Prawie 14,5 mln liczników energii do wymiany w ciągu najbliższych ośmiu lat. Inteligentne pomiary pomogą konsumentom oszczędzać prąd

Przed końcem 2028 roku u co najmniej 80 proc. końcowych odbiorców energii w Polsce mają zostać zainstalowane inteligentne liczniki pomiarowe. Takie jest założenie procedowanej właśnie w Sejmie nowelizacji ustawy Prawo energetyczne. Dziś takie liczniki ma niecałe 2 mln spośród 16,3 mln odbiorców. Dzięki tej wymianie pojawią się nowe możliwości zarządzania zużyciem energii i jej oszczędzania. Masowa instalacja inteligentnych liczników pociągnie za sobą także rozwój nowych usług dla odbiorców oraz operatorów systemów dystrybucyjnych.

 Harmonogram wymiany liczników na inteligentne jest dość ambitny, ale wynika z regulacji unijnych. Jest to nasze zobowiązanie zarówno wobec UE, jak i wobec odbiorców. W mojej ocenie ten harmonogram jest jak najbardziej realny i pozwoli dokonać tej zmiany w sposób akceptowalny społecznie. A trzeba pamiętać, że ona jest bardzo ważna, ponieważ warunkuje proces transformacji energetycznej – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Gawin, prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Wymiana liczników to jedno z głównych założeń procedowanej właśnie przez Sejm nowelizacji ustawy Prawo energetyczne. Przewiduje ona, że do końca 2028 roku inteligentne liczniki ze zdalnym odczytem zużycia energii zostaną zainstalowane u co najmniej 80 proc. końcowych odbiorców energii, w tym w przynajmniej 80 proc. gospodarstw domowych. Według zawartego w projekcie harmonogramu do końca 2023 roku operatorzy systemów dystrybucyjnych (OSD) będą zobowiązani wyposażyć w nie co najmniej 15 proc. swoich odbiorców. Do 2025 roku inteligentne liczniki powinno mieć już 25 proc., a do 2027 roku – 65 proc. odbiorców. Zgodnie z projektem OSD pokryją też koszty ich instalacji u odbiorców podłączonych do sieci o napięciu do 1 kV (w tym w gospodarstwach domowych).

– Wymiana liczników na inteligentne powinna zapewnić rozwój konkurencji i dostępność nowych produktów dla odbiorców energii elektrycznej, takich jak np. taryfy dynamiczne. Przyczyni się też do poprawy funkcjonowania energetyki w obszarze efektywności, ponieważ wymiana liczników zwiększy świadomość odbiorców na temat tego, jak jest zużywana energia, w jakich godzinach i jak można ją oszczędzać – mówi Rafał Gawin.

Jak wynika z szacunkowych danych operatorów sieci dystrybucyjnych, w tej chwili takie inteligentne liczniki są zainstalowane u ok. 1,9 mln odbiorców końcowych. Ich docelowa liczba to około 16,3 mln. To oznacza, że w Polsce do wymiany pozostało więc ok. 14,4 mln takich urządzeń. Ministerstwo Klimatu wskazuje, że będzie to skomplikowane przedsięwzięcie organizacyjne i kosztowe w ograniczonym czasowo harmonogramie, który musi uwzględnić m.in. przetargi na zakup liczników, ich instalację czy koszty legalizacji. Eksperci wskazują jednak na pozytywny wpływ tej regulacji na producentów liczników.

– Wymiana liczników na inteligentne to także krok w kierunku digitalizacji elektroenergetyki, szczególnie w obszarze sieciowym. Powinna zapewnić dostęp do wielu systemowych usług świadczonych na rzecz operatorów systemów dystrybucyjnych. Tym samym jest to też szansa na rozwój przedsiębiorstw w tym zakresie – mówi prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Inteligentne liczniki umożliwią np. monitorowanie jakości energii elektrycznej w sieci elektroenergetycznej oraz wprowadzanie nowych rozwiązań regulacyjnych, jak np. taryfy dynamiczne. Nowelizacja Prawa energetycznego zakłada też wiele innych korzyści dla odbiorców końcowych, które pojawią się wraz z zainstalowaniem inteligentnych liczników. Najważniejsze z nich to m.in. uzyskanie przez odbiorców dostępu do swoich danych pomiarowych, możliwość odczytu zużycia energii bez fizycznej obecności inkasenta, co zmniejszy koszty odczytu, czy rozliczanie za energię elektryczną według rzeczywistego zużycia, a nie według prognoz. Ustawodawca zapewnia, że łatwiej będzie dokonać zmiany sprzedawcy dzięki zestandaryzowaniu całego procesu.

Odbiorca końcowy będzie mógł również wystąpić z wnioskiem o połączenie licznika z urządzeniami sieci domowej, co ułatwi zarządzanie pracą tych urządzeń.

Z kolei korzyścią dla całego systemu elektroenergetycznego ma być możliwość zarządzania popytem na rynku energii i obniżenie szczytowego zapotrzebowania, co powinno się przyczynić do lepszego wykorzystania potencjału odnawialnych źródeł energii. Ponadto, zgodnie z założeniami, w wyniku wdrożenia inteligentnego opomiarowania o 60 proc. zostaną ograniczone straty handlowe wynikające z nielegalnego poboru energii.

– Nowelizacja ustawy Prawo energetyczne to milowy krok w kierunku poprawy transparentności rynku i rozwoju konkurencji. Będzie to duża zmiana zarówno dla odbiorców energii elektrycznej, jak i przedsiębiorstw – podkreśla Rafał Gawin. – Ta nowelizacja to też duża zmiana w zakresie digitalizacji energetyki sieciowej, która powinna umożliwić rozwój przedsiębiorstw energetycznych świadczących usługi na rzecz odbiorców i na rzecz OSD. Mam tu na myśli rozwój prosumeryzmu, fleksumentów i podmiotów, które świadczą usługi na rzecz operatorów systemów elektroenergetycznych. Wszystko to zmierza w kierunku rozwoju rynków rozproszonych i zapewnienia bezpieczeństwa dostaw energii do odbiorców końcowych.

Dane z inteligentnych liczników będą przekazywane do Centralnego Systemu Informacji Rynku Energii – CSIRE. Będą one podstawą do rozliczeń między uczestnikami rynku detalicznego, w tym do zawierania umów na dostawy energii. Systemy poszczególnych OSD, które często działają w różnych standardach, zostaną zastąpione przez jeden system CSIRE. Nadzór i zarządzanie tym systemem (w tym przetwarzanie danych ze wszystkich liczników) będzie zadaniem Operatora Informacji Rynku Energii – OIRE. Ta funkcja została powierzona Polskim Sieciom Elektroenergetycznym.

Zgodnie z uzasadnieniem projektu ustawy wymiana liczników w okresie 15-letnim przyniesie korzyści dla wszystkich uczestników rynku na kwotę prawie 13 mld zł (z tego 11,3 mld to korzyści dla odbiorców końcowych), podczas gdy koszty wyliczono na 7,9 mld zł (7,2 mld przeniesione na odbiorców końcowych).

Mimo kryzysu wciąż 80 proc. firm oferuje benefity pracownicze. Na znaczeniu zyskały praca zdalna i grupowe ubezpieczenie na życie

Ośmiu na dziesięciu pracodawców oferuje pozapłacowe benefity swoim pracownikom, a ponad połowa deklaruje, że byłaby zainteresowana rozszerzeniem pakietu korzyści pozapłacowych. Pandemia nie wpłynęła więc na dostępność tych świadczeń, ale zmieniła priorytety zarówno pracodawców, jak i pracowników. Rosnące obawy o zdrowie i bezpieczeństwo spowodowały, że na znaczeniu zyskały benefity dotyczące opieki medycznej, wsparcia finansowego na wypadek zachorowania oraz grupowe polisy na życie – wynika z raportu Nationale-Nederlanden „Benefity pracownicze w dobie pandemii”. Znacznie mniej popularne stały się karty sportowe i podarunkowe oraz szkolenia.

Co drugi polski przedsiębiorca przyznaje, że pandemia miała negatywny wpływ na kondycję finansową jego firmy. Mimo to niewielu z nich zdecydowało się zrezygnować ze świadczeń pozapłacowych dla pracowników. Blisko 80 proc. firm wciąż ma je w swojej ofercie.

– Benefity pracownicze zmieniły się pod wpływem pandemii. Pracownicy i pracodawcy oczekują korzyści, które zapewnią im bezpieczeństwo w dobie COVID-19, dlatego na znaczeniu bardzo mocno zyskała praca zdalna. Potwierdziło to ponad 38 proc. respondentów badania – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Dąbrowska, dyrektor pionu klienta korporacyjnego w Nationale-Nederlanden.

Pod wpływem pandemii możliwość świadczenia pracy w formie zdalnej przestała być w zasadzie postrzegana jako benefit, tylko staje się zwyczajną formą wykonywania obowiązków zawodowych. Część pracowników chciałaby już na stałe korzystać z takiego modelu pracy.

Raport Nationale-Nederlanden pokazuje również, że w ciągu ostatniego roku, ze względu na pandemię i wprowadzone obostrzenia, na znaczeniu straciły przede wszystkim takie benefity jak karta umożliwiająca korzystanie z obiektów sportowych (45 proc. wskazań), a także szkolenia zawodowe i rozwojowe (30 proc.).

– Pracownicy zaczęli zwracać uwagę na to, co mają w pakiecie benefitowym. Koncentrują się na korzyściach, które zwiększają ich dobrostan, poprawiają zdrowie psychiczne, work–life balance, jak również ochronę zdrowia, np. pomoc w przypadku chorób onkologicznych i innych trudnych sytuacjach zdrowotnych – wyjaśnia Ewa Dąbrowska.

Co druga firma biorąca udział w badaniu Nationale-Nederlanden deklaruje, że byłaby zainteresowana dodatkowymi benefitami dla swoich pracowników. Ponad jedna czwarta z nich rozważa rozszerzenie pakietu korzyści pozapłacowych o takie, które dbałyby o dobrostan pracownika, m.in. mental wellness i work–life balance. Z kolei blisko jedna piąta pracodawców deklaruje zainteresowanie benefitami dotyczącymi profilaktyki onkologicznej.

 Wciąż dużą popularnością cieszą się grupowe ubezpieczenia na życie. Aż 60 proc. pracodawców oferuje je pracownikom. W czasie pandemii właśnie polisy grupowe – jako ochrona zdrowia i życia pracownika – bardzo zyskały na znaczeniu. Co trzecia badana firma powiedziała, że to jest to bardzo ważny element programów benefitowych – zaznacza dyrektor pionu klienta korporacyjnego w Nationale-Nederlanden.

Zdecydowana większość respondentów, bo aż 94 proc., oferuje pracownikom ubezpieczenia na życie od kilku lat. Jedynie nieliczne przedsiębiorstwa wprowadziły ten benefit dopiero w ubiegłym roku wraz z pojawieniem się koronawirusa.

Połowa firm, które oferują pracownikom grupowe polisy na życie, deklaruje, że finansuje im składki. 27 proc. wskazuje, że pokrywa je w całości, natomiast 28 proc. – częściowo. Zazwyczaj wysokość składki jest kwotą stałą i według co drugiego przedsiębiorcy wynosi około 50 zł na osobę.

 Te deklaracje wydają się zbyt optymistyczne. Zgodnie z danymi rynkowymi na udział w finansowaniu ubezpieczenia decyduje się dziś około 15 proc. firm. Widzimy tu jednak potencjał do zmiany. Z myślą o zdrowiu i bezpieczeństwie osób zatrudnionych wiele firm zaczyna się interesować tym rozwiązaniem i coraz chętniej zgłasza też gotowość do włączania się w składkę – uważa Ewa Dąbrowska.

Firmy deklarujące finansowanie pracownikom grupowej polisy na życie jako główne powody wymieniają chęć budowania lojalności pracowników (55 proc. wskazań) oraz politykę wizerunkową firmy (41 proc. wskazań).

– Widzimy, że w czasie pandemii również ubezpieczenia grupowe się zmieniają. Zostały poszerzone o pakiety prozdrowotne, np. ochronę na wypadek koronawirusa, można by to nazwać pandemicznym assistance, oraz programy wellbeingowe, które wpływają pozytywnie na dobrostan psychiczny pracowników – wymienia ekspertka Nationale-Nederlanden.

Również raport Komisji Nadzoru Finansowego po trzech kwartałach 2020 roku wskazuje na duże zainteresowanie firm grupowymi ubezpieczeniami na życie. Na koniec września ub.r. zakłady ubezpieczeń zebrały z tytułu polis grupowych składkę brutto w wysokości 6,42 mld zł. To wzrost o 0,1 mld zł w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku.

Centra handlowe odbudowują frekwencję po kolejnym otwarciu. W sklepach jest 70–80 proc. klientów w porównaniu do czasów sprzed pandemii

W ostatnim tygodniu stycznia, kiedy większość sklepów w centrach handlowych była zamknięta, liczba klientów w porównaniu do roku ubiegłego spadła o połowę. Ponowne otwarcie sklepów w galeriach poprawiło frekwencję do 70–80 proc., ale na powrót do wyników sprzed pandemii trzeba jeszcze poczekać. Jak ocenia Krzysztof Sajnóg z warszawskiego Centrum Handlowego Blue City, będzie to możliwe dopiero po uruchomieniu gastronomii i rozrywki, które są magnesem przyciągającym klientów. Tymczasem branża liczy straty – tylko w wyniku ostatniego lockdownu wyniosą one 6 mld zł. Łączne straty szacowane są na 32 mld zł.

Pierwszego dnia po otwarciu było widać, że ludzie mają dużo spraw do załatwienia, bo odnotowaliśmy prawie 100-proc. frekwencję w porównaniu do lutego 2020 roku. Obecnie liczba odwiedzających stabilizuje się na poziomie 70–80 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku, czyli jeszcze przed pandemią – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Sajnóg, dyrektor marketingu w CH Blue City.

Jak informuje, w warszawskim Blue City od 1 lutego otworzyły się wszystkie sklepy, zamknięte pozostają nadal: sala zabaw, kino, klub fitness i inne miejsca rozrywki. Lokale gastronomiczne oferują posiłki tylko na wynos i w dostawie do domu.

– Do tej pory żaden z naszych najemców nie zbankrutował. W 2020 roku z różnych przyczyn działalność zakończyło sześć sklepów na 200 umów najmu, zatem sytuacja nie jest jeszcze dramatyczna – mówi ekspert.

Jak podaje Polska Rada Centrów Handlowych, średnia odwiedzalność galerii w ostatnim tygodniu zamknięcia, czyli w ostatnim tygodniu stycznia, była o połowę niższa niż przed rokiem. Znacznie gorsze rezultaty zanotowano w bardzo dużych centrach, o powierzchni powyżej 60 tys. mkw. Tam odwiedzalność wahała się, w zależności od dnia, od 29 do 39 proc. wyników analogicznego tygodnia ubiegłego roku. Najwyższą odwiedzalność, 53–62 proc., zaobserwowano w średniej wielkości galeriach. Z kryzysem wywołanym przez pandemię najlepiej radziły sobie galerie w centralnej i południowej Polsce, a najsłabsze rezultaty były notowane w regionie wschodnim.

Po zniesieniu lockdownu dla galerii handlowych frekwencja odbiła. Największą popularnością cieszyła się sobota, 6 lutego, gdy odwiedzalność wyniosła 82 proc. wartości ubiegłorocznych. Większe zainteresowanie klientów zakupami w pierwszym tygodniu handlu po pięciu tygodniach zamknięcia to efekt odrabiania zaległości zakupowych.

Dzisiaj nikt nie jest w stanie przewidzieć, co będzie się działo w ciągu najbliższych tygodni. Liczymy, że wraz z postępem szczepień przeciwko COVID-19 i spadkiem liczby zachorowań ruch do galerii będzie wracał. Natomiast bez otwarcia gastronomii i części rozrywkowej frekwencja klientów będzie raczej stabilna, przez długie miesiące będzie to raczej poziom 70–80 proc. Ważny jest także efekt psychologiczny – klienci muszą przestać się bać przychodzić do centrów handlowych – zauważa Krzysztof Sajnóg.

Obecnie największym wyzwaniem dla galerii jest utrzymanie reżimu sanitarnego. Sprzedawcy i właściciele muszą kontrolować liczbę odwiedzających, zapewnić środki ochrony i dezynfekcji. Zwracać uwagę klientom, jeżeli wchodzą do sklepu bez maseczek albo z maseczkami założonymi niewłaściwie.

– Prognozy, które mówią, że nadchodzi zmierzch centrów handlowych, są przedwczesne. Galerie odzyskują swoją rolę na mapie handlowej Europy i Polski – przewiduje dyrektor marketingu w CH Blue City. – Polacy lubią robić zakupy pod jednym dachem, a centra handlowe skupiają sklepy, rozrywkę, gastronomię, usługi, więc w czasie jednej wizyty można sporo załatwić. W dobie koronawirusa zauważyliśmy interesującą zmianę w zachowaniu klientów – ludzie przychodzą rzadziej i spędzają w galeriach mniej czasu, ale częściej i więcej kupują. Centra handlowe znowu stały się miejscem zakupów, a nie spacerów i na razie tak pozostanie.

Dla centrów handlowych każdy kolejny lockdown to straty liczone w miliardach złotych. Z szacunków PRCH wynika, że tylko zamknięcie od 28 grudnia do końca stycznia br. przyniosło 6 mld zł strat. Wszystkie lockdowny skutkowały ubytkiem w kasach właścicieli w wysokości 32 mld zł. Eksperci podkreślają, że problemy finansowe branży handlowej, zarówno najemców, jak i wynajmujących, mogą silnie wpłynąć na całą gospodarkę, w tym na miejsca pracy. Obecnie w centrach handlowych w Polsce pracuje ponad 400 tys. osób.

W tym roku można się spodziewać kolejnych bankructw linii lotniczych. Podróżowanie stanie się droższe

Rok 2020 okazał się najgorszym w dotychczasowej historii rynku lotniczego. Ten rok – z powodu wykrycia nowych mutacji koronawirusa i kolejnych restrykcji – dla przewoźników też nie zaczął się zbyt dobrze. Specjalizująca się w analizach rynku lotniczego CAPA podaje, że w ubiegłym roku bankructwo ogłosiło jedynie, patrząc na trudną sytuację rynkową, ok. 30 linii lotniczych, ale w tym roku trzeba się spodziewać kolejnych upadłości. To niekorzystnie wpłynie na konkurencję na rynku i może skutkować wzrostem cen biletów. Po ustaniu pandemii przewoźnicy będą musieli stawić czoła innemu wyzwaniu, o którym chwilowo się nie mówi, czyli wysokiej emisji CO2, problematycznej w obliczu dążenia UE do ograniczania emisji i neutralności klimatycznej.

Każdy z przewoźników według swojego uznania podejmuje działania przygotowawcze. One mogą się różnić, bo różni są przewoźnicy i w różny sposób oczekują, że będzie się rozwijała sytuacja rynkowa. Przykładowo przewoźnicy niskokosztowi, Ryanair czy Wizz Air, zamawiają dziesiątki nowych samolotów, czyli nastawiają się prawdopodobnie na ekspansję rynkową i na to, że nowe samoloty będą tańsze w użytkowaniu. Co innego robią niektórzy przewoźnicy tradycyjni, którzy odsyłają bardzo dużą część swojej floty na parkingi na pustyniach, odwołują zamówienia, które były składane wcześniej u producentów. Jest całe spektrum drobniejszych działań, które podejmują przewoźnicy, żeby przygotować się do tego, co przyniesie rok 2021 i kolejne – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Gościniarek, partner w BBSG.

COVID-19 i zastój w ruchu międzynarodowym sprawiły, że rynek lotniczy przeżywa aktualnie największy kryzys w swojej historii. Według Eurocontrol podczas pierwszej fali pandemii ruch lotniczy w wielu krajach Europy spadł nawet o ponad 90 proc., ale obecna sytuacja wciąż jest trudna. Pokazuje to m.in. liczba pasażerów odprawionych w styczniu przez jedne z największych na świecie londyńskie lotnisko Heathrow, która rok do roku zmniejszyła się o 89 proc.

Ograniczenia w transporcie międzynarodowym i regionalnym ograniczyły liczbę operacji pasażerskich, więc i przychody linii lotniczych gwałtownie spadły. Jak podaje specjalizująca się w analizach rynku lotniczego CAPA – Centre for Aviation, w ubiegłym roku bankructwo ogłosiło 30 linii lotniczych i jest to zdecydowanie mniej, niż zakładały prognozy. Większości przewoźników udało się przetrwać, jednak w dużej mierze jest to zasługa wyłącznie bezpośrednich i pośrednich dotacji rządowych – wskazuje CAPA. Taką pomoc dostał też polski przewoźnik, czyli Polskie Linie Lotnicze LOT. W końcówce ubiegłego roku Rada i Komisja Europejska ostatecznie zaakceptowały pakiet pomocowy w wysokości 2,9 mld zł, na który złożyło się podwyższenia kapitału zakładowego przewoźnika o 1,1 mld zł oraz pożyczka w kwocie 1,8 mld zł.

– Pomoc finansowa, którą LOT otrzymał z budżetu państwa, jest absolutnie niewystarczająca – mówi Sebastian Gościniarek. – Prawdopodobnie są więc dwa kierunki, które teraz obierze LOT. Pierwszy to obniżanie kosztów, m.in. zatrudnienia. Drugi to możliwość pozyskania środków na rynku finansowym, tak jak robią to inni przewoźnicy, np. Lufthansa, która zwiększa swoje zasoby gotówki poprzez różnego rodzaju operacje na rynku finansowym, np. sales and leaseback swoich samolotów. Tutaj LOT ma jednak ograniczone możliwości, bo większość floty nie należy do niego i jest leasingowana. Ale być może są jakieś inne aktywa, które pozwoliłyby temu przewoźnikowi zdobyć dodatkowe środki na rynku finansowym.

LOT już wiosną zeszłego roku, podczas pierwszej fali pandemii, zaczął od cięcia kosztów stałych i obniżenia wynagrodzeń personelu. Spółka poinformowała niedawno, że zwolnienia obejmą 270 osób. Jak wyjaśnia, dostosowanie zatrudnienia do realiów postcovidowych wymusiły zasady przyznania pomocy publicznej – spółka musi bowiem osiągnąć efektywność ekonomiczną. Innych oszczędności LOT szuka m.in. w kosztach leasingu samolotów.

Sytuacja narodowego przewoźnika jest jednak ciągle uzależniona od sytuacji rynkowej i epidemiologicznej, a wciąż nie wiadomo, jak długo potrwa obecny kryzys i kiedy linie lotnicze zaczną wreszcie zarabiać.

– Cały czas tli się nadzieja, że jednak może warunki rynkowe nie będą aż tak złe i być może już od przyszłego roku przewoźnikom uda się zacząć zarabiać. Ale LOT nie ma tego komfortu, jaki mają niektóre inne linie lotnicze, i musi generować pozytywny wynik finansowy, żeby nie załamać się pod własnym ciężarem. To na pewno nie będzie łatwe, ale nie jest niemożliwe – ocenia ekspert BBSG.

W lutowym komunikacie Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) podaje, że w 2020 roku globalny ruch lotniczy spadł o prawie 66 proc. w porównaniu z poprzednim. Bazowy scenariusz na ten rok zakłada, że popyt odbije o 50 proc. względem 2020 roku, jednak pojawienie się nowych mutacji i zaostrzanie restrykcji w poszczególnych państwach niosą za sobą ryzyko, że odbicie to będzie znacznie niższe (ok. 13 proc.).

CAPA wskazuje, że w obecnej sytuacji większość podróżnych nie chce się zobowiązywać i płacić za wakacje z góry, bo wciąż istnieje ryzyko kwarantanny albo kolejnego zamknięcia granic. Okresy rezerwacji ulegają znacznemu skróceniu, a linie lotnicze tracą z nich środki. Co więcej, według CAPA istnieje duża szansa, że po I kwartale br. wiele rządów przestanie dotować przewoźników pomocą publiczną, co odetnie kluczowe źródło finansowania i przetrwania dla wielu z nich. Dlatego w tym roku można się spodziewać kolejnych upadłości na rynku lotniczym.

 Rynek europejski zmierza w niezbyt korzystnym kierunku dla pasażera, czyli ograniczenia konkurencji. Część linii lotniczych niestety upadła, część tych słabszych jeszcze z pewnością upadnie. Wzmocnią się za to duże linie lotnicze i będziemy mieli do czynienia może jeszcze nie z oligopolem, ale na pewno ze znacznie mniej konkurencyjnym rynkiem. To bez wątpienia odbije się na koszcie biletów dla pasażerów – mówi Sebastian Gościniarek.

Ekspert BBSG wskazuje też na inne wyzwanie, z którym rynek mierzył się jeszcze przed pandemią, czyli wysoką emisyjność sektora lotniczego, która stanowi problem w obliczu dążenia UE do neutralności klimatycznej, ograniczania emisji CO2 i rozwijania ekologicznego transportu. Na początku grudnia ub.r. Komisja Europejska przedstawiła zresztą nową strategię na rzecz zrównoważonej mobilności (zakłada m.in. tworzenie zeroemisyjnych lotnisk i portów), zgodnie z którą emisje z całego sektora transportu mają spaść o 90 proc. w ciągu nadchodzących trzech dekad.

 Te wyzwania, takie jak wstyd przed lataniem, nie przestały istnieć, zostały tylko przykryte przez te dramatyczne wydarzenia rynkowe, z którymi mamy dzisiaj do czynienia. To wszystko prowadzi do wniosku, że niestety latanie stanie się droższe i z tym wszyscy musimy się liczyć – mówi partner w BBSG.

Branża HR przechodzi technologiczną rewolucję. Personalizacja ofert i sztuczna inteligencja pozwolą szybciej i skuteczniej szukać pracownika i znaleźć pracę

HR tech to obszar działania w firmach, który wkrótce będzie się niezwykle ekspansywnie rozwijał, a nowe technologie wykorzystujące sztuczną inteligencję będą jego częścią. Już teraz dostępne są np. programy do testów pracowników pozwalające sprawdzić umiejętności kandydata bez fizycznej obecności rekrutera. Mierzone są nie tylko odpowiedzi kandydata, lecz również różnego rodzaju czynniki psychometryczne i behawioralne.

– HR tech to technologia związana z obszarami rekrutacyjnymi. Ostatni rok i zmieniające się warunki rynkowe znacznie przyspieszyły wiele procesów dotyczących digitalizacji procesu rekrutacji. Badania LinkedIna pokazują, że w zeszłym roku ponad 86 proc. rekruterów zadeklarowało, że wszystkie procesy, które przeprowadzają, będą w dalszych latach się odbywać w sposób zdalny. Digitalizacja procesów to jest zdecydowanie kierunek, w którym ta technologia podąża – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Filip Sobel, założyciel firmy Staffly, zajmującej się innowacyjnymi rozwiązaniami dla branży HR.

Pandemia koronawirusa postawiła zarówno przed firmami, jak i pracownikami całkiem nowe wyzwania. W zasadzie od marca 2020 roku dla wielu branż styl pracy zmienił się nieodwracalnie. Także działy rekrutacyjne musiały szukać nowych sposobów nie tylko pozyskania kandydatów, lecz również możliwości ich sprawdzenia pod kątem przydatności do pracy czy posiadanych umiejętności.

– Pandemia wywróciła do góry nogami wszystko, także procesy rekrutacyjne. Na pewno przyspieszyła rozwój platform do wideokonferencji online. Przez ostatnie miesiące spotkania z klientami, ze współpracownikami odbywają się wyłącznie zdalnie przez platformy, np. Google’a albo Zooma. Różnego rodzaju testy, które pracownicy mają okazję wypełniać przy rekrutacji do trochę bardziej wykwalifikowanych zawodów, również będą odbywały się w sposób zdalny – wskazuje Filip Sobel.

Niezwykle popularne w czasie pandemii zdalne platformy do wideokonferencji czy proste chatboty regułowe to jednak nie wszystko. Działy HR mogły podczas pandemii uzbroić się w całkiem spory zasób rozwiązań technologicznych. Na rynku są już testowane rozwiązania, które pozwalają z takich danych tworzyć profil kandydata do pracy. Innym obszarem, w którym pojawiła się technologia, był też wielowymiarowy proces oceny kompetencji kandydatów.

– Programy do różnego rodzaju testów pracowników, czyli tzw. assessment center, mają przede wszystkim za zadanie sprawdzić umiejętności kandydata bez fizycznej obecności rekrutera i opiera się to na umiejętnościach analitycznych, lecz także behawioralnych. Mamy testy, w których mierzone są nie tylko odpowiedzi kandydata, ale również różnego rodzaju czynniki psychometryczne i behawioralne, czyli np. jego dokładność przy wypełnianiu pytań, to, jak często wracał do poprzednich i następnych odpowiedzi, o jakiej porze wypełniał ten test, czy popełniał błędy, jeżeli chodzi o wpisywanie jakichś odpowiedzi słowno-muzycznych. To proces, który z pewnością na przestrzeni ostatniego roku przyspieszył i będzie przyspieszał, ponieważ firmy już teraz mocniej stawiają na zdigitalizowane procesy rekrutacyjne – przekonuje ekspert.

Z raportu „Efektywność rekrutacji” stworzonego przez firmę eRecruiter wynika, że ponad połowa pracowników działów HR uważa proces rekrutacyjny za zbyt długi. Jeszcze do niedawna powodem takiego stanu rzeczy była np. mniejsza liczba zgłoszeń kandydatów, co utrudniało cały proces i wymuszało większe zaangażowanie działów HR. Rok 2020 i 2021 zwiększyły jednak liczbę aplikacji, szczególnie tych przesyłanych online. Tym samym pracownicy HR musieli znaleźć narzędzia, które pozwolą im skuteczniej działać. Były to m.in. rozwiązania typu ATS (applicant tracking systems). Coraz częściej wykorzystywana jest także sztuczna inteligencja.

Już dziś programy wykorzystujące SI pozwalają znaleźć idealnego pracownika i przyspieszają proces rekrutacji z kilku tygodni do 24 godzin. Program, nad którym pracuje start-up Staffly, dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji i algorytmu opartego na uczeniu maszynowym dopasuje pracowników do zleceń zarówno na podstawie kompetencji i doświadczenia, jak również zmiennych psychometrycznych. Pozwoli to na bardziej spersonalizowaną ofertę dla kandydata, a tym samym skuteczniejszą rekrutację dla przyszłego pracodawcy.

– W przyszłości, jeżeli chodzi o innowacje na rynku rekrutacyjnym, to czeka nas przede wszystkim zdecydowany rozwój algorytmów, które dopasowują oferty pracy do pracownika na bazie jego deklarowanych czy to umiejętności, czy też czynników psychometrycznych, czy to czynników behawioralnych. Już teraz np. na niektórych portalach społecznościowych widzimy wzrost ofert pracy, które po prostu wyskakują nam przed oczami w każdym możliwym momencie, krzycząc, że są do nas dopasowane w mniej lub bardziej dokładny sposób. Ludzie na pewno lubią personalizację ofert i to też bardziej ich motywuje do składania ich w takie miejsca, które przynajmniej system uznaje, że są dla nich idealnie dopasowane – twierdzi Filip Skobel.

Aplikacje mobilne przyszłością medycyny. Wspierane przez sztuczną inteligencję pomogą usprawnić opiekę nad pacjentami przewlekle chorymi

Opieka nad pacjentami przewlekle chorymi może być z powodzeniem sprawowana poprzez platformy medyczne i aplikacje mobilne – wynika z badań opublikowanych w australijskim czasopiśmie „Journal of Gastroenterology and Hepatology”. Zwłaszcza w dobie pandemii doskonale się sprawdziła w prowadzeniu chorych cierpiących na zaburzenia pracy tarczycy czy nieswoiste zapalenia jelit. Aplikacje mobilne mogą pomagać również w interpretacji badań diagnostycznych, a także rehabilitacji, zwłaszcza w zakresie psychologii.

– Aplikacje zdecydowanie są przyszłością medycyny. Pandemia pokazała, jak bardzo mogą ułatwić życie pacjentom, lekarzom i rozpowszechnić dostęp do służby zdrowia. Dlatego że dzisiaj już nie jest istotne, gdzie my jesteśmy, wciąż możemy się kontaktować z najlepszymi w naszym mniemaniu lekarzami z całego świata czy z innych regionów, z innego województwa, z innego miasta – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ewa Galant, założycielka wirtualnej kliniki choroby Hashimoto, Hashiona.

