Polski start-up opracował pierwszy na świecie system płatności za pomocą skanu tęczówki. Okiem będzie można zapłacić m.in. za komunikację miejską

PayEye opracowało pierwszy na świecie system płatności oparty na biometrii tęczówki oka. Wystarczy jedno spojrzenie, by zapłacić szybko, wygodnie i przede wszystkim bezpiecznie. Tęczówka ma ponad 250 indywidualnych cech i nawet u bliźniaków jednojajowych jest zupełnie różna. Technologia pobiera cyfrowo zeskanowany obraz tęczówki, który jest następnie konwertowany na specjalny kod w celu autoryzacji płatności. W systemie nie jest przechowywany skan tęczówki, a jedynie kod. Skany tęczówki mogą mieć jednak znacznie szersze zastosowania, m.in. na lotniskach.

– Już teraz nie ma problemu, że zapomnieliśmy portfela z gotówką z domu, zgubiliśmy kartę albo rozładował nam się telefon i nie mamy czym zapłacić. Możemy w tej sytuacji płacić okiem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Stefan Augustyn, rzecznik prasowy PayEye.

Biometria coraz mocniej wkracza do świata płatności. Niedawno Visa uruchomiła pilotażowy program nowej karty biometrycznej z dwoma interfejsami (z obsługą chipów i zbliżeniowo) we współpracy z Mountain America Credit Union i Bank of Cyprus. Karta przetestuje użycie rozpoznawania odcisków palców jako alternatywę dla kodu PIN lub podpisu w celu uwierzytelnienia posiadacza karty podczas transakcji. Pilotaż jest zarządzany za pośrednictwem programu Visa Ready for Biometrics. Z kolei transakcje zakończone za pomocą 3D Secure obejmują uwierzytelnianie biometryczne, takie jak rozpoznawanie głosu, skan twarzy lub skan linii papilarnych.

Polski start-up poszedł jednak o krok dalej i stworzył pierwszy na świecie system płatności oparty na biometrii tęczówki oka. Wystarczy założyć konto na stronie PayEye i udać się do jednego z punktów, w którym skanowana jest tęczówka.

– Wygląd tęczówki oka jest przekształcany na specjalny PayEye kod i już pierwszą płatność dokonujemy tym kodem. Spoglądamy w urządzenie, ono nas identyfikuje po wyglądzie naszej tęczówki oka, weryfikuje to z kodem, który został tylko indywidualnie nam przypisany, i w ten sposób dokonuje się płatność – tłumaczy Stefan Augustyn.

Samo urządzenie iPOS, za pomocą którego skanowana jest tęczówka, niewiele się różni od zwykłych terminali. Przy płatności należy jedynie spojrzeć w dwa punkty, a system zweryfikuje kupującego. PayEye działa pod nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego i ma status Małej Instytucji Płatniczej.

Płatności biometryczne są znacznie bezpieczniejsze od tych tradycyjnych, które wymagają np. podania PIN-u. Dlatego można już płacić skanem linii papilarnych czy za pomocą skanu twarzy. Jak jednak przekonuje ekspert, to właśnie biometria oparta na skanie tęczówki jest najbezpieczniejsza.

– Tęczówka ma ponad 250 indywidualnych cech. Nawet prawe oko od lewego się różni, także u bliźniaków jednojajowych te tęczówki są bardzo różne, więc tu mamy bardzo wysoki faktor bezpieczeństwa. Z tego też powodu widzimy, że to rozwiązanie może być upowszechnione w wielu miejscach przy wykorzystaniu naszej technologii – przekonuje rzecznik prasowy PayEye.

Co istotne, firma przechowuje w swoich systemach wyłącznie generowany przez skan tęczówki kod. Ten zaś nie odzwierciedla w żaden sposób wyglądu tęczówki.

– Ani zdjęciem, ani wydrukiem oka, ani jakąkolwiek inną technologią, pokazaniem filmiku nie da się przeprowadzić tej płatności. Nasze urządzenie bada też przy okazji żywotność oka i dopiero na tej podstawie podejmuje decyzję, że właśnie płatności dokonuje ta konkretna osoba i jest do tego uprawniona – wskazuje Stefan Augustyn.

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości wsparła PayEye dotacją w wysokości ponad 460 tys. zł. Na razie skanem tęczówki można płacić w 120 punktach we Wrocławiu. Firma chce jednak jeszcze w tym roku wejść do innych polskich miast, a następnie na rynki zagraniczne.

– Ostatnio dołączyło do tego grona wrocławskie MPK. Pilotażowo jedno urządzenie zostało zainstalowane w Biurze Obsługi Podróżnych przy ul. Prusa. Tam właśnie okiem, jednym spojrzeniem możemy zapłacić za bilety okresowe, doładować kartę Urbancard, którą później się posługujemy w pojazdach komunikacji miejskiej, a także, choć oczywiście tego nie rekomendujemy, można nawet zapłacić jednym spojrzeniem za mandat – mówi ekspert. – Widzimy zainteresowanie technologią praktycznie z całego świata. Jeszcze nikt na świecie takiego projektu nie zrealizował  do komercyjnych płatności, do tego, co jest absolutnie dostępne dla zwykłego Kowalskiego.

Technologia biometryczna oparta na skanie tęczówki może mieć jednak znacznie więcej zastosowań niż tylko w płatnościach. Może również zrewolucjonizować weryfikację i bezpieczeństwo.

– Jeżeli mamy dostęp do jakichś pomieszczeń i chcielibyśmy mieć stuprocentową pewność, że nikt się nie wymienił kartą, którą można przybliżyć i otworzyć drzwi, to tęczówka oka idealnie się nada. Jest to też superrozwiązanie np. do wyznaczenia jakichś stref dostępowych albo identyfikacji osób na lotnisku czy imprezach masowych – wymienia Stefan Augustyn.

Ilość wody na Marsie może być równa połowie Oceanu Atlantyckiego. Według naukowców jest uwięziona w minerałach

Co najmniej 30 proc. wody, która niegdyś istniała na Marsie, może być uwięzione w minerałach i skorupie planety. Naukowcy odkryli, że ok. 4 mld lat temu było na nim tyle wody, ile pozwoliłoby pokryć całą planetę oceanem o głębokości od 100 do 1500 metrów. To objętość połowy Oceanu Atlantyckiego. Wcześniej naukowcy sądzili, że po utracie przez Czerwoną Planetę ochronnego pola magnetycznego promieniowanie słoneczne i wiatr słoneczny pozbawiły ją znacznej części powietrza i wody. Nowych dowodów na istnienie wody na Marsie może dostarczyć łazik Perseverance.

Kilka miliardów lat temu Czerwona Planeta była znacznie bardziej niebieska. Według dowodów wciąż znajdujących się na powierzchni woda na Marsie tworzyła baseny, jeziora i głębokie oceany. Jeszcze 4 mld lat temu wody było tyle, że mogłaby pokryć całą powierzchnię planety oceanem o głębokości nawet 1500 metrów. To objętość w przybliżeniu odpowiadająca połowie Oceanu Atlantyckiego. Obecnie powierzchnia Czerwonej Planety jest sucha.

Najnowsze badania naukowców z Politechniki Kalifornijskiej i Laboratorium Napędu Odrzutowego NASA wskazują jednak, że woda wciąż na Marsie istnieje. Została tylko uwięziona w minerałach i skorupie planety. Wcześniej naukowcy sądzili, że po utracie przez Czerwoną Planetę ochronnego pola magnetycznego promieniowanie słoneczne i wiatr słoneczny pozbawiły ją znacznej części powietrza i wody, która wyparowała do kosmosu.

– Ucieczka atmosferyczna nie wyjaśnia w pełni ilości wody, która według naszych danych kiedyś istniała na Marsie – podkreśla doktorantka Politechniki Kalifornijskiej Eva Scheller, która opublikowała swoje badania w prestiżowym czasopiśmie „Science”.

Naukowcy zbadali zakładaną ilość wody na Marsie w czasie we wszystkich formach (para, ciecz i lód) oraz skład chemiczny obecnej atmosfery i skorupy planety na podstawie analizy meteorytów. Wykorzystali także dane dostarczone przez łaziki i orbitery marsjańskie, zwracając przy tym szczególną uwagę na stosunek deuteru do wodoru. Zdecydowana większość atomów wodoru ma tylko jeden proton w jądrze atomowym, ok. 0,02 proc. występuje w postaci deuteru, który w jądrze ma proton i neutron. Lżejszy wodór szybciej ucieka w kosmos niż jego cięższy odpowiednik.

Porównując poziomy lżejszych atomów wodoru i cięższych atomów deuteru w próbkach marsjańskich, naukowcy mogą oszacować, ile zwykłego wodoru mogła utracić Czerwona Planeta w czasie. Ponieważ każda cząsteczka wody składa się z dwóch atomów wodoru i jednego atomu tlenu, szacunki utraty wodoru na Marsie odzwierciedlają zatem, ile wody zniknęło, gdy promieniowanie słoneczne rozbiło ją na Czerwonej Planecie na cząsteczki wodoru i tlenu.

– Cała ta woda została dość wcześnie odseparowana i potem nigdy nie wypłynęła – wskazuje Eva Scheller.

W ramach nowych badań naukowcy odkryli, że reakcje chemiczne mogły doprowadzić do tego, że 30–99 proc. wody pozostało na planecie. Reszta trafiła do kosmosu, co może wyjaśnić stosunek wodoru do deuteru obserwowany na Marsie.

– Ucieczka z atmosfery wyraźnie odegrała rolę w zmniejszeniu zasobów wody na Marsie, jednak odkrycia misji marsjańskich z ostatniej dekady wskazują na fakt, że istniał tam ogromny rezerwuar starożytnych uwodnionych minerałów, których formowanie z pewnością zmniejszyło dostępność wody z biegiem czasu – tłumaczy Bethany Ehlmann, profesor planetologii i zastępca dyrektora Instytutu Badań Kosmicznych im. Kecka.

Kiedy woda wchodzi w interakcję ze skałą, chemiczne wietrzenie tworzy gliny i minerały, które zawierają wodę jako część ich struktury. Taki proces zachodzi na Ziemi, ale i na Marsie. Ponieważ Ziemia jest aktywna tektonicznie, tworzy się nowa skorupa na granicach płyt, zwracając wodę i inne cząsteczki z powrotem do atmosfery. Mars jest w większości nieaktywny tektonicznie, więc jeśli powierzchnia wyschnie, to już na stałe.

Naukowcy czekają teraz na wyniki, które przekaże łazik Perseverance należący do NASA. Wylądował na Marsie w lutym i może pomóc doprecyzować szacunki, ile wody faktycznie zostało na Czerwonej Planecie.

– Badania, które opierały się na danych z meteorytów, teleskopów, obserwacji satelitarnych i próbek analizowanych przez łaziki na Marsie, pokazują, jak ważne jest badanie Czerwonej Planety na wiele różnych sposobów – mówi Eva Scheller.

Silny dolar

Złoty traci na swej sile. W ciągu miesiąca dolar zdrożał o prawie 20 groszy. Wzrost jego kursu wobec polskiej waluty przekroczył 4,5 proc.

Dolar jest bardzo mocny na rynku walutowym, potwierdzenie znajdujemy na parze EUR/USD, gdzie doszło do spadku poniżej poziomu 1,20.

– Mocny dolar to efekt wysokich oczekiwań inflacyjnych, a z tym związane są nadzieje inwestorów na wyższe stopy procentowe w USA, bo sposobem na zwalczanie inflacji są wyższe stopy procentowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.

Amerykański bank centralny zapewnia jednak, że nie będzie w bliskim czasie podwyżek stóp procentowych. Pod tym względem podobne są też zapewnienia prezesa NBP.

– W normalnych czasach, gdyby nie było pandemii, przy takiej inflacji mielibyśmy podwyżki stóp procentowych, a to, że takich podwyżek nie należy się spodziewać nie jest dobrą informacją dla złotego, który teraz jest dość słaby – komentuje ekspert XTB.

Niestandardowe działania NBP, polegające na skupie aktywów też mają być kontynuowane przez dłuższy czas. Nie ma to jednak tak dużego wpływu na siłę polskiej waluty, a porównaniu do skutków działań Fed i EBC.

– W tym roku złoty powinien być mocniejszy, a dolar znacznie słabszy, powinniśmy zobaczyć poziom 3,50 – 3,60 zł za dolara – dodaje M.Stajniak. – Jednak, gdyby doszło do rozwoju pandemii, wówczas za dolara zapłacimy nawet 4 zł, jednak nie traktuję, że taki scenariusz jest bazowy.

Hotelarzom kurczą się rezerwy gotówki. Co czeka rynek hotelowy?

Polacy chętniej niż wiosną ubiegłego roku wracają do hoteli w miejscowościach wypoczynkowych. Na gości nadal czekają hotele biznesowe.

Jak wynika z analiz JLL, w momencie ogłoszenia ponownego odmrożenia gospodarki zaplanowanego na 12 lutego, do hoteli zaczęło napływać dużo więcej zapytań o nowe rezerwacje niż po otwarciu obiektów hotelowych w maju. Właściciele hoteli w miejscowościach turystycznych liczą na udaną wiosnę i lato, z kolei hotele miejskie czekają na powrót klienta korporacyjnego i zagranicznych gości.

Przez większość 2020 roku polskie hotele funkcjonowały albo na ograniczonych zasadach albo nie funkcjonowały wcale, a z końcem grudnia zostały całkowicie zamknięte na prawie siedem tygodni. Tym samym w Polsce wprowadzono najsurowsze ograniczenia działalności obiektów hotelowych w całej Europie – byliśmy jedynym krajem, w którym nie można było realizować nawet podróży służbowych.

Moment ponownego otwarcia hoteli w lutym sprawił, że w sam weekend walentynkowy w panowało w nich prawdziwe oblężenie. Dotyczyło to przede wszystkim miejscowości wypoczynkowych, ale też niektórych miast. Tygodnie po 14 lutego to powrót do stanu, który obserwowaliśmy już podczas wakacji. W hotelach miejskich bardzo trudno o gościa, natomiast hotele w miejscowościach turystycznych nie mają problemu z obłożeniem. Popyt turystyczny w Polsce ponownie okazuje się dużo bardziej odporny na pandemię, komentuje Agata Janda, Dyrektor ds. Doradztwa Hotelowego, JLL.

Wiele hoteli turystycznych sprzedaje wszystkie możliwe pokoje, czyli 50% ogólnego stanu przy obecnie obowiązujących obostrzeniach. Już teraz spływają tam również rezerwacje na Święta Wielkanocne, majówkę oraz wakacje, pojawiają się też rezerwacje na kwiecień, ponieważ goście chcą skorzystać z niższej ceny.

Zmęczenie lockdownem spowodowało, że Polacy planują wyjazdy „last minute”, do miejscowości, do których można dojechać samochodem. Jednocześnie przestaliśmy dokonywać rezerwacji podróży w oparciu o złożone kryteria wyboru. Teraz jedynym kryterium jest po prostu chęć zmiany scenerii. Chcemy być gdziekolwiek, oby to nie było nasze własne mieszkanie, dodaje Agata Janda.

Hotele miejskie czekają na gości

Hotele zlokalizowane w największych polskich aglomeracjach znajdują się w najtrudniejszej sytuacji, ponieważ opierają się głównie na gościach biznesowych, a tych od wielu miesięcy brakuje. Z szeregiem wyzwań mierzą się również te miasta, które mocno polegają na gościach międzynarodowych. Przykładem jest Kraków, najchętniej odwiedzana przez międzynarodowych turystów destynacja w Polsce.

Niestety prognozy Credit Suisse studzą nastroje wśród właścicieli hoteli miejskich – w 2021 roku możemy spodziewać się spadku liczby międzynarodowych podróżnych służbowych o około 65% w stosunku do roku 2019. Niektóre podmioty aktywne na rynku szeroko rozumianych podróży przewidują, że pandemia na trwale zredukuje popyt podróży służbowych nawet o 25-50%.

Jednak kurczący się rynek podróży służbowych nie musi oznaczać proporcjonalnych spadków dla branży hotelowej. Warto zwrócić uwagę na to, że przed pandemią wiele podróży biznesowych było realizowanych w obrębie jednego dnia, bez noclegu. To właśnie one w największym stopniu będą zastąpione przez telekonferencje. Wyjazdy, które wymagały pobytów w hotelach, czyli wyjazdy kilkudniowe, trudniej będzie zastąpić przez wideospotkania i jest wysoce prawdopodobne, że będą one wydłużać się w porównaniu do sytuacji sprzed pandemii, tak aby zminimalizować liczbę podróży, tłumaczy Agata Janda.

Paradoksalnie zatem, zmiana trendu w liczbie odbywanych podróży służbowych może wygenerować więcej rezerwacji w hotelach.

Bardzo trudna sytuacja wielu polskich hotelarzy

Aktualnie jednak, pomimo ponownego otwarcia hoteli, sytuacja wielu polskich hotelarzy jest bardzo trudna. Tylko około 25% wszystkich hoteli w Polsce to obiekty zlokalizowane w miejscowościach typowo turystycznych, czyli tam, gdzie o gości hotelowych dzisiaj najłatwiej. Reszta tego typu nieruchomości już prawie od roku funkcjonuje w rzeczywistości minimalnych przychodów i skrajnej niepewności rynkowej.

Od maja właściciele hoteli wykorzystywali rezerwy gotówki, przesuwali fundusze remontowe na bieżące operacje, korzystali z dostępnych narzędzi pomocowych z państwa i z sektora bankowego, w tym moratoriów na spłaty kredytów. Ale przy zerowym przychodzie trudno z pakietów pomocowych pokryć chociażby koszty stałe. Nawet przy zamkniętym hotelu, te tylko w około 16% są pokryte przez szeroko rozumianą pomoc państwa, wskazuje Agata Janda.

Dodatkowo, koszty restrukturyzacji zadłużenia wzrastają, a banki mało przychylnie podchodzą do udzielania kredytów dla branży. Trudną sytuację właścicieli hoteli w Polsce potęguje też fakt, że w większości są to indywidualni przedsiębiorcy, a nie instytucjonalny kapitał, który jest obecny na bardziej dojrzałych rynkach hotelowych Europy. Prywatnym właścicielom szybciej kurczą rezerwy gotówki i mocniej dotyka ich niepewność panująca na rynku.

Ten negatywny sentyment powoli zaczyna przekładać się na decyzje właścicieli odnośnie sprzedaży hoteli. Póki co, widzimy przede wszystkim zmianę na poziomie mentalnym. Przedsiębiorcy, którzy przed pandemią nie rozważali sprzedaży swoich obiektów w ogóle, zaczynają teraz tę opcję brać pod uwagę. Na razie nie ma jednak po stronie właścicieli dużej elastyczności na poziomie ceny, a właśnie elastyczności poszukują inwestorzy zainteresowani obecnie rynkiem hotelowym, tłumaczy Agata Janda.

Sektorem hotelowym interesują się inwestorzy oportunistyczni

Okresy dużej niepewności rynkowej generują wzmożone zainteresowanie kapitału oportunistycznego, który akceptuje zakupy na wyższym poziomie ryzyka, czyli po odpowiednio niższej cenie i przy wyższych stopach kapitalizacji. Celuje on zatem głównie w nieruchomości znajdujące się albo w trudnej sytuacji finansowej lub prawnej. Inną grupą funduszy są te, poszukujące obiektów z potencjałem do zmiany funkcji, zwłaszcza w ramach szeroko rozumianego sektora living, a także rebrandingu, czy modernizacji, co przełoży się na podniesienie jego wartości i pozwoli sprzedać dany produkt w wyższej cenie, tłumaczy Jakub Kleban, Dyrektor w Dziale Wycen Nieruchomości, JLL.

Na razie jednak rynek nie wygenerował znaczących transakcji hotelowych, które byłyby pokłosiem pandemii, chociaż JLL obserwuje coraz więcej zakulisowych rozmów w sprawie potencjalnych sprzedaży. Warto jednak podkreślić, że na początku lutego tego roku została sfinalizowana sprzedaż Hotelu Regent (były Hyatt) przy ulicy Belwederskiej w Warszawie. Syndyk przejął masę upadłości już w 2018 roku, ale dopiero w kwietniu ubiegłego roku zostały przedstawione warunki przetargu i aukcji. Hotel został kupiony przez PHN Property Management, spółkę zależną PHN i PHH za kwotę 130,5 mln PLN.

Pandemia przyspiesza zmiany

Pojawienie się COVID-19 wzmocniło globalne trendy hotelowe – począwszy od zmian dotyczących aranżacji części wspólnych i pokoju, a kończąc na coraz bardziej rozbudowanych rozwiązaniach technologicznych. Wiele grup hotelowych zgłasza chęć rozbudowywania marek hotelowych o pokoje z aneksami kuchennymi, bo od kilku lat takie właśnie pokoje coraz chętniej wybierają goście, a pandemia tylko przyśpieszyła ten trend. Grupa Accor z kolei wprowadza cyfrowy klucz do otwierania pokoi, czy uruchamiania windy, który będzie dostępny w formie aplikacji na telefon.

Mocnym impulsem do zmian było też wejście na giełdę Airbnb. Sukces spółki, której kapitalizacja obecnie przekracza kapitalizację Marriotta, Hiltona i Hyatta razem wziętych, pokazuje, że podróżni szukają lokalnych i autentycznych doświadczeń i w oparciu o to kryterium dokonują rezerwacji pokoi, wskazuje Agata Janda.

Hotele będą dostosowane do nowych wymagań podróżujących, ponieważ na skutek pandemii granica pomiędzy podróżowaniem, pracą i życiem zaczęła się zacierać. Hotele powoli będą stawać się „one stop shop”, czyli miejscem gdzie wszystkie te elementy będzie można ze sobą połączyć.

Już teraz globalnie obserwujemy, że sale konferencyjne i lobby hotelowe są konwertowane i adaptowane pod przestrzenie coworkingowe, które szturmem wchodzą też do biur, a nawet centrów handlowych. Podobnych zmian z czasem możemy spodziewać się również w polskich hotelach. Wcześniej wspomniana elastyczność i umiejętność dostosowywania się do zmieniających się nastrojów konsumentów to warunek odbicia się rynków hotelowych na całym świecie, podsumowuje Agata Janda.

Pandemia przyspieszyła transformację cyfrową w ponad połowie polskich firm

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez EY Polska, transformacja cyfrowa przyspieszyła w czasie pandemii w ponad połowie firm, a 27% badanych przedsiębiorstw przyznaje wręcz, że zostało zmotywowanych do działania w tym obszarze wyłącznie przez pandemię. W 8% firm transformacja cyfrowa na skutek pandemii spowolniła, a w 1% firm proces z tego powodu się zatrzymał. W około jednej trzeciej badanych firm (32%) pandemia nie miała żadnego wpływu na transformację cyfrową.

– Firmy, które w ostatnim roku szybko zareagowały na sytuację związaną pandemią i przeprowadziły transformację, nie tylko zdobyły nowych klientów i zwiększyły przychody, ale znacząco poszerzyły skalę działalności, zyskując przewagę konkurencyjną. Przedsiębiorstwa zostały zmuszone do natychmiastowego działania za sprawą lockdownów i przeniesienia w dużej mierze pracy z biur do domów. Okazało się, że narzędzia i rozwiązania, których implementacja rozplanowana była na lata, musiały zostać zastosowane niemalże z dnia na dzień. Oczywiście ci, którym się to udało i którzy mogli sobie na to pozwolić dziś mogą mówić o sukcesie. Ci, którzy z różnych powodów nie weszli na ścieżkę transformacyjną w ostatnich kilkunastu miesiącach będą jednak musieli nadrobić stracony czas i dystans dzielący ich do bardziej ucyfrowionej konkurencji. Dziś już bowiem wiemy, że powrotu do dawnej normalności raczej nie będzie – mówi Michał Kopyt, Partner w Dziale Doradztwa Biznesowego, Lider Doradztwa Technologicznego w EY.

Niezależnie od zaawansowania procesów transformacji cyfrowej, znakomita większość ankietowanych (aż 91%) dostrzega potencjał z nią związany. Upatrują w niej przede wszystkim szans na zwiększenie efektywności (77%), traktują ją jako odpowiedź na potrzeby klientów (61%) i sposób na redukcję kosztów (60%). Dla 53% transformacja cyfrowa to z kolei możliwość rozwoju. Jeden na pięciu ankietowanych uznaje, że to szansa na nadrobienie zaległości.

Rys.1. Czym, z punktu widzenia firm, jest transformacja cyfrowatransformacja cyfrowa

Co ciekawe, dla 27% badanych transformacja cyfrowa to przede wszystkim jednak inwestycja w technologię, nieznacznie mniejszy odsetek (25%) deklaruje, że to proces przemian w firmie, wykraczający poza rozwiązania technologiczne. W sumie ponad połowa badanych (55%) twierdzi, że transformacja cyfrowa jest częścią strategii, ale 36% wprowadza ją w odpowiedzi na bieżące problemy. W 5% firm narzucana jest przez czynniki niezależne od firmy, a 4% wprowadza ją, gdy na rynku pojawią się ciekawe rozwiązania.

– Blisko 80% badanych firm nadaje transformacji cyfrowej wysoki lub średni priorytet, ale wyniki naszego badania pokazują jak w soczewce, że podejście do transformacji cyfrowej w polskich firmach jest spolaryzowane i w każdym przedsiębiorstwie może oznaczać zupełnie co innego. Duża grupa firm uważa, że to jedynie inwestycja w technologię, ale są też tacy, którzy deklarują, że jest ona dla nich całościowym i wielopłaszczyznowym etapem zmian w firmie. Niezależnie od tego, w której są grupie, niemal wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że generuje ona dla firmy potencjał, choć zdają sobie sprawę z tego, że do jej przeprowadzenia konieczna będzie zmiana dotychczasowego sposobu myślenia – dodaje Michał Kopyt.

Zapytani o to, jakie rozwiązania w związku z transformacją cyfrową wdrożono, respondenci najczęściej wskazywali na zakup sprzętu lub infrastruktury, co potwierdza tylko, że polskie spółki rozumieją digitalizację głównie jako automatyzację, a bardziej zaawansowane rozwiązania związane z procesem transformacji cyfrowej nie są zbyt popularne. Wdrożenie bazy danych, narzędzi z zakresu cyberbezpieczeństwa czy przeniesienie procesów do chmury to kolejne najczęściej podejmowane inicjatywy. Zdecydowanie najmniejszą popularnością cieszą się narzędzia analityczne dla Big Data i systemy przewidujące, a także rozwiązania z zakresu marketing automation.

Rys.2. Rozwiązania wdrożone w ramach transformacji cyfrowej i planowane w ciągu najbliższych 12-18 miesięcyRozwiązania wdrożone w ramach transformacji cyfrowej

W kolejnych miesiącach firmy nadal chcą skupiać się przede wszystkim na zakupie sprzętu, mniej będą się natomiast koncentrować na wdrażaniu bazy danych. Część firm – 17% nie zamierza w najbliższym roku bądź półtora wdrażać żadnego nowego rozwiązania w ramach transformacji cyfrowej.

– Myślenie o zakupie sprzętu i infrastruktury jako podstawowym działaniu w procesie transformacji cyfrowej dotyczy zarówno działań dotychczasowych, obecnych, jak i przyszłych. I nie jest to postawa nieuzasadniona. Najczęściej bowiem cały proces wymaga zakupu konkretnych narzędzi, urządzeń i rozwiązań. Nie można jednak na tym poprzestać, bo będzie to jedynie oznaczało unowocześnienie zasobów a nie całościową transformację przedsiębiorstwa. Pojedyncze procesy – nawet jeśli będą wykorzystywały zaawansowane technologie i rozwiązania, będą nieefektywne, jeśli zmiany nie dotkną wszystkich aspektów działalności firmy. Może się to okazać pułapką, bo transformacja cyfrowa to ciągły proces udoskonalania przedsiębiorstwa a nie jedynie punktowe i jednorazowe działania – mówi Michał Kopyt.

