Komunikat po posiedzeniu KSF

W dniu 20 stycznia 2015 r. w gmachu Ministerstwa Finansów odbyło się posiedzenie Komitetu Stabilności Finansowej (KSF). W spotkaniu uczestniczyli:

  • Mateusz Szczurek, Minister Finansów, Przewodniczący KSF,
  • Marek Belka, Prezes Narodowego Banku Polskiego,
  • Andrzej Jakubiak, Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego,
  • Jerzy Pruski, Prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego,
  • Adam Jasser, Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów,

a także towarzyszący im eksperci.

Do udziału w części spotkania zaproszono także przedstawicieli niektórych banków komercyjnych posiadających portfele walutowych kredytów hipotecznych o istotnej wartości. Spotkanie miało na celu omówienie sytuacji na rynkach walutowych i potencjalnego wpływu decyzji banku centralnego Szwajcarii dotyczącej zmiany podejścia do polityki kursowej franka na sytuację kredytobiorców oraz polskich banków w związku z kredytami udzielonymi w walutach obcych.

W trakcie posiedzenia członkowie KSF ocenili, że sytuacja związana z uwolnieniem kursu franka w stosunku do euro nie powoduje zagrożenia dla stabilności systemu finansowego w Polsce. Pomimo relatywnie dużego udziału portfela kredytów mieszkaniowych nominowanych lub indeksowanych we frankach szwajcarskich (131 mld zł, 7,7 proc. PKB wg stanu na koniec listopada 2014 r.; po aprecjacji CHF ok. 160 mld zł i 9,4 proc. PKB) sektor bankowy jest stabilny i odporny na szoki zewnętrzne, w tym na znaczne zmiany kursu walutowego.

Członkowie Komitetu zapoznali się również z oceną sytuacji z perspektywy banków, wskazującą, że sektor bankowy pozostałby stabilny również przy dużo większej aprecjacji franka szwajcarskiego. Kredyty walutowe są jednymi z najlepiej obsługiwanych – wskaźnik kredytów z utratą wartości wynosi 3,1 proc., wobec średniej dla ogółu kredytów na poziomie około 8 proc. Ponadto, wartość portfela kredytów wyrażona we frankach szwajcarskich systematycznie spada na skutek sukcesywnego ich spłacania oraz braku nowo udzielanych kredytów. Pomimo aprecjacji franka szwajcarskiego i nominalnego wzrostu wysokości rat kapitałowo-odsetkowych, nie wzrosły one w stosunku do średnich dochodów gospodarstw domowych w porównaniu z momentem zaciągnięcia kredytów (wynoszą one średnio 50-55 proc. dla kredytów udzielonych w latach 2006-2008). Podczas spotkania banki wskazały na brak konieczności żądania dodatkowych zabezpieczeń kredytów.

Negatywny wpływ wzrostu kosztów związanych z obsługą walutowych kredytów mieszkaniowych na wzrost gospodarczy, poprzez ograniczenie konsumpcji gospodarstw domowych, uznano za znikomy. Wynosi on ok. 2 mld zł w skali roku. Odpowiada to ok. 0,2 proc. rocznych dochodów do dyspozycji brutto gospodarstw domowych i ok. 0,1 proc. PKB.

Zgodzono się, że z podjęciem ewentualnych działań o długofalowych skutkach należy powstrzymać się do czasu ustabilizowania się sytuacji na rynku walutowym i ustalenia nowego kursu równowagi franka szwajcarskiego na światowych rynkach.

KSF rekomenduje bankom stosowanie rozwiązań restrukturyzacyjnych dostosowanych do indywidualnych potrzeb i możliwości każdego klienta oraz ich dopasowanie do aktualnych warunków rynkowych. Wskazano na konieczność utrzymywania kontaktu z klientami posiadającymi walutowe kredyty hipoteczne, zwłaszcza tymi, którzy mają trudności z ich spłatą.

Jednocześnie członkowie KSF zwrócili uwagę, że banki powinny uwzględnić złożoną sytuację związaną z kredytami nominowanymi lub indeksowanymi we frankach szwajcarskich, w tym obniżkę stóp procentowych w Szwajcarii (spadek głównej stopy procentowej o 50 punktów bazowych do minus 0,75 proc.). KSF podkreślił konieczność symetrycznego podejścia do ryzyka rynkowego, zarówno w odniesieniu do banków, jak i ich klientów. W związku z tym KSF przyjmuje deklaracje banków, że ujemne stawki LIBOR będą przez nie konsekwentnie stosowane. Jednocześnie Komitet zaleca rozważenie przez banki niewprowadzania ograniczeń do formuły odsetkowej stosowanej w umowach kredytowych.

KSF będzie monitorował sytuację na rynku kredytów hipotecznych.

City Index: Polski rynek akcji wciąż wygląda słabo. Dopiero przebicie przez WIG20 poziomu 2500-2550 punktów byłoby sygnałem hossy

CEO Magazyn Polska

Notowania akcji na GPW od dłuższego czasu poruszają się w stałym paśmie wahań. Zdaniem firmy inwestycyjnej City Index jeżeli WIG20 utrzyma się w okolicach 2300 punktów, to trend ten będzie kontynuowany. Dopiero przebicie poziomu 2500-2550 punktów zapowiadałoby nadejście hossy.

Sytuacja na polskim rynku akcyjnym wygląda coraz słabiej – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Wardyn, dyrektor zarządzający firmy City Index. – Kluczem jest poziom indeksu WIG20 w wysokości 2300 punktów. Jeżeli uda się utrzymać go powyżej tego poziomu, to będzie oznaczało, że mamy kontynuację trendu horyzontalnego, czyli nudnego wręcz rynku, z którym mamy do czynienia od dłuższego czasu.

Choć środa na GPW była dniem byków, czyli inwestorzy kupowali akcje, a indeksy szły w górę, zwłaszcza po wyjątkowo dobrym odczycie grudniowej produkcji przemysłowej, to od początku roku WIG20 i WIG są wciąż na minusie. Zdaniem Łukasza Wardyna dopiero przebicie poziomu 2500-2550 punktów byłoby sygnałem nadchodzącej hossy giełdowej.

Na razie jesteśmy od tego daleko – zastrzega Łukasz Wardyn. – Bardziej powinniśmy obawiać się o to, czy ten trend horyzontalny [brak dużych wzrostów, ale i spadków – red.] będzie utrzymany, bo zejście poniżej i utrzymywanie się kursów poniżej 2300 pkt może być bardzo niebezpieczne, ponieważ w tym trendzie horyzontalnym jesteśmy już od długiego czasu. Więc jeżeli będzie wyjście w jedną lub w drugą stronę, to wykreuje to istotny trend średnioterminowy i tutaj również zakresy zmian będą duże. W tym momencie jeszcze jesteśmy blisko trendu horyzontalnego, ale naprawdę jest bardzo niebezpiecznie.

Nastroje inwestorów w Warszawie nie poprawiają się pomimo dobrych danych z gospodarki, zarówno tych makroekonomicznych, jak i tych odzwierciedlających się w wynikach poszczególnych firm. Dlatego tzw. fundamenty, czyli korzystne wyniki finansowe i dobra kondycja spółek oraz sprzyjające otoczenie, nie muszą być obietnicą udanej inwestycji giełdowej.

Nie uważam, żeby były sektory, które można byłoby w tym momencie wyróżnić, obstawić, powiedzieć o nich, że będą w tym roku mocniejsze lub słabsze – przekonuje Łukasz Wardyn. – Bardziej obawiam się o podejście inwestorów zagranicznych do akceptacji ryzyka. W momencie tak dużych zawirowań na świecie inwestorzy zagraniczni nie chcą ryzykować, dlatego będą raczej skracali swoje pozycje [sprzedawali akcje i wycofywali się z bardziej ryzykownych – red.]. To może zupełnie nie mieć związku z wycenami fundamentalnymi. Taki sam mechanizm obserwujemy już od połowy ubiegłego roku w notowaniach walutowych złotego.

GFT Polska będzie zatrudniać programistów i specjalistów IT. W trzy lata chce podwoić liczbę pracowników

Polska zajmuje coraz wyższe pozycje w światowych rankingach centrów IT działających na rzecz sektora finansowego. Funkcjonująca w tej branży firma GFT Polska zamierza w przeciągu najbliższych trzech lat podwoić zatrudnienie.

W ubiegłym roku firma Rule Financial została przejęta przez notowaną na giełdzie w Niemczech GFT Group i od stycznia działa jako GFT Polska. Jest jednym z dostawców usług dla dużych międzynarodowych banków inwestycyjnych. Realizuje projekty doradcze z zakresu compliance, zarządzania ryzykiem, wspomagania handlu i obrotu instrumentami finansowymi. W biurach w Łodzi i Poznaniu zatrudnia dziś ok. 550 osób, a w 2015 roku zamierza zatrudnić kolejne 200.

– Zatrudnienie 200 osób w tym roku jest w pełni wykonalne, niejednokrotnie nam się to już udało – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Kania, dyrektor zarządzający GFT Polska.  W 2013 roku nasz zespół powiększył się o 200 osób, natomiast w ubiegłym roku, w trakcie transakcji i połączenia z GFT, zatrudniliśmy kolejnych 180 specjalistów. W 2015 roku kontynuujemy trend wzrostowy, a w ciągu najbliższych trzech lat podwoimy obecną liczbę pracowników firmy w Polsce.

GFT Group jest dużym dostawcą usług dla bankowości detalicznej, natomiast GFT Polska dostarcza oprogramowanie dla bankowości inwestycyjnej i zaczyna się przygotowywać do dostarczania produktów także dla rynku bankowości detalicznej.

– Nasza działalność skupia się przede wszystkim na projektowaniu, tworzeniu, testowaniu i wdrażaniu systemów oraz rozwiązywaniu problemów związanych z oprogramowaniem  informuje Piotr Kania. – W związku z tym poszukujemy głównie specjalistów z tej dziedziny. Będą oni stanowić ok. 95 proc. zatrudnionych przez nas pracowników.

Poznań i Łódź, gdzie działa GFT Polska, należą do miast, w których centra usług IT rozwijają się bardzo dynamicznie. Do tego jeszcze Wrocław i Kraków mają dosyć duże zaplecze zarówno osobowe, jak i technologiczne związane z firmami, które dostarczają usługi dla bankowości inwestycyjnej.

 Globalnymi centrami wciąż pozostają Londyn i Nowy Jork. Ważną pozycję ma również Tokio. Warto jednak zaznaczyć, że w ciągu ostatnich trzech lat Polska wyrosła na dość silnego gracza w obszarze outsourcingu i offshoringu w Europie – podkreśla dyrektor zarządzający GFT Polska.  Zaczęliśmy pojawiać się w globalnych raportach wskazujących najszybciej rozwijające się ośrodki. Warto wymienić chociażby raport Tholons z 2013 roku, który w Top 100 umieścił dwa polskie miasta (Kraków znalazł się na 10. miejscu, a Warszawa na 36. – red.). Wcześniej rankingi były zdominowane przez Indie i kraje Azji Południowo-Wschodniej.

W ocenie Piotra Kani przed firmami z jego branży nadal widać perspektywy szybkiego rozwoju. Ich usługi są w świecie potrzebne i wiele wskazuje na to, że potrzebne będą coraz bardziej.

 Obecnie coraz więcej dziedzin opiera się na technologii. Postęp technologiczny wspomaga, ale też wymusza kierunek rozwoju wielu sektorów, m.in. bankowego. Sądzę, że dopóki będzie rozwijał się z dotychczasową dynamiką, zakładając np. podwojenie mocy obliczeniowej każdego roku, to przez cały czas będziemy w stanie przyspieszać.

EBC debatuje, jak pomóc gospodarce strefy euro. Decyzja może zmienić kurs euro, a także złotego

CEO Magazyn Polska

Dziś okaże się, czy euro, a wraz z nim złoty zaczną tanieć. Europejski Bank Centralny ma zdecydować, jak zamierza przyczynić się do gospodarczego ożywienia na kontynencie. Decyzje, które podejmie, mogą uspokoić inwestorów lub w poważnym stopniu zmienić sytuację na rynku walutowym.

– Plan minimum zakłada, że Europejski Bank Centralny ogłosi gotowość do skupu papierów rządowych i wielkość tego programu wyniesie około 500 mld euro, ale są spore szanse na to, że będzie on trochę większy – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Inna możliwość to ogłoszenie programu bez podania konkretnej wielkości i stwierdzenie tylko, że będzie on kontynuowany do czasu, aż EBC uzna, że inflacja ma szansę wrócić do celu.

Tyle że plan minimum nie gwarantuje odpowiedniej reakcji rynku. Skupu papierów za ok. 500 mld euro inwestorzy spodziewają się od dawna i właściwie obecne ceny walut uwzględniają już ten scenariusz. Tymczasem celem EBC jest pewne osłabienie euro, wprowadzenie na rynek większej ilości pieniądza, spowodowanie, by ceny w Unii zaczęły znowu rosnąć, a firmy zarabiać.

To bardzo nakręciło oczekiwania na dosyć agresywny krok EBC – zwraca uwagę Rafał Benecki. Dlatego wydaje nam się, że Europejski Bank Centralny musiałby wyjść dużo powyżej 500 mld euro możliwego skupu papierów rządowych, aby zaspokoić te oczekiwania. Gdy się tak nie stanie, możliwe, że nastąpi przejściowe odreagowanie i umocnienie euro przy jednoczesnym osłabieniu obligacji w strefie euro.

W ocenie ekonomisty inflacja w strefie euro może być ujemna przez I kwartał lub nawet I połowę roku. W związku z tym oczekiwania rynkowe co do skali tego programu już są wygórowane. Tego obawiał się szwajcarski bank centralny, gdy zdecydował się na porzucenie półsztywnego kursu franka do euro.

– SNB obawiał się, że wielkość programu europejskiego będzie na tyle duża, a reakcja inwestorów na tyle silna, że pieniądze będą uciekać ze strefy euro i będą lokowane w Szwajcarii. Wtedy szwajcarski bank centralny nie byłby w stanie utrzymać sztywnego kursu – podkreśla główny ekonomista ING Banku Śląskiego. Te oczekiwania na duży program spowodowały, że bank porzucił półsztywny kurs.

EBC może więc wstrząsnąć rynkiem, zapowiadając dużo większe od oczekiwanych wydatki na skup obligacji, co spowoduje dalszy spadek wartości euro i takich walut państw Unii, jak polski złoty. Może też starać się nieco uspokoić rynek.

Myślę, że Europejski Bank Centralny będzie chciał zostawić sobie większe pole manewru – ocenia Rafał Benecki. Określi program w sposób bardziej elastyczny, czyli zapowie interwencję i skup papierów rządowych aż do momentu, kiedy nie uzna, że zażegnane zostało ryzyko nienaturalnie niskiej inflacji. Takie podejście pozwoli na to, by w razie potrzeby podjąć jakieś działania. Mam tu na myśli sytuację, w której niektóre rządy próbowałyby traktować działania EBC jako zamiennik koniecznych reform.

Ten ostatni argument może zadziałać wyjątkowo mocno, zwłaszcza na styczniowym posiedzeniu, ze względu na zbliżające się wybory parlamentarne w Grecji, które mają się odbyć w niedzielę, 25 stycznia. W sondażach prowadzi na razie populistyczna partia SYRIZA, która zapowiada odejście od oszczędnościowego programu. Jej politycy uspokajają jednak, że Ateny nie zamierzają rozstawać się ze wspólnotą.

Szansą dla sektora ciepłowniczego jest optymalizacja i modernizacja sieci przesyłowych oraz liberalizacja rynku energii

CEO Magazyn Polska

Według Urzędu Regulacji Energetyki branża ciepłownicza zmniejsza swój potencjał – w 2013 roku sprzedano 382 tys. TJ, co oznacza spadek o prawie 19 proc. w ciągu jedenastu lat, jednocześnie spada zainstalowana moc – z 70,9 tys. MW w 2002 roku do 56,5 MW w 2013 roku. Spółki z branży muszą budować nowe sieci ciepłownicze i modernizować już istniejące, bo to zmniejszy straty na przesyle energii. Szansą dla rynku byłoby zminimalizowanie skali regulacji na wzór Skandynawii.

Polski rynek energii jest dla nas bardzo atrakcyjny. Widzimy przede wszystkim możliwość rozwoju tego rynku i to w różnych obszarach. Po pierwsze, przyłączamy co roku około 60-70 MW nowych klientów. Wiele miast w Polsce rozwija się. Wbrew opiniom budują się nowe osiedla, obiekty użyteczności publicznej, stadiony, centra handlowe, a to są nasi potencjalni klienci – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Izabela Van den Bossche, wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej Fortum, fińskiego koncernu energetycznego.

Jej zdaniem ciepło sieciowe jest w tej chwili najtańszą, najlepszą i najbardziej przyjazną środowisku metodą dostarczania ciepła. Dlatego Fortum widzi możliwości rozwoju na polskim rynku.

Według ostatniej edycji raportu URE „Energetyka cieplna w liczbach – 2013” poprawie ulega sytuacja finansowa ciepłownictwa (przychody rzędu 17,44 mld zł przy wyniku finansowym brutto 316 mln zł), choć sektor zmniejsza sprzedaż ciepła. Spółki muszą stawiać na specjalizację produkcji, inwestycje w nowe sieci i redukcję kosztów.

Pierwszą drogą rozwoju dla Fortum pozyskiwanie nowych klientów i przyłączania do sieci nowych obszarów w miastach, w których firma już funkcjonuje.

Po drugie istnieje możliwość optymalizacji sieci, czyli np. likwidowania strat, które pojawiają się w związku z wiekiem systemów ciepłowniczych – wyjaśnia Izabela Van den Bossche. – Mamy bardzo dobre wskaźniki, jeśli chodzi o sieć we Wrocławiu. Mamy wiele kilometrów sieci, w których wymieniliśmy przez ostatnie lata te fragmenty, które były najbardziej narażone na korozję, w związku z czym dysponujemy wieloma kilometrami nowoczesnej sieci, która powoduje, że straty na przesyle są dużo mniejsze, a efektywność przesyłania jest coraz większa.

Według wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej Fortum wyzwaniem w Polsce jest zmiana regulacji, które hamują rozwój rynku i zwiększanie efektywności. Na rynkach całkowicie zliberalizowanych, jakimi są Szwecji czy Finlandii, ceny ciepła są niższe.

U nas mówi się, że regulacja rynku pozwala na ochronę klienta przed nadmiernymi podwyżkami cen ciepła. A okazuje się, że na rynkach, które są w pełni otwarte, ta cena jest niższa, bo firmy są wtedy zmuszone do konkurowania z innymi źródłami, np. z pompami ciepła – przekonuje ekspertka. – Gdybyśmy chcieli np. zbudować nowe źródło i podnieść cenę ciepła o kilkadziesiąt procent, to za dwa lata spółdzielnia korzystająca z naszych usług mogłaby zdecydować się na wybudowanie własnej kotłowni i odłączenie się od nas.

Jak tłumaczy Izabela Van den Bossche, Fortum buduje źródła na 30-40 lat, ale oferując zbyt wysokie ceny, może pozbyć się klientów, bo w przeciągu kilku lat klienci wybudują własne źródła, żeby mieć ciepło po niższej cenie.

Jesteśmy za otwarciem rynków i ich liberalizacją tak dalece, jak to jest możliwe. W Polsce do pełnej liberalizacji jest jeszcze daleko, ale system wyliczania cen ciepła i regulacji zmienia się. Już teraz widać, że możemy osiągać lepsze efekty i zwrot z kapitału, który inwestujemy. To bardzo pozytywna zmiana – mówi Izabela Van den Bossche.

W jej ocenie na wolnym rynku energii cieplnej z konkurencją między różnymi podmiotami to klient odnosi największe korzyści, bo ma możliwość wyboru.

