Unia Europejska przed USA i Chinami. Walka z koronawirusem napędza poziom innowacyjności [DEPESZA]

Innowacyjność zwiększa konkurencyjność i wydajność. Chroni bezpieczeństwo narodowe i może pomóc w rozwiązywaniu problemów społecznych. To istotne, zwłaszcza w czasie pandemii. Nowe technologie pomogą opracować rozwiązania do skutecznej walki z COVID-19. Wyniki Unii Europejskiej w zakresie innowacji stale rosną, od 2012 roku wydajność innowacyjna wzrosła o niemal 9 proc. – UE przoduje w wychodzeniu z kryzysu związanego z koronawirusem – przekonuje Mariya Gabriel, komisarz ds. innowacji, badań, kultury, edukacji i młodzieży.

Najnowsza Europejska Tablica Innowacji wskazuje, że choć krajom UE nieco brakuje do wyników Korei Południowej, Japonii czy Australii, to w wyścigu innowacyjności prześcigamy m.in. USA i Chiny. Średnio wydajność innowacyjna UE wzrosła od 2012 roku o 8,9 proc. Liderem innowacji w Europie jest Szwecja, przed Finlandią, Danią i Holandią.

– Tegoroczna tablica wyników pokazuje, że Unia Europejska już jest dobrym miejscem do rozwijania innowacyjności, ale musimy jeszcze bardziej zintensyfikować wysiłki w całej UE, aby znaleźć globalne rozwiązania w celu opanowania koronawirusa i jednocześnie pomóc Europie w wyjściu z kryzysu. Bardziej niż kiedykolwiek istotne znaczenie ma innowacyjność, ponieważ jest ona podstawą naszych wysiłków na rzecz pokonania pandemii koronawirusa – podkreśla Thierry Breton, komisarz ds. rynku wewnętrznego.

Pandemia koronawirusa wstrząsnęła gospodarką i systemami opieki społecznej. UE wykorzystuje jednak wszystkie dostępne narzędzia do zachowania jednolitego rynku i wspierania gospodarki europejskiej. Badania i innowacje są istotną częścią skoordynowanej reakcji Unii na kryzys. Za blisko 60 proc. wzrostu gospodarczego Europy w ciągu ostatnich dziesięcioleci odpowiadają właśnie innowacje. Badania i innowacje zwiększają konkurencyjność krajowych gospodarek oraz cyfrową i ekologiczną transformację społeczeństwa. Tym samym przyczyniają się do skutecznej walki z koronawirusem.

Widać to m.in. po wydatkach na badania nad szczepionką na SARS-CoV-2 czy lekami skutecznie pomagającymi w chorobie. Blisko 140 mln euro trafiło na opracowanie szczepionek, nowych metod leczenia i  testów diagnostycznych, 72 mln euro na leczenie i diagnostykę za pośrednictwem Inicjatywy Leków Innowacyjnych (IMI). Na wzmocnienie zdolności do produkcji i wdrażania rozwiązań oraz na lepsze zrozumienie pandemii przeznaczono ponad 120 mln euro. Z kolei 314 mln euro trafiło do MŚP i start-upów na innowacyjne rozwiązania, które mają na celu rozwiązanie pandemii SARS-CoV-2 poprzez program akceleracyjny Europejskiej Rady Innowacji.

– UE przoduje w wychodzeniu z kryzysu związanego z koronawirusem poprzez zwiększanie wsparcia dla wysiłków badawczych i łączenie różnych podmiotów działających w ekosystemach innowacji, zarówno z sektora publicznego, jak i prywatnego, które mogą przekształcić nowe idee w rzeczywistość i poprawić jakość życia obywateli – wskazuje Mariya Gabriel, komisarz ds. innowacji, badań, kultury, edukacji i młodzieży.

Powstał najszybszy komputer kwantowy na świecie. Pomoże rozwiązać skomplikowane problemy matematyczne oraz przyda się w finansach i medycynie [DEPESZA]

Koncern Honeywell ogłosił zakończenie prac nad komputerem kwantowym nowej generacji. Ich maszyna osiągnęła objętość kwantową równą 64, dwukrotnie prześcigając pod tym względem dotychczasowego lidera komputer kwantowy IBM Raleigh. Komercjalizacja urządzenia ma umożliwić przeprowadzenie procesów matematycznych, które przekraczają możliwości obliczeniowe komputerów krzemowych. Komputery kwantowe mogą znaleźć zastosowanie m.in. w branży finansowej, motoryzacyjnej czy medycznej.

– To, co sprawia, że ​​nasze komputery kwantowe są tak wydajne, to posiadanie kubitów najwyższej jakości, z najniższym poziomem błędów. Jest to połączenie wykorzystania identycznych, w pełni połączonych kubitów i precyzyjnej kontroli – podkreśla Tony Uttley, prezes Honeywell Quantum Solutions. – Gdy te kubity oddziałują ze sobą w obliczeniach, otrzymujemy kwantowe „supermoce”, wykładniczy wzrost liczby wartości, które można rozpatrywać jednocześnie.

Sercem komputera kwantowego od Honeywell jest kriogeniczna komora próżniowa schłodzona za pomocą ciekłego helu do 10 K – temperatury bliskiej zera absolutnego. Wewnątrz niej, 0,1 mm ponad pułapką jonową, lewitują pojedyncze atomy uwięzione w polu elektrycznym. Po przepuszczeniu przez nie wiązki laserowej naukowcy mogą wykonywać za ich pośrednictwem operacje kwantowe.

Przewaga komputera kwantowego nad konstrukcjami opartymi na półprzewodnikach z krzemu tkwi w sposobie przetwarzania danych. Klasyczne komputery przetwarzają bity zero-jedynkowo, a każdy z nich może przyjąć wyłącznie jeden konkretny stan. Maszyny kwantowe bazują na kubitach, mogących przyjmować superpozycję, w której znajdują się w dwóch stanach jednocześnie. Wykorzystanie kubitów pozwala przeprowadzać skomplikowane operacje matematyczne znacznie szybciej niż przy wykorzystaniu algorytmów zero-jedynkowych.

– Technologia kwantowa pozwoli uzyskać dokładną odpowiedź, a nie tylko się do niej zbliżyć – przekonuje Tony Uttley. – Można przyjrzeć się różnym interakcjom dokładnie w tym samym czasie, aby znaleźć optymalne rozwiązanie.

Potencjał tej technologii zaprezentowali w 2019 roku inżynierowie Google’a, generując za pośrednictwem 54-kubitowego procesora Sycamore przypadkowy ciąg cyfr i potwierdzając jego losowość. Operację, którą tradycyjne superkomputery wykonałyby w 10 tys. lat, komputer kwantowy od Google ukończył w 3 minuty i 20 sekund.

Szeroko zakrojone prace nad komercjalizacją komputerów kwantowych prowadzi także firma IBM. Amerykańska korporacja otworzyła w Nowym Jorku Centrum Obliczeń Kwantowych, ośrodek badawczo-rozwojowy umożliwiający zdalne korzystanie z mocy obliczeniowej komputerów kwantowych za pośrednictwem platformy IBM Q Experience w celach naukowych i komercyjnych.

– Wróciliśmy do korzeni. 60 lat temu komputery zajmowały cały pokój, a wszędzie widniały jedynie przewody. Z komputerami kwantowymi dziś jest podobnie – mówi prezes Honeywell Quantum Solutions.

Komputery kwantowe mogą posłużyć do prowadzenia zaawansowanych symulacji medycznych np. w celu opracowania nowego leku. W branży motoryzacyjnej mogą posłużyć do optymalizacji ruchu drogowego, a branża finansowa za pomocą kwantowych algorytmów może skutecznie chronić swoje rozwiązania. Technologia kwantowa może się przydać wszędzie tam, gdzie poszukuje się nowych rozwiązań, materiałów czy modeli matematycznych i fizycznych.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku obliczeń kwantowych w 2019 roku wyniosła 93 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 283 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 25 proc.

Bezrobocie rośnie wolno. Ale może przyspieszyć

Dane GUS dotyczące bezrobocia w maju 2020 r. potwierdzają wcześniejsze szacunki resortu rodziny, pracy i polityki społecznej. Stopa bezrobocia wyniosła 6%, a liczba bezrobotnych zarejestrowanych w powiatowych urzędach pracy 1011,7 tys. Oznacza to niewielki wzrost bezrobocia od początku pandemii COVID -19.

Warto pamiętać, że wchodziliśmy w okres zamrożenia gospodarki z rekordowo niskim bezrobociem (w lutym 2020 r. było to 5,5%), również w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Obecną, stosunkowo dobrą sytuację na rynku pracy, zawdzięczamy bardzo ostrożnym ruchom kadrowym ze strony pracodawców, którzy czekając na zmianę sytuacji, raczej korzystają z dostępnych form wspierania utrzymania pracowników niż dokonują radykalnych zwolnień

Epidemia koronawirusa nie zmieniła jednej z najbardziej charakterystycznych cech rynku pracy, czyli zróżnicowania regionalnego. Najtrudniejsza sytuacja jest w województwie warmińsko – mazurskim, gdzie stopa bezrobocia wynosi 10,4% i w obszarze województwa mazowieckiego bez wliczania Warszawy (9,7%). Na przeciwnym biegunie są województwa wielkopolskie i śląskie ze stopą bezrobocia na poziomie – odpowiednio – 3,6% i 4,5% . W samym regionie warszawskim stołecznym zarejestrowane osoby bez pracy stanowią 2,4%.

Na poziomie powiatów stopa bezrobocia jest zdecydowanie bardziej zróżnicowana i waha się od 1,4% czy 1,5% w – odpowiednio – Katowicach i Poznaniu do aż 23,9% w powiecie szydłowieckim na Mazowszu. Warto zauważyć, że województwo mazowieckie jest obszarem o największym zróżnicowaniu sytuacji na powiatowych rynkach pracy – pomiędzy stolicą a powiatem szydłowieckim od lat jest kolosalna różnica, która mimo licznych programów aktywizacji nie ulega zmniejszeniu, co świadczy o tym, że problemy mają charakter strukturalny.

Prezentowane dane dotyczą maja, kiedy zakończył się okres zamrożenia gospodarki. Kolejne miesiące będą testem, na ile obecne na rynku firmy będą mogły wrócić do poziomu aktywności sprzed koronawirusa, a tym samym utrzymać wszystkich dotychczasowych pracowników. Instrumenty przewidziane w kolejnych ustawach antykryzysowych mają ograniczony, trzymiesięczny czas obowiązywania. Okres po zakończeniu wsparcia ze strony rządowej będzie prawdziwym testem na faktyczne zapotrzebowanie na pracowników na rynku pracy.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Odmrażanie gospodarki znacznie obniżyło straty PKB

Dwie organizacje reprezentujące interesy przedsiębiorców – Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) i Konfederacja Lewiatan – stworzyły licznik strat polskiej gospodarki podczas epidemii COVID-19. Licznik uwzględnia przede wszystkim ograniczenia aktywności gospodarczej, wynikające z obostrzeń wprowadzonych w poprzednich miesiącach. Pokazuje, że zamrożenie części gospodarki miało bardzo duże konsekwencje dla polskiego PKB. W szczytowym momencie epidemii straty przyrastały bowiem w tempie 2,1 miliarda złotych dziennie. Teraz, gdy powoli wracamy do normalności, na liczniku możemy zobaczyć, jak aktywowanie kolejnych gałęzi gospodarki wpływa na gospodarkę.

– Licznik aktualizujemy w oparciu o luzowanie obostrzeń, by pokazać efekt tych zmian. Nasza najnowsza aktualizacja, dotycząca stanu obowiązującego po 15 czerwca pokazuje, że poziom narastania strat obniżył się do 600 milionów złotych dziennie – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Oznacza to, że polska gospodarka została odmrożona w mniej więcej 71% w stosunku do szczytowego stanu najintensywniejszych obostrzeń przeciwepidemicznych. Kolejnym krokiem, który potencjalnie może w dalszym stopniu ograniczyć narastanie tych strat, jest powrót do pracy osób korzystających z zasiłku opiekuńczego – czyli opiekującymi się dziećmi od czasu zamknięcia instytucji edukacyjnych. Ta zmiana zbiegnie się jednak z początkiem wakacji, ponieważ zasiłek obowiązywał do 21 czerwca. Efekt w ujęciu gospodarczym będzie więc trudniejszy do uchwycenia – lecz mamy nadzieję, że zobaczymy go w naszych obliczeniach – zapowiada Kozłowski.

2.4 mln m kw. wolnych biur. Najnowsze dane z rynku biurowego

Aktualne dane REDD wskazują, że obecnie na polskim rynku dostępnych jest 4376 modułów biurowych o łącznej powierzchni 2.4 mln m kw. Od początku kwietnia rynek zasiliło ponad 700 modułów o powierzchni ponad 180 tys. m kw., które nie zostały zaabsorbowane przez nowe umowy najmu.

Spośród ponad 25 rynków regionalnych monitorowanych przez REDD, największe zasoby wolnej powierzchni biurowej występują w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Katowicach, Poznaniu, Gdańsku i Łodzi.REDD3 (1)

Na tych siedmiu rynkach wolna powierzchnia w oddanych i budowanych budynkach A- i B-klasowych to ponad 1.92 mln m kw., co stanowi 80 proc. wszystkich dostępnych biur w Polsce. W pozostałych miastach wolne powierzchnie wynoszą poniżej 15 tys. m kw. w każdym mieście.REDD2 (1)

Z perspektywy danych napływających z rynku, o aktualnej kondycji biur eksperci REDD mówią w kontekście dwóch obserwacji.  – Po pierwsze to rosnące zasoby dostępnej powierzchni. Do połowy marca dostępne powierzchnie spadały – to oznacza, że podpisywano więcej umów niż zwalniano biur. Sytuacja zmieniła się z początkiem drugiego kwartału. Obecnie co tydzień zwalnia się ok. 30 biur. Pustostany rosną jednak powoli, choć na razie nie widać oznak odwrócenia tej tendencji – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

– Druga obserwacja dotyczy powierzchni użytkowej wolnych modułów biurowych, które pojawiają się na rynku. Od początku kwietnia średnia wielkość dostępnego biura „skurczyła się” o prawie 25 proc. z 540 m kw. do 415 m kw. Oznacza to, że na rynek trafiają coraz mniejsze puste biura – w naszej opinii zwalniane przez mniejsze i średnie firmy – dodaje Judyta Bartnicka, Big Data Analyst REDD.REDD1 (2)

Dzięki interwencji Rzecznika MŚP w Tarczy Antykryzysowej 4.0 znalazły się korzystne rozwiązania dla przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne

Uchwalona w dniu 4 czerwca 2020 r. ustawa o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o zmianie niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 382) przewidywała m.in. ograniczenie wysokości wypłacanych pracownikom w związku z rozwiązaniem umowy o pracę odpraw, odszkodowań lub innych świadczeń przez pracodawcę, u którego wystąpił spadek obrotów gospodarczych lub istotny wzrost obciążenia wynagrodzeń – do kwoty wynoszącej dziesięciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Powyższe rozwiązanie rozciągnięto na wypowiedzenie albo rozwiązanie umowy agencyjnej, umowy zlecenia (lub innej umowy o świadczenie usług, do której stosuje się przepisy dotyczące zlecenia), umowy o dzieło albo w związku z ustaniem odpłatnego pełnienia funkcji.

W związku z niepokojącymi sygnałami otrzymanymi od przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne, Rzecznik MŚP pismem z dnia 2 czerwca 2020 r.  zwrócił się do Marszałek Sejmu Elżbiety Witek o dokonanie stosownych korekt w projektowanym nowym art. 15gd ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (Dz. U. z 2020 r. poz. 374, ze zm., dalej: „Specustawa”) poprzez nierozciąganie na nich problematycznej regulacji. Rzecznik MŚP wskazał, że obecnie polski rynek składa się w przeważającej większości z agentów będących mikroprzedsiębiorcami, podczas gdy dającymi zlecenie są najczęściej duże, międzynarodowe przedsiębiorstwa. Ponadto, pismem z dnia 8 czerwca 2020 r. Rzecznik MŚP zwrócił się w tej sprawie do Wiceprezes Rady Ministrów, Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz z prośbą o wsparcie tego postulatu.

Powyższy apel spotkał się z pozytywnym odzewem. Na posiedzeniu w dniu 19 czerwca 2020 r. Sejm przyjął poprawkę Senatu zakładającą wykreślenie z art. 15gd ust. 2 Specustawy odwołania do odpowiedniego stosowania tej regulacji do umowy agencyjnej. Ustawa została podpisana przez Prezydenta w dniu 23 czerwca 2020 r.

Inwestycja w mieszkanie na wynajem. Warto czy nie warto?

Rynek najmu w czasie koronawirusa wyraźnie zwolnił. Tymczasem, zakup mieszkania pod wynajem to bardzo popularna forma inwestowania oszczędności Polaków. W dłuższej perspektywie jest to bezpieczna lokata kapitału, zwłaszcza gdy zakup realizowany jest za gotówkę, w okazyjnej cenie. Jednak gdy takie przedsięwzięcie ma charakter inwestycyjny i odbywa się z udziałem finansowania kredytem hipotecznym, pojawia się pytanie o poziom stopy zwrotu z takiej inwestycji oraz poziom ryzyka inwestycyjnego. Eksperci BIK i Otodom zbadali, jakie ryzyko towarzyszy lewarowaniu inwestycji mieszkaniowej kredytem bankowym, zwłaszcza w okresie trwającej pandemii, gdy maleje popyt na wynajem, a czynsze z najmu z miesiąca na miesiąc spadają.

Rozważając zaciągnięcie kredytu na zakup nieruchomości pod wynajem należy zawsze przeanalizować ryzyko związane z taką inwestycją. Jednym z kluczowych ryzyk jest spadek dochodów z czynszu. Wartość czynszu jest determinowana popytem na wynajem i podażą nieruchomości pod wynajem. Zarówno popyt, jak i podaż, mają w tym przypadku charakter lokalny. I to lokalny rynek (relacja popytu i podaży) wyznacza wartość czynszu, jaki możemy uzyskać, a tym samym stopę zwrotu z inwestycji oraz poziom ryzyka jej towarzyszący.

Koronawirus zaraził rynek najmu w Polsce

W ostatnich miesiącach popyt na wynajem długoterminowy znacząco zmalał w wyniku braku studentów (studia on-line), odpływu pracowników z zagranicy (wyjazd z Polski) oraz praktycznie wstrzymania wyjazdów biznesowych (przejście na pracę zdalną).
Fakt spadku popytu na rynku wynajmu w wyniku pandemii potwierdza Jarosław Krawczyk, ekspert z portalu Otodom.

– Zachwiane zostały proporcje popytu i podaży. Z jednej strony do swoich domów wrócili studenci i pracownicy zagraniczni, zwalniając dotychczas zajmowane mieszkania. Nie ma też turystów, którzy korzystali z najmu krótkoterminowego, z lokali wynajmowanych na doby, powszechnych dziś na rynku. Mniejszy popyt zderzył się z większym wyborem dostępnych mieszkań na wynajem, co skutkuje obniżeniem oczekiwań właścicieli odnośnie kwoty za wynajem. Wolą oni wynająć mieszkania taniej niż utrzymywać puste lokale, które przecież wciąż generują koszty utrzymania, a jeśli zostały kupione na kredyt – wymagają spłacania kolejnych rat.

otodom_ceny_najmu

– Wahania cen najmu mieszkań zdarzały się regularnie. Od dawna jednak nie było miesiąca, w którym we wszystkich miastach obserwowaliśmy spadki. W kwietniu ceny najmniej spadły w Katowicach (o 1,6%), a najbardziej w Warszawie – aż o 7,2% – podsumowuje Jarosław Krawczyk z portalu Otodom.

Argumenty przemawiające na korzyść właścicieli nieruchomości oraz potwierdzenie słuszności decyzji o długoterminowej inwestycji w mieszkania na wynajem, wskazuje główny analityk BIK, prof. Waldemar Rogowski, który ocenia obecną sytuację również pod kątem dostępności kredytów:

– Wymagania banków w zakresie udzielania nowych kredytów, czyli wyższy wkład własny, spadek akceptowalnego wskaźnika LtV, wzrost akceptowalnego poziomu scoringowego określającego wiarygodność kredytową, spadek akceptowalnego wskaźnika DtI, przekładają się na mniejszą dostępność kredytu, szczególnie wśród osób młodych. Osoby te przy braku możliwości uzyskania kredytu bankowego zdecydują się na wynajmowanie nieruchomości.

Ile osób dotyka dziś zmiana cen najmu i jaka jest skala inwestycji w nieruchomości, można oceniać na podstawie analiz, jakie przygotowują analitycy BIK w oparciu o największą w kraju bazę informacji na temat kredytów, zaciąganych przez ponad 15 milionów dorosłych Polaków.

Krajobraz kredytów hipotecznych w Polsce

Na 31 maja 2020 r. 2,545 mln czynnych kredytów mieszkaniowych posiadało 4,041 mln Polaków. Łączna kwota zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych wynosiła 477,585 mld zł. W strukturze kredytobiorców wyróżnić można takich, którzy mają więcej niż 2 kredyty mieszkaniowe do spłaty:

  • więcej niż dwa ma 54 486 osób (1,3% ogółu kredytobiorców) w tym:
  • trzy kredyty posiada 44 918 osób;
  • cztery kredyty ma 7 045 osób;
  • pięć i więcej kredytów jest u 2 523 osób.

Z osób posiadających więcej niż dwa kredyty mieszkaniowe większość – 82% to osoby z trzema kredytami mieszkaniowymi. Osoby z trzema i więcej kredytami posiadają 102 577 kredytów, co stanowi 4% wszystkich kredytów mieszkaniowych. 77 048 kredytów to kredyty osób posiadających trzy czynne kredyty mieszkaniowe.

BIK przyjął, że osoby posiadające więcej niż dwa kredyty mieszkaniowe, finansują nieruchomości w celach inwestycyjnych. W takim przypadku osoby te, jako inwestorzy, czerpią korzyści ekonomiczne z wynajmu zarówno krótkoterminowego, jak i długoterminowego. Lewarowanie transakcji zakupu nieruchomości w celach inwestycyjnych (pod wynajem) nie jest jeszcze popularne. Kwota kredytów mieszkaniowych do spłaty przez osoby z trzema i więcej kredytami mieszkaniowymi na 31 maja 2020 r. wynosi 22,24 mld zł i stanowi 4,66% łącznego zadłużenia z tytułu wszystkich kredytów mieszkaniowych. Z tego 15,9 mld (71,5%) to zadłużenie osób z trzema kredytami.

bik_struktura_mieszkaniowi2020Około 13% kredytobiorców posiadających więcej niż dwa kredyty to mieszkańcy Warszawy. Ich udział w kwocie do spłaty wynosi aż 21,7%, co wiąże się z koniecznością zaciągnięcia wyższego kredytu z uwagi na najwyższe ceny nieruchomości w Warszawie. Zatem tu szczególnie zwrot z inwestycji przekłada się na wysokość pobieranego czynszu, który w okresie pandemii spadł najbardziej. Drugim miastem, gdzie znaczną rolę odgrywają wynajmy na cele biznesowe i studenckie, jest Wrocław, a następnie Kraków, w którym duże znaczenie ma wynajem krótkoterminowy, wyhamowany ze względu na ograniczenie ruchu turystycznego.

Jednocześnie trzeba nadmienić, że nie zawsze inwestycja jest realizowana w miejscu zamieszkania kredytobiorcy. Dlatego część inwestorów z dużych miast kupuje nieruchomości inwestycyjne w kurortach górskich lub nadmorskich, często w formule kondohoteli, aparthoteli. Ten rodzaj inwestycji opiera się na korzyściach pozyskiwanych z najmu sezonowego przez operatora nieruchomości, a znaczna część czynszu z najmu trafia do kieszeni inwestorów. Koszt m2 jest zatem istotnie wyższy od kosztu metra kupowanego indywidualnie od dewelopera.

W obecnej sytuacji zwrot z takiej inwestycji jest bliski zeru zwłaszcza, że zmienia się podejście Polaków do doboru miejsc noclegowych. Zamiast dużych hoteli, rezerwują wypoczynek w domkach położonych z dala od skupisk ludzkich.

Czy warto inwestować w mieszkania?

Podczas inwestowania własnych oszczędności czy tzw. nadwyżek finansowych, należy zwrócić uwagę na wiele czynników dla powodzenia takiego przedsięwzięcia. Z ostrożnością należy traktować inwestycje w instrumenty kapitałowe czy lokowanie środków na giełdzie, która w obliczu kryzysu pandemicznego raczej czeka na moment odrabiania strat. Choć pieniądze w bankach zawsze są bezpieczne, to sytuacja spadku dochodów z lokat bankowych do symbolicznych wartości skłania do poszukiwania innych form lokowania swoich środków. Już obserwuje się nieznaczny odpływ depozytów z banków i poszukiwanie przez Polaków innych bezpieczniejszych form inwestowania. Wybór, oprócz optymalnej dywersyfikacji lokowania swoich środków, powinna determinować decyzja, na jaki okres chcemy inwestować. Alternatywą może być rynek nieruchomości, jednak w przypadku częściowego finansowania kredytem, wiąże się to z określonymi regulacjami, „barierami wejścia” lub w przypadku zakupu za gotówkę zamrożeniem kapitału na dłuższy okres.

– Należy pamiętać, że w przypadku inwestycji pod wynajem, ryzyko dotyczy zarówno finansowania aktywa kredytem, któremu towarzyszy środowisko zmian wysokości stóp procentowych, a także ryzyko walutowe w przypadku kredytów walutowych, jak i braku uzyskiwania korzyści z wynajmu, w obecnej sytuacji spadku popytu i cen najmu, a w związku z tym zagrożonych dochodów na spłatę zaciągniętego kredytu, którym finansowany był zakup inwestycji – tłumaczy główny analityk BIK.

Najgorszym rozwiązaniem są działania pochopne, obserwowane zwłaszcza w początkowej fazie pandemii. Dotyczyły one gwałtownego wypłacania z banków swoich oszczędności życia, przenoszenia ich na ROR lub co gorsza, trzymania ich w domu, w gotówce. To zjawisko rodzące ekonomiczny problem, związany z udzielaniem finansowania w przyszłości, a z perspektywy gospodarstwa domowego – niezrozumiałe zwłaszcza, że przysłowiowe trzymanie gotówki „w skarpecie”, może narazić je na kradzież.

W podsumowaniu

Sytuacja ekonomiczna związana z epidemią koronawirusa zmieniła podejście Polaków do planowania swoich wydatków. Wyraźnie zmalał konsumpcjonizm, spadł jednak także popyt na kredyty. Klienci z pewnością zastanawiają się nad alternatywnymi sposobami pomnażania kapitału, choć nadal swoje oszczędności trzymają na lokatach, w bankach.

Jak wskazują miesięczne dane sektora bankowego, opublikowane przez Komisję Nadzoru Finansowego, według stanu na 30 kwietnia 2020 r., poziom oszczędności Polaków zwiększa się szybciej niż poziom zadłużenia, depozyty gospodarstw domowych na koniec kwietnia 2020 r. wynosiły 959 mld zł.

Raportu Narodowego Banku Polskiego o stabilności systemu finansowego z czerwca 2020 r., wydania specjalnego poświęconego skutkom pandemii COVID-19 wynika, że zwiększony popyt na gotówkę oraz przewidywane ograniczenie dochodów sugerują, że „obserwowane dotychczas wysokie tempo wzrostu depozytów gospodarstw domowych może ulec osłabieniu”.

Pytanie, czy obecnie jest dobry czas na poszukiwanie okazji inwestycyjnych? Czy w wyniku pandemii Polacy zasięgną opinii doświadczonych w przedmiocie inwestowania i skuszą się po pandemii na inne formy pomnażania kapitału. A może po prostu zredefiniują cele, na które gromadzą oszczędności?

Na ten moment, z badań przeprowadzonych przez Związek Banków Polskich wynika, że aż 57% badanych wskazuje jako ważne odkładanie pieniędzy na tzw. czarną godzinę, rzadko mamy sprecyzowane cele, a  najrzadziej wskazywanym celem oszczędzania jest zakup mieszkania – deklaruje go jedynie 8% Polaków. 

Czego nauczyła nas pandemia koronawirusa, czyli pozytywne skutki pandemii dla biznesu

Pandemia koronawirusa wpłynęła niemal na każdą dziedzinę naszego życia. Wiele firm już wie, że efekty biznesowe będą odczuwalne jeszcze przez długi czas. Jednak poza trudnymi konsekwencjami, można dostrzec także pozytywne skutki kryzysu. Potrzeba dopasowania się do panującej sytuacji sprawiła, że otworzyliśmy się na innowacyjne rozwiązania i z kreatywnością podchodziliśmy do nowych wyzwań. Eksperci wskazują, że z pandemii możemy wynieść doświadczenia, które pozytywnie wpłyną między innymi na sposób prowadzenia firm i tryb pracy.

