Grunty – Ile za metr za grunt inwestycyjny w Polsce? | RAPORT AXI IMMO

Wysoki popyt w połączeniu z dużą aktywnością deweloperską na rynku magazynowym skutkował w ostatnich latach wysokim zapotrzebowaniem na grunty inwestycyjne. Ceny transakcyjne działek pod zabudowę magazynowo-produkcyjną wykazywały tendencję wzrostową w najlepszych pod względem logistycznym lokalizacjach. W ostatnim roku pomimo pandemii COVID-19 popyt na grunty w sektorze utrzymał się na wysokim, stabilnym poziomie. Dostępność terenów inwestycyjnych typu „greenfield” jest coraz niższa, czego efektem jest wzrost zainteresowania inwestorów działkami typu „brownfield”. Firma AXI IMMO przygotowała szczegółową analizę cen na rynku gruntów inwestycyjnych pod zabudową magazynowo-produkcyjną, którą  prezentuje w raporcie „GRUNTY INWESTYCYJNE POD PROJEKTY MAGAZYNOWO-PRODUKCYJNE W POLSCE”.

Przez ostatnie 2 lata popyt na najlepsze grunty inwestycyjne rozkładał się równomiernie w okolicach głównych ośrodków miejskich w Polsce. Największą popularnością cieszyła się tzw. magazynowa wielka piątka tj. region Warszawy, Wrocław, region Górnego Śląska, Polska Centralna oraz Poznań dodatkowo w tym gronie znalazły się Trójmiasto i Kraków. Nowymi lokalizacjami okazały się tereny w woj. lubuskim i zachodniopomorskim oraz cały region Polski Wschodniej oferujące dużą liczbę dostępnej kadry pracowniczej i jeszcze nie tak zabudowane przemysłowo działki. Niemniej w kolejce czekają kolejne lokalizacje, które pojawią się wraz z konsekwentnie realizowaną od kilku lat rozbudową infrastruktury drogowej w Polsce.

W większości hubów logistyczno-produkcyjnych, takich jak np. Bielany Wrocławskie, Stryków, Warszawa, Komorniki czy Kraków Rybitwy dostępność atrakcyjnych terenów inwestycyjnych jest wysoce ograniczona. Inwestorzy przeszukują okolice kolejnych węzłów drogowych, gdzie dostępność działek przemysłowych jest z reguły większa. Duże znaczenie w tym zakresie ma rozbudowująca się sieć dróg szybkiego ruchu, która otwierają nowe, atrakcyjne lokalizacje. Najnowszymi przykładami są takie ośrodki jak Stary Konik czy Mińsk Mazowiecki, które zyskały na  uruchomieniu autostrady A2 na wschód od Warszawy, a z kolei pojawienie się Częstochowy na magazynowej mapie Polski to skutek wydłużenia autostrady A1 – wyjaśnia Tomasz Oborski, Dyrektor Działu Gruntów, AXI IMMO.

Wraz z rozwojem sektora e-commerce i tzw. logistyki ostatniej mili na znaczeniu zyskują tereny w obszarze największych miast, jednak przez wzgląd na dość ograniczoną podaż działek oraz ich dużo wyższą cenę, inwestorzy są zmuszeni do kupowania ostatnich wolnych parceli lub decydują się na tereny typu „brownfield”. Trend dotyczący działek miejskich jest szczególnie widoczny w ostatnich dwóch latach w Warszawie, na Górnym Śląsku i Wrocławiu.

Pod względem kosztów to nadal stolica wyprzedza pozostałe rynki. Średnia cena działki na terenie miasta oscyluje w granicach 450-650 zł/mkw., a im dalej od jej granic stawki maleją do 250-350 zł/mkw. w II strefie Warszawy tj. Pruszkowie, Nadarzynie, a nawet do 100 zł/mkw. w III strefie Warszawy np. w Błoniu, Sochaczewie czy Teresinie. Na drugim miejscu pod względem stawek znajduje się Kraków z wywoławczymi cenami 400-450 zł za mkw. gruntu inwestycyjnego, a na trzecim Wrocław 180-300 zł/mkw. przy czym górna granica skali to tereny tuż przy autostradzie. Na pozostałych rynkach koszty za najlepsze grunty wahają się od 100 do 200 zł/mkw. przy czym cena jest wpadkową dotychczasowego zainteresowania i przygotowania techniczno-prawnego danej lokalizacji tj. np. jak wygląda dojazd do działki i czy znajdują się na niej przyłącza mediów, a także tym czy teren posiada miejscowy plan zagospodarowania.

Nie możemy zapominać również o roli samorządów. Zdarza się, że na terenach mniejszych gmin proces uzyskania pozwolenia na budowę może być dużo szybszy niż w dużych ośrodkach miejskich, gdzie o działki ubiegają się inwestorzy z różnych segmentów rynku nieruchomości komercyjnych i mieszkaniowych – dodaje Tomasz Oborski.

Grunty w Europie

W kontekście Europy, polskie główne rynki charakteryzują się niższymi cenami gruntów, a także  prostszymi procedurami administracyjnymi związanymi z budową nieruchomości komercyjnych, w tym logistycznych i magazynowych. W zakresie cen najbliższą konkurencją zdają się być wyłącznie Południowe Morawy w Czechach i wschodnia część Słowacji, które oferują stawki za tereny inwestycyjne w cenie podobnej jak okolice Poznania (130-200 zł/mkw.). Niemniej Polska ma w ofercie wiele gruntów na mniejszych rynkach jak np. w Stargardzie Szczecińskim, Mszczonowie, Piotrkowie Trybunalskim czy Tarnowie i Częstochowie, które są nadal dużo bardziej atrakcyjne cenowo. Najdroższa Polska lokalizacja gruntowa tj. Warszawa-Miasto jest nadal 5,5 razy tańsza niż aglomeracja londyńska i 2,7 razy tańsza niż Monachium. Z kolei uzyskanie decyzji środowiskowej, decyzji o przyłączach i pozwolenia na budowę, zajmuje przeciętnie w Polsce 12-18 miesięcy, w Europie Zachodniej potrzeba często 24 miesięcy i więcej

Dla większości rynków europejskich, ceny gruntów odzwierciedlają poziom czynszów, siłę popytu, jak również zależą od struktury podaży. Nie możemy zapominać o pewnego rodzaju barierach wejścia jak np. nieco trudniejszy i bardziej złożony proces planistyczny, trudności w przekonaniu lokalnych władz do inwestycji magazynowych czy choćby ukształtowanie terenu. Dodatkowo należy wziąć pod uwagę takie kwestie jak percepcja ryzyka danego kraju pod kątem stabilności gospodarczej i politycznej. Wszystko to kształtuje stawkę, za jaką wycenia się grunty – wyjaśnia Renata Osiecka, Partner Zarządzająca, AXI IMMO.

Grunty – zmiany administracyjne w czasie pandemii

Pandemia COVID-19 znacząco wpłynęła na aktywność deweloperów, która przejawia się mniejszą niż dotychczas liczbą projektów budowanych spekulacyjnie. Na koniec 2019 r. 50% powierzchni znajdującej się w fazie budowy nie miała zabezpieczonego najemcy, a nieco ponad rok później współczynnik ten oscyluje w granicach 26% i ciągle spada. W ciągu ostatnich 12 miesięcy diametralnie zmieniła się polityka banków, które z dotychczas chętnie finansujących i otwartych do kolejnych inwestycji dziś wymagają minimum 50% zabezpieczenia projektu. Niemniej w obliczu pandemii i większej ostrożności ze strony deweloperów, popyt na najlepsze grunty inwestycyjne utrzymuje się na stabilnym, wysokim poziomie.

W wyniku pandemii COVID-19 możemy mówić o kluczowych zmianach, które wpływają na sektor gruntów inwestycyjnych. Po pierwsze dość odczuwalne jest wydłużenie procesów decyzyjnych i jeszcze dokładniejsze przeprowadzanie analiz technicznych i komercyjnych nieruchomości przed ostatecznym zakupem terenu inwestycyjnego. Po drugie wydłużeniu uległy procedury administracyjne związane z uzyskaniem decyzji środowiskowych i pozwoleń na budowę. Jest to efekt ustawy covidowej, gdzie organy decyzyjne zostały zwolnione z oznaczonych terminów na odpowiedź wnioskodawcy  – wyjaśnia Tomasz Oborski.

Mamy pierwszy polski projekt w konkursie IPCEI. Elemental Strategic Metals z umową na 332 mln zł dofinansowania z NCBR

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Elemental Strategic Metals Sp. z o.o. podpisały umowę o dofinansowanie ze środków Funduszy Europejskich. Projekt finansowany z Programu Inteligentny Rozwój dotyczy technologii bezpiecznego, przyjaznego środowisku i efektywnego finansowo transportu, przechowywania i recyklingu baterii litowo-jonowych oraz zużytych katalizatorów samochodowych. To najwyższe w historii dofinansowanie projektu przyznane przez NCBR.

Podpisanie umowy o dofinansowanie nastąpiło w wyniku pozytywnej oceny projektu firmy w konkursie Szybka Ścieżka IPCEI (Important Projects of Common European Interest), który dotyczył projektów stanowiących przedmiot wspólnego europejskiego zainteresowania. Są to projekty ocenione wstępnie przez Komisję Europejską, jako pozytywnie oddziałujące na rynek wewnętrzny całej Unii Europejskiej, wpisujące się we wspólne europejskie cele.

– Realizacja projektu firmy Elemental Strategic Metals niesie za sobą szereg korzyści – między innymi wzrost kompetencji pracowników w regionie dotkniętym skutkami transformacji i odejścia od przemysłu opartego na węglu poprzez wiedzę, know-how, nowe miejsca pracy i możliwości biznesowe związane z innowacyjną branżą, przyczyniając się do zmniejszenia zależności lokalnych społeczności od gospodarki opartej na węglu – wyjaśnia Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – To również umożliwienie ograniczenia działalności związanej z górnictwem i oparcie gospodarki o nowoczesne, inteligentne dziedziny i energetykę odnawialną.

Realizacja projektu „Opracowanie i pierwsze wdrożenie przemysłowego innowacyjnych technologii recyklingu baterii litowo-jonowych i katalizatorów z odzyskiem metali o strategicznym znaczeniu” potrwa trzy lata. Spółka Elemental Strategic Metals rozwijać będzie w nowoutworzonym i wyposażonym Dziale Badań i Rozwoju innowacyjne procesy recyklingu odpadów zawierających metale istotne dla elektromobilności (przeznaczone do ponownego wykorzystania do produkcji baterii Li-Ion, katalizatorów, narzędzi, ale także wykorzystywane jako metale inwestycyjne), a następnie wybuduje pierwszy tego rodzaju zakład, dokonując pilotażowego wdrożenia przemysłowego opracowanych technologii.

– Znaczącym efektem naszej pracy będzie poprawa innowacyjności gospodarki, redukcja jej zależności od surowców importowanych z regionów niestabilnych, a także poprawa ich dostępności dla przemysłu i badań naukowych nad efektywnością energetyczną, magazynowaniem energii, czy energetyką odnawialną. Rozwój tych dziedzin stymuluje opłacalność zbiórki i gospodarowania odpadami, zmniejszając obciążenie środowiska naturalnego, ale również wpływa na zwiększenie atrakcyjności i dostępności technologii związanych z produkcją energii ze źródeł odnawialnych i jej magazynowaniem, co z kolei ma istotny wpływ na redukcję poziomu emisji gazów cieplarnianych – tłumaczy Michał Zygmunt, prezes Elemental Strategic Metals. – Po wykonaniu wszystkich prac będziemy w stanie poddać odzyskowi 10.000 ton odpadów baterii litowo-jonowych i katalizatorów rocznie.

Recykling baterii i katalizatorów

Projekt obejmuje fazę badań przemysłowych i eksperymentalnych prac rozwojowych oraz fazę pierwszego wdrożenia przemysłowego – inwestycyjną. W pierwszej fazie prowadzone będą badania związane z opracowaniem i rozwojem technologii recyklingu baterii Li-Ion oraz katalizatorów, a także testy technologii w skali laboratoryjnej. W kolejnym etapie wybudowana zostanie instalacja pilotażowa, w której prowadzone będą dalsze badania w celu walidacji i optymalizacji procesów technologicznych w skali zbliżonej do skali produkcji przemysłowej.

Oprócz zaawansowanego laboratorium badawczo-rozwojowego, projekt wpłynie pozytywnie na wzmocnienie całej sieci zbiórki i recyklingu odpadów. Będzie to miało istotne przełożenie na rynek baterii, w szczególności mam tu na myśli synergię z europejskimi przedsiębiorcami, którzy będą potrzebowali odpowiednich zdolności recyklingu dla generowanych odpadów i z licznymi podmiotami z rynku zbiórki i transportu odpadów – komentuje prezes Elemental Strategic Metals.

W ramach realizacji projektu Elemental Strategic Metals planuje nawiązanie współpracy z uczelniami i instytutami naukowymi na wielu płaszczyznach, m.in. w drodze wspólnych badań, praktyk studenckich, stażów doktoranckich. Dodatkowo, firma przeprowadzi szkolenia dla MŚP, dzięki którym podnoszona będzie nie tylko ich konkurencyjność i poziom kultury technicznej i innowacyjności, ale również stan BHP oraz poszanowania środowiska naturalnego. W ten sposób spółka planuje stworzyć sieć powiązań z uczestnikami bezpośrednimi i pośrednimi, w tym instytucjami naukowymi.

– W ramach projektu planujemy również utworzenie co najmniej 100 miejsc pracy bezpośrednio w instalacji, jaka będzie realizowana w ramach pierwszego przemysłowego wdrożenia opracowanych technologii. Dodatkowo ok. 300-400 miejsc pracy zostanie utworzonych pośrednio w związku z realizacją projektu w przedsiębiorstwach kooperujących dodaje prezes Michał Zygmunt. – Planujemy również rozpowszechnianie wyników prowadzonych przez nas prac B+R m.in. poprzez ich prezentacje na konferencjach branżowych, publikacje naukowe, współpracę z innymi firmami i instytucjami, biorącymi udział w programie IPCEI.

Konkurs Szybka Ścieżka IPCEI (8/1.1.1/2020) zrealizowany został ze środków Funduszy Europejskich w ramach poddziałania 1.1.1 Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój „Badania przemysłowe i prace rozwojowe realizowane przez przedsiębiorstwa”.

Prof. Zdzisław Krasnodębski: Brexit zmienia sytuację geopolityczną w Europie

Wielką Brytanię będzie łączył z Unią Europejską układ, który umożliwia swobodny przepływ dóbr. Pozostanie powiązana gospodarczo z krajami UE innymi więzami w kwestii bezpieczeństwa. Ale wyjście Wielki Brytanii zmieni także sytuację geopolityczną w Europie – powiedział PAP europoseł PiS prof. Zdzisław Krasnodębski.

PAP: Od 1 stycznia Wielka Brytania na dobre rozstała się z Unią Europejską, jednak pod koniec 2020 r. stronom udało się zawrzeć umowę handlową. Podpisując dokument, premier Zjednoczonego Królestwa Boris Johnson podkreślał, że traktat nie jest końcem, ale „nowym początkiem wspaniałej relacji” między Wielką Brytanią a UE. Według pana to koniec starej Unii?

Prof. Zdzisław Krasnodębski: Oczywiście, w jakimś sensie tak. Po raz pierwszy jedno z państw – w dodatku tak znaczących, o silnej gospodarce – opuściło UE. Na pewno będzie to miało konsekwencje dla samej Unii. Wiemy, że Wielka Brytania odgrywała istotną rolę w zapewnieniu równowagi w polityce unijnej, np. osłabiając tendencje etatystyczne i broniąc wolnego rynku. Wiązało się to z jej tradycjami, kulturą polityczną, ale też interesami ekonomicznymi. Dlatego jej odejście wpłynie na to, co będzie się działo w Unii. Należy przy tym zastrzec, że to porozumienie na razie obowiązuje prowizorycznie. Musi się na nie jeszcze zgodzić Parlament Europejski.

Wynegocjowany traktat jest ogromnym sukcesem premiera Johnsona, którego media często krytykowały, określały mianem osoby niepoważnej. Tymczasem on nie tylko doprowadził Brexit do końca, ale też zawarł porozumienie bardzo korzystne dla Wielkiej Brytanii. Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej będzie łączył z UE układ, który umożliwia swobodny przepływ dóbr bez żadnych kwot, taryf. Pozostanie też powiązane gospodarczo z krajami unijnymi innymi więzami w kwestii polityki bezpieczeństwa. Ale sytuacja geopolityczna w Europie zmieni się zasadniczo – Wielka Brytania jest znacznie większym krajem niż państwa, które do tej pory pozostawały poza Unią, jak choćby Szwajcaria, Norwegia i Islandia. Trudno już będzie utożsamiać Unię z Europą.

PAP: A więc Johnson postąpił słusznie, nie starając się wydłużyć okresu przejściowego i procesu negocjacji z UE?

Z.K.: Pamiętamy fazę negocjacji poświęconą bardzo istotnej kwestii, a mianowicie statusowi Irlandii Północnej. Wydawało się wtedy, że na niej zakończą się wszystkie negocjacje, a jednak udało się tę kwestię rozwiązać. Moim zdaniem z punktu widzenia brytyjskiego – pomijając stanowisko tzw. twardych brexitowców – Wielka Brytania wynegocjowała bardzo dobrą umowę. Oczywiście, ona jest również z korzyścią dla UE, więc nie było sensu przedłużać negocjacji. Natomiast brak czasu na ratyfikację to kolejny dowód na to, że reguły w UE są naginane w zależności od potrzeb. Nam bardzo często zarzuca się naruszanie w Polsce zasad praworządności. Mnie się wydaje, że jest to po prostu kwestia interpretacji zapisów i że pewne różnice są dopuszczalne. Tymczasem przekonujemy się, że w UE niektóre reguły traktuje się zupełnie dowolnie.

Zmieni się kwestia przepływu osób, bo już nie będzie swobodny. Był to jednak jeden z postulatów brytyjskich, a przypominam, że na samym początku UE stała na stanowisku, że obowiązują te trzy wolności. Wielka Brytania odzyskała także możliwość zawierania układów handlowych na własną rękę, w pewnym sensie utrzymując dostęp do rynku europejskiego. Tym samym odzyskała znaczną część suwerenności, oddaną kiedyś Brukseli.

PAP: Nie wszyscy są zadowoleni z Brexitu. W Zjednoczonym Królestwie widać silne tendencje separatystyczne. Premier Szkocji i liderka Szkockiej Partii Narodowej Nicola Sturgeon postuluje referendum niepodległościowe i twierdzi, że Szkocja wkrótce wróci do UE. To miałoby realne znaczenie dla porządku europejskiego?

Z.K.: Przede wszystkim miałoby konsekwencje dla Anglii i Zjednoczonego Królestwa. Być może byłoby też zachętą dla innych separatyzmów, które nie są tak dobrze traktowane przez UE. Warto przypomnieć w tym miejscu przemilczany, ale bardzo trudny problem Katalonii. Carles Puigdemont, który jako premier Katalonii dążył do odłączenia jej od Hiszpanii, jest teraz eurodeputowanym. Jako europoseł ciągle wypowiada się na ten temat, a inny europoseł siedzi w hiszpańskim więzieniu. Takich separatyzmów jest w Europie więcej, dotyczą choćby Korsyki czy Sardynii. Stanowisko szkockie pokazuje, że niestety integracja europejska ma też konsekwencje niekoniecznie pozytywne dla państw narodowych i ustalonego porządku politycznego. A mianowicie wzmacnia tendencje separatystyczne. Miejmy nadzieję, że jeśli Brexit nie spowoduje głębszych perturbacji ekonomiczno-społecznych w Wielkiej Brytanii, to dążenia szkockie do oddzielenia się od Zjednoczonego Królestwa nie będą tak silne. Sądzę, że trudniej byłoby Szkocji wyjść ze Zjednoczonego Królestwa niż Zjednoczonemu Królestwu z UE.

PAP: Zatrzymajmy się na chwilę przy brexitowej umowie handlowej. Co ona zmienia dla Polaków jako obywateli UE?

Z.K.: Sądzę, że ta umowa jest korzystna również dla Polski, choć oczywiście Brexit spowoduje pewne utrudnienia, na przykład to, że jeżeli będzie się przybywało do Wielkiej Brytanii na dłuższy okres, potrzebne będą wizy. Już do tej pory Zjednoczone Królestwo miało wyjątkowy status, bo na granicy odbywała się kontrola dokumentów. Ale teraz będzie państwem trzecim, a więc przywileje związane z obywatelstwem unijnym już nie będą tam obowiązywały. Ta zmiana jest kluczowa nie tylko dla osób do tej pory swobodnie krążących między Wielką Brytanią a Polską, ale też dla Zjednoczonego Królestwa, które chce kontrolować przepływ osób i – jak każde suwerenne państwo – swoje granice. Inna ważna kwestia to wycofanie się Wielkiej Brytanii z programu wymiany studenckiej Erasmus+. Państwo pozostało jednak w programie naukowym Horyzont Europa. Studiowanie w Wielkiej Brytanii nie będzie dla Polaków możliwe w takim zakresie jak do tej pory. Przypomnę jednak brytyjska opinia publiczna postulowała, by zacieśnić współpracę w tym zakresie z krajami Commonwealth – w Indiach i gdzie indziej znajdą dostateczną ilość utalentowanej młodzieży.

PAP: Na ile zmieni się życie Polaków mieszkających w Zjednoczonym Królestwie?

Z.K.: Wielka Brytania wprowadziła dla takich osób możliwość rejestracji w systemie osiedleńczym, by zapewnić im prawa po Brexicie. Z tego, co wiem, zarejestrowało się ok. 700 tys. osób. Sądzę, że dla nich niewiele się zmieni, pomijając może atmosferę społeczną związaną z Brexitem. Wiem też, że spora część Polaków mieszkających z Wielkiej Brytanii zdecydowała się wrócić do kraju. Każdy musi podejmować decyzje zgodnie z tym, co uważa za stosowne. Jeżeli zaś chodzi o osoby, które dopiero planują wyjechać do pracy do Wielkiej Brytanii, będą one musiały podlegać wszystkim regulacjom brytyjskim, a więc zgodnie z aktualnym prawem starać się o pozwolenie na pracę. Oznacza to, że sytuacja, która miała miejsce po wstąpieniu Polski do UE – tj. masowe wyjazdy Polaków do Wielkiej Brytanii – już nie będzie miała miejsca.

PAP: Jak Brexit zmieni współpracę z Polską na różnych polach?

Z.K.: Tu właśnie widzę dużą szansę dla Polski. Niezwykle ciekawym pytaniem jest, jaką politykę przyjmie Zjednoczone Królestwo w stosunku do UE, czy będzie rozwijało ściślejszą współpracę z niektórymi państwami. Zawsze mówiliśmy, że Wielka Brytania jest naszym partnerem strategicznym. Chciałbym, żeby ta umowa przyczyniła się do rozwoju handlu między nią a Polską. Uważam, że jest bardzo duża szansa, żebyśmy stali się większym niż dotąd partnerem gospodarczym Wielkiej Brytanii. Oczywiście, również Zjednoczone Królestwo będzie musiało brać pod uwagę wymogi europejskie dotyczące produktów, jakie są wypuszczane na rynek.

Zmieni się sprawa wymiany usług, ale ten obszar UE również nie jest rynkiem całkowicie otwartym. Jeszcze nie wszystkie dokumenty zostały opublikowane, ale na pewno będą przedmiotem wnikliwej analizy specjalistów. Natomiast generalnie wymiana będzie swobodna, co być może umożliwi Wielkiej Brytanii rozwijanie w ramach ogólnej umowy z UE bardziej intensywnej wymiany handlowej z niektórymi partnerami. Mam nadzieję, że Brytyjczycy będąc poza UE, będą wspierać te kraje unijne, które mają podobne jak oni poglądy nt. współpracy międzynarodowej, wymiany handlowej, wspólnego rynku itd. Wydaje mi się, że obecna sytuacja umożliwi Brytyjczykom swobodę wyboru partnerów handlowych i politycznych w UE.

PAP: Przewodniczący Parlamentu Europejskiego David Sassoli zapowiedział, że teraz eurodeputowani przeanalizują treść umowy i na początku tego roku wydadzą decyzję w tej sprawie. Które kwestie zawarte w dokumencie mogą wymagać doprecyzowania?

Z.K.: Domyślam się, że nie wszyscy są z tej umowy zadowoleni. Przede wszystkim nie są z niej zadowoleni ci, którzy posługiwali się sloganowym powiedzeniem, że „będąc poza UE, Wielka Brytania nie może znaleźć się w lepszej sytuacji niż wtedy, gdy była jej członkiem”. Wydaje mi się, że ci politycy – którzy mówili o „cherry-picking”, wyjadaniu najlepszych kąsków – czyli krytycy procesu Brexitu chcący ukarać Wielką Brytanię za tę śmiałą decyzję polityczną mogą być rozczarowani. Niewykluczone, że pojawią się zastrzeżenia dotyczące poszczególnych zapisów tej umowy. Nie przypuszczam jednak, by zmiany okazały się tak fundamentalne, że mogłyby doprowadzić do tego, że PE nie będzie chciał ratyfikować tej umowy.

PAP: Sassoli podkreślał też, że PE będzie podmiotem odpowiedzialnym za tworzenie nowych więzi z Wielką Brytanią.

Z.K.: Nie spodziewam się niczego konstruktywnego od PE w tym składzie, w jakim jest od 2019 r. Niestety, PE stał się instytucją zdominowaną przez bardzo ideologiczne siły. Oczekuję teraz raczej dyskusji wokół tego traktatu i frustracji niektórych radykalnych posłów, niestety dominujących w wielu grupach politycznych. Tak jak w kwestii wieloletnich ram finansowych – gdzie PE w pewnych aspektach odegrał pozytywną rolę, a w innych nie, bo opóźnił całą procedurę – również tu obawiam się, że ta rola nie będzie specjalnie konstruktywna. Mam nadzieję, że będę się mylił. Więcej będziemy wiedzieli już po ocenie tego układu, który został zawarty pod koniec roku. Uważam, że ostatecznie on zostanie zaaprobowany i ratyfikowany. A co będzie dalej, trudno powiedzieć.

PAP: A zatem jak w pańskiej ocenie powinno przebiegać budowanie nowych relacji?

Z.K.: Z mojego punktu widzenia kluczowe jest, jak Zjednoczone Królestwo będzie rozwijało relacje z poszczególnymi krajami członkowskimi UE i jak będzie reagowało na niektóre tendencje. Dotychczas Wielka Brytania bardzo się starała, żeby na kontynencie europejskim panowała równowaga checks and balances. Bardzo interesuje mnie, czy wykorzystując swoją rolę w NATO, Wielka Brytania będzie angażowała się w procesy na kontynencie w taki sposób, by zapobiegać nierównowadze politycznej i gospodarczej, niestabilności. Zwłaszcza że oczekujemy przemian politycznych w różnych krajach. Odbędą się wkrótce wybory w Holandii i w Niemczech. Ważne, żeby UE nie stała się scentralizowanym superpaństwem, w którym niektóre kraje będą musiały pożegnać się ze swoją suwerennością, bo zostanie ona ograniczona do tego stopnia, że stracą de facto status podmiotów polityki. Inne interesujące pytania brzmią, jak teraz odnajdzie się Wielka Brytania w porządku globalnym i czy uda jej się zawrzeć dobry układ ze Stanami Zjednoczonymi.

