Sondaż: 43% Polaków odczuło w ostatnim czasie pogorszenie nastroju. Przyczyny – epidemia, finanse i polityka

Aż 43% Polaków zauważa u siebie pogorszenie nastroju i samopoczucia w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Większość (54%) jako przyczynę podaje epidemię koronawirusa i związane z nią obostrzenia, sytuację finansową (36%) i co ciekawe – sytuację polityczną w kraju (35%). Ponad co trzeciemu Polakowi (36%) doskwiera samotność, a prawie co piąty (17%) przyznaje, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przyjmował środki antydepresyjne lub uspokajające – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

43% badanych twierdzi, że ich nastrój i samopoczucie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy pogorszyły się w porównaniu do wcześniejszego okresu. Co ciekawe, stosunkowo częściej są to kobiety (50%) niż mężczyźni (35%). O ile w przypadku elektoratu Koalicji Obywatelskiej, Lewicy oraz Polski 2050 Szymona Hołowni przeważają osoby, których samopoczucie się pogorszyło w ostatnim czasie (52%, 54% i 50%), to wśród większości wyborców Prawa i Sprawiedliwości (60%) nastrój nie uległ zmianie,
a zaledwie 31% z nich twierdzi, że się pogorszył.

Prawie połowa Polaków (48%) nie zauważyła żadnych zmian w swoim nastroju i samopoczuciu, a prawie co dziesiąty (9%) stwierdza nawet poprawę.nastrój i samopoczucie

Osoby, których nastrój i samopoczucie uległy pogorszeniu w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, jako główną przyczynę i winowajczynię takiego stanu rzeczy wskazują panującą epidemię koronawirusa i związane z nią obostrzenia (54%). Na drugim miejscu niemal na równi lokują się: sytuacja finansowa (36%) i sytuacja polityczna w kraju (35%). Stan własnego zdrowia lub bliskich znalazł się na czwartym miejscu (29%), a na kolejnym – samotność (24%).nastrój i samopoczucie uległy pogorszeniu

Badanie po raz kolejny pokazało, jak bardzo kwestie polityczne różnią wyborców Prawa
i Sprawiedliwości od wyborców opozycji.  Osoby, które chciałyby w najbliższych wyborach zagłosować na Koalicję Obywatelską lub Polskę 2050 Szymona Hołowni, jako drugi najważniejszy powód swojego pogorszenia nastroju wskazują sytuację polityczną w kraju (50%, 54%), a osoby, które planują oddać swój głos na Lewicę – nawet na pierwszym miejscu (63%). Z kolei wśród elektoratu partii rządzącej sytuacja polityczna znalazła się dopiero na szóstym miejscu. Na drugim znalazł się stan własnego zdrowia lub bliskich (35%), a na trzecim – zła pogoda (30%).samopoczucie

Ponad co trzeci Polak (36%) przyznaje, że doskwiera mu samotność. Więcej takich osób jest wśród kobiet (39%) niż mężczyzn (33%), w elektoracie Lewicy (47%) i Polski 2050 Szymona Hołowni (41%) niż w elektoracie PiS (35%) i Koalicji Obywatelskiej (31%).samotnośćDodatkowo, prawie co piąty badany (17%) przyznaje się do zażywania w ciągu ostatnich miesięcy środków poprawiających nastrój lub samopoczucie, np. antydepresyjnych czy uspokajających. W przypadku odpowiedzi na to pytanie zarówno kobiety, jak i mężczyźni, a także wyborcy partii rządzącej i opozycyjnych byli wyjątkowo zgodni.antydepresanty

„Pandemia koronawirusa i problemy z nią związane bardzo wpłynęły na psychikę wielu osób. Odczuwają one pogorszenie nastroju, biorą antydepresanty czy środki uspokajające, doskwiera im samotność pogłębiona przez konieczność pozostania w domach. O ile tematy polityczne  bardzo dzielą społeczeństwo, to kwestie samotności i problemów psychicznych są ponad podziałami. Już teraz konieczne jest wypracowanie i wdrażanie rozwiązań tak, byśmy po epidemii koronawirusa nie musieli się mierzyć z epidemią problemów psychicznych” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

————————————————————————————

Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla serwisu ciekaweliczby.pl na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna. Próba ogólnopolska losowo-kwotowa N=1079 osób w wieku od 18 lat wzwyż. Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Termin realizacji: 4 – 8 grudnia 2020 roku. Metoda: CAWI

Ponad 60 proc. Polaków kupi w internecie chociaż jeden prezent świąteczny. Zrobi to także ponad połowa seniorów

Pandemia i lęk przed koronawirusem spowodowały znaczny wzrost popularności zakupów internetowych, co ujawnia się także w okresie przedświątecznym. Podczas świątecznych zakupów online Polacy najchętniej kupują książki, płyty oraz filmy. Co ciekawe, także seniorzy zamierzają kupować prezenty przez internet. Badanie OpinionWay Polska pokazuje, że co trzeci klient e-commerce podczas pandemii kupuje nie tylko częściej, lecz także stał się entuzjastą zakupów w sieci. Jeden z niewielu mankamentów zakupów online to konieczność płacenia za przesyłkę.

Jak pokazało badanie OpinionWay Polska pt. „Zmiany w branży e-commerce w Polsce”, aż 47 proc. konsumentów przyznaje, że obecnie kupuje online częściej niż przed pandemią.

– 64 proc. Polaków deklaruje, że w tym roku kupi przez internet choć jeden prezent gwiazdkowy. Oczywiście zakupy internetowe to domena ludzi młodych. Wśród młodszych konsumentów odsetek zainteresowanych zakupami prezentów przez internet sięga 70 proc. Natomiast dużym zaskoczeniem są wyniki naszego badania dotyczące starszych grup Polaków. Okazuje się, że osoby po 60. roku życia są również bardzo aktywnymi uczestnikami online’owych zakupów. Ponad połowa z nich deklaruje, że planuje kupić prezenty świąteczne również przez internet – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Sztabiński, dyrektor rozwoju biznesu w OpinionWay Polska.

W tym roku nastąpiły również niewielkie zmiany w najbardziej popularnych kategoriach produktowych, które wybierają internauci podczas przedświątecznych zakupów. Okazuje się, że pandemia koronawirusa ma wpływ  także na wybór prezentów pod choinkę.

– W tym roku najbardziej popularną kategorią będą książki, płyty oraz filmy wideo. One w zeszłym roku były na drugim miejscu, a w tym roku na tę pozycję spadły kosmetyki kolorowe i perfumy. W dobie koronawirusa to w zasadzie zrozumiałe, ale ciekawe. Skoro coraz więcej czasu spędzamy w domu, dobrze mieć coś, co ten czas umili, natomiast z racji ograniczonych kontaktów społecznych być może trochę mniej potrzebujemy tych produktów, które budują naszą atrakcyjność na co dzień. Co równie ciekawe, w tym roku do topowych prezentowych kategorii szturmem wdarła się elektronika. 17 proc. Polaków deklaruje, że planuje zakupić na święta jakieś urządzenie elektroniczne – wymienia Piotr Sztabiński.

Jak podkreśla, elektronika nie tylko umila czas spędzany w domu, ale też przyda się do zdalnej pracy albo nauki.

Badanie OpinionWay Polska pokazało również, że polski klient e-commerce jest „apostołem” zakupów online. Są to konsumenci, którzy online kupują nie tylko częściej niż przed pandemią COVID-19, lecz także są bardzo mocno związani z tym kanałem sprzedaży.

– 47 proc. Polaków kupuje przez internet częściej, niż robiło to przed pandemią. To dość duży skok. Natomiast wzrost jest nie tylko ilościowy, ale też jakościowy. Po pierwsze, obawy przed pandemią i koronawirusem idą krok w krok z zainteresowaniem zakupami e-commerce. O ile wśród ogółu respondentów odsetek kupujących częściej wynosi 47 proc., o tyle wśród osób bardzo obawiających się zakażenia wskaźnik ten sięga już 57 proc. Po drugie, Polacy nie tylko częściej kupują przez internet, ale też wielu z nich pokochało zakupy internetowe czy wręcz nie wyobraża sobie bez nich życia i funkcjonowania – mówi ekspert.

Średni koszyk zakupowy online u przeciętnego internauty wynosi 250 zł, choć średnia wartość zakupów różni się znacznie w przypadku towarów szybko zbywalnych i trwałych. W kategorii produktów FMCG średnia wartość koszyka wynosi około 100 zł, natomiast w odniesieniu do produktów trwałych, np. elektroniki, ubrań, przeciętne zakupy sięgają 436 zł.

Polacy wskazują średnio trzy bariery w dokonywaniu zakupów online, z czego dwie dotyczą kwestii związanych z dostawą. Najbardziej przeszkadza konieczność zapłaty za wysyłkę (34 proc.), brak możliwości wypróbowania produktu przed zakupem (32 proc.), a także obawa przed nieotrzymaniem przesyłki (27 proc.).

– Kwestie związane z logistyką, z przesyłkami i transportem, to najważniejsze problemy czy trudności związane z e-zakupami – wskazuje Piotr Sztabiński. – Jak najlepsza optymalizacja – zarówno kosztowa, jak i czasowa – kwestii związanych z dostarczeniem zakupionych towarów to jest ten obszar, nad którym e-retailerzy powinni aktualnie pracować.

Poza nielicznymi mankamentami Polacy bardzo dobrze oceniają swoje doświadczenie zakupowe w sieci. W skali od 1 do 10 średnia tych ocen wynosi prawie 9. Jak podkreśla dyrektor rozwoju biznesu w OpinionWay Polska, zmiana sklepu internetowego jest dla internauty bardzo prosta. Konkurencja na tym rynku jest bardzo duża, w związku z czym uruchamia się proces naturalnej selekcji i zainteresowanie kupujących zdobywają tylko te sklepy, które zapewniają dobrą obsługę i atrakcyjne towary.

Sztuczna inteligencja przejmuje transmisje sportowe. Inteligentni operatorzy zastąpią człowieka w realizacji wydarzeń

Pandemia koronawirusa poważnie utrudniła funkcjonowanie całego sektora sportu profesjonalnego. Wdrożenie restrykcji pandemicznych uniemożliwiło gromadzenie się ludzi i wymusiło na organizatorach zamknięcie trybun, a co za tym idzie – przyczyniło się do drastycznej redukcji wpływów z organizacji wydarzeń tego typu. Choć mecze nadal mogą być rozgrywane, to w Polsce odbywają się bez udziału publiczności. W zbilansowaniu strat wynikających z redukcji przychodów z biletów może pomóc zastąpienie operatorów systemami inteligentnymi, które zautomatyzują proces rejestracji i transmisji obrazu.

– Sztuczna inteligencja szczególnie jest używana w sporcie. To jest trend, przed którym nie uciekniemy. Sport jest bardzo schematyczny, więc łatwo wytłumaczyć go komputerowi. System Pixellot już jest stosowany w krajach zachodnich, m.in. w FC Barcelonie. Polega na tym, że stawiamy kamerę wysokiej rozdzielczości na stadionie i ona na podstawie sztucznej inteligencji potrafi przeprowadzić poprawną realizację telewizyjną, która dla widza wygląda jak transmisja przeprowadzona przez ludzi. Oczywiście ma to swoje pewne limitacje, natomiast wraz z rozwojem tej technologii człowiek zostanie wyparty z produkcji sportowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Kowalski, członek zarządu Blackburst.

Stworzenie takich inteligentnych operatorów było możliwe dzięki znaczącemu postępowi w rozwoju systemów rozpoznawania i analizy obrazu, jaki dokonał się na przestrzeni ostatnich kilku lat. Inteligentne kamery najpierw znalazły zastosowanie w systemach monitoringu miejskiego, a po odpowiednim przeszkoleniu przy wykorzystaniu technologii uczenia maszynowego – również w sporcie. Dzięki nim możliwe stało się zastąpienie ludzi w roli operatorów i pełne zautomatyzowanie procesu realizacji transmisji.

Inteligentny operator zaprojektowany przez zespół inżynierów z Pixellot wykorzystuje sieć kamer wizyjnych do pokrycia całej powierzchni boiska, a cały proces logistycznej realizacji transmisji odbywa się za pośrednictwem sztucznej inteligencji. Oprogramowanie wyszkolono na drodze uczenia maszynowego do rozpoznawania tego, co dzieje się na boisku. System potrafi zlokalizować piłkę na murawie i podążać kamerą w ślad za nią, aby rejestrować kluczowe momenty rozgrywki.

Pandemia koronawirusa tylko te zmiany pogłębi.

– Pandemia jest impulsem do poszukiwania metod produkcji bez udziału człowieka, tańszej realizacji wydarzeń sportowych. Ligi są zamykane, kibice nie mogą pójść na stadiony, choć kupili karnety, a sponsorzy zapłacili pieniądze za ekspozycję. Wszyscy muszą próbować pokazywać te mecze, czy to w internecie, czy w telewizji – ocenia Maciej Kowalski.

Potencjał rozwiązań tego typu nie kończy się wyłącznie na relacjach z piłki nożnej. Po odpowiednim przeszkoleniu algorytmu przy wykorzystaniu archiwalnych nagrań można stworzyć oprogramowanie przystosowane do relacjonowania niemal dowolnych zawodów sportowych. Systemy automatyczne BlackBurst skierowane są głównie do organizatorów zawodów mniej popularnych rozgrywek sportowych, którzy w dobie koronawirusa najbardziej ucierpieli z powodu restrykcji pandemicznych.

– Nie dla wszystkich jest miejsce w telewizji, jest bardzo duże zapotrzebowanie na tego typu technologię. Oczywiście ona dopiero wchodzi na rynki i jest rozwijana, natomiast wszyscy świadomi właściciele, szczególnie praw sportowych, szukają w tym kierunku rozwiązań i będą próbować je wdrażać – wskazuje ekspert.

Rozgrywki niszowych dyscyplin sportowych nigdy nie będą tak dochodowe jak np. rozgrywki Ekstraklasy, które ściągają na stadiony tysiące widzów. W przypadku takich wydarzeń jak np. drugoligowe rozgrywki piłki nożnej czy koszykówki inteligentny operator pozwoli zaoszczędzić na obsłudze transmisji, gdyż głównym kosztem jego wdrożenia będzie instalacja kamer wysokiej rozdzielczości oraz zakup licencji na oprogramowanie automatyzujące transmisję.

– Sztuczna inteligencja w rzeczach schematycznych, które nie wymagają zrozumienia emocji, czyli takich jak sport, jest w stanie zastąpić człowieka. Jest to kwestia dekady – uważa Maciej Kowalski.

Nowy rekord wydajności ogniw fotowoltaicznych dzięki perowskitom. Technologię rozwijają także Polacy

Naukowcom udało się ustalić nowy rekord wydajności ogniw fotowoltaicznych. Przełomowe panele wykorzystują do przechwytywania energii słonecznej perowskitowe półprzewodniki i są w stanie zachować wysoką efektywność energetyczną nawet po setkach godzin funkcjonowania. Nowa technologia pozwoli zwiększyć wydajność elektrowni słonecznych bez jednoczesnego zwiększania zajmowanej przez nie powierzchni.

Wyścig o poprawę efektywności energetycznej paneli fotowoltaicznych trwa od lat. W 2018 roku brytyjscy naukowcy z firmy Oxford Photovoltaics stworzyli ogniwa o rekordowej wydajności rzędu 28 proc., na pobicie tego wyniku trzeba było poczekać kilka lat. Już w styczniu 2020 roku zespół naukowców z Helmholtz-Zentrum Berlin ogłosił, że udało im się zaprojektować i skonstruować ogniwa o doświadczalnej wydajności rzędu 29,15 proc., ale dopiero przyznanie certyfikatu Fraunhofer ISE pozwoliło oficjalnie uznać ten nowy rekord.

– Opracowaliśmy  specjalną warstwę kontaktową elektrody perowskitowo-krzemowego ogniwa, a także ulepszyliśmy warstwy pośrednie – wskazuje doktorant Eike Köhnen z zespołu prof. Steve’a Albrechta w instytucie Helmholtz-Zentrum Berlin (HZB). – Wydajność 29,15 proc. to nie tylko rekord dla tej technologii, lecz także najwyższy wynik dla całej kategorii fotowoltaicznej w dokumentacji prowadzonej przez amerykańską agencję National Renewable Energy Laboratory.

Tak wysoką wydajność udało się wypracować dzięki zastosowaniu paneli fotowoltaicznych o unikatowej konstrukcji, które wykorzystują dwa półprzewodniki o odmiennej szerokości przerwy energetycznej. Podnieść wydajność prototypowych ogniw pozwoliło wykorzystanie pary komórek półprzewodnikowych o różnych właściwościach. Dzięki temu zespół był w stanie przechwytywać szersze spektrum wiązki promieni świetlnych. Hybrydowy perowskitowo-krzemowy panel zaprojektowany przez HZB przechwytywał zarówno światło widzialne, jak i część spektrum podczerwieni.

– Najpierw przygotowaliśmy idealne podłoże, na którym leży perowskit – tłumaczy Amran Al-Ashouri, doktorant z grupy Albrechta. – W szczególności zoptymalizowaliśmy tak zwany współczynnik wypełnienia, na który wpływa liczba utraconych nośników ładunku po drodze z ogniwa perowskitowego.

Warto zauważyć, że ta nietypowa konstrukcja tylko nieznacznie podwyższyła koszt wyprodukowania panelu. Przed naukowcami jest jednak jeszcze daleka droga do upowszechnienia tej technologii. Choć udało się dowieść, że nowe ogniwa po 300 godzinach pracy wciąż zachowują 95 proc. wydajności, model eksperymentalny miał niewielkie wymiary, zaledwie 1 cm2. Kolejnym krokiem na drodze do wdrożenia tych hybrydowych paneli do dystrybucji będzie przeskalowanie procesu produkcyjnego.

– Jestem pewny, że możemy osiągnąć ponad 30 proc. efektywności w ramach tej technologii – przekonuje prof. Steve Albrecht z instytutu Helmholtz-Zentrum Berlin.

Z perowskitowymi ogniwami fotowoltaicznymi eksperymentuje również polska firma Saule Technologies, która buduje pierwszą na świecie fabrykę perowskitowych ogniw słonecznych. Powstanie ona we Wrocławiu i będzie specjalizować się w produkcji m.in. elastycznych i transparentnych paneli, które można wykorzystywać w nowoczesnym budownictwie. Ogniwa tego typu są na tyle cienkie i lekkie, że można stosować je w roli pokrycia dachów bądź fasad budynków.

Nie ma alimentów i zwykle nie ma też prezentów

Boże Narodzenie to wyjątkowy czas, święta obok urodzin są jednak jedną z nielicznych okazji, kiedy unikający łożenia na wychowanie swoich dzieci rodzice obdarowują je i próbują się z nimi skontaktować. Gwiazdkowy prezent od dłużnika alimentacyjnego dostanie co ósme dziecko – wynika z badania Rejestru Dłużników BIG InfoMonior i Stowarzyszenia Dla Naszych Dzieci. W tym roku, w grudniu pozbawione alimentów rodziny otrzymały też prezent w postaci wejścia w życie nowych rozwiązań prawnych. Pracodawcy zatrudniający dłużników alimentacyjnych bez umowy narażają się na kary finansowe.

Święta Bożego Narodzenia to jedna z nielicznych okazji, która jest w stanie skłonić do spotkania z dziećmi przynajmniej niektórych rodziców unikających łożenia na ich utrzymanie. Właśnie w okolicy Wigilii przygotowują dla nich prezenty lub dają finansowe wsparcie. Na taki gest decyduje się 13 proc. niepłacących alimentów ojców lub matek. Inną nawet popularniejszą okazją do zmiany zachowania są jeszcze urodziny dziecka (16 proc.), a na trzecim miejscu jest Dzień Dziecka, który mobilizuje 12 proc. dłużników alimentacyjnych – wynika z badania wśród rodziców samodzielnie wychowujących potomstwo, zrealizowanego na potrzeby Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor w partnerstwie ze Stowarzyszeniem Dla Naszych Dzieci. Koniec końców tylko 31 proc. rodziców niepłacących na dzieci daje im przy większych okazjach pieniądze lub prezenty. Zdecydowana większość, 69 proc., całkowicie ignoruje swoich potomków. Pocieszający może być tu jedynie fakt, że w porównaniu z wynikami badania sprzed dwóch lat, udział obojętnych ojców czy matek nieco się obniżył, bo wówczas było ich 77 proc.Nie ma alimentów i zwykle nie ma też prezentów

Taki stan rzeczy nie zaskakuje, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że po rozstaniu się rodziców 72 proc. ojców lub matek w ogóle nie utrzymuje żadnego kontaktu z dzieckiem. Główną przyczyną jest po prostu brak zainteresowania potomkiem. I problem ten dotyczy również rodziców, którzy sumiennie wywiązują się z płacenia świadczeń alimentacyjnych.

Dłużników alimentacyjnych wciąż jest jednak bardzo wielu. Szacuje się, że bez finansowej pomocy jednego z rodziców wychowywane jest w Polsce ok. 1 mln dzieci. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, wynika natomiast, że na koniec listopada nie łożyło na dzieci 274 tys. zobowiązanych do tego osób, w 96 proc. przypadków ojców. – To jednak tylko część tego smutnego obrazu, bo do rejestru trafiają głównie osoby, zgłaszane przez gminy za to, że w wypłacie świadczenia na dziecko wyręcza je Fundusz Alimentacyjny. Wpis do rejestru jest jedną z form restrykcji i dochodzenia należności przez państwo. Łączne zaległości dłużników alimentacyjnych widniejących w BIG InfoMonitor wynoszą prawie 11,3 mld zł, a przeciętna zaległość przekracza 41 tys. zł. Wśród osób prywatnych, które mają tytuł wykonawczy i nie otrzymują alimentów ani od rodzica, ani od funduszu, zgłaszanie niesolidnych rodziców do rejestru, choć jest możliwe i kosztuje 1 zł, wciąż należy do rzadkości – mówi Halina Kochalska z BIG InfoMonitor.Nie ma alimentów i zwykle nie ma też prezentów 2

Kolejne zmiany w przepisach prawnych. Czy tym razem pomogą?

W tym roku, od 1 grudnia weszła też w życie kolejna część przyjętych wcześniej rozwiązań zapobiegających unikaniu płacenia alimentów. W kodeksie pracy rozszerzony został katalog kar i wykroczeń wymierzony przeciw pracodawcy, który zatrudnia „na czarno” lub zataja wysokość wynagrodzenia podwładnego, który jest dłużnikiem alimentacyjnym. Jeśli więc pracownik, wobec którego toczy się egzekucja świadczeń alimentacyjnych, zatrudniony jest bez umowy potwierdzonej na piśmie, albo część pieniędzy otrzymuje pod stołem, pracodawcy grozi kara grzywny w wysokości od 1,5 tys. do 45 tys. zł. Jakie będą efekty zmian? Stowarzyszenie Poprawy Spraw Alimentacyjnych Dla Naszych Dzieci ma wątpliwości, czy Inspekcja Pracy dysponuje odpowiednimi narzędziami, aby udowodnić pracodawcy ukrywanie zatrudnienia lub dochodów dłużnika alimentacyjnego. Do optymizmu nie skłaniają również dotychczasowe doświadczenia z wprowadzanymi wcześniej nowelizacjami prawa, których celem było zwiększenie ściągalności alimentów. – Jednoznacznie pokazują, że prawdziwym problemem jest egzekwowanie przepisów. W zmianie tego stanu rzeczy mogłaby pomóc wpływająca na świadomość społeczną ogólnopolska kampania, która pokazałaby skalę i konsekwencje zjawiska uchylania się rodziców przed finansowaniem utrzymania swoich dzieci – zwraca uwagę Justyna Żukowska-Gołębiewska, psycholog i prezeska Stowarzyszenia Dla Naszych Dzieci. – Pracodawcy od zawsze byli członkami zorganizowanej grupy wspierającej dłużników alimentacyjnych. Zatrudniają takie osoby bez umowy lub wskazując na umowie kwotę zdecydowanie niższą niż ta, którą faktycznie wypłacają. Poczucie bezkarności w tym procederze oraz świadomość możliwości ukrycia dochodów czy zatrudnienia przed komornikiem daje rodzicom, uchylającym się od obowiązku łożenia na swoje dzieci, poczucie władzy i satysfakcji z oszukiwania systemu. Dziś, pracodawca staje się współodpowiedzialny za niealimentację. Warto byłoby jednak dać firmom możliwość sprawdzania czy potencjalny, ale też dotychczasowy pracownik nie jest dłużnikiem alimentacyjnym. Dobrym rozwiązaniem mógłby tu być ogólnie dostępny Rejestr Dłużnika Alimentacyjnego – dodaje.Nie ma alimentów i zwykle nie ma też prezentów 3

Badanie zrealizowane we współpracy ze Stowarzyszeniem Dla Naszych Dzieci na profilach FB na próbie 226 osób, czerwiec 2020

Odliczenie przekazanej darowizny od dochodu w 2020 r.

Najważniejszą nowością w systemie podatkowym są darowizny „covidowe”. Takie odliczenia od dochodu dotyczą także darowizn rzeczowych. Czy przy darowiznach o dużej wartości potrzebny jest dokument potwierdzony przez notariusza?

– Takie darowizny, przekazywane czy to w formie pieniężnej, czy to rzeczowej, pomiędzy 1 października a 31 grudnia 2020 r., mogą być odliczane na wyjątkowo preferencyjnych zasadach – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Dyl, prawnik w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – I mogą być rozliczane w zaliczkach miesięcznych lub w zeznaniu rocznym, przekazanym do końca kwietnia przyszłego roku.

Warto też pamiętać, że dotyczy to także ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Darowizny „covidowe” dotyczą więc trzech systemów opodatkowania.

Darowizny, które możemy odliczyć od podstawy opodatkowania PIT, to:

  • darowizny na rzecz organizacji pożytku publicznego (OPP), na cele kultu religijnego, na cele krwiodawstwa, na cele kształcenia zawodowego – nie więcej niż 6% dochodu,
  • darowizny na rzecz działalności charytatywno-opiekuńczej kościoła – do 100% dochodu,
  • darowizny „covidowej” – nawet do 200% wartości darowizny;

Darowizny, które możemy odliczyć od podstawy opodatkowania CIT, to:

  • darowizny na rzecz OPP, na cele kultu religijnego, na cele kształcenia zawodowego – nie więcej niż 10% dochodu,
  • darowizny na rzecz działalności charytatywno-opiekuńczej kościoła – do 100% dochodu,
  • darowizny „covidowej” – nawet do 200% wartości darowizny.

– Darowizny „covidowe”, które będą przekazywane od 1 stycznia 2021 r. do końca miesiąca, w którym nastąpi zakończenie stanu epidemii, będą rozliczne w przyszłym roku – wyjaśnia prawnik z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Zarówno darowizny tegoroczne, jak i przyszłoroczne muszą być jednak odpowiednio udokumentowane. Dla darowizn pieniężnych wystarczającym dokumentem jest dowód wpłaty na rachunek bankowy. W przypadku darowizn rzeczowych, powinniśmy uzyskać oświadczenie od obdarowanego o przyjęciu darowizny o określonej wartości i przeznaczeniu jej na cele związane ze zwalczaniem epidemii.

