W lutym wzrost cen w sklepach utrzymał się na poziomie 3,8 proc. r/r. Sama żywność zdrożała o 3,4 proc. r/r

0

Analiza ponad 84 tys. cen detalicznych wykazała, że w lutym 2026 roku codzienne zakupy w sklepach zdrożały średnio o 3,8% rdr. Dotyczyło to łącznie 17 najczęściej kupowanych przez Polaków kategorii produktów. W styczniu br. i grudniu ub.r. wzrosty rdr. były niemal identyczne. Do tego ostatnio ceny samej żywności poszły w górę rdr. o 3,4%, a wcześniej – o 3,2% i 3,1% rdr. Zatem widać, że ciągle mocniej drożeje cały koszyk, obejmujący również art. nieżywnościowe. Notuje też wyższe wyniki niż wskaźnik CPI. W TOP5 najbardziej drożejących kategorii w lutym br. widać używki (+10,3% rdr.), chemię gospodarczą (+8,2% rdr.), słodycze i desery (+7,3% rdr.), pieczywo (+6,4% rdr.), a także mięso (+5,4% rdr.). Na dole tabeli widnieją warzywa (-2,5% rdr.), owoce (+1,6% rdr.), jak również produkty sypkie (+0,8% rdr.).

Z najnowszej edycji raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito, wynika, że w lutym 2026 roku codzienne zakupy zdrożały średnio o 3,8% rdr. Dotyczyło to żywności, napojów bezalkoholowych i alkoholowych oraz pozostałego asortymentu, np. chemii gospodarczej i art. dla dzieci. Łącznie przeanalizowano 17 kategorii. W styczniu br. wzrost rdr. wyniósł 3,7%, a w grudniu ub.r. – 3,8% rdr.

– Lutowe dane przedstawiają obraz umiarkowanej, stabilnej inflacji detalicznej i takie były warunki, gdy te dane zbierano. Na przestrzeni trzech ww. miesięcy ceny w sklepach poruszały się w wąskim przedziale. Rosły wolniej niż w czasach wysokiej inflacji. Natomiast konsumenci powinni o czymś pamiętać. Choć tempo wzrostu jest znacznie wolniejsze niż w szczytowym okresie, to koszty zakupów wciąż są na poziomach nieporównywalnie wyższych niż jeszcze trzy lata temu. To właśnie ta skumulowana podwyżka, a nie bieżąca dynamika, najbardziej uderza w portfele Polaków – mówi dr Robert Orpych z Uniwersytetu WSB Merito.

Ekspert wskazuje też, że oficjalna inflacja GUS wyniosła w Polsce w styczniu 2026 roku zaledwie 2,2% rdr. – To oznacza, że ceny w sklepach rosły dotychczas prawie dwa razy szybciej. Właśnie dlatego konsumenci często mają poczucie, że rzeczywistość jest gorsza, niż mówią oficjalne dane. Nasz raport koncentruje się stricte na wybranej, ale bardzo ważnej z perspektywy konsumenta grupie produktów codziennej potrzeby. Wskaźnik CPI obejmuje znacznie szerszy, ważony koszyk towarów i usług, w tym paliwa, usługi czy elektronikę, a te kategorie potrafią istotnie obniżać ogólny wynik – wyjaśnia dr Robert Orpych.

Analitycy z UCE RESEARCH informują, że ceny samej żywności w lutym br. poszły w górę średnio o 3,4% rdr. W styczniu wzrost rdr. wyniósł 3,2%, a w grudniu ub.r. – 3,1% rdr. – Zmiany cen żywności z pewnością mają znaczenie, bo dotyczą wszystkich kupujących w zasadzie każdego dnia. Wprawdzie te dodatkowe 0,2 p.p. w lutym nie musi robić piorunującego wrażenia, ale kiedy spojrzymy z większego dystansu, to możemy poczuć niepokój. W przemyśle spożywczym ceny sprzedaży spadły w ciągu roku o 3,2%, a w sklepach – o podobną wartość wzrosły. Najwyraźniej jako konsumenci akceptujemy taki poziom cen. W końcu w ciągu ostatniego roku przeciętne wynagrodzenie wzrosło o 6%. Stać nas na „przełknięcie” wyższych cen żywności – analizuje dr Marek Szymański z Uniwersytetu WSB Merito.

Jak stwierdza dr Robert Orpych, różnica między dynamiką wzrostu cen wszystkich analizowanych kategorii a samą żywnością to jeden z najciekawszych sygnałów płynących z lutowych danych. Jest dobrą wiadomością, bo przez lata jedzenie było głównym motorem wzrostów cenowych. – W przypadku żywności podstawowej konkurencja między sieciami jest bezwzględna i hamuje marże. Warto też pamiętać o tym, że sklepy często, zamiast podnosić ceny, zmniejszają gramaturę produktu. Konsument płaci tyle samo, ale dostaje mniej. I to jest wzrost cen, którego statystyki nie wychwytują – dodaje ekspert.

W TOP5 najbardziej drożejących kategorii w lutym br. widać używki (+10,3% rdr.), chemię gospodarczą (+8,2% rdr.), słodycze i desery (+7,3% rdr.), pieczywo (+6,4% rdr.), a także mięso (+5,4% rdr.). – W ujęciu rocznym mocno widoczne są podwyżki cen kawy, napędzane rosnącymi kosztami surowca, a także papierosów, m.in. z powodu wzrostu akcyzy. Słodycze i desery podlegają wzrostowi cen kakao. Z kolei mięso i pieczywo to dwie kategorie, które można uznać za podstawowe we współczesnej diecie, więc przy rosnących dochodach łatwiej nam zaakceptować wyższe ceny – tłumaczy dr Marek Szymański.

Na dole tabeli widnieją warzywa (-2,5% rdr.), owoce (+1,6% rdr.), a także produkty sypkie (+0,8% rdr.). –Warzywa są kategorią wyjątkowo wrażliwą na warunki pogodowe i sytuację podażową. Jeśli zbiory były dobre, zarówno w Polsce, jak i w krajach eksportujących do Europy, to ceny naturalnie spadają. Minus 2,5% rdr. to dobra wiadomość dla konsumentów robiących regularne zakupy. Produkty sypkie natomiast korzystają z efektu wysokiej bazy porównawczej, ponieważ rynki zbożowe wyraźnie uspokoiły się w stosunku do szczytu. Dobre zbiory to dużo towaru i niższe ceny. Można nawet stwierdzić, że ta część koszyka działa dziś jak naturalny amortyzator ogólnego wyniku raportu – podsumowuje dr Robert Orpych.

***
Opis metody analitycznej/badawczej

Dane pochodzą z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” (powstającego co miesiąc od ponad 9 lat), autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych). Analiza pokazuje średnią wartość cenową (cen regularnych oraz w promocjach), notowaną miesiąc do miesiąca i rok do roku. W najnowszej odsłonie porównano wyniki z lutego 2026 r. i tego samego okresu z 2025 r. Dotyczyło to 17 kategorii i ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów codziennego użytku. Łącznie zestawiono ze sobą ponad 84 tys. cen detalicznych z przeszło 39,5 tys. sklepów należących do 62 sieci handlowych. Badaniem objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience oraz cash&carry docierające ze swoją ofertą do większości konsumentów w Polsce.

Bliski Wschód nadal straszy rynki. Ropa droga, dolar mocny, złoty pod presją

Doniesienia z Bliskiego Wschodu nie przestają rozbudzać wyobraźni wystraszonych inwestorów. Utrzymująca się niepewność nadal wpływa na ropę, ale i umacnia dolara. Traci na tym złoty, którego notowania pozostają pod silnym wpływem czynników zewnętrznych. W tle kontynuacja lekceważenia publikacji makroekonomicznych.

Niepewności ciąg dalszy

Inwestorzy pragną usłyszeć dobre wieści z Bliskiego Wschodu, a analitycy próbują oszacować datę zakończenia konfliktu. Sama teoria to jednak za mało, a brutalna rzeczywistość pozostaje głucha na myślenie życzeniowe. Z ostatnich rozmów państw G7 i Międzynarodowej Agencji Energii niewiele wynikło. Mimo że mowa o największym uwolnieniu rezerw w historii (do 400 milionów baryłek, czyli dwa razy więcej niż wprowadzona ilość surowca w 2022 roku po inwazji Rosji na Ukrainę) to nadal brakuje konkretów. Dziś wieczorem ma nastąpić kolejne spotkanie. Decyzja lub jej brak z pewnością wpłynie na wyceny „czarnego złota”, gdyż rynek surowcowy nadal bacznie obserwuje napiętą sytuację w Cieśninie Ormuz. Amerykanie zapewniają jej udrożnienie i ostrzegają Irańczyków przed stawianiem min w tym newralgicznym obszarze. Ostatecznie niewiele zmienia się w aspekcie potencjalnego zakończenia działań zbrojnych. Jedynym pozytywem jest brak doniesień o kolejnych uszkodzeniach infrastruktury naftowej w państwach wydobywających surowce energetyczne. Środowego południa notowania odmiany WTI wracają do 85 USD za baryłkę, po wczorajszej chwilowej zniżce do 75 USD. Natomiast Brent oscyluje przy 90 USD, po wczorajszym wyznaczeniu lokalnego dna przy 81 USD. Podsumowując – zmienność na ropie jest mniejsza niż w poniedziałek, jednak nadal pozostaje podwyższona, podobnie jak jej wyceny.

Złoty odbiciem dolara

PLN nadal pozostaje pod silnym wpływem czynników zewnętrznych. Wzrost niepewności w środę o poranku spowodował umocnienie waluty zza oceanu. Kurs EUR/USD zszedł do 1,159 USD, podczas gdy jeszcze wczoraj po południu sięgał 1,166 USD. Poranne zejście „edka” przełożyło się na osłabienie złotego i odbicie USD/PLN do 3,685 PLN i EUR/PLN do 4,275 PLN. Strach wygrał również na wykresach GBP/PLN i CHF/PLN, które około godziny 10:00 wzrosły odpowiednio do 4,95 PLN i 4,74 PLN. W ciągu kolejnych dwóch godzin złoty odrabiał straty. Przyczyną ruchu było chwilowe oddawanie zysków przez USD. Ostatecznie krajowa waluta pozostaje bardzo wrażliwa na czynniki zewnętrzne, w przeciwieństwie do krajowych. Praktycznie żadnego wpływu nie miały napływające wypowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej sugerujące, że marcowa obniżka mogła być ostatnią w tym roku. Oznacza to, że jastrzębia narracja jest dla rynków znacznie mniej istotna, niż możliwe konsekwencje niekończącej się wojny na Bliskim Wschodzie.

Niewidoczne dane makro

Dlaczego rynek miałby się przejmować retoryką płynącą z RPP, skoro nawet waga publikacji z największych gospodarek świata pozostaje niezauważona? Rynki z obojętnością przyjęły dziś informację o spadku inflacji konsumenckiej w Niemczech z 2,1% r/r do 1,9% r/r. Ktoś mógłby powiedzieć, że były one zgodne z oczekiwaniami, dlatego nie wpłynęły na notowania unijnej waluty i trudno odmówić tym argumentom racji. Należy też jednak uczciwie przyznać, że dzisiejsze dane za luty w ogóle nie uwzględniają konsekwencji wybuchu marcowej wojny. To dlatego nawet popołudniowa publikacja CPI ze Stanów prawdopodobnie będzie mieć marginalne znaczenie. Inwestorzy wyceniając przyszłość doskonale wiedzą, że dzisiejsze dane i tak nie będą mieć wpływu na przyszłe decyzje FED. To tu leży odpowiedź na pytanie, dlaczego dzisiejsze publikacje z Niemiec poszły w odstawkę, tak samo jak wczorajsze odczyty z Japonii czy Chin. Czy los ten podzielą także amerykańskie odczyty inflacji konsumenckiej, które zgodnie z prognozami mają niewiele się zmienić względem publikacji styczniowych? Tego dowiemy się o godzinie 13:30.

Nowa strategia VeloBanku. Bank celuje w dynamiczny rozwój i wyższą efektywność

VeloBank zaprezentował strategię „Mierz wyżej” na lata 2026-2028, opierającą się na czterech filarach: ambitnym wzroście, stawianiu klienta w centrum, budowie bardziej efektywnego banku oraz rozwoju organizacji i kultury współpracy. Zakłada w niej dynamiczny wzrost skali działalności, dalszy rozwój bankowości detalicznej, budowę wiodącej bankowości prywatnej oraz umocnienie pozycji w bankowości biznesowej. W ciągu najbliższych trzech lat bank planuje podwoić portfel kredytowy z ok. 19 mld zł do 43 mld zł, przy stabilnym koszcie ryzyka. Bank chce zwiększyć liczbę klientów z 1,7 mln do 2,7 mln oraz poprawić efektywność kosztową, obniżając wskaźnik kosztów do dochodów z ok. 56% do ok. 47%. Równocześnie bank dąży do utrzymania powtarzalnego zwrotu z kapitału na poziomie 19%.

Poprzednia strategia VeloBanku skupiała się na budowie nowoczesnego, bezpiecznego i transparentnego banku – bliskiego klientom. Jej realizacja przyniosła wymierne rezultaty: w ciągu trzech lat liczba pozyskanych klientów wyniosła ok. 700 tys., suma aktywów zwiększyła się o 47%, a kapitały banku potroiły się. Silny rozwój produktów takich jak VeloKonto, Elastyczne Konto Oszczędnościowe znacząco zwiększył akwizycję klientów, a segment detaliczny pozostał głównym motorem wzrostu.

W ramach strategii na lata 2023-2025, skupialiśmy się na budowaniu nowoczesnego charakteru banku, rozwijaniu cyfrowych kanałów sprzedaży oraz dostarczaniu klientom w coraz bardziej przystępny sposób produktów, które wspierają ich w codzienności. Strategia „Mierz wyżej” to z kolei plan dynamicznego wzrostu VeloBanku w zmieniającym się otoczeniu gospodarczym i technologicznym. Chcemy tworzyć bank, który pomaga klientom rozwijać się osobiście oraz biznesowo, w sposób prosty, wygodny i na ich zasadach. Naszą ambicją jest dalsze skalowanie biznesu, wzmacnianie zaangażowania klienta oraz budowa organizacji, która łączy technologię, efektywność i odpowiedzialny rozwój – mówi Adam Marciniak, prezes zarządu VeloBanku.

Nowa strategia zakłada, że głównym motorem wzrostu pozostanie bankowość detaliczna. Do 2028 roku VeloBank chce podwoić wartość portfela kredytowego w tym segmencie. Wzrost ma być napędzany przede wszystkim przez kredyty konsumenckie i hipoteczne, uproszczenie procedur oraz dalszą cyfryzację procesów kredytowych. Bank zakłada również rozwój oferty inwestycyjnej, kart kredytowych, a w segmencie biznesowym – rozbudowę finansowania dla MŚP oraz leasingu.

Ambitne są również cele dotyczące wzrostu liczby klientów. VeloBank chce zwiększyć bazę klientów z ok. 1,7 mln do ok. 2,7 mln w ciągu trzech lat, czyli pozyskać około milion nowych klientów, w tym część w ramach przejęcia części detalicznej Citi Handlowego. Jednocześnie bank zakłada podwojenie liczby klientów z główną relacją oraz rozwój oferty segmentowej, aby lepiej odpowiadać na potrzeby poszczególnych grup klientów.

Istotnym obszarem wzrostu ma być także private banking i wealth management. VeloBank zakłada wejście do czołówki bankowości prywatnej w Polsce, m.in. dzięki planowanemu przejęciu części detalicznej Citi Handlowego. Bank chce rozwijać ten obszar w oparciu o własne TFI, ofertę maklerską, usługi doradcze oraz zarządzanie portfelem. W perspektywie najbliższych trzech lat wolumen produktów inwestycyjnych ma wzrosnąć do ok. 20 mld zł, a liczba klientów korzystających z oferty inwestycyjnej ma się podwoić.

Strategia bankowości biznesowej zakłada dynamiczny wzrost finansowania przedsiębiorstw, ze szczególnym naciskiem na segment MŚP oraz rozwój leasingu. Bank planuje rozbudowę oferty finansowania przedsiębiorstw, aktywną akwizycję nowych klientów oraz wzmocnienie kompleksowej oferty usług dla biznesu, w tym atrakcyjnej oferty depozytowej i rozwiązań walutowych. Jednocześnie bank będzie kontynuował rozwój w obszarach, w których posiada silną pozycję rynkową – w finansowaniu projektów deweloperskich oraz sektora JST.

Kolejnym filarem nowej strategii jest klient i jego doświadczenie. VeloBank chce wejść do czołowej trójki instytucji finansowych w Polsce pod względem satysfakcji klientów oraz jakości obsługi. Kluczową rolę odegra tu rozwój aplikacji mobilnej – rozwiązań personalizacyjnych oraz Veli, czyli wirtualnej asystentki, która ma ewoluować w kierunku inteligentnego wsparcia finansowego. Strategia zakłada dalszy rozwój wygody cyfrowej, narzędzi AI oraz funkcji wspierających klientów w codziennym zarządzaniu finansami.

Jakub Papierski, Przewodniczący Rady Nadzorczej VeloBanku
Jakub Papierski, Przewodniczący Rady Nadzorczej VeloBanku

Strategia na lata 2026-2028 to okazja, by połączyć doświadczenie z odważnym spojrzeniem w przyszłość. Stawiamy na stabilny rozwój, wzmocnienie struktury bilansu i rozwój obszarów kluczowych dla budowania wartości. Kierunek wzrostu na najbliższe lata oparty jest na zwiększaniu skali działania VeloBanku, lepszych relacjach z klientami i inwestycjach w nowoczesne technologie – mówi Jakub Papierski, przewodniczący rady nadzorczej VeloBanku.

Trzecim filarem strategii jest efektywność. VeloBank zakłada poprawę wskaźnika kosztów do dochodów z ok. 56% do ok. 47% w 2028 roku, dzięki automatyzacji, cyfryzacji oraz szerokiemu wykorzystaniu sztucznej inteligencji w procesach sprzedażowych, operacyjnych i obsługowych. Strategia przewiduje także utrzymanie kosztu ryzyka na poziomie 0,9% w 2028 roku, wzmacnianie narzędzi analitycznych, modeli ryzyka i procesów decyzyjnych, umożliwiających utrzymywanie wysokiej jakości portfela przy planowanym wzroście skali.

Czwartym filarem strategii jest jeden zespół skupiający się na rozwoju organizacji i kultury współpracy. VeloBank chce inwestować w kompetencje pracowników, w szczególności w obszarach technologii, danych i sztucznej inteligencji, oraz budować środowisko pracy sprzyjające zaangażowaniu i przyciąganiu talentów. W swojej nowej strategii VeloBank wskazuje, że celem jest również umocnienie pozycji banku, jako wiodącego pracodawcy w branży finansowej.

Konflikt z Iranem może podbić ceny żywności w Polsce

Wzrost kosztów nawozów i paliw przełoży się na ceny żywności dla konsumentów. Pojawi się też konkurencja ze strony producentów, którzy – jak Ukraina czy Brazylia – byli do tej pory silniej obecni w rejonie Zatoki Perskiej. Kluczowy jest czas trwania konfliktu.

Konsekwencje ataku na Iran dla sektora produkcji żywności nie można jeszcze w pełni ocenić. Zależą one przede wszystkim od czasu trwania operacji wojskowej i jej wpływu na przepustowość szlaków żeglugowych. Można natomiast podjąć próbę identyfikacji obszarów, gdzie wpływ jest istotny. To: dostępność rynków zbytu, fizyczne przesunięcie strumieni handlu żywnością, zmiany cen nawozów oraz ropy naftowej i paliw. Dodatkowo należy brać pod uwagę jeszcze większy niż dotychczas wzrost globalnej niepewności. Skoncentruję się na perspektywie Polski.

Region, na który działania zbrojne wpływają bezpośrednio, jest większy niż Iran – to kraje narażone na odcięcie dostaw drogą morską. Strefa konfliktu obejmuje więc oprócz Iranu także Arabię Saudyjską, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Irak, Kuwejt, Liban, Oman, Katar i Jemen. Nie włączamy do niej Izraela, przyjmując że prawdopodobieństwo blokady dostaw morskich do tego kraju jest niskie.

Kraje strefy konfliktu nie są kluczowe z perspektywy eksportu żywności z Polski, więc ewentualne wstrzymanie wymiany handlowej z nimi ma ograniczony wpływ na kondycję krajowych producentów na poziomie całych branż, choć dla poszczególnych przedsiębiorstw może być istotne. W 2024 r. łączna wartość żywności tam eksportowanej była poniżej 700 mln euro, więc stanowiła zaledwie 1,5 proc. wartego ok. 48 mld euro polskiego eksportu towarów rolno-spożywczych. Największy rynek w tej grupie krajów to Arabia Saudyjska (do 40 proc. eksportu żywności do strefy konfliktu w ostatnich latach), następnie Zjednoczone Emiraty Arabskie (ok. 20 proc.) oraz Irak (ponad 10 proc.). Sam Iran to zaledwie 2 proc. eksportu polskich towarów rolno-spożywczych do tej grupy państw, co w 2024 r. przełożyło się na kwotę 13 mln euro.

Największymi eksportowanymi grupami produktowymi były wyroby piekarnicze (ok. 147 mln euro w 2024 r.), sery (80 mln euro), mięso drobiowe (54 mln euro), słodycze (38 mln euro), czekolada (35 mln euro) i cukier (33 mln euro). W całości eksportu z Polski w danej kategorii największy udział osiągnęły sery (7 proc.), słodycze, cukier i wyroby piekarnicze (5 proc.). W przypadku mięsa drobiowego było to nieco powyżej 1 proc.

Potencjalnie bardziej istotny może być efekt związany ze zmianą kierunku przepływów towarów innych producentów. Dla Ukrainy w 2024 r. Arabia Saudyjska była drugim co do wielkości rynkiem eksportu mięsa drobiowego. Istotne ilości tego towaru płynęły z Ukrainy także do Iraku i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a w mniejszym stopniu także do Omanu i Kuwejtu. Zboże i oleje roślinne trafiały z Ukrainy do Libanu, Iraku, Arabii Saudyjskiej.

Brak możliwości transportu towarów na rynki docelowe może przełożyć się na zmianę bilansu w Europie i w konsekwencji negatywnie wpłynąć na możliwości zbytu towarów polskich producentów. Tym bardziej, że silną pozycję w strefie konfliktu ma też Brazylia – w 2024 r. dostarczyła tam mięso drobiowe za ok. 1,5 mld dol., głównie do Arabii Saudyjskiej, Iraku i Kuwejtu.

Wzrost cen węglowodorów i ograniczenia ich fizycznej dostępności przekładają się z kolei na możliwości produkcji i stosowania nawozów. Jest to jeden z głównych czynników kosztowych w produkcji roślinnej. Ocenia się, że przez Cieśninę Ormuz przepływa 25-30 proc. światowego handlu nawozami azotowymi. Zatrzymanie tego strumienia szybko przełoży się na ceny rynkowe. QatarEnergy, które w zeszłym roku wyeksportowało 5,4 mln t mocznika (ok. 10 proc. globalnego eksportu drogą morską), wstrzymało po atakach dronowych produkcję siarki, amoniaku i mocznika. Inni producenci w regionie rozważają spowolnienie lub czasowe wstrzymanie produkcji nawozów.

W Polsce 2 marca Grupa Azoty poinformowała o odwołaniu cenników nawozów azotowych oraz wstrzymaniu przyjmowania zamówień, a 5 marca podała, że powróci do przyjmowania zamówień na nawozy azotowe i standardowej współpracy na bieżących warunkach rynkowych. Producenci rolni zakupy nawozów jednak rozkładają w czasie, więc dla większości efekt wzrostu ceny nie skumuluje się w jednym momencie. Dodatkowo ograniczenie nawożenia w jednym sezonie, po latach typowego gospodarowania, nie wpłynie w drastyczny sposób na plonowanie – pełnię efektów widać dopiero w kolejnych sezonach.

Konsekwencją ograniczenia podaży ropy naftowej na światowym rynku jest wzrost cen paliw. To również wpływa bezpośrednio na koszty produkcji rolnej, zwłaszcza polowej, a także na koszty logistyki, podnosząc ostatecznie ceny na półkach sklepowych. Atak na Iran doprowadził do rozchwiania cen ropy. 9 marca notowania ropy Brent zbliżyły się do 120 dol.  za baryłkę, by później w ciągu dnia spaść do 90 dol.

Rynki szybko reagują na deklaracje polityczne, a te są w kwestii wojny z Iranem dynamiczne. Z cenami ropy pozytywnie skorelowane są światowe ceny zbóż i tłuszczów roślinnych. Te z kolei mają decydujący wpływ na poziom cen w Polsce. Kierunki rozwoju cen ropy naftowej także mają wpływ na to, jaką stawkę za plony ostatecznie otrzymuje polski rolnik. Na razie globalne notowania surowców rolnych od czasu rozpoczęcia ataku na Iran zareagowały wzrostem cen o ok. 10 proc. w przypadku pszenicy oraz niespełna 5 proc. w przypadku rzepaku (9 marca). Zatem zmiany są widoczne, ale daleko im do szoku obserwowanego po ataku Rosji na Ukrainę w 2022 r.

Oczywistym, bardziej poważnym zagrożeniem niż szybkie fluktuacje cen, byłyby uszkodzenia infrastruktury do obsługi handlu węglowodorami. Pierwsze dni wojny pokazały, że takie obiekty są celami ataków. W razie uszkodzenia ich odbudowa może zająć nawet lata, tym bardziej że prawdopodobnie będzie prowadzona pod ryzykiem kolejnego ataku. To może przesunąć ceny nośników energii na wyższe poziomy, na których pozostaną przez dłuższy czas, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Atak na Iran to kolejne z wydarzeń składające się na erę globalnej niepewności. Działania zbrojne dotknęły Cieśninę Ormuz, kluczowy rejon dla funkcjonowania przepływów światowej gospodarki. Główny aktor zdecydował się na podjęcie ryzyka, jakiego wcześniej unikano. Naruszono kolejne tabu. Jeśli w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z blokadami głównych wąskich gardeł globalnej logistyki, to były to zdarzenia losowe, jak choćby blokada Kanału Sueskiego przez osiadły na mieliźnie kontenerowiec Ever Given w 2021 r. Tym razem przerwy w żegludze to wprost konsekwencja decyzji przywódców politycznych krajów istotnych dla stabilności światowego ładu.

To właśnie decyzje światowych przywódców i ich komunikacja są teraz kluczowe dla rozwoju sytuacji. Dla polskiego sektora produkcji żywności krótki konflikt, tj. trwający maksymalnie kilka tygodni, ma znaczenie ograniczone i nie zmienia jego strategicznej pozycji. Im dłużej trwa, tym sytuacja będzie stawać się trudniejsza. Wzrost kosztów produkcji i funkcjonowania będzie musiał przełożyć się na wzrost cen dla konsumentów, narażając ich na konieczność rewizji zwyczajów zakupowych. Jednak poważniejszą konsekwencją dla lokalnego sektora w średnim terminie może być konieczność zwiększonej konkurencji z producentami, którzy byli dotychczas silniej obecni w rejonie konfliktu, jak Ukraina czy Brazylia.

Autor: Grzegorz Kozieja – członek TEP, dyrektor Departamentu Analiz Food&Agro i Specjalizacji Sektorowych w BNP Paribas Bank Polska.

Wojna z Iranem oddala obniżki stóp w USA. Ropa i dolar znów w centrum uwagi

Może się okazać, że głównym problemem w obniżaniu stóp procentowych w USA wcale nie jest szef FED, lecz polityka obecnej administracji. Podnoszą oni oczekiwane poziomy inflacji jak nie cłami, to wojną w Iranie. Ropa chwilowo stabilizuje się w okolicach 90 USD, a frank szwajcarski – ku rozpaczy tamtejszych eksporterów – znów rośnie w siłę. 

Ropa wciąż głównym tematem

Zmienność na ropie wciąż jest szalona, ale powoli gaśnie. W poniedziałek różnica pomiędzy najwyższym a najniższym kursem w ciągu dnia wynosiła imponujące 36 USD. Wczoraj tak samo liczony parametr to „zaledwie” 14 USD. Problem w tym, że w standardowych czasach już 5 USD uznaje się za bardzo aktywny dzień. Takich „aktywnych dni” najwyraźniej czeka nas jeszcze wiele. Szczególnie że mamy środek tygodnia, więc inwestorzy powoli znów zaczną się przygotowywać do weekendu. Wczorajszy dzień uważany jest za najaktywniejszy dotychczas pod kątem liczby nalotów amerykańskich na Iran. Zniszczeniu uległo wiele statków irańskiej marynarki, co część analityków odczytuje jako siłowe przygotowanie do odblokowania cieśniny Ormuz. Na razie jednak czarne złoto zachowuje się dość ostrożnie i wciąż baryłka ropy oscyluje wokół 90 USD za ropę Brent.

Wojna a stopy procentowe w USA

Czasem są takie zagadnienia, które pozornie nie są ze sobą powiązane. Co bowiem łączy poziom stóp procentowych za oceanem z atakami USA i Izraela na Iran? Okazuje się, że analitycy widzą tu pewną relację. Trwający konflikt silnie wpływa nie tylko na ceny ropy, ale i amerykańską walutę. Dotychczas dominował scenariusz kolejnej obniżki stóp procentowych już w czerwcu. Teraz szanse na czerwcowy ruch w dół spadły poniżej 40%, głównie przez oczekiwania inflacyjne związane z drożejącą ropą. Obecnie niepewna obniżka  przewidywana jest w lipcu. Biorąc pod uwagę różne szacunki co do czasu trwania działań zbrojnych, nie można wykluczyć, że i w lipcu nie zobaczymy obniżek. Co to oznacza dla rynków walutowych? Im wyższe stopy procentowe, tym mocniejszy dolar. Mamy więc sytuację, w której amerykańska waluta umacnia się nie tylko z powodu ryzyk geopolitycznych, ale również zmian oczekiwań stóp.