„Jedyną pewną rzeczą w życiu jest zmiana” – niemal każdy z nas natknął się kiedyś na ten cytat. Dlaczego więc tak boimy się zmian? Nawet te nieprzewidziane czy niepożądane zmiany mogą mieć pozytywne skutki. Pandemia koronawirusa jest doskonałym przykładem na to, że ludzie potrafią dostosować się nawet do ekstremalnych sytuacji.

Co zmieni się na rynku pracy? 

Większość firm podczas pandemii przeszła na pracę zdalną. Wielu pracodawców, pomimo początkowej niechęci do tej formy współpracy, zdecydowało się na stałe wprowadzić możliwość pozostania na tzw. home office dla części zespołu. Okazało się, że jest to skuteczne rozwiązanie. To także znaczna oszczędność czasu dla pracowników, którzy dotychczas tracili nawet kilka godzin na dojazdy i przygotowanie do pracy. Zyskany czas mogą oni teraz poświęcić bliskim, rozwojowi, pasji czy edukacji.

Pandemia pokazała pracodawcom, że można funkcjonować w 100% zdalnie i możliwe jest przejście na taki tryb praktycznie z dnia na dzień. Udało się to nawet z pozoru skostniałym instytucjom. – mówi Natalia Bogdan, prezes agencji pracy Jobhouse. Dodaje: COVID znacznie przyspieszył rozwój e-commerce i powiązanych z nim sektorów – nowych technologii, marketingu online i logistyki, zmieniając mocno zwyczaje zakupowe Polaków. Także sytuacja na rynku pracy pozwoliła zweryfikować, czy deklarowane przez pracodawców wartości były prawdziwe, czy tylko pozorne. Pracownicy z kolei, dzięki obecnej sytuacji, bardziej doceniają swoją pracę i myślę, że będą bardziej lojalni wobec pracodawców, niż miało to miejsce podczas tzw. rynku pracownika. Koronawirus zacieśnił także nasze relacje, przestawił priorytety, pozwolił zrozumieć, co w życiu jest naprawdę ważne i docenić zwykłą codzienność – spacer w lesie, spotkanie z przyjaciółmi czy zakupy
w tradycyjnym sklepie.

Koniec rynku pracownika, wbrew obawom pracowników, może okazać się pozytywną zmianą, dzięki której rynek pracy unormuje się.

Nowe spojrzenie przedsiębiorców

Właściciele biznesów, niezależnie od branży, musieli dopasować swoje działania do wyjątkowo trudnej sytuacji. Ci z nich, którzy podeszli do zmian z otwartością, zdołali nie tylko przetrwać najtrudniejszy okres, ale także wprowadzić do firmy innowacje, które pozytywnie wpłyną na jej działalność również w przyszłości.

Wielu przedsiębiorców podjęło działania, na które do tej pory brakowało czasu lub motywacji. Wprowadzili zmiany w kanałach komunikacji, dostosowali produkty, szukali nowych grup odbiorców, czy skupili się na atmosferze, z jaką kojarzona jest firma. To również czas na przemyślenia, w jakim kierunku firma powinna się rozwijać i jak najlepiej spełniać oczekiwania klientów. – mówi Agnieszka Gniotek, właścicielka Galerii Xanadu. Dodaje: W Xanadu pandemia przyniosła zmiany, które planowane były od dawna, jednak brakowało impulsu do ich wdrożenia. Przede wszystkim zaczęliśmy spotykać się wirtualnie z klientami: kolekcjonerami i miłośnikami sztuki. Rynek sztuki od kilku już lat przeprowadza licytacje zdalne przy użyciu platform, pozwalających na uczestnictwo w aukcjach w czasie rzeczywistym bez wychodzenia z domu. Podczas kwarantanny zaczęliśmy organizować także spotkania na platformie zoom i w ich ramach prezentować wnętrze galerii na wirtualnych modelach. To świetne narzędzie, które z pewnością pozostanie z nami na stałe. Pozwala nam na ciągły i bliski kontakt z klientami, którzy rozsiani są po całym świecie.

Nawet sytuację kryzysową można wykorzystać więc do rozwoju biznesu, a chwilowe zawieszenie w działalności potraktować jako okazję do reorganizacji, planowania czy edukacji. Doświadczenia przedsiębiorców pokazują, że nie warto się poddawać i biernie oczekiwać na zmianę sytuacji.

Automatyzacja i Internet – nowi przyjaciele przedsiębiorców

Branża eventowa najbardziej odczuła skutki pandemii, jej przedstawiciele musieli szukać nowych, innowacyjnych rozwiązań. Ci, którym się to udało przetrwali najtrudniejszy czas.

Jako organizatorzy jednych z największych targów kosmetyków naturalnych w Polsce, z dużymi obawami obserwowaliśmy rozwój sytuacji na świecie. Kiedy jednak oczywiste było, że targi stacjonarne nie odbędą się, nie poddaliśmy się i szukaliśmy nowych rozwiązań. Tak wpadliśmy na pomysł organizacji targów online za pomocą Instagrama. Efekt? Dwie do tej pory zorganizowane internetowe edycje okazały się prawdziwym sukcesem – nasze Instastories wyświetlono łącznie ponad 2 miliony razy, a podczas 1. edycji wystawcy zanotowali 30% wzrost sprzedaży. – mówi Zuzanna Mierzejewska, właścicielka marki i organizatorka targów Ekocuda. Dodaje: Nasz przykład doskonale pokazuje, że warto szukać nowych rozwiązań.

Bartosz Paprocki, menedżer ds. rozwoju biznesu w Twenty4seven, firmie, która dostarcza systemy dla czołowych firm na rynku telewizyjnym i produkcyjnym przyznaje, że kryzys wywołany koronawirusem wymusił na branży zmiany, które w krajach zachodnich już dawno zostały wprowadzone.

Pandemia zweryfikowała realne potrzeby sprzętu koniecznego do realizacji wydarzeń czy innych produkcji, a także zasobów ludzkich niezbędnych do obsługi takich działań. W sposób konkretny wpłynęła na optymalizację procesów i znaczny rozwój automatyzacji. Kiedy na zachodzie od dawna się to działo, w Polsce wciąż te zmiany przebiegały w sposób bardzo wolny i stopniowy. – mówi Bartosz Paprocki, menedżer ds. rozwoju biznesu w firmie Twenty4seven. Dodaje: Ten kryzys skłonił do refleksji wiele firm, wskazał zarówno pola do poprawy w obszarze oferty, jak i wewnętrznych procesów, które wymagały udoskonalenia i poukładania.

Skutki pandemii – czy zostaną z nami na zawsze?

Jak pokazują powyższe przykłady, firmy potrafią być elastyczne i dostosowywać się do kryzysowych sytuacji. Eksperci przewidują, że wiele zmian, takich jak wspomniana wcześniej praca zdalna, przeniesienie części działalności do przestrzeni online, czy automatyzacja procesów, zostanie z nami na zawsze. Dzięki zdobytym podczas pandemii doświadczeniom i umiejętnościom dopasowania działań do nowych, niespodziewanych wyzwań, firmy będą odporniejsze również na ewentualne kryzysy w przyszłości.

Zwolnienia, brak wypłat, opóźnione wynagrodzenia – najbardziej pracowite pół roku w historii Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom

W swojej kilkuletniej historii Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom nie miało jeszcze tak wiele zgłoszeń dotyczących nieprawidłowości w przypadku rozwiązywania umów, wypłacania wynagrodzeń czy ogólnych relacji między pracodawcom, a pracownikiem jak w pierwszym półroczu roku 2020. Powodem jest oczywiście pandemia koronawirusa, która właściwie w kilka tygodni zmieniła prężnie rozwijający się i pełen przywilejów rynek pracownika, w dość bezwzględny i niepewny przyszłości rynek pracodawcy.  – W ostatnich miesiącach odebraliśmy około 200 telefonów i  maili od pracowników, którzy czują się poszkodowani przez swoich szefów, kierowników i menadżerów. Najwięcej spraw dotyczy zwolnień z pracy, które według zwolnionych są nieuzasadnione. Mnóstwo spraw dotyczy także braku wypłaty wynagrodzenia lub wypłacania pensji w nieregularnych transzach. W marcu i w kwietniu najwięcej problemów generowała turystyka i gastronomia. W czerwcu więcej zgłoszeń dotyczyło takich branż jak przemysł czy transport – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

  • Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom w pierwszym półroczu 2020 roku odebrało ponad 200 zgłoszeń od pracowników, którzy czują się poszkodowani. Znaczna większość to efekty pandemii koronawirusa
  • Najczęstsze zgłoszenia dotyczą: niewypłaconych wynagrodzeń, opóźnień w wypłacaniu wynagrodzeń czy zwolnień, które nie mają uzasadnienia merytorycznego (w tym dyscyplinarnych)
  • Najbardziej poszkodowane branże to turystyka, gastronomia, hotelarstwo, transport czy przemysł
  • Bezrobocie rośnie, ale nie tak dynamicznie jak można byłoby się spodziewać. Eksperci: działają jeszcze tarcze i rozpędzony jest rynek pracy sezonowej

Najpierw kryzys w gastronomii i turystyce. Teraz więcej zgłoszeń od pracowników innych branż. Nie ma dnia by Stowarzyszenie nie działało

Pandemia koronawirusa spowodowała kryzys gospodarczy jakiego jeszcze kilka miesięcy temu Europa by się nie spodziewała. Obecnie obserwujemy powolne „odmrażanie” gospodarki, ale mówienie, że kryzys minął byłoby niestety naiwnością. – Nasze Stowarzyszenie działa aktywnie od kilku lat, ale przyznaje szczerze, że w ostatnich dwóch latach zajmowaliśmy się pojedynczymi sprawami dotyczącymi np. mobbingu czy konfliktów personalnych. Kiedy nastał lockdown i wiadomo już było, że gospodarka szybko nie wróci do stanu sprzed koronawiriusa to właściwie z dnia na dzień nasza skrzynka facebookowa została zalana wiadomościami. Problemy zaczęły się już w marcu kiedy zgłaszały się do nas osoby pracujące w restauracjach i w hotelach, które nie otrzymywały wynagrodzenia na czas – mówi Małgorzata Marczulewska. – Myślę, że mogę powiedzieć, że zgłoszenia liczymy w setkach. Te z pierwszego etapu pandemii dotyczyły najczęściej właśnie pracowników, których zakłady pracy zostały zamknięte. Mowa o restauracjach, barach, hotelach, biurach podróży. Dzwonili do nas ludzie, którzy nie dostali wypłaty lub dostali tylko część. Zdarzały się historie, że np. szef zamknął firmę i przestał odbierać telefon. Każdą sprawą staraliśmy się zająć profesjonalnie. Wiele zostało skierowanych do naszych prawników – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Czy to już koniec problemów? – Nie powiedziałabym. Widać pewną zmianę w zgłoszeniach, bo na przykład w czerwcu telefonów od pracowników hoteli czy restauracji było mniej. To kwestia tego, że sezon się zaczął i wiele firm stara się jakoś funkcjonować. Martwić może sytuacja transportu. Mamy wiele zgłoszeń od pracowników firm transportowych, którzy nie otrzymali pieniędzy. Pojawił się ostatnio także temat jednej z dużych firm przemysłu metalowego. Zgłosiła się do nas grupa pracowników, którym powiedziano, że dostaną pieniądze jak klient przeleje pieniądze za wykonanie kontaktu, który właśnie jest realizowany. Pracownicy byli zmartwieni, bo to oznacza kilka miesięcy bez wpłaty, a już mieli dwumiesięczne zaległości – mówi Małgorzata Marczulewska.

Nadchodzi spokój? „Nie zaryzykowałabym takiego stwierdzenia”

Oficjalne statystyki dotyczące bezrobocia opublikowane zostały kilka dni temu. Wynika z nich, że 3% Polaków aktywnych zawodowo straciło pracę, niecałe 5% podjęło decyzję o zamknięciu firmy, a 20% straciło część etatu lub część wynagrodzenia. W województwie zachodniopomorskim bezrobocie w maju 2020 było najwyższe od roku 2014. Wskaźnik ten przekroczył 7,7%, rok wcześniej było to 7,1%. Porównując statystyki rok do roku – pracę w regionie straciło ponad 7,2 tysiąca osób.

– Analiza statystyk może nie dawać pełnego obrazu sytuacji. Żyjemy w czasach, gdy aktywny zawodowo człowiek nie zawsze idzie się zarejestrować do Urzędu Pracy, a częściej decyduje się na szybkie poszukanie innej pracy. Chyba, że rzeczywiście czuje się pokrzywdzony aktem zwolnienia. Wtedy rozpoczyna batalię sądową i często czas rozstrzygnięcia spędza mówiąc kolokwialnie „na zasiłku” – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Kiedy więc możemy spodziewać się uspokojenia sytuacji na rynku pracy? – Koronawirus nie minął, więc nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że przechodzimy w czas uspokojenia i odbudowywania. Przedsiębiorcy i pracodawcy wciąż żyją w bardzo dużej, często wręcz chorobliwej niepewności. Myślę, że kolejna fala zgłoszeń od zwolnionych pracowników lub osób z którymi pracodawcy się nie rozliczyli czeka nas, gdy swoją moc stracą Tarcze Antykryzysowe. Ofiarami nieuczciwych pracodawców mogą być także pracownicy sezonowi – mówi Prezes Marczulewska. – Tempo naszego działania jest bardzo duże i zmiany dookoła również. Odbieramy mniej wiadomości od pracowników zwalnianych dyscyplinarnie, ale więcej od tych, którym odmówiono urlopu na czas lub zaproponowano im nowe umowy z mocno obniżonym wynagrodzeniem. Mamy nad czym pracować – dodaje Prezes Stowarzyszenia Stop Nieuczciwym Pracodawcom.

Złe jest dobre, jeśli idą za tym pieniądze

Nowy rekordowy szczyt indeksu Nasdaq wyraźnie pokazuje, jak bardzo inwestorzy obawiają się drugiej fali zachorowań na koronawirusa. Niekończące się tnie finansowanie z banków centralnych, otwartość rządów na ekspansję fiskalną oraz niechęć władz do przywracania lockdownu są skutecznym lekarstwem na wszelkie obawy.

Publikowane wczoraj indeksy PMI też działają na wyobraźnię, nawet jeśli ich odbiór jest zniekształcony. Silny skok wskaźników, w niektórych przypadkach powyżej 50 pkt. (próg oddzielający ekspansję od kruczenia się sektora) nie oznacza od razu V-kształtnego odbicia PKB. PMI są indeksami dyfuzji, czyli poziom 50 oznacza tylko tyle, że ankietowani netto oceniają sytuacją w danym miesiącu na równi z tą z poprzedniego miesiąca. Pozostawanie wskaźnika pod 50, nawet jeśli z miesiąca na miesiąc skoczył o 10-15 pkt., dalej sygnalizuje, że większość przedsiębiorców ocenia swoją sytuację za gorszą niż miesiąc wcześniej. Po silnym załamaniu aktywności gospodarczej w okresie marzec-maj odbicie PMI w kierunku 50 jest jedynie oznaką, że biznes uklepuje dołek koniunkturalny. Za poprawę wskaźników głównie odpowiadają nadzieje na lepszą przyszłość i poprawę warunków prowadzenia działalności w kolejnych miesiącach. Bieżący popyt pozostaje słaby, a zamówienia nie odbudowują się w zadowalającym tempie. Szkody w niektórych gałęziach mogą być nieodwracalne. By nie wybrzmiewać ponuro, należy też dodać, że nowa rzeczywistość tworzy warunki dla powstania nowych zawodów i modeli biznesowych, których przez jakiś czas „stare” wskaźniki nie będą ujmować. Ogólnie jednak nie ma co ekscytować się skokami PMI, gdyż zaraz gorzki smak przywrócą recesyjne odczyty PKB za II kw.

Jednak dla rynków finansowych całą ta dyskusja jest drugorzędna. Inwestorzy wiedzą, że jest źle, ale skupiają się na dyskoncie jak szybko będzie lepiej. I w tym aspekcie nadzieje nie umierają. Obfitość wolnego kapitału (od banków centralnych i rządów) zmusza do potęgowania ruchów i jeśli optymizm jest na głównym planie, rajdy ryzykownych aktywów będą się napędzać. Z drugiej strony jednak wrażliwość na najmniejsze oznaki zawahania jest większa. Ucieczka od ryzyka i poszukiwanie bezpiecznych przystani będzie następować szybko i w ostrych ruchach. Może nie być trwałe i równie szybkie do wymazania (jak pokazało wczorajsze zachowanie rynków przy zamieszaniu wokół umowy handlowej Pierwszej Fazy między USA i Chinami), ale zmienność to zmienność. Nie można o tym zapominać przy analizie każdej pozycji na rynku, gdzie obserwujemy obecnie mocniejsze wybicia. EUR/USD, GBP/USD, czy nawet złoto – wszędzie tutaj we wzrostach wyrażona jest słabość USD i lesze nastroje. Do czasu pierwszego, mocniejszego skoku awersji do ryzyka.

Pomimo promocji V-kształtnego odbicia koniunktury przez odczyty PMI, złoty nie potrafił skorzystać z wzrostu apetytu na ryzyko na rynkach globalnych. Coraz mocniej wyczuwalny jest efekt ubiegłotygodniowego wyrażenia zaniepokojenia siłą PLN przez Radę Polityki Pieniężnej. W ocenie całego koszyka walut Europy Środkowo-Wschodniej nie pomaga też wczorajsza zaskakująca obniżka stopy procentowej na Węgrzech. Gołębie ryzyka zniechęcają do inwestycji w waluty regionu. Dla złotego tworzy to środowisko, w którym ryzyka rozkładają się asymetrycznie: poprawa nastrojów da niewiele, ale skok awersji do ryzyka będzie współgrał z fundamentami. W najlepszym przypadku EUR/PLN znajdzie krótkoterminowy poziom równowagi przy 4,45, ale inwestorzy będą czyhać na pretekst do wyskoku w stronę 4,50.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Fundusz Dopłat do Oprocentowania – dla kogo i na jakich warunkach?

Szczegóły działania funduszu dopłat do oprocentowania przybliża Elżbieta Stelmach z BGK.

Prezydent podpisał już tzw. tarczę 4.0. Ustawa powołuje przy BGK Fundusz Dopłat do Oprocentowania. To kolejne rozwiązanie pomocowe dla firm dotkniętych skutkami pandemii koronawirusa. Na co mogą liczyć przedsiębiorcy i jakie warunki muszą spełniać, by ubiegać się o wsparcie? Na pytania o Fundusz Dopłat do Oprocentowania odpowiada Elżbieta Stelmach z BGK.

Na czym będzie polegać wsparcie z Funduszu Dopłat do Oprocentowania?

BGK będzie wypłacać dopłatę, która pokryje część odsetek należnych bankowi kredytującemu. Kredytów z dopłatami będą udzielać banki komercyjne i spółdzielcze, współpracujące z BGK. Dzięki wsparciu z Funduszu Dopłat do Oprocentowania przedsiębiorca będzie spłacać tylko część odsetek należnych bankowi kredytującemu, stanowiących różnicę pomiędzy odsetkami naliczonymi według oprocentowania określonego w umowie kredytowej i kwotą dopłaty pokrywaną ze środków Funduszu.

Kto może ubiegać się o wsparcie?

O kredyt z dopłatą do oprocentowania będą mogli wnioskować wszyscy przedsiębiorcy, niezależnie od branży, oraz podmioty prowadzące działalność w sektorze produkcji podstawowej produktów rolnych. Wysokość wsparcia będzie zależała od wielkości firmy. Sektor MŚP może liczyć na dopłatę do oprocentowania w wysokości 2 punktów procentowych. Dla dużych przedsiębiorstw będzie to kwota odpowiadająca 1 punktowi procentowemu.

Na jakich zasadach będą udzielane dopłaty do odsetek kredytów?

Kredytów z dopłatami będą udzielały banki komercyjne i spółdzielcze, które podpiszą umowę z BGK. Dopłaty będą udzielane do kredytów obrotowych, odnawialnych i nieodnawialnych. Jeden przedsiębiorca będzie mógł skorzystać z dopłat tylko raz – do jednego kredytu. BGK będzie dopłacał do oprocentowania kredytu przedsiębiorcy maksymalnie przez 12 miesięcy. Środki przeznaczone na dopłaty będą wypłacane na pokrycie części oprocentowania kredytu zarówno w tym, jak i w przyszłym roku. Przedsiębiorcy powinni jednak pamiętać, że decyzje o przyznaniu kredytu z dopłatami do oprocentowania będą wydawane do końca 2020 r.

Jakie warunki muszą spełniać przedsiębiorcy, aby ubiegać się o kredyt z dopłatą?

Aby przedsiębiorca mógł ubiegać się o kredyt z dopłatą, musi uwiarygodnić, że kryzys wpłynął lub niebawem wpłynie na kondycję finansową firmy. Bank kredytujący podejmuje decyzję o udzieleniu kredytu zgodnie z własnymi procedurami oraz z uwzględnieniem postanowień ustawy. Ponadto wysokość dopłaty do kredytu jest traktowana jako pomoc publiczna. Dlatego bank kredytujący weźmie pod uwagę kwotę dotychczasowej pomocy publicznej, z której skorzystał przedsiębiorca w związku z COVID-19. Jej suma, po wliczeniu wsparcia z rządowego Funduszu Dopłat do Oprocentowania, nie może przekroczyć limitu ustalonego przez Komisję Europejską. Dla większości firm jest to równowartość 800 tys. euro. Wyjątek stanowią przedsiębiorcy prowadzący działalność w sektorze produkcji podstawowej produktów rolnych (limit to 100 tys. euro) i firmy działające w sektorze rybołówstwa i akwakultury (limit 120 tys. euro).

Kiedy wsparcie będzie dostępne dla przedsiębiorców?

Ustawa przeszła cały proces legislacyjny, a więc jesteśmy już na ostatniej prostej do uruchomienia Funduszu Dopłat do Oprocentowania. BGK musi teraz zawrzeć umowy z bankami kredytującymi, które będą udzielać kredytów z dopłatami. Wtedy rozwiązanie będzie już dostępne dla firm. Listę banków, które będą udzielać kredytów z dopłatami, opublikujemy na stronie internetowej BGK.

Czy Fundusz Dopłat do Oprocentowania można łączyć z innymi programami pomocowymi BGK?

Kredyt z dopłatą nie wyklucza skorzystania z innych programów pomocowych, jakie oferuje BGK. Ważną informacją dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorców jest możliwość łączenia wsparcia z Funduszu Dopłat do Oprocentowania z gwarancjami de minimis. To bardzo korzystny sposób finansowania, szczególnie dla firm, które bez gwarancji spłaty kredytu z BGK w ogóle nie mogłyby starać się o finansowanie. Dla dużych firm też mamy dobrą informację. Ci przedsiębiorcy mogą łączyć dopłaty z gwarancjami z Funduszu Gwarancji Płynnościowych.

Co z firmami, które już spłacają kredyty obrotowe? Czy dla nich też jest przewidziane wsparcie z FDO?

O wsparcie z Funduszu Dopłat do Oprocentowania mogą ubiegać się także firmy, które już spłacają kredyt obrotowy. W tym przypadku przedsiębiorca powinien udać się do banku, w którym zaciągnął zobowiązanie i zapytać o możliwość uzyskania rządowego wsparcia w spłacie odsetek.  W takiej sytuacji konieczne będzie podpisanie aneksu do umowy kredytowej. Można je zawierać do 31 grudnia 2020 r.

Czy banki komercyjne będą udzielać kredytów na preferencyjnych warunkach?

Bank kredytujący podejmuje decyzję o udzieleniu kredytu zgodnie z własnymi procedurami oraz z uwzględnieniem postanowień ustawy. Jeśli chodzi o warunki udzielania kredytów z dopłatami ustawa wskazuje jedynie, że procentowanie kredytu nie może być wyższe niż średnie oprocentowanie pozostałych kredytów obrotowych udzielanych przez bank.

Ile pieniędzy trafi do przedsiębiorców za pośrednictwem Funduszu Dopłat do Oprocentowania?

Zgodnie z ustawą, limit wydatków na dopłaty do oprocentowania na 2020 rok to ok. 296 mln zł, a na 2021 r. – 271 mln zł z budżetu państwa.

Wpływ COVID-19 na branżę budowlano-nieruchomościową

Polskie firmy budowlano-nieruchomościowe zaskakująco dobrze radzą sobie w obliczu pandemii koronawirusa. Po niewielkich początkowych stratach sektor odnotowuje systematyczne wzrosty. Pojawia się jednak pytanie, jak rynek zareaguje na drastyczny spadek liczby udzielanych kredytów hipotecznych.

Sektor budowlano-nieruchomościowy w Polsce

Polski sektor budowlano-nieruchomościowy zareagował na pandemię nadzwyczaj łagodnie notując w połowie marca spadek w granicach 21-26%. Co więcej, indeksy wskazują na pozytywną tendencję w postaci wysokiego tempa odrabiania strat. Szczególnie dynamiczne wzrosty, bo aż o 16% w stosunku do początku roku, obserwujemy w sektorze budowlanym. Firmy nieruchomościowe odrabiają straty nieco wolniej, ale systematycznie.

– Pozytywne nastroje wobec firm budowlanych można tłumaczyć przede wszystkim wieloletnią perspektywą realizowanych projektów. – wyjaśnia Szymon Balcerzak, Szef Zespołu Doradztwa Transakcyjnego i Analiz w Kochański & Partners.

Wpływ COVID-19 na rynek mieszkaniowy

Powstaje jednak pytanie, jak firmy budowlano-nieruchomościowe zareagują na obserwowany obecnie dramatyczny spadek udzielanych kredytów hipotecznych. Restrykcje w polityce kredytowej banków oraz niechęć kredytobiorców do zaciągania zobowiązań finansowych mogą wpłynąć na poziom cen mieszkań w kolejnych miesiącach, a w efekcie na wyniki finansowe przedsiębiorstw. Utrzymujący się kryzys w sektorze bankowym pozwala jednak przypuszczać, że banki zdecydują się niebawem na uelastycznienie swojego podejścia.

Interesujący jest przyszły efekt zderzenia wieloletniego trendu wzrostowego na rynku cen nieruchomości z gwałtownym spadkiem liczby udzielanych kredytów hipotecznych zaobserwowanym w kwietniu. W długiej perspektywie rynek będzie się kształtował między innymi w oparciu o politykę kredytową banków. Utrzymanie przez nie silnych restrykcji może przyczynić się do pogorszenia wyników finansowych firm budowlano-nieruchomościowych wywołanych spadkiem popytu na nieruchomości – zauważa Adrian Grzegorzewski, analityk z kancelarii Kochański & Partners.

Kontekst międzynarodowy

Sytuacja polskiego sektora budowlano-nieruchomościowego przedstawia się stosunkowo dobrze, szczególnie w porównaniu do rynków zagranicznych. Wpływ COVID-19 szczególnie silnie odczuł rynek amerykański, na którym w marcu obserwowaliśmy spadki rzędu 36-39% w porównaniu z początkiem roku. Niepokojąco prezentuje się również dosyć wolne tempo odrabiania strat: do 1 czerwca indeksy wróciły do poziomu 13-15% poniżej wartości ze stycznia.

Mimo to nastroje na rynku amerykańskim pozwalają optymistycznie patrzeć na przyszłość branży. Na lokalnym rynku mieszkaniowym pojawia się coraz więcej ofert najmu, a ceny nieruchomości powoli wracają do poziomu sprzed wybuchu pandemii. Analitycy przewidują również stopniowy rozwój amerykańskiego sektora budowlanego do 2024 roku.

W ostatnim okresie obserwujemy też poprawę kondycji rynku budowlano-nieruchomościowego w Niemczech. W czerwcu indeks firm budowlanych był o 26% niższy niż na początku roku, natomiast indeks nieruchomości odnotował stratę wynoszącą zaledwie 4%. Wpłynęło to na umocnienie pozycji sektora, a w efekcie również wzrost cen nieruchomości.

Tendencje na światowych rynkach nieruchomościowo-budowlanych wróżą więc powolny powrót do normalności. Jak tłumaczy Paweł Cholewiński, Partner, Szef Praktyki Nieruchomości w kancelarii Kochański & Partners:

Problemy wynikające z Covid-19 najmocniej odczuły firmy budowlano-nieruchomościowe w gospodarkach nastawionych na eksport. Był to skutek zamknięcia granic przez większość państw świata. Długotrwały charakter umów zawieranych w tym sektorze pozwala jednak przypuszczać, że po zniesieniu restrykcji funkcjonowanie przedsiębiorstw wróci do normy a realizacja rozpoczętych projektów zostanie jedynie nieznacznie odsunięta w czasie.