W Hashionie pacjent kontaktuje się z kliniką właśnie za pośrednictwem aplikacji mobilnej. Dzięki niej może samodzielnie śledzić objawy choroby i określić czynniki powodujące m.in. alergie pokarmowe. Klinika pracuje obecnie nad 24-tygodniowym programem wchodzenia w remisję poprzez zmianę nawyków żywieniowych i stylu życia. To właśnie w leczeniu chorób przewlekłych aplikacje mobilne będą pomagać najczęściej.

– Najszybsze zastosowanie aplikacji i nowych technologii będzie skierowane do osób chorujących na choroby chroniczne i przewlekłe, dlatego że ci pacjenci najczęściej potrzebują wsparcia na co dzień i to oni najczęściej pukają do drzwi gabinetów lekarskich. W Stanach Zjednoczonych opracowano raporty, które mówią wprost, że taki pacjent jest trzy razy droższy dla służby zdrowia w porównaniu do zdrowej osoby. Choroby przewlekłe, chroniczne to jest ten obszar, który można w miarę swobodnie kontrolować z poziomu telemedycyny czy aplikacji – uważa Ewa Galant.

Z badań opublikowanych przez „Journal of Gastroenterology and Hepatology” wynika, że zwłaszcza w dobie pandemii rozwiązania telemedyczne są dobrym rozwiązaniem dla pacjentów cierpiących na nieswoiste choroby zapalne jelit. Od maja do lipca ubiegłego roku takim modelem przeprowadzania wizyt kontrolnych objętych było 50 pacjentów. Osoby chore wypełniały na specjalnej platformie kwestionariusz dotyczący nasilenia objawów chorobowych, a następnie odbywała się wideorozmowa z lekarzem. 96 proc. pacjentów było bardzo zadowolonych lub zadowolonych z takiej wizyty. Co istotne, gdyby pacjenci ci mieli się zgłosić do lekarza osobiście, to mediana odległości, którą musieliby w tym celu pokonać, wyniosłaby ponad 174 kilometry.

– Inny trend, który jest mocny w tym momencie w branży, to są wszystkie rozwiązania skierowane wokół chorób rakowych. Dają one dostęp do pacjentów, w przypadku których czasami wymagamy opinii kilku lekarzy, żeby zrozumieć tę chorobę czy żeby zrozumieć cały przebieg leczenia. Mamy również zastosowanie sztucznej inteligencji w pomocy i odczytywaniu wyników badań z rezonansów magnetycznych i tomografii komputerowej. Również cała psychologia wydaje się też przechodzić na nowe technologie. Powstaje więcej produktów, które pomagają nam skontaktować się z lekarzem psychologiem poprzez aplikacje czy poprzez portal internetowy – wymienia założycielka kliniki Hashiona.

Przykładem takiej aplikacji może być Koa Foundations. Służy ona poprawie zdrowa psychicznego. Jest przeznaczona do użytku w firmach – po to, by wspierać pracowników w radzeniu sobie ze stresem, poprawie jakości snu, przeprowadzaniu ćwiczeń relaksacyjnych oraz budowaniu zwiększonej pewności siebie.

– Są również produkty skierowane do rehabilitacji. Już nawet mamy pewne sensory, które mogą zostać wykorzystane i wspomagać w ten sposób pacjentów poprzez ekran, sprawdzać, czy wykonują pewne ćwiczenia w odpowiedni sposób – dodaje Ewa Galant.

Ciekawym rozwiązaniem z zakresu medtech może się okazać aplikacja wirtualnej rzeczywistości DREAMS, stworzona przez naukowców z Uniwersytetu Florydy w USA. Rozwiązanie, początkowo projektowane w celu usprawnienia rehabilitacji pacjentów szpitalnych, docelowo ma znaleźć swoje zastosowanie przy odstresowywaniu lekarzy pracujących m.in. na oddziałach ratunkowych. Urządzenie łączy wizualizację w VR z muzykoterapią i relaksacją poprzez kontrolowanie oddechu. Do sterowania nie są wykorzystywane gamepady, lecz fale mózgowe.

Z raportu Emergen Research wynika, że rynek aplikacji medycznych osiągnie do 2027 roku wartość niemal 18 mld dol., a średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie niemal 23 proc.

Ceny gruntów rosną i nadal będą rosły. Jakie działki są najbardziej poszukiwane?

Popyt na grunty inwestycyjne wciąż jest bardzo duży. Działki poszukiwane są głównie pod inwestycje magazynowe, mieszkaniowe oraz nieduże projekty handlowe typu retail park. Atrakcyjnymi parcelami na terenie największych miast nadal zainteresowani są deweloperzy mieszkaniowi, w tym również firmy z rozbudowanymi bankami ziemi. Pojawiają się też zapytania od funduszy inwestycyjnych, głównie z Dalekiego Wschodu i Południowej Afryki.

Firmy budujące mieszkania poszukują przede wszystkim działek w dobrze skomunikowanych z centrum rejonach dużych miast, o uregulowanej sytuacji prawnej i objętych planami zagospodarowania, które umożliwiają wybudowanie dużego osiedla. Z braku takich gruntów interesują się także trudniejszymi parcelami, które wymagają dłuższego przygotowania do budowy, czy realizacji dodatkowej infrastruktury. Biorą też pod uwagę tereny poprzemysłowe, gdzie stoją budynki do wyburzenia, pod warunkiem że są atrakcyjnie zlokalizowane.

Z kolei pod magazyny najbardziej poszukiwane są grunty na obrzeżach miast, gdzie rozwija się tzw. logistyka ostatniej mili. Inwestorzy zainteresowani są ziemią w sąsiedztwie największych aglomeracji miejskich głównie Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Poznania i Trójmiasta z dobrym dostępem do autostrad i dróg ekspresowych. Interesują się także lokalizacjami, w których rozwija się nowa infrastruktura drogowa i węzły komunikacyjne.

Jakie są ceny gruntów inwestycyjnych?

Deweloperzy, którzy potrzebują dobrze zlokalizowanych działek w największych miastach płacą nawet kilkanaście tysięcy złotych za metr kwadratowy. Jeśli oferowany jest grunt, na którym od razu można budować, ceny są tak wysokie, że często jego zakup jest nieopłacalny, bo stawka ofertowa za metr mieszkania przy dobrej marży przekraczałaby średnie rynkowe ceny dla danej lokalizacji.

Niemniej firmy deweloperskie nadal nabywają centralnie usytuowane grunty po wyśrubowanych cenach. Najwięcej tego typu transakcji zawieranych jest w Warszawie. Działki na warszawskim Mokotowie sprzedawane są na przykład po 14 -16 tys. zł za mkw.

Takie ceny to nie tylko domena Warszawy. W jednym z najatrakcyjniejszych punktów Gdańska, na Wyspie Spichrzów również finalizowane są transakcje dotyczące zakupu działek w cenach powyżej 14 tys. zł za metr. Mimo pandemii ceny gruntów inwestycyjnych rosną nadal w głównych aglomeracjach w Polsce. W ciągu ostatniego roku podrożały wyraźnie w atrakcyjnych dzielnicach przede wszystkim Warszawy i Krakowa.

W zewnętrznych obszarach miast stawki nie są takie wysokie, jak bliżej centrum. W odleglejszych dzielnicach duże parcele można znaleźć w cenie 2-3 tys. zł za metr. Inwestorzy decydują się je kupować, bo dziś mieszkania blisko natury w największych aglomeracjach są dużo szerzej poszukiwane. Kluczową kwestią jest tu tylko, wielkość dodatkowego nakładu, jakiego wymaga zabezpieczenie niezbędnej infrastruktury na takim gruncie. I to, jaki poziom osiągnie całkowity koszt budowy, a tym samym jaką marżę można założyć dla planowanej inwestycji.

Ceny gruntów pod magazyny najbardziej wywindowane są również w aglomeracji warszawskiej, która jest największym centrum logistycznym w Polsce. W granicach miasta za metr trzeba zapłacić średnio 450-650 zł/mkw. Parcele położone przy głównych drogach, oddalone od Warszawy o kilkanaście do około 30 kilometrów są już o połowę tańsze, a im dalej, tym stawki są coraz niższe.

W grupie najdroższych lokalizacji pod magazyny w kraju znajduje się też Kraków, gdzie ceny gruntów zaczynają się od 400 zł za mkw. Tanio nie jest też w aglomeracji wrocławskiej, gdzie ziemia kosztuje od 200 zł/mkw., ale za najlepiej usytuowane tereny pod logistykę ostatniej mili za metr trzeba liczyć 300 zł. I właśnie we Wrocławiu obserwujemy teraz największy wzrost zainteresowania inwestycjami w segmencie logistycznym. W pobliżu Poznania grunt kosztuje już dwukrotnie mniej niż we Wrocławiu.

Rozbudowa dróg w Polsce przynosi nowe możliwości. Obiecującą perspektywą jest ściana wschodnia, czy zachodniopomorskie. Te rejony oferują znacznie większy wybór gruntów przy niższych cenach.

W jaką stronę idą inwestycje deweloperów?

W obecnej sytuacji firmy wycofują się głównie z projektów biurowych na rzecz mieszkaniowych. Także inwestycje wielofunkcyjne przeprojektowywane są tak, by nabrały więcej charakteru mieszkaniowego. Również niewielkie, starszej generacji biurowce są w Trójmieście wyburzane, by zrobić miejsce pod osiedla.

Na odnotowanie zasługuje fakt, że niektórzy deweloperzy zaczęli pozbywać się gruntów, bo nie chcą budować spekulacyjnie. W centrum Gdańska na sprzedaż wystawione zostały ostatnio interesujące parcele pod projekty biurowe. Jedną ze słynniejszych transakcji zawartych niedawno w mieście był zakup w cenie przeszło 50 mln zł hektarowej działki w gdańskiej Oliwie, która jest największym trójmiejskim zagłębiem biurowym. Ciekawe grunty pod biurowce można teraz kupić też w centrum Wrocławia.

Poza tym, dłużej trwa obecnie proces decyzyjny. Inwestorzy są bardziej ostrożni, ale popyt na grunty inwestycyjne nie maleje. Niestety atrakcyjnych działek jest mało. Stąd ich ceny będą utrzymywały się na obecnym, wysokim poziomie, a w niektórych lokalizacjach nadal będą rosły. Tempo wzrostu zależało będzie między innymi od tego, jak duży czeka nas napływ nowych inwestorów, który jest prognozowany.

Autor: Agata Karolina Lasota, dyrektor zarządzająca LBC Invest

NCBR przeznaczy 300 mln zł na prace badawczo-rozwojowe w konkursie Szybka Ścieżka

Kolejny raz nasi przedsiębiorcy mogą zgłaszać przełomowe projekty w konkursie Szybka Ścieżka, realizowanym przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, ze środków Funduszy Europejskich. Jest się o co starać – łączny budżet podzielonego na dwie rundy konkursu to 300 milionów złotych. Nabór wniosków o dofinansowanie ruszy 22 marca 2021 r.

Szybka Ścieżka jest największym programem wsparcia innowacyjności polskich przedsiębiorstw. W jego ramach powstają takie projekty, jak: mobilna linia przetwarzania odpadów komunalnych, bioniczna proteza ręki, hybrydowe poduszki ratunkowe, system monitoringu jakości powietrza, gra rekrutacyjna i setki innych innowacji. Tylko w minionym roku, oferta wsparcia sięgnęła w sumie blisko 3 miliardów złotych.

Z przyjemnością obserwuję postępy w realizacji projektów naszych beneficjentów. To innowacyjne firmy, które postawiły na swoją przyszłość, poprzez tworzenie produktów czy technologii niedostępnych na rynku – powiedział Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Dzięki powstałym oszczędnościom, udało nam się ogłosić kolejny konkurs. Jestem pewien, że mimo pandemii, tak jak w ubiegłym roku, wpłynie do nas wiele wartościowych projektów.

Jeden konkurs, dwie rundy

Nabór wniosków o dofinansowanie został podzielony na dwie rundy – pierwsza skierowana jest do dużych przedsiębiorstw i ich konsorcjów (również z udziałem MŚP i jednostek naukowych), jej budżet to 100 milionów złotych. Nabór rozpocznie się 22 marca 2021 roku i potrwa maksymalnie do 12 kwietnia 2021 roku. Dlaczego maksymalnie? Ponieważ nabór może skończyć się wcześniej – gdy suma wartości wnioskowanego dofinansowania przekroczy pięciokrotność budżetu rundy, nabór w tej rundzie zostanie zamknięty. Nabór, co wynika z przepisów ustawy wdrożeniowej Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, nie będzie jednak krótszy niż 7 dni. Taki warunek wynika z faktu kończącej się perspektywy budżetowej 2014-2021 i dostępnej puli środków w poddziałaniu 1.1.1. POIR, chcemy też sprawnie dokonać oceny, by projekty mogły być rozpoczęte jak najszybciej i miały szansę na realizację do końca trwania finansowania z POIR tj. do 31 grudnia 2023 r.

Z kolei w drugiej rundzie konkursu aplikować mogą MŚP i ich konsorcja (również z jednostkami naukowymi). Jej budżet to 200 milionów złotych. Nabór wniosków rozpocznie się 13 kwietnia i potrwa maksymalnie do 4 maja 2021 roku. Analogicznie, jak w przypadku rundy dla dużych przedsiębiorstw, gdy suma wartości wnioskowanego dofinansowania przekroczy pięciokrotność budżetu rundy, nabór zostanie zamknięty, przy czym nie będzie krótszy niż 7 dni.

Prace B+R, zgłoszone we wnioskach o dofinansowanie, muszą być realizowane na terenie Polski, w tzw. regionach słabiej rozwiniętych, czyli poza województwem mazowieckim. O przyznaniu dofinansowania NCBR poinformuje nie później niż 120 dni po zakończeniu każdej z rund.

Udogodnienia dla wnioskujących

Wszyscy przedsiębiorcy, zainteresowani pozyskaniem dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, mogą skorzystać z bezpłatnych, udostępnionych na stronie instytucji aplikacji „Asystent Innowacji”, który pozwala na wstępną weryfikację pomysłu z wymaganiami NCBR oraz „Asystent Budżetowy”, wspierający w zaplanowaniu i rozliczaniu kosztów w projekcie.

Dodatkowo, NCBR zapowiedziało „Dzień Otwarty NCBR”, który odbędzie się online 2 marca 2021 r. Eksperci Centrum przedstawią zasady konkursu, wytłumaczą zarówno zasady aplikowania, jak i oceny wniosków oraz odpowiedzą na zadane przez uczestników pytania. Na spotkanie informacyjne obowiązują zapisy. Niezmiennie swoje pytania można kierować również do Punktu Informacyjnego NCBR – telefonicznie, poprzez wiadomości e-mail lub umówić się na spotkanie online.

Konkurs „Szybka Ścieżka” finansowany jest z Funduszy Europejskich w ramach Działania 1.1 Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój „Projekty B+R przedsiębiorstw”, Poddziałania 1.1.1 „Badania przemysłowe i prace rozwojowe realizowane przez przedsiębiorstwa”.

Dolar traci, inwestorów nadal kuszą bardziej ryzykowne aktywa

Dotychczasowe trendy na rynku finansowym utrzymywały się również w zeszłym tygodniu. Akcje i instrumenty dłużne zyskiwały, ceny surowców szły w górę, a dolar był słaby, chociaż jego ruchy były nieznaczne. Prezes Jerome Powell jasno wskazał, że Fed w przewidywalnej przyszłości będzie stawiał na stymulowanie gospodarki, a administracja Bidena zdaje się czynić kroki w tym samym kierunku, wywierając presję na EBC i europejskie rządy, by postąpiły podobnie.

W tym tygodniu zdecydowanie najważniejsze będą odczyty PMI. Pierwsze lutowe dane o aktywności w USA, w Wielkiej Brytanii i w strefie euro zostaną opublikowane w piątek. Spodziewamy się, że wskaźniki dla Wielkiej Brytanii i strefy euro pozytywnie zaskoczą, zaś te dla USA pozostaną na dobrym poziomie. Jeśli mamy rację, to powinien czekać nas kolejny dobry tydzień dla aktywów ryzykownych, w szczególności dla walut rynków wschodzących.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł osłabienie polskiego złotego, który w parze z euro powrócił do okolic 4,50. Zmiany były jednak nieznaczne i w żaden sposób nie wpływają na nasze optymistyczne spojrzenie na perspektywy polskiej waluty.

Dla kształtowania kursu nie miało to istotnego znaczenia, niemniej wstępny odczyt PKB dla Polski w IV kwartale okazał się miłym zaskoczeniem pod koniec tygodnia. W ostatnich trzech miesiącach ub.r. gospodarka doświadczyła spadku o 0,7% w ujęciu kwartalnym, co było wynikiem lepszym od oczekiwanego. O tym, co konkretnie złożyło się na taki wynik, dowiemy się pod koniec miesiąca. W najbliższych dniach skupimy się szczególnie na informacjach z zewnątrz, choć poznamy też sporo danych z Polski opisujących sytuację w styczniu. Szczególnie warte uwagi będą te o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, które poznamy w drugiej części tygodnia.

EUR

Zeszły tydzień nie obfitował w dane, więc rynek skupił się wieściach z Włoch, gdzie były prezes EBC, Mario Draghi, został premierem i utworzył nowy rząd. To rozbudziło apetyt inwestorów na włoskie obligacje. Euro, podobnie jak większość walut G10, nieznacznie umocniło się względem dolara. Niemniej ogólnie nadal radzi sobie relatywnie słabo, w związku z wciąż bardzo powolnym tempem szczepień na kontynencie.

Najważniejsze w tym tygodniu niezmiennie będą postępy w szczepieniach w całej strefie euro, a także dane PMI, które jak wspomnieliśmy, mogą pozytywnie zaskoczyć, ponieważ firmy dostosowują się do restrykcji, a odłożony popyt konsumencki kumuluje się.

USD

W czasie zeszłotygodniowego przemówienia w Nowym Jorku prezes Jerome Powell wyartykułował ekstremalnie gołębie stanowisko Fedu. Zasugerował, że bank centralny nie reagowałby nawet wówczas, gdyby inflacja w tym roku znalazła się powyżej celu. Od strony fiskalnej administracja Joe Bidena mocno naciska na duży pakiet stymulacyjny. Imponujące jest, że w tych okolicznościach Departament Skarbu Stanów Zjednoczonych zdołał ulokować na rynku znaczną ilość obligacji skarbowych, nie powodując tym natychmiastowej zmiany cen na rynku. Pod koniec piątkowej sesji amerykańskie obligacje doświadczyły jednak wyprzedaży.

Poza zwracaniem uwagi na wskaźniki PMI, które dla Stanów Zjednoczonych są mniej istotne niż dla innych krajów, naszym zdaniem nadeszła pora, by przyjrzeć się amerykańskiemu rynkowi obligacji. Uważamy, że posiadanie amerykańskich instrumentów dłużnych, których rentowność jest wyraźnie niższa niż inflacja, w obecnej rzeczywistości politycznej będzie coraz częściej kwestionowane.

GBP

Kurs szterlinga jest wciąż dość wysoki, do czego przyczynia się postęp w zakresie szczepień w Wielkiej Brytanii. Zeszłotygodniowa informacja, że jej gospodarka w ostatnim kwartale 2020 roku poradziła sobie lepiej niż oczekiwano notując dostrzegalną kwartalną ekspansję, również pomogła funtowi, sugerując, że ostatnie lockdowny nie były tak szkodliwe, jak się obawiano. Funt radził sobie lepiej niż pozostałe podobne waluty G10 z wyjątkiem dolara australijskiego.

Poza wspomnianymi wcześniej wskaźnikami PMI w tym tygodniu poznamy również dane o styczniowej inflacji. Spodziewamy się, że dane inflacyjne ogólnie będą zaskakiwać na plus, co może pomóc brytyjskiej walucie osiągnąć dobry wynik w tym tygodniu. Inwestorzy będą też oczekiwać konferencji prasowej premiera Borisa Johnsona zaplanowanej na następny poniedziałek. Ma on zaprezentować plan wychodzenia Wielkiej Brytanii z lockdownu.

CHF

Ostatni tydzień był dobry dla franka szwajcarskiego, który radził sobie lepiej niż większość walut G10, w tym euro. Nie obserwowaliśmy dużych ruchów głównych walut, zachowanie franka było jednak mimo to interesujące, ponieważ inne waluty safe haven doświadczyły wyprzedaży w obliczu utrzymującego się pozytywnego sentymentu do ryzyka.

Sytuacja pandemiczna w kraju poprawia się, co widać po spadających liczbach nowych przypadków zachorowań i zgonów. Postępy w szczepieniach również są dość duże – w Szwajcarii podano więcej dawek szczepionki niż w UE (zgodnie z danymi z piątku 5,6 na 100 osób). Niemniej ze względu na wciąż istniejące ryzyko w Szwajcarii rozważane jest przedłużenie restrykcji na marzec.

Nadal będziemy koncentrować się na walce z COVID-19 zarówno w Szwajcarii, jak i poza nią. Osiągnięcia na tym froncie są kluczowe dla naszej prognozy zakładającej stopniową deprecjację franka jako waluty safe haven.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Mieszkania od komornika będzie można licytować przez Internet

Mieszkania od komornika mają stać się kuszące dzięki zmianom, które zapowiada rząd. Niestety inne pomysły rządu zmniejszyły atrakcyjność takich „M”.

Krajowe media niedawno poinformowały, że mieszkania od komornika będzie można wylicytować przez Internet. Takie rozwiązanie z całą pewnością może przyczynić się do wzrostu zainteresowania mieszkaniami z licytacji komorniczej. Internetowa licytacja lokali i domów oferowanych przez komornika sprawi, że zniknie problem związany z mało dogodnym czasem lub miejscem składania ofert. Skorzystają na tym również dłużnicy, którzy dzięki wyższym cenom sprzedaży nieruchomości spłacą większą część swoich zobowiązań lub otrzymają od komornika większą nadwyżkę (różnicę ceny sprzedaży „M” oraz łącznej wartości długów). Trzeba jednak pamiętać, że mieszkania od komornika stały się mniej atrakcyjne w kwietniu 2019 roku, kiedy rząd zmienił jeden z ważnych przepisów kodeksu postępowania cywilnego.

Nasz artykuł w dużym skrócie:

  • Prawdopodobnie już niebawem mieszkania od komornika będzie można licytować przez Internet.
  • Wspomniane rozwiązanie będzie dobrowolne, ale można przypuszczać, że wykorzysta je spora część wierzycieli.
  • Atrakcyjność zakupu mieszkań od komornika nadal będą jednak obniżać przepisy eksmisyjne.

Poniżej wyjaśniamy ciekawe kwestie związane z planowaną licytacją nieruchomości online i tłumaczymy, dlaczego osoby obecnie kupujące mieszkania od komornika skarżą się na przepisy eksmisyjne.

Licytacja nieruchomości online będzie dużą zmianą …

Mieszkania od komornika mają stać się bardziej atrakcyjne dzięki przepisom, które 8 grudnia 2020 r. przyjął rząd. Mowa o projekcie nowelizacji ustawy kodeks postępowania cywilnego. Wspomniany projekt zakłada, że dzięki wprowadzeniu możliwości licytowania nieruchomości online zniknie problem związany ze zmowami cenowymi kilku licytantów. Dodatkowo nowe rozwiązania dobrze wpisują się w trend cyfryzacji przyspieszony przez pandemię koronawirusa. „Umożliwienie licytacji nieruchomości przez Internet obniży również koszty ich sprzedaży, co ma być korzystne dla dłużnika” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Rząd zakłada, że mieszkania od komornika będzie można licytować przy wykorzystaniu systemu, który aktualnie już funkcjonuje w przypadku licytacji rzeczy ruchomych. Warto podkreślić, że licytacja domów, gruntów i mieszkań w trybie online nie będzie obowiązkowa. Wniosek w tej sprawie dotyczący odpowiednio pierwszego lub drugiego terminu licytacji ma składać wierzyciel. Można jednak przypuszczać, że większość wierzycieli będzie zainteresowana opcją przeprowadzenia licytacji w trybie online, bo taki wariant daje większą szansę na szybkie zakończenie sprzedaży oraz odpowiednio wysoką cenę końcową. „Rząd poinformował również, że licytacje nieruchomości online będą trwały przez tydzień. Nie zabraknie więc czasu na podjęcie przemyślanej decyzji” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nabywcy „M” narzekają na zmiany dotyczące eksmisji

Większość osób, które interesują mieszkania od komornika, zapewne ucieszy się z rządowych zapowiedzi. Tacy potencjalni nabywcy domów i lokali z komorniczej licytacji wskazują jednak na pewien problem. Mowa o zmianie przepisów eksmisyjnych z kwietnia 2019 roku, która utrudniła szybkie przejęcie nieruchomości oraz jej odsprzedaż lub remont. W tym kontekście warto przypomnieć, że były właściciel mieszkania nie podlega przepisom ustawy o ochronie praw lokatorów (zobacz na przykład orzeczenia Sądu Najwyższego z sygnaturami III CZP 66/01, V CA 1/04 oraz III CKS 330/10). „Taka kontrowersyjna sytuacja nie zmienia się już od lat mimo interwencji, które podejmował np. Rzecznik Praw Obywatelskich” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Między innymi ze względu na nieobjęcie byłych właścicieli lokali i domów ochroną przewidzianą dla lokatorów, rząd zdecydował się na zmianę art. 1046 kodeksu postępowania cywilnego. „W swoim poprzednim brzmieniu, artykuł 1046 paragraf 4 kodeksu postępowania cywilnego pozwalał na eksmisję dłużnika bez prawa do mieszkania socjalnego lub innego lokum (np. byłego właściciela lokalu) do noclegowni lub schroniska dla bezdomnych po półrocznym i bezskutecznym oczekiwaniu na pomieszczenie tymczasowe od gminy” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Począwszy od kwietnia 2019 roku, komornik musi czekać z eksmisją aż do momentu wyznaczenia przez gminę pomieszczenia tymczasowego. Stanowi to problem szczególnie w przypadku gmin nieposiadających odpowiedniej liczby pomieszczeń tymczasowych. Osoby, które od dawna interesują mieszkania od komornika już uwzględniły ryzyko długotrwałej eksmisji w ramach składanych ofert. Istnieje jednak obawa, że o ewentualnych utrudnieniach eksmisyjnych nie będą wiedzieli internauci wcześniej niebiorący udziału w licytacjach komorniczych. „Wraz z wprowadzeniem opcji licytowania mieszkania od komornika przez Internet, może pojawić się całkiem spora grupa takich osób” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Po co ci branding? Sprawdź wskazówki projektantów z Wrocławia

Branding ma być wyróżnikiem marki. Budować narrację, przyciągać wzrok – ale i zatrzymywać uwagę. To istotny element marketingu, którego nie można pomijać. Wiele firm zapomina o tym, jak ważna jest spójność we wszystkich komunikatach – zarówno graficznych, jak i tekstowych. Tymczasem to właśnie ten aspekt pozwala nam być rozpoznawalnymi. Na co zwrócić uwagę, pracując ze specjalistami? Dlaczego warto wybrać profesjonalny zespół?

Zacznij od strategii marki

Dobry branding musi przede wszystkim kształtować user experience – doświadczenie użytkownika Twojego brandu. Dobrze, jeśli jest zbudowany na autentycznym wyróżniku, przewadze konkurencyjnej. W pierwszej kolejności należy zastanowić się, co oferuje marka – a następnie zawrzeć to w briefie. Manager zatroszczy się o resztę – kompleksowy, długoterminowy plan marketingowy, który uwzględni strategię i  ideę, na której będzie bazować branding.

Polegaj na opinii specjalistów

Eksperci z agencji to często absolwenci studiów public relations, komunikacji wizerunkowej, communication design czy employer brandingu. Wszystkie te kierunki studiów łączy jedno: strategiczne podejście do tworzenia marki. Wykładowcami są często praktycy, którzy swoją wiedzę popierają wieloletnim doświadczeniem. Warto zatem zdać się na tych, którzy od lat zajmują się designem i mają zbudowane silne podstawy merytoryczne. Pamiętaj, aby w pierwszej kolejności polegać na opinii osób specjalizujących się na tworzeniu brandów. Logo nie musi podobać się Tobie czy Twoim pracownikom – ma działać na Twoich klientów. Ekspert potrafi uzasadnić, dlaczego akurat ta wersja będzie najlepszym wyborem.

Kompleksowa identyfikacja wizualna firmy

Kontaktując się z agencją, z pewnością zostaniesz poproszony o wypełnienie briefu. Staraj się być dokładny i wnikliwie zastanowić się nad tym, co jest przewagą konkurencyjną Twojej firmy. Uwzględnij w nim koniecznie, czego dokładnie potrzebujesz i jaki chcesz osiągnąć efekt. Projektowanie logo? Projektowanie opakowań? Przygotowanie strony internetowej, katalogu, ulotek, filmu wizerunkowego? Żaden problem. Warto określić, co jest Twoim celem. Specjaliści będą potrafili dobrać narzędzia do Twoich oczekiwań tak, aby zapewnić jak najlepszy efekt. Częstą praktyką jest również – po ustaleniu zakresu działań – przekazanie kilku linii stylistycznych do wyboru.

Dlaczego warto zlecić projekt agencji brandingowej lub PR?

Korzystając z pomocy agencji, możesz liczyć na pełną obsługę – nie tylko w kwestii graficznej, lecz również usługi z zakresu media relations, content marketingu, digital czy prowadzenie social media. Możesz kontynuować strategię przez zaplanowanie odpowiedniej kampanii reklamowej. Agencja może również skoordynować badania konsumenckie, dzięki którym dowiesz się, jak klienci Twojej marki postrzegają Twój wizerunek. Dużą zaletą jest także znajomość nowoczesnych technologii, które zoptymalizują prace nad budowaniem reputacji marki.

Warto pamiętać o jednej rzeczy. Ludzie są dziś przesyceni nadmiarem informacji – w internecie, w sklepach, w przestrzeni miejskiej. Nadmiar komunikatów sprawia, że trudniej jest się wyróżnić. Wymaga to dużej wiedzy zarówno o psychologii i socjologii, neurobiologii, językoznawstwie czy grafice. Wiele elementów składa się na całość, jakim jest postrzeganie brandingu. Warto zatem powierzyć tę sprawę ekspertom, którzy działają w interdyscyplinarnych zespołach. To właśnie ten miks sprawia, że projekt przynosi dobre efekty.

18 miesięcy – tyle czasu potrzebują najlepsi, aby wrócić do zysków sprzed pandemii

  • Według raportu „The European Double Up: A twin strategy that will strengthen competitiveness”[1], europejscy liderzy biznesowi spodziewają się powrotu do poziomu zysków sprzed pandemii średnio w ciągu najbliższych 18 miesięcy.
  • Z badania Accenture wynika, że europejskie firmy, które przyspieszą wprowadzanie zmian zarówno w zakresie technologii cyfrowych, jak i zrównoważonego rozwoju, szybciej wyjdą z kryzysu związanego z COVID-19.

Według nowego raportu Accenture opublikowanego w styczniu 2021 r. podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, wiodące firmy europejskie spodziewają się poprawy wyników finansowych w ciągu najbliższych 18 miesięcy. Aby zintensyfikować proces powrotu do poziomu zysków sprzed pandemii zdaniem konsultantów Accenture muszą one przyspieszyć zarówno swoją transformację cyfrową, jak i przemiany w obszarze zrównoważonego rozwoju. Takie dwutorowe podejście nie tylko pozwoli na szybsze wyjście z kryzysu spowodowanego pandemią COVID-19, ale także zagwarantuje przewagę konkurencyjną w przyszłości.

