W II kw. 2022 r. wyniki Banku Pekao pod wpływem kosztów regulacyjnych i rezerw

W II kwartale 2022 r. Bank Pekao S.A. znacząco zwiększył skalę działania w bankowości dla biznesu, po raz kolejny odnotował dynamiczne wzrosty w kanałach cyfrowych i poprawił efektywność operacyjną, utrzymując silną pozycję kapitałową i bilans. Jednak o obliczu wyników finansowych zdecydowały przede wszystkim koszty regulacyjne i zawiązanie ostrożnościowo dodatkowych rezerw na kredyty we frankach szwajcarskich.

– W drugim kwartale słowem-kluczem była dla nas odpowiedzialność. Kierowani odpowiedzialnym podejściem do zarządzania bilansem oraz do całego sektora finansowego zawiązaliśmy dodatkowe rezerwy na kredyty hipoteczne w CHF oraz ponieśliśmy koszty systemu ochrony instytucjonalnej. Choć trzeba podkreślić, że biznesowo nadal rozwijaliśmy się, szczególnie w przypadku bankowości dla firm, gdzie pod względem tempa wzrostu aktywów odnotowaliśmy wynik lepszy od naszych głównych konkurentów. Zwiększyliśmy wyraźnie wyniki odsetkowy i prowizyjny, wciąż ogromną wagę przykładaliśmy do efektywności i transformacji cyfrowej, co przyniosło wymierne rezultaty – mówi Leszek Skiba, prezes Banku Pekao.

WZROST w bankowości dla firm

  • Podobnie jak w pierwszym kwartale, tak i w drugim, na uwagę zasługuje wzrost wolumenów kredytowych w segmentach biznesowych. W przypadku dużych korporacji wzrost wolumenu kredytów wyniósł 16 proc., a w przypadku firm z segmentu MŚP i MID aż 27 proc. w ujęciu rok do roku.
  • Mocny był wzrost nowych rachunków bieżących klientów indywidualnych. W II kw. 2022 r. przybyło 136 tysięcy rachunków wobec 94 tys. rok wcześniej.
  • Skonsolidowany zysk netto Banku Pekao w II kw. 2022 r. wyniósł 468 mln zł wobec 605 mln zł rok wcześniej. Za całe pierwsze półrocze 2022 r. zysk netto zamknął się kwotą 1,375 mld zł w porównaniu do 850 mln zł w pierwszej połowie 2021 r.
  • O spadku zysku netto w II kw. 2022 r. zdecydowały koszty systemu ochrony instytucjonalnej, wzrost rezerw na kredyty hipoteczne CHF oraz jednorazowy wzrost kosztów operacyjnych.

EFEKTYWNOŚĆ stale na celowniku

  • Wskaźnik koszty/dochody spadł w II kw. 2022 r. do 37 proc. z 45 proc. w II kw. 2021 r. Strategiczny cel Pekao do 2024 r. to zmniejszenie wskaźnika koszty/dochody do 42 proc.
  • Wskaźnik ROE w II kw. 2022 r. wyniósł 8,2 proc. wobec zapisanego w strategii Banku Pekao celu 10-proc. ROE w 2024 r.
  • Koszty operacyjne w II kw. 2022 r. były obciążone zdarzeniami jednorazowymi i były o 16,4 proc. wyższe niż rok wcześniej oraz o 10,9 proc. wyższe wobec I kw. 2022 r., przy wzroście kosztów w pierwszym półroczu 2022 r. znacznie poniżej inflacji (+4,7 proc.).

KLIENCI jeszcze aktywniejsi w produktach cyfrowych

  • Drugi kwartał był kolejnym z rzędu, kiedy siłą napędową banku pozostawała bankowość cyfrowa. Liczba aktywnych klientów bankowości mobilnej Pekao urosła na koniec II kw. 2022 r. do 2,6 miliona klientów z 2,2 miliona rok wcześniej. Cel strategiczny na 2024 r. to 3,2 mln aktywnych klientów bankowości mobilnej.
  • Wskaźnik digitalizacji, czyli miara możliwości cyfrowego dostępu do usług bankowych, urósł o 13 punktów procentowych do 63 proc., licząc od czasu ogłoszenia czteroletniej strategii Banku Pekao wiosną 2021 r. Pekao zakłada, że w 2024 r. zbliży się on do 100 proc., czyli niemal każdą usługę bankową klient indywidualny będzie miał dostępną poprzez kanały zdalne.
  • W kanałach cyfrowych sprzedanych zostało w minionym kwartale 73 proc. pożyczek gotówkowych, podczas gdy rok wcześniej było to 56 proc.

ODPOWIEDZIALNOŚĆ w działaniu

  • W pogarszającym się otoczeniu gospodarczym jeszcze większego znaczenia nabiera odpowiedzialne zarządzanie ryzykiem. Pozwoliło ono utrzymać standardowe koszty ryzyka banku pod pełną kontrolą. W II kw. 2022 r. znalazły się one na poziomie 51 pb. W strategii na 2024 r. założony jest poziom 50-60 pb.
  • W II kwartale wyniki Pekao obciążyła rezerwa na wpłatę do funduszu pomocowego systemu ochrony instytucjonalnej w wysokości 440 mln zł brutto. W ciężar II kwartału bank utworzył również rezerwy na ryzyko prawne walutowych kredytów hipotecznych na 404 mln zł.
  • Ponadto, jak bank informował w połowie lipca, na wyniki kolejnego, III kwartału 2022 r., istotny wpływ będzie miało ujęcie kosztu związanego z modyfikacją umów złotowych kredytów hipotecznych z tytułu zawieszenia spłat kredytu tzw. „wakacje kredytowe”
    w łącznej kwocie 2,429 mld zł brutto. W konsekwencji Bank Pekao oraz Grupa Kapitałowa spodziewają się ujemnego wyniku finansowego za III kwartał 2022 r.
  • Pekao utrzymuje wysoką bazę kapitałową. Na koniec czerwca łączny współczynnik kapitałowy (TCR) wyniósł 16,6 proc., a Tier1 14,8 proc.

Wyniki badań – co daje przewagę w sektorze przemysłowym

Jakość produktów, terminowość i najniższa cena – to daje przewagę w sektorze przemysłowym.

Według firm przemysłowych z sektora MŚP, kluczowymi czynnikami, które umożliwiają zdobycie przewagi nad konkurencją są wysokiej jakości produkty (58,2 proc.), dotrzymywanie terminów (44,2 proc.) oraz oferowanie najniższych cen (28,5 proc.). Jak wynika z badania Siemens Financial Services w Polsce, w porównaniu do badania przeprowadzonego w 2020 roku spadło znaczenie dobrych relacji z kontrahentami, a wzrosło terminowości i niższej ceny.

Zdaniem prawie 60 proc. badanych firm z sektora przemysłowego, wysoka jakość produktów końcowych to czynnik, który najbardziej decyduje o przewadze na rynku. Na drugim miejscu ankietowani przedsiębiorcy z branży spożywczej, poligraficznej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych najczęściej wskazują na dotrzymywanie terminów – 44,2 proc. Z kolei 28,5 proc. uważa, że w zdobyciu takiej przewagi pomaga oferowanie najniższych cen.
Wyniki badań - co daje przewagę w sektorze przemysłowym

Jak wynika z badania Siemens Financial Services w Polsce, co dziesiąty ankietowany uważa, że o przewadze konkurencyjnej decyduje również nowoczesny i odnawiany park maszyn i urządzeń (MiU). Podobna liczba przedsiębiorców wymienia także dobre relacje z kontrahentami, doświadczony i kompetentny zespół pracowników oraz zautomatyzowany park maszynowy.

– Dobrą wiadomością jest to, że po raz kolejny polscy przedsiębiorcy wymieniają wysoką jakość produktów jako główny czynnik przewagi na rynku i to właśnie nią chcą konkurować. W porównaniu do badania przeprowadzonego w 2020 roku, wzrosło znaczenie dotrzymywania terminów – o prawie 17 pkt proc. Coraz ważniejsze dla przedsiębiorców staje się również oferowanie najniższej ceny. Warto jednak podkreślić, że stopień istotności tych czynników różni się w zależności od badanej branży – mówi Grzegorz Jarzębski, Country Head of Sales w Siemens Financial Services w Polsce.

Terminowość najważniejsze dla obróbki metali

Jedyną z czterech badanych branż, w której najczęściej wskazuje się inny czynnik niż jakość produktów, jest obróbka metali. W przypadku przedsiębiorców z tego sektora znalazła się ona dopiero na drugim miejscu (44 proc.). Ankietowani najczęściej wskazywali na dotrzymywanie terminów (58 proc.), zaś na trzecim miejscu – najniższe ceny (32 proc.).

Co piąty przedsiębiorca z branży obróbki metali wskazał, że głównym czynnikiem dającym przewagę konkurencyjną jest nowoczesny i odnawialny park maszyn i urządzeń. Natomiast co szósty uważa, że pomocne są dobre relacje z kontrahentami. Zdaniem co dziesiątego to doświadczony i kompetentny zespół pracowników pozwala zdobyć przewagę na rynku.

Przetwórstwo tworzyw sztucznych częściej konkuruje ceną

Przedsiębiorstwa przetwarzające tworzywa sztuczne, podobnie jak poligraficzne i spożywcze, najczęściej wskazują jako przewagę konkurencyjną wysoką jakość produktów (59 proc.). Na drugim miejscu znalazła się terminowość. Warto podkreślić, że firmy z tej branży dużo częściej niż z innych sektorów wymieniały najniższe ceny. Zdaniem aż 40 proc. badanych to właśnie ten czynnik daje przewagę na rynku przetwórstwa tworzyw sztucznych. Ponadto 10 proc. wskazało na dostęp do finansowania zewnętrznego.

Przewagi w branży poligraficznej i spożywczej

Oferowanie najniższych cen jest istotne także w branży poligraficznej – wskazuje na to prawie co trzeci ankietowany z tej branży. Co piąta firma poligraficzna jako ważną przewagę na rynku wymienia zautomatyzowany park maszynowy, a co dziesiąta doświadczony i kompetentny zespół pracowników.

W branży spożywczej przedsiębiorstwa konkurują głównie wysoką jakością produktów. Na ten czynnik wskazuje aż 72 proc. ankietowanych – najwięcej ze wszystkich badanych branż. Na kolejnych miejscach znalazła się terminowość (17 proc.), doświadczony i kompetentny zespół pracowników (15 proc.) oraz nowoczesny i odnawialny park maszyn i urządzeń (14 proc.).

– Warto pamiętać, że przewagi te często są w pewnym stopniu powiązane. Nowoczesny i odnawiany park MiU ułatwia utrzymanie najwyżej jakości produktów, a zautomatyzowane maszyny potrzebują wysoko wykwalifikowanej kadry do ich obsługi. Wykorzystanie najnowocześniejszych technologii sprzyja m.in. optymalizacji kosztów, co w konsekwencji może umożliwić oferowanie niższych cen. Z kolei inwestycje w nowoczesne maszyny często wymagają dostępu do finansowania zewnętrznego oferowanego przez partnerów biznesowych, którzy rozumieją daną branże i jej sytuację – podsumowuje Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services w Polsce.

Pracodawca ogłasza upadłość. Prawnicy radzą, jak nie wpaść w niepotrzebne kłopoty

Co się dzieje z pracownikiem po ogłoszeniu upadłości przez pracodawcę? Prawnicy to wyjaśniają krok po korku.

Przepisy nie chronią pracownika przed wypowiedzeniem lub rozwiązaniem umowy o pracę, gdy jego pracodawca ogłasza upadłość. Dotyczy to też m.in. osób przebywających na urlopach wypoczynkowych. Syndyk ma prawo nie tylko ich zwolnić, ale również skrócić im okres wypowiedzenia i wypłacić za to stosowne odszkodowanie. W przypadku zwolnienia grupowego zatrudnionym przysługuje ponadto odprawa pieniężna. Wszystkie roszczenia pracownicze, a zwłaszcza zaległe wynagrodzenia, są uprzywilejowane, a więc podlegają spłacie przed innymi wierzytelnościami. Jednak mogą wystąpić pewne komplikacje. Jeżeli dokumentacja upadłego pracodawcy nie była prowadzona właściwie, to należność może być trudna do ustalenia. Mogą też nastąpić znaczne opóźnienia w uregulowaniu zobowiązań.

Brak ochrony

Kiedy pracodawca ogłasza upadłość, przepisy nie chronią pracownika przed zwolnieniem. Zdaniem radcy prawnego i doradcy restrukturyzacyjnego Adriana Parola, nie są potrzebne zmiany w tym zakresie. Postępowanie upadłościowe co do zasady ma być szybkie. Jego istotą jest przekazanie odpłatnie majątku upadłego innemu podmiotowi potrafiącemu efektywnie go wykorzystać. Upadłość nie zawsze jednak oznacza likwidację przedsiębiorstwa. Czasem dochodzi do restrukturyzacji. I wówczas nowy właściciel może zatrudniać zarówno starych, jak i nowych pracowników.

– Art. 41(1) kodeksu pracy stanowi, że w razie ogłoszenia upadłości lub likwidacji pracodawcy nie stosuje się art. 38, 39 i 41 ani przepisów szczególnych dot. ochrony pracowników przed wypowiedzeniem lub rozwiązaniem umowy o pracę. Osoby w wieku przedemerytalnym, przebywające na zwolnieniach lekarskich lub urlopach wypoczynkowych bądź macierzyńskich nie są też w żaden sposób chronione – komentuje radca prawny dr Karolina Mazur.

Jak informuje Adrian Parol, syndyk ma możliwość zwolnienia pracownika, również chronionego. Może nawet skrócić mu okres wypowiedzenia. Wszystko jednak zależy od rodzaju przedsiębiorstwa i jego stanu. Jeśli istnieje możliwość kontynuowania działalności przez syndyka, to zazwyczaj dąży on do zatrzymania części pracowników, którzy mogą być wartością dodaną przedsiębiorstwa, oczywiście dostosowując poziom zatrudnienia do potrzeb firmy.

– Znalezienie cenionych na rynku, wysoko wykwalifikowanych specjalistów w niektórych branżach bywa naprawdę trudne. Tym bardziej wieloletni, efektywnie działający pracownik, który zna dobrze firmę i rozumie jej potrzeby, może być pożądany przez nabywcę przedsiębiorstwa. I z moich obserwacji wynika, że w tego typu sytuacjach można uniknąć zwolnienia, a nawet otrzymać awans, podwyżkę oraz możliwość szkolenia nowego zespołu – podkreśla radca prawny i doradca restrukturyzacyjny Łukasz Goszczyński.

Odszkodowania i odprawy

Zgodnie z art. 36(1) kodeksu pracy, jeżeli wypowiedzenie pracownikowi umowy o pracę zawartej na czas nieokreślony lub określony następuje z powodu ogłoszenia upadłości bądź likwidacji firmy albo z innych przyczyn niedotyczących pracowników, pracodawca może skrócić okres trzymiesięcznego wypowiedzenia do jednego miesiąca. Jak zaznacza dr Mazur, w takiej sytuacji zatrudnionemu przysługuje odszkodowanie w wysokości wynagrodzenia za pozostałą część okresu wypowiedzenia. To rekompensata szkody majątkowej, powstałej wskutek utraty możliwości zarobkowania w tym czasie.

– Pracodawca lub syndyk powinien wypłacić odszkodowanie najpóźniej w ostatnim dniu pracy, jeżeli upadły ma na to odpowiednie środki. Jeśli natomiast ich brakuje, to należność może zostać zaspokojona za pomocą środków Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. W okresie jednego miesiąca od daty niewypłacalności pracodawcy syndyk składa marszałkowi województwa wykaz niezaspokojonych roszczeń. I to on wypłaca należności – mówi mec. Goszczyński.

Pracownikowi zwalnianemu z powodu upadłości pracodawcy może również przysługiwać specjalna odprawa pieniężna. W przypadku podmiotu zatrudniającego co najmniej 20 pracowników stosuje się przepisy Ustawy z dnia 13 marca 2003 r. o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników.

– Zwolnienie jest uznawane za grupowe, gdy w okresie nieprzekraczającym 30 dni pracodawca zatrudniający mniej niż 100 pracowników pozbawia pracy co najmniej 10 osób. Z taką sytuacją mamy również do czynienia, jeśli firma ma minimum 100 pracobiorców, ale mniej niż 300 i 10% z nich traci zatrudnienie w ww. okolicznościach. A jeżeli przynajmniej 300 osób pracuje w danym przedsiębiorstwie, to powyższe dotyczy 30 zwolnionych pracowników – tłumaczy dr Karolina Mazur.

Jeżeli pracownik był zatrudniony u upadłego pracodawcy krócej niż przez 2 lata, to w ramach grupowego zwolnienia przysługuje mu odprawa w wysokości jednomiesięcznego wynagrodzenia. Osobie, która pracowała od 2 do 8 lat, należy się równowartość dwumiesięcznej pensji. Natomiast jeśli zatrudniony przepracował u danego pracodawcy ponad 8 lat, to należna mu jest odprawa odpowiadająca trzymiesięcznemu wynagrodzeniu.

– W każdej z powyższych sytuacji odprawę pracowniczą powinien oczywiście wypłacić pracodawca lub syndyk. Ale jeżeli upadły nie ma na to odpowiednich środków, to ten obowiązek przechodzi na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych – dodaje dr Mazur.

Uprzywilejowany wierzyciel

Do tego Łukasz Goszczyński dodaje, że wszystkie roszczenia pracownicze są uprzywilejowane w postępowaniu upadłościowym. Wynika to wprost z art. 342 prawa upadłościowego i dotyczy w szczególności zaległych wynagrodzeń. Oznacza to też, że podlegają zaspokojeniu z masy upadłości, tj. przed innymi wierzytelnościami. A jeżeli majątek upadającej firmy nie pozwala na uregulowanie należności, to część świadczeń pokrywa Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

– Pracownik nie musi zgłaszać swojego roszczenia do syndyka czy sądu upadłościowego, bo należności wynikające ze stosunku pracy są umieszczane na liście wierzytelności z urzędu. Jednak jak najbardziej wskazane jest takie zgłoszenie, gdyż ułatwia ono ustalenie wysokości wierzytelności pracownika i samo jej istnienie. Z moich obserwacji wynika, że dokumentacja upadłego pracodawcy często bywa niewłaściwie prowadzona. A to zdecydowanie utrudnia syndykowi ustalenie wielkości roszczenia – zwraca uwagę mec. Adrian Parol.

Natomiast dr Mazur wskazuje, że należność jest ustalana na podstawie prowadzonej przez pracodawcę dokumentacji kadrowo-płacowej, tj. listy płac, listy obecności oraz innych dokumentów. Jeżeli nie były one prowadzone w prawidłowy sposób, zatrudniony musi przedstawić, w jakiej wysokości powinny być ujęte wierzytelności ze stosunku pracy. Może wykazać m.in. spełnienie przesłanek z regulaminu premiowania. Często pracownicy indywidualnie prowadzą wykazy godzin pracy w zakresie godzin nadliczbowych, prac w niedziele i święta. Takie dowody mogą również przedstawić przed sądem upadłościowym. Natomiast nie mają możliwości zgłaszania wierzytelności grupowo oraz wzajemnego potwierdzania ilości przepracowanych godzin. Każdy dokonuje tego indywidualnie.

– Kwestie sporne w zakresie wysokości roszczenia to tylko jeden z problemów, na jaki może natrafić pracownik. Powinien on być też przygotowany na to, że mogą wystąpić znaczne opóźnienia w spłacie bieżących zobowiązań, jeśli postępowanie sądowe będzie się długo toczyło. Jeżeli natomiast pracodawca jest niewypłacalny, to Fundusz wypłaci równowartość wynagrodzenia maksymalnie za okres trzech miesięcy, które upłynęły od dnia wystąpienia niewypłacalności pracodawcy bądź od momentu ustania stosunku pracy. Zważywszy na to, że na rynku może być coraz więcej upadłości, pracownicy powinni zawczasu o tym wszystkim wiedzieć i w miarę możliwości poszerzać swoją wiedzą prawną – podsumowuje radca prawny i doradca restrukturyzacyjny Łukasz Goszczyński.

Cena kontraktów na WTI najniżej od lutego

S&P 500 (+1,56 proc.) i Nasdaq Composite (2,59 proc.) wyszły wczoraj na najwyższe poziomu od początku maja. Nieco w tyle pozostała średnia przemysłowa Dow Jonesa (+1,29 proc.), która na razie nie przebiła swych maksimów z ostatnich sesji. Łącznie w ciągu minionych 32 sesji S&P 500 wzrósł o 13,3 proc., co jest największym tego typu ruchem od wiosny 2020.
Dziś rano cena kontraktów na S&P 500 była stabilna (-0,03 proc. ok. 9:30).

W Azji przeważały zwyżki głównych indeksów giełdowych (najsilniej – o 1,8 proc.) zyskiwał Hang Seng. Podobnie było dziś rano w Europie (DAX +0,52 proc., CAC 40 +0,4 proc.).

Na GPW WIG-20 po spadkach we wtorek i środę dziś rano nie wykazywał większej chęci do dużych ruchów (+0,01 proc. ok. 9:30). Wśród składników mWIG-u 40 (-0,77 proc. ok. 9:35) swój najwyższy od 1,5 roku poziom zaliczył kurs akcji Budimexu. Wśród składników sWIG-u 80 (+0,32 proc. ok. 9:35) ponownie najwyższy poziom w swej sięgającej 2009 roku historii na GPW osiągnęła cena akcji spółki Arctic Paper.

Lekko rosła dziś rano rentowność 10-letnich obligacji skarbowych rządu USA. W strefie euro rentowność podobnych papierów minimalnie spadała.

W ciągu minionych prawie 2 miesięcy cena kontraktów na ropę naftową WTI notowanych na NYMEX-ie spadła z ponad 120 USD na 90,34 USD dziś rano. To najniższy poziom ceny tego kontraktu od drugiej połowy lutego br. Kontrakty na ropę Brent były przez chwilę niżej niż obecnie w czerwcu, ale gdyby zamknęły się dziś na porannych poziomach, to byłoby to najniższe zamknięcie od końca lutego. Lekko drożały dziś metale szlachetne na COMEX-ie (złoto +0,74 proc., srebro +0,84 proc., platyna +0,43 proc., pallad +0,3 proc.). Cena kontraktów na owies na CBOT spadły wczoraj o 5,11 proc. i była już o połowę niższa niż kwietniu i najniższa od roku. Po stracie 5,37 proc. na wczorajszej sesji najniżej od sierpnia ub.r. znalazła się cena kontraktów na drewno na CME.

Na rynkach walutowych było dziś rano dosyć sennie. USD lekko się umacniał względem japońskiego jena (+0,25 proc. ok. 9:15) i lekko słabł względem euro (+0,09 proc.).

Również zmiany kursów zagranicznych walut względem polskiego złotego były niewielkie (EUR/PLN +0,25 proc., USD/PLN +0,12 proc.).

Kurs Bitcoina względem amerykańskiego dolara oscylował dziś rano wokół poziomu 23000 USD (-1,22 proc. ok. 9:15).

Autor: Wojciech Białek, TMS Brokers

Decyzja OPEC+ nic nie zmieni?

Dlaczego decyzja OPEC+ nie ma większego znaczenia dla ropy?

OPEC podczas dwudniowego posiedzenia 3-4 sierpnia ma podjąć decyzję o dalszych losach porozumienia o “ograniczaniu” produkcji. W tym momencie nie powinniśmy jednak mówić o ograniczaniu, gdyż sierpniowe cele wyrównały się z poziomami referencyjnymi porozumienia.

Co więcej, OPEC+ wg zewnętrznych źródeł nie pokrywa celu produkcyjnego i obecnie ze strony największej grupy producentów na świecie może brakować nawet 4 mln baryłek na dzień.

OPEC+ może obawiać się o potencjalne spowolnienie gospodarcze i nie będzie chciał stymulować nadmiernego wzrostu produkcji. W zasadzie jedynie kilka krajów jest w stanie produkować więcej i eksportować więcej. Jest to Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Irak. Nawet Rosja jest mocno ograniczona pod względem rozwoju produkcji i przede wszystkim eksportu, dlatego Arabii Saudyjskiej może zależeć na utrzymaniu tego partnera w swojej sieci wpływów.

Teoretycznie porozumienie może trwać nadal i teraz spekuluje się o podniesienie limitu produkcyjnego o 100 tys. brk na dzień. Jest to wielkość symboliczna i w zasadzie nic nie zmienia. Arabia Saudyjska i ZEA prawdopodobnie będą zwiększać produkcję, ale umiarkowanie i bez większych zapowiedzi. Kluczowe jest tu jednak słowo “prawdopodobnie”. Pojawiły się spekulacje, że Stany Zjednoczone dogadały się właśnie z tymi dwoma producentami na dostawę broni z USA. W odpowiedzi moglibyśmy mieć zapowiedź większej produkcji lub nawet anulowanie całego porozumienia OPEC+. Wtedy z pewnością obserwowalibyśmy głębsze cofnięcie cen.

Nie jest to jednak scenariusz bazowy. Rynek ropy jest mocno napięty i najprawdopodobniej taki zostanie. Ostatnie dane JODI i IEF pokazały, że popyt na ropę i paliwa jest bliski temu, co mieliśmy przed pandemią. Brak jest jednak dodatkowej podaży, dlatego utrzymanie cen na poziomie 100 USD i wyżej wydaje się możliwe. Co jeśli jednak cały świat wpadnie w recesję? W takim wypadku mieliśmy spadek popytu najprawdopodobniej od 2 do 5%. Rynek uległby wtedy zbilansowaniu i ceny sięgnęłyby najprawdopodobniej zakresu 60-70 USD. Na niższe ceny bez większych inwestycji w nową podaż na razie nie ma co liczyć, choć oczywiście cały czas trzeba mieć na uwadze potencjał rozwoju jaki niesie za sobą utrzymanie obecnie wysokich cen.decyzja OPEC+ nie ma większego znaczenia dla ropy

Bloomberg pokazuje nam na wykresie, że OPEC+ znajduje się bardzo daleko od swojego celu produkcyjnego. Właśnie dlatego decyzja nie ma dużego znaczenia. Dopiero zakończenie porozumienia lub pojedyncze deklaracje mogłyby przyczynić się do spadków cen. Źródło: Bloomberg

decyzja OPEC+ nie ma większego znaczenia dla ropyCeny robi odbijają dzisiaj, najprawdopodobniej ze względu na rozczarowanie nadchodzącą decyzją OPEC. Z drugiej strony ceny pozostają w trendzie spadkowym, który jest wywołany obawą o wzrost gospodarczy. Źródło: xStation5

Autor: Michał Stajniak, starszy analityk XTB

Jak korzystać z VPN na Google Chromecast?

Wirtualna sieć prywatna, czyli VPN niesie ze sobą szereg korzyści. Mowa m.in. o zapewnieniu odpowiedniego bezpieczeństwa w sieci oraz anonimowości. Taka forma połączenia z cyfrowym światem umożliwia zamaskowanie naszego adresu IP i szyfrowanie przesyłanych danych, przez co są one znacznie trudniejsze do przechwycenia przez hakera. Z dobrodziejstw VPN mogą korzystać zarówno osoby prywatne, jak i duże oraz małe firmy. To jednak nie wszystko, bo VPN pozwala też odblokować treści objęte cenzurą m.in. na Chromaście. Jak z niego korzystać?

VPN na Google Chromecast — inny wymiar komfortu 

VPN na Google Chromecast pozwala przesyłać treści internetowe na telewizor, które nie są jednak z różnych przyczyn dostępne w Twojej lokalizacji. VPN maskuje wówczas adres IP użytkownika i odblokowuje strony objęte ograniczeniami. Mowa także o platformach streamingowych, takich jak HBO Max, Netflix czy Disney+. 

