Więcej pytań niż odpowiedzi

Na starcie nowego tygodnia rentowności obligacji skarbowych pozostają wysoko, akcje spółek technologicznych są pod presją, a dolar notuje skromne wzrosty. Raport z rynku pracy USA dostarczył więcej pytań niż odpowiedzi, a reakcja na niego wprowadziła jeszcze większe zamieszanie.

W lutym wzrost zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w USA był dużo silniejszy od oczekiwań (379 tys., prog. 200 tys.) z pozytywną rewizją odczytu styczniowego (do 166 tys. z 49 tys.). Dane świadczą o dużo lepszej sytuacji na rynku pracy i dobrze rokują dla tempa ożywienia gospodarczego. To wspaniała wiadomość dla rynku akcji i innych ryzykownych aktywów… lub nie, jeśli przyjmiemy, że szybszy wzrost to wyższa inflacja, którą będzie musiał ujarzmić Fed poprzez zacieśnianie polityki pieniężnej. Inwestorzy nie potrafili się w piątek zdecydować, która interpretacja jest bardziej słuszna, biorąc pod uwagę, że odczyt NFP przyniósł szybki skok rentowności, spadek futures na S&P500 i rajd USD, ale ruchy zostały później odwrócone. W tym momencie drugorzędne jest, która interpretacja jest właściwa. W ostatnich dniach inwestorzy byli gotowi przebierać w informacjach wedle własnego uznania, nie raz z dnia na dzień przecząc samym sobie. To oznaka rynku, który zdaje sobie sprawę, że zapędził się za daleko, ale nie bardzo widać drogę do uporządkowanego odwrotu. Za prostsze wyjście uznaje się dalszą sprzedaż obligacji i ucieczkę od ryzyka w USD (pominę tutaj rynek akcji, gdzie zamęt wskoczył na wyższy poziom). Ale jeśli wszyscy już wskoczyli do pociągu „rentowności i USD w górę”, to nie ma już komu dalej pchać wagonów. Co się stanie, gdy pasażerowie zorientują się, że pociąg przestał jechać?

Piątkowa reakcja na raport z rynku pracy ukazała, że w tym niezdecydowaniu zmienność będzie towarzyszyć handlowi na każdym kroku z możliwymi wahaniami w obu kierunkach. Zagrożenie dla zbudowanych w ostatnim czasie pozycji jest umocnienie się przekonania, że rentowności zawędrowały za wysoko (a zatem i umocnienie USD jest przesadne). Z drugiej strony tydzień przynosi odczyt CPI z USA (środa), gdzie analiza będzie skupiona na określeniu, ile jest prawdy w opinii Fed, że wzrost inflacji opiera się na zjawiskach przejściowych, a na ile zawiązuje się trwalszy trend. Tego samego dnia odbędzie się aukcja sprzedaży 10-letnich obligacji USA i słaby popyt podsyci spekulacje, że rynek czeka na dalszy spadek cen (wzrost rentowności). Fed wchodzi w okres zakazu wystąpień publicznych przed posiedzeniem FOMC 16-17 marca, więc nie ma co liczyć na próby okiełznania rynku długu.

W tym tygodniu nie ma zaplanowanych żadnych istotnych danych z polskiej gospodarki, więc złoty pozostanie zdany na sygnały z rynków zewnętrznych, choć wizja podwyższonej zmienności nigdy nie jest czymś, co przynosi szybkie umocnienie PLN. W piątek wideokonferencja prezes NBP Glapińskiego nie wywołała reakcji złotego, choć padło kilka interesujących wypowiedzi. Prezes stwierdził, że prawdopodobieństwo podwyżki w obecnej kadencji RPP wynosi 0 proc., a „rynek nie ma racji” wyceniając wzrost stóp. Zdaniem Glapińskiego przyspieszenie inflacji wynika z czynników niebędących w gestii polityki pieniężnej, toteż nie powinno mieć wpływu na kształt polityki. Dodał natomiast, że istnieje natomiast scenariusz obniżki, gdyby pandemia nadal doskwierała gospodarce. NBP pozostaje gołębi, a prezes chciał ostudzić rynkowe oczekiwania dotyczące podwyżki powstałe po rewizji w górę projekcji inflacji NBP. To, że polski rynek stopy procentowej dołącza się do karuzeli obecnej na rynkach bazowych, jednak w żaden sposób nie wspiera to złotego, jest dowodem na zagubienie inwestorów w gąszczu sprzecznych sygnałów. W przedziale 4,55-4,60 za eurozłoty jest relatywnie tani i choć słabość waluty nie jest do utrzymania w dłuższym horyzoncie, to wpierw warunkiem koniecznym jest uspokojenie nastrojów na rynkach zewnętrznych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sytuacja na rynku paliw – czy jest szansa na niższe ceny?

Na coraz większej liczbie stacji benzynowych w całym kraju ceny paliw przekraczają już 5 zł za litr. Tak wysokie ceny nie były widziane od dawna. Jaka jest tego przyczyna? Pytanie jest tym bardziej uzasadnione, że cały czas obowiązują obostrzenia i duża część zatrudnionych swoje obowiązki zawodowe wykonuje w domu, bez konieczności przemieszczania się.

Autor komentarza: Zbigniew Łapiński, dyrektor ds. zaopatrzenia logistyki i klientów kluczowych, członek zarządu Anwim S.A.

Od listopada ubiegłego roku, kiedy cena ropy naftowej za baryłkę kształtowała się na poziomie 40 dolarów, ropa podrożała o ponad 60 proc. Tak duży wzrost spowodowany jest przede wszystkim poprawą nastrojów graczy rynkowych, która jest związana z nadzieją na skuteczną walkę z pandemią COVID-19 (przede wszystkim wprowadzeniem na szeroką skalę szczepień na całym świecie). Inwestorzy, a także konsumenci liczą na ożywienie gospodarcze i powrót do normalnego funkcjonowania. To z kolei przyciąga na rynki surowcowe kapitał, również spekulacyjny. To jeszcze bardziej podbija cenę, a słaby złoty dodatkowo potęguje całe zjawisko. Poza tym, odpowiedzią największych producentów ropy zrzeszonych w organizacji OPEC na spadek konsumpcji w roku 2020 było ograniczenie wydobycia ropy o 10 mln baryłek. W poprzednim tygodniu najwięksi eksporterzy ropy na świecie uzgodnili utrzymanie aktualnych limitów wydobycia. Wzrost cen ropy naftowej przełożył się na hurtowe ceny paliw, a w konsekwencji na cenę detaliczną, która dzisiaj jest najwyższa od blisko roku – podobnie z resztą jak cena ropy.

Analizując ceny kontraktów terminowych na ropę naftową z realizacją w kolejnych miesiącach, należy zauważyć, że rynek wycenia przyszłość tego surowca taniej niż obecnie. Przykładowo, kontrakty na ropę naftową z dostawą za rok wyceniane są ok. 5 dolarów niżej.

Uważam, że obecne ceny ropy naftowej, które oscylują wokół 65-70 dolarów za baryłkę oraz ceny paliw gotowych, osiągnęły maksymalny poziom w perspektywie najbliższych kilku miesięcy. W najbliższych tygodniach moim zdaniem będziemy obserwować stabilizację cen, ewentualnie ich obniżkę. Nie spodziewam się, aby trzecia fala pandemii w naszym kraju miała większy wpływ na ceny paliw.

Przy okazji rozważań na temat cen paliw warto zastanowić się, co realnie wpływa na kwotę, jaką płacimy przy kasie na stacji. W przypadku benzyny i oleju napędowego ponad połowę ceny stanowią podatki i opłaty narzucone przez administrację państwową. Mam tu na myśli VAT, akcyzę, opłatę paliwową oraz opłatę emisyjną. Bez tych opłat kierowcy płaciliby ok. 2,30-2,50 zł za litr. Marża detaliczna, z której pokrywa się koszty stałe stacji oraz stanowi zysk dla właściciela, to zaledwie ok. 2 proc. ceny, jaką płacimy na stacji.

Co krajowi przedsiębiorcy wiedzą o restrukturyzacji? Pandemia może być ważną lekcją dla polskiego biznesu

W dobie koronawirusa polscy przedsiębiorcy muszą mierzyć się z całą gamą przepisów i choć niektóre z nich zmotywowały właścicieli firm do zawalczenia o dalszy los swoich działalności, w środowisku prawniczym ponownie wrócił wątek upraszczania zapisów ustaw oraz postępowań. Hasłem ostatniego kwartału była m.in. “restrukturyzacja”, o której jak się okazuje, krajowy biznes wie sporo, bo chętnie stosuje instrumenty szybkiego reagowania.

Covidowe prawodawstwo (z potencjałem)

Nie jest tajemnicą, że najistotniejszą cezurą czasową dla przedsiębiorców był marzec 2020 roku, kiedy to wprowadzono w życie zapisy tzw. pierwszej ustawy covidowej. Postępujący rozwój zakażeń był dla polskiego biznesu nie tylko ciosem w postaci powszechnego lockdownu, ale również chaosu legislacyjnego, czego najlepszym dowodem są obliczenia ekspertów z Open Eyes Economy Summit. Tylko w II kwartale 2020 roku uchwalono 339 stron specustawy, której zapisy w teorii miały chronić m.in. przedsiębiorstwa i miejsca pracy. Ponadto, sam dokument doczekał się 188 rozporządzeń, a więc kolejnych 420 stron przepisów. W III kwartale z kolei w krajowym prawodawstwie pojawiło się 999 stron aktów wyjaśniających.

Wśród masowej produkcji kolejnych przepisów, pozytywnie wyróżnia się “Uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu” (UPOZU), którego działanie regulowała jedna z ustaw w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. Jest to jeden z najlepszych przykładów realnego zainteresowania polskich przedsiębiorców mechanizmami restrukturyzacyjnymi, ponieważ w ciągu ostatnich lat postępowania układowe nie notowały szczególnych wzrostów eksploatacji. Stagnację zakończył ruch w III kwartale 2020 roku, a więc momencie, kiedy to Ministerstwo Zdrowia biło na alarm w obliczu kolejnych zachorowań i obostrzeń, a UPOZU było już instrumentem do wykorzystania w sferze praktycznej.

Rosnąca świadomość przedsiębiorców

Aby w pełni zrozumieć zwrot ku restrukturyzacji w modelu postępowań układowych, należy przybliżyć wcześniej wspomnianą stagnację przed drugą połową ubiegłego roku. Według raportu MGW CCG „Restrukturyzacja przedsiębiorstw w 2020 roku – Analiza i interpretacja postępowań restrukturyzacyjnych” od początku 2018 do połowy 2020 roku liczba kwartalnie otwieranych postępowań cały czas utrzymywała się w przedziale między 100 a 130. Sytuacja uległa zmianie dopiero w III kwartale 2020 roku, gdy odnotowano wzrost do 215 postępowań. Tendencja umocniła się z kolei w IV kwartale, kiedy otwarto ich aż 305.

Jak wyglądała sytuacja samego UPOZU? Spośród 742 postępowań restrukturyzacyjnych otwartych w 2020 roku, “Uproszczone postępowania o zatwierdzenie układu” stanowiły aż 52 proc., a więc 386 postępowań. Co ciekawe, analitycy z MGW odnotowali stosunkowo niewielki udział firm obecnych na rynku krócej  niż 5 lat w ogólnej liczbie podmiotów otwierających postępowania restrukturyzacyjne. Stanowią one zaledwie 14 proc. ogółu, z kolei dominującą, 30-proc. grupą są przedsiębiorstwa działające więcej niż 5, ale mniej niż 10 lat. W pozostałych zaś grupach również skłonność do otwierania postępowania układowego rośnie wraz z wiekiem podmiotu. Wniosek?

Debiutanci gotowi na współczesne wyzwania

Młode spółki mają mniejsze zobowiązania, a ze względu na rosnącą świadomość nie tylko dotyczącą krajowego prawodawstwa, ale i trendu digitalizacji oraz kultury start-upowej – otwierane przedsiębiorstwa są coraz lepiej przystosowane do zmian w otoczeniu rynkowym i technologicznym. Nie bez wpływu jest również wykształcenie miejscowych przedsiębiorców. Według raportu Polskiej Rady Biznesu z roku 2018, w kraju 40 proc. osób prowadzących własną działalność gospodarczą może się pochwalić dyplomem uczelni wyższej. Średnia unijna z kolei to 39 proc., więc jesteśmy lekko ponad kreską.

Pod tym względem lepiej jest tylko na Litwie, Cyprze, w Estonii oraz Niemczech. Według autorów opracowania, wykształcenie wyższe polskich przedsiębiorców znajduje odzwierciedlenie w stosowanych modelach biznesowych, a także znajomości finansów czy otwartości na nowe technologie. Szczególnie w dobie covidu cyfryzacja przedsiębiorstw, a także racjonalne prowadzenie postępowań restrukturyzacyjnych było domeną podmiotów zarządzanych przez świadomą wyzwań współczesności zgraną kadrę.

Przestrzeń do poprawy

Pomimo iż rośnie świadomość i wiedza przedsiębiorców co do sposobu postępowania w razie niewypłacalności, to wydaje się, że istnieje jeszcze duża przestrzeń do lepszego wykorzystywania przepisów prawa insolwencyjnego. W Polsce odnotowaliśmy bowiem w roku 2020 największą w historii liczbę niewypłacalności (sumę otwartych postępowań restrukturyzacyjnych i upadłościowych w ramach przedsiębiorstw). Było ich 1 329, co w perspektywie ostatnich 10 lat jest wartością większą o ponad 30 proc. Współczynnik niewypłacalności w Polsce sięgnął tym samym poziomu 0,04 proc. Jest on obliczany jako stosunek ilości niewypłacalności do ilości zarejestrowanych przedsiębiorstw. W krajach Europy Zachodniej, posiadającej duże większe doświadczenia w rozwiązywaniu problemu niewypłacalności, wskaźniki te są na dużo wyższym poziomie. Przykładem tu może być rynek niemiecki, gdzie wskaźnik niewypłacalności wynosi 0,64 proc.

Mając na uwadze kondycję polskiej gospodarki w porównaniu do gospodarki niemieckiej, nie istnieje inne, rzeczowe wytłumaczenie tak dużych różnic w tych wskaźnikach, jak tylko brak wystarczającej wiedzy po stronie przedsiębiorców, co do sposobów instytucjonalnego radzenia sobie z problemem niewypłacalności. Dlatego też trzeba systematycznie zwiększać zakres informacji przekazywanych polskim przedsiębiorcom, dając im tym samym możliwość lepszego wykorzystania dostępnych narzędzi prawnych w rozwiązywaniu problemów finansowych firm.

Biorąc pod uwagę tylko dynamikę otwierania postępowań o zatwierdzenie układu, można domniemywać, że krajowi przedsiębiorcy coraz częściej śledzą zmiany przepisów, a także chętnie je stosują w praktyce. Jest to bardzo dobry sygnał szczególnie dla młodych spółek, które z jednej strony wchodzą na rynek z całkowicie innym podejściem, aniżeli starsi konkurencji, lecz z drugiej — mają unikalną możliwość obserwacji ruchów bardziej doświadczonych podmiotów w obliczu zagrożenia epidemiologicznego i zamrożenia gospodarki.

Autor: Mariusz Grajda — Partner Zarządzający i członek Zarządu MGW Corporate Consulting Group

FPP: Rok pandemii – straty polskiej gospodarki przekroczyły 185 mld zł. Największe problemy ma sektor usługowy

W ciągu pierwszego roku pandemii i towarzyszących jej lockdownów Polska gospodarka straciła ponad 185 mld zł – tak wynika z licznika strat spowodowanych przez COVID-19, prowadzonego od kwietnia 2020 r. przez Federację Przedsiębiorców Polskich. Powyższa kwota odpowiada szacunkowej wartości PKB, który nie został wytworzony na skutek rozprzestrzeniania się koronawirusa. Największe straty ponosi sektor usługowy, który dotknięty jest najdłuższymi obostrzeniami. Natomiast przemysł, budownictwo, transport czy usługi IT nie ucierpiały znacząco na skutek 2. fali pandemii – a nawet, pomimo jej narastania, notują poprawę wyników finansowych.

W okresie najgłębszego lockdownu w ubiegłym roku polska gospodarka traciła nawet 1,2 mld zł dziennie. Jest to jednak wyraźnie lepszy wynik niż wstępnie szacowana strata na poziomie ponad 2 mld zł dziennie. Wraz z nadejściem późnej wiosny i lata, działalność przedsiębiorstw zaczęła być stopniowo odmrażana – co pozwoliło gospodarce złapać oddech. Jesienią sytuacja epidemiczna zaczęła się ponownie pogarszać, co doprowadziło do powrotu obostrzeń.

„Charakterystyczne dla obecnej fazy pandemii jest znacznie większe zróżnicowanie jej wpływu na działalność poszczególnych branż. Wiele sektorów – nie dotkniętych bezpośrednio ograniczeniami w prowadzeniu działalności – przystosowało się na tyle do funkcjonowania w nowych warunkach, że mimo wysokiej liczby zachorowań i surowych zasad sanitarnych trudna sytuacja epidemiczna nie znajduje silnego przełożenia na poziom ich obrotów. Przemysł, budownictwo, transport czy usługi IT nie ucierpiały znacząco na skutek 2. fali pandemii, a nawet – pomimo jej narastania – notują poprawę wyników finansowych. Z drugiej jednak strony branże dotknięte bezpośrednio skutkami pandemii oraz ograniczeniami w prowadzeniu działalności gospodarczej znajdują się w coraz bardziej dramatycznej sytuacji. Żadne działania dostosowawcze nie mogą pomóc, kiedy na mocy przepisów rozporządzeń ich działalność pozostaje zamknięta. Poważnym problemem jest fakt, iż ograniczenia wprowadzone w reakcji na 2. falę koronawirusa utrzymują się znacznie dłużej niż wiosną 2020 r. – co prowadzi do wyczerpywania się rezerw płynnościowych w długotrwale zamkniętych przedsiębiorstwach. W konsekwencji, obecny okres charakteryzuje wyraźny podział na dwie grupy firm – tych, które funkcjonują we względnie niezakłócony sposób, a nawet rozwijają się pomimo pandemii oraz tych, które pogrążają się w coraz większych problemach z powodu przedłużających się lockdownów. W obecnych warunkach straty polskiej gospodarki można szacować na 450 mln zł dziennie” – wyjaśnia Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, wiceprezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Największe straty zostały poniesione na początku pandemii, w czasie ubiegłorocznego wiosennego lockdownu, bowiem wówczas poważny spadek poziomu aktywności ekonomicznej dotknął większości sektorów gospodarki. Wynikało to z szeregu czynników – bardzo daleko idącego ograniczenia mobilności i ścisłego dystansowania społecznego, poważnych zaburzeń globalnych łańcuchów logistycznych, nieefektywności wynikającej z nagłej reorganizacji działalności przedsiębiorstw i trybu wykonywania pracy, a także gwałtownego wzrostu absencji związanych z efektem paniki – jaki pojawił się na początku 1. fali epidemii. Przełożyło się to na nagłe ograniczenie aktywności nie tylko w usługach związanych z bezpośrednią obsługą konsumentów, lecz również w przemyśle, transporcie, handlu czy nawet finansach.Rok pandemii – straty polskiej gospodarki przekroczyły 185 mld

Są nowe rekomendacje UZP na zamówienia publiczne komputerów

Urząd Zamówień Publicznych wydał nowe rekomendacje dotyczące zamówień na zestawy komputerowe. – To jest bardzo potrzebny i długo wyczekiwany przez branżę cyfrową dokument, ponieważ jego poprzednia wersja pochodziła sprzed 9 lat. Przez ten czas nastąpił duży postęp technologiczny, więc zalecenia odnośnie zamówień nie przystawały do dzisiejszych wymagań rynkowych – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik. Związek w ramach grupy roboczej przy UZP pracował nad rekomendacjami.

Jak zauważa Kanownik, branża cyfrowa i nowoczesnych technologii jest jedną z najszybciej rozwijających się branż na polskim rynku. Jednak za postępem technologicznym często nie nadąża prawo. A bez regulacji, które by nadążały za rozwojem rynku, trudno jest funkcjonować.

Dlatego nowe rekomendacje Urzędu Zamówień Publicznych dotyczące zamówień na zestawy komputerowe to ważny dokument, który wychodzi naprzeciw oczekiwań branży nowoczesnych technologii – zaznacza Michał Kanownik.

UZP: rekomendacje to praktyczne wskazówki

Jak podkreśla UZP, nowe wytyczne są stricte techniczne i zwierają praktyczne wskazówki dla zamawiających dotyczące formułowania zapisów w dokumentacji zamówienia na dostawę zestawów komputerowych. „Uwypuklając aspekty techniczne nie chcieliśmy, aby dokument koncentrował się na kwestiach proceduralnych dotyczących udzielania zamówień, nie stanowią one bowiem dla Zamawiających tak dużego wyzwania, jak zagadnienia techniczne” – wyjaśnia UZP.

Nowe rekomendacje mają dawać jednak zamawiającym swobodę w wyborze sprzętu. „Mając świadomość, iż część zamówień będzie odpowiadała na niestandardowe potrzeby różnych Zamawiających, staraliśmy się w tych sytuacjach pokazać spectrum możliwości, nie koncentrując się na jednym rozwiązaniu” – zaznacza UZP.

Dokument z rekomendacjami został zaakceptowany przez Komitet Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji, a Centralne Biuro Antykorupcyjne nie zgłosiło do niego uwag.

Jakie są nowe wytyczne?

Podstawową zasadą opisu przedmiotu zamówienia na dostawę urządzeń komputerowych – według nowych wytycznych – powinno być specyfikowanie właściwości użytkowych urządzeń, a nie ich szczegółowych parametrów konstrukcyjnych. Jak argumentuje UZP, potrzeby zamawiającego są wyznaczone nie rozwiązaniami technicznymi zawartymi w zamawianym sprzęcie, lecz atrybutami określającymi przydatność urządzenia komputerowego do realizacji zadań, czyli poprzez właściwości użytkowe tego urządzenia. Te zaś wyznaczone są przede wszystkim:

  • wydajnością urządzenia komputerowego popartą przeprowadzonym testem;
  • ergonomią pracy;
  • zgodnością urządzenia komputerowego z oprogramowaniem wykorzystywanym przez

zamawiającego;

  • cyklem życia produktu, w tym okresem dostępności podzespołów do napraw;
  • jakością procesu wytwarzania, decydującą o trwałości i niezawodności sprzętu na

podstawie odpowiednich norm;

  • warunkami gwarancji świadczonej przez producenta.

Ebury: Wyższe rentowności obligacji ponownie wspierają dolara

Silna wyprzedaż na amerykańskim rynku obligacji skarbowych przyspieszyła w zeszłym tygodniu. Wspierały ją pozytywne wieści z gospodarki, które niezmiennie sugerują szybką poprawę sytuacji. Rosnące rentowności obligacji wspierają dolara i negatywnie wpływają na waluty rynków wschodzących. Równolegle Senat USA zatwierdził ogromny pakiet stymulacyjny prezydenta Bidena.

Krótki koniec krzywej dochodowości pozostaje zakotwiczony przez wyraźną obietnicę Fedu, który ma ignorować presję inflacyjną i utrzymywać stopy procentowe na zerowym poziomie. Zeszłotygodniowa wyprzedaż obligacji o dłuższych terminach wykupu jednak odbiła się na rynku walutowym. Dolar doświadczył umocnienia w parze z większością walut G10, efekty zmian odczuły jednak szczególnie waluty rynków wschodzących. Podczas gdy waluty krajów leżących nad Oceanem Spokojnym radziły sobie dobrze, kotwiczone przez stabilność juana chińskiego, większość pozostałych głównych walut emerging markets doświadczyła w zeszłym tygodniu wyprzedaży rzędu 1–3%.

Spodziewamy się, że również w tym tygodniu najważniejszym czynnikiem kształtującym zachowanie rynków finansowych na całym świecie będą zmiany na amerykańskim rynku stóp procentowych. Czwartkowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego będzie bardzo interesujące pod kątem oceny reakcji instytucjonalnej banku centralnego na (jak dotąd niewielki) wzrost kosztów zadłużenia publicznego w strefie euro. Dane o inflacji w USA, które zostaną opublikowane w środę, mogą zaszkodzić płochliwym rynkom obligacji, jeśli ponownie zaskoczą in plus.

PLN

Polski złoty doświadczył najpoważniejszej wyprzedaży od końcówki grudnia (kiedy następowały interwencje NBP osłabiające krajową walutę), kończąc tydzień spadkiem o blisko 1,5% w parze z euro. Gdyby wspomnianego okresu interwencji nie uwzględniać, co byłoby zasadne, uznalibyśmy ten tydzień za najgorszy dla złotego od października ub.r.

