Business Centre Club: Powinniśmy ratyfikować pakt fiskalny

Polska powinna popierać reformy, które mają poprawić sytuację w strefie euro, bo sama kiedyś zostanie jej członkiem – twierdzi prof. Stanisław Gomułka. Pakt fiskalny, który będzie dyscyplinował budżety państw eurolandu właśnie do tego zmierza. Dziś Sejm podczas dodatkowego posiedzenia zajmie się projektem rządowej ustawy, upoważniającej prezydenta do ratyfikacji tego dokumentu.

Podczas kilkugodzinnej debaty premier będzie przekonywać opozycję, by zgodziła się na ratyfikację paktu. Sprzeciw wyrażały dotąd Prawo i Sprawiedliwość oraz Solidarna Polska, pozostałe partie przyjęcie paktu popierają.

Pakt fiskalny jest dokumentem narzucającym na poszczególne państwa większą kontrolę dyscypliny w finansach publicznych. Określa nowe, dużo ostrzejsze sankcje za jej łamanie oraz wprowadza tzw. złotą regułę wydatkową, według której roczny deficyt nie może przekroczyć 0,5 proc. PKB. Nowe przepisy będą obowiązywały jedynie te kraje, które należą do strefy euro. Mają one zmniejszyć ryzyko wystąpienia problemów podobnych do tych, z jakimi przyszło się ostatnio mierzyć m.in. Grecji, Hiszpanii i Portugalii.

Zdaniem głównego ekonomisty BCC, pakt fiskalny jest ważnym dokumentem także z punktu widzenia krajów, które myślą o przyjęciu wspólnej, europejskiej waluty.

– Polska chce przystąpić w którymś momencie do strefy euro, ale mówimy, że przystąpimy wtedy, jak zmniejszy się znacząco ryzyko powtórzenia kryzysu w tych krajach – zauważa prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. – Warunkiem, aby to się stało, jest właśnie lepsza koordynacja polityki fiskalnej państw w strefie euro, czyli przyjęcie paktu fiskalnego.

Lepsza koordynacja, ale też trzymanie w ryzach budżetów narodowych – to zadania paktu. Chodzi o to, by jedne kraje nie musiały płacić za błędy i nadmierne zadłużanie innych.

– Chodzi o kryteria Traktatu z Mastricht, które nadal obowiązują, tyle tylko, że w przeszłości było ponad 60 przypadków niestosowania się do tych kryteriów – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria były wiceminister finansów.

Wobec państw, które łamały postanowienia traktatu, nikt do tej pory nie wyciągał żadnych konsekwencji, nie było kar. Teraz ma się to zmienić. Profesor Gomułka podkreśla, że przyjęcie paktu fiskalnego, określane często jako rewolucyjny krok na drodze stabilizacji europejskich finansów, jest tak naprawdę konieczną korektą obowiązujących wcześniej zasad, ich uszczegółowieniem, po to, by do minimum ograniczyć ryzyko, związane z załamaniem finansów państw. Negatywne doświadczenia państw eurolandu z ostatnich kilku lat, takich jak Grecja czy Hiszpania mogą okazać się niewystarczające.

– Istnienie paktu fiskalnego jest czymś dodatkowym wobec własnego negatywnego doświadczenia, które kraje te będą pamiętać – mówi główny ekonomista BCC. – Nie powinien on przeszkadzać, ale wzmacniać tendencje do dobrego zachowania.

Pakt fiskalny nie zyskał aprobaty wszystkich członków UE. Przeciwne przyjęciu były Czechy i Wielka Brytania. Zdaniem profesora Gomułki fakt, że Brytyjczycy nie ratyfikują dokumentu nie ma dla jego powodzenia wielkiego znaczenia. Polska również nie powinna się tym sugerować. Tym bardziej, że plany Warszawy różnią się od zamierzeń Londynu, który opowiada się za utrzymaniem swojej odrębnej, narodowej waluty, nawet w przypadku uzdrowienia sytuacji w strefie euro.

Pakt fiskalny został przyjęty w marcu ub.r. Wszedł w życie 1 stycznia po ratyfikacji przez 12 z 17 państw eurolandu.

Monika Nachyła nowym prezesem zarządu banku BGŻ

Monika Nachyła jest związana z Bankiem BGŻ od lipca 2011 roku, jako jeden z dwóch niezależnych członków Rady Nadzorczej. Dodatkowo, aktywnie działała jako członek Komisji ds. Audytu Wewnętrznego w Banku BGŻ. Podczas posiedzenia Rady Nadzorczej nowo powołana prezes złożyła swoją rezygnację z pełnionych dotychczas funkcji.

– Doświadczenie zawodowe Moniki Nachyła zdobyte zarówno w sektorze finansowym podczas pracy dla funduszy typu Private Equity, jak i w trakcie zarządzania operacyjnego oraz pracy audytora, będzie kluczowe na stanowisku prezesa. Jestem przekonany że zdobywane przez 20 lat umiejętności Pani Nachyła okażą się bardzo przydatne w pełnieniu przez nią nowej roli – powiedział Alexander Pruijs, przewodniczący Rady Nadzorczej Banku BGŻ podkreślając swoje zadowolenie z nowo podjętej decyzji.

Monika Nachyła urodziła się w 1968 roku. W 1991 roku uzyskała tytuł magistra ekonomii na Wydziale Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Specjalizacja: finanse międzynarodowe i ubezpieczenia. Dodatkowo, w 2007 roku ukończyła studia podyplomowe z zakresu psychologii społecznej.

Nominacja Rady Nadzorczej wymaga akceptacji Komisji Nadzoru Finansowego. Do momentu jej uzyskania, Pani Monika Nachyła będzie pełniła obowiązki prezesa Zarządu Banku BGŻ.

Biurokracja wciąż największym hamulcem innowacyjności

Niespójna polityka państwa, małe nakłady finansowe i rozbudowana biurokracja – to zdaniem menadżerów, pytanych podczas badania Barometr Innowacji na zlecenie GE, główne przyczyny tego, że Polska nie jest postrzegana jako rynek innowacyjności. Tylko 38 proc. polskich menadżerów i 24 proc. zagranicznych oceniają polski rynek jako sprzyjający innowacyjności. Problemem jest również brak zasobów kapitałowych i niedostosowanie polskiego systemu edukacji do potrzeb rynku pracy.

Zdaniem ankietowanych menadżerów polityka rządu powinna zmierzać w kierunku pobudzania innowacyjności polskich przedsiębiorstw, i to tej aktywnej.

– Polskie firmy raczej skupiają się na wprowadzaniu istniejących już rozwiązań. Dla małych i średnich przedsiębiorstw samo słowo „innowacja” oznacza wprowadzanie rozwiązań czy też technologii, które gdzie indziej już zostały wynalezione. Więc raczej jest to działanie zachowawcze, bardziej reaktywne niż proaktywne – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Magdalena Nizik, dyrektor zarządzająca GE Engineering Design Center.

Jednocześnie aż 96 proc. szefów polskich firm uważa, że innowacyjność to jeden z najważniejszych czynników dla rozwoju biznesu. Niewiele mniej z grupy badanych zaznacza jednak, że innowacje łatwiej wprowadzać budując strategiczne partnerstwa z innymi firmami. Czynnikiem hamującym innowacje jest przede wszystkim brak kapitału, zarówno prywatnego, jak i państwowego.

– Menadżerowie uważają, że jest za mało inwestorów, za mało kapitału prywatnego, który wspierałby innowacyjność. Ale i nakłady na innowacje jako procent budżetu czy PKB w Polsce są jednymi z najniższych w Europie. Mało jest środków własnych na innowacje. W ostatnich kilku latach to się poprawiło, ponieważ Polska zyskała środki z UE. Jednakże w naszym odczuciu to nie te najbardziej innowacyjne projekty wygrywają – podkreśla Magdalena Nizik.

To wina kryteriów stosowanych w trakcie konkursów oraz podejmowania decyzji nie na podstawie stopnia innowacyjności projektów, tylko kryteriów formalnych, np. dostarczenia odpowiednich zaświadczeń. Dlatego, jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie GE, aż 81 proc. przedsiębiorców oczekuje od rządu walki z biurokracją. 63 proc. pytanych zwraca uwagę na niedostateczną ochronę w polskim prawie własności intelektualnej i poufności. Ale tylko 23 proc. oczekiwałoby od państwa wsparcia w postaci kapitału. Zamiast tego wybierają strategiczną współpracę z uczelniami.

Dla GE jednym z ważnych partnerów jet Instytut Lotnictwa Politechniki Warszawskiej.

– Takie układy przynoszą obopólne korzyści. Instytut Lotnictwa przez to, że współpracuje z partnerem prywatnym, z firmą globalną, istniejącą na globalnych rynkach, ma dostęp do światowych rozwiązań technologicznych. Widzi, co jest w tej chwili na świecie na topie, jakie jest zapotrzebowanie, co się mówi, co się robi, jakimi technologiami posługują się największe firmy. Ma również dostęp do najważniejszych i najlepszych metod zarządzania – wymienia dyrektor zarządzająca GE EDC.

Jej zdaniem, rząd powinien skupić się właśnie na tym, by promować współpracę nauki z przemysłem, spowodować, by stała się opłacalna dla uczelni i instytucji naukowych.

– Od pewnego czasu uczelnie i instytuty są oceniane w oparciu o liczbę ich publikacji. Bardzo często jednostki współpracujące z przemysłem takich publikacji nie prowadzą, bo często firma nie chce, żeby wyniki jej badań były rozpowszechnione w prasie od razu i dla wszystkich. Uczelnie nie są więc chętne, bo nie daje im to punktów w klasyfikacji instytutów. Myślę, że ocena instytucji badawczych przez rząd, przez ministerstwa, które nimi zarządzają, powinna modelować zachowanie tych instytucji i promować pewne zachowania. Na razie tego nie widzimy – dodaje Magdalena Nizik.

W ramach badania Barometru Innowacji GE 2013 ankieterzy spytali o innowacyjność 3100 dyrektorów najwyższego szczebla z 25 krajów.

e-papierosy są mniej szkodliwe od tradycyjnych, ale też mogą uzależniać

Chociaż badania nad wpływem korzystania z e-papierosów wciąż trwają, eksperci nie mają wątpliwości, że są one mniej szkodliwe niż zwykłe papierosy. Przede wszystkim nie ma w nich ponad 5,6 tysiąca związków rakotwórczych występujących w dymie papierosowym, dodatkowo nie stwarzają zagrożenia związanego z biernym paleniem. Ale eksperci z Instytutu Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego w Sosnowcu, którzy przeanalizowali dostępne wyniki badań i ankiety, przestrzegają. że papierosy elektroniczne z powodu zawartości nikotyny uzależniają podobnie jak konwencjonalne.

– Musimy porównywać bezpieczeństwo stosowania tych wyrobów do papierosów konwencjonalnych. Nie ma wątpliwości, że to są produkty o wiele bardziej bezpieczne niż zwykłe papierosy konwencjonalne – tłumaczy prof. Andrzej Sobczak, kierownik Zakładu Szkodliwości Chemicznych i Toksykologii Genetycznej w Instytucie Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego w Sosnowcu.

W Polsce po e-papierosa sięga regularnie ok. 300-350 tysięcy osób. W Wielkiej Brytanii e-palaczy jest prawie trzy razy więcej.

Przede wszystkim są one traktowane jako sposób na zerwanie z nałogiem. Ich skuteczność potwierdzają przeprowadzone w krajach zachodnioeuropejskich badania i ankiety.

– Są też nieliczne przykłady badań klinicznych, które pokazały, że osoby palące nie potrafiły rzucić palenia stosując normalne środki nikotynowej terapii zastępczej, a skutecznie rzuciły przez stosowanie papierosów elektronicznych – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prof. Andrzej Sobczak.

Podobnie jak plastry nikotynowe, gumy i inhalatory e-papierosy zawierają nikotynę i z tym wiąże się poważne zagrożenie.

– Mogą po nie sięgnąć osoby, które do tej pory nie paliły i w ten sposób się uzależnić. To jest pierwsze niebezpieczeństwo – podkreśla ekspert IMPiZŚ.

Tym bardziej, że elektroniczne papierosy są łatwo dostępne dla dzieci i młodzieży, np. w internecie. Z badań przeprowadzonych kilka miesięcy temu przez zespół profesora Sobczaka wynika, że w 14-tysięcznej grupie młodzieży licealnej i studentów co piąta osoba przynajmniej raz w życiu „zapaliła” e-papierosa. 8 proc. ankietowanych przyznało, że miała z tym urządzeniem styczność w ciągu 30 dni poprzedzających badanie.

– Drugim zagrożeniem jest fakt, że jest mnóstwo wyrobów niesprawdzonych, niewiadomego pochodzenia, bez jakichkolwiek obostrzeń na etykietach, pudełkach, wskazujących, że to jest produkt przeznaczony wyłącznie dla osób chcących rzucić palenie – mówi prof. Andrzej Sobczak.

Wiąże się to z tym, że w polskim prawie brakuje przepisów dotyczących e-papierosów. Sprzedaży nie regulują ani ustawa o ochronie zdrowia przed wyrobami tytoniowymi, ani prawo farmaceutyczne, które określa dostęp do nikotynowej terapii zastępczej.

Cały czas trwają badania nad długotrwałym wpływem e-papierosów na zdrowie człowieka. Dlatego też nie ma jednoznacznego stanowiska Światowej Organizacji Zdrowia, które mogłoby rozwiać wątpliwości.

Nad ograniczeniem dostępu do elektronicznych papierosów pracuje Komisja Europejska, choć na razie wycofała się z pomysłu, by całkowicie zakaz sprzedaży tych wyrobów.

Urząd pracy ma pomóc w znalezieniu zatrudnienia co drugiemu zarejestrowanemu bezrobotnemu

Resort pracy stawia sobie ambitny cel. Chce, by co najmniej połowa osób, które rejestrują się jako bezrobotne, znajdowała zatrudnienie. Dlatego urzędy pracy będą miały do dyspozycji nowe instrumenty walki z bezrobociem. Jedna z najważniejszych zmian to wprowadzenie doradcy klienta, który będzie pracował zarówno z osobą bezrobotną, jak i z pracodawcami. Kolejnym instrumentem jest możliwość zlecania części zadań firmom zewnętrznym.

Resort pracy kilka dni temu uruchomił konsultacje założeń do zmian w funkcjonowaniu całego systemu publicznych służb zatrudnienia. Z racji tego, że proponowane zmiany dotyczą wielu różnych podmiotów w całym kraju, proces legislacyjny może trwać długo. Choć, jak zapewnia Jacek Męcina, wiceminister pracy, założenia były przez kilka miesięcy konsultowane z urzędami pracy we wszystkich województwach, ale też agencjami prywatnymi i ekspertami.

– Liczymy, że nowe przepisy będą mogły zacząć funkcjonować od 1 stycznia 2014. Być może pewne rozwiązania wprowadzimy fakultatywnie w pierwszym roku ich funkcjonowania po to, żeby także urzędy przygotowały się do nowej rzeczywistości, aby przetestowały te rozwiązania na zasadzie fakultatywnej – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria wiceminister pracy Jacek Męcina.

Jedna zmian dotyczyć będzie zlecania części zadań firmom prywatnym agencjom zajmującym się rekrutacją.

– Chcemy, aby publiczne służby zatrudnienia mogły także zlecać aktywizację tych grup, które wymagają bardzo szerokiego wsparcia, prywatnym agencjom. Właśnie uruchomiliśmy taki pilotaż – mówi wiceminister pracy.

Pilotażowy program rozpocznie się w marcu w trzech województwach (dolnośląskim, mazowieckim i podkarpackim) i obejmie łącznie blisko 3 tysiące bezrobotnych, z tego połowa należąca do grupy długotrwale bezrobotnych. Uczestnikami pilotażu będą również kobiety, które nie wróciły na rynek pracy po urodzeniu dziecka, oraz osoby powyżej 50 roku życia i niepełnosprawni. Budżet programu to 30 mln zł z Funduszu Pracy.

Jak podkreśla wiceminister, takie rozwiązanie od 20 lat z powodzeniem funkcjonuje w Wielkiej Brytanii. Tym bardziej, że prywatne agencje są wynagradzane za znalezienie trwałego zatrudnienia dla osoby bezrobotnej.

– Dając tę swobodę chcemy jednocześnie wprowadzić nowoczesne metody pracy z bezrobotnymi. Przede wszystkim profilowanie, od dawna stosowane w wielu krajach UE, ma odpowiedzieć na pytanie, jakiego wsparcia potrzebuje poszczególna osoba bezrobotna ze względu na swój poziom kwalifikacji, ale jednocześnie, jaką motywację ma do tego, żeby znaleźć zatrudnienie – mówi Jacek Męcina.

Ministerstwo uruchomi też specjalny Program Aktywizacji i Integracji. W jego ramach osoba długotrwale bezrobotna przez 10 godzin w tygodniu będzie pracować przy pracach społecznych. Kolejne 10 godzin spędzi na zajęciach integracyjnych. Po dwóch miesiącach doradca zajmujący się bezrobotnym zdecyduje, czy klient może wrócić na rynek pracy, czy potrzebuje dalszej pomocy.

Oprócz zmian legislacyjnych, MPiPS chce także wprowadzić rankingi urzędów pracy i możliwość nagradzania najbardziej efektywnych pracowników tych urzędów.

Deutsche Telekom właściciel T-Mobile otworzy inkubator przedsiębiorczości w Krakowie

Deutsche Telekom liczy na innowacyjność Polaków i naszych sąsiadów. Już wkrótce zamierza uruchomić w Krakowie inkubator, który będzie wspierał początkujące firmy w innowacyjnej działalności, z której rezultatów sam będzie mógł korzystać. Jak dowiedziała się Agencja Informacyjna Newseria, inkubator zacznie działać w połowie roku w samym centrum Krakowa. Rekrutacja projektów już ruszyła, ale zainteresowani przedsiębiorcy z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej wciąż mogą się zgłaszać.

Z ramienia Deutsche Telekom projekt w Krakowie nadzoruje T-Mobile Polska. Przedstawiciele operatora prowadzą też rekrutacje projektów.

– Interesuje nas wszystko, co pomoże nam przyspieszyć rozwój oprogramowania mobilnego. To może być produkt czysto konsumencki, aplikacja związana z cloud computing [przetwarzaniem danych w tzw. chmurze obliczeniowej – red.], ale też liczymy na produkty potrzebne do rozwoju handlu mobilnego i płatności mobilnych. To mogą być aplikacje związane z mediami, ale też z edukacją – mówi Thomas Kiessling, dyrektor ds. produktów i innowacji w Deutsche Telekom w wywiadzie udzielonym Agencji Informacyjnej Newseria podczas Mobile World Congress 2013 w Barcelonie.