Jeśli już firmy decydują się na przeprowadzenie cyfrowej transformacji, najbardziej dynamiczną przemianę przechodzą działy księgowości, sprzedaży i obsługi klienta – obszary charakteryzujące się najniższym poziomem automatyzacji, z drugiej – generującej rozwój biznesu. Zaskakujące w tym zestawieniu jest postrzeganie procesów administracyjnych jako najmniej istotnych z punktu widzenia kolejności obszarów, w których wdrażane są rozwiązania transformacji cyfrowej.

Rys.3. Działy lub procesy w firmie priorytetowe pod względem wdrażania transformacji cyfrowejprocesy w firmie priorytetowe pod względem wdrażania transformacji cyfrowej

Tylko 13% respondentów nie zidentyfikowało żadnych barier przy wprowadzaniu rozwiązań w zakresie transformacji cyfrowej. Ponad jedna trzecia respondentów wskazała, że jedną z głównych są zbyt wysokie jej koszty. Ponad jedna czwarta firm musi stawić czoła obawom pracowników przed zmianą, jedna na cztery firmy mierzy się z brakiem kompetencji lub zasobów. Wciąż dla wielu firm problemem w tej kwestii pozostaje brak odpowiedniej strategii, kultury organizacyjnej nastawionej na wdrażanie innowacji, brak lidera gotowego do przeprowadzenia zmian (14%) a nawet obawy zarządu przed zmianą.

Rys.4. Bariery transformacji cyfrowej

Bariery transformacji cyfrowej– Pandemia która z jednej strony była siłą napędową transformacji może ją hamować ze względu na barierę kosztową. W sytuacji niepewności co do możliwości i perspektyw dalszej działalności, przedsiębiorcy obawiają się podejmowania decyzji pociągających za sobą koszty. Wciąż też, jak wynika z badania ogromne znaczenie przy wdrażaniu tego typu procesów odgrywa czynnik ludzki – i to zarówno dotyczący braku odpowiednich kwalifikacji, czy niechęci pracowników do zmian, jak również samych zarządzających firmami, którzy również nie zawsze są do zmian przekonani – mówi Michał Kopyt.

O badaniu
Badanie „Transformacja cyfrowa firm 2020” zostało zrealizowane metodą CATI i CAWI, pod koniec października 2020 r. przez CubeResearch, na próbie 989 respondentów. Połowa objętych badaniem respondentów zajmuje pozycję kierownika bądź szefa działu najczęściej: IT, Finansów, HR i sprzedaży. 24% pełni stanowisko członka zarządu, bądź dyrektora, a jedna piąta jest właścicielem bądź współwłaścicielem badanej firmy. Tylko 6% respondentów pracuje na niższym stanowisku.

W badaniu wzięli udział przedstawiciele różnych branż. Zgodnie z założeniami czterem z nich przyjrzeliśmy się ze szczególną uwagą. Są to: produkcja, finanse, retail oraz logistyka.

Większość badanych firm posiada przeszło 10-letnie doświadczenia na rynku. Jedynie nieco mniej niż jedna piąta prowadzi działalność krócej niż dekadę, podczas gdy 15% jest na rynku od mniej niż 5 lat.

Również pod względem przychodów, badane firmy są dość różnorodne. Najwięcej, bo 36% z nich generuje rocznie od 50 do 150 mln PLN zysku. Przychody około jednej czwartej firm wynoszą od 150 do 300 mln PLN, a ponad jednej piątej do 50 mln PLN. Najmniejsza grupa firm, ale aż 18% generuje roczne przychody przekraczające 300 mln PLN.

Uczestnicy sondażu zostali również zapytani o procent budżetu jaki przeznaczają rocznie na transformację cyfrową. Ponad połowa respondentów zadeklarowała, że ich firma przeznacza na ten cel do 3% przychodu, a około jednej czwartej, iż 4–5% z zysku. Mniej, bo poniżej jednej dziesiątej ankietowanych, przekazuje 6 – 10% przychodu, a powyżej 10% przychodu 8% badanych.

Korekta na rynku kryptowalut. Euro znów powyżej 4,60

Amerykańska waluta pokazała wczoraj niespodziewanie siłę i to wbrew danym makroekonomicznym, które wskazywały na nadchodzące problemy w gospodarce Stanów Zjednoczonych.

Euro znów powyżej 4,60

Inwestorzy nie patrzą ostatnio przychylnie na polską walutę. Dzisiaj poznaliśmy dane na temat przeciętnych wynagrodzeń i zatrudnienia. To, że w ciągu roku pandemicznego zatrudnienie zmalało, nikogo nie dziwi. Wynik -1,7% jest jednak znacznie lepszy od pierwotnych oczekiwań analityków. Co ciekawe, pomimo przejścia z rynku pracy pracownika na rynek pracy pracodawcy w wielu branżach płace w dalszym ciągu rosną. W ciągu roku był to wzrost o 4,5% średnio. Wiadomo, że średnia ma swoje wady, ale pokazuje pewną korzystną tendencję. Pomimo tych danych jesteśmy jednak świadkami odwrotu od złotego.

Słabsze dane nie przeszkodziły dolarowi

Wczorajsze dane z USA nie spełniły oczekiwań analityków. Gorzej wypadła zarówno sprzedaż detaliczna, jak i produkcja przemysłowa. Nie może zatem dziwić dość ściśle powiązane z produkcją przemysłową wykorzystanie mocy produkcyjnych, które również idzie w dół. Spadki w skali roku wynoszą dla sprzedaży i produkcji odpowiednio 3% i 2,2%, ale sygnalizują, że gospodarka może się ustabilizować na trochę niższym poziomie konsumpcji. Co ciekawe, wczoraj pomimo tych danych dolar znów zyskiwał na wartości względem euro, oddalając się od psychologicznej bariery 1,20 dolara za 1 euro.

Korekta na rynku kryptowalut

Ostatnie tygodnie pokazują wyjątkowo dużą nawet jak na rynek kryptowalut zmienność. Bitcoin, który w weekend przebijał 60 000 dolarów w ciągu raptem kilkunastu godzin, został przeceniony o 10%. Jest to prawdopodobnie efekt realizacji zysków przez któregoś z dużych inwestorów. Patrząc jednak, w jaki sposób zachowuje się ten rynek i ile dużych instytucji finansowych dotychczas bardzo negatywnie nastawionych do tematu kryptowalut otwiera działy przeznaczone do obsługi tego rynku, można się spodziewać jeszcze wielu takich ruchów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polska sieć autostrad nadal ma problemy z gęstością. Budujemy, ale drogo i powoli

W latach 2015-2020 GDDiK oddała do użytku jedynie 156 km autostrad, z czego ani jednego kilometra w latach 2015, 2017 i 2018. Koszt budowy wzrósł natomiast między 2019 i 2020 rokiem aż o 34,3 %.

W swoim podsumowaniu roku 2020 Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad informuje, że wykonano więcej założeń, niż przewidywał pierwotny plan. Planowano udostępnienie do ruchu 12 zadań o łącznej długości 116,8 km, a mimo trudności związanych z pandemią udało się zrealizować niemal 140 km inwestycji drogowych. Jednak wynik ten, jak i sieć autostrad w Polsce niekoniecznie napawa optymizmem, dlatego eksperci rankomat.pl przeanalizowali dane dotyczące budowy autostrad i porównali je z resztą Europy.

156 km autostrad oddanych w latach 2015-2020

Obecnie kierowcy zgodnie z danymi Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad na terenie naszego kraju mają do dyspozycji 4269 km dróg szybkiego ruchu, w tym 1 712 km autostrad. Co ciekawe w latach 2015-2020 zbudowano jedynie 156 km autostrad. Według danych przedstawionych w artykułach udostępnianych przez GDDKiA w latach 2015, 2017, 2018 nie oddano to użytku ani jednego kilometra autostrad. Natomiast w ubiegłym roku 2020 zostało oddane jedynie 14,6 km autostrad. Natomiast w roku 2021 GDDKiA planuje udostępnić kierowcom 39,6 km autostrad (z czego 15,9 to kapitalny remont odcinka oddanego do użytku w 1989). Warto jednak pamiętać, że sieć autostradowa w Polsce znajduje się na finiszu, a z planowanej długości 2100 km do użytku oddanych zostało 1712 km.Kilometry-autostrad-oddanych-do-uzytku-w-latach-2015-2020

Długość autostrad w wybranych krajach Europy – Polska wciąż poza czołówką

Niska liczba oddanych do użytku autostrad może być związana z faktem, że planowana ich sieć znajduje się w naszym kraju na ukończeniu. Musimy jednak pamiętać, że biorąc pod uwagę terytorium i liczbę ludności, to nasz kraj wciąż nie znajduje się w europejskiej czołówce. Nawet w niewielkiej Holandii sieć autostrad jest dłuższa o ponad 1000 km. Należy jednak wziąć pod uwagę, że autostrady w krajach zachodnich, budowane były w latach mniejszej dbałości o środowisko naturalne i związanych z tym niższych kosztów.Długość-autostrad-w-wybranych-krajach-Europy-2020

Gęstość sieci autostradowej pozostawia wiele do życzenia

W Polsce na 1km2 powierzchni naszego kraju przypada jedynie 0,005 km autostrady, zaś w podobnych obszarowo Włoszech ten wskaźnik jest dwukrotnie wyższy i wynosi 0,010km/km2. Duże zagęszczenie sieci autostradowej, nie jest jednak domeną tylko krajów spoza dawnego bloku wschodniego, bardziej rozbudowaną niż Polska sieć autostrad posiadają również Czesi (0,016km/km2) oraz Węgrzy (0,014km/km2). Polsce wciąż daleko do Francji (0,018km/km2) czy Niemiec (0,036km/km2). Natomiast taka gęstość sieci autostrad jak u Holendrów (0,066km/km2) czy Luksemburczyków (0,057km/km2) wydaje się być poza naszym zasięgiem.Gęstość-autostrad-w-europie

Właściwie utrzymana i odpowiednio gęsta sieć autostrad ma wpływ nie tylko na szybkość i płynność ruchu samochodowego, ale także na poprawę bezpieczeństwa kierowców i pasażerów. Jest to również istotna informacja brana pod uwagę przez towarzystwa ubezpieczeniowe, podczas oceny ryzyka ubezpieczenia samochodu. Dobra jakość dróg przekłada się bowiem na mniejsze ryzyko potencjalnego wypadku i konieczność wypłaty odszkodowania przez ubezpieczyciela – komentuje Bartosz Benduch, ekspert ds. ubezpieczeń komunikacyjnych rankomat.pl.

Rośnie średni koszt budowy kilometra autostrady

Uwagę zwracają również duże wahania w kosztach budowy autostrad w ostatnich latach, przy uwzględnieniu wszystkich kosztów. Średni koszt budowy kilometra autostrady przestawiony przez GDDKiA na rok 2020 wyniósł 47,8 mln zł i stanowił 134,3% uśrednionych kosztów budowy dla roku 2019, zaś w roku 2018 koszt budowy kilometra autostrady wyniósł 42,4 mln. Oczywiście w wyliczeniach należy uwzględnić, że na ostateczną cenę kilometra autostrady ma wpływ szereg czynników, a w kolejnych latach buduje się drogi w różnym terenie (teren zurbanizowany wymaga większych nakładów na odszkodowania), o nieporównywalnym stopniu trudności i z różną liczbą węzłów komunikacyjnych.sredni-koszt-budowy-kilometra-autostrady

Koszt budowy kilometra drogi ekspresowej o 12 mln zł wyższy niż kilometra autostrady

Warto mieć również na uwadze, że w komunikacie GDDKiA określa się średnie ceny budowy kilometra autostrady i drogi ekspresowej jako „porównywalne”. Natomiast całkowity koszt realizacji kilometra drogi ekspresowej w 2020 roku był o 12 mln zł wyższy niż kilometra autostrady. Koszt średni dla kilometra drogi ekspresowej w 2018 roku wynosił 47,3 mln zł i w  2019 roku wzrósł do 59,9 mln zł, a w 2020 roku spadł średnio o 100 tys. złotych i wyniósł 59,8 mln.

Sieć autostradowa w Polsce jest stale rozbudowywana, ale wciąż daleko nam do europejskich liderów. Średni koszt budowy kilometra autostrady rośnie, rosną również wymagania środowiskowe. Należy jednak zaznaczyć, że inwestycje autostradowe w naszym kraju znajdują się na finiszu, a z zakładanej długości 2100 km do użytku oddanych zostało 1712 km. Pytanie, czy to wystarczająca liczba kilometrów autostrad?

Odwiedzalność centrów handlowych w drugim tygodniu marca

  • Średnia odwiedzalność centrów handlowych od poniedziałku do soboty w drugim tygodniu marca ukształtowała się na poziomie o 24 proc. niższym (76 proc.) od wyniku z analogicznego okresu w 2019 roku, kiedy handel nie był ograniczony lockdownem. Taki poziom odwiedzalności utrzymuje się w okresach otwarcia centrów handlowych pomiędzy kolejnymi lockdownami.
  • Kumulacja popytu klientów i wzrosty odwiedzalności w obiektach handlowych następują w wyniku decyzji rządu o zamknięciach i otwarciach obiektów handlowych, co przyczynia się do gwałtownego zainteresowania zakupami i niepotrzebnej wzmożonej aktywności klientów w krótkim czasie.
  • Dane przedstawione przez Polską Radę Centrów Handlowych pokazują, że ruch w centrach handlowych przed wprowadzeniem obostrzeń w kolejnych województwach był ustabilizowany i utrzymywał się na poziomie umożliwiającym zachowanie wszelkich parametrów bezpieczeństwa zarówno przez klientów, jak i pracowników.
  • Obiekty handlowe funkcjonują z zachowaniem najwyższych standardów sanitarnych, są dostosowane do krajowych zaleceń Głównego Inspektoratu Sanitarnego i Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii oraz wytycznych międzynarodowych np. WHO.

Upłynął rok od potwierdzenia pierwszego w Polsce przypadku zakażenia koronawirusem. W analogicznym okresie ubiegłego roku ogłoszono stan pandemii i niewiele później wprowadzono w Polsce pierwszy lockdown ograniczający m.in. funkcjonowanie centrów handlowych. Dlatego też przygotowane przez Polską Radę Centrów Handlowych dane dotyczące odwiedzalności galerii handlowych w okresie od 8 do 14 marca bieżącego roku zestawiane są z liczbą wizyt klientów z analogicznego tygodnia w 2019 roku, kiedy obiekty handlowe działały bez zakłóceń.

Średnia odwiedzalność centrów handlowych od poniedziałku do soboty w drugim tygodniu marca ukształtowała się na poziomie 76 proc., czyli o 24 proc. niższym od wyniku z analogicznego okresu w 2019 roku.

Jak pokazują dane z ostatnich tygodni ustabilizowany ruch w galeriach handlowych pozwala na kontrolowanie liczby przebywających w nich osób, zapewnienie koniecznego dystansu oraz przestrzeganie obowiązujących zasad bezpieczeństwa sanitarnego.

Wyniki z poszczególnych dni drugiego tygodnia marca br. osiągały od 69 proc. do 85 proc. odwiedzalności odnotowanej w analogicznym okresie 2019 roku. Najmniejszy ruch zaobserwowano w największych galeriach o powierzchni powyżej 60 tys. mkw. GLA – w dni handlowe utrzymywał się on na poziomie 70 proc. odwiedzalności z 2019 roku. Wyraźnie niższy średni tygodniowy footfall odnotowano w regionach Północnym – niecałe 62 proc. i Wschodnim – 65 proc. wyników z analogicznego okresu sprzed rozpoczęcia pandemii.

ZPP: Po dwóch miesiącach widzimy, że podatek cukrowy uderza w konsumentów i firmy, generując niewielkie wpływy finansowe

Robiąc zakupy na początku nowego roku, część konsumentów mogła być zaskoczona. Ceny ich ulubionych napojów okazały się nawet o kilkadziesiąt procent wyższe, niż jeszcze w grudniu. To rezultat wejścia w życie podatku cukrowego, który – wbrew swojej nazwie – obejmuje nie tylko napoje słodzone cukrem, lecz również te zawierające niskokaloryczne substancje słodzące, a także kofeinę i taurynę. Po pierwszych dwóch miesiącach obowiązywania podatku widzimy jak na dłoni, że tracą konsumenci i firmy z branży napojowej, zaś budżet państwa zyskuje znacznie mniej, niż przewidywali projektodawcy. Każe to zadać poważne pytania o rzetelność przygotowanych w toku procesu legislacyjnego analiz skutków wprowadzanej regulacji.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców konsekwentnie opowiadał się przeciwko wprowadzaniu podatku cukrowego. W toku procesu legislacyjnego wskazywaliśmy, że wszelkiego rodzaju podatki sektorowe jedynie komplikują system i doprowadzają do zaburzeń na rynku. Co więcej, w przypadku tego konkretnego obciążenia, projektodawca powoływał się również na argumenty odnoszące się do polityki zdrowotnej, które wydawały nam się całkowicie nieprzekonujące. Nie wierzymy, by opodatkowanie określonej kategorii produktów miało stanowić adekwatną odpowiedź na wyzwania związane z rosnącym problemem otyłości w społeczeństwie. Zwłaszcza, że podatkiem cukrowym objęte są również niskokaloryczne substancje słodzące, co naturalnie zmniejsza skłonność producentów do reformulacji (zmiany składów w celu obniżenia kaloryczności produktów) i poddaje w wątpliwość „prozdrowotny” cel nowego obciążenia.

Marzec 2020 roku przyniósł epidemię koronawirusa w Polsce i daleko idące zmiany w życiu gospodarczym. Część firm została dotknięta głębokimi restrykcjami związanymi z ograniczeniami w prowadzeniu działalności, w niektórych branżach pojawiło się zagrożenie przerwania łańcuchów dostaw, inni mierzyli się z organicznym spadkiem popytu wywołanym zagrożeniem epidemicznym. Dzisiaj wiemy, że rok 2020 był pierwszym od kilkudziesięciu lat rokiem recesji w polskiej gospodarce. Przedsiębiorcy do tej pory mierzą się z reperkusjami trwającej epidemii, a niektórzy z nich (również istotny z punktu widzenia branży napojowej sektor horeca) w dalszym ciągu funkcjonują w szczątkowym zakresie. Przez cały rok 2020 i pierwsze miesiące roku 2021 podkreślaliśmy konsekwentnie – epidemia jest najgorszym czasem na wprowadzanie nowych podatków, firmy i tak mierzą się z wieloma trudnościami i rząd nie powinien dokładać im obciążeń. Niestety, mimo naszych apeli zdecydowano się uchwalić szereg nowych podatków, w tym podatek cukrowy – posługując się zresztą budzącą poważne wątpliwości formułą nowelizowania jeszcze nieuchwalonego aktu prawnego.

Po pierwszych dwóch pełnych miesiącach obowiązywania podatku cukrowego jesteśmy w stanie zidentyfikować pierwsze jego skutki. Najbardziej oczywistym z nich jest wzrost cen, czyli zwiększenie obciążeń konsumentów, w tym trudnym dla wielu gospodarstw domowych czasie. Skala podwyżek zaskoczyła znaczną część klientów sklepów, jednak w znacznej mierze odpowiada ona konstrukcji podatku. Składa się on bowiem z kilku składników, obciąża szereg substancji (nie tylko cukier) i sumuje się do maksymalnej kwoty 1,20 zł w przeliczeniu na litr napoju.

Rosnące ceny doprowadziły w oczywisty sposób do spadku wartości sprzedaży napojów o nawet kilkanaście procent. Takie proste obniżenie popytu na napoje słodzone cukrem i słodzikami w żaden sposób nie przekłada się na wiarygodne wskaźniki związane z walką z problemem otyłości, czy poprawą zdrowia Polaków. W tej chwili straty producentów oznaczają namacalnie jedynie zmniejszone inwestycje i realną groźbę redukcji zatrudnienia, zwłaszcza w warunkach utrzymującej się pandemii. Dodatkowo, nie wiadomo czy nie nastąpiło zjawisko substytucji produktów lepszej jakości, produktami tańszymi, lecz również gorszymi jakościowo.

Co więcej, z uwagi na brak precyzji i wieloznaczność przepisów, pojawiło się wiele wątpliwości dotyczących szczegółowych aspektów objęcia napojów nowym podatkiem. Firmy poniosły wobec tego dodatkowe koszty związane ze zlecaniem analiz prawnych. Najgorszą okolicznością jest jednak fakt, że instytucje publiczne „przerzucają się” odpowiedzialnością za udzielenie jakkolwiek wiążących wyjaśnień (formalnie podatek cukrowy, mimo swojego fiskalnego charakteru i konstrukcji, jest „opłatą cukrową”, z której wpływy zasilają w znacznej części Narodowy Fundusz Zdrowia).

Drenaż kieszeni konsumentów i realne problemy przedsiębiorców branży napojowej i ich pracowników nie przyniosły jednak istotnych wpływów. Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, w styczniu wpływy z tytułu podatku cukrowego sięgnęły 76 mln zł. Przyjmując utrzymanie tej dynamiki wpływów przez pozostałe miesiące, wpływy w ciągu całego 2021 roku ledwo przekroczą 900 mln zł. Jest to kwota znacznie niższa, niż pierwotnie zakładane przez projektodawcę 2 mld zł, które miały zasilić NFZ (a w rzeczywistości prawdopodobnie budżet państwa, z którego do Funduszu trafiałyby odpowiednio niższe subwencje). Realne wpływy niższe o ponad 50% od zakładanych każą zadać pytania o rzetelność i prawidłowość prognoz towarzyszących projektowi ustawy ws. podatku cukrowego. Skoro skutki makroekonomiczne w postaci zasilenia sektora finansów publicznych zostały w tak dużym stopniu przeszacowane, powstają oczywiste wątpliwości dot. rzetelności analiz sugerujących jakikolwiek „prozdrowotny” wpływ podatku.

Reasumując, ZPP w dalszym ciągu opowiada się przeciwko podatkom sektorowym i wprowadzaniu nowych obciążeń w czasie epidemii, konsekwentnie będąc również przeciwko podatkowi cukrowemu. Po pierwszych dwóch miesiącach widzimy, że podatek uderza w konsumentów i firmy, przynosząc marginalne (zwłaszcza w skali wydatków związanych z przeciwdziałaniem COVID-19) wpływy. Podtrzymujemy nasz apel o wprowadzenie co najmniej dwunastomiesięcznego moratorium na wszelkie nowe obciążenia.

Coraz więcej powierzchni biurowej do podnajmu. W lutym na rynek trafiło 30,609 mkw.

Analitycy REDD, największej bazy danych o rynku biurowym w Polsce informują, że w ciągu pierwszych dwóch tygodni marca w Polsce na rynku nieruchomości biurowych przybyło prawie 8 tys. mkw. powierzchni dostępnej do podnajmu, a tylko w lutym było to ponad 30 tys. mkw.

Dane REDD pokazują, że w ciągu pierwszych dwóch tygodni marca na rynku nieruchomości biurowych przybyło w całej Polsce 7,892 mkw. powierzchni dostępnej do podnajmu. Zakładając obecne tempo wzrostu podaży, do końca marca możemy oczekiwać przyrostu powierzchni biurowych dostępnych do podnajmu o ok. 15 tys. mkw.  – wylicza Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Dla porównania w lutym 2021 przyrost podaży powierzchni dostępnej do podnajęcia wyniósł 30,609 mkw.  REDD1

–  Analizując rynki regionalne pod względem wolnych powierzchni biurowych dostępnych do podnajmu możemy stwierdzić, że obecnie w Warszawie znajduje się 122,631 mkw. powierzchni. W Krakowie na podnajemców czeka 35,918 mkw.,  a we Wrocławiu obecnie istnieje możliwość podnajęcia ok. 35,112 mkw. powierzchni biurowej – wylicza Piotr Smagała z REDD. REDD2

Czynsz za 1 mkw. powierzchni do podnajmu średnio 12,80 EUR

Według danych REDD średnia stawka czynszu dla nowoczesnych powierzchni biurowych do podnajmu na głównych rynkach Polski wynosi 12,80 EUR/mkw.

Warszawa niezmiennie utrzymuje pozycję lidera polskiego rynku pod względem wysokości czynszu za nowoczesne lokale biurowe znajdujące się w podnajmie. Średnio w stolicy za 1 mkw. powierzchni biurowej podnajemcy powinni zapłacić 14,94 EUR.

Na drugim miejscu plasuje się Gdynia, cena za metr podnajętej powierzchni biurowej ukształtowała się tam na poziomie 13,96 EUR. Z kolei w Krakowie 1 mkw. w podnajmie wyceniany jest na 13,52 EUR. REDD3

Najemca związany terminową umową najmu nie może rozwiązać jej bez konsekwencji, przed upływem wskazanego w umowie terminu. To problem szczególnie obecnie kiedy wiele firm musi albo szukać oszczędności, albo nie potrzebuje już tak dużej przestrzeni. W takiej sytuacji firma może zdecydować się na podnajem swojej powierzchni, po wyrażeniu zgody przez wynajmującego – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Oświadczenie Polskiej Rady Centrów Handlowych w związku z ogłoszeniem kolejnych ograniczeń w funkcjonowaniu handlu

Polska Rada Centrów Handlowych od wielu tygodni podkreśla, że centra handlowe cały czas funkcjonowały i funkcjonują w  najwyższym reżimie sanitarnym. Także przedstawiciele rządu podczas konferencji prasowej w dn. 28 stycznia potwierdzili, że obiekty handlowe nie sprzyjają transmisji wirusa. Klienci odwiedzają je w pojedynkę, przebywają w nich krócej i w określonym celu. Planują zakupy odpowiedzialnie, co oznacza, że bezpieczeństwo i troska o najbliższych stały się najważniejsze. Galerie handlowe w czasie pandemii pełnią funkcję zaspokajania najważniejszych potrzeb zakupowych, nie przyciągają klientów z powodów rozrywkowych, ani nie są miejscem  spędzania wolnego czasu.

Zgromadzone przez PRCH dane nt. wizyt klientów w centrach handlowych jednoznacznie wskazują, że w czasie pandemii odwiedzalność utrzymuje się na poziomie niższym od 20 do 40 proc. w porównaniu do podobnego okresu w latach bez obostrzeń epidemicznych, co pozwala na swobodne zachowanie zasad bezpieczeństwa, w tym w szczególności zachowania dystansu społecznego.

Nasze dane potwierdzają, że decyzje rządu o częściowym zamykaniu i otwieraniu obiektów handlowych wywołują nagłe, niepotrzebne przyrosty odwiedzalności. Stabilne, nieograniczone działanie, przy jednoczesnym respektowaniu obowiązujących zasad bezpieczeństwa, umożliwia zaplanowanie zakupów pozwalających na realizację najpilniejszych potrzeb w bezpiecznych warunkach.

Niezrozumiałe jest także nierówne traktowanie podmiotów zajmujących się handlem – te same sklepy działające poza centrami handlowymi mogą prowadzić nieograniczoną działalność, a te w centrach już nie. Trudno znaleźć uzasadnienie ze względów epidemicznych, zakupy odbywają się zawsze w sklepach, a nie poza nimi.

Każde kolejne ograniczenia działalności obiektów handlowych, pogłębiają i tak już dramatyczne straty branży. Dziś już nie pytamy, czy będą redukcje zatrudnienia i bankructwa, tylko kiedy. Według szacunków Polskiej Rady Centrów Handlowych w wyniku pandemii i trzech ogólnopolskich lockdownów branża centrów handlowych odnotowała lukę w obrotach w wysokości ponad 33 mld zł, kolejne obostrzenia regionalne to utrata obrotów rzędu około 2 mld zł. Ogólnokrajowy lockdown to kolejne miliardy utraconych obrotów, a co za tym idzie ogromnych strat poszczególnych przedsiębiorstw.