Słabość tę można powiązać z kilkoma kwestiami, z których w naszej ocenie istotne są dwie. Po pierwsze, z pogarszającą się sytuacją epidemiczną w kraju, gdzie 7-dniowa średnia krocząca nowych zakażeń znalazła się na poziomie notowanym na początku grudnia, a wzrost ten nie wykazuje oznak hamowania. Po drugie, ze wzrostem rentowności amerykańskich obligacji, który nastąpił zwłaszcza w drugiej części tygodnia. Ponowny ich wystrzał na długim końcu wzbudził niepokój wśród inwestorów i odbił się szerokim echem na rynkach finansowych, uderzając szczególnie w waluty emerging markets.

Warto też wspomnieć o zeszłotygodniowych sygnałach z NBP. Rynkowe oczekiwania względem zacieśnienia polityki pieniężnej w Polsce początkowo wzrosły, wspierane m.in. przez bardziej optymistyczną niż listopadowa projekcję PKB i inflacji Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP, której kluczowy punkt poznaliśmy przy okazji środowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej. W piątek owe oczekiwania skutecznie stłumił jednak prezes Glapiński i obecnie rynek szacuje, że szanse na podniesienie stóp o 25 pb. w perspektywie roku to zaledwie nieco ponad 50%.

EUR

Wszyscy wyczekują obecnie marcowego posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego, z którego informacje poznamy w czwartek. Uwaga powinna nadal skupiać się głównie na rozczarowujących danych gospodarczych, raczej powolnym tempie szczepień w Europie i wyprzedaży europejskich obligacji skarbowych, podążających za amerykańskimi.

Nie spodziewamy się żadnych zmian w polityce EBC, sygnały z dwóch obszarów w kontekście posiedzenia będą jednak kluczowe. Po pierwsze, istotny będzie zakres nieuchronnej rewizji w dół projekcji ekonomicznych na rok 2021. Po drugie, możliwość wykorzystania narzędzi polityki pieniężnej uruchomionych w trakcie pandemii w celu zatrzymania niepożądanych wzrostów rynkowych stóp procentowych. To ostatnie mogłoby zaszkodzić euro, w krótkim okresie nie można wykluczyć też dalszych spadków w relacji do głównych walut.

USD

Lutowy raport z amerykańskiego rynku pracy dostarczył najnowszych danych potwierdzających, że ożywienie gospodarcze w USA nabiera tempa po tym, jak jesienią spowolniło przez obostrzenia. Ożywienie w hotelarstwie i rekreacji sprawiło, że zmiana zatrudnienia netto była dwukrotnie większa niż oczekiwano i wyniosła niemal 400 tys. Bezrobocie spadło, podczas gdy współczynnik aktywności zawodowej pozostał na tym samym poziomie.

Przyjęcie w weekend ogromnego pakietu stymulacyjnego Joe Bidena przez Senat zapowiada znaczny zastrzyk gotówki dla amerykańskich rodzin, które skorzystają na bezpośrednich transferach, dodatkowym wsparciu na dzieci, nie mówiąc o wyższych zasiłkach dla bezrobotnych i różnych innych transferach do stanów i poszczególnych obszarów lokalnych. Ta fala pieniędzy wpłynie na gospodarkę, gdzie odżywa popyt, który jednocześnie mierzy się z coraz wyraźniejszymi wąskimi gardłami po stronie podaży. Uważamy, że wyprzedaż obligacji skarbowych może być kontynuowana, jednak trudny do przewidzenia jest krótkoterminowy wpływ na dolara amerykańskiego dodatkowych wydatków bez równoważących ich dochodów podatkowych.

GBP

W obliczu umocnienia dolara funt wciąż radzi sobie lepiej niż większość pozostałych walut. Jedne z najwyższych na świecie wskaźniki wyszczepialności w Wielkiej Brytanii zapewniają kluczowe wsparcie dla waluty, a różnica w tym zakresie między Zjednoczonym Królestwem a strefą euro się nie zmniejsza. Co najmniej jedną dawkę szczepionki otrzymało na Wyspach ok. 40% dorosłych, a Wielka Brytania zaczęła łagodzić obostrzenia – od dziś powróciły zajęcia w szkołach. Relatywny sukces w szczepieniach powinien wspierać brytyjską walutę w relacji do euro.

Dane o PKB Wielkiej Brytanii w styczniu, które poznamy w piątek, prawdopodobnie pokażą ujemną dynamikę ze względu na trzeci narodowy lockdown. Spodziewamy się jednak, że rynek walutowy nie będzie przywiązywać wagi do tych wstecznych wiadomości i nadal będzie skupiać się na obecnych wydarzeniach. Większość ostatnich publikacji makroekonomicznych z Wielkiej Brytanii była w znacznej mierze ignorowana przez rynki, które koncentrują się na średnioterminowych perspektywach Zjednoczonego Królestwa.

CHF

Miniony tydzień przyniósł kontynuację wyprzedaży franka szwajcarskiego. Para EUR/CHF zakończyła go tuż poniżej poziomu 1,11, a frank był najgorzej radzącą sobie walutą G10.  Co ciekawe, wygląda na to, że rosnące rentowności na długim końcu krzywej dochodowości w USA wpływają na nisko rentowną walutę safe haven w podobnie negatywny sposób jak na waluty rynków wschodzących.

Sytuacja epidemiczna w Szwajcarii w minionym tygodniu nie uległa większym zmianom, zaś dane makroekonomiczne były mieszane. Za najbardziej zaskakujące można prawdopodobnie uznać dane o inflacji, która zaskoczyła in minus. Nieco kontrastuje to z sygnałami cenowymi, które płyną ze świata. Zamiast wykazania mniejszego spadku, inflacja utrzymała się w lutym na poziomie -0,5%, jak w poprzednim miesiącu.

W nadchodzących tygodniach nadal będziemy skupiać się na zmianach globalnego sentymentu i sytuacji amerykańskiego rynku obligacji, biorąc pod uwagę, że w ostatnim czasie mają one największy wpływ na zachowanie franka szwajcarskiego, a obawy dotyczące sytuacji pandemicznej zdają się zmniejszać.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Czym charakteryzują się meble kolonialne?

Meble kolonialne to perfekcyjny miks stylów — europejskiej klasyki i dalekowschodniego orientu. Przyciągające uwagę wyjątkową estetyką, trwałe i funkcjonalne zachwycą entuzjastów szlachetnego stylu. Co charakteryzuje meble kolonialne? Podpowiadamy.

Styl kolonialny jest obecnie jednym z najchętniej wybieranych stylów aranżacyjnych. Po kolonialne aranżacje sięgają nie tylko entuzjaści zamorskich podróży, ale także zwolennicy szlachetnego piękna oraz ponadczasowych rozwiązań, odpornych na sezonowe trendy.

Nic dziwnego. Dzięki starannie dobranym oryginalnym meblom i dodatkom kolonialne wnętrza zachwycają unikalnością i najlepszym stylem.

Kolonialne meble — czym się charakteryzują?

Jednym z nieodzownych elementów stylu kolonialnego są… kolonialne meble — stoły i stoliki kawowe, witryny, szafki, biurka i komody. Czym się charakteryzują? Większość kolonialnych mebli wykonano z egzotycznych gatunków drewna (zazwyczaj z palisandru, mango lub akacji). Dzięki użyciu takiego materiału są nie tylko bardzo trwałe (egzotyczny drewno jest zdecydowanie twardsze od rodzimych gatunków), ale także pełne uroku. Oryginalne usłojenie, słoneczne refleksy, piękne naturalne barwy — to właśnie dzięki nim meble kolonialne wyglądają tak oryginalnie.

Jakie meble kolonialne wybrać?

Ogromna popularność mebli kolonialnych sprawiła, że ofert dostępnych na rynku modeli jest bardzo szeroka. Jak wybrać te, które w pełni spełnią oczekiwania użytkowników?meble kolonialne

  1. Postaw na oryginalność

Chcesz urządzić wnętrze w stylu kolonialnym? Wybierz meble robione ręcznie przez wykwalifikowanych rzemieślników i przywożone do Polski statkami. Możesz być pewien, że takie akcesoria wprowadza do Twojego mieszkania prawdziwego ducha orientu, stając się jego niekwestionowanymi gwiazdami. Choć meble produkowane w Polsce będą równie funkcjonalne i praktyczne, na tle hinduskich oryginałów wizualnie stracą.

2. Dostosuj rodzaj mebli do aranżacji wnętrza

Pod pojęciem mebli kolonialnych kryją się klasyczne modele o prostych formach i geometrycznych kształtach, minimalistyczne elementy z dodatkiem szkła i metalu i meble inspirowane stylem kolonialnym. Zależy Ci na tym, aby wykreować w salonie przytulny ciepły klimat? Wybierz te wykonane z jasnego drewna mango. Chcesz urządzić industrialny loft? Sięgnij po minimalistyczne elementy z przewagę metalu. Kuchnia w stylu rustykalny? Kolonialne postarzane modele okażą się strzałem w 10!

3. Dobierz meble do wielkości wnętrza

Urządzasz niewielkie wnętrze?? Zrezygnuj z masywnych ciemnobrązowych mebli z palisandru, ich kolor i forma mogą przytłoczyć niewielką przestrzeń. Zamiast nich wybierz meble o geometrycznych kształtach wykonane z drewna akacji.

Komoda, witryna i stół z palisandru świetnie sprawdzą się za to w przestronnym salonie, pełnym światła i antyków.

Źródło: https://www.indianmeble.pl/

Pożyczka dla zadłużonych szansą na spełnienie marzeń

Pożyczki czy kredyty nierzadko ratują nas z opresji, gdy potrzebujemy sporej ilości pieniędzy, a nie mamy tak wysokich oszczędności. Niestety, aby dostać kredyt w banku należy spełnić cały szereg kryteriów. Jeśli w którymś momencie powinęła nam się noga i zostaliśmy z długami, o kredycie możemy jedynie pomarzyć. Na szczęście jest pewien ratunek.

Pożyczka, a kredyt- różnice

Kredyt jest usługą, z której korzystamy za pośrednictwem banku. To właśnie bank, po dokładnym sprawdzeniu naszej sytuacji finansowej i historii kredytowej, pożycza nam jakąś sumę pieniędzy na jakiś konkretny okres czasu. Jeżeli sytuacja finansowa i historia kredytową są w porządku, kredyt zostanie udzielony. Jeżeli jednak pojawiają się długi, jedyne, na co możemy liczyć to pożyczka.

Pożyczka także jest pożyczeniem jakiejś kwoty pieniędzy na jakiś czas, z tym, że nie jest ona udzielana przez bank, a przez instytucję finansową. Każda taka instytucja ma swoje własne kryteria przyznawania pożyczki, wiele firm deklaruje, że wystarczy tylko dowód osobisty. Jeśli chcesz dostać kredyt, musisz uzbroić się w cierpliwość, bo przed złożeniem ostatecznego wniosku, musisz dostarczyć do banku mnóstwo różnych dokumentów, oświadczeń o Twoich dochodach, zobowiązaniach itp. W przypadku pożyczki formalności jest o wiele mniej, a i kryteria przyznawania takiej pożyczki są o wiele łagodniejsze.

Pożyczka dla zadłużonych- czy to możliwe?

Okazuje się, że tak. Rozwiązaniem jest tutaj pożyczka długoterminowa, która może zostać zaciągnięta przez osobę zadłużoną. Charakterystyczne dla tego rodzaju pożyczki jest to, że spłaty poszczególnych rat są rozłożone na długi okres czasu. Dzięki temu, osoba zadłużona ma szansę na wyjście z długów i odciążenie finansowe.

Jeżeli długi są naprawdę duże, rozwiązaniem może okazać się pożyczka dla bardzo zadłużonych online. O taką pożyczkę mogą wnioskować także osoby bezrobotne, co nie byłoby możliwe w przypadku kredytu udzielanego przez bank.

Pożyczka dla zadłużonych w Eurocent

Oferta pożyczki dla zadłużonych w Eurocent jest niezwykle przyjazna i korzystna dla wszystkich zadłużonych. Raty nie są wysokie, czas spłaty jest maksymalnie długi, a samą pożyczkę łatwo jest dostać. Zaciągając ją, należy wziąć pod uwagę koszty, jakie będzie ona generować. To, co oddajesz nie jest równe z tym, co pożyczasz. Do sumy pożyczki musisz dołożyć wysokość prowizji i oprocentowanie. Nie ulega jednak wątpliwości, że zaciągniecie pożyczki dla zadłużonych jest często ostatnią deską ratunku i szansą na spełnienie marzeń kogoś, komu nie zawsze się wiodło. Więcej informacji: https://eurocent.pl/pozyczki-dla-zadluzonych.

Jak sprawdzić dom/mieszkanie przed kupnem? – profesjonalne działanie krok po kroku

Kupując dom bądź mieszkanie z rynku wtórnego, musimy mieć stałą świadomość, że mimo wizualnej atrakcyjności, nie wszystko może odpowiadać stanowi rzeczywistemu. Dlatego też tak istotne jest kompleksowe sprawdzenie domu lub mieszkania przed dokonaniem formalności. Dzięki takiemu działaniu unikniemy w przyszłości niejednej nieprzyjemności.

Zakup mieszkania lub domu jest zapewne wielkim przeżyciem, realizacją marzeń o znalezieniu miejsca dla siebie oraz swoich bliskich. Właśnie dlatego powinniśmy podejść do zadania z pełną odpowiedzialnością i uwagą, aby poczyniona inwestycja była prawdziwie udana. Jak sprawdzić dom/mieszkanie przed kupnem? Dowiedz się już teraz…

Co sprawdzić przed kupnem domu?

Zadając sobie pytanie, co sprawdzić przed kupnem domu, pierwszym, co przychodzi nam do głowy, jest jego stan techniczny. I w istocie, ocena domu przed kupnem pozwoli nam poznać jego kondycję, wszelkie wady i usterki (bardzo często maskowane – celowo bądź nie). Kluczowe okaże się badanie termowizyjne, które może wskazać ewentualne zawilgocenia, zacieki czy też ogniska korozji biologicznej.

Stan prawny nieruchomości

Zarówno w przypadku sprawdzania domu, jak i mieszkania przed kupnem, musimy zgłębić ich aktualny stan prawny. Tego typu działanie pozwoli nam dowiedzieć się, czy na nieruchomości nie ciążą jakiekolwiek zadłużenia lub też czy osoby trzecie nie roszczą do niej pretensji. Sprawdzenie stanu prawnego domu i mieszkania przed kupnem najlepiej przeprowadzić za pomocą księgi wieczystej.

Co sprawdzić przed zakupem mieszkania?

W przypadku mieszkania, czynności weryfikacyjne powinny być bardziej rozbudowane. Tak więc, co sprawdzić przed zakupem mieszkania? Otóż, oprócz samego lokalu (co odbywa się podobnie jak przy zakupie domu), cały budynek, w którym przyjdzie nam żyć.

Profesjonalna pomoc

Co jednak istotne, żeby sprawdzenie mieszkania przed zakupem odbyło się w pełni skutecznie, warto skierować się po pomoc do specjalisty. Posiadając wiedzę oraz doświadczenie, przeprowadzi on kompleksowy audyt, wskazując nam wszelkie nieprawidłowości, które mogą zaważyć na finalnej decyzji, ale równie dobrze być wyjściem do negocjacji ceny z dotychczasowym właścicielem. Tego typu współpracę z profesjonalistą możemy podjąć również w przypadku kupna domu – bo zawsze warto mieć kontrolę nad wydarzeniami.

Ponad 83 proc. pracowników Biedronki to kobiety. Zajmują prawie 3/4 stanowisk kierowniczych

Sytuacja zawodowa kobiet w biznesie sukcesywnie się poprawia. Po części przyczyniają się do tego same firmy i pracodawcy, którzy wprowadzają politykę równości płci i różnorodności zespołów. W Biedronce kobiety stanowią ogółem ponad 83 proc. wszystkich pracowników, zajmując przy tym prawie 74 proc. stanowisk kierowniczych. – Biedronka jest kobietą, ale potrzebujemy mężczyzn w zespołach, bo uzupełniamy się nawzajem – mówi dr inż. Justyna Szymani, dyrektor Działu Jakości i Kontroli Marki Własnej w sieci Biedronka. Kobiety na kierowniczych stanowiskach w sieci handlowej podkreślają, że największym wyzwaniem jest dla nich łączenie obowiązków zawodowych i rodzinnych. To programy wspierające ten aspekt cieszą się w firmie dużą popularnością.

– Jednym z największych wyzwań dla kobiet jest pogodzenie wszystkich życiowych ról: pracownika, żony, mamy, córki, siostry, członka lokalnej społeczności itd. I rzeczywiście nadanie priorytetów tym rolom, a następnie wypełnianie tej odpowiedzialności na co dzień wymaga wysiłku i dyscypliny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Justyna Szymani.

Jak wynika z marcowego raportu Deloitte’a, COVID-19 i związane z nim restrykcje dodatkowo nasiliły tradycyjne obciążenie kobiet pracą na dwóch etatach: służbowym i prywatnym. Aż 67 proc. pracujących Polek zajmuje się jednocześnie osobami bliskimi, wykonując co najmniej 75 proc. związanych z tym obowiązków. 68 proc. z nich ma więcej obowiązków domowych, a ponad połowa ocenia, że ma więcej ogólnych powinności związanych z opieką nad dziećmi (54 proc.) oraz pomocą w zdalnej nauce (53 proc.). W efekcie aż 65 proc. pracujących Polek zadeklarowało, że nie jest w stanie zrównoważyć pracy z życiem osobistym, a 74 proc. z nich obawia się o dalszy rozwój swojej kariery zawodowej.

– Bardzo trudno jest połączyć ambicje zawodowe z opieką nad dziećmi. Jeżeli mamy pomoc ze strony bliskich, którzy doskonale to rozumieją, to korzystajmy z niej i nie czujmy się winne – podkreśla Magdalena Sidwa, dyrektor operacyjna regionu Koszalin w sieci Biedronka.

Jak wynika z badania Pracuj.pl przeprowadzonego z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, 61 proc. Polek ocenia, że ich sytuacja na rynku pracy jest dziś lepsza niż jeszcze 10 lat temu. Choć nadal ok. 40-proc. grupa kobiet i mężczyzn dostrzega nierówności w swoich miejscach pracy, to jednak większość, czyli 60 proc., uważa, że bez względu na płeć są tak samo traktowani przez przełożonych i mają takie same szanse na awanse czy podwyżki.

– Gdy analizuję moją dotychczasową karierę, nikt nie dał mi nigdy do zrozumienia, że jestem gorsza, ponieważ jestem kobietą – mówi Magdalena Sidwa.

Jak wynika z raportów Grant Thornton, Polska jest jednym z krajów, które najmocniej promują kobiety na kierowniczych stanowiskach. W 2019 roku 38 proc. kadry kierowniczej stanowiły panie, podczas gdy średnia dla UE wynosiła 30 proc.

– Coraz więcej kobiet zajmuje eksponowane funkcje i są wspaniałymi przykładami. Moim zdaniem to pomaga aktywizować inne kobiety, szczególnie w tych miejscach, gdzie rynek pracy jest trudniejszy – mówi Magdalena Koralewska, rzecznik klienta sieci Biedronka.

Do poprawy sytuacji kobiet na rynku pracy w coraz większym stopniu przyczyniają się same firmy, które uwzględniają politykę równości płci czy różnorodności zespołów, dostrzegając korzyści, jakie się z tym wiążą.

– Kobiety lepiej radzą sobie w zarządzaniu przez wartości. W coraz bardziej dynamicznym, nieprzewidywalnym środowisku, przy utrudnionej komunikacji, pracy zdalnej, ale też w sytuacji, kiedy procedury nie nadążają za galopującą rzeczywistością, zarządzanie przez wartości sprawdza się najbardziej, a kobiety są w tym dobre – ocenia dr inż. Justyna Szymani.

– Cechy kobiet, które pomagają w pracy z klientem, to przede wszystkim empatia i umiejętność czytania emocji. Kobiety w kontakcie z klientem są zdecydowanie bardziej łagodne, co szczególnie pomaga w trudnych sytuacjach. Z moich obserwacji wynika, że mężczyźni bywają bardziej zadaniowo ukierunkowani, co czasami powoduje pewne konfrontacyjne sytuacje – mówi Magdalena Koralewska.

To, czego pracującym kobietom często brakuje, to wiara we własne możliwości i kompetencje. Mężczyznom zdecydowanie łatwiej mówić o własnych sukcesach w miejscu pracy.

 Inne najczęstsze błędy, które popełniają kobiety w karierze zawodowej, to przede wszystkim udawanie kogoś, kim się nie jest. Kobiety nie zawsze są sobą w biznesie i próbują naśladować cechy tylko męskie. Poza tym z natury kobiecej płynie potrzeba zaspokojenia oczekiwań wszystkich wokół i wówczas nie ma przestrzeni dla nas samych – podkreśla Magdalena Sidwa. – W ostatniej edycji rankingu Mastercard Index of Women Entrepreneurs okazało się, że Polki są najbardziej przedsiębiorczymi kobietami w Unii Europejskiej i piątymi na świecie. Nie bójmy się wyzwań, droga do awansu i kariery stoi przed nami otworem.

– Musimy być sobą, jesteśmy różne od mężczyzn i to jest okej. To jest wartością, bo umożliwia synergię. Biedronka jest kobietą, natomiast potrzebujemy też mężczyzn w zespołach. Bądźmy sobą i uzupełniajmy się nawzajem – mówi dr inż. Justyna Szymani.

W Biedronce kobiety stanowią ponad 83 proc. wszystkich pracowników, zajmując przy tym prawie 74 proc. stanowisk kierowniczych, takich jak menedżer, koordynator czy kierownik sklepu. Biedronka stawia mocny akcent przede wszystkim na wspieranie rodzin z dziećmi, co jest szczególnie ważne z punktu widzenia pracujących kobiet. Jednak równy dostęp mają do nich zarówno panie, jak i panowie. Formą wsparcia dla rodziców jest ok. 20 pozapłacowych benefitów, takich jak wyprawki noworodkowe i szkolne dla dzieci rozpoczynających naukę w podstawówce, paczki świąteczne i na Dzień Dziecka, turnusy rehabilitacyjne i wyjazdy wakacyjne dla dzieci, a także wspierające domowy budżet, cykliczne zasilenia przedpłaconych kart, które pracownicy mogą wykorzystać w Biedronce i Hebe. Dodatkowym benefitem jest też możliwość skorzystania z pakietu badań profilaktycznych w programie Razem Zadbajmy o Zdrowie. Jest on organizowany corocznie, a kobiety mogą w ramach programu poddać się badaniu ginekologicznemu i cytologii, USG piersi, mammografii czy badaniom tarczycy.

Wielu Polaków przeniosło swoją aktywność fizyczną do domów. Treningi online pomagają radzić sobie ze stresem i dolegliwościami kręgosłupa

Badanie MultiSport Index 2020 wskazało, że dla 41 proc. aktywnych fizycznie Polaków sport jest najlepszym lekiem na stres wywołany pandemią, a dla 79 proc. – metodą na lepsze samopoczucie i większą efektywność pracy. To m.in. dlatego wiele osób w związku z przedłużającym się rządowym zakazem działania siłowni i klubów fitness szuka innych możliwości ruchu, takich jak treningi online. W ostatnich miesiącach dynamicznie wzrosło zarówno zainteresowanie takimi zajęciami, jak i dostępna oferta treningowa dla ćwiczących w różnym wieku i z różnymi potrzebami. Branża ocenia, że to rozwiązanie zostanie z nami również po ustaniu pandemii jako naturalne uzupełnienie aktywności realizowanych w obiektach sportowych.

– W czasie pandemii, gdy zmagamy się z jeszcze większą niż wcześniej ilością stresorów, ruch jest nam bardzo potrzebny. Aktywność fizyczna jest jednym ze sposobów, który pomaga w radzeniu sobie ze stresem i lękiem – mówi agencji Newseria Biznes psycholożka i psychoterapeutka Anna Kossowska.

Jak podkreśla, sport może być ważnym elementem psychoterapii, bo pomaga radzić sobie z lękiem, zdenerwowaniem czy obniżonym nastrojem. W badaniu MultiSport Index 2020 aż 41 proc. osób aktywnych fizycznie przyznało, że sport stał się dla nich sposobem na łagodzenie stresu związanego z pandemią.

 Jeszcze przed pandemią mieliśmy badania, które pokazywały, że trzeba zlecać pacjentom ruch w ramach terapii. W tym momencie niestety mamy pewne ograniczenia, również związane z tym, że siłownie i kluby fitness są zamknięte, co dla niektórych osób jest dużym problemem. Natomiast zachęcam je do wybierania różnych innych form aktywności fizycznej, to mogą być również ćwiczenia online – podkreśla Anna Kossowska.