Nie tylko dolar zyskuje na niepewności

Amerykańska waluta jest wszędzie wspominana jako beneficjent obecnej niepewności. Warto jednak zwrócić uwagę, że nie tylko ona zyskuje. W poniedziałek pierwszy raz od uwolnienia kursu franka doszło do sytuacji, kiedy za 1 EUR płacono mniej niż 0,9 CHF. W 2015 roku takie pułapy były widziane tylko przez pojedyncze minuty w wyniku silnego szoku. Dzisiaj jednak do takich docieramy i w ich okolicy kurs pozostaje. Co to oznacza w praktyce? Szwajcaria pomimo stopy procentowej na poziomie 0%, znów problem z gwałtownie umacniającą się walutą. To sprawia, że jej eksport – delikatnie mówiąc – staje się coraz mniej konkurencyjny cenowo.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak odczytów mogących rywalizować z wydarzeniami w geopolityce.

Nieruchomości handlowe w Europie odbiły. Inwestycje w sektor spożywczy wzrosły o 16 proc.

Sektor nieruchomości handlowych w Europie zanotował w 2025 roku pierwszy od pięciu lat wzrost wolumenu inwestycyjnego. Jak wynika z najnowszego raportu Savills „European Grocery Report 2026”, wartość transakcji w obiekty spożywcze wzrosła o 16% rok do roku, osiągając poziom 6,1 mld EUR. Rynek ewoluuje w stronę mniejszych formatów, podczas gdy tradycyjne hipermarkety tracą udziały na rzecz sklepów typu convenience oraz dyskontów.

Udział hipermarketów w europejskim rynku spożywczym spadł z 12% w 2019 roku do 10% w 2024 roku, a prognozy wskazują na dalszy spadek do 9% do 2029 roku. Średnia powierzchnia sklepu spożywczego w Europie zmniejszyła się o 2,6% w latach 2020-2024. Sieci handlowe planują zmniejszenie powierzchni wybranych sklepów nawet o 25%. Odzyskany metraż przeznaczą na obsługę szybkich dostaw do klientów (tzw. logistykę ostatniej mili) lub na wynajem dla innych firm.

Zmiana nawyków konsumenckich wymusza na operatorach redefinicję portfeli nieruchomości. Dzisiejszy klient stawia na szybkość i bliskość, co sprawia, że strategiczny nacisk przesuwa się na gęste sieci miejskie i mniejsze formaty, które lepiej wpisują się w codzienne misje zakupowe – komentuje Elżbieta Majdan, Associate Director Property & Asset Management Retail, Savills Polska. – Przykładem takiej transformacji są plany Carrefour, który do 2030 roku zamierza uruchomić 1750 nowych placówek w formatach convenience we Francji i Hiszpanii.

Płynność rynku wspierana przez sale-and-leaseback

Wzrost wolumenu inwestycji do poziomu 6,1 mld EUR był napędzany głównie przez duże transakcje portfelowe, których wartość wzrosła o 35%. Kluczową rolę odegrały operacje typu sale-and-leaseback (S&LB), stanowiące aż 21% całkowitego wolumenu inwestycji rynkowych. Jest to najwyższy udział tego typu transakcji od 13 lat. Raport odnotowuje również znaczący napływ kapitału z Ameryki Północnej – aktywność inwestorów z USA była o 59% wyższa od średniej pięcioletniej.

W obliczu presji na marże i konieczności modernizacji systemów energetycznych, detaliści coraz częściej sięgają po transakcje sale-and-leaseback, aby uwolnić kapitał zamrożony w murach – mówi Wioleta Wojtczak, Head of Research, Savills Polska. – Dla inwestorów nieruchomości spożywcze z długimi, indeksowanymi umowami najmu stanowią atrakcyjny produkt inwestycyjny. Choć w czwartym kwartale 2025 roku średnie stopy kapitalizacji w Europie dla najlepszych supermarketów utrzymały się na poziomie 5,8%, spodziewamy się ich kompresji w nadchodzących miesiącach.

Konsument w nowej rzeczywistości

Mimo wyhamowania inflacji cen żywności do 2,5% pod koniec 2025 roku, europejskie gospodarstwa domowe zachowują dużą ostrożność wydatkową. Wskaźnik oszczędności w strefie euro wyniósł 15,1%, co jest wynikiem znacznie powyżej średniej z lat 2014-2019 (12,6%). Sytuacja ta sprzyja rozwojowi marek własnych oraz dyskontów, których przychody w ostatniej dekadzie rosły średnio o 5,2% rocznie – niemal dwukrotnie szybciej niż w przypadku operatorów masowych (3,2%).

Cyfryzacja i zrównoważony rozwój

Przyszłość handlu spożywczego będzie oparta na modelu omnichannel, w którym sklepy stacjonarne pełnią rolę centrów realizacji zamówień online. Udział sprzedaży online w sektorze spożywczym ma ustabilizować się na poziomie 4,8% do 2028 roku (poza rynkiem brytyjskim). Jednocześnie rosną wymagania kapitałowe związane z regulacjami ESG, m.in. w zakresie wymiany systemów chłodniczych czy montażu instalacji fotowoltaicznych, co staje się stałym elementem planowania wydatków inwestycyjnych sieci handlowych.

A jak wygląda Polska na tle Europy?

Polska potwierdza wiele trendów zarysowanych w raporcie europejskim, choć zachowuje swoją specyfikę. Żywność, napoje i wyroby tytoniowe to najsilniejsza kategoria handlu detalicznego w naszym kraju, odpowiadająca za 25,7% sprzedaży detalicznej w 2025 r. Jednocześnie produkty te najrzadziej trafiają do koszyków online – udział e-grocery w ubiegłym roku oscylował średnio wokół 0,9% miesięcznie. To wynik znacznie niższy od prognozowanej średniej dla Europy.

Lokalny rynek, podobnie jak europejski, stawia na multiformatowość. Sieci takie jak Auchan i Carrefour operują w Polsce na wielu poziomach: od hipermarketów, przez supermarkety (1000-2000 m kw.) i sklepy osiedlowe (MojeAuchan, Globi, Express), aż po formaty ultra-convenience na stacjach paliw. Dane GUS potwierdzają odwrót od dużych powierzchni sklepowych: na koniec 2024 r. w Polsce działało 545 hipermarketów (spadek o 1 placówkę względem 2020 r.) oraz 10 647 supermarketów, których liczba w tym samym okresie wzrosła aż o 2477 obiektów.

Również na polskim rynku inwestycyjnym zainteresowanie sektorem spożywczym pozostaje wysokie. Przykładem aktywnego inwestora jest np. Centerscape, który w 2026 r. ogłosił zakup placówek sieci Lidl w Mszczonowie oraz Biedronki w Lidzbarku. Inwestorzy coraz częściej szukają też  parków handlowych z silnym operatorem spożywczym. Potwierdzają to ostatnie duże transakcje, jak przejęcie 8 centrów handlowych Auchan przez Shopper Park Plus czy planowany zakup portfela nieruchomości Intermarche i Bricomarche przez amerykański Ares Management Corporation.

SatRev wyniesie kolejnego satelitę na orbitę. Start zaplanowano na III kwartał

SatRev S.A., wrocławska spółka technologiczna z sektora kosmicznego, przygotowująca się do debiutu na rynku NewConnect, podpisała umowę z firmą RIDE! dotyczącą wyniesienia na niską orbitę okołoziemską (LEO – Low Earth Orbit) kolejnego 10-kilogramowego satelity badawczego. Start zaplanowano na trzeci kwartał bieżącego roku. Satelita, oparty na sprawdzonej w kosmosie platformie Raccoon, zintegruje trzy ładunki komercyjne, a misja posłuży demonstracji technologii w warunkach orbitalnych. To już kolejny wspólny projekt obu firm i zarazem kontynuacja intensywnego rozwoju działalności SatRev, na rynkach międzynarodowych, w segmencie budowy i wynoszenia satelitów.

Nowa misja ma charakter komercyjny – satelita posłuży do przeprowadzenia testów technologicznych na orbicie, potwierdzających działanie systemów klientów w środowisku kosmicznym. Platforma Raccoon, na której zostanie zbudowany satelita, przeszła już pełną walidację orbitalną podczas trwającej od ponad roku misji satelity SN-10, BlueBON. Szczegółowe informacje dotyczące ładunków i ich właścicieli nie są na tym etapie ujawniane ze względu na charakter realizowanych projektów.

Umowa z RIDE! stanowi kontynuację dotychczasowej współpracy. W ubiegłym roku obie firmy zrealizowały wspólnie wyniesienie m.in. nanosatelity SN-10, BlueBON. Powodzenie dotychczasowych przedsięwzięć zaowocowało niedawnym podpisaniem listu intencyjnego zakładającego realizację kolejnych misji satelitarnych w następnych latach.

Jestem przekonany, że zarówno SatRev, jak i RIDE! osiągną wiele sukcesów we wdrażaniu satelitów obserwacji Ziemi oraz telekomunikacyjnych, a w przyszłości także konstelacji na niskiej orbicie okołoziemskiej. Posiadanie takiego partnera pozwala firmie SatRev z większą pewnością planować przyszłość spółki – powiedział dr Daniel Więzik, Prezes Zarządu SatRev S.A.

Satelita BlueBON, wyniesiony na orbitę w styczniu 2025 roku, pozostaje w pełni operacyjny i od ponad roku realizuje zadania obserwacyjne. Dotychczas w ramach misji zobrazował ponad 0,6 mln km² powierzchni Ziemi, gromadząc już około 300 GB danych obrazowych w trakcie ponad tysiąca sesji pobierania danych z orbity. Misja ta stanowi kluczową referencję technologiczno-operacyjną dla dalszego rozwoju SatRev. Warto podkreślić, że w kontekście sytuacji geopolitycznej, w której niektóre podmioty komercyjne wstrzymują publikację zobrazowań satelitarnych kluczowych regionów, posiadanie własnych, suwerennych zdolności pozyskiwania danych obrazowych nabiera szczególnego znaczenia zarówno dla samej spółki, jak i dla jej obecnych oraz przyszłych klientów.

SatRev kontynuuje rozwój działalności na rynkach międzynarodowych. W ramach podpisanej na początku bieżącego roku umowy z omańską firmą ETCO SPACE, dotyczącą kontraktu na satelitarne monitorowanie infrastruktury gazowej w Sułtanacie Omanu, spółka rozpoczyna etap przeprowadzania specjalistycznych szkoleń dla partnera. Szkolenia te będą odgrywać kluczową rolę w przyszłych działaniach operacyjnych w ramach projektu i stanowią element budowania trwałych kompetencji po stronie omańskiej.

Stabilizacja na rynku wtórnym. Kupujących mniej, ale ceny powoli rosną

Rynek wtórny wszedł w fazę względnego spokoju. Podczas gdy w lutym liczba aktywnych ogłoszeń w serwisie Otodom w siedmiu największych miastach w Polsce pozostała niemal bez zmian (-0,1% m/m), zainteresowanie kupujących, mierzone liczbą zapytań o mieszkania, spadło o 3% w porównaniu ze styczniem. Jednocześnie widać wyraźne zmniejszenie liczby lokali wprowadzonych do sprzedaży przez firmy deweloperskie. Czy to może skierować część popytu z powrotem na rynek wtórny?

Jak tłumaczy Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom, brak wyraźnej zmiany w liczbie aktywnych ogłoszeń w ujęciu miesięcznym można interpretować jako sygnał stabilizacji podaży po okresie większych i mniejszych wahań.

– Choć między poszczególnymi rynkami pojawiły się pewne różnice, były one nieznaczne. Symboliczny wzrost liczby ofert miesiąc do miesiąca odnotował Kraków (+1%), który jako jeden z nielicznych zwiększył dostępną pulę mieszkań z drugiej ręki. Na przeciwnym biegunie znalazły się Katowice, gdzie baza ogłoszeń skurczyła się o 5% – wyjaśnia Paweł Jarząbek.

Popyt hamuje, ale rynek nie stygnie

W lutym aktywność kupujących lekko osłabła. Według danych serwisu Otodom liczba zapytań o mieszkania z drugiej ręki w siedmiu największych miastach (Katowice, Kraków, Łódź, Poznań, Trójmiasto, Warszawa, Wrocław) spadła o 3% w porównaniu ze styczniem. Ta symboliczna korekta objęła niemal wszystkie analizowane rynki z wyjątkiem Warszawy. W stolicy popyt wzrósł o niespełna 1% – jedynie tam zainteresowanie potencjalnych nabywców konsekwentnie się utrzymuje. Natomiast najsilniejsze wyhamowanie odnotowano w Katowicach, gdzie liczba zapytań obniżyła się aż o 14% w ujęciu miesięcznym. Paweł Jarząbek przyznaje jednak, że po silnym odbiciu w styczniu (wówczas +40% m/m) lutowe ochłodzenie aktywności w stolicy Górnego Śląska nie jest zaskoczeniem. – Jednocześnie w ujęciu rok do roku popyt na rynku wtórnym we wszystkich monitorowanych przez Otodom miastach pozostaje stabilny – dodaje.

Kto dziś najchętniej wybiera rynek wtórny?

O sile i odporności rynku wtórnego w dużej mierze decyduje dziś jego specyfika. To „gotowy” produkt z rozwiniętą infrastrukturą, który przyciąga określoną grupę nabywców. Jak pokazuje „Monitor Nastrojów Klientów Nieruchomości”, aż 47% osób będących w trakcie zakupu mieszkania lub domu planuje nabycie lokalu właśnie z drugiej ręki.

– Choć uwaga często skupia się na osobach młodych kupujących swoje pierwsze mieszkanie, to silnym filarem rynku wtórnego są również dojrzali mężczyźni. Lokale z drugiej ręki preferuje aż 44% mężczyzn po 56 roku życia. Jednym z powodów może być ukształtowany charakter otoczenia. W przeciwieństwie do nowych osiedli, gdzie struktura mieszkańców dopiero się tworzy, rynek wtórny daje większą przewidywalność. Wiadomo, kto mieszka za ścianą, czy okolica jest spokojna i jak funkcjonuje lokalna wspólnota. Dla dojrzałego nabywcy to często kluczowa wartość – wyjaśnia menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Z raportu „Szczęśliwy Dom. Męskie oblicza szczęścia” wynika, że aktywne sąsiedztwo to dla mężczyzn istotny czynnik sprzyjający szczęściu. Aż 62% tzw. „Aktywnych Sąsiadów” przyznaje, że dzięki relacjom z osobami zamieszkującymi najbliższe otoczenie czuje się mniej samotnie. Ten wynik nabiera szczególnego znaczenia, bo wspomniana samotność staje się już chorobą cywilizacyjną naszych czasów.

Mniej nowych mieszkań od deweloperów. Czy zyska na tym rynek wtórny?

Na sytuację w segmencie wtórnym wpływa jednak nie tylko dynamika popytu i podaży, lecz także to, co dzieje się na rynku deweloperskim.

Według wstępnego odczytu w lutym firmy deweloperskie wprowadziły do sprzedaży na siedmiu największych rynkach zaledwie 1,5 tys. mieszkań, czyli aż o 58% mniej niż w styczniu i o 52% mniej w ujęciu rocznym. W efekcie oferta deweloperska po raz pierwszy od roku spadła poniżej poziomu 60 tys. lokali.

– To bardzo ważny kontekst. Przez wiele miesięcy rekordowo szeroka oferta mieszkań deweloperskich skutecznie konkurowała z lokalami z drugiej ręki, przyciągając część kupujących. A wszystko to pomimo jasnej preferencji rynku wtórnego, którą pokazuje badanie Kantar przeprowadzone na zlecenie Otodom – podkreśla Paweł Jarząbek.

Na razie trudno przesądzać czy wyraźne ograniczenie nowych mieszkań wprowadzanych do sprzedaży przez deweloperów może w kolejnych miesiącach skierować część popytu z powrotem na rynek wtórny. Lutowe dane jeszcze tego nie potwierdzają – liczba zapytań o mieszkania z drugiej ręki nieznacznie spadła miesiąc do miesiąca. Jednak, jak dodaje Paweł Jarząbek, “warto uważnie obserwować ten trend. Jeśli oferta deweloperska zacznie kurczyć się szybciej, równowaga między tymi dwoma rynkami może zacząć się przesuwać”.

Ceny rosną powoli, ale Trójmiasto znów się wyróżnia

Średnie ofertowe ceny mieszkań na rynku wtórnym w siedmiu analizowanych przez Otodom miastach wzrosły w lutym o niespełna 1% miesiąc do miesiąca, notując tempo zbliżone do obserwowanego w poprzednich miesiącach. Największy wzrost stawek widoczny jest w Trójmieście, gdzie ceny poszły w górę o blisko 4% w ujęciu miesięcznym. To ponownie potwierdza wyjątkowy charakter procesów cenowych w tej aglomeracji. Z kolei symboliczne i jedyne spadki cen pojawiły się w Krakowie i Warszawie (niecałe -0,5%).

Najdroższy pozostaje rynek wtórny w Warszawie (18,5 tys. zł/mkw.), za nim plasują się Kraków (16,8 tys. zł/mkw.) i Trójmiasto (16,4 tys. zł/mkw.). Natomiast najniższe ceny na rynku wtórnym utrzymują się w Katowicach (9,6 tys. zł/mkw.) oraz Łodzi (8,7 tys. zł/mkw.).

Inflacja w USA w centrum uwagi. Rynek czeka na lutowy odczyt CPI

Dzisiejszym kluczowym punktem kalendarza makroekonomicznego jest lutowy odczyt inflacji w Stanach Zjednoczonych o godzinie 13:30. Z jednej strony rynek dostrzega ryzyko krótkoterminowego odbicia inflacji ogółem, w dużej mierze napędzanego energią, z drugiej wciąż zakłada stopniowe wygaszanie presji w inflacji bazowej. Konsensus na luty wskazuje na wzrost CPI o 0,3% m/m po 0,2% w styczniu, przy utrzymaniu dynamiki rocznej na poziomie 2,4%. W przypadku inflacji bazowej oczekiwane jest wyhamowanie do 0,2% m/m po 0,3% miesiąc wcześniej, a wskaźnik r/r ma pozostać na 2,5%.

W praktyce o lutowym przyspieszeniu CPI mają przesądzić ceny paliw, które zaczęły rosnąć jeszcze przed eskalacją konfliktu z Iranem. Ekonomiści zakładają wzrost cen benzyny w koszyku CPI rzędu 0,8%, co powinno wyraźnie podbić miesięczny odczyt inflacji ogółem. Uwaga rynku szybko przesuwa się jednak na marzec, ponieważ utrzymujący się konflikt na Bliskim Wschodzie może dalej podtrzymywać wysokie ceny ropy i przedłużać presję po stronie energii. W takich warunkach krótkoterminowe oczekiwania inflacyjne pozostają szczególnie wrażliwe na geopolitykę, nawet jeśli pozostałe komponenty koszyka zachowują się relatywnie spokojnie.

Po stronie inflacji bazowej prognozy sugerują łagodniejszą presję cenową, a wsparciem mają być kategorie, które w ostatnich miesiącach zaczęły wyraźniej obniżać dynamikę cen. Relatywnie tańsze samochody używane, słabsze ceny biletów lotniczych oraz mniejszy wzrost czynszów powinny ograniczać tempo wzrostu tego wskaźnika. Równocześnie w tle narasta jednak temat taryf i przerzucania kosztów na konsumentów, co może podtrzymywać presję w wybranych segmentach dóbr. Ceny odzieży oraz wyposażenia domu mają rosnąć solidnie, ponieważ firmy coraz częściej przenoszą koszty ceł na klientów, choć proces ten jest opóźniony i nierównomierny. Trudno oczekiwać, by przedsiębiorstwa w nieskończoność absorbowały te obciążenia, zwłaszcza gdy wysokie koszty „na wejściu” pozostają widoczne w sygnałach z badań ISM. Dodatkowym czynnikiem jest perspektywa wprowadzenia globalnego cła w wysokości 10% z zapowiedzią podniesienia do 15%, co zwiększa ryzyko dalszej presji na ceny dóbr importowanych, a pośrednio również na ceny krajowych zamienników.

Żywność na razie powinna zachowywać się umiarkowanie, ale rynek nie ignoruje ryzyka opóźnionego przełożenia szoku energetycznego na tę kategorię. Jeśli wyższe ceny ropy utrzymają się dłużej, wzrosną koszty nawozów i transportu, co z czasem może podbić inflację żywności w kolejnych miesiącach. Innymi słowy, nawet spokojny luty nie zamyka tematu, ponieważ kanał kosztowy działa wolniej, ale bywa uporczywy.

Z punktu widzenia Fed najbliższy odczyt CPI raczej nie powinien istotnie zmienić krótkoterminowego kursu polityki pieniężnej, a scenariuszem bazowym pozostaje utrzymanie stóp bez zmian na kolejnym posiedzeniu. Warto jednak pamiętać, że bank centralny koncentruje się przede wszystkim na inflacji PCE, a nie CPI, więc nawet „spokojny” bazowy CPI nie musi automatycznie oznaczać równie łagodnego obrazu bazowego PCE. W rezultacie rynek wchodzi w kolejne tygodnie z przekazem, że krótkoterminowe ryzyka pozostają po stronie energii i ceł, natomiast trend bazowy jest na tyle umiarkowany, by Fed mógł pozwolić sobie na cierpliwość, choć niekoniecznie na pełen komfort.

Chiny wykorzystują wojnę w Iranie? Cyberszpiedzy uderzyli w Katar

Wraz z narastaniem napięć na Bliskim Wschodzie rośnie ryzyko cybernetyczne. Z najnowszej analizy firmy Check Point Research wynika, że już 1 marca 2026 r. (dzień po rozpoczęciu wojny na Bliskim Wschodzie) zaobserwowano serię ataków hakerskich wymierzonych w firmy z Kataru. Eksperci wskazują, że za częścią działań stoją przestępcy związani z chińską grupą APT.

Według raportu jedna z kampanii została powiązana z grupą Camaro Dragon. Napastnicy mieli próbować wdrożyć wariant złośliwego oprogramowania PlugX przeciwko katarskim celom w bardzo krótkim czasie od rozpoczęcia regionalnej eskalacji. To istotny sygnał geopolityczny pokazujący, że operacje cyberwywiadowcze są dziś zsynchronizowane z wydarzeniami polityczno-wojskowymi niemal w czasie rzeczywistym, a duże kryzysy natychmiast stają się paliwem dla działań szpiegowskich. 

Szczególnie wymowne jest to, jak przygotowano przynęty. W jednym z opisanych ataków ofiara otrzymywała archiwum podszywające się pod zdjęcia rzekomych ataków na amerykańskie bazy w Bahrajnie. Po uruchomieniu pliku rozpoczynał się wieloetapowy proces infekcji, który ostatecznie prowadził do wdrożenia backdoora PlugX z użyciem techniki DLL hijacking i legalnego pliku Baidu NetDisk. Sam PlugX to znane od lat narzędzie kojarzone z chińskojęzycznymi operacjami cyberwywiadowczymi, umożliwiające m.in. zdalny dostęp, kradzież plików, przechwytywanie ekranu, logowanie klawiszy i wykonywanie poleceń na zainfekowanym systemie.        

Check Point zwraca uwagę, że ten sam wektor ataku był widoczny już wcześniej, pod koniec grudnia, w operacjach wymierzonych w tureckie cele wojskowe. To sugeruje, że nie chodzi o jednorazowy incydent, lecz o szersze, konsekwentne zainteresowanie regionem przez powiązane z Chinami grupy APT. Cyberprzestrzeń staje się zatem narzędziem elastycznego zbierania danych wywiadowczych tam, gdzie układ sił szybko się zmienia, a znaczenie państw pośredniczących, takich jak Katar, rośnie. 

W drugiej kampanii opisanej przez badaczy wykorzystano archiwum o nazwie sugerującej uderzenie w infrastrukturę naftową i gazową Zatoki Perskiej. Tym razem przynęta miała imitować komunikację związaną z izraelskim rządem i wykorzystywała niskiej jakości materiały wygenerowane przez AI. Ładunkiem końcowym był Cobalt Strike, czyli framework powszechnie używany legalnie do testów penetracyjnych, ale regularnie wykorzystywany także przez grupy ofensywne do szybkiego rozpoznania środowiska ofiary i przygotowania dalszej infiltracji.

Eksperci oceniają – choć z niskim poziomem pewności – że druga operacja również była powiązana z Państwem Środka. Mają na to wskazywać m.in. zastosowane techniki DLL hijacking, wykorzystanie komponentów NVDA, charakter infrastruktury C2 oraz wzorce znane z wcześniejszych kampanii przypisywanych podmiotom związanym z Chinami.

Najważniejszy wniosek z raportu dotyczy jednak nie samych narzędzi, ale wyboru celu. Katar od lat pozostaje państwem o wyjątkowej pozycji: łączy znaczenie energetyczne, wpływy dyplomatyczne, relacje z Zachodem i własną rolę mediacyjną w regionie. Check Point ocenia, że niemal natychmiastowe skierowanie uwagi na Katar może odzwierciedlać zarówno doraźną potrzebę zbierania danych o skutkach kryzysu, jak i szersze przesunięcie priorytetów wywiadowczych wobec państwa znajdującego się na styku konkurujących ze sobą interesów regionalnych i globalnych.

Cyfrowy „cień” nad ukraińską armią. Rosyjski wywiad ukrył szpiega w popularnej chmurze

Rosyjscy cyberprzestępcy z elitarnej jednostki GRU znaleźli sposób na długofalowe śledzenie ukraińskich wojskowych, wykorzystując do tego usługi chmurowe, z których korzystają miliony użytkowników na całym świecie. Najnowsze ustalenia analityków  ESET pokazują, że niektóre systemy były inwigilowane bez przerwy przez ponad sześć miesięcy. To co zostało wykorzystane w Ukrainie może być również użyte przeciwko innym państwom, w tym Polsce.

Grupa Sednit, odpowiedzialna w przeszłości m.in. za ataki na amerykańskie wybory, tym razem postawiła na wyjątkową dyskrecję. Zamiast głośnych ataków blokujących systemy, hakerzy stworzyli cyfrowy „cień” – zaawansowane oprogramowanie szpiegowskie, które potrafi miesiącami niezauważenie wykradać dane, nagrywać obraz z ekranu i śledzić każdy ruch użytkownika. Kluczem do sukcesu okazało się ukrycie komunikacji hakerów wewnątrz legalnych usług chmurowych, co sprawiło, że ruch ten był niemal niemożliwy do odróżnienia od codziennej pracy biurowej.

– To, co obserwujemy w Ukrainie, to pokaz technologicznej dojrzałości cyberprzestępczych rosyjskich grup rządowych. Fakt, że hakerzy byli w stanie utrzymywać dostęp do kluczowych systemów przez pół roku, dowodzi ich ogromnej determinacji. Musimy mieć świadomość, że te same techniki, oparte na modyfikowaniu powszechnie dostępnych narzędzi i maskowaniu ich w chmurze, mogą zostać wymierzone w instytucje w innych krajach europejskich, w tym w Polsce – komentuje Kamil Sadkowski, analityk cyberzagrożeń w ESET.

Analiza ESET, europejskiego twórcy oprogramowania zabezpieczającego wskazuje, że zespół programistów stojący za tymi atakami jest ten sam od ponad dekady. Świadczy o tym specyficzny kod źródłowy, który ewoluuje, ale zachowuje cechy wspólne z narzędziami wykorzystywanymi przez Rosjan jeszcze w 2010 roku. To dowód na to, że mamy do czynienia z przeciwnikiem, który uczy się na błędach i dysponuje zasobami pozwalającymi na prowadzenie operacji trwających latami.

IT odbija po 2 trudnych latach, lecz kontrahenci zalegają już prawie 0,5 mld zł

Branża IT po dwóch latach schłodzenia wraca na lepsze tory. W 2025 r. liczba ofert pracy wzrosła, a wynagrodzenia ponownie ruszyły w górę. Jednak coraz częściej firmy z tego sektora muszą finansować nie własne zobowiązania, ale cudze opóźnienia. W ciągu ostatnich 12 miesięcy zaległości kontrahentów notowanych w Krajowym Rejestrze Długów wobec IT wzrosły o prawie 56 mln zł – do blisko 0,5 mld zł. W tym samym okresie zadłużenie firm informatycznych zwiększyło się o niespełna 21 mln zł.

IT stoi dziś przed paradoksem: rynek zaczyna się odbudowywać, ale rośnie liczba opóźnionych rozliczeń, a koszty pracy ponownie idą w górę. Z jednej strony firmy informatyczne czekają na zapłatę za wykonane usługi, a z drugiej muszą finansować bieżącą działalność, która kosztuje więcej. W takiej sytuacji nawet niewielkie przesunięcia płatności przez klientów mogą szybko odbić się na płynności.

Twórcy oprogramowania pod największą presją

W ciągu 12 miesięcy zaległości kontrahentów wobec branży IT wzrosły o 13 proc. do poziomu blisko 0,5 mld zł. Aż 428,9 mln zł z tej kwoty do odzyskania mają firmy zajmujące się tworzeniem oprogramowania. W efekcie twórcy aplikacji mobilnych czy startupy technologiczne mimo poprawy sytuacji na rynku, coraz częściej nie otrzymują zapłaty w terminie. A jednocześnie ponoszą wysokie koszty stałe związane z wypłatą wynagrodzeń, zakupem licencji czy utrzymaniem infrastruktury.Grafika 1 - zadłużenie wobec IT

– Standardem przy tworzeniu oprogramowania są rozliczenia projektowe, gdy pieniądze trafiają do firmy dopiero po zakończeniu i akceptacji kolejnych etapów prac. To sprawia, że wpływy nie zawsze są regularne. Jeśli do tego dochodzą opóźnienia w przelewach, wyraźnie rośnie ryzyko zachwiania stabilności finansowej firm informatycznych. Obecnie blisko 56 tys. kontrahentów ma przeterminowane zobowiązania wobec branży IT – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

IT w kolejce po przelew

Z danych KRD widać też wyraźnie, że zaległości kontrahentów koncentrują się w kilku sektorach. Największa część niespłaconych zobowiązań przypada na dłużników zajmujących się handlem (137,9 mln zł). Wysokie jest również zadłużenie firm budowlanych (68,7 mln zł), transportowych (63,9 mln zł) i przemysłowych (40,8 mln zł). Łącznie to 311,3 mln zł, czyli aż 63 proc. całej kwoty przeterminowanych należności wobec IT.Grafika 2 - zadłużenie branż wobec IT

Co ciekawe, w II półroczu 2025 r. spośród wszystkich toczących się postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych, najwięcej dotyczyło firm przemysłowych, transportowych, budowlanych i handlowych. To właśnie te sektory odpowiadają też za największą część zadłużenia wobec IT wpisanego do KRD.

