Rzecznik MŚP zwraca uwagę na sytuację przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne

Uchwalona 4 czerwca 2020 r. ustawa o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o zmianie niektórych innych ustaw przewiduje m.in. (na dzień 8 czerwca 2020 r. trwają prace w Senacie RP) ograniczenie wysokości wypłacanych pracownikowi wynagrodzeń przez pracodawcę, u którego wystąpił spadek obrotów gospodarczych lub istotny wzrost obciążenia, w związku z rozwiązaniem umowy o pracę, do kwoty wynoszącej dziesięciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Powyższe rozwiązanie rozciągnięto na wypowiedzenie albo rozwiązanie umowy agencyjnej, umowy zlecenia (lub innej umowy o świadczenie usług, do której stosuje się przepisy dotyczące zlecenia), umowy o dzieło albo w związku z ustaniem odpłatnego pełnienia funkcji.

Rzecznik MŚP w związku z sygnałami otrzymanymi od przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne zwrócił się o dokonanie stosownych korekt i nierozciąganie na nich problematycznej regulacji.

Obecnie polski rynek składa się w przeważającej większości z agentów będących mikroprzedsiębiorcami, podczas gdy dającymi zlecenie są najczęściej duże, międzynarodowe przedsiębiorstwa. Ponadto dysproporcje te znacząco utrudniają dochodzenie roszczeń agentom od ich kontrahentów. W efekcie przedmiotowa regulacja powoduje nie tylko rozciągnięcie na umowę agencyjną zasad, które dotyczyć mają docelowo stosunku pracy, co powodować może problemy interpretacyjne, ale także utrudnia już i tak niełatwą ścieżkę dochodzenia roszczeń przez agentów.

Rzecznik MŚP w swojej opinii z 2 czerwca 2020 r. oraz w wystąpieniu do Wiceprezes Rady Ministrów, Minister Rozwoju zwrócił ponadto uwagę na długi czas tych ograniczeń (mają obowiązywać przez czas stanu epidemii lub stanu zagrożenia epidemicznego ogłoszonego z powodu COVID-19) oraz potencjalną niezgodność z regulacjami Unii Europejskiej.

Omni-commerce 2020

Rok temu, tj. w czerwcu 2019. roku zgodnie z wynikami badania „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, w Internecie zakupy robiło 57% polskich internautów. Dziś okazuje się, że od tego czasu zaszły ogromne zmiany na korzyść handlu elektronicznego.

Szturm na e-sklepy

Odsetek kupujących w sieci wzrósł o +15p.p. Oznacza to, że obecnie już 72% polskich internatów to e-klienci. Ruch w kierunku e-zakupów zaczął się już w marcu tego roku, gdy ogłoszono pandemię i konsumenci zostali poddani kwarantannie. W tamtym czasie, wyniki badania „E-commerce w czasie kryzysu 2020” pokazały, że 38% internautów zrobiło zakupy na czas kwarantanny w Internecie. Z kanału online skorzystała w tym celu niemal połowa badanych w wieku 35-44 lata. Również mieszkańcy mniejszych miast wybrali Internet w celu zaopatrzenia się w niezbędne produkty, przede wszystkim środki higieniczne lub detergenty. Oprócz chemii domowej i produktów spożywczych najczęściej kupowanymi kategoriami w Internecie w okresie kwarantanny były odzież i obuwie oraz produkty z kategorii zdrowie.

„Migracja kupujących z offline’u do e-commerce, to wyzwanie, ale i szansa dla rynku. Do sklepów online trafiła nowa grupa klientów – osoby, które do tej pory z różnych względów nie kupowały przez Internet. Restrykcje związane z COVID-19 zmusiły je do eksploracji tego kanału sprzedaży. Zaoferowanie tej grupie prostych, intuicyjnych i bezpiecznych procesów zakupowych oraz płatniczych, może sprawić, że częściej będą wybierać zakupy online również po pandemii. Także wielu sprzedawców, działających dotychczas offline, zdecydowało się na przeniesienie lub rozszerzenie dotychczasowej działalności o kanał online, co okazało się szansą na utrzymanie sprzedaży i pozyskanie klientów z dotychczas niewykorzystywanych obszarów.” – mówi Magdalena Grablewska, Marketing Manager w Przelewy24.

Shopping po pandemii

Okazuje się, że pomimo mniej restrykcyjnych zasad kwarantanny i etapowego zdejmowania zakazów dotyczących zakupów stacjonarnych, popularność e-zakupów nie spada. Wzrosła też wartość internetowych koszyków zakupowych. Co 4. Internauta kupuje w sieci więcej niż 5 razy w miesiącu, a co 3. 2-5 razy w miesiącu. Zwiększyła się także nieco liczba wykorzystywanych zakupowo miejsc w Intrenecie, choć wciąż Polacy w sieci kupują głównie w sklepach internetowych (52% vs 46% w 2019. roku) i na platformach zakupowych (38% vs 36% w 2019. roku). Restrykcje nałożone na sklepy stacjonarne spowodowały natomiast osłabienie zjawiska zakupów wielokanałowych. W procesie ostatniego zakupu 36% konsumentów wykorzystało przynajmniej 2 kanały zakupowe (offline / online / mobile). Jest to o -20p.p. mniej niż rok temu. Do 43% spadł udział internautów kupujących te same marki w wielu kanałach, tj. online, mobilnie bądź stacjonarnie. Rok temu 54% internautów wskazywało na takie omni-channelowe zakupy.

„Wyniki badania pokazują wyraźnie, że klienci zmienili swoje nawyki zakupowe. Pandemia koronawirusa ma na to ogromny wpływ. Kluczowe jest zachowanie bezpieczeństwa, a to dają zakupy przez Internet. Raport pokazuje również, że po powrocie do rzeczywistości sprzed COV-19, będziemy nadal starali się ograniczać nasze kontakty bezpośrednie prywatnie i zawodowo. W związku z tym, sektor e-handlu będzie nadal szybko rósł, ponieważ wiele osób, które przekonały się do zakupów przez Internet, będzie je kontynuować ze względu na bezpieczeństwo zdrowotne, ale również bezpieczeństwo transakcji cyfrowej oraz wygodę i szybkość.” – mówi Patrycja Sass-Staniszewska, Prezes Zarządu Izby Gospodarki Elektronicznej

Pełne e-koszyki

Zwiększa się skłonność do robienia w Internecie dużych zakupów. Już między 67% a 78% kupujących w sieci konsumentów (w zależności od kategorii) deklaruje, że wartość ich koszyka zakupowego jest taka sama lub wyższa niż offline. Oznacza to, że Polacy przestali bać się droższych e-zakupów. Najczęściej wciąż kupujemy w Internecie produkty modowe, elektronikę i produkty urodowe, ale to kategoria spożywcza – do tej pory będąca mocno na końcu internetowego peletonu – zyskała najbardziej. W związku z COVID-19 produkty spożywcze w sieci zaczęło kupować 14% internautów, a 34% osób, które kupowały dotychczas w sieci w innych kategoriach. Dodatkowo, ta właśnie kategoria, najlepiej – zdaniem internautów – poradziła sobie z nową sytuacją pandemii i ograniczeń z nią związanych. Podczas, gdy jeszcze w marcu tego roku, czyli na początku kwarantanny, badani wskazywali, że często nie mogą dokonać zakupów spożywczych online ze względu na braki produktowe i długie terminy dostawy, teraz są z tych aspektów zadowoleni. W marcu 59% internautów oceniało dostępność produktów spożywczych w e-sklepach źle lub bardzo źle. Obecnie aż 71% ocenia ją dobrze lub bardzo dobrze.

„Polscy konsumenci potrafią się bardzo szybko dostosować do nowej sytuacji. Obostrzenia związane z pandemią wyraźnie to pokazały. Zamknięci w domach Polacy zaczęli testować zakupy online. Jeszcze w marcu „początki” nie były łatwe. Wyniki badania „E-commerce w czasie kryzysu 2020” wyraźnie pokazały wtedy, że wiele osób było niezadowolonych
z dostępności towarów i długich czasów dostaw. Jednak dzięki dynamicznym działaniom po stronie marek i firm logistycznych ta sytuacja znacznie się poprawiła, a konsumenci chwalą sobie zakupy online, w szczególności spożywcze, do których tak ciężko było się im przyzwyczaić przez ostatnie lata.” – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzająca Mobile Institute.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Pandemia i zagrożenie koronawirusem spowodowały również zmiany w preferencjach dotyczących metod dostawy i płatności. Polscy konsumenci coraz częściej zamawiają towary do dedykowanych punktów odbioru – paczkomatów, coolomatów, lodówkomatów. W kontekście metod płatności, w stosunku do 2019. roku, wzrosła jeszcze popularność BLIKA
i szybkich przelewów, które są uważane za bezpieczniejsze i wygodniejsze.

„Odchodzenie od gotówki widoczne w okresie pandemii dotyczy także branży wymiany walut. Klienci rezygnowali z wymiany gotówkowej w kantorach stacjonarnych i przenosili się do internetu. Zauważyliśmy wzmożony ruch w naszych serwisach. Wiele osób, które wcześniej miały obawy przed wymianą walut w sieci, przełamały się i zdecydowały na wygodny i bezpieczny przelew waluty na swoje konto lub konto innej osoby.” – mówi Katarzyna Moszko-Stachowska, PR Manager Currency One, operatora serwisów Walutomat i InternetowyKantor.pl.

Zmieniły się też metody płatności w sklepach stacjonarnych. Następuje dalszy, wyraźny spadek płatności gotówkowych. Gotówką płaci 43% klientów sklepów stacjonarnych, kartą płatniczą – 30%, a zbliżeniowo – 26%. Płatności typu Apple Pay i Google Pay wykorzystuje co 8. badany. Ich popularność wzrosła o +3p.p. Zapytani o najwygodniejszą formę płatności w sklepach stacjonarnych, konsumenci zdecydowanie wskazują płatność zbliżeniową (54%), a gotówkową wybrało jedynie 17% (vs 29% w 2019 roku).

„Widoczny spadek płatności gotówkowych w coraz bardziej cyfrowym świecie sprawił, że właściciele firm, próbują zadowolić swoich klientów, oferując im wachlarz dostępnych metod płatności i upewniając się, że ich dane, oraz dokonywane przez nich płatności są bezpieczne. Dla wielu oznacza to długie i staranne poszukiwanie równowagi między bezpieczeństwem klientów a wygodą zakupów. Warto współpracować z wiarygodnymi firmami, które pomagają w przetwarzaniu płatności i utrzymywaniu bezpieczeństwa danych swoich klientów. Wybór odpowiedniego partnera płatności może pomóc w zminimalizowaniu ryzyka i zaspokojeniu potrzeb klientów w odpowiedni sposób.” – mówi Jakub Czerwiński, Wiceprezes ds. sprzedaży w Adyen.

Zagraniczne platformy zakupowe

Korzystanie z zagranicznych platform zakupowych deklaruje 12% internautów. Co ciekawe, koronawirus miał raczej pozytywny wpływ na zakupy na takich platformach. 27% klientów zadeklarowało, że w wyniku pandemii zwiększyli zakupy zagraniczne, a w przypadku 37% pozostały one bez zmian. Główne powody zakupów na platformach to możliwość kupienia produktów, których w Polsce nie ma (34%), konkurencyjny czas i koszty dostawy (31%) i atrakcyjne ceny (28%). Duży wybór produktów zachęca 24% kupujących, a atrakcyjne warunki zwrotów – 22%.

Partnerami głównymi raportu są Adyen oraz Przelewy24.

Partnerem raportu jest Walutomat.

Źródło: Dane pochodzą z badania i raportu „Omni-commerce. Kupuję wygodnie 2020” zrealizowanego na zlecenie Izby Gospodarki Elektronicznej przez firmę badawczą Mobile Institute. Badanie przeprowadzone zostało na próbie 2069 internautów. Opinie zebrano metodą CAWI, wykorzystując responsywne ankiety elektroniczne. Dane zostały zebrane w dniach 20-29 maja 2020 roku. Są reprezentatywne dla internautów w Polsce po względem struktury płci, wieku i wielkości miejsca zamieszkania. Raport jest do pobrania bezpłatnie na stronie Izby Gospodarki Elektronicznej pod adresem https://eizba.pl/wp-content/uploads/2020/06/Omni-commerce-Kupuje-wygodnie-2020.pdf

Koniec globalizacji? Nową rzeczywistość gospodarczą będą tworzyć egoizmy narodowe

Zaczynamy przyzwyczajać się do nowej normalności gospodarczej, ukształtowanej przez kryzys. Epidemia koronawirusa obnażyła słabe strony globalizacji. Gdy większość leków i substancji aktywnych, a także środków ochrony osobistej produkowanych jest w jednym miejscu na świecie – obrona przed epidemią w wielu krajach staje się dużo trudniejsza. Wiemy z doświadczenia, że rozprzestrzeniający się koronawirus uruchomił w wielu państwach gospodarkę egoistyczną – kraje zaczęły się ścigać i walczyć o dostęp do strojów ochronnych oraz przyrządów niezbędnych do testowania pacjentów. Francja i Niemcy zablokowały eksport środków ochrony osobistej do Włoch, by pozostawić je do dyspozycji swoim obywatelom. Takie unaradawianie gospodarek to efekt epidemii, który może pozostać z nami na dłużej.

– Nową rzeczywistość gospodarczą będą tworzyć egoizmy narodowe. Globalizacja niektórych sektorów powoduje długofalowe ryzyko. Będziemy obserwować rozproszenie produkcji w tych sektorach na więcej krajów – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – W sytuacjach kryzysowych, takich jak epidemia, zaczynamy się zastanawiać nad rzeczami, które są bezpośrednio związane z niebezpieczeństwem. Dotyczy to zarówno gospodarki państwowej, jak i zachowań konsumpcyjnych poszczególnych obywateli. Możliwe, że będziemy trochę mniej chodzić do kawiarni. Na pewno będziemy konsumować dużo mniej dóbr luksusowych i to jeszcze przez długi czas. Jesteśmy skonstruowani w ten sposób, że w sytuacji zagrożenia patrzymy na elementy niezbędne do przetrwania. To odegra swoją rolę w zachowaniach konsumenckich oraz w przyszłych decyzjach dotyczących gospodarki krajowej – przewiduje Roszkowski.

Najbardziej pożądani specjaliści IT. Zarobki. Oczekiwania. Wymagania

Oczekiwania płacowe pracowników IT rosną, a specjaliści nie narzekają obecnie na brak ofert pracy. Potwierdza to najnowszy raport portalu rekrutacyjnego No Fluff Jobs, z którego wynika, że najbardziej doświadczeni chcieliby zarabiać o 40 proc. więcej niż teraz, czyli nawet 27 tys. netto na fakturze i 15 tys. zł netto na umowie o pracę. W maju w stosunku do stycznia aż o 14 proc. wzrosła liczba ofert kierowanych do seniorów. Gorzej wygląda sytuacja juniorów – tu ofert pracy chwilowo jest mniej i utrzymuje się trend spadkowy.najpopularniejsze_kategorie

Zarobki

Portal rekrutacyjny No Fluff Jobs postanowił zbadać, jaka przyszłość czeka specjalistów IT zależnie od poziomu ich doświadczenia i kompetencji oraz jakie specjalizacje są obecnie najbardziej pożądane w branży. W IT zarobki uzależnione są od doświadczenia, lokalizacji, wielkości firmy oraz specjalizacji. Najwięcej zarabiają pracownicy seniorzy i eksperci, czyli specjaliści z ponad 8-letnim doświadczeniem. Już 39 proc. ankietowanych z tej grupy zaczęło przygodę z programowaniem w szkole podstawowej. To pokolenie dzisiejszych 30-35 latków.

Z analizy oczekiwań płacowych pracowników IT wynika, że seniorzy (czyli osoby z doświadczeniem powyżej 8 lat) jeszcze w lutym deklarowali, że chcieliby zarabiać ok. 40 proc. więcej niż dziś. Ich średnie zarobki wynoszą około 19,5 tys. zł netto na umowie B2B, a w przypadku umowy o pracę ponad 11 tys. zł netto. Tymczasem oczekiwania to odpowiednio 27 tys. i 19 tys. (uśrednione zarobki na umowach B2B i etacie). Nieco mniej doświadczeni (5-8 lat) przyznają się, że dostają na rękę 10 tys. zł, a oczekują 12 tys. zł. Osoby pracujące w branży 2-5 lat deklarują, że ich pensja netto wynosi 8 tys. zł, a chcieliby, aby wynosiła prawie 10 tys. zł.

Najwyższe zarobki zadeklarowały osoby pracujące w Backendzie oraz Mobile, czyli w najbardziej pożądanych specjalizacjach. Co ciekawe, średnie deklarowane zarobki netto w Backendzie wynoszą 11 tys. zł na umowie B2B. To ok. 10 proc. więcej niż we Frontendzie.

start_programowaniaCzy to koniec rynku dla juniorów?

