Software Mind z Grupy Ailleron wchodzi w segment e-commerce i przejmuje ValueLogic

Software Mind będąca częścią Grupy Ailleron podpisała przedwstępną umowę nabycia 70 proc. udziałów w ValueLogic  – dynamicznie rozwijającej się spółce działającej w modelu full-service software house w branży e-commerce.

Wrocławski ValueLogic zatrudnia ponad 80 inżynierów oprogramowania i ekspertów branżowych. Spółka współpracuje z ponad 30 renomowanymi klientami takimi jak  Immobilien Scout, Tier czy Zalando na rynku DACH  (głównie Niemcy).

Zmiana nawyków zakupowych klientów w ostatnim roku spowodowała dynamiczny rozwój branży e-commerce. Z tego też względu zależało nam, by do Software Mind dołączyła spółka ze specjalizacją w tym obszarze. Dokładnie taka jak ValueLogic, która m.in. tworzy kompleksowe, szyte na miarę i dostosowane do konkretnych potrzeb klientów rozwiązania dla branży e-commerce. Software Mind działa obecnie na całym świecie, ale bez dużej ekspozycji na rynek DACH. Inwestycja w ValueLogic otwiera nam więc nowe możliwości pozyskania klientów, przy wykorzystaniu uzupełniających się doświadczeń i referencji. Dodatkowym atutem ValueLogic jest biuro w Berlinie i doświadczenie  kadry menedżerskiej, która doskonale porusza się na rynku niemieckim i która nadal będzie operacyjnie sprawowała kontrolę nas spółką i ją rozwijała wspólnie z Software Mind. Współpraca z ValueLogic daje nam również możliwość wejścia na rynek specjalistów IT z obszaru aglomeracji wrocławskiej i tym samym rozbudowy zespołu Software Mind w kolejnej lokalizacji w Polsce poza Krakowem, Warszawą, Rzeszowem i Bielskiem-Białą – powiedział Grzegorz Młynarczyk, prezes zarządu Software Mind/wiceprezes zarządu Ailleron.

Akwizycja ValueLogic to kolejny krok w realizacji strategii rozwoju Software Mind – zarówno organicznie, jak również przez przejęcia. Naszym długoterminowym celem jest budowa wraz z Enterprise Investors wiodącej, globalnej grupy na polskim rynku software house’ów. Naszą ambicją jest stworzenie lidera w wybranych specjalizacjach – sektorowych i technologicznych, zwiększając kilkukrotnie skalę działalności – dodał Grzegorz Młynarczyk.

W 2020 roku ValueLogic na poziomie przychodów osiągnął dynamikę wzrostu 40% r/r, co bezpośrednio przełożyło się na wyniki operacyjne. Współpraca z  Software Mind to dla ValueLogic szansa na jeszcze dynamiczniejszy rozwój. Dołączamy do silnego partnera, wierzymy we wspólną  strategię rozwoju z Software Mind i jestem przekonany, że razem kilkukrotnie zwiększymy skalę działania i zbudujemy o wiele większą wartość dla udziałowców obu firm. Widzę wiele efektów synergii i cieszę się na wspólne projekty – powiedział Krzysztof Litwin, prezes zarządu ValueLogic.

Frankowicze-przedsiębiorcy nie muszą spłacać kredytu (prawomocne orzeczenie sądu)

Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy w dniu 18.09.2021 r. wydał prawomocne postanowienie o udzieleniu zabezpieczenia dla frankowiczów prowadzących działalność gospodarczą (sprawa o sygn. akt VIII Gz 1/21). Pozwali oni mBank S.A. o zapłatę i ustalenie nieważności umowy kredytu indeksowanego do CHF, którą zawarli z BRE-Bank S.A. Kredyt był przeznaczony na finansowanie bieżącej działalności gospodarczej w ramach spółki cywilnej.

Sąd postanowił udzielić powodom zabezpieczenia roszczenia o ustalenie nieważności umowy kredytu poprzez: 1) wstrzymanie obowiązku dokonywania przez powodów spłat rat kredytu w wysokości i terminach określonych w umowie kredytu, w okresie od dnia wydania niniejszego postanowienia do dnia uprawomocnienia się orzeczenia kończącego w sprawie, a ponadto: 2) zakazanie pozwanemu złożenia oświadczenia o wypowiedzeniu umowy kredytu oraz 3) zakazanie pozwanemu przekazywania informacji  o niedokonywaniu przez powodów spłat rat kredytu do: Biura Informacji Kredytowej spółka akcyjna w Warszawie i do systemu „Bankowy Rejestr” prowadzonego przez Związek Banków Polskich.

Sąd udzielił powodom zabezpieczenia wskazując na bardzo wysokie uprawdopodobnienie dochodzonego roszczenia o ustalenie nieważności umowy i wykazanie interesu przez powodów w udzieleniu zabezpieczenia.

Pełnomocnik powodów uprawdopodobnił roszczenie o ustalenie nieważności umowy kredytu, wskazując m.in. niezgodność z art. 69 ustawy Prawo bankowe, naruszenie granic swobody umów i równowagi kontraktowej oraz występowanie w umowie kredytu cech instrumentów pochodnych (SWAP-ów lub kontraktów na różnice CFD). Ponadto, sąd wskazał, iż postanowienia naruszające prawa konsumentów w umowie mają bezpośrednie przełożenie na ustalenie nieważności umowy dla przedsiębiorców.

Sąd uznał istnienie interesu prawnego powodów, gdyż dalsze spłacanie rat kredytu wynikającego z nieważnej umowy doprowadziłoby do niezasadnego obciążenia powodów i bezpodstawnego wzbogacania pozwanego, bezzasadnie zwiększając skalę prawdopodobnych przyszłych rozliczeń między stronami. W interesie powodów nie jest dalsza spłata rat na podstawie umowy kredytu, wobec domagania się stwierdzenia jej nieważności, przy jednoczesnym uprawdopodobnieniu żądanego roszczenia. W przypadku bowiem stwierdzenia nieważności umowy w wyroku kończącym postępowanie w sprawie, powodowie nie będą już zobowiązani do spłacania rat kredytowych.

Piotr Nazaruk, radca prawny, szef Kancelarii Radców Prawnych Prof. ucz. dr Piotr Nazaruk, pełnomocnik powodów

Popyt na kredyty mieszkaniowe w marcu 2021 r. wzrósł o 36,8% r/r

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Trzeci w tym roku dodatni odczyt Indeksu wyniósł + 36,8%, co oznacza, że w marcu 2021 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 36,8% w porównaniu z marcem 2020 r.

W marcu 2021 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 56,07 tys. potencjalnych kredytobiorców, w porównaniu do 41,52 tys. rok wcześniej – jest to wzrost o +35%. W porównaniu do lutego 2021 r., liczba wnioskujących wzrosła o 19%, a w stosunku do minimum z kwietnia 2020 r. podwoiła się (+102%). Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w marcu br. wyniosła 315,5 tys. zł i była o 5,9% wyższa niż w marcu 2020 r.

– Na wartość Indeksu pozytywnie wpłynął wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu przy dużej liczbie wnioskodawców. Rekordowa w całej historii jest wartość wnioskowana na wnioskach kredytowych (wartości bezwzględne). Rekordowa w okresie 10 lat jest również liczba złożonych zapytań kredytowych. Wyższą liczbę zapytań odnotowaliśmy w marcu 2011 r.- mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– W marcu br. popyt na kredyty mieszkaniowe „odpalił” i jest wyższy od szczytu trendu wzrostowego z lutego 2020 r. (ostatniego miesiąca sprzed pandemii). Po serii ujemnych odczytów z okresu marzec – sierpień 2020 r. oraz listopada 2020 r. mamy bardzo wysoki dodatni odczyt w tym roku. Wartość Indeksu w porównaniu do odczytu z lutego 2021 r. wzrosła aż o 19,7 p.p.

– Na szczególną uwagę zasługuje wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu oraz wzrost liczby składanych zapytań. Odzwierciedla to obecną sytuację na rynku mieszkaniowym, wzrost średniej ceny PUM-u oraz zakup większych nieruchomości. Fakt, że banki poluzowały wymagania odnośnie wkładu własnego (spadek wymaganego wkładu ponownie do 10%), przekłada się na akceptowanie wyższej wartości wskaźnika LtV. Co ciekawe, rekordy bijemy w samym szczycie trzeciej fali z jaką mieliśmy do czynienia w marcu br. Z drugiej strony wzrost liczby osób zaszczepionych powoduje, że optymizm rośnie. Rośnie również inflacja, która może spowodować jeszcze wyższy wzrost cen nieruchomości. Ponadto konieczność wpłat na fundusz gwarancyjny dla deweloperów (2%) również wpłynie na wzrost cen. Coraz częściej w dyskursie publicznym mówi się o ujemnych stopach procentowych na depozytach lub wprowadzeniu opłat za utrzymywanie dużych kwot na rachunkach bankowych. Wszystko to wpływa na jeszcze wyższe zainteresowanie nieruchomościami – dodaje prof. Rogowski.

– Trzeba również pamiętać, że Indeks opisuje jedynie stronę popytową rynku kredytów. Wartość akcji kredytowej jest determinowana polityką kredytową banków. W mojej opinii, w sytuacji wysokiej nadpłynności polskiego sektora bankowego i najniższego poziomu szkodowości kredytów hipotecznych, akcja kredytowa w zakresie kredytów mieszkaniowych wzrośnie – prognozuje główny analityk BIK.popyt na kredyty mieszkaniowe marzec 2021

Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe
na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Zainteresowanie terenami inwestycyjnymi nie spada mimo pandemii, jednak wydłużyły się procedury. Największy popyt wykazuje branża logistyczna

 Branże logistyczna, transportowa i produkcyjna są w tej chwili najbardziej zainteresowane gruntami inwestycyjnymi, na które popyt nie zmalał nawet w czasie pandemii – informuje Katarzyna Rosa-Czubak z Bydgoskiego Parku Przemysłowo-Technologicznego. Przy wykorzystaniu funduszy unijnych park realizuje w tej chwili kolejną inwestycję, która ma wesprzeć i ułatwić przedsiębiorcom działalność biznesową. Nowy, wart przeszło 27 mln zł Inkubator Przedsiębiorczości pomoże w tym zarówno dużym firmom, jak i tym, które dopiero stawiają na rynku pierwsze kroki. 

– Zainteresowanie terenami inwestycyjnymi położonymi na terenie parku jest ciągle duże. Inwestorzy szukają wsparcia we wszystkich procesach administracyjnych – od przeprowadzenia ich przez proces kupna po pomoc w uzyskaniu pozwolenia na budowę. Można przyjąć, że na terenie parku w ciągu roku lokuje się od sześciu do ośmiu nowych inwestorów – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Rosa-Czubak.

Jak wskazuje, choć czas pandemii nie wpłynął na zmniejszenie zainteresowania terenami inwestycyjnymi, to jednak spowodował wydłużenie wielu procedur i decyzji, co miało negatywne przełożenie zarówno na sam park, jak i firmy ulokowane na jego terenie.

– Na szczęście inwestorzy nadal są zainteresowani i chcą lokować tutaj swoje firmy, co ma pozytywny wpływ na spadek bezrobocia i tworzenie nowych miejsc pracy – mówi kierownik ds. sprzedaży z Bydgoskiego Parku Przemysłowo-Technologicznego. – Odnotowaliśmy wzrost zainteresowania naszymi terenami szczególnie ze strony firm logistycznych oraz produkcyjnych. Zakładamy, że ta branża będzie miała znaczący wpływ na miejsca pracy i jednocześnie rozwój Bydgoskiego Parku Przemysłowo-Technologicznego.

BPPT to jeden z największych parków przemysłowo-technologicznych w Polsce, który zajmuje powierzchnię ok. 290 ha. Prowadzi działalność od prawie 17 lat, oferując tereny inwestycyjne na sprzedaż i pod dzierżawę, a każda działka może zostać objęta Pomorską Specjalną Strefą Ekonomiczną. BPPT stawia też mocny akcent na rozbudowę – przy wykorzystaniu funduszy unijnych – infrastruktury okołobiznesowej, szczególnie dla sektora MŚP i start-upów. Jedną z najnowszych inwestycji ukierunkowanych na ten cel jest budowa Inkubatora Przedsiębiorczości.

– W tej chwili jesteśmy już po zakończonym przetargu na wyłonienie generalnego wykonawcy. Zakończenie prac oraz uzyskanie pozwolenia na użytkowanie jest planowane na początek 2023 roku. To oznacza, że mniej więcej w połowie 2022 roku będziemy mogli rozpocząć poszukiwania zainteresowanych firm, które chciałyby się tam ulokować – wyjaśnia Katarzyna Rosa-Czubak.

Przetarg na budowę Inkubatora Przedsiębiorczości w Bydgoskim Parku Przemysłowo-Technologicznym został ogłoszony w połowie stycznia br. Cała inwestycja, warta ponad 27 mln zł, jest współfinansowana z RPO województwa kujawsko-pomorskiego na lata 2014–2020. W ramach projektu powstanie część biurowa i hala magazynowo-produkcyjna, o łącznej powierzchni użytkowej ponad 5 tys. mkw., z której docelowo będą korzystały ok. 22 firmy rocznie. Inwestycja obejmuje też budowę dróg wewnętrznych, parkingów, przyłączy oraz zakup wyposażenia, oprogramowania i sprzętu IT dla nowego inkubatora.

 Celem jest przede wszystkim wsparcie przedsiębiorstw z sektora MŚP oraz stworzenie im możliwości rozwoju właśnie poprzez budowę infrastruktury okołobiznesowej, gdzie będą mogli prowadzić swoją działalność – mówi przedstawicielka BPPT.

Nowy inkubator to kolejna inwestycja BPPT współfinansowana z unijnych środków, po wartym ponad 23 mln zł Centrum Technologicznym oddanym do użytkowania w kwietniu ubiegłego roku, mimo trudnej, pandemicznej sytuacji.

– Właściwie od samego początku działalności parku korzystamy z funduszy unijnych. Infrastruktura, która znajduje się na terenie parku – czyli wszelkie drogi dojazdowe, ścieżki rowerowe etc. – powstała właśnie w ramach projektów unijnych. Budowa obiektów biurowych, IDEA Przestrzeń Biznesu oraz Centrum Technologiczne również powstały przy wsparciu funduszy unijnych, dzięki czemu możemy wspierać przede wszystkim start-upy i firmy z sektora MŚP. Środki unijne dają nam także możliwość przygotowania tych terenów dla inwestorów, dzięki czemu łatwiej jest wzbudzić ich zainteresowanie – mówi Katarzyna Rosa-Czubak.

Jak wskazuje, park liczy też na możliwość zrealizowania kolejnych inwestycji przy wsparciu funduszy, które mają trafić do Polski w ramach Krajowego Planu Odbudowy. Na jego realizację Polska otrzyma ponad 58 mld euro, z których część ma być dostępna już w połowie tego roku.

– W tej chwili jest jeszcze dużo niewiadomych dotyczących Krajowego Planu Odbudowy. Jako Bydgoski Park Przemysłowo-Technologiczny złożyliśmy projekty, które mogłyby być dofinansowane w ramach tego planu, natomiast czekamy na dalsze wytyczne i kroki ze strony rządu – mówi przedstawicielka BPPT.

Ponad 70 proc. artystów teatralnych pracuje online. Mimo to wielu z nich ze względu na trudną sytuację rozważa zmianę zawodu

Trzy czwarte artystów teatralnych przeniosło swoją aktywność do sieci, najczęściej dramaturdzy, aktorzy i reżyserzy, a najrzadziej scenografowie – wynika z badania przeprowadzonego z inicjatywy Instytutu Teatralnego. Ci, którzy się na ten krok nie zdecydowali, najczęściej mówili o braku takiej możliwości. Problemem był brak odpowiedniego sprzętu, dobrego łącza internetowego lub kompetencji, wielu z nich internet kojarzy się z gorszą jakością. Praca online stała się sposobem na przetrwanie w czasie, gdy teatry są zamknięte, jednak badanie ujawniło niepokojący trend – wielu artystów nie widzi przyszłości w świecie sztuki i chce całkowicie zmienić branżę.

Prowadzenie działalności artystycznej online bez większych trudności zadeklarowała niemal co druga osoba uczestnicząca w badaniu (45 proc.), ale aż 55 proc. respondentów stwierdziło, że ta forma pracy przysporzyła im kłopotów. Spośród tych, którzy wskazywali na trudności z pracą zdalną, aż 57 proc. uznało, że online kojarzy się z gorszą jakością, 46 proc. wskazywało na brak odpowiedniego sprzętu do prowadzenia działań artystycznych online, a 41 proc. uznało, że ich praca artystyczna nie nadaje się do przeniesienia do sieci. Niemal 40 proc. artystek i artystów wskazało na brak dobrego łącza internetowego, a co trzecia badana osoba uznała, że nie ma kompetencji do prowadzenia takiej formy aktywności artystycznej.

Aktywność online jest dość popularna wśród artystów i artystek teatru, bo aż 74 proc. z nich zadeklarowało, że wykorzystuje internet w pracy artystycznej. Najczęściej korzystają z tego dramaturdzy i dramaturżki, a także aktorzy i aktorki lalkarze oraz scen dramatycznych. Grupa artystów, która najrzadziej pracowała w przestrzeni internetowej, to są scenografowie i scenografki, co wynika ze specyfiki pracy w tym zawodzie – mówi agencji Newseria Biznes Emilia Cholewicka, artystka, tancerka i doktorantka Centrum Badań nad Gospodarką Kreatywną Uniwersytetu SWPS, współautorka badania „Artystki i artyści teatru w czasach COVID-19”.

Z raportu wynika, że nastroje wśród artystów teatralnych dotyczące ich sytuacji zawodowej w czasie pandemii są pesymistyczne. W zasadzie każda grupa zawodowa ocenia ją źle lub bardzo źle, choć zmieniało się to w zależności o etapu pandemii.

– Na początku pandemii ponad 60 proc. respondentów przyznało, że odczuwało duży lęk związany z całą sytuacją, szczególnie podczas pierwszego lockdownu. Później, kiedy nastąpiło tzw. odmrażanie gospodarki, była to znacznie mniejsza grupa. Artyści wrócili do pracy, na próby, do teatrów, czekając na kolejne premiery, i nastroje się poprawiły – wyjaśnia Emilia Cholewicka.

W trakcie wakacji – kiedy odbywały się letnie festiwale, przeglądy, plenerowe spektakle – niepokój odczuwało ok. 28 proc. respondentów. Artyści i artystki liczyli na to, że jesienią wrócą do pracy w teatrze na stałe. Druga fala spowodowała jednak ponowne pogorszenie nastrojów – uczucie niepokoju towarzyszyło ok. 81 proc. ankietowanych.

Jeden z respondentów badania ocenił w bardzo wymowny sposób swoją sytuację, mówiąc, że dopóki jawi się przed nim premiera, będzie walczył. Jednak niewielu artystów ma takie podejście. Poprzednie badania środowiska artystycznego prowadzone pod kierunkiem prof. Doroty Ilczuk pokazywały, że artyści mimo swojej złej sytuacji finansowej i ekonomicznej wciąż chcą działać w sferze artystycznej. Nawet jeśli wykonywali dodatkowo jakiś zawód nieartystyczny, to zwykle po to, aby finansować pracę artystyczną. Teraz, jak wynika z badań, wielu artystów nie widzi szans na to, by dalej działać artystycznie – podkreśla ekspertka Centrum Badań nad Gospodarką Kreatywną.

Dyskusja na temat konieczności przekwalifikowywania się artystów trwa od lat. W sytuacji pandemii możliwość zmiany zawodu, a nawet branży nabrała nowego znaczenia. Ankieta pokazała, że kilkudziesięcioro artystów i artystek zastanawia się nad tym krokiem. Rzadziej formułowane są wypowiedzi explicite: „zamierzam zmienić zawód”, choć i te pojawiły się wśród odpowiedzi. Wiele osób wskazało na tę opcję jako odpowiedź na pytanie o to, jak przygotowują się na ewentualne wystąpienie takich kryzysów w przyszłości.

Badacze zauważają, że wielu artystów i artystek związanych z teatrem nie tyle z własnego wyboru podjęło się zmiany profesji, ile zostało do tego zmuszonych. W większości wybierają zawody niewymagające wysokich kwalifikacji, np. w piekarni czy na kasie.

– To pierwsza taka sytuacja, gdzie tak wielu z ankietowanych stawia na przekwalifikowanie i zaczyna pracować chociażby jako dostawca pizzy, traktując to zajęcie jako pracę dorywczą w momencie, kiedy nie można wrócić na scenę – dodaje Emilia Cholewicka. – Wielu z nich mówi, że nie widzi przyszłości w świecie kultury i stawia na stuprocentowe przekwalifikowanie i rozpoczęcie kariery w branżach nieartystycznych. To jest novum.

Jak pokazują badania Centrum Badań nad Gospodarką Kreatywną z 2018 roku, w Polsce grupa artystów liczy 60 tys. osób, z czego środowisko teatralne to niecałe 6 tys., a cały sektor kultury i sektor kreatywny – 300 tys. osób. Pandemia dotknęła jednak znacznie większą grupę, także tych, którzy prowadzą warsztaty czy uczą w szkołach. Lockdown ograniczył również im możliwość wykonywania swoich zadań.

– Artyści oczekują pomocy Ministerstwa Kultury. Ten resort jest podmiotem, który najczęściej był wskazywany jako właściwy do wprowadzenia zarówno tarczy antykryzysowej, jak i rozwiązań systemowych – podkreśla ekspertka.

Ponad połowa badanych korzystała ze wsparcia w okresie pandemii, z czego niemal wszyscy zadeklarowali korzystanie z pomocy finansowej. Jako źródło wsparcia najczęściej wskazywano na MKiDN (38 proc.) oraz tzw. tarczę antykryzysową i świadczenia postojowe (33 proc.), jednak blisko połowa oceniła je źle lub bardzo źle. Dobre lub bardzo dobre opinie o rządowym wsparciu miało 21 proc. respondentów. Prawie wszyscy badani oczekują stworzenia strategii dla swojej grupy zawodowej na okres wyjścia z pandemii. Tylko 6 proc. uznało, że nie jest to potrzebne. Na MKiDN jako podmiot odpowiedzialny wskazało 48 proc. badanych. Następnie wskazywano związki zawodowe, twórcze i organizacje artystyczne (16 proc.).

W Polsce brakuje rozwiązań systemowych. Mówi się dużo o ustawie o statusie artysty czy też o ustawie o artystach zawodowych. Niestety prace nad nimi trwają, podobnie jak dyskusje na temat opłaty od czystych nośników. Warto podkreślić, że to nie jest podatek od smartfonów ani podatek mobilny. Jest to opłata, która jest nakładana na wytwórców elektroniki, a nie na odbiorcę. We Francji czy krajach skandynawskich, w których artyści nie najgorzej radzą sobie w czasie pandemii, takie rozwiązania systemowe są znane od lat – zaznacza Emilia Cholewicka.

W czasie pandemii sklepy notowały sprzedaż rowerów elektrycznych większą nawet o 800 proc. W najbliższej dekadzie to elektryki będą napędzać cały rynek

Pandemia spowodowała, że wielu Polaków przesiadło się na rowery. Ponad 40 proc. osób wybiera jednoślad zamiast innych środków transportu, a co piąty rowerzysta jeździ obecnie więcej niż przed rokiem – wynika z badania „Rowerowa Rewolucja”. Blisko połowa nie zrezygnowała z jazdy nawet zimą. Rynek napędza zwłaszcza szybko rosnąca sprzedaż rowerów elektrycznych. Z badania YouGov wynika, że co czwarty Polak chciałby posiadać elektryczny rower. W czasie panujących obostrzeń coraz chętniej kupujemy je przez internet. Centrumrowerowe.pl zanotowało w 2020 roku wzrost sprzedaży e-bike’ów o 786 proc.

– Pandemia spowodowała, że wielu naszych dotychczasowych i nowych klientów zwróciło się w stronę roweru jako alternatywnego środka transportu. Stało się to bardzo silnym trendem, który stał się istotny w tej branży. Najważniejszym uczestnikiem tego rynku pozostają jednak ludzie, którzy uprawiają pasję rowerową będącą częścią ich stylu życia, czy to jazda na rowerze szosowym, MTB, czy rowerze miejskim – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Zieziulewicz, członek zarządu i dyrektor handlowy w Dadelo, do którego należy Centrumrowerowe.pl

W czasie pandemii Polacy masowo przesiedli się na rowery. Badanie „Rowerowa Rewolucja” przeprowadzone na zlecenie Polskiego Stowarzyszenia Rowerowego wskazuje, że ponad 40 proc. osób wybiera jednoślad zamiast innych środków transportu. Blisko 20 proc. jeździło w 2020 roku więcej niż w poprzednich latach. Jak wynika z badania SW Research na zlecenie Dadelo, 46 proc. nie zrezygnowało z rowerów nawet zimą. Jednoślady częściej wybierają też osoby, które wcześniej preferowały inny rodzaj aktywności sportowej, niedostępny ze względu na koronawirusa.

 Pandemia przesunęła klientów z innych rodzajów sportów do kolarstwa. Drugim trendem jest na pewno to, że dużo trudniejsze stały się zakupy w sklepach tradycyjnych, czy to ze względu na zamknięte centra handlowe, czy to ze względu na okresowe lockdowny. W tym czasie bardzo mocno zyskiwał e-commerce i tym samym Centrum Rowerowe, które jest najsilniejszym e-commerce’em na polskim rynku rowerowym, zyskało bardzo duże i lojalne grono klientów – wskazuje Jacek Zieziulewicz.

Sprzedaż rowerów tradycyjnych w Centrum Rowerowym w całym 2020 roku wzrosła o 126,5 proc. Podobne wzrosty notują inne e-sklepy z rowerami.