Spadek bezrobocia w Polsce. Jak na razie kryzys omija polski rynek pracy

Dane na temat bezrobocia nie są tak dobre jak w zeszłym roku, ale wzrost liczby bezrobotnych zaskakuje analityków. Spodziewano się istotnych problemów, a taki wzrost nie jest niczym złym, szczególnie gdy spojrzymy na poziomy z poprzedniej kadencji Sejmu.

Dane zza oceanu

Wczorajszy odczyt indeksów PMI w USA nie był tak miłym zaskoczeniem jak w Europie. Dane okazały się jednak lepsze (choć niewiele) od oczekiwań. PMI dla przemysłu zatrzymało się na poziomie 49,6 pkt (tylko nieznacznie poniżej granicy 50 pkt oddzielającej symbolicznie rozwój od recesji). Lepiej niż prognozy wypadła również sprzedaż nowych domów. Po tych danych dolar odzyskał część tego, co stracił w pierwszej połowie dnia względem euro po dobrych danych z Europy.

Spadek bezrobocia w Polsce

Majowe dane pokazały, że stopa bezrobocia w Polsce ponownie spadła. Tym razem do 6%. Pamiętajmy, że na korzyść działa nie tylko odmrożenie gospodarki, ale i początek prac sezonowych w turystyce. Obawy przed koronawirusem powodują, że do Polski zapewne przyjedzie mniej niż w zeszłym roku turystów zza granicy. Jednak z tych samych powodów również Polacy nie wybiorą się tak licznie na wakacje zagraniczne i skorzystają z oferty krajowej.

Węgry obniżyły stopy procentowe

Niespodziewanie na Węgrzech bank centralny MNB obniżył stopy procentowe o 0,15%. Efektem tej decyzji było wczoraj osłabianie się forinta względem walut. Co ciekawe, nawet pomimo obniżki utrzymywana jest relatywnie wysoka (jak na sytuację gospodarczą kraju) stopa procentowa wynosząca 0,75%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Porozumienie między Millennium Leasing i ARP Leasing

W dniu 23 czerwca br. w siedzibie Agencji Rozwoju Przemysłu S.A. w Warszawie, podpisane zostało porozumienie pomiędzy Zarządami Spółek Millennium Leasing a ARP Leasing. W porozumieniu ustalono zasady i tryb współpracy dotyczące sprzedaży środków transportu, stanowiących przedmioty leasingu w Umowach Leasingu zawartych przez Millennium Leasing, w związku z podjęciem przez ARP Leasing decyzji o udzieleniu refinansowania leasingu realizowanego na podstawie tych umów w ramach Tarczy Antykryzysowej dla przedsiębiorców branży transportowej.

To bardzo dobra wiadomość dla polskich firm transportowych korzystających dotychczas z leasingu u naszego partnera biznesowego. Dzięki wspólnym ustaleniom w zakresie formy i trybu współpracy, przedsiębiorcy mogą liczyć na spójne podejście do możliwości uzyskania refinansowania aktualnych umów leasingowych w ramach oferowanego przez nas instrumentu wsparcia, w przypadku dokonania takiego wyboru. Porozumienie o współpracy w ramach działań Tarczy Antykryzysowej z Millennium Leasing jest pierwszym jakie materializujemy po kilkunastu dniach intensywnej i znakomitej współpracy zespołów roboczych naszych spółek. Myślę, że to wzorcowy przykład profesjonalizmu i zrozumienia  pomiędzy sektorem komercyjnym a państwowym, których wspólnym interesem jest zapewnienie optymalnego wsparcia dla przedsiębiorców w trudnej sytuacji spowodowanej pandemią COVID-19 – mówi Wojciech Miedziński, Prezes Zarządu ARP Leasing.

Porozumienie podpisane z ARP Leasing w ramach oferowanego przez ARP instrumentu wsparcia Tarczy Antykryzysowej określa operacyjne ramy dla skorzystania z tego instrumentu, który mieści się w całym pakiecie rozwiązań, wspierających płynność polskich przedsiębiorców. Cieszę się, że udało się do tego doprowadzić w tak krótkim czasie. Jednocześnie wierzę, że ten pierwszy krok jest dobrym prognostykiem na przyszłość, kiedy to oprócz wsparcia płynności, będziemy mogli uczestniczyć w kolejnych etapach wspierania polskiej gospodarki. Branża leasingowa od lat wspiera inwestycje polskich przedsiębiorców, a w znacznej mierze również sprzedaż realizowaną przez polskich producentów oraz dystrybutorów maszyn i urządzeń czy taboru kolejowego i drogowego – mówi Marcin Balicki, Prezes Zarządu Millennium Leasing.

Ponad jedna czwarta managerów w Polsce uważa, że w ciągu 3 lat więcej niż połowa pracowników firmy będzie wymagała przekwalifikowania

Wybuch pandemii koronawirusa SARS-CoV-2 zmusił firmy do natychmiastowej reorganizacji pracy, czyli przejścia na zdalny i wirtualny tryb, wdrożenia nowych metod działania oraz powierzenia pracownikom zadań o krytycznym znaczeniu. Z tegorocznej, 10. edycji badania firmy doradczej Deloitte „Human Capital Trends” wynika, że najważniejszym zadaniem, jakie stoi teraz przed organizacjami jest określenie, w jaki sposób utrzymać wprowadzone działania i zakorzenić je w DNA firmy. To będzie jednak wymagało zmian w kulturze organizacyjnej przedsiębiorstwa. Tymczasem globalnie jedynie 17 proc. respondentów jest w stanie w dużym stopniu przewidzieć, na jakie umiejętności będzie zapotrzebowanie. W Polsce uważa tak ponad jedna trzecia zapytanych.

W tegorocznej edycji badania „Human Capital Trends” wzięło udział niemal 9 tys. respondentów ze 119 krajów i różnych sektorów gospodarki. Na przestrzeni ponad 10 lat w ankiecie Deloitte wzięło udział blisko 55 tysięcy liderów biznesu, dzięki czemu jest to największe badanie zarządzania kapitałem ludzkim na świecie.

Wybuch pandemii przyspieszył przejście firmy odpowiedzialnej z koncepcji w namacalną rzeczywistość biznesową. – Pytaniem pozostaje, czy skutki, które niesie ze sobą COVID-19 na stałe zmienią rynek pracy. Nasz raport pokazuje, że organizacje doświadczyły przeprowadzonego w skrajnych warunkach testu swoich deklaracji i działań. W najbardziej dynamicznym otoczeniu biznesowym, z jakim wielu z nas miało do czynienia po raz pierwszy, zostały sprawdzone ich umiejętności m.in. integrowania ludzi z technologią. O ile czas kryzysu może prowadzić do heroicznych i nigdy wcześniej nie podejmowanych działań, to sukces odnalezienia się w nowej rzeczywistości zależy już od trwałości tych działań. Dobre intencje to za mało, konieczna jest znacząca zmiana – mówi John Guziak, partner, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Polsce.

Zadanie, jakie teraz stoi przed liderami, to sprawić, aby technologia (w którą inwestycje znacznie przyspieszyły w ostatnich miesiącach) i ludzie potrafili współistnieć. – Jestem pewien, że integracja maszyn i ludzi będzie źródłem trwałych korzyści i nie tylko zapewni pracownikom większe poczucie przynależności, ale też pozytywnie wpłynie na ich samopoczucie. Prawie połowa z naszych respondentów przyznała, że ich organizacje zaczynają szerzej patrzeć na cele swojej działalności i chcą uwzględniać potrzeby wszystkich interesariuszy, w tym lokalnych społeczności i całego społeczeństwa – mówi John Guziak. Z badania Deloitte wynika, że firmy odpowiedzialne powinny uwzględnić w swoim DNA trzy następujące elementy: cel (zakorzenianie misji i wartości wśród zespołów, poszczególnych pracowników oraz w samym środowisku pracy), potencjał (pobudzanie możliwości drzemiących w pracownikach, aby mogli wykazać się w nowych obszarach) oraz perspektywę (podejmowanie odważnych decyzji w czasie nieustających zmian). Wprowadzenie każdego z nich wymaga istotnych modyfikacji strategii i programów pracowniczych, ale też oferuje firmom przejrzysty kierunek działań, który umożliwi im odbudowę i powrót na ścieżkę rozwoju.

Bezpieczeństwo i dobre samopoczucie

W przeszłości organizacje były odpowiedzialne za bezpieczeństwo swoich pracowników. W najnowszej edycji badania prawie wszyscy respondenci (96 proc. globalnie i 97 proc. w Polsce) uważają, że obowiązkiem organizacji jest dbanie o dobre samopoczucie pracowników. W ocenie 71 proc. respondentów w Polsce i aż 80 proc globalnie tzw. well-being pracowników jest ważnym lub bardzo ważnym elementem warunkującym sukces firmy, przy czym tylko 10 proc. (globalnie 12 proc.) jest gotowych wdrożyć takie podejście. – We wszystkich kategoriach tegorocznego badania, największe rozbieżności zauważamy między postrzeganiem tej koncepcji jako ważnej a gotowością do wprowadzenia jej w życie. Może dlatego, że well-being to nie tylko, jak najczęściej rozumiemy to pojęcie, zdrowie fizyczne. Odnosi się również do świadomości celu, jaki przyświeca pracy i poczucia przynależnościIrena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.

Według 69 proc. respondentów (79 proc. globalnie) wspieranie poczucia przynależności jest istotne dla ich organizacji w perspektywie osiągnięcia sukcesu w kolejnych 12-18 miesiącach. Aż 95 proc. (globalnie 93 proc.) przyznało, że poczucie przynależności ma pozytywny wpływ na wyniki osiągane przez organizację. Co ciekawe jest to jeden z najwyższych wskaźników jednomyślności, jaki odnotowano w raporcie „Global Human Capital Trends” w jego dziesięcioletniej historii. Jednocześnie trzeba zauważyć, że jedynie 14 proc. (13 proc. globalnie) jest gotowe wdrożyć takie podejście.

Do celów firmy odpowiedzialnej eksperci Deloitte zaliczają także utrzymanie wielopokoleniowego zespołu. – W ciągu kolejnych trzech lat zatrą się różnice pokoleniowe dotyczące poglądów na równowagę między pracą a życiem prywatnym, oczekiwań w zakresie lojalności i stabilności zatrudnienia oraz rozwoju. Bardziej wyraźne z kolei staną się różnice w biegłości w posługiwaniu się nowymi technologiami, gotowości do zmiany pełnionej roli, oczekiwaniach dotyczących wpływu społecznego – dodaje Irena Pichola.

Ponad połowa respondentów tegorocznego badania w Polsce i na świecie przyznała, że bierze pod uwagę różnice pokoleniowe przy opracowywaniu i wdrażaniu programów pracowniczych. Jednak jedynie 10 proc. w Polsce, a jeszcze mniej na świecie (6 proc.) respondentów deklaruje, że ich kierownictwo dysponuje środkami umożliwiającymi efektywne zarządzanie wielopokoleniowymi zespołami pracowników. To nasuwa pytanie, czy strategie zarządzania talentami powinny być oparte o segmentację pracowników uwzględniającą grupy pokoleniowe.

Wspólna płaszczyzna

Wraz z szybkim wprowadzaniem do organizacji sztucznej inteligencji (AI) pracownicy stają w obliczu nowej rzeczywistości wymagającej od nich współpracy z maszynami, przy pełnym wykorzystaniu możliwości obydwu stron. Zgodnie z wynikami tegorocznego badania, zaledwie 15 proc. respondentów (12 proc. globalnie) uważa, że ich organizacje wykorzystują AI przede wszystkim, aby zastąpić pracowników, podczas gdy 72 proc. (58 proc. globalnie) uważa, że wykorzystuje AI z naciskiem na poprawę spójności i jakości pracy. – Podobnie jak w przypadku zeszłorocznego konceptu „superstanowisk”, tegoroczny model „superzespołów” jest połączeniem ludzi i maszyn, wykorzystującym wzajemnie uzupełniające się umiejętności do rozwiązywania problemów, pozyskiwania informacji i tworzenia wartości. To wszystko na nowo definiuje potencjał oraz tworzy nowe możliwości – mówi John Guziak.

Rozwój technologii wymaga nieustannego podnoszenia umiejętności technicznych pracowników. Decyzje kadry zarządzającej i inwestorów w zakresie ich przekwalifikowania są podejmowane z uwzględnieniem przyszłych potrzeb firmy. Tymczasem z ankiety Deloitte wynika, że tylko 13 proc. ankietowanych (17 proc. globalnie) wskazało, że ich organizacje dokonują znaczących inwestycji w zakresie przekwalifikowania pracowników w ramach wspierania swojej strategii AI. Ten wynik zaskakuje tym bardziej, że 53 proc. respondentów na świecie i ponad jedna czwarta z Polski uważa, że ponad połowa wszystkich pracowników firmy będzie wymagała przekwalifikowania w ciągu trzech najbliższych lat. Jednocześnie w tym okresie tylko 13 proc. (16 proc. globalnie) liderów biznesowych zamierza znacząco zwiększyć nakłady na inwestycje wspierające proces przekwalifikowania pracowników. – Jako że wiedza techniczna szybko się dezaktualizuje, organizacje powinny inwestować w rozwój umiejętności miękkich, które pracownicy będą mogli wykorzystać w dłuższej perspektywie, takich jak kreatywność, zdolność współpracy, krytycznego myślenia czy inteligencję emocjonalną – dodaje John Guziak.

Etyczne dylematy

63 proc. organizacji (56 proc. globalnie) w ciągu ostatnich 3 lat wprowadziło zmiany do swojej strategii wynagradzania, a kolejne 69 proc. z nich (64 proc. globalnie) zamierza to zrobić jeszcze raz. Aby przełamać, wydawać by się mogło, niekończący się cykl reform systemu wynagrodzeń, firmy potrzebują wskazówek do dalszego działania. – Ważne, by były one oparte nie tylko na danych i wskaźnikach porównawczych, ale również brały pod uwagę czynnik ludzki. Takie podejście umożliwi firmom podejmowanie odważnych decyzji, nie tylko na podstawie wyliczeń, ale też wniosków odzwierciedlających, jak organizacje cenią pracowników oraz jak pracownicy cenią organizacje – mówi Sylwia Dębińska, Dyrektor, Talent Leader, Deloitte. – Wybuch epidemii pokazał, że wynagrodzenie jest nie tyle odzwierciedleniem kultury organizacyjnej, co wskaźnikiem jej wartości rynkowej. Co więcej, pandemia przyczyniła się do zwrócenia większej uwagi na usługi podstawowe. Okazało się, że istnienie niektórych dotychczas mniej płatnych czy niżej waloryzowanych profesji jest wręcz niezbędne w czasach kryzysu.

Ponieważ wciąż zmieniają się strategie zarządzania talentami i rośnie niepewność co do przyszłości pracy, pracowników, jak i miejsc pracy, firmy potrzebują wiedzy na temat przyszłych trendów kształtujących podejście do kapitału ludzkiego. Organizacje, które zaczną zadawać zasadniczo nowe pytania, będą w stanie podejmować odważne decyzje dotyczące kluczowych obszarów ryzyka związanych z kapitałem ludzkim oraz możliwości w tym zakresie. Już teraz 95 proc. respondentów (97 proc. globalnie) zgłasza potrzebę posiadania dodatkowych informacji na temat kompetencji i oczekiwań swoich pracowników, a 40 proc. (53 proc. globalnie) uważa, że wśród liderów nastąpił wzrost zainteresowania takimi informacjami, na przykład dotyczącymi gotowości do spełnienia nowych wymagań. Jednak wciąż tylko 18 proc. (11 proc.) z nich pozyskuje te informacje w czasie rzeczywistym.

W ocenie zdecydowanej większości respondentów, bo aż 92 proc. w Polsce i 85 proc. na świecie, przyszłość pracy będzie wiązała się z dylematami etycznymi dotyczącymi ochrony poufności, kontroli danych pracowników oraz traktowania pracowników świadczących usługi w ramach alternatywnych form zatrudnienia. Jednocześnie 36 proc. ankietowanych w Polsce i o 9 pp. mniej na świecie zapewnia, że ich organizacje mają jasno określone zasady i osoby odpowiedzialne za zarządzanie problemami etycznymi związanymi z przyszłością pracy. Jak zauważają eksperci firmy doradczej pomimo szybkiego rozwoju tego segmentu wiele organizacji wciąż nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia alternatywnych form zatrudnienia. Niemniej te wszystkie czynniki sprawią, że działy HR przejdą poważną metamorfozę. Tak też uważa ponad połowa respondentów w Polsce i na świecie. – Już w ciągu kilku ubiegłych miesięcy zakres działań i możliwości zespołu HR zostały szczególnie docenione. Rola działu HR była nieodzowna w różnych obszarach. Otwarte jednak pozostaje pytanie o to, czy i w jaki sposób zespoły te będą poszerzały zakres swoich kluczowych działań i obszarów wpływu. Czy będą w stanie przejąć wiodącą rolę w procesie dostosowywania się do zmieniających się wymagań organizacyjnych i biznesowych. Aby to osiągnąć działy HR powinny zwiększać swoje kompetencje zawodowe, rozwinąć styl pracy oparty na zwinności i pracy zespołowej, poprawiać efektywność poprzez automatyzację oraz zwiększanie roli liderów HR – dodaje Sylwia Dębińska. Badanie wykazuje, że 17 proc. respondentów (26 proc. globalnie) nie ma pewności, co do zdolności działu HR do wprowadzenia oczekiwanych zmian.

Tematy kapitału ludzkiego przestają być jedynie w centrum zainteresowań działów HR i w interesie całej organizacji leży, aby znalazły się na agendzie ich zarządów. Przyszłość rynku pracy i pracownika wymaga zaangażowania całej organizacji – podsumowuje John Guziak.

Omnichannel w obliczu pandemii – z ewolucji w rewolucję

Firma Colliers International przeprowadziła ankiety wśród przedstawicieli polskich oraz zagranicznych sieci i marek działających na polskim rynku handlu detalicznego. Wśród firm objętych ankietą najliczniejszą grupę stanowili reprezentanci sektorów: gastronomii, zdrowia i urody, mody i elektroniki, na co dzień funkcjonujących w centrach i parkach handlowych, jak również w lokalizacjach przy ulicach handlowych. Badanie miało na celu poznanie opinii przedstawicieli sieci i marek handlowych na temat przewidywań i planów dotyczących inwestycji w poszerzenie kanałów sprzedaży i komunikacji z klientem w najbliższych przyszłości. Wyniki ankiet opublikowano w raporcie „Omnichanel – z ewolucji w rewolucję”.

Zmiany przyśpieszyły

Na pytanie dotyczące poziomu digitalizacji firmy, kanałów sprzedaży i komunikacji z klientem, niemal połowa, bo 49% ankietowanych, oceniła dotychczasowy jej poziom jako wysoki, zaś 33% jako przeciętny. Potwierdza to dotychczasowe obserwacje, że na polskim rynku handlowym proces ewolucyjnej transformacji w kierunku sprzedaży wielokanałowej rozpoczął się już kilka lat przed pandemią COVID-19. Przyczyniły się do tego rozwój technologii, jak również zmiany potrzeb i zachowań konsumenckich. Obecny kryzys stał się zaś impulsem, który znacznie przyspieszył ten proces.

– Od kilku lat e-commerce rósł w siłę, notując olbrzymie wzrosty. Jednak obecna sytuacja sprawiła, że dynamika rozwoju przyspieszyła gwałtownie. Ci, którzy zastanawiali się, jaki procent biznesu powinna zajmować sprzedaż on-line, znaleźli obecnie odpowiedź – jak największą – mówi Jadwiga Żurek, dyrektor sprzedaży w Arvato Supply Chain Solutions Polska.

Do końca 2019 roku, czyli jeszcze przed wybuchem pandemii, jako główne kanały komunikacji z klientem ankietowani wskazywali stronę www oraz Facebook. Głównym narzędziem sprzedaży on-line u 43% badanych był własny sklep internetowy, zaś najpopularniejszą formą dostaw towarów zakupionych on-line wg ankietowanych były usługi kurierskie lub paczkomaty. W ubiegłym roku tylko 8% sklepów w Polsce nie prowadziło żadnej formy sprzedaży on-line. Okres pandemii przyczynia się do przyspieszenia wprowadzanych zmian, wykorzystania nowych kanałów sprzedaży, komunikacji z klientami czy dostaw towarów.

Sprzedaż wielokanałowa przyszłością handlu

Pandemia nie jest powodem zmian, ale ma wpływ na dynamikę ewolucji handlu w kierunku sprzedaży wielokanałowej, znacząco ją przyspieszając. Od początku roku do końca kwietnia liczba sklepów internetowych w Polsce zwiększyła się o 1,7 tys. i osiągnęła poziom 40 tys. Na samej platformie Allegro sprzedaż rozpoczęło 15 tys. nowych firm, a Facebook uruchomił nową opcję Facebook Shops.

Według 32% badanych udział sprzedaży internetowej w pierwszych miesiącach pandemii wzrósł o ponad 100%. Warto wziąć jednak pod uwagę, że nie były to nominalnie duże poziomy sprzedaży, ponieważ udział e-commerce w handlu detalicznym w Polsce wynosi obecnie jedynie około 10%. Z pewnością jednak trend sprzedaży on-line będzie w przyszłości wzrostowy. Eksperci prognozują, że dla wielu firm osiągnie w perspektywie kilku lat poziom ok. 20 -25% całości sprzedaży.

Okres pandemii sprawił, że strategia digitalizacji stała się fundamentem utrzymania rozwoju i stabilności biznesowej. Na pytanie o zwiększenie inwestycji w digitalizację z powodu sytuacji związanej z pandemią, 69% ankietowanych odpowiedziało twierdząco. W odpowiedzi na społeczną izolację, sieci handlowe wprowadziły wiele ciekawych i niekonwencjonalnych rozwiązań sprzedaży i dostaw. Z zebranych odpowiedzi wynika jednak, że upłynęło zbyt mało czasu, aby podać konkretne rozwiązania w zakresie nowych technologii, które zostaną wprowadzone na stałe.

– Trudno obecnie o konkretne scenariusze wzrostu zakupów on-line, jednak pewne jest, jakie czynniki będą odgrywać kluczową rolę w kształtowaniu zachowań zakupowych – to wygoda i jakość doświadczeń klientów oraz poziom obsługi. Okres pandemii i zwiększona w jego trakcie aktywność zakupów on-line tyko wyostrzyła znaczenie jakości obsługi i doświadczeń, także dla kanału e-commerce. Bez inwestycji w bardziej sprawne systemy nawigacji, czytelne layouty, trafniejsze wyszukiwarki, dobre zdjęcia, pełne opisy produktów, klienci nie utrzymają się na stałe w określonych sklepach on-line – mówi Marta Machus-Burek, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Handlowych w Colliers International.

Nowy format sklepów

W opinii ankietowanych teorie o końcu handlu w formule tradycyjnej są znacznie przesadzone, spodziewają się natomiast zmiany strategii co do liczby punktów stacjonarnych, wyboru lokalizacji oraz formatu. Dla rynku polskiego eksperci Colliers przewidują trend stopniowego wzrostu zainteresowania i popularności lokalizacji handlowych i usługowych położonych blisko miejsc zamieszkania i dzielnicowych punktów komunikacyjnych, z naturalnym ruchem pieszych. Dynamiczny rozwój parków handlowych, jaki obserwowaliśmy w ostatnich latach, wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów i sieci handlowych, oceniających tego typu obiekty jako bezpieczne. Sektor gastronomiczny natomiast zwrócił swoją uwagę na projekty typu mixed-use – 23% respondentów w tej grupie ankietowanych przygląda się lokalizacjom w projektach wielofunkcyjnych w największych aglomeracjach.

Creepy Jar: Sprzedaż Green Hell przekroczyła 1 000 000 kopii

Liczba sprzedanych kopii gry Green Hell przekroczyła 1 000 000 sztuk brutto, z czego 70 000 sztuk znalazło nabywców od dnia wprowadzenia trybu story mode w kooperacji.  Gra od ponad tygodnia ponownie znajduje się w czołówce najbardziej popularnych tytułów w serwisie Steam. Na tzw. wishliście znajduje się obecnie 884 tysięcy graczy. Do 9 lipca chętni mogą nabyć Green Hell z 20 proc. upustem w ramach letniej promocji „Summer Sale”.

Od premiery trybu kooperacyjnego liczba graczy, którzy kupili Green Hell powiększyła się o ponad 600 000 użytkowników. – Osiągnęliśmy pułap miliona sprzedanych kopii gry. To dla nas olbrzymie osiągnięcie. Co więcej, większość sprzedanych w minionych tygodniach kopii było w pełnej cenie, ponieważ już przed wejściem tryby story mode dla co-op, osiągnęliśmy pułap ponad 920 000. Teraz znowu rośnie zainteresowanie grą ze względu na letnią promocję- komentuje Krzysztof Kwiatek, prezes Creepy Jar.

W najbliższym czasie spółka planuje dalsze prace nad grą, które obejmą wprowadzenie dwóch małych aktualizacji (New Stands oraz achievements) oraz jedną dużą (PVE mode).

Tytuł od debiutu w Steam Early Access jest stale rozwijany o nowe treści, które niezmiennie cieszą się dużą aprobatą grającej społeczności. Z blisko 17 000 recenzji, 86% jest bardzo pozytywnych. Spółka planuje wydać grę na konsole Sony i Microsoft oraz Nintendo Switch a także na gogle VR, które rosną na znaczeniu dzięki głośnej premierze najnowszej produkcji od Valve.

Motywacja ON, rotacja OFF. Do jakich biur będzie wracać branża technologiczna i kreatywna?

Jak wynika z ostatnich badań serwisu GumTree.pl, ponad dwie trzecie Polaków pracujących w ostatnich miesiącach zdalnie, przekracza standardowe godziny pracy, a ponad 30% uważa, że nie jest w stanie skupić się przy swoich zadaniach tak, jak robi to w biurze1. Zastanówmy się więc, jak po powrocie z home office’ów powinno wyglądać środowisko pracy dla branży IT czy szeroko pojętego sektora kreatywnego – firm szczególnie bazujących na motywacji swoich pracowników.

Sektor IT od zawsze uznaje się za siłę napędową innowacji. Ale każdy postęp ma swoją cenę. To nie przypadek, że specjaliści z tej branży są szczególnie narażeni na wypalenie zawodowe. Jak wynika z badań Fundacji Slowlajf, do problemu przyznaje się w Polsce aż 40% pracowników korporacji2. Fakt, że w dobie koronawirusa i „domowych” biur pracujemy dłużej (czyli niekoniecznie efektywnie), z pewnością w tej kwestii nie pomaga.

Dodatkowo, stagnację z pewnością potęgować może siedzący tryb życia. Naukowcy z Uniwersytetu Technicznego w Dortmundzie biją na alarm: blisko dwie trzecie pracowników, których uczelnia objęła badaniami, skarżyło się na dolegliwości mięśniowo-szkieletowe, najprawdopodobniej spowodowane wielogodzinną pracą przed komputerem. Ponad połowa wskazała zaś problemy natury psychologicznej, których podłożem również może być życie zawodowe3.

Środowisko pracy dla firm z branży IT i kreatywnej powinno więc stymulować zarówno umysł, jak i ciało. – W przestrzenie biurowe, jakie tworzymy dla naszych najemców, często wplatamy elementy zachęcające do ruchu. Użytkownicy budynku Teal Office mogą na przykład przyjechać do pracy rowerem – swój jednoślad zostawią pod zamykaną wiatą, a dzięki szatniom z prysznicami odświeżą się przed wejściem do biura. Do pokonania schodów samemu, zamiast czekać na windę, motywuje ich zaś wymalowana na klatce schodowej bieżnia – wymienia Monika Hryniewicz, Head of Leasing w firmie OPG Property Professionals zarządzającej projektami na rynku nieruchomości. – Analogiczną możliwość otrzymają najemcy przyszłego budynku Fern Office. Wraz z jego budową ruszy także realizacja parkingu wielopoziomowego, na dachu którego umieścimy instalacje sportowo-rekreacyjne – dodaje.

Po sąsiedzku z budynkiem Teal znajduje się elastyczna przestrzeń Co\Walk HUB. Do spaceru w jej kierunku skłania jednak nie tylko bliska odległość. – Coworking to dla wielu osób sposób na zerwanie z monotonią pracy w domu. Szczególnie, że nad projektami możemy popracować na sportowej bieżni, a stres i natłok negatywnych emocji rozładujemy na worku bokserskim. Dodatkowym atutem jest społeczność ludzi, którzy mówią w tym samym języku: języku technologii – dodaje Paulina Ostrowska, Operations Manager przestrzeni.

