek między siebie.

Pod koniec 2014 roku działało w Polsce 66 banków komercyjnych. To o 3 mniej niż rok wcześniej i 4 mniej niż na koniec 2012 roku. Zmiana liczby banków jak podaje GUS była wynikiem procesów konsolidacyjnych w sektorze. Takich zmian czeka rynek jeszcze sporo.

– Trwa bardzo ostra walka o udział w rynku i prawdopodobnie ta walka dalej będzie się toczyła mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Lejb Fogelman, starszy partner Greenberg Traurig. – Myślę, że nie będzie nowych inwestorów, którzy przyszliby z zagranicy, ponieważ już właściwie nie ma co kupować. A w boju o udział w rynku działający tutaj inwestorzy mają przewagę, ponieważ im akwizycje dadzą poważne synergie, które pozwolą im na zaoferowanie lepszej ceny.

Jak wyjaśnia, dla nowych graczy polski rynek bankowy wydaje się już zbyt drogi: by tu zaistnieć musieliby sporo wydać, a potem konkurować o klienta z tymi, których pozycja jest bardzo silna. Poza tym, by nawiązać walkę z liderami rynku, trzeba kupić albo jednego z nich, albo kilka mniejszych banków, by zdobyć odpowiednio znaczący udział w rynku.

– Nie ma już dużych banków, które mogłyby zapewnić nowemu inwestorowi, temu, który jeszcze na tym rynku nie istnieje, taki udział, który pozwalałby mu na dobre konkurowanie z istniejącymi już tutaj inwestorami, którzy mają znaczący udział – ocenia Lejb Fogelman. Mnie się wydaje, że nie będzie już nowych, znaczących inwestorów oprócz jakichś drobnych wyjątków. Jeżeli będzie konsolidacja, to ona według mnie będzie wśród już istniejących graczy na tym rynku.

To, że na polskim rynku nie pojawią się nowi bankowi inwestorzy, nie oznacza jednak, że będzie tanio. Przy potencjalnych przejęciach cena zawsze rośnie i akcjonariusze notowanego na giełdzie kandydata do przejęcia mogą tylko zyskać. Łączenie banków powinno też opłacić się ich klientom. Większe instytucje mogą zaoferować korzystniejsze warunki korzystania ze swych usług. Muszą zaś to robić, by poprawiać swą pozycję na rynku.

Więksi gracze na rynku mają ekonomię skali, mogą obniżać koszty – przypomina Lejb Fogelman z Greenberg Traurig. Wydaje mi się, że to gdzieś w ostatecznym rozrachunku powinno się przełożyć na korzyści dla konsumentów. Czy tak będzie, nie wiem, ale w pewnym sensie w tej konsolidacji rynku i walce o udział w rynku chodzi właśnie o to, żeby koszty były obniżone i żeby była ekonomia skali.

Arrinera kończy sprzedaż obligacji. Spółka liczy na to, że inwestorzy pożyczą jej 5 mln zł na budowę drogowej wersji Hussaryi

0

CEO Magazyn Polska

Arrinera szuka inwestorów, którzy pomogą jej sfinansować budowę drogowej wersji supersamochodu Hussarya, który spółka zbudowała na razie w wersji wyścigowej. Firma myśli już o kolejnym modelu wozu sportowego, który chce sprzedawać na polskim rynku.

23 kwietnia zakończy się sprzedaż obligacji spółki, wyemitowanych w celu sfinansowania budowy serii samochodów. Arrinera wypuściła 5 tys. obligacji o wartości 1 tys. zł każda.

– 7 kwietnia rozpoczęliśmy emisję publiczną mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Gniadek, członek zarządu spółki Arrinera. – Szukamy na rynku kapitału dłużnego w wysokości 5 mln zł. Są to obligacje dwuletnie, zabezpieczone na akcjach spółki Arrinera Automotive SA, która jest w grupie Arrinera SA. Kupon 9,5-proc., płatny kwartalnie. Środki te nam mają pozwolić szybciej osiągnąć cel, jakim jest samochód w wersji cywilnej. Bo wersję racingową na pewno w tym roku pokażemy, tutaj budżet mamy już dopięty. Środki z emisji obligacji mają pomóc nam przyspieszyć pojawienie się wersji drogowej na rynku.

Emisję publiczna prowadzi dla spółki Dom Maklerski Ventus. Piotr Gniadek twierdzi, że cieszy się ona ogromnym zainteresowaniem.

– Patrząc na nasz biznesplan i to, co chcemy zrobić, czyli skomercjalizować wersję racingową już w tym roku, żeby spółka miała pierwsze przychody już na koniec tego roku, można spokojnie sądzić, że to bezpieczny plan. Te 5 mln zł pozwoli nam przyspieszyć wersję drogową, poza tym będziemy już mieć wpływy z wersji racingowej.

Arrinera przeciera szlaki w Polsce. Nikt jeszcze w kraju nie zbudował supersamochodu, czyli wozu sportowego, który jest w stanie rozwinąć szybkość przekraczającą 300 km/h. Tym bardziej nikt nie próbował wprowadzić na rynek podobnego pojazdu w wersji drogowej, którą można zarejestrować i używać na drogach publicznych. Samochody Hussarya, które trafią na rynek dzięki wyemitowanym obligacjom, mają kosztować po ok. 2 mln zł. Ich szybkość maksymalna ma zostać ograniczona do 340 km/h, bowiem wersja wyścigowa może się rozpędzić do 390 km/ h.

Widzimy jedyną możliwość odrodzenia polskiej motoryzacji, zapisania się na kartach historii poprzez małą serię przyznaje wiceprezes zarządu Arrinera.Hussarya 33, tylko 33 sztuki tego nadwozia. Następny model mamy już w planach, ale jest jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Najpierw musimy sprzedać pierwszy model, musimy osiągnąć sukces, żeby myśleć o kolejnym modelu, który będziemy wprowadzali na rynek. Ale na pewno interesują nas tylko małe serie. Chcemy iść w tym samym kierunku, co firmy Pagani czy Koenigsegg.

Rynek supersamochodów w Polsce Arrinera szacuje na 5-6 mld zł. Spółka ocenia, że jej atutem jest zaprezentowana ostatnio wersja wyścigowa wozu oraz zgromadzony zespół ludzi, którzy tę budowę prowadzili. Na tyle bliski jest też cel komercyjny, czyli przygotowanie serii wozów do sprzedaży na rynku, że obecnie Arrinera myśli już o kolejnym projekcie.

– Mogę zdradzić, że następny model mamy już opracowany deklaruje Piotr Gniadek z Arrinery.Mamy już wizualną koncepcję tego samochodu. Jest to samochód bez paneli dachowych. Nazwy jeszcze nie ma, samochodu jeszcze nie pokazujemy, na razie skupiamy się na naszej drogowej Hussaryi, w wersji racingowej pojawi się jeszcze w tym roku.

EQUES Investment TFI: Warszawską giełdę czeka hossa, która potrwa dłużej niż rok

CEO Magazyn Polska

Wiele wskazuje na to, że na warszawskiej giełdzie zaczyna się czas hossy, który potrwa dłużej niż rok ocenia Tomasz Korab z EQUES Investment TFI. To duża szansa dla funduszy inwestycyjnych na zdobycie nowych klientów. W najbliższych latach ich udział w rynku oszczędności może się podwoić.

Marzec był miesiącem, w którym inwestorzy skierowali swoją sympatię w stronę funduszy akcyjnych. Do lutego włącznie Polacy korzystając z usług funduszy inwestycyjnych, wybierali te, które inwestują w obligacje. To one bowiem w ostatnich latach przynosiły najwyższe stopy zwrotu, sięgające niekiedy 10 proc. rocznie.

Inwestorzy kierowali się głównie stopą zwrotu za ubiegły rok, która była bardzo wysoka, ale w mojej ocenie jest nie do powtórzenia w tym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Korab, doradca inwestycyjny, wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. Dlatego tych inwestorów raczej spotka rozczarowanie, zwłaszcza jeżeli oczekują podobnych stóp zwrotu jak te ubiegłoroczne. 

Stopy procentowe NBP są dziś najniższe w historii i choć Rada Polityki Pieniężnej zarzeka się, że to kres obniżek, to deflacja nie odpuszcza. W marcu była tylko minimalnie łagodniejsza niż w rekordowym lutym (-1,5 proc.). To oznacza, że oprocentowanie lokat i wszelkich innych papierów dłużnych, czyli obligacji, będzie wciąż niskie.

Wysokie zyski w najbliższych miesiącach mogą przynosić akcje. Szczególnie akcje tych firm, które w związku z ożywieniem w polskiej gospodarce zaczną poprawiać wyniki i wykazywać rosnące zyski. Na giełdzie widać ten trend w przypadku małych spółek już od początku roku, w przypadku największych wyraźny wzrost rozpoczął się w kwietniu.