– Handel, budownictwo czy transport działają na stosunkowo niskich marżach, więc są szczególnie wrażliwe na wzrost kosztów energii, paliw i surowców. Gdy pojawiają się trudności z płynnością, firmy w pierwszej kolejności regulują zobowiązania niezbędne do utrzymania bieżącej działalności, jak zakup towaru czy raty leasingowe. W efekcie płatności za usługi zewnętrzne, w tym za serwis, wsparcie i rozwój rozwiązań IT, częściej są przesuwane na późniejszy termin – dodaje Jakub Kostecki, wiceprezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

W praktyce oznacza to, że problemy z płynnością finansową w tych sektorach bardzo szybko przenoszą się na ich dostawców, w tym firmy informatyczne. IT, choć samo rozwija się i odbudowuje portfel zamówień, coraz częściej odczuwa skutki zatorów płatniczych powstających w branżach o podwyższonym ryzyku niewypłacalności.

W branżach opartych na wiedzy i kapitale ludzkim koszty stałe są wysokie i niezależne od daty otrzymania zapłaty – wynagrodzenia, infrastruktura, licencje muszą być regulowane na bieżąco. Dlatego nawet niewielkie opóźnienia szybko przekładają się na problemy z płynnością. Widać to w danych NFG: w 2025 roku liczba mikroprzedsiębiorstw z branży IT korzystających z finansowania wzrosła o jedną piątą rok do roku, a wartość udzielonego finansowania zwiększyła się o 62 proc. Największą dynamikę odnotowały szybkie pożyczki płynnościowe, choć rosło także finansowanie faktur. W przypadku eFaktoringu średnia wartość finansowanej faktury wynosiła około 20,1 tys. zł brutto, natomiast przeciętna eGotówka – około 6,6 tys. zł – zauważa Emanuel Nowak, ekspert firmy faktoringowej NFG.

Mniej juniorów, więcej seniorów

Obok opóźnień w regulowaniu zobowiązań przez kontrahentów, dużym wyzwaniem dla branży IT jest nasilająca się presja płacowa. Z raportu „Rynek pracy IT 2025/2026” przygotowanego przez No Fluff Jobs wynika, że w 2025 r. liczba ogłoszeń była o 44 proc. wyższa niż w 2024 r., a wynagrodzenia ponownie zaczęły rosnąć. Do niedawna część firm informatycznych ograniczała zatrudnienie, próbując wykorzystać szybki rozwój sztucznej inteligencji do obniżenia kosztów. Dziś jednak wiele z nich ponownie rekrutuje, ponieważ potrzebuje doświadczonych specjalistów, którzy potrafią nadzorować i weryfikować efekty pracy narzędzi opartych o AI.

W ubiegłym roku blisko 60 proc. ogłoszeń było skierowanych do seniorów, a udział ofert dla juniorów spadł do zaledwie 5,3 proc. Oznacza to, że w IT zdecydowanie wzrosła rola najlepiej opłacanych pracowników, których miesięczne zarobki sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych. W rezultacie rosnące w szybkim tempie koszty pracy i opóźnienia w regulowaniu zobowiązań przez kontrahentów dodatkowo obciążają płynność finansową firm.

Zadłużenie firm IT rośnie mimo odbicia na rynku

Choć dużym problemem firm informatycznych są opóźnione przelewy od kontrahentów, same również są dłużnikami. W ciągu 12 miesięcy łączna wartość przeterminowanych zobowiązań sektora IT wzrosła z 306,8 do poziomu 327,6 mln zł. Zaległości ma ponad 7 tys. przedsiębiorstw, a średnia kwota ich zadłużenia to 46,4 tys. zł.

Najwyższe zaległości branża IT ma wobec wtórnych wierzycieli – 142,9 mln zł. 99,8 mln jest winna instytucjom finansowym, w tym największa część przypada na firmy leasingowe (49,5 mln zł). Niespłacone należności operatorom telekomunikacyjnym sięgają 20,6 mln zł. W przypadku firm handlowych to 16,6 mln zł, a budowlanych – 7,8 mln zł.

Naukowcy z UJ stworzyli preparat, który może zwiększać plony i chronić uprawy

Naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego opracowali preparat, który może stać się efektywnym środkiem przeciwgrzybowym dla roślin uprawnych. Rozwiązanie w pełni bazuje na substancjach pochodzenia naturalnego, co oznacza, że potencjalnie może znaleźć zastosowanie zarówno w masowych uprawach rolnych, jak i ekologicznych.

Choroby grzybowe są dużym zagrożeniem dla upraw rolnych, gdyż zmniejszają plonowanie. Ilość skutecznie działających przeciwgrzybowo środków stosowanych w rolnictwie z każdym rokiem maleje, ponieważ niektóre z nich są wycofywane z rynku ze względu na niepożądane działanie na środowisko. Wobec kurczącej się bazy dostępnych środków przeciwgrzybowych coraz częściej spotyka się wzrost oporności szczepów grzybów na dostępne preparaty. Ten problem się nasila, dlatego powinno się go szybko rozwiązać. W przeciwnym wypadku w najbliższych latach choroby mykotyczne roślin będą przyczyniać się do zmniejszenia produkcji rolnej, a w konsekwencji do wzrostu cen żywności i wystąpienia ograniczeń w jej dostępności.

Beta-glukany w służbie ochrony roślin

Zaproponowane przez naukowców z UJ rozwiązanie bazuje na beta-glukanach pozyskiwanych z ziaren zbóż. Beta-glukany to polisacharydy, powstałe z połączenia setek lub tysięcy cząsteczek glukozy. W środowisku naturalnym występują powszechnie w ścianach komórkowych m.in. zbóż i grzybów. Jako jeden ze składników rozpuszczalnego błonnika pokarmowego beta-glukany wykazują różne właściwości prozdrowotne, m.in. wspierają odporność i obniżają poziom cholesterolu.

– Opracowany przez nas preparat bazuje na polimerowych cząsteczkach beta-glukanów, do których przyłączamy aminy czwartorzędowe. Aminy te charakteryzują się tym, że zawierają ładunek dodatni niezależnie od pH. To właśnie ten ładunek jest kluczowy dla aktywności przeciwgrzybowej tak zmodyfikowanego beta-glukanu – wyjaśnia dr hab. Kamil Kamiński, prof. UJ z Zakładu Chemii Fizycznej i Elektrochemii na Wydziale Chemii UJ, współtwórca technologii.

Od strony technicznej przygotowanie preparatu jest prostym procesem realizowanym w wodzie, a sama reakcja nie generuje bardzo toksycznych odpadów i nie wymaga znacznych nakładów energii, co czyni tę technologię potencjalnie bardziej atrakcyjną dla rynku.

Optymistyczne rezultaty badań i większe plonowanie

Dotychczas naukowcy prowadzili badania w laboratorium i na polu – na uprawach jęczmienia i pszenżyta. Preparat zadziałał na grzyby Puccinia hordei wywołujące rdzę jęczmienną oraz Blumeria graminis odpowiedzialne za chorobę mączniaka prawdziwego zbóż. Wykazywał również aktywność antymykotyczną wobec rodzaju Fusarium, obejmującego liczne gatunki stanowiące poważne patogeny roślin uprawnych.

dr Magdalena Skóra z Zakładu Kontroli Zakażeń i Mykologii na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum
dr Magdalena Skóra z Zakładu Kontroli Zakażeń i Mykologii na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum

– Grzyby, na które silnie działa preparat, w naszej szerokości geograficznej odpowiadają za najczęściej występujące infekcje grzybicze zbóż i zarazem najbardziej destrukcyjne, jeżeli chodzi o opłacalność upraw. W naszych badaniach zastosowanie nowego preparatu prowadziło do około 50-procentowego zahamowania infekcji grzybowych w porównaniu z grupą kontrolną. Jest to poziom uzyskiwany przez ekologiczne preparaty obecnie stosowane w rolnictwie – mówi współtwórczyni wynalazku, dr Magdalena Skóra z Zakładu Kontroli Zakażeń i Mykologii na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum.

Skuteczność hamowania infekcji wywołanej przez grzyby jest porównywalna z zastosowanym kontrolnie heksaglukonianem miedzi, używanym w rolnictwie jako środek przeciwgrzybowy. Co bardzo ważne, podczas badań na polach eksperymentalnych odkryliśmy, że stosowanie naszego preparatu przyczyniło się do zwiększenia plonowania aż o około 20 procent w porównaniu do upraw nietraktowanych żadnymi przeciwgrzybowymi środkami ochrony roślin – dodaje dr hab. Kamil Kamiński.

Zespół naukowy nie potwierdził jeszcze istoty mechanizmu działania przeciwgrzybowego. Badacze są jednak przekonani, że obserwowany efekt najprawdopodobniej wynika z oddziaływania elektrostatycznego między dodatnio naładowanymi cząstkami beta‑glukanu a ujemnie naładowanymi zewnętrznymi warstwami komórek grzybowych. Dodatkowy wpływ ma również swoista organizacja i skład chemiczny ściany i błony komórkowej grzybów, które znacząco różnią się od budowy komórek innych organizmów. Przyszłe badania mają potwierdzić tę tezę.

Potencjalne zastosowanie

Na obecnym etapie badań można stwierdzić, iż preparat znajdzie zastosowanie jako nowy środek przeciwgrzybowy dla roślin najszerzej uprawianych w Polsce, a więc pszenicy, jęczmienia i pszenżyta. Wstępne wyniki laboratoryjne sugerują, że proponowane rozwiązanie może zadziałać też przeciw grzybom atakującym ziemniaki i pomidory. Dziś jednak nie sposób wskazać wszystkie typy upraw i szkodniki, gdzie preparat może znaleźć zastosowanie. Zakres działania oraz skuteczność jest przedmiotem prowadzonych aktualnie dalszych badań.

Preparat w postaci roztworu wodnego można stosować na dowolnym racjonalnym etapie rozwoju zboża. Podaje się go w formie oprysku z wykorzystaniem narzędzi stosowanych przy aplikacji standardowych środków ochrony roślin.

– Tego typu środki ochrony roślin stosuje się optymalnie w warunkach sprzyjających presji infekcji grzybowych, gdy istnieje realne ryzyko rozpoczęcia lub nasilenia choroby – dodaje dr Magdalena Skóra.

Brak toksyczności

Zespół badaczy przeprowadził już wstępne badania toksyczności opracowanego preparatu, między innymi na owadach (larwy ćmy Galleria mellonella) oraz na ssaczych liniach komórkowych. W obu przypadkach nie wykazano negatywnego oddziaływania. Warto podkreślić, że preparat w całości bazuje na składnikach pochodzenia naturalnego. Beta-glukany mają nie tylko udokumentowane działanie prozdrowotne, ale jako substancje są biodegradowalne. Poza tym są one od lat powszechnie stosowane zarówno w dietetyce, jak i przemyśle kosmetycznym i w branżach tych nie ma doniesień o ich negatywnych własnościach.

W drodze na rynek

Nowa technologia została objęta ochroną prawną, a za jej komercjalizację odpowiada Centrum Transferu Technologii CITTRU, UJ. Po zakończeniu obecnie prowadzonych badań, które zakończą się jeszcze w tym roku, uczelnia planuje wprowadzić preparat na rynek.

– Obecnie prowadzone są badania, które mają pogłębić wiedzę o możliwości stosowania tego wynalazku. Naukowcy na polowych uprawach eksperymentalnych badają między innymi synergiczne działanie preparatu łącząc go z innymi środkami ochrony roślin stosowanymi obecnie w rolnictwie. Po zakończeniu tych prac planujemy pozyskać jednego lub więcej partnerów z branży produkcji środków ochrony roślin, którzy w oparciu o swoje doświadczenie rynkowe i możliwości dystrybucyjne umożliwią nam możliwie szybkie wprowadzenie preparatu do użytku – mówi dr inż. Gabriela Konopka-Cupiał, dyrektorka CITTRU, UJ.

Rosnąca oporność grzybów na środki chemiczne

Wiedza na temat szkodliwości środków ochrony roślin w ostatnich latach wzrosła i instytucje regulatorowe zabraniają stosowania kolejnych pestycydów używanych jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia. Należy się spodziewać, że w ciągu najbliższych kilkunastu lat kolejne preparaty z obecnie stosowanych w rolnictwie będą w UE zabronione. W użytku pozostaną jedynie środki, które bazują na siarce i miedzi. Jeżeli w tym samym okresie zjawisko rosnącej oporności grzybów na pestycydy będzie się nasilać, możliwe, że każdy nowy pod względem składu chemicznego preparat będzie najskuteczniejszy, ponieważ grzyby nie będą jeszcze na niego uodpornione.

– Siłą proponowanego przez nas preparatu jest to, że nikt wcześniej nie używał tego typu związku w takich aplikacjach. To oznacza, że nie będziemy mieli do czynienia z mechanizmami szybkiego uodporniania się na nie szkodników upraw – podsumowuje dr hab. Kamil Kamiński.

Rozwiązanie powstało w ramach badań interdyscyplinarnego zespołu pod kierownictwem dr hab. Kamila Kamińskiego z Zakładu Chemii Fizycznej i Elektrochemii na Wydziale Chemii UJ oraz dr Magdaleny Skóry z Zakładu Kontroli Zakażeń i Mykologii na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum.

Biura znów atrakcyjne dla deweloperów. Spada podaż i rosną czynsze

0

Poprawa warunków makroekonomicznych, rosnący popyt i spadająca dostępność nowoczesnych powierzchni biurowych sprawiają, że budowa biurowca może znów stawać się atrakcyjna dla deweloperów – wskazuje raport CBRE „2026 Poland Real Estate Market Outlook”. W 2025 r. na polskim rynku przybyło 108 tys. mkw. przestrzeni do pracy, a popyt na nią wyniósł 1,56 mln mkw. Ilość powierzchni dostępnej na wynajem mocno spadła. W efekcie trend wyburzania budynków biurowych pod obiekty o innej funkcji zostanie z drugiej strony zestawiony z rosnącym zainteresowaniem deweloperów biurowych centralnymi lokalizacjami. Eksperci CBRE wskazują, że inwestorzy coraz częściej – w zależności od lokalizacji, decydują się na zachowanie funkcji biura. 

Zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej skurczyły się w ciągu ostatniego roku. Na przykład w Warszawie na koniec 2025 r. wyniosły 6,23 mln mkw., wobec 6,29 mln mkw. rok wcześniej. Podaż skurczyła się też choćby we Wrocławiu. To efekt zmian funkcji budynków. Zdaniem ekspertów CBRE, w 2026 r. poza utrzymującym się trendem szukania nowych, bardziej optymalnych funkcji dla niektórych biurowców, będziemy również obserwować powrót zainteresowania właśnie funkcją biurową. Lepsze warunki makroekonomiczne oraz wyższy optymizm firm w podejmowaniu decyzji o relokacji lub ekspansji przekładają się na rosnący popyt na wysokiej jakości powierzchnie. W odpowiedzi na to spodziewany jest wzrost podaży nowych biur, choć deweloperzy pozostają ostrożni i bardzo selektywni w swoich planach inwestycyjnych. Ograniczona dostępność działek w centrum miast będzie wymuszać remonty lub wyburzenia istniejących budynków.

Wśród dotychczasowych decyzji o wyburzeniach starszych obiektów biurowych przeważały zmiany przeznaczenia terenu pod inny cel, np. mieszkaniowy. Ten trend, podobnie jak na innych rozwiniętych rynkach Europy, na stałe wpisze się w krajobraz biurowy, ale pojawiać się będzie jeszcze jeden – nowe inwestycje biurowe lub modernizacje w ścisłych centrach miast. Coraz częściej widzimy, że zakupy nieruchomości w centrach miast, również tych starszych, są realizowane z planem zachowania funkcji biurowej, po modernizacji czy wyburzeniu. Utrzymujący się wysoki popyt na nowoczesne powierzchnie do pracy i spadająca dostępność sprawiają, że stawki czynszów rosną, a budowa budynku biurowego znów zaczyna być atrakcyjnym przedsięwzięciem – mówi Katarzyna Gajewska, dyrektorka działu badań i analiz rynku w CBRE.

Rosnące czynsze będą wpływać na wybór lokalizacji

Najemcy, podobnie jak inwestorzy i deweloperzy, interesują się przede wszystkim lokalizacjami w centrach miast. Takie podejście będzie napędzać rozwój rynku biurowego w 2026 r. Na razie jednak dostępność biur na wynajem pozostaje tam mocno ograniczona. W najlepszych lokalizacjach w Warszawie wskaźnik pustostanów spadł do 5 proc., a w całej stolicy sięga 9,1 proc. Z kolei w miastach regionalnych wynosi przeciętnie 16,9 proc., a w samym Krakowie różnica między średnią rynku, a centrum jest podobnie wyraźna jak w Warszawie. Czynsze rosną, szczególnie w topowych lokalizacjach centralnych obszarów biznesowych. Alternatywą niektórych firm, stają się tzw. „second best locations”, oferujące niższe czynsze w bardziej peryferyjnych dzielnicach miast, czy też w dobrze zlokalizowanych starszych budynkach

Nie tylko lokalizacja, ale także jakość, będą napędzać rozwój biur w 2026 roku. Ważne są estetyka i design, a także jakość powietrza, oświetlenie i akustyka. Obiekty muszą spełniać coraz wyższe standardy. W efekcie, deweloperzy i właściciele biur inwestują w modernizację i rozwój swoich obiektów, aby sprostać rosnącym wymaganiom firm. Nieodłącznym elementem staje się też aranżowanie otoczenia budynku i parteru handlowego tak, by po godzinach pracy budynek wciąż tętnił życiem – staje się to jednym z kluczowych oczekiwań najemców – mówi Katarzyna Gajewska, CBRE.

Koniec dopłat, początek realnego rynku. Co dalej z elektromobilnością po programie „NaszEauto”?

Wyczerpanie budżetu programu „NaszEauto” szybko ostudziło boom na samochody elektryczne w Polsce. Firmy leasingowe już widzą wyraźny spadek liczby nowych umów i zapytań o finansowanie elektryków. Branża podkreśla jednak, że nie oznacza to końca rozwoju elektromobilności – raczej przejście z rynku napędzanego dopłatami do rynku opartego na ekonomii użytkowania i strategiach klimatycznych firm.

Warszawa, 11 marca 2026 roku – Program „NaszEauto”, którego budżet został wyczerpany na początku 2026 r., był jednym z głównych motorów sprzedaży samochodów elektrycznych w Polsce. W wielu przypadkach dopłata odpowiadała wysokości opłaty wstępnej w leasingu, co sprawiało, że rata elektryka była zbliżona do raty auta spalinowego. Po zakończeniu programu rynek niemal natychmiast zareagował spadkiem aktywności klientów. Jak wskazuje Związek Polskiego Leasingu, dominującą formą finansowania pojazdów objętych wnioskami z programu był leasing, który wyraźnie przeważał nad zakupem bezpośrednim. Potwierdza to istotną rolę instrumentów leasingowych w procesie elektryfikacji transportu i pokazuje, że dla wielu przedsiębiorców leasing pozostaje kluczowym narzędziem finansowania transformacji flot w kierunku zeroemisyjnym.

Jednocześnie dopłaty były tylko jednym z elementów systemu wsparcia elektromobilności. W Europie kluczową rolę odgrywają także regulacje klimatyczne, w tym normy emisji CO₂ dla producentów samochodów. Jeżeli producent przekroczy unijne limity emisji flotowych, musi płacić wysokie kary finansowe, dlatego zwiększanie sprzedaży samochodów zeroemisyjnych staje się dla branży motoryzacyjnej koniecznością, a nie tylko efektem programów wsparcia.

Koniec dopłat szybko schłodził rynek

– Rok 2025 był przełomowy dla rynku samochodów elektrycznych. Program dopłat „NaszEauto” istotnie pobudził sprzedaż, szczególnie w ostatnich miesiącach jego obowiązywania. Analizując doświadczenia rynków zachodnich, gdzie kończyły się podobne programy, należy spodziewać się wyraźnego, kilkumiesięcznego spadku popytu. Po tym okresie rynek zwykle stabilizuje się i wraca do bardziej naturalnego tempa wzrostu – mówi Tomasz Gawor, pełnomocnik ds. elektromobilności w mLeasingu.

Pierwsze miesiące 2026 r. pokazują, jak silnie dopłaty wpływały na decyzje klientów. W Santander Leasing liczba umów na auta elektryczne w lutym była o 43 proc. niższa niż w styczniu, a liczba nowych wniosków leasingowych spadła o ponad 60 proc. względem grudniowego szczytu końcówki programu.

– Ostatnie miesiące funkcjonowania programu przyniosły klasyczne zjawisko „wyścigu z czasem”. Klienci przyspieszali decyzje zakupowe, aby zdążyć przed wyczerpaniem budżetu, po czym nastąpiło gwałtowne schłodzenie rynku – mówi Anita Rodkiewicz-Ryżek, dyrektor rozwoju zielonego finansowania w Santander Leasing.

Boom przed końcem programu

Podobne zjawisko obserwował mLeasing. Według Mateusza Osińskiego, eksperta ds. elektromobilności w spółce, liczba zapytań o leasing elektryków zaczęła gwałtownie rosnąć już jesienią 2025 r., gdy pojawiły się pierwsze informacje o kończącym się budżecie programu.

– W styczniu 2026 r. liczba zapytań o finansowanie pojazdów elektrycznych była już pięciokrotnie niższa niż w listopadzie 2025 r. – wskazuje ekspert.

Najbardziej odczują to mikrofirmy

Brak dopłat najmocniej uderza w klientów indywidualnych i jednoosobowe działalności gospodarcze – czyli grupy, które były głównymi beneficjentami programu.

– Jeżeli środki programu faktycznie się wyczerpały, w 2026 r. należy liczyć się z korektą liczby nowych umów leasingowych w segmencie samochodów osobowych i lekkich dostawczych. Wpływ będzie przede wszystkim widoczny wśród osób fizycznych i JDG – ocenia Kamila Jachacy-Turecka, ekspert ds. zarządzania produktami w Millennium Leasing.

W przypadku mikroprzedsiębiorców rola dopłat była szczególnie duża. Według Santander Leasing aż 65 proc. kontraktów na elektryczne auta w segmencie JDG było powiązanych z subsydiami publicznymi.

Floty jadą dalej – napędzane przez ESG

Nie oznacza to jednak załamania całego rynku. Wiele firm – zwłaszcza dużych flot – kontynuuje elektryfikację niezależnie od programów wsparcia.

– Duże przedsiębiorstwa i korporacje, napędzane wymogami raportowania ESG oraz strategiami dekarbonizacji, traktują elektryfikację jako proces nieodwołalny. Dla nich brak dopłaty pogarsza rentowność inwestycji, ale nie zatrzymuje decyzji o wymianie flot – mówi Mariusz Włodarczyk, dyrektor zarządzający Obszarem Prawo, Produkty i Partnerzy Strategiczni w Santander Leasing.

Eksperci spodziewają się więc zmiany struktury rynku. Udział klientów indywidualnych i mikrofirm może się zmniejszyć, a większą rolę będą odgrywać duże przedsiębiorstwa oraz floty firmowe.

Nowy problem rynku: ile będzie wart używany elektryk

Równolegle branża musi zmierzyć się z innym wyzwaniem – wartościami rezydualnymi samochodów elektrycznych. Dynamiczny rozwój technologii sprawia, że starsze modele szybciej tracą na wartości.

– Obserwujemy dużą deprecjację wartości rezydualnych pojazdów elektrycznych. W ciągu ostatnich lat nastąpił ogromny postęp technologiczny, dzięki czemu nowe modele oferują znacznie większe zasięgi. Klienci zainteresowani elektrykami częściej wybierają więc najnowsze generacje pojazdów – mówi Aneta Nowak, Asset Product Manager w Carefleet.

Rok prawdy dla elektromobilności

Zdaniem branży rok 2026 będzie okresem przejściowym dla elektromobilności.

– Można powiedzieć, że to moment „odłączenia kroplówki” w postaci bezpośrednich dotacji. Rynek wchodzi w fazę, w której o wyborze elektryka decydują już nie dopłaty, ale realna ekonomika użytkowania oraz wymagania regulacyjne – podsumowuje Anita Rodkiewicz-Ryżek.

W dłuższej perspektywie kierunek zmian pozostaje jednak niezmienny. Rosnące znaczenie całkowitego kosztu użytkowania pojazdów, presja regulacyjna związana z polityką klimatyczną oraz rozwój infrastruktury ładowania sprawiają, że elektryfikacja transportu będzie postępować – choć już w bardziej stabilnym i dojrzałym tempie niż w czasie boomu napędzanego dopłatami.

Opinie ekspertów z firm leasingowych

Tomasz Gawor, pełnomocnik ds. elektromobilności, mLeasing

Remarketing samochodów elektrycznych staje się aktualnie gorącym tematem. Program dopłat wprowadzał dużą zmienność w segmencie pojazdów używanych, szczególnie tych kwalifikujących się do subsydiów, co przekładało się na presję na wartości rezydualne. Teraz do finansujących wracają pojazdy z dwu- i trzyletnich kontraktów, a zderzenie ich założonych RV z aktualnym, ostrożniejszym popytem stanowi wymagające, ale potrzebne doświadczenie. W obecnych warunkach „niewidzialna ręka rynku” musi wykonać swoją pracę i doprowadzić do naturalnej korekty cen na rynku używanych EV. Dopiero po przejściu tego okresu dostosowań, wraz z odbudową i stabilizacją popytu, spodziewamy się stopniowego wzrostu wartości rezydualnych samochodów elektrycznych.

Kamila Jachacy-Turecka, ekspert ds. zarządzania produktami, Millennium Leasing

W przypadku dużych flot elektryfikacja postępuje niezależnie od programów dopłat, bo wynika z regulacji i strategii biznesowych. W segmencie klientów bardziej wrażliwych cenowo część decyzji może zostać odłożona lub zmodyfikowana (np. wybór tańszego modelu).Możliwe jest zmniejszenie udziału klientów indywidualnych i JDG w nowych finansowaniach EV oraz relatywny wzrost znaczenia większych firm. W przypadku transportu ciężkiego (N2/N3) sytuacja wygląda inaczej, ponieważ funkcjonuje tam odrębny program wsparcia.

Rynek może wymusić większą elastyczność ofert – szczególnie w zakresie okresów finansowania czy konstrukcji rat. Kluczowym elementem pozostanie stabilność wartości rezydualnych pojazdów elektrycznych. Najważniejsze będą zatem: realny koszt użytkowania w porównaniu do aut spalinowych, ceny pojazdów, koszt finansowania, rozwój infrastruktury, regulacje środowiskowe. Dopłaty są wsparciem, ale nie jedynym czynnikiem decydującym o popycie.

Aneta Nowak, Asset Product Manager, Carefleet

Obserwując notowania wartości rezydualnych widzimy dużą deprecjację dla pojazdów elektrycznych. Głównym powodem jest  to, że obecnie rynek pojazdów używanych z napędem elektrycznym jest znikomy, ale i zainteresowanie klientów zakupem takich pojazdów również bardzo małe. W ciągu ostatnich 2 czy 3 lat nastąpiła ogromna zmiana w technologii tych aut, dzięki czemu obecnie produkowane pojazdy osiągają większe zasięgi. Klient zainteresowany autem elektrycznym poszukuje zatem nowszych modeli.  Wartość RV w 2026 dla wszystkich aut, ale dla BEV w szczególności, będą mocno monitorowane przez finansujących, bo ryzyko przeszacowania wartości tych pojazdów jest wyższe niż w przypadku tradycyjnych napędów.

Mateusz Osiński, ekspert ds. elektromobilności, mLeasing

Obecnie kluczowym czynnikiem utrzymania sprzedaży na dotychczasowym poziomie jest cena pojazdu. Jeśli będzie ona atrakcyjna, to sprzedaż utrzyma się na stabilnym poziomie. Takim przykładem może być wynik sprzedaży pojazdów elektrycznych marki MG w 2025 r.

Jednakże, obecnie ceny pojazdów elektrycznych są wyższe niż spalinowych. Klienci, decydujący się na zawarcie umowy, biorą pod uwagę przede wszystkim wysokość raty leasingu. A na nią wpływ ma głównie cena początkowa. Ten sposób działania klientów utrzyma się do momentu stopniowego wyrównywana cen między pojazdami spalinowymi i elektrycznymi. Kolejnym aspektem przy podejmowaniu decyzji o zakupie pojazdu elektrycznego, o którym nie możemy zapomnieć jest infrastruktura, a przede wszystkim jej ograniczona dostępność. Na szczęście przy obecnym zaawansowaniu rozbudowy infrastruktury publicznej, wyzwania związane z dostępnością nie są już tak duże jak miało to miejsce 5 lat temu. Dodatkowo, ostatnie lata pokazały, że na rynek pojazdów elektrycznych w Polsce, wpływ miały głównie dopłaty do ich zakupu, nie zaś regulacje środowiskowe.

Anita Rodkiewicz-Ryżek, dyrektor rozwoju zielonego finansowania, Santander Leasing

W krótkim terminie musimy przygotować się na odczuwalne ochłodzenie. Rok 2025 był nasycony stymulowanym popytem, wynikającym z mechanizmu bezpośrednich subsydiów. Obecnie wchodzimy w fazę weryfikacji tzw. popytu naturalnego. Przewidujemy, że  trudniejsze może być pierwsze półrocze 2026 r., w drugiej połowie roku rynek zacznie szukać nowego punktu równowagi, choć prawdopodobnie na poziomach niższych niż w rekordowym roku ubiegłym.