Obecnie oferty niejuniorskie stanowią prawie 95 proc. wszystkich ogłoszeń w IT. Na rynku intensywnie poszukiwani są doświadczeni pracownicy IT*,  którzy  – najprościej rzecz ujmując – są w stanie pomóc firmom przejść na nowe technologie.

-Branża IT rozwija się dynamicznie i równie dynamicznie reaguje na kryzys. W No Fluff Jobs praktycznie natychmiast odczuliśmy wzrost liczby ofert dla programistów w takich sektorach jak ecommerce, mobile i gaming (bo poza zakupami, zamknięci w domach zapragnęliśmy też rozrywki). Spodziewam się, że w najbliższym czasie te gałęzie IT jeszcze bardziej zyskają na znaczeniu. Część przyzwyczajeń konsumenckich, które wykształciły się w trakcie lockdownu zostanie z nami na dłużej: chętniej będziemy kupować online, kształcić się online i jeszcze intensywniej korzystać z urządzeń mobilnych. To będzie miało swoje odzwierciedlenie w zapotrzebowaniu na wyspecjalizowanych pracowników. Obserwujemy znacznie większą ilość ofert pracy dla osób o większym doświadczeniu w branży IT (poziom mid, senior i ekspert).  To efekt zwiększonego zapotrzebowania na szybkie wdrożenia projektów i cyfrową transformację w sektorach, które do tej pory działały poza siecią lub które w związku z pandemią musiały przyspieszyć swoje plany rozwojowe. Nie oznacza to jednak, że ofert dla juniorów nie ma w ogóle. Kryzys to zwykle dobry sprawdzian kompetencji. Dla talentów w branży zawsze znajdzie się miejsce. W takiej sytuacji warto na pewno zadbać o swój rozwój, zdefiniować swoje słabe strony i dążyć do rozwoju kompetencji w tych dziedzinach. Warto również poszukać mentora lub przyjaznej grupy, która pomoże rozwiązać niektóre dylematy związane z tworzeniem kodu – mówi Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs.

Marzenia o karierze

Zdecydowana większość, bo aż 70 proc. ankietowanych przez No Fluff Jobs pracowników branży IT bardziej niż zarobki ceni sobie możliwość rozwoju i awansu. Aż 63 proc. ankietowanych pracowników IT awansowało w ciągu ostatnich kilku lat, ale tylko 41 proc. jest z tego faktu zadowolonych. Prawie co drugi ankietowany z ponad 8-letnim doświadczeniem pełni funkcję team leadera lub managera.

– Biorąc pod uwagę wciąż rosnącą liczbę pracowników IT na rynku nie dziwi mnie fakt, że ci z większym doświadczeniem (a tych jest zdecydowanie mniej na rynku) pełnią dziś funkcję menedżerskie. Szybko przyrasta liczba pracowników w IT, więc potrzebujemy zwiększonej ilości menedżerów. Ale nie jest to jedyna opcja dla senior deweloperów. Organizacje potrzebują wąsko-specjalizowanych profesjonalistów. Prowadzą innowacyjne projekty: chmura, bezpieczeństwo, wszechobecna potrzeba mikroserwisowania usług, pozbywanie się legacy kodu, itp., więc tworzy się przestrzeń dla architektów rozwiązań technologicznych. To równie atrakcyjna ścieżka rozwoju i potencjalnego awansu. Również finansowo korzystna, nie mniej niż menedżerska – komentuje Eliza Stasińska – Dyrektor Departamentu IT w mBanku.

W kierunku menedżerskim chce rozwijać się 40 proc. badanych i tu motywem jest też podwyżka: 51 proc. sądzi, że na stanowisku kierowniczym zarobi więcej. Co ciekawe, aż 60 proc. badanych uważa, że praca specjalisty jest pewniejsza.

Popularne technologie i języki IT

66 proc. ankietowanych pracowników IT w grupie z minimum 2-letnim doświadczeniem pracuje w czterech najbardziej rozpoznawalnych obszarach IT: Backend, Frontend, Fullstack oraz Testing. Największą grupę stanowią pracownicy programujący w technologiach Backendowych (26 proc.) oraz kolejno: Fullstack (18 proc.),  Frontend (14 proc.) i Testing (8 proc.). Co ważne ankietowani midzi (średniozaawansowani), seniorzy i eksperci znają średnio 5 języków programowania. Wśród najczęściej wymienianych pojawiają się języki, Java, Javascript, Python, PHP, SQL. Zadaniem przebadanych przez No Fluff Jobs seniorów technologie przyszłości  to zdecydowanie JavaScript, Python, Java i React.

W jakich sektorach gospodarki będzie praca dla Ukraińców – badanie Gremi Personal

Dla większości sektorów polskiej gospodarki brak strat do końca roku i przysłowiowe „wyjście na zero” uznano by za duży sukces. Istnieje jednak wiele branż, które są w nieco bardziej korzystnej sytuacji niż inne. Mówimy o przemyśle spożywczym, logistyce, obróbce drewna, produkcji sprzętu AGD. To w ich przypadku obecnie obserwuje się popyt na siłę roboczą z Ukrainy. Do takich wniosków doszło Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal, które przeprowadziło badanie ofert pracy dla pracowników na polskim rynku pracy.

Opracowanie oparte jest na danych uzyskanych z badania przeprowadzonego wśród klientów firmy, analizie ogólnodostepnych danych polskich stowarzyszeń przedsiębiorców branżowych, a także oficjalnych statystyk.

Biorąc pod uwagę dane z czerwca 2020 r. można przewidzieć, że do końca tego roku wolne miejsca pracy dla ukraińskich migrantów zarobkowych wyrażone procentowo pozostaną w następujących sektorach gospodarki:

  • Przemysł spożywczy – 38%
  • Logistyka – 17%
  • Przemysł drzewny i meblarski – 15%
  • Przemysł budowlany – 11%
  • Produkcja sprzętu AGD -10%
  • Sezonowe prace rolnicze – 10%
  • Działalność restauracyjna i hotelowa (HoReCa) – 5%

Przemysł spożywczy: produkcja i przetwórstwo jest liderem wśród branż gotowych zaoferować Ukraińcom największą liczbę wolnych miejsc pracy.

Wiele firm spożywczych odnotowało rekordową sprzedaż na początku pandemii, a także tradycyjnie wysoki popyt w okresie Wielkanocy. Według Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce produkcja niektórych produktów spożywczych wzrosła do prawie 200%. Dotyczyło to głównie produktów o długim okresie ważności – konserwy, płatki zbożowe i mąka. Teraz firmy spożywcze rozpoczęły już przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Fabryki przetwórstwa ryb i drobiu, fabryki słodyczy potrzebują rąk do pracy latem, ale nawet jesienią nie przewiduje się spadku popytu na siłę roboczą w przypadku drugiej fali pandemii.

W przypadku logistyki, znaczną liczbę wolnych miejsc pracy tłumaczy fakt, że pandemia zmieniła zachowanie konsumentów, a dla wielu firm internetowych nadeszły „złote czasy” handlu. Wiele sklepów i sieci spożywczych, które dotychczas koncentrowały się wyłącznie na tradycyjnych kanałach sprzedaży, zachęca klientów do zakupów online. Duże sieci spożywcze nadal otwierają centra dystrybucyjne, w których potrzebni są specjaliści z branży logistycznej, pracownicy magazynu lub operatorzy załadunku.

Zupełnie nieoczekiwanie przemysł meblarski i obróbka drewna zajęły trzecie miejsce pod względem nowych ofert pracy, ponieważ początkowo nastrój był znacznie bardziej pesymistyczny. Dzisiaj branża ma szansę wyjść na zero i nie ponieść strat. Polscy konsumenci zaczęli aktywnie kupować meble, ale taniej. Dlatego teraz branża poważnie koncentruje się na krajowym nabywcy, podczas gdy eksport pozostaje pod znakiem zapytania.

W branży AGD nastąpił również duży skok w tym obszarze ze względu na efekt odroczonego popytu. W rezultacie producenci osiągają nawet minimalny (0,5%) wzrost rocznie.

Sama produkcja była zasadniczo ukierunkowana na eksport. Ale polscy producenci mają nadzieję, że ich produkty będą bardziej konkurencyjne ze względu na niższe ceny w porównaniu do konkurentów z innych krajów UE.

Stabilna sytuacja pod kątem wolnych miejsc pracy dla Ukraińców panuje w branży budowlanej, która w znacznie mniejszym stopniu niż przemysł ucierpiała z powodu pogorszenia koniunktury gospodarczej. Inwestycje w infrastrukturę finansowaną ze środków publicznych i Unii Europejskiej stymulują branżę w tym okresie.

Nieoczekiwanie wolne miejsca dla ukraińskich pracowników pojawiły się w biznesie hotelowym i restauracyjnym. Sytuacja będzie stopniowo ulegać poprawie w okresie wakacyjnym w miejscowościach turystycznych – w obliczu trudności z wyjazdami zagranicznymi w tym roku Polacy preferują turystykę krajową. Odroczony popyt z powodu pandemii spowodował już boom turystyczny w czerwcu. W sezonie pracownicy będą potrzebni w obszarach wypoczynkowych do pracy w hotelach, pensjonatach, obiektach gastronomicznych (restauracje, kawiarnie, food trucki, lody i stragany z fast foodami), punktach wynajmu.

A sektor rolny zapewnia stabilne sezonowe oferty pracy. Ukraińcy stopniowo zaczęli wracać na pola, ale niedobór siły roboczej jest nadal znaczny. Teraz potrzebujemy pracowników do zbierania truskawek i jagód, warzyw i później jabłek.

Wyraźne odbicie w budownictwie mieszkaniowym po kwietniowych spadkach

Najnowsza informacja GUS, dotycząca wyników budownictwa mieszkaniowego w maju oraz w okresie pierwszych pięciu miesięcy bieżącego roku, zakomunikowała dość wyraźne odbicie statystyk inwestycyjnych pierwotnego rynku mieszkaniowego po kwietniowym załamaniu. Pytanie, czy to sygnał szybkiego odradzania się potencjału budownictwa mieszkaniowego, czy też tylko jednorazowe odreagowanie przed kontynuacją osłabienia.Infografika – wyniki deweloperów

Generalnie w majowych danych GUS widać istotną, bo dwucyfrową poprawę w relacji miesiąc do miesiąca zarówno w przypadku mieszkań oddanych, rozpoczętych, jak i nowych pozwoleń na budowę. Taki obraz rynku może robić jak najlepsze wrażenie i sugerować jedynie przejściowy charakter osłabienia związanego z pandemią. Tymczasem dokładniejsze wczytanie się w gusowskie dane już takim optymizmem nie napawa.

Statystyki GUS prezentujące wolumen mieszkań, których budowę rozpoczęto najlepiej obrazują stan bieżącej kondycji rynkowej. W tegorocznym maju inwestorzy ogółem ruszyli z budową 15 tys. lokali. Jest to zdecydowanie gorszy miesięczny wynik w relacji r/r o ponad 28 proc., ale wyraźnie lepszy – rzędu prawie 16 proc. – licząc m/m. Z kolei ilość mieszkań, których budowę rozpoczęto ogółem (indywidualne, przeznaczone na sprzedaż, spółdzielcze oraz pozostałe) w pierwszych pięciu miesiącach br., zamknęła się liczbą 81,2 tys., co oznacza regres względem wyniku osiągniętego w analogicznym okresie ub. roku o blisko 16 proc.

Co warte podkreślenia, na tak wyraźnym osłabieniu danych nowych inwestycji zaważył przede wszystkim powtórnie bardzo słaby miesięczny wynik deweloperów, którzy w tegorocznym maju ruszyli z budową zaledwie 6,2 tys. mieszkań, czyli aż o 45 proc. mniej niż w analogicznym miesiącu 2019 roku. Wynik ten bardzo mocno kontrastuje z nowymi budowami inwestorów indywidualnych, w przypadku których wpływ pandemii na wolumeny rozpoczynanych inwestycji wydaje się symboliczny.

Analogicznie wygląda sytuacja w przypadku statystyk dotyczących nowych pozwoleń na budowę bądź zgłoszeń z projektem budowlanym. Poziom ogółem 19,3 tys. decyzji administracyjnych w maju oznacza spadek rok do roku rzędu ponad 28 proc., przy 16-procentowym wzroście w stosunku do miesiąca poprzedniego. Tu także zanotowany regres wynika z dużo gorszego wyniku deweloperów na poziomie 10,7 tys. pozwoleń, co oznacza spadek w stosunku do maja ub. roku aż o 36 procent. A tego typu sytuacja zdecydowanie już daje do myślenia.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są jak wiadomo podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów, a także najlepszym barometrem optymizmu inwestorów reprezentujących wszystkie formy budownictwa. Bieżące dane GUS wyraźnie więc sygnalizują perspektywę oczekiwanych trudności w utrzymaniu pozytywnych trendów rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie.

Jak się okazuje, perturbacje związane z zagrożeniem epidemicznym nie nadwyrężyły jedynie danych, na których dotychczas można było niezawodnie polegać, czyli tych dotyczących mieszkań oddanych do użytkowania. Szczególnie dobrze zaprezentowali się w tej kategorii statystyk deweloperzy, którzy w maju oddali 11,2 tys. lokali, czyli o ponad 21 proc. więcej licząc rok do roku. W sumie od stycznia do maja br. do użytkowania trafiło już bez mała 80 tys. mieszkań, co jest wynikiem niemal identycznym z wypracowanym w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Niestety gusowskie dane budownictwa mieszkaniowego za maj potwierdzają tendencję utrwalania stanu cyklicznego spowolnienia koniunktury inwestycyjnej w pierwotnym segmencie mieszkaniówki. Najwyraźniej widać to w przypadku deweloperów, którzy drugi miesiąc z rzędu niemal o połowę ograniczyli swoją aktywność w uruchamianiu nowych budów w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Statystyki inwestycyjne pierwotnego segmentu mieszkaniówki są bowiem w decydującym stopniu wypadkową koniunktury sprzedażowej nowych mieszkań, a ta w przewidywanej przyszłości nie rokuje najlepiej. Prawdopodobnie potwierdzeniem tego będą wyniki sprzedażowe deweloperów za II kwartał tego roku i całe pierwsze półrocze, które poznamy już w najbliższym czasie. Na ich podstawie będzie można nieco więcej powiedzieć o bieżącym stanie koniunktury rynkowej oraz jej perspektywach w bliższej i dalszej przyszłości.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Rusza rekrutacja do drugiej edycji Akademii GPW Growth

  • Rozpoczyna się rekrutacja do drugiej edycji Akademii GPW Growth– giełdowego programu, którego celem jest wsparcie rozwoju małych i średnich firm
  • Udział w programie wzmocni kompetencje liderów i pomoże wyznaczyć nowy kurs w rozwoju firm w czasach pandemii

23 czerwca rozpoczęła się rekrutacja do drugiej edycji Akademii GPW Growth – programu wspierającego rozwój polskiego sektora MSP. GPW Growth należy do najważniejszych inicjatyw strategicznych zawartych w strategii rozwoju Grupy Kapitałowej GPW do 2022 roku.

Przed nami druga edycja Akademii GPW Growth. W trakcie poprzedniej edycji,  uczestnicy programu zostali zainspirowani do tworzenia dodatkowej wartości dla właścicieli, klientów, pracowników i społeczeństwa. Otrzymali też pakiet skutecznych narzędzi pozwalających zarządzać spółką dzięki wartościom.  Tysiące polskich przedsiębiorców, prezesów czy menedżerów z sektora MŚP wciąż potrzebuje wskazówek, jak w pełni wykorzystać potencjał organizacji, szczególnie w dobie obecnej pandemii. Akademia dostarczy uczestnikom wiedzy, umiejętności oraz sieci kontaktów biznesowych, które będą pomocne w pozyskiwaniu kapitału. – powiedział Marek Dietl, prezes GPW.

Uczestnicy Akademii będą mogli wymienić doświadczenia z zarządzania z uznanymi ekspertami biznesowymi, skorzystać z ich wiedzy, a wypracowane rozwiązania wprowadzić w swoich firmach.

Niesamowitym doświadczeniem związanym z Akademią, są – wplecione w program wykładowo-warsztatowy – spotkania „z ciekawymi osobowościami”. Są to zarówno teoretycy jak i praktycy, którzy częstokroć tworzyli swój biznes od małej rodzinnej firmy, aż po giganta giełdowego. Taka wymiana opinii oraz doświadczeń to świetna okazja do poszerzania wiedzy, ale – co nie mniej ważne – inspiracja do budowania własnych pomysłów i przyszłości biznesowej.  – powiedział Piotr Ferszka, uczestnik pierwszej edycji Akademii GPW Growth.

GPW Growth to kompleksowy program nastawiony na wspieranie rozwoju małych i średnich firm w oparciu o zidentyfikowane potrzeby przedsiębiorstw. W ramach projektu odbędą się spotkania networkingowe z ekspertami i praktykami biznesu, warsztaty, case studies, a także zagraniczne sesje wyjazdowe. Program jest adresowany do prezesów, członków zarządów i dyrektorów odpowiedzialnych za realizację kluczowych celów w firmach.

