S. Niesiołowski: Nikt nie będzie nam dyktować, w jakich warunkach czy przeciwko komu możemy użyć broni. Niezależność jest najważniejszym kryterium wyboru uzbrojenia dla polskiej armii

CEO Magazyn Polska

Polskie siły zbrojne dysponują największym od lat budżetem na modernizację, który w tym roku ma wynieść około 13 mld zł. Przy wydawaniu tak potężnych pieniędzy ważne jest to, by w parze ze zwiększanie zdolności posiadanej broni, szła także możliwość niezależnego jej użycia. Jak pokazuje przykład przetargu na nowe okręty podwodne, decyzje MON zmierzają w tym kierunku. W styczniu resort zmienił stanowisko w sprawie ich zakupu. Obecnie chodzi nie tylko o nabycie samych okrętów, lecz także o wyposażenie ich w rakiety manewrujące.

Kwestia nowych okrętów podwodnych jest śledzona także przez parlament – Politycznie jest oczywiste, że musi to być uzbrojenie kupowane w krajach należących do NATO – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stefan Niesiołowski, poseł na Sejm RP z ramienia Platformy Obywatelskiej, szef Komisji Obrony Narodowej Technologicznie powinna to być broń najnowocześniejsza na świecie bądź jedna z najnowocześniejszych. Ważne też jest to, by decyzja o użyciu takiej broni, była podejmowana w Polsce. Nie może być tak, że jakieś państwo sprzeda nam uzbrojenie, którego użycie uzależni użycie od swojej polityki.

Pod koniec stycznia br. resort obrony narodowej zdecydował, że kupi okręty podwodne wraz z pociskami manewrującymi. Jesienią MON miał inne plany: najpierw postępowanie na okręty, potem rakiety. Wiceminister obrony Czesław Mroczek poinformował, że po analizach zdecydowano się jednak połączyć obydwa przetargi.

To bardzo dobra, logiczna i myślę, że konieczna decyzja, bo okręty bez rakiet właściwie w niewielkim stopniu spełniają swoją funkcję – ocenia Stefan Niesiołowski. – Trzeba postawić sprawę jasno: akwenem morskim, który nas interesuje, jest Morze Bałtyckie. Polskie jednostki podwodne, które będą tam operowały, muszą mieć w zasięgu swoich rakiet terytoria przybrzeżne potencjalnego agresora. W związku z tym decyzja o tym, że kupujemy łodzie, ale z rakietami, jest oczywista.

Tegoroczny budżet na modernizację polskich sił zbrojnych wynosi około 13 mld zł (łącznie z ostatnią, wynoszącą 5,5 mld zł transzą płatności za samoloty F-16). Ważne jest to, by podczas jego realizacji, jak podkreśla szef Komisji Obrony Narodowej Sejmu RP, rezygnować z ofert uzależniających ewentualne użycie broni od innych czynników niż wewnętrzne, polskie, na przykład decyzji państwa, z którego pochodzi oferent.

Tego rodzaju zapisy pojawiają się w umowach, ale są to kwestie, które podlegają negocjacjom – informuje Stefan Niesiołowski. – Moje zdanie jako szefa Komisji Obrony jest takie: możemy dyskutować, ale to my płacimy i kupujemy nowoczesną broń, więc to my decydujemy. Jeśli ktoś chce nam stawiać tego rodzaju warunki, to niech sobie znajdzie innego nabywcę. Nikt nie będzie nam dyktować, w jakich warunkach czy przeciwko komu możemy użyć takiej broni.

Niezależność w wykorzystaniu zakupionego uzbrojenia, w tym rakiet manewrujących, ważna jest także dla kierownictwa MON. Jak zaznaczył niedawno wiceminister Czesław Mroczek, możliwość autonomicznego użycia pocisków, bez każdorazowej zgody państwa producenta, będzie punktem wyjścia przy wyborze systemu.

Polski nie stać też, jak uważa Stefan Niesiołowski, na kupno przestarzałego czy używanego sprzętu bojowego.

Ja bym raczej z tego rezygnował, podziękowałbym – przekonuje Niesiołowski. – Byliśmy już w paru konfliktach, w których mieliśmy broń przestarzałą i to na ogół źle się kończyło. Dlatego jeżeli w tej chwili niepodległa, demokratyczna i wolna Polska ma kupować uzbrojenie, to musi być to broń nie z drugiej, a z pierwszej ręki. Najlepiej jak byśmy wyprodukowali ją sami, ale jeśli na razie nie możemy, to powinniśmy kupować najnowocześniejszą.

Do 2022 roku łączne wydatki na modernizację polskich sił zbrojnych mają wynieść blisko 91 mld zł.

NIK będzie kontrolować zakupy armii. Zbada też duże projekty drogowe i kolejowe

 

Najwyższa Izba Kontroli planuje w tym roku przeprowadzenie 110 postępowań. Sprawdzane będą m.in. rozliczenia projektów realizowanych w ramach poprzedniej perspektywy unijnej. Z powodu napiętej sytuacji na Wschodzie na znaczeniu zyskają także postępowania związane z funkcjonowaniem sił zbrojnych w kontekście zarówno zdolności mobilizacyjnych, jak i ustawy o zamówieniach publicznych.

W tym roku przyglądamy się projektom, które były finansowane z mijającej perspektywy budżetowej Unii Europejskiej – precyzuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli. – Będziemy przedstawiać informacje na temat realizacji inwestycji drogowych i jakości wykonanych dróg, bo chcielibyśmy mieć pewność, że nie będą to drogi, które po kilku latach trzeba będzie remontować. Przyglądamy się także inwestycjom kolejowym, czyli tym największym projektom.

Jak wynika z dokumentu „Plan pracy Najwyższej Izby Kontroli na 2015 rok” przygotowanego pod koniec ubiegłego roku, NIK planuje przeprowadzenie 110 kontroli, w tym najwięcej w administracji publicznej (19 postępowań, czyli 17 proc. wszystkich). Systemu ochrony zdrowia ma dotyczyć 14 kontroli (13 proc.), a zagadnień związanych z transportem – 13 (12 proc.).

Kontrolerzy NIK są obecni w instytucjach publicznych, spółkach skarbu państwa, komunalnych, w samorządzie – informuje Kwiatkowski. – Sprawdzają, czy pieniądze podatników są wydawane legalnie, gospodarnie, celowo, czyli tak, aby zadania, które za ich pomocą realizowane, były wydawane jak najlepiej. Jesteśmy zarówno przy dużych projektach infrastrukturalnych, takich jak gazoport, projekty drogowe i autostradowe, jak i w małej szkole wiejskiej. Robimy to, aby obywatele mieli przekonanie, że wszędzie tam, gdzie wydawane są pieniądze publiczny, robione jest to jak najlepiej.

Poza planowanymi kontrolami NIK przeprowadza także każdego roku kilkaset kontroli doraźnych, które umożliwiają szybkie zbadanie problemu pojawiającego się w debacie publicznej. W razie konieczności pilnego sprawdzenia aktualnych zagadnień o szczególnym znaczeniu dla kraju, przeprowadzane są natomiast kontrole doraźne specjalne.

Przyglądamy się zabezpieczeniom funkcjonowania państwa w takich obszarach, które jeszcze do niedawna uciekały naszej uwadze, a teraz, także z uwagi na kontekst międzynarodowy, stają się coraz ważniejsze – wskazuje Kwiatkowski. – Stąd cały blok kontroli związanych z funkcjonowaniem polskiej armii, jej zdolnościami mobilizacyjnymi oraz nowoczesnymi systemami uzbrojenia, które mają być wprowadzane. Żeby je zakupić, trzeba prawidłowo przeprowadzić procedury związane z ustawą o zamówieniach publicznych.

W ubiegłym tygodniu Krzysztof Kwiatkowski otrzymał tytuł Finansisty Roku 2014 przyznawany przez „Gazetę Finansową”. W uzasadnieniu nagrody podkreślono jego odwagę, zdecydowanie i konsekwencję w kontrolowaniu najważniejszych instytucji państwowych, polityków oraz administracji.

Ponad 330 miejsc pracy uratowanych w pierwszych tygodniach działania programu pomocy dla firm dotkniętych embargiem

CEO Magazyn Polska

Kilka firm dotkniętych skutkami rosyjskiego embarga już skorzystało z pomocy resortu pracy. Dzięki działającemu od 1 lutego programowi wsparcia uchroniono przed likwidacją ponad 330 miejsc pracy. Z pomocy mogą skorzystać nie tylko firmy handlujące z Rosją, lecz także przedsiębiorstwa transportowe czy producenci opakowań, którzy pośrednio stracili na wprowadzeniu embarga.

Nasze działania są kierowane do wszystkich firm, które bezpośrednio lub pośrednio odczuły skutki rosyjskiego embarga – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej. – Po miesiącu funkcjonowania programu wiemy, że skorzystało już z niego kilka firm, mówimy tu o trzystu trzydziestu kilku miejscach pracy. Z mojej perspektywy każde miejsce pracy, które chronimy, jest ważne, nie możemy jednak oceniać i ewaluować tego programu po miesiącu działania.

Do organizacji wsparcia polski resort pracy jest dobrze przygotowany. Obowiązująca od 1 lutego ustawa przewiduje budżet na pomoc dla poszkodowanych firm w wysokości 0,5 mld zł, z czego połowa może być wydana w tym roku.

Wszyscy, którzy będą mieli problem, mogą otrzymać wsparcie – deklaruje Jacek Męcina. – Polega ono na tym, że w ciągu 6 miesięcy współfinansujemy zatrudnienie pracowników. Robimy to, na co pozwala także pomoc publiczna w rozumieniu przepisów unijnych. Ale te 6 miesięcy oddechu może być wykorzystane, by znaleźć alternatywę dla swojej działalności i to może być cenne rozwiązanie.

Założeniem programu jest danie firmom czasu na znalezienie sobie alternatywnych partnerów handlowych i nowych rynków zbytu. Patrząc na wyniki polskiego eksportu, wielu przedsiębiorców poradziło sobie z tym zadaniem jeszcze w zeszłym roku. Po kilku miesiącach obowiązywania rosyjskiego embarga na polskie towary jego skutki w skali ogólnopolskiej nie wydają się bardzo dotkliwe. Polscy eksporterzy notują rekordową sprzedaż. W styczniu, jak informuje Główny Urząd Statystyczny, wartość polskiego eksportu przekraczała 13,4 mld euro i była o 0,6 proc. wyższa niż rok wcześniej. Dziś zaledwie 3 proc. z tego to eksport do Rosji, która w ten sposób zajmuje 7. miejsce wśród krajów, z którymi handlują polscy dostawcy. Co nie zmienia faktu, że są firmy, dla których ograniczenie polskiego handlu ze wschodem to poważny kłopot i potrzebne jest im wsparcie.

Najlepiej by było, gdyby firmy w ogóle nie musiały korzystać z tych mechanizmów, ponieważ oznaczałoby to, że świetnie sobie radzą – podkreśla wiceminister pracy i polityki społecznej. – Te instrumenty mają pomóc w znalezieniu alternatywnych rozwiązań, czyli alternatywnych rynków zbytu, ewentualnie w zmianie formuły, modelu czy zakresu działalności. Firmy transportowe sobie świetnie radzą, znajdując rynki na Zachodzie. Firmy eksportowe, jak wiemy, także poszukują alternatywnych rynków i całkiem nieźle im to wychodzi.

Minister podkreśla jednak, że zadaniem państwa jest reagowanie na sytuacje, w których z przyczyn obiektywnych pojawiają się problemy w funkcjonowaniu podmiotów gospodarczych. I tak jest dokładnie z sytuacją związaną z embargiem. Są firmy, które bez wsparcia, sobie nie poradzą.

Działania mogą być kierowane do firm, które już od sierpnia mają problemy bezpośrednio czy pośrednio związane z barierami eksportowymi. Zidentyfikowaliśmy sporo firm, które produkowały opakowania do towarów eksportowych, które szły na Wschód. Okazało się, że embargo spowodowało problemy także u nich. Dotyczy to także firm transportowych, nie tylko tych, które mają zamknięty dostęp do przewozów na Wschód, lecz także tych, które zajmowały się przewozem na rynku krajowym, który był bezpośrednio związanym z tym eksportem – wyjaśnia Jacek Męcina.

PKO Bank Hipoteczny rozpocznie działalność 1 kwietnia. Pierwsza emisja listów zastawnych przewidywana jest w połowie roku

0

CEO Magazyn Polska

PKO Bank Hipoteczny, który będzie specjalizował się w sprzedaży kredytów mieszkaniowych, rozpocznie działalność operacyjną 1 kwietnia. Już w drugiej połowie br. w oparciu o udzielone kredyty odbędzie się pierwsza emisja listów zastawnych na kwotę około 500 mln zł. Kolejne emisje są planowane w następnych kwartałach. Dzięki listom zastawnym bank będzie mógł udzielać kredytów o stałym oprocentowaniu nawet na okres siedmiu lat, ograniczając ryzyko wzrostu stóp procentowych po stronie klienta. 

PKO Bank Hipoteczny rozpocznie działalność operacyjną 1 kwietnia 2015 roku, pierwszego kredytu udzielimy także w tym miesiącu, natomiast pierwszą emisję listów zastawnych o wartości około 500 mln zł przewidujemy na połowę roku – informuje w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Rafał Kozłowski, prezes zarządu PKO Banku Hipotecznego. – Zakładamy, że udział kredytów o wydłużonym okresie stałej stopy procentowej będzie w Polsce stopniowo rósł. Dla przykładu na rynku niemieckim czy duńskim regułą jest udzielanie pożyczek z okresem stałej stopy procentowej na poziomie 5-7 lat. W Polsce dominują kredyty o stopie zmiennej.

Na zaoferowanie tego rodzaju kredytów pozwalać będą emisje listów zastawnych. To rodzaj dłużnego, imiennego lub na okaziciela, papieru wartościowego, tzw. obligacji zabezpieczonej (z ang. covered bonds) charakteryzującej się stosunkowo wysokim poziomem bezpieczeństwa oraz niskim ryzykiem inwestycyjnym. Służy ona przede wszystkim do refinansowania portfeli kredytowych. Jak zauważa Komisja Nadzoru Finansowego w swoim raporcie z prac grupy ds. emisji listów zastawnych, pod koniec 2011 roku udział tego rodzaju papierów w refinansowaniu polskich banków sięgał zaledwie 0,14 proc. W całej Unii Europejskiej natomiast wynosił ok. 20 proc.

Zakładamy, że banki hipoteczne będą mogły emitować listy zastawne o stałym oprocentowaniu, a w efekcie zaoferować na rynku kredyty hipoteczne z wydłużonym okresem stałej stopy procentowej – przekonuje Rafał Kozłowski. – Obecnie polskie banki mają w ofercie pożyczki z oprocentowaniem stałym w okresie nie przekraczającym zazwyczaj trzech miesięcy. Jesteśmy przekonani, że finansowanie w postaci listów zastawnych umożliwi pozyskanie środków o stałym oprocentowaniu, a następnie zaproponowanie klientom kredytów hipotecznych ze stałym oprocentowaniem w okresie od pięciu do siedmiu lat.

Aby to było możliwe, konieczne są jednak zmiany w prawie. Najważniejsze z nich – zdaniem prezesa Kozłowskiego – to wprowadzenie procedury postępowania w przypadku upadłości banku hipotecznego, zmiana limitów inwestycyjnych otwartych funduszy emerytalnych oraz zniesienie tzw. podatku u źródła, opłaty na rzecz fiskusa pobieranej w przypadku płatności transgranicznych, w których podmiot otrzymujący przychód (podatnik) ma inną rezydencję podatkową niż podmiot dokonujący wypłaty (rezydent).

Pierwszą emisję listów zastawnych skierujemy do inwestorów polskich, głównie otwartych funduszy emerytalnych, towarzystw funduszy inwestycyjnych oraz ubezpieczeniowych – wskazuje Kozłowski. – Po nowelizacji kolejne emisje będziemy kierować do inwestorów zagranicznych. W innych krajach europejskich inwestorzy spoza danej jurysdykcji obejmują zwykle około 80 proc. emisji.

Założenia nowej ustawy Rada Ministrów przyjęła w sierpniu ubiegłego roku. Obecnie, jak twierdzi Rafał Kozłowski, Ministerstwo Finansów wraz z resortem sprawiedliwości oraz Rządowym Centrum Legislacji kończą prace nad konkretnym jej brzmieniem.

Spodziewamy się, że w najbliższych tygodniach projekt nowego prawa zostanie skierowany do Parlamentu – mówi Kozłowski.