Jednakże, aby ta stabilizacja nastąpiła szybciej i na wyższym poziomie, rynek potrzebuje nowych impulsów o charakterze systemowym, a nie tylko incydentalnych dopłat. Jako branża postulujemy przede wszystkim o rewizję limitów amortyzacji dla pojazdów zeroemisyjnych. Obecny limit (225 tys. PLN) przy postępującej inflacji i wzroście cen zaawansowanych technologii staje się barierą, zwłaszcza dla segmentu premium, który dziś dominuje w naszej strukturze sprzedaży. Zwiększenie tego limitu lub wprowadzenie mechanizmu pełnego odliczenia VAT bez względu na przeznaczenie pojazdu (tzw. 100% odliczenia bez ewidencji przebiegu dla EV) byłoby dla przedsiębiorców silniejszym i bardziej przewidywalnym argumentem niż jednorazowa dotacja. Takie rozwiązanie premiowałoby firmy za realny wkład w dekarbonizację transportu przez cały okres użytkowania auta, a nie tylko w momencie jego zakupu.

Piotr Sobczak, Asset Product Manager, Carefleet

Dodatkowym czynnikiem wpływającym na rynek wtórny jest rosnąca konkurencja między producentami samochodów elektrycznych, zwłaszcza pochodzenia chińskiego, oraz obniżki cen nowych modeli. Spadki cen pojazdów fabrycznie nowych automatycznie obniżają również wartość samochodów używanych, co zwiększa ryzyko po stronie firm leasingowych finansujących pojazdy.

Na tempo transformacji rynku pojazdów z silnikiem elektrycznym wpływać będzie również rozwój infrastruktury ładowania. Choć liczba publicznych punktów ładowania w Polsce systematycznie rośnie, nadal jest ona wyraźnie niższa niż w wielu krajach Europy Zachodniej, a dostęp do ładowania w budynkach wielorodzinnych pozostaje jedną z głównych barier dla części użytkowników.

Mariusz Włodarczyk, dyrektor zarządzający Obszarem Prawo, Produkty i Partnerzy Strategiczni, Santander Leasing

W 2026 roku trudno wskazać jeden czynnik, który zadecyduje o rozwoju rynku elektromobilności – kluczowa będzie raczej synergia kilku elementów. Najważniejszym z nich pozostaje całkowity koszt użytkowania pojazdu (TCO). Po wygaśnięciu dopłat to właśnie on staje się głównym argumentem dla firm podejmujących decyzje inwestycyjne. Analizy pokazują, że przy przebiegach flotowych rzędu 25–30 tys. km rocznie niższe koszty energii i serwisowania – w przypadku aut elektrycznych nawet o 30–40 proc. niższe niż w pojazdach spalinowych – mogą zrekompensować brak dotacji w ciągu kilku lat.

Duże znaczenie będzie miała także polityka producentów. Aby spełnić normy emisji, marki motoryzacyjne utrzymują sprzedaż elektryków m.in. poprzez rabaty sięgające 10–15 proc., które w praktyce zastępują wcześniejsze subsydia państwowe. Istotnym impulsem pozostają również regulacje środowiskowe i presja związana z raportowaniem ESG. W wielu firmach udział pojazdów zeroemisyjnych we flocie staje się mierzalnym wskaźnikiem wpływającym na strategię biznesową. Równocześnie rośnie znaczenie infrastruktury ładowania – nie tylko liczby punktów, lecz przede wszystkim ich mocy i niezawodności.

W praktyce dla klientów coraz ważniejsza staje się stabilność miesięcznej raty leasingowej, a nie sama cena katalogowa pojazdu. Dlatego to właśnie połączenie ekonomiki użytkowania, regulacji oraz polityki producentów będzie w 2026 roku decydować o tempie rozwoju rynku elektromobilności.

Girteka pozyskuje finansowanie 74 mln euro od AKA Bank na modernizację floty

Girteka podpisała umowę finansowania o wartości 74 mln euro z niemieckim AKA Bank. Transakcja wspierana jest przez Credendo, belgijską Agencję Kredytów Eksportowych (ECA).

Instrument finansowy przeznaczony jest na częściowe sfinansowanie zakupu 1200 samochodów ciężarowych najnowszej generacji w ramach szerszego programu odnowy floty Girteki. Wspiera dalszą modernizację floty własnej oraz wzmacnia strategiczne ukierunkowanie firmy na zdyscyplinowany rozwój, doskonałość operacyjną i pełną kontrolę nad własną flotą.

Dzięki systematycznej odnowie floty, Girteka umacnia swoją pozycję jako niezawodny partner w transporcie ładunków krytycznych czasowo, wymagających kontroli temperatury i wysokiej wartości, na terenie całej Europy – w segmentach, w których przewidywalność, bezpieczeństwo i odpowiedzialność są niepodważalne.

Dywersyfikacja i wzmocnienie struktury kapitałowej

Umowa stanowi ważny kamień milowy w realizacji strategii finansowej Girteki, której celem jest rozszerzanie dostępu do międzynarodowych źródeł finansowania oraz dywersyfikacja bazy kapitałowej. Współpraca z międzynarodowymi instytucjami, takimi jak AKA Bank, oraz wykorzystanie gwarancji ECA zwiększają elastyczność finansową Grupy przy jednoczesnym utrzymaniu solidnego i zdyscyplinowanego bilansu.

„Ta umowa jest strategicznym kamieniem milowym w dywersyfikacji naszych źródeł finansowania oraz zwiększaniu udziału finansowania międzynarodowego w ramach Grupy” mówi Vytenis Šuklys, CFO Grupy Girteka. „Gwarancja ECA umożliwia uzyskanie korzystnych warunków kredytowych, w tym bardziej konkurencyjnych cen niż zazwyczaj dostępne na rynkach lokalnych. Wzmacnia to naszą strukturę kapitałową i wspiera zrównoważony, długoterminowy rozwój”.

Marck Wengrzik, CEO AKA Bank, dodał:

„Cieszymy się z partnerstwa z Grupą Girteka, które wspiera realizację jej strategii odnowy floty. Zapewniając ustrukturyzowaną płynność finansową na nowoczesne aktywa transportowe, wspieramy wiodącego europejskiego operatora w zwiększaniu efektywności operacyjnej i standardów zrównoważonego rozwoju w całej sieci. Ustrukturyzowana jako ramowa linia finansowania, umowa tworzy platformę umożliwiającą szybkie zwiększanie limitów finansowania w przyszłości, z zastrzeżeniem uzgodnionych warunków”.

Zaangażowanie w efektywność, bezpieczeństwo i zrównoważony rozwój

Odnowa floty jest podstawowym filarem planu zwiększania efektywności operacyjnej Girteki. Dla zawodowych kierowców samochody ciężarowe są miejscem ich pracy. Pojazdy najnowszej generacji zapewniają bezpieczeństwo, dzięki lepszej widoczności, zaawansowanym systemom wspomagania kierowcy i większej niezawodności technicznej, co pomaga ograniczać ryzyko wypadków i minimalizować zakłócenia operacyjne.

Nowoczesne samochody ciężarowe zapewniają też wymierną poprawę efektywności paliwowej i niższy poziom emisji CO2, tym samym wspierając ambicje klientów w zakresie  dekarbonizacji przy jednoczesnym utrzymaniu niezawodności usług.

„Naszą misją jest bezpieczne i efektywne dostarczanie ładunków wymagających kontrolowanej temperatury i high-care przy wykorzystaniu własnej floty” – kontynuuje Šuklys. „Inwestowanie w najnowsze pojazdy o wysokiej efektywności paliwowej zapewnia niezawodność naszych usług, jednocześnie aktywnie zmniejszając nasz ślad środowiskowy i odpowiadając na rosnące oczekiwania klientów w zakresie bardziej ekologicznych rozwiązań w łańcuchach dostaw”.

Każdy nowy samochód ciężarowy jest w pełni zintegrowany z cyfrowym ekosystemem Girteki, co umożliwia predykcyjne utrzymanie (predictive maintenance), monitorowanie parametrów w czasie rzeczywistym i szybsze rozwiązywanie problemów. Taka integracja jest wsparciem dla stabilnych i efektywnych operacji, zapewnia spójną jakość usług dla klientów oraz bezpieczne i niezawodne środowisko pracy dla kierowców.

Szkolenie estoński CIT – jak zrozumieć nowe zasady opodatkowania spółek

W ostatnich latach coraz więcej przedsiębiorców prowadzących spółki interesuje się rozwiązaniem, jakim jest estoński CIT. System ten zmienia sposób opodatkowania firm i pozwala w wielu przypadkach znacząco poprawić płynność finansową przedsiębiorstwa. Jednocześnie przepisy dotyczące tego modelu rozliczeń są dość złożone, dlatego wielu właścicieli firm decyduje się na specjalistyczne szkolenie estoński CIT, które pozwala zrozumieć zasady jego działania i uniknąć kosztownych błędów.

Dobrze przygotowane szkolenie pomaga nie tylko poznać przepisy, ale przede wszystkim zrozumieć, jak stosować je w praktyce w codziennym prowadzeniu spółki.

Czym jest estoński CIT i dlaczego budzi tak duże zainteresowanie

Estoński CIT to model opodatkowania spółek, który różni się od klasycznego systemu podatku dochodowego. W standardowym modelu spółka płaci podatek od osiągniętego dochodu niezależnie od tego, czy środki pozostają w firmie, czy są wypłacane wspólnikom.

W systemie estońskim mechanizm wygląda inaczej. Podatek pojawia się dopiero w momencie dystrybucji zysku, na przykład przy wypłacie dywidendy. Oznacza to, że dopóki środki pozostają w spółce i są przeznaczane na rozwój działalności, firma nie płaci podatku dochodowego.

Dzięki temu przedsiębiorstwa mogą:

  • reinwestować zysk w rozwój firmy

  • zwiększyć płynność finansową

  • ograniczyć bieżące obciążenia podatkowe

  • uprościć część rozliczeń podatkowych

Nic więc dziwnego, że coraz więcej przedsiębiorców rozważa przejście na ten system opodatkowania.

Dlaczego warto skorzystać ze szkolenia z estońskiego CIT

Choć koncepcja estońskiego CIT wydaje się stosunkowo prosta, w praktyce przepisy zawierają wiele szczegółowych wymogów i wyjątków. Właśnie dlatego szkolenie estoński CIT może być bardzo pomocne dla osób prowadzących spółki lub planujących zmianę modelu opodatkowania.

Podczas profesjonalnych szkoleń omawiane są m.in.:

  • warunki wejścia w system estońskiego CIT

  • zasady opodatkowania wypłat ze spółki

  • różne formy dystrybucji zysku

  • potencjalne ryzyka podatkowe

  • najczęstsze błędy popełniane przez przedsiębiorców

Szkolenie pozwala również zrozumieć, w jakich sytuacjach estoński CIT rzeczywiście przynosi korzyści, a kiedy klasyczny model opodatkowania może być bardziej korzystny.

Co obejmuje praktyczne szkolenie estoński CIT

Dobre szkolenie powinno skupiać się nie tylko na teorii, ale również na praktycznym zastosowaniu przepisów. W praktyce uczestnicy analizują rzeczywiste scenariusze prowadzenia spółki w systemie estońskim.

W trakcie szkolenia omawiane są między innymi:

  • zasady działania ryczałtu od dochodów spółek

  • moment powstania obowiązku podatkowego

  • sposoby wypłaty środków ze spółki

  • wpływ estońskiego CIT na rozwój przedsiębiorstwa

  • przykłady zastosowania przepisów w realnych firmach

Dzięki temu przedsiębiorcy mogą zobaczyć, jak system działa w praktyce i jakie decyzje mają wpływ na rozliczenia podatkowe.

Dla kogo przeznaczone jest szkolenie z estońskiego CIT

Szkolenie dotyczące estońskiego CIT jest szczególnie przydatne dla osób, które:

  • prowadzą spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością lub inną spółkę kapitałową

  • planują zmianę formy opodatkowania firmy

  • chcą zoptymalizować sposób rozliczeń podatkowych

  • interesują się nowoczesnymi rozwiązaniami podatkowymi dla przedsiębiorstw

Z takiej wiedzy korzystają nie tylko właściciele firm, ale również księgowi, doradcy podatkowi oraz osoby odpowiedzialne za finanse w spółkach.

Gdzie zdobyć praktyczną wiedzę o estońskim CIT

Ze względu na dynamiczne zmiany w przepisach podatkowych przedsiębiorcy coraz częściej sięgają po materiały edukacyjne przygotowane przez ekspertów. Jednym z takich źródeł jest portal
Doradzamy.to, który udostępnia materiały edukacyjne dotyczące prowadzenia biznesu i podatków.

Na stronie dostępne jest także praktyczne szkolenie estoński CIT w formie kursu wideo, w którym krok po kroku omawiane są zasady działania tego systemu podatkowego oraz jego zastosowanie w codziennym funkcjonowaniu spółki.

Dzięki takiej formie szkolenia przedsiębiorcy mogą zdobyć wiedzę w wygodny sposób, poznając zarówno podstawy estońskiego CIT, jak i bardziej zaawansowane aspekty związane z jego stosowaniem w praktyce biznesowej.

Od lipca koniec z niszczeniem niesprzedanej odzieży i obuwia w UE

Unia Europejska wprowadza zmiany w gospodarce odpadami tekstylnymi. Przyjęte rozporządzenie ESPR (Ecodesign for Sustainable Products Regulation) ma zakończyć erę utylizacji pełnowartościowych produktów, które nie znalazły nabywców. Nowe przepisy wpłyną także na odzież ochronną. Jednocześnie większy nacisk na jakość, kontrolę i ponowne wykorzystanie może realnie przełożyć się na bezpieczeństwo pracowników.

Obecnie szacuje się, że od 4% do nawet 9% wszystkich tekstyliów wprowadzanych na rynek UE jest niszczonych jeszcze przed pierwszą sprzedażą. Odpowiedzią na ograniczenie negatywnego wpływu sektora mody na środowisko będzie rozporządzenie w sprawie ekoprojektu dla zrównoważonych produktów (ESPR). Dokument stanowi filar unijnej strategii na rzecz tekstyliów o obiegu zamkniętym.

Zmiana podejścia do produkcji i cyklu życia odzieży

Wprowadzenie ESPR oznacza, że producenci i dystrybutorzy będą musieli inaczej planować produkcję oraz lepiej zarządzać nadwyżkami magazynowymi. Zmiany te w praktyce wymuszają odejście od tradycyjnych, sztywnych modeli wytwarzania.

– Od kilku lat obserwujemy, że kluczem do ograniczania nadprodukcji jest większa elastyczność w planowaniu serii i dopasowanie ich do realnego zapotrzebowania. ESPR tylko przyspieszy ten kierunek – firmy będą musiały planować bardziej świadomie i z myślą o pełnym cyklu życia produktu – podkreśla Elżbieta Rogowska, członek zarządu Stowarzyszenia Koalicja Bezpieczni w Pracy, Wiceprezes w PW Krystian.

Nowe prawo może przyspieszyć rozwój technologii recyklingu materiałowego. Przyczyni się także do ograniczenia wyrzucania na rzecz częstszych napraw i ponownego wykorzystania surowców, co oznacza dłuższą żywotność odzieży ochronnej. W praktyce oznacza to mniejsze obciążenie środowiska. Zmiany te mają bezpośrednio wspomóc redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz zużycia wody w procesach produkcyjnych branży tekstylnej.

Co to oznacza dla bezpieczeństwa pracowników?

Pracownicy, którzy korzystają z odzieży ochronnej polegają na niej w sytuacjach zagrożenia, dlatego trwałość i zgodność z normami są tu kluczowe. Nowe przepisy ESPR wprowadzają zmiany, które mogą zapewnić bardziej kontrolowane i transparentne procesy produkcji takiej odzieży. Wpłynie to także na odpowiedzialne zarządzanie nią po zakończeniu okresu użytkowania. Dotyczy to szczególnie materiałów technicznych, które choć nie mogą być ponownie wprowadzane do obrotu jako odzież ochronna po utracie wymaganych parametrów to mogą zostać poddane recyklingowi i wykorzystane jako wartościowy surowiec wtórny.

Obowiązki sprawozdawcze i transparentność

Poza samym zakazem utylizacji, rozporządzenie nakłada na firmy nowe obowiązki informacyjne. Od lutego 2027 roku przedsiębiorstwa będą zobligowane do publicznego ujawniania danych dotyczących:

  1. Liczby i wagi produktów wycofanych ze sprzedaży w danym roku.
  2. Powodów, dla których produkty te zostały uznane za niesprzedawalne.
  3. Dalszego sposobu ich zagospodarowania (np. przekazanie do recyklingu, darowizny, odsprzedaż w kanałach typu outlet).

Akt delegowany do rozporządzenia przewiduje nieliczne sytuacje, w których niszczenie towarów pozostanie legalne. Dotyczy to głównie kwestii bezpieczeństwa – gdy produkty są uszkodzone, skażone lub nie spełniają norm ochrony zdrowia (co jest szczególnie istotne w przypadku specjalistycznej odzieży technicznej). Powodem do utylizacji może być także naruszenie praw własności intelektualnej (podróbki).

Harmonogram wdrażania zmian

Zakaz niszczenia niesprzedanych wyrobów włókienniczych i obuwia nie wejdzie w życie jednocześnie dla wszystkich podmiotów. Ustawodawca przewidział okresy przejściowe:

  • Od 19 lipca 2026 r.: Zakaz obejmie wszystkie duże przedsiębiorstwa (zatrudniające powyżej 250 pracowników).
  • Od 19 lipca 2030 r.: Obowiązek zostanie rozszerzony na firmy średniej wielkości.
  • Mikro- i małe przedsiębiorstwa: Zostały całkowicie wyłączone z tego obowiązku, aby uniknąć nadmiernych obciążeń administracyjnych dla najmniejszych graczy rynkowych.

Cieśnina Ormuz największym zagrożeniem dla rynku energii od dekad

0
  • Rynek ropy pozostaje bardzo niestabilny, ponieważ doniesienia medialne dotyczące napięć geopolitycznych zderzają się z fizyczną rzeczywistością zakłóconych dostaw energii z Zatoki Perskiej.
  • Cieśnina Ormuz stanowi najpoważniejsze zagrożenie dla globalnych dostaw energii od lat 70., ponieważ przepływa przez nią prawie jedna piąta światowego zużycia ropy.
  • Ceny oleju napędowego, paliwa lotniczego i LNG zareagowały najsilniej, gdyż zakłócenia mają bezpośredni wpływ na marże rafineryjne i globalne przepływy gazu.
  • Ropa Brent pozostaje w stanie zawieszenia między dwoma scenariuszami: ponownym zakłóceniem dostaw, które spowoduje wzrost cen powyżej 100 USD, lub wiarygodnym złagodzeniem sytuacji, które spowoduje powrót cen do poziomu 80 USD.

Jak zauważa Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynku surowców w Saxo Bank ceny ropy pozostają w szerokim i niestabilnym przedziale, ponieważ rynki próbują odnaleźć się w jednej z najpoważniejszych od dekad gróźb zawieszenia globalnych dostaw energii. Gwałtowne odwrócenie trendu w poniedziałek pokazało, jak szybko zmieniają się nastroje inwestorów, ale niewiele to zmieniło w kwestii fundamentalnych ryzyk podażowych, które wciąż dominują w prognozach.

W poniedziałek ceny ropy odnotowały największy spadek od czasów pandemii, po czym ustabilizowały się powyżej 90 USD. Spadek ten początkowo był związany ze spekulacjami o skoordynowanym uwolnieniu ropy ze strategicznych rezerw, jednak przyspieszył po komentarzach prezydenta Trumpa – stojącego w obliczu rosnącej krytyki politycznej w USA i za granicą oraz narastających obaw o ceny paliw – który zasugerował, że wojna z Iranem może zakończyć się szybciej niż sądzono. Wskazał również, że sankcje związane z ropą, potencjalnie obejmujące rosyjski eksport, mogą zostać złagodzone, a marynarka wojenna USA będzie eskortować tankowce przez Cieśninę Ormuz.

Pomimo tych wydarzeń konflikt nie wykazuje wyraźnych oznak deeskalacji. Iran jak dotąd przejawia niewielką gotowość do wstrzymania działań odwetowych, podczas gdy ataki i kontrataki militarne w regionie wciągnęły ten kryzys już bezpośrednio lub pośrednio ponad tuzin państw. W rezultacie rynek ropy pozostaje niestabilny – inwestorzy balansują między ryzykiem dalszej eskalacji a opcją, że presja dyplomatyczna ostatecznie ustabilizuje sytuację.

W centrum obaw inwestorów znajduje się Cieśnina Ormuz. Ten wąski szlak wodny łączący Zatokę Perską z Morzem Arabskim pozostaje najważniejszym na świecie wąskim gardłem dla globalnych przepływów energii. W normalnych warunkach przez cieśninę przepływa każdego dnia około 20 mln baryłek ropy naftowej i produktów rafinowanych – co odpowiada mniej więcej jednej piątej światowego zużycia ropy oraz około jednej czwartej globalnego morskiego handlu ropą. Dodatkowo niemal 20% światowego eksportu LNG, głównie z Kataru, również przechodzi tą trasą.

Tak duża koncentracja przepływów oznacza, że wszelkie zakłócenia w żegludze przez cieśninę natychmiast i w nieproporcjonalnie dużym stopniu wpływają na oczekiwania dotyczące globalnej podaży. W przeciwieństwie do wielu wcześniejszych kryzysów geopolitycznych, w których brakujące dostawy z jednego regionu można było zastąpić produkcją z innego, problem w przypadku cieśniny Ormuzu polega na tym, że chodzi o samą trasę transportową, a nie o jednego producenta. Nawet jeśli państwa Zatoki Perskiej utrzymają poziom wydobycia, eksport nie może łatwo dotrzeć na światowe rynki, jeśli żegluga przez cieśninę zostanie zakłócona.

Istnieją tylko ograniczone alternatywy. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie dysponują rurociągami pozwalającymi ominąć cieśninę, jednak ich łączna rezerwowa przepustowość stanowi jedynie ułamek wolumenów, które normalnie przepływają przez Ormuz. Ponadto znaczna część światowych rezerwowych mocy produkcyjnych znajduje się właśnie w regionie Zatoki Perskiej. Gdyby eksport został ograniczony na dłuższy czas, globalny rynek mógłby stracić dostęp nie tylko do bieżącej produkcji, ale także do dużej części rezerwowych mocy wydobywczych, które zwykle służą stabilizowaniu wstrząsów podażowych.

Te uwarunkowania wyjaśniają, dlaczego obecny kryzys coraz częściej porównywany jest do szoków naftowych z lat 70. Choć dzisiejszy globalny system energetyczny jest znacznie bardziej zdywersyfikowany, sama skala przepływów przechodzących przez Zatokę Perską sprawia, że długotrwałe zakłócenia wciąż mogłyby mieć istotne konsekwencje gospodarcze.

Co ciekawe, najsilniejsza reakcja nie wystąpiła na rynku samej ropy. Zamiast tego jedne z najbardziej gwałtownych ruchów odnotowano na rynkach diesla, paliwa lotniczego oraz LNG. Powód tkwi w charakterze zakłóconych dostaw ropy. Duża część surowca eksportowanego z regionu Zatoki to gatunki średnie i wysokosiarkowe (medium-sour), które są potrzebne szczególnie do produkcji średnich destylatów, takich jak olej napędowy i paliwo lotnicze.

Jednocześnie w ciągu ostatniej dekady w regionie Zatoki Perskiej nastąpiła szybka rozbudowa mocy rafineryjnych. W efekcie zakłócenia dotyczą nie tylko ropy dobrze nadającej się do produkcji średnich destylatów, ale również samych produktów rafinowanych. W ostatnich latach rafinerie na Bliskim Wschodzie stały się coraz ważniejszym dostawcą diesla i paliwa lotniczego na rynki światowe, w tym do Europy, gdzie pomogły zastąpić baryłki rosyjskiej ropy objęte sankcjami.

Sytuację dodatkowo komplikuje znaczenie regionu dla globalnych dostaw LNG. Katar jest jednym z największych na świecie eksporterów skroplonego gazu ziemnego, a niemal wszystkie jego dostawy zależą od bezpiecznego przepływu przez cieśninę Ormuz. Wraz ze wzrostem ryzyka dla żeglugi ceny LNG zarówno w Europie, jak i w Azji gwałtownie wzrosły, odzwierciedlając obawy, że zakłócenia w dostawach gazu mogą wywołać szerszy wstrząs energetyczny.

Poza fizycznymi zakłóceniami decydenci polityczni uważnie obserwują także ceny ropy ze względu na ich potencjalne konsekwencje gospodarcze. Historycznie ceny ropy powyżej 110–120 USD za baryłkę często zbiegały się ze spadkiem popytu, gdy wysokie koszty paliw zaczynały obciążać aktywność gospodarczą. Utrzymywanie się cen na takich poziomach wiąże się ze zwiększonym ryzykiem dla gospodarki, zwłaszcza w czasie, gdy globalna aktywność ekonomiczna już pozostaje pod presją zmian geopolitycznych oraz barier handlowych związanych z cłami.

Stany Zjednoczone pozostają szczególnie wrażliwe na rosnące ceny paliw, mimo że są największym producentem ropy na świecie. Amerykańscy konsumenci wciąż w dużym stopniu zużywają benzynę, a wyższe ceny ropy stosunkowo szybko przekładają się na ceny detaliczne paliw. W ostatnim tygodniu średnia krajowa cena oleju napędowego wzrosła o 26%, podczas gdy cena benzyny skoczyła o 18%. Ta dynamika częściowo wyjaśnia, dlaczego decydenci polityczni tak pilnie starają się ograniczyć reakcję rynku – poprzez dyskusje o wykorzystaniu strategicznych rezerw oraz działania mające na celu stabilizację szlaków żeglugowych.

Na razie rynek ropy pozostaje zawieszony między dwoma scenariuszami. Utrzymujące się zakłócenia w regionalnych przepływach energii oraz dalsza eskalacja konfliktu mogą szybko ponownie wypchnąć cenę ropy Brent w kierunku lub powyżej poziomu 100 USD za baryłkę, szczególnie jeśli żegluga przez Cieśninę Ormuz pozostanie ograniczona. Pojawienie się sygnałów, że producenci z regionu Zatoki Perskiej ograniczają wydobycie z powodu braku możliwości magazynowania, będzie nadal wspierać ceny do czasu, aż eksport będzie można bezpiecznie wznowić.

Z kolei wiarygodny sygnał deeskalacji konfliktu – połączony z przywróceniem normalnej żeglugi przez cieśninę – mógłby doprowadzić do spadku cen w kierunku poziomu około 80 USD za baryłkę. Jednocześnie obecne uszczuplanie globalnych zapasów prawdopodobnie sprawi, że w nadchodzących miesiącach ceny pozostaną wyższe, niż wcześniej oczekiwano. Taki scenariusz wymagałby jednak nie tylko postępu politycznego, lecz także wyraźnych dowodów na to, że ruch tankowców, ubezpieczenia transportu morskiego oraz łańcuchy dostaw dla rafinerii wracają do normy.

Do czasu pojawienia się większej jasności zmienność na rynku prawdopodobnie pozostanie wysoka. Inwestorzy będą nadal uważnie obserwować ruch tankowców przez Cieśninę Ormuz, marże rafineryjne dla diesla i paliwa lotniczego, ceny LNG oraz gotowość producentów z regionu Zatoki Perskiej do utrzymywania wydobycia w coraz trudniejszych warunkach logistycznych.

Obecny kryzys przypomina o nieustającym znaczeniu ryzyka geopolitycznego na globalnych rynkach energii. Nawet w erze rosnącej dywersyfikacji źródeł energii Cieśnina Ormuz pozostaje kluczową arterią światowego systemu energetycznego, a wszelkie zakłócenia w tym miejscu będą odczuwalne daleko poza samym regionem.

– Obecna sytuacja na rynku ropy pokazuje, jak silnie rynki finansowe reagują na ryzyko geopolityczne i jak szybko mogą zmieniać się scenariusze dla inwestorów. Z jednej strony dalsze zakłócenia w regionie Zatoki Perskiej mogą ponownie wypchnąć ceny ropy powyżej 100 USD za baryłkę, z drugiej – wiarygodna deeskalacja konfliktu mogłaby sprowadzić je w okolice 80 USD. W takim otoczeniu dywersyfikacja portfela przestaje być tylko strategią optymalizacji wyników, a staje się podstawowym narzędziem zarządzania ryzykiem. Dlatego coraz większą rolę odgrywa inwestowanie globalne oraz podejście multi-asset, łączące różne klasy aktywów i regiony świata. Ekspozycja na akcje, obligacje, surowce czy metale szlachetne – często realizowana poprzez fundusze ETF i inne instrumenty rynkowe – pozwala ograniczyć wpływ gwałtownych wahań w jednym segmencie rynku i budować portfel bardziej odporny na nagłe zwroty wydarzeń geopolitycznych – tłumaczy Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Kurs dolara reaguje na konflikt. Czy to początek nowego trendu?

Przed wybuchem konfliktu na Bliskim Wschodzie Donald Trump miał układ niemal idealny z punktu widzenia Białego Domu. Ropa była tania, dolar relatywnie słaby, a rentowności amerykańskich obligacji skarbowych pozostawały na poziomach, które nie utrudniały ani finansowania gospodarki, ani politycznej narracji o stabilizacji. Atak na Iran szybko zmienił ten obraz. Ceny ropy poszły mocno w górę, przez chwilę zbliżając się nawet do 120 dolarów za baryłkę, a na rynkach natychmiast wróciły obawy o inflację i o to, że Fed będzie musiał dłużej trzymać stopy procentowe na podwyższonym poziomie. Dolar znów zaczął zachowywać się jak klasyczna bezpieczna przystań. Umocnił się wobec niemal wszystkich głównych walut, a w Polsce za jednego dolara trzeba było płacić nawet 3,73 zł. To rodzi pytanie, czy widzimy początek trwalszego powrotu mocnego dolara, czy tylko nerwową reakcję na geopolityczny wstrząs.

Wzrost napięcia na Bliskim Wschodzie niemal automatycznie kieruje uwagę rynków na ceny ropy naftowej. To najszybszy mechanizm, przez który geopolityka przenosi się do gospodarki. Wystarczy zagrożenie dla transportu surowca, problemy z tankowcami czy ryzyko blokady cieśniny Ormuz, by notowania zaczęły rosnąć. A ponieważ ropa na świecie jest rozliczana głównie w dolarach, droższa baryłka oznacza od razu większy popyt na amerykańską walutę. Im wyższa cena ropy, tym większa rola dolara w globalnym obiegu.