Jak zapewnia, w projekcie brane są pod uwagę wszystkie pomysły, które pozwolą zwiększyć innowacyjność firmy. Dodatkowo wszystkie stworzone dzięki wsparciu aplikacje będą dostępne dla klientów T-Mobile.

– To będzie pewnego rodzaju inkubator w takim sensie, że będziemy inwestować w start-upy. To będzie finansowanie zalążkowe, tzw. seed funding, przy pomocy naszego funduszu venture capital, czyli T-Venture – wyjaśnia Thomas Kiessling.

W tym roku Deutsche Telekom chce zrealizować pięć pierwszych projektów.

– To oznacza pięć firm, które chcemy sfinansować i pomóc im się rozwijać – mówi dyrektor w Deutsche Telekom. – Na bardzo wstępnym etapie przeznaczamy 30 tysięcy euro wsparcia na jedną firmę, ale to nie jest limitowane. Będziemy inwestować więcej w zależności od osiągniętych wyników na kolejnych etapach.

Kiessling dodaje, że dopiero po przeglądzie pierwszych efektów działalności pod koniec roku spółka będzie robić plany na kolejny rok.

Podkreśla, że projekt skierowany jest nie tylko dla przedsiębiorców z Polski. O dofinansowanie mogą się ubiegać również firmy z innych państw regionu Europy Wschodniej. Podobny inkubator działa już w Berlinie, ale – jak wyjaśnia Kiessling – jego działalność koncentruje się głównie na reklamie i mediach.

– W Krakowie chcielibyśmy rozwijać lokalnych, regionalnych przedsiębiorców, którzy nawet nie są znani w międzynarodowym środowisku – mówi dyrektor ds. produktów i innowacji w Deutsche Telekom. – Wybraliśmy Kraków, ponieważ tu jest świetne otoczenie dla przedsiębiorców, to miasto średniej wielkości, i dlatego jest tu wiele zrozumienia dla potrzeb biznesu w tej części Europy, które są zupełnie inne niż w takich lokalizacjach jak Niemcy, Wielka Brytania czy Francja.

Kurczy się rynek IT. Firmy handlujące sprzętem walczą o utrzymanie swoich pozycji.

Trudna sytuacja na rynku sprzedaży sprzętu IT. Dystrybutorzy komputerów, drukarek, monitorów i sprzętu telekomunikacyjnego narzekają na znaczący spadek sprzedaży, zauważalny przede wszystkim w sektorze biznesowym. Ratunkiem – jak w przypadku Komputronika – może być zmiana polityki cenowej.

Firmy niepewne przyszłości wstrzymują się z zakupami sprzętu IT, czekają również na kolejną turę środków unijnych z nowej perspektywy finansowej. Jak podkreśla Wojciech Buczkowski, prezes Komputronika, w takiej sytuacji szansą dla branży IT jest oferowanie usług zewnętrznych. Tym bardziej, że outsourcing niektórych usług staje się dziś coraz popularniejszym sposobem na ograniczanie kosztów w przedsiębiorstwach.

– To m.in. outsourcing druku, czyli możliwość wynajęcia zewnętrznej firmy, która dostarczy urządzenia drukujące i będzie pobierać opłaty tylko za jeden wydruk. Oszczędności sięgają 30-40 proc. – tłumaczy Wojciech Buczkowski w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Innym przykładem są systemy do elektronicznego obiegu dokumentów, które ograniczają ilość zużytego papieru, ale i przyspieszają przepływ informacji i usprawniają proces podejmowania decyzji.

Otoczenie rynkowe powoduje, że ostatnie miesiące były dla dystrybutorów sprzętu elektronicznego trudne.

– Podjęliśmy decyzję, że wykorzystamy tę szansę, jaką daje trudniejszy rynek i trudniejsza sytuacja sprzedażowa naszych konkurentów. Było nas stać na to, żeby obniżyć marże – mówi Wojciech Buczkowski, prezes firmy Komputronik.

Tym samym sprzedaż znacząco wzrosła, co zrekompensowało spadek marży.

– Notujemy teraz bardzo dużą dynamikę wzrostu sprzedaży, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i partnerskich naszej sieci, jak również w sprzedaży internetowej – tłumaczy szef Komputronika.

Nowe kierunki

Dużym zainteresowaniem wciąż cieszą się notebooki, szczególnie ultrabooki, nowe, cienkie urządzenia o wydajnej baterii, poprawiające komfort pracy. Systematycznie zwiększa się sprzedaż tabletów. W ubiegłym wzrosła roku 3,5-krotnie. Prognozy na ten rok mówią o podwojeniu wyników sprzedaży. Przyszłość rynku należy również do smartfonów.

– Tutaj sprzedaż rośnie nawet nastokrotnie w naszym przypadku – mówi Wojciech Buczkowski. – Spodziewamy się, że eksplozja popularności tego sprzętu również przyniesie nam dodatkowy strumień przychodu.

Tym bardziej, że firma zamierza dalej wychodzić „na zewnątrz”, to znaczy prowadzić swoją działalność handlową na innych rynkach. Poprzez spółkę K24 jest już obecna w Czechach i Słowacji. Wprawdzie u naszych południowych sąsiadów kryzys dał się mocno we znaki branży IT – rynek czeski skurczył się o 25 proc. – władze Komputronika wierzą w ekspansję u naszych południowych sąsiadów.

– Jestem przekonany, że są to przejściowe problemy – mówi prezes firmy. – Spółka jest bardzo efektywna, tania w utrzymaniu, więc przetrwanie tej sytuacji nie stanowi dla nas problemu.

Kolejnym krokiem będzie zaistnienie na rynkach Europy Zachodniej. Głównie poprzez internetowe platformy handlowe.

– Wierzymy w to, że regionalna sprzedaż w internecie będzie sposobem sprzedaży najbardziej odpornym na zawirowania rynkowe i będziemy mogli korzystać z różnic cenowych w różnych asortymentach występujących w różnych krajach, więc chcemy tę spółkę rozwijać – tłumaczy Buczkowski.

Nowe przepisy uruchamiające program pomocy dla małych i średnich firm

Wchodzą w życie przepisy, dzięki którym Bank Gospodarstwa Krajowego będzie mógł udzielać gwarancji na kredyty oferowane przez banki komercyjne małym i średnim przedsiębiorstwom. W ten sposób weźmie na siebie część ryzyka ponoszonego przez banki przy kredytowaniu firm. Dotychczas BGK mógł udzielać przedsiębiorcom poręczeń i gwarancji jedynie na zasadach rynkowych lub ewentualnie w formie indywidualnej pomocy publicznej.

Pomoc w ramach tego programu będzie udzielana mikroprzedsiębiorcom oraz małym lub średnim przedsiębiorcom w formie udzielanych przez BGK gwarancji spłaty kredytów. Gwarancja obejmuje nie więcej niż 60 proc. kwoty kredytu. Będzie ona udzielana na wniosek przedsiębiorcy. Zabezpieczenie udzielonej gwarancji stanowić ma weksel własny in blanco wystawiony przez przedsiębiorcę na rzecz BGK.

– Na dziś wiemy tyle, że pomoc będzie udzielana dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Jest to dobry pomysł, a całe wsparcie może wynieść 40, 50 miliardów złotych. To olbrzymia kwota i ma być realizowana poprzez banki – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jerzy Bartnik, prezes Związku Rzemiosła Polskiego.

Jerzy Bartnik ostrożnie ocenia jednak zalety wchodzących dziś w życie przepisów.

– Obserwowałem już działalność niejednego funduszu, który wspierał działanie firm poprzez banki. I zazwyczaj było tak, że było zagwarantowane bezpieczeństwo bankom, a znacznie mniejszą pomoc miały mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa. Skoro obecnie 3-4 procent ludzi prowadzących działalność korzysta z kredytów bankowych, to budzi moje wątpliwości to, czy nowy mechanizm będzie skuteczny – uważa Jerzy Bartnik.

Jak dodaje, rozwiązania idą w bardzo dobrym kierunku, bo dziś firmy bardzo liczą na wsparcie finansowe, które pozwoli im się szybciej rozwijać. Jego zdaniem, wiele będzie zależało od postępowania banków i regulatora programu, czyli BGK.

– Polsko-Amerykański Fundusz Przedsiębiorczości, który został oddany do dyspozycji banków, mających dystrybuować pomoc wśród przedsiębiorców na rozwój okazał się w praktyce bardzo mało skutecznym narzędziem, dlatego że operatorem były banki. I dlatego sytuacja może się powtórzyć teraz, aczkolwiek nie musi – podkreśla Jerzy Bartnik.

Według prezesa ZRP jedną z barier może być sposób wyliczania zdolności zdolności kredytowej firm przez banki.

– Żeby wiedzieć, jaką zdolność kredytową ma przedsiębiorstwo, trzeba wykonać cały szereg ekonomicznych przedsięwzięć. To robią banki. I to według pewnego schematu, który jest przez banki wypracowany. I to jest pierwsza bariera, na którą mogą natrafić przedsiębiorcy ubiegający się o takie zasilenie. Myślę, że to już wskazuje na mniejszą skuteczność. Jak będzie – pokaże jednak praktyka – mówi prezes Związku Rzemiosła Polskiego.

Prezes Związku Rzemiosła Polskiego wskazuje, że firmy generalnie nie chcą zaciągać kredytów, ze względu na ryzyko, jakie się z tym wiąże.

– Kryteria bankowe, z którymi dotychczas się spotykaliśmy, nie były zachęcające do zaryzykowania pobrania kredytu, ponieważ w przypadku przedsiębiorstw, które ja reprezentuję, będących najczęściej osobami fizycznymi, gwarantuje się bezpieczeństwo kredytu całym swoim majątkiem, a na to nie każdego stać – reasumuje Jerzy Bartnik.

Wsparcie dla firm będzie możliwe dzięki wchodzącej dziś w życie nowelizacji ustawy o poręczeniach i gwarancjach udzielanych przez Skarb Państwa oraz niektóre osoby prawne, jak też rozporządzenie wykonawcze ministra finansów do tej ustawy.

Zgodnie z nowelizacją ustawy minister finansów ma przekazywać środki na zwiększenie funduszu statutowego Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK), mając na uwadze konieczność pokrycia ryzyka działalności bankowej ponoszonego przez bank w związku z realizacją tych programów. Ponadto, w związku z realizacją programów rządowych i udzielaniem przez BGK pomocy publicznej lub pomocy de minimis, minister finansów będzie przekazywał temu bankowi środki na pokrycie kosztów i wydatków związanych z udzielaniem poręczeń i gwarancji, w tym wypłat z tytułu udzielonych poręczeń i gwarancji. Pomoc de minimis to pomoc, której udzielenie nie powoduje zakłócenia konkurencji, czyli zwykle są to dotacje lub gwarancje kredytowe dla małych i średnich firm.

Z kolei rozporządzenie ministra finansów przewiduje, że łączna wartość tej pomocy dla jednej firmy nie będzie mogła przekroczyć w bieżącym roku oraz dwóch poprzedzających go latach podatkowych równowartości 200 000 euro, a w sektorze transportu drogowego 100 000 euro.

Polacy coraz częściej wybierają rejsy wycieczkowe

Na całym świecie rocznie na rejsy wycieczkowe udaje się ponad 20 milionów osób, z czego Polacy to wciąż zaledwie od 6 do 12 tysięcy. Rynek jednak rozwija się dynamicznie. Jako wyjazdy motywacyjne w rejsy wycieczkowe swoich pracowników wysyłają zagraniczne firmy, ale coraz chętniej udają się w nie także klienci indywidualni.

– Największe statki wycieczkowe zabierają na pokład ponad 6 tys. osób, gdzie 2 tys. osób to sama załoga, która obsługuje gości – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Maciej Szymański, prezes firmy Veniti S.A., właściciela serwisu kruzy.pl.

Rozwojowi rynku sprzyjają promocje. Dzięki pojawiającym się kilka razy w roku specjalnym ofertom, na ośmiodniowy rejs wycieczkowy można popłynąć za tysiąc złotych. Takie ceny dotyczą nawet najbardziej luksusowych statków, porównywalnych standardem do cztero- i pięciogwiazdkowych hoteli.

Drugim czynnikiem sprzyjającym wzrostowi tego rynku są wyjazdy motywacyjne. Zagraniczne koncerny, które mają swoje oddziały w Polsce, chętnie zapraszają pracowników na właśnie tego typu podróże.

– Rejsy wycieczkowe nie bez powodu nazywam wakacjami bez pakowania. Kupując taką wycieczkę można popłynąć np. w rejs po basenie Morza Śródziemnego, budzić się codziennie w innym porcie, zwiedzać przez cały dzień, a w nocy rozkoszować się rozrywkami na statku – wyjaśnia Maciej Szymański i dodaje: – Takie statki to w zasadzie pływające miasteczka. Są na nich baseny, kasyna, kina, sale koncertowe, ściany wspinaczkowe i wiele innych zaskakujących atrakcji.

Statystyki mówią, że w 2013 r. w podróż statkiem wycieczkowym uda się na całym świecie niemal 21 milionów osób. Najwięcej spośród nich to Amerykanie – około 11,7 miliona. W Europie w ten sposób najchętniej wypoczywają Brytyjczycy (1,7 miliona) oraz Niemcy (1,4 miliona). W ciągu najbliższych czterech lat liczba osób wybierających ten sposób wypoczynku może wzrosnąć nawet do prawie 24 milionów rocznie. Choć statystyki wskazują, że najchętniej w rejs udają się starsi, zamożni turyści, Maciej Szymański podkreśla, że oferta jest skierowana do wszystkich.

– Praktycznie nie ma żadnych ograniczeń, na rejsy wyjeżdżają zarówno osoby młode, osoby z rodzinami, ludzie starsi – mówi prezes Veniti S.A.

Według statystyk Cruise Market Watch łączna pojemność statków wycieczkowych na świecie to ok. 440 tys. osób. Niekwestionowanymi liderami rynku są koncerny Carnival Corporation (48,4 proc. udziału jako cały koncern) oraz Royal Carribean (23,3 proc.). Do tego drugiego koncernu należą dwa największe, siostrzane statki wycieczkowe świata: MS Allure of the Seas i MS Oasis of the Seas. Obydwa mają 362 m długości, 72 m wysokości ponad lustrem wody oraz mogą maksymalnie zabrać6296 pasażerów na 16 pokładów.

Przeciętnie turysta biorący udział w rejsie wycieczkowym wydaje ok. 1728 dolarów, czyli ok. 5400 zł. Większość z tej kwoty stanowi cena biletu, kształtująca się średnio na poziomie 1300 dolarów (ok. 4000 zł).

Na raczkującym polskim rynku rejsów wycieczkowych Veniti S.A. jest jednym z liderów.

– Stworzyliśmy silny ekspercki dział, który zajmuje się u nas wyjazdami motywacyjnymi. Specjalizujemy się też w wyjazdach motywacyjnych na pokładzie statków wycieczkowych – podkreśla Maciej Szymański.

Firma Veniti S.A., właściciel m.in portalu kruzy.pl, sprzedaje rejsy na statkach należących między innymi do firm Carnival Cruise Line, Costa Cruises oraz MSC Cruises. Oferta obejmuje cały świat, w tym Morze Śródziemne, norweskie fiordy oraz Karaiby. Notowana na rynku New Connect spółka osiąga dobre wyniki.

– W ostatnim kwartale udało nam się osiągnąć break point. Czwarty kwartał 2012 roku to ponad 230 tys. złotych zysku netto przy poziomie sprzedaży 1,3 mln. Te wyniki są konsekwencją realizowanej przez nas strategii, polegającej na zbudowaniu silnej firmy, która specjalizuje się w niszach turystycznych – podkreśla Szymański.

Prezes Veniti S.A. mówi, że jego firma wyspecjalizowała się w rynkach o wysokim potencjale rozwoju. Stąd między innymi koncentracja na wyjazdach motywacyjnych. Maciej Szymański jest przekonany, że ułatwiona sprzedaż tego typu wyjazdów pomoże w dynamicznym rozwoju rynku.

– W momencie, kiedy wdrożymy naszą ofertę online do standardowych systemów multiagencyjnych, z których agenci korzystają na co dzień, jestem przekonany, że łatwość sprzedaży, dostępność, aktualność oferty spowoduje, że agenci dużo chętniej będą sięgali po ten produkt – przekonuje prezes Veniti S.A i dodaje, że wysokie marże powinny zachęcić agentów do sprzedaży rejsów wycieczkowych.

Państwo będzie nadzorować treści audiowizualne w internecie

Wchodząca dziś w życie nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji w znacznej mierze dotyczy nadawców usług audiowizualnych na żądanie, nakładając na nich wiele obowiązków i ograniczeń. Według Marka Skrobackiego, eksperta w dziedzinie prawa medialnego z Kancelarii MDDP Sobońska, Olkiewicz i Wspólnicy – są to wprowadzane „tylnymi drzwiami” regulacje podobne do ACTA.

Nowelizacja mówi o tym, że taki dostawca treści audiowizualnych kształtuje katalog audycji samodzielnie i ponosi odpowiedzialność za jego treść, ale także wprowadza wiele warunków, jakie musi on spełnić. Przykładowo, nowelizacja zobowiązuje dostawcę usług na żądanie do oznaczania audycji oznaczeniami kategorii wiekowych, zapewniania odpowiedniego udziału audycji europejskich, przystosowywania audycji do potrzeb osób niepełnosprawnych czy przechowywania kopii audycji przez 28 dni. Dostawcy usług VOD (wideo na życzenie) mają obowiązek składania do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji corocznego sprawozdania.

– Przełomowym dla wielu firm tematem będzie to, że w ogóle będzie ich ktoś nadzorował. Praktyka tych nadawców klasycznych, telewizyjnych jest taka, że muszą mieć rozbudowane działy prawne, które raportują co miesiąc, co kwartał, co roku i część z tych obowiązków będzie dotykać takich, którzy działają np. w garażu w swoim domu i nagrywali własne filmy wideo. Niestety, może do nich przyjść Krajowa Rada i powiedzieć: nie wypełniasz dobrze pewnych obowiązków, płać mi karę – tłumaczy ekspert. – Wiele zależy od praktyki organu regulacyjnego. Dzisiaj jego moce są ograniczone, ale potencjalnie może mieć więcej aktywności i wtedy trafi do każdego.