Kameralnie znaczy lepiej

A wspólny język zazwyczaj znajduje się łatwiej w kameralnej atmosferze. Wiedzą to mniejsze firmy, zaczynają dostrzegać korporacje. Wydaje się, że pandemia koronawirusa może ten trend jedynie wzmocnić i przyspieszyć – jak podkreślił w jednym z wywiadów Jes Staley, CEO Barclays, brytyjskiego giganta z obszaru usług finansowych, pomysł umieszczania w jednym biurowcu siedmiu tysięcy ludzi, należy już raczej przenieść do lamusa4.
Wygląda więc na to, że dla firmy z branży technologicznej czy kreatywnej lepszym wyborem będzie dobrze zlokalizowany, butikowy projekt, niż duże centrum biznesowe – i to nie tylko ze względów sanitarnych. – Identyfikacja pracownika z miejscem może być jednym z kluczowych czynników, dzięki którym uda się go przyciągnąć, zmotywować i zatrzymać w firmie. Dlatego w „nowej” rzeczywistości firmy większą uwagę będą zwracać na biura posiadające klimat, a także oferujące „coś więcej” w najbliższym otoczeniu – podkreśla Monika Hryniewicz.

W tę charakterystykę z pewnością wpisuje się przestrzeń OFF Piotrkowska Center – łódzkie zagłębie barów, restauracji, pracowni projektantów, designerów i architektów oraz kreatywnych firm z branży TECH. – Najemcy naszych biur doceniają to miejsce, ponieważ tu zawsze coś się dzieje, zarówno w, jak i po godzinach pracy. Atmosfera starych, pofabrycznych murów, znajdujące się na wyciągnięcie ręki lokale gastronomiczne oraz świetny dojazd komunikacją miejską lub samochodem to elementy, które składają się na unikatowe work/life balance. A to aspekt, wobec którego firmy z branży technologicznej i kreatywnej nigdy nie przechodzą obojętnie – podsumowuje specjalistka OPG Property Professionals.

1 https://biznes.interia.pl/praca/news-nadgodziny-skutkiem-ubocznym-pracy-zdalnej,nId,4515572
2 https://bulldogjob.pl/news/52-wypalenie-zawodowe-w-it-jak-sobie-z-tym-radzic
3 https://cordis.europa.eu/article/id/32602-study-finds-it-experts-particularly-prone-to-work-stress/pl
4 https://www.reuters.com/article/us-barclays-results-offices/barclays-ceo-says-putting-7000-people-in-a-building-may-be-thing-of-the-past-idUSKCN22B0ZE

Hazard zły, ale gdy płaci podatki, jest dobry

Określone rodzaje działalności gospodarczej, a dokładnie przedmioty tej działalności, są uznawane przez poszczególne państwa za szkodliwe dla społeczeństwa i zakazywane. Przy czym słowo „zakazywane” nie jest w tym kontekście najwłaściwsze. Bardziej pasuje „ograniczane”, bowiem władze mimo całej troski o zdrowie i bezpieczeństwo swoich obywateli „wspaniałomyślnie” dopuszczają prowadzenie takich działalności. Pod jednym warunkiem – że będą miały swoje udziały w zyskach.

Papierosy powodują liczne choroby i – tak jak alkohol – szkodzą. Ministerstwo Zdrowia ostrzega swoich obywateli przed tragicznymi skutkami stosowania obu używek. Władze wprost nazywają je śmiercionośnymi, ale sprzedaży ich nie zakazują. Stale monitorują, bacznie się przyglądają i pod takim opiekuńczym nadzorem dopuszczają do obrotu za niewielką opłatą – akcyzą. Rządy państw, nazywające się demokratycznymi i szanującymi regułę swobody gospodarczej, w niezbyt wyrafinowany sposób po prostu dokonują częściowej nacjonalizacji określonych branż działalności gospodarczej, rezerwując dla siebie pozycję rynkowego monopolisty. Takie opłaty noszą jeszcze inne nazwy np. koncesja.

Pomysł na biznes, który wypalił

W 2002 r. telewizja ESPN zamontowała kamerę bezpośrednio nad stołem, tak by miliony widzów mogły zobaczyć z bliska rozgrywkę pokerowych graczy. Do 2006 r. 8 773 pokerzystów wzięło udział w turnieju głównym World Series of Poker, a firma PokerStars była gospodarzem 38 milionów turniejów online. Zbudował ją Isai Scheinberg, Kanadyjczyk izraelskiego pochodzenia, który dorastał na Litwie. Tytuł magistra matematyki zdobył na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym, a po wyjeździe do Izraela pracował w IBM. Utalentowany programista komputerowy odegrał kluczową rolę w rozwoju i przyjęciu uniwersalnego obecnie standardu obliczeń Unicode, który umożliwia komputerom na całym świecie przetwarzanie różnych języków. Podobnie jak wielu inteligentnych, posiadających umysł ścisły ludzi swojego pokolenia, Scheinberg lubił też grać w pokera.

W 2000 r. założył firmę PYR Software w Toronto, aby rozwijać oprogramowanie dla firm pokerowych online. Nie mógł jednak pozyskać nikogo z rodzącej się branży do licencjonowania swojego oprogramowania. W 2001 r. wraz ze swoim synem Markiem podjął decyzję o założeniu własnej firmy PokerStars. Podobnie jak wielu konkurentów z branży hazardu online, działalność uruchomili na Kostaryce.

Oprogramowanie opracowane przez Scheinberga było wyjątkowe, ponieważ zostało zaprojektowane do gry turniejowej. PokerStars oferował również tradycyjne stoły do gry w pokera online, pobierając prowizję za ich obsługę. Ale to właśnie turnieje sprawiły, że PokerStars stał się hitem wśród graczy. Za niewielką kwotę – często za mniej niż 25 dolarów – gracze mogli dołączyć do turnieju i zyskać szansę na wygranie fortuny, bez obawy o poniesienie dużych strat. PokerStars stał się drugą co do wielkości firmą w branży, ustępując miejsca tylko gibraltarskiej PartyGaming.

Władzom się to „nie spodobało”

Jednak amerykański Departament Sprawiedliwości nie zgodził się na działalność zagranicznych firm pokerowych online w USA. Oficjalnie przyjął stanowisko, że narusza ona ustawę Wire Act z 1961 r. PokerStars i PartyGaming nadal jednak obsługiwały gry w Stanach Zjednoczonych. Firmy argumentowały swoją działalność tym, że Wire Act zawiera tylko odniesienie do zakładów na wydarzenie sportowe lub konkursy. Nie ma więc zastosowania do pokera. W 2005 r. PokerStars przeniósł swoją siedzibę na Wyspę Man. Jednocześnie uzyskał opinie od czołowych amerykańskich kancelarii prawnych popierających to stanowisko. W 2006 r. po publikacji „Forbes’a” o miliarderze Calvinie Ayre, który również dorobił się fortuny dzięki organizacji pokera online z firmy na Kostaryce, amerykański Kongres uchwalił ustawę o egzekwowaniu przepisów dotyczących nielegalnego hazardu internetowego.

PokerStars – biznes, który cieszył miliony i przynosił miliardy

Scheinberg prowadził prywatną firmę, która oferowała tylko pokera. Prawo amerykańskie w rzeczywistości nie czyniło hazardu online nielegalnym. Skupiało się raczej na nieuprawnionych metodach regulowania płatności za hazard. Po wycofaniu się z rynku firmy PartyGaming w obawie przed restrykcjami nowej ustawy, amerykański rynek przejął PokerStars, stając się tym samym największą firmą pokerową online na świecie. Do 2010 r. PokerStars generował około 500 milionów dolarów rocznego zysku z 1,4 miliarda dolarów przychodu. Administracja państwowa ścigała błędne zakodowanie opłat za karty kredytowe w celu ukrycia transakcji hazardowych. PokerStars zawsze twierdził, że nigdy nie angażował się w takie błędne kodowanie.

Black Friday dla branży, czyli jak wyrzucić biznes za drzwi

W kwietniu 2011 r. prokuratorzy federalni z Manhattanu oskarżyli 11 biznesmenów związanych z branżą pokera online o łamanie amerykańskiego prawa. Wśród nich był Isai Scheinberg, którego rząd oskarżył o nielegalną działalność hazardową oraz o spiskowanie w celu popełnienia oszustw bankowych i prania pieniędzy. Jego syn nigdy nie został oskarżony. Agenci federalni, przejmując firmowe strony internetowe PokerStars, Full Tilt i Absolute Poker, jednego dnia pozbawili miliony graczy dostępu do zdeponowanych tam przez siebie środków. Scheinberg rozdzielił fundusze graczy PokerStar operacyjnie i szybko zwrócił im zdeponowane 150 milionów dolarów. Firma nie przyznała się do żadnego z zarzucanych jej naruszeń, ale w ramach ugody Scheinberg zgodził się nie zajmować już kierowniczego stanowiska w PokerStars.

W ciągu kolejnych kilku lat wszyscy oskarżeni poza Scheinbergiem w sprawie pokera online w Stanach Zjednoczonych uznani zostali za winnych. Postawiono im różne zarzuty, od niewielkich wykroczeń po oskarżenie o spisek w zakresie oszustw bankowych. Przy czym najdłuższe wyroki więzienia, w tym jeden trzyletni, zapadł w sprawie przetwarzania płatności.

Z otwartymi ramionami

Isai Scheinberg zbudował firmę z najwyższej światowej półki. Nawet po wyrzuceniu z USA zarabiała ona 400 milionów dolarów rocznie na 1,1 miliarda dolarów przychodu. PokerStars miał 89 milionów zarejestrowanych użytkowników, z czego około 5 milionów było aktywnych miesięcznie. Z Markiem Scheinbergiem jako oficjalnym dyrektorem generalnym PokerStars kontynuował swoją działalność z Wyspy Man, ograniczając się do graczy spoza USA. Regulatorzy prawa z New Jersey pozazdrościli obowiązujących w stanach Delaware i Nevada rozwiązań prawnych, przyciągających przedstawicieli lukratywnych biznesów, i zalegalizowali pokera online w 2013 r., jednocześnie namawiając PokerStars do kontynuowania działalności w swoim stanie. W sierpniu 2014 r. Scheinbergowie sprzedali PokerStars firmie Amaya Gaming, wspieranej przez Blackstone, za 4,9 miliarda dolarów.

Prowadzący dochodowy biznes przedsiębiorca to zły przedsiębiorca! No, chyba że podzieli się z państwem

W Polsce dekadę temu również kazano wynosić się organizatorom gier online. Chodziło dokładnie o zagranicznych bukmacherów. Wówczas stracił na tym przede wszystkim sport. Wskutek wprowadzenia 1 stycznia 2010 r. zakazu reklamy firm hazardowych rozliczających się za granicą grube miliony zamiast do polskich klubów popłynęły w całości do zagranicznych, takich jak Real Madryt czy AC Milan. Reklamować można było, ale tylko bukmacherów zarejestrowanych i płacących podatki w Polsce. Jaki był skutek? Walczący w pucharach Lech Poznań chciał pozywać Skarb Państwa, bo jedną ustawą został pozbawiony 4 mln zł rocznie, które miał otrzymywać od BetClicka jedynie w zamian za umieszczanie jego logo na koszulkach, stadionie i stronie internetowej klubu. A, jak wiadomo, dodatkowe miliony to dodatkowe środki na napędzanie gospodarki, lokalnego rynku, tworzenie nowych miejsc pracy.

W 2010 r. podczas meczu ligi mistrzów piłkarzy ręcznych Vive Kielce musiało zgodnie z nakazem europejskiej federacji umieścić w swojej hali reklamy sponsora turnieju zarejestrowanego na Malcie bukmachera. Adam Małysz skakał w Zakopanem podczas konkursu, którego głównym sponsorem była ta sama firma. W obu przypadkach urzędy celne wszczęły postępowania o milionowe kary za złamanie zakazu reklamy. W tym samym roku przedmiotami podobnych postępowań stały się zasłużone polskie kluby piłkarskie, takie jak Polonia Warszawa, Polonia Bytom, czy Odra Wodzisław. One również nie mogły realizować umów sponsorskich zawartych z zagranicznymi firmami bukmacherskimi. Dziś obie Polonie grają w amatorskiej czwartej klasie rozgrywkowej, Odra w piątej.

Nie rozstrzygając, czy wyrzucenie z kraju milionów złotych, jakie mogły wspierać polski sport, spowolniło jego rozwój, zamknęło drogę do tworzenia miejsc pracy wokół tego sportu, należałoby jednak zadać pytanie, czy ograniczenia działalności zagranicznych firm oferujących gry hazardowe wprowadzane są faktycznie w celu ochrony obywateli przed negatywnymi skutkami hazardu? Chyba nie, skoro w Polsce prężnie działa kilka firm bukmacherskich. Co więc odróżnia je od tych, którym zamknięto drzwi do polskiego rynku? Otóż mają zezwolenie na działalność od Ministra Finansów. Płacą mu za udzielenie licencji na organizację gier hazardowych, tak jak kasyna płacą za licencję na prowadzenie swojej działalności. Co więcej, taki legalny, dopuszczony przez fiskusa bukmacher pobiera na rzecz Skarbu Państwa 12% podatku od każdej złotówki postawionej przez gracza. Natomiast jeśli gracz ma szczęście i wygra swój zakład, wówczas na rzecz tego samego Skarbu Państwa zostanie mu zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób fizycznych zabrane po wtóre – w postaci 10% podatku od wygranej (jeśli ta wyniosła min. 2 280 zł).

„Ochrona graczy przed negatywnymi skutkami hazardu i walka z szarą strefą – to według wiceministra finansów Wiesława Janczyka główne cele projektu nowelizacji ustawy hazardowej (…) Większość klubów opozycyjnych skrytykowała projekt, twierdząc, że w rzeczywistości rozszerza zakres legalnego hazardu, obejmując go monopolem państwa. A także, że głównym celem rządu, związanym z tą ustawą, jest zwiększenie dochodów budżetu” – relacjonowała we wrześniu 2016 r. „Gazeta Prawna” (artykuł pt. „Rząd: Cywilizujemy hazard. Opozycja: Chodzi tylko o dochody”).

Władza kontra przedsiębiorca

Trudno w obliczu takich działań władz nie podzielić frustracji przedsiębiorców, czyli jedynych autorów swoich biznesów i budowniczych ich sukcesów, twórców miejsc pracy, motorów napędowych gospodarek. Władze te, pod płaszczykiem dbałości o dobro obywateli, po prostu zagarniają dla siebie ich pomysły na biznes lub domagają się haraczu. Czynią to oczywiście całkowicie legalnie, wykorzystując do tego celu uprawnienie do tworzenia i zmiany prawa. I choć termin „haracz” może kojarzyć się negatywnie i przypisywany jest raczej grupom przestępczym, w rzeczywistości jest określeniem jak najbardziej trafnym. Jak przypomina bowiem słownik PWN, haracz oznaczał również w dawnej Polsce daninę ściąganą siłą.

Trudno się więc dziwić przedsiębiorcom, którzy przenoszą swoją działalność do przyjaznych dla ich biznesów rezydencji zagranicznych. Uciekają przed apetytem i żądaniami kogoś znacznie bardziej roszczeniowego i niebezpiecznego dla majątków ich firm. Władze domagają się bowiem swojej daniny także od przychodów osiąganych przez firmy poza granicami ich jurysdykcji, podczas gdy wspomniane grupy przestępcze żądają haraczu „tylko” za działalność na ich terenie.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego

Strategie „Od pola do stołu” oraz „Zielony Ład”. Jaka przyszłość czeka polskie rolnictwo?

Polska i europejska żywność będzie mniej konkurencyjna cenowo w stosunku do żywności z importu. Unia Owocowa informuje, że w ocenie ekspertów skupiających organizacje rolnicze i sadownicze, opublikowane przez Komisję Europejską strategie „Od pola do stołu” (Farm to Fork) oraz różnorodności biologicznej będące elementami Europejskiego Zielonego Ładu (European Green Deal), przyjęte w obecnym kształcie, sprawią, że europejskie i polskie rolnictwo może stać się niekonkurencyjne cenowo w stosunku do żywności pochodzącej spoza obszaru UE.

Zdaniem Komisji Europejskiej wdrożenie obu strategii: na rzecz bioróżnorodności i „od pola do stołu” ma łączyć przyrodę, rolników, firmy i konsumentów we wspólnym wysiłku na rzecz przyszłej zrównoważonej konkurencyjności. Strategie zgodnie z Europejskim Zielonym Ładem wdrażają zobowiązania UE mające na celu powstrzymanie utraty bioróżnorodności w Europie oraz przekształcenie systemów żywnościowych tak, aby stanowiły światowy wzorzec pod względem zrównoważonej konkurencyjności, ochrony zdrowia ludzi i planety oraz zapewnienia źródeł utrzymania wszystkim podmiotom w łańcuchu wartości żywności.

Nowa strategia na rzecz bioróżnorodności dotyczy głównych przyczyn utraty bioróżnorodności, takich jak niezrównoważone użytkowanie gruntów i morza, nadmierna eksploatacja zasobów naturalnych, zanieczyszczenie środowiska i inwazyjne gatunki obce. W strategii proponuje się m.in. ustanowienie wiążących celów w zakresie odtworzenia zdegradowanych ekosystemów i rzek, poprawy stanu siedlisk i gatunków chronionych w UE, powrotu owadów zapylających na grunty rolne, ograniczenia zanieczyszczeń, ekologizacji miast, wspierania rolnictwa ekologicznego i innych praktyk rolniczych sprzyjających różnorodności biologicznej, a także poprawy stanu zdrowia lasów europejskich. W ramach strategii przedstawiono konkretne działania do 2030 r., w tym przekształcenie co najmniej 30 proc. europejskich obszarów i mórz w skutecznie zarządzane obszary chronione oraz przywrócenie różnorodnych elementów krajobrazu na przynajmniej 10 proc. powierzchni użytków rolnych. Na rzecz bioróżnorodności uruchomione zostaną środki finansowe w wysokości 20 mld euro rocznie – z różnych źródeł, w tym funduszy unijnych, krajowych i prywatnych.

Według Komisji Europejskiej, strategia „od pola do stołu” umożliwi przejście na zrównoważony system żywnościowy w UE. W strategii określono konkretne cele dotyczące przekształcenia unijnego systemu żywnościowego, w tym zmniejszenie stosowania pestycydów i ryzyka z tym związanego o 50 proc., zmniejszenie stosowania nawozów o co najmniej 20 proc., zmniejszenie o 50 proc. sprzedaży środków przeciwdrobnoustrojowych stosowanych u zwierząt gospodarskich i w akwakulturze oraz zwiększenie udziału upraw ekologicznych w całkowitej powierzchni użytków rolnych do 25 proc. W strategii zaproponowano również ulepszone etykietowanie, lepiej zaspokajające potrzeby konsumentów w zakresie informacji na temat zdrowej i zrównoważonej żywności. Według KE, europejscy rolnicy, rybacy i producenci otrzymają wsparcie w ramach wspólnej polityki rolnej i wspólnej polityki rybołówstwa za pośrednictwem nowych źródeł finansowania i ekoprogramów w celu stosowania zrównoważonych praktyk. Strategia „od pola do stołu” ma spowodować widoczną pozytywną różnicę w sposobie produkcji, kupna i konsumpcji żywności, która przyniesie korzyści dla zdrowia obywateli.

Według organizacji rolniczych i sadowniczych, strategie zaprezentowane przez Komisję Europejską oparte zostały na błędnych założeniach, idą w kierunku ograniczania europejskiego rolnictwa, a nawet rezygnacji z produkcji rolnej przez wielu rolników. W przedstawionym przez porozumienie polskich organizacji rolniczych, spółdzielczych i przetwórczych na rzecz otwartego dialogu na temat Europejskiego Zielonego Ładu oraz strategii „Od pola do stołu” rolnicy podsumowują proponowane zmiany w następujący sposób:

„Proponowane zmiany pociągną za sobą wyższe koszty produkcji modelu europejskiego rolnictwa. Sprawią, że żywność europejska będzie mniej konkurencyjna cenowo w stosunku do żywności z importu. Uwzględniając ten fakt, UE musi w pełni zintegrować negocjacje i wdrażanie umów handlowych. Import żywności do UE musi odbywać się na tych samych zasadach dla wszystkich stron, nie tylko w zakresie wymagań, wprowadzania do obrotu, ale także produkcji. Rolnicy i przetwórcy przez nas reprezentowani oczekują wsparcia, zarówno w postaci niezbędnych narzędzi finansowania rolnictwa oraz stabilności legislacyjnej, by móc spokojnie patrzeć w przyszłość i inwestować w swoje gospodarstwa i przetwórnie.”

Zdaniem przedstawicieli Unii Owocowej, UE powinna zwrócić uwagę na środki zaproponowane w budżecie w stosunku do wymogów, jakie nowe strategie stawiają przed sadownikami. – Ograniczenie możliwości ochrony sadów i produkcji sadowniczej przy jednocześnie nasilających się problemach klimatycznych w żaden sposób nie jest rekompensowane przez proponowane programy UE. Jednocześnie środki zaplanowane w budżecie UE na rozwój obszarów wiejskich są niewspółmierne do środków przeznaczanych na ochronę przyrody, a to właśnie rolnictwo i sadownictwo zmaga się dziś z największymi wyzwaniami zapewnienia żywności Europejczykom w dobie pandemii COVID – podkreśla Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Projekt zakłada m.in. objęcie 10% gruntów rolnych obszarami nieprzeznaczonymi pod produkcję poza utratą plonów i dochodów rolników, taki cel prawdopodobnie ograniczy zdolność rolników do reagowania na sygnały rynkowe lub niedobory spowodowane niekorzystnymi warunkami klimatycznymi i rosnącym światowym popytem.

Według organizacji rolniczych KE powinna zobowiązać się do opracowania programów, które pozwolą rolnikom otrzymać wynagrodzenie z rynku za świadczone przez nich usługi ekosystemowe. Jednocześnie zdaniem rolników wyznaczanie celu 25 proc. gruntów rolnych w UE przeznaczonych na produkcję ekologiczną –  jest nierealistyczne w kontekście zaledwie 7 proc. realizowanych na dzień dzisiejszy. Projekt strategii nie uwzględnia również faktu, że produkcja ekologiczna charakteryzuje się zwykle plonami o 25 proc. niższymi od plonów konwencjonalnych w odniesieniu do średnich światowych. Ponadto należy wziąć pod uwagę dużą liczbę rolników, którzy co roku decydują się na powrót do produkcji konwencjonalnej ze względu na ograniczenia produkcji, związane z nią koszty, brak lokalnego popytu oraz biurokrację i koszty certyfikacji. Z danych UE wynika, że w okresie 2013-2017 przeciętnie 4500 producentów rocznie wycofywało się z produkcji ekologicznej, podczas gdy w tym samym okresie rejestrowano średnio 5400 nowych producentów ekologicznych na rok.

Według danych prezentowanych przez COPA I COCEGA z raportu Zespołu ds. Przyszłości Nauki i Techniki (STOA), znaczne ograniczenie stosowania środków ochrony roślin i nawozów spowoduje duży spadek plonów. Brak środków ochrony roślin, w tym biopestycydów, zagrozi bezpieczeństwu żywnościowemu 11 miliardów osób oraz rentowności gospodarstw rolnych. Projekt strategii nie uwzględnia tych potencjalnych konsekwencji ani nie wspomina, że w tym przypadku rolnicy potrzebowaliby dostępu do odpowiedniego zestawu bezpiecznych, skutecznych oraz przystępnych cenowo rozwiązań alternatywnych, jak również dostępu do najnowszej wiedzy, technologii i najlepszych usług doradczych.

Zdaniem rolników, KE w zbyt dużym stopniu opiera się na turystyce i rekreacji jako głównych źródłach nowych miejsc pracy i wzrostu gospodarczego na obszarach wiejskich. Ponadto, wskazując korzyści gospodarcze obszarów chronionych, które są w dużej mierze związane z turystyką i rekreacją, Komisja nie wspomina, że korzyści gospodarcze generowane przez te sektory mogą mieć również negatywny wpływ na różnorodność biologiczną i ekosystemy.

Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że większość z wyżej wymienionych działań jest ukierunkowana na działalność rolniczą i leśną, podczas gdy inne przedsiębiorstwa, sektory, a także obszary miejskie będą zachęcane jedynie do dobrowolnego działania i udziału w różnych platformach i partnerstwach, co może spowodować, że Europa nie zajmie się niektórymi pośrednimi przyczynami utraty różnorodności biologicznej.

KE nie powinna zapominać, że gospodarstwa rolne różnią się od innych przedsiębiorstw, gdyż muszą działać w ramach ograniczeń narzuconych przez naturę. Oznacza to, że niekorzystne warunki pogodowe lub zmiany warunków klimatycznych mogą mieć ogromny wpływ na różnorodność biologiczną i dostępność dostaw, a rolnicy mają jedynie ograniczoną kontrolę nad tym, jak wyglądają ich plony w danym roku. Ponadto, produkty rolne potrzebują czasu by „urosnąć”, dlatego też reakcja na wzrost lub spadek popytu może potrwać lata. Zwracają uwagę również na fakt, że w obliczu COVID-19 i jego skutków nie należy ryzykować przenoszenia naszej produkcji rolnej za granicę, ze względu bezpieczeństwa żywnościowego.

Unia Owocowa wspiera postulaty organizacji rolniczych i zgadza się, że strategia osłabia rentowność ich sektorów poprzez zmniejszanie ich produktywności i zdolności do inwestowania, w tym w narzędzia bardziej przyjazne dla środowiska, oraz zmuszając sektor rolniczy do dalszego ograniczania sposobów użytkowania gruntów, nakładając dodatkowe podatki oraz wdrażając kampanie piętnujące branżę.

Potrzebna jest większa liczba wspólnych działań na szczeblu unijnym oraz udzielenie znaczącego wsparcia dla rolnictwa i sadownictwa w ramach Wspólnej Polityki Rolnej (WPR). W sektorze rolnym należy wdrożyć i uruchomić wszystkie niezbędne narzędzia dotacje, pożyczki i instrumenty finansowe by zachęcać do wsparcia inwestycyjnego, którego sektor tak bardzo potrzebuje, by wyjść z kryzysu. – Od rolników i sadowników wymaga się o wiele więcej w kwestii zobowiązań w zakresie polityki klimatycznej, strategii zielonego ładu i „od pola do stołu”. Dlatego nie możemy akceptować cięć budżetowych w zakresie polityki rolnej. Pandemia COVID-19 potwierdziła, że zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego oraz jej swobodnego przepływu jest kluczowe – dodaje Arkadiusz Gaik, Prezes Unii Owocowej.

Grow Uperion zapowiada emisję akcji i plany debiutu na NewConnect w 2021 roku

Grow Uperion, technologiczna spółka oferująca platformę grywalizacyjną, mającą na celu wzrost motywacji i zaangażowania pracowników w realizację celów i zadań, zakłada przeprowadzenie w lipcu emisji akcji na platformie Crowdconnect.pl. Spółka planuje pozyskać 0,5-1 mln zł, dedykowanych rozwojowi oprogramowania oraz globalnych kanałów sprzedaży. Produkt odpowiadający potrzebom dużych korporacji, pierwsze wdrożenia, nowe możliwości sprzedaży
w sektorze edukacji wskutek pandemii i wsparcie głównego udziałowca – grupy TenderHut to główne czynniki budujące potencjał rynkowy Grow Uperion w branży HR Tech.

Spółka Grow Uperion oferuje innowacyjną platformę do realizacji celów, motywacji i doceniania pracowników. Jej założenia powstały w oparciu o połączenie technik grywalizacyjnych znanych w sektorze gamingowym, psychologii motywacji oraz elementów z dziedziny marketing automation. Co szczególnie ważne w postpandemicznej rzeczywistości biznesowej, rozwiązanie to pozwala osiągać zakładane KPI pracowników i całych zespołów bez zwiększania nakładów na benefity finansowe i pozafinansowe
w organizacji. Jednocześnie podtrzymuje motywację poprzez regularne, dostosowane indywidualnie pozytywne wzmocnienia. Grow Uperion w oparciu o algorytmy grywalizacyjne w wizualizacji poziomu rozwoju pracownika wykorzystuje prostą i uniwersalną symbolikę rosnącego obiektu, np. drzewa. Każdy pracownik ma własny obiekt osiągnięć pokazujących jego cele indywidualne lub grupowe.

– Rozwiązanie Grow Uperion to odpowiedź na potrzeby średnich i dużych przedsiębiorstw, zwłaszcza międzynarodowych korporacji szukających możliwości bardziej efektywnego i mniej kosztochłonnego motywowania swoich pracowników. Produkt oparty o rozwiązania Microsoftu, dotychczasowa współpraca z koncernami Unilever i Mondelez, kontrakt z Raben, prowadzone rozmowy z kolejnymi graczami, czy obserwowane światowe trendy rosnącej popularności technik grywalizacyjnych i zapotrzebowania na platformy z zakresu motywacji to wybrane czynniki pozwalające nam z optymizmem patrzeć na przyszłość Grow Uperion. Myślimy jednak o przyspieszeniu naszego rozwoju, czemu mogą pomóc potencjalnie pozyskane środki z emisji akcji – mówi Małgorzata Celarek, Prezes Zarządu Grow Uperion SA.

Grow Uperion funkcjonuje na rynku rozwiązań grywalizacyjnych, którego wartość według States Fortune Business Insights w 2019 roku na świecie wyniosła 5,4 mld USD i w okresie do 2027 roku wzrośnie do 37 mld USD. Według autorów raportu, coraz większa koncentracja na rozwiązaniach edukacyjnych opartych na grach dla procesów szkoleniowych i rekrutacyjnych zwiększy szanse biznesowe podmiotów na rynku, czemu sprzyja coraz częstsze stosowanie przez firmy rozwiązań gamifikacyjnych w celu promowania produktów i poprawy relacji z klientami.

Grow Uperion, to kolejny corp-up grupy TenderHut, który osiągając dojrzałość i gotowość do komercjalizacji, może stawiać kolejne bardziej samodzielne kroki biznesowe, budując brand
i zyskując własnych inwestorów. Strategicznym celem całej grupy jest debiut na giełdzie. Wycena części outsourcingowej biznesu, czyli spółek SoftwareHut, ExtraHut, LegalHut czy ProtectHut, to zastosowanie mnożników na przychodach bądź EBITDA. Spółkę Solution4Labs także można w ten sposób wyceniać. Z kolei nasze corp-upy potrzebują potrzebują wyceny rynkowej, smart money i wsparcia inwestorów, są to firmy mogące  zmieniać świat w swoich dziedzinach. Funkcjonowanie w grupie to dla start-upu z jednej strony efektywny akcelerator z dostępem do technologii i klientów, ale po fazie seed jego wyniki są w cieniu dużych rozwiniętych spółek jak SoftwareHut czy Solution4Labs. Dlatego przygotowujemy nasz kolejny corp-up do kampanii crowdfundingowej i cieszy mnie, że inwestorzy również dostrzegają wartość naszych spółek produktowych.” –
mówi Robert Strzelecki, Prezes Zarządu TenderHut SA.

Holo4Labs, inna technologiczna spółka  z Grupy TenderHut oferująca rozwiązanie Mixed Reality dla branży laboratoryjnej w czerwcu w ciągu 10 dni pozyskała w kampanii crowdfundingu udziałowego na platformie Smartfunds maksymalną zakładaną kwotę 1,2 mln zł. Ostatecznie, blisko 170 inwestorów obejmie 12 proc. udziałów spółki przy wycenie post-money 11,2 mln zł.

Po osiągnięciu kolejnych kroków milowych rozwoju naszej spółki Grow Uperion, planujemy zadebiutować na rynku NewConnect w 2021 roku. Nie wykluczamy również prób pozyskania inwestora branżowego – uzupełnia Małgorzata Celarek.

W ostatnich miesiącach spółka pomimo dynamicznej rzeczywistości pandemii, przystosowała platformę do pomocy uczniom, nauczycielom i rodzicom w wyzwaniach nauczania zdalnego związanych z pandemią COVID-19. Mając na celu zwiększenie zaangażowania uczniów w naukę zdalną firma przeprowadziła pierwsze pilotażowe wdrożenia w szkołach na terenie województwa podlaskiego i mazowieckiego. Pomysł ten został doceniony poprzez wsparcie ze strony Microsoft oraz GovTech i włączony do ogólnopolskiego projektu #akcjaedukacja. Co zostało potwierdzone listem intencyjnym pomiędzy Grow Uperion i Gov-Tech.

Good Shepherd Entertainment wydawcą gry ICE CODE GAMES

Digital Avenue S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2007 r., otrzymała informację od spółki ICE CODE GAMES Sp. z o.o., z którą podpisała porozumienie o podstawowych warunkach połączenia, o ujawnieniu nazwy wydawcy gry o kodowej nazwie „Projekt W”. Będzie nim światowe wydawnictwo Good Shepherd Entertainment.

ICE CODE GAMES Sp. z o.o. przekazała Digital Avenue S.A. informację o zaakceptowaniu przez wydawcę gry o kodowej nazwie „Projekt W” – Good Shepherd Entertainment – tzw. kamieni milowych, związanych z procesem jej tworzenia. ICE CODE GAMES otrzymał w ten sposób prawo do posługiwania się nazwą wydawcy tej gry. Good Shepherd Entertainment jako wydawca gry zobowiązany jest pokryć koszty jej produkcji, odpowiada za globalną dystrybucję i marketing oraz udziela wsparcia w procesie produkcji w celu zachowania wysokiej jakości gry. ICE CODE GAMES będzie otrzymywać od Good Shepherd Entertainment wynagrodzenie płatne po spełnieniu „kamieni milowych” oraz po wydaniu gry w postaci tantiem od sprzedaży.

„Wybór wydawcy dla gry o kodowej nazwie „Projekt W”, którym będzie Good Shepherd Entertainment, to bardzo dobra informacja. Udział w projekcie tak znanego na całym świecie partnera z pewnością wpłynie na jakość gry, jej marketing i tym samym na poziom sprzedaży. Jestem przekonany, że w ten sposób uda się osiągnąć tej grze sukces rynkowy, co jest celem zarówno dla ICE CODE GAMES, jak i Digital Avenue.”ocenia Łukasz Górski, Prezes Zarządu Spółki Digital Avenue S.A.

Zgodnie z podpisanym w kwietniu br. Term Sheet Digital Avenue S.A. oraz ICE CODE GAMES Sp. z o.o. zamierzają przeprowadzić proces połączenia poprzez przeniesienie całego majątku ICE CODE GAMES Sp. z o.o. jako spółki przejmowanej na Digital Avenue S.A. jako spółki przejmującej w zamian za akcje, które spółka przejmująca wyda wspólnikom spółki przejmowanej. Na potrzeby planowanego połączenia, wartości obu spółek określone zostaną przez niezależnego biegłego rewidenta oraz zostaną ustalone w Planie Połączenia, który będzie także obejmował parytet przydziału akcji.

Obie strony transakcji ustaliły, że będą negocjowały na zasadzie wyłączności w zakresie przeprowadzenia połączenia w okresie do dnia 30 września 2020 r. Do tego dnia żadna ze stron nie będzie brała udziału w procesie negocjacyjnym ze stronami trzecimi w zakresie potencjalnego zbycia w całości lub w części prowadzonego przez nią przedsiębiorstwa. Po połączeniu Digital Avenue S.A. będzie działała w oparciu o działalność ICE CODE GAMES Sp. z o.o., czyli w branży gier komputerowych i konsolowych.

ICE CODE GAMES to studio deweloperskie z branży gier komputerowych, będące twórcą cyberpunkowej strategii – gry „Re-Legion” oraz kilku mniejszych tytułów na PC, urządzenia mobilne oraz VR. Aktualnie studio pracuje nad niezapowiedzianym tytułem o kodowej nazwie „Projekt W” opartym o znane IP, który będzie największą produkcją w całej historii ICE CODE GAMES. W celu maksymalnego wykorzystania dużego potencjału tego IP, studio podpisało umowę wydawniczą z czołowym światowym wydawcą gier komputerowych, który pokryje koszty produkcji gry, będzie odpowiedzialny za globalną dystrybucję i marketing oraz aktywnie wesprze ICE CODE GAMES w procesie produkcji w celu zachowania wysokiej jakości gry.

W 2019 r. ICE CODE GAMES otrzymało dofinansowanie w ramach Programu GameINN na realizację projektu „DEMIURG – Wspierany sztuczną inteligencją system kreacji treści do gier z widokiem z lotu ptaka”. Całkowity koszt projektu wynosi ponad 5,41 mln zł, a wartość dofinansowania przekracza 3,95 mln zł. Jego efektem będzie zarówno opracowanie systemu wykorzystywanego do tworzenia własnych produkcji, jak i planowana komercjalizacja systemu. W ramach projektu stworzony zostanie także prototyp kolejnego tytułu, nad którym prace koncepcyjne rozpoczną się jeszcze w tym roku. Docelowo z wykorzystaniem systemu planowane jest stworzenie dwóch kolejnych gier z budżetem produkcyjnym sięgającym kilku milionów złotych każda.

Digital Avenue S.A. jest jedną z pierwszych pięciu spółek notowanych na rynku NewConnect. Zadebiutowała ona na nim podczas inauguracyjnej sesji w dniu 30 sierpnia 2007 r.

Kierowcy na stacjach paliw najbardziej zainteresowani reklamą alkoholu. Ceny paliw daleko z tyłu

Przybyło kierowców, którzy chcieliby dostawać informacje o promocjach na stacjach benzynowych. Już prawie połowa badanych wyraża taką chęć. Najczęściej oczekują oni rabatów na alkohol. Rośnie również zainteresowanie ofertą gastronomiczną. Z kolei maleje znaczenie sprzętu oraz części eksploatacyjnych do samochodów. Konsumenci zaczęli natomiast nieco bardziej interesować się zniżkami na paliwo. Eksperci zauważają, że ogólną przyczyną tego może być sytuacja związana z pandemią i nadchodzącym kryzysem, ale także to, że np. alkohol jest mocno eksponowanym produktem w tych placówkach. I dlatego budzi tak duże zainteresowanie.

W ramach badania, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i firmę technologiczną Proxi.cloud, ankieterzy zapytali konsumentów, czy chcieliby odbierać na telefonach informacje o promocjach zaraz po wjeździe na stację benzynową. 48% badanych odpowiedziało twierdząco (rok temu – 38%), a 36% – przecząco (poprzednio – 35%). 6% nie miało na ten temat zdania (wcześniej – 9%). 10% twierdziło, że w ogóle nie korzysta z komórki na stacji (przedtem – 18%).

– Widać, że nowe technologie budzą coraz większe zaufanie Polaków. Stacje benzynowe i inne sklepy mogą im wysyłać kontekstowe informacje. Ważne jest, aby oferowały klientom realne korzyści, np. rabaty, przy zapewnieniu bezpieczeństwa i anonimowości przetwarzania danych lokalizacyjnych. Można też zauważyć, że pandemia przyspieszyła popularyzację rozwiązań pozwalających na płacenie za pomocą telefonu już przy dystrybutorze. To na pewno zwiększyło odsetek osób korzystających ze smartfonów na stacjach – mówi dr Paweł Prociów z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Co ciekawe, tuż po wjeździe na stację benzynową kierowcy najczęściej chcieliby otrzymywać informacje o promocjach alkoholu. Tak zadeklarowało 33% konsumentów (w poprzedniej edycji badania – 31%). Na drugim miejscu respondenci wspominali o rabatach na szybkie jedzenie bądź o ofercie gastronomicznej – 26% (wcześniej – 19%). Następnie wskazywali na wiadomości dot. sprzętu i części eksploatacyjnych do samochodu – 16% (przedtem – 27%).

– Większość stacji na pierwszym planie eksponuje trunki za kasami. Dlatego wizyty w takich miejscach kojarzą się klientom z olbrzymią półką z alkoholami, na tle której stoi sprzedawca. Duży wybór napojów wyskokowych i ich dostępność przez 24 godziny na dobę to czynniki zachęcające do zakupów. Z tego też wynika największe zainteresowanie zniżkami na ww. produkty. Ich popularność widać po ilości nietrzeźwych kierowców na drogach. Jednak nie można obwiniać o to stacji i zakazać im praktyk przynoszących zyski – komentuje dr Wojciech Korchut z Uniwersytetu SWPS.

Natomiast Monika Klimczewska z Havas Media Group Poland zaznacza, że alkohol jest ważnym segmentem dla stacji benzynowej. Do niedawna szacowano, że na tego typu wyrobach, również tytoniowych, stacje benzynowe wypracowują nawet 40% marży. Ich oferta w tym zakresie jest coraz bogatsza. Dzięki temu klienci wiedzą, że nie muszą specjalnie jechać do sklepu po alkohol. Mogą go kupić po drodze. Dobre zarządzanie ofertą promocyjną w tym zakresie dodatkowo pogłębi ten segment.

– Sam wzrost zainteresowania promocjami to nic nadzwyczajnego, bo konsumenci mają w naturze chęć oszczędzania. Niepokojące jest to, że kierowców najbardziej interesują zniżki na alkohol. Ale to może wskazywać na ich ograniczoną sprzedaż w innych miejscach w niedziele, święta czy w nocny. Podobnie jest przecież z ofertą gastronomiczną, której popularność też wzrosła na stacjach paliw – zwraca uwagę Arkadiusz Kuzio z Akademii Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.

Natomiast dr Krzysztof Łuczak z Proxi.cloud podkreśla, wzrost zainteresowania ofertą gastronomiczną wynika z konsekwentnego podnoszenia jej jakości na stacjach. Obecnie wszystkie tego typu placówki posiadają wysokiej klasy ekspresy do kawy i zestawy dań na ciepło. Polacy coraz częściej przy okazji tankowania kupują gorący napój i zapiekankę.

– Z uwagi na poszerzanie oferty gastronomicznej na stacjach i zmianę w trendach rozwoju placówek, znaczący spadek zainteresowania art. motoryzacyjnymi nie jest zaskakujący. Oczekiwania zakupowe konsumentów przesuwają się w kierunku innych kategorii. Sprzęt i części eksploatacyjne do samochodów są kupowane raczej w nagłej potrzebie niż regularnie – dodaje Monika Klimczewska.

Z badania wynika też, że wzrosło zainteresowanie promocyjnymi cenami paliwa – z 5% w ub.r. do 11% obecnie. – Coraz głośniej mówi się o nadchodzącym kryzysie spowodowanym pandemią. Z tego powodu Polacy intensywniej będą szukać rabatów. Przewiduję, że będą coraz żywiej reagować na pojawiające się okazje cenowe, w tym m.in. obejmujące paliwo – stwierdza dr Łuczak.

Jak podsumowuje Monika Klimczewska, według danych GUS, w maju br. ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 2,9% w porównaniu do analogicznego miesiąca 2019 roku. Chociaż ceny paliwa w ostatnim czasie spadły, to konsumenci wciąż szukają oszczędności. Umiejętne zarządzanie tym zjawiskiem przez stacje benzynowe pozwoli im zwiększyć „koszyk” przeciętnego klienta.

Badanie zostało zrealizowane przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH wspólnie z firmą technologiczną Proxi.cloud w dniach 08-14 czerwca br. w pobliżu 7 największych sieciowych stacji benzynowych na terenie 16 województw. Próbą objęto 1006 dorosłych Polaków. Zebrane dane porównano z wynikami bliźniaczego badania przeprowadzonego rok temu.

Przedsiębiorcy: ocena sytuacji na rynku pracy dopiero jesienią. Wracają zobowiązania, a nie zawsze wracają klienci

Nie było masowej fali zwolnień i skokowego wzrostu bezrobocia, ale nie ma też wielkiego optymizmu wśród przedsiębiorców. Niektórzy nawet komentują, że negatywne efekty pandemii koronawirusa dla rynku pracy „pełzają”. Dlaczego? Bo programy pomocowe i pożyczki pomagają przetrwać czas bezpośrednio po lockdownie, ale wiele firm przyznaje, że klienci nie wracają, a niebawem wrócą zobowiązania podatkowe, ubezpieczenia społeczne i stawki czynszowe i dzierżawne sprzed pandemii.  Patrząc na obecne statystyki dotyczące bezrobocia w województwie zachodniopomorskim można stwierdzić, że wielkiej tragedii jeszcze nie ma, ale specjaliści Północnej Izby Gospodarczej sugerują – poczekajmy z ocenami do jesieni.

Prezes Tarczyński: „Wzrost bezrobocia tak naprawdę jest dopiero przed nami”

Najnowsze dane przekazane przez Wojewódzki Urząd Pracy w Szczecinie za maj 2020 pokazują obraz regionu, który radzi sobie dobrze w dość trudnych czasach. Bezrobocie wynosi 7,7% i jest najwyższe od 2014 roku, ale z drugiej strony wzrost rok do roku o 0,6% przy turystycznym charakterze Pomorza Zachodniego nie należy oceniać jako wzrost „skokowy”. Z informacji Powiatowych Urzędów Pracy w regionie wynika, że liczba osób bezrobotnych to 49,9 tysiąca. Jest to wzrost o 1,6 tysiąca w porównaniu miesiąc do miesiąca i ponad 7 tysięcy gdy spojrzymy na perspektywę roczną. Prognozy zwiastują, że do końca roku bezrobocie w regionie może przekroczyć 8%

– Wzrost bezrobocia tak naprawdę jest dopiero przed nami. Firmy aktualnie korzystają z ze wsparcia różnych instrumentów finansowych i toczą walkę, by utrzymać jak najdłużej własny personel. To czy bezrobocie ulegnie wzrostowi będziemy mogli zobaczyć dopiero na jesień, kluczowe miesiące przed nami. W dłuższej perspektywie najbardziej istotny będzie początek przyszłego roku. Jak pokazują wyniki naszego województwa bezrobocie wzrosło niewiele, ale za wcześnie by wyciągać z tego wnioski. Jedną z najbardziej dotkniętych branż jaką jest turystyka bardzo powoli podnosi się z „kolan”, trudno w czerwcu oceniać jaki będzie sezon, który skończy się we wrześniu. Jeżeli będzie zły, bo pogoda nie dopisze i turyści zostaną w domach, to przed nami zapaść – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński.

Jak mówi Prezes Izby kluczowe będzie również czy jesienią czeka nas druga fala koronawirusa. Jeżeli pociągnęłaby ona za sobą następny lockdown to niewątpliwie zmiany na rynku pracy byłyby jeszcze dalej idące.

Nie wszyscy bezrobotni od razu idą do Urzędu Pracy

Branże, które najmocniej odczuły skutki koronawirusa, czyli turystyka, gastronomia i hotelarstwo, w tym momencie raczej nie zwalniają – trwa sezon, rośnie obłożenie w hotelach i pojawiają się nawet prognozy, że turyści krajowi w tym roku raczej dopiszą. Więcej zwolnień odnotowywanych jest w branży transportowej, przemyśle czy np. w administracji. Docierają do nas informacje o redukcjach zatrudnienia w branży BPO lub o tym, że wiele firm decyduje się na zaproponowanie pracownikom nowych umów ze zdecydowanie mniejszym wynagrodzeniem. W kryzysie jest branża kreatywna oraz kultura. Przedsiębiorcy uważają, że programy pomocowe powinny być utrzymane na kolejne miesiące i Północna Izba Gospodarcza już w ubiegłym miesiącu o to apelowała.

– Mamy wciąż zbyt mało informacji, które mogłyby pozwolić nam na horyzontalną ocenę sytuacji na rynku pracy. Nie wiemy czy to trwały wzrost bezrobocia, są też komentarze, że te informacje o bezrobociu są nieobiektywne, bo np. ludzie tracący pracę nie rejestrują się w urzędzie, a szybko próbują znaleźć inne zatrudnienie i dopiero gdy nie uda się to przez kilka miesięcy to np. po zakończeniu okresu odprawy rejestrują się jako bezrobotni – mówi Krzysztof Osiński, Sekretarz Północnej Izby Gospodarczej  i Prezes Wojewódzkiego Zakładu Doskonalenia Zawodowego. – Letnie miesiące dla naszego regionu są lepsze niż jesień i zima, budzi się gospodarka sezonowa i turystyczna, stąd też najbliższy czas może przynieść pewne zniekształcenie w statystykach. Realną ocenę sytuacji będziemy mogli dokonać jesienią. Wiele zależy także od tego jaki będzie stan epidemii – dodaje Krzysztof Osiński.

Ostatnie lata to czas rekordowo niskiego bezrobocia w Szczecinie i regionie. Statystyki miejskie pokazywały spadek poniżej 3%, a specjaliści branży HR mówili wprost, że mamy do czynienia ze szczytem rynku pracownika. Koronawirus diametralnie zmienił sytuację.

Bardzo złe nastroje w branży motoryzacyjnej – ponad 50 % firm obniżyło wynagrodzenia i planuje ograniczenie zatrudnienia

Niezwykle trudna sytuacja w branży motoryzacyjnej przekłada się na pesymizm wśród przedstawicieli firm motoryzacyjnych obecnych na polskim rynku. W najnowszej edycji badania KPMG i PZPM wskaźnik nastrojów zatrzymał się na poziomie zaledwie 20 punktów i jest niższy aż o 46 punktów w stosunku do badania przeprowadzonego pod koniec grudnia 2019 roku. COVID-19 negatywnie wpływa na firmy motoryzacyjne w Polsce – wszystkie badane firmy odnotowały spadek przychodów, a 61% było zmuszonych obniżyć wynagrodzenia. W dłuższej perspektywie firmy planują ograniczać zatrudnienie oraz zamrozić inwestycje w rozwój biznesu. Zdaniem 80% menedżerów, dojście do sytuacji jaka panowała w branży motoryzacyjnej przed wybuchem pandemii zajmie do 2 lat.

Wyniki najnowszego badania KPMG i PZPM nie pozostawiają złudzeń na temat skali negatywnego wpływu COVID-19 na rynek motoryzacyjny w Polsce. Wskaźnik nastrojów menedżerów branży motoryzacyjnej wynosi zaledwie 20 punktów, co oznacza spadek aż o 46 pkt. w stosunku do badania przeprowadzonego pod koniec grudnia 2019 roku. Wskaźnik nastrojów producentów motoryzacyjnych obniżył się od tego czasu o 36 pkt. do poziomu 25 punktów, a nastroje dystrybutorów pogorszyły się aż o 52 pkt. osiągając wartość zaledwie 16 punktów. Firmy motoryzacyjne bardzo negatywnie oceniają sytuację branży – 70% producentów oraz 71% dystrybutorów uważa, że obecna sytuacja branży jest raczej zła lub bardzo zła.

Bardzo złe nastroje w branży motoryzacyjnejMenedżerowie wykazują mniejszy pesymizm co do przyszłej sytuacji branży motoryzacyjnej
Zdecydowanie mniejszy pesymizm w porównaniu do styczniowej edycji badania przeprowadzonego w grudniu 2019 roku. widać w przypadku oceny przyszłej sytuacji w branży motoryzacyjnej. Na przełomie roku w badaniu znalazło odzwierciedlenie spodziewane wtedy obniżenie koniunktury w nadchodzących okresach w branży, związane z rosnącymi cenami samochodów ze względu na dostosowanie ich do wzrostu wymagań w zakresie emisji CO2. W aktualnej edycji badania z przełomu maja i czerwca br. nastąpiło już lekkie oswojenie się z pierwszym szokiem wywołanym pandemią COVID-19. Po uruchomieniu narzędzi zaradczych i wsparcia przez państwo (nawet jeśli są one niewystarczające) oraz przy trwającym uruchamianiu gospodarki i znoszeniu wcześniejszych obostrzeń, firmy mają więcej informacji do pełniejszej oceny przyszłości branży. Wskaźnik nastrojów przyszłości branży zatrzymał się na 44 punktach i pozostaje ciągle na poziomie poniżej 50 punktów co oznacza, że przeważają oceny pesymistyczne nad optymistycznymi.

Następne 12 miesięcy producenci firm motoryzacyjnych oceniają ostrożnie – 40% z nich (wzrost o 34 p.p. w porównaniu do poprzedniego badania) uważa, że sytuacja w branży poprawi się lub poprawi się znacząco. Bez wątpienia wpływ na taką oceną ma fakt odmrożenia gospodarki oraz ponowne rozpoczęcie produkcji. Z drugiej strony należy pamiętać, że 45% przedstawicieli producentów (spadek o 38 p.p.) wyraża obawę, że sytuacja w branży motoryzacyjnej jeszcze bardziej się pogorszy – z czego 5% obawia się zdecydowanego pogorszenia. Dystrybutorzy motoryzacyjni obecni w Polsce przejawiają nieco większy pesymizm niż producenci. 32% firm zajmujących się dystrybucją uważa, że sytuacja branży ulegnie poprawie lub zdecydowanej poprawie w najbliższych 12 miesiącach, ale blisko połowa (49%) jest przekonana o dalszym pogorszeniu, z czego co 10. dystrybutor uważa, że sytuacja branży ulegnie zdecydowanemu pogorszeniu.

Prognozowana sytuacja gospodarcza Polski w ciągu najbliższych 12 miesięcy również nie będzie najlepsza w opinii przedstawicieli branży motoryzacyjnej. Wskaźnik nastrojów w tym obszarze wyniósł 38 punktów dla obydwu badanych grup łącznie i zdecydowanie poniżej neutralnego poziomu. Zaledwie 25% producentów motoryzacyjnych uważa, że sytuacja gospodarcza przez najbliższy rok ulegnie poprawie lub zdecydowanej poprawie. Przeciwnego zdania jest 55% firm, które spodziewają się dalszego pogorszenia sytuacji ekonomicznej, z czego 15% uważa, że polska gospodarka ulegnie zdecydowanemu pogorszeniu. Dystrybutorzy motoryzacyjni przejawiają nieco mniejszy pesymizm – 29% spodziewa się poprawy lub zdecydowanej poprawy, a 49% pogorszenia sytuacji gospodarczej w Polsce, z czego co 10. firma obawia się zdecydowanego pogorszenia.

Bardzo ciekawy jest fakt, że menedżerowie, mimo tego, że sektor branży motoryzacyjnej jest jednym z najbardziej dotkniętych skutkami COVID-19, wykazują mniejszy pesymizm w porównaniu do edycji sprzed pół roku. Uwzględniając wstrzymanie produkcji w większości zakładów na średnio ponad miesiąc i podobne problemy u dostawców części i podzespołów – należałoby się spodziewać, że oceny będą znacznie bardziej pesymistyczne. Mając świadomość, że dochodzenie sektora do stanu sprzed pandemii potrwa na pewno kilka lat, menedżerowie zapewne pozytywnie ocenili programy pomocowe uruchomione w Polsce i w innych krajach europejskich. Nie bez znaczenia pozostają deklaracje pomocy liczonej w setkach miliardów euro dla gospodarek UE, która ma być udzielona przez Komisję Europejską. Biorąc to wszystko pod uwagę, wyrażam nadzieję, że nie spełnią się czarne scenariusze, które były kreślone kilka tygodni po rozpoczęciu pandemii. Ostrożny optymizm menedżerów nie oznacza również, że branża motoryzacyjna jest obecnie w dobrej kondycji. W salonach wciąż jest bardzo niewielu nabywców – zarówno indywidualnych jak i instytucjonalnych – a dopóki klienci nie zaczną kupować samochodów, nie będzie mowy o powrocie produkcji do poziomu sprzed pandemii – mówi Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Wszystkie badane firmy motoryzacyjne odnotowały spadek sprzedaży

Wszystkie firmy biorące udział w badaniu KPMG i PZPM przyznały, że wybuch pandemii i jej gospodarcze następstwa skutkowały spadkiem sprzedaży. 88% firm musiało zmierzyć się z problemami związanymi z zakłóceniem łańcucha dostaw. 61% firm motoryzacyjnych było zmuszonych obniżyć wynagrodzenia swoich pracowników. W blisko 4 na 10 firmach zredukowano etaty i nastąpiły problemy z utrzymaniem płynności finansowej.

Blisko co 7. firma (69% wskazań) wystąpiła z wnioskiem o pomoc oferowaną w ramach Tarcz Antykryzysowych. Warto podkreślić, że zaledwie co piąta firma motoryzacyjna uznała, że rozwiązania w nich zawarte są wystarczające. Dla ponad połowy firm pomoc oferowana w ramach tarczy jest raczej lub zdecydowanie niewystarczająca. Co czwarta firma motoryzacyjna nie ma zdania na ten temat.