Na uwagę będą zasługiwały dobre spółki podkreśla doradca inwestycyjny i wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. To znaczy ja i nasza firma jesteśmy przeciwnikami wyboru sektorów. Tak naprawdę lepiej mieć dobrą spółkę w kiepskiej branży niż złą spółkę w dobrej. Nawet jeżeli branża jest dobra, to zła spółka nic dobrego nie przyniesie.

Jego zdaniem w tym roku spore nadzieje inwestorzy mogą wiązać z firmami budowlanymi. Branża jest po fali bankructw, które wyeliminowały z rynku słabsze spółki i przerzedziły konkurencję. Tymczasem zarówno napływające środki unijne, jak i dane o pozwoleniach na budowę za zeszły rok sugerują znaczący wzrost produkcji budowlano-montażowej, więc tym, którzy zostali, przybędzie zamówień. Dobrze zachowują się również spółki z branży sprzedaży detalicznej, bo niskie ceny przynoszą wysokie obroty.

Poza dobrymi perspektywami gospodarki dodatkowym bodźcem dla inwestorów do szukania zysków w funduszach akcji powinny być słabe dochody z bezpiecznych lokat bankowych czy obligacji.

Wydaje się, że wobec poprawiającej się sytuacji gospodarczej w Polsce i na świecie, przynajmniej pewna część z nich zdecyduje się na zachowania bardziej agresywne inwestycyjnie, czyli fundusze z komponentem akcyjnym, i to powinno wspierać hossę na warszawskiej giełdzie, której moim zdaniem można się spodziewać – ocenia Tomasz Korab z EQUES Investment TFI.

Jak mówi, 6-7-proc. obecnie udział funduszy inwestycyjnych w oszczędnościach Polaków w perspektywie 5-10 lat może się co najmniej podwoić.

Rosyjskie samoloty wojskowe latają z wyłączonymi transponderami. To zagrożenie dla bezpieczeństwa lotów cywilnych

CEO Magazyn Polska

W pobliżu granic Polski lata coraz więcej rosyjskich samolotów wojskowych. Choć nie naruszają one granic państw, to latając z wyłączonymi transponderami, stwarzają zagrożenie dla lotów cywilnych w międzynarodowej przestrzeni powietrznej. Trwają prace nad nowelizacją ustawy o ochronie granic. Ma to zwiększyć liczbę sytuacji, w których polskie siły powietrzne będą mogły reagować.

Do wzrostu niebezpieczeństwa lotów dla cywilnych statków powietrznych przyczyniać się mogą przede wszystkim loty samolotów Federacji Rosyjskiej bez transpondera – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes płk Robert Stachurski, szef Obrony Powietrznej w Dowództwie Operacyjnym Rodzajów Sił Zbrojnych.

Od aneksji Krymu i rozpoczęcia wojny na wschodzie Ukrainy rosyjskie samoloty coraz częściej pojawią się w pobliżu granic państw UE. Bombowce i myśliwce przechwytywały do tej pory siły zbrojne m.in. Szwecji i Wielkiej Brytanii. Więcej pracy ma również lotnictwo NATO stacjonujące w litewskiej bazie w Szawlach w ramach misji Baltic Air Policing. Na czele tej misji obecnie stoją Włosi, ale pomagają im m.in. Polacy – cztery polskie MiG-29 stacjonują, a w litewskiej bazie, a wsparciem służy baza w Malborku.

Płk Stachurski podkreśla, że polskie lotnictwo uczestniczy w Zintegrowanym Systemie Obrony Powietrznej NATO i w ramach obowiązków musi również reagować na loty samolotów bez transpondera i takie, które mogą naruszyć przestrzeń powietrzną.

Szef Obrony Powietrznej uspokaja jednak, że nie odnotowano przypadków naruszenia przestrzeni powietrznej. Nie oznacza to jednak, że nie ma zagrożenia. Problem dotyczy również lotnictwa cywilnego.

Samoloty wykonujące loty w przestrzeni kontrolowanej powinny składać plany lotów. Jeżeli ich nie składają, to jest to niezgodne z prawem międzynarodowym. Wyłączony transponder może skutkować kolizjami w przestrzeni powietrznej, a więc ma wielki wpływ na bezpieczeństwo wykonywanych lotów – wyjaśnia płk Stachurski.

Transponder to urządzenie nadające sygnał, dzięki któremu kontrolerzy lotów mogą zidentyfikować dany samolot. Większość centrów kontroli lotów opiera się na radarach wtórnych, czyli takich, które wyświetlają jedynie samoloty z transponderami. Radary pierwotne umożliwiają dostrzeżenie również jednostek bez transponderów, ale są mniej precyzyjne i nie pozwalają na identyfikację.

Jeżeli dochodzi do jakichkolwiek sytuacji konfliktowych, kierujemy pisma do ambasady rosyjskiej, noty dyplomatyczne i prowadzimy rozmowy. Mamy nawiązaną również łączność z rosyjskim stanowiskiem dowodzenia w obwodzie kaliningradzkim i wyjaśniamy wszelkie sporne sytuacje telefonicznie – mówi płk Stachurski. – Międzynarodowe prawo lotnicze przewiduje konsekwencje dla przewoźników i wojskowych statków powietrznych.

Pułkownik dodaje, że z inicjatywy Ministerstwa Obrony Narodowej i Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych prowadzone są prace nad nowelizacją ustawy o ochronie granicy państwowej. Obecne prawo pochodzi z 1990 r., choć było potem wielokrotnie nowelizowane. Tłumaczy, że proponowana przez resort zmiana rozszerzy listę sytuacji, w których polskie siły powietrzne będą mogły reagować.

Wyższy eksport żywności do UE zmniejszył skutki rosyjskiego embarga. Polska stawia na Chiny, Algierię, Turcję, Indie i Iran

CEO Magazyn Polska

Dzięki dywersyfikacji kierunków eksportu embargo nałożone przez Rosję na polską żywność jest coraz mniej odczuwalne. Polska na rynki UE i krajów rozwijających wysyła odpowiednio o 9 i 20 proc. więcej towarów niż w roku ubiegłym. W szukaniu nowych odbiorców przedsiębiorcom pomaga resort rolnictwa. W tym tygodniu Marek Sawicki promuje polską żywność w Algierii. Inne perspektywiczne rynki to Chiny, Turcja, Indie i Iran.

W tym roku chcemy się głównie skoncentrować na targach SIAL China, będziemy także w Chinach Środkowych i Zachodnich. Chcemy też zintensyfikować naszą promocję w Algierii. Mam nadzieję, że zwiększymy tam również swoją obecność. Priorytetem jest wzmocnienie relacji z Turcją i dwoma wielce obiecującymi rynkami, gdzie jeszcze nadal jesteśmy obecni marginalnie, mówię tu o Indiach i Iranie – mówi agencji Newseria Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Wizyta Marka Sawickiego w Algierii potrwa do 22 kwietnia. Z kolei targi SIAL China odbywają się w dniach 6-8 maja w Szanghaju i są organiozwane dla firm z branży rolno-spożywczej. W 2014 roku w targach wzięło udział ponad 2300 wystawców i prawie 50 tys. zwiedzających. Organizatorzy tegorocznej edycji prognozują, że wystawa skupi 2700 wystawców oraz 55 tys. odwiedzających.

Jak tłumaczy Marek Sawicki, struktura polskiego eksportu powoli się zmienia, ale wchodzenie na rynki trzecie, czyli pozaunijne, wymaga dyscypliny ze strony eksporterów i większego dopasowania się do potrzeb lokalnych producentów.

– Rosyjskie embargo nie pozwoliło utrzymać dynamiki eksportowej w 2014 roku na poziomie kilkunastu procent, jak to bywało w latach 2012-2013, ale udało się uzyskać poziom 4,5-proc. wzrostu, podczas gdy większość państw unijnych zanotowała spadki – mówi minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Polska szczególnie odczuwała zamknięcie rosyjskiego rynku w przypadku owoców i warzyw (szczególnie jabłek), a także wieprzowiny i produktów mlecznych notujących wysoką dynamikę eksportu w ostatnich latach.

 Utrzymaliśmy wysoki eksport dzięki temu, że zwiększyliśmy go na rynki Unii Europejskiej z 79 do prawie 81 proc. i jednocześnie aktywnie wychodzimy na rynki afrykańskie i azjatyckie – zaznacza Sawicki.

Według GUS w okresie styczeń-luty eksport do Rosji wyniósł 3 346,9 mln zł i w ujęciu rocznym spadł o 28,1 proc. (aktualnie stanowi 2,9 proc. całkowitych obrotów handlowych w wysokości 115 984,8 mln zł). Z kolei eksport do UE w stosunku do dwóch pierwszych miesięcy 2014 roku był wyższy o 8,6 proc. i wyniósł 92 696 mln zł. Największą dynamikę odnotowano w eksporcie do krajów rozwijających się (+20,9 proc.) i stanowią one już 8,9 proc. całościowych obrotów w eksporcie (10 342,7 mln zł) wobec 7,8 proc. rok wcześniej.