W poniedziałek ceny ropy Brent wzrosły chwilowo do niemal 120 dolarów za baryłkę, bo inwestorzy na nowo zaczęli wyceniać ryzyko dla dostaw przechodzących przez cieśninę Ormuz. W tle pojawiły się też obawy przed długotrwałym konfliktem. Jednocześnie ceny benzyny wzrosły w okolice 7 zł za litr, do poziomów najwyższych od mniej więcej dwóch lat. Problem coraz mniej ma już wyłącznie wymiar geopolityczny, a coraz bardziej logistyczny.

Później notowania ropy spadły, gdy prezydent Trump zasugerował, że koniec konfliktu może być bliżej, niż wcześniej sądzono. Dziś baryłka ropy Brent kosztuje poniżej 90 dolarów. To pokazuje, że na rynku w sytuacji wysokiej zmienności emocje potrafią wyprzedzać fakty.

Sam wzrost cen ropy nie tłumaczy wszystkiego, bo kluczowe jest to, kto na takim szoku traci bardziej. Europa, Polska i wiele innych gospodarek są importerami energii, więc droższa ropa oznacza dla nich wyższe koszty transportu, energii i silniejszą presję inflacyjną, podczas gdy USA są dziś nie tylko wielkim konsumentem, ale też dużym producentem surowców. Dlatego rynek uznaje, że amerykańska gospodarka jest mniej narażona na ten wstrząs niż gospodarki zależne od importu, a to sprawia, że ten sam szok energetyczny osłabia euro, złotego i inne waluty rynków wschodzących bardziej niż dolara.

A skoro droższa ropa może znów podbić inflację, inwestorzy zaczynają zakładać, że Fed nie będzie się spieszył z obniżkami stóp procentowych. A jeśli stopy w USA pozostaną wyższe na dłużej, dolar staje się jeszcze bardziej atrakcyjny. Daje bowiem nie tylko bezpieczeństwo, ale też relatywnie lepszy dochód z amerykańskich obligacji i lokowania kapitału w aktywach dolarowych.

Obecne umocnienie dolara to logiczna reakcja na układ sił, w którym świat boi się wzrostu cen energii, a USA są postrzegane jako kraj mniej narażony na skutki tego wstrząsu niż większość konkurentów, w tym Unia Europejska. Można powiedzieć, że w obecnym kryzysie dolar wygrywa nie dlatego, że amerykańska gospodarka jest idealna, ale dlatego, że wygląda na mniej narażoną na szok od innych.

Czy to oznacza początek nowej ery trwałej siły dolara? Niekoniecznie, bo trzeba odróżnić ruch wynikający z trwałej zmiany od reakcji na nagły kryzys. Jeśli napięcie na Bliskim Wschodzie zacznie słabnąć, a ceny ropy spadną, część obecnego umocnienia amerykańskiej waluty może szybko wyparować. Zresztą było to już widać po wypowiedzi prezydenta Trumpa, że zakończenie wojny może być bliżej, niż wcześniej sądzono – ropa zeszła poniżej 100 dolarów za baryłkę, a dolar lekko się osłabił. To dobry przykład tego, co może się wydarzyć w razie deeskalacji.

Podobnie będzie, jeśli inwestorzy uznają, że impuls inflacyjny miał tylko przejściowy charakter, a Fed wróci do łagodniejszego nastawienia. Wtedy mechanizm, który dziś wspiera dolara, zacznie działać słabiej. Jest zresztą i druga strona tego ruchu, bo zbyt mocny dolar wcale nie musi być dla Trumpa dobrą wiadomością – w czasie kryzysu daje USA finansową przewagę, ale jednocześnie utrudnia eksport i osłabia konkurencyjność amerykańskiego przemysłu.

Do tego dochodzi polityka, bo jeśli konflikt będzie się przeciągał, wysokie ceny paliw coraz mocniej odczują wyborcy. Dlatego dziś najuczciwiej byłoby powiedzieć tak: obserwujemy przede wszystkim geopolityczne umocnienie dolara, napędzane drogą ropą, obawami o inflację i tym, że Stany Zjednoczone są producentem energii, a nie tylko jej odbiorcą. To daje dolarowi przewagę w krótkim terminie, ale o trwałości tego ruchu zdecyduje nie sam konflikt, lecz to, co stanie się z cenami ropy w kolejnych tygodniach i miesiącach. Jeśli surowiec pozostanie drogi, dolar może pozostać mocny dłużej. Jeśli napięcie opadnie, może się szybko okazać, że obecny powrót silnego dolara był raczej reakcją na kryzys niż początkiem nowego, wieloletniego trendu.

Naruszenie danych w Santander Bank Polska. NSA oddalił skargę kasacyjną banku

0

Naczelny Sąd Administracyjny potwierdził prawidłowość decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych w sprawie naruszenia przepisów RODO przez Santander Bank Polska S.A. Chodziło o brak właściwego powiadomienia osób, których dane osobowe zostały objęte incydentem bezpieczeństwa. Organ nadzorczy nałożył na bank administracyjną karę pieniężną w wysokości 545 748 zł oraz nakazał niezwłoczne poinformowanie pracowników o naruszeniu ich danych.

Wyrok zapadł 6 marca 2026 r. Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę kasacyjną spółki i w całości podtrzymał wcześniejsze rozstrzygnięcie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który również przyznał rację Prezesowi UODO. Sprawa dotyczyła naruszenia art. 34 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych (RODO), który zobowiązuje administratora danych do poinformowania osób fizycznych o naruszeniu ochrony ich danych osobowych, jeżeli incydent może powodować wysokie ryzyko naruszenia ich praw lub wolności.

Spór o ocenę ryzyka naruszenia danych

W trakcie postępowania bank argumentował, że w analizowanej sytuacji nie wystąpiło wysokie ryzyko dla osób, których dane dotyczyły. Zdaniem spółki dostęp do danych miał jedynie „zaufany odbiorca”, co w ocenie administratora ograniczało potencjalne skutki incydentu.

Naczelny Sąd Administracyjny nie podzielił tej argumentacji. Sąd podkreślił, że kluczowe znaczenie ma sam fakt powstania możliwości dostępu do danych przez osobę nieuprawnioną, a nie to, czy faktycznie z nich skorzystała. W ocenie sądu już sama możliwość zapoznania się z danymi oznacza powstanie ryzyka naruszenia praw lub wolności osób fizycznych.

NSA zwrócił również uwagę na zakres danych dostępnych w Platformie Usług Elektronicznych ZUS (PUE ZUS). System ten umożliwia dostęp m.in. do imion i nazwisk, numerów PESEL, adresów zamieszkania lub pobytu, a także informacji o zwolnieniach lekarskich. Dane dotyczące zdrowia należą do szczególnej kategorii danych osobowych, które podlegają szczególnej ochronie na gruncie RODO.

Nieuprawniony dostęp do danych pracowników

Incydent zgłoszony przez bank do Urzędu Ochrony Danych Osobowych dotyczył nieodebrania byłemu pracownikowi dostępu do platformy PUE ZUS. Po zakończeniu zatrudnienia osoba ta nadal posiadała dostęp do danych innych pracowników banku w profilu płatnika na platformie ZUS.

W toku postępowania ustalono, że przez osiem miesięcy po zakończeniu pracy w banku były pracownik pięciokrotnie logował się do systemu. Oznaczało to, że przez dłuższy czas miał potencjalny dostęp do danych osobowych pracowników.

Po analizie zgłoszenia Prezes UODO uznał, że doszło do naruszenia poufności danych osobowych, a charakter i zakres incydentu powodował wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób, których dane dotyczyły. W związku z tym organ nakazał administratorowi poinformowanie pracowników o naruszeniu ich danych osobowych.

Komunikat wewnętrzny nie wystarczył

Bank nie zgodził się z tą oceną i wskazywał, że incydent został zgłoszony do organu nadzorczego jedynie „z ostrożności”. Spółka uznała również, że nie ma konieczności informowania pracowników o naruszeniu.

Zamiast tego na wewnętrznej platformie komunikacyjnej opublikowano ogólny komunikat przypominający zasady przetwarzania danych osobowych.

Prezes UODO uznał jednak, że taka forma komunikacji nie spełnia wymogów przewidzianych w przepisach RODO. Informacja miała zbyt ogólny charakter i nie wskazywała, że doszło do konkretnego incydentu naruszenia ochrony danych osobowych. W rezultacie osoby, których dane mogły zostać ujawnione, nie miały możliwości podjęcia działań mających na celu ograniczenie ewentualnych negatywnych skutków zdarzenia.

Organ nadzorczy podkreślił także, że komunikat na platformie wewnętrznej mógł dotrzeć wyłącznie do aktualnych pracowników banku. Tymczasem naruszenie potencjalnie obejmowało również dane osób, które zakończyły już zatrudnienie w spółce.

Obowiązek informowania o naruszeniach

W ocenie Prezesa UODO spełnione zostały wszystkie przesłanki uzasadniające obowiązek powiadomienia osób, których dane dotyczą. Dane dostępne w systemie PUE ZUS mogą bowiem zostać wykorzystane m.in. do uzyskania informacji o stanie zdrowia danej osoby czy do prób wykorzystania danych osobowych w celu zaciągnięcia zobowiązań finansowych.

Organ wskazał również, że obowiązek informowania o naruszeniach danych osobowych ma umożliwić osobom fizycznym podjęcie odpowiednich działań ochronnych, takich jak monitorowanie wykorzystania danych czy zwiększenie czujności wobec potencjalnych prób wyłudzeń.

Dodatkową okolicznością obciążającą administratora było to, że w toku postępowania spółka konsekwentnie utrzymywała stanowisko, iż nie ma potrzeby informowania osób, których dane mogły zostać naruszone.

Wyrok kończy kilkuletnie postępowanie

Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego oznacza utrzymanie w mocy decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych oraz wcześniejszego wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Ostatecznie bank zobowiązany jest do wykonania decyzji organu nadzorczego, w tym do poinformowania osób, których dane objął incydent.

Creotech Instruments stawia na Kraków. Nowe biuro w Krakowskim Parku Technologicznym

Creotech Instruments S.A., notowany na GPW polski integrator misji kosmicznych, uruchomił nowe biuro w Krakowie, zlokalizowane w Krakowskim Parku Technologicznym (KPT). To pierwsza lokalizacja Spółki poza Warszawą i jednocześnie istotny krok w realizacji długofalowej strategii rozwoju, odpowiadającej na dynamicznie rosnące portfolio krajowych i międzynarodowych projektów kosmicznych. To także ważny element kolejnego etapu budowy silnego ekosystemu branży kosmicznej w Krakowie.

Otwarcie biura w Krakowie to ważny krok w realizacji strategii rozwoju Creotech Instruments. Skala oraz złożoność prowadzonych przez nas projektów dynamicznie rośnie – zarówno pod względem technologicznym, jak i organizacyjnym. Obecność w jednym z najważniejszych ośrodków akademickich i technologicznych w Polsce pozwoli nam lepiej przygotować się do realizacji kolejnych misji satelitarnych, w tym projektów konstelacyjnych, a także znacząco wzmocnić zaplecze badawczo-rozwojowe spółki. Kraków daje nam dostęp do wysoko wykwalifikowanej kadry inżynierskiej i naukowej oraz sprzyja rozwijaniu współpracy z uczelniami i środowiskiem badawczym, co przełoży się na dalszy rozwój naszych technologii i konkurencyjności firmy na rynkach międzynarodowych – komentuje dr hab. Grzegorz Brona, Prezes Zarządu Creotech Instruments S.A.

Nowa lokalizacja wpisuje się w przygotowania Spółki do realizacji coraz większej liczby zaawansowanych misji satelitarnych, obejmujących zarówno obserwację Ziemi, jak i obszary wykraczające poza ten segment. Od początku roku Creotech rozpoczął realizację m.in. projektów związanych z identyfikacją zagłuszeń sygnałów GNSS z kosmosu (SAFIR-PNT) oraz misji in-orbit servicing (RAVEN), równolegle rozwijając programy Mikroglob i CAMILA.

Pozyskanie przez Krakowski Park Technologiczny takiego partnera jak Creotech Instruments to nie tylko decyzja biznesowa jednej firmy. To także potwierdzenie, że konsekwentnie budowany przez nas ekosystem zaczyna przyciągać kluczowych graczy rynku. Naszym celem jest stworzenie w Krakowie miejsca, które łączy środowisko naukowe, kompetencje inżynierskie oraz projekty o międzynarodowym zasięgu –  podkreśla Andrzej Kulig, Prezes Zarządu Krakowskiego Parku Technologicznego.

Biuro w Krakowie umożliwi zwiększenie skali działalności operacyjnej i technologicznej Spółki, rozbudowę zaplecza badawczo-rozwojowego oraz przyspieszenie realizacji kontraktów o rosnącej wartości i stopniu złożoności. Kraków, jako jeden z kluczowych ośrodków akademickich i technologicznych w Polsce, stwarza dogodne warunki do dalszego rozwoju zespołów inżynierskich oraz pozyskiwania wysoko wykwalifikowanych specjalistów.

Creotech Instruments pełni rolę wiodącego integratora systemów kosmicznych, realizując projekty we współpracy z licznymi partnerami przemysłowymi i naukowymi. Obecność w Krakowie sprzyja dalszemu pogłębianiu relacji z regionalnym ekosystemem innowacji, w tym z uczelniami wyższymi oraz firmami technologicznymi. Przykładem takiej współpracy jest misja HYADES, realizowana wspólnie z naukowcami z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Otwarcie biura w Krakowskim Parku Technologicznym wzmacnia zdolność Creotech Instruments do skalowania działalności, a jednocześnie przyczynia się do dalszego rozwoju regionalnego sektora kosmicznego. KPT od lat angażuje się w budowę środowiska sprzyjającego rozwojowi firm branży space i deep tech, wspierając ich internacjonalizację, transfer technologii oraz współpracę z europejskim sektorem kosmicznym.

KPT realizuje programy rozwojowe dla firm z sektora kosmicznego i dual-use, wspierające je w walidacji rynkowej, rozwoju prototypów oraz budowie modeli biznesowych. Spółka aktywnie pomaga również w pozyskiwaniu finansowania z programów Europejskiej Agencji Kosmicznej oraz należy do sieci ESA Technology Broker, wspierając transfer technologii pomiędzy sektorem kosmicznym a przemysłem spoza tej branży.

– Wspólnie z Miastem Kraków rozwijamy także inicjatywę Kraków Space City – strategiczny projekt, którego celem jest wzmacnianie kompetencji technologicznych regionu i budowanie coraz silniejszej pozycji regionu w europejskim sektorze technologii kosmicznych – dodaje Mateusz Zurzycki, Wiceprezes Zarządu Krakowskiego Parku Technologicznego.

Otwarcie biura Creotech Instruments S.A. wzmacnia rolę Krakowskiego Parku Technologicznego, jako kluczowego hubu sektora kosmicznego w południowej Polsce, integrującego środowisko naukowe i przemysłowe oraz zwiększającego rozpoznawalność regionu w europejskim łańcuchu wartości branży spacetech.

Krakowski Park Technologiczny zapowiada dalsze działania na rzecz wzmacniania sektora kosmicznego, zarówno poprzez przyciąganie kolejnych podmiotów branży, jak i rozwój współpracy międzynarodowej. Otwarcie biura Creotech Instruments stanowi w tym procesie istotny kamień milowy oraz wyraźny sygnał rosnącej roli Krakowa na mapie europejskiego sektora kosmicznego.

Rynki złapały oddech po słowach Trumpa. Niepewność jednak nie znika

Wojna wkrótce może się zakończyć – ta sugestia Trumpa wyprowadziła z równowagi nawet najbardziej doświadczonych traderów na rynku ropy naftowej. Redukcja ryzyka tonuje poniedziałkową panikę, jednak surowce wciąż wyceniane są wysoko. Co ciekawe, na wielu wykresach rynku walutowego zobaczyliśmy całkowite wymazanie wczorajszych ruchów.

Energetyczno-emocjonalny rollercoaster

Ogromna zmienność na wykresie ropy naftowej i milionowe straty funduszy hedgingowych — tak w skrócie można podsumować poniedziałkową sesję na rynku kontraktów terminowych „czarnego złota”. Po porannym wzroście do prawie 119 USD nastąpił spadek w okolice 82 USD. Zastanawiam się, czy istnieje mocniejszy argument na poparcie niepewności, która ponownie pozwala podwyższyć ceny na stacjach benzynowych ze skutkiem natychmiastowym. Niestety odreagowania widocznego na wykresach nie doświadczamy podchodząc do dystrybutorów paliwowych. Powodów powrotu notowań ropy do strefy dwucyfrowej jest kilka. Oprócz doniesień o możliwym uwalnianiu rezerw surowców czy chęci wykorzystywania alternatywnych rurociągów do transportu przez Arabię Saudyjską czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, najważniejsze stały się słowa Trumpa o możliwym zakończeniu konfliktu. Był to miód na uszy rozemocjonowanych rynków, które wręcz czekały na pierwszą wypowiedź stawiającą obecną skomplikowaną sytuację w łagodniejszym świetle.

We wtorek ceny ropy próbują się ustabilizować przy poziomach z końca piątkowej sesji. Na wykresach można jednak dostrzec delikatną tendencję wzrostową. Odmiana WTI o godzinie 13:00 wróciła do 90 USD za baryłkę, a BRENT oscylowała przy 92 USD. Są to wartości sporo niższe względem wczorajszych maksimów, jednak nadal wysokie i proinflacyjne. To dlatego w ostatnich godzinach pojawiło się wiele informacji sugerujących podwyżki stóp procentowych przez banki centralne w 2026 roku, co np. w przypadku Banku Anglii jest zupełnym przeciwieństwem względem spekulacji sprzed tygodnia o możliwych obniżkach.

Trzęsie także na forex

Skoro ryzyko spada, trzeba je wycenić. W poniedziałek pisałem o porannej ucieczce kapitału od ryzyka. Natomiast od wczorajszego popołudnia kierunek zmienił się o 180 stopni. Powodem jest wycofywanie kapitału z bezpiecznych przystani, co następuje nie tylko na skutek redukcji ryzyka opisanego w poprzednim akapicie. Do świadomości inwestorów dociera też fakt, że  reakcja z otwarcia po weekendzie była zbyt przesadna. We wtorek o poranku kurs EUR/USD zwyżkował do 1,166 USD, co oznacza całkowite wymazanie luki spadkowej, którą rozpoczęliśmy poniedziałkowe notowania. Dolar oddaje pole także złotemu, a kurs USD/PLN spada do 3,65 PLN. Krajowa waluta odrabia także straty do euro, funta i franka. Kurs EUR/PLN to ok. 4,25 PLN, GBP/PLN spadł w okolice 4,91 PLN, a na wykresie CHF/PLN chwilowo udało się pokonać 4,70 PLN. W dalszej części sesji kurs złotego pozostaje wrażliwy na wszelkie doniesienia o konflikcie na Bliskim Wschodzie.

Co się dzieje w kalendarzu makro?

We wtorek pojawiło się też kilka ciekawych publikacji z Azji i Europy. Zacznijmy od Chin, które odnotowały imponujące skoki w handlu zagranicznym. Wzrost eksportu o 21,8% r/r (prognoza 7,1% r/r) i importu o 19,7% r/r (prognoza 6,3% r/r), co w konsekwencji daje nadwyżkę bilansu handlowego na poziomie 213,6 mld USD (prognoza (180 mld USD) zmiażdżyły nawet zwyżkowe oczekiwania analityków. Dodatkowo w Japonii annualizowany PKB za IV kw. (przeliczenie, jakby tempo wzrostu z jednego kwartału utrzymało się przez cały rok) to 1,3% względem konsensusu 1,1%.

Optymizm nieco spada przy analizie danych z Niemiec, gdzie odnotowano miesięczne spadki eksportu (-2,3%) i importu (-5,9%) . Przed południem pojawiły się także dane inflacyjne z Czech i Norwegii. Za naszą południową granicą dynamika cen zgodnie z prognozami spadła z 1,6% r/r do 1,4% r/r. W Skandynawii również odnotowano oczekiwaną zniżkę do 2,7% r/r. Dane osłabiły korony, które tracą dziś względem krajowej waluty. We wtorek o 13:00 kurs CZK/PLN to 0,1745 PLN a NOK/PLN to 0,38 PLN. W obu przypadkach mamy do czynienia z wymazaniem strat z wczorajszego panicznego otwarcia rynków, na którym ucierpiał złoty.

Książeczka sanepidowska dla pracowników gastronomii – jak wyrobić ją szybko przez internet?

Praca w gastronomii wiąże się z dużą odpowiedzialnością za zdrowie klientów. Osoby mające kontakt z żywnością muszą spełniać określone wymogi sanitarne, a jednym z nich jest posiadanie aktualnych badań potwierdzających brak przeciwwskazań do pracy z żywnością. W praktyce oznacza to konieczność uzyskania tzw. książeczki sanepidowskiej, czyli dokumentu potwierdzającego wykonanie odpowiednich badań do celów sanitarno-epidemiologicznych.

Jeszcze kilka lat temu proces ten wymagał osobistych wizyt w stacji sanitarno-epidemiologicznej oraz laboratorium. Obecnie coraz częściej możliwe jest wyrobienie książeczki sanepidowskiej przy wsparciu usług dostępnych online, co znacząco przyspiesza cały proces.

Kto potrzebuje książeczki sanepidowskiej w gastronomii?

Obowiązek posiadania aktualnych badań sanitarno-epidemiologicznych dotyczy wszystkich osób, które w swojej pracy mają bezpośredni kontakt z żywnością lub powierzchniami mającymi z nią styczność. W gastronomii dotyczy to między innymi:

  • kucharzy i pomocy kuchennych
  • kelnerów i baristów
  • pracowników barów, restauracji i food trucków
  • osób pracujących w cukierniach i piekarniach
  • pracowników produkcji żywności

Pracodawca ma obowiązek upewnić się, że zatrudniona osoba nie stanowi zagrożenia epidemiologicznego. Dlatego wyrobienie książeczki sanepidowskiej jest często pierwszym krokiem przed rozpoczęciem pracy w branży gastronomicznej.

Jak wygląda proces uzyskania książeczki sanepidowskiej?

Aby uzyskać dokument potwierdzający zdolność do pracy z żywnością, należy wykonać kilka podstawowych kroków. Proces ten jest stosunkowo prosty, choć wymaga wykonania badań laboratoryjnych.

Najczęściej wygląda to następująco:

  1. Pobranie materiału do badań (zwykle próbki kału).
  2. Dostarczenie próbek do laboratorium w celu wykonania badań bakteriologicznych.
  3. Odbiór wyników badań.
  4. Wizyta u lekarza medycyny pracy lub lekarza uprawnionego do wydania orzeczenia.
  5. Otrzymanie orzeczenia do celów sanitarno-epidemiologicznych.

Na podstawie wyników badań lekarz wydaje decyzję o dopuszczeniu do pracy. Właśnie to orzeczenie zastępuje dziś tradycyjną książeczkę sanepidowską.

Czy można wyrobić książeczkę sanepidowską online?

W ostatnich latach wiele placówek medycznych umożliwia rozpoczęcie procedury przez internet. Dzięki temu można zarejestrować się na badania, zamówić zestaw do pobrania próbek lub zapisać się na konsultację lekarską bez wychodzenia z domu.

W praktyce wygląda to tak, że:

  • rejestrujesz się online w wybranej placówce,
  • otrzymujesz instrukcję dotyczącą wykonania badań,
  • oddajesz próbki do laboratorium,
  • a po uzyskaniu wyników umawiasz konsultację z lekarzem.

Taki model pozwala znacząco skrócić czas formalności. Dla osób, które potrzebują dokumentu do pracy „na już”, wyrobienie książeczki sanepidowskiej w ten sposób jest często najszybszą i najwygodniejszą opcją.

Ile trwa wyrobienie książeczki sanepidowskiej?

Czas oczekiwania zależy przede wszystkim od laboratorium wykonującego badania. Najczęściej cały proces trwa od kilku dni do około tygodnia. Najwięcej czasu zajmuje analiza próbek w kierunku bakterii takich jak Salmonella czy Shigella.

Jeśli wcześniej wykonasz rejestrację online i sprawnie dostarczysz materiał do badań, cały proces może przebiec bardzo szybko. W wielu przypadkach pracownicy gastronomii są w stanie uzyskać potrzebne orzeczenie jeszcze przed rozpoczęciem nowej pracy.

Dlaczego warto zadbać o badania wcześniej?

W branży gastronomicznej rotacja pracowników jest dość duża, a pracodawcy często oczekują gotowości do pracy niemal od razu. Posiadanie aktualnych badań sanitarno-epidemiologicznych znacznie zwiększa szanse na szybkie zatrudnienie.

Dodatkowo wcześniejsze przygotowanie dokumentów pozwala uniknąć stresu związanego z formalnościami tuż przed rozpoczęciem pracy. Dzięki możliwościom, jakie daje internet, cały proces jest dziś prostszy i wygodniejszy niż jeszcze kilka lat temu.

Dlatego osoby planujące pracę w gastronomii coraz częściej decydują się na wyrobienie książeczki sanepidowskiej z wyprzedzeniem, aby mieć pewność, że spełniają wszystkie wymagania sanitarne.

Zarządzanie ryzykiem – czego biznes może nauczyć się z BRD

Prowadzenie własnej działalności gospodarczej przypomina poruszanie się samochodem po bardzo ruchliwej autostradzie pełnej innych uczestników. Czasami droga jest prosta, a warunki pogodowe sprzyjają szybkiej i bezproblemowej jeździe do celu. Innym razem przedsiębiorca musi zmierzyć się z gwałtowną burzą lub niespodziewanymi utrudnieniami w ruchu. Dobry kierowca nie tylko reaguje na bieżące wydarzenia, ale przede wszystkim stara się przewidywać zagrożenia. Podobnie w biznesie, zarządzanie ryzykiem pozwala unikać poważnych kolizji finansowych oraz wizerunkowych.

Dlaczego zasada ograniczonego zaufania sprawdza się w firmie?

W ruchu drogowym stosujemy zasadę ograniczonego zaufania, aby chronić siebie przed błędami innych kierowców lub pieszych. W świecie biznesu podejście to ma równie istotne zastosowanie w kontaktach z kontrahentami oraz dostawcami. Nie chodzi o to, by być podejrzliwym wobec każdego, ale aby zachować zdrowy rozsądek. Warto dokładnie weryfikować umowy i sprawdzać wiarygodność partnerów przed podjęciem współpracy. Takie działanie pozwala uniknąć sytuacji, w której błąd innej osoby wpłynie negatywnie na naszą firmę. Przezorny przedsiębiorca zawsze zostawia sobie margines bezpieczeństwa na ewentualne pomyłki otoczenia.

Analiza zachowań innych uczestników rynku pozwala na wcześniejsze dostrzeżenie nadchodzących zmian lub potencjalnych problemów w branży. Jeśli konkurencja nagle zmienia strategię, może to być sygnał ostrzegawczy, którego nie należy ignorować. Obserwacja rynku przypomina patrzenie w lusterka podczas jazdy samochodem, co daje pełniejszy obraz sytuacji. Dzięki temu można przygotować się do manewru wyprzedzania lub bezpiecznego hamowania w odpowiednim momencie. Ignorowanie sygnałów płynących z otoczenia często kończy się bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Świadomość ryzyka jest pierwszym krokiem do jego skutecznego ograniczenia.

Jakie narzędzia pomagają w ocenie potencjalnych kosztów?

Każda podróż wiąże się z kosztami, które warto oszacować jeszcze przed włączeniem silnika i ruszeniem w trasę. W codziennym życiu przewidywanie wydatków oraz przygotowanie się na sytuacje awaryjne jest zasadnicze dla zachowania spokoju i stabilności finansowej. Warto korzystać z dostępnych rozwiązań cyfrowych, które ułatwiają szybką kalkulację różnych scenariuszy ochrony własnego mienia. Narzędziem, które pomaga wstępnie oszacować koszt polisy dla prywatnego auta, jest dostępny kalkulator ubezpieczenia samochodu na Warta.pl. Dzięki takim rozwiązaniom można precyzyjniej zaplanować domowy budżet przeznaczony na bezpieczeństwo własnego pojazdu.

Wiedza o tym, ile może kosztować nas ewentualna naprawa szkód lub przestój w pracy, pozwala podjąć lepsze decyzje. Nikt nie lubi być zaskakiwany nagłymi wydatkami, które mogą zachwiać stabilnością finansową całego przedsiębiorstwa. Dlatego tak ważne jest posiadanie odpowiednich funduszy rezerwowych lub polisy, która pokryje niespodziewane straty. Odpowiednie przygotowanie finansowe działa jak poduszka powietrzna w trakcie kolizji. Minimalizuje skutki zdarzenia i pozwala szybciej wrócić do normalnego funkcjonowania po wypadku. Zarządzanie finansami w kontekście ryzyka to dowód na dojrzałość biznesową.

jakie narzedzia pomagaja w ocenie potencjalnych kosztow

Czy podstawowe zasady bezpieczeństwa gwarantują pełną ochronę?

Na drodze istnieją obowiązkowe przepisy, których przestrzeganie jest wymagane przez prawo dla dobra ogółu. W przypadku posiadaczy pojazdów taką podstawą jest obowiązkowe ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej, chroniące przed roszczeniami osób trzecich. Szczegółowe informacje o tym, co obejmuje standardowe OC na Warta.pl, pomagają zrozumieć zakres podstawowej ochrony. Dla każdego kierowcy jest to absolutne minimum, które pozwala legalnie poruszać się po drogach. Jednak samo spełnienie podstawowych wymogów prawnych rzadko okazuje się wystarczające w obliczu poważnych i nieprzewidzianych zdarzeń losowych.

Ograniczanie się wyłącznie do niezbędnego minimum często bywa strategią pozornie oszczędną, ale w rzeczywistości bardzo ryzykowną. Wystarczy jedno nieprzewidziane zdarzenie losowe, takie jak kradzież, pożar czy akt wandalizmu, aby narazić firmę na straty. Podstawowa ochrona zazwyczaj nie pokrywa szkód własnych, które mogą być bardzo kosztowne w naprawie. Dlatego świadomy właściciel firmy powinien rozważyć rozszerzenie zakresu zabezpieczeń o dodatkowe opcje. Pełne poczucie bezpieczeństwa daje dopiero świadomość, że jesteśmy chronieni w wielu różnych wymiarach. Kompleksowe podejście do ochrony majątku to wyraz troski o stabilność biznesu.