Obowiązująca od dziś nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji jest dostosowaniem polskiego prawa do unijnej dyrektywy o audiowizualnych usługach medialnych. Wprowadza między innymi zasady nadawania audiowizualnych usług medialnych na żądanie.

– Audiowizualna usługa medialna na żądanie to tak naprawdę wideo na żądanie, dostarczane wszelkimi kanałami. Chodzi zatem o wszystkie klasyczne i znane ludziom formy: za pomocą operatorów telewizji kablowych, satelitarnych, ale też internetowych, czyli np. Iplex, Kinoplex, Ipla, ale też wszystkie inne kanały, dlatego że definicja w ustawie jest pojemna i wszystko zależy od praktyki – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Marek Skrobacki, radca prawny z Kancelarii MDDP Sobońska Olkiewicz i Wspólnicy.

To drugie ACTA?

Mecenas Marek Skrobacki podkreśla, że nowelizacja wprowadza bowiem wiele uciążliwych obowiązków dla nadawców audiowizualnej usługi medialnej na żądanie, jak choćby obowiązek nadawania określonej ilości programów europejskich. Dostawcy będą mieli obowiązek przeznaczania co najmniej 20 proc. zawartości katalogu na audycje europejskie, w tym wytworzone pierwotnie w języku polskim oraz odpowiedniego wyeksponowania tych audycji.

– Mieliśmy do czynienia z ACTA, ludzie protestowali, a teraz tylnymi drzwiami wprowadza się coś podobnego, czyli nadzór państwa nad wszelką działalnością audiowizualną, także w internecie. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji będzie organem nadzorczym. Każdy będzie miał obowiązek do niej przyjść. Trzeba będzie oznaczać programy, czy są dla dorosłych, dla dzieci, nie będzie można reklamować papierosów, alkoholu, co jest słuszne. Ale bardziej bolesnym dla dostawców usług elementem będzie kwestia zapewnienia odpowiedniej ilości programów polskich i europejskich – mówi Marek Skrobacki.

Nowelizacja zabrania publicznego udostępniania treści na żądanie przeznaczonych dla dorosłych bez stosowania zabezpieczeń technicznych lub innych odpowiednich środków, mających na celu ochronę małoletnich przed ich odbiorem. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, w porozumieniu z ministrem administracji i cyfryzacji, będzie mogła określić, w drodze rozporządzenia, szczegółowe warunki, jakie muszą spełniać takie zabezpieczenia.

Nowe przepisy to także możliwość wprowadzenia kar dla nadawców, którzy nie przestrzegają nałożonych ustawą obowiązków.

– Krajowa Rada może nakładać więcej niż dotychczas kar na dostawców. Na pewno na pierwszy rzut pójdą ci, którzy są najwięksi, ale oni sobie dadzą radę, bo są do tego przygotowani i mają potencjał organizacyjny. Często mają zaplecze w postaci tego nadawcy klasycznego, telewizyjnego. Natomiast w największej biedzie są ci mniejsi dostawcy. Ale zapewne jedni i drudzy nie są w sytuacji bez wyjścia – uważa Marek Skrobacki.

Ucieczka za granicę

Wyjściem z tej sytuacji dla nadawców może być możliwość rejestrowania się w innych krajach, gdzie przepisy nie są tak restrykcyjne. Na przykład w Dani czy w Niemczech nadawcy nie muszą rejestrować serwisów na żądanie ani spełniać kryteriów udziału kwot programów europejskich w katalogu.

– Serwisy prowadzące takie usługi wycofają się z Polski i będą je prowadzić z zagranicy. Ustawa wprowadzając różne restrykcje i obowiązki jest otwarta „od góry”. To znaczy, że pozwala wszystkim podmiotom, szczególnie europejskim, prowadzić działalność nadawczą na terenie Polski. I tak samo w zakresie usług medialnych na żądanie, czyli VOD. Nie ma problemu, żeby firma prowadząca takie usługi głównie w internecie była zarejestrowana w Czechach, na Węgrzech, nawet w Niemczech i nie podlegała nadzorowi Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz dodatkowym obowiązkom wynikającym z nowelizacji – tłumaczy mecenas Skrobacki.

Podkreśla równocześnie, że wchodzące dziś w życie zmiany to powrót do tego, co wzbudziło protest tego typu usługodawców w 2011 r.

– To jest drugie podejście do wprowadzenia tych kontrowersyjnych rozwiązań. Pierwsza partia przepisów wprowadzających dyrektywy o usługach medialnych została uchwalona przez Sejm w 2011 roku i wtedy znajdowały się tam także przepisy dotyczące wideo na żądanie. Wtedy środowisko internetowe bardzo się zbuntowało i zasypało Sejm i Senat wielką ilością protestów, apeli, petycji, po których Senat wykreślił te przepisy. Natomiast minęły dwa lata i te przepisy wróciły. Nie wiem dlaczego nie wzbudziły w tej chwili tyle kontrowersji, natomiast co do zasady sytuacja jest identyczna – dodaje mecenas Skrobacki.

Nowe przepisy o dietach i innych należnościach za podróże służbowe

Dziś wchodzi w życie rozporządzenie ministra pracy i polityki społecznej w sprawie wysokości oraz warunków ustalania pracownikom diet z tytułu krajowych oraz zagranicznych podróży służbowych. Zgodnie z nowymi przepisami wzrasta wysokość diety do 30 zł za dobę podróży krajowej. Nowe przepisy wyjaśniają pracodawcom wiele niejasności, m.in. jakie jest prawo pracownika do diety, gdy podczas podróży służbowej miał zapewnione w części wyżywienie.

Wchodzące w życie 1 marca br. rozporządzenie ministra pracy i polityki społecznej przewiduje, że pracownikowi z tytułu podróży krajowej oraz podróży zagranicznej, odbywanej w terminie i miejscu określonym przez pracodawcę, przysługują: diety, zwrot kosztów przejazdów, dojazdów środkami komunikacji miejscowej, noclegów oraz innych niezbędnych udokumentowanych uzasadnionych wydatków.

Pracownik ma – według nowych przepisów – prawo do zwrotu kosztów przejazdu w wysokości udokumentowanej biletami lub fakturami obejmującymi cenę biletu, wraz ze związanymi z nimi opłatami dodatkowymi, w tym miejscówkami, z uwzględnieniem posiadanej przez pracownika ulgi na dany środek transportu. Na wniosek pracownika pracodawca może wyrazić zgodę na przejazd w podróży krajowej lub podróży zagranicznej samochodem osobowym, motocyklem lub motorowerem niebędącym własnością pracodawcy.

Pracownik ma obowiązek rozliczenia kosztów podróży krajowej lub podróży zagranicznej nie później niż w terminie 14 dni od dnia zakończenia tej podróży.

– Obowiązujące od 1 marca br. rozporządzenie ministra pracy to zintegrowanie dotychczas dwóch istniejących rozporządzeń, odrębnych dla podróży zagranicznych i krajowych. Do tej pory pracodawcy pracowali na dwóch dokumentach, które były nie do końca spójne. W tej chwili będzie jeden dokument, łatwiejszy do obsługi i do pracy dla pracodawców – mówi Agencji Informacyjnej Newseria mecenas Karolina Stawicka, ekspert prawa pracy z Kancelarii Bird & Bird.

Jedna z największych zmian to wzrost diety za dobę w podroży krajowej, jak też w podróżach zagranicznych.

– W podróżach krajowych ten wzrost jest mniej więcej o 30 proc. – z 23 na 30 złotych. W zagranicznych podróżach zależy to od państwa. Jest cała tabela państw, która stanowi załącznik do rozporządzenia i każdy pracodawca musi zajrzeć do rozporządzenia i zobaczyć, jaki jest limit na diety, jaki jest limit na zakwaterowanie w poszczególnych państwach – wyjaśnia Karolina Stawicka.

Należność z tytułu diet oblicza się za czas od rozpoczęcia podróży krajowej (wyjazdu) do powrotu (przyjazdu) po wykonaniu zadania służbowego.

– Między innymi dookreślona została długość trwania doby, za którą przysługuje dieta. Jeżeli pracownik wyjeżdża na wyjazd poniżej 8 godzin, dieta wtedy w ogóle nie obowiązuje. Do tej pory było to niejasne. Powyżej 8 godzin przysługuje dieta w 50 procentach, jeżeli podróż trwa do 12 godzin, a powyżej 12 godzin – przysługuje pełna dieta. Inną konsekwencją podwyższenia limitów diety krajowej dziennej do 30 złotych jest to, że wzrosną również ryczałty komunikacyjny i hotelowy – wyjaśnia Karolina Stawicka.

Rozporządzenie przewiduje też, że za każdą dobę podróży zagranicznej przysługuje dieta w pełnej wysokości. Za niepełną dobę podróży zagranicznej: do 8 godzin – przysługuje 1/3 diety, ponad 8 do 12 godzin – przysługuje 50 proc. diety, ponad 12 godzin – przysługuje dieta w pełnej wysokości.

Wyższe diety to niższe podatki

Ekspertka mówi, że korzyść z nowych przepisów odczują zarówno pracodawcy, jak i pracownicy.

– Będzie ona dotyczyła przede wszystkim opodatkowania. Ponieważ dieta jest wyższa, pracownik nie będzie musiał płacić podatku do kwoty diety. Będzie miał większą możliwość gospodarowania funduszem, nadal znikomym, który będzie do jego dyspozycji w czasie podróży służbowej. Z kolei dla pracodawcy będzie to wyższy koszt. W związku z tym jego podatek ulegnie obniżeniu – wyjaśnia ekspertka prawa pracy.

Rozporządzenie precyzuje też wiele kwestii, związanych z rozliczaniem należności z tytułu podróży służbowych, które na podstawie dotychczas obowiązujących przepisów budziły wątpliwości pracodawców i pracowników. Chodzi tu np. o to, czy trzeba wypłacić dietę, jeżeli pracownik miał zapewnione częściowe wyżywienie podczas podroży służbowej. Rozporządzenie przewiduje, że w takim wypadku kwota diety będzie zmniejszana o koszt zapewnionego bezpłatnego wyżywienia, także w przypadku korzystania przez pracownika z usługi hotelarskiej, w ramach której zapewniono wyżywienie.

– W chwili obecnej rozporządzenie wyraźnie określa, w przypadku częściowego wyżywienia w czasie delegacji, ile dodatkowo należy wypłacić z diet. I tak kwotę diety zmniejsza się o koszt zapewnionego bezpłatnego wyżywienia przyjmując, że każdy posiłek stanowi odpowiednio: śniadanie – 25 proc. diety, obiad – 50 proc. diety, kolacja – 25 proc. diety. Czyli pracownik ma szansę uzupełnienia w diecie ponad to, co będzie miał zagwarantowane – tłumaczy ekspertka.

Do rozliczenia kosztów podróży pracownik będzie musiał dołączyć dokumenty, np. rachunki, faktury lub bilety potwierdzające poszczególne wydatki; nie dotyczy to diet oraz wydatków objętych ryczałtami. Jeżeli przedstawienie dokumentu nie będzie możliwe, pracownik złoży pisemne oświadczenie o dokonanym wydatku i przyczynach braku jego udokumentowania.

PKO BP planuje rozwój przez fuzje i przejęcia. Myśli o Banku Millennium i Banku Pocztowym

Bank PKO BP rozważa kolejne fuzje i przejęcia, jeśli na polskim rynku usług finansowych pojawią się okazje korzystnych transakcji. Ze względu na strategiczne plany banku, który chce powiększyć portfel zamożnych klientów z dużych miast, dobrym kandydatem jest Bank Millennium. PKO BP złożył także nową ofertę Bankowi Pocztowemu.

ZETO Bydgoszcz dołącza do Asseco

18 lutego 2013 r. została sfinalizowana transakcja zakupu 2 936 sztuk akcji Przedsiębiorstwa Informatyki ZETO Bydgoszcz S.A. przez jednoosobową spółkę Asseco Systems S.A. Wartość nominalna jednej akcji wyniosła 800 zł. Nabyte akcje stanowią 100 proc. kapitału zakładowego ZETO Bydgoszcz i dają prawo do 100 proc. głosów na walnym zgromadzeniu tej spółki.

Spółka ZETO Bydgoszcz jest obecna na polskim rynku od 45 lat. Dostarcza kompleksowe usługi informatyczne dla sektora ubezpieczeń społecznych, administracji publicznej oraz przemysłu. Koncentruje się głównie na usługach outsourcingu IT, tworzeniu i rozwoju własnego oprogramowania, dostawie oraz integracji nowoczesnych technologii informatycznych. Do kluczowych klientów spółki należą między innymi ZUS, KRUS, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Kujawsko-Pomorskie Centrum Zdrowia Publicznego, Pierwszy Urząd Skarbowy w Bydgoszczy oraz Wojskowe Zakłady Lotnicze Nr 2 w Bydgoszczy. Spółka dostarcza również wysokiej jakości zintegrowane rozwiązania klasy ERP dla średnich i małych przedsiębiorstw. W 2011 roku spółka osiągnęła przychody w wysokości 35,5 mln zł i wypracowała 9,4 mln zł zysku. Spółka zatrudnia 127 osób.

Działalność ZETO Bydgoszcz wpisuje się w strategię Grupy Asseco w zakresie budowy ogólnopolskiego podmiotu koncentrującego się na rynkach lokalnych, który świadczy usługi informatyczne związane z przetwarzaniem danych, outsourcingiem oraz kompleksowe usługi w obszarze infrastruktury sprzętowo-sieciowej, systemów bezpieczeństwa, instalacji teletechnicznych i okablowania strukturalnego.

Spółki integracyjne wiodące w poszczególnych regionach kraju zostaną zgrupowane przez holding Asseco Systems S.A.

Warszawa zajęła 10 miejsce w rankingu perspektyw inwestycyjnych na rynku nieruchomości w Europie

Z opracowania „Emerging Trends in Real Estate Europe 2013” firmy doradczej PwC i Urban Land Institute (ULI) wynika, że stolica Polski wyprzedziła miasta Europy Środkowo-Wschodniej, a także m.in. Wiedeń, Rzym i Madryt.

Na tle dwudziestu siedmiu europejskich miast Warszawa jest nadal atrakcyjna dla inwestorów z branży nieruchomości komercyjnych. Nie jest jednak tak dobrze jak przed rokiem, kiedy to stolica Polski zajmowała trzecią pozycję.

„Spadek pozycji Warszawy jest powodowany tym, że miasta ze stabilnych gospodarczo państw takich jak Monachium, Berlin, Hamburg oraz Londyn poprawiły swoje notowania na tle Warszawy w porównaniu z rokiem ubiegłym. Polska jest nadal ceniona przez światowych inwestorów. Wynika to nie tylko z wielkości oraz płynności rynku, ale również z poczucia dobrego stosunku jakości do ceny. Dodatkowo, wraz z rosnącą siłą polskiej gospodarki (20 gospodarka na świecie) oraz rozwojowi rynku kapitałowego, Warszawa jest biznesowym i finansowym centrum naszego regionu” – mówi Kinga Barchoń, dyrektor w zespole ds. nieruchomości PwC.

W kategorii inwestycji w nowe nieruchomości, Warszawa zajęła 8. miejsce (w poprzednim roku 6.) – najwyższe wśród metropolii Europy Środkowej (Praga zajęła 17. pozycję, a Budapeszt 26.). W rankingu dotyczącym perspektyw dla działalności deweloperskiej Warszawa uplasowała się na 6. miejscu (Praga na 18., a Budapeszt – na 23. pozycji).

„Inwestorzy, tak jak i w poprzednim badaniu spodziewają się wzrostu znaczenia Warszawy dla rynków kapitałowych na tle innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Podstawowymi argumentami są tu rozmiary naszego rynku – Polska jest największym krajem regionu – oraz ma relatywnie wysokie tempo wzrostu gospodarczego. Polska jest uważana za jeden z najbardziej dojrzałych rynków usług wspólnych w Europie, i 5-y na świecie (Kraków był 11-y a Wrocław 78-y w rankingu destylacji centów usług wspólnych wg “2012 Tholons Top 100 outsourcing destinations”). Atutem jest także postrzeganie naszego kraju jako ważnego centrum logistycznego Europy. Polska, ze względu na swoje centralne położenie, jest głównym punktem dystrybucyjnym łączącym Europę Wschodnią i Zachodnią, cały czas wykorzystujemy też fundusze europejskie na ulepszanie infrastruktury drogowej” – dodaje Kinga Barchoń z firmy doradczej PwC.

Najlepszym rodzajem inwestycji w Warszawie – zdaniem inwestorów – będą w 2013 r. powierzchnie handlowe (8. miejsce w tym segmencie), oraz w drugiej kolejności powierzchnie biurowe (6. miejsce w tym segmencie).

W rankingu perspektyw inwestycyjnych na rynku nieruchomości w Europie najwyżej ocenione zostały Monachium, Berlin i Londyn. Najgorzej postrzegane są nadal miasta z krajów znajdujących się w centrum kryzysu ekonomicznego z 2008 roku – Ateny, Lizbona, Dublin, Madryt i Barcelona. „Pięć lat od początku kryzysu finansowego inwestorzy nadal bardzo ostrożnie podchodzą do inwestowania kapitału. Skupiają się więc na miastach niskiego ryzyka znajdujących się w państwach o stabilnych gospodarkach” – przekonuje Joe Montgomery, dyrektor naczelny ULI Europe.

Około 80 proc. przedsiębiorców ankietowanych przez twórców raportu jest przekonanych, że kryzys strefy euro otworzył przed ich firmami nowe możliwości. Ten względny optymizm jest studzony powszechnie panującym przekonaniem, że w roku 2013 nie nastąpi istotna ogólna poprawa ani w zakresie gospodarki europejskiej, ani na rynku nieruchomości. Ankietowani wyrażali się z większym pesymizmem na temat perspektyw rynków nieruchomości w miastach niż w którymkolwiek z wcześniejszych badań prowadzonych przez firmę doradczą PwC oraz ULI, a 45 proc. respondentów przewiduje stagnację inwestycyjną do 2017 r.