PAP: Kto zapłaci wyższą cenę za Brexit?

Z.K.: Nie wiem, czy ktokolwiek będzie płacił wyższą cenę, bo nie oceniam Brexitu jako czegoś negatywnego. Gdy Donald Trump zostawał prezydentem USA., prognozowano, że nastąpi katastrofa gospodarcza i nic takiego się nie wydarzyło, dopiero pandemia doprowadziła do porażki Trumpa. Teraz także nie będzie żadnej katastrofy. Brytyjczycy skutecznie osiągnęli swój cel. Natomiast jeśli chodzi o UE, to z punktu widzenia osób dążących do jej centralizacji odszedł kraj, który im w tym przeszkadzał, hamował zbyt radykalne procesy integracyjne. Być może oni upatrują w tym odejściu szansę wzmacniania swojej dominacji w Unii.

Natomiast kto może na Brexicie stracić? Te państwa i siły polityczne, które ciągle myślą o Europie jako konfederacji, wspólnocie państw członkowskich i te, które – mam tu na myśli także Polskę – chcą pełnić w ramach wspólnoty rolę podmiotową, a nie podporządkowaną dwóm największym państwom UE.  Ale wszystko zależy od rozwoju sytuacji. Stanowi ona także szansę, ale może być źródłem zagrożenia, zwłaszcza dla takich krajów jak Polska, średniej wielkości, które nie są bardzo silne gospodarczo, ale chciałyby odgrywać w UE znaczącą rolę. Gdyby tendencje centralistyczne zaczęły przeważać, ta rola może zostać ograniczona. Niestety te tendencje się wzmacniają. Tzw. mechanizm praworządności nie służy niczemu innemu tylko ograniczeniu naszej podmiotowości politycznej. To, co będzie się działo w Europie zależy także od tego, jak aktywna będzie w tym względzie polityka brytyjska. Brytyjczycy powtarzali: „opuszczamy Unię, ale nie Europę”. Zobaczymy, czy tak rzeczywiście będzie, czy ich zainteresowania nie przeniosą się na zupełnie inne obszary geograficzne, a sprawy europejskie nie będą miały dla nich drugorzędnego już tylko znaczenia.

Rozmawiała Daria Porycka (PAP)

dap/ kic/

Źródło informacji: EuroPAP News

Upadłość biznesu a rozdzielność majątkowa

Małżeńska rozdzielność majątkowa (intercyza) wciąż społecznie kojarzy się nam źle. Jednak popularność tego narzędzia prawnego jest coraz większa. Małżeństwa coraz częściej sięgają po intercyzę, aby m.in. zabezpieczyć wspólny majątek. Chodzi o ryzyko upadłości biznesu prowadzonego przez jednego z małżonków i poważne konsekwencje prawne, które temu towarzyszą.

W 2010 roku polscy notariusze przygotowali 43 tysiące umów o rozdzielności majątkowej. W 2015 roku – 53 tysiące, a w 2019 – 64 tysiące. Skąd bierze się tak szybko rosnąca popularność intercyzy? – Wynika to z między innymi zapisów Prawa Upadłościowego, które zakłada, że majątek wspólny małżonków powstały w czasie prowadzenia przedsiębiorstwa, pochodzi w całości z dochodów osiągniętych przez to przedsiębiorstwo. A co za tym idzie, wchodzi do masy upadłości małżonka ogłaszającego upadłość.wyjaśnia Przemysław Furmanek, ekspert serwisu Upadanie.pl.

I w ten sposób drugi małżonek może stać się wierzycielem z roszczeniem, które zgłosi w postępowaniu upadłościowym. Musi oczywiście udowodnić przed sądem, że część majątku pochodzi wyłącznie z pracy jego rąk. – Prowadzi to wszystko do absurdalnych okoliczności. W sytuacji upadłości mikroprzedsiębiorcy, którego małżonek zarabia kilkukrotnie więcej, sąd będzie domniemywał, że wspólnie wybudowany dom, w dużej części ze środków małżonka, powstał ze środków mikroprzedsiębiorcy. ostrzega Przemysław Furmanek, ekspert serwisu Upadanie.pl.

A co dzieje się w sytuacji upadłości ogłoszonej wobec małżeństwa posiadającego rozdzielność majątkową? Istotną rolę gra w tym przypadku termin ustanowienia rozdzielności. Aby ogłoszenie upadłości chroniło majątek małżonka przedsiębiorcy przed włączeniem do masy upadłościowej, rozdzielność majątkowa powinna być ustanowiona przez sąd minimum na rok przed dniem złożenia wniosku o upadłość.  Jeśli ustanowienie jest krótsze niż rok, sąd nie uzna jego właściwości ochronnej. Uzna jednak tę właściwość w przypadku, gdy pozew o ustanowienie rozdzielności majątkowej został złożony co najmniej na dwa lata przed dniem złożenia wniosku o upadłość. Minimum 2 lata przed złożeniem wniosku upadłościowego, powinna mieć umowa majątkowa małżeńska (zawarta u notariusza), aby była ważna dla sądu.

Wchodzimy w bardzo trudny okres dla firm. Tych dużych, a przede wszystkim małych. Restrukturyzacja biznesu w Polsce nabiera rozpędu, ale nie wszystkim uda się stanąć na nogi po pandemii i spowolnieniu gospodarki. Uważam więc, że popularność rozdzielności majątkowej będzie rosła. W sytuacji, jaką mamy, dobrze, że chociaż jeden z małżonków ma szasnę na stabilną egzystencję.mówi Szymon Mojzesowicz z firmy doradczej Lege Advisors.

Tydzień do końca prezydentury Trumpa. Demokraci chcą postawić ustępującego prezydenta w stan oskarżenia

W poniedziałek przedstawiciele Partii Demokratycznej formalnie przedstawili wniosek dotyczący impeachmentu Donalda Trumpa, z którego wynika, że prezydent jest niezdolny do dalszego sprawowania władzy. Politycy oskarżają go o podżeganie swoich zwolenników do ataku na Kapitol. – Prezydent Trump dokonał bardzo niepokojących rzeczy pod koniec swojej kadencji i wciąż wydaje się niebezpieczny – mówi amerykański adwokat Roman Rewald. Donald Trump podkreślił jednak, że jest to polowanie na czarownice, i zapowiedział, że nie będzie utrudniać przekazania władzy Joe Bidenowi. Na inauguracji – wyjątkowej ze względów bezpieczeństwa – nie zamierza się pojawić.

– W USA 6 stycznia doszło de facto do próby zamachu stanu. Im więcej słuchamy wiadomości o tym, co się w tym dniu zdarzyło w Waszyngtonie, tym bardziej są one przerażające. To, co na początku wydawało się wtargnięciem turystów do Kapitolu, okazuje się naprawdę dobrze zorganizowaną akcją, w której byli ludzie gotowi do dokonania czynów niesłychanych, takich jak porwania, być może też zabójstwo członków parlamentu – mówi agencji Newseria Biznes Roman Rewald, amerykański adwokat, prezes Centrum Mediacji Konfederacji Lewiatan.

W ubiegłym tygodniu, kiedy wygraną Joe Bidena zatwierdzał amerykański Kongres, grupa częściowo uzbrojonych zwolenników Donalda Trumpa wdarła się na Kapitol. Kongresmenów ewakuowano, ale w wyniku zamieszek i starć z policją i służbami zginęło pięć osób – policjant i czworo demonstrujących. W efekcie amerykański resort obrony zmobilizował Gwardię Narodową, a w stolicy USA wprowadzono stan wyjątkowy, który ma potrwać do 21 stycznia, czyli dnia po zaprzysiężeniu 46. prezydenta USA.

Gros ekspertów i polityków winą za szturm na Kapitol i podżeganie do przemocy obarcza ustępującego prezydenta. Wcześniej wielokrotnie twierdził on, że wybory zostały sfałszowane, choć nie przedstawił na to żadnych dowodów. Trump publicznie wzywał swoich zwolenników do walki o demokrację, a na początku stycznia „Washington Post” ujawnił nagranie, na którym próbuje wpłynąć na rezultat wyborów i naciska na sekretarza stanu Georgia, aby ten „znalazł” mu głosy potrzebne do zwycięstwa. Tuż przed posiedzeniem Kongresu, które miało zatwierdzić wygraną Joe Bidena, wezwał natomiast wiceprezydenta Mike’a Pence’a do zakwestionowania głosowania elektorów.

Postawę i działania Trumpa skrytykowali byli prezydenci USA, w tym Barack Obama i Bill Clinton. Także przedstawiciele m.in. NATO, ONZ i UE oraz większość światowych przywódców wyraziła zaniepokojenie wydarzeniami na Kapitolu i wezwała do pokojowego przekazania władzy.

 Amerykańska demokracja obroniła się świetnie, jak w wielu innych kryzysach. Uczestnicy tego zamachu ponoszą i będą ponosić tego poważne konsekwencje. Wciąż trwa dochodzenie, co się naprawdę zdarzyło, jaka była konspiracja i jaki był udział sił policyjnych w tym zamachu – podkreśla Roman Rewald.

Amerykańskie media informują, że kolejne osoby są stawiane w stan oskarżenia, a na dodatek tracą pracę. Po ubiegłotygodniowych wydarzeniach doszło też do fali rezygnacji urzędników Białego Domu na znak protestu. Ze stanowisk zrezygnowali m.in. sekretarz transportu, sekretarz edukacji, główny doradca prezydenta ds. Rosji, a także szefowa personelu Melanii Trump.

Pokłosiem ubiegłotygodniowych wydarzeń jest też zablokowanie kont Donalda Trumpa w większości serwisów społecznościowych. Twitter, Facebook i Instagram zdecydowały się na ich całkowite albo czasowe zawieszenie m.in. w reakcji na treści, które prezydent zamieszczał w sieci w dniu ataku na Kapitol. „New York Times” poinformował z kolei, że Deutsche Bank, który był do tej pory głównym źródłem finansowania biznesowego imperium Trumpa, zdecydował się zakończyć z nim współpracę.

– Wszystkie restrykcje, które dotykają Trumpa w tej chwili, to jest nic w porównaniu z tym, co może mu się przytrafić, kiedy zakończy się śledztwo, ponieważ konspiracja jest objęta tzw. Sedition Act. To jest bardzo stary amerykański akt prawny, który przewiduje 20-letnie więzienie za udział w buncie i tego typu działaniach – wyjaśnia adwokat.

Choć do końca kadencji Donalda Trumpa pozostało zaledwie parę dni, to nasilają się naciski o jak najszybsze usunięcie go z urzędu. Przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi w liście do kongresmenów stwierdziła, że prezydent stwarza realne zagrożenie dla Konstytucji i demokracji. Do ustąpienia Trumpa wzywa nawet część polityków Partii Republikańskiej.

– Prezydent Trump dokonał bardzo niepokojących rzeczy pod koniec swojej kadencji. Wciąż wydaje się niebezpieczny przez to, że ciągle ma ogromną siłę i dostęp do kodów nuklearnych – podkreśla Roman Rewald.

W poniedziałek przedstawiciele Partii Republikańskiej formalnie przedstawili wniosek dotyczący impeachmentu Donalda Trumpa, z którego wynika, że prezydent jest niezdolny do dalszego sprawowania władzy. Trump został oskarżony o podżeganie do powstania, a według nieoficjalnych doniesień głosowanie nad postawieniem prezydenta w stan oskarżenia ma odbyć się w tę środę.

– Będzie to jedyny prezydent w Stanach Zjednoczonych, który był impeachowany dwa razy – mówi ekspert. – Natomiast samo usunięcie go z urzędu może nie dojść do skutku przed 20 stycznia – chyba że Trump dokona czegoś radykalnego, ale wówczas chyba nawet wiceprezydent Mike Pence zechce go usunąć. Na razie jest odcięty od świata, nie ma dostępu do Twittera ani do swoich mediów społecznościowych, nic nie mówi. Wydaje się, że nie może już zrobić zbyt wiele złego, aczkolwiek wyobraźnia Trumpa jest nie do przewidzenia. 

Donald Trump oficjalnie oświadczył już, że nie zamierza utrudniać przekazania władzy swojemu następcy, ale nie pojawi się na jego inauguracji. Tym samym będzie pierwszym od czasów amerykańskiej wojny domowej prezydentem USA, który nie będzie uczestniczył w zaprzysiężeniu swojego następcy.

W poniedziałek po raz pierwszy od ataku na Kapitol Trump rozmawiał z dziennikarzami przed wylotem do Alamo w Teksasie, gdzie będzie oglądać mur na granicy z Meksykiem (jego budowa była jedną ze sztandarowych obietnic jego kampanii wyborczej). Starania o usunięcie go z urzędu Trump nazwał kontynuacją największego polowania na czarownice w historii polityki. Oświadczył też, że próby doprowadzenia do impeachmentu wobec niego powodują złość, a on nie chce przemocy.

– Jak podaje FBI, różne ośrodki popierające Trumpa zamierzają organizować kolejne wydarzenia 17, 18 i 19 stycznia i nie tylko w Waszyngtonie, ale we wszystkich stolicach stanowych – mówi Roman Rewald. – Jest ogromna obawa o to, że podczas zaprzysiężenia mogą zdarzyć się jakieś zamachy, w związku z czym obstawa wojskowa i policyjna będzie większa niż zwykle.

Amerykańska stacja ABC News poinformowała w poniedziałek, że FBI ostrzegło już przed zbrojnymi protestami w Waszyngtonie, które mogą się odbywać w dniu zaprzysiężenia Joe Bidena. Również lider demokratów w Senacie Chuck Schumer przestrzegał, że przed przyszłotygodniową inauguracją nowej prezydentury wciąż wysokie pozostaje zagrożenie ze strony grup ekstremistycznych.

Start-upy odporne na kryzys podczas pandemii. Tylko jedna trzecia z nich odczuwa negatywne skutki COVID-19

Co czwarty start-up deklaruje, że pandemia koronawirusa nie wpłynęła na jego sposób funkcjonowania i realizację planów przyjętych przed COVID-19. Prawie co trzeci ankietowany podmiot wskazuje, że zachował płynność finansową i utrzymał klientów, podobny odsetek notuje większe przychody niż rok temu – wynika z badania „Polskie start-upy 2020” Fundacji Startup Poland. O stosunkowo dobrej kondycji start-upów w czasie pandemii świadczy także fakt, że część z nich nie odnotowała spadku przychodów, który uprawniał do skorzystania z tarczy finansowej.

– Około jedna trzecia start-upów oceniła, że pandemia miała negatywny wpływ na ich działalność. Podobny odsetek uważa, że nie miała wpływu, i tyle samo uznało, że wpływ pandemii na ich działalność był pozytywny. Szczególnie start-upy, które zajmują się cyberbezpieczeństwem, w okresie pandemii umocniły swoją pozycję i planują dalszy rozwój – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Snażyk, prezes zarządu Fundacji Startup Poland.

Badanie „Polskie start-upy 2020” pokazało, że sektor nowoczesnych, cyfrowych rozwiązań, które często są istotą działalności start-upów, znajduje się w stosunkowo niezłej sytuacji w porównaniu z wieloma innymi branżami. Według raportu McKinsey & Company „Digital challenger in the next normal. Central and Eastern Europe on a path to digitally-led growth” od stycznia do maja 2020 roku rozwój polskiej gospodarki cyfrowej gwałtownie przyspieszył i osiągnął tempo 18,4 proc. To 2,5-krotnie szybciej niż w latach 2017–2019. Pandemia skłoniła ok. 3,6 mln osób do skorzystania po raz pierwszy z różnego typu usług cyfrowych.

– Dla wielu start-upów czas pandemii okazał się szansą, szczególnie dla firm działających w obszarze e-commerce, branży spożywczej, edukacyjnej lub związanej z obsługą oprogramowania do pracy zdalnej – wymienia Tomasz Snażyk.

Przedstawiciele start-upów zapytani, czy odczuwają jakiekolwiek pozytywne skutki pandemii, wymieniają ich nawet kilka. Do najczęściej powtarzających się należą pozyskanie nowych odbiorców dla ich usług i produktów (56 proc.) oraz zauważalny wzrost sprzedaży (48 proc.).

Wśród segmentów rynku radzących sobie gorzej w pandemii można wskazać na start-upy oferujące usługi z zakresu HRtech (64 proc. negatywnych ocen) i blockchain/DLT (66 proc., z czego połowa bardzo negatywnych). Trudności przeżywają również takie sektory jak: foodtech (55 proc., w tym 33 proc. to oceny bardzo negatywne), transport (43 proc.) oraz turystyka (40 proc.).

Dwie trzecie badanych start-upów nie skorzystało z państwowej pomocy w ramach tarcz antykryzysowych. Większość z nich było w na tyle dobrej sytuacji, że nie kwalifikowały się do tego wsparcia, inne nie spełniały wymogów formalnych, związanych np. z liczbą pracowników czy okresem działalności.

– To była pewna przeszkoda do tego, żeby skorzystać z dobrodziejstw tarczy. W innych krajach rządy przewidziały różne zapomogowe działania w stosunku do start-upów – podkreśla prezes zarządu Fundacji Startup Poland.

Podmioty, które z pomocy skorzystały, sięgały najczęściej po pożyczki na bieżącą działalność (73 proc.) i zwolnienia ze składek ZUS (52 proc.). 60 proc. start-upów przyznaje, że oczekiwałoby zwiększenia pomocy ze strony państwa. Chodzi m.in. o pomoc w pozyskaniu dodatkowego finansowania (62 proc.), zachęty podatkowe (54 proc.) czy zwiększenie liczby rządowych programów akceleracyjnych (50 proc.) lub uproszczenia podatkowe (46 proc.).

– Dostęp do finansowania w trakcie pandemii zasadniczo się nie zmienił, oprócz przestoju, który wystąpił na jej początku – pod koniec lutego i na początku marca. Był on związany z tym, że fundusze inwestycyjne musiały się same nauczyć, na nowo określić, jak działają, w jaki sposób funkcjonują w ramach pandemii. Później te środki były dostępne – wyjaśnia Tomasz Snażyk.

Z danych PFR Ventures wynika, że od początku roku do końca trzeciego  kwartału polskie innowacyjne spółki zostały wsparte przez fundusze venture capital kwotą 1,12 mld zł, niewiele mniejszą niż w całym poprzednim roku.

Jak podkreśla ekspert, pandemia będzie miała długofalowy wpływ na rynek. Perspektywicznymi obszarami innowacyjnej działalności pozostaną m.in. praca zdalna, organizacja wydarzeń online, e-commerce, które pozostaną z nami na dłużej, nawet po ustaniu pandemii.

Raportowanie umów o dzieło daje ZUS-owi większe możliwości ich kontroli i kwestionowania. Zakład może też naliczyć zaległe składki

Od stycznia przedsiębiorcy muszą raportować do ZUS-u wszystkie nowe umowy o dzieło. Rejestr pozwoli dokładniej oszacować liczbę takich umów na polskim rynku pracy i umożliwi ZUS-owi większą kontrolę nad tą formą wykonywania pracy. W razie stwierdzenia nieprawidłowości zakład może dokonać reklasyfikacji umowy i naliczyć zaległe składki. Jak szacuje GUS, w 2019 roku na podstawie umowy-zlecenia lub o dzieło pracowało ok. 1,2 mln osób i w porównaniu z 2018 rokiem ich liczba zmniejszyła się o ok. 8 proc.

Przy okazji wdrażania tarcz antykryzysowych uchwalono przepisy, które nakładają na przedsiębiorców obowiązek rejestrowania w ZUS umów o dzieło od stycznia 2021 roku.

 Obowiązek rejestracji umów o dzieło dotyczy tylko umów zawartych od 1 stycznia 2021 roku. Oznacza to, że płatnicy składek powinni zgłaszać tylko nowo zawarte umowy. Zgłoszenia należy dokonać w terminie siedmiu dni od dnia zawarcia umowy – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Tomanek, adwokat SSW Pragmatic Solutions. – Wyjątek stanowią umowy zawierane z własnymi pracownikami czy osobami, które wykonują dzieło na rzecz własnego pracodawcy, ale umowa została zawarta z innym podmiotem, np. podwykonawcą pracodawcy. Choć nie wynika to wprost z ustawy, zwolnionym z obowiązku rejestracji ZUS są także umowy zawarte z osobami prowadzącymi jednoosobową działalność gospodarczą, jeżeli wykonują te umowy w ramach świadczenia usług.

Umowy o dzieło należy wykazać w specjalnym formularzu ZUS RUD (zgłoszenie umowy o dzieło) i przekazać w ciągu siedmiu dni od zawarcia umowy, pod karą grzywny (do 5 tys. zł), osobiście w urzędzie lub elektronicznie przez PUE ZUS. W formularzu trzeba wskazać dane zamawiającego dzieło i osoby, która je wykona.

– Do formularza nie trzeba dołączać kopii umowy o dzieło ani także wskazywać wysokości wynagrodzenia wypłacanej z tego tytułu – zaznacza Bartosz Tomanek.

Jak wskazuje ZUS, rejestr pozwoli dokładniej oszacować liczbę zawieranych w Polsce umów o dzieło, a zgromadzone w nim informacje będą wykorzystywane do celów statystyczno-analitycznych. GUS szacuje liczbę osób, z którymi została zawarta umowa-zlecenia lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy w 2019 roku, na ok. 1,2 mln.

Nowe przepisy dają jednak przede wszystkim ZUS-owi większe możliwości kontroli, czy dana umowa faktycznie spełnia warunki umowy o dzieło. W przypadku stwierdzonych nieprawidłowości urząd może zaklasyfikować ją jako zlecenie.

– Zakład uzna wówczas, że na potrzeby ubezpieczeń społecznych przychód z tej umowy powinien być traktowany jako przychód z umowy-zlecenia albo umowy o pracę. To spowoduje, że trzeba będzie zapłacić zaległe składki do ZUS. Trzeba pamiętać, że okres przedawnienia wynosi pięć lat, a zatem ZUS będzie mógł także kwestionować umowy zawarte w przeszłości – ocenia adwokat.

Co istotne, kontrole ZUS nie będą dotyczyć tylko umów o dzieło zawartych po 1 stycznia 2021 roku, pod lupę mogą trafić także umowy zawierane wcześniej. Kontroli mogą spodziewać się zwłaszcza ci płatnicy, którzy w ostatnim czasie rezygnowali z umów o dzieło i przechodzili na umowę-zlecenie.

 Jeżeli ZUS skontroluje wcześniejsze umowy o dzieło, porówna zakres obowiązków i sposób wykonywania tych umów i dostrzeże, że teraz nic się nie zmieniło, ale jest inny rodzaj umowy, to wysoce prawdopodobne, że zdecyduje się oskładkować poprzednie umowy o dzieło. Dlatego zalecam dużą ostrożność w zakresie przechodzenia drastycznie na umowy-zlecenia i przeprowadzenie wewnętrznych postępowań, aby wyjaśnić, czy do tej pory umowy o dzieło były stosowane właściwie, i zastanowić się, co zrobić dalej – radzi Bartosz Tomanek.

Obecnie składki płacone są z każdej umowy o pracę oraz z części umów-zleceń. Pojawiały się już pomysły, by także z umów o dzieło były odprowadzane składki, na razie jednak żadnych regulacji w tym zakresie jeszcze nie ma.

– W mojej ocenie warto byłoby jednak, aby rząd jednoznacznie określił się w tym zakresie. Z jednej strony umożliwia korzystanie z nieoskładkowanej umowy o dzieło, a z drugiej strony wyposaża ZUS w kolejny argument, aby te umowy kontrolować na większą skalę, kwestionować i naliczać zaległe składki w przypadku reklasyfikacji – podkreśla adwokat SSW Pragmatic Solutions.

Jego zdaniem trudno o jednoznaczną ocenę nowego obowiązku pracodawców.

– Z jednej strony mamy do czynienia z walką z nadużywaniem umów o dzieło tam, gdzie nie powinny być zawierane i gdzie wykorzystywana jest słabsza pozycja osób wykonujących dzieło. Ale z drugiej strony jest to dodatkowy obowiązek administracyjny, ciążący na pracodawcach, szczególnie w tym trudnym COVID-owym czasie – mówi Bartosz Tomanek.

dr Michał Sutkowski: Jesteśmy w trudnym momencie pandemii. Musimy wytrzymać jeszcze kilka miesięcy

Rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych dr Michał Sutkowski podkreśla, że Polska jest w tej chwili w trudnym momencie pandemii i społeczeństwo musi utrzymać reżim sanitarny jeszcze przez kilka miesięcy, aż akcja masowych szczepień nabierze tempa. Wskaźniki zakażeń i rozwój sytuacji epidemiologicznej w kolejnych tygodniach będą też w dużej mierze uzależnione od powrotu uczniów do szkół. Według oficjalnych danych Ministerstwa Zdrowia od początku pandemii w Polsce na COVID-19 zachorowało ponad 1,39 mln osób, a prawie 31,3 tys. chorych zmarło.

– Mamy dość dużą liczbę zakażeń, która wyraźnie pokazuje, że niestety epidemiologicznie źle przepracowaliśmy święta. Jesteśmy mistrzami kamuflażu, bo nawet byliśmy chwaleni za to, jak się w tym okresie zachowywaliśmy. Ale po wynikach widać, że wirus trochę przyspieszył i ten okres świąteczno-noworoczny może nam wyjść bokiem. Zobaczymy, jakie będą najbliższe wskaźniki dotyczące liczby zakażeń i zgonów – mówi dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce. – W tej chwili jesteśmy w niezwykle ważnym momencie pandemii. Musimy wytrzymać jeszcze kilka miesięcy, bo rozpoczęty w niezłym tempie proces szczepień w Polsce daje szansę na to, że tych zakażeń będzie coraz mniej.

W Polsce liczba aktywnych zakażeń COVID-19 przekracza w tej chwili 226 tys., z czego blisko 17 tys. chorych przebywa w szpitalach. Prawie 169,6 tys. osób jest z kolei objętych kwarantanną. Szef resortu zdrowia Adam Niedzielski we wtorkowym wywiadzie dla Radia Plus ocenił, że pandemia w Polsce jest w tej chwili w fazie stabilizacji, a wzrost zachorowań, który miał miejsce po świętach Bożego Narodzenia i Nowym Roku, nie oznaczał startu nowej fali zakażeń. Jeszcze w miniony weekend – pierwszy po Nowym Roku – liczba nowych przypadków COVID-19 była znacznie wyższa i oscylowała wokół 9–10 tys., podczas gdy w poniedziałek i wtorek było to ok. 5–6 tys.

– Myślę, że gwałtownego wzrostu zachorowań w najbliższych tygodniach nie będzie, chyba że dramatycznie źle zachowywaliśmy się w okresie noworocznym, do święta Trzech Króli. Gdyby na dodatek pojawiła się u nas grypa, to też byłby niebezpieczny okres. Ale mam wrażenie, że lockdown na tyle zmniejszył zakaźność społeczną grypy, że będziemy mieli mniej jej przypadków. Natomiast to jest względny powód do radości, bo niestety od dwóch miesięcy mamy płaskowyż zachorowań, z którego nie możemy wyjść. Dlatego – choć nie będzie gwałtownej trzeciej fali – to nie oznacza, że końcówka drugiej będzie mniej niebezpieczna – zaznacza dr Michał Sutkowski.

