Złoto: popyt inwestycyjny mocno w górę, jubilerski z dużym spadkiem

Zamkniecie gospodarki, rekordowo wysokie ceny i ogólna niepewność polityczno-ekonomiczna nie zachęcały klientów do kupowania złotej biżuterii w 2020 roku. W przeciwną stronę skierował się popyt inwestycyjny. W 2020 roku na całym świecie sprzedano rekordowe 1 773,2 ton złota bulionowego. To aż o 40% więcej niż przed rokiem. Natomiast cena złota w 2020 roku wzrosła o 25% kończąc rok na poziomie 1 887,6 USD – wynika z raportu Światowej Rady Złota. Jak to wyglądało w Polsce? Według badania firmy Tavex w kruszec zainwestowało prawie 15% respondentów. Co ciekawe, aż 35% osób uważa, że warto postawić na ten rodzaj aktywa przy inwestowaniu oszczędności.

Spadek popytu na złoto

Popyt na złoto podzielił się pomiędzy złoto fizyczne i fundusze ETF, które stanowią substytut złota fizycznego. W 2020 roku Światowa Rada Złota odnotowała spadek całkowitego popytu na królewski kruszec o 14%, z 4 386,4 do 3 759,6 ton. Był to pierwszy rok, zakończony wynikiem poniżej 4 000 ton, od 2009 roku.

Popyt jubilerski ma znaczący udział w całkowitym popycie na złoto. Wyjątkowo trudna sytuacja pandemiczna pozostawiła wyraźne piętno na sektorze królewskiego kruszcu – popyt na złotą biżuterię spadł aż o 34%. Pandemia zmusiła gospodarstwa domowe na całym świecie do przewartościowania priorytetów – produkty pierwszej potrzeby ugruntowały swoją pozycję względem dóbr stricte konsumpcyjnych. Dodatkowym obciążeniem dla rynku złotej biżuterii okazały się rekordowo wysokie ceny złota wskazuje Aleksandra Olbryś, Młodszy Analityk ds. Rynku Złota, Tavex.

Banki centralne również w pandemicznym roku ograniczyły swoje wydatki w tym zakresie. W 2020 r. kupiły one o prawie 60% złota mniej niż w roku poprzednim (poniżej 273t). Natomiast w czwartym kwartale ub.r. światowe rezerwy oficjalne wzrosły o 44,8 tony w ciągu analizowanego okresu.

Złote ETF-y z rekordowym wynikiem

O ile zapotrzebowanie na fizyczny metal w postaci sztabek i monet wzrosło tylko o 3% rdr (z 870,9 do 896,1 ton), o tyle pasywnie zarządzane fundusze inwestycyjne (ETF) nabyły rekordowe 877,1 ton kruszcu – jest to wzrost o 120 proc. (z 398,3 ton). Nie przeszkodził w  tym nawet odpływ w wysokości 130 ton, który miał miejsce w czwartym kwartale 2020 roku.

Wato wiedzieć, że to właśnie trwający w 2020 roku napływ gotówki do „złotych” ETF-ów napędził hossę na rynku złota, wynosząc wysoko ceny królewskiego kruszcu, które finalnie pobiły historyczne rekordy. Latem ub.r. kurs kontraktów terminowych na złoto po raz pierwszy w historii przekroczył poziom 2000 USD za uncję trojańską – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. W najbliższym czasie możemy się spodziewać dalszych wzrostów zainteresowania funduszami EFT. Powodem tego będą nadal postępujące skutki pandemii, zarówno ekonomiczne, jak i społeczne – dodaje.

Inwestycje w Polsce

Według danych firmy Tavex rok 2020 nie był zły dla królewskiego kruszcu na naszym rodzimym rynku. W 2020 roku firma odnotowała ponad trzykrotny wzrost przychodów w porównaniu do tych z 2019 roku. Pokazuje to, jak bardzo rośnie popularność inwestowania w złote sztabki i monety.

Według naszego badania – w rankingu atrakcyjności inwestowania – na pierwszym miejscu znajdują się nieruchomości, ponad połowa (54%) respondentów uznaje je za najbardziej opłacalną opcję. Drugie miejsce zajmuje złoto – ponad jedna trzecia wskazań. Coraz więcej osób zaczyna interesować się lokowaniem majątku w tym kruszcu, ponieważ zachowuje swoją wartość nawet w czasach kryzysów gospodarczych – podkreśla Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Najczęściej w złoto inwestowały osoby z dochodem netto powyżej 5000 zł (30,8%), kolejno respondenci z przedziału 2001-3000 zł (15,6%) oraz 3001-5000 zł (9%).

W 2020 roku bardzo dynamicznie wzrosła ilość postępowań restrukturyzacyjnych otwieranych przez polskich przedsiębiorców

Firma doradcza MGW Corporate Consulting Group opublikowała swój kolejny, kwartalny raport dotyczący postępowań restrukturyzacyjnych w Polsce. Tym razem dane dotyczą zarówno IV kwartału jak i całego roku 2020. Raport powstał na podstawie analizy ogłoszeń ukazujących się w Monitorze Sądowym i Gospodarczym jak również praktycznej wiedzy podmiotu prowadzącego szereg postepowań restrukturyzacyjnych.

Jak mówi Mariusz Grajda – Partner Zarządzający w MGW CCG, ilość i rodzaj otwieranych przez przedsiębiorstwa postępowań restrukturyzacyjnych może być istotnym wskaźnikiem koniunktury gospodarczej a także obrazować ryzyko związane z prowadzeniem działalności w poszczególnych lokalizacjach lub w ramach poszczególnych gałęzi gospodarki. Dlatego, w odpowiedzi na prośby czytelników raport uwzględnia szczegółowe dane dotyczące postępowań w podziale na województwa i branże.

Z kolei według Tomasza Ryżyńskiego – Prezesa Zarządu firmy MGW Doradca Restrukturyzacyjny, w aktualnej sytuacji gospodarczej, przewidziane przepisami postępowania restrukturyzacyjne są bardzo efektywnym i niedocenianym narzędziem służącym poprawie sytuacji podmiotów, które utraciły płynność finansową. Skuteczne przeprowadzenie procesu wymaga jednak przede wszystkim właściwego wyboru doradcy restrukturyzacyjnego. Pozostałe elementy niezbędne dla sukcesu postępowania to właściwy wybór czasu jego otwarcia, dobór odpowiedniej procedury i odpowiednie sformułowanie propozycji układowych.

Czwarty kwartał 2020 roku był okresem bardzo dynamicznego wzrostu ilości otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych. W porównaniu z trzecim kwartałem było ich więcej o 41,9%. Jeszcze bardziej imponujący wzrost zanotowano wobec analogicznego okresu roku 2019 – wyniósł on aż 175%.

Kondycja przedsiębiorstw wyraźnie się pogarsza mimo niezłych danych makroekonomiczych

Jak mówi Mariusz Grajda – opublikowane przez GUS nienajgorsze dane ekonomiczne dotyczące trzech kwartałów  2020 roku wyraźnie nie przekładają się na sytuację finansową przedsiębiorców. Tak znaczący wzrost ilości postępowań restrukturyzacyjnych jest spowodowany trzema grupami czynników. Po pierwsze przedłużającymi się ograniczeniami związanymi z pandemią, po drugie wprowadzeniem nowej, bardzo wygodnej dla przedsiębiorców procedury uproszczonego postępowania o zatwierdzenie układu, po trzecie, wzrastającym poziomem wiedzy przedsiębiorców na temat przysługujących im środków prawnych.

W 2020 roku najwięcej postępowań otwarto w województwach: mazowieckim (166), śląskim (85), wielkopolskim (84) i dolnośląskim (66). Oznacza to, że największa ilość postępowań jest otwierana w największych aglomeracjach, gdzie również zarejestrowana jest największa ilość podmiotów gospodarczych. Analiza ryzyka prowadzenia działalności gospodarczej w zależności od lokalizacji wymaga jednak odniesienia tych danych do liczby przedsiębiorstw zarejestrowanych na terenie danego województwa. Według danych MGW CCG, najwięcej postępowań restrukturyzacyjnych w przeliczeniu na 10 000 przedsiębiorstw otwieranych jest w województwie podlaskim (3,9/10 000), na drugim miejscu jest województwo warmińsko – mazurskie (3,25/10 000) a na trzecim kujawsko – pomorskie (2,75/10 000). Dopiero czwarte miejsce zajmuje województwo mazowieckie ze wskaźnikiem 2,25 postępowań restrukturyzacyjnych na 10 000 zarejestrowanych przedsiębiorstw. Z kolei najmniej postępowań jest w województwach małopolskim, pomorskim i podkarpackim – odpowiednio 1, 1,1 i 1,3 postępowań na 10 000 przedsiębiorstw.

Jeśli chodzi o rodzaj otwieranych postępowań, zdecydowanie dominują uproszczone postępowania o zatwierdzenie układu (52% wszystkich postępowań), na drugim miejscu są przyspieszone postępowania układowe (28%) a na trzecim postępowania sanacyjne (16%). Dominacja UPOZU – nowego typu postępowania, wprowadzonego w ramach jednej z ustaw tarczy antykryzysowej, jest konsekwencją przewidzianych przez prawo uproszczonych procedur, a także tego, że otwarcie postępowania może się odbyć bez udziału sądu.

Jakie branże najczęściej sięgają po narzędzia restrukturyzacyjne?

W latach 2018 – 2020 największy wzrost ilości otwieranych postępowań zanotowano w branży klasyfikowanej jako pozostałe usługi. Od 2008 roku ilość postępowań wzrosła tam z 97 do 205. W grupie tej mieszczą się przedsiębiorstwa klasyfikowane  pod numerami PKD od 64 do 96. Największy udział wśród tych przedsiębiorstw maja firmy prowadzące działalność określaną jako „działalność profesjonalna, naukowa i techniczna” (ponad 20%). Są to firmy działające w branży marketingowej jak również usług specjalistycznych (np. usługi prawne lub usługi księgowe). Może to być niepokojący wskaźnik obrazujący pogarszającą się kondycje pozostałych podmiotów, które w dobie narastającej niewypłacalności rezygnują z usług prawnych i marketingowych. Niewątpliwym zaskoczeniem jest jednak wzrost niewypłacalności w branży księgowej co może oznaczać iż cześć przedsiębiorców nie reguluje swoich zobowiązań wobec biur rachunkowych w terminie, przymuszając je tym samym do otwierania postepowań restrukturyzacyjnych.

Branża która posiada jednak największy jednostkowy udział w grupie tych przedsiębiorstw to branża gastronomiczna. Stanowi ona bowiem ponad 11% przedsiębiorstw charakteryzowanych jako „pozostałe usługi”. Ważną wskazówką jest fakt ze aż 30% przedsiębiorców z tej branży otworzyło postepowania restrukturyzacyjne w grudniu 2020 roku. To istotny dowód na szybko pogarszającą się kondycje branży gastronomicznej. Istotne pogorszenie kondycji finansowej odnotowała prywatna służba zdrowia. W roku 2020 otwartych zostało bowiem ponad 29 postepowań restrukturyzacyjnych wobec przedstawicieli tej branży. Widocznym jest wzrost ilości otwieranych postepowań przez prywatne gabinety dentystyczne bądź gabinety specjalistyczne. Od pewnego czasu wielu komentatorów wskazywało ze w dobie pandemii duża cześć pacjentów obawia się korzystania z badań specjalistycznych. Jest to kolejny dowód na poparcie tej tezy. Pozostałymi branżami, na które należy zwrócić uwagę są handel (141 postępowań), rolnictwo i górnictwo (126 postępowań), oraz przemysł (115 postępowań).

Po wzięciu pod uwagę ilości firm zarejestrowanych w poszczególnych branżach należy stwierdzić, że w 2020 r. największe ryzyko działalności gospodarczej ponosiły firmy z branży rolniczej, transportowej oraz przetwórstwa przemysłowego. Nie bez znaczenia jednak są nadal nie najlepsze wyniki wskazujące na ilość pootwieranych postepowań w branży budowlanej. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na sektor firm zajmujących się obrotami budowlanymi związanymi ze wznoszeniem budynków mieszkalnych i niemieszkalnych. W roku 2020 ponad 20 przedsiębiorców prowadzących tego typu działalność zdecydowała się na otwarcie postepowania. Istotnym czynnikiem jest fakt iż ponad 51% tej grupy otworzyło postepowania w IV kwartale 2020 roku, co mając na uwadze zauważalny już w III kwartale 2020 wzrost ilości niewypłacalności w tej branży, może wskazywać na dalsze pogarszanie się kondycji tych firm.

Najbardziej narażone są osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą

Dane zawarte w raporcie wyraźnie wskazują na to, że podmiotami najbardziej narażonymi na ryzyko niewypłacalności są osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą. Zdecydowanie dominują one w statystykach dotyczących aż trzech spośród czterech rodzajów postępowań restrukturyzacyjnych. Stanowią one aż 53% wszystkich podmiotów otwierających uproszczone postępowania o zatwierdzenie układu, prawie 55% wśród przedsiębiorstw otwierających przyspieszone postępowania układowe oraz 38% wśród otwierających postępowania sanacyjne. Drugą najbardziej narażoną grupą są spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Cały czas większość postępowań zostaje umorzonych

W 2020 roku w 126 przypadkach doszło do zatwierdzenia przez sąd postępowań układowych, z kolei w 147 przypadkach zostały one umorzone. Z kolei w przypadku zatwierdzonych postępowań dobrą wiadomością dla przedsiębiorców może być to, że podczas gdy w postępowaniach układowych umorzenie odsetek karnych jest praktycznie standardem, to w 2020 roku aż 70% postępowań kończyło się również umorzeniem części wierzytelności głównej. Okres spłaty zobowiązań najczęściej jest rozkładany na 3 do 5 lat (24,58% przypadków) i 5 – 8 lat (28,81%), z kolei w 17,80% przypadków spłaty zostały rozłożone na okres od 1 do 3 lat.

Raport „Restrukturyzacja przedsiębiorstw w 2020 roku – Analiza postępowań restrukturyzacyjnych” jest bezpłatnie dostępny pod poniższym adresem https://mgwccg.pl/pl/restrukturyzacja-przedsiebiorstw-w-oparciu-o-prawo-restrukturyzacyjne/

W 2020 roku w Katowicach wynajęło się o 30% mniej biur niż rok wcześniej

Aktywność najemców na największych rynkach regionalnych w Polsce pozwoliła zakończyć rok 2020 podpisaniem umów na poziomie 580.000 m2., co było wynikiem gorszym o ponad 100.000 m2. w porównaniu do 2019 roku. Warto tutaj zaznaczyć, że poprzednie 3 lata charakteryzowały się rekordową aktywnością najemców, a tegoroczny wynik zbliżony jest do popytu z 2016 roku.

W 2020 roku zostały oddane do użytku 4 nowe projekty (Face2Face I – ul. Żelazna 4, Face2Face II ul. Żelazna 4, DL Piano ul. Wrocławska 54 oraz Global Office Park C ul. Zabrska 20), powiększając ofertę katowickiego rynku biurowego o ponad 60.000 m2 i zwiększając całkowite zasoby powierzchni w tym mieście do 590.000 m2. Oznacza to znaczne przyspieszenie aktywności deweloperskiej po relatywnie spokojnym pod względem nowej podaży 2019 roku, kiedy do użytku oddano zaledwie 10.000 m2 (najniższy wolumen od 2012 roku). Warto zaznaczyć, że kolejne lata zapowiadają się bardzo dobrze, co może pozwolić na pobicie kolejnych rekordów. Historyczna podaż zasili katowicki portfel nieruchomości klasy A o 200.000 m2 powierzchni biurowej, co znacznie rozszerzy ofertę skierowaną do nowych inwestorów chcących przenieść swoje biura do Katowic.

 

Tak dużego wolumenu podaży w budowie w Katowicach nie zarejestrowano jeszcze nigdy, jednak po stronie popytu skutki pandemii zdecydowanie są widoczne. W 2020 roku podpisane zostały umowy najmu na ponad 60.000 m2, co stanowi spadek o ponad 30% względem 2019 roku. Istotny jest również charakter podpisanych umów, z których aż 60% stanowiły umowy typu pre-let, a pozostałe 40% obejmowały ekspansje, renegocjacje oraz nowe umowy w istniejących budynkach.

Zwiększona podaż oraz zmniejszona aktywność najemców przyczyniła się również do wzrostu wskaźnika pustostanów, który pod koniec grudnia 2020 roku wynosił 9,2% i był wyższy o 2,2 pp. względem ubiegłego kwartału oraz 2,5 pp. porównując z analogicznym okresem 2019 roku. Jednocześnie Katowice mają trzeci najniższy wskaźnik pustostanów spośród największych miast regionalnych w Polsce, zaraz po Lublinie i Szczecinie.. W Polsce średni wskaźnik pustostanów wyniósł natomiast 12,7% i był o ponad 3 pp. wyższy niż przed rokiem.

Iwona Kalaga, Ekspert ds. Najmu, Knight Frank

Efektywna stawka podatkowa w spółce opodatkowanej CIT-em „estońskim”

Tzw. estoński CIT daje szanse nie tylko na odroczenie zapłaty podatku, ale również na obniżenie efektywnej stawki podatkowej dla wspólników takiej spółki. W oparciu o obliczenia sprawdzamy, czy tak faktycznie jest.

Przyjmijmy, że spółka kapitałowa płaci na bieżąco podatek dochodowy od wypracowanego dochodu według stawki wynoszącej 19% lub 9% w przypadku spółki, której przychody ze sprzedaży brutto, czyli z uwzględnieniem kwoty należnego podatku od towarów i usług, za rok 2020 nie przekroczyły kwoty 9 031 000 zł (tj. 2 000 000 EUR w przeliczeniu wg kursu z dnia 1 października 2020 r. czyli 4,5153 zł/euro) oraz w roku 2021 kwota przychodów nie przekroczy kwoty 9 097 000 PLN (tj. 2 000 000 EUR w przeliczeniu wg kursu na pierwszy dzień roboczy roku podatkowego 4,5485 zł/euro).

Wypłacając dywidendę na rzecz udziałowca będącego osobą fizyczną spółka pobiera podatek w wysokości 19%. Oznacza to, że dochód takiej spółki trafia do jej wspólnika zmniejszony efektywnie o 34,39% lub o 26,29%. Tymczasem spółka, która zdecyduje się na skorzystanie z opodatkowania ryczałtem od dochodów spółek kapitałowych co do zasady w ogóle nie płaci podatku dochodowego na bieżąco. W takim przypadku spółka dysponując większymi środkami może sobie pozwolić np. na rozwój własnego biznesu, czy większe inwestycje. Dopiero wypłata zysków tej spółki na rzecz wspólników jest opodatkowana. Wypłata dywidendy przez taką spółkę powoduje, że do jej wspólników mogą trafić zyski pomniejszone efektywnie o 25% lub, w przypadku spółki będącej małym podatnikiem, o 20%. Warunkiem takiego obniżenia stawek jest jednak poniesienie przez spółkę wydatków inwestycyjnych o wartości co najmniej 50% wydatków inwestycyjnych poniesionych w poprzednim roku podatkowym w każdym dwuletnim okresie − w przypadku rozliczania nakładów inwestycyjnych w okresach dwuletnich lub 110% takich wydatków w każdym czteroletnim okresie − w przypadku rozliczania nakładów inwestycyjnych w okresie czteroletnim.

Nie dość więc, że podatek dochodowy można zapłacić później, to jego efektywna wysokość może być niższa niż w przypadku spółki kapitałowej, która nie skorzystała z ryczałtu.

Stawka nie zawsze będzie niższa…

Tak niskie stawki efektywne nie zawsze jednak znajdą zastosowanie. Jeśli spółka nie poniesie nakładów inwestycyjnych o odpowiedniej wartości, stawka podatku ryczałtowego będzie wyższa o 5%, co w przypadku małego podatnika oznacza efektywne opodatkowanie na poziomie 25%, a przypadku pozostałych podatników 30%. To wciąż mniej, niż w przypadku spółki i jej wspólników, którzy nie skorzystają z ryczałtu.

Taka sytuacja będzie jednak w praktyce raczej wyjątkowa. Efektywną stawkę podatkową będą bowiem podnosić różne działania spółki uznane przez ustawodawcę za opodatkowane jak wypłaty zysku, choć nimi nie będące. Przykładowo, wydatki niezwiązane z działalnością gospodarczą, czy wszelkie wypłaty na rzecz wspólników i podmiotów z nimi powiązanych, takie jak odsetki od pożyczki, wynagrodzenie z tytułu umorzenia udziału, darowizny, prezenty i ofiary wszelkiego rodzaju wydatki oraz wydatki na reprezentację, są bowiem traktowane jak wypłata zysku i opodatkowane stawką ryczałtową. Co więcej, w przypadku tych wypłat zastosowanie znajdzie podstawowa stawka ryczałtu, a nie obniżona.

Co w przypadku innych wypłat i tzw. dochodów z ukrytych zysków?

W przypadku innego niż mały podatnika, którego 10% kosztów będzie uznana za tego rodzaju wydatki efektywna stawka podatkowa uwzględniająca opodatkowanie całości dochodu, zakładając, że ma on prawo do obniżonej stawki ryczałtu, wyniesie 26,9%, a jeśli nie będzie miał prawa do obniżonej stawki ryczałtu, taka efektywna stawka wyniesie 31,4%.

W przypadku małego podatnika mającego prawo do obniżonej stawki ryczałtu, w analogicznej sytuacji efektywna stawka wyniesie 21,4%, a jeśli nie będzie miał prawa do obniżonej stawki, efektywna stopa opodatkowania wyniesie 25,9%. Warto przy tym podkreślić, że efektywna stopa będzie się podnosić wraz ze wzrostem udziału kosztów uznanych za „fikcyjną” wypłatę zysku. W przypadku małego podatnika, którego 50% kosztów zostanie uznanych za wydatki tego rodzaju (np. częściowo stanowiąc wynagrodzenie dla współpracującego ze spółką jako niezależny przedsiębiorca członka rodziny wspólnika, częściowo wydatki na reprezentację, a częściowo niemające związku z prowadzoną działalnością gospodarczą) efektywna stawka podatkowa bez obniżenia wyniesie już 29,5%, a więc więcej niż w przypadku wspólnika spółki kapitałowej, która będzie opodatkowana na zasadach ogólnych.

Trzeba pamiętać o dostosowaniu wyniku podatkowego do wyniku bilansowego spółki

A to nie wszystkie elementy wypływające na efektywną stawkę podatkową. Nie można bowiem zapominać o obowiązku dostosowania wyniku podatkowego do wyniku bilansowego spółki jakie podatnik chcący skorzystać z ryczałtu powinien przeprowadzić przed rozpoczęciem korzystania z ryczałtu. Takie dostosowanie będzie związane z opodatkowaniem wszystkich różnic przejściowych – np. naliczonych, a nie otrzymanych odsetek czy różnic kursowych, a także różnicy pomiędzy amortyzacją podatkową, a bilansową jeśli podatnik amortyzuje środki trwałe czy wartości niematerialne dla potrzeb bilansowych niższą stawką niż dla celów podatkowych. Tutaj nie sposób wskazać żadnych konkretnych wartości, ponieważ wysokość podatku należnego z tego tytułu będzie zależała od rodzaju biznesu prowadzonego przez podatnika oraz przyjętej polityki rachunkowości, a w konsekwencji wielkości różnic przejściowych pomiędzy wynikiem bilansowym, a podatkowym.

„Estoński” CIT po polsku, czyli nie będzie łatwo

Podsumowując system tzw. estońskiego CIT jest w polskim wydaniu tak skomplikowany, że precyzyjne przewidzenie skutków podatkowych wejścia w ten system, a w szczególności wysokości efektywnej stawki podatku jaki będą musieli uiścić właściciele spółki, która z niego skorzysta, może się okazać bardzo trudne do przewidzenia. Trudność ta może wystąpić już w momencie podejmowania decyzji o skorzystaniu z nowego systemu opodatkowania, a co gorsze może również stanowić dla udziałowców bardzo niemiłą niespodziankę na sam koniec przygody z tzw. estońskim CIT-em.

Hubert Cichoń, radca prawny, partner w ENODO Advisors

PayEye przenosi się do aplikacji, niebawem będzie również w e-commerce

Zamiast konta obsługiwanego przez stronę internetową pełna dostępność i nowe funkcje w aplikacji na telefon. Wrocławski fintech, który pierwszy na świecie wprowadził płatność za pomocą tęczówki oka, zapowiada mocne wejście do e-commerce. I w tym przypadku jedną z przewag będzie krótsza ścieżka zakupowa i biometria, rozwijana na szeroką skalę przez wrocławian i właśnie dlatego do obecnych i przyszłych użytkowników płatności okiem od PayEye trafiają informacje o wygaszeniu obsługi konta przez stronę www.

– 6 kwietnia 2021 r., w celu optymalizacji procesów, wyłączamy korzystanie z serwisu my.payeye.com, uruchamiając 7 kwietnia obsługę konta payeye za pośrednictwem aplikacji, z poziomu której dostępne będą nowe funkcjonalności – komunikaty tej treści od środy, 3 lutego rozsyłane są do klientów wrocławskiego fintechu PayEye, który pierwszy na świecie opracował pełny ekosystem płatniczy, oparty o biometrię tęczówki oka. W kwietniu do rodziny PayEye dołącza aplikacja dostępna na telefonach komórkowych.

– Niemal wszyscy stajemy się pokoleniem „always on”, które praktycznie cały czas korzysta ze smartfonów i aplikacji. To nie tylko wygoda, ale też szybkość i dużo większe bezpieczeństwo dla naszych finansów, dlatego zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do aplikacji. Dla naszych klientów to jeszcze lepsze rozwiązanie, które pozwoli na śledzenie płatności cały czas, proste zasilenie konta payeye, a także dodatkowe funkcjonalności, których próżno szukać w serwisach www. Więcej szczegółów zdradzimy bliżej premiery naszej aplikacji – mówi Krystian Kulczycki, prezes PayEye.

Oprócz startu aplikacji 7 kwietnia 2021 r. PayEye zapowiada mocne wejście do e-commerce poprzez płatność jednym kliknięciem. Obecnie trwają przygotowania i testy nowych rozwiązań, które zostaną udostępnione m. in. właścicielom sklepów internetowych. Premiera rozwiązania opartego o biometrię planowana jest na II kwartał 2021 r.