Właściciele i zarządcy obiektów handlowych ponieśli ogromne koszty związane z ustawowym zawieszeniem czynszów (art. 15 ze), które jest niezgodne z Konstytucją RP, polskim porządkiem prawnym i umowami międzynarodowymi oraz pomocą dla najemców w postaci obniżek czynszów w łącznej kwocie ok. 5 mld zł, co stanowi  45 proc. ich rocznych przychodów.

Żałujemy, że rząd wprowadza kolejne restrykcje nie analizując dostępnych danych i powoduje gwałtowne zainteresowanie zakupami, co będzie widoczne szczególnie teraz przed okresem świątecznym, jednocześnie odbierając przedsiębiorstwom możliwość minimalnego generowania obrotów i ratowania miejsc pracy.

Kolejna emisja obligacji PKN ORLEN

N ORLEN dywersyfikuje źródła finansowania, pozyskując środki w ramach emisji obligacji zrównoważonego rozwoju. Jeszcze w marcu Koncern wyemituje obligacje o łącznej wartości 1 mld zł, z 10-letnim okresem wykupu oraz stałym kuponem na poziomie 2,875% w skali roku, z możliwością jego zwiększenia o 0,1% lub 0,2% w zależności od poziomu ratingu ESG, nadawanego przez agencję MSCI ESG Research (UK) Limited. Będzie to już druga emisja obligacji zrównoważonego rozwoju zrealizowana przez PKN ORLEN, która wprowadza do portfela zobowiązań dłużnych stabilny instrument o długim terminie zapadalności, poprawiając tym samym bezpieczeństwo finansowe całej Grupy ORLEN.

– Jako lider transformacji energetycznej w Polsce, zamierzamy zrealizować wiele ambitnych projektów, które wpłyną na ograniczenie emisji CO2 i rozwój odnawialnych źródeł energii. Zgodnie z naszą strategią, ich przeprowadzenie w znaczącym stopniu będzie oparte o zrównoważone finansowanie. Jesteśmy doświadczonym graczem na rynku kapitałowym i umiejętnie odczytujemy potrzeby jego uczestników. Stąd decyzja o kolejnej, drugiej już emisji obligacji opartych o rating ESG, na które jest duże zapotrzebowanie. W ten sposób nie tylko przybliżamy się do realizacji strategicznych celów, ale też umacniamy zaufanie wśród inwestorów, jako wiarygodnego i odpowiedzialnego partnera – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Środki z emisji przeznaczone zostaną na cele ogólnokorporacyjne, w tym realizację celu ESG, jakim jest utrzymanie lub poprawa ratingu ESG. Nabywcami obligacji są inwestorzy, którzy upatrują wartości w aktywach stałokuponowych o długim terminie wykupu. Największy udział w emisji przypadł ubezpieczycielom i funduszom inwestycyjnym. Koordynatorem i agentem emisji jest Bank Pekao S.A.

Pierwsza emisja obligacji PKN ORLEN opartych o rating ESG z grudnia 2020 r. spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem ze strony inwestorów – łączna wartość zapisów w procesie budowy księgi popytu wyniosła 2,2 mld zł, czyli ponad 2 razy więcej niż łączna wartość nominalna obligacji. Koncern uzyskał bardzo korzystne warunki finansowania – najniższe oprocentowanie w historii spółki i jednocześnie najniższą marżę od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Pierwsza emisja otrzymała rating kredytowy na poziomie BBB- przyznany przez agencję ratingową Fitch Ratings.

PKN ORLEN konsekwentnie dąży do neutralności emisyjnej, efektywności energetycznej i wysokich standardów bezpieczeństwa. Rosnące kompetencje koncernu w obszarze ESG odzwierciedla poprawa oceny ratingowej agencji Sustainaltytics z 2020 r. PKN ORLEN uplasował się na piątej pozycji spośród 86 firm z segmentu Oil & Gas Refining and Marketing (kategoria Refiners & Pipelines). Jednocześnie koncern awansował do kategorii ocen „Medium Risk” (w 2019 r. znajdował się w kategorii „High Risk”), dla której istnieje średnie ryzyko wystąpienia negatywnych skutków finansowych ze względu na czynnik ESG).

Zrównoważony rozwój i odpowiedzialny biznes to kluczowe elementy strategii neutralności emisyjnej spółki do 2050 r. W ramach jej realizacji, na początku września br. PKN ORLEN zadeklarował do 2030 r. redukcję emisji CO2 o 20% z obecnych aktywów rafineryjnych i petrochemicznych oraz o 33% CO2/MWh z produkcji energii elektrycznej. Zgodnie z założeniami, inwestycje realizowane w ramach strategii neutralności emisyjnej będą współfinasowane m.in. poprzez obligacje zrównoważonego rozwoju i zielone obligacje emitowane przez PKN ORLEN na europejskim rynku kapitałowym.

Branża narciarska i snowboardowa: bez szans na pomoc od rządu?

Producenci, dystrybutorzy i sprzedawcy specjalistycznego sprzętu narciarskiego oraz snowboardowego czekają na pomoc od państwa. Ich PKD 47.64.Z czyli sprzedaż detaliczna sprzętu sportowego prowadzona w wyspecjalizowanych sklepach czy 32.30.Z – produkcja sprzętu sportowego, snowboardowego, outdoorowego znajdują się nadal poza tzw. tarczami z pomocą dla przedsiębiorców, a – zdaniem należących do Komitetu przedsiębiorców – powinna ona zależeć wyłącznie od spadku obrotów. Takie rozwiązania obowiązują w innych krajach Unii Europejskiej. – Jesteśmy zdani wyłącznie na siebie, a właśnie rozpoczął się nowy lock down w 4 województwach i sezon narciarski dobiega końca – informują przedsiębiorcy.

Przedsiębiorcy z Komitetu Narty Snowboard Outdoor (KNSO) są konsekwentni. Regularnie wysyłają do prezesa PFR i ministerstwa rozwoju propozycje rozmowy. Miała by ona zaowocować włączeniem PKD należących do Komitetu firm na listę pomocową znajdującą się w tzw. tarczach.

– Po długim okresie milczenia, otrzymaliśmy w końcu z ministerstwa rozwoju odpowiedź, że PKD sprzedawców odzieży jest w tzw. tarczy. Tyle tylko, że chodzi o „zwykłą” odzież. Ta specjalistyczna – dla narciarzy i snowboarderów – cały czas jest poza zasięgiem jakiejkolwiek pomocy ze strony władzy czy PFR – mówi Arkadiusz Walus z Komitetu Narty Snowboard Outdoor.

Interpelację w sprawie pomocy dla branży narciarskiej i snowboardowej złożyło też dwoje małopolskich posłów. Odpowiedź, jaką otrzymali z resortu rozwoju, łudząco przypomina tę, którą kilka dni wcześniej resort udzielił Komitetowi. Niektóre akapity wyglądają niemal jak przekopiowane z jednej korespondencji do drugiej.

– Za nami stracony sezon. Pierwszy w ponad 30 letniej historii naszej branży. Przez 2/3 tego czasu stoki pozostawały zamknięte, a centra handlowe, w których działają sklepy ze specjalistyczną odzieżą i sprzętem narciarskim też przez kilka miesięcy miały zakaz działalności. Dziś wrócił on w 4 województwach, co z pewnością jeszcze bardziej utrudnia nam i tak mocno storpedowane funkcjonowanie – zauważa Arkadiusz Walus i wskazuje, że dziś wiele firm z reprezentowanej przez niego branży balansuje na krawędzi upadku.

– Domagamy się rządowej pomocy – tak samo, jak mają inne poszkodowane przez wywołany pandemią kryzys branże. Głównym kryterium powinien być spadek obrotów, a doświadcza go przecież cała nasza branża – deklaruje Arkadiusz Walus. Zwraca uwagę, że

główne PKD 47.64.Z branży czyli sprzedaż detaliczna sprzętu sportowego prowadzona w wyspecjalizowanych sklepach i 32.30.Z – produkcja sprzętu sportowego znajdują się nadal poza tarczami: zarówno „zimową” 2.0, jak i 6.0, czy 8.0.

Arkadiusz Walus tłumaczy też, że odcięcie od pomocy dotyczy także wypożyczalni specjalistycznego sprzętu narciarskiego i snowboardowego, pomimo tego, że ich PKD znalazł się w Tarczy 2.0. Wszystko za sprawą warunków przyznania im tej pomocy, które de facto im ją uniemożliwiły. Chodziło o:

  • ilość osób zatrudnionych na 31 września – wypożyczalnie działają sezonowo i zatrudniają pracowników zwykle od listopada do marca włącznie.
  • spadek obrotów o 30% w Q4 2020 w stosunku do 2019 – stoki działały w grudniu, więc ciężko było wykazać stratę w tym okresie.

– Z rządowych i PFRowskiej tarcz korzystać mogą dziś tylko przedsiębiorcy, których PKD znalazły się na listach wsparcia. To właśnie ich numery decydują o przyznaniu im pomocy. Wszystkie inne  – w tym należące do branży narciarsko snowboardową – pozostają bez niej. Można się spodziewać, że wiele firm sektora upadnie, a wkrótce w ich miejsce wejdą zagraniczne, o większym potencjale, które dzięki pomocy swoich rządów, przetrwają do kolejnego sezonu – przewiduje Arkadiusz Walus i podtrzymuje gotowość do udziału w konsultacjach z rządem i PFR w sprawie skierowania do branży koniecznej pomocy, zwłaszcza, że szanse na jakiekolwiek odrobienie strat są dziś nawet ujemne, gdyż sezon na zimowe sporty kończy się zwykle mniej więcej w połowie marca.

Według szacunków Komitetu branża Narty Snowboard Outdoor, obejmuje:
– Producentów i dystrybutorów sprzętu sportowego
– Sieci handlowe
– Ponad 1000 specjalistycznych sklepów narciarskich, snowboardowych i outdoorowych
–  Ponad 1000 wypożyczalni nart

Zatrudnia w Polsce ponad 50 tysięcy osób oraz generuje obrót ponad 5 miliardów złotych rocznie w samych miesiącach zimowych. Tylko w miesiącu listopadzie 2020, firmy z branży zanotowały spadki obrotów rzędu 50-80% w stosunku listopada roku 2019.

Przedsiębiorca bez prawa do obrony w starciu z UOKiK

Nowe regulacje zawarte w projekcie nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów osłabią prawo przedsiębiorcy do obrony w trakcie postępowania przed UOKiK lub wręcz, w niektórych przypadkach, pozbawią go tej obrony – ostrzega Konfederacja Lewiatan.

UOKiK proceduje projekt nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów (dokładnie: projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów oraz niektórych innych ustaw UC69). Jego głównym zadaniem jest transpozycja prawa unijnego tj. dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/1 z 11 grudnia 2018 r. mająca na celu nadanie organom ochrony konkurencji państw członkowskich uprawnień w celu skuteczniejszego egzekwowania prawa i zapewnienia należytego funkcjonowania rynku wewnętrznego.

– Nowe przepisy budzą wiele zastrzeżeń. Źródłem wątpliwości są te zagadnienia, których nie ma w dyrektywie, a które znalazły się w projekcie nowelizacji ,,przy okazji”, ale też i te, które choć występują w dyrektywie, to proponuje się ich niewłaściwą i nieefektywną transpozycję. Można wskazać szereg propozycji, które w praktyce osłabiałyby prawo do obrony przedsiębiorcy w trakcie postępowania przed UOKiK lub wręcz, w niektórych przypadkach, pozbawiałby go tej obrony – mówi mec. Adrian Zwoliński, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Przykładowo, co prawda wprowadza się zasadę, że jeśli w trakcie przeszukania urzędnik natrafi na materiały, które według przeszukiwanego są korespondencją z adwokatem lub radcą prawnym, to pozostawi je na miejscu. Ale w tym samym artykule wprowadza się wyjątek – ,,przeszukujący może zapoznać się pobieżnie z pismem lub dokumentem, w sposób pozwalający na ustalenie autora, adresata, tytułu oraz przedmiotu pisma lub dokumentu oraz daty jego sporządzenia”. Czyli przeszukujący urzędnik z jednej strony nie ma dostępu do materiału objętego tajemnicą adwokacką, ale z drugiej strony, może się z nim ,,pobieżnie zapoznać”. To grozi całkowitą i pozbawioną kontroli uznaniowością, a w efekcie iluzoryczną ochroną praw przeszukiwanego.

– W projekcie znajdują się też regulacje, które np.: ograniczałyby dostęp do informacji oraz prawa świadka, czy wprowadzałyby niejasne zasady przerwania biegu terminu przedawnienia. Całościowo prowadzi on do osłabienia prawa przedsiębiorcy do obrony i należy ocenić go, choć nie tylko z tego powodu, negatywnie – dodaje Adrian Zwoliński.

PwC CEO Survey: Prezesi firm w Polsce najbardziej ostrożni w ocenie wzrostu globalnej gospodarki

53% prezesów firm w Polsce, którzy wzięli udział w 24. badaniu PwC CEO Survey, jest przekonanych, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy będziemy świadkami wzrostu globalnej gospodarki. Prezesi firm na świecie i w regionie Europy Środkowo-Wschodniej są większymi optymistami – takiego zdania jest odpowiednio 76% i 64%. Jako największe ryzyka biznesowe zarządzający firmami w Polsce wskazują jednak na nadmierne regulacje, liczne zmiany podatkowe i później na pandemię. W porównaniu do średniej światowej wyróżnia nas znacznie niższa niż na świecie chęć przeznaczenia wydatków na zrównoważony rozwój i inicjatywy ESG oraz transformację cyfrową.

Pomimo globalnej recesji rekordowa liczba prezesów na świecie uważa, że nastąpi odbicie w gospodarce. Takiego zdania jest 76% respondentów badania PwC CEO Survey na świecie i 63% w Europie Środkowo-Wschodniej. W Polsce grupa “optymistów” jest najmniejsza spośród wszystkich badanych państw i wynosi 53%.

Jednocześnie zdecydowana większość liderów biznesu spodziewa się wzrostu przychodów swoich biznesów. Pewnych takiego scenariusza w perspektywie 12 miesięcy jest 76% polskich prezesów, a w perspektywie 3 lat aż 86% badanych (na świecie odpowiednio 85% i 88%).

Warto przypomnieć, że w poprzednim badaniu, które było przeprowadzone na jesieni 2019 r., mieliśmy do czynienia z rekordowym pesymizmem jeśli chodzi o ocenę perspektyw globalnej gospodarki. Wówczas 53% liderów biznesu na świecie spodziewało się spowolnienia gospodarczego, ale w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej ta grupa respondentów wyniosła 43% i była najmniejsza spośród wszystkich badanych regionów. Dziś optymizm wśród polskich menedżerów jest znacznie ostrożniejszy niż u kolegów na świecie, cieszy natomiast fakt, że pewność co do wzrostu przychodów firm jest na bardzo wysokim poziomie. – Adam Krasoń, prezes PwC w Polsce

Oczekiwanie na wzrost, ale z licznymi ryzykami na horyzoncie

Wśród kluczowych ryzyk wymienianych przez prezesów firm na świecie pierwsze 3 miejsca zajmują: cyberzagrożenia (85% odpowiedzi), niepewny wzrost gospodarczy (83%) oraz pandemia i inne kryzysy zdrowotne (81%). W Polsce na pierwszym miejscu znalazła się niepewność co do regulacji podatkowych (90% odpowiedzi po zsumowaniu “jestem tym bardzo zaniepokojony” i “jestem tym w pewnym stopniu zaniepokojony”). Na kolejnych pozycjach respondenci wymienili niepewny wzrost gospodarczy (88%) i później dopiero pandemię (86%).

W pierwszej 15 największych zagrożeń wskazywanych przez polskich menedżerów nie znalazły się ani ryzyka związane z dostępnością pracowników z kluczowymi umiejętnościami, ani dezinformacją wywołaną falą fake newsów. Nadal jednak znaczna część prezesów wyraża zaniepokojenie tymi zjawiskami – 61% w odniesieniu do kluczowych umiejętności i 63% do dezinformacji (po zsumowaniu odpowiedzi “bardzo zaniepokojony” i “w pewnym stopniu zaniepokojony”). Wśród prezesów firm na świecie te ryzyka było wymieniane częściej – odpowiednio 72% i 70%.

Na świecie w ciągu ostatniego roku widzimy znaczne przyspieszenie inicjatyw związanych z ładem środowiskowym, społecznym i korporacyjnym. Pojęcie ESG (od angielskiego Environmental, Social, and Corporate Governance) odnosi się do trzech głównych czynników pomiaru trwałości i wpływu społecznego inwestycji w spółkę lub biznes. Martwić może jednak fakt, że polskie spółki wydają się nie traktować tych kwestii z wystarczającą powagą. – Piotr Rówiński, partner w PwC, lider zespołu ds. zarządzania ryzykiem

35% prezesów z Polski przyznaje, że powinni robić więcej w kwestii mierzenia i raportowania wpływu na środowisko (globalnie jest to odpowiednio 39% i 43%). Mimo to, zaledwie 22% liderów biznesu w Polsce deklaruje, że zmiany klimatu i szkody środowiskowe znalazły się w ich strategii zarządzania ryzykiem (40% globalnie).

Mam nadzieję, że w 2021 r. spółki poświęcą znacznie więcej uwagi, środków i zaangażowania w kwestie ESG, aby utrzymać swoją konkurencyjność i atrakcyjność w oczach klientów, partnerów biznesowych, inwestorów i instytucji finansowych. – Piotr Rówiński, partner w PwC, lider zespołu ds. zarządzania ryzykiem.

W co zamierzają inwestować prezesi w czasie post-covid

W najbliższych 12 miesiącach firmy zamierzają skupić się na szukaniu efektywności operacyjnej – takiej odpowiedzi udzieliło 69% polskich respondentów (77% na świecie). Pozostałe priorytety to wzmacnianie wzrostu organicznego (59% badanych w Polsce, 73% na świecie) oraz opracowanie nowego produktu i/lub usługi (odpowiednio 51% i 56%). Dodatkowo 31% CEOs z Polski deklaruje, że rozważa w najbliższym roku fuzje i przejęcia; na świecie taki ruch deklaruje 38% badanych.

Z kolei w najbliższych 3 latach aż 83% prezesów na świecie planuje zwiększyć swoje wydatki na transformację cyfrową, 76% na inicjatywy wzmacniające efektywność kosztową, a 72% na cyberbezpieczeństwo i ochronę danych. W Polsce to efektywność kosztowa będzie priorytetem dla zarządzających przy zwiększaniu inwestycji – takiej odpowiedzi udzieliło 82% badanych. Na drugim miejscu znalazła się transformacja cyfrowa (73% – o 10 pkt proc. niżej niż w przypadku globalnych wskazań), a dalej cyberbezpieczeństwo i ochrona danych oraz programy wzmacniające wzrost organiczny (po 57% odpowiedzi).

W porównaniu do swoich kolegów na świecie i w regionie polscy respondenci dużo mniejsze inwestycje planują w: zrównoważony wzrost i inicjatywy ESG (25% różnicy względem globalnej średniej), przywództwo i rozwój talentów (18% różnicy), cyberbezpieczeństwo (15%) oraz transformację cyfrową (10%).

Ochrona miejsc pracy w trakcie pandemii COVID-19

W czasie pandemii ochrona miejsc pracy stała się jednym z priorytetów dla rządów państw i liderów biznesów. Z odpowiedzi uzyskanych od polskich respondentów badania wynika, że 43% przedsiębiorstw nie zmieniło poziomu zatrudnienia w ostatnich 12 miesiącach.

Co więcej, 22% firm przyznaje, że zwiększyła liczbę pracowników. Jednocześnie, 35% badanych deklaruje, że w ciągu ostatniego roku liczba zatrudnionych została zmniejszona.

Perspektywa kolejnych miesięcy i lat wygląda bardzo obiecująco. 43% firm z Polski zamierza zwiększyć zatrudnienie w tym roku, a w ciągu 3 lat takie plany deklaruje aż 78% badanych. Tylko 10% firm w Polsce (w porównaniu do 21% na świecie i 18% w regionie) spodziewa się spadku liczby zatrudnionych w swoich organizacjach w tym roku.

O raporcie PwC CEO Survey

PwC przeprowadziło badanie wśród 5050 prezesów firm w 100 krajach w styczniu i lutym 2021 r. W tej grupie było 163 respondentów z Europy Środkowo-Wschodniej, w tym 49 prezesów z Polski. Nie wszystkie liczby na wykresach sumują się do 100% w wyniku zaokrąglania wartości procentowych i decyzji, by w niektórych przypadkach nie pokazywać odpowiedzi „inne”, „żadne z powyższych” i „nie wiem”.

Rzecznik MŚP w piśmie do Wicepremiera Jarosława Gowina proponuje własne rozwiązania w zakresie umorzenia składek na ubezpieczenia społeczne

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zawnioskował do Ministra Rozwoju, Pracy i Technologii o wprowadzenie zmian w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych.

  1. Dokonanie zmian w ustawie z dnia 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych w zakresie należności z tytułu składek na ubezpieczenia społeczne ubezpieczonych będących równocześnie płatnikami składek na te ubezpieczenia mogą być umarzane w przypadkach uzasadnionych względami społecznymi lub gospodarczymi oraz ważnym interesem zobowiązanego, pomimo braku ich całkowitej nieściągalności, a nie tak jak obecnie praktycznie tylko ważnym interesem zobowiązanego.
  2. Skrócenie z „co najmniej trzech lat” do „co najmniej jednego roku” okresu, w którym przedsiębiorca podjął działalność gospodarczą w danym sektorze, ustalanym na dzień przed datą złożenia wniosku o udzielenie pomocy. Chodzi o objęcie szerszej liczny przedsiębiorców, czyli takich, u których wskutek trwającej epidemii COVID-19 wystąpiły problemy z płynnością finansową lub/oraz ponoszą one istotne szkody.
  3. Doprecyzowanie lub rezygnację z warunku wskazanego w Projekcie art. 1 pkt 1 (zmieniającego brzmienie art. 2 ust. 1 pkt 3 nowelizowanej ustawy), dotyczącego wykonywania działalności gospodarczej na rynku, na którym występuje lub może występować długookresowa strukturalna nadprodukcja. W ocenie Rzecznika brak jest określonych kryteriów, które przesądzałyby o występowaniu, możliwości występowania, bądź braku występowania długookresowej strukturalnej nadprodukcji.

Szerzej w poprzednim komunikacie https://rzecznikmsp.gov.pl/21-03-przedsiebiorcy-coraz-czesciej-wnioskuja-o-umorzenie-skladek/

Rzecznik MŚP działając na podstawie art. 9 ust. 1 pkt 1 ustawy o Rzeczniku, zawnioskował w piśmie z dnia 12 marca 2021 r do Wiceprezesa Rady Ministrów, Ministra Rozwoju, Pracy i Technologii Jarosława Gowina o wprowadzenie zmian w ustawie z dnia 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych[1], wnosząc w projekcie ustawy o zmianie ustawy o udzielaniu pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców (dalej: Projekt) propozycję treści art. 3 Projektu w brzmieniu:

  • Należności z tytułu składek na ubezpieczenia społeczne ubezpieczonych będących równocześnie płatnikami składek na te ubezpieczenia mogą być umarzane w przypadkach uzasadnionych względami społecznymi lub gospodarczymi oraz ważnym interesem zobowiązanego, pomimo braku ich całkowitej nieściągalności (zmiana treści przepisu art. 28 ust. 3a ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych);
  • Minister właściwy do spraw zabezpieczenia społecznego określi, w drodze rozporządzenia, przypadki umarzania, z uwzględnieniem przesłanek uzasadniających umorzenie, o których mowa w ust. 3a. (zmiana treści przepisu art. 28 ust. 3b ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych).

Powyższa zmiana jest podyktowana, w szczególności, trwającą od marca 2020 r. epidemią koronawirusa na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, skutkiem, której sytuacja finansowa przedsiębiorców w wielu branżach uległa pogorszeniu, wielu spośród nich zostało zmuszonych do zawieszenia działalności gospodarczej lub jej istotnego ograniczenia – nakazami administracyjnymi. Do Rzecznika docierają informacje, że chociaż wzrosła (w stosunku do 2019 roku) liczba wniosków o umorzenie należności z tytułu składek, z którymi przedsiębiorcy zwrócili się do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, zmalała liczba pozytywnych decyzji wydanych w tym zakresie. ZUS wyjaśnia m.in., że w przypadku zaistnienia przesłanki ważnego interesu osoby zobowiązanej może umarzać należności na ubezpieczenia społeczne ubezpieczonym (płatnikom tych składek), o ile zobowiązany spełni warunki umorzenia określone w § 3 ust. 1 pkt 1-3 rozporządzenia Ministra Gospodarki Pracy i Polityki Społecznej z dnia 31 lipca 2003 r. w sprawie szczegółowych zasad umarzania należności z tytułu składek na ubezpieczenia społeczne[2].

W sytuacji trwającego stanu epidemii COVID-19, każdy przedsiębiorca, który złoży wniosek o umorzenie należności z tytułu składek i wykaże dostępnymi mu środkami dowodowymi (lub Zakład ustali z urzędu), że sporne należności powstały na skutek trwającej od marca 2020 r. klęski pandemii oraz, że zdarzenie to ma wpływ na możliwość płacenia należności z tytułu składek, winien zostać rozpatrzony pozytywnie, jako spełniający przesłankę ważnego interesu zobowiązanego – komentuje Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Rzecznik MŚP zgłosił również uwagi do opublikowanego na stronie Rządowego Centrum Legislacji Projektu. Zawnioskował o rozważenie zmiany w art. 1 pkt 1 Projektu zmieniającego brzmienie art. 2 ust. 1 pkt 1 nowelizowanej ustawy, tj. skrócenie okresu „co najmniej trzech lat” do „co najmniej jednego roku”. W ocenie Rzecznika przedmiotowa zmiana może być istotna dla przedsiębiorstw z sektora MŚP borykających się z niewystarczającą płynnością finansową lub/oraz ponoszących istotne szkody wskutek trwającej epidemii COVID-19. Ze względu na wyjątkowy charakter tej epidemii szkód takich nie można było przewidzieć, a są one znaczące i w związku z tym stawiają przedsiębiorstwa w sytuacji znacząco odmiennej od warunków rynkowych, w których podmioty te zazwyczaj prowadzą działalność. (pkt 8, Komunikat Komisji z dnia 20 marca 2020 r. – Tymczasowe ramy środków pomocy państwa w celu wsparcia gospodarki w kontekście trwającej epidemii COVID-19)[3].

Jednocześnie Rzecznik MŚP zarekomendował doprecyzowanie lub rezygnację z warunku wskazanego w Projekcie art. 1 pkt 1 (zmieniającego brzmienie art. 2 ust. 1 pkt 3 nowelizowanej ustawy), dotyczącego wykonywania działalności gospodarczej na rynku, na którym występuje lub może występować długookresowa strukturalna nadprodukcja. W ocenie Rzecznika brak jest określonych kryteriów, które przesądzałyby o występowaniu, możliwości występowania, bądź braku występowania długookresowej strukturalnej nadprodukcji. Zatem warunek ten jest bardzo ocenny i niezwykle trudno jest stwierdzić występowanie, bądź niewystępowanie tej przesłanki, która miałaby, wszakże przesądzić o możliwości uzyskania (bądź nie) pomocy przez przedsiębiorcę.