W pierwszej edycji Akademii GPW Growth uczestniczyło 21 uczestników z 13 spółek. Kolejna edycja programu obejmuje 110 godzin warsztatów i wykładów oraz liczne wydarzenia towarzyszące. W czerwcu 2021 roku, na zakończenie szkolenia, uczestnicy otrzymają certyfikat „Ready for Growth”.

Organizatorem inicjatywy jest GPW we współpracy z partnerami, wśród których znajdują się m.in: Polski Fundusz Rozwoju S.A., EY Academy of Business, Baker McKenzie Krzyżowski i Wspólnicy sp. k., Grabowski i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych Sp. k., NBS Communications, CFA Society, Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych, Business Dialog.

Osoby zainteresowane szkoleniem mogą zgłaszać się do drugiej edycji Akademii pod adresem [email protected].

Więcej informacji: https://gpwgrowth.pl/

Akcje Apple rekordowo drogie. Nowy historyczne szczyty indeksu Nasdaq

Nowy zestaw publikacji optymistycznych danych gospodarczych i nowe deklaracje Donalda Trumpa stwierdzające, że umowa handlowa USA-Chiny pozostała w pełni nienaruszona, podnoszą rynki akcji po drobnym nieporozumieniu z interpretacją słów doradcy prezydenta USA Petera Navarro.

We wtorek indeksy giełdowe w USA otworzyły się wyżej, gdyż są napędzane optymizmem dotyczącym ponownego otwarcia gospodarki i postępami w umowie handlowej na linii USA-Chiny. Dow Jones Industrial Average na otwarciu zyskał 227 pkt lub 0,9 proc., aby otworzyć się blisko 26 252 pkt, podczas gdy S&P 500 wzrósł o 25 punktów lub 0,8 proc., otwierając się blisko 3 143 pkt. Indeks Nasdaq otworzył się około 10,131, zyskując 74 punkty lub 0,7 proc., ustanawiając nowy rekord w ciągu trwania sesji.

Tymczasem akcje Apple Inc. wzrosły do najwyższego poziomu w historii po udanej konferencji online. Dane rynkowe pokazują, że rozbieżność między Nasdaqiem a pozostałymi dwoma głównymi indeksami jest największa od 1983 r., odzwierciedlając opinie inwestorów, że firmy technologiczne oferują rozwiązania dla świata zarówno w czasie, jak i po pandemii.

Wracając do Apple, spółka powiedziała w poniedziałek, że planuje wyprodukować komputery Mac pod koniec tego roku ze stworzonymi przez siebie układami scalonymi, co stanowi zakończenie 15-letniej współpracy technologicznej z Intel Corp. Apple powiedział, że własne układy są bardziej wydajne i oferują wyższą wydajność grafiki.

Plan wpisuje się w szerszą strategię Apple polegającą na zastępowaniu wielu części innych firm komponentami zaprojektowanymi we własnym zakresie. Według Wayne Lam, niezależnego analityka technologicznego, gigant technologiczny produkuje obecnie około 42 proc. podstawowych komponentów w iPhone’ach. Jest to ogromny wzrost z około 8 proc. jeszcze pięć lat temu. Głównym mottem firmy staje się zatem własna produkcja zarówno firmware, jak i hardware.

Komponenty własne obniżyły koszty, zwiększyły wydajność i zwiększyły kontrolę Apple nad przyszłymi wersjami produktów. Nowy procesor Mac obniży koszty budowy komputera o 75 do 150 USD, oceniają analitycy, którzy twierdzą, że Apple może przekazać te oszczędności klientom i akcjonariuszom. Ta strategia, wywodząca się jeszcze z myśli Steve’a Jobsa może także chronić Apple przed chińskimi rywalami, którzy kupują powszechnie dostępne części.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Edukacja dzieci to jeden z głównych priorytetów dla polskich rodzin

Według 44% respondentów badania „Równy dostęp do edukacji dzieci i młodzieży” zrealizowanego przez Fundację Świętego Mikołaja i partnerów, edukacja jest najważniejszym czynnikiem określającym przyszłość dzieci. Wciąż jednak aż 43% respondentów uważa, że dzieci w Polsce nie mają równych szans edukacyjno-rozwojowych, z czego ponad 35% to respondenci z dwojgiem lub większą liczbą dzieci. Niestety według co drugiego respondenta, biorącego udział w badaniu szanse edukacyjne dzieci zależą przede wszystkim od dochodów rodziców.

Fundacja Świętego Mikołaja, która od 20 lat nieprzerwanie pomaga dzieciom w potrzebie, przeprowadziła wraz z partnerami ogólnopolskie badanie dotyczące równego dostępu do edukacji i rozwoju cztery lata po wprowadzeniu rządowego programu Rodzina 500+. Wnioski z raportu pokazują, że pieniądze z rządowego programu znacznie zmniejszyły wskaźniki biedy w polskiej rodzinie, ale wciąż niezamożnym rodzicom brakuje średnio 242 zł miesięcznie, aby sprostać wszystkim wydatkom edukacyjnym.

Raport z badania „Równy dostęp do edukacji dzieci i młodzieży”, którego inicjatorem jest fundacja prowadząca od 10 lat program Stypendia św. Mikołaja, wspierający dzieci i młodzież z niezamożnych rodzin pokazał, że pieniądze, które rodzice wydają na edukację i rozwój dzieci stanowią dużą część rodzinnego budżetu, także w rodzinach o niewielkich dochodach.

Pomimo trudnej sytuacji finansowej wielu polskich rodzin, rodzice priorytetowo traktują rozwój i potrzeby edukacyjne swoich dzieci. Środki z rządowego programu 500+ są ważne – 60% rodziców korzystających z programu deklarowało, że otrzymywane co miesiąc świadczenie stanowi znaczącą część budżetu domowego. Niektóre wydatki przerastają jednak niezamożnych rodziców. Zakup laptopa, opłacenie kursu językowego czy rozwój talentu dziecka – te koszty badani najczęściej wskazywali jako trudne do pokrycia.

Edukacja i rozwój zainteresowań kosztują

Mimo, że edukacja szkolna w Polsce jest bezpłatna, to jednak rodzice muszą ponosić dodatkowe koszty związane z nauką swoich dzieci, od podstawowych takich jak zakup niektórych książek, zeszytów, wszelkiego rodzaju przyborów do pisania, przez akcesoria sportowe, plastyczne, opłaty za wycieczki szkolne i bilety wstępu, aż po długofalowe wydatki związane z rozwojem indywidualnych predyspozycji, zainteresowań i pasji. – mówi Antonina Grządkowska z Fundacji Świętego Mikołaja, koordynator projektu Stypendia Św. Mikołaja.

Umożliwianie dostępu do rozwoju zarówno talentów, jak i pasji dzieci i młodzieży z niezamożnych rodzin wciąż pozostaje wyzwaniem. Odpowiednim narzędziem do poprawy sytuacji dzieci i młodzieży mogą być programy stypendialne, jak np. program Stypendia św. Mikołaja i budowanie nieodpłatnej oferty kursów i zajęć dla uzdolnionych dzieci. Są to niezmiernie pilne zadania – konieczne, aby dobrze przygotować kolejne pokolenia do podejmowania efektywnych, twórczych i innowacyjnych działań na polu nauki, sztuki, sportu czy biznesu. Jest to też nasza wspólna odpowiedzialność, aby szczególnie tym zdolnym dzieciom z niezamożnych rodzin, które wyróżnia wyjątkowy potencjał umożliwić harmonijny rozwój.

Budżet edukacyjny w niezamożnych rodzinach

Prawie połowa (46%) badanych niezamożnych rodziców uważa, że potrzeby edukacyjne stanowią podstawową pozycję budżetu, w tej grupie aż 38% to respondenci z dwojgiem lub więcej dzieci. Rodzice, bez względu na swoją trudną sytuację, faktycznie każdego miesiąca ponoszą opłaty na rozwój i edukację jednego dziecka w wysokości średnio 419 zł. Co więcej, wskazują, że w budżecie rodziny wciąż brakuje ok. 242 zł, aby uregulować wszystkie wydatki edukacyjne jednego dziecka.

Wnioski z zrealizowanego badania są dla nas jako fundacji, prowadzącej program stypendialny dla dzieci z niezamożnych rodzin niezwykle cenne. Potwierdzają, że średnie stypendium św. Mikołaja, które przyznajemy w wysokości 200 zł miesięcznie, wypłacanego uczniom przez cały rok szkolny, może skutecznie pomóc niezamożnym rodzicom, którym brakuje średnio 242 zł miesięcznie, aby sprostać wszystkim wydatkom edukacyjnym dzieci. Jesteśmy przekonani, że przyszłość dzieci to nasza wspólna sprawa, dlatego do programu Stypendia św. Mikołaja zapraszamy kolejne szkoły z całej Polski. – wyjaśnia Joanna Paciorek, dyrektor Fundacji Świętego Mikołaja.

Jak pokazały wyniki badania, rodzice twierdzący, że edukacja stanowi najważniejszy czynnik rozwoju dzieci i traktujący wydatki związane z edukacją priorytetowo, mają wielokrotnie problem z poniesieniem jednorazowego i niezaplanowanego wcześniej wydatku na rzecz dziecka. Umożliwianie dostępu do rozwoju zarówno talentów, jak i pasji dzieci i młodzieży z niezamożnych rodzin wciąż pozostaje wyzwaniem. Odpowiednim narzędziem do poprawy sytuacji dzieci i młodzieży mogą być programy stypendialne i budowanie nieodpłatnej oferty kursów i zajęć dla uzdolnionych dzieci.

*Fundacja Świętego Mikołaja zleciła realizację badania agencji 4P. Składało się ono z części ilościowej i jakościowej. Opracowanie zrealizował dr Bartosz Łukaszewski z Collegium Humanum i Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Podstawę badania stanowiła ogólnopolska próba celowa – rodzice dzieci w wieku 7-13 lat, w rodzinach, których dochód na osobę nie przekracza 1700 zł.

Fundusz Sunfish Partners zainwestował w Aether Biomedical. Na celowniku ma kolejne 3 startupy

Niemiecko-polski fundusz venture capital, Sunfish Partners zainwestował w spółkę Aether Biomedical z Poznania, która konstruuje robotyczne urządzenia rehabilitacyjne na bazie Biosignal-Processing. W transakcji udział wzięły także indyjski fundusz Chiratae Ventures i Joyance Partners z oddziałami w Kalifornii, Europie i Azji, a jej wartość wyniosła 750 tys. euro (ponad 3,3 mln zł). To już trzecia, po PerfOps i Molecule.one, inwestycja funduszu VC z Berlina w polskie startupy z sektora deep tech.

Spółkę Aether Biomedical założyli dr Faith Jiwakhan i Dhruv Agrawal. Obecnie startup wprowadza na rynek swój pierwszy produkt: wielofunkcyjną protezę bioniczną dłoni „Zeus”, przeznaczoną dla osób po amputacji kończyny górnej. Rehabilitacja oparta na danych może odmienić życie milionów osób. Na całym świecie ponad 10 mln ludzi potrzebuje protez kończyn górnych. Według szacunków spółki, około 80 proc. z nich mieszka w krajach rozwijających się, gdzie dostępność urządzeń nie pokrywa nawet jednej dziesiątej zapotrzebowania na nie.

„Zeus” będzie jedną z protez o największej na rynku sile chwytu, bo aż 150 niutonów i jest o 30-50 proc. tańszy od większości konkurentów. Niższą cenę umożliwia wykorzystanie najnowszych osiągnięć techniki w różnych dziedzinach, m.in. druku przestrzennego, przetwarzania biosygnałów i uczenia maszynowego. Najpierw proteza trafi na rynek w Polsce i Indiach. Spółka chce wprowadzić na rynek kolejne rozwiązania oparte na przetwarzaniu biosygnałów, które wspierać będą także rehabilitację pacjentów z urazami kończyn.

Jesteśmy pod wrażeniem dotychczasowych prac i potencjału Aether Biomedical. Dhruv i Faith stworzyli niezwykle silny zespół specjalistów odpowiedzialnych za sprzęt, oprogramowanie, po zarządzanie biznesem – powiedział dr Marcus Erken, partner w funduszu Sunfish Partners. – Naszą uwagę przykuła śmiała wizja, a do inwestycji przekonał zapał, z jakim dzień po dniu realizują swój projekt – dodał.

Sunfish Partners to niemiecki fundusz venture capital założony przez Maxa Moldenhauera, Artura Karczykowskiego, dr. Marcusa Erkena i Christiana Weissa. Posiada biura w Warszawie i Berlinie. Jest jednym z największych funduszy inwestującym w firmy na etapie wczesnego rozwoju w Polsce. Kapitał funduszu wynosi obecnie ponad 71 mln zł, a środki pochodzą od kilkunastu inwestorów z Niemiec i Szwajcarii oraz Polskiego Funduszu Rozwoju.

Aether Biomedical to już nasza trzecia inwestycja w ciągu roku  naszej obecności w Polsce. Aktywnie poszukujemy kolejnych projektów wykorzystujących najnowsze technologie z zakresu deep tech, które pozwalają fundamentalnie zmienić branże, w jakich będą wykorzystywane. Nie wstrzymaliśmy działań także w czasie pandemii. Aktualnie analizujemy potencjał trzech kolejnych podmiotów i niebawem ogłosimy kolejną inwestycję – zapowiada Artur Karczykowski, Senior Partner w funduszu Sunfish Partners.

Pierwszym projektem funduszu w Polsce była spółka programistyczna PerfOps, która dostarcza analitykę dla firm zajmujących się infrastrukturą internetową. Łączną kwotę 3 mln zł, pozyskaną w dwóch rundach finansowania od Sunfish Partners przeznacza na rozwój opartego na chmurze narzędzia FlexBalancer, służącego do kierowania ruchem sieciowym w oparciu o dane dostarczane w czasie rzeczywistym.

We wrześniu 2019 roku Sunfish Partners zainwestował 1 mln zł w polską firmę Molecule.one. Oprogramowanie tworzone przez spółkę jest pierwszym w pełni opartym o dane i sztuczną inteligencję podejściem do projektowania syntezy chemicznej. Celem projektu jest automatyzacja części czasochłonnych i powtarzalnych działań i w rezultacie przyspieszenie procesów powstawania nowych leków.

Umowa zerwana albo nie

Sporo zamieszania w nocy wywołały komentarze doradcy handlowego Białego Domu Petera Navarro, który zasugerował, że podpisana w styczniu umowa handlowa z Chinami jest skończona. Szybkie dementi ze strony samego prezydenta Trumpa pozwoliło na uspokojenie nastrojów na rynkach, ale mogliśmy otrzymać przedsmak nowej strategii Białego Domu w kontaktach z Chinami pod kampanię prezydencką.

Można spekulować, na ile komentarze Navarro, które w jego opinii zostały wyraźnie wyrwane z kontekstu, były nieświadomą pomyłką, a na ile celowym zabiegiem. Navarro zasugerował, że Trump rozważa zerwanie umowy przez sposób, w jaki Chiny informowały o rozwoju epidemii koronawirusa. Taka narracja przenosi winę za ekspansję wirusa w USA na Chiny (ale też może odwracać uwagę od głośnej w ostatnich dniach książki byłego doradcy Trumpa Michaela Boltonia). Z perspektywy rynków interesująca była reakcja. Choć nie obyło się bez perturbacji i skoku awersji do ryzyka, nie doszło do ostrej paniki, a później inwestorom łatwo było wymazać całość spadków. Rynki już przyzwyczaiły się do niekonwencjonalnych działań administracji Trumpa i w roku wyborczym są przygotowane na więcej „zaczepek” w stosunku do Chin. Ponadto całkowite zerwanie umowy handlowej m.in. gwarantującej eksport towarów rolnych przyniosłoby Trumpowi więcej szkód niż korzyści w staraniach o reelekcję. Mimo tego warto zahaczyć, że na informacje o zerwaniu umowy USD zyskał na wartości, co pokazuje, że dla dolara nie liczy się sens umowy (i płynące z niej korzyści ekonomiczne), a bardziej powrót wojny handlowej i odkreślenie statusu USD jako bezpiecznej przystani.

Rynki szybko odsuwają na bok zamieszanie wokół umowy handlowej przy ponownym skupieniu uwagi na temacie odbicia gospodarczego. Już opublikowane indeksy PMI z Francji i pokazały imponujące odbicie powyżej 50 pkt.. Trzeba jednak pamiętać, że odczyty lekko powyżej 50 pkt. oznaczają, że przedsiębiorcy oceniają bieżącą sytuację tylko jako niegorszą niż miesiąc wcześniej a kondycja biznesu utrzymuje się tylko blisko dołka po zapaści wywołanej pandemią koronawirusa. Wzrosty indeksów dla niemieckiego sektora przemysłowego i usługowego zatrzymały się przy 45 pkt., sugerując większą rezerw niemieckich przedsiębiorców. Popyt pozostaje słaby, a nowe zamówienia nie napływają, choć z raportów przebija się silny optymizm firm, że kolejne miesiące przyniosą zdecydowaną poprawę. Nadzieja na przyjście lepszego to jedyna rzecz, na które można się opierać w czasie podwyższonej niepewności. Dzisiejsze dane jak na razie podsycają te nadzieje i podbijają kurs EUR/USD.