Badanie MultiSport Index 2020 wskazało, że przed pandemią 65 proc. Polaków podejmowało aktywność fizyczną przynajmniej raz w miesiącu. Wiosenny lockdown zmusił jednak blisko połowę z nich do ograniczenia ruchu. Wpływ na to miało również zamknięcie siłowni, klubów fitness i innych obiektów sportowych. Ze względu na przedłużające się obostrzenia właściciele takich obiektów wprowadzili możliwość trenowania online – czy to na zajęciach grupowych, czy też indywidualnych. Chociaż ćwiczeniami w domu, przed ekranem trudno zastąpić trening w klubie fitness na profesjonalnym sprzęcie i pod bezpośrednim nadzorem trenera, rozwiązanie to zaczęło się cieszyć dużą popularnością. Przykładowo zainteresowanie platformą treningową Yes2Move.com, która powstała krótko po ogłoszeniu lockdownu w Polsce, wzrosło blisko pięciokrotnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Czas, w którym obiekty sportowe były zamknięte, wpłynął na szybszy rozwój oferty treningów online. Badania Deloitte’a pokazują, że 50 proc. osób, które przed zamknięciem obiektów sportowych ćwiczyło w klubach fitness, w czasie pandemii zetknęło się w jakiś sposób z treningami online – to jest bardzo duża skala. To najlepiej świadczy o tym, że Polacy chcą dbać o swoje zdrowie również w warunkach domowych i zwracają uwagę na poprawę zdrowia psychicznego i fizycznego dzięki regularnej aktywności – mówi Tomasz Groń, dyrektor zarządzający Benefit Systems Oddział Fitness.

Eksperci podkreślają, że wiele osób dzięki zajęciom online może rozpocząć przygodę z aktywnością fizyczną.

– Zajęcia fitness online mogą być bardzo dobrym rozwiązaniem, ponieważ można pozwolić sobie na różne eksperymenty. Uczestnicy mniej się stresują, wiedząc, że ćwiczą w zaciszu domowym. Mogą uczestniczyć w różnych zajęciach i znaleźć taką formę ruchu, która będzie im najbardziej odpowiadać – wskazuje Anna Kossowska. – Z mojej perspektywy jako psychologa to jest niesamowicie ważne, bo czasem są osoby, które nie są przekonane do tej aktywności fizycznej, nigdy tego nie robiły, mogą sobie pozwolić na eksperymenty i swobodę.

Polacy coraz lepiej zdają sobie sprawę z tego, że sport to ważny element profilaktyki zdrowotnej. Dlatego trzy na cztery osoby aktywne fizycznie nie zamierzają z niego rezygnować, bez względu na rozwój pandemii. Włączając w rozkład dnia trochę ruchu, Polacy radzą sobie również z dolegliwościami bólowymi kręgosłupa. Pojawiają się one coraz częściej m.in. przez siedzący tryb życia, pracę w nieergonomicznych warunkach na home office, czyli np. brak odpowiedniego krzesła czy biurka. Potwierdzają to preferencje użytkowników platformy Yes2Move.com, gdzie największą popularnością cieszą się ćwiczenia na zdrowy kręgosłup, wzmacniające mięśnie grzbietu i kształtujące sylwetkę.

– Niezaprzeczalną korzyścią z platform online jest to, że usługa może być dopasowana do potrzeb szerokiego grona klientów, którzy chcą z tego narzędzia korzystać – wyjaśnia Tomasz Groń. – Na platformie dostępne są treningi nastawione na realizację rozmaitych celów, na różnych poziomach trudności – zajęcia zarówno dla początkujących, jak i dla zaawansowanych, szukających trochę większych wyzwań. Może to być trening zwiększający ruchomość stawów, poprawiający kondycję czy zwykły trening, który umożliwia zrzucenie kilku zbędnych kilogramów.

Na platformie Yes2Move.com są także zajęcia dla seniorów i różnego typu aktywności dla całych rodzin. Mogą z niej również korzystać dzieci, które w ten sposób mogą nadrobić stracone godziny WF-u, ale też np. dodatkowo poćwiczyć z trenerem język angielski. Platforma oferuje dziś ponad 800 różnych zajęć. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy jej funkcjonowania użytkownicy wykonali ponad 150 tys. treningów online.

Cotygodniowy grafik budowany jest według potrzeb użytkowników i najchętniej wybieranych przez nich form aktywności: od zdrowego kręgosłupa po wzmacnianie oraz zajęcia budujące i poprawiające sylwetkę – wymienia Natalia Litwiniuk, instruktorka fitness i trenerka Yes2Move.

Statystyki platformy wskazują, że Polacy najchętniej trenują w środku tygodnia, najczęściej przed pracą lub po jej zakończeniu. Najpopularniejszą godziną do ćwiczeń jest 19:00.

Przedstawiciele Benefit Systems oceniają, że tak duża popularność rozwiązań online świadczy o tym, że ta forma nie zniknie wraz z końcem pandemii.

– Czas pandemii pokazał, że Polacy poszukują rozwiązań online’owych, natomiast nigdy nie zastąpią one normalnego treningu w klubie fitness. Staną się najprawdopodobniej elementem dopełniającym zakres treningów. Wynika to z prostego powodu: w domu nie mamy infrastruktury i sprzętu, nie mamy też możliwości skonsultowania się z trenerem, który doradza i zwraca uwagę na prawidłowość wykonywanych ćwiczeń – mówi Tomasz Groń.

Pandemia mocniej uderzyła w kobiety. Częściej tracą pracę, dochody i bardziej obawiają się o swoją sytuację zawodową

Kobiety częściej niż mężczyźni są narażone na utratę zatrudnienia i bardziej obawiają się o swoją przyszłość na rynku pracy. Częściej dotykają je też obniżki wynagrodzeń. W czasie pandemii dla kobiet dużym problemem okazało się też łączenie pracy zawodowej z obowiązkami domowymi, ponieważ to na nie w dużej mierze spadły zadania związane ze wsparciem dzieci w nauce, opieką nad dziećmi przedszkolnymi czy organizacją życia rodzinnego. Średnio co czwartej kobiecie uniemożliwiło to poświęcenie czasu na pracę zawodową – wynika z raportu PARP.

Z badania Pracuj.pl przeprowadzonego z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet wynika, że sytuacja zawodowa kobiet w Polsce jest dziś lepsza niż 10 lat temu. Takiego zdania jest 61 proc. badanych, ale wciąż kobiety częściej niż mężczyźni uważają, że mają gorsze szanse na karierę. Na to postrzeganie sytuacji wpływ może mieć również pandemia.

– Pandemia zdecydowanie wpłynie na sytuację kobiet na rynku pracy. Na pełne dane trzeba jeszcze poczekać, ale już dzisiaj widać kierunek tych zmian. Grudniowy raport PARP-u potwierdza, że skutki pandemii koronawirusa są niestety bardziej odczuwalne dla kobiet niż mężczyzn. Pierwszą przyczyną jest to, że kobiety częściej pracują w sektorach takich jak turystyka, branża beauty, gastronomia czy eventy, które najbardziej ucierpiały w wyniku środków ograniczających działanie przedsiębiorstw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Małgorzata Kluska-Nowicka, wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Badanie Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy (Eurofound) przytaczane w grudniowej edycji raportu PARP („Rynek pracy, edukacja, kompetencje”) wskazuje, że w tych sektorach kobiety stanowią 61 proc. pracowników. Eksperci zwracają także uwagę na to, że młode kobiety były bardziej narażone na utratę pracy w czasie pandemii (11 proc. vs. 9 proc. młodych mężczyzn). To też oznacza większe ryzyko stałego wykluczenia z rynku pracy. Wśród osób, które pracowały przed wybuchem pandemii, a następnie straciły pracę, 4 proc. kobiet stało się nieaktywnych zawodowo (vs. 1 proc. mężczyzn).

– Ponadto część firm dokonała redukcji wynagrodzeń i tutaj znowu kobiety są dużo bardziej stratne niż mężczyźni – podkreśla dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

Z raportu Międzynarodowej Organizacji Pracy wynika, że w każdym z europejskich krajów, w którym odnotowano spadek wynagrodzeń w drugim kwartale 2020 roku (w porównaniu do pierwszego kwartału 2020 roku), to kobiety zostały dotknięte większymi cięciami. Średnio spadek pensji u pań wyniósł 8,1 proc., podczas gdy u mężczyzn – 5,4 proc. W Polsce te dane wynosiły odpowiednio 6,2 proc. oraz 3,8 proc.

W czasie pandemii dla kobiet dużym problemem jest też łączenie pracy zawodowej z obowiązkami domowymi. Według raportu PARP koncentracja aktywności w domu i obowiązki wobec rodziny uniemożliwiły większej liczbie kobiet (24 proc.) niż mężczyzn (13 proc.) poświęcenie czasu na pracę.

– Z raportu Fundacji Sukces Pisany Szminką wynika, że po 12 marca, kiedy zamknięto szkoły, wiele kobiet musiało wziąć zasiłek opiekuńczy na dzieci do ósmego roku życia albo po prostu urlop. Prawie co 10. ankietowana kobieta z tej grupy przyznała, że pracodawcy oczekiwali od niej wykonywania pracy nawet wtedy, kiedy ten urlop był wykorzystywany. Co więcej, prawie jedna trzecia kobiet deklaruje, że pracuje więcej niż wcześniej, a do tego dochodzą jeszcze obowiązki domowe i rodzinne, które w pandemii nabierają zupełnie innego znaczenia – mówi wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Potwierdzają to też dane zebrane chociażby w środowisku naukowym. Okazuje się, że kobiety-naukowcy publikują o wiele mniej artykułów niż przed pandemią, bo skupiły się na organizowaniu swojego życia rodzinnego.

Styczniowa, 42. edycja badania Randstad „Monitor Rynku Pracy” pokazuje, że kobiety gorzej oceniają również swoje możliwości na rynku pracy w popandemicznych realiach. 84 proc. mężczyzn jest przekonanych, że bez trudu znalazłoby nową pracę w ciągu sześciu miesięcy, podczas gdy wśród kobiet ten odsetek wynosi 71 proc. Według ekspertów jest to m.in. efekt zamknięcia szkół. W wielu wypadkach to właśnie na kobiety spadły obowiązki związane ze wsparciem dzieci w nauce czy opieką nad dziećmi przedszkolnymi, co nie tylko zwiększyło ich obciążenie, ale też pogorszyło ocenę własnych możliwości jako pracownika. Badanie Randstad pokazuje też, że kobiety nie tylko gorzej widzą swoje możliwości na rynku pracy, lecz także bardziej obawiają się jej utraty.

Ekspertka poznańskiej WSB zauważa, że łączenie ról zawodowych z rodzinnymi i wychowywaniem dzieci było problemem jeszcze przed pandemią COVID-19, która dodatkowo go uwypukliła.

– Aż 64 proc. kobiet (ale też 45 proc. mężczyzn) deklarowało, że wyzwaniem było dla nich pogodzenie pracy z wychowywaniem dzieci. Odsetek pracujących rodziców, którzy tak deklarowali, rósł z roku na rok. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni podkreślali, że obowiązki zawodowe utrudniają pełne uczestnictwo w życiu dziecka i znacznie ograniczają czas spędzany z rodziną. Wskazywali też np. na sytuacje związane z chorobą dziecka, które powodują, że trzeba szukać możliwości sprawowania opieki. Często mówili również o sytuacjach związanych z utrudnieniami po stronie pracodawców: nieelastycznymi godzinami pracy, nadgodzinami czy wyjazdami służbowymi. Te nowe modele pracy, które przyjmą się w następstwie pandemii, mogą być skutecznym remedium na te trudności, choć na ocenę jeszcze za wcześnie – mówi dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

Ekspertka zauważa też, że nowe problemy związane z pandemią nałożyły się na stare, związane chociażby z nierównościami w zarobkach kobiet i mężczyzn. Według Eurostatu w skali całej UE w 2019 roku kobiety zarabiały średnio o 14,1 proc. mniej niż mężczyźni. W Polsce luka płacowa jest niższa od unijnej średniej, choć i tak – jak pokazuje ubiegłoroczny raport Sedlak & Sedlak – mężczyźni z wyższym wykształceniem nadal zarabiają średnio o ponad 1,7 tys. zł więcej niż kobiety o tych samych kwalifikacjach.

– Przed pandemią sytuacja w Polsce się poprawiła, z luką płacową na poziomie 9 proc. wypadamy całkiem nieźle. Większa różnica w zarobkach między płciami występuje w Estonii, gdzie wynosi prawie 23 proc., duża jest także u naszych sąsiadów – w Czechach i Niemczech, gdzie wynosi ponad 20 proc. – mówi wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Trzeba jednak pamiętać, że w głównych statystykach europejskich bierze się pod uwagę tylko niektóre sektory gospodarki, co może wpływać na obraz luki płacowej. Gdyby wziąć pod uwagę wszystkie branże, różnica w średnich płacach kobiet i mężczyzn byłaby zdecydowanie wyższa. Tylko 20 proc. kobiet pracuje w sektorach takich jak nauka, technologia czy inżynieria, uznawanych za lepiej płatne. Kobiety spędzają też mniej godzin w płatnej pracy niż mężczyźni, natomiast częściej wykonują nieodpłatne prace związane z obowiązkami domowymi czy wychowywaniem dzieci.

Grudniowy raport PARP wskazuje, że nierówności na rynku pracy znajdują odzwierciedlenie m.in. w zawodach, które wykonują kobiety. Są one nadreprezentowane na niskopłatnych stanowiskach, takich jak asystentka opieki, sprzątaczka czy sprzedawca detaliczny. W Polsce kobiety stanowią 58 proc. osób zarabiających płacę minimalną i 62 proc. pracowników zarabiających znacznie poniżej minimum.

 Obok wcześniejszych wyzwań – takich jak regulacje wspierające aktywność zawodową kobiet, zmniejszanie luki płacowej czy wprowadzanie polityki różnorodności w firmach – doszedł nowy obszar związany z pandemią. Coraz częściej słyszy się, że praca zdalna zagości na rynku w szerszym wymiarze. Jej zasady wymagają uregulowania ze strony państwa. Na wyrównywanie szans na pewno pozytywnie wpłynęłyby też – podobnie jak w Islandii – darmowa i ogólnie dostępna opieka dzienna dla dzieci oraz równe urlopy macierzyńskie i tacierzyńskie. To zwolnienie kobiet z nierówno podzielonego obowiązku opieki pozwoliłoby im rozwijać swoje życie zawodowe i zajmować wyższe stanowiska – ocenia dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

W czasie pandemii Polacy chętniej sięgają po książki. Więcej i częściej czytają dzieci niż dorośli

Ubiegły rok dla czytelnictwa i rynku książki – po wiosennym załamaniu z powodu zamkniętych księgarń i bibliotek – okazał się jednak korzystny. Zgodnie z badaniem IMAS International co trzeci Polak zaczął częściej czytać książki, e-booki lub słuchać audiobooków. Szczególnie dobrze radzi sobie literatura dziecięca. – Dzieci czytają sporo, nawet jeśli nie ma w domu książek. Promowanie wśród nich czytania jest wdzięczną czynnością – mówi pisarz Michał Rusinek. Prowadzona przez niego Fundacja Wisławy Szymborskiej jest partnerem konkursu Literacka Podróż Hestii, który ma promować klasyczne formy w literaturze dla dzieci. Dziś większą popularnością wśród młodych czytelników cieszą się bowiem książki popularnonaukowe.

– Czytelnictwo w Polsce to dość bolesny temat. Dane publikowane co roku przez Bibliotekę Narodową są dość smutne, zwłaszcza kiedy porównamy je z danymi na przykład z Czech, gdzie czytelnictwo jest na bardzo wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Michał Rusinek, prezes zarządu Fundacji Wisławy Szymborskiej.

Zgodnie z wciąż najnowszymi danymi BN za 2019 rok można nieco optymistyczniej spojrzeć na czytelnictwo w Polsce. Odnotowano bowiem trwałe zatrzymanie spadku czytelnictwa, który utrzymywał się niemal nieprzerwanie od 2004 roku, gdy zanotowano rekordowy, 58-proc. poziom czytelnictwa. W 2019 roku 39 proc. Polaków przeczytało co najmniej jedną książkę (vs. 37 proc. w 2018 roku), natomiast od trzech lat bez zmian pozostaje procent Polaków czytających siedem lub więcej książek rocznie (9 proc.).

W ubiegłym roku to pandemia miała największy wpływ na rynek książki. Podczas pierwszych dni wiosennego lockdownu sprzedaż zamarła. W marcowej ankiecie przeprowadzonej przez Polską Izbę Książki ponad 70 proc. księgarń deklarowało, że po 13 marca odczuło dramatyczny spadek sprzedaży w porównaniu do okresu poprzedzającego wprowadzenie stanu epidemii w Polsce. Dodatkowym utrudnieniem dla czytelników było zamknięcie bibliotek. Kolejne tygodnie przyniosły jednak ożywienie w czytelnictwie, szczególnie w księgarniach internetowych, gdzie kupowano więcej nie tylko książek papierowych, lecz także e-booków i audiobooków.

– Jesienią zeszłego roku pojawiło się bardzo dużo nowości. Wydawcy przestawili się na promowanie książek w internecie i my, czytelnicy, też się do tego przyzwyczailiśmy. Miejmy nadzieję, że ten pandemiczny rok wykaże wzrost czytelnictwa – podkreśla Michał Rusinek.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez IMAS International dla KRD na temat kondycji rynku książek, w czasie pandemii co trzeci Polak (35 proc.) sięga po nie częściej. Ponad 17 proc. twierdzi także, że więcej ich kupuje. Największym zainteresowaniem cieszą się kryminały, thrillery i horrory (36 proc.). Po książki historyczne, romanse i literaturę obyczajową sięga co piąty czytelnik. Bardzo dobrze w okresie pandemii radzą sobie również książki dla dzieci i młodzieży.

– Rodzice skazani na siedzenie w domu z dziećmi poszukiwali dla nich jakichś rozrywek, a naturalną rozrywką jest czytanie książek. Wielu z nich przypomniało sobie, że może w ten sposób spędzać z dziećmi czas. Wydawcy zgłaszają, że właśnie sprzedaż książek dla dzieci utrzymała się na podobnym poziomie jak przed pandemią albo nawet wzrosła – wskazuje prezes zarządu Fundacji Wisławy Szymborskiej. – Nie wiem, na czym to polega, ale my, Polacy, jako dorośli przestajemy czytać książki. Jako dzieci czytamy sporo, nawet jeśli książek nie ma w domu, bo nauczyciele czytają z dziećmi książki w szkole czy świetlicy.

Z najnowszych danych prezentowanych przez rynek-ksiazki.pl wynika, że najpopularniejszą pozycją w salonach Empik w okresie 15–28 lutego 2021 roku była książka Marty Galewskiej-Kustry „Pucio w mieście. Zabawy językowe dla młodszych i starszych dzieci”. Ósme miejsce zajęły z kolei „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)” Justyny Bednarek. Do rankingu (28. pozycja) trafiła także książka dla dzieci „Wszystkie kolory świata”, która jest zbiorem 20 różnorodnych utworów będących efektem współpracy czołowych polskich autorów i ilustratorów książki dziecięcej, m.in. Justyny Bednarek, Grzegorza Kasdepke czy Michała Rusinka.

– W świecie pełnym dezinformacji istnieje zakątek, w którym królują piękno i prawda. To literatura dziecięca. Otaczajmy ją szczególną troską – mówi cytowany w komunikacie prasowym Piotr Maria Śliwicki, prezes Grupy ERGO Hestia.

– Najczęściej czytane przez dzieci są książki non fiction, czyli książki popularnonaukowe, które nie należą do beletrystyki – dodaje Michał Rusinek. – Popularne są też książki, które ja bardzo cenię, tzw. picture booki, w których ilustracje pełnią równie ważną rolę co tekst. I pojawia się nowy gatunek, któremu bardzo kibicuję, mianowicie powieść graficzna. I to jest beletrystyka, trochę poważniejszy picture book, który nawiązuje do poetyki komiksu.

Jak wyjaśnia, duża popularność książek popularnonaukowych sprawia, że trochę mniejszą wagę przykłada się do czytania beletrystyki i literatury pięknej. Promocja klasycznych form – powieści i opowiadań – w literaturze dla dzieci to właśnie cel nowego konkursu Literacka Podróż Hestii, który organizuje Fundacja Artystyczna Podróż Hestii przy współpracy z Fundacją Wisławy Szymborskiej i pod mecenatem ERGO Hestia.

– Literatura dziecięca potrafi wpłynąć na całą gamę zainteresowań i ukształtować system wartości współczesnego młodego czytelnika. ERGO Hestia szeroko otwiera ścieżki dla obydwu stron tej aktywnej wymiany. W Literacką Podróż Hestii wyruszają bowiem nie tylko twórcy, ale też ich wymagający odbiorca – dzieci i młodzież. Nie da się odbyć tej podróży osobno lub w czyimś imieniu, tym bardziej że przecież czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła – podkreśla Piotr Maria Śliwicki.

– Jury będzie wybierać najlepszą książkę roku w ramach klasycznych gatunków beletrystycznych, ale też będzie promować zarówno książkę laureatów, jak i osób nominowanych – tłumaczy prezes zarządu Fundacji Wisławy Szymborskiej. – W pierwszym etapie konkursu na przełomie czerwca i lipca ogłosimy pięcioro nominowanych do nagrody i będziemy ich już promować, będziemy się starali, żeby byli zapraszani na letnie literackie festiwale. Natomiast w listopadzie ogłosimy nazwisko laureata lub laureatki, a właściwie tytuł zwycięskiej książki.

Do pierwszej edycji konkursu mogą się zgłaszać wydawnictwa i autorzy powieści i opowiadań dla młodego czytelnika (w wieku 10–15 lat). Muszą to być książki pisane w języku polskim i wydane w Polsce w ubiegłym roku. Czas na zgłoszenia mija 15 kwietnia br. Zwycięzca otrzyma nagrodę w wysokości 50 tys. zł.

– Mamy nadzieję, że nagrodzone książki w tym konkursie, który przewidziany jest jako konkurs wieloletni, ułożą się za jakiś czas w biblioteczkę tzw. evergreenów, czyli książek, po które zawsze będzie można sięgnąć. Będzie to taka biblioteka współczesnej klasyki dziecięcej i młodzieżowej – mówi Michał Rusinek, jeden z pomysłodawców konkursu.

Polacy opracowali grę VR sterowaną za pomocą mózgu. Znajdzie zastosowanie m.in. w szkoleniach żołnierzy i e-sporcie

Technologia VR, która do tej pory częściej kojarzona była z rozrywką, znajduje coraz większe uznanie w biznesie, przemyśle, nauce i medycynie. Połączenie grywalizacji z możliwością badania ludzkich odruchów pozwoli na nowy wymiar analizy danych o ciele człowieka. Tworzona przez Polaków gra z wykorzystaniem elementów wirtualnej rzeczywistości może być wykorzystana m.in. w szkoleniach pracowników, ponieważ pozwala na trening w niemal każdych warunkach i z niemal każdymi narzędziami. Sprawdzi się np. w szkoleniach kontrolerów ruchu lotniczego, żołnierzy jednostek specjalnych, ale też w neuromarketingu czy e-sporcie.

– Gra w wirtualnej rzeczywistości, którą stworzyliśmy w połączeniu z naszym urządzeniem do badania aktywności mózgu, bazuje na reakcjach użytkownika, które wykonuje w ramach gry, i daje mu informację zwrotną o tym, w jakiej kondycji akurat jest jego mózg. Możemy w skrócie powiedzieć, że jest to gra sterowana mózgiem. Na podstawie tego, czy użytkownik się skupia, czy gdzieś to jego skupienie ucieka, pewne rzeczy dzieją się w grze lub się nie dzieją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Wojciech Broniatowski, dyrektor operacyjny CortiVision. – W tej chwili gra ma dwa warianty. Jeden z nich ma bardziej klimat bajkowo-fantasy, drugi bardziej klimat stricte naukowy, w którym np. możemy poruszać rękami, chociaż nimi nie ruszamy.

Dzięki specjalnemu oprogramowaniu z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości można dziś łatwo nauczyć się kontrolować mózg i niemalże jak na siłowni dobierać odpowiednie ćwiczenia, żeby np. umieć się skoncentrować na zawołanie czy wydłużyć czas uwagi. Tworzona przez Polaków gra z wykorzystaniem elementów VR może być wykorzystana m.in. w szkoleniach pracowników, ponieważ pozwala na trening w niemal każdych warunkach i z niemal każdymi narzędziami.

– W wirtualnej rzeczywistości możemy stworzyć w zasadzie dowolny scenariusz. Naukowo określa się to w pełni kontrolowanym środowiskiem testowym, w którym możemy dobrać odpowiednie bodźce treningowe. Czyli przykładowo, kiedy idziemy na siłownię, możemy wybrać odpowiednie obciążenie czy sprzęty do naszych ćwiczeń. Wirtualna rzeczywistość daje nam tę dowolność różnych sprzętów, które wpływają na nasze postrzeganie rzeczywistości i dają nam informację zwrotną o tym, że np. w danym momencie się skupiamy. To – wydawałoby się – oczywista rzecz, a jednak, jeśli się nad tym zastanowimy, to nie do końca wiemy, kiedy się akurat skupiamy – wskazuje Wojciech Broniatowski.