Jak ocenia, rozwój sytuacji epidemiologicznej w Polsce będzie w dużej mierze uzależniony od tego, kiedy uczniowie wrócą do szkół. Zgodnie z decyzją rządu w poniedziałek, 18 stycznia do nauczania stacjonarnego w szkołach (w reżimie sanitarnym) wrócą najpierw dzieci z klas I–III szkół podstawowych. W tym tygodniu rozpoczęły się masowe, dobrowolne testy nauczycieli tych klas w kierunku zakażenia SARS-CoV-2. Z ostatnich danych resortu edukacji wynika, że zgłosiło się do nich ok. 165 tys. osób w całym kraju. Zgodnie z opracowanym przez rząd Narodowym Programem Szczepień (NPS) nauczyciele będą mogli się zaszczepić w I etapie, do którego zapisy ruszają od 15 stycznia.

Jak poinformował we wtorek resort zdrowia, do tej pory w Polsce na COVID-19 zaszczepiono już ponad 257,8 tys. osób. Do Polski dostarczono zaś w sumie nieco ponad 1,051 mln dawek szczepionki (z których blisko 457 tys. trafiło do punktów szczepień, a pozostałe zostały zabezpieczone na drugą dawkę dla osób już zaszczepionych). Rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych podkreśla, że w tej chwili Polska jest w kluczowej fazie pandemii, a społeczeństwo musi utrzymać reżim sanitarny jeszcze przez kilka miesięcy, do czasu rozwoju akcji masowych szczepień. Pozytywną informacją jest ta, że nowo odkryte mutacje koronawirusa nie powinny mieć wpływu na ten proces.

 Nowe mutacje nie mają dużego wpływu na to, co wiemy o koronawirusie. W brytyjskiej mutacji genom wirusa został zmieniony w 24 miejscach, to nie jest dużo. To nie oznacza, że szczepionka nie działa. Oczywiście potrzebne są badania, bo dopiero zaczęliśmy szczepić, ale wszystko wskazuje na to, że dzięki tej szczepionce będziemy odporni również na te nowe odmiany i mutacje koronawirusa – mówi dr Michał Sutkowski.

Już w drugiej połowie roku ma ruszyć platforma GPW oparta na blockchainie. Aktywami cyfrowymi będzie można obracać w formie tokenów

Największe giełdy na świecie albo zaczęły już używać technologii blockchain do części transakcji, albo planują to w najbliższej przyszłości. Także Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie rozpocznie testy platformy opartej na tej technologii w drugiej połowie 2021 roku. Platforma ma kojarzyć ze sobą spółki na wczesnym etapie rozwoju z potencjalnymi inwestorami i działać na zasadzie crowdfundingu. Ma także umożliwiać bezpośrednie inwestowanie w tokeny projektów gier.

– Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie w swojej strategii GPW 2022 bardzo mocno zaakcentowała kwestie inwestowania społecznościowego, crowdfundingu, crowdinvestingu. Zgrupowaliśmy inicjatywy w tym zakresie w ramach takiego parasola, który nazwaliśmy GPW Private Market. W tym parasolu różnych działań pierwszym, które uruchomiliśmy, była platforma crowdfundingowa dla biur maklerskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Technologia blockchain znacząco zmieniła przyszłość pieniądza, finansów, zarządzania łańcuchem dostaw czy prowadzenia dokumentacji. Nie tylko obsługuje kryptowaluty, takie jak bitcoin i ethereum, może też zrewolucjonizować rynki giełdowe czy sposoby przechowywania i przesyłania danych finansowych. Blockchain wykorzystują już giełdy na całym świecie, m.in. Nasdaq, ASX, New York Stock Exchange, Tokyo Stock Exchange czy Deutsche Börse. Teraz po technologię sięga polska GPW. Platforma crowdfundingowa ma być sposobem na finansowanie biznesów poprzez zbiórki equity crowdfundingu.

GPW Private Market to projekt, dzięki któremu można skorzystać z różnych metod finansowania – głównie poprzez instrumenty kapitałowe i dłużne, współpracując ze zweryfikowanym inwestorem. Dzięki przegłosowanej w październiku 2020 roku zmianie limit zbiórek wzrósł z wcześniej dopuszczalnego miliona do 5 mln euro. Tym samym GPW liczy, że do platformy dołączy więcej biur maklerskich (dotychczas na taki krok zdecydowało się jedno biuro).

– To już, jak na warunki Europy Środkowo-Wschodniej, całkiem pokaźna emisja – ponad 20 mln zł. Liczymy więc, że kolejne biura maklerskie dołączą do naszej platformy crowdfundingowej – zapowiada Marek Dietl.

GPW Private Market działa poprzez crowdfunding udziałowy (emisja akcji, udziałów w spółce), platforma zapewnia emitentom dodatkowe funkcjonalności, w tym narzędzia, dzięki którym spółki prezentują ofertę inwestorom, oraz transfer wiedzy. Docelowo GPW Private Market ma być platformą obrotu wtórnego aktywami cyfrowymi w formie tokenów.

– Druga noga tego przedsięwzięcia to emitowanie tokenów, które dają prawo do udziału w korzyściach ekonomicznych, ale nie stanowią instrumentu finansowego. Zatem tokenów nie można wymienić na akcje czy na futures, ale dają jakiś zestaw korzyści ekonomicznych – tłumaczy prezes GPW.

W II połowie 2020 roku GPW uruchomiła platformę crowdfundingową Raisemana dla spółek gamingowych. Za finansowanie produkcji gry inwestorzy otrzymują tokeny blockchain. Warszawska giełda jest jedną z większych na świecie pod względem liczby notowanych firm specjalizujących się w produkcji gier, stąd stworzenie platformy specjalnie dla spółek gamingowych.

– Prawdziwe zainteresowanie inwestorów pojawia się wtedy, kiedy jest rynek wtórny. Tak jak w crowdfundingu naturalną kontynuacją postaci rynku wtórnego umożliwiającą wyjście z inwestycji jest NewConnect, tak dla tokenów coś takiego nie istnieje. Dzięki hojnemu wsparciu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju udało nam się stworzyć zespół, który buduje teraz taką platformę do obrotu tokenami opartą na elementach technologii blockchain. Liczymy, że uruchomimy ją w drugiej połowie roku – zapowiada Marek Dietl.

Przewagą platformy ma być łatwa dostępność. Dokonywać transakcji będzie można z poziomu smartfona, do transakcji czy handlu tokenami nie będzie potrzebne pośrednictwo, a dzięki technologii blockchain wszystko będzie rozliczane w czasie rzeczywistym. Dlatego GPW liczy na duże zainteresowanie projektem.

– Rynek buduje się bardzo wolno, natomiast jak się zbuduje, staje się swego rodzaju perpetuum mobile – sam się napędza – przekonuje prezes GPW. – Potrzebujemy kilka lat na to, żeby rynek mógł się rozwinąć.

Sztuczna inteligencja pomoże osobom po udarach. Tworzona przez Polaków aplikacja mobilna dostępna będzie za darmo w ciągu dwóch lat

Dzięki aplikacji mobilnej stworzonej przez polski start-up pacjentów po udarach będzie można objąć indywidualną terapią, która przywróci ich do pełnej sprawności. Dziś większość takich osób kończy leczenie po odzyskaniu podstawowej sprawności fizycznej, jednocześnie pozostając z poważnymi defektami poznawczymi. W ciągu najbliższych dwóch lat rozwiązanie może uzyskać status leczenia cyfrowego i zostać objęte refundacją w Niemczech. Polscy pacjenci najprawdopodobniej otrzymają aplikację w zamian za możliwość wykorzystania ich danych anonimowo do uczenia algorytmów.

– ABAStroke jest nowym podejściem do leczenia pacjentów po udarach, którzy doświadczają deficytów poznawczych. Dziś ci pacjenci są trochę zostawieni sami sobie. To, co my im proponujemy, to jest metoda w pełni niezależna i mobilna. Wierzymy w to, że będzie refundowana tak jak lek. Ma to być leczenie cyfrowe, oficjalnie zatwierdzone razem z walidacją kliniczną – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Ryś, współzałożyciel ABAStroke.

Rozwiązanie opracowane przez Polaków jest aplikacją mobilną, stworzoną na podstawie stosowanej analizy zachowania (ABA). Zasadniczą pracę z pacjentem poprzedza trening wstępny, którego celem jest rzetelna ocena poziomu umiejętności i dobór poziomu trudności. Po przejściu do właściwego trybu rozgrywki rozpoczyna się uczenie metodą wyodrębnionych prób (DTT). Sposób ten umożliwia podział umiejętności na niewielkie, łatwe do nauczenia porcje, a potem wykorzystywanie wzmocnień, podpowiedzi i powtarzania w celu maksymalizacji sukcesów. Elementem aplikacji jest system motywacyjny, oparty na wizualizacji postępów i nagrodach. Dzięki temu pacjenci są zachęceni do regularnej pracy.

– Analiza zachowania to metoda, która ma wykazaną sporą skuteczność w terapii dzieci z autyzmem. Istnieją bardzo duże przesłanki, że ta sama metoda może być skuteczna w przypadku osób po udarze – dodaje Dawid Maj, drugi z założycieli ABAStroke.

Standardowo pacjentami poddawanymi terapii ABA zajmują się wykwalifikowani terapeuci. W rozwiązaniu opracowanym przez polską spółkę MedTech rolę tę przejmuje algorytm uczenia maszynowego. Dzięki jego wykorzystaniu system w sposób dynamiczny dostosowuje się do potrzeb pacjenta. Zastosowanie rozwiązania w aplikacji mobilnej pozwoli dotrzeć z terapią do pacjentów, którzy w normalnych warunkach nie mogliby na nią liczyć.

– Pacjent wraca do domu, umie chodzić, ale dochodząc do pełni sprawności, na przykład nie rozpoznaje kształtów. I tutaj jest cała praca, która ma przywrócić mózg do takiej formy, która z powrotem pozwala na funkcjonowanie w społeczeństwie. Nierozpoznawanie takich trywialnych rzeczy jak kolory czy kształty sprawia, że nawet prosta praca staje się trudna. Taka osoba zamiast móc wrócić do pracy, zamyka się w swoich problemach, a społeczeństwo ją traci – wskazuje Michał Ryś.

ABAStroke ma szansę stać się leczeniem cyfrowym. To jedna z najbardziej dynamicznie rozwijających się obecnie gałęzi medycyny. Leczenie cyfrowe wykorzystywane jest już dziś np. do prowadzenia pacjentów z cukrzycą. Służą temu rozwiązania dostarczane przez m.in. firmę DarioHealth, dostawcę urządzenia do pomiaru poziomu glukozy we krwi, które automatycznie synchronizuje się z aplikacją na smartfonie. Aby rozwiązanie opracowane przez polski start-up mogło stać się pełnoprawnym leczeniem cyfrowym, muszą zostać spełnione określone wymagania.

– Kluczowym wymogiem jest walidacja kliniczna. Żeby móc mieć walidację kliniczną, trzeba mieć pełny produkt. Mamy stworzony działający prototyp, który zaczynamy testować w jednostkach szpitalnych. Na tej podstawie będziemy w stanie określić, jak powinna wyglądać i co powinna zawierać w sobie technologia docelowa – wyjaśnia  współzałożyciel ABAStroke.

Odpowiednie certyfikaty ABAStroke może zdobyć najwcześniej za około dwa lata. Wówczas, choć stanie się oficjalnie zatwierdzoną procedurą medyczną, i tak w Polsce nie będzie mogło zostać objęte procedurą refundacyjną. Możliwe to będzie jednak w Niemczech.

– W Polsce najprawdopodobniej damy to pacjentom do dowolnego użytku, ale nie do końca darmowo. Możliwe, że udostępnimy to w zamian za dane, które będziemy zbierać anonimowo. Nasze modele uczenia maszynowego będą się na nich kształcić. Będziemy dawać produkt jeszcze niezwalidowany klinicznie, ale przygotowany zgodnie z normami klinicznymi dla pacjentów, którzy będą chcieli go używać w domu w zamian za to, że będziemy mogli dzięki temu kształtować nasze modele sztucznej inteligencji – wskazuje Michał Ryś.

Analitycy Ebury ponownie zawojowali ranking Bloomberga

Ebury zakończyło 2020 rok z 1. miejscem w rankingu Bloomberg FX Forecast Accuracy Ranking obejmującym prognozy dla kluczowej pary EUR/USD. To drugi raz w ciągu 5 lat istnienia polskiego oddziału, kiedy analitycy fintechu najtrafniej przewidzieli ruchy walut w tej prestiżowej i mocno konkurencyjnej kategorii.

Analitycy Ebury są obecni w czołówce rankingu agencji Bloomberg regularnie od wielu lat. W przypadku pary EUR/USD pozycja lidera osiągnięta w zestawieniu za czwarty kwartał 2020 r. to puenta ostatnich dziesięciu kwartałów, podczas których prognozy Ebury aż siedem razy znalazły się w gronie dziesięciu najlepszych. Przykładowo w rankingu EUR/USD za trzeci kwartał 2020 i drugi kwartał 2019 r. analitycy fintechu zajęli 2. miejsce. Wcześniej w ciągu ostatnich 5 lat na pozycji lidera w tej kategorii Ebury znalazło się w ostatnim kwartale 2018 r.

Bloomberg jest jedną z największych i najbardziej opiniotwórczych na świecie agencji informacyjnych skupionych na tematyce finansowo-ekonomicznej. Od lat prowadzi rankingi najtrafniejszych prognoz dla najważniejszych, jak i bardziej egzotycznych par walutowych. W klasyfikacji brane są pod uwagę trzy rygorystyczne kryteria: margines błędu, czas publikacji (im wcześniejszy, tym wyżej oceniana prognoza) oraz dokładność kierunkowa, tj. wyznaczenie ruchów zgodnych z ogólnym kierunkiem waluty. W zestawieniach rywalizuje ze sobą kilkadziesiąt zespołów analitycznych największych banków komercyjnych i inwestycyjnych oraz innych instytucji finansowych z całego świata. Aktualizacje rankingów odbywają się co kwartał.

Globalna perspektywa

Analitycy Ebury na bieżąco śledzą otoczenie makroekonomiczne oraz ważne wydarzenia społeczno-polityczne, by możliwie najdokładniej przewidywać zmiany kursów walut. Wszystko to z myślą o ułatwieniu klientom firmy – głównie importerom i eksporterom z sektora MŚP – planowania przyszłych transakcji.

Wsparcie naszych analityków pomaga przedsiębiorcom lepiej zrozumieć zmiany zachodzące na rynku walutowym. Ich stała obecność na czołowych miejscach prestiżowego rankingu Bloomberga potwierdza, że w tym obszarze dajemy polskim firmom realne wsparcie. Ponadto z pomocą oferowanych przez nas instrumentów zabezpieczających przedsiębiorcy mogą lepiej zarządzać ryzykiem zmian kursów walut. Pomaga to im chronić marże osiągane na eksporcie i imporcie oraz skupić się na najważniejszym, czyli rozwoju biznesu – komentuje Jakub Łańcucki, dyrektor zarządzający Ebury Polska.

Obecnie Ebury ma 25 oddziałów w 20 krajach na świecie, rozlokowanych na czterech kontynentach. Twórcy prognoz Ebury pracują w Nowym Jorku (Enrique Diaz-Alvarez), Londynie (Matthew Ryan) i Warszawie (Roman Ziruk). Wszystko to sprawia, że zespół Ebury posiada globalną perspektywę i informacje z pierwszej ręki z kluczowych rynków. To zaś przekłada się na trafność ich przewidywań walutowych.

Analiza walut z całego świata

Zespół Ebury analizuje zarówno waluty gospodarek rozwiniętych, najistotniejsze dla światowej gospodarki (dolar, euro), jak i rynków wschodzących – w tym tych egzotycznych. Są wśród nich waluty azjatyckie (np. chiński juan, tajlandzki bat), południowoamerykańskie (np. brazylijski real, peruwiański sol) czy afrykańskie (np. południowoafrykański rand).

Nasi analitycy przewidują, że poprawa warunków makroekonomicznych, m.in. na skutek masowych szczepień przeciw COVID-19, może się przełożyć na dalsze wzrosty cen aktywów ryzykownych w 2021. W związku z tym oczekują dalszej wyprzedaży dolara amerykańskiego w relacji do większości głównych walut i szerokich wzrostów walut emerging markets. Będzie to miało istotne znaczenie dla polskich eksporterów i importerów, którzy coraz chętniej rozwijają biznes poza Europą – dodaje Jakub Łańcucki.

Według danych GUS w 2020 roku wartość towarów, które sprzedaliśmy z Polski do Afryki (I–X 2020 r.), przekroczyła 10,7 mld zł. To o 7 proc. więcej niż w tym samym okresie 2019 r. i aż 35 proc. więcej wobec okresu I–X 2018 r. Z kolei wartość eksportu do krajów Azji (I–X 2020 r.) sięgnęła 48 mld zł (+8,9 proc. r/r).

Employer branding A.D. 2021. 6 trendów, o których każda organizacja powinna pamiętać

Prognozy, predykcje, scenariusze… Wydarzenia z 2020 roku dobitnie pokazały, jak bardzo i jak szybko wszystko może się zmienić. W nowy rok wchodzimy ze szczególnym nastawieniem, na które złożyła się suma doświadczeń z ostatnich miesięcy. Również pracodawcy musieli przejść przyspieszony kurs budowania i utrzymania zaufania do marki. Jak im poszło? Właśnie po to potrzebny jest nam employer branding – aby móc powiedzieć „sprawdzam” i na bieżąco monitorować nastroje wokół marki pracodawcy.

Jakie trendy będą determinowały rozwój employer brandingu? Co w 2021 roku będzie szczególnie ważne, a co straci na znaczeniu? Jakie wyzwania czekają na EB-owców, HR-owców i liderów w nowym roku?

  1. Human2human w zupełnie nowym wydaniu

Pandemia zmusiła wiele osób do przewartościowania swoich priorytetów w pracy. Zamiast oceniać przestrzeń biurową czy benefity, kandydaci i pracownicy skupili się na bezpieczeństwie oraz stabilności. Decyzja o podjęciu, pozostaniu lub odejściu z pracy w mniejszym stopniu dotyczyła transakcyjności, a w większym doświadczania – emocji, relacji, zaufania. W 2021 roku zobaczymy jeszcze dobitniej, że zatrudnienie to interakcja – relacja zbudowana na bazie wspólnego pokonywania kryzysów oraz przechodzenia przez trudne zmiany. Ważne zatem będzie umiejętne komunikowanie zarówno kondycji biznesu, jak i tego, kto ten biznes tworzy i jakimi wartościami się kieruje.

  1. Biuro jako… stan umysłu

Rok 2020 był dla wielu rokiem pracy w domu. Wiele organizacji zaproponowało wstępne terminy powrotu pracowników do biura, a inne, jak np. Twitter, zadeklarowały, że pracownicy mogą kontynuować pracę na stałe z domu. Można przewidzieć, że wraz z rozpoczęciem masowej dystrybucji szczepionki na COVID-19, nastąpi częściowy powrót do biur. Tym bardziej, że w czasie dystansu społecznego i kwarantanny wiele osób tęskni za spotkaniami, rozmowami, kontaktem ze współpracownikami. Nie każdy odnajduje się w domowo-biurowej rzeczywistości. Jednak nawet jeśli powrót będzie bezpieczny, znajdą się ludzie, którzy będą chcieli skorzystać z biura tylko wtedy, gdy będzie to naprawdę konieczne. Pracodawcy myślący przyszłościowo powinni znaleźć odpowiedni kompromis i rozważyć hybrydowy model pracy. Firmy, które zaoferują pracownikom elastyczność wyboru tego, co im najbardziej odpowiada, będą przodować na rynku w 2021 roku.

  1. Nie bądź neutralny, bądź zaangażowany

Rok 2020 był pełen perturbacji – nie tylko tych związanych z COVID-19, ale również tych okołopolitycznych i społecznych. Na ulice wyszły miliony Polek i Polaków, by wykrzyczeć swoje niezadowolenie. Czy marki powinny krzyczeć równie głośno? Przykładów firm, które odważnie zamanifestowały swoje wsparcie dla Ogólnopolskiego Strajku Kobiet jest wiele. Przejawiało się to w przyznawaniu dodatkowych dni wolnych na udział w manifestacjach, publikowaniu oświadczeń w kanałach social media czy czasowym „rebrandingu” mającym na celu przemycenie symbolu protestu w logo firmy. Na ile były to działania wynikające z wyznawanych wartości, a nie tzw. „pod publiczkę”? Z pewnością kandydaci w 2021 roku będą szukać prawdy i potwierdzenia deklaracji u pracodawców, będą oczekiwać konkretnych przykładów skuteczności organizacji, np. w walce o prawa człowieka czy ochronę środowiska.

  1. Jeszcze więcej candidate experience

Kandydaci oczekują, że będą traktowani jak klienci. Potrzebują zaopiekowania już od początku procesu rekrutacyjnego, reagowania na pojawiające się wątpliwości czy zapewnienia „miękkiego lądowania” na firmowym pokładzie. Jest to szczególnie trudne do osiągnięcia w warunkach zdalnych. Jak bowiem dać kandydatowi możliwość „poczucia” klimatu organizacji, gdy ten nie może fizycznie pojawić się w biurze czy spotkać ze współpracownikami? Korzystanie z dobrodziejstw narzędzi online’owych jest w tym kontekście niezbędne, choć wciąż trudno będzie zastąpić wspólną kawę w firmowej kuchni czy integracyjne piwo po pracy. Dlatego uważne dbanie o doświadczenie na każdym etapie cyklu życia pracownika w organizacji jest bardzo ważne – szczególnie w kontekście zdalnego powitania na firmowym pokładzie. Pracodawcy, którzy będą inwestować swój czas w onboarding, który jest jednym z kluczowych procesów HR-owych, będą przodować w rankingach na najlepszych.

  1. Dywersyfikacja EVP

Z pojęciem marki pracodawcy nierozłącznie związany jest termin employee value proposition. Należy go rozumieć jako propozycję „wartości dodanej” oferowanej pracownikowi. Ostatnie miesiące wyraźnie pokazały, że EVP nie jest stałe i dane raz na zawsze, należy je monitorować i ewaluować, np. poprzez cykliczne pulse checki. Co więcej, w 2021 r. najprawdopodobniej nastąpi zmiana w odniesieniu do myślenia o EVP jako konstrukcie globalnym i parasolowym dla całej organizacji. Nastąpi przejście do spersonalizowanej komunikacji EVP w oparciu o rolę pracownika w firmie, jego wiek czy moment w życiu. Aby to osiągnąć, konieczne jest poznanie potrzeb pracowników na jeszcze głębszym poziomie (np. poprzez badania wewnętrzne), by w konsekwencji komunikacja była spersonalizowana i dostosowana do oczekiwań jednostki, nie ogółu.

  1. Cool story… pracodawco

Celem pozycjonowania marki pracodawcy nie jest wyłącznie rekrutacja talentów. Dobrze zaprojektowana komunikacja employer brandingowa pozwala zarówno pracownikom, jak i zewnętrznym talentom „zanurzyć się” w kulturze miejsca pracy. Ogłoszenie o pracę jest na drugim miejscu. Dlatego firmy, które są uznawane za najlepsze marki pracodawców, komunikują się z talentami poprzez historie o tym, dlaczego praca w tym miejscu jest tak ekscytującym i rozwojowym doświadczeniem. W 2021 roku zaobserwujemy większą ilość contentu w formie video, które daje wręcz nieograniczone możliwości pokazania firmowego DNA. Ponadto w erze zakłóconej atencji, fake news’ów i szumu cyfrowego strony poświęcone karierze w firmie i publikowane raz w tygodniu posty na LinkedInie nie wystarczą, aby pokazać swoją wiarygodność.

Employer branding już od dawna nie jest fanaberią działów HR, a w 2021 roku nabierze jeszcze większego znaczenia i będzie jedną z czołowych dziedzin strategicznych wielu organizacji dbających o relacje pracownicze oraz utrzymanie prawdziwych talentów.

Autor: Łukasz Jarota, Dyrektor Zarządzający, Agencja Grow

Finaliści 18. edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku

Co roku polska edycja międzynarodowego konkursu EY Przedsiębiorca Roku pokazuje, jak wielki potencjał tkwi w polskich firmach. Za każdym razem jury przygląda się szczególnie uważnie ludziom, którzy stoją za sukcesami tych firm, przygląda się przedsiębiorcom. Trudne doświadczenia pandemii dotknęły każdego z uczestników konkursu, nieważne czy był to startup rozpoczynający swoją biznesową działalność, czy wielka firma od lat będąca na rynku. Z ekonomicznymi skutkami COVID-19 zmagali się wszyscy, dlatego w tym roku jury oceniało również działalność w okresie kryzysu gospodarczego. Nowa rzeczywistość, w której znaleźli się przedsiębiorcy wymagała przede wszystkim szybkich i zdecydowanych decyzji, odwagi do ich realizacji, ale też empatii i odpowiedzialności – nie tylko za własne firmy i pracowników, ale też kontrahentów. Czas pandemii jak w soczewce pokazał, jak ważna i złożona jest rola lidera – osoby, która nie tylko potrafi na co dzień sprawnie zarządzać organizacją, ale wie, jak zwycięsko wyjść z tej bezprecedensowej sytuacji. Tym bardziej cieszy nas, że w tym tak trudnym roku, mieliśmy tak wielu uczestników, a w gronie finalistów konkursu EY Przedsiębiorca roku znalazło się 15 przedsiębiorców, założycieli i zarządzających 12 firmami – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający EY Polska.

– Tegoroczna edycja konkursu przyniosła obfitość mocnych kandydatur do nagrody. Jury stoi przed nie lada wyzwaniem. Co szczególne, widzimy liczną reprezentację przedsiębiorców, którzy swoją działalność biznesową, a czasem nawet całe swoje życie, poświęcili zagadnieniom związanym ze zdrowiem, propagowaniem aktywnego stylu życia i poprawą jego jakości. Jest to znak najnowszych czasów, choć  dynamiczny rozwój tego segmentu rynku obserwowany był jeszcze przed wybuchem pandemii. Tegoroczni finaliści reprezentują różne branże, mają też różne doświadczenia. Oprócz założycieli firm, które działają na rynku stosunkowo krótko i wyrosły na gruncie najnowszych trendów, są wśród finalistów przedsiębiorcy z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem, którzy swoje pierwsze firmy zakładali jeszcze w latach 80-tych czy 90-tych. Mamy więc w tym roku niezwykle ciekawe i zróżnicowane grono – dodaje Marek Jarocki, audytor konkursu EY Przedsiębiorca Roku.