Niestety, żeby korzystać z VPN na Google Chromecast niezbędne będzie skonfigurowanie swojego urządzenia. Na początku trzeba zainstalować wybraną usługę VPN tj. VPN for Chrome i stworzyć formę wirtualnego routera na swoim PC. Następnie łączymy się z serwerem VPN w kraju, który nas interesuje. W przypadku Disneya czy Netflixa może być to jeden z amerykańskich serwerów. Później łączymy nasze urządzenie z Chromecastem i routerem, co sprawia, że zyskujemy dostęp do treści nieosiągalnych normalnie w naszej lokalizacji. 

Chromecast z Google TV — jedna z wielu opcji 

Jedną z wielu opcji jest tutaj zainstalowanie VPN-a na Chromecast będącym aplikacją ze sklepu Google Play. Wystarczy wówczas kliknąć na nią w sklepie, wybrać opcję “zainstaluj”, a następnie ją otworzyć. W zależności od VPN-a, którym dysponujemy, proces konfiguracji może się trochę od siebie różnić, ale założenia są dokładnie takie same. 

Po instalacji potwierdzamy żądanie połączenia. Nasz telewizor powinien wówczas poinformować, że VPN został już działa sprawnie. I tak naprawdę to wszystko — od tej pory możesz już cieszyć się wszystkimi zablokowanymi wcześniej treściami zarówno w formie ulubionych filmów, jak i seriali. 

Kopia ekranu — inna propozycja

Kolejną możliwością jest wykonanie tzw. lustrzanej kopii ekranu do Chromecasta. Wystarczy wówczas dostęp do przeglądarki Google Chrome. Jak to wygląda w praktyce? Cóż, włączamy komputer, łączymy go z VPN i za pomocą przeglądarki łączymy się z Chromecastem. Jest to zdecydowanie najskuteczniejszy i najprostszy sposób korzystania z VPN.

Co ciekawe, metody tej nie wykorzystamy z poziomu smartfona. Niezbędny będzie więc komputer lub laptop z systemem Windows, macOS lub Linux. Na początku odłączamy VPN od PC, następnie wchodzimy w Google Chrome i klikamy przycisk menu. Tam wybieramy opcję „przesyłaj” i ustawiamy Chromecast jako miejsce docelowe. Dopiero wtedy włączamy VPN i możemy cieszyć się treściami niedostępnymi w naszym kraju. Warto jednak zaznaczyć, że zastosowanie tej metody ma kilka wad — jedną z nich jest znacznie gorsza jakość obrazu, bo Chrome kompresuje wideo podczas jego przesyłania TV. 

Istnieje również możliwość skonfigurowania routera za pośrednictwem komputera. Zasada jest ta sama, ale uzyskana jakość może być nieco lepsza. Niestety, w przypadku darmowych VPN-ów zastosowanie takich opcji nie będzie miało sensu — mają one zbyt słabą przepustowość serwerów, przez co nie poradzą sobie z przesyłaniem tak dużej liczby danych. Na szczęście renomowane VPN-y odpalimy poprzez Google TV, co pozwoli korzystać z Chromecasta  bez żadnych przeszkód. 

Szybka sprzedaż nieruchomości to już rzadkość. Właściciele muszą uzbroić się w cierpliwość

Najdłużej sprzedają się dziś domy i trwa to najczęściej od 6 miesięcy do roku. Najszybciej, w miesiąc, znika większość ogłoszeń dotyczących kawalerek na wynajem – takie wnioski płyną z badania nastrojów pośredników w II kwartale 2022 r., które przeprowadził portal ogłoszeniowy Nieruchomosci-online.pl.

„Jak zmienił się średni czas życia oferty od momentu jej upublicznienia do dokonania transakcji w 2022 r. w porównaniu do 2021 r.?” – na to pytanie pod koniec czerwca odpowiedziało blisko 700 agentów nieruchomości z całej Polski.

Ile trwa sprzedaż lub wynajem nieruchomości

– Wyniki badania wskazują, że ostatni rok – naznaczony podwyżkami stóp procentowych, spadkiem akcji kredytowej, inflacją i wojną w Ukrainie – przyniósł wydłużenie czasu sprzedaży. Szczególnie widoczne jest to w segmencie większych mieszkań, gdzie wydłużenie czasu życia oferty odczuło aż 81 proc. pośredników. W przypadku domów potwierdziło to 77 proc. agentów, a działek 56 proc. – mówi Alicja Palińska z działu analiz Nieruchomosci-online.pl. Zwraca też uwagę, że odwrotna sytuacja panuje za to na rynku najmu: – Zarówno w przypadku kawalerek, jak i większych mieszkań, skrócenie czasu poszukiwania najemcy zauważyło około 60 proc. badanych.

Ile trwa sprzedaż lub wynajem nieruchomości?

Sprzedaż kawalerki trwa obecnie najczęściej od 1 do 3 miesięcy – takiego zdania jest 49 proc. agentów nieruchomości biorących udział w badaniu Nieruchomosci-online.pl. Znacznie trudniej jest znaleźć kupca na większe mieszkanie, bo tam sprzedaż wydłużyła się w 2022 r. do 3-6 miesięcy – takiego zdania jest 52 proc. pośredników. W 2021 r. sprzedaż większego mieszkania trwała najczęściej od 1 do 3 miesięcy.

Badanie wskazuje, że w największą cierpliwość muszą uzbroić się osoby sprzedające domy. W tym segmencie oferta „żyje” najczęściej od 6 miesięcy do roku – potwierdza to 49 proc. agentów. Co ważne, 19 proc. kolejnych przyznało, że sprzedaż zajmuje im nawet ponad 12 miesięcy. Oznacza to znaczne wydłużenie czasu sprzedaży domów, ponieważ w 2021 r. pośrednicy przyznawali, że najczęściej zamykali transakcje w czasie od 3 do 6 miesięcy (34 proc.) lub od 1 do 3 miesięcy (29 proc.). Zaledwie 6 proc. sprzedawało wówczas dom dłużej niż rok.

Sytuacja podobnie wygląda w przypadku działek. Jeszcze w ubiegłym roku największy odsetek pośredników (40 proc.) wskazywał, że oferty w tym segmencie nieruchomości znikały najczęściej w czasie od 1 do 3 miesięcy, a 23 proc. agentów było zdania, że nawet krócej niż w miesiąc. Teraz pośrednicy przyznają, że czas sprzedaży działki to najczęściej od 3 do 6 miesięcy (36 proc. opinii) lub od 6 miesięcy do roku (35 proc. opinii). Działkę w miesiąc sprzedają już tylko szczęśliwcy (3 proc.).

W znacznie lepszym nastroju jest rynek najmu, gdzie ogłoszenia znikają w ekspresowym tempie. Szczególnie widoczne jest to w przypadku kawalerek: 82 proc. pośredników przyznaje, że znalezienie najemcy zajmuje im krócej niż miesiąc, a 14 proc., że od 1 do 3 miesięcy. Czas życia oferty jest nieco dłuższy w kategorii większych mieszkań na wynajem, ale i tu znalezienie chętnego nie jest problemem: 67 proc. agentów nieruchomości wynajmuje takie mieszkania maksymalnie w miesiąc, a 25 proc. od 1 do 3 miesięcy. Na rynku dłużej pozostają jedynie bardzo przeszacowane oferty lub te z mieszkaniami w najgorszych lokalizacjach.

Sprzedający boją się, że kupujący nie otrzymają kredytów

Czas sprzedaży wydłużył się, ale zdaniem pośredników potrzeby mieszkaniowe Polaków nie zniknęły. Klienci wciąż chcą nabywać nieruchomości na własne cele mieszkaniowe, ale u wielu z nich drastycznie zmniejszyła się zdolność kredytowa.

– Widać już skutki decyzji Rady Polityki Pieniężnej. Zmiany, które nastąpiły w dostępie do finansowania zakupu nieruchomości kredytem hipotecznym, czujemy już od około kwartału. Domy, działki, a nawet niewielkie mieszkania na start czy inwestycyjne, które dotychczas sprzedawały się natychmiast, pozostają na rynku znacznie dłużej – komentuje Małgorzata Gajewska z biura NIERUCHOMOŚCI Gajewska we Wrocławiu.

Agenci biorący udział w badaniu Nieruchomosci-online.pl relacjonują też, że nierzadko dochodzi do sytuacji, w której nawet zdecydowani klienci rezygnują w ostatniej chwili z podpisania umowy. Wielu z nich obawia się rosnących kosztów kredytu.

Pośrednicy zwracają również uwagę, że obecnie potrzeba więcej starań z ich strony, aby klient zdecydował się na zakup. – Zauważalna jest większa liczba prezentacji, aby sprzedać nieruchomość, a klienci wstrzymują się z podjęciem decyzji zakupowych. Oglądają po stokroć wszystkie koszty – mówi Urszula Brzezińska z biura nieruchomości AVANTI w Szczecinie.

– Nie wystarczy tylko opublikować ofertę. Należy zadbać, aby się wyróżniała, przygotować ją do sesji zdjęciowej, a przede wszystkim właściwie wycenić nieruchomość. Oferty popularne, które często były sprzedawane na kredyt, będą sprzedawać się dłużej. Klient kredytowy, mimo chęci, nie ma możliwości, aby dokonać transakcji. Zatem klient posiadający własne środki ma w czym wybierać i mocno negocjuje – dodaje Marta Grzebińska z MG Nieruchomości w Gdańsku.

Pośrednicy zauważają także, że przy rygorystycznych warunkach uzyskania kredytów istnieje duże ryzyko opóźnienia transakcji. – Wszechobecna informacja o sytuacji kredytowej powoduje, że sprzedający są bardziej niechętni do zawierania umów przedwstępnych z klientami kredytowymi. Obawiają się, że klient nie otrzyma kredytu i sprzedaż będzie wstrzymana przez 1 czy 2 miesiące, co skutkuje ponownym rozpoczynaniem procesu sprzedaży – opowiada Karol Myśliwiec z warszawskiego biura FindSQUARE.

Przesłanki stosowania pracowniczych kosztów autorskich – wyrok NSA

Przesłanki stosowania pracowniczych kosztów autorskich – wyrok NSA z 12 kwietnia br. (sygn. II FSK 1557/19).

Podwyższone koszty uzyskania przychodów są preferencją podatkową, która dla wielu osób powoduje znaczące zmniejszenie zobowiązania podatkowego i tym samym wzrost wypłacanego wynagrodzenia netto. Narzędzie to może być wykorzystywane przez firmy, aby przyciągnąć najlepszych pracowników z rynku, jako rodzaj podatkowego benefitu wdrożonego przez firmę. Należy jednak pamiętać, że podwyższone koszty uzyskania przychodów dla pracowników, jak każda preferencja podatkowa, podlegają istotnym ograniczeniom w możliwości zastosowania, dlatego przed wdrożeniem tego rozwiązania warto się dobrze przygotować. Uwagę na stosowanie ograniczeń wynikających z ustawy zwrócił także NSA w sprawie o sygn. II FSK 1557/19.

Istota podwyższonych kosztów uzyskania przychodów

Zgodnie z art. 22 ust 9 pkt 3) ustawy o PIT koszty uzyskania niektórych przychodów określa się z tytułu korzystania przez twórców z praw autorskich i artystów wykonawców z praw pokrewnych, w rozumieniu odrębnych przepisów, lub rozporządzania przez nich tymi prawami – w wysokości 50% uzyskanego przychodu, co oznacza, że pracownik może zamiast bardzo niskich ryczałtowych kosztów uzyskania przychodu, skorzystać z 50% kosztów uzyskania przychodu.

Jakiego rodzaju przychody podlegają uldze?

Należy zaznaczyć, że nie każdy pracownik będzie mógł skorzystać z 50% KUP. Ustawodawca zdecydował bowiem o ograniczeniu katalogu przychodów, które podlegają uldze (zgodnie z art. 22 ust 9b ustawy o PIT). W praktyce ulgę tę stosuje się bardzo często do przychodów uzyskiwanych z tytułu działalności twórczej w zakresie programów komputerowych oraz do działalności badawczo-rozwojowej, naukowej, naukowo-dydaktycznej, badawczej, badawczo-dydaktycznej oraz prowadzonej na uczelni działalności dydaktycznej.

Podsumowując więc, można wskazać na kryteria zastosowania 50% KUP wskazane w wyroku NSA z dnia 2022-04-12, sygn. II FSK 1557/19:

  1. praca wykonywana przez pracownika jest przedmiotem prawa autorskiego, a więc spełnia przesłanki utworu określone w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych;
  2. pracownik jest twórcą w rozumieniu tej ustawy i uzyskiwanie przychodu przez pracownika wynika z korzystania przez twórcę z tychże praw lub rozporządzania tymi prawami;
  3. stosunek prawny łączący pracownika i pracodawcę przewiduje zróżnicowanie wynagrodzenia należnego pracownikowi za część związaną z korzystaniem z praw autorskich i część związaną z wykonywaniem typowych obowiązków pracowniczych oraz pracodawca prowadzi stosowną dokumentację w tym zakresie, np. prowadzi szczegółową ewidencję przekazanych utworów;
  4. określenie tej wartości lub procedur jej obliczania powinno być jasno i precyzyjnie zawarte w dokumentach regulujących treść stosunku pracy w czasie jego istnienia
  5. przychody muszą być uzyskiwane z tych rodzajów działalności, o których mowa w art. 22 ust. 9b ustawy o PIT.

Co ciekawe z dotychczasowego stanowiska organów podatkowych wynika, że program komputerowy, jak każdy inny utwór, nie musi mieć postaci ukończonej, aby korzystać z autorsko-prawnej ochrony. Nawet krótkie fragmenty programu mogą stanowić przedmiot prawa autorskiego. Innymi słowy, aby programista mógł skorzystać z ulgi nie musi wcale skończyć programu, lecz wystarczy, że udokumentuje twórczy charakter powstałej części pracy.

Działalność twórcza

Pojęciem, które przewija się w ramach omawiania kryteriów skorzystania z ulgi jest pojęcie działalności twórczej. W pierwszej kolejności należy zaznaczyć, że przedmiotem prawa autorskiego jest tylko taka działalność twórcza, która prowadzi do powstania utworu korzystającego z ochrony praw autorskich. Zatem musi być to skonkretyzowana działalność twórcza, polegająca na powstaniu lub dążeniu do powstania utworu chronionego prawem autorskim. Zatem ulga co do zasady nie powinna przysługiwać w przypadku tworzenia odtwórczych prac i działalności bieżącej takiej jak helpdesk.

Nabycie następcze

Ustawa o prawie autorskim przewiduje możliwość, aby pracodawca i pracownik uzgodnili w umowie o pracę, iż majątkowe prawa autorskie do programu komputerowego stworzonego (współtworzonego) przez pracownika w wyniku wykonywania obowiązków ze stosunku pracy przysługują pracownikowi, a nie pracodawcy (art. 74 ust. 3). Wówczas stosuje się zasadę wtórnego nabycia przez pracodawcę majątkowych praw autorskich do programu za odpowiednim wynagrodzeniem i uchylona zostaje – stanowiąca wyjątek od tej zasady – ustawowa regulacja pierwotnego nabycia przez pracodawcę całości majątkowych praw autorskich do programu.

Ustalenie czasu pracy

Zasadą powinno być, że preferencję 50% KUP stosujemy w stosunku do pracownika, który poświęca ściśle określony czas na stworzenie (tworzenie) konkretnego dzieła. W praktyce częstym rozwiązaniem jest rejestrowanie czasu pracy twórczej w odrębnym dokumencie (np. w ewidencji prowadzonej papierowo lub w formie elektronicznej), lub przy użyciu specjalnie do tego stworzonego oprogramowania, czy ewentualnie w oświadczeniu składanym pracodawcy za określony okres, np. miesiąc, kwartał, półrocze lub rok. Czas pracy poświęcony na działalność twórczą powinien zostać zaakceptowany lub przynajmniej uzgodniony z pracodawcą.

Należy jednak zaznaczyć, że do zastosowania 50-proc. kosztów uzyskania przychodów nie jest konieczne kwotowe wyodrębnienie honorarium twórcy utworu. Tak wynika orzeczenia, o którym mowa na wstępie, a także z wyroków NSA o sygn. akt II FSK 1552/19, II FSK 1510/19 – art. 29 ust. 9 pkt 3 ustawy o PIT nie zawiera norm regulujących sposób bądź zasady ustalania wynagrodzenia z tytułu korzystania lub rozporządzania prawami autorskimi.

Autor: Agnieszka Stachurska, dyrektor Biura Rachunkowego Skarbiec Corporate Services należącego do Grupy Kancelarii Prawnych Skarbiec specjalizującej się doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Jak banki i ich klienci odczują zmiany klimatyczne?

  • Mogłoby wydawać się, że globalne ocieplenie to problem głównie przyrodniczy, związany z ryzykiem powodzi, suszy czy zmian klimatycznych.
  • Tymczasem zmiany klimatyczne, czyli tzw. ryzyka fizyczne (w tym pożary wywołane suszą lub powodzie na coraz większych obszarach) mają istotny wpływ na rozwój różnych branż, w tym branży finansowej.
  • Banki już dziś muszą uwzględniać dwa rodzaje przekładalnych na straty ryzyk: ryzyko fizyczne i transformacyjne.
  • Zachodzący w branży proces dotyczy dodatkowo klientów banków i innych dziedzin gospodarki.
  • Receptą może być modelowanie biznesu z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego pod kątem analizy konsekwencji zmian klimatycznych np. dla obszaru prawnego czy zachowań konsumenckich.

Na Ziemi wraz ze wzrostem temperatury coraz więcej osób dostrzega wpływ zmian klimatu na ich życie. Jak pokazało badanie 3M State of Science Index 2022, aż 92 proc. Polaków wierzy, że zmiany klimatu są realne. 67 proc. osób w tej grupie uważa, że procesy te dotykają ich osobiście, podczas gdy jedna czwarta (25 proc.) twierdzi, że to nie ma wpływu na ich codzienne życie. Warto zaznaczyć, że wciąż 8 proc. Polaków deklaruje brak wiary w zmiany klimatyczne.

Tymczasem 2020 rok był najcieplejszym w historii pomiarów. Z dwudziestu najcieplejszych lat, 19 zarejestrowano w XXI wieku. Od końca XIX wieku średnia temperatura na Ziemi wzrosła o 0,95-1,20 stopnia Celsjusza. Różnica, która może wydawać się drobna z perspektywy naszego codziennego odbioru ciepła i zimna, jest jednak ogromną zmianą dla przyrody i zachodzących w niej procesów. Podwyższenie średniej temperatury wpływa na długość okresów wegetacyjnych roślin, obecność konkretnych gatunków zwierząt na danym terenie oraz na gospodarkę wodną. Poza tym, mówimy o temperaturze średniej, zatem są miejsca, gdzie zmiany mogą być większe. Klimatolodzy szacują, że ocieplenie o 2 stopnie drastycznie podniesie ryzyko katastrofalnych zmian w środowisku. Ale jakie to ma znaczenie dla banków i sektora finansowego?

Susza czy powódź to straty finansowe

Dla biznesu zagrożenie klimatyczne to kolejny obszar ryzyka, który trzeba uwzględnić w zarządzaniu. Instytucje finansowe biorą pod uwagę dwa typy ryzyka – pierwsze z nich to ryzyko fizyczne. Polega na możliwym wystąpieniu jednorazowych lub przewlekłych zdarzeń pogodowych, które powodują bezpośrednie straty. Chodzi np. o powodzie, w wyniku których zalane mogą zostać serwerownie, co uniemożliwi prowadzenie codziennej działalności biznesowej. Powodzie wpływają też na wartość finansowanych długoterminowo hipotek. Rośnie ryzyko niewypłacalności czy też utraty płynności: coraz częściej pożyczki rolnicze nie są spłacane regularnie właśnie z powodu suszy, która skutkuje słabymi plonami i niższymi od zakładanych zyskami. Drugi rodzaj niebezpieczeństwa to ryzyko transformacyjne. Dotyczy konsekwencji finansowych związanych z przechodzeniem na model gospodarki niskoemisyjnej, co wymusza polityka Unii Europejskiej, dyktując nowe normy i regulacje prawne. Ale w ryzyku transformacyjnym mamy również konsekwencje rozwoju technologicznego oraz zmiany nastrojów i preferencji klientów.

Uniwersalny charakter tych zagrożeń sprawia, że nie przynależą wyłącznie do sektora finansowego. Wręcz przeciwnie, ryzyka fizyczne i transformacyjne mogą dotyczyć przedsiębiorstwa z każdej branży. Zmiany klimatu wymuszają konieczność wypracowania zapasowych planów ciągłości działania, a przez to wpływają na utratę wydajności, zakłócają łańcuchy dostaw, ograniczają inwestycje, podnoszą ceny oraz koszty reagowania kryzysowego. Akurat sektor bankowy ma pewną przewagę, bo od dawna korzysta z zaawansowanej analityki, która pozwala szacować niebezpieczeństwa i przygotowywać się na nie.

Banki nie są gotowe na ryzyko klimatyczne

Ryzyko klimatyczne zostało zakwalifikowane przez World Economic Forum w raporcie The Global Risk Report jako jedno z najbardziej krytycznych i dotkliwych w najbliższych latachzauważa Łukasz Libuda, który w SAS Institute zajmuje się doradztwem w obszarze ryzyka.Do teraz zarządzający ryzykiem, głównie kredytowym, musieli się mierzyć z analizami w horyzoncie najbliższych kwartałów, lat a maksymalnie dekady. Obecnie analizy ryzyka klimatycznego muszą być przeprowadzane w okresie dziesięcioleci i tu pomocnym narzędziem pozwalającym na uwzględnienie zarówno zmian w czynnikach makro, jak i mikroekonomicznych stają się testy warunków skrajnych – wyjaśnia.

Ekspert SAS dodaje, że jeszcze niedawno Europejski Bank Centralny (ECB) oceniał, że prawie żaden bank w strefie euro nie jest przygotowany na ryzyko związane ze zmianą klimatu. – Świadomość tematu się zmienia, jest on szeroko dyskutowany przez zarządy w każdej organizacji, a ECB udało się wypracować pierwsze wersje regulacji, które zawierają wytyczne i główne kroki pozwalające na efektywne uwzględnienie ryzyka klimatycznego w procesach szeroko pojętego zarządzania ryzykiem. Jednakże nadal nie ma jednego, dopasowanego do wszystkich, wzorca do działania, wytyczne wciąż muszą być interpretowane indywidualnie w odniesieniu do każdej organizacji – podkreśla Łukasz Libuda.

Troska o klimat może generować zyski

Firmy, które chcą zoptymalizować koszty biznesowe wynikające z praktycznych konsekwencji globalnego ocieplenia, powinny skorzystać z narzędzi wyposażonych w sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe. To pozwoli im przewidzieć, zmierzyć i zrozumieć skutki tych procesów w kontekście zachowań klientów, zmian prawnych, warunków finansowania czy rynku pracy.

– Zaawansowana analityka oparta na algorytmach AI/ML pozwoli zobaczyć, które elementy naszego otoczenia biznesowego są najbardziej zagrożone zmianami klimatu. Mogą to być konkretne sektory rynku, obszary geograficzne czy nawet kontrahenci, a cała prognoza będzie mogła wybiegać daleko w przyszłość. Pomoże to podjąć trafne, czyli opłacalne decyzje biznesowe – mówi Łukasz Libuda. – Dzięki analizie scenariuszowej możemy przygotować i sprawdzić wiele ścieżek zmian czynników ryzyka klimatycznego. Gdy uwzględnimy je w symulacjach portfela i bilansu, zobaczymy, jakie skutki może mieć podjęcie działań dostosowawczych. Co istotne, zobaczymy też, co może się wydarzyć, jeżeli tych działań nie podejmiemy. Każdy ze scenariuszy jest uzależniony od wielu zmiennych makro- i mikroekonomicznymi. Dlatego bez analityki wspartej AI/ML nie bylibyśmy w stanie dostarczać tak wysokiej jakości prognozowanych wskaźników – podkreśla ekspert SAS.

Wyzwania obejmujące kryzys klimatyczny są też przy okazji szansą do przemodelowania procesów i nawet zwiększenia zysków. Łukasz Libuda z SAS Institute zauważa, że firmy starają się być „green”, aby zbudować lepszy wizerunek wśród swoich klientów (którzy mogą być skłonni płacić wyższą cenę za produkty „green”), uzyskać niższą marżę na kredyty i inwestycje wśród banków, a to wszystko w ramach strategii zrównoważonego biznesu. Pierwsze doświadczenia biznesowe wskazują już pozytywne reakcje na produkty „green” czy to w obszarze ubezpieczeń (np. naprawa szkody nieruchomości odbywa się wyłącznie przy wykorzystaniu produktów, technik i podwykonawców „green”), czy też bankowości – zainteresowanie rynkiem „zielonych obligacji”.

Co więcej, Europejski Zielony Ład, czyli strategia unijna w zakresie klimatu i gospodarki, nie tylko wprowadzi rygorystyczne wymagania dla firm, ale stworzy też pola dla rozwiązań innowacyjnych. Zatem przy odpowiednim podejściu, ryzyko klimatyczne może stać się szansą do rozwoju i stworzenia przewagi konkurencyjnej a nie zagrożeniem dla organizacji. Aby było to możliwe, przedsiębiorcy będą musieli pamiętać o zastosowaniu zaawansowanej analityki, prognozowania i analiz scenariuszowych.

Wakacje kredytowe a zdolność kredytowa

Z końcem lipca weszła w życie ustawa wprowadzająca tzw. wakacje kredytowe. Już na etapie ścieżki legislacyjnej budziła ona wiele kontrowersji. Finalnie jej forma jest dość ogólna. Podane są minimalne wymagania, jakie należy spełnić, aby skorzystać z wakacji kredytowych. Wśród założeń znalazły się zapisy mówiące o tym, że:

  1. Umowa kredytowa musi być podpisana przed 1 lipca 2022 r.
  2. Kredyt musi być udzielony w PLN
  3. Kredyt został zaciągnięty w celu zaspokojenia własnych potrzeb mieszkaniowych
  4. Możliwość zawieszenia spłat dla jednego kredytu hipotecznego
  5. Do końca okresu kredytowania pozostało więcej niż 6 miesięcy – licząc od dnia wejścia w życie ustawy – tj. od 28 lipca 2022 r.

Banki miały stosunkowo niewiele czasu na wypracowanie ścieżki, jaką musi przejść klient, aby złożyć wniosek o zawieszenie rat. Z niektórych banków, praktycznie do ostatniego dnia, nie było jasnego komunikatu o sposobie złożenia wniosku. W Lendi odebraliśmy mnóstwo telefonów od naszych klientów z prośbą o informację o sposobie przyjmowania dyspozycji przez banki oraz o możliwych „haczykach” kryjących się w ustawie.

Jak złożyć wniosek o wakacje kredytowe?

Finalnie praktycznie w każdym banku komercyjnym wniosek o wakacje kredytowe można złożyć za pośrednictwem bankowości elektronicznej. Zajmuje to dosłownie kilka minut. Większość kredytobiorców skorzystała właśnie z tej formy złożenia wniosku. W pierwszym dniu, od którego można było wnioskować o wakacje kredytowe, w niektórych bankach zauważalne były problemy techniczne przy składaniu wniosku elektronicznego. Jednak w ciągu kilku godzin banki się z nimi uporały. Drugą dopuszczalną formą złożenia wniosku jest forma papierowa, złożona w placówce bankowej. Reagując na duże zainteresowanie tą właśnie formą, w piątek 29 lipca, PKO BP wydało komunikat, że ich placówki bankowe będą otwarte wyjątkowo w sobotę w godzinach 9.00-12.00.

W części banków wniosek o wakacje kredytowe składamy tylko na najbliższy miesiąc. Zatem konieczne jest pamiętanie o cyklicznym składaniu wniosku i, co ważne, aby składać go przed dniem płatności zawieszanej raty. Najprawdopodobniej jednak docelowo każdy bank wprowadzi opcję zawieszenia wszystkich ośmiu rat jednym wnioskiem, co z pewnością będzie ułatwieniem dla kredytobiorców. Przypomnę jednak, że zawieszeniu nie ulegają ubezpieczenia, których koszty pobierane są wraz z ratą.