Jednym z problemów w sektorze jest dostępność finansowania oraz szacowana luka kredytowa w przedziale 350-600 mld funtów spowodowana kontynuacją strukturalnego ograniczania finansowania nieruchomości komercyjnych przez banki. Raport pokazuje, że niemal 43 proc. firm trudniej było w roku 2012 uzyskać finansowanie, natomiast 56 proc. sektora spodziewa się, że w roku 2013 finansowanie będzie mniej dostępne zarówno dla potrzeb refinansowania, jak i nowych inwestycji. Pesymizm ten jest szczególnie odczuwany w Portugalii, Grecji i krajach Beneluksu, chociaż ograniczenie dostępności finansowania jest także spodziewane w Hiszpanii, Włoszech i Turcji. Natomiast w Wielkiej Brytanii ponad 60 proc. firm spodziewa się niezmienionych lub lepszych możliwości finansowania, mimo że pojedyncze banki nadal niechętnie zgadzają się na status jedynego finansującego w przypadku transakcji powyżej 50 mln funtów.

Według raportu „Emering Trends in Real Estate Europe” w 2013 roku rynek nieruchomości w kluczowych miastach powinien skupić się na firmach z sektora telekomunikacji, mediów i technologii (TMT) oraz przedsiębiorstw kreatywnych. Dodatkowo, Europa pozostanie głównym kierunkiem dla turystów z Chin i innych rynków wschodzących, dlatego korzyści mogą przynieść inwestycje w powierzchnie handlowe, hotele oraz rozrywkę dla tych klientów.

Informacje o raporcie

Raport Emerging Trends in Real Estate Europe jest przygotowywany przez firmę doradczą PwC oraz Urban Land Institute regularnie od 2003 roku. Omawia on rynki europejskie pod względem perspektyw inwestycyjnych oraz rozwojowych w obszarze nieruchomości. Tegoroczna publikacja powstała w oparciu o opinie ponad 500 czołowych przedstawicieli branży – inwestorów, deweloperów, finansistów i zarządców nieruchomości

Smartfony, laptopy i tablety kluczem do wzrostu wydajności

W ciągu ostatnich 25 lat produktywność amerykańskiej administracji znacząco spadła, podczas gdy w sektorze prywatnym w tym samym czasie wzrosła aż o ponad 50 proc. Firmy prywatne „produkują” średnio 62,7 dolara na godzinę, a instytucje rządowe jedynie 34,5 dolara. Problem dotyczy również Europy. Aby zniwelować tę różnicę rządy państw powinny w jak najszerszej skali implementować nowoczesne technologie, a przede wszystkim urządzenia mobilne. To najważniejsze wnioski z globalnego raportu „Gov on the Go. Boosting Public-Sector Productivity by Going Mobile” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Policjant sprawdzający w swoim tablecie, czy posiadamy ubezpieczenie OC (w przypadku, gdy zapomnieliśmy zabrać ze sobą dowodu opłacenia polisy)? Ważna decyzja administracyjna, którą odczytujemy w smartfonie, a nie otrzymujemy listem poleconym? Takie udogodnienia brzmią dziś jak mało realne marzenie fana e-administracji. Jednak rewolucja cyfrowa w sektorze publicznym nie jest wcale tak odległą perspektywą.

Według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) koszty administracji publicznej w badanych 34 krajach wzrosły średnio z 20,9 proc. PKB w 2000 r. do 23,3 proc. w 2009 r. W Wielkiej Brytanii w ciągu dziesięciu lat (1997-2007) produktywność w sektorze publicznym spadała średnio o 0,3 proc. rocznie, podczas gdy w firmach prywatnych rosła o 2,3 proc. W całej Europie pomiędzy 1990 a 2000 rokiem wydajność w biznesie wzrosła trzy razy szybciej niż w sektorze publicznym. „Skąd tak duże różnice? Ostatnie lata to okres dynamicznego rozwoju nowoczesnych technologii, w tym urządzeń mobilnych, takich jak laptopy, smartfony i tablety. Jednak jak dotąd znalazły one zastosowanie przede wszystkim w biznesie. Ograniczone przez biurokrację rządy pozostają w tyle w rozwoju cywilizacyjnym. Aby zniwelować tę lukę administracje rządowe muszą jak najszybciej znaleźć możliwie najszersze zastosowanie dla tych nowoczesnych urządzeń, co pozwoli nie tylko zwiększyć efektywność i produktywność, ale także poprawić jakość usług” – wyjaśnia Dariusz Nachyła, ekspert ds. TMT w Deloitte.

Niektóre państwa dostrzegają już tę potrzebę i pracują nad poprawieniem obecnego stanu rzeczy. Amerykańska strategia „cyfrowego rządu” zakłada m.in. że do maja 2013 r. w każdej agencji rządowej przynajmniej dwie kluczowe usługi będą dostępne na urządzeniach mobilnych. „W Polsce nie mamy jeszcze co prawda „strategii mobilnej” w administracji państwowej, ale niektóre usługi on-line dla obywateli wymagające nieskomplikowanej nawigacji są również dostępne poprzez smartfony. Wiele urzędów w Polsce zdecydowało się na wysyłanie zainteresowanym mieszkańcom komunikatów sms-owych np. o zagrożeniu powodziowym lub przerwach w dostawach wody. Natomiast, z wyjątkiem niektórych służb, stosowanie urządzeń mobilnych w codziennej działalności administracji w celu zwiększenia jej efektywności nie przyjęło się jeszcze, przede wszystkim ze względu na przywiązanie do papieru, pieczątek i podpisów” – dodaje Dariusz Nachyła.

Według ekspertów firmy doradczej Deloitte w nowoczesne urządzenia mobilne, takie jak smartfony, tablety czy laptopy powinny być przede wszystkim wyposażone służby ratownicze, organy ścigania oraz opieka społeczna i zdrowotna, czyli wszystkie te sektory, w których działający w terenie pracownicy są pod nieustającą presją czasu. Jak wynika z wyliczeń Deloitte wyposażenie funkcjonariuszy opieki społecznej w urządzenia mobilne mogłoby spowodować wzrost ich produktywnego czasu pracy aż o 45 proc. Przykłady udowadniają, że inwestycje w mobilny sprzęt szybko się zwracają. Kiedy ponad 2,3 tys. pracowników socjalnych na Florydzie wyposażono w laptopy i smartfony, okazało się, że liczba wizyt domowych u ich podopiecznych wzrosła o 30 proc. przy tej samej liczbie pracowników socjalnych. Podobne rezultaty osiągnięto w Szwecji. Z kolei wyposażenie kalifornijskich strażaków w tablety pozwoliło zaoszczędzić im 300 godzin rocznie na czynnościach administracyjnych. Analogicznie w przypadku policjantów, którzy potrzebują szybkiego dostępu do danych, chociażby podczas zwykłej kontroli drogowej. I tak dzięki mobilnemu dostępowi do policyjnych kartotek funkcjonariusze z Baltimore oszczędzają pół godziny każdego dnia. Szacunki pokazują, że gdyby taką możliwość miał każdy z ponad 630 tys. funkcjonariuszy w USA rocznie przyniosłoby to oszczędność 50 mln godzin, co odpowiada sumie 1,3 mld dolarów.

Mobilne technologie mogą wspomóc także służbę zdrowia. Używana w Wielkiej Brytanii aplikacja pozwala w nagłych przypadkach wybrać pacjentom odpowiednią i najbliższą dla siebie placówkę medyczną, co odciążyło tamtejsze oddziały ratunkowe. Przykładów możliwości zastosowania urządzeń mobilnych można szukać w każdej dziedzinie życia społecznego, jak choćby w komunikacji (np. zarządzanie korkami w czasie rzeczywistym czy szukanie miejsc parkingowych za pośrednictwem smartfona) czy nawet usługach pocztowych (Duńczycy mogą kupić znaczek za pomocą SMS). Bolączką wielu przedsiębiorców jest urzędnicza biurokracja. I tu sytuacja mogłaby się poprawić. Dobrym przykładem są m.in. urzędnicy inspekcji budowlanej w Salt Lake City, którzy wysyłają petentom wyniki kontroli na smartfony.

Szeroka implementacja urządzeń mobilnych w sektorze publicznym to także ogromna oszczędność pośrednich kosztów utrzymania administracji. Jak wynika z analiz Deloitte, 32 proc. urzędników federalnych w USA mogłoby pracować zdalnie. Nawet gdyby pracowali tak tylko przez połowę łącznego czasu pracy to rząd zaoszczędziłby w ten sposób 5,4 mld dolarów. Niestety w tej chwili jedynie 7 proc. urzędników w USA korzysta z możliwości telepracy.

Eksperci Deloitte ostrzegają jednak, że choć sama idea włączenia nowoczesnych technologii w sektorze publicznym jest bardzo pozytywna i potrzebna, to istnieje obawa, że podzieli ona los e-administracji, w której wiele rozwiązań pozostało na etapie rozważań teoretycznych. Dlatego administracje rządowe muszą się dobrze przygotować do rewolucji mobilnej, m.in. poprzez dokładne testowanie odpowiednich rozwiązań. „Przede wszystkim należy sobie wyznaczyć długofalowe cele, które chce się osiągnąć. Niezbędna jest też zmiana mentalności, która pozwoli zrozumieć, że urządzenia mobilne przy odpowiednich zabezpieczeniach nie stwarzają żadnego zagrożenia, i że nie są to tylko gadżety czy dodatki, bez których można się obejść. Mobilność powinna trafić na szczyt priorytetów każdej nowoczesnej administracji publicznej” – podsumowuje Dariusz Nachyła.

Komentarz indeksowy BossaFX 20 lutego 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 20 lutego 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Wartość leasingu w 2012 roku wyniosła 31 mld zł

Szacunkowa łączna wartość całego rynku leasingu w ubiegłym roku w Polsce wyniosła około 31 mld zł, co oznacza niewielki spadek około 0,5 proc. Widać wyraźnie, że dynamika rynku leasingu zmniejsza się, a średnioroczne wzrosty rzędu kilkunastu czy kilkudziesięciu procent, z którymi mieliśmy do czynienia odchodzą do historii. Oceniamy, że w 2013 roku wzrost rynku będzie hamowany przez różne czynniki m.in. ograniczanie inwestycji przez przedsiębiorstwa, spadek tempa wzrostu eksportu z uwagi na recesję w strefie euro, osłabienie popytu wewnętrznego czy wzrost bezrobocia.

Mimo to szacujemy, że w całym 2013 roku suma aktywów oddanych w leasing nie ulegnie istotnej zmianie. Trzeba pamiętać, że aktywny portfel wszystkich przedmiotów leasingu, który wyniósł na koniec czerwca ubiegłego roku 61 mld zł jest porównywalny z saldem kredytów inwestycyjnych udzielonych firmom przez banki w wysokości 80 mld zł. Osobiście stawiam na pozytywny efekt synergii spółek leasingowych należących do banków ze względu na ciągle niewykorzystany potencjał cross sellingu. Posiadanie wiarygodnej relacji klienta z bankiem powinno przełożyć się na łatwiejszy dostęp do usług leasingowych. Wydaje się, że głównym źródłem wzrostu rynku powinien być segment pojazdów ciężarowych i w mniejszym stopniu maszyn rolniczych.

Z punktu widzenia rynku flotowego, miniony rok był dobrym czasem dla rozwoju branży. Pomimo negatywnych sygnałów dotyczących sytuacji gospodarczej na świecie, był to kolejny rok, w którym operatorzy Full Service Leasing pozyskali wiele atrakcyjnych kontraktów. Spodziewamy się też, że w 2013 roku Full Service Leasing będzie głównym sposobem pozyskiwania samochodów przez przedsiębiorstwa w Polsce.

Stagnacja płac i dalsze spadki zatrudnienia

W styczniu płace w sektorze przedsiębiorstw wzrosły zaledwie o 0,4 proc. r/r po 2,4 proc. wzroście zanotowanym w grudniu. – Trzeba podkreślić, że niska dynamika płac to w dużej mierze zasługa efektów bazowych w górnictwie z poprzedniego roku, ale nie tylko. W sytuacji silnej dezinflacji i polityki redukcji kosztów zamrożenie płac jest naturalną strategią rosnącej grupy przedsiębiorstw – ocenia Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku. – Na powyższe dość jednoznacznie wskazują zresztą wyniki monitoringu wśród przedsiębiorstw prowadzonego przez NBP. W pierwszym półroczu 2013 wzrost płac może oscylować w okolicy 1,5-2,0 proc. – dodaje. Jego zdaniem w kolejnych kwartałach coraz większy wpływ na ograniczenie wzrostu płac w Polsce może mieć polityka deflacyjna na … peryferiach strefy euro i ciągły monitoring kosztów przez polskich producentów konkurujących na rynkach UE.

Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw spadło o 0,8 proc. r/r (prognoza BRE to -0,6 proc., konsensus rynkowy -0,9 proc.). Jak zwykle w styczniu doszło do zmiany próbki GUS, której kierunek zgodny był z zasadami rządzącymi zmianą tego kierunku w poprzednich latach (duża korelacja z całkowitą zmianą zatrudnienia w ciągu roku). Stąd też w otoczeniu spadków na rynku pracy mamy jednorazowy wzrost o 32 tys. (dla porównania w 2009 roku styczniowy wzrost wyniósł +21,2 tys. a następnie nastąpiła seria dotkliwych spadków). – Skala zmiany była jednak średnio nieco niższa niż we wszystkich poprzednich latach, tzn. zatrudnienie spadło o nieco więcej niż można było się spodziewać, co tylko potwierdza słabość rynku pracy. Nie tylko przedsiębiorstwa nie rosną w dostatecznym tempie, aby zostać objęte badaniem GUS, ale także te już obecne w próbie nie zatrudniają lub nawet zwalniają – wyjaśnia Marcin Mazurek, analityk BRE Banku. – Podtrzymujemy nasze wcześniejsze stwierdzenia, że kolejna faza osłabienia rynku pracy jest bardzo prawdopodobna i powinna być widoczna ponownie w danych lutowych i będzie się przejawiać znacznym spadkiem zatrudnienia w ujęciu miesięcznym – dodaje.

W styczniu fundusz płac realnie obniżył się o 2 proc. w skali roku. – Podtrzymujemy naszą prognozę spadku PKB w ujęciu rocznym w 1 kw. 2013, tym bardziej że potwierdzają się sygnały solidnych spadków inwestycji – rozpoczęte budowy mieszkań obniżyły się w styczniu o 38 proc. r/r. Wobec stagnacji dochodu i rosnącej stopy oszczędności jedynie wiarygodne szacunki co do promowanego ostatnio mechanizmu „polskiego ducha” mogłyby spowodować rewizję naszych prognoz – mówi Ernest Pytlarczyk.

Rynek długu i waluty nie zareagowały na dane. Dane dzisiejsze w teorii powinny zwiększyć szansę na marcową obniżkę stóp, jednak inwestorzy świadomi są skomplikowania procesu decyzyjnego w RPP. – Myślimy, że wizja spadku PKB i spadku inflacji poniżej dolnej granicy celu w połączeniu z nijaką projekcją powinny wystarczyć do obniżki stóp w marcu. Słaba pierwsza połowa 2013 powinna ostatecznie sprowadzić stopę NBP do poziomu 3,25 proc. – podsumowuje Ernest Pytlarczyk.

Komentarz indeksowy BossaFX 15 lutego 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 15 lutego 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

30 mln ton miedzi rocznie przez co najmniej 30 lat – kanadyjska firma oszacowała możliwości wydobycia w KGHM

18,6 mln ton miedzi i 1,8 mld uncji srebra – firma Micon International potwierdza szacowane przez KGHM Polska Miedź zasoby surowców w Legnicko-Głogowskim Okręgu Miedziowym. Kanadyjska firma prognozuje, że w najbliższych kilku dekadach pozwoli to utrzymać wydobycie na obecnym poziomie, czyli 29-30 mln ton miedzi rocznie. Jest to jedno z najbogatszych złóż na świecie.

Niezależny raport Micon International potwierdził wielkość i jakość polskich zasobów miedzi i srebra należących do polskiego koncernu. Wynika z niego, że zasoby istniejących kopalń i złoża Głogów Głęboki Przemysłowy pozwolą na utrzymanie obecnego poziomu wydobycia nawet przez następnych 40 lat.

– To jest też potwierdzenie tego, że nasze złoże zalegające pomiędzy Legnicą a Głogowem jest jednym z najbogatszych złóż na świecie. Pierwsze lub drugie, geolodzy tu się spierają – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Wojciech Kędzia, wiceprezes ds. produkcji w KGHM Polska Miedź.

To stan na koniec grudnia 2011 roku. Te statystyki mogą się jeszcze poprawić, zwłaszcza że spółka pracuje nad nowymi projektami w bezpośrednim sąsiedztwie m.in. Radwanice-Gaworzyce, Bytom Odrzański i Retków, które mogą powiększyć zasoby KGHM o kolejne 987 mln ton rudy miedzi, zawierającej ok. 17 mln ton czystego surowca.

Jak podkreślają przedstawiciele KGHM i Micon International, raport został przeprowadzony zgodnie z kanadyjskimi wytycznymi. Tego typu publikacje nie są wymagane przez polskie prawo. Jednak – jak zaznacza wiceprezes spółki – firma uznała, że jest to potrzebne, biorąc pod uwagę pozycje KGHM w świecie, tj. czwarte co do wielkości zasoby miedzi i dziewiąte miejsce w jej produkcji oraz pozycja lidera w produkcji srebra.

– KGHM jest firmą globalną, a więc musi raportować, pokazywać informacje dla inwestorów zgodnie z normami przyjętymi na świecie, stąd też wybór firmy kanadyjskiej. Na giełdzie w Toronto znajdują się wszystkie globalne firmy górnicze – wyjaśnia Wojciech Kędzia.

Dodaje, że to powinno podnieść wiarygodność spółki dla zagranicznych inwestorów, a to z kolei przełoży się na notowania akcji KGHM.

– Na pewno ten raport będzie się pojawiał co pewien czas, dlatego że sytuacja na rynku jest zmienna. Natomiast inwestorzy cały czas chcą mieć przegląd informacji, czy zainwestowane pieniądze w akcje są dobrą lokatą – dodaje wiceprezes spółki. – Inwestorzy odnajdą w nim nie tylko zasoby geologiczne, ale również ocenę ciągu produkcyjnego, sytuację ekonomiczną w ujęciu 5 lat wcześniejszych i 5 lat jako prognozę na przyszłość – wymienia.

Raport sporządzony przez międzynarodowych doradców w sektorze górniczym wskazuje, że w ostatnich latach działalność koncernu była bardzo zyskowna, głównie dzięki drożejącym surowcom. Zysk operacyjny (z działalności wydobywczej i przeróbczej) w okresie 2007-2011 wynosił średnio 2 mld dolarów rocznie.