W finale 18. edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku znaleźli się:

Kategoria „Produkcja i Usługi”

  • Leszek Krysieniel, Arkadiusz Kozak – 4Kraft
  • Ewa Chodakowska – BeBio
  • Leszek Gierszewski – DRUTEX
  • Igor Klaja – OTCF
  • Jacek Sarnowski – PORTA KMI POLAND

Kategoria „Nowe Technologie/Innowacyjność”

  • Dawid Zieliński – Columbus Energy
  • Michał Mikulski – EGZOTech
  • Krzysztof Folta – TIM
  • Jacek Świderski – Wirtualna Polska Holding

Kategoria „Nowy Biznes”

  • Urszula Ośmiałowska, Anna Bieluń – Bieluń&Bieluń
  • Robert Stachurski – GlucoActive
  • Nicole Sochacki-Wójcicka i Jakub Wójcicki – Roger Publishing

Finansowe trendy i prognozy na 2021

Nowa rzeczywistość w dobie pandemii koronawirusa na dobre zmieniła zwyczaje finansowe konsumentów na całym świecie. Niemalże z dnia na dzień cały świat przeszedł na tryb zdalny – nie tylko w życiu zawodowym, ale i prywatnym, a zakupy online to już chleb powszedni. Zgodnie z danymi McKinsey, w pierwszym półroczu 2020 roku amerykańscy konsumenci wydali ponad 347 miliardów dolarów na zakupy online, co stanowi wzrost o ponad 30 proc. w porównaniu z tym samym okresem w 2019 roku.Taka sytuacja stawia coraz to nowsze wyzwania przed branżą  bankową i usługodawcami branży technologii finansowych.

Płynne przejście do sieci

Polski e-commerce nie pozostaje w tyle za zachodnimi sąsiadami – w  pierwszym półroczu 2020 roku przybyło ponad 3 tysiące sklepów internetowych, a sam polski rynek e-handlu wzrósł o ponad 30 proc.[1] Warto również zwrócić uwagę na znaczące zmniejszenie różnic demograficznych   w poszczególnych społeczeństwach.. Można zaobserwować znaczny zwrot osób starszych ku zakupom w sieci, co w znaczny sposób przyczyniło się zrównania ich poziomu udziału w rynku e-commerce z pozostałymi  grupami konsumenckimi.

Przejście do online’u to także całkowita zmiana nawyków w zakresie metod płatności. Według raportu banku Santander, zakupy w kanałach cyfrowych robi już ponad połowa Polek i 40 proc. Polaków, a liczba aktywnych użytkowników BLIK w drugim kwartale 2020 roku wyniosła blisko 16 milionów. Coraz większą popularność zyskują także usługi BNPL. Obecnie w naszym kraju dostępne jest 8 firm oferujących usługi odroczonych płatności, a ich udział w ogóle transakcji około 7 proc. Prognozy na najbliższe lata przewidują skok o minimum 15 proc.

Open banking zmienia zasady funkcjonowania rynku

Zauważalny skok zainteresowania technologiami finansowymi stawia przed open bankingiem coraz to większe wyzwania. Otwarta bankowość bez wątpienia posiada potencjał, aby zredefiniować zasady finansowania i przebiegu transakcji finansowych, dając tym samym zarówno przedsiębiorcom jak i konsumentom większą możliwość wyboru i swobodę w podejmowaniu decyzji konsumenckich. Nowe sposoby płacenia i aplikacje do obsługi finansów zostały masowo przyjęte na całym świecie, a konsumenci nieustannie domagają się rozwiązań jeszcze bardziej dostosowanych do ich potrzeb.

Statystyki pokazują, że ponad ⅓ konsumentów jest w stanie zrezygnować z transakcji, jeśli dany sklep nie oferuje preferowanej przez klienta, formy płatności. To bez wątpienia wywiera sporą presję na sprzedawcach i zmusza ich do stałego dostosowywania się do potrzeb lokalnego rynku. Wszystkie te dynamiczne zmiany stwarzają ogromną szansę dla otwartej bankowości, ponieważ konsumenci nieustannie będą poszukiwać coraz to nowszych  sposobów wygodnego i bezpiecznego płacenia – komentuje Marcin Sikora, Chief Sales Officer w Grupie LOANDO (właściciel pozyczkaportal.pl, loando.pl).

Otwarta bankowość to korzyści nie tylko dla konsumentów, ale także szereg nowych możliwości i zabezpieczeń dla sprzedawców online. Pozwala ona m.in. uniknąć opłat sieciowych związanych z płatnościami kartą oraz w znaczny sposób ogranicza nieuczciwe transakcje.

Jeśli płatność w ramach otwartej bankowości nie powiedzie się, może to oznaczać, że konsument nie ma wystarczających środków na transakcję. Sprzedawca może zatem wykorzystać tę informację i zaoferować inną formę płatności, np. płatność odroczoną. Jest to  sytuacja korzystną zarówno dla sprzedawcy, który utrzymuje przychody oraz dla klienta, któremu została zaoferowana spersonalizowana usługa, która sprzyja jego przyszłej lojalności- – komentuje Michał Dąbrowski, dyrektor zarządzający fintek.pl i KLANG! Media.

Czy pożyczki czeka odbicie?

Jedną z branż, która dotkliwie odczuła skutki trwającej pandemii są bez wątpienia pożyczki. Od kwietnia zeszłego roku instytucje oferujące finansowanie pozabankowe obserwują nieznaczną poprawę sytuacji, choć jak sami podkreślają – do powrotu do stanu sprzed pandemii jeszcze sporo brakuje. W tym okresie co trzecia pożyczka opiewała na kwotę powyżej 5 tys. zł. Przeważającą część stanowiły natomiast pożyczki do 1 tys. zł, ( ok. 41 proc. liczby udzielonego finansowania). Zgodnie z danymi BIK, w okresie od stycznia do listopada 2020 roku, firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły 1 872,6 tys. pożyczek na łączną kwotę 4,305 mld zł.

Należy podkreślić, że wciąż panujące obostrzenia prawne jak i niepewna przyszłość znacząco  ograniczają działalność pożyczkodawców. Z miesiąca na miesiąc dostrzegamy jednak coraz większe zainteresowanie produktami pożyczkowymi. Przeważająca część wniosków dotyczy niewielkich kwot w granicach 1000-1500 zł. Przewidujemy, że w nowym roku zarówno ilość składanych zapytań jak i średnia kwota finansowania nieznacznie wzrosną – komentuje Marcin Sikora, Chief Sales Officer w Grupie LOANDO (właściciel pozyczkaportal.pl, loando.pl)

[1] https://www.rp.pl/Handel/308259897-Pandemiczne-rekordy-sklepow-internetowych.html

Litwa, Luksemburg, Holandia i Polska najmniej ucierpiały na skutkach kryzysu COVID-19. Jakie scenariusze szykuje 2021 rok?

W 2020 r. kryzys najbardziej uderzył w południe Europy. Stworzony przez Polski Instytut Ekonomiczny wskaźnik Economic Forecast Index (EFI) pokazuje, że Grecja, Hiszpania i Chorwacja najbardziej ucierpiały gospodarczo wśród krajów UE. W I fali pandemii kraje OECD ochroniły nawet 50 mln miejsc pracy, co m.in. przełożyło się na wzrost zadłużenia krajów rozwiniętych o 20 punktów procentowych. To główne wnioski z  najnowszego raportu PIE „Pandenomics 2.0. „Jak kraje Europy poradziły sobie z drugą falą pandemii, recesją gospodarczą i jakie scenariusze czekają nas w 2021 r.”

Ze względu na specyfikę pandemii bieżące porównanie aktualnej sytuacji w poszczególnych krajach wymaga bieżącej aktualizacji. W tym celu PIE opracował drugą edycję raportu Pandenomics, będącą próbą bilansu sytuacji ekonomicznej
i epidemiologicznej w krajach Europy w 2020 roku.

W ramach analizy skupień eksperci PIE wyłonili cztery grupy krajów o podobnej charakterystyce epidemicznej i porównywalnych danych pod względem zachorowalności, śmiertelności i skali wprowadzonych ograniczeń:

  • Grupa 1 – „kraje najmocniej dotknięte i zablokowane pandemią” obejmuje 7 krajów: Belgię, Francję, Irlandię, Włochy, Portugalię i Hiszpanię oraz Zjednoczone Królestwo, w których odnotowano najwięcej przypadków zachorowalności i śmiertelności podczas I fali pandemii. Podczas II fali wskaźniki te były średnie w porównaniu z innymi grupami krajów, jednak poziom ograniczeń gospodarczych był stosunkowo wysoki przez cały kryzys.
  • Grupa 2 – „kraje z pogarszającą się sytuacją ” składa się z 15 krajów: Austrii, Bułgarii, Chorwacji, Cypru, Czech, Niemiec, Grecji, Węgier, Litwy, Malty, Holandii, Polski, Rumunii, Słowacji i Słowenii. Miały one najniższą zachorowalność i śmiertelność podczas I fali, ze średnimi ograniczeniami w porównaniu z innymi grupami krajów. Kraje te jednak znacznie bardziej ucierpiały podczas II fali pandemii, przy wysokich poziomach zachorowalności i śmiertelności i stosunkowo umiarkowanych ograniczeniach rządowych.
  • Grupa 3 – „Szczęśliwi przegrani” – składa się z 4 krajów: Danii, Estonii, Finlandii i Łotwy. Miały one najmniej zarejestrowanych przypadków i stosunkowo niską śmiertelność zarówno podczas I, jak i II fali pandemii.
  • Grupa 4 – „Odstający duet” – Szwecja i Luksemburg.

Ekonomiczne konsekwencje walki z pandemią

Aby precyzyjnie ocenić spowolnienie gospodarcze w krajach UE27 i Wielkiej Brytanii, PIE opracował nowy wskaźnik – Economic Forecast Index (EFI). Łączy on prognozy PKB, stopy bezrobocia, deficytu i długu publicznego, a także importu i eksportu. Zidentyfikowanych powyżej sześć zmiennych wykorzystano do stworzenia rankingów krajów europejskich na podstawie: prognoz rozwoju gospodarczego na 2020 rok wydanych przed pandemią oraz w czasie pandemii jesienią 2020 roku.

Ranking krajów według indeksu Economic Forecast Index (EFI)Ranking krajów według indeksu Economic Forecast Index

„Rok 2020 stanie się punktem odniesienia w historii globalnej gospodarki. Kryzys wywołany pandemią COVID19 oznacza największe od dekad uderzenie w gospodarki zarówno rozwinięte, jak i te na dorobku. Z naszych analiz wynika, że kraje najbardziej dotknięte pandemią pod względem zachorowalności i zgonów i najsilniej zamykające gospodarki w największym stopniu ucierpiały na obecnym kryzysie. Z kolei kraje, które relatywnie dobrze radziły sobie z pierwszą falą lub miały mniejsze restrykcje, wypadają lepiej w ostatecznych zestawieniach” – powiedział Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora PIE.

Wyniki gospodarcze na tle śmiertelności w wyniku COVID19 (na 1 mln mieszkańców)Wyniki gospodarcze na tle śmiertelności w wyniku COVID19

Jakie scenariusze szykuje 2021 rok?

„Sytuacja epidemiczna w 2020 była bezpośrednio powiązana z aktywnością gospodarczą i wpływała na odczyty ekonomiczne. Myśląc więc o prognozach i perspektywach na 2021 rok, we wszelkich analizach kluczową rolę odgrywa dalszy rozwój pandemii. Według nas sytuacja może się rozwinąć w trzech możliwych kierunkach. Dla Polski na ten rok zakładamy realizację scenariusza realistycznego, którego spełnienie umożliwiłoby osiągnięcie wzrostu PKB na poziomie 4,2%” – powiedział Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora PIE.

Scenariusz optymistyczny zakłada, że  pandemia zostanie opanowana w pierwszej połowie 2021 r. Szczepionki zostaną zatwierdzone przez odpowiedzialne za to agencje pod koniec 2020 lub na początku 2021 roku. Faza wdrażania jest przygotowywana i implementowana bez znaczących zakłóceń, a większość ludzi na całym świecie chce się zaszczepić. W rezultacie szybkie szczepienia rozpoczynają się na początku 2021 r., a do połowy 2021 r. szczepi się większość grup szczególnie wrażliwych. W konsekwencji liczba przypadków COVID-19, które wymagają intensywnej terapii, znacznie spada, a po lecie 2021 r. nie są już potrzebne obostrzenia.

Scenariusz realistyczny zakłada, że pandemia zostanie opanowana w drugiej połowie 2021 r. W niektórych przypadkach procedury regulacyjne odnośnie szczepionek ulegają wydłużeniu, co oznacza, że ​​nie wszyscy producenci są w stanie wyprodukować tyle dawek, ile oczekiwano pod koniec 2020 r. Faza wdrażania szczepień jest spowolniona przeszkodami logistycznymi i organizacyjnymi. Znaczna grupa ludzi nie chce się szczepić. Obostrzenia są kontynuowane do jesieni 2021 r.

W scenariuszu pesymistycznym pandemia zostanie opanowana w 2022 r. Masowe wprowadzenie szczepień będzie opóźnione (np. z powodu braków w badaniach klinicznych lub z powodu pojawiających się wątpliwości odnośnie ich bezpieczeństwa). W rezultacie sezonowe szczyty zachorowań obserwowane są nie tylko w 2021 r., ale także w 2022 r. Obostrzenia i blokady są kontynuowane również w 2022 r.

Ozusowanie umów zleceń od 2022 roku? Rząd powinien już w lutym podjąć prace legislacyjne

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) apeluje do rządu o jak najszybsze zainicjowanie procesu legislacyjnego ustawy obejmującej wszystkie umowy zlecenia pełnym ubezpieczeniem społecznym. Przepisy powinny uwzględniać odpowiedni okres vacatio legis, pozwalający zarówno poszczególnym firmom, jak i całemu rynkowi na przystosowanie się do nowych warunków prawnych. W związku z tym prace legislacyjne powinny rozpocząć się najpóźniej w lutym bieżącego roku, a zmiany powinny wejść w życie wraz z początkiem 2022 r.

Obowiązkowa składka emerytalna wynosi łącznie 19,52% podstawy wymiaru, którą jest wynagrodzenie brutto osoby ubezpieczonej. Poświęcenie ok. 1/5 bieżącego dochodu na poczet przyszłej emerytury wydaje się odpowiednią relacją. Wartość kapitału emerytalnego Polaków czasami nie jest jednak adekwatna do poziomu dochodów z okresu aktywności zawodowej. Dlaczego tak się dzieje? Przyczyną jest niejednorodne traktowanie podobnych form zarobkowania na gruncie polskiego prawa ubezpieczeń społecznych. Osoba, która zarabia 4000 zł na podstawie umowy o pracę płaci wyższe składki niż ta, która taki sam dochód uzyskuje z tytułu dwóch umów zlecenia – pod warunkiem, że jedna z nich opiewa przynajmniej na kwotę minimalnego wynagrodzenia. Osoba, która zarabia 3000 zł z tytułu umowy o pracę oraz 1000 zł z tytułu umowy zlecenie zawartej ze swoim pracodawcą płaci wyższe składki od tej, która otrzymuje wynagrodzenie w identycznych kwotach, lecz umowę zlecenia zawarła z innym podmiotem niż jej pracodawca. Przyczyną tych różnic jest obowiązywanie tzw. zasady zbiegów tytułów do ubezpieczenia społecznego.

FPP wspólnie z NSZZ Solidarność już 4 lata temu postulowała ozusowanie umów zleceń – co pozwoliłoby na zabezpieczenie okresów składkowych dla osób wykonujących pracę na podstawie umowy zlecenia, a przede wszystkim na poprawę przyszłej sytuacji emerytalnej wszystkich zleceniobiorców, a nie jedynie losowo wybranych ubezpieczonych, dla których zleceniodawcy zapłacą składkę.

„W rozmowie z portalem Money.pl Prezes ZUS prof. Gertruda Uścińska słusznie zwróciła uwagę na czynniki wpływające na wysokość emerytury w polskim systemie ubezpieczeń społecznych. Wbrew obiegowej opinii, poziom świadczeń emerytalnych nie jest kształtowany w głównej mierze przez ich waloryzację – która służy przede wszystkim ochronie siły nabywczej emerytur w obliczu inflacji. Tym, co faktycznie determinuje poziom świadczenia otrzymywanego z ZUS po przejściu na emeryturę jest – po pierwsze – wartość odprowadzonych składek w okresie kariery zawodowej oraz – po drugie – wiek przejścia na emeryturę. Trudno znaleźć racjonalne uzasadnienie dla sytuacji, w której osoba uzyskująca taki sam dochód z dwóch umów płaci niższe składki, niż gdyby pochodził on z jednej umowy. Jak wskazała Fundacja Instrat w swym niedawnym raporcie przygotowanym dla ZUS, z podobnymi rozwiązaniami w zakresie zbiegów tytułów do tych obowiązujących w Polsce można spotkać się jedynie na Malcie. W pozostałych krajach Unii Europejskiej składki płaci się w równej wysokości od każdej umowy lub też istniejące wyjątki nie są tak daleko idące, jak w polskim systemie. W związku z tym potrzebne są zmiany przepisów ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, które powodowałyby, że umowy zlecenia podlegałyby takim samym zasadom oskładkowania, jak umowy o pracę. Takich zmian oczekują również przedsiębiorcy, dla których oznaczałoby to wyrównanie warunków konkurencyjnych na rynku oraz większą pewność prawa – co do tej pory była ograniczone ze względu na ryzyko zakwestionowania zbiegów tytułów, których stosowanie niejednokrotnie było warunkiem uzyskania zamówienia lub wygrania przetargu” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Konsekwencją obowiązywania zasady zbiegu tytułów jest bardzo niski poziom świadczeń emerytalnych osób, które przez znaczną część swojej kariery zawodowej wykonywały umowy zbiegowe. Do 2016 r. możliwe było nawet ograniczenie podstawy wymiaru składek do symbolicznej kwoty kilku lub kilkudziesięciu złotych miesięcznie, znacznie poniżej płacy minimalnej – co skutkowało pozbawieniem osób zatrudnionych w tej formie prawa do choćby najniższej emerytury. Także z tego powodu wciąż obserwujemy skokowy wzrost liczby emerytów bez uprawnień do minimalnego świadczenia. W 2020 r. wynosiła ona ponad 333 tys., podczas gdy jeszcze w 2011 r. było ich mniej niż 24 tys.

Hakerzy, darknet i marketing: malware Rogue efektem współpracy cyberprzestępców

Złośliwe oprogramowanie z roku na rok zagraża użytkownikom komputerów i smartfonów na całym świecie w coraz większym stopniu za sprawą jego większej dostępności oraz popularności. Dziś nawet osoby nieobeznane z programowaniem są w stanie przeprowadzić prostą kampanię hakerską – wystarczy zakupić odpowiedni program w darknecie. Specjaliści bezpieczeństwa cybernetycznego poddali analizie aktywność jednego z dostawców tego typu usług, który w ostatnim czasie zaprezentował swoje nowe dzieło – Rogue.

W ostatnich miesiącach badacze z Check Point Research zidentyfikowali kolejnego dostawcę złośliwego oprogramowania na Androida, który wykorzystywał darknet do działań promujących swoje rozwiązania. Twórca i sprzedawca złośliwego oprogramowania, który występuje pod nazwą „Triangulum”, po raz pierwszy dołączył do darknetu na początku 2017 r. Cztery miesiące później Triangulum zaczął oferować swoje pierwsze szkodliwe oprogramowanie dla Androida, a jego pierwszym produktem był mobilny RAT, czyli trojan zdalnego dostępu. Tego typu program zdolny jest do przechwytywania danych z serwerów C&C czy niszczenia danych lokalnych – a nawet usuwania całego systemu operacyjnego!

Po kilku miesiącach działań profil zniknął na prawie 1,5 roku. Triangulum pojawił się ponownie 6 kwietnia 2019 r., wprowadzając na rynek zupełnie nowy produkt. Od tego momentu programista stał się coraz bardziej aktywny, reklamując szereg usług w kolejnych sześciu miesiącach. Badacze spekulują, że podczas przerwy w działalności, Triangulum utworzył dobrze działającą linię do tworzenia i dystrybucji złośliwego oprogramowania dla Androida.

Dalsze dochodzenie Check Pointa ujawniło, że Triangulum współpracuje z innym podmiotem zajmującym się szkodliwym oprogramowaniem – „HexaGoN Dev”, który specjalizuje się w opracowywaniu szkodliwych programów dla systemu Android, w szczególności RAT. Jako że HexaGoN Dev, mimo kompetencji programistycznych, miał problemy z samodzielną sprzedażą swoich produktów, połączył siły ze „specjalistą od marketingu podziemnego”, czyli Triangulum, który pomógł mu stworzyć różne marki tego samego produktu. Jako, że HexaGoN Dev, mimo kompetencji programistycznych, miał problemy z samodzielną sprzedażą swoich produktów, połączył siły ze „specjalistą od marketingu podziemnego”, czyli Triangulum, który pomógł mu stworzyć różne marki tego samego produktu. Kolaboracja pozwoliła tym samym na osiągnięcie wymarzonego sukcesu finansowego.

Połączenie umiejętności programistycznych HexaGoN oraz umiejętności marketingu społecznościowego Triangulum stanowiło zdaniem ekspertów Check Pointa wyraźnie uzasadnione zagrożenie. Ostatecznie Triangulum i HeXaGoN Dev wyprodukowali i rozpowszechnili wiele wariantów złośliwego oprogramowania dla Androida, w tym kryptominery, keyloggery i zaawansowane MRAT P2P (Phone to Phone).

Rouge, czyli kooperacja na czarnym rynku

Triangulum i HeXaGoN Dev współpracowali w ostatnim czasie w celu stworzenia i wprowadzenia na czarny rynek oprogramowania Rogue, będącego częścią rodziny MRAT (trojan mobilny zdalnego dostępu). Ten typ złośliwego oprogramowania pozwala przejąć kontrolę nad urządzeniem i wydobyć wszelkiego rodzaju dane, takie jak zdjęcia, lokalizacja, kontakty i wiadomości; może również modyfikować pliki na urządzeniu z systemem Android i pobrać dodatkowe złośliwe ładunki. Gdy Rogue uzyska wszystkie wymagane uprawnienia na docelowym urządzeniu, ukrywa swoją ikonę przed użytkownikiem urządzenia, by ten nie mógł się go pozbyć. Jeśli jednak wymagane uprawnienia nie zostaną przyznane, będzie wielokrotnie prosić użytkownika o ich ostateczne przyznanie.

Następnie złośliwe oprogramowanie rejestruje się jako administrator urządzenia. Jeśli użytkownik zda sobie z tego sprawę i spróbuje cofnąć uprawnienia administratora, na ekranie pojawi się komunikat dotyczący akceptacji usunięcia wszystkich danych z urządzenia, co zazwyczaj jest wystarczającym powodem dla zaniechania dalszych prób usunięcia oprogramowania.

Co ważne Rogue korzysta z platformy Firebase, będącą usługą Google’a opracowaną dla aplikacji androidowych. Korzystając z niej malware ukrywa swoje złośliwe zamiary dzięki podszywaniu się pod legalną usługę.

– Dostawcy mobilnego malware’u stają się coraz bardziej pomysłowi w darknecie. Nasze badania dają nam wgląd w to jak ewoluuje złośliwe oprogramowanie i jak coraz trudniej skutecznie śledzić, klasyfikować i chronić przed nim. – mówi Yaniv Balmas, kierownik badań cybernetycznych w Check Point.

Aż 85% z przeszło 3,5 miliarda smartfonów na całym świecie opartych jest o system operacyjny Android. Oznacza to, że blisko 3 miliardy użytkowników staje się potencjalnymi ofiarami złośliwego oprogramowania pokroju Rogue. Firma Check Point przypomina o zachowaniu dobrych praktyk pozwalających uniknąć większości ataków: bieżącej aktualizacji systemu operacyjnego, instalowania oprogramowania jedynie z oficjalnych dystrybucji, wyłączenia zdalnego usuwania danych oraz maksymalnego ograniczenia korzystania z otwartych sieci Wi-Fi.

Prezes Hanna Mojsiuk: „Kreatywność przedsiębiorców wynika z ich desperacji. Wielu z nich boi się o przyszłość”

– Przedsiębiorcy są największym płatnikiem brutto do budżetu, nie trzeba ich straszyć karami i doprowadzać do stanu, w którym zmuszeni są organizować zbiórki internetowe na przetrwanie.  Sytuacja jest bardzo trudna i przedsiębiorcy potrzebują wsparcia – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk. – Apeluję do Rządzących: porozumienie z przedsiębiorcami jest możliwe tylko drogą dialogu, kompromisu i jasnych zasad jak wyglądać będzie wsparcie i „powrót do normalności”. Tylko razem możemy podołać kryzysowi i wspólnie budować Polskę – mówi Prezes Hanna Mojsiuk.

„Cztery radiowozy pilnujące lodowiska w Szczecinie nie zachęcają do rozmowy”

Sytuacja gospodarki jest dramatyczna. Lockdown w Polsce trwa od 28 grudnia, ale wiele branż już od listopada objęta jest obostrzeniami. Nie brakuje też sektorów gospodarki, które od samego początku pandemii notują bardzo wysokie straty i ich funkcjonowanie jest bardzo poważnie zagrożone. W obliczu nieuchronnego bankructwa wiele firm decyduje się na złamanie rządowego rozporządzenia i ponowne otwarcie działalności. Niektórzy otwierają się wprost, inni decydują się na fortele gospodarcze. Lodowiska stają się kwiaciarniami, restauracje miejscami kursów kuchennych, a siłownie miejscami szkolenia sportowców zawodowych czy zakładami rehabilitacji.

– To jest kreatywność wynikająca z desperacji.  Przedsiębiorcy boją się o swoją przyszłość, o miejsca pracy, boją się długów i bankructwa. Ich decyzje o ponownym otwarciu są podyktowane po prostu koniecznością – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej Hanna Mojsiuk.  – Rozmawiam z dziesiątkami przedsiębiorców, którzy z wielką pasją prowadzili i rozwijali swoje firmy. Dzisiaj są w dramatycznych sytuacjach. Zdaję sobie sprawę, że mamy czas pandemii, ale uważam, że do porozumienia można dojść w formie dialogu. Cztery radiowozy pilnujące lodowiska w Szczecinie czy natychmiastowa kontrola sanepidu w restauracjach, które się otwierają to nie jest coś, co zachęca do rozmowy – dodaje Prezes Mojsiuk.

Przedsiębiorcy potrzebują wsparcia.  „Zamknięte sektory gospodarki mają prawo do odszkodowań”

Jaka powinna być więc droga do porozumienia? Według Prezes Północnej Izby Gospodarczej jest ona prosta, ale wymaga od Rządu transparentności działania: – Zamknięte sektory gospodarki mają prawo do odszkodowań proporcjonalnych do poniesionych strat. Należy wprowadzić stan klęski żywiołowej i zagwarantować przedsiębiorcom godne odszkodowania. Tak, by mogli stanąć na nogi i działać gdy pandemia się skończy. Należy natychmiast uruchomić pomoc finansową z rządowych tarcz i wycofać się z krzywdzącej strategii rozdzielania pieniędzy według kodów PKD. Zamkniętych jest wiele branż, a pieniądze otrzymają tylko Ci z odpowiednimi kodami. To niesprawiedliwe – mówi Prezes Hanna Mojsiuk.

– Ten system ma dziury. Nie dziwię się desperacji właścicieli lodowisk. Działają kwartał w roku. Obiekty są zamknięte, a oni nie mają szansy na żadne wsparcie – mówi Prezes Hanna Mojsiuk. Północna Izba Gospodarcza apeluje o dialog z rządzącymi.

CTO w szpagacie czyli jak łączyć świat biznesu i technologii?