[1] Dz. U. z 2021 r. poz. 423; dalej: „ustawa o systemie ubezpieczeń społecznych”

[2] Dz. U. z 2003 r. Nr 141, poz. 1365; dalej: „rozporządzenie”

[3] Dz. UE 2020/C 91 I/01; dalej: „Komunikat Komisji”

Instytut Genetyki Człowieka PAN: już w 90 proc. próbek z Wielkopolski jest wariant brytyjski

Laboratorium Diagnostyki COVID19 Instytutu Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu w ostatnich dniach przeanalizowało pozytywne próbki z rutynowej diagnostyki zakażeń SARS-CoV-2 pod względem występowania wariantu brytyjskiego. Stwierdzono, że prawie 90 proc. badanych osób pozytywnych pod względem obecności wirusa było zakażonych właśnie brytyjskim wariantem koronawirusa, który charakteryzuje się zdecydowanie wyższą zakaźnością.

Niebezpieczny wyspiarz

Wariant brytyjski koronawirusa – B.1.1.7 po raz pierwszy zidentyfikowany został w Wielkiej Brytanii we wrześniu 2020 r. Wystąpienie tego wariantu wirusa odnotowano już w ponad 100 krajach na całym świecie, a jego rozprzestrzenianie się nadal postępuje. W przebiegu zakażenia wariantem B.1.1.7 ryzyko infekcji osób młodszych  jest znacznie podwyższone.

  • W ciągu ostatnich dni w Laboratorium Diagnostyki COVID-19 Instytutu Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu stwierdziliśmy obecność brytyjskiej odmiany koronawirusa w prawie 90 proc. przypadków zakażeń. Ta odmiana to klon starego wirusa, który różni się od niego pod względem sekwencji. Cechuje go podwyższona śmiertelność i nasilone objawy kliniczne, w tym bóle mięśni, stawów i ciężki kaszel. Są dni, w których wszystkie pozytywne próbki zawierają właśnie ten wariant wirusa. – wyjaśnia prof. Andrzej Pławski, kierownik Laboratorium Diagnostyki COVID-19 w Instytucie Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu.

Wynik w ciągu kilku godzin

Wirus brytyjski szybciej się rozprzestrzenia, stąd jego pojawienie musiało doprowadzić do sytuacji, w której jego odsetek wśród osób zakażonych staje się wyższy. Skuteczna i szybka diagnostyka jest dziś jeszcze bardziej kluczowa niż kiedykolwiek wcześniej.

  • Badamy pacjentów ze Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu i kilku mniejszych, gdzie testy wykonywane są przed przyjęciem na planowe świadczenia medyczne oraz osoby prywatne, które wybierają się w podróż zagraniczną. Wynik naszego testu wydajemy już w ciągu kilku godzin, stąd duże zainteresowanie działaniem naszego laboratorium. O naszych nowych ustaleniach powiadomiłem już konsultanta wojewódzkiego w dziedzinie mikrobiologii, to także kluczowa informacja dla służb sanitarnych i rządu. – podkreśla profesor.

Sukces ewolucyjny wirusa

Wariant brytyjski dzięki większej zakaźności szybko uzyskał przewagę i zaczął wypierać inne typy koronawirusa na świecie, również w Polsce.

  • Wszystkie organizmy żywe są poddawane naturalnej selekcji. To samo dotyczy wirusów, mimo że trudno je zaliczyć do świata ożywionego. Im patogenny gatunek jest bardziej zaraźliwy, tym szybciej się rozprzestrzenia i odnosi większy sukces ewolucyjny, ponieważ taki gatunek zyskuje zdolność do zasiedlenia nowych grup żywicieli, w tym przypadku osób młodszych. Mutacja brytyjska, podobnie jak ta południowoafrykańska, powodują najwięcej trwałych zmian w układzie oddechowym.  Zmienność wirusa powoduje że powstają nowe warianty, których zakaźność będzie rosła ponieważ właśnie takie linie osiągają sukces ewolucyjny i te właściwości wirusa powinny być brane pod uwagę przy planowaniu strategii walki z pandemią

PIU: wyniki ubezpieczeń należności handlowych 2020 r.

Rok 2020 był przykładem tego, jak ubezpieczenia kredytu kupieckiego mogą stabilizować gospodarkę w okresach niepewności. Suma ubezpieczonych obrotów firm przekroczyła po raz kolejny 500 mld zł i była o ponad 40 mld zł wyższa niż rok wcześniej. Ubezpieczyciele nie zmniejszyli zaangażowania we wsparcie przedsiębiorców, pomimo pandemii i związanych z nią ograniczeń.

Mimo załamania na rynkach finansowych w marcu 2020 r., zakłady ubezpieczeń zwiększyły nieznacznie limity kredytowe, przyznawane ubezpieczonym przedsiębiorstwom. O 8 proc. zwiększyła się także wartość ubezpieczonych obrotów.

Ryzyko gospodarcze wciąż jest realne

– Przekroczone zostały wartości notowane w ubiegłych latach, charakteryzujących się dobrą koniunkturą. Przedsiębiorcy w czasach niepewności docenili rolę ubezpieczeń kredytu kupieckiego. Polisy pozwoliły im utrzymywać dotychczasowe i zdobywać nowe kontrakty, dzięki czemu mogli bezpiecznie zbywać swoje towary i usługi. Trzeba pamiętać też o tym, że kłopoty nie skończyły się wraz z ubiegłym rokiem. W wielu krajach, w tym w Polsce, utrzymywane są lub przywracane ograniczenia aktywności obywateli i przedsiębiorstw. Trudno przewidzieć, jak będzie wyglądać sytuacja płatnicza na poszczególnych rynkach w kolejnych miesiącach czy nawet tygodniach – mówi Rafał Mańkowski, ekspert Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Ubezpieczenia należności handlowych, dane w mln PLN 2019 2020 Dynamika 2020/2019
Ekspozycja krajowa (na 31 grudnia) 105 358 106 111 101%
Ekspozycja eksportowa (na 31 grudnia) 59 510 62 567 105%
Ekspozycja łączna (na 31 grudnia) 164 868 168 678 102%
Ubezpieczone obroty krajowe 415 283 448 646 108%
Ubezpieczone obroty eksportowe 118 182 126 261 107%
Ubezpieczone obroty łącznie 533 465 574 907 108%
Składka przypisana brutto 722 761 105%
Odszkodowania i świadczenia wypłacone brutto 337 381 113%


Ekspozycja
– jest to ryzyko finansowe, jakie ponoszą zakłady ubezpieczeń. Innymi słowy jest to suma limitów kredytowych przyznanych przez ubezpieczycieli dla wszystkich przedsiębiorstw korzystających z ubezpieczeń należności handlowych

Ubezpieczone obroty – łączna wartość obrotów, które były objęte ochroną ubezpieczeniową w danym okresie

Zakłady ubezpieczeń prowadziły zrównoważoną i stabilną politykę zarządzania ryzykiem. W ciągu całego roku nie występowały znaczące odchylenia w łącznej wysokości dostępnych limitów kredytowych w porównaniu z latami ubiegłymi.

Jak działa ubezpieczenie należności handlowych?

Standardem wśród przedsiębiorców jest sprzedaż produktów i usług z odroczonym terminem płatności, czyli stosowanie kredytu kupieckiego. Ubezpieczenie należności handlowych zapewnia firmom ochronę finansową w przypadku strat wynikających z opóźnień w płatnościach bądź nawet bankructwa kontrahenta. Co więcej, dzięki know-how ubezpieczyciela, przedsiębiorstwo otrzymuje profesjonalny i stały dostęp do monitoringów informujących o aktualnej kondycji finansowej kontrahenta.

Magazynowy Zachód nie taki dziki

Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej na obszarze Polski Zachodniej, po oddaniu do użytku 73,3 tys. mkw. w 2020 r., wyniosła pod koniec grudnia 693 tys. mkw. Większość inwestycji to projekty typu BTS. Zauważalny jest jednak wzrost udziału parków magazynowych typu multi-tenant z powierzchnią oferowaną na wynajem.

Obszar Polski Zachodniej to najmłodszy wśród rynków magazynowych w Polsce. Obejmuje dość rozległy obszar, na który składają się miasta położone wzdłuż zachodniej granicy Polski, w większości w województwie lubuskim, ale także częściowo w województwie dolnośląskim, a dokładnie w podregionie legnicko-głogowskim. Do głównych ośrodków zalicza się Legnica, Zielona Góra i Gorzów Wielkopolski. Żaden z tych rynków jednak nie dominuje wyraźnie pod względem zasobów nowoczesnej powierzchni magazynowej. W 2020 r. odpowiadały kolejno za 18%, 16% i 7% całkowitej podaży.

– Potencjał Polski Zachodniej jest coraz częściej zauważany przez największych deweloperów, którzy doceniają jej strategiczne położenie względem zachodnich rynków. Dzięki rozwiniętej sieci dróg, bliskości dworców towarowych oraz lotnisk we Wrocławiu i Zielonej Górze tereny te zapewniają sprawną komunikację nie tylko z pozostałymi regionami Polski, ale również z krajami Europy Zachodniej. Firmy mogą liczyć również na duże zaplecze potencjalnych pracowników. Możemy spodziewać się, że zainteresowanie inwestycjami w magazyny w Polsce Zachodniej będzie systematycznie rosnąć – prognozuje Agnieszka Bogucka, analityk w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers.

BTS głównym wyborem inwestorów

– Rynek nowoczesnych powierzchni magazynowych w Polsce Zachodniej rozwija się od 2012 r. i przez kolejne lata opierał się w zasadzie wyłącznie na magazynach typu BTS, wznoszonych na potrzeby konkretnych najemców, takich jak m.in. Faurecia Automotive, Syncreon Logistic, Ideal Automotive, BMW czy H&M. Od 2018 r. obserwujemy rozwój rynku powierzchni oferowanych na wynajem w projektach typu multi-tenant – w minionym roku wszystkie oddane do użytku obiekty magazynowe w Regionie Zachodnim należały do tego typu inwestycji –  mówi Maciej Chmielewski, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers.

Najwyższą aktywnością w regionie wykazała się firma Panattoni, która w ubiegłym roku dostarczyła na rynek 70% nowo oddanej powierzchni magazynowej w ramach pierwszych hal parków Panattoni Park Legnica I (26,2 tys. mkw.) i Panattoni Park Gorzów Wielkopolski (18,8 tys. mkw.) oraz kolejnego etapu Panattoni Park Zielona Góra (6,8 tys. mkw.). Czwartym nowym projektem był natomiast Hillwood Słubice (21,5 tys. mkw.).

– Wraz z powstawaniem nowych parków logistycznych równolegle rosną zasoby magazynów typu BTS – w III kw. 2021 r. do użytku ma zostać oddany projekt dla firmy Amazon o powierzchni 203,4 tys. mkw. To już dziesiąta tego typu inwestycja światowego giganta branży e-commerce w Polsce. Łącznie w budowie w Regionie Zachodnim znajduje się obecnie 226 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej – dodaje Agnieszka Bogucka.

Wskaźnik pustostanów bliski zeru

W 2020 r. wolumen popytu w Polsce Zachodniej osiągnął poziom 265,3 tys. mkw., głównie dzięki transakcji BTS na 200,4 tys. mkw. pomiędzy deweloperem Panattoni i koncernem Amazon, która stanowiła 76% popytu. Na pozostałe 24% wynajętej powierzchni magazynowej złożyły się w większości nowe umowy. Do dużych transakcji zalicza się również podpisanie umowy na obiekt typu BTO w Sulechowie firmy Panattoni o powierzchni 61 tys. mkw., nie jest ona jednak uwzględniania w statystykach zbiorczych.

– Specyfika rynku magazynowego Polski Zachodniej oparta na obiektach typu BTS oraz w ostatnich latach również na parkach logistycznych, w których powierzchnia w większości jest wynajęta jeszcze przed oddaniem projektów do użytku, sprawiła, że aż do końca I poł. 2020 r. współczynnik pustostanów kształtował się na poziomie 0%. Dopiero na koniec III kw. poziom wskaźnika wzrósł do 4,2% ze względu na ukończenie w tym okresie inwestycji niezabezpieczonych wcześniej umowami najmu. Współczynnik ten jednak już pod koniec roku wrócił do niskiego poziomu i wyniósł zaledwie 1,6%. Możemy zatem mówić o stabilnym wysokim popycie na magazyny w Regionie Polski Zachodniej – mówi Agnieszka Bogucka.

Coface: Analiza skutków zmienności cen ropy naftowej na Bliskim Wschodzie i w Afryce

  • Po spadku poniżej 15 USD w połowie kwietnia średnie ceny ropy Brent powróciły do średniego poziomu 41,7 USD w skali 2020 r. (dla porównania: 64,3 USD w 2019 r.). Oczekuje się, że w 2021 r. średni poziom wyniesie 60 USD.
  • Wyższą zależność od ropy naftowej pod względem udziału w PKB posiadają kraje takie jak Oman, Iran, Angola, Kongo i Gwinea Równikowa.
  • Bliski Wschód skupia niemal połowę potwierdzonych światowych zasobów ropy naftowej oraz 65 proc. potwierdzonych zasobów OPEC. Pomimo wdrażania programów dywersyfikacyjnych większość krajów bliskowschodnich pozostaje zależna od ropy naftowej pod względem eksportu, przychodów budżetowych i PKB. Pomimo odbicia się cen w 2021 r. saldo rachunków publicznych tych krajów będzie nadal ujemne, a jednocześnie wzrośnie ich wskaźnik relacji długu publicznego do PKB.
  • W rejonie Zatoki Perskiej przychody z węglowodorów stanowią od 50 do 80 proc. całkowitych wpływów budżetowych i od 20 do 90 proc. całkowitego eksportu. Poziom uzależnienia produkcji krajowej od sektora węglowodorowego utrzymuje się w przedziale od 20 do 50 proc.
  • Znaczenie Afryki w światowej branży naftowo-gazowej, pomimo wyróżniającej się pozycji kilku krajów, jest niewielkie. Kontynent ten posiada odpowiednio 7,2 proc. i 7,5 proc. znanych światowych rezerw ropy naftowej i gazu oraz generuje 8,9 proc. i 6 proc. ich produkcji, 10,2 proc. i 9,1 proc. ich eksportu oraz 4,2 proc. i 3,8 proc. ich zużycia.
  • Na eksport przeznacza się 75 proc. wyprodukowanej ropy naftowej, a wszystkie kraje afrykańskie z wyjątkiem czterech (Algierii, Wybrzeża Kości Słoniowej, Konga i Nigru) są importerami netto produktów ropopochodnych.
  • Choć ropę naftową i gaz wytwarza się w dwudziestu państwach afrykańskich, to za ponad 80 proc. kontynentalnej produkcji odpowiada pięć z nich: Algieria, Angola, Nigeria, Egipt i Libia (w tym ostatnim przypadku dotyczy to normalnych czasów, ponieważ na większą część 2020 r. wstrzymano zarówno produkcję, jak i eksport).
  • Zróżnicowanie pod względem wzrostu pomiędzy rokiem 2019 a rokiem 2020 będzie znaczne w tych krajach, gdzie ropa naftowa i gaz odgrywają kluczową rolę w gospodarce, czyli w Algierii (95 proc. eksportu, 52 proc. wpływów do budżetu, 25 proc. PKB), Czadzie (odpowiednio 59 proc., 30 proc. i 13 proc.), Kongu (80 proc., 63 proc. i 61 proc.) i Nigerii (90 proc., 55 proc. i 8 proc.).
  • Wiele przedsięwzięć inwestycyjnych w sektorze węglowodorów odłożono na później, realizacja innych się opóźnia. Na ogół jednak nie kwestionuje się ich zasadności, szczególnie jeśli chodzi o gaz, który uważa się za najbliższy energetyce odnawialnej.
  • W przypadku niektórych krajów energia odnawialna stanowi istotne źródło dywersyfikacji (Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska), podobnie jak turystyka, finanse, transport i budownictwo (Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie), rolnictwo, leśnictwo oraz inne gałęzie przemysłu wydobywczego (Kamerun, Czad, Kongo, Gabon).
  • Zagraniczni inwestorzy – czy to z branży tradycyjnych lub odnawialnych źródeł energii, czy to spoza niej – będą wrażliwi na jakość otoczenia biznesowego, które w wielu krajach jest problematyczne.

Wyścig po grunty inwestycyjne. Pod jakie projekty poszukują gruntów inwestorzy?

Przede wszystkim poszukiwane są grunty pod projekty magazynowe, produkcyjne i mieszkaniowe. Szczególnie optymistycznym sygnałem jest rosnąca ilość zapytań, jakie otrzymujemy od inwestorów produkcyjnych FDI, którzy chcą relokować do Polski produkcję czy działalność dystrybucyjną. W minionym roku mogliśmy obserwować już także pakietowe transakcje dotyczące nabywania gruntów inwestycyjnych.

Ze względu na rozkwit logistyki i sektora magazynowego dużym powodzeniem cieszą się działki położone na obrzeżach dużych miast. Szczególnie lokalizacje w pobliżu Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Trójmiasta, czy Poznania, oferujące dobry dostęp do największych szklaków komunikacyjnych. Daje się również zauważyć zainteresowanie gruntami usytuowanymi w mniejszych ośrodkach miejskich, co wynika z konieczności rozbudowy logistyki dla szybko wzrastającego sektora e-commerce.

Deweloperzy mieszkaniowi potrzebują ziemi pod tradycyjne inwestycje skierowane do klientów indywidualnych, ale także pod projekty dla coraz bardziej aktywnych w Polsce inwestorów z segmentu PRS. Obserwujemy również stabilne zainteresowanie gruntami w najlepszych, centralnych lokalizacjach ze strony sektora biurowego. Należy jednak zaznaczyć, że inwestorzy odchodzą od projektów spekulacyjnych w miejscach oddalonych od centrów miast. Nie zmieniła się natomiast otwartość na realizację inwestycji w obrębie centralnych obszarów miejskich. Niektóre projekty biurowe przeprojektowywane są na mieszkaniowe, a w przygotowywanych kompleksach multifunkcyjnych planowana jest budowa większej ilości mieszkań.

Pandemia wpłynęła na zmianę strategii wielu inwestorów. Niektórzy deweloperzy częściowo odsprzedają posiadane grunty, chcąc skupić się tylko na projektach z sektora, który stanowi podstawę ich działalności. I tak, na przykład firmy budujące mieszkania, które przed pandemią planowały realizację biurowe czy hotelowe odchodzą od tych zamierzeń. Stąd m.in. w atrakcyjnych punktach Wrocławia, czy Gdańska pojawiły się interesujące parcele pod projekty biurowe.

Na uwagę zasługuje również coraz silniejsze zainteresowanie naszym rynkiem ze strony inwestorów, którzy dotąd nie lokowali kapitału w Polsce. Pokazują to choćby ogłoszone niedawno decyzje szwedzkiego operatora Heimstaden, czy amerykańskiej firmy Nuveen oraz zapowiedź cyklu kolejnych transakcji w nadchodzących miesiącach.

Nie sposób nie zauważyć, że zdecydowanie dłużej trwa obecnie proces decyzyjny. Inwestorzy są bardziej ostrożni. Analizy techniczne i komercyjne przed zakupem gruntów przeprowadzane są w jeszcze bardziej drobiazgowy sposób niż wcześniej.

Ze względu na rosnące trudności z uzyskiwaniem finansowania bankowego firmy poszukują też alternatywnych form zabezpieczania gruntów, jak na przykład JV. Na początku tego roku mieliśmy m.in. okazję przeprowadzić proces doradczy przy tworzeniu JV dla projektu o wartości ponad 140 mln zł. Był to już trzeci tego typu projekt, w którym uczestniczyliśmy w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Pokazuje to również, że uczestnicy rynku coraz chętniej otwierają się na bardziej nieszablonowe rozwiązania.

Jak kształtują się ceny?

W poprzednich latach notowany był regularny wzrost cen gruntów pod inwestycje we wszystkich segmentach. Aktualnie stawki utrzymują się na poziomie sprzed roku. Jestem jednak przekonany, że długofalowo ceny najciekawszych gruntów inwestycyjnych nadal będą rosły. Spadająca rentowność alternatywnych źródeł alokacji kapitału zachęca bowiem do inwestowania w nieruchomości. Poza tym, atrakcyjnych działek jest mało, wiec ich ceny pozostaną wysokie, a w niektórych lokalizacjach wkrótce znów zobaczymy ich wzrost.

Z najwyższymi stawkami wywoławczymi dotyczącymi gruntów pod magazyny mamy do czynienia w aglomeracji warszawskiej, będącej największym centrum logistycznym w kraju. W obrębie Warszawy ziemia kosztuje od 450 zł/mkw. do 650 zł/mkw. Działki usytuowane przy głównych drogach, które znajdują się kilkanaście do około 30 km od miasta są wyceniane już o połowę niżej.

Kolejną lokalizacją, w której koszt zakupu ziemi pod magazyny jest największy to Kraków. W stolicy Małopolski ceny zaczynają się od 400 zł/mkw. W aglomeracji wrocławskiej, gdzie obserwujemy aktualnie największy skok zainteresowania inwestycjami w segmencie logistycznym, stawki są nieco niższe niż w Krakowie. Ceny kształtują się od 200 zł/mkw. Za najatrakcyjniejsze tereny pod logistykę ostatniej mili trzeba jednak zapłacić około 300 zł/mkw. W pobliżu Poznania grunty pod magazyny w porównaniu z Wrocławiem są dwukrotnie tańsze.

Gorącym towarem wciąż są działki pod inwestycje mieszkaniowe w dobrze skomunikowanych obszarach największych miast. I tu znów najwyższymi cenami charakteryzuje się Warszawa. Wśród ostatnich transakcji mamy na przykład sprzedaż działek na warszawskim Mokotowie, gdzie kupujący płacili za metr od 14 tys. zł nawet do przeszło 16 tys. zł. W ciągu ostatniego roku, pomimo pandemii, w najciekawszych dzielnicach Krakowa i Warszawy ziemia nadal drożała.

W zewnętrznych dzielnicach Warszawy ceny są niższe, pokaźnych rozmiarów parcele na obszarach mniej zurbanizowanych sprzedawane są w cenie 2 tys. zł – 3 tys. zł/mkw.

Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz

Gastronomia i fitness na dnie, branża noclegowa sobie radzi

  • W lutym liczba faktur wystawionych przez firmy MSP była znacznie mniejsza niż w grudniu – o 15,6% i nieco większa – o 2,3% niż w styczniu.
  • Na niewielki wzrost w lutym wpłynęło poluzowanie obostrzeń i otwarcie m.in. hoteli – w tej branży odnotowano wzrost liczby faktur w stosunku do stycznia, a nawet grudnia.
  • Niestety wiele branż jest na dnie – restauracje i inne stałe placówki gastronomiczne w lutym wystawiły o 37% mniej faktur niż w styczniu, a pozaszkolne formy edukacji sportowej oraz zajęć sportowych i rekreacyjnych o 51% mniej. Buntu restauratorów i branży fitness zatem nie było.

Dane pochodzą z serwisu faktura.pl. To jedna z największych w Polsce platform do wystawiania faktur. Działa od 20 lat, a konto służące do wystawiania faktur ma na niej ponad 50 tys. małych firm. Porównano liczbę faktur wystawionych w lutym w stosunku do stycznia 2021 i grudnia 2020. Dane są uporządkowane branżowo wg kodów PKD.

W lutym nieco lepiej niż w styczniu, ale gorzej niż w grudniu

Porównując łączną liczbę faktur wystawionych na platformie faktura.pl w lutym z wartościami z grudnia widać wyraźne spadki – aż o ponad 15%. Ostatni miesiąc ubiegłego roku, wraz z odmrożeniem sklepów w galeriach handlowych, przyniósł duże ożywienie w biznesie. Firmy działały, produkowały i sprzedawały, a swoje działania fakturowały i na nich zarabiały. Pierwsze miesiące tego roku są pod tym względem wyraźnie gorsze. W lutym widać jednak niewielką poprawę: wzrost liczby faktur – o 2,3%. Luty był wprawdzie o 3 dni krótszy od stycznia, jednak poluzowanie części obostrzeń pobudziło niektóre branże biznesu i zaowocowało wzrostem łącznej liczby faktur.

Przede wszystkim chodzi o ożywienie w obiektach noclegowych turystycznych i miejscach krótkotrwałego zakwaterowania. W lutym firmy z tych branż wystawiły o 42% więcej faktur niż w styczniu i o 37% więcej niż w grudniu. Od 12 lutego ruszyły m.in. stoki narciarskie co wygenerowało zapotrzebowanie na miejsca noclegowe. Hotele warunkowo mogły wznowić działalność i to widać w liczbie wystawianych faktur.

Otwarte stoki i możliwość jazdy na nartach wyraźnie pobudziła do życia branżę hotelarską. To bardzo ważne, bo hotelarze i wynajmujący kwatery to ludzie, którzy w roku Covidu ucierpieli bardzo mocno. Teraz nieco odrabiają, a korzystają też na tym dostawcy usług do hoteli – producenci żywności, pralnie, serwisy sprzątające, a przede wszystkim zatrudnieni tam ludzie, którzy też często działają jako jednoosobowe firmy – mówi Grzegorz Grodek z faktura.pl

Przez lockdown gastronomia głoduje

Wpływ zamrożenia gospodarki na kondycję biznesu dobrze widać nie tylko na przykładzie hoteli – im umożliwiono działanie, co od razu przełożyło się na większą liczbę wystawianych faktur. Podobnie, ale niestety odwrotnie jest w przypadku gastronomii – brak złagodzenia restrykcji, a szczególnie podtrzymanie zakazu spożywania posiłków na miejscu, coraz bardziej pogrąża tę branżę. W lutym przedsiębiorcy działający na kodzie PKD restauracje i inne stałe placówki gastronomiczne wystawili o 37% mniej faktur niż w grudniu (a podobną liczbę co w styczniu). Z pewnością wpływ na to miały także świąteczne cateringi.

Te dane potwierdzają problemy restauracji, branża w 2021 roku jest w coraz gorszym stanie. Brak możliwości jedzenia w lokalu jest bardzo dotkliwy. Skala buntu polegającego na otwieraniu lokali pomimo obostrzeń była dosyć widoczna, ale jak wynika z danych fakturowych, jednak symboliczna w swojej skali.

Buntu nie było też w siłowniach i obiektach fitness

Przedsiębiorcy z tej branży (pozaszkolne formy edukacji sportowej oraz zajęć sportowych i rekreacyjnych) w lutym wystawili o 42% mniej faktur niż w styczniu i aż o połowę mniej niż w grudniu. Fitness i rekreacja sportowa są w coraz gorszej formie, a kolejni przedsiębiorcy zawieszają lub likwidują działalność.

W lutym znacznie mniej faktur wystawili też przedsiębiorcy działający w branży reklamowej – o 33% niej niż w grudniu.

Biznes ma się źle, więc oszczędza. Przedsiębiorcy starają się zachować przede wszystkim zatrudnienie, park maszynowy czy nieruchomości. W pierwszej kolejności obcięciu podlegają wydatki reklamowe. Można powiedzieć, że to najniższy koszt jaki przedsiębiorcy mogą ponieść, z drugiej strony ucierpi na tym tysiące ludzi obsługujących do tej pory potrzeby reklamowe biznesu – Marek Sikorski z Finea.

Oszczędności biznesu widać także w innych branżach. Coraz więcej firm obcina wydatki, co w dłuższej perspektywie będzie bardzo niekorzystne dla całej gospodarki.

Jakie branże były na plusie?

Cały czas stać nas na budowlane prace wykończeniowe.

Branża, w której w lutym widać wyraźne ożywienie to wykonywanie pozostałych robót budowlanych wykończeniowych. Działający w niej przedsiębiorcy w lutym wystawili o 36% więcej faktur niż w styczniu i o 22% więcej niż grudniu. To kontynuacja trendu z poprzedniego roku – ludzie uziemieni w domach robią remonty i naprawy. Zatrudniają do tego także fachowców. Branża wykończeniowa dobrze się czuje w Covidzie. Dane pokazują, że w tym roku to się nie zmieni, a Polacy ciągle maja spore środki do wydania na wykańczanie mieszkań i remonty.