– Dla mnie pozytywnym sygnałem na pewno jest dobra ocena produkcji w KGHM Polska Miedź S.A. na terenie Polski. Drugi bardzo dobry sygnał, który płynie dla inwestorów, to fakt, że nawet w przypadku słabego, pesymistycznego scenariusza KGHM będzie generował dodatnie przepływy gotówkowe, a więc będzie generował zysk – wyjaśnia Wojciech Kędzia.

Prognozowany przez Micon gotówkowy zysk operacyjny w tym roku wyniesie nieco ponad 1,9 mld dolarów, a w kolejnych dwóch latach odpowiednio 1,7 mld oraz 1,3 mld dolarów. Działalność KGHM w Polsce pozostanie zyskowna, nawet biorąc pod uwagę prognozowane spadki cen metali i podatek od wydobycia niektórych kopalin. Micon szacuje, że podatek ten wyniesie ok. 30 proc. przyszłych zysków operacyjnych generowanych z działalności wydobywczej i przeróbczej.

PARP: 750 mln zł na tegoroczne dotacje dla firm. Pierwszy konkurs już 4 lutego

750 milionów złotych czeka w tym roku na przedsiębiorców, którzy wystartują w konkursach organizowanych przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w ramach działań 8.1 i 8.2 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Uzyskane w ten sposób środki mają być przeznaczone na inwestycje związane z rozwojem procesów informatycznych w firmie, np. budowę platformy wymiany danych czy wdrożenie e-usług.

Kolejny konkurs w ramach działania 8.1 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka zostanie ogłoszony 4 lutego. Przyszli beneficjenci wnioski o dofinansowanie będą mogli składać od 18 lutego do 1 marca 2013 r. bezpośrednio w regionalnych instytucjach finansujących. Działanie adresowane jest przede wszystkim do mikro- i małych przedsiębiorstw, czyli zatrudniających do 50 osób.

– Jes to wsparcie tej działalności przedsiębiorców, która będzie dotyczyła bezpośrednio przygotowania i wdrożenia e-usługi, czyli usługi, której świadczenie bezpośrednio związane jest z siecią, z internetem – tłumaczy Radosław Runowski, dyrektor Departamentu Wsparcia e-Gospodarki w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Gra toczy się o duże pieniądze. Do rozdysponowania będzie ok. 300 mln złotych. Przedsiębiorcy, którzy w dniu złożenia wniosku nie przekroczyli 27. roku życia będą mogli się starać maksymalnie o 560 tys. złotych wsparcia. Starsi – o 70 tys. złotych mniej. Środki te mogą pokryć co najwyżej 70 proc. wydatków kwalifikujących się do objęcia wsparciem. Ich kwota nie może natomiast przekroczyć 700 tys. złotych.

Zasady ogłaszanego wkrótce konkursu mają być podobne do tych, jakie obowiązywały wcześniej.

– Jeżeli będą jakiekolwiek zmiany, to na poziomie dokumentacji, mające na celu dostosowanie do bieżących warunków, uelastycznienie tych informacji – zapewnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Radosław Runowski.

Istotne zmiany dotyczyć za to będą zasad ogłaszanego wkrótce konkursu w ramach działania 8.2 PO IG, gdzie do „rozdania” będzie ok. 400 mln złotych na projekty polegające m.in. na elektronicznej wymianie danych pomiędzy firmami. Chodzi tu np. o tworzenie baz danych czy programów, do których dostęp ma szereg współpracujących ze sobą przedsiębiorstw.

– W tej chwili procedowane jest rozporządzenie ministra rozwoju regionalnego w sprawie wdrażania przez PARP działań 8.1 i 8.2, i tam znajdą się te zasadnicze zmiany, które następnie zostaną odzwierciedlone w dokumentacji konkursowej – dodaje dyrektor Departamentu Wsparcia e-Gospodarki PARP.

Można się spodziewać, że w konkursowe szranki stanie wielu przedsiębiorców. Z analiz PARP wynika, że systematycznie rośnie zainteresowanie, zarówno działaniem 8.1 jak i 8.2.

– W ubiegłym roku w działaniu 8.1 przez pierwsze dwie rundy złożono w każdej z rund po około 800 wniosków, natomiast w ostatniej rundzie ponad 1200 wniosków – mówi Radosław Runowski.

W tym roku zostaną ogłoszone trzy rundy aplikacyjne.

Rozpatrzone zostaną wszystkie prawidłowo wypełnione wnioski. O przyznaniu pomocy nie decyduje kolejność, w jakich zostały one złożone, ale suma punktów, które każdy wniosek otrzyma na etapie oceny merytorycznej.

Cloud computing to jeden z najważniejszych trendów w branży IT

Rośnie światowy rynek cloud computingu, czyli mocy obliczeniowej oraz przestrzeni dyskowych do przechowywania danych. Szacuje się, że jego wartość przekracza już dziś kwotę 100 mld dolarów. Zainteresowanie korzystaniem z tej usługi wzrasta z miesiąca na miesiąc. Głównie ze względu na niewielkie koszty dla firm i użytkowników końcowych. Nieporównywalnie mniejsze do tych, które musieliby wydać na budowę własnej infrastruktury informatycznej.

Usługa ta umożliwia przechowywanie danych i aplikacji nie na komputerze użytkownika, a poza lokalną siecią, korzystając z infrastruktury należącej do zewnętrznego dostawcy. W ten sposób użytkownik ma dostęp do danych z dowolnego urządzenia: komputera lub urządzenia mobilnego, który jest podłączony do internetu.

Korzystając z chmury, możemy zbudować na przykład sklep internetowy, bazę danych, system CRM (zarządzania relacjami z klientem) czy inne potrzebne rozwiązania. Klient nie musi kupować licencji na oprogramowanie, instalować czy rozbudowywać własnych serwerów, płaci tylko za to, z czego aktualnie korzysta.

– Szacuje się wielkość rynku cloud computingu na świecie na ponad 100 mld dolarów. Rośnie on w tempie 30-40 proc. i to tempo wcale nie ma ochoty się zmniejszać – mówi Janusz Żebrowski, prezes Grupy K2, właściciela Oktawave, czyli polskiej chmury obliczeniowej.

Ojczyzną tego typu usług, których największym dostawcą jest firma Amazon, są Stany Zjednoczone. W Europie chmurę oferuje tylko kilku usługodawców. Wartość polskiego rynku cloud computingu szacuje się na ok. 200 mln zł.

Zalety chmury to elastyczność, łatwiejszy dostęp do infrastruktury, a przede wszystkim niższe koszty działania, co zaczyna dostrzegać coraz więcej przedsiębiorców. Głównie są to duże firmy, które na tego typu usługach opierają procesy archiwizacji czy testów i wdrożeń nowych rozwiązań. Nie muszą bowiem kupować drogiego sprzętu czy inwestować w zabezpieczenie swoich danych.

Także małe i średnie przedsiębiorstwa oraz startupy zaczynają dostrzegać zalety związane z rozwojem tego typu rozwiązań informatycznych. Jak podkreślają dostawcy, chmura może być również przydatna w instytucjach administracji publicznej i służby zdrowia.

– To się wpisuje w trend niekupowania sprzętu, tylko korzystania z tego, co potrzebujemy dzisiaj, bo jutro potrzeby mogą być całkiem inne, a za miesiąc jeszcze inne – mówi Janusz Żebrowski. – Dzięki korzystaniu z chmury firmy nie wydają niepotrzebnie pieniędzy.

Eksperci szacują, że w kolejnych latach zapotrzebowanie na takie usługi będzie rosło jeszcze szybciej. Według szacunków IDC, liczba danych, które gromadzą firmy, co dwa lata ulega podwojeniu. A to oznacza, że albo muszą rozbudowywać własną infrastrukturę informatyczną, albo zlecą zarządzanie danym firmom zewnętrznym.

Dlatego zarząd Grupy K2 ma nadzieję, że Oktawave powtórzy sukces Audioteki – platformy również należącej do Grupy oferującej dostęp do audiobooków. W 2012 roku jej wartość wzrosła o ponad 100 proc. Ten rok ma być lepszy, co wiązać się będzie z próbą zagranicznej ekspansji. Aplikacja poza Czechami, gdzie jest obecna już dziś, będzie dostępna także w Hiszpanii i Francji.

– W innych krajach nie ma tego rodzaju usług, które byłyby zintegrowane z nowymi telefonami, smartfonami i za tym też idzie kilka drobnych innowacji, związanych z tym, jak ten produkt jest serwowany, jak on dociera do klienta – mówi prezes Grupy K2.

Polska Izba Książki przeciwna planom łamania praw autorskich

Twórcy obawiają się propozycji resortu administracji i cyfryzacji w sprawie udostępniania dzieł kultury. – Jesteśmy stanowczo przeciwko upaństwawianiu tego, co jest objęte ochroną praw autorskich. To burzy porządek prawny i konstytucyjny – podkreśla Piotr Marciszuk, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki. I przestrzega, że wbrew założeniom może to utrudnić dostęp odbiorców do kultury.

Propozycje przedstawione w grudniu ubiegłego roku przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji zakładają powszechne udostępnienie za darmo w formie cyfrowej zasobów, które zostały wytworzone za publiczne pieniądze (udział środków budżetowych w finansowaniu wydania przekroczył 50 proc.). Dotyczy to materiałów edukacyjnych oraz zasobów dziedzictwa kulturowego i naukowego. MAC chce również stworzyć ramy prawne, które umożliwią twórcom udostępnianie efektów swojej pracy internautom czy instytucjom publicznym.

Projekt spotkał się z ostra krytyką środowisk twórczych, m.in. Związku Kompozytorów Polskich, Stowarzyszenia Autorów ZAiKS i Polskiej Izby Książki, które wprawdzie popierają szersze udostępnienia tego, co należy do domeny publicznej, ale jednocześnie są przeciwko otwieraniu tego, co objęte jest ochroną praw autorskich.

– Konsekwencje, jakie mogą wyniknąć z wprowadzenia tej regulacji są niezwykle groźne nie tylko dla rynku książki, ale w ogóle dla całej kultury – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Piotr Marciszuk, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki. – Ona zmienia porządek prawny, a nawet konstytucyjny. Nasze opinie prawne wskazują, że rozwiązania proponowane przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji naruszają pewne artykuły konstytucji.

Ustawa ta, zdaniem twórców, prowadzi do ograniczenia wolności gospodarczej i podważa zaufanie do państwa.

– W momencie, kiedy się wszystko otwiera za darmo, twórcy stracą motywacje do tworzenia nowych dzieł, bo nie będą na nich zarabiać. Ustawa w takim kształcie pozbawi także motywacji do inwestowania przemysł kreatywny – tłumaczy Marciszuk. – Skorzysta na tym jedynie dystrybucja, i to dystrybucja dzieł w sposób elektroniczny.

W opinii Polskiej Izby Książki należy się spodziewać załamania tradycyjnego rynku dystrybucji dzieł. Stracą na tym m.in. firmy wydawnicze.

– Projekt regulacji zawiera punkt, iż poszkodowane mogą być podmioty sektora wydawniczego, wymieniona jest liczba 15 tysięcy – mówi Marciszuk. – Pod tą liczbą kryje się ponad 100 tys. ludzi, którzy pracują na rzecz przedsiębiorstw wydawniczych, bo to są również dystrybutorzy, drukarze, czyli całe szerokie spectrum ludzi, którzy mogą stracić pracę.

Zdaniem Piotra Marciszuka zasoby objęte ochroną praw autorskich mogą być otwierane wyłącznie w sposób kontrolowany, przy poszanowaniu zgody lub braku pozwolenia na udostępnianie ze strony autora.

– Twórca może wyrazić zgodę na określoną kwotę za swoją pracę, ale pod warunkiem, że ta jego zgoda zostanie uwzględniona, nie można go do tego zmusić – mówi przedstawiciel Polskiej Izby Książki.

W rozmowie z Newserią minister Michał Boni zapewniał, że taka jest też intencja jego resortu.

– Trzeba znaleźć rozwiązania, które będą akceptowane przez twórców. Jedni będą chcieli się umawiać, co do większego otwierania swoich dzieł i udostępniania, inni będą chcieli to robić w mniejszej skali. Ale to będzie na pewno prawo wyboru, z pełnym respektowaniem prawa własności podmiotowego, czyli kto jest twórcą, autorem, i przedmiotowego, czyli w sensie materialnym – wyjaśnia Michał Boni.

Na całym świecie, na bieżąco udostępniane są w internecie utwory, należące do domeny publicznej, do których zyskują dostęp wszyscy zainteresowani. Tych dzieł przybywa. Przykładem jest platforma Europeana, na której udostępniane są zasoby europejskich bibliotek narodowych, znajdujące się w domenie publicznej.

– Do tych dzieł, które są chronione prawem autorskim, jest jedynie odesłanie do stron wydawców, twórców i można mieć do nich dostęp płatny – tłumaczy Marciszuk.

Spożycie piwa może przekroczyć 100 litrów na osobę. Polska w europejskiej czołówce

Statystyczny Polak wypija 97 litrów piwa rocznie, a w kolejnych latach spodziewany jest dalszy wzrost konsumpcji. Jednak browary czekają ciężkie miesiące. To efekt coraz ostrożniejszych zakupów konsumentów. Na odbicie w sprzedaży piwa branża może liczyć najwcześniej w IV kwartale.

– W tej chwili nasza branża dochodzi do poziomu prawie 38 mln hektolitrów. To już jest bardzo poważna liczba. Konsumpcja piwa na głowę jest w tej grupie krajów, które przewodzą w Europie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Piotr Jurjewicz, wiceprezes ds. marketingu Kompanii Piwowarskiej.

Dla porównania w 2011 roku było to blisko 36 mln hektolitrów. Jednak w ubiegłym roku rynek piwa rozwijał się tylko do lipca, a w drugiej połowie roku popyt na złoty trunek wyhamował. Ostatni kwartał był już widocznie gorszy od końcówki 2011 roku, bo sprzedaż zmalała o 0,5 proc.

– Dynamika w drugiej połowie roku sięgnęła około -2 proc. To jest dosyć dużo biorąc pod uwagę, że w pierwszej połowie roku branża wzrosła o około 8 proc. – podkreśla wiceprezes Kompanii Piwowarskiej.

Wpływ na tak dobre wyniki w pierwszej połowie roku miała przede wszystkim ciepła wiosna i organizacji Euro 2012. Łącznie w zeszłym roku sprzedano 37,8 mln hektolitrów piwa., czyli około 97 litrów na osobę.

– Myślimy, że sprzedaż może dojść nawet do 100 litrów na osobę w pewnej perspektywie. Takie możliwości zdecydowanie jeszcze istnieją – podkreśla Piotr Jurjewicz.

– Rynek przez trzy kwartały roku będzie raczej dosyć stabilny. Myślimy, że dobrym wynikiem będzie, jeżeli nie pojawi się żaden spadek wolumenu sprzedaży, a jeżeli byłby jakiś drobny wzrost, to już będzie dobry wynik – uważa Piotr Jurjewicz. – Oczekujemy również, że ostatni kwartał roku, a może i nieco wcześniej, to będzie lepszy czas i że wówczas pojawią się już bardziej zauważalne wzrosty konsumpcji.

Teraz branży daje się we znaki przede wszystkim spadek nastrojów konsumenckich i spowolnienie gospodarcze.

– Konsumenci martwią się o swoją przyszłość, widzą, że sąsiad stracił pracę, a informacje w mediach nie są zbyt optymistyczne, zaczynają przygotowywać na gorsze czasy. Piwo to wprawdzie nie jest wydatek jednostkowo istotny, ale ludzie zasadniczo mają mniejszą skłonność do tego, żeby wydawać pieniądze na produkty, które nie są tymi pierwszej potrzeby – wyjaśnia wiceprezes Kompanii Piwowarskiej.

W całym 2012 roku Polacy wydali na piwo 21,4 mld zł, na co wpływ miało także rosnące zainteresowanie piwami regionalnymi i smakowymi. Te pojawiały się w ofercie zarówno małych warzelni (reaktywowany browar w Zwierzyńcu), jak i dużych browarów (Carlsberg wprowadził Somersby, Grupa Żywiec – Warkę Radler, a Kompania Piwowarska – Lecha Shandy).

– Z jednej strony to jest dobre dla branży, bo wzbudza zainteresowanie, oferuje konsumentom szerszy wybór. To, co może się wiązać negatywnego z tym trendem to to, że nakręca głównie konkurencje cenową – podkreśla Jurjewicz.

Piwa niszowe, w tym m. in. niepasteryzowane, pszeniczne czy smakowe skupiają w tej chwili około 7 proc. rynku, choć jeszcze 2-3 lata temu należało do nich 3-4 proc.

Konkurencja obniżyła ceny, teraz mogą wzrastać

Ale choć rosło spożycie piwa i na rynku pojawiały się kolejne nowości, to jego średnia cena spadała. O ile w 2009 roku wynosiła 5,27 zł za litr, to np. w marcu 2012 roku było to już tylko 5,06 zł.

– Wiąże się to z kilkoma czynnikami, w tym między innymi wzrostem segmentu piw tanich. Natomiast mamy do czynienia z sytuacją, kiedy koszty produkcji, surowców, energii wzrastają. Jestem przekonany, że branża będzie zmierzała ku podwyższaniu cen – twierdzi Piotr Jurjewicz.

Ale zdania na rynku – co do wzrostu cen piw – są podzielone. Nie bez znaczenia jest także fakt, że konsumenci coraz częściej szukają swoich ulubionych marek w innych kanałach sprzedaży, w tym np. w dyskontach, czyli tam gdzie ceny są zdecydowanie niższe.

Komisja Europejska chce, żeby przesyłki międzynarodowe były tańsze

Unijni urzędnicy będą walczyć z wysokimi cenami przesyłek pocztowych na terenie Unii Europejskiej. Nad regulacjami dotyczącymi rynku pocztowego pracuje Komisja Europejska, a wkrótce zajmą się nimi parlamentarne komisje. – Paczka, która przekracza granice jest nawet siedem razy droższa, nawet jeśli jest to tylko kilka kilometrów, niż ta, która przebędzie setki kilometrów wewnątrz kraju – zwraca uwagę eurodeputowana Platformy Obywatelskiej, Róża Thun. To z kolei przekłada się na mniejsze tempo rozwoju handlu elektronicznego w Europie.

– Nie mamy wspólnego rynku pocztowego – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Róża Thun. – I choć e-handel rośnie, to on nie rośnie w skali całej UE. Jeżeli chcemy, żeby ta gospodarka naprawdę się rozwinęła, to sprzedający musi mieć do dyspozycji 500 mln obywateli, cały rynek unijny, a kupujący musi mieć wybór produktów z całego rynku.