​Fortum Power and Heat Polska to producent energii elektrycznej i ciepła, który funkcjonuje na polskim rynku od 2005 roku. W chwili obecnej dla Fortum kluczowymi projektami są inwestycje w Zabrzu (budowa wielopaliwowego bloku kogeneracyjnego o mocy 130-150 MWe i koszcie 250-330 mln euro) i we Wrocławiu (budowa bloku gazowo-parowego o mocy 400 MWe o wartości 350-400 mln euro).

W tym roku przyspieszą pociągi na trasach do Łodzi i Gdańska

CEO Magazyn Polska

Na trasie z Warszawy do Gdańska i Łodzi zainstalowany zostanie Europejski System Sterowania Pociągiem, tzw. system ETCS. Dzięki niemu pociągi będą mogły jeździć z prędkością 200 km/h. Poza prędkością wzrośnie także bezpieczeństwo. Do 2025 r. Polska chce wdrożyć ten system na niemal 5 tys. kilometrów najważniejszych linii kolejowych.

W tej chwili system jest wdrażany na prawie tysiącu kilometrów linii kolejowych, głównie są to linie magistralne i międzynarodowe korytarze europejskie. Każdy kraj Unii Europejskiej przedstawił w Komisji Europejskiej narodowy program wdrażania systemu ERTMS [Europejskiego Systemu Zarządzania Ruchem Kolejowym ‒ red.] i zgodnie z planem w Polsce do roku 2025 system powinien działać na blisko 5 tys. km linii kolejowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Przyżycki, dyrektor zarządzający Thales Polska.

System ETCS jest częścią Europejskiego Systemu Zarządzania Ruchem Kolejowym (ERTMS). Jak wyjaśnia Przyżycki, jego głównym założeniem jest zintegrowanie systemów sygnalizacji kolejowej w krajach UE. Dzięki instalacji urządzeń ETCS w kabinach maszynistów oraz na infrastrukturze kolejowej informacje kolejowe, m.in. o ograniczeniu prędkości czy zajętości torów, będą wyświetlane na ekranach w kabinach.

Thales obecnie realizuje inwestycje związane z instalacją ETCS na ok. 700 km linii kolejowych, w tym na ważnych magistralach z Warszawy do Gdańska i Łodzi. Na obydwu tych liniach system ruszy w 2016 r. System ETCS działa już na ok. 80-kilometrowym fragmencie Centralnej Magistrali Kolejowej między Olszamowicami a Zawierciem, gdzie do 200 km/h rozpędzają się pociągi Pendolino.

Rozszerzenie systemu ETCS znacząco poprawi bezpieczeństwo. Maszyniści nie będą bowiem musieli polegać tylko na sygnalizacji świetlnej i znakach. Rozwiązanie to ułatwi im znacząco pracę np. w trudnych warunkach pogodowych, w godzinach nocnych oraz przy pokonywaniu tras z dużą prędkością. System jest wymagany do jazdy z prędkością ponad 160 km/h, ale jak zwraca uwagę Przyżycki, przydatny jest także przy wolniejszej jeździe.

Zgodnie z regulacjami polskimi, jeżeli pociąg trakcyjny przekracza prędkość 130 km/h i działa bez systemu ETCS, to do jego obsługi konieczne są 2 osoby – maszynista i pomocnik. Pierwszą korzyścią będzie zatem to, że nawet zachowując prędkość 160 km/h, będziemy potrzebować tylko jednego maszynisty w lokomotywie – podkreśla Przyżycki.

Dodaje, że system przekazuje maszynistom także ostrzeżenia o maksymalnej prędkości pociągu. Może również go samoczynnie hamować.

System ETCS jest wdrażany w całej Europie, choć tempo prac różni się w poszczególnych krajach. Nie oznacza to jednak zwolnienia z konieczności certyfikacji linii kolejowych oraz taboru. Ta musi bowiem uwzględniać lokalne uwarunkowania dotyczące współpracy z istniejącą infrastrukturą, takie jak np. inne napięcia na sieci trakcyjnej.

Zgodnie z dyrektywami unijnymi wszystkie kraje unijne zobowiązane są do wdrażania systemu ETCS, aby zachować interoperacyjność kolei w Europie – zwraca uwagę Przyżycki i zastrzega: ‒ Certyfikowana jest głównie część związana z dostosowaniem do lokalnej infrastruktury. Na przykład w Polsce pociągi trakcyjne zasilane są z sieci prądu stałego 3000V. W związku z tym w momencie certyfikacji pociągu, który wcześniej jeździł w innym kraju, musimy przebadać, czy zachowuje się ona prawidłowo przy tego typu zasilaniu.

Poza komputerowym systemem ETCS niezbędne są też inwestycje w infrastrukturę, które umożliwią rozwijanie wyższych prędkości pociągom. ETCS wymaga bowiem podstawowej infrastruktury, w tym systemów sterowania. Polska, jak przypomina Przyżycki, jest w komfortowej sytuacji, bo może liczyć na środki unijne przy tych inwestycjach.

Do budżetu UE mogą sięgnąć także przewoźnicy. W urządzenia pokładowe ETCS muszą bowiem być wyposażone także lokomotywy i zespoły trakcyjne. O ile w przypadku nowo kupowanego taboru to nie problem, bo urządzenia pokładowe są nim obowiązkowo instalowane, o tyle w starszych maszynach trzeba to zmodernizować.

Podejrzewam, że w tym obszarze również możliwe będzie dofinansowanie z Unii Europejskiej, tak jak w przypadku zakupu nowego taboru – ocenia Przyżycki.

BZ WBK: eksport wzrośnie w tym roku o 6-7 proc i będzie głównym czynnikiem wzrostu PKB

CEO Magazyn Polska

O 6-7 proc. może wzrosnąć eksport w tym roku. Z prognoz Banku Zachodniego WBK wynika, że sprzedaż za granicę pomimo przyspieszenia w inwestycjach i wzrostu konsumpcji prywatnej będzie głównym motorem napędowym wzrostu PKB i będzie odpowiadać niemal za trzy czwarte dynamiki rozwoju gospodarki. Polska utrzymuje swoje przewagi konkurencyjne, a eksporterów wspiera korzystny, ciągle dość silny wobec złotego, kurs euro.

Eksport także w tym roku będzie kołem zamachowym gospodarki. Prognozujemy wzrost na poziomie 6-7 proc. rok do roku. To trochę mniej niż podawano we wcześniejszych prognozach, ale to ciągle dużo więcej niż popyt i inwestycje – mówi agencji informacyjnej Newseria Robert Antczak, dyrektor Departamentu Sprzedaży Produktów w Pionie Bankowości Biznesowej i Korporacyjnej Banku Zachodniego WBK.

Według prognozy banku eksporterzy wypracują w tym roku nawet trzy czwarte szacowanego przez Ministerstwo Finansów na 3,4 proc. wzrostu polskiego PKB. W ubiegłym roku, jak twierdzi Antczak, odpowiadali za niemal dwie trzecie przyrostu.

Wzrost eksportu napędzi przede wszystkim rosnąca gospodarka w Niemczech, które są głównym rynkiem dla polskich eksporterów. Choć wzrost PKB będzie tam niższy niż w Polsce, to Niemcom nie grozi już recesja. Prognozy mówią o 1,5-proc. dynamice niemieckiej gospodarki w 2015 r., a ostatni odczyt wskaźnika ZEW, obrazującego nastroje inwestorów instytucjonalnych i analityków, wzrósł nadspodziewanie i był najwyższy od niemal roku. O 1,1 proc. ma wzrosnąć PKB całej strefy euro.

Ekspert dodaje, że poza rosnącym popytem ze strony importerów polskich towarów i usług duże znaczenie mają też przewagi konkurencyjne, które utrzymuje nasz kraj.

Niskie koszty pracy w Polsce się utrzymują i to jest nasza duża przewaga konkurencyjna. Średnia stawka godzinowa w strefie euro to 20-21 euro za godzinę, a w Polsce niecałe 6,5 euro – podkreśla Antczak.

Dodaje, że korzystny dla eksporterów jest również kurs europejskiej waluty. Ekonomiści Banku Zachodniego WBK szacują, że w pierwszej połowie tego roku jej wartość utrzyma się na poziomie ok. 4,20 zł.To podtrzyma opłacalność eksportu.

W 2015 r. na pewno w dalszym ciągu w bardzo dobrej kondycji będzie branża meblowa, odzieżowa i kosmetyczna. Duże nadzieje wiążemy też z branżą motoryzacyjną, niska cena benzyny wpływa na popyt na auta, szczególnie skorzystają nim również nasi producenci części samochodowych – wylicza Antczak.

Gorszy rok może mieć za to branża żywnościowa, wciąż borykająca się z problemami związanymi z rosyjskim embargiem. Niepewny rok ma przed sobą także sektor turystyczny.

Antczak dodaje, że polskie firmy z dużą elastycznością korzystają z tych przewag i poszukują nowych rynków. Dzięki temu udało się zminimalizować skutki kryzysu na Ukrainie i w Rosji.

Nasze firmy są elastyczne i potrafią z sukcesem poszukiwać nowych kierunków eksportu. Wyraźnie widzimy, że kiedy rynek rosyjski zamknął się na żywność, to firmy bardzo znalazły nowe rynki zbytu – podkreśla Antczak.

Dzięki temu powoli rosnący udział w polskim eksporcie mają nowe kraje – podkreśla Antczak. Według danych GUS w okresie od stycznia do listopada 2014 r. 8,7 proc. polskiego eksportu trafiło do krajów rozwijających się. To o 0,1 pkt proc. więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku.

Niemcy i cała strefa euro pozostaną głównym kierunkiem dla polskich eksporterów (według GUS trafiło tam od stycznia do listopada 2014 r. 53,6 proc. sprzedaży zagranicznej), ale wzrośnie znaczenie innych gospodarek.

Firmy poszukują partnerów spoza strefy euro. Są zainteresowane krajami skandynawskimi, głównie Norwegią, choć myślą również o Węgrzech, Turcja, Bułgarii i innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej, m.in. Czechach i Słowacji – wylicza Antczak.

Dodaje, że nie bez znaczenia są kampanie Ministerstwa Gospodarki, które aktywnie zachęcają do poszukiwania nowych rynków i ułatwiają zdobycie informacji oraz dostępu do tych rynków. Eksporterów skutecznie wspierają również instytucje finansowe, które poprzez finansowanie eksportu wspierają jego dywersyfikację.

Wsparciem dla nich mogą być, poza działaniami rządu i ministerstw, inicjatywy banków, w tym portale ułatwiające nawiązywanie relacji handlowych z partnerami z całego świata. Poza fizycznymi misjami handlowymi organizowane są też wirtualne spotkania. Istotne jest też wsparcie ze strony instytucji finansowych, które nie tylko finansują i zabezpieczają sprzedaż zagraniczną, lecz także gwarantują otrzymanie płatności.

Bezpośrednia likwidacja szkód coraz popularniejsza. Klienci są gotowi zapłacić więcej za polisę z taką opcją

Jeszcze w tym roku bezpośrednia likwidacja szkód ma być bardziej dostępna na polskim rynku, bo zgodnie z zapowiedziami Polskiej Izby Ubezpieczeń już w II kwartale wprowadzi ją większość ubezpieczycieli. Z badań wynika, że klienci są w stanie zapłacić nawet 10 proc. więcej za polisę, która zawiera usługę bezpośredniej likwidacji szkód.

Bezpośrednia likwidacja szkód polega na tym, że klient zgłasza szkodę komunikacyjną nie do ubezpieczyciela sprawcy wypadku lub kolizji, lecz do swojego ubezpieczyciela. To firma ubezpieczeniowa bierze na siebie proces likwidacji szkody oraz odzyskania kosztów od drugiego ubezpieczyciela. Obecnie bezpośrednią likwidację szkód ma w swojej ofercie tylko dwóch ubezpieczycieli ‒ PZU i UNIQA.

W ciągu ponad 7 miesięcy od wprowadzenia bezpośredniej likwidacji szkód w UNIQA z usługi skorzystało ok. 1,5 tys. klientów. Spółka wypłaciła 3 mln zł odszkodowań, a aż 90 proc. klientów jest bardzo zadowolonych z tej oferty. W tym roku ubezpieczyciel spodziewa się kilkudziesięciu tysięcy zgłoszeń szkód w ramach usługi.

Z miesiąca na miesiąc mamy coraz więcej klientów, którzy korzystają z bezpośredniej likwidacji szkody, ponieważ wiedzą, że mogą z tego skorzystać. Grudzień był miesiącem, w którym przyjęliśmy najwięcej szkód i zgłoszeń szkód od naszych klientów, w związku z tym oczekujemy, że w 2015 roku będzie kilkadziesiąt tysięcy tego rodzaju zdarzeń – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Jarczyk, prezes zarządu UNIQA Polska.

Usługa dostępna jest już ponad 7 miesięcy. Jak podkreśla Jarczyk, w tym czasie jej popularność nieustannie rośnie. Przeprowadzone przez UNIQA badania pokazują, że 90 proc. ubezpieczonych jest bardzo zadowolonych z możliwości bezpośredniej likwidacji szkód.

63 proc. ankietowanych uważa za istotne to, czy ubezpieczenie zawiera opcję bezpośredniej likwidacji szkód. 68 proc. zapytanych było nawet gotowych dopłacić 10 proc. do ceny ubezpieczenia w zamian za taką usługę.

Jest to rozwiązanie bardzo wygodne dla każdego z naszych klientów i bardzo dobrze oceniane – podkreśla Jarczyk. ‒ Oczywiście po naszej stronie są pewne koszty związane z samym procesem, jednakże poziom zadowolenia klientów zdecydowanie rośnie i w związku z tym nie postrzegamy bezpośredniej likwidacji szkód jako obciążenia.

W chłodniach wciąż zalega ponad milion ton polskich jabłek. Część może trafić do bezpłatnej dystrybucji

CEO Magazyn Polska

Rosyjskie embargo sprawiło, że wartość eksportu jabłek spadła o 20 proc. Zapasy w chłodniach wynoszą ponad 1 mln ton, a cena skupu niektórych gatunków owoców jest znacznie niższa. Producenci przestrzegają, że przeznaczenie do bezpłatnej dystrybucji ponad 150 tys. ton owoców, jak proponował resort rolnictwa, jeszcze bardziej zdestabilizuje rynek. Wyjściem z sytuacji mogłoby być przekazanie jabłek podmiotom uprawnionym na rynkach UE, Ukrainie, a niezagospodarowanych w ten sposób – do biogazowni lub jako karmę dla zwierząt.

Embargo wywarło ewidentny wpływ na poziom sprzedaży, a Komisja Europejska – na sposoby wycofywania jabłek z rynku. Sytuacja jest kiepska. Obecnie szacujemy sprzedaż na poziomie 40 proc. w stosunku do lat ubiegłych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jolanta Kazimierska, prezes zarządu Stowarzyszenie Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa”.

Informuje, że zapasy jabłek to teraz ok. 1 mln ton. W grudniu były one o 18 proc. wyższe niż przed rokiem. Producenci maja problem ze sprzedażą owoców, które co roku w ilości kilkuset tysięcy ton trafiały na rynek rosyjski. Tylko w ciągu trzech kwartałów 2014 roku sprzedaż jabłek do Rosji spadła o 35 proc., o 75 mln euro. Wyjściem z sytuacji może być dywersyfikacja eksportu, o co zabiegają organizacje branżowe i resort rolnictwa.

Nowe rynki na nas czekają, ale niestety nie wejdziemy na nie z dnia na dzień. Zainteresowanie jabłkiem jest, ale proces nawiązywania relacji biznesowych i zawierania kontraktów jest czasochłonny – podkreśla ekspertka.

Sadownicy liczą na to, że polskie owoce w ciągu tego i przyszłego roku trafią do krajów azjatyckich (Indii, Chin, Malezji i Indonezji), arabskich (Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich) oraz na Bałkany.

Kazimierska zaznacza, że złą sytuację polskich sadowników może jeszcze pogorszyć propozycja, aby wprowadzić w ciągu pięciu miesięcy (od lutego do czerwca) do bezpłatnej dystrybucji 157 tys. ton jabłek dla organizacji charytatywnych.

Skorzystanie z tej możliwości to kompletna destabilizacja i paraliż rynku w Polsce. Jesienią wycofano około 30 tys. ton i to ilość, którą organizacje charytatywne określają jako pojemność tego rynku. Wycofanie 150 tys. ton jest dla mnie fizycznie niemożliwe, bo te owoce nie mają odbiorców. Oznaczałoby to dalszy spadek cen i obrotu handlowego – komentuje Jolanta Kazimierska.

Organizacje branżowe zaapelowały do ministra o wstrzymanie prac nad projektem rozporządzenia i podjęcia negocjacji z Komisją Europejską ws. zmiany zasad pomocy dla sektora owoców. Przedstawiciele sadowników i dystrybutorów proponują, aby część jabłek przekazać podmiotom uprawnionym na innych rynkach Unii Europejskiej lub w ramach pomocy dla mieszkańców Ukrainy. Nadwyżkę owoców, której nie uda się przekazać do bezpłatnej dystrybucji, można byłoby przeznaczyć na paszę dla zwierząt lub dostarczyć do biogazowni. Stawki powinny być wyrównane zarówno dla rolników zrzeszonych, jak i indywidualnych.

Zdaniem ekspertki wprowadzenie na rynek dodatkowych ponad 150 tys. ton jabłek może w dłuższym okresie pogorszyć sytuację producentów.

Jabłka, które są przekazywane do bezpłatnej dystrybucji, nie są wliczane do obrotu firmy, a ten musi być osiągnięty, żeby wykonać plan. To kolejna reperkusja, bardzo bolesna dla producentów owoców i warzyw, bo niewykonanie planu jest równoznaczne ze zwrotem środków – ocenia Jolanta Kazimierska.

Uwolnienie rynku ciepła mogłoby obniżyć ceny w Polsce

CEO Magazyn Polska

Liberalizacja na rynku ciepła wcale nie musi oznaczać wzrostu jego cen. Przykłady Finlandii czy Szwecji, gdzie taryfy ustalane są na rynku, pokazują, że ceny ciepła są niższe, bo firmy muszą konkurować o klienta z innymi źródłami. O windowaniu cen nie może być mowy, ponieważ wytwórcy nie znaleźliby wówczas odbiorców energii ze swoich źródeł, w które inwestują duże pieniądze.

W Polsce mówi się o tym, że regulacja rynku pozwala na ochronę klienta przed nadmiernymi podwyżkami cen ciepła. Okazuje się jednak, że na rynkach, które są w pełni otwarte, np. w Szwecji czy Finlandii, ceny ciepła są niższe, ponieważ firmy są zmuszone do konkurowania z innymi źródłami, np. z pompami ciepła – przekonuje Izabela Van den Bossche, wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej Fortum, fińskiego koncernu energetycznego.

Jak podkreśla, żaden producent ciepła nie może myśleć o znaczącym podnoszeniu cen, bo to stawiałoby pod znakiem zapytania opłacalność jego inwestycji. A koszty nie są małe, dla przykładu wybudowana przez Fortum elektrociepłownia w Częstochowie kosztowała 130 mln euro.

Inwestując takie pieniądze w źródło na 30-40 lat, chcemy, żeby zwrot był przez kolejne lata, dlatego musimy rozsądnie określać ceny. Oferując zbyt wysokie, pozbywamy się klientów, bo oni w przeciągu kilku lat mogą wybudować własne źródła, żeby mieć tańsze ciepło, i wtedy odłączyć się od nas – przekonuje Izabela Van den Bossche. – Jesteśmy więc za otwarciem rynków, za zliberalizowaniem rynku tak dalece, jak to się tylko da.