– W dużej mierze to efekt rozwoju narzędzi ułatwiających zakup w e-commerce, czyli np. konfiguratory dostępne w sklepach Centrum Rowerowe i Dadelo. Umożliwiają one wybór roweru odpowiedniego do danego wzrostu, modelu użytkowego, ale też wybór odzieży, jej zwymiarowanie, pokazanie, do jakiego stylu jazdy i dla jakiego użytkownika się nadaje – wyjaśnia członek zarządu i dyrektor handlowy w Dadelo.

Największym zainteresowaniem cieszą się rowery miejskie – w I kwartale ubiegłego roku w Centrum Rowerowym wyniki sprzedaży w tym segmencie były o 300 proc. większe niż rok wcześniej. O ponad 185 proc. wzrosła sprzedaż rowerów trekkingowych. Polacy chętniej kupują też elektryczne jednoślady. Z danych Centrum Rowerowego za cały 2020 rok wynika, że wzrost ich sprzedaży w ujęciu rocznym wyniósł aż 786 proc. Według Polskiego Stowarzyszenia Rowerowego elektryki odpowiadają za 10 proc. sprzedaży.

– Od dwóch–trzech lat obserwuję bardzo szybki rozwój kategorii rowerów elektrycznych, która jest w tej chwili najbardziej istotnym motorem wzrostu tej branży i z całą pewnością pozostanie nim w najbliższych 5–10 latach – przewiduje ekspert.

W serwisie Centrum Rowerowe największym zainteresowaniem cieszą się rowery w cenie do 10 tys. zł, a niewiele mniejszym jednoślady do 7 tys. zł. Jak przekonuje Jacek Zieziulewicz, segment elektryków szybko rośne, bo dzięki nim ten środek transportu mogą wybrać osoby, które np. ze względu na wiek nie mogą jeździć na tradycyjnych rowerach.

– Możemy na nich jechać szybciej i dalej, ale też możemy jeździć częściej. Dla większości użytkowników to nie znaczy, że się mniej męczymy, tylko to znaczy, że mamy więcej możliwości. Społeczeństwo rowerowe osiąga swoje cele w większym stopniu, przejeżdża dłuższe dystanse, bo rower elektryczny pozwala te granice wydolności organizmu przesunąć trochę dalej – tłumaczy. – Badania pokazują, że użytkownicy rowerów elektrycznych szybciej zyskują formę. Nie używają roweru do tego, żeby było im łatwiej, tylko żeby osiągać więcej. 

Tani rower elektryczny można kupić już za ok. 2 tys. zł. Te za 34 tys. zł oferują nieco lepsze osiągi. Osoby, które potrzebują elektryka na okazjonalne przejażdżki, np. do pracy, mogą kupić rower o słabszym akumulatorze. Ci, którzy stawiają na dłuższe wycieczki, powinni zwrócić uwagę na mocny akumulator i żywotność baterii. Wysokiej jakości modele mają tysiąc cykli ładowania, podczas których urządzenie utrzymuje 80 proc. pierwotnej pojemności.

– Na przestrzeni ostatnich kilku lat obserwujemy systematyczny wzrost średniej ceny kupowanego roweru. Mamy do czynienia z przyspieszeniem tego trendu, bo rowery elektryczne są dużo droższe niż rowery tradycyjne i ludzie kupują je na trochę dłuższy czas – wskazuje członek zarządu i dyrektor handlowy w Dadelo.

WHO w Polsce: Do 2022 roku możliwe jest zaszczepienie wszystkich ludzi na świecie. Do tego czasu tylko przestrzeganie restrykcji może pomóc zatrzymać pandemię

Na świecie podano już ponad 670 mln dawek szczepionek przeciwko SARS-CoV-2. W Polsce liczba szczepień przekroczyła 6,6 mln, z czego prawie 4,6 mln to szczepienia jedną dawką, a 2 mln – dwiema dawkami. WHO ocenia, że do 2022 roku zaszczepieni zostaną już wszyscy chętni. Tym bardziej że w fazie badań klinicznych znajduje się 85 szczepionek, a 184 – w fazie badań przedklinicznych. Do tego czasu konieczne jest jednak stosowanie dotychczasowych środków bezpieczeństwa. – Gdy zakończymy program szczepień, z pewnością czeka nas w coraz większym stopniu powrót do życia, które znamy sprzed pandemii – przekonuje dr Paloma Cuchi, przedstawicielka WHO w Polsce.

 Kiedy skończy się pandemia? To pytanie za milion dolarów. Oczywiście widać już światełko w tunelu. Mamy szczepionki, a szczepienia przebiegają w rekordowym tempie. Są trudności z dystrybucją, ale w miarę jak będziemy je pokonywać, będziemy szczepić szybciej. Wiemy już, jak zapobiegać COVID-19 oraz że noszenie maseczek i mycie rąk pomagają spowolnić epidemię, ale wciąż jest wiele niewiadomych. Mamy świadomość, że wirus może mutować. Dotychczasowe mutacje nie sprawiły, że wirus stał się groźniejszy, ale widzimy pewne trudności w procesie produkcji szczepionek. Ułożenie całej tej układanki wymaga szeroko zakrojonej koordynacji i głębokiej solidarności – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Paloma Cuchi.

Na świecie podano już ponad 670 mln dawek szczepionek przeciwko SARS-CoV-2, najwięcej w liczbach bezwzględnych w Stanach Zjednoczonych, ale największy udział zaszczepionych obywateli mają Izrael (ponad 60 proc.) oraz Wielka Brytania (ok. 46 proc.) – wynika z serwisu Our World in Data. W Polsce liczba wykonanych szczepień wynosi ponad 6,6 mln: dwoma dawkami wykonano niecałe 2,1 mln szczepień, a co najmniej jedną – prawie 4,6 mln. Odsetek zaszczepionych Polaków przekroczył 10 proc.

– W miarę jak więcej osób będzie zaszczepionych, będziemy mogli pozwalać sobie na coraz więcej, nie obawiając się zakażenia i uważając przy tym, by nie przenosić wirusa na innych. Będziemy mieli także większą wiedzę na temat samych szczepionek. Teraz wiemy, że zapobiegają zachorowaniu, ale być może dowiemy się też, w jakim stopniu zapobiegają zakażeniu innych – mówi przedstawicielka WHO w Polsce.

Naukowcy Centrum Medycznego Uniwersytetu Columbia opublikowali na początku marca wyniki swoich badań, z których wynika, że obecne szczepionki i niektóre przeciwciała monoklonalne mogą być mniej skuteczne w neutralizowaniu brytyjskiego i południowoafrykańskiego wariantu koronawirusa. Badania potwierdzają m.in. wyniki Novavax. Firma poinformowała, że ​​jej szczepionka miała niemal 90 proc. skuteczności w badaniu w Wielkiej Brytanii, ale mniej niż 50 proc. w Afryce Południowej. Wraz z coraz większą liczbą dopuszczanych na rynek szczepionek sytuacja powinna się poprawić.

– Możemy zakładać, że zaszczepimy wszystkich w 2022 roku, ale tutaj też potrzebna będzie nam ogromna doza solidarności i zaangażowania. Solidarność jest potrzebna, aby szczepionki mogły otrzymać te osoby, które potrzebują ich najbardziej – wszyscy muszą brać w tym udział, poważnie traktując środki bezpieczeństwa i przestrzeganie zasad. Produkcja szczepionek będzie rosła w miarę podpisywania kolejnych umów i wprowadzania nowych preparatów. Obecnie prowadzone są testy ponad 200 szczepionek – wskazuje dr Paloma Cuchi.

Z danych WHO wynika, że w fazie badań klinicznych znajduje się 85 szczepionek, kolejne 184 są w fazie badań przedklinicznych. Ich liczba wciąż rośnie. Daje to szanse na szybkie wyszczepienie całej populacji i powrót do normalności z czasów sprzed pandemii.

– Wspólnie zbudujemy nową normalność. Gdy zakończymy program szczepień, z pewnością czeka nas w coraz większym stopniu powrót do życia, które znamy sprzed pandemii – przekonuje ekspertka.

Choć, jak wskazuje, szczepionki mogą skutecznie odciążyć służbę zdrowia, to obecnie wciąż jeszcze tylko łączenie wszystkich dotychczasowych metod zapobiegania zakażeniom może pomóc opanować trudną sytuację.

– Obserwujemy kolejne fale zakażeń, szczególnie w Europie Środkowej – obecnie borykają się z nimi Czechy i Polska, potrzebne są więc dalsze obostrzenia. Musimy utrzymywać restrykcje, realizować program szczepień i zapewniać odpowiednie środki ochrony osobistej. Te wszystkie działania trzeba uzupełnić o opiekę nad osobami, które przechorowały COVID-19, i ich dalsze leczenie. Niektórzy ozdrowieńcy mogą przez długi czas borykać się z problemami oddechowymi czy silnym zmęczeniem. Nie ma więc mowy o jednym rozwiązaniu. Tylko połączenie szeregu różnych działań może przybliżyć nas do rozwiązania tego problemu – podkreśla dr Paloma Cuchi.

Restrykcje wprowadzone w Polsce pod koniec marca w związku z gwałtownym wzrostem zakażeń koronawirusem obowiązują do 9 kwietnia, ale zapowiadane jest ich przedłużenie. Jak wynika z badań CBOS („Aktualne problemy i wydarzenia”), o ile jeszcze w lutym ponad dwie piąte ankietowanych oceniało obostrzenia jako nadmierne, o tyle obecnie maleje odsetek osób uznających istniejące obostrzenia za zbyt daleko idące (34 proc.), przybyło zaś osób oceniających je jako niewystarczające (15 proc.). Zdaniem 40 proc. istniejące ograniczenia są adekwatne do sytuacji.

– Nie ma innego sposobu niż słuchanie zaleceń rządowych, ze wszystkimi zmianami, jakie zostaną wprowadzone w zależności od sytuacji. Musimy monitorować rozwój pandemii, a społeczeństwa powinny pomagać rządowi i krajom w realizacji tych działań – przekonuje przedstawicielka WHO w Polsce.

Dr Andrzej Kassenberg: Energia atomowa jest rozwiązaniem niedobrym dla Polski. Energetyka odnawialna gwałtownie tanieje i to na nią powinniśmy postawić

Według raportu Połączonej Komisji do spraw Badań przy Komisji Europejskiej energetyka atomowa może pomóc w dążeniu do neutralności klimatycznej Europy do 2050 roku. Z drugiej strony Niemcy domagają się denuklearyzacji kontynentu. Program polskiej energetyki jądrowej zakłada z kolei, że do 2033 roku uruchomiony zostanie pierwszy reaktor jądrowy, a do 2043 roku działać będzie już sześć w dwóch elektrowniach. – Chociaż same elektrownie w zasadzie nie emitują gazów cieplarnianych, to w Polsce czas potrzebny na ich budowę może oznaczać wzrost ich emisji – uważa dr Andrzej Kassenberg, ekspert Koalicji Klimatycznej i Instytutu na rzecz Ekorozwoju​.

– Atom jest rozwiązaniem niedobrym dla Polski, a ponadto nie ma żadnych gwarancji, że taki obiekt powstanie w wymaganym terminie. Koszty budowy elektrowni są bardzo wysokie, w ostatnich 10 latach mówi się, że wzrosły o 23 proc., natomiast koszty energetyki słonecznej i wiatrowej spadły o 90 proc. W ostatnich kilku latach także koszty magazynów spadły o 70 proc. Czyli z punktu widzenia nawet tylko samych kosztów to jest to po prostu absolutnie niezasadne, żeby budować elektrownie atomowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Andrzej Kassenberg, ekspert Instytutu na rzecz Ekorozwoju i Koalicji Klimatycznej.

Program polskiej energetyki jądrowej zakłada, że do 2026 roku ruszy budowa, a do 2033 roku zostanie uruchomiony pierwszy polski reaktor jądrowy. Według założeń do 2043 roku działać będzie już sześć reaktorów w dwóch elektrowniach. Celem jest budowa w Polsce od 6 do 9 GWe zainstalowanej mocy jądrowej. Jak przekonuje ekspert Koalicji Klimatycznej, lepszym rozwiązaniem, także dla polskiej gospodarki, byłyby odnawialne źródła energii.

– Koszt energii atomowej jest znacznie, znacznie wyższy niż innych rozwiązań, które są tańsze, lepsze, a ponadto służą polskiej gospodarce, bo efektywność energetyczna i energetyka odnawialna to w większości to, co jest u nas w gospodarce, natomiast to, co jest w elektrowni atomowej, pochodziłoby głównie z importu – wskazuje.

Medialne przecieki najnowszego raportu Połączonej Komisji do spraw Badań przy Komisji Europejskiej (JRC) sugerują, że eksperci uznają energię atomową za neutralną dla środowiska, dzięki czemu może pomóc wypełnić cele klimatyczne zaplanowane do 2050 roku. Jako warunek komisja podaje jednak skuteczne zarządzanie i efektywne magazynowanie zużytego paliwa jądrowego, co wciąż stanowi duże wyzwanie. Kolejnym jest tzw. luka energetyczna, która grozi Polsce pod koniec lat 20.

– Elektrownia atomowa emituje znacznie mniej, żeby nie powiedzieć prawie w ogóle, gazów cieplarnianych. Natomiast, jeżelibyśmy spojrzeli na koszty i gdybyśmy spojrzeli na czas, jaki potrzebny jest do wybudowania takiej elektrowni, to okazuje się, że w Polsce ona by się przyczyniła do wzrostu emisji gazów cieplarnianych. Pod koniec lat 20. grozi nam tzw. luka. Chcąc tę lukę wypełnić w oczekiwaniu na pierwszą elektrownię atomową, musielibyśmy utrzymywać elektrownie węglowe lub gazowe – mówi ekspert.

Na odnawialne źródła energii stawiają m.in. Niemcy, które postulują całkowitą denuklearyzację Europy. W odpowiedzi 19 marca 2021 roku zawiązała się koalicja na rzecz energii atomowej. Siedem krajów, w tym m.in. Polska, Czechy, Francja i Węgry, wezwało w liście Komisję Europejską do niewykluczania energetyki jądrowej z unijnej polityki energetyczno-klimatycznej.

– Powinniśmy się skoncentrować przede wszystkim na efektywności energetycznej. Najtańsze jest nieużywanie energii, bo ją wówczas zaoszczędzamy. I to można szacować wstępnie na 50 proc. redukcji, czyli zamiast budować nowe moce, możemy oszczędzać w domach, w samochodach, fabrykach, rolnictwie. A druga rzecz to jest energetyka odnawialna, która gwałtownie tanieje i jeżeli do tego dołożymy magazyny energii, to jest to szansa na to, ażebyśmy dążyli do zaspokojenia naszych potrzeb energetycznych nie poprzez budowanie wielkich obiektów, ale właśnie poprzez prosumentów, małego i lokalnego bilansowania. To jest ta szansa, która stoi przed Polską – podkreśla dr Andrzej Kassenberg.

Odnawialne źródła energii, takie jak energetyka wiatrowa oraz słoneczna, także są obecne w długofalowej polityce energetycznej Polski. Moc zainstalowana lądowej energetyki wiatrowej w Polsce wynosi już 6,1 GW (dane za III kwartał 2020 roku), ale w ciągu kilku najbliższych lat powinna osiągnąć ok. 10 GW. Już od 2024 roku mają być oddawane także wiatrowe inwestycje zlokalizowane na Bałtyku. Według PSE w lutym 2021 roku moc zainstalowana w polskiej fotowoltaice przekroczyła z kolei 4 GW. Kolejną szansą na rozwój OZE może być też energetyka wodorowa.

– Mamy jeszcze nową technologię energetyki wodorowej, która dopiero raczkuje, ale za te 10–15 lat będzie już coraz bardziej powszechna. Dzięki sprzężeniu jej z energetyką odnawialną, tzn. produkowaniu wtedy, kiedy jest nadmiar słońca i nadmiar wiatru energii elektrycznej, która właściwie jest darmowa, można wtedy jej użyć do elektrolizy wodoru tzw. zielonego, czyli właśnie z OZE, a nie z paliw kopalnych. I to jest przyszłość, na którą powinniśmy stawiać – podkreśla ekspert Instytutu na rzecz Ekorozwoju i Koalicji Klimatycznej.

Naukowcom udało się pozyskać DNA z powietrza. Odkrycie może m.in. pomóc sprawdzić, jak rozprzestrzeniają się wirusy takie jak SARS-CoV-2

Naukowcy odkryli, że zwierzęce DNA można zbierać z powietrza. Badanie sprawia, że łatwiej będzie badać mało dotąd poznane gatunki zwierząt z trudno dostępnych miejsc, np. jaskiń. Odkrycie może mieć jednak znacznie większe znaczenie i pomoże zrozumieć, jak rozprzestrzeniają się różne choroby, m.in. COVID-19. – W tej chwili wytyczne dotyczące dystansu społecznego są oparte na fizyce i szacunkach, jak daleko mogą się przemieszczać cząsteczki wirusa, ale dzięki naszej technice moglibyśmy faktycznie zbadać powietrze i zebrać rzeczywiste dowody – mówi dr Elizabeth Clare z Uniwersytetu Queen Mary w Londynie.

DNA środowiska zmieniło sposób, w jaki ekologowie badają środowisko. Tak zwane eDNA zwiększyło możliwość obserwowania gatunków zbyt nieuchwytnych lub zagrożonych, aby monitorować je tradycyjnymi metodami. Aby oszacować przetrwanie gatunku, ekolodzy mogą teraz pobierać próbki powietrza, wody, gleby wszędzie tam, gdzie żywa istota może zostawić swój podpis genetyczny poprzez wydzielinę czy skórę. W ten sposób naukowcy izolują DNA i porównują je ze znanymi sekwencjami genomu.

Ten rodzaj genetycznego śledztwa pomógł naukowcom monitorować zagrożone gatunki, jak wietnamskie krokodyle, australijskie lwy morskie czy kanadyjskie rysie. W 2019 roku naukowcy przeanalizowali nawet eDNA, aby wykluczyć teorie na temat mitycznego potwora z Loch Ness.

Teraz badacze po raz pierwszy wykazali, że zwierzęce DNA może zostać zebrane z powietrza.

– Wykorzystanie eDNA stało się przedmiotem rosnącego zainteresowania w społeczności naukowej, szczególnie wśród ekologów, poszukujących skutecznych i nieinwazyjnych sposobów do monitorowania środowisk biologicznych. Przedstawiamy pierwsze opublikowane dowody, które pokazują, że eDNA zwierząt można zbierać z powietrza, co otwiera dalsze możliwości badania społeczności zwierząt w trudno dostępnych środowiskach, takich jak jaskinie i nory – podkreśla dr Elizabeth Clare.

Naukowcy zbadali, czy eDNA można pobrać z próbek powietrza i wykorzystać do identyfikacji gatunków zwierząt. W tym celu pobrali próbki powietrza z pomieszczenia, w którym przebywały gryzonie, a następnie wykorzystali istniejące techniki sekwencjonowania do sprawdzenia obecności DNA w powietrzu. Naukowcy odkryli również ludzkie DNA w próbkach powietrza, co sugeruje potencjalne zastosowanie tej techniki pobierania próbek do zastosowań kryminalistycznych.

– To, co zaczęło się jako próba sprawdzenia, czy podejście to można zastosować do ocen ekologicznych, stało się teraz znacznie szersze, z potencjalnymi zastosowaniami w medycynie sądowej, antropologii, a nawet medycynie – wymienia ekspertka  z Uniwersytetu Queen Mary w Londynie.

Technika ta może znaleźć zastosowanie w medycynie. Pozwoli zrozumieć rozprzestrzenianie się niektórych chorób, w tym również wirusa SARS-CoV-2.

– Ta technika może pomóc nam lepiej zrozumieć, w jaki sposób choroby, takie jak na przykład COVID-19, przenoszą się drogą powietrzną. W tej chwili wytyczne dotyczące dystansu społecznego są oparte na fizyce i szacunkach, jak daleko mogą się przemieszczać cząsteczki wirusa, ale dzięki naszej technice moglibyśmy faktycznie zbadać powietrze i zebrać rzeczywiste dowody na poparcie takich wytycznych – sugeruje dr Elizabeth Clare.

ZPP: jednolita stawka 5% VAT to ratunek dla gastronomii i niewielki koszt dla budżetu

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców od miesięcy proponuje wprowadzenie jednolitej stawki VAT w wysokości 5% na wszystko w gastronomii. Wbrew pojawiającym się w przestrzeni publicznej opiniom, istotą tej zmiany nie jest zwiększenie popytu na usługi gastronomiczne przez obniżenie cen. Dzięki niższej stawce VAT zyskaliby restauratorzy, których działalności po otwarciu stałyby się znacznie bardziej rentowne, co umożliwiłoby im odbudowę mimo niższych obrotów.

Uważamy, że omawiany instrument może być nie tylko skuteczny, lecz również – w skali wydatków na ratowanie gospodarki – tani. Przytaczane w dyskusji szacunki kosztów jego wprowadzenia na poziomie 1,2 – 1,5 mld zł odnoszą się do dochodów budżetowych z VAT w gastronomii w 2019 roku, a więc wartości w tej chwili zupełnie niereprezentatywnej. Mając to na uwadze, przygotowaliśmy własną analizę ekonometryczną dotyczącą realnego kosztu wprowadzenia tej punktowej reformy. W zależności od przyjętego spadku obrotów w gastronomii w 2020 roku (oficjalne dane nie zostały jeszcze opublikowane), koszt ten mieścić się może w granicach od 350 do 700 mln zł, przy czym jako średnią wartość należałoby uznać ok. 500 mln zł. Poniżej przedstawiamy szczegóły naszej analizy.

Do pomiaru dodatkowych pozytywnych makroekonomicznych skutków obniżki i ujednolicenia stawki podatku VAT na usługi gastronomiczne proponujemy dynamiczny keynesowski model gospodarki otwartej, dwusektorowy-rozszerzony o wyróżnienie sektora usług gastronomicznych spośród pozostałych dóbr konsumpcyjnych. Punktem wyjścia jeśli chodzi o wielkość przychodów sektora usług gastronomicznych stanowią dane GUS, Bank Danych Lokalnych, Przychody z działalności gastronomicznej w 2019 roku (Tabela 1). Na ich podstawie oszacowano wpływy z tytułu podatku VAT i ważoną efektywna stawkę VAT, biorąc zarówno pod uwagę przychody ze sprzedaży towarów handlowych, przychodu z produkcji gastronomicznej, przychody ze sprzedaży napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych oraz pozostałej działalności.

Treścią scenariusza jest szok na efektywną stawkę VAT na usługi gastronomiczne nakładany w połowie 2021 roku.

Skutki wprowadzenia jednolitej 5% stawki VAT

  • Wzrost sprzedaży usług gastronomicznych: + 6,62%
  • Średnia zmiana ceny brutto usług gastronomicznych: – 4,36%
  • Wzrost PKB: + 0,10%
  • Konsumpcja gospodarstw domowych: + 0,16%

Dochody budżetowe z VAT na usługi gastronomiczne w stosunku rocznym: – 0,713 mld zł (przy założeniu 40% spadku przychodów sektora w 2020 roku) / -0,534 mld zł (przy założeniu 55% spadku przychodów sektora w 2020 roku) / – 0,356 mld zł (przy założeniu 70% spadku przychodów sektora w 2020 roku)

Obniżka VAT jako element łagodzenia negatywnych sektorowych skutków spowodowanych spadkiem sprzedaży wywołanym lockdownem i pogorszeniem nastrojów konsumenckich działa na gospodarkę trzema kanałami. Pierwszym z nich jest wzrost konsumpcji (0.16% w 2022 roku) i PKB (0.10% w 2022 roku) bezpośrednio związany ze spadkiem ceny brutto usług gastronomicznych o 4,32% i wzrostem sprzedaży usług gastronomicznych o 6,62% rocznie. Kolejnym kanałem, szczególnie istotnym z perspektywy utrzymania względnie dobrej koniunktury gospodarki, jest łagodzenie negatywnych skutków kryzysu na poziomu zatrudnienia w sektorze usług gastronomicznych. Zaproponowana w analizie obniżka VAT podnosi poziom zatrudnienia w sektorze usług gastronomicznych o 4,85% w 2022 roku (Tabela 1). Trzecim kanałem jest efekt dochodowy. Wynika on z pojawienia się w gospodarstwach domowych dodatkowego zasób gotówki, ponieważ ich opodatkowanie konsumpcji spada. Skutkiem czego obserwujemy wzrost konsumpcji innych dóbr jak i wzrost oszczędności gospodarstw domowych, które w późniejszym okresie przekładają się na niewielki wzrost inwestycji w gospodarce (0.01%).

Tabela 1. Dynamiczne ujęcie wpływu na zmienne makroekonomiczne wprowadzenia jednolitej 5% stawki VAT na usługi gastronomiczne od połowy 2021 roku. [Procentowe zmiany zmiennych w stosunku do poziomu odniesienia].
jednolita stawka 5% VAT
Obserwując dynamikę zmiennych w pierwszych latach trwania szoku widzimy silny wzrost zatrudnienia i sprzedaż usług gastronomicznych. Wynika on z relatywnie wysokiej cenowej elastyczność popytu na usługi gastronomiczne. Wartość ta waha się w przedziale od 0.8 do 1.5, a przyjęta na potrzeby analizy jej wartość dla Polski wynosi 1.157 (Grotkowski, 2018).

Sprawia to, że w tym konkretnym sektorze zaproponowana obniżka VAT jest bardzo skutecznym narzędziem do krótkookresowej walki ze spadkiem popytu wywołanym lockdownem i pogorszeniem nastrojów konsumenckich w sektorze. W dłuższym okresie średnia cena brutto usług gastronomicznych zaczyna rosnąć, po czym zatrzymuje się na niższym nim wcześniej poziomie równowagi. Odzwierciedlenie późniejszego wzrostu cen widzimy również późniejszym odbiciu spadku dochodów VAT ze sprzedaży usług gastronomicznych.

