Torpol walczy o kolejne kontrakty na modernizację linii kolejowych. Duże projekty Nowa Łódź Fabryczna i Rail Baltica pozwoliły spółce na istotną poprawę wyników

0

CEO Magazyn Polska

Poznańska spółka Torpol, zajmująca się modernizacją linii kolejowych, w 2014 roku pięciokrotnie poprawiła wynik netto dzięki udziałowi w dużych projektach infrastrukturalnych. W najbliższych miesiącach firma wystartuje w przetargach na modernizację m.in. linii E20 oraz kontynuację E75. W centrum zainteresowania Torpolu pozostaje kolej, choć spółka realizuje także kontrakty tramwajowe.

 W tej chwili przygotowujemy się do dużych, niedługo ogłaszanych przetargów kolejowych. Będą one dotyczyć przede wszystkim linii E20, kontynuacji linii E75 oraz poprawy stanu infrastruktury, czyli rewitalizacji tych projektów, które PLK ma zamiar w najbliższym czasie ogłaszać  mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Sweklej, prezes zarządu Torpol SA.

Linia kolejowa E20 prowadzi od Siedlec do Terespola i jest częścią Transeuropejskiego Korytarza łączącego Berlin z Moskwą. Z kolei linia E75 (Rail Baltica) prowadzi od Warszawy przez Białystok do granicy państwa. Renowacja obydwu linii pozwoli na rozwinięcie prędkości 160 km/h przez pociągi osobowe (120 km/h przez składy towarowe), co będzie możliwe dzięki modernizacji torów, przejazdów kolejowych i sieci trakcyjnej.

W 2014 roku  przychody i zyski były generowane przede wszystkim przez dwa największe projekty – Nowa Łódź Fabryczna i Rail Baltica, czyli linię E75 na odcinku od Warszawy-Rembertowa do Tłuszcza – wyjaśnia Sweklej. – To są dwa największe infrastrukturalne projekty kolejowe w Polsce, które mamy przyjemność realizować jako generalny wykonawca z naszymi partnerami.

Spółka w 2014 roku osiągnęła przychody ze sprzedaży rzędu 775,4 mln zł (wobec 415,7 mln zł w 2013 roku) przy zysku netto w wysokości 25 mln zł (4,8 mln zł w analogicznym okresie w poprzednim roku).

– Projekty tramwajowe dla Torpolu w niektórych latach były kilkunastoprocentowym źródłem przychodów, nacisk kładziemy jednak na kolej. Do kolei jesteśmy lepiej przygotowani zarówno pod względem kadr, jak i wyposażenia sprzętowego. Projekty tramwajowe oczywiście nas interesują, natomiast kolej zawsze będzie najistotniejszym elementem naszej działalności  – zaznacza prezes zarządu Torpol SA.

Dane finansowe z 2014 roku wskazują, że spośród 775 mln zł przychodów spółki 93,5 proc. (725 mln zł) pochodziło z segmentu kolejowego, a 3,8 proc. (30,1 mln zł) z nich to obroty generowane przez segment tramwajowy.

Tomasz Sweklej podkreśla, że marże w biznesie Torpolu zależą głównie od ogólnej koniunktury w gospodarce. W fazie rozwoju infrastruktury spółka osiąga wyższe marże zarówno w projektach kolejowych, jak i w projektach w zakresie infrastruktury miejskiej i projektach ogólnobudowlanych.

Kiedy jest dekoniunktura, brakuje zamówień, a na rynku panuje posucha, to nasze marże zarówno w projektach kolejowych, projektach tramwajowych, jak i innych projektach budowlanych są słabsze – ocenia Sweklej.

Prezes spółki dodaje, że wszystkie obecnie realizowane projekty osiągają dodatnie marże, jednak dopóki nie zostaną one ukończone, trudno mówić o konkretnych wartościach.

Spółka Torpol jest notowana na GPW od września 2014 roku. Od debiutu kurs akcji wzrósł o prawie 50 proc. i oscyluje wokół poziomów 12-13 zł, co daje kapitalizację w wysokości niespełna 300 mln zł.

KSR: propozycje zmniejszenia barier dla przedsiębiorców

0

a podstawie raportu Banku Światowego pt. „Różnice pomiędzy przepisami o rachunkowości i przepisami podatkowymi” Komitet Standardów Rachunkowości (KSR) wybrał propozycje dotyczące tych obszarów polskiego prawa bilansowego i podatkowego, w których można osiągnąć zbliżenie przepisów w perspektywie krótko- i długoterminowej. Będzie to przydatne m.in. w redukcji barier administracyjnych w prowadzeniu działalności gospodarczej, przede wszystkim dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Najważniejsze z propozycji dotyczą: definicji środków trwałych, prawa wieczystego użytkowania gruntów (amortyzacja), momentu rozpoczęcia i zakończenia amortyzacji, aktualizacji wartości nieruchomości, wartości niematerialnych i prawnych czy też różnic kursowych.

KSR przekazał ww. propozycje powołanej przez Ministra Finansów Radzie Konsultacyjnej Prawa Podatkowego jako materiał pomocny w prowadzonych przez Radę pracach nad zbliżeniem prawa bilansowego i podatkowego.

Raport Banku Światowego opracowano ramach realizacji projektu „Budowa zdolności instytucjonalnych i prawnych na poziomie krajowym, w zakresie sprawozdawczości finansowej i audytu w sektorze prywatnym”.

Komunikat w sprawie przyjęcia w Polsce Międzynarodowych Standardów Rewizji Finansowej

W dniu 1 kwietnia 2015 r. Komisja Nadzoru Audytowego (KNA), zatwierdzając odpowiednie uchwały Krajowej Rady Biegłych Rewidentów, zatwierdziła do stosowania w Polsce przez biegłych rewidentów i podmioty uprawnione do badania sprawozdań finansowych, wydawane przez Radę Międzynarodowych Standardów Rewizji Finansowej i Usług Atestacyjnych (ang. International Auditing and Assurance Standards Board, IAASB):

  1. Międzynarodowe Standardy Badania,
  2. Międzynarodowe Standardy Usług Przeglądu,
  3. Międzynarodowe Standardy Usług Atestacyjnych Innych niż Badania i Przeglądy Historycznych Informacji Finansowych
  4. a także Międzynarodowy Standard Kontroli Jakości 1.

KNA wyraża zadowolenie z zakończenia trwającego od 2011 roku procesu przyjmowania do polskiego porządku prawnego Międzynarodowych Standardów Rewizji Finansowej. KNA uznaje to za znaczący krok dla wzmocnienia jakości i jednolitości wykonywania zawodu biegłego rewidenta w Polsce i budowania zaufania do sprawozdawczości i rewizji finansowej.

Nowe standardy rewizji finansowej mają zastosowanie:

  1. w przypadku podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych wykonujących badania lub przeglądy sprawozdań finansowych jednostek zainteresowania publicznego – do badania i przeglądów sprawozdań finansowych sporządzonych za okresy kończące się dnia 31 grudnia 2016 r. i później;
  2. w przypadku podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych niewykonujących badania lub przeglądów sprawozdań finansowych jednostek zainteresowania publicznego – do badania i przeglądów sprawozdań finansowych sporządzonych za okresy kończące się dnia 31 grudnia 2017 r. i później;
  3. do usług atestacyjnych innych niż badania i przeglądy historycznych informacji finansowych rozpoczętych dnia 1 stycznia 2017 r. i później.

Podmioty uprawnione do badania sprawozdań finansowych wykonujące badania lub przeglądy sprawozdań finansowych jednostek zainteresowania publicznego, sporządzonych za okresy kończące się pomiędzy dniem 31 grudnia 2016 r., a dniem 31 grudnia 2017 r., zobowiązane są do dostosowania swojej działalności do przepisów nowych zasad wewnętrznej kontroli jakości do dnia 1 stycznia 2016 r., a pozostałe podmioty do dnia 1 stycznia 2017 r.

Przewidziano również możliwość dobrowolnego, wcześniejszego stosowania nowych standardów przez podmioty uprawnione do badania sprawozdań finansowych.

Zatwierdzając uchwały Krajowej Rady Biegłych Rewidentów, KNA oczekuje od organów Krajowej Izby Biegłych Rewidentów dalszego wsparcia we wdrożeniu nowych standardów rewizji finansowej zarówno dla biegłych rewidentów jak i podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych, dostosowania procedur kontroli podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych do nowych standardów, zapewnienia mechanizmu dalszego sukcesywnego wprowadzania zmian wynikających ze zmiany standardów IAASB, a także włączenia się przedstawicieli samorządu zawodowego biegłych rewidentów w proces przyjmowania i aktualizacji standardów na poziomie międzynarodowym.

Coca-Cola: w polskim handlu rośnie znaczenie małych sklepów „za rogiem” i związanych z nimi systemów franczyzowych

0

 

Coca-Cola chce dostosować swój system dystrybucji do zmieniających się wyborów konsumentów dotyczących kanałów sprzedaży. Po erze dominacji hipermarketów i triumfu dyskontów w polskim handlu rośnie znaczenie małych sklepów osiedlowych typu convenience oraz związanych z nimi systemów franczyzowych. Ale w tym roku producent napojów nie planuje zwiększenia produkcji ani nowych inwestycji.

Na polskim rynku kluczowym zjawiskiem, które obecnie obserwujemy, jest stała ewolucja kanałów sprzedaży – uważa Anna Jakubowska, dyrektor generalna Coca-Coli na Polskę i kraje bałtyckie. – Dobrym przykładem jest odrodzenie się sklepów typu convenience i związanych z tym formatem systemów franczyzowych. W praktyce to oznacza, że konsument chce mieć wygodny dostęp do produktów tuż obok swojego domu.

Sklepy typu convenience charakteryzują się długimi godzinami otwarcia, lokalizacją wewnątrz osiedli i kwartałów mieszkaniowych, niewielką powierzchnią i doborem najpotrzebniejszych w gospodarstwie domowym produktów. To np. Żabki, Małpki czy małe formaty Carrefoura. Coca-Cola, jak deklaruje Anna Jakubowska, chce szybko reagować na zmiany wyborów konsumenckich i kryteriów, jakimi kupujący się kierują.

W Polsce wkładamy wiele pracy w zapewnienie sobie odpowiedniej drogi na rynek i obsługę wszystkich kanałów – zapewnia szefowa Coca-Coli na Polskę i kraje bałtyckie. – W szczególności jesteśmy zainteresowani poprawą doświadczenia klientów podczas robienia zakupów w różnych kanałach. Skupiamy się zarówno na sektorze HoReCa (hotele, restauracje, catering – red.), jak i na nowoczesnym handlu czy wciąż rozwijającym się kanale dyskontowym.

Takie działanie wymusza krajowy rynek, który jak podkreśla Jakubowska, jest już bardzo konkurencyjny. Działają na nim nie tylko wszystkie znane marki i producenci, lecz także bardzo silni lokalni gracze i detaliści z markami własnymi (tzw. private labels).

To sprawia, że musimy być jeszcze silniejsi zarówno w kwestii oferty, innowacji, jak i sposobu komunikacji z klientami oraz konsumentami – tłumaczy Anna Jakubowska.

Jak przyznaje Anna Jakubowska podczas Poland & CEE Reatil Summit, najbliższe plany rozwoju Coca-Coli w Polsce nie obejmują jednak znaczącego zwiększenia produkcji ani nowych, budowanych od podstaw, inwestycji.

W zeszłym roku informowaliśmy o automatyzacji stanowisk do butelkowania w Radzyminie – przypomina Jakubowska. – Jest to najbardziej technologicznie zaawansowany automatyczny system magazynowania w ramach operacji butelkowania Coca-Cola Hellenic. W dalszym ciągu będziemy się przyglądać wydajności. Natomiast na tym etapie nie chcemy produkować więcej, uruchamiać czy planować nowych fabryk. Stale weryfikujemy strategie dotyczące obsługi polskiego odbiorcy, przyglądamy się też potrzebom związanym z zatrudnieniem i dostosowujemy je do wymagań rynku.

Po 25 latach od transformacji produkt krajowy brutto na głowę mieszkańca w Polsce wynosi 66 proc. średniej unijnej. Według Głównego Urzędu Statystycznego tylko ubiegłoroczny wzrost polskiego PKB wyniósł 3,3 proc. Był to jeden z najlepszych wyników w Europie, a tegoroczny ma być na podobnym poziomie.

Fakt, że kraj skorzystał na dodatnim wzroście PKB, jest dla nas fantastyczny, musimy umieć skorzystać z tej wartości – przekonuje Anna Jakubowska. – Nie ulega wątpliwości, że duża konkurencja, zarówno z punktu widzenia produkcji, jak i detalu, utrudnia prowadzenie działalności, choćby w zakresie dokonania wyceny rynku. Ale dla nas ważne jest to, że tworzymy wartość. Ostatecznie myślę, że Polska skorzysta także na inwestycjach producentów i detalistów.

Easy Forex: Stopy procentowe w Szwajcarii nie spadną, a SNB będzie słownie interweniował na rynkach. W połowie roku za franka zapłacimy 3,80 zł

CEO Magazyn Polska

Mija chaos na rynkach wywołany styczniową decyzją Szwajcarskiego Banku Narodowego o zniesieniu parytetu franka do euro oraz obniżce stóp procentowych. Prognozy wskazują, że stopy nie powinny być niższe, a SNB nie będzie interweniował na rynku, jak w poprzednich miesiącach. To oznacza stabilizację lub lekkie osłabienie franka do złotego o kilka, kilkanaście groszy względem obecnych poziomów. Jeśli rozpocznie się cykl podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, to w relacji do dolara frank może być jeszcze słabszy.

– Możliwości interwencji Szwajcarskiego Banku Narodowego powoli się wyczerpują. Prawdopodobnie tutaj nastąpi pauza w dalszych działaniach, gdyż stopy procentowe są już na niespotykanym dotąd poziomie – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex, międzynarodowej firmy brokerskiej. – Główna stopa LIBOR jest na poziomie -0,75 proc., więc wydaje mi się, że trudno będzie o kolejne obniżki stóp procentowych.

15 stycznia Szwajcarski Bank Narodowy zniósł wprowadzony w 2011 roku sztywny kurs franka do euro na poziomie 1,20. Frank podrożał o kilkadziesiąt groszy z 3,54 zł (bezpośrednio po decyzji sięgnął nawet do 5,19 zł) i w kolejnych dniach ustabilizował się na poziomie 4,10-4,30 zł. Decyzja SNB wywołała obawy zadłużonych we frankach i chaos na rynkach finansowych.

– Spodziewane są raczej interwencje słowne niż wprowadzenie nowego sztywnego poziomu, na przykład franka szwajcarskiego względem euro, gdyż to już było praktykowane i jak widzieliśmy na początku tego roku, nie przyniosło zamierzonych skutków –podkreśla Kiedrowicz.

Pod koniec marca przedstawiciel SNB Fritz Zurbruegg powiedział dziennikowi „The Wall Street Journal”, że frank jest nadal istotnie przewartościowany, a wprowadzone w styczniu ujemne stopy procentowe potrzebują czasu, aby osiągnąć oczekiwany efekt.

Jak dodaje Kiedrowicz, najmocniejsza aprecjacja franka względem walut powoli zbliża się do końca, gdyż wpływ ujemnych stóp procentowych w Szwajcarii zaczyna przynosić skutki.

– Dlatego jeżeli nawet nastąpi jeszcze aprecjacja franka szwajcarskiego, to już nie będzie ona przebiegać w tak gwałtownym stylu jak dotychczas i raczej w dłuższym terminie powinniśmy obserwować stabilizację na parach związanych z frankiem – mówi dyrektor polskiego oddziału Easy Forex.

Zdaniem eksperta relacja notowań dolara do franka szwajcarskiego będzie zależeć od ewentualnego rozpoczęcia podnoszenia stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Jeśli rozpocznie się cykl podwyżek zainicjowany przez Fed, to dolar powinien być mocniejszą walutą od franka szwajcarskiego. W relacji EUR/CHF Kiedrowicz wskazuje oscylowanie notowań pary wokół parytetu.

W połowie roku kurs franka do złotego będzie na poziomie 3,80-3,85, czyli złoty powinien być nieznacznie mocniejszy względem franka szwajcarskiego niż obecnie – przewiduje Andrzej Kiedrowicz.

Notowania CHF/PLN w marcu poruszały się w korytarzu 3-85-3,90 – co oznacza pewną stabilizację notowań. Po ogłoszeniu 15 stycznia decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego w kolejnych dniach dni kurs franka szwajcarskiego do złotego oscylował na poziomie 4,30 zł.