W Polsce taryfy dla ciepła są zatwierdzane przez Urząd Regulacji Energetyki. Jak wynika z raportu URE, w 2013 roku średnia cena wytwarzanego ciepła wyniosła 35,38 zł/GJ (o 6,8 proc. wyższa niż w 2012 r.), natomiast stawka za opłaty przesyłowe ukształtowała się na poziomie 15,67 zł/GJ (wzrost o 7,3 proc.). Opłaty różnią się w zależności od paliwa zużywanego w danym źródle.

W Polsce pewnie do pełnej liberalizacji jest jeszcze nie dojdzie, ale ten system wyliczania ceny ciepła i regulacji się zmienia. Już teraz widzimy możliwości uzyskiwania lepszych efektów i zwrotu z kapitału, w który inwestujemy. To jest ta pozytywna zmiana – podkreśla wiceprezes Fortum. – Wierzymy jednak, że przy wolnym rynku, na którym jest konkurencja między różnymi dostawcami, różnymi źródłami ciepła, klient korzysta najwięcej, bo to on wybiera.

Dla Fortum Polska pozostaje bardzo atrakcyjnym rynkiem. Spółka chce się rozwijać w różnych obszarach. Pierwszą drogą rozwoju są przyłączenia do sieci nowych klientów i obszarów w miastach, w których firma już funkcjonuje, oraz na nowych rynkach.

Istnieje także możliwość optymalizacji sieci, czyli np. likwidowania strat, które pojawiają się w związku z wiekiem systemów ciepłowniczych – wyjaśnia Izabela Van den Bossche. – Mamy wiele kilometrów nowoczesnej sieci, wszystko dzięki temu, że w ostatnich latach wymieniliśmy fragmenty najbardziej narażone na korozję. Straty na przesyle są dużo mniejsze, a efektywność przesyłania ciepła jest większa.

Od 2005 roku ​na polskim rynku działa Fortum Power and Heat Polska – producent energii elektrycznej i ciepła. W chwili obecnej dla tej firmy kluczowymi projektami są inwestycje w Zabrzu (budowa wielopaliwowego bloku kogeneracyjnego o mocy 130-150 MWe za 250-330 mln euro) i we Wrocławiu (budowa bloku gazowo-parowego o mocy 400 MWe o wartości 350-400 mln euro).

Co dziesiąty Polak ma dodatkowe dochody ze swoich pasji. 60 proc. chciałoby w ten sposób zarabiać

Na realizacji swoich pasji chce zarabiać 60 proc. Polaków – wynika z badania Visa Europe. 10 proc. już osiąga dodatkowe dochody dzięki swoim zainteresowaniom. Ich wysokość zależy od branży, ale średnio to 8 tys. zł rocznie. Przed przekształceniem pasji w stałą działalność gospodarczą Polaków powstrzymuje lęk przed niepowodzeniem, brakiem klientów i wysokimi kosztami.

60 proc. Polaków deklaruje, że chciałoby zarabiać na realizacji swoich pasji. Z naszego badania, w którym wzięło udział 18 tys. respondentów z całej Europy, a w Polsce ok. 1 tys. osób, wynika, że w zależności od branży, w której Polacy chcą zarabiać, dochody kształtują się na poziomie 8 tys. zł rocznie – mówi agencji Newseria Adrian Kurowski, dyrektor Visa Europe w Polsce, która zleciła przeprowadzenie badania „Everyone in Business”.

Najwięcej można zarobić na usługach budowlano-remontowych (12 tys. zł), nieco mniej zarabiają designerzy i producenci biżuterii (odpowiednio 11 i 10 tys. zł rocznie). Na korepetycjach i opiece nad dziećmi można zyskać ok. 9 tys. zł.

W Polsce 10 proc. osób zarabia na swoich pasjach, a dodatkowe zarobki w stałą działalność chce przekształcić 77 proc. Polaków (przy średniej europejskiej 72 proc.). Najczęściej wskazują, że prowadzenie własnej firmy wiąże się z ryzykiem – Polacy nie wiedzą, czy na rynku jest miejsce na ich biznes, boją się małej liczby zleceń, nie znają obsługi płatności innych niż bezgotówkowe.

Większość przedsiębiorców zaczyna w tzw. e-commerce, czyli poprzez propagowanie swojej działalności w internecie. Chcą mieć możliwość sprzedania dóbr czy usług, które proponują, w najbardziej efektywny sposób. Visa Europe wspiera ten trend poprzez możliwość akceptacji kart płatniczych w środowisku online – podkreśla Kurowski.

Jak zaznacza ekspert, pozwala to na zyskanie nowych klientów nie tylko w kraju, lecz także poza jego granicami. Dla przedsiębiorców, którzy mają często bezpośredni kontakt z klientem, stworzono możliwość korzystania z mobilnego terminalu płatniczego (mPOS), gdzie akceptacja karty odbywa się za pomocą specjalnej aplikacji na smartfonie, w związku z tym w dowolnym miejscu lub czasie.

– W ten sposób odpowiadamy na potrzeby przedsiębiorców. Większość osób, które chcą realizować swoje pasje, chce je też monetyzować i komercjalizować. Dajemy im takie możliwości, ułatwiając interakcję z konsumentami na całym świecie, a to co zapewnia tym firmom sukces – przekonuje dyrektor Visa Europe w Polsce.

Przedsiębiorcy coraz częściej korzystają z proponowanych rozwiązań. Duże znaczenie mają stawki interchange, czyli opłaty pobierane za transakcje bezgotówkowe. W lipcu 2014 roku zostały zmniejszone do 0,5 proc. wartości transakcji. Nowelizacja ustawy o usługach płatniczych, która ma wejść w życie pod koniec stycznia przewiduje, że stawki będą jeszcze niższe – w przypadku kart debetowych ma wynieść 0,2 proc., a kart kredytowych – 0,3 proc.

Zaletą mobilnych terminali jest też generowanie niższych kosztów, co jest korzystne zwłaszcza dla tych mikroprzedsiębiorców, którzy dopiero wchodzą na rynek.

Mamy do czynienia z innym modelem biznesowym niż dotychczas. W tradycyjnym modelu, oprócz kosztu dzierżawy za terminal płacimy prowizję. W mPOS-ach mamy do czynienia tylko z kwotowo bądź procentowo ustaloną prowizją – tłumaczy Kurowski.

Nowoczesne rozwiązania proponowane przez banki stają się coraz popularniejsze. Z danych Visa Europe wynika, że Polacy są na pierwszym miejscu w Europie pod względem liczby dokonywanych płatności zbliżeniowych. Znacznie pomógł w tym program rozwoju sieci akceptacji „Kartą Visa zapłacisz wszędzie”, w ramach którego od 2010 r. zostało dofinansowane uruchomienie 160 tys. terminali, z czego prawie połowa to terminale zbliżeniowe. Liczba takich urządzeń osiągnęła 280 tys.

Na potrzeby badania „Everyone in Business” został opracowany interaktywny quiz, który pozwala osobom zarabiającym na swoich zainteresowaniach lub myślących o tym sprawdzić, do jakiego typu przedsiębiorców należą oraz na jakie czynniki muszą zwrócić szczególną uwagę, zwiększając skalę działania.

W Warszawie powstanie pierwsza w kraju dwupoziomowa zajezdnia autobusowa

W 2018 r. powstanie dwupoziomowa zajezdnia dla warszawskich autobusów. Poza obiektem przy ul. Redutowej ma powstać też nowa zajezdnia na Białołęce oraz centrala Nadzoru Ruchu. Miejskie Zakłady Autobusowe same sfinansują te projekty, częściowo z oszczędności uzyskanych dzięki niskim cenom paliw.

Zajezdnia przy ulicy Redutowej jest teraz wyłączona z ruchu, obecnie prowadzony jest przetarg na dokumentację techniczną zupełnie nowego zakładu. Chcemy, żeby w roku 2018 ta zajezdnia zaczęła działać – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Stawicki, rzecznik prasowy Miejskich Zakładów Autobusowych.

Nowa zajezdnia przy ul. Redutowej na warszawskiej Woli ma być pierwszym w kraju dwupoziomowym obiektem tego typu. Stary budynek powstał w 1964 r., jednak dzisiaj nie jest już wykorzystywany.

MZA planuje także budowę zupełnie nowej zajezdni na Białołęce. Ma ona obsługiwać północną część stolicy. Kolejna planowana inwestycja to modernizacja lub budowa całkowicie nowej Centrali Nadzoru Ruchu. Te są jednak na razie tylko plany i nie wiadomo, kiedy inwestycje zostaną zrealizowane.

Stawicki dodaje, że na razie nawet w przypadku inwestycji przy ul. Redutowej nie można mówić o kosztach.

W momencie, kiedy będziemy dochodzili do szczegółów, czyli do przetargów na budowę Redutowej i innych inwestycji, będziemy znali ich wartość – podkreśla Stawicki. ‒ Liczymy przede wszystkim na środki własne spółki.

Rzecznik MZA zauważa, że finansowanie inwestycji ułatwiają niskie ceny paliw, dzięki którym nieco więcej pieniędzy zostaje w kasie spółki. Stawicki zaznacza, że oszczędności nie mają wpływu na bieżące funkcjonowanie spółki, ale umożliwiają obniżenie średniej wieku taboru czy rozbudowę infrastruktury.

My de facto przewidywaliśmy spadek ceny paliw. To nie jest dla nas całkowite zaskoczenie. Natomiast te kwoty są na pewno zauważalne i już rozplanowaliśmy, gdzie zamierzamy ulokować te oszczędności – dodaje Stawicki.

Rynek reklamowy na wyraźnym plusie

CEO Magazyn Polska

O 3-4 proc. wzrósł rynek reklamy w ubiegłym roku – ocenia dom mediowy Mindshare Polska. W tym roku dynamika wzrostu może być nieco wyższa. Wbrew prognozom rosną wydatki na reklamę telewizyjną mimo silnej konkurencji ze strony reklamy wideo w internecie. O ok. 30 proc. rośnie rynek reklam na urządzenia mobilne.

2014 rok pod względem dynamiki przypominał to, co działo się w branży rok wcześniej. Szacujemy, że cały rynek wzrósł o 3-4 proc. – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adrian Kawecki, prezes zarządu Mindshare Polska.

W tym roku tendencja wzrostowa powinna się utrzymywać. Prognozy mówią o 4-5-proc. tempie rozwoju rynku, mimo że zabraknie dużych wydarzeń medialnych, które zwykle stymulują wzrost wydatków reklamodawców.

Mimo wszystko prognozujemy wzrosty w reklamie telewizyjnej oraz dalszy wzrost reklamy internetowej przy jednoczesnym spadku prasowej i mniej więcej stabilnym udziale wydatków na outdoor czy kino – mówi Kawecki.

Według domu mediowego Starlink wartość rynku telewizyjnego w okresie I-III kw. 2014 r. wzrosła o 6,3 proc. rok do roku, czyli do 2,66 mld zł, co stanowi 51,8 proc. całego rynku (5,14 mld zł). Mindshare szacuje, że w 2015 r. ten rynek wzrośnie o ok. 3 proc.

Wnioskując z obserwowanego wypełnienia przerw reklamowych oraz popytu na czas antenowy, możemy spodziewać się dalszych wzrostów budżetów alokowanych w TV. Niewykluczone są także ruchy inflacyjne w przypadku poszczególnych polityk handlowych stacji telewizyjnych – mówi prezes Mindshare Polska.

Rynkowi telewizyjnemu nie szkodzi szybki rozwój reklamy internetowej, a szczególnie segmentu wideo. Kawecki ocenia, że może na to wpływać multiscreening, czyli jednoczesne konsumowanie mediów na kilku urządzeniach, np. TV i laptopie. Reklamodawcy uczą się, jak to zjawisko wykorzystywać, na przykład integrując reklamy publikowane w telewizji i internecie.

Reklama internetowa, szczególnie wideo, w tym roku będzie rozwijać się najszybciej. Dynamika wzrostu jednak wyhamuje – IAB prognozuje, że będzie to już wzrost jednocyfrowy.

Rynek reklam na urządzenia mobilne dopiero się tworzy, ale bardzo już dynamicznie rośnie. Jak pokazują nasze badania, możemy oczekiwać wzrostu na poziomie nawet 30 proc. – podkreśla Adrian Kawecki.

Wielkość budżetów marketingowych zależy od branży. Wśród branż, które wydają coraz więcej, znalazł się sektor farmaceutyczny. Stabilne pozostają budżety w sektorze telekomunikacyjnym i finansowym, spadają za to wydatki firm z sektora żywności. Coraz mniej wydaje się także na reklamę produktów użytku domowego, komputerów oraz sprzętu audio i video.

Przybywa rozwiązań prorodzinnych. Mimo to trudno będzie wyjść z depresji demograficznej

W Polsce wprowadza się coraz więcej rozwiązań prorodzinnych. Resort pracy konsultuje pomysł wprowadzenia świadczenia w wysokości 1 tys. zł miesięcznie dla rodziców, którzy nie mogą skorzystać z urlopu macierzyńskiego. Dla rodziców przewidziane są też większe ulgi podatkowe na dzieci, a kolejne firmy i instytucje oferują zniżki na Kartę Dużej Rodziny. Wprawdzie dane za I półrocze 2014 r. mówiły o wzroście liczby urodzeń, jednak eksperci ostrzegają, że na trwałe odwrócenie trendu spadkowego trzeba będzie jeszcze poczekać.

Sytuacja demograficzna w Polsce w okresie transformacji w zasadzie w sposób ciągły jest negatywna. W ostatnim roku rząd zaczął się zastanawiać nad tym, co można zrobić, by odwrócić ten trend. Przez ostatnie 20 lat mamy dzietność zbliżoną do 1,3 średniorocznie, ale można temu przeciwdziałać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Stanisław Kluza, były minister finansów, ekonomista w Szkole Głównej Handlowej.

Od 1995 roku poziom dzietności w Polsce spada – z 1,62 do 1,3 w 2012 roku. Delikatnie wzrósł tylko w latach 2004-2009 (z 1,22 do 1,4).

Jak wynika z danych GUS, w I półroczu 2014 r. po raz pierwszy od lat urodziło się więcej dzieci niż rok wcześniej (o 2 tys.), jednak to nie musi oznaczać trwałej zmiany trendu. Mimo że w Polsce podejmowanych jest coraz więcej inicjatyw prorodzinnych.

To także kwestia dłuższych urlopów macierzyńskich czy udogodnień, np. Kart Dużej Rodziny uprawniających rodziny wielodzietne do zniżek. W ostatnich latach faktycznie zaczęło się dużo dziać w polityce rodzinnej – podkreśla Kluza.

W 2013 roku rząd wydłużył do roku urlopy macierzyńskie. MPiPS podaje, że skorzystało z nich 300 tys. osób. Według nowego projektu resortu od 2016 roku wsparcie uzyskają również osoby, które prawa do urlopu nie mają – ze względu na sytuację zawodową. Świadczenie w wysokości 1 tys. zł miesięcznie przez rok po urodzeniu dziecka będzie więc przysługiwało bezrobotnym, studentom, rolnikom i pracującym na umowach o dzieło. W przypadku wieloraczków kwota będzie odpowiednio większa. MPiPS szacuje, że potencjalnie może ze świadczenia skorzystać 125 tys. osób.

W 2014 roku weszły w życie zmiany w zasadach odliczania ulgi na dziecko. Skorzystają na tym przede wszystkim rodziny wielodzietne i najbiedniejsze. Ulga na trzecie, czwarte i kolejne dziecko wzrośnie o 20 proc. Szacunki Tax Care mówią, że kwota odpisu na trzecie dziecko wyniesie ok. 2 tys. zł, a za każde następne blisko 2,7 tys. Nowością jest też całkowity zwrot odpisu na dziecko. Zyskają mniej zamożni, którzy jeśli kwota podatku była niższa niż wysokość odpisu, tracili różnicę. Teraz tę część ulgi ma im zwrócić urząd skarbowy.

Zdaniem eksperta zmiany idą w dobrym kierunku, jednak na efekty trzeba będzie jeszcze poczekać, a zarządzanie procesami społecznymi to największe wyzwanie, jakie stoi przed rządzącymi w najbliższych latach.

Mało liczne pokolenia zaczną wchodzić na rynek pracy, a liczne pokolenia schodzące z rynku pracy sprawią, że będziemy mieli do czynienia z nierównomierną strukturą wieku ludności – podkreśla były minister finansów. – Może to oznaczać, że albo trzeba będzie znacząco podnieść podatki i składki osób pracujących, co nie byłoby dobre, albo pójść w druga stronę, czyli istotnie obniżyć bieżącą wartość świadczeń emerytalnych, co również byłoby nieskuteczne.

Dla stabilnego rozwoju demograficznego na jedną parę powinno przypadać ponad dwoje dzieci. GUS obliczył, że jeśli nie uda się odwrócić niekorzystnej tendencji, to w 2035 roku liczba ludności w Polsce spadnie poniżej 36 mln, a osoby w wieku produkcyjnym będą stanowić 64 proc. (obecnie ok. 70 proc.). W 2060 roku będzie to zaledwie 54 proc.

Pytanie, kiedy jesteśmy w stanie wrócić do tej zasady dwójki dzieci, żeby nie pogłębiać luki demograficznej i liczyć na przynajmniej częściową zastępowalność pokoleń – mówi Kluza. – Odliczając osoby, które nie mogą mieć dzieci, na małżeństwo powinna przypadać trójka dzieci. To scenariusz mało prawdopodobny. Oznacza to, że w długim horyzoncie czasu nie możemy jeszcze liczyć na przełamanie problemu depresji demograficznej w Polsce – ocenia.

DM BPS: konsumenci mają pieniądze, inflacja jest niska, więc spółki detaliczne mogą dać zarobić inwestorom w tym roku

CEO Magazyn Polska

Spółki detaliczne mogą być beneficjentem zapowiadanego przez analityków wzrostu spożycia indywidualnego w tym roku Marcin Stebakow z DM Banku BPS za warte uwagi uznaje walory średniej wielkości firm z branży odzieżowo-obuwniczej szyjących w kraju. Ale dobrą stopą zwrotu może pochwalić się także sprzedająca ubranka dla najmłodszych, mająca sieć sklepów w Polsce i za granicą, spółka CDRL, właściciel marki Coccodrillo.

Jeśli chodzi o aktualne rekomendacje z branży odzieżowo-obuwniczej, to LPP i CCC mam na „sprzedaj”, pozostałe spółki zostały w tym rajdzie zrealizowane, mam tu na myśli Monnari i Bytom – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Stebakow, dyrektor Departamentu Analiz DM Banku Polskiej Spółdzielczości (BPS). – Ciekawie prezentuje się Solar, który ostatnio mocno rośnie, ale tutaj poziom zysku rok do roku jest diametralnie różny. Spółka ma problemy z corporate governance (ładem korporacyjnym, czyli zasadami i normami odnoszącymi się do zarządzania organizacją oraz relacjami między akcjonariuszami – red.). Ewentualne uporządkowanie struktury związanej z włączeniem spółki zależnej Grutex może spowodować pewne problemy ze zrozumieniem tego, jak ta spółka działa.

Ogólnie, jak twierdzi dyrektor DM Banku BPS, w branży odzieżowo-obuwniczej jest teraz wiele czynników, które negatywnie wpływają na rentowność. Inwestorzy będą więc oceniać poziom przychodów i kosztów.

Z racji wysokiej bazy dalej polecałbym spółki Gino Rossi oraz Bytom, które szyją m.in. w Polsce – wskazuje Marcin Stebakow. – Monnari wciąż jest bardzo ciekawą inwestycją. Cena Wojasa w dalszym ciągu nie dochodzi do mojego poziomu docelowego, czyli 12 zł. Prima Moda ma swoje problemy: jej akcji raczej bym nie rekomendował ze względu na to, że na poziomie zysku netto, po odliczeniu kosztów, firma nie generuje dodatniego wyniku, dlatego o wartości dla akcjonariuszy też nie może być na chwilę obecną mowy.