Trudna sytuacja producentów słodyczy. Ich sprzedaż spada

CEO Magazyn Polska

Polacy w ubiegłym roku kupili o ponad 2 proc. mniej słodyczy niż w 2014 r. Producenci w tej trudnej sytuacji rynkowej, na którą dodatkowo wpłynęła utrzymująca się deflacja oraz wysokie ceny kakao i orzechów laskowych, szukają szans na zwiększenie rentowności poprzez wprowadzanie nowych produktów. Taka strategia okazała się skuteczna dla Wedla, który pomimo słabej koniunktury zanotował kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży.

Branża słodyczy po raz pierwszy zanotowała spadek wolumenu o ponad 2 proc. Ten rok nie był najłatwiejszy, a to spowodowało zwiększoną konkurencję, zwłaszcza w obszarze cenowym, przede wszystkim między sieciami handlowymi i częściowo również między producentami. Wedel jest jednak z ubiegłorocznych wyników bardzo zadowolony – podkreślił Maciej Herman, dyrektor sprzedaż i marketingu Lotte Wedel, w rozmowie z agencją Newseria Biznes podczas Poland & CEE Retail Summit 2015.

Herman zwraca uwagę na to, że w ubiegłym roku w większości segmentów branży produktów szybko zbywalnych nastąpiła stagnacja lub nawet spadki sprzedaży. Sytuację producentów dodatkowo pogorszyła utrzymująca i pogłębiająca się od lipca ubiegłego roku deflacja.

Producenci słodyczy dodatkowo odczuli wysokie ceny kakao i orzechów laskowych. Te wszystkie czynniki spowodowały, że rentowność tej działalność jest bardzo niska. Problemy z marżami odczuwają wszyscy producenci w Polsce.

Wedel na tym tle zanotował jednak bardzo dobry rok. Kilkunastoprocentowy wzrost sprzedaży zarówno w handlu tradycyjnym, jak i wielkopowierzchniowym wynikał między innymi z wprowadzenia nowych, dobrze przyjętych produktów.

Przede wszystkim są to duże tabliczki deserowe panna cotta, tiramisu, creme brulee, które spotkały się z bardzo dużym zainteresowaniem konsumentów. Odnotowaliśmy bardzo duże wzrosty na rynku tabliczek czekoladowych. Odnowiliśmy grafikę Torcika Wedlowskiego, co również dało nam bardzo wysokie wzrosty w tym kanale. Wprowadziliśmy CzekoWafel  nowy produkt dla naszej firmy w kategorii wafli impulsowych [kupowane pod wpływem impulsu, umiejscowione np. przy kasach ‒ red.], który też spotkał się z bardzo dużym zainteresowaniem – wylicza Herman.

Wedel nie zamierza jednak poprzestać na wprowadzonych w zeszłym roku produktach i chce nadal rozwijać ofertę. Właśnie z uwagi na planowane nowości druga połowa tego roku będzie znacznie ważniejsza dla spółki niż poprzednie lata.

Na rynek trafią m.in. gorzkie czekolady deserowe w smakach przetestowanych już w poprzednim roku z czekoladą mleczną. Wedel zamierza także wprowadzić nową linię pralin deserowych. To bardzo obiecujący produkt, bo jak zauważa Herman, praliny są produktami o znacznie wyższej marży niż czekolady.

Wedel planuje także nowe produkty dla dzieci, w tym Ptasie Mleczko ze zwiększoną ilością wapnia, batony oraz Czekotubki. Ten ostatni produkt został wycofany z rynku kilka lat temu, ale teraz wraca w nowym opakowaniu.

Nasz eksport także rozwija się bardzo dynamicznie. Większość naszych klientów zagranicznych to Polacy, którzy wyemigrowali kiedyś do Stanów Zjednoczonych, Kanady czy Wielkiej Brytanii. Oni czekają na nowości tak samo, jak Polacy w kraju. Nowości, które wprowadzamy w Polsce, na pewno trafią takżena rynek eksportowy – dodaje Herman.

Rynki wschodnie atrakcyjne dla polskich firm informatycznych. Podbój tych rynków odkładają jednak na spokojniejsze czasy

0

 

Polskie rozwiązania informatyczne są doceniane za granicą. To pomaga w ekspansji firm na światowych rynkach. Dla Asseco Business Solutions atrakcyjni są również klienci na Wschodzie, ale ze względu na napiętą sytuację geopolityczną firma wstrzymuje się z rozwijaniem tam działalności i koncentruje się na Europie Zachodniej.

– Mamy produkty na tyle dojrzałe, że nadszedł czas, by wychodzić z nimi za granicę. W 2015 roku koncentrujemy się na wychodzeniu z naszymi produktami za naszą zachodnią granicę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Lizon, członek zarządu Asseco Business Solutions. – W ubiegłym roku prowadziliśmy dość intensywne działania, żeby wyjść za wschodnią granicę, ale z racji trudnej sytuacji podjęliśmy decyzję o wstrzymaniu prac.

Podkreśla, że decyzja o zawieszeniu ekspansji na Wschód może zostać zmieniona, jeśli nastąpi uspokojenie sytuacji na Ukrainie. Na razie spółka koncentruje się na Europie Zachodniej, chociaż najbardziej perspektywiczne są dla niej kontrakty obejmujące kilka rynków.

– Strategia jest taka, żeby do pierwszej ligi wybierać klientów o strukturze ogólnoświatowej. Nie jest wykluczone, że jeśli wygramy taki kontrakt, którego realizacja będzie lokowana na wielu rynkach, trafimy też poza Europę – wyjaśnia Lizon. – Chcemy iść z tymi rozwiązaniami do dużych koncernów, które de facto operują na każdym rynku.

Przykładem realizacji projektu na kilku rynkach jest kontrakt Asseco BS z producentem napojów alkoholowych Bacardi.

– W ramach tego kontraktu w zeszłym roku realizowaliśmy projekt na czterech rynkach, w tym roku  na kolejnych i jeszcze pracy zostanie na 2016 rok – mówi Lizon.

Spółka jest już obecna m.in. w Holandii, Francji, na Litwie i Łotwie, w Estonii oraz Rosji. W 2013 roku oferowane przez spółkę rozwiązania mobilne dla klientów sektora FMCG znalazły się w raporcie firmy badawczo-doradczej Gartner („Vendor Panorama for Retail Execution and Monitoring in Consumer Goods 2013”) w gronie 19 światowych dostawców.

Za granicę wychodzimy z naszym sztandarowym produktem, czyli z Mobile Touch. Natomiast próbujemy zmienić nieco strategię, żeby dołączyć do niego produkty komplementarne, które sprzedawaliśmy tylko w Polsce, np. Platformę Connector – tłumaczy Lizon.

Zdaniem członka zarządu Asseco BS kontrakty z klientami zagranicznymi będą wymagać inwestycji wewnętrznych, głównie w zakresie rozbudowy zespołów i skonstruowania nowych metod obsługi klientów z różnych rynków. Spółka nie planuje przejęć spółek zagranicznych i otwierania swoich biur na nowych rynkach.

– Obsługa kontraktów z Polski staje się coraz łatwiejsza. Jakość takich metod jest na tyle wystarczająca, że można prowadzić w ten sposób negocjacje i nikt nie czuje potrzeby, żeby spotykać się personalnie – zwraca uwagę Mariusz Lizon. – Dzięki temu dla firm takich jak nasza zagraniczne rynki stoją otworem.

Rafał A. Ziemkiewicz: Polacy emigrują, bo nie chcą się męczyć z kisielem

 

Polacy nie przestaną emigrować, dopóki w Polsce nie zostaną wprowadzone wzorce z krajów cywilizowanych – twierdzi Rafał A. Ziemkiewicz. Zadaniem państwa jest bowiem służenie obywatelom, a nie zmuszanie ich do posłuszeństwa, co się obecnie dzieje w Polsce. Życie w kraju porównuje do pływania w kisielu – jest ono możliwe, ale wymaga dużego wysiłku. Zdaniem publicysty najgorsza sytuacja panuje na prowincji, gdzie lokalni dygnitarze nadużywają władzy.

Z danych GUS wynika, że za granicą na stałe przebywa już ponad 2 mln Polaków. Nadal zameldowani są oni w Polsce, a za granicą szukają już nie tylko pracy, lecz przede wszystkim lepszych niż w rodzinnym kraju zarobków i godniejszych warunków do życia. Badania CBOS pokazują, że o emigracji zarobkowej myśli obecnie co piąty Polak. Wśród osób w grupie wiekowej 18-24 lat wyjazd z Polski rozważa jedna trzecia badanych. Wielu z nich nie zamierza wyjechać na stałe, bardzo często jednak nie wyobrażają sobie powrotu do kraju po odniesieniu sukcesu na emigracji. Zdaniem Rafała Ziemkiewicza w Polsce musiałoby się bardzo wiele zmienić, aby ci ludzie zechcieli wrócić do kraju.

Musiałyby zostać przyjęte pewne wzorce krajów cywilizowanych. Chodzi o to, żebyśmy zaczęli mieć państwo, które służy obywatelom, a nie państwo, które służy samo sobie czy jakiejś tam grupie, nomenklaturze, która to państwo okupuje – mówi Rafał A. Ziemkiewicz agencji informacyjnej Newseria.

Publicysta nie dziwi się temu, że młodzi ludzie decydują się na emigrację, zwłaszcza pochodzący z małych miejscowości i wsi. Jego zdaniem sytuacja w tzw. Polsce prowincjonalnej, nie jest już wprawdzie tak zła, jak kilkanaście lat temu, wciąż jednak nie należy do najlepszych. Przyczynami są przede wszystkim korupcja wśród władz samorządowych oraz nadużywanie uprawnień przez lokalnych dygnitarzy.

Lewiatan się twardo broni. Sprzyja mu to, że para, która by bardzo dawno rozsadziła ten szybkowar, uchodzi bokiem, bo jest szeroko otwarta furtka, do skorzystania z której wręcz niedwuznacznie ta kasta rządząca zachęca. Jak wam się nie podoba, to sobie stąd wyjedźcie. My tutaj rządzimy, my wygrywamy wszystkie wybory, bo odpowiednio skorumpowaliśmy wystarczającą liczbę wyborców, którzy żyją dzięki nam, dzięki władzy są naszą klientelą. A jak się komuś nie podoba, niech sobie wyjedzie – mówi Rafał A. Ziemkiewicz.

Zdaniem publicysty Polska jest państwem, które zmusza obywatela do posłuszeństwa. Życie w Polsce publicysta porównuje do pływania w kisielu – możliwego, ale wymagającego dużego wysiłku. Jego zdaniem młodzi Polacy, zwłaszcza ci najbardziej aktywni, wyjeżdżają bowiem mają dość życia w takich warunkach.

Nie chcą się męczyć z kisielem, tylko chcą się znaleźć w miejscu, gdzie mogą od razu się sprawdzić na równych prawach. I tak są zawsze trochę do tyłu jako imigranci, którzy gorzej znają język, nie znają lokalnego układu. Ale i tak mimo wszystko łatwiej im konkurować z Anglikami, Irlandczykami czy Amerykanami, niż tutaj walczyć z układem, który na szczeblu lokalnym bywa mafią, czasami bardzo potężną – mówi Ziemkiewicz. – Ten kisiel to jest kwestia pewnej renty, którą płacimy na utrzymanie Towarzysza Szmaciaka, wszystkich jego krewnych i znajomych.

W branży outsourcingu Polacy obsługują klientów w 40 językach. Zlecane są coraz bardziej zaawansowane procesy

Krajowe centra usług dla biznesu obsługują klientów w 40 językach. Międzynarodowe koncerny zlecają polskim centrom coraz bardziej zaawansowane procesy, które wymagają dużego doświadczenia i wysokich kompetencji. Najpopularniejsze pozostają jednak podstawowe usługi, jak administracja, zarządzanie kadrami i finansami, a także serwis technologiczny. Te procesy będą w dalszym ciągu odpowiadać za dynamiczny rozwój branży outsourcingu w Polsce.

Sektor outsourcingu procesów biznesowych rozwija się bardzo dynamicznie – potwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Mazurek, dyrektor zarządzający i członek zarządu świadczącej tego rodzaju usługi firmy Capgemini Polska. – Co ciekawe, w ramach tych usług dostawcy proponują wciąż nowe rozwiązania. To już nie tylko zarządzanie finansami, księgowością czy obsługą HR, lecz także bardziej zaawansowane procesy.

Jak podkreśla Mazurek, są to m.in. obsługa transakcji bankowych i finansowych, obsługa obiegu dokumentacji i jego digitalizacja.

Rynek usług biznesowych jest bardzo różnorodny – firmy oferują szeroki wachlarz usług dla klientów z całego świata. Większość podmiotów świadczy usługi w co najmniej kilku obszarach. Z raportu ABSL (Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych) wynika, że 87 proc. podmiotów w latach 2010-2014 rozszerzyła zakres świadczonych usług. Prawie tyle samo zamierza dalej go rozszerzać w ciągu kolejnych dwóch lat. W 92 proc. centrów w tym czasie znacznie wzrósł poziom zaawansowania obsługiwanych procesów.

To są procesy, które wymagają większego doświadczenia i kompetencji. Ale przede wszystkim z racji obsługi klientów z całego świata potrzebujemy ludzi, którzy znają różne, czasem nawet bardzo egzotyczne języki – mówi Dariusz Mazurek.

Polskie centra usług outsourcingowe obsługują kontrahentów w około 40 językach. Zdaniem Mazurka to bardzo duże osiągnięcie dla kraju takiej wielkości jak Polska. Najczęściej klienci są obsługiwani w języku angielskim – wynika z badania ABSL. Na kolejnych miejscach znalazły się język niemiecki, polski, francuski, hiszpański, włoskirosyjski. Osiem najpopularniejszych języków jest wykorzystywanych w co najmniej jednej trzeciej centrów. Rośnie jednak zapotrzebowanie na znajomość bardziej egzotycznych języków, jak japoński, koreański, wietnamski, hebrajski czy turecki.

W ciągu niespełna dwóch i pół roku sektor centrów usług wspólnych urósł o połowę. W Polsce funkcjonuje ponad 470 centrów usług z kapitałem zagranicznym. Zatrudniają one ok. 130 tys. osób. W ciągu ostatnich sześciu lat ponad połowa nowych miejsc pracy nad Wisłą powstała dzięki tego rodzaju podmiotom.

Według Dariusza Mazurka w najbliższych miesiącach dalej motorem rozwoju branży będzie obsługa podstawowych procesów, związanych m.in. z finansami i administracją czy zarządzaniem kadrami.

Będzie również miejsce na to, żeby wejść z bardziej zaawansowanymi usługami. To niewątpliwie będzie nadal najsilniejszy motor rozwoju – twierdzi Mazurek. – Wciąż najważniejszą częścią naszych usług będą serwisy technologiczne. Dzięki specjalistom, którzy są ulokowani w Polsce, jesteśmy w stanie wspierać obsługę infrastruktury informatycznej klientów w całej Europie, a nawet na całym świecie.

Dziewięć na dziesięć badanych przez ABSL centrów świadczy usługi dla klientów z Europy Zachodniej. 63 proc. obsługuje podmioty działające w Polsce, a ok. 60 proc. w Europie Środkowo-Wschodniej.

Asseco Business Solutions szuka globalnych kontrahentów. W 2015 r. stawia na rynki zachodnie i wstrzymuje prace na rynkach wschodnich

0

 

Europa Zachodnia będzie w tym roku celem Asseco Business Solutions, podobnie jak globalni partnerzy, którzy potrzebują rozwiązań wdrażanych w swoich oddziałach na całym świecie. Natomiast rozpoczęte w ubiegłym roku prace nad eksportem na rynki wschodnie zostały na razie zamrożone.

– Mamy produkty na tyle dojrzałe, że nadszedł czas, żeby wyjść z nimi za granicę. W 2015 roku koncentrujemy się na ekspansji na Zachód – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Lizon, członek zarządu Asseco Business Solutions. – W ubiegłym roku prowadziliśmy dość intensywne działania, żeby wyjść za wschodnią granicę, ale z racji trudnej sytuacji podjęliśmy decyzję o wstrzymaniu prac.

Podkreśla, że decyzja o zawieszeniu ekspansji na Wschód może zostać zmieniona, jeśli nastąpi uspokojenie sytuacji na Ukrainie. Na razie spółka koncentruje się na Europie Zachodniej, chociaż najbardziej perspektywiczne są dla niej kontrakty obejmujące kilka rynków.