Badanie ludzkich odruchów podczas interakcji z odpowiednimi impulsami, nawet podczas gry czy szkolenia, może dać więcej informacji niż wywiad medyczny. Technologia wykorzystana przez firmę CortiVision to oprócz wirtualnej rzeczywistości także spektroskopia bliskiej podczerwieni. To jedna z trzech technologii obrazowania mózgu, oprócz EEG i rezonansu magnetycznego, która pozwala zbadać ludzki mózg.

– Bliska podczerwień, czyli tzw. NIRS, bazuje na malutkich diodach, które przepuszczają światło podczerwone przez naszą głowę. Co ciekawe, dla tego światła nasza głowa jest przezroczysta. To światło, które się odbija, jest następnie wychwytywane przez malutkie detektory, a informacje o tym są przetwarzane i umożliwiają rozgrywkę w wirtualnej rzeczywistości – tłumaczy dyrektor operacyjny CortiVision.

Choć wydaje się, że spektroskopia bliskiej podczerwieni bardziej kojarzy się z medycyną, to rozwiązanie stworzone przez CortiVision może być zastosowane w innych obszarach. Technologia VR jest stosowana m.in. w szkoleniach bankowych. Dla przykładu w 2020 roku Santander Bank Polska zapowiedział przeszkolenie w ten sposób 5 tys. pracowników.

– Ta technologia ma znacznie więcej zastosowań niż tylko rozważania naukowe. Powodując różne scenariusze w wirtualnej rzeczywistości możemy stworzyć grę nakierowaną na redukcję stresu wśród pracowników, czy np. na naukę lepszej kontroli emocjonalnej. Możemy sobie np. wyobrazić pracownika korporacji, który zmierzając do pracodawcy miał jakieś nieprzyjemne zdarzenie na drodze, wchodzi do pracy cały roztrzęsiony i potrzebuje czegoś, co pozwoli mu się uspokoić i skupić na pracy, żeby był w niej efektywny, a nie popełniał niepotrzebne błędy. Wierzymy, że możemy stworzyć system, który faktycznie z czasem, w miarę systematycznego używania będzie mógł poprawić zdolności tej osoby do przywracania siebie do uważności – wskazuje ekspert.

Wirtualna rzeczywistość szturmem wdarła się do gamingu. Firmy takie jak Sony, Valve, Oculus, HTC i inne sprzedały już ponad 10 mln zestawów VR. Tylko w 2020 roku, także dzięki pandemii, konsumenci na całym świecie zamówili ponad 5,5 mln takich urządzeń. Rynek konsumencki to jednak tylko jeden z obszarów rozwoju wirtualnej czy rozszerzonej rzeczywistości. Jedną z kluczowych i ważnych dla świata branż jest ochrona zdrowia, w tym badania ludzkiego mózgu. Według Verified Market Research z 2 mld dol. w 2019 roku wartość rynku VR w służbie zdrowia ma wzrosnąć do 2027 roku do blisko 34 mld dol.

– Naszą technologię możemy zastosować zarówno na rynku HR-owym, jak i np. wszędzie tam, gdzie zdolność uważności i funkcje poznawcze są szczególnie ważne. Możemy więc powiedzieć o zawodach publicznych, które bazują na uważności, jak np. kontrolerzy ruchu lotniczego czy specjalne jednostki wojskowe. Ale możemy też pomyśleć o zastosowaniach neuromarketingowych, e-sportu, gdzie np. refleks i świadomość własnej koncentracji są bardzo ważne. A medycyna jest szczególnym obszarem. Choć my się na nim nie koncentrujemy, możliwe jest wykorzystanie technologii do celów rehabilitacyjnych – wskazuje Wojciech Broniatowski.

Obecnie CortiVision oferuje sprzęt do kontrolowania mózgu jednostkom badawczym. W drugiej połowie tego roku firma zamierza dostarczyć kompletne rozwiązanie wzbogacone o wirtualną rzeczywistość.

Spin-off Uniwersytetu Warszawskiego uruchamia platformę e-learningową. Chce, by za zajęcia przygotowujące do egzaminów płaciły samorządy

70 proc. dzieci uczących się online nie przyswaja wiedzy na takim samym poziomie jak na zajęciach stacjonarnych. Potrzebne są dodatkowe rozwiązania, które pozwolą lepiej przygotować się uczniom m.in. do egzaminów. W tym celu spin-off Uniwersytetu Warszawskiego uruchomił platformę e-learningową, za pomocą której uczniowie mogą uzyskać dostęp do pakietu kursów przedmiotowych, przygotowujących do egzaminów ósmoklasisty i maturalnego. Wykorzystana w niej technologia pozwala korzystać z niej nawet na bardzo słabym technicznie sprzęcie. Dzięki temu twórcy chcą rozwiązać problem wykluczenia cyfrowego niektórych uczniów. Za korepetycje przygotowujące do egzaminów ósmoklasisty czy maturalnego mogą zapłacić samorządy. W Nowym Dworze Mazowieckim, Legionowie i Otwocku takie zajęcia są już darmowe.

– Lecturus Junior powstał po to, żeby wyjść naprzeciw zapotrzebowaniu, jakie pandemia koronawirusa spowodowała wśród uczniów, przede wszystkim tych, którzy w klasach ósmych i w klasach maturalnych muszą się zmierzyć z egzaminem. Zaprosiliśmy do współpracy Superbelfrów RP, którzy na naszej platformie prowadzą zajęcia przygotowujące do egzaminów ósmej klasy, czyli język polski, matematyka i język angielski. Te same przedmioty są w puli egzaminów maturalnych, plus jeszcze biologia i fizyka – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Włodzimierz Izban, prezes zarządu Lecturusa.

Zajęcia w ramach platformy Lecturus, należącej do spółki spin-off Uniwersytetu Warszawskiego, są stworzone zgodnie z obowiązującą podstawą programową. W pakiecie zajęć znajduje się ponad 130 lekcji dla maturzystów i 70 dla ósmoklasistów. Płatność za nie odbywa się poprzez platformę e-bilet. Prowadzący mają z uczestnikami kontakt za pomocą kamer, a podłoże technologiczne platformy  dostarcza Cisco.

– Dostęp do zajęć jest zarówno przez telefony, smartfony, jak i tablety, komputery, internet i przeglądarkę. Dostęp do naszej platformy, do zajęć na Lecturus Junior, jest niezależny od technologii, od platformy technologicznej i od sprzętu, który akurat jest w posiadaniu uczniów po drugiej stronie. Bariera technologiczna wejścia jest bardzo niska, ponieważ rozwiązanie działa na bardzo słabych konfiguracjach sprzętowych. Również uczniowie ze słabszymi sprzętami mogą brać udział w zajęciach, co pozwala też przeciwdziałać wykluczeniu – wyjaśnia Przemysław Zieliński, wiceprezes zarządu ds. technologicznych w Lecturusie.

Choć przedsięwzięcie ma charakter komercyjny, to niektórzy uczniowie korzystają z niego nieodpłatnie, ponieważ za ich przygotowanie płacą samorządy. W takiej sytuacji są uczniowie z Nowego Dworu Mazowieckiego, Legionowa i Otwocka.

– Zapobiega to wykluczeniu tych dzieci, ponieważ wiele rodziców potraciło pracę. Wykluczenie spowoduje to, że nie wszystkie dzieci będą miały możliwość odbycia korepetycji. Chcemy, żeby ten dostęp był w miarę ułatwiony i jednocześnie dać tym dzieciom możliwość jak najlepszego przygotowania się w tych trudnych czasach do egzaminów – dodaje Włodzimierz Izban.

Z danych Banku Światowego wynika, że 70 proc. dzieci uczących się online nie przyswaja wiedzy na takim poziomie, na jakim mogłyby, gdyby zajęcia miały formę stacjonarną. Rozwiązanie opracowane na Uniwersytecie Warszawskim nie jest skierowane jednak wyłącznie do tych uczniów, którzy mają problemy z nauką. Docelowo będzie też mogło być wykorzystane przez uczniów najzdolniejszych dzięki zaangażowaniu inaczej sprofilowanej kadry prowadzących zajęcia.

– Zamierzamy stworzyć Lecturusa Premium, gdzie po drugiej stronie nie będą Superbelfrzy, tylko profesorowie uniwersyteccy, którzy będą udzielać porad czy korepetycji maturzystom przygotowującym się do studiów czy licealistom biorącym udział w olimpiadach przedmiotowych. To, co robimy w tej chwili, to jest pilotaż, ale jest zainteresowanie, więc on się sprawdza. Przede wszystkim jest zainteresowanie tych osób, które mają w najbliższej perspektywie egzaminy ósmej klasy i matury – wskazuje prezes zarządu Lecturusa.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 8.03 – 12.03.2021

Rosnące rentowności obligacji w USA pozostają powodem rozterek dla rynku akcji i walutowego, a brak stanowczej reakcji Fed skutkuje redukcją pozycji w aktywach ryzykownych. Proces poszukiwania poziomu równowagi może być bolesny, nawet jeśli polityka monetarna w dalszym ciągu pozostaje akomodacyjna. W międzyczasie każde oznaki wyższej inflacji będą odbierane jako argument za szybszą normalizacją polityki pieniężnej.

Wydarzenia tygodnia: CPI z USA, EBC, PKB z Wielkiej Brytanii, BoC, rynek pracy z Kanady, indeksy nastrojów US/EU/AU/NZ

USA

Rajd dochodowości obligacji skarbowych, oznaki odbudowy ożywienia i oczekiwania przyspieszenia inflacji będą skutkować podwyższonym zainteresowaniem raportem CPI z USA za luty (śr). Analiza będzie skupiona na określeniu, ile jest prawdy w opinii Fed, że wzrost inflacji opiera się na zjawiskach przejściowych, a na ile zawiązuje się trwalszy trend. Otwieranie gospodarki powinno podnieść ceny przywracanych usług, ale spadać będą ceny dóbr. Ceny energii będą zaburzone przez przerwy w dostawach prądu w Teksasie i przerzucanie horrendalnych cen hurtowych na odbiorcę końcowego, co stanowi ryzyko pozytywnego zaskoczenia w całkowitym wyniku CPI. Inne dane, jak indeks optymizmu małych firm (wt) i indeks zaufania konsumentów (pt), raczej nie zmienią oczekiwań dotyczących perspektyw wzrostu. Fed wchodzi w okres zakazu wystąpień publicznych przed posiedzeniem FOMC 16-17 marca, więc nie ma co liczyć na próby okiełznania rynku długu.

Strefa euro

Wyższe rentowności obligacji skarbowych zapewne będą głównym tematem na posiedzeniu EBC (czw). Parametry polityki pieniężnej nie powinny ulec zmianie, ale można liczyć na zmiany w komunikacie oraz szersze omówienie nastawienia na konferencji prasowej. EBC prawdopodobnie wyrazi zaniepokojenie wzrostem rentowności i gotowość do ustabilizowania rynku, co może być odebrane jako zapowiedź zwiększenia miesięcznego tempa skupu obligacji w ramach PEPP. Biorąc pod uwagę, że gospodarka strefy euro wciąż boryka się z COVID-19, EBC musi dbać o utrzymanie luźnych warunków monetarnych, jednocześnie zgrabnie zbagatelizować wzrost inflacji (który nie implikuje zacieśniania monetarnego). Z perspektywy EUR zmiany w QE nie są istotne i póki EBC nie zamierza zmieniać poziomu stóp procentowych, ryzyko negatywnej presji na EUR jest ograniczone.

Wielka Brytania

Dane z Wielkiej Brytanii, szczególnie te za styczeń, jak produkcja przemysłowa i bilans handlowy (pt), stanowią jeden wielki bałagan w obliczu przywrócenia lockdownu i rozpoczęcia pobrexitowej rzeczywistości. Jest oczywistym, że PKB w styczniu skurczył się, pytanie tylko, o ile (prog. -5 proc. m/m). Niezależnie, co pokażą dane, rynek prawdopodobnie zignoruje sygnały, biorąc pod uwagę, że na pierwszym planie pozostaje wycena postępującego programu szczepień (GBP+) i wpływ na FX rosnących rentowności (GBP-).

Polska

W przyszłym tygodniu nie zaplanowano żadnych istotnych danych z polskiej gospodarki, więc złoty pozostanie zdany na sygnały z rynków zewnętrznych. W przedziale 4,55-4,60 za euro złoty jest relatywnie tani, a słabość waluty nie jest do utrzymania w dłuższym horyzoncie, ale póki na rynkach zewnętrznych nie widać gorączki zakupowej, okazyjna cena niewiele znaczy.

Australia i Nowa Zelandia

Na Antypodach przez kalendarz przewiną się indeksy zaufania biznesu (wt). Wskaźniki z Australii powinny wypaść mocno na fali zadowolenia z przyspieszenia ożywienia. W Nowej Zelandii na nastrojach może ciążyć wprowadzenie nowych restrykcji w rejonie Auckland, ale nie powinno to mieć trwałego wpływu. Z perspektywy AUD i NZD dane będą na drugim planie z większym wpływem zawirowań na rynku obligacji USA i presją na redukcję pozycji w ryzykownych aktywach.

Kanada

W Kanadzie BoC powinien utrzymać stopę procentową bez zmian (śr). Przeciwepidemiczne restrykcje i powolne tempo szczepień są hamulcowymi gospodarki, co przemawia za utrzymaniem gołębiego przekazu przez bank centralny. Jednocześnie dzięki QE w wysokości 4 bln CAD/tydz. BoC zgarnął już z rynku 35 proc. dostępnych obligacji skarbowych, więc nad bakiem wisi decyzja o ograniczeniu skupu. Sugestie takiego posunięcia mogą dać przejściowy impuls do wzrostu CAD. Tydzień przynosi też raport z rynku pracy (pt). W styczniu obcięcie stanowisk na niepełny etat (przedłużenie restrykcji) przyniosło silny spadek zatrudnienia (-213 tys.), ale w lutym powinniśmy widzieć odbicie wraz z poluzowaniem obostrzeń.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zbliża się czas, gdy banki będą musiały przewalutować kredyty we frankach

Problem kredytów frankowych, który dotyka wielu Polaków, staje się coraz gorszy dla samych banków. Wiemy już, że strategia czekania na samoistne rozwiązanie się sytuacji – jaką przyjęło wiele banków – zawiodła. Coraz częstsze orzeczenia sądów na rzecz kredytobiorców oraz wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej sprawiają, że nieuniknione staje się rozwiązanie, które łączy się ze stratą dla banków. To one będą musiały przewalutować kredyt we frankach i dogadać się z klientem, na jakiej zasadzie będzie spłacał swoje zadłużenie w złotówkach. W tej chwili nie wiadomo, czy przewalutowanie obejmie wszystkich frankowiczów, czy tylko część klientów. Ale banki liczą się z tym, że będą musiały te kredyty zmieniać na niekorzystnych dla siebie warunkach. A klienci będą się o swoje prawa upominać – wspierani zarówno przez nadzór finansowy, jak i sądy.

– Banki zaczynają faktycznie zastanawiać się, czy będą zmuszone do dosyć szybkiego przewalutowania kredytów walutowych na złotowe. Czy będą to musiały zrobić w jednym momencie, czy będzie czas, żeby tę walutę kupić. Zależeć to będzie od zawirowań na rynku. Jeśli banki będą musiały takiego przewalutowania dokonać dosyć szybko, potrzebują zgromadzić środki walutowe. Jeśli jednak uda się to rozciągnąć w czasie, będzie to dosyć łagodne i płynne – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Drugim tematem jest to, że przewalutowanie może wymagać transakcji, w wyniku której bank będzie musiał odnotować stratę. W przypadku części banków te straty mogą być dosyć poważne. To będą kwoty na poziomie rocznego, dwu czy trzyletniego zysku banków. Trzeba też pamiętać, że banki na tych kredytach odniosły spore zyski i najprawdopodobniej nie zostawiły ich jako dodatkowych środków kapitałowych – tylko ucieszyły udziałowców, wypłacając im dywidendę. Teraz więc będą musiały obniżyć wartość swoich udziałów. Więc ta operacja niesie za sobą sporo kłopotów dla banków. Trzeba jednak pamiętać, że przez długi czas pozostawiały one ten problem nierozwiązany. To przeczekiwanie powoduje teraz, że problem będzie musiał zostać rozwiązany jednym gwałtownym cięciem. I to będzie bolało – zapowiada Soroczyński.

NBP: polityka pieniężna bez zmian, ale z nową prognozą

Mijający tydzień nie obfitował w kluczowe statystyki makroekonomiczne. Rynki finansowe skoncentrowały się więc na posiedzeniach banków centralnych i przemówieniach ich członków. Narodowy Bank Polski, zgodnie z oczekiwaniami, nie zmienił głównej stopy procentowej i tym samym pozostała ona na poziomie 0,1%. Jednocześnie podniósł prognozowany wzrost PKB na 2021 r., z 2,7% do 4%. Pokazuje to, że bank centralny zareagował na relatywnie pozytywny rozwój polskiej gospodarki. Jednocześnie, na posiedzeniu NBP ogłosił też nieprzyjemną dla polskich konsumentów wiadomość o spodziewanej inflacji w 2021 r. na poziomie 3,2%, znacznie powyżej celu inflacyjnego (2,5%).

Swoje przemówienie w tym tygodniu wygłosili również przedstawiciele Europejskiego Banku Centralnego, wskazując, co będzie przedmiotem dyskusji na posiedzeniu w przyszłym tygodniu. Oprócz kryzysu związanego z koronawirusem w debacie poruszany był również wzrost rentowności obligacji w krajach strefy euro. Zdaniem członków EBC nie nastąpiło radykalne pogorszenie warunków finansowych, wobec tego nie jest planowane dalsze luzowanie polityki pieniężnej w celu obniżenia rentowności. Z drugiej strony, wiceprezes banku Luis de Guindos zwrócił uwagę na dużą elastyczność w potencjalnym reagowaniu na wahania rynkowe. Nie można całkowicie wykluczyć więc takiego scenariusza w przyszłości.

W tym tygodniu złoty osłabił się. Jednak za tym spadkiem stoi raczej wzrost awersji do ryzyka na rynkach niż konkretna przyczyna makroekonomiczna. Polska waluta osłabiła się tym samym wobec euro do 4,57 PLN/EUR. Eurodolar natomiast spadł do 1,193 USD/EUR.

Roksana Cicha, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Siedem luk w zabezpieczeniach Microsoft Exchange Server

Microsoft wezwał dzisiaj wszystkich swoich klientów do pilnego zainstalowania poprawek awaryjnych w celu ochrony przed grupą wysoko wykwalifikowanych cyberprzestępców, którzy aktywnie wykorzystują cztery luki typu “zero-day” w Exchange Server. Incydent bezpieczeństwa skomentowała firma Check Point.

Firma Microsoft potwierdziła, że cyberprzestępcy pracujący na rzecz chińskiego rządu wykorzystali nieznane wcześniej exploity w celu włamania się do Exchange Server. Jak dotąd chińska grupa przestępcza Hafnium była jedyną która wykorzystała luki, jednak wkrótce może się to zmienić.

Jak na razie Microsoft nie zidentyfikował potencjalnych ofiar, za wyjątkiem tego, że są to firmy korzystające z oprogramowania Exchange Server. Firma z Redmond zakłada również, że Hafnium działa poza Chinami, i trudni się głównie kradzieżą danych od badaczy chorób zakaźnych, firm prawniczych, instytucji szkolnictwa wyższego, firm obronnych, think-tanków i amerykańskich organizacji pozarządowych.

– Ostatni alert Microsoftu wymaga, aby wszystkie firmy korzystające z serwerów pocztowych Exchange natychmiast zainstalowały aktualizaję z poprawką bezpieczeństwa. Siedem nowych luk w jednej z najpopularniejszych usług Microsoftu było wykorzystywanych najprawdopodobniej od kilku miesięcy przez zaawansowaną grupę cyberprzestępczą. W ostatnim raporcie Check Point Security 2020 wykazaliśmy, że 83% wszystkich wektorów ataków opierało się na wiadomościach e-mail, a niektóre z najbardziej znaczących cyberataków na świecie dokonywane były za sprawą luk w zabezpieczeniach popularnych platform, które nie zostały w porę załatane. – mówi Lotem Finkelsteen, dyrektor działu wywiadu zagrożeń w Check Point

– Firmy korzystające z Exchange Server powinny natychmiast zainstalować poprawkę w celu zminimalizowania ryzyka ataku. Jednocześnie należy zaznaczyć, że wspomniany atak dotyczy użytkowników biznesowych programu Outlook, ale nie konsumentów i użytkowników indywidualnych. Jest to problem z serwerem, który wykorzystali cyberprzestępcy – podsumowuje Finkelsteen.

Firma Microsoft zaprzecza, że użytkownicy indywidualni byli celem ataków, jak również, że exploity wpłynęły na inne produkty firmy Microsoft. Ponadto twierdzi, że ataki nie mają związku z kampanią SolarWinds, która wpłynęła na co najmniej dziewięć agencji rządowych USA i sto prywatnych firm.

Kiedy euro znów po 4,60?

Wycofywanie się inwestorów z polskiej waluty wciąż trwa. Jeżeli tempo zostanie utrzymane, to jeszcze dzisiaj lub w poniedziałek możemy być świadkami testowania poziomu 4,60 zł. Jest to bardzo dobra wiadomość dla eksporterów i osób zarabiających w EUR, gorzej z osobami mającymi kredyty walutowe.

Lepsze dane z Niemiec

Po ostatnich słabszych danych zza Odry przyszedł czas na miłą niespodziankę. Zamówienia w przemyśle rosną szybciej, niż sądzili analitycy. Wzrost w ujęciu miesięcznym o 1,4% to o 0,6% więcej od oczekiwań. Dane te nie spowodowały jednak stabilizacji euro, które jest ostatnio pod dużą presją szczególnie ze strony dolara.

Euro coraz droższe

Wraz z odpływem kapitału z Europy za ocean problemy ma również polski złoty. W ciągu raptem 2 tygodni stracił on już na wartości 10 groszy względem euro, które podrożało z 4,48 zł na 4,58 zł. Funt podskoczył podobną wartość w ciągu zaledwie tygodnia. Frank jest na poziomie sprzed dwóch tygodni, ale to tylko dlatego, że w międzyczasie frank bardzo silnie stracił na wartości względem euro. Dolar w tym czasie zdrożał aż 12 groszy.

Dane z amerykańskiego rynku pracy

Zaczęło się od korzystnego raportu Challengera, gdzie liczba planowanych zwolnień okazała się mniejsza od oczekiwań. Następnie liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych nie spadła już kolejny tydzień z rzędu. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że okazała się wyraźnie niższa od oczekiwań. Rynki po tych danych pozostawały jeszcze w miarę stabilne, jednakże późniejsze odczyty zamówień w przemyśle i zamówień na dobra korzystne dla USA spowodowały zwiększone zainteresowanie dolarem. W rezultacie jesteśmy świadkami najtańszego dolara od końca listopada 2020 roku i zamieszania związanego ze zmianą prezydenta.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy,
14:30 – USA – bilans handlu zagranicznego.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Zmiana w przepisach. ZUS z nieograniczonymi uprawnieniami w trakcie kontroli zwolnień chorobowych

W projekcie zmiany ustawy zasiłkowej pojawiły się zapisy dające ZUS nieograniczone uprawnienia, jeśli chodzi o prowadzenie postępowania wyjaśniającego w kwestii ustalania prawa do zasiłków. W świetle nowego prawa ZUS będzie mógł pozyskiwać dane i informacje od ubezpieczonych, płatników składek, organizacji społecznych oraz innych podmiotów i osób, które są w posiadaniu tych danych i informacji, a wymienione osoby i podmioty są obowiązane je udostępnić na wniosek ZUS. Co zmiana uprawnień oznacza w praktyce? Komentarza w sprawie projektu zmian ustawy udziela Mikołaj Zając, prezes Conperio – największej w Polsce firmy doradczej zajmująca się problematyką absencji chorobowej.