Ciekawie natomiast zapowiada się zdaniem analityka mająca sieć sklepów z odzieżą dla najmłodszych spółka CDRL, która zadebiutowała pod koniec października ub.r. Obecnie firma ma w Polsce (pod marką Coccodrillo) 200 salonów, a za granicą – 145 (między innymi w Austrii, Czechach, na Węgrzech, Słowacji, w Rumunii, krajach bałtyckich, a także Arabii Saudyjskiej, Mongolii oraz Libii). W ofercie publicznej jej walory sprzedawane były po 14,90 zł (w transzy dla inwestorów indywidualnych). Redukcja zapisów wyniosła prawie 82 proc., ale w pierwszym dniu notowań jedna akcja wyceniana była zaledwie o 2,68 proc. drożej. W połowie listopada ub.r. jednak ich cena osiągnęła dotychczasowe maksimum w wysokości około 20 zł (obecnie 18 zł).

Oferta Smyka jest, rzecz jasna, bardziej rozproszona ze względu na zabawki, Coccodrillo koncentruje się tylko na ubrankach – precyzuje Marcin Stebakow. – Ale to nowa spółka, która może stanowić ciekawy dodatek do portfela inwestora koncentrującego się na rynku detalicznym, pomijając inne wartości związane z dolarem czy popytem konsumenckim. Ten ostatni  według mnie  powinien się zresztą poprawiać głównie ze względu na lepsze perspektywy makroekonomiczne Polski. Konsumenci mają pieniądze, inflacja jest niska, dlatego spółki detaliczne, jak sądzę, mogą być beneficjentami wzrostu spożycia indywidualnego.

Średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach wzrosło w grudniu ubiegłego roku o 3,7 proc., podczas gdy oczekiwano wzrostu o 3 proc. Z kolei wskaźnik poziomu cen pozostawał szósty miesiąc z rzędu poniżej poziomu sprzed roku, a co więcej, spadek cen pogłębił się do 1 proc. To zwiększa siłę nabywczą konsumentów.

Spektrum spółek odzieżowo-obuwniczych, w które może angażować się inwestor, mogłoby być jednak szersze. Niestety, większość dużych przedsiębiorstw z branży odzieżowo-obuwniczej, jak zauważa Stebakow, woli się trzymać z dala od giełdowych notowań.

Kiedyś próbowały się sprzedać Wittchen oraz Kazar, być może, z racji koniunktury, spółki te wznowią procedurę w Komisji Nadzoru Finansowego związaną z prospektem emisyjnym i zechcą zadebiutować – przypuszcza Stebakow. – Pytanie tylko, jak to może być postrzegane. Obecnie wiadomo, że w sektorze detalicznym, szczególnie w branży spożywczej, trwa konsolidacja, czyli wykupywanie przez inwestorów finansowych albo branżowych podmiotów.

Ale analitycy, jak zapewnia Marcin Stebakow, nie mają informacji o konkretnych, nadchodzących ofertach publicznych i debiutach firm z tego sektora.

Wiadomo jednak, że to może być ukrywane aż do samego momentu podpisania czy zweryfikowania prospektu emisyjnego – zastrzega Stebakow. – Na pewno jest miejsce na takie spółki. Obecnie to ciekawy segment biznesu, szczególnie w kontekście informacji o popycie wewnętrznym. Sądzę więc, że część firm może wrócić do procedury prospektowej i jednak zadebiutować.

R. Sadoch (Plus Bank): w 2015 r. produkcja przemysłowa będzie rosnąć

CEO Magazyn Polska

Słaby złoty i poprawa koniunktury w Europie Zachodniej powinny napędzić polski przemysł w tym roku. Eksporterzy już udowodnili, że radzą sobie ze znalezieniem nowych rynków zbytu, a kurs europejskiej waluty jest dla nich bardzo korzystny. W związku z powyższym produkcja przemysłowa może rosnąć w 2015 r. szybciej niż w 2014 r.

W 2015 roku koniunktura w polskim przemyśle powinna się poprawiać. Gospodarka niemiecka, która jest naszym głównym partnerem handlowym, prawdopodobnie będzie rosła silniej niż w 2014 roku. Wskaźniki koniunktury pokazują, że poprawia się sytuacja w polskim sektorze przemysłowym – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Rafał Sadoch, ekonomista Plus Banku.

W styczniu nastroje wśród niemieckich analityków i inwestorów instytucjonalnych w odniesieniu do sytuacji gospodarczej kraju okazały się dużo lepsze od tych z grudnia oraz od oczekiwań. Indeks ZEW, opublikowany we wtorek, osiągnął wartość 48,4 pkt, najwyższą od 11 miesięcy. W grudniu miał on poziom niespełna 35 pkt, a ekonomiści spodziewali się styczniowego odczytu na poziomie 40 pkt. Według danych GUS w okresie od stycznia do listopada 2014 r. ponad 26 proc. polskiego eksportu trafiło do Niemiec. Był to wzrost o ponad jeden punkt procentowy rok do roku.

Zgodnie z prognozami Ministerstwa Gospodarki w całym 2014 r. dynamika sprzedaży w przemyśle i budownictwie przekroczy 3 proc., a w samym tylko grudniu mogła sięgnąć 5 proc. rok do roku. Dokładne dane Główny Urząd Statystyczny poda w środę o 14:00.

Produkcję przemysłową napędza eksport, który korzysta na wciąż silnym wobec złotego euro. Dzięki temu, że europejska waluta kosztuje ponad 4,30 zł, polskie produkty stają się bardzo atrakcyjne cenowo na Zachodzie. To w ocenie eksperta powinno skompensować utratę rynków na Wschodzie związaną z rosyjskim embargiem oraz kryzysem na Ukrainie.

Ekonomista Plus Banku zwraca uwagę także na to, że producenci żywności już pokazali, że potrafią zdobywać nowe rynki zbytu, i to nie tylko na naszym kontynencie, lecz także w Azji i Afryce. Podobnie może dziać się w pozostałych branżach przemysłu.

W 2012 roku, gdy strefa euro pozostawała w trudnej kondycji, polscy producenci eksportowali na Wschód, do Rosji i na Ukrainę. Gdy ta sytuacja się odwróciła, środek ciężkości został przerzucony gdzie indziej. Zatem nie martwiłbym się o to, że polscy eksporterzy czy producenci nie poradzą sobie w niekorzystnej sytuacji – przekonuje Sadoch.

Kontrakty terminowe to inwestycja dla profesjonalistów. Trzeba mieć wiedzę, doświadczenie i szczęście

0

CEO Magazyn Polska

Kontrakt terminowy to instrument finansowy o wielkim potencjale. Pozwala inwestorom dużo zarobić nie tylko w czasie giełdowej hossy, lecz także podczas spadków. Niestety, źle wybrane instrumenty typu futures mogą przełożyć się na spore straty. Dlatego na tym rynku powinni grać tylko inwestorzy z dużą wiedzą i doświadczeniem. Można je zdobyć w rozpoczynającym się konkursie Futures Masters organizowanym przez GPW.

Kontrakt terminowy to instrument lewarowany, czyli taki, który korzysta z dźwigni finansowej, pomnażający zyski w razie udanych inwestycji, ale i zwielokrotniający straty w przypadku dokonania niewłaściwego wyboru.

 Tam, gdzie działa dźwignia finansowa, mamy do czynienia ze zwiększonym ryzykiem, jeżeli chodzi o porównanie z rynkiem kasowym mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Neidek, analityk Domu Maklerskiego mBanku, jeden z mentorów w konkursie Futures Masters. Grając na kontraktach terminowych, należy mieć świadomość, że niewielki ruch instrumentu bazowego sprawia, że z kontraktu można uzyskać naprawdę pokaźną stopę zwrotu. Bo myślę, że dwucyfrowa stopa zwrotu zainwestowanego kapitału w ciągu jednego dnia to jest wysoki zarobek.

W ekonomii nie ma jednak cudów, więc potencjalnie wysokie zyski mogą też oznaczać wysokie straty.

Trzeba także myśleć o negatywnej stronie takiej inwestycji  podkreśla Piotr Neidek. – Mówię tu o ryzyku związanym z kontraktami terminowymi. Złe ustawienie poziomu stop-loss [wartości, przy której następuje automatyczne wyjście z inwestycji, zanim osiągnie ona niekorzystne poziomy – red.], zajęcie złej pozycji czy niezareagowanie na czas na zmieniające się warunki na rynku sprawia, że z początkowego kapitału dosyć dużo może stracić w ciągu jednego dnia. Dlatego kontrakty terminowe tak naprawdę powinny być instrumentem dostępnym tylko dla profesjonalnych inwestorów.

Wiedza i dobra strategia przy inwestycjach w kontrakty terminowe są bardzo ważne. Warto korzystać z analizy technicznej oraz ocenić kondycję spółek i całego rynku. Ale to nie wszystko.

Na rynku kontraktów terminowych duże znaczenie, jeżeli chodzi o prognozowanie przyszłości, ma szczęście zwraca uwagę analityk Domu Maklerskiego mBanku. Jak ma się nosa do bieżącego trendu, czyli tak naprawdę dobrze się czuje na przykład w układzie wzrostowym i potrafi zagrać dokładnie z trendem wzrostowym, no to wynik może okazać się naprawdę spektakularny. Gorzej, jeżeli jest się optymistą i trafi się w trend spadkowy. Tutaj szczęście to połowa sukcesu, a druga połowa to właśnie ta analiza.

Rynek kontraktów terminowych to wyzwanie, z którym mierzą się raczej giełdowi zawodowcy niż amatorzy. Zawodowcem zaś zostaje się dzięki wiedzy i doświadczeniu. Jedno i drugie można zdobyć w konkursie Futures Masters, organizowanym przez GPW, któremu patronuje też agencja informacyjna Newseria. Obecnie trwają zapisy oraz gra testowa. Właściwe zawody, w których wygrać można nagrody warte w sumie 70 tys. zł, rozpoczynają się 26 stycznia.

Zdaniem analityka DM mBanku jest to znakomity pomysł. Początkującym w osiąganiu sukcesów na tym rynku najbardziej przeszkadza psychologiczna bariera strachu o własny kapitał. W konkursie inwestuje się wirtualne pieniądze, bez ryzyka uszczerbku na własnym majątku, co umożliwia uczestnikom zagranie na rynku kontraktów z rozmachem. Kto przegra rundę, w kolejnym tygodniu wraca do gry z pełnym portfelem. To sprawia, że grający nie boją się podejmować ryzyka.

 Dobra rada dla uczestników brzmi tak: nie bójcie się ryzyka. Konkurs trwa pięć tygodni, czyli daje pięć szans na to, żeby zagrać agresywnie i wygrać, bo tutaj nie ma miejsca na liberalne strategie. Jest mało czasu na decyzję i dużo uczestników, ale aż pięć szans na to, by zaryzykować i wygrać, trzeba to wykorzystać. 

9 mln Polaków 50+ nie korzysta z internetu. Koszty wykluczenia cyfrowego to 24 mld zł

Blisko 80 proc. z 13 mln Polaków powyżej 50. roku życia nie korzysta z internetu. Wykluczenie cyfrowe oznacza 24 mld zł strat dla budżetu państwa i gospodarstw domowych. Eksperci podkreślają, że szkolenia to za mało, by przekonać ludzi w tej grupie wiekowej do internetu. Trzeba te osoby odpowiednio zmotywować i pokazać im, jakie korzyści może przynieść sieć.

Jeśli 9 mln Polaków w wieku 50+ przekonałoby się w jakimś stopniu do internetu, to wpłynęłoby to pozytywnie na naszą gospodarkę, bo ich nieobecność kosztuje nas rocznie 24 mld zł. Aby to się jednak udało, musimy wyjść do ludzi z ofertą, która nie będzie formalną edukacją, tylko czymś w rodzaju spotkań, podczas których postawimy wspólnie pierwsze kroki w internecie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Głomb, prezes zarządu Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”.

Jak przekonują eksperci, integracja cyfrowa tej grupy Polaków oznacza nowe możliwości podejmowania pracy lub zwiększania zarobków, a co za tym idzie dodatkowe składki na NFZ czy ZUS. Ponadto znaczące oszczędności są możliwe poprzez przeniesienie kontaktu z administracją do sieci. Jak wyliczyła firma PwC na zlecenie Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”, ok. 2,4 mld zł mogliby zaoszczędzić sami zainteresowani – dzięki możliwości kupowania online i posiadaniu internetowego konta bankowego.

Musimy przestać uczyć, edukować, szkolić i zacząć zachęcać, motywować i inspirować – przekonuje Krzysztof Głomb. – To pozwoli pokonać podstawową w tym pokoleniu barierę, jaką jest zrobienie pierwszych kroków w internecie.

Jego zdaniem to bariera psychologiczna jest większym problemem dla wykluczonych cyfrowo niż samo opanowanie obsługi komputera i korzystania z sieci. Tym bardziej że osoby te potrzebują zwykle prostych umiejętności. Chcą wiedzieć, jak korzystać ze smartfona, tabletu, Skype’a,  jak skontaktować się z urzędem czy jak zrobić zakupy e-sklepem.

Dlatego programy muszą uwzględniać ten psychospołeczny element, który powoduje, że ponad 80 proc. ludzi w grupie 50+ nie decyduje się na to, by wziąć udział w jakichkolwiek zajęciach związanych z nauczeniem się korzystania ze świata cyfrowego – mówi prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”. – To powinny być spotkania, w trakcie których oni dowiadują się najpierw o tym, jakie ich potrzeby codzienne mogą być realizowane przez internet, np. zakupy, dostęp do kultury, kontakt z bliskimi.

Jedną z inicjatyw, które temu służą, jest program Polska Cyfrowa Równych Szans, realizowany przez Stowarzyszenie oraz resort administracji i cyfryzacji. Na rzecz włączenia dorosłych w cyfrowy świat działają wolontariusze, lokalni animatorzy, tzw. latarnicy. W ciągu dwóch lat blisko 3 tys. wolontariuszy przeszkoliło ponad 175 tys. osób.

W ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa na cyfryzację społeczeństwa i administracji będzie do wykorzystania ponad 2 mld euro.

Kwestie wykluczenia cyfrowego w grupie 50+ były jednym z tematów konferencji „Jak cyfryzować Polskę? Gospodarczy i obywatelski wymiar nowoczesnych technologii telekomunikacyjnych i informatycznych” zorganizowanej przez Instytut Sobieskiego.

Rynek walutowy czeka na decyzję EBC. Jeżeli bank osłabi euro, frank może jeszcze podrożeć

CEO Magazyn Polska

Wkrótce kolejny dzień próby dla franka szwajcarskiego. Podczas czwartkowego posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego może zapaść decyzja o wprowadzeniu programu skupu obligacji. To może osłabić euro i w konsekwencji jeszcze wzmocnić walutę Szwajcarii, także wobec złotego.

– Rynki spekulują, że 22 stycznia podczas posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego dojdzie do wprowadzenia programu QE, czyli luzowania ilościowego skupu obligacji, co dodatkowo spowoduje osłabienie euro. Zakładamy, że działanie banku Szwajcarii było pewnym wyprzedzeniem tego, co stanie się 22 stycznia – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych Aforti Exchange. – Na rynku będzie bardzo duże zamieszanie. Jeśli nie dojdzie do wprowadzenia programu QE, może być jeszcze bardziej ciekawie, bo wtedy euro będzie bardzo mocno zyskiwać, a złoty znowu powróci do trendu wzrostowego. To będzie szansa na umocnienie naszej waluty i ponowne zejście kursu franka w rejon 3,60.

Po spektakularnym umocnieniu 15 stycznia frank pozostaje relatywnie drogi. Mimo że od panicznej reakcji inwestorów szwajcarska waluta sporo straciła na wartości, nadal kosztuje ok. jednego euro i ok. 4,30 zł.

– Jeśli euro będzie się dalej osłabiać, to para EUR/CHF, która była powiązana z frankiem szwajcarskim, znowu zacznie spadać. Czyli w efekcie będziemy mieli pogłębienie spadków – mówi Marek Paciorkowski.

W ubiegłym tygodniu bank Szwajcarii podjął niespodziewaną decyzję o wstrzymaniu obrony swojej waluty na poziomie 1,20 do euro. Zaskoczony rynek zareagował skokowym wzmocnieniem wartości franka z niespełna 3,60 zł do ponad 5 zł, po czym nastąpiła jego stabilizacja na poziomie 4,25-4,30 zł.

– Na naszej platformie był to poziom 4,90, ale jako że była to ogromna zmienność, to spready na rynku bardzo się rozszerzyły. Nikt nie miał nawet szansy złożenia takiej transakcji, my zresztą też staraliśmy się w jakiś sposób bronić – opowiada Marek Paciorkowski.Tym bardziej że przy tak dużej zmienności bardzo trudno w ogóle trafić w cenę. Obroty musiały być bardzo duże i raczej były realizowane zlecenia oczekujące, przez co kurs w tym momencie zachował się niestabilnie.

Po pierwszej reakcji rynku, po tak silnym umocnieniu franka, inwestorzy zaczęli się reflektować. Aby zrównoważyć swoje niespodziewane posunięcie, bank Szwajcarii poinformował też, że obciął stopy procentowe. W ten sposób trochę uspokoił panikę na rynku.

Rynek zaczyna odreagowywać pierwszą falę umocnienia – tłumaczy Marek Paciorkowski.Po czym przez resztę dnia koryguje ten cały ruch, stabilizuje się. I kolejne dni przyniosą odpowiedź, czy to był wystrzał spekulacyjny i rynek powróci do równowagi sprzed decyzji, czy jednak inwestorzy znajdą w tym jakiś powód, aby dalej tę walutę umacniać, bo będą kolejne posunięcia.

Inwestorzy zadają sobie bowiem ważne pytanie: co stanie się 22 stycznia, co zrobi EBC i jak rynek na to zareaguje.

Przełom w leczeniu WZW C. Jest szansa na wygranie z wirusem

CEO Magazyn Polska

W Polsce na WZW C choruje ok. 230 tys. osób. Po 25 latach od wykrycia wirusa HCV naukowcy potrafią wyleczyć wywoływane przez niego wirusowe zapalenie wątroby typu C. Nowe leki mają niemal stuprocentową skuteczność, nie mają skutków ubocznych i działają znacznie szybciej niż dotychczas stosowane kombinacje leków. Nadzieją na walkę z chorobą są terapie z grupy ABT, skuteczne w genotypie 1B, czyli tym najczęściej występującym w naszej populacji.

Wirusowe zapalenie wątroby typu C różni się zasadniczo od innych typów wirusowych zapaleń wątroby. Charakteryzuje się przede wszystkim długim, nawet wieloletnim, bezobjawowym albo bardzo łagodnym przebiegiem. W efekcie najczęściej chory zgłasza się do lekarza, gdy jest już za późno na leczenie farmakologiczne.

Do zakażeń wirusem dochodzi głównie poprzez kontakt z zakażoną krwią i korzystanie z niejałowego sprzętu medycznego. WZW C jest główną przyczyną występowania marskości wątroby oraz raka wątrobowokomórkowego. Szacuje się, że na całym świecie na chorobę tę cierpi nawet 170 mln ludzi, w Polsce – 230 tys.

Są trzy elementy, które pomogłyby zlikwidować problem HCV w Polsce. Po pierwsze, musimy zahamować generowania nowych zakażeń. Po drugie, musimy w odpowiednim momencie zdiagnozować pacjentów, jeżeli nie wyjdziemy z systemowym badaniem przesiewowym, to pacjenci przyjdą do nas za późno. Po trzecie, musimy oczywiście udostępnić leki, a dysponujemy takimi o bardzo wysokiej skuteczności, nawet 90-100 proc. Dzięki temu jesteśmy w stanie wyleczyć populację osób zakażonych i pozbyć się wirusa HCV – mówi prof. dr hab. n. med. Waldemar Halota, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Collegium Medicum im. L. Rydygiera w Bydgoszczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Podstawowym celem leczenia zapalenia wątroby jest uzyskanie trwałego zahamowania namnażania się wirusa, a w konsekwencji remisja choroby. Jeszcze do niedawna skuteczność większości terapii lekowych, bardzo obciążających dla organizmu pacjenta, oceniana była między 50 a 70 proc. trwałych wyleczeń. W ostatnich latach naukowcy opracowali wiele nowych terapii, których skuteczność sięga nawet 100 proc. Są to leki określane jako DAA (direct acting antivirals), które hamują aktywność proteazy czy polimerazy HCV. Leki te są jednak bardzo drogie, w związku z czym nie w każdym kraju są dopuszczone do użytkowania.