– Strategia jest taka, żeby do pierwszej ligi wybierać klientów o strukturze ogólnoświatowej. Nie jest wykluczone, że jeśli wygramy taki kontrakt, którego realizacja będzie lokowana na wielu rynkach, to trafimy także poza Europę – wyjaśnia Lizon. – Chcemy iść z tymi rozwiązaniami do dużych koncernów, które de facto operują na każdym rynku.

Przykładem realizacji projektu na kilku rynkach jest kontrakt Asseco BS z producentem napojów alkoholowych Bacardi.

– W ramach tego kontraktu w zeszłym roku prowadziliśmy działania na czterech rynkach, w tym roku na kolejnych, a pracy zostanie jeszcze na 2016 rok – mówi Lizon.

Spółka jest już obecna m.in. w Holandii, Francji, na Litwie i Łotwie, w Estonii oraz Rosji. W 2013 roku oferowane przez spółkę rozwiązania mobilne dla klientów sektora FMCG znalazły się w raporcie firmy badawczo-doradczej Gartner („Vendor Panorama for Retail Execution and Monitoring in Consumer Goods 2013”) w gronie 19 światowych dostawców.

Za granicę wychodzimy z naszym sztandarowym produktem, czyli z produktem Mobile Touch. Próbujemy jednak zmienić nieco strategię, żeby dołączyć do niego produkty komplementarne, które sprzedawaliśmy tylko w Polsce, np. Platformę Connector – tłumaczy Lizon.

Zdaniem członka zarządu Asseco BS kontrakty z klientami zagranicznymi będą wymagać inwestycji wewnętrznych, głównie zakresie rozbudowy zespołów i skonstruowania nowych metod obsługi klientów z różnych rynków. Spółka nie planuje przejęć spółek zagranicznych i otwierania swoich biur na nowych rynkach.

– Obsługa kontraktów z Polski staje się coraz łatwiejsza. Jakość takich metod jest na tyle wystarczająca, że można prowadzić w ten sposób negocjacje i nikt nie czuje potrzeby, żeby spotykać się personalnie – zwraca uwagę Mariusz Lizon. – Dzięki temu dla firm takich jak nasza zagraniczne rynki stoją otworem.

Nowoczesne serwisy pomagają w wyborze i zakupie mieszkania

 

Zakup mieszkania nie musi być skomplikowanym procesem. Nowoczesne serwisy internetowe pozwalają łatwo wyszukać dopasowane do potrzeb klienta mieszkanie, zwracając uwagę na takie szczegóły, jak nasłonecznienie czy stan klatek schodowych. Ułatwiają także załatwianie formalności związanych z uzyskaniem kredytu i finalizacją zakupu. Dostępne są na wszystkich urządzeniach mobilnych, dzięki czemu można z nich skorzystać nawet w momencie oglądania mieszkania.

Z pomocą przy wyborze i zakupie mieszkania przychodzi nowoczesna technologia. Serwisy internetowe na każdym etapie  od wyszukiwania ofert do formalności niezbędnych do sfinalizowania transakcji  podpowiadają klientom, na co powinni zwrócić uwagę.

Kiedy wybieramy mieszkanie i chcemy je obejrzeć na żywo, dzięki serwisowi wiemy, na co zwrócić uwagę i o co spytać właściciela mieszkania. Często nie zwracamy uwagi na to, czy lokal nagrzewa się w słońcu, czy po otwarciu okien jest tam głośno i jaki jest stan klatek schodowych. Odpowiedzi na te pytania, podpowiedzą nam, czy to jest rzeczywiście mieszkanie, o którym marzymy. Kiedy już zobaczymy kilka mieszkań i będziemy mieli swoich faworytów, możemy w serwisie ocenić je, porównać, zrobić notatki, które pomogą nam w przyszłości wybrać któreś z mieszkań – mówi Miłosz Gromski, menadżer ds. komunikacji w ING Banku Śląskim, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Przykładem takiego serwisu jest NAVIDOM. Umożliwia on przeszukiwanie ofert, gromadzenie w jednym miejscu najciekawszych ogłoszeń, wyliczenie kosztów zakupu i utrzymania wybranych mieszkań. Nie trzeba składać wizyty w banku, żeby dowiedzieć się o możliwość uzyskania kredytu. Wystarczy w serwisie wpisać zarobki, dochody oraz informacje na temat zobowiązań, aby poznać swoją zdolność kredytową. Po wybraniu wymarzonego mieszkania w załatwianiu formalności pomaga spersonalizowana pod typ lokum lista kroków.

– Kiedy zdecydujemy się na wybór konkretnego mieszkania, stajemy przed problemem, jakie dokumenty złożyć, gdzie, co nas czeka, jakie opłaty dodatkowe i nieprzewidziane być mogą się jeszcze pojawić. Staramy się pomóc także w tym, informując o konkretnych dokumentach, które powinien przygotować klient,  bo będą wymagane podczas procesu kredytowego albo w trakcie kupna mieszkania – mówi Miłosz Gromski.

Ułatwieniem dla klientów jest również to, że serwisy tego typu są dostępne na urządzeniach mobilnych, można więc na bieżąco, podczas oglądania mieszkania, sporządzać notatki, by później do nich sięgnąć.

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 20.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Aplikacje ERP i ECM do obsługi reklamacji, czyli jak zyskać mimo straty?

Z obserwacji rynku wynika, że ponad 90 proc. konsumentów składa reklamacje bezpośrednio w miejscu zakupu. 10 minut zajmuje pracownikowi przyjęcie zgłoszenia oraz przekazanie sposobu rozpatrzenia zdarzenia. Następny krok, czyli stworzenie papierowego protokołu rejestrującego reklamację – kolejne 30 minut. Jak rozwiązać problemy czasowo-ekonomiczne salonów sprzedaży w Polsce? Jak rynek oprogramowania ERP i ECM reaguje na te potrzeby?

Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, tylko w 2013 roku miejscy i powiatowi rzecznicy udzielili ponad 443 tys. porad, z czego przeszło 77 tys. dotyczyło zakupu odzieży i obuwia, a ponad 41 tys. – sprzętu RTV i AGD. Niezadowoleni z zakupów i jakości obsługi byli także klienci sklepów oferujących elementy wyposażenia mieszkania (ponad 20 tys. skarg), sprzedających komputery (blisko 15 tys. skarg) oraz artykuły motoryzacyjne (9 tys. skarg).

Równie niepokojące wnioski płyną z ankiety przeprowadzonej przez Ośrodek Badania Opinii Adama Kowalskiego na zlecenie Trusted Trader. Mimo że ponad połowa ankietowanych deklarowała, że w przypadku niezadowolenia z zakupu „raczej” składa reklamację, a 11 proc. robi to „zawsze”, to aż 10 proc. respondentów wskazało, że w takiej sytuacji zamiast zgłaszać skargę, rezygnuje z usług danej firmy. W takim przypadku salon sprzedaży odnotowuje realną stratę, ponieważ każdy nierozwiązany spór rzutuje na wizerunek oraz utrudnia osiąganie wysokiej i stabilnej pozycji na rynku. Co więcej, firma traci szansę na pozyskanie wartościowych informacji od klienta, stanowiących niezbędną wiedzę do poprawy jakości produktów lub procesu obsługi, a co za tym idzie, również eliminacji przyczyn powstawania reklamacji.

Reklamacja jako dążenie do doskonałości?

Wyniki ankiety OBOAK pokazały, że klienci chętniej walczą o „swoje”, gdy reklamują towary zakupione w dużej firmie. Właśnie w takich placówkach niezwykle istotne są nie tylko ustalone, pisemne regulacje systematyzujące warunki dokonywania reklamacji, ale przede wszystkim – stosowane rozwiązania, w tym wsparcie systemów IT, optymalizujących zarządzanie procesami. Dziś uwagę przedsiębiorców przyciągają szczególnie te systemy ERP lub ECM, które nie obciążając czasowo personelu pozwalają na zbieranie danych jakościowych od niezadowolonych konsumentów. Jak wyjaśnia Michał Soloch, ekspert z QSG S.A., firmy dostarczającej system e-Quality: – Klient, który zakupi uszkodzony towar prędzej czy później zgłosi obiekcje, dochodząc swoich praw do posiadania produktu wolnego od wad. To zadaniem sprzedawcy jest zaspokojenie tych roszczeń, o ile oczywiście są zasadne. Niestety wiele placówek sprzedaży boryka się z trudnościami uniemożlwiającymi szybkie i skuteczne rozpatrywanie reklamacji. Taka sytuacja może zniechęcać klienta, który zamiast wyrazić chęć polubownego rozwiązania sprawy, swoją skargę zgłasza do instytucji chroniących prawa konsumenta, narażając przy tym firmę na straty wizerunkowe i finansowe.

Dla placówki sprzedaży obsługującej dziesiątki czy setki tysięcy klientów inwestycja w system ułatwiający obsługę reklamacji to decyzja uzasadniona przyczynami ekonomicznymi. Taki standard myślenia od dawna obowiązuje w firmach, które funkcjonując na rynkach wysoce konkurencyjnych wiedzą, że rzetelna obsługa posprzedażowa, w szczególności właściwy kontakt z niezadowolonym klientem, to korzyści dla każdej ze stron. Widoczne jest to szczególnie wtedy, gdy wdrożony system ERP lub ECM umożliwia nie tylko zgłaszanie skarg przez klientów oraz szybkie ich rozpatrywanie przez pracowników, ale także – stanowi narzędzie do komunikacji oraz budowania relacji z konsumentem. Dzięki takim aplikacjom firma może zbierać opinie o produktach czy świadczonych usługach oraz wykorzystywać dane do podnoszenia jakości obsługi, eliminacji przyczyn powstawania reklamacji oraz skutecznego odzyskiwania lojalności klientów.

Do obsługi reklamacji wystarczy urządzenie z internetem

Dziś istotą skutecznego zarządzania reklamacjami jest możliwość wymiany danych oraz raportowania informacji o wadliwych towarach w czasie rzeczywistym. Taką możliwość dają nowoczesne systemy ERP/ECM, a konkretnie – aplikacje webowe i mobilne, które oddawane są zarówno klientom danego sklepu lub salonu, jak i jego pracownikom. Pierwsi z nich korzystają z dedykowanych aplikacji instalowanych na urządzeniu mobilnym lub dostępnych poprzez przeglądarkę internetową. Za ich pośrednictwem, bez konieczności wizyty w placówce sprzedaży, klienci zgłaszają reklamację, dodają pliki multimedialne (np. obrazujące uszkodzenia), otrzymują bieżące informacje o zmianach statusów zgłoszeń, czy też wystawiają ocenę odzwierciedlającą poziom satysfakcji z przebiegu procesu reklamacji.

Obok aplikacji oddawanych klientom, taki system to intuicyjne aplikacje webowo-mobilne dedykowane pozostałym uczestnikom łańcucha wartości (pracownikom logistyki, magazynierom, sprzedawcom czy pracownikom biura obsługi klienta). Zbierane przez nich dane „jakościowe”, po weryfikacji i zatwierdzeniu, są udostępniane w czasie rzeczywistym wszystkim zainteresowanym użytkownikom systemu. Taka funkcjonalność zwiększa jakość obsługi i przyspiesza działania reklamacyjne. Co więcej, informacje o skargach przekazywane są także firmom produkcyjnym lub/i logistycznym, dzięki czemu mogą podejmować natychmiastowe działania eliminujące przyczyny powstawania tego typu zdarzeń w przyszłości. W efekcie spada liczba uszkodzonych towarów dostarczanych na rynek, co zmniejsza ryzyko zakupu wadliwego produktu przez klienta końcowego. Są to zatem wymierne korzyści dla wszystkich uczestników łańcucha – nie tylko sklepu i jego klienta, ale również producenta i dostawcy.

Rynek otwarty na konsumenta

Automatyzacja zarządzania reklamacjami poprzez dedykowane narzędzia IT to eliminacja tradycyjnych, czasochłonnych procedur związanych z obsługą tego typu zdarzeń. To nowa jakość w obsłudze klienta, który może zgłaszać reklamacje bez wychodzenia z domu, dostarczając niezbędne, a zarazem wartościowe opinie i dane jakościowe. To oszczędność czasu pracownika wyłapującego przypadki związane ze złą jakością produktów na półkach, który rejestruje w systemie wadę jakościową towaru w kilku prostych krokach zajmujących nie więcej niż kilkanaście sekund. W końcu – to technologia, która wyklucza konieczność tworzenia papierowych protokołów, przenosząc dokumentację do bezpiecznych, wirtualnych narzędzi, do których dostęp posiadają wszyscy upoważnieni uczestnicy łańcucha. – Coraz większe zainteresowanie polskich firm tego typu rozwiązaniami to znak, że rynek coraz bardziej otwiera się na konsumenta, dbając o wizerunek oraz wysoką jakość usług na wszystkich etapach łańcucha wartości – podsumowuje Michał Soloch.

Decydujące rozmowy o dialogu społecznym

W Dobieszkowie pod Łodzią, z udziałem szefów organizacji pracodawców, związków zawodowych i ministra pracy, rozpoczynają się rozmowy, których celem jest uzgodnienie nowej ustawy o dialogu społecznym. Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan uważa, że są duże szanse na ostateczne wypracowanie projektu ustawy o Radzie Dialogu Społecznego.

Kilka dni temu ekspercki zespół związków zawodowych, organizacji pracodawców i resortu pracy uzgodnił najważniejsze zapisy projektu nowej ustawy.

– Jestem przekonana, że w czasie wyjazdowego spotkania, rozwiążemy wszystkie kwestie, w których mamy rozbieżne zdania. Dalej podtrzymuję opinię, że nowa ustawa o dialogu społecznym może być gotowa jeszcze przed wakacjami – mówi Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

W interesie pracowników, pracodawców i rządu, jest jak najszybsze powołanie nowej platformy dialogu społecznego i powrót do efektywnego dialogu.

Konfederacja Lewiatan

Czy lokaty oparte o WIBOR to dobra alternatywa?

0

Kilka banków ma w swojej ofercie lokaty, których oprocentowanie opiera się o wskaźnik WIBOR. Stawka podąża w ślad za aktualną ceną pieniądza na rynku międzybankowym. Z analizy Bankier.pl wynika jednak, że takie lokaty też mogą być pułapką.

– Lokaty „wiborne” nie są bez wad. Po pierwsze, banki stosują niskie marże, które z reguły oscylują maksymalnie w granicach 1 pkt proc. Po drugie, lokaty te nie mają szans w starciu z promocyjnymi ofertami banków, bo są powiązane na sztywno z jednym parametrem. Po decyzji Rady o podwyżce stopy procentowej NBP, banki od razu zareagują na zmiany, wprowadzając podwyżki w lokatach. Tymczasem w przypadku lokat opartych o WIBOR, oprocentowanie zaktualizuje się dopiero na początku nowego kwartału – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Oprocentowanie większości lokat w bankach oscyluje między 1 a 2 proc. Jeśli jednak zdecydujemy się zamrozić pieniądze na rok, dwa lub trzy, możemy liczyć na stawki sięgające nawet 3 proc. Takie lokaty mogą okazać się jednak pułapką. Za rok stawki depozytów mogą pójść do góry i lokata na 3 proc. będzie standardem z niższej półki. Jeśli jednak zerwiemy nasz depozyt przed upływem 2, czy trzech lat, bank nie wypłaci nam odsetek.

Niektóre banki proponują alternatywę wobec lokat-pułapek: depozyty o oprocentowaniu zmiennym, których stawka opiera się o wskaźnik WIBOR. Wskaźnik ten odzwierciedla cenę pieniądza na rynku międzybankowym. Oprocentowanie lokaty zmienia się kilka razy do roku, na przykład co kwartał i podąża za aktualnym kursem WIBOR-u. Kurs ten powiększony jest o dodatkową marżę banku, np. 1 pkt proc.i z reguły różni się od stopy referencyjnej NBP. Na przykład WIBOR 3M to obecnie 1,65 proc.

– Lokata to bezpieczna forma lokowania kapitału, ale nie oszukujmy się – nawet najlepsze oferty gwarantują nam stosunkowo niewielki zysk. Zdarza się, że czas potrzebny na znalezienie najlepszej lokaty kosztuje nas więcej niż potencjalny zysk. Przy oprocentowaniu rzędu 2%, zakładając lokatę na 10 tys. zł, możemy liczyć na maksymalnie 200 zł zysku. Jeśli kogoś to nie zadowala, a jednocześnie ma wyższą skłonność do ryzyka, to zawsze pozostają mu inwestycje na giełdzie. Ryzyko jest większe, ale potencjalny zysk może być dużo wyższy – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Przeszczep od zwierzęcia ratunkiem dla człowieka?