Nasze wieloletnie doświadczenie w obszarze kontroli zwolnień chorobowych wskazuje na to, że zmiana w ustawie dotyczącej uprawnień ZUS przy przeprowadzaniu kontroli, będzie martwym zapisem. Nie będzie ona miała w znaczącym stopniu przełożenia na działania ZUS w praktyce. Stanie się tak z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ZUS przeprowadza znikomą liczbę kontroli zwolnień terenowych. Z udzielonych w 2020 r. 25,3 mln zwolnień w I półroczu ubiegłego roku ZUS przeprowadził zaledwie 143,2 tys. kontroli. Po drugie, w praktyce sądy przy rozpatrywaniu tego typu spaw, nie są skłonne do uznawania zeznań osób postronnych, których wypowiedzi w trakcie przeprowadzanego wywiadu mogą nie być obiektywne w stosunku to osoby kontrolowanej na zwolnieniu chorobowym. Należy jednak zaznaczyć, że krokiem w dobrym kierunku jest możliwość pozyskiwania przez ZUS informacji od płatników składek. Dotąd informacje przekazywane do ZUS od pracodawców nie były brane pod uwagę. Przy wprowadzaniu zmian do ustawy należałoby jednak również określić, czy podobny zestaw uprawnień do weryfikacji prawidłowości korzystania z chorobowego będzie dotyczył również pracodawców, którzy mają prawo do kontrolowania pracowników przebywających na zwolnieniach lekarskich i w przeciwieństwie do ZUS w dużej mierze aktywnie korzystają z tego prawa. Kluczowe w całej sprawie jest jednak co innego. Nacisk na zmiany wprowadzane w ustawie powinien być położony na to, aby to przebywający na zwolnieniu był zobowiązany do uzasadnienia i ewentualnego doprecyzowania powodów swojej nieobecności w miejscu przeprowadzania kontroli w trakcie chorobowego. Przepisy powinny być bardziej doprecyzowane w tej kwestii, bowiem wskazanie lekarskie „2” (chory może chodzić) budzi najwięcej kontrowersji. Pozwala ono realizować podstawowe czynności bytowe oraz przemieszczać się w związku z leczeniem np. do apteki, na rehabilitację czy wizytę lekarską. Stanowi to jednak pole do nadużyć, a przepisy nie precyzują sytuacji, które są zastawane w trakcie przeprowadzania kontroli.

Problemy finansowe, opóźnienia i zamknięte urzędy. Jak wygląda budowa domu w czasie pandemii?

W ubiegłym roku pandemia znacznie utrudniła Polakom budowę domów. Co trzeci inwestor był zmuszony zrewidować budżet, a co dziesiąty dokonał zmian w projekcie swojej nieruchomości – wynika z raportu Oferteo.pl. Aż 60% badanych napotkało problemy w kontakcie z pracownikami urzędów, natomiast prawie połowa zrezygnowała z pojawiania się w nich osobiście.

Pandemia skomplikowała budowę

Czy pandemia wpłynęła na decyzję o przyspieszeniu bądź opóźnieniu budowy domuSerwis Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących towarów i usług budowlanych z ich dostawcami, przeprowadził badanie wśród osób, które mają za sobą budowę domu w trakcie epidemii. Jego wyniki pokazują, że w przypadku połowy inwestorów pandemia miała wpływ na termin realizacji inwestycji. Najczęściej (39%) kryzys opóźniał ją, natomiast co dziesiąty badany w obliczu zaistniałej sytuacji zdecydował się na przyspieszenie prac.

Stres i niepewność wywołane sytuacją epidemiczną były stosunkowo często (w 19% przypadków) wskazywane jako największa trudność podczas całego procesu inwestycyjnego. Najwyżej w tym zestawieniu uplasowały się: uzyskanie kredytu oraz zbilansowanie budżetu. 2% badanych przyznało, że ich plany w ubiegłym roku skomplikowała utrata źródła dochodu.

Z wyników badania Oferteo dowiadujemy się ponadto, że co trzecia osoba (36%) budująca dom w ubiegłym roku była zmuszona zrewidować budżet, jaki ustaliła sobie na całe przedsięwzięcie. Co więcej, 15% badanych przyznało, że pandemia utrudniła im uzyskanie kredytu na budowę.

Najwięcej utrudnień w urzędachZ kim współpraca była utrudniona przez pandemię

Zapytani o to, z kim współpracę wspominają jako utrudnioną, aż 60% badanych wskazało urzędników. 10% inwestorów najgorzej wspomina kontakt z ekipą budowlaną oraz architektami. Wśród odpowiedzi pojawiły się też: ekipa zajmująca się pracami wykończeniowymi (8%) i dostawcy materiałów (również 8%).

Co piąty ankietowany zasygnalizował ponadto trudność z samym znalezieniem wykonawcy, który mógłby podjąć się budowy w 2020 roku. Natomiast 5% miało w tym czasie problem ze znalezieniem działki budowlanej.

Jak załatwiano formalności?

Trudności w kontakcie z urzędnikami przełożyły się na problemy przy załatwianiu formalności niezbędnych przy budowie. Aż 43% badanych przyznało, że doświadczyła utrudnień z ich dopełnieniem.

Respondenci zostali także zapytani o to, jak podczas pandemii załatwiali sprawy formalne. Okazuje się, że mimo zagrożenia, ponad połowa z nich (52%) wybrała sposób tradycyjny i pojawiała się w urzędach osobiście. 21% działało online, wykorzystując Profil Zaufany, a 16% badanych sprawy starała się załatwiać telefonicznie. Pozostali postawili na metodę korespondencyjną.

Dom na wyjątkowe czasyJakich zmian w projekcie budynku dokonywali Państwo ze względu na pandemię

Z badania wynika, że ze względu na epidemię 12% inwestorów zdecydowało się wprowadzić zmiany do realizowanego projektu domu. Najczęściej  rezygnowano z niektórych pomieszczeń, w celu zmniejszenia ostatecznych kosztów budowy. 36% badanych postanowiła zwiększyć przestrzeń poprzez dodatkowy taras lub balkon. 6% uznało, że w erze zdalnej pracy i nauki przyda im się przeznaczone do tego biuro. Wśród wymienianych zmian znalazły się np. osobne wejście do domu oraz zwiększenie liczby okien.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego w styczniu 2021 roku metodą CAWI na próbie 550 osób, które w 2020 roku budowały dom.

Zmiana na stanowisku Prezesa Zarządu ALDI w Polsce

Dnia 15 marca 2021 roku nastąpi zmiana na stanowisku Prezesa Zarządu ALDI w Polsce. Oktawian Torchała, dotychczasowy CEO, został powołany do struktur centrali spółki ALDI w Essen. Od 15 marca tego roku pełniącym obowiązki Prezesa Zarządu ALDI w Polsce będzie Wojciech Łubieński, dotychczasowy Wiceprezes Zarządu ALDI w Polsce.

Oktawian Torchała związany jest z polską spółką ALDI od sierpnia 2010 roku, kiedy dołączył do zespołu jako Kierownik Rejonu Sprzedaży, a już w grudniu 2012 roku objął stanowisko Kierownika Sprzedaży. W maju 2014 roku stanął na czele Spółki Regionalnej w Chorzowie, którą rozwijał do lipca 2017 roku, aby miesiąc później wspierać rozwój biznesu na polskim rynku jako CEO ALDI w Polsce. Od 1 kwietnia 2021 roku dołączy do zespołu międzynarodowego w centrali spółki ALDI w Essen, gdzie swoim doświadczeniem i wiedzą będzie wspierał procesy dalszej transformacji sieci, zgodnie z planami globalnego rozwoju, które postawiło przed sobą ALDI.

– Zostawiam ALDI w Polsce nie tylko w dobrych rękach, ale też w przełomowym punkcie związanym z rozwojem naszej sieci w wielu obszarach. Wojciech Łubieński współtworzył naszą strategię i będzie kontynuował nasze działania związane z dalszą ekspansją ALDI w Polsce oraz rozwojem całego zespołu, a wszystko w zgodzie z wartościami grupy ALDI Nord, do której należymy, czyli – prostotą, odpowiedzialnością i niezawodnością. – mówi Oktawian Torchała, CEO ALDI w Polsce.

Wojciech Łubieński związany jest ze spółką od grudnia 2019 roku, kiedy to objął stanowisko Wiceprezesa i Zastępcy Dyrektora Zarządzającego siecią dyskontów ALDI w Polsce. Wcześniej pracował w sieci aptek i drogerii Super-Pharm, ostatnio na stanowisku Wiceprezesa,  Dyrektora Operacyjnego.

Sekretarz skarbu USA chce wprowadzić cyfrowego dolara

Stany Zjednoczone rozważają wprowadzenie cyfrowego dolara. Według sekretarz skarbu USA – Jane Yellen, cyfrowy dolar może umożliwić szybsze, bezpieczniejsze i tańsze płatności. Nowa amerykańska administracja pod szyldem Joe Bidena ma szansę wymusić strategię technologiczną kraju skoncentrowaną na blockchain, kryptowalutach i aktywach cyfrowych.

Janet Yellen: Rezerwa Federalna powinna zastanowić się nad stworzeniem cyfrowego dolara

Sekretarz skarbu USA udzieliła wywiadu dla The New York Times, w którym podkreślała, że Stany Zjednoczone powinny zastanowić się nad sensem wprowadzenia e-dolera. Przyznała ona, że cyfrowy dolar może umożliwić bezpieczniejsze, tańsze oraz szybsze dokonywanie płatności. Jednocześnie wskazuje na to, że przed podjęciem decyzji Rezerwa Federalna musi przygotować się do paru kwestii. Przede wszystkim ma na myśli możliwy wpływ cyfrowej waluty na banki oraz samą Rezerwę Federalną.

– Janet Yellen stopniowo zmienia swoje podejście do aktywów cyfrowych. Jeszcze kilka lat temu była zaciekłą przeciwniczką kryptowalut. Uznawała je za “rosnący problem” wykorzystywany do nielegalnego finansowania. Obecnie, choć nadal jest sceptycznie nastawiona do Bitcoina, uważając, że nie nadaje się on do dokonywania transakcji, to widzi potencjał w cyfrowych walutach. Jest również zwolenniczką decentralizacji finansów. Trzeba jednak zaznaczyć, że sekretarz skarbu USA krytykując Bitcoin, pomija jego wartość jako formę zabezpieczania swoich oszczędności przed inflacją. Bycia czymś w rodzaju “cyfrowego złota” – mówi Marcin Wituś, CEO nowoczesnej platformy do handlu aktywami cyfrowymi Geco.one, będącej członkiem Polsko-Estońskiej Izby Gospodarczej.

Administracja Joe Bidena i Kamali Harris zaczęła wdrażać nowe strategie odbudowy amerykańskiej gospodarki dotkniętej przez pandemię koronawirusa. Koncentruje się ona głównie na wprowadzaniu nowych technologii, przy jednoczesnym zapewnieniu prywatności danych. Wykorzystanie blockchain nasuwa się tutaj jako naturalne rozwiązanie. Izba Handlu Cyfrowego wraz BRI przygotowała 120-stronicowy raport, w którym szczegółowo opisano m.in., w jaki sposób blockchain i aktywa cyfrowe mogłyby usprawnić amerykańską gospodarkę. Kryptowaluty i wprowadzenie cyfrowego dolara może wkrótce stać się faktem – zważywszy również na to, że w nowej amerykańskiej administracji znajduje się kilku zwolenników tego pomysłu. Oprócz Janet Yellen technologią blockchain i walut cyfrowych zainteresowany jest także prof. Gary Gensler. Został on mianowany na stanowisko kierownika Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. Jeszcze w czasach, kiedy Gensler był profesorem w Institute of Technology Sloan School of Management, zwracał uwagę na zalety blockchain i kryptowalut.

Wyścig po status lidera na rynku aktyw cyfrowych

Kryptowalutami już od dawna zainteresowane są przodujące gospodarki świata. Jedną z nich są Chiny, które od jakiegoś czasu pracują nad wprowadzeniem cyfrowego juana. W styczniu 2021 r. 100 000 mieszkańców regionu Shenzen otrzymało w ramach loterii łącznie 31 mln cyfrowych juanów. W prowincji utworzono także bankomaty, które pozwalają na zamianę cyfrowej waluty na gotówkę. Pandemia koronawirusa tylko przyspieszyła chińskie plany, co do wprowadzania do obiegu państwowej kryptowaluty. Aspiracje ChRL są jednak większe.

– Ludowy Bank Chin dołączył do prac nad utworzeniem i wykorzystaniem możliwości cyfrowego pieniądza banku centralnego. Obecnie w tym kierunku współpracują ze sobą Chiny, Hongkong, Tajlandia oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie, które posiadają swoją własną walutę cyfrową – emCash. Głównym celem tych badań jest stworzenie przejrzystego systemu cyfrowych płatności transgranicznych na podstawie rozproszonego rejestru. Bardzo prawdopodobne jest to, że Chiny będą chciały utorować sobie drogę do globalnego wykorzystania cyfrowego juana. Wszystko po to, aby wzmocnić swoją pozycję na arenie międzynarodowej – twierdzi CEO Geco.one.

Własne cyfrowe waluty posiadają również Wenezuela (Petro)  i Wyspy Marshalla (SOV). Ta pierwsza uruchomiła swoją kryptowalutę jeszcze w lutym 2018 r. Początkowo miała być ona wspierana przez rezerwy złota Wenezueli i zasoby ropy naftowej. Petro wykorzystywane jest przez Wenezuelczyków do transakcji międzynarodowych i jako zamiennik dolarów na rynku nieruchomości czy przy płatności za bilety lotnicze, czy hotele. Rząd wenezuelski liczył, że Petro skutecznie zahamuje wzrost inflacji i pozwoli na walkę z czarnym rynkiem oraz mafijnymi pieniędzmi. Petro nie posiada jednak cech charakterystycznych dla kryptowalut – oficjalny portfel tokenu nie istnieje, a aplikacja na Androida została usunięta przez Google.

– Wiele państw rozważa wprowadzenie własnych cyfrowych walut. Są to między innymi Szwecja, Rosja, Japonia, Izrael czy Senegal. Swego czasu o wprowadzeniu narodowej kryptowaluty myślała również Estonia, lecz ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu. Ostatecznie oparty o technologię blockchain “Estcoin” ma przerodzić się w formę podpisu dokumentów cyfrowych – dodaje Marcin Wituś.

Narodowe waluty cyfrowe wymuszą centralizację kryptowalut?

Kryptowaluty i blockchain kojarzą się przede wszystkim ze zdecentralizowanym systemem. Idealnym przykładem jest ich pierwowzór – Bitcoin, który ma otwarty, a jednocześnie anonimowy system transakcyjny. Bitcoin zabezpieczany jest jednak tylko przez jego użytkowników, to również oni nadają mu wartość. Jego twórcy ciągle zajmują się ulepszaniem kryptowaluty, lecz żaden z nich nie może nią zarządzać. Nie istnieje żaden lokalny serwer, a moc obliczeniowa Bitcoina rozsiana jest po całym świecie.

– Na rynku aktywów cyfrowych istnieją kryptowaluty, które posiadają scentralizowany system, a nie tylko rozproszony, jak w przypadku Bitcoina. Jedną z nich jest Ada należąca do platformy blockchainowej Cardano, której autorem jest współtwórca Ethereum – mówi Wituś z Geco.one.

Wprowadzenie do obiegu państwowych walut cyfrowych będzie oznaczało ich centralizację, tzn. główne aktywa będą chronione przez państwo i instytucje finansowe. Czy pojawienie się cyfrowego juana bądź dolara sprawi, że wszystkie kryptowaluty zostaną scentralizowane? Absolutnie nie. Aktywa cyfrowe takie jak Bitcoin nadal pozostaną niezależne i będą w rękach ich użytkowników.

Organ w niedozwolony sposób interpretował przepisy, tak by móc uznać transakcję za kontrolowaną

Trzech z pięciu wspólników chciało wystąpić ze spółki zgodnie z oraz w oparciu o regulacje Kodeksu spółek handlowych, poprzez dobrowolne umorzenie udziałów bez wynagrodzenia. Fiskus uznał jednak, że choć – jak deklaruje przedsiębiorca – po stronie spółki nie powstanie przychód podlegający opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób prawnych, to jednak uznał to umorzenie za transakcję kontrolowaną. To z kolei pozwala organom podatkowym zastosować w stosunku do spółki przepisy o cenach transferowych i dokonać weryfikacji prawidłowości ustalenia przez wspólników wysokości tego przychodu. Spółka wygrała spór z fiskusem w sądzie, który orzekł, że: „…przepis art. 199 k.s.h. daje podstawy do dobrowolnego umorzenia udziałów, jeśli umowa spółki tak stanowi, a jeśli wspólnik wyrazi na to zgodę, umorzenie może nastąpić bez wynagrodzenia. (…) I to niezależnie od tego, czy dobrowolne umorzenie udziałów bez wynagrodzenia ma miejsce między podmiotami powiązanymi, czy niepowiązanymi” (wyrok WSA w Poznaniu z 17 listopada 2020 r., sygn. akt I SA/Po 453/20).

Jak stanowi art. 199 k.s.h., udział w spółce może być umorzony po wpisaniu jej do rejestru i jeśli umowa spółki tak stanowi, za zgodą wspólnika w drodze nabycia udziału przez spółkę (umorzenie dobrowolne) albo bez zgody wspólnika (umorzenie przymusowe).

Wystąpienie ze spółki poprzez umorzenie udziałów bez wynagrodzenia

Pięciu udziałowców tworzyło spółkę z o.o. Pomiędzy pierwszym, drugim, trzecim i piątym wspólnikiem występuje pokrewieństwo lub powinowactwo, a prezesem zarządu spółki jest małżonka jednego ze wspólników. Spółka nie powołała rady nadzorczej, a wspólnicy nie zasiadają w zarządzie spółki. Trzech udziałowców postanowiło w 2020 r. wystąpić ze spółki. Wystąpienie miało nastąpić w oparciu o art. 199 k.s.h., poprzez dobrowolne umorzenie udziałów w kapitale zakładowym spółki posiadanych przez występujących udziałowców. Spółka postanowiła o podjęciu uchwały zgromadzenia wspólników o umorzeniu udziałów wspólnika za jego zgodą i bez wynagrodzenia.

Bez CIT i przepisów o transakcjach kontrolowanych

Spółka zwróciła się do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej o potwierdzenie, że planowana transakcja nie będzie stanowić transakcji kontrolowanej w rozumieniu art. 11a ust. 1 pkt 6 ustawy o CIT, a w jej wyniku po stronie spółki nie powstanie przychód podlegający opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób prawnych.

Przedsiębiorca, przywołując treść ww. przepisu, podkreślił, że warunkiem do uruchomienia regulacji o cenach transferowych jest ziszczenie się dwóch głównych przesłanek: a) ustalenie lub narzucenie warunków transakcji wskutek istniejących powiązań, b) podjęcie działań o charakterze gospodarczym, a w tej sprawie żadna z nich nie występuje.

Organ uznał, że to transakcja kontrolowana

Dyrektor KIS zgodził się, że po stronie spółki nie wystąpi przychód podatkowy. Powołując przepis art. 14 ust. 1-3 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, stwierdził jednak, że zasadniczo przychodem ze zbycia udziałów w celu ich dobrowolnego umorzenia jest wartość należnego z tego tytułu wynagrodzenia. Dlatego też ustalenie go w wysokości znacznie odbiegającej od wartości rynkowej zbywanych przez wspólników udziałów, do tego bez wykazania uzasadnionych przyczyn, uprawnia organy podatkowe do dokonania weryfikacji tego ustalenia. Podmioty powiązane, dokonując między sobą transakcji, powinny ustalać ich warunki w taki sposób, w jaki ustaliłyby je z podmiotami niepowiązanymi. A w tej sprawie organ podatkowy dopatrzył się naruszenia tego wymogu.

Przepisy nie zabraniają umorzenia udziałów bez wynagrodzenia

Wojewódzki Sad Administracyjny w Poznaniu w listopadzie 2020 r. uchylił zaskarżoną przez spółkę interpretację Dyrektora KIS. Wprawdzie nie zgodził się ze skarżącą, że dobrowolne umorzenie udziałów w spółce nie stanowi czynności o charakterze gospodarczym, ale za zasadny uznał zarzut spółki co do błędnego ustalenia przez organ, że warunki transakcji zostały narzucone lub ustalone wskutek istniejących w spółce powiązań. Jak bowiem orzekł WSA:

„Rzeczywisty przebieg transakcji dobrowolnego umorzenia udziałów wspólnika, nie może więc być identyfikowany na podstawie faktycznych zachowań stron, skoro musi mieć oparcie we wcześniejszej umowie spółki, a przepisy kodeksu spółek handlowych, nie zabraniają, a wręcz umożliwiają umorzenie bez wynagrodzenia, jeśli tylko zainteresowany wspólnik wyrazi na to zgodę. I to niezależnie od tego, czy dobrowolne umorzenie udziałów bez wynagrodzenia ma miejsce między podmiotami powiązanymi, czy niepowiązanymi” (wyrok z 17 listopada 2020 r., sygn. akt I SA/Po 453/20).

Podsumowanie

Poznański sąd, uchylając interpretację organu podatkowego, zaznaczył, że organ dokonał błędnej wykładni pojęcia „transakcja kontrolowana”, jak również błędnego ustalenia, że do dobrowolnego umorzenia udziałów w spółce bez wynagrodzenia znajdą zastosowanie przepisy ustawy o CIT dotyczące cen transferowych: „…organ w sposób niedozwolony odwołał się do dyrektywy języka potocznego przy interpretacji pojęcia „transakcji” stwierdzając, że pojęcie to nie zostało zdefiniowane. Pojęcie „transakcji kontrolowanej” posiada definicję legalną zawartą w art. 11a ust. 1 pkt 6 ustawy podatkowej” (sygn. akt I SA/Po 453/20).

Jak widać, w trakcie toczącego się sporu z przedsiębiorcą organy potrafią posunąć się daleko, byleby tylko postawić na swoim – nawet jeśli oznacza to konieczność wyjścia w sposób niedozwolony poza przepisy prawa podatkowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

BADANIE: W czasie pandemii ponad 40% Polaków zwiększyło zakupy art. home & living

W czasie pandemii ponad 40% Polaków częściej niż przed nią kupowało art. z kategorii home & living. Konsumenci głównie nabywali odzież domową – powyżej 31%, akcesoria do kuchni – ok. 18%, a także produkty do sypialni – przeszło 12%. Najrzadziej wybierali ogólne art. do domu – prawie 5% i do samej łazienki – ponad 5%. Najbardziej zwiększyły ilość takich zakupów osoby zamieszkujące duże miasta w woj. mazowieckim, wielkopolskim i śląskim.

Z badania UCE RESEARCH, wykonanego dla sklepu internetowego Złote Wyprzedaże, wynika, że w czasie pandemii Polacy częściej niż przed nią kupowali art. z kategorii home & living. Tak wskazało 42,1% ankietowanych. Z kolei 22,9% było pod tym względem tak samo aktywnych, jak wcześniej. Natomiast 20,5% badanych robiło takie zakupy rzadziej. 8,2% respondentów nie nabywało w ogóle tego typu produktów w czasie epidemii, a 6,3% nie potrafiło tego określić. Jak przypomina Maciej Tygielski, Dyrektor Generalny spółki Złote Wyprzedaże, podczas pierwszej fali pandemii Polacy masowo robili drobne remonty w swoich domach. Z czasem listy rzeczy do wymiany zaczęły się rozrastać i tych zakupów było coraz więcej.

– Fakt, że ponad 40% Polaków w czasie epidemii zwiększyło zapotrzebowanie na art. home & living, jest związany z tzw. trendem kokonizacji. Polega on na chęci odcięcia się od zewnętrznego świata, aby odpocząć i chronić swoją prywatność. Pandemia go zdecydowanie wzmocniła. Do tego doszła kwestia bezpieczeństwa i ograniczenia możliwości korzystania z różnych opcji spędzania czasu wolnego. Konsumenci postanowili więc skoncentrować się na uatrakcyjnianiu swojego najbliższego otoczenia – wyjaśnia dr Jolanta Tkaczyk, ekspert ds. zachowań konsumenckich z Katedry Marketingu Akademii Leona Koźmińskiego.

Ponadto z badania wynika, że kobiety blisko 4 razy częściej niż mężczyźni deklarowały zwiększenie zapotrzebowania na tego typu artykuły. Różnica jest więc wyraźna.

– Rola kobiet w procesach zakupowych od wielu lat jest mocno ugruntowana, co pokazują nie tylko badania opinii. Wynika to też praktyki. Z reguły to one zarządzają domowymi budżetami, szczególnie w kwestii kupowania żywności i art. home & living. Zazwyczaj mają większe rozeznanie w domowych potrzebach, lepszy gust i rozsądniej realizują zakupy – mówi Maciej Tygielski.

Jak wykazało badanie, najczęściej osoby z miast liczących co najmniej 500 tys. mieszkańców przyznawały, że zwiększyły zakupy tego typu artykułów. Z kolei na drugim biegunie zestawienia byli konsumenci głównie zamieszkujący miasta mające poniżej 50 tys. ludności i wsie.

– W największych miastach średni poziom dochodów jest wyższy aniżeli w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Większa jest zatem siła nabywcza, szczególnie skierowana na produkty, które nie mają charakteru podstawowego – tłumaczy dr Tkaczyk.

Największą aktywność w ww. zakresie wykazywały osoby zamieszkujące woj. mazowieckie,  wielkopolskie i śląskie. Z kolei na końcu zestawiania znaleźli się konsumenci z w woj. podkarpackiego, podlaskiego i lubuskiego.

– W woj. mazowieckim, wielkopolskim i śląskim konsumenci mają najwyższy średni dochód na osobę w rodzinie i w związku z tym największą siłę nabywczą. Z kolei w podkarpackim, podlaskim i lubuskim zarobki są dużo niższe – dodaje ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego.