Długotrwałymi skutkami pandemii zdaniem przedstawicieli firm motoryzacyjnych będzie przede wszystkim konieczność ograniczenia zatrudnienia (67% wskazań) lub zamrożenia inwestycji w rozwój firmy (61%). COVID-19 zmienił również zachowania konsumentów, z tego powodu 57% firm motoryzacyjnych uważa, że efektem tego będzie wzrost znaczenia wirtualnych salonów, które zapewnią sprzedaż aut bez konieczności fizycznej obecności w salonie. 80% firm motoryzacyjnych prognozuje, że dojście do sytuacji sprzed pandemii zajmie im nie więcej niż 2 lata (35% uważa, że uda się to osiągnąć szybciej – maksymalnie w ciągu roku). Wszystkie badane firmy motoryzacyjne odnotowały spadek sprzedażyOstrożne plany firm motoryzacyjnych na najbliższe pół roku

Z powodu COVID-19 produkcja i sprzedaż nowych aut osiągnęła spadki na niespotykaną wcześniej skalę. W okresie od stycznia do maja br. liczba rejestracji nowych aut w Polsce była niższa o 38,3% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. W całej Unii Europejskiej ten spadek wyniósł 41,5%. Mając to na uwadze, nie powinny dziwić plany producentów motoryzacyjnych na nadchodzące 6 miesięcy. Zaledwie 37% producentów motoryzacyjnych, prognozuje zwiększenie poziomu sprzedaży, a 33% firm z tej grupy w ciągu najbliższego półrocza planuje zwiększyć poziom eksportu. Z drugiej strony ponad połowa producentów uważa, że przez najbliższe 6 miesięcy poziom sprzedaży pogorszy się lub zdecydowanie pogorszy. Połowa firm prognozuje również spadek przychodów, z czego co piąta uważa, że jej przychody zdecydowanie się zmniejszą. Jeszcze gorzej wygląda najbliższe półrocze w kontekście planów dystrybutorów motoryzacyjnych – ponad połowa z nich (52%) planuje zmniejszenie zatrudnienia, 58% spodziewa się spadku przychodów, z czego blisko co czwarty prognozuje zdecydowany spadek przychodów. 19% planuje w ciągu najbliższych 6 miesięcy zmniejszyć liczbę serwisów oraz salonów samochodowych. W przypadku tych ostatnich dodatkowe 3% dystrybutorów planuje znacząco zmniejszyć ich liczbę.

Sytuacja z jaką mamy do czynienia w związku z COVID-19 oraz następstwami związanymi z zamrożeniem gospodarki, spadkiem popytu oraz wstrzymaniem produkcji odbija się w negatywny sposób na firmach motoryzacyjnych nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, która jest dla polskiej branży motoryzacyjnej bardzo ważnym rynkiem zbytu. Tym bardziej cieszą odpowiedzi tych niewielu firm, które planują zwiększać poziom zatrudnienia, sprzedaż i przychody. Najbliższe miesiące będą dla firm motoryzacyjnych kluczowe, aby zminimalizować negatywne skutki kryzysu w największym możliwym stopniu. Należy pamiętać, że oprócz ryzyk związanych z bezpośrednimi konsekwencjami COVID-19 firmy motoryzacyjne będą zmuszone sprostać niepewnej sytuacji polityczno-gospodarczej, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Będzie to wyzwanie dla ponad 70% organizacji biorących udział w badaniu – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

O raporcie:
Barometr nastrojów menedżerów sektora motoryzacyjnego jest badaniem ankietowym przeprowadzonym przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego i KPMG w Polsce w maj i czerwcu 2020 r. Jego celem było poznanie opinii kadry zarządzającej firm motoryzacyjnych na temat bieżącej i przyszłej sytuacji branży w Polsce. Ankieta skierowana była do menedżerów firm produkcyjnych i dystrybutorów pojazdów, przyczep i naczep, zabudów lub podzespołów, części i akcesoriów. W badaniu internetowym wzięło udział 51 respondentów.

Gig economy jako odpowiedź na rewolucję w zatrudnieniu?

Rynek pracownika czy pracodawcy? Żadne z tych określeń nie odzwierciedla obecnej sytuacji na rynku. Coraz więcej pracowników oczekuje od firmy większej elastyczności i niezależności. Zamiast budować work- life balance, oczekują work-life integration. Współpraca ma określać stosunki między pracodawcą a pracownikiem. Rewolucji nie wprowadziła pandemia, a jedynie ją przyśpieszyła. Pokolenie Milenialsów i Generacji Z oczekuje zmiany starych schematów i podkreślają przy tym konieczność zmian.

Czas na rewolucję w zatrudnieniu

W ciągu ostatnich 10 lat nastąpiła globalna zmiana kulturowa, która polegała na zmianie nastawienia do pracy pracowników. Milenialsi i Generacja Z podkreślają znaczenie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Biorąc pod uwagę, że w 2020 r. dochodzi do sytuacji, w którym te pokolenia stanowić będą 59% globalnej siły roboczej, zrozumienie potrzeb i oczekiwań tej grupy powinno być na pierwszym miejscu wśród priorytetów każdego rekrutera i menedżera.

Czego oczekuje pracownik?

Badanie Aon przeprowadzone w marcu 2020 pokazało, że tylko 20% konsumentów w Wielkiej Brytanii i USA (spadek do 10% wśród generacji Z) jest zaniepokojonych wpływem COVID-19 na ich finanse osobiste. Zamiast tego wyrazili większą troskę o zdrowie i dobre samopoczucie swoich bliskich i grup wysokiego ryzyka. Współczesny pracownik chce być szczęśliwy w pracy i oczekuje od pracodawcy pozwolenia na elastyczność, aby móc realizować się w życiu prywatnym. Ankieta przeprowadzona przez Deloitte wykazała, że Milenialsi wykazują niewielką lojalność wobec obecnych pracodawców, stawiając na pierwszym miejscu swoje osobiste wartości przed celami firmy. Jeśli pracodawca chce utrzymać pracownika, musi zmienić swoje dotychczasowe, tradycyjne podejście do pracy.

Gig economy

Gig Economy odnosi się do platform cyfrowych, które pozwalają freelancerom łączyć się z osobami lub firmami w celu świadczenia usług krótkoterminowych. Platformy do zatrudniania pracowników tymczasowych cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Dlaczego? Ponieważ rozwój technologii i globalizacja za szybko przekształcają poszczególne branże. Tymczasem ta grupa pracowników umożliwia firmom ze wszystkich sektorów wykorzystanie innowacyjnych, elastycznych i wyspecjalizowanych talentów dokładnie wtedy, gdy są im potrzebne. Firmy unikają przy tym długotrwałego i kosztownego wdrożenia. Badanie z 2019 r. przeprowadzone na zlecenie Kongresu Związków Zawodowych (TUC) szacuje, że co dziesiąta osoba dorosła w wieku produkcyjnym w Wielkiej Brytanii przynajmniej raz w tygodniu pracuje za pośrednictwem platform, przy czym większość korzysta z tego rodzaju pracy, aby uzupełniać inne formy dochodu.

Gig economy nie jest nowością, ale widzimy z każdym rokiem większe zainteresowanie takimi rozwiązaniami. Tikrow to aplikacja, która właśnie działa w tym systemie. Dajemy firmom dorywczych pracowników na godziny, którzy posiadają pożądane przez pracodawcę kompetencje. Dla firmy, jest to wygodne, ponieważ dostarczamy pracowników dokładnie wtedy, kiedy są potrzebni. Firmy czasami potrzebują dodatkowych pracowników tylko w jednym dniu (np. przy inwentaryzacji), na zastępstwo przy wakacyjnych rotacjach albo osobę o określonych kwalifikacjach do konkretnego projektu w firmie. W Tikrow znalezienie takich osób nie jest problemem. Pracownicy zaś wybierają pracę, wtedy, kiedy im to pasuje. Taka praca pozwala na elastyczność, której coraz więcej pracowników oczekuje.- mówi Krzysztof Trębski, wiceprezes Tikrow

Kto szuka pracy przez platformy pracy tymczasowej?

Freelancer, pracownik tymczasowy, na godziny – to tylko kilka określeń tzw. gika. Ta ilość terminów to tylko kilka sposobów definiowania nietradycyjnego statusu pracy. Pracownicy na żądanie zawsze odgrywali ważną rolę w globalnej gospodarce – od pracowników au pair do pracowników sezonowych, nauczycieli i kierowników projektów – zawsze istniała potrzeba elastycznych rozwiązań w miejscu pracy, zależnie od potrzeb. Platformy pracy (gig economy) to umożliwiają. Mają pozwalać na interakcje online, dostarczając innowacyjnych rozwiązań, które łączą pracodawcę z pracownikiem.

Zalety Gig Economy

Firmy czasami muszą uzupełnić lukę kadrową do momentu zatrudnienia stałego pracownika lub w odpowiedzi na szybką zmianę sytuacji w firmie. Platformy takie jak np. w naszym kraju Tikrow pozwalają na szybkie znalezienie pracowników i uniknięcie, długiego i kosztownego ich wdrożenia. Dodatkowo, platformy do pracy tymczasowej, oferują usługi typu „sprawdź & zatrudnij”, co pozwala na zatrudnienie tymczasowe w celu stałej rekrutacji (pomaga zarówno pracownikom, jak i pracodawcom ustalić, czy są dobrze dopasowani).

Pracownicy, którzy chcą zachować równowagę między życiem zawodowym a prywatnym wymagają większej elastyczności. Chcą sami kontrolować godziny pracy, aby dostosować je do swojego stylu życia – to umożliwia im platforma gig economy, gdzie sami wybierają zlecenia, wtedy, kiedy im to pasuje. Zgodnie z informacjami Gallupa, w Stanach Zjednoczonych. prawie ⅔ ludzi zaangażowanych w gig economy uważa, że wykonują preferowany przez siebie rodzaj pracy, a około 60% czuje się niezależnych, podczas gdy takiego zdanie jest tylko 34% osób zatrudnionych ‘tradycyjnie’.

Pandemia a poszukiwania pracy

W związku z pandemią, kto tylko mógł przeniósł się z biura do swojego domu, by zacząć okres kilkutygodniowego, a nawet kilkumiesięcznego trybu pracy zdalnej – granice między pracą a domem się zatarły. Wszyscy stanęli przed nowym wzywaniem, jak pogodzić ze sobą dwa życia w jednym miejscu. Pracownicy zrozumieli, że pracując zdalnie mogą pracę wykonywać elastycznie – wybierać dogodne dla siebie godziny na wykonanie powierzonych zadań. Dla wielu, odkrycie tej możliwości było kluczem do sukcesu i do przetrwania home office.

Do niedawna hasło „praca zdalna” w wielu firmach sprowadzało się do formuły trudno osiągalnej nagrody „tylko dla wtajemniczonych”. Ale firmy widzą właśnie, że ich pracownicy w domach też pracują efektywnie, więc wprowadzenie rotacyjnego trybu pracy wydaje się rozsądnym rozwiązaniem. Dodatkowo pracownicy zmienią swoje nastawienie do pracy. Jest bardzo prawdopodobne, że bezpośrednim skutkiem pandemii będzie potrzeba zapewnienia większej elastyczności w miejscu pracy.- dodaje Krzysztof Trębski.

Jak wygląda przyszłość Gig Economy?

Dane Mastercard potwierdzają szybki rozwój globalnej platformy gig economy, przewidując dwucyfrowy roczny wzrost w ciągu najbliższych pięciu lat. Mastercard wraz z Kaiser Associates ustalili, że w 2018 r. wielkość gig economy wynosiła ~ 204 mld USD rocznie – liczba, która podsumowuje całkowitą wartość transakcji klientów za usługi z gig platform. Z tych 204 mld dolarów około dwie trzecie zostało wypłacone milionom pracownikom, którzy pracowali przez platformę typu gig economy; inna część jest pobierana albo jako prowizja przez platformę cyfrową, albo dystrybuowana do stron trzecich w ekosystemie (np. partnerów restauracji w usługach dostarczania żywności). Oczekuje się, że do końca 2023 r., globalna wartość Gig Economy co najmniej się podwoi i wyniesie ~ 455 mld dolarów.

W czasie pandemii wzrosła sprzedaż elektronicznych wydań gazet. Mimo to wydawnictwa prasowe są w trudnej sytuacji

0

Zamknięte lub zawieszone tytuły, zwolnienia i obniżone pensje dla pracowników to skutki pandemii koronawirusa dla wydawnictw prasowych. Sytuacja wydawców wciąż jest trudna. – W okresie izolacji znacząco spadła sprzedaż wydań papierowych gazet, natomiast wyraźnie wzrosła sprzedaż wydań cyfrowych w różnych postaciach oraz dostępu do e-wydań – mówi Marek Frąckowiak, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy. Czytelnicy jednak przyznają, że częściej sięgali po prasę i poświęcali jej więcej uwagi. To pokazuje, że gazetom nie grozi całkowita eliminacja z rynku.

W czasie, kiedy ludzie nie mogli wychodzić z domu, z konieczności sięgali po wydania cyfrowe i sprzedaż e-gazet znacznie wzrosła. Jednocześnie pandemia pokazała także wartość prasy drukowanej – zauważa w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Frąckowiak. – Większość tytułów  odnotowała spadki sprzedaży, ale wzrosło zainteresowanie ich treściami i większe niż zwykle  jest zrozumienie wartości prasy jako wiarygodnego źródła informacji oraz wszelkich treści  publicystycznych, a nawet rozrywkowych.

Potwierdzają to badania dotyczące odbioru prasy w czasach pandemii przeprowadzone przez firmę ARC Rynek i Opinia dla Ringier Axel Springer Polska. Ponad połowa badanych przyznała, że w tym czasie chętniej sięgała po gazety albo że czytała więcej tytułów prasowych. Średnio 2/3 badanych potwierdzało, że w tym czasie poświęcało czytaniu prasy więcej uwagi. Respondenci przyznają, że w prasie drukowanej treści wydają się być mniej „agresywne” i bardziej wartościowe niż w internecie. Gazety to nie tylko sposób na zdobywanie informacji – 85 proc. badanych traktuje czytanie jako rozrywkę i relaks, taki sam odsetek utożsamia je z przyjemnością.

Jak podkreśla dyrektor Izby Wydawców Prasy, wiarygodność i rzetelność to największe zalety prasy, które ujawniają się zawsze, nie tylko w czasach pandemii, i decydują o jej znaczeniu i trwałości w każdych czasach.

Spadek nakładów prasy drukowanej postępuje od zawsze, pandemia go trochę przyspieszyła, ale to jest – mam nadzieję – tylko zjawisko okresowe. Obserwujemy już powrót czytelników do kupowania prasy i myślę, że drukowane gazety nie znikną z rynku ani teraz, ani w przyszłości – zaznacza.

Również z badania przeprowadzonego przez Polskie Badania Czytelnictwa „Właściciele mikro i małych firm w czasie koniunktury i recesji” wynika, że podczas pandemii wzrosło czytelnictwo prasy wśród właścicieli mikro- i małych firm (zatrudniających do 50 osób). W porównaniu do podobnego badania z 2018 roku odsetek czytelników wzrósł z 54 do 65 proc. Aż 32 proc. badanych zadeklarowało, że czyta prasę od jednej do dwóch godzin dziennie, a 9 proc. – ponad trzy godziny dziennie. Z kolei odsetek kupujących płatny dostęp do artykułów prasowych w internecie wzrósł z 26 do 41 proc. Z badania PBC wynika także, że im większa firma, tym jej właściciel częściej korzysta z prasy cyfrowej. Płatną prasę cyfrową, poprzez wykupiony dostęp, czyta 26 proc. właścicieli najmniejszych, dwu–trzyosobowych firm i aż 67 proc. właścicieli firm o obrocie ponad 2 mln euro.

Nie zmienia to jednak trudnej sytuacji wydawców, którzy podobnie jak cała gospodarka borykają się z problemami. Niższej sprzedaży tytułów towarzyszyły też mniejsze nakłady reklamodawców.

Kondycja mediów jest trudna, ale lepsza, niż obawialiśmy się na początku pandemii. Jednak wydawcy ponieśli znaczne straty, odnotowaliśmy zamknięcia kilku tytułów prasowych. Niektóre zamknęły się ostatecznie, inne czasowo, choć trudno przypuszczać, by mogły wrócić. Nie jest to zjawisko masowe, ale niestety nieuniknione. W niektórych wydawnictwach mamy też do czynienia ze zwalnianiem pracowników lub obniżaniem pensji – informuje Marek Frąckowiak.

Przed zamykaniem tytułów nie ustrzegli się jednak najwięksi gracze obecni na rynku prasy w Polsce. W kwietniu Agora poinformowała o zakończeniu wydawania „Avanti” oraz „Logo” w dotychczasowym cyklu wydawniczym. Ostatnimi numerami były podwójne majowo-czerwcowe wydania, które ukazały się 5 maja. Agora nadal prowadzi internetowe serwisy czasopism Avanti24.pl oraz Logo24.pl. Wydawnictwo Bauer zdecydowało o zamknięciu 34 tytułów i zwolnieniu 27 osób, ok. 50 osób straciło pracę w Burda Media Polska, a obniżki pensji wprowadziło wydawnictwo Polska Press. Zwolnienia i cięcia wynagrodzeń dotknęły także pracowników Edipresse Polska oraz Grupy ZPR Media.

Trudne warunki działalności w poprzednich miesiącach zmusiły wydawców do szukania nowych sposobów dotarcia do czytelników.

W czasie pandemii pojawiły się pomysły, aby dostarczać prasę przez kurierów lub przy okazji zakupu innych towarów. Te sposoby mają jednak znikomy udział w dystrybucji prasy, bo najczęściej czytelnicy korzystają jednak z internetu. Część sprzedaży prasy przeniosła się z salonów prasowych w inne miejsca, np. do sklepów spożywczych, gdzie handel w czasie pandemii funkcjonował – dodaje ekspert.

Jego zdaniem pandemia pokazała również, że dystrybucja prasy w Polsce od wielu lat wymaga systemowego wsparcia. Izba Wydawców Prasy od dawna apeluje do rządu o to, aby wspomógł dystrybucję zwłaszcza w takich miejscowościach, gdzie kolporterom z powodów czysto finansowych nie opłaca się dowozić gazet.

Stawiamy na wzmocnienie tradycyjnych źródeł dystrybucji prasy. Temu m.in. służyło zaangażowanie Izby Wydawców Prasy w ratowanie Ruchu przed upadkiem, ale przy tej okazji zwracaliśmy uwagę, że jest to kwestia ogólna, dotycząca nie tylko konkretnej firmy kolporterskiej. W Polsce wciąż istnieje problem z dotarciem prasy do pewnych regionów, gdzie czytelnicy mogą być wykluczeni z dostępu nie tylko do prasy informacyjnej, ale także edukacyjnej czy rozrywkowej – zauważa Marek Frąckowiak.

Na początku czerwca Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zgodził się na przejęcie spółki Ruch przez PKN Orlen. Urząd stwierdził, że działalność obu podmiotów pokrywa się w zakresie sprzedaży prasy i artykułów konsumpcyjnych codziennego użytku, ale ze względu na różne modele sprzedaży i odmienność misji zakupowych realizowanych w ich punktach sprzedaży przedsiębiorców nie można uznać za bezpośrednich konkurentów, zatem transakcja nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji. W wyniku przejęcia udziałów PKN Orlen stanie się większościowym akcjonariuszem Ruchu z pakietem 65 proc. akcji, a pozostałymi udziałowcami będą PZU, PZU Życie i Alior Bank.

Firmy najczęściej korzystały ze zwolnienia ze składek ZUS i pożyczki w wysokości 5 tys. zł

Największą popularnością wśród firm, które skorzystały z tarczy antykryzysowej, cieszyły się zwolnienie (zawieszenie) ze składek ZUS oraz pożyczka w wysokości 5 tys. zł dla mikroprzedsiębiorstw ze środków Funduszu Pracy. Z pierwszej formy wsparcia skorzystało 43% przedsiębiorstw, z drugiej ponad 58% mikro firm – wynika z badania Konfederacji Lewiatan.

Badaniem, które odbyło się na przełomie maja i czerwca, objęto ok. 300 firm z całego kraju i wszystkich województw, a zróżnicowanie struktury wielkości i sektorów działalności pozwala uogólnić wyniki i wnioski do reprezentacji polskiego biznesu.

Partnerzy społeczni po ponad miesiącu oczekiwania otrzymali informację jak realizacja wsparcia dla firm i ochrona miejsc pracy jest realizowana przez rząd i jakie środki dotychczas przeznaczono na te działania. Na koniec maja br. limity środków przeznaczonych z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych na ochronę miejsc pracy i tzw. postojowe wynoszą blisko 5,2 mld złotych, zaś na wsparcie sektora MŚP w postaci jednorazowej pożyczki, tzw. świadczeń postojowych i dofinansowania miejsc pracy w związku ze spadkiem obrotów z Funduszu Pracy blisko 15,7 mld złotych. Równocześnie zgodnie z deklaracją rządu na działania finansowe z Funduszu Pracy i FGŚP mogą zostać przeznaczone dodatkowe środki z Funduszu Przeciwdziałania COVID.

W przypadku świadczeń postojowych przez ZUS, do 9 czerwca wypłaconych zostało blisko 1,5 mln świadczeń na kwotę około 2,87 mld zł, z czego 1,2 mln dla osób prowadzących działalność gospodarczą, a dla osób wykonujących umowy cywilnoprawne ponad 260 tys. świadczeń. ZUS zrealizował też w marcu i kwietniu zwolnienie z opłacania składek dla 1,7 mln firm, umarzając składki na kwotę 7,4 mld złotych.

Przeznaczone przez rząd środki na ochronę zatrudnienia w firmach i świadczenia dla pracowników oraz umorzenia składek przez ZUS wydają się być na tym etapie wystarczające. Niemal dokładnie po miesiącu od uruchomienia przepisów o pomocy dla przedsiębiorców na przełomie kwietnia i maja br. Konfederacja Lewiatan uruchomiła badanie nt. korzystania przedsiębiorców z instrumentów wsparcia, ocenie adekwatności i skuteczności pomocy, sytuacji firm oraz oceny perspektyw rozwojowych i skutków gospodarczych kryzysu spowodowanego pandemią. Jego wyniki pokazywały zagrożenia dla gospodarki i rynku pracy, równocześnie wskazywały, że szybka i zgodna z oczekiwaniami pomoc pozwoli uniknąć wielu zagrożeń. Druga fala badania odbyła się na przełomie maja i czerwca.

– Wczytując się w wyniki badania powinniśmy dostrzegać, że realne zagrożenia mogą być dopiero przed nami, dlatego pomoc nie kończy się na kwietniu, czy maju i czerwcu – o mądrej strategii radzenia sobie gospodarki w perspektywie co najmniej dwóch lat musimy myśleć z jeszcze większą wyobraźnią – prof. Jacek Męcina doradca Zarządu Konfederacji Lewiatan

Z perspektywy celu badania, kluczowe było pytanie, czy firma skorzystała z form wsparcia wymienionych w katalogu zamkniętym 11 instrumentów uruchomionych przez administracje rządową i samorządową oraz banki.

Duże firmy rzadziej korzystały z pomocy
Łącznie nieco ponad 1/3 badanych nie skorzystało z żadnej formy wsparcia, co oznacza, że blisko 2/3 firm ubiegało się o pomoc. Im większa firma, tym większy odsetek deklarował, że firma nie korzystała z pomocy. W przypadku mikrofilm w tylko 14,6% nie ubiegało się o pomoc.

Z analizy ankiet wynika, że największą popularnością cieszyło się: zwolnienie (zawieszenie) ze składek ZUS – łącznie blisko 43%, przy czym ubiegało się o tę pomoc aż 66,7% mikro firm i ponad 35% małych przedsiębiorstw. Znacznie mniejszy odsetek, także ze względu na kształt rozwiązań prawnych i dostępność, dotyczył firm średnich i dużych, które mogły występować o odroczenie na zasadach ogólnych.

Drugim najczęściej wykorzystywanym instrumentem była pożyczka w wysokości 5 000 zł dla mikroprzedsiębiorstw ze środków Funduszu Pracy – z tej formy skorzystało ponad 58% mikro firm. Mniejsza grupa, za to głównie średnich i dużych firm korzystała z dofinansowania przestojowego oraz ochrony miejsc pracy z FGŚP – łącznie z przestojowego skorzystało zgodnie z deklaracjami odpowiednio 16% średnich i 17% dużych firm, a z ochrony miejsc pracy 22% średnich i blisko 17% dużych firm. Rzadziej z tego instrumentu korzystały firmy mikro i małe – od 2 do 6%.

Relatywnie wysoki odsetek przedsiębiorstw występował o odroczenie płatności podatków – 12% małych, 28% średnich i ponad 21% dużych firm. Niewielkie znaczenie miały inne instrumenty wsparcia, jak pomoc płynnościowa z BGK, czy pomoc ze środków miasta lub gminy.

– Największa dostępność charakteryzowała instrumenty kierowane do mikroprzedsiębiorstw w postaci zawieszenia składek ZUS oraz pożyczek z urzędu pracy, które zresztą najczęściej też były wykorzystywane – odpowiednio 67% i 58% – mikro i małych firm wystąpiło o tę formę pomocy. Inne omawiane instrumenty wspierania zatrudnienia, związane postojowym i ochroną miejsc pracy były ważne, choć odsetek firm przede wszystkim średnich i dużych, które ubiegały się o tę pomoc był już znacznie mniejszy od 16% do 22%. Pozostałe instrumenty – jak wynika z deklaracji, nie odgrywały istotnego statystycznie znaczenia – podkreśla prof. Jacek Męcina.

Jak firmy oceniają procedurę ubiegania się o pomoc?
Firmy, które ubiegały się o pomoc zapytaliśmy też jak oceniały sam proces i procedurę starania się o pomoc. Brak oceny z powodu braku doświadczeń związanych z procedurą ubiegania się o pomoc deklarowało 34% firm. Największy odsetek firm, które dzieliły się swoimi doświadczeniami wskazywał, że procedura ubiegania się o pomoc jest trudna, ale możliwa do przejścia – blisko 30% firm, przeważnie były to firmy duże i średnie, a więc te ubiegające się o instrumenty tzw. postojowe i związane z ochroną miejsc pracy. Z kolei ponad 20% badanych firm deklarowała, że procedura jest łatwo dostępna i niezbyt trudna – twierdziło tak łącznie blisko 50% mikroprzedsiębiorstw, które przecież najczęściej ubiegały się o pomoc z ZUS i pożyczkę z urzędu pracy.

– Dziś najbardziej aktualne wydaje się pytanie, jak będzie wyglądał proces rozliczania różnych form pomocy, bo z informacji firm wynika, że mają one problemy z rozliczaniem otrzymanych dotacji i dofinansowań. Niejasne przepisy mogą utrudnić rozliczenie, a każda decyzja o konieczności zwrotu środków, tylko z powodu nieprecyzyjnych przepisów oznaczać może falę zwolnień, a nawet upadłości. Dlatego apelujemy o rozsądną współpracę i otwartość na rozliczenie pomocy zgodnie z celem ochrony zatrudnienia. Jeszcze ważniejsza jest perspektywa kolejnych miesięcy, bo firmy mimo odmrażania działalności wciąż mają problemy z poprawą rentowności, a obroty nie wracają do stanu sprzed epidemii. Jeśli dodamy do tego problemy z przerwanymi łańcuchami dostaw, z ekspertem oraz coraz wyraźniej pojawiający się kryzys popytowy – to możemy spodziewać się poważnych trudności z utrzymaniem zatrudnienia w perspektywie IV kwartału br. Nie wspominam nawet o wciąż realnym zagrożeniu nawrotem pandemii, która z pewnością radykalnie wpłynie na wzrost zagrożenia kryzysem. Dlatego bardzo aktualne staje się pytanie, czy rząd będzie w stanie na ten nadchodzący okres przygotować wsparcie i instrumenty ochrony miejsc pracy – dodaje prof. Jacek Męcina.

Co jest najważniejsze dla przedsiębiorców?

Z deklaracji firm wynika, że najważniejsze są rozwiązania związane z ograniczeniem kosztów pracy i zawieszeniem składek ZUS – łącznie ponad 2/3 firm wskazują na taką potrzebę, z czego ponad 70% to firmy mikro i małe, a około 50% to firmy średnie i duże, które dotychczas nie korzystały z tego rozwiązania, gdyż pomoc ta kierowana jest do mikro i małych firm.
Kolejnym ważnym instrumentem jest utrzymanie dopłat do wynagrodzeń – łącznie blisko 46% oczekuje tego instrumentu. Na to rozwiązanie wskazuje ponad 30% firm mikro, 47% małych i ponad 60% firm średnich i dużych.
Firmy uważają, że w perspektywie następnych miesięcy konieczne będzie odroczenie terminów płatności podatków – deklaruje taką potrzebę ponad 1/3 firm (34,3%), odsetek jest podobny we wszystkich kategoriach podmiotów. Blisko ¼ badanych firm (22,6%) wskazuje na konieczność utrzymania wysokości płacy minimalnej co najmniej na poziomie tegorocznym (2.600 zł).

Firmy chcą elastycznie korzystać ze środków zgromadzonych na kontach VAT oraz szybszego zwrotu VAT. Wzorem coraz większej liczby przedsiębiorstw warto rozważyć zmniejszenie, przynajmniej czasowe stawki podatku VAT, co mogłoby znacząco pomóc gospodarce.