Dodatkowo warto zauważyć, że ujednolicenie stawki VAT przyczyni się również do uproszczenia systemu stawek VAT i pozytywnie wpłynie na ich prostotę i przejrzystość, co znacząco przyczyni się do poprawy warunków prowadzenia działalności gospodarczej w sektorze usług gastronomicznych, stanowiących ważną grupę mikroprzedsiębiorców oraz małych i średnich przedsiębiorców. Opodatkowanie wszystkich usług gastronomicznych jednolitą stawką VAT ułatwi korzystanie z przepisów prawa podatkowego i prawidłowe ich stosowanie w praktyce gospodarczej oraz wyeliminuje ewentualne praktyki wykorzystywania nadużyć w tym zakresie.

Krajobraz po świętach

Pomimo wątpliwości w święta nie doszło do większych zmian na rynkach. Wielkanoc to zawsze element ryzyka, ponieważ w Polsce mamy wolny poniedziałek po świętach w przeciwieństwie do najważniejszych gospodarek, gdzie świętowany jest Wielki Piątek.

Wielki Piątek na rynkach

Podczas gdy piątek był świętem w wielu europejskich krajach, na rynkach nadal trwał handel. Przy mniejszej liczbie uczestników był jednak potencjał na spore niespodzianki. Na szczęście dla osób zainteresowanych kupnem walut obcych złoty stracił zaledwie 1,5 grosza, kiedy inwestorzy podjęli decyzję o sprzedaży większej porcji złotówek w połowie dnia. Tym samym od 4 dni euro wyceniane jest w korytarzu pomiędzy 4,59 a 4,61.

Kolejne rekordy giełd europejskich

Od początku kwietnia widzimy powrót zainteresowania inwestorów z powrotem do Europy zza drugiej strony oceanu. Powodem oprócz realizacji zysków przez część z nich są również lepsze wyniki parkietów europejskich. Rekordy niemieckiego DAX-a, czy francuskiego CAC z pewnością mają tutaj sporo do powiedzenia. Tym samym jednak nie może pochwalić się polski WIG, który zachowuje się znacznie słabiej i to nie tylko przez silną zadyszkę na akcjach dwóch głównych spółek technologicznych z WIG20. Dowodem na słuszność tej tendencji są zresztą wzrosty na parze EURUSD, która w marcu była wyraźnie w odwrocie.

Dane z USA

Poniedziałek był dniem wolnym w USA, ale rynki funkcjonowały. Dane zza oceanu pokazały rosnący optymizm w branży usługowej. Indeks ISM dla usług wyniósł 63,7 pkt wobec oczekiwanych zaledwie 58,5 pkt. Jednym z głównych powodów wzrostu optymizmu jest relatywnie, względem Europy, sprawnie działający program szczepień przeciwko koronawirusowi. Nie bez znaczenia jest też coraz lepsza sytuacja amerykańskiego rynku pracy, która powoduje wzrost oczekiwanego popytu na usługi.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Marcowe zamieszanie na rynku złota

W marcu br. Grupa Tavex – jeden z czołowych dealerów metali szlachetnych w Polsce – sprzedał ponad 31 133 oz złota. To o ponad 20% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. W analizowanym okresie mennica Perth Mint sprzedała ponad 130 000 oz złota (wzrost o ponad 30% w porównaniu z marcem 2020 roku), natomiast U.S. Mint 88 000 oz złota, co w tym przypadku oznacza prawie 60% spadek w porównaniu z ub.r.

W 2020 roku na całym świecie sprzedano rekordowe 1 773,2 ton złota bulionowego. To aż o 40% więcej niż przed rokiem. Natomiast cena kruszcu w 2020 roku wzrosła o 25%, kończąc rok na poziomie 1 887,6 USD – wynika z raportu Światowej Rady Złota.

W marcu br. sprzedaż w Grupie Tavex, U.S. Mint oraz Perth Mint nadal utrzymywała się na wysokim poziomie. Mennice mające przede wszystkim zasięg ogólnoświatowy wygenerowały sprzedaż na poziomie 88 000 i 130 000 uncji złota. Grupa Tavex działająca głównie na rynkach europejskich osiągnęła sprzedaż na poziomie 31 133 uncji złota, co w przeliczeniu daje ponad 200 mln zł.

Mennicom coraz trudniej sprostać ponownie rosnącemu popytowi na złoto. Podobnie jak na początku pandemii odnotowywane są opóźnienia produkcyjne oraz problemy z realizacją zamówień.

W naszym przypadku sprzedaż w marcu 2021 roku pobiła dotychczasowe rekordy, w tym ten z 2020 roku. Warto również wspomnieć o tym, że w pierwszym kwartale 2021 roku Grupa Tavex sprzedała ponad 73 028 oz złota inwestycyjnego (2.27 tony). To wzrost o 32% w porównaniu do pierwszego kwartału 2020 roku ­– mówi Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Dzięki naszemu modelowi działania nie mieliśmy problemów z realizacją zamówień. Staramy się utrzymywać wysokie stany magazynowe oraz sprzedawać wyłącznie produkty, które fizycznie posiadamy. W marcu br. roku sprzedawaliśmy produkty zakupione od mennic w lutym. Oczywiście obecnie odnotowujemy pewne opóźnienia w dostawach, jednak aktualnie nie wpływają one na bieżącą działalność. Stale uzupełniamy swoje zapasy i już czekamy na kolejne, kwietniowe, dostawy – dodaje.

BADANIE: Przez ujemne oprocentowanie banki mogą stracić głównie najzamożniejszych klientów

Jak wynika z badania opinii publicznej, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, zastosowanie ujemnego oprocentowania skłoniłoby prawie 74% Polaków do wycofania oszczędności z banków. Głównie byłyby to osoby zarabiające ponad 9 tys. zł netto, z wyższym wykształceniem i z miast liczących 100-199 tys. ludności. Komentujący to eksperci tłumaczą, że banki już teraz osiągają ww. efekt, bez względu na dalsze działania. Podnoszą koszty prowadzenia rachunków, nie tracąc przy tym klientów. 

Łącznie aż 73,9% Polaków zrezygnowałoby z trzymania pieniędzy w bankach, jeżeli zastosowałyby one tzw. ujemne oprocentowanie. Klienci nie chcieliby bowiem dopłacać do tego, że ich środki leżą na koncie. 45,4% z tych osób jest o tym absolutnie przekonanych, a 28,5% raczej ku temu by się skłaniało.

– Żaden bank nie zastosuje ujemnego oprocentowania. Po pierwsze, jego klienci uciekliby do konkurencji. Po drugie, UOKiK wypowiedział się, że byłoby to niedopuszczalne. Po trzecie, banki uzyskują już taki efekt, podnosząc koszty prowadzenia bieżących rachunków – komentuje Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych.

Tylko 12,7% badanych deklaruje, że nawet przy ujemnym oprocentowaniu wciąż trzymałoby swój kapitał w bankach. Jednak tylko 2% osób w tej grupie jest tego całkowicie pewnych, a 10,7% raczej tak uważa. Natomiast 13,4% Polaków jest w ww. kwestii kompletnie niezdecydowanych.

– Osoby, które nie zlikwidowałyby swoich kont i lokat, wykazują największą racjonalność. Prawdopodobnie wiedzą o tym, że już dopłacają do swoich kont, ponosząc coraz wyższe koszty prowadzenia rachunków – mówi ekonomista Marek Zuber.

Patrząc na dochody ankietowanych, widać, że osoby zarabiające ponad 9 tys. zł netto w pierwszej kolejności wycofałoby swoje pieniądze z banków. Łączne aż 83,4% z nich tak deklaruje. Co ciekawe, ww. decyzję najrzadziej podjęliby Polacy o dochodach od 7 do 9 tys. zł – w sumie 53,9%.

– Polacy gromadzący największe nadwyżki finansowe mają wiele sposobów na ich lokowanie. Poza tym w ich przypadku straty byłyby najwyższe przy ujemnym oprocentowaniu. Naturalnie ci, którzy zarabiają od 7 do 9 tys. zł, odkładają mniejsze oszczędności. I są gotowi ponieść niewielką dla nich stratę finansową w celu zachowania wygody korzystania z usług bankowych – tłumaczy Marek Zuber.

Warto też dodać, że głównie osoby z wyższym wykształceniem wycofałyby swoje środki z banków w wyżej wskazanej sytuacji – 77%. Natomiast najrzadziej podjęliby ten krok absolwenci szkół podstawowych i gimnazjalnych – 60%.

– Wykształcenie często bywa powiązane z osiąganymi dochodami. Zazwyczaj im jest ono wyższe, tym zarobki są pokaźniejsze. Od ich wysokości zależą decyzje dotyczące finansów. Raczej nie łączyłbym tych deklaracji z kwestią większej lub mniejszej świadomości – stwierdza Marek Zuber.

Najwięcej osób wycofałoby pieniądze z banków w miastach liczących 100-199 tys. mieszkańców – 77,5%. Z kolei najmniej takich decyzji zostałoby podjętych w aglomeracjach mających co najmniej 500 tys. ludności – 71%.

– Wyniki są dość wyrównane. Niemniej można wnioskować, że w niedużych miastach ludzie mają mniejsze oszczędności i nie chcą niczego tracić. W największych aglomeracjach liczy się przede wszystkim wygoda korzystania z usług banku – wyjaśnia Marek Zuber.

Najmniej osób zrezygnowałoby ze swoich kont w woj. łódzkim – 61,2%, a najwięcej – w podkarpackim – 80,7%. Jak podsumowuje Marek Zuber, mieszkańcy łódzkiego zarabiają średnio 5-7 tys. zł. Nie mają tak wysokich nadwyżek finansowych, żeby masowo zabierać je z banków. I ujemne oprocentowanie nie byłoby dla nich dużym uszczerbkiem. Natomiast Polacy żyjący w woj. podkarpackim częściej osiągają dochody ok. 3 tys. zł. W ich przypadku jakakolwiek strata jest nie do zaakceptowania.

Badanie zostało przeprowadzone w drugiej połowie marca br. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla portalu Money.pl na reprezentatywnej próbie 1041 dorosłych Polaków.

Jak biznes zniósł rok COVIDU

Pandemia miała negatywny wpływ na gospodarkę. Większość branż ucierpiała, są jednak także takie, które radzą sobie dobrze, a niektóre w COVIDZIE nawet zyskały gospodarczo. Eksperci faktura.pl przeanalizowali liczbę faktur wystawianych w poszczególnych miesiącach przez małe i średnie przedsiębiorstwa. Jakie branże chorują na COVID? Które są odporne, które „nabyły przeciwciała”?

Według wyliczeń Federacji Przedsiębiorców Polskich, gospodarka w naszym kraju straciła w wyniku pandemii koronawirusa 185 mld zł. PKB zmniejszyło się o 2,8 proc. a inwestycje o 8,4 proc. Jednak, jak wskazują doświadczenia z pierwszego lockdown’u, z problemów można się otrząsnąć, a wiele firm dostosowało model działania do gospodarki pandemicznej i dobrze się z tym czuje.Jak biznes zniósł rok COVIDU wykres Jak biznes zniósł rok COVIDU

– Wpływ pandemii na biznes w większości branż jest negatywny. Widać to szczególnie w szczycie trzeciej fali zachorowań. Najbardziej spektakularne są upadki przedsiębiorstw i ich ogromne straty, często oceniane przez pryzmat medialnych, choć pojedynczych przypadków. Ogląd z szerszej perspektywy i weryfikacja danych, jak biznes radził sobie w czasie roku COVIDU pokazuje jednak, że są branże, które ucierpiały jedynie w nieznacznym stopniu. Są też takie, które w ostatnich miesiącach rozwijały się. Firmy sklasyfikowane wg PKD podzieliliśmy na kilka grup: te, które COVID niemal „zabił”, które „przechorowały”, ale mówiąc w przenośni „nabyły przeciwciała” i radzą sobie nieźle. Ostatnie dwie grupy to biznesy, które na koronawirusa okazały się odporne i te, które zyskały i wzmocniły się – mówi Grzegorz Grodek, prezes faktura.pl

Branże, które ciężko chorują na COVID

– POZOSTAŁE POZASZKOLNE FORMY EDUKACJI, GDZIE INDZIEJ NIESKLASYFIKOWANE

– NAUKA JĘZYKÓW OBCYCH

 

Najwięcej mówi się obecnie o hotelach, które z małymi wyjątkami ponownie są zamknięte oraz o branży gastronomicznej, która nie może przyjmować gości w lokalach przez praktycznie cały okres pandemii. Z pewnością pandemia bardzo mocno dotknęła także pozaszkolne formy edukacji. Wiele zajęć sportowych, tanecznych czy hobbystycznych zostało zlikwidowanych lub czasowo zawieszonych. Jeśli się odbywały, gromadziły niewielką liczbę uczestników. Pierwszy lockdown spowodował spadek liczby wystawianych faktur o 56%, sytuacja obecnie nieznacznie uległa poprawie, jednak wystawianych faktur w lutym nadal jest dużo mniej niż rok temu – o 28%.

 

Przez większą część roku spadki notowane były w zakresie nauki języków obcych. Prawdopodobnie jest to efekt ograniczania kosztów przez firmy, które wcześniej płaciły za takie lekcje dla swoich pracowników, a także oszczędności gospodarstw domowych, które odczuwały niepewność zatrudnienia.

Branże, które „przechorowały i nabyły przeciwciała”

– ROBOTY BUDOWLANE ZWIĄZANE ZE WZNOSZENIEM BUDYNKÓW MIESZKALNYCH I NIEMIESZKALNYCH

– SPRZEDAŻ DETALICZNA KSIĄŻEK PROWADZONA W WYSPECJALIZOWANYCH SKLEPACH

Przedsiębiorcy zajmujący się robotami budowlanymi przeżyli dołek – „przechorowali COVID” w czerwcu 2020 r., kiedy wystawili o 27% faktur mniej niż w lutym. Być może związane to było z faktem, że po pierwszej fali pandemii Polacy myśleli już bardziej o wakacjach. W dalszej części roku w wystawianych fakturach widać wyraźne odbicie w robotach budowlanych – 224% faktur w porównaniu z lutym.

Zamknięcie w domach spowodowało, że czytaliśmy też więcej książek. W kwietniu widać dołek, ale już od czerwca zanotowano większą liczbę wystawianych faktur niż przed pandemią. Dobry czas w sprzedaży detalicznej książek utrzymuje się do dzisiaj.

Branże, które nie chorowały na COVID

– KONSERWACJA I NAPRAWA POJAZDÓW SAMOCHODOWYCH

– DZIAŁALNOŚĆ PRAWNICZA

Są branże, w których spadku liczby wystawianych faktur związanej z szokiem COVIDowym w pierwszej jego fali praktycznie w ogóle nie widać. Przez cały rok w podobnym zakresie funkcjonowały np. warsztaty samochodowe, co jest dosyć zaskakujące, biorąc pod uwagę, że pracując z domu wiele osób po prostu nie używało pojazdów (więc się nie psuły).

Nie zmalało także zapotrzebowanie na działalność prawniczą. Po niewielkim spadku w kwietniu zeszłego roku w kolejnych miesiącach faktur wystawiano tam nawet więcej niż przed wybuchem pandemii. Jednym z powodów jest analiza obecnych kontraktów i szukanie możliwości wyjścia z nich, wydłużenia lub możliwości zawieszenia realizacji umów. Takie analizy przedsiębiorcy zlecali obsługującym ich prawnikom.

Branże, które poszyły do góry w pandemii

– DZIAŁALNOŚĆ RACHUNKOWO-KSIĘGOWA; DORADZTWO PODATKOWE

– PRZETWARZANIE DANYCH; ZARZĄDZANIE STRONAMI INTERNETOWYMI (HOSTING) I PODOBNA DZIAŁALNOŚĆ

Branże, które na COVIDZIE zyskały, dosyć łatwo jest wskazać: z pewnością są to sprzedaż internetowa czy działalność kurierska. Dobrze w pandemii miało się przetwarzanie danych i zarządzanie stronami internetowymi, co wydaje się oczywiste w sytuacji, kiedy dystans społeczny przeniósł wiele aktywności do Internetu. Wzrost liczby faktur zauważamy szczególnie mocno w innej onlinowej kategorii usług hostingowych. Widać wyraźny zwrot polskich przedsiębiorców w kierunku online. Warto jednak zwrócić uwagę na mniej oczywiste kody PKD. Działalność rachunkowo-księgowa; doradztwo podatkowe – porównując luty do lutego, w tym roku faktur było o 153% więcej. Może to wynikać z tego, że wiele firm potrzebowało pomocy profesjonalistów z dziedziny podatków, w celu wnioskowania i pozyskania dofinansowania z różnych tarcz rządowych. Być może również trudna sytuacja w wielu branżach wymagała także wsparcia w szukaniu finansowania. Potrzebne były audyty przedsiębiorstw i szukanie oszczędności.

Pandemia spowodowała spore przetasowania wśród branż. Jedne stały się jej beneficjentem, inne wręcz odwrotnie. Wiele firm i całych branż jest w trudnej sytuacji, brakuje im środków na bieżące funkcjonowanie. Szukają pomocy u doradców finansowych, sprawdzają, jak odsunąć w czasie płatności, skąd wziąć gotówkę na przetrwanie. Podobną sytuację widzimy w naszej działalności faktoringowej – trafia do nas coraz więcej firm szukających finansowania. Biznes odrzucony przez banki, w niektórych przypadkach, może u nas znaleźć środki na przeżycie. Faktoring w roku covidowym, był jedynym rosnącym i szeroko dostępnym narzędziem finansowania firm. Firmy sprawdzały możliwości skorzystania z faktoringu, weryfikowały warunki i przekonywały się do niego. W 2021 roku to się nie zmieniło – mówi Marek Sikorski, dyrektor sprzedaży Finea.

Wall Street ma nowe szczyty, USD pozostaje w korekcie

Lepsze od oczekiwań odczyty raport NFP w piątek i ISM dla usług w poniedziałek zainicjowały optymizm, który pociągnął Wall Street na nowe szczyty, a na FX USD pozostaje w korekcie. Brak wzrostowej reakcji rentowności obligacji USA na dane jest ważnym elementem układanki.

Biorąc pod uwagę, że seria danych z USA zaskakiwała pozytywnie i potwierdziła narrację solidnego ożywienia podpartego szybszym tempem szczepień i wsparciem fiskalnym, brak nowej fali wzrostów rentowności obligacji skarbowych USA powinien dziwić.

Oprocentowanie 10-latek utrzymuje się blisko 1,70 proc., tj. poniżej szczytów z ubiegłego tygodnia (1,76 proc.). Zerwanie tego powiązania tłumaczy, dlaczego wyjątkowość USA nie pomaga w umocnieniu dolara. W zamian na powierzchnię wypychana jest interpretacja, że dobra postawa USA to zapowiedź równie dobrej sytuacji globalnej za jakiś czas, kiedy proces szczepień przyspieszy. W poprzednich dnach zaznaczałem, że USD może słabnąć mimo wysokiego tempa wzrostu USA, o ile ożywienie będzie miało charakter globalny. Wówczas strategia reflacyjna i rajd ryzykownych aktywów będą na powrót finansowane tanim USD. Zatem reakcja rynku FX z ostatnich kilkudziesięciu godzin ma sens w dłuższym horyzoncie. Mam jednak wątpliwości, czy trend oparty o strategię reflacyjną już teraz bez przeszkód będzie mógł się rozwijać. Systematycznie przypominane są nam zagrożenia wynikające z trzeciej fali zachorowań w Europie. Po okresie świątecznym z dużym prawdopodobieństwem za kilka dni przyniosą wzrost przypadków zakażenia. W Niemczech politycy nawołują do zaostrzenia restrykcji na najbliższe 2-3 tygodnie. Na tym tle bardziej optymistycznie podchodzę do utrzymania odbicia ryzykownych walut surowcowych, jak AUD czy CAD, aniżeli spieszyłbym się z gonieniem wzrostów EUR/USD. Niech potwierdzeniem tego, że EUR nie ma aktualnie swojej wewnętrznej, będzie powrót spadków EUR/GBP i zejście wczoraj pod 0,85 – pierwszy raz do roku. W przeciwieństwie do Europy, plany ponownego otwarcia gospodarki w Wielkiej Brytanii pozostają na dobrej drodze i rynek to dyskontuje.

Skrócony tydzień może nie przywrócić pełnej płynności, co może rzutować na wymowę zmian cen. Pracować też będziemy na małej puli istotnych danych i wydarzeń. W USA protokół z marcowego posiedzenia FOMC (śr) może dostarczyć treści do dyskusji na temat rosnących rentowności obligacji skarbowych, jednak oczekiwalibyśmy, że minutki potwierdzą przekaz z konferencji prasowej prezesa Powella, gdzie podkreślano brak zaniepokojenia rosnącymi rentownościami, które są odbiciem wzmacniającej się gospodarki. Nie oczekujemy dowodów szerszej dyskusji nad redukcją tempa skupu aktywów czy terminem pierwszej podwyżki. W strefie euro indeks Sentix (wt) będzie pierwszym barometrem nastrojów w obliczu zagrożeń trzeciej fali zachorowań na COVID-19. Wzrost indeksu będzie sygnalizował podtrzymanie nadziei na otwarcie gospodarki i łatwiejsze zwalczenie pandemii dzięki wyższym temperaturom i postępującemu (choć powoli) procesowi szczepień. W Wielkiej Brytanii finalny szacunek PMI dla usług (śr) oraz PMI dla sektora budowlanego (czw) powinny dowodzić poprawy sytuacji gospodarczej w otwierającej się gospodarce. Dane mogą być wygodnym pretekstem dla odnowienia długich pozycji w GBP po ostatniej korekcie wywołanej ogólnorynkową awersją do ryzyka.
W Polsce Rada Polityki Pieniężnej pozostawi stopy procentowe bez zmian (śr). Nawet pomimo niespodzianki w wyższej marcowej inflacji (3,2 proc. r/r, prog. 2,8 proc.) nie sądzimy, aby zmianie uległo nastawienie RPP. Ostatnio prezes NBP Glapiński tłumaczył, że wyższa inflacja teraz i w kolejnych miesiącach będzie się brać z podwyżek cen administrowanych, na które polityka pieniężna nie ma wpływu. Bardziej interesująca niż posiedzenie RPP może być (o ile się odbędzie) wideokonferencja prezesa Glapińskiego, gdzie odpowie on na pytania dziennikarzy (prawdopodobnie w piątek). Szczególnie pytania o sytuację złotego oraz udział NBP w potencjalnej konwersji kredytów frankowych mogą mieć istotne znaczenie dla kierunku rynku walutowego. Biorąc pod uwagę preferowanie przez NBP słabego złotego, wątpimy, aby wideokonferencja mogła przynieść pozytywne impulsy dla PLN. Razem z rozwojem trzeciej fali zachorowań i niepewnością o wyrok SN ws. kredytów frankowych w najbliższych dniach ryzyka dla złotego przeważają po negatywnej stronie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak pandemia wpłynęła na kobiety w IT?

Pandemia odcisnęła olbrzymie piętno na rynku IT i doprowadziła do licznych zmian, m.in. upowszechnienie się pracy zdalnej, zmianę zarobków czy wzrost zapotrzebowania na specjalistów. Coraz więcej kobiet decyduje się również przebranżowić i rozpocząć pracę w sektorze IT. Nie wszystko jest jednak tak kolorowe. Z powodu pandemii kobiety pracujące w IT mają do wykonania więcej pracy w domach. 41% programistek na całym świecie uważa, że praca zdalna negatywnie na nie wpłynęła. Natomiast aż 39% kobiet w Polsce, które chcą rozpocząć karierę jako programistki, twierdzi, że mają problem ze znalezieniem odpowiedniej oferty pracy.

Według raportu “Women in tech report 2021” sporządzonego przez serwis TrustRadius 57% programistek czuje się bardziej wypalona w swojej pracy, 43% z nich pracuje dłużej, a 42% wykonuje więcej obowiązków domowych niż ich partnerzy. Wpływ koronawirusa na pracę kobiet w IT i poza nią jest bardzo duży. Zmieniły się nie tylko takie kwestie jak zarobki czy wykonywanie pracy zdalnie, ale również aspekty życia prywatnego. W tym samym badaniu 47% pracowników IT wskazało, że bilans wykonywania przez nich obowiązków domowych zmienił się pod wpływem obostrzeń epidemiologicznych.

Również aż 41% kobiet w IT uważa, że praca zdalna wpłynęła na nie negatywnie. Tak samo myśli tylko 23% mężczyzn. Co ciekawe mimo to możliwość pracy zdalnej w obliczu pandemii staje się dla programistek w Polsce coraz ważniejsza. W raporcie firmy No Fluff Jobs  “Kobiety w IT 2021” 34% kobiet wskazało home office jako jedną z najważniejszych kwestii w pracy. W analogicznym badaniu z I kwartału 2020 r. 23% programistek możliwość podjęcia pracy zdalnej uważało za najważniejszy aspekt zatrudnienia. Według raportu No Fluff Jobs w pracy w IT najważniejsze dla kobiet są dobra atmosfera (66%), wysokie zarobki (65%), a także możliwości rozwoju (64%). Home office zajęło czwartą pozycję.

– Pandemia koronawirusa wymusiła na rynku IT szybkie wdrożenie pracy zdalnej. Wiele firm z sektora nowych technologii poradziło sobie z tym bardzo dobrze. Co ciekawe paradoksalnie COVID-19 pozytywnie odbił się na zarobkach programistów, zwłaszcza tych pracujących w trybie home office. Pokazują to badania firmy Inhire pt. “IT 2020 Market Snapshot”. Według nich juniorzy w segmencie IT w I kwartale 2020 r. pracując zdalnie, zarabiali średnio 7151 zł, w IV kwartale ich honorarium wyniosło już 9322 zł. Dla porównania w analogicznym okresie programiści pracujący stacjonarnie zarabiali 8938 zł w I kwartale i 8798 zł w IV –  mówi Marek Czyżewski, CEO PRAVNA.pl, serwisu specjalizującego się m.in. w pozyskiwaniu ulgi IP BOX dla programistów.