 

Kryzys COVID-19 doprowadził do rozbieżności w odporności finansowej i perspektywach wzrostu europejskich firm. Prawie połowa (49%) z nich odnotowała spadek przychodów lub zysków w ciągu ostatnich 12 miesięcy i w tym roku nie spodziewa się poprawy swojej sytuacji. Według raportu do grupy „upadających aniołów”, czyli firm, które mimo faktu, że miały dobre wyniki finansowe przed pandemią, w tym roku spodziewają się spadku przychodów lub zysków, można zakwalifikować jedną piątą przedsiębiorstw (19%). Tylko jedna trzecia (32%) europejskich firm oczekuje wzrostu rentowności w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Do grona „przyszłych liderów”, jak określono tę grupę w raporcie Accenture, należą przedsiębiorstwa przodujące zarówno pod kątem cyfryzacji, jak i wdrożenia praktyk zrównoważonego rozwoju.

Według badań prawie połowa (45%) europejskich przedsiębiorstw nadaje priorytetowe znaczenie inwestycjom zarówno w transformację cyfrową, jak i zrównoważony rozwój. Aż 40% europejskich respondentów planuje duże inwestycje w sztuczną inteligencję, a 37% rozważa inwestycje w chmurę. Jednocześnie 31% firm planuje skupić się na inwestycjach w modele biznesowe pozwalające na zrównoważony rozwój.

Wkraczamy w dekadę, która wprowadza nową falę zmian w biznesie definiowaną przez transformację na rzecz cyfryzacji i zrównoważonego rozwoju. Liderzy podwójnej transformacji inwestują więcej w innowacje we wszystkich dziedzinach, przeznaczając ponad 10% swoich rocznych przychodów na badania i rozwój. Pamiętają także o rozwoju talentów, kształcą i przekwalifikowują swoich pracowników. W ten sposób budują ekosystem bazujących na technologii modeli biznesowych, których motorem jest zrównoważony rozwój. Wiodące firmy już teraz generują ponad 10% zysków z takich wysokoefektywnych modeli. Od tego, jak europejskie przedsiębiorstwa poradzą sobie z tą „podwójną transformacją”, zależeć będzie, jak szybko wyjdą z kryzysu i jak dobrze będą przygotowane do utrzymania wzrostu w postpandemicznym świecie – zapowiada Karol Mazurek, Dyrektor Zarządzający Accenture Strategy & Consulting.

Na poszczególnych etapach takiej transformacji mogą wystąpić różnego rodzaju bariery. Jednym z największych i najczęściej spotykanych wyzwań dla firmy, która już wkroczyła na tę ścieżkę rozwoju, jest określenie realnego modelu biznesowego skoncentrowanego wokół zrównoważonych procesów i produktów. Kolejnym etapem jest uwolnienie zasobów inwestycyjnych w celu reorganizacji przedsiębiorstwa i szybkiego przejścia od projektów pilotażowych do inicjatyw realizowanych w skali całej firmy. Ten krok może okazać się szczególnym wyzwaniem dla ponad połowy (55%) europejskich firm, które nie mają pewności, że osiągną swoje cele dotyczące wzrostu na rok 2021. Przedsiębiorstwa w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech są najbardziej optymistyczne pod tym względem – odpowiednio 59%, 52% i 51% respondentów w tych krajach spodziewa się, że osiągną w tym roku swoje cele. Przedsiębiorcy we Włoszech i Hiszpanii są jednymi z najbardziej pesymistycznych, a zaledwie odpowiednio 34% i 31% z nich, spodziewa się, że osiągną swoje cele w obszarze wzrostu w 2021 r.

Pełny raport „The European Double Up: A twin strategy that will strengthen competitiveness” dostępny jest na stronie: https://www.accenture.com/cn-en/insights/strategy/european-double-up

O badaniu

Badanie miało formę ankiety, w której wzięło udział 4051 członków kadry zarządzającej wyższego szczebla w 13 krajach z 19 branż. Zostało przeprowadzone w listopadzie 2020 r. i objęło firmy o rocznych przychodach przekraczających 500 mln USD. Reprezentowane branże to: lotnictwo i kosmonautyka oraz obronność, linie lotnicze, turystyka i transport, motoryzacja, bankowość, rynki kapitałowe, komunikacja, media i rozrywka, przemysł chemiczny, branża towarów konsumenckich, energetyka, ochrona zdrowia, zaawansowane technologie, towary i sprzęt przemysłowy, ubezpieczenia, farmaceutyka, biotechnologia i life sciences, usługi publiczne, handel detaliczny, oprogramowanie i platformy oraz przedsiębiorstwa użyteczności publicznej. Badanie zostało przeprowadzone w następujących krajach: Australia, Kanada, Chiny, Francja, Niemcy, Włochy, Japonia, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Singapur, Hiszpania, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone.

[1] Accenture 2021: The European Double Up: A twin strategy that will strengthen competitiveness

„Sprawy frankowe” – aktualne problemy i perspektywy okiem Rzecznika Prasowego Sądu Okręgowego w Warszawie

W ostatnim czasie temat tzw. kredytów frankowych nie znika z mediów, a to w szczególności za sprawą planowanej na marzec uchwały Izby Cywilnej Sądu Najwyższego, którą rozstrzygnięte zostać mają zagadnienia prawne budzące wątpliwości w orzecznictwie sądów powszechnych. Dodatkowe emocje wzbudza również powództwo Raiffeisen Banku wytoczone przeciwko państwu Dziubakom o wynagrodzenie za bezumowne korzystanie z kapitału banku. Niewątpliwie wzrost popularności problemu tzw. kredytów frankowych przekłada się na ilość spraw wnoszonych przeciwko bankom do sądów – liczba pozwów rośnie z miesiąca na miesiąc. Przeważająca część banków ma siedzibę na terenie objętym właściwością Sądu Okręgowego w Warszawie, dlatego obecnie większość tzw. spraw frankowych jest rozpoznawana przez ten sąd. Jak – i czy w ogóle – Sąd Okręgowy w Warszawie radzi sobie z tym problemem?

W ramach kampanii społecznej Prawo bez Strachu, adwokat Bartosz Czupajło spotkał się w dniu 9 lutego 2021 r. z SSO Sylwią Urbańską – rzecznikiem prasowym ds. cywilnych Sądu Okręgowego w Warszawie. Tematem spotkania były aktualne problemy związane z ogromną ilością tzw. spraw frankowych, które wpływają do Sądu Okręgowego w Warszawie, pomysły i sposoby na przyspieszenie ich rozpoznawania oraz założenia dotyczące funkcjonowania nowego XXVIII Wydziału ds. kredytów waloryzowanych kursem waluty obcej, który ma rozpocząć funkcjonowanie od 1 kwietnia 2021 r.

Skala pozwów olbrzymia i stale rosnąca

W kontekście ilości tzw. spraw kredytów frankowych, jakie wpływają do Sądu Okręgowego w Warszawie, SSO Sylwia Urbańska wskazała, że:

„Jeśli miałabym określić skalę, to chyba jednym słowem: olbrzymia i stale rosnąca. To jest zjawisko w jakimś sensie ogólnokrajowe i dotyczy całej Polski, natomiast z pewnością Sąd Okręgowy w Warszawie jest najbardziej tym problemem dotknięty i musi się z tym mierzyć w największym stopniu. Myślę, że przedstawienie liczb, które notujemy od roku 2017, kiedy to sprawy frankowe zaczęły wpływać i zaczęły być już zauważalne przedstawi też skalę tego zjawiska. I tak 2017 rok – mieliśmy w całym sądzie 999 spraw, dokładnie taka liczba. W 2018 to było 2 631, w 2019 roku 4 634 i rok 2020 – już mamy skalę 15 588 spraw, co nawet w porównaniu do 2019 roku pokazuje prawie 4-krotny wzrost. Dlatego mówię, że to jest problem Sądu Okręgowego w Warszawie w takiej mierze znaczącej, że z obliczeń wynika, że ponad 50% tych spraw w skali kraju trafia do Sądu Okręgowego w Warszawie.” Po czym dodała: „Mam duże obawy, że ta liczba w roku 2021 jeszcze się zwielokrotni, dlatego że już tylko porównanie stycznia 2020 do stycznia 2021 to są takie liczby: styczeń 2020 mamy spraw 808, w styczniu 2021 – 1897. Jeśli ta tendencja się utrzyma, to przekroczy możliwości rozwiązania tego problemu przez sąd i apelujemy od dawna, że potrzeba rozwiązań systemowych.”

W kontekście wyżej cytowanych wypowiedzi – liczby pokazały, że dla ilości kierowanych do sądu spraw istotne znaczenie miał wyrok TSUE ws. p. Dziubaków wydany jesienią 2019 roku – od tego momentu wzrost liczby pozwów wnoszonych ws. frankowych gwałtownie przyspieszył.

„Nasze referaty w I instancji sięgnęły – to są obliczenia według stanu na koniec grudnia 2020 roku – 620 spraw, co przekłada się na niemal 1 400 tomów. To są liczby, wartości absolutnie niewyobrażalne. Jeżeli tom ma 200 kart – ja to nawet przeliczyłam dla zobrazowania, jakie to są rozmiary – przyjmijmy, że nie wszystkie są dwustronnie zadrukowane, to jeden tom to jest 300 stron do przeczytania. To wychodzi 400 000 stron referatu sędziego, czyli tych spraw, z którymi mierzy się, mówiąc kolokwialnie „obraca”. Wyobraźmy sobie, że mamy książkę do przeczytania – średnia książka ma 300 stron. Ile czytamy taką książkę, nawet jeśli to jest pasjonujący kryminał?”

Rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Warszawie zaapelowała – „Potrzebujemy rozwiązań systemowych. Żaden sąd nie jest sobie w stanie z tym problemem poradzić środkami, którymi dysponuje tylko jako konkretna jednostka.”

Planowane uchwały Sądu Najwyższego

Pewną nadzieją na ujednolicenie orzecznictwa i przyspieszenie rozpoznawania spraw frankowych są planowane uchwały Sądu Najwyższego.

„Na pewno wypowiedź Sądu Najwyższego jest bardzo potrzebna. Istotnie po wyroku z października 2019 r. TSUE wydaje się, że można powiedzieć, że linia orzecznicza się w jedną stronę przechyliła, ale nie można mówić o jednolitości orzecznictwa. To jest absolutnie problem i dopóki ten problem nie zostanie rozstrzygnięty przez Sąd Najwyższy, to będziemy się z tym mierzyć w jednostkowych sprawach.”

Mec. Czupajło zwrócił uwagę na praktyczny problem, z którymi spotykają się prawnicy w rozmowach z klientami – jak racjonalnie wytłumaczyć osobie zainteresowanej pozwaniem banku, że taka sama umowa czasem bywa uznana przez sąd za nieważną, czasami sąd stwierdzi jedynie, że wprawdzie zawiera ona klauzule niedozwolone, ale może obowiązywać dalej po ich wyeliminowaniu, a w trzecim przypadku sąd nie dostrzeże w umowie żadnych wadliwości? Trudno znaleźć inny przypadek, w którym tak wiele spraw byłoby tak podobnych – są oparte w zasadzie na takich samych wzorcach umów – a jednak dochodzi do wydawania zupełnie innych rozstrzygnięć, co z kolei podważa zaufanie obywateli do sądów. „Dochodząc sprawiedliwości w takich samych sytuacjach, mając ten sam system prawny, należałoby oczekiwać przynajmniej podobnych rozstrzygnięć, a tutaj często te rozstrzygnięcia są skrajnie różne” zauważa adwokat.

SSO Sylwia Urbańska przyznała, że „Stan, w którym tej jednolitości nie mamy, jest zagrożeniem” i przypomniała, że Polska przegrała już sprawę przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka na gruncie sprawy Plechanow przeciwko Polsce (skarga nr 22279/04). Trybunał stwierdził w tej sprawie naruszenie przez Polskę Konwencji właśnie z uwagi na rozbieżność orzecznictwa i to na poziomie Sądu Najwyższego. „Jednolitość orzecznictwa jest wyrazem zaufania obywatela do państwa” – wskazała.

Nowy wydział ds. frankowych Sądu Okręgowego w Warszawie

SSO Sylwia Urbańska zwróciła uwagę, że powstanie wydziału ds. kredytów waloryzowanych kursem waluty obcej było inicjatywą sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie. „Mamy już opublikowanie zarządzenie Ministra Sprawiedliwości o utworzeniu tego wydziału – to będzie XXVIII wydział w tutejszym sądzie. Ono wchodzi w życie z dniem 1 kwietnia 2021 r. Na ostatnim etapie i na etapie ustaleń i decyzji – to są oczywiście decyzje prezesa i wiceprezesa ds. cywilnych – są kwestie organizacyjne, liczby sędziów, która tam będzie skierowana.” – wskazała rzecznik prasowy Sądu.

Jak nowy wydział będzie funkcjować? „Wspomniałam już o planach digitalizacji akt – proszę mi wybaczyć, specjalistycznie tego nie wyjaśnię, natomiast ten program ma zakładać pewne ułatwienie, przyspieszenie pracy z aktami i ma polegać na wprowadzeniu do systemu danych, które później automatycznie, na zasadzie biblioteki danych będą mogły być pobierane do różnych spraw. Istnieje pewna powtarzalność tych spraw czy umów. Te dane trzeba tam najpierw do tego systemu wprowadzić, żeby potem można na nich pracować.”

„To ma przyspieszyć obsługę, pracę kancelaryjną z aktami, ale też później pracę dla sędziego orzekającego w tych sprawach. Plus do tego, przez tę liczbę spraw, z którymi trzeba będzie się zmierzyć, ma być wprowadzony system otagowania akt, pism. Ma to polegać na ich wyszukiwaniu za pomocą urządzenia, które będzie odbierać, nadawać sygnał.” – dodała SSO Sylwia Urbańska.

Rzecznik prasowy przyznała, że wydział powstanie i ma nadzieję, że wiele rzeczy usprawni, ale jeżeli te liczby będą tak rosły, to będzie to rozwiązanie czasowe. „To naprawdę wymaga ingerencji ustawodawcy, żeby ten problem rozwiązać.”

Adw. Bartosz Czupajło zauważył, że powstanie nowego wydziału ds. kredytów waloryzowanych kursem waluty obcej budzi różne emocje i pewne obawy co do tego, czy powstanie wydziału zamiast przyspieszenia nie spowoduje wydłużenia rozpoznawania spraw frankowych. „Skoro teraz sprawy frankowe rozkładane są na sześć wydziałów cywilnych Sądu Okręgowego w Warszawie i obsługiwane są przez kilkudziesięciu sędziów, to czy skupienie tych spraw w jednym wydziale, w którym będzie orzekało kilku czy kilkunastu sędziów nie spowoduje, że te sprawy będą rozpoznawane jeszcze dłużej?

W odpowiedzi rzecznik prasowy wskazała: „Żadne nasze działania organizacyjne nie zastąpią jednolitego stanowiska czy wskazania ze strony Sądu Najwyższego, które też by mogło ukierunkować na sposób prowadzenia spraw. On zawsze pozostanie rzecz jasna do decyzji konkretnego sędziego, ale już kwestia postępowania dowodowego, tego czy, jakich świadków sąd przesłuchuje, czy dopuszcza dowód z opinii biegłych, to już mogłoby coś wynikać z tych oczekiwanych rozstrzygnięć Sądu Najwyższego. To co my robimy, to jest nasza inicjatywa i próba poradzenia sobie z tym problemem, ale nikt sobie nie poradzi, jeżeli będziemy mieć taki wzrost wpływu tych spraw. Słusznie Pan zauważył, że tych kilkudziesięciu, 50-kilku tak naprawdę sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie rozstrzyga ponad 50% spraw w skali kraju, spraw kredytobiorców frankowych. Ja śmiem twierdzić, że to są sędziowie, którzy są najbardziej teraz obciążeni pracą w skali kraju.”

SSO Sylwia Urbańska zwróciła uwagę, że poza sprawami frankowymi jest wiele innych spraw doniosłych społecznie, które wymagają sprawnego orzekania, np. roszczenia o świadczenia należne z tytułu wypadku czy sprawy o ubezwłasnowolnienie. Powstanie wydziału ds. frankowych powinno sprawić, że pozostałe wydziały cywilne zostaną odciążone i będą mogły sprawniej rozpoznawać sprawy nie dotyczące kredytów frankowych.

Mec. Czupajło pytał, czy skoro wpływ większości spraw trafiających do Sądu Okręgowego w Warszawie zostanie skierowany do jednego wydziału „frankowego”, to czy znajdą się sędziowie chętni do orzekania w tym wydziale i czy sędziowie będą mieli możliwość zgłaszania się, czy będzie to odgórna decyzja, czy jeszcze w inny sposób będzie się to odbywało.

„Na tym etapie mogę powiedzieć, że jeszcze ostateczne decyzje nie zapadły. Można się zgłaszać i takie zgłoszenia były, byli sędziowie, którzy się zgłosili. To jest jeszcze – tak, jak wspomniałam – na ostatnim etapie ustaleń, więc myślę, że musimy tutaj poczekać na decyzję, na rozstrzygnięcia.”

SSO Sylwia Urbańska zwróciła uwagę na jeszcze jeden ważny problem: „Od wielu lat do Sądu Okręgowego w Warszawie nie przyszedł żaden nowy sędzia, nie było żadnych nominacji. My funkcjonujemy też od lat, zdaje się teraz w 2/3 składu tego docelowego, etatów, które są przypisane do naszego sądu.” Dodatkowo wskazała na kolejne zagrożenie związane z ilością spraw wpływających do Sądu Okręgowego w Warszawie: „Zaczynają się już pozwy przedsiębiorców przeciwko Skarbowi Państwa za tzw. lockdown. One już są, zarówno zbiorowe (grupowe) jak i indywidualne. Te osoby nie mają wyboru właściwości – one pozywają Skarb Państwa – jednostki organizacyjne, które mają siedzibę w Warszawie. Jeżeli na tę falę pozwów frankowych dołoży się jeszcze fala pozwów za lockdown, to naprawdę jeszcze raz apel ze strony sądu o decyzje ustawodawcy.”

Na pytanie o postulowane kierunki zmian legislacyjnych, które mogłyby przyczynić się do poprawy funkcjonowania sądu i przyspieszenia rozpoznawania spraw rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Warszawie odpowiedziała: „Ja bym bardzo chciała, żeby ustawodawca posłuchał sędziów, bo my tu jesteśmy – my, sędziowie sądów powszechnych – na pierwszej linii i my się z tymi problemami mierzymy na co dzień. Ta sytuacja z ostatniego roku zmieniła bardzo wiele, ale też mocno przyspieszyła postęp technologiczny – tak bym powiedziała – w sądzie. To oczywiście nie jest jeszcze stan doskonały, ale okazało się, że bardzo szybko można wprowadzić rozprawy zdalne, które początkowo z oporami, a teraz już w coraz większym wymiarze przecież funkcjonują. Wydaje mi się, że już nie ma od tego odwrotu i że to jest takie narzędzie i takie rozwiązanie, które absolutnie jest do zastosowania, do wykorzystania i wdrożenia nie tylko na czas epidemii i tych trudności, ale też później. To nas prowadzi do rozprawy odmiejscowionej. Też oczywiście wymaga nakładów inwestycyjnych i odpowiedniego wyposażenia sądu, bo wiele sądów mierzyło się z tym problemem, że nie ma odpowiedniego sprzętu, czy też ta sieć informatyczna jest niewystarczająca. Rozprawa odmiejscowiona powoduje, że odpada nam problem i zarzut braku dostępu czy dostępności do sądu i konieczności pokonywania wielu kilometrów do tego, żeby przed sądem stanąć. To zawsze będzie narzędzie zastępcze, ale wiele spraw może rozwiązać, bo – to są też moje osobiste doświadczenia z tego czasu – gdyby nie rozprawy zdalne, to pewnie nie udałoby się przesłuchać świadka z Hiszpanii, stron z Norwegii, czy z Nowego Jorku.”  

Co Europejczycy myślą o działaniach UE w zakresie rolnictwa?

Komisja Europejska przeprowadziła badania opinii publicznej wśród wszystkich krajów członkowskich, aby dowiedzieć się, co obywatele sądzą o podejmowanych przez Unię Europejską działaniach w zakresie wspólnej polityki rolnej. Sektor rolno-spożywczy jest ważny dla Europejczyków – aż 95% społeczeństwa uważa, że rolnictwo i obszary wiejskie są istotne dla wspólnej przyszłości. Badanie pokazuje, że kwestie środowiskowe stają się coraz ważniejszym priorytetem dla obywateli UE. Eksperci Unii Owocowej komentują wyniki Eurobarometru.

Czym jest badanie Eurobarometru?

Komisja Europejska od wielu lat przeprowadza badania Eurobarometru mające na celu szczegółową analizę nastawienia oraz poglądów obywateli wobec działań Unii Europejskiej. Sondaże badają szeroki zakres kwestii, które sprawdzają postrzeganie UE, a także główne oczekiwania i wyzwania przed nią stojące. Od 2007 roku KE przeprowadza takie badanie także na temat rolnictwa i wspólnej polityki rolnej. Dzięki temu, znane jest również zdanie społeczeństwa na temat działań Unii w dziedzinie leśnictwa i obszarów wiejskich. Najnowsze badanie przeprowadzono między sierpniem a wrześniem 2020 r., a objęło ono ponad 27 200 odpowiedzi od obywateli ze wszystkich krajów UE. Z ostatniego badania zostało wyciągniętych wiele wniosków pozwalających na ustalenie ogólnej opinii publicznej o działaniach UE w zakresie WPR.

Badania prowadzone przez Komisję Europejską pozwalają na uzyskanie poglądu na ogólną opinię publiczną w zakresie prowadzonych działań. Wspólna Polityka Rolna posiada narzędzia, które zwiększają produkcję ekologiczną i sprzedaż. Wykorzystanie tych możliwości może przyczynić się do wzrostu popularności ekologicznych produktów w nadchodzących latach – co ciekawe, według badań konsumenci deklarują, że są gotowi zapłacić nawet o 10% więcej za produkty pozyskiwane w prośrodowiskowy sposób – ten fakt pokazuje coraz większą potrzebę i świadomość społeczeństwa. Narzędzia WPR powinny wspierać producentów w procesie produkcji ekologicznej, m.in. poprzez wskazanie strategii ułatwiających osiąganie sukcesów i czerpanie korzyści związanych ze zrównoważonym rolnictwem.” – wyjaśnia Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Co Europejczycy wiedzą o wspólnej polityce rolnej?

Obywatele Unii Europejskiej są coraz bardziej świadomi istnienia i funkcjonowania wspólnej polityki rolnej – w 2020 roku prawie ¾ Europejczyków deklarowało, że zna te działania i uważa, że przynoszą one korzyści nie tylko rolnikom, ale wszystkim obywatelom. Celem WPR jest m.in. ochrona obszarów wiejskich i krajobrazów, wspieranie zrównoważonego gospodarowania zasobami naturalnymi i przeciwdziałanie zmianom klimatu, a także wspieranie rolników. Działania w zakresie wspólnej polityki rolnej są podejmowane przez wszystkie kraje członkowskie, obejmują m.in. rolnictwo, ogrodnictwo i leśnictwo. WPR jest finansowana ze wspólnych środków pochodzących z unijnego budżetu. W porównaniu z danymi z Eurobarometru z 2017 r. postrzeganie przedsięwzięć WPR w obszarach bezpieczeństwa i jakości żywności oraz zrównoważonego rozwoju – w 2020 r. poprawiło się o co najmniej 5 punktów procentowych.

Jakie wartości są ważne dla Europejczyków?

Co najmniej ośmiu na dziesięciu Europejczyków uważa, że ​​spośród badanych priorytetów założeń WPR, wszystkie są ważne. Według danych Eurobarometru, 92% obywateli UE sądzi, że ​​zapewnienie stabilnych dostaw żywności dla UE jest ważnym priorytetem. Społeczeństwo wskazuje także na istotną rolę krótkich łańcuchów dostaw, które są kluczowe przy świeżych, szybko psujących się produktach oraz na poszanowanie lokalnej tradycji, „know-how” i znane pochodzenie nabywanej żywności. 81% respondentów uważa, że ważne jest, aby żywność była opatrzona etykietą gwarantującą jakość, jednak niepokojące są dane o niskiej znajomości certyfikatów unijnych – zna je tylko około 15% obywateli. Wyjątek stanowi logo unijnego rolnictwa ekologicznego, który potrafi rozpoznać ponad połowa respondentów. Unia Owocowa podtrzymuje istotę znakowania produktów certyfikatami jakościowymi i podkreśla, że ich znajomość powinna wzrosnąć. Obywatele uważają, że istnieje większe prawdopodobieństwo, że produkty ekologiczne są zgodne z przepisami dotyczącymi pestycydów, nawozów i antybiotyków, a także, że są one bardziej przyjazne dla środowiska i produkowane z większym poszanowaniem dobrostanu zwierząt.

W Unii Europejskiej funkcjonuje około 10 milionów gospodarstw rolnych, w których pracuje blisko 22 miliony osób. Rola rolników w społeczeństwie jest kluczowa. Potwierdzają to odpowiedzi ankietowanych osób, które jako główne obowiązki rolników wymieniają: zapewnienie bezpiecznej, zdrowej żywności wysokiej jakości w przystępnych cenach, zapewnienie dobrostanu zwierząt gospodarskich oraz ochronę środowiska i przeciwdziałanie zmianie klimatu. Aż 90% respondentów uważa, że wzmocnienie pozycji rolnika w łańcuchu dostaw żywności jest działaniem priorytetowym, a mniej więcej połowa respondentów sądzi, że zapewnienie odpowiedniego poziomu życia rolnikom powinno być głównym zadaniem WPR. Coraz więcej obywateli wskazuje także na potrzebę wzrostu dochodów tej grupy. Wspólna polityka rolna zapewnia wsparcie finansowe poprzez płatności bezpośrednie gwarantujące stabilność dochodów oraz wynagradzające rolników za pro-środowiskową działalność i zapewnianie dóbr publicznych, za które nie otrzymują oni wynagrodzenia, np. za dbanie o obszary wiejskie.

Eurobarometr wskazuje na rosnącą wśród społeczeństwa świadomość na temat ochrony środowiska i zmian klimatycznych. Aż 66% obywateli jest gotowych zapłacić 10% więcej za produkty rolne, które są pozyskiwane w sposób ograniczający ich ślad węglowy. Wspólna polityka rolna zakłada, że rolnictwo musi być opłacalne, ale równocześnie prowadzone w zrównoważony i przyjazny dla środowiska sposób. Zdecydowana większość respondentów (92%) poparła dalsze wypłacanie przez UE dotacji rolnikom stosującym praktyki rolnicze korzystne dla klimatu i środowiska.

„Praktyki zrównoważonego rolnictwa pozwalają przede wszystkim na prowadzenie stabilnego i opłacalnego finansowo gospodarstwa, które zarządzane jest zgodnie z opracowanym planem biznesowym. Obiecujący jest fakt, że społeczeństwo zgadza się i popiera zwiększenie wynagrodzeń dla tych rolników, którzy prowadzą swoją działalność z poszanowaniem środowiska naturalnego. To istotne, aby zachęcać młodych ludzi do podejmowania pracy w rolnictwie – według Eurobarometru 86% respondentów zgodziło się, że jest to ważny cel.” – podkreśla Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Kolejnym ważnym elementem WPR jest ochrona obszarów wiejskich. Unia Europejska przekazuje środki na ich rozwój oraz ustala programy krajowe i regionalne w celu zaspokojenia szczególnych potrzeb tych miejsc oraz sprostania wyzwaniom, przed którymi stoją. 83% obywateli uważa, że ​​osiągnięcie zrównoważonego rozwoju terytorialnego w całej UE jest ważnym celem. Unia Europejska wyznaczyła trzy długoterminowe cele dla rozwoju obszarów wiejskich, są nimi: zapewnienie zrównoważonego gospodarowania zasobami naturalnymi, wspieranie konkurencyjności rolnictwa oraz rozwój terytorialny tych obszarów obejmujący m.in. tworzenie i utrzymywanie miejsc pracy. 86% ankietowanych uznało za ważne pobudzenie inwestycji na obszarach wiejskich, a także zwiększenie możliwości zatrudnienia w sektorze rolno-spożywczym. Sektor produktów spożywczych i rolnictwa zapewnia w całej Unii Europejskiej blisko 40 mln miejsc pracy.

Ogólny wynik przeprowadzonych badań jest bardzo zadowalający. Przedstawia rosnącą świadomość społeczeństwa i pokazuje, że wspólne, zjednoczone działania państw członkowskich mają sens. W jedności siła – dlatego kluczową rolę odgrywają grupy producenckie, które na co dzień wspierają członków organizacji i podtrzymują lepszą, silną pozycję do negocjacji sprzedaży na korzystnych warunkach, a także prowadzą producentów ku zrównoważonemu rolnictwu.” – podsumowuje Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Inflacja w Polsce rośnie. Cena ropy naftowej znów w górę

Inwestorzy zinterpretowali dane o wzroście inflacji jako odsunięcie w czasie obniżek stóp procentowych. W rezultacie jesteśmy od rana świadkami umacniania się złotego względem euro.

Słabsze dane z USA na zakończenie tygodnia

Piątkowe popołudnie przyniosło nam raport Uniwersytetu Michigan. Okazał się on wyraźnie słabszy od oczekiwań i wyniósł 76,2 pkt wobec oczekiwanych 80,8 pkt. Oznacza to, że optymizm w grupie ankietowanych menedżerów jest wyraźnie słabszy, niż sądzono. Pokazuje to, że pewne optymistyczne założenia mogą nie zostać zrealizowane. Rezultatem tego odczytu było kolejne osłabienie się dolara względem euro pomimo dobrego początku dnia.

Ropa naftowa znów w górę

Czarne złoto kontynuuje swój ruch w górę rozpoczęty na początku listopada. Od tego czasu baryłka surowca podskoczyła z 38 dolarów na 63 dolary. Powodów tego ruchu jest przynajmniej kilka, ale z grubsza sprowadzają się do jednego. Analitycy zauważają, że będzie potrzebne coraz więcej surowca wraz z powrotem gospodarki na stare tory. Nie może zatem dziwić, że wraz ze wzrostem cen rośnie też ilość otwieranych odwiertów. Potwierdzają to np. dane z USA, gdzie w piątek parametr ten osiągnął swoje maksimum od początku pandemii.

Inflacja w Polsce

W styczniu wzrost cen w Polsce przyspieszył o 0,3%, aczkolwiek uzyskany wynik 2,7% nie powinien budzić niepokoju. Cel inflacyjny mamy ustalony przecież na 2,5% z tolerancją +/- 1%, więc wynik ten jest bardzo blisko środka tego przedziału. Z drugiej strony rosnąca inflacja, o ile kierunek ten będzie kontynuowany, powinna mocno ograniczać skłonność RPP do obniżania stóp procentowych. Im niższe stopy, tym bardziej są bowiem obywatele skłonni do konsumpcji, a to podnosi ceny. Inwestorzy przyjęli to jako dobrą informację i kupują złotówki, w końcu perspektywa obniżki stóp była powodem ostatniego osłabiania się złotego.

Dzisiaj dzień prezydenta w USA, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

GPW w czołówce europejskich giełd

  • Według danych Federacji Europejskich Giełd Papierów Wartościowych (FESE) Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) zanotowała największy procentowy wzrost obrotów akcjami w 2020 roku – o 56,1% w porównaniu z 2019 rokiem
  • GPW zajęła drugie miejsce w zestawieniu FESE jeśli chodzi o zmianę kapitalizacji krajowych spółek (w walucie lokalnej)
  • GPW uplasowała się na drugim i trzecim miejscu jeśli chodzi o obrotowość portfeli na koniec 2020 roku oraz wartość ofert pierwotnych w ubiegłym roku
  • W 2020 roku na GPW miał miejsce drugi co do wielkości w Europie debiut – Allegro.eu

– Jesteśmy najszybciej rosnącą giełdą w Unii Europejskiej jeśli chodzi o obroty – powiedział Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW” zamieszczonym na oficjalnym kanale Giełdy w mediach społecznościowych. Obroty akcjami na GPW wzrosły o 56,1% rok do roku. Prezes GPW dodał, że trudny 2020 rok okazał się dla Giełdy niezwykle udany. – Wskoczyliśmy również na „pudło” pod względem wskaźnika obrotowości portfeli – jesteśmy drugą najbardziej płynną giełdą, zaraz za Deutsche Boerse. Z kolei trzecie miejsce zajęliśmy w zestawieniu giełd europejskich pod kątem wartości ofert pierwotnych w 2020 roku. Wyprzedziły nas tylko giełdy Euronext i Nasdaq Nordics & Baltics – powiedział Marek Dietl.