Żywność na Wielkanoc potaniała. Średnio za produkty zapłacimy o 4 proc. mniej niż rok temu

CEO Magazyn Polska

Na wielkanocne zakupy żywnościowe wydamy w tym roku o ok. 4 proc. mniej. Najpopularniejsze na świątecznym stole produkty są jednak jeszcze tańsze – nowalijki o ponad 10 proc., a cukier o jedną trzecią. Znacząco potaniało również mięso. Handlowcy dodatkowo obniżają ceny, oferując klientom różne promocje. Podrożał nieznacznie tylko alkohol.

Żywność w okresie świąt wielkanocnych jest tańsza niż w ubiegłym roku. Szacujemy, że spadek cen wyniósł około 4 proc. Różne produkty taniały w różnym stopniu, poza alkoholem [zdrożał o 0,5 proc.  red.] – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Jak wyjaśnia prof. Kowalski, popularne wczesną wiosną młode warzywa, czyli nowalijki, w większości staniały o ponad 10 proc. Tańsze będą też wypieki, bo mąka potaniała o kilka procent, a cukier niemal o jedną trzecią. Ekspert wylicza także inne grupy produktów, za które w tym roku płacimy mniej niż w 2014 r., to jaja, nabiał, ryby oraz mięso.

Podrożał jedynie alkohol, ale jak zwraca uwagę dyrektor Instytutu, wzrost ten jest nieznaczny. Do tego świętom wielkanocnym nie towarzyszy tradycyjnie znacznie większa niż na co dzień konsumpcja alkoholi.

Dla poziomu cen żywności na święta nie bez znaczenia jest utrzymująca się w kraju od połowy ubiegłego roku deflacja. Dzięki niej przez cały 2014 r. inflacja roczna wyniosła 0.

Na zjawisko spadku cen w całej gospodarce nakładają się promocje sieci handlowych. Prof. Kowalski podkreśla, że co prawda trudno przewidzieć zachowanie sklepów przed samymi świętami, ale prawdopodobne jest, że będą próbowały zwiększyć wolumen sprzedaży, oferując różne promocje. Ekspert nie wyklucza jednak, że przed samymi świętami ceny mogą nieco wzrosnąć.

Być może handel uzna, że konsumenci będą pod przymusem i nieco podniesie ceny, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby to mógł być znaczący wzrost, jeżeli w ogóle będzie – ocenia prof. Kowalski.

HSBC Polska: Chiny to wielka szansa dla polskich firm. Tamtejsi konsumenci czekają na europejskie towary

0

CEO Magazyn Polska

Import z Chin rośnie trzy razy szybciej niż eksport polskich produktów do tego kraju. W ubiegłym roku saldo wymiany handlowej z Państwem Środka zmniejszyło się o 2,7 mld euro, do poziomu 15,7 mld euro. To może jednak się zmienić, bo tamtejsi konsumenci są coraz zamożniejsi i chętnie sięgają po europejskie towary. Dla polskich firm to wielka szansa znalezienia rynku zbytu dla swoich wyrobów.

Kondycja polskiego eksportu jest coraz lepsza. Jak podaje resort gospodarki, opierając się na wstępnych danych GUS, w ubiegłym roku polskie firmy sprzedały za granicą towary o wartości 163,1 mld euro, o 5,2 proc. więcej niż w 2013 roku. Eksport do Chin jest jednak niewielki i wynosi ok. 1,7 mld euro. Dynamika wzrostu wyniosła 5,6 proc., ale przy dynamicznym przyspieszeniu i tak wysokiego importu (o 19 proc. do 17,4 mld euro) niekorzystne saldo obrotów zwiększyło się o 2,7 mld euro – do poziomu 15,7 mld euro. Same Chiny importują rocznie towary za niemal 1,9 bln dolarów.

W Chinach jest bardzo duża klasa średnia, która stale rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Adrian Leung, dyrektor departamentu bankowości korporacyjnej HSBC Bank Polska. – Mamy do czynienia z wielkim procesem urbanizacji, wielu ludzi przenosi się z obszarów wiejskich do większych miast. To z kolei będzie powodowało coraz większy popyt. Chiny zmieniają się z gospodarki napędzanej eksportem na gospodarkę napędzaną przez konsumpcję.

Chiński rynek ma duży potencjał, ale sukces mogą tam odnieść tylko dobrze przygotowani eksporterzy, którzy będą w stanie zmierzyć się z odmienną kulturą, językiem i mentalnością.

Rosja i Ukraina stanowią wyzwanie, Europa Zachodnia zwolniła tempo rozwoju gospodarczego, więc trzeba szukać nowych, rozwijających się rynków – mówi dyrektor bankowości korporacyjnej HSBC Polska. – Chiny mają ogromną liczbę ludności, a więc potężny rynek konsumentów i silny wzrost. To obszar, który polskie firmy, posiadające dobre marki, powinny wziąć pod uwagę jako kolejny krok na drodze rozwoju.

Jak przekonuje Adrian Leung, trudno nawet mówić o jednym chińskim rynku, ponieważ jest to tak wielki obszar, że poszczególne prowincje mają ze sobą mniej wspólnego niż kraje w Europie. Sprawne poruszanie się po tym rynku wymaga pomocy osób dobrze z nim obeznanych.

Każda prowincja w Chinach jest inna, jest jak oddzielne państwo europejskie – przekonuje Adrian Leung. – Przymierzając się do biznesu w Chinach, trzeba więc sobie wyobrazić próbę eksportu do różnych części Europy, trzeba przyjąć różne podejścia i uwzględnić różne kultury. W niektórych rejonach ludzie mówią innymi dialektami niż w pozostałych. Dlatego tak ważne jest znalezienie odpowiednich partnerów.

Jak podkreśla Adrian Leung, rozważając wejście na chiński rynek, warto też pozbyć się części tradycyjnych obaw. Chiński rząd intensywnie i skutecznie walczy z korupcją i łapownictwem. Także kwestia piractwa, jak przekonuje ekspert HSBC, odgrywają coraz mniejszą rolę.

Zamiast martwić się o same podróbki, trzeba spróbować zbudować znajomość marki i sprawić, by konsumenci zrozumieli, że najważniejsza jest jakość oryginalnego produktu – podkreśla Adrian Leung.

R. Ziemkiewicz: fundusze unijne zepsuły polską administrację publiczną

CEO Magazyn Polska

Niemal 100 miliardów euro, które Polska otrzymała w ciągu 10 lat swojego członkostwa w UE, zaszkodziło naszemu krajowi – ocenia Rafał A. Ziemkiewicz. Przez dostępność środków z Brukseli zabrakło zachęt do reform i zwiększenia efektywności polskiej administracji publicznej. Przez to, jak uważa dziennikarz, polskie urzędy działają uznaniowo, nieefektywnie, powstaje także zbyt dużo ustaw. 

Pomoc unijna, z której tak bardzo się w oficjalnym dyskursie wszyscy cieszą, wyrządziła nam więcej szkody niż pożytku. Parę kawałków autostrad i rozmaite infrastrukturalne rzeczy nie były warte tego, że ogromne pieniądze, które wpłynęły do Polski, posłużyły zakonserwowaniu zupełnie nieracjonalnej struktury państwowej, a nawet jej rozrostowi – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dziennikarz Rafał A. Ziemkiewicz.

W ciągu 10 lat od wstąpienia do UE Polska otrzymała z Brukseli ponad 90 mld euro. Ziemkiewicz przyznaje, że dzięki tym środkom udało się rozbudować infrastrukturę oraz rozwinąć uboższe części kraju. Równocześnie fundusze unijne zlikwidowały zachęty do tego, by wydawać państwowe środki jak najbardziej efektywnie.

Dziennikarz przekonuje, że gdyby nie środki unijne pogarszająca się sytuacja ekonomiczna wymusiłaby głębokie reformy administracji państwowej już kilka lat temu. Napływ funduszy z UE pozwolił jednak zamaskować rosnącą nieefektywność polskiego systemu politycznego i mimo jego wad osiągać wzrost gospodarczy.

Obawiam się, że w takiej sytuacji impulsem do modernizacji będzie jakieś gwałtowne wydarzenia. Nie myślę tu o wojnach czy rewoltach ulicznych, chociaż mogą się zdarzyć jakieś bunty społeczne. Musi jednak dojść do gwałtownego załamania systemu, żeby zaczął on być nie tyle przebudowywany, ile wręcz budowany od nowa. Dziś jest on krańcowo nieracjonalny – ocenia Ziemkiewicz.

Jak podkreśla, wykorzystując środki unijne, Polska zaczęła funkcjonować według zasad opracowanych przez kraje rozwinięte. To właśnie one dyktują bowiem treść unijnych praw. Taki kraj jak nasz, który dopiero bogaci się i zmierza w stronę Zachodu, powinien jednak działać inaczej, według tego, co najlepsze dla nas, a nie dla bogatszych sąsiadów.

Według Ziemkiewicza symptomem nieefektywności polskiego państwa jest trudność w prowadzeniu jakiejkolwiek działalności. To, co np. w Irlandii czy Kanadzie nie jest żadnym problemem, w Polsce okazuje się niewykonalne – podkreśla Ziemkiewicz. Dotyczy to m.in. ułatwień w zakładaniu działalności gospodarczej, systemu podatkowego czy nadzoru państwa nad przedsiębiorcami.

Powodem takiej sytuacji jest m.in. obowiązujące w naszym kraju prawo. W Polsce powstaje bardzo wiele ustaw i rozporządzeń, ale ich skuteczność jest ograniczona.

Wszędzie panuje ogólna niemożność wszystkiego. Ministerstwo nie jest w stanie napisać projektu ustawy, piszą ją lobbyści. Potem się okazuje, że w samym rządzie ten projekt nie może przejść przez ustalenia międzyresortowe. Jak już przejdzie, to nie może przejść przez parlament. Jak już przejdzie przez parlament, to Trybunał Konstytucyjny zobaczy, że to jest sprzeczne, bo tyle żeśmy nabudowali idiotyzmów – punktuje Ziemkiewicz.

Podkreśla, że pierwszym krokiem w celu zmiany systemu powinna być likwidacja uznaniowości w działaniu urzędników. Ziemkiewicz wyjaśnia, że obecnie niektórzy przedsiębiorcy muszą liczyć się z tym, że różne urzędy skarbowe odmiennie interpretują przepisy. Dlatego nie brakuje osób, które rejestrują firmę tam, gdzie mogą liczyć na bardziej przychylnych urzędników, a nie tam, gdzie faktycznie mieszkają. Równie subiektywnie interpretowane są np. przepisy dotyczące odliczeń podatkowych czy pozwoleń na budowę.

Ziemkiewicz podkreśla, że jeśli wprowadzilibyśmy jednolite i precyzyjne procedury we wszystkich urzędach w kraju, to jakość administracji publicznej natychmiast by się poprawiła.

W kraju cywilizowanym podstawą administracji są procedury. Urzędnik, do którego przychodzi obywatel z takim i takim dezyderatem, spełniający określone warunki, musi wydać decyzję pozytywną. Ewentualnie negatywną, jeśli te warunki nie są spełnione. Decyzja powinna być wydana w ciągu 2-3 tygodni i koniec. Nie ma miejsca na widzimisię urzędnika – mówi Ziemkiewicz.

Rośnie popularność chmur obliczeniowych wśród polskich firm. Zaczynamy gonić firmy z USA

CEO Magazyn Polska

Już ponad połowa polskich przedsiębiorców uważa chmurę za technologię przyszłości. Przechowywanie danych w ten sposób jest tańsze, a – wbrew obawom wielu – jest równie, a nawet bardziej bezpieczne. Tego typu rozwiązania są dostępne dla przedsiębiorstw każdej wielkości, a dla użytkowników końcowych nie ma zauważalnej różnicy w korzystaniu z chmury w porównaniu do tradycyjnych technologii.

– Rozwiązania chmurowe cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Zdecydowanie gonimy Zachód pod tym względem. Tam technologia chmurowa jest codzienna wykorzystywana praktycznie cały czas podczas migracji istniejących rozwiązań bądź przy ich budowie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mateusz Młynarczyk, Program Manager z firmy ITMagination.

Badania dotyczące liczby przedsiębiorstw korzystających z technologii chmury (cloud computing) podają bardzo rozbieżne dane. Według ubiegłorocznych badań przeprowadzonych wśród polskich firmach, już niemal dwie trzecie przedsiębiorstw korzysta z tego typu rozwiązań. Tymczasem według opublikowanego również w 2014 r. raportu Frost & Sullivan tylko 38 proc. przedsiębiorstw w Europie korzysta z chmur obliczeniowych. W Ameryce Północnej ten odsetek – według tego samego źródła – jest wyższy i sięga 48 proc.

Jak przyznaje Młynarczyk, rozpowszechnienie chmury obliczeniowej szczególnie w Stanach Zjednoczonych jest znacznie większe niż w Europie. Raport Frost & Sullivan przewiduje, że do 2017 r. ponad 60 proc. amerykańskich firm będzie korzystało z technologii cloud.

Według ITMagination badania pokazują, że ponad połowa polskich przedsiębiorców postrzega rozwiązania w chmurze jako technologię przyszłości. Potwierdza to przeprowadzone na początku 2013 r. badanie Ipsos MORI dla Microsoftu. Jedną z największych zalet chmury jest jej niski koszt.

Porównując takie koszty, powinniśmy wziąć pod uwagę całkowity koszt takiej inwestycji, czyli TCO (Total Cost of Ownership), a nie jedynie początkowy koszt, jaki firma powinna ponieść. Licząc w ten sposób w dłuższej perspektywie czasowej rozwiązania chmurowe wychodzą zdecydowanie taniej – zapewnia Młynarczyk.

Po przeniesieniu danych lub procesów do chmury zachowane zostają dotychczasowe funkcjonalności znane użytkownikom z rozwiązań tradycyjnych. Biorąc po uwagę komfort pracy, nowa technologia jest niewidoczna dla użytkowników końcowych – zauważa Młynarczyk. Jedyną nowością jest sposób przechowywania danych, które trafiają na zewnętrzne serwery i są dostępne z każdego miejsca na świecie.

Przeniesienie danych i procesów do chmury rodzi jednak obawy związane z bezpieczeństwem i kontrolą nad nimi. Problem ten podkreśliły chociażby głośne wycieki przechowywanych w chmurze prywatnych danych amerykańskich celebrytów. Jednak Młynarczyk zauważa, że w przypadku klientów biznesowych bezpieczeństwo rozwiązań chmurowych jest zdecydowanie większe niż tradycyjnych.

Z mojego doświadczenia wynika, że nie ma czego się obawiać w kwestii bezpieczeństwo rozwiązań opartych o cloud. ITMagination dostarcza swoim klientom usługę opartą o chmurę Microsoft Azure. Jest to rozwiązanie komercyjne dla firm, a co za tym idzie przechodzi przez rygorystyczne testy i audyty bezpieczeństwa – podkreśla Młynarczyk.

Rozwiązania chmurowe są obecnie dostępne dla przedsiębiorstw każdej wielkości. To właśnie od liczby danych oraz zakresu ich wykorzystywania w ramach cloud computingu zależy koszt tej technologii dla konkretnej firmy.

Lewiatan Holding: skończyła się era hipermarketów, rynek przesycił się też dyskontami

0

 

W ubiegłym roku udział sieci hipermarketów w handlu detalicznym artykułami spożywczym zmniejszył się o 2 pkt proc., a rynek dyskontów się nasyca. Do 2020 roku liczba sklepów dyskontowych osiągnąć ma pułap, który bardzo trudno będzie przekroczyć. Według Lewiatan Holding mogą na tym skorzystać producenci, którzy chętniej będą rozwijać współpracę z mniejszymi sieciami handlowymi, pozwalającymi osiągnąć wyższe marże.

Minęła era hipermarketów, które mają istotny regres, a sieci dyskontowe dotknęły sufitu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Wojciech Kruszewski, prezes Lewiatan Holding. – W związku z tym producenci powinni być zadowoleni. Nie będą bowiem tak dużo pracować w celu realizowania wielkich wolumenów sprzedaży. Ich uwaga będzie mogła kierować się na współpracę z sieciami, która przynosi większe zyski.

Jak szacuje analizująca rynek handlowy firma PMR, udział największych sieci hipermarketów w detalicznym handlu spożywczym zmalał w ubiegłym roku o 2 pkt proc. i obecnie wynosi 10 proc. Dyskonty natomiast jeszcze zwiększyły swoje przychody i obecnie odpowiadają za około 19,5 proc. obrotów (w 2010 roku niecałe 10 proc.).

Jak jednak zauważają autorzy raportu, również ich ekspansja ma swoje granice. Już teraz największa polska sieć odnotowuje znacznie słabsze dynamiki niż jeszcze rok czy dwa lata temu. Według szacunków w Polsce jest miejsce dla 5-6 tys. tego rodzaju placówek, a liczba ta ma zostać osiągnięta do 2020 roku. Ponadto konsumenci powoli zwracają się ku sklepom nie tyle najtańszym, ile najbliżej położonym i oferującym szybkie zakupy.