– To rozwiązanie, które nie tylko pozwoli bezpiecznie płacić, ale przede wszystkim dużo szybciej niż dzieje się to obecnie. Dyrektywa PSD2 od tego roku wprowadziła wymogi silnego uwierzytelniania klienta w sieci. Zafundowała nie tylko dodatkową ochronę, ale też sporo utrudnień w życiu ze względu na dodatkowe czynności związane z uwierzytelnianiem. Już dziś docierają do nas sygnały z rynku e-commerce, że klienci zniechęcają się zakupami i opuszczają stronę niemal w ostatniej chwili, bo doszły im kolejne wymagania do zrealizowania przed zakupem. Dłuży im się, męczą ich dodatkowe zadania, a za zakupy chcemy przecież płacić sprawnie, bezpiecznie, a przede wszystkim przyjemnie. Znaleźliśmy na to sposób i mamy pomysł na skrócenie ścieżki zakupowej. Intensywnie pracujemy, by rozwiązanie, które jest już w fazie testowej mogło zostać wdrożone jak najszybciej do szerokiego użycia – dodaje prezes Kulczycki.

Połowa dealerów samochodowych spodziewa się pogorszenia sytuacji finansowej ich firm w 2021 roku

Jak wynika z badania przeprowadzonego wśród dealerów samochodowych przez EY Polska i DCG Dealer Consulting, 50% firm dealerskich spodziewa się pogorszenia sytuacji finansowej swoich firm. 35% uważa, że nie ulegnie ona większym zmianom, a jej poprawy w tym roku oczekuje jedynie 15% badanych. Ankieta dotycząca działalności biznesowej dealerów samochodowych została przeprowadzona w ramach XIII edycji Badania Satysfakcji Dealerów Samochodowych.
Połowa dealerów samochodowych spodziewa się pogorszenia sytuacji finansowej ich firmW minionym roku, w porównaniu do 2019 r. wzrost przychodów ze sprzedaży nowych samochodów zanotowało jedynie 14% dealerów samochodowych badanych przez EY Polska i DCG Dealer Consulting. 43% zanotowało z kolei spadki przychodów o więcej niż 30% w ujęciu rocznym. Sytuacja wygląda nieco bardziej optymistycznie w segmencie samochodów używanych. Tu wzrost przychodów ze sprzedaży zanotowało w minionym roku 40% ankietowanych, a ponad 30-procentowe spadki przychodów ze sprzedaży dotknęły 17% dealerów samochodów używanych. Biorąc pod uwagę usługi serwisowe, ponad 20-procentowe spadki przychodów serwisu mechanicznego zanotowało 31% badanych, a serwisu blacharsko-lakierniczego – 33%.

Połowa dealerów samochodowych spodziewa się pogorszenia sytuacji– Miniony rok był dla branży motoryzacyjnej bardzo trudny z wielu względów. Niepewność związana z sytuacją finansową odciągnęła wiele firm i osób fizycznych od zakupów aut. Co więcej ich producenci – wraz z wybuchem pierwszej fali pandemii, wczesną wiosną ubiegłego roku – musieli zmierzyć się z zachwianymi łańcuchami dostaw, a co za tym idzie, auta nie zjeżdżały z linii produkcyjnych tak szybko, jak dotychczas. Trudny dla branży 2020 rok przełożył się na niższą zyskowność działalności, a co za tym idzie – na niższe zadowolenie dealerów samochodowych z finansowych perspektyw swoich firm. Importerzy wspierali wprawdzie swoje sieci m.in. odraczając płatności za zobowiązania finansowe, obniżając plany sprzedażowe czy zmieniając zasady wypłacania bonusów, a zmiany strategii rynkowej importerów czy aktualizacja ich polityki marketingowej spowodowały naturalne zwiększenie ruchu w salonach dealerskich i usprawniły model obsługi zdalnej, ale wciąż działalność branży samochodowej jest dotknięta skutkami pandemii – mówi Michał Lesiuk, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego EY Polska, Lider Sektora Produkcja Przemysłowa i Mobilność.

Satysfakcja dealerów samochodów osobowych pod znakiem Covid-19

Tegoroczna średnia ocena satysfakcji dealerskiej była najniższa w historii badania (z pominięciem roku 2009, kiedy raport powstał w oparciu o ograniczoną liczbę marek) wyniosła 3,27 pkt. Wśród 26 ocenianych importerów, 16 marek zostało ocenionych gorzej niż w ubiegłym roku, zaś lepiej – tylko 9.

Również po raz pierwszy w historii Badania Satysfakcji Dealerów Samochodowych przygotowanego przez EY oraz DCG Dealer Consulting, na najwyższym stopniu podium znalazła się marka Lexus, należąca do Grupy Toyoty. Sama Toyota znalazła się na 3. miejscu XIII edycji zestawienia, a brandy Toyoty rozdzielił Mercedes-Benz, który otrzymał dokładnie taką samą ocenę jak w 2019 r. i zajął drugie miejsce na podium.

Zaraz za podium uplasowały się odpowiednio: KIA (lider z roku 2018), Volvo (czterokrotny zwycięzca badania) i Subaru, tradycyjnie znajdujący się wśród najwyżej ocenianych. Dopiero 7. miejsce przypadło Mazdzie, która 5 razy znajdowała się na pierwszym miejscu zestawienia. Najwyższy wzrost zarówno pod kątem zajmowanego miejsca, jak i samej oceny uzyskała marka Audi, notując awans o 10 pozycji (z 18. na 8.).

– Tak niska średnia ogólnej satysfakcji ze współpracy dealerów samochodowych i importerów wynika w głównej mierze z niższych ocen związanych z prowadzeniem samego biznesu, zaś w mniejszym stopniu dotyczy bardziej krytycznego spojrzenia na ogólną współpracę z importerami. Efektem kwietniowego lockdownu było załamanie zamówień na nowe samochody i znaczący spadek zleceń serwisowych. W tej sytuacji najlepiej radziły sobie firmy dealerskie najsprawniejsze biznesowo i wchodzące w pandemię w najlepszej kondycji finansowej. Istotne było wsparcie kluczowego partnera biznesowego, jakim niezmiennie pozostaje importer. W tegorocznym zestawieniu widać, że marki z segmentu premium poradziły sobie z tymi wyzwaniami lepiej niż inne – mówi Krzysztof Romański, Partner DCG Dealer Consulting.

top 15 marek samochodów w polsce

Segment aut dostawczych

Badanie Satysfakcji Dealerów Samochodowych już po raz czwarty zostało rozszerzone również o część dotyczącą współpracy z importerami samochodów dostawczych do 3,5 tony.

Tegoroczne wyniki potwierdziły pozycję marki Mercedes-Benz jako lidera wśród importerów samochodów dostawczych. Na drugim miejscu po raz pierwszy znalazła się marka Renault, uzyskując minimalnie lepszą ocenę w segmencie samochodów dostawczych niż w osobowych.samochody dostawcze

O badaniu
„Badanie satysfakcji dealerów samochodowych” prowadzone jest przez DCG Dealer Consulting oraz firmę doradczą EY od 2007 r. Tegoroczna, 13. edycja została przeprowadzona od połowy października do końca listopada 2020 r. W badaniu wzięli udział właściciele, a także osoby zarządzające stacjami dealerskimi. Badaniem objęci zostali dealerzy samochodów osobowych, a także samochodów dostawczych do 3,5 t. Poszczególne aspekty dealerskiej satysfakcji zostały oceniane w pięciostopniowej skali szkolnej, gdzie „1” oznaczało ocenę najniższą a „5” najwyższą. Każda ankieta poświęcona jednej marce samochodu składała się z 82 pytań, a 26 ocen cząstkowych decydowało o nocie końcowej. Łącznie w badaniu uzyskano 327 ankiet 26 marek, co stanowi próbę 37% badanej grupy. Ocena satysfakcji dealerskiej obejmowała 3 obszary oceny współpracy z importerem. Pierwszy wiązał się z produktami oferowanymi przez importera, a co za tym idzie ich jakością, niezawodnością, dostępnością, a także satysfakcją klienta. Drugi obszar dotyczył polityki importera jako przedstawiciela międzynarodowego koncernu działającego w ramach międzynarodowych struktur – obejmował m.in. konkurencyjność strategii rynkowej czy podejście do prowadzenia biznesu. Ostatnia ocena skupiła się na centrali jako firmie, która funkcjonuje w polskich realiach, zatrudnia konkretnych ludzi na konkretnych stanowiskach i posiada własną kulturę organizacyjną.

Niemieckie firmy targowe i kongresowe dostaną 642 mln euro pomocy sektorowej. Jest zgoda Komisji Europejskiej

Aż 642 mln euro pomocy sektorowej (tzw. „parasolowej”) popłynie do niemieckich firm działających w sektorze targowym i kongresowym. Chodzi zarówno o organizatorów targów, jak i np. podmioty projektujące i budujące stoiska, świadczące spedycje targową czy dostarczające wyposażenie na branżowe targi. Zgodę na udzielenie takiej pomocy wydała Komisja Europejska. Oprócz tego wszystkie zarejestrowane w Niemczech firmy mogą liczyć na państwowe wsparcie w wysokości 80 procent wartości przychodów sprzed pandemii. W Polsce wiele współpracujących z targami przedsiębiorstw wciąż pozostaje bez pomocy. O tym, kto u nas znajdzie się wśród beneficjentów wciąż decydują np. określone kategorie PKD. W rządowych tarczach firmy zajmujące się budową stoisk były dotąd pomijane. Ostatnio na listę pomocową wciągnął je jedynie Polski Fundusz Rozwoju. 

Komisja potwierdziła, że wsparcie należy się wszystkim podmiotom zajmującym się usługami związanymi z obsługą infrastruktury targowej i konferencyjnej. Według wstępnych na razie szacunków, z tej sektorowej pomocy będzie mogło skorzystać co najmniej 36 operatorów infrastruktury targowej lub kongresowej różnej wielkości (zarówno małe jak i duże przedsiębiorstwa), jak również tysiące firm działających dla tych operatorów. Chodzi zatem o wszystkie, które z uwagi na działalność w tych branżach obciążone są dziś szczególnie wysokimi kosztami, gdyż to one poniosły szkodę przez spowodowany pandemią zakaz prowadzenia działalności targowej czy kongresowej.

– Z zadowoleniem przyjmujemy decyzję Komisji Europejskiej UE o wytyczeniu ścieżki dla programów wsparcia publicznego w Niemczech dla branży wystawienniczej (czyli targowej) i konferencyjnej. Nie możemy się już doczekać, aby dowiedzieć się, jakie inicjatywy podejmą odpowiednio niemieckie landy, aby wesprzeć nasz sektor. Jako jeden z trzech wiodących światowych rynków wystawienniczych, Niemcy wiedzą chyba najlepiej, jak ważny jest ten sektor w budowaniu i obsłudze rynków i miejsc spotkań dla wszystkich zainteresowanych – mówi Kai Hattendorf, dyrektor zarządzający i dyrektor generalny UFI.

Komisja Europejska precyzuje kwotę pomocy sektorowej dla tych branż: „Władze niemieckie szacują z grubsza ten budżet na około 642 mln EUR i podkreślają, że kwota ta jest jedynie tymczasowa i podlega jeszcze ostatecznym decyzjom w tym zakresie. Zostanie on poniesiony przez kraje związkowe lub gminy, a także rząd federalny ”.

Komisja stwierdza, że celem nowego, zatwierdzonego już narzędzia wsparcia jest zrekompensowanie przedsiębiorstwom z branż targowej i kongresowej utraty zysków w wyniku wprowadzenia przez kraje związkowe obostrzeń w celu złagodzenia skutków szalejącej epidemii. – Straty tymczasowo pozbawiły przedsiębiorstwa płynności, co spowodowało trudności w pokryciu kosztów stałych – zauważa Komisja Europejska.

– To przełomowy moment dla europejskiego rynku spotkań, a przede wszystkim dowód zrozumienia znaczenia branży targowej dla gospodarek krajowych oraz międzynarodowych relacji biznesowych – uważa Tomasz Kobierski, prezes Rady Polskiej Izby Przemysłu Targowego, a jednocześnie zarządu Grupy MTP. Jego zdaniem, targi, kongresy i konferencje będą kluczowym narzędziem do odbudowania kondycji wielu branż po okresie lockdownu. – Tak znacząca rządowa pomoc z jednej strony cieszy, jako przykład dobrej praktyki, z drugiej jednak strony stanowi wyzwanie dla krajów sąsiednich, w tym Polski. Nasz rodzimy rynek, w obliczu tak nieproporcjonalnych kwot wsparcia, pozostanie w tyle. Jeśli nie zostaną podjęte kroki mające na celu przywrócenie równowagi w regionie, Polska może utracić silną, budowaną przez lata pozycję na rynku Europy środkowo-wschodniej – ostrzega Tomasz Kobierski.

– Podczas gdy niektóre niemieckie landy (stany) zniosły częściowo na pewien okres przed drugą falą wybuchu Covid-19 restrykcje dotyczące targów i kongresów, to musiały one je ponownie zaostrzyć od listopada 2020 r. Niemieckie stowarzyszenie branżowe AUMA, które mocno zabiegało o rządowe wsparcie dla sektora, szacuje, że aż 80% międzynarodowych i krajowych targów zaplanowanych na 2020 r. trzeba było odwołać lub przełożyć, zaś te, które zaplanowano na pierwszą połowę 2021 r. też najprawdopodobniej nie dojdzie do skutku – poinformowały w swoim zgłoszeniu do Komisji Europejskiej Niemcy. Pomoc, na którą Komisja daje właśnie zielone światło, może być udzielana podmiotom gospodarczym działającym w obu branżach na całym terytorium Niemiec w formie bezpośrednich dotacji.

– Napływające z od naszego zachodniego sąsiada informacje napawają nas optymizmem, bo jak na razie znaczna cześć naszej branży jest u nas wciąż pomijana w rządowym wsparciu. Tak było niestety np. w przypadku 2 tarcz w ubiegłym roku – przypomina Paweł Montewka z Komitetu Obrony Branży Targowej i dodaje, że dopiero dzięki determinacji targowych przedsiębiorców w Polsce, całą branżę, „szerszym okiem” czyli z wieloma firmami pracującymi na potrzeby targów dostrzegł Polski Fundusz Rozwoju. – Choć to tzw. kropla w morzu wszystkich naszych potrzeb związanych z wolą przetrwania, to może wpłynie ona na poszerzenie percepcji rządzących w Polsce, którzy przed pandemią tak lubili grzać się w blasku polskiego przemysłu targowego – zastanawia się Paweł Montewka. Jego nadzieję budzi jednak dziś przede wszystkim to, co otrzymają niemieccy przedsiębiorcy targowi, choć – jak uważa – w porównaniu z polskimi – mogą być oni spokojni o swoją przyszłość, bo bez względu na PKD, zapewnioną mają już od dawna pomoc państwową w wysokości 80 procent przychodów sprzed pandemii. – W Niemczech krążą też pogłoski o jakiejś formie odblokowania poszczególnych sektorów gospodarki. Może to nawet już teraz dawać sporo do myślenia także naszym władzom – twierdzi Paweł Montewka.

Za realizację programu wsparcia, w tym wypłatę pomocy i jej kontrolę, będą odpowiedzialne poszczególne landy.

Program pomocy sektorowej przestaje obowiązywać według Komisji 30 czerwca 2021 r., A przedsiębiorstwa mają czas do 31 maja 2021 r. „Mogą ubiegać się o rekompensatę utraconych zysków, jeżeli straty te wystąpiły w okresie od 1 marca 2020 r. Do 31 grudnia 2020 r.” – zaznacza Komisja Europejska w komunikacie. Niemcy to pierwszy co do wielkości rynek targowy na Europie. Najważniejsze ośrodki tej branży mieszczą się tam w Duseldorffie, Franfurcie, Kolonii, Hanowerze czy Monachium. Do wybuchu pandemii wiele polskich przedsiębiorstw współpracowało jako podwykonawcy z organizatorami targów w Niemczech, jednak – z uwagi na miejsce zarejestrowania – mogą one liczyć wyłącznie na pomoc w Polsce.

Badanie Cisco ujawnia kluczową rolę prywatności w obliczu globalnej pandemii

  • Badanie Cisco wykazuje znaczące obawy społeczne dotyczące prywatności wynikające z pandemii, które są napędzane szybkim przejściem w tryb pracy zdalnej i potrzebą wykorzystania informacji dotyczących stanu zdrowia poszczególnych osób.
  • Międzynarodowe przepisy i regulacje dotyczące ochrony prywatności na całym świecie zostały dobrze przyjęte. Prawie 80% specjalistów ds. bezpieczeństwa i ochrony prywatności dostrzega ich pozytywny wpływ na swoje organizacje.
  • Silna infrastruktura ochrony prywatności i solidne praktyki bezpieczeństwa są niezbędne dla ożywienia społecznego i gospodarczego po pandemii.

Cisco zaprezentowało raport Data Privacy Benchmark Study 2021, czwarte coroczne badanie praktyk firm w zakresie ochrony prywatności na całym świecie. Analiza wykazała zwiększone znaczenie ochrony prywatności w czasie pandemii oraz rosnące korzyści dla firm, które stosują silne środki ochrony w tym obszarze. W niezależnym, anonimowym badaniu przeanalizowano odpowiedzi 4 400 specjalistów ds. bezpieczeństwa i prywatności z 25 krajów. Raport obejmuje m.in. takie zagadnienia, jak stosunek do przepisów dotyczących prywatności czy kwestię raportowania kierownictwu statystyk z nią związanych.

W okresie zakłóceń i niepewności spowodowanych pandemią, pojawiły się oczekiwania, a czasami także wymagania związane z bezpieczeństwem sanitarnym i potrzebą dzielenia się swoimi danymi osobowymi w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się wirusa COVID-19. Jednocześnie sporo osób przeniosło znaczną część swojego życia do Internetu, przyspieszając trend, który w normalnych warunkach trwałby latami. Masowe zmiany w interakcjach międzyludzkich i zaangażowaniu cyfrowym przyczyniły się do powstania wielu trudnych problemów związanych z prywatnością danych, którym organizacje muszą stawić czoła, chcąc przestrzegać prawa i powstrzymać rozprzestrzenianie się pandemii, przy jednoczesnym poszanowaniu praw jednostki. Z kolei konsumenci i opinia publiczna są coraz bardziej zaniepokojeni sposobem, w jaki wykorzystywane są ich dane osobowe.

Kluczowe wnioski z raportu Cisco Data Privacy Benchmark Study 2021:

  • Prywatność jest czymś więcej niż tylko kwestią zgodności z przepisami, ponieważ firmy postrzegają ją obecnie jako podstawowe prawo człowieka i kluczowy priorytet dla kadry zarządzającej.
    • 60% organizacji przyznaje, że nie były przygotowane na wymagania dotyczące prywatności i bezpieczeństwa związane z przejściem na pracę zdalną.
    • 93% organizacji zwróciło się do swoich zespołów ds. ochrony prywatności o pomoc w rozwiązaniu tych problemów.
    • 87% konsumentów wyraziło obawy dotyczące ochrony prywatności przez narzędzia, których muszą używać, aby pracować, współdziałać i łączyć się na odległość.
    • W 90% organizacji raporty dotyczące ochrony prywatności są prezentowane zarządom i radom nadzorczym.
  • Na rynku następuje wyraźna zmiana w kierunku standaryzacji prywatności jako krytycznego wymogu podczas cyfryzacji i realizacji celów biznesowych.
    • Już w ponad 130 krajach istnieją obecnie przepisy dotyczące ochrony prywatności, a prawie 80% respondentów uznało, że przepisy te mają pozytywny wpływ na ich funkcjonowanie.
  • Większość ludzi nie ma nic przeciwko dzieleniu się informacjami dotyczącymi zdrowia w celu zapewnienia bezpieczeństwa w miejscu pracy, ale nie czuje się komfortowo w przypadku innych zastosowań, takich jak np. badania naukowe.
    • 57% ankietowanych popiera wykorzystanie danych przez pracodawców w celu zapewnienia bezpieczeństwa w miejscu pracy, natomiast mniej niż połowa popiera śledzenie lokalizacji i kontaktów, czy ujawnianie informacji o osobach zakażonych oraz wykorzystywanie danych osobowych do badań naukowych.
  • Prywatność i szerszy ekosystem cyberbezpieczeństwa odegrają kluczową rolę na drodze do wzrostu gospodarczego i odbudowy po pandemii COVID-19.
    • W miarę odradzania się gospodarek i społeczności pojawi się wiele ważnych wyzwań, które zweryfikują, w jaki sposób rządy, firmy i osoby prywatne gromadzą dane osobowe, zarządzają nimi i chronią je, próbując znaleźć równowagę między prawami jednostki a interesem publicznym.
  • Popularność inwestycji w ochronę prywatności nadal rośnie – 75% organizacji dostrzega wynikającą z nich znaczącą wartość biznesową w postaci ograniczenia strat związanych z bezpieczeństwem, zwiększenia elastyczności i innowacyjności, poprawy efektywności operacyjnej oraz zwiększenia lojalności i zaufania klientów.
    • Ponad 1/3 organizacji uzyskuje korzyści co najmniej dwukrotnie przewyższające poniesione nakłady.

„Prywatność osiągnęła należyty status – została uznana za podstawowe prawo człowieka i urosła do rangi priorytetu o znaczeniu krytycznym dla kadry kierowniczej” – mówi Harvey Jang, wiceprezes i dyrektor ds. prywatności w Cisco. „Wraz z przyspieszonym przejściem do pracy z dowolnego miejsca, prywatność nabrała większego znaczenia w napędzaniu cyfryzacji, odporności korporacyjnej, sprawności i innowacyjności”.

6 powodów, dla których aplikacje staną są przyszłością biur

Czy ktoś z nas wyobraża sobie dzisiaj życie bez telefonu komórkowego? Niepostrzeżenie stał się on dla nas narzędziem wielofunkcyjnym: aparatem fotograficznym, dostępem do internetu, skrzynki pocztowej, kalendarza. Jest dla nas kartą płatniczą i budzikiem. Na telefonie słuchamy muzyki, oglądamy filmy, czytamy książki, z telefonem uprawiamy sport i wykonujemy wiele innych aktywności.

Ale co telefon ma wspólnego z biurem? W wyniku pandemii nasza biurowa rzeczywistość przeszła rewolucję – przeniosła się do nowej ery hybrydowego modelu pracy. Niestety wylądowała w tym świecie bez przysłowiowego telefonu komórkowego – czyli platformy „all in one”, która pomogłaby zarówno pracownikom, jak i pracodawcom zarządzać nową rzeczywistością.

Hybrydowy model pracy wymaga nowych narzędzi

Połączenie pracy z biura z pracą z domu lub innej lokalizacji, które w wyniku pandemii stało się codziennością wielu firm, zmieni oblicze naszego stylu pracy w najbliższych latach. Jak wynika z globalnego badania Colliers „Exploring the post COVID-19 Workplace”, większość z nas będzie chciała w różnych proporcjach łączyć pracę z biura z pracą z domu, aby korzystać z efektu synergii w łączeniu życia zawodowego z prywatnym.

6 powodów, dla których aplikacje staną są przyszłością biur
Źródło: “Exploring the post COVID-19 Workplace”, Colliers

Nowy model zmieni sposób korzystania z biura, które od teraz będzie miejscem odwiedzanym przez nas w celu interakcji, spotkań i wymiany informacji z innymi. Nawiązując do powyższych statystyk, liczba osób odwiedzających biuro w danym czasie może zmniejszyć się nawet o połowę. W efekcie, firmy będą starały się dostosować powierzchnię biur do nowej rzeczywistości. Ten trend spowoduje, że pracę w biurze trzeba będzie dokładnie planować, rezerwując niezbędne aktywa (biurko, salka do spotkań, miejsce parkingowe). Niezbędna stanie się więc prosta aplikacja, która pozwoli pracownikom w łatwy sposób zaplanować wizytę w biurze, a pracodawcom – dostosować zasoby do nowych potrzeb.

Rosnące zapotrzebowanie na rozwiązania „all in one”

Podobnie jak wspomniane smartphony, aplikacja do planowania pracy w biurze powinna dawać pracownikowi możliwość zaplanowania wszystkich aktywności z nią związanych, w jednym miejscu. Przykładem takiego rozwiązania jest wdrożona w Colliers International aplikacja Office App, dzięki której można np. zarezerwować biurko, salkę konferencyjną, miejsce parkingowe oraz zarejestrować gościa. Dodatkowo aplikacja umożliwia również rozwiązania takie, jak: zgłoszenie usterki w biurze do systemu helpdesk, opcję Event, dzięki której pracownicy są informowani o bieżących szkoleniach i innych wydarzeniach firmowych, a także kategorię „lunch with me”, dzięki której mogą w szybki sposób umówić się na obiad ze swoimi znajomymi z pracy. Aplikacja może być zintegrowana z innymi systemami, np. systemem kontroli dostępu lub systemem parkingowym budynku, co daje nowe możliwości w kompleksowej obsłudze pracownika.

Budowanie społeczności na wagę złota

Aplikacje dla biur będą tworzone, aby ułatwić pracownikom i pracodawcom sprawne funkcjonowanie w biurze i łatwe zarządzanie nim, ale tym, co powoduje, że aplikacja zaczyna żyć, są ludzie – komunikacja, interakcja między nimi. Aplikacja powinna więc być nie tylko systemem do rezerwacji, ale przede wszystkim do komunikowania się z pracownikami i informowania ich w ciekawy sposób o tym, co dzieje się w biurze np. przy pomocy zdjęć, atrakcyjnych postów. Pracownicy powinni mieć możliwość uczestniczenia w tej komunikacji poprzez komentowanie, „lajkowanie” postów bądź umieszczanie swoich własnych wpisów. Dzięki temu, nawet poza biurem, pracownicy czują się włączeni w życie firmy, wiedzą co dzieje się w biurze i mogą aktywnie w tym biurowym życiu uczestniczyć. Sekcja „community” to namiastka social mediów, która powoduje, że pracownicy z ciekawością będą zaglądać i sprawdzać na bieżąco, co ciekawego dzieje się w firmie. Możliwość tworzenia społeczności to aspekt szczególnie ważny w modelu hybrydowym, w którym ze względu na rozproszenie pracowników budowanie wzajemnych relacji, jak i więzi z organizacją jest utrudnione.

Pokolenie ”on demand”

Dla niektórych z nas planowanie pracy w biurze przy pomocy aplikacji będzie nowym nawykiem. Pamiętajmy jednak, że nasze organizacje co roku powiększają się o kolejne szeregi młodych pracowników, którzy wychowali się już w świecie internetu i aplikacji. Dla tych osób korzystanie z narzędzia typu Office App będzie naturalne, ponieważ już teraz przy pomocy aplikacji zamawiają oni jedzenie, taksówki, loty, hotele, bilety na koncerty i do kina, wizyty lekarskie i usługi kosmetyczne. Dlaczego więc w podobny sposób nie mieliby planować swojej pracy?

Źródło cennych danych

Aplikacja do zarządzania biurem ma tę zaletę, że zbiera dane o wszystkich rezerwacjach. Dzięki temu pracodawca otrzymuje dodatkową korzyść – system generuje na bieżąco precyzyjne statystyki, w jaki sposób dana firma korzysta z biura, jaki jest wskaźnik zajętości w danym czasie i z jakich funkcjonalności pracownicy korzystają najczęściej. Jest to niezwykle cenna informacja zwrotna, która pokazuje, w jakim kierunku biuro powinno się zmieniać, jak dostosować jego wielkość i funkcje do potrzeb użytkowników. Zatem dane z aplikacji będą kreowały kształt biura przyszłości danej organizacji.

Aplikacja na dobre i złe czasy

Aplikacja Office App powstała, aby zarządzać biurem w hybrydowym modelu pracy, ale my nazywamy ją aplikacją na dobre i złe czasy, ponieważ okazała się także doskonałym narzędziem do zarządzania biurem i bezpieczeństwem pracowników w czasie pandemii. W aplikacji zaszyliśmy zasady funkcjonowania biura w czasie pandemii i oddaliśmy system w ręce użytkowników. Zaznaczyliśmy na planie biura, które stanowiska pracy są dostępne, a które nie, ile osób może korzystać z poszczególnych salek konferencyjnych. Dzięki temu, w prosty sposób zarządzamy liczbą osób w biurze, dystansem między stanowiskami pracy, a w razie przypadku zakażonego wirusem pracownika, jesteśmy w stanie szybko sprawdzić, które osoby były w danym czasie w biurze i są potencjalnie narażone na zakażenie. Aplikacje są łatwym w implementacji narzędziem, które wspiera zarówno pracowników, jak i organizacje w dostosowaniu się do nowej sytuacji. Są intuicyjne, przyjemne w użytkowaniu i oferują nowe możliwości. Możemy się więc spodziewać, że niebawem aplikacje staną się standardem naszej biurowej rzeczywistości.

Komentarz Małgorzaty Michalczyk, dyrektor ds. administracji w Colliers International

Raport Ericsson: 5G przyspieszy dematerializację przedsiębiorstw

W 2030 roku większość zadań pracowników umysłowych będzie wspomagana
lub zautomatyzowana. W pracy z domu pomoże użycie sztucznej inteligencji
i analiza danych w chmurze. Szereg przedsiębiorstw osiągnie znaczną redukcję emisji CO2 dzięki lepszemu wykorzystaniu energii odnawialnej, ograniczeniu dojazdów i podróży. Tak według raportu firmy Ericsson „Dematerializacja drogą do rentowności i zrównoważonego rozwoju” może wyglądać firma w najbliższej przyszłości.
Kluczowym czynnikiem umożliwiającym drogę ku „dematerializacji” jest rozwój łączności komórkowej piątej generacji, a sieć 5G będzie pełnić rolę platformy innowacji.

Według najnowszego raportu firmy Ericsson, prawie 7 na 10 badanych przedsiębiorstw uważa, że osiągnęło lub przekroczyło półmetek drogi ku biznesowej dematerializacji. Z kolei blisko połowa pracowników umysłowych wskazuje produktywność i rentowność jako główne korzyści z dematerializacji, a blisko 40% twierdzi to samo w odniesieniu do zrównoważonego rozwoju. Potwierdzają to również badania firmy Forrester, według których firmy wykorzystujące wiedzę cyfrową do optymalizacji produktów, usług i operacji, będą rosły co najmniej osiem razy szybciej niż światowy produkt krajowy brutto[1]. Dlatego w przyszłości będziemy świadkami większej liczby zdematerializowanych przedsiębiorstw wykorzystujących chmurę, sztuczną inteligencję i technologię mobilną, aby stać się bardziej elastycznymi.Ericsson_Future_of_Enterprises_1

„Przedsiębiorstwa przodujące w dematerializacji zdefiniowaliśmy w raporcie jako jedną trzecią wszystkich badanych firm, które odnotowały największy postęp w swoich działaniach w tym kierunku. Nie powinno dziwić, że są one bardziej zrównoważone środowiskowo, ale wykazują również wyższą rentowność, lepiej korzystają z innowacji i elastyczniej reagują na zmiany. Ankietowani menedżerowie z branży ICT są zgodni, że przedsiębiorstwa zdematerializowane, zdolne do szybkiej adaptacji do nowych potrzeb klientów, staną się normą do 2030 roku” – tłumaczy Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.

Transformacja w cyfrowej rzeczywistości

68 proc. menedżerów ankietowanych w badaniu firmy Ericsson zgadza się,
że gotowość do transformacji odegra bardzo duże znaczenie dla sukcesu firm do 2030 roku. Tyle samo respondentów uważa, że dostęp do potężnych możliwości w zakresie analizy i eksploracji danych będzie również bardzo ważny do 2030 roku.

Łączność komórkowa jest kluczowym warunkiem dematerializacji, a sieć 5G
ma być ważną platformą dla innowacji. Około 6 na 10 menedżerów zgadza się, że wykorzystanie chmury, sprzedaż oprogramowania i usług zamiast fizycznych produktów oraz korzystanie ze szkoleń i dokumentów online to kluczowe czynniki przyczyniające się do dematerializacji w ich przedsiębiorstwach.

Powierzchnie biurowe zredukowane o połowę?

Poglądy zarówno menedżerów z branży ICT, jak i pracowników umysłowych zmieniły się pod wpływem ich doświadczeń związanych z pracą zdalną. Ponad 6 na 10 pracowników przyznaje, że ich przedsiębiorstwa stały się bardziej pozytywnie nastawione do pracy zdalnej w czasie pandemii i wierzą, że te zwyczaje pozostaną w przyszłości. W rzeczywistości oczekują, że do 2030 roku prawie 60 procent pracy będzie odbywać się poza siedzibą firmy. Zmianę tę napędzają nie tylko zmieniające się oczekiwania pracowników, ale również możliwości zaoszczędzenia na powierzchni biurowej.

60 procent managerów chwali możliwości redukcji kosztów dzięki pracy zdalnej. Jednak wśród pracowników można zaobserwować lekką niepewność. Tylko 34 proc. z nich jest bardzo zadowolonych z mniejszej liczby stanowisk pracy w biurze, podczas gdy 62 proc. jest niezdecydowanych i widzi ryzyko w braku własnego i stałego miejsca w biurze. Co ciekawe, aż 43 procent managerów jest głęboko przekonanych, że do roku 2030 nie będzie w ogóle biur, ponieważ pracownicy będą pracować tylko zdalnie.

„Po długim okresie pracy zdalnej wymuszonej pandemią, pracownicy umysłowi czują, że należy dodać coś do doświadczenia pracy zdalnej, aby uczynić ją bardziej wciągającą, umożliwiając korzystanie z niektórych zalet tradycyjnego sposobu pracy. Zarówno osoby podejmujące decyzje w zakresie ICT, jak i pracownicy umysłowi widzą potrzebę wprowadzenia w przyszłości innowacyjnych narzędzi do współpracy i spotkań online” – mówi Marcin Sugak.Ericsson_Future_of_Enterprises_2

Według raportu firmy Ericsson, ponad 6 na 10 przedsiębiorstw przewiduje,
że do 2030 roku będzie korzystać z urządzeń 5G i prawie tyle samo z urządzeń AR i VR – co stanowi wzrost o ponad 50 procent w porównaniu ze stanem obecnym. Co więcej, prawie połowa wszystkich badanych pracowników umysłowych, a wśród liderów dematerializacji prawie 8 na 10, jest zainteresowana wirtualnym pulpitem, który można wyświetlić na dowolnej powierzchni, dzięki czemu każde miejsce można zamienić w stanowisko pracy. Niemal tyle samo osób interesuje się asystentem AI, który mógłby pomóc np. w wykonywaniu powtarzalnych zadań.

Polska u progu 5G

Już obecnie widzimy jak wiele startupów oraz wielkich korporacji tworzy pierwsze rozwiązania, które są zalążkiem tych futurystycznych oczekiwań. Krokiem milowym na tej drodze będzie upowszechnienie komunikacji w sieciach 5G, które dzięki dużej przepustowości łącza i praktycznie zerowym opóźnieniom otwierają przed światem nowe możliwości. Sprzęt firmy Ericsson jest gotowy do pracy w sieci 5G już od 2015 roku. Jest to możliwe dzięki aktualizacji do 5G za pomocą zdalnej instalacji oprogramowania. Do tej pory do operatorów na całym świecie wysłanych zostało ponad 5 milionów anten 5G. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G.

[1] https://go.forrester.com/press-newsroom/insights-driven-businesses-will-take-1-2-trillion-a-year-by-2020

Funt znów pokazuje siłę. Euro za 4,50 zł

Wczoraj przez moment oglądaliśmy euro za cztery i pół złotego. To ważna psychologiczna bariera, zarówno dla kupujących, jak i sprzedających. Następne dni pokażą, czy po raz kolejny kurs odbije się w tych okolicach, czy je przekroczy.

Funt znów pokazuje siłę

Wczorajsze dane z indeksów PMI pokazały, że pomimo wyjścia z Unii Europejskiej optymizm menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia nie gaśnie. W styczniu, co prawda, zgodnie z oczekiwaniami widzieliśmy spadek, ale nie do poziomu 52,9 pkt, jak oczekiwali analitycy, a do 54,1 pkt. To nie tylko lepszy poziom od oczekiwań, ale również wyraźnie przekraczający barierę 50 pkt, symbolicznie rozdzielającą rozwój od recesji. Nie może zatem dziwić, że wczoraj funt był najsilniejszy względem euro od wyjścia ze struktur unijnych. Względem złotego tak wysokich poziomów nie osiągnął, głównie przez bardzo dobrą dyspozycję rodzimej waluty w ostatnich dniach.

Lepsze dane zza oceanu

Wczorajszy odczyt z Europy, który okazał się równy oczekiwaniom, już dał spory impuls umacniający dolara. Potwierdzenie nadeszło po południu, kiedy w USA indeks PMI dla przemysłu osiągnął 59,2 pkt. To bardzo wysoki rezultat, wyraźnie wskazujący na wysoki poziom optymizmu. Jeżeli menedżerowie odpowiedzialni za zakupy patrzą w przyszłość przez różowe okulary, to jest to sygnał, że najprawdopodobniej sami trochę ten pozytywny scenariusz zrealizują. W rezultacie dolar był wczoraj na jednym z najwyższych poziomów względem euro od początku grudnia.

Rynki się uspokajają

Zawirowania na rynkach związane z niespodziewanymi ruchami na giełdach (łączonymi z nagłą aktywnością inwestorów indywidualnych) powoli zaczynają się uspokajać. Zmienność na kilku specyficznych walorach jest bardzo duża, ale cała sytuacja nie rozlewa się na inne rynki w tym rynek walut. Inwestorzy indywidualni znacznie chętniej skręcili na kryptowaluty, co biorąc pod uwagę płynność na tych walorach ma znacznie większy sens, jeżeli mają na celu windowanie cen w górę. Efektem tego uspokojenia jest napływ kapitałów do walut państw rozwijających się, w tym Polski. Jest to jeden z powodów ostatniego umocnienia się złotego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów. 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Złoty coraz mocniejszy. Czy sprowokuje NBP do interwencji?

Polska waluta już czwarty dzień z rzędu zyskuje na wartości. W relacji ze złotym zauważalnie tanieją m.in. frank szwajcarski i euro, a taki trend nie jest po myśli NBP. Czy zatem znów dojdzie do tzw. interwencji walutowej, aby osłabić siłę złotego? Jutro posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej.

Kurs euro pierwszy raz od czterech tygodni osuwa się do bariery 4,50 zł. Kurs franka z kolei oddalił się o blisko 2 proc. od wierzchołka z ubiegłego tygodnia, zbliżając się w stronę 4,15 zł.

Na początku lutego dochodzi tym samym do pierwszego poważnego testu tolerancji Rady Polityki Pieniężnej. Dlaczego? Przypomnijmy, że w grudniu NBP zdecydował się na poważną interwencję walutową. Na wielką skalę skupował waluty obce, przez co złoty sporo stracił na wartości.

Adam Glapiński, prezes RPP, wyjaśniał później, że skala grudniowej interwencja była tak znacząca, że nie dało się jej porównać z żadną z podejmowanych wcześniej przez Narodowy Bank Polski. Zapowiadał przy tym, że NBP jest przygotowany na kolejne, jeszcze większe zakupy walut obcych, gdy będzie to „korzystne dla złotego i polskich przedsiębiorców”. Czy właśnie nastał moment, by zrealizować zapowiedź?

– Najprawdopodobniej jeszcze nie, ale należy pamiętać, że podstawowym ograniczeniem NBP w tym zakresie jest wyłącznie kwestia woli. Na dodatek jutro odbędzie się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, więc jest to idealna okazja, by przypomnieć preferencję, żeby złoty był słabszy, oraz gotowość do dokonania obniżki stóp procentowych. Zakładamy jednak, że do niej nie dojdzie – przekonuje Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

W uzasadnieniu wymienia mocne dane o PKB Polski w 2020 r. – spadek o 2,8 proc., co było wynikiem lepszym od prognoz NBP, oraz najnowszy odczyt wskaźnika PMI, który potwierdził dość dobry stan polskiego przemysłu. W 2021 r. PKB Polski ma wzrosnąć nawet o ponad 4 proc. Kolejnym argumentem przeciwko obniżce stóp procentowych – według analityka Cinkciarz.pl – może być fakt stopniowego znoszenia obostrzeń w polskiej gospodarce.

– Do cięcia stóp procentowych nie powinno zatem dojść, ale ewentualność wprowadzenia takiego scenariusza może w pierwszym kwartale 2020 r. pełnić rolę „straszaka” hamującego spadki EUR/PLN. Czego można się spodziewać po jutrzejszym posiedzeniu RPP? Pierwszym wyborem najprawdopodobniej będzie próba werbalnego zatrzymania umocnienia złotego poprzez treść komunikatu. Możemy to także usłyszeć w piątkowym nagraniu zawierającym odpowiedzi prezesa NBP na niektóre pytania dziennikarzy. Dopiero, gdy takie zabiegi okazałyby się nieskuteczne, a równocześnie kurs EUR/PLN nadal by spadał, już w kierunku 4,45, to dopiero wtedy bank centralny może przejść do czynów – podsumowuje Bartosz Sawicki.

CPK: rozpoczęły się prace w terenie

Spółka Centralny Port Komunikacyjny podpisała umowę z Konsultantem ds. badań terenu na obszarze przyszłego portu lotniczego. To kolejne działania w terenie podejmowane przez spółkę.

Budowa nowego lotniska to wieloetapowy i wieloletni proces, którego początek wyznaczają analizy środowiskowe i terenowe. Przed wbiciem „pierwszej łopaty” trzeba dokładnie zbadać charakterystykę obszaru przyszłej inwestycji pod kątem środowiska naturalnego, ukształtowania terenu czy warunków hydrologicznych. W większości przypadków ten proces trwa latami.

Robimy wszystko, żeby niezbędne działania zrealizować w jak najkrótszym czasie. Tam, gdzie można, różne realizacje prowadzimy równolegle. Umowa z konsultantem ds. badań terenu z jednej strony te czynności przyspiesza, ale także sprawia, że inwestycja będzie przygotowana na najwyższym poziomie – mówi Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

W ubiegłym roku rozpoczęła się pierwsza część działań terenowo-środowiskowych. Pracę rozpoczął Konsultant ds. środowiska, którego rolą jest przeprowadzenie analiz środowiskowych dotyczących węzła CPK. Do końca 2021 r. realizująca te prace firma Arup Polska zobowiązała się do wykonania tzw. inwentaryzacji stanu zerowego środowiska wraz z przedłożeniem i zatwierdzeniem raportów z badań stanu środowiska.

Podpisana z Multiconsult Polska umowa dotyczy wsparcia technicznego przez Konsultanta ds. badań terenu. To kolejny etap działań w tzw. regionie lotniskowym. W zakres działań wchodzą analizy przestrzenne terenu oraz podłoża gruntowego i posłużą one do stworzenia Master Planu oraz dokumentacji przedprojektowej dla CPK. Powierzchnia obszaru wskazanego do analiz wstępnych wynosi około 75 km2, zaś dla badań przygotowawczych – około 35 km2. Badania hydrogeologiczne i pomiary fotogrametryczne będą realizowane na obszarze około 157 km2.

Ważną częścią umowy jest analiza możliwości zastosowania rozwiązań geotermalnych (geotermii nisko- i średniotemperaturowej). Zgodnie z założeniami budowa Portu Solidarność ma być realizowana w oparciu o zasady zrównoważonego rozwoju, z wykorzystaniem odnawialnych źródeł energii (OZE).

Liczymy na efektywną współpracę. Wykonawca zna skalę wyzwań, które przed nim stoją. Zna nasze wymagania i standardy pracy. Współpracujemy już z firmą Multiconsult przy inwentaryzacjach środowiskowych dla inwestycji kolejowych. Obecna umowa będzie jednak wymagać znacznie większego zaangażowania oraz stałej koordynacji działań z pracami CPK w ramach tzw. zespołów zintegrowanych. Ten sposób prowadzenia inwestycji nie był dotąd praktykowany przez inwestorów publicznych w Polsce. Stanowi więc wyzwanie nawet dla tak doświadczonych firm jak Multiconsult – mówi Mikołaj Wild, prezes spółki CPK.

Analizy zostaną przeprowadzone w dwóch etapach, które trwać będą – odpowiednio – 6 i 12 miesięcy. Pierwszy etap obejmie m.in. badania wstępne, w tym analizę materiałów archiwalnych, ocenę istniejącego stanu obiektów budowlanych, projekt robót geologicznych dla dokumentacji hydrogeologicznej czy geodezyjne pomiary fotogrametryczne. W drugim etapie specjaliści wykonają na potrzeby CPK m.in.: badania geotechniczne i geofizyczne czy prace archeologiczne powierzchniowe, sondażowe i wykopaliskowe.

Od precyzji wykonania prac terenowych zależy jakość realizacji całej inwestycji. Dlatego przykładamy bardzo dużą wagę do tego etapu – mówi Paweł Zysk, Menadżer ds. Badań Przestrzennych Terenu w spółce CPK. – Konsultant będzie zajmować się bardzo newralgicznymi sprawami, takimi jak rozpoznanie saperskie i usuwanie niewybuchów czy inwentaryzacja obiektów niebezpiecznych. Dlatego nasza współpraca obejmuje okres 1,5 roku.

Umowa podpisana przez CPK ze spółką Multiconsult Polska przewiduje współpracę Konsultanta ds. badań terenu z innymi Konsultantami w ramach Zintegrowanego Zespołu Projektowego. Wyniki prac na poszczególnych etapach przygotowania realizacji inwestycji będą bardzo istotne dla przebiegu całości prac związanych z planowaniem i projektowaniem CPK.

Wartość kontraktu wynikającego z umowy podpisanej 21 stycznia 2021 r. między spółką CPK a spółką Multiconsult Polska to 29,9 mln zł netto. Umowa została zawarta na 18 miesięcy.

Rozpoznając wniosek podatnika, organ naruszył zasady praworządności i prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie

Podejmowane wobec przedsiębiorców działania administracji skarbowej powinny być zgodne z prawem, a nawet, wedle deklaracji fiskusa, przyjazne dla tych przedsiębiorców. Tak wynika chociażby ze stworzonego specjalnie dla firm „Prawa przedsiębiorców” czy ustaw podatkowych, w oparciu o regulacje których organy funkcjonują. Niestety to wciąż wizja utopijna.

Przedsiębiorca wystąpił o wydanie interpretacji przepisów w zakresie opodatkowania CIT swojej działalności. Fiskus uznał jego stanowisko za nieprawidłowe. Interpretację organu uchylił sąd, bo wydając niekorzystne dla przedsiębiorcy rozstrzygnięcie, Dyrektor KIS pomijał istotne, wykazane przez tego przedsiębiorcę elementy stanu faktycznego, czynił własne ustalenia i wysnuwał w sposób nieuprawniony domniemania, naruszając tym samym zasady praworządności i prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie do organów podatkowych.

Usługi o charakterze długoterminowym i cykliczne fakturowanie ich częściowego wykonania

Będący podmiotem leczniczym szpital kliniczny jest podatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych i zarejestrowanym czynnym podatnikiem VAT, w przeważającej, 98% swojej działalności, wykonującym kontrakty na świadczenia medyczne w ramach NFZ. Ponadto realizuje też usługi badań klinicznych, a stronami umów o realizację tych badań są: a) szpital, b) sponsor – firma odpowiedzialna za podjęcie, prowadzenie i finansowanie badania lub podmiot działający na zlecenie tej firmy oraz c) główny badacz – lekarz posiadający właściwe kwalifikacje, doświadczenie i wiedzę, niezbędne do przeprowadzenia badania klinicznego.

Jedno badanie nie ma stricte określonych górnych ram czasowych. Może trwać od roku nawet do kilkunastu lat. Dlatego też do momentu jego zakończenia sponsor przyjmuje częściowo spełnioną usługę. Strony uzgodniły, że zasadniczo co trzy miesiące (lub w innych okresach np. co sześć miesięcy) strony przystąpią do procedury odbioru części usługi i kalkulacji wynagrodzenia dla szpitala i głównego badacza. Wynagrodzenie szpitala kalkulowane jest proporcjonalnie do liczby wizyt odbytych przez pacjentów w ustalonym okresie (3- lub 6-miesięcznym lub innym). Za dzień finalnego zatwierdzenia przedstawionego przez siebie do rozliczenia zestawienia wykonanych w danej części usług szpital przyjmuje dzień przyjęcia, odbioru przez sponsora częściowego wykonania usługi, nawet jeżeli dzień ten jest dniem późniejszym, niż wynika to z umowy. Szpital wystawia wówczas fakturę z tytułu częściowego wykonania usług. W momencie zakończenia badania klinicznego szpital fakturuje ostatnią część wykonanej usługi.

Szpital wystąpił do Dyrektora KIS z wnioskiem o wydanie interpretacji, czy prawidłowo rozpoznaje moment osiągnięcia przychodów z działalności gospodarczej z tytułu częściowego wykonania usługi badań klinicznych w dniu odbioru częściowego wykonania usługi przez sponsora, a także w dniu zakończenia badań, zgodnie z opisanym wyżej stanem faktycznym.

Zdaniem organu nie ustalenia stron, a wykonanie czynności decyduje o powstaniu obowiązku podatkowego

W wydanej 16 czerwca 2020 r. interpretacji Dyrektor KIS uznał stanowisko szpitala za nieprawidłowe. W jego opinii akceptowanie przez odbiorcę części wykonanych na jego zlecenie usług, jak i ustalenie przez strony częściowej wypłaty wynagrodzenia z tego tytułu nie można uznać za usługę zrealizowaną. Są to bowiem jedynie czynności podejmowane przez strony w ramach wzajemnych rozliczeń w wykonaniu kontraktu, nie wpływające na jego kształt ani fakt jego rzeczywistego wykonania. Zdaniem organu podatkowego o realizacji usługi decyduje dokonanie przez usługodawcę określonych w umowie czynności, a nie okoliczność jej rozliczenia z usługobiorcą. Zatem momentem powstania po stronie szpitala przychodu będzie dzień, w którym dana część usługi, dla której określono zapłatę, zostanie wykonana, a nie dzień jej akceptacji i odbioru przez zleceniodawcę. Szpital powinien więc rozpoznawać przychód każdego dnia, gdy zrealizuje wizyty pacjentów.

Szpital zaskarżył tę interpretację. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku wskazał, że składając wniosek o wydanie interpretacji, wnioskodawca zobowiązany jest przedstawić wyczerpująco stan faktyczny, a organ opisem tego stanu jest związany. Analizując wniesioną skargę, przychylił się do zarzutu szpitala, że organ podatkowy, choć zacytował w swojej interpretacji opis stanu faktycznego przedstawiony przez szpital, jednak w praktyce nie uwzględnił w procesie jej wydania istotnych jego okoliczności. Tą istotną okolicznością było powiązanie wynagrodzenia dla wnioskodawcy oraz głównego badacza z liczbą badań klinicznych, których procedura została zweryfikowana i zatwierdzona. Stanowisko organu, że odbiór usługi przez zleceniodawcę nie wpływa na kształt usługi i moment jej rzeczywistego zrealizowania, nie uwzględnia opisu stanu faktycznego zaprezentowanego przez szpital we wniosku o wydanie interpretacji. WSA uchylił zaskarżoną przez szpital interpretację indywidualną Dyrektora KIS, bo jak orzekł:

„W przedmiotowej sprawie zaskarżona do Sądu interpretacja narusza zasady praworządności i prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie do organu. Świadczą o tym wskazane wyżej nieprawidłowości tj. poczynienie własnych ustaleń co do niektórych elementów stanu faktycznego, poczynione domniemania, pominięcie istotnych elementów stanu faktycznego” (wyrok z 17 listopada 2020 r., sygn. akt I SA/Gd 772/20).

Podsumowanie

Dla skarbówki nie ma znaczenia, czy przedsiębiorcą jest importer paliwa, handlarz stalą, sprzedawca z kiosku czy szpital. Każdy, kto osiąga w kraju przychody z działalności gospodarczej, musi płacić daninę na rzecz fiskusa, i to na jego warunkach. Teorie o przyjaznej dla podatnika administracji skarbowej czy rozstrzyganiu przez nią wątpliwości interpretacyjnych prawa podatkowego na korzyść przedsiębiorców w obliczu ochrony słusznych interesów Skarbu Państwa wydają się więc nadal utopijną mrzonką.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kłopotliwy spadek po PRL. Jak rząd rozwiązuje problem książeczek mieszkaniowych?

Miliony Polaków oszczędzających na książeczkach mieszkaniowych zostało nabitych w butelkę. Szacuje się, że mogli stracić nawet kilkadziesiąt miliardów dzisiejszych złotych! Jaką obecnie mają wartość książeczki mieszkaniowe i do czego można je wykorzystać?

63 lata temu rząd wydał słynną uchwałę nr 65 „w sprawie zapewnienia realnej wartości wkładów na mieszkaniowych książeczkach oszczędnościowych Powszechnej Kasy Oszczędności”. Od 1958 r. oszczędzającym zaczęto wypłacać premię gwarancyjną, dzięki której mieli mieć pewność, że realną wartość zachowa wkład do wysokości 50% kosztów budowy lub uzyskania mieszkania o powierzchni 85 m kw. Sposób waloryzacji był prosty: na ile metrów mieszkania lub domu zaoszczędziłeś w danym roku, na tyle mogłeś liczyć w momencie likwidacji książeczki mieszkaniowej w ramach premii gwarancyjnej.Książeczki mieszkaniowe

W dużych miastach Polacy musieli oszczędzać w ten sposób na spółdzielcze mieszkanie lokatorskie lub własnościowe, bo na zakup mieszkania na zasadach komercyjnych mało kogo było stać. Niestety, z czasem system oszczędzania zamienił się w piramidę finansową, która w 1989 r. ostatecznie runęła wraz ze zmianą ustroju. Na lodzie pozostało kilka milionów posiadaczy książeczek mieszkaniowych, często z zawinkulowanym wkładem, co oznaczało, że zgromadzili 10-20% wymaganych przez spółdzielnie kosztów budowy mieszkania. Wskutek hiperinflacji, która w latach 1989–1990 osiągnęła poziom 1 395%, a potem denominacji, oszczędności gromadzone w latach 70. czy 80. były niewiele warte.

W obronie posiadaczy książeczek stanął rzecznik praw obywatelskich. Na jego wniosek w 1993 r. Sąd Najwyższy wydał uchwałę (III CZP 58/93), w której stwierdził, że wkład na książeczce mieszkaniowej i premia gwarancyjna nie podlegają waloryzacji na podstawie art. 358§ 3 k.c. Innymi słowy, pokrzywdzeni mają zamkniętą drogę sądową. O waloryzacji premii gwarancyjnej ma zaś decydować państwo.

Sędziowie wzięli też pod uwagę stan jego finansów. W tym czasie w rękach Polaków było ok. 5 mln książeczek mieszkaniowych. Pełna waloryzacja premii gwarancyjnej, choć rozłożona w czasie, miałaby kosztować budżet 50-80 bln zł, a po denominacji – ok. 5-8 mld zł (po obecnych cenach – kilka razy więcej). W końcówce 1993 r. GUS-owski wskaźnik ceny 1 m kw., który jest stosowany do obliczania premii gwarancyjnej, wynosił 7,5 mln zł (750 zł), zaś obecnie ok. 5 tys. zł.

Jak rządy w III RP próbowały rozwiązać ten problem? Np. w latach 1990-1995. posiadacze książeczek, którzy brali sprawy mieszkaniowe we własne ręce, mogli uzyskać rekompensatę o równowartości ceny 5 m kw. mieszkania.Książeczki mieszkaniowe 2

Od 1996 r. kwestię waloryzacji i wypłaty premii gwarancyjnej reguluje ustawa „o pomocy państwa w spłacie niektórych kredytów mieszkaniowych, udzielaniu premii gwarancyjnych oraz refundacji bankom wypłaconych premii gwarancyjnych oraz niektórych innych ustaw” (aktualny tekst tej ustawy).

Obecnie ta kwestia nie budzi już takich emocji jak 30 lat temu, choć w posiadaniu Polaków może być jeszcze milion książeczek założonych przed 24 października 1990 r. Rząd podaje, że wartość zgromadzonych na nich wkładów wraz z premią gwarancyjną sięga pół miliarda złotych.

Posiadacze książeczek już nie liczą na obiecaną im w PRL waloryzację. Chcą jedynie odzyskać swoje pieniądze wraz z premią gwarancyjną, której wysokość wynosi obecnie ok. 10,2 tys. zł. Jednak, żeby ją uzyskać, muszą najpierw zrealizować jeden z celów mieszkaniowych, które określa ustawa. Dobra wiadomość jest taka, że jej najnowsza nowelizacja, która weszła w życie 19 stycznia 2021 r., znacznie rozszerzyła katalog tych celów.

Właściciele książeczek mieszkaniowych dostaną premię gwarancyjną w przypadku m.in.:

  • zakupu mieszkania lub budowy domu (także w trakcie realizacji inwestycji);
  • uzyskaniu odrębnej własności lokalu mieszkalnego powstałego w drodze przebudowy, nadbudowy lub rozbudowy budynku mieszkalnego bądź pomieszczeń niemieszkalnych;
  • wpłaceniu za okres 12 miesięcy składek na fundusz remontowy wspólnoty lub spółdzielni mieszkaniowej;
  • zaciągnięcia kredytu na dom lub mieszkanie (pieniądze są doliczane do wkładu własnego);
  • wpłaceniu kaucji za mieszkanie najęte od towarzystwa budownictwa społecznego w wysokości przekraczającej 3 proc. wartości odtworzeniowej lokalu;
  • zakupu ułamkowej części (minimum ¼ udziału) mieszkania spółdzielczego o statusie własnościowym lub domu w spółdzielni;
  • zakupu ułamkowej części (minimum ¼ udziału) mieszkania stanowiącego odrębną własność lub domu;
  • zawarciu umowy najmu instytucjonalnego z dojściem do własności – premia byłaby wypłacana po 12 miesiącach od zawarcia takiej umowy, a wpłata na poczet wykupu mieszkania musiałby przekroczyć 3% wartości odtworzeniowej lokalu (tego typu umowy oferuje najemcom Fundusz Mieszkań dla Rozwoju w ramach programu Mieszkanie Plus);
  • ponoszeniu przez co najmniej 5 lat opłat z tytułu przekształcenia prawa użytkowania wieczystego gruntu w prawo własności;
  • wymianie okien (co najmniej dwóch, jeśli w mieszkaniu jest więcej niż jedno) oraz montażu, wymiany lub modernizacji instalacji gazowej, elektrycznej lub wodno-kanalizacyjnej;
  • realizacji przedsięwzięcia termomodernizacyjnego (np. ocieplenie domu czy wymiany urządzenia grzewczego), przy czym wydatki na materiały budowlane, urządzenia lub usługi muszą wynieść co najmniej 6 tys. zł.

Książeczki mieszkaniowe 3

Ponadto rząd postanowił zbadać, ile faktycznie jest książeczek mieszkaniowych. Dlatego ustawa zobowiązała ich posiadaczy do zarejestrowania się w PKO BP. Warto to zrobić w tym lub przyszłym roku. Osoby rejestrujące książeczki po 1 stycznia 2023 r. będą bowiem mogły ubiegać się o premię gwarancyjną dopiero „w roku następującym po rejestracji książeczki”, czyli najwcześniej w 2024.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

Pitch decki – perspektywa venture capital i startupów

Pitch decki są niezmiennie kluczowym narzędziem do komunikacji pomiędzy start-upami a inwestorami. Wciąż jednak pojawiają się w nich jednak fundamentalne błędy, które utrudniają zdobycie finansowania. Fundusz Czysta3.VC postanowił zbadać oczekiwania obu stron, tworząc jeden z największych polskich raportów w tym zakresie.

Zespół przeprowadził badanie ankietowe, na które odpowiedzi udzieliło 90 respondentów: 61 przedstawicieli startupów z różnych branż i 29 przedstawicieli funduszy venture capital o zdywersyfikowanej wielkości kapitału.

– Głównym celem badania była próba zidentyfikowania różnic pomiędzy tym, co sądzą start-upowcy i przedstawiciele branży VC. Z jednej strony wiele danych się pokrywa, co cieszy, bo oznacza, że ekosystem się systematycznie rozwija i profesjonalizuje, z drugiej natomiast wciąż pojawiają się pewne rozbieżności, które mogą zaważyć na zaproszeniu do pierwszych rozmów, więc warto nad tym pracować – tłumaczy Szymon Janiak, co-founder i managing director Czysta3.VC. Za największy błąd w deckach wciąż uchodzi brak odniesienia pomysłu do kontekstu biznesowego oraz sposobu na pozyskanie klientów – wątpliwość w odniesieniu do komercjalizacji często przekreśla projekt w oczach funduszu – dodaje.

Jak wynika z raportu – aspirujący do pozyskania finansowania przedsiębiorcy powinni poświęcić więcej uwagi konkretnemu opisowi problemu, który chcą rozwiązać. Zdaniem respondentów, warto uzupełnić go o dostępne dane rynkowe i analizy. Inwestorzy poszukują w pitch deckach nie tylko innowacyjnego pomysłu, ale przede wszystkim pewności, że proponowane rozwiązanie biznesowe odpowiada na realną potrzebę rynkową i przyniesie zamierzone zyski w przyszłości.

– Deck pełni dwie role. Jest wizytówką zespołu, przesłanką dla odbiorców wskazującą, że zespół „ogarnia” podstawowe kwestie. Główną jego rolą jest ułatwienie inwestorom zrozumienie wartości i nabrania przekonania, że autorzy mają dużą szansę zbudować skalę i trwale rentowny biznes za dostępne startupom środki. Pominięcie mocnego projektu ze słabym deckiem jest porażką – nie tylko founderów, ale i funduszu – wskazuje Michał Olszewski, partner w Movens Capital.

Oczywistym jest, że merytoryczna, przemyślana i spójna treść pitch decka ma największe znaczenie, jednak – zdaniem respondentów obu grup – jego forma graficzna także wpływa na ocenę i odbiór pomysłu (to opinia 97% badanych z grupy startupy i 93% badanych z grupy venture capital). Projekt pitch decka powinien przede wszystkim pomagać w zrozumieniu konceptu biznesowego.

Z odpowiedzi badanych z obu grup wynika także, że informacje dotyczące pomysłu na biznes lub jego kolejny etap rozwoju, powinny zostać zawarte na 11 do 20 slajdów. Co ciekawe, większość respondentów w obu grupach uznała, że powinny być one być przygotowane w języku angielskim.

Dla funduszy bardzo istotne jest, aby prezentacja zawierała informacje na temat zrealizowanych dotychczas celów oraz obecnego etapu rozwoju przedsiębiorstwa. Właściciele firm uznali natomiast, iż jest to średnio ważny element pitch decka. Dla instytucji finansującej przedsięwzięcie, jest to rzeczywiście istotny sygnał zwrotny mówiący zarówno o determinacji i potencjale founderów, efektywności ich dotychczasowych działań, jak i o pierwszych informacjach płynących z rynku na temat proof of concept biznesu – stwierdza Mateusz Oleksiuk, CEO LESS_.

Ciekawym wątkiem poruszonym w badaniu jest kwestia wysyłki pitch decka do potencjalnych inwestorów. Większość badanych w obu grupach wskazuje na brak efektywności tzw. cold mailingu, czyli wysyłki wiadomość do wielu funduszy z zaproszeniem do zapoznania się z załączonym pitch deckiem. Respondenci reprezentujący grupę startupów zapytani o najbardziej skuteczny sposób dotarcia do danego inwestora, wskazują na siłę rekomendacji i tzw. warm intro. Zdaniem badanych, przy bezpośrednim kontakcie z funduszami, dużą wartość stanowi wskazanie, dlaczego przedsiębiorca ubiega o tę współpracę (innymi słowy, dlaczego wybrał właśnie ten fundusz). Przedstawiciele venture capital cenią także, gdy już w samej wiadomości zawarte zostaną najistotniejsze informacje o pomyśle, w sposób zachęcający do jego głębszego poznania.

– Eksplozja przedsiębiorczości technologicznej w ciągu ostatniej dekady, spowodowała że wielu founderów i inwestorów zaczęło skrupulatnie dokumentować tajniki branży. Fraza “How to design a pitch deck” posiada ~ 28 milionów wyników wyszukiwania. W sieci, każdy founder znajdzie przykłady pitch decków znanych firm, z każdego etapu, na którym zbierały finansowanie. Spore grono inwestorów dzieli się wskazówkami, na co zwrócić uwagę w rozmowie z inwestorem. Analizując wyniki ankiety widać, że ta wiedza została już przyswojona. Founderzy i inwestorzy rozmawiają tym samym językiem – modeli biznesowych, sprzedaży, segmentów i zespołów – podsumowuje Marcin Szeląg, partner w Innovation Nest.

Spowolnienie na rynku biurowym w Polsce jest widoczne, ale krótkotrwałe

Rok 2020 był trudnym i pełnym wyzwań rokiem dla sektora biurowego w Polsce. Spodziewane od początku pandemii COVID-19 spowolnienie na rynku biurowym jest widoczne, przy czym wydaje się, że nie będzie ono miało charakteru długotrwałego. W miastach regionalnych nie tylko deweloperzy, ale również najemcy ostrożniej podejmowali decyzje, co znalazło swoje odzwierciedlenie w wolumenie podpisanych umów najmu. Zakontraktowane 580 000 m kw. było wynikiem gorszym o ponad 100 000 m kw. w porównaniu do 2019 r.

Na koniec grudnia 2020 r. całkowite zasoby biurowe na ośmiu największych rynkach regionalnych (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Łódź, Poznań, Szczecin, Lublin) osiągnęły niemal 5,8 mln m kw. Kraków z 1,55 mln m kw. powierzchni biurowej (27% całkowitego wolumenu biur istniejących w regionach) niezmiennie pozostaje liderem pod tym względem. Wrocław, który kolejny raz znalazł się na drugim miejscu, może pochwalić się stokiem biurowym o powierzchni ponad 1,2 mln m kw. Natomiast wielkość zasobów istniejącej powierzchni biurowej w pozostałych sześciu miastach regionalnych waha się od ponad 183 tys. m kw. w Szczecinie i Lublinie do prawie 900 tys. m kw. w Trójmieście.

W 2020 r. oddano do użytkowania 37 nowych projektów biurowych o łącznej powierzchni 393 300 m kw., co stanowi tylko około 70% w porównaniu do ilości powierzchni dostarczonej na rynki regionalne w 2019 r. Najwięcej nowej podaży w 2020 r. – 140 700 m kw. (36% wolumenu nowej podaży) przypadło na rynek krakowski, gdzie największym projektem dostarczonym na rynek był biurowiec High 5ive 4, o powierzchni 23 500 m kw., oddany do użytkowania w I kwartale 2020 r. Drugim rynkiem pod względem nowej podaży w 2020 r. są Katowice, z ponad 61 300 m kw. nowej powierzchni. Sektor biurowy w tym mieście powiększył się o cztery obiekty, z których największe to budynki A i B kompleksu Face2Face, o powierzchni odpowiednio: 26 200 m kw. i 19 600 m kw. Rynek w Trójmieście z nowo dostarczonymi 60 300 m kw. uplasował się na trzeciej pozycji, gdzie w ręce najemców zostało oddanych sześć nowych projektów. Do największych zaliczamy m.in. Olivia Prime B, z 25 000 m kw. powierzchni i biurowiec Wave A, którego powierzchnia najmu wynosi 23 600 m kw. Rynek wrocławski uplasował się zaraz za podium, z powierzchnią nieznacznie tylko mniejszą, niż ta dostarczona w Trójmieście. Cztery nowe projekty we Wrocławiu dały w sumie ponad 58 000 m kw. nowej powierzchni, z czego największym projektem było Centrum Południe (23 700 m kw.). Z pozostałych rynków regionalnych na uwagę zasługuje rynek łódzki, który w 2020 r. powiększył się o prawie 51 000 m kw. nowej powierzchni. Widoczne spowolnienie pod względem nowej podaży w 2020 r. odnotowały najmniejsze rynki biurowe w Polsce: w Lublinie nie oddano do użytku ani jednego projektu, a w Szczecinie zaledwie jeden o powierzchni 3 400 m kw.

Niepewna sytuacja rynkowa nie wpłynęła negatywnie na rozpoczęte już inwestycje, które są realizowane zgodnie z harmonogramem. Deweloperzy kontynuują trwające prace budowlane, ale decyzje o rozpoczęciu nowych inwestycji są często przesuwane w czasie. Ponadto, kilka inwestycji zostało tymczasowo wstrzymanych, a ich wznowienie planowane na kolejne miesiące, jest uzależnione od rozwoju sytuacji pandemicznej w kraju. W perspektywie 12 miesięcy najdynamiczniej będą rosły rynki: katowicki, krakowski oraz trójmiejski. Ten ostatni rynek małymi krokami zbliża się do przekroczenia pułapu 1 mln m kw. istniejących zasobów biurowych. Do największych realizowanych inwestycji poza Warszawą należą: kompleks Global Office Park firmy Cavatina (55 100 m kw.) i .KTW II firmy TDJ Estate (42 000 m kw.) realizowane w Katowicach, Ten Office Buma A1 (12 700 m kw.) i Teritium Business Park III (12 500 m kw.), obie inwestycje w Krakowie i obie realizowane przez Buma oraz wrocławski biurowiec MidPoint 71 (36 900 m kw.) firmy Echo Investment.

Rosnąca liczba ofert podnajmów jest obecnie jedną z najbardziej widocznych konsekwencji pandemii na rynku biurowym w Polsce. Na koniec roku na rynkach regionalnych wolumen powierzchni oferowanej na podnajem osiągnął około 150 000 m kw. Wśród rynków regionalnych największy wybór przestrzeni na podnajem oferują firmy we Wrocławiu, Krakowie i Trójmieście. Dzięki temu rozwiązaniu, najemcy różnych branż mają możliwość wynajęcia biura na krótszy okres i w atrakcyjniejszej cenie, niż w przypadku tradycyjnej umowy najmu. Umowy podnajmu wiążą się jednak z ograniczonymi możliwościami zmiany aranżacji lub nietypowymi okresami najmu, co z drugiej strony może powstrzymywać firmy przed wyborem takiej opcji.

Wraz z rozpowszechnieniem się elastycznego modelu pracy zyskaliśmy pewność, że biura pozostaną niezbędnym elementem dla funkcjonowania firm. Po wielu miesiącach pracy zdalnej, utrzymanie maksymalnej wydajności jest wyzwaniem. Potrzebujemy ciągłej wymiany informacji z innymi ludźmi, codziennej ludzkiej interakcji oraz miejsca profesjonalnie przystosowanego do pracy. Dlatego biuro zawsze będzie punktem centralnym każdej firmy. Jednak można oczekiwać, że najemcy będą wymagać większej elastyczności, co do okresu najmu oraz zajmowanej powierzchni jak i opcji podnajęcia zajmowanej powierzchni biurowej – Mikołaj Laskowski, Head of Office Agency w BNP Paribas Real Estate Poland

Wskutek pandemii całkowity wolumen popytu w 2020 r. na rynkach regionalnych był niższy tylko o ok. 16% r-d-r. Zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w okresie od stycznia do grudnia 2020 r. sięgnęło 582 200 m kw., co biorąc pod uwagę sytuację pandemiczną jest dobrym wynikiem. W 2020 r. trzy rynki regionalne (poznański, łódzki i wrocławski) odnotowały wzrost popytu brutto, z czego rynek poznański zanotował wzrost popytu brutto aż o 55% w stosunku do 2019 r. Pozostałe rynki zanotowały spadki, a największy dotyczył rynku krakowskiego (o około 40% w stosunku do rezultatu uzyskanego w 2019 r.).

W 2020 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom: 47% (włączając umowy przednajmu). Renegocjacje i przedłużenia obowiązujących kontraktów odpowiadały za 38% zarejestrowanego popytu, ekspansje za 13%, a 2% stanowiły umowy na potrzeby własne właścicieli nieruchomości. Rekordową w 2020 r. była umowa przednajmu Allegro, który wynajął 26 000 m kw. powierzchni w biurowcu Nowy Rynek D1 w Poznaniu. Największą umową odnowienia była z kolei umowa firmy ABB, opiewająca na 20 000 m kw. w biurowcu Axis. Najwyższą aktywność najemców zarejestrował sektor IT, który w całym 2020 r. odpowiadał za ponad 41% zrealizowanego popytu brutto. Firmy z tego sektora podpisały również znaczące umowy najmu. Do największych z nich (oprócz wspomnianej wcześniej umowy Allegro) zalicza się: umowę przednajmu Fujitsu na 16 300 m kw. w Technology Solutions w Fuzji w Łodzi oraz nową umowę poufnego najemcy na 14 500 m kw. w Tertium Business Park C w Krakowie.

Na koniec czwartego kwartału 2020 r na ośmiu głównych rynkach regionalnych do wynajęcia od zaraz pozostawało prawie 736 600 m kw. powierzchni biurowej, czego wynikiem jest stopa pustostanu na poziomie 12,7% (wzrost o 0,8 p.p. kw./kw. oraz wzrost o 3.1 p.p. w porównaniu do końca 2019 roku). Najwyższy współczynnik pustostanów odnotowano w Łodzi – 16,4 %, najniższy w Szczecinie – 6,9%.

Ostatnie 3 lata na regionalnych rynkach biurowych odznaczały się rekordową aktywnością najemców i przyzwyczaiły nas do dobrych wyników. Ostatni rok przyniósł spowolnienie, jednak wydaje się, że jego skutki nie muszą mieć charakteru długotrwałego. W zależności od dalszej sytuacji zdrowotnej, tempa szczepień, działań i restrykcji rządowych oraz zmieniających się preferencji najemców sytuacja na rynku może się zmienić. Kolejne miesiące przyniosą odpowiedź na najbardziej nurtujące wszystkich pytanie: jak zachowa się rynek w 2021 r. – Klaudia Okoń, Consultant, Research and Consultancy Department, BNP Paribas Real Estate Poland

Szkolenia z zarządzania projektami

Inprogress to jeden z liderów branży szkoleniowej w Polsce. Oferuje akredytowane szkolenia z zarządzania projektami takie jak PRINCE2®, AgilePM®, Change Management czy autorskie szkolenie z Podstaw Zarządzania Projektami. W poniższym artykule przedstawiamy pokrótce metodyki oraz zakres wymienionych szkoleń.

PRINCE2®

Najpopularniejsza metodyka zarządzania projektami czyli PRINCE2 jest stosowana od 1989 roku. Na jej powstanie złożyło się tysiące zrealizowanych dobrze projektów i doświadczenie specjalistów z Wielkiej Brytanii (trenerów specjalizujących się w zarządzaniu, kierowników projektów, konsultantów, studentów i zespołów projektowych). Celem powstania PRINCE2 była maksymalizacja szans na realizację projektu który ma jakiś element niepewności. Metodyka ta pokazuje, że można podzielić projekt na mniejsze procesy oraz podać definicję działań zarządczych i administracyjnych które wykonywane są w ramach danego przedsięwzięcia. PRINCE2 charakteryzuje porządek i formalność przy jednoczesnym zachowaniu elastyczności. Odpowiada na pytania jakie korzyści ma nam dać projekt, a także dlaczego, kiedy, gdzie i jak.

AgilePM®

AgilePM to skrót od Agile Project Management. Jest to metodyka zwinnego zarządzania projektami która została doceniona na całym świecie. AgilePM koncentruje się na dostarczeniu tego czego oczekuje Klient. Podejście to umożliwia dogłębne zrozumienie potrzeb Klienta i razem z nim opracować satysfakcjonujący rezultat. Wersja metodyki v2 opiera się na podejściu The DSDM AgileProject Framework (ang. Dynamic Systems Development Method) co pozwala na realizację projektów w sposób sprawny, szybki i bezpieczny tam gdzie dokładność i przejrzystość ma znaczenie przez cały okres życia projektu. Ta metodyka znajdzie swoje zastosowanie w przedsięwzięciach których zakres może ulegać zmianom.

Change Management

Słowa które najtrafniej określają to czym jest Change Management to zarządzanie zmianą w organizacji. Tego typu zmiana może być spowodowana zarówno czynnikami zewnętrznymi (np. wydarzenia na rynku) jak i wewnętrznymi (np. rozwój firmy). Change Management prezentuje szereg koncepcji i narzędzi które pomogą kontrolować zmiany, kierować nimi a także wprowadzać je i organizować w przedsiębiorstwie. Metoda ta pozwala usprawnić przeprowadzenie zmiany biznesowej w przedsiębiorstwach. Przyczyni się do poprawy procedur które pomogą w przyszłości przygotować się do wprowadzenia zmian jak np. powołanie zespołu który zarządzi zmianą czy przygotowanie sieci agentów zmiany.

Powyższe szkolenia akredytowane odbywają się na poziomach: Foundation (podstawowym) i Practitioner (zaawansowanym) i kończą się certyfikującymi egzaminami.

Podstawy Zarządzania Projektami.

Podczas autorskiego szkolenia z Podstaw Zarządzania Projektami omawiane są najlepsze i sprawdzone metody prowadzenia projektów. Podczas szkolenia uczestnicy dowiedzą się jak zarządzać projektem w sposób kontrolowany i co zrobić aby podnieść szansę na osiągnięcie sukcesu oraz realizację założonego celu. Kurs jest dedykowany nie tylko kierownikom projektów i menadżerom prowadzącym nadzór, ale także uczestnikom zespołów projektowych. To także doskonałe wsparcie dla osób rozpoczynających swą przygodę z zarządzaniem projektami i wstęp do szkoleń z tego zakresu. Szkolenie pozwala nabyć praktyczne umiejętności, które będą przydatne podczas realizacji czy też uczestnictwa w projekcie.

PRINCE2® to zarejestrowany znak handlowy należący do AXELOS Limited i używanymi za zgodą AXELOS. Wszelkie prawa zastrzeżone.

APMG-International Agile Project Management, Change Management są znakami handlowymi należącymi do APM Group Ltd. AgilePM i DSDM są zarejestrowanymi znakami handlowymi Agile Business Consortium Limited w Wielkiej Brytanii.

Optymizm jest tuż za rogiem

Na rynku jeszcze trwa sprzątanie po bałaganie wywołanym wokół niszowych spółek z Wall Street, a wczorajsze przerzucenie uwagi na srebro już odchodzi w zapomnienie. Na pierwszy plan powracają za to oczekiwania ożywienia w długim okresie przy pozytywnie odbieranych doniesieniach z USA o planie fiskalnym i postępach w szczepieniach. Możemy być blisko powrotu ryzykownych aktywów do wzrostów.

Jakkolwiek nie da się jeszcze ogłosić, że okres huśtawki w trendzie bocznym minął, nowa fala apetytu na ryzyko może czekać tuż za rogiem. Wczorajsze odbicie rynku akcji wygląda obiecująco, choć brakowało mu poparcia w rynku walutowym, gdzie zaskakującą siłą wyróżniał się dolar. Ale przy stopniowym spadku zainteresowania fenomenem wpływu zrzeszonych na forach inwestorów detalicznych na niszowe spółki i bezowocnym wciągnięciu w szał zakupów rynku srebra wprowadzający nerwowość szum powinien cichnąć, a rynki wrócić do śledzenia długoterminowych trendów.

A w tle mamy więcej pozytywnych informacji wzmacniających nadzieje na poprawę perspektyw ożywienia. W USA wciąż trwają prace nad potężnym fiskalnym planem pomocowym. Inwestorów ucieszyła informacja, że Republikanie przedstawili prezydentowi Bidenowi swoją propozycję pakietu. Choć plan w wysokości 618 mld USD to zaledwie jedna trzecia tego, co chciałby Biden, to ważniejsza od pieniędzy jest wola obu partii do prowadzenia negocjacji. Na koniec jest oczywistym, że czego Demokraci nie osiągną w porozumieniu z Republikanami, przeforsują mechanizmami legislacyjnymi dla których nie potrzebują poparcia opozycji. Republikanie nie mają zbyt wiele pola manewru, by blokować pieniądze, których Amerykanie potrzebują. I rynek zdaje sobie z tego sprawę.

Jednak ważniejszy jest postęp w walce z wirusem, a tutaj perspektywy wyglądają bardziej obiecująco niż jeszcze tydzień temu. W USA liczba Amerykanów, którzy otrzymali przynajmniej jedną dawkę szczepionki, przekroczyła łączną liczbę przypadków z pozytywnym wynikiem testu na COVID-19. Maleją też obawy o dostawy szczepionek do Europy. BioNTech i Pfizer planują zwiększyć możliwości produkcyjne, AstraZeneca deklaruje zwiększenie dostaw jeszcze w tym kwartale, a na zatwierdzenie czeka jeszcze szczepionka do Johnson&Johnson. Wprawdzie tempo szczepień na Starym Kontynencie nie jest tak szybkie jak w USA czy Wielkiej Brytanii i ryzyko przedłużanych restrykcji wisi nad gospodarką, ale pesymizm związany z pandemią jest teraz większy niż powinien. Rewaluacja oczekiwań w górę powinna wkrótce stać się siłą napędową dla odbicia ryzykownych aktywów.

Lepsze nastroje we wtorek rano przynoszą kontynuację zielonej fali na giełdach, a na FX wraca słabość dolara na rzecz walut G10 i rynków wschodzących. W tym otoczeniu dobrze wygląda złoty z EUR/PLN testującym 4,50, który jest kluczowy dla dalszego kierunku. Na początku stycznia ruch aprecjacyjny złotego został zatrzymany na tym poziomie w związku z obawami, że zejście EUR/PLN poniżej 4,50 wzbudzi niezadowolenie NBP i zagrozi interwencyjną sprzedażą złotego. Testowanie determinacji banku centralnego w tygodniu z posiedzeniem RPP wydaje się odważną decyzją. Z drugiej jednak strony, jeśli tłumaczenie interwencji dbaniem o dobro eksporterów było tylko zasłoną dymną, by oddalić oskarżenia o podbijanie fixingu na koniec roku, to teraz w lutym opór ze strony NBP może być mniejszy, albo nie wystąpić wcale. Osobiście sądzę, że bank centralny nie będzie (nie powinien) angażować się w walkę z rynkiem, kiedy koszty mogą być wysokie, a korzyści minimalne. W rezultacie siła złotego nie powinna się wyczerpywać na 4,50, ale przynajmniej jakieś 2 proc. niżej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Enel X pozostaje liderem polskiego rynku DSR dzięki aukcji na 2025 rok

  • PSE opublikowały wyniki aukcji głównej na rok 2025. Enel X utrzymał pozycję wiodącego agregatora usług Demand Side Response (DSR) w Polsce, uzyskawszy kontrakty na 595 MW redukcji mocy w 2025 roku.
  • Dzięki temu przedsiębiorstwa, które dotychczas brały udział w programach DSR za pośrednictwem Enel X będą nadal miały możliwość otrzymywania atrakcyjnego wynagrodzenia w długoterminowej perspektywie współpracy, równocześnie wspierając bezpieczeństwo krajowej sieci elektroenergetycznej.

Enel X Polska wygrał aukcje o łącznej wartości 595 MW redukcji mocy w ramach programów Demand Side Response na 2025 rok. Wynik ten – już po raz kolejny – zapewnia firmie Enel X pozycję wiodącego agregatora usług DSR w Polsce. To też kolejny rok, kiedy firmy współpracujące z Enel X w Polsce mają zapewniony długoterminowy dostęp do atrakcyjnego wynagrodzenia za gotowość do redukcji poboru mocy.

 

„Cieszymy się, że dzięki ostatniej aukcji możemy utrzymać naszą wiodącą pozycję na rynku i zwiększyć możliwości generowania przychodów dla naszych obecnych i nowych klientów. Już ponad 140 firm z wielu sektorów gospodarki podjęło współpracę z nami w Polsce. Enel X pomaga przedsiębiorstwom uzyskać dostęp do programów Demand Side Response i maksymalizować korzyści, jakie daje udział w nich. Bardzo cieszy nas również fakt, że dzięki temu wspieramy bezpieczne działanie polskiego systemu sieci przesyłowych” – mówi Francesco Venturini, dyrektor generalny Enel X.

Enel X świadczy usługi DSR na polskim rynku od 2017 roku. Od tego czasu udział DSR w polskim systemie energetycznym wzrósł do prawie 4 proc. zainstalowanej mocy. Enel X niedawno potwierdził, że programy DSR stanowią obecnie ważny element w polskim systemie sieciowym, przechodząc  test redukcji mocy z portfelem ponad 140 klientów w ramach programu DSR na 2021 rok.

DSR to jedno z ważniejszych narzędzi służących do zaspokojenia rosnącego zapotrzebowania na energię elektryczną poprzez bardziej efektywne wykorzystanie istniejącej infrastruktury energetycznej. Programy DSR wykorzystują elastyczność w zakresie poboru mocy w przedsiębiorstwach z różnych gałęzi gospodarki, przez co wspierają bezpieczeństwo krajowego zasilania i minimalizują ryzyko wystąpienia braków w podaży energii. Przedsiębiorstwa biorące udział w programach otrzymują atrakcyjne wynagrodzenie za  gotowość do reagowania na rzadkie sytuacje możliwego deficytu w zakresie podaży energii z sieci. DSR zwiększają również stabiliność systemu elektroenergetycznego w sytuacji zwiększającego się udziału energii odnawialnej w miksie energetycznym.

Enel X zajmuje wiodącą pozycję w programach DSR na całym świecie, zarządzając około 6 GW redukcji mocy w obydwu Amerykach, Europie, Azji i Oceanii.

Piotr Listwoń w Zarządzie międzynarodowego stowarzyszenia giełd energii APEx

  • Piotr Listwoń, Wiceprezes Zarządu Towarowej Giełdy Energii S.A., spółki z Grupy Kapitałowej GPW, został w styczniu br. wybrany na członka Zarządu APEx
  • APEx (Association of Power Exchanges) jest międzynarodowym stowarzyszeniem zrzeszającym giełdy energii. Obecnie w jej strukturze jest 46 organizacji z całego świata

– Idea łączenia rynków energii, wspierana przez Komisję Europejską, wdrażana jest już w różnych obszarach na całym świecie. Przed nami stoi wiele wyzwań w kontekście globalnym. Cieszę się, że skład Zarządu APEx zasili przedstawiciel tak dynamicznie rozwijającej się giełdy z Europy Środkowo-Wschodniej. Jestem przekonany, że Pan Piotr Listwoń wniesie do naszej organizacji duże doświadczenie oraz europejskie spojrzenie na rynek energii tego regionu – powiedział Stu Bresler, Przewodniczący Association of Power Exchanges.

Towarowa Giełda Energii (TGE), spółka z Grupy Kapitałowej GPW, jest członkiem APEx od 2000 roku. W przeciągu 2 dekad przedstawiciel TGE już po raz drugi zasiada w Zarządzie stowarzyszenia, co potwierdza nie tylko silną pozycję Giełdy, ale także fakt, że wdrażane pionierskie rozwiązania giełdowe są doceniane zarówno w Europie jak i na świecie.

 

– TGE działa w APEx praktycznie od początku swojego istnienia. Uruchamiając ponad 20 lat temu Giełdę, patrzyliśmy dalekosiężnie, wiedzieliśmy, że kiedyś nadejdzie moment, w którym udostępnimy nasze usługi i towary innym krajom. I tak się stało w 2010 roku, kiedy zaoferowaliśmy polską energię na połączeniu ze Szwecją, a 5 lat później z Litwą. Obecnie umożliwiamy handel transgraniczny w ramach zintegrowanych rynków SIDC oraz SDAC. Istotne, dla mnie jako menedżera, jest zdobywanie nie tylko nowych kompetencji, ale także ich wymiana. Tylko przy takim układzie możemy stworzyć sieć współpracy, która przyczyni się do rozwoju naszych biznesów. Odpowiednim miejscem do tego jest właśnie APEx. Zaufanie jakim zostałem obdarzony zobowiązuje mnie do reprezentowania nie tylko TGE, ale także naszej części Europy – mówi Piotr Listwoń, Wiceprezes Zarządu Towarowej Giełdy Energii.

APEx to międzynarodowa organizacja zrzeszająca towarowe i finansowe giełdy energii z całego świata. Obecnie w jej skład wchodzi 46 organizacji. Stowarzyszenie powstało w celu wspierania rozwoju konkurencyjnych rynków energii elektrycznej, a główną misją APEx jest tworzenie platformy wymiany informacji, doświadczeń oraz dobrych praktyk pomiędzy członkami.

***

Piotr Listwoń posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie obrotu i rozliczeń rynków terminowych towarowych, rynku instrumentów finansowych oraz transakcji międzynarodowych realizowanych w ramach mechanizmu łączenia europejskich rynków energii elektrycznej. Z Grupą Kapitałową TGE związany jest od 2008 r., gdzie początkowo zaangażowany był w prace nad uruchomieniem działalności operacyjnej Izby Rozliczeniowej Giełd Towarowych S.A. oraz kierował m.in. projektem wdrożenia zaawansowanego systemu płatności w IRGiT. W latach 2013-2018 pełnił funkcję Dyrektora Działu Rozliczeń i Rozrachunku oraz Dyrektora Rozwoju Współpracy Międzynarodowej w IRGiT. W kwietniu 2018 r. objął stanowisko Wiceprezesa Zarządu Towarowej Giełdy Energii, gdzie odpowiada za działalność operacyjną Giełdy oraz rozwój produktów giełdowych. W kwietniu 2018r. został członkiem Rady Nadzorczej Fundacji Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A., a od grudnia 2020 r. pełni funkcję Przewodniczącego Rady Nadzorczej InfoEngine, spółki wchodzącej w skład GK TGE. W styczniu 2021r. dołączył do Zarządu międzynarodowego stowarzyszenia giełd energii Association of Power Exchanges (APEx).

Firmy farmaceutyczne nie powinny finansować Funduszu Kompensacyjnego

  • Funduszu Kompensacyjnego Szczepień Ochronnych nie powinny finansować firmy farmaceutyczne.
  • W czasie pandemii przedsiębiorstwa oczekują od państwa wsparcia, a nie nakładania kolejnych danin publicznych, w których mają obowiązek partycypować – uważa Konfederacja Lewiatan.

Rząd zapowiedział powstanie Funduszu Kompensacyjnego, z którego byłyby wypłacane odszkodowania w przypadku pojawienia się niepożądanych odczynów u osób zaszczepionych przeciw koronawirusowi. Wśród źródeł finansowania Funduszu wymieniono firmy farmaceutyczne, które zawarły ze Skarbem Państwa umowę na dostawę szczepionek do przeprowadzania obowiązkowych szczepień ochronnych.
.
– Popieramy utworzenie takiego Funduszu, ale nie widzimy podstaw, aby finansowały go firmy farmaceutyczne. Skoro państwo chce przejąć odpowiedzialność za działania niepożądane, to powinno wziąć pełną odpowiedzialność, w tym finansową za takie rozwiązanie, a nie obciążać nią producentów szczepionek (którzy nie ponoszą odpowiedzialności w tym zakresie) – przekonuje Kacper Olejniczak, ekspert Konfederacji Lewiatan.

W świetle obecnie obowiązujących przepisów producent leku ponosi odpowiedzialność wobec pacjenta, jeśli wystąpią u niego działania niepożądane, o których ryzyku nie został poinformowany w ulotce. Jeżeli u pacjenta wystąpi działanie niepożądane, o którym ostrzeżono w ulotce, odszkodowanie nie przysługuje, gdyż pacjent korzystając z produktu leczniczego zaakceptował określony poziom ryzyka.

Państwo powinno sięgnąć do istniejących już źródeł przychodów. Fundusz Kompensacyjny mógłby być zasilany dochodami generowanymi przez Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych.

Agora nie przejmie Eurozetu. Sposób prowadzenia postępowania przez UOKiK budzi wątpliwości przedsiębiorców

  • Zaniepokojenie przedsiębiorców budzi uzasadnienie decyzji Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zakazującej przejęcia kontroli nad Eurozetem, nadawcą Radia ZET, przez Agorę. Dotychczas decyzje odmowne były wydawane przez Prezesa UOKiK sporadycznie (ostatnia niemal dekadę temu).
  • Wątpliwości budzą zarówno podstawy merytoryczne oceny koncentracji na rynku mediów, jak i sposób prowadzenia postępowania – uważa Konfederacja Lewiatan.

Koncentracje są przejawem legalnej i istotnej z perspektywy przedsiębiorców działalności gospodarczej, będąc również cechą rynków konkurencyjnych. Zdaniem Konfederacji Lewiatan w przyjętej przez UOKiK w uzasadnieniu decyzji tzw. teorii szkody antymonopolowej (quasi-duopolu) nie ma odpowiedzi na kluczowe pytanie, jakie dane ekonomiczne posłużyły do wyciągnięcia wniosku, że wskutek koncentracji miałoby dojść do zaprzestania konkurowania między graczami rynkowymi i podwyższania cen na rynku, czy też ograniczenia jakości ofert.
Szczególnie niepokojące jest w tym kontekście przywoływanie przez Prezesa UOKiK okoliczności udziału w rynku dwóch największych graczy po koncentracji, podczas gdy w wyniku transakcji doszłoby do połączenia wicelidera rynkowego z podmiotem zajmującym 5 miejsce, których łączny udział rynkowy wynosiłby ok. 25%.

– Przyjęcie nowego standardu jako podstawy do zakazu koncentracji, stanowi dla biznesu ryzyko arbitralności decyzji Prezesa UOKIK, a tym samym niepewności prawnej. Takie podejście może być zastosowane w odniesieniu do wielu koncentracji pomiędzy podmiotami w różnych branżach – mówi Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan.

– Niepewność w zakresie stosowania określonych ram prawnych wprowadza istotne i nieprzewidywalne ryzyka w działalności biznesowej, co może zniechęcić do podejmowania inwestycji w Polsce – dodaje Krzysztof Kajda, radca prawny, zastępca dyrektora generalnego (szef pionu ekspertyzy) Konfederacji Lewiatan.

Niepokój przedsiębiorców wynika także z doniesień dotyczących samego przebiegu postępowania. W dotychczasowej praktyce zarówno UOKiK, jak i przedsiębiorcy prowadzili w dobrej wierze otwarty dialog, mając na uwadze zasadniczy cel, czyli zbadanie, czy możliwe byłoby dopuszczenie do transakcji po jej modyfikacji. Zakaz, co do zasady legalnych transakcji, był traktowany jako ostateczne rozwiązanie, które UOKiK stosował dopiero w sytuacji gdy wyczerpane zostały możliwości ustalenia warunków.

WallStreetBets a rynek walutowy

W ostatnich dniach uwaga rynku skupia się na zachowaniu detalicznych spekulantów skupionych wokół grupy wallstreetbets na Reddicie. Niemniej ich działania nie powinny mieć wpływu na rynek walutowy. W tym tygodniu rynek skupi się za to na licznych danych makroekonomicznych, m.in. ze strefy euro, Wielkiej Brytanii i USA.

Wywołane przez wallstreetbets short squeezy na akcjach niektórych firm, takich jak GameStop, zapewniły mnóstwo rozrywki i ciekawych wiadomości. Oczekujemy jednak, że wpływ zachowania detalicznych spekulantów na rynki walutowe będzie znikomy, biorąc pod uwagę znacznie wyższe wolumeny na tych rynkach i ograniczony dostęp inwestorów detalicznych do nich.

Spodziewamy się, że w tym tygodniu uwaga rynku skupi się na danych makroekonomicznych. Kalendarz dla strefy euro jest wyjątkowo obfity w wydarzenia. We wtorek poznamy dane o PKB w czwartym kwartale, z kolei w środę styczniowy odczyt inflacji. Pierwsza publikacja ma pokazać ujemną dynamikę, z kolei inflacja ma odbić w związku ze zmianami zachodzącymi w Niemczech, a mianowicie: cofnięciem tymczasowej obniżki podatku VAT i podwyższeniem podatków od energii. W czwartek poznamy z kolei wynik posiedzenia Banku Anglii. W piątek uwaga skupi się na styczniowym raporcie z amerykańskiego rynku pracy.

PLN

Złoty umocnił się w parze z euro w minionym tygodniu, dość istotnie zyskując w trakcie jego drugiej części.

Wieści napływające z Polski można uznać za pozytywne. Co prawda obostrzenia (z niewielkimi wyjątkami) zgodnie z nowymi wytycznymi pozostają w mocy, niemniej kraj notuje poprawę sytuacji na froncie walki z COVID-19. Co ciekawe, Polska w zeszłym tygodniu zaczęła radzić sobie wyraźnie lepiej niż UE, jeśli chodzi o tempo szczepień. Ograniczenia dotyczące dostępności szczepionek powinny jednak sprawić, że różnica ta nie będzie się istotnie zwiększać.

Oprócz tego docierają do nas też w znacznej mierze pozytywne wieści z gospodarki. Rok 2020 zakończył się spadkiem PKB Polski, co wystąpiło po raz pierwszy od lat 90-tych. Skala spadku jest jednak niewielka, zwłaszcza w porównaniu z niektórymi innymi krajami UE (szczególnie na południu). Co więcej, bardziej aktualne dane (odnoszące się tylko do grudnia), budzą optymizm: przemysł odnotował dwucyfrową dynamikę wzrostu, jedną z najwyższych w ostatnich latach, z kolei stopa bezrobocia wzrosła zaledwie o 0,1 p.p., co jest typowe dla tego okresu w roku.

W tym tygodniu, w środę, czeka nas kolejne posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Podobnie jak inni nie oczekujemy zmian stóp procentowych. Nie sądzimy też, żeby retoryka RPP miała być wyjątkowo istotna dla złotego, który w ostatnich dniach znów zaczyna zachowywać się podobnie do kluczowych walut regionu, zdając się reagować na zmiany ogólnego sentymentu względem ryzyka.

EUR

Reprezentanci dwóch banków centralnych strefy euro, Holandii i Finlandii, w zeszłym tygodniu wyrazili dyskomfort z powodu siły i skali ostatniej aprecjacji waluty. Należy oczekiwać więcej tego typu wypowiedzi w kolejnych tygodniach, co może stanowić ryzyko dla euro w krótkim terminie. Słabe dane z gospodarki również mogą mieć wpływ na walutę, podobnie jak nadal słabe wyniki na froncie szczepień.

W tym tygodniu spodziewamy się zobaczyć silny wzrost inflacji w strefie euro w styczniu, w znacznej mierze ze względu na zmiany zachodzące w Niemczech. Rynki powinny zwracać większą uwagę na wstępne dane o PKB strefy euro w pierwszym kwartale. Naszym zdaniem istnieje możliwość, że dane okażą się gorsze od oczekiwań, co w konsekwencji mogłoby osłabić euro w relacji do głównych walut.

USD

Obserwowana ostatnio odwrotna korelacja między dolarem amerykańskim i aktywami ryzykownymi w zeszłym tygodniu osłabła. Ceny globalnych akcji skierowały się w dół, jednak dolar amerykański nie doświadczył umocnienia o dużej skali w relacji do większości walut.

W piątek poznamy kluczowy raport z amerykańskiego rynku pracy. Rynki spodziewają się względnej stabilizacji, zarówno jeśli chodzi o stopę bezrobocia, jak i zmianę liczby miejsc pracy w styczniu. Brak historycznego precedensu sprawia, że prognozowanie jest trudniejsze niż kiedykolwiek, jednak liczymy na dodatnią zmianę zatrudnienia, biorąc pod uwagę brak powszechnego lockdownu w USA w styczniu. Przedtem, w środę, uwagę traderów przyciągnąć mogą natomiast usługowe dane PMI od ISM w styczniu.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – styczeń 2021 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 74,5% rdr do 31,6 mld zł
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 209,7% do 1,1 mld zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 37,0% rdr do poziomu 803,7 tys. szt.
  • Wzrost łącznego obrotu obligacjami na TBSP o 28,2% rdr do 32,0 mld zł
  • Wzrost łącznego obrotu produktami strukturyzowanymi o 66,3% rdr do 309,5 mln zł
  • Wzrost łącznego obrotu ETF-ami o 126,6% rdr do 57,1 mln zł
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 11,1% do poziomu 12,5 TWh
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 33,1% rdr do 14,8 TWh

W styczniu 2021 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 32,3 mld zł, czyli o 73,2% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 74,5% rdr do poziomu 31,6 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 1,66 mld zł, o 92,9% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec stycznia wyniosła 56 978,68 pkt i była o 0,5% wyższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w styczniu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 196,8% rdr do poziomu 1,1 mld zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wzrosła o 209,7% rdr i wyniosła 1,1 mld zł.

Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w styczniu wyniósł 803,7 tys. szt., czyli o 37,0% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 47,3% rdr do poziomu 444,9 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł o 52,5% rdr do 232,6 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty spadł o 10,0% rdr do 100,0 tys. szt., a wolumen obrotu opcjami wzrósł o 26,8% rdr do 26,2 tys. szt.

W styczniu zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 66,3% rdr do poziomu 309,5 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 126,6% rdr do 57,1 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec stycznia 100,6 mld zł wobec 91,3 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła o 34,4% rdr do poziomu 285,3 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła 32,0 mld zł wobec 25,0 mld zł rok wcześniej, co oznacza wzrost o 28,2% rdr.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł 12,5 TWh, co oznacza spadek o 11,1% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 15,6% rdr do poziomu 3,2 TWh. Na rynku forward wolumen spadł o 17,6% rdr do poziomu 9,3 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wzrósł o 33,3% rdr do 14,8 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 69,5% do poziomu 3,4 TWh. Na rynku terminowym odnotowano wzrost o 25,5% rdr do poziomu 11,5 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł 1,4 TWh, co oznacza spadek o 28,1% rdr.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 92,1% rdr do poziomu 3,9 ktoe[3].

Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE wzrósł o 72,6% rdr, do wolumenu 2,3 TWh.

Kapitalizacja 384 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku w styczniu wyniosła 544,7 mld zł (120,0 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 434 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 1 057,8 mld zł (233,1 mld EUR).

Na Głównym Rynku GPW w styczniu zadebiutowały akcje spółek: Answear.com (wartość oferty: 80,5 mln zł) oraz Photon Energy N.V. (przejście z NewConnect).

Na rynku NewConnect w styczniu br. zadebiutowały akcje spółek: United Label S.A. (wartość oferty: 4,4 mln zł) i Incuvo S.A. (2,8 mln zł).

Na rynku Catalyst w styczniu 2021 r. zadebiutowały obligacje spółek: Cavatina Holding S.A. oraz White Stone Development sp. z o.o. o wartościach emisji odpowiednio: 20 mln zł i 25 mln zł.

W styczniu 2021 r. na GPW odbyło się 19 sesji giełdowych, w porównaniu do 21 sesji rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Polacy czekają na otwarcie noclegów. Gdzie planujemy podróże w 2021?

Poprzedni rok na całym świecie upłynął pod znakiem pandemii koronawirusa. Już wtedy, wśród miłośników podróżowania, zaczęły wyłaniać się nowe trendy. W związku z tym,
że COVID-19 towarzyszy nam także od początku stycznia 2021, wciąż otwartym pozostaje pytanie: które z tych tendencji pozostaną z nami na dłużej?

Zainteresowanie wyjazdami wciąż rośnie

Brak możliwości wyjazdu podczas ferii zimowych, a także późniejsze utrzymanie obowiązujących obostrzeń sprawiły, że Polacy z coraz większym utęsknieniem wyczekują końca lockdownu. W krótkim czasie od opublikowania pierwszej, rządowej decyzji
o przedłużeniu restrykcji, większość z nas pożegnała się z wizją zimowego urlopu. Jednocześnie nastąpiło jednak ogromne ożywienie tematyką wyjazdów wakacyjnych – aż 45% osób decyduje się na zabukowanie wyjazdu w trybie first minute. Zainteresowanie rezerwacjami – w porównaniu do stycznia ubiegłego roku – zwiększyło się o 28%.

Gdzie pojadą Polacy po zniesieniu obostrzeń?

Już w 2020 roku nie było żadnych wątpliwości, że koronawirus spowoduje znaczne ograniczenie wyjazdów za granicę. To z kolei stworzyło – i wciąż stwarza – nowe perspektywy dla turystyki krajowej. Na znaczeniu zyskują mniejsze, polskie kurorty. Od początku miesiąca duże miasta – takie jak Kraków czy Warszawa – odnotowują nawet 90% spadek zainteresowania noclegami.  Trend ogromnego wzrostu popularności obiektów, znajdujących się poza dużymi metropoliami, z pewnością nie zniknie wraz z epidemią. W styczniu, aż 69% rezerwacji dotyczyło niewielkich miasteczek i wsi, takich jak Borne Sulinowo, Górowychy, Szalejów Dolny. Faworytem został Karpacz, z 75% wzrostem zainteresowania w porównaniu do poprzedniego sezonu. Polacy wybierają także mniej uczęszczane regiony Polski, między innymi okolice Jeziora Rożnowskiego i Solińskiego, czy Góry Sowie.

Moda na odludzie

Polacy z entuzjazmem podchodzą do odpoczynku z dala od czterech ścian, nie tracąc przy tym jednak dozy zdrowego rozsądku. Trend na bezpieczne wyjazdy to także jedno z następstw trwającej epidemii. Już w ubiegłym roku, po zniesieniu lockdownu, mogliśmy zaobserwować ogromny wzrost zainteresowania noclegami w domkach letniskowych na uboczu. W styczniu 2021 utrzymuje się ono niemal na 6-krotnie wyższym poziomie, niż odnotowano w takim samym czasie, w roku 2020. Lawinowo rośnie też popularność wynajmu domów na wyłączność. Często rezerwowane są te z nich, które w cenie gwarantują dostęp do jeziora lub basenu, bez konieczności opuszczania miejsca zakwaterowania. Nad morzem, powodzeniem mogą cieszyć się też kwatery usytuowane w niewielkiej odległości od plaży. Chętnie wybierane obiekty najczęściej łączy także deklaracja o regularnej dezynfekcji pomieszczeń oraz dostępie do środków sanitarnych. Noclegi w domach na wyłączność, domkach i apartamentach postrzegane są jako te najbardziej bezpieczne. To właśnie one cieszą się zaufaniem turystów, mimo że ich wynajęcie oznacza z reguły wyższe opłaty.

Wakacje pod znakiem bonu turystycznego

Jak podaje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, do 17 grudnia 2020 r. bon turystyczny 500+ aktywowała dopiero ¼ uprawnionych, a zaledwie 8% beneficjentów wykorzystało już świadczenie. Zważając na ostateczny termin realizacji Polskiego Bonu Turystycznego, przypadający na koniec marca 2022 roku, można przypuszczać, że tegoroczne długie weekendy i wakacje będą idealnymi momentami na jego wykorzystanie. Potwierdzają to także dane portalu Noclegowo.pl. Zainteresowanie noclegami z bonem turystycznym nad morzem – w stosunku do sierpnia 2020, kiedy był on wprowadzany – wzrosło aż o 46%. Do 17 stycznia, obiektów realizujących świadczenie szukano głównie w Zakopanem, Karpaczu, Łebie, Międzyzdrojach i Kołobrzegu. Od pierwszego przedłużenia obostrzeń po feriach 2021, tendencja ulega jednak zmianie. Do puli popularnych destynacji dołącza coraz większa liczba małych, nadmorskich miejscowości. Największym wzrostem popularności w stosunku do zeszłorocznych wakacji mogą się poszczycić rodzinne kurorty, takie jak Dziwnów, Dąbki czy Dźwirzyno.

Jakie jest więc idealne miejsce na wyjazd po zniesieniu obostrzeń? To domek w niewielkiej miejscowości, z dala od tłumów, w którym czeka spokojny odpoczynek na łonie natury.
W roku 2021 ważna dla Polaków będzie także możliwość realizacji bonu turystycznego oraz polityka anulacji rezerwacji, w razie nagłej konieczności jej odwołania.

Radosław Kaskiewicz nowym dyrektorem zarządzającym 3M w regionie Europy Wschodniej

Radosław (Radek) Kaskiewicz został powołany na dyrektora zarządzającego 3M w regionie Europy Wschodniej (Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Ukraina, Gruzja), z dniem 1 lutego br. Przez ostatnie 4 lata funkcję tę pełnił Alain Simonnet, który zostanie dyrektorem zarządzającym 3M w regionie Europy zachodniośródziemnomorskiej (Francja, Hiszpania, Portugalia i Maroko).

Radek Kaskiewicz wcześniej był dyrektorem ds. transportu i elektroniki jednego z czterech sektorów 3M na region Europy Południowo-Wschodniej (Włochy, Grecja, Izrael, Turcja, Rumunia, kraje bałkańskie).

Kaskiewicz dołączył do 3M w 1995 roku. Od tego momentu sprawował różnorodne funkcje w ramach lokalnych, europejskich i globalnych struktur firmy. W latach 2004-2007 był liderem ds. rozwoju globalnego rynku w dziale taśm i klejów przemysłowych 3M, w St. Paul w USA. Po powrocie do Europy był szefem sektora przemysłowego i energetycznego w Polsce, a następnie dyrektorem zarządzającym 3M w regionie tworzonym przez Czechy, Słowację i Węgry.

Radek jest absolwentem Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej oraz Carlson School of Management Uniwersytetu w Minnesocie w zakresie marketingu strategicznego. Biegle włada językiem polskim, angielskim oraz rosyjskim.

Do głównych zadań Radka Kaskiewicza w jego nowej roli będzie należało budowanie reputacji marki 3M w regionie Europy Wschodniej oraz kształtowanie międzynarodowej kultury organizacyjnej w oparciu o etykę biznesową i zrównoważony rozwój.

Biuro dyrektora zarządzającego 3M na Europę Wschodnią jest zlokalizowane w Polsce, gdzie znajduje się też centrala regionu i Superhub – największe centrum produkcyjne firmy w Europie oraz centrum badawczo-rozwojowe. Radek Kaskiewicz będzie współpracował bezpośrednio z wiceprezesem ds. korporacyjnych 3M EMEA, Larsem Hanseidem.

Mniejsza konsumpcja i regulacje unijne – co spędza sen z powiek polskim rolnikom?

Rolnicy i sadownicy obawiają się tego, co spotka ich w 2021 roku. Obawy są przede wszystkim pokłosiem pandemii i kryzysu ekonomicznego, który dotknął wszystkich Polaków i zmienił ich zachowania konsumenckie. Już teraz aktywność klientów w sklepach jest zauważalnie mniejsza, a z półek wolniej znikają warzywa i owoce. Do tego dokłada się mniejszy zbiór jabłek – które teraz przy obniżonej aktywności konsumenckiej nie są w stanie uzyskać cen, jakie przyniosłyby sadownikom godny utarg. Jednak obok konsekwencji pandemicznych pojawia się drugi problem, który spędza polskim rolnikom i sadownikom sen z powiek. Unia próbuje sformułować wizję rolnictwa, która stawia na gospodarstwa wielokierunkowe i wielogatunkowe – czyli posiadające różne rodzaje produkcji. Jeżeli wyznaczymy taki kierunek rozwoju w Unii – to rolnicy i hodowcy, którzy zainwestowali w ostatnich latach w rozwój nowych technologii, zakupili sprzęt i postawili na nowoczesność w swoich wyspecjalizowanych gospodarstwach, mogą mieć problem z utrzymaniem się na rynku.

– Jesteśmy w trakcie precyzowania warunków nowej polityki rolnej na kolejną perspektywę Unii Europejskiej. Duże dyskusje wśród rolników budzą takie plany, jak Zielony Ład. Związana jest z nim wielka obawa: czy polscy rolnicy będą mogli na tym skorzystać, czy tylko stracą? – powiedział serwisowi eNewsroom Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP. – Idą trudne czasy dla rolnictwa towarowego, które utrzymuje się głównie ze sprzedaży produktów – zarówno na rynek wewnętrzny, jak i na rynki eksportowe. Kierunek rozwoju w Unii może być zagrożeniem nie tylko dla polskich gospodarstw. Rolnictwo Unii Europejskiej może nie poradzić sobie z rolnictwem światowym – na przykład wielkoobszarową produkcją mięsa w Ameryce Południowej, czy gospodarstwami farmerskimi w USA i Kanadzie. Zagrożeniem będą też produkty ze wschodu. Na Ukrainie i w Rosji mocno inwestuje się w rozwój nowych technologii i stawia się na wielkoprzemysłowe gospodarstwa farmowe. Ich wyroby będą zabierały miejsce na rynku wspólnotowym nie tylko polskim produktom, ale także tym wytworzonym w innych krajach Unii Europejskiej – ostrzega Maliszewski.

Specjaliści od e-commerce przebierają w ofertach z każdej branży

Wybuch pandemii koronawirusa spowodował, że firmy straciły możliwość sprzedaży tradycyjnymi kanałami. W efekcie dziś pracodawcy masowo poszukują specjalistów od e-commerce. Kandydaci znajdą zatrudnienie niemal w każdej branży i mogą liczyć na zarobki od 5 tys. zł do nawet 30 tys. złotych brutto miesięcznie.

Rok 2020 był w wielu aspektach bezprecedensowy. Zamknięte sklepy i galerie handlowe wymusiły rozwiązania, na które większość firm nie była przygotowana. Z raportu „E-commerce w Polsce. Gemius dla e-Commerce Polska” dowiadujemy się, że już 20 mln Polaków robi zakupy on-line.

Choć COVID-19 rzucił rynkowi e–commerce szereg wyzwań związanych m.in. z logistyką, dostawami i dostępnością produktów, to zaufanie do e-zakupów w Polsce rośnie. Pomimo zniesienia obostrzeń, spora część klientów ograniczyła wizyty w sklepach stacjonarnych, a preferencje zakupowe zmieniły się bezpowrotnie. Coraz częściej dotyczy to nie tylko ubrań czy elektroniki, ale też żywności oraz leków.

W ostatnich latach rola e-commerce systematycznie rosła, a wybuch pandemii sprawił, że trend ten jeszcze bardziej się rozwinął. W efekcie osoby posiadające doświadczenie w sprzedaży internetowej są dziś na wagę złota i mogą przebierać w ofertach pracy. W tej chwili na portalach rekrutacyjnych i ogłoszeniami można znaleźć ponad 1400 rekrutacji na stanowiska e-commerce[i]komentuje Elżbieta Sobiech, ekspert ds. rekrutacji digital i e-commerce w firmie rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire.

Jakie branże poszukują specjalistów od e-commerce?

Jeszcze 5 lat temu wartość polskiego rynku e-commerce wynosiła 27 mld zł[ii]. Przed pandemią szacowano go na 70 mld zł, dziś na 100 mld zł. W efekcie pozycja specjalistów od digital i e-commerce jeszcze bardziej się umocniła. Organizacje poszukujące tego typu talentów coraz częściej sięgają po kandydatów z agencji i domów mediowych. Trend ten napędza rosnące zapotrzebowanie firm na specjalistyczny know-how ekspertów z różnych obszarów digitalu i e-commerce.

Największy rozkwit internetowego kanału sprzedaży obserwujemy w obszarach:

  • Retail – szczególnie w kategorii spożywczej i produktów świeżych, elektroniki użytkowej, a także remontowo-budowlanej i meblarskiej.
  • FMCG – środki czystości i produkty kosmetyczne.
  • Apteki – leki, suplementy diety.
  • Bankowość i ubezpieczenia – dalszy rozwój bankowości elektronicznej i usług on-line.
  • Home delivery – nieograniczone dostawy do domu, nie tylko z restauracji, ale również m.in.: sklepy convinience, apteki, kawa ze stacji, fachowa pomoc.

Wśród kategorii dóbr konsumenckich stabilną sytuację lub wzrosty obserwujemy wśród producentów i dystrybutorów materiałów higienicznych, kosmetyków i chemii gospodarczej, a także w kategoriach spożywczych: produkty świeże i suche np. konserwy i przetwory. Niezmiennie od kilku lat utrzymuje się też wzrostowy popyt na artykuły ekologiczne i z kategorii „bio”, w tym na portfolio produktów wegetariańskich i wegańskich.

Przed najtrudniejszym zadaniem stoją sieci oferujące produkty, które bazują na osobistym doświadczeniu klienta, takie jak kosmetyki kolorowe, perfumy. To sprawia, że od pracowników działu marketingu w tej kategorii oczekuje się nieszablonowych rozwiązań i pomysłów z pogranicza e-commerce oraz sprzedaży stacjonarnej.

Zarobki – czy opłaca się pracować w e-commerce?

Rosnące zapotrzebowanie profesjonalistów z obszaru e-commerce i digital marketingu utrzyma się w najbliższych latach i mogą oni liczyć na dalszy wzrost zarobków.

Firmy stawiają przede wszystkim na personalizację i zaawansowaną pracę z danymi, pozwalającą na precyzyjne dotarcie do użytkownika. Rosną inwestycje w technologie marketingowe i automatyzację, z naciskiem na jak najlepszy customer experience (doświadczenie klienta).

Dlatego też rok 2020 przyniósł dynamiczny wzrost ofert zatrudnienia dla kandydatów z obszarów CRM, marketing automation, programmaticu czy analityki danych digitalowych i CRM-owych – aż 90% kandydatów z branży zostało zaproszonych do udziału w rekrutacji – wynika z najnowszego badania Devire „Rynek Zmiany Pracy”. Firmy szukają również programistów, wytwarzających platformy i narzędzia e-commerce.

W przypadku tych obszarów w zależności od rodzaju stanowiska możemy mówić o wzrostach wynagrodzeń o 10-15% rok do roku. Poza tym widoczne są wzrosty w obszarach digital activationsocial mediów i komunikację on-line – mówi Elżbieta Sobiech z Devire.wynagrodzenia ecommerce

Strategiczna rola digitalu

Wyraźnie zarysowuje się trend strategicznego pozycjonowania zespołów digitalowych w organizacjach. Zauważamy zwiększony popyt na najbardziej doświadczonych kandydatów, którzy obejmują stanowiska kierownicze. W wielu firmach liderzy obszaru digital dołączają też do zarządów, co tylko potwierdza kluczową i strategiczną rolę tego obszaru w strukturach firm.

Branża potrzebuje menedżerów z doświadczeniem w zarządzaniu zmianą i wdrażaniu dużych projektów strategicznych. W związku z tym na ciekawe oferty mogą liczyć również kandydaci z doświadczeniem z firm consultingowych – podsumowuje Elżbieta Sobiech.

[i] LinkedIn Talent Insights, grudzień 2020

[ii] https://www.gemius.pl/files/reports/E-commerce-w-Polsce-2015.pdf

Pralnie straciły przez problemy hoteli – zadłużona 1/3 branży

Już prawie 250 polskich pralni chemicznych ma problem ze spłatą swoich zobowiązań. Zadłużone firmy to prawie 1/3 tej branży. Choć formalnie nie mają zakazu działalności spowodowanego pandemią, to w praktyce uzależnione są od działania hoteli, które przez długi czas pozostawały nieczynne. To mocno odbiło się na finansach pralni, które obecnie mają do oddania swoim wierzycielom prawie 6 mln zł. Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA średnie zadłużenie jednej pralni sięga prawie 24 tys. zł. To blisko 7 tys. więcej niż w styczniu 2020 roku.

Do Krajowego Rejestru Długów za niespłacone zobowiązania wpisanych jest już 246 pralni chemicznych. Łącznie mają do oddania ponad 5,8 mln zł. Jeszcze w styczniu 2020 roku ich zadłużenie było o 1,4 mln zł niższe niż obecnie. Od marca, czyli od wybuchu pandemii i pierwszego zamknięcia hoteli w Polsce, stale rosło, sięgając prawie 6,1 mln zł w październiku. Od listopada zaczęło powoli spadać.

Pralnie chemiczne w Polsce to bardzo mały sektor gospodarki. Według oficjalnych danych, pod tym PKD funkcjonuje około pięciu tysięcy firm. Fizycznie jednak takich firm jest około siedmiuset. Podczas pierwszego zamrożenia gospodarki i ograniczeń związanych z pandemią, większość pralni stanęła, przestała działać. Wiele z tych firm uzależnionych jest od hoteli, które zostały zamknięte. Niestety rządzący, wyznaczając branże objęte tarczami, nie brali pralni pod uwagę. Nikt nie przypuszczał, że jest to sektor tak mocno uzależniony od branż dotkniętych lockdownem. Zmieniło się to dopiero w listopadzie, od kiedy dano pralniom możliwość skorzystania z Tarczy 6.0 – przyznaje Karol Tomczak, reprezentant branży w Polsce.

Biorąc pod uwagę fakt, ile realnie pralni działa na rynku, można wysnuć wniosek, że aż 1/3 z nich, mimo że nie ma zakazu działalności, notuje problemy finansowe. Warto zwrócić uwagę, że 88% z nich to jednoosobowe działalności gospodarcze, do których należy prawie 5,2 mln zł z łącznego zadłużenia.

Jedna branża, cztery sektory, dwie strony medalu

Najbardziej zadłużone są firmy pralnicze działające w Małopolsce. Ich łączne zadłużenie stanowi 1/5 zadłużenia wszystkich pralni w Polsce i sięga ponad 1,2 mln zł. Zaraz za nimi są firmy z województwa mazowieckiego, które muszą oddać wierzycielom prawie 931 tys. zł. Niechlubne podium zamykają firmy ze Śląska, mające do spłacenia kwotę bliską 703 tys. zł.

Tę branżę dzieli się na kilka sektorów. Pierwszy to pralnie chemiczne w galeriach, których obroty spadły, ponieważ przez brak oficjalnych spotkań, wieczorowych uroczystości czy przyjęć, Polacy przestali chodzić w wizytowych ubraniach, więc nie muszą ich czyścić. Przez to obroty tych firm spadły według szacunków branży nawet o 80 proc. Drugi sektor to właśnie pralnie współpracujące z hotelami, które teraz nie mają potrzeby prania pościeli czy obrusów. Pralnie są gotowe do świadczenia usług, jednak z powodu zamknięcia ich strategicznych klientów nie mogą pracować. Pozostają im jedynie hostele, które wynajmują pokoje dla cudzoziemców. Są one w stanie zapewnić niecałe 40 proc. obrotów pralni i to nie wszystkich, ponieważ nie każda ma takich klientów – mówi Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Kolejną grupą są pralnie, którym lepiej się powodzi. Część z nich to podmioty, które piorą odzież roboczą, a inne współpracują ze szpitalami. Z reguły jednak są to większe firmy i spółki prawa handlowego. W KRD jest ich zaledwie 28.

Jeśli chodzi o pralnie odzieży roboczej, to mówimy tu o kilku liderach na runku, którzy sobie świetnie radzą. Natomiast firmy piorące pościele w szpitalach, cały czas pracują normalnie, a momentami nawet więcej niż przed pandemią. To jednak również wąska grupa przedsiębiorców. Zdecydowana większość pralni współpracuje bowiem z hotelami – dodaje Andrzej Kulik.

W podziale na województwa najlepiej radzą sobie firmy z Opolszczyzny. Tam tylko jeden przedsiębiorca ma zadłużenie sięgające zaledwie 8,5 tys. zł. Trochę gorzej wypadło województwo lubuskie, gdzie dwie firmy mają do oddania ponad 11 tys. zł. Na trzecim miejscu jest Podlasie. Tam do KRD BIG SA na kwotę 46 tys. zł wpisane są trzy przedsiębiorstwa.

Mała branża duże koszty

Kolejnym problemem małej branży są duże koszty prowadzenia działalności. Zadłużenie, jakie mają firmy wobec dostawców mediów, sięga ponad 800 tys. zł. Ten dług jeszcze może wzrosnąć.

Każda pralnia na początku roku określa, ile w najbliższych 12 miesiącach zużyje prądu czy gazu. W 2020 roku te warunki nie zostały spełnione. Dlatego też zgodnie z umową dostawcy mediów nakładają na działalności pralnicze kary. Za niedopełnienie warunków odbioru gazu czy prądu, można zapłacić nawet 70 tys. zł kary umownej – dodaje Karol Tomczak, reprezentant branży.

Jednak największe problemy w spłacaniu zobowiązań pralnicy mają wobec firm finansowych i ubezpieczeniowych. Zadłużenie za niespłacone raty pożyczek, kredytów, leasingów ale również wynikające z umów faktoringowych, sięga w tym sektorze ponad 2,5 mln zł, więc stanowi prawie połowę łącznego zadłużenia.

Hotele i DPS-y zalegają z płatnościami

Pralnie mają swoje zobowiązania i to spore jak na tak małą branżę. Z drugiej strony są również wierzycielami. Dłużnicy pralni muszą spłacić niecałe 435 tys. zł. Najwięcej z tego, bo prawie połowę mają do oddania firmom pralniczym właśnie hotele (246 tys. zł). Za nimi są szpitale i domy pomocy społecznej tzw. DPS-y, które muszą rozliczyć się za pranie w kwocie bliskiej 70 tys. zł.

Ale to nie jedyny i nie największy problem tego sektora. Zdaniem przedstawicieli branży, nawet jeśli rząd da zielone światło do działania hotelom, to nie jest powiedziane, że te ruszą z kopyta. Zwłaszcza dotyczy to hoteli w miastach przygranicznych, które zatrudniają obcokrajowców ze Wschodu, a ci na czas pandemii i lockdownu wrócili do domów.

Wartość transakcji M&A w Polsce wyniosła 11 mld euro – prawie 40% rynku CEE

Na obecnym etapie względnego opanowywania pandemii COVID-19, inwestorzy są raczej pozytywnie nastawieni co do perspektyw fuzji i przejęć w Europie Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej (CEE/SEE), wynika z najnowszego badania przeprowadzonego przez Wolf Theiss i Mergermarket. Nieco ponad połowa (52%) respondentów stwierdziła, że wywołany pandemią kryzys zwiększy ich apetyt na transakcje w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Prognozy te następują po roku, w którym wartość fuzji i przejęć w regionie CEE/SEE wzrosła o 29% w porównaniu z 2019 r., osiągając 28,5 mld euro, co stanowi wyraźny kontrast w stosunku do 7% spadku globalnej wartości transakcji w tym samym okresie. Jednak spadek wolumenu transakcji o 22% rok do roku, do 406 transakcji, oznacza, że rynek CEE/SEE nie wyszedł z ubiegłego roku całkowicie bez szwanku.

Na potrzeby badania przeprowadzonego przez Wolf Theiss we współpracy z Mergermarket M&A Spotlight: CEE, zapytano 150 menedżerów wyższego szczebla, zarówno z firm korporacyjnych, jak i funduszy private equity (PE), o ich doświadczenia w obszarze transakcji M&A w regionie CEE/SEE oraz o ich oczekiwania na przyszłość.

Ponad dwie trzecie (69%) respondentów stwierdziło, że opierając się na wcześniejszych doświadczeniach prawdopodobnie zainwestuje w regionie CEE/SEE, a 65% stwierdziło, że jest skłonnych zainwestować ponownie ze względu na zadowolenie z ostatniej transakcji.

Co ciekawe, jeśli chodzi o spojrzenie na rynek M&A w odniesieniu do aktualnej sytuacji związanej z COVID-19, respondenci z funduszy private equity byli bardziej optymistyczni co do przyszłych transakcji niż respondenci z sektora korporacyjnego. Podczas gdy 43% nabywców z tego sektora stwierdziło, że ma mniejszy apetyt na transakcje, tylko 16% przedstawicieli funduszy private equity zgodziło się z tym stwierdzeniem. Jednocześnie tylko 10% respondentów z sektora korporacyjnego stwierdziło, że jest chętnych do przeprowadzania znacznie większej liczby transakcji, w porównaniu do 26% respondentów z PE, którzy odpowiedzieli tak samo.

„Silna pozycja funduszy PE wynika częściowo z ich nastawienia do podejmowania ryzyka w kontekście udziału w cyklu wzrostowym gospodarki,” powiedział Horst Ebhardt, partner w wiedeńskim biurze Wolf Theiss. „Jako kategoria aktywów, fundusze PE zgromadziły również znaczną gotówkę, którą muszą rozdysponować, a obecnie dostępnych jest ku temu wiele różnych strategii. Fundusze PE oferują szeroką gamę instrumentów finansowych, w zależności od sektora lub poziomu przewidywanej kontroli korporacyjnej. Dla przykładu, coraz częściej obserwujemy, że znaczące fundusze PE zajmują mniejszościowe pozycje w szybko rozwijających się firmach.”

Polska utrzymała swoją pozycję jako transakcyjny rynek numer jeden w regionie, a szczególnym zainteresowaniem cieszyły się branże technologii, mediów i telekomunikacji (TMT) oraz nieruchomości i budownictwa. Wartość transakcji wyniosła 11 mld euro, co stanowi prawie 40% rynku CEE. Liczby te uwzględniają drugą co do wielkości transakcję roku w regionie – przejęcie Play Communications, największej polskiej sieci komórkowej, z 15 mln abonentów, przez francuską grupę telekomunikacyjną Iliad. Wartość tej transakcji wyniosła 3,7 mld euro.

W całym regionie CEE w sektorze TMT zawarto transakcje o wartości 8,3 mld euro, co stanowi 29% udziału w rynku M&A. Podczas gdy w 2020 r. główną rolę w globalnych fuzjach i przejęciach odgrywała technologia, w regionie CEE prym wiodła telekomunikacja.

„W Polsce trwa konsolidacja większych grup telekomunikacyjnych,” powiedział Jacek Michalski, partner w warszawskim biurze Wolf Theiss. „Obecnie wyraźnie zaznacza się też trend podobny do tego, który można zaobserwować na wielu innych rynkach w Europie, gdzie operatorzy telekomunikacyjni sprzedają swoją infrastrukturę jako oddzielne aktywa – maszty telekomunikacyjne (towerco units), wspierane przez inwestorów infrastrukturalnych.”

W odniesieniu do całego rynku M&A w regionie CEE, kwestie środowiskowe, społeczne i zarządzania (environmental, social and governance – ESG) zostały podkreślone jako coraz bardziej istotny element. Prawie dwie trzecie (63%) respondentów stwierdziło, że kontrola transakcji pod kątem ESG wzrośnie w ciągu najbliższych trzech lat, a 37% uważa, że wzrost ten będzie znaczący.

„Zgodność przejmowanego biznesu ze standardami ESG stała się istotnym obszarem zainteresowania – zarówno dla nabywców strategicznych, jak i funduszy PE w całej Europie,” podsumował Florian Kusznier, partner w wiedeńskim biurze Wolf Theiss.

Deloitte: 62 proc. dyrektorów działów prawnych spodziewa się inwestycji w narzędzia cyfrowe

Niestabilna sytuacja gospodarcza wpłynęła na funkcjonowanie wszystkich obszarów w organizacjach. W ostatnich miesiącach działy prawne w firmach musiały poradzić sobie ze zwiększoną liczbą obowiązków. Jednocześnie zmalały budżety przeznaczone na te departamenty, a także zredukowano liczbę zatrudnionych tam osób. Jak wynika z raportu „Resilient leadership: Chief legal officers and COVID-19” firmy doradczej Deloitte ponad połowa dyrektorów działów prawnych uważa jednak, że COVID-19 pozytywnie wpłynął na pracę ich zespołów. Jako największą korzyść aż 72 proc. z nich wskazało organizację spotkań online.

Raport przedstawia wyniki badania przeprowadzonego latem 2020 roku, w którym wzięło udział ponad 130 dyrektorów prawnych (CLO – Chief Legal Officer) i pracowników wyższego szczebla ds. prawnych i compliance. Eksperci Deloitte przyjrzeli się, jak pandemia COVID-19 zmieniła ich codzienną pracę, a także wdrażane strategie.

Intensywny czas

Jak wynika z raportu Deloitte, organizacje odpowiadają na kryzys w ramach trzyetapowego procesu, do którego zalicza się: reakcję, powrót do normalnego funkcjonowania oraz rozwój.

W każdej z tych faz głównym wyzwaniem jest szybkie dostosowanie się do zmian. Dotyczy to również dyrektorów działów prawnych. Do ich zadań należy obecnie łagodzenie ryzyka wywołanego zakłóceniami w działalności, takiego jak spory dotyczące wykonywania umów. Dyrektorzy muszą również reagować na zapytania prawne, jakie przychodzą zarówno z wewnątrz, jak i spoza organizacji. 78 proc. badanych deklaruje, że w czasie pandemii są bardziej obciążeni pracą – mówi Zbigniew Korba, Radca prawny, Partner w Kancelarii Deloitte Legal.

Zadania działów prawnych skupiają się głównie na zagadnieniach związanych z COVID-19. Dwie trzecie CLO wskazuje, że to bezpieczeństwo pracowników jest kluczowe w ich obecnej pracy i jednocześnie wpłynie na funkcjonowanie organizacji w najbliższym czasie. Zapytani o wyzwania, badani wskazali również na: kwestie regulacyjne (47 proc.), benefity pracownicze (44 proc.), wpływ na łańcuch dostaw i kontraktów (43 proc.), a także zagadnienia cyberbezpieczeństwa (42 proc.).

Pomimo rosnącej liczby obowiązków, aż 66 proc. dyrektorów prawnych wskazuje, że musiało ograniczyć koszty, a w przypadku 54 proc. organizacji konieczna była redukcja etatów.

Technologie dla prawa

Zwiększający się zakres obowiązków wymaga podjęcia przez organizacje konkretnych kroków. 62 proc. respondentów spodziewa się inwestycji w narzędzia cyfrowe wspierające procesy prawne. Firmy najczęściej decydują się na sztuczną inteligencję, przetwarzanie języka naturalnego i automatyzację procesów. Zmienia się również podejście do zarządzania cyklem życia kontraktu (z ang. CLM – contract lifecycle management). 63 proc. CLO wskazało, że ich organizacja stosuje takie rozwiązania do analizy umów, na które miała wpływ pandemia COVID-19, a 89 proc. tych firm planuje zoptymalizować i ulepszyć CLM.

74 proc. badanych zamierza z kolei zwiększyć wykorzystanie alternatywnych dostawców usług prawnych (ALSP), podczas gdy jeszcze w lutym 2020 r. 80 proc. CLO chciało to użycie zredukować lub pozostawić na takim samym poziomie.

Dzięki outsourcingowi wybranych procesów operacyjnych, działy prawne mogą skupić się na sprawach priorytetowych, a nie zajmować się tymi, które nie przynoszą wartości dodanej. Jednocześnie dostawcy usług prawnych inwestują w ludzi, procesy i technologie. Specjalizują się przy tym w zapewnianiu kosztowo efektywnej i wysokojakościowej realizacji procesów. Dyrektorzy prawni powinni nawiązywać współpracę właśnie z podmiotami, które wdrożyły już takie innowacje i mają strategię, jak to robić w przyszłości – mówi Mateusz Ordyk, Radca prawny, Partner w Kancelarii Deloitte Legal.

 

Odporność na kryzys

Jak wynika z raportu, 51 proc. badanych ma nadzieję, że ich organizacja wróci do normalności w pierwszych dwóch kwartałach 2021 roku. Co ciekawe, ponad połowa dyrektorów prawnych zadeklarowała, że COVID-19 miał pozytywny wpływ na pracę ich działów. 72 proc. CLO doceniło spotkania online, 61 proc. pracę zdalną, a 54 proc. zmniejszoną liczbę podróży służbowych.

Z powodu pandemii dyrektorzy prawni zmienili swoje strategie i wyznaczyli nowe priorytety. Dla 66 proc. z nich najważniejsze jest teraz ustalenie zasad dotyczących powrotu do biur, 52 proc. wskazuje na zgodności z przepisami. Ponad jedna trzecia CLO za priorytet uznaje kwestie związane z cyberbezpieczeństwem.

Eksperci Deloitte wskazują, że dyrektorzy prawni muszą przygotować podległe im działy na kolejne niespodziewane sytuacje. Może to być znana już społeczeństwu pandemia, ale również inne trudne sytuacje niemające dotychczas precedensu. – Zastosowanie nowych technologii, outsourcing usług czy troska o bezpieczeństwo pracowników sprawią, że działy prawne, a dzięki nim również całe organizacje, będą bardziej odporne na kryzysy – dodaje Zbigniew Korba.

Prace nad Krajowym Planem Odbudowy na finiszu. Unijne miliardy mogą popłynąć do Polski w połowie roku

Projekt Krajowego Planu Odbudowy powinien trafić do publicznych konsultacji w pierwszej połowie lutego – zapowiedziała w ubiegłym tygodniu minister Małgorzata Jarosińska-Jedynak. Na jego realizację Polska dostanie z UE ponad 57 mld euro. Unijne środki będą wypłacane w transzach, mniej więcej od połowy tego roku. Popłyną m.in. do samorządów i prywatnych oraz państwowych przedsiębiorstw. KPO ma przede wszystkim odbudować polską gospodarkę po COVID-owym kryzysie i zapewnić jej odporność na przyszłe turbulencje.

W ramach instrumentu Next Generation UE państwa członkowskie UE dostaną w sumie 750 mld euro pomocy na walkę z gospodarczymi i społecznymi skutkami kryzysu po-COVID-owego. Jego największym elementem, z budżetem 672,5 mld euro w formie bezzwrotnych dotacji i pożyczek, jest Europejski Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności. Aby uruchomić te środki, członkowie UE muszą jednak opracować Krajowe Plany Odbudowy, czyli plan inwestycji i reform w poszczególnych krajach. Jak informował w połowie stycznia wiceprzewodniczący KE Valdis Dombrovskis, 11 z nich przedłożyło już komisji gotowe KPO.

– Pieniądze przeznaczone na Krajowe Plany Odbudowy i realizację projektów w nich zawartych powinny spływać mniej więcej od połowy roku. Potrzebne są ramy prawne, szczegółowe dokumenty przygotowane przez wszystkie kraje. Chodzi przede wszystkim o tzw. środki własne, czyli nowe źródła finansowania, które są rewolucją w najbliższej perspektywie finansowej. One wymagają ratyfikacji przez poszczególne kraje członkowskie i Bruksela liczy, że te procesy będą sprawnie przebiegać w najbliższym półroczu. KE liczy też, że dwóch pozostałych aktorów – czyli Rada i Parlament Europejski – będzie bardzo aktywnych i możliwie szybko zrealizuje swoje procedury – mówi agencji Newseria Biznes dr Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Polska będzie czwartym co do wielkości beneficjentem środków z Funduszu Odbudowy. Otrzyma 23,1 mld euro w postaci bezzwrotnych grantów i 34,2 mld euro w pożyczkach. Swój Krajowy Plan Odbudowy wraz z umową partnerstwa (dokument określający, na co zostaną przeznaczone fundusze z budżetu UE na lata 2021–2027) Polska powinna przedłożyć Komisji Europejskiej do końca kwietnia, ale wedle zapowiedzi ma to nastąpić wcześniej, żeby środki z Funduszu Odbudowy zaczęły spływać jak najszybciej. Prace nad dokumentem koordynuje Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej. Wstępny projekt został już pokazany KE.

– Krajowy Plan Odbudowy jest częścią tego budżetu, który ma być inwestycją w zmiany. Na najbliższą siedmiolatkę mamy dwa budżety, które z jednej strony mają odbudować gospodarki po pandemii, a z drugiej – zmieniać świat, w którym żyjemy. KPO to są nowe pieniądze, ale nie na stare plany i projekty – podkreśla dr Marek Prawda.

Reformy i inwestycje uwzględnione w KPO mają przede wszystkim wspierać cyfrową i zieloną transformację. Chodzi o to, by europejskie gospodarki i społeczeństwa dzięki reformom stały się bardziej zrównoważone, odporne i lepiej przygotowane na nowe wyzwania. KE zastrzegła, że co najmniej 37 proc. wydatków z Funduszu Odbudowy ma być przeznaczone na projekty wspierające cele klimatyczne.

– Dla UE bardzo ważne będzie to, żeby projekty zaproponowane przez poszczególne państwa odnosiły się do priorytetów unijnych – mówi dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. – Powinny dotyczyć głównie modernizacji technologicznej, reform, które pomogą Europie stać się bardziej konkurencyjną. Liczyć się będzie też to, jak dalece poszczególne kraje realizują zalecenia UE wskazujące, w jakich dziedzinach należy coś istotnego zrobić. Jesteśmy w takiej fazie, że te zalecenia będą brane dużo poważniej.

W ubiegłym tygodniu szefowa MFiPR Małgorzata Jarosińska-Jedynak poinformowała, że szczegóły Krajowego Planu Odbudowy są już dopinane i w ciągu najbliższych dwóch tygodni powinien on trafić do konsultacji publicznych. Następnie musi go przyjąć rząd, a później zostanie przedłożony Komisji Europejskiej. Kolejnym krokiem będzie zatwierdzenie KPO przez wszystkie kraje UE.

– Nowością jest to, że te krajowe plany będzie zatwierdzać nie tylko Komisja Europejska, ale również gremium złożone z przedstawicieli państw członkowskich. Chodzi o to, żeby ci, którzy wyłożyli na ten cel szczególnie duże pieniądze, mogli mieć dużo do powiedzenia na temat tego, jak one będą wydawane. Spodziewamy się, że do kwietnia bieżącego roku wszystkie krajowe plany będą już przyjęte – zapewnia dr Marek Prawda.

Pieniądze przeznaczone na realizacje Krajowych Planów Odbudowy popłyną do państw członkowskich UE w okolicy połowy tego roku, ale w ramach KPO będzie można rozliczyć też koszty poniesione od lutego 2020 roku, o ile te projekty znajdą się w zaakceptowanym już planie.

Wypłaty funduszy będą się odbywać w transzach w zależności od postępów w realizowaniu założonych celów (tzw. kamienie milowe). Polska w pierwszych latach (do końca 2022 roku) ma dostać 70 proc. z zaplanowanych 57 mld euro – 18,9 mld euro dotacji oraz dodatkowe 4,1 mld euro w kolejnym roku. O tym, czy dostanie kolejną transzę w 2023 roku, będzie decydował przegląd wskaźników gospodarczych, w szczególności spadek realnego PKB w 2020 i 2021 roku.

– Polska ma do wykonania ogromną pracę, ale dzięki tym inwestycjom z KPO można wykonać bardzo istotny skok rozwojowy, chociażby poprzez dokończenie reformy cyfryzacji administracji publicznej, upowszechnienie podpisów elektronicznych i e-dokumentów, co odbiurokratyzowałoby gospodarkę, przyspieszyło działania i zwiększyło pewność obrotu – wymienia Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan. – Jeżeli zaś chodzi o zieloną transformację, tutaj mamy dużo do wykonania – zarówno w zakresie efektywności energetycznej produkcji, budynków etc., jak i w zakresie zmiany struktury energetycznej kraju na bardziej skoncentrowaną na OZE. W to powinniśmy inwestować przede wszystkim. Przy zachowaniu tzw. local content, czyli zaopatrzenia tych inwestycji opartego na rodzimych producentach, będziemy w stanie jednocześnie zwiększyć impuls rozwojowy dla całej gospodarki.

KPO ma przede wszystkim odbudować polską gospodarkę po COVID-owym kryzysie i zapewnić jej odporność na przyszłe turbulencje. Pieniądze otrzymane w ramach programu mają podnieść jej konkurencyjność, trafić do rodzimych firm i poprawić jakość życia Polaków. W ramach prac nad KPO swoje propozycje projektów do MFiPR zgłaszały samorządy i przedsiębiorcy (na dedykowaną skrzynkę spłynęło ponad 1,6 tys. zgłoszeń). Inwestycje były zgłaszane także przez marszałków województw, inne resorty i instytucje centralne, partnerów społecznych i gospodarczych. Z regionów i ministerstw zebrano w sumie 1,2 tys. projektów dotyczących m.in. energetyki, ochrony środowiska, transportu, innowacji i przedsiębiorczości, zdrowia, cyfryzacji i spójności terytorialnej. Znajdują się wśród nich zarówno plany budowy czy przebudowy infrastruktury drogowej i kolejowej, jak i projekty lokalne, jak np. budowa kanalizacji.

Resort dokonał selekcji zgłoszonych projektów na podstawie specjalnie opracowanej w tym celu tzw. matrycy KPO (narzędzie do porządkowania i oceniania zgłoszonych inwestycji pod kątem celów społeczno-gospodarczych). Wskazał również te, które – choć nie zmieściły się w KPO ze względu na ograniczony budżet – mogłyby zostać wsparte z innych źródeł, np. ze środków polityki spójności w nowej perspektywie finansowej na lata 2021–2027.

Ruszył pierwszy etap e-Urzędu Skarbowego. Podatnik złoży tam deklarację, wyśle wniosek do urzędu i zapłaci zaległy mandat

Zaczęło się 1 lutego, potrwa do września 2022 roku. Stopniowe wprowadzanie e-Urzędu Skarbowego na razie pozwala na złożenie e-PIT-u, załatwienie spraw poprzez aplikację e-mikrofirma oraz wgląd w nieopłacone mandaty. Za pomocą kilku kliknięć będzie można także złożyć wniosek lub pismo do urzędu oraz zapłacić online podatki, opłaty skarbowe czy zaległe mandaty. Wiele z tych rzeczy do tej pory trzeba było załatwić przy okienku.

Uruchomiony 1 lutego przez Ministerstwo Finansów i Krajową Administrację Skarbową e-Urząd Skarbowy (e-US) jest dostępny na stronie podatki.gov.pl.

Mamy tutaj dostęp do naszej sztandarowej usługi Twój e-PIT, która jest już zintegrowana z e-Urzędem Skarbowym. Za pomocą dwóch kliknięć można złożyć PIT i wywiązać się w ten sposób z obowiązku złożenia rocznej deklaracji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Koch, pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji. – Mamy także dostęp do e-mikrofirmy, aplikacji służącej do przygotowania plików JPK i wysłania ich do fiskusa. Korzystają z niej głównie przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą. W aplikacji jest dostęp do wszystkich wprowadzonych przez przedsiębiorcę faktur, a także historycznych plików JPK, które zostały już przekazane do fiskusa.

Ponadto w pierwszym etapie e-US będzie oferował użytkownikom dostęp do informacji o otrzymanych mandatach, np. z Policji, sanepidu, Straży Granicznej czy nadzoru budowlanego, możliwość płatności online (na początku przez osoby fizyczne w zakresie PIT, CIT, VAT, PCC, podatku od spadków i darowizn, karty podatkowej, opłaty skarbowej, pozostałych podatków i należności niepodatkowych i mandatów). W serwisie będzie też dostępna historia płatności online, możliwość złożenia w formie elektronicznej niektórych pism (np. wniosku o zaliczenie nadpłaty/zwrotu podatku na poczet innych zobowiązań) oraz dostępna będzie historia wysłanych dokumentów.

– Przygotowaliśmy kilka pism, które za pomocą kilku kliknięć mogą być przygotowane i przekazane do właściwego urzędu skarbowego – wylicza Przemysław Koch. – To m.in. wniosek o zaliczenie nadpłaty lub zwrotu podatku na poczet innych zobowiązań, pismo w sprawie zobowiązań i wyjaśnienia przeznaczenia wpłaty, zawiadomienie o popełnieniu czynu zabronionego, czyli tzw. czynny żal, pismo ogólne do urzędu skarbowego, czy zawiadomienie ZAW-NR, zawiadomienie o wykonaniu płatności na rachunek, którego nie znajdujemy na białej liście podatników VAT.

W kolejnym etapie e-Urząd Skarbowy udostępni szersze spektrum zaświadczeń, które będzie można przekazać do urzędu, także takich, które będą pozwalać na otrzymanie odpowiedzi online, w szczególności zaświadczenia o niezaleganiu z realizacją zobowiązań podatkowych. Zostanie też zintegrowany z systemem poboru opłat drogowych e-TOLL. Pełna wersja e-US ma być dostępna pod koniec 2022 roku.

W e-US w momencie zakończenia projektu znajdą się usługi dla podatnika – osoby fizycznej, płatnika, czyli przedsiębiorstwa, które przekazuje składki za swoich pracowników, dla przedsiębiorcy, który rozlicza się z podatków z urzędem skarbowym, ale także dla urzędników, którzy wykonują czynności na styku z fiskusem – wyjaśnia pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji. – To, po pierwsze, komornicy, którzy będą tą drogą przekazywać do urzędów skarbowych wszystkie informacje niezbędne do wykonywania swoich czynności. Po drugie, stworzymy także przestrzeń dla notariuszy, żeby mogli wykonywać wszystkie swoje czynności na styku fiskus – notariusz.

Uruchomienie od 1 lutego e-US nie zmienia faktu, że standardowy kanał obsługi będzie cały czas dostępny, jednak podatnikom i płatnikom ma dać możliwość szybszego i sprawnego załatwienia urzędowych spraw.

– e-Urząd Skarbowy jest dostępny przez każde urządzenie podłączone do internetu, jest zbudowany w technologii RWD, czyli responsive web design. Dodatkowo jest zbudowany w technologii WCAG 2.0, czyli jest dostępny dla osób z niepełnosprawnościami, w szczególności osób niedowidzących – wyjaśnia Przemysław Koch. – Do uruchomienia e-Urzędu Skarbowego wystarczy aktualna wersja przeglądarki internetowej. Dostępne są takie metody uwierzytelnienia jak Profil Zaufany, e-Dowód czy uwierzytelnienie za pomocą bankowości elektronicznej.

Ministerstwo Finansów nie ma wątpliwości, że nowy projekt spotka się z zainteresowaniem podatników. Świadczyć o tym mogą wyniki usługi Twój e-PIT. W ubiegłym roku przez internet wpłynęło 18,3 mln deklaracji za 2019 rok (na blisko 21 mln).

Projekt e-Urzędu Skarbowego jest współfinansowany z funduszy europejskich (program operacyjny Polska Cyfrowa). Całkowita wartość przedsięwzięcia to niemal 102 mln zł, w tym dofinansowanie z UE to ok. 86 mln zł, a z budżetu państwa – ok. 15,6 mln zł.

KIGEiT: Poprzez nową ustawę o krajowym cyberbezpieczeństwie rząd chce zwiększyć swoją władzę. Powinien skupić się na wyzwaniach takich jak sztuczna inteligencja

W całej Unii Europejskiej trwają prace skupione wokół aspektu cyberbezpieczeństwa. Procedowana jest dyrektywa NIS 2, która zastąpi dotychczasowe regulacje, na podstawie których w Polsce wdrażany jest krajowy system cyberbezpieczeństwa. – To doskonały moment, aby rozważyć rewizję dyrektywy, a zatem również polskiej ustawy o KSC – uważa Jarosław Tworóg, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji. Jak podkreśla, dyrektywa skupia się przede wszystkim na takich aspektach jak zapewnienie kontroli nad danymi osobowymi czy sztuczną inteligencją. Tymczasem w najnowszej nowelizacji polski rząd nie odnosi się do tych wyzwań, skupiając się m.in. na możliwości wykluczenia z rynku niektórych producentów.

16 grudnia 2020 roku Komisja Europejska zaprezentowała nowy pakiet cyberbezpieczeństwa, który zawiera m.in. zrewidowaną wersję dyrektywy NIS, mającą na celu wypracowanie wysokiego, wspólnego poziomu cyberbezpieczeństwa w całej Unii Europejskiej.

 To doskonały moment, aby rozważyć rewizję dyrektywy, a zatem również polskiej ustawy o KSC, w kontekście gorącej debaty na temat strategicznej autonomii i suwerenności cyfrowej w UE. To mogłaby być okazja do popularyzacji tego pojęcia jako zdolności do zapewnienia obywatelom kontroli nad ich życiem cyfrowym, w szczególności poprzez kontrolę ich danych osobowych. Dyrektywa odnosi się również do gotowości do wzmacniania cyfrowych zdolności podmiotu w zakresie jego sieci, bezpieczeństwa cybernetycznego i kontroli zaawansowanego oprogramowania takiego jak sztuczna inteligencja – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Jarosław Tworóg, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji.

Jak wskazuje wiceprezes KIGEiT, projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa w żaden sposób nie odnosi się do najważniejszych wyzwań związanych m.in. z toczącą się obecnie w UE dyskusją nad dyrektywą NIS 2, która nakłada większe niż dotychczas wymagania w zakresie ujawniania luk w zabezpieczeniach, testowania poziomu cyberbezpieczeństwa czy efektywnego wykorzystywania szyfrowania.

NIS 2 rozszerza także wymagania określające zakres krajowych strategii cyberbezpieczeństwa m.in. o identyfikację odpowiednich aktywów i zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa w państwie członkowskim, określenie środków zapewniających gotowość, reakcję i usuwanie skutków incydentów, w tym współpracę między sektorem publicznym i prywatnym czy wykaz różnych organów i podmiotów zaangażowanych we wdrażanie krajowej strategii. Kwestie te w Polsce regulują dwie ustawy: o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa i o zarządzaniu kryzysowym. Ta pierwsza jest właśnie nowelizowana w sposób, który budzi rynkowe zastrzeżenia.

– Projekt nowelizacji ustawy o KSC ilustruje poziom niezrozumienia problemu w środowisku polityków. Cyberbezpieczeństwo ma charakter sieciowy, a nie sektorowy czy geograficzny. Zatem dekompozycja problemu na elementy sektorowe i skupienie na aspekcie krajowym, wyróżnianie mniej lub bardziej zaufanych dostawców, nie odzwierciedla istoty problemu – twierdzi dr inż. Jarosław Tworóg.

Nowelizacja zmian w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wynika z konieczności wdrożenia do polskich przepisów tzw. 5G Toolbox, które mają wzmocnić poziom cyberbezpieczeństwa w Europie w kontekście budowy sieci 5G. Pierwszy projekt nowelizacji, przygotowany we wrześniu 2020 roku, wzbudził wiele kontrowersji, nie tylko ze względu na wyjątkowo krótki czas procedowania, lecz także część zapisów. Nowelizacja umożliwiała m.in. wykluczenie części dostawców usług ze względu na kraj pochodzenia. Zgłoszono wówczas ok. 750 uwag, stąd przygotowany nowy projekt nowelizacji ustawy.

Jak jednak zauważa wiceprezes KIGEiT, choć zawiera on sporo zmian w porównaniu do wrześniowej wersji, w większości są to zmiany kosmetyczne.

– Choć ostateczny kształt projektu jest nie do przewidzenia, to można być pewnym, że rząd chce zwiększyć zakres swojej władzy m.in. poprzez uznaniowe, oparte na przesłankach politycznych, wykluczanie dostawców sprzętu i oprogramowania. W ocenie skutków regulacji zauważa się, że wykonanie obecnie obowiązującej ustawy pozostawia wiele do życzenia, a operatorzy usług kluczowych już dzisiaj mają trudności ze spełnieniem wyśrubowanych wymogów technicznych dla wewnętrznych struktur cyberbezpieczeństwa – wskazuje.

W nowelizacji wciąż znajdują się zapisy, które pozwalają wykluczyć z wdrażania 5G część dostawców na podstawie niemerytorycznych kryteriów, czyli np. kraju pochodzenia. Zgodnie z proponowanymi przepisami dostawców będzie oceniać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. Ci, którzy zostaną uznani za zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa, zostaną wykluczeni z przetargów. Przedstawiciele branży telekomunikacyjnej wielokrotnie apelowali o wprowadzenie bardziej merytorycznych kryteriów oceny, jednak nieskutecznie.

 Musi to budzić niepokój, biorąc pod uwagę, że po ostatnich konsultacjach publicznych projektodawca zapowiedział, że wprowadzi zmianę i skupi się właśnie na aspektach technicznych. Mimo kontrowersji wynikłych w trakcie poprzednich konsultacji publicznych KPRM nie przewiduje drugiej rundy konsultacji, co dowodzi prymatu intencji politycznych o nieznanych celach nad dobrze zdefiniowanym interesem gospodarczym – podkreśla dr inż. Jarosław Tworóg.

Pacjenci z dolegliwościami sercowymi często zwlekają z wezwaniem pomocy. Przez pandemię leczenie zawałów serca cofnęło się o 15 lat

Kardiolodzy alarmują, że w 2020 roku zgłaszało się do nich znacznie mniej pacjentów z dolegliwościami sercowymi. Chorzy często bagatelizują objawy z obawy przed koronawirusem oraz niewydolnością służby zdrowia. – Przez pandemię cofnęliśmy się w leczeniu zawałów serca o 15 lat, coraz częściej trafiają do nas pacjenci z groźnymi konsekwencjami tzw. przechodzonych zawałów – mówi kardiochirurg Grzegorz Suwalski. Jednocześnie podkreśla, że walka z COVID-19 pokazała nowe zastosowanie dla sztucznego płuca, urządzenia wykorzystywanego od lat w kardiochirurgii, co może w przyszłości skutkować wdrożeniem innowacji w tym zakresie.

– Choroby, z którymi borykaliśmy się przed pandemią, istnieją cały czas i mają własną dynamikę. Faktycznie jako społeczeństwo przestaliśmy się nimi tak bardzo interesować, ale to jest właśnie efekt pandemii. Zawały serca, ostre zespoły wieńcowe czy inne schorzenia sercowe nie mogą zejść na drugi plan, bo zdrowie Polaków znacznie się pogorszy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Grzegorz Suwalski, kardiochirurg, prezes zarządu Quantum Innovations.

Już wiosną, na początku pandemii, kardiolodzy alarmowali, że zgłasza się do nich 25–30 proc. mniej pacjentów z dolegliwościami sercowymi. Spadła również liczba interwencji kardiologicznych.

Jak wskazuje Polskie Towarzystwo Kardiologiczne, rocznie stwierdza się w Polsce ok. 40 tys. zawałów mięśnia sercowego i 30 tys. tzw. niestabilnej choroby wieńcowej leczonej zabiegowo w trybie pilnym. W przypadku nieleczonego ostrego zawału (z uniesieniem odcinka ST – STEMI) śmiertelność wynosi ok. 40 proc., a w przypadku zawału leczonego za pomocą pierwotnej angioplastyki wieńcowej jest ona ośmiokrotnie niższa (3,5–5 proc.).

– Najlepsze w ostrym zawale serca jest leczenie inwazyjne. Często bywa niestety odraczane, chociażby z powodu tego, że pacjenci boją się zgłosić do szpitala czy wezwać pogotowie. W związku z tym nie widzimy istotnego wzrostu zawałów, ale widzimy, że ich leczenie przez pandemię nie jest optymalne. Jest takie, jak było 15 lat temu, czyli nie jest oparte na szybkich inwazyjnych technikach – podkreśla kardiochirurg.

Lekarze apelują, żeby mimo pandemii nie lekceważyć objawów innych chorób, bo ich konsekwencje mogą być groźne dla zdrowia i życia. Nieleczony zawał serca zwykle doprowadza do poważnego uszkodzenia mięśnia sercowego, a to może prowadzić do rozwinięcia niewydolności serca, która znacząco pogarsza jakość życia.

– Konsekwencją tzw. przechodzonych zawałów jest jednostka chorobowa, której nie widzieliśmy kilkanaście lat – pacjent trafia do leczenia dopiero w momencie, kiedy jest już ciężka niewydolność serca, kiedy często dochodzi do pęknięcia serca w wyniku trwania zawału. Mamy więc nieoptymalne leczenie zawału serca przez opóźnienie wdrożenia optymalnych technik – wyjaśnia dr n. med. Grzegorz Suwalski.

Kardiochirurdzy są zaangażowani w leczenie chorych na COVID-19 od początku pandemii. U dużej części pacjentów z ciężkim przebiegiem choroby zniszczenie płuc jest tak duże, że konieczne jest wykorzystanie respiratorów.

– Wówczas z pomocą przychodzi kardiochirurgia i zewnątrzustrojowa technika natleniania krwi. Jest to tzw. procedura ECMO, czyli zewnętrzne sztuczne płuco. Krew jest pobierana od pacjenta przez kaniulę, wprowadzana do urządzenia i oddawana z powrotem już natlenowana. W kardiochirurgii to urządzenie jest wykorzystywane od lat w leczeniu innych ciężkich chorób układu krążenia, a w czasie pandemii ujawniło się nowe zastosowanie – tłumaczy prezes zarządu Quantum Innovations.

Jego zdaniem pandemia może znacząco przyczynić się do rozwoju tej metody leczenia. Doświadczenie zdobyte w tym czasie umożliwi bowiem lekarzom zebrać informacje dotyczące leczenia nowej jednostki chorobowej, jaką jest COVID-19, za pomocą ECMO.

– Ta wiedza, która teraz jest zbierana, w ciągu roku–półtora zaowocuje nowymi pomysłami urządzeń. Pokaże, gdzie są problemy, następnie zrodzą się koncepcje i ruszą projekty, które będą te koncepcje weryfikować pod kątem ich skuteczności i bezpieczeństwa. Kiedy to się dokona, to ruszą innowacje sprzętowe, być może pojawią się nowe urządzenia do oksygenacji, być może inne urządzenia, które będą wspomagały procesy decyzyjne – prognozuje dr n. med. Grzegorz Suwalski.

Nawet 50 tys. zł miesięcznie mogą zarobić inżynierzy o wąskich specjalizacjach. Pracodawcy poszukują specjalistów od projektowania i wdrożeń sztucznej inteligencji

Pandemia zmniejszyła liczbę rekrutacji, spowodowała też redukcję etatów. Jednocześnie wzrosło zapotrzebowanie na nowe kompetencje. Obecnie wśród najbardziej pożądanych specjalizacji znajdują się programista PLC, elektryk, inżynier sprzedaży, inżynier testów czy inżynier produkcji. Na rynku pracy królować będzie także sztuczna inteligencja. – Ludzie, którzy potrafią wdrożyć SI czy projektować systemy np. obsługi klienta poprzez sztuczną inteligencję, są bardzo cenieni. To ludzie, którzy zarabiają często na rynku około 4050 tys. zł – podkreśla Tomasz Szpikowski, prezes Bergman Engineering.

– Przewidujemy, że wzrośnie zapotrzebowanie na osoby, które pracują na stanowiskach inżynieryjnych i są kreatywne, potrafią budować modele, w których klienci płacą pieniądze miesięcznie w abonamencie. Takie, które potrafią bardzo szybko pisać kody i potrafią to robić w sposób efektywny i tani. Będą poszukiwani ludzie, którzy mają pomysły na to, jak można pewne procesy przyspieszyć, którzy są w stanie wymyślić nowy software usprawniający pracę dotychczasowych systemów, czy ci, którzy potrafią sterować procesami z poziomu np. jednego pulpitu  czy jednego telefonu – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Szpikowski, prezes Bergman Engineering.

Choć pandemia znacznie zmniejszyła liczbę prowadzonych rekrutacji i znacząco wpłynęła na redukcję etatów, pokazała też, że rośnie zapotrzebowanie na nowe kompetencje i specjalizacje. Poszukiwani są m.in. inżynierowie, którzy łączą kwalifikacje techniczne z kompetencjami miękkimi. Prężnie działają też firmy specjalizujące się w nowoczesnych technologiach i cyberbezpieczeństwie. Dane Bergman Engineering wskazują, że wśród najbardziej pożądanych specjalizacji znajdują się obecnie programiści PLC, elektrycy, inżynierzy sprzedaży, inżynierzy testów i inżynierzy produkcji.

– W tej chwili widzimy też bardzo duże zapotrzebowanie i na rynku mamy bardzo niewiele kompetencji przy okazji projektów związanych ze sztuczną inteligencją. Ludzie, którzy potrafią wdrożyć SI czy projektować systemy np. obsługi klienta poprzez SI, a także umiejący działać na Big Data, zagregować dane i sprzedawać te informacje na zewnątrz, są bardzo cenieni. To ludzie, którzy często zarabiają na rynku około 4050 tys. zł – podkreśla prezes Bergman Engineering.

Coraz więcej firm poszukuje też specjalistów z zakresu elektromobilności. W ciągu dwóch lat zapotrzebowanie na takich pracowników wzrosło o ponad 200 proc. Taki trend będzie się utrzymywać. Poszukiwani są także eksperci związani z transportem autonomicznym. Na brak propozycji pracy nie mogą narzekać także osoby związane z internetem rzeczy. Według szacunków IDC w 2025 roku do IoT będzie podłączonych już 55,9 mld urządzeń.

– Cały świat robi się w tej chwili jedną wielką siecią i ci inżynierowie, którzy potrafią pisać software i wyciągać dane, to będzie skarb na dłuższą metę – przekonuje prezes Bergman Engineering.

Jak podkreśla, rynek inżynieryjny stał się rynkiem bardzo niszowym, nie ma inżyniera od wszystkiego, jest natomiast inżynier o bardzo wąskiej specjalizacji. Pracodawcy szukają jednak nie tylko kompetencji technicznych, lecz także tych miękkich. Blisko 90 proc. pracodawców poszukuje specjalistów umiejących krytycznie myśleć, a dla ponad 70 proc. z nich ważna jest umiejętność łączenia świata tradycyjnego z cyfrowym i łatwa adaptacja do zmieniających się warunków pracy.

– Wyzwania stojące przed inżynierami, a zarazem ich szansa na rynku pracy, to specjalizacja, otwarcie się na nowości, języki obce, jak również śledzenie nowych technologii, które mogą pozwolić na szybkie dostosowanie się i pójście za tym, co akurat jest w tej chwili na rynku potrzebne. To także zdolność przystosowania się do tego, w jaki sposób zmienia się rynek – mówi  Tomasz Szpikowski.

Mimo pandemii i kryzysu gospodarczego specjaliści mogą liczyć na wzrost zarobków o 5–10 proc., a ci najlepsi, z większymi kompetencjami cyfrowymi, na znacznie więcej.

– Cały czas będzie trwała walka o talenty, które będą wyżej opłacane. Aby złowić najlepszych ludzi, firmy muszą zapłacić więcej. Per saldo najlepsi mogą zarabiać 20–30 proc. więcej niż do tej pory, dlatego że weszli w nowe technologie. Ci, którzy nie mają tych kwalifikacji, nie dostaną podwyżki, bo będą zweryfikowani przez rynek. Mimo że tempo pracy i inteligencja tych kodów nie jest taka wysoka, to średnio biorąc wszystkich inżynierów, informatyków na rynku, te podwyżki powinny być większe o około 5 do 10 proc. – wylicza prezes Bergman Engineering.

Czeka nas wysyp nowych technologii fotowoltaicznych. Innowacyjne rozwiązania pozwalają pozyskiwać energię za pomocą szyb czy farb

Energia słoneczna jest potężną alternatywą dla paliw kopalnych. Światło słoneczne padające na Ziemię dostarcza około 15 tys. razy więcej energii niż jej całkowite zużycie na świecie. Technologie pozyskiwania jak największej ilości energii słonecznej szybko się rozwijają. Dzięki panelom fotowoltaicznym można już nie tylko wytwarzać energię elektryczną, lecz także ogrzać dom czy wodę. Pojawiają się kolejne innowacyjne rozwiązania, jak szkło fotowoltaiczne, prototypy termoradiacyjnych urządzeń fotowoltaicznych czy odwróconych paneli słonecznych, które mogą wytwarzać energię elektryczną w nocy.

– Panele fotowoltaiczne możemy wykorzystać nie tylko do generacji energii elektrycznej, lecz także do generowania ciepła czy ocieplenia domu poprzez transmisję energii do folii grzewczych, zainstalowanych w murach czy podłogach, które się nagrzewają poprzez energię elektryczną  i ogrzewają dzięki temu dom – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Emmanuel Lickel-Skiba, współzałożyciel portalu dobryprad.pl. – Mamy już przykłady takiej technologii wdrożonej w Polsce. Mamy też instalację fotowoltaiczną, która generuje energię elektryczną wykorzystaną do zasilania pompy ciepła.

Jak podaje Instytut Energetyki Odnawialnej, na koniec 2020 roku łączna moc zainstalowanych w Polsce elektrowni fotowoltaicznych przekroczyła 3,5 GW. Coraz więcej osób decyduje się na panele słoneczne, które pozwalają nie tylko wyprodukować prąd, ale też ogrzać dom czy podgrzać wodę. Folia grzewcza na podczerwień to rewolucja w ogrzewaniu domów. Zasilana prądem emituje bezpieczne dla zdrowia promieniowanie podczerwone. Istnieją też systemy, które łączą panele fotowoltaiczne z pompami ciepła i rozwiązaniem inteligentnego domu. Technologia pomp ciepła stanowi efektywną ekonomicznie alternatywę dla kotłów na paliwa kopalne.

– Inwestycja w samą fotowoltaikę bez rozwiązań grzewczych opłaca się w ciągu od czterech do siedmiu–ośmiu lat, czasami nawet dłużej. Jeżeli sięgamy dodatkowo po inwestycje w rozwiązania grzewcze, to wtedy ten koszt może się pomnożyć razy dwa, czyli musielibyśmy liczyć na okres zwrotu inwestycji co najmniej osiem lat – wylicza Emmanuel Lickel-Skiba.

Rozwiązań jest jednak wiele. Zamiast tradycyjnych paneli można zamontować fotowoltaiczne dachówki. Na rynku dostępne są też farby, które pochłaniają światło słoneczne i parę wodną z otoczenia. Zgromadzona w ten sposób woda może zostać podzielona na wodór i tlen, a odnawialnym źródłem energii jest wodór, traktowany jako paliwo. Istnieją też farby słoneczne na bazie perowskitu.

Oprócz innowacyjnych materiałów pojawiają się również kreatywne metody pozyskiwania maksymalnej energii słonecznej. Na przykład szwajcarski start-up Insolight używa zintegrowanych soczewek jako wzmacniaczy optycznych w szkle ochronnym paneli, aby skoncentrować wiązki światła. Pojawiają się też prototypy termoradiacyjnych urządzeń fotowoltaicznych lub odwróconych paneli słonecznych, które mogą wytwarzać energię elektryczną w nocy. Innym innowacyjnym rozwiązaniem są przezroczyste okna słoneczne. Naukowcy w „Nature Energy” dowodzą, że przezroczyste materiały słoneczne mogą zbierać tyle energii, co większe jednostki słoneczne na dachach. Cienki, podobny do plastiku materiał może być stosowany na budynkach, szybach samochodowych czy telefonach komórkowych.

– Mamy już różne rozwiązania, które są wdrożone przez różne firmy za granicą, w Stanach Zjednoczonych, w Unii Europejskiej, też m.in. w Polsce. To np. szkło fotowoltaiczne, które pozwala generować energię elektryczną na podstawie instalacji okiennej. To produkty, które są obecnie testowane, myślę, że w ciągu następnych pięciu lat już zaczniemy je stosować na rynku – wskazuje współzałożyciel portalu dobryprad.pl.

Menedżerowie optymistycznie oceniają przyszłość gospodarki

Luty rozpoczynamy dobrymi danymi z przemysłu. PMI polskiego sektora przetwórstwa w styczniu wyniósł 51,9 pkt (51,7 pkt w grudniu 2020 r.). Oznacza to siódmy z rzędu miesiąc, kiedy wśród menedżerów logistyki optymiści przeważają nad pesymistami – co więcej przyrasta tych pierwszych.

Można odnieść wrażenie, że w dzisiejszych danych znalazły ujście: odporność polskiego eksportu i duże zapotrzebowanie krajowe na niektóre dobra (np. AGD) oraz nadzieje wzbudzone przez program szczepień.

Wskaźniki składowe PMI dostarczają jednak bardziej złożonego obrazu sytuacji w przetwórstwie. Wprawdzie notuje ono rosnącą liczbę nowych zamówień (w tempie znanym z długookresowych trendów), jednak systematycznie większy wkład mają zamówienia zza granicy (w styczniu najwyższe od 3 lat). Nie podąża za nimi produkcja (trzeci miesiąc spadków). IHS Markit zwraca uwagę na rolę kwarantann w ograniczaniu mocy produkcyjnych. Nie widzimy tego jednak w danych dla całej gospodarki. Niezależnie, deficyty kadr dają się we znaki – wzrost popytu uzasadniałby tzw. chomikowanie pracy (niezwalnianie, aby uniknąć kosztów rekrutacji przy szybkim odbiciu popytu) oraz rosnące zatrudnienie. Konsekwencją braków pracowników jest wzrost zaległości (błędnie postrzegany w PMI jako korzystny). Czas dostaw rośnie do poziomów znanych z marca i kwietnia.

Obserwujemy kumulujące się zapasy materiałów. Ich przyczyny są wielorakie: fizyczny brak dóbr a także ryzyko niedostępności oraz produkcja poniżej planowanej (za brakiem pracowników idą niewykorzystane surowce). Niedostępność materiałów to bardzo problematyczne zjawisko nie tylko z powodów technologicznych. Rzadkie dobra są cenione wyżej, stąd inflacja kosztów, która w styczniu osiągnęła poziomy nienotowane od niemal dekady.Zmniejszanie marż producentów nie jest dłużej możliwe, co doprowadza do przenoszenia części kosztów na klientów.

Optymizm na najbliższe 12 miesięcy wciąż wysoki (minimalny spadek w stosunku do grudnia). Nic dziwnego, polska gospodarka – nawet funkcjonująca w trybie pandemicznym – notuje popyt po stronie firm i producentów, a skuteczność szczepionek może tylko poprawić nastroje. Można jednak sobie wyobrazić również bardziej pesymistyczny scenariusz, w którym kolejne mutacje wirusa ponownie blokują światową gospodarkę.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Partycypacja społeczna w planowaniu przestrzennym, a reforma planistyczna

O potrzebie reformy planowania przestrzennego słyszymy od lat, nic więc dziwnego, że kolejna próba zmiany przestarzałego prawa także jest szeroko komentowana. Obowiązująca dziś ustawa z dnia 27 marca 2003 roku zmieniana była 60 razy, a w większości były to nowelizacje ustaw. Do konsultacji społecznych trafił właśnie dokument: „Reforma systemu planowania i zagospodarowania przestrzennego”,  zawierający wstępne założenia nowej ustawy planistycznej, które zapowiadają, że  mają zniknąć studia i pojawić się dwa rodzaje nowych planów. Na znaczeniu mają stracić obecne WZ, czyli warunki zabudowy. Natomiast tzw. “plan ogólny” ma być uchwalany obowiązkowo dla obszaru w granicach gminy. Podczas opracowywania dokumentów planistycznych, bardzo ważne jest zaangażowanie społeczne mieszkańców. Wynika to z podstawowych zasad przyjętych w planowaniu ładu przestrzennego i zrównoważonego rozwoju. Eliminacja konfliktów na tym polu może znacząco skrócić długość cyklu operacyjnego inwestorów oraz wpłynąć na lepszą dostępność gruntów, a co za tym idzie – zyskać mogłyby wszystkie strony. Obecny brak miejscowych planów jest czynnikiem blokującym rozwój inwestycji, a potęgowanym skomplikowanymi i niejasnymi procedurami. 

W przestrzeni dyskusji, jak dotąd brakuje również szerszego poruszenia aspektu zmian zasad partycypacji społecznej, które w istocie są niezwykle ważnym elementem. Jak potwierdzają badania, Polacy w zdecydowanej większości chcą uczestniczyć w tych procesach, ale do tej pory tego nie robią.

Nie przedstawiono jeszcze szczegółów proponowanych rozwiązań i przepisów przejściowych, a w kontekście zapowiadanych od dłuższego czasu zmian w systemie planowania przestrzennego władze wielu gmin stoją przed dużym dylematem, czy przystępować do opracowywania nowego studium, co jest czasochłonnym i kosztownym zadaniem, czy poczekać na zakończenie reformy.

Czy reforma planistyczna będzie korzystna dla mieszkańców?

Planowanie i gospodarka przestrzenna w obecnym kształcie są przedmiotem powszechnej krytyki. Uchwalona prawie dwie dekady temu ustawa nie spełnia swoich funkcji i nie przystaje do globalnych trendów, jak np. wzrost znaczenia eko budownictwa i zrównoważonego rozwoju, popularyzacja CSR-ów, wzrost świadomości, współdzielenie i zaangażowanie decyzyjne lokalnych społeczności. Aktualnie idea zrównoważonego rozwoju staje się podstawą planowania przestrzennego, a konsultacje społeczne są niezbędne do podejmowania trafnych decyzji oraz mogą zapobiegać lokalnym konfliktom.

Chociaż obecna ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym gwarantowała obywatelom udział w procesie planowania, większość osób nie korzystała z tego przywileju, a tym samym nie mogła wpływać na zagospodarowanie swojego otoczenia. W rezultacie, wyzwaniem dla procedur planistycznych opisanych w nowym projekcie ustawy o planowaniu przestrzennym staje się zagwarantowanie realnych możliwości partycypacji społecznej.

Jak potwierdziły badania, obywatele chcą aktywnie uczestniczyć w tych procesach. Prawie 90% badanych interesuje się planowanymi inwestycjami i przekształceniem gruntów w miejscowości lub gminie, gdzie zamieszkuje, zaś ponad 80% deklaruje potrzebę udziału przy podejmowaniu decyzji dotyczących zagospodarowania terenu swojego miasta czy gminy.

Nic powinno to zaskakiwać, bowiem plan zagospodarowania przestrzennego to dokument, który decyduje o wyglądzie naszego otoczenia. Na jego podstawie urzędnicy wydają pozwolenia na budowę. Na przykład plan zagospodarowania reguluje, że na danym terenie wybudować możemy tylko domy jednorodzinne, natomiast jeśli w planie widnieją tereny rekreacyjne, to w tym miejscu nie zostaną zbudowane zakłady produkcyjne, itd.

W przypadku planowania przestrzennego obowiązujące przepisy prawa umożliwiają udział społeczeństwa w procesie sporządzania poszczególnych dokumentów planistycznych, między innymi poprzez nałożenie na organy sporządzające te dokumenty obowiązku poddania ich konsultacjom społecznym. Natomiast, jak okazuje się w praktyce, mieszkańcy nie uczestniczą w tych ważnych procesach i to w zdecydowanej większości – aż 95% obywateli nie składała uwag czy wniosków do dokumentów planistycznych. Jednocześnie wskazuje się na niedostateczne informowanie społeczeństwa o planowanych zmianach dotyczących zagospodarowania terenu. Jaki będzie zatem  nowy sposób, przedmiot i zakres  udziału społeczeństwa w kształtowaniu otaczającej go przestrzeni? Tego na razie nie wiemy.

“Wuzetki”, czyli system planowania przestrzennego do góry nogami

Aktualnie “wuzetki”, które miały być wydawane tylko w wyjątkowych przypadkach, stały się normą, a plany miejscowe, które miały stanowić normę, należą do wyjątków. Według danych PZFD, najwyższy stopień pokrycia planami zagospodarowania ma  obecnie Kraków  i wynosi  65,4% , a najgorzej kształtuje się on w Rzeszowie, bo na poziomie 16,9%. Warszawa to  39,4%, a Łódź tylko 24,5%. Partycypacja społeczna w planowaniu przestrzennym oznacza proces, w którym zarówno władze, jak i mieszkańcy współdziałają w przygotowaniu planów, realizowaniu określonej polityki, a także podejmowaniu decyzji gwarantujących zachowanie zasady zrównoważonego rozwoju i ładu przestrzennego. Budowa domów i mieszkań powinna odbywać się przede wszystkim w oparciu o miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. Niestety, zamiast tego masowo wydawane są „wuzetki”, czyli decyzje o warunkach zabudowy – na ich podstawie buduje się dziś ok. 50 proc. całości inwestycji mieszkaniowych w Polsce. W ubiegłym roku – jak podaje GUS – liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym wzrosła o 2,8% r/r i wyniosła aż 275 938. „Wuzetka” powoduje liczne problemy, np. obowiązuje bezterminowo i bez uwzględnienia przyszłych możliwych zmian w otoczeniu. Co więcej, WZ nie muszą być zgodnie ze studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego, co powoduje gigantyczny bałagan urbanistyczny. Często są też postrzegane jako korupcjogenne, co rzutuje na negatywną percepcję społeczną dla całego procesu – wielokrotnie mówiono o wydawaniu korzystnych dla inwestorów „wuzetek” czy blokowaniu przez nich uchwalenia planu miejscowego niezgodnego z ich strategiami.

Planowanie przestrzenne to coś, dzięki czemu kreowane jest nasze otoczenie. Właśnie w oparciu o ustawę o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym powinny powstawać miejskie plany zagospodarowania przestrzennego. Po reformie, na terenach, dla których nie uchwalono planu zabudowy, mają obowiązywać określone w nowej ustawie standardy urbanistyczne.

Ministerialny dokument jak dotąd nic nie mówi o tym, jak długo po wejściu w życie nowej ustawy planistycznej będą obowiązywały wydane wcześniej warunki zabudowy. Projekt, który trafił dwa lata temu do konsultacji mówił, że gminy miałyby 3 lata na sporządzenie planów ogólnych, a istniejące miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego zachowałyby swoją ważność. W nowym projekcie nie ma o tym ani słowa. Dla decyzji o warunkach zabudowy (WZ) planowane było wprowadzenie terminu ważności. Trudno więc odnieść się do projektu bez poznania się z kluczowymi założeniami, które mogą być przyczyną gigantycznego bałaganu, czy wręcz chaosu.

Reforma, a rosnąca rola udziału społecznego

Coraz częściej mieszkańcy doceniają korzyści płynące z CSR-ów i wspierają projekty spełniające kryteria zrównoważonego rozwoju. Niezwykle istotne jest poszukiwanie modelu działania opartego na faktycznym dialogu i realnej partycypacji społecznej. Udział obywateli w procesie planowania przestrzennego jest bardzo ważny, ponieważ już na etapie tworzenia projektów planów zagospodarowania umożliwia rozwiązywanie problemów i spraw spornych, z korzyścią dla wszystkich stron.

Prawidłowa społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR) to swoisty, społeczno-biznesowy ekosystem, korzystny dla mieszkańców, zawierający zrównoważony rozwój urbanistyczny, łączący wszystkie płaszczyzny: społeczną, środowiskową i ekonomiczną, szczególnie na etapach ich implementacji, kiedy wiele decyzji i rozwiązań jest uznaniowych lub intuicyjnych.

Odpowiedzialny społecznie rozwój sektora nieruchomości można zdefiniować jako działania podejmowane w celu zmniejszenia negatywnego wpływu budynków i konstrukcji na zdrowie ludzi i środowisko naturalne, przy jednoczesnym dążeniu do efektywnego wykorzystania energii, wody i innych zasobów. To również ochrona zdrowia mieszkańców i poprawa produktywności pracowników, a także zmniejszenie ilości odpadów, zanieczyszczeń i degradacji środowiska. Trzeba kłaść nacisk na ogólny wpływ inwestycji na otoczenie, a nie tylko na sam proces budowy. Istotne są też zmiany klimatyczne, które tworzą nowe wyzwania. Przestrzeń miejska musi być wentylowana, mieć możliwości wchłaniania wody opadowej, korzystać z zielonej energii, komunikacji elektrycznej czy budować ogrody na dachach i elewacjach. Natomiast pod pojęciem zrównoważonego rozwoju należy także rozumieć rozwój społeczno-gospodarczy, w którym następuje proces integrowania działań politycznych, gospodarczych i społecznych z zachowaniem równowagi przyrodniczej w celu gwarancji możliwości zaspokajania podstawowych potrzeb poszczególnych społeczności lub obywateli. Dlatego też włączenie lokalnych społeczności w proces miejscowego planowania przestrzennego jest tak bardzo istotne i kluczowe dla przyszłości.

Reforma planowania przestrzennego ma już kilkunastoletnią historię. Wszystkie rządy rozpoczynały pracę nad projektem ustawy w tej sprawie, ale żadnemu jak dotąd nie udało się ich zakończyć. Czy tym razem będzie inaczej? Prace nad nowymi przepisami trwają i trudno przewidzieć datę ich wejścia w życie.

Autor/fot.: Adam Białas, ekspert rynku, dziennikarz biznesowy, współzałożyciel  stowarzyszenia wspierającego zrównoważony rozwój przestrzeni miejskiej i korzyści płynących z CSR-ów – „Nowoczesna Warszawa 2030”, menedżer agencji komunikacji i marketingu.