9 mld euro trafi do polskich firm na innowacje. To szansa na dogonienie Zachodu

0

CEO Magazyn Polska

W nowej perspektywie finansowej polscy przedsiębiorcy będą mogli skorzystać ze wsparcia na innowacje i działalność badawczo-rozwojową. Na ten cel trafi 9 mld euro z programu Inteligentny Rozwój. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju chce im ułatwiać sięganie po unijne środki. Służyć temu ma nie tylko przyspieszanie procedur, lecz także pomoc w nawiązywaniu kontaktów między firmami a naukowcami.

W przyszłej perspektywie finansowej mamy około 9 mld euro z funduszy europejskich na to, by wesprzeć przedsiębiorców w budowaniu innowacji – informuje Leszek Cieśla z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Inwestycje w innowacyjność mają wzmacniać konkurencyjność polskich firm. O potrzebie takich nakładów wiele się mówi, ale – jak podkreśla Leszek Cieśla – trzeba pamiętać, że innowacyjność w Polsce budowana jest dopiero od 1989 roku. Wsparciem dla firm mają być instytucje publiczne, np. NCBiR.

Żenimy ze sobą dwa środowiska: nauki i biznesu. Głęboko wierzymy w to, że z tego małżeństwa będą dzieci, mówię tu oczywiście o innowacjach, pracach badawczo-rozwojowych i nowych produktach, które są w stanie zdobyć polskie, a przede wszystkim światowe rynki – mówi przedstawiciel Centrum.

Jak zapewnia Cieśla, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju stara się wpłynąć na poprawę sytuacji w dziedzinie innowacyjności poprzez elastyczne dopasowanie się do potrzeb przedsiębiorców. W nowej perspektywie sięganie po dofinansowanie ma być jeszcze łatwiejsze niż w poprzedniej.

Dobrym przykładem może być program, który wkrótce ruszy, czyli Szybka ścieżka. W ciągu 60 dni przedsiębiorca dostaje informację o tym, czy otrzyma dofinansowanie z NCBiR – informuje Leszek Cieśla.

Centrum było pierwszą instytucją publiczną w Polsce, która wprowadziła rynkowy system wsparcia redukujący formalności do minimum i skracający czas wydania decyzji do 60 dni od złożenia dokumentów. W pierwszym, rozstrzygniętym rok temu konkursie dofinansowanie w wysokości 254 mln zł otrzymało 115 przedsiębiorstw realizujących projekty z zakresu wysokich i średnich technologii.

Jak podkreśla Cieśla, kwoty dofinansowania pochodzące z ministerialnej agencji sięgają nawet kilkunastu milionów złotych. Tak szybki czas rozpatrywania wniosków jest czymś wyjątkowym, bo nawet w przypadku kredytów bankowych proces weryfikacji bywa nierzadko dłuższy.

Rozwijanie innowacji w Polsce będzie wspierać również nowo powstała Koalicja na rzecz Polskich Innowacji, która zrzesza instytucje naukowe, akademickie i biznesowe. Inicjatorzy zapewniają, że w wyniku prac KPI zostaną wypracowane szczegółowe proinnowacyjne rozwiązania na rzecz rozwoju sektora B+R w Polsce i zwiększenia poziomu innowacyjności polskiej gospodarki.

Wszyscy przedsiębiorcy powinni inwestować w B+R, być krok do przodu, tak aby ich produkty były innowacyjne – podsumowuje Leszek Cieśla.

Coraz więcej osób obawia się utraty pracy. Coraz więcej również wierzy, że bez problemu znajdzie kolejną

CEO Magazyn Polska

81 proc. pracujących Polaków wierzy, że nie będzie miało problemu ze znalezieniem nowej pracy, jeśli utraci obecną. Niewiele mniej wskazuje, że w ciągu pół roku może znaleźć pracę porównywalną do dotychczasowego zajęcia. Jednocześnie kolejny kwartał z rzędu rośnie liczba osób, które obawiają się utraty swojego stanowiska – wynika z badania „Monitor Rynku Pracy” Instytutu Badawczego Randstad.

W obecnej edycji badania rekordowo duża liczba respondentów, bo ponad 80 proc., dostrzega możliwość znalezienia innej pracy w sytuacji, gdyby utracili obecną. Jednocześnie rośnie liczba osób, które obawiają się utraty pracy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Bulik, dyrektor ds. prawnych i public affairs agencji doradztwa personalnego Randstad.

72 proc. badanych stwierdza, że w razie konieczności znajdzie pracę podobną do obecnej w okresie maksymalnie 6 miesięcy (wzrost o 7 pkt proc.). Z kolei 81 proc. wierzy w znalezienie jakiejkolwiek pracy – to o 5 pkt proc. więcej niż w poprzednim badaniu, co jest jednym z lepszych wyników dotychczasowych badań.

Jak wskazuje Randstad, kolejny kwartał powiększa się jednak grupa osób, dla których obecna sytuacja wiąże się z poczuciem ryzyka utraty pracy. 36 proc. badanych ocenia, że nie ma pewności, czy będzie mogło utrzymać obecną posadę przez najbliższe półrocze.

Agnieszka Bulik wskazuje, że te dwie tendencje wydają się sprzeczne, lecz tylko pozornie.

Mamy coraz więcej ofert pracy, często niskopłatnych, dla osób o niskich kwalifikacjach. Dla osób lepiej wykształconych, o wyższym poziomie kompetencji ofert również jest więcej niż rok temu, ale też jest więcej chętnych, żeby taką pracę podjąć. Patrząc na to, co się dzieje na rynku, jak często następują restrukturyzacje, zmiany, przekształcenia, fuzje, przejęcia i redukcje zatrudnienia, które z tym się wiążą, w naturalny sposób – nawet jeśli czujemy, że nasza praca jest stabilna – spodziewamy się zmian – uważa Agnieszka Bulik.

Z badania wynika, że Polacy są coraz bardziej otwarci na zmianę miejsca zamieszkania w związku ze zmianą pracy. Wskaźnik mobilności wynosi w kraju 108 punktów, podczas gdy w innych krajach UE wynosi on 101.

Okazuje się, że Polacy są bardziej otwarci i ze zrozumieniem patrzą na to, że być może będzie konieczność udania się gdzieś za pracą i zaakceptowania zmiany – dodaje Bulik.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego oraz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wskazują, że bezrobocie rejestrowane spada w Polsce już od ponad 15 miesięcy. Na koniec lutego 2015 roku stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 12 proc. wobec 13,9 proc. zanotowanych w lutym 2014 r. Liczba osób pozostających bez pracy wyniosła 1918,7 tys., w ujęciu rocznym liczba bezrobotnych spadła o 337,2 tys. osób.

Dostrzegamy większą liczbę ofert pracy. Sytuacja się zmienia i idziemy w takim kierunku, który jest bezpieczniejszy dla pracowników. Widzimy, że będzie więcej możliwości zmiany zatrudnienia – mówi dyrektor.

Z badania wynika, że 22 proc. ankietowanych, którzy w ostatnim półroczu zmienili pracę, zrobiło to z powodów osobistych. Część z nich chciała tym samym poprawić swoje warunki zatrudnienia.

Jeszcze niedawno dominującym powodem były okoliczności niezależne od nas. To była zmiana, którą nasz pracodawca wprowadzał, zmieniając strukturę firmy czy swoje założenia względem osób zatrudnionych – podsumowuje Bulik.

Zmiany w mobilnej wyszukiwarce Google. Stracić mogą firmy, których strony nie są dostosowane do urządzeń mobilnych

CEO Magazyn Polska

Od dzisiaj Google wprowadza zmiany w swojej mobilnej wyszukiwarce. Preferowane będą strony z wersjami na tablet czy smartfon. Na zmianach skorzystają użytkownicy, którzy coraz częściej łączą się z internetem przez urządzenia mobilne, ale prawdziwa rewolucja czeka firmy. W Polsce tylko 7 proc. małych i średnich przedsiębiorstw pamięta o mobilnym kliencie. Pozostałe po zmianach mogą sporo stracić.

Nowy algorytm wprowadzony dzisiaj przez Google ocenia zgodność stron internetowych z urządzeniami mobilnymi. Zdaniem ekspertów to znak, że firma dostosowuje się do zmian na rynku.

Urządzeń mobilnych jest coraz więcej. Google to dostrzega i dlatego skoro użytkownicy szukają informacji na urządzenia mobilne, to nie będzie im podrzucał stron, które są do takich urządzeń nieprzystosowane. Po drugie, żeby jeszcze bardziej ułatwić korzystanie, pojawi się też informacja, że dana strona jest dostosowana do urządzenia mobilnego – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Zieliński, prezes zarządu firmy informatycznej MakoLab.