Kto może skorzystać z wakacji kredytowych i co warto zrobić?

Choć ustawa skierowana jest przede wszystkim do osób, które mają faktyczne problemy z terminowym regulowaniem zobowiązań, to korzystają z nich również te osoby, które są w stanie bez problemu spłacać aktualne zobowiązania.

Łatwo obliczyć, że korzystniejsze jest zawieszenie spłaty i skumulowanie środków celem późniejszego nadpłacenia kredytu. Daje to możliwość spłacenia większej kwoty kapitału, niż płacenie rat zgodnie z założonym przez bank harmonogramem.

Druga strona medalu to raportowanie wakacji kredytowych do Biura Informacji Kredytowej. Na pewno informacja o korzystaniu z zawieszenia będzie widoczna w BIK. Jednak, póki co, nie można jednoznacznie stwierdzić, jak duży (lub czy w ogóle?) będzie ona miała wpływ na zaciąganie kredytów w przyszłości. W pierwszych dniach obowiązywania ustawy UOKiK odebrał od konsumentów kilkaset skarg dotyczących wakacji kredytowych. Część z nich dotyczyła obaw kredytobiorców dotyczących możliwości obniżenia ich zdolności kredytowej, jeśli skorzystają z zawieszenia rat. Prezes UOKiK jasno jednak powiedział, że banki nie mają podstaw, aby twierdzić, że samo skorzystanie z wakacji będzie rzutowało na zdolność kredytową.

Najbliższe miesiące pokażą, jaki faktycznie wpływ na udzielanie nowego finansowania, będzie miał fakt korzystania z zawieszenia przez kredytobiorców.

Jakub Kucharek, ekspert kredytowy Lendi

Czy zabraknie prądu i ciepła zimą? Cena za błędy w krajowej polityce energetycznej

Polska teoretycznie ma zasoby węgla – ale w wyniku chaotycznej polityki nie inwestowała w nowe ściany wydobywcze, w nowe kopalnie, które opłacałoby się eksploatować w obecnych warunkach ekonomicznych,. Nie mamy więc krajowego węgla i na pewno nie zdążymy zaimportować tyle, by pokryć braki. Czy w związku z tym w Polsce rządzący zwrócą się do społeczeństwa i poproszą, by ograniczyć swoje potrzeby energetyczne? By na przykład utrzymywać w mieszkaniach nieco chłodniejsze powietrze – zamiast 21 stopni, mieć w domu 20 stopni? To jest bardzo duża oszczędność energetyczna. Wbrew pozorom to mogłoby dać możliwość przetrwania zimy – ale tego typu gesty są możliwe w krajach, w których władza ufa społeczeństwu, a społeczeństwo ufa władzy.

– Zima zapowiada się bardzo chłodno i to nie tylko dlatego, że klimat może sprawić niespodziankę. Także dlatego, że skumuluje się to, czego rząd dokonał demolując sektor energetyczny. Na przykład sektor produkujący energię elektryczną dla zasilenia przemysłu i gospodarstw domowych. Tutaj mamy do czynienia z pasmem ciągłych pomyłek. Nie dość że odwrócono – zawracając za wszelką cenę Wisłę kijem – trend rozwoju rozwoju energetyki taniej i przyjaznej środowisku, takiej jak energetyka wiatrowa czy fotowoltaiczna, słoneczna – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Cydejko, publicysta ekonomiczny. – Do tego nie potrafiono zarządzić tym wymarzonym, tym wyśnionym Graalem naszej władzy, jakim jest energetyka węglowa. No i skończyliśmy w sytuacji, w której nasz kraj wciąż utrzymuje pierwsze miejsce wśród tych, które ogrzewają domy i mieszkania węglem. Najczarniejszym z możliwych paliw. Jest to po prostu niechlubny rekord. Tego węgla oczywiście nie jesteśmy w stanie wykopać tyle, by wystarczyło na potrzeby w dużej mierze stworzone poprzez błędy polityczne. Dlaczego 7 lat temu wprowadzono ustawę likwidującą możliwości czy sensowność biznesową budowania farm wiatrowych? Dlaczego zabrano pieniądze z systemu RTS – czyli z tego źródła, które pozwala polskiemu rządowi sprzedawać uprawnienia do emisji dwutlenku węgla? Rząd powinien przeznaczać te pieniądze na rozwój systemu energetycznego, na jego transformację – choćby na sieci przesyłowe, które mogłyby pomóc w przyłączaniu coraz to nowych tysięcy mini i mikro elektrowni, jakie ludzie w Polsce budują na swoich dachach czy swoich obejściach. No po prostu te pieniądze zostały zdefraudowane na bieżące potrzeby polityczne. Zatem jesteśmy w sytuacji, w której już nawet węgla nam teraz nie wystarczy, by zasypać błędną politykę energetyczną. Ten problem jest znowu rozstrzygany w sposób najgorszy z możliwych – czyli przez zamykanie ust krytykom. Bo czym innym jest program rozdania 3 tysięcy złotych w ramach jakby zapomogi na ogrzewanie domów i to tylko tym ludziom, którzy ogrzewają swe domy i mieszkania węglem? No przecież ten program, który będzie kosztował 11,5 miliarda złotych, finansują Polacy. To jest pusty pieniądz. Pieniądz, który będzie pochodził z długu, pieniądz który będzie pochodził z podatku inflacyjnego, pieniądz pusty. Pieniądz, który rozreguluje nam gospodarkę i zostanie wpompowany tylko do portfeli niektórych. Przecież dzieci tych ludzi, którzy wezmą te 3 tysiące złotych, będą spłacać ten dług – ale wielokrotnie większy niż w kwocie, którą dziś otrzymają ich rodzice. Tak kuriozalnej sytuacji nie mieliśmy w Polsce nigdy. Absolutnie nigdy w historii. Więc będziemy mieli zimę zimniejszą – nawet, gdyby klimat przyniósł nam nieco łagodniejsze warunki atmosferyczne, to my będziemy marzli – ocenia Cydejko.

Rynek mieszkaniowy w Polsce – 7 miast

W lipcu w większości miast kupujący wrócili na rynek, choć wciąż nie jest ich tylu, co na początku roku. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl zaobserwowali, że deweloperzy starają się zaspokoić popyt. Czy zmieniły się ceny?

Analitycy portalu RynekPierwotny.pl z uwagą śledzą sytuację na rynkach mieszkaniowych największych miast. Szczegółowe dane dotyczące popytu, podaży oraz cen mieszkań prezentują w miesięcznych raportach, które przygotowywane są w oparciu o informacje z pierwszej ogólnopolskiej platformy do monitoringu i analizy rynku mieszkaniowego – BIG DATA RynekPierwotny.pl.

Sprzedaż mieszkań

Z lipcowych danych wynika, że w 7 największych miastach deweloperzy znaleźli chętnych na łącznie 2,4 tys. mieszkań, co jest wynikiem lepszym od czerwcowego o 12%. Oczywiście w porównaniu z lipcem 2021 r. sprzedaż była mniejsza, i to aż o 31%.Wykres 1

Warto też zwrócić uwagę, że choć w lipcu wyniki sprzedażowe deweloperów były lepsze niż w czerwcu, to wciąż nie dorównują tegorocznej średniej miesięcznej, która wynosi 2,9 tys. mieszkań. Dodajmy, że ubiegłoroczna miesięczna średnia w analogicznym okresie to 4,5 tys. lokali.

Ponadto sytuacja popytowa w poszczególnych miastach wciąż jest bardzo zróżnicowana. Z największego wzrostu sprzedaży – aż o 41% – mogli się cieszyć gdańscy deweloperzy, choć warto przypomnieć, że w poprzednich dwóch miesiącach odnotowano w tym mieście mocne tąpnięcie. W maju sprzedaż nowych mieszkań spadła aż o 40%, a w czerwcu o kolejne 29%. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w Łodzi, Krakowie i Warszawie, gdzie po dwóch miesiącach spadków sprzedaży lipiec mógł wlać trochę otuchy w serca deweloperów. Ich sprzedaż wzrosła o odpowiednio: 32%, 22% i 11%.

Z kolei dla poznańskich deweloperów lipiec był drugim miesiącem wzrostowym w sprzedaży po jej dramatycznym załamaniu w maju. Przypomnijmy, że w Poznaniu tak słabego miesiąca pod tym względem nie było od czasu lockdownu związanego z pandemią COVID-19 w kwietniu 2020 r. Czerwcowe odbicie wyniosło 29%, a lipcowe – 24%. Poznańscy deweloperzy wciąż mogą jednak pomarzyć o powrocie ubiegłorocznej koniunktury, gdy średnio w ciągu miesiąca sprzedawali 426 mieszkań. W okresie siedmiu miesięcy tego roku ta średnia wynosiła 310 mieszkań

Nie ma wątpliwości, że popyt na mieszkania dusi rosnące oprocentowanie kredytów hipotecznych oraz nowa rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego (KNF), która drastycznie ograniczyła zdolność kredytową potencjalnych nabywców mieszkań. W okresie 7 miesięcy tego roku deweloperzy sprzedali o 35% mniej lokali niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Należy podkreślić, że popyt skurczył się we wszystkich analizowanych miastach. Najbardziej we Wrocławiu (o 46%) oraz w Warszawie i Gdańsku (o 40%).

Ten rok pokazuje jak silna jest zależność między rynkiem mieszkaniowym oraz rynkiem kredytów hipotecznych. Biuro Informacji Kredytowej podało, że w czerwcu banki udzieliły zaledwie 10,9 tys. kredytów mieszkaniowych. Dla porównania, w analogicznym okresie przed rokiem było ich 24,3 tys., czyli przeszło dwukrotnie więcej. Optymizmem nie napawa także kurcząca się dramatycznie liczba wniosków kredytowych. Ich liczba w czerwcu była o ponad 18% mniejsza niż w maju i aż o blisko 60% mniejsza niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Załamanie kredytowe może więc być nawet większe niż po wybuchu kryzysu finansowego w 2008 r.Wykres 2

Podaż mieszkań

W lipcu deweloperzy wprowadzili do sprzedaży w 7 miastach łącznie ok. 3 tys. nowych mieszkań, czyli aż o 23% mniej niż w czerwcu. Zgodnie z przewidywaniami ekspertów portalu RynekPierwotny.pl, po czerwcowym boomie podażowym, gdy na rynek trafiło przeszło dwukrotnie więcej nowych ofert niż w maju, lipiec przyniósł wygaszenie aktywności podażowej części firm deweloperskich.Wykres 3

Warto przypomnieć, że w poprzednim miesiącu, szczególnie w Poznaniu, Gdańsku, Warszawie i Wrocławiu, uruchamiały one sprzedaż mieszkań, aby zdążyć przed wchodzącą 1 lipca w życie,  nową ustawą deweloperską, która nałożyła nowe obowiązki skutkujące wzrostem kosztów realizacji inwestycji. Widać jednak, że deweloperzy starają się dostosować swoją aktywność inwestycyjną do popytu.

W lipcu zmniejszyły nową podaż zwłaszcza warszawskie, gdańskie i łódzkie firmy. Z kolei w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Katowicach deweloperzy postanowili uzupełnić swoją ofertę wprowadzając do sprzedaży większą niż w czerwcu liczbę mieszkań. Np. w Krakowie było ich aż o 64% więcej, a przypomnijmy, że miesiąc wcześniej stolica Małopolski była jedynym miastem, w którym deweloperzy ograniczyli nową podaż.

Warto zwrócić przy tym uwagę, że w większości analizowanych przez miast deweloperzy wprowadzili w lipcu do sprzedaży więcej mieszkań niż ich sprzedali. Wyjątkami były Gdańsk i Łódź. W obu tych miastach deweloperzy ograniczyli w lipcu nową podaż, a w stolicy Pomorza dodatkowo wzrosła sprzedaż.

W okresie 7 miesięcy tylko w Krakowie nie odnotowano nadwyżki nowej podaży nad popytem. Przy czym w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku i Łodzi była ona dość znaczna. Najpewniej to dlatego tamtejsi deweloperzy wprowadzili do sprzedaży mniejszą liczbę mieszkań. Mimo to lipiec zakończył się 6% wzrostem oferty. W siedmiu analizowanych miastach było w niej łącznie ponad 36,4 tys. mieszkań. Lipcowa oferta była o 13% większa od ubiegłorocznej.

Wykres 4Potencjalnych nabywców powinna ucieszyć wiadomość, że niemal we wszystkich miastach zwiększył się wybór mieszkań. Wyjątkami są Gdańsk i Łódź, gdyż w tych miastach deweloperzy wprowadzili w lipcu na rynek mniej mieszkań niż sprzedali.

Ceny mieszkań

Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że tylko w Katowicach lipiec przyniósł 1% spadek średniej ceny metra kwadratowego mieszkań oferowanych przez deweloperów. W pozostałych miastach średnia wzrosła o 1%, a we Wrocławiu aż o 7%. Taka podwyżka może wydać się szokująca. Pamiętajmy jednak, że przyczyną może być nie tylko wprowadzenie przez deweloperów do sprzedaży drogich mieszkań, ale także wyprzedanie najtańszych. I tak właśnie było w stolicy Dolnego Śląska.Wykres 5

W lipcu na rynku w tym mieście pojawiła się duża pula mieszkań ze średnią ok. 15,2 tys. zł za m kw., czyli znacznie odbiegającą w górę od średniej w ofercie, która sięgnęła 11,5 tys. zł za metr. Równocześnie niższa od niej była średnia cena metra mieszkań sprzedanych. W ofercie wrocławskich deweloperów skurczył się więc z 51% do 45% udział mieszkań w cenie do 10 tys. zł za m kw., a z 23% do 30% wzrósł w niej udział lokali z ceną powyżej 12 tys. zł za metr. W skali roku zmiany w strukturze cen są jeszcze bardziej widoczne.

Dzięki temu można dostrzec zjawisko, jakim jest dramatycznie szybko kurcząca się w największych miastach oferta mieszkań w cenach przystępnych dla osób i rodzin o przeciętnych dochodach, czyli do 8 tys. zł za m kw.

Przez ostatni rok najbardziej spektakularną zmianę można było zaobserwować w Poznaniu, gdzie udział lokali w cenie nie przekraczającej tego pułapu skurczył się z 54% do zaledwie 5%! W Warszawie i Krakowie takie oferty można policzyć dosłownie na palcach.Wykres 6

Wzrósł natomiast odsetek mieszkań z ceną ofertową powyżej 12 tys. zł za m kw. Najwyższy jest oczywiście w Warszawie i Krakowie: 57% i 41%.  Ponadto w Poznaniu i Łodzi w ciągu ostatnich 12 miesięcy w ofercie firm deweloperskich pojawiły się luksusowe apartamenty. Dlatego to właśnie w tych miastach średnia cena metra kwadratowego poszybowała najbardziej.

W Poznaniu w lipcu średnia była aż o 22% wyższa niż w analogicznym okresie przed rokiem, a w Łodzi – o 21%. We wszystkich miastach odnotowaliśmy dwucyfrową podwyżkę. Przy czym w Krakowie była wynosiła ona „tylko” 11%.

Choć w lipcowych statystykach spadku cen mieszkań nie widać, to nie oznacza, że ich nie ma. Kamuflują je stosowane przez deweloperów rabaty i różnego rodzaju bonusy takie jak wyposażenie kuchni lub miejsce parkingowe w cenie mieszkania. Tego typu promocje obejmują najczęściej tylko wybrane inwestycje lub pojedyncze lokale.

Hakerzy celują w polskie wojsko. Rząd podtrzymuje stopień alarmowy RCB

W marcu 2022 roku The Washington Post donosił, że celem cyberataków byli – obok ukraińskich urzędników – polscy wojskowi. Za ataki mieli odpowiadać białoruscy hakerzy, w ramach szeroko zakrojonej akcji, mającej na celu kradzież poufnych danych przy pomocy phishingu. Analizy firmy Check Point Research potwierdzają – wojsko jest najbardziej narażone na działania hakerów. Co tydzień dochodzi do ponad 1100 ataków na ośrodki militarne w Polsce. Jednocześnie Rząd RP podtrzymuje 3 stopień alarmowy Charlie-RCB oraz 2 stopień alarmowy BRAVO.

MON i agendy wojskowe stały się celem ataków. Jak podaje Check Point Research co tydzień w Polsce przeprowadzanych jest 1106 ataków na pojedynczą organizację z sektora rządowo-wojskowego. Sektor ten jest w Polsce najbardziej narażony na ataki. Ale to i tak mniej niż na świecie, gdzie instytucje militarne atakowane są 1675 razy tygodniowo.

I choć większość z nich z powodzeniem blokowana jest przez systemy bezpieczeństwa, to pojedyncze dokonują paraliżu infrastruktury sieciowej oraz generują straty sięgające setek tysięcy złotych. Taka sytuacja miała miejsce zaledwie kilka miesięcy temu, kiedy to – w związku z reakcją polskich władz na sytuację w Ukrainie – doszło do ataków na polskie serwisy rządowe (Portal Podatkowy i Mój GOV.pl). Dopiero po czasie udało się ustalić, że stoją za nimi cyberprzestępcy z Killnet, ugrupowania hakerskiego wspieranego przez Moskwę.ataki hakerów 2022

Fakt, że polskie instytucje wojskowe stały się̨ celem ataków cyberprzestępców potwierdził (luty 2022) m.in brytyjski tygodnik The Record, twierdząc, że polski rząd bagatelizuje ataki i wyciek danych wojskowych, informując publicznie, że wyciek wojskowej bazy danych nie zawiera żadnych tajnych ani wrażliwych informacji wojskowych i że incydent nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa ani dla funkcjonowania Sił Zbrojnych RP.

Brytyjski tygodnik opisał historię opublikowaną przez polski portal Onet, w której twierdził, że baza danych może być niezwykle cenna dla zagranicznych służb wywiadowczych. Przedmiotem zainteresowania hakerów okazała się kopia inwentarza Wojska Polskiego, zawierająca informacje m.in. o ilości pocisków przeciwpancernych czy liczby myśliwców F-16, będących w posiadaniu MON. Ciekawostką jest – stwierdza brytyjski tygodnik – że kilka godzin po raporcie polskie MON stwierdziło, że żadna z informacji zawartych w wyciekającej bazie danych nie została utajniona, a każdy mógł uzyskać te same informacje z publicznych rejestrów. Urzędnicy MON stwierdzili, że tzw. poufne dane to System Informatyczny Jednolitego Indeksu Materiałowego, publikowany przez NATO w ramach bazy danych Master Catalog of Reference for Logistics (NMCRL).

Według amerykańskiego dziennika, analitycy firmy Google (zespół Google ds. zwalczania zagrożeń (TAG – Treat Analysis Group) odkryli, że grupa białoruskich hakerów UNC1151 próbowała uzyskać dane uwierzytelniające ukraińskich urzędników rządowych i członków polskiego wojska. To pierwsza odnotowana próba ataku na konta wojskowych w Polsce. – Jeszcze nigdy polskie wojsko nie było celem cyberprzestępców – ujawniła rzecznik Google Kaylin Trichon. Co istotne, Google nie był jednak w stanie potwierdzić, czy wyciekły jakieś dane, ponieważ skrzynki nie należały do tego giganta.

I rzeczywiście – nie tylko polskie ośrodki wojskowe stały się celem cyberataków. Rosyjscy hakerzy próbowali niedawno (marzec 2022) przeniknąć do sieci NATO i sił zbrojnych niektórych krajów Europy Wschodniej – informowała firma Google. W raporcie nie podano, które siły zbrojne były celem ataków, które Google określił jako „kampanie wyłudzania danych uwierzytelniających” zainicjowane przez rosyjską grupę Coldriver lub Callisto. W oświadczeniu NATO nie odniosło się bezpośrednio do raportu Google, ale stwierdziło: Codziennie obserwujemy złośliwą aktywność cybernetyczną.

W obliczu rosnącego zagrożenia polski rząd jednak podjął stanowcze kroki. W kilka dni po atakach polski Minister Obrony Mariusz Błaszczak powołał generała armii na szefa nowych Sił Cyberobrony, aby oficjalnie rozpocząć działalność jednostki. Gen. Karol Molenda, który stanął na czele jednostki, będzie ściśle współpracować z zainicjowanym w 2019 r. Narodowym Centrum Cyberbezpieczeństwa.

Minister obrony poinformował, że misja sił obejmuje obronę, rozpoznanie i w razie potrzeby, działania ofensywne mające na celu ochronę Sił Zbrojnych RP przed cyberatakami. – Doskonale zdajemy sobie sprawę, że w XXI wieku cyberataki stały się jednym z narzędzi agresywnej polityki, wykorzystywanej także przez naszego sąsiada – powiedział Błaszczak, najwyraźniej odnosząc się do Rosji.

Stopień alarmowy CHARLIE-CRP w Polsce

Pod koniec maja br. premier RP – Mateusz Morawiecki przedłużył obowiązywanie w kraju stopni alarmowych BRAVO i CHARLIE–CRP. Stopień alarmowy CHARLIE-CRP został wprowadzony, aby przeciwdziałać zagrożeniom w cyberprzestrzeni. Tak wysoki stopień – trzeci z czterech – obowiązuje w kraju po raz pierwszy. Premier wprowadził go 21 lutego. Wcześniej, od połowy lutego, obowiązywał pierwszy stopień ALFA-CRP.

Wojciech Głażewski, dyrektor zarządzający firmy Check Point Software Technologies w Polsce, podkreśla, że wprowadzenie i podniesienie alarmu Charlie jest wyraźnym sygnałem, iż scenariusz ataków na polskie systemy, instytucje państwowe i wojskowe jest realny i nadal może rosnąć.

Dziś poznamy kondycję amerykańskiego sektora usług. Gorsze wskaźniki mogą osłabić dolara

Media dużą uwagę poświęcają wizycie Nancy Pelosi w Taipei. Dziś oczekuje się, że odbędzie się wspólny briefing prasowy z prezydent Tajwanu Tsai Ing-wen. Chiny zapowiedziały testy rakietowe i ćwiczenia wojskowe wokół tego kraju. Rynki w ostatnich kilkunastu godzinach żyją jednak serią jastrzębich komentarzy ze strony urzędników Fed.

Pekin uznał wizytę spikerki amerykańskiej Izby Reprezentantów za naruszenie suwerenności Chin. Wojska Państwa Środka są w gotowości. Gromadzony jest sprzęt na swoim nabrzeżu. Inwestorzy na razie nie reagują jakoś znacznie na te wydarzenia.
Rynkami poruszyły komentarze urzędników Fed: Mary Daly, Loretty Mester i Charlesa Evansa. Stanowczo odrzucili oni sugestie, że Fed odchodzi od swojego jastrzębiego stanowiska. Amerykańskie akcje znalazły się pod presją, rentowność amerykańskich papierów wartościowych wzrosła na całej krzywej, a dolar wzrósł. EUR/USD ponownie znalazł się przy dolnej bandzie konsolidacji, która jest widoczna na wykresie od kilku tygodni.

Prezes Fed z San Francisco Mary Daly powiedziała we wtorek, że oczekuje na napływające dane, aby zdecydować, czy Rezerwa Federalna może obniżyć podwyżki stóp, czy kontynuować je w obecnym tempie. Rzeczniczka Powella dodała, że praca nad walką nad inflacją nie została zakończona. Ze słów Daly wynika, że Fed ma w sobie wystarczająco dużo determinacji aby osiągnąć stabilność cen. Przed Fed-em jeszcze jednak daleka droga do realizacji tego celu – widać, że bank centralny w pełni jest tego świadomy. Daly jest z obozu gołębi, więc jastrzębie komentarze mają pewną wagę.

Dziś poznamy kondycję amerykańskiego sektora usług. Oczekuje się spadku wskaźnika ISM (do 53,5 pkt.) oraz PMI (do 47 pkt.). Z pewnością bacznie będzie obserwowany indeks cen płaconych oraz indeks zatrudnienia. Gorsze (od prognoz) wskaźniki koniunktury oraz wyhamowanie wzrostu cen powinno osłabiać USD i tym samym powodować wzrosty na Wall Street. Dzisiejsze dane, o ile bardzo nie zaskoczą, nie powinny jednak wywoływać większej zmienności. Rynek czeka na piątkowy NFP. Najbliższe raporty z rynku pracy (za lipiec i sierpień) z pewnością przykują uwagę w większym stopniu niż w ostatnim czasie. Fed cały czas podkreśla silny rynek pracy, który pozwala na mocnie zacieśnianie. Jeśli pojawią się oznaki schłodzenia, pole do interpretacji będzie dość spore. Wrześniowa decyzja Rezerwy Federalnej będzie w dużym stopniu opierać się na tych odczytach.

Autor: Łukasz Zembik, DM TMS Brokers

FPP: System kaucyjny to jedyna efektywna metoda zebrania ponad 90% opakowań po napojach

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że system kaucyjny będzie efektywny i zapewni wysokie poziomy zbiórki surowców, jeśli będzie opierać się na kluczowych filarach – wygodzie dla konsumentów, powszechności i dostępności oraz szerokim zakresie materiałowym. Tylko w ten sposób osiągniemy cele zbiórki, z których pozyskane zostaną cenne i jakościowe surowce do ponownego użytku. System kaucyjny to jedyna efektywna metoda zebrania z rynku ponad 90% wprowadzonych opakowań po napojach.

Takie założenia wypełniają zawarte w projekcie ustawy obowiązek pobierania kaucji przez placówki handlowe, brak konieczności paragonu, wymogi sprawozdawczości, organizacja systemu przez wprowadzających oraz zwolnienie zużytych opakowań zebranych w systemie z obciążeń finansowych przewidzianych w ustawie o ROP.

Dzięki dostępności wielu supermarketów i sklepów spożywczych, konsumenci mają lokalny dostęp do wielu potencjalnych punktów zwrotu. Odpowiednio zaplanowana logistyka i częsty odbiór pozwala skutecznie zarządzać zebranymi opakowaniami, nie obciążając funkcjonowania sklepu. Im większy udział sklepów w systemie, tym skuteczniejsza staje się organizacja odbioru. A to przekłada się również na wygodę i zadowolenie konsumenta, który może zwrócić dowolne opakowanie w dogodnym dla siebie punkcie.

Co równie istotne, system kaucyjny umożliwia prasowanie lub zgniatanie. W przypadku butelek PET zmniejsza się rozmiar 2,5:1, natomiast puszek aluminiowych 6:1. W ten sposób osiągana jest oszczędność miejsca oraz kosztów transportu związanego z odbiorem surowców. Jednocześnie jest to zabezpieczenie przed nieuprawnionym zwrotem, ponieważ zgniecionych opakowań nie da się zwrócić ponownie. Im bliżej punktu zbiórki następuje ich zgniatanie, tym większa jest oszczędność paliwa, węgla i zasobów.