Koronawirus nie zatrzymuje budowy dróg

Jedną z branż, która nie ucierpiała zanadto podczas epidemii, jest rynek budowlano-montażowy. Na wiosnę roboty na placach budów nie zostały zamknięte – dzięki czemu wartość sektora budowlanego spadła tylko o 1,6%. To bardzo dobra i ważna wiadomość, gdyż wpływy z tego sektora gospodarki tworzą około 10% polskiego PKB. Zamknięcie placów budów – do czego doszło między innymi we Włoszech i w Austrii – oznaczałoby dla polskiej gospodarki dużo szybszą i ostrzejszą recesję. Jednak koronawirus wrócił – i to ze zdwojoną siłą. Na jesieni odnotowujemy o wiele więcej przypadków zakażeń i zachorowań. W związku z tym Premier i Ministerstwo Infrastruktury rozważali zamknięcie budów, by zapobiec rozprzestrzenianiu się na nich wirusa. Na szczęście przygotowane badania wskazują, że taka decyzja nie jest konieczna.

– Od początku pandemii uczestniczę we wszystkich naradach z Ministrem Infrastruktury. W tej chwili w firmach wykonawczych jest więcej zachorowań, więcej jest osób w kwarantannie. Jest to jednak specyfika biur, a zakażenia najczęściej nie pochodzą z miejsca pracy – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Z zebranych dla rządu danych wynika, że na mniej więcej 10 tysięcy fizycznych pracowników na placach budów, na COVID-19 zachorowało około 50 osób, a około 200 pozostaje na kwarantannie. To bardzo niewiele. Te dane – razem z rekomendacjami sanitarnymi już stosowanymi na budowach – przekonały Premiera do tego, by nie zamykać placów budów. Pieniądze na inwestycje są – Generalna Dyrekcja zapowiada przetargi na około 700 km dróg. W ustawie budżetowej i w Funduszu Dróg Samorządowych będzie około 27 miliardów złotych. Decyzja Premiera jest więc absolutnie właściwa. Teraz tylko musimy uważać, by nie powstały kolejne ogniska zakażeń i żeby budowy mogły być bezpiecznie. Nawet lekkim opóźnieniem, ale żeby mogły być kontynuowane – podkreśla Furgalski.

Czy prefabrykaty zrewolucjonizują budownictwo mieszkaniowe w Polsce?

Kiedy w marcu Forbes opublikował artykuł „Plan na 10 tysięcy mieszkań rocznie” mówiący o nowych wyzwaniach Prezesa Heritage Real Estate Investments,  Michała Sapota – w branży zawrzało. Wizjoner stojący za sukcesem Murapol-u, niczym Elon Musk za SpaceX, pobudził liderów budownictwa mieszkaniowego do dyskusji.  Wielu decydentów uważało, że 10 tysięcy mieszkań rocznie jest założeniem nieosiągalnym. Jednak przyszłościowy kierunek rozwoju i koncepcja jego wdrożenia może istotnie zrewolucjonizować rynek budowlany i to nie tylko w Polsce.

Od wielu lat obserwujemy ogólnopolską hossę w sektorze budowy mieszkań. W ubiegłym roku oddano do użytkowania ponad 207 tys. mieszkań, czyli o 12% więcej niż rok wcześniej. To rekord od roku 1978, kiedy za Gierka wybudowano ich aż 283 tys., a wielką rolę odegrało wtedy budownictwo żelbetowe z prefabrykatów, oparte na technologii tzw. „wielkiej płyty”. Ówczesnym władzom jednak nie do końca udało się dostosować możliwości produkcyjne do panującego wyżu demograficznego, mimo iż do 1975 roku powstało 65 fabryk domów i zbudowano ok. 1 mln mieszkań. Przykładowo, pracując przy projekcie wdrażania na nasz rynek innowacyjnego produktu, tj. prętów kompozytowych, które są odporne na wodę (korozję), lżejsze i trwalsze od stalowych, a jednocześnie sporo tańsze obserwowałem, jak przebiega ścieżka wprowadzenia dla tego cenionego i popularnego w wielu krajach produktu, która była kosztowną i wieloletnia drogą przez biurokrację. Dlatego, szczególnie sensowny wydaje się zakup w ub. roku przez HRE Investments bydgoskiej firmy Baumat – doświadczonego producenta prefabrykatów, który działa od ponad 30 lat, nawet w Skandynawii.  Obecnie w portfolio HRE znajdują się dwie zawierające 450 lokali  inwestycje realizowane w oparciu o nowoczesne prefabrykaty. To dobry zwiastun.

Nowoczesne prefabrykaty to oszczędność energii, czyli są proekologiczne, w całości  podlegają recyklingowi, co stanowi znaczący atut CSR-owy, a wykorzystanie ich może też zapewnić wysoką jakość budowanym lokalom. Opatentowanie własnej technologii pozwoliłoby, jak np. “Lego”, “Coca-cola” czy zabudowie “Komandor” na stworzenie unikatowego produktu / brandu i wyróżnienie go na tle innych. Cecha cenna sprzedażowo, również dla pozyskiwania ewentualnych inwestorów dla dalszego rozwoju.  Przy wynoszącym około 3 milionów krajowym zapotrzebowaniu na mieszkania z rynku pierwotnego, ma to olbrzymią przyszłość. Ministerstwo Rozwoju pracuje obecnie nad zwiększeniem dostępności mieszkań, chodzi o dopłaty do pierwszego mieszkania. Niskie stopy procentowe spowodowały, że inwestorzy re-lokują swoje oszczędności na rynku nieruchomości.  Prefabrykaty można sprzedawać też innym podmiotom i to nie tylko w kraju, mają one szerokie  zastosowanie, mogą być wykorzystane także do takich inwestycji, jak centra usługowo-handlowe, inwestycje komercyjne /  logistyka, obiekty sportowe i rekreacyjne, hotele, domy jednorodzinne, obiekty nauki i oświaty, budynki administracji publicznej oraz zakłady produkcyjne. Dlatego zasadne wydaje się pytanie: kiedy prefabrykaty zrewolucjonizują nasze budownictwo?

 

Co istotne, wskaźnik cyklu operacyjnego u deweloperów mieszkaniowych wynosi od 36  do nawet 60 m/c. Pokazuje on, jak szybko deweloper odzyska pieniądze, które zainwestował. Czyli jak długo trwa projekt, licząc od zamrożenia gotówki w grunt, przez uzyskanie pozwolenia, wybudowanie, aż po odzyskanie gotówki przy sprzedaży. I to jest dość istotny wskaźnik, który pozwala porównać, jak te procesy u deweloperów przebiegają. Im szybciej pieniądze wrócą do spółki, tym szybciej będzie ona mogła je ponownie zainwestować, uzyskując wyższy zwrot z kapitału. Ważnym wskaźnikiem rentowności dla deweloperów jest także marża brutto ze sprzedaży, czyli to ile deweloper zarobi przed uwzględnieniem kosztów ogólnego zarządu i sprzedaży. To pokazuje, jak dobrze spółka potrafi zorganizować budowę – tanio kupić ziemię, znaleźć dobrego wykonawcę, a na końcu sprzedać ten projekt klientom. Obecnie wynosi ona średnio ok 19-20%

Warto także rozważyć powiększenie portfolio o inne, wykazujące wyjątkowe osiągnięcia ekologiczne produkty. Wspomnę tu np. o startupie, który szykuje się do ekspansji zagranicznej, a dotyczy wykonanych z odpadów, w pełni ekologicznych termoizolacji budowlanych. Firma posiada patenty i wykazuje już dodatni wskaźnik EBITDA po kilku rundach inwestorskich. Inną ciekawą perspektywą jest włączenie szerokiego zastosowania technologii obniżających koszty energetyczne w zależności od projektu, jak kogeneracji czy fotowoltaiki.  Proekologiczne rozwiązania i certyfikację w systemie BREEAM, zgodnie z wytycznymi najbardziej uznanych certyfikatów środowiskowych, takich jak LEED i WELL stają się wyznacznikiem eko deweloperów – np. celem Skanska Residential Development Poland  na poziomie korporacyjnym jest ograniczenie emisji dwutlenku węgla o 50 proc. do 2030 roku i osiągnięcie zerowej emisji netto do 2045 roku.

W przyszłości coraz ważniejsze staną się otwarte, zielone, zachęcające do społecznych interakcji, miastotwórcze i wielofunkcyjne projekty, jak opcje prezentowane przez Echo Investment. Deweloperzy zaczęli dbać o estetyczną i funkcjonalną przestrzeń wspólną, zaś nabywcy coraz częściej przykładają uwagę nie tylko do czynników i parametrów charakteryzujących sam lokal, lecz także do projektu osiedla i udogodnień, jakie jeszcze oferuje cała inwestycja. Wynika to również ze zmian pokoleniowych oraz idei zrównoważonego rozwoju rynku nieruchomości – ze szczególnym uwzględnieniem aspektów społecznych. Heritage Real Estate przypomina o niestandardowym, kreatywnym podejściu do biznesu i jego przyszłego rozwoju. Niczym sektor naszej “dumy narodowej”, bo liderzy sektora gamingowego, z którym współpracuje od wielu lat, są dziś bardziej twórcami i artystami z wiedzą rzemieślników, niż programistami gier z IT. Kiedy obecna sytuacja zmusza organizacje do przyspieszenia ewolucji, wprowadzania innowacji, transformacji cyfrowej i poważnych zmian w modelach biznesowych (ROI), HRE Investments wydaje się nie tylko być na czasie, ale krok do przodu.

Jest to organizacja otwarta na różne potrzeby i oczekiwania klientów – od posiadanych aktywów zapewniających szerokie możliwości wyboru spośród najbardziej rentownych i najbezpieczniejszych form inwestowania, wsparcia finansowania jako platforma łącząca firmy deweloperskie z całej Polski i Europy z funduszami inwestycyjnymi, przez niekonwencjonalne koncepcje CSR-owe, aż do  HRE Think Tanku zbudowanego w oparciu o nieszablonowe podejście ekspertów kompleksowo wspierających proces planowania, realizacji oraz sprzedaży inwestycji deweloperskich, którego misją jest zaproponowanie konstruktywnych zmian i rozpoczęcie dialogu na temat kierunków zmian polskiego prawa. Rozwój eco-technologiczny jest kluczem do sukcesu, ale musi być elastyczny, o czym trzeba pamiętać w procesie legislacyjnym.  Kluczowe dla rozwoju stały się prognozowanie, analityka, doradztwo, doświadczenie, elastyczność oraz gotowość do działań w kilku wariantach. A na niepewny kierunek rozwoju gospodarki nakłada się obowiązek planowania wielu różnych strategii i tego, jak każda z nich – od znaczącego ożywienia do spadków – dotrze do wszystkich aspektów działalności. HRE Investments wydaje się nowoczesną organizacją, która może w niedalekiej przyszłości awansować do pozycji lidera z dużym potencjałem rozwoju również na rynkach zagranicznych.

Autor :

Adam Białas, ekspert rynku, dziennikarz biznesowy, dyrektor w agencji komunikacji Core PR. Od ponad dwóch dekad związany z mediami, skutecznie działa w obszarze PR i marketingu. Analityk z szeroką perspektywą rynku, globtroter, autor wielu autorskich projektów PR, e-marketingu i dedykowanych programów partnerskich. Posiada wieloletnie globalne doświadczenie korporacyjnej, ekspert w kampaniach i budowaniu wizerunku brandu i produktów B2B/B2C. Prowadził też szerokie działania z obszaru zarządzania kryzysowego, współpracując z liderami branży gamingowej, finansów, IT, MICE i deweloperskiej. Agencja, którą kieruje z obsłużyła ponad 650 kampanii (w tym globalne).

Najważniejsze wydarzenia na rynku handlowym w 2020 r. i prognozy na rok 2021

Rynek handlowy w największym stopniu, w porównaniu do innych sektorów nieruchomości komercyjnych, odczuł skutki pandemii COVID-19, co w dużej mierze było wynikiem obostrzeń nakładanych na firmy przez rząd. Eksperci Colliers International poddali analizie mijający rok i wybrali najważniejsze wydarzenia, jakie miały miejsce w sektorze handlowym, a także przygotowali prognozy dla rynku na 2021 r.[1]

Najważniejsze wydarzenia na polskim rynku handlowym w 2020

  1. Lockdown x 2

Wiosenny i jesienny lockdown przyniosły niekorzystne skutki dla handlu, gastronomii oraz sektora rozrywki i rekreacji. Ocenia się, że spadek odwiedzalności i obrotów w centrach handlowych w 2020 roku wyniesie 25-35% w stosunku do roku 2019.

  1. Abolicja czynszowa i renegocjacje

Wiosną 2020 roku administracyjnie wprowadzona została czasowa abolicja czynszowa, co wywołało perturbacje w rozliczeniach pomiędzy wynajmującymi i najemcami oraz masowe renegocjacje warunków najmu w centrach handlowych.

  1. Z offline do online

W bieżącym roku odnotowano znaczący wzrost udziału sprzedaży e-commerce w handlu detalicznym (z 5,5% w 2019 roku do prognozowanych 8% w 2020 roku), wzmożoną aktywność na platformach sprzedażowych i rozwój różnych form dostaw. Sieci handlowe rozwijały modele sprzedaży wielokanałowej (omnichannel) oraz zwiększały inwestycje w nowe technologie i rozwój sprzedaży online.

  1. Nowe obiekty

Rok 2020 należał do małych obiektów handlowych. Nie ukończono żadnego obiektu handlowego o powierzchni ponad 25 tys. mkw. GLA. Największe otwarcia tego roku to oddanie do użytku Galerii Wiślanka w Żorach i Dekady Nysa.

  1. Nowi najemcy

Mimo pandemii COVID-19 wciąż notujemy nowe wejścia sieci handlowych na polski rynek. Najbardziej spektakularnym debiutem br. było otwarcie sklepu Primark w warszawskiej Galerii Młociny.

Rynek handlowy – prognozy 2021

  1. Mixowanie funkcji

W 2021 roku obserwować będziemy wzrost inwestycji o funkcjach mieszanych (nowe i przebudowy) w celu dywersyfikacji portfeli nieruchomości. W sektor mieszkaniowy wchodzić będą deweloperzy specjalizujący się dotąd w nieruchomościach handlowych.

  1. Małe obiekty

Przyszłość przyniesie dalszy wzrost inwestycji w małe centra i parki handlowe o profilu zakupów codziennych.

– Małe obiekty typu convenience store są obecnie najszybciej rozwijającym się segmentem rynku, co jest wynikiem rozkwitu lokalnego stylu życia i częstszego korzystania z punktów usługowo-handlowo-gastronomicznych w pobliżu miejsca zamieszkania. To właśnie w takich lokalizacjach kondycja obiektów handlowych najszybciej wraca do normy – mówi Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.

  1.  Mieszkaniówka a handel

W najbliższym czasie obserwować będziemy wzrost zainteresowania najemców lokalizacjami przy ulicach handlowych w dużych kompleksach mieszkalnych.

– Firmy dostrzegły trend rozwoju „lokalności” życia i załatwiania codziennych spraw. W ramach dywersyfikacji swojego portfolio zaczęły więc interesować się najmem lokali przy osiedlowych ulicach handlowych. Przykładem może być chociażby marka Tefal, która niedawno otworzyła dwa salony na osiedlach mieszkaniowych w Warszawie – na Ursynowie i w Wilanowie – mówi Małgorzata Kobziakowska, dyrektor w Dziale Powierzchni Handlowych w Colliers International.

  1. Nowe modele

Następować będzie dalszy rozwój firm z ofertą o profilu „ekonomicznym”, dyskontów oraz sieci z sektora „wszystko dla domu”. Nowych modeli funkcjonowania poszukiwać będą najbardziej dotknięte pandemią sektory – gastronomiczny i rozrywkowo-rekreacyjny.

  1. Współpraca

Przewidujemy intensyfikację współpracy właścicieli centrów handlowych z najemcami (sanacje przedsiębiorstw, nowe modele funkcjonowania, dywersyfikacje formatów sklepów, uelastycznianie warunków najmu).

[1] Szczegółowe podsumowanie wydarzeń oraz prognozy dla rynku nieruchomości komercyjnych dostępne będą w raporcie Market Isights 2021.

Czym kuszą nas inteligentne samochody?

Coraz większa świadomość cyfrowa i pogłębiająca się cyfryzacja społeczeństwa popycha wiele branż do dużych zmian – transformacji i redefinicji przyjętych modeli biznesowych, a nawet własnych produktów. Jednym z takich sektorów jest automotive. Klienci coraz chętniej stawiają na inteligentne pojazdy, które są bogato wyposażone w rozwiązania bazujące na łączności sieciowej. Tymczasem aż 44 proc. kierowców wciąż nie posiada jeszcze żadnych usług online w swoich samochodach.

Producenci części samochodowych pierwszego montażu (ang. Original Equipment Manufacturer) w niewielkim stopniu wykorzystują możliwości usług internetowych – bo jak pokazuje raport Capgemini „Connected Vehicle Trend Radar” – aż 44 proc. klientów nie ma jeszcze żadnych usług internetowych w swoich samochodach. Tymczasem, badania pokazują, że połowa osób posiadających takie online rozwiązania w swoich pojazdach – rzeczywiście z nich korzysta. Firmą, która okazuje się być wybitnie skoncentrowana na wdrażaniu takich rozwiązań w swoich samochodach jest Tesla, która wykorzystuje szczególnie usługi łącznościowe, w Europie zaraz za nią plasują się takie marki jak BMW oraz Mercedes-Benz.

Razem raźniej

Raport opublikowany przez Capgemini wskazuje, że do 2023 r. po drogach będzie poruszało się ok. 352 mln samochodów połączonych z siecią. Według przeprowadzonych badań 2/3 użytkowników uważa, że takie rozwiązania podnoszą wartość pojazdu i poziom doświadczeń kierowców. Co więcej – połowa respondentów wskazuje też, że byłaby skłonna zmienić markę samochodu, a nawet zapłacić więcej za pojazd, który posiadałby większe możliwości wymiany danych.

– Jeszcze kilka lat temu kierowcy musieli zadowolić się wyposażeniem samochodu, które proponowali producenci, dziś jednak sytuacja diametralnie się zmieniła. Firmy technologiczne z dużym powodzeniem wkroczyły w przestrzeń automotive, dzięki możliwościom łatwego skonfigurowania smartfonów z samochodami. Trzeba przyznać, że jest to duże wyzwanie dla producentów OEM, którzy muszą pracować jeszcze ciężej, aby sprostać oczekiwaniom rynku – mówi Jakub Chwała, Senior Cloud Engineer, ekspert ds. technologii chmurowych w Cloud Infrastructure Services w Capgemini Polska.

Dużym hamulcem rozwoju usług online w pojazdach jest mylne założenie, że producenci OEM powinni samodzielnie wdrażać tego typu nowoczesne rozwiązania. Tymczasem może okazać się, że wsparcie zewnętrznych partnerów technologicznych jest strzałem w dziesiątkę.

Firmy takie jak Google, czy Apple oferują oprogramowania, które są znane użytkownikom, a dodatkowo w intuicyjny sposób można je integrować z samochodem za pomocą takich interfejsów jak Apple CarPlay lub Android Auto. Dzięki temu klienci mogą podnieść jakość swojego cyfrowego życia, wzbogacić je o dodatkowe usługi, które usprawniają codzienne funkcjonowanie. Przewagą Google i Apple jest duże doświadczenie i wiedza w gromadzeniu, przetwarzaniu i wykorzystywaniu danych w taki sposób, by sprostać oczekiwaniom klientów. Samochody są dla nich kolejną przestrzenią, którą można zagospodarować cyfrowo – a co za tym idzie stanowią one możliwości do wprowadzenia nowych proklienckich usług, jak np. ubezpieczenie typu pay-as-you-drive, nawigacja, inteligentne serwisowanie.

„Smartfon na kółkach”

Utrata monopolu producentów OEM na obudowanie pojazdów usługami premium, którymi są m.in. rozwiązania oparte na wymianie informacji, wymusiła konieczność przemyślenia na nowo – czym jest samochód. Takiej redefinicji z pewnością dokonała Tesla, która obecnie wiedzie prym na całym świecie w kontekście inteligentnych pojazdów. Tesla stworzyła „smartfon na kółkach”, który charakteryzuje się dużą elastycznością, dzięki możliwości dowolnej konfiguracji, wykorzystywaniu aplikacji „na żądanie” oraz bezprzewodowej aktualizacji.

Jednym z przykładów zastosowania takich funkcji było zdalne uruchomienie przez Teslę na Florydzie dodatkowej żywotności baterii w momencie, gdy mieszkańcy byli zagrożeni huraganem Irma. Ta opcja miała za zadanie umożliwić użytkownikom jeszcze sprawniejszą ewakuację z niebezpiecznego terenu.

– Trzeba przyznać, że inteligentne pojazdy kryją w sobie szereg możliwości, które podnoszą poziom bezpieczeństwa, zwiększają komfort i użyteczność. Producenci takich samochodów także mogą szybko reagować na potrzeby swoich klientów oferując im aktualizacje i dodatkowe funkcje, które rodzą się wraz z rozwojem technologicznym lub dynamicznie zmieniającymi się oczekiwaniami rynkowymi – mówi Jakub Chwała z Capgemini.

Nie bez znaczenia pozostaje także kwestia cyberbezpieczeństwa w przypadku inteligentnych pojazdów. Powstało rozporządzenie w sprawie cyberbezpieczeństwa w branży motoryzacyjnej, z którego wynika, że aby inteligentny samochód otrzymał homologację, musi spełniać wymogi w dwóch wymiarach: CSMS producenta i samych pojazdów. Między innymi producent zobowiązany jest wskazać, w jaki sposób zagrożenia i środki zaradcze wymienione w rozporządzeniu zostały uwzględnione podczas projektowania pojazdu, czy też auto powinno mieć możliwość wykrywania oraz zapobiegania atakom hakerskim, jak również powinno umożliwiać monitorowanie przez producenta pod kątem wykrywania zagrożeń, podatności i cyberataków.

W cenie…

Aby samochody były atrakcyjne dla klientów, konieczne jest wdrażanie usług online. Jednak niezbędne jest także zachowanie kontroli nad przesyłanymi danymi i wykorzystywanie łączności online przez producentów m.in. do kontroli, serwisu, aktualizacji. Warto także zastanowić się, które funkcjonalności są dla klientów najatrakcyjniejsze, by skoncentrować się na rzeczywiście wykorzystywanych rozwiązaniach, a nie na zbędnych opcjach podnoszącymi niepotrzebnie cenę pojazdu.

Badanie przeprowadzone przez Capgemini wykazało, że w cenie są wszystkie usługi dotyczące bezpieczeństwa i ochrony kierowcy oraz pasażerów, zaś najmniej wartościowe są opcje powiązane z handlem (m.in. transakcje płatnicze – opłaty drogowe, opłaty za tankowanie, zakupy online wykonywane z samochodu). Tak słaba pozycja usług związanych z dokonywanie płatności wynika z dwóch podstawowych powodów – aż 41 proc. użytkowników twierdzi, że te rozwiązania są zbyt drogie, zaś 39 proc. uważa, że opcje te nie są wystarczająco rozwinięte w pojazdach – w stosunku do innych nośników np. telefonów.

– Warto podkreślić, że część usług oferowanych w pojazdach nie ma sensu ze względu na dobre ulokowanie ich w zupełnie innym środowisku – smartwatch, telefon. W wielu narzędziach część tych usług może być oferowana zupełnie bezpłatnie, więc klienci nie czują potrzeby wbudowania takich opcji do pojazdu za dodatkową opłatą. W przypadku pojazdów kluczową kwestią jest bezpieczeństwo i z pewnością żaden inny nośnik nie spełni tej funkcji w dostatecznym stopniu – podkreśla Jakub Chwała.

Nie bez znaczenia pozostaje również aspekt zrównoważonego rozwoju. 60 proc. uczestników badania wskazało, że rozwiązania typu smart zastosowane w pojazdach mają pozytywny wpływ na środowisko. Funkcja inteligentnego planowania tras pomaga zmniejszyć zużycie energii, ale także ogranicza czas podróży i zmniejsza koszty paliwa.
Postępująca cyfryzacja jest już nieodłącznym elementem naszego codziennego świata. Producenci sprzętu, aby zyskiwać nowe możliwości, nowych klientów i nowe perspektywy rozwoju powinni skoncentrować się na współpracy i ciągłym rozwoju. Wzajemna wymiana wizji i możliwości rodzi innowacyjne pomysły, być może takie, na które wszyscy właśnie czekamy.

Nowy pomysł jak uśpić czujność frankowiczów

  • Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) sugeruje bankom, aby zaproponowały kredytobiorcom frankowym ugodę polegającą na potraktowaniu kredytów frankowych tak, jakby od początku były kredytami złotowymi z oprocentowaniem Wibor + marża.
  • Podpisanie ugody może być dla frankowiczów niekorzystne, a w przyszłości może uniemożliwić proces sądowy o unieważnienie umowy kredytowej.
  • Na wokandzie jest teraz 20 tys. spraw frankowych*. Sądy w zdecydowanej większości stają po stronie frankowiczów, którzy wygrywają w 90% spraw.
  • Kredytów frankowych jest w Polsce jeszcze około 460.000, a ich wartość to 100-120 mld zł.

Rozwiązanie sugerowane przez szefa KNF z 08.12.2020 r. zakłada, że sektor bankowy przygotuje projekt ugody dla tych kredytobiorców, którzy zaciągali kredyty hipoteczne w szwajcarskiej walucie. Oznacza to pozasądowe porozumienia, które byłyby alternatywą do ścieżki sądowej. Punktem wyjścia w ugodzie ma być kredyt złotowy oprocentowany polską stawką WIBOR powiększoną o marżę stosowaną dla kredytów złotowych w czasie, w którym udzielony został kredyt walutowy. Banki zwróciłyby klientom różnicę zapłaconych rat i obniżyły zadłużenie oraz podwyższyły przyszłe oprocentowanie i raty.

Zawarcie ugody może w uniemożliwić proces o unieważnienie umowy kredytowej

Propozycję KNF analizuje radca prawny Paulina Piekarska z E-Kancelarii Grupy Prawno-Finansowej:

– Pomysł KNF to w mojej ocenie zasłona dymna mająca uśpić czujność kredytobiorców. To gra na czas i ratunek dla banków, a nie dla konsumentów. Dla spłacających raty taka ugoda jest dość ryzykowna. Warto zwrócić uwagę, na kilka istotnych kwestii:

1) Przewodniczący KNF zaproponował model porozumienia, który miałby opierać się na zmianie umowy na kredyt złotowy. Nie są jednak znane dokładne szczegóły tej „zmiany”. Dotychczas oferowane propozycje, zakładały niewielką ogólną korzyść kredytobiorców w zestawieniu z korzyściami, jakie można osiągnąć w procesie sądowym.