Polska ustawa transplantacyjna mówi, że człowiekowi można przeszczepić narząd od zwierzęcia. Wymaga to jednak akceptacji specjalnego zespołu Krajowej Rady Transplantacyjnej.

„Zgodnie z moją wiedzą w Polsce do tej pory wykonano jeden przeszczep narządu od zwierzęcia. Była to transplantacja serca wykonana przed laty przez prof. Religę” – mówi serwisowi infoWire.pl prof. Roman Danielewicz, dyrektor Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego ds. Transplantacji „Poltransplant”. Dlaczego tego typu zabieg nigdy nie został powtórzony?

Cały problem z przeszczepami od zwierząt polega na barierze immunologicznej, która powoduje, że narządy obcych gatunków są odrzucane. „Oczywiście cały czas trwają prace w tej dziedzinie, natomiast wydaje się, że inne skuteczne metody transplantacji zostaną rozpowszechnione wcześniej. Przykładem może być hodowanie narządów w warunkach laboratoryjnych” – podkreśla ekspert.

Nie należy zapominać także o barierze kulturowej. W przypadku niektórych religii przeszczep odzwierzęcy jest nie do zaakceptowania. Jednak zdaniem rozmówcy „osoba w sytuacji skrajnej niewydolności, bez szansy otrzymania organu od ludzkiego dawcy, prawdopodobnie zdecydowałaby się na to, aby narząd do przeszczepu pochodził od zwierzęcia”. Ponieważ życie ludzkie ma wartość najwyższą.

Czy konwencja stambulska pomoże zwalczyć przemoc wobec kobiet?

0

Każdego roku 700 tys. Polek pada ofiarą przemocy. Żyją z katami, ale zazwyczaj nie zwracają się do nikogo o pomoc. Często wynika to z obaw o swoje bezpieczeństwo, jednak zwykle nie wiedzą, gdzie szukać wsparcia. Przyjęcie konwencji antyprzemocowej ma to zmienić. Ustawa ratyfikująca ten akt została już podpisana przez prezydenta.

W ubiegłym roku odbyło się tylko 61 tys. spraw dotyczących przemocy domowej. Wyrokami skazującymi zakończyło się 12 tys. Dlaczego tak mało? Polski kodeks karny nie zna pojęcia przemocy. Problemem jest też to, że kobiety często odwołują zeznania.

W myśl konwencji akty przemocy mają być ścigane z urzędu, a nie tylko na wniosek ofiary. „Osoby dotknięte przemocą będą mieć zapewnioną ochronę tożsamości, a ich kontakt ze sprawcą zostanie ograniczony (będą np. mogły składać zeznania w trybie zaocznym)” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Fuszara, Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania.

Przyjęcie konwencji sprawi również, że w ustawie o przemocy zostanie wprowadzone pojęcie tzw. przemocy ekonomicznej. Zmianą będzie też to, że przepisy ustawy obejmą także osoby rozwiedzione, które nie mieszkają razem. Ponadto powstanie ogólnokrajowy, całodobowy, bezpłatny telefon zaufania dla ofiar przemocy.

Konwencja stambulska przynosi oprócz tego szczególne spojrzenie na dzieci, które były świadkami agresji. „Badania wskazują, że w dzieciństwie i później, w dorosłym życiu ich psychika obciążona jest negatywnymi skutkami przemocy: przejmują zachowania agresywne i mają problemy z nawiązywaniem relacji. Takie osoby niemal całe życie podlegają obserwacji psychologów oraz lekarzy” – wyjaśnia rozmówczyni. „Konwencja traktuje dziecko będące świadkiem przemocy jako jej ofiarę i obejmuje je specjalną opieką” – dodaje.

Polacy czekają na przyjęcie konwencji stambulskiej już od dwóch lat. 14 marca prezydent podpisał ustawę ratyfikacyjną. Nie oznacza to automatycznej ratyfikacji, ale można się spodziewać, że przyjęcie konwencji wkrótce stanie się faktem.

Elektrotim dobrze ocenia perspektywy swojego rynku. Spółka zamierza zwiększyć zatrudnienie i inwestycje oraz poprawić wyniki

0

CEO Magazyn Polska

Elektrotim oczekuje, że polski rynek elektroinstalacji wzrośnie w tym roku znacznie powyżej 10 proc. Spółka ma już satysfakcjonujący portfel zamówień i planuje zwiększyć zatrudnienie o 1/5. Zapowiada, że po słabszym 2014 roku tegoroczne wyniki się poprawią.

Zauważyliśmy w połowie ubiegłego roku, że jest popyt w kilku segmentach rynku i że najbliższe lata zapowiadają się dobrze dla wykonawców elektroinstalacji i wykonawców sieci elektroenergetycznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Diakun, prezes zarządu Elektrotim. – Jeżeli do tego dołożymy jeszcze modernizacje elektrowni węglowych, to będą to dobre lub bardzo dobre czasy.

Andrzej Diakun ocenia, że wzrosty na tych rynkach będą zdecydowanie większe niż 10 proc. Stąd deklaracje o planach zwiększenia zatrudnienia w grupie o 20 proc.

Elektrotim sprzedaje swoje produkty na kilku segmentach rynku. W chwili obecnej posiadany portfel zamówień Elektrotimu to około 200 mln złotych. Jest rozłożony na elektroenergetykę, operatorów systemów dystrybucyjnych, przemysł oraz budownictwo dla wojska. Spodziewam się, że w najbliższej przyszłości zamówienia, które będziemy pozyskiwali, będą z tych segmentów, o których powiedziałem wcześniej, oraz z przemysłu.

W 2015 roku spółka planuje wydać m.in. ponad 2 mln zł na elektronikę i informatykę. Wprowadza aplikacje do systemu klasy ERP, wdraża system Axapta 2012 i do tego jeszcze kilka systemów pomocniczych. Wydatki inwestycyjne całej grupy (CAPEX) zbliżą się do 10 mln zł, nie licząc ewentualnych wydatków na branżowe przejęcia. Elektrotim zapowiada też inwestycje w odtworzenie parku maszynowego i większe zaangażowanie w prace rozwojowe.

Rozpoczęliśmy współpracę z Politechniką Wrocławską – informuje prezes zarządu Elektrotim. – W przeszłości mieliśmy bardzo dobre doświadczenia przy współpracy z nią w zakresie systemów ochrony przez blackoutem. W tej chwili mamy wyselekcjonowane projekty, które w grupach problemowych są badane i omawiane przez mieszane zespoły złożone z pracowników Elektrotimu, spółek elektrociepłowniczych i pracowników politechniki.

W 2014 roku przychody Elektrotimu były bliskie 198 mln zł, co jednak oznacza spadek o 23 mln, porównując do 2013 roku. Z 7,5 mln zł do 1,35 mln spadł też zysk netto grupy. Mimo to prezes spółki zapowiada, że polityka wypłacania dywidendy akcjonariuszom będzie kontynuowana.

Zarząd zawsze stosował politykę, której efektem było dawanie satysfakcji akcjonariuszom z posiadania akcji. Od 2008 do 2014 roku włącznie wypłaciliśmy około 60 mln złotych dywidendy. Mamy nadzieję, że tę politykę będziemy stosowali w przyszłości. Na temat stopy dywidendy, jak tylko zarząd podejmie stosowną uchwałę, niezwłocznie poformujemy opinię publiczną w raporcie bieżącym.

BVT, spółka zależna Kupca, chce debiutować na NewConnect w maju. Perspektywy rozwoju rynku wierzytelności rosną

0

CEO Magazyn Polska

Wraz z poprawą kondycji gospodarczej kraju i większą dostępnością kredytów poprawiła się sytuacja finansowa Polaków, łatwiej więc złe długi wyegzekwować. Zajmująca się wierzytelnościami spółka BVT liczy na co najmniej kilka lat prosperity. W maju chce wejść na NewConnect.

Trzeba patrzeć na naszych dłużników, którzy jeżeli mają łatwiejszy dostęp do kredytów na mniejsze kwoty, to łatwiej spłacają swoje zobowiązania mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Wróblewski, przewodniczący rady nadzorczej BVT, prezes Kupiec SA.W związku z tym dostępność kredytów, ich koszt i zasobność społeczeństwa na pewno mają wpływ na spłacanie wierzytelności. Widzimy bardzo wyraźną poprawę, wszystko zmierza w dobrą stronę.

Zajmująca się windykacją spółka BVT (spółka zależna notowanego na rynku alternatywnym Kupca) istnieje od października 2013 roku. Teraz po raz pierwszy mogła więc podsumować swoje roczne wyniki.

Zarobiliśmy w tym okresie ponad 800 tys. przy obrotach sięgających 2,5 mln – informuje Leszek Wróblewski. Uważam, że to bardzo dobry debiut. Zajmujemy się windykacją należności masowych. W portfelu spółki jest 240 tys. należności o wolumenie 500-600 zł. Wszystkie są zabezpieczone nakazami zapłaty. Co ciekawe, okres windykacji tych pakietów to 2-3 lata, więc te dotychczas zakupione w kapitale 86 mln zł dają nam pracę na co najmniej 2-3 lata. Stabilny rozwój przez ten czas mamy zapewniony.

W planach BVT ma teraz wejście na rynek NewConnect. Spółka z emisji pierwotnej pozyskała 800 tys. zł. Akcjonariusze objęli 20 tys. akcji po 40 zł, czyli ośmiokrotnie drożej od ich wartości nominalnej. Dla spółki bardzo ważnym aspektem debiutu jest też wzrost rozpoznawalności firmy wśród inwestorów.

– Na chwilę obecną finansujemy się ze środków własnych, emisji pierwotnej i kredytów. Nie korzystamy z emisji obligacji, ale jesteśmy bardzo mocno nastawieni na rozwój i na pewno w II połowie roku nastąpi moment, w którym będziemy potrzebowali dodatkowych źródeł na zakupy – deklaruje przewodniczący Rady Nadzorczej BVT i prezes spółki Kupiec, do której należy niemal 50-proc. pakiet akcji BVT. 

Władze liczą na to, że debiut spółki odbędzie się jeszcze w maju. Mają nadzieję, że dzięki wejściu na giełdę łatwiej będzie jej pozyskiwać bardzo potrzebne na rynku wierzytelności finansowanie.

Windykacja należności to przede wszystkim bardzo ciekawy biznes, rozwojowy – zachęca Leszek Wróblewski z BVT.Jest bardzo duża podaż pakietów wierzytelności na rynku. Można wybierać, trzeba to jednak robić mądrze, bo są różne oferty, zarówno droższe, jak i tańsze. My staramy się kupować pakiety, które dają nam godziwą stopę zwrotu. 

Mocny dolar uderza nie tylko w amerykańskich eksporterów, lecz także w firmy zadłużone w tej walucie. Po krótkim wahnięciu na skutek komunikatu Fed dolar znów się wzmocnił

CEO Magazyn Polska

Obniżenie prognoz wzrostu dla amerykańskiej gospodarki przez Fed i późniejsze dojście do celu inflacyjnego osłabiło dolara tylko na kilkanaście godzin. Nie oznacza bowiem wcale, że podwyżki stóp w Stanach w tym roku nie będzie, choć po konferencji Janet Yellen analitycy spodziewają się przesunięcia tego ruchu na wrzesień. Mocny dolar szkodzi amerykańskiej gospodarce, a inne banki centralne osłabiają swoją walutę, obniżając stopy.

Stopy procentowe w USA są na rekordowo niskich poziomach od 2008 roku, gdy ich radykalna obniżka pomogła przezwyciężyć kryzys związany z ryzykownymi operacjami międzynarodowych banków. Dziś jednak po tamtej recesji nie ma śladu i amerykańskie PKB rośnie w tempie przekraczającym 3 proc. rocznie. Stopy można by więc podnieść, co od miesięcy obstawiają inwestorzy. Innego scenariusza życzyłyby sobie przedsiębiorstwa.

Jeżeli chodzi o dolara, to mamy dosyć kuriozalną sytuację, dlatego że tylko w ciągu dwóch pierwszych miesięcy roku banki centralne na całym świecie podjęły 23 decyzje o obniżce stóp procentowych, 23 decyzje w styczniu i lutym – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. –  Dlaczego? Dlatego że wszystkie kraje dbają o to, żeby mieć słabą walutę, żeby gospodarka była konkurencyjna. A w Stanach Zjednoczonych jest odwrotnie, mówi się o podwyżce stóp.

Marzec nie przyniósł zmiany trendu, stropy obniżyła m.in. RPP, a w tym tygodniu szwedzki Riksbank.

O ile jednak o podwyżce stóp w USA się rzeczywiście mówi, o tyle komunikaty wydawane przez Fed nie są ją tak jednoznaczne. Wprawdzie po zakończonym 18 marca posiedzeniu zgodnie z oczekiwaniami inwestorów nie pojawiło się słowo „cierpliwie” w zdaniu dotyczącym perspektyw podwyżek stóp, co można by odebrać jako zapowiedź ich przyspieszenia i dolar podrożał. Potem jednak czytelnicy komunikatu dostrzegli, że Fed obniżył prognozy inflacji, która w 2015 roku sięgać ma nie 1,65 proc. jak szacowano w grudniu, a 1,35 proc. W roku przyszłym ma zaś wynosić 1,7, a nie 1,85 proc. Słabszy ma być też amerykański wzrost i PKB może wzrosnąć o 2,5 proc., zamiast 2,8 proc. prognozowanych wcześniej na obecny rok. W rezultacie dolar zaczął słabnąć. To ucieszyło wiele firm na świecie zaniepokojonych ostatnimi posunięciami szefowej Fed.

 Fed zakończyły to drukowanie dolara, poluzowanie ilościowe, a to prowadzi do potężnego umocnienia dolara – przypomina Piotr Kuczyński. – Nic dziwnego, jeżeli rentowność obligacji amerykańskich jest powyżej 2 proc., a obligacji niemieckich – 0,2 proc., to wiadomo, gdzie idą pieniądze. Stąd te umocnienia. Jeżeli chodzi o sytuację zadłużonych w dolarze – bardzo wiele firm na całym świecie ma kredyty dolarowe, to strasznie ona w nie uderza.

Osłabienie amerykańskiej waluty i wsparcie cen surowców okazało się jednak krótkotrwałe. Po kilkunastu godzinach eurodolar był na poziomie sprzed komunikatu.

Perspektywy wzmocnienia dolara nie cieszą zwłaszcza firm w USA. Dla wielu z nich wyższe oprocentowanie kredytów i mocna waluta oznaczałyby gorsze wyniki finansowe.

40 proc. zysków sektora firm, które są w indeksie S&P 500 pochodzi z zagranicy, w związku z tym mocny dolar bardzo w nie bije – zwraca uwagę główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Dobija to też ceny surowców, co wiemy doskonale, ponieważ im silniejszy dolar, tym tańsze surowce. To z kolei uderza w kraje surowcowe, m.in. Brazylię i Rosję, zmniejsza popyt globalny na całym świecie i spowalnia wzrost gospodarczy. Podsumowując, silny dolar nie jest w interesie świata.

Warsaw Enterprise Institute: Samorządowi urzędnicy nie radzą sobie z przepisami. Potrafią zniszczyć lokalną firmę przez złą interpretację prawa

Problemy, jakie powstają tam, gdzie firmy zależne są od decyzji urzędników, należą do najpoważniejszych przeszkód w rozwoju gospodarczym Polski – oceniają eksperci Warsaw Enterprise Institute. Dotyczy to m.in. liczby niezbędnych zezwoleń, czasu oczekiwania na nie, systemu podatkowego i interpretacji przepisów. To problem w wielu gminach, gdzie urzędnicy wydają się nie dostrzegać związku między powodzeniem lokalnych firm i rozwojem regionu.

Niezbędnych zezwoleń jest za dużo, a czas oczekiwania na nie jest zbyt długi. Samorządy nie nadążają za biznesem i potrzebą rozwoju przedsiębiorczości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Wróblewski, publicysta, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute. – Jeden z powodów może być taki, że brakuje bodźców: zbyt mało pieniędzy zostaje w gminie, w zbyt dużym stopniu gminy i samorządy są uzależnione od jałmużny budżetu państwa.

W rezultacie urzędnicy nie dostrzegają powodu, by rozwiązywać problemy biznesu. Jak podkreśla Wróblewski, gdyby więcej pieniędzy podatników zostawało w samorządzie, np. w wyniku zmiany systemu podatkowego, gminy byłyby bardziej zainteresowane pozyskiwaniem przedsiębiorców i rozwijaniem otoczenia dla nich, dzięki czemu wygrywałyby konkurencję z innymi samorządami.