Powoduje to perturbacje natury społecznej, ekonomicznej, prawnej i etycznej. Scenariusz minimum jest taki, że leki te będą dostępne dla niewielkiej liczby pacjentów w ramach tzw. programu lekowego, którego kryteria włączenia i wykluczenia będą bardzo wąskie i tylko nieliczni terapię uzyskają. Scenariusz maksimum to program, który zakłada, że leczymy wszystkich potrzebujących, być może byłby to narodowy program. Wtedy oczywiście musimy zadbać o to, żeby wykryć jak najwięcej osób, które mają wiremię, które mają tego wirusa we krwi, a potem zaoferować im skuteczne leczenie – mówi dr Krzysztof Łanda, prezes zarządu Fundacji Watch Health Care.

W zależności od tego, ilu pacjentów byłoby leczonych, zmieniałaby się cena efektywna tych nowoczesnych leków. Im większa liczba pacjentów, tym niższa cena leku wynegocjowana z Komisją Ekonomiczną i ministrem zdrowia. Zdaniem ekspertów skuteczne wyleczenie wszystkich osób zarażonych wirusem daje teoretyczną możliwość zmniejszenia rezerwuaru tego wirusa w społeczeństwie, czyli ograniczenie liczby osób chorych i zakażonych, które są potencjalnym źródłem zakażenia dla kolejnych ludzi. Nowe kombinacje leków są bardzo dobrze tolerowane przez chorych i do 12 tygodni skracają czas trwania kuracji. Dotychczasowe sposoby leczenia wywoływały bardzo często objawy grypopodobne, złe samopoczucie i depresję.

– Jest to inwestycja. Bo dzisiaj osób leczonych byłoby dużo, ale jeżeli je wyleczymy, to bardzo szybko możemy ograniczyć liczbę chorych, a dzięki temu w ciągu kilku lat zmniejszyć nakłady na leczenie – mówi dr Krzysztof Łanda.

Dotąd nie opracowano szczepionki przeciwko WZW C. Dla większości chorych jedynym ratunkiem jest przeszczep wątroby. W Polsce wykonuje się jednak zaledwie 30 transplantacji tego organu rocznie.

W walce z wirusowym zapaleniem wątroby typu C bardzo ważna jest profilaktyka, a więc niedopuszczanie do zakażenia. W tym celu należy unikać niesprawdzonych gabinetów kosmetycznych, salonów tatuażu, gabinetów medycznych, w których mogą nie zostać zachowane zasady czystości i sterylności igieł i narzędzi. W razie podejrzenia kontaktu z zakażoną krwią należy niezwłocznie udać się do lekarza pierwszego kontaktu i przeprowadzić badania krwi: na obecność przeciwciał anty-HCV, których pojawienie się może oznaczać zakażenie, próby wątrobowe oraz badanie metodą PCR, które wykaże, czy we krwi znajduje się materiał genetyczny wirusa.

Ferrero kończy budowę hali produkcyjnej i magazynów koło Grójca. Będzie wykorzystywać w nich zieloną energię z własnych źródeł

0

CEO Magazyn Polska

Ferrero, producent słodyczy, na przełomie lipca i sierpnia planuje zakończenie budowy nowej hali produkcyjnej oraz magazynu koło Grójca i rozpoczęcie montażu urządzeń. Nowe obiekty będą w większym stopniu korzystać z technologii ekologicznych. Firma chce zainwestować w kogenerację lub produkcję zielonej energii na własne potrzeby.

Stawiamy ogromną halę produkcyjną o powierzchni 20 tys. mkw. z budynkami towarzyszącymi oraz magazyn wysokiego składowania na 33 tys. miejsc paletowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Cezary Więcław, dyrektor generalny fabryki Ferrero Polska. – Jesteśmy zmuszeni do tego, by zwiększyć możliwości produkcyjne, a to wymaga wybudowania nowej powierzchni.

Obie inwestycje realizowane są w Belsku Dużym koło Grójca, gdzie do tej pory działa spółka. Część budowlana inwestycji ma się zakończyć na przełomie lipca i sierpnia. Zaraz potem rozpocznie się montaż urządzeń.

Przewidujemy zainstalowanie tam kilku różnych linii produkcyjnych, terminarz prac jest w tej chwili ustalany – tłumaczy Więcław. – Wyroby, które w tej chwili wytwarzamy, sprzedają się bardzo dobrze, rośnie również zapotrzebowanie naszych odbiorców. Nowa inwestycja jest właśnie po to, by sprostać coraz większym zamówieniom.

Ferrero zapowiada kolejne inwestycje – tym razem w energooszczędność. Trwają prace nad projektami w zakresie wykorzystania ekologicznych źródeł energii.

Mamy dwa urządzenia do kogeneracji [produkcja energii elektrycznej w połączeniu z wytwarzaniem ciepła użytkowego – red.]. Zastanawiamy się, w którym kierunku pójść: czy produkować zieloną energię, korzystając z wiatru i słońca, czy raczej rozbudowywać kogenerację – wskazuje dyrektor generalny fabryki Ferrero Polska.

Firma rozważa kilka projektów i na razie za wcześnie jest, by mówić o tym, który z nich zostanie zrealizowany.

Mamy wizję zielonego zakładu, w którym potrzeby energetyczne realizowane są we własnym zakresie. Czasami, na przykład w dni świąteczne czy wolne od pracy, energia będzie mogła być sprzedawana na zewnątrz, ale przede wszystkim będzie wspierać naszą produkcję – mówi Cezary Więcław.

Ferrero prowadzi działalność produkcyjną w Polsce od 1993 roku, kiedy powstała pierwsza fabryka w okolicach warszawskiego Wilanowa, w której pakowano drażetki Tic-Tac. W 1997 roku została uruchomiona fabryka w Belsku Dużym koło Grójca. Obecnie zakład realizuje zamówienia nie tylko na rynek polski, lecz także produkuje i konfekcjonuje na potrzeby odbiorców m.in. z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Skandynawii, Włoch, Hiszpanii, krajów Europy Wschodniej i Środkowej. Produkty z fabryki w Belsku trafiają także na inne kontynenty, w sumie do około 60 krajów świata.

Poprawia się sytuacja branży budowlanej. Najlepiej sprzedają się niewielkie i w miarę niedrogie mieszkania

Branża budowlana powoli przyspiesza, ale deweloperzy wciąż notują wyniki znacznie gorsze niż w szczycie koniunktury kilka lat temu. J.W. Construction Holding w zeszłym roku sprzedało ok. tysiąca mieszkań – to niemal trzykrotnie mniej niż 7-8 lat temu. Najlepiej wciąż sprzedają się najtańsze, niewielkie mieszkania.

Myślę, że 2014 rok można zaliczyć do udanych. Na pewno był lepszy niż poprzednie kilka lat, a 2015 rok będzie przynajmniej porównywalny, jak nie lepszy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Józef Kazimierz Wojciechowski, przewodniczący rady nadzorczej J.W. Construction Holding S.A.

Wojciechowski zdradza, że w ubiegłym roku firma sprzedała ok. tysiąca mieszkań. Oznacza to odbicie po kilku latach znacznego spowolnienia. Jest to jednak wynik nieporównywalny z danymi sprzed 7-8 lat – wtedy J.W. Construction sprzedawało rocznie nawet 2,5-3 tys. lokali.

Szef rady nadzorczej dewelopera dodaje, że w tym roku dynamikę wzrostu sprzedaży spółka powinna utrzymać na poziomie dwucyfrowym. Wojciechowski nie chce jednak podawać dokładnych prognoz, by, jak mówi, nie rozczarować inwestorów.

W tym roku J.W. Construction rozpocznie nowe inwestycje w Gdyni, Katowicach i Warszawie na posiadanych już gruntach. W strukturze sprzedaży dominują najmniejsze, tanie lokale.

Duże mieszkania to rodzynki. Większość ludzi potrzebuje małego i taniego mieszkania, najlepiej we w miarę dobrej lokalizacji – wyjaśnia Wojciechowski.

Mimo niskich stóp procentowych, a tym samym słabego oprocentowania lokat bankowych, niewiele osób decyduje się na zakup mieszkania w ramach inwestycji. Wojciechowski podkreśla, że zakupy inwestycyjne to obecnie niewielki odsetek całego portfela.

Choć koniunktura poprawia się już po kilka latach spowolnienia, rynek wciąż jest wrażliwy. Przewodniczący rady nadzorczej podkreśla, że jednym z zagrożeń jest sytuacja na Ukrainie – niepewność gospodarcza i polityczna może przenieść się na rynek polski. Wojciechowski nie oczekuje podwyższenia stóp procentowych, co pozytywnie wpływa na dostępność kredytów, jednak dodaje, że niewiadomą jest też zachowanie inwestorów giełdowych w tym roku.

Trudnością dla deweloperów pozostaje skomplikowany i czasochłonny proces uzyskiwania pozwoleń na budowę, choć 2014 rok był pod tym względem nieporównywalnie lepszy od 2013 roku. Z danych GUS wynika, że w ubiegłym roku deweloperzy oddali do użytku 58,9 tys. mieszkań (co stanowiło 41,1 proc. ogólnej liczby mieszkań oddanych do użytkowania), czyli o 4,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie uzyskali oni pozwolenia na budowę niemal 77,5 tys. mieszkań, czyli o 38,3 proc. więcej niż w 2013 roku. Znaczący wzrost (o 35,8 proc.) odnotowano również w liczbie mieszkań, których budowę rozpoczęto.

Na rynek w ograniczonym stopniu wpłynie program Mieszanie dla Młodych, ponieważ rządowy program wsparcia wystartował już rok temu i deweloperzy poczynili odpowiednie przygotowania, a teraz realizują już tylko inwestycje.

Wzrost konsumpcji może spowodować ożywienie w sektorze opakowań

CEO Magazyn Polska

Wraz ze wzrostem spożycia mleka i soków poprawia się koniunktura na rynku opakowań. Firma Tetra Pak, lider tego rynku, stawia na coraz bardziej ekologiczne technologie pakowania produktów spożywczych, które pozwalają ich producentom na obniżenie kosztów produkcji, np. poprzez oszczędność wody, oraz ograniczają ilość marnowanej żywności. Na rynku najbardziej popularne są opakowania aseptyczne,  które gwarantują dłuższą trwałość wartościowych produktów, takich jak np. mleko.

Rynek opakowań, szczególnie opakowań do żywności płynnej, jest nierozerwalnie związany z przemysłem spożywczym. Wszelkie zjawiska dotyczące przemysłu spożywczego odbijają się na rynku opakowań – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Kołton, dyrektor generalna Tetra Pak na rynek polski, czeski, węgierski i słowacki. ‒ W drugiej połowie roku obserwowaliśmy wzrost zarówno kategorii sokowej, jak i mleczarskiej.

Dzięki temu wzrosła również sprzedaż opakowań. Jest to odwrócenie trendu po słabszym pierwszym półroczu, kiedy konsumpcja mleka była niższa. To właśnie opakowania do tego produktu stanowią jedną z najważniejszych grup produktowych Tetra Pak.

Widzimy zdecydowanie większe zainteresowanie produktami o bardziej przyjaznymi dla środowiska. Na przestrzeni ostatnich miesięcy mieliśmy bardzo dużo zapytań o takie opakowania. Wydaje mi się, że właśnie w tym kierunku będą zmierzały innowacje w przemyśle zarówno sokowym, jak i mleczarskim – podkreśla Kołton.

Podkreśla, że również dla Tetra Pak ważne jest to, aby przekonać klientów do rozwiązań korzystnych dla środowiska naturalnego. Dlatego spółka promuje opakowania aseptyczne, w których produkcji jest liderem. To system sześciowarstwowego opakowania składającego się z warstwy papieru, folii aluminiowej i czterech warstw polietylenu umieszczonych między papierem i aluminium.

W takich opakowaniach najczęściej sprzedaje się soki i mleko, czyli produkty wrażliwe zarówno na tlen, jak i na światło – mówi dyrektor generalna Tetra Pak.

W połączeniu z opakowaniem aseptycznym stosuje się technologię UHT, polegającą na błyskawicznym podgrzaniu i schłodzeniu produktu. Pozwala to na wydłużenie jego terminu przydatności do spożycia bez utraty walorów smakowych i wartości odżywczych. To powoduje, że zmniejsza się skala wyrzucania żywności, a tym samym jej marnowania.

Większość opakowań, jakie Tetra Pak sprzedaje na rynkach w Polsce, Czechach, Słowacji i na Węgrzech, to opakowania litrowe. Szybko rośnie też sprzedaż mniejszych kartonów.

Widzimy dużą dynamikę wzrostu opakowań, które nazywamy „portion pack”, czyli opakowań mniejszych. Szczególnie jeżeli chodzi o te pełniące funkcję tzw. on-the-go, czyli umożliwiające konsumpcję produktów w samochodzie czy na wycieczce – podkreśla Małgorzata Kołton.

Prognozuje, że tego typu opakowania będą sprzedawać się w jeszcze większych ilościach.

Mieszkańcy miast chcą decydować o ważnych inwestycjach. Budżet obywatelski coraz popularniejszy

Budżet obywatelski to coraz powszechniejsza forma współdecydowania o społecznych inwestycjach w miastach. W Szczecinie w tegorocznej edycji projektu zagłosowało 48 tys. mieszkańców, czyli o ponad 60 proc. więcej niż w roku ubiegłym. W ramach budżetu obywatelskiego w tym roku władze miasta rozpoczną realizację dziewięciu projektów. Sześć z nich zostanie zrealizowanych w całości, pozostałe będą dokończone w kolejnym roku. 

– Budżet obywatelski w Szczecinie składa się z dwóch części. O pierwszej z nich mieszkańcy decydują w bezpośrednim głosowaniu. To około 5 mln zł podzielone na projekty dzielnicowe i ogólnomiejskie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Krzystek, prezydent Szczecina.

W założeniach pula pierwszej części Szczecińskiego Budżetu Obywatelskiego to 5 mln zł podzielonych na pięć budżetów po 1 mln zł (jeden budżet finansuje tzw. projekt ogólnomiejski, cztery pozostałe służą inicjatywom dzielnicowym).

– Drugi element budżetu obywatelskiego to środki finansowe przyznawane radom osiedli. To jest kolejna kwota, która zabezpiecza podstawowe potrzeby w poszczególnych dzielnicach – zaznacza Krzystek.

Prezydent Szczecina podkreśla, że rady osiedli dawniej miały do dyspozycji po 100 tys. zł, a w chwili obecnej dysponują już 150 tys. zł.

– Cały czas budujemy przestrzeń do podejmowania decyzji przez mieszkańców oraz bezpośrednio przez organy osiedlowe, które wiedzą o tych często bardzo drobnych, ale ważnych potrzebach społeczności lokalnej – wyjaśnia prezydent. – To dobry kierunek. Widzimy też wzrost zainteresowania budżetem obywatelskim.

Jak dodaje, głosowanie nad budżetem obywatelskim w Szczecinie jest spersonalizowane. Aby móc zagłosować, należy wylegitymować się numerem PESEL.

W głosowaniu, które miało miejsce w październiku, można było oddać maksymalnie dwa głosy – jeden na zadanie ogólnomiejskie, drugie na projekt dzielnicowy. W głosowaniu ogólnomiejskim pierwsze miejsce zajął projekt budowy schroniska dla bezdomnych psów (7479 głosów, koszt 320 tys. zł), na drugiej pozycji uplasowała się Rowerowa Rewolucja, czyli stworzenie 20 ścieżek rowerowych (3844 głosy, koszt 1 mln zł). W głosowaniu internetowym wzięło udział 40,25 tys. osób, a łącznie – także w formie stacjonarnej w wyznaczonych punktach – blisko 50 tys. mieszkańców, w tym studenci i uczniowie od 16. roku życia.

Jaki będzie budżet obywatelski na 2016 rok? Dużo zależy od tego, jak zagłosują mieszkańcy. Mamy specjalny zespół, w skład którego wchodzą przede wszystkim mieszkańcy Szczecina i członkowie organizacji pozarządowych przy wsparciu urzędu miasta – mówi Piotr Krzystek. – Mamy za sobą dwie edycje takiego budżetu i parę lat doświadczeń z radami osiedli. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze do tego, by cały czas tę sferę współuczestniczenia obywateli w wydawaniu środków poszerzać.

Inicjatywę budżetu obywatelskiego (partycypacyjnego) podjęło już kilkadziesiąt polskich miast, wśród nich te największe, czyli Warszawa, Gdańsk, Kraków czy Łódź. Także te mniejsze ośrodki realizują ideę współdecydowania mieszkańców o inwestycjach w mieście, m.in. Świdnica, Elbląg i Puławy.

Najwięcej nowych ofert pracy w budownictwie, produkcji, handlu i transporcie

Budownictwo, produkcja, handel i transport to branże, w których w 2015 roku spodziewany jest największy wzrost zatrudnienia. Na brak ofert pracy tradycyjnie nie będą też narzekać informatycy oraz osoby dobrze znające języki obce, zwłaszcza te mniej popularne. Jak przewiduje ManpowerGroup w I kw. tego roku zatrudnienie może wzrosnąć o 5 proc.

Branże, w których spodziewany jest największy wzrost zatrudnienia, to budownictwo, produkcja przemysłowa, handel hurtowy i detaliczny, transport i komunikacja. Pracodawcy, podobnie jak w zeszłym roku, będą zgłaszali zapotrzebowanie na informatyków. Jest to związane z rozwojem nowoczesnych technologii w Polsce, a także środkami z Unii Europejskiej na cyfryzację sektora publicznego i podniesienie innowacyjności polskiej gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Filipkiewicz z portalu Praca.pl.

Dodatkowo coraz częściej specjaliści decydują się na budowanie własnych start-upów.

Mimo lepszej sytuacji gospodarczej i spadku bezrobocia (w grudniu bez pracy było 11,5 proc., w całym 2014 roku liczba bezrobotnych spadła o ponad 332 tys. osób) trudno spodziewać się, aby w 2015 roku można było już mówić o rynku pracownika. Tylko w niektórych branżach pracownicy mogą przebierać w ofertach pracy.

To przede wszystkim informatycy, inżynierowie i pracownicy sektora budowlanego. W tych branżach bardzo często to pracownicy mogą dyktować warunki pracodawcom – zaznacza ekspert.

Pracodawcy muszą więc liczyć się ze wzrostem nakładów na rekrutację – płace prawdopodobnie nie wzrosną, ale ważne będą dodatkowe benefity pozapłacowe.

Branża IT jest jedną z szybciej się rozwijających. Wedle danych Ministerstwa Gospodarki obecnie na rynku działa ponad 9 tys. firm, które zatrudniają 400 tys. osób. Zapotrzebowanie na informatyków jest jednak znacznie wyższe niż zasoby, szacuje się, że brakuje już blisko 50 tys. osób. Poszukiwani będą specjaliści z takich specjalizacji, jak analiza danych, big data, systemy bazodanowe czy business intelligence.

Spodziewamy się dalszego rozwoju centrów usług wspólnych. Polska wyrasta na lidera usług dla biznesu. Tutaj przede wszystkim na zatrudnienie będą mogły liczyć osoby, które znają języki obce, szczególnie te rzadsze – przekonuje Filipkiewicz.