Mobilnych internautów jest coraz więcej. Z raportu mShopper przeprowadzonego przez Mobile Institute wynika, że z urządzeń mobilnych korzysta 44 proc. Polaków. Wśród internautów odsetek ten wynosi blisko 70 proc. Badania Gemius wskazują, że w ubiegłym roku 12 proc. ruchu w polskim internecie generowały właśnie urządzenia przenośne. W porównaniu z krajami zachodnimi to wciąż niewiele (np. w USA to ok. 50 proc.), jednak mobilnych użytkowników wciąż przybywa. Dlatego przybywa rozwiązań skierowanych właśnie do nich.

Wszystkie firmy, które działają w internecie, a już na pewno te największe, jak Google czy Facebook, na pierwszym planie stawiają „user experience”, czyli doświadczenie użytkownika. Chcą sprawić, żeby użytkownik mógł w łatwy sposób znaleźć jak najlepszą usługę – mówi Zieliński.

Zmiany wprowadzone przez Google oznaczają, że użytkownik trafi tylko na strony dostosowane do jego urządzenia. Tym samym dużo zyskać mogą te firmy, które mają swoją stronę w wersji mobilnej. Zdaniem eksperta dotyczy to przede wszystkim firm z sektora usług, restauracji czy hoteli.

Nie każda branża musi się komunikować ze społecznością, do której kieruje swoją usługę, za pośrednictwem urządzenia mobilnego. Przygotowując swoją strategię i myśląc o tym, w jaki sposób zaistnieć w internecie, trzeba jednak brać pod uwagę wzrost ruchu z urządzeń mobilnych – przekonuje Zieliński.

Polskie firmy o mobilnych użytkownikach raczej zapominają. Z raportu ActiveMobi wynika, że tylko 7 proc. małych i średnich przedsiębiorstw (207 z przebadanych 3 tys.) ma stronę dostosowaną do mobilnych urządzeń. Zdaniem Zielińskiego stworzenie takiej strony nie musi wymagać od firmy dużego wysiłku i ogromnych nakładów. Jednym ze sposobów jest stworzenie mobilnej strony, innym – tzw. responsive web design.

Tworzymy wówczas jedną stronę internetową, ale jest ona tak zbudowana, że rozpoznaje, na jakim urządzeniu jest wyświetlana, i dostosowuje swój widok do tego urządzenia. To rozwiązanie droższe, ale po pierwsze, kiedy pojawia się nowe urządzenie, nie trzeba budować nowej strony mobilnej, tylko dostosować już stworzoną, a po drugie zarządza się treścią na stronie raz – zaznacza ekspert z MakoLab.

IMM: Kandydaci na prezydenta zaoszczędzili 700 mln zł dzięki zainteresowaniu mediów

CEO Magazyn Polska

Do wyborów prezydenckich zostało mniej niż trzy tygodnie, a media komentują każdy krok kandydatów. Instytut Monitorowania Mediów obliczył, że nawet 700 mln zł musieliby wydać kandydujący w wyborach prezydenckich politycy, gdyby mieli zapłacić za poświęcone im publikacje jak za czas reklamowy. Na zainteresowaniu mediów najwięcej zyskali dwaj kandydaci, liderzy sondaży – Bronisław Komorowski i Andrzej Duda. Trzecie miejsce zajął mało liczący się w sondażach Janusz Palikot.

Instytut Monitorowania Mediów przeprowadził badanie, bazując na sondażu TNS Polska przeprowadzonym na początku kwietnia, który wskazywał, że najwyższe poparcie uzyskali kolejno: Bronisław Komorowski, Andrzej Duda, Paweł Kukiz, Janusz Korwin-Mikke i Magdalena Ogórek.

W Instytucie Monitorowania Mediów porównaliśmy wyniki tego sondażu z wynikami popularności w mediach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Tomsia, specjalista ds. PR w IMM. – O ile liderzy tego zestawienia pozostają niezmienni, o tyle kolejne miejsca wyglądają już nieco inaczej.

Na pierwszym miejscu znalazł się Bronisław Komorowski, który uzyskał ponad 150 tys. wzmianek w okresie od początku lutego do 10 kwietnia. Na drugim miejscu znalazł się Andrzej Duda z 80 tys. wzmianek. Natomiast na trzecim miejscu znalazł się Janusz Korwin-Mikke (ok. 40 tys. wzmianek). Czwartą pozycję w tym rankingu zajął Paweł Kukiz, a piątą – Janusz Palikot. Obaj kandydaci mieli po ok. 27 tys. wzmianek.

Kandydaci z pierwszej piątki rankingu IMM osiągnęli szczególnie wysokie wyniki pomiędzy 9 i 15 lutego, w czasie emisji przemówień wyborczych. Kolejne ożywienie mediów nastąpiło miesiąc później. Na pierwszy plan wysunął się wtedy obecny prezydent Bronisław Komorowski, który uzyskał wynik podobny do tego sprzed miesiąca, czyli ok. 20 tys. publikacji w ciągu tygodnia. Zarówno Komorowski, jak i Duda zanotowali duży spadek zainteresowania na początku marca.

Publikacje na temat ich konkurentów utrzymywały się przez te dwa miesiące na dość wyrównanym poziomie. Łącznie wzmianek o wszystkich kandydatach było od początku lutego 420 tys., z czego zdecydowana większość miała miejsce w mediach społecznościowych, przede wszystkim na Facebooku (77 proc., czyli prawie 250 tys. wzmianek) oraz na Twitterze (19 proc., 61 tys.)

To jest ciekawy wynik, tym bardziej że kandydaci na prezydenta nie prowadzili bardzo aktywnych działań w mediach społecznościowych – ocenia Tomsia. – Stawiali raczej na klasyczne, tradycyjne kanały przekazu. Media społecznościowe, a właściwie ich użytkownicy nie potrzebowali szczególnej zachęty, by wyrażać swoje opinie, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, a w dużej mierze po prostu ironiczne czy żartobliwe.

Mimo że promocja była nieplanowana, jej wartość jest wymierna. Gdyby kandydaci musieli zapłacić za poświęconą im uwagę w mediach, kosztowałoby to ich ok. 700 mln zł.

– Wysokość ekwiwalentu reklamowego wszystkich publikacji na temat wszystkich kandydatów to 400 mln zł w internecie i 300 mln zł w prasie – podsumowuje Monika Tomsia. – Gdyby kandydaci na prezydenta mieli sami zapłacić za uzyskane publikacje, najgłębiej do kieszeni musiałby sięgnąć Bronisław Komorowski i wydać aż 250 mln zł, Andrzej Duda około 130 mln zł, natomiast na trzecim miejscu w tym zestawieniu znalazłby się Janusz Palikot, piąty co do liczby publikacji, a trzeci co do wysokości wydatków. Byłoby to około 40 mln zł.

Strabag ma wypełniony portfel zamówień drogowych i kubaturowych w Polsce na dwa najbliższe lata. A przetargi na modernizację kolei dopiero ruszyły

0

CEO Magazyn Polska

Strabag ma portfel dużych zamówień niemal zapełniony, a mimo to liczy na kolejne zlecenia, szczególnie związane z modernizacją kolei.

– Mamy jeden z najnowocześniejszych parków maszynowych w zakresie budownictwa kolejowego i będziemy starali się jeszcze bardziej niż dotychczas wykorzystać nasz potencjał, biorąc udział w dużych, małych i średnich postępowaniach przetargowych mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Trojanowski, członek zarządu spółki Strabag.

Jak dodaje, branża czeka na napływ pieniędzy z nowej unijnej perspektywy i związane z tym inwestycje. Na razie ożywienie widać głównie w drogownictwie.

– Patrząc na wysyp postępowań, jakie się odbyły od początku 2014 roku, widzimy, że infrastruktura odżyła. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad ogłosiła i przeprowadziła kilkadziesiąt przetargów na kontynuację budów dróg ekspresowych i autostrad. Jestem pełen optymizmu co do realizacji tych inwestycji w najbliższych latach, program rozbudowy infrastruktury w obrębie dużych inwestycji drogowych nabrał tempa.

Poza kontraktami infrastrukturalnymi Strabag prowadzi też inwestycje w budownictwie ogólnym. Buduje apartamenty, magazyny, centra handlowe i z tego pochodzi 1/4 obrotów spółki. Firma dostrzega, że w Polsce jest duże zainteresowanie wielu inwestorów tym segmentem. Jak ocenia Trojanowski, popyt w nim będzie dosyć stały i pozwoli Strabagowi odgrywać znaczącą rolę generalnego wykonawcy.