2) „Przewalutowanie” kredytu CHF na złotówki będzie skutkowało zastosowaniem stopy referencyjnej WIBOR, czyli wyższe oprocentowanie w zamian za brak waloryzacji kursem CHF. W związku z tym zabiegiem, comiesięczna wysokość raty kredytowej wzrośnie. 

3) Założeniem KNF jest, aby podpisanie ugody z Bankiem prowadziło do zmniejszenia sporów sądowych. Słowem – zawarcie ugody może w konsekwencji uniemożliwić proces o unieważnienie umowy kredytowej. Korzyści z tytułu unieważnienia umowy, są zaś większe niż te wynikające z ugody.

4) Propozycja zakłada przeliczenie kredytów tak, jakby od początku były złotowymi. Powstanie wówczas pewna nadpłata, do zwrotu kredytobiorcom. Pojawia się więc pytanie, czy banki będą zainteresowane zwrotem owych nadpłat.

Z doświadczenia wiemy, iż już przed propozycją KNF, niektóre z banków oferowały naszym Klientom zawarcie ugody. Banki najczęściej proponują „przewalutowanie” kredytu na złotowy po kursie niższym – zwykle od kilkudziesięciu groszy do ok. 1 zł – od aktualnego. Termin przewalutowanie tutaj nie jest trafny, gdyż tak kredyty indeksowane, jak i denominowane kursem CHF to w gruncie rzeczy kredyty złotowe (wypłacane i spłacane w CHF). Ostatecznie, w tych propozycjach chodzi głównie o pominięcie mechanizmu indeksacji/denominacji, ustalenie określonego salda (mniejszego) w złotych polskich i dalszą spłatę tego kredytu w złotych, ale oprocentowanego WIBOR (zamiast LIBOR) + marża. Choć z pozoru rozwiązania te były korzystne, to jednak w ogólnym zestawieniu zysków i strat, to kredytobiorca traci. 

W praktyce banki odrzucają propozycje ugód z kredytobiorcami

Do tej pory oferowane przez banki propozycje ugodowe były mało korzystne dla kredytobiorców. Obecnie również nie zanosi się na to, by podjęły rękawicę i szukały polubownego rozwiązania. Wielu kredytobiorców ma odczucie, że są klientami banku tylko do momentu zakupu jego produktu, później są już tylko stroną umowy z instytucją finansową. W dodatku stroną słabszą, bo za bankiem stoi instytucjonalna siła i sztab bardzo dobrze opłacanych prawników.

Nie znam żadnego przypadku, by jakikolwiek bank wyraził dobrowolnie zgodę na ugodę i porozumienie z klientem, tak, by kredyt CHF od samego początku był traktowany jak kredyt złotowy, a bank zwrócił klientom nadpłatę (nawet przy zastosowaniu oprocentowania WIBOR + marża). Wszystkie dotychczasowe propozycje, zakładały zmianę wyłącznie na przyszłość. W każdej z prowadzonych przez nas spraw, a było ich kilkaset, KAŻDY BANK odrzucił propozycje ugody i wskazał, że umowa nie ma zapisów abuzywnych – Piotr MaciągowskiPrezes Zarządu E-Kancelaria Grupa Prawno – Finansowa sp. z o.o.  

Banki przegrywają sprawy sądowe, ale dążą do odraczania wyroków. Robią to wciąż skutecznie, czego przejawem może być też zaprezentowane stanowisko KNF. Jest jednak mało prawdopodobne, że zaprezentowana propozycja KNF wejdzie w życie. Jeśli tak się jednak stanie, zapewne część kredytobiorców skorzysta z możliwości ugody, pomimo poważnych zastrzeżeń co do opłacalności takiego rozwiązania. Na pewno warto zachować szczególną uwagę w przypadku otrzymania z banku oferty ugody. Każdą taką propozycję warto skonsultować z kancelarią prawną. Profesjonaliści – pomogą ocenić czy warunki ugody są korzystne i jakie niosą za sobą skutki finansowe w przyszłości. Bank to instytucja finansowa, która musi zarabiać i minimalizować straty – także te wynikające z umów frankowych i roszczeń konsumentów. Zwiększająca się stale liczba unieważnianych umów w sądach mówi sama za siebie. Na wokandzie jest obecnie 20 tys. spraw frankowych, kolejne procesy w zdecydowanej większości kończą się po myśli frankowiczów, którzy wygrywają 90% spraw. Co miesiąc przybywa po kilka tysięcy nowych pozwów. Kredytów frankowych jest w Polsce jeszcze 460.000, a ich wartość to ok. 100-120 mld zł.

* Dane Bankier.pl

Fabryka Izery powstanie w Jaworznie. Produkcja ruszy w 2024

Jaworzno najlepszą spośród 30 analizowanych przez ElectroMobility Poland (EMP) lokalizacji w Polsce. Ten wybór i finansowe wsparcie rządowe dla projektu umożliwi rozpoczęcie inwestycji już jesienią 2021 roku. 15 grudnia 2020 r. minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka, przedstawiciele ElectroMobility Poland, Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej (KSSE), Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego, miasta Jaworzna i Lasów Państwowych podpisali  w Katowicach Memorandum o współpracy przy przygotowaniu terenu pod budowę pierwszej w Polsce fabryki samochodów elektrycznych.

Pierwsze polskie auto elektryczne wyjedzie ze śląskiej fabryki

Symboliczne „wbicie łopaty” pod inwestycję jest planowane w roku 2021. Dzięki nowej fabryce pracę znajdzie tu ok. 15 tys. osób: 3 tys. w zakładzie w Jaworznie oraz 12 tys. u dostawców i kooperantów. Produkcja aut rozpocznie się w 2024 roku.

OG£OSZENIE DECYZJI O WYBORZE LOKALIZACJI FABRYKI POLSKIEJ MARKI SAMOCHODÓW ELEKTRYCZNYCH IZERA–  Wokół projektu udało nam się zjednoczyć partnerów z wielu instytucji. Dzięki połączeniu ich zaangażowania i potencjałów plan budowy fabryki zyskał realny kształt. Teraz wszystkie strony muszą intensywnie działać, aby doprowadzić do finalizacji projektu – mówi minister klimatu i środowiska, Michał Kurtyka. – Inwestycja jest ważnym elementem planu dla Śląska i pozwala nam rozwijać innowacyjny przemysł, który tworzy w regionie m.in. trwałe miejsca pracy. Izera jest szansą dla sprawnie funkcjonującej tu branży automotive i na wykorzystanie potencjału elektromobilności, która doskonale wpisuje się w krajobraz gospodarczy województwa – dodaje. Minister Kurtyka zapowiada również rządowe wsparcie projektu ze względu na jego strategiczne znaczenie. – Budowanie lokalnej specjalizacji, generowanie impulsu rozwojowego dla kluczowych branż, kreowanie popytu na nowoczesne usługi oraz technologie, czy transformacja regionów jest rolą państwa. Wiele krajów wspiera kluczowe dla ich gospodarek projekty. Państwo, które myśli perspektywicznie, potrafi dostrzec rynkowe „momentum” i zdefiniować strategiczne obszary umożliwiające rozwój gospodarczy kraju. Takim właśnie jest projekt polskiej marki samochodów elektrycznych  podkreśla.

Wspieramy takie projekty jak budowa fabryki Izera w województwie śląskim, gdyż jest to strategiczne działanie łączące rozwój gospodarczy z troską o ekologię i czyste powietrze – deklaruje marszałek województwa śląskiego, Jakub Chełstowski. Zaznacza, że przyszłość regionu będzie oparta między innymi na innowacyjnych przedsięwzięciach.  –  Jesteśmy liderem w Europie pod kątem oferty stworzonej w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Mamy ambicje, aby w tym zrównoważonym rozwoju kwestie środowiska naturalnego, kwestie społeczne również były mocno zaakcentowane. Współpraca z administracją rządową premiera Mateusza Morawieckiego, z ministrem klimatu i środowiska Michałem Kurtyką, ze strefą ekonomiczną, samorządami i przedsiębiorcami z pewnością przyczynić się może do osiągnięcia wspólnego sukcesu. Takim bez wątpienia będzie powodzenie tego projektu, a co za tym idzie dalszy rozwój województwa śląskiego i Polski – dodaje.

Lokalizacja poprzedzona szczegółowymi analizami

Piotr Zaremba, prezes ElectroMobility Poland zwraca uwagę na czynniki, które sprawiają, że województwo śląskie jest optymalnym miejscem lokalizacji fabryki. – Na początkowym etapie rozważaliśmy prawie 30 lokalizacji, w tym kilka na Śląsku. We współpracy z Polską Agencją Inwestycji i Handlu oraz firmą doradczą specjalizującą się
w podobnych procesach, dokładnie sprawdzaliśmy każdą z nich. Kluczową rolę odgrywały takie czynniki, jak: dostęp do mediów, infrastruktury drogowej, ukształtowanie i sposób użytkowania terenu oraz kwestie prawne związane z własnością gruntów. Ważna była nie tylko możliwość zbudowania fabryki, ale też odpowiedniego zalecza logistycznego i stworzenie parku dostawców w bezpośrednim sąsiedztwie zakładu. Jaworzno daje największy potencjał w tym zakresie, stąd po dokładnych i szczegółowych analizach wskazaliśmy właśnie to miejsce. Dodatkową gwarancją powodzenia tego projektu są partnerzy, którzy deklarują wsparcie i zaangażowanie, aby doprowadzić inwestycję do  mety. W związku z koniecznością przeprowadzenia przed rozpoczęciem budowy fabryki odpowiednich prac przygotowawczych produkcja aut rozpocznie się w 2024 roku. Jestem przekonany, że czas zainwestowany teraz zwróci się na dalszych etapach projektu
– mówi prezes Zaremba.OG£OSZENIE DECYZJI O WYBORZE LOKALIZACJI FABRYKI POLSKIEJ MARKI SAMOCHODÓW ELEKTRYCZNYCH IZERA

Województwo śląskie motoryzacyjnym sercem Polski

Fabryka będzie zlokalizowana na terenach należących do Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej (KSSE), skupiającej ponad 400 nowoczesnych firm, które inwestując blisko 40 mld zł. utworzyły już  80 tys. miejsc pracy. – W strefie działają zautomatyzowane, zrobotyzowane fabryki oraz firmy specjalizujące się w inteligentnych rozwiązaniach. Nasz flagowy klaster Silesia Automotive and Advanced Manufacturing skupia obecnie ponad sto kilkadziesiąt firm motoryzacyjnych i jest w elitarnym gronie 15 Krajowych Klastrów Kluczowych – zaznacza dr Janusz Michałek, prezes KSSE. Tu, na terenie KSSE, funkcjonuje znaczna część firm produkujących komponenty do samochodów. Nasi inwestorzy mogą stać się partnerami Izery i pomóc w tworzeniu lokalnego łańcucha dostaw. Jesteśmy motorem branży automotive. To na Śląsku bije motoryzacyjne  serce Polski i chcemy, żeby było to też serce elektromobile – podkreśla.OG£OSZENIE DECYZJI O WYBORZE LOKALIZACJI FABRYKI POLSKIEJ MARKI SAMOCHODÓW ELEKTRYCZNYCH IZERA

Z kolei Paweł Silbert, prezydent Jaworzna zwraca uwagę, że dla miasta powstanie fabryki to korzyść nie tylko w postaci miejsc pracy i dodatkowych wpływów do budżetu, ale też naturalny element strategii przyjętej przez samorząd. Jej ważnym elementem jest rozwój nowoczesnej infrastruktury drogowej oraz elektromobilności. – To w naszym mieście na drogi wyjechał pierwszy autobus elektryczny w Polsce – przypomina prezydent Silbert. – Byliśmy także nominowani do prestiżowej nagrody EU Urban Road Safety Award. Fabryka pierwszego polskiego samochodu elektrycznego doskonale wpisuje się w nasze działania i mamy nadzieję, że będzie pociągać za sobą kolejne szanse na rozwój naszych przedsiębiorców i mieszkańców. Materializuje się wizja Jaworzna jako regionalnego ośrodka innowacyjnego przemysłu opartego na wiedzy i technologii. Ta wizja skłaniała mnie do tego, by konsekwentnie stawiać na e-mobility, jako trend, który będzie dominował w przyszłości. Dzisiaj możemy cieszyć się sukcesem dodaje.

Jak wypadną tegoroczne świąteczne zakupy? Przed sezonem w branży retail przeważał ostrożny optymizm

Jak wypadną tegoroczne świąteczne zakupy? Przed sezonem w branży retail przeważał ostrożny optymizm. Największym problemem – wahania popytu.

Grudzień to w handlu prawdziwe żniwa, ale nie w tym roku. Jak wynika z badania Capgemini, nastroje w branży są, mówiąc delikatnie, umiarkowanie optymistyczne. Sprzedawcy detaliczni ostrożnie patrzą na przedświąteczny sezon zakupowy. Część firm dobrze wykorzystała ostatnie miesiące i przygotowała się na drugą falę tegorocznych problemów. Jak? Między innymi inwestując w cyfrowe rozwiązania.

Zgodnie z wynikami corocznego badania świątecznego Capgemini, prawie połowa sprzedawców detalicznych spodziewa się wzrostu sprzedaży, a połowa kupujących przewiduje, że w tym okresie świątecznym zrobi więcej zakupów niż w latach poprzednich. Spodziewając się tego, niemal wszyscy detaliści (93 proc.) podjęli działania, aby wzmocnić swoją obecność w sieci. Połowa poprawiła swoją stronę internetową lub ofertę e-commerce, co trzeci zwiększył przepustowość ruchu w sieci, a co piąty wprowadził możliwość zakupów wirtualnych.

Aby jeszcze bardziej przyciągnąć klientów, 78 proc. sprzedawców detalicznych postanowiło zaoferować większe rabaty, zarówno w internecie, jak i w sklepach stacjonarnych, a co trzeci planował zwiększenie asortymentu przecenionych produktów online. Jednak pomimo tych przygotowań, detaliści wcale nie mają pewności, że trafią ze swoją ofertą w oczekiwania klientów. W tym roku tylko 39 proc. z nich jest przekonanych, że trafnie przewidziało oczekiwania kupujących. W 2019 było to o 16 punktów procentowych więcej! Główną przyczyną niepewności jest zagrożenie kolejnym lockdownem i przerwaniem łańcuchów dostaw – obawiała się tego połowa, a prawie co trzeci twierdził, że dane, na których opierają swoje planowanie, w tym roku, ze względu na COVID-19, są wyjątkowo niepewne.

Jak detaliści przygotowali się na zmiany?

Pomimo niepewności, jak będą się kształtowały wydatki kupujących, większość sprzedawców detalicznych zmieniła strategie, uwzględniając obawy konsumentów dotyczące finansów i zdrowia. Ponad 40 proc. sprzedawców detalicznych zaoferowało większe rabaty lub więcej rabatów okresowych w porównaniu z poprzednimi latami. Prawie dziewięciu na dziesięciu wprowadziło w tym roku nowe opcje dostawy, połowa z nich darmową dostawę, a blisko połowa „kup i odbierz” lub dostawę bezkontaktową.

Okres świąteczny zawsze był trudny do przewidzenia przez detalistów, ale zakłócenia w łańcuchach dostaw, ostrożność konsumentów i zmieniające się ograniczenia rządowe sprawiają, że ten rok jest dosłownie pełen niepewności – mówi Tim Bridges, dyrektor ds. dóbr konsumpcyjnych i handlu detalicznego w Capgemini. – Mimo to sprzedawcy detaliczni zdają sobie sprawę, że transakcje lawinowo przenoszą się do internetu i zawczasu zainwestowali w swoją ofertę e-commerce. Wiele firm dodatkowo zwiększa opcje płatności, otwiera nowe metody dostawy lub wprowadza do sklepu online nowości, takie jak np. wirtualne garderoby. Przy trwającej pandemii niepewność, której jesteśmy dziś świadkami, prawdopodobnie utrzyma się w przyszłym roku. Prawdziwymi zwycięzcami będą ci, którzy dzięki wcześniejszym wdrożeniom IT będą mogli cyfrowo usprawnić swoje operacje i łańcuchy dostaw, aby sprostać nagłym wzrostom i spadkom popytu.

Z systemem wsparcia sprzedaży jest zdecydowanie lepiej

Popyt na analitykę danych w handlu jest o wiele większy, niż chociażby rok temu – mówi Marcin Pleszko, Chief Product Officer w Sagra Technology, firmie dostarczającej systemy wspierające sprzedaż. – Przed pandemią klienci posiadający budżety byli ewentualnie zainteresowani wdrożeniem, ale to my musieliśmy namawiać ich do projektów i pokazywać korzyści. Dziś nikt nie ma wątpliwości, że z cyfryzacją trzeba ruszyć. Rok 2020 uzmysłowił nam, jak dynamiczne bywają wahania popytu, stąd zwiększona potrzeba użycia np. modeli sztucznej inteligencji do jego przewidywania. Nieprzewidywalność zapotrzebowania na produkty to dziś jedna z największych bolączek handlu.

Ekspert z Sagra Technology nie ma też wątpliwości, że firmy, które nie dysponowały odpowiednimi narzędziami IT, gorzej radziły sobie z tegorocznymi zakłóceniami w łańcuchach dostaw czy obostrzeniami związanymi z kontaktami fizycznymi. A dostępność produktów oraz sprawnie działające łańcuchy dostaw w szczytowym okresie przedświątecznych zakupów są niezwykle istotne. – Firmy korzystające z naszych rozwiązań integracyjnych cały czas miały aktualne informacje dotyczące dostępności produktów czy stanów magazynowych z sieci dystrybucji. Systemy SFA, takie jak nasz Emigo wraz z całą platformą integracyjną, umożliwiają zabezpieczenie produktu – gdyby zabrakło go w jednym magazynie, mamy wskazanie, gdzie w danym regionie może być jeszcze zapas. Wiedza o tym, jaka jest rzeczywista dostępność produktu u danego dystrybutora jest dziś bardzo ważna, pozwala podejmować odpowiednie decyzje i rozwijać biznes – podkreśla Marcin Pleszko.

Koronawirus zmienił zasady gry w branży luksusowej. Kto przetrwa?

Rynek dóbr luksusowych pikuje. Konsumenci produktów tej kategorii przywykli do rytuału nabywania ich w sklepach stacjonarnych, a ich producentom przez myśl nie przeszło, aby tę tradycję zastąpić cyfrowym odpowiednikiem. Do czasu, aż koronawirus przewrócił świat do góry nogami. Ostatecznie właściciele marek klasy premium poszli po rozum do głowy i wraz ze wschodnim gigantem e-handlu – platformą Alibaba – przystąpili do ofensywy. Efektem tej współpracy ma być marketplace dla produktów, o których statystyczny Kowalski może jedynie pomarzyć. Co na to Amazon?

Jak donosi „New York Times”, już w 2015 roku Johann Rupert – prezes i akcjonariusz Richemont, firmy, która skupia szereg marek luksusowych zegarków, biżuterii, galanterii skórzanej i odzieży – zachęcał swoich kolegów, a jednocześnie konkurentów, do stworzenia wspólnego marketplace’u dedykowane sprzedaży detalicznej dóbr luksusowych. Propozycja skierowana była wtedy przede wszystkim do Bernarda Arnaulta z LVMH i Francisa-Henriego Pinaulta z Kering – prezesów największych firm z tego segmentu. Plan spełzł na niczym, jako że każda marka – aby być o krok przed konkurencją – myślała o stworzeniu własnej platformy handlowej. Efekt? Spółki zainwestowały we własne rozwiązania, jednak prawie żadna nie odnotowała oczekiwanych zysków. Ostatecznie więc marketplace dla dóbr luksusowych, którego marka urosłaby w siłę i zakorzeniła się w świadomości klientów, nie powstał. Na Zachodzie funkcjonuje co prawda platforma Farfetch, lecz trudno nazwać ją gigantem.

Klątwa nietoperza

Kilka lat później, na innym targu, bynajmniej nie cyfrowym, w chińskim Wuhan, ktoś podobno kupił i zjadł nietoperza. Skutki tego – anegdotycznego już – zdarzenia są nam doskonale znane, wpłynęły bowiem na życie miliardów ludzi i losy światowej gospodarki. To za jego sprawą branża dóbr luksusowych ucierpiała i to bardziej niż inne dziedziny handlu. Kryzys nie ominął również naszych rodzimych marek, mimo że wg raportu KPMG wartość rynku dóbr luksusowych w Polsce w 2019 roku przekroczyła 25 mld zł, a zgodnie z szacunkami, w ciągu kilku lat miała wzrosnąć nawet do 38 mld zł. Dodatnią koniunkturę napędzały głównie fizyczne punkt sprzedaży, a e-commerce pozostawał jedynie koniecznym dodatkiem. – Przed koronawirusem wyłącznie sklepy internetowe sprzedające luksusowe zegarki mogły liczyć na przyzwoite obroty, lecz ze względu na „seryjność” produktu przepisałbym to efektowi ROPO, czyli szukaj offline, kupuj (taniej) online. Inne branże premium, takie jak biżuteria czy autorska odzież nie generowały obrotów wartych wspomnienia – zwraca uwagę Bartosz Ferenc, pomysłodawca i założyciel CENTEO, jednocześnie narzędzia do automatyzacji sprzedaży w porównywarce Ceneo.pl, jak i agencji oferującej usługi marketingowe na tej platformie.

O tym, że polskim firmom, których oferta skierowana jest do zamożnej części społeczeństwa, chwieje się grunt pod nogami, świadczą chociażby ostatnie posunięcia marki Apart, która w imieniu branży jubilerskiej zwróciła się do wicepremiera Gowina, prosząc go o objęcie tego sektora rządową tarczą antykryzysową. Z apelu Apartu wynika, że branża ma problemy wypłatą wynagrodzeń. Czemu jest źle, skoro miało być tak dobrze?

Marki luksusowe za późno odkryły e-commerce – tłumaczy założyciel CENTEO. – W momencie wybuchu pandemii firmy budujące ofertę wokół ekskluzywnych produktów były o kilka kroków za innymi branżami. Zbyt mały nacisk położono na rozwój własnych, cyfrowych kanałów sprzedaży. Większość marek luksusowych nie weszła również na żaden z liczących się marketplace’ów. Gdy wybuchła pandemia, sklepy stacjonarne z oczywistych powodów straciły klientów, a ci nie zdążyli przyzwyczaić się do kupowania produktów tej kategorii przez Internet – twierdzi Ferenc i dodaje, że analizując genezę kryzysu, nie można pominąć braku poczucia bezpieczeństwa spowodowanego pandemią i tego, w jaki sposób pustoszy ona gospodarkę.

Branża luxury nie tylko za późno odkryła e-commerce, ale – przekonana o nieomylności stosowanej latami strategii – do sprzedaży internetowej z pewną dozą arogancji. Najlepszym tego przykładem jest publiczne odrzucenie przez LVMH oferty współpracy z Amazonem. To prawda, że jako „sklep ze wszystkim” Amazon nie dawał markom tej kategorii odpowiedniego poczucia ekskluzywności, a do tego borykał się z zarzutami o handel towarem podrabianym. Gdyby jednak udało się znaleźć pole do współpracy, to być może francuski koncern byłby dziś w dużo lepszej sytuacji.

Luksus w sieci

Pomimo ociężałości największych graczy, w Internecie branża dóbr luksusowych ma się nie najgorzej. Handel produktami tej klasy – jak donosi raport Bain & Company – w 2019 roku wart był 39 mld USD, by w roku bieżącym urosnąć do kwoty 58 mld USD. Co ciekawe, swój udział w tym sukcesie ma również Amazon, który uruchomił aplikację Luxury Stores, dostępną dla 150 mln subskrybentów Amazon Prime. Za jej sprawą luksusowe produkty światowych projektantów nie wyświetlają się obok ładowarek do telefonów czy karmy dla psów. Dzięki Luxury Stores firma Jeffa Bezosa jest dziś głównym konkurentem wspomnianej wcześniej platformy Farfetch.

Amazon podejmuje szereg innych działań, aby przyciągnąć do siebie klientów zainteresowanych towarami klasy premium. Niedawno na Amazon Prime Video swój drugi pokaz bielizny, z udziałem największych nazwisk świata mody, w tym Cary Delevingne i Belli Hadid, zaprezentowała Rihanna. Z kolei, w październiku, Amazon częściowo sponsorował Mercedes-Benz Fashion Week Madrid, transmitując na żywo pokazy i udostępniając kolekcje na swoich stronach. Jednocześnie w ramach London Fashion Week platforma nawiązała współpracę z British Fashion Council i magazynem modowym Vogue, aby stworzyć cyfrowy sklep dla 12 brytyjskich projektantów, takich jak 1×1 Studio, De La Vali, Grenson, Les Girls Les Boys, Emilio De La Morena, Kat Maconie i Olubiyi Thomas. Kwoty, które Amazon inwestuje w rynek luxury, też są niezwykle wymowne: 18 miliardów USD pomoże niezależnym detalistom ze wszystkich sektorów rozwijać się na platformie, a 100 milionów USD trafi bezpośrednio do nowych marek modowych.

Taka skala inwestycji z pewnością budzi obawy Farfetch, lecz wszystko wskazuje na to, że platforma nie podda się bez walki. Markretplace dla klientów z nabitym portfelem pozyskał finansowanie w wysokości 300 mln USD od spółki Richemont, drugie tyle zamierza zaś włożyć w niego wschodni gigant e-handlu – Alibaba. Taki zastrzyk środków z pewnością pomoże wyrównać szanse w starciu z mocarzem z Seattle. Czy to jednak wystarczy, by zyskać pozycję lidera?

– Nie będzie to łatwa batalia – mówi Aleksandra Szarmach, Chief Marketing&Sales Officer w firmie Nethansa, specjalizującej się we wsparciu sprzedaży na Amazonie. – Z pewnością, by rozstrzygnąć jej wynik, nie wystarczy zwykłe porównanie sum zainwestowanych środków. Liczyć się będzie także doświadczenie i rozpoznawalność. A tutaj atuty ma Amazon. Wszystko zależy więc od tego czy największej platformie handlowej świata uda się zaistnieć w świadomości klientów jako docelowe miejsce zakupu towarów luksusowych. Jej dotychczasowi klienci w znacznie mniejszym stopniu poszukują konkretnych marek. Ważniejsze jest dla nich znalezienie produktu spełniającego ich oczekiwania i to w atrakcyjnej cenie.

Zachodnia arena batalii o wschodni rynek

Starcie na Zachodzie i palma pierwszeństwa w tym regionie ma pomóc opanować zwycięzcy lukratywny rynek wschodni, z którego każdy uczestnik tego boju spodziewa się czerpać pokaźne zyski. Amazon i Alibaba liczą bowiem na wywołanie efektu psychologicznego – w końcu to zachodnia Europa i USA w dalszym ciągu stanowią centrum mody i designu, dyktując światowe trendy. Kto dominuje w tym obszarze, dominuje na całym świecie. Co ciekawe, walka toczy się dziś nie o konsumenta z Zachodu, lecz z Dalekiego Wschodu, a konkretnie z Chin. Jedynie tam, pomimo globalnego kryzysu, rynek dóbr luksusowych odnotowuje stabilne wzrosty. Dlatego Richemont z Alibabą zamierzają zainwestować kolejne 250 mln USD w Farfetch China. Na tamtejszym rynku potentatem jest oczywiście Alibaba.