Ponadto GPW zajęła drugie miejsce wśród giełd europejskich jeśli chodzi o najwyższy wzrost kapitalizacji w walucie lokalnej, co w dużej mierze było zasługą historycznego debiutu  Allegro – drugiego największego debiutu wśród europejskich IPO.

Fenomen GPW został zauważony nie tylko w Europie, ale i poza nią. W ostatnich tygodniach tekst Prezesa Marka Dietla poświęcony potencjałowi wzrostu naszego regionu został przedrukowany w kilkunastu prasowych i internetowych tytułach na całym świecie, m.in. we Francji, na Cyprze, w Malezji, Indonezji czy Katarze.

– GPW, jako jeden z 25 najbardziej rozwiniętych rynków na świecie, powinna odgrywać główną rolę w promowaniu i wspieraniu rozwoju naszego regionu – stwierdza w tekście Marek Dietl. W artykule Prezesa GPW czytamy też, że: – Wysoka wycena, obecność zagranicznych funduszy technologicznych wśród inwestorów i utrzymująca się płynność w obrocie akcjami tylko potwierdzają, że GPW jest rynkiem rozwiniętym w pełnym tego słowa znaczeniu. Warszawska giełda ma jeszcze jedną przewagę. Oferuje dostęp do szerokiego, zróżnicowanego kapitału inwestorskiego po kosztach zdecydowanie niższych niż te, które należałoby ponieść przy debiucie na dużych, zagranicznych rynkach giełdowych.

– Polski parkiet przyciąga nie tylko inwestorów indywidualnych, ale zauważamy również wzrost zainteresowania GPW wśród mediów zagranicznych oraz zagranicznych funduszy inwestycyjnych i instytucji – podkreśla Przemysław Gerschmann, Doradca Zarządu GPW. – Jest to budujące, ponieważ oznacza, że obraliśmy dobry kierunek a praktyki, które czerpiemy z rynków bardziej rozwiniętych i dojrzałych dobrze przyjmują się także na naszym rynku – dodaje.

W ramach projektu „Opowiadamy Polskę światu: Dekada Europy Centralnej” realizowanego wspólnie z Instytutem Nowych Mediów, Ministerstwem Spraw Zagranicznych i Polską Agencją Prasową swoje teksty opublikowali również Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda, sekretarz generalny Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) Ángel Gurría oraz uznani międzynarodowi ekonomiści i eksperci, m.in. prof. Timo Baas i Branko Milanović.

Instytut Staszica: dlaczego zamykanie gospodarki nie jest uzasadnione wiarygodnymi badaniami?

Polacy chcą jak najszybszego zniesienia koronawirusowych restrykcji. Z badania IBRiS dla dziennika „Rzeczpospolita”, przeprowadzonego na początku tego miesiąca wynika, że aż 81,9% społeczeństwa pozytywnie ocenia decyzję rządu o zniesieniu niektórych ograniczeń od 12 lutego. Niemniej nadal obowiązuje wiele dotkliwych obostrzeń, jak np. zakaz działalności lokali gastronomicznych czy klubów fitness. Aktualne pozostaje zatem pytanie o logikę utrzymywania ograniczeń i ich uzasadnienie. W ocenie ekspertów Instytutu Staszica tłumaczenie obostrzeń wycinkową i nieuwzględniającą polskiej specyfiki analizą opublikowaną w amerykańskim czasopiśmie „Nature” jest dalece niewystarczające. Należy spytać decydentów, dlaczego przez rok trwania pandemii nie wykonano w Polsce żadnych wiarygodnych badań, zwłaszcza najdłużej zamkniętych sektorów gospodarki i dlaczego pod uwagę brane są tylko wybrane badania, jak ma to miejsce w przypadku branży fitness.

Analiza „Nature” – nie do obrony jako uzasadnienie restrykcji

Artykuł „Nature” jest w zasadzie jedynym badaniem, na które w publicznych wypowiedziach powołują się urzędnicy, próbując wyjaśnić powody zamknięcia działalności poszczególnych branż. Jest on również promowany w mediach społecznościowych – wnioski z publikacji w postaci infografiki opublikowało np. Centrum Informacyjne Rządu.

Nie kwestionując wiarygodności tej analizy, należy zwrócić uwagę na kilka aspektów, które powodują, że nie może być ona wysuwana jako argument za zamykaniem działalności polskich firm. Po pierwsze – jest to analiza matematyczna, wykonana „zza biurka”, a nie medyczne badanie na wybranej grupie osób. Korzystając z danych dotyczących logowania się telefonów komórkowych określono, w jakich miejscach najczęściej, a w jakich najrzadziej przebywali Amerykanie i na tej podstawie oszacowano poziom ryzyka transmisji COVID-19. Już sam fakt, że przeciętny Amerykanin ma inne zwyczaje zakupowe i rekreacyjne, niż Polak, powoduje że przenoszenie wniosków z tych badań na polski grunt jest pozbawione sensu. Dodać należy, że ograniczenie tej analizy do posiadaczy telefonów komórkowych eliminuje z góry część osób, m.in. najmłodszych i najstarszych. W amerykańskim badaniu pominięto także kluczowy aspekt reżimu sanitarnego.

Po drugie, analiza uwzględniła tylko część placówek i – co niezwykle istotne – nie objęła transportu publicznego. Nie zbadano więc np. skali hipotetycznych zakażeń w salonach fryzjerskich i kosmetycznych czy w autobusach, pociągach oraz metrze. Tę wybiórczość widać zresztą po wynikach, opublikowanych na infografice CIR, które już na pierwszy rzut oka zaskakują. Otóż, gdyby przyjąć wyniki matematycznej analizy za dobrą monetę, do najbezpieczniejszych obiektów należą galerie handlowe i sklepy „codzienne” (cokolwiek przez nie rozumieć), za to znacznie większe ryzyko wiąże się z wizytą w sklepie z narzędziami, sklepie zoologicznym czy salonie samochodowym. Można zapytać, czemu wobec tego galerie handlowe pozostawały zamknięte – z wyjątkiem m.in. zlokalizowanych w nich… sklepów zoologicznych – skoro wedle artykułu w „Nature” te sklepy to rozsadnik koronawirusa. Ale to tylko jeden przykład na wybiórcze posługiwanie się wynikami uznanej za wiarygodną analizy.

Dla porównania brytyjski podmiot, odpowiedzialny za ochronę zdrowia (Public Health England)[1] między 5 a 11 października 2020 r. przeprowadził analizę Test and Trace z udziałem ponad 37 tys. Brytyjczyków, którzy otrzymali pozytywny wynik tekstu na obecność COVID-19. Na podstawie geolokalizacji eksperci sprawdzili, jakie miejsca odwiedzały zakażone osoby na 7 do 2 dni przed wystąpieniem objawów. Okazało się, że najwięcej osób odwiedziło sklepy wielkopowierzchniowe/supermarkety (12,1 proc. badanych), natomiast z siłowni skorzystało jedynie 3 proc. W Polsce w szczycie zachorowań siłownie działały, chociaż z dużymi obostrzeniami (przede wszystkim zajęcia zorganizowane), a zamknięto je całkowicie kilka tygodni po szczycie zakażeń.

Wybiórcze podejście do badań

Eksperci oraz przedstawiciele dotkniętych restrykcjami branż (m.in. hotelarze) publicznie pytali Ministerstwo Zdrowia oraz Główny Inspektorat Sanitarny o powody pominięcia profesjonalnych badań, których wyniki różnią się od analizy przedstawionej na łamach „Nature”. Niestety, odpowiedzią jest milczenie.

Instytut Staszica w ogłoszonym w grudniu ub. r. stanowisku ws. zamknięcia branży fitness przywołał wyniki badań wykonanych w Wielkiej Brytanii[2] i w Norwegii[3], z których wynika, że kluby fitness odpowiadają za znikomy odsetek zakażeń. Tak, jak w przypadku badań dotyczących zakażeń w hotelach, również te badania zostały przez decydentów pominięte milczeniem. Można odnieść wrażenie, że starano się dobrać uzasadnienie w postaci badań dla już podjętych decyzji, a nie odwrotnie – podejmować decyzje w oparciu o wiarygodne badania.

Dlaczego nie ma polskich badań ws. zakażalności?

W marcu minie rok odkąd w Polsce odnotowano pierwszy przypadek zakażenia koronawirusem. Przez ten czas można było przeprowadzić w Polsce kompleksowe badania, na podstawie których dałoby się oszacować, jakie miejsca niosą ze sobą największe ryzyko zakażeń. Dzięki temu wprowadzane ograniczenia mogłyby przynieść lepszy skutek w postaci ograniczenia skali zakażeń, a wiele polskich firm mogłoby uniknąć tragicznej sytuacji, w jaką wpędził je zakaz działalności. Dodatkowo w debacie publicznej strona rządowa zyskałaby niepodważalny, merytoryczny argument w obronie podejmowanych decyzji. Obecnie podstawowymi argumentami są wspomniana amerykańska analiza, która w najmniejszym stopniu nie uwzględnia specyfiki polskiego rynku tudzież powoływanie się na obostrzenia w innych europejskich państwach, w których sytuacja jest znacznie poważniejsza niż w Polsce.

Ministerstwo Zdrowia powinno poinformować opinię publiczną, dlaczego takich kompleksowych badań nie zlecono. Być może – o czym nie wiemy – zostały one wykonane. W tej sytuacji warto zapytać, dlaczego ich wyniki nie zostały upublicznione i czy są wykorzystywane przy podejmowaniu decyzji o uderzających w gospodarkę restrykcjach.

Nie istnieje w tej chwili żaden harmonogram znoszenia obostrzeń – wszystko zależy ponoć od wskaźników zachorowań i śmiertelności. Do momentu, gdy jest to rządzącym na rękę. Gdy wskaźniki te nie dostarczają rządowi oczekiwanego uzasadnienia decyzji, to można usłyszeć, że i one nie dość wiernie oddają powagę sytuacji. Tym bardziej nie sposób pogodzić się z sytuacją, w której decyzje skutkujące tragediami tysięcy ludzi, pozbawionych środków do życia i zagrożonych utratą życiowego dorobku, podejmowane są bez oparcia w wiarygodnych, naukowych badaniach.

[1]https://assets.publishing.service.gov.uk/government/uploads/system/uploads/attachment_data/file/926847/Weekly_COVID-19_and_Influenza_Surveillance_Graphs_W42.pdf?fbclid=IwAR1-qmO8f6Dr6O3NAG8A_u1vpUoO7gj_FR_ccCbosNlpghlk3axe6npTIH4

[2] COVID-19 Winter Plan, Wielka Brytania, strona rządowa: https://www.gov.uk/government/publications/covid-19-winter-plan

[3] A Randomised Trial of Covid-19 Transmission in Training Facilities, Uniwersytet Oslo; https://www.medrxiv.org/content/10.1101/2020.06.24.20138768v3

Polska liderem na rynku inwestycyjnym nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej

Jak wynika z najnowszego raportu Colliers pt. CEE Investment Scene Q1-Q4 2020, w ubiegłym roku wartość inwestycji w krajach Europy Środkowo-Wschodniej wyniosła 10,4 mld EUR, co stanowi spadek o 24% w stosunku do roku 2019. Mimo że Polska i Czechy odnotowały spadki wolumenu inwestycyjnego w ujęciu rok do roku, to ich udział w łącznej wartości inwestycji w Europie Środkowo-Wschodniej był największy i wyniósł odpowiednio 51% i 26%.

— Pierwszy kwartał 2020 r. w Polsce był bardzo intensywny – kontrakty zamykały się do końca marca. Później jednak znakomita większość transakcji została zamrożona. Głównym powodem była niepewność co do tego, jak będzie wyglądała dynamika na rynku najmu oraz sytuacja makroekonomiczna. Natomiast pomimo kolejnych fal pandemii finalna wartość transakcji na koniec zeszłego roku okazała się znacznie lepsza niż przewidywano, osiągając 5,3 miliarda euro w zrealizowanych transakcjach w Polsce we wszystkich sektorach rynku. Choć jest to spadek o około 30% w porównaniu do poprzedniego roku, ponad 5 miliardów to bardzo dobry wynik, biorąc pod uwagę okoliczności i fakt, że w Polsce nie ma praktycznie rodzimego kapitału instytucjonalnego, który inwestuje w nieruchomości komercyjne — mówi Piotr Mirowski, senior partner, dyrektor Działu Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers.

Wzrost wartości inwestycji w ujęciu rok do roku odnotowano z kolei w Rumunii, na Słowacji i w Bułgarii. Dla porównania w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA) nastąpił szacunkowy spadek wartości inwestycji o ok. 27% rok do roku, przy czym raport Global Capital Markets: 2021 Investor Outlook wskazuje na silne odbicie w 2021 r. Jak zaznaczają eksperci Colliers, w tym roku apetyt inwestorów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej pozostaje duży, ale nadal będą oni musieli stawić czoła wyzwaniom związanym z dostępnością produktów i zróżnicowanym wpływem pandemii COVID na niektóre sektory.

— Wiele rynków boryka się z niedoborem produktu inwestycyjnego, ponieważ właściciele najbardziej poszukiwanych aktywów są albo inwestorami długoterminowymi, albo czekają, aż rynki się ustabilizują, zamiast sprzedawać po niższej cenie — mówi Kevin Turpin, dyrektor ds. badań na region Europy Środkowo-Wschodniej w Colliers.

Najatrakcyjniejsze aktywa

Pomimo spadku rok do roku na pierwszym miejscu pod względem aktywności transakcyjnej utrzymuje się sektor biurowy. W ostatnim roku znacznie wzrósł wolumen transakcji w sektorze magazynowym – inwestorzy dywersyfikując swoje portfele, odchodzą od bardziej problematycznych sektorów, takich jak handlowy czy hotelowy na rzecz nieruchomości magazynowych, które wydają się być odporne na COVID-19. Kolejnym sektorem, który cieszy się dużym zainteresowaniem jest PRS (ang. Private Rented Sector), jednak oferta tych aktywów nadal jest ograniczona w dużej części regionu.

na rynku inwestycyjnym nieruchomości
Przepływy w regionie Europy Środkowo-Wschodniej według sektorów (%), Colliers

Pochodzenie inwestorów

Największy wolumen inwestycji w 2020 roku w skali świata odnotowano w Europie oraz w krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej (z wyłączeniem Europy Środkowo-Wschodniej). Najbardziej spektakularną transakcją było przejęcie portfela mieszkaniowego Residomo przez szwedzką firmę Heimstaden. Również inwestorzy z Niemiec, Izraela i Austrii zainwestowali w ciągu roku znaczne kwoty.

Także inwestorzy krajowi z Europy Środkowo-Wschodniej ponownie wykazali się dużą aktywnością, zwłaszcza kapitał węgierski i czeski.

Zainteresowanie regionem CEE podtrzymuje także kapitał azjatycki, zwłaszcza z Singapuru, czego potwierdzeniem jest przejęcie przez GLP platformy magazynowej firmy Goodman i GIC. Swoją działalność kontynuowały również południowokoreańskie i chińskie firmy, dokonując kolejnych przejęć, z których większość dotyczyła sektora magazynowego.

— Jeśli chodzi o ceny, stopy zwrotu za najlepsze obiekty magazynowe pozostały stabilne lub uległy nieznacznej kompresji na wybranych rynkach. Stopy zwrotu dla najlepszych aktywów biurowych wzrosły średnio o 25 punktów bazowych, a dla najlepszych centrów handlowych o 50 punktów bazowych. Mimo braku danych transakcyjnych, które mogłyby wskazywać na dalszą aktywność w niektórych sektorach, nadal uważamy, że chociaż pewne przesunięcia są nieuniknione, zapotrzebowanie na najlepsze aktywa generujące dobre wyniki powinno się utrzymywać, przy jednoczesnej presji cenowej na produkty niższej klasy — dodaje Kevin Turpin.

Dane GUS: Przestraszyliśmy się prowadzenia biznesu. W 2020 r. 44 tys. mniej nowych firm

W 2020 r. powstało o 12,4% mniej nowych przedsiębiorstw niż rok wcześniej – wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego. To oznacza, że 44 tys. osób mniej zdecydowało się na prowadzenie własnej firmy, co jest konsekwencją niepewności związanej z epidemią koronawirusa. Z analizy NBP wynika, że na wysokim poziomie utrzymuje się odsetek przedsiębiorców, którzy za największą barierę rozwoju uznają właśnie brak przewidywalności. Eksperci Personnel Service wskazują, że to powstrzymuje przez zakładaniem biznesu, choć po tąpnięciu w drugim kwartale, widoczna była stabilizacja w drugiej połowie roku.

W 2019 r. zarejestrowano ponad 355,7 tys. firm. W 2020 r. było ich zdecydowanie mniej, bo 311,8 tys. Spadek o 12,4% oznacza prawie 44 tys. nowych przedsiębiorstw mniej niż w poprzednich dwunastu miesiącach. Analizując dane wyłącznie z ostatniego kwartału, liczba rejestracji spadła niemal we wszystkich omawianych przez GUS rodzajach działalności – najbardziej w zakwaterowaniu i gastronomii (o 21,4%) oraz transporcie i gospodarce magazynowej (o 14,6%). Znaczące spadki odnotowały także takie sektory rynku, jak budownictwo (o 3,6%), przemysł (o 3,4%) czy usługi (o 1%). Wzrosty liczby rejestracji zanotowano w dziedzinach informacji i komunikacji (o 18%) czy handlu i naprawie samochodów (o 0,3%). Jak zauważają eksperci Personnel Service, już w poprzednich latach można było zauważyć spadek aktywności gospodarczej Polaków, ale wpływ pandemii jest niezaprzeczalny.

W 2019 roku powstało o ponad 10 tys. mniej nowych firm niż w 2018 roku. Skala zeszłorocznego spadku robi jednak wrażenie. Blisko 44 tys. mniej nowych firm jednoznacznie wskazuje, jak mocne piętno na planach przyszłych przedsiębiorców odcisnęła pandemia. Widzimy to dokładnie, gdy przeanalizujemy dane z poszczególnych kwartałów. Największą obniżkę nowych rejestracji, o 31,8% w porównaniu rok do roku, zauważyliśmy w drugim kwartale, czyli na początku pandemii, kiedy strach przed koronawirusem i jego konsekwencjami był największy. W trzecim kwartale było to zaledwie 0,5% nowych firm mniej, a w czwartym, kiedy ponownie wprowadzono duże obostrzenia, o 3% mniej. Można zatem zauważyć stabilizację w drugiej połowie roku – zauważa Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Mniej nowych firm, ale też mało upadłości

Liczba firm, które upadły w badanym przez GUS okresie, zmniejszyła się nieznacznie rok do roku. W 2019 r. było łącznie 598 takich przypadków, z kolei w 2020 – 528 (8,7% mniej niż rok wcześniej). W ostatnim kwartale więcej upadłości w porównaniu do analogicznego okresu zanotowano jedynie w branży zakwaterowania i gastronomii (6 wobec 4 w czwartym kwartale 2019 roku). Spadek liczby upadłości można natomiast stwierdzić m.in. w przemyśle (19 wobec 36), usługach (16 wobec 26), transporcie i gospodarce magazynowej (8 wobec 15) czy budownictwie (15 wobec 19).

Na razie trudno prognozować czy niewielka liczba upadłości w 2020 r. to efekt wdrożenia tarcz antykryzysowych i większa skala tego zjawiska dopiero przed nami, czy jednak nasi przedsiębiorcy dzielnie odpierali przeciwności i poradzili sobie z sytuacją epidemiczną w Polsce całkiem nieźle. Zwłaszcza, że na pewno w 2020 r. mieliśmy do czynienia z mniejszą skłonnością firm do biznesowego ryzyka. NBP wskazuje, że liczba przedsiębiorstw, które nie są pewne swojej przyszłej sytuacji ekonomicznej, jest wyraźnie powyżej długookresowej średniej i taka sytuacja pewnie jeszcze się utrzyma – mówi Krzysztof Inglot.

W 2021r. rynek leasingu wróci do poziomu finansowania sprzed pandemii

  • Branża leasingowa w 2020r. udzieliła łącznego finansowania o wartości 70,1 mld zł, przy dynamice rynku na poziomie -10,1% (r/r.).
  • Leasingodawcy wspólnie z partnerami pracują nad różnymi formami wsparcia klientów dotkniętych kryzysem związanym z COVID-19.
  • W 2021r. dynamika rynku leasingu może wynieść +11%.

Związek Polskiego Leasingu, reprezentujący polski sektor leasingowy podał, że w 2020r. firmy leasingowe udzieliły łącznego finansowania na poziomie 70,1 mld zł.

Jak zauważa Paweł Pach, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu: „Globalne spowolnienie odbija się w wynikach polskich leasingodawców. Dynamika finansowania udzielonego przez branżę leasingową w pierwszej połowie roku wynosiła -24% r/r, skumulowane dane sektora po trzecim kwartale wskazywały dynamikę na poziomie -15,5% r/r, podczas gdy ostatnie trzy miesiące roku wyróżniły się 4,8 proc. wzrostem branży. Mimo dobrych wyników wypracowanych pod koniec roku, skumulowane dane branży leasingowej za 2020r. pokazują -10,1 proc. dynamikę rynku r/r. Pozytywny sygnał dla przedsiębiorstw jest taki, że z analizy ZPL wynika,  że w ciągu 2021 roku branża leasingowa odrobi starty wywołane przez pandemię COVID-19 i wróci do poziomu finansowania sprzed kryzysu, co oznacza odbicie rynku. Jest to dobra wiadomość dla gospodarki, ze względu na spodziewany powrót firm na drogę inwestycji.”  

Leasingodawcy pomagają

Przez ostatni rok branża leasingowa, odpowiadając na trudną sytuacje klientów, dotkniętych skutkami pandemii COVID-19, proponowała różne formy wsparcia. Firmy leasingowe zmieniały harmonogramy spłat i odraczały spłatę rat leasingowych na okres od 3 do 6 miesięcy. Na początku 2021 roku sektor bankowy poinformował o wznowieniu „moratorium pozaustawowego”. Dlatego z możliwości odroczenia lub obniżenia spłaty rat leasingowych, obok klientów banków, znowu mogą skorzystać klienci firm leasingowych.

Branża leasingowa pracuje też nad dodatkowymi rozwiązaniami pomocowymi dla klientów dotkniętych kryzysem. Pod koniec ubiegłego roku leasingodawcy uczestniczyli w rozmowach prowadzonych przy udziale kancelarii Prezydenta RP, przedstawicieli strony rządowej i instytucji wspierających gospodarkę. Podczas spotkań i warsztatów pracowali nad rozwiązaniami, które mają, do czasu wznowienia ruchu turystycznego, ułatwić funkcjonowanie i utrzymanie floty przez przewoźników autokarowych. Obecnie eksperci Banku Gospodarstwa Krajowego i sektora leasingowego, ustalają szczegóły programów gwarancyjnych, które pozwolą skorzystać z leasingu na bardziej preferencyjnych warunkach. Gwarancje będą pochodziły z Paneuropejskiego Funduszu Gwarancyjnego, utworzonego przez państwa Unii Europejskiej na potrzeby walki z pandemią.ZPL_Aktywa_2020

 

Dlaczego polska gospodarka w kryzysie jest odporna?

ZPL_Aktywny portfel_2020Pandemia Covid-19 okazała się destruktywna dla globalnej gospodarki, a w kraju zakończył się okres 28 lat nieprzerwanego wzrostu gospodarczego (lata 1992-2019). Mimo to, Polska może pochwalić się odporną gospodarką. Dlaczego tak się dzieje wyjaśnia Marcin Nieplowicz, Dyrektor ds. Statystyki i Monitorowania Rynku ZPL:

„W 2020 rok weszliśmy z wysokim tempem wzrostu gospodarczego (4,5% w 2019), z bardzo niskim bezrobociem (drugie najniższe w UE), a dług publiczny spadł w poprzednich latach. Pomogło to w uruchomieniu pomocy publicznej rzędu 11,3% PKB, z czego 6,5% stanowiła bezpośrednia pomoc dla przedsiębiorstw. Jednocześnie udział najbardziej zagrożonych branż (czyli m.in. transportu osób, HORECA, turystyki i rekreacji, sportu i kultury), stanowi w Polsce tylko ok. 6,0% PKB, czyli istotnie mniej niż w innych krajach europejskich. Dużo większy udział w tworzeniu PKB mają przemysł (21,9% PKB w 2019), rolnictwo i sektor budowlany. Dzięki temu pozostajemy zbilansowaną gospodarką, notującą wyraźną nadwyżkę eksportu nad importem. Polsce nie udało się uniknąć recesji, jednak finalna dynamika PKB na poziomie -2,8% za ostatni rok, okazała się znacznie lepszym wynikiem w porównaniu do większości państw Unii Europejskiej” – podkreśla Marcin Nieplowicz, Dyrektor ds. Statystyki i Monitoringu Rynku ZPL.

Wśród pozytywnych informacji, warto podkreślić dodatni wynik całego aktywnego portfela branży leasingowej na koniec 2020r. (+0,1 % r/r). W przypadku portfela ograniczonego do finansowania aktywów ruchomych dynamika wzrostu wynosi +0,2 % r/r.

Struktura rynku leasingu, odbiorcy usług leasingowych

Firmy zrzeszone w Związku Polskiego Leasingu koncentrują się na obsłudze transakcji leasingowych. Ich wartość wynosi 60,2 mld zł. Rzadziej zawierane są umowy pożyczki. 9,9 mld zł to łączna wartość pożyczek udzielonych w 2020r.

Odbiorcami usług leasingowych pozostają głównie mikro i małe firmy, czyli klienci o obrotach do 20 ml zł, którzy stanowią 73,5 % w strukturze klientów firm leasingowych. Największą (53,6%) grupą klientów są mikro firmy (klienci o obrotach do 5 mln zł), klienci o obrotach od 5 do 20 mln zł stanowią 19,9 proc. 26 proc. udział w strukturze klientów firm leasingowych mają firmy o obrotach powyżej 20 mln zł, podczas gdy transakcje zawierane z klientami indywidualnymi mają 0,5 proc. udział w rynku.   ZPL_klienci_2020

W 2020 roku, przy pomocy leasingu i pożyczki inwestycyjnej, przedsiębiorcy najczęściej finansowali pojazdy lekkie (mające 47,5% w strukturze rynku leasingu) oraz maszyny i inne urządzenia (odpowiadające za 29,1%). Nieco rzadziej finansowali pojazdy ciężarowe powyżej 3,5t., ciągniki siodłowe, naczepy, przyczepy i autobusy (17,8 proc. udział w rynku).  Inne aktywa takie jak: sprzęt IT, samoloty, statki, tabor kolejowy i pozostałe pojazdy mają 4,4 proc. udział w rynku, podczas gdy nieruchomości zaledwie 1,2 proc.

Trendy w grupachZPL_koniunktura_nowa produkcja_2020 ZPL_Koniunktura_2020 ZPL_SAFE_2020

Pojazdy lekkie: Branża leasingowa w 2020 roku sfinansowała pojazdy lekkie (tj. pojazdy osobowe i dostawcze do 3,5 t.) o łącznej wartości 33,3 mld zł, co stanowiło wynik o 5,7 proc. niższy rok wcześniej. Segment pojazdów lekkich odnotował relatywnie dobry wynik w całym roku, pomimo 35,2-proc. spadku w II kw. 2020r.

Zakupy aut osobowych (dynamika na koniec roku: -6,7% r/r) zostały utrzymane m.in. dzięki subwencjom z Tarczy Finansowej 1.0. Subwencje zapewniły płynność przedsiębiorców oraz utrzymały zatrudnienie w firmach.

Na finansowanie pojazdów dostawczych i ciężarowych do 3,5 tony (dynamika na koniec roku wyniosła -0,3% r/r) wpłynął rozwój sektora e-commerce. W 2020r. obserwowaliśmy także wyraźny wzrost średniej wartości kontraktu w zakresie finansowania pojazdów lekkich (szacowany na 8,9% r/r.). W dużej mierze był on efektem ok. 10-proc. wzrostu cen nowych aut osobowych w Polsce.

Maszyny i inne urządzenia: Sektor finansowania maszyn, który najmniej odczuł skutki recesji znalazł się w 2020 roku  wśród głównych kategorii finansowanych środków trwałych. W omawianym okresie łączne finansowanie udzielone przez branżę leasingową na inwestycje w maszyny i inne urządzenia wyniosło 20,4 mld zł, przy -5 proc. dynamice r/r dla tego segmentu (dane na koniec 2020r.).

Dodatnie wyniki obserwowaliśmy w zakresie finansowania maszyn rolniczych (+11,7% r/r),  sprzętu medycznego (+15,4%) czy maszyn dla przemysłu spożywczego (+10,3% r/r). Słabsze wyniki były udziałem sektorów mocno skorelowanych ze zmianami koniunktury: maszyn do produkcji tworzyw sztucznych i obróbki metali (-21,1% r/r) czy maszyn poligraficznych (-20,9% r/r).

Pojazdy ciężarowe: Pandemia w największym stopniu obniżyła wolumen finansowania pojazdów ciężarowych. W tym segmencie rynku, gdzie uwzględnione zostały takie aktywa jak: pojazdy ciężarowe powyżej 3,5t., ciągniki siodłowe, naczepy i przyczepy oraz autobusy, ujemne dynamiki były udziałem wszystkich grup produktów. Skumulowane dane ZPL na koniec 2020r. pokazują, że branża leasingowa podpisała nowe kontrakty o łącznej wartości 12,5 mld zł, przy dynamice segmentu pojazdów ciężarowych na poziomie -26,8% r/r.

„Od II połowy 2019r. do sierpnia 2020 roku obserwowaliśmy serię kilkunastu miesięcy spadków finansowania w ujęciu rocznym. Na wcześniejsze problemy branży transportowej, związane z wdrażanym Pakietem Mobilności, nałożył się największy po II wojnie światowej kryzys gospodarczy w strefie euro oraz obostrzenia w transporcie towarowym i pasażerskim. W rezultacie doszło do silnych zaburzeń rynku w obszarach związanych z transportem międzynarodowym i transportem zbiorowym. Największe spadki na poziomie 50 – 60% odnotowaliśmy w pierwszych miesiącach pandemii. Półrocze zamknęło się ujemną dynamiką na poziomie 39%. Od listopada 2020r. notujemy już wyraźne odbicie w finansowaniu sektora TRK (średnia dynamika 28,9% r/r).” – mówi Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny ZPL.

Co firmy leasingowe mówią o kolejnych miesiącach roku?

Według kwartalnego odczytu badania koniunktury branży leasingowej, realizowanego wśród osób odpowiedzialnych za sprzedaż w firmach leasingowych zrzeszonych w ZPL, w I kwartale 2021r. ankietowane firmy oczekują wzrostu zatrudnienia, po nieznacznej redukcji obserwowanej w ostatnim czasie. Prognozują również istotne pogorszenie  jakości portfela, mocniejsze niż miało to miejsce w IV kwartale 2020 roku. Jednocześnie z początkiem  2021 roku firmy spodziewają się przyspieszenia aktywności sprzedażowej, chociaż nie będzie ono tak wyraźne jak obserwowane w IV kwartale 2020r.

Firmy leasingowe spodziewają się wyższego poziomu finansowania dla większości badanych grup środków trwałych. Wyraźne wzrosty finansowania oczekiwane są dla pojazdów lekkich oraz dla sektora nieruchomości. Trochę słabsze, ale wciąż wyraźnie pozytywne perspektywy rysują się dla finansowania maszyn i IT. Natomiast negatywne perspektywy są spodziewane w obszarze finansowania środków transportu ciężkiego.

Jak wygląda prognoza ZPL na koniec 2021r.?

W 2021 roku rynek leasingu odrobi straty poniesione w ubiegłym roku. Dynamika branży leasingowej w 2021 r. na poziomie 11% będzie zgodna z prognozowanym wzrostem inwestycji prywatnych i scenariuszem rozwoju gospodarczego w Polsce. W bieżącym roku branża leasingowa możne udzielić łącznego finansowania o wartości przekraczającej 77,8 mld zł.