„System kaucyjny to najefektywniejszy system zbiórki opakowań po napojach. Potwierdzają to doświadczenia z krajów, w których system działa – przynosząc około 90%-owy odzysk materiałów nadających się do recyklingu. Czym on się cechuje? Przede wszystkim wygodą dla konsumenta, którą gwarantują detaliści. Jak wynika z danych rynkowych, ilość odpadów będących opakowaniami po napojach, wyrażona jako odsetek wszystkich śmieci, jest o 66% niższa w regionach posiadających systemy kaucyjne niż w tych, które ich nie posiadają. Detaliści odgrywają znaczącą rolę w ograniczaniu zanieczyszczenia tworzywami sztucznymi – potwierdzają to wyniki badania przeprowadzonego w Polsce przez ARC Rynek i Opinia, które wprost wskazują, że bliskość sklepu z opcją zwrotu będzie miała znaczny wpływ na efektywne działanie systemu kaucyjnego. Sieć dogodnych punktów zbiórki, w tym przede wszystkim sklepów, gwarantuje konsumentom możliwość uczciwego odzyskania pieniędzy z kaucji. I to właśnie kaucja oraz prosta droga do zwrotu puszki czy butelki dają konsumentom kolejny powód do odwiedzenia sklepu. Co ciekawe, w badaniu przeprowadzonym w czterech krajach Europy, klienci zwracający opakowania wydali nawet o 50% więcej pieniędzy podczas tej samej wizyty w sklepie niż ci, którzy ich nie zwracali” – podkreśla Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Aż 8 na 12 działających systemów kaucyjnych w Europie obejmuje najszerszy zakres materiałowy – czyli PET, metal, szkło. Są to kraje: Chorwacja, Dania, Estonia, Finlandia, Niemcy, Islandia, Litwa i Łotwa. Ich śladem planują pójść kolejne państwa jak Malta, Rumunia, Szkocja czy Turcja. Na rynku globalnym 38 z 45 istniejących obecnie systemów kaucji obejmuje także szklane butelki, a 12 z nich włączyło szkło jednorazowe.

„Sklepy poniżej określonej wielkości mogą być zwolnione z obowiązku uczestnictwa w systemie, ale jeśli tylko chcą, mogą oferować usługi odbioru opakowań. Jednak ważne jest, ile korzyści mogą odnieść dzięki posiadaniu punktu zwrotu opakowań – możliwość zwrotu puszek i butelek daje konsumentom powód do odwiedzenia sklepów detalicznych. To właśnie tam klienci zazwyczaj wydają pieniądze uzyskane z kaucji. W badaniu przeprowadzonym wśród konsumentów z Michigan, 73% stwierdziło, że wydaje pieniądze z kaucji w sklepie, w którym zwrócili opakowania. Na innych rynkach zakłada się, że odsetek ten wynosi aż 95%. W innym badaniu przeprowadzonym w czterech krajach Europy, klienci zwracający opakowania wydali nawet o 50% więcej pieniędzy podczas tej samej wizyty w sklepie niż ci, którzy nie zwracali opakowań” – dodaje Piotr Wołejko.

W badaniach przeprowadzonych wśród użytkowników systemu w Norwegii, ponad 80% respondentów stwierdziło, że dostęp do punktu zwrotu bez konieczności czekania był dla nich niezwykle ważny przy oddawaniu pustych opakowań. Zazwyczaj detaliści otrzymują zapłatę za świadczoną usługę przyjmowania opakowań w postaci „opłaty manipulacyjnej”. W systemach o wysokiej wydajności, jest ona wypłacana detalistom za każde opakowanie – realizuje to centralny administrator systemu finansowanego przez sektor produkcji napojów. W ośmiu z dziesięciu najlepszych systemów kaucyjnych, sprzedawcy detaliczni otrzymują opłatę manipulacyjną.

Złoty podejrzanie mocny

Pomimo negatywnych wydarzeń na świecie polska waluta wygląda wyjątkowo dobrze pod kątem wartości. Biorąc pod uwagę to, co się jednak dzieje, może to być niestety mocno tymczasowa sytuacja.

Złoty wciąż mocny

Wczoraj pomimo siły dolara złoty stracił relatywnie mało na wartości. W tej chwili po raz kolejny polska waluta próbuje osiągnąć poziom poniżej 4,70 zł za jedno euro. Jest to dziwne, dlatego że zwyczajowo odpływ kapitału za ocean powoduje, iż złoty traci mocniej niż euro. W obecnej sytuacji jesteśmy jednak w świecie, gdzie wpływ pewnego uspokojenia na rynkach przemawia silniej na korzyść złotego niż odpływ kapitału na niekorzyść. Jest to mocno brutalne, ale wojna za naszą wschodnią granicą spowszedniała. Nasi sąsiedzi giną w obronie swoich domów, a rynki przechodzą z tym do porządku dziennego. Sankcje zostały nałożone, temat odhaczony, jakoś to będzie. W rezultacie mamy na Wschodzie znacznie większą potencjalną negatywną bombę. W ten sposób podchodząc do tematu kapitulacja Ukrainy (do której z coraz większym prawdopodobieństwem może dojść, skoro jest ona pozostawiona coraz bardziej sama sobie) będzie potężnym negatywnym szokiem dla złotego.

Ropa poniżej 100 dolarów

Baryłka ropy naftowej brent, notowanej w Londynie, kwotowana jest ponownie poniżej bariery 100 dolarów. Powodów jest kilka. Z jednej strony są to rosnące rezerwy surowca w USA sugerujące, że przy tych cenach jest on zbyt drogi. Z drugiej strony jest to nadchodzące spowolnienie gospodarcze. W tym wątku dochodzi również element potencjalnego konfliktu USA-Chiny, który może przełożyć się na wojnę celną, a ta ponownie powinna jednak sugerować zmniejszenie popytu na czarne złoto.

Pelosi wylądowała na Tajwanie

Kolejne dni pokażą, czy wizyta przewodniczącego amerykańskiej Izby Reprezentantów to tylko wydarzenie symboliczne, czy będzie mieć szersze znaczenie. Analitycy wskazują na możliwe komplikacje polityczne pomiędzy Chinami a USA. Pekin nie odpuszcza narracji, że Tajwan to jego wewnętrzna sprawa. Dzieje się tak pomimo tego, że od komunistycznej rewolucji minęło obecnie już ponad 70 lat. Najlepszym dowodem na skuteczność tej polityki jest fakt, że dotąd największym państwem uznającym oficjalnie Tajwan dyplomatycznie jest Paragwaj. Gdyby konflikt polityczny zaczął eskalować, dość szybko może dojść do kolejnych rund wojny celnej.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
16:00 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Polacy kupują biżuterię i diamenty na potęgę. Rośnie rynek luksusu. Nowi gracze wchodzą na rynek

Rośnie popyt na kamienie inwestycyjne (diamenty) oraz biżuterię z brylantami. W minionym roku sprzedaż wyrobów jubilerskich z diamentami wzrosła na świecie o 29 proc., co jest najlepszym rezultatem od dekady, wynika z raportu Bain & Company (2021). Analizy Astar Diamonds pokazują, że ceny diamentów w ciągu ostatnich dziesięciu lat wzrosły o około 32-33%, co daje średnio 4% rocznie. Branży jubilerskiej pomogło m.in. luzowanie restrykcji covidowych i wzrost oszczędności. Zdaniem analityków popyt na diamentową biżuterię będzie nadal silny, o czym świadczy wejście na polski rynek kolejnych graczy, w tym Hermitage z najwyższej klasy kamieniami w cenach powyżej 1 mln zł.

Wpływ na ceny diamentów mają w ostatnich miesiącach sankcje nałożone na rosyjskie firmy, w tym rosyjskiego producenta Alrosa, odpowiadającego za 27% światowej produkcji. Według agencji Bloomberg, w obliczu sankcji ceny diamentów znacznie wzrosły: cena małych kamieni rosła od marca nawet o 20 proc. Lider rynku – brytyjski De Beers (30% światowej produkcji), ma ograniczone możliwości zwiększenia produkcji, więc ceny mogą nadal rosnąć – uważają eksperci.

Rosnące zainteresowanie dobrami luksusowymi i tempo w jakim bogacą się Polacy nie unika uwadze producentów biżuterii i diamentów. Na polskim rynek właśnie weszła najdroższa kolekcja (powyżej 1 mln zł) włoskich projektantów diamentów Hermitage Collection.

Polacy inwestują w diamenty

Rosnące zainteresowanie dobrami luksusowymi i tempo w jakim bogacą się Polacy nie unika uwadze producentów biżuterii i diamentów. Na polskim rynek właśnie weszła najdroższa kolekcja (powyżej 1 mln zł) włoskich projektantów diamentów Hermitage Collection, dostępnych w salonie w prestiżowym budynku Metropolitan w centrum stolicy. – Diamentowa biżuteria to nie tylko ponadczasowy styl i prestiż, lecz lokata kapitału w niepewnych czasach. Polski rynek diamentów należy do grupy „emerging” w porównaniu do innych krajów w Europie, popyt zarówno na ten surowiec jak i biżuterię stale rośnie. Analizy wskazują na duże zainteresowanie diamentami wśród polskich klientów – podkreśla Paula Miszczuk, dyrektor zarządzający Hermitage Boutique.

Nie jest to jedyny debiut. Po okresie 2 lat lock-downu, zainteresowanie polskim rynkiem rośnie.  W salonach jubilerskich w 2022 zadebiutowały nowe marki – kanadyjska Birks, belgijska Hulchi Belluni, włoskie Serafino Consoli czy Damiani – Rynek nam sprzyja. Zakończenie stanu epidemii oznacza powrót do intensywnego życia społecznego, w tym uroczystości rodzinnych, które tradycyjnie silnie budują naszą sprzedaż odzieży i biżuterii w drugim kwartale – wskazuje Paula Miszczuk, która reprezentuje w Polsce m.in. włoską markę Damiani.

Najlepszą inwestycją ostatnich lat był zakup szafiru Bermese. Bransoletka z 47 karatowym kamieniem w królewskim błękicie została sprzedana w 1995 roku za 14,871 CHF za karat, podczas gdy w pod koniec 2021 roku znalazła kupca na aukcji Sotheby’s za cenę 127,018 CHF za karat. To ponad 90-krotny wzrost wartości – ujawnia Anne-Sophie Tourrette z firmy Beer & Partners.

Dobra luksusowe okazały się tym segmentem rynku, który wykazywał się sporą odpornością na kryzysowe zawirowania. Specjaliści oceniają, że w 2022 roku popyt na biżuterię i diamenty może wzrosnąć. Wpływ na to ma kilka czynników: sytuacja geopolityczna, rosnące obawy o ochronę i zachowanie wartości majątku, rosnąca inflacja. Rynek dóbr luksusowych mierzy się teraz z inflacją w takim samym stopniu jak na niej korzysta. Francuski dom mody Chanel od początku 2020 roku już kilkukrotnie podniósł ceny swoich topowych modeli torebek. Według danych banku inwestycyjnego Jefferies, cena najważniejszych modeli toreb Chanel wzrosła średnio o 71% od początku pandemii, a na niektórych rynkach (Hong Kong) o 96% w porównaniu do 2019 roku. Podobnie jest z diamentami – w obliczu ograniczonego dostępu do surowców, producenci i firmy jubilerskie podnoszą ceny o kilkanaście procent. Tylko w okresie ostatniego kwartału (kwiecień-czerwiec 2022), ceny diamentów wzrosły o 20 proc. – informuje agencja Bloomberg.

Mimo globalnych zawirowań, diamenty niezmiennie pozostają atrakcyjną formą lokowania oszczędności.  Eksperci są zgodni, że od 2008 roku uśredniona cena dla diamentu jednokaratowego znajduje się na stałej ścieżce wzrostu. Według analiz firmy MasterCard, sprzedaż detaliczna na rynku amerykańskim (największy pod względem sprzedaży diamentów) wzrosła w 2022 roku o 8,5 proc. a cały segment biżuterii z diamentami urósł o 32 procent w porównaniu do 2021.

W Polsce potwierdzają to przedstawiciele Hermitage Collection. – Od początku 2022 roku obserwujemy ogromny wzrost ruchu klientów. Do inwestycji w certyfikowaną biżuterię diamentową klientów zachęca polityka banków i niezadowolenie ze sposobu zarządzania ich oszczędnościami przez banki – mówi Paula Miszczuk.

Z analiz firmy Fancy Color Research Foundation śledzącej ceny kolorowych diamentów wynika, że w latach 2005–2019 drożały one średnio o ponad 25 proc. rocznie. Wartość inwestycyjna 10 karatowego kolorowego kamienia Paraiba wzrosła w okresie 2010-2019 z USD 50.000 do USD 200.000 – podkreśla Anne-Sophie Tourrette z firmy Beer & Partners. Najwięcej wzrosła wartość małych różowych kamieni – przez ostatnie 20 lat ponad 500 proc.

Na polskim rynku pojawiają się firmy takie jak Tilsam, start-up’owa marka oferująca rzadkie i nie poddane obróbce szlifierskiej kamienie szlachetne takie jak Turmalin, Skapolit czy też Imperial Topaz, w formie naszyjników w oprawie ze złota z brylantami.  „Obok niewątpliwych zalet wizualnych, nasza biżuteria oferuje opcję inwestycyjną pozwalającą na ochronę majątku przed inflacją oraz jego wzrost w czasie. Najważniejszym elementem jest jednak satysfakcja klientów z noszenia na co dzień przepięknej ozdoby” mówi Karolina Rychter, założycielka i pomysłodawczyni marki Tilsam.

– Obecna sytuacja sprzyja zakupom biżuterii, zegarków i diamentów. Obserwując trendy kupujący wyraźnie traktują brylantową biżuterię jako najlepszy wybór i lokatę kapitału. Szczególnie, że w ostatnich miesiącach głośno było o podwyżkach cen złota. Aktualne jest przekonanie, że wysokiej jakości biżuteria to produkt, który ma stabilną wartość – mówi Paula Miszczuk z Hermitage Collection.

Mieszkanie w górach vs. nad morzem. Jest drożej niż w Warszawie 

Średnie ceny ofertowe mieszkań zbliżają się do granicy 20 000 zł za 1m2. Tak jest już w Mielnie, Sopocie i Zakopanem. Tym samym w kilku atrakcyjnie położonych miejscowościach jest drożej niż w Warszawie, a ceny wzrosły średnio o 20 proc. w porównaniu do zeszłego roku.

Eksperci z porównywarki rankomat.pl przeanalizowali aktualne ceny mieszkań z rynku wtórnego w 17 miejscowościach położonych nad morzem i w górach. Podane stawki są medianami cen ofertowych dostępnych na portalu adresowo.pl i dotyczą II kwartału 2022 r. Dla porównania zostały zestawione ze stawkami sprzed roku, czyli z II kwartału 2021 r.

Mielno i Sopot poza konkurencją

Podczas gdy średnia stawka mieszkania z rynku wtórnego w Polsce wynosi 8197 zł/m2, a w Warszawie 13 339 zł/m2, obie te kwoty przebijają Mielno (18 756 zł) i Sopot (16 995 zł). Taniej, ale wciąż drożej niż w stolicy, jest w Międzyzdrojach (13 492 zł) – wynika z danych adresowo.pl.

Próg 10 000 zł/m2 przekroczyły już Gdynia (10 555 zł), Gdańsk (11 789 zł), Świnoujście (12 027 zł) i Władysławowo (12 115 zł). Do tego grona w II kw. 2022 r. dołączył też Kołobrzeg (10 006 zł). Najtańszymi miejscowościami nadmorskimi z portalu nieruchomości adresowo.pl są Ustka (8919 zł/m2) i Darłowo (6413 zł).Ceny 1 m2 mieszkania w nadmorskich miejscowościach

Różnice w stawkach za 1m2 między zestawionymi miejscowościami są jeszcze większe, jeśli wziąć pod uwagę konkretne dzielnice w Trójmieście położone nad samym morzem. W Gdyni Orłowie średnia cena mieszkania wynosi 19 753 zł/m2, w Sopocie Dolnym 20 350 zł, a w Gdańsku Jelitkowie 27 919 zł. Dla porównania w najdroższej dzielnicy Warszawy – Śródmieściu – średnia stawka to 17 964 zł/m2.

Drogo, drogo w Zakopanem

Mieszkania w górach są tańsze niż nad morzem. Wyjątek stanowi Zakopane ze średnią stawką 17 760 zł/m2. Znacznie taniej można mieć mieszkanie z rynku wtórnego w Szklarskiej Porębie (10 340 zł) czy w Krynicy-Zdrój (7994 zł).

W innych górskich miejscowościach dostępnych w bazie portalu adresowo.pl ceny są umiarkowane lub niskie. W Bielsku-Białej, które leży u podnóża Beskidu Małego i Beskidu Śląskiego, na 1m2 mieszkania z rynku wtórnego trzeba wydać średnio 7237 zł. W Sanoku, skąd blisko w Bieszczady, stawka wynosi 6328 zł/m2.

Najtańsze w zestawieniu są miejscowości w Sudetach ze stawką poniżej 5000 zł/m2. W Wałbrzychu leżącym w Górach Wałbrzyskich za 1m2 mieszkania z rynku wtórnego trzeba zapłacić 4863 zł. Jeszcze mniej w Głuchołazach na pograniczu Gór Opawskich – 4398 zł. Ceny 1 m2 mieszkania w podgórskich miejscowościach

Inflacja od morza

Mieszkania z rynku wtórnego podrożały w 16 z 17 analizowanych miejscowości. Tylko w Krynicy-Zdrój mediana cen ofertowych była niższa w porównaniu do okresu sprzed roku (-880 zł/m2). Przez 12 miesięcy najbardziej wzrosły ceny mieszkania w miejscowościach nadmorskich – w Sopocie o 3907 zł na każdym metrze kwadratowym i w Międzyzdrojach o 3406 zł. Wyraźny skok zanotowały też Świnoujście (+2986 zł) i Władysławowo (+2277 zł).Ile przez rok drożeje 1m2 mieszkania nad morzem i w górach

Mieszkania między II kw. 2021 r. a II kw. 2022 r. najwolniej drożały w Sanoku (+744 zł/m2), Darłowie (+803 zł) i Wałbrzychu (+929 zł). Gdy spojrzeć na procentowy wzrost cen, okazuje się, że najmniej podrożał 1m2 w Mielnie, które w zestawieniu jest najdroższe (+6,9 proc.). Z kolei najtańsze Głuchołazy odnotowały najwyższy procentowy wzrost (+58,3 proc.).

Jak ubezpieczyć mieszkanie w górach i nad morzem?

Nieruchomość nad morzem czy w górach warto ubezpieczyć choćby ze względu na możliwość wystąpienia zjawisk atmosferycznych, których nie odnotowuje się tak często w pozostałej części kraju. Ryzyko wystąpienia silnego wiatru nad morzem czy intensywnych opadów śniegu w górach nie wpływają jednak na wysokość polisy w takim stopniu jak wartość mieszkania, czy zakres ochrony. Aby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na przykładową kalkulację.

Mieszkanie 60 m2 w najdroższym z zestawienia Mielnie będzie kosztowało ok. 1 125 000 zł. Przy założeniu, że wartość elementów stałych wynosi 200 000 zł, a wyposażenia 100 000 zł, roczne ubezpieczenie mieszkania nad morzem to koszt od 385 zł do 667 zł – wynika z porównania ofert na rankomat.pl z dnia 15.07.2022 r.

W Głuchołazach, które w całym zestawieniu okazały się najtańszą miejscowością, mieszkanie 60 m2 według lokalnej stawki to koszt ok. 260 000 zł. Jeśli wartość stałych elementów wynosi 40 000 zł, a wyposażenia 20 000 zł, to roczne ubezpieczenie mieszkania w górach będzie kosztować od 220 zł do 657 zł – pokazuje porównanie rankomat.pl.

Na cenę ubezpieczenia mieszkania wpływa głównie zakres polisy i wartość nieruchomości, chociaż na powyższym przykładzie decydujące okazały się ryzyka dodatkowe, czyli kradzież z włamaniem, OC w życiu prywatnym, dewastacja, stłuczenie przedmiotów szklanych, pakiety home assistance i medyczny lokatora czy NNW dla psa i kota. Dzięki wcześniejszemu porównaniu ofert możemy nie tylko sprawdzić, co proponuje konkurencyjne TU, ale także oszczędzić na składce nawet kilkaset złotych nie tracąc na jakości polisy – podkreśla Małgorzata Przybyszewska, ekspert ubezpieczeń nieruchomości na rankomat.pl.

Załamanie na rynku kredytów hipotecznych

O 66,8% spadła wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe w lipcu br. – wynika z najnowszego odczytu BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe. Wartość BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Wartość Indeksu oznacza, że w lipcu 2022 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 66,8% w porównaniu do lipca 2021 r.

Średnia wartość wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w lipcu br. wyniosła 339,8 tys. zł i była niższa o 1,7% w relacji do wartości z lipca 2021 r. i niższa o 0,3% niż w czerwcu 2022 r.

W lipcu 2022 r. spadła o 67,8% także liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy – było to łącznie 14,11 tys. potencjalnych kredytobiorców w porównaniu do 43,76 tys. rok temu. W porównaniu do czerwca 2022 r. osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy w lipcu było mniej o 27,7%.

– Jak zapowiadałem w ubiegłym miesiącu, niestety sprawdziły się przewidywania wobec lipcowego odczytu BIK Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe. Popyt pogłębił jeszcze bardziej spadki – osiągnął już najniższy poziom, a odbicia od dna na razie nie widać na horyzoncie – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Obecny, lipcowy odczyt Indeksu jest już kolejnym potwierdzeniem bardzo dużego schłodzenia, a wręcz zamrożenia popytu na kredyty mieszkaniowe. Wartość Indeksu jest ponownie najniższa w historii pomiaru, czyli od stycznia 2008 r., a więc od 14 lat. Na lipcową wartość Indeksu negatywnie wpłynęła mniejsza o prawie 70% niż przed rokiem liczba wnioskodawców. Jest ona na najniższym poziomie od stycznia 2007 r., czyli od 15 lat, odkąd BIK analizuje liczbę wnioskodawców. Tak źle nie było jeszcze od początku zbierania tych danych przez BIK. Trzeba pamiętać, że liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy regularnie spadała już od kwietnia 2021 r., czyli jeszcze przed rozpoczęciem cyklu podwyżek stóp procentowych. Podwyżki tylko ten negatywny proces pogłębiły.

Do lutego br. negatywny spadek liczby wnioskodawców był mitygowany rosnącą średnią wartością wnioskowanego kredytu, lecz od marca br. również ona spada co miesiąc. Może to świadczyć o tym, że kredytobiorcy starają się pozyskać finansowanie na tańsze (mniejsze) nieruchomości.

Przed możliwością wystąpienia takiego negatywnego scenariusza, tzn. spadku liczby wnioskujących o kredyt mieszkaniowy oraz średniej kwoty wnioskowanego kredytu, ostrzegałem już w zeszłym roku. Obecnie niestety scenariusz ten się materializuje. Obawiam się, że w kolejnych miesiącach nadal może spadać liczba wnioskujących oraz średnia kwota wnioskowanego kredytu, co prowadzi wprost do kolejnego negatywnego rekordu w wartości samego BIK Indeksu popytu na kredyty mieszkaniowe – tłumaczy Rogowski.

wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe w lipcu

Ile mieszkań za kredyt bez wkładu własnego?

Czy czas działa na korzyść czy niekorzyść tych, którzy chcieliby kupić mieszkanie za kredyt z gwarantowanym przez państwo wkładem własnym? Portal GetHome.pl sprawdził, jak w największych miastach zmienia się oferta lokali, spełniających kryteria cenowe programu „Mieszkanie bez wkładu własnego”.

Program zaczął obowiązywać pod koniec maja. Jednak dopiero po dwóch miesiącach pierwsze banki  – Alior Bank i Santander Bank Polska zaoferowały kredyt, za który można kupić mieszkanie nie mając oszczędności na wkład własny – przypomina Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl. Nie ma on wątpliwości, że znajdą się chętni, którzy dojdą do wniosku, że skoro mogą sobie pozwolić sobie na kredyt, to wolą kupić mieszkania niż je najmować za wysoki czynsz. Dyrektor Działu Bankowego i Wsparcia Sprzedaży Notus Finanse Karina Nożykowska potwierdza, że sporo osób pyta o warunki kredytowe, ale na razie nie przełożyło się to na liczbę składanych wniosków.

Być może potencjalni kredytobiorcy czekają na stabilizację stóp procentowych oraz na oferty pozostałych banków deklarujących udział w programie  – mówi Karina Nożykowska.

Dodajmy, że chodzi o Bank Pekao SA, PKO Bank Polski, Bank Ochrony Środowiska, Bank Polskiej Spółdzielczości, Bank Spółdzielczy Rzemiosła z Krakowa i Bank Spółdzielczy w Brodnicy.

Tylko czy na rynku będą mieszkania spełniające kryteria cenowe programu „Mieszkanie bez wkładu własnego”? Pamiętajmy, że pole poszukiwań zawęża nie tylko limit ceny metra kwadratowego, który dla mieszkań kupowanych od firm deweloperskich jest wyższy niż dla mieszkań z rynku wtórnego.

W obu przypadkach maksymalna kwota gwarancji dla 10-20% wkładu wymaganego przez banki nie przekracza 100 tys. zł, więc ci, którzy nie mają oszczędności muszą znaleźć mieszkanie lub dom z ceną poniżej 500 tys. zł. Z danych pierwszej ogólnopolskiej platformy do samodzielnej analizy rynku mieszkaniowego BIG DATA RynekPierwotny.pl i portalu GetHome.pl wynika, że w największych miastach, czyli tam, gdzie popyt na mieszkania jest największy, w lipcu oferta takich, które spełniają kryteria cenowe była skromna. Można je znaleźć głównie na obrzeżach miast.

Np. w Łodzi i Krakowie jest to zaledwie 2% łącznej podaży nowych mieszkań z ujawnioną ceną. Najwyższy odsetek takich mieszkań – 23% – był w ofercie gdańskich deweloperów.Wykres 1 - Mieszkanie bez wkładu własnego

Z kolei na rynku wtórnym wyzwaniem jest znalezienie atrakcyjnego mieszkanie za kredyt bez wkładu własnego w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i Wrocławiu. Natomiast w Katowicach, Poznaniu i Łodzi potencjalni nabywcy raczej bez problemu znajdą lokum spełniające kryteria cenowe programu. Warto zwrócić uwagę, że do tej pory niemal we wszystkich miastach czas działał na niekorzyść potencjalnych nabywców mieszkań za kredyt bez wkładu własnego.Wykres 2 - Mieszkanie bez wkładu własnego

Pod koniec maja, kiedy program „Mieszkanie bez wkładu własnego” wchodził w życie, w Warszawie było 669 lokali do kupienia za taki kredyt, a pod koniec lipca – 498.

We Wrocławiu liczba mieszkań w ofercie firm deweloperskich skurczyła się w ciągu dwóch miesięcy z 447 do 349, a w Poznaniu – z 408 do 373. Wyjątkiem jest Gdańsk, gdzie liczba mieszkań do kupienia za kredyt z gwarantowanym przez państwo wkładem wzrosła w tym czasie z 697 do 734. Z drugiej strony w październiku ubiegłego roku kryteria cenowe spełniało w tym mieście 813 mieszkań oferowanych przez firmy deweloperskie, a w stolicy – 926.

Nie można wykluczyć, że jesienią zwiększy się podaż mieszkań do kupienia na kredyt bez wkładu własnego. Od października zaczną bowiem obowiązywać nowe limity ceny metra kwadratowego, które prawdopodobnie wzrosną. Po drugie, w sytuacji malejącego popytu na mieszkania, więcej firm deweloperskich zaoferuje takie, które spełniają kryteria cenowe programu. Z tonu spuszczą też niektórzy sprzedający mieszkania na rynku wtórnym. Ponadto Ministerstwo Rozwoju i Technologii przygotowuje projekt nowelizacji ustawy, która zakłada m.in. podwyższenie limitów cenowych metra kwadratowego.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Zyski giełdowych firm w tyle za inflacją

Na giełdzie trwa wyścig pomiędzy rosnącą inflacją a zyskami firm. Zyski firm rosną w tempie 8 proc. podczas gdy inflacja wynosi 9,1 proc. W drugim kwartale wyniki lepsze od prognoz przedstawiło 75 proc. firm z indeksu S&P500. I mimo coraz poważniejszych obaw dotyczących recesji prognozy zysków na cały 2022 rok są rewidowane w dół tylko nieznacznie.