– Współpraca naszej sieci z producentami jest oceniana pozytywnie, o czym świadczą nasze wyniki – zapewnia Wojciech Kruszewski. – Obroty w wysokości ponad 8,5 mld zł lokują nas wśród największych graczy handlowych zarówno w Polsce, jak i całej Europie Środkowo-Wschodniej. Musimy mieć dobre relacje i zawsze wychodzimy z założenia, że powinny być one bardzo partnerskie, aby jedna strona nie zaskakiwała drugiej.

Polska Sieć Handlowa Lewiatan powstała w 1994 roku jako organizacja zrzeszająca kupców prowadzących działalność handlową. Aktualnie skupia 2860 placówek realizujących swoje cele poprzez centralę Lewiatan Holding SA oraz spółki regionalne, które budują i koordynują sieć sklepów w poszczególnych regionach. W holdingu zatrudnione jest obecnie ponad 22 tys. osób.

Producentom przedstawiamy bardzo szerokie portfolio – precyzuje Kruszewski. – Zawsze chcemy być razem z nimi, szczególnie w działaniach promujących wytwarzane przez nich artykuły, więc kooperacja z wieloma zwiększa się w tempie dwucyfrowy. Sądzimy, że producenci są zadowoleni. My również na tej współpracy zyskujemy, korzystając na przykład z trenerów, którzy szkolą naszych ludzi w zakresie zarządzania poszczególnymi kategoriami produktów.

W czasie Wielkanocy znacząco rośnie w Polsce spożycie czekolady, choć nie tak bardzo jak w Europie Zachodniej

CEO Magazyn Polska

Polacy wciąż spożywają znacznie mniej czekolady niż mieszkańcy krajów Europy Zachodniej. W czołówce europejskich smakoszy znajdują się Szwajcarzy, którzy jedzą jej prawie trzykrotnie więcej niż Polacy. W Polsce spożycie tego przysmaku rośnie w czasie świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. W okresie przedświątecznym rosną zamówienia u producentów słodyczy.

Polacy nie należą do największych miłośników czekolady w Europie. Rocznie zjadają jej ok. 4,5 kg, niemal trzykrotnie mniej niż Anglicy, Belgowie i Szwajcarzy. W kwestii smaku Polacy są tradycjonalistami, wybierają bowiem przede wszystkim czekoladę najbardziej popularną: mleczną, gorzką, z nadzieniem truskawkowym oraz z orzechami. Rzadziej sięgają po bardziej oryginalne smaki, np. czekoladę z solą lub chili. Chętnie skosztują kawałek, np. podczas degustacji w sklepie, ale raczej nie decydują się na zakup całej tabliczki. Oryginalne połączenia smakowe chętniej wybierają osoby z dużych miast.

Sięgamy po nowe rzeczy, jak np. czekolada o smaku crème brûlée, panna cotta czy tiramisu, czyli smaki, które znamy z cukierni i łatwiej nam jest sobie wyobrazić, że to też może być w naszej czekoladzie jako forma deseru. Przekonujemy Polaków również do tego, żeby jedli czekolady nie tylko na słodko, lecz także wytrawnie. Taką czekoladę można użyć również do sosu do mięsa, np. do kaczki, zaś białą czekoladę do królika z wanilią i gorgonzolą– mówi agencji Newseria Janusz Profus, maestro czekolady E.Wedel.

Spożycie czekolady przez Polaków rośnie znacząco dwa razy w roku: na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Polacy coraz więcej podróżują i chętnie przyswajają świąteczne zwyczaje zaobserwowane za granicą. Coraz większą popularnością cieszy się w Polsce np. zwyczaj poszukiwania wielkanocnego czekoladowego zajączka w ogródku lub domu, w czym widać wpływ kultury niemieckiej i amerykańskiej. Coraz chętniej wręczają sobie także świąteczne drobne czekoladowe upominki. Tradycyjne prezenty z okazji Lanego Poniedziałku to zwykłe pisanki, obecnie coraz częściej zastępowane przez jajka z czekolady.

Ta tradycja się zmienia, ale jednak Wielkanocą spożywamy mniej czekolady niż na Boże Narodzenie. Widzimy różnice w naszych zamówieniach, ale i tak przed Wielkanocą jest ich bardzo dużo – mówi Janusz Profus.

Czekolada na Wielkanoc to przede wszystkim pisanki, zarówno puste, jak i wypełnione nadzieniem. Polacy coraz chętniej kupują także czekoladowe zające i baranki, które ozdabiają świąteczny stół, a także trafiają do wielkanocnego koszyka. Popularność zyskują także pralinki w kształcie małych jajeczek nadziewane wanilią, maliną, karmelem czy nugatem. Polacy wybierają dobrze sobie znane smaki nadzienia, mniej popularne są wypełnienia pralinek o smaku ziół lub chili.

W krajach europejskich, np. w Belgii czy Niemczech, z Wielkanocą kojarzy się głównie zajączek i pisanki z czekolady i tego jest całe mnóstwo. Sprzedaż zaczyna się już w lutym lub pod koniec stycznia – te produkty już wtedy są dostępne w sklepach. W Polsce te produkty też są dostępne, ale trochę rzadziej po nie sięgamy. Trudno powiedzieć dlaczego. To dopiero zaczyna być tradycja – mówi Janusz Profus.

W wielu krajach istnieje zwyczaj obdarowywania dzieci słodyczami z okazji świąt wielkanocnych. W Szwecji i Stanach Zjednoczonych słodkie podarunki przynosi zajączek wielkanocny. Kiedyś wręczał maluchom tradycyjne słodkości, obecnie najczęściej czekoladowe jajka, zajączki i pralinki.

Oszczędności Polaków będą trafiać z lokat na giełdę. Proces ten opóźnia niska edukacja ekonomiczna Polaków

 

Polacy powinni przekonać się do inwestycji w akcje, bo stopy zwrotu z depozytów bankowych długo jeszcze pozostaną niskie  uważa Michał Cichosz, zarządzający funduszami w Skarbiec TFI. Jego zdaniem zarówno na polskiej giełdzie, jak i na rynkach naszego regionu oraz w krajach rozwiniętych nie brakuje spółek o solidnych fundamentach i perspektywach wzrostu. Dobrze zestawiony portfel powinien przynieść co najmniej kilkunastoprocentowe zyski.

Można powiedzieć, że ten rynek musi rosnąć, ponieważ poprzeczka postawiona przez lokaty, które są dostępne dla przeciętnego Kowalskiego, jest coraz niższa mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Cichosz, zarządzający funduszami akcji Skarbiec TFI. – Lokaty na poziomie 2 proc. czy poniżej 2 proc. są już bardzo mało atrakcyjne, jeżeli zestawimy to z kilkunastoprocentowymi stopami zwrotu, które można uzyskać z funduszy akcyjnych. Oczywiście, są one bardziej ryzykowne.

Większość analityków uważa, że ten rok będzie dla giełdy przełomowy. Gospodarka ma się coraz lepiej, a spółki pokazują dobre wyniki. Z drugiej strony panuje deflacja i walcząc z nią, Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje stopy procentowe NBP nas rekordowo niskim poziomie. To oznacza, że lokaty bankowe czy fundusze obligacyjne przestają się liczyć dla inwestorów. Alternatywą stają się akcje lub fundusze akcji.

W dłuższym terminie fundusze akcyjne, o ile są dobrze zarządzane, powinny przynieść dwucyfrowe stopy zwrotu. Według Michała Cichosza, gdy indywidualni inwestorzy zaczną to dostrzegać, to pewnie wrócą na giełdę, mimo że w ostatnich latach była ona źródłem rozczarowań.

Tak naprawdę w pewnym momencie musi to zadziałać i część z tej ogromnej puli środków wiszącej na depozytach bankowych powinna powoli przechodzić do branży funduszowej ocenia Michał Cichosz. – Natomiast moim zdaniem to nie będzie szybki i prosty proces, ponieważ stopień edukacji ekonomicznej społeczeństwa jest jeszcze dosyć niski. Musi się powoli zrodzić zaufanie do branży i ono też będzie powodować napływ z depozytów bankowych do produktów takich jak fundusze inwestycyjne.

Jak podaje Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami, na koniec lutego krajowe fundusze inwestycyjne zgromadziły niemal 216 mld zł. W tym samym czasie wartość zobowiązań baków wobec gospodarstw domowych (głównie z tytułu depozytów) sięgnęła, jak podaje NBP, niemal 605 mld zł.

Widzimy bardzo dużo okazji inwestycyjnych z punktu widzenia nowych biznesów, nowych podmiotów, które się rozwijają podkreśla zarządzający funduszami akcji Skarbiec TFI. – Nie mamy problemu ze znajdowaniem atrakcyjnych podmiotów. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie – jest ich tak dużo, że musimy się decydować, który z nich jest bardziej atrakcyjny, a który mniej, ponieważ portfel ma ograniczoną liczbę miejsc. Z tego właśnie powodu jesteśmy optymistyczni, bo tych biznesów, w które warto inwestować, jest znacznie więcej, niż początkowo myśleliśmy.

Wracając na giełdę, inwestorzy powinni jednak pomyśleć o zmianie filozofii doradza Michał Cichosz, zarządzający ze Skarbca TFI. W mniejszym stopniu zwracać uwagę na wykresy modnej kiedyś analizy technicznej, a w większym na fundamenty spółek, których akcje kupują.

– Chciałbym, żeby kiedyś nadszedł taki dzień, w którym ludzie będą myśleli o inwestowaniu na giełdzie jako o byciu udziałowcem w firmie, a nie byciu spekulantem w poszukiwaniu elektrokardiogramu i szlaczka, który biegnie po monitorze, bo giełda nie ma z tym nic wspólnego. Szlaczek i kardiogram to jest tylko skutek, a przyczyną zawsze jest jakaś firma i jacyś ludzie, którzy za nią stoją.

Tania siła robocza nie daje już polskim firmom sukcesu na zagranicznych rynkach. Muszą konkurować innowacyjnością i unikatowymi produktami

CEO Magazyn Polska

Kluczem do sukcesu polskich firm za granicą jest przede wszystkim unikalny produkt lub usługa wysokiej jakości, ale równie ważne są inne element – innowacyjność oraz dobrze zorganizowany system dystrybucji i marketingu. Badania wskazują, że silne polskie marki na globalnych rynkach przyczyniają się także do wzrostu zarobków i PKB w kraju.

 

– Takie czynniki konkurencyjności polskich przedsiębiorstw, jak na przykład tania siła robocza, już się wyczerpują. Dlatego ważną rzeczą jest innowacyjność oraz korzystanie z dobrodziejstw globalizacji – mówi agencji Newseria Biznes, prof. dr hab. Tomasz Szapiro, rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Globalne rynki stoją dziś otworem przed firmami, które potrafią dostosować się do wymogów konkurencji. Przewagą firmy przede wszystkim powinien być nowy, unikatowy produkt (lub usługa).

– W przypadku firmy Fakro tym produktem było okno dachowe. Polska firma była jednym z pierwszych producentów – mówi prof. Szapiro.

Kluczowe dla osiągnięcia sukcesu na rynkach zagranicznych są także inne elementy, jak innowacyjność i konkurencyjność cenowa. Konkurencyjność może być także wynikiem dobrze zorganizowanego systemu dystrybucji i skutecznych działaniach marketingowych.

Najważniejsze jest to, żeby solidnie pracować i mieć kapitał ludzki wysokiej wartości. Konkurencyjna firm to taka, która jest zaangażowana i dba o interesariuszy, czyli o pracowników i konsumentów, oraz o dobre relacje z innymi interesariuszami, czyli z samorządem i państwem – wymienia profesor.

Chociaż w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z kilkoma spektakularnymi sukcesami polskich firm za granicą, to eksperci podkreślają, że mamy niedobór silnych marek reprezentujących Polskę w świecie. Z raportu fundacji Pomyśl o przyszłości wynika, że jest to jeden z 21 najważniejszych powodów, dla których w Polsce zarobki są cztery razy niższe niż w bogatych krajach Europy.

W raporcie zestawiono liczbę firm rodzimych o globalnym zasięgu ze średnim wynagrodzeniem w kraju. W państwach, gdzie liczba takich firm jest niewielka (w stosunku do liczby obywateli), zarobki są niskie. Rodzime globalne firmy generują nowe miejsca pracy w swoich centrach zarządzania. Potrzebują wysoko wykwalifikowanych pracowników zajmujących się badaniem i rozwojem, nadzorem technicznym, jakościowym, finansami, dystrybucją, marketingiem czy IT. Są też zleceniodawcami dla małych i średnich firm. Można przyjąć, że generują u nich drugie tyle miejsc pracy, co w swoich centrach.

Likwidacja barier celnych między państwami sprawiła, że globalnie zaczynają wygrywać firmy z dużych krajów, które osiągnęły efekt skali na rodzimych rynkach i odnoszą z tego tytułu korzyści.

 Recepta na silną pozycję konkurencyjną to mocne usytuowanie się w kraju, w macierzy, a dopiero potem szukanie możliwości ekspansji na rynkach zagranicznych, co przy możliwości i większej skali produkcji zmniejsza koszty jednostkowe i czyni firmę bardziej konkurencyjną cenowo – potwierdza prof. Tomasz Szapiro.

Krajami, które postawiły na wspieranie rozwoju rodzimych firm, są Niemcy i Korea. To dziś przynosi efekty. Eksperci fundacji Pomyśl o przyszłości wskazują, że w 1985 roku PKB Korei na osobę był na podobnym poziomie co w Polsce. Dziś jest prawie dwa razy większy i zachowuje tendencje wzrostową.

Pokolenie Y źle oceniane przez pracodawców. Zarzucają młodym brak zaangażowania i roszczeniowość

CEO Magazyn Polska

W ciągu kolejnych 10 lat pokolenie Y, czyli ludzie urodzeniu między 1980 a 2000 r., będzie stanowić 75 proc. siły roboczej na świecie. W powszechnej opinii pracownicy z tego pokolenia są roszczeniowi i brakuje im zaangażowania. To stereotypy – oceniają eksperci i podkreślają, że zaletami tych pracowników są m.in. wielozadaniowość i dobra znajomość nowych technologii. Nie chcą oni jednak poświęcać całego życia na karierę, a stawiają mocno na rodzinę i pasje. 

Pokolenie Y chce pracować przede wszystkim w takich miejscach, gdzie kapitał ludzki traktowany jest jako ważny, strategiczny element rozwoju całej organizacji – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Palikowski, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami. – Młodzi ludzie poszukują zatrudnienia w firmach, którym zależy na rozwijaniu potencjału zatrudnionych poprzez mądre, dobre podejście do motywowania, uwzględniające również nowe wartości, które pokolenie Y, trochę w przeciwieństwie do X, wyznaje.

Dla osób wchodzących obecnie na rynek pracy ważne są – poza pracą – rodzina, hobby i zainteresowania, które tak samo jak zainteresowania zawodowe chcą rozwijać z pasją.

Przedstawiciele tego pokolenia nie będą już, tak jak obecni trzydziesto- i czterdziestolatkowie, poświęcać całego swojego życia rozwojowi kariery – uważa Palikowski.

Według raportu firmy doradczej Deloitte „Trendy HR w 2014 roku” w ciągu najbliższej dekady pokolenie Y będzie stanowić 75 proc. siły roboczej na świecie. Wydłużenie wieku emerytalnego oznacza dla wielu firm konieczność zarządzania pracownikami reprezentującymi cztery różne generacje. Zarówno w Polsce, jak i na świecie najbardziej widocznym trendem w zarządzaniu kapitałem ludzkim staje się budowanie skutecznego przywództwa, które umie pogodzić wyzwania biznesowe z rosnącymi aspiracjami zatrudnionych.

Firmy dzisiaj właściwie nie mają wyboru: muszą zatrudniać przedstawicieli pokolenia Y, ponieważ jest ono tym, które wchodzi na rynek pracy i zaczyna go kształtować – potwierdza Piotr Palikowski. – Przed pracodawcami staje zatem zadanie mądrej komunikacji z tym pokoleniem. Muszą dobrać narzędzia, które będą do tego pokolenia trafiały.

Według obiegowych opinii przedstawiciele pokolenia Y na rynku pracy prezentują postawy roszczeniowe i mają w ogóle niechętny stosunek do zatrudnienia. Prezes PSZK jednak przekonuje, że są to stereotypy.