Na plusie w lutym była też działalność rachunkowo-księgowa; doradztwo podatkowe – tu wystawiono o 13% więcej faktur niż w styczniu i o 43% więcej niż w grudniu.

– Zapewne w części wpłynął na to czas rocznych rozliczeń podatkowych. Możliwa jest też inna przyczyna: wiele firm i całych branż jest w trudnej sytuacji, brakuje im środków na bieżące funkcjonowanie. Szukają pomocy u doradców finansowych, sprawdzają, jak odsunąć w czasie płatności, skąd wziąć gotówkę na przetrwanie. Podobną sytuację widzimy w naszej działalności faktoringowej – trafia do nas coraz więcej firm szukających finansowania. Biznes odrzucony przez banki, w niektórych przypadkach, może u nas znaleźć środki na przeżycie. Faktoring w roku covidowym, był jedynym rosnącym i dosyć dostępnym narzędziem finansowania firm. W 2021 roku to się nie zmieniło – Marek Sikorski Dyrektor Sprzedaży Finea.

Nowy Ład? Nowe podatki i dodatkowe daniny, rosnąca inflacja, zamknięte biznesy

System podatkowy w Polsce od lat spędza przedsiębiorcom sen z powiek. Głównie ze względu na nieprzewidywalność danin, które co roku są powiększane i dodawane. Ten rok nie jest wyjątkiem – czekają nas dodatkowe podatki w różnych sferach życia pracownika i przedsiębiorcy – mimo tego, że poobijana po pandemii gospodarka z trudem je udźwignie. Niestety, nie można dokładnie obliczyć, jak bardzo zwiększył się realny koszt danin przekazywanych przez obywateli do skarbu państwa. Dzieje się tak, ponieważ wiele z nich nie jest wprost nazywana podatkami. Mówi się o nich półgębkiem, nadaje inne nazwy i ukrywa przed opinią publiczną. A jednak bardzo realnie wpływają one na zarobki Polaków i ich dobrobyt. Dobrym sposobem na uzmysłowienie sobie, jak ilość danin i składek się zmienia, jest obliczenie stosunku tych wszystkich opłat do Produktu Krajowego Brutto. Przez długie lata stosunek ten oscylował w okolicach 39%. Przy sumowaniu wszystkich danin, łącznie z opłatami ZUSowskimi. Obserwujemy, że w niektórych, bardziej rozwiniętych krajach zachodnich, to jest raczej poziom 45%. Teraz nagle okazuje się, że zaczynamy krok za krokiem iść w ich stronę. To prędzej czy później osłabi pulę, jaką w kieszeni mają konsumenci – czyli wartość nabywczą pieniądza.

– Gdy ktoś pyta mnie o to, czym są parapodatki, odpowiadam: popatrz, co się dzieje z kosztem wody, energii, wywozu śmieci. A teraz doszła do tego opłata cukrowa i dodatkowa porcja akcyzy. To są różne inne opłaty, o których się mało mówi. To jest naprawdę bardzo poważny problem dla naszej gospodarki, trudny do wymierzenia w cenach – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Do tego mamy w tej chwili 2021 rok – który jest skrajnie niedobry, żeby wprowadzać nowe podatki. Jesteśmy bardzo mocno poobijani tym, co się działo w poprzednim roku. Wiele branż wciąż czeka na to, by klienci wreszcie zaczęli wydawać u nich pieniądze. Ze zwiększonymi daninami tych pieniędzy będzie dużo mniej. Rząd podnosi podatki – a potem się dziwi, że przedsiębiorcy nie chcą inwestować. Inwestowanie, zwłaszcza w sektorze prywatnym, łączy się z ryzykiem. Jeśli nie mamy głębokiego przekonania, że przez długi czas otoczenie ekonomiczne, prawne i podatkowe nie zmieni się diametralnie – to nie podejmujemy tego ryzyka. To dotyczy też obywateli. Mało kto ma w taki czas odwagę na to, żeby zdecydować się na inwestowanie pieniędzy. Już niedługo problem pojawi się na poziomie gospodarstw domowych – które będą się zastanawiać, czy kupić nieruchomość, czy zainwestować swoje pieniądze. To znacząco wpłynie na Polską gospodarkę – podkreśla Soroczyński.

Sztuczna inteligencja pomoże biurowcom. REDD kończy kluczową fazę badań nad projektem Space AI

REDD Real Estate Digital Data (REDD) jeszcze w tym półroczu zaprezentuje narzędzie Space AI dla właścicieli biurowców, które pomoże zredukować negatywne efekty pandemii COVID-19, która uderzyła w rynek. REDD to polski startup proptech, który zbudował największą bazę danych o nieruchomościach biurowych w Polsce. Platforma od ponad dwóch lat rewolucjonizuje rynek nieruchomości komercyjnych.

Algorytmy Space AI już w fazie testów zapewniają dokładność prognoz na poziomie 89 proc., a co za tym idzie, pokazują przyszły popyt na biura w Polsce.

Od ponad roku pracujemy nad narzędziem opartym na sztucznej inteligencji, które pozwoli właścicielom biurowców na skuteczne prognozowanie wynajmu. Space AI pokaże, ile czasu potrzebują biura w konkretnym budynku na wynajęcie oraz które elementy poprawić, aby te biura wynajęły się szybciej. To będzie rewolucja na rynku. Naszym celem jest dwukrotne skrócenie okresu, w którym biura stoją puste – mówi Tomasz Ogrodzki, twórca REDD.

Dziś, jak wynika z REDD Index*, biura stoją puste w Polsce przez 296 dni.

Puste biura to gigantyczna strata

Dane REDD pokazują, że w 2020 roku wiele biur opustoszało. Wskaźniki mówią, że na koniec 2020 roku bez najemcy pozostawało prawie 1,8 mln mkw. w budynkach oddanych, a w obiektach budowanych kolejnych 740 tys. mkw. było już komercjalizowanych.

Pustostany biurowe generują ogromne straty dla właścicieli nieruchomości, które przy obecnym poziomie wolnych powierzchni mogą sięgać nawet 1 mld zł rocznie – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Sztuczna inteligencja i big data to strategiczne paliwo rynku nieruchomości komercyjnych. Jako największy dostawca danych, który zgromadził w ciągu ostatnich dwóch lat ponad 10 milionów danych i monitoruje 2000 budynków biurowych mamy realny wpływ na kształt tego rynku  – dodaje Tomasz Ogrodzki, współzałożyciel REDD.

Za system Space AI obok Tomasza Ogrodzkiego, który od ponad 10 lat realizuje projekty technologiczne dla nieruchomości, odpowiada również Piotr Smagała. W 2014 zakładał startup „Talkin’ Things”. Jest laureatem konkursu „Impuls dla biznesu” dla najbardziej innowacyjnych startupów.

Twórcy deklarują, że projekt jest w ostatniej fazie, w której model sztucznej inteligencji jest optymalizowany pod kątem nowych danych, które na bieżąco napływają do baz danych REDD.

REDD współpracuje z GUS

Platforma REDD z początkiem lutego podpisała także porozumienie z Głównym Urzędem Statystycznym (GUS). W ramach pilotażowego projektu REDD dostarczać będzie do GUS dane analityczne pozwalające prowadzić eksperymentalne badania statystyczne, których celem jest monitorowanie zmian zachodzących na rynku nieruchomości biurowym w Polsce.

Polacy nagrabili sobie u ubezpieczycieli. Nawet co 10 szkoda z OC może trafiać pod lupę detektywów

Szacuje się, że już nawet co 10 szkoda z OC trafia w ręce detektywów. Jednak wielu ubezpieczycieli nie chce w ogóle tego komentować. Z kolei z danych PIU wynika, że tylko w 2019 roku było niemal 12 tys. prób wyłudzeń na łączną kwotę blisko 272 mln zł. Branża podkreśla, że proceder stale rośnie, więc musi się bronić. Eksperci, komentując to, twierdzą, że w praktyce detektywi nie tyle szukają wielkich przestępstw, co błędów, żeby odmówić wypłaty odszkodowania. Świadczy o tym fakt, że później sporo osób wygrywa spory w sądach. Do tego specjaliści twierdzą, że liczba ww. prób nie jest zbyt duża w stosunku do ilości zdarzeń na polskich drogach.

Detektyw na pomoc

W przestrzeni publicznej mówi się, że towarzystwa ubezpieczeniowe coraz częściej korzystają z usług detektywów podczas likwidacji szkód komunikacyjnych. Większość ubezpieczycieli nie chce wypowiadać się na ten temat. Jednak szacuje się, że nawet co 10 przypadek w kwestii OC jest kierowany do takiego rozpoznania, o czym informuje Maciej Kamiński, ekspert rynku ubezpieczeniowego, prezes zarządu HELPER CPP. I dodaje, że dotyczy to też pozornie niewielkich szkód. W praktyce często wyszukiwane są błędy w celu niewypłacenia odszkodowań. Dzięki temu ubezpieczyciele oszczędzają duże kwoty. Z doświadczenia eksperta wynika, że nie wszystkie odmowy są zasadne, o czym świadczą wygrywane przez poszkodowanych sprawy w sądach. Co warto podkreślić, tylko 10% z nich kieruje pozwy, więc ubezpieczycielom zwyczajnie opłaca się odmawiać.

– Korzystanie z usług detektywa jest praktyką powszechną i niestety niezbędną w sytuacji, gdy proceder wyłudzeń na rynku rośnie. Chcąc ustrzec się przed wypłacaniem liczonych rocznie w milionach złotych kwot nienależnych odszkodowań, ubezpieczyciele w wielu przypadkach po prostu nie mają innego wyjścia – komentuje Aneta Rządkowska, dyrektor Departamentu ds. Świadczeń i Odszkodowań w Pocztowym Towarzystwie Ubezpieczeń Wzajemnych.

W 2019 roku było 11 737 prób wyłudzeń ubezpieczeń komunikacyjnych na łączną kwotę 271,8 mln zł, co podkreśla Marcin Tarczyński, rzecznik prasowy Polskiej Izby Ubezpieczeń (PIU). Z kolei statystyki za rok wcześniejszy to odpowiednio 8 548 prób i 155,8 mln zł. Jak stwierdza ekspert, poziom wykrywania wyłudzeń ubezpieczeniowych w Polsce rośnie z roku na rok. Towarzystwa są do tego dobrze przygotowane, a pozytywne efekty daje stała współpraca z policją i prokuraturą. Jednak zdaniem prezesa Kamińskiego, liczba potwierdzonych prób wyłudzeń jest dosyć nikła w stosunku do tego, ile faktycznie zdarzeń komunikacyjnych występuje każdego roku na polskich drogach.

– Należy zdecydowanie podkreślić wzrostową tendencję przestępstw ubezpieczeniowych. Powszechną praktyką wśród TU jest korzystanie z usług wykwalifikowanych podmiotów, które pomagają w przeciwdziałaniu temu problemowi. Częstotliwość takiego wsparcia zależna jest od czujności i doświadczenia osób operacyjnych zajmujących się procesem likwidacji szkód. Próby wyłudzeń odszkodowań są coraz bardziej wyrafinowane, stąd często powołuje się odpowiednio wyspecjalizowane jednostki mające na celu współpracę z organami ścigania – informuje Anna Szyszka, menadżer Zespołu Likwidacji Szkód Reklamacji i Regresów w Credit Agricole Towarzystwo Ubezpieczeń S.A.

Analiza zdarzenia

Działania detektywów w postępowaniu odszkodowawczym są legalną praktyką, o czym informuje adwokat Marta Piątkowska. Ubezpieczyciele mogą w toku prowadzonych likwidacji szkód korzystać z usług podmiotów zewnętrznych oraz własnych specjalistów. Natomiast zakres czynności będących ww.  kwestiami reguluje art. 2 Ustawy o usługach detektywistycznych. To m.in. sprawdzanie wiarygodności informacji dotyczących szkód zgłaszanych zakładom ubezpieczeniowym.

– Przy szkodach komunikacyjnych najczęściej mamy do czynienia ze zgłoszeniem zdarzenia, które w rzeczywistości nie miało miejsca, albo z nieprawdziwym opisem okoliczności. Do wykrycia takiego rodzaju wyłudzeń wystarczy opinia doświadczonego likwidatora szkód lub ewentualnie eksperta, który jest w stanie ocenić, czy stan pojazdu zgadza się z informacjami podanymi przez osobę zgłaszającą szkodę – zaznacza rzecznik prasowy PIU.

Jak podkreśla Katarzyna Niegowska-Redo, dyrektor Biura Promocji i Organizacji Sprzedaży w Towarzystwie Ubezpieczeń Wzajemnych TUW, prowadzone są działania zmierzające do ograniczenia skali przestępczości ubezpieczeniowej. Wyspecjalizowana kadra ubezpieczyciela systematycznie podnosi swoje kwalifikacje zawodowe, żeby prawidłowo weryfikować próby wyłudzenia nienależnego odszkodowania. Dopuszcza się także możliwość skorzystania z usług profesjonalnych podmiotów, które prowadzą działalność polegającą na ustalaniu okoliczności zdarzenia, ale jedynie w sytuacji, gdy zaistnieje uzasadnione podejrzenie usiłowania lub faktycznego popełnienia przestępstwa ubezpieczeniowego.

– W przypadku szkód podwyższonego ryzyka, usługi likwidatora nie zawsze wystarczają. Dlatego w pierwszej kolejności TU zleca dodatkowe czynności rzeczoznawcy mobilnemu. Są to z reguły dodatkowe oględziny pojazdu poszkodowanego i sprawcy, miejsca kolizji czy wizja lokalna z udziałem uczestników zdarzenia. Gdy jednak te działania nie są wystarczające, ubezpieczyciele korzystają z usług profesjonalnych firm detektywistycznych – podkreśla Aneta Rządkowska.

Jak stwierdza prezes Kamiński, powodami skorzystania z usług detektywa mogą być takie kwestie, jak m.in. wysokość szkody, wartość auta czy nietypowa marka. Nieufność może też wzbudzić specyficzne miejsce zdarzenia czy uczestnictwo w nim kilku pojazdów. Istotne są też takie czynniki, jak szkodowość kierowcy i danego pojazdu, a także podejrzenie ukrycia szkód z poprzedniego zdarzenia. Ekspert dodaje, że ostatnio zdarzają się również sytuacje, kiedy przedsiębiorcy chcą zrezygnować z leasingu lub kredytu, powodując celowo pewne zdarzenia, bo w dobie pandemii mają problemy z bieżącym regulowaniem zobowiązań. Do tego detektywi badają głównie sprawy dot. OC, gdyż odszkodowania z ich tytułu są wyższe niż w przypadku AC. Ale zdarzają się też wyjątki.

Warto rozmawiać

– Obowiązek udzielania informacji detektywom spoczywa na osobach uczestniczących w zdarzeniu komunikacyjnym. Mówi o tym art. 16 Ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Na tej właśnie podstawie TU korzystają w trakcie likwidacji szkody z usług detektywistycznych – mówi mec. Piątkowska.

Natomiast Maciej Kamiński zwraca uwagę na to, że detektyw powinien jednoznacznie poinformować poszkodowanego i sprawcę, kim jest. Musi też powiedzieć, że działa z ramienia towarzystwa i chce potwierdzić okoliczności zdarzenia. Jednak w praktyce różnie to bywa, bo czasem się zdarza, że detektyw działa nieoficjalnie. Szuka różnych śladów, rozmawia z ludźmi, nie mówiąc, kim właściwie jest. Natomiast to są złe praktyki, bo wszystko powinno być jawne. Niestety w Polsce nieważne jest to, jak został zdobyty dowód, który potem jest przedstawiany w sprawie przed sadem.

– Należy również dodać, że brak współdziałania poszkodowanego z TU w procesie likwidacji szkody może powodować negatywne dla niego konsekwencje. Wynikają one z art. 17 Ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych. Jeśli naruszenie nastąpiło przez sprawcę, ubezpieczyciel może jedynie żądać zwrotu części wypłaconego odszkodowania. Gdy niedopełnienie obowiązków nastąpiło za sprawą poszkodowanego, wówczas towarzystwo może ograniczyć wysokość wypłaconych środków i żądać zwrotu części odszkodowania – dodaje adwokat Piątkowska.

Droższe składki

Z kolei Marcin Tarczyński przypomina, że środki wypłacane poszkodowanym pochodzą ze składek płaconych przez wszystkich ubezpieczonych. Każdy, kto próbuje wyłudzić odszkodowanie, działa na szkodę ogólną osób płacących składki. Jak przekonuje rzecznik Polskiej Izby Ubezpieczeń, im większe jest przyzwolenie na tego typu zachowania, tym niestety droższe są ubezpieczenia.

– Faktem jest, że na rynku coraz częściej pojawiają się grupy wyspecjalizowane w wyłudzeniu odszkodowań komunikacyjnych. Firmy ubezpieczeniowe korzystają więc z usług detektywów, żeby bronić własnego interesu. Co więcej, tym działaniem dbają również o uczciwych ubezpieczonych. Jeśli jednak chodzi o składki, to one rosną nie tylko z powodu niesłusznych odszkodowań, jak twierdzą firmy ubezpieczeniowe. Na podwyżki wpływa też ilość roszczeń przy jednym zdarzeniu drogowym, a ich przybyło w ostatnich latach – wyjaśnia prezes HELPER CPP.

Warto również przypomnieć, że kiedyś wypłata świadczenia zamykała się w samym odszkodowaniu za uszkodzone auto. Obecnie przy jednym zdarzeniu drogowym pojawia się nawet kilka roszczeń. Dotyczą one holowania, parkingu, pojazdu zastępczego, doznanych urazów ciała, śmierci, a także szkód rzeczowych, które uległy uszkodzeniu podczas zdarzenia. Dlatego firmy ubezpieczeniowe często muszą balansować na granicy, żeby wyjść na swoje. W ocenie ekspertów, z tego powodu rola detektywa w kolejnych latach z pewnością będzie rosła.

Polacy największymi zwolennikami powrotu do biur – wynika z badania Skanska

Około 86 proc. polskich pracowników pojawia się dziś z różną częstotliwością w biurze mimo pandemii, z czego ponad połowa robi to codziennie. Tylko 15 proc. badanych uważa pracę zdalną za bardziej efektywną – mimo, że większość ma dostęp do oddzielnego pokoju w miejscu zamieszkania. Co ciekawe, to właśnie Polacy wyróżniają się w tym względzie najwyższym wynikiem w porównaniu do innych przebadanych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Dotyczy to również bezpieczeństwa w biurach – ponad 70 proc. z nich uważa biura za bezpieczne. To tylko niektóre z wniosków, jakie płyną z badania przeprowadzonego na zlecenie spółki biurowej Skanska.Do you feel safe in the office Nowadays, more people work in the office than during the first wave of the lockdown The biggest advantages of working in the office WELL Health-Safety Rating

Badanie zostało przeprowadzone na zlecenie Skanska w czterech krajach Europy Środkowo-Wschodniej – w Polsce, Czechach, Rumunii oraz na Węgrzech. Jego głównym celem była analiza obecnej sytuacji na rynku pracy w kontekście trwającej już od roku pandemii koronawirusa. Odpowiedzi pokazują, jakie jest nastawienie pracowników do nowych modeli pracy po 12 miesiącach obostrzeń związanych z pandemiczną rzeczywistością.

Polacy najliczniejszą grupą pracującą w biurach

Wśród pracowników biurowych w CEE obserwowane jest znużenie pracą z domu. – Odsetek osób, który w pierwszej fali lockdownu pracował tylko z domu i pozostał w takim modelu pracy, istotnie spadł. Do biura codziennie chodzi co drugi pracownik biurowy i jest to wzrost o 26 proc. w porównaniu do okresu marzec–maj 2020 – komentuje Małgorzata Głos, partner w firmie analityczno-badawczej Zymetria odpowiedzialnej za badanie.

W przypadku Polski, pomimo restrykcji i utrudnień, ponad połowa polskich pracowników codziennie uczęszcza do biura. Jest to 32 proc. więcej niż w okresie pierwszego lockdownu w Polsce w ubiegłym roku. 86 proc. polskich respondentów pojawia się w biurze z różną częstotliwością, zależnie od obranego modelu pracy w swojej firmie. Blisko 20 proc. respondentów w Polsce wskazało ograniczenia związane z pracą zdalną jako jeden z największych problemów w trakcie pandemii koronawirusa – jest to najwyższy wynik wśród przebadanych krajów. W przypadku modelu hybrydowego, to właśnie Polacy najchętniej będą pracować w biurze. Respondenci przyznali, że chcieliby spędzać tam około 2/3 czasu pracy w ciągu tygodnia. Średnia dla regionu CEE to połowa czasu w biurze, a połowa w trybie pracy zdalnej.

Połowa polskich pracowników niezadowolona z pracy z domu

Wyróżniający się pozytywny stosunek do pracy w biurze wśród polskich pracowników nie idzie w parze z gorszymi warunkami do pracy z domu. Ponad 60 proc. zadeklarowało posiadanie specjalnie wydzielonej przestrzeni do pracy w miejscu zamieszkania. Jednocześnie, niespełna połowa (46 proc.) przyznała, że jest mniej efektywna w pracy zdalnej niż pracując w biurze. Jest to największa grupa wśród pracowników we wszystkich przebadanych krajach (średnia dla regionu CEE – 39 proc.).

Przez ostatnich dwanaście miesięcy Polacy mieli okazję doświadczyć wszystkich zalet i wad pracy z domu. Okazuje się, że biuro wydaje się być dla wielu z nas cennym elementem codzienności, a dom nie jest go w stanie w pełni zastąpić. Prawie połowa przebadanych respondentów z Polski uważa, że praca z domu nie jest efektywna, a zaledwie 15 proc. wskazuje, że praca zdalna wiąże się z większą efektywnościąkomentuje Arkadiusz Rudzki, wiceprezes ds. sprzedaży i najmu w spółce biurowej Skanska na region CEE.

Praca zdalna i work-life balance

Respondenci we wszystkich krajach byli zgodni, że największym wyzwaniem są trudności z oddzieleniem czasu pracy od czasu wolnego. W związku ze złamanym rytuałem wychodzenia z biura na koniec dnia, pracownicy mają problem z przystosowaniem się do nowych warunków i odpoczynku w czasach pandemii. Średnio 45 proc. badanych wskazało ten problem jako najbardziej dokuczliwy.

Po raz kolejny widzimy niezastąpioną rolę biura – dotyczy to również kwestii ogólnej jakości życia codziennego. Wielu respondentów podkreślało też przede wszystkim ograniczenia w relacjach z innymi, szczególnie mające znaczenie w przypadku pracy zespołowej. Biura są miejscem, gdzie pracodawcy mogą wykorzystywać w pełni potencjał ich pracowników. Nie obejdzie się tutaj bez integracji, możliwości bezpośredniego spotkania czy też wzmacniania kultury wewnątrz firmy. Jest to głęboko zakorzenione w każdej organizacji, nie tylko w Polsce. Musimy się dostosowywać do nowej rzeczywistości, ale pewne preferencje i potrzeby się nie zmienią – mówi Arkadiusz Rudzki. 

Bezpieczeństwo w biurach ciągle obecne

Mimo trwającej pandemii, biura w oczach polskich pracowników w dalszym ciągu uchodzą za bezpieczne. Ponad 70 proc. respondentów z Polski wyraziło takie zdanie, co przy średniej dla regionu na poziomie 66 proc. i wynikach w poszczególnych krajach, jest najwyższym rezultatem w Europie Środkowo-Wschodniej. Dodatkowo, 61 proc. zadeklarowało jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa w przypadku biur, którym przyznano certyfikaty, np. WELL Health-Safety Rating – Wynik ten bardzo nas cieszy, ponieważ 8 naszych projektów w regionie CEE zdobyło wspomniany certyfikat. WELL Health-Safety Rating został tak zaprojektowany, aby wyróżnić budynki, w których skutecznie wprowadzono nowe, istotne standardy poparte badaniami naukowymi, zapewniające poczucie bezpieczeństwa oraz możliwość powrotu do miejsca pracy swoim pracownikom i najemcom – dodaje Arkadiusz Rudzki.

O badaniu:

Badanie przeprowadziła firma analityczno-badawcza Zymetria na zlecenie spółki biurowej Skanska w Europie Środkowo-Wschodniej. W ramach ilościowego badania online metodą CAWI, zebrano odpowiedzi od 1200 pracowników biurowych w dużych ośrodkach miejskich w czterech krajach – Polsce, Rumunii, Czechach i na Węgrzech.

¾ uczniów ma zaległości w nauce – raport „Jak oceniamy naukę zdalną po roku pandemii?”

Mija rok od ogłoszenia pandemii COVID-19 oraz wprowadzenia nowej rzeczywistości opartej na ograniczeniach i restrykcjach, szczególnie w edukacji. Jak wynika z najnowszego badania ClickMeeting, za całkowitą nauką zdalną opowiada się mniejszość, natomiast model hybrydowy, łączący naukę wirtualną z tradycyjną, to dla 38 proc. badanych najbardziej skuteczne rozwiązanie – również po ustąpieniu pandemii. Obecny system nauki zdalnej, mimo że w ciągu minionego pół roku  liczba osób oceniających go pozytywnie wzrosła dwukrotnie, według 71 proc. ankietowanych powoduje zaległości w nauce. Zdaniem 32 proc. respondentów skutkuje on również większym obciążeniem zadaniami domowymi.

Jedną z najbardziej radykalnych zmian było błyskawiczne przeniesienie nauki do trybu online od 16 marca zeszłego roku. Od tej pory dla uczniów, studentów i nauczycieli zaczął się okres niepewności – szkoły i uczelnie otwierały się i zamykały, do ostatniej chwili nie było wiadomo, w jaki sposób mają się odbywać egzaminy czy w jakim trybie będzie funkcjonowała edukacja w nowym roku szkolnym i akademickim. We wrześniu 2020 r. ClickMeeting, polska firma dostarczająca rozwiązania webinarowe, opublikowała badanie sprawdzające, jak Polacy oceniają nowe realia nauki online. Teraz nadszedł czas na porównanie wyników z obecną sytuacją i analizę nastrojów w kontekście nauki zdalnej równo 12 miesięcy po zamknięciu szkół i uczelni.ClickMeeting_rok_nauki_zdalnej_przygotowanie_placowek_edukacyjnych ClickMeeting_rok_nauki_zdalnej_zaleglosci_w_nauce

Obecnie nauka funkcjonuje w trybie nadzwyczajnym, który w domyśle ma się kiedyś zakończyć. Ta sytuacja jest wymagająca dla wszystkich jej uczestników – uczniów, studentów, rodziców i nauczycieli. Jednak pandemia trwa cały czas i nie sposób przewidzieć, kiedy powrót do normalności będzie w pełni możliwy. Rozwiązanie łączące tryb zdalny i stacjonarny jest wygodne i optymalne, być może pozostanie z nami już na zawsze – komentuje Dominika Paciorkowska, Dyrektor Zarządzająca ClickMeeting.

Szkoły i uczelnie nadal są nieprzygotowane do nauki zdalnej, ale jest lepiej

Z najnowszego badania ClickMeeting „Jak oceniamy naukę zdalną po roku pandemii?” wynika, że w ciągu ostatniego półrocza dwukrotnie wzrosła liczba osób pozytywnie oceniających przygotowanie placówek edukacyjnych do nauki zdalnej, jednak nadal nie ma ich wiele – tylko 23 proc. Niemal 77 proc. ankietowanych uważa, że placówki edukacyjne, mimo funkcjonowania od roku w formie zdalnej, nadal nie są do tego przygotowane. We wrześniu było to 86 proc., można więc mówić o pewnej poprawie nastrojów.