2020 rokiem pełnym wyzwań na rynku powierzchni biurowych w Polsce

Wśród kluczowych trendów związanych z pandemią COVID-19 na polskim rynku biurowym znalazły się transformacja sposobu, a przede wszystkim miejsca pracy, która skłoniła wielu najemców do zredefiniowania swoich potrzeb dotyczących wielkości biura i sposobu jego aranżacji. Równie istotne okazały się zapewnienie bezpieczeństwa, a także wprowadzanie kolejnych rozwiązań technologicznych. W wyniku pandemii w 2020 r. mogliśmy zaobserwować nieco mniejszą aktywność deweloperów, a także wyhamowanie w popycie. Strategia najemców w większości opierała się na nowych umowach oraz renegocjacjach. Firma AXI IMMO podsumowuje 2020 r. i obowiązujące trendy na rynku powierzchni biurowych w Polsce.

Na zakończenie 2020 r. całkowite zasoby polskiego rynku powierzchni biurowych wyniosły ponad 11,7 mln mkw. Tradycyjnie to Warszawa z około 5 912 500 m kw. wyprzedza osiem głównych rynków regionalnych (około 5,79 mln m kw.), wśród których niezmiennie liderem pozostaje Kraków (1 554 900 m kw.), przed Wrocławiem (1 226 300 m kw.) i Trójmiastem (888 600 m kw.). W ostatnim kwartale 2020 roku na polski rynek powierzchni biurowych dostarczono 163 400 mkw. z czego 75 800 w trzech projektach w Warszawie i 87 600 w sześciu budynkach w miastach regionalnych. Największymi oddanymi inwestycjami były wieża Mennica Legacy Tower (47 900 mkw., Golub GetHouse) i kompleks biurowy Lixa A (22 100 m kw.) i Lixa B (ok. 5800 mkw.) dostarczony przez Yareal Polska w stolicy oraz budynki Face2Face B (26 200 m kw., Echo Investment) w Katowicach, Hi Piotrkowska (21 000 m kw., Master Management Group) w Łodzi oraz Unity Tower (15 600 m kw. GD&K Group oraz Eurozone Equity) w Krakowie. Nowa podaż w całym 2020 r. w Polsce wyniosła 700 700 mkw. z podziałem Warszawa – 307 400 mkw., Kraków – 140 700 mkw., Katowice – 61 300 mkw., Trójmiasto – 60 300 mkw., Wrocław – 57 200 mkw., Łódź – 51 500 mkw., Poznań – 18 300 mkw. i Szczecin – 3 400 mkw.

W wyniku pandemii obserwowaliśmy niższą niż w ubiegłych latach aktywność deweloperską na polskim rynku biurowym. Inwestorzy z dużo większą ostrożnością podchodzą do budowy nowych projektów, w większości opierając swoje decyzje na podstawie poziomu skomercjalizowania dostępnej oferty biurowców. Zarówno w Warszawie, jak i w miastach regionalnych część planowanych budynków zostanie przesunięta w czasie, a ich budowa będzie uzależniona od sytuacji na rynku. Co więcej w ofercie wielu biurowców pojawiły się powierzchnie oferowane na zasadzie podnajmu i wg. naszych szacunków tylko w Warszawie mówimy o ok. 100 000 mkw. Trend ten to wypadkowa ogólnej niepewności na rynku wynikającej z rosnącego znaczenia pracy zdalnej, a także lockdownu. Oba czynniki wpływały na decyzje najemców w kontekście strategicznych decyzji dotyczących biur  – mówi Martin Lipiński, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, AXI IMMO.

Aktywność deweloperów 2020 r. nieznacznie wpłynęła na poziom pustostanów. Obecnie w całej Polsce znajduje się ok. 1 320 100 mkw. wolnych biur co stanowi ok. 11,3% całkowitych zasobów rynkowych. Na koniec IV kw. 2020r. wskaźnik pustostanów w Warszawie osiągnął wartość 9,9% (+0,3 pp. kw./kw. i +2,1 pp. r/r) i oznaczał ok. 583 500 mkw. dostępnej powierzchni. Z kolei w regionach do wynajęcia od zaraz pozostaje 736 600 mkw., czyli 12,7% (+0,8 pp. kw./kw. oraz +3.1 pp. r/r). Pod względem procentowym, najwyższy współczynnik pustostanów w ośmiu miastach regionalnych odnotowano w Łodzi – 16,4 % (94 600 mkw.), Wrocławiu – 14,9% (183 400 mkw.) i Krakowie – 13,9% (217 500 mkw.), a najniższy w Szczecinie – 6,9% (12 600 mkw.), Lublinie – 7,8% (14 300 mkw.) i Katowicach – 9,1% (54 000 mkw.).

W kontekście nowej podaży i prognozowanej nowej stopy pustostanów ciekawie zapowiada się 2021 r., a szczególnie końcówka roku kiedy najprawdopodobniej zostaną oddane dwa największe obecnie realizowane projekty w Polsce będące inwestycjami słowackiego dewelopera HB Reavis tj. wieża Varso Tower i budynek Forest. Z kolei na przełomie 2021 i 2022 roku spodziewamy się dużej nadpodaży powierzchni biurowej w Warszawie –­ ­komentuje Jakub Potocki, Negocjator w Dziale Powierzchni Biurowych, AXI IMMO.

– Odnośnie do samej bliskiej Woli, nowego biznesowego centrum Warszawy warto wspomnieć, że już w styczniu br. pozwolenie na użytkowanie otrzymał 195-metrowy wieżowiec Skyliner, firmy Karimpol, a kolejnymi projektami w kolejce są Generation Park Y, firmy Skanska czy Warsaw Unit od Ghelamco. Dodatkowo, nieopodal Ronda Daszyńskiego w 2021 r. oddany zostanie wielofunkcyjny projekt Fabryki Norblina, którego inwestorem jest Capital Park. Podsumowując, tylko w ramach wymienionych inwestycji, podaż wzrośnie o ok. 190 000 mkw., z której część została już wynajęta – dodaje Bartosz Oleksak, Negocjator w Dziale Powierzchni Biurowych, AXI IMMO.

Sytuacja może wymusić na właścicielach presję na obniżenie stawek bazowych, szczególnie w budynkach B-klasowych i gorzej skomunikowanych, a także obserwowane już od kilku miesięcy wzrosty zachęt dla nowych najemców. Rynek najemcy jeszcze nigdy w historii polskiego rynku biurowego nie oferował tak wielu możliwości w czasie negocjacji nowych umów najmu –­ ­kontynuuje Jakub Potocki.

Całkowity popyt brutto na powierzchnie biurowe w 2020 r. w Polsce wyniósł 1 184 200 mkw. W stolicy zamknięto transakcje na łącznie 602 000 mkw. (-31% r/r) przy czym w ostatnim kwartale podpisano umowy najmu na 160 400 mkw. Z kolei na regionalnych rynkach biurowych aktywność najemców w całym ubiegłym roku wyniosła 582 200 mkw., a IV kwartał zamknięto z wynikiem 107 000 mkw. (-26% r/r). Największy wolumen transakcji w ujęciu całego 2020 r. odnotowano w Krakowie (156 600 mkw.), Wrocławiu (128 400 mkw.) i Trójmieście (87 700 mkw.). Pomimo wyraźnego spadku w popycie zarówno w stolicy, jak i w regionach udało się zamknąć duże transakcje, wśród, których należy wymienić przednajem 46 600 mkw. przez PZU w budynku Generation Park Y w Warszawie, renegocjację firmy Nokia Siemens Network w budynkach West Gate i West Link (blisko 30 000 mkw.) we Wrocławiu oraz transakcję z IV kwartału 2020 r. zamkniętą w Poznaniu, tj. umowę przednajmu Allegro w inwestycji Nowy Rynek D1 (26 000 m kw.).

Sytuację na rynku powierzchni biurowych w 2020 r. można określić jako czas pełen wyzwań, który przyniósł nam wiele nowych doświadczeń. Po pierwsze podnieśliśmy standardy w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy. Przymusowy lockdown uelastycznił nasze podejście do biura jako miejsca pracy i benefit w postaci możliwości skorzystania z home office stał się integralnym elementem w funkcjonowaniu firmy. Jako następstwo tych wydarzeń każdy z nas uwierzył, że technologia jest naszym sprzymierzeńcem i trudno bez niej dziś funkcjonować, a kolejne rozwiązania z zakresu proptech ułatwiające nam pracę zdalną to kwestia czasu. Wielu najemców postanowiło zwiększyć średnią powierzchnię na pracownika co spowodowało zmianę w standardzie aranżacji przestrzeni biurowych i zwiększenie komfortu pracy. Z koncepcji „Musisz”, pracodawcy będą częściej korzystać z opcji „Zachęcam Cię” do spędzenia czasu w biurze razem z innymi m.in. do podtrzymania relacji czy w przypadku nowych pracowników zbudowania więzi i objaśnienia funkcjonowania oraz zasad obowiązujących w firmie. Najistotniejszą informacją w czasie pandemii było to, że nie wykluczyła ona najmu dużych powierzchni. Podpisane transakcje dają nadzieję, że za kilka miesięcy wszystko wróci do normy –­ ­podsumowuje Martin Lipiński.

Nawet do 22 tys. netto dla specjalistów Security i Big Data. Rynek pracy IT w 2020 roku

Koniec roku No Fluff Jobs, polski portal z ofertami pracy dla branży IT, zamknął z rekordową liczbą 26 189 opublikowanych ofert pracy – aż o 58 proc. więcej niż w 2019 r. Według najnowszego raportu No Fluff Jobs „Rynek pracy w IT w 2020 roku” na temat wynagrodzeń, specjalizacji i wymagań, widać zmianę w oczekiwaniach pracodawców, którzy obecnie szukają pracowników z większym doświadczeniem. Na najwyższe wynagrodzenie w 2020 r. mogli liczyć specjaliści Security oraz Big Data – średnio od 16 000 zł netto do nawet ponad 22 0000 zł netto na kontrakcie B2B.

W pierwszym kwartale 2020 r. wydawało się, że pandemia boleśnie uderzy w rynek IT. W marcu liczba ogłoszeń na polskim portalu rekrutacyjnym No Fluff Jobs, dedykowanym dla branży IT, który jako pierwszy i jedyny wymaga publikacji widełek wynagrodzeń w każdej ofercie pracy, spadła aż o 13 proc. w stosunku do lutego. Stagnacja nie trwała jednak długo – w czerwcu rynek zanotował odbicie, a od września liczba ogłoszeń zaczęła rosnąć z miesiąca na miesiąc. Miniony rok portal zamknął z 1,9 mln użytkowników – o 18 proc. więcej niż w 2019 r. – i 24 mln odsłon, co w stosunku do 2019 r. stanowi wzrost o 17 proc.

Jak wynika z raportu, obecnie pracodawcy szukają pracowników z większym doświadczeniem. Spośród wszystkich ofert pracy w 2020 roku 49 proc. było kierowanych do osób z dużym doświadczeniem (seniorzy), 46 proc. ze średnim (midzi) i tylko 5 proc. do osób rozpoczynających karierę w IT (juniorzy).

Pandemia wpłynęła na problemy firm z płynnością finansową, wymusiła błyskawiczną transformację cyfrową w organizacjach i zamieszała także na rynku pracy – komentuje Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs Rynek pracy IT lekko się „zapadł” w drugim kwartale roku, a firmy postawiły na doświadczenie. Jeszcze większego znaczenia nabrały jakość i wydajność. W rezultacie trudniejszy start mieli najmniej doświadczeni, czyli juniorzy. Dużo lepiej sytuacja prezentowała się pod koniec roku, gdy branża IT wróciła na właściwe tory i rynek zdecydowanie „odżył”, a liczba ofert na No Fluff Jobs osiągnęła rekordowy poziom. By sprostać zapotrzebowaniu na specjalistów IT, firmy będą musiały otworzyć się na pracowników z Europy Wschodniej i Azji. Będzie to wyzwanie nie tylko w wymiarze komunikacyjnym i kulturowym, lecz przede wszystkim organizacyjnym. Zwłaszcza że wszyscy w branży wciąż uczymy się, jak pracować zdalnie, by było to najbardziej efektywne.

Wynagrodzenia a typy umów i poziom doświadczenia

Wśród oferowanych przez pracodawców form zatrudnienia niepodzielnie króluje kontrakt B2B – taka propozycja pojawia się jako jedna z opcji do wyboru w ¾ ogłoszeń publikowanych na portalu No Fluff Jobs. Średnio na B2B informatyk może zarobić od 13 000 zł do 18 000 zł netto. W 2019 r. było to  od 11 000 zł do 15 500 zł netto. W co drugiej ofercie pojawia się propozycja umowy o pracę, jednak w tym wypadku wynagrodzenie jest niższe – średnio od 9 500 zł do 14 000 zł brutto.

Rodzaj proponowanej umowy jest mocno powiązany z doświadczeniem kandydata. Juniorom zwykle pracodawcy oferują zatrudnienie na umowę o pracę i dotyczyło to 73 proc. ofert.  Natomiast bardziej doświadczonym kandydatom w 87 proc. ofert proponowano kontrakt B2B. Aż w 17 proc. ogłoszeń kierowanych do juniorów pracodawcy proponowali umowę zlecenia lub dzieło. To czterokrotnie więcej niż w przypadku ofert kierowanych do osób ze średnim doświadczeniem (midów) i 11 razy więcej niż w przypadku tych z większym stażem pracy (seniorów).

Najbardziej opłacalne specjalizacje – Security i Big Data

Na najwyższe wynagrodzenie w 2020 r. mogli liczyć specjaliści Security oraz Big Data – średnio od 16 000 zł netto do nawet ponad 22 0000 zł netto na kontrakcie B2B. Kolejne miejsca pod względem zarobków zajmują dziedziny DevOps i Business Intelligence, gdzie pensje kilkunastotysięczne to również rynkowy standard. Z kolei najniższych w branży zarobków muszą spodziewać się specjaliści UX/Design i Support. W tych kategoriach oferowane widełki wynagrodzeń rzadko przekraczały 10 000 zł netto na kontrakcie B2B.

W przypadku umowy o pracę wynagrodzenia są zdecydowanie niższe. W tej kategorii specjaliści Security, Big Data i DevOps nadal mogą liczyć na najwyższe zarobki – powyżej 16 000 zł brutto w górnych widełkach – ale w pozostałych specjalizacjach pensje są bardziej wyrównane. Specjalistom Business Intelligence, Backend, Frontend i Fullstack pracodawcy oferują pensje średnio między 10 000 zł a 15 000 zł brutto. Nadal najniższe są średnie pensje oferowane specjalistom Support – od 6 500 zł  do 9 000 zł brutto. Drugą najniżej wycenianą specjalizacją jest Testing – od 8 000 zł  do 12 000 zł brutto.

Zarobki a najpopularniejsze technologie – Backend, Fullstack oraz Frontend

Jak co roku największa liczba ogłoszeń na portalu No Fluff Jobs dotyczyła specjalistów Backend. Niezmiennie w ⅓ ogłoszeń kierowanych do backendowców wymagana jest znajomość Javy i Gita, w co piątym ogłoszeniu również Rest i SQL. Coraz częściej pracodawcy oczekują też znajomości Dockera i MySQL. Znajomość Javy i Scali przekłada się na najwyższe wynagrodzenie od 15 000 zł do 20 000 zł netto na B2B i od 12 000 zł do 16 400 zł brutto na umowie o pracę. Z kolei najniższe zarobki w tej kategorii są oferowane specjalistom ze znajomością PHP – od 8 500 zł do 13 000 zł na B2B i od 7 500 zł do 11 500 zł brutto na umowie o pracę.

Na drugim miejscu pod względem liczby publikowanych ofert znalazła się kategoria Fullstack. Tutaj najważniejszym wymaganiem pozostaje znajomość JavaScriptu, wymieniana w co trzeciej ofercie, a także Javy i Gita (co czwarta oferta).

Trzecią najpopularniejszą kategorią na portalu No Fluff Jobs w 2020 r. był Frontend.

Najważniejszym wymaganiem pozostaje znajomość JavaScript (3 na 5 ogłoszeń), na drugim miejscu znajduje się CSS, a na trzecim HTML. W przypadku umowy B2B specjaliści JavaScript mogą liczyć na od 12 000 zł do 17 800 zł netto, a na umowie o pracę od 10 000 zł do 14 500 zł brutto. Szansę na lepsze zarobki daje znajomość Angulara – od 14 700 zł do 18 500 zł netto na B2B i od 10 000 do 15 000 zł brutto na umowie o pracę.

Kolejną kategorią jest Mobile. Tutaj liczba ogłoszeń dla specjalistów ze średnim doświadczeniem od lat utrzymuje się na podobnym poziomie, rośnie natomiast liczba ofert kierowanych do seniorów. Widoczne jest odejście od technologii związanych z programowaniem obiektowym i wzrost zapotrzebowania na znajomość tych nowszych, np. Kotlina, który pojawia się już w ⅓ ofert. Rok wcześniej obecny tylko w co piątej ofercie. Widełki wynagrodzeń na B2B zaczynają się od 4 500 zł netto (juniorzy) do 18 800 zł netto (seniorzy). W przypadku umów o pracę jest to odpowiednio od 4 500 zł do 17 700 zł brutto.

Rośnie zapotrzebowanie na testerów – w 2020 r. liczba ogłoszeń w tej kategorii wzrosła o 30 proc. Wymaga się od nich najczęściej znajomości Selenium, Javy i SQL, na popularności zyskują Python, Rest i Postman. W porównaniu z pozostałymi kategoriami ich wynagrodzenia nie są wysokie. Od 4 000 zł netto (juniorzy) do 18 000 zł netto (seniorzy) na B2B i odpowiednio od 4 000 zł do 15 000 zł brutto na umowie o pracę.

Stosunkowo nową kategorią, w której liczba ogłoszeń systematycznie rośnie, jest DevOps. Tutaj aż 97 proc. ofert kierowanych jest do specjalistów z większym doświadczeniem, od których oczekuje się znajomości takich technologii i narzędzi jak Linux, Docker, .NET czy AWS. Wysokim wymaganiom odpowiadają wysokie zarobki – mediana najwyższych widełek na B2B dla seniora to ponad 20 000 zł netto, a najniższych 15 100 zł netto. W przypadku umowy o pracę doświadczeni specjaliści DevOps mogą liczyć na 12 200 zł do 18 000 zł brutto. Równie atrakcyjnie wyglądają wynagrodzenia oferowane juniorom – od 6 000 zł do 8 400 zł netto w przypadku umowy B2B lub od 5 500 zł do 8 000 zł brutto na umowie o pracę.

Lokalizacja a wynagrodzenie

Największe wzrosty w Trójmieście, a najwięcej zarobimy w Warszawie

W Trójmieście dolne widełki wynagrodzeń na kontrakcie B2B urosły aż o 40 proc. – z 10 000 zł netto do 14 000 zł netto. We Wrocławiu wzrost w dolnych widełkach wyniósł 30 proc., a w stolicy 23 proc. W górnych widełkach wzrosty nie były już tak ogromne – od 12 do 14 proc. Wciąż najwięcej można zarobić w Warszawie – od 14 700 zł do 20 000 zł netto. Trójmiasto w ciągu roku dogoniło czołówkę, czyli Kraków, Wrocław i pracę zdalną. We wszystkich tych lokalizacjach wynagrodzenia są porównywalne i wynoszą od 13 000 zł do 18 000 zł netto.

W przypadku zatrudnienia na umowie o pracę wzrosty wynagrodzeń nie były tak spektakularne. W 2020 r. najbardziej wzrosły zarobki proponowane w Lublinie – 25 proc. w dolnych widełkach i 20 proc, w górnych – oraz we Wrocławiu – odpowiednio 25 proc. i 15 proc. Na umowie o pracę specjaliści IT najlepiej zarabiali w Krakowie – od 10 000 zł do 16 000 zł brutto. Dalej w zestawieniu znalazły się Warszawa, Wrocław, Lublin i praca zdalna –  od 10 000 zł do 15 000 zł brutto.

Benefity pracownicze – ograniczenia, opieka medyczna i karty sportowe

Naturalną konsekwencją powszechnego przejścia na pracę zdalną było ograniczenie przez firmy części benefitów pracowniczych. W zdecydowanie mniejszej liczbie ofert były informacje o udogodnieniach w biurze. Największy spadek odnotowała popularność dostępu do kuchni – z 29 proc. ofert w 2019 r. do 8 proc. w 2020 r. Z kolei liczba ofert wymieniających wśród benefitów eventy i szkolenia wewnątrz zespołów spadła o 60 proc. w stosunku do 2019 r. Najpopularniejszym benefitem pozostaje prywatna opieka medyczna – w minionym roku można ją było znaleźć w 66 proc. ofert (w porównaniu do 77 proc. w 2019). Mimo ograniczeń w dostępności klubów fitness, siłowni i obiektów sportowych, karty sportowe zanotowały tylko niewielki spadek popularności – informację o nich zawiera 3 na 5 ofert pracy.

Raport powstał na bazie 26 189 ofert pracy opublikowanych w serwisie nofluffjobs.com w okresie między 1 stycznia 2020 a 31 grudnia 2020. Jeśli nie wskazano inaczej, dane podane w raporcie pochodzą wprost ze statystyk mierzonych za pomocą narzędzia Google Analytics lub innych narzędzi wewnętrznych. Uwzględnione w raporcie oferowane wysokości wynagrodzeń to stawki miesięczne brutto na umowie o pracę oraz netto na umowie B2B. Podane w badaniu wartości są medianą – co oznacza, że 50 proc. specjalistów zarabia mniej niż podana kwota, a 50 proc. więcej.

W jakiej kondycji jest przemysł w Polsce? Prognozy na rok 2021 nie są już tak dobre

Przemysł w roku 2021. Eksperci: nadchodzi zdecydowanie trudniejszy czas. Przedsiębiorcy jak saperzy na polu minowym.

Dobrze? Bardzo dobrze? Średnio? Źle? Fatalnie? Ocena tego jak wygląda sytuacja w przemyśle po niemal roku trwania pandemii koronawirusa jest trudna do jednoznacznej oceny. Gospodarcze statystyki pokazują, że to właśnie przemysł trzyma w pionie PKB i relatywnie dobrą sytuację ekonomiczną całego kraju. Rozmowy z ekspertami nie pozwalają jednak na przesadny optymizm – rozpędzona gospodarka owszem idzie do przodu, ale siłę nadają jej zlecenia i kontrakty sprzed pandemii. Kiedy one się skończą, może skończyć się dobra sytuacja zarówno w branży produkcyjnej, metalowej, offshore jak i w gospodarce morskiej.

Przemysł trzyma gospodarkę w Polsce, ale przyszłość nie rysuje się w różowych barwach.  „Przedsiębiorcy poruszają się jak saperzy po polu minowym”

Rok 2020 – czas pandemii koronawirusa – odcisnął mocne piętno nie tylko w branży handlowo-usługowej, ale również w przemyśle. Sytuacja branży jest trudna, choć wszelkie wskaźniki i statystyki pokazują, że mały spadek PKB i brak wysokiej stopy bezrobocia opiera się właśnie na silnej pozycji branży produkcyjnej. Jak mówi Marek Dymsza, współkoordynator Klastra Metalowego Metalika ze Szczecina dobra sytuacja wynika z realizacji projektów, które rozpoczęły się przed wybuchem pandemii. Sytuacja będzie znacznie trudniejsza gdy te się skończą, a nie będzie perspektyw na nowe, intratne zlecenia. Efektem może być zapaść w przemyśle lub konieczność dywersyfikacji działań przez wiele firm. Przemysł przygotowuje się do zmian – wyjaśnia ekspert.

– Rok 2020 był kontynuacją zamówień, które wpłynęły wcześniej. Jak obserwujemy działalność firm w Klastrze Metalowym to widzimy, że dynamika rozwoju była wysoka i rok zamknął się na plusie. Wszyscy jednak bardzo obawiają się roku 2021. Nikt nie spodziewał się, że pandemia będzie tak długo trwała. Zamówienia w przemyśle mają zwykle charakter międzynarodowy, realizacja zamówień jest więc trudniejsza. Wiele przetargów krajowych również zostało wstrzymanych. Rok 2021 w przemyśle będzie dużym problemem i nawet pomoc kredytowa banków może być niewystarczająca, by utrzymać przedsiębiorców w dobrej kondycji – mówi Marek Dymsza.

Sytuacja gospodarcza jest trudna. Przedsiębiorcy próbują pozyskiwać zamówienia w swoich branżach lub rozszerzają spektrum działań po to, by zapewnić sobie płynność finansową, a swoim pracownikom ciągłość zatrudnienia: – Przedsiębiorcy poruszają się jak saperzy po polu minowym nieuzbrojeni w niezbędne do radzenia sobie w kryzysie narzędzia – komentuje Marek Dymsza.  Każdy przedsiębiorca w mniejszym lub większym stopniu korzysta z kapitału zewnętrznego, chcąc kontynuować pracę pożyczanie pieniędzy od banku może być w pewnym momencie zastopowane, a wtedy bez wsparcia finansowego nie ma szans na przeczekanie trudnego czasu pandemii – dodaje współkoordynator Klastra Metalowego Metalika.

„Wielu przedsiębiorców przesuwa inwestycje w czasie, bo pieniądze muszą być przeznaczone na bieżące pokrycie kosztów”

– Wielu przedsiębiorców przesuwa inwestycje w czasie, by środki przeznaczyć  na bieżące pokrycie kosztów i zobowiązań. Przedsiębiorcy z sektora MŚP są nieprzygotowani w wystarczającym stopniu do gruntownej analizy kosztów i weryfikacji dokumentów, które trzeba składać jeżeli chodzi o wsparcie rządowe. Tarcze pomagają, ale branża metalowa czy maszynowa bardzo kapitałochłonne i przedsiębiorcy stają przed dylematem: co dalej? Poziom bezrobocia wciąż jest niski, wszyscy spodziewali się, że będzie gorzej, ale jak długo przedsiębiorcy wytrzymają taką sytuację? Tego nie wiem. Pozostaje bardzo wnikliwie obserwować sytuację gospodarczą i szukać dla siebie nisz i nowych przestrzeni do działania  – mówi Marek Dymsza – dodaje ekspert Północnej Izby Gospodarczej.

Kurierzy wpakowani w długi przez swoich kontrahentów

Pandemia przyniosła boom na usługi kurierskie. Duże zapotrzebowanie i liczba zleceń nie oznaczają jednak, że branża nie musi martwić się o finanse. Jak wskazuje Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej, kurierzy są winni wierzycielom prawie 30 mln zł, ale aż 23,2 mln zł to długi innych firm, które te zalegają firmom kurierskim.

W 2020 r. branża kurierska nie mogła narzekać na brak pracy. Zamówienia elektroniczne stały się jedną z najpopularniejszych form zakupów w Polsce. Według raportu KPMG, 34 proc. rodaków kupiło w pandemii przez Internet produkty, których wcześniej nie kupowało online. Jednak wzrost popytu ze strony klientów indywidualnych szedł w parze ze zmniejszoną aktywnością klientów biznesowych oraz pogorszeniem ich dyscypliny płatniczej. Problemy wielu branż związane z koniecznością ograniczenia lub nawet wstrzymania działalności odcisnęły piętno na dostawcach przesyłek. W efekcie, choć zadłużenie kurierów nieznacznie spadło, to wzrosła kwota należności, jaką są im winni kontrahenci i klienci biznesowi.

Niedostarczone płatności

W Krajowym Rejestrze Długów widnieje 921 firm kurierskich, a kwota ich zaległości sięga ponad 29,8 mln zł. Średnio dłużnik z tej branży ma obecnie do oddania prawie 32,4 tys. zł. Najbardziej zadłużone są jednoosobowe działalności gospodarcze. Mają w sumie 25,5 mln zł długów.

Najwięcej niespłaconych zobowiązań należy do firm z Mazowsza (6,4 mln zł). Następne w kolejce są podmioty z województwa wielkopolskiego (4,6 mln zł), śląskiego (3,3 mln zł) i łódzkiego (3,1 mln zł).

W największym stopniu kurierzy zadłużeni są w bankach. Mają im do oddania 11,7 mln zł – blisko 40 proc. kwoty całego długu. Na spłacenie 5,6 mln zł czekają także firmy zarządzające wierzytelnościami, zaś 2,6 mln zł do odzyskania mają firmy leasingowe.

Rekordzistą w kwestii zadłużenia w branży jest stołeczna jednoosobowa działalność gospodarcza, która do uregulowania ma prawie 1,2 mln zł, wobec banku, firmy telekomunikacyjnej i towarzystwa ubezpieczeniowego.

Branża ma problemy finansowe głównie przez to, że zleceniodawcy nie regulują wobec niej swoich zobowiązań. Zdecydowaną większość wszystkich długów, bo 78 proc., firmy kurierskie mogłyby spłacić, gdyby tylko odzyskały pieniądze od swoich kontrahentów. To ponad 23,2 mln zł. Niestety sytuację finansową części ich kontrahentów zmieniła pandemia i to nie zawsze na lepsze. Widać to we wzroście kwoty nieuregulowanych płatności za usługi kurierskie, która przez ostatni rok wzrosła o 11 proc. – mówi Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

W oczekiwaniu na zapłatę

Największym dłużnikiem kurierów jest branża handlowa, która zalega na kwotę 9,2 mln zł – to prawie 40 proc. wszystkich nieuregulowanych płatności. Ponad 2,2 mln zł do oddania kurierom ma sektor przetwórstwa przemysłowego, a 2,1 mln firmy z branży logistycznej.

Przez to, że kontrahenci nie płacą kurierom, oni sami mają problem z regulowaniem własnych zobowiązań. Jak wskazują eksperci, zatorom finansowym w branży można jednak zapobiegać:

25 proc. naszych klientów faktoringowych stanowią firmy z branży transportowej. To głównie podwykonawcy, którzy działają na zlecenie innych. Wśród nich są też kurierzy. Sami płacą nam w terminie. Bez wątpienia jest to między innymi zasługa faktoringu, który poprawia płynność finansową firm, jak również monitoruje i dyscyplinuje kontrahentów, którzy mają tendencję do opóźniania płatności – zauważa Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG i dodaje: – Gdyby każda wystawiona przez kuriera faktura była natychmiast sfinansowana przez faktora, udałoby się znacznie zmniejszyć zatory finansowe w tej branży, a w efekcie liczbę przeterminowanych należności w portfelach kurierów.

Pandemia jeszcze trwa i nikt nie wie, jakie zmiany może przynieść. Kondycja firm kurierskich z jednej strony zależeć będzie od tego, czy będą sięgać po rozwiązania dostępne na rynku wspierające płynność finansową, z drugiej – od stanu całej gospodarki. Problemy jednych branż nie pozostają bowiem bez wpływu na sytuację pozostałych.

BADANIE: Handel znowu na minusie. Ruch w sklepach był mniejszy niż rok wcześniej o blisko 40%

W styczniu tego roku w porównaniu do ub.r. ruch w wielkopowierzchniowych sklepach spożywczych spadł o 36%. Z kolei liczba unikalnych klientów zmniejszyła się o 23%. Wizyt najbardziej ubyło i to o blisko połowę w sieciach convenience. Podobnie było w supermarketach i hipermarketach, tj. spadki sięgały ok. 41% i 40%. Najmniej straciły dyskonty i sieci cash & carry – niemal 32% i prawie 33%. Do tego widać, że najczęściej wybieranym dniem na zakupy nie są już soboty. Teraz największy ruch widać w piątki. Ponadto najmocniejszy spadek liczby wizyt zanotowano w woj. mazowieckim, małopolskim i pomorskim.   

Jak wynika z analizy Proxi.cloud i UCE RESEARCH, wykonanej na próbie 8,8 mln wizyt blisko 785 tys. konsumentów w 9 tys. placówek, w styczniu br. wielkopowierzchniowe sklepy spożywcze straciły rok do roku 36% swojego ruchu. Do tego o 23% obniżyła się liczba unikalnych klientów.

– To duży cios dla branży retailowej, który głównie jest efektem pandemii i zastosowanych obostrzeń. Oczywiście wcale nie jest to tożsame ze spadkiem obrotów, a przynajmniej nie w skali 1:1. Konsumenci rzadziej przychodzą do sklepów, ale za to wychodzą z większymi zakupami. Jednak w tej kwestii nie można mówić o wyrównaniu się przychodów, ponieważ społeczeństwo finalnie kupuje mniej. Polacy koncentrują się głównie na towarach pierwszej potrzeby – komentuje dr Krzysztof Łuczak z Grupy BLIX.