Według Bartosza Ferenca, twórcy CENTEO, przełomowego rozwiązania do optymalizacji widoczności w największej polskiej porównywarce cenowej, ze zmagań gigantów wyłaniają się dwa najważniejsze wnioski: – W handlu internetowym kluczową rolę odgrywają rozwiązania typu marketplace. Każdy, kto chce zarabiać na sprzedaży w Internecie, powinien zadbać o obecność na platformach e-handlu, zarówno tych działających lokalnie, na krajowych rynkach, jak i na międzynarodowych. Po drugie, żadna firma nie może pozwolić sobie na ignorowanie ogólnoświatowych trendów. W dynamicznie zmieniającej się sytuacji rynkowej, jaką mamy obecnie, lekceważenie jakiegokolwiek kanału sprzedaży może mieć opłakane skutki – kwituje Ferenc.

Klątwa Świętego Mikołaja, czyli Polacy na święta wydają więcej niż zarabiają

Polacy na Święta nie zamierzają oszczędzać. Chwilówki idą w ruch, a to generuje poważne problemy.

– Windykatorzy nazywają „Klątwą Świętego Mikołaja” takie sytuacje, gdy osoby nieposiadające zbyt dużych środków finansowych lub już będące mocno zadłużone decydują się na chwilówki czy dodatkowe kredyty, tylko po to, by urządzić wystawne wigilie czy, by kupić prezenty bliskim droższe niż te na które nas stać – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska.  Ubiegłe lata pokazują, że Polacy masowo zadłużają się na Święta Bożego Narodzenia. To zwykle pożyczki na kwotę 3-4 tysięcy złotych jednak ich oprocentowanie powoduje, że do spłacenia jest znacznie wyższa kwota. – Polacy lubią w święta wydawać dużo pieniędzy. Czujemy magię świąt przez kupowanie. Wszystkie statystyki pokazują, że grudzień to czas największych wydatków w naszych budżetach domowych – dodaje Prezes Marczulewska.

Przycisk „dodaj do koszyka” stał się naszym najlepszym przyjacielem. Polacy na zakupach świątecznych nie będą oszczędzać

Ile Polacy wydają na święta? Statystyki z roku 2018 i 2019 pokazują, że zwykle są to kwoty przekraczające 500 złotych na osobę. Nic nie wskazuje na to, by w roku 2020 te kwoty spadły – wręcz przeciwnie – za nami trudny rok, czas wielu wyrzeczeń i ograniczeń. Święta, nawet jeżeli nie będziemy ich spędzać z całą rodziną, chcemy spędzać wystawnie: – Z jednej strony możemy zaoszczędzić, bo przy stole będzie mniej osób i mniej wydamy na prezenty, ale z drugiej chcemy nagrodzić siebie i swoją rodzinę za bardzo trudny rok. Polacy nie będą oszczędzać na świętach, jestem przekonana, że wręcz przeciwnie. Kupimy droższe prezenty i będziemy pozwalać sobie na wydatki na które w roku nie było nas stać. Musimy odreagować ostatnie miesiące – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Jak wyjaśnia Prezes Grupy AVERTO Polakom w zadłużaniu się nie przeszkadza nawet ograniczona mobilność: – Kredyty bierzemy coraz częściej przez Internet i zakupy też robimy w sieci. Podczas windykacji zdarzały się bardzo przykre historie osób, które zadłużyły się w sieci. To jeszcze bardziej sprzyja nie czytaniu warunków umów i dochodzi do bardzo niekorzystnych rozporządzeń. Inna sprawa to zakupy przez Internet. Nie panujemy nad tym zupełnie, bierzemy na raty, zamawiamy kolejne przedmioty, kiedy nie dotykamy gotówki to zdecydowanie łatwiej wydaje nam się pieniądze. Przycisk „dodaj do koszyka” stał się naszym przedświątecznym przyjacielem – mówi Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska.

Windykator radzi: ostrożniej dysponujmy swoim budżetem

Jak mówi Prezes Małgorzata Marczulewska grudzień to czas, gdy Polacy mają największe problemy z bieżącymi zobowiązaniami. – Zwykle to właśnie w grudniu i w styczniu rozpoczynamy bardzo dużą liczbę windykacji. Wynika to z faktu, że w świątecznym amoku nie tylko zadłużamy się na prezenty, wyjazdy i wystawne kolacje, ale i wydając pieniądze na te rzeczy przekładamy spłatę rat kredytowych czy regulację bieżących zobowiązań. Zdarzają się sytuacje, że z finansowych turbulencji wywołanych przez grudzień wychodzimy dopiero na wiosnę. W czasie pandemii koronawirusa zdecydowanie należy ostrożniej dysponować swoim budżetem – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

– Na Święta radzimy więc wszystkim: spokoju. To będą na pewno najdziwniejsze święta od lat i jestem przekonana, że dla naszych domowych budżetów lepiej będzie przeżyć je skromniej. Pod żadnym pozorem nie należy przeżywać ich na zasadzie „postaw się, zastaw się”, bo wiele wskazuje na to, że w roku 2021 utrzymanie finansowej równowagi może być jeszcze trudniejsze – dodaje Prezes Grupy AVERTO.

Ceny w Polsce stabilne. Inflacja nie rośnie

Wbrew niektórym czarnym scenariuszom wcale nie mamy w Polsce wybuchu inflacji. Ceny owszem rosną, ale poziom 3% w skali roku nie jest czymś, czym powinniśmy się szczególnie przejmować.

Lepsze dane ze strefy euro

Produkcja przemysłowa okazała się lepsza od oczekiwań. Co to oznacza? Spadek jest mniejszy, niż sądzili analitycy. Spodziewano się, że w ujęciu rocznym będzie on wynosić 4,4%, jednak produkcja przemysłowa spada o zaledwie 3,8%. Pamiętajmy, że miesiąc temu było to 6,3% spadku, co pokazuje skalę poprawy. To właśnie lepsze dane z Unii Europejskiej i strefy euro są powodem, dla którego wspólna europejska waluta umacnia się ostatnimi czasy względem większości głównych walut, w tym dolara i funta brytyjskiego.

Dane z Chin bez niespodzianek

W nocy poznaliśmy dane z Państwa Środka. Zarówno produkcja przemysłowa, jak i sprzedaż detaliczna zgodnie z oczekiwaniami uległy delikatnej poprawie. Ponownie okazuje się, że statystycy chińscy są ekstraklasą światową prognozowania. Tak precyzyjna prognoza budzi, co prawda, pewne wątpliwości niektórych obserwatorów, szczególnie że zdarza się to znacznie częściej niż w innych krajach. Co ciekawe, inwestorzy uznali te dane za pretekst do osłabienia juana i po publikacji chińska waluta traciła względem dolara.

Ceny w Polsce stabilne

Poznaliśmy dzisiaj wartość inflacji konsumenckiej w Polsce. Publikacja GUS zgodnie z oczekiwaniami pokazała wzrost o 3%. Są to dobre dane mieszczące się dokładnie w 75% celu inflacyjnego. Mają jednak wyraźny zapas, przez co nie powodują one większego niepokoju analityków. Dzisiaj jednak inwestorzy wykorzystali publikację inflacji do kolejnej realizacji zysków na złotym i mamy kolejne drobne osłabienie rodzimej waluty. Powodem może być strach przed ujemnymi stopami procentowymi, skoro inflacja jest stabilna.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – indeks NY Empire State,
15:15 – USA – wykorzystanie mocy produkcyjnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Averton Sterling – fundusz (nie tylko) inwestycyjny, który nie czeka na hossę

Jakub Niestrój i Mateusz Mazur powołują AVERTON STERLING ASI – fundusz restrukturyzacji i rozwoju, działający w oparciu o synergię kapitału finansowego i doradztwa biznesowego.

Założyciele nowego funduszu to doświadczeni przedsiębiorcy od lat aktywni na rynku inwestycyjnym. Wieloletnia praktyka i obserwacja sytuacji na rynku skłoniła Jakuba Niestrója i Mateusza Mazura do powołania wehikułu, który ma być czymś więcej niż tylko źródłem finansowania. Jak podkreślają pomysłodawcy, firmom w obliczu kryzysu potrzebne jest przede wszystkim rzetelne doradztwo i kompleksowe wsparcie w procesie transformacji, a także know-how i paliwo do skalowania biznesu.

Jak podkreśla CEO funduszu, dr Jakub Niestrój, w Polsce restrukturyzacja jest niesłusznie kojarzona z upadłością. My rozumiemy ją jako potrzebę przemodelowania biznesu.

Averton Sterling celuje w firmy realnej gospodarki, będące w procesie zmiany, rozwoju lub wymagające restrukturyzacji.

– W ostatnich latach standardowe fundusze i dotacje publiczne celują raczej w start-upy i projekty we wczesnej fazie rozwoju. Dojrzałe biznesy w przejściowych tarapatach finansowych otrzymują środki pomocowe, ale w zakresie finansowania transformacji lub rozwoju są często pozostawione same sobie. Widzimy tu przestrzeń do współpracy z partnerem, który dostarczy nie tylko kapitał, ale także wiedzę i wsparcie.

W odpowiedzi na zapotrzebowanie rynku wieloletni partnerzy biznesowi postanowili stworzyć innowacyjny wehikuł inwestycyjno-doradczy, mający za zadanie wspieranie klientów w transformacji i remodelowaniu biznesu.

Widzimy, że kryzys wywołany koronawirusem jest inny od dotychczasowych załamań rynku. Stwarza szansę na pivot i restrukturyzację. Nasz fundusz skupia uwagę na rozwiniętych biznesach, które przechodzą tymczasowy kryzys lub dynamicznie zmieniają swój model działania. Dzięki dofinansowaniu i odpowiedniemu ukierunkowaniu, mogą szybko wrócić na falę wzrostu i budować wartość do wyjścia z inwestycji. – twierdzi CEO Averton Sterling ASI.

Praktyka przedsiębiorcza i doświadczenie doradcze założycieli funduszu pozwalają na ekspercką analizę rynku, potrzeb i możliwości przedsiębiorców. Branże, na jakie stawia Averton Sterling to szeroko rozumiany sektor przemysłowy, w tym także energia odnawialna, przemysł 4.0, fintech i biotech oraz handel i e-commerce. Portfel aktywów zdywersyfikowany zostanie także przez inwestycje na rynku polskiej sztuki i kolekcji.

W perspektywie trzech lat fundusz planuje przeznaczyć na inwestycje 200 mln zł, pochodzące z kapitału własnego oraz od polskich i zagranicznych inwestorów prywatnych. Zaangażowanie w poszczególne spółki ma nie przekraczać kwoty 20 mln zł, standardowy poziom to 5 mln zł, a minimalne tickety inwestycyjne zaczynają się już od 1 mln zł.

2020 – rokiem rynku magazynowego. Co czeka sektor logistyczny w 2021 roku?

Pomimo trwającej pandemii Covid-19 sektor przemysłowo-logistyczny okazał się najbardziej odporny na jej skutki i z całego rynku powierzchni komercyjnych w Polsce jako jeden z nielicznych może uznać ostatnie 12 miesięcy za udane. Firma AXI IMMO postanowiła wstępnie przeanalizować jakie trendy kształtowały sektor magazynowy i co ciekawego wydarzyło się w całym 2020 r.

Sektor magazyny z rekordowym wynikiem na rynku inwestycyjnym

Podobnie do globalnego kryzysu gospodarczego w latach 2008-09, cały 2020 rok, a przede wszystkim pandemia Covid-19 zostanie zapamiętana na długo na rynku nieruchomości komercyjnych. Przygotowując wstępną analizę mijających 12 miesięcy nie sposób nie odnieść wrażenia, że to właśnie sektor magazynowy najlepiej poradził sobie ze skutkami pandemii. Już na zakończenie III kw. 2020 r. mogliśmy odnotować sukces, czyli rekord w zakresie wartości transakcji inwestycyjnych, który wyniósł ponad 1,9 mld EUR i tym samym pobił wcześniejszy rezultat 1,8 mld EUR z 2018 roku.

Większy popyt na magazyny ostatniej mili

Obserwując uważnie sektor inwestycyjny, aktywa magazynowe okazały się najbezpieczniejszym rodzajem produktu m.in. przez fakt rosnącego znaczenia sektora e-commerce i podmiotów bezpośrednio obsługujących go. Do tradycyjnie dużych zakupów portfelowych dołączyły pojedyncze obiekty z segmentu magazynów ostatniej mili. Za największą transakcję 2020 r. należy uznać finalizację przejęcia środkowoeuropejskiego portfela Goodmana przez GLP (1 mld EUR, 66% obiektów ulokowanych jest w Polsce tj. ok. 880 000 mkw.). Z kolei jak co roku na rynku pojawiły się również nowe dotychczas nieobecne w sektorze podmioty wyczekujące na okazję. Przykładem takiej transakcji może być kupno przez Polish Logistics LLP, platformę inwestycyjną powołaną przez REINO Capital, IO AM i Grupę Grosvenor centrum logistycznego Logistic City Piotrków Trybunalski o wielkości 135 000 mkw.

Rozgrzany rynek najemców

W całym 2020 roku rynek przemysłowo-logistyczny utrzymał wysokie współczynniki popytu pomimo wprowadzenia przez polski rząd dwóch lockdownów. W II kwartale br., odnotowano rekordowy poziom aktywności najemców, który dodatkowo został wzmocniony przez rekordowy poziom umów krótkoterminowych (nieprzekraczających dwóch lat) zawartych między kwietniem a czerwcem 2020 r. wynoszących 262 tys. mkw. wynajętej powierzchni.

E-commerce, farmacja, kurierzy – najwięksi beneficjenci

Niemniej sytuacja w czasie pandemii w niektórych branżach była daleka od zadowalającej. Jako głównych wygranych wskazuje się firmy z sektora e-commerce, w tym e-grocery, farmację, elektronikę, branżę KEP, czyli usług kurierskich, a także opakowań. Z kolei przedsiębiorstwa z sektora produkcyjnego jak np. przemysł ciężki, automotive czy lotnictwo notowały w tym czasie spadki.

Szansa na rekordowy popyt

Niemniej na zakończenie III kwartału 2020 r. najemcy wynajęli 3,5 mln mkw., a bieżący rok zakończy się prawdopodobnie wynikiem jeszcze lepszym niż ubiegłoroczny, który wyniósł 4 mln mkw.

W strukturze regionów w tym roku nadal dominującą pozycję miały główne rynki, na czele z wyróżniającym się regionem Warszawy, Górnego Śląska oraz Polski Centralnej. Wśród najemców numerem jeden ponownie są firmy logistyczne, które w tym roku koncentrowały się na konsolidacji, ekspansji w ramach regionów, gdzie byli obecni, ale też nowych inwestycjach w okolicach największych rynków konsumenckich – mówi Anna Głowacz, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, AXI IMMO.

Z kolei największą umową podpisaną 2020 roku pozostaje 200 000 mkw. powierzchni użytkowej wynajęte przez gracza e-commerce w Świebodzinie w województwie lubuskim. Możemy po raz kolejny odnieść wrażenie, że dla najbardziej wymagających międzynarodowych klientów zainteresowanych rozwojem w Europie, Polska okazuje się idealną lokalizacją – dodaje Anna Głowacz.

Bariera 20 mln mkw. przekroczona

Efektem rozpędzonej machiny deweloperskiej jest wzrost zasobów magazynowych do poziomu ponad 20,2 mln mkw. na koniec III kwartału. Większość deweloperów koncentrowała swoją uwagę na pięciu głównych rynkach, zwłaszcza w regionie Warszawy. Jednak poza tym widoczne było zainteresowaniem rozwojem nowych lokalizacji.

Polska Zachodnia i Polska Wschodnia – nowymi  wschodzącymi rynkami

Na uwagę zasługują dwa relatywnie młode regiony tj. Polska Zachodnia, gdzie powstaje obiekt BTS o powierzchni 200 000 mkw. dla gracza z sektora e-commerce w Świebodzinie, a także cały region Polski Wschodniej i powstające tam 173 tys. mkw. powierzchni odpowiada za 28,2% całkowitych zasobów magazynowych na tym rynku. Niemniej pomimo optymistycznych danych dotyczących podaży, szacunkowa wartość powierzchni będącej w budowie spada, głównie przez wzgląd na ograniczenie projektów typowo spekulacyjnych. Spowolnienie aktywności deweloperskiej spowodowane jest większą ostrożnością związaną z niepewną sytuacją rynkową i wyższymi wymogami związanymi z finansowaniem projektów gdzie wymagany jest wyższy wkład własny.

Pustostany i czynsze w 2020 na stabilnym poziomie

Współczynnik pustostanów na zakończenie III kw. 2020 r. wrócił do wyjściowej wartości z początku roku i wynosi obecnie około 8%. – W wybranych regionach w kolejnych kwartałach możemy spodziewać się trendu wzrostowego, zwłaszcza w lokalizacjach, gdzie oddano do użytki inwestycje spekulacyjne. Wahania w wysokości współczynnika pustostanów nie miały bezpośredniego wpływu na wysokość stawek czynszów w sektorze magazynowym w całym 2020 r. – wyjaśnia Anna Głowacz. Średnie stawki w obiektach typu big box wahały się w przedziale 3,20 – 3,60 euro/mkw., przy czym tradycyjnie najdroższą lokalizacją jest Warszawa-miasto (od 4,80 euro/mkw.). Z kolei wysokość stawek efektywnych uwzględniających różnego rodzaju zachęty i zwolnienia utrzymały się na poziome 2,4 – 2,7 EUR/mkw./m-c, czyli średnio od 20 do 30% niższej.

Pomimo pierwszych obaw związanych z pandemią Covid-19 okazało się, że rynek magazynowy okazał się największym wygranym 2020 roku. Dodatkowo towarzyszące mu zmiany m.in. w zakresie skrócenia łańcuchów dostaw, jeszcze szybszego wprowadzania nowoczesnych technologii i automatyzacji czy upowszechnienia sprzedaży towarów w Internecie spowodowały kolejną fazę rozwoju sektora przemysłowo-logistycznego w Polsce” – mówi Anna Głowacz.

Co czeka sektor logistyczny w 2021 roku?

– Rekordowe wyniki w sektorze inwestycyjnym czy nadal bliskie rekordu wyniki za popyt nastrajają bardzo pozytywnie wszystkich rynkowych graczy przed 2021 rokiem. Wśród kluczowych trendów 2020 r. należy również wskazać na zwiększoną świadomość deweloperów w zakresie proponowanych ekologicznych rozwiązań, a także liczbę uzyskanych przez nich zielonych certyfikatów. Dbałość o planetę, a także proponowanie kolejnych innowacyjnych i zrównoważonych zmian w zakresie budowy czy funkcjonowania magazynów jeszcze nigdy nie były tak istotne w wymiarze biznesowym i społecznym – podsumowuje Anna Głowacz.

Fiskus zakwestionował dostawy paliwa do firmy, oskarżył o wyłudzenie VAT i handel nielegalnym paliwem

To, że dostawcami były podmioty toczących się postępowań karnych w sprawie handlu nielegalnym paliwem, nie oznacza jeszcze, że takie paliwo do przedsiębiorcy trafiało.

Fiskus zakwestionował dostawy paliwa do firmy, bo – jak stwierdził – nie był to olej napędowy, a odbarwiony olej opałowy. A uznał tak na podstawie ustaleń, że dostawcą firmy była spółka, która sama nabywała taki odbarwiony olej od przestępców. WSA w Łodzi uchylił decyzję fiskusa, podkreślając, że fakt, iż dostawcą paliwa do spółki były firmy, co do których prowadzone były postępowania karne w zakresie procederu odbarwiania oleju opałowego w celu sprzedaży jako napędowy, nie oznacza, że taki właśnie rodzaj paliwa faktycznie trafiał do spółki. A już z pewnością brak jakichkolwiek podstaw do przyjęcia, że tego rodzaju olej był przedmiotem zakwestionowanych dostaw dla podatnika (wyrok z 24 września 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 354/20).

Oskarżenie o wyłudzenie VAT i handel nielegalnym paliwem

Po przeprowadzeniu kontroli skarbowej w firmie transportowej organ podatkowy stwierdził, że ujęte przez nią w rozliczeniach za 2007 r. faktury dokumentujące nabycie paliwa od przedsiębiorstwa A i konsorcjum spółki B nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń gospodarczych. Przedsiębiorstwo A nie prowadziło rzeczywistej działalności gospodarczej, natomiast konsorcjum B nie mogło dostarczyć firmie wykazanego na fakturach oleju napędowego, bowiem w rzeczywistości był to odbarwiony olej opałowy. Tak więc przedsiębiorca nie tylko nie może odliczyć podatku od towarów i usług naliczonego na tych fakturach ani domagać się zwrotu VAT, ale i sam brał udział w oszustwie mającym na celu wyłudzenie VAT.

Dostawca paliwa brał udział w nielegalnym handlu odbarwionym olejem…

Wobec pełniącej obowiązki prezesa zarządu w spółce B prowadzone było pod nadzorem prokuratury rejonowej postępowanie karne skarbowe w sprawie udaremnienia pracownikom urzędu skarbowego przeprowadzenia czynności służbowych, w związku z prowadzoną kontrolą podatkową. Organ wskazał, że konsorcjum nie przedstawiło dokumentów źródłowych w toku prowadzonych czynności sprawdzających. Poza tym dokonało ono zbycia udziałów osobie, która przyznała się do roli typowego „słupa”. Powyższe przemawia za tym, że spółka chciała ukryć swoją nielegalną działalność handlu odbarwionym olejem, jak i zataić dowody źródeł jego pochodzenia.

Z dowodów zgromadzonych w sprawie prowadzonej przez prokuraturę okręgową wynika, że w latach 2006-2007 spółka wykorzystywana była przez grupę przestępczą do wprowadzania do obrotu odbarwionego oleju opałowego jako paliwa. Zatem faktury wystawione przez konsorcjum spółki B, a na podstawie których rozliczenia VAT chciał dokonać przedsiębiorca, nie odzwierciedlają rzeczywistych transakcji.

…a więc odbiorca tego paliwa pewnie też

Do tego firma płaciła gotówką za dostawy paliwa, które było znacznie tańsze niż wg cen rynkowych, a faktury otrzymywała po jednym – dwóch dniach. Zdaniem organu podatkowego już sam fakt, że cena kupowanego towaru była niższa niż rynkowa, powinien wzbudzić u przedsiębiorcy podejrzenia co do legalności tych transakcji. Nie dochował on przy tym wymaganej od niego w obrocie gospodarczym należytej staranności również dlatego, że nie żądał od kierowców certyfikatu jakości dostarczanego paliwa ani potwierdzenia źródła jego pochodzenia. I nie zmienia tego fakt posiadania przez niego dokumentów rejestracyjnych tych dostawców.

Urząd skarbowy nie przeczył, że dostawca handluje paliwem, nawet doliczył mu podatek z faktur wystawionych na rzecz odbiorcy rzekomo odbarwionego opału

Przedsiębiorca odwołał się od negatywnych dla niego decyzji fiskusa, wydanych na podstawie powyższych ustaleń. Zarzucił m.in., że organy skarbowe nie wyjaśniły rozbieżności w dokumentacji posiadanej przez niego, a przez przedsiębiorstwo A, od którego rzekomo nie nabywał paliwa. Co do konsorcjum B, organy całkowicie pomijają fakt, że urząd skarbowy nie kwestionował dokonywanych przez nie rozliczeń za inne okresy działalności. Potwierdzało to, że konsorcjum trudniło się i dokonywało rzeczywistych transakcji obrotu paliwem. Do tego urząd ten określił konsorcjum zobowiązanie podatkowe, które uwzględniało również podatek zawarty w fakturach wystawionych przedsiębiorcy.

Przedsiębiorca kupował paliwo od dostawców, których sprawdził, a nawet wlewał je do swoich aut

Do tego organy nie uwzględniły na korzyść przedsiębiorcy, że uznani za nierzetelnych jego kontrahenci, zgodnie z zaświadczeniem naczelnika urzędu skarbowego, w okresie dokonywanych z przedsiębiorcą transakcji byli czynnymi podatkami VAT, a przedsiębiorstwo A nadal taki status posiada. Nie zgodził się również z zarzutami fiskusa co do niedochowania należytej staranności handlowej w transakcjach z tymi podmiotami, przejawiającej się zdaniem organów dokonywaniem płatności za paliwo gotówką czy po niższej cenie. Przedsiębiorca zaznaczył, że na początku współpracy z tymi firmami zdobył od nich podstawowe dokumenty rejestracyjne, w tym koncesje na handel paliwem. Konsorcjum B składało sprawozdania finansowe do KRS. Co najważniejsze, paliwo, jakie nabywał, było dobrej jakości. Dlaczego najważniejsze? Bo przedsiębiorca, który świadczył usługi transportowe, wlewał je do swoich aut i z jego użyciem prowadził swoją działalność. A tego, że takie usługi wykonywał w badanym okresie, organy nie kwestionują. Nie miał więc podstaw, by podejrzewać dostawców tego paliwa o to, że otrzymuje od nich „oszukane” paliwo.

To, że nie mógł nabyć paliwa od jednego oszusta, nie oznacza, że nie nabywał go wcale

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi przyznał słuszność ustaleniom organów skarbowych co do tego, że skarżący decyzję organów przedsiębiorca nie mógł nabywać paliwa od przedsiębiorstwa A. Żaden ze wskazanych na fakturach dostawców nie potwierdził bowiem sprzedaży na rzecz tego podmiotu paliwa w 2007 r., co oznacza, że i skarżący nie mógł go od niego nabyć.

Sąd nie zgodził się jednak z organami, że na podstawie spornych faktur od spółki B przedsiębiorca nie mógł nabyć oleju napędowego. Ustalenia urzędników co do zakupu przez niego w rzeczywistości odbarwionego oleju opałowego nie mają żadnego oparcia w zgromadzonym w sprawie materiale dowodowym.

Fakt, że ktoś w łańcuchu dostaw dokonał oszustwa, nie przesądza o tym, że każdy w tym łańcuchu w nim uczestniczył

Organy bazują jedynie na domniemaniach, że spółka ta była w jakimś bliżej nieokreślonym okresie powiązana z podmiotami oskarżonymi o dokonywanie oszustw polegających na odbarwianiu oleju opałowego. Nie wykazały jednak żadnego dowodu na to, że spółka B uczestniczyła w tym procederze. Nie świadczą o tym ustalenia, że konsorcjum nie posiada dokumentów źródłowych pochodzenia paliwa ani fakt zbycia przez nie udziałów. Nie broni się tok rozumowania organów, że skoro dostawcami paliwa do spółki B były firmy, co do których prowadzone były postępowania karne dotyczące ww. procederu odbarwiania oleju opałowego i sprzedawania go jako napędowego, to taki właśnie rodzaj paliwa trafiał do tej spółki. A już z pewnością nie ma żadnych uzasadnionych podstaw do wysnucia tezy, że olej taki był przedmiotem dostaw do skarżącego przedsiębiorcy.