W Wielkiej Brytanii odsetek zaniepokojonych firm także powinien się zmniejszać, a z poziomów indeksów PMI po załamaniu w marcu i kwietniu odbicie teraz jest naturalną konsekwencją. Gorsze od oczekiwań dane będą miały większy wpływ na GBP, gdyż podkreślą słabość fundamentów i utrudnią podczepianie funta pod globalny rajd ryzyka. W USA wskaźniki PMI nie mają takiej renomy jak indeksy ISM, ale nadal mogą dostarczyć istotnych danych o sytuacji ekonomicznej. Chęć amerykańskich władz do odmrożenia gospodarki była w ostatnich tygodniach wyjątkowo silna, co powinno przełożyć się na wyraźne odbicie wskaźników aktywności. Jednocześnie słabszy niż przed kryzysem popyt, utracone miejsca pracy, fale protestów społecznych i rosnąca liczba nowych przypadków zachorowań będą tonować optymizm przedsiębiorców.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ponad 90 proc. polskich firm wykorzystało nowoczesne technologie w trakcie pandemii

Pandemia koronawirusa zmusiła 70 proc. polskich firm do zwrócenia się w kierunku nowoczesnych form komunikacji z klientami, a 10 proc. dużych firm wdrożyło systemy do zarządzania pracą zdalną (nie korzystając z nich wcześniej) – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Nowoczesne technologie w przedsiębiorstwach przed, w trakcie i po pandemii COVID-19”. Po pandemii 69 proc. firm zamierza nadal komunikować się z klientami przy użyciu nowoczesnych technologii, a 45 proc. planuje wykorzystywać internetowe kanały sprzedaży i obsługi klienta. Ponad ¼ badanych przedsiębiorstw (27 proc.) pragnie nadal używać systemów do monitorowania pracy zdalnej.

Blisko 1/4 przedsiębiorstw, które wzięły udział w badaniu Polskiego Instytutu Ekonomicznego przeprowadzonym pod koniec 2019 r. na próbie 1050 firm o różnej wielkości i z różnych branż, stwierdziła, że w porównaniu z 2018 r. w ich przedsiębiorstwach nastąpił wzrost wykorzystania nowoczesnych technologii (przede wszystkim duże firmy z sekcji informacja i komunikacja). Jednocześnie tylko około 1/5 przedstawicieli firm uważała, że niski poziom kompetencji cyfrowych pracowników nie stanowił bariery w działalności. Analiza wyników tego badania pozwoliła pokazać, na ile przedsiębiorstwa pod koniec 2019 r. były przygotowane do wykorzystania nowoczesnych technologii w niespodziewanej sytuacji związanej z funkcjonowaniem w okresie pandemii.

Nowoczesne technologie okazały się bardzo użyteczne w funkcjonowaniu przedsiębiorstw w dobie lockdownu, ale nie wszystkie firmy w równym stopniu takie rozwiązania wykorzystują. Podobnie jest z kompetencjami cyfrowymi pracowników, których poziom często bywa niewystarczający, mimo coraz większej obecności narzędzi cyfrowych w życiu społecznym – komentuje Katarzyna Dębkowska, kierownik zespołu foresightu gospodarczego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Ponad 90 proc. polskich firm wykorzystało nowoczesne technologie w trakcie pandemii

Zakres nowych technologii wprowadzonych do firm w okresie pandemii jest stosunkowo szeroki, ale występuje przewaga technologii służących do kontaktów z klientami i budowania relacji z partnerami biznesowymi oraz zapewnienia pracownikom firmy możliwości pracy zdalnej.

Uczestnicy badania podkreślali, że kryzys z jednej strony spowolnił prace w firmie nad nowymi technologiami, które były podjęte wcześniej i zostały ocenione jako mało istotne. Z drugiej – przyspieszył wdrożenie nowych, których posiadanie okazało się kluczowe dla funkcjonowania firmy w nowej rzeczywistości – komentuje Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Jak firmy będą funkcjonowały po kryzysie?

Wyniki  badań jakościowych (indywidualne wywiady pogłębione z 26 przedstawicielami przedsiębiorstw) i ilościowych (badania ankietowe 400 przedsiębiorstw), które Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził w czasie pandemii, wskazują, że koronawirus na stałe zmieni sposób patrzenia na biznesowe zastosowanie nowoczesnych technologii. Niemal wszyscy badani, bez względu na wielkość reprezentowanego przedsiębiorstwa oraz sektor, wskazali, że na stałe wprowadzą wykorzystywanie w swoich firmach nowoczesnych systemów komunikowania się na odległość.

Z kolei w przypadku elektronicznego obiegu dokumentów i systemów do zarządzania przedsiębiorstwem po pandemii odsetek firm wykorzystujących te systemy wróci do poziomów sprzed kryzysu.

Skłonność do wykorzystywania nowoczesnych technologii rośnie wraz ze wzrostem wielkości przedsiębiorstwa, ale przedstawiciele mikro i małych przedsiębiorstw również deklarowali, że w przyszłości bardziej nastawią się na działalność internetową, w szczególności wykorzystując internetowe kanały sprzedaży i obsługi klientów (e-commerce). Takie plany nie zaskakują, gdyż można się spodziewać, że po okresie pandemii obecne zachowania klientów i interesantów preferujących zdalne załatwianie spraw mogą pozostać już na trwałe w życiu społecznym – dodaje Katarzyna Dębkowska.

Epidemia mocno uderza w prywatne usługi medyczne

Ograniczenie liczby zabiegów, redukcja etatów, podniesienie cen usług oraz mniejsza liczba pacjentów to nowy krajobraz prywatnego rynku usług medycznych w okresie „odmrażania gospodarki”. Przyczyniły się to tego nie tylko wyższe koszty zabiegów, które wzrosły z powodów takich jak konieczność zakupu środków zabezpieczających czy dezynfekcji. Dodatkowo zbliżające się spowolnienie gospodarcze ma negatywny wpływ na decyzje pacjentów. Zdaniem ekspertów popyt na usługi medyczne, powróci do poziomu sprzed wybuchu epidemii, dopiero w czwartym kwartale br.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę MediRaty, 73 proc. gabinetów i klinik oferujących usługi komercyjne w zakresie stomatologii, medycyny estetycznej, okulistyki, ortopedii czy kosmetologii, deklaruje ograniczenie działalności i redukcję etatów o co najmniej 20 proc. Mimo, iż rządowy program wsparcia w postaci tarczy antykryzysowej pomógł w kwestii składek ZUS, dopłat oraz pożyczek (chęć skorzystania z niego wyraziło 46 proc. podmiotów), to do największych obciążeń należą zobowiązania kredytowe, leasingowe czy czynsze. Ponad 70 proc. gabinetów, klinik czy przychodni nie planuje zamknięcia czy zawieszenia działalności, ale 90 proc. nie podejmie się ekspansji rynkowej, ani przyłączenia do większej sieci.

Nowe przepisy sanitarne przyczyną podwyżek

Wraz z procesem luzowania restrykcji gabinety oraz kliniki musiały się zmierzyć z zaostrzonym rygorem sanitarnym, co łączy się koniecznością zakupu dodatkowych materiałów jak maski, przyłbice, kombinezony oraz środków dezynfekujących. Efektem czego jest kilkunastoprocentowy wzrost średniego poziomu cen usług w porównaniu ze stawkami sprzed roku. mówi Jakub Czarzasty, Prezes MediRaty. Cześć prywatnych przychodni oraz gabinetów medycznych wyszczególniła opłaty związane z nowymi przepisami w cennikach. W pozostałych przypadkach została ona wliczona w koszty zabiegu.

Potwierdzają to dane GUS, z których wynika, iż zabiegi dentystyczne i stomatologiczne zdrożały o 14 proc., natomiast usługi lekarskie średnio o 8,8 proc. Z prawie 500 biorących udział w badaniu firmy MediRaty klinik oraz gabinetów, 67,7 proc. oświadcza, iż poza wprowadzeniem opłaty dezynfekcyjnej nie podniesie cen usług. Natomiast 17 proc. deklaruje podwyżki, a 15 proc. nie ma sprecyzowanych planów tym zakresie.

Nastroje dalekie od optymistycznych

W kwestii spodziewanej liczby klientów nastroje są dalekie od optymistycznych. 64,4 proc. prywatnych podmiotów medycznych przewiduje o min. 20 proc mniej pacjentów. Natomiast 63 proc. gabinetów oraz klinik deklaruje zmniejszenie liczby wykonywanych zabiegów. Jako główną przyczynę wskazują zbliżające się spowolnienie gospodarcze, które negatywnie wpływa na decyzje pacjentów dotyczące skorzystania z wielu usług medycznych.

Psychologiczny efekt kwarantanny może spowodować bardzo powolny powrót to stanu z przed wprowadzenia restrykcji, który może wynieść nawet 3 czy 4 miesiące. – dodaje Jakub Czarzasty. Jako wyjście z sytuacji branża prywatnych usług medycznych widzi możliwość odroczenia płatności oraz rozłożenie jej na raty. Blisko 80 proc. badania zmierza skorzystać z takiego rozwiązania, aby przyciągnąć pacjentów.

Obrazy, rzeźby, pamiątki. Kiedy jest kryzys, to dzieła sztuki idą pod młotek jako pierwsze

Inwestorzy i kolekcjonerzy zacierają ręce. Przez koronawirusa na rynku pojawiają się dzieła sztuki, które przez dekady były niedostępne na wolnym rynku.

Już 25 czerwca w jednym z warszawskich domów aukcyjnych odbędzie się jedna z największych licytacji dzień sztuki w ostatnich miesiącach. Sytuacja jest wyjątkowa, bo jak mówią specjaliści wiele dzieł trafia „pod młotek” właśnie wskutek pandemii koronawirusa. Z czego to wynika? Banki czy kolekcjonerzy chcą spieniężyć elementy ich majątku, które nie wiążą się z ich bezpośrednią działalnością. Licytacje, które będą miały miejsce w najbliższych miesiącach to prawdziwa gratka dla miłośników dzieł sztuki, kolekcjonerów i inwestorów. Specjaliści z Kancelarii Kiżuk & Michalska również zajmują się obrotem dziełami sztuki i doradztwem w tym zakresie. – Inwestor w dzieła sztuki jest zwykle osobą świadomą materii z jaką obcuje. To nie jest łatwa inwestycja i to nie jest lokowanie pieniędzy nastawione na szybki zysk. Inwestycje w dzieła obliczone są zwykle na lata i towarzyszą im wyższe cele np. chęć podtrzymania dziedzictwa narodowego czy po prostu posiadanie w swoim zbiorze dzieła unikatowego – mówi Katarzyna Michalska, doradca ekonomiczny.

  • 25 czerwca odbędzie się licytacja 30 dzieł należących do kolekcji mBanku. Wiele z nich przez dekady znajdowało się w depozytach największych galerii i muzeów. To sytuacja absolutnie niecodzienna
  • W czasach kryzysu gospodarczego przedsiębiorcy i osoby indywidualne pozbywają się dzieł sztuki, obrazów, rzeźb, fotografii i cennych pamiątek by podreperować domowy budżet
  • Nie należy się spodziewać niskich cen licytowanych obrazów. Dla kolekcjonerów samo ich pojawienie się na rynku jest powodem do ożywienia
  • Inwestowanie w sztukę to w Polsce trudny temat. Nie wszyscy odnajdują się na rynku wartym ponad 64 miliardy złotych. Tutaj poza biznesową intuicją potrzebna jest konkretna wiedza

Najpierw „pod młotek” idzie majątek bez którego funkcjonowanie firmy jest dalej możliwe.

Licytacji szczególnie uważnie przyglądać się będą mieszkańcy Szczecina, bo to właśnie wtedy wystawione na sprzedaż zostaną dwa cenne obrazy, które mBank przekazał w depozyt Muzeum Narodowemu w Szczecinie. O sztuce rzadko rozmawia się poruszając aspekty ekonomiczne czy inwestycyjne, a dzieła potrafią być cenną lokatą pieniędzy. Czy każdy może być inwestorem w sztukę? Wydaje się, że tak, wszak zakup obrazu to zakup obrazu. Jak przekonują doradcy z kancelarii Kiżuk & Michalska sprawa jednak wcale nie jest taka prosta, bo kupienie cennego dzieła z zyskiem wymaga wiedzy, doświadczenia i znajomości trudnego rynku.

Czy fakt, że na rynku pojawiło się wiele dzieł sztuki może być tłumaczony pandemią koronawirusa? Pozbywanie się cennych dzieł może być efektem kryzysu gospodarczego: – Sprzedaż ponad 30 dzieł sztuki zdarza się dość rzadko. Zwykle sprzedawane były kolekcje małe, indywidualne, ewentualnie korporacyjne. W momencie kryzysu jest to ciekawa forma uzyskania gotówki, bo można uzyskać szybko wysokie pieniądze, wspierające finanse danego przedsiębiorstwa czy gospodarstwa domowego – mówi Katarzyna Michalska. – Mieliśmy kiedyś sytuację, że zgłosiła się do nas osoba z oryginalnymi skrzypcami Stradivariusa. Potrzebowała szybko gotówki, a to była najcenniejsza rzecz jaką posiadała. W firmie czasem tak jest, że trzeba pewne dobro spieniężyć w imię inwestycji czy dalszego funkcjonowania. To zwykle bardzo trudne sytuacje. Czas kryzysu to złote czasy dla funduszy inwestycyjnych czy dla indywidualnych inwestorów sztuki. Jeżeli mają oni wolne środki, to jest to okazja do nabycia dzieł, które tak naprawdę na wolnym rynku pojawiają się bardzo rzadko – dodaje Filip Kiżuk.

Czy należy spodziewać się, że dzieła z kolekcji mBanku będą sprzedawane z dużym dyskontem cenowym? Specjaliści Kancelarii Kiżuk & Michalska zaprzeczają. – Sam fakt, że są one dostępne podczas aukcji należy traktować jako ofertę interesującą. Nie spodziewam się niskich cen. Jak ktoś liczy na „wielką wyprzedaż” to może się rozczarować – dodaje Katarzyna Michalska.

Rynek warty miliardy złotych zostanie przez pandemię „rozruszany”. Na rynek trafią dzieła, które przez dekady stanowiły ozdoby muzeów

Ruch na stronach domów aukcyjnych w Polsce jest zdecydowanie większy w ostatnich miesiącach. To może oznaczać, że dzieł trafiających do marszandów jest więcej. Jak wyjaśniają specjaliści z kancelarii Kiżuk & Michalska, również do inwestorów prywatnych docierają zapytania o możliwość sprzedaży obrazów, rzeźb, fotografii czy pamiątek po znanych osobistościach.  To efekt pandemii koronawirusa. Przedsiębiorcy, ale i osoby indywidualne chcą podreperować swój budżet. Mówimy o dziełach sztuki, których ceny wywoławcze mogą osiągać kwoty idące w dziesiątki tysięcy złotych. Rynek obrotu dziełami sztuki jest ogromny. W 2018 roku było to… ponad 60 miliardów złotych. Paradoksalnie w roku kryzysu gospodarczego transakcji może być jeszcze więcej, a co za tym idzie rynek również wzrośnie.

– Inwestowanie w sztukę to nie jest pierwsza myśl człowieka, który planuje inwestycje. Najpierw są nieruchomości, udziały w  spółkach, przejęcia firm. Sztuka to daleki wybór, ale mamy klientów, którzy nadwyżki mają ulokowane w tak szeroki portfel, że oczekują czegoś więcej. Najpierw jest edukacja, potem zwykle zainteresowanie lub pasja, a następnie decyzja, że to jest ciekawa inwestycja – mówi Katarzyna Michalska. – Obrazy są podziwiane, wiąże się z nimi pewna historia, otoczka towarzyska. Wartość sztuki to więc nie tylko wartość materialna. To obcowanie z kulturą, często bezcenne – dodaje Filip Kiżuk.

Ile więc wynosi „czas zwrotu” dzieła sztuki? Eksperci wyjaśniają, że to kwestia kilku lat. Pod tym kątem wartość sztuki jest podobna do wartości nieruchomości – trudno o szybki zysk, ale jednocześnie tego rodzaju inwestycje nie tracą szybko na wartości, wręcz przeciwnie bywają inwestycjami ponadczasowymi. Czas kryzysu to może być czas żniw dla inwestorów w sztukę.

Czy grozi nam wzrost inflacji?

Według Bartosza Tomczyka – przewodniczącego rady nadzorczej w polskim fintechu Provema – po całkowitym odmrożeniu gospodarki prędkość obiegu pieniądza znacząco się zwiększy, co w połączeniu ze wzrostem jego ilości w obiegu powinno doprowadzić do dynamicznego wzrostu inflacji.