W styczniu 2020 roku zakupy najchętniej były robione w sobotę, a w analogicznym okresie br. – w piątek. W tym dniu najbardziej też wzrósł ruch, bo aż o 13,6%. Lekko podniósł się również w czwartek – o 4,5%, a także w środę – o 0,6%. Z kolei największy spadek zaliczyła niedziela – o 14,2%. Obok niej była sobota z wynikiem 10,9%. Ponadto ruch zmniejszył się w poniedziałek – o 2,1%, a także we wtorek – o 1,5%.

– Przed wybuchem pandemii wiele osób robiło duże zakupy spożywcze w sobotę, ponieważ dla większości społeczeństwa jest ona dniem wolnym od pracy. Od marca ub.r. konsumenci, starając się unikać tłumów, zaczęli wybierać się do sklepów w mniej oblegane – ich zdaniem – dni, czyli w piątki i czwartki – wyjaśnia Weronika Piekarska z Proxi.cloud.

Największe spadki liczby wizyt odnotowały sklepy w formacie convenience – o 45,6%, a następnie supermarkety i hipermarkety – odpowiednio o 40,9% i 40,1%. Z kolei z najmniejsze straty zaliczyły dyskonty oraz sieci cash & carry – o 31,9% i 32,7%. Jak zaznacza Adam Grochowski z Proxi.cloud, od początku pandemii klienci unikali największych sklepów, choć – wbrew pozorom – zagęszczenie ludzi na jednym metrze kwadratowym w hipermarketach jest mniejsze. Starali się też znaleźć kompromis pomiędzy rozmiarem placówki a asortymentem. I z tego wynika najmniejszy spadek w dyskontach.

– Wyniki obrazują mocną pozycję dyskontów. W czasie pandemii konsumenci upatrzyli sobie ten format, a sieci wykorzystały sytuację, poszerzając asortyment. Zabrały klientów innym sklepom. Z kolei hipermarkety, które uplasowały się w środku rankingu, poprawiły swoją sytuację. A była ona trudna od dłuższego czasu. Udało się to, bo Polacy odważniej ruszyli do tych sklepów. Jeżeli ten trend się utrzyma, to hipermarkety z pewnością mocniej powalczą o rynek z konkurencją – stwierdza ekspert z Grupy BLIX.

Zaobserwowano też spadek liczby wizyt przypadającej na jednego klienta. W styczniu 2020 roku wynosiła ona 11,5, a w 2021 – 9,4. Tym samym znacznie zmniejszył się udział osób najczęściej robiących zakupy, czyli ponad 10 razy w miesiącu – o 20,6%. Natomiast przybyło konsumentów kupujących rzadziej, tj. 5 razy w ciągu 4 tygodni – o 21,5%.

– Ograniczenie liczby osób mogących przebywać w sklepach, strach klientów przez zarażeniem koronawirusem oraz lockdown spowodowały wyraźne zmiany w liczbie wizyt w sklepach. Konsumenci zaczęli realizować zakupy z mniejszą częstotliwością i prawdopodobnie z większym koszykiem. Nie można też zapominać o tym, że w dużych miastach mocno rozwinęła się usługa dostarczania produktów do domów. To również mogło mieć wpływ na ww. wskazania – tłumaczy Adam Grochowski.

Dodatkowo wyniki badania pokazują, że największe różnice w liczbie wizyt zostały zanotowane w woj. mazowieckim – 47%, małopolskim – 44%, a także pomorskim – 43%. Z kolei najmniejsze spadki były widoczne w woj. warmińsko-mazurskim – 24%, lubuskim – 25%, jak również zachodniopomorskim – 25%. Jak podkreśla dr Łuczak, największa różnica spadkowa może być powiązana z liczbą ludności i odsetkiem zakażeń. Może to też oznaczać, że tam konsumenci częściej rezygnują z robienia bezpośrednich zakupów.

– W największych województwach spadki wizyt są najmocniejsze, bo w ich obrębie znajduje się więcej galerii, w których mieszczą się sklepy wielkopowierzchniowe. Fakt, że w styczniu 2021 roku centra handlowe były zamknięte, oczywiście wpłynął na ruch. Ponadto wcześniejsze badania wykazały, że w dużych miastach ludzie w czasie pandemii rzadziej chodzili do sklepów spożywczych – podsumowuje Weronika Piekarska.

Analiza została przeprowadzona w oparciu o dane zarejestrowane w okresie 01-31.01.2021 roku i w analogicznym czasie w 2020 roku przez firmę technologiczną Proxi.cloud oraz platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH. Prowadzono obserwację zmian w ruchu ponad 9 tys. wielkopowierzchniowych sklepów spożywczych, należących do 20 największych sieci handlowych w Polsce. Badaniem objęto blisko 785 tys. konsumentów (w wieku od 18 do 65 lat), którzy łącznie odbyli ponad 8,8 mln wizyt w sklepach. Dane zebrano za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie.

Lockdown zmienił chwilowo nawyki w zarządzaniu oszczędnościami – analiza Allianz i Euler Hermes

Lockdown spowodowany pandemią Covid-19 zmienił zachowanie ludzi związane z oszczędzaniem – więcej dostępnych środków finansowych przekierowano na akcje i fundusze inwestycyjne. W ramach analizy Allianz Research i Euler Hermes obejmującej 6 krajów: Niemcy, Francję, Włochy, Hiszpanię, Austrię i USA, wykazano znaczący wzrost nabycia aktywów netto w porównaniu r/r.

  • W Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii, Austrii i USA wzrosła suma zakupów aktywów netto na rynku kapitałowym. W Niemczech o 35% i aż o 223% we Włoszech.
  • W większości badanych krajów, w czasie pandemii Covid-19, wzrósł udział akcji i funduszy inwestycyjnych w nowych oszczędnościach – Niemcy (z 15% do 24%), Francji (z 3% do 11%), Austrii (z 20% do 25%). Jedynie w USA spadł udział akcji i funduszy inwestycyjnych w nowych oszczędnościach, ale suma aktywów wzrosła o 25%.
  • Równocześnie 40% respondentów we Włoszech, Francji i Hiszpanii po zakończeniu pandemii chce nabyć mniej akcji niż dotychczas. Tylko kilkanaście procent deklaruje zwiększeniu zaangażowania w akcje.
  • Większość badanych (59%) uznaje, że niskie/ujemne stopy procentowe utrzymają się znacznie dłużej, niż wcześniej oczekiwano. Tylko 10% spodziewa się ich wzrostu, a 31% nie spodziewa się żadnych zmian.
  • Pomimo, iż miniony rok minął pod znakiem niepewności na rynkach to większość respondentów nie chciałaby zwiększać dotychczasowego zakres ochrony ubezpieczeniowej.
  • Z badania sondażowego Allianz Research i Euler Hermes wynika, że pandemia nie wydaje się mieć przełomowego i trwałego wpływu na decyzje inwestycyjne.

Wykres 1 – Procentowe zmiany r/r w ilości nabytych aktywów finansowych w I półroczu 2020 / Wykres 2 – Procentowy udział akcji i funduszy inwestycyjnych w oszczędnościach ogółem

Procentowe zmiany rr w ilości nabytych aktywów finansowych w I półroczu 2020
Źródła: Eurostat, Fed, Allianz Research

Biorąc pod uwagę powyższe dane, Allianz Research i Euler Hermes zbadali równocześnie, czy zaistniała zmiana preferencji oszczędzania jest wywołana nadzwyczajnymi okolicznościami, czy też początkiem trwałego przerzucania się na bardziej ryzykowne produkty. Uczestnikom ankiety przeprowadzonej w Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii, Austrii i USA zadano pytanie: „Jeśli chodzi o Twoje inwestycje w akcje, czy chciałbyś nabyć ich mniej, tyle samo czy więcej akcji po zakończeniu pandemii?” Z uzyskanych odpowiedzi wynika, iż praktycznie we wszystkich siedmiu krajach respondenci stwierdzili, że chcą inwestować w akcje w takim samym stopniu, jak przed pandemią. Jedynie 25,8% ankietowanych Amerykanów wykazywało zwiększone zainteresowanie oszczędzaniem poprzez inwestycje na giełdzie (Wykres 3).

W Europie giełda nie odrobiła jeszcze strat poniesionych w marcu 2020 r. W związku z tym nie dziwi fakt, że respondenci z krajów europejskich wykazują mniejszy entuzjazm inwestowania w akcje w przyszłości. Toteż niewielki procent ankietowanych chciałaby „sięgnąć po zyski”, które obecnie oferuje giełda, od 12% we Włoszech do 15% we Francji. Jednakże najbardziej zaskakujący jest wysoki odsetek respondentów (ponad 40%) w Hiszpanii, Francji i we Włoszech, którzy planują nabyć mniej akcji niż wcześniej. Tymczasem respondenci z Austrii, a zwłaszcza z Niemiec, są mniej skłonni do ograniczania swojego zaangażowania na rynku kapitałowym.

Wykres 3 – Zainteresowanie akcjami według kraju po pandemii Covid-19

Zainteresowanie akcjami według kraju po pandemii Covid-19
Źródła: Allianz Research

Większość badanych (59%) uznaje, że niskie/ujemne stopy procentowe utrzymają się znacznie dłużej, niż wcześniej oczekiwano. Tylko 10% spodziewa się, że Covid-19 przyspieszy wyjście ze środowiska niskich stóp procentowych, podczas gdy 31% nie spodziewa się żadnych zmian w dotychczasowej polityce monetarnej. Dość niezwykłe są różnice między poszczególnymi krajami. Wysokim pesymizmem odznaczają się respondenci z Niemiec oraz Austrii. Z drugiej strony respondenci francuscy i amerykańscy są nieco bardziej optymistyczni. W przypadku USA takie podejście jest zrozumiałe, gdyż Rezerwa Federalna USA była w stanie kilkakrotnie podnosić stopy procentowe w ciągu ostatniej dekady (Wykres 4).

Wykres 4 – Oczekiwania dotyczące czasu trwania środowiska niskich/ujemnych stóp zwrotu po pandemii Covid-19

Oczekiwania dotyczące czasu trwania środowiska niskich ujemnych stóp zwrotu po pandemii Covid-19
Źródła: Allianz Research

Covid-19 ujawnił kruchość naszego współczesnego życia i ujawnił rażące luki w zabezpieczeniu. W tym kontekście należałoby się spodziewać wzrostu świadomości ryzyka i zapotrzebowania na ochronę przed ryzykiem. Jednakże badanie Allianz Research i Euler Hermes ponownie rozwiewa te nadzieje – większość respondentów chciałaby utrzymać dotychczasowy zakres ochrony ubezpieczeniowej. Aby lepiej zrozumieć przyszłe zapotrzebowanie na ochronę przed ryzykiem, zadano pytanie: „Jeśli chodzi o Pana(i) ubezpieczenie, czy chciał(a)by Pan(i) zmniejszyć zakres ochrony ubezpieczeniowej, utrzymać ja czy zwiększyć, gdy pandemia się skończy?”. Preferowaną opcją respondentów jest powrót do poziomu ubezpieczenia sprzed kryzysu. Jednakże kraje, które najbardziej ucierpiały z powodu pandemii, mają najwyższy poziom zainteresowania zwiększeniem ochrony ubezpieczeniowej: Stany Zjednoczone (18%), Hiszpania (16%), Francja (15%) i Włochy (11%). W Stanach Zjednoczonych i Hiszpanii, tych respondentów jest więcej niż tych, którzy twierdzą, że chcieliby zmniejszyć swoją ochronę ubezpieczeniową, aczkolwiek z niewielkim marginesem. Austria (7%) i Niemcy (8%) wykazują najmniejsze zainteresowanie zwiększeniem zakresu ochrony ubezpieczeniowej.

Zaskakujące jest to, że znaczna liczba respondentów, szczególnie we Włoszech (24%) i Francji (21%), chciałaby zmniejszyć zakres ochrony ubezpieczeniowej, którą posiadali przed pandemią. W Austrii i Niemczech liczby te są niższe, ale mimo to takich odpowiedzi było więcej niż tych wskazujących zwiększenie zakresu ubezpieczenia. W ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy nie wszędzie zwiększyła się więc świadomość ryzyka.

Wykres 5 – Zainteresowanie ubezpieczeniem od ryzyka po Covid-19 według kraju

Zainteresowanie ubezpieczeniem od ryzyka po Covid-19 według kraju
Źródła: Allianz Research

Kolejny wniosek – pandemia wydaje się mieć mniej trwały wpływ na decyzje inwestycyjne, niż wielu obserwatorów przypuszcza. Wydaje się, że wielu respondentów postrzega Covid-19 jako chwilowy szok, który przeminie, nie powodując żadnych zmian w planach, rutynie czy preferencjach.

Pełna wersja analizy sytuacji w USA znajduje się w opracowaniu Działu Badań Ekonomicznych Grupy Euler Hermes dostępnym w języku angielskim na stronie www.eulerhermes.com

https://www.eulerhermes.com/en_global/news-insights/economic-insights/Change-What-change-Saving-behaviors-post-Covid-19.html

80% Polaków nie ma możliwości pracy zdalnej – robotyzacja i automatyzacja pomogą

Według danych GUS w kwietniu 2020 roku pracę zdalną wykonywało w Polsce 16,7% osób. Odsetek ten spadł do końca września do ok. 6%. [1]  Zgodnie z tymi danymi ok. 80% Polaków, z uwagi na charakter pracy, nie ma możliwości wykonywania jej w formie zdalnej. Czy ten odsetek ulegnie zmianie dzięki wprowadzeniu przepisów dotyczących pracy zdalnej do kodeksu pracy oraz dzięki szybszej adaptacji robotyzacji i automatyzacji w przedsiębiorstwach? Czy dzięki botom praca zdalna stanie się nie tylko możliwa, ale i łatwiejsza?

Czy praca zdalna to chwilowa, wymuszona okolicznościami zewnętrznymi moda, czy też nowa normalność, która zostanie z nami na stałe? Wydarzenia ostatnich miesięcy wskazują, że możliwość pracy z własnego domu stanie się jednym ze standardowych sposobów wykonywania pracy. Pandemia koronawirusa sprawiła, że praca zdalna jest coraz częściej wykorzystywanym rozwiązaniem, które przynosi zyski zarówno pracownikom, jak i pracodawcom. Jednak aktualnie obowiązujące w Polsce przepisy nie regulują wprost zasad pracy zdalnej, dlatego też polski rząd chce wprowadzić tego typu przepisy do kodeksu pracy. Według informacji PAP odpowiednie przepisy mają wejść w życiu już w przeciągu najbliższych tygodni, jeszcze w pierwszym kwartale 2021 r. [2]

– To bardzo dobry i potrzebny ruch, szczególnie w kontekście uregulowania zasad bezpieczeństwa czy kosztów wykonywania pracy zdalnej. Do tej pory możliwość świadczenia pracy na odległość wynikała z nieformalnej umowy pomiędzy pracownikiem a pracodawcą – dobrze, że zostanie to uregulowane ustawowo. Niestety ok. 80% Polaków nie ma możliwości pracy z domu, charakter wykonywanej pracy i zlecane im obowiązki wymagają fizycznej obecności w firmie. Jednak są mocne argumenty za tym, że dzięki wdrożeniu botów automatyzujących, które przejmą niektóre nasze obowiązki, ulegnie to szybkiej zmianie.  – mówi Mariusz Gołębiewski, wiceprezes Abile Consulting.

W opublikowanych we wrześniu 2020 wynikach badania Grafton Recruitment oraz CBRE[3] chęć wykonywania pracy zdalnej przez cały czas deklaruje 45% pracowników. Zaś 75% zatrudnionych twierdzi, że w ich firmach patrzy się teraz przychylniej na pracę zdalną. Natomiast aż 90% szukających nowego zatrudnienia sprawdza możliwość pracy zdalnej i traktuje to jako warunek przystąpienia do rekrutacji.  Warto zaznaczyć, że osoby, którym odpowiada praca zdalna są jednocześnie bardziej zaangażowane w obowiązki zawodowe. Według badań SWPS[4] osoby takie nie mają problemów z realizacją celów wyznaczonych przez przełożonych i nie odczuły zmiany poczucia przynależności do organizacji, w której pracują.

Dobrym przykładem na możliwość wykorzystania pracy zdalnej bez konieczności stania w korkach i fizycznej obecności w biurze jest np. wystawianie faktur z danych z kilku systemów. Często systemy te nie ze sobą zintegrowane – a operatorzy ręcznie łączą dane z systemów CRM, sprzedaży, rabatów, księgowych i wystawiają faktury w postaci pdf, a następnie rozsyłają maile do kontrahentów. Równie dobrze proces ten mógłby wykonywać robot w nocy, a pracownik kolejnego dnia rano otrzymywałby jedynie jednostkowy raport z wysyłki faktur do klienta. – dodaje Mariusz Gołębiewski.

Przejście na pracę zdalną w przedsiębiorstwach nie jest prostą sprawą. Okoliczności pandemii koronawirusa wskazują jednak, że właściwą drogą jest przyspieszenie transformacji cyfrowej. Automatyzacja procesów biznesowych zapewnia możliwość przetwarzania informacji przez 24h na dobę. Ręczne wystawianie faktur, modyfikacja zasad dotyczących płatnych urlopów, zasiłków opiekuńczych czy dni chorobowych, których zasady zmieniają się dynamicznie jest niezwykle trudna i czasochłonna. Z drugiej strony, zaprogramowanie botów do wykonywania tych czynności jest szybkie, a po wdrożeniu pracownicy mogą poświęcić więcej czasu i energii na zajęcia przynoszące konkretny zysk przedsiębiorstwu. I to bez konieczności fizycznej obecności w biurze.

[1] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/popyt-na-prace/wplyw-epidemii-covid-19-na-wybrane-elementy-rynku-pracy-w-polsce-w-trzecim-kwartale-2020-roku,4,3.html

[2] https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C785992%2Cmichalek-zakladam-ze-w-i-kwartale-2021-roku-uda-sie-uzgodnic-ze-strona

[3] https://biuroprasowe.cbre.pl/108988-praca-zdalna-nie-jest-juz-benefitem-dla-9-na-10-pracownikow-to-warunek-przy-rekrutacji

[4] https://www.swps.pl/centrum-prasowe/informacje-prasowe/22678-samotni-ale-zaangazowani-praca-zdalna-w-pandemii

Pandemia a polski eksport – czy 2021 r. będzie lepszy?

Według wstępnych szacunków Głównego Urzędu Statystycznego w 2020 r. polski eksport zanotował spadek o 0,3% rok do roku, a jego wartość sięgała 237,5 mld euro. Tym samym, pandemia przerwała wieloletni okres wzrostu obrotów sprzedaży zagranicznej. Jednak, jak podkreślają analitycy instytucji płatniczej Akcenta, polscy eksporterzy poradzili sobie z koronakryzysem dość dobrze i szybko odrabiają straty.

Wybuch pandemii wywołał duże zamieszanie na rynkach międzynarodowych. Szczególnie trudny dla handlu zagranicznego okazał się sam początek kryzysu epidemiologicznego, gdy z dnia na dzień wprowadzane były nowe obostrzenia, a swoją działalność wstrzymywało wiele firm. Ostatnim miesiącem, w którym eksport rósł rok do roku, był luty. Potem nastąpił głęboki spadek wywozu. Od czerwca jednak sytuacja się poprawiła.

Znaczący spadek obrotów handlu zagranicznego w okresie od marca do maja eksporterzy byli jednak w stanie odrobić dzięki silnemu ożywieniu w drugiej połowie roku. Nie spełniły się tym samym wiosenne, pesymistyczne prognozy mówiące o spadkach sprzedaży nawet o 10% rok do roku. Ogólne wyniki handlu zagranicznego za cały ubiegły rok w obliczu pandemii należy zatem ocenić pozytywnie – zaznacza Miroslav Novák, główny analityk instytucji płatniczej Akcenta.

Ekspert zaznacza, że na wyniki polskiego eksportu istotny wpływ miała także sytuacja na rynku walut. W obliczu światowego kryzysu osłabieniu uległy waluty krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym polski złoty. Słabsza złotówka wspierała konkurencyjność polskich firm, których oferta dzięki temu była atrakcyjna cenowo dla państw posługujących się głównymi walutami, np. euro.

Osłabienie na najważniejszych kierunkach

Motorem ożywienia polskiego eksportu w drugiej połowie roku były Niemcy. Na koniec roku do wartość wysłanych naszego zachodniego sąsiada towarów wzrosła o 3,9% rok do roku, do poziomu 68,6 mld euro. Na pozostałych dziesięciu najważniejszych rynkach zbytu wartość sprzedaży zmalała. Wyjątkiem, oprócz Niemiec, była tu jeszcze Szwecja, ze wzrostem 4,2% r/r. Wśród najważniejszych destynacji największe spadki sprzedaży były widoczne na kierunku czeskim i włoskim, gdzie wartość polskiego eksportu spadła odpowiednio o 5% i 4,7% r/r. Podobne wyniki eksporterzy zanotowali w sprzedaży do Wielkiej Brytanii i Francji (spadek o 4,5% r/r).

Rok 2020 przyniósł także mniejszy import. Jego wartość zmalała o 4,8% rok do roku i wyniosła 225,5 mld euro. Bilans handlowy w polskim handlu zagranicznym był więc dodatni, a nadwyżka wyniosła 12 mld euro.

Nadzieje na lepszy 2021 r.

Zdaniem analityka Akcenty perspektywy dla polskiego handlu zagranicznego na bieżący rok są względnie optymistyczne. – Pojawiła się szczepionka, firmy są już lepiej przygotowane do funkcjonowania w pandemicznej rzeczywistości. Jednocześnie należy podkreślić, że prognoza na ten rok jest obarczona dużą niepewnością. Na ten moment można szacować, że dynamika eksportu w tym roku będzie dodatnia, a jej wzrost będzie zawierać się w przedziale 4-6% rok do roku. Dodatkowo, od drugiego kwartału bieżącego roku spodziewam się ożywienia aktywności inwestycyjnej w Polsce, co przełoży się na wzrost importu dóbr kapitałochłonnych. Wwóz towarów do Polski, podobnie jak eksport, będzie wyższy niż w 2020 r., a jego prawdopodobna dynamika może wynieść ok. 5-7% rok do roku – prognozuje Miroslav Novák.

Dla eksporterów i importerów ważny będzie także kurs złotego w 2021 r. – Na razie wszystko wskazuje na to, że Rada Polityki Pieniężnej nie da się polskiemu złotemu wyraźnie umocnić. Najbardziej prawdopodobny scenariusz na pierwsze półrocze 2021 roku to kurs na parze z euro w przedziale 4,50-4,55. Natomiast druga połowa roku będzie zależeć od rozwoju pandemii i tempa ożywienia gospodarczego. Jeżeli się sytuacja poprawi, to RPP może już nie interweniować i złoty może kierować się w kierunku poziomu 4,40 – dodaje analityk Akcenty.

Wzrosty w świątecznym wydaniu

Mimo że handel w Azji był uszczuplony pod nieobecność świętujących Nowy Rok Księżycowy, udało się utrzymać pozytywne nastroje, a motorem zmian pozostają doniesienia o rosnącej liczbie zaszczepionych i nadzieje na przyspieszenie globalnego ożywienia. To dobry prognostyk na resztę tygodnia, choć z uwagi na zamknięte dziś rynki w USA najbliższe godziny raczej nie zaoferują wiele zmienności.

Strategia reflacyjna pozostaje w mocy, czego odzwierciedleniem są nowe rekordy indeksów akcji, a także wyższe ceny surowców, np. miedzi i ropy naftowej. Takie informacje, jak pierwszy od 3 miesięcy spadek liczby nowych przypadków zakażenia w USA poniżej 100 tys. (średnia 7-dniowa), czy wzrost liczby zaszczepionych w Wielkiej Brytanii do 15 mln wzmacniają oczekiwania na wkrótce realizowane przyspieszenie ożywienia. A nawet jeśli w temacie walki z COVID-19 trafiają się okresy bez nowych doniesień, zawsze można szukać punktu zaczepienia dla optymizmu w postępach prac nad pakietem fiskalnym w USA. Wprawdzie korekty i momenty realizacji zysków są możliwe (i konieczne dla zdrowego trendu), jak na razie cofnięcia bywają płytkie.

Od strony FX oznacza to wznowienie trendu deprecjacyjnego dolara, choć wzrost apetytu na ryzyko nakazuje porzucać także inne bezpieczne przystanie, jak jen czy frank. Perspektywa szybszego wzrostu i rosnącego popytu na surowce pomaga walutom pozytywnie skorelowanym z tym zjawiskiem, głównie AUD i NOK. Silny jest GBP dzięki imponującemu tempu zaszczepień. EUR/USD jest wyżej, ale niewiele. Zaprzysiężenie Mario Draghiego na premiera Włoch jest lepsze niż przeciąganie okresu bez funkcjonującego rządu, ale nie jest to informacja, która wywoła silniejszy rajd ulgi. Do umacniania się wraca złoty po tym, jak w ubiegłym tygodniu na 4,5080 za euro ustanowił górną granicę dla nowego zakresu trendu bocznego, ale zakładamy, że finalnie ucieknie z niego dołem w kierunku 4,45.

Rozpoczynający się tydzień jest poszarpany przez święta, co z pewnością wpłynie na płynność handlu. Z najważniejszych: rynki w Chinach są zamknięte przez większość tygodnia, a inwestorzy w USA dziś obchodzą Dzień Prezydenta. W kolejnych dniach nie zabraknie jednak impulsów do handlu. Dane będą przypominać, jak trudny jest pierwszy kwartał, szczególnie w objętej restrykcjami Europie. W strefie euro uwagę zwracają indeksy PMI (pt), gdzie pozytywnie będzie oddziaływać poluzowanie restrykcji we Włoszech i Hiszpanii. W Wielkiej Brytanii lutowy PMI powinien obniżyć się z powodu zamknięcia gospodarki i brexitu (redukcja zapasów), ale wskaźnik dla usług może odbijać po negatywnym szoku z poprzedniego miesiąca (39,5). W USA sprzedaż detaliczna (śr) powinna wzrosnąć pierwszy raz od września z pomocą wypłaty czeków pomocowych dla Amerykanów. Wzrost produkcji przemysłowej (śr) zwiastują dobre odczyty indeksów PMI za styczeń. Z minutek FOMC (śr) powinien płynąć równie gołębi przekaz, co z ostatnich wypowiedzi prezesa Powella – zmian w polityce nie zobaczymy jeszcze przez wiele miesięcy, dopóki nie dojdzie do poprawy we wskaźnikach rynku pracy i inflacji. W Polsce dziś czekamy na odczyt inflacji CPI, gdzie podwyżki cen administrowanych i podatków poskutkują miesięczną inflacją 0,9-1,0 proc., ale wskaźnik roczny powinien pozostać na 2,4 proc.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czas na bankowość zdecentralizowaną, czyli usługi finansowe na brzegu sieci

Sektor usług finansowych przeszedł w ubiegłym roku poważne zmiany. Podobnie jak w przypadku innych branż nastąpiło przejście do środowiska cyfrowego. Taka sytuacja oznacza jednak również okazję do sprawdzenia możliwości nowych technologii i nowych sposobów działania, gwarantujących większą elastyczność w zmieniających się warunkach rynkowych. Dzięki dużej skalowalności, a zatem możliwości obsługi spadków i wzrostów liczby przetwarzanych transakcji cyfrowych, związanej z migracją do chmury w ramach realizowanych projektów transformacji, wiele banków może szybciej zrezygnować z monolitycznych rozwiązań i przejść na bardziej elastyczną architekturę podstawową. Pozwala to uzyskać poziom reaktywności niemożliwy do osiągnięcia we wcześniejszych systemach.

Koncepcja modernizacji systemów podstawowych nie jest niczym nowym, pojawiała się już wielokrotnie w branży. Przedsiębiorstwo ma do wyboru wiele sposobów realizacji takiego przedsięwzięcia z uwzględnieniem występującego obecnie „cyfrowego przyspieszenia”. Zależy to od przyjętej strategii organizacyjnej, dostępnych kompetencji specjalistycznych i wsparcia ze strony kadry kierowniczej. Jednym z pierwszych etapów modernizacji może być zmiana platformy aplikacji i uzyskanie oferowanej przez chmurę elastycznej skalowalności, co pozwala usprawnić działanie istniejących środowisk mainframe. Z takim podejściem wiążą się różne korzyści operacyjne, z których najistotniejszą wydaje się możliwość uzyskania nowych danych analitycznych niezbędnych do budowania interakcji z klientami. Inne banki, a czasami jednostki w ramach tego samego banku, wybierają model rekonstrukcji, w którym zamiast złożonych modyfikacji stosuje się dostępne w chmurze funkcje integracji, a w kolejnej fazie zastępuje podstawowe mechanizmy nowszymi wersjami oferowanymi przez producentów. Istnieją również przedsiębiorstwa, które decydują się na całkowitą przebudowę systemów podstawowych i konstrukcję usług bankowych w postaci niezależnych biznesowych elementów składowych. Niniejszy artykuł skupia się na tym ostatnim podejściu. Niezależne funkcjonalnie usługi biznesowe mogą zostać w naturalny sposób przekształcone w elementy zdecentralizowanego systemu, w którym da się szybko zdefiniować usługi finansowe świadczone przedsiębiorstwom niezależnie od ich rodzaju.

Bankowość zdecentralizowana

Wiemy, czym są podstawowe, centralne systemy bankowe, słyszeliśmy o przetwarzaniu bezserwerowym, ale czym może być coreless banking, czyli bankowość zdecentralizowana? Ogólnie rzecz biorąc, w takiej architekturze nie występuje centralny system. W bankowości zdecentralizowanej nie pojawia się zależność od wielu odrębnych mechanizmów transakcyjnych. Każdy aspekt usług świadczonych przez bank jest zdefiniowany jako pojedyncza funkcja biznesowa, która może być aktualizowana i modyfikowana niezależnie od innych (jak się można domyślić, mikrousługi są ważnym elementem tego rozwiązania). To całkowicie inny sposób działania niż w przypadku typowych systemów monolitycznych, w których wszystkie moduły oprogramowania są ze sobą zintegrowane. Niestety jest to jeden z problemów, jakie napotykamy w trakcie transformacji cyfrowej — modernizacja tylko jednego elementu wcześniejszego systemu może okazać się trudna właśnie ze względu na ścisłą integrację. Budowa nowego środowiska cyfrowego w przedsiębiorstwie, którego działalność koncentruje się na odrębnych produktach, a systemy są w wysokim stopniu zintegrowane, to zadanie trudne, kosztowne i czasochłonne. Integracja firmy niesie wiele korzyści, jednak utrudnia szybką adaptację. Dlatego warto pomyśleć o bankowości zdecentralizowanej, w ramach której elementy składowe o właściwej wielkości, odpowiadające poszczególnym funkcjom biznesowym, są łączone w sposób umożliwiający obsługę ścieżek interakcji klientów. Powstaje architektura biznesowa i techniczna, w której usługi bankowe nie są zależne od głównego systemu podstawowego. Każdy fragment systemu bankowego można zaktualizować lub przebudować niezależnie od pozostałych elementów, co pozwala skrócić czas transformacji dowolnego obszaru działania przedsiębiorstwa.

Zaletą bankowości zdecentralizowanej jest możliwość łączenia, wielokrotnego używania i ponownego łączenia elementów składowych w celu szybkiego definiowania i wdrażania odpowiednich mechanizmów interakcji z klientami. Ponadto przedsiębiorstwo potrafi zrobić to na dużą skalę, co jest możliwe dzięki spójnej infrastrukturze pozafunkcjonalnej stanowiącej wspólny fundament, na którym buduje się komponowalne usługi biznesowe.  Architektura oparta na mikrousługach pozwala zapewnić niezależność elementów, a funkcje integracji w kontenerach i narzędzia automatyzacji biznesowej uwzględniają kompleksowe mechanizmy zabezpieczeń nawet w sytuacji, gdy interakcja obejmuje wiele lokalizacji w chmurze i na styku z otoczeniem. Bank może mieć pewność, że zachowa kontrolę nad sposobem, czasem i miejscem wdrożenia usług.