– Jesteśmy największym wykonawcą fabryki Volkswagena we Wrześni. To jeden z największych w tej chwili bardzo terminowych projektów realizowanych w tym roku w Polsce przypomina Wojciech Trojanowski. – Jesteśmy też dumni z naszego projektu biurowego Astoria, który realizujemy w Warszawie i którego inwestorem jest Strabag Real Estate. To jedyny biurowiec budowany w tej chwili w ścisłym centrum Warszawy. Ponadto jesteśmy wykonawcą znaczących obiektów komercyjnych na terenie kraju. Interesuje nas również budownictwo energetyczne i związane z szeroko rozumianym obszarem ochrony środowiska.

Biorąc jednak pod uwagę ilość środków unijnych, jakie są przeznaczone na rozwój Polski, i liczbę przetargów publicznych w zakresie budownictwa infrastruktury, przychody z budowy dróg będą dominujące w kolejnych latach.

– Mamy praktycznie wypełniony portfel zleceń infrastrukturalnych na najbliższe dwa lata – ocenia członek zarządu spółki Strabag. – Co nie znaczy, że nie będziemy pozyskiwać kolejnych, szczególnie wykonywanych w formule „Zaprojektuj i wybuduj”, które będą realizowane w 2017 roku i w latach następnych.

M. Tyrmand: Brak wolnych mediów ogranicza rozwój gospodarczy Polski

CEO Magazyn Polska

Rozwój gospodarczy Polski hamuje brak w pełni wolnych mediów – ocenia Matthew Tyrmand, amerykański ekonomista i syn Leopolda Tyrmanda. Według niego polscy dziennikarze rzadko podejmują kontrowersyjne tematy, a ujawnione afery są szybko wyciszane. Jak podkreśla, światowe doświadczenia pokazują, że im więcej wolności prasy i wolności słowa w danym kraju, tym większe możliwości bogacenia się społeczeństw.

Im w kraju więcej wolności prasy i wolności słowa, im bardziej jest to chronione prawem, tym więcej bogactwa gromadzi społeczeństwo, tym wycena firm i aktywów rośnie. Polska powinna dążyć do nowego otwarcia w kwestii wolności wypowiedzi – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Matthew Tyrmand, amerykański ekonomista, finansista i autor książki „Jestem Tyrmand, syn Leopolda”.

Matthew Tyrmand, który urodził się w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyemigrował w 1965 r. jego ojciec, znany pisarz i jazzman, bardzo krytycznie ocenia polską scenę polityczną. Wielokrotnie krytykował korupcję polityczną i brak zmiany w polskim społeczeństwie. Jak podkreśla, jednym z problemów są polskie media. Według niego to właśnie dziennikarze sami ograniczają wolność debaty publicznej i wypowiedzi, zwłaszcza jeśli dotyczy to kontrowersyjnych tematów. W mediach ważne tematy są pomijane lub opisywane jedynie powierzchownie i przez krótki czas. Tyrmand ocenia, że jednym z niewielu tytułów, który nie boi się poruszać niewygodnych zagadnień, jest tygodnik „Wprost”.

Lubię pracować z Michałem Lisieckim, ponieważ „Wprost” nie boi się podejmować takich tematów, przez co stał się niezbyt popularny wśród przywódców establishmentu. Myślę jednak, że bardzo ważne jest patrzenie na pewne sprawy w ten sposób, kontrolowanie na co idą publiczne pieniądze, przeprowadzanie dziennikarskich śledztw, pisanie o tym szczerze – uważa Tyrmand.

Zauważa jednak, że nawet ujawnione przez ten tygodnik afery, takie jak rozmowy polityków najwyższego szczebla nagrane w warszawskich restauracjach czy podejrzenia dotyczące Kamila Durczoka, nie są potem podchwytywane w wystarczający sposób przez inne media.

To są newsy, ale ignorowane przez wiele mainstreamowych platform medialnych w Polsce, ponieważ te informacje nie wpisują się w narrację, którą media chcą sprzedawać konsumentom. To bardzo niezdrowe zjawisko dla wolnego społeczeństwa – przekonuje ekonomista.

Według niego bezkrytyczność największych tytułów medialnych wobec władzy ogranicza pluralizm poglądów.

Debatę publiczną ograniczają także politycy, którym prawo daje takie możliwości – dodaje Tyrmand. Podaje przykład licznych pozwów o zniesławienie. Według niego każda krytyka prasowa jest ryzykowna dla publikującego ją dziennikarza. Autorom takich artykułów grożą pozwy sądowe i poważne konsekwencje. Alternatywą dla tradycyjnych mediów staje się internet, gdzie dużo łatwiej publikować krytyczne teksty.

Alternatywne media zarówno w USA, jak i w Polsce zaczynają się rozwijać online, ponieważ bariery wejścia na rynek i dotarcia do odbiorców są niskie. Establishment i zakorzenione w nim podmioty nie chcą konkurować w taki sposób. Oni chcą się chronić przed konkurencją, więc biorą pieniądze od podatnika. Myślę, że są skompromitowane, tracą wiarygodność, co tylko utrwala ich bankructwo, które, mam nadzieję, w końcu nastąpi – prognozuje Tyrmand.

Dodaje, że Polska powinna wziąć przykład ze Stanów Zjednoczonych. Tam wolność wypowiedzi gwarantuje pierwsza poprawka do konstytucji. Uchwalone już w 1789 r., zaledwie dwa lata po wejściu w życie amerykańskiej ustawy zasadniczej, prawo zabrania ograniczania nie tylko głoszonych poglądów, lecz także wyznawanej religii oraz zgromadzeń publicznych.

Polskie superauto już wkrótce na torze wyścigowym. Za rok samochody wyjadą na ulice

CEO Magazyn Polska

Już w tym roku na tor wyścigowy wyjedzie pierwszy polski supersamochód – Arrinera Racing. W przyszłym roku na rynku pojawi się wersja drogowa Arrinera Hussarya. Auto trafi tylko do prawdziwych kolekcjonerów – na rynku pojawią się 33 sztuki, a koszt sięgnie 500 tys. euro. Zainteresowanie już teraz jest bardzo duże.

W tym roku zmierzamy do zakończenia prac nad naszą wersją sportową, czyli samochodem Arrinera Racing. Testy będą odbywały się w III kw. tego roku na torze w Polsce albo na Slovakia Ring. Zamierzamy jeszcze w tym roku rozpocząć komercjalizację wersji racingowej, a wersja drogowa ujrzy światło dopiero w 2016 roku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Gniadek, wiceprezes spółki Arrinera SA.

Arrinera Racing została po raz pierwszy zaprezentowana na targach motoryzacyjnych w Poznaniu na początku kwietnia. Całą imprezę odwiedziło 113 tys. osób (o ponad 20 tys. więcej niż rok wcześniej), a jak podkreśla Gniadek, stoisko Arrinery należało do najbardziej popularnych.

Zainteresowanie pierwszym polskim superautem jest bardzo duże nie tylko wśród fanów motoryzacji. Do firmy już zgłaszają się osoby zainteresowane kupnem pojazdu. Jest ich już ponad 200, w tym z Polski 35 osób. Nie wszystkie mogą jednak liczyć na to, że uda im się kupić Arrinerę Hussaryę.

Na świecie będą tylko 33 sztuki. Zmierzamy plasować nasz samochód w segmencie kolekcjonerów, osób, które poszukują czegoś wyjątkowego, czyli niedużej serii oraz połączenia sztuki i technologii. Tym właśnie będzie Arrinera – mówi Gniadek.

Poza liczbą wyprodukowanych samochodów, ograniczeniem będzie też cena. Hussarya ma kosztować ok. 500 tys. euro. Jak podkreśla Gniadek, to auto z tej samej kategorii, co hiperauta Pagani lub Koenigsegg, choć akurat od tych samochodów będzie tańsze. To jednak kategoria wyżej niż modele Ferrari, McLaren czy Lamborghini.

Gniadek zapewnia, że samochód spełni oczekiwania użytkowników pod względem mechanicznym. Hussarya będzie napędzana ośmiocylindrowym silnikiem General Motors o mocy 850 koni mechanicznych i będzie posiadała napęd na tylną oś.

Samochód jest też zaawansowany pod względem aerodynamicznym. Przy projekcie Arrinera współpracowała z naukowcami z Politechniki Warszawskiej. Do produkcji niektórych elementów jego karoserii wykorzystano niezwykle lekki i bardzo wytrzymały grafen.

Do naszego projektu jakiś czas temu zaprosiliśmy polską, znaną na świecie firmę designerską Luc&Andre, która przygotuje dla nas bardzo designerski środek, który przeniesiemy do produkcji małoseryjnej – dodaje Gniadek. – Nasi klienci zwracają uwagę na nadwozie, które z każdej strony jest przepiękne. Sam design tego nadwozia przyciąga uwagę.