W lipcu amerykański indeks S&P500 wzrósł o ponad 9 proc. Głównym motorem tego wzrostu okazały się lepsze niż przewidywano (czy raczej nie tak złe jak przewidywano) wyniki amerykańskich spółek za 2. kwartał br. W sytuacjach trudnych rynek zwykle zwraca się w kierunku fundamentów, wzrost zysków przy spadających wycenach dał rynkowi odrobinę wytchnienia w trudnych czasach.

Amerykańskie firmy w ostatnim kwartale pokazały, że w sytuacji długotrwałej zwiększonej inflacji udaje im się utrzymać wysoki poziom marży. Widać także, że największe firmy dość dobrze jak dotychczas radzą sobie z toksycznym koktajlem spowolnienia wzrostu i rosnącej presji na wzrost kosztów. Jednak taka sytuacja nie będzie trwać wiecznie i wzrost zysków powoli słabnie, podczas gdy inflacja cały czas pozostaje wysoka..

Dotychczas swoje wyniki za 2. kwartał br. przedstawiło 60 proc. spółek z indeksu S&P500. Wyniki lepsze od prognoz zanotowało prawie 3/4 firm oraz niemal wszystkie sektory. Nie jest niespodzianką, że dobre wyniki mają spółki energetyczne oraz spółki powiązane z otwarciem gospodarek po pandemii. Gorzej natomiast radziły sobie banki, których wyniki zostały obciążone możliwymi rekordowymi odpisami, wynikającymi z pogorszenia się portfela kredytowego. Jednak te dwa trendy się w dużym stopniu równoważą, co jest uspokajające dla rynku. Rosną zyski także poza USA – w Europie i Kanadzie o 20 proc., a w Wielkiej Brytanii nawet o 30 proc., co także jest dobrym znakiem wobec negatywnych oczekiwań.

Wraz z narastającym ryzykiem recesji prognozy dalszych zysków spółek są rewidowane w dół. Jak dotychczas cięcia prognoz są szerokie i dotyczą praktycznie całego rynku. Jednak z uwagi na postępującą dostosowanie spółek do obecnej sytuacji większość nich jest jednak dość skromne. Szacunki tegorocznych zysków spółek z indeksu S&P500 spadły tylko o 0,5 pp. od początku tego sezony wynikowego. Z kolei globalne zyski spółek (bez USA) spadły o 1 pp. do 8 proc. To niezbyt dużo, zważywszy na fakt, że przeciętnie w okresie recesji zyski spadają o 20 proc.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Wysoka nowa podaż powierzchni biurowej w Łodzi

Nowa podaż powierzchni biurowej w Łodzi, która w pierwszym półroczu 2022 roku wyniosła 41 500 m kw. wpłynęła na wzrost współczynnika pustostanów do poziomu 18,6%.

Całkowite zasoby biurowe w Łodzi na koniec czerwca 2022 roku wyniosły blisko 630 000 m kw. Zarówno w pierwszym, jak i drugim kwartale łódzki rynek biurowy systematycznie się powiększał i nowa podaż w półroczu osiągnęła ponad 41 500 m kw. W II kwartale oddano do użytku dwa etapy inwestycji Echo Investment: Fuzja C (9 600 m kw.) oraz Fuzja D (9 200 m kw.). Dostarczone na rynek obiekty stanowiły 27% powierzchni oddanej do użytku w II kwartale 2022 roku na rynkach regionalnych.

Na etapie budowy znajduje się ponad 56 300 m kw. powierzchni, z czego blisko 82% tego wolumenu ma zostać ukończone w 2023 roku. Największymi inwestycjami w realizacji są Monopolis M2 (8 000 m kw., Virako) oraz Widzewska Manufaktura (33 800 m kw., Cavatina Holding).

,,W II kwartale 2022 roku odnotowano relatywnie wysoki popyt, wynoszący blisko 20 000 m kw., co było wzrostem o 60% w porównaniu do poprzedniego kwartału. Analizując strukturę transakcji największy udział ( 85%) stanowiły nowe umowy (z czego umowy pre-let 11%), zaś renegocjacje odpowiadały za 15% wolumenu. Co więcej, od początku roku w Łodzi podpisano umowy na blisko
31 600 m kw.,”- komentuje Katarzyna Bojar, Konsultant w dziale Badań Rynku w Knight Frank.

„Łódź od lat intensywnie buduje swój nowy wizerunek. Chcąc zachować unikalną architekturę, a jednocześnie nadać jej nowoczesny wygląd sukcesywnie realizuje „Strategię rozwoju miasta Łodzi 2030+”. Miasto oferuje inwestorom i mieszkańcom wszystkie niezbędne do rozwoju elementy: szeroki wybór uczelni wyższych, wydarzenia kulturalne czy zaplecze biznesowe. Rozmawiając z najemcami, którym doradzamy przy wyborze powierzchni, widzimy że są świadomi potencjału Łodzi i chcą wykorzystać go jak najlepiej,” – dodaje Filip Kowalski, Negocjator w dziale Reprezentacji Najemcy w Knight Frank.

W wyniku oddania do użytku nowej powierzchni biurowej współczynnik pustostanów w Łodzi wzrósł o 0,2 pp. w ciągu kwartału i na koniec czerwca 2022 roku wyniósł 18,6%. W ciągu roku współczynnik pustostanów wzrósł o 0,3 pp. i jest to najwyższy wynik odnotowywany w tym mieście w ostatnich latach.

Czynsze wywoławcze w Łodzi pozostały stabilne i w II kw. 2022 roku wahały się od 9,00 EUR do 15,00 EUR/m kw. miesięcznie.

Właściwy czas na zgłoszenie upadłości – odpowiedzialność członków zarządu za zobowiązania spółki

W przypadku bezskutecznej egzekucji z majątku spółki z o.o. lub akcyjnej za jej zaległości podatkowe całym swoim majątkiem odpowiadają członkowie zarządu, jeśli w zawiniony sposób, we właściwym czasie, nie zgłoszą wniosku o ogłoszenie upadłości spółki, lub nie zostanie otwarte postępowanie restukturyzacyjne, lub nie nastąpi zatwierdzenie układu. Prezesi i inni członkowie zarządów spółek zadają sobie pytanie – kiedy jest ten „właściwy czas” na zgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości i uwolnienie się od odpowiedzialności majątkowej za długi przedsiębiorstwa?

Oskarżenie o udział w karuzeli VAT, puste faktury

Jedna ze spółek z o.o. została oskarżona przez skarbówkę, o świadome uczestnictwo w oszustwach podatkowych karuzeli VAT, w tym o wystawianie faktur niedokumentujących rzeczywistych zdarzeń gospodarczych. W listopadzie 2015 r. fiskus zabezpieczył na majątku spółki przybliżoną kwotę zobowiązań podatkowych za grudzień 2013 r. oraz za I i II kwartał 2014 r. w łącznej wysokości ponad 7,8 mln zł. W czerwcu 2016 r. naczelnik urzędu skarbowego określił spółce niewykonane zobowiązanie w podatku od towarów i usług za grudzień 2013 r. i styczeń 2014 r. w wysokości ponad 1,6 mln zł. W listopadzie, z uwagi na bezskuteczność, umorzył obejmujące te zaległości postępowanie egzekucyjne prowadzone wobec spółki.

Odpowiedzialność majątkowa prezesa spółki za jej zobowiązania

Niemal 3 lata później, w lipcu 2019 r., naczelnik wszczął postępowanie podatkowe w sprawie orzeczenia solidarnej odpowiedzialności podatkowej byłego prezesa zarządu spółki za jej zobowiązania, które wraz z odsetkami za zwłokę i kosztami egzekucyjnymi wynosiły już blisko 2,5 mln zł. Prezes zarządu wniósł odwołanie od decyzji określającej tę odpowiedzialność . Jak podniósł reprezentujący go w sprawie adwokat Paweł Chmielowiec z Kancelarii Prawnej Skarbiec, organ podatkowy stwierdzając o niedopełnieniu obowiązku złożenia w terminie wniosku o ogłoszenie upadłości, nie przeprowadził dowodu z ustalenia sytuacji majątkowej spółki, w jakiej znajdowała się w tamtym czasie. To potwierdziłoby, że ówczesny prezes nie był zobligowany do zgłaszania takiego wniosku. Dodatkowo decyzja organu określająca zobowiązanie spółki została wydana w czasie, w którym przestał on pełnić funkcję prezesa zarządu. Nie miał więc możliwości wpłynięcia na to, czy spółka od decyzji organu się odwoła.

Brak przesłanek do ogłoszenia upadłości w trakcie kadencji obarczonego odpowiedzialnością członka zarządu

Dyrektor izby administracji skarbowej jako organ odwoławczy stwierdził, że z dokumentów Krajowego Rejestru Przedsiębiorców wynika, iż od dnia 21 listopada 2013 r. do 4 marca 2014 r. skarżący pełnił funkcję prezesa w zobowiązanej spółce. Terminy płatności spornych zobowiązań w VAT upływały 27 stycznia i 25 lutego 2014 r., a zatem w okresie pełnienia funkcji członka zarządu. W skardze do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie pełnomocnik prezesa ponownie przytoczył, że zebrany w sprawie materiał dowodowy nie dawał podstaw do stwierdzenia, że w 2014 r. istniały przesłanki do ogłoszenia upadłości spółki.

Niewypłacalność przedsiębiorcy

Sąd przywołując treść przepisu art. 116 Ordynacji podatkowej, konstytuującego odpowiedzialność podatkową członków zarządu spółek kapitałowych, orzekł, że jej warunkiem jest ustalenie, iż we właściwym czasie członek zarządu nie zgłosił wniosku o ogłoszenie upadłości spółki. WSA przyznał, że na gruncie prawa podatkowego brak jest wyjaśnienia pojęcia „właściwego czasu” na zgłoszenie. Odnosząc się do przepisu art. 10 ustawy – Prawo upadłościowe i naprawcze (dalej: u.p.u.n.) wskazał, że przesłanką ogłoszenia upadłości dłużnika będącego przedsiębiorcą jest jego niewypłacalność. Z kolei zgodnie z art. 11 tej ustawy dłużnik jest niewypłacalny, jeśli nie wykonuje swoich wymagalnych zobowiązań, a także gdy jego zobowiązania przekroczą wartość posiadanego majątku, nawet jeśli na bieżąco zobowiązania te wykonuje.

Co najmniej dwa zaległe zobowiązania

Dla ustalenia, czy istnieją podstawy ogłoszenia upadłości decydujące jest nie to, czy dłużnik nie wykonuje wszystkich swoich zobowiązań, a tylko czy nie wykonuje zobowiązań wymagalnych. Skoro sprawa dotyczy przedsiębiorstwa, to właściwym czasem na realizację przez członka zarządu obowiązku zgłoszenia wniosku o ogłoszenie upadłości jest moment, w którym przedsiębiorstwo to stało się niewypłacalne, czyli nie regulowało swoich wymagalnych zobowiązań. Uchylając zaskarżoną przez byłego prezesa spółki decyzję dyrektora izby administracji skarbowej sąd orzekł: „… podstawą ogłoszenia upadłości jest trwałe zaprzestanie płacenia zobowiązań, a nie brak zapłaty jednego zobowiązania. (…) stan niewypłacalności powstaje z chwilą nieuregulowania w terminie określonym ustawą lub umową drugiego z kolei zobowiązania” (wyrok WSA w Warszawie z 21 stycznia 2022 r., sygn. akt III SA/Wa 1879/20).

Termin na zgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości od dnia wystąpienia do tego podstaw

Sąd zauważył, że organ w tej sprawie uznał, iż obarczony odpowiedzialnością prezes zarządu spółki miał obowiązek złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości już 10 lutego 2014 r., czyli dwa tygodnie po upływie terminu płatności VAT za pierwsze ze zobowiązań, za grudzień 2013 r. (termin upłynął 27 stycznia). Tymczasem termin płatności drugiego ze zobowiązań – za styczeń 2014 r. – upłynął 25 lutego 2014 r. Mając na uwadze normę art. 21 ust. 1 u.p.u.n., stanowiącą, że dłużnik jest obowiązany, nie później niż w terminie dwóch tygodni od dnia, w którym wystąpiła podstawa do ogłoszenia upadłości, zgłosić w sądzie wniosek o jej ogłoszenie, jak i to, że były prezes pełnił swoją funkcję do 4 marca 2014 r., to należy stwierdzić, że ów dwutygodniowy termin na zgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości upłynął 11 marca 2014 r., a więc już tydzień po odwołaniu członka zarządu z pełnionej funkcji. Dlatego, zdaniem sądu, organ powinien jeszcze raz przemyśleć podstawy ustalenia odpowiedzialności prezesa spółki.

Zgodnie z aktualnie obowiązującym przepisem art. 21 ust. 1 ustawy – Prawo upadłościowe, dłużnik ma na złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości już nie dwa tygodnie, a 30 dni.

Problematyczne ustalenie „właściwego czasu” na zgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości

Przyjęcie przez członków zarządu spółki solidarnej odpowiedzialności za jej zobowiązania jest problematyką, z którą bardzo często spotykam się w mojej praktyce adwokackiej – komentuje adwokat Paweł Chmielowiec z Kancelarii Prawnej Skarbiec. – Jak pokazuje przykład tej sprawy, samo ustalenie upływu terminu płatności zobowiązań nie może przesądzać o wystąpieniu „właściwego czasu” na zgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości spółki, a zatem i ziszczenia się wszystkich przesłanek odpowiedzialności członka zarządu.

Zgodnie z aktualną tezą zawartą w wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 20 lipca 2021 r.: „Właściwy czas na wnioskowanie o upadłość należało powiązać z istnieniem zaległości za trzy kolejne okresy rozliczeniowe, co przybierało już charakteru trwałości” (III FSK 3637/21). W uzasadnianiu swojego wyroku WSA w Warszawie powołał się m.in. na inne rozstrzygnięcie NSA, z 2 grudnia 2020 r.: „Oczywistą pozostaje bowiem okoliczność, iż krótkotrwałe powstrzymanie płacenia długu wskutek przejściowych trudności, nie jest podstawą ogłoszenia upadłości. Czym innym jest wszakże chwilowe nieregulowanie należności przy zachowaniu przez spółkę względnej płynności finansowej i posiadanie w krótkiej perspektywie zdolności do wykonania wymagalnych wierzytelności kontrahentów, czym innym zaś trwałe zaleganie z płatnościami wynikające z braku majątku możliwego do zaspokojenia wierzycieli w jakiejkolwiek perspektywie czasowej. W świetle zatem art. 11 ust. 1 p.u.n. samo występowanie opóźnienia w płatnościach zobowiązań, ich przeterminowanie, nie jest równoznaczne z niewypłacalnością, gdy jednocześnie podmiot ten ma zdolność płatniczą, zobowiązania mają pokrycie w majątku spółki, istnieje możliwość spłaty zobowiązań w przyszłości” (II FSK 2437/19).

W innym wyroku z 21 kwietnia 2021 r. NSA orzekł: „… wniosek o ogłoszenie upadłości można uznać za złożony we „właściwym czasie” tylko wtedy, gdyby nie upłynęło więcej niż dwa tygodnie od chwili, gdy długi spółki przewyższyły wartość jego majątku (powinno być: jej majątku – przyp. red.)” (sygn. akt III FSK 3105/21). Ale w orzeczeniu tym NSA podkreślił jednocześnie, że skoro do obowiązków członka zarządu należy prowadzenie spraw spółki, a spółka świadomie uczestniczyła w oszustwie skutkującym powstaniem zaległości w VAT, to nie może on uwolnić się od odpowiedzialności podnosząc, że w okresie pełnienia przez niego funkcji nie występowały okoliczności zobowiązujące go do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości.

O odpowiedzialności członka zarządu nie może decydować samo opóźnienie spółki w płatnościach

Należy zwrócić uwagę, że opisana wyżej sprawa stanowi tylko przykład, unaoczniający jak każde z kryteriów ustalania odpowiedzialności zarządu może zaważyć na wyniku postępowania i nie można go traktować jako reprezentatywnego dla każdego stanu faktycznego. Dlatego tak ważne jest, aby dokonać profesjonalnej, kompleksowej oceny wszystkich przesłanek ustalenia odpowiedzialności subsydiarnej członka zarządu, a jest ich przynajmniej kilka.

Obok daty powstania zobowiązania, determinującej moment na złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości zarządzanej przez siebie spółki, należy również zweryfikować m.in. przesłankę bezskuteczności egzekucji wobec spółki, a także czy w razie niezłożenia wniosku o ogłoszenie upadłości w odpowiednim czasie występuje zawinienie członka zarządu oraz czy wierzyciel poniósł szkodę ze względu na fakt niezgłoszenia spółki do upadłości.

Autor: Robert Nogacki, właściciel Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Recesyjne sygnały z przemysłu

Zaledwie 42,1 pkt. wyniósł indeks PMI dla polskiego przemysłu w lipcu. To wartość szokująco niska bo jeszcze na początku roku podziwialiśmy rzekomą odporność polskiej gospodarki na sygnały światowego spowolnienia. Niekorzystne tendencje widoczne są jednak wszędzie.

Kiedy w czerwcu PMI osunął się do poziomu 44,4 pkt. mogło wydawać się, że bardzo słaby odczyt to „wypadek przy pracy”. Historia polskiego PMI jest dość specyficzna i indeks nie zawsze był dobrym prognostykiem zmian zachodzących w całej gospodarce. Kolejny silny spadek wraz z podobnym kierunkiem obserwowanym globalnie nie pozostawia jednak złudzeń – mamy wyraźne spowolnienie. To drugi najgorszy odczyt w Europie (po Danii), jednak słabo jest też w Czechach, a pierwszy spadek poniżej granicy 50 pkt. solidarnie zaliczyły Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania.

Taka kolej rzeczy ma dwie konsekwencje. Po pierwsze, bardzo prawdopodobny staje się scenariusz zakończenia cyklu podwyżek stóp procentowych w Polsce. Co prawda po stronie inflacji nie widać na razie wielkiej poprawy, ale skala spowolnienia może nałożyć presję na RPP, aby zatrzymać podwyżki, ewentualnie podnieść stopy jeszcze o 25 punktów bazowych. Po drugie, świetnie radzą sobie obligacje długoterminowe. Jeszcze nie tak dawno były pod dużą presją i w Polsce i globalnie, teraz perspektywa recesji oznacza, że za jakiś czas banki będą luzować politykę (bo spadnie presja inflacyjna), a to oznacza, że rentowności na długim końcu stają się atrakcyjne. W kwestii złotego sytuacja jest niejednoznaczna. Z jednej strony zakończenie podwyżek dla złotego byłoby negatywne. Z drugiej jednak, zakończenie podwyżek przez Fed byłoby negatywne dla dolara, a dla złotego pozytywne.

Tu dochodzimy do ciekawego punktu wczorajszego kalendarza – ISM z amerykańskiego przemysłu. Sam indeks odnotował śladowy spadek z 53 do 52,8 pkt. Wewnątrz indeksu jednak sporo się działo. Indeks nowych zamówień kolejny raz spadł, wskazując na podobne tendencje jak w Europie. Jednocześnie mocno spadł indeks cen płaconych (z 78,5 do 60 pkt., co nadal oznacza wzrost cen, ale znacznie wolniejszy), co rynek przyjął z zadowoleniem – od pewnego czasu inwestorzy grają bowiem pod zwrot w polityce Fed. Czy to pierwsza jaskółka zwiastuje dezinflacyjną wiosnę? Zbyt wcześnie aby to powiedzieć. Z jednej strony sygnał jest silny, z drugiej koszty płacone przez firmy to akurat dość elastyczny komponent inflacji (reagujący na spowolnienie), np. w porównaniu z płacami.

Dziś w kalendarzu dość spokojnie. Za nami już decyzja RBA, który podniósł stopy do 1,85% (o 50bp, zgodnie z oczekiwaniami). Wieczorem czeka nas wystąpienie Jamesa Bullarda z Fed (23:45), który często głośno mówi o tym, o czym myśli część członków Fed – to on jako pierwszy wspomniał o możliwych obniżkach stóp w 2023 roku. O 8:55 euro kosztuje 4,7207 złotego, dolar 4,6078 złotego, frank 4,8422 złotego, zaś funt 5,6331 złotego.

dr Przemysław Kwiecień CFA, główny analityk XTB

Wzrost napięcia w Azji w związku z wizytą Pelosi na Tajwanie

Amerykański rynek akcji lekko korygował wczoraj swe ostatnie wzrosty (S&P 500 -0,28 proc., DJIA –0,14 proc., Nasdaq Composite -0,18 proc.). Dziś rano kontrakty na amerykańskie indeksy kontynuowały spadki (S&P 500 -0,7 proc. ok. 9:30). Na giełdach Azji i Oceanii również przeważały dziś rano zniżki. Najsilniej spadały chińskie indeksy (Hang Seng -2,6 proc., Shanghai Composite) oraz tajwański TAIEX. Można to wiązać z trwającym wzrostem napięcia pomiędzy USA i ChRL związanym z rozpoczynającą się dziś wizyty na Tajwanie spikera Izby Reprezentantów USA Nancy Pelosi.

Poza nielicznymi wyjątkami spadały dziś rano również indeksy europejskich rynków akcji (DAX –0,92 proc., CAC 40 -0,68 proc.).

WIG-20, który w poniedziałek osiągnął okolice poziomów swych szczytów z okresu minionych 7 tygodni, tracił ok. 9:30 1,02 proc.

Ceny kontraktów na ropę naftową na NYMEX-ie (WTI) i ICE (Brent) pozostawały poniżej poziomu 100 USD za baryłkę tracąc dziś rano ok. 0,7 proc. Wczoraj najniższy poziom od roku zaliczyły ceny cukru na ICE.

Tajwański dolar był dziś rano najsłabszy od 2 lat względem amerykańskiego dolara. Japoński jen kontynuował rozpoczętą w połowie czerwca korektę wcześniejszej 1,5-rocznej wielkiej fali słabości, która wyniosła kurs USD/JPY do najwyższego poziomu od 1998 roku. Ta korekta rozpoczęła się na poziomie powyżej 139 JPY i obecnie po spadku poniżej 131 JPY osiągnęła już największą od 1,5 roku skalę. Kurs EUR/USD lekko spadał dziś rano (-0,2 proc. ok. 9:15).

Złoty pozostawał stabilny (EUR/PLN -0,04 proc., USD/PLN +0,16 proc.).

Pozostający w okresie minionego 1,5 miesiąca w obrębie krótkoterminowego trendu wzrostowego kontynuował dziś rano rozpoczęto w sobotę korektę spadkową (-0,9 proc. ok. 9:05).

Autor: Wojciech Białek, TMS Brokers

Przepisy kontra rzeczywistość, czyli wielkie nieporozumienie i wielki deficyt kierowców

Branża transportowa już od dłuższego czasu zmaga się z brakiem kierowców zawodowych. Sytuacja uległa radykalnemu pogorszeniu w momencie, w którym w wyniku wojny ok. 40 proc. kierowców z Ukrainy, stanowiących blisko 150 tys. osób zatrudnionych w transporcie międzynarodowym, wróciło do swojego kraju. Tym, co nieustannie utrudnia zatrudnianie nowych pracowników z zagranicy, są obowiązujące przepisy prawne – stwierdza Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics.

Młodzi ludzie zdecydowanie nie są zainteresowani pracą w zawodzie kierowcy – w Polsce na ten moment średnia wieku kierowcy zawodowego wynosi… 50 lat. Nic zatem dziwnego, że liczba pracowników zaczyna topnieć, bowiem coraz więcej z nich przechodzi na zasłużoną emeryturę. Istnieje wiele przyczyn, ze względu na które praca ta nie jest atrakcyjna dla młodych ludzi. Wśród nich można wymienić chociażby wysokie koszty umożliwiające podjęcie profesji, rzędu 10 tys., (to suma pieniędzy, która przeznaczana jest na otrzymanie obowiązkowych uprawnień do prowadzenia samochodów ciężarowych), liczne zagrożenia w postaci wysokich kar i mandatów oraz minimalny wiek zawodowego kierowcy, który wynosi 21 lat, zatem nie można zdecydować się na tę karierę tuż po szkole ponadpodstawowej. Pracę ostatecznie rozpocznie jedynie ułamek najbardziej zainteresowanych, co sprawia, że luka się nie zmniejsza. Szacuje się, że w Polsce niedobór kierowców zawodowych sięga ok. 100 000 wakatów. W konsekwencji firmy transportowe zmuszone są do dostosowania swoich ofert pracy do potrzeb pracowników z zagranicy. Tymczasem sprawę komplikują dodatkowo przepisy wydawane przez osoby, które najwyraźniej nie znają natury branży transportowej.

Zmiany w przepisach

Wiele osób nie zdaje sobie nawet sprawy, jak bardzo zmiany w przepisach utrudniły zdobycie posady kierowcy zawodowego w Polsce, w szczególności osobom z zagranicy. Od 6 kwietnia br., aby otrzymać świadectwo kierowcy (wymagane do wykonywania przewodów drogowych na terenie Unii Europejskiej) konieczne jest posiadanie wydawanej przez starostę karty kwalifikacji kierowcy. Aby ją otrzymać, należy wcześniej założyć cyfrowy Profil Kierowcy Zawodowego, który jest też niezbędny do odbycia szkolenia okresowego oraz kwalifikacji wstępnej, a jego wyrobienie niestety nie jest tak szybkie, jakbyśmy oczekiwali. Do tego dochodzi czas oczekiwania na wypisy z licencji na wykonywanie międzynarodowego transportu, co trwa około miesiąca. Co gorsza, wydanie pozwolenia na pobyt oraz pracę obywateli spoza UE trwa średnio sześć miesięcy! To stawia w wyjątkowo trudnej sytuacji osoby, którym kończą się wizy. Jakby tego było mało, przypominam, że obowiązkowe szkolenia dotyczące kierowców zawodowych praktycznie uniemożliwiają wykonywanie tego zawodu przez osoby niebędące obywatelami UE. Wreszcie sytuacji nie ułatwiają kłopoty związane z koniecznością potwierdzania prawa jazdy przez cudzoziemców ze Wschodu – osoby z Ukrainy zmagają się z konsekwencjami wyłączenia po 24 lutego centralnej ewidencji praw jazdy, a z Białorusi z wydłużeniem pracy urzędów, w wyniku którego na takie potwierdzenie można czekać nawet rok.

Małe firmy tracą najwięcej

Mnogość dokumentów, a także długi czas oczekiwania na dokonanie niezbędnych formalności powiększa jedynie i tak już znaczący brak kierowców. Ta sytuacja prowadzi do przestoju pojazdów, co generuje straty finansowe i powoduje coraz większe trudności w opłacaniu podstawowych zobowiązań podatkowych. Obecnie, kiedy koszty paliwa sięgają blisko 40 proc. kosztów prowadzenia biznesu, ponoszenie dodatkowych strat jest niezwykle bolesne. W tej podbramkowej sytuacji firmy uciekają się do takich zagrywek jak podkupywanie kierowców, oferowanie im atrakcyjnych systemów motywacyjnych oraz możliwość jeżdżenia bardziej nowoczesnym sprzętem. Kto w tej sytuacji traci najwięcej?  Oczywiście małe firmy, które de facto stanowią większość na polskim rynku. W wyniku sytuacji kierowców ze Wschodu coraz częściej zatrudnia się również osoby z krajów spoza UE. To jednak też nie jest rozwiązanie dla każdego, bowiem to wiąże się z koniecznością zagwarantowania im chociażby zakwaterowania, co niestety jest kosztowne. Problem braku kierowców jest na tyle poważny, że zaczyna być zauważalny dla przeciętnego obywatela, bowiem miasta zaczęły obcinać liczbę kursów transportu miejskiego ze względu na brak kierowców. To tylko wskazuje jak bardzo dramatyczna jest sytuacja w transporcie towarów, który cieszy się mniejszą popularnością niż i tak mający problemy sektor przewozu osób.

Czy można coś zmienić?