W jaki sposób myślenie o przyszłości wpływa na decyzje?

Odpowiedzialny kierowca nie patrzy tylko na maskę swojego samochodu, ale wybiega wzrokiem daleko w przód. Podobnie w prowadzeniu firmy niezbędna jest perspektywa długoterminowa, wykraczająca poza bieżący kwartał czy rok obrachunkowy. Budowanie stabilnego przedsiębiorstwa wymaga bowiem dbania nie tylko o aktywa firmowe, ale także o bezpieczeństwo prywatne. W tym kontekście mądre inwestycje w przyszłość dziecka oraz troska o najbliższych stają się nierozerwalnym elementem odpowiedzialnego zarządzania całym majątkiem.

Decyzje podejmowane dzisiaj mają bezpośredni wpływ na to, w jakiej kondycji nasza firma będzie za kilka lat. Zabezpieczenie finansowe daje przedsiębiorcy swobodę w podejmowaniu odważniejszych decyzji rozwojowych bez paraliżującego strachu o byt. Świadomość, że w razie choroby lub wypadku rodzina i firma otrzymają wsparcie, jest bezcenna. Pozwala to na zachowanie spokoju ducha, który jest niezbędny do efektywnego zarządzania zespołem i projektami. Długofalowe planowanie to cecha liderów, którzy rozumieją, że sukces buduje się latami. Ochrona przyszłości to nie wydatek, lecz elementarna część strategii życiowej.

Ekstremalna zmienność na rynku ropy. Cieśnina Ormuz nadal kluczowym problemem

Ropa gwałtownie potaniała po tym, jak Donald Trump zasugerował, że wojna z Iranem „wkrótce” się zakończy, a dodatkowo zapowiedział działania mające uspokoić rynek — eskortę tankowców przez marynarkę wojenną USA oraz możliwość poluzowania części sankcji związanych z ropą – choć w tej części brakuje konkretów. Brent i WTI zniżkowały o ponad 10%, po czym część strat odrobiły, a Brent stabilizował się w okolicach 93 USD za baryłkę po wcześniejszym dniu, gdy długo utrzymywał się powyżej 100 USD. To jednak przede wszystkim redukcja „premii strachu” po historycznie ekstremalnej zmienności, a nie trwała poprawa sytuacji podażowej.

Skala nerwowości była wyjątkowa. W poniedziałek Brent handlowany był w paśmie około 36 USD — najszerszym od czasu rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 r. Kontrakty na WTI zanotowały jeszcze bardziej chaotyczny przebieg – we wtorek na starcie sesji zadziałał mechanizm wstrzymania notowań w pierwszych dwóch minutach, a w poniedziałek zakres wahań sięgnął około 38 USD, co było najszerszym ruchem od pandemicznych epizodów, gdy rynek wykazywał się skrajną zmiennością, a w pewnym momencie doszło do ujemnych cen. Mimo wtorkowego cofnięcia, kontrakty pozostają ponad 20 USD za baryłkę wyżej niż przed wybuchem wojny, co pokazuje, że ryzyko systemowe nadal jest wyceniane.

Kluczowy problem nie zniknął, bo dotyczy fizycznej logistyki, a nie tylko nastrojów inwestorów. Cieśnina Ormuz jest „de facto zamknięta”, a to szlak, który w normalnych warunkach obsługuje około jednej piątej globalnych przepływów ropy. Żegluga działa na minimalnym poziomie, a po atakach na statki od 28 lutego wielu armatorów zaczęło omijać cieśninę. To natychmiast „ściska” rynek. Nawet jeśli ropa istnieje w bilansie globalnym, jej dostarczenie staje się ryzykowne, wolniejsze i droższe, co podbija ceny i zwiększa ich wrażliwość na każde nowe informacje.

Napięcie podażowe wzmacniają reakcje producentów i ograniczenia po stronie przerobu. Arabia Saudyjska, Irak, Kuwejt i ZEA ograniczyły wydobycie, ponieważ przy utrudnionym eksporcie magazyny szybko się zapełniają. Skutki rozlewają się na innych uczestników rynku. Część rafinerii ogranicza pracę lub dostawy, a azjatyccy kupujący przebijają ceny, by ściągnąć ładunki pierwotnie przeznaczone do innych regionów. To tworzy efekt domina na produktach naftowych i kosztach transportu, a napięcie przenosi się z ropy na benzynę, diesla i frachty.

Polityczna presja rośnie szczególnie w USA, bo ceny benzyny detalicznej mają być najwyższe od sierpnia 2024 r. W takim otoczeniu rynek przywiązuje dużą wagę do sygnałów z Białego Domu. Deklaracja, że wojna ma zakończyć się „wkrótce” (choć niekoniecznie w tym tygodniu), oraz zapowiedzi działań osłonowych w logistyce i polityce sankcyjnej są odbierane jako próba przywrócenia przepływów ropy i ograniczenia skoku cen. W tle pojawia się także wątek rozmowy Trumpa z Putinem oraz doniesienia, że administracja miała umożliwić Indiom tymczasowe zwiększenie zakupów rosyjskiej ropy, co rynek może interpretować jako dodatkowy bufor podaży.

Jednocześnie ryzyko nie znika, dopóki Ormuz nie wróci do normalnej pracy. Same deklaracje polityczne mogą obniżać temperaturę na rynku finansowym, ale nie muszą od razu przywrócić gotowości armatorów do regularnej żeglugi przez strefę podwyższonego zagrożenia. Dlatego najbardziej realistyczny obraz na najbliższy czas to utrzymanie wysokiej zmienności. Ceny mogą szybko spadać, gdy rynek redukuje premię za ryzyko pod wpływem „uspokajających” komunikatów, i równie szybko rosnąć, gdy pojawiają się sygnały, że przepustowość Ormuzu pozostaje ograniczona, a realna dostępność baryłek i produktów naftowych dalej się pogarsza.

Geopolityczny rollercoaster na rynkach. Ropa i waluty po gwałtownym zwrocie

Poniedziałek pokazał nam z jednej strony dramatyczne sceny na otwarciu rynków po weekendzie, a z drugiej – zaskakująco szybki powrót w stronę normy. Wieczorem swoje wystąpienie miał jeszcze Donald Trump. Rynki bardzo chciały odczytać je jako uspokajające, ale w sumie nie wiadomo co –  poza dobrym dobrego samopoczuciem mówcy – miałoby tu uspokajać.

Co się dzieje na ropie?

Poniedziałek był dniem, który jeszcze długo będzie przywoływany w kontekście rynkowej zmienności. Na początku sesji widzieliśmy skok ropy naftowej do 120 USD za baryłkę. Potem jednak pojawiło się pytanie, czy to nie przesada, a wielu spekulantów zaczęło realizować zyski. W efekcie w godzinach popołudniowych cena baryłki ropy Brent oscylowała już w okolicach 100 USD. Po drodze pojawiało się sporo wypowiedzi, które miały uspokajać rynek. Ostatecznie wieczorne wystąpienie Donalda Trumpa, który określił wojnę jako „bardzo kompletną / skończoną”, wywołało kolejny gwałtowny ruch – cena zanurkowała o następne 10 USD, schodząc chwilowo jeszcze niżej. We wtorkowy poranek nagle jesteśmy z ropą w okolicach 90 USD. To wciąż niemal 20 USD powyżej poziomu sprzed ataku USA. „Prawie 20” brzmi jednak zdecydowanie lepiej niż „prawie 50”, które widzieliśmy na poniedziałkowym otwarciu.

Co to dla złotego oznacza w dłuższej perspektywie?

Szalony dzień mieliśmy nie tylko na ropie. Wczoraj mieliśmy 5-groszowe umocnienie naszej waluty względem euro i 9-groszowe wobec dolara. W rezultacie kurs EUR/PLN wrócił do okolic 4,25 zł, trochę udając, jakby nic się nie stało. Kurs USD/PLN spadł do 3,65 zł, czyli również do poziomów często widywanych przed amerykańsko-izraelskim atakiem na Iran. Czy powinniśmy się cieszyć z rozwoju sytuacji? Z jednej strony złoty wraca niemal do poziomów sprzed kilku tygodni, choć po drodze mieliśmy obniżkę stóp procentowych, która uzasadniałaby lekkie osłabienie. Z drugiej strony destabilizuje się sytuacja na Wschodzie. Putin ma co prawda około 30 USD mniej za baryłkę niż w poniedziałkowy poranek, co daje jakieś szanse Ukrainie, ale to nadal około 20 USD więcej niż przed wojną w Zatoce Perskiej. Do tego Donald Trump uspokajając rynki, zapowiedział luzowanie sankcji na Rosję, która wydaje się obecnie największym beneficjentem całej sytuacji. Scenariusz, w którym Ukraina zostałaby zmuszona do poddania się, to – delikatnie mówiąc – fatalna perspektywa dla naszego regionu i oczywiście polskiego złotego.

Jak reagują pozostałe rynki?

Wczorajszy oddech na rynkach dotyczył nie tylko złotego. Na głównej parze walutowej świata obserwowaliśmy korektę o niemal 1,5 centa. Wieczorna wypowiedź Donalda Trumpa przyniosła też gwałtowne wzrosty na giełdach. Miała ona miejsce już po zamknięciu sesji w Europie, dlatego amerykańskie indeksy – mimo początkowych spadków – wróciły w okolice poziomów sprzed dwóch tygodni. Europejskie parkiety nie są jednak w tak dobrej sytuacji. Główne indeksy, w zależności od kraju, w ciągu dwóch tygodni straciły od 5-7%. Wycena złota – pomimo początkowych zawirowań – wróciła podobnie jak amerykańskie giełdy, do punktu wyjścia. Nadal widać jednak wyraźnie zwiększoną zmienność na wielu rynkach.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak odczytów mogących rywalizować z wydarzeniami w geopolityce.

Sektor inwestycyjny w Polsce między technologicznym optymizmem a globalną konkurencją

Blisko 60 proc. przedstawicieli polskiej branży inwestycyjnej patrzy w przyszłość z optymizmem, a jednocześnie uważnie spogląda dziś na zagraniczną konkurencję. Według najnowszego raportu Accenture: Barometr nastrojów w branży inwestycyjnej 84 proc. respondentów wskazuje ekspansję zagranicznych fintechów jako jedno z głównych zagrożeń. Jednocześnie sektor wiąże duże nadzieje z cyfryzacją i sztuczną inteligencją, choć tylko co trzecia firma mierzy efekty tych inwestycji.

Trzecia edycja raportu Accenture pt. Barometr nastrojów w branży inwestycyjnej koncentruje się na tym, jak branża ocenia siebie z perspektywy decyzji podejmowanych wewnątrz organizacji. Głos oddano osobom odpowiedzialnym za strategię, ofertę, technologię, bezpieczeństwo oraz relacje z klientami i regulatorami. Z tego zbiorowego portretu wyłania się sektor, który ma świadomość, że nadszedł czas zmian, nie tylko w zakresie oferty czy technologii, lecz modelu myślenia o konkurencji, kliencie i własnej przewadze.

Dobrze skalkulowany optymizm

Jak więc wyglądają nastroje w rodzimej branży inwestycyjnej? Ogólnie rzecz biorąc są pozytywne – blisko 60 proc. ankietowanych deklaruje optymizm względem przyszłości, przy czym 45 proc. określa go jako umiarkowany. Nie jest to jednak efekt nastawienia, lecz wyważona ocena aktualnej sytuacji, tak rynkowej, jak i koniunkturalnej.

W perspektywie do 2030 r. branża największych szans upatruje poza własnymi strukturami. Najwyżej ocenione zostały czynniki zewnętrzne, które uzyskały średnio 8,37 pkt. w 12-punktowej skali. Respondenci wskazują tu przede wszystkim wzrost zamożności Polaków, sprzyjające zmiany podatkowe i regulacyjne oraz rosnącą świadomość inwestorów. Na drugim miejscu znalazła się transformacja cyfrowa i innowacje technologiczne z wynikiem 7,8 pkt. Najniżej oceniono natomiast ofertę produktową, która uzyskała 4,33 pkt., co można odczytywać jako sygnał, że sama konstrukcja produktów przestaje być dziś głównym polem przewagi konkurencyjnej.

Coraz wyższe nadwyżki finansowe Polaków przestają zalegać na rachunkach i są lokowane w nowoczesnych, efektywnych kosztowo rozwiązaniach, takich jak ETF-y czy akcje ułamkowe. Kluczowym katalizatorem jest tu technologia, która dzięki hiperpersonalizacji i GenAI odczarowuje inwestowanie, czyniąc je niemal tak intuicyjnym jak codzienne e-zakupy. Firmy inwestycyjne skutecznie monetyzują ten trend, oferując „uproszczoną złożoność”, czyli szeroki wachlarz globalnych aktywów przedstawiony w sposób, który wzmacnia pewność podejmowanych decyzji. W efekcie polski rynek staje się jednym z najdynamiczniej cyfryzujących się hubów inwestycyjnych w regionie, z dużym potencjałem dalszej ekspansji – zwraca uwagę Tomasz Bilczyński, Dyrektor Obszaru Domów i Biur Maklerskich, Accenture Polska.

Luka rozliczalności

Cyfryzacja usług finansowych i rozwój platform inwestycyjnych to dziś, w oczach sektora, najważniejsze obszary rozwoju rynku inwestycyjnego spośród 12 analizowanych w badaniu czynników. Aż 62 proc. przedstawicieli firm wskazało je jako jeden z trzech kluczowych motorów wzrostu. Wysoko uplasowała się również sztuczna inteligencja, która zajęła trzecie miejsce w rankingu (48 proc.), wyprzedzając tym samym edukację inwestorów (40 proc.) czy korzystne zmiany podatkowe (38 proc.).

Co warte podkreślenia, to fakt, że AI przeszła już drogę od eksperymentu do strategii. Dla 51 proc. jest to jeden z kilku głównych kierunków inwestycji, a dla 16 proc. absolutny priorytet. Zaledwie 6 proc. badanych deklaruje, że nie inwestuje jeszcze w generatywną AI. Niestety widać też poważny rozdźwięk pomiędzy ambicjami, a rozliczalnością: w 36 proc. przypadków sukces inicjatyw związanych z AI nie jest mierzony w ogóle.

Prościej nie znaczy mniej

A co ze wspomnianą wcześniej ofertą produktową? Uproszczenie jest najczęściej wskazywanym obszarem do poprawy, deklaruje je ponad połowa ankietowanych firm (52 proc.). Źródło tej potrzeby wynika z obserwacji klientów. Blisko połowa przedstawicieli sektora przyznaje, że inwestorzy oczekują rozwiązań zrozumiałych i przejrzystych, a 30 proc. badanych mówi wprost, że obecna oferta potrafi przytłaczać klientów.

Nie oznacza to jednak odwrotu od ambicji rozwojowych. Równolegle 66 proc. ankietowanych uważa, że aktywa cyfrowe staną się istotnym, a w praktyce niezbędnym elementem oferty firm inwestycyjnych. Dla 20 proc. nie są już eksperymentem, lecz obszarem strategicznym i potencjalnym motorem wzrostu. Sektor wyraźnie liczy przy tym na młodszych klientów, którzy według 80 proc. respondentów będą główną siłą napędową popytu na aktywa cyfrowe. Mniejszy, choć nadal zauważalny potencjał dostrzegany jest również w segmencie klientów zamożnych oraz w zastosowaniach korporacyjnych. Cyfrowa transformacja oferty nie kończy się jednak na kryptoaktywach. 44 proc. badanych dostrzega szansę w wykorzystaniu technologii blockchain do tokenizacji funduszy i papierów wartościowych.

Mimo że rozporządzenie MiCA już obowiązuje na poziomie UE, polski rynek wciąż funkcjonuje w warunkach regulacyjnej niepewności wokół krajowych ram dla rynku aktywów cyfrowych. Tymczasem globalny kapitał jest już o krok dalej – ocenia Adam Wdowczyk, Architekt w globalnym zespole Aktywów Cyfrowych Accenture. – Przykład takich instytucji jak BlackRock pokazuje, że pytanie nie dotyczy już samej obecności w tym obszarze, lecz sposobu wykorzystania tokenizacji, infrastruktury blockchain i wybranych elementów DeFi do budowy nowych produktów, usług i przewagi konkurencyjnej. Najwięksi gracze testują dziś mosty między tradycyjnymi finansami a nową infrastrukturą rynkową, licząc na większą efektywność, płynność i szerszy dostęp do inwestycji – dodaje.

Zagraniczna ofensywa

Choć raport Accenture przynosi branży inwestycyjnej w Polsce wiele powodów do umiarkowanego optymizmu, nie brakuje w nim również wyraźnych sygnałów ostrzegawczych. Sektor widzi szanse we wzroście zamożności Polaków, cyfryzacji i rozwoju nowych technologii, ale jednocześnie ma świadomość, że te same czynniki przyciągają uwagę coraz silniejszych graczy z zewnątrz. Jeśli więc branża czegoś obawia się dziś najbardziej, to właśnie rosnącej presji ze strony zagranicznej konkurencji.

Oferta międzynarodowych fintechów stała się dla polskiego klienta naturalnym punktem odniesienia. Coraz częściej porównuje on dostępne propozycje nie w ramach lokalnego rynku, lecz w perspektywie globalnej. A ponieważ jest bardziej świadomy, otwarty na cyfrowe rozwiązania i mniej skłonny do akceptowania skomplikowanych procesów czy nieprzejrzystych opłat, przewaga lokalnych instytucji przestaje być czymś oczywistym.

Skala tych obaw jest bardzo konkretna. Aż 84 proc. ankietowanych wskazuje atrakcyjniejsze warunki kosztowe oferowane przez zagraniczne podmioty jako jedno z głównych zagrożeń. Na liście znalazły się także lepsze doświadczenie użytkownika (78 proc.) oraz regulacje ograniczające konkurencyjność polskich firm inwestycyjnych (56 proc.), które dodatkowo wzmacniają pozycję międzynarodowych graczy.

W takim układzie uproszczenie oferty przestaje być wyłącznie elementem porządkowania portfolio produktów, a staje się narzędziem obrony konkurencyjności w walce o klienta, jego zaufanie i miejsce na rynku, na którym porównuje się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, a wybacza coraz rzadziej.

Rywalizacja szpitali o kadry to skutek problemów systemowych, a nie tylko presji płacowej

Nagłówki o rosnących wynagrodzeniach lekarzy i „przeciąganiu” specjalistów między placówkami opisują przede wszystkim skutek, a nie przyczynę. W warunkach trwałego deficytu kadr i fragmentacji świadczeń rywalizacja staje się naturalnym mechanizmem obronnym podmiotów, które próbują utrzymać ciągłość pracy oddziałów. Jeśli jednak system wynagradza gaszenie pożarów, a nie modernizację, to koszty rosną szybciej niż dostępność i jakość. Wyjście z tej spirali wymaga twardych narzędzi: danych kosztowych, koordynacji regionalnej, inwestycji w odporność infrastruktury oraz kultury organizacyjnej opartej na sprawiedliwości (Just Culture) i odpowiedzialnym governance (JustCouncil).

– W Polsce potrzebujemy nie wyłącznie jednej „dużej ustawy”, ale programu wdrożeniowego, który daje dyrektorom narzędzia i przykłady: jak obniżać koszty energii bez ryzyka klinicznego, jak ustawiać KPI, jak wdrażać kulturę zgłaszania, jak budować cyberodporność. Polska Federacja Szpitali może pełnić rolę platformy standaryzacji i upowszechniania praktyk, a Healthcare Poland – rolę środowiska pilotaży i LivingLab, które zamieniają koncepcje w operacyjne playbooki i „success stories” możliwe do replikacji – tłumaczy Michał Dybowski, Prezes Healthcare Poland Foundation, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa i Zrównoważonego Rozwoju Polskiej Federacji, Forum Ekspertów Ad Rem.

Co jest prawdą w tezie „szpitale rywalizują” – i dlaczego to nie jest kwestia „złej woli”

Rywalizacja dotyczy głównie kadr, ponieważ niedobór lekarzy i pielęgniarek w Europie jest zjawiskiem strukturalnym, a nie epizodem. W takiej sytuacji rynek pracy reaguje przewidywalnie: stawki rosną, a podmioty budują przewagę dostępem do personelu. W Polsce problem jest wzmacniany przez: duplikację podobnych zakresów w tej samej geografii, słabą koordynację ścieżki pacjenta między poziomami opieki, presję utrzymania kontraktów i dyżurów przy ograniczonej elastyczności organizacyjnej.W debacie publicznej słusznie pada argument, że sama dyskusja o pensjach jest wtórna wobec jakości planowania systemu – w tym użyteczności map potrzeb zdrowotnych oraz realnego sterowania siecią świadczeń. To jest sedno: rywalizacja jest objawem bodźców wbudowanych w system, a nie „zepsutych” intencji menedżerów.

Dlaczego „system nie działa” – precyzyjnie: działa poniżej potencjału, bo premiuje reakcję zamiast modernizacji

W praktyce system „nie działa” wtedy, gdy pacjent doświadcza kolejek i braku ciągłości, a personel – przeciążenia i chaosu. Mechanizm jest samonapędzający: rosną koszty osobowe i koszty utrzymania infrastruktury, co ogranicza inwestycje w procesy, cyfryzację i energię; brak inwestycji pogarsza efektywność; gorsza efektywność wymusza jeszcze więcej działań doraźnych. To spiralny model ryzyka.

Kluczowe jest przejście od zarządzania „produkcją świadczeń” do zarządzania wartością: jakością kliniczną, bezpieczeństwem, doświadczeniem pacjenta oraz odpornością operacyjną. Bez wspólnego języka kosztów i mierników – dyskusja o finansowaniu pozostaje emocjonalna. Dlatego fundamentalne znaczenie mają dane kosztowe i taryfikacja oraz spójne KPI operacyjne (czas diagnostyki, wykorzystanie bloku, długość pobytu, readmisje, koszt energii na m²/łóżko, zdarzenia niepożądane).

Zrównoważony rozwój szpitali jako rdzeń reformy: koszt, odporność i bezpieczeństwo, a nie „dodatkowa agenda”

Zrównoważony rozwój w ochronie zdrowia bywa błędnie sprowadzany do komunikacji wizerunkowej. W rzeczywistości jest to twarde narzędzie zarządcze: (1) stabilizuje koszty energii i mediów, (2) zmniejsza ryzyko przerw w działaniu (resilience), (3) porządkuje łańcuch dostaw i gospodarkę odpadami, (4) ułatwia dostęp do finansowania inwestycji oraz zgodność z rosnącymi wymaganiami raportowania.

Światowe instytucje traktują ten kierunek jako integralny element zdrowia publicznego. WHO publikuje wytyczne dla placówek dot. odporności klimatycznej i środowiskowej, a globalne analizy szacują udział ochrony zdrowia w emisjach na kilka procent, z dominującym wkładem łańcucha dostaw. To oznacza, że „zielony szpital” to w praktyce: lepiej zaprojektowane budynki, mniejsze zużycie energii i wody, mniejsze marnotrawstwo, lepsza logistyka oraz bardziej przewidywalne koszty – czyli konkretna poprawa warunków pracy i jakości usług.

Dobre praktyki, które przynoszą efekty, mają wspólną cechę: zaczynają od redukcji zużycia (audyt, automatyka, termomodernizacja), a dopiero potem zmieniają źródła (PV, pompy ciepła, magazyny energii tam, gdzie mają uzasadnienie). Równolegle wzmacniają zakupy (standaryzacja asortymentu, ocena dostawców, redukcja odpadów) i integrują to z zarządzaniem jakością oraz bezpieczeństwem.

Just Culture i JustCouncil jako „spoiwo” zmian

Just Culture – rozumiana jako sprawiedliwe, systemowe podejście do incydentów – zwiększa zgłaszalność, uczenie się organizacji i retencję personelu. Równolegle JustCouncil (w ujęciu governance) pomaga trzymać proporcję: nie uciekamy w „szukanie winnych”, ale też nie rozmywamy odpowiedzialności. Taka kultura jest warunkiem, by modernizacja była przyjęta pozytywnie: jako projekt wzmacniający profesjonalizm, bezpieczeństwo i przewidywalność pracy.

Wnioski i rekomendacje operacyjne (dla decydentów, płatnika i zarządzających)

  • Ustabilizować architekturę sieci świadczeń: koordynacja regionalna, ograniczanie nieuzasadnionej duplikacji, wspólne ścieżki pacjenta.
  • Wzmocnić język danych: standard kosztów (AOTMiT), KPI operacyjne i jakościowe, przejrzystość w finansowaniu i inwestycjach.
  • Traktować zrównoważony rozwój jako projekt kosztowo-bezpiecznościowy: audyty energii, plan redukcji zużycia, EPC/ESCO tam gdzie sensowne, zakupy i odpady.
  • Wdrożyć Just Culture jako standard bezpieczeństwa: algorytmy reakcji na incydenty, ochrona raportowania, uczenie się, rozróżnienie błędu i lekkomyślności.
  • Połączyć modernizację energetyczną, cyfryzację i cyberbezpieczeństwo z programem kompetencyjnym dla menedżerów i zespołów.

Grupa PTWP z mocnym początkiem 2026 roku – wzrost zasięgów, przejęcie i przygotowania do EEC

0

Grupa PTWP rozpoczęła 2026 rok od intensywnych działań i umacniania pozycji w kluczowych segmentach działalności. Już w pierwszych dwóch miesiącach br. portale Grupy zajęły pierwsze miejsce w kategorii biznes, finanse i prawo według Gemiusa. Grupa PTWP z sukcesem zrealizowała pierwsze autorskie wydarzenia i sfinalizowała przejęcie 100% udziałów w wydawcy czasopism branżowych Elamed Media Group. Najbliższe tygodnie upłyną pod znakiem intensywnych przygotowań do 18. edycji Europejskiego Kongresu Gospodarczego – flagowego wydarzenia PTWP i największego kongresu biznesowego w Europie Centralnej.

W styczniu 2026 r. portale Grupy PTWP odwiedziło ponad 10,6 mln realnych użytkowników, co pozwoliło na osiągnięcie pozycji lidera w kategorii biznes, finanse i prawo według badania Gemius. W lutym wynik wyniósł 9,9 mln użytkowników, umacniając portale Grupy jako najczęściej odwiedzane media branżowe w Polsce. Stały wzrost zasięgów to efekt skutecznie egzekwowanej strategii rozwoju treści, narzędzi technologicznych i dostosowania oferty informacyjnej do oczekiwań profesjonalnych użytkowników.

Od początku roku konsekwentnie realizujemy wszystkie założenia biznesowe oraz rozwojowe Grupy PTWP. Działamy w kilku komplementarnych segmentach, dlatego kluczowe jest dla nas utrzymanie odpowiedniej dynamiki wzrostu w każdym z tych obszarów. Rozwijamy się organicznie, równolegle wzmacniając potencjał Grupy poprzez dobrze przemyślane akwizycje, takie jak przejęcie Gremi Media, czy ostatnio Elamed Media Group. Najbliższe tygodnie będą okresem intensywnej pracy nad strategicznymi projektami Grupy, w tym nad 18. edycją Europejskiego Kongresu Gospodarczego, wydarzenia, które od lat stanowi centralny punkt debaty gospodarczej w regionie Europy Centralnej – podkreśla Wojciech Kuśpik, prezes Grupy PTWP.

W pierwszych tygodniach 2026 r. Grupa PTWP zrealizowała szereg wydarzeń autorskich, m.in. cykl regionalnych konferencji dla rolników, 4 Design Days, Property Forum „Pomysł na miasto”, EEC Trends oraz Future Retail Congress, czy Targi ExpoGołębie i Ogólnopolską Wystawę Gołębi Pocztowych, tylko dwa ostatnie wydarzenia przyciągnęły rekordowe 15 tys. uczestników.

W terminie 12–13 marca w Katowicach odbędzie się XI Kongres Wyzwań Zdrowotnych, czyli największe wydarzenie dotyczące systemu ochrony zdrowia w Polsce. Równolegle trwają zaawansowane przygotowania do XVIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego, który odbędzie się od 22 do 24 kwietnia 2026 r. w Międzynarodowym Centrum Kongresowym i Spodku w Katowicach. Program tegorocznej edycji obejmuje 220 sesji w ramach 19 ścieżek tematycznych, poświęconych m.in. transformacji energetycznej, konkurencyjności gospodarki, cyfryzacji, technologii, geopolityce i jakości życia.

Szereg procesów i zmian zachodzi również w ramach działań operacyjnych w Gremi Media.  Mają one na celu znalezienie synergii w ramach całej Grupy i optymalizację działalności. 19 marca w siedzibie GPW w Warszawie odbędzie się pierwsze wspólne wydarzenie zespołów Rzeczpospolitej, Parkietu i PTWP: Forum Rynku Finansowego oraz gala Byki i Niedźwiedzie.

Istotnym elementem działalności Grupy pozostaje zarządzanie Spodkiem i Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach. Jak w lutym 2026 roku zaraportowała spółka Event Center, w minionym roku obiekty odwiedziło ponad milion gości w ramach 826 wydarzeń, kongresów, konferencji oraz wydarzeń sportowych i kulturalnych. Grupa nie zwalnia tempa, zwłaszcza w roku, w którym Spodek świętuje swoje 55-lecie, a kalendarium na 2026 rok zapowiada się równie interesująco – w planie imprez znajdują się zarówno powroty dobrze znanych wydarzeń, jak i nowe projekty, które jeszcze mocniej podkreślą pozycję tych obiektów na eventowej mapie kraju.