Usługi na brzegu sieci

Internet rzeczy (IoT), czyli komunikacja między fizycznymi przedmiotami za pośrednictwem internetu, to koncepcja istniejąca od pewnego czasu. Ostatnio coraz częściej znajduje miejsce także w biznesowych zastosowaniach w bankach i innych instytucjach finansowych. Biorąc pod uwagę ilość przetwarzanych codziennie newralgicznych z punktu widzenia przedsiębiorstwa informacji oraz wrażliwych danych klientów, wdrożenie najnowszych rozwiązań technologicznych do obsługi klientów indywidualnych nie zawsze jest zadaniem wykonalnym i prostym. W działaniach banków brzeg sieci ma jednak coraz większe znaczenie, mimo że technologie IoT, czyli interakcje między urządzeniami w ramach usług bankowych, nie są na razie rozbudowane. Możemy spodziewać się, że w bieżącym roku brzeg sieci stanie się jeszcze bardziej istotnym obszarem dla firm z sektora finansowego.

Interesującym aspektem brzegu sieci jest łatwiejsza ochrona danych dzięki ograniczeniu ich transferu. Transakcja może zostać zrealizowana bliżej źródła interakcji, co pozwala zmniejszyć ryzyko przechwycenia informacji przez nieuprawnione osoby. Bardziej rozproszona sieciowa infrastruktura informatyczna związana z projektami migracji do chmury umożliwia przetwarzanie danych bliżej miejsca ich wygenerowania i przechowywania. Korzyścią jest także zmniejszenie opóźnienia samego zdarzenia transakcji. Musimy jednak pamiętać, że kluczem do usprawnienia działania środowiska jest zastosowanie właściwej infrastruktury, czyli systemu operacyjnego zoptymalizowanego pod kątem działania w obszarach brzegowych, wyposażonego w możliwości udostępniania funkcji na żądanie (w formie mikrousług w kontenerach) oraz odpowiednie mechanizmy bezpieczeństwa i kontroli. Dzięki technologii 5G dodatkowo zwiększy się możliwość przeniesienia części przetwarzania do brzegowych regionów sieci. Możemy powiązać to z systemami IoT — jesteśmy w stanie wyobrazić sobie udzielanie przez klienta zgody (przewidzianej w dyrektywie PSD2 i rozporządzeniu RODO) także na działania realizowane w imieniu banku przez algorytm. To szansa na zmniejszenie kosztów i świadczenie klientom usług doradztwa finansowego z poziomu należących do nich urządzeń.

Bankowość zdecentralizowana i usługi świadczone na brzegu sieci

Według przeprowadzonych niedawno przez firmę IDC badań ponad 90% banków przyjęło strategię opartą na platformie. To wyższy wskaźnik niż w przypadku innych sektorów. Kluczowym elementem umożliwiającym zaistnienie na rynku usług powinno zatem być zróżnicowanie oferty. W jaki sposób to osiągnąć? Atutem może być szczególny obszar specjalizacji danego przedsiębiorstwa, wynikający ze stosowanych procedur, z doświadczenia i kompetencji personelu. W świecie rozwiązań cyfrowych taka specjalizacja oznacza możliwość szybkiego uzyskiwania informacji analitycznych na podstawie danych, a następnie wykorzystania ich w czasie rzeczywistym w sposób ułatwiający obsługę klientów. Wiele banków nadal buduje platformy, na których chce oferować swoje usługi, jednak współpracuje także z zewnętrznymi podmiotami spoza branży finansowej, dążąc do zbudowania mechanizmów bezproblemowej interakcji z klientami. Nowe platformy usług finansowych stanowią miejsce interakcji klientów, firm z sektora fintech, agregatorów, banków, usługodawców i urządzeń. Współpraca obejmująca wszystkie branże pozwala zbudować jednolite, zintegrowane, zautomatyzowane środowisko obsługi klientów. Możemy oczekiwać, że instytucje finansowe będą odgrywać istotną rolę na rynku zbudowanym wokół doświadczenia klienta dzięki oferowaniu wartościowych usług zarządzania ryzykiem i zarządzania funduszami. Funkcje zintegrowanej obsługi realizowane są między innymi przez różnych dostawców usług działających w jednej lub wielu chmurach publicznych. Integracja biznesowa będzie najprawdopodobniej odbywać się w środowiskach chmury hybrydowej preferowanych przez większość uczestników rynku.

Kolejnym etapem może być bezpośrednie oddanie klientom do dyspozycji takich komponowalnych usług po to, by mogli z nich korzystać w swoim środowisku. Możemy spodziewać się tego w dalszej perspektywie czasowej, jednak koncepcja bankowości zdecentralizowanej funkcjonującej na brzegu sieci jest zgodna z mechanizmami współpracy między bankami i firmami z sektora fintech, z którą już wkrótce zetkniemy się na rynku. Oznacza to dodawanie funkcji w centrum przetwarzania danych, na platformach handlowych, na urządzeniach i we wszystkich pośrednich lokalizacjach, włączanie i przełączanie usług zgodnie z potrzebami (mówimy o połączonych usługach banków i przedsiębiorstw fintech).  Transformacja zajmie pewien czas, jednak widzimy już, że banki starają się ograniczyć zależność od wcześniej stosowanych monolitycznych systemów podstawowych i zbudować pakiet bezpiecznych, niezawodnych, komponowalnych usług biznesowych. W ciągu najbliższego roku możemy oczekiwać wzrostu liczby wdrożeń mikrousług działających w chmurze i niezależnych od platformy, a także większej liczby projektów modernizacji podstawowych systemów w bankach, które łączą swoje usługi z produktami innych podmiotów w celu zbudowania bardziej elastycznych środowisk interakcji z klientami. Spodziewamy się, że takie elementy składowe pojawią się także na cyfrowych platformach klientów, ułatwiając im samodzielną realizację usług finansowych na brzegu sieci.

Autorka: Fiona McNeill, senior manager, product, Red Hat Financial Services

Grupa Wyszehradzka – 30 lat transformacji, integracji i rozwoju – raport PIE

Grupa Wyszehradzka powstała 15 lutego 1991 r. W latach 1991-2019 jej PKB wzrósł o 155 proc. Wartość eksportu towarów wzrosła między 1995 a 2019 r. ponad 19-krotnie, importu 16-krotnie, a inwestycje w środki trwałe rosły 3-krotnie szybciej niż w krajach UE-15. Jednocześnie, w 2019 r. PKB na mieszkańca stanowił blisko 72 proc. poziomu państw „starej UE”. Obecnie region jest szóstą siłą gospodarczą i trzecim rynkiem konsumenckim w Europie – wynika z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny raportu „Grupa Wyszehradzka – 30 lat transformacji, integracji i rozwoju”.

Ostatnie trzy dekady to okres znaczących przemian w państwach Grupy Wyszehradzkiej. Atrakcyjność inwestycyjna regionu pozwoliła na włączenie się gospodarek V4 w globalne łańcuchy wartości. Szczególnie silna stała się więź handlowa i gospodarcza z Niemcami – dziś wolumen eksportu i importu między V4 a Niemcami stanowi 1,5-krotność wymiany niemiecko-chińskiej. Sukcesem jest także niska, nawet w porównaniu do krajów zachodnich UE, stopa bezrobocia. Jednocześnie, region wciąż musi nadrabiać dystans rozwojowy dzielący go od najlepiej rozwiniętych krajów UE. Ponadto, problemem jest starzenie się społeczeństw, spadek ludności oraz niewielki napływ migrantów.

Akcesja do UE zbliżyła V4 do najbogatszych

W 2019 r. wartość PKB (w cenach bieżących) krajów V4 wyniosła 996 mld EUR, wzrastając o 155 proc. wobec 1991 r. Na tle krajów regionu dynamiką wzrostu wyróżniała się Polska, której gospodarka urosła ponad trzykrotnie. Wyraźnie zwiększyło się znaczenie państw V4 w gospodarce UE – z 4,6 proc. w 2004 r. do 6,2 proc. w 2019 r. Wśród kluczowych czynników wspierających proces konwergencji był popyt zagraniczny obejmujący przede wszystkim produkty wytwarzane w umiędzynarodowionych gałęziach przemysłu przetwórczego, głównie w branży motoryzacyjnej i maszynowej. O ile w latach 90. XX w. proces konwergencji był powolny, to zmniejszanie luki dochodowej przyspieszyło po akcesji państw V4 do UE w 2004 r.

Jeszcze w 2000 r. wartość PKB per capita krajów Grupy mierzona parytetem siły nabywczej wynosiła 45 proc. średniego poziomu dla UE-15, ale już w 2019 r. wskaźnik wzrósł do 72 proc. Najbliżej tego poziomu są Czechy, które w 2019 r. osiągnęły PKB na mieszkańca odpowiadający 92 proc. średniej dla państw UE-28. Ważnym elementem podnoszenia konkurencyjności gospodarek oraz poprawy jakości życia w krajach V4 były fundusze unijne. W latach 2004-2019 z budżetu UE, głównie w ramach wspólnej polityki rolnej oraz polityki spójności, do Polski, Czech, Węgier i Słowacji trafiło niemal 328 mld EUR. Najwięcej (55,2 proc.), trafiło do Polski.

Kraje Grupy Wyszehradzkiej dokonały ogromnego postępu na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Na płaszczyźnie politycznej kluczowa była integracja z Zachodem dzięki dołączeniu do NATO i UE. Do czynników wpływających na podniesienie pozycji gospodarczej V4 oprócz funduszy unijnych należy zaliczyć przede wszystkim napływ ogromnych środków inwestycyjnych w postaci zagranicznego kapitału prywatnego. Skumulowana wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych zwiększyła się aż 118-krotnie, z 5 mld USD w 1991 r. do 565 mld USW w 2019 r. Grupa Wyszehradzka ma szansę na utrzymanie dotychczasowych trendów zmniejszania luki dochodowej. Wyzwaniem pozostaje niwelowanie różnic w zakresie innowacyjności: Czechy zmniejszyły lukę w wydatkach na badania i rozwój między 2000 a 2019 rokiem z 0,7 pkt. proc. do 0,26 pkt. proc., a Polska z 1,17 pkt. proc. do 0,88 pkt. proc. Wciąż też znacznie mniejszy odsetek publikacji naukowych trafia do czasopism o najwyższych wskaźnikach cytowalności  –  powiedział Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu zagranicznego w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Rynek pracy odporny na wstrząsy, ale trendy demograficzne tworzą ryzyko rozwojowe

Jeszcze w latach 2003-2004 stopa bezrobocia w krajach V4 była prawie dwukrotnie wyższa niż w państwach „starej Unii” (15,4 proc. wobec 8 proc.). Jednak w dłuższej perspektywie i w następstwie światowego kryzysu finansowego z lat 2008-2010, to rynki pracy krajów UE-15 mocniej ucierpiały. Trwały punkt przełamania miał miejsce w 2012 r., od tego czasu stopa bezrobocia w państwach Grupy Wyszehradzkiej utrzymuje się na niższym poziomie niż w UE-15.W ciągu 30 lat eksport Grupy Wyszehradzkiej wzrósł 19-krotnie

Jednocześnie, na przestrzeni ostatnich 30 lat populacja krajów V4 spadła o 1 proc., podczas gdy w krajach UE wzrosła o 12 proc. Duży odpływ młodych i dobrze wykształconych obywateli państw V4 w pierwszych latach po akcesji do UE pogorszył prognozy demograficzne regionu. Trendy migracyjne zbiegły się w czasie z przemianami społeczno-kulturowymi, czego skutkiem był m.in. ujemny przyrost naturalny.

Transformacja gospodarcza V4 korzystna dla klimatu

Radykalna zmiana modelu gospodarczego w państwach Grupy Wyszehradzkiej pociągnęła za sobą znaczne koszty społeczne, na czele z bezrobociem strukturalnym wynikającym
z zamykania nierentownych branż przemysłu. Jednak oprócz negatywnych skutków społecznych, na przestrzeni ostatnich 30 lat udało się doprowadzić do znaczącego obniżenia (o 23 proc.) emisji gazów cieplarnianych. Stało się tak głównie dzięki modernizacji i urynkowieniu przemysłu oraz sektora energetycznego, a także wzrostowi znaczenia sektora usług.Transformacja gospodarcza V4 korzystna dla klimatu

Rośnie zainteresowanie płatnościami internetowymi w czasie pandemii. To wyzwanie zwłaszcza dla małych i średnich firm e-commerce

Pandemia COVID-19 napędziła rozwój e-commerce, lecz także wzrost konkurencji w tym kanale zakupowym. Wymagania klientów ciągle rosną i dotyczą już nie tylko niskich cen, ale również coraz wygodniejszych rozwiązań z zakresu dostawy, jakości obsługi czy metod płatności. Wdrożenie wygodnych, elektronicznych rozwiązań w tym zakresie jest warunkiem sukcesu zwłaszcza dla nowo powstających e-sklepów, bo zakres oferowanych kanałów płatności może zadecydować o tym, czy klient dokona zakupu, czy jednak z niego zrezygnuje i skieruje się do konkurencji.

– Sytuacja epidemiologiczna w Polsce może spowodować, że odsetek osób korzystających z płatności elektronicznych będzie wzrastał w nieco szybszym tempie niż dotychczas. Zmiany w codziennym funkcjonowaniu społeczeństwa związane z częściowym zamknięciem handlu czy koniecznością zachowania dystansu społecznego przyspieszyły transformację cyfrową przedsiębiorstw – tłumaczy w komentarzu do raportu „Płatności cyfrowe 2020” Joanna Pieńkowska-Olczak, prezes PayU SA.

Z danych Gemiusa wynika, że jeszcze na samym początku pandemii, w marcu 2020 roku, zakupy w sieci robiło już 73 proc. polskich internautów, czyli ponad 20 mln Polaków. Z roku na rok ten odsetek rośnie w coraz szybszym tempie. COVID-19 i związane z nim ograniczenia w stacjonarnym handlu tylko ten wzrost przyspieszyły, napędzając migrację klientów do kanału online. Według raportu „Omni-commerce. Kupuję wygodnie” Izby Gospodarki Elektronicznej 27 proc. internautów w czasie pandemii zaczęło częściej wybierać ten kanał zakupowy. Wraz z klientami do online’u musieli przenieść się też przedsiębiorcy.

– Wiele sklepów i usługodawców przeniosło swoją działalność do świata online, co jednocześnie wpłynęło pozytywnie na nastawienie konsumentów do płatności online, które są wygodne, szybkie i bezpieczne – wskazuje we wpisie „Polska dwóch płatności” Joanna Pieńkowska-Olczak. – Wolumen transakcji opłacanych online będzie się sukcesywnie zwiększał, choć rzecz jasna płatności elektroniczne szybko nie zastąpią gotówki. Jednak z pewnością e-commerce w najbliższych latach będzie rósł znacznie szybciej niż tradycyjna sprzedaż w punktach stacjonarnych i utrzyma przynajmniej kilkunastoprocentową dynamikę. Równolegle udział gotówki w transakcjach e-commerce będzie nadal spadał.

Dla wielu firm w czasie lockdownu przymusowa migracja do e-commerce była warunkiem utrzymania działalności. Badanie przeprowadzone przez KRD pokazało, że już w pierwszej fali pandemii (w maju ub.r.) rozbudowę swoich kanałów sprzedażowych w sieci planowało 42 proc. firm budowlanych i 40 proc. firm produkcyjnych, czyli branż, które wcześniej nawet nie były kojarzone z internetem i prowadziły w większości stacjonarną działalność. Dane zawarte w raporcie Gemiusa pokazują z kolei, że tylko w kwietniu ubiegłego roku na platformie Shoper, która dostarcza gotowe oprogramowanie dla e-sklepów, zostało założonych o 137 proc. więcej nowych sklepów internetowych niż rok wcześniej.

W czasie zamrożenia gospodarki wyceniany już na ok. 100 mld zł rynek e-commerce stał się siłą napędową zwłaszcza dla przedsiębiorstw małych i średnich. Jednak jego szybki rozwój – dodatkowo napędzony pandemią – sprawił, że w tym kanale konkurencja jest coraz ostrzejsza. Wymagania klientów ciągle rosną i dotyczą już nie tylko niskich cen, lecz także coraz wygodniejszych rozwiązań z zakresu dostawy, jakości obsługi czy metod płatności.

– Wzrost zainteresowania płatnościami internetowymi wśród konsumentów to zarazem szansa, jak i wyzwanie. Sprzedawcy powinni skupić się na dopracowaniu kwestii doświadczeń klientów, na prostocie i niezawodności oferowanych rozwiązań, także w zakresie płacenia za zakupy. W obecnej sytuacji te aspekty mogą okazać się decydujące w kontekście przełamania bariery nieufności i przekonania osób korzystających dotychczas z gotówki do wyboru płatności elektronicznych – wskazuje w swoim komentarzu prezes PayU SA.

Z grudniowego raportu Izby Gospodarki Elektronicznej („Płatności cyfrowe 2020”) wynika, że blisko połowa Polaków, którzy kupują online (47 proc.), korzysta z płatności elektronicznych. To o 3 pkt proc. więcej niż w zeszłym roku. Jako najczęściej wybierany sposób zapłaty za zakupy przez internet z wykorzystaniem komputera wskazywano przede wszystkim szybkie przelewy przez serwis płatności (35 proc.), a w dalszej kolejności płatności Blikiem (26 proc.), które również są oferowane przez agregatorów płatności, takich jak np. PayU. Oprócz BLIK-a zakres usług płatniczych dostarczanych przez tego operatora obejmuje jeszcze m.in. płatności jednym kliknięciem (one-clickowe), mobilne, raty online, płatności odnawialne oraz portfele elektroniczne takie jak Google Pay, Apple Pay, Click to Pay czy MasterPass.

 W 2020 roku niemal każda osoba kupująca online w Polsce przynajmniej raz skorzystała z płatności PayU – podkreśla cytowana w komunikacie prasowym Joanna Pieńkowska-Olczak. – Podczas gdy konsumenci mogą wybierać z coraz szerszego wachlarza udostępnianych przez nas kanałów płatności, my pracujemy również nad tym, aby zapewnić odpowiedni sposób ich uwierzytelniania, mając jednocześnie na uwadze zwiększanie konwersji w sklepie.

Jak podkreśla, maksymalne uproszczenie procesu płacenia za zakupy w sieci jest dla e-sklepów warunkiem utrzymania satysfakcji kupujących. Zakres oferowanych kanałów płatności może też zadecydować o tym, czy klient dokona zakupu, czy jednak z niego zrezygnuje, np. ze względu na brak opcji płatności mobilnych albo niewystarczające środki na koncie bankowym. Dlatego wdrożenie wygodnych, elektronicznych kanałów płatności jest ważne zwłaszcza dla nowo powstających e-sklepów, które chcą się utrzymać w coraz bardziej konkurencyjnej branży e-commerce.

– Zapewniamy odpowiednie rozwiązania płatnicze dla każdego modelu biznesowego funkcjonującego w e-handlu, a dla początkujących sprzedawców oferujemy preferencyjne warunki na start – przekonuje cytowana w komunikacie prasowym prezes PayU SA. – Rozumiemy, jak ważna w przypadku małych i średnich sklepów może być szybkość nawiązania współpracy. Dlatego też od strony sklepu proces ten jest w pełni zautomatyzowany: przedsiębiorca otwiera stronę PayU i wypełnia formularz, który kończy się wygenerowaniem i podpisaniem umowy elektronicznej. Firmy mogą liczyć także na preferencyjne warunki finansowe i do 28 lutego w prosty sposób ustawić bramkę płatności dla swojego e-sklepu, ponosząc jedynie połowę standardowej prowizji.

Czy Tarcza 7.0 osłoni przed falą bankructw?

Przedsiębiorcy z kolejnych branży mogą od 1 lutego składać wnioski o pomoc w ramach Tarczy 7.0 i uzyskać od państwa m.in. świadczenie postojowe, mikropożyczkę czy zwolnienie z ZUS. Jednak jak wskazują eksperci z firmy inFakt, proponowany zakres pomocy dla wielu firm, zwłaszcza z branży hotelarskiej i turystycznej, może okazać się niewystarczający.

Zakres pomocy z Tarczy 7.0

Przepisy siódmej odsłony rządowego programu wsparcia dla przedsiębiorców dotkniętych przez pandemię przewidują możliwość skorzystania z dobrze znanych już rozwiązań. Są to: dofinansowanie do wynagrodzenia pracownika w kwocie 2 000 zł przez trzy miesiące, mikropożyczka w wysokości 5 000 zł (bezzwrotna, jeśli przedsiębiorca utrzyma działalność przez 3 miesiące od jej otrzymania), świadczenie postojowe w kwocie 2 080 zł oraz zwolnienie ze składek ZUS – tym razem za styczeń 2021 lub grudzień 2020 i styczeń 2021, jeśli przedsiębiorca był zgłoszony jako płatnik składek przed 1 listopada 2020 r. W przypadku wcześniejszego opłacenia tych składek, ZUS na wniosek zwróci je lub zostaną one zaliczone na poczet przyszłych zobowiązań.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt, podkreśla, że nowa Tarcza zawiera instrumenty, które będą realnym wsparciem dla części przedsiębiorców, jednak w wielu przypadkach proponowane kwoty nie będą wystarczające. – Wyobraźmy sobie sytuację właściciela zamkniętego hotelu, który zatrudnia 40 pracowników na umowę o pracę i przez cały czas, kiedy hotel był zamknięty, on to wynagrodzenie wypłacał. Poza tym musiał wciąż opłacać bieżące rachunki, podatki i inne zobowiązania – wskazuje ekspert. – Zaproponowana przez rząd pomoc na pewno nie pokryje w tej sytuacji całych kosztów. Może być za to wsparciem dla podmiotów, które posiadają oszczędności. Pozostaje jednak pytanie, ile środków jeszcze zostało przedsiębiorcom? Czy mają zapasy wystarczające na tyle, aby przetrwać?

Dla kogo pomoc z Tarczy 7.0?

O pomoc w ramach nowej Tarczy mogą się ubiegać przedsiębiorcy z blisko 50 branży. Rząd wprowadził sześć nowych klasyfikacji PKD, odnoszących się do działalności hotelarskiej i turystycznej. Aby uzyskać wsparcie, przeważająca działalność przedsiębiorcy powinna być zaklasyfikowana według jednego z PKD ujętych w rozporządzeniu i prowadzona na dzień 30 listopada 2020 roku. Ponadto przedsiębiorca powinien wykazać spadek przychodu o co najmniej 40 proc. W tym celu porównywane są różne okresy w zależności od rodzaju pomocy, z której wnioskodawca chciałby skorzystać.

  • Świadczenie na rzecz ochrony miejsc pracy w wysokości 2 000 zł – w jednym z trzech miesięcy poprzedzających miesiąc złożenia wniosku do przychodu uzyskanego w miesiącu poprzednim lub w analogicznym miesiącu roku poprzedniego;
  • Dotacja 5 000 zł na pokrycie bieżących kosztów – w miesiącu poprzedzającym miesiąc złożenia wniosku do analogicznego okresu rok wcześniej;
  • Ponowne świadczenie postojowe i zwolnienie z opłacania składek ZUS – w jednym z dwóch miesięcy poprzedzających miesiąc złożenia wniosku do analogicznego okresu rok wcześniej.

Wnioski o świadczenia można składać do 31 marca 2021 r. włącznie. Wyjątkiem jest świadczenie postojowe, o które można się ubiegać do 3 miesięcy po zakończeniu stanu epidemii.

Wyzwania w branży logistycznej – employer branding oraz onboarding pracowników

Jeszcze 5 lat temu szacowano wartość rynku „food delivery” oraz branży spożywczej zamawianej online na 200 mln zł. Aktualnie rynek ten może być wart nawet 7 mld zł*. Podobne wzrosty widać w e-commerce – jego wartość wyniosła ok. 100 mld zł, czyli 30 mld więcej niż przewidywano**. Jest to sygnał m.in. dla branży logistycznej, że ma przed sobą ogromne wyzwanie, jakim jest gwałtowny wzrost popytu na usługi kurierskie i logistyczne. Problemem stało się jednak znalezienie odpowiednich kandydatów: z kompetencjami i chęcią do pracy. Czy promocja pracodawcy oraz procedury wdrożeniowe są przyszłością branży logistycznej? Odpowiadamy poniżej.

Szukanie pracy w branży logistycznej

Wydarzenia wywołane przez pandemię w dużej mierze wpłynęły także na branżę logistyczną.  Do głównych zmian należą m.in. jak najszybsze spełnianie potrzeb odbiorców, ale także integracja łańcucha logistycznego. Ze względu na dynamikę oraz niepewność zmian prawno-gospodarczych, sytuacji nie poprawił także niedobór kierowców czy kurierów – część z nich nie mogła wrócić do kraju, a cześć przebywała na kwarantannie. Fakt, że popyt na pracownika w logistyce, wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, a potencjalni pracownicy rozważają pracę w branży, potwierdzają wyszukiwania w przeglądarce Google: ***.

  • „Logistyk, ile zarabia?”

W tym przypadku także zanotowano wzrost zainteresowania w ostatnim kwartale roku. Od najniższego poziomu tj. 60 wyszukiwań miesięcznie poziom wzrósł ponad dwukrotnie.

  • „Ile zarabia kierowca tira?”

Widać tutaj ogromne zainteresowanie – w ostatnim kwartale roku 2020, ponad 2,4 tysiąca osób miesięcznie wpisywało w wyszukiwarkę Google powyższe zapytanie.

  • „Ile zarabia kurier?”

W tym przypadku także zaobserwować można ponad dwukrotny wzrost zainteresowania – miesięcznie w grudniu 2020 roku, powyższe hasło wpisywało w wyszukiwarkę Google aż 2,4 tysiąca osób.

Firmy logistyczne stanęły przed wyzwaniem, jakim jest znalezienie odpowiednich pracowników wspierających rozwój ich biznesu. Chociaż są w stanie oferować różnorodne i zróżnicowane stanowiska ze względu na szeroki zakres działalności, wielu z nich traci na konkurencyjności ze względu na wizerunek. Właśnie dlatego warto zadbać o obszar employer brandingu, dzięki któremu zyskają miano „firmy z wyboru”.

W jaki sposób firmy mogą wspierać działania rekrutacyjne?

Zainteresowanie pracownika danym rynkiem czy branżą, nie jest jednoznaczne z dużą liczbą kandydatów na dane stanowisko. Już od pewnego czasu, mówi się o „rynku pracownika”, a nie o „rynku pracodawcy”. Dlatego, tak ważne jest inwestowanie w nowe narzędzia komunikacji. Jedną z form, jest employer branding, który buduje markę pracodawcy. Celem takich działań jest dotarcie do potencjalnych klientów.

Marka pracodawcy jest niezbędna do rekrutacji nowych pracowników, ale także do zatrzymania tych, których już zatrudniono. Pracownicy mają możliwość wyboru tego, co chcą robić w życiu zawodowym.

To oni decydują, dla kogo chcą pracować. Tymczasem połowa polskich firm wciąż nie ma strategii dotyczącej kształtowania swojego wizerunku, a 25% nie dostrzega nawet takiej potrzeby. Pracodawcy, powinni zacząć być świadomi, że aż 84% kandydatów przed aplikowaniem o pracę sprawdza opinie o przyszłym pracodawcy (raport z badania „Percepcja wizerunku pracodawców w oczach kandydatów”).

– Budowanie wizerunku opartego na employer branding wspiera strategiczne cele biznesowe firmy. Właśnie dlatego działania z zakresu EB powinny być dostosowane do specyfiki pracy. Warto zadać sobie pytanie – jakie potrzeby mają osoby, które pracują w branży logistycznej? I choć narzędzia, które zostaną użyte mogą być prawie takie same, jak w przypadku rekrutacji na inne stanowisko, to kluczem jest historia, którą opowiadamy. Jej celem jest precyzyjne dotarcie do świadomości potencjalnych kandydatów i skuteczne zachęcenie do wejścia w szeregi firmy – podsumowuje Sebastian Kopiej, ekspert agencji Commplace.

Onboarding – czyli adaptacja pracownika do firmy

Skuteczne zrekrutowanie pracownika to pierwszy krok – drugim, nierzadko trudniejszym, jest utrzymanie go. Zapewnienie nowym pracownikom dobrego samopoczucia i odpowiednich informacji, których potrzebują na wczesnym etapie wdrożenia (pomocne może okazać się opracowanie procedur komunikacji wewnętrznej lub przeprowadzenie warsztatów z zakresu budowania relacji).

W ciągu pierwszych kilku dni, większość nowych pracowników, czuje się nieco przytłoczonych, przyzwyczajając się do nowej roli. Ten etap ma jednak kluczowe znaczenie dla długoterminowego utrzymania pracowników. Specjaliści wskazują, że „pierwsze dobre wrażenie” będzie trwać, a doświadczenie podczas pierwszych kilku dni, będzie tym, o czym będą rozmawiać poza pracą (w tym na forach dyskusyjnych). Dlatego tak ważny jest dobrze zaplanowany onboarding dla wszystkich nowych pracowników, jeszcze przed ich pierwszym dniem pracy.

Najważniejsze o czym należy pamiętać, to fakt, że pracownicy stają się ambasadorami firmy. Ich opinie stanowią najbardziej wiarygodne źródło informacji. Dla wszystkich: kandydatów, klientów oraz partnerów biznesowych.niedobór kierowców

Źródła:

* na podstawie szacunków przeprowadzonych przez portal Pyszne.pl

** jak podają wyniki badań przeprowadzonych przez Catchers za pośrednictwem panelu badawczego Ariadna

*** na podstawie danych zebranych z Google Keyword Planner

Czy pracodawca może wymagać od pracownika szczepienia na COVID19?

Narodowa akcja szczepień przeciwko COVID19 przynosi nadzieję na powrót do normalności. Stawia jednak przed pracodawcami pytanie bez odpowiedzi: czy mogą wymagać od pracownika zaszczepienia się? I czy choroba niezaszczepionego pracownika może obciążyć ich odpowiedzialnością za niedołożenie odpowiednich starań do zapewnienia bezpiecznego miejsca pracy? Kodeks pracy nie umie odpowiedzieć jasno na te pytania. Specjaliści są jednak pewni: nie można pracownika zmusić do decyzji o zaszczepieniu się. Kodeks pracy wymaga od pracodawcy, że w razie zatrudnienia pracownika w warunkach narażenia na działania szkodliwych czynników biologicznych pracodawca stosuje wszelkie dostępne środki eliminujące narażenie – a jeżeli jest to niemożliwe, ograniczające stopień tego narażenia przy odpowiednim wykorzystaniu nauki i techniki. Obecnie wirus Sars-Cov2 jest zakwalifikowany jako czynnik szkodliwy w środowisku pracy. Czy ten przepis umożliwi pozwanie pracodawcy, którego pracownicy zachorowali na COVID19 w wyniku braku szczepienia?

– Mamy pewne grupy zawodowe, które już podlegają szczepieniom – na przykład nauczyciele. Pracodawcy zastanawiają się, czy mogą ich do tego szczepienia zobowiązać. Obecnie nie ma przepisu w prawie pracy mówiącego o tym, że pracownik zobowiązany jest do zaszczepienia się. Pracodawca może więc zachęcać i informować, a w przyszłości umożliwić szczepienie na koszt pracodawcy – ale nie może do niego zobowiązać ani odmówić zatrudnienia z uwagi na jego brak – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Bocianowski, adwokat, mediator i specjalista z zakresu prawa pracy. – Tutaj pojawia się jednak problem. Jeżeli pracodawca wykaże, że w danym środowisku pracy szczepienia są jedynym racjonalnym przeciwdziałaniem czynnikom biologicznym – może zasugerować zaszczepienie się przez pracownika. Nadal jednak nie może go zobowiązać, gdyż szczepienie przeciwko COVID nie jest szczepieniem obowiązkowym. Co pracodawca może więc zrobić, gdy pracownik odmawia? Może zażądać od niego złożenia oświadczenia, że nie chce się poddać szczepieniom i że nie będzie rościł sobie z tego tytułu jakichkolwiek roszczeń. Ale podkreślam, że pracownik nie może być zobowiązany do poddania się szczepieniu. Ustawodawca zaś powinien podjąć prace zmieniające ustawę i wprowadzające wyraźne przepisy w tym zakresie – zaleca Bocianowski.