Branża transportowa w Polsce nie łudzi się już, że nagle zainteresowanie tym zawodem zwiększy się wśród młodych ludzi. Rozwiązaniem nie jest również aktywizacja zawodowa kobiet, bowiem transformacja wizerunku zawodu z pomocą kampanii medialnych nie zmieni społecznych przekonań z dnia na dzień – to proces długotrwały, a kierowcy są potrzebni tu i teraz. Aktywizacja zawodowa kobiet może przynieść owocne skutki, jednak dopiero na przestrzeni lat, dlatego pozostaje nam polegać na kierowcach z zagranicy. W tym celu firmy sięgają, chociażby po rozwiązania telematyczne, umożliwiające właścicielom, spedytorom oraz kierowcom komunikację w obcych językach. Jednak chęci samych firm nie wystarczą, bo obowiązujące przepisy skutecznie rzucają kłody pod ich nogi. Proces kształcenia kierowców, a także wydawania im niezbędnych pozwoleń i dokumentów musi zostać radykalnie przyspieszony. Jest o co walczyć. Pamiętajmy, że to nie tylko Polska zmaga się z tym problemem – jeśli inne kraje Europy zaczną działać sprawniej i otworzą się na kierowców spoza UE oraz zapewnią im dogodny dostęp do pracy, wówczas my już nie będziemy mieli kogo zatrudniać. Pozostanie jedynie żal, bowiem pracodawcy robią co mogą, aby nie dopuścić do całkowitego załamania polskiej branży transportowej, jednak ograniczenia prawnie skutecznie niwelują ich wysiłki.

Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics

Pomimo podwyżek spada odestek pracowników odczuwających satysfakcję z otrzymywanego wynagrodzenia

Obecna sytuacja na rynku nie jest łatwa dla pracodawców. Do wysokich oczekiwań pracowników dochodzą bowiem rosnące obawy o sytuację gospodarczą. Wyzwaniem jest zatem nie tylko utrzymanie wysoko wykwalifikowanych kadr, lecz również stworzenie strategii wynagrodzeń, która pozwoli efektywnie budować zespoły w obliczu rosnących kosztów prowadzenia działalności. Jak wynika z najnowszego raportu Hays Poland, mimo że 83 proc. firm przeprowadziło podwyżki w pierwszej połowie roku, zaledwie 37 proc. specjalistów i menedżerów deklaruje zadowolenie z otrzymywanego wynagrodzenia.

Pierwsza połowa roku obfitowała w rekrutacje, związane z nimi wyzwania oraz podwyżki. Pracodawcy, świadomi tego, jak trudne jest pozyskanie odpowiedniego pracownika na rynku, podnosili wynagrodzenia i niejednokrotnie składali kontroferty osobom deklarującym chęć odejścia z firmy.

Należy jednak wziąć pod uwagę, że obecna sytuacja gospodarcza tak mocno podniosła oczekiwania specjalistów i menedżerów, iż pracodawcy bardzo często nie byli w stanie na nie odpowiedzieć. Odzwierciedlają to wyniki badania opisanego na łamach raportu Hays Poland „Rynek pracy 2022. Półroczny przegląd trendów”, w którym pracodawcy oraz specjaliści zostali poproszeni o podsumowanie pierwszej połowy roku oraz nakreślenie planów na kolejnych 6 miesięcy.

TRUDNY TEMAT WYNAGRODZEŃ

W bliźniaczym badaniu, opublikowanym w styczniu 2022 roku, 75 proc. firm planowało zwiększać wynagrodzenia na przestrzeni nadchodzących 12 miesięcy. Obecnie wiadomo już, że w pierwszym półroczu podwyżek dokonało aż 83 proc. ankietowanych firm, najczęściej na poziomie powyżej 5 proc. Druga połowa roku nie będzie obfitować w równie ambitne plany podnoszenia wynagrodzeń. Taki ruch rozważa 46 proc. pracodawców, podczas gdy najwięcej – 53 proc. – do końca roku planuje utrzymać płace na tym samym poziomie.RYNEK PRACY 2022. PÓŁROCZNY PRZEGLĄD TRENDÓW

Źródło: Raport Hays „Rynek pracy 2022. Półroczny przegląd trendów”, lipiec 2022

Nie wszyscy specjaliści i menedżerowie doświadczyli jednak zwiększenia wynagrodzenia. Co więcej, wysokość przyznawanych podwyżek zdaniem pracowników często nie jest współmierna do obecnych warunków gospodarczych.

Pomimo powszechnych podwyżek, odsetek pracowników usatysfakcjonowanych ze swoich zarobków spada. W związku z tym, w drugiej połowie roku na rynku pracy specjalistów i menedżerów należy oczekiwać nadal wysokiej rotacji. W sytuacji, gdy obecny pracodawca nie odpowie na oczekiwania finansowe wysoko wykwalifikowanego pracownika, ten będzie skłonny poszukiwać innych możliwości na rynku pracy. Tymczasem w najbliższych miesiącach nie powinno zabraknąć intratnych propozycji zawodowych dla ekspertów. Wiele zależeć będzie jednak od rozwoju sytuacji gospodarczej i geopolitycznej, jak również od kompetencji posiadanych przez kandydata – komentuje Alex Shteingardt, Dyrektor Zarządzający Hays Poland.

Zdecydowana większość pracodawców przeprowadziła podwyżki w pierwszym półroczu 2022 roku, a część z nich planuje podnieść płace również w drugiej połowie roku. Wiele firm jest niejako przymuszona do odpowiadania na rosnące oczekiwania pracowników. A te w aktualnych warunkach są napędzane zarówno wysoką inflacją i rosnącymi kosztami życia, jak i atrakcyjnymi ofertami pracy. Mimo że pracodawcy starają się odpowiedzieć na potrzeby swoich kadr, to podwyżka rzędu 5-10 proc. często nie satysfakcjonuje pracowników, ponieważ nie zwiększa ich realnej siły nabywczej – dodaje Agnieszka Pietrasik, Dyrektor Wykonawcza w Hays Poland.

LICZY SIĘ NIE TYLKO WYNAGRODZENIE

Głównym powodem rozważania zmiany pracy jest wysokość wynagrodzenia. To pozostaje niezmienne. Jednak specjaliści coraz częściej zwracają uwagę również na inne kwestie, takie jak obowiązujący w firmie model pracy.

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat pracownicy przekonali się, że w domu są w stanie pełnić swoje obowiązki równie skutecznie, co w biurze. Co za tym idzie, coraz częściej wykazują się większą odwagą w negocjowaniu elastyczności pracy, a jeśli nie przynosi to skutku – są w stanie zmienić pracodawcę na takiego, który odpowie na ich potrzeby w tym zakresie – dodaje Aleksandra Tyszkiewicz, Dyrektor Wykonawcza w Hays Poland.

Jak wynika z badania, profesjonaliści nierzadko pracują w modelu sprzecznym z ich preferencjami. Najwięcej, bo 43 proc. specjalistów objętych badaniem pracuje w modelu hybrydowym, 29 proc. w modelu zdalnym, a 26 proc. – wyłącznie stacjonarnie. Tymczasem model hybrydowy jako preferowany wskazało 45 proc. respondentów, model zdalny 34 proc., natomiast model w pełni stacjonarny zaledwie 9 proc.

Nie dziwi zatem fakt, że aż 70 proc. ankietowanych pracowników uznało konieczność pracy w niesatysfakcjonującym modelu za wystarczający argument do zmiany miejsca zatrudnienia.RYNEK PRACY 2022. PÓŁROCZNY PRZEGLĄD TRENDÓW

Źródło: Raport Hays „Rynek pracy 2022. Półroczny przegląd trendów”, lipiec 2022

KONTROFERTY SKUTECZNE ZDANIEM CO TRZECIEGO PRACODAWCY

W ostatnim czasie pracodawcy niejednokrotnie decydowali się na zatrzymanie pracowników w firmach poprzez złożenie im kontroferty. Jak wynika z badania Hays, 81 proc. organizacji praktykuje składanie kontrofert przynajmniej w niektórych sytuacjach, co stanowi wynik identyczny z tym uzyskanym w styczniu 2022 roku. Jednak 25 proc. firm składających kontroferty deklaruje, iż obecnie decyduje się na taki ruch częściej niż 6 miesięcy wcześniej.RYNEK PRACY 2022. PÓŁROCZNY PRZEGLĄD TRENDÓW

Źródło: Raport Hays „Rynek pracy 2022. Półroczny przegląd trendów”, lipiec 2022

Wynika to z wysokiego zapotrzebowania na specjalistów, dużych trudności rekrutacyjnych, ale również z faktu, iż pozyskanie odpowiedniego zastępstwa dla odchodzącego pracownika niejednokrotnie wymaga zwiększenia budżetu rekrutacyjnego. Pracodawcy doświadczają skutków luki kompetencyjnej, co powoduje, że utrata doświadczonych członków zespołu bardzo często oceniana jest jako wysoko ryzykowna. W konsekwencji rośnie gotowość firm do składania kontrofert – zauważa Agnieszka Kolenda, Dyrektor Wykonawcza w Hays Poland.

Jednocześnie skuteczność kontrofert jest oceniana przez pracodawców bardzo różnorodnie. Wyniki badania pokazują, iż zaledwie 35 proc. ankietowanych firm jednoznacznie oceniło takie rozwiązanie jako skuteczny sposób na zatrzymanie pracowników.

W obecnej sytuacji rekomendacją dla pracodawców jest ciągłe mierzenie i dbanie o satysfakcję pracowników, tak aby ich gotowość do poszukiwania alternatywnych możliwości zawodowych była jak najmniejsza.

O RAPORCIE

Raport Hays Poland „Rynek pracy 2022. Półroczny przegląd trendów” został opracowany na podstawie danych uzyskanych w badaniu przeprowadzonym w okresie od czerwca do lipca 2022 roku wśród blisko 3700 firm oraz ponad 5000 specjalistów. Jego celem jest przedstawienie aktualnych trendów na rynku pracy oraz weryfikacja, czy plany zadeklarowane na koniec ubiegłego roku zostały zrealizowane. Wyniki zostały zestawione z analogicznymi wartościami, uzyskanymi w badaniu opisanym na łamach „Raportu płacowego 2022” w styczniu tego roku.

Co czwarty Polak nie ma oszczędności, co trzeci nie odkłada pieniędzy

26 proc. Polaków nie posiada oszczędności, a 33 proc. w ogóle nie odkłada pieniędzy. Chociaż większość ankietowanych deklaruje, że ma zaoszczędzone pieniądze, to tylko 29 proc. z nich regularnie odkłada określoną kwotę. Blisko połowa oszczędzających przechowuje swoje zasoby finansowe w gotówce – wynika z badania „Oszczędzanie w obliczu wysokiej inflacji” przeprowadzonego na zlecenie Banku Millennium.2_Polacy a oszczedzanie 3_dlaczego nie oszczedzamy 4_na co oszczedzamy 5_jak oszczedzamy 6_gdzie oszczedzamy 7_poduszka finansowa 8_poziom oszczednosci

W czasach rosnących cen produktów oraz turbulencji w gospodarce kwestia odkładania części zarobków stanowi dla wielu Polaków duże wyzwanie. Jedna czwarta badanych (26 proc.) przyznaje, że nie posiada i nie gromadzi oszczędności. Jako główną przyczynę takiego stanu rzeczy wskazują zbyt niskie zarobki (57 proc. odpowiedzi). Kolejnym powodem jest brak umiejętności oszczędzania (13 proc.), a trzecim brak dochodów (12 proc.). 7 proc. badanych nie oszczędza, ponieważ nie czuje takiej potrzeby.

Jedna trzecia Polaków (33 proc.) aktualnie nie odkłada pieniędzy – w tej grupie tylko co piąta osoba (21 proc.) zadeklarowała w badaniu Banku Millennium, że ma już zaoszczędzony kapitał, pozostali (79 proc.) nie mają oszczędności i nie oszczędzają. Taką postawą wykazują się częściej osoby mieszkające w pojedynkę (39 proc.) niż ankietowani, którzy mieszkają w co najmniej dwuosobowych gospodarstwach domowych (24 proc.).

– Gromadzenie i pomnażanie kapitału to ważna umiejętność, szczególnie przydatna w czasach trudniejszej koniunktury gospodarczej. Odkładanie części stałych dochodów to jedna z podstawowych metod budowania osobistego zaplecza finansowego. Proces jest długofalowy, wymaga systematyczności oraz właściwego lokowania oszczędności. Jednak nawet małe kwoty, ale odkładane regularnie, to krok w kierunku budowania tzw. poduszki finansowej, która ma duże znaczenie dla bezpieczeństwa finansów osobistych – powiedział Robert Chorzępa, kierujący Wydziałem produktów Oszczędnościowych w Banku Millennium.

Zapytani o stosowaną strategię oszczędzania Polacy najczęściej wskazują, że odkładają część zarobków, kiedy tylko pojawia się taka możliwość (39 proc. badanych). Blisko jedna trzecia ankietowanych (29 proc.) regularnie co miesiąc przeznacza na ten cel stałą kwotę. 19 proc. Polaków gromadzi pieniądze wtedy, gdy planuje większą inwestycję lub wydatek związany np. z wyjazdem na wakacje, wyprawką szkolną, zakupem samochodu czy telefonu. Co dziesiąty (9 proc.) inwestuje nadwyżki pieniędzy.

Oszczędzający najczęściej wskazywali, że odłożone pieniądze przechowują w gotówce (44 proc. odpowiedzi). Na kolejnych pozycjach znalazło się konto bieżące w banku (43 proc.) oraz produkty finansowe, takie jak lokaty czy rachunki oszczędnościowe (43 proc.). Inwestowanie w nieruchomości oraz w fundusze inwestycyjne wybiera po 9 proc. osób. Tyle samo ankietowanych (9 proc.) odkłada oszczędności na kontach emerytalnych np. IKE, IKZE, PPK. Na końcu listy znajdują się akcje (7 proc.) i obligacje (6 proc.).

Największą skłonność do przechowywania zaoszczędzonych pieniędzy w gotówce wykazują osoby w wieku 18-24 lata (54 proc). Co ciekawe, rzadko korzystają oni z bankowych produktów oszczędnościowych, takich jak lokata czy konto oszczędnościowe. Jedynie 28 proc. najmłodszych uczestników badania deklarowało korzystanie z tego typu rozwiązań bankowych, podczas gdy średnio dla wszystkich grup wiekowych odsetek wynosi 43 proc.

– Wysoka liczba Polek i Polaków przechowujących swoje oszczędności w gotówce może być pokłosiem niepewności towarzyszącej nam w ostatnich latach, niskich stóp procentowych, ale także braku rzetelnej edukacji finansowej. Tymczasem trzymanie oszczędności w gotówce niesie ze sobą ryzyko utraty ich realnej wartości. Dlatego zachęcamy klientów do korzystania z coraz lepiej oprocentowanych, bezpiecznych produktów bankowych, takich jak lokaty czy konta oszczędnościowe – mówi Robert Chorzępa.

Jak wynika z badania „Oszczędzanie w obliczu wysokiej inflacji” główną motywacją dla odkładania pieniędzy jest zabezpieczenie finansowe na czarną godzinę (60 proc. odpowiedzi). 44 proc. badanych oszczędza, aby móc pokryć niespodziewane wydatki, a jedna czwarta (27 proc.) gromadzi pieniądze na wakacje. Polacy wskazali również konieczność odkładania pieniędzy w związku z inwestycjami, takimi jak remont i urządzenie mieszkania (24 proc.) lub wydatkami np. na samochód (18 proc.). Jedynie 12 proc. ankietowanych oszczędza z myślą o przyszłej emeryturze.

Zdecydowana większość oszczędzających (71 proc.) może pochwalić się zgromadzeniem finansowej poduszki bezpieczeństwa do wysokości sześciu miesięcznych pensji. Najczęściej są to jednak kwoty odpowiadające sumie zarobków od jednego do trzech miesięcy (29 proc.). Mniej niż miesięczne wynagrodzenie odłożyło 22 proc. ankietowanych. Blisko co piąty (18 proc.) deklaruje, że posiada oszczędności w kwocie wyższej niż jego roczne wynagrodzenie.

Choć większość Polaków stara się odkładać pieniądze, to aż 40 proc. przyznaje, że kwota ich oszczędności zmalała od początku roku. Taki sam poziom zgromadzonego kapitału utrzymuje 30 proc. pytanych, natomiast kolejne 30 proc. deklaruje, że kwota ich oszczędności wzrosła.

Badanie przeprowadzone dla Banku Millennium na panelu Ariadna w lipcu 2022 roku. Próba ogólnopolska N=1070 osób wieku od 18 lat wzwyż, reprezentatywna ze względu na płeć, wiek i wielkości miejscowości zamieszkania. Metoda: badanie przeprowadzone metodą ankiety internetowej (CAWI).

Zaskakująca dynamika producentów części motoryzacyjnych

Wojna w Ukrainie spowodowała kolejne po pandemii problemy dla światowej gospodarki. W Europie i USA szaleje inflacja, rosną ceny prądu oraz surowców, spada także aktywność przedsiębiorstw i ich skłonność do inwestowania. Branża motoryzacyjna także boryka się z trudnościami, jednak poszczególne segmenty sektora notowały w ostatnich dwóch latach zróżnicowane wyniki. Kondycję firm, które wzięły udział w badaniu SDCM, Santander Bank Polska i MotoFocus.pl, można ocenić jako stabilną, jednak także one doświadczają skutków globalnego kryzysu.

W najtrudniejszej sytuacji są producenci dostarczający przede wszystkim na pierwszy montaż, lepiej radzą sobie podmioty działające na rynku wtórnym, w szczególności dystrybutorzy. Choć badani producenci optymistycznie patrzą na drugie półroczne, to trudno zakładać, aby ten roku skończył się znacznym wzrostem.

W trakcie pandemii dobrze radzili sobie dystrybutorzy i producenci części skupieni na dostarczaniu ich na aftermarket, notując wzrosty nawet w porównaniu do okresów przed pandemią. Firmy szybko nauczyły się skutecznie funkcjonować w nowych warunkach, a serwisowanie i naprawy dotychczas wykorzystywanych aut przyczyniły się do większych obrotów. W gorszej sytuacji znajdowali się producenci części na pierwszy montaż. Z uwagi na duże uzależnienie od kontrahentów, do których dostarczane były produkty, wysoką niepewność co do zamówień i niskie marże notowali oni znacznie gorsze wyniki – wyjaśnia Radosław Pelc, analityk sektorowy w Santander Bank Polska.

Producenci części deklarują dobrą dynamikę i przewidują dalszą poprawę sytuacji

Wyniki badania po II kwartale 2022 roku ponownie pokazują dobre dane o dynamice przychodów producentów. Jest to dosyć zaskakujące, ponieważ wolumen produkcji samochodów osobowych w krajach będących czołowymi producentami w Europie – Niemczech, Hiszpanii, Czechach i Wielkiej Brytanii – w okresie styczeń-maj bieżącego roku był łącznie o prawie 11% niższy w ujęciu rok do roku.

Niski odsetek wskazań spadku (11%) i jednocześnie duży wzrost przychodów (56%) przez producentów OE (na pierwszy montaż) mógł jednak wynikać m.in. ze wzrostu cen produktów, dalszego wzrostu udziału rynkowego kosztem dostawców z innych krajów czy znacznego wzrostu w segmencie aftermarket.

Warto zwrócić uwagę na mniejszy niż oczekiwano negatywny wpływ wojny w Ukrainie na produkcję samochodów w Europie. Co prawda w marcu i kwietniu widać było lekką tendencję spadkową, ale wolumeny były tylko nieznacznie niższe niż średnie z okresu listopad-luty, kiedy obserwowaliśmy ożywienie po jesiennym dołku. Większość ryzyk związanych z dostawami surowców nie zmaterializowała się w znacznym stopniu. Z kolei szybkie działanie dostosowawcze producentów samochodów i wiązek pomogły utrzymać podaż wiązek elektrycznych. Wiele wskazuje też na to, że producenci samochodów przestawiali priorytety produkcyjne i wykorzystanie półprzewodników na produkcję modeli z zapewnionymi dostawami wszystkich materiałów do ich produkcji, w tym właśnie wiązek – uważa Radosław Pelc, analityk sektorowy w Santander Bank Polska.

Segmentowi OE pomogła poprawa produkcji aut osobowych w maju i czerwcu 2022. Maj łącznie dla czołowych producentów w Europie był wyraźnie najlepszym miesiącem w tym roku, z kolei czerwiec był rekordowy w Czechach i Hiszpanii, a także wyższy niż wolumen majowy w Niemczech.Obraz1

Jeśli chodzi o producentów IAM (części na rynek wtórny) to odsetek wskazań na wzrost przychodów rok do roku w I półroczu był podobny do producentów OE. Zauważalna jest spora różnica odpowiedzi wskazujących na spadek przychodów między producentami OE i IAM. Może to być efekt wysokiej bazy i wyhamowania wzrostu wielkości popytu. Możliwe również, że nastąpił wzrost konkurencji ze strony dostawców OE i przejęcie przez nich fragmentu rynku wtórnego. Niski popyt w segmencie pierwszego montażu i jednocześnie wysoki w aftermarket mógł spowodować wzrost aktywności producentów OE na rynku wtórnym, powodując spadek obrotów niektórych producentów IAM.

Prognozy na drugą połowę bieżącego roku w obu segmentach wydają się optymistyczne. Połowa producentów OE zakłada wzrost przychodów w relacji do I półrocza, a kolejne 28% stabilizację. Od strony popytowej ryzykiem są nadal możliwości produkcyjne producentów samochodów, ograniczane przez niskie i niestabilne dostawy materiałów produkcyjnych. Popyt ze strony klientów finalnych choć jest nieco niższy, to nadal przewyższa zdolności produkcyjne koncernów. W efekcie utrzymywania się takiej sytuacji od ubiegłego roku portfel zamówień producentów samochodów systematycznie rósł, a obecnie np. w Niemczech jest na poziomie dwukrotnie wyższym niż w 2019 roku.

Bardziej zrównoważony rozkład przewidywań producentów IAM na drugą połowę trwającego roku wskazuje na spodziewaną większą stabilizację rynku lub cen. Coraz trudniejsza sytuacja bieżąca i niepewna przyszłość gospodarcza w Europie, w tym wysoka inflacja, mogą skłaniać konsumentów do ograniczania wydatków na naprawy tylko do tych niezbędnych, a także do częstszego wyboru części z niższej półki cenowej.

Ograniczeniem działalności producentów są nie tylko niskie i zmienne zamówienia od producentów samochodów, ale też problemy w dostawach materiałów do produkcji ze strony ich dostawców. 82% producentów – łącznie OE i IAM – wskazywało na zaburzenia w dostawach surowców do produkcji, w tym prawie 35% o charakterze istotnym. Dane te potwierdzają trudną sytuację w całym łańcuchu dostaw motoryzacji w Europie.Obraz2

Według niemieckiego Instytutu Ifo odsetek firm z sektora motoryzacyjnego wskazujących na braki w dostawach istotnych półproduktów i surowców od połowy ubiegłego roku utrzymuje się na poziomie około 90%, podczas gdy w latach 2018–2019 wynosił średnio 14%, a jeszcze wcześniej był na poziomie kilku procent. Co więcej, producenci z Niemiec przewidują, że stan ten utrzyma się przez prawie rok mówi Radosław Pelc, analityk sektorowy w Santander Bank Polska.

Konsekwencją trwającej od końca 2020 roku spadającej i obecnie niskiej podaży materiałów produkcyjnych jest wzrost ich cen. Tylko w tym roku co najmniej trzykrotnie podwyższali ceny dostawcy u 58% producentów, w tym 20% podmiotów poinformowało o podwyżkach przy każdej dostawie. Co istotne, nie odnotowano ani jednego przypadku braku podwyżek.

Rosnące przychody dystrybutorów

Sytuacja w tym segmencie wydaje się pozytywna – wzrost przychodów w pierwszym półroczu zanotowało 87% dystrybutorów części motoryzacyjnych. Dodatnia dynamika była efektem wysokiego popytu oraz wysokich kosztów produkcji, które powodowały automatyczny wzrost cen, wkład miał także rozwój sprzedaży na rynkach zagranicznych. Mocny popyt na części był dodatkowo wsparty spadkiem rejestracji aut osobowych w Europie, który wymusił dłuższą eksploatację dotychczasowych pojazdów i dalsze ich serwisowanie. Z kolei wysokie koszty produkcji części powodowały wzrost cen po stronie producentów, ale dzięki silnemu popytowi udawało się je przerzucać na klientów finalnych. To pozwalało nie tylko zachować wysokie marże, ale też zapewniało wysokie ceny. Wysokie wolumeny i ceny zaowocowały dynamicznym wzrostem – prawie połowa badanych dystrybutorów zanotowała o co najmniej 10% większe przychody w ujęciu rok do roku.

Dystrybutorzy przewidują w drugiej połowie roku dalszy wzrost rynku. Zwiększenia przychodów spodziewa się prawie 83% badanych, w tym aż 44% zakłada wzrost powyżej 10%. Zagrożeniem dla tych optymistycznych oczekiwań mogą być te same czynniki, które dotyczą producentów części – pogorszenie sytuacji gospodarczej, wzrost obaw o przyszłość, wysoka inflacja. Mogą one doprowadzić do ograniczania napraw do tych koniecznych i zwiększenia skłonności do wybierania tańszych części – komentuje Radosław Pelc, analityk sektorowy w Santander Bank Polska.

Obraz3Dystrybutorzy nadal odczuwają zaburzenia dostaw, które dotyczą całych globalnych łańcuchów w motoryzacji. 61% badanych wskazało na nieznaczne, a 39% na istotne problemy w dostawach części od producentów w pierwszej połowie tego roku. Co ciekawe prawie wszyscy dystrybutorzy musieli się zmierzyć z podwyżkami cen kupowanych u producentów części. 37% doświadczyło już dwukrotnej podwyżki cen w tym roku, ponad 30% badanych miała jedną podwyżkę, natomiast 26% zadeklarowało, że dostawcy dokonali co najmniej trzech podwyżek od początku trwającego roku.

Stabilizacja w warsztatach

Rynek warsztatów samochodowych zachował się w pierwszym półroczu 2022 roku stabilnie, z lekką tendencją wzrostową. Na większe przychody w pierwszej połowie tego roku wskazało prawie 35% przedstawicieli segmentu, na stagnację 37%, a na spadek 28%. Podobną tendencję można wyczytać z danych o liczbie klientów. W przypadku prawie połowy warsztatów liczba klientów nie uległa zmianie, a 30% zanotowało ich wzrost.Obraz4

Większy odsetek firm wskazujących na wzrost przychodów w porównaniu do wzrostu liczby klientów można tłumaczyć wzrostem cen. 95% warsztatów w I połowie tego roku podniosło ceny, z tego prawie połowa o ponad 10%. Należy się spodziewać utrzymania tych tendencji, bo prawie 70% badanych warsztatów zamierza w najbliższym czasie dalej podnosić ceny o co najmniej o 5%.Obraz5

Prawie ¾ badanych warsztatów do przeprowadzanych napraw eksploatacyjnych używa przeważnie części ze średniej półki cenowej, w przypadku prawie 20% warsztatów najbardziej popularne są najdroższe części, a tylko nieco ponad 7% stawia przede wszystkim na te najtańsze. Struktura wykorzystywanych części różni się w przypadku części zewnętrznych i napraw powypadkowych. W tej kategorii 16% warsztatów wskazało najtańsze części jako najczęściej stosowane, a 18% najczęściej montuje używane.

Popularność części z poszczególnych półek cenowych może jednak ulegać stopniowej zmianie w kierunku części tańszych. 40% warsztatów jest zdania, że w tym roku wzrosło zainteresowanie częściami z najniższej półki cenowej. Taki sam odsetek badanych firm potwierdza, że nasila się zjawisko przynoszenia przez klientów części do napraw pojazdu zakupionych gdzie indziej, zapewne z uwagi na możliwość samodzielnego nabycia tych samych części po niższych cenach niż proponowane przez warsztaty.