Dla większości państw rozwiniętych, inflacja stała się zjawiskiem zapomnianym. Dawniej celem banków centralnych z Europy Zachodniej, Stanów Zjednoczonych czy Japonii było jej zwalczanie i stanie na straży wartości pieniądza. Dziś jest dokładnie odwrotnie, głównym zmartwieniem władz staje się pobudzenie inflacji. I okazuje się, że to zadanie wcale nie jest takie łatwe. Jeden z poprzednich szefów amerykańskiej Rezerwy Federalnej rozważał nawet, zapewne żartem, rozrzucanie pieniędzy z helikopterów w celu pobudzenia inflacji. Ku zaskoczeniu wielu ekonomistów, nawet szalony dodruk pieniądza z okresu kryzysu finansowego w 2008 roku nie spowodował wzrostów cen. Banki centralne, zachęcone tym faktem, od tego czasu nieustannie zwiększają bazę monetarną. Dla wielu krajów, stało się to wygodnym sposobem na finansowanie wzrostu wydatków publicznych.

Teoria ekonomiczna zaproponowana na przełomie XIX i XX wieku przez amerykańskiego ekonomistę Irvinga Fishera zakładała spadek wartości pieniądza w wyniku wzrostu jego ilości w obiegu. Przed 2008 rokiem bardzo niewielu ekonomistów miało odwagę ją negować. Słusznie zresztą, równanie Fishera jest bez wątpienia ekonomiczną oczywistością.

Co więc stało się w roku 2008? Dziś ekonomiści uważają, że znają odpowiedź. Fakt, że pieniądz został formalnie wyemitowany przez bank centralny nie oznacza, że ktoś go zarobił i może wydać. Jeżeli wyemitowany pieniądz pozostaje w systemie bankowym, nie wpłynie na wartość wskaźnika inflacji. Aby inflacja wzrosła, banki komercyjne muszą pożyczyć wydrukowane pieniądze konsumentom lub przedsiębiorstwom. A banki doskonale wiedzą o tym, że w czasie kryzysu ryzyko kredytowe wzrasta. W związku z tym zaostrzają kryteria dla potencjalnych kredytobiorców. Również konsumenci i przedsiębiorcy w czasie kryzysu nie mają apetytu na kredyt. Wolą poczekać z zakupami i inwestycjami na lepsze czasy.

W teorii, zwiększenie podaży pieniądza jest czynnikiem inflacyjnym, jej zmniejszenie powinno mieć skutki deflacyjne. Drugim czynnikiem kształtującym wartość pieniądza jest prędkość jego obrotu. Jej zwiększenie napędza inflację, podczas gdy zmniejszenie ma skutek odwrotny. Oznacza to, że jeżeli wraz ze wzrostem podaży pieniądza, wzrośnie jego prędkość obrotu, nie zaobserwujemy zwiększonej inflacji. Prędkość obrotu jest pozytywnie skorelowana ze wzrostem gospodarczym, a więc – z reguły uważa się, że inflację zaobserwujemy wtedy, gdy wzrost bazy monetarnej jest większy od wzrostu PKB.

W odniesieniu do obecnego kryzysu, czynnikiem pobudzającym inflację, bez wątpienia jest wzrost ilości pieniądza w obiegu. NBP przeznacza ogromne kwoty na wspieranie płynności sektora bankowego. Z kolei rząd próbuje aktywnie wspierać przedsiębiorstwa. Sama emisja obligacji Narodowego Funduszu Rozwoju o wartości 100 miliardów złotych, przeznaczona na program tarczy antykryzysowej, powiększa bazę monetarną M3 o prawie 9% w porównaniu ze stanem na koniec stycznia 2020. Podobna kwota, w ciągu najbliższych lat ma być wydana na program „Czyste powietrze”. Kolejne 100 miliardów jest wart program budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Wpływy z podatków nie zapewnią budżetowi państwa takich kwot. Oznacza to, że baza monetarna może w najbliższych latach wzrosnąć o kilkadziesiąt procent.

Z kolei podstawowym czynnikiem deflacyjnym jest obserwowane na całym świecie spowolnienie gospodarcze. W przypadku Stanów Zjednoczonych wartość produktu krajowego brutto spadła w kwietniu o ponad 12% w porównaniu z marcem oraz o 16,5% w porównaniu z lutym tego roku. Był on też o prawie 14% niższy niż w kwietniu 2019. Wielkość amerykańskiego PKB w ciągu dwóch miesięcy skurczyła się poziomu notowanego w 2016 roku. GUS nie opublikował jeszcze danych dla polskiej gospodarki, ale wiemy na przykład, że wartość sprzedanej produkcji przemysłowej w kwietniu spadła o prawie 25% w porównaniu z marcem. W tym samym czasie ilość zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła o 6,2%. Obniżenie poziomu aktywności gospodarczej powoduje spadek prędkości obiegu pieniądza, co przynosi skutki deflacyjne.

Na razie, według dostępnych danych, zarówno na świecie, jak i w Polsce przeważają deflacyjne skutki kryzysu. Polski wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych spadł o 0,1% w kwietniu i 0,2% w maju. W USA, w maju było to 0,1%.

Jest jednak dość jasne, że po całkowitym odmrożeniu gospodarki prędkość obiegu pieniądza znacząco się zwiększy, co w połączeniu ze wzrostem jego ilości w obiegu powinno doprowadzić do dynamicznego wzrostu inflacji. Wątpliwe jest, czy w ciągu najbliższych kilku lat osiągniemy kilkudziesięcioprocentowy wzrost gospodarczy, tym bardziej że powinien on być liczony w stosunku do stanu sprzed kryzysu. Ilość pieniądza w stosunku do wielkości PKB bez wątpienia wzrośnie. W dodatku, władze będą się obawiać jej zmniejszenia i spowodowania spowolnienia gospodarczego.

Autor: Bartosz Tomczyk – przewodniczący rady nadzorczej w polskim fintechu Provema

Dobrze Cię rozumiem, czyli o trudnej sztuce komunikacji

Każdego dnia komunikujemy się z innymi ludźmi. Na kształt wiadomości wpływ ma nie tylko mówiący, ale również słuchacz. To, co słyszy adresat, ale przede wszystkim to, jak odbiera on daną wypowiedź, oddziałuje znacznie na jego reakcję. Jak zatem mówić, by zostać właściwie zrozumianym?

Istotą komunikacji jest wymiana informacji na linii nadawca – odbiorca. Równie ważnym jej składnikiem jest umiejętność wypowiedzi, jak i zdolność słuchania, czyli jej przyjęcia. Niemiecki psycholog prof. Friedman Schulz von Thun, stworzył teorię, według której każdy komunikat składa się z czterech płaszczyzn, a do jego odbioru mamy do dyspozycji aż cztery rodzaje uszu!

Obok zróżnicowania na ucho lewe i prawe, naukowiec wyłonił dodatkowo: ucho rzeczowe (wyłapuje kluczowe fakty), relacyjne (skupia się na emocjach, stosunku nadawcy do odbiorcy), ujawniające siebie (zwraca uwagę na oceny, opinie, odczucia) i apelowe (odbiera potrzeby i oczekiwania nadawcy). Warto zaznaczyć, że typ relacyjny doszukuje się ukrytych przekazów także w tonie głosu, doborze słów czy gestach. Zazwyczaj jedno z ”uszu” jest wykształcone silniej niż pozostałe, co wpływa na odbiór płynących do nas komunikatów. Jak wykorzystać tę wiedzę w codziennej pracy zespołu?

Wprost czy między wierszami?

W praktyce łatwo sprawdzić, które „ucho” w nas dominuje. Wyobraźmy sobie sytuację, że przełożony przychodzi do naszego biurka i mówi zdanie: „Ten raport trzeba przygotować na środę.” Nasza reakcja i pierwsza myśl po usłyszeniu takiego komunikatu wiele wyjaśni. Ucho rzeczowe przyjmie do wiadomości, na kiedy potrzebny jest dokument, a uchem apelu usłyszymy, że szef oczekuje przygotowania raportu na konkretny dzień (to jego prośba). Ucho ujawniania siebie natomiast oceni, że nasz zwierzchnik dba o terminowość wykonania zadania, zaś ucho relacji zwróci uwagę na to, że zlecając zadanie, chce przyspieszyć i skontrolować pracę. Przykład ten pokazuje, że cztery różne osoby zupełnie inaczej odbiorą to samo proste zdanie.

Trafne rozpoznanie, którym z typów „ucha” dysponuje nasz rozmówca, może skutecznie ułatwić formułowanie zrozumiałego przekazu i uniknąć niepotrzebnych nieporozumień. Odpowiednio dopasowując komunikat oraz kładąc nacisk na kluczowe elementy wypowiedzi mamy większą szansę na wzajemne zrozumienie z odbiorcą. Właściwy przepływ wiadomości jest bardzo istotny szczególnie w pracy grupowej, gdzie efektywna komunikacja to podstawa funkcjonowania zespołu. – Wymiana informacji jest niezbędnym elementem w relacjach nie tylko na gruncie prywatnym, ale również zawodowym i biznesowym. Umiejętność tworzenia przekazu w taki sposób, by odbiorca zinterpretował go zgodnie z naszymi intencjami, jest niezbędna w każdego rodzaju współpracy. Aby wspólne wysiłki w dążeniu do osiągnięcia założonego celu były owocne, muszą opierać się na wzajemnym zrozumieniu i odpowiedniej reakcji – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Warto przy kolejnej okazji przyjrzeć się reakcjom rozmówców na wysyłane przez nas komunikaty. Uważna obserwacja ułatwi dopasowanie przekazu i jego formy w zależności od typu „ucha” odbiorcy. Dzięki temu nasza wypowiedź zostanie dobrze zrozumiana i odpowiednio zinterpretowana.

Powołanie członków Rady Nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. na nową kadencję

22 czerwca 2020 r. Zwyczajne Walne Zgromadzenie GPW wybrało siedmioosobowy skład Rady Nadzorczej GPW na nową, trzyletnią kadencję, rozpoczynającą się 23 czerwca 2020 r.

Do Rady Giełdy zostali powołani:

  1. Michał Bałabanow
  2. Dominik Kaczmarski
  3. Janusz Krawczyk
  4. Jakub Modrzejewski
  5. Filip Paszke
  6. Eugeniusz Szumiejko
  7. Adam Szyszka

Życiorysy członków Rady Giełdy zostaną zamieszczone na stronie www.gpw.pl w zakładce dotyczącej władz spółki: https://www.gpw.pl/wladze-spolki

Zasada swobodnej oceny dowodów w sprawie podatkowej

„Organ podatkowy ocenia na podstawie całego zebranego materiału dowodowego, czy dana okoliczność została udowodniona”. Tak wynika z treści art. 191 ustawy Ordynacja podatkowa (Dz.U. 2019.900, tj. z dnia 14 maja 2019 r., zwanej dalej „Ordynacją podatkową”). Przepis ten wyraża zasadę tzw. swobodnej oceny dowodów, według której organ podatkowy prowadzący kontrolę czy postępowanie podatkowe przy ocenie wiarygodności zgromadzonych dowodów nie jest skrępowany żadnymi regułami określającymi wartość poszczególnych rodzajów dowodów i dokonuje jej w sposób swobodny, na podstawie własnego przekonania opartego na wiedzy, doświadczeniu życiowym, prawach logiki, wzajemnych relacjach między poszczególnymi dowodami, z uwzględnieniem całokształtu zgromadzonego w sprawie materiału dowodowego. Jednak jedną z częstych przyczyn uchylenia decyzji podatkowej jest złamanie przez organ powyższej zasady poprzez dokonanie dowolnej oceny dowodów.

Wszechstronnie zgromadzony materiał dowodowy

Zasada swobodnej oceny dowodów tylko wtedy będzie mogła mieć sens, jeżeli organ podatkowy zgromadzi w sposób zgodny z przepisami prawa formalnego wszystkie dowody niezbędne do ustalenia prawdy obiektywnej (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 22 czerwca 2010 r., III SA/Wa 575/10, LEX nr 675001).

Materiał dowodowy jest zupełny, jeśli zebrano i rozpatrzono wszystkie dowody, przeprowadzono wnioski dowodowe, a udowodniony stan faktyczny stanowi pełną, spójną i logiczną całość. Organ, rozpatrując materiał dowodowy, nie może pominąć żadnego istotnego dowodu. Pominięcie dowodu może nasuwać wątpliwości co do zgodności z rzeczywistością ustalonego stanu faktycznego oraz może wzbudzić wątpliwości co do trafności oceny innych dowodów (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Krakowie z dnia 31 maja 2017 r., I SA/Kr 187/17).

Przez wyczerpujące rozpatrzenie całego materiału dowodowego należy rozumieć ustosunkowanie się organu do każdego dowodu i dokonanie ich oceny we wzajemnym powiązaniu. Ocenie podlega każdy dowód z osobna oraz wszystkie dowody we wzajemnej z sobą łączności, a na prawidłowość tej oceny wskazuje to, czy wyciągnięte przez organ wnioski mają logiczne uzasadnienie (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie z dnia 1 sierpnia 2017 r., I SA/Rz 378/17).

W uzasadnieniu decyzji organ podatkowy ma obowiązek wykazać, z których dowodów korzystał, z których zaś nie i dlaczego, zwłaszcza jeżeli określony dowód oferuje strona postępowania, które z nich uznał za wiarygodne, a które za niewiarygodne i z jakich przyczyn. „Dopiero tak przeprowadzone postępowanie spełnia wymogi art. 122, art. 187 § 1, art. 191 i art. 210 § 4 O.p.” (wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie II FSK 1852/08, LEX nr 596029).

Ocena materiału dowodowego

Ocena dowodów nie może się koncentrować wokół jednego dowodu lub części dowodów. Stwierdzenie, że dana okoliczność została udowodniona, wymaga oceny wszystkich dowodów we wzajemnym ze sobą powiązaniu. Do tego celu konieczne jest uprzednie przeprowadzenie wyczerpującego postępowania dowodowego.

Ocena zebranego w sprawie materiału dowodowego powinna spełniać łącznie trzy warunki. Po pierwsze musi być zgodna z regułami logicznego rozumowania. Po drugie ocena powinna być zgodna z doświadczeniem życiowym. Wreszcie po trzecie musi ona być wszechstronna (wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 19 maja 2011 r., I FSK 1157/10 LEX nr 1080489). Z poglądów wypracowanych przez doktrynę dowiedzieć się można m.in., że „Dokonana przez organ podatkowy ocena dowodów jest przedmiotem kontroli organu drugiej instancji w razie zaskarżenia orzeczenia w toku postępowania odwoławczego. Kontrolowany jest wtedy tok myślowy organu orzekającego pod względem prawidłowości logicznej i zgodności z przepisami prawa procesowego. Kontrola organu odwoławczego nie może prowadzić do zmiany oceny dowodów przez organ drugiej instancji, lecz jedynie do stwierdzenia nieprawidłowości, co w konsekwencji powoduje uchylenie zaskarżonego orzeczenia i przekazanie sprawy do ponownego rozpatrzenia organowi pierwszej instancji” (por. G. Adaszkiewicz, Środki dowodowe…, s. 116).

Swobodna a dowolna ocena materiału dowodowego

Swobodna ocena dowodów jest oceną najpełniejszą, jeżeli została oparta na materiale dowodowym przeprowadzonym bezpośrednio przed organem podatkowym i z aktywnym udziałem strony w tym postępowaniu. Jakkolwiek Ordynacja podatkowa czasami odchodzi w swoich uregulowaniach od zasady bezpośredniości prowadzonego postępowania (art. 181 O.p.), to w przypadku wątpliwości co do oceny dowodu przeprowadzonego w innym postępowaniu lub uzasadnionych zastrzeżeń strony, organ podatkowy jest zobligowany do bezpośredniego przeprowadzenia określonego dowodu i dopiero na podstawie tak przeprowadzonych dowodów dokonuje ich oceny. Zasada swobodnej oceny dowodów oznacza, że organ podatkowy nie jest skrępowany regułami dotyczącymi wartości poszczególnych dowodów, ma obowiązek rozpatrywać dowody na podstawie własnego przekonania, popartego zasadami wiedzy i doświadczenia życiowego. Jednakże swobodna ocena dowodów nie oznacza, że organ jest uprawniony do oceny dowodów według „widzimisię”. Ocenę dowodów organ obowiązany jest bowiem oprzeć na przekonujących podstawach i dać temu wyraz w uzasadnieniu.

Aby swobodna ocena dowodów nie przekształciła się w samowolę, musi być dokonana zgodnie z normami prawa procesowego oraz zachowaniem określonych reguł tej oceny (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 30 października 2015 r., III SA/Wa 4038/14 LEX nr 1967338). Jak wskazuje Naczelny Sąd Administracyjny, w wyroku z dnia 7 maja 2015 r., I FSK 605/14: „Organ podatkowy przy ocenie zebranych w sprawie dowodów powinien, m.in. kierować się prawidłami logiki, zgodnością oceny z prawami nauki i doświadczenia życiowego, traktować zebrane dowody jako zjawiska obiektywne, oceniać dowody wyłącznie z punktu widzenia ich znaczenia i wartości dla rozpatrywanej sprawy, dokonywać wszechstronnej oceny, tak aby w ramach swobodnej oceny nie zostały przekroczone granice dowolności”. Sąd Najwyższy wyraził pogląd, który za dowolne uznał ustalenia faktyczne znajdujące wprawdzie potwierdzenie w materiale dowodowym, ale materiał ten jest niekompletny czy też nie w pełni rozpatrzony. „Zarzut dowolności wykluczają dopiero ustalenia dokonane w całokształcie materiału dowodowego, zgromadzonego i zbadanego w sposób wyczerpujący” (wyrok SN z dnia 23 listopada 1994 r., III ARN 55/94, OSNP 1995 nr 7, poz. 83).