Problemem są liczne zmiany w przepisach, za którymi urzędnikom często trudno nadążyć. Zdaniem Wróblewskiego groźniejsza niż zbyt rygorystyczne prawo jest jednak zła jego interpretacja.

Jest zbyt duża liczba przepisów i zbyt duża arbitralność – urzędnik może interpretować te przepisy w dowolny sposób i nie jest pewien, za co zostanie ukarany, a za co pochwalony – mówi Tomasz Wróblewski.

To powoduje, że nawet przepisy tworzone w najlepszej wierze, jak ustawa o wychowaniu w trzeźwości, która reguluje kwestie zezwoleń na sprzedaż alkoholu, mogą doprowadzić do ruiny firmy i przedsiębiorców nieświadomych absurdów ukrytych w ustawie.

Wiceprezes WEI podaje przykład warszawskiego restauratora Artura Jarczyńskiego, któremu urzędnicy cofnęli zezwolenie na sprzedaż alkoholu w niektórych lokalach.

Na etykiecie sprzedawanego w restauracjach cydru producent napisał bowiem, że zawiera on 4,5 proc. alkoholu, podczas gdy miał prawo sprzedawać trunki o wyższej zawartości alkoholu. Zdaniem śródmiejskich urzędników Jarczyński, oferując klientom ten cydr, złamał ustawę o wychowaniu w trzeźwości. Cofnięte przez nich pozwolenie może oznaczać upadek kilku popularnych restauracji, zwolnienia ich pracowników oraz utratę dochodów podatkowych przez gminę.

– W każdym kraju może się zdarzyć, że urzędnik nie lubi przedsiębiorcy – podkreśla wiceprezes Warsaw Enterprise Institute. – Problem jest taki, że zawsze powinno być jakieś ciało, jeden mądrzejszy urzędnik czy polityk, który na to spojrzy i zastanowi się, czy mi na pewno opłaca się, żeby 2-3 najpopularniejsze atrakcje w mieście zostały zamknięte. Jaki będzie wpływ takiej decyzji na budżet gminy? Czy to nie spowoduje większych perturbacji? To jest właśnie problem ogromnej arbitralności w stosowaniu prawa.

Eksperci podkreślają, że sprawa Jarczyńskiego jest tym bardziej kontrowersyjna, że podobne postępowania w innych miastach i dzielnicach Warszawy kończyły się umorzeniem. Poza tym producent przedstawił badania, które świadczą o tym, że w cydrze – który jako wino z jabłek fermentuje – dopuszczalne są odchylenia +/- 1 proc. w zawartości alkoholu. Nie zostało to jednak uwzględnione przez urzędników.

Nie można wymagać od urzędników, żeby byli wszyscy dalekowzroczni, mądrzy, przewidywalni i dobroduszni, tacy nie będą. Natomiast prawo powinno wykluczać takie przepisy i jasno regulować. Jakby od początku do końca było to powiedziane, urzędnicy by to zawsze sprawdzali, inna byłaby też postawa przedsiębiorcy, który pewnie sam by wszystko sprawdzał – mówi Tomasz Wróblewski. – Taka elastyczność w stosowaniu tego prawa jest największym problemem. Nawet nie rygorystyczne prawo, lecz jego lekkie traktowanie i możliwość różnorakiego interpretowania.

150 tys. urządzeń do elektronicznej płatności za autostrady za pół ceny. Zmniejszą się korki przed bramkami

Kapsch Telematic Services sprzeda 150 tys. urządzeń pokładowych viaAUTO po obniżonej o połowę cenie. Dzięki tej akcji nawet pięciokrotnie może wzrosnąć liczba kierowców aut osobowych płacących elektronicznie za przejazd autostradami. Kapsch chce dotrzeć przede wszystkim do kierowców regularnie korzystających z najszybszych tras.

W ramach akcji promocyjnej chcemy zaoferować użytkownikom 150 tys. urządzeń pokładowych w cenie o połowę niższej. Czyli łącznie, razem z doładowaniem w wysokości 50 zł do wykorzystania, będzie to kosztować 120 zł. Akcja będzie trwała do wyczerpania zapasów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Cywiński, dyrektor generalny Kapsch Telematic Services.

Obecnie tylko ok. 8 proc. kierowców samochodów osobowych płaci elektronicznie za przejazd autostradami zarządzanymi przez GDDKiA. Jest to możliwe w ramach systemu viaAUTO, bliźniaczego do obejmującego pojazdy ciężarowe systemu viaTOLL. O ile jednak system elektroniczny dla aut ciężarowych jest obowiązkowy, o tyle dla kierowcy samochodów osobowych nie, mogą oni płacić za przejazd manualnie.

Zatrzymywanie się przy bramkach w celu wniesienie opłaty powoduje jednak korki na autostradach. Kapsch szacuje, że gdyby wszyscy korzystali z systemu elektronicznego, przepustowość każdego pasa ruchu mogłaby wzrosnąć nawet czterokrotnie: ze 140 do 600 pojazdów na godzinę.

System elektroniczny ma docelowo całkowicie zastąpić manualny pobór opłat, ale nie nastąpi to przed 2018 r. Minister infrastruktury i rozwoju Maria Wasiak zapowiedziała, że dopiero po wygaśnięciu obecnej umowy z Kapschem w 2017 r. będzie możliwe rozszerzenie elektronicznego systemu poboru opłat na wszystkie pojazdy. Innego zdania są eksperci, którzy w ostatnich dniach ostro krytykowali decyzję szefowej MIR.

Na razie Kapsch musi więc działać na rzecz jak najszerszego wykorzystania dobrowolnego dla kierowców aut osobowych systemu elektronicznego.

Kontrakt zobowiązuje nas do działań, które mają na celu zwiększenie stopnia wykorzystania systemu elektronicznego dla samochodów osobowych do ponad 50 proc. W tej chwili na autostradach zarządzanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad jest to jedynie 8 proc. Oceniamy, że po zakończeniu tej akcji ten udział wzrośnie do 30-40 proc., co będzie wyraźnie widoczne w zmianie modelu ruchu na placach poboru opłat – mówi Cywiński.

Akcja ruszy w przyszłym tygodniu. Za urządzenie viaAUTO (które nie jest przypisane do konkretnego samochodu) wraz z doładowaniem w wysokości 50 zł chętni zapłacą tylko 120 zł. Poza promocją cena samego urządzenia to 135 zł. Do tego należy doliczyć doładowanie za minimum 50 zł.

Zakładamy, że około 70 proc. urządzeń dotrze do tych, którzy korzystają z autostrad codziennie. I to bez wątpienia pokaże istotną zmianę modelu ruchu i zmniejszenie dziennych kolejek na autostradach, głównie na autostradzie A4 – podkreśla Cywiński.

Korzyści odczują szczególnie kierowcy na Śląsku. Na autostradzie A4 tworzą się bowiem największe korki, bo choć część przebiegająca przez aglomerację śląską jest darmowa, to kierowcy muszą jednak pobrać bilet (tzw. bilet zerowy), a potem oddać go w punkcie poboru opłat. Dlatego nawet bez ponoszenia kosztów przejazdu, muszą czekać w korkach do bramek.

Decyzja zarządu Kapsch AG była taka, żeby sfinansować połowę tej kwoty, w wysokości 70 zł razy 150 tys. urządzeń. Ale koszty po naszej stronie są wyraźnie wyższe, dlatego że uruchamiamy dodatkowe kanały dystrybucji, zwiększamy sieć dystrybucji, koszty promocji również są po naszej stronie – zaznacza Cywiński.

Po raz pierwszy spółka uruchomi również sprzedaż internetową. Urządzenie viaAUTO będzie można zamówić w sieci, a dostarczone zostanie pocztą.

Poprzednie akcje promocyjne na urządzenia viaAUTO cieszyły się bardzo dużym powodzeniem. Latem ubiegłego roku z inicjatywy MIR-u 5 tys. urządzeń w cenie 100 zł (wraz z doładowaniem) rozeszło się w 3 tygodnie

Polska może wpaść w pułapkę średniego dochodu. Bez reform grozi nam długotrwałe spowolnienie gospodarcze

W Polsce trzeba zwiększyć inwestycje w nowe technologie, tworzyć i promować własne marki oraz usprawniać państwową administrację. Bez tego grozi nam zjawisko zwane przez ekonomistów pułapką średniego dochodu, charakterystyczne dla państw goniących bogatszy Zachód. Oznacza ono długotrwałe i znaczące obniżenie tempa wzrostu gospodarczego.

Pułapka średniego dochodu jest nowym pojęciem – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Pokrywka, wiceprezes Instytutu Kościuszki. – Istnieje wśród ekonomistów spór co do tego, czy rzeczywiście takie pojęcie powinno być stosowane, a jeżeli tak, to czy Polska utknęła na średnim poziomie dochodu. Teoretycznie rzecz biorąc, poziom PKB per capita w Polsce plasuje się powyżej tego progu. W związku z czym można by było zadać pytanie, czy wszystko jest w porządku i czy Polska rozwija się w sposób poprawny w ostatnich latach.

Middle income trap, czyli pułapka średniego dochodu to zjawisko charakterystyczne dla państw rozwijających się i chcących się szybko bogacić. To pewnego rodzaju przegrzanie gospodarki spowodowane tym, że dotychczasowe impulsy rozwoju przestają działać. Ekonomiści zauważyli, że krytycznym momentem było w wielu krajach rozwijających się przekroczenie poziomu dochodu w wysokości 16,7 tys. dolarów na głowę mieszkańca. Polska przekroczyła go w 2010 roku. Potem obserwowano długotrwałe spowolnienie gospodarcze.

Jeżeli popatrzymy na dane statystyczne i porównamy Polskę do krajów regionu albo do całej Unii Europejskiej, to możemy być z siebie dumni, dlatego że w ostatnich kilku latach Polska dokonała ogromnego skoku. Jeżeli jednak porównamy się poziom życia, nie trzeba być ekspertem, żeby dostrzec ogromny dystans, jaki nas dzieli od wysoko rozwiniętych krajów – mówi Pokrywka.

Minister finansów zapowiada, że PKB Polski ma w 2015 roku sięgnąć 71 proc. średniej w Unii Europejskiej. Jak jednak podkreśla ekspert, pułapka średniego dochodu to nie tylko kwestia tempa rozwoju, lecz także jego motorów.

– Ważne jest to, czy wzrost gospodarczy jest generowany przez prostą imitację, przez podwykonawstwo dla zaawansowanych firm zagranicznych, czy może to polskie firmy kreują marki i produkty, które są znane, cenione i kupowane przez ludzi na całym świecie. Niestety, takich przykładów znanych polskich marek, znanych na świecie, jest bardzo mało i można je pewnie policzyć na palcach jednej ręki lub dwóch – tłumaczy Łukasz Pokrywka.

Jego zdaniem w Polsce ryzyko wpadnięcia w pułapkę średniego dochodu istnieje. Są jednak możliwości, by temu zapobiec. Efektem pułapki jest bowiem długotrwałe spowolnienie gospodarcze.

Przede wszystkim trzeba zmienić politykę gospodarczą – przekonuje wiceprezes Instytutu Kościuszki. – Polska nie może przyciągać inwestorów tylko tanią siłą roboczą, dlatego że jest więcej krajów, które są konkurencyjnych kosztowo. Nie ma prostego rozwiązania, jak przejść na inny poziom wzrostu gospodarczego. Mówi się o większych wydatkach na badania i rozwój, jednak nie można dosypywać więcej pieniędzy do nieefektywnego i nieszczelnego systemu edukacji, który jest oderwany od gospodarki i nieefektywny.

Kolejne potrzebne zmiany to usprawnienie kwestii instytucjonalnych – przepisów, systemu podatkowego, administracji i instytucji publicznych.

Najlepszym scenariuszem, którego realizacja pozwoli uniknąć wpadnięcia w pułapkę średniego dochodu, jest gruntowna reforma administracji publicznej, ale nie rewolucja – zaznacza Łukasz Pokrywka. – Chodzi o ewolucyjne zmiany, które być może z poziomu urzędniczego wydają się drobne i nieistotne, ale z punktu widzenia codziennego prowadzenia biznesu są kluczowe, ponieważ zmniejszają nakład czasu, pieniędzy i energii ludzi, którzy kreują wzrost gospodarczy albo przynajmniej powinni go kreować.

Provident chce w tym roku obsłużyć ok. miliona klientów

Provident jest już liderem na rynku pożyczek pozabankowych udzielanych w sposób tradycyjny i tylko w zeszłym roku obsłużył 850 tys. osób. Celem na ten rok jest przekroczenie poziomu miliona klientów. Spółka chce w tym roku rozwijać sprzedaż pożyczek przez internet. Do pożyczek pozabankowych zachęcać będzie regulacja rynku, która niebawem powinna trafić do parlamentu.

W zeszłym roku osiągnęliśmy ogromny sukces, o czym świadczy, po pierwsze, rozpoznawalność marki na poziomie powyżej 90 proc., po drugie, obsługa rekordowej liczby klientów, aż 850 tysięcy osób. Chcielibyśmy, żeby liczba klientów w tym roku wzrosła. Może w najbliższym czasie uda nam się zdobyć nawet milion klientów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Alicja Kopeć, członek zarządu Provident Polska.

Jak podkreśla Alicja Kopeć, dzięki takiej liczbie klientów Provident jest zdecydowanym liderem rynku pożyczek pozabankowych. Na rynku pożyczek internetowych spółka ma słabszą pozycję, bo działalność w tym segmencie rozpoczęła dopiero kilka miesięcy temu. Między innymi dzięki rozwojowi segmentu pożyczek internetowych Provident liczy na to, że wyniki w tym roku będą co najmniej tak samo dobre jak w poprzednim. Poza pożyczkami internetowymi spółka wprowadziła w zeszłym roku także ofertę dla małego biznesu oraz pożyczki miesięczne.

Nasze produkty to nie są tzw. chwilówki. One są udzielane za mniejszą cenę i na dłuższy okres. To jest produkt, który cieszy się dużym zainteresowaniem. Stworzyliśmy też produkt dla przedsiębiorców, jesteśmy na początku sprzedaży tej linii produktowej i mam nadzieję, że ona też będzie sukcesem – ocenia Kopeć.

Dodaje, że w kolejnym roku sytuacja na rynku pożyczek pozabankowych może ulec dużej zmianie ze względu na nową ustawę, nad którą prace trwają od kilku lat. Jeśli ustawę uda się przyjąć jeszcze w tej kadencji Sejmu, może ona wejść w życie w pierwszej połowie 2016 r.

– Zwiększy ona reputacje rynku pozabankowych pożyczek gotówkowych. My w pełni tą regulację popieramy – podkreśla Kopeć. – Po pierwsze, wprowadzi limitowanie kosztów, a nie tylko odsetek, co jest bardzo prokonsumenckie. Jednocześnie da KNF i UOKiK narzędzia, które zapobiegną takim aferom, jak Amber Gold, które, niestety, zepsuły reputację rynku, który nie ma nic wspólnego z tego typu działalnością.

Proponowana przez resort finansów nowa ustawa ma m.in. ustalić limit kar i opłat pobieranych przez firmy pożyczkowe. Poziom ten będzie wynosił 55 proc. kosztów pożyczki. Ma ona także ograniczyć liczbę bardzo drogich pożyczek udzielanych na krótki czas, tzw. chwilówek.

Kopeć podkreśla, że prace nad ustawą były prowadzone w sposób uwzględniający potrzeby zarówno klientów, jak i pożyczkodawców. Provident od początku był w nie mocno zaangażowany. Za stworzenie przejrzystej, odpowiedzialnej i bezpiecznej oferty pożyczkowej dla klientów indywidualnych i małych firm spółka została wyróżniona tytułem Finansowa Marka Roku 2014, które Providentowi przyznała „Gazeta Finansowa”.

Producenci mięsa drobiowego chcą sprzedawać produkty głównie pod swoimi markami

Sieci super- i hipermarketów oraz dyskonty zwiększają udziały marek własnych w sprzedaży. Wytwarzaniem tego rodzaju produktów na ich zlecenie zajmują się najczęściej producenci mający w ofercie również swoje, markowe wyroby. Część wytwórców świadomie ogranicza jednak przyjmowanie zamówień w segmencie marek własnych. Uzasadniają to możliwością pełnej identyfikacji produktu, aż do momentu sprzedaży konsumentowi.