Pokolenie Y to ludzie, którzy potrafią naprawdę zaangażować się w pracę, pod warunkiem że są odpowiednio motywowani – podkreśla Palikowski. – Nowoczesne technologie trochę uczą multitaskingu. Pokolenie Y coraz lepiej potrafi przełączać się zarówno pomiędzy programami, jaki i pomiędzy różnymi zadaniami. Pracodawcy to obserwują i to jest wielka zaleta, którą należy wykorzystywać.

Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami realizuje kampanię „Jestem Ygrekiem, nie jestem leniem”, której zadaniem jest przełamanie niesprawiedliwych – zdaniem organizacji – stereotypów. Jej celem jest także zachęcenie młodych ludzi do zaprezentowania się pracodawcom z lepszej strony już na etapie studiów, czyli podczas staży i praktyk. Ma też zachęcić pracodawców do otwartej postawy wobec Ygreków i budowania z nimi relacji.

Grupa Wirtualna Polska umacnia się na pozycji lidera Internetu w Polsce

Grupa Wirtualna Polska, w której 20% udziału posiada subfundusz MCI.EuroVentures, zarządzany przez MCI Capital TFI S.A. (Grupa Kapitałowa Private Equity Managers S.A.), zachowała pozycję zwycięzcy w kolejnej edycji badania portali internetowych przeprowadzanego przez Megapanel i Gemius. W styczniu 2015 r. Grupa WP po raz kolejny zajęła pierwsze miejsce wśród portali internetowych w Polsce pod względem liczby realnych użytkowników (blisko 16 mln użytkowników), liczby odsłon (krajowych ogółem i mobilnych) oraz czasu krajowego ogółem (godziny) i mobilnego. W badanym miesiącu – styczniu 2015 Grupa WP zwyciężyła także w kategoriach tematycznych „Biznes, Finanse, Prawo”, „Komunikacja”, „Styl Życia” oraz „Nowe Technologie”.

Popołudniowy komentarz walutowy z 02.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 02.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Islandia odbierze bankom władzę nad pieniądzem?

Islandia zastanawia się nad odebraniem bankom komercyjnym ich największego przywileju – możliwości kreacji pieniądza. Przygotowany przez ekspertów raport proponuje alternatywy dla współczesnego systemu finansowego.

Na ponad 100 stronach raportu, przygotowanego na zlecenie premiera Islandii, zawarto krytykę istniejącego współcześnie systemu kreacji pieniądza. Trudno się dziwić – ostatecznie Islandczycy, jak mało kto, zostali doświadczeni przez ostatni i wciąż trwający kryzys finansowy, u źródła którego leży właśnie m.in. „pusty pieniądz”.

Autorzy raportu przedstawiają wybrane bolączki współczesnego systemu finansowego. Wśród nich znalazły się m.in. nadmierna kontrola banków nad podażą pieniądza, czy negatywny wpływ państwowych gwarancji na decyzje podejmowane przez banki.

– Islandzki raport,  to ciekawa diagnoza przyczyn obecnego kryzysu finansowego, która jego źródeł upatruje w monopolu sektora bankowego na kreację pieniądza. System rezerwy cząstkowej w połączeniu z państwowymi gwarancjami wypłacalności dla prywatnych banków jest jedną z przyczyn kryzysu, który od 2007 roku osłabia wzrost gospodarczy na świecie – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

W dokumencie zaprezentowano cztery rozwiązania, stanowiące alternatywę dla współczesnego systemu finansowego, opartego o zasadę rezerwy częściowej. Propozycje te, to tzw. Plan Chicago, wąska bankowość, bankowość specjalnego przeznaczenia oraz pieniądz suwerenny.

Tylko Bank Centralny ma kreować pieniądz

Szczególnie dużo uwagi poświęcono tej ostatniej koncepcji, która zakłada, że za kreację pieniądza odpowiedzialny ma być jedynie bank centralny – o tym ile środków wpuścić w gospodarkę miałoby decydować ciało podobne do polskiej Rady Polityki Pieniężnej. Następnie, środki te miałyby być wtłaczane do gospodarki różnymi kanałami: od wydatków rządowych począwszy, a na „dywidendzie obywatelskiej” skończywszy.

– Islandczycy w niestandardowy sposób podeszli do rozwiązania kryzysu finansowego w swoim kraju. Odpowiedzialnych bankierów potraktowano surowo. Część banków znacjonalizowano, zmienił się też rząd oraz rozpoczęto prace nad nową konstytucją. W małym państwie, gdzie praktycznie każdy jest ze sobą spokrewniony, pewne procesy zachodzą szybciej oraz efektywniej. Być może odejście od systemu rezerwy cząstkowej w Islandii sprawdzi się w tym kraju, ale to wcale nie znaczy, że w innych mogłoby być podobnie. Ten system ma wiele wad, ale wbrew pozorom ma też kilka istotnych zalet. Dzięki niemu większa liczba ludzi ma ułatwiony dostęp do kapitału i może bez większych przeszkód kupić np. telewizor na raty. Jednak nie da się zaprzeczyć, że w ostatnich latach głównym beneficjentem rezerwy cząstkowej był sektor bankowy – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W 2018 roku globalne przychody firm farmaceutycznych sięgną ponad 1,6 bln dolarów

Starzejące się społeczeństwa, rosnące wydatki na opiekę zdrowotną, innowacje, a także rozwój na rynkach wschodzących sprzyjają wzrostowi przychodów firm farmaceutycznych, biotechnologicznych i technologii medycznej. Jednocześnie jednak, jak wskazuje raport „2015 Global life sciences outlook. Adapting in an era of transformation” przygotowany przez firmę doradczą Deloitte, branża ta, znajdująca się pod coraz większą kontrolą regulatorów i presją cenową, zmaga się z podobnymi problemami jak sektor usług finansowych 5-10 lat temu. W Polsce rok ten upłynie na dostosowywaniu działalności branży do nowych wymagań w zakresie dystrybucji leków oraz prób ograniczenia eksportu leków.

Od lat branża farmaceutyczna uznawana jest za jedną z bardziej dochodowych, choć także wyjątkowo konkurencyjnych. W 2014 roku jej przychody na całym świecie wyniosły 1,23 bln dolarów, w porównaniu do 1,15 bln dolarów rok wcześniej. Wiodącym motorem tego wzrostu były leki onkologiczne. Największy udział w tych przychodach mają kraje Ameryki Płn. (41,9 proc.), Azji i Australii (26,8 proc.) oraz Europy Zachodniej (19,8 proc.).

Dla porównania w tym samym czasie przychody branży biotechnologicznej wyniosły 288,7 mld dolarów, a technologii medycznej 364 mld dolarów. „W ostatniej dekadzie wydatki na opiekę medyczną rosły w tempie około 7 proc. rocznie. Biorąc pod uwagę presję kosztową ze strony rządów, a także zmianę modeli biznesowych w służbie zdrowia, w najbliższych latach tempo to będzie wolniejsze, sięgające nieco powyżej 5 proc. Nie pozostanie to bez wpływu na wyniki finansowe firm farmaceutycznych” – tłumaczy adwokat Łukasz Sławatyniec kierujący praktyką farmaceutyczną w kancelarii prawniczej Deloitte Legal.

Według danych The Economist Intelligence Unit (EIU) w latach 2014-2018 globalna sprzedaż produktów farmaceutycznych będzie rosła o 6,9 proc. rocznie, a to oznacza, że przychody tego sektora w 2018 roku mogą sięgnąć 1,61 bln dolarów. Najszybszego tempa wzrostu należy spodziewać się w Azji i Australii (o 10 proc.), w tym samych Chinach będzie to aż 18 proc. rocznie. Dla porównania w tym samym czasie Europa Zachodnia zanotuje wzrost jedynie o 2,2 proc. rocznie. Z kolei sektor biotechnologiczny do roku 2019 ma szansę wzrastać w tempie 9 proc. rocznie, a to oznacza, że jego przychody sięgną 444,9 mld dolarów. W przypadku technologii medycznej do roku 2020 należy spodziewać się wzrostu około 5 proc. rocznie (przychody na poziomie 513,5 mld dolarów).

Dynamiczne zmiany krajobrazu regulacyjnego i biznesowego wymuszają na firmach farmaceutycznych, biotechnologicznych i z sektora technologii medycznej zmiany w dziedzinie badań i rozwoju, polityki cenowej, łańcuchów dostaw i modelu biznesowego, tak aby zapewnić:

  • wspieranie rynku „opartego na wartości” (koncentracja na jakości a nie ilości) publiczne i prywatne systemy opieki zdrowotnej wielu państw odchodzą od modelu opieki nastawionego na ilość na rzecz modelu opartego na wartości,
  • ograniczenie kosztów rządy państw i pozostali uczestnicy rynku wprowadzają mechanizmy kontroli cen i coraz częściej stosują leki biologiczne, a także generyczne, aby obniżyć koszty leków i urządzeń,
  • skupienie się na rynkach wschodzących – spadek dynamiki przychodów w krajach rozwiniętych sprzyja wzrostom i rozwojowi na nowych rynkach wschodzących,
  • zachowanie zgodności z przepisami – wydłużająca się lista wymogów regulacyjnych i oczekiwań nakłada na sektor coraz to nowe wyzwania.

Firmy farmaceutyczne borykają się również z problemem wygasających patentów. Z roku na rok rośnie sprzedaż leków generycznych, czyli zamienników leków innowacyjnych. W Polsce ich udział w sprzedaży sięga ponad 60 proc. i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Unii Europejskiej.

„Firmy farmaceutyczne nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, coraz więcej inwestują w produkty biologiczne, które zacierają tradycyjny podział na leki innowacyjne (nowe, oryginalne leki niemające odpowiedników) i generyczne (lek odtwórczy, zamiennik już istniejącego leku). Produkty biologiczne wymagają specyficznych regulacji. W szczególności ustawa refundacyjna, oparta na tradycyjnym podziale produktów, zdaje się nie dostrzegać wielu problemów jakie rodzi niemożność uznawania leków biologicznych za pełne odpowiedniki, a tym samym ich pełną wymienialność. Te braki w regulacjach mogą skutkować stosowaniem mechanizmów cenowych, które pogarszają dostęp pacjentów do innowacyjnych produktów” – wyjaśnia Łukasz Sławatyniec.

Niskie ceny leków w Polsce powodują, że nasz rynek zmaga się z problemem handlu równoległego i eksportem leków, co skutkuje tym, że niektórych z nich brakuje dla polskich pacjentów. W tej chwili w pracach sejmowych znajduje się projekt nowelizacji ustawy o prawie farmaceutycznym, który ma ukrócić te praktyki. „Leki, których braki będą odnotowywane, trafią na specjalne listy, a Główny Inspektor Farmaceutyczny będzie mógł sprzeciwić się wobec ich wywozu z Polski, także do innego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Niezależnie od powyższego, zamiarem Ministerstwa Zdrowia jest wdrożenie elektronicznego systemu, który pozwoli na raportowanie w czasie rzeczywistym obrotu lekami i wyrobami medycznymi” – mówi Łukasz Sławatyniec. Jednak zdaniem eksperta Deloitte Legal ten rok dla branży farmaceutycznej w Polsce upłynie przede wszystkim na dostosowywaniu działalności do nowych wymagań prawa farmaceutycznego w zakresie dystrybucji leków. 8 lutego br. weszła w życie nowelizacja przepisów. Konsekwencją zmian jest wdrożenie nowych zasad dobrej praktyki dystrybucyjnej.

Raport Deloitte wskazuje, że wysiłki ze strony administracji rządowych na całym świecie na rzecz lepszej kontroli wydatków na opiekę zdrowotną, ograniczanie dysproporcji w świadczeniu usług i zachęcanie konsumentów do lepszego dbania o własne zdrowie są najważniejszymi czynnikami umożliwiającymi systemom opieki zdrowotnej przejście z modelu nastawionego na ilość na model oparty na wartości. Dla firm z branży farmaceutycznej i biomedycznej trendy te oznaczają niejednokrotnie zmiany w modelach ich funkcjonowania.

Poziom rozwoju społecznego kraju wpływa na bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ)

Przyspieszenie wzrostu gospodarczego oraz wzmocnienie powiązań ekonomicznych, społecznych i politycznych pomiędzy krajami może mieć w najbliższych latach znaczący wpływ na zwiększenie bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). Wraz ze wzrostem napływającego kapitału wzrasta również potrzeba spojrzenia poza dane finansowe w celu zrozumienia czynników wpływających na BIZ. Firma doradcza Deloitte, we współpracy z organizacją Social Progress Imperative1 stworzyła raport „Foreign Direct Investment and Inclusive Growth: The impacts on social progress” wskazujący, że dzięki odpowiednio prowadzonej polityce można uruchomić mechanizmy wspierające pozytywne sprzężenie zwrotne pomiędzy rozwojem społecznym, a bezpośrednimi inwestycjami zagranicznymi.

Raport powstał w oparciu o analizę wskaźnika rozwoju społecznego tzw. Social Progress Index opracowanego dla 132 krajów. Analizie poddano postęp społeczny rozpatrywany w trzech wymiarach: zaspokojenie podstawowych potrzeb człowieka, fundamenty dobrobytu oraz możliwości awansu społecznego i wolności osobiste. Wysokość wskaźnika rozwoju społecznego kraju pozwala określić jakiego typu bezpośrednie inwestycje zagraniczne są najbardziej wskazane i mają największe szanse na powodzenie w danym kraju, a jednocześnie pokazuje w jaki sposób te inwestycje mogą wpłynąć na rozwój społeczny na danym obszarze. „Korzyści gospodarcze wynikające z BIZ są powszechnie znane i o nich mówi się najwięcej. Mniej jednak wiadomo o tym, jak postęp społeczny, którego dokonuje dany kraj wpływa na zainteresowanie inwestorów zagranicznych. Polityka promująca postęp społeczny może przyciągać zagraniczne inwestycje, co z kolei przyczynia się do dalszego rozwoju społeczeństwa w wielu jego aspektach” – wyjaśnia Steve Almond, Przewodniczący Rady Nadzorczej Deloitte Global.

Bezpośrednie inwestycje zagraniczne mogą pobudzać szeroko rozumiany postęp społeczny danego kraju. Jednocześnie rządy powinny strategicznie podchodzić do długoterminowych inwestycji (np. w edukację, infrastrukturę, ochronę zdrowia, dostęp do energii, czy wody), które pomagają budować przewagę konkurencyjną państw czy regionów jako obszarów potencjalnie atrakcyjnych dla lokowania bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Z drugiej też strony skuteczna realizacji projektów inwestycyjnych na danym terenie może też pozytywnie wpływać na długoterminowy rozwój społeczno-gospodarczy i zwiększyć szanse danego obszaru na przyjęcie w przyszłości bardziej zaawansowanych, czy kompleksowych projektów inwestycyjnych” – wyjaśnia Rafał Rudzki, Starszy Menedżer w zespole Sustainability Services Central Europe, Deloitte.

Jak wskazują autorzy raportu, uruchomienie sprzężenia zwrotnego pomiędzy BIZ a rozwojem społecznym, może zostać zakłócone przez szereg czynników, takich jak:

  • Pułapka ubóstwa – istnieją kraje, w których brak zasobów i odpowiedniej infrastruktury (bezpłatnego dostępu do edukacji czy opieki zdrowotnej dla wszystkich obywateli) uniemożliwia napływ inwestycji zagranicznych. Do takich krajów należą, m.in.: Burundi, Malawi, Liberia i Togo.
  • BIZ uwarunkowane dostępnością do zasobów naturalnych – tego typu inwestycje często wymagają nisko wykwalifikowanej kadry, a ich efekty są ograniczone do jednego sektora, co oznacza, że potencjalnymi beneficjentami korzyści społecznych staje się jedynie niewielka grupa społeczna. Do takich krajów można zaliczyć, m.in.: Kazachstan, Azerbejdżan, Mauretanię, Angolę czy Gwineę.
  • Niestabilność polityczna – niestabilna sytuacja polityczna oraz groźba konfliktu zbrojnego zniechęcają inwestorów zagranicznych niezależnie od poziomu postępu społecznego danego kraju. W tym kontekście należy wymienić, m.in.: Irak i Egipt.
  • Raje podatkowe – bezpośrednie inwestycje zagraniczne koncentrują się jedynie na rozwoju wybranych sektorów, związanych z bankowością i finansami. Tak wąska specjalizacja może zwiększać podatność gospodarki państwa, a także jego otoczenia społecznego i politycznego na wstrząsy. Tak dzieje się, m.in. w Libanie czy Trinidadzie i Tobago.
  • Większe tempo wzrostu gospodarczego w porównaniu ze wzrostem społecznym – istnieją kraje, w których wraz ze wzrostem gospodarczy nie następuje wzrost społeczny. Taki stan charakteryzuje większość krajów z grupy BRICS (Rosja, Indie, Chiny).