W kontekście treści art. 191 Ordynacji podatkowej należy zwrócić uwagę na tzw. dobrą wiarę podatnika VAT w momencie zawierania transakcji opodatkowanej tym podatkiem. Zdaniem Naczelnego Sądu Administracyjnego przy ocenie świadomości czy też braku świadomości podatnika co do zakwestionowanych transakcji należy uwzględnić orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczące tzw. dobrej wiary.

Podsumowanie

Wszechstronnie rozpatrzony materiał dowodowy, bez pierwotnego założenia organu podatkowego o nieuczciwości podatnika, pozwala na ustalenie zgodnego z rzeczywistością stanu faktycznego sprawy w wyniku dokonania obiektywnej oceny dowodów, zgodnej z zasadą swobodnej oceny dowodów, a w ramach niej – zgodnej z dyrektywami doświadczenia życiowego i logiki. Aby zasada swobodnej oceny dowodów nie przekształciła się w ocenę dowolną, organ podatkowy jest normatywnie związany wieloma dyrektywami ogólnymi postępowania podatkowego. Musi przede wszystkim opierać się na wszechstronnie zebranym i ocenionym materiale dowodowym. Często niestety jest jednak tak, że organy podatkowe czy celno-skarbowe koncentrują się na takim zinterpretowaniu materiału dowodowego, by wynikał z niego stan faktyczny uprawdopodabniający jedynie intencje i założenia przyświecające im zanim jeszcze wszczęto kontrolę czy postępowanie podatkowe. Aby zatem nie dochodziło do przekłamań i misinterpretacji w działaniu organów, warto skorzystać z pomocy i wsparcia doświadczonego pełnomocnika, który nie tylko będzie temperował zakusy urzędników w trakcie kontroli czy postępowania, ale również wzmocni pozycję procesową podatnika poprzez aktywne uczestnictwo w sprawie podatkowej na każdym jej etapie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Giełda transportowa – co warto wiedzieć? jak wykorzystać jej potencjał?

Według ekspertów rynek transakcji doraźnych, czyli tak zwany spot, stanowi 15 proc. całego sektora transportu towarów[1]. Z kolei dane statystyczne wskazują, że z elektronicznych giełd transportowych korzysta na co dzień 90 proc.[2] przedsiębiorstw przewozowych w Europie. Europejski rynek transportowy wart 500 mld dolarów[3] opiera się na zleceniach doraźnych między innymi po to, by ograniczać puste przebiegi. A te szacuje się na co trzeci przejazd w Polsce i co czwarty w UE.[4] Jak efektywnie korzystać z giełdy transportowej oraz które narzędzia cyfrowe pomogą w automatyzacji transportu? Na te i inny pytania odpowiada Tomasz Czyż, ekspert telematyki GBOX.

Giełdy transportowe – barometr gospodarki

„Giełdy wychodzą z kryzysu”. To nagłówki artykułów dotyczących branży transportowej w 2010 roku, gdyż 2009 stanowił wyzwanie dla całego sektora TSL z powodu globalnego kryzysu finansowego. Pandemia koronawirusa w 2020 roku oraz skutki wielu ograniczeń gospodarczych i społecznych, jakie wywołała, przyczyniły się do obniżenia nastrojów wśród przewoźników międzynarodowych. Jednak wbrew przewidywaniom ekonomistów rynek stabilizuje się, zwiększając i umacniając wymianę handlową między krajami UE. Ta odbywa się między innymi poprzez giełdy międzynarodowych ładunków.

Obecnie na giełdach widać wreszcie ożywienie. Otworzenie granic i uruchomienie linii montażowych największych fabryk producentów automotive skutkują wzmożoną aktywnością przewoźników w ruchu transgranicznym. Potwierdzają to najnowsze dane z systemu telematycznego GBOX i sieci E–100.[5] Powoli normują się też stawki za frachty. Powrót na ścieżkę rozwoju i umacnianie transportu drogowego już się rozpoczął – wyjaśnia Tomasz Czyż, GBOX. – To nadal rynek zleceniodawcy, ale też niezwykle cenna baza danych i wiedzy o kondycji całej branży. 

Giełda transportowa – jak zacząć?

W Polsce jest 36 513 przewoźników międzynarodowych ładunków. To niemal o 0,5 tysiąca podmiotów więcej niż w 2018 roku.[6] Ponad 90 proc. tych firm to małe i średnie przedsiębiorstwa – często rodzinne z taborem poniżej 10 pojazdów. Większość transportowców, prowadzących taką działalność, rozpoczyna dzień od zalogowania się na elektronicznej platformie ze zleceniami. Giełdy transportowe, obok map, telematyki czy programów do zarządzania transportem, to podstawowe narzędzie pracy. Jak z nich korzystać?

Aby uzyskać dostęp do giełdy, należy spełnić określone wymagania. Weryfikują one podmioty z sektora TSL tak, aby użytkownikami platformy byli wyłącznie przewoźnicy sprawdzeni pod kątem formalno–prawnym. Dlatego przed podpisaniem umowy z dostawcą giełdy, należy przesłać dokumenty:

  • rejestrowe firmy, ubezpieczenie OCP – przewoźnicy poniżej 3,5 tony;
  • rejestrowe firmy oraz licencja krajowa lub wspólnotowa – przewoźnicy powyżej 3,5 tony
  • licencja spedycyjna (w zakresie pośrednictwa przy przewozie rzeczy) oraz opcjonalnie OCS – firmy spedycyjne

Weryfikacja powyższych dokumentów pozwala stwierdzić, czy przewoźnik lub spedycja spełniają prawne wymogi dotyczące wykonywania tego zakresu działalności oraz czy posiadają odpowiednie zaplecze finansowe (wymagane zabezpieczenie do licencji na pierwszy i każdy kolejny pojazd). Licencja gwarantuje również, że osoba zarządzająca dysponuje certyfikatem kompetencji zawodowych przewoźnika. Niektóre giełdy transportowe wymagają minimalnego okresu funkcjonowania firmy na rynku – jest to na przykład 6 miesięcy prowadzenia działalności.

Giełdy ładunków – co warto wiedzieć?

Elektroniczne platformy do transakcji ładunkami to szansa na pozyskanie nowych zleceń i kontaktów handlowych dla polskich przewoźników. Poszukując towaru do przewiezienia z konkretnego miejsca w Europie, należy wpisać kody pocztowe, gdyż to głównie nimi operujemy w ofertach. Następnie dokonać wyboru dalszych parametrów, w tym między innymi:

  • data;
  • rodzaj pojazdu;
  • tonaż;
  • metry ładowne.

W zależności od popularności danego kierunku możemy uzyskać od kilku do kilkudziesięciu propozycji zleceń. Ze zleceniodawcą wybranej oferty można kontaktować się poprzez wewnętrzny komunikator, wiadomość e–mail lub telefonicznie. Giełdy transportowe rządzą się swoimi prawami. Tutaj liczy się czas reakcji – sprawne przeliczanie opłacalności frachtu i decyzja. Jeżeli jakiś zapis podjętego wstępnie zlecenia budzi wątpliwość, mamy krótki okres na to, by je zestornować, czyli anulować. Dlatego warto zwrócić uwagę między innymi na to:

  • Czy trasa na zleceniu jest dokładnie taka jak w ofercie?
  • Czy wymagane jest użycie pojazdu, jakim dysponujemy – o określonych parametrach i tonażu?
  • Czy mamy konkretne informacje o terminie płatności i szczegółowych warunkach realizacji przejazdu?
  • Czy dostawa jest w określonych godzinach „od:do” czy na przykład FIX – na konkretną awizację lub time slot?

Jeżeli wszystko się zgadza, podajemy dane auta i kierowcy. Następnie zleceniodawca przesyła nam zlecenie – najczęściej w formacie pdf przez pocztę elektroniczną., Podjęcie wybranego frachtu to umowa, na której warunki się zgadzamy. Często wymagane jest odesłanie do zleceniodawcy zeskanowanego podpisanego zlecenia.

Według Tomasza Czyża, eksperta systemu telematycznego GBOX:

W pracy z giełdą transportową pomocne są programy do zarządzania operacjami transportowo–spedycyjnymi oraz telematyka. Oprogramowanie klasy TMS to wsparcie w automatyzacji procesów i oszczędność czasu. Natomiast systemy telematyczne pokażą w czasie rzeczywistym, gdzie znajduje się pojazd, który wymaga szybkiej organizacji ładunku lub doładunku, by nie wracać na pusto. TMS–y oraz telematyka to z pewnością przyszłość rozwoju nowoczesnych technologii w transporcie drogowym i nie należy ich ignorować. Właściciele giełd oraz firm transportowych doceniliby narzędzie, które na podstawie obserwacji działań użytkowników platformy z ładunkami oraz danych telematycznych i szacunków ekonomicznych, będzie w stanie autonomicznie i precyzyjnie wyszukiwać najlepsze zlecenia. Być może tak właśnie będzie za kilka lub kilkanaście lat.

Giełda transportowa jako baza danych online

 Cyfrowa platforma dla przewoźników i załadowców to nie tablica ogłoszeń. Obecnie giełdy transportowe oferują swoim użytkownikom więcej możliwości. Oprócz ładunków do podjęcia klient coraz częściej może skorzystać również z dodatkowych funkcjonalności – np. automatyzacji planowania tras czy rozliczania finansowego.

Poprzez wykorzystanie rozwiązań IT w branży transportowej takich jak na przykład TMS usprawnia się cały proces realizacji operacji transportowych od momentu przyjęcia oferty po kwestie formalne związane z otrzymaniem należności za dany fracht. Integracje zasobów giełd z systemami do zarządzania transportu pozwalają na proste udostępnianie zleceniodawcom pojazdów z wolną powierzchnią ładunkową oraz szybkie wyszukiwanie ofert z określonego obszaru. Póki co nie jest to jeszcze pełna automatyzacja, ale znacząco ułatwia pracę spedytorom i właścicielom firm przewozowych. Wszystkie informacje dostępne są w jednym miejscu, online. Możemy z nich skorzystać w każdej chwili w dowolnym miejscu. Istotne jest też to, że w TMS mamy zachowane i uporządkowane dane archiwalne, co bywa bardzo pomocne, np. w odnalezieniu kontaktu do zleceniodawcy z danego regionu, z którym kiedyś współpracowaliśmy. Skraca się obieg dokumentacji oraz ułatwia kontakt z kierowcom czy spedytorem, bo minimalizujemy wiadomości SMS oraz rozmowy telefoniczne. Wszystko jest zapisywane i widoczne online. Rozwiązania chmurowe – oparte na modelu SaaS (Software as a Service) – rewolucjonizują międzynarodowy transport drogowy, dzięki czemu jest on bardziej efektywny – wyjaśnia Tomasz Czyż, ekspert INELO, dostawcy telematyki GBOX i TMS Easy.

Bezpieczeństwo danych online

Jak bezpiecznie korzystać z giełd transportowych?

Aby sprawdzić wiarygodność oferenta, warto zwrócić uwagę na:

  • ocenę kontrahenta w wewnętrznym rankingu, jeśli taki system oceniania platforma udostępnia;
  • wyszukanie zleceniodawcy w ogólnodostępnych bazach danych CEIDG, KRS, VIES, KREPTD[7];
  • sprawdzenie, czy widnieje on systemach zbierających informacje o dłużnikach;
  • wykorzystanie wyszukiwarki Google do weryfikowania opinii o danej firmie w Internecie
    – np. na forach branżowych, w mediach społecznościowych, grupach specjalistycznych etc.

Ważne jest również bardzo uważne sprawdzanie wszystkich zapisów zlecenia online przed podjęciem ładunku.

Jak jest przyszłość giełd transportowych?

Cyfrowa. Elektroniczne giełdy ładunków międzynarodowych będą ewoluować w kierunku jak największej i jakościowo najlepszej automatyzacji procesów. Algorytmy, które same będą wyszukiwać najbardziej opłacalne oferty, analizować czynniki ryzyka oraz planować trasę tak, by uzyskać wysoką rentowność ze zlecenia, przyszłość ofert doraźnych w sektorze TSL. Świadczy o tym coraz bardziej rosnąca popularność programów do zarządzania operacjami transportowo–spedycyjnymi, które integrowane są między innymi z giełdami – tłumaczy Tomasz Czyż z INELO. – Ponadto rozwijane będą wszelkie rozwiązania, które umożliwią wgląd w dane w czasie rzeczywistym, w tym m.in. o lokalizacji pojazdu, etapie realizacji zlecenie, utrudnieniach na drodze, dostępności kierowcy – analiza czasu jazdy i pracy. W rezultacie poprawi się wydajność i ograniczy puste przejazdy.

Według eksperta oprócz digitalizacji transportu, możemy się spodziewać rozwoju giełd wewnętrznych tworzonych przez duże spedycje. Pozwoli to uzyskać oferty z pierwszej ręki, o co zabiega każdy przewoźnik. Warto też śledzić aplikacje takie jak Uber freight. Nie jest on obecnie zagrożeniem dla potentatów, jednak coraz więcej zachodnich korporacji docenia lekkość rozwiązania. To mobilna platforma przetargowa, która umożliwia znalezienie zlecenia na stałych zasadach. Narzędzie to posiada również planer wysyłek i awizacji, czego nie mają klasyczne giełdy transportowe. Podobnym produktem dla wielkich producentów i korporacji jest Transporeon – pozwala na obsługę time slot’ów i FIX–ów na załadunkach i rozładunkach, służy również do udostępniania pozycji ciężarówek z ładunkami dzięki integracji z systemami telematycznymi.

Przemysł 4.0. = Transport 4.0.

Przyszłość przepływu towarów to zintegrowane platformy danych. W raportach Deloitte łańcuchy dostaw są oceniane jako jedne z największych możliwości dla technologii IoT.[8]  Coraz bardziej istotne będzie szybkość przepływu i wymiany informacji oraz ich weryfikacja.

Podstawą przemysłu 4.0. jest cyfryzacja, a jednym z fundamentów przemysłu jest transport, którego również nie omijają innowacje informatyczne. Globalni spedytorzy będą rozwijać działalność w tym kierunku, a międzynarodowi przewoźnicy nie powinni tych zmian ignorować – podsumowuje Tomasz Czyż, ekspert GBOX, Grupa INELO.

[1] Szacunkowy udział transakcji z giełd transportowych, forum branżowe.

[2] Dane rynkowe, Tygodnik Truck.pl, 2019.

[3] Raporty branżowe, za Rynek Infrastruktury, 2020.

[4] Wydawnictwo branżowe Media Log, Logistyczny.com.

[5] Raport INELO i sieci E–100. Wyniki średniej dziennej aktywności polskich kierowców zawodowych. Okres badania to czas od połowy marca do maja 2020 roku.

[6] Biuro Transportu Międzynarodowego.

[7] CEIDG (Centralna Ewidencja Informacji o Działalności Gospodarczej; KRS (Krajowy Rejestr Sądowy); VIES (VAT Informaction Exchange System); KREPTD (Krajowy Rejestr Elektroniczny Przedsiębiorców Transportu Drogowego).

[8] Deloitte, https://www2.deloitte.com/us/en/insights/focus/future–of–mobility/future–of–freight–connected–data–intelligent–automation.html

Jakie są najpopularniejsze produkty finansowe? Co warto o nich wiedzieć?

Klienci banków i firm pozabankowych mają do wyboru wiele produktów finansowych, które pozwalają im na operowanie pieniędzmi. Jak się okazuje, coraz częściej za skorzystanie z tego rodzaju ofert można uzyskać ciekawe profity. Które produkty finansowe są wybierane najczęściej i jakie dają korzyści?

Konta bankowe – jakie są rodzaje?