Gniadek podkreśla, że wyjątkowość Arrinery polega właśnie na designie oraz małej liczbie wyprodukowanych pojazdów. Coraz trudniej bowiem wyróżnić się spośród innych superaut samymi osiągami. Te są bardzo zbliżone w przypadku wszystkich pojazdów. Również Arrinera Hussarya nie będzie odbiegać od rynku: ma przyspieszać do 100 km/h w nieco ponad 3 sekundy, a do 200 km/h w niecałe 9 sekund.

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

USD zaczyna tydzień przyparty do muru

USD najwyraźniej rozpoczyna tydzień przyparty do muru. Para EUR/USD znalazła się na ostatecznym poziomie zniesienia (1,0840), para USD/JPY jest obecnie tuż pod poziomem dziennej chmury Ichimoku w okolicach lokalnych minimów przedziału, a waluty z Antypodów rozpoczęły sesję mocnym akcentem po tym, jak Ludowy Bank Chin ogłosił obniżenie poziomu rezerwy obowiązkowej o 1%. Nie do końca rozumiem pozytywną reakcję rynku na to wydarzenie, ponieważ zwykle tego rodzaju działania banków centralnych to oznaka osłabienia gospodarki, a nie zapowiedź wzrostu.W tym tygodniu zobaczymy, czy apetyt na ryzyko poprawi się po dramatycznym spadku w ubiegłym tygodniu w związku z sytuacja w Grecji (być może jest to jedynie drugi oddech po trwającej od początku roku hossie na giełdach europejskich). Zwróćmy uwagę, że jesteśmy świadkami największego od dawna oddziaływania greckiego kryzysu na peryferyjne państwa strefy euro. Różnice pomiędzy rentownością obligacji państw Club Medu a rentownością obligacji państw peryferyjnych w ubiegłym tygodniu wzrosły w ramach solidarności ze wzrostem rentowności greckich obligacji rządowych. Rentowność dziesięcioletnich portugalskich obligacji rządowych jest o 190 punktów bazowych wyższa od rentowności obligacji niemieckich; dla porównania, na początku marca, gdy rozpoczęto luzowanie ilościowe, różnica ta wynosiła ok. 130 punktów bazowych. W przypadku Hiszpanii i Włoch różnica ta wynosi ok. 140 punktów bazowych w porównaniu z ok. 90 punktami bazowymi na początku luzowania ilościowego.

Wykres: USD/JPY

Para USD/JPY znajduje się w okolicach kluczowego stabilnego wsparcia w obszarze 118,30/50 i poniżej wsparcia zapewnianego przez dzienną chmurę Ichimoku, która została przekroczona w piątek. Przełamanie kluczowego wsparcia może spowodować zdecydowany spadek – być może w kierunku ostatecznego wsparcia przedziału w okolicach poziomu 115,00/50, jednak nie należy zanadto wybiegać w przyszłość – ponieważ w ostatnich miesiącach para ta nie była w stanie obrać wyraźnego kierunku.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: waluta jest przyparta do muru, a ten tydzień nie oferuje żadnych istotnych katalizatorów; wydaje się, że wszyscy oczekują na posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w przyszłym tygodniu.

EUR: wydaje się, że waluta jest negatywnie skorelowana z apetytem na ryzyko, biorąc pod uwagę tradycyjne zachowanie walut w ramach transakcji carry, a zatem wzrost obaw o los Grecji może jeszcze bardziej negatywnie wpłynąć na parę EUR/CHF, ale – jak na ironię – wzmocnić parę EUR/USD. Ostateczną linią oporu jest poziom 1,0840 w ramach przedziału aż do poziomu 1,10. Posiedzenie Eurogrupy pod koniec tygodnia może wiązać się z nowymi, ważnymi doniesieniami dotyczącymi sytuacji w Grecji.

JPY: Waluta zachowuje się niekonsekwentnie i pozostaje w połowie przedziału w porównaniu z resztą walut z koszyka G10, jednak para USD/JPY dotarła do kluczowych poziomów; zobaczymy, czy przełamanie w dół spowoduje próbę dotarcia do minimów przedziału poniżej poziomu 116,00.

GBP: w piątek para GBP/USD nie zdołała pokonać poziomu 1,5000; para EUR/GBP może być skorelowana z parą EUR/USD, a zatem nie jestem pewien, czy w tym tygodniu można się spodziewać po GBP czegokolwiek interesującego w odniesieniu do par z euro, mimo iż w kalendarzu przewidziano kilka wydarzeń związanych z ryzykiem.

CHF: para EUR/CHF powoli idzie w dół, co wiąże się z nastrojami wobec Grecji/państw peryferyjnych; można się spodziewać kontynuacji w kierunku docelowego poziomu technicznego 1,0170, a być może także i do poziomu parytetu, jeżeli ten kierunek się utrzyma, możliwe są jednak gwałtowne rajdy w przypadku ewentualnych nieoczekiwanych przejaśnień.

AUD: waluta uzyskała wsparcie w postaci obniżenia poziomu rezerwy obowiązkowej przez Chiny, należy jednak interpretować to wydarzenie jako sygnał niepokojącego osłabienia chińskiej gospodarki, dlatego pozytywne oddziaływanie tego ruchu może być krótkotrwałe, w szczególności w kontekście niewielkiego apetytu na ryzyko. Uwaga na opublikowany dziś protokół z posiedzenia Reserve Bank of Australia, w którym zostaną zawarte najnowsze wytyczne po tym, jak bank nie zadecydował o cięciu stóp na ostatnim posiedzeniu. Spodziewam się osłabienia, w szczególności względem USD, czy jednak nastąpi ono już teraz, czy dopiero po osiągnięciu poziomu 0,7900, a nawet 0,8000? Niedźwiedzie mogą wziąć pod uwagę opcje put z dłuższymi terminami – omawiam to w prognozie FX 4 na najbliższy tydzień.

CAD: po kapitulacji na dnie przedziału i przyzwoitym odwróceniu w piątek nastąpiła chaotyczna korekta – zobaczymy, czy przerodzi się to w coś większego. Widać, że potrzebujemy rajdu cen ropy, aby waluta ta zyskała na wartości. Tymczasem na dziś zapowiedziano wystąpienie prezesa Poloza z Bank of Canada.

NZD: słaby odczyt CPI nie wywarł większej presji na NZD, ponieważ uwaga wszystkich skierowana była w nocy na obniżenie poziomu rezerwy obowiązkowej w Chinach. Para NZD/USD zbliża się do kluczowego oporu od poziomu 0,7700 przez linię 200-dniowej średniej ruchomej; powszechnie przewiduje się raczej odwrócenie w dół, niż rozpoczęcie nowego większego rajdu.

SEK: kurs waluty w ubiegłym tygodniu był nietypowy: po gwałtownej deprecjacji w czwartek, w piątek waluta zdecydowanie zyskała na wartości. Zobaczymy, czy jutrzejszy raport w sprawie zatrudnienia potwierdzi piątkową hossę, czy też okaże się, że znajdujemy się w zdradzieckim i zmiennym przedziale.

NOK: w parze EUR/NOK nastąpiła tak bardzo oczekiwana konsolidacja po odbiciu z poziomu ostatnich minimów, jednak ruch ten zmienił strukturę wykresu i mamy trend spadkowy, ponieważ pozostajemy poniżej nieprzekraczalnej granicy 8,50/55.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Chiny: obniżenie poziomu rezerwy obowiązkowej do 18,5% w porównaniu z poprzednim poziomem 19,5%
  • Nowa Zelandia: odczyt CPI w I kw. wykazał -0,3% w ujęciu kwartał do kwartału i +0,1% w ujęciu rok do roku w porównaniu z przewidywanymi odpowiednio-0,2%/+0,2% oraz z odnotowanym w IV kw. +0,8% w ujęciu rok do roku

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Strefa euro: wyniki sektora budowlanego w lutym (09:00)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie Dudleya z Fed (12:40)
  • Strefa euro: wystąpienie Constancio z EBC (13:00)
  • Strefa euro: EBC podaje szczegółowe informacje dotyczące skupu aktywów w ramach luzowania ilościowego (13:45)
  • Kanada: wystąpienie Poloza z Bank of Canada (14:05)
  • Australia: wystąpienie prezesa Stevensa z RBA (17:00)
  • Australia: publikacja protokołu z kwietniowego posiedzenia RBA (01:30)

John J Hardy, Saxo Bank

Przedsiębiorcy postulują uchylenie tzw. przepisów antyzatorowych

0

Przepisy nakładające na podatników obowiązek wyłączenia z kosztów uzyskania przychodów faktur, które nie zostały zapłacone w terminie 30 dni od upływu terminu płatności zostały wprowadzone ustawą 16 listopada 2012 r. o redukcji niektórych obciążeń administracyjnych w gospodarce. Ich stosowanie, przez ponad dwa lata, generuje wysokie koszty księgowo-ewidencyjne oraz obarcza przedsiębiorców ogromnym ryzykiem podatkowym. Dlatego Konfederacja Lewiatan postuluje ich uchylenie.