XTPL rusza ze sprzedażą systemu ODRA – pierwszy klient z Doliny Krzemowej

XTPL dostarczy pierwszy w historii autorski system ODRA do odbiorcy przemysłowego z siedzibą w Dolinie Krzemowej, USA. Klient specjalizuje się w zaawansowanym pakowaniu półprzewodników (ang. advanced packaging), świadcząc usługi dla klientów z sektora technologicznego i obronnego, w tym wiodących spółek z indeksów S&P500 i Nasdaq 100 oraz globalnych grup zbrojeniowych. Zamówienie oznacza dla XTPL rozpoczęcie komercjalizacji nowej linii biznesowej o znacząco wyższym potencjale skalowania i generowania przychodów względem urządzeń DPS. W ocenie Zarządu, systemy ODRA będą jednym z głównych kontrybutorów, obok modułów UPD, do realizacji celu strategicznego w postaci osiągnięcia 100 mln zł przychodów ze sprzedaży produktów i usług w 2028 roku. Klient sygnalizuje zainteresowanie zakupem kolejnych jednostek, po zakończeniu instalacji i walidacji pierwszego systemu. Wartość zamówienia wynosi ok. 400-500 tys. USD, a dostawa planowana jest w drugiej połowie 2026 roku.

XTPL ODRA
XTPL ODRA

– Pierwsze w historii zamówienie systemu ODRA to przełomowy moment dla XTPL. Uzyskujemy rynkową walidację naszej nowej linii biznesowej i znacząco wzmacniamy potencjał przychodów w bieżącym roku oraz w horyzoncie Strategii. Wartość zamówienia na poziomie ok. 0,4-0,5 mln USD za pojedynczą jednostkę ODRA, oznacza ponad dwukrotnie wyższą cenę względem demonstratorów naszej technologii w postaci urządzeń DPS. Przeznaczeniem systemu ODRA nie są już prace B+R, tylko małoskalowa produkcja przemysłowa o charakterze HMLV, która generuje zainteresowanie przede wszystkim ze strony klientów korporacyjnych i sektora obronnego. Ten profil odbiorców, w połączeniu z wielkością rynku advanced packaging, sprawiają, że nasza nowa linia biznesowa ma potencjał do wielokrotnych zamówień od pojedynczych klientów. Nasz odbiorca z Doliny Krzemowej już sygnalizuje zainteresowanie kolejnymi systemami ODRA, a my prowadzimy równoległe rozmowy z szeregiem potencjalnych kontrahentów z Ameryki Płn., Europy i Azji – komentuje Filip Granek, Prezes Zarządu XTPL S.A.

XTPL komercjalizuje cztery linie biznesowe: moduły UPD (głowice drukujące) do wdrożeń przemysłowych na linie produkcyjne globalnych producentów elektroniki, urządzenia prototypujące DPS (demonstrator technologii do B+R), systemy ODRA do małoskalowej produkcji przemysłowej o charakterze HMLV oraz High Performance Materials (nanotusze zużywane przez UPD, DPS i ODRA).

– Klient z Doliny Krzemowej zakupił od nas w 2025 roku urządzenie DPS i wykorzystywał je do wstępnej ewaluacji technologii XTPL. Zamówienie systemu ODRA odzwierciedla pozytywne efekty tych testów oraz gotowość do przejścia z urządzenia prototypowego, na bardziej zaawansowane i produkcyjnie zorientowane narzędzie. Wzmocni ono ofertę klienta, który świadczy usługi prototypowania i produkcji małoseryjnej dla wymagających odbiorców z sektora technologicznego i obronnego, w tym wiodących spółek z indeksu S&P500 i Nasdaq 100 oraz globalnych grup zbrojeniowych. Jego ponad 50-letnie doświadczenie na rynku, w połączeniu z obiektem spełniającym wymogi ITAR umożliwiającym realizację projektów dla sektora obronnego oraz członkostwo w konsorcjum budującym centrum R&D zaawansowanego pakowania półprzewodników, stanowią doskonałe miejsce dla rozprzestrzeniania się technologii XTPL. Potencjał jej skalowania jest obecnie najwyższy w historii – mówi Jacek Olszański, Członek Zarządu ds. finansowych XTPL S.A.

ODRA (wcześniej DPS+) stanowi czwartą, najnowszą linię biznesową XTPL, która wypełni niszę pomiędzy urządzeniami DPS, a modułami UPD. Przeznaczona jest do małoskalowej produkcji przemysłowej o charakterze HMLV (High-Mix Low-Volume), generując zainteresowanie klientów korporacyjnych oraz sektora obronnego. Urządzenie cechuje ponad 2x wyższa cena jednostkowa niż DPS, przy zachowaniu wysokich, porównywalnych marż oraz możliwości generowania wielokrotnych zamówień od pojedynczych klientów.

Celem XTPL jest dostarczenie w tym roku systemów ODRA do pierwszych odbiorców. W ocenie Zarządu, linia biznesowa ODRA, ze względu na wielkość rynku i profil klientów, cechuje się znacznie wyższym potencjałem skalowania i generowania przychodów niż urządzenia DPS, będące demonstratorem technologii XTPL dostarczonym w latach 2021-2026 w liczbie 45 szt. do instytutów badawczych, uniwersytetów i laboratoriów B+R dużych firm z Ameryki Płn., Azji i Europy.

Odbiorcą pierwszego systemu ODRA jest klient przemysłowy z siedzibą w Dolinie Krzemowej (Kalifornia, USA). Specjalizuje się w zaawansowanym pakowaniu półprzewodników (advanced packaging), świadcząc usługi prototypowania i produkcji małoseryjnej (HMLV) dla wymagających klientów z sektora technologicznego i obronnego. Obiekt klienta posiada certyfikację ITAR (International Traffic in Arms Regulations), umożliwiającą współpracę z kontrahentami sektora obronnego. Jest również członkiem prestiżowego, międzynarodowego konsorcjum powołanego do budowy centrum R&D zaawansowanego pakowania półprzewodników w Dolinie Krzemowej, koncentrującym się na technologiach back-end packaging nowej generacji (2.5D, 3D) dla AI i autonomicznej jazdy. Posiada ponad 50 lat doświadczenia, obsługując podmioty z USA, Kanady i Europy, a projekty jego klientów końcowych związane są m.in. z AI, 5G i innymi zaawansowanymi technologiami.

Granice autonomii sztucznej inteligencji. Model Human on the loop w zarządzaniu AI

Dynamiczny rozwój agentów AI coraz silniej wpływa na sposób, w jaki organizacje automatyzują procesy, analizują dane i podejmują decyzje operacyjne. Wraz z rosnącą złożonością systemów opartych na sztucznej inteligencji rośnie znaczenie modeli zarządzania, które jasno określają rolę człowieka w nadzorze nad technologią – co znajduje odzwierciedlenie m.in. w europejskim podejściu do AI i regulacjach takich jak AI Act. Coraz częściej pytanie nie brzmi już, czy organizacje powinny korzystać z agentów AI, ale jak daleko mogą pozwolić im sięgać w procesach decyzyjnych. W tym kontekście model Human on the loop zyskuje na znaczeniu jako sposób łączenia innowacji z odpowiedzialnością – zakładając, że to ludzie definiują cele działania systemów i reagują w sytuacjach wymagających oceny ryzyka lub kontekstu.

Agenci AI w organizacjach: automatyzacja z jasno określoną odpowiedzialnością

Wraz z rosnącą liczbą zastosowań agentów AI organizacje coraz częściej delegują systemom zadania wymagające koordynacji wielu procesów – od analizy danych, przez rekomendacje operacyjne, po optymalizację działań w czasie rzeczywistym. Agenci działają jednak w ramach wcześniej zaprojektowanych reguł i scenariuszy, a ich skuteczność zależy od jakości nadzoru oraz jasno zdefiniowanych granic decyzyjnych.

W praktyce rosnąca autonomia agentów AI może prowadzić do zjawiska iluzji kontroli – sytuacji, w której organizacja formalnie deklaruje nadzór człowieka, ale w rzeczywistości nie dysponuje ani odpowiednimi narzędziami, ani kompetencjami, by skutecznie analizować decyzje podejmowane przez systemy. Im bardziej złożony ekosystem agentów, tym trudniej zidentyfikować moment, w którym rekomendacja algorytmu przestaje być wsparciem, a zaczyna faktycznie zastępować decyzję człowieka. To właśnie dlatego coraz więcej firm odchodzi od myślenia o AI jako o samodzielnym podmiocie decyzyjnym na rzecz modeli, w których technologia realizuje zadania, a odpowiedzialność pozostaje po stronie człowieka.

Human on the loop jako model nadzoru nad decyzjami podejmowanymi przez AI

Model Human on the loop odpowiada na potrzebę pogodzenia automatyzacji z kontrolą nad procesami decyzyjnymi. Zakłada on, że człowiek nie ingeruje w każdą pojedynczą operację, lecz sprawuje stały nadzór nad działaniem grup agentów, monitoruje ich efekty i reaguje w sytuacjach wymagających oceny kontekstu lub ryzyka.

W tym ujęciu rola człowieka nie ogranicza się do biernego monitorowania wyników. Obejmuje ona m.in. projektowanie scenariuszy decyzyjnych, definiowanie progów ryzyka, ustalanie momentów eskalacji oraz regularną ocenę tego, czy cele agentów AI pozostają spójne z celami biznesowymi organizacji. Człowiek staje się więc nie tyle „kontrolerem”, co kuratorem procesu decyzyjnego, odpowiedzialnym za jego logikę, spójność i konsekwencje.

Od autonomii do kontroli: gdzie przebiegają granice decyzyjności systemów AI

Rosnące możliwości agentów AI sprawiają, że granice ich autonomii stają się jednym z kluczowych tematów w zarządzaniu technologią. W modelu Human on the loop autonomia systemów jest celowo ograniczona do obszarów, w których decyzje można jednoznacznie opisać regułami lub danymi.

Coraz częściej granice te wyznacza nie poziom złożoności zadania, lecz jego potencjalny wpływ na ludzi, reputację organizacji lub konsekwencje prawne. Decyzje operacyjne, które można łatwo odwrócić lub skorygować, są naturalnym obszarem autonomii systemów. Inaczej wygląda to w przypadku rekomendacji wpływających na klientów, pracowników czy partnerów biznesowych – tam brak interwencji człowieka może oznaczać nie tylko błąd operacyjny, lecz także utratę zaufania lub trudności w wyjaśnieniu, dlaczego dana decyzja została podjęta.

Regulacje jako punkt odniesienia: human oversight w świetle europejskich ram prawnych

Europejskie regulacje dotyczące sztucznej inteligencji wzmacniają znaczenie nadzoru człowieka nad systemami automatycznymi. AI Act oraz wytyczne instytucji unijnych jasno wskazują, że w przypadku rozwiązań o podwyższonym ryzyku konieczne jest zapewnienie możliwości ingerencji, zatrzymania procesu lub zmiany decyzji podejmowanej przez algorytm. Model Human on the loop wpisuje się w te wymagania, oferując ramy organizacyjne, które ułatwiają spełnienie obowiązków regulacyjnych bez rezygnacji z innowacji.

W środowiskach opartych na agentach AI skala i tempo działania systemów wymagają jasnych mechanizmów nadzoru człowieka – nie po to, by ograniczać innowacje, lecz by zapewnić bezpieczeństwo, transparentność i zgodność z regulacjami. W praktyce model Human on the loop może stać się narzędziem porządkującym odpowiedzialność za decyzje podejmowane przy wsparciu algorytmów.

Zaufanie, przejrzystość i rozliczalność – fundamenty odpowiedzialnego wykorzystania agentów AI

W miarę jak AI staje się integralnym elementem procesów biznesowych, zaufanie do sposobu jej działania nabiera kluczowego znaczenia. Organizacje oczekują dziś nie tylko efektywności, ale także przejrzystości mechanizmów decyzyjnych oraz realnej możliwości audytu działań systemów.

Model Human on the loop wspiera takie podejście, wzmacniając poczucie kontroli i odpowiedzialności po stronie człowieka. W dłuższej perspektywie to właśnie połączenie innowacji z jasno zdefiniowanym nadzorem może stać się jednym z najważniejszych czynników budujących trwałe zaufanie do sztucznej inteligencji – zarówno w organizacjach, jak i w całej europejskiej gospodarce.

Polak pokieruje rozwojem marek Armani Beauty i Valentino Beauty w grupie L’Oréal

Grupa L’Oréal poinformowała o powołaniu Krzysztofa Bożka na stanowisko Europe Zone Brand Business Director dla marek Armani Beauty i Valentino Beauty. Będzie on pracował w centrali firmy w Paryżu i odpowiadał za rozwój tych brandów w regionie europejskim.

Krzysztof Bożek jest związany z Grupą L’Oréal od 13 lat. W tym czasie zajmował się rozwojem marek na rynku polskim i w krajach bałtyckich. W swojej dotychczasowej pracy łączył doświadczenie zdobyte w segmencie dóbr luksusowych z praktyką wyniesioną z rynku masowego.

Przez ostatnie 3,5 roku pełnił funkcję Brand Business Unit Directora marek YSL, Prada i Miu Miu na rynku polskim i bałtyckim. W tym okresie marka YSL po raz pierwszy zajęła pierwsze miejsce na rynku selektywnym, a zapach Libre został liderem swojej kategorii. W tym czasie firma rozwijała także działania w obszarze Advocacy & Influence, dzięki którym YSL przez 21 miesięcy utrzymywało pozycję lidera pod względem Share of Engagement (SOE).

Bożek odpowiadał również za wprowadzenie na rynek marki Prada Beauty, która w krótkim czasie awansowała na 7. miejsce na rynku zapachów. Wśród projektów realizowanych pod jego kierownictwem znalazły się także działania związane z obecnością marki YSL na festiwalu Open’er oraz wdrożenie konceptu YSL Beauty Light Club. Projekty te zostały wyróżnione dwiema srebrnymi nagrodami EFFIE.

Prywatnie Krzysztof Bożek interesuje się kulturą Japonii, w tym jej estetyką i kinem.

Przez wojnę w Iranie inwestorzy kupują safe haven, kurs dolara zyskuje

Rozpoczął się drugi tydzień wojny w Iranie, a rynki przygotowują się na możliwość, że trochę ona potrwa.

Kluczowe punkty:

  • PLN pod presją w obliczu odwrotu od walut europejskich i EM.
  • Cieśnina Ormuz jest właściwie zamknięta, ceny ropy przekraczają 100 USD za baryłkę.
  • USD pozostaje najchętniej wybieranym aktywem safe haven.
  • Inwestorzy nie przejęli się słabym lutowym raportem NFP.
  • EUR osłabia się względem innych walut G10 przez obawy dot. rosnących cen gazu ziemnego.
  • Zmiana na rynkach swap – wyceniają podwyżki stóp w gospodarkach G10 w 2026 r.

Akcje i obligacje spadły w tandemie, co jest zjawiskiem nietypowym i potencjalnie niepokojącym. Na rynku walutowym dolar amerykański utrzymał swój status najlepszej bezpiecznej przystani w czasach geopolitycznych zawirowań. Bardziej ogólnie: amerykańskie aktywa radzą sobie najlepiej na świecie, co jest odwróceniem trendu „sell America”, który pojawił się po ubiegłorocznych szokach celnych. W tym zamieszaniu bardzo dobrze radzi sobie również dolar kanadyjski, który zyskuje na geograficznej izolacji kraju i jego statusie eksportera energii. Korona norweska (również eksporter ropy) i frank szwajcarski (safe haven) dołączyły do nich na górze zestawienia walut G10 za ubiegły tydzień.

Kalendarz ekonomiczny i polityczny na ten tydzień jest skromny, rozwój wojny z Iranem powinien być więc dla rynków znacznie istotniejszy. Trwające dłużej walki, wyższe ceny energii (kontrakty futures na ropę przekroczyły już 100 USD za baryłkę) i zburzenie łańcuchów dostaw zaszkodzi szczególnie obszarom importującym energię, zwłaszcza Chinom i strefie euro. Zyskają za to producenci energii, którzy są daleko od konfliktu, jak Kanada, Norwegia i Ameryka Łacińska. Dokładnie takie ruchy zaobserwowaliśmy jak dotąd na rynku.

PLN

Konflikt na Bliskim Wschodzie wyrwał złotego z trwającego od wielu miesięcy letargu. Wzrost pary EUR/PLN o ponad 1% we wtorek był największym jednodniowym ruchem od kwietnia zeszłego roku. Choć zmienność na rynku walutowym nieco zmalała z ostatnich maksimów, inwestorzy pozostają ostrożni ze względu na znaczny wzrost cen surowców energetycznych, który może podbić inflację i osłabić wzrost gospodarczy. Ryzyko silniejszej presji cenowej wpływa na obligacje – rentowność polskich 10-letnich obligacji skarbowych wzrosła do poziomu blisko 6%, wokół którego oscylowała w początkach 2025 r.

Uwaga w kraju skupiła się na decyzji Rady Polityki Pieniężnej. Choć jej przewidzenie było na krótko przed posiedzeniem trudne, bank zgodnie z naszymi oczekiwaniami dokonał obniżki stóp procentowych o 25 pb., co zwiększyło presję spadkową na złotym. Standardowo bank powinien ignorować szoki podażowe, wszystko jednak zależy oczywiście od tego, czy przekładają się one na oczekiwania inflacyjne i są długotrwałe. W obecnym środowisku nie mamy wątpliwości, że po ostatnim cięciu RPP wstrzyma się na razie od dalszego rozluźniania polityki monetarnej – co najmniej do czasu, kiedy sytuacja na rynku energetycznym ustabilizuje się, a niepewność spadnie. W tym tygodniu uwaga skupi się na danych inflacyjnych za styczeń i luty (piątek 13.03), które zostaną obliczone zgodnie ze zaktualizowanym koszykiem inflacyjnym. Złoty będzie jednak reagować głównie na wiadomości spoza kraju i zmiany w globalnym sentymencie do ryzyka.

EUR

Odwrócenie handlu „sell America”, spowodowane napływem kapitału do dolara jako safe haven, nie było łaskawe dla euro, którego kurs spadł blisko dolnej granicy przedziału z kilku ostatnich miesięcy. Inflacja w lutym, jeszcze przed pojawieniem się wpływu szoku energetycznego, zaskoczyła znacznie w górę. Potwierdza się nasz pogląd, że kolejnym ruchem Europejskiego Banku Centralnego będzie podwyżka stóp procentowych, a rynki swap w odpowiedzi na ścieżkę presji cenowej wyceniają obecnie niemal w pełni dwa takie ruchy do końca roku.

Będziemy uważnie obserwować ankiety biznesowe, by ocenić siłę oddziaływania wojny w Iranie, jako że stagflacyjne otoczenie wydaje się ponownie realną możliwością dla strefy euro. Oczywiście skala szkód będzie w dużej mierze zależna od czasu trwania konfliktu, w szczególności od tego, jak długo zaburzony będzie ruch jednostek przez Cieśninę Ormuz.  Przy obecnych poziomach kursu EUR/USD uważamy, że rynki wyceniają już wojnę trwającą tygodnie, a nie dni, para może jednak jeszcze spaść, jeśli dojdzie do dalszej eskalacji i dłuższego okresu zakłóceń dostaw ropy.

USD

Jak zwykle w okresach rynkowej niepewności dolar ze względu na swoją płynność jest postrzegany jako najlepsza waluta safe haven, a dodatkowo wspiera go wzrost cen ropy, jako że USA są eksporterem energii netto. Opublikowany w ubiegłym tygodniu raport NFP (non-farm payrolls) za luty był dość słaby, stanowił przeciwieństwo silnego styczniowego. Liczba miejsc pracy netto spadła, a stopa bezrobocia wzrosła – oba odczyty zrównoważyły wcześniejsze dobre dane. Zauważamy, że słabość ta wydaje się sprzeczna z danymi z innych obszarów, co wzbudza w nas coraz większy sceptycyzm względem jakości ankiet, z których wynika. Rynki w dużej mierze zignorowały te dane, a inwestorzy skupili się w pełni na wojnie w Iranie.

Zmiana wycen oczekiwań dotyczących stóp procentowych w odpowiedzi na gwałtowny wzrost cen ropy była w USA znacznie słabsza niż po drugiej stronie Atlantyku, stopień ich oddziaływania na inflację jest tam bowiem niski. W kontraktach futures w dalszym ciągu przekroczona jest pełna wycena kolejnej obniżki stóp procentowych Rezerwy Federalnej przed końcem roku, a prawdopodobieństwo takiego ruchu w czerwcu wynosi ok. 50%. Publikowany w środę (11.03) raport inflacyjny za luty nie będzie jeszcze odzwierciedlać niedawnego skokowego wzrostu cen energii, niemniej będzie istotny, jako że uwaga odwraca się od wzrostu gospodarczego ku nowej presji wzrostowej na ceny spowodowanej wojną.

GBP

Wielka Brytania nie jest tak zależna od eksportu energii jak strefa euro. W związku z tym funt radził sobie lepiej niż wspólna waluta, nie tak dobrze jednak jak dolar. Niemniej Wyspy są zdecydowanie importerem netto ropy, co oznacza, że są znacznie bardziej niż USA narażone na inflację importowanej ropy. Obawy o presję cenową spowodowały silną wyprzedaż na rynku obligacji i zmianę wycen oczekiwań dotyczących stóp procentowych Banku Anglii. Rynki swap, które wcześniej niemal w pełni wyceniały dwie ich obniżki w 2026 r., teraz dostrzegają możliwość podwyżki.

Uważamy, że przynajmniej na razie dodatkowe cięcia Komitetu są całkowicie wykluczone. W przeciwieństwie do sytuacji w strefie euro, w Wielkiej Brytanii inflacja przekracza znacząco cel, a liberalizacja brytyjskich rynków, odchodzenie od krajowego wydobycia ropy i ograniczone możliwości magazynowania oznaczają, że wyższe ceny ropy szybko przełożą się na rachunki gospodarstw domowych. Połączenie tych czynników ryzyka z niepewnym i niezdecydowanym podejściem premiera Keira Starmera do konfliktu w Iranie może sprawić, że funtowi trudno będzie utrzymać zyski względem euro.

Autorzy: Enrique Díaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk i Michał Jóźwiak – analitycy Ebury

Rynki inwestycyjne CEE nabierają rozpędu – w regionie ulokowano 11,3 mld euro

Aktywność inwestycyjna na rynku nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej (CEE) wyraźnie przechodzi do ofensywy. W 2025 roku łączny wolumen inwestycji osiągnął 11,3 mld euro, co oznacza wzrost o 34% rok do roku oraz poziom o 24% wyższy od średniej z ostatnich pięciu lat, wynika z najnowszego raportu Investment Market CEE 2025. Wzrost ten odzwierciedla rosnącą aktywność inwestorów krajowych i regionalnych, podkreślając coraz większą rolę rynków CEE w europejskim krajobrazie inwestycyjnym.

Za ożywieniem stoją poprawiające się warunki makroekonomiczne oraz rosnąca aktywność inwestorów krajowych i regionalnych, co wzmacnia pozycję CEE jako jednego z najbardziej odpornych regionów inwestycyjnych w Europie.

Polska liderem wzrostu gospodarczego w regionie

Sytuacja makroekonomiczna w krajach CEE pozostaje zróżnicowana, jednak do 2027 roku oczekiwane jest przyspieszenie wzrostu w całym regionie. Polska utrzymuje pozycję lidera zarówno w regionie, jak i na tle Europy. Wzrost PKB w 2025 r. wynosił 3,4%, a w 2026 roku prognozowany jest na 3,7%, wyraźnie powyżej średniej dla UE w okolicach 1,4-1,5%.

W Czechach prognozowany jest stabilny wzrost na poziomie 2,6% w 2025 r. oraz 2,9% w latach 2026–2027, natomiast Węgry mają odbić z poziomu 0,4% w 2025 r. do 2,3% w 2026 r. W Rumunii wzrost PKB ma wynieść 0,7% w 2025 r. oraz 1,1% w 2026 r., by przyspieszyć do 2,1% w 2027 r., podczas gdy gospodarka Słowacji spowolni z 0,8% w 2025 r. do 0,6% w 2026 r., a następnie odbije do 2,3% w 2027 r.

Wzrost gospodarczy oraz poprawa warunków finansowania przekładają się na większą aktywność inwestycyjną.

Na tym tle wyróżnia się Polska, która swoją pozycję zawdzięcza silnemu wzrostowi gospodarczemu oraz odpornemu rynkowi najemców.

Rekordowy wzrost inwestycji napędzany kapitałem regionalnym

Ożywienie w 2025 roku było napędzane przede wszystkim przez inwestorów krajowych i regionalnych. Kapitał krajowy odpowiadał za 86% wolumenu inwestycji w Czechach, 37% w Rumunii, 18% w Polsce, co stanowiło rekordowy poziom, oraz 12% na Słowacji.

Czeskie fundusze stały się dominującym źródłem kapitału w regionie, inwestując 3,8 mld euro na rynku krajowym, niemal 1,1 mld euro w Polsce oraz ponad 430 mln euro na Słowacji. W 2025 roku były tym samym największym źródłem kapitału inwestycyjnego na polskim rynku.

„W 2025 roku 48% wolumenu inwestycji w Polsce pochodziło z kapitału z regionu CEE, co stanowi najwyższy udział odnotowany dotychczas na naszym rynku. Zaobserwowaliśmy również wyraźny wzrost aktywności inwestorów krajowych -udział polskiego kapitału wzrósł do 18% z 9% rok wcześniej. Skala zaangażowania samego kapitału czeskiego, niemal 1,1 mld euro zainwestowane wyłącznie w Polsce, wyraźnie pokazuje, że inwestorzy regionalni coraz silniej kształtują płynność rynków CEE. Transgraniczne przepływy kapitału w regionie stają się trwałym elementem rynku, a nie jedynie zjawiskiem cyklicznym,” – komentuje Krzysztof Cipiur, Managing Director, Head of Capital Markets w Knight Frank Polska.

Czechy i Słowacja napędzają odbicie rynku

Dynamika inwestycji była zróżnicowana pomiędzy poszczególnymi rynkami. W Czechach wolumen transakcji wyniósł 4,39 mld euro, co oznacza wzrost o 137% rok do roku, natomiast Słowacja odnotowała 138% wzrostu, przekraczając poziom 900 mln euro.

W Polsce nastąpiła umiarkowana korekta po bardzo silnym roku wcześniejszym. Wolumen spadł o 12% do 4,5 mld euro. Z kolei Rumunia odnotowała spadek o 27% do poziomu 540 mln euro.

Na rynek powróciły również duże transakcje, w tym zakup kompleksu mixed-use Palladium w Pradze za ponad 700 mln euro, co było największą transakcją pojedynczego aktywa w regionie CEE w 2025 roku oraz transakcja sale-and-leaseback aktywów przemysłowo-logistycznych Eko Okna w Polsce o wartości 253 mln euro.

Biurowce ponownie największym segmentem inwestycyjnym

Sektor biurowy odzyskał pozycję największego segmentu inwestycyjnego, odpowiadając za 32% całkowitego wolumenu inwestycji w regionie CEE. Udział biur w transakcjach wyniósł niemal 50% na Węgrzech, 39% w Polsce oraz 36% w Rumunii.

Strategie inwestorów stopniowo przesuwają się w kierunku aktywów typu core i core+, czemu sprzyjają oczekiwania wzrostu czynszów oraz ograniczona podaż nowych projektów na regionalnych rynkach biurowych.

Sektor przemysłowo-logistyczny pozostaje strukturalnym filarem rynku, przyciągając w 2025 roku 2,8 mld euro inwestycji, natomiast segment handlowy odpowiadał za 1,9 mld euro, czyli 17% całkowitej aktywności, głównie dzięki transakcjom dotyczącym parków handlowych.

Rynek czeski punktem odniesienia dla wycen

Najniższe w regionie stopy kapitalizacji dla najlepszych aktywów (prime yields) utrzymały się w Czechach, gdzie spadły do 5,0% dla biur i magazynów oraz 5,75% dla centrów handlowych, co odzwierciedla wysoką płynność rynku oraz silną konkurencję inwestorów.

Na pozostałych rynkach CEE stopy kapitalizacji ustabilizowały się w przedziałach: 6,0%–7,25% dla biur, 6,0%–7,5% dla aktywów przemysłowo-logistycznych, 6,25%–7,25% dla centrów handlowych.

„W kontekście regionu CEE Czechy pełnią rolę swoistej kotwicy płynności. Głębokość lokalnego kapitału oraz przewidywalność wycen zapewniają stabilność dla całego regionu, szczególnie w okresach, gdy kapitał międzynarodowy jest bardziej selektywny,” – mówi Josef Karas, Head of Investment w Knight Frank Czech Republic.

Perspektywy na 2026 rok: stabilizacja i powrót kapitału międzynarodowego

Nastroje inwestorów w regionie CEE powinny pozostać pozytywne w 2026 roku. W Polsce oczekiwane jest wzmocnienie aktywności inwestycyjnej, wspierane przez ożywienie w sektorze biurowym, stabilny popyt na powierzchnie logistyczne oraz rosnącą rolę kapitału krajowego, który potroił się rok do roku.

Rynek inwestycyjny na Węgrzech ma się stabilizować wraz z selektywnym powrotem inwestorów koncentrujących się na najlepszych aktywach spełniających standardy ESG.

„Większa transparentność wycen oraz bardziej atrakcyjne premie za ryzyko powinny stopniowo odbudowywać zaufanie inwestorów do rynku węgierskiego, przy czym przepływy kapitału będą prawdopodobnie koncentrować się na najlepszych aktywach biurowych i logistycznych,” – mówi Erika Loska, National Director w Knight Frank Hungary.

Rumunia może skorzystać na potencjalnym powrocie na rynek portfela logistycznego o powierzchni 380 000 m kw., co mogłoby znacząco zwiększyć wolumen transakcji.

„Po słabszym roku spodziewamy się odbicia aktywności inwestycyjnej w Rumunii. Duże możliwości inwestycyjne w sektorze logistycznym mogą istotnie zmienić dynamikę rynku w 2026 roku oraz wzmocnić pozycję Rumunii w regionalnym segmencie przemysłowym,” – mówi Horatiu Florescu Papakonstantinou, Chairman & CEO w Knight Frank CSEE.

Na Słowacji wolumen inwestycji może spaść po rekordowym roku – głównie z powodu ograniczonej podaży produktów inwestycyjnych, a nie słabszego popytu.