Firmy wskazują też na znaczenie niektórych rozwiązań w prawie pracy. I tak -18% widzi pilną potrzebę wdrożenia elastycznego czasu pracy i kont czasu pracy. Te postulaty są najistotniejsze dla średniego i dużego biznesu – wskazuje na to rozwiązanie średnio co czwarta większa firma – aż 22% firm średnich i ponad 26% dużych firm. Podobnie blisko 18% firm uważa, że w perspektywie kolejnych miesięcy konieczne będzie zawieszenie ograniczeń w zatrudnieniu na czas określony, przy czym na rozwiązanie to wskazuje, aż 26% firm małych, 30% firm średnich i 24% firm dużych. Część firm, zwłaszcza dużych i średnich wskazuje także na konieczność zniesienia ograniczeń związanych ze stosowaniem pracy tymczasowej (ok. 8% respondentów).

Wyniki badań z jednej strony pokazują, że pomoc musi dotyczyć ograniczenia kosztów pracy (ZUS, dopłaty do zatrudnienia) i ogólnych kosztów funkcjonowania (podatki, pożyczki częściowo umarzalne), z drugiej firmy średnie i duże, rzadziej korzystające z instrumentów wsparcia z Tarczy, potrzebować będą nowych rozwiązań uelastyczniających gospodarowanie zasobami pracy, czyli elastyczny czas pracy, zniesienie limitów stosowania umów na czas określony i pracy tymczasowej oraz subsydiowanie wynagrodzeń.

Pierwsze objawy koronawirusa widoczne w zaległościach przedsiębiorstw – dwa razy szybszy niż zwykle wzrost przeterminowanych zobowiązań – do 33,73 mld zł

Pojawiły się pierwsze objawy koronawirusa w zaległościach przedsiębiorstw. W kwietniu, pełnym miesiącu lockdownu, nieobsługiwane zadłużenie wzrosło o 572 mln zł, czyli dwukrotnie bardziej niż przeciętnie miesięcznie w poprzednim roku. Najwięcej nieopłaconych kredytów i faktur przybyło w sektorze kultury, rozrywki i rekreacji – wzrost o ponad 12 proc. Źle wypadł też sektor administrowania i działalności wspierającej obejmującym m.in. organizatorów turystyki, zaległości zwiększyły się tu o ponad 7 proc. Przeterminowane zobowiązania wszystkich przedsiębiorstw wobec kontrahentów i banków podwyższyły się w kwietniu o 1,7 proc. z 33,16 do 33,73 mld zł – wynika z danych BIG InfoMonitor i BIK.Pierwsze objawy koronawirusa widoczne w zaległościach przedsiębiorstwPo tym jak w połowie marca doszło do zamrożenia gospodarki i stan ten utrzymał się przez cały kolejny miesiąc, nieobsługiwane zadłużenie firm podwyższyło się w kwietniu dwukrotnie szybciej, niż wynosiła przeciętna miesięczna z poprzedniego roku. Wtedy niespłacane długi rosły mniej więcej o 200-300 mln zł co miesiąc w każdym z poszczególnych kwartałów. Tym razem w kwietniu były to 572 mln zł.

Należące do Grupy BIK Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor gromadzi dane o niesolidnych kontrahentach. Natomiast dane o kredytach i terminach spłaty – zarówno tych prawidłowych, jak i opóźnionych – znajdują się w bazach Biura Informacji Kredytowej i to głównie zaległości kredytowe wzrosły tym razem.zaległości firm kwiecień 2020Zgodnie z definicją długu, który można wpisać do rejestru BIG, w zestawieniu uwzględnione jest zadłużenie wynikające z nieopłaconych przez minimum 30 dni od wyznaczonej daty rat kredytów na co najmniej 500 zł. Termin ten nie oznacza jeszcze, że są to tzw. złe kredyty, bo za takie uznaje się długi niespłacane od co najmniej 90 dni. Jest to jednak pierwszy negatywy sygnał, który może niepokoić. Skala kredytowych problemów byłaby znacznie wyższa gdyby nie możliwość skorzystania z wakacji kredytowych. W kwietniu za zgodą banków firmy zawiesiły spłatę ponad 11,9 mld zł kredytów. W puli 572 mln zł niewiele jest zaległości pozakredytowych, wynikających z nieopłaconych faktur. Takie zobowiązania potrzebują więcej czasu, by trafić do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, bo wierzyciel przed wpisem długu niespłaconego przez min. 30 dni musi wcześniej powiadomić dłużnika o takim zamiarze.

Na koniec kwietnia bazy BIG InfoMonitor oraz BIK otwierają: handel, którego niespłacone w terminie zobowiązania wynoszą 7,87 mld zł (23 proc. łącznej kwoty opóźnionych zobowiązań), przemysł z 5,76 mld zł (17 proc.) oraz budownictwo z 5,16 mld zł (15 proc.).
Zaległości spadły w kwietniu w dwóch z sektorach: obsłudze rynku nieruchomości oraz górnictwie.
Udział przedsiębiorstw opóźniających płatności wobec banków i kontrahentów wyniósł na koniec kwietnia 5,9 proc. po wzroście od marca o 0,1 p.p. Tym samym wrócił do poziomu z końca 2019 r. Liczba firm z kłopotami w rozliczeniach (działających, zawieszonych i zamkniętych) doszła do 318,4 tys.

zaległości firm kwiecień 2020 r – Nowe przeterminowane zobowiązania to przede wszystkim niespłacane długi wobec banków. W rozbiciu na poszczególne sektory widać, że największe procentowe przyrosty w kwietniu dotyczyły tych branż, które na pandemii ucierpiały najbardziej, czyli kultury i rekreacji. W tym przypadku wzrost wyniósł ponad 12 proc. – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Drugi najpoważniejszy skok, o ponad 7 proc., jest widoczny w usługach administrowania i działalności wspierającej, które obejmują m.in. organizatorów turystyki, pilotów i przewodników wycieczek. To oni przyczynili się do tak znaczącego pogorszenia statystyk sektora w którym znajdują się również wynajem i dzierżawa maszyn i pojazdów, wsparcie biur czyli ochrona, firmy sprzątające a także . Zaległości turystyki w miesiąc podwyższyły się bowiem o niemal połowę z 81,2 mln zł do 117,5 mln zł – dodaje.

Natomiast na wzrost przeterminowanych zobowiązań sektora kultury, rozrywki i rekreacji złożyły się przede wszystkim kłopoty firm skoncentrowanych na działalności sportowej. Zaległości obiektów sportowych są jeszcze większe niż turystyki – zwiększyły się o ponad połowę z 28,3 do 44,3 mln zł. – Warto tutaj zwrócić uwagę, że te przyrosty oznaczają kompletne odwrócenie dotychczasowego trendu i pokazują prawdziwy dramat obecnej sytuacji. Porównując koniec 2019 r. z rokiem wcześniejszym widzimy, że przeterminowane zobowiązania kultury i rekreacji obniżyły się wtedy o 8 proc., czyli ponad 11 mln zł – mówi Sławomir Grzelczak.

W kwietniu zaczął również przyspieszać wzrost zaległości budownictwa. Po tym jak przez pierwszy kwartał branży przybyło 72 mln zł długów, w kwietniu wzrosły one o ponad 103 mln zł. O połowę szybciej niż na początku roku zaczęły przyrastać zaległości handlu oraz w sektorze zakwaterowania i gastronomii. W efekcie, już co dziesiąta firma prowadząca hotele ma problemy z terminowym rozliczaniem się. Co do gastronomii, to lockdown dał się najmocniej we znaki ruchomym punktom gastronomicznym, ich długi tylko w kwietniu zwiększyły się o niemal jedną dziesiątą. Problemy ma tu jednak wyłącznie co trzydziesta tego typu firma, podczas gdy w restauracjach co dwunasta. Kolejny miesiąc nie najlepiej prezentuje się sytuacja rolnictwa – zaległości wzrosły o 4 proc. Tempo przyrostu zadłużenia na podobnym poziomie jak w pierwszym kwartale utrzymuje natomiast transport, co akurat należy uznać za niezły wynik biorąc pod uwagę podatność branży na wszelkie zawirowania.

zaległości firm kwiecień 2020 r raport – Wstępne dane pokazują, którym firmom już pierwsze tygodnie przestoju dały się we znaki, a przecież dla wielu przedsiębiorstw blokada trwała nawet powyżej dwóch miesięcy. Skalę problemów ma szansę ograniczyć pomoc państwa, ale nie sprosta im w całości i za kilka miesięcy się skończy. Dlatego po danych dotyczących zaległości, na koniec maja, można się spodziewać gorszych wieści. Z czasem, wraz z wyczerpaniem pomocy z tarcz antykryzysowych, przedsiębiorcy pozostaną sam na sam z wyższymi kosztami i mniejszymi obrotami, a to będzie już naprawdę duży kłopot – mówi Sławomir Grzelczak.

Obroty wielu przedsiębiorstw spadły o kilkadziesiąt procent i nie zanosi się, by nawet po kilku miesiącach od rozruchu udało się je przywrócić do poziomu sprzed pandemii. Klienci i firmy zmieniają podejście do wydatków, szukając oszczędności tną koszty. Upowszechnienie pracy zdalnej ma znaczące konsekwencje m.in. dla branży odzieżowej i obuwniczej. Z kolei brak pewności dochodów i większe wymagania banków wobec zainteresowanych kredytami już przekładają się też na spadek zakupu mieszkań, a to z kolei na spadek zainteresowania meblami i sprzętem AGD. Z pewnością mniej zainteresowanych będzie też kupnem samochodów. W częściowym uśpieniu nadal pozostaje branża rozrywkowa – nie ma koncertów czy imprez tanecznych, a niepewne frekwencji kina zwlekają z premierami. – Nie zanosi się, by szybko do pracy wrócili organizatorzy targów i konferencji. Ich sytuacja jest wyjątkowo trudna, bo z dystansem do tego typu wydarzeń podchodzą potencjalni uczestnicy i można się obawiać, że do stanu sprzed pandemii długo nie będą chcieli wrócić. Dodatkowo jesień, która mogłaby przynieść pewną pozytywną zmianę, budzi lęk falą wzrostu zachorowań na koronawirusa i tym samym przedłużeniem blokady na organizację różnego rodzaju imprez – mówi Sławomir Grzelczak.

zaległości firm kwiecień 2020 raportNa razie pozytywnie zaskakuje fakt, że firmy w trudnej obecnie sytuacji mobilizują się, by nie dopuszczać do opóźnień, więcej uwagi przykładają do sprawdzania kondycji zleceniodawcy, zaczęły częściej korzystać z przedpłat i skracają terminy płatności. Niektórzy przedsiębiorcy deklarują też szybsze płatności niż wcześniej, by nie przyczyniać się do problemów dostawców. – Z badań realizowanych na zlecenie BIG InfoMonitor wśród mikro, małych i średnich firm wynika, że problem zatorów płatniczych w rozliczeniach B2B w drugim kwartale zmniejszył skalę. Na opóźnienia płatności w spływie należności skarży się 35 proc. badanych, wobec 50 proc. w zeszłym roku. Pytanie, jak długo uda się utrzymać taki stan – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

W tym roku 9 na 10 Polaków planujących urlop spędzi go w kraju. Spodziewany jest wzmożony ruch na drogach

Jak wynika z danych Polskiej Organizacji Turystycznej, aż 87 proc. Polaków, którzy planują urlop w najbliższych miesiącach, chce spędzić go w kraju, najczęściej w górach, nad morzem lub nieopodal jezior. Część osób planuje odwiedzić zagraniczne kurorty, wybierając się w trasę własnym autem. – To oznacza, że latem na drogach może być tłoczniej niż w ubiegłych latach. Jadąc na wakacje, nie możemy myśleć życzeniowo, tylko racjonalnie planować podróż – mówi Marcin Borkowski ratownik medyczny i ambasador kampanii Trzeźwo myślę.

– Zdarza się, że za wszelką cenę chcemy np. w 16 godzin dojechać do Chorwacji. W praktyce okazuje się jednak, że po drodze stanęliśmy w korku, złapaliśmy gumę, natknęliśmy się na wypadek lub remont wiaduktu i podróż wydłuża się o kilka godzin. Myśląc racjonalnie, przygotowujemy się na takie sytuacje jeszcze w domu, nie myślimy życzeniowo, planujemy podróż, przygotowujemy się na różne ewentualności, bierzemy pod uwagę odpoczynek, który dla kierowcy jest niezwykle ważny – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Borkowski, mistrz Europy w ratownictwie medycznym.

Eksperci zwracają uwagę na to, że zmęczona i niewyspana osoba stwarza na drodze takie samo zagrożenie jak osoba będąca pod wpływem alkoholu. Dlatego mniej więcej co trzy godziny każdy kierowca powinien robić postój. Pierwszy powinien trwać co najmniej kwadrans.

– Postój nie może wyglądać tak, że najadamy się w fast foodzie, krew spływa do żołądka, my stajemy się ospali i wtedy ruszamy dalej. Trzeba wysiąść z auta, zrobić przysiady na świeżym powietrzu. To nas pobudzi. Po kolejnych trzech godzinach jazdy robimy drugą piętnastominutową przerwę z ruchem, a na każdą kolejną planujemy już 30–60 minut. Wtedy zwiększa się nasza percepcja i obniża poziom zmęczenia – mówi ratownik medyczny.

Przy planowaniu każdej wyprawy autem trzeba także skontrolować jego stan techniczny. Przed ruszeniem w drogę należy sprawdzić, czy w samochodzie jest apteczka i co się w niej znajduje.

– Przed wyjazdem, niezależnie od tego, czy planujemy podróż na terenie Polski, czy wybieramy się poza granice kraju, warto dokonać przeglądu technicznego auta. Sprawdzamy też czystość, a co za tym idzie przejrzystość szyb, czy fotel jest prawidłowo ustawiony, czy działają światła stopu, awaryjne, pozycyjne i mijania – wylicza Marcin Borkowski, ambasador kampanii Trzeźwo myślę.

Weryfikujemy też zawartość apteczki.

– Warto ją wcześniej rozpakować. Cała rodzina powinna wiedzieć, gdzie są w niej bandaż, plastry, chusta trójkątna, nożyczki. To taka rodzinna praca domowa przed wakacjami. Dobrze także sprawdzić i zapisać numery alarmowe w kraju, do którego jedziemy – mówi ratownik medyczny.

W żadnym wypadku nie należy wsiadać za kierownicę po spożyciu alkoholu lub dzień po wypiciu jego znacznej ilości. To w wakacje pijani kierowcy powodują najwięcej wypadków. W ubiegłym roku było ich ponad 560, zginęły w nich 63 osoby, a 665 zostało rannych.

– Trzeźwe myślenie to przewidywanie tego, co może się wydarzyć na trasie, ale także branie odpowiedzialności za siebie i innych. W trakcie letniego wypoczynku nad wodą czy w górach to także zachowanie rozsądku w ilości spożywanego alkoholu – podkreśla Marcin Borkowski.

Ratownicy medyczni przyznają, że w miesiącach letnich mają ręce pełne roboty nie tylko na drogach. Następuje bowiem wakacyjne rozprężenie, a ludzie są skupieni na wypoczynku i zabawie, co usypia ich czujność, przez co nie zachowują należnej ostrożności. Dodatkowo liczbę urazów, wypadków i zranień zwiększa spożywanie alkoholu. Ludzie rzadko też biorą pod uwagę to, że upał, wraz z wydzielaniem potu, usuwa z organizmu wodę oraz sole mineralne, które są niezbędne do jego prawidłowego funkcjonowania. A to może doprowadzić do odwodnienia, zaburzeń pracy układu pokarmowego i krążenia.

– Trzeba stronić od mocnych, wysokoprocentowych alkoholi, a wybierać te słabsze. Ale mimo wszystko należy pamiętać, że one także zamienią się w promile we krwi, dlatego tego typu trunki powinniśmy konsumować z głową – mówi ratownik medyczny. – Jeżeli jesteśmy w towarzystwie, dobrze byłoby, gdyby ktoś pozostawał trzeźwy, obserwował resztę grupy, pilnował dzieci, przewidywał niebezpieczne sytuacje. Osoba taka może zareagować, np. zabrać kluczyki od samochodu komuś, kto po alkoholu chciałby wsiąść za kierownicę – dodaje.

Marcin Borkowski jest ambasadorem kampanii edukacyjnej Trzeźwo myślę organizowanej przez Carlsberg Polska, która promuje odpowiedzialną konsumpcję alkoholu. Akcja ma na celu uzmysłowić konsumentom, że trzeźwe, rozsądne myślenie i mocne stąpanie po ziemi jest ważne w codziennym życiu, a w szczególności w trakcie wakacyjnych podróży samochodem.

Przedsiębiorcy będą zwolnieni z podatku minimalnego

Kryzys wywołany epidemią COVID-19 bardzo mocno uderzył w branżę wynajmu nieruchomości komercyjnych. Czasowe, całkowite zamknięcie obiektów handlowych, spowodowało dramatyczne spadki sprzedaży najemców, renegocjację umów i rezygnację z wielu wynajmowanych powierzchni. Niektóre obiekty biurowe wciąż stoją puste, a pracownicy pracują zdalnie. Taka sytuacja powoduje, że właściciele tych obiektów ponoszą poważne straty.

– Pozytywnie przyjmujemy uwzględnienie naszego postulatu i wyrażamy nadzieję, że w przypadku dalszych trudności branży objętej podatkiem minimalnym, zwolnienie zostanie przedłużone. Jego istota polega na tym, że jeżeli podmiot wynajmujący powierzchnie handlowe nie płaci podatku CIT/PIT (ponosi straty), to zobowiązany jest zapłacić tzw. podatek minimalny, naliczany nie od dochodu uzyskanego z najmu nieruchomości, a od jej wartości. Dlatego tak istotne i uzasadnione jest odstąpienie, przynajmniej w 2020 r., od pobierania podatku minimalnego. Zgodnie z interpretacjami prezentowanymi przez Ministra Finansów podatek minimalny zobowiązani są płacić również właściciele hoteli, którzy także znaleźli się w trudnej sytuacji – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Zwolnienie z podatku dotyczy właścicieli: galerii handlowych, domów towarowych, biurowców, magazynów, hoteli i innych budynków wynajmowanych, dzierżawionych lub leasingowanych.

Czy niższa stawka VAT może wspomóc gospodarkę po pandemii?

Jednym z pomysłów na wspomożenie gospodarki po kryzysie koronawirusa jest obniżenie podatku VAT. Mniejszy podatek nałożony na konsumpcję oznaczałby niższe ceny produktów i usług, bez straty przedsiębiorców i firm. Takie rozwiązanie na pewno zasługuje na uwagę – jednak eksperci podatkowi wskazują, że bez równoległych zmian w całym systemie podatkowym obniżka VATu może dotknąć niektóre grupy społeczne. Podatek VAT jest bowiem skorelowany z podatkiem dochodowym PIT i CIT. Obniżka podatku od konsumpcji mogłaby sprawić, że osoby zarabiające najmniej koniec końców zapłaciłyby w podatkach więcej. Dlatego eksperci radzą, by obniżkę VATu gruntownie przemyśleć i wykorzystać tę okazję do reformy całego systemu podatkowego – zamiast wprowadzać nagłe, punktowe zmiany. 

– Temat podatku VAT warto rozważać równolegle ze zmianami w podatku PIT. Jeżeli stwierdzilibyśmy, że warto uprościć system VATowski – na przykład polegać na jednolitej, powszechnej stawce, rezygnując z preferencji na część towarów – musimy pomyśleć o osłonach dla osób najmniej zarabiających, którym efektywnie podatek by wzrósł – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Jestem zwolennikiem tego, by odrobinę odczekać. Zastanowić się, jak wygląda gospodarka po pandemii – po czym zaproponować całościowy system nowych podatków. Warto przemyśleć również, co zrobić z innymi obciążeniami pracy – czyli ze składkami na ubezpieczenie społeczne. Podnoszenie się po pandemii sprzyjałoby nowemu podejściu do całego systemu podatkowego. Zazwyczaj myślimy o zmianach w systemie podatkowym, gdy jesteśmy pod jakąś presją – budżet potrzebuje dodatkowych środków lub istnieje konieczność zapewnienia ulgi określonej grupie podatników. Zazwyczaj jest to działanie “na łapu capu”. W tej chwili ewidentnie mamy okazję, żeby ten system w całości przemyśleć na nowo – zaleca Soroczyński.

Ameryka stała się dla Polski najważniejszym sojusznikiem i gwarantem bezpieczeństwa. Według ekspertów można już mówić o uzależnieniu

Cztery dni przed wyborami w Polsce prezydent Andrzej Duda spotka się w Białym Domu z Donaldem Trumpem i będzie to pierwsza wizyta zagranicznej głowy państwa w USA od początku globalnej pandemii koronawirusa. Rozmowy mają dotyczyć głównie rozwoju współpracy obronnej Polski i Stanów Zjednoczonych, a także handlu, energetyki i bezpieczeństwa telekomunikacyjnego. – Uczyniliśmy Amerykę głównym gwarantem naszego bezpieczeństwa – mówi dr hab. Bohdan Szklarski, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, amerykanista z Ośrodka Studiów Amerykańskich.

– Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie jest rozważana na różnych poziomach: gospodarczym, dyplomatycznym, ale również pod kątem tego, czy nie jest aby symptomem narastającego uzależnienia Polski od Stanów Zjednoczonych jako gwaranta naszego bezpieczeństwa. Jednoznacznie tak jest, że kiedy Polska mówi NATO, myśli Stany Zjednoczone, kiedy mówi stosunki transatlantyckie, myśli stosunki polsko-amerykańskie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Bohdan Szklarski.

Według eksperta zarówno obecna ekipa rządząca, jak i poprzednie rządy przez lata traktowały Stany Zjednoczone jako kluczowego sojusznika i gwaranta polskiego bezpieczeństwa. Stąd dążenie do maksymalnego zwiększenia liczby amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Polsce.

– W myśl założenia, że gdyby miał zginąć choć jeden z nich, to cała Ameryka rzuci się na agresora, który zabił amerykańskiego żołnierza. Obyśmy tego nigdy nie musieli sprawdzać, bo wydaje się to wydumane założenie. Teoretycznie słuszne, ale w praktyce jest wiele różnorodnych wariantów takiej sytuacji – mówi .

W Polsce stacjonuje w tej chwili około 4,5 tys. amerykańskich żołnierzy – większość w zachodniej części kraju, ale część z nich przebywa nad Wisłą pod flagą NATO, w ramach struktur międzynarodowych. Ich obecność nie jest stała, ale rotacyjna. Zgodnie z deklaracją, którą w czerwcu ubiegłego roku podpisali prezydent Andrzej Duda i Donald Trump, ich liczba ma się zwiększyć o dodatkowy ok. 1 tys. w ramach umocnienia wschodniej flanki Sojuszu i zapewnienia w Polsce dodatkowych zdolności obrony i odstraszania. Równolegle do Stanów Zjednoczonych płynie strumień pieniędzy, które MON wydaje na zakupy uzbrojenia.

– Ta wizyta utwierdza przekonania analityków – nie tylko w Polsce, tych bardziej krytycznie nastawionych do tak silnego uzależnienia naszego bezpieczeństwa od deklaracji i spodziewanych działań amerykańskich. Obie strony – opozycyjna i rządowa – prowadzą w tej chwili dość podobną politykę. Sami zapędziliśmy się w ten kozi róg i uczyniliśmy Amerykę kluczowym, najważniejszym sojusznikiem i dostarczycielem gwarancji bezpieczeństwa dla naszych obywateli – mówi amerykanista z UW.

Jak podkreśla, na forum unijnym i europejskim głos Polski wielokrotnie był bliższy Waszyngtonowi niż Brukseli, przez co nasz kraj był nazywany „koniem trojańskim Ameryki”. Poluzowanie tej polityki i ścisłego powiązania z USA, o ile miałoby nastąpić, musiałoby przebiegać stopniowo, aby nie podważyć polskiego bezpieczeństwa.

– Czy to jest już uzależnienie, czy jeszcze sytuacja w jakiś sposób kontrolowana w Warszawie? Niestety skłaniam się do tezy o uzależnieniu. Dlatego też Donald Trump tak chętnie wspiera prezydenta Dudę i PiS jako ekipę rządzącą. Ta wizyta tylko potwierdza szalenie uprzywilejowaną sytuację Stanów Zjednoczonych w relacjach z Polską – mówi dr hab. Bohdan Szklarski. – Łagodzenie tej perspektywy musi mieć charakter stopniowy, inaczej wytworzy się poczucie radykalnego obniżenia bezpieczeństwa Polski. Szczególnie w kontekście tego, co Rosja – nasz jedyny przeciwnik na arenie międzynarodowej – robi na Bałtyku i w okolicach naszych granic.

3 mld zł dotacji unijnych dla średnich firm zmagających się z koronawirusem. Do końca lipca mogą się starać o dofinansowanie na kapitał obrotowy

W ramach łagodzenia gospodarczych skutków pandemii SARS-CoV-2 do końca lipca br. przedsiębiorstwa mogą ubiegać się o unijne dotacje na kapitał obrotowy. Aby otrzymać wsparcie, firma musi spełnić tylko dwa warunki: odnotować przynajmniej 30-proc. spadek obrotów wskutek pandemii oraz mieścić się w definicji średniego przedsiębiorstwa. Kwota dotacji jest uzależniona od skali zatrudnienia, a firma może przeznaczyć ją na zaspokojenie bieżących potrzeb maksymalnie przez okres trzech miesięcy. Na wsparcie przedsiębiorców Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej przeznaczy w sumie 3 mld zł z unijnych funduszy, z czego 2,5 mld zł trafi do średnich firm za pośrednictwem PARP.

Unijne dotacje są wykorzystywane także do walki z koronawirusem. Są to m.in. środki, które mamy do dyspozycji w ramach polityki spójności i które Komisja Europejska pozwoliła przeznaczyć na działania antycovidowe dla przedsiębiorców i sektora ochrony zdrowia – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej. – Trzeba też pamiętać o programie odbudowy zaproponowanym przez KE – to kolejne co najmniej 64 mld euro, które mają trafić do Polski na łagodzenie skutków pandemii i odbudowę gospodarki po kryzysie. Są to środki, które będziemy mogli wykorzystać właśnie na cele związane z przedsiębiorczością i inwestycjami w gospodarkę tak, aby mogła wrócić na właściwe tory po pandemii.

Jednym z elementów rządowej tarczy antykryzysowej, finansowanym ze środków unijnych, są dotacje na kapitał obrotowy. Łączny budżet tego programu przeznaczony na wsparcie przedsiębiorców to 3 mld zł (w ramach unijnych programów operacyjnych). Dotacje na kapitał obrotowy mają wesprzeć i pomóc utrzymać działalność firmom z sektora MŚP, które wskutek pandemii koronawirusa znalazły się w trudnej sytuacji, a ich obroty spadły o co najmniej 30 proc. w dowolnym miesiącu po 1 lutego br. w porównaniu do poprzedniego miesiąca lub analogicznego miesiąca rok wcześniej. Środki w wysokości 500 mln zł mają wesprzeć bieżącą działalność mikro- i małych przedsiębiorców – za ich dystrybucję w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych będą odpowiadali marszałkowie województw. Pozostałe 2,5 mld zł z programów Inteligentny Rozwój i Polska Wschodnia ma trafić do przedsiębiorstw średniej wielkości za pośrednictwem Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Przykładowo, jeżeli w kwietniu obroty firmy spadły o 1/3 wobec marca 2020 bądź kwietnia 2019 roku, kwalifikuje się ona do wsparcia właśnie w ramach tego programu – tłumaczy Mikołaj Różycki, wiceprezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

O wsparcie w PARP mogą wnioskować średnie przedsiębiorstwa, które mają siedzibę lub oddział na terenie Polski, zatrudniają mniej niż 250 pracowników, a ich roczny obrót nie przekracza 50 mln euro (lub roczna suma bilansowa nie przekracza 43 mln euro).

Program wystartował 15 czerwca i pierwszych pięć dni jego działania pokazało duże zainteresowanie. Do 22 czerwca wpłynęło do nas około 3 tys. wniosków od średnich firm. Udało się nam, przy bardzo dużym wysiłku pracowników, którzy wielokrotnie pracowali nad tym po godzinach i wieczorami, ocenić prawie tysiąc tych wniosków. Dzięki temu do 22 czerwca już 847 firm zostało objętych pomocą – mówi Mikołaj Różycki.

– Skorzystaliśmy z dotacji na kapitał obrotowy i wniosek został rozpatrzony pozytywnie – mówi Marek Bala, właściciel firmy Kratki.pl i jeden z beneficjentów programu. – Procedura była bardzo prosta. Dotacja na kapitał obrotowy pozwoli nam przekazać te środki na opłaty bieżące i kolejne inwestycje. To dla nas naprawdę duże wsparcie w tym ciężkim okresie, który nie wiadomo, jak długo potrwa. Bez tego byłoby nam dużo trudniej utrzymać miejsca pracy i się rozwijać.