Często spotkać się można z tezą, że CTO jest omnibusem, który płynnie porusza się we wszystkich dostępnych na rynku technologiach i jeśli tylko chce, sam jest w stanie napisać dosłownie wszystko. Tymczasem rola CTO w organizacji jest mocno związana z jej wielkością i dynamiką rozwoju. O ile w kilkuosobowych firmach i startupach CTO jest faktycznie bliżej technologii i codziennej pracy programistycznej, w firmach większych lub tych o bardziej złożonej strukturze, funkcja ta jest zdecydowanie bardziej zarządcza i managerska, a CTO w firmowej układance stoi  jedną nogą w technologii, a drugą w biznesie. Jego rolą jest łączyć ze sobą te dwa światy.

CTO TO NIE POLIGLOTA

Czy dobry CTO musi znać każdy język programowania? Oczywiście, że, nie musi. Przecież od żadnego lingwisty nie oczekuje się, że będzie znał wszystkie języki świata. Oczywiście będzie on ich znał kilka, jedne lepiej, inne gorzej, niektórymi będzie władał biegle, w innych porozumie się na poziomie podstawowym. I nadal będzie on dobrze wykonywał swoją pracę. Podobnie jest z językami programowania, które CTO może znać na różnym poziomie. Będzie on ekspertem od jednego a pozostałe znał na tyle, by umieć zdefiniować ich plusy i minusy oraz dobrać najlepsze rozwiązanie do zaistniałego problemu. CTO powinien potrafić zarysować plan działania i ustalić oczekiwany rezultat,  a swoje zadania powinien umieć efektywnie delegować specjalistom danego obszaru.

CTO “NIEWSZYSTKOWIEDZĄCY”

Jeśli jako CTO chcesz próbować nowych rzeczy – rób to. Ale pamiętaj, że nie uda Ci się utrzymać równego poziomu na wszystkich polach i wcześniej czy później, będziesz musiał pójść na kompromisy. Zdarza się, że CTO przechodzi taką ścieżkę w swojej pracy zawodowej, że gdzieś po drodze jako programista musi się znać na wszystkim. Trafia do firmy jako fullstack, czyli osoba od front- i backend’u. A  tymczasem, oprócz tego zajmuje się tam też bazami danych, serwerami, optymalizacją, testami i designem. Dziesiątkami innych tematów, które dzieją się w tak zwanym międzyczasie. Dopiero potem, gdy nabierze doświadczenia i spojrzy z perspektywy czasu zobaczy, jak bardzo było to nieefektywne i szkodliwe dla interesu firmy.

Nie da się być dobrym we wszystkim, można być co najwyżej poprawnym, a i tak realizacja zadań i celów w takim układzie zajmuje zwykle więcej czasu, niż przy jasno podzielonych zadaniach i odcinkach.

Czy zatem CTO powinien znać się na wszystkim? Nie. Takie podejście to rozmienianie się na drobne i marnowanie czasu na czynności, z którymi dużo lepiej, szybciej i bardziej efektywnie poradzą sobie specjaliści i eksperci od poszczególnych dziedzin. Jeśli CTO zna się na architekturze,  rozumie relacje DevOps’owe, wie jak działają systemy i jak je stworzyć  – to na bazie tej wiedzy jest w stanie działać skutecznie. Rolą CTO jest “spiąć” pracę specjalistów na poszczególnych odcinkach a następnie sprawdzić, czy efekt spełnia założenia. Ponadto tak ją zaplanować, by w zadanym czasie i zadanym budżecie przyniosła ona największe profity i dla firmy, i dla klienta. Kontr produktywne jest by  CTO stał programistom nad głową i co chwilę dawał im swoje, kolejne uwagi. To oni powinni mieć najlepszą i najbardziej aktualną wiedzę, by dobrze wykonać swoje zadania. Wartość pracy CTO pojawia się wtedy, gdy potrafi on dobrze wyznaczać cele i weryfikować pracę zespołu, zarazem ufając ich kompetencjom i pomagając im tylko w razie takiej potrzeby. Dobry CTO potrafi znaleźć takich ludzi, którzy są lepsi i mądrzejsi niż on sam.

CORAZ MNIEJ KODU

To, że CTO dużo programuje to tylko legenda.Na pewnym etapie, gdy firma jest mała, programujący CTO zdarza się częściej. Wraz z rozwojem organizacji zmienia się także rola CTO w jej strukturze, który coraz częściej i coraz bardziej zaczyna być odpowiedzialny nie za pisanie kodu, lecz za zarządzanie i podejmowanie (także strategicznych dla firmy) decyzji. CTO podejmując decyzje nie powinien bazować tylko na własnym doświadczeniu. To zwykle jest bardzo duże, ale nadal nie wolne od  obszarów mniej znanych czy gorzej przez CTO rozumianych. To normalna sprawa, nie jest to w żadnym wypadku oznaka braku kompetencji. Niemniej, CTO powinien konsultować swoje przemyślenia z ekspertami z danego obszaru – ci zawsze będą mieć większą i bardziej aktualną wiedzę, lub zlecać pracownikom zgłębienie tematu, który jest nowy lub słabo znany dla całego zespołu. Ostatecznie jednak decydujący głos zawsze ma CTO.

CORAZ WIĘCEJ ZARZĄDZANIA

Tym, co jest, a na pewno być powinno kwestią należącą do CTO, jest  dowodzenie podczas developmentu. CTO jest przede wszystkim liderem, mentorem i managerem, który wbrew pozorom wcale nie musi mieć backgroundu programistycznego, choć jest to najczęściej spotykana opcja. Tymczasem CTO z backgroundem stricte biznesowo- managerskim potrafią być bardzo skuteczni a dzięki wysoko rozwiniętym umiejętnościom motywacyjnym, mediacyjnym, negocjacyjnym i zarządczym trzymać w ryzach zespoły programistów. Zamiast głębokiej znajomości języków programowania mają oni  wiedzę na temat procesów oraz zarządzania i ta wiedza pozwala im płynnie poruszać się między projektami.

TECHNOLOGIA. BIZNES, LUDZIE

Studenci informatyki myślą, że po studiach będą po prostu siedzieć i programować. Tymczasem często już pierwsza praca pokazuje, jak dalekie jest to przekonanie od tego, jak jest naprawdę. Umiejętności miękkie okazują się niezwykle istotne, bo w pracy programistę otaczają ludzie – developerzy, koledzy i koleżanki z innych zespołów, Klienci. Jasna, otwarta i empatyczna komunikacja to podstawa skutecznej pracy. Ponadto bycie developerem wiąże się z pracą zespołową (co też bywa nierzadko sporym zaskoczeniem dla początkujących programistów). Ktoś zbiera wymagania, kto inny przygotowuje design, kilku developerów koduje, potem następuje faza testów, i to wszystko odbywa się zespołowo, dlatego wg mnie zdolności komunikacyjne to jedne z najważniejszych umiejętności dobrego developera i CTO.

Będąc CTO orientujesz się, że bardziej niż człowiekiem od technologii jesteś człowiekiem od ludzi. Twoim zadaniem jest zaspokojenie technologiczne ludzi w firmie, by rozumieli, jaki jest w tym obszarze cel i mogli się rozwijać,  by znaleźli miejsce dla siebie i czuli się dobrze, by wiedzieli że są rozumiani, a ich cele są realizowane. Z drugiej strony CTO musi posiadać takie umiejętności, by także w kontekście biznesowym umieć wytłumaczyć pracownikom,  dlaczego coś ma być zrobione tak, a nie inaczej i dlaczego to jest ważne dla klientów, czyli osób które suma sumarum płacą za wykonaną przez cały zespół pracę.

Zatem ni mniej, ni więcej – CTO musi być skutecznym mediatorem pomiędzy ludźmi od biznesu a tymi zajmującymi się technologią. Jedną z jego kluczowych kompetencji powinna być umiejętność klarownego wytłumaczenia tak jednym jak drugim tego, jaki jest plan działania, dlaczego plan zakłada, by zrobić coś tak, a nie inaczej i dlaczego tak jest lepiej. Musi ponadto być przygotowany do tego, by również  biznesowo umieć argumentować, ile i dlaczego tyle klient będzie za coś płacić.

WĘDKA. NIE RYBKA

Rolą CTO jest zachęcenie ludzi do myślenia i zmotywowanie ich do szukania własnych rozwiązań, choć ta pierwsza opcja oszczędza wiele czasu. Niemniej, w dłuższej perspektywie pozostawianie ludzi z pulą wskazówek i pozwolenie im, by dochodzili do punktu czy efektów jakich się od nich oczekuje jest dużo efektywniejsze. Metody proponowanie przez CTO nie zawsze muszą być jedynymi słusznymi i niejednokrotnie rozwiązania proponowane przez zespół w równie szybkim czasie przynoszą równie dobre efekty. To sytuacja win win, w której każda ze stron ma szansę się czegoś nauczyć.  Dobry CTO to po prostu dobry manager, który zna swój zespół, dostrzega jednostkowe predyspozycje poszczególnych osób, chce i potrafi wczuć się w ich myślenie, potrafi spojrzeć na sytuację czy problem oczami innych. Z empatią i wysoko rozwiniętymi umiejętnościami miękkimi.

BYĆ TYLKO TAM, GDZIE NAPRAWDĘ TRZEBA

O ile twój zespół nie liczy więcej niż 10 osób i pracujecie nad tylko jednym produktem – CTO  jest w stanie być wszędzie tam,  gdzie podejmowanie są decyzje technologiczne Kiedy zespół jest większy, a projektów i produktów under development więcej – jest to co najwyżej kontr produktywne. A najczęściej po prostu niemożliwe.  Z drugiej strony nie każdy problem powinien zaprzątać głowę CTO, z tymi mniejszymi zespoły często świetnie poradzą sobie same. Natomiast kiedy jakiś temat jest złożony i może wpływać na politykę technologiczną firmy, warto zwrócić się z nim do CTO.

CTO REKRUTUJE?

Są natomiast obszary nie stricte technologiczne, ale bardzo istotne z perspektywy realizacji zadań, w których CTO powinien być stale obecny. Jednym z kluczowych są rekrutacje programistów – a te zbyt często pozostawia się tylko firmowym HR-owcom. Tymczasem doświadczony i sprawny CTO wie, że jeśli otoczy się ludźmi, z których nie jest zadowolony, to końcowo nie będzie osiągał dobrych efektów. Kluczem jest znalezienie osób podobnie myślących, którzy dążą do tych samych celów w podobny sposób. Z punktu widzenia CTO nie zawsze zatrudnienie kogoś, kto technologię ma w małym palcu, ale wykazuje spore braki w interpersonalnych aspektach, będzie najbardziej korzystne dla firmy. Nauczenie programisty miękkich umiejętności jest dużo trudniejsze, niż szlifowanie jego wiedzy technologicznej. Zmienić podejście, nastawienie, czyjś sposób komunikacji jest dużo trudniej niż nauczyć nowego kodu.

AUTOR: Przemysław Królik/ CTO MasterBorn

Od autora:
Kiedyś wydawało mi się, że CTO wie wszystko. Teraz widzę, że rolą CTO jest doprowadzenie do tego by rzeczy działały – czy to w ramach MVP czy OVP. Jeśli coś działa i spełnia moje założenia biznesowe oraz postawione potrzeby klientów – to mamy sukces. Nie możemy jednak jako CTOs zapominać, że na sukces pracują ludzie, a technologia jest tylko narzędziem w ich rękach. W moim przekonaniu CTO to osoba, która zna się na ludziach, którzy znają technologię i tylko w takim układzie całość ma szansę naprawdę dobrze działać.

Brexit nie taki zły dla funta. Huśtawka na kryptowalutach

Pomimo apokaliptycznych przepowiedni na razie kurs funta trzyma się całkiem solidnie. Z drugiej strony wyjście Wielkiej Brytanii z Unii na tym etapie było formalnością, a inwestorzy wiedzieli o dacie od dawna, stąd nie należało spodziewać się zbyt silnych reakcji.

Funt po brexicie

Proces wyjścia z Unii Europejskiej wcale nie był dla funta taki zły. Początkowo co prawda wyraźnie stracił względem euro. Przez chwilę spadki sięgały niemal 1,5%. Analitycy szybko doszli do wniosku, że to jednak nadmierna ostrożność i już dzisiaj funt odrobił całe straty względem euro. Względem złotego kosztuje obecnie 5,06 zł, co oznacza, że jest nadal ponad 3 grosze tańszy niż na początku roku, ale tutaj na uwagę zasługuje umocnienie polskiej waluty po zamieszaniu wywołanym przez wypowiedzi członków RPP pod koniec 2020 roku.

Huśtawka na kryptowalutach

Bitcoin po dotarciu na poziom ponad 40 000 dolarów długo tam nie pozostał. Następnego dnia spadł poniżej 31 000 na moment, by dzisiaj przez chwilę przekroczyć 36 000. Jest to niesamowita zmienność, patrząc na inne rynki, aczkolwiek na kryptowalutach nie jest to nic nowego. Z jednej strony mieliśmy największy dzienny spadek, ale mieliśmy też najwyższy dzienny wzrost. Mowa oczywiście o wartościach nominalnych. Część analityków wiąże korektę z kolejnymi ostrzeżeniami nadzorców, jak np. FCA, które ostrzegają przed wysokim ryzykiem i możliwością utraty nawet 100% zainwestowanych środków.

Ropa najdroższa od marca

Lepsze dane makroekonomiczne i rosnący optymizm wywołany początkiem szczepień powoduje, że analitycy poprawiają długoterminowe prognozy. To z kolei powoduje większy popyt na ropę naftową jako ważny surowiec energetyczny. Nie bez znaczenia jest też słabnący dolar amerykański, w którym ropa naftowa jest wyceniana. W rezultacie ropa naftowa kosztuje na giełdzie w Londynie około 56 dolarów, a w Nowym Jorku 53 dolary. Oba poziomy są najwyższe od lutego, czyli sprzed głównych spadków na początku pandemii w Europie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak istotnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Podatek handlowy miał wyrównać szanse – a w branży RTV/AGD zapłacą go tylko polskie firmy

Podatek handlowy miał wyrównywać warunki konkurencji między mniejszymi a większymi podmiotami i pośrednio przeciwdziałać ekspansji zagranicznych sieci handlowych w Polsce. Jednak w praktyce w branży handlu RTV/AGD zapłacą go jedynie polskie firmy. Ich największy konkurent niemiecki Media Markt podzielił sklepy na oddzielne firmy i nie zapłaci ani grosza. To pokazuje że, podatek handlowy nie tylko nie osiągnie celów zamierzonych przez ustawodawcę, ale obciąży rodzime przedsiębiorstwa, pogarszając ich pozycję na rynku.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wielokrotnie apelował do rządu o niewprowadzanie nowych podatków w czasie trwania pandemii. Podtrzymujemy ten apel i wzywamy do wstrzymania poboru podatku handlowego na rok 2021 r. Co więcej, ZPP konsekwentnie sprzeciwia się wprowadzaniu podatków o charakterze sektorowym i przypomina, że długofalowe rozwiązanie problemów związanych z unikaniem opodatkowania leży w głębokiej reformie systemu podatkowego oraz powinno polegać na likwidacji podatku CIT i zastąpienia go podatkiem przychodowym.

Skutki wprowadzenia podatku handlowego są dobrze widoczne na przykładzie branży RTV AGD IT. Jej cechą charakterystyczną jest dysproporcja pomiędzy dostawcami (globalnymi koncernami) a sprzedawcami (lokalnymi przedsiębiorstwami). Rentowność oscyluje na poziomie od 2 do 4 proc. Druga stawka podatkowa podatku handlowego o wysokości 1,4 proc. skonsumuje znaczą część zysku sprzedawców RTV AGD. To z kolei pogorszy równowagę konkurencyjną pomiędzy przedsiębiorstwami polskimi, a zagranicznymi, w szczególności, że te drugie podatku nie zapłacą wcale.

Omawiając skutki wprowadzenia podatku handlowego od 1 stycznia 2021 r. nie sposób pominąć kwestii gospodarczych konsekwencji pandemii koronawirusa. ZPP stoi na stanowisku, że podnoszenie obciążeń na przedsiębiorstwa w trakcie tego bezprecedensowego kryzysu jest niezrozumiałe i niemożliwe do zaakceptowania. Podnoszenie obciążeń doprowadzi również do spowolnienia gospodarczego, na które nie możemy sobie w tym momencie pozwolić.

W latach 2021-2027 Polska otrzyma fundusze o niespotykanej dotąd skali. W nowej perspektywie budżetowej Polska otrzyma 160 mld EUR z unijnych funduszy. 57 mld EUR będzie pochodzić z Funduszu Odbudowy, który powstał by pomóc państwom członkowskim stawić czoła wyzwaniom pandemii koronawirusa. Dla porównania, przez 16 lat członkostwa w UE Polska otrzymała ok. 181 mld EUR. W świetle otrzymania tak ogromnych środków, wydaje się oczywistym, że presja budżetowa na wprowadzenie nowych podatków powinna być znacznie mniejsza, a polski rząd nie powinien wprowadzać nowych obciążeń dla przedsiębiorców, borykających się ze skutkami kryzysu.

[AKTUALIZACJA 14.01.2020]

W dnu 14.01.2020 na adres naszej Redakcji wpłynęło oficjalne stanowisko MediaMarkt. Treść zamieszczamy poniżej.

Media Saturn Holding Polska sp. z o.o. odprowadza wszystkie podatki należne z tytułu swojej działalności zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami podatkowymi. Sklepy MediaMarkt działają jako spółki komandytowe od 2004 r., co wynika z przyjętej koncepcji biznesowej i ich powstanie nie ma nic wspólnego z wprowadzonym ostatnio podatkiem handlowym, biorąc pod uwagę wskazane ramy czasowe. Każde przedsiębiorstwo, niezależnie od formy prawnej, jest zobowiązane przepisami prawa do odprowadzania podatków zgodnie z obowiązującymi regulacjami i dotyczy to również spółek Media Saturn Holding Polska. W związku z tym wypowiedzi sugerujące, że spółki komandytowe nie zapłacą podatku bądź też zostały utworzone, aby unikać podatków są nieprawdziwe, biorąc pod uwagę obiektywne fakty i wprowadzają opinię publiczną w błąd.

Apel Rady Przedsiębiorczości ws. szczepień przeciw COVID-19

Wybuch pandemii koronawirusa w 2020 r. pogrążył świat i Polskę w największym kryzysie od wielu dekad. Liczba zakażeń COVID-19 w Polsce sięgała nawet25 tys. osób dziennie, a towarzysząca jej skala dezorganizacji życia społeczno-gospodarczego nie miała precedensu. Wskutek lockdownu oraz zamrażania aktywności biznesowej, polska gospodarka straciła już ok. 160 mld zł PKB, a przedsiębiorcy z zamkniętych branż desperacko walczą o przetrwanie i utrzymanie miejsc pracy. Niestety coraz częściej tę walkę przegrywają, o czym świadczy fakt, iż liczba ogłoszonych niewypłacalności firm w listopadzie 2020 r. była o 108 proc. wyższa niż przed rokiem, a liczba osób objętych zwolnieniami grupowymi zwiększyła się ponad dwukrotnie. Dalsze utrzymywanie się takiego stanu rzeczy oznaczać będzie wykładniczy wzrost liczby traconych miejsc pracy i upadających firm, a w konsekwencji również związanych z tym ludzkich dramatów.

Pojawiła się jednak realna perspektywa wyjścia z obecnego kryzysu dzięki pomyślnemu opracowaniu pierwszych szczepionek przeciwko COVID-19, których skuteczność i bezpieczeństwo potwierdzają wyniki badań klinicznych pozytywnie zweryfikowane przez wiodące agencje ds. bezpieczeństwa leków w wysoko rozwiniętych krajach. Wkraczamy tym samym w krytyczny etap walki z pandemią, który zdecyduje jak szybko
przerwany zostanie łańcuch dalszych zakażeń oraz fala nieodwracalnych straty ludzkich i ekonomicznych.

W związku z powyższym zwracamy się z apelem do:

  • przedsiębiorców – aby wspierali rozpoczynającą się kampanię szczepień, promując ją wśród swoich pracowników, informując ich, rozwiewając wątpliwości oraz zapewniając im wszelkie ułatwienia niezbędne zapewnienia możliwie najsprawniejszego procesu szczepień. Od tego, jak szybko
    zaszczepiona zostanie odpowiednio znaczna część populacji będzie zależeć tempo znoszenia restrykcji sanitarnych, które tak silnie ograniczają działalność firm z wielu branż, zagrażając ich dalszemu istnieniu.
  • pracowników – aby skorzystali z możliwości bezpłatnego zaszczepienia się przeciwko COVID-19. W ten sposób nie tylko chroniliby życie i zdrowie swoje oraz swoich bliskich, lecz również miejsca pracy. Każda kolejna zaszczepiona osoba przybliża nas do normalności w życiu gospodarczym i oddala zagrożenie bezrobociem.
  • rządu – aby podjął wysiłki na rzecz zapewnienia sprawnej organizacji procesu masowych szczepień, szybko i elastycznie reagując na wyzwania pojawiające się w jego trakcie. Tylko w ten sposób możliwe jest doprowadzenie do końca lockdownu, który bardzo negatywnie wpływa na całą polską gospodarkę, a w konsekwencji również na stan finansów publicznych – z jednej strony zwiększając zapotrzebowanie na finansowanie walki z kryzysem zdrowotnym oraz kolejne kosztowne pakiety antykryzysowe dla gospodarki, zaś z drugiej obniżając dochody budżetowe na skutek spadku konsumpcji i pogorszenia kondycji finansowej sektora przedsiębiorstw. Od realizacji tego zadania zależy, czy odbicie gospodarcze nastąpi już w drugiej połowie 2021 czy też dopiero w roku 2022. Dlatego apelujemy do rządu o szybkie odmrażanie gospodarki w miarę postępujących szczepień ze szczególnym uwzględnieniem branż obecnie najbardziej zagrożonych – w tym m.in. gastronomii i turystyki. Ich otwarcie będzie również sprzyjało odbudowie i rozwojowi kooperujących z nimi sektorów, takich jak rolnictwo, handel i usługi.

Efekty programu szczepień przeciwko COVID-19 będą w dużej mierze uzależnione od tempa dostaw szczepionek do Polski, ale też od sprawności procesu i poziomu wyszczepień. Do zwalczenia epidemii konieczne będzie dwukrotne zaszczepienie ok. 22 mln osób. Aby nastąpiło to odpowiednio szybko, konieczne będzie zwiększanie liczby punktów szczepień oraz ich wydajności. Biorąc pod uwagę skalę tego przedsięwzięcia oraz konieczność przekonania o jego słuszności przeważającej większości społeczeństwa dla osiągnięcia
odpowiedniego poziomu odporności populacyjnej, niezbędnym warunkiem jego powodzenia będzie także zaangażowanie oraz solidarne współdziałanie wszystkich obywateli a w szczególności pracodawców, pracowników i rządu. Aby tak się stało, niezbędna jest świadomość wspólnego celu – ochrony życia i zdrowia, miejsc pracy, zagrożonych branż i całej gospodarki – oraz jedynego szybkiego i pewnego środka jego realizacji, czyli masowych szczepień.

Rada Przedsiębiorczości z niepokojem przyjęła decyzję rządu o przedłużeniu do dnia 31 stycznia restrykcji nałożonych 28 grudnia ub.r. Stoi ona w sprzeczności z wcześniejszymi komunikatami, z których wynikało, że w przypadku obniżenia poziomu zachorowań, rząd podejmie decyzję o odmrożeniu gospodarki. Nie widzimy żadnego powodu, by przy spadającej liczbie zachorowań nadal utrzymywać bardzo głęboki lockdown. Nie buduje to zaufania społecznego, które chcemy osiągnąć poprzez nasz apel. Przedsiębiorcom, którzy przez permanentne niedotrzymywanie umowy społecznej przez rząd tracą swoje biznesy i miejsca pracy, trudno będzie angażować się w kampanie i akcje prowadzone w krytycznym momencie walki z pandemią.

EDP Renováveis uzyskało od EBI i BPI finansowanie w kwocie 112 mln euro na budowę i eksploatację dwóch farm wiatrowych

  • Farmy wiatrowe powstaną w dystryktach Coimbra i Guarda, na zachodzie i północy kraju.
  • W fazie realizacji utworzą ok. 560 miejsc pracy.
  • Finansowanie z EBI ma wsparcie Europejskiego Funduszu na rzecz Inwestycji Strategicznych (EFIS).

Europejski Bank Inwestycyjny (EBI) przeznaczy 65 milionów euro, a BPI kolejne 47 milionów euro dla EDP Renováveis S.A. (EDPR), jednego z największych producentów energii wiatrowej na świecie, na sfinansowanie budowy i eksploatacji dwóch lądowych farm wiatrowych o łącznej mocy zainstalowanej 125 MW, które powstaną w portugalskich dystryktach Coimbra i Guarda. Projekt jest współfinansowany przez Banco BPI i EBI przy wsparciu Europejskiego Funduszu na rzecz Inwestycji Strategicznych (EFIS), który stanowi główny filar Planu inwestycyjnego dla Europy.

Dzięki finansowaniu z EIB, EDPR zaprojektuje, wybuduje i będzie eksploatować dwie średniej wielkości farmy wiatrowe: Tocha II, o mocy 33 MW, i Sincelo, o mocy 92 MW. Farma wiatrowa Tocha II powstanie w gminie Cantanhede w dystrykcie Coimbra, w zachodniej części Portugalii, niedaleko wybrzeża Atlantyku. Z kolei farma wiatrowa Sincelo zostanie zbudowana na styku gmin Pinhel i Guarda w dystrykcie Guarda, na północnym wschodzie kraju. Projekt ten bezpośrednio przełoży się na wzrost zatrudnienia; przewiduje się, że w trakcie budowy powstanie ok. 560 tymczasowych miejsc pracy.

Uruchomienie farm wiatrowe przybliży Portugalię do realizacji celów energetycznych i klimatycznych, zgodnie z którymi do 2030 roku 47% zużycia energii końcowej brutto ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. To samo dotyczy ustanowionego przez Komisję Europejską wiążącego celu, zgodnie z którym do 2030 roku z OZE pochodzić ma 32% zużytej energii końcowej.

Wspólne finansowanie tego przedsięwzięcia przez EBI i BPI potwierdza zaangażowanie obu instytucji na rzecz zrównoważonego finansowania i wspierania inicjatyw sprzyjających środowisku naturalnemu, a także przyczyniających się do zapobiegania zmianom klimatycznym i łagodzenia ich skutków oraz transformacji w kierunku gospodarki niskoemisyjnej.

Bank UE udzieli wsparcia w postaci kredytu na zieloną energię, przyznanego na warunkach spełniających wymagania programu obligacji odpowiedzialnych środowiskowo (Climate Awareness Bonds) EBI. W rezultacie projekt ten najprawdopodobniej zostanie zaliczony do portfela transakcji kredytowych finansowanych z emisji tego typu obligacji.

Wiceprezes EBI Ricardo Mourinho Félix, odpowiedzialny za działalność Banku w Portugalii, stwierdza: Bardzo cieszy nas zacieśnienie partnerskiej współpracy z EDP Renováveis przy tym flagowym projekcie, ponieważ wzmacnia to zaangażowanie banku w promocję działań na rzecz klimatu, rozwoju gospodarczego i spójności. Wspieranie celów Portugalii w zakresie obniżenia emisyjności, przy jednoczesnym pobudzaniu wzrostu gospodarczego i tworzeniu miejsc pracy, jest jednym z głównych priorytetów EBI. Jeśli naprawdę pragniemy, aby ożywienie gospodarcze po pandemii było zielone i inkluzywne, powinniśmy wspierać dostawy energii odnawialnej i jej szerokie wykorzystanie zarówno w sektorze produkcyjnym, jak i przez naszych obywateli.