Nowa III edycja Social Progress Index zostanie opublikowana w kwietniu 2015 r.

Globalna notka prasowa: How social progress develops with and helps attract foreign direct investment.

Rolnik powinien się szkolić

Nie wystarczy doświadczenie i dobry sprzęt, aby praca w rolnictwie przynosiła efekty. Wymogi jakościowe nakładane przez Unię Europejską sprawiają, że rolnicy, tak jak każda grupa zawodowa, muszą się doszkalać. Dzięki temu mogą być na bieżąco z uprawą roślin i hodowlą zwierząt oraz procedurami pozyskiwania dotacji.

Wśród rolników największym zainteresowaniem cieszą się kursy, które dotyczą pozyskiwania dofinansowania z Unii Europejskiej. Jednak – jak zaznacza w rozmowie z serwisem infoWire.pl Paweł Kocel z Timac Agro – „ważne są też szkolenia, które pozwalają na optymalizację kosztów i zabiegów agrotechnicznych: wszytko po to, by działać na rzecz zrównoważonego rolnictwa”.

Każdy rolnik, który używa w swoim gospodarstwie środków ochrony roślin, musi mieć ukończone odpowiednie szkolenie. Od 26 listopada 2015 r. wymóg ten będzie dotyczył także sprzedawców tych środków. „W dzisiejszych czasach, kiedy zależy nam na wysokich plonach i bardzo dobrej jakości, doszkalanie jest niezbędne. Rolnik musi wiedzieć, jak stosować dane produkty, zwłaszcza że są one coraz bardziej zaawansowane” – zaznacza ekspert.

Szkolenia organizowane są przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, ale również przez firmy dystrybuujące produkty rolnicze.

Z łupkami nie wyszło, nowy pomysł to gaz z piaskowca

Nawet 200 mld metrów sześciennych wydobywalnego gazu zamkniętego (tzw. tight gas) może znajdować się trzech wielkich polskich kompleksach geologicznych – wynika z raportu zaprezentowanego przez Państwowy Instytut Geologiczny. Jeśli weźmiemy pod uwagę udokumentowane złoża konwencjonalne, szacowane na 134 mld metrów sześciennych i to, że w ciągu roku wydobywamy z nich od około 4 do 5 mld metrów sześciennych błękitnego paliwa, to raport wydaje się zapowiedzią rewolucji energetycznej Polski. Jak pisze portal Money.pl, dzięki takim zasobom moglibyśmy spokojnie pokryć stale rosnące, roczne zapotrzebowanie na to paliwo całego kraju, które na dziś szacowane jest na 15 mld metrów sześciennych, a także uniezależnić się od dostaw z Rosji. Eksperci studzą jednak euforię. To, że mamy wielkie złoża nie oznacza jeszcze, że wydobycie się opłaci.

Bezpieczeństwo energetyczne w obecnej sytuacji politycznej wydaje się priorytetem. Już teraz Ministerstwo Gospodarki chce określić minimalne poziomy dotyczące zakupów gazu poza Polską. Dziś ponad 72 proc. zapotrzebowania zaspakaja gaz importowany. Do kraju sprowadzamy go w ilości 11,26 mld metrów sześciennych z czego 85 proc. z Rosji. Jedynie 4,4 miliarda metrów sześciennych pochodzi z krajowego wydobycia. Ogólnie, z tak zwanego kierunku wschodniego, czyli Rosji, Azerbejdżanu i krajów Azji Środkowej, sprowadzamy – jak podaje Money.pl – aż 9 mld metrów sześciennych gazu w ciągu roku. Dla porównania – z Niemiec importujemy jedynie 1,7 mld metrów sześciennych.

Czy gaz z piaskowca zmieni sytuację energetyczną w jakiej znajduje się Polska? Za przykład wykorzystania gazu zamkniętego stawia się Amerykę, która od lat go wydobywa i stanowi on blisko jedną trzecią całkowitego wydobycia gazu ziemnego w USA. Do końca obecnej dekady z importera tego surowca Ameryka ma szansę stać się jednym z bardziej liczących się eksporterów gazu ziemnego.

CEO Magazyn Polska
źródło: Money.pl na podstawie Tight Gas-Texas A&M Univ

 

Czy rzeczywiście Polska ma szansę powtórzyć sukces Amerykanów? – Do tego potrzeba czasu i naprawdę dużych inwestycji, bo sama wiedza o potencjalnych zasobach musi zostać podparta względnie tanią i skuteczną technologią, pozwalającą na masowe wydobycie tego gazu – zaznacza w rozmowie z Money.pl dr Robert Zajdler z Instytutu Sobieskiego. – W przeciwnym razie błękitne paliwo z piaskowca może się okazać równie nieopłacalne, jak gaz łupkowy.

Emocje studzą również sami autorzy raportu: Nie chciałbym, by napompowano marzenia, a potem nastąpił „kac poznawczy”, gdyby okazało się, iż realia są takie, że nie jesteśmy drugim Kuwejtem czy Katarem. Wszystko na to wskazuje, że odniesiemy sukces, ale będzie on na skalę polskich potrzeb i nie nastąpi jutro – przestrzega główny geolog kraju, wiceminister środowiska Sławomir Brudziński. – Dane są optymistyczne, ale spójrzmy na nie chłodnym okiem.

Jeszcze pięć lat temu amerykańscy eksperci z agencji Energy Information Administration przekonywali, że nasze zasoby gazu łupkowego sięgają 5,3 biliona metrów sześciennych, a ówczesny premier Donald Tusk zapewniał, że owe złoża staną się gwarancją naszych przyszłych emerytur. Do dziś jednak nie udało się znaleźć opłacanych źródeł tego paliwa, a z dalszych poszukiwań wycofało się już kilku dużych graczy jak m. in. Chevron i Exxon Mobil.

– Powody były bardzo proste: za duże koszty i zbyt odległa perspektywa zysku z komercyjnego wydobycia – tłumaczy dr Zajdler.

CEO Magazyn Polska
źródło: Money.pl na podstawie danych EIA

 

Jak przekonują eksperci, sam gaz z piaskowców nie różni się od gazu wydobywanego ze złóż tradycyjnych i podobnie jak on, głównie składa się z metanu. Gaz typu tight jest jednak uwięziony w mikroskopijnych przestrzeniach porowych piaskowców, ale przestrzenie te nie są ze sobą połączone.

Aby go wydobyć, trzeba użyć – podobnie jak w przypadku uwalniania gazu z łupków – metody szczelinowania hydraulicznego. Jednak, jak zapewniają eksperci, w przypadku tight gazu szczelinowanie jest dużo prostsze i nie wymaga stosowania niektórych komponentów chemicznych do płynu szczelinującego.

Jak pisze Money.pl, wykonanie odwiertu tight w USA kosztuje niecałe 6 mln dol., a w Europie – około 8 mln dol. Dla porównania odwiert do wydobycia gazu łupkowego to koszt rzędu od 5 do 9 mln dol. w Ameryce Płn. i od 10 do 15 mln dol. w Polsce.Ale wiele wskazuje na to, że w przypadku Polski czerpanie ze złóż gazu zamkniętego może faktycznie okazać się droższe, niż wydobywanie gazu z łupków. Gaz zamknięty znajduje się bowiem głębiej – nawet o około dwa kilometry – niż w USA, a nawet w innych częściach Europy. Dlatego dr Magdalena Sidorczuk, kierownik działu informacyjnego Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie, uprzedza, że takie proste przeliczenie, ile gazu nadaje się do wydobycia, może być mylące.

– Pozyskiwanie surowca musi się opłacić. Byłbym ostrożny więc w popadaniu w euforię. Do szacunkowych kosztów wydobycia gazu z piaskowca trzeba doliczyć jeszcze koszty technologii i infrastruktury oraz koszty środowiskowe – ostrzega również ekspert Instytutu Sobieskiego. – To bardzo podraża inwestycję, czego doświadczyliśmy przy gazie łupkowym.

CEO Magazyn Polska
źródło: Money.pl na podstawie danych IHS

 

Jak przekonuje ekspert Instytutu Sobieskiego, jeśli nawet wydobycie gazu z piaskowca okaże się opłacalne, nie wpłynie specjalnie na ceny gazu w prywatnych domach w najbliższych latach. Jego zdaniem nie powinniśmy przedkładać wydobycia własnego nad import, a jedynie poszerzyć koszyk dostawców. Uruchomienie terminalu regazyfikacyjnego LNG w Świnoujściu pozwoli na przesył dodatkowych 5 mld metrów sześciennych paliwa z innych kierunków, co już rozwiązuje wiele problemów.

– Transgraniczne połączenie pozwala na dywersyfikację importu i uniezależnienie się od kierunku wschodniego, daje okno na świat i obecnie daje większe szanse na zbicie ceny gazu w Polsce, niż marzenia o gazowym eldorado – podsumowuje Zajdler.

Spada bezrobocie w Niemczech i w Polsce

Niemiecki rynek pracy europejską potęgą jest i basta. Symptomy poprawy sytuacji widać także w Polsce, choć daleko nam do lat, w których to pracownicy dyktowali warunki pracodawcom.

Niemiecki Federalny Urząd Pracy poinformował dziś, że w największej gospodarce strefy euro, wyrównany sezonowo wskaźnik stopy bezrobocia przyjął w marcu wartość 6,4%, wobec 6,5% w lutym. Ten wynik, to najniższy odczyt od momentu zjednoczenia Niemiec w 1990 r.

– Niskie bezrobocie w Niemczech, to dobra wiadomość dla Polski – im lepsza kondycja naszego głównego partnera handlowego, tym większe prawdopodobieństwo, że nasza gospodarka na tym skorzysta. Niemcy zatrudniają, a to znaczy, że będą też kupować, m.in. polskie produkty. Polskie firmy, których rynkiem zbytu są Niemcy, mogą liczyć na powiększenia portfela zamówień – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W Polsce najlepiej od 6 lat

O poprawie sytuacji, także na polskim rynku pracy, świadczą dane opublikowane dziś przez Eurostat. Obliczana przez europejskich statystyków lutowa stopa bezrobocia wyniosła 7,8%. Po raz ostatni tak niski wynik odnotowano w Polsce w lutym 2009 r.

– Statystyki Eurostatu sugerują, że stoimy na progu rynku pracownika. W latach 2007-08 to pracownicy dyktowali warunki na rynku pracy, a przedsiębiorcy mieli problemy ze znalezieniem siły roboczej i byli zmuszeni do zdecydowanych podwyżek wynagrodzeń – zauważa Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Warto pamiętać, że Eurostat posługuje się badaniem ankietowym (BAEL), a nie oficjalnymi danymi z urzędów pracy. Bezrobocie rejestrowe wykazywane przez Główny Urząd Statystyczny wyniosło w lutym 12%.

– Obecnie jednak sytuacja na rynku pracy w niczym nie przypomina tej sprzed 8 lat. Płace rosną średnio po ok. 3% rocznie, co przy uwzględnieniu deflacji cenowej, realnie daje całkiem przyzwoity wynik rzędu 4-5%. Niemniej jednak w latach 2007-08 wynagrodzenia wzrastały realnie o  6-8%, a zatrudnienie w sektorze dużych przedsiębiorstw rosło w tempie 5-6%, podczas gdy obecnie o nieco ponad 1%. Oznacza to, że sytuacja pracownika na polskim rynku pracy poprawia się, ale najniższa od 6 lat stopa bezrobocia nie jest tożsama z dyktatem pracowników. Może to i lepiej, ponieważ gwałtowne boomy niemal zawsze kończą się równie ostrym załamaniem, jak w roku 2009 r. – dodaje Kolany.

Poszukujący pracy będą przebierać w ofertach

Rynek pracy ożywa – widać to nie tylko po liczbie ofert zatrudnienia, lecz także większej aktywności osób szukających pracy. I nie chodzi tu jedynie o bezrobotnych. Coraz częściej to osoby już pracujące przeglądają oferty i chcą znaleźć nowe, atrakcyjniejsze zajęcie.

Osoby poszukujące pracy zaczynają mieć decydujący głos na rynku. To dla pracodawców nie lada wyzwanie. „Szukający zatrudnienia nie będą się kierować tylko i wyłącznie wynagrodzeniem. Uwagę skupią również na marce pracodawcy i tym, co faktycznie ona za sobą niesie” – mówi serwisowi infoWire.pl Izabela Bartnicka z Grupy Pracuj.

Pracodawca będzie zmuszony bardziej dbać o swoich obecnych pracowników, jak również o komunikację podczas rekrutacji i to, co kandydaci z niej wynoszą. W wielu firmach z konieczności zmieni się także podejście do zatrudnianych osób. „Kandydaci wymagają od przedsiębiorców transparentności. Nie akceptują sytuacji, kiedy obiecuje się świetne warunki pracy i rozwoju, które później są niespełniane” – stwierdza rozmówczyni.

Zmianie ulegną również trendy dotyczące form zatrudnienia i współpracy między pracodawcą a pracownikiem. Popularniejsze staną się wolne zawody oraz praca na zlecenie. Chętniej będziemy też współpracować z kilkoma firmami, niż decydować się na długoletni związek z jedną.

Analitycy zauważają ponadto, że niektórych specjalistów zaczyna brakować. „Wielu firmom będzie trudniej znaleźć dobrych pracowników. Z takim problemem zmaga się już np. branża IT” – zaznacza Izabela Bartnicka.

Szacunkowe wykonanie budżetu państwa w 2014 r.

W okresie styczeń – grudzień 2014 r. oszacowano:

  • dochody budżetu państwa na kwotę 283.542,7 mln zł,
  • wydatki budżetu państwa na kwotę 312.520,2 mln zł,
  • deficyt budżetu państwa na kwotę 28.977,5 mln zł.

Więcej informacji nt. szacunkowych danych znajduje się w dziale Działalność / Finanse publiczne / Budżet państwa / Wykonanie budżetu państwa / Szacunkowe wykonanie budżetu.

Usprawnienie organizacji Administracji Podatkowej

Od 1 kwietnia 2015 roku Administracja Podatkowa będzie funkcjonowała w innej formule niż dotychczas. Izba skarbowa i podległe jej urzędy skarbowe staną się jedną jednostką budżetową, a dla wszystkich pracowników tej administracji w województwie pracodawcą będzie izba skarbowa. Efektem tych zmian będzie lepsza wydajność, przejrzystość i szybkość działania Administracji Podatkowej oraz skuteczność w zakresie koordynacji realizowanych zadań i poziomu świadczenia usług publicznych. Wchodzące w życie zmiany nie będą miały wpływu na siatkę urzędów skarbowych.
Z dniem 1 kwietnia 2015 r. wejdzie w życie nowelizacja ustawy o urzędach i izbach skarbowych, która wprowadzi zmiany będące odpowiedzią na zmieniające się otoczenie i oczekiwania społeczne, co do funkcjonowania Administracji Podatkowej. Nastąpi połączenie izb i urzędów skarbowych, które odbywać się będzie na poziomie każdego województwa i polegać będzie na konsolidacji zadań pomocniczych wykonywanych dotąd odrębnie przez wszystkie jednostki organizacyjne. Izba skarbowa i podległe jej urzędy skarbowe staną się jedną jednostką budżetową. Zadania dyrektora generalnego oraz kierownika jednostki budżetowej pełnił będzie dyrektor izby skarbowej, natomiast pracodawcą osób zatrudnionych w tak rozumianym urzędzie będzie izba skarbowa.

Dyrektor izby skarbowej będzie odpowiadał za wszystkie zadania zwane procesami pomocniczymi, realizowanymi dotychczas odrębnie przez izby i urzędy w zakresie: obsługi finansowej i kadrowej, zarządzania majątkiem, remontami i inwestycjami, zamówień publicznych, obsługi informatycznej, audytu, kontroli zarządczej, zarządzania jakością, komunikacji oraz informacji prawnie chronionych. Naczelnicy urzędów skarbowych pozostaną organami podatkowymi I instancji i organami egzekucyjnymi, a dyrektorzy izb jak dotychczas organami nadzoru i organami podatkowymi II instancji.

Zmiany nie spowodują likwidacji urzędów skarbowych a pracownicy zadania będą realizować w nowej formule organizacyjnej. Część osób zatrudnionych w komórkach zajmujących się do tej pory zadaniami pomocniczymi (np. rachunkowością budżetową, kadrami, informatyką) będzie wykonywała swoje zadania bezpośrednio w strukturze izb skarbowych. Część z nich rozpocznie realizację innych zadań, takich jak obsługa podatnika, kontrola podatkowa, czy egzekucja administracyjna.