„Cały szereg nieprawidłowości wskazany w decyzji odnośnie funkcjonowania Konsorcjum (…) nie może stanowić jednoznacznego dowodu na to, że Konsorcjum uczestniczyło w procederze handlu odbarwionym olejem opałowym. Dowodu takiego (…) nie stanowią również ustalenia organu, iż skoro dostawcą paliwa do B były firmy, co do których prowadzone były postępowania karne w zakresie procederu odbarwiania oleju opałowego w celu sprzedawania go jako napędowego, to ten rodzaj paliwa faktycznie trafiał do B (…) a przy tym brak jakichkolwiek podstaw do przyjęcia, że tego rodzaju olej był przedmiotem zakwestionowanych dostaw dla podatnika” (wyrok WSA w Łodzi z 24 września 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 354/20).

Podsumowanie

Zgodnie z wielokrotnie potwierdzonym w orzecznictwie krajowych sądów administracyjnych, a przede wszystkim Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej stanowiskiem, zasada neutralności podatku VAT sprzeciwia się pozbawianiu przedsiębiorcy uczestniczącego w łańcuchu dostaw prawa do obniżenia podatku należnego, jeśli nie wiedział ani nie mógł przy zachowaniu należytej staranności wiedzieć, że inne transakcje w tym łańcuchu są elementem oszustwa podatkowego. Organy skarbowe jednak konsekwentnie zapominają o tej podstawowej zasadzie podatku VAT i zdają się być głuche na wyraźny, stanowczy głos orzecznictwa. Takie realia prowadzenia działalności gospodarczej sprawiają, że polscy przedsiębiorcy zmuszeni są szukać pomocy prawnej, aby bronić się przed niepopartym dowodami wrzucaniem ich do jednego worka z przestępcami i oszustami.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Od Londynu po Nowy Jork – surowsze restrykcje

Inwestorzy przyjmują ostrożne nastawienie, próbując lawirować pośród pozytywnych oczekiwań dotyczących przyszłego roku, ale po drodze mierzą się z ryzykami generowanymi przez ostatnie doniesienia związane z wirusem. Zaostrzenie restrykcji obejmuje Niemcy, Czechy, Londyn, a niedługo może i Nowy Jork.

Ogólne średnioterminowe perspektywy dla aktywów ryzykownych nie uległy zmianie, ale nie oznacza to, że ceny nie mogą podlegać przejściowym szumom. W ostatnich dniach dobrym tego przykładem jest funt, który przed weekendem zaczął wyceniać wyższe ryzyko bezumownego brexitu, by wczoraj całkowicie odwracać pozycje. Ostatnie kilkanaście godzin nie przynosi nowych informacji w temacie postępów negocjacji, ale poniedziałkowy optymizm jest redukowany pod presją informacji o rozwoju zachorowań w Wielkiej Brytanii. Londyn od środy wprowadza najwyższy, trzeci poziom restrykcji, co m.in. oznacza zamknięcie pubów i restauracji. Ostania fala lockdownów nie doprowadziła do wyraźnego obniżenia krzywej zachorowań w Europie, a perspektywa zbliżających się świąt i zgromadzeń rodzinnych podnosi ryzyko kolejne fali wzrostu liczby przypadków. Wydaje się, że jakaś forma ogólnokrajowych lockdownów będzie konieczna. Surowsze restrykcje zapowiedziano już także w Niemczech, Czechach, a burmistrz Nowego Jorku jest gotowy zamknąć miasto, jeśli tempo zachorowań nie zwolni.

Ale tak samo jak miało to miejsce w listopadzie, tak i teraz uczestnicy rynków powinni oceniać bieżące działania władz razem z długoterminowymi konsekwencjami szkód ekonomicznych, ale też szans, jak niesie ze sobą rozpowszechnianie szczepionki przeciw COVID-19. Stąd nie sądzę, aby ogłoszone restrykcje miały wywołać głębokie pogorszenie nastrojów i mocne cofnięcie wycen aktywów ryzykownych. S&P500 stracił wczoraj mniej niż 0,5 proc., wysoko trzyma się EUR/USD, mocny jest złoty. Z drugiej strony specyfika środka grudnia i bliskości przerwy świątecznej, dokłada warstwę do procesu decyzyjnego inwestorów i nierzadko jest wystarczającym pretekstem, by zredukować ekspozycję na ryzyko. Ale krótkoterminowe wahania nie powinny zakłócić wcześniej obranego kursu. Ten tydzień może być intersujący pod kątem katalizatorów zmienności. Także tych pozytywnych. Zatwierdzenie pakietu fiskalnego w USA, gołębie sygnały z Fed, pozytywne wieści znad stołu negocjacyjnego brexitu – te tematy mogą w najbliższych dniach dać świeży zastrzyk optymizmu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Obroty branży centrów handlowych niższe średnio o jedną czwartą

  • Jedną z konsekwencji pandemii COVID-19 jest spadek obrotów w branży centrów handlowych średnio o 24 proc. dla wszystkich kategorii handlowych w okresie od stycznia do września 2020 r. Wprawdzie w styczniu i w lutym odnotowano wzrost obrotów (odpowiednio o 3% i 6%) wszystkich kategorii handlowych w porównaniu do analogicznego okresu w roku 2019, jednak wraz z wprowadzeniem od 13 marca ograniczenia działalności obiektów handlowych nastąpiły znaczące spadki.
  • Najsłabszym miesiącem w trzech pierwszych kwartałach br. był kwiecień, kiedy centra handlowe działały w bardzo ograniczonym zakresie i odnotowały obroty niższe o 80 proc. w porównaniu do analogicznego miesiąca rok wcześniej.
  • W najtrudniejszej sytuacji znaleźli się najemcy z  branży rozrywkowej, którzy zanotowali największy spadek wśród wszystkich analizowanych kategorii handlowych – skumulowana wartość obrotów za pierwsze trzy kwartały tego roku wyniosła u nich 47 proc. obrotów uzyskanych w tym samym okresie w 2019 roku.

Obroty w centrach handlowych

Poluzowanie ograniczeń w handlu i otwarcie większości sklepów w galeriach po weekendzie majowym spowodowało, że zarówno odwiedzalność, jak i obroty zaczęły się stabilnie i konsekwentnie odbudowywać. W wyniku udostępnienia pełnej oferty centrów handlowych oraz uruchomienia ważnej funkcji gastronomiczno-usługowej w kolejnych miesiącach obroty zaczęły rosnąć, ale nie osiągnęły wyników z ubiegłego roku. Zmiana skumulowana obrotów za styczeń-wrzesień 2020 r. wyniosła -24 proc. dla wszystkich kategorii handlowych łącznie, w porównaniu do 2019 roku. Najtrudniejszym miesiącem dla branży był kwiecień z obrotami niższymi o 80 proc. Najwyższe obroty zanotowano w sierpniu – były one niższe o 9 proc. r/r.

Kategorie zakupowe

W najtrudniejszej sytuacji w analizowanym okresie znaleźli się najemcy z kategorii Rozrywka. Od stycznia do września tego roku ich obroty były niższe o 53 proc. w porównaniu do 2019 r.  Jest to zdecydowanie największy spadek wśród wszystkich analizowanych kategorii handlowych.

Najlepiej radziły sobie kategorie: Dom i Wnętrze – ze zmianą skumulowaną na poziomie -6 proc.  i Żywność – -7 proc. Z kolei Zdrowie i Uroda oraz Usługi odnotowały zmiany na poziomie -20 proc., a Artykuły specjalistyczne -26 proc. W przypadku Gastronomii mamy do czynienia ze spadkiem skumulowanym obrotów na poziomie -30 proc. Spadki w obrotach prezentują się dość podobnie, jeśli chodzi o lokalizację, a także wielkość obiektu. Nieco lepiej radzą sobie centra mniejsze od 5 000 do 40 000 mkw. GLA – gdzie zmiana skumulowana obrotów w badanym okresie trzech kwartałów wyniosła -22 proc., a dla obiektów dużych i bardzo dużych powyżej 40 000 mkw. GLA -25 proc.

Odwiedzalność

Zanim pojawiły się ograniczenia związane z pandemią COVID-19 podobnie jak w przypadku obrotów – wskaźnik odwiedzalności w centrach handlowych notował kilkuprocentowe wzrosty w porównaniu do stycznia i lutego poprzedniego roku (odpowiednio o ponad 9 proc. i 8 proc.). Jednak już w marcu nastąpił spadek na poziomie przekraczającym 45 proc., który w kwietniu pogłębił się do ponad 70 proc., w stosunku do  odwiedzalności z 2019 roku. Po ponownym otwarciu obiektów handlowych, po weekendzie majowym odwiedzalność zaczęła się odbudowywać, by osiągnąć w maju średnio 65 proc. wskaźników z roku ubiegłego. W czerwcu wyniosła ona już średnio ponad 75 proc., a w sierpniu wskaźnik wzrósł do 82 proc. poziomu ubiegłorocznego. Warto zaznaczyć, że wskaźniki odwiedzalności w sposób stały różnicują się miedzy regionami. Przez cały okres badania najwyższe poziomy odwiedzalności były odnotowywane w Regionie Południowym, a najniższe zazwyczaj we Wschodnim. W czerwcu i lipcu z uwagi na poluzowane restrykcje wyższe wskaźniki odwiedzalności zanotował turystyczny Region Północny. Większą popularność wśród odwiedzających w trzech pierwszych kwartałach 2020 roku osiągały zazwyczaj obiekty mniejsze, notowana odwiedzalność była tam wyższa o kilka punktów procentowych  niż w dużych obiektach, mających powyżej 40 000 mkw. GLA.

Od października tego roku, w związku z drugą falą epidemii, odwiedzalność w centrach handlowych zaczęła ponownie spadać, osiągając w październiku niewiele ponad 70 proc. wartości z 2019 roku. W listopadzie, kiedy analogicznie do marca 2020 roku częściowo ograniczono działalność obiektów handlowych, odnotowano odwiedzalność na poziomie 46 proc. Branża centrów handlowych z dużą ulgą przyjęła decyzję o ponownym otwarciu galerii od 28 listopada br. Zwłaszcza, że możliwość prowadzenia działalności handlowej w grudniu uchroni wiele podmiotów przed bankructwem i pozwoli zachować tysiące miejsc pracy. Czwarty kwartał dla branży galerii handlowych jest najważniejszym w roku, ponieważ stanowi ponad 30 proc. całorocznych obrotów. Sam grudzień to zazwyczaj o ok. 54% wyższe obroty niż średnia miesięczna z okresu styczeń-listopad. W ostatnim kwartale roku wiele kategorii handlowych wypracowuje zyski, które pozwalają im funkcjonować i inwestować zarobione środki w pozostałych okresach roku i przetrwać trudny dla handlu pierwszy kwartał.

40% Polaków wyda mniej niż zwykle na prezenty świąteczne

Nadchodzące Boże Narodzenie będzie pierwszym, które upłynie pod znakiem globalnej pandemii i związanych z nią obostrzeń. W jakim stopniu koronawirus wpływa na preferencje zakupowe Polaków w przedświątecznym czasie? Sprawdziliśmy to w najnowszym badaniu PAYBACK Opinion Poll.

Rzeka klientów, zakupowa gorączka, tłok w sklepach – jeszcze rok temu takie obrazy w okresie przedświątecznym były normą. Teraz jednak koronawirus wymusił przynajmniej częściową zmianę dotychczasowych przyzwyczajeń.czy-pandemia-wplynie-na-kwote

Boże Narodzenie 2020 pod znakiem oszczędności?

Czy zatem nastroje Polaków przed tegorocznymi świętami są dobre? Badanie wykazało, że pozytywne nastawienie dopisują dużej części konsumentów. Ponad połowa Polaków (52%) w te święta nie planuje bowiem specjalnych oszczędności w porównaniu do poprzednich Gwiazdek i zamierza wydać na zakupy świąteczne tyle samo. Podobnie w przypadku w prezentów: 56% respondentów przeznaczy na nie podobne kwoty, co w latach ubiegłych.

 

Nie da się jednak ukryć, że równocześnie spora liczba ankietowanych przyznała, że na tegoroczne Boże Narodzenie planuje przeznaczyć budżet niższy niż zwykle. 42% respondentów na zakupy spożywcze wyda mniejsze kwoty niż w poprzednich latach. Analogicznie z prezentami pod choinkę: czterech na dziesięciu Polaków postanowiło uszczuplić budżet Świętego Mikołaja w porównaniu do ubiegłego roku.

Koronawirus nie zniechęca do tradycyjnych sklepów

gdzie-polacy-zrobia-zakupy

Zagrożenie COVID-19 nie zniechęca także do zrobienia zakupów na świąteczny stół w dużych sklepach: nie zamierza z nich rezygnować ponad połowa badanych. W pytaniu wielokrotnego wyboru „Jakie sklepy odwiedzi Pan/-i przed świętami”, 65% ankietowanych wskazało dyskonty, zaś 68% – super- i hipermarkety. Wciąż popularne są także targi i bazarki: 17% Polaków ma w planach zawitać do tego typu miejsc.

 

Pomimo znacznego wzrostu popularności zakupów w Sieci, tylko 7% respondentów zakupi produkty świąteczne w Internecie. Nieco więcej osób (10%) połączy obydwie formy zakupów  – stacjonarne i online.

Atrakcyjna cena i wygoda najważniejsze podczas świątecznych zakupów

Nieustająca popularność dużych sklepów ma zapewne związek z przeświadczeniem o oferowanych tam niskich cenach. Wciąż bowiem to właśnie ten czynnik najczęściej decyduje o wyborze danego miejsca – w przypadku zakupów spożywczych odpowiedziało tak 67% ankietowanych. Przy tym bardziej oszczędne wydają się kobiety: o 5% więcej pań niż panów w trakcie zakupów kieruje się właśnie atrakcyjnymi cenami.

Równie istotna jak cena, z wynikiem 65%, jest także wygoda, przejawiająca się przede wszystkim w dostępności wszystkich artykułów w jednym miejscu.

Prezenty wyłowione z Siecikryteria-wyboru-sklepu

O ile zakupy na wigilijny stół w większości planujemy zrobić w sklepach stacjonarnych, to w przypadku prezentów prym wiedzie Internet. Gwiazdkowe upominki w Sieci zakupi ponad połowa ankietowanych (52%). Trzech na dziesięciu (34%) Polaków zamierza kupować prezenty zarówno w tradycyjnych sklepach, jak też online. Nieco mniej osób (31%) wybierze wyłącznie stacjonarne „prezentowanie” odwiedzając przede wszystkim supermarkety. Co piąty Polak pomoże Świętemu Mikołajowi robiąc zakupy w galerii handlowej.

 

Obok atrakcyjnej ceny (69% odpowiedzi) w przypadku prezentów istotna jest dla nas jakość oferowanych towarów, którą wskazało 45% ankietowanych. Większość respondentów na zakup prezentów daje też sobie stosunkowo dużo czasu. Połowa osób, które wzięły udział w badaniu, kupuje je na miesiąc przed Gwiazdką, natomiast co trzecia robi to na dwa tygodnie przed Wigilią. Jeden na dziesięciu Polaków zostawia a zakup prezentów na ostatnią chwilę  – czyli na kilka dni przed świętami.

Budżet Świętego Mikołaja: nie więcej niż 500 zł?

Jak duży budżet zamierzamy przeznaczyć na prezenty? Najczęściej będzie to kwota w przedziale 100-500 zł – tyle planuje wydać ponad połowa ankietowanych (51%). Od 500 do 1500 zł wyda 30% Polaków, zaś więcej – jedynie 4%. Grupa najbardziej oszczędnych osób, które na prezenty przeznaczą do 100 zł, liczy 6% spośród wszystkich badanych.

Również i na tym polu kobiety wykazują większą oszczędność: ustalonego budżetu na prezenty trzyma się o 14% więcej Polek niż Polaków. Największy odsetek respondentów (66%) nie ustala jednak konkretnego limitu w trakcie zakupu upominków pod choinkę.

Najpopularniejsze prezenty: kosmetyki przed zabawkami

Sprawdziliśmy też, jakie prezenty na Gwiazdkę będą w tym roku najpopularniejsze. Co ciekawe nie będą nimi, co wydawać by się mogło oczywiste, upominki dla najmłodszych. Gry i zabawki, z wynikiem 34%, zajęły w tym zestawieniu dopiero drugie miejsce.

Tytuł zwycięzcy rankingu otrzymują zaś… kosmetyki i perfumy, które swoim bliskim sprezentuje prawie połowa ankietowanych (49%). Na kolejnych miejscach znalazły się także ubrania i obuwie (29%), słodycze (28%), a także elektronika oraz książki i płyty (obie kategorie po 23% odpowiedzi).

Przy choince z bliskimi

W jakim gronie i gdzie spędzimy tegoroczne święta? Dla zdecydowanej większości miejscem świętowania Bożego Narodzenia będzie własny dom, który wskazało 65% osób. Święta częściowo w swoich czterech kątach i w domach bliskich spędzi 17% ankietowanych, natomiast 14% będzie przez całe Boże Narodzenie u rodziny.

Pod względem wyboru choinki największy odsetek respondentów przywiązuje wagę do tradycji. Naturalne drzewka kupuje 44% Polaków, natomiast 35% respondentów wybiera sztuczną wersję. Co piąta osoba biorąca udział w badaniu zadeklarowała, że nie kupuje choinki.

PAYBACK Opinion Poll

To badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach Programu PAYBACK w dniach 20-30.11.2020 metodą ankiety online na grupie 530 osób. Grupa badawcza w wieku 18-65 lat dobrana została tak, aby odpowiadać strukturze demograficznej kraju.

Sondaż: Święta w tym roku będą skromne. Polacy chcą je spędzać w gronie 2-5 osób

Czterech na dziesięciu Polaków stwierdza, że rząd powinien wprowadzić zakaz przemieszczania się tuż przed Bożym Narodzeniem i w jego trakcie. Natomiast przeszło połowa rodaków jest temu przeciwna. Największy odsetek zwolenników zastosowania obostrzeń występuje w grupie osób, które mają ponad 60 lat. Do tego badani w większości deklarują, że zamierzają spędzić Wigilię i święta w gronie od dwóch do pięciu osób. Ci, którzy mają w rodzinie seniorów, przeważnie zamierzają ich odwiedzić.

Według ogólnopolskiego sondażu opinii społecznej, wykonanego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, 40% Polaków uważa, że rząd powinien wprowadzić zakaz przemieszczania się przed Bożym Narodzeniem i w trakcie świąt. 52% rodaków jest przeciwnych temu rozwiązaniu, a 8% nie ma zdania w tej kwestii.

– Te wyniki na pewno pokazują społeczną niepewność. Z przerażeniem z dnia na dzień obserwujemy utratę wydolności systemu służby zdrowia. Mamy ogromną drugą falę zachorowań na COVID-19, a także setki zgonów. Widać więc, że 40% osób bardzo się boi i uważa, że Boże Narodzenie tylko pogorszy sytuację. A przecież wiemy już też z różnych badań, że spotkania rodzinne są źródłem zwiększonej transmisji wirusa – komentuje dr Paula Pustułka z Instytutu Nauk Społecznych Uniwersytetu SWPS.

Zdaniem Krzysztofa Zycha, głównego analityka UCE RESEARCH, odsetek zwolenników zakazu może być lekkim zaskoczeniem. Polacy z reguły nie są zbyt skorzy do tego, żeby cokolwiek sobie ograniczać, a już tym bardziej rodzinnych spotkań. Ten wynik jest bardzo zbliżony do tego, który wskazuje, że 43% Polaków chce się zaszczepić przeciwko COVID-19. Połączenie tych dwóch faktów może wskazywać na to, że właśnie ta część społeczeństwa patrzy na to nieco szerzej, tj. z perspektywy bezpieczeństwa długofalowego.

– Gdyby respondenci uzasadnili swoje odpowiedzi ws. zakazu, to mielibyśmy jasność sytuacji. Motywy mogą być różne. Są osoby, które twierdzą, że obostrzenia i tak nic nie zmieniają. Inni w ogóle nie wierzą w pandemię. Ale mamy też sporo rodaków w złej kondycji psychicznej lub ekonomicznej. A Boże Narodzenie jest dla Polaków ważnym elementem życia społecznego – dodaje ekspert z SWPS.

Tylko w jednej grupie wiekowej zwolennicy wprowadzenia zakazu mają przewagę nad przeciwnikami tego rozwiązania. Taka sytuacja dotyczy osób mających 60 lub więcej lat. W tym przypadku za obostrzeniami opowiada się 49% ankietowanych. Grono oponentów liczy 41%, a zdania nie ma 10%.

– Ci Polacy z racji wieku i doświadczenia życiowego bardziej stabilnie i rozsądnie podchodzą do wszelkiego rodzaju zagrożeń. Do tego dochodzi lęk, że w wyniku zakażenia mogą ich spotkać dużo cięższe komplikacje niż np. młodsze pokolenie – mówi Krzysztof Zych.

Z badania również wynika, że 59% Polaków zamierza spędzić Wigilię w gronie od 2 do 5 osób, a 29% – od 5 do 10. Natomiast 5% respondentów planuje ten dzień bez towarzystwa i tyle samo ankietowanych jeszcze nie potrafi tego określić. Z kolei 3% badanych spotka się w grupie powyżej 10 osób.

– Od dwóch do pięciu osób to będą pary albo rodziny nuklearne, ewentualnie dzieci ze swoimi rodzicami. To może być jedno lub dwa gospodarstwa domowe, raczej nie więcej. Jeżeli ograniczamy liczbę uczestników Wigilii do małej grupy, to właśnie bronimy się przed potencjalnym rozczarowaniem związanym z ewentualnymi obostrzeniami. Widać, że planujemy święta w wersji minimum i prawdopodobnie takie one w tym roku będą – analizuje dr Pustułka.

Bardzo podobnie wyglądają odpowiedzi na pytanie dot. Bożego Narodzenia. 60% Polaków zamierza świętować je w gronie 2-5 osób, a 27% – od 5 do 10 bliskich. Ponownie po 5% respondentów spędzi święta samodzielnie i jeszcze nie wie, jak będą one wyglądały. Ponadto 3% zamierza spędzić ten czas w grupie powyżej 10 osób.

– To oczywiście wynika z obawy o zakażenie siebie bądź innych, w tym domowników i bliskich. Niemniej uważam, że te deklaracje mogą być jeszcze poważnie zweryfikowane. Polacy tuż przed Bożym Narodzeniem będą mocno obserwować statystki. I dopiero na tej podstawie będą podejmować ostateczne decyzje. Im będzie mniej zachorowań, tym większa będzie chęć odwiedzin bliskich – stwierdza ekspert z UCE RESEARCH.

Sondaż pokazuje też, że 76% ankietowanych ma w rodzinie osobę powyżej 65. roku życia. I ci respondenci odpowiedzieli na pytanie, czy zamierzają ją odwiedzić w Wigilię lub Boże Narodzenie. 64% deklaruje, że to zrobi. 30% nie planuje takich wizyt, a 6% nie ma zdania w tej sprawie.

– W mojej ocenie, to dość zaskakujące, że tyle osób chce odwiedzić seniorów. I co ważniejsze, to również nieodpowiedzialne. Przecież do największej liczby zakażeń dochodzi właśnie w domach. Natomiast uważam, że to w głównej mierze od osób starszych będzie zależało, czy do takich wizyt w ogóle dojdzie – zaznacza Krzysztof Zych.

Natomiast dr Pustułka dodatkowo zwraca uwagę na czynniki demograficzne. Rodziny bardzo się zmniejszają, a część 30-35-latków jeszcze ich nie założyła. Święta zamierzają więc spędzić z najbliższymi. I właśnie ich rodzice mogą mieć powyżej 60 lat. Ekspert podkreśla także, że seniorzy rzadziej korzystają z technologii umożliwiających kontakty z innymi. A święta to czas obcowania z tradycją, bliskością, podtrzymywaniem więzi, więc te osoby mogą dążyć do tradycyjnych spotkań.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 4-7.12.2020 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland na reprezentatywnej próbie 1 001 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Bank Pocztowy wprowadza nowe usługi zdalne dla swoich klientów korzystających z bankowości elektronicznej

Od teraz klienci Banku Pocztowego mogą zamówić hasło do obsługi telefonicznej, czyli Telekonta, za pośrednictwem systemu bankowości internetowej. Wystarczy zalogować się do Pocztowy24, a następnie z menu Ustawienia wybrać opcję Zamów hasło do Telekonta, dzięki któremu automatycznie można sprawdzić stan konta i historię operacji czy zrobić przelew bez konieczności rozmowy z konsultantem. Nowa możliwość ma usprawnić obsługę Klientów w kanałach zdalnych, a także odciążyć infolinię Banku i skrócić czas oczekiwania na połączenie z konsultantem.

Klienci Banku Pocztowego posiadający dostęp do bankowości internetowej Pocztowy24 mogą już wygenerować za jej pośrednictwem hasło do telefonicznej obsługi swojego rachunku. Dzięki usłudze Telekonto, korzystając z technologii IVR, można np. sprawdzić stan konta i historię operacji, zrobić przelew do zaufanego odbiorcy, sprawdzić listę aktywnych lokat, a także zmienić lub odblokować hasło do bankowości internetowej. Dodatkowo, po identyfikacji hasłem i połączeniu się z konsultantem można również m.in. zrealizować przelew na dowolny rachunek, założyć lokatę bądź uzyskać informacje o innych produktach z oferty Banku.

W czasie pandemii wszyscy dążymy do tego, by unikać zbędnych interakcji z innymi. W przypadku korzystania z usług bankowych oznacza to, że zamiast wizyty w oddziale chętniej wybieramy zdalne formy kontaktu – sami zresztą gorąco do tego zachęcamy. Nasza infolinia pracuje na zwiększonych obrotach, jednak stale szukamy możliwości by odciążyć konsultantów i przyspieszyć czas oczekiwania na połączenie. Dodatkowo cały czas pracujemy nad rozwiązaniami umożliwiającymi zdalne korzystanie z naszych usługmówi Jarosław Gawroński, Naczelnik w Departamencie Bankowości Cyfrowej i Usług Płatniczych Banku Pocztowego. – Wśród wszystkich połączeń na infolinię Banku w listopadzie br. 7 procent stanowiły te dotyczące właśnie dostępu do bankowości telefonicznej, stąd też pomysł, aby umożliwić naszym Klientom zamówienie hasła do Telekonta za pośrednictwem systemu Pocztowy24. Nowa funkcjonalność pozwoli na zmniejszenie ruchu na infolinii i usprawni obsługę Klientów w kanałach zdalnych. W przyszłym roku planujemy udostępnić możliwość zamówienia hasła do Telekonta również w bankowości EnveloBank dodaje Jarosław Gawroński.