O potrzebie wypracowania wspólnych, jednolitych zasad, które obowiązywałyby na rynku przesyłek pocztowych w Europie mówi się od dłuższego czasu. Zwracają na to uwagę przede wszystkim konsumenci, korzystający na co dzień z usług operatorów pocztowych. Przykładowo, paczka ze Szczecina do Przemyśla może być 5-7 razy tańsza niż ze Szczecina do niemieckiego miasta oddalonego kilka kilometrów od granicy.

Polska nie jest tu żadnym wyjątkiem, sytuacja wygląda podobnie w całej Europie. Sposób dostarczenia towaru wciąż stanowi istotną barierę w rozwoju e-handlu. Wielu sprzedawców nie chce realizować transakcji międzynarodowych. Kupujących z kolei odstrasza cena przesyłki, która niejednokrotnie przewyższa koszt zamówionego towaru.

– Dlatego Komisja Europejska przygotowała tzw. Green Paper, czyli Zieloną Księgę z takimi propozycjami, co zrobić, żeby granice, których nie zauważamy, gdy jedziemy autem, nie blokowały nam przesyłek – mówi eurodeputowana PO.

Propozycje Komisji trafią wkrótce do Parlamentu Europejskiego. Europosłowie zamierzają wypracować zasady podobne do tych, jakie panują dziś na rynku telekomunikacyjnym. Do niedawna operatorzy komórkowi dyktowali ceny za międzynarodowe połączenia telefoniczne, które przekraczały możliwości większości mieszkańców Unii Europejskiej. Dzięki regulacjom przyjętym przez Brukselę, które weszły w życie 1 lipca 2012 roku, dziś stawki są niższe o kilkadziesiąt procent.

Róża Thun prognozuje, że na pewno spotka się to z oporem przedstawicieli firm, operujących na rynkach pocztowych poszczególnych państw.

– Już teraz przychodzą do mnie przedstawiciele poczt z poszczególnych krajów i mówią, że tego zrobić się nie da – mówi Róża Thun. – Jestem pewna, że nie tylko się da, ale my, parlamentarzyści, jesteśmy zobowiązani w stosunku do naszych wyborców i obywateli europejskich, żeby stopniowo znosić bariery na jednolitym rynku europejskim.

Ujednolicanie rynku zajmie co najmniej kilka lat, więc – według europosłanki – należy dzisiaj kontynuować proces przełamywania monopolu krajowych operatorów pocztowych oraz wspierać pojawianie się na rynku nowych, prywatnych podmiotów.

– Będziemy coraz bardziej otwierać tę przestrzeń dla przedsiębiorców dynamicznych, pomysłowych, nowych i budować zdrową konkurencję z tymi tradycyjnymi pocztami tak, żeby oni mogli wchodzić na rynek i dobrze obsłużyć klienta czy to przedsiębiorcę, czy konsumenta – zapowiada Róża Thun. – Tradycyjne poczty chyba w każdym kraju miały monopol, oni nie są do tego przygotowani, żeby rzucić się na głęboką wodę i myśleć w zupełnie nowych kategoriach wielkiej przestrzeni europejskiej, dogadania się między sobą, żeby rynek pocztowy, szczególnie jeśli chodzi o wysyłkę paczek, funkcjonował jako jeden wspólny rynek – dodaje.

Zdaniem europosłanki PO sam proces legislacyjny będzie z pewnością długotrwały.

– Chciałabym, żeby do końca tej kadencji PE były już widoczne ślady otwierania się na siebie nawzajem, ale wątpię, żeby przez te półtora roku udało się problem rozwiązać – prognozuje.

Jakubas o unijnym budżecie: dostaliśmy bardzo dużo. To fenomenalny wynik

Zastrzyk pieniędzy z nowego unijnego budżetu pomoże polskiej gospodarce dopiero za dwa lata. W tym czasie, a szczególnie w najbliższych miesiącach, trzeba więc szukać innego motoru napędzającego gospodarkę. Zdaniem Zbigniewa Jakubasa, właściciela grupy kapitałowej Multico, wynik negocjacji unijnego budżetu jest fenomenalny i wpłynie nie tylko na kondycję gospodarki, ale też na interesy jego spółek.

Budżet UE, który w ubiegłym tygodniu uzgodnili szefowie 27 państw, po raz pierwszy w historii jest niższy od poprzedniego. Mimo to fundusze dla Polski są większe o 4 miliardy euro. W sumie z unijnej kasy w ciągu 7 lat nasz kraj otrzyma 105,8 miliardów euro, z czego niemal 73 miliardy w ramach funduszy spójności.

– Powinniśmy się z tego cieszyć i skończyć biadolenie, zwłaszcza wśród polityków opozycji, że można było więcej. Dostaliśmy bardzo dużo. To jest zasługa naszych polityków, którzy po stronie Brukseli negocjowali i minister Bieńkowskiej, która jest nie do przecenienia, jeżeli chodzi o jej zdolności negocjacyjne i jej wpływ na to, co nam się udaje z Unii uzyskać – mówi Agencji Informacyjnej Zbigniew Jakubas, właściciel Grupy Multico.

Zdaniem inwestora, fundusze mimo wszystko można wykorzystać lepiej. Polska administracja nadal uczy się jednak skomplikowanych procedur i tego, jak korzystać z dotacji. Urzędnicy boją się popełnić błąd, a sytuacji nie ułatwia też pełna nieufności atmosfera wokół inwestycji. Jednak, zdaniem Jakubasa, głośne krytykowanie sposobu wykorzystywania unijnych pieniędzy przez samych Polaków jest dużym błędem.

– Nie strzelajmy sobie jako Polska, jako społeczeństwo w kolano, mówiąc, że Polska to jest kraj, gdzie się wszystko rozkrada, kraj korupcji, bo potem podchwytują to inni, np. Anglicy, Irlandczycy. Wykorzystują te informacje, żeby nas ograbić, z czego tylko jest możliwe, dać nam jak najmniej dotacji. Bądźmy sprawiedliwi. Starajmy się robić to lepiej, ale jednocześnie nie dezawuujmy tego, co nam się udało zrobić – podkreśla rozmówca Newserii.

Na unijne pieniądze czekają polskie firmy i giełda

– Moja firma buduje koleje, więc infrastrukturę będziemy budowali dalej. Ponadto dobra infrastruktura pomaga nam w prowadzeniu biznesu. Dziś już transport jest dużo lepszy, wygodniejszy w poruszaniu się po Polsce, bo tych autostrad trochę jest, natomiast należy ten program dokończyć – podkreśla Zbigniew Jakubas.

Zdaniem inwestora obecnie Polska gospodarka jest w trudnej sytuacji, także dlatego, że na środki z nowej unijnej perspektywy budżetowej przyjdzie jeszcze poczekać, a te z poprzednich lat się kończą. To oczekiwanie będzie miało wpływ także na spółki notowane na giełdzie.

– Gdybyśmy zobaczyli ożywienie i trochę entuzjazmu w gospodarce – tylko pytanie, skąd to ożywienie, przecież środków unijnych nie dostaniemy ani w tym, ani w następnym roku – ale gdyby takie ożywienie przyszło, np. w postaci popytu wewnętrznego, to możemy z giełdą w II połowie roku trochę „podjechać”. Ale nie spodziewałabym się niesamowitych wzrostów. Jeśli będzie wzrost, to kilkuprocentowy. Jednak jeśli utrzymamy się z obecnym poziomem przez cały rok, w takiej kołyszącej się koniunkturze, to też nie powinniśmy narzekać – podkreśla Zbigniew Jakubas.

Rekordowo udany kwartał i rok dla Wind Mobile

Spółka Wind Mobile ogłosiła wyniki za czwarty kwartał 2012 osiągając w skali roku ponad 3 miliony złotych zysku netto przy przychodach przekraczających 13 milionów złotych.

Zysk netto osiągnięty w czwartym kwartale wynoszący ponad milion złotych był rekordowy w całej historii spółki i wyższy w stosunku do roku poprzedniego o 102%. Wzrost zysku netto o 32% rok do roku pokazuje, że Wind Mobile jest jedną z najatrakcyjniejszych propozycji inwestycyjnych w segmencie entertainment/IT na GPW.

„Rok 2012 był pełen wyzwań. Pracowaliśmy nad nowymi, pionierskim w skali Europy projektami. Dzięki konsekwentnej strategii i determinacji świetnego zespołu osiągnęliśmy rekordowe wyniki i zrealizowaliśmy strategiczne cele związane z premierami nowych produktów. Czy osiągnięty wynik pokazał cały potencjał Wind Mobile? Uważam, że nie. W roku 2012 zmagaliśmy się z restrukturyzacją jednego z naszych kluczowych klientów, co spowodowało przesunięcie terminu premiery Open Ringback o ponad pół roku. Nasze intensywne inwestycje w kierunku reklamy mobilnej powodują, że w przyszłości wyniki Wind Mobile nie będą zależne od kilku klientów, a kilkudziesięciu lub kilkuset. Ta zmiana w znacznym stopniu pozwoli nam na pełne rozwiniecie skrzydeł. Coraz bardziej krystalizują się również rozmowy dotyczące kontraktów zagranicznych, co napawa mnie optymizmem. Rok 2012 jest już za nami, ale najważniejsza jest przyszłość spółki i jestem zadowolony, że w rok 2013 wchodzimy na pełnych obrotach, wyposażeni w nowe, sprawdzone produkty, które zapewniają nam niedostępny dotychczas potencjał wzrostu przychodów i zysków. To będzie kolejny fantastyczny rok na drodze rozwoju Wind Mobile.” – mówi Igor Bokun, prezes spółki.

Komentarz indeksowy BossaFX 13 lutego 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 13 lutego 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

BRE Bank po 2012 r.: 4,1 mln klientów i 1,2 mld zł zysku

Ponad 1,2 mld zł w 2012 roku zarobiła na czysto Grupa BRE Banku. To o 6 proc. więcej niż w poprzednim – również bardzo dobrym – 2011 r. Z kolei liczba klientów obsługiwanych przez mBank i MultiBank przekroczyła 4,1 mln. BRE jest również coraz bardziej efektywną spółką – współczynnik kosztów do dochodów za cały 2012 r. wyniósł 46,4 proc.

– To był najlepszy rok w historii BRE Banku. Po raz pierwszy zarobiliśmy 1,2 mld zł i po raz pierwszy od lat zamierzamy zarekomendować wypłacenie dywidendy – mówi Cezary Stypułkowski, prezes banku. – Pozwala na to bardzo dobra sytuacja kapitałowa BRE. Współczynnik wypłacalności na koniec 2012 r. wyniósł 18,7 proc. Bank już teraz jest przygotowany do wprowadzenia zasad Bazylei III – dodaje.

BRE Bank z kwartału na kwartał poprawia również strukturę finansowania swojej działalności. Wartość kredytów udzielonych we frankach szwajcarskich w ciągu dwóch ostatnich lat zmniejszyła się o 10 proc. Dywersyfikację źródeł finansowania zwiększyła również emisja euroobligacji o wartości 500 mln euro, przeprowadzona w drugiej połowie 2012 r. Wskaźnik kredytów do depozytów obniżył się do 116 proc. ze 125 proc. rok wcześniej.

– Również rok 2013 będzie przełomowy dla naszego banku. W jego pierwszej połowie uruchomimy mBank w nowej odsłonie – projekt będący połączeniem przyjaznej bankowości elektronicznej z nowoczesnymi rozwiązaniami technologicznymi, przydatnymi klientom. W drugiej połowie roku nasza grupa zacznie funkcjonować po wspólną nazwą mBanku – zapowiada Cezary Stypułkowski.

Bankowość korporacyjna

151,4 ml zł brutto zarobił w samym tylko IV kwartale segment klientów korporacyjnych, podczas gdy kwartał wcześniej było to 109,9 mln zł.

– W całym 2013 r. systematycznie zwiększała się liczba obsługiwanych przez BRE Bank firm. Na koniec roku wynosiła ona już niemal 15,1 tys. podmiotów i była o 8 proc. wyższa niż rok wcześniej – mówi Przemysław Gdański, członek zarządu BRE Banku ds. bankowości korporacyjnej. – Wzrost zysków był możliwy nie tylko dzięki zwiększaniu liczby obsługiwanych firm, ale również rozwojowi relacji z już obsługiwanymi przedsiębiorstwami – dodaje. Jako przykład podaje liczbę klientów korzystających z najbardziej zaawansowanych rozwiązań w zakresie konsolidacji środków na rachunkach bankowych, która wzrosła w ciągu ostatniego roku o 13, 6 proc.

W 2012 r. BRE Bank wprowadził również wiele innowacji produktowych dla klientów korporacyjnych. Uruchomiono serwis informacyjny iBRE News, dzięki któremu klienci mogą bez wychodzenia z systemu transakcyjnego, mieć szeroki dostęp do sprofilowanych pod ich potrzeby informacji z rynku. Z kolei w listopadzie wprowadzono szereg usprawnień i nowych rozwiązań w ramach platformy wymiany walut iBRE FX.

Bankowość detaliczna

W IV kwartale 2012 r. pion bankowości detalicznej BRE wypracował blisko 180 mln zł zysku brutto. Ten wynik był niższy o 17 proc. w stosunku do średniego wyniku kwartalnego brutto, co jest efektem intensywnej akcji depozytowej. W całym roku bankowość detaliczna osiągnęła łącznie ponad 860 mln zł zysku brutto.

– W zakresie akcji kredytowej, niższą sprzedaż kredytów hipotecznych zastępujemy ciągle rosnącą sprzedażą kredytów nie-hipotecznych. W 2012 r. udzieliliśmy ich na kwotę niemal 3,3 mld zł, czyli więcej o prawie miliard złotych niż rok wcześniej. Zakładamy utrzymanie sprzedaży w tym segmencie na podobnym poziomie również w roku bieżącym – mówi Cezary Kocik, członek zarządu BRE Banku, odpowiedzialny za bankowość detaliczną.

– W minionym roku wspieraliśmy również akwizycję, dzięki czemu liczba obsługiwanych przez nas klientów detalicznych wzrosła o ponad 200 tys. – informuje Kocik.

W tym roku mBank i MultiBank postawiły na innowacje – z pierwszego w Polsce programu umożliwiającego oszczędzanie podczas wydawania pieniędzy (mSaver i MultiSaver) korzysta już przeszło 190 tys. osób. – Biorąc pod uwagę, że produkt wprowadzaliśmy jako pierwsi na rynku, a świadomość klientów co do tego typu produktów była niewielka, uważam to za duży sukces – mówi Cezary Kocik i dodaje, że rok 2012 r. był też okresem zwiększonej koncentracji na depozytach. – Oferty promocyjne podniosły co prawda nasze koszty odsetkowe, ale przede wszystkim przełożyły się na poprawę struktury finansowania. W czwartym kwartale 2012 r. pozyskaliśmy 4,5 mld zł depozytów, co przełożyło się na wzrost detalicznej bazy depozytowej o prawie 16 proc. – wyjaśnia.

W ostatnim kwartale mBank i MultiBank, jako pierwsze banki w Polsce, zaoferowały we współpracy z Orange i T-Mobile mobilne płatności z wykorzystaniem technologii zbliżeniowej.

Natomiast z wprowadzonych w 2012 r. kart kredytowych, powiązanych z programem Miles&More, korzysta już 13,4 tys. klientów, którzy dzięki przeprowadzonym transakcjom zebrali do tej pory 89 tys. darmowych mil.

Pozytywna dynamika rynku faktoringu w 2013 roku

Polski rynek faktoringu zbliża się już pod względem wielkości do pierwszej dziesiątki w Europie. W roku 2012 faktoring był jednym z najlepiej radzących sobie segmentów rynku finansowego. W tym roku może być wręcz jedynym, który będzie mógł pochwalić się dużym wzrostem. Tańsze finansowanie w połączeniu z zaostrzaną polityką kredytową banków daje spore pole do popisu dla faktorów. W obliczu spowolnienia gospodarczego, faktorzy widzą ryzyko upadłości klientów, dlatego będą ostrożniej wybierać kontrahentów. Wciąż jednak widać istotne czynniki, które będą wspierać pozytywną dynamikę rynku faktoringu.

Wyniki branży faktoringowej na koniec roku 2012 pokazują, że powoli mamy do czynienia już nie z nowym, dynamicznie rosnącym rynkiem, ale z segmentem w miarę ukształtowanym. Według ekspertów BRE Faktoring nasycenie rynku wynosi obecnie ok. 6,5 proc. Daleko nam co prawda do takich krajów jak Włochy, Wielka Brytania czy Hiszpania, ale jest to poziom nasycenia zbliżony do niemieckiego, gdzie na koniec 2011 r. wyniosło ono 6,1 proc.

Zdaniem Dariusza Stecia, Członka Zarządu BRE Faktoring S.A. , w ostatnich latach polski faktoring mocno nadrabiał i intensywnie rósł. – Spodziewam się, że w perspektywie średnioterminowej rynek faktoringu nadal będzie notował spore wzrosty – przewiduje – Jednak przy ustabilizowanej liczbie klientów i wielkości rynku wyniki faktorów będą w coraz większym stopniu zależały od koniunktury – zaznacza.

Od kilku lat branża faktoringowa rosła w tempie ok. 20 proc. r./r. Według szacunków BRE Faktoring, w 2013 r. będzie dalej rosnąć, choć nie będzie to już rząd 20-tu proc., a raczej okolice kilkunastu proc. Wobec wysokiej bazy nadal można będzie mówić o bardzo dobrej dynamice. W 2012 r. liczba klientów korzystających w Polsce z faktoringu wzrosła o 14 proc., przy wzroście obrotów całej branży o 21 proc. – Oczekiwałbym, że w 2013 r. będziemy mieć do czynienia z wyższą dynamiką wzrostu liczby klientów, ale nie przełoży się ona raczej na wzrost obrotów w skali całej branży – dodaje Dariusz Steć.

Wobec spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego klienci firm faktoringowych prawdopodobnie mogą notować niższą sprzedaż, co oznacza mniej faktur lub faktury o mniejszej wartości. Wysoka dynamika faktoringu powinna być jednak zachowana, np. ze względu na obniżki stóp procentowych, co przekłada się na zmniejszenie kosztu kredytów i faktoringu. Według szacunków ekspertów BRE Faktoring, tylko dzięki efektowi obniżonych stóp koszt finansowania w ramach faktoringu może dla klienta spaść w perspektywie pół roku o 30 proc.