Wysoki popyt na biura w miastach regionalnych przy zmniejszającej się podaży

Według raportu firmy doradczej Newmark Polska „Office Occupier – Rynek biurowy w regionach” w drugim kwartale bieżącego roku na regionalnych rynkach biurowych nadal obserwowany był relatywnie wysoki poziom popytu ze strony najemców, któremu towarzyszył stopniowy spadek wolumenu dostępnej powierzchni. Jednak ze względu na utrzymujące się wysokie koszty budowy oraz rosnące koszty finansowania nowych projektów biurowych aktywność deweloperów sukcesywnie się zmniejsza.

W pierwszej połowie 2022 r. najemcy na głównych rynkach regionalnych (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Lublin, Szczecin) wynajęli łącznie prawie 343 000 mkw., co jest najwyższą wartością odnotowaną w historii regionalnych rynków biurowych w pierwszym półroczu. Prawie połowę popytu wygenerowały firmy z sektora usług dla biznesu oraz IT – odpowiednio 24,8% i 22,1%. Na trzecim miejscu znalazła się branża produkcyjna, której udział w całkowitym wolumenie transakcji najmu sięgnął 13,1%.

– Aktywność najemców rośnie z kwartału na kwartał. W II kw. 2022 r. całkowity popyt na głównych rynkach regionalnych wyniósł prawie 190 000 mkw., co oznacza wzrost o prawie 24% w porównaniu z poprzednim kwartałem i o ponad 12% względem II kw. 2021 r. Podobnie jak w Warszawie, w regionach także odnotowano wzrost aktywności najemców w zakresie renegocjacji i odnowień umów najmu. Transakcje tego typu na rynkach regionalnych w II kw. 2022 r. stanowiły 35% całkowitego popytu (wzrost o 18 p.p. w stosunku do I kw. 2022 r.). W ciągu sześciu miesięcy bieżącego roku całkowity udział renegocjacji wyniósł 27,0%. Na nowe umowy przypadło 48,4% całkowitego popytu, natomiast pozostałe 24,6% stanowiły przednajmy (12,4%), ekspansje (6,9%) oraz transakcje na potrzeby własne (5,3%) – mówi Agnieszka Giermakowska, Dyrektor Działu Badań Rynkowych i Doradztwa w Newmark Polska.

Na koniec II kw. 2022 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na ośmiu największych rynkach regionalnych poza Warszawą wyniosły ponad 6,34 mln mkw. Po pierwszym kwartale, w którym oddano do użytku rekordową ilość ponad 243 500 mkw. biur, drugi kwartał przyniósł znaczący spadek wolumenu nowej podaży. W tym okresie deweloperzy ukończyli niewiele ponad 68 000 mkw. w 10 budynkach. Wśród największych ukończonych inwestycji w I poł. 2022 r. znalazły się: budynki A1 i A2 w ramach kompleksu Global Office Park w Katowicach (łącznie 55 200 mkw., I kw.), .KTW II w Katowicach (39 900 mkw., I kw.), Midpoint71 we Wrocławiu (36 200 mkw., I kw.), budynki C i D w ramach kompleksu Fuzja w Łodzi (łącznie 18 700 mkw., II kw.), Format w Trójmieście (16 000 mkw., I kw.) oraz CZ Office Park D w Lublinie (15 000 mkw., I kw.).

Na koniec II kw. 2022 r. w Polsce były już trzy rynki biurowe, których zasoby powierzchni biurowej przekroczyły próg 1 mln mkw. Do Krakowa i Wrocławia dołączyło Trójmiasto. Na przeciwnym biegunie znajdują się Lublin i Szczecin, które oferują łącznie prawie 410 000 mkw. Na pozostałe miasta (Poznań, Katowice i Łódź) przypada ponad 31% całkowitych zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej zlokalizowanej w regionach.

– Kolejny kwartał z rzędu obserwujemy spadek powierzchni biurowej będącej w budowie na głównych rynkach regionalnych w Polsce. Na koniec II kw. 2022 r. w trakcie realizacji znajdowało się prawie 560 000 mkw., tj. o 10% mniej niż poprzednim kwartale i ponad 30% mniej w ujęciu rok do roku. Zarówno utrzymujące się wysokie koszty budowy, jak i rosnące koszty finansowania powodują, że obecnie rozpoczynanych jest coraz mniej nowych inwestycji – dodaje Agnieszka Giermakowska.

Na koniec II kw. 2022 r. poziom pustostanów na głównych regionalnych rynkach biurowych wyniósł 15,2% i był niższy o 0,3 p.p. w porównaniu z I kw. 2022 r. i wyższy o 1,7 p.p. rok do roku. Wzrost wskaźnika powierzchni niewynajętej odnotowano w Szczecinie, Trójmieście, Krakowie i Łodzi, natomiast w Katowicach, Lublinie i Wrocławiu współczynnik pustostanów się obniżył. W Poznaniu poziom pustostanów pozostał bez zmian. Łącznie na ośmiu regionalnych rynkach biurowych najemcy mają do dyspozycji ponad 961 000 mkw. wolnej powierzchni – najwięcej w Krakowie i Wrocławiu.

Na wszystkich regionalnych rynkach biurowych w Polsce nadal obserwujemy presję na wzrost czynszów przy jednoczesnym ograniczaniu pakietu zachęt oferowanych przez deweloperów i właścicieli budynków biurowych. Dotyczy to przede wszystkim najlepszych budynków i lokalizacji charakteryzujących się ograniczoną dostępnością powierzchni biurowej.

Nowa ustawa deweloperska

Od dnia 1 lipca 2022 r. obowiązuje ustawa z dnia 20 maja 2021 r. o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym – czyli tzw. nowa ustawa deweloperska. Szeroko komentowana, nierzadko krytykowana regulacja, stopniowo zacznie oddziaływać na prawa i obowiązki sprzedawców i nabywców lokali i domów.

Umowy, które reguluje nowa ustawa

Ustawa deweloperska reguluje każdy etap przedsięwzięcia deweloperskiego – od jego otwarcia, poprzez podanie do publicznej wiadomości informacji o rozpoczęciu oferowania lokali oraz domów, zawarcie umowy deweloperskiej, na przeniesieniu własności kończąc. Nowa regulacja obejmie większy zakres umów niż dotychczas. Podobnie jak dotychczas, umowy deweloperskie będą dotyczyć wybudowania lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz ustanowienia i przeniesienia odrębnej własności. Całkowitą nowością jest jednak to, że nowa ustawa odnosi się również do umów sprzedaży lokali i domów już istniejących. Do tej pory również umowy, których przedmiotem był lokal użytkowy, nie były objęte regułami ustawy deweloperskiej. Aktualnie mogą zaistnieć przypadki, gdy umowa powiązana jest z umową dotyczącą lokalu mieszkalnego, i nowa ustawa deweloperska znajdzie zastosowanie.

Kogo dotyczy nowa ustawa?

Zasadnicze zmiany dotyczą podmiotów objętych nową regulacją. Przede wszystkim zmiany występują po stronie zbywcy – może to być bowiem deweloper, ale również przedsiębiorca inny niż deweloper. Kim jest zatem przedsiębiorca inny niż deweloper? Popularny tzw. house flipping, czyli amerykańska metoda kupienia mieszkania tanio, przywrócenia mu świetności i sprzedaży z zyskiem, wygenerował istnienie na rynku tzw. flipperów i to również ich będą dotyczyć nowe przepisy. Polski flipper będzie musiał się zatem liczyć z koniecznością stosowania przepisów nowej ustawy deweloperskiej, o ile sprzedaje mieszkanie lub dom, a przeniesienie praw na osobę fizyczną następuje po raz pierwszy.
Natomiast nabywcą może być jedynie osoba fizyczna, która zawiera umowę dotyczącą lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego w celu niezwiązanym bezpośrednio z jej działalnością gospodarczą lub zawodową. Oznacza to, że ustawa nie dotyczy przedsiębiorców, będących osobami fizycznym, którzy nabywają mieszkanie lub dom na cele działalności gospodarczej lub zawodowej.

Umowa rezerwacyjna

Umowa rezerwacyjna stanowi zobowiązanie dewelopera do czasowego wyłączenia z oferty sprzedaży lokalu mieszkalnego albo domu jednorodzinnego wybranego przez rezerwującego. Umowy te były zawierane powszechnie, jednak brak regulacji powodował wiele nieprawidłowości oraz nadużyć. Umowa taka zawierana jest na czas określony w formie pisemnej pod rygorem nieważności. W przypadku ubiegania się przez rezerwującego o kredyt czas ten powinien uwzględniać okres niezbędny do uzyskania decyzji kredytowej lub przyrzeczenia udzielenia kredytu. Opłata rezerwacyjna nie jest obligatoryjna. Jeżeli jednak strony się na nią zdecydują, wysokość opłaty rezerwacyjnej nie może przekraczać 1% ceny nieruchomości określonej w prospekcie informacyjnym. Zawarcie umowy deweloperskiej zawsze łączy się z zaliczeniem opłaty na poczet ceny nabycia nieruchomości. Gdy jednak rezerwujący nie uzyska pozytywnej decyzji kredytowej deweloper zawsze ma obowiązek zwrotu opłaty. Strony mogą również przewidzieć, że deweloper będzie uprawniony do zatrzymania opłaty na wypadek nieprzystąpienia nabywcy do umowy. Jeżeli jednak to deweloper nie przystąpi do umowy przenoszącej własność na nabywcę, opłata rezerwacyjna zwracana jest w podwójnej wysokości.

Obowiązki dewelopera

Deweloper, który rozpoczyna sprzedaż, ma przede wszystkim obowiązek sporządzić prospekt informacyjny dotyczący danego przedsięwzięcia deweloperskiego. W przypadku natomiast wyodrębnienia z przedsięwzięcia deweloperskiego zadania inwestycyjnego prospekt informacyjny sporządza się dla tego zadania inwestycyjnego. Zakres informacji objętych prospektem szczegółowo reguluje ustawa. Dewelopera obciąża doręczenie prospektu emisyjnego osobie zainteresowanej, w tym informacji o jego zmianie. Istotne jest, że deweloper, który rozpoczyna sprzedaż, ma obowiązek posiadać zgodę banku na bezobciążeniowe ustanowienie odrębnej własności lokal po zapłacie całej ceny. Zgoda lub zobowiązanie do jej udzielenia stanowi załącznik do umowy deweloperskiej, a brak takiej zgody lub zobowiązania uprawnia nabywcę do odstąpienia od umowy deweloperskiej w ciągu 60 dni oraz powoduje odpowiedzialność karną po stronie dewelopera.

Mieszkaniowe Rachunki Powiernicze

Niewątpliwie bezpieczeństwo wpłacanych środków jest ważne dla obu stron umowy deweloperskiej.

Ustawa deweloperska precyzyjnie określa moment, w którym deweloper ma obowiązek posiadania umowy mieszkaniowego rachunku powierniczego. Tym momentem jest rozpoczęcie sprzedaży. W praktyce oznacza to, iż stosowną umowę musi zawrzeć z bankiem odpowiednio wcześniej. Dotychczasowe przepisy określały jedynie, że rachunek prowadzi się dla przedsięwzięcia deweloperskiego, na którym deponowane były środki wszystkich nabywców. Po zmianie, w przypadku wyodrębnienia z przedsięwzięcia deweloperskiego zadania inwestycyjnego (etapu), deweloper ma obowiązek zawarcia umowy o prowadzenie rachunku odrębnie dla każdego zadania inwestycyjnego i będzie go utrzymywał do dnia przeniesienia praw z ostatniej umowy deweloperskiej. Obowiązek ten może także dotyczyć w pewnych sytuacjach lokali już wybudowanych. Deweloper, dokonując wyboru podmiotu prowadzącego rachunek musi zapewnić, że system gwarantowania, któremu podlega wybrany przez niego oddział instytucji kredytowej, zapewnia nabywcy ochronę odpowiadającą ustawie o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym. Tej regulacji ustawowej odpowiada obowiązek zamieszczenia w prospekcie informacyjnym klauzuli informacyjnej o odpowiedniej treści. Skutkiem tej zmiany powinno być zwiększenie poziomu skuteczności ochrony nabywcy i przejrzystości rozliczeń środków gromadzonych na MRP.

Po co Deweloperski Fundusz Gwarancyjny?

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny ma zapewnić pełną ochronę wpłat dokonanych przez nabywców na wypadek upadłości dewelopera, mimo iż wg danych Polskiego Związku Firm Deweloperskich, upadłości tych w ostatnich latach było bardzo niewiele. Środki z Funduszu, który nie był znany poprzednio obowiązującej ustawie, będą przeznaczane na zwrot wpłat nabywców dokonanych na otwarty rachunek powierniczy w części, w jakiej nie mogą być zwracane z tego rachunku (upadłość dewelopera lub banku, odstąpienie od umowy). Fundusz tworzony jest ze składek odprowadzanych przez deweloperów. Ustawa określa składki jako maksymalne, a ich dookreślenie następuje na etapie rozporządzenia. Aktualna wysokość stawki dla otwartych rachunków mieszkaniowych wynosi 0,45% wpłat dokonanych przez nabywców i 0,1% dla rachunków zamkniętych.

Od kiedy nabywcy mieszkań będą lepiej chronieni?

Nowe regulacje obowiązują od 1 lipca 2022 r., i co do zasady mają zastosowanie do wszystkich nowych inwestycji oraz inwestycji, które są w trakcie realizacji. Warto jednak podkreślić, że nowa ustawa nie będzie miała zastosowania do przedsięwzięć, których sprzedaż rozpoczęła się przed 1 lipca 2022r r., tj. przed wejściem ustawy w życie, i została zawarta co najmniej jedna umowa deweloperska. Do takich inwestycji przez 2 lata, tj. do 1 lipca 2024 r., będą miały zastosowanie przepisy dotychczasowe.

Autor: Radca Prawny, Anna Zabielska – Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

Ceny ubezpieczeń na świecie wzrosły o 9% w drugim kwartale 2022 r.

Ceny ubezpieczeń na świecie wzrosły o 9% w drugim kwartale 2022 r. (spadek z 11% w Q1 2022) – wynika z najnowszego raportu Marsh Global Insurance Market Index, kontynuując trend umiarkowanego tempa wzrostu stawek, notowany od początku 2021 roku. Jest to 19-sty kwartał z rzędu, w którym obserwujemy rosnące stawki, jednakże w przypadku większości linii i regionów geograficznych tempo wzrostu cen ubezpieczeń pozostaje umiarkowane.

Wzrost cen w większości regionów był umiarkowany, co było spowodowane wolniejszym tempem wzrostu stawek i spadkami w niektórych liniach finansowych i profesjonalnych. Wielka Brytania, ze średnim wzrostem 11%, odnotowała największy spadek cen (20% w Q1 2022). Tempo wzrostu w Stanach Zjednoczonych wyniosło 10% (spadek z 12%), w regionie Pacyfiku 7% (spadek z 10%), w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach – 5% (zmiana z 6%), w Azji 3%, a w Europie kontynentalnej 6% (w obu przypadkach tempo wzrostu pozostało takie samo jak w poprzednim kwartale).

Kluczowe wnioski:

  • W skali globalnej ceny ubezpieczeń majątkowych wzrosły średnio o 6% (spadek w porównaniu do 7% w poprzednim kwartale); jednocześnie stawki ubezpieczeń OC wzrosły średnio o 6% (wzrost w porównaniu do 4% w Q1 2022).
  • Wskaźnik wzrostu cen ubezpieczeń w liniach finansowych i profesjonalnych, napędzanych rosnącymi stawkami polis cybernetycznych, ponownie był najwyższy wśród głównych kategorii produktów ubezpieczeniowych i wyniósł 16%. Był to jednak spadek w porównaniu z 26% w poprzednim kwartale.
  • Ceny polis dla członków władz spółki (D&O) w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i regionie Pacyfiku odnotowały spadki.
  • Stawki ubezpieczeń cybernetycznych nadal notują widoczne wzrosty, niemniej tempo ich wzrostu w ostatnim kwartale spadło – do 79% w Stanach Zjednoczonych i 68% w Wielkiej Brytanii, w porównaniu do odpowiednio 110% i 102% w Q1 2022.
  • Wycena stała się najważniejszym punktem zainteresowania ubezpieczycieli ze względu na obawy związane z inflacją, łańcuchami dostaw i brakiem siły roboczej, a także rosnącymi kosztami roszczeń w przypadkach, gdy skorygowane kwoty szkód przekraczają zgłoszone wartości.

„W czasie globalnej niepewności, spowodowanej trwającą wojną na Ukrainie, zakłóceniami w łańcuchach dostaw i rosnącą inflacją, warunki handlowe pozostają trudne dla wielu klientów. Dostrzegamy wpływ inflacji na wartości ubezpieczeń i wzrost ekspozycji, które mogą przekładać się na wysokość cen i apetyt ubezpieczycieli. Wspieramy naszych klientów w znalezieniu najbardziej konkurencyjnych ofert i pokrycia, aby w jak największym stopniu zaspokoić ich potrzeby w zmieniającym się środowisku biznesowym” – komentuje wyniki raportu Lucy Clarke, President, Marsh Specialty and Global Placement.

Małgorzata Splett – Dyrektor Działu FINPRO (ubezpieczenia finansowe i profesjonalne) oraz PEMA (Fuzje i Przejęcia) w Marsh Polska dodaje: „Tendencje europejskie w liniach ubezpieczeń finansowych generalnie pokrywają się z polskimi. Największe wzrosty stawek wciąż obserwujemy w ubezpieczeniu cyber, wzrost cen polis D&O jest zwykle kilku-kilkunasto procentowy, co stanowi miłą odmianę dla Klientów po ok. 3 latach „twardego rynku”. Oczywiście nadal musimy brać pod uwagę, że „automatyczny” wzrost cen w linii D&O bazuje przede wszystkim na czynnikach makro i polityce underwritingowej ubezpieczycieli, natomiast inne czynniki ryzyka (dynamiczny wzrost grupy, wyniki finansowe, multijurysdykcja, sytuacja szkodowa, zmiany w zarządach, sektor) kreują dodatkowe wzrosty wpływające na stawki polis D&O.

Biorąc pod uwagę galopującą inflację staramy się uczulać klientów, jak istotna jest rewizja sumy ubezpieczenia – ta sama suma ubezpieczenia sprzed roku, to aktualnie sporo mniej do przeznaczenia na koszty obrony/ odszkodowanie w aktualnych warunkach rynkowych.

Interesujące będzie też to, jak będzie zmieniać się polityka cenowa ubezpieczycieli linii finansowych w dobie nadchodzącego spowolnienia gospodarczego. Zmniejszony apetyt klientów na utrzymanie aktualnych limitów lub na zawarcie nowych polis powinno wpłynąć na większą konkurencyjność ubezpieczycieli – w praktyce powinniśmy otrzymywać więcej ofert. Pytanie, czy dalszym krokiem będą też korzystniejsze warunki cenowe ofert i polis”.

Marcin Olczak – Dyrektor Departamentu Ryzyk Kredytowych podkreśla: „Polski rynek ubezpieczeń należności handlowych ciągle jest w przeciw trendzie do ubezpieczeń majątkowych czy też cybernetycznych. Drugi kwartał to w dalszym ciągu zdecydowanie rynek Ubezpieczającego, co przyznają sami Ubezpieczyciele. Pogarszające się perspektywy polskiej i światowej gospodarki spowolniły tempo spadku stawek, ale go nie zatrzymały. Głównym czynnikiem wpływającym na postawę Ubezpieczycieli jest skokowy wzrost obrotów r/r w większości branż oraz utrzymująca się bardzo niska szkodowość. Jednak już perspektywy na drugą połowę 2022 są mniej optymistyczne. Należy założyć, iż wzrost stawek obejmie również i rynek ubezpieczeń należności handlowych. Spodziewane spowolnienie gospodarcze (a w niektórych krajach wręcz recesja) z pewnością będą miały swoje odzwierciedlenie w wynikach firm, a więc ostatecznie i Ubezpieczycieli”.

Badanie GfK: w lipcu nastroje konsumenckie w Polsce znów lekko w dół

Po lekkim odbiciu w czerwcu br. lipcowe dane pokazały powrót do spadku wskaźnika nastrojów konsumenckich. Nad Wisłą oznak paniki i gwałtownej zmiany zachowań nabywców wciąż jednak nie widać. Gorzej nastroje konsumenckie wyglądają w całej Unii Europejskiej, gdzie średni wynik jest na najniższym poziomie w historii.

Barometr Nastrojów Konsumenckich GfK, czyli syntetyczny wskaźnik ilustrujący aktualne nastroje Polaków w zakresie postaw konsumenckich, wyniósł w lipcu br. -15,5 i spadł o 2,4 p.p. w stosunku do poprzedniego miesiąca. To niemal identyczny wynik jak w maju br., co może zaskakiwać w obliczu stale rosnących cen i utrzymującej się niepewnej sytuacji gospodarczej i geopolitycznej w regionie. Dla porównania na terenie całej Unii średnia dla barometru wynosi już -27,3, co jest najniższym wynikiem w historii badania (wcześniejszy rekord padł w kwietniu 2020 roku). Różnice w postawach nabywców jeszcze mocniej obrazuje fakt, że pół roku temu przeciętne nastroje unijne utrzymywały się na zdecydowanie wyższym poziomie niż nad Wisłą.Nastroje konsumenckie GfK_07_2022

Dane GfK wskazują, że spadają wszystkie kluczowe składniki Barometru, z czego najbardziej ocena obecnej sytuacji finansowej gospodarstw domowych oraz kondycji ekonomicznej kraju.

Lipcowy pomiar wykonywany był równolegle do momentu ogłoszenia ostatniej podwyżki stóp procentowych. W opinii ekspertów była ona niewystarczająca, co wpłynęło na znaczące osłabienie kursu złotego, przede wszystkim względem dolara. To z kolei istotnie odbiło się w negatywnej ocenie obecnej sytuacji, zarówno domowych budżetów jak i kondycji całej gospodarkimówi Barbara Lewicka, Senior Director GfK w Polsce i dodaje, że na szczęście nie załamało to prognoz konsumentów względem przyszłości. – Wielu badanych wciąż ma nadzieję, że podwyżki stóp procentowych wreszcie przyniosą pożądany efekt jeśli chodzi o obniżenie inflacji, a w gospodarce pojawi się względna stabilizacja. Połowa roku dla wielu sektorów to także okres podwyżek wynagrodzeń, które z pewnością łagodzą negatywne nastroje. To także nie pozostaje bez wpływu na całościowe wyniki barometru – podkreśla Barbara Lewicka.

W lipcu br. ujemne nastroje konsumenckie odnotowano w większości grup wiekowych. Najniższy wskaźnik (-30,4) – ze znaczną różnicą względem pozostałych i rekordowym spadkiem w relacji miesiąc do miesiąca – odnotowano w grupie osób, pomiędzy 50 a 59 rokiem życia. Najwyższy wynik dotyczy z kolei grupy 15-22 lata i wynosi on 4,7 (to jedyna grupa w której utrzymał on wartość dodatnią). Zgodnie z danymi gromadzonymi przez GfK, niezmiennie wraz ze wzrostem wieku, wskaźnik nastrojów konsumenckich w Polsce osiąga proporcjonalnie niższy poziom.

W przypadku podziału na płeć w lipcu doszło do wyrównania wyników kobiet i mężczyzn, co oznacza znaczące pogorszenie nastrojów wśród panów. W poprzednich miesiącach to wśród kobiet notowano zazwyczaj wyraźnie gorsze statystyki w tym aspekcie.

Większe dysproporcje możemy zaobserwować w przypadku różnych poziomów wykształcenia. W lipcu br. najsłabsze nastroje konsumenckie dotyczyły grupy osób z wykształceniem wyższym (-22,3). Dla porównania wśród osób z wykształceniem podstawowym, wskaźnik osiągnął poziom -4,4.

Gorsze nastroje to także domena osób przebywających w związku małżeńskim (-20,3), co jest wynikiem o 16 punktów niższym niż w przypadku osób o wolnym statusie związku.

W lipcu br. kluczowe składowe Barometru Nastrojów Konsumenckich kształtowały się następującoBarometr_tabela_07_2022

Informacje o badaniu

Badanie zrealizowano w dniach 8-13 lipca 2022 r. w ramach wielotematycznego badania omnibusowego e-Bus metodą CAWI (wspomaganych komputerowo wywiadów z respondentami z wykorzystaniem ankiety umieszczonej w internecie) na kwotowej, reprezentatywnej przedmiotowo, ogólnopolskiej próbie n=1000 osób. Struktura respondentów została dobrana z zachowaniem rozkładu wybranych parametrów społeczno-demograficznych odzwierciedlającego rozkład tych cech w populacji generalnej.

Barometr może przyjmować wartości od –100 do +100 i jest to saldo pomiędzy opiniami pozytywnymi a negatywnymi. Dodatnia wartość barometru wskazuje na to, iż w danej fali badania liczba konsumentów nastawionych optymistycznie przeważa nad liczbą konsumentów nastawionymi pesymistycznie. Wartość ujemna barometru oznacza odwrócenie tej proporcji.

Barometr jest zagregowanym wskaźnikiem sporządzanym na zlecenie Komisji Europejskiej, wyliczanym od 1985 roku. Obecnie indeks obejmuje 27 krajów. Dane dla Polski pochodzą z badania GfK współfinansowanego przez Komisję Europejską.

Frankowicze w pół roku złożyli w sądach blisko 30 tys. pozwów. Jednak widać wyhamowanie

Według danych z sądów okręgowych, w I połowie br. wpłynęło do nich ok. 29,5 tys. spraw frankowych. To spadek o ponad 1% rdr. Eksperci zwracają uwagę na coraz trudniejszą sytuację finansową frankowiczów, w tym wysokość rat kredytowych. Z zebranego materiału wynika, że ostatnio blisko połowa pozwów trafiła do stolicy. Na kolejnych miejscach widać Gdańsk i Poznań, a na końcu listy znajdują się Zamość, Łomża i Krosno. Natomiast największy wzrost rdr. odnotowano w Suwałkach – o ponad 104%. Najmocniejszy spadek miał miejsce w Opolu – o przeszło 82%.

Równomierne wpływy

Z danych uzyskanych z 47 sądów okręgowych w całym kraju wynika, że w pierwszej połowie br. wpłynęło do nich ok. 29,5 tys. spraw frankowych. To o 1,3% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich ok. 29,9 tys. Jak stwierdza radca prawny Adrian Goska z Kancelarii SubiGo, niewielki spadek jest bez znaczenia dla utrzymującej się wysokiej tendencji zainteresowania kredytobiorców w podejmowaniu akcji procesowych. Jednocześnie ekspert zwraca uwagę na coraz trudniejszą sytuację finansową kredytobiorców. Wzrost kursu franka do złotego oraz wzrost stóp procentowych przekłada się na wyższą ratę od wielu miesięcy. To z pewnością motywuje frankowiczów do składania pozwów.

– Temat kredytów frankowych, ale także udzielanych w euro czy rzadziej w jenach lub dolarach, mimo tych danych, nadal jest bardzo aktualny. W sądach znajduje się ok. 130-150 tys. spraw, co stanowi ok. 15-20% wszystkich umów kredytowych. Stabilny wpływ świadczy także o okrzepnięciu rynku. Kolejni klienci decydują się na składanie pozwów. Jednak dzieje się to równomiernie, a nie falami, jak to można było obserwować do tej pory – komentuje adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal.

Z kolei mecenas Goska przekonuje, że pozycja banków nie uległa zmianie. One nadal w ogromnej większości przegrywają sprawy z frankowiczami. Ekspert też dodaje, że notowana jest coraz większa liczba wyroków prawomocnych potwierdzających słuszność wyboru drogi sądowej przez kredytobiorców.