Do najczęściej wybieranych usług finansowych należą konta bankowe. Zazwyczaj klient, który decyduje się na taką usługę, wiąże się z daną instytucją na dłużej. Z tego powodu warto wiedzieć, jakie są rodzaje kont oferowanych w bankach:

  • konto osobiste – należy do najczęściej wybieranych produktów tego typu. Zazwyczaj służy do przechowywania bieżących wpływów (np. wypłat). Nie jest oprocentowane, ale może być prowadzone za 0 zł. Niekiedy banki oferują też promocję, jaką jest cashback;
  • konto firmowe – służy do prowadzenia finansów przedsiębiorstwa. Wpływają na nie wynagrodzenia za wykonaną pracę. Z tego rachunku opłacane są też wszelkie zobowiązania firmy;
  • konto oszczędnościowe – służy do zbierania oszczędności. W zależności od banku można na nie przelewać samodzielnie kwoty lub ustawić odpowiednie opcje (np. pobieranie przez bank na rzecz oszczędności procentu od każdej transakcji dokonanej kartą płatniczą). Oprocentowanie na takim koncie powinno pozwolić na uzyskanie oszczędności na poziomie wyższym niż aktualnie panująca inflacja;
  • konto dla dziecka – celem tego konta jest nauczenie dziecka, jak odpowiedzialnie zarządzać pieniędzmi. Rodzić może przelewać na nie określone kwoty. Ma też kontrolę nad wydatkami dziecka (zatwierdza operacje);
  • konto młodzieżowe/studenckie – przeznaczone dla młodych użytkowników, powyżej 18 roku życia. Najczęściej można z niego korzystać do momentu ukończenia studiów. Zazwyczaj takie konto jest prowadzone całkowicie za darmo;
  • konto walutowe – to propozycja dla osób, które często dostają wynagrodzenie w obcej walucie lub wyjeżdżają poza granice kraju i chcą mieć możliwość płacenia wybraną przez siebie walutą.

Karty oferowane przez banki – na co mogą liczyć klienci?

Kolejnym produktem oferowanym przez banki są różnego rodzaju karty. Niemal każdy posiadacz konta osobistego ma kartę debetową, za pomocą której można płacić w sklepach, w sieci oraz wypłacać gotówkę z bankomatu. Coraz popularniejsze stają się również karty kredytowe. Pozwalają one na zakupy na kredyt. Jeżeli spłata nastąpi w określonym czasie (zazwyczaj okres spłaty wynosi 60 dni), nie są one oprocentowane.

W ostatnim czasie duże zainteresowanie wśród klientów budzą karty typu prepaid. Są często wybierane w przypadku kont dla dzieci, gdyż posiadacz takiej karty może wydać tylko tyle pieniędzy, ile znajduje się na danej karcie. Musi zostać wcześniej zasilona, aby można było z niej korzystać.

Jakie są najpopularniejsze rodzaje pożyczek i kredytów nie tylko z banku?

Obok kont oraz kart klienci banków chętnie korzystają także z różnego rodzaju pożyczek i kredytów. Również w tym przypadku można wyróżnić kilka podstawowych produktów. W przypadku pożyczek chodzi zazwyczaj o mniejsze kwoty, a ich celem jest pokrycie bieżących, zwiększonych potrzeb. Zaciągając pożyczkę, zwykle nie trzeba deklarować, na co zostanie przeznaczona. Inaczej jest w przypadku kredytu. Zazwyczaj jest on celowym zobowiązaniem finansowym. Do najczęściej wybieranych kredytów należą:

  • hipoteczne – na zakup nieruchomości, najczęściej domu lub mieszkania;
  • konsumpcyjne – kredyt najczęściej przeznaczany na zakup określonych dóbr, takich jak samochód lub sprzęt RTV, może również występować w formie kredytu ratalnego udzielanego za pośrednictwem sklepu;
  • inwestycyjne – mają one na celu sfinansowanie inwestycji pozwalających na przyszłe powiększenie majątku kredytobiorcy;
  • konsolidacyjne – pozwalają pokryć należności wynikające z innych zobowiązań finansowych. W ten sposób płaci się jedną (często niższą niż poprzednie) ratę.

 

Co ciekawe, obecnie pożyczki udzielane są nie tylko przez banki, lecz także inne instytucje finansowe. Mogą one oferować klientom tzw. szybkie pożyczki krótkoterminowe lub pożyczki ratalne.

Na które promocje za korzystanie z usług finansowych warto zwrócić uwagę?

Klienci decydujący się na skorzystanie z wyżej wymienionych usług często mogą liczyć na atrakcyjne promocje. Organizują je nie tylko banki, lecz także zewnętrzne programy lojalnościowe. Przykładem jest Program PAYBACK. Na stronie https://www.payback.pl/finanse znajdziesz specjalne kupony, które pozwolą ci na szybsze zbieranie punktów w Programie. Pamiętaj o aktywowaniu ich przed zawarciem umowy o dany produkt finansowy. Zapoznaj się dokładnie z warunkami, które trzeba spełnić, aby środki zostały doliczone do twojego konta. Jeżeli zdecydujesz się np. na zaciągnięcie pożyczki, sprawdź, na jaką kwotę musi opiewać umowa. Zgromadzone punkty PAYBACK wymień na atrakcyjne nagrody, np. wyposażenie kuchni, sprzęt RTV lub vouchery do partnerów Programu. Środki możesz też wykorzystać w inny sposób, obniżając nimi rachunki w sklepach partnerskich.

Za kilka dni Niemcy obejmują prezydencję w Unii Europejskiej. Stawiają na odnawialne źródła energii i zeroemisyjny transport

Kolejne miesiące w Unii Europejskiej będą upływać pod znakiem radzenia sobie z kryzysem gospodarczym. Ma to umożliwić ogromny pakiet pomocowy i inwestowanie w branże przyszłości, które napędzą wzrost PKB i powstawanie nowych miejsc pracy. Kierunek tych zmian wyznaczać będą Niemcy, które 1 lipca przejmą od Chorwacji przewodnictwo w UE i które same postawiły na przyszłościowe inwestycje. – Możemy się spodziewać dużych środków finansowych na inwestycje, które umożliwią przestawienie europejskiej gospodarki na napędy wodorowe – mówi  Marcin Korolec, były minister środowiska i prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

– Kształt pakietu stymulującego, który został zaproponowany przez niemiecki rząd, czyli m.in. masowe wsparcie elektryfikacji transportu i wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych, pokazuje, że najlepszym sposobem wychodzenia z kryzysu dzisiaj jest wsparcie dla branż, które będą silnikami wzrostu w przyszłości, dadzą Europie czy poszczególnym państwom członkowskim przewagi konkurencyjne w średnim i w długim okresie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Korolec.

W połowie czerwca niemiecki rząd przyjął pakiet naprawczy wart 130 mld euro, który pozostanie w mocy do końca 2021 roku. Obejmuje on m.in. wsparcie dla elektromobilności – pobudzenie (do dwukrotnie większego poziomu) sprzedaży pojazdów elektrycznych, typu plug-in i hybrydowych oraz inwestycji w infrastrukturę do ładowania. 7 mld euro trafi na stworzenie infrastruktury wodorowej, a rząd pracuje nad osobną strategią w tym zakresie. Niemcy chcą także inwestować w rozwój morskiej energetyki odnawialnej.

– Wsparcie niemieckiego rządu dla niemieckiej gospodarki dotkniętej kryzysem gospodarczym, który nastąpił w wyniku pandemii, jest bardzo istotną wskazówką, w jaki sposób nasz największy partner handlowy i gospodarczy będzie wychodził z kryzysu i jaka będzie w tej kwestii polityka Unii Europejskiej – zauważa prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Pod koniec maja Komisja Europejska zaprezentowała kompleksowy plan odbudowy unijnej gospodarki. Narzędzie Next Generation UE opiewa na kwotę 750 mld euro, co wzmocni przyszły budżet 2021-2027 do kwoty 1,85 bln euro. Szefowa KE Ursula von der Leyen podkreślała, że kluczem do sukcesu jest inwestowanie w przyszłość, a więc realizacja założeń Europejskiego Zielonego Ładu i towarzysząca jej cyfryzacja

– Unia Europejska przeznaczy znaczne fundusze na odnawialne źródła energii oraz transformację sektora transportu w stronę rozwiązań zeroemisyjnych, a w zasadzie w kierunku napędów elektrycznych – uściśla Marcin Korolec. – Bardzo duże środki trafią na inwestycje w wytwarzanie wodoru i na przestawianie gospodarki na napędy wodorowe.

Jego zdaniem rezygnacja z importu paliw kopalnych w Europie oznacza oszczędności na poziomie dziesiątków, a nawet setek miliardów euro. Wartość importu ropy naftowej do Polski tylko na potrzeby samochodów osobowych to ok. 12 mld euro rocznie.

– Przestawienie transportu w Polsce na elektryczny dałoby oszczędności na poziomie 12 mld euro, czyli 50 mld zł rocznie – przelicza prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych. – Kierunek zaproponowany przez niemiecki rząd to dobra strategia dla Polski. 2,5 mld euro zostało już zarezerwowane na finansowanie inwestycji w infrastrukturę ładowania, masowe wsparcie sprzedaży samochodów elektrycznych.

Jak podkreśla, Polska jest obecnie największym w Europie producentem baterii do samochodów elektrycznych i stymulacja tego rynku w UE i w Niemczech spowoduje wzrost zamówień w fabrykach, które w dużej części są zlokalizowane w Polsce.

– Liczymy także na to, że plany niemieckiego rządu dotyczące obniżki stawek VAT-u na samochody elektryczne zainspirują polskie Ministerstwo Finansów do podobnych działań i pomagania tym, którzy chcą kupować samochody nieemisyjne – dodaje Marcin Korolec.

Fundacja Promocji Pojazdów Elektrycznych wraz z Transport & Environment opracowały „Ekologiczną reformę podatkową. 16 propozycji nowej legislacji na rzecz elektromobilności”. Jak podkreślono w dokumencie, głównym celem proponowanych regulacji jest rozwiązanie problemu rosnącej emisji gazów cieplarnianych i zanieczyszczeń powietrza pochodzących z samochodów osobowych. Rynek samochodów zero- i niskoemisyjnych nie rozwija się w Polsce tak szybko, aby można było liczyć na odwrócenie niekorzystnych trendów zagrażających środowisku. Jednym z postulatów jest obniżenie stawki VAT na samochody zero- i niskoemisyjne. Eksperci proponują zastosowanie preferencyjnej stawki VAT na samochody zeroemisyjne (5 proc.) i niskoemisyjne o zasięgu co najmniej 80 km przy użyciu wyłącznie zasięgu elektrycznego (7 proc.), możliwość odliczania 100 proc. VAT przy zakupie nowego samochodu elektrycznego oraz zmniejszenie wysokości odliczeń VAT na samochody spalinowe.

Infrastruktura ciepłownicza w polskich miastach wymaga modernizacji. Pandemia nie wpłynie na poziom inwestycji

Ciepłownictwo stoi przed koniecznością transformacji i dużych inwestycji w infrastrukturę, co wynika m.in. z coraz bardziej restrykcyjnych norm środowiskowych. Wytwórcy energii i ciepła współpracują z samorządami z całej Polski, by modernizować lokalne systemy ciepłownicze i budować nowe, bardziej proekologiczne źródła. W ubiegłym tygodniu spółka PGE Energia Ciepła podpisała z władzami Sanoka porozumienie, które dotyczy inwestycji w rozwój tamtejszej infrastruktury ciepłowniczej. Nowa inwestycja będzie ekologiczna i efektywna ekonomicznie, co przełoży się też na niższe ceny ciepła dla mieszkańców i poprawi jakość powietrza w regionie. Procesu inwestycyjnego w polskich miastach nie powstrzymała również pandemia koronawirusa.

– Pandemia dotknęła ciepłownictwo, podobnie jak każdą inną gałąź gospodarki. Wiele obiektów typu szkoły, internaty, akademiki zostało zamkniętych, a to są nasi odbiorcy ciepła. Jednak jesteśmy do tego przyzwyczajeni, bo każdego roku pogoda także rzutuje na wielkość naszych przychodów. Jedyny problem może się pojawić ze strony firm wykonawczych, ale obecnie nie mamy sygnałów, aby mogło to wpływać na prowadzone przez nas inwestycje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Kołodziejak, p.o. prezesa zarządu, PGE Energia Ciepła.

Polska ma jedną z najlepiej rozwiniętych sieci ciepłowniczych w Europie, liczącą prawie 21,5 tys. km. Ten sektor stoi jednak przed koniecznością transformacji i dużych inwestycji, co wynika zarówno z przestarzałej infrastruktury (według danych Forum Energii ok. 80 proc. sieci ciepłowniczych w Polsce jest nieefektywnych energetycznie), jak i coraz bardziej restrykcyjnych norm środowiskowych. Ciepłownictwo zużywa ok. 26 mln ton węgla rocznie, a Polska jest zobowiązana do uczestnictwa w osiąganiu wspólnych celów Unii Europejskiej i redukcji emisji gazów cieplarnianych w ciepłownictwie i energetyce o 43 proc. do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 2005 roku). Dlatego też udział OZE w polskim ciepłownictwie, który sięga na razie kilkunastu procent, ma stopniowo wzrastać, m.in. poprzez wykorzystanie biopaliw stałych, biogazy czy odpadów komunalnych.

– Cała nasza grupa zmierza w zielonym kierunku z poszanowaniem konwencjonalnej podstawy. Ciepłownictwo z natury rzeczy jest bardziej potrzebne zimą, przy mniejszym nasłonecznieniu, w związku z czym wciąż są potrzebne paliwa kopalne. Dlatego gaz jest przez nas traktowany jako paliwo przejściowe, ale oprócz tego do swojego miksu energetycznego włączamy również odnawialne źródła energii – mówi Przemysław Kołodziejak.

W ramach programu inwestycyjnego PGE Energia Ciepła współpracuje z samorządami z całej Polski w celu modernizacji lokalnych systemów ciepłowniczych i budowy nowych źródeł kogeneracyjnych. Ma to umożliwić mieszkańcom rezygnację z przydomowych instalacji grzewczych i podłączanie się do miejskiego systemu ciepłowniczego, co przyczyni się do znacznego ograniczenia emisji tlenków siarki, azotu oraz pyłów.

 Ciepło ma charakter lokalny, więc siłą rzeczy musimy współpracować z lokalnymi społecznościami, które z niego korzystają. Realizujemy zadanie własne gminy polegające na zaopatrzeniu w ciepło. Wytwarzamy je w sposób ekologiczny i bezpieczny, a ciepło systemowe jest bardzo wygodne w korzystaniu i nie niesie ze sobą żadnych zagrożeń – podkreśla p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła.

W ubiegłym tygodniu spółka podpisała list intencyjny z władzami Sanoka oraz Sanockim Przedsiębiorstwem Gospodarki Komunalnej. Porozumienie zakłada rozwój istniejącego systemu ciepłowniczego i zapewnienie bezpieczeństwa dostaw ciepła w mieście. Na jego podstawie PGE Energia Ciepła przygotuje analizę możliwości inwestycji w rozwój infrastruktury ciepłowniczej w Sanoku. Jednym z rozważanych przez nią scenariuszy jest budowa niskoemisyjnego źródła kogeneracyjnego, które będzie wytwarzać ciepło w skojarzeniu z energią elektryczną. To jedna z najbardziej ekologicznych metod, która przyczynia się do walki z problemem niskiej emisji.

 Obecna instalacja emituje ponad 25 tys. ton CO2 rocznie, dlatego widzimy potrzebę szybkiego przemodelowania wewnętrznych źródeł energii w kierunku OZE. Liczymy, że współpraca z PGE Energia Ciepła pozwoli nam osiągnąć ten cel i ograniczyć emisję CO2 oraz utrzymać ceny za ciepło na poziomie akceptowalnym dla mieszkańców – mówi Dominik Witek, prezes Sanockiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej.

Zakład ciepłowniczy w Sanoku wybudowano jeszcze w latach 70., do produkcji ciepła jest w nim wykorzystywany głównie węgiel. Emisja ok. 25 tys. ton dwutlenku węgla rocznie przekłada się na milionowe koszty, które muszą ponosić także mieszkańcy. Wzrost cen uprawnień do emisji CO2 spowoduje, że ceny za podgrzanie wody i centralne ogrzewanie dodatkowo wzrosną, dlatego miastu zależy, żeby nowa inwestycja była bardziej ekologiczna i efektywna ekonomicznie.

 Jako samorząd nie jesteśmy w stanie udźwignąć wielu inwestycji, część z nich już została zahamowana, a nasz budżet został uszczuplony o kolejne miliony przez sytuację z koronawirusem. Dlatego współpraca z takim potentatem jak PGE Energia Ciepła jest dla nas szansą dalszego rozwoju – podkreśla burmistrz Sanoka Tomasz Matuszewski. – Sanok jest bramą do Bieszczad i od zawsze jest kojarzony z czystym środowiskiem i czystym powietrzem. Chcemy, żeby był miastem ekologicznym, ale w tym celu musimy wprowadzać zieloną energię. W jej dostarczeniu może pomóc właśnie ta wspólna inicjatywa.

Jak dotąd spółka PGE Energia Ciepła podpisała już kilkanaście podobnych listów intencyjnych i porozumień dotyczących rozwoju lokalnej infrastruktury (m.in. w Biłgoraju, Chełmie, Kartuzach, Kołobrzegu, Nowym Sączu i Wadowicach). To element Strategii Ciepłownictwa Grupy Kapitałowej PGE na lata 2018–2023 z perspektywą do 2030 roku, zgodnie z którą grupa chce stać się liderem zmian środowiskowych w sektorze poprzez prowadzenie działań wspierających walkę o czyste powietrze w polskich miastach.