Aby zamówić hasło do Telekonta za pośrednictwem bankowości internetowej wystarczy zalogować się do systemu Pocztowy24, wejść w menu Ustawienia a następnie wybrać opcję Zamów hasło do Telekonta. Generowanie hasła trzeba potwierdzić kodem SMS lub certyfikatem, co dodatkowo zabezpiecza całą operację.  Po autoryzacji na numer telefonu Klienta zostaje wysłane jednorazowe hasło dostępu do Telekonta, które można zmienić na własne po telefonicznym zalogowaniu się do usługi.

EDPR zabezpiecza 220 MW w tegorocznej aukcji

EDP Renováveis, S.A. (“EDPR”) zabezpiecza na tegorocznej aukcji w Polsce 15-letnie kontrakty na sprzedaż energii z 5 projektów wiatrowych i fotowoltaicznych o łącznej mocy 220 MW, które zostaną oddane do użytkowania w 2022 i 2023 roku.

Wygrana w aukcji wzmacnia obecność EDPR na polskim rynku, gdzie spółka obecnie zarządza portfelem projektów w fazie eksploatacji o łącznej mocy zainstalowanej wynoszącej 476 MW oraz posiada zabezpieczone 558 MW na następne lata.

EDPR zrealizowało już 87% z zaplanowanego i opublikowanego w  dniu 12 marca 2019 roku w dokumencie „Startegy Update” celu, którym było osiągnięcie w latach 2019 –2022 łącznej mocy wynoszącej 7 GW dla projektów wiatrowych oraz fotowoltaicznych. Spółka zamierza nadal rozwijać projekty o wysokiej rentowności na całym świecie.

Niemiecki lockdown może się rykoszetem odbić na polskiej gospodarce

Wydawałoby się, że pandemia koronawirusa w 2021 będzie się z nami powoli żegnać. Jest szczepionka, jest wola krajów by ją zakapować i wdrażać system szczepień. Tymczasem ostatnie dni przyniosły informacje o całkowitym lockdownie w Niemczech i Holandii. Wiąże się to z zamknięciem wszystkich sklepów poza spożywczymi, aptekami, zoologicznymi i targami. Ograniczony będzie tryb pracy wielu firm. Niemal niemożliwe będzie przemieszczanie się między krajami. Co niemiecki lockdown oznacza dla Polski?  – Pogorszy się i tak napięta już sytuacja na polsko-niemieckim pograniczu, bo nie tylko wyjazd do Meklemburgii, ale i Brandenburgii będzie się wiązać z kwarantanną – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Najtrudniejsza sytuacja będzie na pograniczu. Wiceprezes Tarczyński o skutkach niemieckiego lockdownu dla polskiej gospodarki

Gospodarczo Niemcy są gotowe na lockdown. Kanclerz Angela Merkel zapowiedziała przekazanie 11 miliardów Euro na sektory gospodarki, które ucierpią wskutek wyłączenia. Co dla gospodarki w Polsce oznacza niemiecki lockdown? Skutków będzie kilka i będą one raczej negatywne: – Przerwa świąteczna w większości zakładach produkcyjnych powoduje pewne ograniczenie działalności. Niemiecki lockdown daje fabrykom pewną możliwość działania, ale w przepisach mamy wyraźne ograniczenie handlu, zamknięcie szkół i przedszkoli czy ograniczenie w ilości osób przebywających w domu. Argumentacja jest taka, że mocno wzrósł poziom zakażeń w Niemczech, to kwestia konieczności wytrwania w dobrej kondycji służby zdrowia do momentu, kiedy w Niemczech rozpocznie się dystrybucja szczepionek – mówi Wiceprezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński.

– W pierwszej kolejności odbije się to na handlu, usługach oraz na zleceniach wykonywanych na terenie Polski i Niemiec, ale realizowanych przez firmy z innych krajów. Lockdown w Niemczech będzie więc dość dotkliwie odczuwalny w pierwszym kwartale roku 2021. W regionie przygranicznym życie może być bardzo uśpione. Handel zamarł, turystyka zamarła, niemożliwe będą przyjazdy na zakupy Niemców do Polski i Polaków do Niemiec, a była to dla niektórych pewna tradycja. Niemiecki lodckdown uderza więc rykoszetem w gospodarkę w Polsce, ale trudno jest jeszcze ocenić siłę tego uderzenia – mówi Wiceprezes Tarczyński.

Jeszcze silniejsze uderzenie w przedsiębiorców. Straci turystyka, handel, usługi…

Jak mówi dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny pandemia wciąż jest w natarciu. Mimo zapowiedzi rychłego wprowadzania szczepionki nie możemy dać się zwieść złudzeniom i nadziei o zwycięstwie nad epidemią.  – Ta decyzja niesie za sobą konsekwencje gospodarcze dla Niemiec, których koszt szacuje się na 3,5 mld euro tygodniowo. Jednak skutki zaostrzenia kursu na froncie walki z korona wirusem w Niemczech będą odczuwalne także dla nas. Już dziś trudna sytuacja na polsko-niemieckim pograniczu, dalej się pogorszy. Do tej pory szczególnie trudno jest na granicy z krajem związkowym Meklemburgia Pomorze Przednie oraz Saksonią. Od 16 grudnia do tego grona dołączy Brandenburgia, która również wprowadzi ograniczenia w małym ruchu granicznym. To bardzo dotkliwie uderza w turystykę, oraz przygraniczne targowiska. Codzienne zakupy, wyjazd po benzynę czy do fryzjera, kosmetyczki przestanie być możliwy. To katastrofa dla wielu przygranicznych handlowców i usługodawców, w tym dla Szczecina, który w okresie przedświątecznym zawsze gościł wielu turystów zakupowych w galeriach, sklepach, punktach usługowych i rozrywkowych oraz świątecznych jarmarkach – mówi dr Piotr Wolny.

Decyzja najprawdopodobniej nie przyniesie skutków dla przygranicznych pracowników, którzy nadal będą mogli przekraczać granicę. Dla przyjezdnych pracowników sektorów tzw. Infrastruktury krytycznej, władze niemieckie oferują także dofinansowanie do zakwaterowania, by nie musieli codziennie przekraczać granicy.

Sukcesja w firmach rodzinnych – pomoc dla przedsiębiorców

Jedna trzecia polskich firm rodzinnych jest na rynku od ponad 20 lat. Oznacza to, że w najbliższym czasie dużą część z nich czeka zmiana pokoleniowa. Przedsiębiorstwa, którym do sprawnego przejścia tego procesu potrzebna jest pomoc prawna, finansowa lub organizacyjna mogą zgłaszać się do programu unijnego koordynowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Do tej pory wsparcie w projekcie „Sukcesja w firmach rodzinnych” otrzymało 60 firm, a 50 z nich wdrożyło konkretne rozwiązania. Projekt jest finansowany ze środków europejskich Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (POWER).

Do programu „Sukcesja w firmach rodzinnych – oferta dla przedsiębiorców” mogą zgłosić się przedsiębiorstwa prowadzone (w oparciu o umowę o pracę) przez co najmniej dwóch członków rodziny. Przynajmniej jeden z nich musi mieć istotny wpływ na zarządzanie przedsiębiorstwem. To również te firmy, w których członkowie rodziny posiadają udziały większościowe. Chodzi o: zstępnych, wstępnych, rodzeństwo, dzieci rodzeństwa, małżonka, partnera, powinowatych, osoby przysposabiające lub przysposobione.

Większość przedsiębiorców, których czeka zmiana pokoleniowa, nie zdaje sobie sprawy z tego jak długotrwały i skomplikowany jest to proces. Sukcesja to przekazanie własności, ale też wiedzy, doświadczenia i wartości. Wymaga rozstrzygnięcia kwestii prawnych i wprowadzenia zmian organizacyjnych. To jedno z najważniejszych wyzwań, przed którymi stają firmy rodzinne. Do tej pory w naszym programie wsparcie otrzymało 60 organizacji, a 50 wdrożyło konkretne rozwiązania w zakresie sukcesji – mówi Urszula Golec, ekspert z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP.

Pomoc od doświadczonych doradców

Przedsiębiorcy mogą zgłaszać się do czterech operatorów. Są to: DGA S.A. (dolnośląskie, lubuskie, wielkopolskie, zachodniopomorskie), PM Doradztwo Gospodarcze Sp. z o.o. (małopolskie, podkarpackie, świętokrzyskie), Ośrodek Doradztwa i Treningu Kierowniczego (kujawsko-pomorskie, podlaskie, pomorskie, warmińsko-mazurskie) oraz Nova Praxis Sp. z o.o. (łódzkie, opolskie, śląskie).

Firmy z lubelskiego i mazowieckiego powinny skontaktować się z operatorami działającymi na terenie pozostałych makroregionów.

Zasadniczą rolą doradcy w obszarze sukcesji jest podejście zmierzające w pierwszej kolejności do identyfikacji, ograniczenia i oswojenia biznesowych i emocjonalnych zagrożeń oraz minimalizacja wynikających z nich negatywnych konsekwencji. Dopiero w takim środowisku szanse sukcesyjne potrafią nabrać realnych kształtów. A jeśli biznes rodzinny i rodzinę biznesową charakteryzuje pozytywny, sukcesyjny potencjał, to takie podejście radykalnie zwiększy prawdopodobieństwo udanej zmiany pokoleniowej – mówi Andrzej Bocheński z PM Doradztwo Gospodarcze sp. z o.o., jeden z operatorów programu PARP.

Program jest w 90 proc. dofinansowany ze środków Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (POWER). Wkład własny przedsiębiorcy musi wynieść minimum 10 proc. wartości projektu. Finansowanie można przeznaczyć na wsparcie doradców, którzy zdiagnozują sytuację w firmie i wskażą potencjalne szanse i zagrożenia. Przedsiębiorca może również uzyskać pomoc w zaprojektowaniu sukcesji pod względem prawnym, finansowym i organizacyjnym.

Termin składania wniosków różni się w zależności od regionu.

Milton Essex zadebiutuje na NewConnect 17 grudnia

Milton Essex, polski twórca rozwiązań: SkinSENSE™ do walki z alergią oraz FaceCOV™ – systemu monitorowania miejsc publicznych pod kątem symptomów temperaturowych, już w czwartek 17 grudnia zadebiutuje na rynku NewConnect. Tworzenie przełomowych rozwiązań możliwe jest dzięki ponad 18 milionom złotych pozyskanych z NCBR i publicznej emisji akcji.

– Cieszymy się, że zadebiutujemy jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Jest to zakończenie długiego procesu, który zaczęliśmy jeszcze w poprzednim roku. Liczymy na długoterminowy wzrost fundamentalnej wartości spółki, przede wszystkim dzięki tworzonym przez nas systemom FaceCOV™ oraz SkinSENSE™ – komentuje Radosław Solan, wiceprezes zarządu Milton Essex.

Przyszły sukces możliwy będzie dzięki pokaźnemu zapleczu finansowemu oraz kooperacji z renomowanymi partnerami. Milton Essex współpracuje na co dzień z naukowcami Wojskowej Akademii Technicznej oraz Politechniki Warszawskiej, którzy stanowią ważną część zespołu tworzącego system do diagnostyki alergii SkinSENSE™ oraz system monitorowania miejsc publicznych pod kątem symptomów temperaturowych FaceCOV™. Pierwszy z projektów został dofinansowany kwotą 11 100 641 złotych, zaś drugi 6 958 496 złotych. Z kolei z zakończonej pełnym sukcesem emisji akcji serii L, przeprowadzonej w trzecim kwartale bieżącego roku, spółka pozyskała 3 712 500 zł. W akcje zainwestowało 23 inwestorów.

– Z letniej emisji akcji pozyskaliśmy przeszło 3,7 mln zł brutto, które stanowią ważny składnik finansowania rozwoju naszych produktów. Weszliśmy w fazę rejestracyjną naszego flagowego produktu do diagnostyki alergii SkinSENSE™, lecz jednocześnie intensywnie pracujemy nad produktem FaceCOV™, którego powstanie jest znakiem czasu w jakim żyjemy – kontynuuje wiceprezes.

Kluczową innowacją wprowadzoną przez Milton Essex jest szerokie wykorzystanie we wszystkich swoich produktach Sztucznej Inteligencji. Spółka realizuje projekty wspomagające i automatyzujące szybką diagnostykę – głównie w obszarze alergii. Bezkontaktowe skanery w systemie SkinSENSE™ cechują wysoka dokładność i powtarzalność metrologiczna, umożliwiające obiektywizację diagnozy i eliminację błędów w rozpoznaniu reakcji alergicznej. Dodatkowo, we współpracy z naukowcami z Wojskowej Akademii Technicznej, opracowywany jest system FaceCOV™ do monitorowania miejsc publicznych i identyfikacji osób z podwyższoną temperaturą. Specjalnie do tego celu przygotowany skaner szerokospektralny oraz autorski system detekcji pól pomiarowych na twarzy – te trzy elementy w sposób bezkontaktowy, w zaledwie sekundę, będą w stanie zidentyfikować markery gorączkowe, które są symptomem infekcji. Pozwoli to zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby w zakładach pracy, urzędach, sklepach oraz innych miejscach, które zaimplementują system FaceCOV™.

  • Wierzymy, że system SkinSENSE™ będzie wyznaczał nowe standardy diagnostyki in vivo. Dzięki zastosowaniu Sztucznej Inteligencji odczyt wyników skórnych testów alergicznych nastąpi automatycznie, w oparciu o algorytmy bazujące na biomarkerach temperaturowych. Docelowo wyręcza to lekarza z oceny naocznej testu, wprowadzając standaryzację i cyfrową prezentację wyników. Ogromne nadzieje wiążemy także z naszym najnowszym projektem. Pandemia wirusa SARS-COV2 podkreśliła konieczność wdrażania rozwiązań zwiększających publiczne bezpieczeństwo epidemiczne. FaceCOV™, po walidacji naukowej, będzie mógł być wprowadzony na szeroką skalę i być wykorzystywany nie tylko w czasie pandemii SARS-COV2, ale także do wykrywania symptomów zakażeń innymi czynnikami, w tym sezonowymi – kończy Radosław Solan, wiceprezes Mliton Essex.

System SkinSENSE™ jest obecnie jedynym i unikalnym rozwiązaniem na rynku diagnostycznym. Do tego, który oferuje system FaceCOV™, istnieje dużo podobnych rozwiązań. Oba systemy cechują jednak rozwiązania metrologiczne oraz certyfikacja medyczna, a to przekłada się na jakość, powtarzalność i wiarygodność, które są sygnaturami tylko rozwiązań profesjonalnych.

Co piąty Polak w ostatnim półroczu zmienił pracę. Pandemia to dobry czas na rozwój kompetencji zawodowych

W listopadzie – jak podaje resort pracy – bezrobocie wyniosło 6,1 proc., czyli pozostaje na tym samym poziomie od czerwca. Chociaż zgodnie z ostatnim badaniem Randstad coraz mniej Polaków obawia się zwolnienia, to czas pandemii większość zatrudnionych traktuje jako okres do przeczekania. Jednak w ostatnich sześciu miesiącach 20 proc. Polaków zmieniło pracę. Zdaniem ekspertów kryzysowy czas może być właśnie szansą nie tylko na znalezienie lepiej płatnej i otwierającej nowe perspektywy rozwoju pracy, lecz także na pogłębienie swojej wiedzy w postaci kursów czy szkoleń, które mocno potaniały. Tym bardziej że sytuacja na rynku pracy może pogorszyć się wraz z ustaniem tarcz antykryzysowych. 

– Pandemia wpłynęła w specyficzny sposób na rynek pracy. Większość firm zamroziła inwestycje, z drugiej strony w listopadzie 2/3 organizacji nadal rekrutowało. Wprawdzie w ostatnich miesiącach na rynek pracy trafiło wiele osób, które zostały zwolnione, ale trzeba mieć na uwadze, że wiele firm wyłączyło zwolnienia bądź indywidualne, bądź grupowe z racji różnego rodzaju tarcz. Po ich zakończeniu osoby w nich zatrudnione trafią na rynek pracy w 2021 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Gordon, trener biznesu, opiekun Akademii Menedżera, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Ostatnie dane resortu pracy wskazują na to, że bezrobocie od czerwca nie rośnie – utrzymuje się na stabilnym poziomie 6,1 proc. Więcej optymizmu widać również wśród pracowników. Według Monitora Rynku Pracy firmy Randstad na początku pandemii połowa zatrudnionych obawiała się o swoje miejsce pracy, a teraz co piąty deklaruje umiarkowane obawy, a co dziesiąty – duże. Pracownicy z większą pewnością podchodzą też do perspektyw na znalezienie nowego zatrudnienia. 84 proc. ocenia, że uda im się to w ciągu pół roku, a 62 proc. twierdzi, że nowe zajęcie będzie tak samo dobre co poprzednie. Wprawdzie w ostatnim półroczu 20 proc. pracowników zmieniło pracodawcę, jednak Polacy nie są do tego zbyt skłonni.

Według badań Eurobarometru z 2011 roku statystyczny Polak pracował u jednego pracodawcy średnio niemal 12 lat. Dane Eurostatu z 2017 roku wskazywały, że co roku pracę w Polsce zmienia zaledwie 2 proc. osób. To czwarty najniższy wskaźnik w UE. W czasie pandemii jeszcze bardziej się obniżył, gdyż większość zatrudnionych woli przeczekać trudny czas na obecnym stanowisku.

– Pandemia powinna włączyć większy poziom elastyczności. Niestety naturalnym mechanizmem reagowania na trudną sytuację jest zamrożenie. Ludzie boją się, więc albo ograniczają swoje działanie, albo wchodzą w tzw. kryzys odpowiedzialności. Przez to często tracimy swoją szansę. Warto zauważać szanse, możliwości, warto patrzeć szerzej na trendy i możliwości dywersyfikacji – mówi Tomasz Gordon.

Jak podkreśla, taki kryzysowy czas rodzi szanse na podniesienie swoich umiejętności i sięgnięcie po lepszą pracę. Wiele firm właśnie teraz szuka menedżerów ze specjalistycznymi kompetencjami i jest skłonna dać szansę osobom, które nie obawiają się wyzwań.

– Organizacje rozglądają się, czy być może na rynku pracy jest ktoś bardziej kompetentny. Szukają osób do zasilenia aktualnego składu osobowego albo szczególnie zasobnych menedżerów, specjalistów, którzy mogą im pomóc przejść ten trudny czas – wyjaśnia ekspert WSB w Bydgoszczy. – Czas pandemii na rynku pracy jest czasem dla superbohaterów, dla kandydatów, którzy mają specjalne kompetencje. Warto się rozglądać, inwestować w swoje kompetencje, rozwój, jednocześnie zadbać o swoje CV i naszą reprezentację w świecie wirtualnym, np. na portalu LinkedIn.

Według danych Eurostatu z 2019 roku za 60 minut pracy w Polsce pracodawcy płacą średnio tylko 10,7 euro, podczas gdy w Niemczech jest to 35,6 euro, a w Danii – 44,7 euro. Stawka w naszym kraju jest prawie trzykrotnie niższa niż średnia europejska (27,7 euro). Zdaniem eksperta jedną z przyczyn tego stanu rzeczy może być niechęć do rozwijania swoich umiejętności.

Z danych przytaczanych przez WSB wynika, że w Polsce tylko 5 proc. społeczeństwa inwestuje w swój rozwój po zakończeniu szkoły średniej bądź studiów, podczas gdy średnia europejska wynosi 10 proc., zaś w kraju, który legitymuje się najwyższym stopniem poczucia szczęścia w Europie, czyli w Danii, jest to 20 proc. Teraz proces doszkalania jest dużo łatwiejszy, bo wiele zasobów dostępnych jest online, ale także tańszy. Podnoszenie kompetencji wpływa na skłonność do zmiany miejsca pracy.

– Zamrożenie w aktualnym miejscu pracy bez dążności do wchodzenia na wyższe poziomy wewnątrz organizacji bądź na zewnątrz może spowodować, że będziemy mniej konkurencyjni na rynku pracy – wyjaśnia Tomasz Gordon.

Z jednej strony długoletnie zatrudnienie u jednego pracodawcy, tak powszechne jeszcze w pokoleniu obecnych 70–80-latków, można oceniać jako lojalność, z drugiej jednak wiele osób traktuje je jako „zasiedzenie się” w pracy, wpadnięcie w rutynę, brak motywacji do pogłębiania kompetencji i podejmowania się nowych zadań. W szczególności istotne jest to dla funkcji, które wymagają kreatywności i zaangażowania, tak istotnych w czasach nieprzewidywalnych.

– Przyszłość będzie taka, że będziemy zmieniali zawód cztery do pięciu razy, także z racji długości naszego aktywnego zawodowo życia, a samo miejsce pracy będziemy zmieniali nawet kilkanaście bądź ponad dwadzieścia razy w ciągu życia – mówi opiekun Akademii Menedżera. – Pandemia to doskonały moment na rozwój, ponieważ jego brak może być niebezpieczny dla organizacji i dla pracowników.

W tym roku może paść rekord dostarczanych przesyłek. Rozwiązaniem na przedświąteczny szczyt są punkty odbioru

Odzież, akcesoria, kosmetyki i perfumy, książki, płyty czy filmy – to według Gemiusa kategorie produktów, które Polacy najchętniej kupują w internecie. W grudniu wiele takich zamówień z e-sklepów trafi pod choinkę jako gwiazdkowe prezenty. W czasie przedświątecznej gorączki zakupów wygodnym rozwiązaniem, które pozwala uniknąć stania w kolejkach i wyczekiwania w domu na kuriera, są odbiory i nadania w punktach obsługi paczek. DHL Parcel, który dysponuje największą taką siecią w Polsce, liczącą 10 tys. lokalizacji, nawiązał właśnie współpracę ze Stokrotką. Dzięki temu klienci we wszystkich sklepach Stokrotka Express mogą od teraz odbierać i nadawać paczki również w weekendy.

– Szczyt paczkowy w DHL Parcel to wzrosty wolumenów od 40 do 60 proc., a w najgorętszych okresach obsługujemy nawet 100 proc. więcej paczek. Szykujemy się do tego szczytu już od września, m.in. przygotowując obsadę kurierską, pracowników magazynów i sortowni – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Dudek, menedżer sieci partnerskiej DHL Parcel.

Przedświąteczny szczyt który rozpoczyna się w Black Friday w końcówce listopada i trwa aż do Bożego Narodzenia to najgorętszy okres w roku zarówno dla sektora dla e-commerce, jak i branży kurierskiej, która dostarcza zamówione w sieci przesyłki. W tym roku cała branża szacuje, że ze względu na pandemię koronawirusa, zamknięcie wielu sklepów stacjonarnych i mniejszą skłonność klientów do tradycyjnych zakupów wzrosty będą jeszcze wyższe, a tegoroczny szczyt może okazać się rekordowy. Dlatego też DHL Parcel szykuje się do niego już od jesieni, m.in. inwestując w infrastrukturę, terminale i rozwijając swoją sieć punktów obsługi paczek.

– Rozwój sieci punktów obsługi paczek to jeden z elementów przygotowań. W tej chwili sieć liczy 10 tys. punktów, co przekłada się na możliwość obsłużenia ok. 100 tys. paczek dziennie. POP-y są otwarte do godziny 21.00 lub dłużej, przez siedem dni w tygodniu. Dzięki temu klienci mogą odbierać paczki wtedy, kiedy jest im wygodnie, a przy okazji np. zrobić zakupy lub zatankować samochód – wymienia Maciej Dudek.

Dostawa do punktu jest jedną z najchętniej wybieranych przez klientów e-sklepów. Tę opcję preferuje 39 proc. Polaków, którzy robią zakupy w sieci wynika z tegorocznego raportu Gemiusa („E-commerce w Polsce 2020”). DHL Parcel dysponuje obecnie największą w Polsce siecią punktów partnerskich, zlokalizowanych m.in. w centrach handlowych, na stacjach benzynowych, dworcach i w sklepach największych sieci handlowych. 9 na 10 klientów ma punkt odbioru paczek DHL w ciągu maksymalnie 10 minut od swojego domu bądź miejsca pracy. Co istotne, ponad 90 proc. z nich jest czynnych do godz. 21.00 lub dłużej, a niemal tyle samo jest otwartych także w weekendy, co daje dużą swobodę w odbiorze paczki.

Z badań DHL wynika, że – choć na odbiór paczki klienci mają tydzień – to prawie 100 proc. z nich zgłasza się po zamówioną przesyłkę w ciągu maksymalnie trzech dni. W większości punktów odbioru paczkę za pobraniem można też wygodnie opłacić do kwoty 1 tys. zł.

– Oczywiście w punktach obsługi paczek DHL Parcel można również nadawać przesyłki. Mogą to być np. zwroty do e-commerce albo wysyłka naszych prywatnych prezentów. Wystarczy w tym celu skorzystać ze strony dhl24.pl/dlaciebie, przygotować etykietę i przynieść taką paczkę do punktu obsługi – wyjaśnia menedżer sieci partnerskiej DHL Parcel.

Czerwcowe badanie Gemiusa pokazuje, że w ciągu ostatniego roku najpopularniejszymi artykułami kupowanymi w internecie były odzież, dodatki, akcesoria, obuwie, kosmetyki i perfumy, książki, płyty, filmy oraz bilety do kina lub teatru. W grudniu wiele takich zamówień z e-sklepów trafi pod choinkę jako gwiazdkowe prezenty. Operator logistyczny wskazuje, że w czasie przedświątecznej gorączki zakupów odbiory i nadania paczek w POP-ach są wygodnym rozwiązaniem, które pozwala uniknąć stania w kolejkach i wyczekiwania w domu na kuriera. Co istotne, DHL mocno zainwestował w tym roku w rozwój swojej sieci POP-ów.

– Po pierwsze, uruchomiliśmy 2 tys. nowych lokalizacji, zwiększając zasięg w małych miejscowościach, ale także zwiększając gęstość punktów w dużych miastach. Rozszerzyliśmy też liczbę punktów z usługą płatności za pobraniem przy odbiorze paczki o 650 sklepów sieci Inmedio. Tym samym usługa jest już dostępna w ponad 7,5 tys. punktów. Odnotowaliśmy też wyższe wyniki zadowolenia odbiorców, które sięgnęły 74 punkty w badaniu NPS – wylicza Maciej Dudek.

Liczba paczek nadanych i odebranych za pośrednictwem sieci POP-ów DHL Parcel w tym roku zwiększyła się już o 30 proc. Z badań satysfakcji operatora wynika, że ¾ klientów jest zadowolonych z tej opcji dostawy.

– Nasze badania pokazują też, że ponad 83 proc. klientów poleciłoby tę usługę znajomym lub rodzinie, dlatego opieramy dalszy rozwój sieci na sprawdzonych, rozpoznawalnych partnerach. Nawiązaliśmy właśnie współpracę z siecią Stokrotka Express, która umożliwi nam zagęszczenie lokalizacji w dużych miastach – wskazuje menedżer sieci partnerskiej DHL Parcel.

W tym roku operator logistyczny rozwijał swoją sieć POP-ów głównie poprzez marki grupy Eurocash, czyli sklepy Lewiatan, Groszek i ABC. Jeszcze przed końcem grudnia uruchomione zostaną też pierwsze punkty odbioru paczek w sklepach sieci Top Market. Nowym partnerem DHL Parcel została również Stokrotka – druga największa w Polsce (po Żabce) sieć handlowa pod względem liczby punktów franczyzowych.