Sektor centrów rozwoju rośnie szybko. O ile jeszcze kilka lat temu firmy inwestowały w centra badań i rozwoju poza granicami kraju, to dane Deloitte wskazują, że obecnie 38 proc. firm w Polsce deklaruje, że ma tu własne centrum.

Eksperci spodziewają się, że fala emigracji utrzyma się na wysokim poziomie. Badania Instytutu Millward Brown wskazują, że na początku 2014 roku 83 proc. młodych Polaków myśli bądź myślało o emigracji. Na wyjazd z kraju coraz częściej decydują się osoby lepiej wykształcone, które mają w Polsce pracę. Ich motywacją nie jest więc szybki zarobek, ale chęć stałego osiedlenia się za granicą.

Ograniczony zostanie w związku z tym dopływ do Polski gotówki wysyłanej przez pracujących tam obywateli i pojawi się duży deficyt specjalistów na polskim rynku pracy. Zostanie on zredukowany, ale tylko częściowo, poprzez pracowników z Europy Wschodniej, którzy coraz częściej traktują Polskę jako docelowy kierunek emigracji – mówi Filipkiewicz.

Z obserwacji serwisu Praca.pl wynika, że wiele branż zgłasza zapotrzebowanie na pracowników z kompetencjami umożliwiającymi zarządzanie zespołami. Od kilku miesięcy pojawia się więcej ogłoszeń rekrutacyjnych z obszaru menadżerskiego.

Zimą właściciele pojazdów powinni regularnie sprawdzać stan hamulców i akumulatora

CEO Magazyn Polska

Odpowiednia eksploatacja samochodu zimą pozwala uniknąć wielu kłopotliwych sytuacji – nie tylko problemów z uruchomieniem silnika, lecz także zmagania się z przymarzniętymi drzwiami czy wycieraczkami. Trzeba przede wszystkim dbać o kondycję akumulatora, alternatora i hamulców, używać płynów, które nie zamarzają w niskich temperaturach, a po każdym myciu auta wycierać do sucha uszczelki.

Na jezdni pokrytej lodem czy błotem pośniegowym droga hamowania znacznie się wydłuża, dlatego trzeba mieć pod stałą kontrolą układ hamulcowy i w razie potrzeby wymienić elementy, które są już zużyte. Podobnie jest z układem wtryskowym i systemem ładowania.

Zimą częściej włączmy oświetlenie i korzystamy z ogrzewania, przez co zużycie prądu w aucie rośnie, a to z kolei powoduje, że akumulator szybciej  się zużywa i traci swoje właściwości. W związku z tym raz na jakiś czas powinniśmy pojechać do specjalistycznego warsztatu i sprawdzić sprawność akumulatora i systemu ładowania w samochodzie – mówi agencji informacyjnej Newseria Zenon Rudak, kierownik Centrum Technicznego Hella Polska.

Zużyty lub stary akumulator niewłaściwie ładowany może zawieść w najmniej oczekiwanym momencie. Niezbędny jest także regularny przegląd płynów eksploatacyjnych, szczególnie w układzie chłodzenia. Warto też regularnie sprawdzać ciśnienie w kołach, a także upewnić się, że mamy sprawne koło zapasowe – w razie konieczności napompować je oraz sprawdzić, czy mamy wszystkie narzędzie potrzebne do jego ewentualnej wymiany.

Większość innych przygotowań, które warto poczynić, kiedy prognozy zapowiadają mrozy lub opady śniegu, można wykonać samodzielnie. Każdy kierowca powinien być wyposażony w akcesoria do odśnieżania samochodu oraz odmrażacz do szyb w płynie.

Szczotka i skrobaczka zawsze się przydadzą. Pamiętajmy o tym, że jeżeli odśnieżamy samochód i zsuwamy śnieg z dachu i szyb, to dobrze byłoby oczyścić również światła. Światła zaśnieżone czy zalodzone są słabo widoczne, a to wpływa na nasze bezpieczeństwo na drodze. Polecam, by zawsze sprawdzić oświetlenie i by mieć żarówki zapasowe – tłumaczy Zenon Rudak.

Jeśli ktoś zdecydował się na wyjazd na ferie w góry, gdzie opady śniegu są częstsze i bardziej intensywne, w wyposażeniu auta powinny znaleźć się łopata do odśnieżania i łańcuchy śnieżne. Warto również przygotować się na sytuacje awaryjne, czyli trzymać w aucie ładowarkę do telefonu, koce czy czekoladę, które pomogą w momencie, gdy z przyczyn pogodowych trzeba będzie czekać w samochodzie na pomoc lub odblokowanie drogi.

Ekspert podkreśla, że w niższych temperaturach kierowcy powinni dbać o to, żeby mieć więcej paliwa w zbiorniku.

Mycie samochodów zimą nie jest popularne, ale trzeba to robić, żeby nie było na nim zbyt wiele soli, pyłu i różnych zanieczyszczeń. Samochód można umyć nawet podczas mrozów, trzeba tylko pamiętać o wytarciu do sucha wszystkich uszczelek drzwiowych, dzięki czemu nie przymarzną nam drzwi – mówi Rudak.

M. Gątarz (UniCredit): Kopalnie mogą być dobrą inwestycją. Bogdanka potrafi zarabiać mimo niskich cen węgla

CEO Magazyn Polska

Trudna sytuacja na rynku węgla nie do końca przekłada się na kondycję spółek wydobywczych z warszawskiej giełdy. Przyzwoicie prosperująca mimo słabych cen węgla Bogdanka może się okazać trafioną inwestycją.

Z problemem cen na węglowym rynku zmagają się wszystkie kopalnie. Węgiel zarówno energetyczny, jak i koksujący potaniał w ciągu ostatnich trzech lat o połowę. W tej sytuacji dla spółek wydobywczych kluczowa jest kwestia kosztów oraz inwestycji w zwiększenie wydobycia, czyli wolumenu sprzedaży.

Sam rynek też jest bardzo trudny, co widać po sytuacji kopalń śląskich podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Gątarz, analityk UniCredit CAIB Polska. – Natomiast Bogdanka jest producentem niskokosztowym, to jest jedna sprawa. Kolejny kwestią są rosnące wolumeny tej spółki, dzięki którym w tym roku – mimo słabych warunków na rynku węgla energetycznego – możemy się spodziewać wzrostu zysków w Bogdance. Co więcej, ta spółka powinna się też dzielić tym zyskiem z akcjonariuszami.

W IV kwartale Bogdanka wyprodukowała rekordową ilość węgla 2,56 mln ton. To o 21,3 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej (2,11 mln ton) oraz o 7,6 proc. więcej od wyniku osiągniętego w III kwartale 2014 roku (2,38 mln ton). W całym 2014 roku spółka wydobyła 9,19 mln ton węgla handlowego, czyli aż o 10 proc. więcej niż w 2013 roku.

– Bogdanka jest jednak w tej komfortowej sytuacji, że strona kosztowa jest pod kontrolą od dłuższego czasu, dzięki czemu dzisiaj spółka jest znacznie tańsza, mówię tu o kosztach wydobycia, niż pozostali konkurenci w Polsce – mówi Gątarz.

W rezultacie Bogdanka po trzech kwartałach zeszłego roku mogła się pochwalić zyskiem operacyjnym przekraczającym 226 mln zł. Analitycy oczekują więc, że w tym roku akcjonariusze spółki mogą liczyć na dywidendę, co może być dodatkową zachętą do inwestowania w nią.

Myślę, że w Bogdance możemy otrzymać stopę dywidendy przynajmniej na poziomie około 4 proc. prognozuje Marcin Gątarz z UniCredit CAIB Polska. Natomiast istnieje też możliwość, że będzie ona prawie dwukrotnie wyższa, jeżeli spółka wypłaciłaby cały zysk, co nie jest w tej chwili zgodne z jej polityką dywidendową, ale wydaje się możliwe.

Branża energetyczna wstrzymuje się z inwestycjami. Firmy czekają na rządową strategię rozwoju polskiej energetyki do połowy wieku

CEO Magazyn Polska

Branża energetyczna czeka na pakiet ustaw, które przesądzą o tym, w jakim kierunku ma się rozwijać polskie wytwarzanie prądu. Bez odpowiedzi na to pytanie trudno oczekiwać nowych inwestycji.

Najważniejszym dokumentem, na jaki czekają inwestorzy, jest strategia rozwoju polskiej energetyki do 2050 roku. Resort gospodarki zapowiada, że projekt będzie gotowy w ciągu kilku tygodni. Musi jednak uwzględnić ponad 200 poprawek zgłoszonych podczas konsultacji, a także plan naprawczy dla Kompanii Węglowej.

Pakiet ustaw energetycznych w Polsce już od kilku lat jest tematem dyskusji i prac rządu, jednak w dalszym ciągu nie widać ostatecznego efektu mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Izabela Van den Bossche, wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej Fortum. –  Nam też trudno jest mówić o inwestycjach w konkretne aktywa czy rozwiązania, ponieważ nie wiemy, w jakich realiach przyjdzie nam później te projekty eksploatować. Tutaj kluczowe dla każdego inwestora i dla nas również są ramy prawne i tak długo, jak tych ram prawnych nie będzie, tak długo trudno nam będzie mówić o konkretnych projektach, podawać wielkość czy nawet paliwa, z których chcemy korzystać.

Z projektu „Polityka energetyczna Polski do 2050 roku” wynika, że z czasem Polska będzie ograniczać produkcję energii z węgla, zastępując ją energią jądrową. Do 2030 roku 20 proc. prądu w Polsce pochodzić ma ze źródeł odnawialnych.

Inwestujemy w poprawę efektywności sieci, rozbudowujemy te sieci, przyłączamy co roku nowych klientów podkreśla Izabela Van den Bossche. – Teraz dane za zeszły rok mówią o ponad 70 MW przyłączonych nowych klientów. Spółka się cały czas rozwija. Jest to bardziej rozwój organiczny. Jeśli chodzi o duże projekty, to pracujemy nad 2-3, ale w związku z tym, że w tej chwili nie ma jeszcze decyzji odnośnie przyszłości polskiej energetyki, jeśli chodzi o ramy prawne, to nasze inwestycje są wstrzymane.

Fiński koncern energetyczny Fortum sporo już w Polsce zainwestował. We Wrocławiu ma sieć ciepłowniczą i planuje budowę elektrociepłowni opartej o paliwo gazowe.

 Wszystko będzie zależało od tego, jak będzie wyglądał przyszły system prawny i system wsparcia dla tego typu projektów – zaznacza wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej Fortum. – Oprócz Wrocławia jesteśmy obecni w Częstochowie, gdzie mamy elektrociepłownię i sieć ciepłowniczą. Mamy też zespół elektrociepłowni w Zabrzu i Bytomiu, a Płocku sieć. Zarówno w Zabrzu, jak i w Bytomiu mamy dość już wysłużone bloki, które chcemy wymieniać, ale zanim to zrobimy, musimy wiedzieć, w jakich realiach przyjdzie nam operować.

Wygląda na to, że branża energetyczna doczeka się wreszcie ustawy o odnawialnych źródłach energii, którą Sejm uchwalił w ubiegły piątek. Musi jeszcze przejść przez Senat i zdobyć podpis prezydenta. Dla spółki ważniejsze jest jednak wsparcie kogeneracji, bo specjalizuje się ona (poza produkcją energii z wody i słońca) w budowie nowoczesnych elektrociepłowni.

Jest jeszcze wiele miast, w których elektrownie są już przestarzałe, bo były budowane w latach 70., w związku z czym trzeba będzie te bloki wymieniać na bardziej efektywne ocenia Izabela Van den Bossche, wiceprezes Fortum. – Widzimy tutaj dużo możliwości rozwoju, ale ich warunkiem jest stabilne prawo i oczywiście jakiekolwiek prawo. Bo w tej chwili dyskusja na temat ram prawnych toczy się już chyba 3 bądź 4 lata. Sytuacja ta spowodowała, że obecnie – jeśli dobrze mi się wydaje – żadna firma zagraniczna ani żaden duży inwestor nie rozwijają w polskiej energetyce projektów, a wszystko ze względu na tę niepewność.

Polski producent świec zapachowych Korona Candles chce zwiększyć nakłady na badania i rozwój do 2 proc. obrotu

0

CEO Magazyn Polska

Jeden z liderów rynku świec zapachowych Korona Candles z Wielunia wychodzi z produkcją poza Polskę. W amerykańskim stanie Virginia ruszyła fabryka firmy. W planach jest dwukrotny wzrost zatrudnienia, inwestycje oraz osiągnięcie progu rentowności w ciągu 3 lat, kiedy obroty mają sięgać 70 mln dolarów. Rozwój Korona Candles za oceanem to pokłosie nakładów na B+R, które firma chce zwiększyć z 1,5 do 2 proc. całkowitych przychodów.

Od początku działalności na badania i rozwój wydajemy duże pieniądze, czyli około 1,5 proc. naszych przychodów – w ubiegłym roku było to ponad 5 mln zł, a w planach mamy zwiększenie nakładów do 2 proc. ogólnych przychodów spółki – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Jabłoński, prezes zarządu Korona Candles, producenta świec zapachowych – Dział rozwoju i badań to najważniejszy dział w naszej firmie, który pozwolił nam na inwestycje w Stanach Zjednoczonych. Bez nowej technologii i nowych idei nie mielibyśmy szans na to, by tam zaistnieć.

Firma na początku 2014 roku przejęła zamkniętą fabrykę komponentów samochodowych w USA, w stanie Virginia, i  właśnie uruchomiła produkcję. Teraz planuje zainwestować w fabrykę 20 mln dolarów i po 3 latach osiągnąć próg rentowności.

Spółka swój rozwój finansuje głównie z zysków, amortyzacji i kredytów inwestycyjnych.

W Stanach docelowo będziemy zatrudniali 170 osób, obecnie jest tam 90 pracowników. W Polsce od lat nasze zatrudnienie jest na stałym poziomie i sięga  w zależności od sezonowości – od 850 do 900 osób – mówi Krzysztof Jabłoński.

Firma niedawno zatrudniała w Wieluniu kilka osób, które obsługują spółkę córkę w USA, dając jej zaplecze logistyczne, serwisowe, IT i obsługę bankowości. Administrowanie Korona Candles Inc. w pełni odbywa się z Polski.

Przychody głównie generujemy z produkcji polskiej. W ubiegłym roku zamknęliśmy rok bilansowy sumą 360 mln zł przychodu. Z produkcji w pierwszym roku w Stanach Zjednoczonych planujemy osiągnąć przychody wielkości 11 mln dol., ale w perspektywie 3 lat ma to być już 70 mln dol. i oczywiście wierzymy, że już w trzecim roku  inwestycja okaże się zyskowna – przekonuje Jabłoński.

Prezes zarządu spółki zaznacza, że długoterminowym celem firmy w 2020 roku jest osiągnięcie 1 mld zł skonsolidowanego obrotu z obu spółek – polskiej i amerykańskiej.

Nowe produkty i rozwiązania techniczne idą w kierunku automatyzacji. Na rynku siła robocza jest coraz droższa, szczególnie w Stanach, w których pracownicy są trzykrotnie drożsi niż w Polsce – wyjaśnia ekspert.

Dla Korona Candles konkurencję kosztową stanowią przede wszystkim Chiny.

– Jesteśmy w biznesie private label, czyli marże nie są wysokie, ponieważ jesteśmy producentem towaru dla największych koncernów światowych, które zwracają uwagę na koszty. Na pewno dla nich argumentem są nasze dobre ceny i to, że jesteśmy solidnym dostawcą – podsumowuje Krzysztof Jabłoński.

Spółka dostarcza marki własne takim koncernom, jak Wal-Mart czy IKEA. Korona Candles w zakładzie w Wieluniu dziennie produkuje 8,7 mln sztuk świec, a roczny wolumen wynosi 2,5 mld szt. (mówimy tu o podgrzewaczach, świeczkach typu votive, w pojemnikach oraz świecach prasowanych). 2/3 asortymentu stanowią świece zapachowe.

Znikają bariery hamujące budowę sieci szerokopasmowych. UE przekaże ponad miliard euro na ten cel

CEO Magazyn Polska

Ustanowienie jednej instytucji koordynującej oraz zniesienie barier podatkowych i administracyjnych przyspieszy budowę sieci szerokopasmowych w Polsce. Na upowszechnienie dostępu do szybkiego internetu do 2020 r. Polska otrzyma ponad miliard euro z UE w ramach programu Polska Cyfrowa. Inwestorzy wiele nauczyli się w ciągu poprzedniej unijnej perspektywy i wiedzą, że duży potencjał tkwi w partnerstwie publiczno-prywatnym.

 Pierwsza kwestia to dobry koordynator: potrzebny jest nam jeden zarządca i wydaje się, że to Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji powinno pełnić tę funkcję. Druga kwestia to program: potrzebny jest nam jeden program, a nie kilka, tak jak było poprzednio, bo to wywołuje zamieszanie, gdzie te środki się znajdują – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Xawery Konarski, adwokat z Kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Na początku grudnia zakończyły się negocjacje pomiędzy Polską i Komisją Europejską dotyczące alokacji środków z programu operacyjnego Polska Cyfrowa na lata 2014-2020. Budżet całego programu to 2,2 mld euro, a na samą budowę sieci szerokopasmowych otrzymamy 1,02 mld euro.

Dzięki doświadczeniom z poprzedniej perspektywy budżetowej inwestorzy mają szanse wydać te środki skutecznie. Jak podkreśla Konarski, wcześniejsze projekty pokazały, że inwestycje są realizowane lepiej, gdy prowadzą je podmioty prywatne, a nie samorządy.

6 lat doświadczeń wskazuje, że podmioty publiczne nie powinny same budować sieci szerokopasmowych, a potem ich eksploatować. Potrzebni są do tego profesjonaliści, podmioty prywatne, które to robią od lat, krótko mówiąc: operatorzy telekomunikacyjni – uważa Konarski.

Tomasz Kowal, dyrektor zarządzania inwestycjami w Orange Polska dodaje, że taki model w przypadku jego firmy sprawdził się już w praktyce. Firma zakończyła w ubiegłym roku realizację dwóch projektów finansowanych z Regionalnych Programów Operacyjnych, w ramach których zbudowała łącznie ponad 3 tys. kilometrów nowych sieci szerokopasmowych w województwach lubuskim i pomorskim.

To pokazuje, że modele współpracy partnera prywatnego, szczególnie tak dużego przedsiębiorstwa telekomunikacyjnego jakim jest Orange Polska, z partnerami publicznymi mogą być skuteczne – podkreśla Kowal.

Konarski dodaje, że otwarte pozostaje pytanie, w jakim modelu powinny współpracować podmioty publiczne i przedsiębiorcy prywatni.

Dzięki prowadzonym od kilku lat pracom i dyskusjom powoli znikają bariery inwestycji w sieci szerokopasmowe. Kowal przypomina, że kilka lat temu branża zidentyfikowała 58 problemów utrudniających realizację tych projektów. Choć jest ich coraz mniej – zmieniono m.in. ustawę o drogach publicznych w sposób, który ułatwia kładzenie światłowodów – wciąż pozostaje sporo do zrobienia.

Chcielibyśmy, aby koordynator wspierał nas w usuwaniu różnych barier prawnych, co już się zresztą odbywa. To dotyczy różnych spraw, zarówno kwestii ułatwień dotyczących np. zezwoleń na budowanie sieci szerokopasmowej, jak i kwestii fiskalnych, różnego rodzaju opłat. To są dwa podstawowe czynniki hamujące rozwój – podkreśla Konarski.

Kowal dodaje, że choć spośród 58 zidentyfikowanych barier na razie udało się usunąć jedynie pięć, to sytuacja inwestorów ulega stopniowej poprawie. Wciąż jednak pozostaje wiele do zrobienia. 