Zmiany te wpłyną pozytywnie na wydajność, przejrzystość i szybkość działania Administracji Podatkowej, a także poprawią skuteczność w zakresie koordynacji realizowanych zadań oraz poziom świadczenia usług publicznych. Pozwolą również lepiej wykorzystać istniejące zasoby kadrowe, co przełoży się na jakość realizowanych zadań związanych z obsługą i wsparciem podatnika, poborem podatków oraz dyscypliny podatkowej, które odgrywają istotną rolę w realizacji podstawowego celu Administracji Podatkowej.

Klienci administracji odczują poprawę pracy urzędów skarbowych w zakresie obsługi podatników poprzez wzrost efektywności ich działania oraz usprawnienie wewnętrznych procesów. Dzięki tym działaniom Administracja Podatkowa będzie głównie koncentrować się na zadaniach podstawowych i lepiej gospodarować powierzonymi środkami publicznymi.

Ruch rozwija usługi udzielania pożyczek i sprzedaży ubezpieczeń w mniejszych miejscowościach. Testuje też format małego sklepu

0

CEO Magazyn Polska

Ruch zamierza rozbudowywać swoją sieć kiosków i oferować w niej nowe usługi. W mniejszych miejscowościach w kiosku można odebrać paczkę, ubezpieczyć samochód lub zaciągnąć pożyczkę. Firma testuje też format małych sklepów, w których oprócz prasy będzie można kupić podstawowe produkty spożywcze.

Sklepy działają pod szyldem Superac. Obecnie w ramach programu pilotażowego Ruch uruchomił ich dziesięć.

– To są sklepy c-storowe [typu convenience – red.], które zgodnie z koncepcją trochę rozszerzają ten asortyment Ruchu o świeże produkty, jedzenie, żywność i podstawowe produkty, których może potrzebować człowiek, kiedy rano idzie do pracy czy wieczorem, kiedy wraca do domu mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Stolarczyk, wiceprezes zarządu Ruchu. To jest nasz pilotażowy projekt. Liczby pokazują, że dobrze się rozwija. Będziemy spokojnie rośli, pojawiali się w miejscowościach, gdzie są nowe osiedla, gdzie brakuje kiosku Ruchu, w metrze, gdzie na pewno będzie potrzeba kupienia biletu czy prasy.

Ruch ma dziś w Polsce ponad 2,2 tys kiosków. Obsługuje też 20 tys. placówek, do których codziennie dowozi prasę. Posiadaną sieć sprzedaży Ruch zamierza jednak wykorzystywać nie tylko do handlu, tym bardziej że przyszłość rynku prasy drukowanej jest niepewna. Spółka chce więc też świadczyć usługi finansowe.

Niedawno wprowadziliśmy sprzedaż pożyczek konsumenckich naszym klientom – poinformował podczas konferencji Poland & CEE Retail Summit Dariusz Stolarczyk. Bardzo dobrze to pracuje. W dużych miastach, jak choćby Warszawa, relatywnie łatwo jest złożyć wniosek o pożyczkę i dostać te pieniądze, jednak w mniejszych miejscowościach nie jest to już tak bardzo dostępna usługa. Klienci cieszą się, że w kiosku Ruchu mogą złożyć podanie o pożyczkę i mogą tę pożyczkę dostać.

Kolejny pomysł spółki na poszerzenie asortymentu oferowanego w kioskach Ruchu związany jest z działalnością ubezpieczeniową. W placówkach sieci można więc kupić polisę na samochód.

To też jest oferta dla mniejszych miejscowości ocenia wiceprezes zarządu Ruch. Osoba, która przychodzi do naszego kiosku, daje dowód rejestracyjny, nasz agent skanuje kod QR, który się na nim znajduje się, i składa klientowi ofertę w postaci konkretnego wydruku, może wtedy pobrać pieniądze i ubezpieczenie zawarte.

Od zeszłego roku Ruch świadczy w swych kioskach również usług kurierskich.

– W ubiegłym roku „Paczka w Ruchu” w ciągu pierwszego kwartału zrobiła taki wolumen, jaki dzisiaj robi w pół dnia – mówi Dariusz Stolarczyk. To pokazuje, jak bardzo rośnie biznes usługowy i jak dużym zaufaniem klientów cieszy się nasza spółka. W przypadku pożyczek to jest już całkiem przyjemna liczba, w przypadku ubezpieczeń też rośniemy.

Rynek obligacji przestaje interesować inwestorów. Na znaczeniu mogą zyskać fundusze nieruchomościowe

CEO Magazyn Polska

Fundusze nieruchomościowe mogą się okazać dobrą alternatywą dla bardzo słabo oprocentowanych obligacji skarbowych. Wobec spadku stóp procentowych towarzystwa inwestycyjne poszukują dla swoich klientów nowych sposobów na pomnażanie pieniędzy. Obok atrakcyjnego, ale ryzykownego rynku akcji brakuje bezpiecznych i jednocześnie atrakcyjnych sposobów inwestowania.

Rentowności 10-letnich obligacji ostatnio niewiele przekraczają 2 proc. W przypadku papierów o krótszym terminie są jeszcze niższe. To sprawia, że dla wielu inwestorów przestały być atrakcyjne. Znacznie lepsze perspektywy ma rynek akcji.

Nasz proces inwestycyjny jest w tej chwili rozdrobniony bardzo mocno, tzn. mamy bardzo dużą dywersyfikację, trudno jest wskazać jedną branżę, dlatego że szukamy dobrych firm mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Korab, doradca inwestycyjny, wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. – Praktycznie w każdej branży jesteśmy w stanie znaleźć firmy, dla których perspektywy wzrostu przychodów, zysków, a co za tym idzie – kursu ich akcji oceniamy jako bardzo dobre, tak naprawdę tych branż jest dużo. To oznacza też dobre prognostyki dla koniunktury giełdowej ogółem.

Rynek akcji jednak jest dość ryzykowny. Wielu inwestorów chętniej widziałoby swoje pieniądze ulokowane w bardziej bezpieczny sposób, choć na wyższy procent niż dają dziś papiery dłużne czy lokaty bankowe. Niestety, inne tradycyjne rynki też nie obiecują wysokich zysków.

Rynki surowcowe raczej nie, bo do tego potrzebne jest ożywienie w Chinach ocenia Tomasz Korab. – Dostajemy kolejne sygnały spowolnienia. Wydaje się, że interesujące mogą być – tu w ogóle rodzi się nowa kategoria lokat – wszystkie fundusze alternatywne inwestujące w nieruchomości, nieruchomości komercyjne. Tak naprawdę my w tej chwili mamy już jeden taki działający fundusz, gdzie inwestorzy mogą liczyć na dość stabilny dochód rzędu 5-6 proc. rocznie.

Takie fundusze inwestują np. w biurowce czy centra handlowe – budynki komercyjne, których właściciele zarabiają na wynajmie powierzchni.

 Taki biurowiec jest portfelem umów długoterminowych, to jest tak naprawdę trochę portfel instrumentów dłużnych opowiada doradca inwestycyjny i wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. – Mamy wieloletnie umowy, gdzie najemcy płacą nam przepływy. To jest jak papier, który przynosi regularny dochód. Na świecie tego typu inwestycje uważane są za dość bezpieczne. Jeśli chodzi o ryzyko pozycjonowane tuż powyżej obligacji skarbowych i ich cel jest głównie taki, żeby przynosić stopę zwrotu dwa razy wyższą od depozytu. Jest to inwestycja o umiarkowanym ryzyku, dość nudna, ale z drugiej strony dość bezpieczna i stabilna.

Fundusze nieruchomościowe mogą się okazać znaczącą konkurencją dla obligacji. W Polsce ten rynek jeszcze praktycznie nie istnieje, jednak w Europie to są wielomiliardowe fundusze, które sporo inwestują. Mało tego, część z tych zagranicznych funduszy inwestuje pieniądze swych klientów także w polskie nieruchomości komercyjne.

Do tej pory, kiedy stopy procentowe były bardzo wysokie, taka stopa zwrotu nie zachęcała do lokowania w takie fundusze podkreśla Tomasz Korab z EQUES Investment TFI. – Obecnie, jeżeli depozyt bankowy spada poniżej 2 proc., to 5-6 proc. w postaci kuponu, w postaci wypłaty dochodu, jest atrakcyjną alternatywą.

PKO BP chce zarabiać m.in. na sprzedaży ubezpieczeń i kredytach hipoteczne. Otworzy oddział we Frankfurcie

CEO Magazyn Polska

PKO BP rusza w kwietniu z nową ofertą kredytów hipotecznych oraz ubezpieczeń. Zamierza też otworzyć oddział zagraniczny we Frankfurcie nad Menem. Oddział banku w jednej z finansowych stolic Europy ma obsługiwać największych klientów korporacyjnych.

– PKO Bank Polaki z dużą starannością przygotowywał się do podążania za naszymi klientami korporacyjnymi, którzy już są poza Polska, tam prowadzą działalność, posiadają spółki, eksportują dużo towarów mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Zbigniew Jagiełło, prezes PKO Banku Polskiego. – Mam nadzieję, że otwarcie oddziału korporacyjnego banku w Niemczech obędzie się w III kwartale tego roku.

PKO BP ma już za sobą fuzję prawną z Nordeą. Obecnie, chce przeprowadzić fuzję operacyjną i realizować wszystkie efekty synergii związane z tym przejęciem. Połączenie systemów zaplanowano na weekend po połowie kwietnia.

Kolejnym elementem, który startuje od kwietnia, jest sprzedaż kredytów hipotecznych produkowanych przez nasz bank hipoteczny zapowiada prezes PKO Bank Polski. Mam nadzieję, że polski parlament do końca czerwca, czyli do przerwy wakacyjnej, uchwali nowelizację ustawy o listach zastawnych. Ta nowelizacja umożliwi nam wyjście na rynek i emisje listów zastawnych opartych o stałą stopę procentową. W ślad za tym możemy oferować kredyty oparte o stałą stopę.

W PKO BP toczy się proces unowocześnienia banku, między innymi w obszarze bankowości detalicznej. Wprowadzany jest model technicznie nazywany omnikanałową sprzedażą i obsługą klienta.

Klienci, którzy korzystają z usług naszego banku, kontaktują się z nami przy pomocy różnych kanałów komunikacji: telefon, internet, telefony komórkowe, czyli bankowość mobilna, i oczywiście wizytują nas w oddziałach czy agencjach banku wyjaśnia Zbigniew Jagiełło.Zależy nam na tym, żeby informacja o ich kontaktach z naszym bankiem była skoncentrowana, żeby było widać, że bank nie jest wielokanałowy, tylko ten kontrakt z klientem jest taki sam w każdym sposobie komunikacji.

W 2014 roku wynik odsetkowy banku wzrósł z 6,6 do 6,95 mld zł, wynik z tytułu opłat i prowizji nieznacznie spadł, utrzymując poziom ponad 2,6 mld zł, a wynik netto obniżył się z 3,23 mld zł w 2013 roku do 3,08 mld zł (dane jednostkowe). Nie wiadomo jednak, czy bank podzieli się zyskiem z akcjonariuszami, gdyż z powodu kredytów frankowych Komisja Nadzoru Finansowego zasugerowała mu wstrzymanie się z wypłatą dywidendy.

W Polsce szybko rośnie grupa zamożnych gospodarstw domowych. W roku 2020 będzie ich już ponad 2 mln

CEO Magazyn Polska

W ciągu najbliższych pięciu lat prawie potroi się liczba majętnych Polaków. Polska jest w pierwszej dziesiątce krajów z perspektywą najwyższego wzrostu liczby gospodarstw domowych, których majątek wyceniany jest na minimum 400 tysięcy złotych. Dziś jest ich 717 tysięcy, w 2020 roku będzie ponad 2 miliony – wynika opracowanego na zlecenie banku Citi Handlowy raportu Economist Intelligence Unit.

Na świecie, także w Polsce, tworzy się nowa grupa osób bogatych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Olszewska, dyrektor ds. produktu w banku Citi Handlowy. – Jest to grupa określona mianem budujących nowe majątki. Dziś jest już duża grupa takich osób, a do 2020 roku będzie ona znacznie większa. Na całym świecie liczba tych osób wzrośnie o 7 proc.

Dziś grupa ta dysponuje globalnie aktywami wynoszącymi łącznie 88 bln dolarów, a prognozy wskazują, że do 2020 roku ich wartość wzrośnie do 145 bln. Na przestrzeni kolejnej dekady segment ten rosnąć będzie znacznie szybciej od pozostałych segmentów zamożnych klientów.

Gospodarstwa domowe budujące nowe majątki to grupa, która posiada aktywa w wysokości od 400 tys. zł do 8 milionów złotych. W Polsce takich gospodarstw jest ponad 700 tysięcy. Do 2020 roku liczba ta ma wzrosnąć do 2 mln.

Osoby budujące nowe majątki w większości przypadków same do tego doszły. Dla ośmiu spośród 10 gospodarstw domowych ten majątek to wynik ich własnej ciężkiej pracy w ciągu ostatnich 10 lat, a tylko dla 3 proc. to wynik spadku czy wygranej – mówi Joanna Olszewska. – Osoby takie mają optymistyczne podejście do rzeczywistości, uważają, że są kowalami własnego losu. Są to obywatele świata, osoby odpowiedzialne społecznie.

Z badania Economist Intelligence Unit przeprowadzonego na zlecenie Citi wynika, że 97 proc. z nich oddaje część swojego dochodu na cele charytatywne. Ponad połowa często podróżuje po świecie, co najmniej dwa razy w roku. Jedna trzecia wysyła swoje dzieci na uczelnie zagraniczne, a co czwarty posiada konto zagraniczne. Chętnie i sprawnie korzystają także z nowinek technicznych, realizując większość operacji bankowych cyfrowo.

Jednocześnie osoby budujące swoje majątki to grupa dość mocno przekonana o swojej wiedzy, znajomości rynków i przekonaniu co do skuteczności własnych decyzji inwestycyjnych.

W większości przypadków są to osoby inwestujące w pasje, np. w starodawne samochody, sprzęt muzyczny, biżuterię czy sztukę – wymienia dyrektor ds. produktu w Citi Handlowym. – Główny cel inwestycyjny, jaki im przyświeca, to pomnażanie majątku, by pozostawić go najbliższym. Na drugim miejscu jest inwestowanie jako cel sam w sobie, a na trzecim – pokazywanie statusu społecznego.

Ludzie, którzy bogacą się dzięki własnej pracy, za największe zagrożenie postrzegają niestabilność gospodarczą i ekonomiczną. Z drugiej strony największe możliwości pomnażania majątku dają państwa, która taką stabilność stworzyły relatywnie niedawno. W krajach, w których już dzisiaj jest bardzo wysoki poziom zamożności, w ciągu najbliższych lat ten przyrost osób budujących nowe majątki będzie znacznie wolniejszy niż w przypadku gospodarek rozwijających się.

Kraje, które dziś zajmują kluczowe miejsce pod względem tempa przyrostu [grupy zamożnych gospodarstw domowych – red.], to są przede wszystkim azjatyckie tygrysy, a więc Indie, Indonezja, Filipiny, Tajlandia i Wietnam – podkreśla Joanna Olszewska. – Zaraz za nimi, na szóstym miejscu są Węgry, a na siódmym miejscu jest Polska. Węgry i Polska będą miały tempo przyrostu powyżej 19 proc. rok do roku, natomiast tygrysy azjatyckie ponad 40 proc.

USA i Chiny mają najwięcej gospodarstw budujących nowe majątki oraz największy majątek należący do tej grupy. Z pięć lat Chiny zyskają jednak dwukrotną przewagę nad USA pod względem wartości aktywów (53 bln dolarów wobec 27 bln w USA).

W piątce najbogatszych krajów mamy Hongkong i Singapur z największym średnim poziomem bogactwa na jedno gospodarstwo z tej grupy gospodarstw budujących nowe majątki. Jest to ponad 600 tys. dolarów. Kolejne trzy pozycje są zajmowane przez Australię, Kanadę i Stany Zjednoczone z bogactwem średnim na jedno gospodarstwo powyżej 400 tys. dolarów. W Polsce ta wartość to dziś ok. 205 tys. dolarów na jedno gospodarstwo z tej grupy i w ciągu najbliższych pięciu lat wzrośnie ona do około 214 tys. dolarów – wyjaśnia Olszewska.

Reforma urzędów pracy przynosi efekty. Potrzebne będą jednak kolejne zmiany

CEO Magazyn Polska

Urzędy pracy w ciągu kilku miesięcy poradziły sobie z wdrożeniem większości rozwiązań, które zostały przygotowane w ubiegłorocznej nowelizacji ustawy. Dynamiczne zmiany zachodzące na rynku pracy spowodują, że za 3-4 lata potrzebna będzie kolejna reforma. Jak jednak ocenia resort pracy, niezmienne pozostaną dwa elementy: współpraca publicznych i prywatnych służb zatrudnienia oraz rozwijanie zwrotnych instrumentów wsparcia.