Ponadto z badania wynika, że w czasie pandemii z ww. kategorii Polacy najczęściej kupowali odzież domową (m.in. kapcie, szlafroki, fartuszki) – 31,2%, akcesoria do kuchni – 17,9%, a także produkty do sypialni – 12,2%. Najrzadziej wybierali ogólne art. do domu – 4,9%, jak również do samej łazienki – 5,4%.

– Zakup odzieży domowej jest oczywisty w warunkach izolacji społecznej. Podobnie jest z akcesoriami do kuchni. Polacy pozostający w domach, szczególnie ci bardziej aktywni zawodowo, wcześniej jadali na mieście. Dlatego podczas lockdownu często zauważali, że pewnych rzeczy im brakuje. Na trzecim miejscu są art. do sypialni. To może wynikać z faktu, że społeczeństwo w tym względzie potrzebowało dodatkowego komfortu. Ponadto w czasie pandemii wiele osób zrobiło porządne remanenty i postanowiło kilka rzeczy wymienić na nowe – podsumowuje ekspert ze sklepu internetowego Złote Wyprzedaże.

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w dniach 15-18 luty br. na reprezentatywnej próbie 1089 dorosłych Polaków w wieku 18-65 lat.

Farmy Fotowoltaiki SA kupuje 5 projektów fotowoltaicznych o łącznej mocy 5 MW

Farmy Fotowoltaiki – z Berg Holding, notowanego na NewConnect – za pośrednictwem spółki zależnej C&F zawarły umowy nabycia 5 projektów fotowoltaicznych, zlokalizowanych na Podkarpaciu, o łącznej mocy 5 MW. Już we wtorek 9 marca o godz. 9:00 rusza emisja crowdfundingowa Farm Fotowoltaiki promowana przez platformę Crowdway. Spółka planuje pozyskać 4,05 mln zł.

Dodatkowe informacje o nowo nabytych przedsięwzięciach:

  1. projekt Niemstów zlokalizowany w woj. podkarpackim, który zakłada realizację farmy fotowoltaicznej o mocy 1 MW na działce o powierzchni 1,97 ha,
  2. projekt Opaka 1 oraz projekt Opaka 2, zlokalizowane w woj. podkarpackim, zakładające realizację dwóch farm fotowoltaicznych o łącznej mocy 2 MW na działce o powierzchni 4,78 ha,
  3. projekt Tymce 1 oraz projekt Tymce 2, zlokalizowane w woj. podkarpackim, polegające na realizacji dwóch farm fotowoltaicznych o łącznej mocy 2 MW na działkach o powierzchni 4,84 ha.

Konsekwentnie realizujemy naszą strategię rozwoju. Nowe projekty, które właśnie nabyliśmy pozwolą nam zrealizować kolejne 5 farm o łącznej mocy 5 MW. Ponadto trwają prace nad projektem w Nagoszynie, również na Podkarpaciu. Dalszy rozwój działalności spółki będzie finansowany m.in. ze zbliżającej się zbiórki w ramach crowdfundingu udziałowegomówi Kamil Kita, prezes Farm Fotowoltaiki, jednocześnie członek zarządu Berg Holding.

Droga na NewConnect

Farmy Fotowoltaiki na przełomie lutego i marca podpisały umowę z autoryzowanym doradcą – Kancelarią Adwokacką Kramer i Wspólnicy, która wesprze proces wejścia spółki na rynek NewConnect. Wcześniej 15 lutego NWZ spółki podjęło uchwałę, w której wyraziło zgodę na wprowadzenie akcji spółki na giełdę. Debiut planowany jest między czwartym kwartałem br., a pierwszym kwartałem 2022 roku.

Aktualizacja strategii działalności spółki

Spółka pod koniec lutego br. poinformowała o aktualizacji strategii rozwoju. Dzięki jej realizacji spółka osiągnie przychody ze sprzedaży na poziomie ok. 9,7 mln zł rocznie w perspektywie kolejnych 15 lat, co łącznie daje kwotę ponad 145 mln zł. Spółka zamierza od 2023 regularnie wypłacać dywidendę w wysokości 90% wolnych przepływów pieniężnych, 10% pozostaje w formie rezerwy na lata następne.

Farmy Fotowoltaiki planują realizację prac montażowych oraz uruchomienie farmy w Nagoszynie. Spółka zamierza ponadto zainwestować w podmiot działający na rynku fotowoltaiki w formie zakupu udziałów na poziomie 5% – 45%. W latach 2021 – 2022 spółka zrealizuje instalacje fotowoltaiczne o mocy od 1MW do 10MW, natomiast w latach 2022 – 2023 o mocy do 40MW. Spółka obecnie dewelopuje farmy o łącznej mocy 72 MW.

Ponadto Farmy Fotowoltaiki w ramach planowanej strategii zakładają rozwój sieci wykonawczej i dystrybucji przez zawiązywanie współpracy z kolejnymi partnerami i firmami projektowo-montażowymi, rozwój zaplecza techniczno-handlowego oraz badawczego przez budowę własnego zespołu firm podwykonawczych, w systemie relacji B2B oraz budowę bazy inwestorów zainteresowanych zakupem farm fotowoltaicznych lub inwestycjami w branży fotowoltaiki. Ponadto spółka prowadzić będzie działalność edukacyjną w zakresie propagowania ekotechnologii, w tym również współpracę z podmiotami aktywnymi w tym obszarze.Farmy rozwoj

Strategiczne partnerstwo z Columbus Energy

Farmy Fotowoltaiki w lipcu 2020 roku zawarły z Columbus Energy umowę o współpracy. W ramach partnerstwa podmioty zobowiązały się do wspólnej realizacji projektów, które będą polegały m.in. na znalezieniu lokalizacji, zaprojektowaniu, budowie i uruchomieniu farm fotowoltaicznych. Spółki zobowiązały się do 50-procentowego finansowania kosztów inwestycji oraz podzieliły się kompetencjami. Columbus Energy będzie odpowiedzialny za projekt techniczny, budowę i uruchomienie farm, natomiast Farmy Fotowoltaiki skupią się na wyszukiwaniu lokalizacji do projektów i pozyskiwaniu prawa do nieruchomości w celu ich realizacji.

Kolejne umowy dzierżawy działek

W dniu 4 marca i 10 lutego br. Farmy Fotowoltaiki poinformowały o podpisaniu kolejnych umów dzierżawy działek na okres 29 lat w celu budowy farm fotowoltaicznych o łącznej mocy 4 MW. Umowy są częścią strategii, która zakłada powstanie co najmniej 25 projektów farm fotowoltaicznych. Powstają one w ramach spółek celowych w konsorcjum zawiązanym przez Farmy Fotowoltaiki oraz Columbus Energy pod nazwą Columbus&Farmy Sp. z o.o. (C&F).

Rynek fotowoltaiki

Polska w 2019 roku osiągnęła przyrost nowych mocy na poziomie około 0,9 GW, zajmując 5. miejsce wśród krajów Unii Europejskiej pod kątem przyrostu mocy fotowoltaicznej. Nowe moce w PV zainstalowane w Polsce stanowiły 5,5% nowych mocy w Unii Europejskiej[1]. Według Grzegorza Wiśniewskiego, prezesa Instytutu Energetyki Odnawialnej od 2019 roku polski sektor fotowoltaiki (PV) był w stanie zmobilizować więcej kapitału na realizację inwestycji niż cała energetyka konwencjonalna[2]. W roku 2022 wartość inwestycji PV przekroczy 5 mld zł[3], a większość ekspertów jest zgodna, że rynek dużych farm PV w Polsce dopiero się rozwija[4].

[1] Źródło: Instytut Energetyki Odnawialnej, Raport IEO Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020, 07.2020

[2] https://alebank.pl/fotowoltaika-gospodarcza-szansa-w-kryzysie/

[3] https://alebank.pl/fotowoltaika-gospodarcza-szansa-w-kryzysie/

[4] https://biznesalert.pl/rapacka-blokada-bariery-farmy-fotowoltaika-oze-rynek-dekarbonizacja-instalacje-energetyka/

Problem rynków nie jest problemem dla Fed

Nie ma oddechu od presji na ryzykownych aktywach prowokowanej przez wzrosty rentowności obligacji skarbowych. Dochodowość 10-latek USA podskoczyła do 1,55 proc., a dolar jest najsilniejszy od trzech miesięcy względem koszyka głównych walut po tym, jak prezes Fed Powell nie skorzystał z okazji, by utemperować rynek długu. Słabość przenika przez rynek akcji i FX, a inwestorzy czekają jeszcze na sygnały z rynku pracy USA.

Wczoraj prezes Fed Powell zaoferował niewiele, by ujarzmić rentowności obligacji. Jakkolwiek odniósł się do nich w swojej wypowiedzi, to z dalszych komentarzy nie wynikało, aby Fed traktował ruchy jako niepożądane. Powtórzył, że Fed w realizacji polityki pozostaje zależny od rozwoju sytuacji, to nie wykluczył całkowicie scenariusza, że „istotny progres” dokona się przed końcem roku (co by oznaczało osiągnięcie punktu, w którym należy rozważyć redukcję QE). Nawet pomimo tego, że Powell zaznaczył, że „istotny progres” wymaga sporo czasu, rynek znalazł punkt zaczepiania dla podtrzymania rozterek o przyszłość polityki Fed i obawy o szybszy start normalizacji. reakcja ryzykownych aktywów była bolesna z czerwonym finiszem sesji na Wall Street i ucieczką kapitału z ryzykownych walut w stronę USD. Wygląda na to, że Fed nie ma nic przeciwko wzrostowi rentowności, jeśli jest przejawem powrotu zaufania do siły ożywienia, podczas gdy od strony polityki monetarnej warunki finansowe w dalszym ciągu pozostają bardzo luźne. Krótkoterminowo nie będzie się jednak liczyć, jak bardzo akomodacyjna pozostaje polityka Fed, ale jak niepohamowane są ruchy na rynku długu. Implikuje to presję na ryzykowne aktywa, zanim rynek znajdzie poziom równowagi.

Dziś uwaga skupi się na rynku pracy USA. Po dwóch miesiącach rozczarowań w tempie przyrostu zatrudnienia w lutym oczekuje się wyraźnego odbicia (prog. NFP 198 tys.). Wiele przeciwstawnych czynników może wpływać na dzisiejszy odczyt. Z jednej strony ponowne otwieranie gospodarki i znoszenie restrykcji będzie wzmacniać wzrost zatrudnienia. Z drugiej strony trudne warunki pogodowe w połowie miesiąca mogą przytłumić tempo odbudowy miejsc pracy i opóźnić przywracanie stanowisk związanych z turystyką czy hotelarstwem. Po raportach ISM z tego tygodnia wiemy, że zatrudnienie miało się dobrze w przemyśle, ale w usługach tempo wzrost miejsc pracy zwolniło. Do tego dochodzi rozczarowanie w danych ADP, gdzie wzrost zatrudnienia w sektorze prywatnym (117 tys.) był dwukrotnie mniejszy od oczekiwań. Na zdestabilizowanym przez wzrost rentowności rynku odchylenia odczytu NFP od prognoz będą podsycać zmienność. Trzecie z rzędu rozczarowanie będzie potęgować awersję do ryzyka. Znów lepsze dane podkreślą szybszą odbudowę gospodarki, co wzmocni spekulacje o wcześniejszej zmianie polityki Fed. Idealny punkt leży w odczycie nieznacznie niższym od oczekiwań, gdyż słabsze liczby będzie można zrzucić na karb trudnych warunków pogodowych.

Złoty traci przez pogorszenie nastrojów na rynkach zewnętrznych i zniżkowanie EUR/USD, co prawie nigdy nie stawia walut regionu Europy Środkowo-Wschodniej w przyjaznym świetle. Dodatkowo kwestia pandemii ponownie ciąży nad regionem po decyzji władz Węgier o zaostrzeniu lockdownu. W kalendarzu zaplanowana jest wideokonferencja prezesa NBP Adama Glapińskiego, gdzie będzie on odpowiadał na wybrane pytania dziennikarzy (przesłane z wyprzedzeniem). Nie sądzę, aby pytania dotyczące polityki monetarnej mogły wpływać na złotego – jest mało realne, aby zmieniło się stanowisko w sprawie stóp procentowych. Interesującym będzie, czy prezes rozwinie się na temat pomocy dla banków zaangażowanych w kredyty frankowe. Powyżej 4,57 za euro złoty jest relatywnie tani, a słabość waluty powinna być przejściowa, ale póki na rynkach zewnętrznych nie widać gorączki zakupowej, okazyjna cena niewiele znaczy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Co czwarty Polak poświęca więcej czasu na pracę niż na życie prywatne

Ponad 26% aktywnych zawodowo Polaków poświęca więcej czasu na pracę zawodową niż życie prywatne. Tak znaczące zachwianie równowagi pomiędzy wykonywanymi obowiązkami zawodowymi a czasem wolnym wpływa negatywnie na efektywność i motywację zatrudnionych. Na szczęście jak pokazały wyniki badania „Jak pracować i nie zwariować?” pracodawca może mieć aktywny udział w kształtowaniu work-life balance.
Pandemia, która już od roku dekonstruuje globalny ład społeczny, postawiła firmy przed wyzwaniem stworzenia pracownikom bezpiecznych i stabilnych miejsc pracy. W wielu organizacjach zmienił się system pracy – zdalny, hybrydowy czy reorganizacja czasu pracy w trybie zmianowym. Po blisko roku od wprowadzenia pierwszego lockdownu firma Sodexo Benefits and Rewards Services postanowiła sprawdzić, czy i jak nowe warunki pracy wpłynęły na życie zawodowe oraz prywatne pracowników.

Ponad połowa Polaków wykonuje swoje obowiązki w miejscu pracy i większość jest z tego zadowolona

Jak wynika z badania, pomimo wszelkich restrykcji i obostrzeń nałożonych na pracodawców, większość pracowników, bo aż 63% ankietowanych, wykonuje swoje obowiązki w biurze albo w dotychczasowym miejscu pracy. Należy zaznaczyć, że w badanie dotyczy także pracowników firm produkcyjnych, a ich specyfika wymaga obecności człowieka na miejscu. Co piąty aktywny zawodowo Polak pracuje w trybie hybrydowym, a co szósty wykonuje swoje obowiązki wyłącznie w systemie zdalnym.
Co czwarty Polak poświęca więcej czasu na pracę niż na życie prywatne

Aż trzech na czterech Polaków, jest zadowolonych z modelu pracy, w którym aktualnie funkcjonuje. Bazując na ostatnich danych GUS, który podaje, że w III kwartale 2020 roku liczba aktywnych zawodowo Polaków stanowiła ok. 17 mln osób, można śmiało stwierdzić, że ponad 12,5 miliona pracowników jest usatysfakcjonowana obecną formą wykonywania obowiązków zawodowych. To bardzo budujący wynik, biorąc pod uwagę fakt, że od kilkunastu miesięcy funkcjonujemy w niekorzystnych warunkach ograniczających naszą aktywność i swobodę. – Marta Robak, Product Manager, Sodexo Benefits and Rewards Services

Co czwarty Polak ma problem z work-life balance

Aż 26% aktywnych zawodowo Polaków wskazało, że poświęca więcej czasu na pracę zawodową niż na życie prywatne – czyli własne zainteresowania, rodzinę czy przyjaciół.

Wskazali także, że firmy, prowadząc politykę wspierania równowagi pomiędzy życiem a pracą, mogą mieć ogromny wpływ na dobrostan zatrudnionych. Można powiedzieć, że wręcz go determinują. Dla niemal połowy ankietowanych pomocna w zachowaniu tej równowagi będzie praca zdalna, która jeszcze przed pandemią była dla niektórych przedmiotem pożądania i stanowiła atrakcyjny benefit. W 2020 roku w wielu firmach stała się codziennością. Co piąty badany zwrócił uwagę na znaczenie świadczeń pozapłacowych w tym procesie. Zdaniem 21% pracujących Polaków benefity przeznaczone nie tylko dla nich, ale także dla członków ich rodzin, które można wykorzystać poza pracą, mogłyby znacząco pomóc w zachowaniu work-life balance. To niezwykle istotny element całej układanki, który jest w pełni definiowany i kontrolowany przez pracodawcę. Równie ważny okazał się elastyczny i nienormowany czas pracy.

Idealny benefit

Pandemia w wielu firmach wymusiła na pracodawcach konieczność dopasowania oferty benefitowej do aktualnego, nowego trybu życia oraz pracy Polaków. W chwili obecnej pracownicy cenią sobie najbardziej takie świadczenia pozapłacowe, które wspierają budżet domowy, są elastyczne i dają swobodę wyboru. Tak wskazali ankietowani w naszym poprzednim badaniu „Motywacyjny (Re)start”.

Potrzeby, obawy i oczekiwania zatrudnionych przeszły ewolucje, a czasami wręcz rewolucje. Dlatego warto zastanowić się jak nowy model pracy wpłynął na ich życie prywatne i zawodowe. I wdrożyć rozwiązania, które pozwolą skutecznie wspierać i motywować pracowników, by ci mogli efektywnie pracować i nie zwariować.

O badaniu „Jak pracować i nie zwariować?”

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 12.02-19.02.2021 metodą wywiadów on-line (CAWI) przez pracownię badawczą SW Research, na reprezentatywnej próbie aktywnych zawodowo Polaków, pracujących w firmach zatrudniających powyżej 50 pracowników (N = 1247).

Spółka Demolish Games pozyskała 1 mln zł na nowe produkcje

Demolish Games S.A., producent gier z gatunku symulatorów na PC, z sukcesem zakończyła ofertę publiczną prowadzoną w związku z emisją nowych akcji. Spółka pozyskała łącznie 1 mln zł w dwóch transzach. Środki z emisji akcji Studio przeznaczy na nowe produkcje. Usługę oferowania akcji na rzecz Demolish Games wykonał Dom Maklerski INC S.A. Do końca br. Spółka planuje wprowadzić akcje do obrotu na rynku NewConnect.

Demolish Games to studio gamingowe założone w lipcu 2020 roku, którego głównym akcjonariuszem jest, notowana na głównym rynku GPW w Warszawie, spółka Ultimate Games S.A. Studio koncentruje się na projektach z gatunku symulatorów dedykowanych wersji PC. Celem Demolish Games jest dywersyfikacja działalności i wydawanie 3-5 gier rocznie, z czego 2 projekty mają być tworzone przez własne zespoły Spółki.

– Z satysfakcją informuję, że oferowane akcje w ramach nowej emisji serii C znalazły nabywców.  Tym samym zakończyliśmy ofertę publiczną i osiągnęliśmy wyznaczony cel, jakim było zebranie 1 mln zł. Dziękuję wszystkim obecnym i nowym akcjonariuszom, którzy wzięli udział w emisji akcji. Zgodnie z zapowiedzią, pozyskane środki przeznaczymy na nowe, jeszcze nieogłoszone projekty, które naszym zdaniem mają duży potencjał sprzedażowy – mówi Paweł Dywelski, prezes zarządu Demolish Games S.A. – Nasz plan zakłada produkcję i wydawnictwo gier niskobudżetowych. Dzięki zakończeniu oferty publicznej zgodnie z założeniami, będziemy mogli rozpocząć pracę nad kilkoma nowymi tytułami – dodaje Paweł Dywelski.

W portfolio spółki dominują symulatory. Studio jest właścicielem Demolish & Build 2017 i Demolish & Build 2018 z popularnej serii Demolish & Build, a także gry Car Demolition Clicker.

Nasz model biznesowy jest skoncentrowany na grach symulacyjnych. Mam doświadczenie w tworzeniu takich projektów. Wśród zrealizowanych przeze mnie produkcji – symulatorów dostępnych na rynku są m.in. Orbital Racer, Plane Mechanic Simulator oraz gra Accident. Celem Demolish Games w długofalowej perspektywie jest wydawanie tytułów również z innych gatunków. Już teraz w naszym portfolio jest np. gra platformowo-logiczna Malone in Nightmares, na której predprodukcje podpisaliśmy umowę – dodaje Paweł Dywelski.

Spółka pracuje obecnie nad swoim największym projektem Demolish & Build 2022, w którym pojawi się wiele nowości. Studio udoskonali rozgrywkę, m.in. o bardziej zaawansowane aspekty symulacyjne oraz realistyczną szatę graficzną. Premiera tytułu planowana jest na przełomie 2021 i 2022 r.

Jeszcze w pierwszym kwartale br. Studio planuje udostępnić zwiastuny gier Malone in Nigthmares, WW2 Underground oraz Explosive Demolition Simulator. Wszystkie te gry znajdują się obecnie w fazie preprodukcji. Za wydanie wersji PC odpowiada Demolish Games, wersje konsolowe wyda Ultimate Games.

Demolish Games do końca br. zamierza wprowadzić akcje do obrotu na rynku NewConnect.

QubicGames wyda 4 gry o wysokim potencjale sprzedażowym na konsolę Nintendo Switch

QubicGames, wydawca gier na konsole, poinformował o zawarciu 4 umów wydawniczych na konsolę Nintendo Switch. Jeszcze w 2021 na japońskiej konsoli ukażą się wysoko oceniane tytuły: Badland Game of the Year Edition, Tiny Lands, Cultist Simulator oraz edukacyjna produkcja Momolu and Friends

– Wszystkie 4 gry posiadają duży potencjał sprzedażowy na Nintendo Switch. Każda z gier jest całkowicie odmienna, a wszystkie doskonale uzupełniają portfolio QubicGames. Dobierając kolejne produkty staramy się rozbudować bazę tytułów o unikalne gry, które do tej pory nie były dostępne na konsoli Nintendo i zdobyły uznanie graczy na innych platformach – komentuje Jakub Pieczykolan, prezes spółki.

Najbardziej rozpoznawalną grą jest Badland: Game of the Year Edition, którego premiera planowana jest na przełom Q2 i Q3 2021. Najważniejszą nagrodą zdobytą przez grę jest Apple iPad Game of the Year 2013 a tytuł otrzymał aż 3 nominacje do prestiżowych nagród związanych ze światem gamingu – BAFTA. Ponadto, tytuł zdobył nagrody na wydarzeniach takich jak – Nordic Game Winner, Game Connection Europe, IMGA, Tabby Awards, czy 18th Satellite Awards

–  Badland: Game of the Year Edition jest piękną i wymagającą grą zręcznościową, która zdobyła dziesiątki nagród na ważnych konferencjach gier Indie. Ta przygodowa gra platformowa z rozgrywką opartą na fizyce osadzonej w oszałamiająco nastrojowych, ręcznie malowanych grafikach jest jedną z najbardziej utytułowanych gier, jakie QubicGames posiada w swoim portfolio wydawniczym – kontynuuje Pieczykolan.

Ponadto, spółka będzie odpowiedzialna za dystrybucję gry Tiny Lands na terenie Europy, Ameryki Północnej, Azji i Australii oraz Cultist Simulator na terenie Japonii. Produkcje zadebiutują w Q2 2021. Oba tytuły zebrały wysokie oceny na platformie Steam – odpowiednio 92% i 82% pozytywnych recenzji.

– Tiny Lands to wciągająca gra logiczna polegająca na szukaniu różnic na poszczególnych etapach, którą wyróżnia ciekawy i klimatyczny soundtrack oraz urocza sceneria gry. Natomiast Cultist Simulator to popularna gra karciana, w której gracz pełni rolę przywódcy tajemnego kultu. Gra jest już dostępna Nintendo Switch na terenie Europy i Ameryki Północnej, a zadaniem QubicGames będzie wydanie gry na jednym z kluczowych dla tej konsoli rynku japońskim – kończy prezes.

Ostatnia zapowiedziana gra QubicGames nosi tytuł Momolu and Friends. Jest to gra edukacyjna dla młodszych dzieci, której wyznacznikami są wspaniała grafika dostosowana do wieku graczy oraz rozwijające mini gry logiczne. Ponadto zapewnią najmłodszym odbiorcom wspaniałą rozrywkę połączoną z nauką słów, cyfr, kolorów i dźwięków. Premiera gry jest planowana na przełom drugiego i trzeciego kwartału, a sama gra perfekcyjnie wpasowuje się w część działalności związanej z Family Entertainment.

Bilans roku pracy z COVID-19

Mija 12 miesięcy od pojawienia się koronawirusa w Polsce. Jak pracownicy i kandydaci postrzegają rynek pracy po roku „nowej normalności”? Jak ich postawy zmieniały się w trakcie pandemii? O tym mówimy w najnowszym raporcie Pracuj.pl. Choć stopniowo maleje liczba osób obawiających się o utratę pracy, aż 7 na 10 badanych uważa, że pandemia wprowadziła nieodwracalne zmiany na rynku. Nie powstrzymuje ich to jednak przed mobilnością zawodową – aż 9 na 10 respondentów jest gotowych przyjąć oferty zmiany pracodawcy.

Rok nowej normalności

4 marca 2020 roku uznawany jest za oficjalny początek pandemii koronawirusa w Polsce. W następnych dniach wiele firm w Polsce podejmowało decyzje o przeniesieniu się do modelu pracy zdalnej, w którym część pracodawców pozostaje aż do dziś. Rok z pandemią COVID-19 niewątpliwie nieodwracalnie zmienił wiele sfer naszego życia – ze szczególnym uwzględnieniem życia zawodowego.