Większe obciążenie pracą i zaległości w nauce

Według ankietowanych przez ClickMeeting nauka zdalna często wiąże się z nadmiarem pracy. Aż 32 proc. respondentów twierdzi, że obecnie dostaje więcej prac domowych niż przed pandemią. Zdaniem tylko 15 proc. nauka zdalna wiąże się z mniejszą liczbą prac domowych. Najwyraźniej jednak nie przekłada się to na efekty – 71 proc. ankietowanych uważa, że wskutek nauki zdalnej uczniowie i studenci mają zaległości i nie nadążają za programem nauczania. Przeciwnego zdania było tylko 18 proc. respondentów, a dla 11 proc. był to temat trudny do rozstrzygnięcia.

Egzaminy i testy online postrzegane pozytywnie

Nauka to nie tylko lekcje, wykłady i zadania domowe, ale również konieczność zdawania egzaminów, sprawdzianów i testów. Ponad połowa ankietowanych – 56 proc. –  uważa, że sprawdzanie wiedzy w formie zdalnej jest dla nich komfortowe. To niewielki wzrost w porównaniu do września, kiedy tę odpowiedź wskazało 52 proc. osób. Jednak nadal aż 30 proc. ma problem ze zdawaniem egzaminów online.

Nauka hybrydowa rozwiązaniem na przyszłość?

Tylko dla niecałych 7 proc. ankietowanych nauka zdalna wypada najlepiej. Zdaniem 53 proc. respondentów najlepiej sprawdza się nauka stacjonarna, a zdaniem 38 proc. – hybrydowa, łącząca formę stacjonarną i zdalną. To zmiana na korzyść tradycyjnego modelu – we wrześniu tyle samo osób opowiadało się za formą stacjonarną i hybrydową – po 44 proc. Jednocześnie 56 proc. ankietowanych opowiada się za wyborem nauki w formie hybrydowej również po ustąpieniu pandemii. Tylko 17 proc. ankietowanych uważa, że nauka zdalna powinna zostać utrzymana.

Wiele osób korzysta z platformy ClickMeeting w celach edukacyjnych, dlatego zdecydowaliśmy się na udostępnienie szeregu funkcji, które to ułatwiają  – dodaje Dominika Paciorkowska, Dyrektor Zarządzająca ClickMeeting – Na naszej stronie udostępniamy również porady dla prowadzących, jak sprawnie i dobrze prowadzić zajęcia online. Cieszy nas, że ocena jakości edukacji zdalnej w ciągu ostatnich miesięcy uległa poprawie, bo to oznacza, że nieustające działania na rzecz rozwoju naszej platformy i wsparcia jej użytkowników przynoszą efekty.

Prawie trzy czwarte podmiotów aktywnych na rynku nieruchomości uważa, że polski rynek będzie oferował więcej możliwości inwestycyjnych

Na początku 2021 r. zaledwie co czwarty uczestnik sektora nieruchomości komercyjnych spodziewał się pogorszenia warunków gospodarczych w Europie Środkowej. To zdecydowana poprawa w porównaniu z drugim kwartałem minionego roku, gdy twierdziło tak 93 proc. z nich. Jednakże, jak wynika z trzeciej edycji badania przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte „Real Estate Confidence Survey for Central Europe”, deweloperzy i inwestorzy wciąż dostosowują swoje strategie do nowych warunków.

Badanie „Real Estate Confidence Survey for Central Europe” przeprowadzono już po raz trzeci wśród członków zarządów, menadżerów i specjalistów działających w branży nieruchomości przede wszystkim w Polsce, Czechach, na Węgrzech i w Rumunii, a także na terenie całej Europy Środkowej. Wcześniejsze edycje odbyły się w 2019 oraz w 2020 roku, gdy ze względu na szybko zmieniające się okoliczności spowodowane wybuchem pandemii, zostało ono podzielone na dwie tury – w styczniu (I kwartał) i kwietniu (II kwartał).

Poprawa nastrojów na rynku

Z wcześniejszych edycji badania wynika, że respondenci przewidywali utrzymanie stabilnego rozwoju środkowoeuropejskiego rynku nieruchomości. Pierwszy kwartał minionego roku zmienił zasadniczo to nastawienie i w kwietniu 2020 r. aż 93 proc. respondentów spodziewało się pogorszenia warunków gospodarczych w regionie.

Początek tego roku przyniósł kolejne odwrócenie panującego trendu. Tylko 24 proc. odpowiedzi było zdecydowanie pesymistycznych, co jest wynikiem podobnym do uzyskanego w 2019 r. Z kolei 37 proc. badanych uważało, że klimat gospodarczy pozostanie stabilny, natomiast 39 proc. – co stanowi największy udział we wszystkich edycjach raportu – miało wobec gospodarki pozytywne oczekiwania.

Porównując odpowiedzi respondentów z Polski i Czech na tle odpowiedzi wszystkich uczestników badania z Europy Środkowej, można zauważyć, że nastroje panujące w Polsce są nieznacznie mniej optymistyczne w porównaniu z resztą regionu CE, a w szczególności z Czechami. 45 proc. podmiotów działających w Czechach i 36 proc. firm aktywnych na rynku nieruchomości w Polsce pozytywnie ocenia klimat gospodarczy w krajach, w których działają. Trendy dla tych krajów są zbieżne z tymi zanotowanymi dla całego regionu Europy Środkowej – mówi Dominik Stojek, partner associate, lider zespołu doradztwa nieruchomościowego Deloitte w Polsce.

Okazje do inwestowania

Najnowsze badanie Deloitte pokazuje, że sytuacja na rynku nieruchomości jest oceniana znacznie bardziej optymistycznie niż w czasie drugiej edycji badania, przeprowadzonego w minionym roku. Ankieta wykazała rekordowy odsetek odpowiedzi o pozytywnych oczekiwaniach w zakresie aktywności rynkowej (46 proc.) i wolumenu transakcji (48 proc.) w całym regionie Europy Środkowej. Tylko co piąty respondent przewiduje spadek ogólnej aktywności rynkowej i jest to wskazanie zbliżone do tego sprzed pandemii, kiedy taką odpowiedź wybrało prawie 20 proc. pytanych.

Na początku 2021 r. oczekiwania dotyczące wzrostu dostępności nowych produktów inwestycyjnych w regionie CE nadal były silne. Tak prognozuje 58 proc. badanych i jest to wzrost o 5 p.p. w porównaniu z drugim kwartałem 2020 r. – Większość praktyków rynkowych spodziewa się wzrostu dostępności produktów inwestycyjnych, a takie oczekiwania są szczególnie powszechne wśród profesjonalistów działających w Polsce. Aż 72 proc. respondentów uważa, że nasz rynek będzie oferował większą liczbę produktów inwestycyjnych, a jedynie 12 proc. jest przeciwnego zdania – mówi Maciej Krasoń, partner w dziale audit & assurance, lider sektora nieruchomości i budownictwa w Europie Środkowej, Deloitte.

W porównaniu z poprzednimi edycjami badania, rośnie zainteresowanie branżą logistyczną i mieszkaniową, w tym mieszkań na wynajem. Sektory te zostały wskazane przez uczestników ankiety jako najbardziej odporne na negatywne skutki pandemii. 30% deweloperów zamierza skupić się na sektorze logistycznym i łącznie aż 35 proc. na sektorze mieszkaniowym. W przypadku inwestorów to odpowiednio 25 proc. dla sektora logistycznego i 38 proc. wskazań sektora mieszkaniowego. Dodatkowo, ankietowani spodziewają się największej konkurencji o nowe projekty inwestycyjne w 2021 r. właśnie na rynku nieruchomości logistycznych. Oczekiwania co do wzrostu konkurencji w tym sektorze są między innymi napędzane rosnącą rolą e-commerce.

– Widzimy coraz większe zainteresowanie funduszy aktywami logistycznymi. Rynek się rozrasta, dostarczane są wysoko specjalistyczne produkty, za czym idzie kompresja yieldów. Prognozujemy, że w 2021 r. stopy kapitalizacji dla produktów magazynowych osiągną poziom poniżej 6 proc., a dla aktywów najwyższej klasy nawet poniżej 5 proc. Sytuacja wygląda optymistycznie, choć mierzymy się z pewnymi utrudnieniami, jak choćby coraz wyższe koszty realizacyjne projektów, droższa ziemia, opóźnienia w wydawaniu pozwoleń i decyzji administracyjnych. Największym wyzwaniem będzie jednak sprostanie popytowi generowanemu przez inwestorów. W 2020 r. transakcje aktywów magazynowych stanowiły niemal połowę całego wolumenu rynkowego, a w tym roku mogą ten ubiegłoroczny rekord pobić. Jesteśmy na to przygotowani, mamy zabezpieczone grunty i szykujemy kolejne nowe projekty – mówi Tomasz Lubowiecki, założyciel i prezes 7R S.A.

Nastroje w pierwszych miesiącach po wybuchu pandemii nie były jednak tak optymistyczne. W kwietniu 2020 r. 88 proc. respondentów spodziewało się spadku aktywności rynkowej w nadchodzących miesiącach, a 75 proc. z nich uważało, że ogólna wartość transakcji spadnie. Dla rynku polskiego te wartości wynosiły odpowiednio 81 i 79 proc., a dla czeskiego 80 i 60 proc.

Wciąż jest jeszcze za wcześnie, żeby podsumowywać wpływ pandemii na polski segment nieruchomości komercyjnych, niemniej w ostatnim roku osiągnął on trzeci najlepszy wynik wolumenów inwestycyjnych w historii. W skali globalnej nie wszystkie lokalizacje SSC/BPO poradziły sobie równie dobrze w czasie pandemii, co może skutkować przenoszeniem kolejnych operacji do Polski. Przestrzenie biurowe cały czas są bardzo potrzebne i dlatego ten rynek nadal będzie się rozwijać. Przedłużający się tryb pracy zdalnej mocno doskwiera coraz większej liczbie pracowników, którzy skarżą się między innymi na brak interakcji i swobodnej komunikacji w zespołach, co z kolei negatywnie wpływa na współpracę między działami w firmach. Z naszych obserwacji wynika, że większość ludzi chce w końcu wrócić do swoich biur – mówi Łukasz Duczkowski, head of investments, Globalworth Poland.

Deweloperzy, inwestorzy i doradcy

Tegoroczne badanie Deloitte wykazało, że prawie 45 proc. deweloperów, 72 proc. inwestorów i 81 proc. doradców wprowadziło zmiany w swoich strategiach na 2020 rok.

Wybuch pandemii spowodował również zmianę poglądów deweloperów na temat największych wyzwań, przed którymi stoją. Przed kryzysem ich największą bolączką było pozyskanie gruntów pod zabudowę, rosnące koszty materiałów i robót budowlanych oraz dostępność i koszty siły roboczej. Jednak od drugiego kwartału minionego roku głównym zagadnieniem wskazanym przez nich w ankiecie jest komercjalizacja.

Prawie połowa inwestorów ankietowanych w tym roku uważa, że w nadchodzących miesiącach rentowność ich aktywności ustabilizuje się, a tylko jeden na pięciu przewiduje jej pogorszenie. Jedna trzecia prognozuje natomiast poprawę. Opinie te są zbliżone do tych wyrażonych przed wybuchem pandemii, ale wyraźnie różnią się od wskazań z drugiego kwartału minionego roku, gdy 56 proc. badanych wypowiadało się negatywnie, o stabilizacji wspominało 31 proc., a o pozytywach – tylko 13 proc.

Sektor nieruchomości komercyjnych zdaje się powracać na ścieżkę wzrostową, jednakże prognozy różnią się w odniesieniu do poszczególnych segmentów rynku. W świetle odpowiedzi respondentów wyłania się obraz bardzo zróżnicowanego rynku z logistyką i mieszkaniówką na czele i pesymistycznymi perspektywami dla branży hotelowej i handlowej. Dodatkowo, pandemia może przyśpieszyć rozwój rynku mieszkań na wynajem, gdyż 25 proc. inwestorów i 15 proc. deweloperów wskazuje, iż w roku 2021 zamierza się skupić na tym sektorze, a co piąty inwestor spodziewa się największej konkurencji właśnie w tym segmencie rynku – podsumowuje Dominik Stojek.

O badaniu

Trzecia edycja badania Deloitte “Real Estate Confidence Survey for Central Europe” została przeprowadzona w styczniu i lutym 2021 r. Wzięli w niej udział członkowie zarządów, menadżerowie i specjaliści z zakresu rynku nieruchomości operujący przede wszystkim w Polsce, Czechach, na Węgrzech i w Rumunii, a także na terenie całej Europy Środkowej.

Mikrofirmy przekazują do finansowania coraz wyższe faktury

W minionym roku zmniejszyła się liczba finansowanych faktur dla mikrofirm, ale aż o 25% wzrosła wartość średniej faktury, jaką mikrofirmy przekazują do finansowania faktorowi. Skróceniu uległy również odroczone terminy, na jakie wystawiane są faktury trafiające do finansowania – z 45 do 40 dni.

Faktoring to jedna z nielicznych branż, która obroniła się przed negatywnymi skutkami COVID-19. O nie najgorszym minionym roku w tej branży informował w lutym Polski Związek Faktorów. Według danych PZF, obroty sektora faktoringowego w 2020 r. wzrosły o 3%. O kilkuprocentowym wzroście finansowań w porównaniu do roku 2019 może też mówić firma NFG, która specjalizuje się w finansowaniu online faktur dla mikroprzedsiębiorstw. Z jej analizy wynika, że w ubiegłym roku mikrofirmy wyraźnie zmieniły strategię na pozyskanie finansowania z wystawionych faktur.

Coraz większa wartość finansowanych faktur

I choć ubiegły rok zapowiadał się obiecująco w mikrofaktoringu internetowym, gdyż pierwszy kwartał 2020 r. przyniósł znaczący wzrost finansowań, to już w drugim kwartale, na skutek pandemii, aktywność faktoringowa mikrofirm wyraźnie wyhamowała. W drugiej połowie roku nastąpiła odbudowa portfela klienckiego w NFG, skutkując na koniec 2020 roku kilkuprocentowym wzrostem liczby klientów i sfinansowanych faktur. Zwiększone zainteresowanie usługą faktoringu przejawiali głównie mikroprzedsiębiorcy z branży budowlanej i transportowej.

Niedawne badanie NFG i Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej „Płynność finansowa MŚP w pandemii” pokazało, że ponad 1/3 firm wystawia miesięcznie mniej faktur niż przed pandemią. Skutkiem tego jest więc mniejsza liczba faktur, które trafią do finansowania. Choć liczba finansowanych faktur się zmniejszyła, to aż o 25% wzrosła wartość średniej faktury, jaką mikrofirmy przekazują do finansowania faktorowi: z 5 526 zł w styczniu 2020 r. do 6 908 zł w styczniu 2021 r.

Powody takiej zmiany mogą być dwa:

Pierwszy to podniesienie cen usług i towarów w mikrofirmach na skutek pandemii. Wiele firm już w drugim kwartale wprowadziło tzw. opłatę covidową, która miała rekompensować przedsiębiorcom dodatkowe koszty poniesione na ochronę zdrowia pracowników oraz klientów. Naturalną konsekwencją wzrostu cen, było więc przekazywanie do faktoringu droższych faktur. Drugi powód to świadome finansowanie wyłącznie wysokich wartościowo faktur, w celu pozyskania od faktora szybkiej gotówki na bieżące rachunki i zobowiązania wobec kontrahentów. Pamiętajmy bowiem, że żadne inne narzędzie finansowe tak szybko i skutecznie nie zabezpiecza płynności finansowej firm i nie chroni ich wypłacalności, jak właśnie faktoring – tłumaczy Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

Mikrofirmy przekazują do finansowania coraz wyższe faktury

Gdzie trafiają pieniądze od faktora

Z danych NFG wynika, że co trzecia mikrofirma w pandemii przeznacza środki z finansowanych faktur na bieżące rachunki (czynsz, telefon, prąd, gaz, woda etc.), a co siódma na zobowiązania wobec kontrahentów. Znacznie rzadziej, bo zaledwie co 11. mikrofirma, pozyskane od faktora pieniądze przeznacza na inwestycje.Gdzie trafiają pieniądze od faktora

Mikrofirmy nie chcą czekać na płatności

W NFG zaobserwowano również, że w ubiegłym roku skróceniu uległy odroczone terminy, na jakie wystawiane są faktury przekazywane potem do finansowania – średnio z 45 do ok. 40 dni. To ewidentnie wyróżnia mikroprzedsiębiorstwa na tle firm małych i średnich.

 

Jak pokazuje nasze niedawne badanie, ponad połowa przedsiębiorców w kryzysie wystawia faktury z dłuższymi niż zazwyczaj terminami płatności, bo proszą ich o to kontrahenci. Tak się dzieje najczęściej w firmach średnich i małych (odpowiednio 69,3 proc. i 61,8 proc.). Rzadziej natomiast w mikrofirmach (41,3 proc.). Te ostatnie nie są skore do wydłużania terminów płatności swoim kontrahentom i widać to również w naszych statystykach. Termin płatności na fakturach przekazywanych do faktoringu skrócił się średnio z 45 do 40 dni. Nie ma wątpliwości, że w pandemii mikrofirmy nie chcą czekać na płatności – wyjaśnia Dariusz Szkaradek.

Pełne badanie firmy faktoringowej NFG i Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej „Płynność finansowa MŚP w pandemii” dostępne na stronie: https://krd.pl/Centrum-prasowe/Raporty/2021/Plynnosc-finansowa-MSP-w-pandemii

Na pozycjonowanie SEO wydajemy nawet 7 000 zł miesięcznie

Jak wynika z badań Senuto[1], 94% ankietowanych firm i przedsiębiorców traktuje działania SEO jako rozwiązanie na realne zwiększenie zysków. Dla niemal 90% badanych to ruch pochodzący z wyszukiwarki ma kluczowe znaczenie. Za tym idą decyzje finansowe: według analizy wydatków na optymalizację pozycjonowania, połowa badanych przedsiębiorców wydaje 1 – 7 tys. zł miesięcznie na działania SEO. W przypadku 50% ankietowanych inwestycja w SEO nie zwróciła się, a 1/4 twierdzi, że osiągnęła zaledwie minimalny zarobek. Gdzie zatem leży problem i co można zrobić lepiej?Infografika_Jak klienci oceniają współpracę z agencjami SEO_1 Infografika_Jak klienci oceniają współpracę z agencjami SEO_2

Nikt inny niż firmy i przedsiębiorcy nie wiedzą lepiej, jak ważne jest skuteczne pozycjonowanie swoich usługi i produktów w sieci. Widać to szczególnie w ostatnim roku, kiedy digitalizacja przyspieszyła każdy etap funkcjonowania firm. Jednak znalezienie najlepszej agencji SEO okazuje się być bardziej karkołomnym zadaniem, niż można zakładać. Dużą rolę odgrywają wymagania klientów. Wśród najważniejszych czynników, które są decydujące przed podjęciem współpracy najczęściej wymieniane są pozytywne rekomendacje zaprzyjaźnionych firm z podobnego segmentu tematycznego, możliwość bieżącej weryfikacji działań, mierzalna weryfikacja wyników agencji oraz stosunek cena vs jakość – koszty usługi muszą być adekwatne do wyników.

Algorytm pomoże wybrać „match”

Mimo precyzyjnych oczekiwań, niestety, wiele z inwestycji w SEO zostało zmarnowanych. To między innymi stąd biorą się negatywne opinie o optymalizacji w wyszukiwarkach. Problem ten  zauważyła firma Senuto i wprowadziła SEO Match – innowacyjne i obiektywne narzędzie, stworzone z myślą o przedsiębiorcach i firmach zainteresowanych optymalizacją pozycjonowania. Jak to działa? „Stworzyliśmy niezależny algorytm i w oparciu o dane big data analizujemy efekty SEO w projektach prowadzonych przez agencje. Model jest prosty: łączymy tych, którzy potrzebują rzetelnych efektów SEO i agencje, które im to dostarczą. Niezależna ocena, poparta udokumentowanymi zdarzeniami, gwarantuje bezstronność wyników w SEO Match” – mówi Marcin Kordowski, wieloletni ekspert SEO, stojący na czele projektu SEO Match.

Algorytm bierze pod uwagę m.in. doświadczenie agencji na rynku oraz jej skuteczność w działaniach SEO. Jeśli agencja nie spełnia odpowiednio wysokich standardów, nie dostanie się do grona agencji oferowanych w ramach SEO Match. „Ostatnie miesiące znacząco zwiększyły presję na mierzalność działań i ich opłacalność. Dlatego zadbaliśmy o to, by do grona agencji oferujących usługi optymalizacji pozycjonowania mogły dołączyć tylko te, które przynoszą opłacalne dla przedsiębiorców rezultaty” – dodaje Marcin Kordowski.

Obietnica udanej współpracy?

Nowy projekt Senuto bazuje na danych w aplikacji firmy, która obejmuje miliony domen i słów kluczowych w ponad 400 kategoriach tematycznych. Pozwala to dostarczyć informacji na temat widoczności organicznej stron w wynikach wyszukiwania Google, co jest jednym z mierników skuteczności działań SEO. Na podstawie analizy widoczności serwisów o podobnej tematyce, bezstronny algorytm podpowiada te agencje, których projekty w danej kategorii mają najwięcej fraz w TOP 10 wyników wyszukiwania. Dzięki dostępowi do metryk skuteczności klient otrzymuje wiążącą rekomendację, która znacząco zwiększa prawdopodobieństwo udanej współpracy z optymalnie zarekomendowaną agencją SEO.

Tinder dla branży SEO

Według raportu Senuto aż 82,2% spośród 135 dotychczasowych klientów agencji SEO chciałoby skorzystać z narzędzia, które umożliwia niezależną weryfikację skuteczności agencji SEO jeszcze przed podjęciem decyzji o współpracy. Za przydatnością narzędzia przemawia również brak kosztów i czasochłonnych nakładów pracy po stronie klienta. W odpowiedzi na formularz na stronie SEO Match, przedsiębiorca lub firma otrzymuję listę agencji wyselekcjonowanych pod względem wcześniejszej współpracy oraz jej skuteczności w ramach zdefiniowanego celu i zakresu.

„Wykorzystaliśmy inteligentny i bezstronny algorytm, aby pomóc klientom w znalezieniu dopasowanej agencji SEO. Taki Tinder dla branży SEO. Klient wysyła zapytanie dotyczące wykonania usług SEO. Podaje swój budżet oraz typ serwisu i branżę. Dzięki temu unikamy sytuacji, w której agencja SEO podejmuje się projektu, gdy tak naprawdę nie zna specyfiki biznesu klienta i naraża go na zbędne koszty i zmarnowany czas– podkreśla Marcin Kordowski z Senuto.

Optymalizacja obecności w sieci

Wdrożenie narzędzia SEO Match daje nadzieję na polepszenie jakości współpracy w przestrzeni, która stała się kosztowną codziennością strategii biznesowych przedsiębiorców. Środki przeznaczane na SEO to zakres na poziomie nawet kilku tysięcy złotych miesięcznie. Weryfikacja agencji przed podjęciem współpracy, wgląd w metryki skuteczności, udowodnione – a nie domniemane – dowody na wcześniejsze zlecenia w danym obszarze tematycznym, co najmniej 2-letnia obecność na rynku, znajomość branży, zwiększają szanse skuteczną współpracę.

[1]                 1. Badanie Senuto zostało przeprowadzone na grupie 135 klientów różnych polskich agencji SEO, dotyczące ostatnich 5 lat
(2015 – 2020).

Adam Bodnar: Szczepionki na COVID-19 mogą produkować polskie firmy. Byłoby to możliwe dzięki dobrowolnemu udzieleniu licencji lub zastosowaniu licencji przymusowej

Według rządowych zapowiedzi do końca II kwartału do Polski ma dotrzeć w sumie ok. 15 mln dawek szczepionki na COVID-19. Dotychczasowa praktyka pokazuje jednak, że deklaracje producentów wciąż się zmieniają, a koncerny farmaceutyczne spowalniają produkcję albo ogłaszają zmniejszenie dostaw. Jedną z opcji rozwiązania tego problemu ma być produkcja szczepionek przez polskie firmy na podstawie tzw. licencji przymusowej. Skoro zostały stworzone tego typu instytucje prawne jak ograniczanie ochrony patentowej i licencje przymusowe ze względu na ważny interes publiczny, to moim zdaniem nie ma lepszej okazji do tego, aby je stosować – ocenia Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

– Kilka miesięcy temu państwa na poziomie globalnym porozumiały się odnośnie do powszechnej dostępności szczepionek dla całego świata. Te porozumienia chyba nie do końca są realizowane i jednak kiedy przyszło co do czego, zaczął dominować tzw. nacjonalizm szczepionkowy. To znaczy każde państwo zaczęło zagarniać dla siebie jak najwięcej z tego dostępnego tortu, tak aby ochronić swoich własnych wyborców i własne społeczeństwo przed konsekwencjami koronawirusa. Tyle że to jest działanie krótkowzroczne. Za chwilę może przypłynąć do nas kolejna mutacja wirusa z Republiki Południowej Afryki czy jakiejkolwiek innej części świata, która spowoduje, że znowu wrócimy do początku i będą potrzebne kolejne szczepienia, kolejne odkrycia. Dlatego im szybciej zaszczepimy cały świat, tym większa szansa na to, że kiedyś wyjdziemy z tej pandemii, ale oczywiście to będzie proces, który zajmie pewnie jeszcze ładnych kilka lat – mówi Adam Bodnar.

Od 27 grudnia ub.r., kiedy w Polsce wystartowały masowe szczepienia na COVID-19, do 14 marca w sumie zaszczepionych zostało już ponad 4,5 mln osób. Jednak tylko 1,6 mln Polaków otrzymało dotąd pełne, dwie dawki szczepionki wynika z danych Ministerstwa Zdrowia.

Harmonogram szczepień uzależniony jest od wielkości dostaw. Docelowo do Polski ma trafić ok. 100 mln dawek szczepionek na COVID-19 w ramach wypracowanego przez Komisję Europejską wspólnego mechanizmu zakupów. W pierwszej puli zamówienia rząd zakontraktował 62 mln dawek od pięciu producentów (AstraZeneca, CureVac, Johnson & Johnson, Moderna oraz Pfizer/ BioNTech), potem zawarł kolejne umowy na nowe dostawy. Jednak jak dotąd do Polski dostarczono raptem niecałe 5,4 mln dawek. Tymczasem ponad 5 tys. działających w kraju punktów szczepień jest w stanie szczepić nawet 3,5–4 mln osób miesięcznie. W sytuacji, gdyby nie występowały problemy z dostępnością i dostawami szczepionek, do końca marca w Polsce można by zaszczepić ok. 11 mln osób – wynika z rządowych informacji.

W teorii do końca II kwartału br. do Polski ma dotrzeć w sumie ok. 15 mln dawek szczepionki na COVID-19 od różnych producentów (z których 2,5 mln to jednodawkowe szczepionki firmy Johnson & Johnson). Jednak dotychczasowa praktyka pokazuje, że formalne deklaracje producentów wciąż się zmieniają, a firmy spowalniają produkcję albo ogłaszają zmniejszenie dostaw. W piątek, 12 marca rząd poinformował o kolejnej takiej zmianie: AstraZeneca zadeklarowała, że do końca III kwartału dostarczy do Polski o ponad 550 tys. mniej dawek szczepionki, niż pierwotnie planowano.

Chaos szczepionkowy ma miejsce nie tylko w Polsce. Wszystkie kraje Unii Europejskiej zmagają się ze zbyt dużym zapotrzebowaniem na szczepionki w porównaniu do ich obecnej dostępności. Jedną z opcji rozwiązania tego problemu jest rozpoczęcie produkcji krajowych szczepionek na podstawie patentów globalnych firm, do czego coraz częściej wzywają naukowcy, NGO-sy i politycy.