– Publiczne służby zatrudnienia zdały egzamin, ponieważ w ciągu kilku zaledwie miesięcy wdrożono większość rozwiązań, które przygotowaliśmy. To, co się dzieje obecnie na rynku, czyli procesy globalizacyjne i nowe technologie cyfrowe, powoduje, że co kilka lat potrzebna jest zmiana. Uruchamiając tę zmianę, mam świadomość tego, że za 3-4 lata będzie trzeba powrócić do tematu i wprowadzić nowe rozwiązania, bo tak szybko zmienia się gospodarka – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Nowelizacja ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która weszła w życie pod koniec maja ubiegłego roku, wprowadziła m.in. specjalne programy aktywizacji osób młodych oraz w grupie 50+, a także profilowanie bezrobotnych. Wdrożono też system premiowania urzędników za osiąganie wyniki. Jak podkreśla Jacek Męcina, wprowadzenie efektywności jako miernika działalności służb publicznych jest jedną z kluczowych zmian na rynku.

Wprowadzone zmiany umożliwiają urzędom na szerszą skalę współpracę z prywatnymi agencjami zatrudnienia, szczególnie przy aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych.

W tych reformach znalazło się kilka rozwiązań ponadczasowych: łączenie tego, co jest publiczne z partnerstwem publiczno-prywatnym, bo uważam, że taki model, który zresztą rozwija się w Stanach Zjednoczonych i wielu krajach europejskich, jest bardzo przyszłościowy. Tam tworzone są centra wsparcia, które mogą być realizowane czy to publicznie, czy to publiczno-społecznie we współpracy z organizacjami pozarządowymi, czy to publiczno-prywatnie na zasadach efektywności rynkowej – wyjaśnia wiceminister pracy i polityki społecznej.

Drugim ponadczasowym elementem zmian jest zastępowanie dotacji odnawialnymi instrumentami wsparcia. Zdaniem Męciny wspieranie przedsiębiorczości pożyczkami, a nie bezzwrotnymi dotacjami, jest znacznie skuteczniejsze.

Niech one będą maksymalnie preferencyjne, takie jak pożyczki dla młodych w ramach programu Wsparcie w Starcie, ale jednak niech ciąży na nas zobowiązanie do zwrotu tych środków. One wtedy będą pracować trwale. To, co tobie pozwoli stanąć na nogi i zbudować własny biznes, za chwilę wróci na rynek i będzie mogło służyć komuś innemu. O takich instrumentach musimy myśleć i jestem przekonany, że one przetrwają – mówi Jacek Męcina.

100 proc. firm i instytucji oraz 95 proc. mieszkańców Mazowsza zyska w tym roku dostęp do internetu. To szansa na przyspieszenie rozwoju regionu

CEO Magazyn Polska

Do końca 2015 roku 100 proc. firm i instytucji publicznych oraz 95 proc. mieszkańców Mazowsza zyska dostęp do szybkiego internetu. Rozbudowa sieci szkieletowej i światłowodów w ramach dofinansowanego z UE programu Internet dla Mazowsza to szansa na przyspieszenie rozwoju gospodarczego regionu, przede wszystkim jego mniej zurbanizowanych części.

Musimy zamknąć do końca tego roku realizację największego w tej części Europy projektu Internet dla Mazowsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Struzik marszałek województwa mazowieckiego. – To jest budowanie sieci szkieletowej i prawie 3 tys. km światłowodów, ale też punktów dostępu na końcówkach tych światłowodów.

Pod koniec tego roku 100 proc. mazowieckich firm i instytucji publicznych ma mieć dostęp do internetu. W zasięgu będzie też 95 proc. populacji województwa.

– Oczywiście, przed nami wielkie wyzwanie budowy tzw. ostatniej mili, czyli dojścia do odbiorcy końcowego. Następny krok to już faktyczny dostęp dla każdego, kto będzie w internecie mógł pracować, za pomocą internetu handlować, świadczyć usługi, zdobywać informacje, uczyć się, więc wszystko to, co przez internet można zrealizować – wyjaśnia Struzik.

Projekt Internet Dla Mazowsza zakłada wybudowanie światłowodowej sieci szkieletowo-dystrybucyjnej. Powstaje ponad 3,6 tys. km sieci światłowodowej, 42 węzły szkieletowe, cztery węzły techniczne i 308 węzłów dystrybucyjnych. Tak wielki projekt realizowany jest dzięki wsparciu z budżetu Unii Europejskiej w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego. Jego wartość to blisko pół miliarda złotych, a dotacja z UE wynosi ok. 340 mln zł. To właśnie rozliczenie unijnych środków powoduje, że projekt musi zakończyć się w tym roku.

Partnerem województwa w projekcie jest polsko-koreańskie konsorcjum firm KT Corporation. Jak podkreśla Struzik, współpraca administracji z wykonawcą jest wielokierunkowa. Inną rolę odgrywa samorząd województwa, który jest zamawiającym, inna jest funkcja samorządów gminnych, które muszą ułatwić budowę światłowodów, a jeszcze inna administracji samorządowej na poziomie powiatu wydającego pozwolenia na budowę. W ocenie marszałka cały proces przebiega bez większych zakłóceń.

Przedstawiciele władz we wszystkich kategoriach samorządu rozumieją, że to jest wielkie wyzwanie i wielka szansa na sukces – zaznacza marszałek województwa. – Chociaż, oczywiście, czasami zdarzają się tacy wójtowie, którzy chytrze podchodzą do sprawy i chcieliby wycisnąć ile się da, myśląc o swoich dochodach. Zachęcam jednak do myślenia, co będzie w później. Czasami doraźne dochody można zmniejszyć znacząco po to, żeby w przyszłości móc więcej zarabiać, np. na podatkach od dobrze rozwijających się firm na terenie gmin.

Marszałek podkreśla, że budowa sieci może przyspieszyć rozwój gospodarczy regionu. Wymaga to jednak równoległej budowy kompetencji cyfrowych społeczeństwa. Inwestycje w tym zakresie ułatwi nowa perspektywa unijna. Sam program operacyjny Polska Cyfrowa opiewa na kwotę ponad 2 mld euro. Razem z wymaganym wkładem krajowym daje to ponad 10 mld zł na cyfryzację kraju.

Nowa perspektywa z jednej strony oznacza kontynuację rozwoju sieci, zwłaszcza nowej generacji, czyli bardzo szybkiego internetu, z drugiej strony – nowe formy wsparcia dla przedsiębiorców i innych beneficjentów. Myślę o wszystkich programach operacyjnych, regionalnych i krajowych, bo każdy z nich zawiera duży komponent wsparcia dla rozwoju rynku cyfrowego i informatyzacji – mówi Adam Struzik.

Niemiecka płaca minimalna nie musi zaszkodzić polskiemu transportowi. Wszystko zależy od interpretacji przepisów

CEO Magazyn Polska

Wbrew powszechnym obawom wprowadzenie płacy minimalnej w Niemczech nie musi uderzyć w polską branżę transportową. Od 1 stycznia polscy spedytorzy, zgodnie z interpretacją Niemców, powinni płacić kierowcom co najmniej 8,50 euro za każdą godzinę jazdy w tym kraju. Przepisy są jednak niejasne i nie wiadomo, co wliczać do wynagrodzenia. Jeśli obejmie ono diety i ryczałt za nocleg, to może się okazać, że wzrost kosztów dla firm transportowych będzie niewielki.

Z powodu ustawy niemieckiej zmienia się w pewien sposób otoczenie biznesowe na rynku transportowym. Do tego muszą się dostosować firmy. Teoretycznie łatwo to policzyć: liczba godzin pracy razy 8,5 euro, odjąć to, co płacimy kierowcy w Polsce. To jest dopłata, ale tylko teoretycznie. Jeżeli zagłębimy się w szczegóły,  to widać tu możliwe elementy, które mogą być korzystne dla branży – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Wszystko zależy od sposobu zdefiniowania składników obliczanej płacy, czyli określenia definicji wynagrodzenia.

‒ Związane z tym problemy dla polskiego przewoźnika są poważne: czy w ogóle płacić, jeśli tak, to jak płacić, jeśli płacić, to co wchodzi w stawkę minimalną i na końcu, jak bardzo to podniesie koszty pracy w przemyśle transportowym w Polsce – wylicza Najman.

Jeśli stosowana będzie szeroka definicja wynagrodzenia, do którego zaliczy się m.in. koszty diet i ryczałt za noclegi służbowe, koszty polskiej branży transportowej w związku z niemieckimi przepisami wzrosną bardzo nieznacznie albo w ogóle.

Najman podkreśla bowiem, że poza wynagrodzeniem już teraz polscy pracodawcy muszą płacić dodatkowe stawki kierowcom wykonującym przewozy zagraniczne. Dieta dla kierowcy wynosi dziennie 30 zł (czyli nieco ponad 7 euro), a ryczałt za nocleg, zgodnie z rozporządzeniem ministra pracy i polityki społecznej, wynosi u naszych zachodnich sąsiadów 37,50 euro. Jak zauważa Najman, po podliczeniu tego okazuje się, że już teraz polskie firmy transportowe zwracają kierowcom koszty w wysokości ok. 42 euro za dzień, a po doliczeniu wynagrodzenia całkowite wynagrodzenie rośnie do ok. 50 euro.

Jest to potwierdzone również przez stronę niemiecką, przez służbę celną niemiecką, że możemy doliczyć kwestie związane ze zwrotem kosztów za podróż służbową kierowców – podkreśla Najman. ‒ Dopłaty mogą być bardzo niewielkie albo nawet w ogóle ich może nie być. Wszystko zależy od liczby godzin spędzonych w Niemczech na dzień roboczy.

Po uwzględnieniu tylko tych dwóch dodatkowych kosztów w przeliczeniu na godzinę wynagrodzenie dla kierowcy wzrasta o niemal 3 euro. Najman zwraca uwagę na to, że rozliczenia będą musiały być niezwykle precyzyjne.

Nie jest tak, że płacimy od wjazdu kierowcy na terytorium Niemiec do wyjazdu kierowcy z terytorium Niemiec. Najpierw trzeba określić dokładne godziny, ile on faktycznie pracował w tym przedziale czasowym. W tym pomogą zapisy z urządzeń rejestracyjnych, czyli tachografom – tłumaczy prezes OCRK.

Przepisy dotyczące płacy minimalnej dla pracowników wykonujących pracę w Niemczech weszły w życie 1 stycznia br. Wcześniej nasi zachodni sąsiedzi nie określali ustawowo najniższego wynagrodzenia. Zgodnie z ustawą płaca w tym kraju musi wynieść minimum 8,50 euro brutto za godzinę. Zgodnie z niemiecką interpretacją tych przepisów ustawa obejmuje również osoby wykonujące pracę dla zagranicznych pracodawców, ale na terenie Niemiec, tak jak w przypadku kierowców.

Taka interpretacja została zakwestionowana przez firmy transportowe, a po interwencji polskiego rządu Berlin zdecydował się na zawieszenie stosowania płacy minimalnej do czasu wyjaśnienia problemu przez UE.

Najman podkreśla, że nowe niemieckie regulacje wynikają z unijnej dyrektywy już z 1996 r.

‒ Ta dyrektywa nakłada na państwa członkowskie możliwość wprowadzenia stawek minimalnych nie tylko dla własnych pracowników, lecz także dla osób wykonujących pracę w danym państwie członkowskim. To, czy rząd niemiecki mógł to zrobić, rozstrzygnie Komisja Europejska, bo tam jest bardzo dużo niejasności – tłumaczy Najman.

Niejasności dotyczą m.in. tego, że według unijnego prawa płaca minimalna może zostać wprowadzona tylko dla osób zatrudnianych przed podmioty z danego kraju. Taka sytuacja miałaby miejsce np. wtedy, gdy polskich kierowców zatrudnialiby niemieccy przewoźnicy. Nie jest jednak jasne, czy dyrektywa umożliwia objęcie niemiecką płacą minimalną również kierowców zatrudnionych przez polskie firmy.

II linia metra zmieni rynek nieruchomości biurowych w Warszawie. Przybędzie biurowców na Woli

CEO Magazyn Polska

Uruchomienie drugiej linii metra w Warszawie spowoduje zmiany na rynku nieruchomości w stolicy. Zmiany widać szczególnie w segmencie nieruchomości biurowych. Nowe inwestycje będą powstawać w okolicy stacji Rondo ONZ i Rondo Daszyńskiego. Pierwszy adres jest bardziej prestiżowy, ale to w tej drugiej lokalizacji ceny będą bardziej przystępne dla najemców.

Najbardziej zyskają okolice stacji Rondo ONZ i Rondo Daszyńskiego, czyli rejony Woli, ponieważ jest tam jeszcze dużo niezagospodarowanych nieruchomości, dużo gruntów poprzemysłowych, które czekają na nową zabudowę. W centrum miasta i na Pradze tych inwestycji również przybędzie, ale będzie ich mniej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Łukasz Jędrychowski, ekspert ds. nieruchomości komercyjnych w Nuvalu Polska.

Druga linia warszawskiego metra ruszyła 8 marca. Ma ponad 6 km długości i łącznie siedem stacji, w tym jedną przesiadkową z pierwszą linią metra. Dzięki zakończeniu inwestycji podziemna kolejka zaczęła kursować na praski brzeg Wisły. Jak jednak zwraca uwagę Jędrychowski, pod względem rynku nieruchomości na Pradze nie zajdą duże zmiany. Zabudowa w pobliżu dwóch prawobrzeżnych stacji metra jest bowiem na tyle gęsta, że nie da się tam przeprowadzić dużych nowych inwestycji, podobnie jest w centrum miasta. Natomiast dwie skrajne stacje na Woli to doskonała lokalizacja dla nowych biurowców.

Mamy tam duże nieruchomości, które pozwalają stworzyć zarówno parki biznesowe, jaki i jeszcze większe inwestycje – wyjaśnia Jędrychowski. ‒ Rondo ONZ i Rondo Daszyńskiego dzieli wprawdzie tylko jedna stacja, ale ta pierwsza lokalizacja jest bardzo prestiżowym adresem, a ceny należą do najwyższych w mieście. Rondo Daszyńskiego natomiast to rejony, które możemy traktować jako obrzeża centrum i tam stawki są już dużo niższe.

Przy Rondzie Daszyńskiego czynsze kształtują się obecnie na poziomie od 14 do 19 euro za metr kwadratowy powierzchni biurowej – dodaje Jędrychowski. Różnice wynikają przede wszystkim z wieku biurowca – w nowo powstających obiektach będą najwyższe. To jednak  tak mniej niż w centrum miasta. Jak wynika z opublikowanego w lutym br. raportu firmy Savills, czynsze w biurowcach położonych w samym sercu Warszawy wynoszą 22-23 euro za mkw.

Jędrychowski podkreśla, że wpływ drugiej linii metra na rynek nieruchomości przypomina efekty uruchomienia pierwszej linii. Wywarła ona wpływ zarówno na rynek nieruchomości biurowych, jak i mieszkaniowych.

Jest to duży katalizator zmian w całym mieście, a także powód zwiększonego zainteresowania danym rejonem miasta. Na rynku mieszkaniowym widać, że ceny nieruchomości rosną tam, gdzie jest metro. Taka sama sytuacja ma miejsce w przypadku biur, z tym że jest to trochę wolniejszy proces, bo biurowców jest zdecydowanie mniej niż mieszkań – wyjaśnia Jędrychowski.

Dynamiczny rozwój polskiego rynku medycyny estetycznej. Wzrost w skali roku wynosi 15 proc.

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej korzystają z zabiegów medycyny estetycznej. W klinikach chirurgii plastycznej i dermatologii estetycznej rocznie wydają blisko miliard złotych. W 2014 roku polski rynek medycyny estetycznej zanotował 15-proc. wzrost. Eksperci szacują, że w tym roku dynamika ta może wynieść nawet 20 proc.

Rok 2014 był okresem dynamicznego rozwoju rynku medycyny estetycznej na całym świecie. Nieznaczne spowolnienie eksperci zanotowali jedynie na południu Europy. Z danych firmy Lea Futur wynika, że najlepiej radził sobie rynek azjatycki – tam wzrost wyniósł 12 proc. w skali roku. Jeszcze szybszy rozwój miał miejsce w Polsce – rodzimy rynek zanotował 15-proc. wzrost, a jego wartość szacowana jest obecnie na ponad miliard złotych. Eksperci zaznaczają jednak, że tak szybkie przyspieszenie wynika z faktu, że w Polsce rynek ten wciąż jest słabo rozwinięty w porównaniu do rynków Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych.