Wszystkie sieci handlowe starają się czymś oryginalnym wyróżnić: w ubiegłym roku głównym elementem, który lansowano trochę na siłę, była świeżość wyrobów oraz dostępność i szerokość oferty – wskazuje Ryszard Waśniewski, dyrektor zarządzający w Indykpol Brand Management, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria podczas Poland & CEE Retail Summit. – Dzisiaj mówi się też o niskich cenach: wyroby markowe, świeże i relatywnie wysokiej jakości, powinny być tak samo tanie, jak te niemające marki.

Dziś klienci są coraz bardziej świadomi. Liczy się dla nich już nie tylko cena, lecz także takie wartości, jak zdrowie, sposób odżywiania oraz wygoda dokonywanych zakupów.

Sieci w coraz większym stopniu wykorzystują informację na temat klienta – zauważa Waśniewski. – Wynika z nich, że dzisiaj jest on coraz bardziej zamożny, świadomy i wyciąga wnioski. Pojawiają się trzy podstawowe kategorie: zdrowie, sposób odżywiania, wygoda, czyli możliwość robienia zakupów blisko i często. To potrzeby, na które detaliści starają się odpowiedzieć. My dostarczamy wyroby, które są dobre, zdrowe, a jednocześnie w cenach pozwalających na ich kupno bez ponoszenia astronomicznych kosztów.

Sieci handlowe coraz częściej stawiają na marki własne. Najczęściej produkcją zajmują się firmy, które produkują również własne markowe produkty. Jak podkreśla Waśniewski, tylko w nielicznych przypadkach sieci inwestują we własne fabryki.

Dzisiaj niewiele sieci, w zaledwie kilku krajach ma jednocześnie własne fabryki. Najbardziej efektywnym sposobem obsługi klienta i sposobem na dostarczanie szerokiego portfolio produktów jest specjalizacja – twierdzi Ryszard Waśniewski.

Zdaniem Waśniewskiego tzw. integracja pionowa, w której sieć handlowa posiada własne zakłady produkcyjne, systemy dystrybucji oraz sklepy, nie daje tak znaczącej jak kiedyś przewagi konkurencyjnej. Podkreśla, że Indykpol, jako producent, nie jest zainteresowany rozwojem integracji pionowej w zakresie zaopatrzenia i dostarczania klientom wyrobów.

Jako lider produkcji mięsa drobiowego w Polsce staramy się utrzymać to, co jest dla nas najważniejszą zaletą: brand, czyli markę – podkreśla Waśniewski. – Nie wytwarzamy dużych ilości artykułów niemarkowych, stanowią one około 20 proc. produkcji. Brand powoduje, że mamy pełną identyfikację produktu od jaja, przez własne pasze, które sami wytwarzamy, aż po sam produkt. W efekcie dostarczamy klientowi polski produkt polski, a konsument może być pewien, że kupując takie wyroby, otrzyma to, czego naprawdę oczekuje.

Według opublikowanego w październiku ubiegłego roku raportu firmy badawczej Nielsen prawie co czwarta złotówka wydana na artykuły codziennego użytku przeznaczana jest przez konsumentów na produkty sprzedawane pod marką własną sieci handlowych. Według analityków to właśnie tego rodzaju artykuły odpowiadają za wzrost sprzedaży towarów konsumpcyjnych odnotowany w trakcie poprzedzających badanie dwunastu miesięcy. Konsumenci wydali na nie ogółem 21 mld zł, czyli o 2,8 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej.

Polacy szukają zdrowych dżemów, sosów i soków

Polacy zwracają coraz większą uwagę na skład przetworów owocowych i warzywnych, wybierając te bardziej naturalne. Wiodąca na tym rynku Agros-Nova reaguje na zmieniające się nawyki konsumentów, wprowadzając zdrowe produkty. Zwiększa też swoją aktywność w internecie i komunikację z klientem, bo konsumenci coraz częściej przy wyborze danego produktu kierują się wizerunkiem jego producenta. W grudniu spółka sprzedała niektóre marki Maspeksowi, ale nie wpływa to na strategię i planowane nowości.

Ostatni rok był potwierdzeniem naszej silnej pozycji w kategoriach, w których jesteśmy na pierwszym albo na drugim miejscu. Ugruntowaliśmy pozycje wdrażanych nowości rynkowych, które są zgodne z obecnie panującymi trendami konsumenckimi. Są to wdrożenia dosyć odważne, ale z dużym naciskiem na zdrowy produkt, który jest słodzony sokiem jabłkowym, oraz na informowanie konsumenta o jakości wsadu owocowo-warzywnego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria podczas Poland & CEE Retail Summit Karolina Karolczak, dyrektor marketingu handlowego, Agros-Nova.

Karolczak podkreśla, że produkty zdrowe i wysokiej jakości cieszą się teraz dużym powodzeniem, bo Polacy są coraz bardziej świadomymi konsumentami. Czytają etykiety i wybierają produkty, które są lepszej jakości. Na przykład w przypadku dżemów rosnąca liczba konsumentów zwraca uwagę na to, czy są one słodzone cukrem czy sokami owocowymi. Z kolei w przypadku sosów, np. keczupu, Polacy sprawdzają, ile jest w nich warzyw.

Dzięki reagowaniu na te trendy Agros-Nova w tym roku zamierza utrzymać pozycję lidera w tych segmentach, w których już teraz jest największą firmą. Zgodnie z informacjami umieszczonymi na stronie internetowej spółki, jest ona liderem w kilku segmentach: dżemów, sosów gotowych i koncentratów zup.

Dalej będziemy umacniać naszą pozycję lidera w tych kategoriach – zapewnia Karolczak.

Na plany spółki nie ma wpływu na razie przejęcie niektórych marek w grudniu ub.r. przez wadowicki Maspex. Transakcja objęła m.in. marki Łowicz, Krakus, Kotlin czy Tarczyn. Agros-Nova nadal będzie właścicielem zakładu i centrum logistycznego w Tymienicach (dwa pozostałe zakłady trafią do Maspeksu) oraz marek soków Fortuna, Garden i Pysio. Po sprzedaży marek Maspeksowi Agros-Nova informowała, że będzie szukała możliwości rozwoju w segmencie soków, w tym również poprzez akwizycje.

Czekamy na decyzję UOKiK-u. Wszystkie działania prowadzimy torem wcześniej zaplanowanym. Dla nas I połowa roku to czas wdrożenia nowości. Mamy premiery w wielu kategoriach, w których jesteśmy liderem, i w produktach dżemowych, i w sosach – zapowiada Karolczak.

Dodaje, że duże znaczenie dla spółki ma też e-commerce oraz działania promocyjne prowadzone w sieci. Wynika to również ze zmiany zachowań konsumentów. Coraz częściej zwracają oni uwagę na wizerunek i obecność danej marki w sieci. Polacy, jak zaznacza Karolczak, utożsamiają produkty na półkach w sklepach z tym, jak wizerunek danej marki kreowany jest w internecie.

Darmowe gry mobilne dają zarobić. Polscy producenci gier stawiają na ten segment

Segment gier mobilnych rozwija się szybciej niż tradycyjnych, dlatego na te produkty stawiają polscy producenci. Szczególnie perspektywiczny jest rozwój gier free to play, które oferują darmową rozrywkę. Odpowiadają one za ponad 90 proc. przychodów z gier mobilnych.

Rynek gier tradycyjnych rośnie niesamowicie szybko, ale jeszcze szybciej rośnie segment gier mobilnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games. – Gry free to play stanowią w sumie ponad 90 proc. przychodów z gier mobilnych. W dużej mierze jest to zasługa Azji, która realizuje ponad połowę globalnych przychodów z rynku gier mobilnych.

Gry free to play dostępne są wprawdzie bezpłatnie, ale zysk przynoszą oferowane ich miłośnikom dodatki, które zwiększają atrakcyjność rozgrywki. Gracze mogą za pieniądze poprawić np. umiejętności czy moce swego awatara lub zakupić mu wirtualne wyposażenie.

Na tego typu produkty stawiają również polscy producenci. Firma Vivid Games, dostrzegając potencjał tego rynku, zamierza walczyć o zwiększenie w nim swego udziału.

 Mamy nową strategię – potwierdza Remigiusz Kościelny. – Będziemy publikować i produkować gry typu free to play. To nie jest nowe, natomiast będziemy to robić na większą skalę. Oprócz produkcji gier własnych rozpoczynamy również program publikacji gier zewnętrznych. Dzięki temu będziemy w stanie wydawać znacznie więcej gier rocznie niż do tej pory.

Rynek gier free to play jest sporym wyzwaniem dla firm, które specjalizowały się w tradycyjnych formach. Prezes Vivid Games jest jednak dobrej myśli.

Dopiero uczymy się zachowań graczy, bo zaledwie od połowy roku nasze gry dostępne są za darmo. Obserwujemy ten rynek od dłuższego okresu czasu i jesteśmy blisko tych trendów. Już teraz na bazie naszych obserwacji i doświadczeń budujemy i implementujemy coraz to nowsze i lepsze rozwiązania do gier, które produkujemy – mówi Kościelny.

W planach Vivid Games ma produkcję nowych tytułów. Oprócz oferowanego już graczom „Kick Boxingu” szykuje „Street Fighting” i „Real Casino”, które trafią na rynek w przyszłym roku. Stawia też na promocję i pozyskiwanie użytkowników, chce rozwijać technologie, inwestować w IP i nie wyklucza też akwizycji.

Spółka ma dobrą pozycję startową, bo w zeszłym roku osiągnęła bardzo dobre wyniki. Niemal podwoiła przychody ze sprzedaży, które przekroczyły 15 mln zł. Jej zysk netto był prawie czterokrotnie wyższy niż w 2013 roku, przekraczając 2,7 mln zł. Stąd o finansowanie przyjętej strategii nie musi się raczej martwić.

Będziemy ją finansować częściowo ze środków własnych, jednak obecność na tak konkurencyjnym rynku mobilnym wymaga również istotnych nakładów, na przykład na promocję i marketing – ocenia prezes Vivid Games. – W związku z tym zadecydowaliśmy, że w tym roku będziemy emitować akcje na NewConnect. Nastąpi to już w kwietniu, będzie to emisja w wysokości od 7 do 10 milionów.

W drugiej połowie roku Vivid Games zamierza przenieść się na rynek główny GPW. Na rynku alternatywnym spółka notowana jest od sierpnia 2012 roku. Jej akcje podrożały w tym czasie już siedemnastokrotnie.

Własne konto bankowe uczy dzieci gospodarowania pieniędzmi

Dzięki kontom bankowym i kartom przedpłaconym dla najmłodszych dziecko może mieć stały dostęp do pieniędzy, dysponując jednak wyłącznie sumą wyznaczoną przez rodziców. Jest to przydatne zwłaszcza podczas wyjazdów, gdy dziecko jest z dala od rodziców. Konta bankowe to także dobry sposób na naukę oszczędzania i gospodarowania kieszonkowym.

Produkty i usługi finansowe, z których mogą korzystać dzieci, cieszą się rosnącym zainteresowaniem wśród polskich rodziców. Coraz więcej osób przekonuje się do tego, że należy umożliwić dzieciom korzystanie z tego typu usług, aby ułatwić im codzienne funkcjonowanie. Rodzice są zainteresowani przede wszystkim kontami bankowymi dla swoich pociech. Na konto mogą oni łatwo wpłacić lub przelać pieniądze z kieszonkowego. Dzięki usłudze stałego zlecenia z konta rodziców dziecko będzie otrzymywało pieniądze w ściśle wyznaczonych odstępach czasu. Konto bankowe jest gwarancją bezpieczeństwa pieniędzy, gotówkę dziecko łatwo może bowiem zgubić lub stracić w wyniku kradzieży. Jest to także okazja do edukacji finansowej dzieci.

– Konto daje możliwość nauki. Dziecko może spróbować, jak zarządza się swoimi pieniędzmi, część odkładając na rachunek oszczędnościowy, część zostawiając na bieżące wydatki. W oszczędzaniu pomagają np. takie programy, jak Smart Saver – przelewając pieniądze albo płacąc za coś w sklepie, można sobie ustalić, że część kwoty tej transakcji będzie trafiała automatycznie na konto oszczędnościowe – mówi Piotr Utrata, rzecznik prasowy ING Banku Śląskiego, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Do konta zazwyczaj wydawana jest karta debetowa, którą można posługiwać się w bankomatach oraz w sklepie. W wielu bankach otwarcie i prowadzenie konta dla dziecka jest bezpłatne. W okresie ferii i wakacji szkolnych dużym zainteresowaniem cieszą się karty przedpłacone. Działają one podobnie jak karta prepaidowa do telefonu. Żeby móc z niej skorzystać, trzeba najpierw wpłacić pieniądze. Umowę z bankiem podpisuje rodzic lub opiekun ustawowy dziecka i to on wpłaca odpowiednią kwotę pieniędzy.

– Karta przedpłacona daje możliwość wypłaty pieniędzy z bankomatu, płacenia w sklepie, bo to jest zwykła karta, na którą wcześniej rodzic wpłaca określoną kwotę. To bardzo popularna usługa w okresie wakacyjnym, kiedy dziecko wyjeżdża na kolonie albo na obóz. Koncentrujemy się na takich profitach, korzyściach finansowych z oferowania i posiadania konta osobistego, ale można w ciekawy i innowacyjny sposób korzystać z różnych produktów, które są związane z kontem, np. kart – mówi Piotr Utrata.

Banki proponują karty, które nakleja się na telefon, klucze lub breloczki do kluczy. Za ich pomocą można wypłacać zbliżeniowo pieniądze w bankomacie lub płacić w sklepie. Karty tego typu przeznaczone dla dzieci mają najczęściej zabawny kształt lub wesołą kolorystykę. Dzieci biegle posługują się obecnie smartfonami i tabletami, dlatego większość banków oferuje dostęp do bankowości internetowej. Dzięki temu dziecko posiadające konto bankowe może w każdej chwili sprawdzić jego stan lub wykonać przelew. Ta ostatnia operacja musi zostać jednak zatwierdzona przez rodziców.

– Od niedawna w Polsce jest usługa, która polega na tym, że można płacić za pomocą telefonu. Płacimy wówczas, podając nie PIN, lecz kod, który generuje nam telefon. W ten sposób płacimy w sklepie albo wypłacamy pieniądze z bankomatu. Myślę, że to atrakcyjna forma, bo częściej zdarza nam się zapomnieć portfela niż telefonu. To nie tylko rozwiązanie dla dorosłych, lecz także dla dzieci – mówi Piotr Utrata.

Posiadanie konta bankowego przez dzieci może się też przyczynić do oszczędności. Większość kont jest oprocentowana, dzięki czemu dziecko może choć trochę powiększyć otrzymaną od rodziców kwotę. Konto przyczynia się także do bardziej racjonalnych zakupów, pozwala bowiem kupować w sklepach internetowych, gdzie produkty są najczęściej tańsze niż w sklepach stacjonarnych.

Polacy lubią czytać o problemach znanych osób. Wykorzystują to media i tworzą artykuły viralowe

0

 

Polskie media upodobały sobie artykuły viralowe. Ich celem jest zainteresowanie czytelnika do tego stopnia, że będzie on śledził kolejne materiały na dany temat i przesyłał je znajomym. Autorzy tego typu tekstów wykorzystują przede wszystkim zamiłowanie Polaków do czytania o znanych osobach. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy największą popularnością cieszyły się teksty dotyczące prywatnego życia Justyny Kowalczyk, Adama Małysza czy Kamila Durczoka.

W terminologii medialnej określenie „artykuł viralowy” pojawiło się kilka lat temu. Nazwa pochodzi od angielskiego słowa „viral”, czyli „wirusowy”. Jest to pojęcie mieszczące w sobie różne gatunki dziennikarskie: materiał viralowy może być reportażem, sprawozdaniem, wywiadem, a nawet raportem. Musi dotyczyć nośnego medialnie tematu, którym aktualnie żyje większa część społeczeństwa. Jego celem jest dotarcie do grupy odbiorców, pośród których będzie się rozprzestrzeniał. Materiały viralowe występują we wszystkich rodzajów mediów, szczególnie mocno są jednak związane z internetem.

– Artykuł viralowy to nic innego jak materiał, który ma przyciągnąć uwagę odbiorcy na tyle, na ile praktycznie go zarazi. Jak sama nazwa wskazuje, to jest wirus.Czytelnik będzie na tyle mocno go przeżywał, że jak kogoś przy najbliższej okazji spotka, to mu o tym powie i prześle mu link – mówi agencji Newseria prof. dr hab. Kazimierz Wolny-Zmorzyński, medioznawca.