Komisarz ds. Gospodarki Paolo Gentiloni, dodaje: Umowa między EBI i EDP Renováveis, wspierana przez Plan inwestycyjny dla Europy, jest korzystna zarówno dla klimatu, jak i dla gospodarki. Przy wsparciu Europejskiego Funduszu na rzecz Inwestycji Strategicznych pozwoli ona bowiem sfinansować nowe lądowe farmy wiatrowe na zachodzie i północy Portugalii, przybliżając tym samym kraj do osiągnięcia ambitnych celów w zakresie planów energetycznych i klimatycznych, a także pomóc w stworzeniu nowych miejsc pracy.

Tymczasowy dyrektor generalny EDP Renováveis Rui Teixeira zauważa: Jako EDP Renováveis jesteśmy bardzo zadowoleni, że możemy liczyć na wsparcie EBI i BPI w procesie rozwoju nowych projektów, które przyczynią się do realizowania przez Portugalię planu na rzecz energii i klimatu, celów Komisji Europejskiej, a także umożliwią stworzenie ponad pół tysiąca miejsc pracy. Ten projekt zwiększa nasze zaangażowanie w portugalski sektor odnawialnych źródeł energii oraz w poprawę jakości życia obecnych i przyszłych pokoleń, jak również wzmacnia naszą kluczową rolę jako światowego lidera w sektorze energii odnawialnej.

Członek zarządu Banco BPI Pedro Barreto komentuje: BPI jest wieloletnim partnerem grupy EDP, a transakcja ta stanowi kolejny dowód naszej dobrej współpracy. Kierowanie się kryteriami ESG, dotyczącymi środowiska, kwestii społecznych i zarządzania przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych, stanowi część nowego, rosnącego w siłę trendu, który w niedalekiej przyszłości bardzo zyska na znaczeniu. Udział w projekcie we współpracy z EBI stanowi dla nas powód do dumy oraz sprawia, że Banco BPI staje się punktem odniesienia w dziedzinie finansowania portugalskich spółek zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju.

Marcin Kuśmierz pokieruje rozwojem Shopera

Celem doświadczonego menedżera jest osiągnięcie przez Shopera pozycji wiodącego dostawcy rozwiązań dla e-commerce w Europie. Wejście w nowe segmenty rynku i partnerstwa z globalnymi liderami e-commerce pomogą w jego realizacji.

Shoper to najpopularniejsze oprogramowanie do prowadzenia sklepu internetowego w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej oparte o model subskrypcyjny SaaS (Software-As-A-Service). Korzysta z niego ponad 20 tys. małych i średnich przedsiębiorstw, a firma dostarcza je w modelu sprzedaży bezpośredniej oraz przez partnerów biznesowych.

Marcin Kuśmierz to jeden z najbardziej doświadczonych menedżerów na rynku usług internetowych dla MŚP w Europie. Od 2007 roku związany z home.pl i międzynarodową grupą IONOS jako Prezes Zarządu odpowiedzialny za rozwój biznesu w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. Wielokrotnie nagradzany za rozwój i transformację biznesu przez polskie i międzynarodowe kapituły, m.in. tytułem „CEO of the year” przyznawanym przez Polskie Stowarzyszenie Inwestorów Kapitałowych. Marcin Kuśmierz posiada bogate doświadczenie w sektorze e-commerce i nowych technologii informatycznych. Jest członkiem rad nadzorczych Krajowego Integratora Płatności (tpay), R2G Polska (apaczka), Fly On the Cloud oraz członkiem rad doradczych w globalnych firmach technologicznych Acronis i Cloudblue.

– Chcemy, aby Shoper był rozwiązaniem pierwszego wyboru dla nowych firm oraz startupów w segmencie e-commerce. Będziemy też rozwijać ofertę usług dla profesjonalnych sprzedawców internetowych, oferując im kompletny ekosystem oraz rozwijać partnerstwa z globalnymi liderami branży e-commerce. Naszą ambicją jest osiągnięcie pozycji wiodącego dostawcy na rynku europejskim – mówi Marcin Kuśmierz, nowy Prezes Zarządu.
Założyciel firmy i dotychczasowy Prezes, Krzysztof Krawczyk, objął funkcję Wiceprezesa Zarządu odpowiedzialnego za rozwój głównych produktów, m.in. oprogramowania sklepu internetowego.

– Shoper to sklep internetowy w chmurze, ale też płatności, reklama i logistyka. W nadchodzących latach znacząco zwiększymy inwestycje w rozwój platformy technologicznej i pozyskanie kolejnych specjalistów e-commerce. Dołączenie Marcina do zespołu ma na celu przyspieszenie rozwoju biznesu i wzmocnienie naszej pozycji rynkowej – mówi Krzysztof Krawczyk.

Pokolenie Z wkracza na rynek pracy

Pokolenie Z, czyli osoby urodzone między 1995 a 2005 r. i będące „następcami” millenialsów, właśnie wkraczają na rynek pracy. Najstarsi przedstawiciele tej grupy stawiają pierwsze kroki w swojej zawodowej karierze. Zasilając zespoły w poszczególnych organizacjach są zastrzykiem „nowej energii”, a jednocześnie grupą, której potrzeby względem pracy mogą znacznie różnić się od przedstawicieli starszych pokoleń. Jakie oczekiwania „zetek” względem pracodawców wysuwają się dziś na pierwszy plan?

Mimo, iż pokolenie Z to przedstawiciele niżu demograficznego i ich liczebność względem choćby nieco starszych millenialsów jest mniejsza, obecność osób urodzonych po roku 1995 na rynku pracy staje się faktem i będzie się w najbliższym czasie sukcesywnie zwiększać. Jak każde pokolenie „zetki” dorastały i były kształtowane przez różnorodne czynniki związane m.in. z wydarzeniami gospodarczo-społecznymi oraz transformacją technologiczną, która miała miejsce w Polsce w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Szeroki dostęp do internetu, dynamiczny rozwój nowoczesnych technologii i stała aktywność w wirtualnym świecie były udziałem przedstawicieli pokolenia Z właściwie już od najmłodszych lat. Dostęp do informacji, umiejętność szybkiego ich zdobywania i przede wszystkim komunikacja na poziomie „tu i teraz” – to tylko niektóre aspekty definiujące postępowanie „zetek”. Pojawienie się przedstawicieli tego pokolenia na rynku pracy to dla pracodawców szansa na pozyskanie nowych talentów do swoich organizacji, ale także wyzwanie związane z odpowiednim zdefiniowaniem potrzeb młodych pracowników i stworzeniem warunków pracy, które sprawią, że nowo zatrudnieni zostaną w firmie na dłużej.

Indywidualizm w zespole

Oczekiwaniom zawodowym przedstawicieli pokolenia Z przyglądają się eksperci. Z najnowszego raportu  „Generacja  Z: Miejsce pracy liderów jutra” wyłania się obraz najmłodszego pokolenia, które myśląc o swojej przyszłej karierze w zdecydowanej większości (61 proc. ankietowanych) chciałoby pracować w trybie hybrydowym, czyli łączyć wykonywanie obowiązków zawodowych w biurze i na zasadach home office. Idealnym i najczęściej wskazywanym przez „zetki” miejscem pracy jest przestrzeń, która umożliwia zdobywanie doświadczenia i rozwijanie swoich umiejętności, co podkreśla aż 69 proc. respondentów. Na drugim miejscu, znalazła się dobra atmosfera (64 proc.)[1]. Dla przedstawicieli badanego pokolenia w pracy ważne jest także: budowanie relacji, wymiana wiedzy oraz integracja między współpracownikami. Co ciekawe, „zetki” przywiązują wagę także do możliwości pracy indywidualnej. – Różnice pokoleniowe w organizacji są z jednej strony pewnego rodzaju wyzwaniem, z drugiej natomiast mogą stać się źródłem cennej inspiracji i motywacji. Otwartość przedstawicieli najmłodszego pokolenia na integrację i czerpanie z know-how starszych kolegów to cenna wskazówka m.in. do tego jak planować pracę przy poszczególnych projektach – mówi Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska.

Nowe pokolenie, które właśnie pojawia się na rynku pracy to dla pracodawców szansa na przyciągnięcie wykształconych specjalistów, których doświadczenie i postrzeganie świata może realnie wpływać na funkcjonowanie zespołów i przyczyniać się do szeroko pojętego rozwoju. Aby jednak w pełni wykorzystać potencjał tych pracowników kluczowe jest zrozumienie przez liderów i menedżerów ich potrzeb oraz możliwości.

[1] http://fnope.org.pl/dokumenty/2020/10/Generacja%20Z_C&Wm

Coraz więcej chętnych na rajd Bitcoina. Nadpłynność podsyca ceny ryzykownych aktywów

Zamieszanie polityczne w Waszyngtonie nie powinno być większego wpływu na rynki, ale przy braku ciekawszych tematów służy jako powód do odwrócenia uwagi od koronawirusa. Jako że wstępny pęd ku ryzykownym aktywom został zatrzymany, inwestorzy dokonują przegrupowania, prawdopodobnie przed następnym ruchem.

W USA Demokraci starają się o impeachment dla prezydenta Trumpa, ale na 8 dni przed inauguracją J. Bidena wyrok nie zmieni nic więcej, ponad zablokowanie Trumpowi opcji wystartowania w wyborach w 2024 r. Tło makro/polityczne/informacyjne w zasadzie nie uległo zmianie. Lub inaczej mówiąc, z taką samą łatwością można ignorować dotyczące rozwoju pandemii, jak i skupiać się na bardziej optymistycznej przyszłości po dystrybucji szczepionek. Rynki są w fazie rewaluacji sytuacji po ostatnim wzroście apetytu na ryzyko. Kierunek dla reflacyjnego rajdu został chwilowo przesłonięty przez skok rentowności obligacji skarbowych USA, ale to zakłócenie nie utrzyma się długo. Wczorajsze wypowiedzi przedstawicieli Fed (Bostic, Barkin, Kaplan) potwierdzają, że obecnie nie ma mowy o dyskusji o normalizacji polityki monetarnej. Co bardziej jastrzębi członkowie mają nadzieję, na taka poprawę warunków gospodarczych w drugiej połowie roku, że będzie można rozmawiać o ograniczeniu tempa skupu aktywów lub podwyżkach stóp procentowych, ale dodają, że szanse na to są niewielkie. A jeśli Fed nie widzi pola manewru, to mało realne, że inne banki centralne wyrwą się przed szereg. Gospodarka światowa jest daleko od powrotu do pełni zdrowia, stąd nadpłynność pozostanie i będzie podsycać ceny ryzykownych aktywów. Strategia na 2021 rok pozostaje bez zmian.

Bitcoin stracił wczoraj 20 proc., ale nie da się o tym napisać więcej, jak o wcześniejszych imponujących wzrostach. Kryptowaluta stała się fenomenem ostatnich tygodni i zaczęła przyciągać coraz więcej osób chcących załapać się na rajd. Urabianie fundamentów pod ostatnie ruchy (kres dolara, ultra-luźna polityka monetarna, upadek odpowiedzialnej polityki gospodarczej) uznaję co najmniej za kontrowersyjne, ale jednocześnie muszę mieć szacunek dla realizowanej zmienności. Proszę mnie tylko nie zmuszać do traktowania krypto na równi z innymi walutami. Więcej cech wspólnych widziałbym z zeszłoroczną gorączką na akcjach CD Projekt. Oczywiście finał dla Bitcoina nie musi (i raczej nie będzie) taki sam.

Polski rząd ogłosił wczoraj przedłużenie obowiązujących restrykcji do końca stycznia z jedyną różnicą, że po feriach dzieci klas 1-3 wrócą do szkół. Przedłużenie zakazów zgromadzeń oraz zamknięcia hoteli i restauracji było do przewidzenia, biorąc pod uwagę, jakie decyzje podjęto w innych krajach Europy. Złoty nie miał na co reagować i EUR/PLN kontynuuje trend boczny nad 4,50. W ubiegłym tygodniu 4,50 było wstępną granicą dla odreagowania grudniowej przeceny złotego. W spadkach upatruje się wpływu domykania krótkich pozycji w złotym wcześniej zawieranych „pod interwencję NBP”. Teraz rynek może lepiej podlegać pod wahania ogólnorynkowego sentymentu. Umocnienie USD (spadki EUR/USD) generują presję na osłabienie walut regionu, choć uważamy, że ruch korekcyjny jest ku końcowi, co powinno przynieść kolejny test EUR/PLN 4,50. W międzyczasie czynnikiem ryzyka jest kończące się w środę posiedzenie RPP. Nie spodziewamy się obniżki stóp procentowych, ale komunikat może zawierać nowe ostrzeżenia o gotowości banku do przeciwdziałania aprecjacji waluty.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wynik TenderHut za 2020 rok i plany giełdowe

Prawie 46 milionów złotych – z takim skonsolidowanym przychodem Grupa Kapitałowa TenderHut najprawdopodobniej zamknie 2020 rok. Mimo zawirowań w gospodarce spowodowanych globalną pandemią, spółka odnotowała zwiększenie przychodów na poziomie 9,55 mln zł, co stanowi 21,5 procentowy wzrost rok do roku. Według zapowiedzi, TenderHut ma szansę jeszcze w tym roku zadebiutować na giełdzie.

Kluczowe dane o spółce:

  • 45,85 mln zł – estymacja skonsolidowanego przychodu za 2020 rok (zmiana 21,5% y/y)
  • 8 centrów developerskich w Polsce
  • 9 zagranicznych oddziałów
  • 10 polskich spółek zależnych i 5 zagranicznych (Chiny, Dania, USA, Szwecja, Niemcy)

– Wejście na giełdę, najpierw na NewConnect, a następnie na główny parkiet warszawskiej giełdy – to plan TenderHut na 2021 rok – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu jednej z najszybciej rozwijających się spółek z sektora IT w Polsce.

2020 rokiem niepewności

Mimo, że branża IT stosunkowo łagodnie przeszła pandemię, to i tak nie obyło się bez zawirowań na globalnych rynkach, na których działa Grupa TenderHut. – Pandemia, a w szczególności jej pierwsza fala, to dużo niepokojów na rynkach, co skutkowało w naszym przypadku zamrożeniem realizacji kilku ważnych projektów. Niestety straciliśmy także klientów z branży travel, która z dnia na dzień runęła jak domek z kart. Jednak po chwilowym przetasowaniu zaczęliśmy odrabiać straty. 2020 rok spowodował przyspieszenie uruchomienia kilku strategicznych projektów w grupie, których owoce zaczęliśmy zbierać już w ostatnim kwartale ubiegłego roku – wyjaśnia Robert Strzelecki. Finalnie spółka uzyskała prawie 46 mln zł przychodu. – To mniej niż zakładaliśmy, jednak biorąc pod uwagę pierwszą trudną połowę roku uważam, że osiągnęliśmy świetny wynik – podsumowuje Strzelecki. Jak dodaje prezes firmy, był to także czas na uporządkowanie struktury grupy kapitałowej i przygotowania do debiutu na giełdzie.

2021 rokiem debiutu i rozwoju

Spółka jest w drodze na giełdę. Pierwszym etapem będzie rynek NewConnect. – Chcemy jak najszybciej pojawić się na małym parkiecie. To jednak tylko pierwszy krok – docelowo chcemy być notowani na głównym parkiecie, który umożliwiłby nam pozyskanie finansowania strategicznych projektów i wejście do grona dużych graczy IT na polskim rynku kapitałowym – podkreśla Strzelecki. Spółka nadal będzie realizować swoją strategię rozwoju. Nowe biura pojawią się między innymi w USA, aby wspomóc realizację idei obsługi klientów w myśl zasady “Follow the sun”, czyli w każdej strefie czasowej przez 24/h na dobę 7 dni w tygodniu. Rynki, na których grupa zamierza realizować sprzedaż, to głównie kraje skandynawskie, Wielka Brytania, Chiny i USA oraz Japonia. Oprócz swojej głównej działalności, jaką jest outsourcing usług IT, firma rozwija także własne produkty, które po fazie wewnętrznej akceleracji zasilają grono spółek zależnych od TenderHut, tworząc portfolio dla VenturesHut.

Wewnętrzny fundusz innowacyjności

VenturesHut to koncept, według którego wszystkie corp-up’y – czyli start-up’y powstające w Grupie TH, będą funkcjonowały w ramach własnego funduszu kapitałowego. Do tej pory spółka zrealizowała szereg projektów corp-up’owych, które już odniosły rynkowy sukces. Są wśród nich: Zonifero, Grow Uperion, czy najnowsze dziecko spółka Holo4Med. – Idea własnej kuźni start-up’ów, które skupione są wokół tworzenia rozwiązań dotyczących konkretnych zagadnień biznesowych, to ogromna przewaga całej grupy. Z obserwacji zachowań szwedzkich inwestorów giełdowych wynika, że Skandynawowie przeważnie inwestują w spółki posiadające gotowe skalowalne produkty – to kierunek, który z pewnością będziemy rozwijać – wyjaśnia Strzelecki. Nie bez powodu także w ubiegłym roku przejęliśmy 45% udziałów w szwedzkim akceleratorze Nordic Tech House – podsumowuje prezes TenderHut. Tworzone w ramach grupy start-up’y nie tylko szybko akcelerują i stają się samodzielne, ale także cieszą się ogromnym zainteresowaniem inwestorów indywidualnych.

Udany Crowdfunding

W 2020 roku dwie spółki z Grupy TenderHut zamknęły swoje rundy crowdfundingowe w mniej niż tydzień. Grow Uperion – start-up tworzący innowacyjne rozwiązania do motywowania pracowników zaledwie w 8 godzin zebrał 1 milion zł przy wycenie pre money na poziomie 10 mln zł. Natomiast spółka Holo4Labs tworząca autorskie oprogramowanie na HoloLens, służące do przeniesienia pracy w laboratoriach badawczych do świata Mixed Reality, zebrała 1,2 mln zł w 3,5 dnia. Oba start-up’y są przykładem tego, jak w korporacjach mogą powstawać innowacje.

Portfolio z myślą o przyszłości

Grupa rozwijając własne start-up’y lub spółki celowe, tworzy portfolio, które w przyszłości ma zapewnić jej zwrot z inwestycji. Przykładem takiego działania są wyniki spółki Solution4Labs wchodzącej w skład grupy, zajmującej się transformacją cyfrową w laboratoriach. Spółka w 2020 roku została ujęta wśród 50 najszybciej rozwijających się spółek technologicznych w Europie Centralnej w rankingu Deloitte Technology Fast 50. W latach 2016-2019 Solution4Labs wypracowała wzrost przychodów na poziomie 2367% i ten wynik zagwarantował jej 7. miejsce w Europie Centralnej oraz 3. miejsce w Polsce. Start-up’y rozwijane w ramach grupy takie jak Holo4Med, Zonifero, Grow Uperion czy Holo4Labs działają w branżach, które w wyniku pandemii rozwijają się w błyskawicznie.

Obszar działalności TenderHut oraz rozwój szybkorosnących spółek zależnych powoduje, że debiut na NewConnect może okazać się gratką dla inwestorów.

Jak Europa zyska na uregulowaniu internetowych gigantów?

W stronę nowej, europejskiej perspektywy – Yann Lechelle o unijnych dyrektywach regulujących platformy internetowe.

– Nowe regulacje zaproponowane przez Komisję Europejską mają na celu zmianę paradygmatu, który rządził internetem w Unii Europejskiej od około 20 lat. Mogą mieć realny, transformacyjny wpływ i pozwolą stworzyć godną zaufania, interoperacyjną, cyfrową gospodarkę, przy jednoczesnej poprawie konkurencyjności i naszej strategicznej niezależności – mówi o dyrektywach Digital Services Act (DSA) i Digital Markets Act (DMA) Yann Lechelle, CEO francuskiej firmy Scaleway, drugiego największego dostawcy usług w chmurze w Europie.

Digital Services Act (DSA) i Digital Markets Act (DMA) to nowe unijne regulacje, które nakładają na platformy internetowe szereg nowych obowiązków i ograniczeń – z jednej strony prokonsumenckich, a z drugiej zwiększających szanse konkurencji.

– Bogactwo coraz mocniej wiążę się obecnie z danymi – twierdzi Yann Lechelle, CEO Scaleway, francuskiej firmy zajmującej się rozwijaniem rozwiązań chmurowych. – Zwiększająca się koncentracja wpływów i bogactwa przez niewielką liczbę firm technologicznych pozwala im na wzmacnianie władzy, jaką sprawują nad naszą demokracją, tożsamością, prywatnością i suwerennością gospodarczą. Tak nie powinno być – uważa Lechelle.

O co chodzi w regulacjach?

DSA utrudni mikrotargetowanie i profilowanie reklam pod konkretnych użytkowników. A te komunikaty, które zostaną nam wyświetlone, będą musiały być opatrzone wyjaśnieniem, czemu właśnie my je widzimy. Dokument zajmie się też moderacją treści i mechanizmami, które podsuwają je użytkownikom. Platformy będą musiały informować konsumentów o głównych parametrach stojących za ich algorytmami. Firmy kontrolujące największe serwisy i usługi nie będą już mogły usuwać legalnych treści tak łatwo, jak do tej pory. Teraz każdy użytkownik, którego spotka ban lub usunięcie posta, będzie musiał otrzymać szczegółowe wyjaśnienie, a w przypadku odwołania od decyzji także zapewnienie, że finalnej decyzji nie podejmie algorytm.

Z kolei DMA zajmie się nieuczciwymi praktykami największych cyfrowych graczy i uderzy w praktyki monopolistyczne. Firmy kontrolujące więcej niż jeden serwis otrzymają zakaz łączenia informacji na temat danych osobowych z różnych źródeł, np. z YouTube’a i Gmaila (oba należą do Google’a) czy z Facebooka i Instagrama (ich właścicielem jest Facebook). Korporacje dostaną też zakaz narzucania użytkownikom własnych rozwiązań. Aplikacje instalowane fabrycznie np. w smartfonach będzie można usunąć (co obecnie często jest niemożliwe).

– Europa jest polem bitwy, na którym toczy się obecnie nierówny wyścig – mówi Lechelle. – Zasady są dyktowane przez dużych graczy, co pozwala im zdobyć dodatkowe udziały w rynku, a w przypadku chmury obliczeniowej – również kontrolę nad przetwarzaniem i przechowywaniem danych, których wartość rośnie wykładniczo. W ostatnich latach promowana była narracja win-win, o korzystnych dla obu stron aspektach reklamy behawioralnej. Padały twierdzenia, że jest to jedyny zrównoważony sposób finansowania sieci, przez co nie mogła się rozwinąć żadna alternatywa. W efekcie mamy do czynienia z lose-lose dla całej Europy. Przynajmniej do tej pory tak było.

Nowe regulacje mają na celu nie tylko większą ochronę użytkowników, ale również polepszenie warunków sprzyjających konkurencyjności. Obecnie mniejsze firmy mają niewielkie szanse konkurowania z największymi graczami. Jak twierdzi Lechelle, to szczególnie istotna wiadomość dla Europy.

– Często mówimy o suwerenności, ale zamiast tego powinniśmy raczej mówić o braku suwerenności europejskiej i naszej nieumiejętności kształtowania europejskiej infrastruktury jutra. Oraz – co gorsza – o naszym braku znaczącego wkładu w debatę zakotwiczoną w chińsko-amerykańskiej wojnie handlowej – wyraża obawy CEO Scaleway. – Nasza nieustanna zależność od internetu i rozproszonej infrastruktury chmur obliczeniowych powinna się osłabiać, ale dzisiejszy multilateralizm i sieć znajdują się pod ogromną presją, a każda z geopolitycznych sił ciągnie kołdrę w swoją stronę. Niezależnie od tego, czy nazwiemy to nacjonalizmem, protekcjonizmem, lobbingiem, ukrytymi monopolami, dumpingiem… – wszystkie te siły działają i zagrażają neutralności internetu, dążąc do zdobycia aktywów o wartości wykładniczej: danych. W rezultacie mamy do czynienia ze stromą krzywą, w której 90% wartości jest przechwytywane przez mniej niż 10% graczy, a Europejczycy odpowiadają na zaledwie około 10% zapotrzebowania.

Co mają szanse zmienić nowe regulacje? – Mają one na celu zmianę paradygmatu, który rządził internetem w Unii Europejskiej od około 20 lat – mówi Lechelle. – Mogą mieć realny, transformacyjny wpływ i pozwolą stworzyć godną zaufania, interoperacyjną, cyfrową gospodarkę, przy jednoczesnej poprawie konkurencyjności i naszej strategicznej niezależności. Poprzez zmianę układu sił w sferze cyfrowej i przywrócenie równowagi, stwarza miejsce na rozwój modeli uwzględniających ochronę prywatności w fazie projektowania oraz modeli zrównoważonych, co jest krokiem naprzód w stosunku do Europy i dla Europy – konkluduje CEO Scaleway.

Miraculum podsumowuje przychody w grudniu – wzrost o 29 proc. r/r

Notowana na rynku głównym GPW spółka kosmetyczna Miraculum w grudniu 2020 roku osiągnęła 1,7 mln przychodów netto ze sprzedaży, co oznacza wzrost względem analogicznego okresu 2019 roku o 29 proc. Narastająco, od stycznia do grudnia 2020 roku, przychody wyniosły 24,4 mln zł – jest to wzrost o 12 proc. r/r.

-Za nami czas intensywnych prac nad odbudową marki kosmetycznej, która istnieje na rynku od 1924 roku. Konsekwentnie realizowana strategia ma swoje odzwierciedlenie w wynikach finansowych. Systematycznie wzrastające przychody spółki to dowód na to, że konsumenci ponownie zaufali produktom marek z portfolio Miraculum – komentuje Sławomir Ziemski, członek zarządu Miraculum.

Miraculum to polska firma kosmetyczna z prawie 100-letnią tradycją. Kosmetyki Miraculum powstają w oparciu o własne, oryginalne receptury, bazujące na nowoczesnych składnikach pochodzenia naturalnego. Spółka skupia w swoim portfolio 11 marek, w tym m.in. Pani Walewska, Joko, Chopin i Tanita. Cały proces produkcyjny odbywa się z dbałością o  środowisko naturalne.

Rok 2021 będzie rokiem branży elektromobilnej

Branża elektromobilna spodziewa się dobrego roku 2021. Mają zacząć się procesy, którym w 2020 roku przeszkodziła pandemia. Branża spodziewa się szybkiego wzrostu – ponieważ i w Europie i w Polsce sektor elektromobilności rozwija się – pomimo ograniczeń związanych z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. W Polsce dotyczy to prac nad mechanizmami wsparcia – które mają pomóc w szybkim, skokowym powiększeniu się branży – dofinansowaniem do kupna samochodów, budową infrastruktury i wprowadzeniem odpowiednich legislacji.