We wszystkich obszarach właściwie co roku mamy wzrost przychodów wynikający z tego, że rynek też rośnie. Medycyna estetyczna, wellness, sport, produkty beauty – te wszystkie kategorie rosną w Polsce i na świecie. W Polsce wzrost ten sięga od 9 do 20 proc. w zależności od segmentu i kategorii produktów, na świecie także sięga od kilku do kilkunastu procent w zależności od rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Śliwowski, członek zarządu ITP. – My gonimy kraje rozwinięte bardzo szybko i ten większy wzrost w Polsce jest spowodowany tym, że mamy jeszcze kilka lat do nadgonienia.

Jednym z najszybciej rozwijających się segmentów medycyny estetycznej jest chirurgia plastyczna. Według raportu firmy badawczej PMR w 2013 roku Polacy wydali na operacje plastyczne 200 mln złotych. Do najpopularniejszych zabiegów w tym segmencie należy powiększanie piersi, korekta nosa oraz lifting twarzy. Równie dużą popularnością cieszyły się zabiegi mniej inwazyjne, wykonywane w gabinetach dermatologów estetycznych, m.in. zabiegi z wykorzystaniem toksyny botulinowej i wypełniaczy. Zdaniem ekspertów w tym roku wartość polskiego rynku medycyny estetycznej ponownie wzrośnie, nawet o 15-20 proc.

ITP jest jednym z liderów na polskim rynku medycyny estetycznej. Firma powstała w 2007 roku, a od 2011 roku skupia swoją działalność na branży medycyny i medycyny estetycznej. W 2013 roku poszerzyła swoją ofertę o segment wellness – jest jedynym przedstawicielem w Polsce włoskiej marki Technogym, dostarczającej produkty do siłowni, klubów fitness i szpitali. Do klientów ITP należą właściciele klinik medycyny estetycznej, lekarze, szpitale, hotele, obiekty sportowe, placówki medyczne, a także szkoły wyższe i użytkownicy indywidualni.

Posiadamy około 40 proc. udziałów w sprzedaży produktów do medycyny estetycznej, głównie są to urządzenia, lasery medyczne, platformy medyczne. Sektor wellness jest ogromny, a Technogym jest jedną z trzech wiodących marek na rynku polskim. W zakresie sprzedaży produktów i wypełniaczy dopiero od roku rozwijamy tę działalność. Dziś sprzedajemy produkty w Polsce oraz 17 krajach na całym świecie – mówi Dominik Śliwowski.

ITP chce zwiększyć sprzedaż produktów z kategorii wellness, głównie poprzez wprowadzanie na polski rynek innowacyjnych marek. Jak wskazuje Śliwowski, dla polskich firm z tej branży rynki zagraniczne są bardzo perspektywiczne. W 2015 roku ITP zamierza podwoić zyski z zagranicy.

W eksporcie naszych produktów wciąż jesteśmy na początku drogi. Dlatego szukamy partnera, który pomoże nam bardziej dynamicznie rozwijać się na rynkach zagranicznych. Potencjał rynku jest ogromny: działa na nim zarówno wiele dużych koncernów, jak i mniejszych firm z bardzo ciekawymi produktami. Nasze produkty charakteryzują się tym, że są bardzo innowacyjne lub trafiają w nisze rynkowe. W tym upatrujemy ich sukcesu – mówi członek zarządu ITP.

Alumetal stawia na Europę Środkowo-Wschodnią. Region ten staje się centrum produkcji samochodów

0

CEO Magazyn Polska

Nowe inwestycje branży motoryzacyjnej w Europie Środkowo-Wschodniej to szansa dla Alumetalu. Spółka sprzedaje stopy aluminiowe przede wszystkim temu segmentowi i chce skorzystać na rosnącej produkcji aut w naszej części Europy. Produkcja samochodów w tym roku ma wzrosnąć w Europie o 2-3 proc.

Szczególnie bliskie są nam kraje Europy Środkowo-Wschodniej, czyli – oprócz Polski – Czechy, Słowacja, Węgry oraz Niemcy – największy producent samochodów w Europie. Ten rynek wygląda całkiem dobrze. W zeszłym roku sprzedaż samochodów w Unii Europejskiej wzrosła o 5,9 proc., a produkcja samochodów o 4,5 proc. Szacujemy, że wzrost w tym roku będzie minimum 2-3-proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Szymon Adamczyk, prezes zarządu i dyrektor zarządzający spółki Alumetal.

Alumetal w ubiegłym roku zanotował rekordową sprzedaż wtórnych aluminiowych stopów odlewniczych na poziomie 156 tys. ton. To właśnie odbicie w branży motoryzacyjnej spowodowało wzrost sprzedaży, a tym samym rekordowe skonsolidowane przychody na poziomie ponad 1,2 mld zł.

Zdaniem Adamczyka po spowolnieniu pod koniec 2012 r. i w pierwszej połowie 2013 r. obecnie koniunktura się poprawia. Portfel zamówień spółki jest już zapełniony do końca drugiego kwartału br., co jest dobrym wynikiem, bo jak zauważa Adamczyk, Alumetal działa w oparciu o kontrakty kwartalne, a nie długoterminowe.

Impulsem do dalszego zwiększania sprzedaży w regionie mogą być nowe inwestycje branży automotive w Polsce i krajach ościennych.

– Tutaj przenosi się cała motoryzacja. Chcemy mieć pozycję numer jeden w całej Europie, naturalnie też w tym regionie. Wiele inwestycji było realizowanych w ostatnich latach. Volkswagen wybudował w Polkowicach kolejną linię produkcji silników. W 2016 roku zakończy budowę fabryki Craftera we Wrześni. Takie inwestycje mają miejsce także w Rumunii, gdzie Daimler zainwestuje 300 mln euro w produkcję skrzyń biegów – mówi Adamczyk.

Alumetal zakłada, że będzie nr 1 w Europie do 2018 roku ze sprzedażą na poziomie 210 tys. ton i 7,5-proc. udziałem w rynku.

Dla spółki koniunktura na rynku ma większe znaczenie niż same ceny surowców. Te co prawda stanowią 85-90 proc. kosztów Alumetalu, a główny surowiec, czyli aluminium, na londyńskiej giełdzie surowców potaniał od końca sierpnia 2014 r. o ponad 20 proc. Dla spółki dużo ważniejszy jest jednak poziom marży.

Chociaż spółka mocno stawia na eksport, to Alumetal nie jest obecny na rynkach wschodnich. Dlatego napięta sytuacja polityczna oraz kryzys gospodarczy na Ukrainie i w Rosji nie mają żadnego przełożenia na wyniki i sprzedaż Alumetalu.

E-sklepy przeżywają przedświąteczne oblężenie. Kilkukrotnie rośnie sprzedaż chrzanu, białej kiełbasy i majonezu

CEO Magazyn Polska

Przygotowania do Wielkanocy to okres żniw dla sklepów internetowych. Zwiększona liczba zamówień notowana jest od poniedziałku. Statystyczny koszyk jest o kilkanaście procent większy niż w poprzednich miesiącach. Dominują w nim tradycyjne świąteczne produkty, jak jajka, chrzan, majonez oraz nowalijki.

Szczyt zakupowy przypada na tydzień bezpośrednio poprzedzający święta – mówi agencji informacyjnej Newseria Urszula Nowicka, dyrektor działu zakupów i trade marketingu Frisco.pl. – Najwięcej zamówień odnotowujemy w poniedziałek rozpoczynający Wielki Tydzień i ta tendencja utrzymuje się do Wielkiego Czwartku włącznie, aczkolwiek cały miesiąc jest już dość intensywny.

W okresach przedświątecznych klienci szczególnie cenią sobie wygodę oraz oszczędność czasu i nerwów, co dają im zakupy online. Ogólnie liczba internetowych zamówień spożywczych w miesiącu wielkanocnym rośnie o ponad 12 proc. w porównaniu ze średnią z poprzednich trzech miesięcy. Co więcej, w stosunku do miesiąca świątecznego rok wcześniej takich zamówień było w roku 2014 aż o 35 proc.

Przed Wielkanocą Polacy kupują w internecie głównie to, co ma się później znaleźć na ich świątecznym stole. Średni koszyk zakupów w stosunku do średniej z poprzednich miesięcy rośnie w tym czasie o kilkanaście procent.

Odnotowujemy duży wzrost również rok do roku. Klienci w okresie przedświątecznym kupują szczególnie dużo owoców i warzyw, w tym nowalijek, na które już od dłuższego czasu czekają – informuje Urszula Nowicka. – Dodają do koszyków produkty typowo świąteczne, takie jak chrzan, biała kiełbasa, barszcz biały. Rośnie sprzedaż jaj, majonezu i szczypiorku.

Z typowo wielkanocnych artykułów największy wzrost sprzedaży w miesiącu świątecznym notuje chrzan – o 351 proc., porównując z poprzednim miesiącem. O 161 proc. wzrosły zakupy barszczu białego, a o 158 proc. – białej kiełbasy. Podwoiła się też sprzedaż rzodkiewki oraz majonezu.

W przedświątecznym tygodniu o jedną trzecią rośnie zakupu jajek. Z raportu Frisco.pl wynika, że są to głównie droższe jaja, tzw. zerówki.

Większość Polaków chciałaby mieszkać w wolnostojącym domu średniej wielkości. Nie chcą wynajmować, tylko kupić na własność

CEO Magazyn Polska

Ponad 60 proc. Polaków przyznaje, że marzy o tym, by mieszkać w wolnostojącym domu o powierzchni od 100 do 150 mkw. z ogrodem – wynika z badania przeprowadzonego przez Westwing Home & Living. Niewiele osób wskazuje na lokum w zabudowie bliźniaczej czy szeregowej.  Zainteresowaniem nie cieszą się również duże domy, o powierzchni ponad 200 mkw. Podjęciu decyzji o zakupie domu sprzyjają coraz wyższe pensje i tańsze kredyty hipoteczne.

Ponad 60 proc. ankietowanych chciałoby mieszkać w domu z ogrodem. Duża grupa respondentów wybrała też mieszkanie w nowym budownictwie, zlokalizowane na osiedlu. Bardzo mało osób wskazało na dom bliźniak czy w zabudowie szeregowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Marta Suchodolska, dyrektor ds. stylu w firmie Westwing.

Dom w zabudowie szeregowej wskazało zaledwie 3 proc. ankietowanych, a w zabudowie zabudowie bliźniaczej – 2 proc. Z kolei mieszkanie w lofcie chciałoby mieć 13 proc. respondentów, w apartamentowcu – 10 proc., a w kamienicy – 12 proc. W badaniu przeprowadzonym przez Westwing Home & Living Polacy zostali także zapytani o preferowaną wielkość mieszkania lub domu.

Wymarzona powierzchnia to od 100 do 150 mkw. Część ankietowanych odpowiedziała, że chciałaby mieć dom ciut większy lub ciut mniejszy. Znacznie mniej ankietowanych wskazywało na metraż wyższy niż 200 mkw., czyli nie chcemy mieszkać w tak dużych domach, niewielu ankietowanych wskazywało też na powierzchnię od 60 do 80 mkw. To są z reguły mieszkania, w jakich mieszkamy – tłumaczy Marta Suchodolska.

Z badań wynika, że 53 proc. Polaków mieszka w dwu- lub trzypokojowych mieszkaniach, a 16 proc. ankietowanych ma do dyspozycji cztery pokoje. Z kolei trzech na dziesięciu respondentów mieszka we wnętrzu składającym się z pięciu lub większej liczby pomieszczeń.

Ankietowani podkreślają, że jeżeli tylko jest taka możliwość decydują się na zakup domu lub mieszkania na własność. Takim decyzjom sprzyjają rosnące wynagrodzenia, stosunkowo niskie ceny nieruchomości, tanie kredyty oraz przeciętnie niższa stawka za metr kwadratowy przy wyższym metrażu.

Nie chcemy wynajmować czy zmieniać mieszkań co jakiś czas. Chcemy mieć jedno miejsce, nasz dom, naszą twierdzę, które daje nam poczucie bezpieczeństwa – mówi Marta Suchodolska.

Z badań wynika, że Polacy chcą mieszkać nie tylko wygodnie i praktycznie, lecz także pięknie. Planując wnętrza swojego domu, coraz częściej poszukują inspiracji w programach telewizyjnych, na portalach internetowych i w magazynach branżowych. W związku z tym decyzje w zakresie wyboru mebli i dodatków dekoracyjnych są coraz bardziej przemyślane.

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Przed nami rok fuzji i przejęć

Jeszcze nigdy w historii przedsiębiorstwa nie dysponowały tak dużymi zasobami gotówki. Gromadziły je od czasów kryzysu w 2008 roku. „Firmy siedzą na pieniądzach; dlatego w najbliższym czasie spodziewamy się znacznego ożywienia na rynku fuzji i przejęć” – mówi David Rebbettes, CEO BCMS Corporate, wiodącej firmy doradczej na rynku fuzji i przejęć w sektorzemałych i średnich przedsiębiorstw.

1. Jak ocenia Pan polski rynek fuzji i przejęć w sektorze MŚP? Czy polskie firmy są aktywnymi kupującymi? Czy raczej stanowią interesujący przedmiot zakupów przedsiębiorstw z zagranicy?
David Rebbettes, CEO BCMS Corporate: Od 2008 roku w Polsce panował trudny czas dla fuzji i przejęć; ale w ostatnich trzech kwartałach obserwuję znaczący wzrost – cytując Warsaw Business Journal: „rynek fuzji i przejęć szykuje się do startu w 2014 roku”. Polskie firmy są coraz bardziej aktywnymi kupującymi, w szczególności w obszarze bankowości, opieki zdrowotnej, telekomunikacji i FMCG, który to sektor przoduje w statystykach. Wzrost gospodarczy Polski wciąż pozostaje silny w zestawieniu z krajami Unii Europejskiej, a gospodarka jest zdrowo zdywersyfikowana. W zakresie fuzji i przejęć Polska jest notowana tuż za Turcją, na wiodących pozycjach w całym regionie Europy Centralnej i Południowo-Wschodniej. Ten wzrost i relatywne ożywienie oznacza, że Polska i polskie firmy są stale w orbicie zainteresowań zagranicznych nabywców.

2. Czym różni się sprzedaż firmy z sektora MŚP od fuzji i przejęć w sektorze globalnych korporacji?
David Rebbettes: Jest bardzo niewielka różnica w sprzedaży firmy z sektora MŚP i większych przedsiębiorstw.
Jednak brak „masy krytycznej” w małych firmach powoduje, że zainteresowanie po stronie nabywców jest mniejsze. Dlatego żeby zrównoważyć stosunkowo niewielkie zainteresowanie potencjalnych nabywców małymi firmami, należy szukać nabywców bardzo szeroko. Tak właśnie robimy w BCMS: zazwyczaj kontaktujemy się z 200 potencjalnymi nabywcami – a bywa, że z jeszcze większą ich liczbą.

3. Dlaczego sprzedaż firmy to taki długi – często kilkuletni – proces?
David Rebbettes: Jeśli przyjmuje się pasywne podejście do sprzedaży firmy, czyli czeka się na pojawienie potencjalnego nabywcy, to cały proces może trwać latami. Brak wyboru pomiędzy nabywcami powoduje, że jeśli transakcja się nie powiedzie, trzeba zacząć poszukiwania od nowa. W BCMS uważamy, że istotne jest inne podejście: znalezienie jak największej liczby potencjalnych nabywców. Dzięki temu właściciel sprzedawanej firmy ma wybór – zawsze staramy się mieć w zanadrzu jakąś alternatywę. To pozwala na osiągnięcie średniego czasu transakcji sprzedaży firmy na poziomie 12 miesięcy.

4. Czy Pana zdaniem w tym roku możemy się spodziewać większej liczby zmian właścicielskich niż w ostatnich latach? Z czego to wynika?
David Rebbettes: Moim zdaniem wzrost liczby zmian właścicielskich jest pewny. Jeden z głównych powodów to zasoby gotówki w bilansach firm na całym świecie – nigdy nie były większe. Firmy gromadziły je od 2008 roku. Nie można siedzieć na pieniądzach – zamiast tego firmy powinny użyć ich w biznesie lub zwrócić akcjonariuszom. Europejskie zasoby gotówki są wyższe niż kiedykolwiek wcześniej w historii, Japonia ma 60% więcej gotówki w bilansach niż kiedykolwiek wcześniej, Ameryka Północna – 30% więcej. Ponadto perspektywy wzrostu gospodarczego w wielu krajach świata są w tej chwili najlepsze od czasu kryzysu 2008 roku. Wszystko to napędza akwizycje. Cytując wypowiedź Juliet Samuel z „Times’a”: „Zakłopotanie wynikające z bogactwa może być czynnikiem pobudzającym fuzje i przejęcia przedsiębiorstw.”