– Sieć Stokrotka to ponad 600 lokalizacji w różnych formatach. W tym roku uruchamiamy pilotażowo 50 punktów w sieci Stokrotka Express, a dalszy rozwój planowany jest na przyszły rok – mówi Maciej Dudek.

Stokrotka Express to najmniejszy w tej sieci format 49 sklepów osiedlowych, które oferują pełny asortyment – od produktów spożywczych po chemię gospodarczą. Wprowadzenie możliwości odbioru paczek wpisuje się w generalny na polskim rynku trend, jakim jest rozszerzanie zakresu usług w sklepach convenience. Klienci we wszystkich Stokrotkach Express mogą od teraz odbierać i nadawać paczki za pośrednictwem DHL, również w weekendy.

Operator zapowiada, że nowo nawiązane partnerstwo ze Stokrotką nie kończy dynamicznego rozwoju sieci POP-ów. W przyszłym roku zamierza rozwijać ją także w mniejszych miastach i miejscowościach.

– W 2021 roku planujemy uruchomić kolejnych kilka tysięcy punktów. Kluczowe dla nas będzie też zwiększanie liczby punktów z usługą płatności za pobraniem przy odbiorze, którą planujemy uruchamiać w punktach Eurocash oraz w punktach Stokrotka Express – zapowiada menedżer sieci partnerskiej DHL Parcel.

Piotr Naimski: Będziemy wychodzili z węgla. Powinniśmy jak najszybciej podjąć ostateczną decyzję o budowie nuklearnej części naszej energetyki

– Ten trudny dla gospodarki rok uświadomił nam konieczność przyspieszenia transformacji energetycznej w Polsce – mówi Piotr Naimski, pełnomocnik rządu do spraw strategicznej infrastruktury energetycznej. Temu mają służyć takie inicjatywy jak przyjęcie przez rząd ustawy offshore’owej, która jest procedowana w Sejmie, oraz aktualizacja programu budowy elektrowni nuklearnej w Polsce. Dopóki nie powstaną pierwsze bloki jądrowe, to gaz będzie paliwem stabilizującym działanie odnawialnych źródeł i zastępującym wygaszane moce węglowe.

– Zapotrzebowanie na energię w mijającym roku, pomimo epidemii, nie spadło drastycznie. To oznacza, że polska gospodarka odczuwa, ale nie dramatycznie, epidemiczny kryzys. Z drugiej strony cały sektor energetyki uświadomił sobie konieczność wejścia już w okres transformacyjny. Temu służą rozmowy prowadzone przez Ministerstwo Aktywów Państwowych i związki zawodowe na Śląsku. Szukamy najbardziej racjonalnej, kompromisowej drogi, która pozwoli tę transformację zrealizować – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Naimski, sekretarz stanu. – Będziemy wychodzili z węgla i ta decyzja jest już podjęta.

Według zaktualizowanego projektu „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, którą Ministerstwo Klimatu przedstawiło na początku września, do końca obecnej dekady udział węgla w wytwarzaniu energii elektrycznej w Polsce ma spaść poniżej 56 proc.

– Chodzi o to, żeby zrobić to w sposób racjonalny. Jednostki węglowe, wykorzystujące węgiel kamienny czy brunatny, będą musiały być likwidowane i zastępowane innymi źródłami pracującymi stabilnie. Te stabilne źródła to mogą być elektrownie gazowe albo nuklearne. Gazowe możemy zbudować szybciej, w tej chwili budujemy dwa bloki na Dolnej Odrze. Będą one zabezpieczeniem równoważącym te źródła, które chcemy budować na Bałtyku – wyjaśnia , pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.

Rząd zakłada, że stopniowe odchodzenie od węgla będzie równoważone m.in. istotnym wzrostem mocy zainstalowanych w fotowoltaice (ok. 5–7 GW w 2030 roku i 10–16 GW w 2040 roku) oraz energią płynącą z farm wiatrowych na Bałtyku. Prąd z pierwszych farm morskich ma popłynąć około 2025 roku. Zgodnie z założeniami moc zainstalowana w wiatrakach na Bałtyku ma osiągnąć 5,9 GW do końca obecnej dekady i ok. 8–11 GW w 2040 roku. Ustawa offshore’owa, która wprowadza istotne ułatwienia dla tych inwestycji, jest na etapie prac sejmowych.

– Jeżeli chcemy budować elektrownie na morzu, to one muszą mieć zabezpieczenie w postaci pracujących stabilnie elektrowni, które są niezależne od wiatru i pogody. To jest w pierwszej kolejności gaz i przewidywalna w długim czasie trajektoria odchodzenia od energetyki węglowej. To daje nam czas i 12 lat na wprowadzanie energetyki nuklearnej – mówi Piotr Naimski.

Jak podkreśla, wiążące decyzje dotyczące budowy pierwszej w Polsce elektrowni atomowej należy przyspieszyć, jeżeli – zgodnie z planem – inwestycja ma ruszyć w 2026 roku.

– Powinniśmy jak najszybciej podjąć ostateczną decyzję o budowie tej nuklearnej części naszej energetyki, jeżeli przewidujemy, że pierwszy reaktor będziemy uruchamiali w 2033 roku, a kolejne aż do 2043 roku. To wpisuje się w transformację całej polskiej energetyki przewidzianą na lata 2040–2060 – mówi pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.

Zgodnie z przyjętym w październiku przez rząd programem polskiej energetyki jądrowej (PPEJ) do 2043 roku w Polsce mają działać już dwie elektrownie atomowe, w każdej z nich zaplanowano po trzy bloki o łącznej mocy od 6 do 9 GW. W latach 2040–2045 około 1/5 krajowej produkcji energii ma już pochodzić z atomu.

Inwestycja powstanie w Lubiatowie–Kopalinie lub Żarnowcu (lokalizacjach wskazanych już we wcześniejszym PPEJ z 2014 roku), ale pod uwagę brane są również Bełchatów i Pątnów. Uruchomienie pierwszego bloku przewidziano na 2033 rok, kolejne będą oddawane w latach 2035 i 2037. Kolejna taka inwestycja ma wystartować w 2032 roku, a trzy reaktory drugiej elektrowni mają być po kolei uruchamiane w latach 2039–2043. Rządowy plan zakłada, że Skarb Państwa wykupi 100 proc. udziałów w powołanej do tego celu spółce PGE EJ 1, a po wyłonieniu inwestora strategicznego zachowa w niej 51 proc.

W ocenie rządu bez włączenia atomu do miksu energetycznego Polska nie zdoła wypełnić swoich zobowiązań wobec UE i dojść do neutralności klimatycznej, a energetyka jądrowa przełoży się na radykalne obniżenie emisji CO2 w sektorze elektroenergetycznym.

Brytyjczycy mieszkający w Polsce powinni wystąpić o nowe dokumenty pobytowe. Dotąd swój pobyt w Polsce zarejestrowało ponad 6 tys. obywateli Wielkiej Brytanii

Obywatele Wielkiej Brytanii oraz członkowie ich rodzin mieszkający w Polsce powinni po 1 stycznia 2021 roku złożyć wnioski o wydanie nowych dokumentów pobytowych. Procedura ma charakter deklaratoryjny, tzn. nie jest  obowiązkowa, ale Urząd do Spraw Cudzoziemców rekomenduje, aby Brytyjczycy jak najszybciej uzyskali stosowne dokumenty. – Będą one potwierdzały w sposób bezpośredni wszelkie prawa wynikające z umowy o wystąpieniu dla obywateli Wielkiej Brytanii – wyjaśnia Jakub Dudziak, rzecznik prasowy Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Wielka Brytania opuściła Unię Europejską 31 stycznia 2020 roku na podstawie umowy o wystąpieniu, która określiła m.in. okres przejściowy, podczas którego prawa pobytowe jej obywateli w Polsce się nie zmieniały. Okres przejściowy kończy się 31 grudnia, ale od 1 stycznia 2021 roku obywatele Wielkiej Brytanii i członkowie ich rodzin będą dalej posiadać prawo pobytu w Polsce co do zasady na dotychczasowych warunkach, ale z dwoma zastrzeżeniami. Po pierwsze, jeśli korzystali z prawa pobytu w Polsce zgodnie z prawem UE przed zakończeniem okresu przejściowego (dotyczy to także obywateli Zjednoczonego Królestwa, którzy wjechali do Polski po dacie brexitu, a przed upływem okresu przejściowego), po drugie, jeśli w dalszym ciągu mieszkają w Polsce.

– Obowiązki obywateli Wielkiej Brytanii obecnie przebywających w Polsce nie zmienią się do końca tego roku. Natomiast należy pamiętać, że osoby, które przebywają w Polsce powyżej trzech miesięcy, powinny swój pobyt zarejestrować w urzędzie wojewódzkim właściwym ze względu na miejsce swojego pobytu – informuje Jakub Dudziak.

Osoby, które posiadały prawo pobytu w Polsce w tym roku i będą przebywały w niej dalej, a więc w 2021 roku, co do zasady będą miały takie prawo i będą beneficjentami umowy o wystąpieniu.

– W praktyce oznacza to, że będą mogły, po pierwsze, ubiegać się o wydanie nowego dokumentu pobytowego z adnotacją, że są beneficjentami umowy o wystąpieniu. Dotyczy to osób, które już zarejestrowały swój pobyt lub zrobią to do końca tego roku. A jeżeli obywatel Wielkiej Brytanii takiego pobytu nie zarejestrował, może to zrobić w przyszłym roku i uzyskać od razu nowy dokument pobytowy przewidziany umową o wystąpieniu – tłumaczy rzecznik prasowy Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Z przyczyn praktycznych każdy obywatel Wielkiej Brytanii lub członek jego rodziny, który przebywa obecnie w Polsce powyżej trzech miesięcy, powinien zarejestrować swój pobyt w urzędzie wojewódzkim. Obecnie zrobiło to nieco ponad 6 tys. Brytyjczyków. Po 1 stycznia 2021 roku obywatel Wielkiej Brytanii, który zarejestrował swój pobyt i posiada dokument potwierdzający taką rejestrację, powinien (najdalej przed końcem 2021 roku) zgłosić się również do urzędu wojewódzkiego o wydanie nowego dokumentu określonego w umowie o wystąpieniu.

– Natomiast, jeżeli obywatel Wielkiej Brytanii nie zarejestrował swojego pobytu, a przebywa powyżej trzech miesięcy i będzie swój pobyt kontynuował również w 2021 roku, powinien jak najszybciej zgłosić się do urzędu wojewódzkiego po 1 stycznia 2021 roku, aby uzyskać dokument dla obywatela Wielkiej Brytanii, który jest beneficjentem umowy o wystąpieniu. Będzie to istotne, ponieważ ten dokument będzie znacząco ułatwiał Brytyjczykom czy członkom ich rodzin pobyt w Polsce oraz podróżowanie. Będzie on wprost potwierdzał, że są to osoby będące beneficjentami umowy o wystąpieniu i posiadają wszystkie prawa w niej określone – podkreśla Jakub Dudziak.

Przy składaniu wniosku jest wymagana obecność małoletniego obywatela Wielkiej Brytanii lub członka jego rodziny, który do dnia złożenia wniosku ukończy szósty rok życia. Będą także pobierane odciski linii papilarnych. W szczególnie uzasadnionych przypadkach, w tym ze względu na stan zdrowia, osobiste stawiennictwo nie będzie konieczne.

W 2025 roku ruszy pierwsza misja czyszczenia okołoziemskiej orbity ze śmieci. Szacuje się, że w kosmosie krąży nawet 750 mln odpadów

Nawet gdyby wszystkie starty kosmiczne zostały wstrzymane, ogólna liczba kosmicznych śmieci dryfujących po orbicie wciąż będzie rosnąć. Kolejne zderzenia między przedmiotami generują nowe zanieczyszczenia. Europejska Agencja Kosmiczna ocenia, że na orbicie okołoziemskiej krąży ok. 20 tys. śmieci o łącznej masie ponad 8 tys. ton. Łącznie z małymi fragmentami jest ich ponad 750 mln. Konieczne jest ich usuwanie. Dlatego też ESA podpisała właśnie kontrakt na zakup pierwszego usunięcia z orbity kosmicznych śmieci. W 2025 roku ruszy misja ClearSpace-1.

Odkąd ruszyły wyprawy w kosmos, przestrzeń stopniowo zapełniała się śmieciami – pozostałościami starych statków kosmicznych, wyrzuconych części wyposażenia, częściami rakiet startowych czy mikrofragmentami szkła i metalu.

– Wszystkie obiekty orbitalne, które do tej pory zostały przechwycone, były współpracującymi, w pełni kontrolowanymi obiektami docelowymi – wskazuje Jan Wörner, dyrektor generalny ESA. – W przypadku kosmicznych śmieci taka kontrola z definicji nie jest możliwa. Zamiast tego obiekty dryfują, często spadając losowo na ziemię.

Europejska Agencja Kosmiczna ocenia, że po orbicie okołoziemskiej krąży ok. 20 tys. śmieci o masie ponad 8 tys. ton. Jeśli wziąć pod uwagę ledwo widoczne mikrośmieci, może ich być ponad 750 mln. Każde zderzenie z nawet 10-centymetrowym obiektem może mieć katastrofalne skutki – pociągałoby za sobą fragmentację typowego satelity, a 1-centymetrowy obiekt mógłby unieruchomić statek kosmiczny. Nawet 1-milimetrowy obiekt mógłby zniszczyć podsystemy na pokładzie statku kosmicznego.

– Schwytanie i pozbycie się niewspółpracującego obiektu kosmicznego stanowi niezwykle trudne wyzwanie. Jednak z uwagi na to, że ogólna liczba satelitów ma szybko rosnąć w nadchodzącej dekadzie, regularne czyszczenie nieba z kosmicznych śmieci staje się niezbędne w celu kontrolowania ich poziomu i zapobiegania strumieniom kolizji, które mogą znacznie pogorszyć problem ze śmieciami – tłumaczy Jan Wörner.

ESA tłumaczy, że wyprawy kosmiczne przy takiej liczbie śmieci krążących po orbicie byłyby jak żeglowanie po morzu, na którego powierzchni wciąż dryfowałyby wszystkie statki, które zatonęły. Dlatego też usuwanie śmieci z kosmosu jest koniecznością. ESA bada różne metody poradzenia sobie z tym problemem. Harpuny czy żagle kosmiczne mogłyby pomóc przy mniejszych odpadach, przy tych nieco większych – manipulatory kosmiczne. Na początku grudnia ESA podpisała kontrakt o wartości 86 mln euro z zespołem kierowanym przez szwajcarski start-up ClearSpace na zakup pierwszego „sprzątania” orbity.

– Przy prędkościach orbitalnych nawet śruba może uderzyć z siłą wybuchową, której projektanci misji nie są w stanie zapobiec. Zamiast tego należy zarządzać zagrożeniem poprzez aktywne usuwanie elementów kosmicznych świeci – wskazuje Luc Piguet, założyciel i dyrektor generalny ClearSpace.  – Nasz projekt „lawety” oczyści ze śmieci kluczowe orbity, które w przeciwnym razie mogłyby stać się bezużyteczne dla przyszłych misji.

Misja ClearSpace-1 ma się koncentrować na module dodatkowym Vespa (Vega Secondary Payload Adapter), pozostawionym na orbicie o wysokości ok. 801 km – 664 km po drugim wystrzeleniu europejskiej rakiety Vega w 2013 roku. Vespa ma masę 112 kg i rozmiar małego satelity. Sprzątający satelita zostanie wyniesiony w 2025 roku najpierw na wysokość 500 km. Następnie wzniesie się na docelową orbitę, chwyci Vespę i razem wejdą w atmosferę, aby w niej spłonąć.

Jeśli misja się powiedzie, takie satelity „lawety” będą pojawiać się częściej. Co istotne, użyte technologie będą mogły znaleźć zastosowanie także przy samych satelitach, a nie tylko przy usuwaniu kosmicznych odpadów.

– Zastosowane przy czyszczeniu orbit z kosmicznych śmieci technologie umożliwią również tankowanie i serwisowanie satelitów na orbicie, wydłużając ich żywotność. Ostatecznie przewidujemy, że ten trend rozszerzy się także na prowadzony bezpośrednio na orbicie montaż, produkcję i recykling – wskazuje Luisa Innocenti, szef biura ds. czystej przestrzeni kosmicznej w ESA.

Polska Policja sięga po podpis biometryczny. W przyszłości kryminalne zagadki będzie rozwiązywać sztuczna inteligencja

Odciski palców, rozpoznawanie twarzy, geometria dłoni, rozpoznawanie tęczówki, identyfikacja siatkówki, rozpoznawanie głosu czy dynamika naciśnięć klawiszy – podpis biometryczny coraz częściej zastępuje ten tradycyjny. Jest niemal niemożliwy do sfałszowania, zwiększa więc bezpieczeństwo. Może służyć do weryfikacji i identyfikacji. Takie rozwiązania stosują coraz częściej firmy, lecz także polskie instytucje, m.in. Ministerstwo Zdrowia, a od niedawna także polska Policja. Podpis elektroniczny może być wykorzystywany nie tylko w biznesie, lecz również w badaniach mogących rozwiązać wiele spraw natury kryminalnej. W przyszłości jego skuteczność zwiększy zastosowanie sztucznej inteligencji.

– Pandemia wymusiła przyspieszoną cyfryzację w polskiej Policji. Jest to spowodowane odchodzeniem od dokumentacji papierowej na rzecz dokumentacji elektronicznej. Policja coraz częściej musi się specjalizować w nowoczesnych formach, chociażby zawierania podpisu na tabletach – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Wietrzycki, dyrektor sprzedaży w Infinite.

Pandemia COVID-19 zmusza rządy do wprowadzenia ścisłych wymogów dotyczących kwarantanny. Sprawiła jednak, że coraz więcej instytucji dostrzegło potrzebę wprowadzenia podpisów cyfrowych. Pozwalają one na potwierdzenie tożsamości danej osoby na podstawie danych biometrycznych – odcisków palca, rozpoznawania twarzy, tęczówki czy choćby dynamiki naciśnięć klawiszy.

Posługiwanie się elektronicznym podpisem dostrzegły firmy, dla których może to być element modernizacji, ale też krajowe instytucje. Od niedawna z takiej możliwości korzysta Policja Polska. E-podpisywanie polskiej firmy Infinite to system, który umożliwia elektroniczne podpisywanie dowolnych dokumentów, może też pomóc w kryminalistyce.

– Polska Policja zaczęła wykorzystywać najnowszą technologię – składanie podpisu na tablecie. To podpis biometryczny, opatrzony pewnymi niepowtarzalnymi cechami. Zbiera takie cechy jak prędkość pisania w czasie, siłę nacisku w czasie oraz odległość piórka od tabletu w czasie. Nie ma dwóch identycznych podpisów, natomiast biegły jest w stanie na podstawie zebranych danych wskazać, kto konkretnie złożył podpis na tablecie – tłumaczy Piotr Wietrzycki.

Podpis składany jest za pośrednictwem platformy WWW lub urządzenia z warstwą biometryczną – czyli na tablecie, gdzie długopis zastępuje rysik. Taki podpis składa się z punktów zapisywanych w milisekundach. Każdemu punktowi przyporządkowany jest czas, w którym został zapisany, nacisk oraz współrzędne, które umożliwiają ich weryfikację. Podrobienie takiego podpisu jest praktycznie niemożliwe – nawet jeśli ktoś będzie potrafił dokładnie skopiować samo nakreślenie podpisu, to nacisk na tablet, odległość rysika od tabletu są indywidualne.

– Podpis biometryczny można złożyć na odpowiednim urządzeniu, które musi zbierać takie cechy jak siła nacisku, ponieważ składa się on z pewnych cech, jak prędkość pisania w czasie, siła nacisku w czasie oraz odległość piórka od tabletu w czasie. Stąd też nie może być to zwykłe urządzenie – mówi dyrektor sprzedaży w Infinite.

Podpisy biometryczne są coraz częściej stosowane. Różni je poziom bezpieczeństwa. Zdarzały się już np. sytuacje, kiedy w systemie weryfikacji głosowej haker był w stanie przechwycić i nagrać dane zawierające głos użytkownika. Później mógł uzyskać dostęp do tego samego systemu i odtworzyć zarejestrowane wcześniej dane. Jeśli z kolei system biometryczny opiera się na rozpoznawaniu twarzy, haker może oszukać taki system, trzymając przed aparatem zdjęcie użytkownika naturalnej wielkości. Połączenie kilku danych biometrycznych czy behawioralnych (np. dynamika podpisu, siła nacisku na tablet) daje niemal 100-proc. gwarancję.

Kolejnym krokiem w badaniu rękopisów jest sztuczna inteligencja. Stosowane w przyszłości narzędzia wspierane przez SI będą jeszcze bardziej precyzyjne i pozwolą kryminalistykom w stopniu kategorycznym opiniować napływające zlecenia. Technologia może być używana także do rozpoznawania dźwięków użycia broni palnej, analizowania scen zbrodni w poszukiwaniu wzorów i przy tworzeniu profilu podejrzanego, by potem za pomocą algorytmów porównać go z profilami przestępców z bazy danych. SI coraz lepiej radzi sobie także z rekonstrukcjami twarzy na podstawie niepełnych danych. Zespół naukowców z Chińskiej Akademii Nauk stworzył algorytm, który dzięki sieciom neuronowym może odtworzyć wizerunek np. podejrzanego z prostego rysunku.

Brexitowe nagłówki szarpią kursem funta

Kolejny wyznaczony deadline na osiągnięcie porozumienia Wielkiej Brytanii z UE minął, negocjacje jednak trwają. W najbliższych dniach oczekujemy dalszych wieści na ten temat, a także ważnych danych makro ze strefy euro.

W tym tygodniu kluczową kwestią w kontekście ryzyka rynkowego pozostaną negocjacje brexitowe. Grudniowe posiedzenie Rezerwy Federalnej, którego wynik poznamy w środę, będzie również istotne dla rynku, chociaż w jego kontekście nie oczekuje się zmian w polityce monetarnej. W tym tygodniu czeka nas też dość dużo ważnych publikacji ze strefy euro, w tym grudniowe odczyty PMI, które poznamy w środę, i dane o inflacji, które zostaną opublikowane w czwartek.

PLN

Polski złoty zakończył miniony tydzień umocnieniem. Wpisywało się ono w zachowanie walut regionu. Ostatni tydzień nie przyniósł specjalnie istotnych wieści z Polski. Pozytywną informacją było to, że Polska i Węgry ostatecznie porzuciły wetowanie unijnego budżetu, odblokowując też fundusz odbudowy. Rynek jednak nie spodziewał się innego scenariusza, stąd też trudno z tym wiązać umocnienie polskiej waluty. Ten tydzień przyniesie sporo danych z Polski, które pozwolą wstępnie ocenić kondycję gospodarki w połowie ostatniego kwartału tego roku. Szczególną uwagę warto zwrócić na piątkowe dane o produkcji przemysłowej, jednak nie powinny one mieć istotnego znaczenia dla kursu walutowego w krótkim terminie.

EUR

Losy porozumienia brexitowego nadal się ważą, państwom członkowskim jednak udało się przyjąć budżet i otworzyć drogę funduszowi odbudowy UE. Przezwyciężyły one wcześniejszą opozycję ze strony Polski i Węgier dotyczącą powiązania finansów z praworządnością. Grudniowe posiedzenie EBC dla rynku walutowego okazało się mniej istotne, niż można było zakładać. Choć rozszerzenie pandemicznego programu skupu aktywów i operacji pomocowych dla banków było oczekiwane, tak jednak naszym zdaniem komentarze Lagarde wyrażające obawy o siłę euro i wpływ tejże siły na inflację były ważniejsze, niż uznały rynki.

Bieżący tydzień będzie istotny. Przed nami bowiem zarówno publikacja wstępnych odczytów PMI, jak i inflacji w grudniu. W krótkim terminie kurs euro w relacji do głównych walut może reagować na rozczarowanie w kontekście któregokolwiek z tych odczytów, zwłaszcza biorąc pod uwagę skalę ostatnich wzrostów i pozycjonowanie rynku, który mocno wierzy w euro.

USD

Wygląda na to, że dolar amerykański stabilizuje się po półrocznym okresie deprecjacji w relacji do kluczowych walut. Paradoksalnie nadchodzi to w momencie, w którym napływające dane z gospodarki USA okazują się gorsze – w minionym tygodniu rozczarowały cotygodniowe dane o liczbie nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych.

Obecnie kierujemy wzrok na ostatnie w tym roku posiedzenie Rezerwy Federalnej. Inwestorzy nie przewidują zmian w polityce monetarnej, a ich uwaga skupi się raczej na projekcjach ekonomicznych FOMC, oczekiwaniach dotyczących polityki pieniężnej podsumowanych w „dot plocie” i tonie komunikacji prezesa Powella podczas konferencji prasowej po posiedzeniu.

Mniej przewidywalny jest za to wynik rozmów pomiędzy Demokratami i Republikanami na temat nowego pakietu fiskalnego. Ciągle jednak oczekujemy, że stronom uda się osiągnąć porozumienie w tym kontekście, szczególnie biorąc pod uwagę sygnały o pewnej słabości amerykańskiej gospodarki wyłaniające się z danych w ostatnich kilku tygodniach.

GBP

Negatywne nagłówki z negocjacji między Wielką Brytanią a Unią Europejską w minionym tygodniu szkodziły brytyjskiej walucie. W weekend Boris Johnson i Ursula von der Leyen zgodzili się na wydłużenie niedzielnego deadline’u. Pojawiły się doniesienia, że porozumienie jest bliskie, jednak po tych informacjach funt odrobił zaledwie część strat z poprzedniego tygodnia.

Różnice dotyczą kluczowej kwestii równych szans (level playing field). W uproszczeniu chodzi o to, żeby Wielka Brytania nie pogorszyła swoich standardów dotyczących środowiska i praw pracowniczych, żeby móc lepiej konkurować z UE. Jeśli dojdzie do zgody, sądzimy, że druga z istotnych kwestii spornych, dotycząca praw połowowych, nie powinna doprowadzić do załamania negocjacji. Stąd spodziewamy się, że porozumienie zostanie niedługo osiągnięte, a handel brytyjską walutą przed końcem roku będzie się charakteryzować optymizmem.

CHF

Frank szwajcarski był jedną z lepiej radzących sobie walut G10 w zeszłym tygodniu. Para EUR/CHF zakończyła tydzień poniżej kluczowego poziomu 1,08. Frank nadal radzi sobie lepiej niż inne waluty safe haven. Jego zmienność jednak pozostaje niska, nie obserwujemy bowiem nagłych zmian sentymentu.