Prawie 1⁄4 programistek chce pracować na podstawie umowy B2B

Aż 21% kobiet pracujących w IT wykazuje chęć zawiązania współpracy z firmami na podstawie kontraktu B2B. Według raportu “Kobiety w IT 2021” aż 70% programistek pracuje w oparciu o umowę o pracę. Dzięki kontraktowi B2B kobiety mogłyby liczyć na wyższe zarobki. Te średnio dla juniorek zamykają się w granicach 3001-4000 zł netto, dla bardziej zaawansowanych – midów – 5001-6000 zł, a dla seniorek 10 001-15 000 zł. Badanie No Fluff Jobs pokazuje, że najbardziej usatysfakcjonowaną grupą pod względem zarobków w IT są seniorki. Ich oczekiwania finansowe najczęściej pokrywają się z realnymi wynagrodzeniami. To również przeważnie ekspertki i seniorki pracują w oparciu o kontrakty B2B. Łącznie 20% kobiet w IT ma umowy B2B.

Niecała 1⁄4 programistek pracuje na podstawie kontraktów B2B. To drugi najczęstszy – po umowie o pracę – rodzaj zatrudnienia w firmach IT. Przeważnie kontrakty B2B mają najbardziej wyspecjalizowane i wykwalifikowane programistki, których praca wiąże się z wysokimi, niekiedy kilkunastotysięcznymi miesięcznymi wynagrodzeniami. Takie zarobki to również duże podatki i opłaty –  dzięki uldze IP BOX, wiele kobiet pracujących w IT może dzięki temu rozliczać się na podstawie referencyjnej 5% stawki podatku CIT/PIT w odniesieniu do dochodów z kwalifikowanych praw własności intelektualnej – tłumaczy CEO Pravna.pl. – Nasza praktyka pokazuje, że do uzyskanie pozytywnej opinii wymagane jest zebranie odpowiedniej argumentacji, a cały proces bazujący na uzyskaniu interpretacji trwa około 3-4 miesięcy – dodaje Czyżewski.

Ulga IP BOX przewidziana jest dla firm (w tym jednoosobowych), które zajmują się badaniami czy rozwojem, a także szeroko określonej działalności innowacyjnej. Oprócz naukowców czy pracowników badawczych, do rzeczonej ulgi kwalifikują się również programiści i inni pracownicy sektora IT.

Kobiety chcą pracować w IT, ale mają problem ze znalezieniem pracy

W ubiegłorocznym raporcie “Kobiety w IT 2020” firmy No Fluff Jobs aż 58% respondentek odpowiedziało, że było zainteresowane pracą w IT. Przyjmuje się, że w Polsce obecnie 30% programistów stanowią kobiety i trend coraz większej feminizacji tego zawodu rośnie. Polki widzą potencjał w sektorze nowych technologii i chcą pracować. Jako główne motywatory najczęściej wymieniają wyższe zarobki (70%), możliwości rozwoju osobistego (51%) czy pasjonowanie się branżą IT (40%). Przeważnie kobiety, które chcą podjąć pracę jako programistki, po prostu przebranżawiają się i kształcą samodzielnie. 49% Polek, które dąży do rozpoczęcia kariery w IT jest na etapie samodzielnej nauki, 25% chce ukończyć specjalistyczne kursy, a tylko 7% myśli o studiach w tym kierunku.

Niestety, ciągle wiele kobiet napotyka spore trudności w swojej drodze do kariery IT. 39% ankietowanych badania firmy No Fluff Jobs z 2021 r. wskazało, że mają problem ze znalezieniem właściwej oferty pracy. 34% z kolei twierdzi, że nie wie od czego zacząć. Po drodze pojawiają się także takie problemy, jak niezdecydowanie co do wyboru specjalizacji (28%), strach przed zmianą pracy (24%) czy koszty nauki programowania (23%). Co zaś tyczy się samych specjalizacji, to okazuje się, że najpopularniejszą wśród kobiet IT jest testing (16%), który jeszcze w 2020 r. był na 3. miejscu w badaniu No Fluff Jobs. Polki również bardzo często dobrze radzą sobie w cyberbezpieczeństwie, na które także rośnie zapotrzebowanie.

Podczas pandemii rynek IT nieustannie mierzy się z nowymi wyzwaniami. Przejście dużej części pracowników na całym świecie na home office zwiększyło potrzebę korzystania z infrastruktury internetowej, co sprzyja pojawianiu się nowych cyberzagrożeń. Jednocześnie rola specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa każdego roku nabiera większego znaczenia ze względu na rosnącą liczbę ataków w sieci związanych nie tylko z pandemią COVID-19 –  mówi Wiktoria Olszewska, cybersecurity analyst w Accenture i dodaje, że obecna sytuacja dodatkowo zwiększyła zapotrzebowanie na pracowników zajmujących się cyberbezpieczeństwem, dlatego firmy aktywnie rekrutują specjalistów w tym obszarze i jednocześnie starają się rozwiązać już wcześniej zaadresowany problem, którym jest mała liczba kobiet w branży. – Wierzymy, że zdywersyfikowane zespoły są skuteczną odpowiedzią na wyzwania sektora. Jako Accenture aktywnie wspieramy kobiety pragnące rozpocząć karierę w cyberbezpieczeństwie oraz kobiety będące już doświadczonymi specjalistkami w tej dziedzinie – zapewnia Olszewska.

Skład podatkowy – wszystko, co warto wiedzieć

Składy podatkowe to miejsca o szczególnym statusie akcyzowym, pozwalające na odsunięcie w czasie obowiązku zapłaty podatku akcyzowego. Zawieszenie poboru akcyzy to sytuacja, gdzie pomimo zaistnienia obowiązku podatkowego nie powstaje zobowiązanie podatkowe, co w praktyce oznacza odroczenie zapłaty akcyzy.

W związku z tym działalność składów podatkowych jest ściśle regulowana przepisami ustawy oraz rozporządzeń. W szczególności uregulowana jest definicja składu podatkowego, warunki jego prowadzenia, a także proces uzyskiwania zezwolenia.

Definicja składu podatkowego

Definicja składu podatkowego została określona w art. 2 ust. 1 pkt 10 ustawy o podatku akcyzowym. Poprzez skład podatkowy należy więc rozumieć miejsce, w którym wyroby akcyzowe są:

  • produkowane,
  • magazynowane,
  • przeładowywane,
  • do którego są wprowadzane,
  • z którego są wyprowadzane – z zastosowaniem procedury zawieszenia poboru akcyzy.

Prowadzenie składu podatkowego związane jest z koniecznością uzyskania odpowiedniego zezwolenia. W zezwoleniu określone jest ww. miejsce w przypadku składu podatkowego znajdującego się na terytorium Polski.

Warunki techniczne prowadzenia składu podatkowego

Szczegółowe warunki prowadzenia składu podatkowego zostały określone w Rozporządzeniu Ministra Finansów z dnia 21 grudnia 2015 r. w sprawie szczegółowych warunków dotyczących miejsca odbioru wyrobów akcyzowych oraz prowadzenia składu podatkowego. (Dz.U. z 2018 r. poz. 55).

Zgodnie z rozporządzeniem miejsce prowadzenia składu podatkowego powinno spełniać następujące warunki:

  • Odrębność – wydzielenie od pozostałej części terenu (przez ogrodzenie) lub pomieszczenia (przez inne trwałe oznaczenie);
  • Oznaczenie – konieczne jest umieszczenie tablicy z napisem „Skład podatkowy” oraz nazwą lub imieniem i nazwiskiem podmiotu prowadzącego skład podatkowy;
  • Odpowiednia infrastruktura – techniczna, sanitarna i komunikacyjna;
  • Zabezpieczenie – techniczne lub elektroniczne, które gwarantować będzie nienaruszalność i niezmienialność wyrobów akcyzowych znajdujących się w składzie podatkowym;
  • Narzędzia, maszyny i przyrządy do:
  1. prowadzenia działalności określonej w zezwoleniu,
  2. weryfikacji ilości wyrobów w składzie podatkowym,
  3. dokonania kontroli.

Ponadto w przypadku wystąpienia jakichkolwiek braków ilościowych wyrobów akcyzowych prowadzący skład podatkowy zobowiązany jest do niezwłocznego poinformowania o tym fakcie właściwego naczelnika urzędu skarbowego.

Warunki prowadzenia miejsca odbioru wyrobów akcyzowych

Przepisy ww. rozporządzenia wskazują, jakie kryteria powinno spełniać miejsce odbioru wyrobów akcyzowych. W szczególności powinno być to miejsce wydzielone od pozostałej części terenu lub pomieszczenia za pomocą ogrodzenia lub innej trwałej przegrody. Ma to na celu ułatwienie kontrolowania oraz zapobieżenie mieszaniu się wyrobów akcyzowych z innymi. Dodatkowo takie miejsce winno być odpowiednio oznaczone tablicą zawierającą wyrazy „Miejsce odbioru wyrobów akcyzowych”, a także nazwę lub imię i nazwisko zarejestrowanego odbiorcy. Ponadto na potrzeby kontroli miejsce takie powinno posiadać odpowiednią infrastrukturę techniczną, sanitarną i komunikacyjną, a także powinno być wyposażone w odpowiednie urządzenia i przyrządy umożliwiające wprowadzenie wyrobów akcyzowych, określanie ich ilości, a także wykonywanie kontroli.

Zezwolenie na prowadzenie składu podatkowego

Zezwolenie na prowadzenie składu podatkowego wydawane jest podmiotom prowadzącym działalność mieszczącą się w zakresie działalności składu podatkowego, czyli polegającą na produkcji, przeładowaniu lub magazynowaniu wyrobów akcyzowych, które są zarejestrowane jako podatnicy podatku VAT (o ile nie są rolnikami wykonującymi działalność związaną z wyrobami akcyzowymi na własny użytek). Podmiot nie powinien też posiadać zaległości podatkowych, celnych, ZUS. Nie powinno być także prowadzone postępowanie egzekucyjne, likwidacja czy postępowanie upadłościowe w stosunku do wnioskodawcy.

Ustawodawca stawia także szczególne warunki podmiotom prowadzącym skład podatkowy, którzy nie powinni być skazani prawomocnym wyrokiem za przestępstwo przeciwko wiarygodności dokumentów, mieniu, obrotowi gospodarczemu, papierami wartościowymi lub przestępstwo skarbowe. Ponadto podmiotowi nie zostało cofnięte żadne z udzielonych zezwoleń, koncesji czy zezwoleń na prowadzenie działalności gospodarczej, a także nie była wydana decyzja o zakazie wykonywania działalności regulowanej.

Niezbędne jest też posiadanie tytułu prawnego do korzystania z miejsca, w którym prowadzony ma być skład podatkowy.

Wniosek o wydanie zezwolenia należy złożyć u naczelnika urzędu skarbowego właściwego ze względu na miejsce położenia składu podatkowego. W przypadku prowadzenia już innego składu albo posiadania innego zezwolenia akcyzowego wniosek należy złożyć w urzędzie skarbowym właściwym ze względu na siedzibę/miejsce zamieszkania. Do wniosku o wydanie zezwolenia na prowadzenie składu podatkowego należy dołączyć dokument potwierdzający tytuł prawny do miejsca składu, plan składu podatkowego, potwierdzenie statusu podatnika VAT, zaświadczenie o niekaralności i zaświadczenie o niezaleganiu w opłacaniu składek ZUS, a także dowód uiszczenia opłaty skarbowej (82 zł).

Przed wydaniem zezwolenia właściwy urząd skarbowy wzywa do złożenia zabezpieczenia akcyzowego w terminie 14 dni od daty doręczenia wezwania w jednej z form przewidzianej ustawą.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Pandemia może wpłynąć na budżety samorządów na długie lata. Poznań tylko w ubiegłym roku stracił ponad 200 mln zł

Ubiegłoroczny budżet Poznania ucierpiał w wyniku mniejszej mobilności mieszkańców i ograniczenia działalności w wielu branżach lokalnej gospodarki. Straty do listopada wyniosły 200 mln zł. Największe ubytki po stronie dochodów dotyczą wpływów z komunikacji miejskiej oraz z podatku dochodowego od mieszkańców. – Udało się maksymalnie ochronić przed cięciami program inwestycji miejskich i duże przedsięwzięcia są realizowane zgodnie z planem – zapewnia Piotr Husejko, dyrektor Wydziału Budżetu i Kontrolingu Urzędu Miasta Poznania.

– Pierwsze szacunki dotyczące wykonania budżetu za 2020 rok, których dokonaliśmy na początku pandemii koronawirusa, czyli na przełomie marca i kwietnia 2020 roku, były dość pesymistyczne. Dzisiaj po podsumowaniu roku wiemy, że pandemia odcisnęła swoje piętno na budżecie, ale na szczęście nie tak bardzo, jak przypuszczaliśmy. Ubytki dochodów budżetowych są jednak faktem, a pandemia wciąż trwa, więc możemy się spodziewać jej wpływu także na tegoroczny budżet. Zakładamy, że negatywne skutki pandemii będziemy odczuwać jeszcze co najmniej przez kilka miesięcy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Husejko.

W budżecie Poznania na 2020 rok największe ubytki dochodów dotyczą miejskiej komunikacji zbiorowej. Powodem jest ograniczenie mobilności mieszkańców w wyniku pandemii i wprowadzonych obostrzeń. Wpływy ze sprzedaży biletów komunikacji miejskiej były w 2020 roku niższe o 67 mln zł, czyli około 1/3 zaplanowanych na cały rok.

– Niższe były również wpływy z  tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych. Do kasy miasta trafiło o 35 mln zł mniej, niż pierwotnie planowaliśmy. Mniejsze dochody niż przewidywane przyniosła także sprzedaż nieruchomości miejskich. Popyt na lokale przeznaczone na cele usługowe był mniejszy, bo wiele firm wstrzymało inwestycje. Zapewne dopiero za jakiś czas okaże się, w jakim stopniu pandemia wpłynie długoterminowo na funkcjonowania miasta. Będziemy to obserwować z niepokojem, bo obecna sytuacja gospodarcza może zmienić finanse miast na długie lata – dodaje dyrektor Wydziału Budżetu i Kontrolingu Urzędu Miasta Poznania.

Część wpływów uzyskanych w 2020 roku jest pochodną tego, co działo się w 2019 roku, np. wpływy z podatku dochodowego PIT lub CIT. Dopiero realizacja budżetu w 2021 roku pokaże skalę, w jakiej pandemia uszczupli dochody samorządów.

– Po stronie wydatków budżetowych związanych z pandemią największe kwoty dotyczyły polityki społecznej, czyli kosztów zakupu środków ochrony osobistej dla pracowników służb miejskich, pomocy społecznej, np. mieszkańców i pracowników DPS-ów czy pracowników żłobków miejskich. Znacznym obciążeniem były także zakupy komputerów i systemów informatycznych niezbędnych do świadczenia pracy zdalnej – wymienia Piotr Husejko.

W sumie tzw. koszty covidowe, które nie zostały zaplanowane w budżecie miasta, to ponad 20 mln zł. Z kolei pewna część wydatków zaplanowanych na 2020 rok nie doszła do skutku z uwagi na wprowadzone obostrzenia, np. sfinansowanie imprez, które miasto miało przeprowadzić, dofinansowanie koncertów czy spotkań. Podobnie było z działalnością sportowo-kulturalną. Mniejsze wydatki na obiekty i wydarzenia pozwoliły przeznaczyć więcej środków finansowych na ochronę osobistą pracowników lub koszty wdrożenia pracy zdalnej.

– Polityka inwestycyjna miasta nie zmieniła się w okresie pandemii i w zasadzie wszystkie najważniejsze inwestycje miejskie są realizowane. Miejski program inwestycyjny jest w znacznym stopniu finansowany funduszami unijnymi. Większość inwestycji jest w trakcie i trudno byłoby wstrzymać prace na budowach. W 2020 roku szukaliśmy oszczędności raczej na małych inwestycjach, np. w zakupach sprzętu dla jednostek samorządowych, które mogły poczekać. Ale patrząc na miliardowy budżet inwestycyjny rocznie, to jest niewielka kwota. Mieszkańcy z pewnością nie dostrzegli niekorzystnych zmian w usługach publicznych i funkcjonowaniu służb miejskich – zapewnia dyrektor w poznańskim UM.

Jak podkreśla, dla finansów samorządów problemem jest nie tylko pandemia i lockdown. Ich skutki tylko nałożyły się na systemowe kwestie, które od lat doskwierają miastom. Chodzi m.in. o dodawanie samorządom zadań, na które z budżetu centralnego nie płyną adekwatne środki. Tak jest m.in. w oświacie. W 2021 roku do zadań oświatowych Poznań dopłaci 551 mln zł (w 2015 roku było to 298 mln zł).

– Kolejna kwestia to obniżka podatku PIT z 2019 roku czy zwolnienie 26-latków z podatku dochodowego. To wszystko odbywa się kosztem samorządów i nakłada się na problemy finansowe wynikające z pandemii. Z pewnością jednorazowe przekazanie 93 mln zł z Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych dla Poznania nie rozwiąże systemowych problemów finansowania samorządów, które są bolączką od wielu lat – podsumowuje Piotr Husejko.

Dochody Poznania w 2021 roku zaplanowano na prawie 4,36 mld zł. To nieco więcej niż w budżecie przyjmowanym w ubiegłym roku. Wydatki mają pochłonąć niemal 5,19 mld zł, także więcej niż rok temu. Najwięcej, bo aż 1,6 mld zł, miasto wyda w tym roku na drogi i komunikację zbiorową. Planowane wydatki na oświatę to prawie 1,4 mld zł, ponad 993 mln zł Poznań przeznaczy na politykę społeczną, zdrowotną i rodzinną, a niemal 238 mln zł zaplanowano na gospodarkę komunalną i ochronę środowiska. Inwestycje w tym roku zaplanowano na 1,3 mld zł.

Rośnie liczba zakażeń wirusem kleszczowego zapalenia mózgu. Problemu nie widać w statystykach

Pod względem liczby odnotowanych przypadków kleszczowego zapalenia mózgu ubiegły rok był rekordowy w krajach takich jak Czechy, Słowacja i Niemcy, gdzie zakażeń było nawet do 60 proc. więcej niż rok wcześniej. W Polsce, według danych PZH, odnotowano ponad 40-proc. spadek. Zdaniem ekspertów pokazuje to tylko, jak zmiany w funkcjonowaniu systemu opieki zdrowotnej wywołane pandemią wpłynęły na diagnostykę i raportowanie przypadków KZM. Jak podkreślają, rzeczywista liczba zakażeń wirusem KZM rośnie z każdym rokiem, a szczepionka jest jedynym sposobem, żeby się przed nim uchronić.

 W ostatnich latach obserwujemy większą liczbę zakażeń wirusem KZM przenoszonym przez kleszcze, co jest powiązane ze zmianami klimatycznymi. To zjawisko obserwowane w całej Europie. W tej chwili sezon aktywności kleszczy już się zaczyna, a przez pandemię więcej czasu spędzamy na świeżym powietrzu, ponieważ inne aktywności mamy ograniczone. To oznacza większe możliwości eksponowania się na pokłucia kleszczy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku.

Szacuje się, że wirusem wywołującym KZM jest zakażone od 3 do nawet 15 proc. populacji kleszczy w Polsce. Ocieplenie klimatu przyczynia się do ich ekspansji na tereny, na których do tej pory nie występowały. Jak wynika z danych zebranych w publikacji „Jak zmiany klimatyczne wpłynęły na rozwój KZM i groźnych zakażeń wirusowych” (Crazy Nauka na zlecenie kampanii „Nie igraj z kleszczem – wygraj z kleszczowym zapaleniem mózgu” 2020–2021), w Polsce w 2019 roku średnia temperatura roczna wzrosła aż o 2°C, a w polskich miastach nawet więcej. Jednym z efektów jest wzrost populacji kleszczy i przenoszonych przez nie chorób.

Dobrze widać to na przykładzie innej groźnej choroby przenoszonej przez kleszcze – boreliozy. Według danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny (PZH) w 2019 roku odnotowano ponad 20,6 tys. przypadków. Główny Inspektorat Sanitarny podaje z kolei, że w latach 2006–2016 w Polsce miał miejsce ponad trzykrotny wzrost zachorowań na tę chorobę (z 4,4 do ponad 13,8 tys. przypadków). Rokrocznie wzrasta też liczba osób zakażonych wirusem KZM.

– Od lat 90. zapadalność na kleszczowe zapalenie mózgu weszła na wyższy poziom i obserwujemy takich przypadków od 200 do 300 w całej Polsce. Połowa z nich przypada na województwo podlaskie i warmińsko-mazurskie. Natomiast według badań i aktualnych rekomendacji cała Polska jest uznawana za region endemiczny – mówi prof. Joanna Zajkowska.

Pod względem liczby odnotowanych przypadków zakażeń wirusem KZM ubiegły rok był rekordowy w krajach blisko sąsiadujących z Polską: Czechach, na Słowacji i w Niemczech, gdzie zakażeń było o prawie 60 proc. więcej r/r. Rekordowy przyrost zanotowano też w Szwajcarii, gdzie potwierdzono o 73 proc. więcej przypadków niż w 2019 roku. W Polsce – według danych PZH – odnotowano 158, a w roku poprzedzającym – 265, co oznacza ponad 40-proc. spadek liczby zgłoszeń. Nie oznacza to jednak, że liczba zakażeń wirusem KZM w Polsce faktycznie spadła. Jak sygnalizują eksperci, liczba zakażeń jest niedoszacowana, a pandemia jeszcze bardziej uwidoczniła ten problem.

 W sąsiednich krajach jest lepszy system raportowania, czyli liczenia i zgłaszania tych przypadków. W Polsce oddziały zakaźne, które zajmowały się leczeniem kleszczowego zapalenia mózgu, teraz zostały przeznaczone do leczenia pacjentów z COVID-19. W efekcie pacjenci z objawami KZM trafiają na oddziały internistyczne albo neurologiczne. Tam jest rozpoznawana neuroinfekcja ośrodkowego układu nerwowego, ale często niepotwierdzona badaniem serologicznym, a tylko to pozwala zaraportować takie przypadki do Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego. Dlatego wydaje się być ich relatywnie mniej – wyjaśnia ekspertka Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Kleszcze rozpoczynają swoją aktywność wczesną wiosną i mogą atakować aż do późnej jesieni. Wbrew powszechnemu przekonaniu te pajęczaki żyją nie tylko w lasach, lecz także na innych terenach zielonych. Mogą ukłuć np. w przydomowym ogródku czy na miejskim trawniku. Dlatego narażona na KZM jest każda osoba spędzająca czas na łonie natury. Dotyczy to zwłaszcza osób aktywnych, nie tylko  biegaczy i rowerzystów, ale również grzybiarzy, wędkarzy, działkowców czy właścicieli psów albo rodzin z małymi dziećmi.

– Ryzyko zakażenia kleszczowym zapaleniem mózgu dotyczy wszystkich. Z badań wynika, że równie często chorują mieszkańcy obszarów wiejskich, jak i miejskich. To oznacza, że incydentalny wypad do lasu, bieganie czy jogging po lesie również wiążą się z ryzykiem. Osoby, które uprawiają sport na łonie natury, jeżdżą rowerem po lesie czy wychodzą z psem na spacer, też są narażone – wskazuje prof. Joanna Zajkowska.

Wirus KZM bytuje w gruczołach ślinowych kleszczy, dlatego do zakażenia dochodzi w momencie ukłucia przez pajęczaka. Wywołuje on kleszczowe zapalenie mózgu – ciężką, ostrą chorobę ośrodkowego układu nerwowego, która prowadzi do poważnych powikłań, a nawet śmierci.

– Zdarzają się powikłania w postaci porażenia splotu barkowego, niedowładu kończyn – jednej, a nawet wszystkich czterech, zaburzenia równowagi, w najgorszym przypadku zaburzeń oddechowych – wymienia ekspertka.

Około 5–10 proc. przypadków kleszczowego zapalenia mózgu ma ciężki przebieg, który wiąże się z poważnymi powikłaniami neurologicznymi i koniecznością późniejszej rehabilitacji. W przeciwieństwie do boreliozy, leczonej antybiotykami, czy wielu innych chorób wirusowych na kleszczowe zapalenie mózgu nie ma skutecznego leku. Leczy się je wyłącznie objawowo. Jedyną metodą przeciwdziałania chorobie jest szczepienie ochronne. Szczepionka na KZM jest skuteczna w 99–100 proc. i składa się z trzech dawek, które najlepiej podać już wczesną wiosną.

 Jeśli organizm ma przeciwciała, zidentyfikuje i unicestwi wirusa, więc nie dojdzie do rozwoju choroby. Szczepionkę, którą mamy na rynku, regularnie stosują pracownicy Lasów Państwowych, czyli grupa zawodowa, w której było najwięcej zachorowań. Natomiast dzięki szczepieniom leśnicy przestali chorować na kleszczowe zapalenie mózgu – podkreśla ekspertka Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Jak wynika z badania przeprowadzonego rok temu na potrzeby kampanii „Nie igraj z kleszczem – wygraj z kleszczowym zapaleniem mózgu”, Polacy w dużej części wciąż bagatelizują zagrożenie albo nie mają jego świadomości. Aż 35 proc. nigdy nie słyszało o kleszczowym zapaleniu mózgu, a podobny odsetek błędnie twierdzi, że przed chorobą można się uchronić, stosując antybiotykoterapię.

– Nawet na Podlasiu, gdzie zachorowań na KZM jest naprawdę dużo, ryzyko to jest wciąż trochę niedoceniane. Ludzie, jadąc na Zanzibar, boją się malarii i wirusa Ziki, a jadąc na Mazury, w ogóle nie myślą o kleszczowym zapaleniu mózgu. Natomiast COVID-19 trochę przewartościuje potrzebę szczepień i pokaże, że to jednak nic strasznego – przekonuje prof. Joanna Zajkowska.