Wzrost czynszów kluczowym czynnikiem wzrostu wartości

„Oczekujemy, że prime yields w regionie CEE pozostaną w 2026 roku w dużej mierze stabilne, a wzrost wartości kapitałowej aktywów będzie coraz częściej wynikał ze wzrostu czynszów, a nie dalszej kompresji stóp kapitalizacji. Silne rynki najemców w Warszawie, w połączeniu z ograniczoną nową podażą, powinny wspierać wzrost czynszów w najlepszych aktywach biurowych,” – mówi Charles Taylor, CEO w Knight Frank Polska.

Biorąc pod uwagę prognozy wzrostu gospodarczego w regionie, który do 2027 roku ma wyraźnie przewyższać średnią UE, rynki CEE pozostają jednymi z najbardziej atrakcyjnych kierunków inwestycyjnych w Europie.

Wybory korespondencyjne: WSA uchyla 27 mln zł kary UODO dla Poczty Polskiej

0

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie uchylił decyzję Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO), który nałożył na Pocztę Polską karę w wysokości 27 mln zł za przetwarzanie danych osobowych około 30 mln obywateli podczas przygotowań do wyborów korespondencyjnych w 2020 roku. Sąd uznał, że w momencie podejmowania działań spółka działała na podstawie obowiązującej decyzji premiera, która korzystała z domniemania legalności.

Wyrok zapadł 5 marca 2026 r. w sprawie o sygnaturze II SA/Wa 837/25. Sąd rozpatrywał skargę Poczty Polskiej na decyzję Prezesa UODO z 2025 roku i uznał ją za zasadną, uchylając decyzję w części dotyczącej spółki.

Sąd: decyzja premiera wiązała Pocztę Polską

W uzasadnieniu wyroku WSA wskazał, że kluczowe znaczenie ma fakt, iż w chwili przetwarzania danych osobowych w obrocie prawnym funkcjonowała decyzja Prezesa Rady Ministrów z 16 kwietnia 2020 r. Zobowiązywała ona Pocztę Polską do podjęcia działań związanych z organizacją wyborów korespondencyjnych na Prezydenta RP.

Sąd podkreślił, że taka decyzja – dopóki nie zostanie uchylona lub uznana za nieważną – korzysta z domniemania legalności i jest wiążąca dla jej adresata. Oznacza to, że podmiot, który otrzymał decyzję administracyjną, ma obowiązek ją wykonać.

WSA zaznaczył również, że Poczta Polska nie była uprawniona do samodzielnego oceniania legalności decyzji premiera. Spółka mogła jedynie zaskarżyć ją w trybie przewidzianym przez prawo administracyjne, ale samo wniesienie skargi nie dawało podstaw do odmowy jej wykonania.

W ocenie sądu odmowa realizacji polecenia mogłaby doprowadzić do zastosowania administracyjnego przymusu egzekucyjnego.

Przetwarzanie danych jako skutek decyzji

Sąd zwrócił uwagę, że nie wszystkie skutki wykonania decyzji, która później zostaje uznana za nieważną, mogą zostać cofnięte. Do takich skutków należy m.in. proces przetwarzania danych osobowych oraz upływ czasu.

Dlatego – zdaniem WSA – organ nadzorczy powinien w pierwszej kolejności ocenić, czy w chwili podejmowania działań Poczta Polska miała formalną podstawę prawną do przetwarzania danych w ramach realizacji polecenia premiera.

Skoro taka decyzja istniała i pozostawała w obrocie prawnym, to – według sądu – nie można automatycznie uznać, że spółka działała bez podstawy prawnej.

Spór o dane 30 milionów obywateli

Sprawa ma swój początek w 2020 roku, w pierwszych miesiącach pandemii COVID-19. W związku z zagrożeniem epidemicznym rząd planował przeprowadzenie wyborów prezydenckich w formie korespondencyjnej, aby ograniczyć ryzyko zakażeń wynikających z gromadzenia się wyborców w lokalach wyborczych.

W tym celu konieczne było pozyskanie danych osobowych obywateli z rejestru PESEL.

Na podstawie decyzji premiera z 16 kwietnia 2020 r.:

  • 20 kwietnia 2020 r. Poczta Polska wystąpiła do Ministerstwa Cyfryzacji o przekazanie danych,
  • 22 kwietnia dane zostały przekazane spółce na płycie DVD,
  • obejmowały one m.in.
    • numer PESEL,
    • imię i nazwisko,
    • adres zameldowania,
    • informacje o czasowym pobycie za granicą.

Łącznie dotyczyły one około 30 milionów pełnoletnich obywateli Polski.

Dane były przetwarzane przez około miesiąc. Zostały zniszczone między 15 a 22 maja 2020 r., gdy stało się jasne, że wybory nie odbędą się w planowanym terminie ani w formie korespondencyjnej.

RPO zaskarżył decyzję premiera

Jeszcze w trakcie przygotowań do wyborów decyzję premiera zaskarżył do sądu administracyjnego Rzecznik Praw Obywatelskich.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyroku z 15 września 2020 r. uznał, że decyzja premiera została wydana bez podstawy prawnej i z rażącym naruszeniem prawa.

Orzeczenie to zostało później utrzymane w mocy przez Naczelny Sąd Administracyjny, który w czerwcu 2024 roku potwierdził nieważność decyzji.

Kara 27 mln zł od UODO

Po ostatecznym rozstrzygnięciu sprawy przez sądy administracyjne Prezes UODO wszczął postępowanie dotyczące przetwarzania danych osobowych przez Pocztę Polską i Ministerstwo Cyfryzacji.

Postępowanie zakończyło się 17 marca 2025 r. wydaniem decyzji, w której organ uznał, że działania spółki naruszały podstawowe zasady ochrony danych osobowych.

UODO wskazał w szczególności na:

  • bardzo dużą skalę przetwarzania danych, obejmującą niemal 80 proc. populacji Polski,
  • brak wystarczającej podstawy prawnej,
  • możliwość powstania szkód niematerialnych u obywateli, takich jak utrata poczucia kontroli nad własnymi danymi.

Zdaniem organu nadzorczego Poczta Polska – jako spółka Skarbu Państwa wykonująca zadania publiczne – powinna była przeprowadzić dogłębną analizę prawną decyzji premiera przed rozpoczęciem przetwarzania danych.

W rezultacie na spółkę nałożono karę administracyjną w wysokości 27 mln zł.

Jednocześnie UODO uznał, że także działania Ministerstwa Cyfryzacji były niezgodne z prawem. Na ministra nałożono karę w wysokości 100 tys. zł, czyli maksymalną możliwą dla podmiotów publicznych.

Wyrok nie jest prawomocny

Decyzja Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego z 5 marca 2026 r. uchylająca karę dla Poczty Polskiej nie jest jeszcze prawomocna.

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych może wnieść skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który ostatecznie rozstrzygnie spór.

Sprawa dotycząca przetwarzania danych 30 milionów obywateli podczas przygotowań do wyborów korespondencyjnych pozostaje jednym z najbardziej znaczących sporów prawnych w Polsce dotyczących relacji między decyzjami administracji publicznej a ochroną danych osobowych.

Luka dochodowa pomiędzy płciami – liczy się dochód przez całe życie, nie tylko płaca

Koniec ery walki o same stawki godzinoweczas zmierzyć się z ukrytą luką dożywotnich dochodów. Raport Allianz Trade ujawnia, dlaczego kluczem do finansowego równouprawnienia kobiet nie jest tylko wyższa pensja, ale też: czas pracy (lepsze wsparcie w pracy w niepełnym wymiarze i bez pogorszenia warunków wynagrodzenia oraz rozwoju/awansu, ale też lepsza rekompensata w systemie emerytalnym za urlop macierzyński), edukacja finansowa (zarządzanie kapitałem to nie tylko domena mężczyzn) i odwaga w świecie AI (mniejsza absorbcja nowych technologii niż mężczyźni – ryzyko wzrostu luki kompetencyjnej w przyszłości).

  • Postęp jest widoczny, ale strukturalne nierówności w liczbie godzin pracy generują blisko 24% różnicę w emeryturach – raport Allianz Trade wskazuje, że mimo wzrostu aktywności zawodowej kobiet i spadku luki płacowej (wg. OECD do średnio 13,7%), czas poświęcony na macierzyństwo i inne obowiązki opiekuńcze wpływa na niższe emerytury.
  • Polska wśród liderów wyrównywania dochodów – wprowadzenie zintegrowanego modelu oceny dochodów pokazuje zróżnicowane trajektorie w poszczególnych krajach, gdzie liderzy (np. Polska) osiągają relatywnie niskie luki (także w porównaniu do okresów wcześniejszych będącym punktem odniesienia), podczas gdy w np. Niemczech utrzymują się wysokie dysproporcje.
  • Kluczem do analizy jest dochód w ciągu całego życia. Raport wprowadza model łączący zarobki, zyski kapitałowe i emerytury, pokazując, że dla pokolenia 2000 luka ta spadła do 16% (w porównaniu do luki 33% u rocznika 1975).
  • Przyszłość równości zależy od liczby godzin pracy, a nie tylko stawek. Największy wpływ na różnice dochodowe mają dysproporcje w wymiarze czasu pracy, a kraje takie jak Polska czy Szwecja radzą sobie z tym lepiej niż np. Niemcy czy Szwajcaria.
  • W efekcie – występuje istotna różnica pomiędzy kobieta a mężczyzną w kapitale zgromadzonym przez całe życie: w Polsce wg. Działu Badań Ekonomicznych Allianz Trade jest to średnio 2 mln. złotych (455 tys euro).
  • Polityka publiczna musi wspierać pełnoetatowe zatrudnienie. Aby przyspieszyć zmiany, niezbędne są reformy ułatwiające opiekę nad dziećmi oraz eliminacja mechanizmów podatkowych zniechęcających do pracy drugą osobę w gospodarstwie domowym.
  • Ryzyko nowej luki kompetencyjnej kobiet – kobiety w UE wykazują o 16% niższy poziom wykorzystania sztucznej inteligencji, co może ograniczyć ich udział w przyszłych zyskach z produktywności i technologicznej transformacji.
  • Edukacja finansowa jako klucz do wyższych emerytur. Ponieważ finanse publiczne są bardzo obciążone, kobiety powinny skupić się na inwestycjach prywatnych – wzrost wiedzy finansowej może podnieść stopy zwrotu z ich oszczędności/inwestycji nawet o 1,5 pkt proc.

Niwelowanie luki dochodowej między płciami: od wypłaty do emerytury

Wykres 1: Globalna ewolucja nieskorygowanych różnic w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn, w %

Wykres 1: Globalna ewolucja nieskorygowanych różnic w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn, w %

Kobiety poczyniły wymierny postęp w ostatnich dekadach w zakresie zmniejszania luku płacowej i zwiększania aktywności zawodowej – jednak różnice strukturalne nadal się utrzymują. W krajach OECD nieskorygowana luka płacowa (wyrażona jako procentowa różnica między średnimi zarobkami wszystkich mężczyzn i kobiet, bez uwzględnienia różnic w rodzaju pracy, liczbie przepracowanych godzin, doświadczeniu czy stażu) spadła z 21% na początku lat 2000. do 13,7% w 2024 roku. Wskaźnik aktywności zawodowej kobiet systematycznie wzrastał do poziomu 71%, w porównaniu do 81% u mężczyzn. Jednak pojedyncze wskaźniki nie oddają w pełni ekonomicznego wpływu tych dysproporcji, ponieważ kluczowe różnice strukturalne pozostają bez zmian: kobiety nadal pracują mniej płatnych godzin, częściej doświadczają przerw w karierze i otrzymują średnio o 23,7% niższe świadczenia emerytalne niż mężczyźni.

Chodzi o coś więcej niż równą płacę: ostatecznie liczy się dochód przez całe życie. Niższe zarobki w latach aktywności zawodowej ograniczają zdolność oszczędzania, zwroty z inwestycji i uprawnienia emerytalne. Aby zmierzyć ten skumulowany efekt, Allianz Trade opracował zintegrowany model cyklu życia, który łączy dochody z pracy, dochody kapitałowe i emerytury w jednolity miernik dochodu dożywotniego. Model ten śledzi sytuację kobiet i mężczyzn urodzonych w latach 1975, 2000 i 2025 w głównych krajach OECD. Nasze wyniki pokazują, że luki w dochodach dożywotnich w 14 analizowanych krajach wyraźnie maleją między pokoleniami: z około 33% dla osób urodzonych w 1975 r. do 16% dla rocznika 2000. Ta różnica w dochodzie dożywotnim wynika głównie z dochodów z pracy (79%), a następnie z emerytur (16%) i dochodów kapitałowych (5%). Przy założeniu kontynuacji obecnych trendów strukturalnych, postęp prawdopodobnie wyhamuje, pozostawiając lukę dochodową na poziomie 16% również dla osób urodzonych w 2025 roku.

Wykres 2: Globalne wskaźniki aktywności zawodowej według płci w 2023 r., w wieku 15–64 lat, w %

Wykres 2: Globalne wskaźniki aktywności zawodowej według płci w 2023 r., w wieku 15–64 lat, w %

Źródła: OECD, Allianz Trade Research

Wyniki na poziomie poszczególnych krajów wskazują na wyraźnie rozbieżne trajektorie: prognozuje się, że Szwecja osiągnie niemal pełną równość (-2%), a za nią uplasują się USA i Hiszpania (około 7%), podczas gdy Francja, Czechy i Belgia zbliżają się do niskich poziomów dwucyfrowych. W przeciwieństwie do nich, Włochy, Niemcy i Szwajcaria nadal wykazują znaczne luki przekraczające 20% w cyklu życia kobiet i mężczyzn urodzonych w 2025 roku. Wskazuje to na potrzebę dalszych reform w celu stworzenia równych warunków, które sprzyjałyby zbieżności dochodów dożywotnich.

Przy obecnych trendach strukturalnych postęp (w wyrównywaniu dochodów pomiędzy płciami) spowalnia – a głównym czynnikiem sprawczym jest liczba przepracowanych godzin, a nie stawki godzinowe. Przeniesienie uwagi z perspektywy pokoleniowej na dynamikę rocznych dochodów z pracy wyraźnie pokazuje tę rozbieżność: grupa liderów – Szwecja, USA, Hiszpania, Francja, Czechy, Belgia, Polska i Holandia – ma według prognoz odnotować spadek rocznych luk w dochodach z pracy poniżej 10% do końca stulecia. W krajach pozostających w tyle – Niemczech, Włoszech, Wielkiej Brytanii, Danii, Austrii i Szwajcarii – znaczne różnice utrzymują się, ponieważ strukturalne dysproporcje w zatrudnieniu na pół etatu przeważają nad korzyściami wynikającymi ze wzrostu aktywności zawodowej i płac godzinowych. Przyszłość wyrównania dochodów płci będzie zatem zależeć w mniejszym stopniu od równości stawek godzinowych, a w większym od rozkładu godzin pracy w całym życiu.

Wykres 3: Globalna ewolucja różnic w wysokości emerytur kobiet i mężczyzn, w %

Wykres 3: Globalna ewolucja różnic w wysokości emerytur kobiet i mężczyzn, w %

Źródła: OECD, Allianz Trade Research

Szybsze niwelowanie luk dochodowych wymaga zmian strukturalnych. Aby zamknąć lukę w dochodach z pracy, polityka publiczna musi przejąć inicjatywę. W opinii Allianz Trade rozszerzenie dostępu do niedrogiej opieki nad dziećmi, ograniczanie czynników zniechęcających (do pracy) osoby zarabiające jako drugie w gospodarstwie domowym oraz wspieranie ciągłego zatrudnienia w pełnym wymiarze godzin pozwoliłoby niwelować źródło dysproporcji – stanowiąc jednocześnie rozsądną politykę fiskalną, która z czasem może się zwrócić. Jednocześnie kobiety muszą zmniejszać rodzące się luki w adaptacji sztucznej inteligencji (AI) – wynoszące obecnie 16% w całej UE – aby zapewnić sobie pełny udział w przyszłych zyskach z wydajności i transformacji technologicznej. W odniesieniu do luki emerytalnej, konstrukcja publicznych systemów emerytalnych może pomóc zamortyzować skumulowane skutki przerw w karierze i niższych zarobków przez całe życie. Jednak w czasach coraz bardziej obciążonych finansów publicznych, większego znaczenia nabierze prywatne zabezpieczenie emerytalne. Kobiety powinny zatem skupić się na wzmacnianiu swojej wiedzy finansowej, co może pomóc im zwiększyć roczne stopy zwrotu z inwestycji nawet o 1,5 pkt proc., a także generalnie – zacząć oszczędzać i inwestować tak wcześnie, jak to możliwe, aby w pełni korzystać z potęgi procentu składanego.

UE–Indie: historyczna umowa handlowa. Pięć rzeczy, które biznes powinien wiedzieć o Indiach

27 stycznia 2026 roku Unia Europejska i Indie sfinalizowały jedną z najważniejszych umów handlowych ostatnich dekad. Porozumienie, które po ratyfikacji ma podwoić wzajemny handel, otwiera europejskim firmom dostęp do rynku liczącego prawie 1,5 mld mieszkańców i najszybciej rosnącej klasy średniej na świecie.  Dla biznesu w Polsce to nie tylko nowa szansa – to także test przygotowania.

Umowa o wolnym handlu (FTA) między UE a Indiami zakłada niemal pełną liberalizację handlu towarami i znaczące otwarcie rynku usług. Indie mają znieść lub obniżyć cła na 96,6% wartości eksportu towarów z UE. Oznacza to istotne zmniejszenie barier taryfowych m.in. w sektorze motoryzacyjnym (gdzie maksymalne cła na samochody sięgają dziś nawet 110%), a także w branży maszynowej, farmaceutycznej, chemicznej czy kosmetycznej. Umowa przewiduje również szerszy dostęp do indyjskiego rynku usług, w tym finansowych i transportu morskiego, oraz wzmocnienie ochrony własności intelektualnej. Dotychczas Indie były dla wielu europejskich firm rynkiem wymagającym – zarówno pod względem regulacyjnym, jak i operacyjnym. Wynegocjowana umowa ma stopniowo ograniczać część istniejących barier i ułatwiać współpracę gospodarczą.

Pięć kluczowych wniosków dla biznesu

  1. Indie to nie jeden rynek, a błędy w założeniach kosztują najwięcej

Najczęstszą pułapką firm jest traktowanie Indii jak jednego, spójnego rynku. Tymczasem to federacja 28 stanów i 8 terytoriów związkowych, różniących się językiem, kulturą, religią, poziomem rozwoju i lokalnymi regulacjami.

Zawsze doradzam, by zacząć od jednego regionu. Przetestować tam dany model biznesowy, sprawdzić reakcję rynku i dopiero później skalować działalność – podkreśla dr Judyta Latymowicz, ekspertka ds. relacji polsko-indyjskich, partnerka w kancelarii LEGALLY.SMART.

Brak tej strategii prowadzi do rozproszenia kosztów, nieczytelnej komunikacji marketingowej i niskiej skuteczności sprzedaży.

  1. Bez głębokiego researchu rynek szybko weryfikuje

W Indiach wiele branż rozwija się regionalnie. Mumbaj jest finansową stolicą kraju i jednym z najważniejszych centrów biznesowych, Bengaluru uznawane jest za globalny hub technologiczny i IT, a Hyderabad łączy silny sektor technologiczny z jednym z największych w Indiach klastrów farmaceutycznych i biotechnologicznych. Stan Tamil Nadu – szczególnie region Chennai – jest natomiast jednym z kluczowych hubów produkcyjnych Indii oraz liderem w rozwoju energii odnawialnej, zwłaszcza w sektorze energii wiatrowej i słonecznej. To efekt lokalnych polityk rozwojowych, uwarunkowań historycznych oraz koncentracji kapitału, infrastruktury i talentów, które tworzą naturalne przewagi dla inwestorów.

Indii nie da się poznać zza biurka. Trzeba tam pojechać, zobaczyć, jak działa administracja, jak buduje się relacje biznesowe i jak naprawdę wygląda proces sprzedażymówi ekspertka ds. relacji polsko-indyjskich. – To rynek bardzo zróżnicowany regionalnie i kulturowo. To, co działa w jednym stanie czy regionie, niekoniecznie sprawdzi się w innym. Nawet takie elementy jak model dystrybucji czy oczekiwania klientów mogą się znacząco różnić. Dlatego lokalna adaptacja i obecność na miejscu są często warunkiem skutecznego wejścia na rynek.

  1. Indie na drodze do globalnego hubu produkcyjnego

Ostatnie lata pełne napięć geopolitycznych i zakłóceń w handlu międzynarodowym pokazały, jak kruche są globalne łańcuchy dostaw. Indie stają się dziś jednym z głównych kierunków relokacji produkcji.

Lokalna produkcja to niższe koszty, krótsze łańcuchy dostaw i większe zaufanie klientów. Indyjski konsument chętniej kupuje produkt wytwarzany na miejscu – zauważa dr Latymowicz.

Coraz więcej polskich firm po okresie eksportu decyduje się na otwieranie magazynów w Indiach, a dalszej perspektywie budowę zakładów w Indiach, by zwiększyć skalę i rozpoznawalność marki.

  1. Skala, jakiej Europa nie zna, i która wymaga innego myślenia o marce

Indyjska klasa średnia liczy dziś, według różnych szacunków, ponad 430 mln osób – to rynek konsumencki porównywalny skalą z całą populacją Unii Europejskiej. To młodzi, cyfrowi i coraz bardziej świadomi konsumenci. Europejskie pochodzenie wciąż kojarzy się im z jakością i prestiżem, ale oczekują marek, które rozumieją lokalny rynek i potrafią dopasować ofertę do indyjskich realiów.

W Indiach nie wygrywa ten, kto jest najtańszy, ale ten, kto potrafi stać się „lokalny”, zachowując jednocześnie europejską wiarygodność – podkreśla partnerka w kancelarii LEGALLY.SMART. – Firmy, które budują w Indiach markę, a nie tylko kanał sprzedaży, mają szansę stać się częścią codziennego życia konsumentów. A to jest prawdziwa skala – dodaje.

  1. Prawo i regulacje: dostosowanie modelu działalności

Umowa handlowa otwiera drzwi, ale nie ujednolica systemów prawnych ani nie znosi automatycznie wymogów regulacyjnych. Indie funkcjonują w systemie common law i mają rozbudowany system regulacji branżowych oraz przepisów stanowych. W praktyce oznacza to, że wejście na rynek wymaga dopasowania modelu działalności do lokalnych realiów – od sposobu prowadzenia biznesu i współpracy z partnerami po wymogi regulacyjne i administracyjne.

– Częstym błędem jest kopiowanie europejskich modeli działalności bez uwzględnienia indyjskiej specyfiki – mówi dr Judyta Latymowicz. – W Indiach kluczowe jest właściwe zaprojektowanie strategii wejścia na rynek: gdzie i w jaki sposób działać – czy za pośrednictwem importera lub dystrybutora, czy poprzez własną spółkę w Indiach – a także odpowiednie ułożenie struktury działalności. Sam dobry produkt nie wystarczy – równie ważne jest dopasowanie modelu biznesowego do realiów rynku indyjskiego. Dopiero połączenie strategii z odpowiednim modelem operacyjnym daje realną szansę na sukces – wskazuje ekspertka.

Ropa wystrzeliła, dolar się umacnia. Rynki reagują na napięcia na Bliskim Wschodzie

W weekend doszło do eskalacji walk i ataków na infrastrukturę energetyczną. Baryłka ropy wyrażona w PLN podczas ataku Rosji na Ukrainę była o 35% droższa. Dlaczego zatem już teraz tak bardzo się nas straszy? Na rynku walutowym trwa ucieczka do dolara.

Poniedziałkowy szok cen ropy

W weekend doszło do czegoś, czego obawiała się część analityków. USA zaatakowały infrastrukturę energetyczną w Iranie, w tym magazyny ropy naftowej. Warto jednak zwrócić uwagę, że ataki były celowane w obiekty zapewniające dostawy surowca na rynek wewnętrzny. Efektem tych działań lokalnie jest ograniczenie sprzedaży benzyny w samym Teheranie. Natomiast globalnie na otwarciu notowań mamy szaleństwo. Jeszcze w piątek kończyliśmy dzień z baryłką czarnego złota w okolicy 93 USD. Piątkowe wzrosty – biorąc pod uwagę nadchodzący weekend – nie były zaskoczeniem. Inwestorzy przygotowywali się bowiem na możliwą eskalację. O tym, że przygotowali się zbyt mało, najlepiej świadczy to, co wydarzyło się dzisiaj na otwarciu rynków: cena wyskoczyła niemal od razu pod 120 USD. Potem, po 6:00 czasu polskiego, notowania zaczęły spadać. Podczas pisania tego tekstu, nadal jesteśmy powyżej poziomu 105 USD za baryłkę.

Czy już trzeba się bać?

Sam poziom cen ropy powyżej 100 USD za baryłkę – szczególnie przy dolarze po 3,72 zł – nie jest czymś, co powinno powodować blady strach. To jednak czynnik, który odczujemy w naszych portfelach. Jak mocno? To niestety zależy od tego, jak bardzo uda się zbudować atmosferę strachu. Analitycy chcący uspokoić sytuację podają jako przykład pierwsze miesiące rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Dzisiaj baryłka kosztuje około 400 zł. W 2022 roku oglądaliśmy dolara po 4,50 zł i ropę po 120 USD za baryłkę. W rezultacie cena złotowa baryłki ropy wynosiła wówczas około 540 zł. W tym miejscu warto przypomnieć, że szczyty cenowe dolara przypadały już na moment spadków cen ropy. Co to oznaczało dla naszych portfeli? W 2022 roku, przy baryłce o 35% droższej niż obecnie, ceny paliw na stacjach sięgały w szczytowym momencie 8,51 zł, a benzyny 7,84 zł. Trzeba jednak pamiętać, że mowa o cenach średnich. Wszyscy pamiętamy też wskazania, na których były wyższe wartości. Czy teraz będzie tak samo? Nie wiadomo, gdzie dotrze baryłka ropy. Teraz od rynku odcinane jest nie tyle jedno państwo-producent od części odbiorców, ile nawet 20% światowego wydobycia. Jeżeli sytuacja nie będzie eskalować, nie powinniśmy się zbliżyć nawet do tamtych poziomów cen paliw.

Jak waluty?

Rynki walutowe podchodzą do sytuacji znacznie spokojniej niż rynek ropy czy gazu. Dzisiaj co prawda kurs euro na otwarciu znów wyskoczył do 4,30 zł. To jednak poniżej zeszłotygodniowych szczytów, a nie kilkanaście procent powyżej – jak w przypadku ropy naftowej. Dolar dalej zachowuje się jak bezpieczna przystań i w rezultacie zyskuje względem innych walut. Na głównej parze walutowej świata widzieliśmy dzisiaj rano odbicie tuż przed poziomem 1,15. Był to najsilniejszy dolar od listopada. Względem złotego dolar, osiągając poziom 3,73 zł, był najdroższy od sierpnia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak odczytów mogących rywalizować z wydarzeniami w geopolityce.

Ropa najdroższa od 2022 roku

Ceny ropy gwałtownie wzrosły w reakcji na eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie oraz ryzyko zakłóceń w fizycznych przepływach surowca, co przełożyło się na wyraźny wzrost premii za ryzyko. Notowania Brent w szczytowym momencie dzisiejszej sesji skoczyły nawet o 29 proc., osiągając 119,50 dolara za baryłkę, po bardzo mocnym poprzednim tygodniu, a amerykańska ropa WTI również dynamicznie zyskała, chwilowo rosnąc o około 31 proc. Część wzrostu została później skorygowana po sygnałach, że państwa konsumenckie rozważają uwolnienie części strategicznych rezerw, co rynek odebrał jako próbę ograniczenia krótkoterminowego niedoboru.

Najważniejszym źródłem niepewności jest praktyczne wstrzymanie żeglugi przez cieśninę Ormuz, przez którą w normalnych warunkach przepływa około jedna piąta światowego handlu ropą. Doniesienia o atakach na infrastrukturę energetyczną dodatkowo wzmocniły obawy o ciągłość dostaw, automatycznie podbijając premię za ryzyko nie tylko na rynku ropy, lecz także gazu. W sytuacji realnych ograniczeń eksportu część eksporterów zaczęła odczuwać narastające problemy logistyczne i magazynowe, co mogło wymuszać czasowe redukcje wydobycia, gdy zapasy szybko zapełniają się w pobliżu terminali i rafinerii. Irak zaczął ograniczać produkcję już tydzień wcześniej, co sugeruje, że presja po stronie operacyjnej narastała stopniowo, zanim została w pełni zdyskontowana w cenach.

Rządy krajów G7 mają omawiać możliwość skoordynowanego uwolnienia ropy z rezerw strategicznych, a operacja mogłaby być prowadzona we współpracy z Międzynarodową Agencją Energetyczną. Skala potencjalnego ubytku podaży pozostaje jednak znacząca. JPMorgan w nocie z 8 marca wskazuje, że wyłączenia wydobycia w regionie mogą wzrosnąć do ponad 4 mln baryłek dziennie do końca przyszłego tygodnia. Ma to szczególne znaczenie, ponieważ Bliski Wschód odpowiada za około jedną trzecią globalnej podaży, więc każde trwalsze ograniczenie produkcji lub eksportu ma konsekwencje wykraczające daleko poza rynek lokalny.

Wzrost cen surowca szybko przeniósł się na rynki produktów paliwowych i zaczął wymuszać reakcje polityczne. Chiny miały polecić największym rafineriom ograniczenie eksportu diesla i benzyny, co wzmacnia bezpieczeństwo podaży na rynku krajowym, ale jednocześnie może usztywniać globalny bilans paliw. Korea Południowa analizuje natomiast instrumenty osłonowe, w tym możliwość administracyjnego ograniczania cen detalicznych paliw lub czasowych ulg podatkowych. W Stanach Zjednoczonych ceny benzyny wzrosły do najwyższego poziomu od sierpnia 2024 roku, zyskując wymiar polityczny w kontekście presji inflacyjnej i zbliżających się wyborów „midterms”, a w Wielkiej Brytanii coraz częściej pojawiają się zapowiedzi działań łagodzących koszty energii dla gospodarstw domowych, jeśli utrzymanie wysokich cen surowców zacznie wyraźnie pogarszać nastroje konsumentów i perspektywy wzrostu.