Chcąc podsumować minione 12 miesięcy, zespół Pracuj.pl przygotował raport „Rok nowej normalności. Pracownicy i kandydaci o rewolucji na rynku pracy”. To już trzecia edycja badania przeprowadzanego wśród użytkowników portalu – poprzednie przeprowadzono w maju i październiku ubiegłego roku. W pierwszej odsłonie wyników badań przedstawiamy, jak pracownicy i kandydaci postrzegają miniony rok, jego wpływ na własną sytuację zawodową, a także jak oceniają perspektywy najbliższej przyszłości. Pytamy także o gotowość na zmianę pracodawców i kluczowe atuty, jakie mogą przyciągać badanych do nowych miejsc pracy.

Raport Pracuj.pl z jednej strony pokazuje, że pracownicy coraz bardziej przyzwyczajają się do nowych reguł i zmienionych okoliczności. Ciekawie prezentuje także sposoby patrzenia na świat pracy przez badanych w trzech różnych etapach pandemii. Jednocześnie jednak wskazuje, że jesteśmy coraz bardziej świadomi faktu, iż powrotu do sytuacji sprzed COVID-19 nie ma. Zmiany zostaną z nami na stałe, na dobre i na złe – komentuje Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl.

Wpływ COVID-19 na sytuację zawodową

Choć wzrost bezrobocia rejestrowanego jest zdecydowanie niższy od prognozowanego na początku pandemii koronawirusa, nie pozostaje on niestety bez negatywnego wpływu na życie Polaków w pracy. Aż połowa respondentów Pracuj.pl deklaruje, że ich sytuacja zawodowa jest gorsza niż w marcu 2020 roku. Gospodarcze konsekwencje COVID-19 odbijały się na części pracowników w postaci m.in. obniżek pensji, większego napięcia zawodowego, niepewności.

Według badań Pracuj.pl nieco ponad jedna czwarta (26,5%) zatrudnionych respondentów przyznaje, że ich obawy o wpływ pandemii na ich pracę są obecnie większe niż na początku „nowej normalności”. To mniejsza grupa niż ta, w której obawy w tym czasie zmalały – deklaruje to co trzeci z badanych (33%). Największa grupa deklaruje natomiast, że poczucie niepewności utrzymuje się na stałym poziomie – taką opcję wybrało 40,5% respondentów.
wpływ pandemii na pracę

Warto zauważyć, że zatrudnieni badani częściej wyrażają obawę dotyczącą zmiany obecnych warunków zatrudnienia na gorsze (40%) – niż o bezpośrednią utratę pracy (31%) w konsekwencji pandemii. Wyniki te można przyjmować z optymizmem – w przypadku obu kwestii udział osób wyrażających niepewność znacząco zmalał w stosunku do marca i września 2020.

Wpływ COVID-19 na sytuację zawodową

Przyszłość oczami pracowników

Szczególnie ciekawe obserwacje przynoszą opinie wyrażane przez respondentów na temat przyszłości rynku pracy. Przede wszystkim należy zauważyć dość powszechną świadomość dotyczącą długofalowych konsekwencji pandemii, wykraczających poza najbliższą perspektywę. Aż 73% badanych uważa, że po opanowaniu pandemii jeszcze przez kilka lat będzie ona wpływać na dostępne na rynku oferty pracy.

W stosunku do pierwszych miesięcy pandemii pracownicy są bardziej świadomi złożonego wpływu roku z COVID-19 na gospodarkę. Z jednej strony obecna sytuacja daleka jest od czarnych scenariuszy z początku pandemii, z drugiej – w niektórych dziedzinach nieodwracalnie przeobraża świat zawodowy. Według aż 72% badanych rok pandemii wprowadził na stałe zmiany w sposobach pracy.

Z różnorodnych badań wynika, że pracownicy są świadomi nieodwracalnych zmian, które zachodzą w świecie pracy. Nie zawsze wiedzą jednak, jak się w nich odnaleźć. W tym zakresie istotną rolę mogą odegrać pracodawcy, zarówno obecni, jak i przyszli. To pracodawca może ułatwić przedłużającą się pracę zdalną lub przestrzeganie reżimu sanitarnego. Wiele firm podejmuje decyzje np. o umożliwieniu pracownikom pracy zdalnej w przyszłości także po pandemii, które nie tylko wpłyną na ich atrakcyjność jako pracodawcy, ale też będą miały długofalowe skutki dla całego rynku – komentuje Małgorzata Skonieczna, ekspertka ds. Badań Kandydatów w Grupie Pracuj.

przyszłość rynku pracyW obliczu różnorodnych komplikacji związanych z sytuacją pandemiczną czy programami szczepień trudno się dziwić, że tylko 37% badanych spodziewa się opanowania COVID-19 do końca 2021 roku i powrotu większości pracowników do modelu wykonywania obowiązków dominującego przed jej wybuchem. Podobnie, jak wybrzmiewa to w prognozach wielu ekspertów – pandemia w mniejszym lub większym stopniu prawdopodobnie będzie wpływać na świat pracy w perspektywie dłuższej, niż kilka następnych miesięcy.

(Niemal) wszyscy gotowi na zmianę

Doświadczenia pandemii nie zmniejszają, a wręcz zwiększają gotowość Polaków do zmiany pracy” – tak pisali analitycy Pracuj.pl w raporcie „Pół roku nowej normalności”. To zdanie jest nawet bardziej aktualne w rocznicę wybuchu pandemii. Aż 91% respondentów uczestniczących w najnowszym pomiarze jest otwartych na zmianę pracy, jeśli dostaną ciekawą ofertę – co stanowi wzrost aż o 14% w stosunku do początku pandemii i o 8% w stosunku do okresu startu jej drugiej fali.

W trzech kolejnych pomiarach w okresie pandemii systematyczne rosła liczba respondentów posiadających pracę, którzy są bardziej gotowi na nowe propozycje niż przed pandemią (63% badanych w lutym 2021), a także tych którzy bardziej aktywnie przeglądają dostępne oferty pracy (53% badanych w lutym 2021). Co szczególnie ważne, 4 na 10 pracujących badanych deklaruje, że zastanawiają się nad zmianą zawodu lub specjalizacji (40,5%).
zatrudnieni o rynku pracy

Minione 12 miesięcy przypomniało wielu z nas, że praca nie jest czymś danym na zawsze. Z opinii badanych wynika, że większość z nich ma świadomość konieczności reagowania na zmiany na rynku pracy, także np. poprzez przekwalifikowanie. W minionym roku użytkownicy Pracuj.pl wysłali ponad 33 mln aplikacji o pracę, co było wynikiem wyraźnie lepszym niż w 2019 roku. Rosła aktywność kandydatów pod ofertami pracy w branżach, które rosły w pandemii, np. IT czy ecommerce. Wielu kandydatów czeka trudny proces poszukiwania pracy w branżach, które mogą być dla nich w przyszłości bezpieczną, bardziej stabilną przystanią – komentuje Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Capabilities Development Manager w Grupie Pracuj.

Bezpieczeństwo wciąż w cenie

Bardzo zbliżone do odnotowanych we wrześniu 2020 są kluczowe atuty ofert pracodawców, wskazywane przez badanych. Badacze zapytali respondentów o to, co zachęciłoby ich do przyjęcia oferty w obecnych okolicznościach. Na czele oczekiwań utrzymuje się propozycja wyższego wynagrodzenia (72%), a za nim – stabilne i bezpieczne zatrudnienie. (57%). Wyniki potwierdzają, że bezpieczeństwo stanowiska w czasach pandemii stało się bardzo ważnym atutem ofert.

Trzecie miejsce na piramidzie zachęt zajmuje stabilna pozycja samej firmy (37%) – jednak ten aspekt stopniowo tracił na znaczeniu w każdym z trzech pomiarów i w najnowszym badaniu tylko nieznacznie wyprzedził ciekawy zakres oferowanych obowiązków (36%) i możliwość awansu na wyższe stanowisko (35%).
co zachęciłoby ich do przyjęcia oferty w obecnych okolicznościach

Oferty mocne mimo pandemii

Jak opinie o roku z COVID-19 przedstawiają się na tle aktywności pracodawców? Jak podają analitycy Pracuj.pl, na portalu między styczniem i grudniem 2020 zamieszczone zostały 542 593 oferty pracy. Dane wskazują na łagodniejszy spadek liczby ogłoszeń na portalu, niż prognozowany na początku pandemii koronawirusa przez część specjalistów ds. rynku pracy i HR. Jak zauważył Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl, wynik był nadspodziewanie dobry, choć bezprecedensowy spadek popytu na rekrutację w II kwartale 2020 stanowił dla rynku rekrutacji bardzo trudną i ważną lekcję.

Ignacy Morawski: Dopóki prognozy inflacji pokazują poziom między 2 a 4 proc., zagrożenia dla gospodarki nie ma. Ale będzie to uwierać konsumentów

Ostatnie dane z Eurostatu za styczeń 2021 roku pokazały, że w Polsce poziom cen rośnie najsilniej w Unii Europejskiej. To efekt dynamicznego wzrostu wynagrodzeń i intensywnej pomocy budżetowej dla firm w obliczu pandemii. Zdaniem ekonomisty Ignacego Morawskiego inflacja na poziomie między 2 a 4 proc. nie stanowi zagrożenia dla gospodarki. Na razie nie widać więc powodu do podwyżek stóp procentowych.

– Pierwszy, najbardziej ogólny powód, dlaczego inflacja w Polsce jest wyższa niż średnio w UE, jest taki, że jesteśmy gospodarką bardziej dynamiczną. Mamy wyższy wzrost wynagrodzeń, a w związku z tym też wyższy wzrost cen. I kryzys nie zaburzył tego trendu – mówi agencji Newseria Biznes Ignacy Morawski, dyrektor SpotData, główny ekonomista „Pulsu Biznesu”. – W Polsce PKB w zeszłym roku miało wyższą dynamikę niż średnio w Unii Europejskiej, a jednocześnie wynagrodzenia rosły w dość szybkim tempie, więc generalna sytuacja ekonomiczna sprzyja inflacji. Drugi powód jest taki, że skala pomocy budżetowej dla firm w Polsce była bardzo duża, większa niż średnia dla krajów Unii Europejskiej w relacji do wielkości gospodarki.

Według wstępnego szacunku Głównego Urzędu Statystycznego produkt krajowy brutto (PKB) w 2020 roku był realnie niższy o 2,8 proc. w porównaniu z 2019 rokiem. Podobnego spadku polska gospodarka doznała w IV kwartale roku w ujęciu rocznym. Dla porównania w całej Wspólnocie PKB spadł w tym czasie o 4,8 proc., zaś w strefie euro – o 5,0 proc. W najtrudniejszym II kwartale roku 2020 polska gospodarka skurczyła się o 8,0 proc., zaś unijna – o 13,9 proc. Jednocześnie przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw było w styczniu 2021 roku o 4,8 proc. wyższe niż rok wcześniej, jeszcze przed pandemią.

– Firmy nie musiały tak zażarcie walczyć o każdego klienta, obniżając ceny, wręcz przeciwnie, mogły te ceny utrzymywać na podwyższonym poziomie – wskazuje Ignacy Morawski. – Wreszcie trzecia przyczyna, dlaczego inflacja w Polsce jest wyższa niż średnio w Unii Europejskiej, to różne zmiany regulacyjne, np. na rynku przetwarzania odpadów, które podnoszą koszty wywozu śmieci. Jest więc kilka czynników, które sprawiają, że inflacja w Polsce jest podwyższona i na pewno wiele gospodarstw domowych to odczuwa.

Według pozwalającej na porównania metodologii Eurostatu zharmonizowana inflacja w styczniu wyniosła w Polsce 3,6 proc. i była najwyższa w Unii Europejskiej. W całej Wspólnocie ceny rosły w tempie trzykrotnie wolniejszym – o 1,2 proc., natomiast w całej strefie euro – o 0,9 proc. Na drugim krańcu skali znalazła się Grecja ze spadkiem cen o 2,4 proc.

Z kolei inflacja mierzona według metodologii GUS ostatnio, czyli w styczniu 2021 roku, wynosiła 2,7 proc. Cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego, czyli poziom, na którym bank centralny chce utrzymywać inflację w dłuższym okresie, wynosi 2,5 proc. z dopuszczalnymi wahaniami o +/-1 punkt procentowy. W ciągu ostatnich dwóch lat tylko w ciągu pięciu miesięcy zostały one przekroczone: w styczniu i lutym 2019 roku in minus, a w pierwszym kwartale 2020 roku in plus.

Moim zdaniem mamy w Polsce inflację na dobrym poziomie. Rozumiem, że dla części osób ona jest za wysoka, ale generalnie z punktu widzenia stabilności gospodarki lepiej mieć taką inflację niż taką, jaką ma strefa euro, gdzie jest ona prawie zerowa – ocenia dyrektor SpotData. – Jeżeli wynagrodzenia w Polsce będą rosły szybko, w tempie 5–7 proc., to inflacja raczej nie spadnie. A do tego dochodzą jeszcze oczekiwania inflacyjne przedsiębiorców i konsumentów. Jeżeli te oczekiwania są wysokie, to wtedy firmy same są skłonne podnosić ceny. To jest scenariusz samorealizującej się przepowiedni. Wydaje mi się, że te dwa czynniki sprawią, że inflacja w Polsce raczej nie spadnie w tym roku.

Ekspert podkreśla, że optymalna, dobra dla gospodarki inflacja oscyluje wokół 2–3 proc., co oznacza systematyczny wzrost cen. Ze względu na dużą skalę pomocy dla firm w gospodarkę zostało wpompowane dużo nowego potencjału popytowego, co może skutkować nagłym wzrostem konsumpcji, a więc i cen. Zdaniem Ignacego Morawskiego nie należy jednak oczekiwać wybuchu inflacji do poziomu np. 5 proc.

Dopiero jeśli Narodowy Bank Polski w swoich analizach dojdzie do wniosku, że jest ryzyko, że w perspektywie roku inflacja wyniesie 4–5 proc., może zdecydować się na podniesienie stóp procentowych. Na razie jednak większość Rady Polityki Pieniężnej jest nastawiona „gołębio”, czyli bardziej skłania się ku obniżaniu niż podwyższaniu poziomu stóp.

W większości rozwiniętych krajów świata inflacja jest raczej za niska, a nie za wysoka. My jesteśmy w dość wyjątkowej sytuacji, bo u nas inflacja jest powyżej celu banku centralnego, a w większości krajów rozwiniętych jest poniżej – mówi Ignacy Morawski. – Tam banki centralne skupiają się najbardziej na tym, żeby wspierać rządy w stymulacji fiskalnej gospodarki. Chodzi o to, żeby pandemia nie zabiła trwale miejsc pracy i nie doprowadziła do upadku setek tysięcy firm. W tym momencie na świecie dziś nikt się nie przejmuje ryzykiem inflacji. To się może zmienić za pół roku, jak pandemia minie, ale dziś to nie jest problem.

Trwają negocjacje umowy społecznej między rządem a górnikami. Na wypracowanie porozumienia potrzebne jest kilka tygodni

Rząd i górnicze związki zawodowe pracują nad kształtem umowy społecznej w sprawie wsparcia likwidacji górnictwa. – Potrzebujemy co najmniej kilku tygodni, by wypracować formułę, która będzie do zaakceptowania przez obie strony, ale także Komisję Europejską – mówi odpowiedzialny za te negocjacje wiceminister Artur Soboń. Jak podkreśla, ustawowe gwarancje zatrudnienia oczekiwane przez stronę społeczną są nie do zrealizowania. Podobnie jak powrót do koncepcji budowy bloku węglowego w Ostrołęce.

We wrześniu 2020 roku rząd i strona społeczna porozumiały się co do harmonogramu likwidacji górnictwa węgla kamiennego w Polsce.

– Wtedy też rozpoczęły się prace, najpierw w ramach spółek górniczych w grupach, które tworzyli przedstawiciele pracodawców i związki zawodowe, ale także w gronie ekspertów w zakresie pomocy publicznej czy czystych technologii węglowych. Rekomendacje tych zespołów posłużyły do tego, aby przygotować projekt rządowy i projekt strony społecznej – mówi agencji Newseria Biznes Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych. – Nad tymi projektami w tej chwili pracujemy, ustalając precyzyjnie, jak te zapisy w poszczególnych kwestiach powinny wyglądać.

Mimo wstępnego porozumienia wciąż wiele kwestii pozostaje spornych. Jednym z nich jest kwestia gwarancji zatrudnienia do emerytury, która miałaby być zapisana w ustawie.

Jako strona rządowa uważamy, że propozycje związków zawodowych w tym zakresie są nie do zrealizowania. Nawet gdybyśmy je tak zapisali, to nie byłoby zgodne z Konstytucją i mogłoby być dość łatwo podważone – mówi wiceminister aktywów państwowych.

Bezpieczeństwo pracowników sektora górniczego to jedna z podstawowych kwestii planowania sprawiedliwej transformacji Śląska. Chodzi o zapewnienie części z nich – która nie będzie mogła lub chciała odejść z górnictwa – możliwości pracy do emerytury, a pozostałym – osłon socjalnych, które pozwolą na wcześniejsze emerytury lub przekwalifikowanie się. Zdaniem wiceministra tego typu gwarancje lepiej tworzyć na poziomie konkretnego pracodawcy, a nie ustawy.

– Są także pomysły dalece wykraczające poza dzisiejsze rozwiązania z prawa pracy, czyli np. pokrycie z budżetu państwa różnicy w wynagrodzeniach przy wyjściu z górnictwa i pracy u innego pracodawcy – mówi sekretarz stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych. – Podczas rozmów padają również propozycje, jak choćby budowa bloku opartego na węglu kamiennym w Ostrołęce. To są konstrukcje, co do których strona społeczna ma swoje aspiracje i oczekiwania, ale nie będzie się upierać, gdyż one albo są przesądzone, tak jak sprawa bloku Ostrołęka C, albo są po prostu nierealne.

Już w 2021 roku zamknięta ma być kopalnia Pokój, gdzie wyczerpują się zasoby surowca. Także w tym roku rozpocznie się likwidacja kopalni Wujek, z tym że w innej formie – poprzez jej połączenie z kopalnią Murcki-Staszic, która zakończy działalność w roku 2039. W 2023 roku zostaną połączone rudzkie kopalnie Bielszowice i Halemba, a powstały w ten sposób zakład zostanie zlikwidowany w roku 2034. Jako ostatnie zamknięte zostaną rybnickie kopalnie ROW – ruch Rydułtowy w 2043 roku, Marcel w 2046 roku, a Chwałowice i Jankowice w roku 2049.

Potrzebujemy jeszcze co najmniej kilku tygodni, aby wypracować taką formułę, która będzie do zaakceptowania nie tylko przez rząd i stronę społeczną, ale także m.in. przez marszałka województwa śląskiego i te samorządy, które będą reprezentować wymiar lokalny tego porozumienia – mówi Artur Soboń. – Rozmawiamy także o tym, w jaki sposób skonstruować wniosek prenotyfikacyjny i notyfikacyjny do Komisji Europejskiej.

Zgodnie z przyjętym 25 września 2020 roku porozumieniem ostatnia tona węgla ma wyjechać z polskich kopalń w 2049 roku. Jest to szacunek oparty nie tylko na założeniu sprawiedliwej transformacji uwzględniającej interesy górników, lecz również na prognozach dotyczących zapotrzebowania na węgiel i bezpieczeństwa energetycznego kraju.

Dzisiaj i w najbliższych latach podstawą zasilania polskiej energetyki jest i będzie węgiel. Będzie on miał coraz mniejszy udział w energetyce, ciepłownictwie czy przemyśle, ale ten udział cały czas będzie, nawet po roku 2040 – mówi wiceminister aktywów państwowych. – Trzecia rzecz to transformacja Śląska, bo ten region będzie w największym stopniu dotknięty tą zmianą, jaką jest wygaszanie produkcji węgla kamiennego w Polsce.

Z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że w Polsce węgiel kamienny lub brunatny produkuje się w siedmiu województwach, ale wydobycie koncentruje się w dwóch – śląskim (55 mln z 64 mln ton węgla kamiennego) i łódzkim (41 mln z 53 mln ton węgla brunatnego). Wśród powiatów najbardziej wrażliwych na transformację energetyczną eksperci PIE wymieniają m.in. Jastrzębie-Zdrój, Bytom, Zabrze i Rudę Śląską. W przypadku pierwszego z nich wyzwaniem jest wysoki poziom zatrudnienia w górnictwie w stosunku do ogółu pracujących. W przypadku Bytomia i Zabrza zagrożenie wiąże się przede wszystkim z czynnikami społecznymi oraz niskim poziomem rozwoju gospodarczego. We wszystkich trzech powiatach na pogorszenie wskaźników społeczno-gospodarczych wpływ miała dokonana lub rozpoczęta likwidacja kopalni. Jako powiaty najbardziej odporne na efekty transformacji autorzy raportu wskazują Gliwice, Katowice i Jaworzno. Regiony te nie ucierpiały znacząco na likwidacji kopalń, ich struktura gospodarcza jest zdywersyfikowana, a udział pracowników kopalń w relacji do ogółu pracujących jest relatywnie niewielki.

Zależy nam na tym, aby uruchomić wszystkie możliwe fundusze na transformację Śląska, ale to też wymaga czasu. Aby stworzyć nowe miejsca pracy, potrzeba i kapitału, i czasu, i zaangażowania. To wszystko sprawia, że perspektywa czasowa, jaką uzgodniliśmy ze stroną społeczną, jest z jednej strony realna, z drugiej strony gwarantuje to, że jesteśmy w stanie spełnić warunki bezpieczeństwa pracowników, bezpieczeństwa energetycznego państwa i sprawiedliwej transformacji – ocenia Artur Soboń.

Na transformację energetyczną ma trafić co najmniej 37 proc. środków w ramach instrumentu Next Generation EU. Ponadto do rozdysponowania jest 17,5 mld euro z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji oraz środki w ramach Funduszu Modernizacyjnego.

Biedronka otworzy w Polsce kolejne 100 nowych sklepów i zapowiada nową aplikację mobilną

Pandemia nie zatrzymała rozwoju sieci Biedronka, która otworzy w tym roku około 100 sklepów i zamierza postawić większy akcent na cyfryzację, m.in. uruchamiając nową aplikację mobilną. Mimo pandemii i zmiany nawyków konsumenckich sieć handlowa odnotowała w zeszłym roku wzrost sprzedaży i zysków – poinformowała grupa Jeronimo Martins.

Pandemia postawiła nowe wyzwania przed branżą handlu detalicznego. Po pierwsze, zmieniła zwyczaje zakupowe Polaków – począwszy od tego, jakie produkty wybierają, a skończywszy na tym, jak często i jak duże robią zakupy. Kryzys związany z COVID-19 odbił się też negatywnie na sytuacji finansowej konsumentów. Zmniejszenie dochodów, wzrost bezrobocia i ogólny brak stabilności skłoniły wielu z nich do zmniejszenia wydatków. Dodatkowym wyzwaniem była logistyka i organizacja pracy sklepów w czasie wprowadzanych przez rząd obostrzeń, takich jak konieczność zachowania ścisłego reżimu sanitarnego i ograniczenia w przepływie klientów.

– Sprostaliśmy trudnym okolicznościom i byliśmy tak blisko naszych klientów, pracowników i dostawców – zwłaszcza drobnych producentów, dostarczających produkty pierwszej potrzeby – jak jeszcze nigdy wcześniej. W 2021 rok wchodzimy ze wzmocnionym przekonaniem, że sieci należące do naszej grupy umieją szybko i skutecznie reagować na wyzwania związane z pandemią – powiedział podczas konferencji prasowej Pedro Soares dos Santos, prezes zarządu grupy Jeronimo Martins. – Pozostaliśmy liderem rynku, cen i kosztów.

Szereg rynkowych trudności nie zachwiał pozycją sieci Biedronka, która w 2020 roku odnotowała wzrost zarówno sprzedaży, jak i zysków – pokazują wyniki opublikowane przez jej właściciela, portugalską grupę Jeronimo Martins. W ubiegłym roku sklepy tej sieci odwiedzało średnio ok. 4 mln klientów dziennie. Biedronka zwiększyła sprzedaż do poziomu 13,5 mld euro (59,8 mld zł), co stanowiło wzrost o 6,7 proc. w euro i o 10,4 proc. w złotych. Z kolei EBITDA (zysk przed potrąceniem podatków, odsetek od kredytów itp.) wzrosła do 1,25 mld euro, notując poprawę o 9,3 proc. w złotych. Oznacza to, że w ubiegłym roku Biedronka wypracowała prawie 70 proc. całkowitej sprzedaży Jeronimo Martins i aż 88 proc. EBITDA portugalskiej grupy. Udział sieci w polskim rynku wzrósł o 1,6 pkt proc., do 25,7 proc. W ponad 1100 sklepach sieci funkcjonuje również już aż 3750 kas samoobsługowych.