Artykuły viralowe bazują m.in. na fakcie, że Polacy lubią czytać o problemach osobistych znanych osób, zwłaszcza jeśli problemy te dotyczą zdrowia psychicznego. Czytelnicy nie traktują takich tekstów jako plotki rodem z tabloidu, lecz jako istotne doniesienie prasowe. Kilka miesięcy temu ogromne zainteresowanie odbiorców zyskały materiały na temat depresji Justyny Kowalczyk. Zdaniem ekspertów większość czytelników utożsamiała się z polską narciarką, pokazała ona bowiem, że nie jest tak silna psychicznie, jak przypuszczano. Stała się przez to bliższa przeciętnemu czytelnikowi.

Czytelnicy zastanawiali się także, co się stało, że Adam Małysz nie ukończył rajdu Paryż-Dakar. Nawet można to sprawdzić po kliknięciach. Szukali przyczyny: czy problem z samochodem, czy może jakiś kryzys rodzinny? Przykładów pewnie można by mnożyć. Takim wirusem, który zaraził wszystkich, był ostatnio materiał dotyczący redaktora Kamila Durczoka. Niestety, prawdą jest to, że czyjeś nieszczęście nas wzmacnia. Nie tylko mnie nie wychodzi, lecz także komuś silniejszemu i podawanemu za wzór, więc i ja się lepiej czuję – mówi prof. dr hab. Kazimierz Wolny-Zmorzyński.

Podstawą artykułu viralowego, obok nośnego tematu, jest tytuł i lead. Mają one być tak skonstruowane, aby przykuć uwagę czytelnika i trzymać w napięciu do końca tekstu. Aby to osiągnąć, autor powinien stosować krótkie zdania i plastyczny, barwny język, co pomoże odbiorcy wyobrazić sobie opisywaną historię. Należy także unikać takich przymiotników, jak piękny, wspaniały, smakowity, rewelacyjny, bo takie określenia same nasuwają się odbiorcy, który po przeczytaniu danego materiału odkłada go i jeszcze chce wracać do niego. Dobrze jest także uzupełnić tekst fotografią. Dziennikarz piszący artykuł viralowy musi odznaczać się dużą spostrzegawczością, a także mieć zmysł obserwacji i znać się na ludzkiej psychice, tak aby móc wpływać na uczucia czytelnika.

– Twórca takiego materiału musi sam być na tyle silny i bezpieczny, żeby nie ulegać tej sensacji. Bo ten viral, ten wirus polega właśnie na tym, że im bardziej jest on sensacyjny, tym lepiej, bo wtedy bardziej to trafi do odbiorcy. Trzeba nad tym panować. Wprawdzie temat może załatwić wszystko i być połową sukcesu, dziennikarz odniesie sukces, publikując odpowiedni temat, czy to w prasie, czy w radiu, czy w telewizji, odpowiednio montując program telewizyjny czy audycję radiową, odpowiednio pisząc artykuł. Ale jak nie będzie panował nad niektórymi faktami, nie wyważy ich, to może ten temat spalić – mówi prof. dr hab. Kazimierz Wolny-Zmorzyński.

Zdaniem ekspertów polskie media wyraźnie zmierzają w kierunku materiałów viralowych. Jest to widoczne nie tylko w portalach internetowych, dla których najważniejsza jest klikalność artykułów, lecz także w serwisach informacyjnych, zarówno prasowych, jak i telewizyjnych.

Popołudniowy komentarz walutowy z 19.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 19.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Co motywuje nas do zmiany pracy?

Jak wynika z badania Pracuj.pl Specjaliści na rynku pracy czynnikami motywującymi specjalistów do podejmowania nowych wyzwań zawodowych są przede wszystkim zarobki oraz możliwość rozwoju zawodowego i atmosfera pracy. Wielu badanych deklarowało, że czuje się niedocenianych w obecnej pracy i jest to dla nich poważny impuls do rozglądania się za nowym pracodawcą. Najmniej skorzy do zmiany pracodawcy są pracownicy IT, z kolei aż 30% osób zajmujących się sprzedażą i obsługą klienta chętnie dokonałoby takiej zmiany w swoim życiu zawodowym w ciągu roku.

 Co nas skłania do zmiany pracy?

 Z badania wynika, że specjalistów do zmiany pracy motywują dwa podstawowe czynniki – są to zarobki, ważne dla 60% respondentów, oraz brak możliwości rozwoju, awansu – mobilizujące do zmiany pracy 57% badanych. Kolejnym, wskazanym przez respondentów aspektem, było poczucie niedocenienia w pracy, na które wskazało 43% badanych. Jedna czwarta zmienia nie tylko pracę ale i branżę, i właśnie chęć takiej zmiany jest dla 23% osób powodem, dla którego poszukują nowych obszarów zawodowych. Dla 12% badanych kwestia niemożności pogodzenia życia zawodowego z prywatnym była czynnikiem mobilizującym do zmiany pracodawcy.

Zarobki czy rozwój zawodowy?

Przedstawiciele niemal wszystkich branż jako najbardziej motywujący do zmiany pracy aspekt wymieniają zarobki. Jedynie dla specjalistów IT są one na drugim miejscu –po rozwoju zawodowym (66% wskazań na rozwój vs 63% na zarobki). Wśród respondentów w wieku 26-30 lat, zarobki i brak możliwości rozwoju czy awansu to równorzędne czynniki skłaniające do dokonania zmian w życiu zawodowym  (po 65% wskazań). Natomiast wśród osób z kolejnej grupy wiekowej, czyli 31-40 lat, rozwój i awans są kluczowe – na ten czynnik wskazało 60% respondentów, podczas gdy zarobki miały 58% wskazań. Osoby z wyróżnionych grup wiekowych zdają sobie sprawę, że są w takim momencie kariery, w którym bardzo ważne jest inwestowanie w rozwój, który wraz ze stażem pracy, przekłada się na wyższe zarobki.

Duży wpływ na wybór czynnika motywującego do poszukiwania nowych wyzwań zawodowych ma także poziom wykształcenia. W przypadku osób z wyksztalceniem wyższym, zarobki i możliwość rozwoju miały niemal tę samą wagę. W przypadku osób z dyplomem MBA zdecydowanie rozwój i awans są aspektem kluczowym – tak wskazało 51% badanych, podczas gdy na zarobki 40% respondentów. Także osoby z wykształceniem podyplomowym stawiają na rozwój – jest on istotny dla 61% respondentów, podczas gdy zarobki dla 55% pracowników z tej grupy.

Specjaliści najbardziej zdeterminowani do szukania pracy

Najbardziej zdeterminowani do zmiany pracodawcy są specjaliści zajmujący się marketingiem, reklamą i PR – w tym gronie 60% pracowników twierdzi, że szuka pracy, a 29% z nich chce tę pracę zmienić w ciągu najbliższego roku. Tuż za nimi plasują się specjaliści ds. sprzedaży i obsługi klienta, wśród nich 56% szuka nowej pracy, a na jej zmianę w ciągu roku liczy 32% deklarujących się jako poszukujący nowej pracy.

Spośród analizowanych grup najmniej chętni do zmiany pracodawcy są specjaliści IT – w tej branży mniej niż połowa (48%) osób bierze pod uwagę zmianę w życiu zawodowym i tylko 25% nastawia się na zmianę pracy w ciągu roku.

Co decyduje o wyborze pracodawcy?

 Najważniejsze trzy czynniki, które są przez badanych brane pod uwagę przy wyborze nowego pracodawcy, to wyższe zarobki – ważne dla 74%  badanych, szkolenia i możliwość rozwoju – na ten aspekt wskazało 54% respondentów, oraz dobra atmosfera pracy istotna dla połowy osób biorących udział w badaniu. Co ciekawe, na równowagę między życiem zawodowym a prywatnym wskazało 37% osób. Czyli, jak wynika z badania, nie jest to czynnik najbardziej motywujący do opuszczenia obecnego pracodawcy, jednak ważny przy wyborze nowej pracy. Respondenci proszeni o wybranie tylko jednego kluczowego powodu decydującego o wyborze konkretnego pracodawcy, wskazali na zarobki (54%), na drugim miejscu uplasowała się możliwość rozwoju zawodowego (30%).

 

Źródło: badanie Pracuj.pl „Specjaliści na rynku pracy”, przeprowadzone przez Pracuj.pl metodą ankiety dostępnej online na grupie 4656 osób z min. 2-letnim doświadczeniem na rynku pracy, październik 2014.

Cytowanie wyników badania tylko za podaniem źródła: Badanie Pracuj.pl Specjaliści na rynku pracy

WIOSENNE PORZĄDKI NA WIELKANOC

Z tegorocznego badania PAYBACK Opinion Poll, wynika, że 66% Polaków rozpocznie przygotowania do Wielkanocy od wiosennych porządków. Co drugi Polak na zakupy wielkanocne wyda od 200 do 500 zł. 28% osób deklaruje, że wyda mniej niż w poprzednich latach. Natomiast 66% ankietowanych zamierza oszczędzać na przedświątecznych zakupach. Po produkty na świąteczny stół udamy się głównie do hipermarketów i dyskontów. Ponad połowa Polaków zamierza wesprzeć w tym czasie najuboższych.

Polacy lubią sprzątać!

66% ankietowanych planuje zacząć porządki z początkiem wiosny. Ponad połowa respondentów (53%) uważa tą czynność za przyjemną. Prawie wszyscy będą sprzątać sami lub z rodziną. Najważniejsze wiosenne „misje” to gruntowne wysprzątanie mieszkania (43%), auta (41%) i odświeżenie szafy oraz garderoby (46%). To panie (63%) raczej niż panowie (33%) wybiorą się na zakupy w poszukiwaniu nowych ubrań. Wiosenne porządki wg kobiet, to również czas zadbania o siebie, dlatego planują zainwestować w zabiegi pielęgnacyjne (30%), zajęcia ruchowe (36%) i kulturalne(22%). Panowie z zadań wiosennych najbardziej lubią sprzątanie auta (24%). Jednogłośnie zarówno dla pań, jak i panów najmniej lubianym punktem wiosennych porządków jest mycie okien (36% kobiet, 40% mężczyzn).

76% zapytanych przez PAYBACK respondentów deklaruje, że chemię gospodarczą kupi w hipermarketach i dyskontach. Z usług sklepów online oraz dostawy bezpośrednio na wskazany adres skorzysta zaledwie 2% osób. Poziom wydatków na artykuły czyszczące jest taki sam jak w 2014 roku[1]. 31% ankietowanych wyda na chemię gospodarczą od 51 do 100zł. Prawie połowa natomiast zainwestuje więcej niż 100zł.

Rodzinny czas

Najważniejszą wartością świąt wielkanocnych dla większości Polaków jest czas spędzony z rodziną (70%). Przy stole Wielkanocnym zasiądziemy przeważnie w gronie najbliższych (74%), we własnym domowym zaciszu (64%), z więcej niż pięcioma osobami (50%). Dla co drugiej ankietowanej osoby wymiar religijny jest bardzo istotny. Dodatkowo 32% zapytanych uznaje, że Wielkanoc, to doskonały czas na wypoczynek.

Świąteczne wydatki

Na wielkanocne zakupy spożywcze co drugi Polak zamierza przeznaczyć podobną sumę jak w roku ubiegłym- od 200 do 500zł. 28% osób deklaruje, że wyda mniej niż w poprzednich latach.[2] Poza artykułami spożywczymi, kupimy również akcesoria świąteczne: palemki oraz kwiaty ozdobne(50%), słodycze ze świątecznych edycji (63%) oraz akcesoria do dekorowania pisanek (44%). Słabnie popularność kartek świątecznych. W tym roku wyśle je 40% ankietowanych, to o 6 punktów procentowych mniej niż w 2014.

Sprawdzone metody Polaków na oszczędzanie

Z przeprowadzonej ankiety wynika, iż dwie na trzy osoby stara się oszczędzić na zakupach wielkanocnych. Najpopularniejszym sposobem jest przygotowanie listy niezbędnych rzeczy i ścisłe jej przestrzeganie w markecie, sklepie czy to na bazarku (63%). Innymi metodami są  korzystanie z wyprzedaży i promocji (56%); wykorzystanie punktów zebranych w programach lojalnościowych (28%); kupowanie tańszych produktów np. marki własnej sklepu (44%); rozłożenie wydatków w czasie (41%); unikanie kuszących ofertami miejsc i sytuacji (19%); zaopatrzenie się w mniejszą ilość rzeczy, za to markowych (15%).

 

Wolę pomóc, niż znaleźć się w takiej sytuacji

Ponad połowa osób wesprze uboższych w okresie około świątecznym. Przeważnie kupi konkretne produkty ze sklepów (48%) lub marek (40%) biorących udział w specjalnych akcjach charytatywnych. Co trzecia osoba przekaże datki pieniężne, a co czwarta przygotuje paczki z żywnością. 6% osób natomiast przekaże punkty zebrane w programach lojalnościowych na dane organizacje lub akcje charytatywne.

[1] Wg wyników ankiety nt. wielkanocnych wydatków Polaków przeprowadzonej w 2014 roku w ramach PAYBACK Opinion Poll. Kolejne dane dot. zeszłego roku podano także na podstawie wyników tejże ankiety.

[2] W tegorocznej ankiecie umożliwiono odmowę udzielenia odpowiedzi na pytanie dot. kwoty przeznaczonej na produkty spożywcze. Z opcji tej skorzystało 12% ankietowanych.

NIK wzmacnia współpracę z Państwową Inspekcją Pracy

Najwyższa Izba Kontroli będzie współdziałać z Państwową Inspekcją Pracy w zakresie przestrzegania uprawnień pracowniczych i prawa pracy. Prezes Krzysztof Kwiatkowski w czasie spotkania z Iwoną Hickiewicz, Głównym Inspektorem Pracy, zadeklarował, że Izba będzie badać, jak wygląda dziś zatrudnienie pod kątem zawieranych umów w jednostkach sektora finansów publicznych.

Iwona Hickiewicz przedstawiła najważniejsze problemy rynku pracy. W ocenie PIP sytuacja nie wygląda dobrze. Kodeks Pracy, tworzony na początku lat siedemdziesiątych, mimo 80 nowelizacji nie przystaje do rzeczywistości. Pisany był w warunkach innej gospodarki i dzisiaj nie blokuje skutecznie patologii na rynku pracy.  Pozostawia dowolność w interpretowaniu przepisów, co powoduje zbyt dużą swobodę w kształtowaniu umów. Państwowa Inspekcja Pracy uważa więc, że Kodeks Pracy powinien zostać napisany na nowo.

Zdaniem Głównego Inspektora Pracy poważnym problemem jest narastające zjawisko zatrudniania na postawie umów cywilnoprawnych. Pracodawcy coraz częściej preferują umowy zlecenie, umowy o dzieło lub samozatrudnienie, a pracownicy zgadzają się na takie warunki, chcąc utrzymać pracę. Tymczasem podejmując zatrudnienie w innej formule niż stosunek pracy, pozbawieni są wielu uprawnień ochronnych, nie mają płatnych urlopów, nie są zabezpieczeni w razie wypadku i choroby. Mają kłopoty z nabyciem uprawnień rentowych czy emerytalnych.

Pracodawcy, którzy odchodzą od umowy o pracę na rzecz innych form zatrudnienia, tłumaczą się wysokimi kosztami pracy, choć w istocie poszukują mniej skomplikowanego sposobu zatrudniania i zwalniania pracowników, adekwatnie do koniunktury ekonomicznej.

Od stycznia 2016 r. wchodzą przepisy dotyczące oskładkowania umów cywilnoprawnych. Dla pracowników oznaczać ma to  stabilniejszą pracę i ubezpieczenie. Według resortu pracy i polityki społecznej ozusowanie „śmieciówek” ma przynieść 650 mln złotych wpływu do kasy ZUS, ale ma też ochronić rzeszę pracowników zatrudnionych na umowę zlecenie.

Kolejnym krokiem w ucywilizowaniu rynku pracy miały być tak zwane klauzule społeczne, czyli zabezpieczenia dla pracowników wymagane od wykonawcy przez zamawiającego przy okazji przetargów publicznych. Jak się jednak okazuje, postępowania z ich zastosowaniem to wciąż mniej niż 1 proc. wszystkich udzielonych zamówień publicznych. Najczęściej stosowały je samorządy gminne i ich jednostki, wykorzystując do wykonywania wielu usług komunalnych m.in. bezrobotnych i niepełnosprawnych. Na razie jednak klauzule społeczne z trudem przebijają się do praktyki zamówień publicznych. Dlatego NIK sprawdzi, jak podmioty publiczne dbają o przedstawienie tego rodzaju wymagań przy okazji przetargów.