Istnieje możliwość, że polskie zakłady produkcyjne zaczną produkować szczepionki na COVID-19. To może się stać w wyniku dobrowolnego udzielenia licencji bądź zastosowania tzw. licencji przymusowej. Prawo krajowe i europejskie stwarza takie możliwości, choć jest to dość skomplikowane. Jednak nie znaczy, że o tym nie myślimy, bo musimy zatroszczyć się o to, żeby jak najszybciej zaszczepić jak największą część populacji – mówi Rzecznik Praw Obywatelskich.

Zgodnie z prawem własności przemysłowej Urząd Patentowy RP może zezwolić na korzystanie z opatentowanego wynalazku innego podmiotu (to właśnie tzw. licencja przymusowa), jeśli jest to konieczne dla zapobieżenia zagrożenia bezpieczeństwa państwa, w szczególności w dziedzinie obronności, porządku publicznego, ochrony życia i zdrowia oraz ochrony środowiska naturalnego.

Skoro zostały stworzone tego typu instytucje prawne jak ograniczanie ochrony patentowej i licencje przymusowe ze względu na ważny interes publiczny, to moim zdaniem nie ma lepszej okazji do tego, aby je stosować – mówi Adam Bodnar. – Zdaję sobie sprawę z tego, że koncerny farmaceutyczne nie będą tym zainteresowane, ale od tego jest opinia publiczna, organizacje społeczne i świat nauki, żeby naciskać na UE i rządy poszczególnych państw, domagając się wzięcia pod uwagę różnych aspektów związanych z ograniczaniem ochrony patentowej albo przynajmniej dążenia do tego, żeby koncerny farmaceutyczne dobrowolnie udzielały licencji na produkcję tych szczepionek.

Na początku lutego klub Lewicy uruchomił już internetową petycję do premiera Mateusza Morawieckiego, żeby podjął kroki prawne w celu uzyskania tzw. licencji przymusowej na produkcję szczepionki mRNA-1273 firmy Moderna. Autorzy petycji zaapelowali do szefa rządu, aby zwrócił się w tym celu do Urzędu Patentowego RP i wyłonił krajowego producenta, który będzie w stanie uruchomić taką produkcję.

Udzielenie licencji przymusowej oznacza prawo do produkowania tej szczepionki przez inne zakłady produkcyjne. To trochę jak z lekami generycznymi: jest udostępniony wzór, inne podmioty mogą produkować te leki i nie muszą ponosić w związku z tym dodatkowych kosztów – mówi Rzecznik Praw Obywatelskich.

Jak podkreśla, nie oznacza to jednak, że koncerny farmaceutyczne w ogóle na tym nie zarobią. Udzielenie tzw. licencji przymusowej wiąże się też bowiem z uiszczeniem odpowiednich opłat licencyjnych na rzecz producentów.

Natomiast w tym kontekście trzeba zwrócić uwagę na jedną rzecz. Oczywiście koncerny farmaceutyczne stworzyły te szczepionki, ale częstokroć wiązało się to z przeznaczeniem ogromnych środków publicznych na ten cel. Kolejne państwa deklarowały, że będą wpłacać 100, 200 czy 300 mln euro bądź dolarów, żeby tylko jak najszybciej wyprodukować szczepionkę. Skoro były takie inwestycje ze strony sektora publicznego na rzecz konkretnych koncernów farmaceutycznych, to można oczekiwać, że te koncerny, które zarabiają na tym potężne pieniądze, teraz odpłacą ten dług – mówi Adam Bodnar.

Rzecznik Praw Obywatelskich zauważa też, że w przeszłości naukowcy i koncerny farmaceutyczne przekazywały już nieodpłatnie – w ramach dobrowolnej licencji – patenty na leki i szczepionki przeciwdziałające poważnym, globalnym chorobom.

W latach 50.–60., kiedy walczyliśmy z poważnymi chorobami takimi jak polio, to właśnie odpowiedzialność naukowców spowodowała, że ludzkość mogła zlikwidować ten problem. Wydaje się, że taka debata czeka nas też w kontekście szczepionek na COVID-19 – mówi. – Kłopot polega na tym, że licencje przymusowe mogą nie wystarczyć, żeby zapewnić dostęp do szczepionek. Nie wystarczy tylko ograniczyć ochrony patentowej, trzeba też mieć know-how i badania kliniczne, które pozwolą produkować te szczepionki w sposób odpowiedzialny. Dlatego wydaje się, że albo dojdzie do zmiany prawa w zakresie licencji przymusowych, które obejmą też szereg innych aspektów, albo koncerny farmaceutyczne zgodzą się na dobrowolne umowy, na podstawie których inne firmy i państwa też będą miały dostęp do szczepionek.

Kumulacja środków unijnych w przyszłym roku pobudzi e-administrację. To może być dobry czas dla firm z branży GovTech

Do niedawna istniało jeszcze ryzyko, że pierwsze pieniądze z nowej unijnej siedmiolatki 2021–2027 trafią na rynek GovTech dopiero za trzy lata. To drastycznie zmniejszyłoby wysokość finansowania i wiele przedsiębiorstw postawiłoby na skraju bankructwa. – W tej chwili nie mamy takiego zagrożenia. Poprzednia perspektywa została przedłużona w realizacji aż do roku 2023, a nowa weszła w życie bardzo szybko. Z najnowszych informacji wynika, że pierwsze środki będą wydatkowane już w 2022 roku – mówi członek zarządu Sputnik Software, Sławomir Hemerling-Kowalczyk. To oznacza, że branżę GovTech czekają lata prosperity wywołanej dostępnością w tym samym czasie środków zarówno ze starej, jak i nowej perspektywy finansowej UE.

– Fundusze UE są głównym motorem napędzającym źródła finansowania na rynku GovTech. W dużo większym stopniu ma to miejsce w samorządach niż na rynku centralnym. Część projektów w ogóle by nie zaistniała, gdyby nie finansowanie zewnętrzne. Dlatego tak ważne są perspektywy unijne i to, żeby pieniądze szybko do nas spływały. Ostatnia siedmiolatka przyniosła firmom bardzo duży zastrzyk finansowy, ale teraz – w okresie przejściowym między perspektywami – wiele firm z niepokojem przyglądało się, czy te pieniądze będą. Na pewno ta niewiadoma mogła niektórych przyprawić o ból głowy związany z ryzykiem upadłości – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Hemerling-Kowalczyk, prezes GIAP, członek zarządu Sputnik Software.

W tej chwili kończy się wydatkowanie środków z budżetu UE na lata 2014–2020. Do niedawna istniało jeszcze ryzyko, że pierwsze postępowania z kolejnej siedmiolatki zostaną rozstrzygnięte nie wcześniej niż w roku 2023, a pieniądze z tego tytułu trafią do firm dopiero za trzy lata. To drastycznie zmniejszyłoby wysokość finansowania na rynku GovTech i wiele przedsiębiorstw postawiłoby na skraju bankructwa.

– W tej chwili nie mamy takiego zagrożenia. Poprzednia perspektywa została przedłużona w realizacji aż do roku 2023, a nowa weszła w życie bardzo szybko – dużo szybciej niż poprzednia, co jest akurat zasługą tego, że mamy ciągłość władzy. Z najnowszych informacji wynika, że jeszcze w tym roku zostaną ogłoszone pierwsze nabory, a środki będą wydatkowane już w 2022 roku. Będziemy więc mieli komfortową sytuację dla rynku GovTech, na którym w tym samym roku będą dostępne środki zarówno ze starej, jak i nowej perspektywy. Wygląda na to, że żadnego zagrożenia nie ma, a popyt na usługi technologiczne ze strony administracji publicznej będzie stabilnie rósł – mówi prezes GIAP.

Jak wskazuje, w ramach nowej siedmiolatki fundusze na Regionalny Program Operacyjny (RPO) zostały już rozdzielone – prawie dwa lata szybciej niż w poprzedniej perspektywie, a w najlepszej sytuacji znalazło się województwo śląskie. Oprócz ponad 2 mld euro z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego otrzymało też ponad 2 mld euro z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji związanego z przechodzeniem na niskoemisyjną gospodarkę.

Dla branży GovTech szansą może być też Fundusz Odbudowy europejskiej gospodarki po koronakryzysie, z którego Polska ma otrzymać w sumie ponad 58 mld euro (23,1 mld euro w bezzwrotnych dotacjach i 34,2 mld euro w pożyczkach). Według analityków Credit Agricole Bank Polska SA około 15 proc. kwoty dotacji, czyli ponad 23 mld zł, trafi do Polski w 2021 roku. Tylko część tej kwoty przypadnie samorządom i zostanie wydana na cyfryzację, ale transformacja cyfrowa jest jednym z filarów całego Funduszu Odbudowy.

 Wiemy, że mamy gwarantowane 18 mld na rok 2022, ale w tej chwili nie jesteśmy w stanie stwierdzić, na co te pieniądze zostaną przeznaczone. Oczywiście głównym filarem jest innowacyjność, więc można domniemać, że te środki na odbudowę znajdą się też na rynku IT – tłumaczy członek zarządu Sputnik Software.

Na przestrzeni ostatnich miesięcy technologia pozwoliła wielu instytucjom i firmom przetrwać kryzys wywołany COVID-19. Sektor technologiczny doświadczył z kolei chwilowych zawirowań w II kwartale ub.r., ale szybko wrócił do zwykłego tempa wzrostu, skutecznie przenosząc swoją działalność do sieci. Mimo to na rynku wciąż panuje duża ostrożność.

Radziłbym bardzo uważać na koszty i nie wydawać zbyt dużo, ponieważ pieniądze z nowej perspektywy finansowej UE przyjdą do nas dopiero za rok. Odbywają się przetargi centralne, ogłaszane są zamówienia, ale firmy nie są zbyt skore, żeby w nich startować. Ewidentnie wynika to z ostrożności – obawiają się ryzyka związanego z podjęciem się takiego projektu albo są na tyle pochłonięte realizacją bieżących przedsięwzięć, że nie chcą ryzykować kolejnych – mówi Sławomir Hemerling-Kowalczyk.

Jednym z powodów tej ostrożności są koszty związane z przyciągnięciem i utrzymaniem w firmie najlepszych specjalistów. Jak wskazuje ekspert, rywalizacja o kadry IT z dużymi korporacjami i ciągły wzrost kosztów pracowniczych to wyzwanie dla wielu firm z branży GovTech.

– GovTech jest rynkiem, który przynosi nieco mniejsze zyski niż rynek prywatny. Natomiast na każdym z nich firmy muszą pozyskać pracownika. Rynkowi GovTech trudno jest konkurować stawkami dla programistów z dużymi, zagranicznymi korporacjami, dla których 20 do nawet 40 tys. zł miesięcznie nie stanowi problemu. Małe i średnie lokalne firmy stoją więc przed dużym problemem szybujących stawek. Rynek pracownika w sektorze IT może okazać się bardzo dotkliwy dla branży GovTech – zwraca uwagę członek zarządu Sputnik Software.

GovTech to nowoczesne rozwiązania informatyczne i technologiczne przeznaczone dla administracji publicznej. Według raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego trzy lata temu globalna wartość tego rynku przekraczała 400 mld dol.

W czasie pandemii 80 proc. firm zwiększyło swoje zaangażowanie w akcje społeczne. Najczęściej pomoc dotyczyła szpitali i służb medycznych

W 2020 roku więcej firm zdecydowało się nieść pomoc innym, szczególnie w walce z pandemią koronawirusa. Akcje pomocowe były skierowane głównie do służb medycznych, sanitarnych oraz grup społecznych poszkodowanych przez COVID-19. Większość firm łączy pomoc finansową z bezpośrednimi działaniami, np. zakupem sprzętu medycznego. Z opublikowanego właśnie raportu wynika, że wzmożone akcje CSR-owe przekładają się także na wymierne korzyści biznesowe. – Wspólne zaangażowanie w pomoc to szansa na nowe partnerstwa między firmami i współpracę biznesową – mówi autor i pomysłodawca badania, Tomasz Smorgowicz ze Studia 102, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku​.

Jak pokazał raport „100 firm, organizacji oraz inicjatyw, które podjęły działania społeczne w odpowiedzi na pandemię COVID-19 w 2020 roku”, najczęściej wspieraną przez biznes grupą były służby medyczne (80 proc. pomocy kierowane było m.in. do szpitali), konsumenci (65 proc.), pracownicy firm (24 proc.), inni przedsiębiorcy (22 proc.) oraz szkolnictwo (16 proc.).

 Rok 2020 był wyjątkowy pod tym względem. Obserwowaliśmy wiele nowych inicjatyw, a najczęściej były one powodowane pandemią COVID-19. Ponad 80 proc. z firm, które ujęliśmy w raporcie, w stosunku do roku ubiegłego podniosło swoją efektywność i zrobiło więcej niż jedną dodatkową akcje społeczną związaną z pandemią, a 75 proc. zrealizowało więcej niż jedną taką akcję – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes autor i pomysłodawca badania – Tomasz Smorgowicz ze Studia 102, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Z badania wynika, że firmy zwykle przekazują darowizny, ale większość łączy pomoc finansową z bezpośrednimi działaniami: zakupem sprzętu medycznego (53 proc.), transferem technologii (39 proc.), darmowymi posiłkami dla personelu medycznego (30 proc.) czy zakupem sprzętu komputerowego dla uczniów (13 proc.).

– Akcje społeczne przybierały bardzo różną formę. Dominowały działania skierowane do tych grup, które wspierają społeczeństwo w walce z pandemią, ale aż 53 proc. tych akcji, które zaobserwowaliśmy podczas badania, to była pomoc osobom poszkodowanym w wyniku pandemii, czyli społeczeństwu – uściśla ekspert WSB.

Jak podkreśla, firmy bardzo skrupulatnie i roztropnie podchodziły do organizacji akcji pomocowych, bardzo często koncentrowały się na swoim bliskim otoczeniu, czyli na podmiotach, z którymi współpracują.

– Wnioski z raportu są bardzo optymistyczne. Akcji społecznych jest zdecydowanie więcej niż w ubiegłych latach, a firmy są zainteresowane budowaniem właściwych, dobrych i mądrych relacji społecznych ze społeczeństwem i innymi firmami, co przekłada się bardzo często na nowe partnerstwa. Ponad 50 proc. akcji społecznych wiązało się z zawiązaniem partnerstwa. Można założyć, że część z nich pozostanie i przerodzi się w trwałe relacje biznesowo-społeczne – wskazuje Tomasz Smorgowicz.

Firmy zmieniają też postrzeganie społecznej odpowiedzialności biznesu. Do tej pory wielu przedsiębiorców uważało budowanie relacji społecznych pomiędzy biznesem a otoczeniem za potrzebne, jednak bez gwarancji opłacalności takich działań.

– Ubiegły rok pokazał jasno, że firmy, które mają dobrze określone i zbudowane relacje społeczne, są stabilniejsze, bezpieczniejsze, a ich pracownicy zdecydowanie bardziej angażują się w rozwój firmy, szczególnie w sytuacjach zagrożenia gospodarczego – podkreśla ekspert ze Studia 102. – Pandemia COVID-19 pokazała, jak bardzo zaniedbaliśmy te relacje i jak dzisiaj musimy wyciągnąć z tego wnioski, bo sytuacje, które nastąpiły w ostatnim roku, będą się powtarzać. Nawet jeśli to nie będą zagrożenia chorobotwórcze, pojawią się inne sytuacje, które mogą zaburzyć gospodarcze status quo.

Jak wskazuje Tomasz Smorgowicz, z ideą społecznej odpowiedzialności biznesu mierzymy się w Polsce mniej więcej od końca lat 90. XX wieku. Wówczas duże korporacje otwierały w Polsce swoje agendy czy spółki córki i chętnie komunikowały zaangażowanie społeczne.

– Najczęściej było to – jak określa to literatura – pudrowanie nosa, czyli ukrywanie de facto swojej prawdziwej działalności pod tym, co komunikowano jako działalność społeczną. Dzisiaj jest zdecydowanie inaczej ze względu na rozwój świadomości społecznej. Konsumenci oczekują od firm zdecydowanie więcej – podkreśla ekspert, badający zagadnienia CSR i zrównoważonego rozwoju od ponad dekady.

Dlatego CSR przestał być tylko elementem marketingu i komunikacji społecznej, a zaczął wpływać również na podejmowanie kluczowych decyzji biznesowych tak, by miały pozytywny wpływ na społeczeństwo, pracowników, ich rodziny czy środowisko.

 Rok 2020 i cała sytuacja pandemiczna stanie się impulsem do zrewidowania i zbudowania na nowo relacji pomiędzy konsumentami i społeczeństwem a przedsiębiorstwami. Pamiętajmy, że jedni bez drugich nie funkcjonują – podsumowuje Tomasz Smorgowicz.

Sieć Biedronka po raz kolejny nagrodzi pisarza i ilustratora książki dla dzieci. Na zwycięzców czeka po 100 tys. zł i debiut wydawniczy

– Piórko to konkurs literacki adresowany do tych, którzy lubią pisać, ale z tego zajęcia nie zrobili jeszcze sposobu na życie. Nagradzamy debiutantów, a oprócz gratyfikacji finansowej efektem tego projektu jest wydanie zwycięskiej książki i jej dystrybucja w sieci Biedronka – wyjaśnia Arkadiusz Mierzwa, dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka i jeden z jurorów konkursu. W tym roku odbywa się już jego siódma edycja, a książki dla dzieci nagrodzone w sześciu poprzednich sprzedały się w ponad 320 tys. egzemplarzy. W tym roku wszystkie doczekają się wznowienia.

– Jesteśmy przekonani, że warto wspierać czytelnictwo, bo mądre książki i wartościowe opowieści o życiu wzbogacają dzieci o coś bardzo wartościowego, pewien bagaż, z którym idą dalej w świat. Z tego przekonania zrodził się pomysł, aby wspierać talenty literackie i graficzne, które dzięki konkursowi Piórko oraz promocji książki w ponad 3 tys. sklepów sieci Biedronka w całej Polsce mają szansę na swój pierwszy literacki sukces. Po sześciu edycjach konkursu wiemy, że w wielu przypadkach to jest dopiero początek ich dalszej kariery – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Mierzwa.

Jak podkreśla, z roku na rok coraz więcej osób kupuje książki nagrodzone w konkursie Piórko. Sprzedają się bardzo dobrze we wszystkich sklepach sieci Biedronka, zarówno w mniejszych miejscowościach, jak i w największych polskich miastach.

– Wiemy, że jest bardzo duże grono klientów, którzy czekają na kolejną nagrodzoną pozycję i nowy debiut w naszej ofercie. Porównując sprzedaż zwycięskich książek w kolejnych latach, widzimy, że jest coraz większa. Przy okazji kolejnych konkursów wznawiamy również wcześniejsze publikacje konkursowe, bo wiemy, że te książki mają wielu fanów i sporo osób poszukuje ich w sklepach – dodaje dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka.

Pierwsza edycja konkursu odbyła się w 2015 roku, a projekt od początku cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem debiutujących twórców oraz małych czytelników. Łącznie w pięciu edycjach zgłoszonych zostało blisko 22 tys. prac tekstowych i graficznych. Na liście nagrodzonych pozycji są: „Szary domek”, „Córka bajarza”, „Nieustraszony Strach na Wróble”, „Mały Saj i wielka przygoda”, „O królewiczu, który się odważył” i ubiegłoroczny debiut – „O Malwinie i tajemnicy Dziadka piwnicy”. Wszystkie pozycje sprzedały się w sumie w ponad 320 tys. egzemplarzy.

–  Zwycięstwo w zeszłorocznej edycji konkursu Piórko było dla mnie bardzo dużym wyróżnieniem. Zważywszy, że w jury zasiadały postacie nieprzypadkowe, tym większa radość w sercu – mówi Agnieszka Syczyło, autorka „O Malwinie i tajemnicy Dziadka piwnicy”.

Laureatka nie ukrywa, że jej aktywność zawodowa jest zupełnie niezwiązana z pisaniem i jej twórczość to działalność amatorska i hobbystyczna, a do dziś trafiała głównie do szuflady.

– Nawet po informacji o tym, że moje opowiadanie zwyciężyło, nie sądziłam, że może to być jakiś przełom w mojej twórczości. Moment, w którym uwierzyłam w swój sukces, przyszedł znacznie później. Tak na dobrą sprawę wtedy, kiedy rzeczywiście fizycznie mogłam wziąć książkę do ręki i spłynął na mnie ten splendor, odrobina chwały, której w takim momencie doświadcza autor. To było bardzo miłe przeżycie. Jest to w pewien sposób budujące i zachęcające do tego, żeby coś z tym pisaniem dalej zrobić. Mam nadzieję, że dla mnie to nie jest jeszcze koniec kariery pisarskiej – podkreśla Agnieszka Syczyło.

Ubiegłoroczny harmonogram konkursu Piórko został nieco zakłócony przez pandemię. Przesunęły się terminy składania prac, rozstrzygnięcia i informacji o wygranej.

– Do mnie ta informacja dotarła w kwietniu, a był to miesiąc moich urodzin, więc tym większa była moja radość z takiego prezentu. Na oficjalne ogłoszenie musiałam poczekać do czerwca, a na publikację do listopada. Mam nadzieję, że w tym roku pandemia już nikomu nie pokrzyżuje planów – dodaje laureatka.

Konkurs Piórko skierowany jest do debiutujących pisarzy i ilustratorów, których zadaniem jest stworzenie książki dla dzieci w wieku 4–10 lat. Zgłoszenia w tegorocznej edycji przyjmowane są do 22 marca, a 30 września książka ma być dostępna w sprzedaży. Zgłoszone prace oceni profesjonalne jury, w skład którego wchodzą pisarze, dziennikarze i osoby związane z literaturą dziecięcą.

– Do 22 marca włącznie każdy zapalony literat, który chciałby zmierzyć się w konkursie i chciałby wysłać swoją propozycję tekstu książki dla dzieci, może to zrobić na stronie piorko.biedronka.pl – wskazuje Arkadiusz Mierzwa.

Laureaci konkursu Piórko – autor książki i ilustrator – otrzymają po 100 tys. zł. To jedna z najwyższych nagród finansowych w konkursach literackich organizowanych w Polsce.

Blockchain może zrewolucjonizować sporządzanie testamentów. Za nowymi technologiami musi jednak podążyć prawo

Testament sporządza zaledwie 8 proc. Polaków. Wykorzystanie nowych technologii mogłoby ten odsetek znacząco zwiększyć. Część stanów  w USA wprowadziła już możliwość tworzenia, podpisywania i przechowywania testamentu online. Technologia blockchain pozwala stworzyć praktycznie niemożliwy do zhakowania łańcuch. – Tak długo, jak podpis elektroniczny jest ważny, niezależnie od technologii, w którym został sporządzony, można nim podpisać również testament – wskazuje radca prawny Aldona Leszczyńska.

– Stajemy się społeczeństwem cyfrowym. Pandemia spowodowała, że ten proces przybrał na sile. Dlatego jedną z istotniejszych zmian w prawie byłoby umożliwienie sporządzenia testamentu w wersji komputerowej, podpisanego własnoręcznie. W tej chwili, żeby testament był ważny, musi być napisany w całości odręcznie i odręcznie podpisany – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aldona Leszczyńska, radca prawny i wspólnik w Kancelarii GWW.

Prawo spadkowe w Polsce od lat praktycznie się nie zmienia. Testament musi być własnoręcznie sporządzony przez spadkodawcę, żaden element nie może zostać przygotowany za pośrednictwem osoby trzeciej, za pomocą komputera czy maszyny do pisania. Podobnie jest w większości krajów europejskich.

Nowa technologia, która coraz szerzej wkracza w większość dziedzin życia, skutecznie rewolucjonizuje także prawo i administrację. Choćby w Polsce możliwe jest podpisywanie dokumentów cyfrowo, za pomocą profilu zaufanego. Prawo spadkowe pozostaje jednak oporne na zmiany. W efekcie testamenty przygotowuje zaledwie 8 proc. Polaków po 45. roku życia (badanie Kantar Polska), przeważnie u notariusza. Jednocześnie jednak 31 proc. zwraca uwagę na wysokie koszty sporządzenia takiego dokumentu.

– Gdyby była taka możliwość, by testament mógł być napisany maszynowo czy komputerowo i podpisany odręcznie, liczba osób sporządzających testament pewnie by się zwiększyła – twierdzi wspólnik w Kancelarii GWW. – Nowe technologie mogą i są wykorzystywane w sporządzaniu testamentów w wielu państwach na świecie, głównie w państwach anglosaskich, w niektórych stanach Stanów Zjednoczonych. W Europie jest to jednak rzadkość.

W USA sądy pozwalają już np. na zdalnie składane pod przysięgą oświadczenia czy e-zeznania w wirtualnych salach sądowych. Część stanów wprowadziła też elektroniczne testamenty, m.in. Nevada czy Indiana. Użytkownik tworzy testament online i przekazuje go notariuszowi online, który następnie prowadzi czat wideo z użytkownikiem. Notariusz zadaje użytkownikowi kilka pytań, poświadcza notarialnie dokumenty i odsyła. Testament można następnie przechowywać online.

Choć dla części osób e-testamenty są mniej bezpieczne od tych tradycyjnych, to np. technologia blockchain sprawia, że są praktycznie nie do podważenia. Osoba, która chce sporządzić testament, powinna wyznaczyć osobistego pełnomocnika (depozytariusza kluczowego). Po tym, jak opiekun klucza formalnie zaakceptuje swoją rolę w sieci, zakodowany testament można przesłać do łańcucha bloków. Notariusz i świadkowie mogą potwierdzić w sieci, za pomocą klucza kryptograficznego, że spadkodawca chciał, aby ten dokument działał jako testament, a cała transakcja zostaje zarejestrowana w bloku ze znacznikiem czasu.

– Tak długo, jak podpis elektroniczny jest ważny, w jakiejkolwiek technologii byłby sporządzony, to można nim podpisać również testament, który powinien być ważny. Jest to na pewno novum, to się zmienia w wielu państwach i jest dopuszczalne, natomiast w Europie na razie jest to pomysł raczkujący – zauważa Aldona Leszczyńska.

Sztuczna inteligencja i robotyka zmieniają edukację. Ich rola zwiększyła się zwłaszcza w dobie pandemii

Robotyka coraz szerzej wkracza do edukacji. Roboty uczą już języków obcych, wykorzystują kodowanie dotykowe, zwiększają koncentrację uczniów, wspomagają nauczanie inżynierii i matematyki, pomagają też najmłodszym z autyzmem. Przykładów maszyn, które pomagają nauczycielom, jest jednak znacznie więcej, a ich rolę podkreśliła pandemia. – Tam, gdzie zajęcia odbywają się online, czyli w środowisku domowym, połączenie sztucznej inteligencji i robotyki może dawać dzieciom dodatkowe wsparcie – ocenia Paweł Zarzycki, prezes SmartLife Systems.

– Robotyka w edukacji dopiero zaczyna się rozwijać, ale widać, że ten trend jest bardzo obiecujący, a sytuacja z pandemią pokazała, że faktycznie może mieć to sens. Jest to jeden z driverów, który powoduje, że nowoczesne technologie, sztuczna inteligencja, robotyka w szczególności, rozwijają się, a użytkownicy końcowi coraz bardziej doceniają jej zastosowanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Zarzycki, prezes SmartLife Systems. – W świecie naukowym już od kilku lat prowadzone są badania nad możliwościami i korzyściami, jakie te technologie robotyczne oferują, w szczególności w edukacji, również w edukacji dzieci w wieku przedszkolnym.

World Economic Forum wskazuje, że 65 proc. dzieci urodzonych po 2007 roku będzie pracować w zawodzie, który obecnie jeszcze nie istnieje. To sprawia, że edukacja musi przejść metamorfozę, by przygotować najmłodszych do zmieniającego się rynku pracy. Nauczyciele nie zawsze potrafią i mają narzędzia, by wprowadzić dzieci w nowe technologie. Ich rolę coraz częściej przejmują roboty.