– Bardzo istotnym argumentem za rozpoczęciem sprawy jest zawieszenie wpłat. Jest to możliwe, jeśli spłacona została kwota odpowiadająca otrzymanemu kapitałowi. Ponadto klienci odczuwają wzrost raty i decydują się definitywnie rozwiązać kwestię kredytu. Okolicznością, która czasami zniechęca do wniesienia pozwu, jest długi czas oczekiwania na rozpoznanie sprawy. Dlatego frankowicze powinni mieć świadomość tego, że muszą być gotowi nawet na 3-4 lata procesu – dodaje ekspert z Kancelarii MBM Legal.

Od Warszawy do Zamościa

W pierwszych sześciu miesiącach br. najwięcej spraw frankowych wpłynęło do Sądu Okręgowego w Warszawie – 13 266 (I poł. 2021 r. – 13 529). Mecenas Bartosiak zaznacza, że większość banków ma siedzibę na terenie stolicy, dlatego ten sąd jest właściwy miejscowo dla spraw z ich udziałem. Ekspert zaznacza, że zaletą postępowań przed tym sądem jest funkcjonowanie wydziału zajmującego się tylko sprawami kredytowymi i wynikające z tego jednolite orzecznictwo. Jednak m.in. wskutek bardzo dużej liczby spraw czas oczekiwania na ich rozstrzygnięcie faktycznie jest bardzo długi.

– Duży napływ pozwów w Warszawie związany jest m.in. z praktycznie stuprocentowymi pozytywnymi dla kredytobiorców wynikami spraw. Ponadto wydział frankowy w bardzo krótkim czasie, do około jednego miesiąca, wydaje postanowienia o zabezpieczeniu powództw. Z punktu widzenia frankowiczów ta sytuacja jest dość korzystna. Nie tylko zabezpiecza interes kredytobiorcy, ale i niejako rekompensuje mu dłuższy czas oczekiwania na wyrok – analizuje ekspert z Kancelarii SubiGo.

Na kolejnych miejscach widzimy sądy okręgowe w Gdańsku – 2 199 (w I poł. 2021 r. – 1 867), Poznaniu – 1 805 (1 760), we Wrocławiu – 1 001 (1 212), a także w Szczecinie – 953 (792). Dalej jest SO Warszawa-Praga w Warszawie – 912 (996), a następnie SO w Katowicach – 899 (855), Krakowie – 869 (912), Łodzi – 793 (1 146) i Olsztynie – 506 (486). Natomiast najmniej spraw frankowych wpłynęło w I połowie br. w Zamościu – 25 (I poł. 2021 r. – 43), Łomży – 30 (26), Krośnie – 36 (43), Przemyślu – 37 (48) i Tarnobrzegu – 45 (43).

– Duży wpływ spraw frankowych w Gdańsku spowodowany jest znaczącą liczbą udzielonych kredytów dla mieszkańców obszaru właściwości tamtejszego sądu. Należałoby postulować o utworzenie tam wydziału frankowego, takiego, jaki działa w Warszawie. Natomiast mniejsze ośrodki istotnie notują mniejszy napływ spraw frankowych. Być może jest to spowodowane większymi obawami mieszkańców tych obszarów o ostateczny sukces, a także wyczekiwaniem na większą liczbę spraw zakończonych korzystnym wyrokiem w dużych miastach – dodaje radca prawny Goska.

Wzrosty i spadki

Biorąc pod uwagę liczbę wpływu spraw frankowych, największy wzrost rdr. odnotowano w Sądzie Okręgowym w Suwałkach – o 104,3% (z 46 do 94). Dalej widać Białystok – o 88,3% (z 239 do 450), Siedlce – o 54,9% (z 113 do 175), Piotrków Trybunalski – o 46,5% (z 129 do 189), a także Toruń – o 33,2% (z 301 do 401). Natomiast do największych spadków rdr. doszło w Opolu – o 82,1% (z 236 na 168), Legnicy – o 61,5% (z 629 na 242) i Rybniku – o 44,3% (z 332 na 185).

– Choć procentowo wzrosty są dość istotne, to w liczbach bezwzględnych, w świetle wszystkich spraw, nie są to aż tak poważne zmiany. Skoki mogą wiązać się np. z podjęciem tego typu spraw przez prawników praktykujących w danym mieście. Z kolei źródła spadków upatrywałbym w sposobie prowadzenia postępowań sądowych – mówi adwokat Jakub Bartosiak.

Jak podsumowuje radca prawny Adrian Goska, zwiększony wpływ pozwów w niektórych sądach w mniejszych okręgach spowodowany jest sprawnym rozpoznawaniem spraw oraz korzystnymi wyrokami. Natomiast w Opolu, Rybniku i Legnicy czas oczekiwania na rozstrzygnięcie jest długi. Ponadto stosunek spraw wygranych do przegranych jest niekorzystny dla frankowiczów. Wiąże się to z koniecznością składania przez nich apelacji, którą w większości wygrywają kredytobiorcy, gdyż wyroki pierwszej instancji są zmieniane.

Koniunktura się psuje

Indeksy koniunktury są coraz słabsze. Optymizm spada nie tylko w Europie, ale i na świecie. Niewykluczone, że jakby tych problemów było mało, możemy mieć zaraz kolejną edycję konfliktu USA-Chiny.

Indeksy PMI zaczynają straszyć

Poniedziałek minął pod dyktando odczytów indeksów PMI dla przemysłu. Są to badania ankietowe prowadzone wśród managerów odpowiedzialnych za zamówienia. Badają one, czy zdaniem ankietowanych sytuacja poprawi się, pozostanie bez zmian, czy się pogorszy. Jest to o tyle cenne badanie, że skoro taka osoba spodziewa się poprawy, to prawdopodobnie zamówi więcej materiałów. W rezultacie pytane są osoby, od których częściowo owa poprawa zależy. W Polsce wynik wyniósł 42,1 pkt. To nie tylko 1,5 pkt poniżej oczekiwań, ale przede wszystkim wynik znacznie gorszy od 50 pkt, będącego poziomem równowagi pomiędzy odpowiedziami pozytywnymi i negatywnymi. Zaraz po odczycie z Polski mieliśmy krótki ruch osłabiający złotego. Przerwały go późniejsze dane z Unii…

Unia podchodzi do tematu bardziej optymistycznie

Indeks PMI dla strefy euro tylko nieznacznie spadł poniżej 50 pkt. Wynik 49,8 pkt to realnie poziom równowagi. Co ciekawe, wszystkie największe gospodarki pokazały wyniki poniżej tego poziomu. Główne lokomotywy napędowe Unii, czyli Niemcy i Francja są jednak tylko nieznacznie poniżej tego pułapu. Większe zaskoczenie miało jednak miejsce w krajach południa kontynentu. Wyniki były tam wyraźnie słabsze od oczekiwań, podczas gdy łączny odczyt oczekiwania przekroczył. Potwierdza to teorię, że rosnące stopy procentowe najprawdopodobniej mocniej dotkną południe naszego kontynentu. Lepsze ogólne dane spowodowały jednak, że inwestorzy chętniej patrzyli na euro. W rezultacie osiągnęło ono jeden z najwyższych poziomów względem dolara od miesiąca. Pomogło to również złotemu, który zyskał na wartości.

Konflikt z Chinami?

Wydawało się, że po tym, co dla relacji chińsko-amerykańskich zrobił Donald Trump, teraz gorzej już nie będzie. Okazuje się jednak, że w najbliższych dniach ma dojść do wizyty przewodniczącej Izby Reprezentantów na Tajwanie. Jeżeli coś naprawdę drażni władze w Pekinie, to jest to uznanie międzynarodowe Tajwanu, jako pełnoprawnego państwa. Warto pamiętać, że Tajwan to potężna gospodarka. Na powierzchni niewiele mniejszej niż Holandia mieszka tam ponad 23 miliony ludzi. Nie zmienia to faktu, że Chiny (pomimo absolutnego braku kontroli nad tym terytorium) uważają to za część swojego państwa. Dlaczego ta wizyta w ogóle jest ważna? Wielu analityków uważa, że Pekin jest zdolny do daleko idących prowokacji militarnych związanych z tą wizytą. To z kolei może znowu zachwiać rynkami.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Zmiany klimatyczne oznaczają droższą żywność

Już teraz widać konsekwencje wzrostów temperatur na Biegunie Północnym i Południowym oraz zmiany prądów strumieniowych. Ogromne masy powietrza są przerzucane na drugą półkulę, co wywołuje ekstremalne zjawiska pogodowe – trwające stanowczo za długo, jak dla strefy klimatycznej, w której jesteśmy. To są anomalie pogodowe, które będą trwały coraz dłużej i będziemy ponosić ich kosztowne konsekwencje. Także takie, jak wyższe ceny za żywność. Dlatego trzeba błyskawicznie podjąć działania zaradcze. Do tego służą też coroczne szczyty klimatyczne. Dzięki temu wszystkie 195 państw świata, które podpisały się pod porozumieniami paryskimi w 2015 roku rozumie, że czas ucieka i że zobowiązanie jest uzgodnieniem międzynarodowym, którego się trzeba trzymać.

– Na tym polega dorobek cywilizacji człowieka, że nauczyliśmy się też zarządzać procesem edukacyjnym i tworzyć programy nauczania. To jest wielka zdobycz cywilizacyjna gatunku ludzkiego, że mamy szkoły, uniwersytety – niestety, przy okazji straszliwie niszczymy naszą planetę. Wiemy to właśnie dzięki nauce – dzięki temu, że naukowcy są w stanie ustalić, na czym polega wielkie szóste wymieranie gatunkowe. Dokładnie wiemy co jest przyczyną globalnego ocieplenia, wiemy też jakie środki zaradcze podjąć – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, dyrektor wykonawczy UN Global Compact Network Poland. – Teraz cały wysiłek ludzkości w naszym dobrze pojętym interesie powinien pójść w kierunku globalnej edukacji klimatycznej. Trzeba stworzyć podstawę, fundament dla polityków, którzy nami zarządzają. Tylko wtedy będą podejmować ambitne decyzje polityczne, jeśli będą mieli poparcie społeczne wyedukowanego społeczeństwa. Wystarczy spojrzeć na fatalne konsekwencje zmiany klimatu, jeśli chodzi o fale upałów. Najniższy poziomy Wisły w historii, który zaraz nas spotka, temperatury powyżej 40-45 stopni w większości europejskich miast – trwające nie dzień czy dwa dni, tylko ponad tydzień. To dopiero początek drastycznych konsekwencji, które nas czekają – przewiduje Wyszkowski.

Słabe dane z USA i niezobowiązujący Fed uderzają w dolara

Dobra passa amerykańskiej waluty z pierwszej połowy lipca to przeszłość – teraz dolar oddaje zyski. Obecnie gospodarka USA spełnia najprostszą definicję recesji technicznej. Dalsze podwyżki stóp procentowych Rezerwy Federalnej w pełni zależą od danych o inflacji i z rynku pracy, poprzedzających wrześniowe posiedzenie.

Uświadomienie sobie tego przez rynki ściągnęło w dół rentowności obligacji skarbowych w USA, prowadząc do osłabienia dolara amerykańskiego względem niemal każdej głównej waluty na świecie. Euro jednak również nie radziło sobie dobrze, reagując na redukcję przepływu rosyjskiego gazu.

Teraz, gdy zarówno Rezerwa Federalna, jak i Europejski Bank Centralny praktycznie przestały kierować oczekiwaniami rynków (stosować forward guidance), podwyżki stóp procentowych są mocno zależne od danych. Zatem w tym tygodniu uwaga skupi się na piątkowych (05.08) danych z amerykańskiego rynku pracy – mogą one mieć zauważalny wpływ na zmienność. Dotychczas tamtejszy rynek pracy pozostawał niezwykle odporny na spowolnienie gospodarcze. W czwartek 04.08 odbędzie się zaś posiedzenie Banku Anglii – powinno przynieść podwyżkę stóp procentowych o 50 pb. oraz zmianę w podejściu do kierowania oczekiwaniami w ich zakresie – ograniczenie forward guidance lub zupełne od niego odejście.

PLN

W minionym tygodniu polski złoty pozostawał rozedrgany. Z jednej strony walucie nie sprzyjały poniedziałkowe informacje o ponownym ograniczeniu przepływu gazu przez Nord Stream 1. Z drugiej strony gołębi, w ocenie rynku, wydźwięk posiedzenia Fed i słabość dolara amerykańskiego pozwoliły złotemu na umocnienie w drugiej części tygodnia.

Ostatnie dane z Polski były mieszane. Lipcowa inflacja pokazała stabilizację na poziomie 15,5%, bezrobocie w czerwcu spadło mocniej od oczekiwań, a lipcowy odczyt PMI dla przemysłu na poziomie 42,1 pkt rozczarował, jeszcze bardziej oddalając się od granicy ekspansji sektora. W ujęciu ogólnym ostatnie dane z Polski wpisują się w obraz spowalniającej gospodarki i sugerują ostrożność przy decydowaniu o stopach procentowych. Mając na uwadze krajowe dane, kontekst globalny oraz sygnały z RPP, rynek nabiera przekonania, że za rogiem koniec cyklu podwyżek stóp procentowych. Do wrześniowego posiedzenia RPP jeszcze daleko, a przed nim poznamy wiele nowych odczytów, stąd raczej nie należy mieć ugruntowanych oczekiwań na tym etapie. Niemniej wiele wskazuje na to, że decydenci raczej nie będą rozważali silniejszej podwyżki stóp niż ostatnio, a w grze będzie ruch od 0 do 50 pb.

Najbliższe dni i tygodnie przyniosą niewiele informacji z Polski. Będziemy wypatrywać ewentualnych kolejnych rządowych ogłoszeń (w zeszłym tygodniu wystartowały wakacje kredytowe, premier zadeklarował również przedłużenie tarczy antyinflacyjnej do końca roku, mówi się też o kolejnych dopłatach do paliw). Dotychczas podobne informacje miały jednak ograniczony wpływ na złotego, przynajmniej w krótkim terminie. Ponadto będziemy obserwować posiedzenia regionalnych banków centralnych – w czwartek 04.08 o stopach będą decydować Czesi, którzy wydają się być na podobnym etapie cyklu co RPP, tego samego dnia 1-tygodniową stopę depozytową ustali też Węgierski Bank Narodowy. W piątek z kolei stopy podniosą Rumuni, najpewniej o 100 pb.

EUR

Inflacja w strefie euro po raz kolejny zaskoczyła w górę, potwierdzając nasz pogląd, że podwyżki stóp EBC sięgną dalej, niż obecnie zdają się akceptować rynki stopy procentowej. Dane zostały jednak przyćmione przez dalszą redukcję przepływu gazu z Rosji i ogłoszenie szeregu środków mających na celu ograniczenie popytu. Co zrozumiałe, nie jest to interpretowane jako pozytywne dla euro. Rynek w większości zignorował lepsze od oczekiwań dane o PKB w drugim kwartale pokazujące stosunkowo wysoką ekspansję gospodarki, skupiając się na negatywnych nagłówkach dotyczących sytuacji energetycznej. Obecny tydzień będzie charakteryzował ograniczony napływ informacji. Inwestorzy powinni skupić się na czwartkowej (04.08) publikacji biuletynu ekonomicznego EBC, którego publikacja może pomóc rozwiać nieco wątpliwości co do dalszych kroków banku.

USD

Chociaż prawdą jest, że gospodarka USA odnotowała niewielki spadek PKB na przestrzeni dwóch kolejnych kwartałów, nie określalibyśmy obecnego tła gospodarczego jako recesyjne. Nietypowa kombinacja braku wzrostu, pełnego zatrudnienia i bardzo silnej presji inflacyjnej skłoniła Fed do de facto wycofania się z kierowania oczekiwaniami (porzucenia forward guidance) i ogłoszenia, że kolejne kroki będą zależały od napływających danych.

Piątkowe dane o dochodach i inflacji nie sugerują, żeby inflacja miała wracać do pożądanych poziomów w najbliższym czasie, a wysoki odczyt indeksu kosztów zatrudnienia sugerował, że może rozwijać się spirala płacowo-cenowa. Podsumowując, uważamy, że rynkowe założenia, że stopy procentowe w USA w maksymalnym punkcie będą wynosić ok. 3,25%, są zbyt optymistyczne.

Rynki obecnie kierują uwagę na piątkowy raport z amerykańskiego rynku pracy. Ma on pokazać kolejny miesiąc zdrowych przyrostów miejsc pracy w kontekście pełnego zatrudnienia. Będziemy zwracać uwagę na dane o płacach, żeby uzyskać potwierdzenie wyżej wspomnianego sprzężenia zwrotnego między wyższymi cenami i wyższymi płacami.

CNY

Juan chiński zakończył ubiegły tydzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z dolarem amerykańskim pomimo szerokiej słabości amerykańskiej waluty. Ostatnie tygodnie przyniosły wiele niepokojących nagłówków z Chin: poczynając od rozwoju pandemii COVID-19, przez problemy sektora nieruchomości, po rosnące napięcia z USA w kontekście Tajwanu.

Teraz uwaga skupia się na danych ekonomicznych, bowiem dotychczasowe odczyty aktywności biznesowej z początku trzeciego kwartału zaskoczyły w dół. Słabym punktem jest sektor przemysłowy, w przypadku którego oficjalne dane pokazały niespodziewany spadek z 50,2 pkt do 49 pkt, wskazując na zmniejszenie aktywności. Indeks Caixin PMI dla sektora również rozczarował wynikiem nieznacznie powyżej kluczowego poziomu 50 (50,4 pkt).

Sugeruje to, że ożywienie gospodarcze w Chinach w III kwartale może być bardziej ograniczone niż oczekiwano. Przyszła ścieżka aktywności biznesowej prawdopodobnie zależy od globalnego popytu i wewnętrznej sytuacji covidowej, ponieważ wydaje się, że za ostatnią słabością danych stoi pogorszenie tych kwestii. Najnowsze dane sugerują, że tegoroczny cel PKB na poziomie „około 5,5%” niemal na pewno nie zostanie osiągnięty.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Itsaso Apezteguia – analitycy Ebury

MetLife zmienia nazwę i identyfikację wizualną

Grupa NN, po uzyskaniu zgody Komisji Nadzoru Finansowego, rozpoczęła integrację ze spółkami MetLife w Polsce. W związku z tym, od 1 sierpnia 2022 roku, MetLife TUnŻiR S.A. przyjęło nazwę NNLife TUnŻiR S.A. i będzie działać pod logo Nationale-Nederlanden. Po fuzji prawnej, która planowana jest na styczeń 2023 r., spółka połączy się z Nationale-Nederlanden TUnŻ S.A. Z kolei MetLife TFI S.A. zmieniło nazwę na Nationale-Nederlanden TFI S.A.

22 kwietnia br. Grupa NN ogłosiła zakończenie procesu przejęcia spółek MetLife w Polsce po tym, jak Komisja Nadzoru Finansowego wyraziła zgodę na realizację transakcji. Integracja ma na celu dalszy rozwój organizacji, umocnienie pozycji spółki ubezpieczeniowej na polskim rynku ubezpieczeń na życie, a także rozbudowę sieci dystrybucji. – Przejęcie spółek MetLife to bardzo ważny krok w kierunku rozwoju Grupy NN w Polsce. Wierzę, że dzięki wieloletniemu doświadczeniu obu firm, zaangażowaniu pracowników oraz silnej sieci doradców ubezpieczeniowych, wzmocnimy wartość biznesu oraz wiodącą pozycję na naszym rynku – mówi Paweł Kacprzyk, Prezes Zarządu spółek Nationale-Nederlanden: NN TUnŻ S.A., NN TU S.A., NN UF sp. z o.o. i NNLife TUnŻiR S.A. – Od początku najistotniejszymi wartościami, którymi kierujemy się w procesie integracji jest przejrzysta komunikacja, a także troska i zaangażowanie w potrzeby klientów, dlatego kluczowy jest dla nas fakt, że klienci dawnych spółek MetLife nie muszą podejmować żadnych działań w związku z toczącymi się zmianami – dodaje.

To, co ważne, pozostaje bez zmian

Z początkiem sierpnia br. MetLife TUnŻiR S.A. zmieniło nazwę na NNLife TUnŻiR S.A., z kolei MetLife TFI S.A. zmieniło nazwę na Nationale-Nederlanden TFI S.A. Spółki te teraz działają pod logo Nationale-Nederlanden. Klienci będą mogli zobaczyć nowe logo m.in. w portalach obsługowych, korespondencji oraz podczas wizyty w placówkach.

Co istotne, cały proces przeprowadzany jest z troską o klientów. Wszystkie zawarte umowy obowiązują zgodnie z zapisanymi w nich warunkami i będą obsługiwane na dotychczasowych zasadach przez zespół specjalistów oraz dotychczasowych agentów. Dodatkowo spółka ubezpieczeniowa w komunikacji
z klientami będzie się posługiwać nową nazwą NNLife TUnŻiR S.A. z dopiskiem „wcześniej MetLife”, tak aby ułatwić klientom kontakt z właściwą firmą.

Ostatni etap integracji

Obecnie NNLife TUnŻiR S.A. i Nationale-Nederlanden TUnŻ S.A., pomimo wspólnego logo, funkcjonują jako oddzielne spółki. Fuzja prawna, czyli ostatni etap mający na celu połączenie obu spółek, zaplanowany jest na początek przyszłego roku.

Malta zdjęta z „szarej listy” FATF

Malta zdjęta z „szarej listy” FATF. Czy znów stanie się popularna wśród polskich przedsiębiorców?

W połowie czerwca 2022 r. Malta została usunięta z szarej listy Financial Action Task Force, czyli specjalnej, międzynarodowej grupy ds. przeciwdziałania praniu pieniędzy. W komentarzu do tej decyzji Premier Malty podkreślił, że to zasługa przeprowadzenia w kraju niezbędnych reform, które będą kontynuowane.

Zobowiązania Malty do wzmocnienia systemu przeciwdziałania nieprawidłowościom finansowym

Malta znalazła się na szarej liście FATF, czyli organizacji kształtującej międzynarodowe standardy zapobiegania praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu, w czerwcu 2021 roku. To spowodowało, że podjęła wówczas zobowiązanie polityczne do współpracy z FATF i Moneyval (Komitet Ekspertów ds. Oceny Środków Przeciwdziałania Praniu Pieniędzy i Finansowania Terroryzmu, organ monitorujący Rady Europy), w celu wzmocnienia skuteczności swojego systemu przeciwdziałania praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu.

Financial Intelligence Analysis Unit, czyli jednostka analityki finansowej, będąca agencją rządową z siedzibą na Malcie utworzoną na mocy ustawy o zapobieganiu praniu pieniędzy, poleciła Malcie zwiększenie nacisku analizy finansowej FIAU na poważne przestępstwa podatkowe. Zalecenia wskazywały na potrzebę zwiększenia wykorzystania wywiadu finansowego w ściganiu spraw karnych związanych z podatkami i praniem pieniędzy, oraz poprawy identyfikacji nieprecyzyjnych informacji na temat rzeczywistych beneficjentów dostarczanych przez maltańskie firmy. Malta miała także uruchomić pakiet skutecznych sankcji odstraszających i proporcjonalnych wobec przedsiębiorstw i innych podmiotów za nieprzestrzeganie ich zobowiązań w zakresie ujawniania beneficjentów rzeczywistych.

Usunięcie Malty z szarej listy

Maltański rząd podjął jednak błyskawiczne działania aktualizując i poprawiając krajowe procedury AML, w tym zarządzania ryzykiem finansowym i system kontroli. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W lutym tego roku, a więc zaledwie po pół roku od wciągnięcia na szarą listę, FATF dokonał wstępnego ustalenia, że Malta w znacznym stopniu zrealizowała zalecenia, stąd zasadna stała się wizytacja na miejscu w celu weryfikacji stopnia wdrożenia wymaganych od niej reform. Przedstawiciele FATF i Moneyval przeprowadzili audyt na Malcie w kwietniu. W głosowaniu, do którego doszło 15 czerwca 2022 r., 37 jurysdykcji oraz dwie uznane przez FATF organizacje regionalne – Komisja Europejska i Rada Współpracy Zatoki Perskiej, zadecydowało o usunięciu Malty z szarej listy.

Podsumowanie

Umieszczenie Malty na szarej liście spowodowało wzmożone kontrole w firmach i innych podmiotach, zwłaszcza posiadających złożone, transgraniczne struktury organizacyjne. Część opinii publicznej uznała to za efekt wewnętrznej walki politycznej mającej na celu zdeprecjonowanie sukcesu ekonomicznego kraju i zatarcie korzystnych różnic z konkurującymi zagranicznymi jurysdykcjami i systemami podatkowo – finansowymi.

Maltański rząd podjął jednak błyskawiczne i skuteczne działania celem złagodzenia skutków tych nie w pełni uzasadnionych sankcji, aktualizując i poprawiając krajowe procedury AML, w tym zarządzania ryzykiem finansowym i kontroli.

Autor: Robert Nogacki, właściciel Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Lepsze dane z Europy wspierają euro. Inflacja w Polsce się ustabilizje?

Informacja, że wzrost cen się stabilizuje to dobra wiadomość. Złą jest fakt, że dzieje się to na poziomie 15,5%, w momencie, kiedy obywatele dostali wakacje kredytowe, a zaraz dostaną bony 3000 zł teoretycznie na węgiel.

Inflacja nie wzrasta

W piątek poznaliśmy wstępny odczyt inflacji w Polsce. Wyniósł on 15,5%, był zatem taki sam jak finalny odczyt za lipiec. Dla przypomnienia wstępny odczyt za lipiec był o 0,1% wyższy, stąd narracja o spadku inflacji. Jest to narracja bardzo wygodna dla kręgów rządowych. Wstrzymałbym się jednak z takim optymizmem do danych finalnych, na które przyjdzie nam jeszcze kilka dni poczekać. Złoty zareagował na te dane umocnieniem. Co ciekawe, nie przełożyło się to równolegle na wzrost oczekiwań wzrostu stóp procentowych. Od 11 lipca 3-miesięczny WIBOR, będący zmorą kredytobiorców, utrzymuje się na niemal niezmienionym poziomie. Ruch umacniający złotego można jednak kojarzyć z napływem zagranicznego kapitału na rynek obligacyjny. W piątek wyraźnie spadła rentowność obligacji, co świadczy o dużej liczbie kupujących.

Lepsze dane z Europy

Dane z poszczególnych państw na temat wzrostu PKB w drugim kwartale nie zawsze napawały optymizmem. Dobrym przykładem jest tutaj niemiecki wynik, który okazał się o 0,3% słabszy od oczekiwań. Finalny odczyt dla strefy euro wyniósł jednak 4% i był lepszy aż o 0,6% od oczekiwań. Z jednej strony kwartał temu było to 5,4%, zatem mamy wyraźny spadek. Z drugiej strony tak wysokiego poziomu wzrostu kwartalnego jak 4% (za wyjątkiem odbicia po pandemii) nie oglądaliśmy od początku kryzysu z 2008 roku. Nie można zatem mówić, że to zły wynik. Euro po tych danych zyskało względem dolara nieznacznie.

Dane z USA

W piątek poznaliśmy pakiet danych zza oceanu. Wydatki Amerykanów rosną szybciej, niż oczekiwano. Szybciej rosną również dochody. Jest to dobra wiadomość dla rynków. Na dłuższą metę widać jednak niepokojący trend. Skoro wydatki rosną szybciej niż dochody, to nie zanosi się na spadek zadłużenia tego społeczeństwa. Do tego trzeba dodać dwa indeksy koniunktury. Indeks Chicago PMI wypadł słabiej od oczekiwań z kolei raport Uniwersytetu Michigan wypadł nieznacznie lepiej. Dane te finalnie zostały odebrane jako dobre dla dolara i widzieliśmy umacnianie się amerykańskiej waluty po publikacji. Do końca dnia jednak ruch ten został zanegowany i dolar wciąż pozostaje relatywnie stabilny względem euro.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu,
16:00 – USA – raport ISM dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl