Aleksandra Bluj: WIBOR znów jest reprezentatywny

„Musieliśmy dokonać weryfikacji i walidacji metody, sprawdzić, skonsultować i potwierdzić, że zakres dostosowania metody opracowywania pozwala na trafny opis rzeczywistości ekonomicznej oraz zapewnić KNF, że w przypadku zmiany tej rzeczywistości będziemy w stanie doprowadzić WIBOR do takiego stanu, w którym będzie on wciąż +reprezentatywny+” – opisuje drogę GPW Benchmark do roli administratora wskaźników referencyjnych stopy procentowej w rozmowie z PAP wiceprezes spółki Aleksandra Bluj.
„W grudniu 2020 roku Komisja Nadzoru Finansowego udzieliła nam zezwolenia na opracowywanie stawek referencyjnych WIBOR i WIBID, które stanowią rodzinę wskaźników referencyjnych. To koncepcja dwustronności, z którą wskaźniki WIBID i WIBOR funkcjonowały i która jest charakterystyczna dla naszego rynku. Różnica polega na tym, że WIBOR jest wskaźnikiem kluczowym, a WIBID nie ma takiego statusu, ale również jest dzisiaj uznany za zgodny z rozporządzeniem BMR” – mówi wiceprezes GPW Benchmark Aleksandra Bluj.

„WIBOR jest wskaźnikiem kluczowym, nie dlatego, że spełniamy wszystkie, dość rygorystyczne ilościowe przesłanki wynikając z BMR, ale dlatego, że Polska WIBOR-em stoi. Kredyty, czy obligacje zmiennokuponowe, oparte są o WIBOR. Polska jest krajem, w którym używa się przede wszystkim zmiennej stopy procentowej w udzielanych kredytach, w tym przede wszystkim kredytach hipotecznych. Ponieważ właściwie nie ma alternatywy dla WIBOR-u, to Komisja Nadzoru Finansowego stwierdziła, że WIBOR jest krajowym wskaźnikiem kluczowym” – dodaje.

GPW Benchmark zajmuje się wyznaczaniem indeksów rynku akcji i obligacji oraz dostarcza wskaźniki referencyjne dla rynku pieniężnego WIBID i WIBOR. Wchodząca w skład Grupy Kapitałowej GPW spółka jest administratorem wskaźników referencyjnych w rozumieniu unijnego rozporządzenia BMR, wpisanym do rejestru ESMA (ang. The European Securities and Markets Authority), instytucji nadzorującej unijny rynek kapitałowy. Otrzymanie zezwolenia dla opracowywania wskaźnika WIBOR, oznacza, że GPW Benchmark stała się obecnie jednym z trzech licencjonowanych administratorów wskaźnika kluczowego. Stało się to po przeprowadzonym przez GPW Benchmark procesie dostosowania wskaźników WIBID i WIBOR, która doprowadziła te wyjątkowo ważne dla krajowego rynku finansowego wskaźniki do zgodności z wymaganiami nałożonymi na podstawie przepisów unijnego prawa, zawartych w rozporządzeniu BMR.

Nad zmianami w WIBOR-ze GPW Benchmark pracowała przez ponad dwa lata.

„Musieliśmy dokonać weryfikacji i walidacji metody, sprawdzić, skonsultować i potwierdzić, że zakres dostosowania metody opracowywania pozwala na trafny opis rzeczywistości ekonomicznej oraz zapewnić KNF, że w przypadku zmiany tej rzeczywistości będziemy w stanie doprowadzić WIBOR do takiego stanu, w którym będzie on wciąż +reprezentatywny. To słowo-klucz, które może mieć wiele interpretacji, ale najważniejsze i najbardziej trafne znaczenie jest takie, że wskaźnik referencyjny ma mierzyć rzeczywisty rynek. Dyskusja na temat tego czym jest rzeczywisty i aktywny rynek, może być długa, tym bardziej, że argument, że ilość i wartość depozytów niezabezpieczonych jest ograniczona, jest zasadny. Mając na uwadze fakt, że rynek międzybankowy jest nisko-transakcyjny, aby zapewnić ciągłość WIBOR-u, musieliśmy z jego istoty wydobyć najważniejsze elementy. Wykorzystaliśmy wskazania BMR, które mówią, że kiedy nie możemy wziąć danych z Rynku Bazowego, to bierzemy je z Rynków Powiązanych” – wyjaśnia Aleksandra Bluj.

„Poradziliśmy sobie z tym zadaniem, ale jesteśmy zobowiązani sprawdzać, czy stworzona przez nas konstrukcja dobrze działa. Musimy regularnie zapewniać, że WIBOR jest tworem żywym” – dodaje.

Jednym z najgroźniejszych zjawisk z punktu widzenia administratora wskaźników jest spadek transakcyjności, który grozi utratą atrybutu „reprezentatywności”.

„Obserwowaliśmy w okresie nasilenia pandemii koronawirusa widoczne spadki poziomu transakcyjności, a przy tym ilości dokonywanych transakcji, nawet dla tych najkrótszych, najbardziej płynnych terminów zapadalności. Jako administrator wskaźnika kluczowego jesteśmy zobowiązani do tego, żeby naszymi działaniami zapewniać stabilność i ciągłość systemu finansowego, któremu wskaźniki referencyjne służą, co w tym wypadku oznacza ciągłe poszukiwanie takich segmentów rynku, które pozwalają na budowanie stabilnych i reprezentatywnych wskaźników alternatywnych. My takie koncepcje już też mamy” – mówi Bluj.

Zapewnienie scenariuszy postępowania na wypadek zaprzestania opracowywania stosowanych wskaźników referencyjnych to jedno z wymagań stawianych przez Rozporządzenie BMR. Wybór wskaźnika alternatywnego jest rozwiązaniem najbardziej pożądanym i czytelnym do zastosowania. Scenariusze awaryjne lub wskaźniki alternatywne powinny być uwzględniane w niemal każdej umowie, w której pojawia się wskaźnik referencyjny. To zabezpieczenie dla uczestników obrotu i stron umów w sytuacji, kiedy z jakichś powodów – na przykład utraty reprezentatywności – podstawowy wskaźnik przestanie być opracowywany. Pozwoliłoby to na ograniczanie ryzyka sytuacji, w której kredytobiorca nie wie, jak będą oprocentowane jego zobowiązania, jeśli WIBOR miałby zniknąć.

„Rozporządzenie BMR i inne regulacje wskazują, że podmiot, który stosuje wskaźnik referencyjny powinien mieć plan na wypadek, gdyby coś stało się ze wskaźnikiem referencyjnym. Najlepszym planem zaradczym jest posiadanie wskaźnika alternatywnego, chociaż istnieją też inne rozwiązania” – mówi Aleksandra Bluj.

„Związek Banków Polskich wraz z największymi bankami przygotował już takie rozwiązania zaradcze. I one są cały czas wdrażane, dyskutowane i ulepszane. Ale jeśli chodzi o szeroki rynek i pozostałe podmioty, to widać deficyt rozwiązań definiujących, co należy wpisać do umów jako alternatywę do stosowanych już wskaźników referencyjnych. Zakładam jednak, że częściowo wynika to z tego, że polski rynek nie podjął jeszcze decyzji odnośnie wskaźnika alternatywnego” – wyjaśnia Bluj.

Dobra wiadomość dla przedsiębiorców. Tarcza Finansowa 2.0 – PFR uwzględnia dużą część postulatów Rzecznika MŚP

Rząd uznał argumenty Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, w związku z czym PFR wprowadził w Tarczy Finansowej 2.0 dwie zasady postulowane przez Rzecznika.

Jedną z nich jest zasada umożliwiająca otrzymanie wsparcia dla kolejnych firm. Aby zakwalifikować się do programu należy posiadać jeden z 45 ujętych kodów PKD na dzień 31 grudnia 2019 roku i 1 listopada 2020 roku oraz w chwili złożenia wniosku. Nie musi być to jednak kod dominujący.

Druga to umożliwienie zakwalifikowania się do programu firmom niezatrudniającym pracowników na umowę o pracę na koniec 2019 roku, którzy jednak zatrudnili choć jedną taką osobę do 31 lipca 2020 roku.

Ponadto do pierwotnej listy 38 kodów PKD, dodano 7 nowych kodów, w tym m.in kod agencji reklamowych, pod którym działają firmy organizujące targi. konferencje czy imprezy rozrywkowe o co również wnosił Rzecznik MŚP.

– Do Biura Rzecznika MŚP zgłaszało się wielu przedsiębiorców zwracających uwagę na problem dominującego kodu PKD. Często kod dominujący nie jest miarodajny w stosunku do kodu, z którego przedsiębiorca czerpie największe przychody. Cieszę się, że PFR przychylił się do moich uwag w tej kwestii. Oczekuję, że podobne zmiany zostaną wprowadzone również w Tarczy Branżowej w przedmiocie np. zwolnienia ze składki na ZUS – komentuje sprawę Adam Abramowicz, Rzecznik MŚP.

Unseen Silence planuje debiut na NewConnect w 2021. Producent gier planuje pozyskać z emisji 1 mln zł

Unseen Silence, niezależny developer i wydawca gier na komputery osobiste, ogłosił strategię dotyczącą nadchodzących tytułów spółki. Zgodnie z nią, gry tworzone będą w oparciu o znanych i doświadczonych partnerów oraz środki z trwającej do 29.01.2021 oferty publicznej akcji.  Spółka planuje również debiut na giełdzie NewConnect przed końcem bieżącego roku.

W puli trwającej oferty publicznej akcji znajduje się blisko 33,9 tys. nowych walorów serii B po cenie 29,50 zł za sztukę, a łączna wartość oferty wynosi maksymalnie 1 000 050 zł. Spółka planuje debiut na NewConnect pod koniec 2021 roku. W tym czasie Unseen Silence będzie kontynuował pracę nad dwoma nadchodzącymi grami – Ultra Mega Cats oraz Terror: Endless Night.

– Motywem przewodnim produkcji Unseen Silence będą emocjonujące historie – bez względu czy użytkownik będzie przeżywał je sam, czy też tworzył je grając wspólnie z przyjaciółmi. Czerpiemy inspirację w szczególności z działalności Paradox Interactive – szwedów słynących z wydawania fantastycznych gier – przybliża działalność prezes spółki Ignacy Kurkowski.

Premiery projektów, nad którymi pracuje obecnie spółka są zaplanowane na bieżący i przyszły rok. Największym tytułem spółki jest Ultra Mega Cats – kooperacyjny shooter online. Za stworzenie podstaw obecnie odpowiada Mataboo, które jest jednym z największych i najbardziej utalentowanych zespołów outsourcingowych w Polsce. ‘magicy kodu’ współpracowali przy takich tytułach jak chociażby Blair Witch na platformie Nintendo Switch oraz zagranicznych produkcjach AAA: Devil May Cry, Ultra Street Fighter, Mortal Kombat X, Resident Evil, Hitman, Injustice 2, Shadow Warrior 2.

Prace nad Ultra Mega Cats przebiegają obecnie we współpracy Mataboo. Produkcja ma być podstawą większego uniwersum jakie tworzymy wokół Ultra Mega Cats i planujemy jej rozwój przez najbliższe lata. Dlatego też, aż 85% finansowania pozyskanego z obecnej emisji będzie przeznaczone na tę grę – kontynuuje prezes Unseen Silence

Gracze będą wspólnie tworzyć drużynę kotów w cybernetycznych zbrojach, które muszą uciec z pełnego przeciwników obszaru. Wyznacznikami produkcji mają być wysoka regrywalność, wyspecjalizowane klasy, pozwalające na podział obowiązków w zespole oraz możliwość całkowitego spersonalizowania bohaterów – między innymi za pomocą specjalnie dla gry stworzonej aplikacji mobilnej i skorzystania z modelu mikropłatności. Gra weszła w fazę produkcyjną na początku listopada 2020 roku, a docelowo zostanie w pierwszej kolejności wydana w formule Early Access na platformie Steam, ale spółka nie wyklucza również obecności na konkurencyjnym Epic Games Store. Unseen Silence przewiduje premierę wersji Early Access na pierwszy/drugi kwartał 2022 roku.

Przed Ultra Mega Cats w Early Access zadebiutuje Terror: Endless Night. Gra jest luźną adaptacją historii HMS Terror – XIX wiecznego okrętu, którego tragedia w czasie wyprawy badawczej kosztowała życie kilkudziesięcioosobowej załogi. Przedstawia autorską historię jednej z wypraw, która ruszyła na ratunek HMS Terror.  Opowieści o nieudanej ekspedycji są interesującym źródłem inspiracji – wspomnienie jej można odnaleźć chociażby w powieści Jądro Ciemności Josepha Conrada. Gra, powstaje pod opieką mentorską Pixel Crow, a do której Unseen Silence posiada pełnię praw autorskich. Wydawcą produkcji jest Movie Games, a premiera planowana jest na koniec 2021 roku.

Terror: Endless Night będzie grą, która łączy zarządzanie ekstremalnie niewielkimi zasobami z rozbudowaną fabułą. Wcielamy się w rolę kapitana statku, którego decyzje będą miały decydujący wpływ w walce z warunkami atmosferycznymi, chorobami i przede wszystkim – kruchą, ludzką psychiką – kończy prezes Ignacy Kurkowski.

Stopy procentowe bez zmian. Słabość złotego powinna być przejściowa

Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła poziomu stóp procentowych, ale w komunikacie zasygnalizowano, że NBP może dokonywać interwencji na rynku walutowym „w celu wzmocnienia oddziaływania poluzowania polityki pieniężnej na gospodarkę”. Bank centralny NBP przestrzega kupujących złotego, że może zrobić cos, co już zrobił. Nie miał innego wyjścia, ale też nie zobowiązuje się do niczego. Słabość złotego powinna być przejściowa.

Rada Polityki Pieniężnej w komunikacie po styczniowym posiedzeniu powtórzyła, że pandemia negatywnie odbija się na aktywności gospodarczej, w efekcie czego bank centralny zamierza utrzymać program skupu aktywów i oferować kredyt wekslowy na refinansowanie kredytów firm. Poza tym NBP chce przeciwdziałać umocnieniu złotego, tylko że opcje NBP są ograniczone. Przynajmniej jedna z grudniowych interwencji walutowych była potwierdzona, więc dementowanie aktywności na rynku złotego nie miało sensu. Całkowicie zignorowanie tematu i pominięcie go w komunikacie byłoby ryzykownym posunięciem, gdyż mogłoby zostać odebrane jako potwierdzenie jednorazowego charakteru grudniowych działań (poparcie tezy o osłabieniu złotego dla podbicia fixingu na koniec roku). Część inwestorów mogłaby to odebrać jako wyparowanie ryzyka dalszych interwencji i zaproszenie do kupna złotego. NBP naturalnie tego nie chce, co zresztą wskazał w komunikacie, powtarzając, że „tempo ożywienia gospodarczego może być także ograniczane przez brak wyraźnego i trwalszego dostosowania kursu złotego” do luźnej polityki pieniężnej. Ponieważ cięcie stóp procentowych do zera przysparza za dużo kłopotów (m.in. stopa depozytowa poniżej zera), pozostają utajone interwencje na rynku walutowych lub jawne przed nim przestrzeganie. NBP prawdopodobnie liczy, że to drugie wystarczy (gdyż też jest mnie kosztowne) i patrząc na wstępną reakcję złotego może się wydawać, że zabieg się powiódł. Mam jednak wątpliwości, na jak długo to wystarczy. Przy stale odbudowywanym pozycie na aktywa rynków wschodzących i poprawie perspektyw gospodarczych w Polsce i strefie euro presja na umocnienie złotego będzie tylko silniejsza, im dłużej będzie on pozostawał relatywnie tani. Nadwyżka na rachunku bieżącym Polski ponad 1,7 mld EUR (ostatnie dane za listopad) jest mocnym argumentem wspierającym walutę. Świadomość gotowości NBP do interwencji może tylko spowolnić ten proces, ale nie zatrzymać. Poziomem granicznym przyjętym przez uczestników rynku w ostatnich dniach stało się 4,50, co do przełamania którego inwestorzy mogą mieć teraz większe opory, ale na pozytywnym, pro-ryzykownym tle makroekonomicznym sprzedaż złotego nie ma sensu. Oczekujemy wyhamowania wzrostów EUR/PLN przed 4,56 i poufniejszego powrotu niżej.

Na szerokim rynku tematem dnia jest szykowany przez prezydenta-elekta Bidena pakiet fiskalny wart 2 bln dolarów. O takiej kwocie informują źródła prasowe na podstawie doniesień doradców Bidena. Duże kwoty oznaczają jednak duże trudności w przeforsowaniu pakietu. Biden chce zyskać obupartyjne poparcie dla wydatków, co oznacza konieczność uzyskania 60 głosów w Senacie, jeśli prezydent-elekt nie chce wykorzystywać bocznej furtki w postaci rewizji budżetu (wówczas wystarczy zwykła większość głosów). Ale Republikanie nie zgodzą się na 2 bln wydatków, a i w obozie Demokratów pojawiaj się głosy sprzeciwu. Stąd nocny wyskok rentowności obligacji USA, który podsycił umocnieni USD, może okazać się przedwczesny i niesłuszny.

Nowy kryzys pojawiał się we Włoszech, gdzie lider partii Viva Renzi ogłosił, że wycofuje swoich ministrów z koalicji rządzącej, zagrażając upadkiem rządu. Jednak ryzyko przyspieszonych wyborów jest niewielkie. Rząd i prezydent chcą uniknąć takiego rozwiązania w czasie pandemii i premier Conte szuka innych głosów dla odzyskania większości. Poszukiwanie nowych koalicjantów może zająć kilka dni, a alternatywą pozostaje także rząd techniczny. Cała sprawa wprowadza nieco zamieszania na rynku włoskich obligacji, jednak wpływ na giełdę w Mediolanie i EUR powinien być znikomy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rząd nie jest przygotowany na trzecią falę epidemii. Biznes potrzebuje planu, nie działania z zaskoczenia

Pojawienie się szczepionki i pierwsze serie szczepień nie powinny uśpić naszej czujności. Pandemia wciąż trwa – a zgodnie z doświadczeniem sezonowych wzrostów zachorowań czeka nas na wiosnę trzecia fala koronawirusa. Jak rząd powinien się do niej przygotować? Po pierwsze: zainwestować czas i środki w służbę zdrowia, by nie powtórzyła się sytuacja z jesieni – kiedy to szpitale i medycy nie byli przygotowani na duży wzrost zachorowań. Drugą konieczną rzeczą jest przygotowanie odpowiednich, przemyślanych i zaplanowanych z wyprzedzeniem restrykcji dotyczących biznesu i działania gospodarki.

– Jeśli szczepionka okaże się skuteczna, to może nie będzie kolejnej fali zachorowań na jesieni. Ale to i tak oznacza, że pierwsza połowa roku będzie dla nas okresem dramatycznie trudnym. Ważne jest więc, aby państwo umiało działać w sposób minimalizujący straty – kierując pomoc tam, gdzie ona jest naprawdę najbardziej potrzebna. Tej pomocy nie będzie bowiem za dużo. Będzie jej raczej za mało w stosunku do potrzeb – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – W 2020 roku obserwowaliśmy ogromne nieudolności w działaniu. Największą z nich było nieprzygotowanie służby zdrowia na drugą falę pandemii. Dlatego teraz rząd powinien przede wszystkim – tak jak wiele rządów na świecie – zająć się funkcjonowaniem służby zdrowia. Od niej bowiem zależy skala strat. Potem, jeśli już trzeba będzie wprowadzać lockdown, rząd powinien to robić w porozumieniu z biznesem. Nie chcemy znowu patrzeć, jak słaba władza boi się, że biznes ją przechytrzy – więc na wszelki wypadek działa z zaskoczenia. Trzeba działać inaczej: rozmawiać i ustalać, w jaki sposób wprowadzić niezbędne ograniczenia, by były jak najmniej kosztowne. Potrzebny jest też dobry plan, jak wykorzystać środki, które będą dostępne z programów pomocowych. Będą to mniejsze kwoty niż dostępne do tej pory. Tym bardziej nie stać nas na błędy, które pojawiły się w zeszłym roku. Rząd zapomniał o jakimś kodzie PKD, przez co musiał zamiast jednej tarczy robić sześć kolejnych – łatając dziury i dopisując klauzule. Tutaj też przyda się więc współpraca z biznesem – by pomoc, która musi być udzielana, była udzielana w sposób sprawny – podkreśla Orłowski.

Kasetony dibondowe

Wybranie odpowiedniego nośnika, na którym umieszczona zostanie reklama, jest — zaraz po treści — bardzo ważnym elementem kampanii promocyjnej. To gwarancja, że przekaz trafi do odbiorców, będzie czytelny i trwały. Jednym z najlepiej sprawdzających się materiałów podkładowych jest dibond.

Co to jest dibond?

Coraz częściej podczas projektowania materiałów promocyjnych proponowane są tak zwane reklamy dibondowe. Co to jest dibond? To płyta kompozytowa, w której skład wchodzi kilka tworzyw. Najczęściej produkowana jest z warstw aluminium oddzielonych od siebie polietylenem. Uzyskana konstrukcja sprawia, że produkt ten jest bardzo wytrzymały i dobrze sprawdza się jako nośnik treści marketingowych.

Właściwości dibondu

Płyta dibondowa dzięki zastosowaniu kilku rodzajów materiałów ma dużą trwałość. Głównym trzonem konstrukcji jest solidne aluminium oraz łączący warstwy rdzeń polietylenowy. Każde dodatkowo wprowadzone tworzywo dodaje nowe właściwości, które sprawiają, że w efekcie produkt zyskuje na funkcjonalności.

Materiał typu dibond:

  • ma dużą odporność na warunki atmosferyczne, takie jak: wiatr, opady deszczu czy śniegu,
  • dobrze znosi, zarówno niskie, jak i wysokie temperatury oraz gwałtowne zmiany wartości,
  • łatwo poddaje się obróbce, między innymi: cięciu, wierceniu, frezowaniu, gięciu, czy zgrzewaniu,
  • jest bardzo wytrzymały oraz odporny na uszkodzenia mechaniczne, w tym zarysowania i pęknięcia,
  • nie blaknie, nawet w wyniku długotrwałego oddziaływania promieniowania UV,
  • nie rozwarstwia się i jest wodoodporny,
  • zachowuje długą żywotność,
  • sprawdzi się na różnych rodzajach i rozmiarach powierzchni,
  • jest lekki, co daje duże możliwości w kwestii montażu.

 

Rodzaje reklam z dibondu

Firma DRW Studio jako producent reklam dibondowych proponuje szereg rozwiązań, które sprawdzą się nie tylko w odniesieniu do różnych branż, ale też w kwestii montażu w dowolnych miejscach. Kasetony z dibondu są uniwersalnym nośnikiem reklamowym i mogą być stosowane na zewnątrz, jak i wewnątrz pomieszczeń. Dzięki możliwościom obróbki udaje się stworzyć wyróżniające się na tle konkurencji produkty marketingowe skierowane do różnych odbiorców.

Wśród dostępnych rodzai reklam z płyt kompozytowych są między innymi:

  • kasetony z dibondu jednostronne oraz dwustronne,
  • zabudowy dibondowe złożone z kilku elementów,
  • totemy wolnostojące,
  • tabliczki informacyjne,
  • pylony.

Oprócz wyboru konkretnego formatu reklamy klient decyduje również czy chce płytę kompozytową w wersji błyszczącej czy matowej. Zastosowanie różnych barw i rodzaju powierzchni pozwala na uzyskanie dowolnego efektu, np. eleganckiego szyldu.

Każdy element może być dodatkowo urozmaicony np. modułami LED czy efektem halo. To sprawia, że wyprodukowany model jest indywidualnie dopasowany do potrzeb klienta.

Zalety reklam dibondowych

Dzięki możliwości indywidualnego skonstruowania płyty dibondowej, czyli odpowiednim dopasowaniu formatu warstw aluminium i polietylenu, uzyskuje się nośnik reklamy dobrany do panujących warunków. Wykorzystana grubość komponentów decyduje o tym, czy podkład będzie sztywny, czy bardziej elastyczny.

Kasetony dibondowe wyróżniają się dużą estetycznością na tle innych produktów marketingowych. Łatwo utrzymać je w czystości, a przy tym są niezwykle odporne na czynniki zewnętrzne.

Istnieje kilka sposób nanoszenia treści i wzorów na dibond. Najefektywniejsze jest frezowanie, dzięki któremu bardzo precyzyjnie tworzone są różne kształty liter czy znaków. Treść umieszczona na panelu może być nie tylko różnokolorowa, ale też wypukła. Dodatkowo można zamontować oświetlenie, które przyciąga wzrok i zwraca uwagę na prezentową markę.

Wśród zalet reklam z dibondu warto dodać atrakcyjną cenę. Koszt wyprodukowania kasetonów uzależniony jest od wybranego wariantu, jego grubości czy sposobie naniesienia treści, ale zyskuje się cenną trwałość i długą żywotność produktu. Zainwestowanie środków w płytę dibondową to gwarancja uzyskania podkładu reklamowego, który będzie się estetycznie prezentował przez długi czas.

Podsumowanie

Popularność reklam dibondowych jest uzasadniona korzystnymi właściwościami produktu. Takie kampanie dobrze się prezentują, są solidne i dają ogromne możliwości w kwestiach projektowych. Firma specjalizująca się w branży reklamowej wie jak stworzyć produkt, który będzie dobrze reprezentował firmę i zwróci uwagę klientów.

Twisto pozyskało na rozwój 72 mln zł

  • ZIP, notowany na australijskiej giełdzie fintechowy unicorn dołączył do grona inwestorów Twisto, wśród których są już m.in. ING i Uniqa.
  • Nowym inwestorem Twisto jest również Elevator Ventures, fundusz wspierany przez Raiffeisen Bank International.
  • 72 mln zł pozyskane od inwestorów Twisto przeznaczy na rozwój płatności odroczonych w Europie Środkowej.

Twisto, wiodący fintech w Europie Środkowej, specjalizujący się w odrocznych płatnościach za zakupy w sklepach internetowych i stacjonarnych, pozyskał 72 mln zł (16 mln EUR) na rozwój działalności na dotychczasowych oraz nowych rynkach. Co równie ważne, skorzysta też z know-how jakie do spółki wniosą nowi inwestorzy. Są wśród nich ZIP, fintech z Australii, inwestor branżowy, który usługi płatności odroczonych oferuje na rynkach australijskim, nowozelandzkim, brytyjskim i amerykańskim. ZIP jest notowany na giełdzie w Sydney, gdzie w 2020 r. uzyskał status unicorna, czyli spółki o kapitalizacji przekraczającej 1 mld USD.

– Witamy na pokładzie nowych inwestorów. Mają duże doświadczenie w świadczeniu podobnych usług, więc ich know-how jest dla nas równie ważne, jak finansowanie. Cieszymy się, że swoje zaangażowanie finansowe zwiększyli także obecni inwestorzy, co jest wyrazem ich wiary w to co robimy – mówi Michal Smida, założyciel i CEO Twisto. – Naszym długoterminowym celem jest oferowanie inteligentnych rozwiązań finansowych na dużą skalę. Budujemy pozycję lidera płatności odroczonych w naszej części Europy, który w ciągu kilku lat będzie obsługiwał milion klientów miesięcznie. Cieszę się, że w tej roli widzą nas również inwestorzy – dodaje.

Inwestor branżowy

– Jesteśmy podekscytowani inwestycją w Twisto. które postrzegamy jako wschodzącego lidera płatności odroczonych w Europie Środkowej i Wschodniej. Twisto oferuje kompleksowy produkt i ma zwinny zespół zorientowany na klienta. Rozpoczęliśmy już bliską współpracę, aby podzielić się doświadczeniami i jeszcze przyspieszyć rozwój firmy – mówi Larry Diamond, współzałożyciel i CEO ZIP.

Finansowanie dla Twisto to pierwsza inwestycja australijskiego fintechu w Europie kontynentalnej i druga (po Wielkiej Brytanii) inwestycja w Europie. ZIP jest uważany za jednego ze światowych liderów płatności: „kup teraz, zapłać później”. Działa w tym samym segmencie rynku jak Twisto: oferuje płatności odroczone online (w sklepach internetowych) i offline (w sklepach stacjonarnych, dzięki aplikacji połączonej z kartą płatniczą). Z usług i produktów ZIP korzysta 5,3 mln klientów na czterech rynkach. Spółka zatrudnia 500 osób.

Elevator Ventures to z kolei wiodący fundusz fintech, wspierany przez austriacki Raiffeisen Bank International.

Jesteśmy pod wrażeniem rozwiązań do codziennych płatności i zarządzania finansami, które oferuje aplikacja Twisto. Dynamiczny rozwój w Europie Środkowej dowodzi, że Twisto odpowiada na realne potrzeby klientów w tym regionie. Wesprzemy Twisto w ambicjach wejścia na kolejne rynki w Europie kontynentalnejtwierdzi Maximilian Schausberger, dyrektor zarządzający Elevator Ventures.

W tej rundzie finansowania udział wzieli także obecni inwestorzy Twisto: Finch Capital, Velocity Capital, ING Bank i austriacka grupa ubezpieczeniowa UNIQA. 7 mln EUR stanowi finansowanie dłużne na rozwój portfela kredytowego od brytyjskiego Kreos Capital, a także od pierwszego czeskiego funduszu venture capital – Orbit Capital.

Wraz z otrzymanym finansowaniem Twisto zamknęło rundę inwestycyjną B. Łącznie w tej rundzie fintech otrzymał od inwestorów 21,28 mln EUR. Wyłącznym doradcą finansowym Twisto i jego udziałowców podczas transakcji było Royal Park Partners.

Płatności odroczone omnichannel

Twisto oferuje płatności odroczone omnichannel. Dzięki aplikacji połączonej z kartą Mastercad, zarejestrowany klient może przesunąć płatność w każdym sklepie (online i offline) do 45 dni za darmo. Osoby niezarejestrowane mogą przesuwać płatność o 21 dni w e-sklepach, które wdrożyły Twisto jako metodę płatności. Aplikacja Twisto umożliwia też podzielenie na 3 raty za 0 zł płatności za zakupy w popularnych sklepach internetowych. Dodatkowo Twisto oferuje swoim użytkownikom cashback do 10 proc. w ponad 850 sklepach internetowych, a także płatności mobilne Google Pay i Apple Pay. Z usług Twisto korzysta ponad 1,3 mln klientów w Polsce i w Czechach. Blisko 170 tys. osób to zarejestrowani użytkownicy aplikacji.

Bezpieczeństwo – słowo klucz do funkcjonowania organizacji w nowej rzeczywistości

Firmy boją się o swoją przyszłość! Pracownicy obawiają się utraty pracy! Ludzie boją się o swoje zdrowie i życie! Biznes o konsekwencjach pandemii – rośnie odsetek firm obawiających się o przyszłą koniunkturę! To zaledwie promil haseł, jakie już od miesięcy można znaleźć w różnych mediach i na ustach wielu, a które negatywnie, choć niestety niezwykle skutecznie, wpływają na poczucie bezpieczeństwa wśród organizacji i zatrudnionych. Bezpieczeństwo jest bowiem tym słowem, którym najbardziej zachwiały wydarzenia ostatnich kilkunastu miesięcy, i które aktualnie nabiera nowego znaczenia, zarówno w wymiarze życia prywatnego, jak i zawodowego. Odmieniane jest przez wszystkie przypadki, wypowiadane we wszystkich językach i przez osoby na różnych szczeblach społecznej drabiny. I choć utożsamiane jest przed wszystkim z teraźniejszością, szczególnie w negatywnym aspekcie jego braku w wielu obszarach, to właśnie bezpieczeństwo staje się powoli znakiem przyszłości i elementem nowej rzeczywistości, do której zmierzamy obecnie wszyscy. Czy stanie się ono również kluczem do funkcjonowania jednostki, społeczeństwa jak i organizacji w przyszłości?

Wraz z pojawieniem się pandemii, kolejnymi obostrzeniami, zakazami, wytycznymi i ograniczeniami większość ludzi zaczęła obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Obawa ta dotyczyła nie tylko aspektu zdrowotnego, ale także, a może przede wszystkim życia zawodowego i powiązanej z nim nieodłącznie kwestii sytuacji finansowej. Poza bowiem dbaniem o zdrowie i życie własne oraz najbliższych, najważniejsze jest zabezpieczenie podstawowych potrzeb egzystencjalnych. Nie jest to jednak możliwe bez zapewnienia odpowiednich środków, które najczęściej pochodzą z wynagrodzenia za wykonywaną pracę.

Z punktu widzenia funkcjonowania organizacji występujące obawy miały i mają nadal inne podłoże, choć w ostatecznym rozrachunku również sprowadzają się do bezpieczeństwa odczuwanego na poziomie jednostki. To bowiem ludzie, pracownicy firm i instytucji, ponownie okazali się największym zasobem organizacji oraz gwarancją jej przetrwania. Gwarancją skuteczną jednak tylko wtedy, gdy zapewni się odpowiedni poziom bezpieczeństwa jednostce. By jednak było to możliwe w obecnej sytuacji, oprócz bezpiecznych warunków pracy, pewności zatrudnienia oraz dochodów, konieczne jest również dostarczenie zatrudnionym niezbędnych, a często nieznanych lub niepotrzebnych dotychczas kompetencji. Dostosowanie się do aktualnych warunków wymaga bowiem nie tylko nowej wiedzy i umiejętności, ale także szybkiego zdobywania doświadczenia w różnych obszarach.

Bezpieczeństwo ukryte w kompetencjach

Reorganizacja pracy, błyskawiczna zmiana strategii funkcjonowania, konieczność zachowania płynności finansowej oraz działania przy ogromnej intensywności lub przymus całkowitego zaprzestania codziennej aktywności sprawiły, że większość firm i instytucji dostrzegła, iż największym ich zasobem i gwarancją ciągłości istnienia są ludzie. Proces zmiany i konieczność „wypełnienia” luk w wielu niepotrzebnych dotychczas, ale też często zaniedbywanych obszarach pokazały, że nieuniknione jest dostarczenie nowych kompetencji, bez których dalsze działanie może być wręcz niemożliwe. Kompetencje te, zarówno twarde jak i miękkie, są obecnie niezbędne niemal w każdym obszarze funkcjonowania, ale także na każdym szczeblu hierarchii. Od wiedzy z nowych obszarów, poprzez inne spojrzenie na zarządzanie sobą w czasie, kwestie zapewnienia nowej higieny pracy w warunkach „pozabiurowych”, zarządzanie zespołami projektowymi czy kreatywnością na odległość, aż po zdalną sprzedaż i obsługę klienta czy też odpowiedzenie na jego obecne, inne niż jeszcze jakiś czas temu, potrzeby. Deficyty w zakresie wiedzy i umiejętności w nowych obszarach widoczne są na wszystkich szczeblach hierarchii – zarówno u kadry zarządzającej, specjalistów, jak i szeregowych pracowników.

Ich sprawne zabezpieczenie, poprzez szybkie określenie, dostarczenie i wdrożenie w zawodowej codzienności poszczególnych zatrudnionych, może nie tylko zapewnić bezpieczeństwo i przetrwanie samej organizacji, ale przede wszystkim jej pracowników. Dostarczenie niezbędnej obecnie wiedzy oraz umiejętności przekłada się na wzrost kompetencji zatrudnionych, ich efektywne działanie lub konieczne skuteczne ich przekwalifikowanie. Dzięki temu mogą oni sprawnie świadczyć swoją pracę, zapewniając odpowiedni poziom oferowanych produktów czy usług oraz obsługi klientów, co przekłada się na ciągłość pracy i zatrudnienia, a tym samym poczucia bezpieczeństwa. Samej organizacji natomiast daje gwarancję dalszego funkcjonowania i utrzymania oferty na oczekiwanym przez rynek poziomie. Kompetencje są obecnie elementem, który może dostarczyć niezbędne poczucie bezpieczeństwa zarówno na poziomie jednostki jak i firmy lub instytucji, przynosząc obopólne korzyści.

Dowodem na dostrzeganie potrzeby stałego dostarczania nowych kompetencji i podnoszenia kwalifikacji kadry, szczególnie w okresie zmieniających się warunków, jest fakt, że większość dojrzałych organizacji nie zrezygnowała ze szkoleń, a nawet zintensyfikowała swoje działania w tym obszarze. Od początku pandemii, zainteresowanie podnoszeniem kwalifikacji kadr, szczególnie w zakresie umiejętności miękkich, ale w dotychczas nieznanych obszarach lub takich, do których w związku z pojawieniem się COVID-19, zmieniło się podejście lub też wykorzystywane narzędzia, cieszy się stale rosnącym zainteresowaniem. Firmy szkoleniowe i trenerzy, którzy dostosowali formę świadczonych przez siebie usług do wymogów współczesności i nowych realiów funkcjonowania biznesu nie mogą narzekać na brak pracy. Rynek usług rozwojowych, tak jak inne branże, jest obecnie w procesie niespotykanej dotychczas transformacji. Część podmiotów, szczególnie tych, które z różnych powodów nie mogły dostosować swojej oferty do aktualnych potrzeb może zniknąć z rynku. Pozostałe jednak już teraz mogą rozwijać zarówno nowe obszary szkoleniowe jak i wykorzystywane do przekazywania i wdrażania wiedzy narzędzia. Dostrzeżone bowiem znaczenie kompetencji i ich wpływu na stabilność funkcjonowania teraz i w przyszłości będzie dalej wdrażane w życie, stając się kluczem do zaspokojenia wielu potrzeb, w tym szczególnie tak teraz potrzebnego poczucia bezpieczeństwamówi Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Najbliższe miesiące będą miejmy nadzieję ostatnim sprawdzianem nowej rzeczywistości. Jak dużo czasu będzie potrzebne by odbudować poczucie bezpieczeństwa utracone przez ludzi i firmy na tak wielu płaszczyznach? Tego obecnie nie wiem nikt. Możemy jednak wierzyć w to, że nowe umiejętności, wiedza, kompetencje i doświadczenia, które zdobyliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy oraz które zostały dostarczone pracownikom przez świadome organizacje, pozwolą dostosować się do aktualnych warunków, przygotować na przyszłość i czerpać z przeszłości oraz stworzyć poczucie bezpieczeństwa na obecne czasy. Oby jednak tym razem doświadczenie nauczyło nas, że bezpieczne poruszanie się do przodu wymaga również „zabezpieczenia tyłów”.

Audyt efektywności energetycznej – co musisz o nim wiedzieć

Prowadzisz firmę? W takim razie z pewnością zdajesz sobie sprawę, jak istotne jest skuteczne zarządzanie energią w przedsiębiorstwie. To zadanie niełatwe, lecz przynoszące korzyści na licznych polach. Mniejsze straty energii to niższe rachunki za prąd i oszczędności, które można zainwestować w rozwój. Działania podejmowane w celu zmniejszenia zużycia energii wpływają także pozytywnie na środowisko naturalne. Skąd jednak pewność, że wybrana inwestycja rzeczywiście przełoży się na niższe zużycie? Odpowiedzi na to pytanie dostarczy audyt efektywności energetycznej.

Czym jest audyt efektywności energetycznej?

Już na wstępie warto podkreślić, że audyt efektywności energetycznej nie jest tożsamy z audytem energetycznym. Skupia się on bowiem na konkretnym przedsięwzięciu prowadzonym w ramach przedsiębiorstwa, a nie na całej gospodarce energetycznej organizacji. Jeśli zatem jako przedsiębiorca chcesz podjąć się wybranego działania, które ma przynieść zmniejszenie zużycia energii lub ograniczenie strat energii, warto abyś zdecydował się na przeprowadzenie właśnie audytu efektywności energetycznej.

Co prawda audyt ten nie jest obowiązkowy, lecz pozwala stwierdzić, czy podejmowane działanie ma w ogóle sens z punktu widzenia profilu energetycznego firmy i potencjalnych oszczędności. Korzyści, które ze sobą niesie, są zatem niezwykle istotne.

Przebieg audytu efektywności energetycznej

Audyt efektywności energetycznej to proces złożony, który składa się najczęściej z 4 etapów:

  1. Ustalenie zakresu i czasu przeprowadzanego audytu.
  2. Gromadzenie informacji dot. obecnego stanu technicznego instalacji i pracy urządzeń, a także rozpoznanie źródeł, które generują straty energetyczne. Audyt przeprowadzany jest przeważnie przez zewnętrznego audytora, a nawet zespół audytorów.
  3. Analiza zebranych danych i ich ewaluacja, a następnie przedstawienie propozycji przedsięwzięć mających na celu minimalizację rozpoznanych strat. Propozycje te muszą być realne do zrealizowania, dlatego analizowane są także rozwiązania techniczne posiadane przez firmę, a także jej finanse.
  4. Sporządzenie raportu z przeprowadzonego audytu. W audycie znaleźć muszą się także informacje o potencjalnej oszczędności energii, której uzyskanie będzie możliwe po przeprowadzeniu przedsięwzięcia.

Audyt energetyczny jest obowiązkowy

Audyt nieobowiązkowy – czy aby na pewno?

Prawo nie narzuca obowiązku przeprowadzania audytu efektywności energetycznej na przedsiębiorstwa, jak ma to miejsce w przypadku audytu energetycznego, który w dużych przedsiębiorstwach trzeba powtarzać co 4 lata. Niemniej istnieją sytuacje, w których przedsiębiorca ma obowiązek się na niego zdecydować. Dotyczy to dwóch przypadków. Pierwszy z nich odnosi się do chęci uzyskania dofinansowania na realizację przedsięwzięć mających na celu zmniejszenie zużycia lub strat energii, drugi zaś związany jest z uzyskaniem białych certyfikatów. O ile ta pierwsza sytuacja wydaje się w pełni zrozumiała, o tyle nie każdy może znać pojęcie białych certyfikatów.

Czym one są? Najprościej mówiąc, białe certyfikaty to świadectwa efektywności energetycznej, które można uzyskać za realizację przedsięwzięcia w zakresie oszczędności energii. Oszczędność ta musi wynieść minimum 116,3 MWh i wynikać z przeprowadzonego audytu efektywności energetycznej. Co więcej, białe certyfikaty stanowią towar obrotu giełdowego. Dzięki nim firma może zatem uzyskać dodatkowy dochód w wyniku osiągnięcia zysku z ich sprzedaży na Towarowej Giełdzie Energii podmiotom zobowiązanym do ich umarzania.

Audyt efektywności energetycznej – kiedy przeprowadzić?

Audyt efektywności energetycznej to świetne źródło informacji na temat aktualnego stanu wykorzystania energii przez firmę. Dzięki niemu zweryfikować można, czy planowane przedsięwzięcie rzeczywiście przełoży się na oszczędność energetyczną. Wydaje się zatem, że jego przeprowadzenie jest nie tylko wartością dodaną, a wręcz koniecznością przy podejmowaniu decyzji dotyczących zarządzania energią w przedsiębiorstwie.

Deloitte: W czasie noworocznych wyprzedaży cenę tylko co dziesiątego produktu w sklepach online obniżono więcej niż o 5 proc.

W czasie noworocznych wyprzedaży w dół poszły ceny dronów i laptopów, za to w górę ceny zabawek oraz drobnego AGD.

W tym roku noworoczne wyprzedaże mają specyficzny charakter, gdyż ze względu na pandemiczne obostrzenia można z nich skorzystać przede wszystkim w sklepach internetowych. Czy na początku 2021 roku klienci mogą liczyć na atrakcyjne okazje? Jak wynika z kolejnej edycji „Świątecznego Barometru Cenowego”, ruch cenowy w największych sklepach online w pierwszej dekadzie stycznia 2021 roku w porównaniu z cenami z połowy listopada 2020 roku, wyniósł 3,7 proc. Oznacza to, że znacznie więcej produktów podrożało niż potaniało. Przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo analiza ofert ponad 1000 sklepów z branży e-commerce pokazała, że wbrew komunikacji reklamowej, klientom mogło być ciężko znaleźć produkty, które faktycznie były znacząco przecenione.

Eksperci Deloitte i Dealavo w okresie pomiędzy 20 listopada 2020 (tydzień przed Black Friday) a 7 stycznia 2021 roku analizowali ceny kategorii produktów, które w międzynarodowym badaniu Deloitte „Zakupy Świąteczne 2020” Polacy wskazywali jako najczęściej wybierane na prezenty dla najbliższych. Po świętach Bożego Narodzenia analiza skupiła się na ogłaszanych przez sprzedawców e-commerce noworocznych obniżkach. – Polacy przyzwyczaili się już do poświątecznych wyprzedaży i bardzo chętnie z nich korzystają. W tym roku sytuacja jest o tyle specyficzna, że zaraz po świętach, na skutek obostrzeń, centra handlowe nie otworzyły się i wciąż pozostają zamknięte. E-commerce był więc na wygranej pozycji – mówi Anna Winnicka, Menadżer w dziale Konsultingu Deloitte.

Dzięki świątecznemu badaniu Deloitte znane są kategorie produktów, które Polacy najchętniej wybierają jako prezenty dla najbliższych. Dlatego do analizy wybrano najpopularniejsze produkty z poniższych kategorii: drobne AGD, akcesoria elektroniczne, czekolady, DIY, drony, gry, konsole, kosmetyki, książki, laptopy, muzyka, perfumy, planszówki, smart speakers, smartfony, artykuły sportowe, tablety, telewizory, wearables, zabawki oraz zegarki. Łącznie przebadano ponad 400 produktów, które znajdują się w ofercie ponad tysiąca sklepów online i przeanalizowano około 3,5 tys. cen.

Ceny w górę i trochę w dół

Jak wynika z analizy sklepów internetowych, które reklamowały się naprawdę dużymi obniżkami, prowadzone kampanie marketingowe nie pokrywały się z rzeczywistymi obniżkami cen. Wręcz odwrotnie. – Ceny dwóch trzecich produktów w analizowanym okresie wzrosły. Średni wzrost wyniósł 8 proc., ale istotne jest to, że w przypadku 32 proc. z nich wzrost ten wyniósł powyżej 5 proc. Tylko jedna trzecia analizowanych produktów miała obniżone ceny, co pokazuje, że sprzedawcy większą wagę przywiązywali do marketingowych przekazów niż rzeczywistych obniżek – wyjaśnia Anna Winnicka. Średni spadek ceny wyniósł 5,3 proc., a 11 proc. produktów miało obniżki głębsze niż 5 proc. Kategorie, w których średnie ceny wzrosły to drobne AGD, konsole, zabawki i produkty z kategorii muzyka. Biorąc pod uwagę spadki i wzrosty, średni ruch cenowy pomiędzy 20 listopada a 7 stycznia wyniósł 3,7 proc., podczas gdy rok temu było 1,1 proc.

W ostatnim czasie detaliści selektywnie zwiększali ceny – zauważyliśmy to zarówno między Black Friday a świętami, między świętami a Nowym Rokiem, jak i na początku stycznia. Na początku 2021 roku podwyżki są niższe niż w ostatnim miesiącu 2020 r., za to obejmują większą pulę produktów (66 proc. vs. 52 proc. produktów), przez co średni wzrost cen wyniósł aż 8 proc. na początku stycznia w porównaniu do 6,2 proc. między Black Friday a Nowym Rokiem – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

W czasie listopadowego Black Friday konsumenci mieli do dyspozycji większą liczbę produktów objętych obniżkami (49 proc. produktów vs. 30 proc. w styczniu), jak również mniejszą liczbę tych, których cena wzrosła (41 proc. vs 66 proc. w styczniu). Co prawda, przy średnim ruchu cenowym, oscylującym wokół 0 proc. nie można mówić o jakichś atrakcyjnych okazjach, ale w styczniu przy ruchu na poziomie 3,7 proc. było to jeszcze mniej prawdopodobne.

Eksperci Deloitte przeanalizowali również około 3,5 tys. cen i porównywali ich ruch w okresie przed Black Friday i w czasie noworocznych wyprzedaży. Okazało się, że wzrost dotyczył 34 proc. z nich, a spadek 23 proc. Z kolei 43 proc. cen pozostało bez zmian.

Tańsze słodycze i laptopy, droższe zabawki oraz drobne AGD

W poprzednich latach opłacało się poczekać z zakupem sprzętu elektronicznego lub gier komputerowych do noworocznych wyprzedaży. Jak było w tym roku? Okazuje się, że tym razem prawidłowość ta dotyczyła jedynie dronów i laptopów, trzeba jednak zaznaczyć, że upusty były raczej symboliczne. Obniżki były także widoczne w kategorii słodycze.

Jeżeli chodzi o zabawki, to najwyższy wzrost cen obserwowaliśmy w okresie przedświątecznym, podczas gdy w styczniu podwyżki te – zwłaszcza w odniesieniu do zabawek edukacyjnych i kreatywnych – były spłycane do poziomu z początku grudnia – mówi Mateusz Mańkowski, Konsultant w zespole strategii Deloitte. Wyjątkiem od tej reguły były zabawki konstrukcyjne, wśród których ceny aż 92 proc. analizowanych produktów w czasie noworocznych wyprzedaży zostały podniesione. I tak zestaw Lego Friends Domek Na Drzewie Mii był droższy 7 stycznia niż 20 listopada średnio aż o 39 proc., a Lego 41367 Friends Skoki przez przeszkody Stephanie o 17 proc. Podobnie było także z muzyką, gdzie zanotowano wzrosty średnio o 25-30 proc. oraz produkty sportowe (nawet 43 proc.). Z kolei w kategorii drobnego AGD cena 77 proc. produktów w analizowanym okresie poszła w górę. I tak na przykład w przypadku trymera firmy Remington (NANO SERIES NE3850) – średnia cena wzrosła o 13 proc., identycznie jak cena robota odkurzającego Xiaomi Mijia Mi.

Eksperci Deloitte porównali tegoroczny okres wyprzedaży z okazji Black Friday i Nowego Roku z analogicznym okresem z przełomu 2019/2020 roku. W 2019 roku na tydzień przed Black Friday niemal 31 proc. produktów miało najniższą cenę. W 2020 roku, czyli podczas ostatniego BF było to 27 proc. W czasie samego Black Friday było to odpowiednio 42,2 i 28 proc. Podobnie było tuż przed świętami Bożego Narodzenia i w czasie noworocznych wyprzedaży. – Można więc powiedzieć, że rok temu klienci mieli większą szansę trafić na atrakcyjną ofertę niż dziś. Może się to wiązać ze zmniejszającą się dostępnością produktów bądź faktycznie mniejszą skalą obserwowanych obniżek cenowych w tym czasie – mówi Mateusz Mańkowski.

Komitet Genetyki Człowieka i Patologii Molekularnej PAN przeciw fake newsom nt. COVID-19

Stanowisko Komitetu Genetyki Człowieka i Patologii Molekularnej PAN w sprawie rozpowszechnianych nieprawdziwych informacji o szczepionkach przeciw COVID-19 oraz testach PCR wykrywających SARS-CoV-2 z dnia 4 stycznia 2021 roku.

W ostatnim czasie, głównie w mediach społecznościowych, ukazują się wypowiedzi pod postacią wywiadów, sygnowane przez osoby posiadające tytuł naukowy. Wypowiedzi te  wprowadzają dezinformację na temat wirusa SARS-CoV-2 i szczepionek przeciw COVID-19. Jednym z przykładów jest internetowy wywiad O szczepionce genetycznej Pfizera i testach PCR prof. Romana Zielińskiego udzielony Agnieszce Kisielewskiej. Takie wypowiedzi pozostają w sprzeczności z aktualnym stanem wiedzy w zakresie genetyki medycznej i diagnostyki laboratoryjnej.

Członkowie Komitetu Genetyki Człowieka i Patologii Molekularnej PAN, reprezentanci z wyboru krajowego środowiska genetyków medycznych i patologów, zaniepokojeni brakiem podstaw naukowych takich wypowiedzi i ich ewidentną szkodliwością społeczną, czują się w obowiązku ostrzec potencjalnych czytelników.

  1. Autorzy wypowiedzi nie są fachowcami w zakresie genetyki medycznej. Diagnostyka laboratoryjna i genetyka medyczna to odrębne dziedziny, w których autorzy wypowiedzi nie mają recenzowanego dorobku publikacyjnego. Świadczy o tym baza PubMed, prezentująca wszystkie istotne publikacje biomedyczne na świecie, gdzie autorzy wypowiedzi reprezentowani są w sposób ilościowo i jakościowo marginalny. Żadna z ich prac nie dotyczy genetyki człowieka, tylko np. mikroorganizmów lub małż z Jeziora Miedwie. Według miarodajnej bazy Scopus, również wskaźniki bibliometryczne tychże autorów są w rzeczywistości istotnie niższe od podawanych w tekście.
  2. Przedstawiane tezy konstruowane są w sposób niejasny, przy użyciu szczątkowej, nierzadko opacznej, wiedzy biologicznej. Nadmierne posługiwanie się naukowym żargonem u niezorientowanego odbiorcy ma wywołać wrażenie merytorycznej kompetencji.

Komitet z zasady nie dyskutuje problematyki nie popartej dowodami naukowymi. Jednak w tym przypadku, widząc jakie szkody pociąga za sobą zaistnienie przedmiotowych tez w  przestrzeni publicznej, uznano  za właściwe sprostowanie najbardziej rażących z nich:

  1. Próba dyskredytacji molekularnych testów na obecność SARS-CoV-2, opartych o technikę PCR lub ilościową RT-PCR jest błędna. Wyjaśniono to już w https://konkret24.tvn24.pl/zdrowie,110/wywiad-o-nieskutecznosci-testow-na-covid-19-wyjasniamy-manipulacyjne-tezy,1028628.html). Techniki te dają się doskonale wystandaryzować, szczególnie w ich odmianie ilościowej, używanej w identyfikacji wirusa SARS-CoV-2. Istotą techniki PCR jest specyficzne namnożenie niewielkiej liczby kopii ściśle określonego fragmentu materiału genetycznego, nawet w mieszaninie zawierającej przewagę innych sekwencji. Specyficzność prawidłowo zaprojektowanej reakcji, przy równoczesnym zastosowaniu odpowiednich kontroli, jest jedną z niekwestionowanych zalet techniki PCR, która od lat stanowi złoty standard w molekularnej diagnostyce genetycznej na całym świecie.
  2. Jest nieprawdą, że RNA podawany w szczepionce przeciw COVID-19 zostaje przepisany na DNA. Podawany w szczepionce konstrukt genetyczny (mRNA) nie ulega odwrotnej transkrypcji, nie wnika do jądra komórkowego, nie zostaje również wbudowany do genomu komórkowego. RNA stanowi tylko matrycę w procesie translacji zachodzącej w cytoplazmie, umożliwiając komórce gospodarza syntezę jednego konkretnego białka wirusowego (nie całego wirusa). Białko to tworzy kolec koronawirusa i przeciwko niemu uruchamiana jest odpowiedź immunologiczna organizmu. A o to właśnie w szczepionce chodzi. Dodatkowo, podany mRNA, ze względu na swoją znaczną niestabilność (stąd uciążliwa konieczność transportu w temp. -70 st C), po uruchomieniu procesu translacji ulega nieodwracalnemu rozpadowi.
  3. Szczepionki anty-COVID-19 oparte są na opracowywanym przez wiele lat modelu molekularnych szczepionek mRNA i poddawane były badaniom klinicznym zgodnie ze standardowymi procedurami. To, że nie rekomenduje się podawania ich ciężarnym, wynika z konieczności przeprowadzenia w dalszej kolejności dodatkowego, odrębnego cyklu badań, co jest elementem normalnej rutyny badań klinicznych leków.
  4. Rzekomo negatywny wpływ szczepionki na procesy rozrodcze powodowany ma być podobieństwem białka kolca i białka syncytyny. W wypowiedziach internetowych mylone są pojęcia homologii i reakcji krzyżowych. Białko kolca i syncytyna zawierają niewielkie fragmenty o pewnym podobieństwie sekwencji aminokwasów, jednak nie oznacza to że przeciwciała na to białko będą reagowały z syncytyną. Fragment jaki białko kolca (glikoproteina S) dzieli z syncytynami jest zbyt mały, aby wywołać immunologiczną reakcję krzyżową. Nie wykazano reaktywności krzyżowej swoistych przeciwciał antywirusowych z ludzka syncytyną obecną w plemnikach. Nie stwierdzono także wpływu infekcji SARS-CoV-2, a tym bardziej szczepienia przeciw COVID-19, na zdrowie reprodukcyjne kobiet.  Podsumowując, nie ma żadnych naukowo uzasadnionych przyczyn aby sądzić, że szczepionka może w jakikolwiek sposób zagrażać płodności kobiet lub mężczyzn czy  rozrodowi w ogólności.
  5. Powszechnym obyczajem w nauce jest poddawanie wszelkich wyników badań recenzji zewnętrznej, dokonywanej przez niezależnych specjalistów będących autorytetami z danej dziedziny. Tezy z omawianych wywiadów takiego procesu nigdy nie przeszły. Członkowie Komitetu, jako profesjonaliści, mogliby takiej recenzji dokonać, jednak najpierw tezy takie musiałyby zostać sformułowane w sposób właściwy dla prac naukowych, a nie funkcjonować jedynie w postaci bezkrytycznie publikowanych enuncjacji medialnych.

Przypominamy, że aktualną wiedzę naukową na temat pandemii można uzyskać na stronie  www.naukaprzeciwpandemii.pl

Członkowie Komitetu z całą mocą podkreślają, że jedyną naukowo umocowaną metodą kontrolowanego przerwania epidemii SARS-CoV-2 jest zaszczepienie się szczepionką przeciw COVID-19. 

Pod stanowiskiem podpisało się 34 członków Komitetu:

  1. dr hab. Michał WITT, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  2. dr hab. Ewa BARTNIK, Uniwersytet Warszawski
  3. dr hab. Krystyna CHRZANOWSKA, Instytut-Pomnik Centrum Zdrowia Dziecka, Warszawa
  4. dr hab. Cezary CYBULSKI, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  5. dr hab. Tadeusz DĘBNIAK, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  6. Dr hab. Wojciech FENDLER, Uniwersytet Medyczny w Łodzi
  7. dr hab. Agata FILIP, Uniwersytet Medyczny w Lublinie
  8. Dr hab. Paweł GAWLIŃSKI, Instytut Matki i Dziecka, Warszawa
  9. Dr hab. Maciej GIEFING, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  10. dr hab. Olga HAUS, Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy
  11. Dr hab. Dorota HOFFMAN-ZACHARSKA, Instytut Matki i Dziecka, Warszawa
  12. dr hab. Anna JAKUBOWSKA, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  13. dr hab. Danuta JANUSZKIEWICZ-LEWANDOWSKA, Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu
  14. dr hab. Barbara JARZĄB, czł. koresp. PAN, Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie, Gliwice
  15. dr hab. Krystian JAŻDŻEWSKI, Warszawski Uniwersytet Medyczny
  16. dr hab. Bogdan KAŁUŻEWSKI
  17. dr hab. Janusz KOCKI, Uniwersytet Medyczny w Lublinie
  18. dr hab. Małgorzata KRAJEWSKA-WALASEK
  19. dr hab. Maciej KURPISZ, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  20. dr hab. Grzegorz KURZAWSKI, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  21. dr hab. Janusz LIMON, czł. rzecz. PAN, Gdański Uniwersytet Medyczny
  22. dr hab. Jan LUBIŃSKI, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  23. dr hab. Andrzej MACKIEWICZ, Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu
  24. dr hab. Jerzy Stanisław NOWAK
  25. dr hab. Andrzej PŁAWSKI, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  26. Dr hab. Natalia ROZWADOWSKA, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  27. dr hab. Maria M. SĄSIADEK, Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu
  28. dr hab. Janusz SIEDLECKI
  29. dr hab. Ryszard SŁOMSKI , Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  30. Dr hab. Marlena SZALATA, Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu
  31. dr hab. Maciej WIZNEROWICZ, Uniwersytet Medyczny w Poznaniu
  32. dr hab. Iwona WYBRAŃSKA, Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego
  33. dr hab. Jacek ZAREMBA – czł. rzecz. PAN, Instytut Psychiatrii i Neurologii, Warszawa
  34. dr hab. Ewa ZIĘTKIEWICZ, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań

Polacy coraz częściej decydują się na ubezpieczenia z opcją leczenia za granicą. Korzystają z tego także w przypadku lockdownu i zamknięcia granic

Coraz więcej Polaków deklaruje, że posiada polisę na życie – indywidualną bądź grupową. Jak wynika z badania Prudential Family Index 2020, tylko 19 proc. respondentów oświadcza, że nie ma żadnego ubezpieczenia zapewniającego pomoc w przypadku ciężkiego zachorowania i ochronę dla rodziny ubezpieczeniowego na wypadek jego śmierci. – Polacy coraz większą wagę przywiązują do tego, na jaki rodzaj wsparcia mogą liczyć w przypadku poważnych problemów ze zdrowiem – mówi Leszek Osiewacz z Unilink. Wśród wybieranych opcji coraz częściej jest możliwość konsultacji i leczenia za granicą.  

Ubezpieczenie na życie to wsparcie finansowe w przypadku śmierci ubezpieczonej osoby – wówczas świadczenie otrzymają wskazane przez nią osoby. Zakres ochrony można rozszerzyć o świadczenia m.in. po zdiagnozowaniu choroby onkologicznej, jeśli powoduje np. konieczność pobytu w szpitalu czy operację. W ramach dodatku do polisy można także liczyć na pomoc medyczną poza granicami kraju.

 Z roku na rok ubezpieczenia na leczenie za granicą cieszą się coraz większą popularnością. Za stosunkowo niedużą składkę klient zyskuje bardzo szeroką ochronę ubezpieczeniową. W przypadku produktu Best Doctors, który oferuje wiele towarzystw ubezpieczeniowych, ubezpieczyciel pokrywa świadczenie do 2 mln euro leczenia zagranicznego w przypadku poważnej choroby – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Osiewacz, dyrektor Departamentu Sprzedaży Ubezpieczeń Życiowych i Zdrowotnych w Unilink.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że na ubezpieczenia na życie Polacy wydali w I półroczu 2020 roku 10,1 mld zł, o nieco ponad 4 proc. mniej niż przed rokiem. Słabszy wynik to jednak efekt wiosennego lockdownu, a jesienią widoczne było już odbicie sprzedaży. Na przestrzeni lat widać wyraźną tendencję wzrostową. Badanie firmy Prudential wskazuje, że w 2017 roku indywidualne polisy życiowe posiadało 42 proc. badanych, podczas gdy w 2020 roku odsetek wzrósł do 56 proc. W przypadku polis grupowych odsetek wzrósł z 33 do 41 proc. w ciągu trzech lat. Jednocześnie o 14 pkt proc. spadła liczba osób deklarujących, że nie posiadają żadnego ubezpieczenia na życie.

Na skutek pandemii i pierwszego lockdownu wzrosło też zainteresowanie Polaków dodatkowymi ubezpieczeniami zdrowotnymi – dostęp do lekarzy stał się znacznie trudniejszy, a kolejki coraz dłuższe. Wiele wizyt zostało zastąpionych teleporadami. Dostęp do prywatnej opieki medycznej w I połowie ubiegłego roku posiadało – jak podaje PIU – ok. 3 mln Polaków,  czyli o 13 proc. więcej niż rok wcześniej. To pokazuje, że kwestie zdrowotne stały się w ostatnich miesiącach bardzo istotne.

– Dzisiaj COVID-19 pochłania bardzo dużą energię publicznej służby zdrowia, natomiast są inne schorzenia i choroby, dlatego ubezpieczenie leczenia za granicą zyskuje na popularności i widzimy to również u naszych agentów – wskazuje ekspert z firmy Unilink. – To produkt oparty bardzo często na dużych, prywatnych klinikach, które są wyjęte z systemu publicznej opieki zdrowotnej. Działa również w czasie COVID-u, nie mamy żadnych sygnałów, żeby miało być inaczej.

Wykupienie możliwości leczenia za granicą pozwala skonfrontować uzyskaną w Polsce diagnozę z oceną zagranicznych lekarzy. Jeśli leczenie okaże się konieczne, ubezpieczyciel zorganizuje cały proces w zagranicznej placówce. Pacjent może wybrać leczenie w jednym z trzech zaproponowanych miejsc.

W momencie, w którym jest potwierdzona diagnoza, czyli mamy poważne zachorowanie, klientowi są przedstawiane do wyboru trzy placówki, które specjalizują się w tego typu schorzeniach. Pokrywane są koszty przylotu, pobytu, operacji, zabiegu, do tego transport powrotny do kraju. Część tego typu rozwiązań pozwala jeszcze na rehabilitację w Polsce, ale co do zasady w całym procesie leczenia za granicą jesteśmy prowadzeni za rękę przez ubezpieczyciela – przekonuje Leszek Osiewacz.

Polisa działa w przypadku zdiagnozowania nowotworu złośliwego, nowotworu nieinwazyjnego lub raka in situ, w razie potrzeby przeprowadzenia zabiegu operacyjnego naczyń wieńcowych, wymiany zastawki, zabiegu neurochirurgicznego czy przeszczepu od żywego dawcy narządów lub szpiku kostnego.

Polskie firmy rozwijają eksport maseczek ochronnych. Walczą o rynek z niskiej jakości produktami sprowadzanymi z Chin

Od początku pandemii wiele polskich firm zmodyfikowało produkcję, dostosowując ją do nowych realiów. W tej chwili krajowe zakłady wytwarzają w sumie ok. 200 mln sztuk miesięcznie wysokiej klasy maseczek ochronnych i rozwijają eksport do krajów UE, ponieważ polski rynek stał się dla nich zbyt mały. Mimo że krajowi producenci są już w stanie zaspokoić zapotrzebowanie rodzimego rynku, w Polsce nadal powszechnie dostępne są maseczki importowane z Chin, spośród których wiele nie spełnia jednak norm bezpieczeństwa. Na rynku pojawiły się nawet firmy, które sprowadzają środki ochronne z Państwa Środka i przepakowują je w polskie opakowania, wprowadzając konsumentów w błąd.

– Krajowa produkcja maseczek urosła do tego stopnia, że przekroczyła ok. 200 mln sztuk miesięcznie, z czego tylko nasza firma produkuje 65 mln sztuk. Przed pandemią jeden główny zakład w Polsce produkował około 1 mln sztuk maseczek. To w zupełności zabezpieczało potrzeby szeroko pojętego segmentu ochrony zdrowia. Natomiast w marcu, kiedy rozpoczęła się pandemia, to było już stanowczo za mało. Wtedy pojawił się import, w międzyczasie powstała też m.in. nasza firma i kilku innych producentów – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Sawicki, dyrektor ds. kluczowych klientów TW Plast.

Jak wynika z danych GUS, w listopadzie ub.r. polskie firmy wyprodukowały 7,4 mln maseczek ochronnych stosowanych w medycynie i ponad 26,7 mln pozostałych maseczek. Ze statystyk wynika, że produkcja rośnie z miesiąca na miesiąc, bo jeszcze w październiku te liczby wynosiły odpowiednio 4,5 oraz 17,4 mln sztuk. Badanie GUS objęło jednak tylko podmioty gospodarcze uczestniczące w obowiązkowym, miesięcznym badaniu produkcji wyrobów przemysłowych, w których liczba pracujących wynosi 50 osób i więcej.

Koronawirus spowodował nagły wzrost zapotrzebowania na maseczki ochronne, które stały się wręcz towarem pierwszej potrzeby. Jak zauważa przedstawiciel TW Plast, w tej chwili jest ono mniejsze niż w pierwszym okresie pandemii, ale nadal jest wysokie.

– Dane z GUS-u dotyczące zapotrzebowania na maseczki ochronne też się zmieniają – na początku wskazywały, że jest to ok. 30 mln maseczek tygodniowo, w tej chwili to zapotrzebowanie spadło. Natomiast mamy w kraju prawie 40 mln obywateli. Biorąc pod uwagę, że najlepiej chronią maseczki jednorazowe, łatwo policzyć, że to zapotrzebowanie wynosi kilkaset milionów sztuk – mówi Krzysztof Sawicki.

Co istotne, krajowe zakłady już w tej chwili są w stanie zaspokoić zapotrzebowanie polskiego rynku. Ten stał się już zbyt mały, dlatego rodzime firmy rozwijają eksport i sprzedają maseczki do wielu innych krajów UE.

Ze względu na wolumen, który produkujemy, Polska stała się już zbyt małym rynkiem, dlatego w tej chwili polskie maseczki można spotkać też w kilkunastu krajach UE, a nawet w krajach Ameryki Południowej – mówi dyrektor w TW Plast. – Polski produkt cieszy się zaufaniem klientów w całej Europie. Dwa miesiące temu otworzyliśmy drugą fabrykę w Danii, która jest jednym z najbardziej wymagających rynków, jeśli chodzi o jakość produktów.

Jak wynika z danych Eurostatu, największym beneficjentem zamówień związanych ze sprzętem ochronnym wciąż pozostają jednak Chiny, gdzie trafiają zamówienia warte miliardy euro. Dzieje się tak, mimo że wiele chińskich wyrobów jest niskiej jakości i nie spełnia norm bezpieczeństwa.

W Polsce chińskie maseczki trafiły m.in. do Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która już w maju poinformowała służby medyczne o ich wadliwości. Mimo to wiele firm nadal sprowadza chiński towar, a w mediach często pojawiają się informacje dotyczące maseczek z Chin, które nie spełniają odpowiednich norm. Najgłośniejszym przykładem było lądowanie na warszawskim Okęciu słynnego samolotu Antonov, który przywiózł z Państwa Środka środki ochronne i maseczki, które jak się okazało, nie spełniały norm FFP określających stopień filtrowania zanieczyszczeń.

 Od początku pandemii powstało wiele firm specjalizujących się w imporcie i dystrybucji produktów z Chin. Część przedsiębiorstw, szukając nowych możliwości przetrwania w tych trudnych czasach, zajęła się importem chińskich maseczek i dystrybuowaniem ich w Polsce i na inne kraje – mówi Krzysztof Sawicki. – W tej chwili nie jesteśmy w stanie oszacować, jak wiele maseczek pochodzi z importu, takie dane są nie do zweryfikowania. Czynnikiem, który to utrudnia, jest m.in. to, że kilku polskich producentów importowało maseczki z Chin, po czym przepakowywało je w polskie opakowania, sugerując klientom, że jest to wyrób krajowy i wprowadzając na rynek niepełnowartościowy produkt.

Nieco ponad miesiąc temu, w listopadzie, włoska Gwardia Finansowa w rejonie Neapolu skonfiskowała przyłbice i maseczki ochronne sprowadzone z Chin, które nie miały atestów sanitarnych. Problem z jakością chińskich wyrobów dotyczy nie tylko europejskiego i polskiego rynku – już we wrześniu raport opracowany przez amerykański Narodowy Instytut Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (NIOSH) pokazał, że prawie 70 proc. masek KN95 importowanych z Chin do USA nie spełniało minimalnych amerykańskich norm bezpieczeństwa.

– Większość produktów, które pochodzą z Chin, nie spełnia podstawowych parametrów użytkowych, a przede wszystkim nie spełnia europejskiej normy 14683 dotyczącej filtracji antybakteryjnej, która dla maseczki medycznej powinna wynosić 98 proc. i więcej zatrzymywania wirusów, bakterii i przepuszczalności Delta P powietrza. Te dwa parametry stanowią o tym, że maseczka jest produktem medycznym. Produkty sprowadzane z Chin są znacznie tańsze, co przy koszcie produkcji kluczowego materiału, czyli warstwy antybakteryjnej znajdującej się w maseczce, pozwala sądzić, że w ich konstrukcji nie zastosowano odpowiedniego zabezpieczenia – mówi ekspert.

Jak podkreśla, chińskie wyroby są tańsze, ale często zapewniają też o wiele gorszy poziom bezpieczeństwa przed zarażeniem wirusem SARS-CoV-2. To istotne o tyle, że często są stosowane przez osoby szczególnie narażone na zakażenie, korzysta z nich też personel medyczny. Dlatego wybierając i kupując maseczki ochronne, należy za każdym razem szukać na nich specjalnych atestów i oznaczeń, aby mieć pewność, że produkt spełnia normy i zapewnia właściwą ochronę.

– Konsumentowi trudno jest zweryfikować, czy produkt spełnia właściwe parametry medyczne. Na szczęście po kilku miesiącach pandemii świadomość konsumentów w tym zakresie wzrosła. Kluczowe jest sprawdzenie na opakowaniu, czy taki wyrób ma oznaczenie europejskiej normy medycznej EN 14683 i oznaczenie filtracji antybakteryjnej BFE – Bacterial Filtration Efficiency. Produkt medyczny powinien spełniać według normy parametry zatrzymywania bakterii powyżej 98 proc., co pozwala zabezpieczyć zarówno osobę, która nosi tę maseczkę, jak i inne osoby w jej otoczeniu – podkreśla Krzysztof Sawicki.

Prezes UOKiK: Weryfikujemy, czy CD Projekt był świadom braków gry Cyberpunk 2077 w momencie startu sprzedaży

UOKiK zwrócił się do CD Projektu o wyjaśnienia dotyczące problemów z grą Cyberpunk 2077. Chce sprawdzić, czy spółka nie wprowadziła graczy w błąd i w jakim stopniu realizuje reklamacje i zwroty środków dla niezadowolonych klientów. – Mamy świadomość trudności, z jakimi boryka się CD Projekt, i nie chcemy utrudniać mu prowadzenia działalności, ale są pewne wątpliwości, które wymagają zweryfikowania – mówi prezes urzędu Tomasz Chróstny.

– Nasze wystąpienie do CD Projekt ma ustalić, w jaki sposób przedsiębiorca realizuje rekompensaty i zwroty dla konsumentów. Drugą sprawą jest to, na ile ten przedsiębiorca, windując pewne oczekiwania, był świadom tego, że funkcjonalność gry odbiega od tych oczekiwań i od prezentowanych przez niego wcześniej informacji. Chcemy zweryfikować, czy nie wprowadził konsumentów w błąd co do funkcjonalności tego produktu, który zaoferował na rynku, a także w jakim stopniu uwzględnia reklamacje konsumentów, którzy są z niego niezadowoleni i na starszym sprzęcie często nie mogą korzystać z tej gry w takim stopniu, jak było to przewidziane – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Cyberpunk 2077 to najnowszy, długo wyczekiwany przez graczy tytuł CD Projektu, największego polskiego producenta gier. Jego premiera miała miejsce 10 grudnia. Rozczarowani gracze zgłaszają jednak trudności z rozgrywką na starszych konsolach Xbox One i PlayStation 4. Były one na tyle duże, że już kilka dni po premierze Sony zadecydowało o wycofaniu gry z PlayStation Store, a Microsoft wprowadził możliwość zwrotów tej produkcji w wersji na Xboxa One. CD Projekt przeprosił za liczne błędy w grze i zadeklarował zwrot pieniędzy wszystkim niezadowolonym klientom.

W tym tygodniu skargi od graczy niezadowolonych z Cyberpunka 2077 wpłynęły też do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W efekcie UOKiK zwrócił się do CD Projektu o wyjaśnienia dotyczące problemów z grą i podjętych przez niego działań.

– Działamy w toku wystąpienia miękkiego. Mamy świadomość trudności, z jakimi boryka się przedsiębiorca, i nie chcemy utrudniać mu prowadzenia działalności. Natomiast są pewne wątpliwości, które wymagają zweryfikowania – mówi prezes UOKiK.

Co istotne, UOKiK nie prowadzi na razie oficjalnego postępowania wobec CD Projektu, a jedynie wystąpił z wnioskiem o wyjaśnienia. O dalszych krokach zadecyduje dopiero po ich otrzymaniu. Jeśli okaże się, że istnieją podstawy do postawienia spółce zarzutu naruszenia zbiorowych interesów konsumentów, wówczas postępowanie nabierze oficjalnego charakteru. W czarnym scenariuszu UOKiK może wymierzyć polskiemu producentowi gier karę pieniężną w wysokości maksymalnie 10 proc. przychodu firmy.

Mimo błędów Cyberpunk 2077 sprzedaje się bardzo dobrze. Po 10 dniach od premiery spółka poinformowała, że szacowana sprzedaż wyniosła ok. 13 mln egzemplarzy. Producent planuje wypuścić serię aktualizacji do gry, jak również łatki, które powinny wyeliminować problem z grywalnością na starszych konsolach.

 Jeżeli chodzi o producentów gry, to jest pierwsza sprawa, której tak mocno się przyglądamy. Niemniej jej zakres jest bardzo szeroki. Mówimy o grze, która nie tylko nie spełniła oczekiwań konsumentów, ale pod względem funkcjonalności daleko odbiega od tego, o czym konsumenci słyszeli od miesięcy, a nawet lat. Dlatego zweryfikowania wymaga to, w jakim stopniu przedsiębiorca był świadom braków tego produktu, który wypuścił na rynek, czy nie było pewnej celowości w jego zachowaniu – mówi Tomasz Chróstny.

Niewydolność serca najczęstszą przyczyną zgonów w Polsce także w dobie COVID-19. Co roku na tę chorobę umiera 140 tys. osób

W Polsce na niewydolność serca cierpi 1,2 mln osób. Choroba rokuje gorzej niż zawał serca, rak prostaty czy jelita grubego. Ponad 40 proc. pacjentów nie przeżywa pięciu lat po diagnozie. Pandemia koronawirusa dodatkowo pogorszyła sytuację chorych. – Osoby z niewydolnością serca są bardziej narażone na powikłania i zgon – mówi Marta Domańska z Instytutu LB Medical. Dlatego środowiska lekarzy i pacjentów apelują do rządu o natychmiastowe działania, m.in. o refundację nowoczesnych terapii, które mogą wydłużyć życie chorym.

Niewydolność może pojawiać się po nadmiernym obciążeniu serca przez choroby układu krwionośnego, do których zalicza się m.in.: nadciśnienie tętnicze. Pierwsze symptomy niewydolności serca pozostają często niezauważone i wielu pacjentów dowiaduje się o chorobie, kiedy jest ona w zaawansowanym stadium. Niewydolność serca objawia się dusznością, na początku związaną z wysiłkiem, a później odczuwaną także w spoczynku, łatwym męczeniem się czy obrzękami. Według danych Ministerstwa Zdrowia problem ten dotyczy ok. 1,2 mln Polaków, którzy borykają się z tym schorzeniem w różnych stadiach zaawansowania.

– Niewydolność serca postępuje wolno i często trudno zwrócić uwagę na pierwsze symptomy. Objawia się ona zmęczeniem podczas biegania czy nawet chodzenia, a ludziom wydaje się, że jest to efekt braku treningów albo wynika z wieku i starości – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Marta Domańska. – Często więc trafiamy do lekarza już w bardzo zaawansowanym stadium tej choroby.

W ostatnich fazach niewydolności serca osoby, które cierpią na to schorzenie, mają problem z takimi prozaicznymi czynnościami jak przejście z pokoju do kuchni czy zrobienie sobie herbaty.

– Dlatego ciężko im walczyć o swoje prawa i dostęp do leczenia, bo po prostu nie mają na to siły – zauważa ekspertka Instytutu LB Medical.

Z raportu dotyczącego zachorowalności i leczenia niewydolności serca w Polsce, przygotowanego z inicjatywy organizacji pacjentów, wynika, że ta choroba jest epidemią współczesnych czasów. Według danych z 2018 roku co 10. zgon ma związek z niewydolnością serca, co daje jej pierwsze miejsce wśród bezpośrednich przyczyn wszystkich zgonów w Polsce. Co roku umiera na nią 140 tys. osób.

– Pandemia COVID-19 pogorszyła sytuację osób z niewydolnością serca, bo są one bardziej narażone na powikłania i zgon w wyniku zarażenia koronawirusem – mówi Marta Domańska.

Jak podkreśla, pokazują to także dane dotyczące wzrostu śmiertelności. W okresie od połowy września do listopada 2020 roku odnotowano o 16 tys. więcej zgonów niż w poprzednich latach ostatniej dekady. Z tego niecałe 3,6 tys. to ofiary COVID-19. Eksperci oceniają, że w pozostałej grupie – około 12,5 tys. zgonów – znaczną część stanowi właśnie niewydolność serca.

– Dlatego zmiany postulowane w liście otwartym do ministra zdrowia powinny zostać wprowadzone natychmiast. Główne rekomendacje to opieka koordynowana i dostęp do nowoczesnych terapii. Dzięki zastosowaniu tych dwóch filarów sytuacja osób z niewydolnością serca może się istotnie zmienić. Wszyscy mamy nadzieję, że COVID-19 minie, ale zostaniemy z problemem epidemii niewydolności serca – mówi ekspertka Instytutu LB Medical.

Wprowadzenie opieki koordynowanej to przede wszystkim przekierowanie strumienia pacjentów ze szpitali do lecznictwa ambulatoryjnego, dostęp do rehabilitacji kardiologicznej, dostęp do rozwiązań telemedycyny, opieka lekarska na każdym etapie leczenia. Dziś Polska jest liderem pod względem liczby hospitalizacji – w 2019 roku było ich ponad 300 tys. i kosztowały ok. 1,6 mld zł (z 1,7 mld zł ogólnych kosztów świadczeń zdrowotnych i 6,2 mld zł całkowitych kosztów związanych z niewydolnością serca).

– Rokowania pacjentów z niewydolnością serca są porównywalne do rokowania osób z nowotworami. Ponad 40 proc. osób nie przeżywa pięciu lat od diagnozy, więc jest to choroba, która zbiera największe żniwo zgonów wśród Polaków – podsumowuje Marta Domańska.

Opracowana przez Polaków sonda z grafenu wykryje zawał podczas operacji serca. Jest dokładniejsza niż EKG i minimalizuje ryzyko powikłań pooperacyjnych

Grafen już od lat rewolucjonizuje medycynę. Pomaga zwalczać komórki nowotworowe, jest wykorzystywany w sekwencjonowaniu DNA, w protezach i implantach. Na bazie grafenu powstały mikrocienkie tatuaże, które mierzą stan serca, wykonując jednocześnie odczyty elektrokardiografu i sejsmokardiografu. Polscy naukowcy opracowali grafenową sondę Heart Sense, która rozwiązuje kluczowy problem operacji wszczepiania by-passów, czyli utratę sygnału EKG. Elektrody przyczepione do ciała często nie rejestrowały sygnału. Cienka i lekka sonda na bazie grafenu odczytuje sygnał bezpośrednio z serca i wykrywa nawet mikrozawały w trakcie operacji.

– Grafen jest niesamowitą strukturą geometryczną węgla. Ma wiele cech, m.in. doskonale przewodzi prąd. Wykorzystaliśmy tę funkcję do wykrywania zaburzeń sygnału elektrycznego generowanego przez serce. Ponieważ jest to węgiel, jest on substancją zgodną biologicznie, nie jest traktowany jak ciało obce. W czasie zawału serca dochodzi do zaburzenia czynności elektrycznej i tę czynność elektryczną grafen potrafi wykryć i ją przewieźć do monitora – mówi agencji Newseria Innowacje dr n. med. Grzegorz Suwalski, kardiochirurg, prezes zarządu Quantum Innovations.

Grafen jest dobrym przewodnikiem elektrycznym, lepszym niż miedź. Tę funkcję wykorzystali naukowcy, którzy pracują nad środkami przeciwnowotworowymi. Grafen odróżnia komórki nowotworowe od zdrowych poprzez nadpobudliwość elektryczną tych pierwszych. W kontakcie z jednym z ogniw materiał grafenowy zbiera dużą liczbę elektronów, co znacząco zmienia energię drgań jego atomów węgla. Naukowcy opracowali też minitatuaże, które przyczepione do skóry mierzą pomiary EKG i SCG serca.

Polscy naukowcy poszli krok dalej. Stworzyli cienką i lekką sondę Heart Sense, która przyczepiona bezpośrednio do serca jest w stanie rozpoznać nawet mikrozawały podczas operacji na otwartym sercu. Jest przy tym znacznie dokładniejsza niż zwykłe elektrody przyczepione do ciała.

– Heart Sense jest nowym typem biosensora do stosowania w kardiochirurgii, drukowanym metodą elektroniki drukowanej. To cienka folia, na której nadrukowanych jest kilka warstw mających różne funkcje. Pierwsza z nich to warstwa adhezyjna, która zwiększa siłę przylegania zawartych w niej cząsteczek skrobi do powierzchni organu. Ta warstwa przytrzymuje elektrodę całkowicie bezinwazyjnie na powierzchni serca na każdej jego części, nie przesuwa się w trakcie pracy serca. Druga warstwa to warstwa grafenowa, czyli ta, która jest odpowiedzialna za zbieranie sygnału elektrycznego – tłumaczy dr Grzegorz Suwalski.

Nowa sonda to odpowiedź na pandemię obecnych czasów, czyli choroby wieńcowe. Miażdżyca oraz choroba wieńcowa to najczęstsze przyczyny niewydolności serca. Tylko w Polsce cierpi na nią niemal 700 tys. pacjentów, jest zaś przyczyną nawet 60 tys. zgonów rocznie. Operacja wszczepiania by-passów, czyli pomostowania tętnic wieńcowych, to jedna z częstszych operacji na otwartym sercu. Jest przy tym stosunkowo bezpieczna, z różnych badań wynika, że śmiertelność nie przekracza 2–3 proc. Jednak problemem podczas zabiegu jest nieoptymalne monitorowanie ukrwienia serca.

– W operacjach wykonywanych tą techniką dochodzi do konieczności ratunkowego zastosowania krążenia pozaustrojowego wynikającego często z niedokrwienia serca. Nie widzimy tego w czasie operacji, ponieważ elektrody skórne przyczepione do powierzchni pacjenta są całkowicie dysfunkcjonalne. Z powodu otwartej klatki piersiowej, zmian pozycji serca w niej sygnał elektryczny serca nie jest przewodzony do tych elektrod. Postawiliśmy sobie za cel przywrócić optymalne monitorowanie ukrwienia serca poprzez stworzenie elektrody, która działa bezpośrednio na jego powierzchni – podkreśla prezes Quantum Innovations.

Testowe operacje potwierdziły skuteczność Heart Sense. Udowodniły też, że sonda wykrywa zawał serca lepiej niż dotychczas stosowane skórne elektrody EKG. Dodatkowo samo oprogramowanie monitora nie wymaga żadnego zaangażowania ze strony zespołu operacyjnego, urządzenie działa samoczynnie i dostarcza sygnał EKG przez cały czas trwania operacji. W ten sposób minimalizuje ryzyko zawału i pooperacyjnych powikłań wynikających z niedokrwienia mięśnia sercowego.

– Urządzenie Heart Sense jest zaprojektowane do stosowania w operacjach pomostowania tętnic wieńcowych wykonywanych techniką bez zastosowania krążenia pozaustrojowego. To jest 40 proc. wszystkich operacji wszczepiania by-passów na świecie. Ten rynek wynosi obecnie kilkaset tysięcy operacji rocznie. Wprowadzimy urządzenie w ciągu dwóch–trzech lat już na sale operacyjne – zapowiada dr Grzegorz Suwalski.

Pandemia rewolucjonizuje pracę laboratoriów. Dzięki rozszerzonej rzeczywistości laboranci mogą pracować zdalnie

Opracowane przez polską firmę rozwiązanie pozwoli wykorzystać rozszerzoną rzeczywistość w pracy laboratoriów. Dzięki temu laboranci będą mogli wyświetlać informacje w formie hologramów, nie zajmując przy tym rąk. Rozwiązanie nie tylko usprawni pracę na miejscu, lecz dzięki integracji z systemem zarządzania informacjami laboratoryjnymi umożliwi pracę zdalną. Technologią rozszerzonej rzeczywistości są zainteresowane laboratoria z całego świata, również z Polski.

– Polskie laboratoria nie odstają od tych z Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii czy Arabii Saudyjskiej pod względem zaawansowania technologicznego. Wszystko zależy od tego, jak są dofinansowane. Co ciekawe, polskie laboratoria również sięgają po innowacje, jak np. wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości w codziennej pracy analityków – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Bartosz Michałowski z Solution4Labs.

Przyszłością pracy w laboratorium może być wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości. Opracowane przez Polaków rozwiązanie Holo4Labs wykorzystuje okulary Microsoft HoloLens ze zintegrowanym systemem zarządzania informacjami laboratoryjnymi (LIMS). Dzięki temu pracownicy laboratorium mogą wykonywać swoje badania, mając wolne obie ręce. Wszystkie informacje potrzebne do pracy są wyświetlane w postaci hologramów. Rozwiązanie obsługuje sterowanie gestami dłoni i za pomocą poleceń głosowych. Skanowanie opisów próbek odbywa się poprzez identyfikację tagów QR. Interfejs rozszerzonej rzeczywistości wyświetla informacje z bazy danych, a także pozwala na pracę z trójwymiarowymi modelami cząsteczek substancji.

– Wszystkie te dane są pomocne, zarówno w pracy codziennej, jak i w sytuacjach nieprzewidzianych, kiedy np. trzeba serwisować urządzenie i system podpowiada, co dokładnie należy zrobić krok po kroku – wskazuje Bartosz Michałowski. – Podstawą cyfrowej rewolucji jest integracja urządzeń z systemem informatycznym, który potrafi automatycznie pobrać dane z tych urządzeń. Pracownicy nie muszą przepisywać danych, co powoduje, że nie ma ryzyka popełnienia błędu. Cyfrowa rewolucja sprawia, że jesteśmy w stanie tworzyć nowe, bezpieczniejsze materiały, nowe leki. Wszystko to ma znaczenie również w codziennym życiu.

Podstawą działania nowoczesnego laboratorium jest jednak nie tyle technologia pozwalająca na wizualizację części danych w formie hologramów, lecz możliwość dostępu do cyfrowych danych laboratoryjnych z każdego miejsca na świecie. To szczególnie istotne zwłaszcza w dobie pandemii koronawirusa.

– W nowoczesnym laboratorium funkcjonuje szereg rozwiązań usprawniających pracę, jednak podstawą zawsze jest system klasy LIMS służący do kompleksowego zarządzania pracą w laboratorium, od pracy nad próbkami, poprzez analizę badań, wykonywanie kalkulacji, ale także zarządzanie pracą, zasobami, alokacje tych zasobów, a finalnie przygotowywanie raportów czy też wizualizacje w czasie rzeczywistym istotnych wskaźników pracy w laboratorium – wymienia ekspert.

Według analityków MarketsandMarkets światowy rynek systemów zarządzania informacjami laboratoryjnymi w 2020 roku był wyceniany na miliard dolarów. Do 2025 roku ma wzrosnąć do 1,7 mld dol. Jednym z czynników napędzających ten rynek ma być pandemia koronawirusa, w wyniku której wzrosło zainteresowanie pracą zdalną również w laboratoriach.

– Cyfrowa rewolucja pomogła w czasie pandemii, przede wszystkim jeśli chodzi o organizację pracy. Część pracowników zwróciła uwagę na potrzebę pracy zdalnej. Do tej pory nie było to możliwe, ponieważ większość czynności laboratoryjnych trzeba wykonać w samej placówce. Część zadań, takich jak opracowanie analiz z badania czy przygotowanie raportu, mogłaby być wykonana z domu. Osoba pracująca zdalnie może za pomocą pobranych danych przygotować swoją pracę – tłumaczy Bartosz Michałowski.

Część laboratoriów wciąż jednak pracuje na dokumentacji papierowej, choć najnowsze technologie są na wyciągnięcie ręki.

– Wykorzystanie oprogramowania w laboratorium jest niezwykle istotne do utrzymania wysokiej jakości wyników. Część laboratoriów nadal trzyma się dokumentacji papierowej, tak jak to robiły 10 czy 20 lat temu, jednak coraz więcej menadżerów laboratoriów zwraca uwagę na ten aspekt, że zaawansowanie technologiczne obejmuje zarówno sprzęt, jak również oprogramowanie – przekonuje ekspert z Solution4Labs.

Stopy procentowe bez zmian. W co gra Rada Polityki Pieniężnej?

RPP nie obniżyła stóp procentowych. Jednak temat będzie powracał. Dlatego, że taka obniżka prowadzi do zwiększenia transferu pieniędzy z NBP do budżetu państwa, który będzie rozdysponowywany przez rząd.

Rada Polityki Pieniężnej utrzymała stopy procentowe bez zmian, główna stopa referencyjna nadal wynosi 0,1 proc. Oznacza to, że raty kredytów złotowych pozostaną bez zmian. Takiej decyzji RPP spodziewała się większość analityków.

– Zaskoczenia nie ma, ale nie było to przesądzone, ponieważ Rada pod koniec 2020 r. straszyła obniżką stóp procentowych – mówi w rozmowie z MarkeNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Po lawinie negatywnych komentarzy RPP wycofała się z tej narracji, jednak nie wykluczałbym tego, że wkrótce taka decyzja zostanie jednak podjęta.

Istotne jest, aby te rozważania łączyć też z grudniowymi decyzjami NBP o interwencji na rynku walutowym, żeby doprowadzić do osłabienia polskiej waluty. To wówczas pojawiło się uzasadnienie, że NBP skupował waluty „w celu wzmocnienia oddziaływania poluzowania polityki pieniężnej na gospodarkę”.

– To dość delikatny temat, ponieważ wiadomo, że niższa stopa procentowa jest negatywna dla kursu polskiej waluty – wyjaśnia ekspert XTB. – Wyższy kurs dolara czy euro wobec złotego oznacza większy papierowy zysk NBP z tytułu rezerw, a tym samym wyższą wpłatę do budżetu państwa. I to wydaje się głównym celem tych interwencji, choć dalsze luzowanie polityki pieniężnej nie przyniesie korzyści polskiej gospodarce.

Interwencja NBP okazała się mało skuteczna, złoty szybko odrobił straty, a to już było skutkiem tego, co działo się na światowych rynkach.

Istotne jest kiedy odejdziemy od rozluźniania polityki pieniężnej. Zwłaszcza, że bank centralny prowadzący politykę celu inflacyjnego nie może jednocześnie skutecznie realizować polityki regulowania kursu walutowego. To są dwa sprzeczne cele. Pozostaje też kwestia od kiedy NBP chciałby już podwyższać stopy procentowe.

– Jeżeli miałoby dojść do obniżki stóp procentowych, to spodziewałbym się jej w najbliższych miesiącach, ze względu na trudne dla gospodarki restrykcje związane z epidemią – dodaje P.Kwiecień. – Gdy jednak uda się już powrócić do względnej normalności w funkcjonowaniu życia gospodarczego, może okazać się, że polityka pieniężna jest zbyt luźna i wówczas konieczne będzie jej lekkie zacieśnienie.

Alienacja rodzicielska – uzależnienie od alkoholu jako wynik deficytu drugiego rodzica

W Polsce panuje na niespotykaną w Europie skalę epidemia alienacji rodzicielskiej. Problem dotyka nawet kilkuset tysięcy dzieci. Zdaniem specjalistów będą one borykały się z jej konsekwencjami przez długie lata dorosłego życia, być może nawet do samej śmierci. Według niektórych naukowców za ogromną częścią uzależnień od alkoholu stoi właśnie deficyt relacji przywiązania, będący skutkiem alienacji rodzicielskiej. Czy w świetle nowych teorii zmieni się w Polsce postrzeganie roli obojga rodziców w kształtowaniu psychiki dziecka?

Rocznie w Polsce rozwodzi się około 70 tysięcy małżeństw. Ile rozstaje się związków nieformalnych, choć posiadających wspólne dziecko, tego nie wie nikt, bo nikt takich statystyk nie prowadzi. Większość par po rozstaniu potrafi porozumieć się co do schematu opieki nad dzieckiem, które zwykle mieszka przy mamie, a z tatą ma tak zwane kontakty – orzeczone przez sąd lub zapisane w ugodzie między rodzicami regularne spotkania, czasem z noclegami poza stałym miejscem zamieszkania dziecka. Wielu rodzicom ta formuła odpowiada, a i dzieci mają w ten sposób kontakt z obojgiem rodziców. Niewielki odsetek par po rozstaniu decyduje się na popularną w Europie od dziesięcioleci tak zwaną opiekę naprzemienną, według której dziecko mieszka u obojga rodziców w porównywalnych okresach – na przykład tydzień u mamy, tydzień u taty. Według psychologów jest to najmniej szkodliwa dla dziecięcej psychiki forma opieki po rozstaniu rodziców, ale w polskich realiach to wciąż najrzadziej spotykana. Niestety, w ogromnej części polskie dzieci z rozbitych rodzin doświadczają alienacji rodzicielskiej: mieszkają z mamą, która nastawia je negatywnie do taty, a w efekcie – prędzej czy później – tracą z nim kontakt. Trudno powiedzieć jaki jest motyw postępowania sprawców alienacji: czasem jest to chęć zemsty na byłym partnerze, a czasem chęć „wyczyszczenia” pola dla „nowego taty”. Niezależnie od tego jakie byłyby powody, efekt jest zawsze ten sam: krzywda tak dziecka, jak i alienowanego rodzica. 

Zbrodnia na dziecięcej duszy

Psychologowie i psychiatrzy mówią jednym głosem: alienacja rodzicielska jest przemocą wobec dziecka i powinna być tak właśnie traktowana przez prawo i organy państwa. Tymczasem niewiele jest w Polsce badań na ten temat. Powstają co prawda prace naukowe lub paranaukowe, ale wciąż ich liczba jest nieadekwatna do skali zjawiska. 

Jeden z pionierów popularyzacji terminu alienacji rodzicielskiej i autor książki „Dziecko, rodzic i rozwód oraz alienacja rodzicielska”, Maciej Wojewódka tak definiuje to zjawisko: „zespół świadomych lub nieświadomych zachowań prowadzących do powstawania zaburzeń w relacji pomiędzy dzieckiem, a drugim rodzicem”.

Takimi zachowaniami są przede wszystkim manipulowanie przekonaniami, postawami i emocjami dziecka, szantaż emocjonalny, utrudnianie kontaktów dziecka z drugim rodzicem i inne działania mające na celu niszczenie, a co najmniej deprecjonowanie relacji rodzicielskiej z „drugim” rodzicem. Efektem alienacji rodzicielskiej jest tak zwany zespół alienacji rodzicielskiej, nazywany także syndromem Gardnera, od amerykańskiego psychiatry sądowego doktora Richarda Gardnera, który zdefiniował jako pierwszy to zjawisko.

Alienacja rodzicielska oczywiście niszczy komfort psychiczny nie tylko dziecka, ale także separowanego, alienowanego rodzica. O ile w latach 60., a wtedy powstawał obowiązujący do dzisiaj w Polsce Kodeks rodzinny i opiekuńczy, mężczyźni rzadko domagali się praw do wychowywania dzieci, to dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna. Choć w ostatnich kilkudziesięciu latach kobiety wywalczyły sobie równy dostęp do edukacji i praktycznie wszystkich zawodów, tak mężczyźni wciąż nie potrafią wywalczyć sobie rzeczywistych praw rodzicielskich. – Cały czas pokutuje mit, że lepsza najgorsza matka, niż najlepszy ojciec – tłumaczy Mikołaj, jeden z ojców walczących o prawo do widywania się z własnym dzieckiem. Tę obserwację potwierdzają twarde dane statystyczne. W 2019 roku ogółem rozwody dotknęły 37 tysięcy dzieci. Z tej liczby wykonywanie władzy rodzicielskiej sądy powierzyły wyłącznie ojcu w 1189 przypadkach. 

Coraz częściej pojawiają się prace naukowe pokazujące kolejne dowody na długotrwałe, negatywne skutki alienacji rodzicielskiej. Być może to właśnie jest przyczyną zaburzeń i chorób, których genezy dotychczas nikt nie odkrył? 

Alkoholizm jako efekt alienacji?

Naukowcy od lat próbują znaleźć przyczynę alkoholizmu, odpowiedź na pytanie dlaczego jedni mogą pić alkohol w sposób kontrolowany, a inni wpadają w nałóg. Na ciekawy tor skierowała tę dyskusję Ewa Wyrzykowska z Katedry Psychologii Klinicznej Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Zaproponowała ona tezę mówiącą tyle, że uzależnienie od alkoholu może być wynikiem deficytu w zakresie relacji przywiązania. Warto zatrzymać się na parę chwil przy tej koncepcji, według której uzależnienie od substancji psychoaktywnej jest traktowane jako substytut zależności od drugiego człowieka.

Teoria przywiązania jest relatywnie świeżą koncepcją psychologiczną. Jej autor – John Bowlby – zasłynął tym, że jako pierwszy rozpoznał i opisał biologicznie i ewolucyjnie uwarunkowaną potrzebę przywiązania dziecka do rodziców. Kontynuatorzy myśli Johna Bowlby’ego zdefiniowali jeden bezpieczny styl relacji dziecka z opiekunami i trzy niebezpieczne: lękowo-ambiwalentny, unikowy i zdezorganizowany. Według książki „Przywiązanie w psychoterapii” DJ Wallin z 2011 roku od 68 do ponad 80 procent osób powiela styl przywiązania w dzieciństwie na swoje dorosłe relacje. A co wspólnego ma z tą teorią kwestia uzależnień?

Urazy dzieciństwa rekompensowane kieliszkiem

Według teorii więzi uzależnienia są bezpośrednim wynikiem zaburzenia przywiązania i reakcją na zranienie lub uszkodzenie osoby cierpiącej. „Substancje psychoaktywne stanowią sposób wypełnienia próżni tworzonej przez brak stabilizującej relacji. Jednocześnie jednak podtrzymują cierpienie uzależnionej jednostki, gdyż są zaprzeczeniem potrzeby więzi z drugim człowiekiem i prowadzą do szukania zaspokojenia w nich samych” – przekonuje Ewa Wyrzykowska.

Osoby z niekorzystnym wzorcem przywiązania charakteryzują się różnymi deficytami w obrębie struktur psychicznych i osobowościowych, takich jak słabość ego, brak zdolności do samoopieki, trudności w utrzymywaniu poczucia własnej wartości. U osób uzależnionych za to identyfikuje się cztery grupy zaburzonych zdolności: regulowania emocji, szacunku do siebie, czerpania satysfakcji z relacji z innym człowiekiem oraz troski o siebie. Z pozornym ratunkiem przychodzi… alkohol. Jak tłumaczy Ewa Wyrzykowska: „Funkcją substancji psychoaktywnej staje się zastąpienie brakujących umiejętności oraz struktur psychicznych i w ten sposób przywrócenie, przynajmniej częściowo, poczucia własnej wartości i wewnętrznej harmonii”. Problem w tym, że alkohol daje efekty krótkoterminowe, co prowadzi do spirali uzależnienia. Wyrzykowska twierdzi, że alkohol „może dostarczać funkcje, które w ego uzależnionego pacjenta są deficytowe z powodu braku uwewnętrznionych, wystarczających doświadczeń podlegania opiece innych w dzieciństwie”.

Badania kwestionariuszowe prowadzone także w Polsce dowodzą, że istnieje ścisły związek między uzależnieniem od alkoholu i narkotyków a dominującymi – niebezpiecznymi – wzorcami przywiązania w dzieciństwie. Mało tego: według badań osoby uzależnione z doświadczeniem alienacji rodzicielskiej mają wyższe wyniki w zakresie natężenia objawów zaburzeń psychicznych takich jak represyjność, schizoidalność i aleksytymia.

Zamiast walczyć ze skutkami, zajmijmy się przyczynami?

Wydaje się, że kwestia wpływu skutków alienacji rodzicielskiej na uzależnienia, także od alkoholu, jest przesądzona. Mamy tym samym kolejny dowód na to, jak ogromna krzywda spotyka rocznie tysiące polskich dzieci. Naukowcy, pedagodzy, psychiatrzy, psychologowie i przedstawiciele organizacji pozarządowych zajmujących się tą tematyką biją na alarm. Rok temu powstał w Sejmie Zespół do spraw Przeciwdziałania Alienacji Rodzicielskiej. Ze względu na obostrzenia związane z pandemią koronawirusa spotkał się tylko raz. Znów nadzieje całego środowiska zostały wystawione na ciężką próbę… 

Alienacja rodzicielska jest w Polsce praktycznie poza zainteresowaniem systemu wymiaru sprawiedliwości. Podejmowane były i są próby zmiany Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego w ten sposób, by wprost opisać i penalizować alienację jako przemoc wobec dziecka, ale jak dotychczas spełzły one na niczym. Tymczasem mamy do czynienia z coraz większą falą zaburzeń psychicznych u dzieci i nastolatków. Obostrzenia związane z pandemią z pewnością nie poprawiły sytuacji. Coraz młodsi ludzie targają się na własne życie, dotyka ich epidemia uzależnień od nowoczesnych technologii, a system ochrony zdrowia odpowiada na te problemy olbrzymim deficytem psychologów i psychiatrów dziecięcych. Jedno jest pewne: nie jesteśmy w stanie skutecznie walczyć ze skutkami. Może więc nie mamy innego wyjścia i powinniśmy wreszcie zająć się przyczynami?

3xzdrowie Centrum MedyczneArtykuł powstał we współpracy z Centrum Medycznym 3xZdrowie oferującym terapię wykorzystującą unikalne połączenie wiedzy medycznej i wieloletniej praktyki z zakresu osteopatii, psychologii i dietetyki. Celem terapii 3xZdrowie jest jest poprawa i wzmocnienie fizyczne, mentalne i emocjonalne.

RPP postanowiła utrzymać stopy procentowe NBP na niezmienionym poziomie

NBP będzie nadal prowadził operacje zakupu skarbowych papierów wartościowych oraz dłużnych papierów wartościowych gwarantowanych przez Skarb Państwa na rynku wtórnym w ramach strukturalnych operacji otwartego rynku. Terminy oraz skala prowadzonych działań będą uzależnione od warunków rynkowych. NBP będzie także nadal oferował kredyt wekslowy przeznaczony na refinansowanie kredytów udzielanych przedsiębiorcom przez banki.

Dane z gospodarki światowej wskazują, że wraz ze wzrostem liczby zakażeń COVID19 oraz ponownym zaostrzeniem restrykcji epidemicznych w IV kw. 2020 r. wyhamowało ożywienie globalnej koniunktury. Pogorszeniu uległa przede wszystkim sytuacja w sektorze usług, przy dalszym wzroście aktywności w przemyśle. Jednocześnie inflacja w gospodarce światowej utrzymuje się na niskim poziomie. W strefie euro prognozy wskazują na spadek PKB w IV kw. 2020 r. Banki centralne głównych gospodarek utrzymują niskie stopy procentowe oraz prowadzą skup aktywów.

W ostatnich miesiącach – pod wpływem oczekiwań dotyczących pozytywnego wpływu szczepień na dalszy przebieg pandemii – nastąpiła pewna poprawa nastrojów na międzynarodowych rynkach finansowych, przyczyniając się do wzrostu cen części aktywów finansowych. Jednocześnie wzrosły ceny części surowców na rynkach światowych, w tym ropy naftowej.

W Polsce wzrost liczby zakażeń COVID-19 oraz zaostrzenie restrykcji epidemicznych w IV kw. oddziaływały negatywnie na aktywność gospodarczą, w szczególności w części sektora usług. W październiku i listopadzie nastąpił spadek sprzedaży detalicznej. Utrzymujący się wzrost produkcji przemysłowej sugeruje, że sytuacja w tym sektorze jest relatywnie korzystna. Aktualne prognozy wskazują, że roczna dynamika PKB w IV kwartale była nadal ujemna i prawdopodobnie niższa niż w poprzednim kwartale.

Dane z rynku pracy za listopad wskazują na stabilizację przeciętnego zatrudnienia oraz rocznej dynamiki przeciętnych wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw. Jednocześnie inflacja w grudniu ub. r. – według szybkiego szacunku GUS – obniżyła się do 2,3% r/r (z 3,0% r/r w listopadzie). Można oczekiwać, że po spadku PKB w 2020 r., w bieżącym roku nastąpi ożywienie aktywności gospodarczej, przy czym skala ożywienia będzie zależała przede wszystkim od sytuacji epidemicznej i związanych z nią restrykcji. Dalszy przebieg pandemii oraz jej wpływ na sytuację gospodarczą w kraju i za granicą pozostaje głównym źródłem niepewności dotyczącej kształtowania się krajowej koniunktury.

Pozytywnie na koniunkturę będą oddziaływać działania ze strony polityki gospodarczej, w tym poluzowanie polityki pieniężnej NBP. Wzrost aktywności może być natomiast ograniczany przez podwyższoną niepewność oraz słabsze niż przed pandemią nastroje podmiotów gospodarczych, które będą skutkować istotnym obniżeniem dynamiki inwestycji. Tempo ożywienia gospodarczego może być także ograniczane przez
brak wyraźnego i trwalszego dostosowania kursu złotego do globalnego wstrząsu wywołanego pandemią oraz poluzowania polityki pieniężnej NBP.

NBP będzie nadal prowadził operacje zakupu skarbowych papierów wartościowych i dłużnych papierów wartościowych gwarantowanych przez Skarb Państwa na rynku wtórnym w ramach strukturalnych operacji otwartego rynku. Celem tych operacji jest zmiana długoterminowej struktury płynności w sektorze bankowym, zapewnienie płynności rynku wtórnego skupowanych papierów wartościowych oraz wzmocnienie oddziaływania obniżenia stóp procentowych NBP na gospodarkę, tj. wzmocnienie mechanizmu transmisji monetarnej. W celu wzmocnienia oddziaływania poluzowania polityki pieniężnej na gospodarkę NBP może także stosować interwencje na rynku walutowym. Terminy oraz skala prowadzonych działań będą uzależnione od warunków rynkowych. NBP będzie także nadal oferował kredyt wekslowy przeznaczony na refinansowanie kredytów udzielanych przedsiębiorcom przez banki.

Polityka pieniężna NBP łagodzi negatywne skutki pandemii, wspiera aktywność gospodarczą oraz stabilizuje inflację na poziomie zgodnym ze średniookresowym celem inflacyjnym NBP. Poprzez pozytywny wpływ na sytuację finansową kredytobiorców oddziałuje także w kierunku wzmocnienia stabilności systemu finansowego.

Lokal za Grunt – Senat przyjął pierwszą ustawę z rynkowej części pakietu mieszkaniowego

Inwestorzy będą mogli nabywać grunty od gmin w zamian za mieszkania lub inne lokale służące wspólnotom samorządowym – takie będą efekty ustawy przygotowanej przez Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, którą przyjął dziś bez poprawek Senat. Rozwiązanie to będzie się opierać na współpracy między gminami a inwestorami.

– Przyjęta przez Senat ustawa to pierwsza z propozycji rozwiązań tworzących część rynkową pakietu mieszkaniowego. Zawiera ona narzędzia sprzyjające inwestowaniu i zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych z wykorzystaniem modelu współpracy między samorządami i inwestorami. Dziś częstym wyzwaniem dla inwestorów jest uzyskanie dostępu do gruntów odpowiednich pod budowę osiedli mieszkaniowych. Chcemy uwolnić w tym celu tereny, które są w posiadaniu gmin. Oczywiście z korzyścią dla nich i ich mieszkańców. W zamian za zbycie gruntu inwestorowi gmina otrzyma określoną liczbę lokali. Będzie je mogła przeznaczyć na zaspokojenie lokalnych potrzeb mieszkaniowych lub np. pod działalność zdrowotną, edukacyjną czy kulturalną. Dodatkowo gmina będzie mogła liczyć na bezzwrotną pomoc państwa przy realizacji infrastruktury technicznej i społecznej. Jest to szczególnie istotne, bo pomaga zapewnić zarówno rozwiązania niezbędne do prawidłowego funkcjonowania budynków, jak i te pozytywnie wpływające na jakość zamieszkiwania – mówi wicepremier, minister rozwoju, pracy i technologii Jarosław Gowin.

– Dzięki proponowanym przez nas rozwiązaniom dajemy samorządom narzędzia do zwiększania oferty mieszkań w przystępnej cenie dla swoich mieszkańców. Jednym z nich jest program Lokal za Grunt. Dzięki temu instrumentowi będzie można wykorzystać potencjał inwestycyjny gruntów należących nie tylko do gmin, ale także do Krajowego Zasobu Nieruchomości. To z kolei przyczyni się do poprawy jakości życia społeczności lokalnych – dodaje wiceminister rozwoju, pracy i technologii Anna Kornecka.

Lokal za Grunt

Gminy dysponują znacznym potencjałem gruntów przeznaczonych pod budownictwo mieszkaniowe. Według danych GUS w 2019 r. w zasobie gmin znajdowało się ok. 28 tys. ha gruntów pod takie budownictwo, z czego ok. 45,3% powierzchni była uzbrojona. W przypadku budownictwa rynkowego jednym z najważniejszych czynników ograniczających dalszy wzrost podaży mieszkań jest dostępność gruntów odpowiednich pod zabudowę. MRPiT proponuje tu model wymiany korzyści między gminą a inwestorem – z zachowaniem zasady konkurencyjności i transparentności.

Gminy mogą przeznaczać swoje nieruchomości na cele inwestycyjne już obecnie, na podstawie ogólnych zasad gospodarowania gruntami gminnymi. W praktyce jednak możliwości te nie są w pełni wykorzystywane. Ustawa ma to zmienić i zachęcić samorządy lokalne do szerszego angażowania się w działania służące rozwojowi budownictwa z wykorzystaniem zasobu nieruchomości gminnych. Na konieczność opracowania takiej regulacji zwracały uwagę zarówno samorządy, jak i potencjalni inwestorzy.

Podstawowy model współpracy między gminą a inwestorem:

  • Inwestor (nabywca nieruchomości od gminy) budowałby budynek (ewentualnie remontował lub przebudowywał budynek istniejący) i przekazywałby część mieszkań samorządowi gminnemu.
  • Gmina mogłaby te mieszkania zachować w swoim zasobie (jako mieszkania komunalne) lub wnieść je do spółek gminnych (np. towarzystw budownictwa społecznego/społecznych inicjatyw mieszkaniowych) lub państwowych.
  • W ten sposób, bez potrzeby samodzielnego prowadzenia skomplikowanego i czasochłonnego procesu inwestycyjnego, gmina uzyskiwałaby zasób mieszkaniowy, który mogłaby przeznaczyć na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych wspólnoty lokalnej.

Elastyczny model

Ustawa dopuszcza również inne formy inwestowania, np. uzyskiwanie przez gminy mieszkań położonych w innych lokalizacjach lub powierzchni niemieszkalnych (np. pod działalność edukacyjną, zdrowotną, kulturalną itp.).

Nieruchomości oferowane przez gminę będą musiały być objęte miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego lub decyzją o warunkach zabudowy. Istotnie przyspieszy to proces inwestycyjny i zmniejszy niepewność potencjalnych inwestorów co do możliwości zagospodarowania danego gruntu.

Przepisy ustawy wprowadzą dodatkowo zachęty do inwestowania na terenach poddawanych rewitalizacji oraz prowadzenia prac remontowych w budynkach zabytkowych.

Obustronne korzyści

Korzyści dla inwestorów:

  • rozszerzenie dostępu do nieruchomości o potencjale inwestycyjnym, często atrakcyjnie zlokalizowanych i dobrze skomunikowanych;
  • większe możliwości dostosowania sposobu pozyskania nieruchomości do posiadanych aktywów i potrzeb inwestora;
  • możliwość odroczenia ostatecznego rozliczenia ceny nieruchomości do czasu zakończenia inwestycji;
  • przyspieszenie procedur związanych z rozpoczęciem procesu inwestycyjno-budowlanego, np. dzięki możliwości nabycia nieruchomości objętej już decyzją o warunkach zabudowy;
  • możliwość przeznaczenia do przekazania w zamian za nieruchomość lokali lub budynków pochodzących z innych inwestycji oraz swoboda w gospodarowaniu lokalami i budynkami objętymi inwestycją, a nieprzekazywanymi gminie.

Korzyści dla samorządów:

  • zwiększenie zasobu służącego realizacji zadań gminy, bez konieczności bezpośredniego zaangażowania się w realizację procesu inwestycyjno-budowlanego, w tym niekiedy od razu po zbyciu gruntu;
  • szerokie możliwości wykorzystania instrumentu do realizacji zadań gminy (np. w celu zwiększenia oferty lokalowej, realizacji działań rewitalizacyjnych, poprawy dostępu osiedli mieszkalnych do infrastruktury technicznej i społecznej, zwiększenia zakresu lub poprawy jakości usług świadczonych na rzecz mieszkańców);
  • możliwość zagospodarowania działek niewykorzystywanych do realizacji zadań (a generujących koszty związane z utrzymaniem nieruchomości) przy jednoczesnym zwiększeniu zasobu lokalowego gminy i uzyskaniu istotnych społecznie efektów niematerialnych (np. poprawy jakości życia mieszkańców gminy);
  • zwiększenie atrakcyjności inwestycyjnej regionu.

Więcej beneficjentów w „Mieszkaniu na Start”

Najemcy mieszkań uzyskanych przez gminę w ramach rozliczenia „lokal za grunt” i wniesionych do spółek gminnych lub spółek Skarbu Państwa będą mogli ubiegać się o dopłaty do czynszu w ramach programu Mieszkanie na Start, których wysokość zależy od lokalizacji mieszkania oraz liczby członków gospodarstwa domowego.

Dopłaty mają na celu polepszenie warunków mieszkaniowych osób średniozamożnych (uzyskujących średnie dochody) i są dużym wsparciem dla wielu rodzin. Program Mieszkanie na Start jest realizowany od 1 stycznia 2019 r.

Grant na Infrastrukturę

Proponujemy też dodatkowe zachęty dla gmin do angażowania się w działania dla realizacji polityki mieszkaniowej państwa.

Gmina, która zaangażuje się w prowadzenie polityki mieszkaniowej poprzez:

  • tworzenie mieszkań komunalnych,
  • tworzenie mieszkań w formule SIM,
  • współpracę z inwestorami na zasadach „lokal za grunt”,
  • inwestycję mieszkaniową, z którą związane są dopłaty do czynszu MnS,

będzie mogła uzyskać grant na infrastrukturę (droga, żłobek, przedszkole itd.) w wysokości 10% tego przedsięwzięcia infrastrukturalnego, przy czym nie wyższy niż wkład tej gminy w inwestycję promieszkaniową.

Przykład

Gmina decyduje się skorzystać z rozwiązania Lokal za Grunt. Wystawia w tym trybie na sprzedaż działkę o wartości 1 mln zł. Jeśli dojdzie do podpisania umowy, będzie mogła dodatkowo uzyskać grant na pokrycie do 10% kosztów przedsięwzięcia infrastrukturalnego towarzyszącego inwestycji realizowanej przez nabywcę nieruchomości.

Ustawa przewiduje też preferencje w ubieganiu się o wsparcie ze środków z Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg i Funduszu rozwoju przewozów autobusowych o charakterze użyteczności publicznej przy łączeniu działalności promieszkaniowej z innymi formami działania na rzecz lokalnej wspólnoty. Takie zachęty będą pozytywnie wpływać nie tylko na działalność inwestycyjną w przestrzeni mieszkaniowej, ale również w przestrzeni towarzyszącej rozwojowi mieszkalnictwa. Intencją tych rozwiązań jest to, żeby z jednej strony gmina, która zaangażuje się w prowadzenie polityki mieszkaniowej, była wyżej punktowana przy ubieganiu się o już dostępne środki z programów rządowych i unijnych, a z drugiej dostawała dodatkowy grant z Funduszu Dopłat na realizację infrastruktury towarzyszącej mieszkalnictwu.

Blisko 60% Polaków nie chce przedłużania lockdownu. Ekonomiści: Dla gospodarki to był kosztowny błąd

Prawie sześciu na dziesięciu Polaków uważa, że po 18 stycznia br. rząd ze względu na sytuację epidemiologiczną nie powinien przedłużać lockdownu. Natomiast w gronie osób wyrażających przeciwne zdanie, zdecydowanie najczęściej pojawia się odpowiedź o utrzymaniu tych obostrzeń do czasu mocnego spadku liczby zakażeń. Z kolei ponad dwa razy mniej rodaków wskazuje na okres do końca lutego br. Takie wnioski płyną z ogólnopolskiego badania przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland.Polacy są zmęczeni obostrzeniami. Większość chce zakończenia tzw. lockdownu

55,8% Polaków twierdzi, że po 18 stycznia ze względu na sytuację epidemiologiczną rząd nie powinien przedłużać lockdownu. Przeciwnego zdania jest 30,9% rodaków. Z kolei 13,3% nie ma opinii w tej kwestii. Według Piotra Kuczyńskiego, analityka rynków finansowych, te wyniki pokazują, że sporo osób odczuwa problemy wynikające z zamknięcia gospodarki. Jednym spadły zarobki, drugim zbankrutowały firmy, a inni obawiają się bezrobocia. To do ludzi bardziej przemawia niż możliwość zachorowania.

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

– Gdyby odpowiadali tylko przedsiębiorcy, to przewaga poglądów za nieprzedłużaniem ograniczeń byłaby większa. Widzimy zatem efekt zupełnej niewiarygodności polityki zakazów prowadzonej w tej dziedzinie. Najpierw resort zdrowia podał, ile osób musi być zakażonych, żeby ogłosić tzw. narodową kwarantannę, a potem odszedł od tych wytycznych. Nikt nie udowodnił, że branże, gdzie wprowadzono zakazy działalności, są największym zagrożeniem epidemicznym – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

Zdaniem Krzysztofa Zycha, głównego analityka UCE RESEARCH, widać zmęczenie społeczne pandemią, co po prawie roku izolacji jest zupełnie zrozumiałe. Ponadto Polacy dostrzegają, że nie tylko tracą swobodę i w pewnym stopniu wolność, ale przede wszystkim stają się biedniejsi. A perspektywy są coraz bardziej mętne. Według prof. Modzelewskiego, obecny lockdown jest błędem, niczego nie wnosi. Natomiast koszt ekonomiczny tego jest olbrzymi.

Marek Zuber, ekonomista
Marek Zuber, ekonomista

– Ludzie boją się, że dojdzie do totalnej zapaści w gospodarce, co prędzej czy później odczują. Nawet jeżeli w tej chwili ich to bezpośrednio nie dotyka. Wiele osób nie rozumie postępowania rządu, który np.  zamyka siłownie, a sale do tańca pozostawia otwarte. Do tego rozpoczęto szczepienia, więc część Polaków sądzi, że problem z wirusem jest rozwiązany – stwierdza ekonomista Marek Zuber.

Spośród osób, które są za przedłużeniem lockdownu, aż 42,3% uważa, że rząd powinien to robić do czasu mocnego spadku zakażeń. Według eksperta z UCE RESEARCH, te odpowiedzi zapewne pochodzą od Polaków, których w tym czasie pandemia zbytnio nie dotknęła. W grę może też wchodzić czynnik strachu, ale raczej w mniejszej skali. Z kolei 18,9% respondentów mówi o okresie do końca lutego tego roku, a 18,6%, – do połowy lutego. Natomiast 11,9% opowiada się za obostrzeniami do 31 stycznia.

– Sens lockdownu jest taki, żebyśmy się nie zarażali. W związku z tym mija się z celem podawanie dat dziennych, do kiedy restrykcje będą konieczne. Teraz nie wiemy, czy np. w połowie lutego liczba zakażeń bardzo mocno spadnie. Dlatego logiczna jest odpowiedź wybrana przez ponad 42% badanych – przekonuje Marek Zuber.

Jak podkreśla prof. Modzelewski, lockdown wprowadza nieprawdopodobne spustoszenie, nie tylko ekonomiczne. Ludzie przyzwyczajają się, że można nie pracować i otrzymywać pieniądze. Z kolei Krzysztof Zych zaznacza, że zamykanie ludzi w domach doprowadza do wielu tragedii, w tym nierówności i przemocy. Ponadto Polacy przestali się leczyć na inne choroby niż COVID-19. To może w przyszłości okazać się dla nas i służby zdrowia znacznie groźniejsze niż koronawirus.

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński, ekonomista

– Mówi się o zasadzie litery K w gospodarce. Część branż idzie do góry w górnym ramieniu litery K, a niektóre podążają do dołu, w tym drugim ramieniu. I niestety ten rozjazd społeczny będzie się utrzymywał. W najgorszej sytuacji pozostają eventy, gastronomia, turystyka, a także branże, które im służą – analizuje Piotr Kuczyński.

Ograniczenia widzimy w sektorze najbardziej spolonizowanym, co podkreśla prof. Modzelewski. I dodaje, że już teraz są wykupowane aktywa tych branż, bo mamy do czynienia z masową likwidacją działalności gospodarczych. Upadają firmy, które drugi lockdown po prostu dobił. Ekspert apeluje do władzy o znoszenie tych zakazów, bo ich przedłużanie może mieć dla kraju nieobliczalne skutki.

– Budżet państwa nie jest w stanie wytrzymać kolejnego zamknięcia gospodarki, a już na pewno nie do momentu, kiedy mocno spadnie liczba zakażeń. Firmy, które obecnie nie zarabiają, z dnia na dzień nie wyjdą na prostą. Oczywiście można dodrukowywać pieniądze czy uprawiać kreatywną księgowość, ale matematyki nie da się oszukać – dodaje Krzysztof Zych.

Z kolei Piotr Kuczyński podkreśla, że wiele państw masowo dodrukowuje pieniądze. Nawet Joe Biden zapowiedział ogłoszenie planu na kolejne biliony dolarów. Zdaniem eksperta, kiedyś tego typu działania skończą się tym, że ludzie przestaną wierzyć w tradycyjną gotówkę. I wtedy będzie kolejny problem.

– Jeżeli ratowanie gospodarki ma polegać na pompowaniu dziesiątek miliardów złotych w firmy, które są zagrożone upadłością, to wszyscy zapłacimy za ten ruch. To będzie oznaczało np. wyższe podatki. A jeśli zabraknie takiego wsparcia, wówczas dojdzie do jeszcze większego zubożenia społeczeństwa. Upadnie więcej firm, wzrośnie bezrobocie, spadnie konsumpcja i będzie mniej inwestycji. A to już odczuje cała szeroko pojęta gospodarka – podsumowuje Marek Zuber.

Badanie przeprowadzono w dniach 08-11.01.2021 r. metodą CAWI przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH i SYNO Poland na zlecenie Gazety Wyborczej na reprezentatywnej próbie 1008 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Co ze stopami procentowymi? Decyzja RPP już dzisiaj

Już dzisiaj dowiemy się, czy Rada Polityki Pieniężnej faktycznie zmieni politykę monetarną, a przynajmniej czy na konferencji po posiedzeniu potwierdzi zmianę nastawienia.

Decyzja Rady Polityki Pieniężnej już dzisiaj

Przed godziną 16:00 powinniśmy poznać decyzję w sprawie stóp procentowych. Zwyczajowo zapadała ona około godziny 13:30, ale patrząc na ostatnie późniejsze publikacje plus zamieszanie w związku z możliwą obniżką stóp można zakładać, że dzisiaj również nie pojawi się ona zbyt szybko. Analitycy spodziewają się, że zmian stóp na dzisiejszym posiedzeniu nie będzie, jednakże nie brakuje głosów, że już teraz możliwa jest obniżka o 0,1% do 0%. Gdyby doszło do obniżki można się spodziewać utraty wartości przez złotego. Scenariusz, w którym złoty by się umacniał (z tych realnych oczywiście) to brak zmian i uspokajający komunikat na konferencji prasowej o 16:00.

Dane z Czech

Nasi południowi sąsiedzi opublikowali dzisiaj serię danych makroekonomicznych. Inflacja podobnie jak w Polsce w grudniu szła wyraźnie w dół spadając do 2,3% z 2,7%. Rynek oczekiwał symbolicznego spadku do 2,6%. Z drugiej strony sprzedaż detaliczna (bez uwzględnienia samochodów) w skali roku spada o 7% przy oczekiwanym spadku o zaledwie 3,6%. Rynek walutowy przyjął te dane bardzo spokojnie. Czeska korona od rana jest na zbliżonych poziomach do tych sprzed publikacji.

Spowolnienie w Indiach

Wczoraj poznaliśmy pakiet danych z Indii. Inflacja w dalszym ciągu wyraźnie spowalnia. 4,59% to wynik nie tylko niższy od oczekiwań, ale też najniższy rezultat od drugiej połowy 2019 roku. Do tego produkcja przemysłowa za listopad spada w ciągu roku o 1,9%. To wynik o 1,5% słabszy od oczekiwań analityków. Pomimo tego inwestorzy przychylniej patrzą na indyjską rupię, która zyskiwała na wartości po tych danych. Była to jednak korekta spadków z początku tygodnia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – inflacja,
16:00 – Polska – komunikat po posiedzeniu RPP,
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Krzysztof Poznański dyrektorem zarządzającym Polskiej Rady Centrów Handlowych

12 stycznia 2021 roku na stanowisko dyrektora zarządzającego Polskiej Rady Centrów Handlowych powołano Krzysztofa Poznańskiego, menadżera z blisko trzydziestoletnim doświadczeniem w zarządzaniu firmami, operacjami i sprzedażą. Nowy dyrektor zarządzający od lat jest związany z branżą centrów handlowych. Odpowiadał między innymi za finalizację inwestycji, zarządzanie i przekazanie nowemu właścicielowi centrum handlowego Złote Tarasy. 

Krzysztof Poznański z sukcesami zarządzał operacjami spółki Multikino oraz firmami G4S Security Systems, ISS Facility Services, czy Aamal Services. Ma wieloletnie doświadczenia w sektorze facility services powiązanym z branżą nieruchomości na rynkach międzynarodowych, gdzie m.in. odpowiadał za zarządzanie P&L, rozwój biznesu i pozyskiwanie klientów. Do jego osiągnięć należy także przygotowanie do uruchomienia i płynne otwarcie centrum handlowego i biurowego Złote Tarasy w Warszawie. Jako dyrektor centrum odpowiadał za wyniki i budżet projektu, zarządzanie operacjami i relacjami z najemcami, a także z właścicielami.

Doświadczenie nowo powołanego dyrektora zarządzającego w branży centrów handlowych będzie kluczowe dla wypracowania rozwiązań wspierających interesy przedsiębiorców działających w sektorze miejsc handlu i usług.

„Branża centrów handlowych mierzy się z dotkliwymi skutkami pandemii i konsekwencjami decyzji o kolejnych lockdownach. Nasza organizacja i branża potrzebują nowej strategii, która odpowie na wyzwania stojące przed sektorem handlu, przyczyni się do jego szybkiej odbudowy po pandemii oraz sprawi, że głos branży zostanie usłyszany. Jesteśmy przekonani, że bogate doświadczenia Krzysztofa w realizacji licznych interdyscyplinarnych projektów oraz znajomość branży centrów handlowych wzmocnią działania Polskiej Rady Centrów Handlowych” – powiedział Jan Dębski, Prezes Zarządu PRCH.

Krzysztof Poznański będzie współodpowiedzialny za stworzenie i realizację strategii działania oraz dalszego rozwoju Polskiej Rady Centrów Handlowych. Do jego obowiązków będzie należała współpraca z członkami oraz partnerami stowarzyszenia, reprezentowanie interesów branży na arenie krajowej i międzynarodowej oraz zarządzanie operacyjne organizacją.

„Objęcie stanowiska dyrektora zarządzającego Polskiej Rady Centrów Handlowych w tak newralgicznym dla branży momencie jest niezwykle ambitnym zadaniem i wiąże się z olbrzymią odpowiedzialnością. Jako organizacja będziemy musieli w kolejnych miesiącach sprostać wielu wyzwaniom. Jestem jednak głęboko przekonany, że jako sektor oraz organizacja wyjdziemy z obecnej sytuacji znacznie silniejsi. Do naszych głównych zadań będzie należało wypracowanie rozwiązań, które pomogą w ograniczeniu konsekwencji restrykcji wprowadzanych w związku z pandemią, szybkim powrocie branży na ścieżkę wzrostu i silne  wsparcie właścicieli, zarządzających oraz najemców centrów handlowych. Będziemy też promować branżę centrów handlowych jako ważny element polskiej gospodarki” – dodał Krzysztof Poznański, nowy dyrektor zarządzający Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Wrócimy na ulice? Czy ulice handlowe będą alternatywą dla centrów?

Wielu polskich konsumentów zwraca się mocniej w kierunku mniejszych sklepów, zlokalizowanych poza tradycyjnymi centrami handlowymi, które wzmacniają ich poczucie bezpieczeństwa. To szansa, którą właściciele lokali przy ulicach handlowych mogą teraz wykorzystać.

Ożywienie handlu przy reprezentacyjnych ulicach polskich aglomeracji to niekończący się temat, który powrócił i tym razem, przy okazji pandemii. Paradoksalnie, niepewność, z którą mierzą się teraz najemcy, może kierować ich uwagę w stronę lokalizacji alternatywnych, w tym ulic, które nie były objęte zakazem handlu, zapewniając w ten sposób ciągłość działania. Aby jednak zwiększyć ich atrakcyjność należałoby uprościć procedury przetargowe, stworzyć spójną strategię i nawiązać bliską współpracę na linii miasta-właściciele prywatni.

Czynsz to nie wszystko

COVID-19 zweryfikował kondycję finansową wielu marek czy lokali usługowych i niektóre z nich niestety tego testu nie przetrwały. Dotyczy to również najemców działających przy ulicach handlowych. Jest jednak jedno „ale”.

Na rynku nadal działa wiele firm, które przed pojawieniem się COVID-19 były w więcej niż dobrej sytuacji finansowej, miały spore rezerwy gotówki i teraz upatrują szansy w przejęciu lokali, które ze względu na trudny czas oferują bardziej atrakcyjne stawki czynszów niż przed marcem tego roku. Możemy więc spodziewać się, że z czasem niektóre ze zwalnianych lokali, będą zapełniać się nowymi najemcami. Jest to jednak proces wydłużony, na co wpływ ma również fakt, że sam proces wynajmu lokali przy ulicach handlowych jest dużo większym wyzwaniem niż w obiektach komercyjnych, takich jak centra czy biurowce, tłumaczy Anna Wdowiak, Starszy Konsultant w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Skomplikowane procedury przetargowe i konkursy ofert, czy rozdrobniona struktura właścicielska są podstawowymi elementami, które do tej pory zniechęcały wielu najemców, aby przynajmniej rozważyć któryś z lokali znajdujących się na przykład przy reprezentacyjnych ulicach Warszawy.

Najemcy, a zwłaszcza duże, sieciowe firmy, oczekują, że proces jego pozyskania będzie prostszy, a sami właściciele będą gotowi do pewnej elastyczności w negocjacjach. Nic nie stoi bowiem na przeszkodzie, aby po wyeliminowaniu największych barier rozwoju, sieci handlowe, dla których na wielu rynkach zagranicznych ulice handlowe to kluczowy element strategii biznesowej, zaczęły stosować podobną politykę także w stolicy Polski. Pamiętajmy, że za dużymi, znanymi markami przyjdą klienci, a to przyciągnie do danej lokalizacji kolejne firmy, dodaje Anna Wdowiak

Potrzebna strategia

Dwa lata temu na zlecenie urzędu m. st. Warszawy zespół JLL przeprowadził badanie, na podstawie którego przygotował rekomendacje mające na celu rozwój handlu śródmiejskiego w Warszawie, a konkretnie na odcinku ulicy Marszałkowskiej od Placu Zbawiciela do Al. Jerozolimskich.

Zwróciliśmy wtedy uwagę, że wśród czynników, które mogą go wesprzeć konieczny jest m.in. wzrost ruchu pieszych, budowa pominiętej stacji metra A12 – Plac Konstytucji, czy stworzenie reprezentacyjnej, wysokiej jakości i zielonej przestrzeni publicznej. Z kolei selekcja najemców miałaby się opierać nie tylko na kwestiach czynszowych, ale także na dążeniu do podniesienia jakości i unikalności oferty. Kluczowy jest też wpływ tych najemców na życie uliczne, wydłużenie godzin otwarcia sklepów, a także atrakcyjność samych witryn sklepowych, mówi Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Do tego dochodzi również kwestia estetyki, która jest niezwykle ważna, jeśli chodzi o zwiększenie potencjału ulic handlowych. Aby przyciągnąć atrakcyjnych, wpisujących się w potrzeby warszawiaków najemców miasto, tam gdzie to konieczne, powinno zadbać o remonty zdewastowanych elewacji budynków. Oczywiście ważne jest, aby ulice były przyjazne dla samych klientów i tu pojawia się konieczność np. przeanalizowania możliwości budowy dodatkowych przejść dla pieszych, co pozytywnie wpłynie na cyrkulację klientów. Dzięki temu ulice handlowe będą mieć szansę, aby stać się realną alternatywą dla centrów handlowych.

Pandemia może przyspieszyć zmiany, które ratusz zaczął wprowadzać już przed COVID-19. Przykładem są Aleje Jerozolimskie, gdzie wachlarz najemców zajmujących lokale handlowe jest bardziej starannie dobierany, tak aby pasował do przyjętej strategii ofertowej, a powinna być ona spójna i trafiać w faktyczne potrzeby zakupowe. Współpraca na linii miasto – prywatni właściciele jest tu jednak kluczowa. Obie strony powinny być zainteresowane, aby takie rozmowy prowadzić i wspólnie wypracować kompromis dotyczący polityki lokalowej, np. poprzez tworzenie lokalizacji o konkretnym profilu najemców. Pandemia dotyka wszystkich bez wyjątku, rosnący wakat dotyczy zarówno miasta, jak i prywatnych właścicieli i obie strony powinny być teraz bardziej zdeterminowane do stworzenia wspólnej strategii działania, dodaje Anna Wysocka.

Dobry sposób na dywersyfikację

Zamknięte centra handlowe i strach przed zarażeniem sprzyjały rozwojowi e-commerce. Liczba osób robiących zakupy online zwiększała się w miesiącach, kiedy centra handlowe były w większości przypadków zamknięte – w szczytowym momencie udział e-commerce wzrósł do blisko 12% w handlu detalicznym, a po złagodzeniu obostrzeń spadał.

To pokazuje, że Polacy nadal preferują zakupy tradycyjne, choć jednocześnie ich nawyki zmieniają się. Tym bardziej, że marki dywersyfikują swoje strategie i mocniej stawiają na handel tzw. hybrydowy, a co za tym idzie, liczą się coraz bardziej lokalizacje niezależne, łatwo dostępne, znajdujące się bezpośrednio przy ulicy. Warto też podkreślić, że duzi, znani najemcy działają już przy ulicach handlowych, czego przykładem jest ulica Marszałkowska i obiekt Wars, Sawa, Junior. Aby jednak przyciągnąć na ulice handlowe kolejnych operatorów należy stworzyć atrakcyjne warunki najmu i udostępnić markom poszukiwane metraże, np. poprzez łączenie lokali, podsumowuje Anna Wdowiak.

Prezes Vivid Games podsumowuje 2020 rok

O ponad 130 proc. do 28,99 mln zł wzrosły przychody ze sprzedaży Vivid Games w 2020 r. wynika ze wstępnych wyników finansowych opublikowanych przez spółkę. Zysk netto bydgoskiej firmy sięgnął 2,12 mln zł, o ponad 400 proc. więcej niż rok temu. To najlepsze wyniki w historii developera.

Mimo światowych zawirowań związanych z COVID 19, ubiegły rok był dla Vivid Games bardzo udany. Znacząco zwiększyliśmy nakłady marketingowe związane z tzw. user acquisition, co przyniosło skokowy wzrost przychodów, zwłaszcza w przypadku Real Boxing 2, który był motorem sprzedażowym w minionym roku. wskazuje Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games.

W 2020 r. spółka wypracowała 28,99 mln zł przychodów ze sprzedaży, o 130 proc. więcej niż w 2019 r. i o prawie 50 proc. więcej niż zakładała prognoza na ubiegły rok.

Miniony rok i początek bieżącego to również czas zawarcia porozumienia z obligatariuszami i wypłaty pierwszej z dwunastu kwartalnych rat wraz z odsetkami, która miała miejsce 4 stycznia br. Obsługa jedynego długu spółki, nie wpłynie znacząco na kondycje finansową spółki. Na koniec grudnia ubiegłego roku Vivid Games posiadał 8 mln zł gotówki w kasie w porównaniu do 2,5 mln w styczniu 2019 r.

Portfolio już zapowiedzianych na 2021 rok premier w połączeniu z wykorzystaniem posiadanego know-how, daje solidne podstawy pod wyniki bieżącego roku. W tym roku chcemy przetestować 10 nowych gier mobilnych – zarówno tych pochodzących z programu wydawniczego jak i naszych oryginalnych produkcji. Zakładamy, że 4-6 z nich może trafić później do globalnej dystrybucji. W planie wydawniczym mamy już „Right Swipes”, „Amusing Heroes” oraz “The Cash” – zapowiada prezes. – Dążymy do sytuacji, w której w portfolio będą trzy duże gry mobilne z miesięcznymi przychodami w wysokości co najmniej 1 mln zł, jak również kontynuujemy poszukiwania hitu, który będzie przynosił przynajmniej 4 mln zł przychodów miesięcznie – kontynuuje.

Remigiusz Kościelny zapowiada również, że spółka zamierza kontynuować praktykę podawania wstępnych miesięcznych wyników finansowych. – Spotkało się to z bardzo dobrym odbiorem przez akcjonariuszy. Natomiast nie planujemy podawać prognoz wyników na 2021 rok. Historycznie podawanie prognoz w naszej branży jest obarczone zbyt dużym marginesem błędu, co widać choćby po ubiegłorocznych wynikach. Pomimo skokowego wzrostu przychodów i „przestrzelenia” in plus o 50 procent prognozy sprzedaży, nie udało nam się zrealizować prognozowanego na 2020 roku 3 mln zł zysku netto, mimo że zysk ze sprzedaży wyniósł prawie 4 miliony złotych – podsumowuje prezes.

Kogo szukali pracodawcy w 2020 roku? Które branże rekrutowały najczęściej?

542 593 – tyle ofert zatrudnienia zamieścili pracodawcy na Pracuj.pl w 2020 roku. Minione 12 miesięcy upłynęło na rynku pracy pod kątem wyzwań i trudności powodowanych przez pandemię koronawirusa, co szczególnie odbijało się na liczbie ofert w II kwartale ub.r. Jednocześnie jednak już II półrocze 2020 przyniosło znaczący wzrost aktywności pracodawców. Miniony rok odznaczał się także wyjątkowym wzrostem zaangażowania kandydatów pod ofertami na Pracuj.pl. Zapraszamy do zapoznania się z raportem Pracuj.pl „Rynek Pracy Specjalistów 2020”.

Najważniejsze informacje:

  • 542 593 – taką liczbę ofert zamieścili pracodawcy na Pracuj.pl w 2020 roku.
  • Pracodawcy byli najbardziej aktywni w III kwartale, najmniej – w II kw.
  • Najczęściej poszukiwane specjalizacje: sprzedaż, obsługa klienta, IT.
  • Kandydaci najczęściej reagowali aktywnie na oferty w II i III kwartale.
  • W 2020 znacząco rosła liczba ofert związanych z rekrutacją i pracą zdalną.

2020 na tle ostatnich lat

Jak podają analitycy Pracuj.pl, na portalu między styczniem i grudniem 2020 zamieszczone zostały 542 593 oferty pracy. W perspektywie ostatnich pięciu lat aktywność pracodawców była niższa niż w 2019 i 2018 roku. Dane wskazują jednak na łagodniejszy spadek liczby ogłoszeń na portalu, niż prognozowany na początku pandemii koronawirusa przez część specjalistów ds. rynku pracy i HR.

Mimo to nie ma najmniejszych wątpliwości, że 2020 rok stanowił największe wyzwanie dla kandydatów i pracodawców od wielu lat – o czym pisze w swoim komentarzu do raportu Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl. Dobre wyniki związane były ponadto ze specyfiką rekrutacji prowadzonych na portalu, a także działaniami podjętymi przez Grupę Pracuj w obliczu pandemii – o czym piszemy w rozdziale „Niejednorodny obraz rynku pracy”.

Aktywność pracodawców w kwartałach

Specyfikę minionych 12 miesięcy i skalę trudności, jakie przyniosła pandemia, dobrze oddają dane dotyczące aktywności pracodawców w poszczególnych kwartałach. Wzrost liczby zachorowań i pierwszy lockdown wprowadzony mniej więcej w połowie marca sprawił, że firmy zamrażały wiele procesów rekrutacyjnych jeszcze w I kwartale. Najmocniejszy wpływ COVID-19 na rynek ofert odczuć można było jednak w II kwartale, kiedy zamieszczono zaledwie 105 198 ogłoszeń, o 22% mniej niż w pierwszych trzech miesiącach roku. W najtrudniejszym momencie zamrożenia gospodarki spadki liczby ofert na Pracuj.pl miesiąc do miesiąca sięgały nawet blisko 50% (różnica między lutym i kwietniem 2020).
Aktywność pracodawców w kwartałachJednocześnie jednak już koniec II kwartału przyniósł bardziej optymistyczne perspektywy dla rynku pracy. Wiązało się to oczywiście z odmrożeniem działalności większości branż i luźniejszymi restrykcjami. Sytuacja ta przełożyła się na odrodzenie rekrutacji w III kwartale, gdy opublikowano aż 152 851 ofert. Rekruterzy i kandydaci nadrabiali „zaległości” z minionych miesięcy, w których uczyli się rekrutacji w nowych warunkach. W efekcie np. lipiec i sierpień, w minionych latach stanowiące okres lekkiego wakacyjnego spowolnienia aktywności pracodawców, należały w 2020 do miesięcy z największą liczbą ofert na Pracuj.pl.
optymistyczne perspektywy dla rynku pracy

IV kwartał upłynął na rynku pracy pod kątem drugiej fali pandemii i związanych z nią dodatkowych obostrzeń, budzących obawy z perspektywy rynku rekrutacji. Jednocześnie jednak liczba ofert na Pracuj.pl – choć nieznacznie niższa niż w III kwartale – utrzymywała się w tym czasie na wysokim poziomie, dalekim od spadków z pierwszego półrocza. Pracodawcy wkroczyli w ten okres wyposażeni już w nowe narzędzia i procedury, wypracowane w poprzednich miesiącach. W efekcie w pierwszym półroczu 2020 ukazało się 44% wszystkich ofert na portalu w minionym roku, a w drugim półroczu – 56%. Dla porównania, w 2019 roku proporcja była odwrotna – 53% ofert pochodziło z I półrocza, a 47% – z drugiego.

Kogo szukali pracodawcy w 2020 roku?

Podobnie, jak w ubiegłych latach, w 2020 roku na czele zestawienia najczęściej publikowanych ofert znalazły się te kierowane do specjalistów ds. handlu i sprzedaży. Stanowiły one co trzecie ogłoszenie na portalu (33%). To wynik, który może zaskakiwać, choćby w kontekście obostrzeń związanych z prowadzeniem sklepów w okresie pandemii. Mimo nowych wyzwań m.in. marketów wielkopowierzchniowych czy mniejszych podmiotów handlowych, popyt w sprzedaży utrzymał się na wysokim poziomie.
Kogo szukali pracodawcy w 2020 rokuNa drugim miejscu zestawienia znalazła się obsługa klienta (18% ofert). W obliczu COVID-19 zaledwie 3-procentowy spadek udziału tej kategorii w ofertach rok do roku można uznać za przyzwoity wynik. Stacjonarne punkty obsługi klienta i centra kontaktu mierzyły się w pierwszych miesiącach pandemii z dużymi trudnościami. Jednak po początkowych turbulencjach znaczącej części firm zatrudniających specjalistów z tej kategorii udało się z sukcesem przenieść swoją działalność do modelu hybrydowego lub zdalnego – np. poprzez większy nacisk na obsługę online i telefoniczną. W zdalnej lub hybrydowej formie prowadzone były także procesy rekrutacyjne i onboardingowe.

Trzecia pozycja należy do ekspertów IT (14% ofert). Ta grupa specjalistów już na początku pandemii była w dużej części oswojona z rekrutacjami zdalnymi, ze względu na ich szczególnie dużą popularność w branży nowych technologii w minionych latach. Ułatwiało to działania rekruterom. Jednocześnie jednak zarówno specjaliści IT, jak i kandydaci mierzyli się z rosnącym zapotrzebowaniem na ekspertów z paroletnim doświadczeniem, przy jednoczesnym spadku zainteresowania kandydatami na poziomie juniorskim. Próg wejścia do branży IT był więc trudniejszy niż wcześniej, co stanowiło wzmocnienie trendów, których stopniowy wzrost obserwowano jeszcze przed pandemią.

Największy wzrost liczby ofert w 2020 roku odnotowano w przypadku ogłoszeń kierowanych do specjalistów ds. nieruchomości, produkcji oraz handlu i sprzedaży. Największe spadki dotyczyły natomiast ekspertów z zakresu turystyki, HR, prawa i obsługi klienta – czyli specjalizacji wymienianych często wśród wyjątkowo mocno dotkniętych przez konsekwencje pandemii.

Które branże rekrutowały najczęściej?

Eksperci Pracuj.pl sprawdzili także, które branże najczęściej rekrutowały w 2020 roku. Najwięcej ofert, podobnie jak w 2019 roku, pochodziło od firm z sektora bankowości i finansów (11%). Na kolejnych miejscach znaleźli się pracodawcy z branż handlu B2C i sprzedaży detalicznej (9%), produkcji FMCG (9%), IT oraz handlu B2B i sprzedaży hurtowej (po 7%).Które branże rekrutowały najczęściejWarto zwrócić uwagę, że choć co trzecie ogłoszenie na portalu dotyczyło specjalistów ds. handlu i sprzedaży, z firm o tym profilu (B2B i B2C) pochodziło tylko 16% ofert – o 3% mniej, niż w minionym roku. Oznacza to, że choć sami sprzedawcy nie mogli w 2020 narzekać na spadki ofert, to pandemia miała przełożenie na zauważalnie mniejszą aktywność rekrutacyjną firm z branży handlowej.

Gdzie poszukiwano pracowników?

Co piąte ogłoszenie na Pracuj.pl w 2020 roku pochodziło od firm z województwa mazowieckiego (21% ofert na portalu). Choć utrzymało ono pozycję zdecydowanego lidera, jego udział w całej puli ogłoszeń zmalał w minionych 12 miesiącach o aż 4% i był najniższy od 2013 roku.

Gdzie poszukiwano pracowników

Obok stołecznego województwa najsilniejszą pozycję utrzymały te znajdujące się w południowej Polsce: dolnośląskie, śląskie i małopolskie (9%), a obok nich wielkopolskie (9%). Na kolejnych pozycjach znalazły się pomorskie (7%) i łódzkie (6%). Ogółem dane Pracuj.pl wskazują na wciąż utrzymującą się dominującą pozycję Mazowieckiego, sporą aktywność firm z południowej Polski oraz nieco mniejszą – przedsiębiorstw z województw w centrum i na północy kraju.

Jak aktywni byli kandydaci w 2020 roku?

Nowością w tegorocznym „Rynku Pracy Specjalistów” jest zestawienie kategorii ofert, pod którymi kandydaci wykazywali się największym wzrostem zaangażowania rok do roku. Przedstawione zostały w nim wybrane kategorie, pod którymi wyraźnie wzrosła średnia liczba użytkowników klikających w pole „aplikuj” zamieszczone w ofertach na Pracuj.pl.

W ogólnym ujęciu kandydaci wykazywali się wyraźnie większym zaangażowaniem pod ofertami, niż w minionych latach. Wyniki w dużym stopniu potwierdzają wyzwania zawodowe grup szczególnie dotkniętych przez kolejne fale pandemii i zamrożenie części branż. Widoczne było także zainteresowanie kategoriami zawodów, które uchodzą za bezpieczne i stabilne – przede wszystkim wszelkimi ofertami pracy w branży nowych technologii.

Regularny wzrost zaangażowania rekrutacyjnego kandydatów rok do roku zaobserwować można było przez całe ostatnie 12 miesięcy w takich kategoriach, jak m.in. obsługa klienta, call center, administracja biurowa, administracja IT, programowanie, internet/ecommerce, HR, łańcuch dostaw czy praca fizyczna, a także marketing, reklama i PR.Jak aktywni byli kandydaci w 2020 roku

Szczególne wzrosty przyniosła pierwsza fala pandemii – dwukrotnie lub nawet trzykrotnie bardziej aktywni pod ofertami między kwietniem i czerwcem 2020 byli kandydaci z kategorii administracji biurowej, call center, energetyki, hotelarstwa, internet/ecommerce, programowania, obsługi klienta, prawa, reklamy, transportu, pracy fizycznej czy zdrowia/urody.

Potrzeby i postawy kandydatów

Aktywność kandydatów i ich otwartość na nowe możliwości zawodowe, dostrzegalną we wcześniej przytaczanych statystykach, potwierdzają także badania Pracuj.pl prowadzone w trakcie pandemii wśród jego użytkowników. Według raportu „Pół roku nowej normalności” we wrześniu 2020 aż 83% respondentów portalu było otwartych na zmianę pracy, jeśli dostaną ciekawą ofertę. To o 6% więcej, niż w kwietniu ub.r., czyli na początku pandemii koronawirusa. Co więcej, aż 64% respondentów było gotowych się przekwalifikować i zmienić branżę, w której pracują, dla otrzymania odpowiedniej oferty.

Potrzeby i postawy kandydatów

Kandydaci wciąż jednak potrzebują dużego wsparcia ze strony pracodawców: aż 2/3 z badanych twierdziło pod koniec III kwartału, że znalezienie pracy jest trudniejsze, niż przed pandemią. Co więcej, co trzeci kandydat posiadający zatrudnienie obawiał się utraty pracy. To wyraźnie mniejszy udział, niż w kwietniu ub.r. (44%), ale wciąż znacząca grupa pracowników. Dane wskazywały więc na dużą potrzebę stabilizacji i bezpieczeństwa wśród badanych – jako ważny element ofert wymieniało je we wrześniu 57% respondentów.

Rekrutacje zdalne i praca zdalna w 2020 roku

Co oczywiste, miniony rok upłynął pod kątem wyraźnego wzrostu znaczenia zdalnej pracy i rekrutacji – czego dowodzą także dane Pracuj.pl. Oznaczenia ofert związanych z rekrutacją zdalną zostały wprowadzone na portalu już w połowie marca 2020. Najwyższy odsetek ogłoszeń z takim tagiem odnotowany został na początku maja ub.r. w okresie pierwszego lockdownu. Możliwość pełnej rekrutacji bez bezpośredniego kontaktu dawało wówczas 50% wszystkich ofert na Pracuj.pl. Natomiast pod koniec grudnia udział tego typu ogłoszeń oscylował na granicy 30%, zachowując wciąż wysoki poziom.

Wzrosty dotyczyły także ofert w pełni zdalnej pracy – w listopadzie otagowane w ten sposób było 7% wszystkich aktywnych ogłoszeń na Pracuj.pl. To wynik trzykrotnie wyższy, niż na początku pandemii czy w listopadzie 2019. Jednak mimo wyraźnego wzrostu udziału tego typu ogłoszenia wciąż stanowiły niszę, nie obejmując znacznie bardziej popularnych stanowisk, w których praca zdalna ma obecnie charakter tymczasowy, a także stanowisk realizowanych obecnie w modelu hybrydowym (częściowo w siedzibie, częściowo zdalnie). Doświadczenia pracy zdalnej w badaniu Pracuj.pl z września 2020 deklarowało aż 4 na 10 respondentów.

Niejednorodny obraz rynku pracy

Jak zaznaczają analitycy, stosunkowo niskie spadki ogólnej liczby ofert pracy na Pracuj.pl nie muszą być reprezentatywne dla całego rynku pracy w Polsce. Na stabilność liczby ogłoszeń na Pracuj.pl wpłynęło kilka czynników, m.in. profil ogłoszeniodawców dominujący na portalu, rozbudowane działania Grupy Pracuj wspierające pracodawców i użytkowników w obliczu pandemii, a także nowe narzędzia rekrutacji.

Pandemia miała szczególnie znaczący wpływ w skali całego roku m.in. na branże, kandydatów i stanowiska, które nie stanowiły w ostatnich latach głównej grupy ofert na Pracuj.pl – np. turystykę, gastronomię, niewykwalifikowanych pracowników fizycznych, prace sezonowe. Spadki w tych obszarach nie miały więc znacznego wpływu na ogólną pulę ogłoszeń w serwisie. Jednocześnie jednak portal realizował od marca br. projekty wspierające te grupy m.in. poprzez promocyjne ogłoszenia za złotówkę dla pracodawców z branż hotelarskiej, gastronomicznej oraz Hair&Beauty.

Z drugiej strony Grupa Pracuj podjęła szereg działań mających na celu wsparcie pracodawców i kandydatów w nowych okolicznościach. Pracuj.pl błyskawicznie dostosowano do potrzeb rekrutacji zdalnej poprzez wprowadzenie m.in. nowych tagów ofert pracy, a w Strefie Pracuj.pl – narzędzi do rozmów wideo z kandydatami, a także komunikatora tekstowego łączącego specjalistów HR z aplikującymi.

Pozytywny wpływ na liczbę ogłoszeń miały m.in. specjalne oferty cenowe dla pracodawców i nowych ogłoszeniodawców w okresie lockdownu, a także późniejszego odmrażania gospodarki. Na początku pandemii bezpłatnie przedłużony został okres aktywności ogłoszeń, by ułatwić firmom organizację nowych form rekrutacji bez konieczności zdejmowania ofert z portalu. Ponadto ogłoszenia dotyczące kilku lokalizacji, dotychczas prezentowane na portalu zbiorczo, obecnie są wyświetlane oddzielnie dla poszczególnych miast, co ułatwia dotarcie do nich odpowiednim kandydatom.

Komentarz: Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl

Nie ulega wątpliwości, że wybuch pandemii koronawirusa przyniósł ogromne zmiany dla całego rynku pracy w Polsce, o czym świadczą dane Pracuj.pl. Ogromny wzrost znaczenia pracy i rekrutacji zdalnej, bezprecedensowe tempo zmian wymaganych od działów HR, menedżerów, rekruterów, pracowników i kandydatów, praktyczne zamrożenie działalności części branż – te i inne czynniki czyniły 2020 trudnym i wyjątkowym. Jednocześnie jednak 12 minionych miesięcy uwolniło wiele nieodkrytych wcześniej pokładów silnej woli, kreatywności i innowacyjności ze strony wszystkich uczestników rynku pracy.

Zmień swoją pracę nie zmieniając jej. Z pomocą przychodzi job crafting

Nie jesteś zadowolony ze swoich obowiązków zawodowych? Twoja satysfakcja z pracy i poziom zaangażowania spadają? Z pomocą przychodzi job crafting. Czym jest, kto i jak może go wprowadzić? Naukowcy z Uniwersytetu SWPS wykazali, jak ważne dla naszego samopoczucia w pracy jest to czy wierzymy, że możemy dopasować pracę do siebie.

Kreatywny nauczyciel, aby zaspokoić swoją potrzebę tworzenia wprowadza podczas lekcji atrakcyjne i nietypowe gry. Pracownik korporacji, który czując osamotnienie podczas pracy zdalnej, wpada na pomysł zorganizowania „wirtualnych przerw kawowych”. Podczas takiej przerwy zespół łączy się poprzez wideokonferencję, rozmawiając ze sobą swobodnie i żartując tak jak niegdyś w pokoju socjalnym. Pracownik działu sprzedaży, który przygotowując oferty, wykorzystuje swój talent do myślenia wizualnego – w ofercie rysuje diagramy, które pokazują klientowi jakie korzyści uzyska po zakupie produktu/usługi.

Te wspomniane drobne zmiany w codziennej pracy to nic innego jak przekształcenia pracy (ang. job crafting). To niewielkie inicjatywy związane są z predyspozycjami i potrzebami pracownika. Dzięki nim pracownik czerpie ze swojego potencjału, czuje się dobrze i pracuje efektywnie.

Job crafting jest coraz lepiej odbierany, a wręcz doceniany i pożądany w organizacjach. Dzięki niemu mamy poczucie satysfakcji i sensu pracy i wzrasta nasza efektywność. Aż 77% osób przekształcających swoją pracę, wykazywało się w niej wysoką produktywnością, a 92% deklarowało wysoki poziom satysfakcji z pracy, wynika z badania przeprowadzonego pod kierunkiem prof. Bena Lakera z Uniwersytetu Reading w sierpniu 2020 roku wśród pracowników i managerów. Wyniki te są o tyle ważne, że w świecie postpandemicznym, który charakteryzuje się dużą niepewnością i zmiennością, dbanie o zaangażowanie i efektywność pracowników stało się niemal „Świętym Graalem” dla managerów i pracowników HR.

Czy boimy się zmian?

Co sprawia, że niektórzy pracownicy chętnie i często dokonują takich przekształceń, podczas gdy dla innych nie jest to typowym zachowaniem? Na tego typu proaktywność w znacznym stopniu wpływają przekonania pracowników. Ci, którzy wierzą, że mimo różnych przeszkód będą w stanie zmieniać i dopasowywać pracę do siebie, rzeczywiście będą się tego podejmować. W swoich badaniach potwierdził to zespół psychologów z Uniwersytetu SWPS: to dr Marta Roczniewska, dr Anna Rogala, Malwina Puchalska-Kamińska, prof. Roman Cieślak i prof. Sylwiusz Retowski. Ważnym odkryciem zespołu było także rozpoznawanie barier, które hamują pracowników przed drobnymi zmianami w pracy. Wśród najczęstszych przeszkód pojawiały się: nadmierna kontrola ze strony organizacji, brak zaufania przełożonych oraz niedocenianie takich inicjatyw ze strony managerów i współpracowników w przeszłości. Wyniki ujawniły, że osoby o wysokim przekonaniu o własnej skuteczności potrafią dopasować pracę do siebie pomimo tych przeszkód.

Badanie pozwoliło nie tylko na dostarczenie nowej wiedzy na temat wpływu przekonań na zachowania pracowników, lecz także na opracowanie kwestionariusza mierzącego owe przekonania. Naukowcy opracowali kwestionariusz dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej, co sprawiło, że mogą z niego korzystać badacze na całym świecie. Opracowane narzędzie ma zastosowanie, m.in.: w sprawdzaniu skuteczności interwencji uczących pracowników, jak przekształcać pracę poprzez zwiększanie świadomości pracowników odnośnie swoich potrzeb i predyspozycji oraz możliwości dokonywania drobnych, sprzyjających pracownikowi zmian w pracy.

Projekt składał się z badania jakościowego oraz czterech ilościowych. Pierwsze badanie obejmowało wywiady z 20 osobami, które zajmują różne stanowiska, np.: dziennikarkę, managera IT, cieślę. Kolejne cztery badania opierały się o kwestionariusze mierzące, m.in.: poziom zaangażowania w pracę, wypalenia zawodowe oraz częstotliwość przekształcania pracy. Łącznie w badaniach ilościowych wzięło udział ponad 1200 osób pracujących. Co więcej, jedno z badań zostało zrealizowane w Stanach Zjednoczonych i potwierdziło rzetelność utworzonej skali w wersji anglojęzycznej.

Dziś poznamy prawdziwe intencje prezesa NBP. RPP znów obniży stopy procentowe?

Czy dziś Rada Polityki Pieniężnej znów zetnie stopy procentowe? Istnieje taka możliwość, ale o wiele bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, że do ewentualnej zmiany dojdzie na posiedzeniu w marcu, gdy RPP  będzie dysponować nową projekcją makroekonomiczną – pisze Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Przez większość IV kwartału ub.r. polska waluta należała do największych beneficjentów fali pozytywnych informacji z frontu prac nad szczepionką na COVID-19, które podsycały apetyt na ryzyko na globalnych rynkach. Dopiero w drugiej połowie grudnia rajd złotego został brutalnie zahamowany przez zaskakujące działania Narodowego Banku Polskiego.

Najpierw, 18 grudnia, dokonano faktycznych interwencji osłabiających złotego. W ich rezultacie EUR/PLN, który w połowie grudnia zaczynał osuwać się w kierunku 4,40, wystrzelił ponad 4,50. Potem w środowisku niskiej, okołoświątecznej płynności, tuż przed Nowym Rokiem, związany z NBP Obserwator Finansowy opublikował fragmenty rozmowy z Prezesem Adamem Glapińskim, z których można było bezpośrednio wnioskować, że poważnie rozważana jest obniżka stóp procentowych. Kurs euro poszybował do 4,62, czyli zbliżył się do kilkunastoletnich maksimów z jesieni, ustanawianych, gdy panicznie obawiano się wpływu gwałtownego pogorszenia sytuacji epidemicznej na kondycję gospodarki.

Oficjalnie w oczach władz monetarnych postępujące spadki złotowych par walutowych zaburzały mechanizm transmisji polityki monetarnej – neutralizowały wpływ agresywnego poluzowania, na które zdecydowano się wiosną, by ograniczyć skalę pandemicznego załamania wzrostu gospodarczego. Nieoficjalnie spekuluje się, że dodatkowym motywem mogła być chęć podreperowania zysku NBP w celu hojniejszego podzielenia się nim z budżetem.

Pełny wywiad z Prezesem Glapińskim ujrzał światło dzienne w pierwszych dniach 2021 roku. Wnioski dla postrzegania perspektyw polityki pieniężnej (i zarazem złotego) są zgoła odmienne niż konkluzje płynące z jego fragmentów. Zdaniem prezesa Glapińskiego obniżka jest możliwa, zwłaszcza w przypadku powrotu złotego do umocnienia lub gwałtownego pogorszenia się sytuacji epidemicznej poważnie rzutującego na perspektywy wzrostu.

Prawdziwe intencje wyjdą na jaw

Od początku roku euro potaniało około dziesięć groszy. Kurs EUR/PLN cofnął się nawet przejściowo w okolice 4,50. Bariera ta powinna być postrzegana jak rubikon, którego przekroczenie podnosić będzie ryzyko kolejnych interwencji osłabiających polską walutę. Warto też dodać, że w poprzednim tygodniu złoty śmiało odrabiał straty poniesione w grudniowym chaosie. Był praktycznie najmocniejszą walutą w całym koszyku emerging markets, czyli rynków wschodzących. Euro, dolar, frank i funt potaniały od 1 do 2 proc.

Wstępny szacunek Głównego Urzędu Statystycznego wskazuje, że w grudniu inflacja runęła pod cel Narodowego Banku Polskiego. Ceny konsumenckie były zaledwie 2,3 proc. wyższe niż przed rokiem. Walnie przyczyniły się do tego ceny żywności, ale także kluczowe z perspektywy bankierów centralnych ceny w kategoriach bazowych. Śmiało można przyjąć, że w pierwszym kwartale dynamika wskaźnika CPI będzie plasować się poniżej 2,5 proc. rok do roku i będzie przyjmować najniższe wartości w całym roku.

Tendencje, które uwypukliły się w pierwszej połowie stycznia, czyli niepożądane przez NBP umocnienie złotego i dowody przejściowej dezinflacji, niewątpliwie zwiększają prawdopodobieństwo redukcji stóp procentowych. To jednak za mało, by zagwarantować taki krok. Dlatego władze poprzestaną na wyraźnym złagodzeniu wydźwięku komunikatu. Stabilizacja stóp na obecnym poziomie jest scenariuszem bazowym dla zdecydowanej większości członków RPP. Kontrowersje budzą zarówno koszty potencjalnego cięcia dla sektora finansowego, jak również skala i sposób samego dostosowania, tj. skłonność do obniżenia także stopy depozytowej wynoszącej obecnie 0 proc.

Jeśli do redukcji miałoby dojść, to najprawdopodobniej dopiero pod koniec kwartału, gdy RPP będzie dysponować nową Projekcją Inflacyjną NBP. Retoryka władz monetarnych i reakcja na ostatnie wydarzenia już teraz udzieli odpowiedzi na pytanie o prawdziwe motywy interwencji.

NBP neutralizuje wzrost i bilans płatniczy

Wydarzenia ostatnich kilkunastu dni rzucają także nowe światło na perspektywy złotego. Polski bank centralny potwierdził swoją renomę najbardziej łagodnie usposobionych władz monetarnych w regionie. Wraz ze skrajnie niskim poziomem realnych stóp procentowych stanowi to balast dla złotego i czynnik neutralizujący pozytywne fundamenty: relatywnie silną gospodarkę oraz potężną i nadzwyczaj korzystną dla waluty sytuację w bilansie płatniczym – rekordową nadwyżkę na rachunku bieżącym. W 2020 roku dynamika PKB wyniosła około -3 proc. r/r, a po właśnie rozpoczynającym się roku możemy oczekiwać ponad 4 proc. Odbicia.

Kurs EUR/PLN powinien krążyć wokół 4,50, na razie zapewne lekko powyżej tego poziomu. Zamieszanie, które wywołały grudniowe zabiegi osłabiające złotego, skutkują podbiciem zmienności. Zapewne nie zostanie ona nie w pełni wygaszona ze względu na wzrost niepewności i postrzeganie NBP w oczach zagranicznych inwestorów jako mniej przewidywalnego banku centralnego.

Nie widzimy jednak podstaw do rewizji prognoz Cinkciarz.pl na pierwszy kwartał. Podtrzymujemy, że na koniec marca euro będzie wyceniane na 4,50 zł. Zakładamy, że tolerancja NBP dla silniejszego złotego będzie rosnąć wraz z wychodzeniem rodzimej i globalnej gospodarki z pandemicznego krachu pod wpływem masowych szczepień. Skala i tempo zniżek NBP będzie jednak ograniczona nastawieniem władz monetarnych. Złoty powinien być jednocześnie słabszy i bardziej chimeryczny od innych walut regionu, zwłaszcza korony czeskiej.

Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl

Jak pandemia zmieniła warunki pracy imigrantów z Ukrainy

W 2020 roku zarówno przedsiębiorcy, jak i pracownicy, musieli zmierzyć się ze skutkami pandemii koronawirusa. Według raportu OTTO Work Force Central Europe w minionym roku, aż 82% pracowników z Ukrainy doświadczyło zmian w miejscu pracy. Niemal 70% respondentów musiało dostosować się do większej ilości procedur i obostrzeń, a dla 39% zwiększył się  zakres obowiązków.

W 2020 roku w zakładach pracy dynamicznie zmieniało się zapotrzebowanie na pracowników. Uwarunkowane ono było wieloma czynnikami jak m.in. wiosenny lockdown, zamknięcie granic i paraliż logistyczny, spadek popytu na dobra. Zmieniały się także realia pracy w większości firm, które w błyskawicznym tempie musiały wprowadzić procedury bezpieczeństwa i przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Według najnowszego raportu OTTO Work Force Central Europe, przeprowadzonego na grupie 520 pracowników tymczasowych z Ukrainy, aż 82% badanych deklaruje, że w minionym roku ich warunki pracy uległy zmianie w związku z pandemią.

Niemal 70% pracowników z Ukrainy wskazało, że z powodu pandemii w ich miejscach pracy wprowadzono więcej procedur i obostrzeń. Z kolei prawie 40% respondentów zwróciło uwagę na więcej obowiązków, a 21% na konieczność zmiany branży, w której pracowali.

Jak pandemia zmieniła warunki pracy imigrantów z Ukrainy
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

“Pandemia wpłynęła na organizację pracy niemal we wszystkich przedsiębiorstwach. Firmy uruchomiły szereg procedur i obostrzeń, których pracownicy muszą na co dzień przestrzegać. Niektóre przedsiębiorstwa przeorganizowały także pracę i wprowadziły system zmianowy, ograniczając w ten sposób ryzyko zarażenia i rozprzestrzeniania koronawirusa w zakładzie pracy. Pamiętajmy, że najwyższe środki ostrożności pomagają firmom bezpośrednio zadbać o zdrowie pracowników, a pośrednio o ciągłość biznesu” mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Wpływ pandemii na poziom wynagrodzenia

Z raportu OTTO Work Force Central Europe wynika, że w 2020 roku tylko 29% pracowników z Ukrainy doświadczyło zmiany wynagrodzenia w stosunku do zakresu obowiązków. Spośród badanych 43% zadeklarowało, że ich wynagrodzenie nie uległo zmianie w związku z pandemią, a 28% respondentów nie wskazało jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie.

“Aktualnie, mimo trudnej sytuacji gospodarczej, nie obserwujemy zmian w systemie wynagrodzeń, poza tymi wynikającymi ze wzrostu płacy minimalnej od nowego roku. Stawki dla pracowników tymczasowych pozostały na poziomie sprzed pandemii. Trzeba jednak zaznaczyć, że mimo większej dostępności pracowników z Polski, wśród naszych Klientów cały czas utrzymuje się popyt na pracowników zza wschodniej granicy. Niektóre branże jak np. e-commerce intensywnie się rozwiają, co wiąże się z dynamicznym wzrostem zapotrzebowania na nowych pracowników tymczasowych w centrach logistycznych, magazynach, sortowniach czy do pracy w terenie. Nie dziwi zatem, że stawki płacowe dla pracowników tymczasowych nie obniżyły się. Natomiast w IV kwartale 2020 roku, kiedy dynamicznie rósł popyt na pracowników sezonowych, można było zaobserwować wzrost innych form wynagrodzeń dla pracowników z Ukrainy, jak benefity w postaci darmowego zakwaterowania czy transportu do pracy” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Spośród respondentów, którzy zadeklarowali, że poziom ich wynagrodzenia uległ zmianie 45% wskazało, że ma więcej obowiązków  za podobne wynagrodzenie. 28% badanych wskazało, że ich wynagrodzenie wzrosło, a 26%, że zostało obniżone.

opinie pracowników tymczasowych z ukrainy
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

Podatek cukrowy w małych sklepach. Ceny rosną wolniej niż w sieciówkach

Po wejściu podatku cukrowego, ceny w handlu tradycyjnym rosną, ale stopniowo i z mniejszą siłą niż w dużych sieciach. Najwyższe wzrosty odnotowały segmenty napojów gazowanych smakowych oraz napojów typu cola (średnie wzrosty cen o około 5-7%). Produkty, będące liderami w swoich segmentach, odnotowały wzrosty na poziomie 10-15%. W przypadku pozostałych grup, średnie ceny wzrosły maksymalnie o 3% – wynika z danych M/platform zrzeszającej 12 tysięcy małych sklepów detalicznych.

Zapowiadany od dawna podatek cukrowy wszedł w życie z dniem 1 stycznia 2021 roku, a konsumenci i analitycy natychmiast skierowali swój wzrok na półki z napojami z dodatkiem cukru i substancji słodzących. Zgodnie z przewidywaniami, ciężar podatku cukrowego w wielu punktach sprzedaży został w praktyce przeniesiony na konsumenta. Już w pierwszych dniach stycznia pojawiły się informacje o podwyżkach w dużych sieciach handlowych sięgających nawet ponad 40% dla napojów gazowanych, coli czy energetyków.

Mniejsze sklepy, mniejsza zmiana cen

Nie wszędzie jednak zmiany cen w związku z podatkiem cukrowym wprowadzono równie szybko i z tą samą siłą. Jak wynika z danych paragonowych z M/platform, w sklepach handlu tradycyjnego ceny napojów objętych nowym podatkiem rosną na razie w znacznie wolniejszym tempie.

W pierwszych kilku dniach 2021 roku średnia cena gazowanych napojów typu cola w małych sklepach była nieznacznie niższa w stosunku do średnich cen z ostatnich dwóch miesięcy ubiegłego roku, co mogło być efektem odsprzedaży produktów zakupionych przez detalistów jeszcze po starych cenach. Dopiero w kolejnych dniach można było zaobserwować w coraz większej liczbie sklepów stopniowy wzrost cen.

Podatek cukrowy jest już widoczny w małych sklepach. Ceny słodzonych napojów rosną, choć nie wszędzie tak szybko. Średnia podwyżka gazowanych napojów smakowych to obecnie 5-7% względem zeszłego roku. Czy wiemy, kiedy podwyżki dotkną większości sklepów? Zarówno napoje słodzone, alkohole w małych butelkach, jak i energetyki zdrożeją we wszystkich sklepach, ale dopiero wraz z nowymi dostawami. „Stare” ceny pozostaną do wyczerpania zapasów z 2020 roku, a to nastąpi nie później niż za tydzień lub dwa, bo są to produkty o bardzo wysokiej rotacji, a tradycyjne sklepy nie dysponują taką powierzchnią magazynową jak duże sieci – mówi Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platformy Usług S.A., operatora M/platform.

Dla całego segmentu napojów gazowanych typu cola obecne ceny w małych sklepach tradycyjnych są wyższe od ubiegłorocznych o 6% dla pojemności powyżej 0,5L oraz 5,1% dla pojemności do 0,5L włącznie. Najwyższe wzrosty odnotowały najpopularniejsze produkty z tej grupy, m.in. Coca-Cola o pojemnościach 0,85L, 1,5L czy 2L (wzrost cen o 10-15%), Pepsi o pojemnościach 0,85L, 1,5L czy 2,25L (9-12%) oraz Hoop Cola 2L (13%).

Szybciej zdrożały duże oranżady i małe cole

W tym samym czasie, segmentem, w którym zmiany cen wystąpiły najszybciej, były gazowane napoje smakowe. Ich średnia cena jest obecnie wyższa o 6,6% w stosunku do średnich cen z listopada i grudnia 2020 roku. Największe zmiany dotyczyły takich produktów jak rodzima Oranżada Hellena o pojemności 1,25L, która we wszystkich trzech wariantach smakowych (czerwona, biała i żółta) odnotowała średni wzrost cen o 11-13%, a także Mirinda (produkowana przez PepsiCo) i Sprite (firmy Coca-Cola), które w pojemnościach 2,25L odnotowały wzrost cen o 11-12%.

Zarówno w przypadku napojów gazowanych smakowych, jak i tych o smaku cola wzrosty cen dla pojemności większych niż 0,5L były wyraźnie wyższe od tych o pojemnościach mniejszych. Oscylowały one odpowiednio w granicach 6-8% oraz 3-6%.

Zmiany cen w sklepach handlu tradycyjnego w obrębie pozostałych grup produktowych, których dotyczy podatek cukrowy, są na razie mniej znaczące i wynoszą średnio 5% dla napojów energetycznych w wersji classic czy 4% dla smakowej wody gazowanej. W przypadku pozostałych grup, średnie ceny wzrosły maksymalnie o 3%.

Badaniami objęto próbkę n = 8629 reprezentatywnych sklepów z segmentu handlu tradycyjnego, wybranych spośród ponad 12 tysięcy sklepów, które przystąpiły do M/platform.

Blirt z decyzją o wsparciu Polskiej Strefy Inwestycji

Biotechnologiczna firma Blirt S.A. zainwestuje ponad 10 mln zł w rozwój swoich laboratoriów w Gdyni i Gdańsku, w szczególności w Gdańskim Parku Naukowo – Technologicznym.  Decyzję o wsparciu w ramach Polskiej Strefy Inwestycji wydał Zarząd Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Notowany na NewConnect producent enzymów, zainwestuje w adaptację i przebudowę laboratoriów, zakup specjalistycznego wyposażenia oraz w zwiększenie wynajmowanej powierzchni w Gdańskim Parku Naukowo – Technologicznym. Spółka dynamicznie rozwija swoją działalność – w 2020 roku oszacowała przychody na poziomie ponad 67 mln zł, a także zwiększała przestrzeń laboratoryjno-produkcyjną i zatrudnienie, które wzrosło o blisko 35 procent.

– Cieszymy się, że w naszym regionie jesteśmy dostrzegani i doceniani jako firma z najnowocześniejszego obszaru biotechnologii. Dotyczy to zarówno współpracy z Gdańskim Parkiem Naukowo-Technologicznym jak i lokalnymi Uczelniami. Dzięki temu też w Gdańsku i Gdyni znajdujemy zaangażowanych i świetnie wykształconych pracowników, a teraz dodatkowe wsparcie ze strony Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Dziękujemy więc za dostrzeżenie naszych wysiłków i osiągnięć, a przede wszystkim za to, że Strefa w naszym przypadku wykazała się zarówno dużym zrozumieniem potrzeb, jakie niosą za sobą złożone procesy biotechnologiczne, jak i wyzwań związanych z konkurowaniem na globalnym rynku. Takie wsparcie na poziomie lokalnym jest bardzo ważne jako niezbędny element odnoszenia dalszych sukcesów. – komentuje Tomasz Wrzesiński, Wiceprezes Spółki BLIRT S. A.

Sukces Spółki Blirt jest dowodem na to, że pandemia nie wpłynęła na osłabienie branży biotechnologicznej. Warunkiem wzrostu niewątpliwie jest trafna ocena kierunków rozwoju, wprowadzanie innowacyjnych rozwiązań, a co za tym idzie prognozowanie w długim horyzoncie czasowym. Ważny jest także ekosystem, w którym firma ma szansę rozwinąć skrzydła. W związku z tym Strefa nadal będzie wspierać rozwój Spółki, nie tylko poprzez wydaną decyzję, ale także w ramach różnorodnej i innowacyjnej działalności Gdańskiego Parku Naukowo – Technologicznego – mówi Przemysław Sztandera, Prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Infoscan rezygnuje z finansowania od funduszu EHGOSF

Firma telemedyczna Infoscan S.A. poinformowała o zawieszeniu dalszych emisji obligacji zamiennych na akcje realizowanych w ramach umowy inwestycyjnej podpisanej w 2019 roku z funduszem European High Growth Opportunities Securitization Fund. Do tej pory Spółka wyemitowała sześć transz obligacji o wartości 750 tys. zł każda, do czego była zobowiązana w ramach umowy. Zdaniem Zarządu dalsza realizacja umowy byłaby niekorzystna dla akcjonariuszy. Zawieszenie kolejnych emisji jest również jednym z warunków realizacji trwającego procesu połączenia ze Spółką Movie Games Mobile, producentem gier mobilnych.

Umowa inwestycyjna zawarta 19 czerwca 2019 roku z funduszem European High Growth Opportunities Securitization Fund zakładała pozyskanie przez Spółkę finansowania w postaci emisji obligacji zamiennych na akcje. W ramach umowy Infoscan zobowiązał się do wyemitowania na rzecz inwestora sześciu transz obligacji o łącznej wartości 4,5 mln zł, które zostały już zrealizowane.  Fundusz EHGOSF po każdej emisji realizował prawo do konwersji obligacji na akcje, które następnie były dopuszczane do obrotu giełdowego. Od 19 czerwca 2019 r. do 11 stycznia br. notowania akcji Infoscan spadły z poziomu 3,59 zł do 1,09 zł, a więc o prawie 70 procent.

Z naszych obserwacji wynika, że fundusz EHGOSF zaraz po dopuszczeniu do obrotu akcji uzyskanych w wyniki konwersji obligacji dokonywał ich sprzedaży na rynku wtórnym. Spowodowało to bardzo istotny spadek wyceny Infoscanu. Jesteśmy po realizacji szóstej, ostatniej już obowiązkowej transzy obligacji zamiennych na rzecz funduszu. Zgodnie z umową kolejne transze byłyby już opcjonalne, dlatego zdecydowaliśmy się na zawieszenie finansowania w takiej formie. Naszym zamiarem jest zarówno ochrona interesu akcjonariuszy, jak i odbudowa wartości Spółki. W tym celu odpowiedzieliśmy na zaproszenie spółki Movie Games Mobile do rozmów w sprawie połączenia obu spółek.   – komentuje Piotr Sobiś, Prezes Zarządu Infoscan.

Obecnie Infoscan jest w trakcie procesu połączenia z Movie Games Mobile, producentem gier mobilnych. 11 stycznia br. obie Spółki uzgodniły podstawowe warunki i założenia procesu połączenia czyli tzw. Term Sheet. Transakcja zostanie zrealizowana poprzez nabycie akcji Infoscan przez akcjonariuszy Movie Games Mobile zgodnie z odpowiednim parytetem. Aby transakcja doszła do skutku Infoscan zadeklarował się zrealizować szereg działań restrukturyzacyjnych, m.in. sprzedać Zorganizowaną Część Przedsiębiorstwa, spłacić zobowiązania oraz uzyskać odpowiednie zgody korporacyjne. W następnym kroku obie spółki podpiszą umowę inwestycyjną.

Aleksandra Bluj: Indeksy giełdowe coraz bardziej „zielone”

„W tym roku zamierzamy podjąć kolejne kroki w stronę >>uzieleniania<< indeksów giełdowych, czyli uwzględniania w ich wyznaczaniu czynników ESG oraz celów dotyczących dekarbonizacji” – powiedziała w rozmowie z PAP wiceprezes GPW Benchmark Aleksandra Bluj.

„W obszarze rodziny indeksów giełdowych zadaniem, które przed nami stoi w tym roku, to ich tzw. >>uzielenienie<<. W tworzeniu indeksów administrator powinien, a w niektórych przypadkach nawet musi brać pod uwagę, to co dzieje się w przestrzeni regulacji, obowiązków, wymagań i oczekiwań rynku w kontekście czynników ESG (Environmental – środowisko; Social responsibility – społeczna odpowiedzialność; Corporate governance – ład korporacyjny), a także uwzględnić trajektorię dekarbonizacji” – mówi wiceprezes GPW Benchmark Aleksandra Bluj.

GPW Benchmark zajmuje się wyznaczaniem indeksów rynku akcji i obligacji oraz dostarcza wskaźniki referencyjne dla rynku pieniężnego WIBID i WIBOR. Wchodząca w skład Grupy Kapitałowej GPW spółka jest administratorem wskaźników referencyjnych w rozumieniu unijnego rozporządzenia BMR, wpisanym do rejestru ESMA (The European Securities and Markets Authority), instytucji nadzorującej unijny rynek kapitałowy.

W grudniu 2020 roku GPW Benchmark uzyskała zezwolenie Komisji Nadzoru Finansowego na prowadzenie działalności administratora wskaźników referencyjnych stopy procentowej, w tym opracowywania Stawek Referencyjnych WIBID i WIBOR. Otrzymanie zezwolenia dla opracowywania wskaźnika WIBOR, oznacza, że GPW Benchmark stała się obecnie jednym z trzech licencjonowanych administratorów wskaźnika kluczowego. Stało się to po przeprowadzonym przez GPW Benchmark procesie dostosowania wskaźników WIBID i WIBOR, która doprowadziła te wyjątkowo ważne dla krajowego rynku finansowego wskaźniki do zgodności z wymaganiami nałożonymi na podstawie przepisów unijnego prawa, zawartych w rozporządzeniu BMR. „Indeksy może liczyć każdy. Jeśli jednak na indeksie chcemy oprzeć jakiś instrument, aktywo czy umowę finansową, to taki indeks powinien zostać opatrzony odpowiednią, zgodną z wymogami BMR metodologią, procedurami, czytelną dokumentacją, czyli zapewniać zgodność z wymaganiami obowiązującego w tym zakresie prawa.

Administrator dokładnie opisuje jakiego rodzaju dane stosuje, w jaki sposób zapewnia czy proces wyznaczania wskaźnika jest bezpieczny i przede wszystkim, że nie ma tutaj ryzyka manipulacji. Co jest jednak niezwykle istotne administrator musi gwarantować, że wskaźnik dobrze odwzorowuje ekonomiczną rzeczywistość, do mierzenia której został powołany. Śledzenie rynku, który trzeba opisywać jest najtrudniejszym zadaniem. Ale oparcie wskaźnika o rzeczywisty, trafnie zdefiniowany rynek najlepiej gwarantuje bezpieczeństwo tych, którzy korzystają ze wskaźnika” – wyjaśnia istotę rozporządzenia Bluj.

„BMR bardzo mocno akcentuje znaczenie rzeczywistych transakcji w wyliczaniu używanych na rynku finansowym wskaźników. Takimi czysto transakcyjnymi indeksami jest rodzina WIG-ów. W momencie przejęcia Indeksów Giełdowych decyzją GPW, indeksy te miały już swoją metodologię i były oparte o dane rynku regulowanego, czyli na informacjach płynących z systemu obrotu. Z naszej strony potrzebowały one doprecyzowania i doszlifowania odpowiednich procesów i określenia niezbędnych, wymaganych przez BMR procedur” – mówi Bluj.

Uwzględnienie w większym stopniu czynników ESG oraz celów zrównoważonego rozwoju w ich wyliczaniu, to kolejny krok w rozwoju tej grupy produktów GPW Benchmark. „W ramach rodziny Indeksów Giełdowych wyliczamy od ponad roku WIG-ESG. Obejmuje on spółki z indeksów WIG20 oraz mWIG40 i bierze pod uwagę wyniki oceny czynników ESG. Dane ESG wykorzystywane w metodologii wskaźnika dostarczane są przez uznaną firmę Sustainalytics, ale WIG-ESG uwzględnia dodatkowo wyniki oceny firm z punktu widzenia Kodeksu Dobrych Praktyk spółek giełdowych z 2016 roku. Na tej podstawie, z uwzględnieniem tradycyjnych zasad kwalifikacji do indeksu, spółki są uszeregowane w indeksie: od tych, które spełniają kryteria ESG w najwyższym stopniu, do tych, powiedzmy, najmniej środowiskowo, społecznie i zarządczo >>zrównoważonych<<” – wyjaśnia Aleksandra Bluj.

„WIG-ESG miał niejako zachęcać uczestników krajowego rynku, do otwarcia na działalność inwestycyjną uwzględniającą kryteria ESG. W nowym roku powstawać będą kolejne indeksy uwzględniające te czynniki. Będziemy prawdopodobnie szli takim trybem, jak rynki zagraniczne: będziemy wciąż wyliczać indeksy >>klasyczne<< i proponować równolegle ich >>uzielenione<< wersje. Cały proces będziemy przeprowadzać w ramach konsultacji z Komitetem Nadzorczym i z Komitetem Indeksów Giełdowych. Przykładowy proces konsultacji publicznych w zakresie zmian w metodzie klasyfikacji spółek do WIG-ów, jest właśnie przeprowadzany” – dodaje. Wiceprezes GPW Benchmark wyjaśnia, że z dużym prawdopodobieństwem będzie to wyglądać tak, że na przykład obok WIG20, będzie równolegle wyliczany WIG20 z uwzględnieniem czynników ESG. To jednak nie jedyny nowy trend w grupie indeksów giełdowych i obszarze „uzieleniania” oferty.

„Drugim jest budowanie indeksów >>zielonych<< porównywalnych na poziomie międzynarodowym, które wprowadza BMR, czyli Climate Transition Benchmark (CTB) lub Paris-aligned Benchmark (PAB). To są indeksy, których metodologia wprost wiąże się z oceną trajektorii dekarbonizacji wchodzących w ich składy spółek. To jest już bardziej jednoznaczne i bezkompromisowe rozwiązanie, bo tutaj nie chodzi o to, że coś oceniamy lub wartościujemy na wejściu – w tym wypadku bierzemy twarde dane dotyczące dekarbonizacji i planów dekarbonizacji notowanych spółek. Administrator ma obowiązek pilnować czy spółki w ramach danego portfela spełniają te dość ambitne cele. Z dwóch wymienionych indeksów PAB jest bardziej rygorystyczny, CTB nieco mniej” – mówi Aleksandra Bluj. Wyliczanie wymaganych przez BMR indeksów ściśle związane jest z rosnącymi wymaganiami wobec spółek publicznych, związanych z raportowaniem niefinansowym i stanowi naturalne uzupełnienie tendencji rozwoju regulacji europejskich akcentujących zasady zrównoważonego finansowania i rolę jaką rynki finansowe mają w zielonej transformacji. „Administrator, taki jak GPW Benchmark, aby zbudować i ustabilizować metodę indeksów, musi posiadać informacje do wyliczania wskaźników typu PAB czy CTB. W tym wypadku śpieszy z pomocą dyrektywa NFRD (Non-Financial Reporting Directive), która mówi o tym, że spółki publiczne muszą ujawniać informacje dotyczące danych niefinansowych. Z drugiej strony rynek finansowy czeka dostosowanie do rozporządzenia SFDR (Sustainable Finance Disclosure Regulation) i to jest regulacja dotycząca uczestników rynku finansowego, w tym na przykład TFI i pośredników finansowych, które już niedługo będą musiały publikować informacje dotyczące ekspozycji na ryzyka ESG zarządzanego przez siebie portfela. Mamy też w tle rozporządzenie >>klasyfikujące<<, czyli europejską taksonomię, na podstawie której podmioty będą oceniać i kwalifikować swoją działalność jako >>zieloną<< i >>niezieloną<<. Z tego zestawu regulacji wynika nowa masa obowiązków raportowych i informacji” – wyjaśnia Bluj.

„SFDR na przykład wymaga od spółek, które są w portfelach instytucji finansowych, raportowania serii wskaźników, opisujących jaki mają ślad węglowy, jak zarządzają swoją ekspozycją energetyczną, w tym ile zużywają energii odnawialnej w ogólnym zużyciu itd. Obok czynników dotyczących aspektów środowiskowych, wymagane będzie czytelne raportowanie wskaźników z obszarów społecznych i zarządczych. To będzie bardzo wymagające raportowanie, które w istocie dotyczy nie tylko spółek publicznych, ale ogólnie podmiotów aktywnie poszukujących finansowania na rynku finansowym, w tym w sektorze bankowym. A z punktu widzenia administratora wskaźników referencyjnych, nie ulega dyskusji, iż otoczenie regulacyjne istotnie wpływa na zasób udostępnianych przez spółki informacji, które będą dla nas dostępne i które będziemy wykorzystywać” – dodaje.

Według Bluj najbliższy rok może być przełomowy w przypadku udostępniania przez emitentów raportów niefinansowych. Dotychczas takie informacje udostępniała niewielka liczba spółek. W tej chwili pojawiają się nowe wymogi regulacyjne, zarówno po stronie emitentów jak i instytucji finansowych. Nad tą kwestią pracują grupy robocze Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, Związku Banków Polskich czy Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami, a od dłuższego czasu swoje działania prowadzi też w tym zakresie Ministerstwo Finansów. Natomiast GPW we współpracy z EBOR prowadzi projekt mający na celu opracowanie przewodnika z zakresu tworzenia raportów niefinansowych, które mogą być użyteczne zarówno z punktu widzenia emitentów, jak i inwestorów. Ponadto współpraca z UN Global Compact ma na celu budowę aktywnej platformy komunikacyjnej wspierającej cele zrównoważonego rozwoju akcentowane przez ONZ.

„Indeksy CTB i PAB wymagają precyzyjnych informacji, ponieważ to one mogą być najbardziej porównywalne na poziomie międzynarodowym. W przypadku tego typu indeksów podstawowe założenie będzie jasne: jeśli jakaś spółka nie dostarczy danych, to nie zostanie w tym benchmarku uwzględniona” – mówi Bluj.

„Jeśli chodzi o absorbcję tendencji dotyczących czynników ESG, może być tak, że krajowi inwestorzy będą działać w rytmie narzuconym przez tempo, w jakim będziemy implementować przepisy. Ale inwestorzy zagraniczni już teraz działają w coraz bardziej rygorystycznym reżimie i jeśli nie chcemy ich stracić, to musimy się nauczyć działać w zupełnie innych warunkach. Jeśli ten temat był na naszym rynku niedoceniany, to teraz musimy przyspieszyć” – ostrzega wiceprezes GPW Benchmark.

Orlen rozpoczął budowę farmy fotowoltaicznej PV Gryf o mocy zainstalowanej 20 MW

W sąsiedztwie działającej od lipca 2020 roku Farmy Wiatrowej Przykona (woj. wielkopolskie) rozpoczęła się budowa kolejnego odnawialnego źródła Energi z Grupy ORLEN – farmy fotowoltaicznej PV Gryf o mocy zainstalowanej 20 MW.

Energa OZE, spółka zależna Energi z Grupy ORLEN, wydała NTP (Notice To Proceed – ang. polecenie rozpoczęcia prac) dla farmy fotowoltaicznej PV Gryf 30 grudnia 2020 roku. Było to możliwe, ponieważ 14 grudnia ub.r. farma znalazła się też w gronie zwycięzców organizowanej przez URE aukcji zwykłej na sprzedaż energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii, w kategorii farm fotowoltaicznych i wiatrowych o mocy powyżej 1 MW. Wszystkie zwycięskie źródła mogą liczyć na stałą cenę sprzedaży do 2038 roku. Łącznie na lata 2021-2038 URE zakontraktował w tej aukcji wolumen ok. 42 mln MWh energii elektrycznej o wartości blisko 9,5 mld zł.

Proces wyboru generalnego wykonawcy PV Gryf zakończono w listopadzie ub.r. W umowie zabezpieczone zostało zastosowanie wysokosprawnych paneli fotowoltaicznych. Zagwarantują one optymalne wykorzystanie poeksploatacyjnych terenów kopalni Adamów, na których powstanie instalacja.

PV Gryf będzie największą farmą fotowoltaiczną należącą Grupy ORLEN. Składa się z około 40 tysięcy nowoczesnych paneli a jej moc zainstalowana to niemal 20MW. Farma fotowoltaiczna PV Gryf  to kolejna inwestycja realizowana na terenach byłej kopalni węgla brunatnego Adamów w gminie Przykona. Ta lokalizacja jest ważna, wykorzystuje istniejącą infrastrukturę przesyłową. Należące do Energi tereny w gminie Przykona posiadają duży potencjał inwestycyjny. Szacuje się, że na 300 ha gruntów można wybudować aktywa o łącznej mocy ok. 160 MW.

Najnowsza generacja turbin

Pierwszym krokiem ku pełnemu wykorzystaniu tego potencjału była budowa FW Przykona. Zainstalowano na niej jedne z największych i najbardziej nowoczesnych turbin w Polsce Vestas V-126 o mocy jednostkowej 3,45 MW. Obecnie w Przykonie energię elektryczną produkuje 9 takich turbin wiatrowych o łącznej mocy 31,05 MW. Planowana roczna produkcja jest szacowana na ok. 80 GWh. Jest to pierwsza farma wiatrowa w Polsce, w której zastosowano ten model turbiny.

Farma wiatrowa Przykona to pierwsza inwestycja oddana do użytku po konsolidacji Grupy Kapitałowej Energa z PKN ORLEN. Dzięki tej inwestycji udział mocy zainstalowanej w odnawialnych źródłach energii do łącznej mocy zainstalowanej wszystkich źródeł wytwórczych Energi wzrósł do 39 proc. Wraz z uruchomieniem FW Przykona moc zainstalowana we wszystkich aktywach wiatrowych Energi wzrosła do 242 MW, a łączna szacowana roczna produkcja z tych źródeł – do ok. 500 GWh.

Rozbudowa nowych mocy OZE w Przykonie znacząco poprawi wskaźnik udziału odnawialnych źródeł w łącznej produkcji energii elektrycznej ze wszystkich aktywów Energi. Zgodnie z obecnymi trendami rynkowymi oraz postępującymi zmianami w otoczeniu makroekonomicznym, PKN ORLEN wspólnie z Energą dążą do powiększenia portfela wytwórczego z OZE, w szczególności wiatru i fotowoltaiki, co przysłuży się osiągnięciu przez Grupę ORLEN neutralności emisyjnej do 2050 roku.ORLEN Fotowoltaika

2021 będzie rokiem przejęć. Fundusze Private Equity planują wielkie zakupy

81 proc. przedstawicieli funduszy PE zapewnia, że pandemia nie zmieniła ich planów inwestycyjnych.

Mimo, że rynek private equity (PE) w Europie Środkowej odczuł wpływ pandemii i wywołanego nią spowolnienia, przedstawiciele funduszy wykazują dziś znacznie większy optymizm niż w pierwszej połowie 2020 r. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Central Europe Private Equity Confidence Survey”, ponad jedna trzecia z nich uważa, że w tym roku sytuacja gospodarcza się poprawi. Tym samym większość inwestorów przewiduje zwiększoną aktywność na rynku i planuje zintensyfikować swoje procesy akwizycyjne.  

Rynek private equity w Europie Środkowej odczuł skutki pandemii COVID-19, co pokazał w czerwcu 2020 r. drastyczny spadek tzw. indeksu optymizmu wśród przedstawicieli funduszy PE. Najnowsza edycja badania pokazuje, że inwestorzy bardziej optymistycznie patrzą w przyszłość – indeks zaliczył największy wzrost w 17-letniej historii badania i wynosi 123 punkty.

Lepsze nastroje inwestorów wyraźnie widać w ich nastawieniu do sytuacji ekonomicznej. Obecnie ponad jedna trzecia z nich (37 proc.) uważa, że się ona poprawi. W czerwcu 2020 r. takich wskazań było zaledwie 13 proc. Pogorszenia sytuacji spodziewa się 33 proc. zapytanych. To duży spadek względem poprzedniej edycji badania, kiedy obawiało się tego aż 68 proc. ankietowanych.

Nasze badanie przeprowadziliśmy pod koniec 2020 roku. Reprezentanci rynku PE mogli więc spojrzeć na kryzys już z pewnej perspektywy oraz wyciągnąć wnioski na kolejne miesiące. Dodatkowo grudzień to miesiąc, kiedy zaczęto rozpowszechniać szczepionkę przeciw COVID-19. To dało nadzieję na szybszy powrót do normalności i z pewnością miało wpływ na wzrost indeksu optymizmu wśród inwestorów – mówi Mark Jung, Partner w dziale Doradztwa Finansowego, lider Private Equity w Europie Środkowej, Deloitte.

Dynamiczne działania na rynku

Pozytywne nastroje przejawiają się również w oczekiwaniach dotyczących aktywności rynkowej.

Podczas gdy latem minionego roku tylko 17 proc. badanych spodziewało się jej zwiększenia, dziś jest to aż 63 proc. W poprzedniej edycji badania 70 proc. przedstawicieli PE mówiło o spadku aktywności, dziś natomiast ten odsetek spadł do 17 proc.

Dwie trzecie respondentów badania (65 proc.) w najbliższych miesiącach planuje skupić się na nowych inwestycjach. To o 20 p.p. więcej niż pół roku wcześniej, gdy taką deklarację złożyło 45 proc. ankietowanych. Na zarządzaniu swoim portfelem inwestycyjnym skupi się 22 proc. respondentów, a 13 proc. z nich ma zamiar zająć się zbieraniem nowych funduszy. W czasie pierwszej fali pandemii zarządzający funduszami deklarowali mocniejszy nacisk na zarządzanie swoim portfolio (45 proc.). Obecnie, kiedy wiele firm jest już dużo pewniejszych swojej sytuacji, przedstawiciele funduszy private equity ponownie intensywniej myślą o nowych transakcjach.

– Bardziej optymistyczne nastroje przedstawicieli funduszy PE to budujące oznaki w czasach, gdy nastroje na rynkach były wyraźnie słabsze. Jest to pozytywne, choć nie do końca zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, że fundusze PE mają ugruntowaną pozycję w regionie oraz opierają swoje działania na ponad 20-letnim doświadczeniu w zawieraniu transakcji – dodaje Mark Jung.

Niemal trzy czwarte respondentów (72 proc.) zamierza w najbliższym czasie więcej kupować niż sprzedawać, jest to największy od 2011 roku odsetek takich odpowiedzi. Tylko 6 proc. oczekuje, że skupi się na rynku zbytu, a kolejne 22 proc. inwestorów chce po równo skupić się na kupnie i sprzedaży.

Liderzy rynkowi ponownie zostali uznani za najbardziej konkurencyjnych. Prawie dwie trzecie respondentów (65 proc.) wskazało, że to właśnie największe firmy cieszyć się będą największym zainteresowaniem funduszy PE w Europie Środkowej. Średniej wielkości firmy wzbudzą zainteresowanie u co czwartego inwestora (24 proc.), z kolei start-upy – u co dziesiątego (11 proc.).

Znaczna większość respondentów badania prognozuje, że w najbliższych miesiącach nie zmieni się dostępność finansowania dłużnego (63 proc.). Spadek przewiduje 24 proc. badanych, zaś wzrost 13 proc. To wyraźna zmiana w porównaniu do poprzedniej edycji badania z czerwca 2020 r.– wtedy aż 62 proc. respondentów oczekiwało spadku dostępności finansowania dłużnego.