Kwestie barier w procesie budowania sieci szerokopasmowych były jednym z tematów konferencji „Jak cyfryzować Polskę? Gospodarczy i obywatelski wymiar nowoczesnych technologii telekomunikacyjnych i informatycznych” zorganizowanej przez Instytut Sobieskiego.

Nawet co dziesiąte auto kupione u polskiego dealera trafia za granicę. Rejestracje czasowe zaburzają dane rynkowe

CEO Magazyn Polska

Od wejścia Polski do Unii Europejskiej na krajowym rynku motoryzacyjnym rozwinął się reeksport samochodów osobowych. Najpierw auto jest rejestrowane w Polsce, a potem wywożone i sprzedawane za granicą. Zjawisku sprzyja korzystny kurs złotego wobec euro i możliwość zwrotu 23-proc. podatku VAT. Niektórzy dealerzy dzięki reeksportowi osiągają lepsze wyniki sprzedażowe, dla całości branży są to jednak niekorzystne praktyki, które fałszują faktyczny obraz rynku.

– W ostatnich latach pojawiło się niezwykłe zjawisko, polegające na tym, że część nowych samochodów rejestrowanych jako sprzedaż w Polsce wyjeżdża za granicę, co wprowadza dosyć duże zamieszanie na rynku wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Pawlak, prezes zarządu Toyota Motor Poland.

Ministerstwo Gospodarki szacuje, że około 10 proc. nowych samochodów rejestrowanych w Polsce jest reeksportowanych. W 2013 r. zarejestrowano (i sprzedano) 323 tys. aut, ale jak podaje MG, faktyczna chłonność rynku to 294 tys. samochodów (o dopuszczalnej masie całkowitej do 3,5 tony).

Zdaniem Pawlaka pierwszym skutkiem takich praktyk jest zaburzony obraz popularności konkretnych modeli samochodów, która może nie wynikać ze sprzedaży aut polskim konsumentom, lecz ze zjawiska reeksportu.

Po drugie, bardzo często są to samochody eksportowane tylko przez niektórych dealerów i wtedy dealerzy innych marek mają dużo wyższe cele sprzedażowe, których nie mogą osiągnąć, przez co nie otrzymują bonusów czy premii. Podobna sytuacja dotyczy sprzedawców zaznacza prezes zarządu Toyota Motor Poland. Zamieszanie z tego powodu jest widoczne głównie w ujęciu regionalnym. Nagle w jakimś regionie dealer sprzedaje 300, 400 czy 500 samochodów, co nie ma nic wspólnego z lokalnym popytem na samochody na danym rynku.

Jak podkreśla resort gospodarki, reeksport może być wartością dodaną dla sieci dealerskiej, pozwalającą na zrekompensowanie spadku zakupów na rynku polskim.

Jacek Pawlak przekonuje, że problem powinien być jak najszybciej rozwiązany. W jego ocenie zmiany powinny polegać na tym, że tymczasowo rejestrowane i wywożone za granicę samochody powinny być potem w Polsce wyrejestrowywane, co miałoby swoje odzwierciedlenie w danych.

Nie sądzę, żeby cokolwiek się zmieniło w 2015 roku. Nie słyszałem o tym, żeby Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców czy jakakolwiek agencja rządowa miała się tym zająć. Mamy jednak nadzieję, że ktoś się tym zajmie i wyeliminuje takie praktyki, ponieważ nie ma to nic wspólnego ze sprzedażą w Polsce. Często cieszymy się, że rynek rośnie, niestety, często to mylne wrażenie, bo rośnie tylko reeksport podsumowuje Jacek Pawlak.

Na popularność wywozu aut za granicę wpływa polityka cenowa ich producentów, sytuacja gospodarcza w kraju importera, a przede wszystkim aktualny kurs złotego do euro.

S. Sikora (Citi Handlowy): Zadłużeni we frankach powinni zachować spokój. Kurs się ustabilizuje

CEO Magazyn Polska

Osoby z kredytami we frankach szwajcarskich powinny powstrzymać się przed gwałtownymi reakcjami – podkreśla Sławomir Sikora, prezes zarządu banku Citi Handlowy. Cierpliwość oraz skupowanie niewielkich ilości tej waluty zawczasu mogą uchronić przed wahaniem kursu franka aż do nadejścia stabilizacji.

Decyzja Banku Centralnego Szwajcarii nie była niespodziewana. Natomiast czas, w którym nastąpiła, był zaskoczeniem dla rynku, co zresztą odbiło się na notowaniach kursu waluty szwajcarskiej w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Sławomir Sikora, prezes zarządu Citi Handlowego. ‒ Ci, którzy mają kredyty we frankach, nie powinni reagować gwałtownie, tylko wyczekać chwili, w której rynek się ustabilizuje, bo spodziewam się, że taka stabilizacja nastąpi.

Kurs franka szwajcarskiego po czwartkowej decyzji Banku Centralnego Szwajcarii (SNB) o zakończeniu utrzymywania wartości waluty na poziomie 1,20 do euro poszybował na chwilę do poziomu ponad 5 zł. Na koniec dnia w czwartek kurs spadł do ok. 4,40 zł – nadal o prawie 25 proc. więcej niż dzień wcześniej. W poniedziałek polski złoty nieznacznie się umocnił, a kurs franka spadł poniżej 4,30 zł.

Szwajcarzy podjęli decyzję o uwolnieniu kursu franka, bo nie byli skłonni dalej go bronić. By utrzymać przelicznik na poziomie nie niższym niż 1,20, SNB musiał od dłuższego czasu zwiększać podaż swojej waluty i skupować euro.

Rosnące rezerwy walutowe w Szwajcarii były jednym z czynników wymuszających odejście od parytetu franka wobec euro – podkreśla Sikora.

Prezes Citi Handlowego zauważa, że metodą na zabezpieczenie się przed wahaniami kursu może być skupowanie niewielkich ilości franka szwajcarskiego z dużym wyprzedzeniem przed terminem spłaty raty. To może uchronić osoby z kredytem w tej walucie przed zbyt wysokim kursem w ciągu tego dnia. Sikora apeluje do uczestników rynku walutowego o rozwagę i spokój, a także o nieprowadzenie spekulacji w obecnej sytuacji.

Zaznacza jednak, że cała sytuacja w niewielkim stopniu dotyczy Citi Handlowego oraz jego klientów.

Bank praktycznie nie ma ekspozycji na osoby, które zaciągnęły kredyty we frankach szwajcarskich. Byliśmy jednym z tych banków, które tego unikały – zaznacza Sikora.

Citi Handlowy od listopada 2014 r. udostępnił klientom całościowy system z obsługą walut. Platforma umożliwia m.in. wymianę walut online po atrakcyjnych kursach oraz inwestowanie na rynku walutowym.

Ta usługa cieszy się dużym powodzeniem. Świadczy o tym chociażby fakt, że od października obroty walutowe z klientami indywidualnymi wzrosły blisko dwukrotnie – mówi Sikora.

Klientom z sektora private banking, czyli tym zamożnym, bank oferuje także rozbudowane usługi doradztwa i informowania o ryzyku – nie tylko związanym z kursami walut, lecz także m.in. z inwestowaniem na giełdzie.

S. Kluza (SGH): 2015 rok będzie dobry dla polskiej gospodarki. Głównie dzięki konsumpcji prywatnej

Zakupy konsumentów będą siłą napędową polskiej gospodarki w 2015 roku  uważa Stanisław Kluza, ekonomista z SGH i były minister finansów. Wciąż jeszcze wysokie bezrobocie powinno spadać, a inflacja sięgnie najwyżej 1,5 proc.

Jestem optymistą, jeżeli chodzi o rok 2015 – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Stanisław Kluza, były minister finansów, ekonomista Szkoły Głównej Handlowej. – Niewątpliwie zmieniły się jednak czynniki wzrostu gospodarczego. Uważam, że bardzo przyzwoicie wygląda kwestia spożycia indywidualnego, czyli konsumpcji. Także produkcja przemysłowa ma się nie najgorzej.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) od stycznia do września ub.r. sprzedaż zagraniczna polskich przedsiębiorstw (w ujęciu wartościowym) wyniosła 503 198,2 mln zł i była o 4,8 proc. wyższa niż w tym samym okresie rok wcześniej. Zmniejszyła się jednak znacznie (aż o 16 proc.) wartość eksportu do krajów Europy Środkowej i Wschodniej.

To powoduje, że spada udział sprzedaży zagranicznej we wzroście gospodarczym – tłumaczy Kluza. – Dużym znakiem zapytania są także inwestycje. Mimo to oceniam, że wypadkowa dla tych zmiennych będzie dla Polski w tym roku korzystna. Mimo wszystkich zawirowań na styku rosyjsko-ukraińskim i ich konsekwencji gospodarczych.

Według GUS inflacja w grudniu po raz szósty z rzędu była ujemna, a ceny okazały się niższe niż rok wcześniej o 1 proc. Ekonomista SGH uważa jednak, że jest to sytuacja przejściowa.

Trend niskiej inflacji w Polsce ma szansę utrzymać się w tym roku, ale nie spodziewam się, żebyśmy mieli inflację ujemną, tak jak ma to miejsce obecnie – twierdzi Kluza. – Uważam, że ukształtuje się ona raczej w okolicach dolnej granicy tzw. przedziału polityki pieniężnej [od początku 2004 r. Narodowy Bank Polski realizuje tzw. ciągły cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z dopuszczalnym przedziałem wahań w zakresie jednego proc. – red.].

Bezrobocie rejestrowane natomiast, zgodnie z danymi MPiPS, na koniec grudnia ukształtowało się na poziomie 11,5 proc. To wyraźnie mniej niż jeszcze w styczniu 2014 r., gdy sięgało 14 proc.

Bezrobocie jest przy tym wciąż na o tyle podwyższonym poziomie, że stosunkowo łatwo w tym roku będzie można je obniżyć – uważa były minister finansów i były przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. – Pewien głód pracy spowoduje, że wzrost zatrudnienia nie wywoła presji inflacyjnej. Myślę, że bardzo istotnym czynnikiem dla całej gospodarki będzie kwestia konsumpcji, czyli spożycia indywidualnego. Może to być główny element wzrostu.

27 stycznia GUS poda wstępne dane o PKB Polski w 2014 roku. Ekonomiści spodziewają się, że polska gospodarka wzrosła w ubiegłym roku o 3,4 proc.

Nowe przepisy Prawa geologicznego i górniczego niewystarczającym ułatwieniem dla firm wydobywczych

CEO Magazyn Polska

1 stycznia weszła w życie nowelizacja ustawy Prawo geologiczne i górnicze, której założeniem jest usprawnienie ścieżki poszukiwawczo-wydobywczej kopalin, szczególnie węglowodorów, oraz zwiększenie nadzoru państwa nad zasobami. Eksperci oceniają, że nie wszystkie ułatwienia wprowadzone ustawą są w ten sposób odbierane przez firmy wydobywcze.

W uzasadnieniu do ustawy możemy przeczytać, że ustawodawca chciał zwiększać nadzór i kontrolę nad złożami i kopalinami strategicznymi dla Skarbu Państwa. Jednocześnie chciał usprawnić działalność przedsiębiorców, przede wszystkim działających w branży węglowodorowej, oraz usunąć pewne luki w przepisach – tłumaczy Piotr Spaczyński, partner i radca prawny z Kancelarii SSW Spaczyński, Szczepaniak i Wspólnicy.

Nowelizacja ustawy Prawo geologiczne i górnicze wprowadziła m.in. jedną koncesję ministra środowiska na poszukiwanie, rozpoznawanie złoża i wydobywanie z niego przyznawaną na okres 10-30 lat. Nowe przepisy zawierają szereg ułatwień dla firm działających w branży. Umożliwiają m.in. wydobycie surowca jeszcze w trakcie fazy poszukiwania i rozpoznania. Dają też możliwość wykonania badania geofizycznego tylko na podstawie zgłoszenia, bez konieczności posiadania koncesji.

Wchodzą w życie nowe postępowania, takie jak postępowania kwalifikacyjne, które będą musiały przejść również spółki, w których znaczący udział ma Skarb Państwa, oraz postępowania koncesyjne, zupełnie nowe regulacje. Te zmiany dotyczą nie tylko węglowodorów, lecz także wszystkich kopalin. Są też zmiany, które nie zostaną potraktowane przez przedsiębiorców jako zapowiadane ułatwienia i usprawnienia – mówi Piotr Spaczyński.

Podmiot zainteresowany koncesją będzie sprawdzany w postępowaniu kwalifikacyjnym, m.in. czy posiada odpowiednie doświadczenie (rozpoznanie i udokumentowanie co najmniej jednego złoża węglowodorów lub prowadzenie wydobycia co najmniej przez 3 lata). Nowe przepisy wprowadziły też obowiązek ustanowienia zabezpieczenia z tytułu np. niewykonania lub nienależytego wykonania warunków określonych w koncesji (do 20 proc. wysokości kosztów prac geologicznych).

Ekspert zaznacza, że do ustawy nie powstały jeszcze rozporządzenia, które wskazywałyby procedury postępowań dla przedsiębiorców. Jego zdaniem część zmian, mimo że niektóre z nich są drobne, będzie wpływała na codzienną działalność firm wydobywczych, m.in. KGHM.

Mamy procedurę porównywania wniosków („open door”) w kopalniach niewęglowodorowych. Oznacza ona, że po wpłynięciu jednego wniosku koncesyjnego i jego opublikowaniu inni przedsiębiorcy będą zapraszani do składania swoich wniosków koncesyjnych – wyjaśnia Spaczyński. – Jest też kilka niuansów związanych np. z prawem pierwszeństwa do użytkowania górniczego, które zostało skrócone z 5 lat do 3 lat. Są również dodatkowe regulacje, które stanowią, iż po ustanowieniu użytkowania górniczego należy uzyskać koncesję w terminie roku, w przeciwnym razie ono wygaśnie.

Skrócenie okresu pierwszeństwa do użytkowania górniczego oznacza krótszy okres wyłączności na eksploatację danej powierzchni przez przedsiębiorstwo wydobywcze.

– Raczej należy wątpić, że nowe przepisy będą miały wpływ na sytuację inwestorów. Będą one wpływały przede wszystkim na codzienną działalność spółek w najbliższych miesiącach. Firmy z branży gazu ziemnego i ropy naftowej będą miały o wiele więcej zagwozdek – twierdzi ekspert z Kancelarii SSW Spaczyński, Szczepaniak i Wspólnicy. –  Cała branża potrzebuje usprawnień, ułatwień i zachęt, jednak obecne zmiany nie podążają w tym kierunku.

Ustawa wzmocniła uprawnienia kontrolne inspekcji ochrony środowiska i nadzoru górniczego. Przewiduje również monitorowanie przez ministra środowiska wykonywania koncesji.

Coraz większa rola społeczności lokalnych i internetowych. Platformy finansowania społecznościowego mogą zebrać w tym roku nawet miliard euro

CEO Magazyn Polska

Zainteresowanie crowdfundingiem w Polsce cały czas rośnie. Platformy, które pośredniczą w finansowaniu społecznościowym, notują kilkusetprocentowe wzrosty. Tę formę angażowania i finansowania powoli zaczynają doceniać również fundacje. Fundacja Aviva sięgnęła po takie finansowanie, by rozszerzyć liczbę wspieranych inicjatyw społecznych. Najpierw sama przyznała granty inicjatywom najwyżej ocenianym przez internautów, a kolejne 50 wspiera w pozyskiwaniu funduszy od indywidualnych darczyńców.

Zmiany, które zachodzą w większości krajów zarówno w Europie, jak i na świecie pokazują, że coraz mniejsza jest rola organizacji rządowych, a coraz większa rola społeczności lokalnych i internetowych. To daje ogromne szanse na istotny wzrost funduszy, które generują tego rodzaju aktywności społeczne. Unia Europejska szacuje, że w tym roku mniej więcej miliard euro zostanie zebrane w wyniku finansowania społecznego – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Elżbieta Wójcik, prezes zarządu Fundacji Aviva.

Finansowanie crowdfundingowe w Polsce staje się coraz popularniejsze, i to nie tylko dla inicjatyw społecznych. Choć eksperci podkreślają, że jesteśmy na początku drogi rozwoju. Tego typu finansowanie wystartowało w Polsce w 2011 r. W ubiegłym roku Wspieram.to, jedną z największych polskich platform crowdfundingowych, odnotowała 400-proc. wzrost zebranych funduszy względem 2013 r. Prognozy obserwatorów mówiły, że globalnie uda się pozyskać dwa razy więcej niż rok wcześniej. Eksperci oczekują, że obecny rok będzie czasem dynamicznego rozwoju.

 Crowdfunding to jest trochę mrówcza praca, każdy dołoży swoją małą cegiełkę, czasami 10 zł, czasami 20 czy 50 zł, a niektórzy o wiele więcej i z tych pieniędzy zbiera się pełna, potrzebna kwota, finansująca cały projekt, który może kosztować 30 tys. zł, 50 tys. zł, a nawet więcej. To jest piękne w idei crowdfundingu – tłumaczy Michał Górecki, ambasador Wspieram.to.

Tylko poprzez Wspieram.to w czasie ich dwuletniej działalności zebrano już ok. 1,6 mln zł na 105 zgłoszonych projektów.

To daje ogromne nadzieje na przyszłość i jest fantastycznym sygnałem, że nasze społeczeństwo rzeczywiście staje się społeczeństwem obywatelskim, które rozumie, że nic się bez nas tak naprawdę nie dzieje. Nareszcie powoli przestajemy ograniczać się do  przekazania 1 proc. podatku, ale chce nam się coś dobrego zrobić samemu zarówno w świecie realnym, jak i wirtualnym. Każda forma, czy będzie to głosowanie, czy dotowanie, pomaga w realizacji inicjatywy – podsumowuje Elżbieta Wójcik.

Żeby zobrazować, jak duży potencjał drzemie w crowdfundingu, wystarczy pomyśleć sobie o tym, że jeżeli 100 tys. osób wpłaci nawet po 10 zł, czyli stosunkowo małą kwotę, to zbierzemy milion złotych ‒ podkreśla Michał Górecki.

Fundacja Aviva sięga po finansowanie społecznościowe, by rozszerzyć liczbę wspieranych inicjatyw społecznych.

Zdecydowaliśmy się na znalezienie formuły, która pozwoli naszym wnioskodawcom znaleźć pieniądze poprzez finansowanie społeczne. Tylko wtedy efektywnie, mając ograniczone budżety, jesteśmy w stanie rzeczywiście zrealizować ideę społeczną – wyjaśnia Wójcik.

Fundacja Aviva w 2. edycji konkursu „To dla mnie ważne” przyznała już dziewięciu inicjatywom granty na łączną sumę 220 tys. zł. Wszystkie te pomysły musiały koncentrować się wokół tworzenia w swojej okolicy miejsc sprzyjających rozwojowi dzieci, takich jak place zabaw czy skwery. Fundacja Aviva zdecydowała się także na wsparcie kolejnych inicjatyw.

Od początku grudnia przycisk „głosuj”, dzięki któremu internauci mogli wpłynąć na to, które inicjatywy dostaną grant, zastąpił przycisk „dotuj”. We współpracy z Wspieram.to Fundacja Aviva zdecydowała się umożliwić internautom finansowe wsparcie tych najbardziej popularnych inicjatyw, czyli cieszących się największym zaufaniem.

Mamy nadzieję, że większość osób, które uczestniczyły aktywnie w oddawaniu głosów na inicjatywy, które zostały zgłoszone do programu grantowego „To dla mnie ważne”, zdecyduje się również na wsparcie finansowe tych inicjatyw nawet symboliczną złotówką – mówi Wójcik. ‒ Wierzymy, że ta nowa formuła spotka się przynajmniej z tak dużym odzewem, z jakim spotkała się pierwsza część programu, czyli zbierania głosów na zgłoszone inicjatywy.