Przemysław PruszyńskiKomentarz Przemysława Pruszyńskiego, doradcy podatkowego, eksperta Konfederacji Lewiatan

Celem wprowadzonych zmian było zmniejszenie występujących w gospodarce zatorów płatniczych, które są zjawiskiem wysoce niepożądanym i prowadzącym do utraty płynności finansowej przez niektóre firmy.

Obecnie przedsiębiorcy wskazują, że zatory płatnicze nie występują już tak często, jak to miało miejsce w latach 2009 – 2011. Na poprawę tej sytuacji wpływ miało kilka czynników, przede wszystkim lepsza koniunktura w gospodarce polskiej i europejskiej, zakończenie wielkich kontraktów w branży budowlanej, gdzie bankrutujące olbrzymie konsorcja napędzały spiralę nieściągalnych wierzytelności u tysięcy ich podwykonawców, a być może także w niewielkim zakresie przepisy „antyzatorowe”.
Dwa pełne lata obowiązywania korekty kosztów pokazały, że przepisy te są niezwykle nieprecyzyjne, wadliwie skonstruowane i mają wyjątkowo sankcyjny charakter. Ich stosowanie generuje wysokie koszty księgowo-ewidencyjne oraz obarcza przedsiębiorców ogromnym ryzykiem podatkowym. W założeniu miały stanowić wsparcie dla firm niemających silnej pozycji rynkowej, takich które ze względu na dużą konkurencję „zmuszane były” kredytować inne podmioty. W praktyce okazało się, że to właśnie tym słabszym firmom zaszkodziły najbardziej. Firmy, które w trudnym okresie winny otrzymać pomoc w postaci odroczenia lub rozłożenia na raty płatności podatku, otrzymały dodatkowe, sankcyjne obciążenie.

Często występują sytuacje kiedy literalne stosowanie tych przepisów w ogóle nie jest możliwe, ponieważ używane przez podatników systemy informatyczne nie są przystosowane do automatycznych wyliczeń, np. przy ewidencji magazynu, amortyzacji lub kalkulacji niezapłaconych zobowiązań. Ponadto ustawa wymaga, aby koszty bezpośrednie były rozpoznawane w dacie uzyskania przychodu z ich sprzedaży z wyjątkiem sytuacji, gdy zobowiązanie nie zostało uregulowane w terminie. W takim przypadku koszt podatkowy możemy rozpoznać w dacie zapłaty danego zobowiązania. Spełnienie warunków ustawy wymagałoby prowadzenia ewidencji zapasów na poziomie pojedynczej sztuki towaru, co w praktyce jest niemożliwe. Przepisy te nie przewidują żadnego rozwiązania chroniącego podatnika w przypadku otrzymania faktur niezasadnych, np. w kwocie nieuzgodnionej z dostawcą lub też przed terminem wykonania usługi, a także w sytuacjach, gdy świadczenie w ogóle nie zostało wykonane lub wykonane zostało wadliwie.

Konieczność uchylenia omawianych przepisów dostrzegł Prezydent RP, który taką propozycję skierował do Sejmu w projekcie ustawy o zmianie ustawy – Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw. W uzasadnieniu wskazał, że „Rozwiązanie to nie spełniło swojej funkcji. Prowadzenie stosownych rozliczeń wiąże się bowiem z dodatkowymi obowiązkami o charakterze instrumentalnym, generując dodatkowe koszty dla przedsiębiorców”. Wadliwość tych przepisów dostrzega także Minister Finansów i cała Rada Ministrów. W stanowisku Rządu do projektu prezydenckiego możemy przeczytać, że „stosowanie przez podatników przepisów związanych z korektą kosztów podatkowych w związku z nieterminowym regulowaniem zobowiązań wiąże się z koniecznością ponoszenia znacznych nakładów administracyjnych w ramach prowadzonej działalności gospodarczej, np. poprzez dodatkowe obowiązki ewidencyjne.

Uwzględniając powyższe, konieczne jest podjęcie realnych działań zmierzających do uchylenia omawianych przepisów. Obecnie projekt prezydenckiej ordynacji podatkowej jest przedmiotem prac Podkomisji stałej do monitorowania systemu podatkowego, która rekomendowała Komisji Finansów Publicznych wystąpienie do Marszałka Sejmu o zwrócenie się do Trybunału Konstytucyjnego o wykładnię uzasadnienia wyroku SK 40/12 w sprawie Ordynacji podatkowej. Złożenie przedmiotowego wniosku spowoduje przerwanie prac nad projektem na bardzo długi okres. Zatem, jeżeli projekt Prezydencki nie ma wielkich szans na uchwalenie, Minister Finansów oraz Minister Gospodarki powinni podjąć stosowną inicjatywę, aby jeszcze w tym roku doprowadzić do uchylenia omawianych przepisów.

Konfederacja Lewiatan

NIK o dopłatach do sadowniczych upraw ekologicznych

Mimo iż przez dziesięć lat na dopłaty do ekologicznych upraw sadowniczych i jagodowych wydano ponad 708 mln zł produkcja owoców nie wzrosła. Wręcz przeciwnie: wydajność upraw spadła z 15 do 1 t owoców na hektar. Za to aż ośmiokrotnie wzrosła powierzchnia upraw – najczęściej nieowocujących, bo dopłaty przyznawano do plantacji bez wymogu uzyskania plonów. Rolnicy sadzili więc drzewa po to, aby zdobyć fundusze, a nie zebrać plony.

W ciągu dziesięciu lat z dopłat do ekologicznych sadów i upraw jagodowych skorzystało ponad 14,5 tys. rolników. Pomoc była przyznawana w ramach Planu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2004 – 2006 oraz Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007 – 2013. Mimo że już podczas pierwszych lat funkcjonowania dopłat widać było, że w żaden sposób nie ożywiają one wzrostu produkcji, to Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi nie zmieniło zasad ich przydzielania. Przed uruchomieniem Programu na lata 2007 – 2013 nadal nie uzależniono przyznania pieniędzy od wymogu uzyskania plonu. Dopiero w 2014 r., po dziesięciu latach wypłacania nieefektywnych dopłat, wprowadzono zapis najbardziej oczywisty – że dopłaty zależeć będą od uzyskanych plonów i otrzymają je tylko ci rolnicy, którzy wykażą i udokumentują zbiory, np. na podstawie faktur za sprzedaż owoców.

Sadzili sady – zbierali dopłaty

Ustalenia kontroli wskazują, że większość ekologicznych upraw sadowniczych i jagodowych założono w jednym celu: aby uzyskać dotacje. Kontrola NIK pokazała, jak działał ten mechanizm. Za ekologiczne uprawy sadownicze i jagodowe można było rocznie, w zależności od typu uprawy, otrzymać od 650 zł do 1800 zł za hektar, przy czym większość rolników korzystających z dopłat pobierała tę najwyższą stawkę. Kluczowym warunkiem uzyskania pomocy było prowadzenie upraw przez pięć lat.

Rolnicy zakładali więc i przez pięć lat formalnie prowadzili uprawy. Jednak jak wykazała kontrola plantacje często były zaniedbane: sadzone w niekorzystnych warunkach (np. na podmokłych i słabych glebach), a z powodu braku ogrodzenia narażone na zniszczenie przez dzikie zwierzęta.

Kontrolerzy zwracają uwagę, że sady są inwestycjami wieloletnimi i wydają najwyższe plony dopiero po kilku, a nawet kilkunastu latach od posadzenia. Tymczasem tylko nieco ponad połowa (11 z 20) rolników pobierających dopłaty, u których Izba przeprowadziła oględziny uzyskało jakikolwiek plon. Pozostałych dziewięciu nie zebrało żadnych owoców ze swoich  pozornie prowadzonych, ale za to bardzo realnie dofinansowywanych, upraw ekologicznych. Z kolei tylko siedmiu rolników zadeklarowało, że po pięciu latach dopłat, nadal będą prowadzili uprawy. Pozostałych 13 zlikwidowało lub zamierzało zlikwidować uprawy w momencie, w którym przestaną otrzymywać dopłaty.

Dopłaty miały wspierać rolnictwo ekologiczne, tymczasem owoce ekologiczne sprzedawało zaledwie sześciu z 20 sprawdzonych rolników, a i to nie co roku. W żadnym z poddanych oględzinom gospodarstw, sprzedaż owoców ekologicznych nie miała charakteru stałego i dotyczyła bądź plonu z niektórych lat bądź tylko jego części. NIK oszacowała, że owoce ekologiczne sprzedawano tylko z 3-5 proc. powierzchni upraw, które sprawdzili kontrolerzy. Resztę owoców sprzedawano jako produkcję konwencjonalną.