COVID-19 nie wstrzymał wszystkich

Jak wynika z raportu Deloitte, zdaniem 81 proc. przedstawicieli PE pandemia nie pokrzyżowała ich planów inwestycyjnych na najbliższy rok. Ponad jedna czwarta z nich (28 proc.) rozważa również transakcje w sektorach, których w znaczącym stopniu nie brała pod uwagę nawet przed pandemią. Chodzi głównie o łańcuchy dostaw, obszary B2B i B2C oraz branżę e-commerce.

W czasie pierwszej fali pandemii firmy przystosowywały się do zmian głównie poprzez redukcję kosztów i przeniesienie działalności w tryb pracy zdalnej. Z kolei III i IV kw. 2020 roku dla wielu był czasem powrotu do wzrostów w wynikach finansowych. Przewidujemy, że ta tendencja utrzyma się w 2021 roku, a rynek private equity będzie się stale rozwijał – mówi Mark Jung. Ekspert zauważa, że przedstawiciele rynku PE przyglądali się działaniom firm w czasie pandemii, a gdy sytuacja przedsiębiorstw zaczęła się stabilizować, postanowili wykorzystać swój kapitał pieniężny.

Podczas gdy jedna piąta badanych przedstawicieli PE (19 proc.) przyznała, że wstrzymała wydatki przeznaczone na plany rozwoju dla swojego obecnego portfolio, to jednak większość z nich (54 proc.) odpowiedziała, że pandemia nie narzuca zmian w rozwoju spółek portfelowych. Nie oznacza to jednak, że na rynku private equity obyło się bez żadnych trudności wywołanych skutkami pandemii. Spółki portfelowe zmagały się z zachowaniem płynności w łańcuchach dostaw i zakłóceniami operacyjnymi (28 proc.) oraz musiały ponownie ocenić swoje możliwości w zakresie ekspansji międzynarodowej i akwizycyjnej (24 proc.).

– Rynek funduszy private equity ewoluował od czasu ostatniego kryzysu gospodarczego – rodzaje transakcji oraz strategie rozwoju są obecnie bardzo dobrze ugruntowane, tak więc fundusze PE mogą być doskonałym źródłem wsparcia zarówno dla spółek, które już się znajdują w ich portfelach, jak również dla tych, które dopiero będą poszukiwać sposobów wsparcia swojego rozwoju w najbliższych miesiącach – podsumowuje Mark Jung.

Informacja o raporcie

Wyniki 36. edycji regionalnego badania Deloitte z cyklu „Central Europe Private Equity Confidence Survey” stanowią wnioski z ankiety skierowanej do inwestorów Private Equity działających w krajach Europy Środkowej. Badanie ukazuje się cyklicznie dwa razy w roku począwszy od 2003 r. Przeprowadzona ankieta miała na celu zbadanie nastrojów i oczekiwań funduszy PE odnośnie m.in: rynku transakcyjnego, spodziewanych parametrów transakcyjnych oraz aktywności w ciągu kolejnych 6 miesięcy. Indeks optymizmu jest średnią z 7 indeksów uzyskanych z pierwszych 7 pytań ankietowych. Przedstawia on zmianę odczuć pozytywnych w stosunku do łącznej liczby odpowiedzi pozytywnych i negatywnych (odpowiedzi neutralnie nie były brane pod uwagę) w porównaniu do pierwszej edycji badania z wiosny 2003 r. Im indeks wyższy, tym większy optymizm przedstawicieli funduszy.

Pandemia zmienia system wartosci Polakow

Najważniejsze są dla nas zdrowie i rodzina. Chcemy dbać o swoje samopoczucie i spędzamy czas z bliskimi. Jedną z najistotniejszych wartości w życiu jest dla nas także bezpieczeństwo finansowe – wynika z badania[1] systemu wartości i stylu życia Polaków przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia przy współpracy z ERGO Hestią.

Aż 80% osób wymienia zdrowie i rodzinę jako najważniejsze wartości. Nie zawsze było to aż tak oczywiste. Wielu z nas otwarcie przyznaje, że rok 2020 zmienił ich postrzeganie świata. Podczas pandemii dla co drugiej osoby zdrowie i rodzina zyskały na znaczeniu. Ponad połowa Polaków (55%) deklaruje także, że bardzo ważne jest dla nich bezpieczeństwo finansowe. Dla 43% wartość ta stała się istotniejsza w ostatnim półroczu. Ograniczenia w poruszaniu się przełożyły się z kolei na nasze nastawienie do wolności osobistej. Jest ona obecnie najważniejsza dla 44% osób, a dla 37% zyskała na znaczeniu w ostatnich miesiącach.

Pandemia uświadomiła nam, że posiadanie rodziny, pracy czy dobrego zdrowia nie jest tak oczywiste, jak nam się wydawało. Powoduje to, że bardziej te wartości doceniamy i staramy się chronić to, co mamy. Zwrot w kierunku odpowiedzialności i myślenia przyszłościowego jest wyraźny, co ma pozytywny wpływ na podejmowanie decyzji finansowych, w tym również tych dotyczących ubezpieczeń na życie” – komentuje Sylwester Poniewierski, ekspert ds. ubezpieczeń na życie w ERGO Hestii.

Z rodziną bezpieczniej

Rok 2020 zburzył poczucie bezpieczeństwa ludzi na całym świecie. Lock down odciął nas od bliskich, przyjaciół, a nawet znajomych z pracy. Nie chodzimy do kina, restauracji i teatrów. Świąteczne spotkania w wielu rodzinach organizowane były w ograniczonym gronie, nie mówiąc już o świętowaniu Nowego Roku. Właśnie w tak ekstremalnych warunkach zapytano Polaków, co daje nam poczucie bezpieczeństwa, a co najbardziej budzi nasze obawy. Okazało się, że boimy się poważnej choroby (70% osób wskazuje ją jako swoją obawę), utraty pracy i braku środków do życia (63%). W niepewnych, bezprecedensowych warunkach, poczucie bezpieczeństwa zapewnia Polakom posiadanie rodziny i bliskich (67%). Na drugim miejscu wymieniamy brak problemów zdrowotnych (63%) oraz oszczędności i zatrudnienie (51%).

Mamy czas na naukę i hobby

Pogoń za zakupami i egzotycznymi wakacjami z dnia na dzień straciły na znaczeniu. Po pierwszej fali pandemii jeszcze wierzyliśmy, że nasze życie szybko wróci do normalności. Ostatnie miesiące przekreśliły te plany. Wiele rzeczy przewartościowaliśmy. 69% ankietowanych przyznaje, że obecnie bardziej dba o zdrowie, 67% więcej czasu spędza z rodziną, 55% więcej oszczędza. Co drugi Polak znajduje więcej czasu na relaks i hobby. Równocześnie jednak aż 41% badanych poświęca więcej czasu na pracę, a 37% inwestuje w rozwój osobisty poświęcając więcej czasu na naukę i edukację.

W gorszej sytuacji finansowej

Niemal połowa Polaków (49%) uważa, że w związku z pandemią ich sytuacja finansowa zmieniła się. 41% ocenia, że się pogorszyła. 7% przyznaje, że skorzystało finansowo na pandemii. Podobne tendencje obserwujemy u swoich znajomych: 35% badanych deklaruje, że sytuacja ich znajomych pogorszyła się, 39% nie uległa zmianie, 22% deklaruje, że wśród znajomych dostrzega zróżnicowany wpływ pandemii na stan finansów, a 5% widzi w najbliższym otoczeniu polepszenie. „Pogorszenie sytuacji finansowej podczas pandemii odczuło wiele osób, podobną sytuację obserwujemy również wśród znajomych. Taka sytuacja w tych niepewnych czasach zmusza nas do dużo ostrożniejszego podejścia do finansów osobistych i rozważań, czy nie przeznaczyć części tych środków na dodatkowe zabezpieczenie siebie i swoich bliskich na wiele niespodziewanych sytuacji, z którymi bez dodatkowej pomocy finansowej możemy sobie nie poradzić” – dodaje Sylwester Poniewierski.

Myślimy o przyszłości

Badanie systemu wartości i stylu życia Polaków pokazuje, że w porównaniu do okresu przed pandemią 60% osób częściej myśli o przyszłości i stara się ją zabezpieczyć. Postawę tę częściej niż mieszkańcy innych rejonów Polski przyjmują mieszkańcy Śląska (68%). Tylko 18% ankietowanych stara się w większym stopniu chwytać życie i nie myśleć o przyszłości, a 22% badanych nie odnotowała zmiany w tym zakresie. Co robimy, by zabezpieczyć się finansowo? Oszczędzamy, pracujemy, inwestujemy np. na giełdzie albo w nieruchomości.  Niektórzy zaś kupują ubezpieczenie na życie. „Zakup polisy na życie nabrał podwójnego znaczenia. Po pierwsze w sposób realny zabezpiecza nas i naszą rodzinę w razie wypadku, poważnej choroby czy śmierci. Po drugie daje nam poczucie, że to my podejmujemy decyzje dotyczące przyszłości i że jesteśmy przygotowani na wszystkie scenariusze. W tak niestabilnych, nieprzewidywalnych czasach ubezpieczenie na życie wzmacnia więc nasze poczucie sprawstwa i ogranicza poczucie bezradności, które wdziera się naszą codzienność” – mówi ekspert ERGO Hestii.

Na zakup ubezpieczenia decydujemy się przede wszystkim, by zabezpieczyć finansowo siebie w przypadku poważnego zachorowania i naszą rodzinę na wypadek naszej śmierci. To kolejny dowód na to, że pandemia znacznie obniżyła nasze poczucie bezpieczeństwa, co automatycznie przekłada się na system wartości. Możemy więc spodziewać się, że w 2021 roku jeszcze bardziej docenimy czas spędzany z rodziną i bliskimi.

[1]  Badanie zostało zrealizowane metodą CAWI we wrześniu 2020 r., na reprezentatywnej grupie 1000 Polaków w wieku 18-65 lat

Skutki pandemii nadszarpnęły naszą psychikę i portfele

Niestety, nie zawsze potrafiliśmy odnaleźć się w trudnych sytuacjach, których w minionym roku nie brakowało. W miarę dobrze ułożyły się relacje z rodziną, ale aż 17 proc. respondentów badania zrealizowanego dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor negatywnie oceniło swoją umiejętność radzenia sobie ze stresem, a 14 proc. mówiło tak o zdolności zarządzania własnymi finansami. Wydaje się to tym ważniejsze, że wedle wielu przewidywań nadchodzące miesiące nadal będą wystawiać na próbę nas i nasze otoczenie. Są już pierwsze wnioski, więcej osób zamierza oszczędzać.

W minionym roku nie było lekko ani dla naszej psychiki, ani dla naszych portfeli. W ocenie Polaków, w badaniu zrealizowanym na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, te 12 miesięcy upłynęło im w przeważającej mierze w pesymistycznym nastroju. Najczęściej wymienianymi emocjami były: niepewność (43 proc.), obawa o przyszłość (38 proc.) i stres (34 proc.). Respondenci zdecydowanie rzadziej wspominali o pozytywach. Radość była dopiero dziewiątym wskazaniem (11 proc.), spokój był równie popularny co znudzenie (po 9 proc.), a pozytywnych zaskoczeń doświadczyło tylko 6 proc. ankietowanych.

Jak oceniamy siebie…

negatywnie oceniło swoją umiejętność radzenia sobie ze stresem

– Nasze badanie pokazuje wyraźnie, że czas pandemii, która niepodzielnie dominuje w podsumowaniach 2020 roku we wszystkich kategoriach zachwiał też podstawami naszego codziennego życia, naszym samopoczuciem, finansami, nie pozostał też bez wpływu na ocenę otaczającej nas rzeczywistości, relacji międzyludzkich a także samych siebie – mówi Halina Kochalska, ekspert Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Jaki więc obraz Polaków wyłania się z ich własnej oceny? Badanie pokazuje, że najgorzej poszło z podatnością na stres wiążący się z pandemią. Tu w relacji do oceniających się pozytywnie – 47 proc. jest najwięcej postrzegających się też negatywnie – 17 proc. Podobnie sytuacja wygląda z umiejętnością radzenia sobie z finansami w chwili, gdy pojawiły się trudności. 44 proc. mówi, że dało radę, ale 14 proc., że nie. W co czwartym domu, w którym trzeba było stawić czoła stresowi i problemom finansowym mimo starań się nie udało. – Na pewno warto wyciągnąć z tego wnioski i zrobić wszystko, co możliwe, by w trudnych momentach nie tracić kontroli nad sytuacją. Dobrym zabezpieczeniem na czarną godzinę są oszczędności. Poduszka finansowa zapewni spokojniejszy sen i mniej stresu. Najlepiej mieć odłożone pieniądze na 3-6 miesięcy życia. Optymalną drogą dojścia do celu jest odkładanie co miesiąc 10 proc. wpływów. Jak to zrobić, jeśli pieniędzy wciąż jest za mało? Eksperci radzą, by odwrócić kolejność i zaczynać właśnie od oszczędzania, następnie przechodzić do niezbędnych wydatków i dopiero jeśli wystarczy, fundować sobie przyjemności – mówi Halina Kochalska. Oczywiście łatwo mówić, trudniej zrobić, szczególnie, że poza licznymi przeszkodami, które wciąż skazują oszczędzanie na czekanie na swoją kolej, obecnie brakuje też dodatkowej motywacji w postaci odsetek za podejmowany trud.

postanowienia fiansowe polaków
Źródło: Badanie Maison&Partners dla BIG InfoMonitor

Można jednak zaryzykować, wobec pandemii, stwierdzenie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Poczucie niepewności, w które wprowadził ludzi Covid-19 sprawiło, że przybyło chętnych do oszczędzania na czarną godzinę. 43 proc. Polaków składających sobie noworoczne postanowienia finansowe na 2021 r., zapowiedziało, że będzie odkładało na wszelki wypadek. Rok wcześniej taki plan miało 38 proc. ankietowanych. Nieznaczniej mniej niż w 2020 r. jest natomiast chętnych do oszczędzania na konkretny cel – 51 proc. wobec 54 proc. Ale ci, którzy mają co wydawać, częściej obecnie mówią o konieczności zainwestowania np. w mieszkanie czy grunt – 11 proc. wobec 8 proc. Na liście planów znalazło się także założenie, by lepiej zarządzać budżetem. Tak jak wcześniej, chce tego co trzeci badany, ale już myśl, by zmienić pracę ze względu na niskie zarobki towarzyszy obecnie 12 proc. ankietowanych, podczas gdy na 2020 r. rozważało to 10 proc. osób.

Z drugiej jednak strony, właśnie ze względu na niepewność sytuacji część osób nie podjęła się planować w sferze finansów. A część nie robi tego, bo ma za mało pieniędzy…

Zestawiając udział osób, które obwiniają się za to, że nie udało się im poradzić sobie z trudnościami finansowymi w czasie pandemii, ze zmianami liczby niesolidnych płatników widocznych Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie BIK, sytuacja nie wygląda tak źle, jakby można się było tego spodziewać. Część osób w okresie pandemii zmobilizowała się, by wyjść na prostą i spłaciła zaległe rachunki, terminowo zaczęła też regulować raty kredytów i pożyczek, bowiem od marca do końca listopada 2020 r. ubyło 16,7 tys. nierzetelnych dłużników wśród konsumentów. – Zaległości wzrosły jednak o blisko 2,9 mld zł, co pokazuje jednocześnie, że osoby, którym nie udało się wydostać z tarapatów finansowych, wpadły w nie jeszcze głębiej. Problemy z terminowymi rozliczeniami miało po listopadzie 2,817 mln osób, a wartość ich łącznych przeterminowanych zobowiązań, o co najmniej 30 dni na kwotę min. 200 zł wobec jednego wierzyciela, przekroczyła 82,6 mld zł – mówi Halina Kochalska.

O ile więc pod względem psychicznym i finansowym wychodzimy z minionego roku poobijani i nierzadko z poczuciem porażki, to ocena umiejętności łączenia wielu różnych obowiązków i ról oraz pomysłowość na spędzanie czasu wypadły lepiej. Przewaga zadowolonych nad tymi, którym się nie udało, jest tu większa. Pozytywnie obowiązki zawodowe w tym m.in. pracę zdalną z jednoczesnym zajmowaniem się domem, dziećmi i ich nauką, oceniło czterech z dziesięciu respondentów, negatywnie – co dziesiąty badany. Najlepiej przedstawia się też ocena kreatywności w spędzaniu wolnego czasu. Pomysły na wolny czas zyskały najwięcej, bo 47 proc. pozytywnych ocen, choć było też 13 proc. przeciwnych.

… a jak oceniamy innych?

Według badania, największym pozytywnym zaskoczeniem w minionym roku była dla nas nasza własna rodzina. To w postawach życiowych partnerów i partnerek oraz dzieci dostrzegaliśmy najwięcej dobrego w tym trudnym czasie.

zachowanie w czasie pandemii
Źródło: Badanie Maison&Partners dla BIG InfoMonitor

Wśród pozytywnie ocenionych obok małżonków (47 proc.) i dzieci (42 proc.) dobrze też prezentują się znajomi z 44 proc. pozytywnych wskazań. Tak dobrze już nie było z dalszą rodziną i sąsiadami, gdzie na jedną trzecią pozytywnych ocen przypadała co dziesiąta negatywna.

Z największym odsetkiem nieprzychylnych odpowiedzi – 43 proc. – spotkała się natomiast służba zdrowia, której stan był według badanych po części odpowiedzialny za kolejne lockdowny. Pandemia wystawiła też na próbę relacje z pracodawcami. I tak w grupie 72 proc. badanych, którzy pracowali, 32 proc. nie miało wyrazistej opinii na temat działań pracodawcy, w oczach 26 proc. respondentów pracodawca zapunktował pozytywnie, ale 16 proc. uznało, że zachował się źle.

– W czasie pandemii pozytywnie zaskoczyły nas relacje międzyludzkie – czy to z rodziną, czy znajomymi i sąsiadami. Ocena jakości tych stosunków powinna napawać optymizmem. Z kolei rozpoczęte właśnie szczepienia i ich długofalowy efekt powinny wpłynąć na poprawę oceny służby zdrowia. O tym, jak ułożą się relacje z pracodawcami zadecydują natomiast przedłużające się kłopoty wielu branż. Z pewnością wielu zatrudnionych niepokoi fakt, że według danych Ministerstwa Rozwoju do listopada 2020 r. firmy zgłosiły chęć zwolnienia ponad 70 tys. pracowników. Mniej więcej połowa z tych zapowiedzi została zrealizowana. To dobrze oddaje nastroje przedsiębiorców, którzy nie są pewni, co ich czeka w najbliższej przyszłości, ale też z pewnością ma wpływ na nastroje zatrudnionych – mówi Halina Kochalska.

Badanie zostało zrealizowane przez Maison&Partners, metodą CAWI na panelu badawczym Ariadna w dniach 11-15 grudnia 2020 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej pod względem płci, wieku oraz wielkości miejsca zamieszkania próbie Polaków 18+. W badaniu wzięło udział N=1106 osób.

Badanie GfK: Polscy konsumenci częściej odrzucają plastik i mocniej stawiają na recykling

Aż 31% polskich nabywców przestało kupować produkty ze względu na ich szkodliwy wpływ na środowisko. Z roku na rok, jako konsumenci, podejmujemy także znacznie więcej działań mających na celu ograniczenie zużycia plastikowych odpadów. Takie dane płyną z najnowszego raportu GfK „Who Cares? Who Does?” przedstawiającego postawy i zachowania polskich shopperów wobec marek i producentów w kontekście ochrony środowiska.

Wydłużająca się pandemia niemal z dnia na dzień wywróciła hierarchię priorytetów wśród polskich konsumentów, a kluczowym trendem stały się bezpieczne, szybkie i komfortowe zakupy. Zgodnie z logiką, pozostałe postawy, takie jak choćby troska o środowisko, powinny zejść na dalszy plan. – Stało się jednak wręcz przeciwnie. Wyniki naszego badania jasno pokazują, że pomimo strachu przed zarażeniem i wszechobecnego kontaktu z plastikiem, choćby w postaci jednorazowych rękawiczek, jako konsumenci pozostaliśmy wierni przekonaniom i wyborom, które kształtowaliśmy przez minione lata. Okazuje się nawet, że ostatnie miesiące wzmocniły w polskich nabywcach postawy pro-środowiskowe – mówi Szymon Mordasiewicz, dyrektor komercyjny Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Eko-aktywnych przybywa. Liczba sceptyków spada

Z raportu „Who Cares? Who Does?” wynika, że odsetek polskich konsumentów, którzy podejmują konkretne działania związane z redukcją plastikowych odpadów, w ciągu roku wzrósł z 18% do 21%. Równocześnie, z 41% do 35% zmalała liczba nabywców, których można uznać za grupę lekceważącą problem. Według danych GfK to właśnie nadmiar plastikowych odpadów pozostaje dla nas głównym problemem środowiskowym, którego obawiamy się najbardziej. Na kolejnych miejscach znalazły się m.in. zmiana klimatu, zanieczyszczenie powietrza czy marnotrawstwo żywności. Z raportu GfK wynika również, że aż 48% kupujących w Polsce czuje się osobiście dotknięta problemami środowiskowymi, a 31% przestało kupować określone produkty lub kategorie produktów ze względu na ich szkodliwy wpływ na środowisko lub społeczeństwo.

Pojedyncze decyzje robią wielką różnicę

W porównaniu z ubiegłym rokiem więcej polskich shopperów deklaruje częste podejmowanie działań mających na celu ograniczenie zużycia plastikowych odpadów. Aż 55% używa opakowań uzupełniających, o ile te są dostępne, a 54% stara się unikać plastiku podczas kupowania owoców i warzyw. Ponadto 83% kupujących używa również własnej torby na zakupy, a 77% rezygnuje z zakupu plastikowych sztućców i talerzy na przyjęcie lub grilla. Największa zmiana w naszych postawach dotyczyła jednak biodegradowalnych patyczków higienicznych, których kupno zadeklarowało 34% kupujących, względem 23% przed rokiem.

Recykling na dobrej drodze

W swoim najnowszym raporcie GfK sprawdziło także jakie jest podejście polskich kupujących do recyklingu. 92% nabywców zadeklarowało, że zawsze lub często segreguje plastikowe opakowania, a 88% zaznaczyło, że regularnie poddaje recyklingowi szklane odpady. Ponad 80% wskazań odnotowały także papier i kartony. – Polscy konsumenci mocno wierzą w segregację odpadów, choć w tym aspekcie aż 46% badanych podkreśliło potrzebę otrzymywania dokładniejszych instrukcji i bardziej precyzyjnych wskazówek dotyczących tego, w jaki sposób z nimi postępować. Podstawa leży więc w edukacji i konsekwentnym uświadamianiu nabywców co należy zrobić z danym opakowaniem – tłumaczy Szymon Mordasiewicz.

Producenci głównymi sprawcami „plastikowego problemu”

Polscy konsumenci wskazali również na segment rynku, wobec którego kierują najwięcej postulatów związanych z redukcją i zarządzaniem plastikowymi odpadami. Są to producenci. Obecnie aż 47% nabywców uważa, że to właśnie producenci powinni w największym stopniu przyczynić się do rozwiązania „plastikowego problemu” i zapobiec jego rozprzestrzenianiu. W drugiej kolejności oczekiwania kierowane są do rządu (29% wskazań), który w ocenie kupujących, powinien przyspieszyć prace nad wprowadzaniem rozwiązań prawnych, wymuszających sprawniejsze gospodarowanie produkcją i odpadami. Co piąty konsument jako najważniejsze ogniwo w walce w plastikiem wskazał samego siebie, a tylko 4% oczekuje takich działań od detalistów.

Wydaje się oczywiste, że w tej sytuacji przedsiębiorstwa powinny zorientować swoje działania na konkretne rozwiązania, które będą dostrzeżone przez konsumentów. Tymczasem dziś tylko 15% wszystkich polskich nabywców było w stanie wskazać choć jedną markę producenta żywności, napoju lub kosmetyków, która w ich oczach robi dużo na rzecz środowiska. W tej kwestii tylko nieco lepiej poradzili sobie detaliści, gdzie odsetek pozytywnych wskazań wyniósł 18%. Warto przy tym zauważyć, że segment rynku wobec którego jedynie 4% konsumentów kieruje konkretne oczekiwania na rzecz środowiska przoduje dziś w uznaniu i rozpoznaniu podejmowanych działań – podsumowuje Szymon Mordasiewicz.

Wyczerpało się paliwo do umocnienia USD. Trend boczny na rynku złotego

Jak tylko wyhamował rajd rentowności obligacji skarbowych USA, zakończyła się passa umocnienia dolara. Nie obyło się bez pomocy przedstawicieli Fed, który ostudzili oczekiwania na przyspieszone ograniczanie QE. Spekulacje odnośnie kierunku polityki monetarnej krążą wokół Rady Polityki Pieniężnej, która dziś podejmuje decyzję.

Wracając do USA, Fed i dolara, wczoraj dobitnie zostało potwierdzone, co aktualnie steruje amerykańską walutą. Rentowności 10-letnich obligacji skarbowych podeszły do 1,1855 proc. – najwyżej od roku, ale jak tylko rajd został przerwany, wyczerpało się paliwo do umocnienia USD. Pretekstem do zwrotu stały się komentarze przedstawicieli FOMC, którzy zabrali się za tonowanie oczekiwań związanych z wcześniejszym startem procesu ograniczania skupu obligacji. Mester, Rosengren i Bullard wspólnie przyznali, że nie ma sensu rozmawiać o normalizacji polityki, kiedy szaleje pandemia. Nawet jeśli gospodarka odbije zgodnie z prognozami, to i tak będzie to za mało, by dyskutować o zmianie polityki. Potwierdza się to, o czym pisałem od kilku dni – Fed pozostanie w trybie akomodacyjnym niezależnie do tego, jak będzie wyglądać przyszła polityka fiskalna i na ile stanowi ona zagrożenie wyższej inflacji. USD powinien być dzięki temu słabszy, ale też nie można wykluczyć, że w kolejnych tygodniach spekulacje o zmianie nastawienia będą się przewijać przez rynek. Nawet być może i dziś pojawi się pretekst do świeżych rozważań wraz z odczytem grudniowej inflacji CPI z USA. Odczyt powyżej oczekiwań, szczególnie w inflacji bazowej (prog. 1,6 proc. r/r), będzie argumentem za tym, by wierzyć w szybszą zmianę zdania Fed. W mojej opinii niepotrzebnie.

Na dalszym planie inwestorzy monitorują rozwój wypadków w Waszyngtonie i starania Demokratów o impeachment prezydenta Trumpa w związku z oskarżeniami, że w przemówieniu skierowanym do swoich zwolenników podżegał do insurekcji. Izba Reprezentantów ma dziś głosować w tej sprawie i według źródeł oprócz Demokratów jest przynajmniej trzech członków Partii Republikańskiej gotowych głosować za wnioskiem. Podobno są szanse, że lider Republikanów w Senacie McConnell poprze procedurę impeachmentu, jednak tutaj tkwi haczyk. Rozpoczęcie procedury impeachmentu będzie oznaczać wciągnięcie Senatu w wielotygodniowy proces i szereg przesłuchań świadków, blokując jego prace w innych kwestiach, np. w sprawie wartego „biliony” pakietu fiskalnego, jaki szykuje prezydent-elekt Biden. W tym kontekście przychylność McConnella jawi się jako sprytny zabieg podkładający kłody pod nogi administracji. Jakkolwiek sam impeachment Trumpa nie znaczy dla rynków prawie nic, tak odroczenie ekspansji fiskalnej będzie wymagać rewaluacji założeń dla oczekiwanego rajdu ryzykownych aktywów. Na razie nic nie jest przesądzone, wszak Republikanom może zależeć, by ich partia nie przeszła do historii jako ta, która wprowadziła do Białego Domu prezydenta dwukrotnie oskarżanym w procedurze impeachmentu.

Na krajowym podwórku spokój. EUR/PLN dryfuje przy 4,52 po części przez niezdecydowane wahania na rynkach zewnętrznych, po części w związku z wyczekiwaniem na nowe sygnały z banku centralnego. Oczekujemy utrzymania stóp procentowych bez zmian (referencyjna: 0,1 proc.), ale na rynku pojawiły się głosy, że obniżka może być narzędziem na rzecz zatrzymania aprecjacji złotego. Wprawdzie w ujawnionym w ostatnich dniach wywiadzie prezes Glapiński warunkuje wniosek o obniżkę od marcowej projekcji makroekonomicznej, szybkość odreagowania grudniowego osłabienia złotego może podsycać niezadowolenie NBP. W efekcie uczestnicy rynku nie mogą całkowicie wykluczyć interwencji – walutowej, werbalnej lub monetarnej – i stąd bierze się przejście rynku złotego w trend boczny. Niepewność może się przeciągnąć do końca tygodnia w związku z zapowiedzianą na piątek konferencją online prezesa Glapińskiego. Z drugiej strony, ponieważ prezes Glapiński będzie tylko odpowiadał na wcześniej przesłane pytania, taka forma „konferencji” sugeruje omijanie trudnych pytań i ograniczenie odpowiedzi do z góry nadane go przekazu. Jeśli rynek od razu przyjmie taką interpretację, test 4,50 może nastąpić jeszcze w tym tygodniu. Uważam, że kontynuacja umocnienia złotego jest tylko kwestią czasu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.