W pierwszej części programu internauci oddali ponad 1,2 mln głosów.

W ciągu dwóch pierwszych akcji „To dla mnie ważne” zgłoszono niemal 1000 pomysłów, na które oddano ponad 2 mln głosów. Tak duże zaangażowanie skłoniło Fundację Aviva do tego, by w tym roku zorganizować trzecią edycję programu. Jak zapowiada Wójcik, będzie ona kładła jeszcze większy nacisk na finansowanie społecznościowe.

Zgodnie ze specjalnymi zasadami crowdfundingowej części programu „To dla mnie ważne” nie obowiązują w nim zwykłe w finansowaniu społecznościowym warunki. Oznacza to, że niezależnie od kwoty przekazanej przez internautów projekt otrzyma wsparcie w takiej wysokości – jednak w zależności od tego, ile uda się zebrać, zmieni się skala realizacji inicjatywy. Zbiórka trwa do końca stycznia. Poza umieszczeniem informacji o danym projekcie na stronie internetowej programu Fundacja Aviva wspiera inicjatywy także poprzez pomoc w ich promowaniu.

Wynagrodzenia na świecie coraz wyższe. W Polsce w tym roku wzrosną o ok. 3 proc.

CEO Magazyn Polska

Przeciętny wzrost wynagrodzeń na świecie w 2015 r. wyniesie 5,4 proc. – wynika z prognoz firmy doradczej Hay Group. Średnie tempo zwiększania się dochodu będzie nieco wyższe niż w ubiegłym roku, zmienią się jednak globalni liderzy wzrostu. W Polsce podwyżki przy uwzględnieniu inflacji powinny być na poziomie bliskim 3 proc.

Realny wzrost wynagrodzeń w Polsce będzie oscylował na poziomie około 3 proc. To duży wzrost w porównaniu z tym, co było w ubiegłych latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Norbert Matusiak, ekspert ds. wynagrodzeń w firmie Hay Group.

Na wysokość pensji w Polsce wpływ będzie mieć przede wszystkim niska inflacja (szacunki Hay Group zakładają ją na poziomie 0,3 proc.) oraz coraz lepsze wyniki sprzedażowe firm, co oznacza większą presję ze strony pracowników na podwyżki płac. Zmiany na rynku pracy będą powodować, że pracodawcy w obawie przed utratą specjalistów będą podnosić wynagrodzenia.

Powyżej średniej wynagrodzenia będą rosły w sektorach, w których jest silna presja pracowników na pracodawców: sektor IT albo sektor usług wspólnych. Poniżej średniej wynagrodzenia wzrosną w szeroko pojętym sektorze finansowym, w szczególności w bankach – prognozuje Norbert Matusiak.

Podobne wzrosty zanotują też inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Prognozy dla tego regionu są najlepsze na Starym Kontynencie.

Pracownicy w Europie mogą spodziewać się podwyżek w granicach 3,1 proc. Dzięki niskiej inflacji – szacowanej na poziomie 1,5 proc. – pensje wzrosną realnie o 1,6 proc. Na poprawę tego wyniku względem ubiegłego roku wpływ ma m.in. lepsza kondycja państw do tej pory zmagających się z poważnym kryzysem, m.in. Irlandii i Grecji.

W przypadku Grecji mamy paradoks, bo nominalny planowany wzrost wynagrodzeń to 1,3 proc., natomiast uwzględniając deflację, będzie to 2,5 proc. Czegoś takiego nie spotykaliśmy od lat – przyznaje Norbert Matusiak.

Z raportu Hay Group wynika, że kraje, które do tej pory napędzały globalny wzrost wynagrodzeń, w tym roku rokują gorzej. To m.in. Brazylia, Rosja i Turcja. Pracownicy z tych krajów mogą oczekiwać spadków płac realnych odpowiednio o 0,4 proc., 0,9 proc. oraz 0,1 proc. Na Ukrainie realne wynagrodzenia spadną o 3,9 proc.

Bardzo stabilna jest Ameryka Północna, za to Ameryka Południowa – bardzo zróżnicowana. Zaczynając od krajów takich jak Wenezuela, gdzie wzrosty wynagrodzeń sięgną nawet 40 proc., ale planowana inflacja to 60 proc., co da ponad 20-proc. spadek realnego wynagrodzenia, do Brazylii, gdzie realny wzrost wynagrodzeń będzie około zera – twierdzi ekspert ds. wynagrodzeń w firmie Hay Group.

W Azji wynagrodzenia będą rosły najmocniej. W Wietnamie, Indiach i Indonezji tempo będzie dwucyfrowe. Po uwzględnieniu inflacji wyniosą odpowiednio 6,6 proc., 2,1 proc. oraz 4,4 proc. W Chinach realny wzrost płac wyniesie 5,7 proc.

Pomimo niestabilnej sytuacji w niektórych regionach prognozowane płace na Bliskim Wschodzie i w Afryce wzrosną odpowiednio o 5,6 proc. oraz 6,9 proc. (ze względu na niską inflację realny wzrost będzie na poziomie 2,9 proc. oraz 2 proc.)

Firma Hay Group przygotowuje prognozy dotyczące wynagrodzeń na podstawie informacji uzyskanych od 16 mln pracowników z ponad 110 krajów.

Branża farmaceutyczna z rekordowymi przychodami. Najszybciej rośnie sprzedaż leków bez recepty

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz więcej wydają w aptekach – na leki bez recepty już ponad 11,5 mld zł. Sprzedaż pozaapteczna w supermarketach i na stacjach benzynowych to zaledwie 1,5 proc. rynku wartego prawie 30 mld zł. Branża osiągnęła stabilizację i znów rośnie po kryzysie z 2012 r. wywołanym ustawą refundacyjną.

Rynek apteczny w 2014 roku osiągnął najlepszy wynik w historii – prawie 28,5 mld zł przychodów. Przebijemy 2011 rok, który do tej pory był tym rekordowym – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarek Frąckowiak, prezes PharmaExpert, ośrodka badającego rynek farmaceutyczny. – Cały rynek w 2014 roku urósł o 2,7 proc., w związku z czym wyjdziemy z zapaści z 2012 r., która nastąpiła po wprowadzeniu ustawy refundacyjnej.

Firma prognozuje, że 2014 r. wartość sprzedaży produktów farmaceutycznych w aptekach wyniosła około 28,5 mld zł, a rok wcześniej – 27,7 mld zł. Rynek rośnie od 2003 r. Wyjątkiem był 2012 r., kiedy branża zanotowała regres – przychody spadły z 28,1 mld do 26,5 mld zł w wyniku wprowadzenia ustawy refundacyjnej. Ustawa m.in. ustanowiła stałe ceny leków refundowanych, sztywne marże, zakaz reklamy i konieczność zawierania umów między aptekami a NFZ. Skutkiem zmian był spadek sprzedaży leków refundowanych o 20 proc. i tym samym szacowane o około 5 proc. mniejsze zyski firm farmaceutycznych.

Patrząc na strukturę sprzedaży, w 2014 r. największe wzrosty, rzędu 3,2 proc., odnotowaliśmy w przypadku sprzedaży produktów refundowanych. Za nimi idzie sprzedaż odręczna, czyli produkty sprzedawane bez recepty – wzrost około 2,5 proc., następnie produkty sprzedawane na receptę, ale pełnopłatne tutaj brak jest zmiany poziomu sprzedaży – wyjaśnia Frąckowiak.

Według danych PharmaExpert w grudniu wartość sprzedaży wyniosła 2,74 mld zł (wzrost o 3,8 proc. rok do roku), z czego 1 mld zł przypada na leki refundowane, 594 mln zł na pełnopłatne leki na receptę, a na sprzedaż odręczną – 1,2 mld zł. Statystyczna apteka w grudniu 2014 r. osiągnęła obroty rzędu 192 tys. zł przy średniej marży 26 proc.

Od dwóch lat sprzedaż odręczna prześciga pod względem wartości sprzedaży leki refundowane i taki trend jest kontynuowany. Jest to już ponad 11 mld zł. Produkty refundowane to około 10 mld zł. Natomiast jeżeli weźmiemy pod uwagę wszystkie produkty na receptę, to jest to 16 mld zł, czyli nadal leki na receptę są motorem i główną wartością sprzedaży na rynku – wyjaśnia Frąckowiak.

Prezes PharmaExpert podkreśla, że w ramach produktów OTC sprzedawanych bez recepty najwyższe obroty notują w kolejności leki na przeziębienie, dermokosmetyki, leki trawienne i przeciwbólowe. Sprzedaż dermokosmetyków wynosi około 1,4 mld zł i (wzrost 2-3 proc.).

PharmaExpert nie monitoruje rynku pozaaptecznego, ale firma szacuje, że w takich miejscach jak supermarkety czy stacje benzynowe klienci na leki bez recepty wydają rocznie w granicach 400-500 mln zł.

– Konsumenci przede wszystkim mają o wiele większy wybór. Cały czas rejestruje się bardzo dużo nowych produktów, mimo że ustawa refundacyjna i negocjacje z Ministerstwem Zdrowia znacząco obniżyły ceny producentów leków. Dlatego firmy farmaceutyczne szukają remedium na rynku, który rośnie, jest stabilny i ciekawy – mówi ekspert. 

Według niego kluczem do wzrostu i poszukiwania rentowności są aktualnie produkty sprzedaży odręcznej.

Sankcje i taniejąca ropa bolączką Rosji. Bez nich sytuacja Ukrainy mogłaby być trudniejsza

Rosja coraz mocniej odczuwa skutki sankcji nałożonych przez USA i UE. PKB tego kraju w tym roku może zmniejszyć się o 5,5 proc, a inflacja wzrosnąć do kilkunastu procent. Moskwa traci wiarygodność w oczach inwestorów i przedsiębiorców, co skutkuje nie tylko odpływem kapitału, lecz także emigracją klasy średniej. Zdaniem ekspertów restrykcje nałożone na rosyjską gospodarkę oraz taniejąca ropa naftowa powstrzymały Kreml przed dalszą ekspansją na Ukrainie.

Trudna sytuacja gospodarcza Rosji, wywołana zarówno sankcjami, jak i spadkiem ceny ropy, spowodowała, że ten rynek stał się mniej perspektywiczny i mniej dochodowy dla eksporterów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjna Newseria Biznes Jarosław Ćwiek-Karpowicz, kierownik Biura Badań i Analiz z Polskiego Instytut Spraw Międzynarodowych. – Zarówno sankcje europejskie, jak i odpowiedź rosyjska utrudniają życie europejskim eksporterom, w tym również polskim firmom. Ogólny spadek eksportu do Rosji dotyczy jednak niemal wszystkich sektorów, nie tylko tych objętych sankcjami ze strony Rosji.

Jak podaje GUS, w okresie styczeń-listopad 2014 roku eksport do Rosji wyniósł 27,33 mld zł i tym samym spadł o 13,6 proc. w ujęciu rocznym. Rosja jest szóstym importem polskim produktów i usług z 4,3 proc. udziałem w strukturze polskiego eksportu (w okresie I-XI 2013 r. było to 5,3 proc.).

To m.in. sankcje ze strony krajów zachodnich przyczyniły się do pogorszenia sytuacji gospodarczej Rosji. Na skutek zakazu importu niektórych produktów znacząco wzrosła inflacja. Z prognozowanego poziomu 6-7 proc. wskaźnik wzrostu cen wzrósł do 11 proc., co powoduje spadek siły nabywczej Rosjan. W kolejnych miesiącach ceny będą rosły nawet mocniej – o 15-17 proc.

Na chwilę obecną celem Rosji jest doprowadzenie do częściowego zawieszenia sankcji bądź też ich odłożenia – tłumaczy ekspert. – Niektóre z nich zostały podjęte na okres jednego roku, ich termin zapadalności się zbliża będzie to marzec, sierpień, wrzesień tego roku. Możemy się spodziewać dyskusji w UE, czy Rosja nie zbliża się do pokojowego uregulowania konfliktu w Donbasie i czy niektóre z tych sankcji mogą być np. zawieszone.

Jak jednak wynika z wczorajszego spotkania unijnych ministrów spraw zagranicznych, państwa UE są zgodne w sprawie utrzymania sankcji. Ich zawieszenie lub zdjęcie będzie możliwe w przypadku wyraźnych sygnałów ze strony Rosji o gotowości do zakończenie konfliktu.

Sankcje nałożone na Rosję są bezprecedensowe ze względu na ważną rolę Rosji na arenie międzynarodowej (Rosja jest np. członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ). Zdaniem eksperta nawet jeśli niektóre kraje zgodzą się zawiesić wybrane restrykcje, to ogólny nieprzyjazny klimat dla inwestorów i przedsiębiorców będzie się utrzymywał.

Temat sankcji wobec Rosji nie zniknie szybko. Dyskusja wokół ich zasadności nie będzie w stanie odwrócić trendów, które widzimy w Rosji już dzisiaj – odwrotu zagranicznych inwestorów, braku perspektyw na dobre przyszłościowe porozumienia, ucieczki rosyjskiego kapitału, a także coraz większej emigracji rosyjskiej klasy średniej, która dostrzega, że warunki do życia w Rosji są coraz trudniejsze, zarówno te ekonomiczne, jak i te polityczne – mówi Jarosław Ćwiek-Karpowicz.

Drugą największą bolączką Rosji jest taniejąca ropa naftowa. W poniedziałek baryłka ropy Brent kosztowała nieco ponad 49 dolarów. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy notowania ropy obniżyły się o ponad 53 proc. W ostatnich dniach agencja Moody’s obniżyła prognozę dynamiki PKB Rosji w 2015 roku do -5,5 proc. Najbardziej bolesny jednak jest odpływ inwestycji zagranicznych oraz dewaluacja rosyjskiej waluty (rubel stracił 30 proc. w ciągu ostatnich pięciu miesięcy).

Ćwiek-Karpowicz zaznacza, że sankcje i niekorzystne zmiany na rynku surowców prawdopodobnie powstrzymały Rosję przez realizacją projektu Noworosji.

Widać, że rozmiar i dotkliwość sankcji były przez Rosję niedoszacowane. Gdyby nie one, prawdopodobnie projekt ten zostałby zrealizowany i separatyści kontrolowaliby dziś nie tylko Donbas, lecz także całe południe Ukrainy, a być może i Naddniestrze wraz z Mołdawią – zaznacza przedstawiciel PISM.

Spółki odzieżowe poprawiają rentowność i w dalszym ciągu mają potencjał do zwyżek kursu

0

CEO Magazyn Polska

Firmy odzieżowe osiągają lepsze wyniki sprzedaży, co przekłada się na wzrosty cen akcji. Dla inwestorów szczególnie atrakcyjne są spółki Bytom, Monnari czy Solar. Sektorowi sprzyja rynek najemcy, czyli otwieranie nowych centrów handlowych, co przyczynia się do ekspansji takich firm. Inwestorzy będą jednak w najbliższym czasie oczekiwać dostarczania zysków, pozytywnego cashflow, a niekiedy dywidendy. Nie wszystkie firmy spełniają te oczekiwania. Niewielka stagnacja w wynikach spółki LPP wywołana sytuacją na Wschodzie w ciągu ostatnich 12 miesięcy skutkowała dwucyfrowym spadkiem wartości akcji.

2014 rok był niewątpliwie bardzo dobrym okresem dla spółek odzieżowych ze względu na ich rozwój. Wszystkie spółki, które inwestowały wcześniej, ograniczając swoje koszty, skupiły się na poprawie rentowności. Z kolei wyniki nie są rewelacyjne, ale widzimy konsekwentną poprawę parametrów rentowności, co jest pokłosiem pracy włożonej w 2013 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Stebakow, dyrektor Departamentu Analiz DM Banku BPS.

Ekspert zaznacza, że stopy zwrotu na GPW w minionym roku nie były tak spektakularne jak rok wcześniej, kiedy kursy rosły nawet o 300-400 proc.

W 2014 roku kurs akcji spółki Bytom wzrósł o 25 proc., Monnari – 70 proc., CCC – 30 proc., a Vistuli – 12 proc.

2014 rok to w większym stopniu oczekiwania inwestorów na dojście wyników do wyśrubowanych poziomów wycen. Ostatnie wyniki sprzedażowe świadczą o tym, że spółki mogą dalej się rozwijać i zarabiać, przynosząc większą korzyść inwestorom – dodaje Stebakow.

Dyrektor Departamentu Analiz DM Banku BPS wyjaśnia, że jedyną spółką, która negatywnie zaskoczyła pod względem wyników w grudniu, była LPP. Powodem była głównie ekspozycja sprzedażowa firmy na Ukrainę i Rosję, która skutkowała tylko 5-proc. wzrostem sprzedaży przy spadku marży handlowej.

W grudniu 2014 roku spółka LPP wypracowała przychody w wysokości 551 mln zł przy marży 56 proc. (spadek marży o 2 pkt proc. w stosunku rocznym). Z kolei w całym roku sprzedaż firmy wyniosła 4,76 mld zł (wzrost o 16 proc. rok do roku). Inwestorzy spodziewali się lepszych wyników – czego skutkiem jest aktualny spadek kursu o prawie 20 proc. w relacji do stycznia 2014 r.

W grudniu CCC zanotowało wzrosty sprzedaży. Prezes Piotr Nowjalis wspominał, że spółka, osiągając 2 mld zł przychodów w całym roku, może spokojnie realizować marże netto na poziomie 10 proc., co oznaczałoby 200 mln zł. To i tak będzie bardzo dobry, rekordowy wynik, gdyż w ubiegłym roku było to niecałe 120 mln, więc tutaj widzimy znaczącą poprawę – tłumaczy Marcin Stebakow.

Jak zauważa, w ostatnich dniach kursy spółek odzieżowych silnie rosną, co jest widoczne m.in. na spółkach Bytom, Monnari, czy Solar.

Spółki te podały niedawno dane sprzedażowe, a inwestorzy szukają firm, które nie są przewartościowane na wskaźnikach, np. Monnari albo Solar, które przed tymi wzrostami osiągały wskaźnik cena/zysk około 10 proc. za 2014 r.

Zdaniem analityka Bytom już jest drogi pod względem poziomu wskaźników, ale między 2013 a 2014 rokiem zysk wzrósł kilkukrotnie, co świadczy o kreowaniu wartości dla akcjonariuszy. W ocenie eksperta Bytom będzie mógł się pochwalić zyskami rzędu 5-6 mln zł, co da wskaźnik P/E w granicach 18-22. Wartość ta w dalszym ciągu jest jednak relatywnie niewielka, gdyż kluczowe spółki z branży mają wskaźnik cena/zysk nawet w granicach 30.

Istnieje naprawdę duże pole do rozwoju tej działalności, zwłaszcza że panuje rynek najemcy, dużo centrów handlowych jest wynajmowanych, a spółki chcą otwierać większe powierzchnie ze względu na większą kolekcję – przekonuje przedstawiciel DM Banku BPS.

Takie działania podejmuje m.in. Monnari oraz Bytom.

Inwestorzy teraz będą oczekiwali dostarczenia pewnych wartości zysków i może generowania pozytywnego cashflow oraz ewentualnie wypłaty dywidendy – prognozuje Marcin Stebakow.

W branży dywidendę wypłacają LPP i CCC. W ocenie eksperta, mimo że jej stopa jest na poziomie 1-2 proc., to inwestorzy pozytywnie odbierają taki podział ze względu na dobry zarząd i wyższą przejrzystość sytuacji w spółce.

Dywidenda z LPP za 2013 r. wyniosła 169,16 mln zł, czyli 93,72 zł na akcję (przy niespełna 400 mln zł zysku), co przy kursie na poziomie 7-8 tys. zł za akcję dałoby stopę dywidendy 1,2 proc. Z kolei CCC wypłaciło 61,44 mln zł (98,4 mln zysku) co daje 1,6 zł na akcję, czyli podobną stopę dywidendy jak w przypadku spółki LPP.