Blisko 50 proc. rynku hazardu online to szara strefa. W ubiegłym roku budżet stracił niemal 600 mln zł z tytułu niezapłaconego podatku od gier

Wartość rynku gier hazardowych w Polsce wyniosła w ubiegłym roku prawie 40 mld zł, nie licząc szarej strefy na rynku stacjonarnym. W samym segmencie online obroty w szarej strefie sięgnęły 12,6 mld zł. Prawie połowa rynku hazardu online znajduje się obecnie w rękach międzynarodowych operatorów, którzy świadczą usługi poza polskim prawem. Tylko w ubiegłym roku sektor finansów publicznych stracił z tego tytułu 594 mln zł z samego podatku od gier – oszacowali analitycy firmy doradczej EY na podstawie specjalnie przygotowanego modelu ekonometrycznego.

Szara strefa na rynku hazardowym online odnosi się do gier i zakładów organizowanych bez wymaganych zezwoleń. W Polsce, zgodnie z naszymi szacunkami, obroty wygenerowane w szarej strefie online w 2020 roku wyniosły 12,6 mld zł. To oznacza, że szara strefa stanowiła w ubiegłym roku 46,7 proc. całego rynku online. Legalna część branży w tym czasie wygenerowała obrót na poziomie 14,4 mld zł. Natomiast legalne podmioty na stacjonarnym rynku hazardowym wygenerowały 11,7 mld zł obrotów. Sumując to wszystko, wartość całego rynku hazardowego w Polsce wyniosła w ubiegłym roku prawie 40 mld zł, nie licząc szarej strefy na rynku stacjonarnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Marek Rozkrut, partner i główny ekonomista EY w Polsce.

Według ustawy hazardowej w Polsce część gier (np. turnieje pokera online) jest całkowicie zakazana albo objęta monopolem państwa (kasyna online). Międzynarodowe podmioty, działające poza polskim prawem, umożliwiają jednak udział w grach niedostępnych na legalnym rynku. Mimo nowelizacji ustawy hazardowej z 2017 roku, która wyraźnie poprawiła sytuację w sektorze i wprowadziła narzędzia przeciwdziałania szarej strefie na rynku online, problem nadal nie został rozwiązany. Każdego roku budżet państwa traci setki milionów złotych z tytułu nieodprowadzonego podatku od gier, CIT czy PIT.

Tylko w ubiegłym roku sektor finansów publicznych stracił na tym procederze blisko 600 mln zł z samego podatku od gier – wylicza dr Marek Rozkrut.

Jak wskazuje, ze względu na to, że to najczęściej podmioty zagraniczne oferują polskim graczom nielegalne gry hazardowe online, regulatorom w Polsce trudno jest sankcjonować przepisy i nakładać kary. De facto prowadzi to do transferu środków od polskich graczy za granicę. W 2020 roku z kieszeni polskich konsumentów do nielegalnych operatorów trafiło w ten sposób około 1,1 mld zł.

Brak rejestracji transakcji przez nielegalnych operatorów hazardowych pozwala im uniknąć opodatkowania i osiągać korzyści ze szkodą dla sektora finansów publicznych i legalnie działających podmiotów, które są narażone na nieuczciwą konkurencję – wskazuje główny ekonomista EY w Polsce.

O wprowadzenie bardziej zdecydowanych działań wobec nielegalnie działających podmiotów – w tym np. skuteczniejsze blokowanie stron internetowych i płatności na ich rzecz – od lat apeluje legalna część branży hazardowej, w tym m.in. Stowarzyszenie Graj Legalnie, na którego zlecenie powstał raport EY. Tym bardziej że w porównaniu z innymi krajami UE polski rynek hazardu online wciąż jest relatywnie mały, a więc wciąż ma spory potencjał rozwoju.

Jednocześnie ten rynek jest szczególnie narażony na działania szarostrefowe, więc – bez odpowiednich działań – niestety należy się liczyć z ryzykiem dalszego wzrostu szarej strefy w Polsce – mówi dr Marek Rozkrut.

Z analizy EY wynika, że zwiększanie barier wejścia na rynek hazardowy online prowadzi do spadku przychodów netto legalnych operatorów i jednocześnie stanowi zachętę do większej aktywności ze strony nielegalnych podmiotów. Ponadto im wyższy koszt prowadzenia legalnej działalności, np. z powodu opodatkowania usług hazardowych czy konieczności spełnienia innych wymogów regulacyjnych, tym większa jest przewaga konkurencyjna podmiotów, które funkcjonują w szarej strefie.

Duże znaczenie dla wielkości szarej strefy ma też skala i skuteczność działań podejmowanych przez regulatorów. Rynek hazardowy online niewątpliwie stwarza duże wyzwania związane z egzekwowaniem prawa, co wynika z transgranicznego charakteru usług internetowych i ograniczonej jurysdykcji krajowych organów regulacyjnych. Najczęściej stosowane w UE metody zwalczania szarej strefy na rynku hazardowym online polegają na blokowaniu stron internetowych oraz płatności otrzymywanych i kierowanych do nielegalnych operatorów. Takie działania ograniczają możliwości ich funkcjonowania – mówi dr Marek Rozkrut.

Co istotne, w publicznej debacie pojawiają się bardzo różne szacunki dotyczące wielkości szarej strefy na polskim rynku hazardowym. Na ogół nie towarzyszą im jednak żadne konkrety na temat metodyki czy zakresu wykorzystanych danych.

Dotyczy to także szacunków cytowanych przez Ministerstwo Finansów – podkreśla partner EY w Polsce. – Trudno je ocenić jako dobre lub złe, bo po prostu nie wiemy, w jaki sposób są one przeprowadzone i jak rozwiązywane są różne wyzwania związane z szacowaniem szarej strefy na tym rynku. Metodyka EY, służąca do szacowania szarej strefy, była wykorzystywana w analizach dla kilkudziesięciu krajów i została opisana w recenzowanym, międzynarodowym czasopiśmie naukowym. Szczegóły naszego podejścia, dostosowanego do rynku gier hazardowych online, są przedstawione w załącznikach technicznych do raportu. Stawiamy na przejrzystość, która jest nieodłącznym elementem wiarygodności analiz.

Praca zdalna i brak ruchu coraz bardziej doskwierają Polakom. To wzmaga zainteresowanie treningami w domu

Praca zdalna daje się Polakom we znaki, dlatego zaczynają szukać sposobów nie tylko na zrzucenie zbędnych kilogramów, lecz także na złagodzenie stresu i bólu kręgosłupa. Po ponad roku pandemii coraz chętniej ćwiczą w domach i przekonali się do treningów online. Potwierdzają to także dane pochodzące z platformy treningowej Yes2Move.com, której popularność w ostatnich miesiącach zwiększyła się aż pięciokrotnie. Dla wielu osób zajęcia online stały się sposobem na relaks i łagodzenie dolegliwości. Również tych związanych z wadami postawy i bólami kręgosłupa, które pogłębiają praca zdalna i siedzący tryb życia.

– Nasze ciało w bezruchu cierpi. Wielogodzinny home office powoduje, że cierpimy dwa razy bardziej, bo teraz, kiedy nie musimy wychodzić z domu, siedzimy jeszcze więcej niż przed pandemią. Dlatego tak bardzo potrzebujemy ruchu. Nie ma znaczenia, czy to będzie spacer, czy też zajęcia na kręgosłup lub ogólnorozwojowe, ważna jest aktywność. Musimy wstawać, chodzić, przemieszczać się, nawet pracując w domu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Galus, trener Zdrofit i Yes2move.com

Jak wynika z danych Benefit Systems, na początku zeszłego roku 65 proc. Polaków podejmowało aktywność fizyczną przynajmniej raz w miesiącu, ale  z powodu wiosennego lockdownu 43 proc. aktywnych osób ograniczyło treningi. Przedłużająca się izolacja, zamknięcie obiektów sportowych i home office sprawiają, że coraz więcej z nich boryka się np. z nadprogramowymi kilogramami czy bólami kręgosłupa, będącymi efektem nieergonomicznego stanowiska pracy.

 W trakcie pracy zdalnej siedzimy przy stołach i na krzesłach, które nie są do tej pracy przystosowane. Dodatkowo zaczyna działać grawitacja. Garbimy się, przestajemy skupiać się na tym, jak siedzimy, a nasz kręgosłup coraz bardziej zaokrągla się, zaś głowa wychyla się do przodu. Jeśli to trwa przez wiele dni czy tygodni, jest ryzyko, że w kręgosłupie pojawią się mikrourazy – tłumaczy Piotr Galus.

Dla 41 proc. aktywnych fizycznie Polaków sport stał się sposobem na łagodzenie stresu wywołanego pandemią. Jedną z najpopularniejszych obecnie kategorii ćwiczeń online na platformie Yes2Move jest Body & Mind, czyli joga i ćwiczenia relaksacyjne, wpływające na umysł i dobre samopoczucie. Jak podają twórcy platformy, od października jej użytkownicy wykonali już ponad 20 tys. takich treningów.

Aktywność fizyczna pomaga nam zwalczać negatywne skutki stresu. Treningi w domu poprawiają nastrój dzięki uwalniającym się endorfinom. Nawet 10–15-minutowa seria kilku prostych ćwiczeń albo pozycji jogowych może przynieść wymierne korzyści – dodaje Nicole Kiersnowska, trenerka Zdrofit oraz Yes2move.com.

W ubiegłym roku wielu aktywnych Polaków przeniosło sportowe przyzwyczajenia do domów, a treningi online stały się jedyną szansą na utrzymanie kondycji i sylwetki.

– Pandemia to często dodatkowe kilogramy, ale nawet w warunkach domowych można spalić tkankę tłuszczową i zredukować swoją wagę. Lockdown pokazał, że w domu także można znacząco poprawić kondycję. Pozostaje tylko wybór treningu, który nam najbardziej odpowiada, a następnie systematyczna praca i konsekwencja w działaniu – podkreśla Nicole Kiersnowska.

Wraz z przedłużającymi się restrykcjami ćwiczenia w domu coraz bardziej zyskują na popularności. Z badań Deloitte’a wynika, że wśród aktywnych fizycznie Polaków zainteresowanie ofertą zajęć fitness online sięga 50 proc. Potwierdzają to też dane z uruchomionej wiosną zeszłego roku platformy treningowej Yes2Move.com. Przez pierwsze pół roku jej użytkownicy wykonali w sumie 150 tys. treningów online.

– Platformę Yes2Move.com stworzyliśmy podczas pierwszego lockdownu, a jej głównym założeniem jest wspieranie aktywności użytkowników w warunkach domowych. Platforma jest dostosowana do potrzeb użytkowników, ich kondycji oraz wielu innych parametrów, które można zweryfikować dzięki dostępnym fit-testom bez względu na wiek, formę, w jakiej się obecnie znajdują, czy miejsce, w którym ćwiczą – wyjaśnia Tomasz Groń, dyrektor zarządzający Benefit Systems Oddział Fitness.

Platformy treningowe online zdobywają popularność, bo odpowiadają na przeróżne indywidualne potrzeby osób aktywnych. Yes2Move.com zapewnia dostęp do bazy ok. 800 treningów online o różnym poziomie zaawansowania oraz fit-testów, dzięki którym można określić swój poziom i śledzić efekty ćwiczeń. Na platformie są też podcasty, artykuły poradnikowe dotyczące aktywnego trybu życia i prawidłowego odżywiania oraz instruktaże do prawidłowego i bezpiecznego wykonania ćwiczeń.

 Yes2Move to szeroki wybór treningów, od ćwiczeń typu Body & Mind po tabatę, interwały albo treningi siłowe ze sprzętem lub ciężarem własnego ciała. Jednym z bardziej popularnych i polecanych do wykonywania w warunkach domowych jest trening cardio, czyli bardzo proste ćwiczenia – typu pajace, podskoki, wykroki i przysiady – powtarzane z dużą częstotliwością – wskazuje Nicole Kiersnowska.

Co istotne, ćwiczyć w domu mogą też rodzice z dziećmi, bo na platformie Yes2Move.com znalazła się też baza treningów online, które można wykonywać w rodzinnym gronie.

 Zachęcam do ćwiczenia wspólnie z dziećmi, zarażania ich pasją do aktywności fizycznej. Natomiast jeśli dzieci są jeszcze malutkie, zawsze można zrobić trening z dzieckiem w pobliżu, mając je na oku. Początki bywają trudne, jednak nie ma rzeczy niemożliwych, wystarczy się nie zniechęcać i powoli zwiększać czas i intensywność treningów – podkreśla trenerka Zdrofit oraz Yes2move.com.

Druk 3D nadzieją onkologii. Polscy naukowcy wydrukowali trójwymiarowy model żyły zajętej nowotworem, co pozwoliło na skuteczną operację

Polscy naukowcy wydrukowali trójwymiarowy model żyły pacjenta ze zmianami nowotworowymi. Dzięki temu lekarzom udało się precyzyjnie i bezpiecznie zaplanować zabieg usunięcia guza. Technologie przyrostowe coraz częściej są wykorzystywane do obrazowania chorych tkanek i narządów przed planowaną interwencją chirurgiczną, a światowy rynek druku 3D w zastosowaniach medycznych do 2027 roku wzrośnie prawie czterokrotnie.

Technologia druku 3D coraz częściej jest wykorzystywana do modelowania zmian nowotworowych u pacjentów, którzy mają być poddawani operacjom. Lekarze z argentyńskiego Hospital Transito Caceres de Allende wykorzystali go w planowaniu operacji u kobiety zmagającej się z nowotworem, dającym przerzuty do wątroby. Operacja była bardzo złożona i wymagała precyzyjnego planowania. Pomógł w tym wielokolorowy trójwymiarowy model zajętego chorobą narządu, wydrukowany z dokładnością do 0,02 mm.

Naukowcy z Politechniki Opolskiej wydrukowali z kolei trójwymiarowy model żyły, w której znajdowały się zmiany nowotworowe.

– Celem było przede wszystkim zwizualizowanie zmian patologicznych w żyle na podstawie obrazów tomografii komputerowej. Wspieraliśmy bezpośrednio zespół medyczny przed wykonaniem operacji, która była dosyć skomplikowana. Tego typu operacji przeprowadzono na świecie zaledwie kilka czy kilkanaście. Operatorzy, którzy wykonywali zabieg, prosili nas o to, żebyśmy pomogli im to zwizualizować i zaplanować całą operację – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. inż. Mirosław Szmajda, profesor Politechniki Opolskiej, Wydział Elektrotechniki, Automatyki i Informatyki.

Aby wizualizacja była możliwa, konieczne było przeanalizowanie 1,5 tys. obrazów żyły uzyskanych w badaniu tomografem komputerowym. Dokonał tego zespół inżynierów biomedycznych.

– Chcieliśmy zamodelować żyłę, a marker wprowadzany był do tętnicy i w momencie, kiedy trafił do żyły, to praktycznie podświetlał nam cały organizm. Nie sposób było automatycznymi algorytmami wyłuskać tylko tę konkretną żyłę. Po tej serii zaznaczeń można było już przystąpić do cyfrowego przetwarzania tych danych – tłumaczy dr hab. inż. Jarosław Zygarlicki z Wydziału Elektrotechniki, Automatyki i Informatyki Politechniki Opolskiej.

Praca ta stanowiła punkt wyjścia do drugiego etapu, czyli wygenerowania trójwymiarowego modelu żyły, wraz z patologiczną zmianą, które opierało się na działaniu algorytmu maszerujących sześcianów i triangulacji. Finalnym etapem było wydrukowanie fizycznego modelu.

– Bardzo istotnym wymogiem było wykonanie wydruku dwumateriałowego, co nie jest jeszcze na dzisiaj techniką standardowo stosowaną. Należało stworzyć dwa niezależne modele i przejść do wydruków w technologii FDM. Filamentem była termoplastyczna żyłka roztapiana do temperatury około 200 stopni i nakładana warstwa po warstwie w ustalonej rozdzielczości. Jeden z materiałów nakładany na wydruk był przeźroczysty, pełniący funkcję izolacyjną żyły – po to, by móc zajrzeć do tkanki nowotworowej, która znajdowała się wewnątrz – tłumaczy dr inż. Mariusz Sobol z Wydziału Elektrotechniki, Automatyki i Informatyki Politechniki Opolskiej.

Tkanka nowotworowa była drukowana drugim filamentem w kolorze czerwonym. Pozwoliło to uwydatnić kolorystycznie jej rozrost i rozmieszczenie oraz określić, w jakich miejscach dotyka ścian żyły i w jakim zakresie się rozmieszcza. Tak szczegółowe obrazowanie w powiększeniu pozwoliło dokładnie rozplanować przebieg operacji i określić jej szczególnie ryzykowne etapy.

– Mając w rękach ten model, zespół lekarzy mógł dokładniej przyjrzeć się z poszczególnych stron i zaplanować podejście, przewidzieć, gdzie należy spodziewać się problemu, bo np. może będzie trzeba chirurgicznie odcinać nowotwór od ścian – dodaje dr inż. Mariusz Sobol.

Pacjentka z rozległym nowotworem rozpoczynającym się od narządów rodnych i sięgającym aż do serca, wewnątrz dużej żyły, po zabiegu trafiła już do domu. Nie było komplikacji po zabiegu, a stan chorej szybko się poprawił.

Według analityków z Verified Market Research światowy rynek druku 3D w medycynie osiągnie do 2027 roku wartość 3,93 mld dol. W 2019 roku było to 1,1 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 17,1 proc.

Pandemia napędza sprzedaż laptopów. Coraz mocniejsze karty graficzne i sztuczna inteligencja zachęcają graczy do ich zakupu

Praca zdalna i edukacja domowa w czasie pandemii wpłynęły na rekordową sprzedaż laptopów. Z raportu Canalys PC Analysis wynika, że w 2020 roku sprzedano 297 mln komputerów, czyli o blisko 11 proc. więcej niż rok wcześniej. Sprzedaż napędzały zwłaszcza laptopy (ponad 235 mln sztuk), które stanowiły 79 proc. wszystkich sprzedanych urządzeń. Taki trend będzie się utrzymywał, zwłaszcza że karty graficzne w laptopach nie ustępują tym z komputerów stacjonarnych, a coraz częściej w komputerach mobilnych wykorzystywane są też technologie deep learning i sztucznej inteligencji.

– Pandemia znacznie zwiększyła wzrost sprzedaży laptopów. Coraz więcej sprzedaje się ich w niższym segmencie, czyli w granicach 2,5–3 tys. zł, skierowanym przede wszystkim do pracy i nauki zdalnej, bez kart graficznych, z niższymi parametrami, które świetnie się właśnie do takich zastosowań sprawdzają. Natomiast spore zainteresowanie jest też laptopami, które jednak te karty graficzne posiadają. Najwidoczniej konsumenci używają komputerów w dzień do pracy, a wieczorami do gier – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Jarka, członek zarządu firmy Blue Technology, właściciela marki Hyperbook.

Z raportu Canalys PC Analysis wynika, że w 2020 roku sprzedano rekordowe 297 mln komputerów (według IDC było to nawet 302 mln). To wzrost o 11 proc. r/r, czyli o ok. 30 mln egzemplarzy. Silny wzrost zanotowano przede wszystkim w segmencie laptopów, na co wpłynęła częstsza praca zdalna i wprowadzenie domowej edukacji – w 2020 roku sprzedaż laptopów przekroczyła 235 mln, co stanowiło 79 proc. wszystkich sprzedanych urządzeń. Wzrosło też zainteresowanie tańszymi i bardziej mobilnymi notebookami (o 44 proc.), spadła za to sprzedaż komputerów stacjonarnych do blisko 62 mln (spadek o 20 proc. r/r).

– Niektórzy kupują po kilka laptopów, do firm, dla rodzin, dla dzieci, np. jeden sprzęt mocny dla siebie do pracy i drugi laptop słabszy dla dziecka do nauki zdalnej. W przypadku naszej firmy co roku odnotowywaliśmy znaczny wzrost sprzedaży, natomiast rok 2020 względem 2019 było to już nawet kilkadziesiąt procent wzrostu, więc zainteresowanie komputerami mobilnymi jest znaczące – ocenia Tomasz Jarka.

Jak przekonuje ekspert, choć na wzrost sprzedaży laptopów wpłynęła pandemia oraz przeniesienie pracy i nauki do domów, to taki trend będzie się utrzymywać, nawet jeśli sytuacja wróci do normy.

– Laptopy często już są bardzo zbliżone w zakresie wydajności do komputerów stacjonarnych, a ich ceny też nie są dużo wyższe. Obecnie cena podstawowych kart graficznych nowej generacji w komputerze stacjonarnym sięga 3 tys. zł, natomiast u nas cały laptop z kartą graficzną o podobnej wydajności można kupić za 5 tys. zł, więc te różnice są już całkiem spore, a wydajność jest naprawdę zbliżona – przekonuje członek zarządu Hyperbook.

Jeszcze kilka lat temu laptopy służyły niemal wyłącznie do pracy. Obecnie jednak mobilne komputery sprawdzają się także u graczy. W 2020 roku NVIDIA wypuściła swoje najnowsze procesory graficzne do gier i tworzenia treści oraz zaktualizowaną technologię Max-Q (obniżającą taktowanie procesorów, ale zwiększającą ich energooszczędność). Firma ogłosiła też, że ​​jej partnerzy OEM wypuszczają laptopy z procesorami graficznymi RTX, obsługującymi technologię ray tracing, która była kiedyś używana głównie przy efektach specjalnych.

Najnowsze mobilne procesory graficzne zapewniają już wydajność zbliżoną do komputerów stacjonarnych. Przykładowo GeForce RTX 3080 z układem Ampere może osiągnąć nawet ponad 40 klatek na sekundę przy rozdzielczości 1440p w grze Cyberpunk 2077, co jest imponujące nawet w świecie komputerów stacjonarnych.

– Głównym zainteresowaniem będą się jednak cieszyć mocne karty graficzne, mocne procesory, gdyż komputery mają już naprawdę bardzo dobre układy chłodzenia, radzą sobie z tym świetnie, przez co zainteresowanie wydajnymi laptopami jest bardzo duże – mówi Tomasz Jarka.

Jak przekonuje, laptopy coraz częściej wyposażone są w nowoczesne technologie, w tym deep learning czy sztuczną inteligencję. Technologia głębokiego uczenia może wykorzystać sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe do tworzenia obrazu, który wygląda jak obraz o wyższej rozdzielczości, bez narzutu renderowania. Algorytm uczy się z dziesiątek tysięcy wyrenderowanych sekwencji obrazów.

– Jest już wiele aplikacji, wiele funkcji, które wykorzystują nauczanie maszynowe i sztuczną inteligencję w laptopach. Technologia DLSS sprawia, że minimalnie obniżona jest jakość graficzna gry, natomiast znacznie zwiększona jest jej wydajność, do tego służy właśnie sztuczna inteligencja. Sztuczna inteligencja jest również wykorzystywana np. w aplikacji Windows Hello do rozpoznawania twarzy przez kamerę komputera – wymienia członek zarządu Hyperbook.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 5.04 – 9.04.2020

Jesteśmy po zamknięciu kwartału, który przyniósł burzliwą rewizję optymizmu w odniesieniu do przyszłego tempa globalnego ożywienia, kiedy Europą targa trzecia fala zachorowań. Ale proces szczepień postępuje, stąd otwieranie gospodarek tylko się opóźnia. Powrót na właściwe tory przywróci strategię reflacyjną w dalszym okresie, ale wcześniej wyróżniać się będzie wyjątkowość gospodarki USA, dając przejściową przewagę USD nad walutami ryzykownymi.

Wydarzenia tygodnia: ISM z USA, minutki FOMC, Sentix, PMI z Eurolandu/Wlk. Brytanii, RPP, RBA, CPI/PPI z Chin, rynek pracy z Kanady

USA

W USA oczekuje się silnego wzrostu indeksu ISM dla usług (pon). Sugerują to mocne wskaźniki regionalne, pozytywne zaskoczenie w ISM dla przemysłu oraz silny raport NFP. Razem dane wskazują na wyraźne przyspieszenie aktywności gospodarczej wraz z zakończeniem restrykcji. Wypłaty czeków pomocowych także znajdą swoje odbicie w indeksie ISM. Poza tym większa uwaga może dotyczyć protokołu z marcowego posiedzenia FOMC (śr), gdyż mogą dostarczyć treści do dyskusji na temat rosnących rentowności obligacji skarbowych. Oczekiwalibyśmy, że minutki potwierdzą przekaz z konferencji prasowej prezesa Powella, gdzie podkreślano brak zaniepokojenia rosnącymi rentownościami, które są odbiciem wzmacniającej się gospodarki. Nie oczekujemy dowodów szerszej dyskusji nad redukcją tempa skupu aktywów czy terminem pierwszej podwyżki. Silne dane powinny być wsparciem dla wyższych rentowności obligacji, na czym będzie korzystał USD.

Strefa euro

W strefie euro indeks Sentix (wt) będzie pierwszym barometrem nastrojów w obliczu zagrożeń trzeciej fali zachorowań na COVID-19. Wzrost indeksu będzie sygnalizował podtrzymanie nadziei na otwarcie gospodarki i łatwiejsze zwalczenie pandemii dzięki wyższym temperaturom i postępującemu (choć powoli) procesowi szczepień. Indeksy PMI dla usług z Hiszpanii i Włoch (śr) potwierdzą ogólnoeuropejski trend poprawy, który było widać w danych z Francji i Niemiec. Produkcja przemysłowa z Niemiec (pt) powinna wzrosnąć, potwierdzając prężny rozwój sektora. Wątpimy, aby dane mogły wpłynąć na EUR, a EUR/USD pozostanie barometrem nastrojów i funkcją nastawienia do USD.
W Wielkiej Brytanii finalny szacunek PMI dla usług (śr) oraz PMI dla sektora budowlanego (czw) powinny dowodzić poprawy sytuacji gospodarczej w otwierającej się gospodarce. Dane mogą być wygodnym pretekstem dla odnowienia długich pozycji w GBP po ostatniej korekcie wywołanej ogólnorynkową awersją do ryzyka.