– W Polsce szczególnie potrzebujemy jeszcze większej dynamiki rozwoju i wzrostu skokowego. Liczba samochodów elektrycznych i innych pojazdów zeroemisyjnych, takich jak samochody dostawcze i autobusy, musi być coraz większa. Mamy nadzieję, że przyczyni się do tego w 2021 roku zapowiadany system wsparcia – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazurdyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – System ten został wdrożony w obszarze komunikacji zbiorowej. Już 4 stycznia rusza nabór z budżetem 1,3 miliarda złotych. W ślad za tym konkursem pójdą także nabory w obszarze samochodów osobowych i samochodów dostawczych, a w następnej kolejności infrastruktury. To pozwoli, by rzeczywiście w roku 2021 elektromobilność wkroczyła w Polsce na salony. Obecne 80%-owe wzrosty rok do roku mogą być dzięki temu zdecydowanie wyższe, jeśli uda się uruchomić mechanizmy wsparcia, nad którymi prace trwają już miesiącami – zapowiada Mazur.

Poprawa sytuacji gospodarczej może być wolniejsza niż zakłada rynek

Gospodarczym wydarzeniem zeszłego tygodnia były piątkowe dane z rynku w pracy w USA. Niestety okazały się rozczarowujące i zamiast 60 tyś nowych miejsca pracy, ubyło blisko 140 tyś etatów. Mimo rozczarowującego pierwszego tegorocznego odczytu rynki akcyjne zakończyły tydzień wzrostami. Szczególnie mocno w nowy rok weszła GPW, która zakończyła tydzień wzrostami na poziomie 4,94%. Słabsze dane z rynku pracy odcisnęły piętno na notowaniach metali szlachetnych, których ceny w piątek dynamicznie spadały. Przecena to efekt przesunięcia oczekiwań, co do tempa wzrostu inflacji. Słabsze dane z rynku pracy wskazują, że poprawa sytuacji gospodarczej może być wolniejsza niż zakłada rynek, a tym samym pojawienie się wyższej inflacji może się opóźnić.

W tym tygodniu już w środę odbędzie się posiedzenie RPP na którym zapadnie decyzja dotycząca poziomu stóp procentowych. Spodziewamy się utrzymania stóp na niezmienionym poziomie. W czwartek z kolei zostaną opublikowane dane o inflacji w USA. W piątek na naszym lokalnym podwórku finalny odczyt inflacji CPI za grudzień.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Ponad 60 proc. Polaków odczuwa negatywne skutki pracy zdalnej. Skuteczniej radzą sobie z nimi pracownicy aktywni fizycznie

Prawie 2/3 Polaków pracujących zdalnie w pandemii odczuwa negatywne skutki home office. Są to przede wszystkim stres, problemy ze zdrowym odżywianiem oraz spadek efektywności – wynika z badania MultiSport Index 2020. Znacznie rzadziej z negatywnymi konsekwencjami pracy zdalnej zmagają się pracownicy, którzy mimo pandemii i ograniczeń pozostają aktywni fizycznie – już 4 na 10 zatrudnionych deklaruje, że sport  łagodzi stres związany z pandemią. W obecnej sytuacji wsparcie aktywności fizycznej pracowników przez firmę jest skutecznym rozwiązaniem, umożliwiającym zachowanie dobrego samopoczucia i wyższej efektywności.

– Pandemia sprawiła, że przenieśliśmy pracę z biur do domów, a negatywne skutki tej zmiany potwierdza już 63 proc. zatrudnionych. Jednocześnie z badań opinii wynika, że prawie połowa Polaków odczuwa negatywne skutki przedłużającej się pandemii i okresu izolacji społecznej w postaci zwiększonego stresu. W najbliższej przyszłości może to być jeden z głównych powodów rosnącej absencji pracowniczej. Przed COVID-19 pojawiały się szacunki ZUS pokazujące dziesiątki tysięcy utraconych dni pracy rocznie, m.in. z powodu nadmiernego stresu i chorób. Jednym z wyzwań dla pracodawców po pandemii będzie wyhamowanie tego trendu – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Józefiak, członek zarządu Benefit Systems.

Na home office pracuje w tej chwili ok. 40 proc. aktywnych zawodowo Polaków. Osoby, które odczuwają negatywne skutki pracy w domu, wskazały w badaniu MultiSport Index 2020, że najczęściej są to zbyt rzadkie kontakty z innymi ludźmi, zacieranie granic pomiędzy pracą i życiem prywatnym, zwiększony poziom stresu, problemy z żywieniem (np. nieregularne posiłki) czy spadek efektywności. Skutki pracy zdalnej są tym dotkliwsze, im więcej dni pracujemy poza biurem. W gronie pracowników, którzy na home office przebywają co najmniej trzy–cztery dni w tygodniu, negatywne konsekwencje odczuwa aż 74 proc.

– Wśród aktywnych fizycznie Polaków, którzy pracują zdalnie, aż 42 proc. wskazuje, że nie doświadcza takich trudności. Tymczasem wśród pracowników, którzy nie ćwiczą, taką odpowiedź deklaruje jedynie 29 proc. – mówi Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia.

Według badania MultiSport Index 2020 aż 79 proc. aktywnych fizycznie Polaków deklaruje, że regularny ruch poprawia ich samopoczucie i efektywność w pracy. 4 na 10 pracowników w sporcie odnalazło też sposób na łagodzenie stresu związanego z pandemią COVID-19. W efekcie 3/4 nie zamierza rezygnować z aktywności fizycznej niezależnie od tego, jak rozwinie się sytuacja epidemiologiczna.

– Pandemia uświadomiła nam wszystkim, że profilaktyka zdrowotna jest jednym z najważniejszych elementów naszego życia. Nie ma tańszego i prostszego sposobu na zachowanie zdrowia niż aktywność fizyczna. Wierzę, że w najbliższych latach czeka nas boom na zdrowie i aktywność fizyczną. To trend, który na Zachodzie obserwujemy już od wielu lat – mówi Bartosz Józefiak.

Jak podkreśla, utrzymanie efektywności, zdrowia i motywacji pracowników jest w tej chwili jednym z największych wyzwań, z jakimi mierzą się firmy. Badanie MultiSport Index 2020 wskazuje, że ok. 60 proc. zatrudnionych oczekuje od swoich pracodawców większego wsparcia w zakresie zdrowego i aktywnego stylu życia. Jednocześnie prawie połowa (47 proc.) ocenia, że w tej chwili ich pracodawca nie podejmuje w tym obszarze wystarczających działań.

– Pracownicy oczekują w najbliższym czasie zwiększenia przez pracodawców nakładów na opiekę zdrowotną i aktywność fizyczną. Pracodawcy wspierają te obszary przede wszystkim przy wykorzystaniu pozapłacowych benefitów związanych ze sportem i rekreacją, a do najważniejszych i najbardziej pożądanych należy karta sportowa, którą ma już 60 proc. pracowników dużych firm i korporacji – mówi członek zarządu Benefit Systems.

Karty sportowe posiada w tej chwili średnio co czwarty pracownik w Polsce. To jeden z najpopularniejszych benefitów sportowych. Drugą, najczęściej oferowaną przez pracodawców formą wsparcia w tym zakresie jest infrastruktura rowerowa, np. stojaki na rowery.

– Dostosowujemy karty MultiSport do wymogów obecnych czasów i potrzeb pracowników. To już nie tylko możliwość pójścia na basen czy do siłowni, ale także możliwość skorzystania z treningów online, konsultacji z dietetykiem albo wykorzystania programu mindfulness, który pomaga radzić sobie ze stresem w warunkach domowych. Widzimy, że nasi użytkownicy coraz częściej korzystają z tych opcji – mówi Bartosz Józefiak.

Ze statystyk Benefit Systems wynika, że od początku pandemii z treningów online i ćwiczeń w warunkach domowych  skorzystało 74 proc. posiadaczy kart MultiSport. W październiku – kiedy działalność wielu obiektów sportowych została ponownie ograniczona – popularność treningów online wzrosła o ponad 100 proc. w porównaniu z wrześniem. Dzięki rozszerzeniu oferty online, np. o dostęp do platformy treningowej Yes2Move.com, użytkownicy Programu MultiSport mogą kontynuować treningi niezależnie od rozwoju sytuacji epidemicznej i dostępności infrastruktury sportowej.

Powstanie elektrowni jądrowej może obniżyć ceny prądu dla odbiorców. Wiele zależy jednak od przyjętego modelu biznesowego

Wybór modelu biznesowego dla polskich elektrowni jądrowych to jedna z najważniejszych decyzji gospodarczych, jaką podejmie rząd. Zaważy ona na rozwoju całej gospodarki na kolejnych kilka dekad. Może także wesprzeć jej odbudowę po kryzysie wywołanym pandemią – wynika z raportu Instytutu Sobieskiego „Energetyka jądrowa dla Polski”. Eksperci podkreślają w nim, że Polski nie stać już na węgiel, a koszty energii elektrycznej generowanej przez atom należą do najniższych, co może przełożyć się na rachunki dla odbiorców. Dlatego rząd powinien priorytetowo potraktować projekt budowy reaktorów jądrowych.

– Brak energetyki jądrowej w Polsce pociąga za sobą dość duże koszty. Dobrym przykładem są koszty opłat za emisję CO2. W 2019 roku polskie elektrownie zawodowe wydały na uprawnienia prawie 10 mld zł, natomiast w latach 2013–2019 było to ok. 21 mld zł. Łatwo policzyć, że przez siedem lat obowiązywania tej trzeciej fazy systemu ETS wydaliśmy, a w zasadzie puściliśmy z dymem, tyle pieniędzy, że moglibyśmy za nie postawić co najmniej jeden blok jądrowy o mocy 1000 MW – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Sawicki, ekspert ds. ekonomicznych energetyki jądrowej. – Jeśli założymy, że w kolejnych latach będziemy płacić za CO2 tyle samo co w 2019 roku, to praktycznie co dwa lata moglibyśmy stawiać jeden blok jądrowy o takiej mocy.

Koszty energii elektrycznej generowanej przez atom należą w UE do najniższych – podkreśla współautor raportu Instytutu Sobieskiego „Energetyka jądrowa dla Polski”. Jak wskazuje, elektrownie jądrowe w Europie wytwarzają energię, której koszt oscyluje wokół 20–25 euro/MWh. Najtańsze bloki pracują w Finlandii – w 2019 roku koszt energii wyprodukowanej przez elektrownię w Olkiluoto wynosił ok. 16 euro/MWh. W Stanach Zjednoczonych te wartości są zbliżone – największa elektrownia atomowa Palo Verde w stanie Arizona generuje energię, której koszt oscyluje wokół 15 dol./MWh.

– W przypadku tych najnowszych elektrowni jądrowych trzeciej generacji, które mają powstać w Polsce, koszt techniczny wytwarzania energii wynosi ok. 100 zł/MWh. Do tego trzeba doliczyć jeszcze koszty kapitałowe, które będą w dużej mierze uzależnione od przyjętego modelu biznesowego. Jednak przy dobrze skonstruowanym modelu będą to kwoty w miarę nieduże. Dlatego tak czy inaczej: energetyka jądrowa będzie najtańszym źródłem energii, a do tego stabilnym, niezależnym od warunków pogodowych i niegenerującym większych kosztów zewnętrznych – mówi Łukasz Sawicki.

Jak wskazują analizy przeprowadzone na zlecenie Ministerstwa Klimatu, uśrednione koszty całkowite wytwarzania energii w 2020 roku wynoszą  360 zł/MWh. W prognozach na 2045  rok najwyższe koszty będą w scenariuszu bez elektrowni atomowej (388 zł/MWh). Kontynuacja rozwoju energetyki jądrowej powinna przynieść dalszy spadek kosztów do 2050 roku (340 zł/MWh wobec 376 zł w scenariuszu bez EJ).

Eksperci podkreślają, że model biznesowy dla polskich elektrowni jądrowych będzie jedną z najważniejszych składowych tej inwestycji. Po pierwsze, zdeterminuje jej rentowność, a po drugie, określi, jak przełoży się to na rachunki odbiorców.

– Model biznesowy powinien być przede wszystkim zbalansowany, czyli uwzględniać jednocześnie interes inwestora i interes odbiorców energii. Chodzi o to, żeby inwestorowi opłacało się te elektrownie zbudować, a z drugiej strony żeby odbiorcy energii odczuli niski koszt wytwarzania energii na rachunkach za prąd – podkreśla ekspert.

Źle dobrany model może spowodować, że niskie koszty kapitału i nakładów inwestycyjnych pozwolą co prawda na wyprodukowanie taniej energii, ale nie wpłyną na obniżkę rachunków za prąd przedsiębiorstw i gospodarstw domowych, a może nawet spowodują ich wzrost.

– W tym modelu na pewno musi znaleźć się gwarancja odbioru energii, a także w miarę możliwości gwarancja stałej ceny, bo elektrownia jądrowa ma pracować bardzo długo. Kolejny warunek to zgodność modelu z polityką i prawodawstwem UE, bo Komisja Europejska będzie musiała wyrazić zgodę na przyjęte rozwiązania – wymienia Łukasz Sawicki. – Dobrze by było, aby ten model nie przyczyniał się też do nadmiernego obciążania budżetu państwa, m.in. z uwagi na to, że jest on już mocno obciążony pomocą dla przedsiębiorstw w związku z pandemią koronawirusa. Przyjęty model musi być również kompleksowy – nie może obejmować tylko jednej elektrowni, ale finansowanie serii bloków jądrowych.

Ekspert podkreśla, że ważnym warunkiem jest też akceptacja społeczna dla modelu funkcjonowania polskich EJ. Według tegorocznego badania, które Ministerstwo Klimatu cytuje w zaktualizowanym PPEJ, przychylnych energetyce jądrowej jest 57 proc. Polaków. W rejonach potencjalnych lokalizacji odsetek zwolenników jest jeszcze wyższy i wynosi 71 proc. Co istotne, im lepiej społeczeństwo czuje się poinformowane w kwestii energetyki jądrowej, tym wyższy poziom jego poparcia.

Zgodnie z przyjętym w październiku ub.r. przez rząd programem polskiej energetyki jądrowej do 2043 roku w Polsce mają działać już dwie elektrownie atomowe o łącznej mocy od 6 do 9 GW. W latach 2040–2045 około 1/5 krajowej produkcji energii ma już pochodzić z atomu. Pierwsza inwestycja powstanie w Lubiatowie–Kopalinie lub Żarnowcu (lokalizacjach wskazanych już we wcześniejszym PPEJ z 2014 roku), ale pod uwagę brane są również Bełchatów i Pątnów. Uruchomienie pierwszego bloku przewidziano na 2033 rok, kolejne będą oddawane w latach 2035 i 2037. Budowa drugiej elektrowni ma wystartować w 2032 roku, a jej trzy reaktory mają być po kolei uruchamiane w latach 2039–2043.

W zaktualizowanym PPEJ rząd nie określił jeszcze, jaki będzie pełny model biznesowy planowanych elektrowni jądrowych. Wybór technologii zgodnie z harmonogramem powinien nastąpić w tym roku. Program zakłada m.in., że Skarb Państwa wykupi 100 proc. udziałów w powołanej do tego projektu spółce PGE EJ 1, a po wyłonieniu inwestora strategicznego zachowa w niej 51 proc. Współinwestor zagraniczny miałby nabyć w spółce celowej nie więcej niż 49 proc. udziałów.

– Rola państwa w modelu biznesowym EJ może być różna. W najlżejszych sprowadza się do ukształtowania jasnej, klarownej i konsekwentnie realizowanej polityki energetycznej, w której określony jest miks energetyczny, perspektywa, projekty ewentualnych zmian prawnych, instrumenty i działania, które rząd prowadzi wspólnie z przedsiębiorstwami, inwestorami i branżą energetyczną, żeby ten miks zrealizować. Natomiast inne, trochę szersze narzędzia to np. udział państwowych funduszy inwestycyjnych, ograniczony udział budżetu państwa, poręczenia albo gwarancje Skarbu Państwa, ubezpieczenia kredytów. Myślę, że rząd niebawem ostatecznie zdecyduje się na któreś z dostępnych narzędzi, więc wkrótce się tego dowiemy – mówi ekspert ds. ekonomicznych w energetyce jądrowej.

W ocenie rządu bez włączenia EJ do miksu energetycznego Polska nie zdoła wypełnić swoich zobowiązań wobec UE i dojść do neutralności klimatycznej w 2050 roku, a energetyka jądrowa przełoży się na radykalne obniżenie emisji CO2 w sektorze elektroenergetycznym. Zarówno budowa, jak i eksploatacja bloków jądrowych bezpośrednio i pośrednio przyczyni się do utworzenia co najmniej kilkudziesięciu tysięcy nowych miejsc pracy.

Coraz gorsze nastroje przedsiębiorców. Ostrzegają przed niekontrolowaną falą zwolnień i bankructw

Zgodnie z zapowiedziami ministra zdrowia Adama Niedzielskiego dotychczasowe obostrzenia w gospodarce zostaną utrzymane również po 17 stycznia. Wiele firm może nie wytrzymać przedłużającego się lockdownu. – Można się spodziewać zdecydowanie większej skali zwolnień, ale też fali niekontrolowanych bankructw – mówi Grzegorz Baczewski z Konfederacji Lewiatan. Upadłości obawia się co trzecia mała i średnia firma, a wśród przedsiębiorców, którzy działają na rynku mniej niż dwa lata, odsetek ten wynosi ok. 50 proc. – wynika z badania BIG InfoMonitor.

– Trzeci lockdown to są wymierne straty dla firm, które nie mogą generować przychodów, a jednocześnie są narażone na ponoszenie znaczących kosztów. Nawet w przypadku tych firm, które zostały objęte tzw. tarczą antykryzysową 6.0, można mówić o tym, że wsparcie zaoferowane przedsiębiorcom jest niewystarczające. Co ważne, to wsparcie i ten lockdown przychodzi w momencie, kiedy firmy są już bardzo wyczerpane wcześniejszymi okresami obostrzeń i zakazów działalności, jednocześnie ciążą na nich znacząco większe zobowiązania. Wiele branż będzie przeżywać bardzo poważne trudności i wiele przedsiębiorstw już tego trzeciego lockdownu nie przejdzie tak, jak to było poprzednim razem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.

Od 28 grudnia do 17 stycznia obowiązuje trzeci (po wiosennym i listopadowym) lockdown gospodarki, czyli zamrożenie działalności części branż, m.in. gastronomii, siłowni i innych obiektów sportowych, a także części obiektów handlowych w galeriach. Już wiadomo, że restrykcje te zostaną wydłużone do 31 stycznia.

Według Polskiej Rady Centrów Handlowych łączne straty w tym segmencie z powodu trzech lockdownów można szacować na 30 mld zł, z czego 17,5 mld zł przypada na pierwsze zamrożenie gospodarki, ok. 8 mld zł na listopad, a ok. 4 mld zł na obecne ograniczenia.

– Można się spodziewać, że firmy będą decydowały się na większą skalę zwolnień, pojawi się fala niekontrolowanych bankructw, bo firmy już nie będą w stanie dalej funkcjonować. Wiosną czy wczesną jesienią obserwowaliśmy w środowisku przedsiębiorców nadzieję na przetrwanie, teraz jednak widać, że rzeczywiście wiele firm zaczyna zawieszać swoją działalność, rezygnuje z najmowanych lokali, zmniejsza skalę działalności i prawdopodobnie wkrótce zacznie zwalniać pracowników – mówi dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Keralla Research dla BIG InfoMonitor, prawie 11 proc. MŚP wskazywało, że w 2020 roku zetknęło się  z ryzykiem bankructwa. Najczęściej wskazywały na nie mikro- i małe firmy. Obawy co do 2021 roku są jeszcze poważniejsze. Bankructwa boi się 36 proc. badanych, z czego 14 proc. uważa, że to ryzyko jest wysokie.

Jak wynika z analiz Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w 2020 roku w Monitorze Sądowym i Gospodarczym opublikowano 587 upadłości firm. To podobny wynik do 2019 roku, jednak na prawdziwą skalę firm zagrożonych niewypłacalnością mogą wskazywać dane na temat postępowań restrukturyzacyjnych. W całym ubiegłym roku wszczęto ich 800 (tylko w grudniu 144 – to najwyższy w historii wynik miesięczny), podczas gdy w 2019 roku było ich 465.

Sytuacji nie rozwiązuje także zaproponowana przez rząd tarcza branżowa, i to mimo poszerzenia spektrum uprawnionych do jej otrzymania firm według PKD.

– Negatywnych skutków lockdownu doświadczają nie tylko firmy objęte obostrzeniami, ale również ich kontrahenci. To jest podstawowy błąd podejścia tarczy 6.0. Bardzo wiele firm nie jest objętych pomocą – tłumaczy dyrektor Grzegorz Baczewski. – Natomiast te, które się do niej kwalifikują, też widzą wiele mankamentów w sposobie skonstruowania tej tarczy. Pomoc jest relatywnie skromna. Dopłaty do wynagrodzeń w okresie przestoju są na poziomie 2 tys. zł, czyli zdecydowanie poniżej przeciętnego wynagrodzenia, a więc nie pokrywa to całości kosztów zatrudnienia pracowników, którzy nie generują żadnych przychodów w wyniku obostrzeń.

W opinii Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług (ZPPHiU) kryterium przyznania pomocy powinien być przymus administracyjny zamknięcia sklepów i będący ich wynikiem spadek obrotów, a nie ich klasyfikacja.

O powrót do ogłoszonej w listopadzie ub.r. mapy drogowej dla gospodarki zaapelował wczoraj Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Jak podkreślił w liście do premiera, w przeciwieństwie do bogatszych państw Zachodu, np. Niemiec, Polski nie stać na zamknięcie gospodarki. Jego skutkiem może być nie tylko względne zubożenie gospodarki, lecz także cofnięcie się w gospodarczym rozwoju o dekadę.

Pandemia zahamowała rozwój branży słodyczy. Głównie poprzez utrudnienia w transporcie

Bardzo istotna w segmencie spożywczym branża słodyczy ucierpiała podczas pandemii, przede wszystkim ze względu na początkowe zakłócenia w łańcuchach dostaw, ale też utrudnienia w transporcie. – Nawet jeśli mieliśmy produkt gotowy do sprzedaży, to były problemy z jego dostarczeniem ze względu na brak kontenerów. To zamieszanie cały czas się utrzymuje – mówi Marek Moczulski z Unitopu, producenta sezamków i chałwy. Według szacunków analityków PKO BP sprzedaż w sektorze słodyczy spadła w 2020 roku o 1,8 mld euro. Jednak w tym roku wzrost sprzedaży przez internet i odmrożenie rynków powinny przełożyć się na obroty wyższe niż w 2019 roku.

– COVID-19 ma olbrzymi wpływ na wiele segmentów gospodarki włącznie z branżą spożywczą i segmentem słodyczy. To jeden z największych segmentów branży, bo w całej Europie to jest około 160 mld euro. W Polsce rynek jest wart kilkanaście miliardów złotych i rósł do 2019 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Moczulski. – Segment związany z upominkami, gift and sharing, np. bombonierki okazjonalne, słabo się miewa, bo ludzie się nie odwiedzają, nie obchodzą hucznych imienin itd. Natomiast są segmenty, gdzie wręcz nastąpił rozwój, to np. produkty gotowe: ciasta, ciastka, wafle czy tabliczki czekoladowe. Tutaj widzieliśmy dosyć istotny rozwój, ale generalnie w branży słodyczy nastąpiło istotne zahamowanie rozwoju, a wręcz regres w 2020 roku.

Jak pokazuje raport PKO BP (dane za Statista) opublikowany w lipcu ubiegłego roku, rynek słodyczy w Polsce wygenerował w 2019 roku przychody w wysokości ponad 6,7 mld euro. Ze względu na pandemię i spowodowaną nią problemy szacowany spadek przychodów w 2020 roku wyniósł 7 proc. (do 6,3 mld euro). Spadki prognozowane były na większości kontynentów.

– COVID-19 poprzez brak podróży uniemożliwił albo bardzo spowolnił nam wprowadzenie produktów i nowości na rynki, na których już jesteśmy obecni, i na te, które dopiero otwieramy. W maju i kwietniu rzeczywiście cały świat zamarł, bo były przerwane łańcuchy logistyczne. Nawet jeśli mieliśmy produkt, to mogliśmy mieć problemy z jego fizycznym dostarczeniem z powodu braku kontenerów. To zamieszanie ciągle się utrzymuje, bo o kontenery jest walka prawie jak o ogień – mówi prezes Unitopu. – Nie mamy problemów z komponentami do produkcji. Myślimy, że niebawem powrócimy na ścieżkę istotnego rozwoju.

Optymistyczne prognozy dotyczą także innych rynków. Po pierwszym, najostrzejszym lockdownie globalny rynek słodyczy wzrośnie w 2021 roku do 769,6 mld euro. „Po nieznacznym spadku przychodów ze sprzedaży branży słodyczy w 2020 roku już w 2021 roku prognozowany jest powrót wartości sprzedaży powyżej poziomu z 2019 roku o 4,9 proc.” – informuje PKO BP.  W ciągu trzech kolejnych lat powinien przekroczyć wartość 836 mld euro.

Z kolei w Polsce w latach 2020–2023 prognozowany jest średni roczny wzrost na poziomie 6,8 proc. do 7,6 mld euro w 2023 roku. Przekładając to na konsumpcję, analitycy Statista szacują, że w 2019 roku statystyczny Polak zjadał ok. 51,1 kg słodyczy, podczas gdy w 2023 roku będzie to 57,8 kg. W wydatkach Polaków na słodycze także będzie widoczny wyraźny wzrost ze 177,7 euro rocznie w 2019 roku do 202,5 euro w 2023 roku.

Jak wynika z raportu PKO BP, eksport słodyczy z Polski wzrósł między 2015 a 2019 rokiem o 24,4 proc. (z 2,8 mld euro do 3,5 mld euro). Największy udział, prawie 50-proc., w 2019 roku miały w nim wyroby czekoladowe, ale największe wzrosty odnotował segment lodów. Głównym kierunkiem eksportowym pozostają Niemcy (26,1 proc.), a w następnej kolejności Wielka Brytania, Francja i Rosja (23,8 proc. eksportu słodyczy przypadło na te trzy rynki). Ze względu na wciąż obserwowane utrudnienia w transporcie rozwój nowych rynków jest pełen wyzwań, mimo to Unitop nie spowalnia ekspansji zagranicznej.

– W tej chwili otwieramy rynki azjatyckie, południowoamerykańskie – wymienia Marek Moczulski. – Eksportujemy produkty sezamkowe do wielu krajów świata, właściwie na wszystkie kontynenty. 80 proc. naszej produkcji trafia na eksport. Nasze produkty można znaleźć pod naszą marką chociażby w Kanadzie, gdzie jesteśmy numerem jeden, Stanach Zjednoczonych, Australii. Sprzedajemy olbrzymie ilości. 

W Polsce firma zapowiada dalsze inwestycje w automatyzację linii produkcyjnych. Wyjątkiem, którego one nie obejmą, jest produkcja chałwy, która jest wyrabiana ręcznie ze względu na włóknistą konsystencję.

– Ten proces ręczny zachowamy, bo to będzie nasz wyróżnik. Natomiast wszelkie inne procesy chcemy zautomatyzować. Przeznaczymy w tym roku obrotowym 5–6 mln zł na automatyzację pakowania – dodaje prezes Unitopu.

Jak podkreśla, internet generuje już kilkadziesiąt miliardów złotych obrotów rocznie w segmencie słodyczy i będzie się nadal rozwijał. To z tego powodu spółka w grudniu uruchomiła swój nowy sklep internetowy.