Dla przykładu Cubelets to małe bloki robotów, które wykorzystują kodowanie dotykowe, wspierają współpracę, umiejętności komunikacyjne, pracę zespołową, myślenie komputerowe i krytyczne czy kodowanie. Roboty Pepper i NAO z kolei zwiększają koncentrację uczniów, sprzyjają kreatywności, poprawiają motywację, umiejętności analityczne, wspierają rozwój społeczny i emocjonalny.

– Żyjemy w tzw. świecie VUCA (Volatility – zmienność, Uncertainty – niepewność, Complexity – złożoność i Ambiguity – niejednoznaczność – przyp. red.) ogólnych warunków i sytuacji, który się bardzo szybko zmienia, i rozwój technologii będzie miał duży wpływ np. na strukturę zatrudnienia w niedalekiej przyszłości, a jednocześnie zmiany demograficzne powodują, że dostęp do edukacji nie jest niestety równy. Wiele dzieci jest w pewien sposób zaniedbanych edukacyjnie, rośnie grupa tych, które mają szereg różnych problemów rozwojowych. Tam technologia może wspierać proces edukacyjny – przekonuje Paweł Zarzycki.

Pandemia unaoczniła, że sztuczna inteligencja i robotyka mają olbrzymie znaczenie w edukacji. Kiedy nauczanie przeniosło się do sieci, niejednokrotnie okazywało się, że nauczycielom brakuje odpowiednich narzędzi do takiej formy nauki.

– Wiele ośrodków, zarówno prywatnych, jak i badawczych, pracuje nad zastosowaniem tych technologii, z jednej strony w sposób hybrydowy, czyli w szkole, w klasie, tam, gdzie roboty mogą być dodatkowym pomocnikiem, bardziej kolegą niż nauczycielem. Ale z drugiej strony wszędzie tam, gdzie zajęcia odbywają się online, czyli w środowisku domowym, połączenie sztucznej inteligencji i robotyki może dawać dzieciom dodatkowe wsparcie – ocenia ekspert.

Na znaczeniu w edukacji zyskuje sztuczna inteligencja. Pomaga się dowiedzieć, co uczeń robi, a czego nie, budując spersonalizowany harmonogram nauki z uwzględnieniem luk w wiedzy. W ten sposób SI dostosowuje program do specyficznych potrzeb uczniów, zwiększając ich efektywność.

– Proste, zwykłe urządzenie nie będzie w stanie efektywnie wspierać procesu edukacyjnego, dlatego wykorzystanie sztucznej inteligencji pomaga np. w zbudowaniu spersonalizowanych robotów, które potrafią dopasowywać swój sposób interakcji do postępów danego dziecka, do jego stanu emocjonalnego, do jego bieżących problemów, wyzwań czy rozwijania talentów. Zastosowanie sztucznej inteligencji w tych narzędziach robotycznych ma duże znaczenie – podkreśla prezes SmartLife Robotics.

Coraz większa ekspozycja na „inteligentną” technologię rodzi pytania dotyczące sposobów, w jakie dzieci ją rozumieją i jak mogą się z nią uczyć. Dlatego powstają platformy, na których dzieci uczestniczą w kreatywnych zajęciach programistycznych, uczą się, jak tworzyć gry, programować roboty i trenować własne modele sztucznej inteligencji.

– Na MIT prowadzony jest taki projekt Cognimates, który pokazuje bardzo małym dzieciom w wieku przedszkolnym, jak działa sztuczna inteligencja, jak się z nią obchodzić, buduje zaufanie do inteligentnych rozwiązań. Dzieci w wieku przedszkolnym są w stanie samodzielnie zbudować w ciągu kilku tygodni działające rozwiązanie wykorzystujące sztuczną inteligencję, np. rozpoznawanie obrazów, rozpoznawanie twarzy czy mowy – wskazuje ekspert.

Jak ocenia, inteligentne roboty i platformy nie zastąpią nauczycieli, na pewno jednak w coraz większym stopniu będą wspomagać ich pracę. Już teraz w szkołach wykorzystywane są roboty, które na podstawie lekcji prowadzonych przez nauczyciela pomagają lepiej przyswoić wiedzę. Z kolei humanoidalny robot Kaspar wspiera dzieci cierpiące na autyzm lub mające problemy z komunikacją. Działa jako mediator społeczny, ucząc dzieci komunikowania się i interakcji z innymi ludźmi. Kaspar jest również w stanie samodzielnie reagować na dotyk, pomagając dzieciom z autyzmem uczyć się akceptowanych społecznie interakcji dotykowych.

 Obserwujemy ogromny skok cywilizacyjny, jeśli chodzi o dostępne technologie, jak druk 3D, moc obliczeniowa, przetwarzanie w chmurze, algorytmy sztucznej inteligencji. To powoduje, że dzisiaj niewielkie, małe firmy wszędzie na świecie pracują nad takimi rozwiązaniami i w ciągu dosłownie kilku miesięcy są w stanie proponować nowe rozwiązania, wdrażać je i komercjalizować – wskazuje Paweł Zarzycki.

Co powie Powell?

Środowe posiedzenie FOMC będzie kluczowym punktem dla rynku walutowego w tym tygodniu. Inwestorzy czekają na ocenę Fedu dotyczącą zarówno sytuacji na rynku obligacji, jak i stanu amerykańskiej gospodarki. Od wyniku posiedzenia zależą dalsze nastroje na rynku i perspektywy wyceny dolara amerykańskiego.

Decydenci Fedu stoją w obliczu rosnących rentowności obligacji skarbowych i danych w znacznej mierze lepszych od oczekiwań. Spodziewamy się, że przewodniczący FOMC (pol. Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku) Jerome Powell o krótkoterminowych perspektywach będzie wypowiadać się z optymizmem. Mimo to uważamy, że w dużej mierze utrzyma niedawną retorykę, dystansując się od założeń rynku o szybszym niż spodziewane zacieśnieniu polityki monetarnej. Naszym zdaniem Powell będzie miał prawdopodobnie trudne zadanie, starając się wyrazić optymizm i jednocześnie przekonać rynki, że Fed zignoruje krótkoterminowy wzrost inflacji i w przewidywalnej przyszłości utrzyma stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Poniżej pokrótce przedstawiamy, jakie trzy tematy naszym zdaniem będą najważniejsze w kontekście najbliższego posiedzenia FOMC i jak może ono wpłynąć na rynek walutowy.

Wypowiedzi Powella na temat wyprzedaży na rynku obligacji

W przeciwieństwie do członków EBC Powell przyjął spokojne stanowisko wobec gwałtownej wyprzedaży na globalnych rynkach obligacji w bieżącym roku, kiedy to rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji skarbowych przekroczyła poziom 1,6%, znajdując się najwyżej od ponad roku (Wykres 1). Powell na początku miesiąca wyraził pogląd, że wyprzedaż ta nie była chaotyczna, jednocześnie zaznaczył jednak, że „jeśli warunki ulegną istotnej zmianie, komitet jest przygotowany do użycia narzędzi, które mają wesprzeć osiągnięcie wyznaczonych celów”.

Wykres 1: Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA (marzec ‘20 – marzec ‘21)Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 15/03/2021

Nie uważamy, że Powell będzie próbował wykorzystać swoją retorykę do obniżenia rentowności obligacji w tym tygodniu, w przeciwieństwie do prezes EBC Christine Lagarde. Sądzimy, że prezes Fedu zamiast tego prawdopodobnie użyje języka, który zarówno złagodzi oczekiwania inflacyjne, jak i uspokoi zakłady inwestorów oczekujących wyższych stóp procentowych i rychłego wycofania się Fedu ze skupu aktywów. Bez wątpienia powtórzy, że Fed pozostaje w trybie oczekiwania, wskazując jednocześnie na znaczny zastój w gospodarce i zaznaczając, że wszelkie wzrosty inflacji będą przejściowe. Spodziewamy się, że ponownie stwierdzi, że przed Fedem długa droga, by osiągnąć cel, którym jest pełne zatrudnienie i inflacja utrzymująca się na średnim poziomie 2%.

Nowe prognozy PKB i inflacji

Uczestnicy rynku będą w środę przyglądać się uważnie również publikacji zrewidowanych prognoz FOMC dotyczących wzrostu gospodarczego i inflacji. W minionych tygodniach dane makroekonomiczne dotyczące amerykańskiej gospodarki w większości pozytywnie zaskakiwały. Złagodzenie restrykcji i imponujący postęp szczepień w USA spowodowały, że inwestorzy zaczęli oczekiwać wyższego wzrostu w nadchodzących miesiącach. Zatwierdzony niedawno przez prezydenta Bidena pakiet stymulacyjny w wysokości 1,9 bln dolarów, który obejmuje bezpośrednie wypłaty 1400 dolarów amerykańskim obywatelom, również będzie wspierać aktywność gospodarczą i może spowodować znaczący wzrost zatrudnienia przed końcem roku. Dlatego spodziewamy się dość istotnej korekty w górę prognozy wzrostu gospodarczego w 2021 roku z 4,2%, przewidywanych w grudniu, i korekty w dół prognozy bezrobocia.

Ogólny pogląd dotyczący inflacji zakłada, że bardzo możliwe, że przekroczy ona 2-procentowy cel Fedu w najbliższych miesiącach, więc rewizja prognozy na 2021 rok jest w tym tygodniu prawdopodobna. Inflacja bazowa w USA w lutym zaskoczyła nieco in minus, notując najniższy od ośmiu miesięcy poziom 1,3% w ujęciu rocznym. Oczekuje się jednak, że ten spadkowy trend odwróci się w kwietniu, po roku od restrykcyjnych lockdownów, które zamroziły gospodarkę i zahamowały aktywność konsumencką. Dużym zmartwieniem dla inwestorów nie będzie to, czy inflacja przekroczy cel Fedu, ale na jak długo. Według naszych przewidywań zarówno prognozy Fedu, jak i towarzyszące im komunikaty będą podkreślać, że prawdopodobnie będzie to przejściowe i spowodowane, przynajmniej częściowo, jednorazowym wzrostem cen energii.

Uważamy, że Fed nie będzie zaniepokojony wzrostem inflacji powyżej założonego celu 2% w tym roku, jeśli uzna go za przejściowy. Warto pamiętać, że preferowana przez Rezerwę Federalną miara inflacji, indeks PCE, od października 2018 roku każdego miesiąca pokazuje dynamikę niższą niż 2% (Wykres 2). Oznacza to, że inflacja musiałaby utrzymywać się powyżej celu 2% przez długi czas, by indeks ten osiągnął średnio ponad 2%.

Wykres 2: Inflacja PCE w USA (2014 – 2021)Inflacja PCE w USA

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 15/03/2021

Zrewidowane prognozy stóp procentowych

Równolegle do projekcji makroekonomicznych FOMC opublikuje na posiedzeniu także kwartalne prognozy stóp procentowych (swój „dot plot”). Na grudniowym zebraniu tylko jeden z siedemnastu członków Fedu spodziewał się ich podwyżki w 2022 roku, a pięciu – do końca 2023 roku (Wykres 3).

Wykres 3: „Dot plot” FOMC (grudzień 2020)Dot plot

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 15/03/2021

Chociaż uważamy za mało prawdopodobne, by mediana prognoz wskazywała na pierwszą podwyżkę w 2023 roku, spodziewamy się przynajmniej, że kilku dodatkowych członków Fed będzie przewidywać wyższe stopy w ciągu najbliższych trzech lat. Zmiana mediany na pokazującą podwyżki przed 2024 rokiem byłaby bardziej zgodna z wyceną rynku, który spodziewa się jednej pełnej podwyżki w pierwszym kwartale 2023 roku. Stałoby to jednak w opozycji do niedawnej narracji przewodniczącego Powella, który deklarował, że stopy pozostaną niezmienione w przewidywalnej przyszłości.

Jak może zareagować rynek?

W ujęciu ogólnym uważamy, że Fed będzie starał się nie wprowadzać zamieszania na posiedzeniu w tym tygodniu i pozostawi wszelkie znaczące zmiany w zakresie komunikacji z rynkiem dotyczącej przyszłych działań na lato. Kluczowe będzie raczej to, czy Powell zdoła przekonać inwestorów, że bank centralny zignoruje tymczasowe wzrosty inflacji. Jeśli to się uda, rentowności obligacji prawdopodobnie spadną, a dolar doświadczy deprecjacji. Jednocześnie zbiór komunikatów wskazujących na całkowity brak troski o wyższe rentowności długoterminowych skarbowych papierów dłużnych prawdopodobnie prowadziłby do kolejnej wyprzedaży obligacji. Historycznie można by oczekiwać, że drugi scenariusz byłby pozytywny dla dolara. Nie jest dla nas jednak zupełnie jasne, czy otwarcie inflacjonistyczna postawa Rezerwy Federalnej powinna być optymistyczna dla amerykańskiej waluty.

Posiedzenie FOMC i jego konsekwencje będą miały znaczenie nie tylko dla dolara, ale też dla szerokiego rynku, w tym dla złotego. Uspokojenie sytuacji na amerykańskim rynku obligacji i słabszy dolar powinny korzystnie oddziaływać na złotego. Z drugiej strony alternatywny scenariusz, w którym na rynek wraca niepokój, mógłby wywrzeć dodatkową presję na polską walutę.

Decyzje i nowe projekcje Fedu poznamy o 19:00 w środę; konferencja prasowa Powella rozpocznie się o 19:30.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Ponad połowa społeczeństwa chce się zaszczepić. Największe zaufanie budzi preparat Pfizera

Prawie 52% Polaków chce się zaszczepić przeciw COVID-19. Wśród chętnych przeważają seniorzy po 60. roku życia, mieszkańcy dużych miast oraz osoby z wyższym wykształceniem. Natomiast największy opór wykazują rodacy w wieku 30-39 lat, zamieszkali na wsiach, a także posiadający podstawowe i gimnazjalne wykształcenie. Ankietowani, gdyby mieli wybór, najchętniej przyjęliby preparat Pfizera – 29,5%. W dalszej kolejności wskazują Johnson & Johnson – przeszło 11%, firmę Moderna – prawie 9%, jak również AstraZeneca – ponad 3%. Dla nieco ponad 15% nie ma znaczenia, który byłby to środek. Z kolei 29% nie ma w tej kwestii wyrobionego zdania.szczepienie polaków

Badanie zrealizowane w ostatni weekend przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, wykazało, że 51,6% Polaków chce przyjąć szczepionkę przeciw COVID-19. Natomiast 30,5% ankietowanych nie ma takiego zamiaru. 14,3% respondentów jest niezdecydowanych.

– Fakt, że 30,5% Polaków nie chce się zaszczepić, może oznaczać, że np. wiele z tych osób już przechorowało koronawirusa i czuje się bezpiecznie. Jednak na pewno nie dotyczy to wszystkich. Skala niechęci do jednej z największych zdobyczy medycyny jest dla mnie przerażająca – wyznaje dr Jerzy Friediger, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. S. Żeromskiego SPZOZ w Krakowie.

Chęć zaczepienia deklarują przede wszystkim osoby powyżej 60. roku życia. Następni w kolejności są Polacy mający 40-49 lat, a za nimi – rodacy w wieku 50-59 lat. Największe zainteresowanie szczepieniami występuje w miastach liczących ponad 500 tys. ludności. Potem są ośrodki, w których mieszka od 100 tys. do 200 tys. osób. Wśród chętnych przeważają ludzie z wyższym i ze średnim wykształceniem.

– Głównie chcą się szczepić najstarsze osoby, które czują się najbardziej zagrożone. I nie ma w tym nic dziwnego. Jednak ta tendencja się zmienia, bo coraz częściej młodzi ludzie ciężko przechodzą zakażenie. Najwięcej zwolenników jest wśród najlepiej wykształconych Polaków, mieszkających w dużych miastach. Oni często obawiają się, że przez chorobę mogliby stracić nie tylko zdrowie, ale też pracę – mówi Krzysztof Zych, główny analityk UCE RESEARCH.

Z badania również wynika, że nie chcą się zaszczepić głównie Polacy w wieku 30-39 lat, mieszkańcy wsi i miast liczących od 200 tys. do 500 tys. ludności. Przeważnie są to ludzie z wykształceniem podstawowym lub gimnazjalnym.

– Trzeba przyznać, że mieszkańcy wsi i małych miast żyją zdecydowanie wolniej niż osoby zamieszkałe w dużych aglomeracjach. Nawet gdy chorują, to z reguły pod względem psychicznym przechodzą to łagodniej od swoich rówieśników z wielkich miast – zwraca uwagę ekspert z UCE RESEARCH.

Gdyby była możliwość wyboru, najwięcej chętnych przyjęłoby szczepionkę koncernu Pfizer – 29,5%. Następnie badani wskazują preparat Johnson & Johnson – 11,3%, a potem – firmy Moderna – 8,8%. Dopiero dalej w zestawieniu jest AstraZeneca – 3,4%, a także Sputnik V – 1,9%. Środek chińskiej produkcji chciałby przyjąć tylko 1% ankietowanych. Dla 15,1% zainteresowanych szczepionką nie ma żadnego znaczenia, która by to była. 29,1% jest jeszcze niezdecydowanych.

– Największa popularność preparatu Pfizera może wynikać z tego, że od początku był rekomendowany dla wszystkich grup wiekowych. Z kolei szczepionka AstraZeneca, która również jest dobra, była niezręcznie wprowadzana na rynek. Nie zalecano jej seniorom z uwagi na nieukończone wówczas badania kliniczne – wyjaśnia dr Friediger.

Szczepionka Pfizera jest najpopularniejsza wśród seniorów, mieszkańców miast liczących od 200 tys. do 500 tys. ludności i osób z wyższym wykształceniem. Johnson & Johnson również budzi największe zaufanie w gronie najstarszych Polaków, ale także pośród ludzi zamieszkałych w największych miastach i posiadających zasadnicze wykształcenie. Z kolei preparat firmy Moderna cieszy się szczególnym zainteresowaniem w grupie wiekowej 20-29 lat, w ośrodkach miejskich liczących od 100 tys. do 200 tys. mieszkańców i wśród osób z wyższym wykształceniem. Natomiast AstraZeneca jest najczęściej wskazywana przez ludzi w wieku 18-29 lat, żyjących w niewielkich miejscowościach i mających zasadnicze lub najniższe wykształcenie.

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w dniach 12-14.03.2021 r. przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej. Wzięło w nim udział 1001 dorosłych Polaków. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Euro znów dąży do 4,60 zł

Spokój na rynkach wbrew pozorom nie przysłużył się polskiemu złotemu. Inwestorzy wciąż nie są pewni, czy Polska nie będzie dążyć do sztucznego osłabiania waluty, a to nie służy inwestowaniu w złotego.

Złoty znów w odwrocie

Po ostatnim dotarciu kursu EURPLN do poziomu 4,60 mieliśmy wyraźną 3 groszową korektę. Od tego czasu w ciągu tygodnia widzieliśmy powolny ruch w górę i znów jesteśmy świadkami nieśmiałego ataku na okolice 4,60 zł za jedno euro. Ostatnie wypowiedzi prezesa NBP, mówiące o gotowości banku do kolejnych interwencji na rynku, odstraszyły inwestorów chętnych do gry na umocnienie polskiej waluty. Dlatego do momentu aż nie pojawi się jakiś wyraźny sygnał, np. w postaci dobrych danych makroekonomicznych powinniśmy przyzwyczaić się do słabszego złotego.

Lepsze dane z Niemiec

Dzisiaj poznaliśmy wyraźnie lepszy od oczekiwań indeks instytutu ZEW. Dobre dane z głównej gospodarki strefy euro pomagają wspólnej walucie iść w górę. W rezultacie od publikacji widzimy odbicie euro względem głównych walut w tym dolara, gdzie ostatnimi dniami po przebiciu w dół poziomu 1,20 dolara za jedno euro zmienność wyraźnie spadła. Jedyną istotną walutą, która zyskuje do euro dzisiaj, jest frank, który odrabia straty po ostatniej wyraźnej przecenie.

Rumunia nie zmienia stóp procentowych

Na wczorajszym posiedzeniu Narodowego Banku Rumunii nie doszło do zmiany stóp procentowych. W rezultacie pozostały one na poziomie 1,25%. Gdyby nie Chorwacja byłby to najwyższy poziom obserwowany obecnie w całej Unii Europejskiej. Patrząc na lekki spadek rumuńskiej waluty, inwestorzy trochę liczyli na zapowiedzi podwyżek stóp procentowych. Powodem tych oczekiwań jest rosnąca inflacja. Która po dołku na poziomie 2,1% pod koniec 2020 roku znów przekroczyła 3%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:30 – USA – sprzedaż detaliczna,
14:15 – USA – wykorzystanie mocy produkcyjnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Klienci e-sklepów narzekają na słabą obsługę

Jak stracić klienta i zrazić do siebie ludzi? To proste – fatalną jakością obsługi. Jak wynika z badania GlobalWebIndex, aż 3 na 5 osób podczas zakupów w sieci, najbardziej obawia się kiepskiej jakości serwisu. Niepewność budzi także słaba reputacja marki. Łaska klienta na pstrym koniu jeździ. Czy można go ujarzmić?

W hollywoodzkim hicie pt. “Jak stracić chłopaka w 10 dni” Benjamin Barry, grany przez Matthew McConaughey, robi wszystko, żeby zatrzymać przy sobie partnerkę, mimo że jej kapryśny charakter niejednokrotnie wyprowadza go z równowagi. Ta analogia doskonale pasuje do relacji między właścicielami sklepów online, a ich klientami. Dla jasności, to ci drudzy mają humorki.

Igranie z ogniem

Mimo że w ubiegłym roku całkowita światowa sprzedaż detaliczna spadła o 3% (do 23,84 bln USD), to e-commerce ma się świetnie. Jeżeli globalny handel jest tortem, to kawałek o nazwie “sprzedaż online” wart jest 4,28 bln USD. W czasie, gdy cała branża notowała ujemne wyniki, retail e-commerce mógł poszczycić się wzrostem na poziomie 27,6%.

Gigantyczny wzrost zainteresowania zakupami online, wynikający z trwania pandemii i cyklicznych lockdownów, spowodował że firmy zaczęły przykładać większą wagę do ścieżki zakupowej klienta. Studiowanie preferencji internauty i umiejętność wykorzystania danych do angażowania jego uwagi, stały się kluczowymi elementami budowy odnoszącego sukcesy sklepu internetowego – zauważa Bartosz Ferenc, współzałożyciel CENTEO, narzędzia do automatyzacji sprzedaży w porównywarce Ceneo.pl i jednocześnie agencji oferującej usługi marketingowe na tej platformie

Kolejną próbą odpowiedzi na pytanie: jak nie stracić klienta w sieci, jest najnowszy raport Connecting the Dots, autorstwa GlobalWebIndex. Jego twórcy podjęli próbę wskazania czynników, które niepokoją klienta w momencie, gdy planuje zrobić zakupy w sieci. O opinię poproszono 8 tys. respondentów z Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Indii, Chin, Stanów Zjednoczonych i Brazylii.

Pierwszy wniosek, jaki powinien trafić do notatnika przedsiębiorcy, brzmi: nic nie potrafi zniechęcić klientów do finalizacji zakupów skuteczniej niż słabej jakości obsługa. Aż 60% ankietowanych wskazało właśnie na ten aspekt. Na drugim miejscu znalazła się reputacja miejsca, w którym potencjalnie chcemy dokonać zakupu. Niewiele niższy wynik – na poziomie 50% – potwierdza, że zła passa medialna lub historie krążące na forach internetowych, mogą realnie zaszkodzić firmie.

Reputację buduje się latami, a stracić ją można niemal natychmiast. Jak podaje serwis Newvoicemedia, wystarczy zaledwie jedno negatywne doświadczenie, by ponad połowa klientów już nigdy nie podjęła współpracy z firmą, która zawodzi swojego klienta. Natomiast to tylko jeden z elementów układanki. Z działaniem firmy jest jak z łańcuchem, który jest równie mocny, co jego najsłabsze ogniwo. Dlatego chcąc osiągnąć sukces, nie możemy zaniedbać żadnego z aspektów funkcjonowania przedsiębiorstwa, a biznes musi rozwijać się organicznie – uważa Bartosz Ferenc, do którego należą również takie marki, jak jedna z największych agencji Google ads w Polsce Sembot.com czy największy w branży sklep internetowy MDC.pl.

Grupa pościgowa

Na kolejnych miejscach rankingu, opracowanego przez GlobalWebIndex, znalazły się: słabe wyniki w zakresie ochrony środowiska (39%), warunki pracy poniżej obowiązujących standardów (31%), niewystarczająca różnorodność dostawców i produktów (24%), ignorowanie kwestii społecznych i politycznych (15%), brak zróżnicowania w zakresie zatrudnionych pracowników (14%) i niewystarczająca  różnorodność wśród kadry kierowniczej wyższego szczebla (11%).

Ze zrealizowanych badań jasno wynika, że dziś – bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – klienci oczekują od organizacji odpowiedzialnego podejścia do kwestii, które są dla nich istotne. Biznes przestał być bytem pozbawionym osobowości. Managerowie A.D. 2021 muszą bacznie śledzić to, co dzieje się w społeczeństwie i respektować wartości swoich klientów, a wręcz wychodzić im naprzeciw. Dzięki analityce i wielkim zbiorom danych, biznes może nareszcie podejmować takie decyzje na podstawie informacji i liczb, niemal chłodnej statystyki, a nie kierując się wyłącznie intuicją – uważa współtwórca CENTEO.pl.

Badania IDC pokazują, że organizacje, które w swoich działaniach kierowały się empatią, szybko dostosowały się do wyzwań, jakie przyniosła pandemia. Co więcej, eksperci firmy konsultingowej przewidują, że ta cecha będzie miała jeszcze większe znaczenie w okresie po COVID-19.

Jak twierdzi Lawrence Cheok, senior research manager z firmy konsultingowej IDC, w szczytowym momencie kryzysu organizacje, które wykazały się empatią wobec klienta, szybko się przystosowały. W sytuacji powrotu do normalności te najbardziej empatyczne będą mogły rozwijać się szybciej niż konkurencja głucha na potrzeby klienta. Dlatego przedsiębiorstwa muszą pozostać głęboko zintegrowane z otoczeniem, rozumieć swoją sytuację i nadal działać w sposób, który buduje zaufanie. To ważny drogowskaz dla biznesu, który w czasie postcovidowych zawirowań, niczym saper, nie może pozwolić sobie na popełnienie błędu.

Podobnego zdania jest Piotr Chwidziewicz, Head of Growth w Symetrii, agencji odpowiadającej za organizację UXalliance Design Leaders Masterclass – programu o międzynarodowej renomie i kadrze trenerów, dedykowany liderom zespołów UX.

Przytoczone wyniki badań nie są zaskoczeniem. Klienci, przyzwyczajeni do wysokiego poziomu doświadczeń w kontakcie z usługą, oczekują tego samego od każdego oferenta, niezależnie od branży czy punktu styku klienta z marką. Pojawia się pytanie, jak osiągnąć i utrzymać wysoki poziom UX? Wystarczy przyjrzeć się firmom, które odniosły sukces. Dostrzegamy coraz częściej, że uzyskanie prawdziwej biznesowej wartości dzięki działaniom UX jest możliwe, gdy utalentowani specjaliści mają wsparcie zmotywowanych i silnych liderów obszaru designu. Lider kompetencji design to przede wszystkim osoba, której zależy. Zależy na tym, by klient rzeczywiście był w centrum zainteresowania firmy, która dzięki temu osiągnie dobre efekty biznesowe a jednocześnie będzie świetnym miejscem do pracy – uważa Chwidziewicz.