ARiMR kontroluje – minister próbuje ratować sytuację

Jakość upraw objętych dopłatami kontrolowała losowo Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Raporty Agencji potwierdzały zły stan upraw i fakt, że rolnicy nie inwestowali w dotowane uprawy. Przede wszystkim zwracano uwagę na to, że w sadach sadzono zbyt małą liczbę drzew, a o te które były nie dbano odpowiednio. Nie wykonywano corocznych zabiegów pielęgnacyjnych, a produkcja była prowadzona niezgodnie z najlepszą wiedzą i kulturą rolną.

Po kontrolach Agencji, już w 2008 r. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi miało pierwsze sygnały, że program dopłat się nie sprawdza. Próbowano ratować sytuację, nakładając na rolników dodatkowe wymagania, dotyczące agrotechniki upraw. Określono na przykład jakość sadzonek oraz minimalną liczbę drzew, które należy posadzić. W rozporządzeniach Ministerstwa zwrócono także uwagę na to, że drzewa i krzewy muszą być ukorzenione i posiadać odpowiednią średnicę pnia. Podjęte działania nie przyniosły jednak rezultatów. Wydajność produkcji nadal spadała. Dopiero po dziesięciu latach realizacji wariantów sadowniczych i jagodowych przyznanie dopłat uzależniono od wartości najbardziej oczywistej – od uzyskania plonu.

Wnioski

W ocenie NIK producentom owoców ekologicznych potrzebne jest wsparcie w pierwszych latach od założenia upraw, kiedy jeszcze dochody z zebranych plonów nie pokrywają kosztów uprawy. W kolejnych latach dotacje powinny służyć jedynie wyrównywaniu różnic kosztów między produkcją konwencjonalną a ekologiczną.

Mając na uwadze powyższe, Najwyższa Izba Kontroli wnioskuje do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi o:

  • opracowanie i wdrożenie zasad udzielania pomocy finansowej oraz systemu kontroli, które będą sprzyjały produkcji owoców ekologicznych,
  • monitorowanie stanu produkcji owoców ekologicznych i wykorzystanie danych w celu dostosowania wsparcia tej produkcji zgodnie z potrzebami rynku.

NIK o kontroli zarządczej

0

Kierownicy kontrolowanych jednostek wywiązywali się z zobowiązań nałożonych przez ustawodawcę i wprowadzili do zarządzania zarówno jednostką organizacyjną, jak i działem administracji rządowej poszczególne elementy budujące system kontroli zarządczej. Jednak mimo ustanowienia i wdrożenia takich elementów systemu kontroli zarządczej, jak ogólne zasady, procedury, instrukcje i określone mechanizmy kontroli, system w wielu przypadkach był nieskuteczny, nie zapewniał bowiem realizacji celów i zadań w sposób zgodny z prawem, efektywny, oszczędny i terminowy.

Podstawowym problemem w działaniu systemu kontroli zarządczej jest, zdaniem NIK, brak właściwej i spójnej definicji celów i zadań oraz mierników monitorujących stopień ich osiągania, jak również nieprawidłowa metoda przeprowadzania analizy ryzyk związanych z osiąganiem wyznaczonych celów, w tym określenia akceptowanego poziomu zidentyfikowanych ryzyk.

Badania kontrolne wskazały brak informacji niezbędnych do oceny efektywności funkcjonowania stosowanych mechanizmów kontroli zarządczej, co spowodowało odstąpienie od dokonania oceny efektywności.

Ponadto, jak wykazały ustalenia kontroli, kierownicy kontrolowanych jednostek byli wspierani przez czynności audytu wewnętrznego i instytucjonalnej kontroli wewnętrznej. Ich działania miały wpływ na usprawnianie funkcjonowania kontrolowanych jednostek.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 20.04.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Niższy popyt w branży odzieżowo-obuwniczej przekłada się na niższe marże osiągane przez dystrybutorów – LPP i CCC

0

CEO Magazyn Polska

Niższy popyt w branży odzieżowo-obuwniczej przekłada się na niższe marże osiągane przez dystrybutorów – LPP i CCC. Spółka z Gdańska miała w ubiegłym roku gorsze od prognozowanych wyniki i niższe marże z powodu kryzysu na rynkach wschodnich. Z kolei dystrybutor obuwia spółka CCC ma szansę na poprawę dobrych rezultatów z 2014 roku dzięki ekspansji na rynki zagraniczne. Problemem jest jednak niska rozpoznawalność brandu za granicą, co wymaga nakładów i wieloletniej pracy. 

 W sektorze dystrybucji odzieży i obuwia widzimy, że w IV kw. nastąpiło spowolnienie przyrostu przychodów i pojawiły się pierwsze problemy z marżami ze względu na słabnący popyt  ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk Erste Securities Polska.

Według niego LPP pokazała wyniki poniżej oczekiwań za 2014 rok. Spółka w ubiegłym roku osiągnęła wprawdzie wyższe przychody niż w 2013 roku (4,77 mld zł w 2014 roku wobec 4,12 mld zł w 2013 roku) oraz zysk netto na poziomie 482,1 mln zł (432,86 mln zł w 2013 roku), ale wynik operacyjny nieznaczenie się pogorszył. Przyczyną są m.in. problemy spółki w Rosji, wszystko z powodu recesja i osłabienia rubla. W rejonie państw Europy Środkowo-Wschodniej wzrosty sprzedaży LPP są niższe, poza tym spółka notuje niższe marże. W marcu gdańska spółka osiągnęła 57-proc. marżę brutto, co oznacza spadek w ujęciu rocznym o 6 pkt proc. To znajduje odzwierciedlenie w kursie akcji, który w ciągu roku spadł o 15 proc. z 8 do 6,8 tys. zł za jedną akcję.

 Bałbym się o wyniki sektora w 2015 roku. Kurs dolara jest 30 proc. wyżej, niż był rok temu. Większość tych graczy importuje odzież i obuwie z Azji i płaci w dolarze  przypomina Czachor.  Konsument polski nie jest mocny, więc trudno będzie przerzucić na niego rosnące koszty zakupionych dóbr, jeśli te firmy tego nie zrobią, to spadną marże. A w tych spółkach występuje duża dźwignia operacyjna, więc spodziewałbym się pogorszenia wyników rok do roku.

Ekspert wskazuje, że w przeciwieństwie do LPP bardzo dobre wyniki pokazała spółka CCC, która zaraportowała w 2014 roku 220 mln zysku netto.

 Na początku 2014 roku niewiele osób wierzyło, że spółka jest w stanie osiągnąć taki rezultat. Osiągnęła to m.in. dzięki ekspansji w regionie, a także dzięki pracy nad marżami  tłumaczy Czachor.

Jak dodaje, CCC jest liderem na polskim rynku i skutecznie rywalizuje z Deichmannem, ale w Polsce pole do dalszych wzrostów jest ograniczone. Stąd zdaniem Czachora spółka podjęła rozsądną decyzję o wyjściu poza Polskę – na rynki austriacki, czeski, słowacki, węgierski i rumuński, lecz aby osiągnąć za granicą efekt skali, CCC potrzebuje kilku lat pracy.

 Problemem dla CCC na rynku austriackim i niemieckim jest rozpoznawalność brandu. Brand CCC jest w Polsce bardzo dobrze rozpoznawalny, dlatego że nad jego jakością spółka pracował od wielu lat. Natomiast na rynkach niemieckim i austriackim nie jest on jeszcze znany  podkreśla analityk Erste Securities Polska.

Marek Czachor podkreśla, że jakość obuwia CCC jest porównywalna do tego sprzedawanego w Austrii i Niemczech, natomiast tamtejsi konsumenci nie są przekonani do polskiego brandu. Poza tym spółka z Polkowic musi zdobyć atrakcyjne lokalizacje na nowych rynkach.

 W Czechach CCC jest znaczącym graczem, którego postrzeganie w ciągu 5 lat całkowicie się zmieniło. Mamy teraz spółkę, która posiada bardzo wydajne centrum logistyczne, większą skalę w ogóle działalności, a poza tym konkurencja jest słabsza. W związku z tym cały czas widzę potencjał do dalszego wzrostu wyników CCC oraz poprawy kursu akcji  prognozuje Marek Czachor.

Lepsze wyniki i w konsekwencji wyższy kurs akcji będą zależeć m.in. od warunków pogodowych. Analityk przypomina, że we wrześniu i październiku 2014 roku ciepła pogoda negatywnie wpłynęła na wyniki CCC. Mimo to nawet w przypadku powtórki słabszych miesięcy sprzedażowych, spółka zdaniem eksperta z Erste powinna w ujęciu rocznym zdecydowanie poprawić wyniki.

Akcje CCC w kwietniu wyceniano na 175-180 zł. Ich wartość rośnie od 2011 roku, a w ciągu ostatniego roku wzrosła o blisko 40 proc. (w ciągu 2 lat o ok. 140 proc.).