W faktoringu firma może liczyć na większe kwoty finansowania, przyznawane szybciej niż mogłoby to mieć miejsce w banku. Dodatkowo silna konkurencja w branży daje klientowi komfort wyboru najlepszej dla niego oferty.

Światowe rynki stabilne, w Polsce słabe dane makroekonomiczne

Rynki europejskie pozostają stabilne – szczególnie optymistyczne są wyniki wskaźników z Niemiec, istotne w kontekście rozwoju polskiej gospodarki.

– Jesteśmy pozytywnie zaskoczeni informacjami z Europy. Dane makro opublikowane w ostatnich tygodniach są lepsze niż przewidywali inwestorzy. Nie oznacza to oczywiście końca problemów Stefy Euro, ale pokazuje utrzymanie stabilności na europejskich rynkach, co wystarcza do tego, aby ceny akcji rosły. W związku z tym nie oczekujemy większej przeceny na GPW. Częściowo dokonała się już w styczniu, podobnie jak w przypadku innych rynków wschodzących. Osłabienie na parkiecie uważamy za dobrą okazję do kupna akcji w dłuższym terminie – mówi Michał Marczak, szef analityków DI BRE.

Z comiesięcznej analizy DI BRE, wynika, że na giełdach dominuje względny optymizm. Stabilizacja otoczenia biznesowego, którą Europa zawdzięcza polityce ECB, powoli pomaga gospodarce, co przejawia się m.in. rosnącymi wskaźnikami wyprzedzającymi. W przypadku większości krajów (negatywny wyjątek stanowi Francja) indeksy rosną od trzech miesięcy. W zależności od tego, jak w kolejnych miesiącach będzie przebiegała poprawa sytuacji w gospodarce niemieckiej, z tak silnym ożywieniem będziemy mieli do czynienia w Polsce w drugiej połowie roku. Na dziś rysuje się obraz mało optymistyczny, bo oprócz stosunkowo wolno odbudowującej się sytuacji na rynkach zewnętrznych, wyraźnie słabnie popyt wewnętrzny. Słabe dane o sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej czy wreszcie z rynku pracy (oczekiwany efekt drugiej rundy) potwierdzają, że przynajmniej w pierwszych miesiącach roku dynamika PKB w Polsce może mieć wartości ujemne.

W całym 2012 PKB wzrósł o 2,0 proc. r/r, po 4,3 proc. wzroście w 2011. DI BRE szacuje, że w IV kwartale 2012 wzrost PKB mógł być zbliżony do 0,9 proc. r/r, co oznacza kwartalną dynamikę zbliżoną do 0. Konsumpcja spadła prawdopodobnie o więcej niż 1 proc. r/r, po niewielkim wzroście zanotowanym w III kwartale. – Jest to pierwszy ujemny wynik w historii badania. Tym samym przeświadczenia o niemożliwości spadku konsumpcji należą już do przeszłości . Wydaje się, że to właśnie odzwierciedla bezsens bazowania na porównaniach historycznych w tym epizodzie spowolnienia, a naszym zdaniem nawet recesji – dodaje Michał Marczak.

Eksperci DI BRE nie zmieniają prognozy słabnącego PKB w rocznym ujęciu, w pierwszej połowie bieżącego roku. Wpływ na podtrzymanie stanowiska ma m.in. pogarszająca się sytuacja konsumentów dotykanych redukcjami zatrudnienia (20 tys. miesięcznie) oraz spadającą dynamiką wynagrodzeń. W obecnej chwili nie możemy liczyć na diametralny wzrost konsumpcji. W I kwartale dane natkną się również na wysoką bazę z poprzedniego roku na inwestycjach i budownictwie, co spowoduje spadek inwestycji prywatnych o około 5 proc. r/r. Podsumowując, nawet czysto arytmetycznie bardzo trudno będzie osiągnąć dodatnie tempo wzrostu PKB. Z danych wyłania się także obraz silnej dezinflacji w Polsce. Nie tylko potwierdza to skalę spowolnienia popytu wewnętrznego, ale i kontrastuje z obawami RPP, jakoby inflacja bazowa miała spadać za wolno.

W styczniu będzie ona niższa niż 2 proc., w kolejnych miesiącach eksperci DI BRE spodziewają się dalszego spadku inflacji. Analizując poszczególne branże DI BRE wskazuje, że nadchodzi lepszy czas dla spółek paliwowych i górniczych. – Zarysowujące się już pozytywne tendencje na marżach przerobowych wspierane „dobrymi” danymi o zapasach paliw będą pozytywnym katalizatorem dla rafinerii, szczególnie dla Orlenu który korzysta dodatkowo na mocnym makro w petrochemii – twierdzi Michał Marczak. W średnim terminie podtrzymane zostało pozytywne nastawienie do wszystkich analizowanych spółek wydobywczych. – Od marca sezonowo powinny spadać zapasy miedzi, co będzie nadal wspierało cenę surowca i pozytywnie wpływało na kurs KGHM – dodaje.

Specjaliści DI BRE podtrzymują preferencje akcji Tauronu, wskazując iż załamanie cen uprawnień emisyjnych i spadek notowań energii powinny obciążyć notowania CEZ i PGE. Nadchodzące dwa miesiące wyników sprzyjały notowaniom Apatora, Ergis, Fasing, Relpol, SecoWarwick. Analitycy spodziewają się ujemnej dynamiki rezultatów w Alchemii Boryszewie, Cognorze, ES-System, Impexmetal, Orzeł Biały, Libet, Kopex, PGO, Ropczycach, Rovese, i Zamet Industry. Dobre rezultaty Apatora, to zdaniem ekspertów DI BRE, dobra okazja do sprzedaży akcji Spółki.

W branży budownictwa DI BRE podtrzymuje pozytywną ocenę małych i średnich spółek, w szczególności firmy spoza indeksów głównych – duże spółki otrzymały ocenę neutralną. Wśród spółek deweloperskich pozytywnymi wynikami za IV kwartał wyróżnią się Echo i P.A. Nova, będące jedynymi z najsilniejszych fundamentalnie w sektorze. Po bardzo dobrych statystykach sprzedaży mieszkań, pierwsza połowa roku powinna przynieść wyraźne spowolnienie.

W raporcie miesięcznym analitycy DI BRE podwyższają rekomendację dla spółek ING BSK (Akumuluj), Lotos (Trzymaj), Pekao (Akumuluj), PKO BP (Kupuj), PZU (Akumuluj) oraz obniżają zalecenie inwestycyjne dla spółek: Elektrobudowa (Redukuj), Kruk (Akumuluj), Ulma CP (Akumuluj).

Tylko 26 proc. dzisiejszych 20- i 30-latków uważa, że szefowie wspierają ich działalność innowacyjną

– Aż 78 proc. pracowników z pokolenia Y (urodzonych po 1982 r.) uważa innowacyjność za kluczowy czynnik rozwoju biznesu. Dodatkowo aż dwie trzecie badanych przy wyborze miejsca zatrudnienia kieruje się właśnie innowacyjnością firmy. Jednocześnie jednak tylko co czwarty respondent chwali swojego szefa za dostateczne wsparcie jego innowacyjnego podejścia do pracy. Najczęstszą przyczyną krótkowzroczności zarządów i menedżerów jest brak pieniędzy i w dalszym ciągu konserwatywne podejście do biznesu. To najważniejsze wnioski z globalnego badania „Millennial Innovation Survey” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte w 18 krajach świata.

Jedna trzecia respondentów zalicza innowacyjność do trzech najważniejszych celów biznesowych, które powinna stawiać sobie każda nowoczesna firma. Tylko dwa procent więcej wskazało zysk finansowy. Aż 87 proc. badanych uważa, że sukces w biznesie powinien być mierzony właśnie poziomem innowacji, ale nie tylko wynikami finansowymi.

Magdalena Jończak, Dyrektor w dziale Konsultingu Deloitte
Magdalena Jończak, Dyrektor w dziale Konsultingu Deloitte

Badanie pokazało, że pokolenie Y charakteryzuje się postawami prospołecznymi. Siedmiu na dziesięciu badanych uważa, że innowacje w biznesie mają przełożenie na rozwój społeczny, a 36 proc. wymienia poprawę sytuacji społecznej jako jeden z priorytetowych celów biznesowych. „Aż 65 proc. zadeklarowało, że innowacyjna działalność ich własnych firm również skutkuje korzyściami społecznymi. Dowodzi to, że młodzi ludzie, którzy w przyszłości będą pełnić stanowiska menedżerskie uznają nowatorskie rozwiązania nie tylko za czynnik napędzający rozwój firmy, ale także panaceum na rozwiązanie najbardziej palących problemów społecznych” – wyjaśnia Magdalena Jończak, Dyrektor w dziale Konsultingu Deloitte.

Dodatkowo młodzi ludzie uważają, że biznes który musi dokonywać ciągłych innowacji ma większy wpływ na społeczeństwo (45 proc.) niż władza publiczna (18 proc.) oraz ośrodki akademickie i naukowe (17 proc.). Okazuje się, że najbardziej innowacyjnym sektorem są dla nich TMT – Technologie, Media i Telekomunikacja (52 proc.), dobra i usługi konsumpcyjne (47 proc.) oraz produkcja (37 proc.) Najmniej zaś: szkolnictwo (27 proc.), energetyka (18 proc.), władze centralne (15 proc.) oraz sektor finansowy (14 proc.).

Magdalena Burnat-Mikosz, Deloitte
Magdalena Burnat-Mikosz (Deloitte)

„Ciągły rozwój rynku i pojawianie się nowych rozwiązań wprowadza zdrową konkurencję między przedsiębiorstwami. Innowacyjność jest motorem zmian, a te są podstawowymi elementami strategii biznesowej. Innowacyjność jest środkiem realizowania strategii rozwoju, wzrostu i budowania wartości. Nic więc dziwnego, że właśnie biznes jest czołowym źródłem innowacyjnych rozwiązań” – komentuje Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider działu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej, Deloitte.

Innowacyjność jest ważna także z punktu widzenia rozwoju osobistego przedstawicieli pokolenia Y. Dwie trzecie z nich deklaruje, że przy wyborze potencjalnego pracodawcy bierze pod uwagę właśnie ten czynnik. Powinien to być ważny sygnał dla szefów firm, biorąc pod uwagę fakt, że do 2025 r. aż 75 proc. zatrudnionych będą stanowić ludzie z pokolenia Y.

60 proc. respondentów jest zdania, że pracują obecnie dla innowacyjnych organizacji. Najwyższy odsetek takich osób jest w Indiach (81 proc.), a najniższy w Japonii (25 proc.). Z krajów europejskich najwyżej uplasowała się Wielka Brytania (65 proc.). Jeszcze mniej, bo już tylko nieco więcej niż połowa badanych osób uważa, że praca pomaga rozwijać ich innowacyjność. W tym obszarze nie mają też wsparcia w szefostwie, gdyż tylko 26 proc. młodych ludzi jest zdania, że ich przełożeni zachęcają swoich pracowników do innowacyjności (dzielenie się pomysłami niezależnie od stażu pracy, kreatywność w wykonywaniu zadań etc).

Co najczęściej stoi na przeszkodzie, aby zmienić ten stan rzeczy? Dla 22 proc. badanych jest to brak środków finansowych, dla 20 proc. przeszkodą jest wewnętrzna kultura danej firmy, a dla 12 proc. bariery stwarza środowisko zewnętrzne (rząd, sytuacja ekonomiczna, biurokracja).
Co w takim razie powinni zrobić pracodawcy, aby spełnić wymogi dotyczące innowacyjności, które stawiają dzisiejsi 20- i 30-latkowie?
• 42 proc. badanych uważa, że należy zachęcać ludzi do innowacyjnego myślenia na wszystkich szczeblach danej organizacji. Dziś 26 proc. respondentów pracuje w takich warunkach,
• dla 39 proc. respondentów konieczne są zachęty i nagrody za opracowanie pomysłów i twórcze podejście. Zdaniem badanych dziś ten warunek spełnia 20 proc. przełożonych,
• dla 34 proc. ludzi z pokolenia Y w rozwoju innowacyjności niezbędny jest czas wolny na naukę i twórcze myślenie. Jednocześnie tylko połowa z tej grupy ma w aktualnym miejscu pracy takie możliwości,
• 32 proc. stawia na otwartość i swobodę rzucania wyzwań. Jednocześnie zaledwie 17 proc. ma takie warunki w miejscu pracy.

„Wyniki ankiety pokazują, jaka jest rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami młodych ludzi a rzeczywistością, z którą stykają się w codziennej pracy. Pracodawcy powinni z uwagą przyjrzeć się tym wynikom. Ci, którzy tego nie zrobią narażają się na utratę największych talentów. Ci zaś, którzy postawią na innowacyjność będą mieli szansę na zatrzymanie najlepszych specjalistów, zdobędą przewagę konkurencyjną na rynku, a wpływ ich firm na społeczny rozwój będzie rósł” – podsumowuje Magdalena Jończak, Dyrektor w dziale Konsultingu Deloitte.

LW BOGDANKA S.A. PODPISAŁA UMOWĘ NA ZAKUP TRZECIEGO KOMPLEKSU STRUGOWEGO

Lubelski Węgiel BOGDANKA S.A. podpisała z Caterpillar Global Mining Europe GmbH umowę na dostawę kolejnego ścianowego kompleksu strugowego. Zgodnie z umową, urządzenie zostanie dostarczone do Spółki do końca czerwca 2014 roku. Jego rozruch planowany jest na trzeci kwartał 2014 roku.

Wyrównywanie szans między płciami na rynku pracy za pieniądze unijne

Równość szans pozostanie jednym z priorytetów w perspektywie finansowej na lata 2014-2020. Jak mówi wiceminister pracy i polityki społecznej Czesława Ostrowska, w ostatnich latach udało się wiele poprawić, ale wyrównywanie pozycji kobiet i mężczyzn, szczególnie na rynku pracy, wymaga jeszcze wiele pracy. Zadanie to będzie kontynuowane w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.

Każdy z realizowanych programów w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego (EFS) musi uwzględniać równość płci. Polska dostaje środki na ten cel od początku członkostwa w UE, czyli od 2004 roku. Były one przeznaczane m.in. na wsparcie bezrobotnych kobiet.

Czesława Ostrowska zapewnia, że programy ze środków EFS będą nadal wydatkowane na cele związane z walką ze stereotypami.

– Działania, które realizowaliśmy w tej perspektywie już wywarły pozytywne skutki w walce ze stereotypami i muszą one być kontynuowane. Mamy jeszcze bardzo wiele do zrobienia, by wyrównać szanse kobiet i mężczyzn w życiu społecznym, przede wszystkim na rynku pracy – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria wiceminister pracy i polityki społecznej.

Choć pula pieniędzy na EFS w nowej perspektywie finansowej nie jest jeszcze znana, to resort pracy i polityki społecznej przygotowuje konkretne propozycje działań.

– Myślę, że już niedługo dowiemy się, jakie to będą wielkości środków, ale te działania są bardzo ważne i muszą być kontynuowane. Jesteśmy na etapie przygotowań do stworzenia programów operacyjnych, gdzie już będą szczegółowe cele tematyczne, które zamierzamy realizować, przełożone na konkretne działania – podkreśla Czesława Ostrowska.

We wcześniejszych latach ze środków EFS były realizowane w Polsce m.in. programy mające na celu zmniejszanie nierówności w stopniu upowszechniania edukacji przedszkolnej czy też pomoc rodzicom w powrocie do pracy po urlopie wychowawczym.

– Nowe projekty to kontynuacja tego, co było dobre w obecnej perspektywie. Ze środków europejskich wspieraliśmy i wspieramy nadal tworzenie żłobków. Zakończyliśmy niedawno drugi konkurs w tym zakresie na alokacje kolejnych 50 mln zł, wcześniej wydaliśmy już 150 mln zł. Otworzyliśmy też przedszkola przyzakładowe. Stworzyliśmy też model kształcenia np. pracowników instytucji rynku pracy z zakresu realizacji w praktyce zasad równości w dostępie do zatrudnienia – mówi wiceminister pracy i polityki społecznej.

Podobnie wydatkuje się środki EFS w ramach programów wyrównywania szans w innych państwach członkowskich UE. Przykładowo w Niemczech środki z EFS są przeznaczane na: wspieranie godzenia życia zawodowego i prywatnego wśród kobiet i mężczyzn, uwzględnienie potrzeb i potencjału kobiet, mężczyzn i rodzin, zwiększenie uczestnictwa kobiet w rynku pracy, likwidację nierówności ze względu na płeć w życiu zawodowym, wzmacnianie przedsiębiorczości i wspieranie zakładania firm przez kobiety oraz wspieranie sprawiedliwości płciowej w obszarze edukacji, badań i innowacji.

China Exim Bank chce inwestować w Polsce. Ma do dyspozycji 10 mld usd

– China Exim Bank jest bardzo zainteresowany wejściem do Polski, zarówno poprzez fundusz inwestycyjny, jak i poprzez udostępnienie kredytów – informuje Jarosław Dąbrowski, prezes Dąbrowski Finance. To bank będący dysponentem linii kredytowej, której uruchomienie dla 16 państw Europy Centralnej zapowiedział w kwietniu ub.r. premier Chin, Wen Jiabao. 10 mld dolarów będzie przeznaczone na inwestycje w infrastrukturę, energetykę i telekomunikację w naszym regionie. W najbliższych miesiącach można się spodziewać pierwszych projektów, o ile po stronie polskiej pojawią się ciekawe pomysły na współpracę.

– To jest bank taki jak Bank Gospodarstwa Krajowego. Realizuje projekty finansowe o charakterze publicznym, w ramach projektów publiczno-prywatnych czy publicznych. To jest bank, który finansuje ogromną część inwestycji chińskich przez kapitał, ale także poprzez dług, w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jarosław Dąbrowski.

Podczas wizyty w Warszawie w kwietniu ub.r. premier Wen Jiabao przedstawił 12 propozycji współpracy, które mogą poprawić równowagę w wymianie handlowej Chin z krajami Europy Środkowej i Bałkanów. Wśród tych propozycji jest projekt utworzenia preferencyjnej linii kredytowej 10 mld dolarów dla firm z 16 państw europejskich, które są zainteresowane projektami wykonywanymi wspólnie z Chinami.