W stylu nowoczesnej stodoły – co oznacza ta najmodniejsza od kilku sezonów nazwa?

Zachwycają minimalizmem, cieszą oko prostą bryłą, efektownymi przeszkleniami oraz maksymalnym wykorzystaniem przestrzeni. Pięknie wpisują się w otaczający je krajobraz, a także ułatwiają domownikom funkcjonowanie dzięki nowoczesnym i energooszczędnym rozwiązaniom. Takie są projekty domów w stylu nowoczesnej stodoły, które od kilku sezonów cieszą się dużą popularnością wśród wielu Inwestorów.

Dom w stylu nowoczesnej stodoły, czyli połączenie najnowszych trendów z klasyką

Nowoczesne projekty domów w stylu stodoły trafiają w gusta i potrzeby Inwestorów, którzy lubią żyć w zgodzie z trendami i modą, ale bliska jest im również klasyka i tradycja. Dom w stylu nowoczesnej stodoły charakteryzuje się zwartą i prostą bryłą na planie prostokąta, dwuspadowym dachem bez okapu, pokrytym często płaską dachówką lub blachą łączoną na rąbek stojący. Dla wielbicieli mniej standardowych rozwiązań idealnym materiałem na dach będzie gont drewniany, który także może posłużyć jako materiał wykończeniowy elewacji. Ta z kolei charakteryzuje się minimalizmem, często z wykorzystaniem naturalnej, drewnianej okładziny, cegieł lub betonu architektonicznego. Domy w stylu nowoczesnej stodoły to też duże przeszklenia, dodające prostej bryle wyjątkowego charakteru.  Wnętrza domów w stylu nowoczesnej stodoły to zazwyczaj jeden poziom z poddaszem użytkowym, które dają niezliczoną ilość aranżacji – od wnętrz wyglądem przypominających lofty, po minimalistyczne, monochromatyczne  formy, aż po przytulne, ciepłe wnętrza, w których stylizowane, antyczne dodatki, tradycja i klasyka łączą się z nowoczesnością.Energooszczędny dom w stylu nowoczesnej stodoły

Energooszczędny dom w stylu nowoczesnej stodoły, idealny na wąskie działki.

Na parametry energetyczne budynku wpływa szereg czynników. Jednym z nich jest charakterystyczna cecha domów w stylu stodoły, czyli prosta, zwarta bryła. Niewielka ilość detali architektonicznych, dwuspadowy dach minimalizują ryzyko powstawania mostków termicznych. Proste rozwiązania konstrukcyjne domów w stylu nowoczesnej stodoły pozytywnie oddziałują także na tempo budowy inwestycji, a jej koszty często są niższe niż w przypadku bardziej skomplikowanych projektów. Wiele projektów domów typu stodoła, które powstają na planie prostokąta, można realizować na wąskich działkach. Ciekawe propozycje w tej kategorii oferuje Pracownia ARCHON+. Projekty gwarantują jak najlepsze wykorzystanie przestrzeni, różnorodność układów funkcjonalnych dopasowanych do potrzeb wymagających Inwestorów, a tym samym zapewniają domownikom duży komfort użytkowania, odpoczynku i relaksu w domu.Dom typu stodoła

Dom typu stodoła przyciąga wzrok dużymi przeszkleniami

Duże, przesuwne okna dodają uroku projektom nowoczesnych domów, także w stylu stodoły. Mogą być zaprojektowane na całej ścianie i najlepiej, aby była to ściana południowa. Takie ich umiejscowienie korzystnie wpłynie na wykorzystanie energii słonecznej, pozwalając  tym samym ograniczyć koszty jego utrzymania. Duże okna robią niezwykłe wrażenie, wspaniale otwierają dom na ogród oraz umożliwiają domownikom stały kontakt z przyrodą, która przenika do wnętrz i tworzy zmieniające się obrazy, zależne od pór roku. Dzięki okazałym przeszkleniom dom jest pięknie doświetlony, wnętrza nabierają lekkości oraz przestronności, sprawiając wrażenie optycznie większych.

W bogatej ofercie projektów Pracowni ARCHON+ gotowe projekty domów w stylu nowoczesnej stodoły są zróżnicowane pod kątem wielkości powierzchni użytkowej, programów funkcjonalnych i na różne rodzaje działek. Z pewnością trafią w gusta wielu Klientów, którzy stoją przed wyborem najodpowiedniejszego projektu domu. Zachęcamy do odwiedzenia strony www.archon.pl oraz do kontaktu z naszymi profesjonalnymi konsultantami w zakresie doradztwa projektowego, którzy rozwieją wszelkie wątpliwości, odpowiedzą na nurtujące pytania oraz pomogą w wyborze idealnego projektu domu.

Dlaczego warto kupić okna drewniane? Okna od polskiego producenta!

Drewniane okna z Polski cieszą się bardzo dużą popularnością u naszych zachodnich sąsiadów. Również i w kraju zyskują coraz większą grupę zwolenników. Dobre okna drewniane cechują się bowiem nie tylko doskonałą estetyką, lecz także świetną termoizolacyjnością, wyciszeniem i trwałością. 

Dlaczego okna drewniane?

Trwałość, wytrzymałość i idealne dopasowanie

Dlaczego okna drewniane?

Okna drewniane przez wiele osób wybierane są przede wszystkim ze względu na wyjątkową estetykę i naturalność materiału. Okna drewniane świetnie komponują się właściwie z każdą elewacją, dobrze wyglądają również w każdej aranżacji przestrzeni. Drewno jako naturalny materiał jest pod tym względem bardzo uniwersalne. Raczej otwiera szerokie możliwości projektowe, aniżeli je ogranicza. Okna drewniane są eleganckie, dobrze wyglądają zarówno w pomieszczeniach urządzonych w bardziej tradycyjnej estetyce, jak i tych nowoczesnych, a nawet minimalistyczny, ascetycznych wnętrzach.

Okna drewniane mają także niemało zalet funkcjonalnych. Przede wszystko cechują się one bardzo Dobrę izolacyjnością termiczną. Cechuje je niski współczynnik przenikania ciepła, co oznacza, że dzięki montażowi dobrej jakości okien drewnianych w domu, mieszkania czy biura uciekać będzie znacznie mniej ciepła niż przy innych, konkurencyjnych rozwiązaniach. To poprawia nie tylko komfort przebywania w takich pomieszczeniach. Przekłada się również na wymierne oszczędności i niższe rachunki za ogrzewanie. Coraz więcej na rynku dostępnych jest okien „energooszczędnych”. Wiele ciekawych rozwiązań znajdziesz np. https://www.polnischefenster24.de/fenster/holzfenster/

Kolejny niezaprzeczalny atut to wysoki poziom ochrony przed hałasem. Aż 90% hałasu dostaje się do wnętrza przez okna i drzwi. Tym bardziej dźwiękoszczelne okna, tym większe ograniczenie hałasu, cisza i spokój w domu. Wybierając okna drewniane, nie musisz martwic się hałasem nawet, jeśli mieszkasz przy ruchliwej ulicy. Okna drewniane z masywnymi profilami okiennymi cechują się naprawdę wysoką izolacyjnością akustyczną, co przekłada się na znaczące zmniejszenie odczuwanego hałasu.

Trwałość, wytrzymałość i idealne dopasowanie

Okna drewniane cechują się bardzo wysoką trwałością. Przede wiele lat zachowują idealną sztywność i stabilność kształtu. Drewno ma także niską rozszerzalność termiczną, zmieniające się warunki atmosferyczne nie wpływają więc na stabilność wymiarów. Znacznie łatwiej jest także poddać je ewentualnej renowacji. Ostateczny efekt zależy oczywiście od wybranego gatunku drewna i lakieru. Modele okien drewnianych mogą się różnić linią ramy, kształtem listwy przyszybowej czy frezowaniem. Problemu nie stanowi zamówienie zarówno okien o standardowych, jak i nietypowych wymiarach i kształtach. Drewno daje się bowiem łatwo formować.okna

Fenster Welten GmbH
Günstig Fenster aus Polen

str. Ziegelstraße 38
15230 Frankfurt an der Oder

E-mail: [email protected]
Tel.: 033586924586
WWW:
https://www.polnischefenster24.de/

3–4 mld zł strat z 2020 roku branża fitness będzie odrabiać przez wiele lat. Brak aktywności fizycznej dla Polaków może mieć jeszcze większe konsekwencje

Lockdown w 2020 roku mógł kosztować polską branżę fitness ok. 4 mld zł, czyli niemal tyle, ile wynoszą jej roczne przychody. Zamrożenie działalności siłowni i klubów fitness może też spowodować redukcję dużej części spośród 100 tys. etatów – wskazuje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz podkreśla, że straty finansowe ta branża będzie odrabiać nawet przez kilka lat. Dużo większe mogą być jednak koszty zdrowotne i społeczne wynikające z ograniczonej aktywności fizycznej Polaków. W zeszłym roku spadła ona poniżej minimalnego poziomu koniecznego do utrzymania zdrowia, do czego istotnie przyczyniło się właśnie zamknięcie obiektów sportowych.

W nowym raporcie „Zdrowie za miliard dolarów – branża fitness w Polsce i jej znaczenie dla ducha, ciała i PKB” Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wskazuje, że w przeciwieństwie np. do gastronomii, która zaczęła funkcjonować w trybie zamówień na wynos, branża fitness mogła zmienić swój model biznesowy tylko w bardzo ograniczonym stopniu. Wprawdzie zaoferowała treningi w formie online, które zyskały grono zwolenników, lecz ze względu na brak sprzętu do ćwiczeń czy nadzoru trenera nie było ono tak liczne jak przy treningach w klubach.

– Straty branży fitness wynikające z lockdownu w 2020 roku można oszacować na około 3–4 mld zł, co oznacza, że siłownie będą musiały odbudowywać się przez kolejnych kilka lat. Dlatego tak ważne jest ich jak najszybsze uruchomienie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

W Polsce funkcjonuje ok. 10 tys. obiektów sportowo-rekreacyjnych, z czego ponad 3 tys. to kluby fitness bądź pokrewne. Branża fitness w 2019 roku zanotowała przychody w wysokości ok. 4 mld zł rocznie i jest warta ok. 0,2 proc. krajowego PKB. Nie ma jednak marginalnego znaczenia dla gospodarki, ponieważ stymuluje popyt również w innych sektorach (np. odzieżowym czy spożywczym). Według przytaczanych w raporcie ZPP szacunków Polskiego Instytutu Ekonomicznego jej wartość dodana wynosi w Polsce ok. 10 mld zł. Wraz ze współpracującymi podmiotami, dystrybuującymi m.in. sprzęt czy stroje do ćwiczeń, branża fitness kreuje też ponad 100 tys. miejsc pracy.

– Z punktu widzenia pracowników stan tej branży jest absolutnie kluczowy. Z punktu widzenia społecznego również, bo jest to branża o istotnym znaczeniu dla zdrowia publicznego. Uprawianie sportu wpływa m.in. na naszą odporność i samopoczucie – mówi Jakub Bińkowski.

Aktywność fizyczna pozytywnie wpływa na zdrowie, a im większy odsetek społeczeństwa jest aktywny, tym mniej chorób przewlekłych, absencji w pracy i kosztów dla systemu ochrony zdrowia. Instytut Badań Strukturalnych już kilka lat temu policzył, że koszty niewystarczającej aktywności fizycznej Polaków wynoszą około 7 mld zł rocznie. W tej kwocie ok. 6 mld zł to straty spowodowane absencją pracowniczą, a 900 mln zł to koszty publicznego systemu ochrony zdrowia. Aktywizacja zaledwie 10 proc. populacji zwiększyłaby liczbę pracujących w gospodarce o 37 tys. osób i przełożyła się na oszczędności w wysokości 1 mld zł.

Tymczasem ze względu na lockdown i obostrzenia wprowadzane przez rząd – który wiosną zeszłego roku zakazał aktywności fizycznej na świeżym powietrzu – poziom aktywności fizycznej Polaków spada. W 2020 roku był poniżej minimalnego poziomu koniecznego do utrzymania zdrowia.

– Wiadomo, że branża fitness współuczestniczy w aktywności fizycznej Polaków. Zamknięcie tej branży – zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, kiedy trudno trenować na zewnątrz – jest szczególnie niebezpieczne. Badania naukowe pokazują, że nawet niewielka redukcja codziennego wysiłku fizycznego natychmiast negatywnie przekłada się na zdrowie i naszą podatność na choroby przewlekłe. To w długiej perspektywie zwiększy koszty obsługi systemu zdrowotnego – mówi Sebastian Stodolak, szef Departamentu Badań i Analiz Warsaw Enterprise Institute. – Będzie też większym kosztem dla pracodawców, ponieważ pracownicy, którzy trenują, rzadziej zapadają na choroby i rzadziej chodzą na zwolnienia chorobowe.

Szacowane, całkowite koszty przewlekłych chorób niezakaźnych w Polsce wynoszą około 87,7 mld zł. Branża fitness, wspierając aktywność fizyczną Polaków, ma istotny wkład w ograniczanie zachorowalności na choroby przewlekłe, co z kolei przekłada się na wielomiliardowe oszczędności dla pracodawców i budżetu państwa.

Dlatego ZPP ocenia: „zamykanie obiektów sportowych przyniosło więcej szkody niż pożytku”. O ile jeszcze na początku pandemii decyzje te były zrozumiałe, o tyle ich ponawianie jesienią – kiedy wzrosła wiedza na temat transmisji koronawirusa – branża określa jako bezzasadne.

– Żyjemy z wirusem już rok i mamy dane naukowe, które pokazują, że w siłowniach nie dochodziło do zwiększonego przyrostu zakażeń. Nie ma więc powodów, żeby dalej utrzymywać zamknięcie tej dziedziny gospodarki – przekonuje Sebastian Stodolak. – Poza tym siłownie są niejako wewnętrznie zabezpieczone przed transmisją koronawirusa. O ile prawdopodobnie ktoś pójdzie do pracy, jeśli ma gorączkę albo źle się czuje, bo taka jest presja pracodawcy, o tyle na trening raczej się nie wybierze, bo po prostu nie będzie miał na niego siły.

– Branża fitness pewnego rodzaju rygory sanitarne wprowadziła jeszcze przed pandemią. W klubach sportowych standardem jest dezynfekcja miejsc i urządzeń wykorzystywanych do ćwiczeń. Rygor sanitarny tak czy inaczej w tych miejscach funkcjonuje – dodaje Jakub Bińkowski.

Eksperci zrzeszeni wokół ZPP postulują jak najszybsze odmrożenie działalności klubów fitness i innych obiektów sportowych przy zachowaniu reżimu sanitarnego. Proponują także szereg narzędzi, które przyspieszą proces odbudowywania strat. Wśród krótkoterminowych działań wymieniają uszczelnienie tarczy antykryzysowej i zachęcenie banków do otwarcia linii płynnościowych dla przedsiębiorców oraz pakiet tymczasowych ułatwień podatkowych. Jako rozwiązania do wprowadzenia na stałe eksperci zaproponowali zachęty podatkowe do kultywowania aktywności sportowej (m.in. ulgi na korzystanie z obiektów sportowych), wprowadzenie sportu jako metody leczenia czy współpracę systemu edukacji z placówkami fitness.

Wzrost polskiej fotowoltaiki w czasie pandemii szybszy od prognoz. Rośnie liczba zleceń, a także zatrudnienie w branży

Instytut Energetyki Odnawialnej szacuje, że w 2025 roku moc zainstalowana fotowoltaiki w Polsce sięgnie 7,8 GW. Miniony rok pokazał, że wzrost branży okazuje się dużo szybszy od rynkowych prognoz pomimo pandemii COVID-19. W grudniu moc zainstalowana PV przekroczyła 3,6 GW, a na koniec roku w Polsce było 457,4 tys. mikroinstalacji, których liczba tylko w drugim półroczu wzrosła o blisko 200 proc. Dla gospodarstw domowych inwestycja w fotowoltaikę, która zwraca się w około siedem lat, to atrakcyjny sposób na obniżenie rachunków za prąd. Dlatego cały rynek wyczekuje uruchomienia w tym roku nowej odsłony programu Mój Prąd, która da branży kolejny impuls do rozwoju. 

– Fotowoltaika odczuła pandemię Covid-19, natomiast największe uderzenie było zauważalne w marcu i kwietniu zeszłego roku. Obecnie wróciliśmy już do normy. Okazało się, że branża funkcjonuje i radzi sobie doskonale, czego dowodem jest przekroczenie planów zakładanych przez Instytut Energetyki Odnawialnej już w 2020 roku. Na dzisiaj branża się rozwija i sygnalizuje raczej wzrost zatrudnienia i wzrost liczby zleceń niż wyhamowanie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Wilk, country manager IBC SOLAR Polska.

Fotowoltaika już od kilku lat jest w Polsce jednym z głównych obszarów inwestycji w OZE. Na początku grudnia ub.r. moc zainstalowana PV w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wyniosła 3661,7 MW co oznaczało wzrost o 7 proc. w ujęciu miesięcznym i aż o 181,8 proc. od grudnia 2019 roku. Instytut Energetyki Odnawialnej szacował, że na koniec 2020 roku moc zainstalowana PV w systemie wyniesie ok. 2,5 GW, tymczasem ten pułap został osiągnięty już w połowie ubiegłego roku. Wzrost branży jest więc nawet szybszy od rynkowych prognoz.

– Na koniec 2021 roku Instytut Energetyki Odnawialnej ustalił za cel osiągnięcie 4,2 GW mocy zainstalowanej. Tymczasem już osiągnęliśmy pułap 3,7 GW, co pod względem przyrostu nowych mocy w fotowoltaice daje nam piąte miejsce w Europie. Stawia to też Polskę w bardzo dobrej sytuacji, jeżeli chodzi o perspektywy rozwoju na bieżący rok. Zainteresowanie prosumentów energią fotowoltaiczną i instalowaniem systemów PV, które wynika z programów Mój Prąd czy Czyste Powietrze oraz innych form wsparcia, napędza tę branżę do dalszego rozwoju – mówi Mariusz Wilk.

Boom na fotowoltaikę w Polsce napędziły m.in. nowelizacja ustawy o OZE zmieniająca definicję prosumenta, spadek cen paneli fotowoltaicznych oraz rządowe programy Energia Plus czy Mój Prąd, który jest największym w Europie programem dofinansowania do prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW. Zwiększony do 1,1 mld zł budżet programu został wyczerpany w grudniu (NFOŚiGW podaje, że pod koniec liczba składanych wniosków dochodziła nawet do 2 tys. dziennie), ale w tym roku ma wystartować jego nowa odsłona, poszerzona m.in. o dotacje na budowę punktów ładowania dla samochodów elektrycznych.

Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej podaje, że w ramach Mojego Prądu wsparcie na budowę instalacji PV trafi w sumie do 220 tys. prosumentów, a łączna moc instalacji ze złożonych wniosków da 1,2 GW, które rocznie wyprodukują ok. 1200 GWh energii elektrycznej.

– Rynek fotowoltaiki w Polsce napędzały do tej pory głównie dwa czynniki. Pierwszym było wsparcie w postaci programu Mój Prąd – na którego wznowienie wszyscy w branży czekają z niecierpliwością – oraz programu Czyste Powietrze, a także lokalnych inicjatyw oddolnych z gmin i samorządów. W tej chwili głównym czynnikiem motywującym do inwestycji w PV jest jednak ekonomia, czyli rosnące ceny prądu odczuwalne dla końcowego odbiorcy – mówi country manager IBC SOLAR Polska.

Według danych Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej, przytaczanych przez resort rozwoju, w Polsce na koniec 2020 roku funkcjonowało już ponad 457,4 tys. mikroinstalacji (dla porównania jeszcze w połowie ub.r. było ich ok. 262,3 tys.) o łącznej mocy ok. 3006 MW. To oznacza wzrost o ponad 28 proc. wobec III kwartału ub.r. i aż o 196 proc. względem końca 2019 roku.

W tej chwili to właśnie w segmencie prosumenckich mikroinstalacji PV jest obserwowany największy przyrost nowych mocy, jednak dzięki aukcyjnemu systemowi wsparcia od kilku lat rozwijają się też farmy fotowoltaiczne.

– Farmy fotowoltaiczne stanowiły do tej pory około 20 proc. energii słonecznej zainstalowanej w naszym kraju. Jednak szacuje się, że zbliżymy się do modelu funkcjonującego na Zachodzie, gdzie stosunek farm do domowych źródeł energii fotowoltaicznej jest w miarę zrównoważony – wskazuje Mariusz Wilk.

Rozwój fotowoltaiki w Polsce – podobnie jak całego rynku OZE – napędza w ostatnich latach unijna polityka klimatyczna, jak również fakt, że energia ze słońca jest po prostu tańsza niż z innych źródeł. Dlatego dla gospodarstw domowych przydomowa instalacja fotowoltaiczna stała się już dość popularnym sposobem na produkcję ekologicznej energii i obniżenie wysokości rachunków.

– Inwestycja w fotowoltaikę zapewnia bardzo duże korzyści – i to już od samego początku. Po pierwsze, zmniejszamy rachunki za energię elektryczną, co sprawia, że sama inwestycja zwraca się dość szybko. Szacujemy, że dobrze zaprojektowana i wykonana instalacja fotowoltaiczna może zwrócić się nawet w siedem lat. Dodatkowa korzyść dla inwestora to także podniesienie wartości nieruchomości, bo instalacja fotowoltaiczna jest traktowana jako inwestycja smart w nieruchomość, w związku z czym podnosi jej wartość rynkową – mówi Maciej Drobczyk, country manager w IBC SOLAR Polska.

– W tej chwili obserwujemy również rosnące zainteresowanie ze strony rynku komercyjnego. Duża liczba przedsiębiorstw, szukając alternatywy dla rosnących cen energii elektrycznej, wybiera rozwiązania takie jak fotowoltaika. Pozwalają one im uchronić się przed wzrostem kosztów, zwiększyć świadomość ekologiczną i przygotować się na kolejny krok, którym najprawdopodobniej będą magazyny energii i elektromobilność – dodaje Mariusz Wilk.

Jak podkreśla, firmy zwracają dużą uwagę na rozkład kosztów, w których energia stanowi znacząca pozycję. Podwyżki i pandemia COVID-19, która dodatkowo odbiła się na finansach przedsiębiorstw, skłoniła je więc do szukania oszczędności i obniżania bieżących kosztów utrzymania. Inwestycja we własne źródło PV stwarza im taką możliwość, a na dodatek istniejące na rynku rozwiązania pozwalają sfinansować ją przy minimalnym nakładzie, bez angażowania dużego kapitału.

– Taka inwestycja pozwala też wykorzystać połacie dachowe, które poza systemami wentylacyjnymi czy klimatyzacją zwykle pozostają niezagospodarowane. Fotowoltaika pozwala je wykorzystać – bez ponoszenia kosztów na zakup dodatkowych gruntów czy rozbudowę przedsiębiorstwa – w celu obniżenia kosztów działania oraz podniesienia poziomu niezależności – mówi Mariusz Wilk.

Przykładem może być, dofinansowana z programu Słoneczne Dachy, instalacja PV na budynkach Poznańskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Winogrady. Moduły fotowoltaiczne i zaadaptowane specjalnie na potrzeby tej inwestycji konstrukcje montażowe dostarczył do projektu IBC SOLAR Polska.

– Branża fotowoltaiczna będzie inwestować w nowe technologie, musi to robić, żeby podążać za trendami światowymi. Zmieniają się moduły, zmienia się technologia ich wytwarzania, zmieniają się inwertery, ale również konstrukcje montażowe – mówi Maciej Drobczyk.

Oddana do użytku w zeszłym roku miejska elektrownia słoneczna w Poznaniu jest unikatowa ze względu na skalę trudności. Zrealizowana została na dachach czterech 17-piętrowych bloków i obejmuje 496 paneli fotowoltaicznych zaprojektowanych w technologii half-cut oraz konstrukcje montażowe, które przytwierdzono do połaci dachowej za pomocą specjalnych mocowników, dzięki czemu uniknięto konieczności przebijania poszycia dachowego. Nie tylko takie skomplikowane realizacje wymagają odpowiedniego zaprojektowania, żeby inwestycja w PV zwróciła się w możliwie najkrótszym czasie.

– Dobrze jest sprawdzić, jaką opinię mają dostawcy rozwiązań, i pamiętać o gwarancji. Dobry produkt niesie za sobą gwarancję, ale nie tylko na papierze. To też gwarancja, że np. producent czy dostawca nie zniknie nam z rynku. Dlatego należy wybierać takich partnerów, którzy są stabilni i pracują na rynku fotowoltaicznym od lat – podkreśla country manager IBC SOLAR Polska.

Zmiany klimatu coraz większym wyzwaniem dla zdrowia publicznego. W Polsce ich koszty zdrowotne są szacowane na prawie 120 mld zł do 2030 roku

Choroby zakaźne, które z regionów tropikalnych przenoszą się na południe Europy, czy fale upałów, które nawiedzają Stary Kontynent niemal każdego lata, powodując zwiększoną liczbę hospitalizacji i zgonów liczonych w dziesiątkach tysięcy – to jedne z przykładów wpływu zmian klimatycznych na życie i zdrowie Europejczyków. Tylko w Polsce koszty zdrowotne zmian klimatu są szacowane na 119 mld zł w latach 2021–2030 i składają się na nie m.in. koszty hospitalizacji, utraconych dni pracy, rent czy zasiłków w wyniku niezdolności do pracy – podaje Koalicja Lekarzy i Naukowców na rzecz Czystego Powietrza.

– Każdego roku liczba osób, które tracą życie albo odnoszą uszczerbek na zdrowiu spowodowany stricte zmianami klimatycznymi i globalnym ociepleniem, zwiększa się o 30 do nawet 50 proc. Rok temu ten wzrost wyniósł 54 proc. – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka, pulmonolog, przewodniczący i inicjator Koalicji Lekarzy i Naukowców na rzecz Czystego Powietrza.

Jak wskazuje, wpływ zmian klimatycznych na zdrowie często bywa utożsamiany ze smogiem. To zjawisko, które co roku na całym świecie jest powodem ok. 10 proc. przedwczesnych zgonów. W Polsce zabija rocznie ok. 40–50 tys. osób, a w całej Europie – nawet dziesięciokrotnie więcej. Smog jest jednak tylko częścią, wycinkiem większego, globalnego problemu związanego ze zmianami klimatu.

– Te dwie kwestie się częściowo pokrywają, ale nie są tożsame. Zmiany klimatyczne to zjawisko szersze niż smog, a ich wpływ na zdrowie jest odmienny. Są one przyczyną m.in. coraz częstszych zaburzeń meteorologicznych – powodzi, pożarów, burz, które przekładają się na straty śmiertelne i powodują istotne problemy zdrowotne, od  krążeniowych po psychiczne – mówi dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka.

Dobrym przykładem oddziaływania zmian klimatycznych na zdrowie i życie są np. fale upałów, które nawiedzają Europę niemal każdego lata, powodując zwiększoną liczbę hospitalizacji i zgonów liczonych w dziesiątkach tysięcy.

– Szczególnie osoby starsze albo małe dzieci są podatne na odwodnienie i często trafiają do szpitala. W wyniku odwodnienia przy upałach można nabawić się np. ostrej niewydolności nerek – mówi ekspert.

Jak wskazują eksperci HEAL i Koalicji Klimatycznej (raport „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie”), niesprzyjające warunki atmosferyczne (m.in. upały) są odpowiedzialne za ok. 20 proc. zawałów serca. Przyczyniają się także do większej częstotliwości chorób krążenia. Coraz gorętsze lata to również większe ryzyko nowotworów skóry i zgonów nimi spowodowanych.

Z raportu IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) wynika, że średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Prognozy naukowców zakładają, że jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie szybko zahamowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy bezpieczny próg 1,5°C już w 2040 roku. To będzie skutkować ekologiczną katastrofą na globalną skalę. Podczas gdy w latach 1981–2010 gwałtowne zjawiska pogodowe dotykały zaledwie 5 proc. ludności Europy, pod koniec tego wieku klęski żywiołowe mogą dosięgnąć już co najmniej 2/3 Europejczyków.

Zmiany klimatyczne spowodują też niedobory żywności, czystej wody pitnej, ale wraz z nimi w Europie pojawią się także nowe wyzwania dla zdrowia publicznego, np. choroby znane dotąd tylko z regionów tropikalnych.

– Znakomitym przykładem jest denga, która kiedyś była stricte afrykańską chorobą, przenoszoną przez komary występujące tylko w Afryce. Dzisiaj te komary występują już także na południu Europy. Pierwsze zachorowania odnotowano nawet w Czechach, a komara afrykańskiego wykryto już też w Małopolsce. Jest tylko kwestią czasu, kiedy afrykańska denga rozpocznie się w Polsce, bo jest już m.in. w Grecji, Bułgarii czy we Włoszech – mówi dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka.

Do wektorowych chorób zakaźnych, które w związku ze zmianami klimatycznymi zbierają coraz większe żniwo, zalicza się też borelioza. Obecnie w Polsce diagnozuje się ponad sześć razy więcej zachorowań niż jeszcze kilkanaście lat temu (dane Koalicji Lekarzy i Naukowców na Rzecz Czystego Powietrza).

– To efekt ocieplenia klimatu i poszerzenia strefy bytowania kleszczy. Kiedyś to była strefa bardzo endemiczna, zlokalizowana głównie na północy, w okolicach Podlasia i Mazur. W tej chwili z boreliozą mamy do czynienia praktycznie w całej Polsce – mówi inicjator Koalicji Lekarzy i Naukowców na rzecz Czystego Powietrza.

Do znanych już chorób mogą dojść kolejne, bo naukowcy szacują, że w topniejących lodowcach uwięzione mogą być nawet 33 nowe wirusy. Po uwolnieniu mogą zagrażać zdrowiu publicznemu.

Jak podkreśla ekspert, zmiany klimatu powodują coraz dotkliwsze skutki zdrowotne, dlatego nie powinny się kojarzyć z abstrakcyjną, odległą katastrofą klimatyczną, która wystąpi za kilkadziesiąt lat, ale z przepełnionymi szpitalami, coraz większą liczbą chorób i przedwczesnych zgonów tu i teraz. Światowa Organizacja Zdrowia już zakwalifikowała zmiany klimatu jako jedno z głównych zagrożeń dla zdrowia i życia ludzi na całym świecie, wpisując je jako jeden z głównych obszarów działań na 2021 rok.

– Pamiętam, że kilka lat temu na szczycie klimatycznym w Paryżu było wyraźnie powiedziane: jeśli nie uczynimy nic jako społeczność światowa, to w ciągu 50 lat będzie dramat. Przyznam się, że nie zrobiło to na mnie takiego wrażenia, bo pomyślałem: to za pół wieku. Minęły cztery lata, na szczycie klimatycznym w Katowicach ci sami eksperci mówią: jeśli nie zrobimy czegoś w ciągu trzech lat, to katastrofa będzie ok. 2030 roku. Nagle perspektywa się zmieniła. To już nie dotyczy tylko naszych wnuków, ale również nas – przypomina Tadeusz Zielonka.

Powołana niedawno Koalicja Lekarzy i Naukowców na Rzecz Czystego Powietrza, która apeluje do rządzących o pilne działania na rzecz klimatu, podaje, że już w tej chwili generują one wysokie koszty zdrowotne. Problem w tym, że brakuje dokładnych szacunków, ile one mogą wynosić. O ile znane są koszty leczenia czy hospitalizacji, o tyle rzadko bierze się pod uwagę np. koszty związane z utratą zdolności do pracy czy nieobecnością w pracy.

– Nie doceniamy konsekwencji finansowych zmian klimatu, bo my tego po prostu nie liczymy – mówi ekspert z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. – To bardzo utrudnia ocenę, ponieważ nie jesteśmy w stanie uwrażliwić społeczeństwa na rzeczywiste ponoszone koszty, skoro one nie zostały dokładnie policzone.

Dane przytaczane w raporcie „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie” wskazują, że w latach 2001–2010 straty wywołane skutkami zmian klimatycznych mogły wynieść ok. 54 mld zł, a w kolejnej dekadzie – już 86 mld. W okresie 2021–2030 koszty zdrowotne mogą wzrosnąć do nawet 119 mld zł.