Ostatnimi czasy nie docierało do nas zbyt wiele wieści ze Szwajcarii, niemniej w tym tygodniu kraj skupi na sobie większą uwagę, a to za sprawą czwartkowego posiedzenia Szwajcarskiego Banku Narodowego. Stopy procentowe z pewnością pozostaną niezmienione. Spodziewamy się, że SNB podkreśli, że kluczowym narzędziem polityki monetarnej pozostają interwencje na rynku walutowym. Sama potrzeba tego typu działań jednak zdaje się być obecnie ograniczona, biorąc pod uwagę ostatnie zmiany na rynku FX. Dodatkowo zwrócimy uwagę, czy zaktualizowana warunkowa projekcja inflacji pokaże istotne zmiany w relacji do wrześniowej. Niemniej w przewidywalnej przyszłości wzrost stóp procentowych w Szwajcarii wydaje się zupełnie nieprawdopodobny.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Czy Twoja firma jest skalowalna?

Skalowalność to słowo, które cały czas po polsku brzmi dziwnie. Powoli jednak powinniśmy się zacząć do niego przyzwyczajać, ponieważ nie ma innego terminu, którym można opisać niezwykle ważną cechę, jaką powinny posiadać prawie wszystkie nowoczesne przedsiębiorstwa.

Czym jest skalowalność

Skalowalność przedsiębiorstwa należy rozumieć jako możliwość łatwego zwiększenia skali działania. W przypadku tradycyjnego przedsiębiorstwa, takiego jak na przykład fabryka samochodów, zwiększenie produkcji nie jest łatwe. Może wymagać wybudowania nowych budynków, zakupu maszyn, zatrudnienia i przeszkolenia pracowników, czy renegocjacji kontraktów z dostawcami i odbiorcami. Taki proces wymaga czasu i znacznej ilości kapitału.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku przedsiębiorstwa oferującego na przykład płatny dostęp do eksperckich raportów lub webinariów. Skokowy wzrost sprzedaży w najgorszym wypadku może doprowadzić do tego, że trzeba będzie co miesiąc wydać niewielką kwotę na bardziej wydajny serwer. Również ekspansja geograficzna jest bardzo łatwa, gdyż nie trzeba dostarczać klientom żadnych fizycznych produktów, brać pod uwagę kosztów transportu czy ceł. Bez problemu można rozwijać sprzedaż na całym świecie.

Jakie są konsekwencje skalowalności

W sensie ekonomicznym skalowalność oznacza możliwość zwiększenia sprzedaży dzięki pozyskaniu kapitału. Z punktu widzenia przedsiębiorcy, który chce pozyskać środki na działalność, kluczowe jest zrozumienie, że ta zależność działa w dwie strony. Pozyskanie kapitału umożliwia rozwój, ale jednocześnie skalowalność w znacznym stopniu umożliwia pozyskanie kapitału.

Jeżeli można udowodnić, że dany projekt jest rentowny działając w niewielkiej skali oraz że jego model biznesowy jest skalowalny, potencjalny inwestor nie ma żadnego powodu, aby w niego nie zainwestować. Przy właściwym wykorzystaniu, zainwestowane środki muszą doprowadzić do zwiększenia dochodów.

Inwestorzy biorą pod uwagę jeszcze jeden bardzo istotny czynnik – ryzyko. Skalowalność, rozumiana jako powiązanie kapitału z wielkością sprzedaży, ułatwia jego szacowanie. Dzięki temu dynamiczny wzrost biznesu staje się procesem bardziej przewidywalnym.

Kluczowe narzędzia wzrostu

Właściwe wykorzystanie pozyskanego kapitału wymaga zastosowania odpowiednich narzędzi. Zatrudnienie nowych pracowników powinno zwiększać możliwości przedsiębiorstwa w zakresie tworzenia rentownych produktów, inwestycje w technologie powinny prowadzić do automatyzacji kluczowych procesów i zwiększenia efektywności działania, a efektem wydatków na marketing powinien być bezpośredni wzrost sprzedaży. Należy również pamiętać o tym, że nie można być specjalistą od wszystkiego. Szczególnie małe i średnie przedsiębiorstwa powinny rozważyć outsourcing niektórych ważnych procesów i koncentrację na najważniejszych obszarach działalności.

Skalowalność nie powstaje sama z siebie. Powinna być efektem świadomych decyzji podjętych przez założycieli przedsiębiorstwa już na etapie projektowania jego struktury. Należy pamiętać o tym, że możliwość łatwej i szybkiej ekspansji przedsiębiorstwa jest dziś kluczowym kryterium, jakie biorą pod uwagę profesjonalni inwestorzy.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej w polskim fintech’u Provema

Skazany na upadek? Przedsiębiorca „około targowy” z Rzeszowa do podkarpackich parlamentarzystów

O umorzenie całości otrzymanych kwot pomocy z PFR dla firm, a także otrzymanie rekompensaty w wysokości połowy ubiegłorocznego przychodu dla firm na najbliższe 14 miesięcy – zwraca się w imieniu firm około targowych do parlamentarzystów z Podkarpacia Jacek Jankowiak, właściciel firmy pracującej od prawie 25 lat dla targów branżowych. – My nie zarabiamy nic – zero. Jeżeli nie otrzymamy jakiejkolwiek skierowanej do nas pomocy, będzie to bardzo duży zawód, a nasza branża praktycznie zostanie uśmiercona – mówi.

Przedsiębiorstwo Wystawiennicze Resovia Expo – to jedna z wielu okołotargowych firm działających w Polsce, reprezentująca Region Podkarpacki. Jej twórcą
i właścicielem jest od blisko 24 lat Jacek Jankowiak. Resovia Expo zajmuje się projektowaniem i budową systemowych stoisk targowych, a także techniczną obsługą dużych organizatorów targów.

– Podczas swojej działalności pracowałem niemalże dla wszystkich organizatorów targów w Polsce. Od wielu lat jestem m.in. generalnym wykonawcą zabudowy targowej dla Targów Lubelskich, gdzie w chwili obecnej powstaje tymczasowy szpital covidowy – opowiada Jacek Jankowiak. Przyznaje, że praca jego firmy spotykała się zawsze z pozytywnymi ocenami zleceniodawców, dzięki czemu wyrobił sobie dobrą markę w branży.

Dobra passa skończyła się nagle w marcu, gdy zaczęła się pandemia.

– W jednym momencie działalność targowo – wystawiennicza wyhamowała do zera. Nie stało się tak jak w niektórych branżach – o których tak wiele słychać w mediach – że pracują mniej, że zarabiają mniej – relacjonuje Jacek Jankowiak, który z dnia na dzień po prostu przestał dostawać zlecenia. Od tamtej pory, i to pomimo czasowego odblokowania możliwości organizowania targów latem, trwa ten stan rzeczy.

– My nie pracujemy mniej, nie zarabiamy mniej. My nie zarabiamy nic – zero – w tak krótkim, a zarazem dramatycznym stwierdzeniu ujmuje sytuację firm „około targowych”. W ich imieniu, właściciel Resovia Expo, zwraca się do parlamentarzystów z Podkarpacia, gdzie działa, o uwzględnienie w kolejnej wersji tzw. Tarczy wsparcia. Chodzi przede wszystkim o rozwiązania neutralne dla budżetu:

  • Umorzenie całości otrzymanych kwot pomocy z PFR dla firm, które pod rygorem odpowiedzialności karnej oświadczą, że 75% ich ubiegłorocznego przychodu była całkowicie zależna od organizacji, obsługi oraz innych usług świadczonych na rzecz imprez targowych w kraju i za granicą,
  • Otrzymanie rekompensaty w wysokości 50% ubiegłorocznego przychodu dla firm, które pod rygorem odpowiedzialności karnej oświadczą, że 75% ubiegłorocznego przychodu firmy była całkowicie zależna od organizacji, obsługi oraz innych usług świadczonych na rzecz imprez targowych w kraju i za granicą.
  • Dodatkowym kryterium byłby również spadek przychodów firmy od czasu rozpoczęcia pandemii, o minimum 75% w stosunku do roku ubiegłego. Pomoc ta zostałaby określona na najbliższe 14 miesięcy i wypłacana byłaby w transzach miesięcznych.

– Z takimi postulatami w imieniu branży wystąpił Komitet Obrony Branży Targowej podczas protestu przeprowadzonego pod KPRM dnia 28.10.2020. Do naszych postulatów próbowaliśmy przekonać przedstawicieli rządu RP w osobie Pana Premiera Jarosława Gowina oraz Pani Minister Olgi Semeniuk, a osobną petycję skierowaliśmy bezpośrednio do Pana Premiera Mateusza Morawieckiego – przeczytać można w skierowanym do podkarpackich parlamentarzystów piśmie.

– Za każdą firmą taką jak moja, gdzie dochody spadły do zera, kryje się na pewno mniejszy lub większy dramat. W moim przypadku tak jest, ponieważ dochody mojej firmy to były jedyne dochody także dla mojej rodziny – wskazuje Jacek Jankowiak. Dodaje: – Jeżeli Państwo nie zainteresuje się naszą branżą i nie otrzymamy jakiejkolwiek skierowanej do nas pomocy, będzie to bardzo duży zawód. Tym bardziej, że choć nie jesteśmy może medialnie zbyt popularni, to w skali kraju latami wspieraliśmy budżet Państwa nie małymi kwotami. W moim przypadku – firmy naprawdę bardzo małej –  to były kwoty kilkaset tysięcy rocznie.

Pomysły dotyczące zmiany działalności określa jako „mgliste” i pozbawione konkretnych rozwiązań.

– Padają głosy, aby się przebranżowić. Świetny pomysł, tylko jeżeli ma się 54 lata, od kilkudziesięciu lat „robi się targi”, to zmiana branży wydaje się czymś nierealnym i bardzo trudnym. Zwłaszcza, że w tym wieku człowiek powinien mieć życie zawodowe ustabilizowane. Uczciwie i ciężko pracując kilkadziesiąt lat, po prostu się na to zasługuje – uważa właściciel Resovia Expo. Zwraca też uwagę, że przez cały czas działalności inwestował potężne pieniądze w sprzęt (np. zabudowa typu octanorm), który bez targów ma wartość złomu. – Przecież, jeżeli targów nie będzie, nikt nie zainteresuje się kupnem takiego materiału – przewiduje Jacek Jankowiak.

Tak jak wszyscy polscy przedsiębiorcy, skorzystał z proponowanych wcześniej form rządowej pomocy, jednak dziś, aby dotrwać do końca spowodowanej przez pandemię blokady, potrzebne jest dalsze wsparcie. I właśnie o nie zwraca się do posłów i senatorów z województwa podkarpackiego. Wierzy, że zwrócenie im uwagi na ten – doskonale do marca prosperujący i będący wówczas powodem dumy rządzących – segment gospodarki, pozwoli na umieszczenie w przygotowywanej właśnie w parlamencie kolejnej wersji tarczy korzystnych dla firm około targowych rozwiązań. Inaczej, skazane zostaną one na szybki upadek. Swoje pismo wysłał m.in. Grzegorza Brauna, Wiesława Buża, Pawła Poncyljusza, Zbigniewa Chmielowca, Kazimierz Gołojucha, Fryderyka Kapinosa, Kazimierza Moskala, Jerzego Paula, Krzysztofa Sobolewskiego, Andrzeja Szlachty, Stanisława Tyszki, Marcina Warchoła, Jana Warzechy, Rafała Webera, Piotra Babinetza, Tadeusza Chrzana, Marka Kuchcińskiego, Adama Śnieżka, Piotra Uruskiego, Krystyny Skowrońskiej, Marii Kurowskiej, Teresy Pamuły, Anny Schmidt, Marka Rząsy.

Ropa znów drożeje

Czarne złoto drożeje. Na giełdzie w Londynie po raz kolejny przekroczyło poziom 50 dolarów za baryłkę. W górę idzie też liczba odwiertów w USA, co potencjalnie może spowodować wyhamowanie wzrostów.

Lepsze dane przed weekendem

Zeszły tydzień dobrze się zakończył, w piątek byliśmy świadkami lepszych od oczekiwań odczytów indeksów koniunktury z USA. Indeks Uniwersytetu Michigan według wstępnych danych osiągnął 81,4 pkt. To niemal o 5 pkt powyżej oczekiwań analityków. W rezultacie, dolar odrobił część strat z końca ostatniego tygodnia. Z drugiej strony aktywność ta nie była na tyle silna, byśmy dzisiaj od rana nie widzieli przeciwnego ruchu. W rezultacie, jesteśmy tylko ułamki centa od poziomu, gdy dolar będzie najsłabszy względem euro od niemal trzech lat.

Odbicia na ropie ciąg dalszy

Rynki wciąż są przekonane o lepszych perspektywach i rosnącym popycie na ropę. Rezultaty widać nie tylko na ponownie rosnących cenach surowca, ale również po liczbie odwiertów w USA. Kolejny dzień z rzędu rośnie liczba aktywnych wież wiertniczych. Są to, co prawda, nadal bardzo niskie poziomy, ale sam fakt, że otwierane są nowe punkty wydobycia w kraju nieustalającym poziomu produkcji z OPEC, może sugerować, że na rynek będzie trafiać jeszcze więcej surowca. To z kolei może powodować, że ceny surowca nie będą tak szybko rosnąć, o ile w ogóle będą.

W Japonii nie aż tak źle

Dzisiaj poznaliśmy lepsze od oczekiwań dane na temat produkcji przemysłowej. Oznacza to, że produkcja przemysłowa spada nie o 3,2% w skali roku, tylko o 3%. Nie jest to korzystny odczyt, ale pamiętać należy też, że mamy bardzo specyficzny rok i spadki ważnych wskaźników makroekonomicznych nie są niczym nadzwyczajnym. Najlepszym dowodem jest fakt, że pomimo spadku jen idzie w górę po publikacji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak istotnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Cyberbezpieczeństwo zdominowane przez mężczyzn – tylko 20% stanowisk kierowniczych obejmują kobiety

  • Z nowego raportu „Jumping the hurdles: Moving women into cybersecurity’s top spots” opracowanego przez Accenture wynika, że tylko 20% dyrektorów ds. bezpieczeństwa to kobiety.
  • Aż 50% kobiet z technicznym wykształceniem rezygnuje z pracy w połowie swojej kariery – to dwa razy więcej niż liczba mężczyzn na tych samych stanowiskach.
  • Wzrasta zapotrzebowanie na ekspertów. Lukę w zatrudnieniu w obszarze cyberbezpieczeństwa szacuje się globalnie na 4,07 mln osób, a w samej Europie na blisko 300 000 potrzebnych pracowników[1]. Tendencja jest wzrostowa. Zachęcenie kobiet do rozwoju swojej kariery w tym obszarze jest koniecznością.

W związku z przyspieszonym przez pandemię COVID-19 procesem transformacji cyfrowej rośnie zapotrzebowanie na specjalistów w obszarze IT i innych pokrewnych dziedzinach, w tym ekspertów w zakresie cyberbezpieczeństwa. W ostatnich latach obserwujemy zarówno wzrost liczby incydentów bezpieczeństwa na firmy, organizacje oraz sektor publiczny, jak i rozwój różnych, coraz bardziej skomplikowanych form cyberataków – od socjotechnicznych do całkowicie zautomatyzowanych ataków ransomware (szyfrujące wszystkie dane na urządzeniach) przeprowadzanych na światową skalę[1]. Jak wynika z najnowszego raportu Accenture Cyberthreat 2020, liczba różnego rodzaju cyberataków była nawet 4 razy wyższa w ciągu wiosennego lockdownu niż przed pandemią. Żeby skutecznie obronić się przed tymi zagrożeniami, potrzebujemy zarówno nowoczesnych rozwiązań technologicznych, jak i ludzi, którzy potrafią je obsłużyć, a także zbudować i zarządzać strategią cyberbezpieczeństwa.

Według raportu (ISC)2 – międzynarodowej organizacji skupiającej profesjonalistów branży cyberbezpieczeństwa – szacuje się, że tylko w Europie brakuje blisko 300 000 nowych specjalistów. To gigantyczne wyzwanie dla bezpieczeństwa biznesu. Sytuacji nie ułatwia powszechnie znana dysproporcja w zatrudnieniu kobiet i mężczyzn w branży IT. W obszarze cyberbezpieczeństwa jest ona jeszcze bardziej widoczna. W 2018 r. 24% pracowników w tym sektorze stanowiły kobiety, podczas gdy w 2017 r. było to tylko 11%.[2] Pomimo że tendencja jest rosnąca, zwiększone zapotrzebowanie na specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa powoduje, że kobiet w branży wciąż jest za mało.

– Cyberbezpieczeństwo to de facto zabezpieczenie przyszłości świata. A mając na horyzoncie tak zdefiniowane, bardzo kompleksowe wyzwanie dla całej branży ICT, musimy w jego realizację zaangażować bardzo zróżnicowane zespoły ludzi. Dlatego  zwiększenie zaangażowania kobiet jest w tym procesie kluczowe. Do ważnych cech, które mogą być wielką wartością dodaną w procesie tworzenia konkretnych rozwiązań dla bezpieczeństwa cyfrowego świata, zaliczyłabym nasze interdyscyplinarne podejście, skupienie na rozwiązywaniu problemów, dokładność, czy nieszablonowe myślenie. To, czego nam brakuje to systemowych zachęt i likwidacji barier – mówi Izabela Albrycht, prezes Instytutu Kościuszki i współzałożycielka Women4Cyber.

Najnowszy raport Accenture – „Jumping the hurdles: Moving women into cybersecurity’s top spots” – jest próbą diagnozy problemu i wyjaśnienia, dlaczego kobiety nie decydują się na karierę w tym sektorze. Badanie wskazuje m.in. na niedobór kobiet na kierowniczych stanowiskach w cyberbezpieczeństwie oraz niewystarczającą liczbę menedżerów aktywnie wspierających rozwój kobiet w tym obszarze. Kobiety często nie decydują się na karierę w tej branży z uwagi na poczucie izolacji oraz obawy przed podjęciem ryzyka związanego z obejmowaniem kierowniczych stanowisk. Wyzwaniem są także ograniczone możliwości rozwinięcia pełnego zakresu kompetencji wymaganych do awansu na stanowiska menedżerskie oraz brak jasnych ścieżek kariery.

– Odpowiedzią na wyzwanie, jakim jest niedobór pracowników, szczególnie kobiet, w cyberbezpieczeństwie jest wdrożenie programów aktywizujących oraz wspieranie doświadczonych ekspertek chcących rozwijać się w tym obszarze. Mentoring wewnątrz organizacji, zapewnienie większej elastyczności pracy, wspieranie kobiet po urlopach macierzyńskich, czy zagwarantowanie sprawiedliwych płac bazujących na kompetencjach, to podstawowe elementy, o które powinny zadbać firmy. Ważne jest też promowanie osób zmotywowanych do rozwoju. Kobiety mają wielki potencjał, ale niekoniecznie postrzegają cyberbezpieczeństwo jako atrakcyjny obszar rozwoju zawodowego – mówi Artur Józefiak, dyrektor Accenture Security w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. – Pewne jest, że długoterminowo aktywizacja kobiet w tym obszarze przyniesie pozytywne skutki, nie tylko w wymiarze ograniczenia braków kadrowych. Z doświadczenia wiem, że zdywersyfikowane zespoły są skuteczniejsze, bardziej innowacyjne i lepiej współpracują z otoczeniem. Warto stawiać na kobiety, zyskają na tym nie tylko one, ale cała domena cyberbezpieczeństwa i, szerzej, gospodarka cyfrowa – dodaje Józefiak.

[1] https://www.isc2.org/-/media/ISC2/Research/ISC2-Women-in-Cybersecurity-Report.ashx?la=en&hash=4C3B33AABFBEAFDDA211856CB274EBDDF9DBEB38

[2] https://www.isc2.org/-/media/ISC2/Research/ISC2-Women-in-Cybersecurity-Report.ashx?la=en&hash=4C3B33AABFBEAFDDA211856CB274EBDDF9DBEB38

Koronawirus a zakupy: w drugiej fali Polacy wydają więcej i wybierają droższe produkty

Dane zebrane z zarejestrowanych paragonów w programach lojalnościowych Blovly, potwierdzają, że na jesienny wzrost zachorowań zareagowaliśmy z relatywnym spokojem, co przekłada się na nasze nawyki zakupowe. Indywidualnej analizie poddano też wydatki mieszkańców 5 największych miast Polski – w jaki sposób koronawirus wpłynął na dokonywane przez nich zakupy?

Kwarantanna a zakupy – jak kształtowały się trendy konsumenckie

Na początku marca wraz z pojawieniem się pierwszych potwierdzonych przypadków koronawirusa, rząd zaczął stopniowo wprowadzać kolejne obostrzenia. Polacy szturmem ruszyli do sklepów, przede wszystkim po artykuły podstawowe, takie jak produkty spożywcze z dłuższą datą przydatności do spożycia, płyny do dezynfekcji, maseczki oraz chemię. Jednak tendencję do ostrożniejszego dysponowania budżetem widać, kiedy porównamy wartości paragonów rok do roku. W analogicznym okresie 2019 r., wartość naszego koszyka była aż o 26 proc. wyższa.

Druga fala przyniosła większą stabilność

Podczas drugiej fali pandemii zachowania konsumentów nieco się odwróciły. Strach związany z koronawirusem i ewentualną kwarantanną zmalał. Klienci kupują mniej produktów, ale wydają stosunkowo więcej pieniędzy. Polacy nie robią już zapasów żywności, ale wybierają droższe produkty.

 Podczas pierwszej fali pandemii kupowaliśmy więcej, ale taniej. Zaobserwowaliśmy, że przyzwyczajenia zakupowe polskich konsumentów różnią się od siebie znacząco
w obu okresach. Średnia dzienna wartość paragonu w okresie 4 marca – 2 kwietnia, wyniosła 55 zł. Natomiast w drugiej fali średnia wartość koszyka kształtowała się już na poziomie 89 zł, co daje wzrost o 61,5 proc. Może to sugerować, że czujemy się spokojniejsi o naszą sytuację finansową. Za to w pierwszych miesiącach trwania pandemii jednorazowo wkładaliśmy do koszyka więcej produktów. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że chętniej robiliśmy zapasy, a do sklepów, ze względów bezpieczeństwa, wybieraliśmy się rzadziej
mówi Krystian Dylewski, General Manager 2take.it.

Wzrost wartości paragonu w drugiej fali, w zestawieniu z mniejszą liczbą produktów przekładają się także na wzrost średniej ceny wybieranych przez konsumentów towarów, który w stosunku do przełomu marca i kwietnia wynosi 15,4 proc.

Polacy wydają więcej i wybierają droższe produkty
Dane z systemu Blovly obsługiwanego przez 2take.it

Koronawirus a zakupy mieszkańców poszczególnych miast

Dane z systemu Blovly pokazują, w jaki sposób kształtowały się zachowania mieszkańców pięciu największych miast w Polsce. Wnioski? Ogólne trendy konsumenckie w większości aglomeracji pozostają zbliżone, choć zdarzają się wyjątki.

– W okresie marzec – kwiecień najwięcej wydawali mieszkańcy Krakowa, a najmniej mieszkańcy Łodzi. Natomiast od września do października w Warszawie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu odnotowaliśmy wzrost wartości paragonów – odwrotna tendencja zarysowała się jedynie w Krakowie komentuje Krystian Dylewski, 2take.it.

W pierwszej fali koronawirusa to właśnie w stolicy Małopolski zanotowano najwyższą średnią dzienną kwotę na paragonie w wysokości 139 zł. Z kolei w drugiej fali, przy takiej samej ilości produktów, które lądowały w koszykach krakowiacy kupowali produkty nieco tańsze. Co więcej, Kraków jako jedyne miasto odnotował wtedy spadek wartości paragonu. Być może wynika to z faktu, że stolica Małopolski dosyć wcześnie stała się żółtą strefą.

Na drugim miejscu pod względem wydatków w pierwszej fali plasuje się Warszawa ze średnią wartością koszyka 83,5 zł. Jednak w przeciwieństwie do Krakowa, widzimy 40% wzrost wartości paragonu dla drugiej fali. W pierwszej fali warszawiacy kupowali więcej produktów niż mieszkańcy Łodzi, Poznania czy Wrocławia, gdzie zarejestrowano najmniejszą liczbę produktów na paragonie na początku pandemii. Porównując do siebie obie fale, widzimy, że w Łodzi zarejestrowano największy wzrost kwoty na paragonie w porównaniu do pierwszego okresu, o blisko 60%, co może świadczyć o tym, że łodzianie podeszli do drugiej fali pandemii z większym dystansem i mniejszymi obawami.

Koronawirus a zakupy mieszkańców poszczególnych miast
Dane z systemu Blovly obsługiwanego przez 2take.it

Dane zakupowe mogą wesprzeć miasta w drugiej fali

Jak podaje Deloitte[1] polscy konsumenci nie wrócili do swoich zakupowych przyzwyczajeń sprzed koronawirusa. Sytuacja epidemiczna w kraju nadal jest dynamiczna, zmieniają się wprowadzane przepisy covidowe i obostrzenia. Mali i średni przedsiębiorcy nadal potrzebują wsparcia, nie tylko na poziomie ogólnopolskim, ale i na tym lokalnym, samorządowym.

W obliczu wyzwania stoi obecnie, nie tylko krajowa gospodarka, ale również lokalni przedsiębiorcy oraz zarządcy miast i gmin. Tym ostatnim z pomocą mogą przyjść dane pozyskiwane za pomocą programów lojalnościowych dedykowanych konkretnym ośrodkom miejskim. To kopalnia informacji, dzięki którym możemy dowiedzieć się m.in. gdzie dokonywane są zakupy, jaka jest średnia wartość koszyka i jakie kategorie produktów najczęściej wybierają konsumenci. Ich analiza przy wsparciu algorytmów AI ułatwia zarządzanie handlem w mieście i pozwala wspierać lokalny biznes. Samorządy mogą zobaczyć czarno na białym, jak radzą sobie poszczególne przestrzenie handlowe i mogą bardziej świadomie podejmować decyzje o tym jak je wspierać mówi Michał Dylewski, szef programów lojalnościowych w 2take.it

Koronawirus, zakupy i lojalność klientów

Programy lojalnościowe dedykowane miastom pomagają również zachęcać mieszkańców do wsparcia lokalnych punktów handlowych i usług. Jak wynika
z niedawnej analizy McKinsey, pandemia zachwiała lojalnością konsumentów. Ponad 60 proc. z nich od marca 2020 próbowało nowych zachowań zakupowych. Zwłaszcza teraz warto zatem zawalczyć o zjednanie sobie przychylności klientów.

Przeanalizowane dane z paragonów zarejestrowanych w programach lojalnościowych systemu Blovly, pochodzą z okresów 4.03.2020 – 2.04.2020 oraz 14.09.2020 – 13.10.2020, które można przyjąć za początek odpowiednio pierwszej i drugiej fali pandemii. Pierwszy analizowany okres rozpoczyna wykrycie pierwszego przypadku koronawirusa w Polsce. Drugi natomiast obejmuje znaczne jesienne wzrosty zachorowań (19 września po raz pierwszy odnotowano w Polsce ponad 1000 nowych przypadków koronawirusa).

[1] Raport pt. „Global State of the Consumer Tracker: https://www2.deloitte.com/us/en/insights/industry/retail-distribution/consumer-behavior-trends-state-of-the-consumer-tracker.html