Izba  zamierza wzmocnić współpracę z Państwową Inspekcją Pracy i jej 16 okręgowymi inspektoratami. Będzie dzielić się swoją wiedzą w zakresie badania zawieranych umów w jednostkach sektora finansów publicznych, klauzul społecznych i innych praktyk stosowanych przez jednostki administracji rządowej, jednostki samorządu terytorialnego, spółki Skarbu Państwa oraz spółki komunalne.

Złe przepisy nie pomogły najsłabszym firmom

Przepisy nakładające na podatników obowiązek korekty kosztów uzyskania przychodów w przypadku nieuregulowania w terminie zobowiązania, po dwóch latach obowiązywania, nie przyczyniły się do zmniejszenia zatorów płatniczych. Dlatego powinny zostać uchylone – uważa Konfederacja Lewiatan.

Ich uchwalenie było reakcją ustawodawcy na występujące w gospodarce zatory płatnicze prowadzące do pogorszenia lub utraty płynności finansowej przez część firm. Miały wpłynąć na zwiększenie dyscypliny płatniczej tych przedsiębiorców, którzy wykorzystując swoją przewagę rynkową, wymuszają na słabszych nieprzyzwoicie długie terminy płatności.

– Popieramy projekt, który powstał w Kancelarii Prezydenta, aby uchylić te przepisy. Ich nieprecyzyjność, wadliwa konstrukcja i wyjątkowo sankcyjny charakter powodują, że przedsiębiorcy zmuszeni zostali do ponoszenia wysokich kosztów księgowo-ewidencyjnych oraz obarczeni zostali ogromnym ryzykiem podatkowym, zależnym tak naprawdę od rzetelności ich kontrahentów – mówi Przemysław Pruszyński, ekspert podatkowy Konfederacji Lewiatan.

Przepisy te miały stanowić wsparcie dla firm mających najsłabszą pozycję rynkową, takich które ze względu na dużą konkurencję „zmuszane były” kredytować silniejsze podmioty. Niestety w praktyce okazało się, że to właśnie tym słabszym firmom zaszkodziły najbardziej.
– Jakiekolwiek poprawki legislacyjne nie przyniosą oczekiwanych rezultatów, a jedynym rozwiązaniem, które może ulżyć administracyjnie i finansowo przedsiębiorcom, jest ich uchylenie, na co wskazuje zresztą Prezydent RP, składając do Sejmu taką propozycję rozwiązania problemu – dodaje Przemysław Pruszyński.

Konfederacja Lewiatan

Przybywa wolnych miejsc pracy w UE

Wskaźnik nowych miejsc pracy powoli rośnie w krajach UE – poinformował Eurostat.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Eurostat podał, że krajach UE wzrósł wskaźnik wolnych miejsc pracy (liczony jako: liczba wolnych miejsc pracy/liczba miejsc pracy ogółem – obsadzonych i wolnych) – w 4. kwartale 2013 r. wynosił on 1,5, a w 4. kwartale 2014 1,7. W szczytowym, 2007 r., wskaźnik ten wynosił 2,2. A średnia dla 3 ostatnich lat to 1,5.
Patrząc na gospodarkę krajów UE przez pryzmat rosnącej liczby wolnych miejsc pracy i poszukiwania na te miejsca pracy pracowników także poza firmą otrzymywalibyśmy potwierdzenie, że bardzo powoli ale jednak gospodarka europejska budzi się do życia. Otrzymalibyśmy, gdyby nie fakt, że na tę poprawę zapracowały przede wszystkim dwie gospodarki – niemiecka i brytyjska (w których „tradycyjnie” wskaźnik ten jest znaczenie wyższy niż w pozostałych krajach UE, a w 4. kwartale 2014 r. wzrósł o 0,4 punkty – do 3,2 w Niemczech i 2,4 w W.Brytanii). W pozostałych krajach UE zmiany są niewielkie, a w niektórych krajach także na gorsze (np. Chorwacja, Cypr).

Poszukiwanie pracowników na wolne miejsca pracy (zwolnione oraz nowe) w Niemczech powinno nas cieszyć, bo potwierdza siłę niemieckiej gospodarki, a tym samym daje szanse na wzrost naszego eksportu. Jednak wzrost wskaźnika wolnych miejsc pracy nastąpił w Niemczech w usługach, a nie w przemyśle, do którego trafia ponad 50 proc. polskiego eksportu (tu spadł, ale ciągle jest wyższy niż średni wskaźnik dla EU28).

Wskaźnik wolnych miejsc pracy w Polsce kształtuje się od 3 lat średnio na poziomie 0,5, czyli jest 3-krotnie niższy niż średni wskaźnik dla UE28. Taki też był w 4. kwartale 2014 r. Jednocześnie wiemy, że zatrudnienie w firmach 10+ wzrosło w 4. kwartale ubr. o 0,7 proc., a w całym 2014 r. zatrudnienie wzrosło w tych firmach o 0,6 proc. Firmy poszukiwały zatem pracowników, ale nie widać tego w danych Eurostatu. Co może być tego przyczyną? Obawiam się, że przede wszystkim niechęć (wynikająca z dotychczasowego doświadczenia) firm do poszukiwania pracowników przez urzędy pracy. Badania Konfederacji Lewiatan pokazują, że przedsiębiorstwa szukając pracowników rzadko korzystają z pomocy urzędów pracy.

Wolą szukać dając ogłoszenia w prasie, wśród „znajomych” (swoich i swoich pracowników, korzystając z profesjonalnego wsparcia firm headhunter’skich (przy szukaniu pracowników o wyższych kwalifikacjach). Miejmy nadzieje, że wprowadzone w zeszłym roku ustawą o promocji zatrudnienia zmiany w funkcjonowaniu publicznych instytucji rynku pracy oraz dopuszczenie firm prywatnych wpłynie na profesjonalizację poszukiwania pracowników przez większą liczbę przedsiębiorstw niż dotychczas. Najważniejsze jednak, aby nowych miejsc pracy (w ramach miejsc wolnych) przybywało.

Konfederacja Lewiatan

Ordynacja podatkowa pod lupą przedsiębiorców

Do konsultacji społecznych trafił projekt kierunkowych założeń nowej ordynacji podatkowej przygotowany przez KKOPP, który przewiduje m.in. ochronę podatników i efektywniejszy pobór podatków. Zdaniem Konfederacji Lewiatan zawarte w nim propozycje nie stanowią jeszcze przełomu w relacji podatnik – urząd skarbowy.

Komentarz Przemysława Pruszyńskiego, eksperta podatkowego Konfederacji Lewiatan

Przede wszystkim pozostać ma kontrowersyjna klauzula o unikaniu opodatkowania. To niebezpieczne przepisy, które niosą ze sobą bardzo duże ryzyko, ponieważ podatnik ma ponosić konsekwencje działalności zgodnej z prawem, którą minister finansów będzie kwestionował, jako tą, która służy unikaniu opodatkowania. Trzeba pamiętać, że przepisy podatkowe nie nakazują płacić możliwie najwyższych podatków, a wręcz przeciwnie z orzecznictwa sądów wynika, że mamy prawo do kształtowania swoich rozliczeń podatkowych w sposób dla nas ajkorzystniejszy. Koniczne zatem jest, aby w Radzie ds. Unikania opodatkowania, która wydawać będzie opinie
o zasadności zastosowania klauzuli zasiadał przedstawiciel przedsiębiorców.

Pozytywnie przyjmujemy propozycję skatalogowania praw i obowiązków podatnika. Chodzi o wskazanie praw przysługujących obywatelom, ochronę pozycji podatnika i skierowanie do urzędów jasnych wytycznych postępowania – wielu podatników nie zna swoich uprawnień, więc katalog z ordynacji ułatwi im zidentyfikowanie zachowań urzędniczych, które wykraczają poza przyjęty kanon, a w konsekwencji ułatwią dochodzenie swoich praw.
Cieszy fakt, że przewiduje się w przyszłej Ordynacji podatkowej wprowadzenie takich zasad jak zakazu nadużywania prawa przez organy podatkowej, tym bardziej w kontekście proponowanego wprowadzenia klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania, zasady pragmatyzmu, która miałaby się przejawiać w niepodejmowaniu przez organy działań nieekonomicznych oraz ta, której obecnie rząd jest przeciwny in dubio pro tributario, tj. rozstrzygania wątpliwości podatkowych na korzyść podatników.

Na krytykę zasługuje skrócenie terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego do 3 lat tylko dla podatników nieprowadzących działalności. Będzie to krzywdzące dla przedsiębiorców.

W założeniach trzeba większy nacisk położyć na poprawę efektywności administracji podatkowej i skrócenie tego terminu dla wszystkich. Dobrze brzmi deklaracja uchylenia przepisów służących przedłużaniu tych terminów w nieskończoność.

Szczegółową opinię przedstawimy po zakończeniu konsultacji.

Konfederacja Lewiatan

Serwis Ministerstwa Finansów „Stroną Internetową bez Barier”

0

Strona internetowa Ministerstwa Finansów została wyróżniona 1. miejscem w kategorii serwisów internetowych administracji publicznej zawierających powyżej 100 podstron, w ramach VI edycji konkursu „Strona Internetowa bez Barier”. Celem konkursu jest wyłonienie serwisów internetowych, najlepiej dostosowanych dla potrzeb osób niepełnosprawnych, starszych i pozostałych narażonych na wykluczenie cyfrowe. Konkurs organizowany jest przez Fundację Widzialni oraz Szerokie Porozumienie na Rzecz Umiejętności Cyfrowych.

Wyniki konkursu zostały ogłoszone podczas konferencji „Cyfrowo Wykluczeni”, którą zorganizowano 17 marca 2015 r. w Sejmie RP. W trakcie spotkania zostało również zaprezentowane opracowanie „Raport Dostępności 2015″, w którym starano się określić poziom wdrożenia wybranych aspektów standardu dostępności WCAG 2.0 w serwisach internetowych instytucji administracji publicznej. Eksperci Fundacji Widzialni oraz użytkownicy z niepełnosprawnościami z różnych grup narażonych na wykluczenie cyfrowe, bazując na wynikach poprzedniego „Raportu Otwarcia” z 2013 roku, przeanalizowali stan dostępności 109 serwisów instytucji.

Strony internetowe zostały podzielone na trzy kategorie: najważniejsze osoby i instytucje, administracja centralna – ministerstwa oraz strony resortowe. W raporcie serwis MF uzyskał najwięcej punktów (43,4) i najwyższą ocenę (86,7%).

Jestem niezwykle wzruszona, ponieważ strony instytucji publicznych to są trudne strony – powiedziała wiceminister finansów i pełnomocnik rządu ds. informacji i edukacji finansowej Izabela Leszczyna. –Obiecuję, że będziemy coraz lepsi. Obiecuję, że strony resortowe również będą coraz lepsze – dodała minister Leszczyna, odbierając nagrodę.

Dbałość o dostępność serwisu internetowego dla osób zagrożonych wykluczeniem cyfrowym jest procesem, który ma charakter ciągły, dlatego Ministerstwo Finansów będzie kontynuować swoją aktywność w tej dziedzinie wykorzystując dotychczasowe doświadczenia i podejmując dialog z innymi podmiotami zainteresowanymi podnoszeniem świadomości społecznej w zakresie dostępności.

Więcej informacji o tematyce konferencji oraz skróconą wersję „Raportu Dostępności 2015” (plik pdf 811 KB) opublikowano na stronie internetowej Fundacji Widzialni (link otwiera okno w innym serwisie).

Praca w szarej strefie nie popłaca

Na pracę na czarno pracownicy decydują się najczęściej, aby uniknąć podatków lub dorobić na studiach albo emeryturze. Szara strefa dotyczy zwykle rolniczych prac sezonowych, ale także remontów i napraw oraz zabiegów kosmetycznych.

W 2013 r. polska szara strefa stanowiła równowartość 23,8% PKB. To stosunkowo dużo. W Unii Europejskiej największy wskaźnik zanotowano jednak w Bułgarii (31,2%) oraz Rumunii i Chorwacji (po 28,4%). Najmniejszy – w Szwajcarii (7,1%), Austrii (7,5%) i Luksemburgu (8%).

Problem dotyczy zarówno wysoko, jak i nisko wykwalifikowanych pracowników – pracują oni na czarno i popełniają przestępstwa karnoskarbowe. „Obecnie zwiększona liczba kontroli pomaga stopniowo eliminować szarą strefę, jednak w Polsce nadal jest zbyt mało inspekcji, a kary za nielegalną pracę są zbyt niskie na tle innych państw” – mówi serwisowi infoWire.pl Krzysztof Inglot z Work Service. Przykładem są Niemcy. Pracodawcy za nielegalne zatrudnianie grozi grzywna do 500 tys. euro. Zapłaci też sam pracownik – nawet do 15 tys. euro. Jeśli nie ma pieniędzy, sąd może zamienić mu grzywnę na więzienie.

Należy pamiętać, że brak umowy podpisanej z pracodawcą jest niebezpieczny. Bez odpowiedniej dokumentacji nie skorzystamy z opieki zdrowotnej czy odszkodowania. Nie mamy też pewności, że otrzymamy zapłatę za pracę.

Jeśli chcemy założyć własną firmę, warto skorzystać z dotacji unijnych lub programów pomocowych w urzędach pracy. Fachowiec z pewnością nie będzie narzekał na brak zleceń i poradzi sobie z prowadzeniem dobrze prosperującego biznesu.

Zaostrzone normy emisji spalin dla maszyn rolniczych

W trosce o środowisko Unia Europejska przygotowała nowe normy emisji spalin dla ciągników. Szkopuł w tym, że wielu rolników nie stać na kupno odpowiednich maszyn, które z powodu zastosowania nowoczesnych technologii znacząco podrożały.

Normy spalin zostały wprowadzone w celu ograniczenia zanieczyszczeń wynikających z emisji cząstek stałych z silnika. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że w całej Unii Europejskiej użytkowanych jest 10 mln traktorów, z których 3 mln mają nie więcej niż 15 lat, a pozostałe – niestety – od 15 do nawet 70. „Wyobraźmy sobie stary ciągnik pracujący na polu, który wyrzuca przez swój komin wielką ilość cząstek stałych. Gdyby nie wprowadzone normy emisji spalin, po kilku latach eksploatacji trudno byłby mówić o ekologicznej żywności” – zauważa w rozmowie z serwisem infoWire.pl Tadeusz Rzeszowski z Pol-Agra.

Ostatnie normy zostały wprowadzone w październiku 2014 r. Do 2018 r. mają zostać zaostrzone. Co to oznacza dla rolników? Wyższe ceny. Producenci ciągników zostali zmuszeni do wprowadzenia zmian konstrukcyjnych. „W wielu maszynach zastosowano nowoczesne silniki” – wyjaśnia rozmówca.

Wymiana ciągnika to wydatek kilkudziesięciu, a nawet kilkuset tysięcy złotych. Producenci odczuwają na razie stagnację, ponieważ rolnicy wyczekują, aż znowu będą dostępne unijne fundusze pomocowe, które będzie można wykorzystać na zakup sprzętu rolniczego.

Mandaty z fotoradarów dla właścicieli aut – uważaj, komu pożyczasz samochód

0

Kierowcy, którzy zostali uwiecznieni na zdjęciu przez fotoradar, często nie chcą przyznawać się do przewinienia. Nic dziwnego, że ściąganie należności jest problematyczne. Rząd zapowiada zmiany prawne – jedną z nich ma być to, że mandaty z fotoradarów będą płacić nie kierujący pojazdami, ale ich właściciele.

Mandaty będą wystawiane na podstawie zdjęć numerów rejestracyjnych. Karami finansowymi mają być obciążane nie tylko osoby prywatne, lecz także przedsiębiorstwa, wypożyczalnie samochodów i firmy leasingowe.

Co ważne, projekt ustawy zakłada całkowite zniesienie punktów karnych za przekroczenie prędkości, które zarejestruje fotoradar. Wystawiane będą tylko mandaty. Jeśli do wykroczenia dojdzie w terenie niezabudowanym, wyniosą one maksymalnie 20% średniego wynagrodzenia (ok. 750 zł), a minimalnie – 1,5% średniego wynagrodzenia. W przypadku przekroczenia prędkości w terenie zabudowanym stawki będą dwukrotnie wyższe.

Czy nowe przepisy ułatwią ściąganie należności? „Wydaje się, że pomysł, aby mandat płacił właściciel samochodu, jest słuszny […]. Z całą pewnością to rozwiązałoby problemy. Pieniądze odbierałoby się od tego, komu dało się auto” – mówi serwisowi infoWire.pl Włodzimierz Zientarski, dziennikarz motoryzacyjny i prezes zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kierowca.pl.