Polska

W Polsce Rada Polityki Pieniężnej pozostawi stopy procentowe bez zmian (śr). Nawet pomimo niespodzianki w wyższej marcowej inflacji (3,2 proc. r/r, prog. 2,8 proc.) nie sądzimy, aby zmianie uległo nastawienie RPP. Ostatnio prezes NBP Glapiński tłumaczył, że wyższa inflacja teraz i w kolejnych miesiącach będzie się brać z podwyżek cen administrowanych, na które polityka pieniężna nie ma wpływu. Wprost określił on rynkowe oczekiwania podwyżek za błędne. Jednocześnie trzecia fala zachorowań i nowe restrykcje dają silny argument przeciw zacieśnianiu monetarnemu. Podtrzymujemy prognozy, że stopy procentowe nie ulegną zmianie wcześniej, jak w drugiej połowie 2022 r. Bardziej interesujące niż posiedzenie RPP może być (o ile się odbędzie) wideokonferencja prezesa Glapińskiego, gdzie odpowie on na pytania dziennikarzy (prawdopodobnie w piątek). Szczególnie pytania o sytuację złotego oraz udział NBP w potencjalnej konwersji kredytów frankowych mogą mieć istotne znaczenie dla kierunku rynku walutowego. Biorąc pod uwagę preferowanie przez NBP słabego złotego, wątpimy, aby wideokonferencja mogła przynieść pozytywne impulsy dla PLN. Razem z rozwojem trzeciej fali zachorowań i niepewnością o wyrok SN ws. kredytów frankowych w najbliższych dniach ryzyka dla złotego przeważają po negatywnej stronie.

Australia

W Australii nie oczekujemy zmian w polityce monetarnej (wt). Komunikat powinien dalej stwierdzać, że gospodarka jest daleko od założonych celów, stąd polityka pozostanie akomodacyjna. Jednocześnie ostatni spadek stopy bezrobocia do 5,8 proc. – rok wcześniej niż bank prognozował – pozwoli na bardziej optymistyczną ocenę sytuacji. Ogólnie gołębi przekaz nie powinien istotnie ciążyć na AUD, który będzie podążał za generalnymi nastrojami.

Chiny

W Chinach po silnych danych z przemysłu sugerujących odbudowę popytu zewnętrznego oraz w reakcji na wzrost cen surowców interesująca będzie skala narastającej presji inflacyjnej w odczytach PPI i CPI (pt). Przyspieszająca inflacja będzie skłaniać władze monetarne do zaostrzania warunków kredytowych, co może mieć implikacje dla globalnych nastrojów rynkowych.

Kanada

W Kanadzie oczekiwany jest silny wzrost nowych miejsc pracy (pt) za sprawą otwierania handlu i restauracji po lockdownie. Jednak ponowny wzrost liczby przypadków i przywrócenie restrykcji (Ontario) zwiastuje ponowne zwolnienia w kolejnym miesiącu. Te spodziewane wahania mogą ograniczyć pozytywną reakcję CAD na lepsze od prognoz odczyty.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jakiego stroju będzie potrzebować bizneswoman?

Każda bizneswoman ma w swojej garderobie eleganckie marynarki i garsonki, które stanowią podstawę stylizacji do pracy. Spotkania biznesowe wymagają odpowiedniego stroju, pierwsze wrażenie robi się tylko raz i zajmuje to dosłownie kilkadziesiąt sekund. Za pomocą właściwego ubioru można podkreślić profesjonalizm, dodać sobie prestiżu. W wielu firmach obowiązuje ścisły dress code, którego należy się trzymać, aby nie zostać źle odebranym. Mając do wyboru różne garsonki, marynarki, spodnie i spódnice, możliwe staje się stworzenie idealnej stylizacji na każdą okazję.

Odpowiedni strój na spotkanie biznesowe, czyli jaki?

Każda kobieta biznesu dobrze wie, jak ważny jest dobry wizerunek. Jego zbudowanie zajmuje trochę czasu, ale łatwo go nadszarpnąć czy zniszczyć. Odpowiednie zachowanie to jedno, ale niezwykle ważne będzie dobranie właściwego stroju. Powinien być on dostosowany nie tylko do okazji, ale też sylwetki. Sprawdzą się zarówno spodnie i spódnica, jak również sukienka. Idealne będą garsonki i marynarki. Każde spotkanie biznesowe może być nieco inne, dlatego strój zawsze należy dobierać indywidualnie, do okazji i rozmówcy. Inna stylizacja sprawdzi się w przypadku zaproszenia do eleganckiego miejsca niż do sali konferencyjnej. Dopasowanie ubioru do otoczenia to kwestia priorytetowa, aby zostać dobrze odebraną. Przy tworzeniu stylizacji powinno się mieć na uwadze dress code obowiązujący w danej firmie.

Uniwersalnym rozwiązaniem jest założenie eleganckiego garnituru. Ten w wydaniu klasycznym będzie pasować praktycznie na każde spotkanie biznesowe. Latem można pozwolić sobie nawet na zastąpienie garnituru kombinezonem, oczywiście w tylu formalnym, nie casualowym. Ma być przewiewny i lekki, jednocześnie elegancki. Do kombinezonu w jednolitym kolorze pasować będą klasyczne buty i marynarka. Śmiało można łączyć ciemną kolorystykę z jasnymi dodatkami. Nie trzeba stawiać na czerń, zdecydowanie lepiej nadaje się kolor granatowy, beże i szarości. Istotne jest to, aby barwy były stonowane, neutralne. Można nieco ożywić stylizację za pomocą dodatków w bardziej intensywnych kolorach, ale należy je stosować z umiarem. Zawsze mile widzianymi barwami w eleganckich outfitach będzie butelkowa zieleń i bordo. Z kolorem żółtym i czerwonym należy uważać, gdyż zbyt mocne zwracanie na siebie uwagi może zostać źle odebrane.

Jakie stylizacje sprawdzą się w przypadku bizneswoman?

Spodnie, koszula lub elegancka bluzka i marynarka to uniwersalna stylizacja na każde spotkanie biznesowe. Możliwości jest jednak zdecydowanie więcej. Świetnie sprawdzi się także spódnica, ale musi być ona dobrze dopasowana do sylwetki. Nie nadają się fasony typu oversize ani rozkloszowane. Zachować trzeba też odpowiednią długość, najlepiej do kolan i dłuższe, nawet do połowy łyski. Obowiązkowo należy ubierać rajstopy/pończochy, eksponowanie gołych nóg jest niemile widziane. Świetnym wyborem będzie prosta spódnica o kroju ołówkowym, w połączeniu z elegancką bluzką. Idealnie nadaje się elegancka sukienka, podkreślająca kobiece kształty, ale nieemanująca seksapilem. Najlepszy będzie klasyczny model w stonowanym kolorze, bez dekoltu, sięgający za kolano. Do tego wystarczy ubrać dobrze skrojoną marynarkę i stylizacja biznesowa gotowa. Wystarczy jeszcze umiejętnie dobrać odpowiednie dodatki w postaci torebki, butów i biżuterii. Zobacz więcej propozycji w serwisie https://manwoman.co/pl

Jedna czwarta wszystkich zakupów w e-commerce jest odsyłana

W 2021 roku wartość rynku e-commerce ma osiągnąć około 2,7 biliona dolarów, z tempem wzrostu wynoszącym około 6,3 proc. rocznie[1]. W związku z tym wielu przedsiębiorców chce działać w tej branży. Wszystko wskazuje również na to, że przyszłość będzie online, dlatego warto rozważyć założenie własnej działalności zajmującej się handlem elektronicznym. Sprzedawcy muszą się jednak mierzyć z wyzwaniami. Jednym z głównych i bardzo powszechnych są obciążenia zwrotne (tzw. chargebacki), które frustrują zarówno kupujących, jak i sklepy internetowe. Klienci i sprzedawcy mogą czekać nawet do 120 dni na zwrot pieniędzy na swoje konta[2]. Jak utrzymać płynność finansową, gdy praktycznie nad każdą sprzedażą wisi niebezpieczeństwo zwrotów?

Sklepowe zwroty to wyzwanie dla sprzedawców

97 proc. badanych e-klientów twierdzi, że zrezygnowało z zakupu, ponieważ proces zwrotu nie był dla nich wygodny[3]. Należy mieć świadomość, że nawet jeśli sprzedawcy uda się podnieść współczynnik konwersji i zmniejszyć liczbę porzuceń koszyka, nie oznacza to, że decyzja konsumenta jest ostateczna. Może on przecież zrezygnować z produktu już po jego otrzymaniu. Dane dowodzą, że kupujący online są trzykrotnie bardziej skłonni do zwrotu produktów zakupionych online w porównaniu do zakupów w sklepie (30 proc. vs 10 proc.)[4]. Średnio jedna czwarta wszystkich zakupów internetowych jest odsyłana, podczas gdy nawet jedna trzecia kupujących może celowo przesadzić z zakupami, aby wybrać tylko jeden przedmiot i zwrócić resztę zamówienia[5].

Oczywiście, problem może tkwić w tym, że kupujący nie są w stanie dotknąć lub obejrzeć przedmiotu, który zamawiają przez internet. Dopiero, gdy towar dotrze do nich fizycznie, są w stanie ocenić jego jakość i wygląd. Problem ten jest szczególnie obecny w branżach takich jak moda, która jest największym segmentem e-commerce. Kupowane przez nas ubrania czy dodatki mogą przecież wyglądać o wiele lepiej na modelu online niż na nas samych. W tym przypadku niekoniecznie winą klienta jest to, że decyduje się na odesłanie towaru, ponieważ trudno przewidzieć, czy dany ubiór będzie na niego pasować.

Liczba obciążeń zwrotnych rośnie, a to może generować większe straty

Nawet jeśli sprzedawca przygotuje dodatkowy budżet na potencjalne chargebacki, w dalszym ciągu musi poświęcić sporo czasu, aby wyjaśnić sprawę bankom lub dostawcom systemów płatności (w końcu te instytucje chcą wiedzieć, czy współpracują z zaufanymi podmiotami[6]), prawidłowo obsłużyć obciążenia zwrotne i przechować odesłane produkty. W efekcie jeszcze w 2018 roku globalna branża traciła na chargebacki i procedury z nimi związane nawet 31 mld dolarów[7]. Przy rosnącej popularności e-commerce w 2020 roku łatwo sobie wyobrazić, że wartości te jeszcze tylko wzrosły. Co więcej, dane dowodzą, że gdy klient z powodzeniem wypełni wniosek dotyczący chargeback, jest bardziej prawdopodobne, że złoży kolejny w ciągu 2 miesięcy[8].

Możliwe jest, że polski rynek czeka wielka walka sprzedawców o klienta i przejęcie części rynku e-commerce. Wejście do Polski Amazon.pl i świetne wyniki Allegro w czwartym kwartale 2021 roku oznaczają, że przed nami ciekawy czas. Allegro zanotowało wzrost wartości sprzedanych produktów (GMV) na platformie Grupy Allegro.eu rok do roku o ponad 57 proc.[9] Widać też, że jeśli Amazon wchodzi na jakiś rynek, to jest do tego bardzo dobrze przygotowany, a jego udział w nim szybko rośnie. Dlatego można się spodziewać, że polski sektor e-commerce nadal będzie się rozwijał na podobnym poziomie. Chargebacki i warunki zwrotu produktów mogą być ważnymi czynnikami dla klientów przy wyborze danego dostawcy.

Niektórzy sprzedawcy decydują się na rozwiązanie tej kwestii bez polityki obciążeń zwrotów. Tylko około jedna trzecia europejskich stron e-commerce oferuje jakąkolwiek gwarancję lub politykę zwrotu pieniędzy[10]. Inni sprzedawcy mogą zdecydować się na wprowadzenie rygorystycznej polityki chargeback lub polityki zwrotów. Takie rozwiązania, choć są korzystne dla budżetu sprzedawcy, mogą negatywnie wpłynąć na odczucia klienta i zniechęcić go do ponownego odwiedzenia sklepu internetowego. Według danych, nawet do 56 proc. użytkowników może zrezygnować z zakupu na danej stronie, widząc jej politykę zwrotów[11].

Dlatego z finansowego punktu widzenia przedsiębiorcy zajmujący się e-handlem powinni utrzymywać wystarczający budżet na zwroty. Jeśli przedsiębiorca nie posiada rezerwy finansowej, dobrze jest zawczasu zorganizować dostęp do zewnętrznego finansowania kapitału obrotowego. Warto również wcześniej rozpocząć negocjacje w sprawie finansowania i stworzyć historię kredytową z partnerem. Jeśli bank nie jest w stanie pomóc, na rynku istnieją inne opcje, takie jak np. Lidya, która zapewnia krótkoterminowe finansowanie obrotowe dla MŚP. Lidya analizuje głównie bieżące przepływy pieniężne firm i zwykle dostarcza środki w ciągu 48 godzin od złożenia wniosku.

Jakie jest więc idealne rozwiązanie, które pozwoli sprzedawcy pozostać finansowo wypłacalnym, zapewniając jednocześnie najwyższą jakość obsługi klienta? Kluczem jest zainwestowanie w przejrzystą politykę zwrotów, poświęcenie czasu na rozwiązywanie wszystkich kwestii związanych z chargebackami, a także zapewnienie wysokiej jakości szkoleń dla pracowników obsługi klienta, aby byli w stanie szybko i bezbłędnie rozwiązać każdy problem.

[1] https://www.statista.com/outlook/dmo/ecommerce/worldwide

[2] https://www.najlepszekonto.pl/procedura-chargeback-obciazenie-zwrotne-co-to-jest

[3] https://nrf.com/research/consumer-view-winter-2020

[4] https://recommend.pro/ecommerce-handling-returns-lockdown/

[5] https://www.pymnts.com/news/retail/2020/returns-come-back-to-haunt-ecommerce-amid-pandemic/

[6] https://www.statista.com/outlook/dmo/ecommerce/worldwide

[7] https://chainstoreage.com/operations/the-newest-factor-impacting-chargeback-losses-is

[8] https://www.getbankcard.com/blog/chargeback-stats-merchants-must-know

[9] https://www.dlahandlu.pl/e-commerce/wiadomosci/wyniki-allegro-wzrosly-o-kilkadziesiat-proc-spolka-chce-podwoic-srodki-na-inwestycje,96225.html?utm_source=gravitec&utm_medium=push&utm_campaign

[10] https://www.pymnts.com/wp-content/uploads/2020/06/Cross-Border-Merchant-Friction-Index-June-2020-1.pdf

[11] https://www.salecycle.com/blog/featured/ecommerce-returns-2018-stats-trends/

Oszuści atakują klientów Nest Banku – podszywają się pod specjalistów/ekspertów od cyberbezpieczeństwa

Nest Bank ostrzega przed oszustami, którzy podszywają się pod jego pracowników. Oszuści dzwonią do klientów, wyłudzają kody SMS, dane do logowania, kody BLIK czy dane karty płatniczej oraz zachęcają do zainstalowania „dodatku do aplikacji”.

Jak działają oszuści – krok po kroku

Oszuści dzwonią do klientów i podają się za pracowników Nest Banku – specjalistów/ekspertów ds. bezpieczeństwa. Zazwyczaj podają imię, nazwisko i fikcyjny numer pracownika. Scenariuszy rozmów jest klika. Jednak najczęściej oszuści informują klienta, że odnotowali podejrzany przelew z jego konta do osoby, która jest w banku zidentyfikowana jako oszust.

  1. Rzekomy pracownik Nest Banku zadaje klientowi różne pytania np. Czy ktoś oprócz Ciebie ma dostęp do karty lub konta osobistego? Czy masz przy sobie kartę do konta i dowód osobisty? Czy instalowałeś ostatnio podejrzane, aplikacje? Czy zabierasz potwierdzenia po każdej płatności kartą?
  2. Po uzyskaniu odpowiedzi na te pytania oszust informuje, że teraz podsumuje klientowi co się dzieje na jego koncie. Najczęściej klient dowiaduje się, że bank zablokował podejrzany przelew, a jego adresat jest znanym oszustem. Dlatego „bank” przekazał już zgłoszenie na policję, która wkrótce się z nim skontaktuje. Po chwili „pracownik” weryfikuje czy klient ma dobrze zabezpieczone dane do konta oraz czy posiada aplikację mobilną.
  3. Jeżeli klient ma aplikację to „pracownik” pyta: Czy posiada Pan dodatek do aplikacji służący do szybkiej pomocy? Klient zazwyczaj odpowiada, że nie. (Nest Bank nie ma takiej aplikacji). Wtedy „pracownik” prosi o instalację tej aplikacji/ oprogramowania, często oferując również swoją pomoc, są to zazwyczaj QuickSupport, TeamViewer, AnyDesk.
  4. Jeżeli klient zainstaluje aplikację to oszuści uzyskują zdalny dostęp do jego urządzenia. W ten sposób przejmują kontrolę nad komputerem/telefonem i przechwytują wrażliwe dane dzięki, którym będą mogli okraść klienta. Często w dalszej części rozmowy oszuści proszą także o podanie kodu BLIK oraz kodów sms.

Apelujemy do klientów, aby zachowali czujność. Scenariusze wykorzystywane przez oszustów dynamicznie się zmieniają. Są one coraz bardziej wiarygodne. Dlatego uczulamy klientów, że jeżeli nie mają pewności, że rozmawiają z pracownikiem Nest Banku to powinni natychmiast się rozłączyć i skontaktować się z naszą infolinią pod numerem telefonu 22 438-41-41 (od pon. do pt. 8.00-18.00).W ten sposób potwierdzimy, że osoba o wskazanym imieniu i nazwisku pracuje w banku i próbowała się kontaktować z klientem – mówi przedstawiciel Nest Banku.

Euro poniżej 4,60 zł

Mało kto spodziewał się, że po tym jak w środę zobaczyliśmy 4,66 zł za euro, już w czwartek będziemy poniżej bariery 4,60 zł. Splot rosnącej inflacji i poprawy nastrojów wywołanych programem szczepień pozwolił jednak polskiej walucie odrobić straty.

Kolejny dzień umocnienia złotego

Mamy właśnie trzeci z rzędu dzień nagłego umacniania się złotego na rynku. Dzisiaj nad ranem euro wyceniane jest już poniżej 4,59 zł, a biorąc pod uwagę, że Wielki Piątek jest świętem w wielu krajach zachodu można się dzisiaj spodziewać kolejnych niespodzianek. Brak inwestorów w pracy powoduje, że potrzeba mniej kapitału, aby zmienić ceny. Z drugiej strony wiedzą to również w NBP, który ostatnimi czasy wykorzystywał takie sytuacje do interwencji walutowych na rynku. Możemy zatem mieć dzisiaj zamiast typowego świątecznego marazmu na rynku bardzo ciekawy dzień.

Indeksy koniunktury z Europy

Wczorajsze dane na temat indeksów PMI w Europie potwierdziły dobrą dyspozycję europejskich gospodarek. Dla Unii Europejskiej było to niemal dokładnie zgodne z oczekiwaniami imponujące 62,5 pkt, pokazujące duży optymizm badanych menedżerów. Pół godziny później nie zawiedli Brytyjczycy, którzy po raz kolejny pokazali wynik lepszy od oczekiwań. 58,9 pkt to również bardzo korzystny rezultat. To wszystko działo się w cieniu kolejnych zapowiedzi przyspieszania programu szczepień. W rezultacie, nie może dziwić, że waluty europejskie zyskiwały wczoraj wyraźnie względem dolara.

Dane zza oceanu

Wczoraj był dzień dobrych danych z gospodarek światowych. Również Amerykanie pokazali dobre odczyty indeksów koniunktury. Szczególnie dobrze wypadł raport ISM dla przemysłu. Jest to bardzo podobne badanie do indeksu PMI, ale organizowany przez inną instytucję. Trochę słabiej wypadły wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że i tak był to trzeci najlepszy tydzień pod kątem tych danych w ciągu ostatniego kwartału. Nie można go zatem traktować jednoznacznie negatywnie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych pomimo dni wolnych w wielu krajach warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – stopa bezrobocia.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

60% Polaków nie chce podnoszenia składek, żeby ratować służbę zdrowia

Wyższa składka zdrowotna za poprawę jakości służby zdrowia. Polacy są temu stanowczo przeciwni.

Niemal co czwarty Polak uważa, że rząd powinien podnieść składkę zdrowotną w celu poprawienia jakości służby zdrowia. Mogłoby to nastąpić nawet kosztem niższych zarobków pracowników. Opowiadają się za tym głównie osoby w wieku 30-39 lat, z wyższym wykształceniem i mieszkające w miastach liczących 100-200 tys. ludności. Takie wnioski płyną z badania opinii społecznej, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland.

Według 24,7% Polaków, rząd powinien podnieść składkę zdrowotną, żeby poprawić jakość służby zdrowia. I mógłby to zrobić nawet kosztem obniżenia pensji pracowników. Natomiast 60,2% rodaków jest przeciwnego zdania. Z kolei 15,1% respondentów nie ma stanowiska w tej kwestii.

– Gdyby badanie odbyło się przed pandemią, to prawdopodobnie jeszcze więcej osób nie chciałoby podniesienia tej składki. Większość pytanych była w momencie sondażu zdrowa i odbierała takie działania jako niepotrzebne zabieranie im pieniędzy. Wśród części ludzi panuje też przekonanie, że nawet jeśli zapłacą więcej, to i tak nic się nie zmieni. Na pewno brakuje reform. Ale nie ma też pełnego zrozumienia, że na ochronę zdrowia trzeba wydawać więcej i składka musi być podwyższona – komentuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Wymienione wyniki są skutkiem utrzymywanej od lat dezinformacji obywateli, co stwierdza Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. I zaznacza, że nie jest to żadna składka zdrowotna, tylko czysty podatek. Ponadto wysokość wpłaty nie ma żadnego wpływu na zakres świadczonych usług medycznych. Wmówiono społeczeństwu, że można mieć nieograniczony dostęp do służby zdrowia przy ograniczonych pieniądzach. A tego nie oferują nawet najbogatsze kraje na świecie.

– Od lat ludzie nie lubią płacić podatków, a składka zdrowotna jest jedną z wielu pobieranych danin. Te same osoby, które są przeciwne jej podnoszeniu, prawdopodobnie dodatkowo się ubezpieczą. I kiedy to zrobią, to zmieniają postrzeganie tej kwestii, tzn. większe wydatki im nie przeszkadzają – mówi Wojciech Bociański, ekspert BCC ds. służby zdrowia.

Za podniesieniem składki opowiada się 28,3% mężczyzn oraz 21,3% kobiet. Natomiast patrząc na wiek, widać, że zwolennikami tego rozwiązania są przede wszystkim Polacy mający 30-39 lat – 27,3%, a także 40-49 lat – 27%. Na końcu zestawienia znajdują się osoby od 60. roku życia – 18,1%. Jak zaznacza Wojciech Bociański, ta ostatnia grupa obejmuje emerytów. Zdaniem eksperta z BCC, można było się spodziewać, że oni licznie opowiedzą się za podniesieniem składki zdrowotnej. Przecież nie płacą wprost na ubezpieczenie zdrowotne, tylko regulują podatek.

– Ci najstarsi respondenci wiedzą z doświadczenia życiowego, że służba zdrowia jest nieefektywna. I przewidują, że każde pieniądze zostaną zmitrężone bez zauważalnej poprawy jakości usług albo skrócenia czasu na oczekiwanie do specjalisty. Natomiast młodsze osoby mają nieprawdziwy obraz rzeczywistości, więc popierają kolejne nic niezmieniające, a coraz bardziej obciążające finansowo podatnika działania – dodaje prezydent Centrum im. Adama Smitha.

Patrząc na miejsce zamieszkania badanych, można zauważyć, że największy odsetek zwolenników podniesienia składki jest w ośrodkach miejskich liczących od 100 tys. do 200 tys. mieszkańców – 33,3%. Natomiast najmniejsze poparcie występuje w miastach mających od 200 tys. do 500 tysięcy – 19,3%. Z kolei najwięcej przeciwników ww. rozwiązania jest w miejscowościach do 50 tys. ludności – 67,4%. Według prof. Orłowskiego, to może dać wyobrażenie o tym, gdzie ludzie czują się pewniej, jeśli chodzi o funkcjonowanie służby zdrowia. Nie jest również wykluczone, że głosy za podniesieniem składki to efekt większych problemów w danej okolicy. Ale to wymagałoby dokładniejszej analizy.

– W małych ośrodkach ludzie są bardziej związani ze swoją podstawową opieką zdrowotną i przeważnie mają o niej dobre zdanie. Im często się wydaje, że są zadbani, bo korzystają z lekarza rodzinnego. Ale to nie odpowiada prawdzie. Dzisiaj potrzebna jest możliwość natychmiastowego dotarcia do diagnostyki wysoko wyspecjalizowanej – stwierdza Wojciech Bociański.

Najwięcej zwolenników podniesienia składki widzimy wśród osób z wyższym wykształceniem – 25,9%. Dalej w zestawieniu są Polacy z podstawowym i gimnazjalnym – 25%, zasadniczym – 24,7%, a na końcu listy ze średnim wykształceniem – 23,3%.

– Decyzja o podniesieniu składki, czyli podatku, oznaczałaby brak jakiejkolwiek naprawy i zmiany w tym obszarze. Kilka lat temu pokazywaliśmy, jak w prosty sposób można zapewnić znacznie wyższy poziom opieki medycznej i to tymi samymi pieniędzmi, które są do dyspozycji rządu i obywateli. Natomiast w obecnym systemie one są najzwyczajniej marnowane bez efektu dla pacjenta – podkreśla Andrzej Sadowski.

Natomiast ekspert z BCC zaznacza, że na pewno w ochronie zdrowia jest zdecydowanie za mało pieniędzy w porównaniu z innymi krajami. W Europie jesteśmy na szarym końcu, nawet jeżeli wydatki na ten cel osiągną 6% PKB. A dziś to powinno być co najmniej 7-8%. Można to osiągnąć, m.in. podnosząc składkę zdrowotną.