Biometryczna inwigilacja może stanowić zagrożenie dla demokracji i prywatności obywateli. Algorytmy nie zawsze też działają w sposób niezawodny

Identyfikacja odcisków palców czy skanów tęczówki i siatkówki, rozpoznawanie twarzy, głosu czy sposobu chodzenia, a nawet DNA i fal mózgowych – każda z tych technologii biometrycznych może być wykorzystana do efektywnego uwierzytelniania ludzi. Systemy, które bazują na danych biometrycznych, są znacznie dokładniejsze, mogą ograniczyć, a nawet wyeliminować przestępczość. Niosą jednak za sobą szereg zagrożeń. Przykład Chin pokazuje, że biometryczna inwigilacja może być stosowana coraz częściej. Najnowsze wykorzystanie technologii rozpoznawania twarzy przez sztuczną inteligencję pochodzi jednak z USA, gdzie władze usiłują wychwycić osoby odpowiedzialne za atak na Kapitol.

– Biometria to informacje, które pochodzą z naszego ciała. To odcisk palca, tęczówka, wygląd naszej twarzy. Coraz częściej biometria w wielu państwach, zarówno unijnych, jak i np. państwach Dalekiego Wschodu, jest wykorzystywana po to, żeby weryfikować to, kto i gdzie się przemieszcza za pośrednictwem kamer rozpoznających twarze. Jest to właśnie inwigilacja biometryczna, która de facto w zasadzie kończy z prawem do anonimowego przemieszczania się w przestrzeni publicznej obywateli i obywatelek danego kraju – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Klicki, prawnik z Fundacji Panoptykon.

Technologie biometryczne są obecnie wykorzystywane do sprawdzania, czy dany człowiek jest tym, za kogo się podaje, do odkrywania tożsamości, sprawdzania osób. W miarę jak stają się one tańsze, bardziej niezawodne, dostępne i wygodne, będą coraz częściej wdrażane na wszystkich poziomach, m.in. na potrzeby organów ścigania, fizycznej kontroli dostępu czy kontroli granicznej.

Już teraz kasyna wykorzystują techniki rozpoznawania twarzy, banki używają głosu do weryfikacji klientów przez telefon, rytm bicia serca może służyć do zabezpieczania płatności mobilnych lub uwierzytelniania ich w sieci korporacyjnej, a szpitale identyfikują pacjentów za pomocą unikalnych wzorów żył na dłoniach. Coraz więcej krajów stosuje programy identyfikacji biometrycznej przy przekraczaniu granic. Technologie rozpoznawania twarzy zwiększają bezpieczeństwo, są przy tym wiarygodne, niosą jednak ze sobą spore zagrożenia, przede wszystkim dotyczące prywatności.

– Walczymy, aby Komisja Europejska w przygotowywanej regulacji dotyczącej sztucznej inteligencji, bo rozpoznawanie twarzy także jest formą sztucznej inteligencji, wprost zakazała wykorzystywania technologii w nadmierny sposób ograniczającej prawa i wolności jednostki, np. w kontekście zgromadzeń. Wyobraźmy sobie sytuację, w której instytucje publiczne odpowiadające za bezpieczeństwo dysponują narzędziami, które pozwalają stworzyć listę wszystkich uczestników demonstracji, np. antyrządowych. Widać, jak bardzo głębokie ryzyko dla demokracji wiąże się z takimi narzędziami – przekonuje Wojciech Klicki.

Wspierana przez sztuczną inteligencję technologia rozpoznawania twarzy Clearview AI została wykorzystana przez amerykańskie organy ścigania do identyfikacji osób, które 6 stycznia szturmowały Kapitol. Dyrektor generalny firmy potwierdził, że wykorzystanie technologii rozpoznawania twarzy jego firmy przez organy ścigania wzrosło o 26 proc. dzień po tym, jak tłum zwolenników prezydenta Trumpa zaatakował siedzibę Kongresu. Wcześniej „Times” podawał, że Departament Policji w Miami używa technologii Clearview do identyfikacji niektórych uczestników zamieszek, wysyłając dane podejrzanych FBI. „The Wall Street Journal” doniósł z kolei, że wydział policji w Alabamie również używał Clearview do identyfikacji twarzy na zdjęciach z zamieszek.

Chociaż szybko rozwijające się technologie biometryczne wydają się oferować potrzebne rozwiązanie do identyfikacji i uwierzytelniania, ich stosowanie budzi również pewne obawy dotyczące bezpieczeństwa. Stąd potrzeba ochrony zebranych danych biometrycznych przed nadużyciami i niewłaściwym wykorzystaniem podczas ich gromadzenia, przetwarzania i uzyskiwania do nich dostępu.

– Najbardziej rozpoznawalnym i powszechnym zagrożeniem jest rozpoznawanie twarzy. Oczywiście w coraz większej liczbie miejsc stosowane są takie funkcjonalności jak rozpoznawanie tożsamości na podstawie odcisku palca, na podstawie źrenicy, natomiast jeżeli mówimy o masowej inwigilacji, to wiąże się ona przede wszystkim z rozpoznawaniem twarzy – podkreśla ekspert.

Kilka lat temu londyńska policja dokonała pierwszego aresztowania na podstawie rozpoznawania twarzy, porównując zdjęcia pieszych w popularnych miejscach turystycznych z bazą danych znanych przestępców. W Brazylii schwytano zaś handlarza narkotyków po tym, jak oprogramowanie do rozpoznawania twarzy wykryło go na stacji metra.

– Dla wielu osób potencjał tej technologii może wiązać się z nadzieją na redukcję bądź wręcz eliminację przestępczości. Jeśli nikt nie będzie mógł się przemieszczać w sposób anonimowy, jeśli wszędzie nasza obecność będzie rejestrowana, to może tak jak w filmach science fiction będziemy w stanie co najmniej wyłapać każdego przestępcę, a być może jeszcze złapać go za rękę, zanim popełni przestępstwo – mówi prawnik z Fundacji Panoptykon.

Ryzyko jednak jest znaczne, czego przykładem mogą być Chiny. Comparitech, badacz usług technologicznych, informuje, że liczba kamer monitorujących w Chinach wynosi ok. 56 na tysiąc osób. Niedawno pekiński artysta Deng Yufeng organizował wycieczki, podczas których uczył ludzi, jak najlepiej ukryć twarz przed kamerami monitorującymi zainstalowanymi na jednej ze stołecznych ulic. Artysta zbadał odcinek o długości 1,1 tys. metrów i sugeruje, że nawet połowa z blisko setki aparatów wykorzystuje rozpoznawanie twarzy.

– Entuzjaści tej technologii zapominają o jej czarnych stronach, nie tylko o zagrożeniach dla demokracji związanych z rozpoznawaniem uczestników demonstracji, ale także z tym, że inwigilacja biometryczna oparta jest na sztucznej inteligencji, a ta z kolei wiąże się często np. z dyskryminacją. Badania pokazują, że algorytmy rozpoznające twarz w znacznie lepszy sposób radzą sobie z białymi mężczyznami niż z osobami o innym kolorze skóry, czyli biały mężczyzna w mniejszym stopniu ryzykuje, że będzie rozpoznany jako przestępca, w przeciwieństwie do czarnoskórego – przekonuje Wojciech Klicki.

Niedawno głośno było w Europie  o programie „Horyzont 2020”, sztandarowym programie UE w zakresie badań naukowych i innowacji. W latach 20142020 w postaci grantów dla naukowców przekazano ok. 80 mld euro. Część z tych środków wsparło rozwój produktów bezpieczeństwa dla sił policyjnych i agencji kontroli granicznej w sektorze publicznym i prywatnym, m.in. wirtualny czytnik myśli w ramach projektu iBorderCtrl, do potencjalnego wykorzystania w ochronie granic Europy. Technologia na podstawie mimiki twarzy rozpoznaje, kiedy ktoś kłamie. W ocenie części ekspertów osoby o innym kolorze skóry, kobiety czy osoby niepełnosprawne mogą być częściej fałszywie uznani za kłamców.

– Jeśli algorytmy, chociażby służące rozpoznawaniu twarzy, wykrywaniu podejrzanych transakcji, wykrywaniu osób, które zachowują się w sposób nietypowy, będą coraz bardziej powszechne, ich wpływ na rzeczywistość będzie rósł, tym bardziej będziemy ryzykować, że to nie konkretny funkcjonariusz policji czy służby będzie decydował o zamrożeniu pieniędzy na koncie czy o zatrzymaniu, tylko będzie to robił algorytm. Kluczowa różnica polega na tym, że jeżeli funkcjonariusz popełni błąd, to jesteśmy w stanie go pociągnąć do odpowiedzialności, z algorytmem jest już trochę trudniej – ocenia prawnik z Fundacji Panoptykon.

Polska potrzebuje magazynów energii elektrycznej. Będą niezbędne do zwiększenia udziału OZE w miksie energetycznym

Polska infrastruktura OZE jest na wstępnym etapie rozwoju. Choć w ramach dotacji unijnych i państwowych powstają kolejne farmy wiatrowe i słoneczne, nie są w pełni zintegrowane z krajowym systemem infrastruktury energetycznej. Do pełnego wykorzystania potencjału zasobów odnawialnych konieczne będzie zbudowanie sieci magazynów, które zgromadzą nadmiar energii i pozwolą wykorzystać je w szczycie zużycia energetycznego. Pierwsze instalacje tego typu planuje wdrożyć grupa PGE, a firma Impact Clean Power Technology postuluje wykorzystanie baterii wykorzystywanych na rynku motoryzacyjnym, aby przyspieszyć integrację systemów energetycznych w naszym kraju.

– Instalacje OZE nie produkują energii wtedy, kiedy jest najwyższe zapotrzebowanie. W przypadku fotowoltaiki generacja energii elektrycznej odbywa się głównie w ciągu dnia, a największe piki są w okolicach południa. Tymczasem największe zapotrzebowanie dobowe gospodarki jest rano, po południu i wieczorem, gdy ta generacja jest minimalna. Magazyny energii są potrzebne, żeby przesunąć energię wyprodukowaną w ciągu dnia do użycia wtedy, kiedy jest wymagana. System elektroenergetyczny w Polsce nie jest gotowy na przyjęcie tak dużej energii z OZE, więc musimy zainwestować w bardzo dużą liczbę magazynów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Bartłomiej Kras, prezes zarządu Impact Clean Power Technology.

Magazyny energii wydają się być nieodzownym elementem sprawnie funkcjonującej infrastruktury OZE zintegrowanej z konwencjonalną siecią elektroenergetyczną. Już dziś w Polsce łączna moc instalacji farm fotowoltaicznych wynosi przeszło 3 GW, a wraz ze zwiększaniem udziału energii odnawialnej w miksie energetycznym będzie nieustannie rosnąć. Szybkie wybudowanie sieci magazynów energii pozwoli w pełni wykorzystać potencjał tych instalacji.

Impact Clean Power Technology postuluje wykorzystanie w tym celu ogniw stosowanych na rynku motoryzacyjnym. Baterie wykorzystywane dziś powszechnie w autobusach, tramwajach czy pojazdach przemysłowych, po zakończeniu procesu eksploatacji, mogą zostać wykorzystane do usprawnienia sektora elektroenergetycznego. Zamiast poddawać zużyte ogniwa utylizacji, można stworzyć z nich banki energii OZE. Mimo że nie będą miały tak wysokiej sprawności jak nowe baterie, pozwolą efektywnie wykorzystać nadmiar energii produkowanej w szczycie pracy instalacji wiatrowych oraz fotowoltaicznych. Pierwszy magazyn tego typu ma powstać w 2021 roku.

– Branża motoryzacyjna ma bardzo wyśrubowane standardy bezpieczeństwa, dlatego baterie zainstalowane w autobusach mają najwyższe systemy bezpieczeństwa, BMS-y są najbardziej zaawansowane. Przenosząc systemy bezpieczeństwa zaprojektowane dla bezpośredniej ochrony ludzi do magazynów stacjonarnych, zachowamy ten sam poziom bezpieczeństwa. Odpowiednio sterując tymi magazynami, wykorzystując część energii, która jeszcze w nich pozostała po użytku w pojazdach, będziemy w stanie bezpiecznie użytkować ten magazyn przez wiele lat – przekonuje ekspert.

Na znacznie szerszą skalę wykorzystanie magazynów energii w procesie modernizacji polskiego miksu energetycznego planuje grupa PGE. Firma uruchomiła instalację zdolną do zmagazynowania nadmiarowej energii z OZE o mocy ok. 2,1 MW. Magazyn powstał w Rzepedzi na Podkarpaciu i wykorzystuje baterie Tesla Powerpack. Z tej samej technologii skorzystano podczas projektowania największego na świecie magazynu energii Hornsdale Power Reserve w Australii o łącznej mocy 100 MW (obecnie rozszerzona do 150 MW). PGE przygotowuje się do wzniesienia w Żarnowcu magazynu o mocy 205 MW, a projekt tej inwestycji jeszcze w styczniu 2021 roku ma trafić do certyfikacji. Z kolei do 2030 roku mają powstać magazyny o łącznej mocy rzędu 800 MW.

Wdrożenie takich wielkoskalowych inwestycji ma usprawnić polską infrastrukturę elektroenergetyczną, jednak dopiero w połączeniu z mniejszymi, lokalnymi bankami energii możliwe będzie całkowite wykorzystanie nadmiarowej energii ze źródeł odnawialnych.

– Największym beneficjentem będą właściciele większych farm fotowoltaicznych i instalacji OZE, którzy do dalszego rozwoju muszą zastosować magazyny energii. W piku zapotrzebowania ceny są najwyższe, a w ciągu dnia mamy dolinę cenową, a to wtedy ta fotowoltaika jest najistotniejsza. Wiatraki również produkują energię w okresach zwykle niepokrywających się z dobowym rozkładem wymagań i cen. Dla takich farm będzie to dodatkowy zysk, będą mogły sprzedawać drożej i zyskają możliwość przyłączenia do systemu energetycznego, który dzisiaj jest kompletnie na to nieprzygotowany – tłumaczy Bartłomiej Kras.

Sytuacja na rynkach finansowych niezmącona wydarzeniami na Kapitolu

Amerykańskie indeksy akcji osiągnęły kolejne szczyty, rentowności rosły, podobnie jak ceny surowców, a dolar amerykański odzyskał równowagę po tygodniach strat. Inwestorzy przyjęli pogląd, że zamieszki na Kapitolu nigdy poważnie nie zagroziły Kongresowi Stanów Zjednoczonych i przygotowują się do nowego cyklu politycznego, w którym Demokraci kontrolują kluczowe ośrodki władzy.

Obecnie rynek skupia się na kwestii szczepień przeciwko COVID-19, przywiązując mniejszą wagę do podsumowujących przeszłość odczytów makro, takich jak słaby raport o amerykańskim zatrudnieniu opublikowany w zeszłym tygodniu. Istotniejsze są dane pozwalające spojrzeć w przyszłość, takie jak te o nastrojach konsumentów i firm oraz ogłoszenia dotyczące lockdownów. Amerykański Kongres jest zajęty drugim procesem impeachmentu Trumpa. Kluczowa publikacja makroekonomiczna, jaką poznamy w tym tygodniu, to środowe dane o inflacji. Czekamy na nie, chcąc lepiej ocenić, czy niedawny wzrost rynkowych oczekiwań inflacyjnych w USA ma uzasadnienie w danych z gospodarki.

PLN

Po okresie końcoworocznych interwencji walutowych Narodowego Banku Polskiego nastał spokój. Złoty zyskiwał, kierując się w górę, podobnie jak kluczowe globalne indeksy akcji.

Ostatnie, grudniowe dane dla Polski sugerują poprawę w przemyśle. Pomimo lockdownu indeks PMI dla sektora w grudniu osiągnął najwyższy poziom od lipca. Większe zaskoczenie stanowił jednak głęboki spadek inflacji, która na koniec roku wyniosła zaledwie 2,3%. Tego typu odczyt może wspierać szanse na obniżkę stóp procentowych, czego możliwość w ostatnich tygodniach sugerowali decydenci. Bazując m.in. na obecnej wycenie tej obniżki przez rynek (na podstawie kontraktów FRA), przy założeniu, że NBP nie będzie schodził ze stopą referencyjną poniżej zera, sądzimy, że złoty nie powinien doświadczyć istotnego osłabienia, jeśli dojdzie do takiego ruchu. Z drugiej strony uważamy, że brak obniżki może wspierać PLN.

Perspektywy dla złotego pozostają bardziej niepewne, niż były jeszcze kilka tygodni temu. Niemniej oczekujemy dalszego umocnienia waluty. Pomimo retoryki reprezentantów NBP sugerującej, że mogą czekać nas dalsze interwencje, sądzimy, że bank centralny po zaksięgowaniu zysku za 2020 rok (którego gros trafi do budżetu) będzie miał mniejszą motywację do podejmowania tego typu działań. Sugeruje to timing ostatnich interwencji (których większość nastąpiła tuż przed końcem roku) i ich brak na początku roku obecnego. Niemniej z uwagą będziemy obserwować zachowanie rynku i wszelkie sygnały wysyłane przez bank centralny. Pierwsze posiedzenie RPP w tym roku odbędzie się już w tę środę.

EUR

Silny wzrost euro z ostatnich kilku tygodni natrafił na problemy. W części winą za przerwanie rajdu można obarczyć to, że szczepienia w większości państw Europy postępują wolniej, niż zakładano. Liczby zaszczepionych odstają od tych w USA i Wielkiej Brytanii. Wydaje się, że Włochy poczyniły największe postępy w zakresie masowych szczepień spośród krajów strefy euro, chociaż jak dotąd tylko ok. 1% populacji otrzymało szczepionkę – mniej niż połowa tego, co w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

Wdrożenie szczepień jest kluczem do naszej prognozy zakładającej szybszy od oczekiwanego powrót gospodarki na właściwe tory po rozpoczęciu znoszenia lockdownów. To nadal początek, jednak będziemy z uwagą śledzić te dane i oczekujemy, że to samo zrobią rynki finansowe. Obecnie nasz pogląd na długoterminowe perspektywy waluty pozostaje pozytywny, jednak zakładamy kilka tygodni konsolidacji po silnej aprecjacji z ostatnich kilku tygodni.

USD

Rynki zdecydowały się skupić na przyszłości, spoglądając na proces szczepień i licząc na zniesienie restrykcji w połowie 2021 roku. Jednocześnie przymykają oko na polityczne zamieszanie w USA i rozczarowujące grudniowe dane z rynku pracy, opublikowane w zeszłym tygodniu. Bardzo słabe dane dla hotelarstwa i gastronomii obniżyły łączną liczbę nowych miejsc pracy, w konsekwencji czego Stany Zjednoczone odnotowały spadek zatrudnienia netto po raz pierwszy od osiągnięcia pandemicznego minimum. Skala pogorszenia była jednak dość niewielka, zwłaszcza w porównaniu z załamaniem obserwowanym w kwietniu minionego roku.

Zwycięstwo Demokratów w wyścigu o dwa miejsca senackie w Georgii oznacza, że dalsza znacząca stymulacja fiskalna jest prawdopodobna. W krótkim terminie sądzimy, że związany z tym wzrost rentowności amerykańskich obligacji będzie chronić tamtejszą walutę przed deprecjacją. Nie zmienia to jednak naszego negatywnego poglądu na perspektywy dolara amerykańskiego w długim terminie.

GBP

Teraz, gdy porozumienie między Wielką Brytanią a UE zostało osiągnięte, rynek walutowy przenosi uwagę z nagłówków dotyczących Brexitu na ogłoszenia dotyczące lockdownów w Wielkiej Brytanii. Obecnie gazety donoszą, że rząd Wielkiej Brytanii rozważa nawet bardziej rygorystyczne obostrzenia niż te, które są obecnie w mocy, co przekłada się na osłabienie brytyjskiej waluty w poniedziałek rano.

Z drugiej strony szczepienia w Wielkiej Brytanii postępują szybciej niż w Europie. Do tej pory, wykorzystując szczepionki zarówno Pfizer/BioNTech, jak i AstraZeneca, zaszczepiono tam ponad 1,5 mln osób, więcej niż w jakimkolwiek innym rozwiniętym kraju na świecie. Jeśli zgodnie z oczekiwaniami tempo szczepień nadal będzie rosło, ok. 20% Brytyjczyków powinno otrzymać szczepionkę do połowy lutego. Dobrze wróży to perspektywom ożywienia gospodarczego w Wielkiej Brytanii w połowie roku i naszym zdaniem powinno zapewnić wsparcie brytyjskiej walucie.

CHF

Frank szwajcarski w zeszłym tygodniu był jedną ze słabszych walut G10, pomimo że sytuacja pandemiczna w kraju zdaje się poprawiać. Liczba nowych przypadków COVID-19 utrzymuje się na względnie stałym poziomie, spada natomiast liczba zgonów: 7-dniowa średnia jest obecnie o 25% niższa niż na początku grudnia. Podobnie jak inne kraje w Europie pod koniec grudnia Szwajcaria zaczęła szczepić swoich mieszkańców, wykorzystując preparat od Pfizer/BioNTech, w kolejnych kilku dniach ma też zaakceptować szczepionkę Moderny.

Szwajcarska gospodarka jest dość odporna na drugą falę zakażeń. Dane z zeszłego tygodnia potwierdziły, że dynamika sprzedaży detalicznej w listopadzie pozostała dodatnia. Przemysł radzi sobie całkiem nieźle, przynajmniej bazując na grudniowych danych PMI, które pokazały silną ekspansję aktywności w sektorze. W przeciwieństwie do poprzedniego tygodnia, w tym nie otrzymamy żadnych szczególnie istotnych publikacji makro. Uwaga skupi się na pandemii i wieściach z zewnątrz, jednak o ile nie stanie się coś naprawdę nieoczekiwanego, prawdopodobnie nie zobaczymy gwałtownych wahań kursu EUR/CHF.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Badanie zdrowia psychicznego Polaków podczas pandemii COVID-19

Prezentujemy wybrane wyniki dotyczące obszarów dyskomfortu, których doświadcza polskie społeczeństwo w trakcie trwania pandemii koronawirusa.

Podstawowe dolegliwości w obszarze emocji

Badanie obejmowało cztery obszary: emocjonalny, somatyczny, behawioralny i relacji społecznych. Wyniki badania ukazały znaczną powszechność występowania w społeczeństwie trudności w wyżej wymienionych sferach.

W monitorowanym okresie respondenci najczęściej wskazywali, że bardzo często lub często dotykają ich dolegliwości związane obszarem emocjonalnym: bycie zmartwiony (28%), nieustające poczucie zatroskania (27%), przytłoczenie negatywnymi myślami (26%) oraz bezsilność (26%). Jedna czwarta badanych czuła przygnębienie i martwiła się, czy nie stanie się im coś złego. Taki sam odsetek wskazywał na poczucie spięcia i smutku. Niepokój i roztrzęsienie towarzyszyło 23% badanych.

Negatywne emocje zapewne wzmagało także poczucie osamotnienia, które doskwierało 24% respondentom. Osobom biorącym udział w badaniu również nie obca była złość – 22% respondentów przyznawało, że czuje „podminowanie”.Badanie zdrowia psychicznego Polaków podczas pandemii COVID-19

Patrząc na trend, możemy zauważyć, że poziom natężenia trudnych emocji był nieco wyższy w początkowym momencie pandemii, następnie obniżył się w okresie wakacyjnym. W VI pomiarze, który miał miejsce w pierwszej połowie lipca, możemy zaobserwować istotnie statystycznie niższy poziom niektórych wskaźników (Martwię się czy nie  stanie mi się coś złego, czuję się spięty(a)). Następnie ich natężenie znów rośnie od pomiaru VIII (II połowa listopada). Dotyczy do głównie zamartwiania się o własne bezpieczeństwo, smutku, spięcia, poczucia samotności.

Metodologia pomiarów badania zdrowia psychicznego

Badanie jest realizowane od dnia 27 kwietnia 2020 roku w dwutygodniowych pomiarach. W lipcu nastąpiła przerwa w gromadzeniu danych. Kolejne pomiary zaczęto realizować od dnia 3.11.2020 roku. Do połowy grudnia przeprowadzono w sumie 10 393 wywiadów.

Szczegółowe terminy  realizacji poszczególnych pomiarów
P I: 27-29.04, P II: 11-13.05, P III: 27-30.05, P IV: 9-15.05, P V: 26.06 – 1.07, P VI: 7-14.07, P VII: 3-7.11, P VIII: 16-20.11, P IX: 30.11 – 4.12, P X: 14-17.12. badanie zdrowia psychicznego koronawirus

Badanie obejmuje reprezentatywną (pod względem płci, wieku i miejsca zamieszkania) próbę Polaków w wieku 18 +. W projekcie biorą udział głównie osoby posiadające średnie i wyższe wykształcenie. Dlatego nie możemy tutaj mówić o reprezentatywności próby pod względem wykształcenia.

Badanie jest realizowane metodą CAWI, na panelu badawczym SWPanel.pl należącym do Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research – lidera badań online w Polsce.

Za warstwę merytoryczną projektu odpowiada zespół Szymon Kukanow (psycholog, psychotraumatolog) i Dominika Nawrocka (socjolożka, badaczka). Wsparcia analitycznego udzielił Piotr Ziewiec.


3xzdrowie Centrum Medyczne

Artur Jankowski nowym prezesem Nestlé Polska S.A.

Po 6 latach pełnienia funkcji prezesa zarządu Nestlé Polska S.A. i blisko 30 latach w Grupie Nestlé, w 2021 roku Simon Smith przejdzie na wcześniejszą emeryturę i rozpocznie kolejny etap swojego życia. Przed rozpoczęciem pracy w Nestlé, Simon Smith uzyskał kwalifikacje biegłego rewidenta i dyplom MBA na uniwersytecie w Newcastle, pracując jednocześnie dla firm w północnej Anglii. Po dołączeniu do Nestlé dynamicznie rozwijał swoją zagraniczną karierę, w jej ostatnich latach pełniąc takie funkcje jak CEO Nestlé Adriatic, CFO Nestlé Europe, czy w końcu szefa rynku w Polsce. Podczas swojego pobytu w kraju, zbudował wysoce utalentowany zespół menedżerski, który nadzorował transformację firmy pod względem jej efektywności i zaangażowania pracowników oraz stworzył przyszły fundament firmy, jako organizacji kierującej się ideą „Force for good”, budując biznes dobry zarówno dla pracowników, społeczności jak i środowiska.

Z dniem 1 stycznia 2021 stanowisko prezesa zarządu Nestlé Polska S.A. objął Artur Jankowski. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej, Wydziału Zarządzania i Marketingu. Z Nestlé związał się w 2016 roku, gdy objął stanowisko dyrektora sprzedaży. Wcześniej pracował w Grupie Danone, w której pełnił kolejno funkcje dyrektora zakupów oraz dyrektora sprzedaży. W pierwszych latach pracy w Nestlé przekształcił swój dział w elastyczną, adaptującą się do zmian rynkowych strukturę, zorientowaną na zrównoważony rozwój, wdrażając w życie podstawową wartość Nestlé jaką jest szacunek dla innych. Po trzech latach Artur Jankowski objął funkcję dyrektora dywizji Nutrition, utrzymując pozytywną dynamikę tego kluczowego biznesu Nestlé. Umiejętności biznesowe Artura, zorientowany na współpracę styl przywództwa, a także strategiczne spojrzenie znacząco przyczyniły się do rozwoju Nestlé w Polsce. Cechy te stawiają go w doskonałej pozycji do kontynuowania ambitnej drogi polskiego oddziału Nestlé jako organizacji z misją.