– Wen Jiabao podjął decyzję, że chciałby, żeby w Europie Centralnej Exim Bank zbudował linię na 10 mld dolarów, która by służyła finansowaniu inwestycji chińskich w infrastrukturę, energetykę, logistykę, telekomunikację. Polska wydaje się naturalnym krajem, który miałby większość z tych inwestycji otrzymać. W najbliższym czasie pewnie będą trwały rozmowy. W ciągu najbliższych kilku miesięcy możemy spodziewać się tego typu projektów, byle tylko były pomysły gospodarcze chińskich i polskich partnerów – zapowiada ekspert bankowości międzynarodowej.

Jakiekolwiek decyzje w tej sprawie zapadną prawdopodobnie po zakończeniu procesu zmian na szczytach władzy w Państwie Środka. W marcu odbędzie się zjazd Chińskiej Partii Komunistycznej, na którym oficjalnie Xi Jinping obejmie stanowisko sekretarza generalnego partii i prezydenta kraju, a Li Keqiang zostanie nowym premierem Chin. Zdaniem Jarosława Dąbrowskiego, analitycy liczą, że nowa władza będzie kontynuować prorozwojowe reformy, zapoczątkowane w ubiegłym roku.

– Nie sądzę, żeby nowi przywódcy w jakiś sposób zmniejszyli zainteresowanie czy zablokowali proces zapoczątkowany przez Wen Jiabao. Myślę, że Exim Bank i inne chińskie banki, które są w Polsce i Europie Centralnej, czekają na zamknięcie procesu zmian. Nie zapominajmy, że Chiny to mocno scentralizowany kraj, gdzie element polityki gospodarczej jest bardzo ważny i on determinuje szybkość i tempo podejmowanych decyzji – wyjaśnia ekspert.

Inwestycje chińskie szansą dla Polski

Chińska gospodarka nadal jest jedną z najbardziej dynamicznie rosnących na świecie. W trzecim kwartale ubiegłego roku – choć był to najgorszy wynik od trzech lat i eksperci mówili o spowolnieniu – wzrost gospodarczy w Chinach wyniósł 7,4 proc. W czwartym kwartale gospodarka przyspieszyła i rozwijała się w tempie 8 proc. Chiny mają dziś duże nadwyżki finansowe, których nie są w stanie w całości zainwestować na rodzimym rynku. Dlatego szukają możliwości inwestycji w krajach takich jak Polska.

– Z polskiego punktu widzenia uważam, że warto byłoby wejść w tematy, które może są droższe niż bezzwrotna pomoc z UE, ale też nie uzależniają polskiego wzrostu od tego, co mamy dzisiaj. Wszyscy rozmawiamy o budżecie, który być może będzie w grudniu, a być może będzie w listopadzie 2014. A co z Polską? Taka jednostronna sytuacja, w której jesteśmy uzależnieni od jednego dużego źródła finansowania inwestycji w infrastrukturę, jest dla nas niebezpieczna – mówi Jarosław Dąbrowski, ekspert bankowości międzynarodowej, prezes Dąbrowski Finance.

Tym bardziej, że unijne środki z czasem będą płynąć do Polski coraz mniejszym strumieniem.

Polska przyczółkiem chińskich firm

Chińskie firmy od lat obecne są w Polsce. Po nieudanej współpracy przy budowie autostrady A2 z chińską firmą COVEC widać odbudowanie zaufania po każdej ze stron. Jednym z największych inwestorów na polskim rynku jest obecnie Huawei, gigant telekomunikacyjny, produkujący sprzęt i infrastrukturę telekomunikacyjną. Zatrudnia w Polsce 500 osób. Koncern z powodzeniem zaczyna konkurować w Europie o realizację zamówień przedsiębiorstw i instytucji publicznych.

– To jest ważny temat, który pokazuje, że jeśli Polska staje się centrum dla dużej firmy chińskiej, z którego obsługuje 21 krajów w Europie Centralnej, Północnej i Południowej, to ten proces ciekawie i dynamicznie się rozwija – mówi Jarosław Dąbrowski.

Telekomunikacja i nowe technologie to potencjalne obszary dwustronnej współpracy. Kolejnym może być infrastruktura transportowa: drogi, koleje, logistyka. Innym obszarem, którym chińskie firmy są szczególnie zainteresowane w kontekście Polski, jest energetyka. Nie chodzi jednak tylko o budowę nowych bloków energetycznych czy innych elementów infrastruktury.

– Polskie firmy będą szukały w energetyce partnerów, ponieważ nie aż tak wiele banków będzie gotowych finansować te projekty, od energetyki wiatrowej aż po tradycyjną, typu węgiel, gaz i ewentualnie w przyszłości także energetykę związaną z łupkami. Chińczycy postawili bardzo mocno na łupki i prawdopodobnie wyprzedzą Polskę, jeśli chodzi o tempo i szybkość budowania technologii i wydobycia, bo widzą w tym ogromną szansę dla siebie. Wydaje mi się, że chociażby po to, żeby zrównoważyć wpływy rosyjskie, warto byłoby wpuścić na projekty chińskie firmy – mówi prezes Dąbrowski Finance.

Rozwojem w Polsce jest zainteresowana np. chińska firma Sinovel, największy producent sprzętu do energetyki wiatrowej.

Synthos wspiera UKH Unia

Synthos S.A.Spółka wspierać będzie działalność klubu, który od prawie czternastu lat z powodzeniem szkoli dzieci i młodzież w tej dziedzinie sportu.

Synthos darzy szacunkiem osoby i organizacje, które podejmują się ambitnych wyzwań. Szczególnie doceniamy działania instytucji działających na rzecz dzieci i młodzieży, dlatego z chęcią wspierać będziemy UKH. W Polsce sport profesjonalny ma wielu sponsorów i reklamodawców, natomiast kuleje szkolenie najmłodszych pasjonatów. Udzielanie wsparcia finansowego dla tych, którzy dopiero stoją przed swoją życiową szansą, odzwierciedla również naszą filozofię jako firmy – inwestowania w  ciężką pracę i młode talenty, które z entuzjazmem podchodzą do stojących przed nimi szans. Liczymy, że nasza pomoc pozwoli młodym hokeistom w rozwoju i osiąganiu celów, nie tylko sportowych – powiedział Tomasz Kalwat, Prezes Synthos S.A.

Uczniowski Klub Hokejowy Unia powstał w 1999 roku. Obecnie skupia około 170 zawodników reprezentujących 7 grup młodzieżowych: mini hokej, mikrus, żak młodszy, żak starszy, młodzik, junior młodszy oraz centralna liga juniorów. Ich szkoleniem zajmuje się 5 trenerów.

Do sukcesów Klubu należy zaliczyć wielokrotne tytuły Mistrzów Polski w różnych kategoriach wiekowych i coroczne ligowe sukcesy. Zawodnicy Klubu są także corocznie powoływani do kadry Reprezentacji Polski.

Ministerstwo Gospodarki pracuje nad programem ograniczenia emisji CO2

Ministerstwo Gospodarki przygotowuje program pokazujący, jak zmniejszyć emisję CO2, a jednocześnie nie stracić na konkurencyjności i zapobiec przenoszeniu fabryk do państw, gdzie normy środowiskowe nie są tak restrykcyjne. Komisja Europejska za pomocą polityki energetyczno-klimatycznej stara się nakłonić państwa członkowskie do przestawienia gospodarek na niskoemisyjne. Polska jednak sprzeciwia się zaostrzaniu tej polityki, argumentując, że jej koszty ekonomiczne są zbyt wysokie.

Resort gospodarki przygotowuje model, który będzie służył sprawdzeniu, jak dane rozwiązanie technologiczne czy organizacyjne wpływa na emisje gazów cieplarnianych.

– Ważne będzie nie tylko to, że obniży poziom emisji, ale również to, że nie zaszkodzi gospodarce. Czyli spowoduje, że nasza gospodarka, pomimo istotnego obniżenia poziomu emisji, będzie się nadal rozwijała. To jest główne założenie tego szerokiego programu obejmującego i efektywność energetyczną, i zmianę sposobu życia i modelu konsumpcji – informuje Jerzy Majchrzak, dyrektor Departamentu Innowacji i Przemysłu w Ministerstwie Gospodarki.

Jak tłumaczy, jest to duży program obejmujący wiele aspektów życia i gospodarki. Prace nad nim mają zostać zakończone do końca tego roku, a w 2014 roku ma zostać przyjęty.

Polityka KE zmierza do zmniejszenia zanieczyszczenia środowiska dwutlenkiem węgla i innymi gazami cieplarnianymi, które według części naukowców są odpowiedzialne za wzrost globalnej temperatury oraz przyczyniają się m.in. do rozwoju chorób nowotworowych. Jeśli jednak proponowane rozwiązania z zakresu transformacji niskoemisyjnej nie będą dopasowane do specyficznych warunków naszego kraju, przechodzenie na zieloną gospodarkę może być jedynie dodatkowym kosztem opóźniającym rozwój Polski. Dodatkowo, może doprowadzić do nasilenia zjawiska carbon leakage, czyli zastępowania produkcji polskiej czy unijnej, obciążonej kosztami polityki niskoemisyjnej, importem towarów z krajów trzecich, zwykle mających wyższe progi emisji.

– Jeżeli będziemy sprowadzać truskawki z Meksyku samolotem, to jest to wysokoemisyjna gospodarka, bo przecież przywożenie tych owoców z tamtych krajów w zimie pochłania dużą emisję CO2. Chcemy to liczyć globalnie, nie tylko tak, że zmniejszymy emisję w Polsce, a trzy razy zwiększymy poza naszymi granicami. Ma być to gospodarka, która spowoduje, że nasz poziom życia będzie coraz wyższy, lepszy, ale jednocześnie nie będziemy emitować więcej globalnie, nie tylko w Polsce – wyjaśnia Majchrzak w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Dyrektor w Ministerstwie Gospodarki podkreśla, że to globalne podejście jest szczególnie istotne.

– Model sprawdzania wpływu na emisje CO2 zacznie niedługo funkcjonować, więc nie będziemy wprowadzać tych rozwiązań, które są pozorne i tylko udają, że zmniejszają emisję. Patrzymy też na to, jak jest w innych krajach – mówi Jerzy Majchrzak. – Ta zmiana wiąże się z nowym modelem gospodarczym Polski, zmianą sposobu życia: będziemy mieć samochody spalające mniej paliwa i będziemy używać sprzętu AGD o mniejszym zużyciu energii, będziemy zwracać większą uwagę na oszczędzanie wody, energii czy śmieci.

W dokumencie „Potencjalne konsekwencje rozwiązań dotyczących unijnej polityki klimatycznej dla polskiej gospodarki oraz wpływu na jej konkurencyjność” resort gospodarki przedstawił dotychczas wykonane opracowania i analizy w zakresie unijnego podejścia do transformacji niskoemisyjnej. Wynika z nich, że koszty wdrożenia proponowanej przez Komisję Europejską polityki klimatycznej do roku 2050 w odniesieniu do PKB są w Polsce większe niż średnia dla całej UE. Do 2020 roku koszty w postaci utraty dynamiki PKB i miejsc pracy z tytułu realizacji zobowiązań zawartych w pakiecie klimatyczno-energetycznym mają być ponad dwukrotnie wyższe dla Polski (ok. 1,4 proc. PKB do roku 2020) niż średni koszt w UE (ok. 0,6 proc. PKB).

M. Mrowiec: coraz więcej argumentów przeciw szybkiemu przyjęciu euro

– Silne argumenty za wejściem do strefy euro albo mocno osłabły, albo całkowicie odpadły, natomiast dosyć mocno wzrosły argumenty przeciw – mówi Marcin Mrowiec, główny ekonomista banku Pekao SA Dyskusję na temat naszej integracji ze strefą euro ponownie podjął premier Donald Tusk, który uważa, że należy zrobić wszystko, by jak najszybciej zastąpić złotego wspólną, europejską walutą.

Głosy ekonomistów na „tak” lub na „nie”, co do naszego ewentualnego wstąpienia do eurostrefy, są podzielone. Zwolennicy takich ruchów mówią, że w ten sposób uda się wyeliminować ryzyko kursowe, powstrzymując ewentualne próby manipulowania kursem złotego. Dodają, że Polska zyskałaby w ten sposób na wiarygodności. Często podnoszonym argumentem było też to, że obligacje wielu krajów strefy euro są niżej oprocentowane niż papiery dłużne emitowane przez Skarb Państwa. A im niższa rentowność tym lepiej dla danego kraju, bo oznacza spłatę niższych odsetek od długu.

– Ten argument już od kilku kwartałów nie działa – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Mrowiec, główny ekonomista Pekao SA. – Nasze rentowności są wyraźnie niższe od wielu krajów strefy euro. Rynki wróciły więc do oceny wiarygodności poszczególnych krajów poprzez to, jaką one prowadzą politykę makroekonomiczną, a nie względem tego, czy są w strefie euro, czy ich nie ma.

Niewystarczający jest, według ekonomisty, kolejny argument za szybkim przyjęciem euro. Chodzi o twierdzenie, że obecność w eurostrefie gwarantuje niższe stopy procentowe, co przełoży się bezpośrednio na inwestycje i wzrost gospodarczy.

– Jesteśmy bogatsi o doświadczenia krajów, gdzie rzeczywiście niższe stopy procentowe zdynamizowały inwestycje, ale to były inwestycje w nieruchomości, które doprowadziły do powstania baniek na tamtych rynkach. A te w konsekwencji doprowadziły do poważnych problemów dla sektora bankowego, np. w Hiszpanii – mówi Marcin Mrowiec.

Dodaje, że jeśli będziemy przekonani, że niższe stopy procentowe rzeczywiście zagwarantują nam rozwój, to nic nie stoi na przeszkodzie, by Rada Polityki Pieniężnej kontynuowała cykl obniżek.

Zdaniem Marcina Mrowca, im mniej jest argumentów „za”, tym więcej pojawia się „przeciw” naszej integracji ze strefą euro. Chodzi przede wszystkim o problemy, z jakimi od wielu miesięcy zmagają się jej członkowie i o sytuację w europejskim systemie finansowym.

– Jest pytanie, czy powinniśmy się przyłączać do takiego bloku, który trochę drży w posadach i który w perspektywie ma jeszcze większe kłopoty niż to, co do tej pory widzieliśmy – dodaje główny ekonomista Pekao SA.

Tym bardziej, że zamiana złotego na euro mogłaby okazać się kosztowna dla konsumentów, choćby z powodu tzw. efektu cappuccino, czyli zaokrąglania cen w górę przy zmianie waluty. Na Słowacji, na przykład, nie do końca sprawdził się zastosowany tuż przed wprowadzeniem euro mechanizm zapobiegania podwyżkom cen.

– On rzeczywiście zadziałał między miesiącem przed euro a miesiącem po euro i na to był nastawiony. Natomiast jeśli popatrzymy na poziom cen, to one rosły na Słowacji w stopniu mniejszym, ale za to przez dłuższy czas – zauważa Mrowiec. – Poza tym, bogatsi o doświadczenie kryzysu widzimy, że Słowacy nie mieli kursu walutowego, który mógłby się tak osłabić jak złoty w drugiej połowie 2008 i w 2009.

W Polsce dzięki osłabionej walucie wzmocnił się eksport, jednocześnie osłabiając import. I to właśnie eksport netto był główną siłą napędową polskiej gospodarki w trudnych kryzysowych czasach.

– Gdybyśmy w czasie kryzysu nie mieli swojej waluty, tylko mielibyśmy euro, to patrząc na dane historyczne można by postawić tezę, że nie bylibyśmy zieloną wyspą, że ten efekt by w ogóle nie zadziałał i bylibyśmy na minusie, jeśli chodzi o wzrost gospodarczy. Własna waluta jest jednak pewnym buforem, który dla nas dosyć mocno zadziałał – mówi Marcin Mrowiec.

CMMI w Asseco. Sukces Pionu Org. Międzynarodowych i Służb Mundurowych

0

Asseco Poland jako pierwszy – i jak dotąd jedyny – polski producent oprogramowania dołączyło do elitarnej grupy firm posiadających jednostki organizacyjne, których procesy wytwórcze zostały formalnie ocenione jako zgodne z Capability Maturity Model Integration for Development na trzecim poziomie dojrzałości.

Model CMMI jest rezultatem przeszło 20 lat prac Carnegie Mellon University prowadzonych wspólnie z przedstawicielami przemysłu, rządu (w szczególności Departamentu Obrony USA) oraz Software Engineering Institute. Wspierany przez Carnegie Mellon University, CMMI Institute ciągle doskonali model procesowy i działa na rzecz rozwoju stosowania najlepszych praktyk i rozwiązań w odpowiedzi na pojawiające się potrzeby m.in. sektora informatycznego na całym świecie.

Model CMMI wydatnie ułatwia współpracę, zwłaszcza w przypadku rozległych i wielokulturowych organizacji, niejednokrotnie posługujących się własnymi metodykami w dziedzinie wytwarzania oprogramowania. CMMI oferuje wspólny język, co pozwala uniknąć uciążliwych dyskusji poświęconych uściślaniu pojęć z dziedziny inżynierii oprogramowania. Dlatego posługiwanie się standardem zgodnym z modelem CMMI ułatwia zgranie z wieloma dostawcami i konsorcjantami, a także włączenie części zespołu klienta do procesu dostawcy. Dla zamawiającego formalna ocena zgodności z CMMI-DEV na trzecim poziomie dojrzałości jest obiektywnym i formalnie uznanym gwarantem poziomu dojrzałości reprezentowanego przez dostawcę.

– Uzyskanie formalnego potwierdzenia zgodności naszych procesów z prestiżowym modelem CMMI-DEV na poziomie 3 było naszym celem od 2009 roku. Sprostanie jego wymaganiom wymagało znacznego wysiłku organizacyjnego. Tym niemniej podjęliśmy to wyzwanie, gdyż posiadanie takiej oceny wzmocni naszą konkurencyjność i zdolność konsorcyjną na rynku międzynarodowym – powiedziała Jadwiga Nowotnik, dyrektor Pionu Organizacji Międzynarodowych i Służb Mundurowych, Asseco Poland S.A.

Ocena zgodności procesów zarządczych i wspierających dotyczących produkcji oprogramowania odbyło się podczas trzytygodniowego audytu przeprowadzonego przez firmę KUGLER MAAG CIE GmbH, która jest partnerem CMMI Institute afiliowanego przy Carnegie Mellon University . W toku oceny przeprowadzonej zgodnie z metodyką SCAMPI A dokonano szczegółowego przeglądu dokumentacji oraz przeprowadzono kilkanaście wywiadów z członkami zespołów projektowych oraz przedstawicieli Pionu Organizacji Międzynarodowych i Służb Mundurowych.