– Przynajmniej od 20 lat mówię, że w Polsce należy podnieść składkę zdrowotną, ale pod warunkiem jednoczesnego przeprowadzenia gruntownych reform służby zdrowia. Powinniśmy wiedzieć, za co płacimy, a nie tylko ponosić większe koszty – podsumowuje prof. Orłowski.

Badanie zostało przeprowadzone w połowie marca 2021 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej na reprezentatywnej próbie 1001 dorosłych Polaków.

Małe zmiany o dużym zasięgu, czyli analiza projektu nowelizacji ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych

PSPA opublikowało szczegółową analizę dziesięciu najważniejszych zmian zawartych w projekcie nowelizacji ustawy o elektromobilności. Sześć propozycji zostało ocenionych pozytywnie (w trzech przypadkach z zastrzeżeniem), dwie zdobyły ocenę neutralną, zaś kolejne dwie – negatywną. Zdaniem ekspertów, nowelizacja ma potencjał by przyspieszyć rozwój zeroemisyjnego transportu w Polsce, lecz sama w sobie jest niewystarczająca. Konieczne jest wprowadzenie dodatkowych rozwiązań.

Nowa treść projektu ustawy o zmianie Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych oraz niektórych innych ustaw znacznie różni się od poprzedniej. Część nowelizacji ma charakter drobnych (w tym doprecyzowujących) zmian m.in. w przypadku przepisów odnoszących się do wykorzystania wodoru jako paliwa alternatywnego w transporcie. Nie zabrakło jednak również zmian znaczących, w tym dotyczących rozwijania budynkowej infrastruktury ładowania, nowej kategorii opłat za nadanie  kodów w rejestrze EIPA, czy warunków tworzenia i funkcjonowania stref czystego transportu. W opublikowanym dziś opracowaniu, PSPA i uznani eksperci prawni współpracujący ze Stowarzyszeniem dokonali analizy projektu nowelizacji.

Jedne z najważniejszych zmian na lepsze, jakie znalazły się w projekcie, są bezpośrednią pochodną postulatów wypracowanych w ramach projektu Biała Księga Elektromobilności PSPA – mówi Joanna Makola, Kierownik Centrum Legislacyjnego PSPA. Mowa o przepisach dotyczących  relacji między operatorem ogólnodostępnej stacji ładowania a dostawcą usługi ładowania (ocena pozytywna), wprowadzeniu dedykowanej procedury uzyskania zgody na instalację punktu ładowania w budynkach mieszkalnych wielorodzinnych (ocena pozytywna z zastrzeżeniem), usprawnieniu procedur przyłączeniowych (ocena pozytywna z zastrzeżeniem). Są to najważniejsze, ale niejedyne dobre zmiany, na które mieliśmy wpływ.

Ocenę neutralną przyznano przepisom dotyczącym stref czystego transportu w nowym kształcie, a także regulacjom dotyczącym rozwijania infrastruktury tankowania wodoru. Ich wpływ na stopień rozwoju elektromobilności w Polsce będzie możliwy do oceny dopiero na etapie praktycznej implementacji.

Na jednoznacznie negatywną ocenę zasłużyły dwie zmiany: wprowadzenie nowej kategorii opłat za przyznanie operatorom ogólnodostępnych stacji ładowania i dostawcom usługi ładowania kodów w rejestrze EIPA oraz rezygnacja z dalszej realizacji mechanizmu budowy stacji przez OSDe, przy pozostawieniu stanu niepewności prawnej co do inwestycji znajdujących się na różnym etapie zaawansowania.

Zdaniem ekspertów, uwzględniając całkokształt planowanej nowelizacji, propozycje przewidziane w ustawie zmieniającej, są w dużym stopniu zmianami na lepsze. Tam, gdzie ocenę pozytywną opatrzono zastrzeżeniem, PSPA rekomenduje ich ponowną analizę i modyfikację (kwestia ekspertyzy w budynkach mieszkalnych wielorodzinnych) lub poszerzenie o dodatkowe rozwiązania (kwestie przyłączeniowe). W końcowej części opracowania  przedstawiono propozycje wprowadzenia dalszych zmian o kluczowym charakterze, bez których polska elektromobilność nie ma szans na szybki rozwój.

Uznanie zidentyfikowanych barier i przyjęcie do realizacji naszej propozycji odpowiedzi na te problemy, to realna szansa na dynamizację rozwoju rynku e-mobility w Polsce. Niezbędny jest przegląd przepisów podatkowych, a zmiany w tym obszarze należy zacząć od wprowadzenia możliwości odliczenia 100% VAT od nabycia i eksploatacji pojazdów elektrycznych. Rynek niecierpliwie oczekuje także na uruchomienie mechanizmu dopłat do nabywania samochodów zeroemisyjnych przez przedsiębiorców i osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej. Sprawą najwyższej wagi jest ponadto odpowiednie sformułowanie polskiego Krajowego Planu Odbudowy, również w kontekście harmonogramu prac nad tym dokumentem. KPO powinien zawierać pakiet konkretnych reform i inwestycji o dużej sile oddziaływania, których brakuje w obecnej wersji dokumentu. Projekt KPO musi zostać zmieniony, jeżeli za pomocą środków z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności chcemy faktycznie wpłynąć na rozwój elektromobilności w Polsce. PSPA przygotowało i przekazało stronie rządowej konkretne propozycje w tym zakresie podsumowuje Jan Wiśniewski, Kierownik Centrum Badań i Analiz PSPA.

Jeszcze NFP i już święta

Apetyt na ryzyko pozostaje solidny po rozpoczęciu nowego kwartału z nowymi rekordami na Wall Street i cofnięciem się dolara. Przy małej ilości istotnych wydarzeń, inwestorzy uczepiają się tego, co jest dostępne. Aktualnie obawy o trzecią falę zachorowań przykrywane są optymizmem wokół propozycji nowego pakietu fiskalnego USA. Dziś w centrum uwagi znajdzie się raport z rynku pracy USA.

Nie będę się kolejny dzień rozpisywał o planach inwestycji infrastrukturalnych i innych wydatków fiskalnych zaproponowanych przez prezydenta Bidena i podsumuję tylko, że pod dużym znakiem zapytania stoi to, ile uda się faktycznie zrealizować. Na razie jednak rynki są w trybie odbudowy optymizmu po burzliwym zamknięciu kwartału i każdy pretekst do reaktywacji hossy jest dobry. Na pewno łatwiej jest indeksom na Wall Street piąć się wyżej, gdyż z pakietem czy bez realizowane już przyspieszenie ożywienia i otwieranie gospodarki przemawia za kupowaniem akcji. Mniej jestem przekonany do ścigania proryzykownych ruchów na FX, głównie sprzedawania dolara. Bardziej skłaniam się ku opinii, że o zmianach cen wciąż decydują przepływy domykające pozycje po ostatniej fali awersji do ryzyka, a przed świątecznym długim weekendem. Przed nami obchody chrześcijańskiego święta z uczestnictwem w nabożeństwach i rodzinnymi zgromadzeniami. Pozwolę sobie na zachowanie sceptycyzmu wobec tezy, że problemy trzeciej fali już nie wrócą.

W Wielki Piątek co niektóre rynki są już zamknięte, toteż płynność systematycznie się obniża, a jeszcze przyjdzie się zmierzyć z raportem z rynku pracy USA. Konsensus rynkowy zakłada wyraźny wzrost zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w marcu – o 660 tys. nowych miejsc po 379 tys. w lutym. Stopa bezrobocia ma spaść do 6 proc. – najniżej od czasu pandemii. Marzec ma zapoczątkować okres systematycznej odbudowy miejsc pracy wraz z otwieraniem gospodarki po ostatniej fali zachorowań i przy wsparciu polityki fiskalnej. Aktywność gospodarcza jest silna, co wczoraj potwierdził indeks ISM dla przemysłu wzrastając do 64,7 (prog. 61,5, poprz. 60,8). Co istotne subindeks zatrudnienia na 59,6 znalazł się najwyżej od 2018 r. Nawet jeśli wczorajsze dane o nowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych za poprzedni tydzień rozczarowały (wzrost do 719 tys., prog. 675 tys.), to ten tydzień nie był brany pod uwagę przy kalkulowaniu raportu NFP. Oczekiwania przed dzisiejszym odczytem są ustawione wysoko, co automatycznie zwiększa wrażliwość na słaby odczyt. Paradoksalnie duże odchylenia niezależnie w którą stronę powinny być pozytywne dla USD. Albo dane wyraźnie rozczarują i awersja do ryzyka spowoduje wycofane kapitału w stronę bezpiecznego dolara. Albo dane będą wyraźnie mocne, podkreślając wyjątkowość ożywienia w USA i skok rentowności obligacji da wsparcie walucie. Pozostaje wąski zakres dla odczytów zbliżonych do prognoz lub nieco wyższych, który dla FX okaże się neutralny i pozwoli na podtrzymanie umiarkowanego optymizmu, z jakim wchodzimy w dzisiejszą sesję.

Wycena złotego „normalnieje” i dziś rano EUR/PLN schodzi pod 4,58. Pomagają czynniki wymienione w pierwszej części komentarza. Innymi słowy wątpię, aby nagle diametralnie odmieniło się postrzeganie złotego, czy innych walut rynków wschodzących. Wystarczy dodać, że wczoraj Ministerstwo Zdrowia poinformowało o nowym rekordzie w liczbie potwierdzonych zachorowań (35 251). Pozostaję przy zdaniu, że poziomy EUR/PLN powyżej 4,60 nie powinny być nowym, trwałym porządkiem, a są przejściową anomalią wynikłą z nagromadzenia negatywnych czynników. Niestety te czynniki (trzecia fala, wyrok SN w sprawie ustawy frankowej) jeszcze o sobie przypomną w najbliższych dniach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Powstał Indeks Łukasiewicza INNOVATOR

  • Nowy indeks na warszawskiej giełdzie jest wspólnym przedsięwzięciem promocyjnym Sieci Badawczej Łukasiewicz oraz Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW)
  • Prezentuje i promuje spółki giełdowe, które rozwijają swój potencjał
    we współpracy z polskim sektorem naukowym, reprezentowanym przez Łukasiewicza
  • Notowania wg ustalonego modelu będą publikowane codziennie od 12 kwietnia 2021r.

Koncepcję Indeksu Łukasiewicza INNOVATOR zaprezentowali Piotr Dardziński, Prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz i Marek Dietl, Prezes Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) w grudniu 2020 roku podczas „Debiutu Łukasiewicza”. Dziś, 1 kwietnia 2021 r., w drugą rocznicę powstania Łukasiewicza została opublikowana lista uczestników indeksu oraz szczegółowe informacje na temat jego metodyki.

– Nastał czas, aby silniej niż kiedykolwiek wspierać i promować podmioty, które korzystają z wiedzy i kompetencji polskich naukowców. Spółki giełdowe kooperujące z Łukasiewiczem wiedzą już, że działamy nadzwyczaj sprawnie i elastycznie, bo nasz unikalny system Wyzwań Łukasiewicza pozwala w nie więcej niż 15 dni roboczych przygotować dla przedsiębiorcy propozycję opracowania skutecznego rozwiązania wdrożeniowego. Promując współpracę z polską nauką chcemy wzmocnić gen nowoczesności i innowacyjności w spółkach notowanych na giełdzie. Mamy nieosiągalny dla innych podmiotów na polskim rynku B+R zespół ponad 4500 kreatywnych ludzi (naukowców i inżynierów), którzy tworzą z pasją rozwiązania dla biznesu poszukującego innowacji. Indeks Łukasiewicza INNOVATOR już dziś skupia podmioty różnej wielkości i z różnych branż. Jednocześnie  ma potencjał do bycia znacznie szerszym, bo 4 kierunki badawcze Łukasiewicza: zdrowie, inteligentna mobilność, transformacja cyfrowa oraz zrównoważona gospodarka i energia mogą pracować na powodzenie wielu przedsięwzięć biznesowych – mówi Piotr Dardziński, Prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz.

– W ostatnich latach kompleksowo został przebudowany system wsparcia innowacyjności w Polsce. Efekty widać w liczbach – nakłady krajowe brutto na badania i rozwój wzrosły z 0,94% PKB w 2016 roku do poziomu 1,32% w roku 2019 i wyniosły 30,3 mld zł, co z kolei jest wzrostem w stosunku do 2018 roku o 18,1%. Ambitny plan na zwiększenie nakładów na badania i rozwój do 1,7% PKB w 2020 roku wydaje się więc, jak najbardziej możliwy do zrealizowania. Wiele spółek giełdowych opiera swoje strategie konkurowania na rozwijaniu innowacyjnych produktów i usług. Chcemy te spółki pokazać inwestorom poprzez umieszczenie ich w nowym indeksie INNOVATOR tworzonym z Siecią Badawczą Łukasiewicz – podkreśla Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Portfel Indeksu obejmuje spółki notowane na Głównym Rynku GPW oraz na rynku NewConnect, które współpracują z Łukasiewiczem. Wagi wszystkich spółek uczestniczących w Indeksie są równe na dzień okresowego przeglądu. Aktualizacja listy uczestników indeksu będzie przeprowadzana cztery razy do roku: po ostatniej sesji marca, czerwca, września oraz grudnia.

Indeks Łukasiewicza INNOVATOR jest kalkulowany w trybie jednolitym. Wartości Indeksu Łukasiewicza INNOVATOR będą udostępniane przez GPW Benchmark autoryzowanym agencjom informacyjnym, tak samo jak inne indeksy giełdowe.

Pierwszy portfel indeksu obejmuje 14 spółek giełdowych:Indeks Łukasiewicza INNOVATOR

Sieć bezprzewodowa w przedsiębiorstwach i jej zalety

Każda nowoczesna, rozwijająca się firma powinna obecnie działać szybko i terminowo. Jednym z czynników, które usprawniają funkcjonowanie przedsiębiorstwa jest sień bezprzewodowa WLAN. To system, która umożliwia podłączenie wielu urządzeń bez konieczności dodatkowego okablowania. Dzięki temu każdy pracownik może swobodnie przesyłać i mieć dostęp do danych z dowolnego miejsca w budynku. Jakie są zalety sieci WLAN i jak ją wdrożyć?

Sieć bezprzewodowa WLAN to obecnie standard w większości firm, ale warto mieć na uwadze fakt, że nie sama sieć jest istotna, ale prawidłowe zaplanowanie i wdrożenie. Tylko poprawnie działająca i zabezpieczona przyniesie w firmie pożądane efekty. W jaki sposób zła praca sieci bezprzewodowej wpływa na funkcjonowanie firmy?

  • znaczne spowolnienie działania firmy – brak dostępu do danych i urządzeń sprawia, że praca się opóźnia, wymaga przemieszczania się, kontaktowania z kilkoma osobami,
  • spadek wydajności pracowników – konieczność stałego przemieszczania się, przywiązania do konkretnego miejsca, w którym jest okablowanie, wpływa na stratę czasu, który mógłby być wykorzystany na kolejne działania,
  • opóźnienia w funkcjonowaniu firmy – przestoje w wysyłce faktur, zamówień, nieskończone projekty, powolne przekazywanie informacji wpływają na ogólne opóźnienia, a tym samym utratę klientów i przychodów,
  • straty finansowe – każde opóźnienie, niedotrzymanie terminu, nieprzesłanie faktury to realne straty w przychodach.

Zalety sieci bezprzewodowej WLAN w firmie

Brak prawidłowo skonfigurowanej i rozplanowanej sieci WLAN to realne straty poniesione przez firmę. Jednocześnie sieć WLAN to szereg zalet, usprawniających działanie przedsiębiorstwa, pracowników i kadry zarządzającej. W jaki sposób sieć wspomaga funkcjonowanie firmy?

  • gwarantuje szybką wymianę danych, informacji i dokumentów,
  • wygodne i komfortowe współdzielenie zasobów pomiędzy komputerami, serwerami i dodatkowymi urządzeniami, takimi jak drukarka, skaner czy fax,
  • komfortowe korzystanie z komputerów stacjonarnych i wszelkich urządzeń mobilnych (telefonów, tabletów) oraz pozostałych sprzętów, które zostały podłączone do sieci,
  • bezproblemowy dostęp do technologii z każdego miejsca w firmie, np. podczas spotkania lub w kryzysowej sytuacji,
  • sprawne działanie monitoringu z możliwością przesyłania obrazu i zdalnego zarządzania systemem,
  • swobodny dostęp do poczty mailowej, kalendarza spotkań oraz wspólnych folderów z danymi i dokumentami,
  • znaczne przyspieszenie i usprawnienie pracy pracowników, obsługi klientów i kontrahentów,
  • możliwość korzystania z nowoczesnych technologii, np. czytnika kodów QR na produkcji lub w magazynie.

Jak zabezpieczyć sieć WLAN – kontrola dostępu do sieci NAC

Wraz z planowaniem sieci dostawca IT powinien uwzględnić rozwiązania, zapewniające jej bezpieczeństwo i kontrolę dostępu. Wiąże się to nie tylko z zapewnieniem ochrony danych oraz dokumentów, ale także ewentualnymi atakami zewnętrznymi, zainfekowaniem sieci lub kradzieżą informacji. Za cyberbezpieczeństwo odpowiada m.in. kontrola dostępu do sieci NAC. System Network Access Control (NAC) łączy kilka różnych technik zabezpieczeń, dzięki czemu zapewnia kontrolę nad dostępem do sieci bezprzewodowej. Firmowe urządzenia (firmowe laptopy lub telefony komórkowe są często wyposażone w oprogramowanie antywirusowe, a ich użytkownicy, chcąc uzyskać dostęp do krytycznych zasobów, poddawani są procesowi uwierzytelniania. NAC pozwala na zastosowanie dwuetapowej weryfikacji (np. za pomocą e-maila lub SMS-ów) oraz wykorzystanie najnowszych metod szyfrowania Wi-Fi Protected Access 2 i standardów WPA3. W ten sposób możliwe jest ograniczenie dostępności zasobów sieciowych tylko do użytkowników uwierzytelnionych. Weryfikuje także nowe urządzenia, które chcą się połączyć z sieci poprzez sprawdzenie, czy spełniają postawione wymagania (najnowsze oprogramowanie antywirusowe lub brak luk).

Obecnie sieć bezprzewodowa WLAN w firmie to standard. Warto jednak pamiętać, aby stale weryfikować jej stan i bezpieczeństwo. Dzięki temu będzie ona spełniała wymagania rozwijającego się przedsiębiorstwa i działała zgodnie z jego aktualnymi potrzebami.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – marzec 2021 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 39,5% rdr do 35,8 mld zł
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 30,8% do 831,0 mln zł
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 13,6% rdr do poziomu 1,5 mln szt.
  • Wzrost łącznego obrotu obligacjami na TBSP o 108,6% rdr do 42,5 mld zł
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 37,5% do poziomu 18,4 TWh
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 32,6% rdr do 10,0 TWh
  • Wzrost obrotu Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE o 133,6% rdr, do wolumenu 4,8 TWh

W marcu 2021 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 40,9 mld zł, czyli o 57,2% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 39,5% rdr do poziomu 35,8 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 1 556,5 mln zł, o 33,5% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec marca wyniosła 58 081,50 pkt i była o 39,5% wyższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w marcu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 31,6% rdr do poziomu 837,7 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wzrosła o 30,8% rdr i wyniosła 831,0 mln zł.

Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w marcu wyniósł 1,5 mln szt., czyli o 13,6% mniej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy spadł o 43,0% rdr do poziomu 654,1 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje spadł o 11,4% rdr do 246,7 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty wzrósł o 107,4% rdr do 606,1 tys. szt., a wolumen obrotu opcjami spadł o 53,4% rdr do 26,3 tys. szt.

W marcu zanotowano spadek wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 23,8% rdr do poziomu 282,2 mln zł oraz spadek obrotów ETF-ami o 51,7% rdr do 70,4 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec marca 102,8 mld zł, wobec 95,6 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła o 18,2% rdr do poziomu 216,6 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła 42,5 mld zł wobec 20,4 mld zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 108,6% rdr.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł 18,4 TWh, co oznacza spadek o 37,5% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 9,5% rdr do poziomu 3,2 TWh. Na rynku forward wolumen spadł o 42,7% rdr do poziomu 15,2 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym spadł o 32,6% rdr do 10,0 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 2,2% do poziomu 3,2 TWh. Na rynku terminowym odnotowano spadek o 42,1% rdr do poziomu 6,8 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł 3,0 TWh, co oznacza wzrost o 33,5% rdr.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 25,0% rdr do poziomu 11,3 ktoe[3].

Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE wzrósł o 133,6% rdr, do wolumenu 4,8 TWh.

Kapitalizacja 382 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku w marcu wyniosła 568,7 mld zł (122,0 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 433 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 1 135,1 mld zł (243,6 mld EUR).

Na rynku NewConnect w marcu 2021 r. zadebiutowały akcje spółki Genomtec S.A. (wartość oferty: 8,0 mln zł).

Na rynku Catalyst w marcu br. zadebiutowały obligacje miasta Puławy (wartość oferty: 24 mln zł), miasta Tarnobrzeg (wartość oferty: 27,2 mln zł) oraz miasta Konin ( wartość oferty: 26,2 mln zł).

W marcu 2021 r. na GPW odbyły się 23 sesje giełdowe, w porównaniu do 22 sesji rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Rząd zmienia programy antysmogowe. Eksperci apelują o wyższe nakłady na ten cel oraz większe wsparcie dla najuboższych

Wciąż 2,7 mln domów jednorodzinnych ogrzewanych jest za pomocą urządzeń, które nie spełniają wymogów uchwał antysmogowych – wynika z raportu Polskiego Alarmu Smogowego. Sytuację mają poprawić rządowe programy – Czyste Powietrze skierowane do właścicieli domów oraz Stop Smog dla gmin położonych na obszarze, gdzie obowiązuje uchwała antysmogowa. Oba programy zostały uproszczone, skrócono czas oczekiwania na wsparcie i wprowadzono dodatkowe zachęty, ale zdaniem ekspertów cały proces wymaga przyspieszenia i dalszych zmian. Powinny one dotyczyć m.in. zwiększenia nakładów oraz wsparcia dla najuboższych.

 Domów, które należałoby ocieplić, wyposażyć w fotowoltaikę i pompy ciepła, jest jeszcze blisko 3 mln. Dopiero wówczas można byłoby rozwiązać problem do końca – mówi agencji Newseria Biznes dr Andrzej Kassenberg, ekspert Instytutu na rzecz Ekorozwoju i Koalicji Klimatycznej.

Polskie miasta mają jedne z najgorszych wskaźników jakości powietrza i regularnie pojawiają się w rankingu Air Quality Index. 26 marca wśród siedmiu miast z największym zanieczyszczeniem powietrza znalazły się trzy polskie – Kraków, Warszawa i Wrocław (odpowiednio 3., 6. i 7. miejsce). Jedną z głównych przyczyn smogu są kopciuchy, czyli przestarzałe piece węglowe. Z raportu Polskiego Alarmu Smogowego „Domy jednorodzinne w Polsce” wynika, że od 2014 roku liczba używanych w domach jednorodzinnych w Polsce kopciuchów spadła o około 850 tys., wciąż jednak wykorzystywane są w 2,7 mln domów.

Sytuację miały zmienić rządowe programy. Czyste Powietrze, przeznaczony dla właścicieli domów jednorodzinnych, przewiduje dotacje na wymianę źródeł ciepła i termomodernizację w wysokości 30–37 tys. zł. Stop Smog skierowany jest zaś do gmin położonych na obszarze, gdzie obowiązuje tzw. uchwała antysmogowa, na wsparcie likwidacji lub wymiany źródeł ciepła na niskoemisyjne oraz termomodernizacji w budynkach osób najmniej zamożnych. Oba programy przeszły restart – uproszczono procedury, skrócono też czas oczekiwania na wsparcie.

– Jest część zmian, które należy uznać za dobre w programie Czyste Powietrze. Przede wszystkim jest to zachęcenie gmin do tego, żeby się tym zajęły. Każda gmina, która się zgłosi, a zgłosiło się już 1,2 tys., będzie dostawać 30 tys. zł rocznie na to, by tworzyć stanowiska specjalne temu poświęcone, aby ludzie z gospodarstw domowych mogli łatwiej wypełnić wszystkie formularze – wskazuje dr Andrzej Kassenberg.

W ramach nowego systemu zachęt dla gmin rząd przewidział nie tylko środki na uruchomienie punktów konsultacyjno-informacyjnych, lecz również wyższą refundację kosztów za złożone wnioski oraz premie dla gmin, z których wpłynie najwięcej wniosków. Łączny budżet na ten cel to 100 mln zł. Nowością jest także dołączenie banków do programu Czyste Powietrze. Wkrótce osiem instytucji finansowych wprowadzi ścieżkę kredytową. Dzięki gwarancjom Banku Gospodarstwa Krajowego banki będą mogły zaproponować lepsze warunki finansowania ekologicznych inwestycji, m.in. przez rezygnację z wymogu posiadania dodatkowych zabezpieczeń przez kredytobiorców. Zdaniem eksperta Koalicji Klimatycznej wprowadzane zmiany są jednak niewystarczające.

– Dla najbardziej ubogich jest to program nie do przyjęcia. Jeżeli chcemy coś zrobić i dostać tę dotację, to najpierw trzeba wydać te 30 tys. zł na termomodernizację albo zamianę starego pieca na nowy. A te rodziny po prostu nie mają zapasów gotówki – wskazuje.