Jak ocenia prezes Jeronimo Martins, w tym roku będzie możliwe utrzymanie przez Biedronkę marży EBITDA pomimo presji wynikającej z wprowadzenia od stycznia br. podatku handlowego.

– Ten podatek nie jest dla nas zaskoczeniem. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później się pojawi i przygotowywaliśmy się do tego – mówił Pedro Soares dos Santos.

Sieć Biedronka szybko zareagowała na pandemię, wydłużając godziny pracy swoich sklepów i uruchamiając dostawy zakupów do domu we współpracy z partnerem logistycznym Glovo. Na koniec 2020 roku usługa dostępna była już w 28 miastach Polski – nie tylko w dużych aglomeracjach takich jak Warszawa, Poznań, Wrocław czy Trójmiasto – lecz także w tych mniejszych jak Kielce czy Opole.

– Jesteśmy zadowoleni z partnerstwa, które rozwijamy z Glovo. Jako sprzedawcy detaliczni skupiamy się na sklepach stacjonarnych, ale prawdą jest, że ewolucja społeczeństwa i potrzeby młodego pokolenia zwiększają możliwości w kanale online’owym – wskazał Luis Araujo, dyrektor generalny sieci Biedronka. – Chcemy rozwijać tę usługę na kolejne obszary i uatrakcyjniać asortyment dostępny online. Liczba zamówień wzrasta, ale rośnie również nasza wydajność w tym zakresie.

Biedronka zamierza postawić na większą cyfryzację, żeby zwiększyć efektywność swojego modelu biznesowego. Sieć wprowadzi m.in. nową wersję aplikacji mobilnej, w której będzie dostępna cyfrowa wersja karty Moja Biedronka. Dziś korzysta z niej już ponad 10 mln użytkowników.

– Polski konsument jest wymagający, podchodzący z zaufaniem do marek własnych i wrażliwy na ceny. Dlatego najważniejsze jest teraz dla nas wzmocnienie naszej pozycji, oferty i oczywiście postęp w cyfryzacji firmy, napędzanie projektów transformacyjnych, żeby wzmocnić nasz model biznesowy i zbliżyć się do klientów – mówił Luis Araujo.

Mimo ogólnorynkowych trudności w zeszłym roku grupa Jeronimo Martins nie wstrzymała też inwestycji w rozwój Biedronki. W tym okresie zainwestowała w sieć 302 mln euro, poddając modernizacji 267 sklepów i otwierając 129 nowych. W efekcie ich całkowita liczba wzrosła już do 3115. Na Biedronkę przypadło aż 2/3 (ponad 64 proc.) wszystkich inwestycji w ramach całej grupy.

Podobnie będzie też w tym roku, bo Jeronimo Martins planuje nakłady inwestycyjne w wysokości ok. 700 mln euro, z czego 60 proc. będzie przeznaczone właśnie na rozwój Biedronki. JM zamierza otworzyć około 100 nowych sklepów tej sieci (50 standardowych i 50 małoformatowych) oraz zmodernizować ok. 250–300 kolejnych.

Biedronka to największy biznes grupy Jeronimo Martins, do której należą m.in. sieci handlowe: Pingo Doce w Portugalii,  Ara w Kolumbii oraz drogerie Hebe w Polsce.

Nawet 5 proc. populacji nigdy nie zachoruje na COVID-19. Polscy naukowcy szukają genu, który odpowiada za odporność na tę chorobę oraz jej przebieg

Efektem projektu badawczego „Odporni na COVID” ma być tani i dostępny test, który pozwoli sprawdzić, czy zakażenie koronawirusem będzie poważnym zagrożeniem dla zdrowia lub życia konkretnej osoby. Test umożliwi również wskazanie osób genetycznie opornych na zakażenie SARS-CoV-2. To może być między 1 a 5 proc. społeczeństwa. – Zakończyliśmy już rekrutację uczestników badania i przeanalizowaliśmy około 30 proc. danych. Pierwszych rezultatów projektu spodziewamy się w czerwcu – zapowiada dr Paweł Zawadzki, prezes spółki MNM Diagnostics, która realizuje projekt wraz z Centralnym Szpitalem Klinicznym MSWiA w Warszawie.

Naukowcy przekonują, że stworzenie szybkiego i taniego testu diagnostycznego na odporność lub określającego przebieg choroby może realnie przyczynić się do opanowania wirusa SARS-CoV-2 w Polsce i na całym świecie. Taki test umożliwi m.in. precyzyjne wskazanie tych osób, które w przypadku zakażenia koronawirusem będą potrzebować hospitalizacji i sprzętu medycznego ratującego życie. Przeprowadzony wśród pracowników służby zdrowia pomoże szybko wytypować te osoby, które nie powinny kontaktować się z chorymi na COVID-19. Z drugiej strony test pomoże również ustalić osoby genetycznie odporne na koronawirusa, które będą mogły bezpiecznie pracować na oddziałach zakaźnych.

Część populacji, najprawdopodobniej między 1 a 5 proc., nigdy nie zachoruje na COVID-19, pewna grupa osób przejdzie chorobę lekko, a inni ciężko. To zjawisko rodzi pytanie naukowe, dlaczego pewna grupa osób, które miały kontakt z chorymi, się nie zaraża. Szukamy odpowiedzi na to pytanie w genetyce. Zdecydowaliśmy się zebrać odpowiednio dużą grupę ludzi, którzy mimo częstego kontaktu z chorymi nigdy się nie zarazili. Badamy materiał genetyczny od tych osób i szukamy takich zmian, które są obecne u nich, a nie ma ich u osób, które się zarażają – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Paweł Zawadzki, prezes spółki MNM Diagnostics i Polskiego Centrum BioBankowania.

Jak podkreśla, znalezienie tego genu pozwoli lepiej zrozumieć mechanizm działania choroby na wielu płaszczyznach i sposób przenikania do organizmu. To z kolei powinno pomóc w walce z COVID-19.

– Gdyby się okazało, że za przenikanie wirusa do organizmu odpowiada receptor, który można skutecznie blokować i nie ma to żadnego wpływu na zdrowie pacjenta, to byłby przełom. W przypadku COVID-19 tak się akurat nie dzieje, ale to dość dobrze obrazuje nasze intencje. Jeżeli zrozumiemy, dlaczego niektórzy ludzie się nie zarażają, może się okazać, że w walce z COVID-19 znajdzie zastosowanie prosty lek, który jest pomocny w innej terapii. Punktem wyjścia jest jednak rozumienie tych mechanizmów – uściśla prezes spółki MNM Diagnostics.

W projekcie „Odporni na COVID” uczestniczy 1,2 tys. osób. Część z nich to pacjenci hospitalizowani w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA, w tym pacjenci z ciężkimi objawami. Z kolei pozostali przeszli zakażenie wirusem bezobjawowo lub nie zakazili się w ogóle mimo kontaktu z osobami zakażonymi, np. podczas wspólnej kwarantanny.

Zgłosiło się ponad 2 tys. osób, znacznie więcej, niż się spodziewaliśmy. Okazało się, że dla wielu osób jest to fascynująca przygoda i satysfakcja, że mogą uczestniczyć w dużym projekcie naukowym, który bada genomy tysiąca osób. Oddając swoje 1–2 mililitry krwi, mogą przyczynić się do wielkiego odkrycia, które być może uratuje tysiące ludzi – dodaje prezes Polskiego Centrum BioBankowania.

Analiza pobranych próbek już się rozpoczęła. Dzięki algorytmom sztucznej inteligencji naukowcy będą mogli porównać genomy uczestników badania, a w połączeniu z wiedzą o objawach i stanie zdrowia wyszukać te warianty genetyczne, które mogłyby dostarczyć wskazówek, jak ciężko dana osoba przeszła chorobę COVID-19. Na podstawie tak wytypowanych wariantów genetycznych zostanie zaprojektowany szybki test, którego wykonanie będzie możliwe niemal w każdym laboratorium. W ostatniej fazie badania skuteczność testu zostanie zweryfikowana na kontrolnej grupie osób.

Pierwszych rezultatów projektu „Odporni na COVID” spodziewamy się w czerwcu. Obecnie mamy już około 30 proc. przeanalizowanych danych i widzimy, że jesteśmy w stanie sprawdzać pewne hipotezy, które pojawiają się w literaturze. Informacje o tym, że pewne geny, które odziedziczyliśmy od neandertalczyka, mocno wpływają na to, jak przejdziemy chorobę COVID-19. To były dane, które były bardzo spekulacyjne, my już mogliśmy sprawdzić, czy ten gen neandertalczyka jest obecny w populacji polskiej. Otóż okazało się, że jest on obecny u 2 proc. naszej populacji, ale nie ma żadnego wpływu na to, jak przechodzimy zarażenie koronawirusem – wyjaśnia genetyk i zaznacza, że kluczowym elementem projektu będzie formułowanie i weryfikacja własnych hipotez badawczych.

Badacze mają również nadzieję, że przeprowadzone badania doprowadzą ich do odkrycia nowych możliwości terapeutycznych dla osób starszych z chorobami współistniejącymi, które są najbardziej narażone na ciężki przebieg choroby.

W 2025 roku ruszy budowa pierwszej prywatnej stacji kosmicznej. Amerykański start-up chce wytworzyć w kosmosie sztuczną grawitację

Świat wkracza w nową erę turystyki kosmicznej. NASA w styczniu 2022 roku otworzy Międzynarodową Stację Kosmiczną dla trzech turystów, których dostarczy rakieta SpaceX. Orion Span zaproponował czterogwiazdkowy hotel kosmiczny o nazwie Aurora Station, który ma przyjąć pierwszych gości w 2022 roku. Gateway Foundation, start-up z Kalifornii, planuje prawdopodobnie najbardziej ambitny projekt. W 2025 roku chce rozpocząć budowę prywatnej stacji kosmicznej Voyager ze sztuczną grawitacją. – To będzie kolejna rewolucja przemysłowa – przekonuje John Blincow, dyrektor generalny Gateway Foundation.

– Mija 60 lat, odkąd Jurij Gagarin jako pierwszy człowiek znalazł się na orbicie okołoziemskiej. Od tego czasu bardzo wiele się nauczyliśmy o tym, jak żyć, pracować i przetrwać w kosmosie, ale jednocześnie nie widzieliśmy do tej pory wysypu komercyjnych aktywności w komosie. Po pierwsze dlatego, że koszt wysłania rakiety w kosmos przez dłuższy czas utrzymywał się na poziomie 8 tys. dol. za kilogram ładunku. Obecnie, przy wykorzystaniu rakiety Falcon 9, można ten sam ładunek wysłać w cenie poniżej 2 tys. dol. Gdy SpaceX uruchomi Starship, koszt obniży się do nawet kilkuset dolarów za kilogram ładunku – mówił podczas konferencji prasowej Tim Alatorre, architekt w Gateway Foundation.

O turystyce kosmicznej mówi się już od dawna. W 2009 roku po raz ostatni rosyjska rakieta Sojuz wykonała turystyczny lot kosmiczny, zawożąc indywidualnych pasażerów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. W styczniu 2022 roku ma się odbyć kolejna turystyczna podróż na ISS, tym razem za sprawą rakiet SpaceX. Trzech śmiałków, którzy zapłacili po 71 mln dol., będzie pilotowanych przez byłego kosmonautę NASA. Także amerykański Orion Span ma w planach otwarcie czterogwiazdkowego hotelu kosmicznego o nazwie Aurora Station, który ma przyjąć pierwszych gości w 2022 roku. Firma przyjmowała już depozyty na rezerwację miejsc w wysokości 80 tys. dol., jednak cała podróż i pobyt to koszt rzędu 9,5 mln dol. Od pewnego czasu amerykańska firma nie dzieli się jednak aktualnościami.

Tymczasem inny amerykański start-up, Gateway Foundation, planuje jeszcze ambitniejszy projekt. Powołane przez firmę Orbital Assembly Corporation ogłosiło, że w 2025 roku ruszy budowa stacji Voyager, pierwszej komercyjnej stacji kosmicznej działającej na zasadzie sztucznej grawitacji. Cechą charakterystyczną stacji Voyager jest rama, kratownica zwana ORT z pierścieniem zewnętrznym, która zostanie zmontowana w przestrzeni za pomocą konstruktora STAR. Obecnie firma jest w trakcie finalizowania naziemnego demonstratora STAR, zmniejszonego o 40 proc., czyli DSTAR.

– Marzymy o przyszłości, w której będą budowane wielkie konstrukcje kosmiczne. Nie kilka, ale bardzo wiele. Zamierzamy tego dokonać, jednak potrzebujemy wsparcia finansowego, by ruszyć do przodu z pracami inżynierskimi, produkcją i testowaniem naszej pierwszej konstrukcji DSTAR  – mówi John Blincow, dyrektor generalny Gateway Foundation. – Następnie zbudujemy także latającą konstrukcję PSTAR, która zapewni pierścień grawitacyjny wokół Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Te dwa projekty pozwolą w przyszłości zbudować stację Voyager.

Robot OAC do montażu kratownic jest pierwszym, który zbuduje stację kosmiczną na niskiej orbicie okołoziemskiej i będzie służył, zgodnie z zapowiedziami, jako szkielet strukturalny przyszłych projektów kosmicznych. OAC przetestuje budowę stacji na niskiej orbicie okołoziemskiej, żeby udowodnić wykonalność stabilnej sztucznej grawitacji w kosmosie. Firma planuje zbudować prototypowy pierścień grawitacyjny, który będzie miał 61 metrów średnicy i zostanie zaprojektowany tak, aby obracał się w celu wytworzenia sztucznej grawitacji.

– Barierą jest mikrograwitacja, która jest brutalna dla naszego ciała. Potrzebujemy więc sztucznej grawitacji, mechanizmu, który dostarczy nam dawki grawitacji niezbędnej do długoterminowego przebywania w kosmosie – wskazuje Tim Alatorre.

Stacja Voyager jest wzorowana na koncepcjach wymyślonych przez legendarnego naukowca zajmującego się rakietami – Wernhera von Brauna. Szeroki na 200 metrów habitat w kształcie koła będzie się obracał z prędkością kątową na tyle dużą, aby stworzyć dla pasażerów poziom sztucznej grawitacji podobnej do tej panującej na Księżycu.

Voyager będzie największą konstrukcją kosmiczną wykonaną przez człowieka, w pełni wyposażoną, która będzie mogła przyjąć 400 osób. Montaż ma rozpocząć się około 2025 roku. Na stacji znajdą się liczne udogodnienia, od restauracji tematycznych, salonów widokowych, kin i sal koncertowych po bary, biblioteki, siłownie i spa. Voyager będzie zawierał 24 zintegrowane moduły mieszkalne.

– To będzie kolejna rewolucja przemysłowa – przekonuje John Blincow.

Przyspiesza cyfryzacja polskiej służby zdrowia. Powstaje centralna baza wszystkich przypadków nowotworów

Już za niewiele ponad rok w miejsce działającego od lat 50. Krajowego Rejestru Nowotworów ma powstać elektroniczny rejestr pod nazwą e-KRN+. To doskonała informacja dla lekarzy onkologów i pacjentów chorych na nowotwory. Dzięki cyfryzacji zbieranych od kilkudziesięciu lat informacji na temat przypadków chorób onkologicznych nowa platforma ułatwi kreowanie polityki onkologicznej w Polsce. Rejestr pozwoli na publiczny dostęp do danych pacjenta na poziomie centralnym, ale dane osobowe będą zanonimizowane. Eksperci i lekarze będą mieli łatwiejszy dostęp do danych w celu analizy profilaktyki leczenia, jak również epidemiologii.

– Celem wprowadzenia elektronicznego rejestru nowotworów jest scentralizowane miejsce, w którym dane będą wprowadzane w jednolity sposób ze wszystkich placówek w Polsce, co pozwoli na dostęp do informacji o wszystkich przypadkach nowotworów. Takie podejście pozwoli decydentom decydować, na jakich obszarach związanych z leczeniem onkologicznym w Polsce należy się skupić w danym momencie – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Konrad Taperek, architekt rozwiązań biznesowych w firmie S&T Poland.

KRN to Krajowy Rejestr Nowotworów. Jest to jeden z najstarszych rejestrów chorób prowadzonych w Polsce. Istnieje od lat 50. XX wieku, a w swoich zbiorach przechowuje informacje dotyczące stwierdzonych przypadków. Prognozy wskazują, że w 2025 roku liczba nowych zachorowań przekroczy 175 tys. rocznie, dlatego w II połowie 2022 roku dotychczasowa forma rejestru zostanie zastąpiona przez nową, cyfrową formę, tzw. Elektroniczny Krajowy Rejestr Nowotworów Plus, gdzie będą scentralizowane wszystkie informacje o nowotworach w Polsce.

– Budowa platformy e-KRN+ wymaga dużej interakcji z systemami szpitalnymi, ze szpitalami, które przechowują takie informacje, każdy w swoim systemie. Natomiast my chcemy z tych systemów pobierać te informacje i przekazywać do scentralizowanego źródła tak, aby była to informacja dostępna centralnie. Wyzwaniem podczas budowy tego systemu, na które zwracamy szczególną uwagę, są kwestie związane z bezpieczeństwem. Wiemy, że są to wrażliwe dane medyczne, więc dokładamy wszelkiej staranności, żeby ten aspekt był jak najuważniej traktowany – tłumaczy Konrad Taperek.

Rejestr ma pozwolić na dostęp do danych pacjenta na poziomie centralnym, do pełnej historii jego choroby i korelacji zdarzeń, które dokonywały się w jego historii leczenia onkologicznego. Dane przechowywane w rejestrze będą publiczne, jednak będą zanonimizowane.

– Dane przechowywane w rejestrze będą miały charakter formy publicznej, gdzie będą zanonimizowane, będą mieli do nich dostęp naukowcy, lekarze, a także inne osoby zainteresowane postępami pracy w obszarze onkologicznym. A z drugiej strony dostęp do nich będą mieli lekarze, oczywiście za zgodą pacjenta, gdzie jego historia i historia jego leczenia onkologicznego będzie dostępna jako historia leczenia w kolejnych miejscach – wskazuje ekspert.

Rejestr nowotworów to kolejny obszar, w jakim Polska będzie mogła się pochwalić cyfrowymi wdrożeniami. Jednym z powodów, dla których nasz kraj w ciągu ostatnich dwóch lat awansował w poziomie dostępu obywateli do informacji i usług publicznych za pośrednictwem technologii cyfrowych i telekomunikacyjnych z 31. na 9. miejsce w światowym rankingu ONZ, są m.in. inwestycje w służbie zdrowia. Cyfryzacja obszarów zdrowia w Polsce obejmuje m.in. e-recepty czy e-skierowania wystawiane przez lekarzy za pośrednictwem Internetowego Konta Pacjenta. eKRN+ będzie kolejnym krokiem w drodze do pełnej cyfryzacji służby zdrowia.

– Realizacja projektu i uruchomienie platformy zaplanowane jest na II kwartał 2022 roku. Na obecnym etapie zrealizowaliśmy analizę, przystępujemy do prac deweloperskich – wskazuje architekt rozwiązań biznesowych w firmie S&T Poland.

Stan rozwoju polskiej elektromobilności

Na koniec 2020 r. mieliśmy ponad 20 tys. samochodów eklektycznych i hybryd. Więcej niż w Indiach, Afryce czy Ameryce Południowej. W tym roku możemy wyprzedzić także Australię. Liczbę rejestracji aut elektrycznych powinny przyśpieszyć dopłaty.

Na koniec 2020 roku zarejestrowanych było w Polsce 20181 samochodów elektrycznych, z czego 9751 aut całkowicie na prąd i 10430 hybryd plug-in (z możliwością ładowania z gniazdka), jak wynika z danych CEPiK opublikowanych przez Samar. Niemal połowa (9996 szt.) ze zelektryfikowanych samochodów jeżdżących po polskich drogach została zarejestrowana w 2020 r., z czego aż 1855 szt. w grudniu.

To oznacza, że w 2020 r. dwa na sto samochodów rejestrowanych w Polsce miało możliwość ładowania z gniazdka. Wśród nich 83% wyjechało prosto z polskich salonów. W całym parku zelektryfikowanych aut jeżdżących po polskich drogach 72% aut zostało kupionych w polskich salonach, a 28% sprowadzonych z zagranicy. Te ostatnie głównie przez prywatnych właścicieli. Należy dziś do nich niemal co trzeci zelektryfikowany samochód w Polsce.

Nasza flota wypada blado w zestawieniu z globalnymi liderami. Na koniec 2020 roku w Chinach zarejestrowanych było już ok. 4,7 mln zelektryfikowanych aut, a USA ich liczba zbliżyła się do 2 mln szt. Daleko nam także do europejskich liderów. Niemcy rok zamknęły sumą ok. 650 tys. samochodów z wtyczką na drogach, z czego 395 tys. przybyło w samym 2020 roku. Po kilkaset tys. zelektryfikowanych samochodów na drogach maja też Francuzi, Norwegowie, Brytyjczycy i Holendrzy. A na świecie jeszcze Kanadyjczycy i Japończycy.

– Daleko nam do Niemiec, gdzie w ciągu tygodnia rejestruje się tyle samochodów elektrycznych co w Polsce w ciągu roku, to jednak należymy do klubu najbogatszych państw świata, w których elektromobilność rozwija się – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – W styczniu mieliśmy kolejny dynamiczny wzrost elektromobilności, a zmuszają do tego zaostrzające się unijne normy emisji.

Liczba zarejestrowanych e-samochodów jest w Polsce większa niż w całej Afryce czy Ameryce Południowej. Mam także więcej samochodów elektrycznych niż drugie najludniejsze państwo świata – liczące 1,4 mld obywateli Indie. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku pod względem liczy aut z wtyczką wyprzedzimy także Australię, która ma ok. 26 tys. takich aut na drogach, ale ich liczba rośnie wolniej niż w Polsce (w 2020 roku przybyło ok. 6 tys.).

W tym roku sprzedaż „elektryków” wesprzeć może start nowego programu dotacji do zakupu samochodów elektrycznych. Po porażce poprzedniego rząd wyciągnął wnioski i w tym roku dotacje będą przyznawane także przedsiębiorcom (wcześniej mogli je otrzymać tylko taksówkarze lub przedsiębiorcy planujący kupić dostawcze auta na prąd, ale pod warunkiem, że nie zajmowali się zawodowo dostarczaniem towarów).

– W tym roku zbliżymy się do liczby 35-40 tys. zarejestrowanych elektryków – komentuje B.Derski.

Dawid Zieliński zwycięzcą 18. edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku w kategorii Nowe Technologie /Innowacyjność

Prezes Zarządu i założyciel Columbus Energy – Dawid Zieliński, został laureatem 18. edycji prestiżowego konkursu EY Przedsiębiorca Roku w kategorii  Nowe Technologie/Innowacyjność. Wyniki ogłoszono podczas gali finałowej, która odbyła się 4 marca br.

Niezależne Jury konkursu spośród czterech finalistów w kategorii Nowe Technologie/Innowacyjność wybrało Dawida Zielińskiego jako zwycięzcę.

Przyznaliśmy nagrodę Dawidowi Zielińskiemu za wykorzystanie światowego megatrendu do błyskawicznej budowy dużej firmy będącej częścią zielonej gospodarki – powiedziała Izabela Olszewska, członek zarządu GPW w Warszawie wręczając nagrodę Dawidowi Zielińskiemu.

Ta nagroda jest dla mnie wielką nobilitacją. Nie chciałbym przyjmować jej w swoim imieniu, ponieważ tak naprawdę powinna być wręczona trzem tysiącom osób, czyli wszystkim pracownikom, współpracownikom, partnerom biznesowym Columbusa, i nie tylko, bo również Nexity, Columbus Elite, Saule Technology. Wszystkich serdecznie pozdrawiam i na wasze ręce tą nagrodę chciałbym przekazać. Bardzo dziękuję – skomentował Dawid Zieliński odbierając nagrodę.

Konkurs, organizowany przez EY, to jedyna międzynarodowa inicjatywa na tak dużą skalę, promująca najlepszych prywatnych przedsiębiorców na świecie. W Polsce odbywa się od 2003 r.

W konkursie nagradzani są właścicieli firm, managerowie, którzy wyróżniają się wizją, innowacyjnym myśleniem i sukcesami biznesowymi. Decyduje o tym niezależne jury, składające się z autorytetów ze świata biznesu oraz zwycięzców poprzednich edycji konkursu, w oparciu o sześć kryteriów: przedsiębiorczość, wyniki finansowe, strategia, działalność międzynarodowa, relacje z pracownikami i otoczeniem oraz nowe technologie.

W ścisłym finale 18. edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku znalazło się 15 przedsiębiorców z 12 firm, którzy rywalizowali o nagrody w trzech kategoriach: Produkcja i Usługi, Nowy Biznes oraz Nowe Technologie/Innowacyjność oraz o nagrodę główną.