Dotację na kapitał obrotowy firma może przeznaczyć na pokrycie swoich kosztów funkcjonowania i związanych z finansowaniem kapitału obrotowego, jak np. opłacenie mediów, najem powierzchni, zakup towarów czy ubezpieczenie działalności. Jej wysokość jest uzależniona od skali zatrudnienia w przedsiębiorstwie. Zastrzyk środków ma pomóc firmie maksymalnie przez okres trzech miesięcy.

Program ma funkcjonować do 31 lipca tego roku. Do tego czasu można aplikować o wsparcie. Apelujemy, żeby pilnować tego terminu, który na dziś jest graniczną datą. Z kolei obowiązkiem PARP-u będzie podpisać i przekazać te środki do końca tego roku – mówi wiceprezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Jak podkreśla, wniosek o dotację na kapitał obrotowy jest bardzo uproszczony, opiera się na oświadczeniach i zajmuje raptem dwie strony w generatorze elektronicznym. Jest to proste i szybkie narzędzie i jeśli przedsiębiorca ma przygotowane odpowiednie dane, wypełnienie go trwa około 40 minut. W przypadku wątpliwości lub problemów może skorzystać z udostępnionej na stronie PARP instrukcji wypełniania wniosku.

Wypłacamy 100 proc. środków, co jest dość niespotykane w instrumentach publicznych. Z reguły funkcjonujemy w modelu małej zaliczki albo refundacji, czyli wykładam swoje, rozliczam się i dostaję dotację. W tym przypadku firma otrzymuje z góry 100 proc. środków. Te pieniądze mają wpłynąć na konto, żeby firma mogła szybko zareagować na bieżące okoliczności i płacić swoje zobowiązania – tłumaczy Mikołaj Różycki.

Szanse i wyzwania sektora IT. Przed jakimi możliwościami stoi sektor technologiczny w czasach pandemii?

Pandemia SARS-CoV-2 okazała się szokiem nie tylko dla służby zdrowia, ale również całej gospodarki. Jednym z jej długofalowych efektów będzie nasilenie procesu informatyzacji w różnych dziedzinach życia społecznego i biznesu. Ta sytuacja stwarza ogromne możliwości dla sektora IT, a także wyzwania dla firm, które chcą zadbać o konkurencyjność w nowym, cyfrowym środowisku ekonomicznym.

W internecie krąży mem w postaci pytania testowego z trzema wariantami odpowiedzi. Pytanie brzmi: Kto przeprowadził cyfrową transformację twojej firmy? Opcje wyboru są następujące:

a) CEO
b) CTO
c) COVID-19

Trudno o bardziej trafne i zwięzłe podsumowanie sytuacji, w jakiej znalazł się obecnie biznes.

Mem jest w języku angielskim, ale płynące z niego wnioski dotyczą przedsiębiorstw na całym świecie – w nie mniejszym stopniu w Polsce niż USA. Pandemia sprawiła, że globalna gospodarka znalazła się w punkcie zwrotnym. Nowy kierunek rozwoju jest ściśle związany z informatyzacją, a przyszłość firm zależy obecnie od ich umiejętności przejścia przez cyfrową transformację. To sytuacja, która stwarza gigantyczne szanse dla branży IT – ale również wyzwania związane z tempem i sprawnością wdrażania rozwiązań opartych na nowych technologiach.

Pandemia przyspiesza cyfryzację

Od początku pandemii pojęcie cyfrowej transformacji odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Jednak zagadnienie nie jest przecież nowe. Z badania firmy Tech Pro Research wynika, że już w 2018 r. 70 proc. firm opracowywało lub wdrażało strategię digitalizacji. Z poprawką na fakt, że priorytet przypisany tym działaniom nie zawsze był wysoki.

To poniekąd naturalne. W biznesie – jak w życiu – górę zwykle biorą bieżące potrzeby. Implementacja nowych rozwiązań wymaga środków i czasu, więc „chętnie” odkładana jest na później. Do tego dochodzi inercja, spowodowana siłą przyzwyczajenia i przywiązaniem do procedur, a w efekcie niechęć do wprowadzania zmian, które wymagają reorganizacji pracy.

Jednak usprawnienia można odkładać tylko do momentu, gdy nie da się bez nich funkcjonować. Na przykład współpracować w trybie zdalnym, przetwarzać dokumenty elektroniczne czy efektywnie obsługiwać klientów online. Nagły zwrot akcji spowodowany epidemią koronawirusa pokazał, że firmy, które opierały się zmianom, stąpały kruchym lodzie. Jednocześnie przedsiębiorstwa, które wyszły z tej próby zwycięsko, uświadomiły sobie, jak bardzo korzystanie z cyfrowych narzędzi ułatwia pracę, zmniejsza koszty i uwalnia biznesowy potencjał, często zablokowany przez niechęć do innowacji.

Te branże cyfryzują się najszybciej

Wiele branż, które prowadziły znaczną część swojej działalności offline, zostało zmuszonych do przejścia częściowo bądź całkowicie do sieci. Takim przykładem jest sektor edukacyjny czy kulturalny – zarówno w części publicznej, jak i prywatnej. W trybie przyspieszonym przewagę konkurencyjną zyskały firmy, które najlepiej odnalazły się w cyfrowym środowisku i potrafią sprawnie świadczyć w nim usługi. Lista branż i dziedzin, objętych przyspieszoną cyfrową transformacją, jest długa, ale kilka z nich zwraca szczególną uwagę.

1. E-commerce wygrywa na pandemii

Handel online to jeden z największych wygranych czasu pandemii. Domowa izolacja, zamknięcie galerii handlowych oraz obawy klientów przed kontaktem bezpośrednim dodały branży wiatru w żagle. Przykładowo e-sklepy działające na platformie Shoper odnotowały w kwietniu obroty wyższe o 122 proc. w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku. Pandemia wymusiła zmianę nawyków zakupowych, które długo będą procentować dla e-commerce. Tym bardziej że kanał online stanowi tańszą i wygodniejszą opcję dla klientów. Nie oznacza to jednak bonanzy dla wszystkich firm. Zyskają przede wszystkim te, które wykorzystają przewagę technologiczną do sprawniejszej realizacji zamówień, obsługi klienta i promocji w internecie. To rola dla branży IT, oferującej liczne narzędzia wspierające e-handel.

2. Telepraca: wygoda pracownika, oszczędność pracodawcy

Epidemia zmusiła większość firm do przejścia w tryb pracy zdalnej. Wiele przedsiębiorstw nie było przygotowanych do tej sytuacji. Wdrożenie telepracy i zarządzanie rozproszonym zespołem wymaga zarówno zmian organizacyjnych, jak i umiejętności z zakresu posługiwania się narzędziami cyfrowymi. Obecna sytuacja nie pozostawia jednak wyboru. Firmy już na stałe muszą być przygotowane do działania w trybie online. Ta konieczność przekłada się na wzrost popularności narzędzi cyfrowych umożliwiających zdalną komunikację i współpracę, takich jak programy do wideokonferencji, wirtualnych spotkań, organizacji pracy przez internet, technologie chmurowe czy usługi streamingowe.

3. Zdalna edukacja, kultura i rekreacja

Do sieci przeniosła się również edukacja. Nawet w większym stopniu niż handel – w końcu przekazywanie wiedzy nie wymaga kontaktu w przestrzeni fizycznej. Według danych UNESCO w kwietniu w trybie distance learning naukę pobierało 1,57 miliarda uczniów i studentów ze 191 krajów. Przeprowadzka do sieci dotyczy nie tylko szkół państwowych i prywatnych, ale również rozmaitych zajęć odbywających się dotychczas w przestrzeni fizycznej, takich jak kursy językowe czy szkolenia zawodowe. W cyberprzestrzeni świetnie odnalazła się również kultura i rozrywka, a nawet branża fitness. Okazało się, że ekran nie stanowi przeszkody, a nawet jest wygodnym pośrednikiem w serwowaniu treści edukacyjnych czy instruktażowych.

4. Płatności online coraz bardziej niezbędne

Przeprowadzka biznesu do sieci w oczywisty sposób wymusza wdrożenie płatności online. Integracja e-sklepu z systemem umożliwiającym szybkie opłacenie zakupu zwyczajnie ułatwia klientowi życie – a brak takiego narzędzia może go zniechęcić. Nic dziwnego, że firmy oferujące aplikacje do obsługi płatności mają ręce pełne roboty. Jak podaje serwis Thinknum.com, Paypal w tym roku podwoił liczbę ofert pracy. Gigant rozwija m.in. swój zespół analityczny, zajmujący się badaniem zmian w zachowaniach konsumenckich.

5. Telemedycyna otrzymała silny impuls rozwojowy

Medycyna również musiała przejść w tryb zdalny. To oczywiste, w czasie epidemii fizyczne wizyty u lekarza stwarzają zagrożenie – zarówno dla lekarzy, jak i pacjentów. Choć perspektywy telemedycyny rysują się świetnie od dłuższego czasu, to jednak dopiero pandemia COVID-19 dostarczyła jej potężnego impulsu rozwojowego. „Telezdrowie” to jeden z aspektów szerszego trendu związanego z cyfryzacją lecznictwa, który wymaga ścisłej współpracy sektora medycznego z branżą IT.

Chcesz być konkurencyjny? Zadbaj o know-how

Procesy cyfryzacji nasilone w związku z pandemią COVID-19 dotkną znacznie więcej branż i obszarów naszego życia. W niektórych przypadkach wpływ będzie bezpośredni, w innych mniej ewidentny, związany z udoskonalaniem już istniejących rozwiązań, np. z zakresu automatyzacji, uczenia maszynowego czy sztucznej inteligencji.

Dynamika zmian zależy od konkurencyjności firm i ich zdolności mierzenia się z procesami cyfrowej transformacji. Ta z kolei zależy nie tylko od modelu biznesowego czy dostępnej infrastruktury, ale również kompetencji ich personelu. Przedsiębiorstwa, które chcą radzić sobie z wyzwaniami globalnego rynku usług cyfrowych i dostarczać skutecznych, atrakcyjnych dla klientów rozwiązań, muszą zadbać o know-how i umiejętności swoich pracowników.

Kursy programowania i podnoszenie cyfrowych kompetencji

Nie musi się to wiązać z potrzebą przeprowadzenia kosztownych procesów rekrutacyjnych. W wielu przypadkach odpowiedzią na te wyzwania jest reskilling i upskilling – zmiana lub zwiększenie kwalifikacji obecnych kadr. W czasach powszechnej cyfryzacji oznacza to m.in. konieczność nabycia kompetencji programistycznych, analitycznych czy managerskich – w zakresie zarządzania projektami cyfrowymi.

Tego typu wiedzy nie zdobywa się z dnia na dzień, ale można ją pozyskać w ramach specjalistycznych szkoleń, organizowanych przez doświadczone firmy. Na rynku dostępne są kursy programowania, kursy analizy danych, kursy testowania czy zarządzania projektami. Zapewniają one zestaw umiejętności o kluczowym znaczeniu dla biznesu próbującego zachować konkurencyjność w warunkach cyfrowej transformacji.

Wartość cyfrowej gospodarki: 11,5 biliona dolarów

Tego typu oferta jest atrakcyjna nie tylko dla indywidualnych osób, próbujących zwiększyć swoją szansę na znalezienie lepszej pracy. To przede wszystkim świetne rozwiązanie dla firm, które dzięki rozwijaniu kwalifikacji całych zespołów mogą wejść na wyższy poziom rozwoju.

Możliwości, jakie stwarza przyspieszona przez pandemię cyfryzacja dla dynamicznych, innowacyjnych przedsiębiorstw są kolosalne. Jak wyliczyli eksperci z Oxford Economics i Huawei, wartość cyfrowej gospodarki wynosi 11,5 biliona dolarów. Gra wydaje się więc warta świeczki – a inwestycje w rozwój kompetencji cyfrowych nie mogą być chybione.

Kosmos dla turystów coraz bliżej. Dzięki umowie NASA z Virgin Galactic już wkrótce mogą wystartować loty komercyjne

To może być przełomowy rok dla komercyjnych lotów w kosmos. Największe firmy już od kilku lat zapowiadały start kosmicznej turystyki i wszystko wskazuje na to, że już wkrótce pierwsi turyści obejrzą Ziemię z kosmosu. Amerykańska firma Virgin Galactic podpisała umowę z NASA, a jej efektem mogą być właśnie prywatne loty do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Firma ma trenować kosmonautów amatorów, którzy będą chcieli wziąć udział w komercyjnych lotach. – Chcemy przybliżyć perspektywę planetarną wielu tysiącom ludzi – zapowiada George Whitesides, dyrektor generalny Virgin Galactic.

– Cieszymy się na możliwość współpracy z NASA w prywatnym programie lotów orbitalnych, który nie tylko pozwoli nam korzystać z naszej platformy lotów kosmicznych, lecz także umożliwi podzielenie się z NASA i innymi agencjami naszą infrastrukturą do szkolenia kosmonautów – wskazuje George Whitesides, dyrektor generalny Virgin Galactic.

Już od lat największe firmy na świecie pracowały nad turystyką kosmiczną. Po pierwszych podbojach w kosmosie wydawało się, że komercyjne loty poza ziemską atmosferę to kwestia najbliższych lat. Kiedy w 2001 roku Dennis Tito wykupił podróż na Międzynarodową Stację Kosmiczną za pośrednictwem amerykańskiej firmy Space Adventures, wszystko wskazywało na to, że niebawem każdy chętny turysta będzie mógł podziwiać Ziemię z kosmosu. Do tej pory jednak zorganizowano jedynie kilka komercyjnych lotów w kosmos za pośrednictwem rosyjskiego statku kosmicznego Sojuz. Każdy z lotów kosztował  minimum 20 mln dol.

Rosyjski program lotów komercyjnych został jednak wstrzymany w 2010 roku i do tej pory turystyka kosmiczna w zasadzie nie istniała. W 2019 roku NASA zapowiedziała pierwsze prywatne loty kosmiczne za pośrednictwem statków kosmicznych SpaceX i Boeinga. Jeden dzień pobytu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej ma kosztować 35 tys. dol., nie wliczając w to kosztów przelotu w obie strony.

O tym, że komercyjne loty w kosmos to kwestia najbliższych miesięcy, przekonała udana próba wystrzelenia statku Crew Dragon w maju 2020 roku, dzięki czemu SpaceX dostarczyła dwóch astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Teraz umowę z NASA na prywatne loty w kosmos podpisała także firma Virgin Galactic.

Umowa między Virgin Galactic i NASA może być milowym krokiem w turystyce kosmicznej, choć w ostatnich latach nie brakowało eksperymentalnych lotów. Pojazd suborbitalny New Shepard firmy Blue Origin odbył już kilkanaście lotów. Do tej pory z lotów testowych skorzystało ok. 100 osób. Rocket Lab jest kolejną prywatną firmą, która oferuje pionierskie misje dedykowane dla małych satelitów za pośrednictwem rakiety elektronowej.

Firma Virgin Galactic opracowała program Future Astronaut Readiness. Jej doświadczenie w przestrzeni kosmicznej może odegrać ważną rolę w szkoleniu do podróży orbitalnych, przede wszystkim umożliwiając pasażerom zapoznanie się z przeciążeniami podczas lotów kosmicznych. To wszystko sprawia, że już wkrótce komercyjne loty w kosmos staną się znacznie częstsze.

– Podjęliśmy do tej pory niezrównaną liczbę zobowiązań w zakresie komercyjnych lotów kosmicznych. Na podstawie tych doświadczeń możemy podzielić się naszą wiedzą w rozwoju kolejnego segmentu nowego przemysłu kosmicznego. Chcemy przybliżyć perspektywę planetarną wielu tysiącom ludzi – podkreśla George Whitesides.

Pandemia koronawirusa przyspieszy rozwój technologii telemedycznych. Roboty przejmują część zadań lekarzy i pielęgniarek [DEPESZA]

Pandemiczne restrykcje wymusiły na służbie zdrowia wdrożenie nowych procedur postępowania z pacjentami, aby ograniczyć ryzyko rozprzestrzeniania się koronawirusa. Do powszechnego użytku weszły rozwiązania z pogranicza robotyki i telemedycyny, które umożliwiają prowadzenie zdalnej opieki nad pacjentami oraz przeprowadzanie dezynfekcji pomieszczeń szpitalnych bez konieczności narażania się na kontakt z koronawirusem.

– Pandemia SARS-CoV-2 wywarła ogromny wpływ na przemysł opieki zdrowotnej, przytłaczając szpitale, przeciążając zasoby medyczne oraz zmuszając pracowników służby zdrowia i pacjentów do ograniczenia fizycznej interakcji z innymi ludźmi – wskazuje Thuc Vu, dyrektor generalny OhmniLabs.

– W czasach pandemii wielu pacjentów jest w ścisłej izolacji, a pielęgniarki potrzebują pełnego zestawu środków ochrony osobistej tylko w celu przeprowadzenia wizyt w pokoju – dodaje dr Jonathan Wirjo, dyrektor medyczny i partner zarządzający Focus Mental Health Solutions.

Narodowy Fundusz Zdrowia już na początku pandemii koronawirusa w Polsce wydał zalecenie o korzystaniu z narzędzi telemedycznych w celu ograniczenia ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa. W komunikacie z 12 marca 2020 roku wskazano, aby część świadczeń ambulatoryjnych wykonywać za pośrednictwem nowych technologii komunikacyjnych. Decyzja ta dała podstawy do wdrożenia opieki telemedycznej na szerszą skalę. Jednak nie wszystkim pacjentom można udzielić porady zdalnie. Inteligentne roboty przejęły część prac wykonywanych dotychczas przez personel medyczny, ograniczając ryzyko rozprzestrzenienia się koronawirusa wśród pacjentów oraz lekarzy.

– W OhmniLabs uważamy, że roboty z funkcją teleobecności są idealnym sposobem na przezwyciężenie problemów związanych z barierami geograficznymi, niepełnosprawnością fizyczną i chorobami. Teraz bardziej niż kiedykolwiek staramy się dostarczać takie roboty, które spełniają wymagania pracowników służby zdrowia w tych trudnych czasach – mówi Thuc Vu.

Roboty w trakcie pandemii mogą zastąpić tych pracowników służby zdrowia, którzy mają bezpośredni kontakt z osobami chorymi. Dobrym przykładem takiego rozwiązania jest humanoidalny robot Ginger od CloudMinds, który wyręczy w pracy personel pielęgniarski. Maszynę przystosowano do monitorowania podstawowych czynności życiowych pacjentów oraz zdalnego dostarczania leków.

W rozwój zautomatyzowanych systemów komunikacji interpersonalnej zainwestowała również firma OhmniLabs. Robot teleprezencyjny Ohmni wyposażono w system dwustronnej komunikacji, który pozwala wykonywać bezpieczny obchód medyczny bez konieczności bezpośredniego wizytowania pacjentów. Zdalnie sterowana maszyna może swobodnie przemieszczać się po szpitalnych korytarzach, a kamera o wysokiej rozdzielczości ułatwia monitorowanie wskazań przyrządów medycznych oraz kondycji psychofizycznej pacjenta.

– Robot Ohmni minimalizuje obciążenie pracą personelu medycznego, zmniejsza zależność od ograniczonych zasobów i pozwala nam znacznie zmniejszyć ryzyko narażenia pacjentów i pracowników służby zdrowia – przekonuje dr Jonathan Wirjo.

Według firmy badawczej Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku robotów autonomicznych do 2026 roku wzrośnie do blisko 17,8 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 14 proc. w skali roku.

Cyberprzestępcy wykorzystują hasło „Black Lives Matter” do ataków phishingowych na całym świecie

Cyberprzestępcy często wykorzystują wydarzenia o globalnym zasięgu, aby przeprowadzać nowe ataki phishingowe. Cały świat przekonał się o tym podczas pandemii Covid-19, przekonuje się o tym także teraz, kiedy hakerzy wykorzystują hasło „Black Lives Matter” w kolejnej kampanii wymierzonej w użytkowników internetu na całym świecie.

10 czerwca 2020 roku analitycy z FortiGuard Labs firmy Fortinet wykryli globalną kampanię spamową, skierowaną do osób zainteresowanych ostatnimi wydarzeniami związanymi z hasłem „Black Lives Matter”. W ramach tej kampanii na skrzynki mailowe użytkowników trafiają wiadomości e-mail z załączonym złośliwym dokumentem Microsoft Word. Treść maila jest napisana po angielsku w widocznym pośpiechu, bowiem zawiera liczne błędy gramatyczne. Złośliwe wiadomości mają różne tematy i nazwy nadawców, aby obejść filtry antyspamowe, albo po prostu stworzyć zamieszanie. Przykład różnorodności tematów i nadawców jest pokazany poniżej:black lifes matter

Załącznik jest standardowym dokumentem programu Microsoft Word zachęcającym użytkownika do włączenia makr, które są chronione hasłem, jak to ma miejsce w przypadku wielu złośliwych dokumentów. – Należy pamiętać o tym, aby w przypadku otrzymania podejrzanie wyglądającej wiadomości z załącznikiem pakietu Office, nigdy nie włączać makr – przypomina Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce.

Analitycy z FortiGuard Labs badając domeny i infrastrukturę wykorzystywaną przez cyberprzestępców, odkryli, że wszystkie one znajdują się na terenie Republiki Czeskiej (CD-Telematika a.s.). Głównymi celami cyberprzestępców były Stany Zjednoczone i Kanada, ale złośliwe maile trafiały także, w zależności od wariantu kampanii, do internautów na całym świecie, również w Polsce[1].

Specjaliści Fortinet przypominają, że w czasie wydarzeń o globalnym zasięgu należy być ostrożnym wobec wszystkich podejrzanych maili odwołujących się do tych tematów. Najrozsądniej jest w ogóle nie otwierać maili od nieznanych nadawców, a już na pewno nie wolno klikać w przesyłane za ich pomocą linki ani nie otwierać załączników.

[1]https://www.fortinet.com/blog/threat-research/global-malicious-spam-campaign-using-black-lives-matter-as-a-lure/_jcr_content/root/responsivegrid/image_920486497.img.png/1592239049385/picture9.png

https://www.fortinet.com/blog/threat-research/global-malicious-spam-campaign-using-black-lives-matter-as-a-lure/_jcr_content/root/responsivegrid/image_1903809454.img.png/1592238984422/picture8.png

https://www.fortinet.com/blog/threat-research/global-malicious-spam-campaign-using-black-lives-matter-as-a-lure/_jcr_content/root/responsivegrid/image_1626992610.img.png/1592239093490/picture11.png

Poprawa koniunktury w Europie, słabsze dane z Polski

Indeksy koniunktury zaczynają pokazywać coraz lepsze dane. Jak widać optymizm rośnie znacznie szybciej niż sądzili analitycy. Jeżeli tempo się utrzyma zamiast poważnego kryzysu możemy mieć zaledwie spowolnienie w tym roku.

Indeksy PMI

Dzisiaj od rana opublikowano wyniki indeksów PMI zarówno dla usług jak i dla przemysłu. Są to dane wstępne za czerwiec. Okazały się one jednak znacznie lepsze od oczekiwań w przypadku Unii Europejskiej. Najpierw Francja niespodziewanie pokazała wyniki powyżej 50 punktów (to poziom oddzielający teoretycznie recesję od rozwoju). Niemcy również wypadły powyżej oczekiwań, ale nie tak dobrze jak Francuzi. W rezultacie łączny wynik powyżej oczekiwań dla całej strefy euro pozostał już tylko formalnością. Reakcją na te dane było umocnienie się euro względem dolara.

Słabsze dane z Polski

Po wczorajszych dobrych danych o sprzedaży detalicznej wielu obserwatorów spodziewało się równie dobrych danych z rynku nieruchomości. Te jednak wbrew oczekiwaniom spadku o 1,6% pokazały aż 5,1% spadku w skali roku. Co ciekawe, inwestorzy w przypadku złotego za ważniejsze uznali dobre dane z Unii Europejskiej niż słabe z budowlanki polskiej. W rezultacie złotówka od rana delikatnie zyskuje na wartości.

Dobre dane z Wielkiej Brytanii

Również opuszczający Unię Europejską Brytyjczycy pokazali dzisiaj bardzo dobre wyniki indeksów PMI. Optymizm na Wyspach był wyraźnie powyżej oczekiwań. Co ciekawe, przemysł pokazał odczyt delikatnie powyżej progu 50 pkt (które oddzielają rozwój od recesji). Inwestorzy zignorowali jednak te dane i funt od rana traci zarówno względem euro jak i złotego.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Pomoc antykryzysową dla firm trzeba zwolnić z podatku – apel Pracodawców RP

Jedne instrumenty pomocowe są objęte podatkiem, inne nie, a nie ma żadnego powodu, by stosować wobec nich różne standardy – wynika z analizy Pracodawców RP. Dlatego należy zwolnić wszystkie instrumenty z podatku i skończyć z sytuacją, w której państwo wypłaca pieniądze z jednej kieszeni, a potem zabiera jako podatek do drugiej. 

W walce z gospodarczymi skutkami pandemii uchwalono już cztery Tarcze Antykryzysowe oraz Tarczę Finansową. Ich generalnym celem jest  przeciwdziałanie głębokiej recesji gospodarczej oraz likwidacji miejsc pracy. „Okazuje się jednak, że zależnie od tego, w jakiej tarczy znalazł się dany instrument pomocowy, jest lub nie jest on obłożony podatkiem” – mówi Łukasz Czucharski, ekspert podatkowy Pracodawców RP.

I tak ustawowe zwolnienie z podatku dochodowego obejmuje przede wszystkim umorzenie mikropożyczki wraz z odsetkami (art. 15 zzd ust. 10 specustawy COVID-19), świadczenia postojowe (art. 52m pkt 1 ustawy o PIT) czy zwolnienie z obowiązku płacenia składek (art. 31zo specustawy COVID-19).

Zgodnie z przekazaną do Senatu Tarczą Antykryzysową 4.0 również dopłaty do oprocentowania kredytów bankowych nie stanowią  przychodu w rozumieniu przepisów o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz przepisów o podatku dochodowym od osób prawnych.

Wsparcie a podatek dochodowy

Inaczej jednak wygląda kwestia wsparcia otrzymywanego w ramach Tarczy Finansowej, określanego jako subwencja finansowa. Subwencja ta co do zasady podlega zwrotowi, jednakże w określonych przypadkach może zostać umorzona nawet do wysokości 75 proc. Na stronach rządowych wskazuje się, że dla celów podatku dochodowego pomoc finansowa z PFR traktowana jest jak pożyczka. Przedsiębiorcy po otrzymaniu środków z Tarczy Finansowej nie zaliczają ich więc do przychodów podatkowych. „W obecnym stanie prawnym do przychodów zalicza się jednak wartość umorzonych zobowiązań, w tym z tytułu uzyskanego finansowania. Zatem umorzenie kwoty subwencji stanowić będzie przysporzenie dla przedsiębiorcy, co paradoksalnie, biorąc pod uwagę przeznaczenie przyznawanych środków, będzie się wiązać z powstaniem zobowiązania podatkowego i koniecznością zapłaty podatku z tego tytułu” – tłumaczy Łukasz Czucharski. „Podatek zmniejszy więc wydatnie faktyczną wartość pomocy, jaką dana firma otrzyma i może zniweczyć jej efekty” – dodaje.

Jego zdaniem biorąc pod uwagę cel działań osłonowych i potrzebę wsparcia przedsiębiorców w dobie kryzysu, zwolnienie z podatku powinno zostać wprowadzone jako ogólna zasada w odniesieniu do wszystkich instrumentów mających zapobiegać skutkom COVID-19. Trudno bowiem znaleźć uzasadnienie dla opodatkowywania środków wypłacanych w związku epidemią, których przeznaczeniem jest utrzymanie miejsc pracy i zapobieganie fali upadłości.

„Pracodawcy RP apelują więc do rządu o ujęcie wprost w ustawie zwolnienia z opodatkowania wszystkich środków przyznawanych przedsiębiorcom w związku z przeciwdziałaniem skutkom pandemii COVID-19. Takie działanie wpłynie pozytywnie przede wszystkim na płynność finansową przedsiębiorstw, co jest kwestią fundamentalną w dobie kryzysu” – mówi Łukasz Czucharski.

Niezbędne w ocenie Pracodawców RP jest również wydanie przez Ministra Finansów interpretacji ogólnej przepisów prawa podatkowego w zakresie opodatkowania środków przyznawanych przedsiębiorcom w związku ze skutkami COVID-19 w celu jednoznacznego rozwiania wszelkich wątpliwości dot. rozliczeń z administracją skarbową. Pozwoli to uniknąć ewentualnych sporów z administracją w przyszłości i zapewni przedsiębiorcom poczucie pewności prawa.