Z końcem marca wystartowała z kolei druga odsłona programu Stop Smog. Wnioskodawcy (gmina, związek międzygminny, powiat) mogą uzyskać do 70 proc. dofinansowania kosztów ekologicznej inwestycji, a same muszą dołożyć 30 proc. Dzięki temu mieszkańcy tych obszarów mogą otrzymać w formie bezzwrotnej dotacji 100 proc. kosztów likwidacji lub wymiany źródeł ciepła na niskoemisyjne oraz termomodernizacji w budynkach mieszkalnych jednorodzinnych. Beneficjentem tego wsparcia mają być osoby, których nie stać na taką inwestycję.

Problemem jednak, jak zauważa ekspert, jest fakt, że nie zaproponowano zatrzymania wsparcia dla nowych kotłów spalających węgiel. Kontynuacja takiego finansowania jest niezgodna z celami polityki energetycznej państwa, która zakłada odejście od spalania węgla w gospodarstwach domowych w miastach do 2030 roku.

– Teraz wydamy pieniądze, a za dwa lata powiemy: panie, likwiduj pan, bo już nie wolno. Ponadto z punktu widzenia zmiany klimatu i ograniczenia emisji gazów cieplarnianych absolutnie nie powinno się zamieniać gorszych kotłów węglowych na lepsze kotły węglowe. Także dyskusyjna jest sprawa gazu, ale tu musimy wyważyć między zdrowiem a zmianą klimatu. Jest też problem związany z pelletem, którego też jest nie tak dużo, jak by się chciało, a ponadto jest drogi – wymienia dr Andrzej Kassenberg.

Polski Alarm Smogowy podkreśla także, że wsparcie przeznaczone na ocieplenie domów i walkę ze smogiem są niewystarczające. Eksperci wiązali duże nadzieje na zmianę tej sytuacji z Krajowym Planem Odbudowy, jednak przewidziana w nim kwota też nie jest satysfakcjonująca. KPO zakłada bowiem 3,2 mld euro na termomodernizację i wymianę kotłów w domach jednorodzinnych i wielorodzinnych, podczas gdy – zdaniem PAS – powinno to być 10 mld euro.

– Aby uzyskać znacznie wyższe tempo wymiany pieców, należałoby uprościć całą procedurę w jeszcze większym stopniu, pomóc rodzinom najuboższym tak, ażeby one były w stanie zrealizować to przedsięwzięcie. Ponadto trzeba przeznaczyć na to więcej środków – ocenia ekspert Instytutu na rzecz Ekorozwoju i Koalicji Klimatycznej. – Uważam też, że należy w większym stopniu wiązać to z fotowoltaiką i pompami ciepła niż tylko samą wymianą kotłów.

Przygotowanie stoków narciarskich do reżimu sanitarnego kosztowało 600 tys. zł. Przez zamknięty sezon przychody branży spadły o 60–80 proc.

Zamknięcie stoków w okresie świątecznym i na czas ferii zimowych znacznie ograniczyło działalność stacji narciarskich. Wiele z nich pracowało tylko przez połowę sezonu, a część stacji wykorzystało zaledwie 30 proc. zimowych dni. Przedsiębiorcy są rozgoryczeni i zapewniają, że ryzyko zarażenia koronawirusem podczas korzystania z wyciągów i jazdy na nartach było znikome. – Stworzyliśmy skuteczne zasady reżimu sanitarnego i nie znam przypadku potwierdzonego zakażenia na terenie ośrodka narciarskiego – zaznacza Piotr Rzetelski, wiceprezes stowarzyszenia Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne. Teraz branża apeluje o wsparcie do kolejnego sezonu zimowego.

Przedstawiciele branży informują, że skrócenie sezonu mocno wpłynęło na przychody stacji narciarskich – spadły średnio o ok. 60–80 proc., co postawiło cały sektor w dramatycznej sytuacji. Dodatkowo każdy dzień zamknięcia stoków kosztował w sumie 5 mln zł. Rozgoryczenie przedsiębiorców z branży narciarskiej pogłębia fakt, że ryzyko zarażenia podczas korzystania z wyciągów i stoków było znikome.

W wielu krajach na świecie przeprowadzono badania, w których sprawdzono możliwość zarażania się w ośrodku narciarskim. Okazało się, że przy zastosowaniu reżimu sanitarnego przebywanie na terenie otwartym powoduje bardzo małe, a wręcz znikome ryzyko zakażenia się koronawirusem – zauważa w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Rzetelski.

W kolejkach gondolowych i na wyciągach wprowadzono ograniczenie do 50 proc. zajętych miejsc, a dodatkowo w wagonikach były otwarte okna. Z kolei badania przeprowadzone latem 2020 roku w miejscowościach turystycznych w Karkonoszach i Górach Izerskich pokazały, że nie ma korelacji między zwyżką zakażeń na COVID-19 a turystyką. Przedsiębiorców dziwią decyzje rządu o zamknięciu stoków, szczególnie w kluczowym momencie dla całej branży, czyli w szczycie sezonu zimowego na przełomie grudnia i stycznia. Także w styczniu i lutym ruch turystyczny jest o wiele wyższy niż średnia z pozostałych miesięcy.

Przebywanie na świeżym powietrzu buduje odporność i jest jak najbardziej wskazane, oczywiście z zachowaniem reżimu sanitarnego – podkreśla wiceprezes stowarzyszenia Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne.

Przy udziale PSNiT powstały zasady reżimu sanitarnego dla stacji narciarskich, które następnie zostały pozytywnie zaopiniowane przez sanepid. Samo przygotowanie do sezonu pochłonęło 32 mln zł, a koszty uruchomienia ośrodków narciarskich w reżimie sanitarnym to kolejne 600 tys. zł.

– Przez całe ubiegłe lato zbieraliśmy informacje o doświadczeniach ze stacji narciarskich w całej Europie. Bazowaliśmy na tym, jak inni przygotowują się do zimy i sezonu narciarskiego w różnych częściach świata. Zaproponowaliśmy m.in. dobrowolnie ograniczenie liczby turystów – jeden klient na 100 mkw. powierzchni ośrodka – oraz inne środki ochronne – maseczki, dezynfekcję w każdym możliwym miejscu oraz 50 proc. przepustowości na krzesełkach czy w gondolach. Do tego większość stacji wprowadziła automaty do bezobsługowej i bezgotówkowej sprzedaży oraz zwrotu karnetów. Stworzyliśmy izolatki dla ewentualnych zarażonych oraz wydzielone tunele prowadzące do wyciągów, aby w kolejkach został zachowany dystans społeczny – wymienia Piotr Rzetelski.

O zachowaniu zasad reżimu sanitarnego systematycznie przypominały komunikaty z głośników oraz pracownicy stacji, którzy w razie uchybień zwracali uwagę narciarzom. Niektóre stacje narciarskie przed rozpoczęciem działalności zwracały się do Inspekcji Sanitarnej o wsparcie w działaniach, aby reżim sanitarny został odpowiednio zaplanowany i egzekwowany. Sanepid odwiedzał stacje i kontrolował zachowanie zasad.

Kontrole sanepidu w moim obiekcie odbywały się codziennie, ale nie traktowałem ich jako formy nacisku, ale wsparcia w zachowaniu reżimu. Z każdej kontroli powstał protokół i w żadnym z nich nie pojawiły się uwagi lub zastrzeżenia. Wszystko zostało opisane i sfotografowane, a więc posiadamy dokumentację potwierdzającą, że nasze działania były właściwe. Nigdy nie było nawet podejrzenia, że u nas mogło dojść do zarażenia koronawirusem – zapewnia wiceprezes PSNiT.

Właściciele stacji narciarskich postulują do rządu o przygotowanie instrumentu wsparcia finansowego skierowanego do branży – wnioskują o rekompensatę do 60 proc. przychodów wyliczonych ze średniej z poprzednich sezonów. Chcą również, aby wachlarz PKD kwalifikujących się do wsparcia nie był ograniczony jak w tarczy PFR 2.0. Na liście postulatów są także: ulgi lub zwolnienia z podatku od nieruchomości i podatku od budowli na rok 2021 w drodze ustawy, dofinansowanie do wynagrodzeń pracowników, umorzenia ZUS, postojowe do następnego sezonu narciarskiego oraz preferencyjne stawki kredytów pozwalające na pokrycie zobowiązań leasingowych i kredytowych gwarantowane przez Skarb Państwa.

Już wkrótce szczepienia na COVID-19 będą mogły odbywać się w aptekach. Farmaceuci gotowi na nowe obowiązki

– Duża część aptek i farmaceutów w Polsce jest przygotowana do procesu szczepień – podkreślają przedstawiciele Związku Zawodowego Pracowników Farmacji. Dzięki podpisanej właśnie przez prezydenta ustawie będzie to możliwe już w II kwartale. Kilka tysięcy farmaceutów rozpoczęło szkolenia w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego potrzebne do tego, żeby wykonywać szczepienia. Rozszerzenie listy zawodów, które mogą to robić, ma przyspieszyć proces wyszczepiania społeczeństwa. Dodatkowe szczepionki Pfizera, który dotarły do Polski pół roku przed terminem, będą więc mogły zostać szybko wykorzystane.

Bez pomocy farmaceutów oraz pozostałych grup nie jesteśmy w stanie tak szybko zaszczepić populacji, jak byśmy tego chcieli. Jednym z liderów w zakresie szczepień na świecie jest Wielka Brytania, gdzie farmaceuci się chwalą i szczycą, że tak naprawdę dzięki nim jest tak wysoka wyszczepialność, nie tylko na COVID-19, ale i na grypę – mówi agencji informacyjnej dr n. farm. Piotr Merks, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Farmacji, sekretarz generalny Europejskich Związków Zawodowych Pracowników Zatrudnionych w Aptekach. – Gospodarka jest w fatalnym stanie i jedyną szansą ratunku w tej całej sytuacji jest to, żeby jak najwięcej ośrodków mogło pacjentów szczepić.

1 kwietnia prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, która daje prawo do kierowania pacjentów na szczepienia zdecydowanie szerszej grupie zawodów medycznych niż tylko lekarze, którzy do tej pory mogli to robić jako jedyni. W gronie tym mają się znaleźć m.in. farmaceuci, dentyści, pielęgniarki, położne czy ratownicy medyczni. Szczegółowa lista zawodów ma być opublikowana w rozporządzeniu ministra zdrowia. Farmaceuci po przejściu dwuetapowego szkolenia także będą mogli wykonywać szczepienia. Kilka tysięcy z nich przechodzi już szkolenia, które kończyć się będą egzaminem. Zmiany w Narodowym Programie Szczepień zakładają także, że szczepienia będą również odbywać się w aptekach.

– Apteki są przygotowane do prowadzenia szczepień. Bardzo duża część aptek w Polsce posiada już specjalnie przygotowane pokoje konsultacji, bo my o tym projekcie właściwie mówimy od kilku lat, a pandemia była tylko kropką nad i – podkreśla Piotr Merks. – Nasze trzy projekty badawcze już dawno wykazały, że farmaceuci, zwłaszcza ci, którzy zostali przeszkoleni, są gotowi do szczepień, a trening spowoduje, że przełamią swoje obiekcje.

Włączenie farmaceutów i aptek do NPS pozwoli zwiększyć przepustowość szczepień w obliczu zakupienia przez Polskę dodatkowej puli szczepionek Pfizera, która miała dotrzeć jesienią – to niemal milion dodatkowych dawek. Odpowiedzialny za NPS minister Michał Dworczyk zadeklarował, że na koniec marca wolnych było niemal 2,3 mln terminów.

Trzeba zebrać potrzebne materiały: igły, strzykawki, przeprowadzić odpowiedni trening, co już trwa. Obecnie 1,5 tys. farmaceutów jest po części teoretycznej szkolenia, oczekujemy na część praktyczną, w której uzyskamy certyfikaty do tego, żeby wesprzeć ośrodki, w których się szczepi na COVID-19 – mówi przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Farmacji. – Z uwagi na to, że szczepionki są dobrze poznane, jest to wiedza bardzo udoskonalona przez wiele lat, dochodząca do perfekcji, to nie jest coś bardzo skomplikowanego w podaniu. Ryzyko z nimi związane, np. wstrząsu anafilaktycznego czy działań niepożądanych, jest dosyć niskie.

W Polsce do 1 kwietnia podanych zostało ponad 6,2 mln dawek szczepienia, co nie jest równoznaczne z liczbą osób zaszczepionych (wysoką odporność dają dopiero dwie dawki). Tego dnia został również pobity rekord zakażeń i zgonów – w ciągu doby przybyło 35 251 nowych chorych oraz 621 zmarłych.

W Europie ze szczepieniami najlepiej radzi sobie Wielka Brytania, która rozpoczęła szczepienia wcześniej niż Unia Europejska i postawiła na podanie pierwszej dawki jak największej liczbie osób. Dzięki temu już około połowy liczącego ok. 67 mln ludzi kraju ma przeciwciała na COVID-19; częściowo w wyniku przejścia choroby, ale w większości w efekcie zaszczepienia. We Wspólnocie najlepiej radzi sobie obecnie Malta, a najsłabiej – Bułgaria.

– Nie można porównywać przychodni do aptek czy innych miejsc, gdzie takie szczepienia są realizowane. Tu nie chodzi o współzawodnictwo, tylko o zwiększenie dostępności dla pacjentów. Na świecie obecnie nawet personel pomocniczy w aptekach czy przychodniach już zaczął podawać szczepionki – informuje sekretarz generalny Europejskich Związków Zawodowych Pracowników Zatrudnionych w Aptekach. – Na przykładzie Irlandii i Wielkiej Brytanii widać, że duże znaczenie ma edukacja i zachęcenie pacjentów przez farmaceutę w aptece do tego, żeby się zaszczepili. Jak pacjent nie chce tego zrobić w aptece, zawsze może pójść do przychodni, ale tam pewnie dłużej poczeka. Natomiast aptekę każdy ma w promieniu 5 minut od miejsca zamieszkania.

Pandemia przyspieszyła przejście na płatności cyfrowe. Transakcje w czasie rzeczywistym wzrosły w 2020 roku o ponad 40 proc.

Pod koniec 2019 roku 40 krajów miało już rozwiązania do przetwarzania płatności w czasie rzeczywistym, a kilka kolejnych ogłosiło swoje plany uruchomienia takiej usługi przed 2023 rokiem. Pandemia koronawirusa przyspieszyła te działania. W 2020 roku przetworzono ponad 70,3 mld transakcji płatności w czasie rzeczywistym, co oznacza wzrost o 41 proc. względem 2019 roku – wynika z raportu ACI Worldwide i GlobalData. – Kraje z rozbudowaną infrastrukturą płatności cyfrowych radziły sobie lepiej z ograniczaniem negatywnych skutków ekonomicznych pandemii niż te, które jej nie mają – przekonuje Jeremy Wilmot z ACI Worldwide.

Jak wskazuje Deloitte, płatności w czasie rzeczywistym zyskiwały na znaczeniu w latach poprzedzających wybuch pandemii. Na koniec 2019 roku 40 krajów miało rozwiązania do przetwarzania płatności w czasie rzeczywistym, a kilka kolejnych ogłosiło swoje plany uruchomienia przed 2023 rokiem.

Podczas pandemii dostęp do natychmiastowych funduszy stał się nadrzędny dla konsumentów i przedsiębiorstw z punktu widzenia utrzymania płynności finansowej. Terminowość wypłat świadczeń, takich jak ubezpieczenie społeczne, zasiłki dla bezrobotnych, pomoc rządowa i inna pomoc finansowa, stała się głównym problemem. Wybuch koronawirusa skłonił również konsumentów i przedsiębiorstwa do ograniczenia gotówki i zwiększenia wykorzystania płatności zbliżeniowych.

– Pandemia zwróciła szczególną uwagę na znaczenie płatności cyfrowych i infrastruktury płatniczej. Innowacje, które normalnie pojawiłyby się w trakcie całej dekady, zostały wdrożone w ciągu jednego roku. Zmieniły się także potrzeby konsumenta, które już nie wrócą do stanu sprzed pandemii, nawet po wyjściu z kryzysu – przekonuje Jeremy Wilmot, dyrektor ds. produktu w ACI Worldwide.

Z najnowszego raportu ACI Worldwide i GlobalData wynika, że w 2020 roku przetworzono ponad 70,3 mld transakcji płatności w czasie rzeczywistym, co oznacza wzrost o 41 proc. r/r. Z 25,5 mld transakcji płatności w czasie rzeczywistym niekwestionowanym liderem są Indie. Podium uzupełniają Chiny (15,7 mld transakcji) i Korea Południowa (6 mld). W czołówce znajdują się też Tajlandia (5,2 mld), Wielka Brytania (2,8 mld), Nigeria (1,9 mld) i Japonia (1,7 mld). Szybko rośnie liczba transakcji w czasie rzeczywistym w Brazylii (1,3 mld i wzrost o 58 proc. r/r)

Do krajów najszybciej rozwijających się w zakresie płatności w czasie rzeczywistym zalicza się Chorwację z oczekiwaną roczną stopą wzrostu na poziomie 374,4 proc. w latach 2020–2025, Kolumbię (112,7 proc.), Malezję (83,9 proc.), Peru (74,4 proc.) i Finlandię (71,4 proc.)

Regionem o najwyższym wzroście (CAGR 2020–2025) będzie Ameryka Północna (36,5 proc.), ponieważ zarówno Kanada, jak i Stany Zjednoczone modernizują systemy czasu rzeczywistego (RTR i FedNow).

– Kraje posiadające już rozbudowaną infrastrukturę płatności cyfrowych radziły sobie lepiej z ograniczaniem negatywnych skutków ekonomicznych pandemii niż te, które jej nie mają. Płatności w czasie rzeczywistym umożliwiły rządom i instytucjom finansowym przyspieszenie bardzo potrzebnych i oczekiwanych dopłat oraz wypłat środków z tytułu tarcz pomocowych dla obywateli. Umożliwiły również zachowanie płynności finansowej firmom, które musiały dostosować się do zakłóconych łańcuchów dostaw – wskazuje Jeremy Wilmot.

Ponieważ miliony ludzi na całym świecie zmieniły sposób, w jaki pracują, robią zakupy i płacą, adaptacja portfela mobilnego wzrosła do historycznego poziomu 46 proc. w 2020 roku. Dla porównania w 2019 roku było to 40,6 proc. i 18,9 proc. w 2018 roku.

– Płatności w czasie rzeczywistym globalnie wciąż znajdują się w początkowej fazie rozwoju. W wielu krajach koncentrują się głównie na oczywistym przypadku użycia płatności P2P – wskazuje Samuel Murrant, główny analityk ds. płatności w GlobalData. – Pandemia dała możliwość przyspieszenia ścieżki wzrostu dla tych instrumentów.

Udział w czasie rzeczywistym globalnych transakcji elektronicznych w 2020 roku wyniósł 9,8 proc., przy 7,6 proc. w 2019 roku. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 17,4 proc.

Znacząco wzrosła również wartość transakcji w czasie rzeczywistym – z 69 bln dol. do 92 bln dol. w ciągu roku (wzrost o 32,8 proc. od 2019 roku). Do 2025 roku średnioroczny wzrost wyniesie 12 proc.

– Gdy konsumenci przyzwyczają się do szybkości rozliczania płatności P2P w czasie rzeczywistym, w naturalny sposób przejdą do korzystania z nich w handlu elektronicznym, porzucając stosunkowo wolniejszy i mniej wygodny proces korzystania z kart płatniczych. Stąd już tylko krok do przejścia do szybkich płatności w sklepach – wskazuje Samuel Murrant.

Stanowisko PRCH ws. ustawowej regulacji czynszów w centrach handlowych

Jesteśmy zaskoczeni i oburzeni ogłoszonymi dzisiaj przez rząd, niekonsultowanymi uprzednio z branżą, kolejnymi planami wsparcia najemców kosztem wynajmujących. Ogłoszone zmiany dotyczące ustawowego regulowania sposobu kształtowania umów najmu między dwoma niezależnymi podmiotami są zaskakującym rozwiązaniem niezgodnym z prawem. Pogłębiają nierówność stron i antagonizują uczestników rynku. Ustawodawca proponuje kolejne już, po abolicji czynszowej – art. 15ze ustawy covidowej – nieadekwatne i niedopasowane do indywidualnych sytuacji uczestników wolnego rynku – ustawowe rozwiązanie.

Przypominamy, że wynajmujący powierzchnie handlowe zostali w ciągu ostatniego roku pozbawieni około połowy swoich rocznych przychodów – 5,5 mld zł – którymi sfinansowali pomoc najemcom, ponosząc koszty abolicji czynszowej i koszty dobrowolnych, czasowych upustów w czynszach. Obecnie , również ze względu na realizowane w stosunku do podmiotów zewnętrznych swoje zobowiązania finansowe, nie mają już środków na finansowanie pomocy najemcom. Nieruchomości handlowe są finansowane w 70-80 proc. z kredytów bankowych, a umowy najmu są zabezpieczeniem spłacanych kredytów. Obniżenie łącznej wartości umów najmu, nawet o 10- 20 proc. powoduje niewypłacalność wynajmującego. W propozycji rządu pojawiają się obniżki rzędu 80 proc. podczas lockdownu oraz 50 proc. przez kolejne trzy miesiące po nim, przy całkowitym braku rekompensaty, czy wskazania możliwych źródeł wsparcia wynajmujących, czy to ze strony tarcz rządowych, czy PFR.

Rząd po raz kolejny przerzuca koszty wprowadzanych lockdownów na właścicieli i zarządców centrów handlowych, jednocześnie nie proponując im żadnej pomocy. Wynajmujący  zostali wyłączeni z jakiejkolwiek pomocy państwa. Natomiast najemcy otrzymali tę pomoc na trzech poziomach – w postaci abolicji czynszowej (art. 15ze), upustów sfinansowanych przez wynajmujących oraz od rządu w ramach tarcz pomocowych.

Wprowadzenie z jednej strony znaczących obniżek czynszów, a z drugiej możliwości decydowania przez wynajmującego o wysokości opłaty w zależności od sytuacji najemcy, nie rozwiązuje problemu, gdyż najemcy będą wybierać niezależnie od swojej sytuacji finansowej, najkorzystniejsze dla siebie rozwiązanie. Wyniki, które osiągają w centrach handlowych są często zaburzone przez wykorzystanie infrastruktury obiektów handlowych, nie tylko do handlu offline, ale również  do obsługi handlu internetowego, w postaci na przykład zwrotów towaru, które obniżają całkowity wynik obrotowy sklepu.

Żądamy od rządu wycofania się z przedstawionej propozycji lub uruchomienia adekwatnej, do narzuconych przez ustawodawcę obciążeń, pomocy skierowanej do wynajmujących, która pozwoli udzielić najemcom ogłoszonych rabatów. Stoimy również na stanowisku, że najkorzystniejszym rozwiązaniem jest uruchomienie dopłat do kosztów stałych obejmujących czynsze dla najemców, tak jak ma to miejsce w demokratycznych państwach. Zwracamy się również do sektora bankowego, który jest najważniejszym elementem funkcjonowania branży centrów handlowych, o wsparcie naszych postulatów oraz wdrożenie programu pomocy dla właścicieli centrów handlowych uwzględniającego stałe zwolnienie z części kosztów obsługi długu bankowego.

Brak symetrycznego i adekwatnego wsparcia branży centrów handlowych oraz wdrożenie rozwiązań ogłoszonych podczas konferencji prasowej KPRM będzie skutkować negatywnymi konsekwencjami dla sektora bankowego, finansującego branżę centrów handlowych oraz procesami sądowymi wobec skarbu państwa.

ATAL zakontraktował 848 lokali w Q1 2021 roku

ATAL, ogólnopolski deweloper, w pierwszym kwartale 2021 roku zakontraktował 848 mieszkań, czyli o 14,28 proc. więcej niż przed rokiem. W analogicznym okresie roku poprzedniego sprzedaż plasowała się na poziomie 742 lokali. W marcu podpisano 400 umów deweloperskich – to rekordowy miesięczny wynik w historii spółki. Spółka zakłada, że kontraktacja w 2021 roku wyniesie co najmniej 3 200 lokali.

W poszczególnych miesiącach I kwartału 2021 roku spółka zakontraktowała następującą liczbę aktywnych umów deweloperskich i przedwstępnych: styczeń – 212, luty – 236 oraz marzec – 400.

 Na koniec zeszłego roku w ofercie mieliśmy ponad 4 tys. lokali. W pierwszym kwartale zakontraktowaliśmy 848 lokali mieszkalnych, usługowych i inwestycyjnych. Ponadto w marcu sprzedając 400 lokali osiągnęliśmy historycznie najwyższy wynik sprzedaży. W kolejnych miesiącach przewidujemy utrzymanie się tendencji sprzedażowych odnotowanych w pierwszym kwartale roku. Czynnikiem wspierającym ten stan rzeczy jest naturalnie wysoki popyt, ale także atrakcyjność naszych nieruchomości na rynku inwestycyjnym – mówi Zbigniew Juroszek, prezes zarządu  ATAL S.A.  

ATAL w 2020 roku przekazał klientom 3 002 lokale mieszkaniowe i usługowe. To rekordowy wynik w historii spółki i jednocześnie wzrost o 70 proc. w stosunku do poziomu wydań wypracowanego w 2019 roku (1 769). Najwięcej lokali zostało wydanych w Warszawie (685), Łodzi (598), Krakowie (479) oraz we Wrocławiu (438).

W 2020 roku ATAL zakontraktował 2 896 lokali. To wynik zgodny z założeniami dewelopera, które uwzględniły korektę związaną z nadzwyczajną pandemiczną sytuacją. W samym tylko czwartym kwartale minionego roku nabywców znalazły 824 lokale.

W 2020 roku ATAL pozyskał 9 nowych gruntów inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Trójmieście oraz w Katowicach. Łączny koszt zakup nowych działek to ok. 51 mln zł, w przeliczeniu na 1 mkw. PUM to niespełna 600 złotych, co potwierdza realizację racjonalnej polityki zakupu działek pod inwestycje. Tereny pozwolą na realizację 86 tys. mkw. PUM. Obecny bank ziemi w posiadaniu spółki w pełni zabezpiecza plany inwestycyjne spółki na najbliższe lata.