 Pakiet inwestycyjny w horyzoncie do 2024 roku liczy prawie 6 mld zł. W tej chwili największą naszą inwestycją jest budowa nowej elektrociepłowni w mieście Siechnice pod Wrocławiem. Jest to projekt wart ok. 800 mln zł – wskazuje Przemysław Kołodziejak.

Należąca do Grupy PGE spółka jest największym w Polsce producentem ciepła i energii elektrycznej wytwarzanych w procesie wysokosprawnej kogeneracji, z ok. 25-proc. udziałem w tym rynku. Należy do niej 13 elektrociepłowni i sieci ciepłownicze o długości ok. 609 km.

W maju 2020 r. rynek pożyczek skurczył się o 57,9% r/r

W maju 2020 r., w porównaniu do maja 2019 r. w ujęciu wartościowym firmy pożyczkowe udzieliły pożyczek na kwotę niższą
o (-57,9%), spadek w ujęciu liczbowym wyniósł (-45,5%). Łączna sprzedaż firm pożyczkowych współpracujących z BIK wyniosła w maju 2020 r. 255 mln zł w ujęciu wartościowym oraz 128,1 tys. w ujęciu liczbowym. Średnia wartość udzielonej w maju 2020 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 1994 zł i była niższa od średniej wartości pożyczki udzielonej w maju 2019 r. o (-23%).

Łącznie w okresie styczeń–maj 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły 878,7 tys. pożyczek na łączną kwotę 2,006 mld zł. Firmy pożyczkowe udzieliły o (-24,1%) mniej pożyczek oraz udzieliły finansowania na kwotę niższą o (-32,8%) niż w analogicznym okresie zeszłego roku. W omawianym okresie, w ujęciu wartościowym 33% udzielonych pożyczek było na kwoty powyżej 5 tys. zł, zaś w ujęciu liczbowym stanowiły one jednak tylko 9% sprzedaży.

W pięciu pierwszych miesiącach br., w ujęciu liczbowym dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 40% liczby udzielonego finansowania. W ujęciu wartościowym pożyczki udzielone na kwoty poniżej 1 tys. zł miały 10% udziału w sprzedaży. Najwyższą ujemną dynamikę w ujęciu liczbowym oraz wartościowym w okresie styczeń–maj 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. odnotowały pożyczki z przedziału kwotowego powyżej 5 tys. zł (-40,9%) oraz 3–5 tys. zł (-32,5%).

Rząd chce wprowadzić nową opłatę od sprzętu elektronicznego. Ceny laptopów czy smartfonów mogą być nawet kilkaset złotych wyższe

Około 1 mld zł rocznie – taka kwota miałaby trafić do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi po wprowadzeniu nowej daniny, tzw. opłaty reprograficznej obejmującej smartfony, tablety czy laptopy. Prezes Federacji Konsumentów podkreśla, że wprost przełoży się to na wyższe ceny sprzętów elektronicznych. W przypadku laptopa ze średniej półki cenowej obłożenie go podatkiem w wysokości minimum 6 proc. spowoduje wzrost jego ceny o kilkaset złotych. Tymczasem konsumenci już w tej chwili są kilkukrotnie opodatkowani za korzystanie z treści w internecie.

 Przyjęliśmy z dużym niepokojem zapowiedzi wprowadzenia nowego podatku od urządzeń elektronicznych: smartfonów, tabletów, laptopów czy telewizorów z funkcją smart, czyli elektroniki, z której wszyscy na co dzień korzystamy w gospodarstwach domowych. To de facto jest podatek, chociaż nazywa się go opłatą reprograficzną – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Rady Krajowej Federacji Konsumentów.

Opłata reprograficzna w założeniu ma rekompensować twórcom straty ponoszone z powodu tego, że konsumenci zamiast kupować treści, kopiują je i przechowują na użytek własny. W Polsce ta danina jest doliczana do cen urządzeń i nośników służących do kopiowania treści, takich jak np. skanery czy płyty CD, i trafia do artystów za pośrednictwem organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. Większość objętych nią urządzeń jest jednak przestarzała – opłata nie uwzględnia m.in. laptopów i smartfonów. Pod koniec kwietnia wicepremier Piotr Gliński zapowiedział, że zostanie ona zaktualizowana, ponieważ Polska jest jednym z ostatnich europejskich krajów, które nie mają jeszcze zaktualizowanej opłaty reprograficznej. Wedle zapowiedzi nowa danina będzie nie niższa niż 6 proc. wartości sprzętu elektronicznego.

– To bardzo duża kwota, zważywszy na to, jaki jest wolumen rynku smartfonów, telewizorów i laptopów. Do organizacji zbiorowego zarządzania miałoby trafić około 1 mld zł rocznie. To oznacza, że te pieniądze zostaną zabrane z naszych domowych budżetów. W sytuacji, w której wszyscy się teraz znaleźliśmy, kiedy jeden laptop w domu okazuje się niewystarczający, te sprzęty stały się dobrem pierwszej potrzeby. To już nie jest jakieś ekskluzywne dobro służące rozrywce, każde gospodarstwo domowe go potrzebuje – i to często więcej niż jednej sztuki. Uważamy, że sięganie do kieszeni Polaków w takiej sytuacji jest mocno niepokojące – podkreśla Kamil Pluskwa-Dąbrowski.

Jak ocenia, wprowadzenie nowej daniny spowoduje wzrost cen sprzętów elektronicznych. Marże na tym rynku już w tej chwili są bardzo niskie. Dlatego producenci czy importerzy nie wezmą na siebie nowej opłaty i przerzucą ją na konsumentów.

– W przypadku laptopa, który kosztuje 2,5 tys. zł, danina w wysokości 6 proc. przełoży się na wzrost rzędu 150 zł. To znaczy, że te towary staną się dla pewnych grup trudniej dostępne. Gospodarstwo domowe, które ma trójkę lub czwórkę dzieci w szkole i wszystkie muszą korzystać z laptopa, poniesie znaczący wydatek w domowym budżecie. Może to prowadzić do zjawiska ograniczenia dostępności tego sprzętu, przyczyniać się do wykluczenia cyfrowego. W obecnej sytuacji – kiedy nasze życie podczas pandemii stało się jeszcze bardziej cyfrowe niż dotychczas – wywoła to niekorzystne skutki społeczne – mówi prezes Federacji Konsumentów.

Podkreśla, że w czasie pandemii, zdalnej pracy i nauki zdalnej, na progu dużego kryzysu gospodarczego i trudnej sytuacji gospodarstw domowych obecny moment jest najgorszym możliwym na wprowadzanie nowej daniny, która nie ma zresztą żadnego uzasadnienia.

 Nie ma logicznego związku pomiędzy zakupem smartfona a szkodą, którą poniesie jakikolwiek artysta. Konsumenci używają laptopów czy smartfonów do zupełnie innych celów. Korzystają głównie z treści pobieranych online z internetu, komunikacji mailowej czy za pośrednictwem komunikatorów. To zastosowanie, o którym mówimy przy opłacie reprograficznej, jest marginalne. Potwierdza to szybki rozwój platform cyfrowych, które sprzedają content. W dzisiejszych czasach mało kto trzyma pliki muzyczne na swoim telefonie – przekonuje Kamil Pluskwa-Dąbrowski. – Środowisko, które proponuje to rozwiązanie, w ogóle nie uwzględnia tych argumentów. Opieramy się na stereotypie i opinii wyrobionej kilkanaście lat temu, kiedy nie mieliśmy powszechnego dostępu do internetu i kiedy podstawowym narzędziem był odtwarzacz MP3. Ale ta sytuacja się już zmieniła, świat się scyfryzował.

Obecnie każdy utwór muzyczny, film czy inny rodzaj twórczości artysty jest opatrzony licencją. Konsumenci za nią płacą, a platformy streamingowe rozliczają się z artystami. Dodatkowo wprowadzony został jeszcze podatek w wysokości 1,5 proc. dla tych platform, a na forum europejskim trwają rozmowy dotyczące tzw. podatku cyfrowego dla dużych podmiotów. To oznacza, że konsumenci już w tej chwili są kilkukrotnie opodatkowani za korzystanie z treści w internecie. Nakładanie na nich kolejnej daniny jest wątpliwe, tymczasem artyści i tak na niej nie skorzystają.

 Opłaty na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi ponosimy od bardzo dawna. Jest opłata reprograficzna na nośniki typu pendrive czy nawet na papier. Okazuje się, że zarządzanie tymi środkami jest po prostu nieefektywne. Na kontach organizacji zbiorowego zarządzania leżą nierozdysponowane miliardy złotych. W związku z pandemią i ryzykiem utraty dochodów organizacje zawodowe wprowadzają różne programy pomocowe dla swoich przedstawicieli, świadczenia na rzecz tych grup. Jednak artyści zostali zostawieni sami sobie. Dlatego uważamy, że w pierwszej kolejności należałoby usprawnić ten system i sprawić, żeby był bardziej przejrzysty, a dopiero potem szukać dodatkowych pieniędzy – mówi prezes Rady Krajowej Federacji Konsumentów.

Nowy ład polskiej energetyki – mamy kompetencje i firmy, które chcą rozwijać zielone technologie

Finansowanie inwestycji zmieni się drastycznie od 2022 r. Wspieranie energetyki związanej z węglem jest nierealne. Polska gospodarka może na tym bardzo skorzystać, a opłacalność inwestycji będzie wyznaczać taksonomia.

Europejski Zielony Ład ma na celu przyspieszenie tempa transformacji krajów UE w kierunku gospodarki zeroemisyjnej, rozwijającej się bez wykorzystania paliw kopalnych. Jedną z prawdopodobnych implikacji jest wzrost celu redukcji emisji gazów cieplarnianych na rok 2030 z obecnego poziomu 40 proc. do ok. 55 proc. (względem 1990 r.). W tym kontekście kluczową koncepcją staje się tzw. łączenie sektorów energii, jak to ocenia Instytut Jagielloński, w swoim raporcie „Łączenie sektorów zielonej energii. Co to oznacza dla Polski? Elektryfikacja, decentralizacja, digitalizacja”.

Kierunek ten zakłada znaczny wzrost wykorzystania energii elektrycznej, pochodzącej z najtańszej formy jej pozyskiwania, tj. elektrowni wiatrowych i instalacji fotowoltaicznych, zasilania określonych sektorów gospodarki takich jak sektor transportowy, różne gałęzie przemysłu oraz ciepłownictwo systemowe i indywidualne ogrzewanie budynków, w celu minimalizacji zależności od paliw kopalnych.

Jak wynika z raportu Instytutu Jagiellońskiego najważniejszym wyzwaniem dla takiej przyszłości energetycznej państw jest z jednej strony rozproszenie przestrzenne (decentralizacja), a z drugiej strony zmienność i nieregularność wytwarzania warunkowana czynnikami pogodowymi. Rozwiązaniem są odpowiednie technologie wytwarzania i magazynowania – np. turbiny gazowe, wykorzystujące biogaz lub wodór w cyklu prostym, czy magazynowanie energii w bateriach, ale również odpowiednich technologii cyfrowych umożliwiających komunikację urządzeń i agregację – np. internet rzeczy czy sztuczna inteligencja oraz rozwiązań rynkowych – np. zarządzanie popytem (DSM) w celu chwilowej redukcji zapotrzebowania, czy odpowiednia konstrukcja tzw. usług systemowych, zapewniających utrzymanie częstotliwości i napięcia.

Unijna polityka finansowania inwestycji w sposób zrównoważony jest jedną z tych, której rola w kształtowaniu ram regulacyjnych transformacji energetyki znacząco rośnie. Obejmuje bardzo szeroki zakres podmiotów unijnych rynków finansowych – banki, zakłady ubezpieczeń, fundusze emerytalne, podmioty zarządzające aktywami, doradców inwestycyjnych i większość instytucji świadczących usługi finansowe na rynku kapitałowym.

Celem ostatnich reform jest przekierowanie strumienia środków finansowych na wsparcie inwestycji, które przyczyniają się do realizacji unijnej polityki klimatycznej. Zarządzanie ryzykiem finansowym będzie jeszcze bardziej związane z uwzględnieniem zmian klimatu, środowiska i kwestii społecznych, a także wsparcie przejrzystości działalności finansowej i gospodarczej w zakresie wpływu na zrównoważony rozwój. Służyć temu ma wdrażany obecnie przez państwa członkowskie pakiet legislacji, ustalony w ramach zaproponowanego w 2018 r. planu zrównoważonego finansowania. Dla przyszłości energetyki, najistotniejsze są te, które bezpośrednio wpłyną na przepływ kapitału, który finansuje inwestycje w tym sektorze. Chodzi nie tylko o duże inwestycje infrastrukturalne, lecz także małe i średnie projekty.

– Z tymi zmianami związana jest taksonomia, to nowy system jednolitej klasyfikacji działalności wszystkich podmiotów systemów finansowych, tj. banków europejskich, banków krajowych i banków komercyjnych. Unijne rozporządzenie wskazuje, które z finansowych działalności przyczyniają się do zrównoważonego rozwoju oraz w jakich obszarach takie inwestycje będą pozytywnie wpływać na środowisko – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Wróbel, ekspert Instytutu Jagiellońskiego.

System będzie obowiązywać od 2022 r., wówczas taksonomia będzie musiała być stosowana przez państwa członkowskie i Unię Europejską, uczestników rynku finansowego UE oferujących produkty finansowe, czy spółki objęte raportowaniem niefinansowym. Powinien być również stosowany na zasadzie dobrowolności przez innych uczestników rynku nieobjętych tym obowiązkiem. Unijne rozporządzenie zawiera mechanizm regularnej rewizji kryteriów w oparciu o raporty, które będą przygotowywane przez KE w trzyletnich odstępach. Mechanizm ma prowadzić również do rozszerzania stosowania taksonomii.

– Spodziewane wycofywanie się instytucji finansowych z zaangażowania w inwestycje niespełniające kryteriów określonych w taksonomii, w istotny sposób zdeterminuje rodzaj inwestycji w sektorze energetycznym, ponieważ niektóre inwestycje, jak np. konwencjonalne jednostki gazowe lub jednostki energetyki jądrowej, będą „niebankowalne” – ocenia Paweł Wróbel, współautor raportu Instytutu Jagiellońskiego.

W procesie tym bardzo ważną role odgrywać będzie Europejski Bank Inwestycyjny (EBI), ale też banki komercyjne i inne instytucje finansowe jeszcze bardziej w sposób zdecydowany wanny negować finansowanie „starej” energetyki.

We wszystkich przypadkach wsparcie inwestycji węglowych nie będzie możliwe. Również inwestycje gazowe, poza wyjątkami, nie będą wspierane. Na odstępstwa mogą liczyć, przede wszystkim, inwestycje w projekty strategiczne, wpisane na unijną listę PCI, tj. projektów wspólnotowego zainteresowania. Inwestycje gazowe, kluczowe z punktu widzenia rozwoju polskiej infrastruktury, które w 2019 r. zostały włączone na unijną listę projektów wspólnego zainteresowania (PCI), to połączenia gazowe Polski z Litwą i Słowacją, odcinek gazociągu z Polski do Danii w ramach projektu Baltic Pipe, a także planowany pływający terminal LNG w Gdańsku (FSRU). Wiele wskazuje na to, że są to ostatnie inwestycje gazowe, które będą mogły być współfinansowane ze wsparciem unijnego funduszu Connecting Europe Facility. Sytuację mogą czasowo zmienić działania antykryzysowe związane z pandemią COVID-19. Gdyby taki scenariusz się potwierdził, to zapewne polegałby na czasowej kontynuacji dotychczasowych zasad wsparcia dużych infrastrukturalnych projektów gazowych.

Coraz więcej banków centralnych dostrzega potrzebę wspierania unijnych regulacji. Znaczący jest choćby przykład listu otwartego szefów banków centralnych z Anglii oraz Francji opublikowany w 2019 r. Sygnatariusze wskazują na potrzebę uwzględnienia ryzyk w sektorze finansowym, które są związane z konsekwencjami zmian klimatu. Należy się spodziewać, że tym tropem pójdą wkrótce kolejne banki centralne i wiodące banki komercyjne, tym bardziej, że zawiązana została już międzynarodowa współpraca kilkudziesięciu banków pod nazwą „Network for Greening the Financial Services”, które podobnie postrzegają swoją przyszłą rolę. Są wśród nich banki centralne oraz organy nadzoru finansowego m.in. Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Finlandii, Grecji, Luksemburga, Łotwy, Litwy, Estonii, Cypru, Węgier, Irlandii, Malty, Danii, Holandii, Niemiec, Szwecji, Belgii, Malty, Słowenii, Austrii, a także kilkudziesięciu państw spoza UE m.in. Japonii, Kanady, Brazylii, Chin, Australii.

– Polska ma szanse, aby stać się beneficjantem, który bardzo skorzysta na tej transformacji – podsumowuje ekspert Instytutu Jagiellońskiego.

Pandemia stała się szansą dla Polski na przejęcie roli Chin w przetwórstwie rybnym. Rośnie popyt na produkty konserwowe i mrożone

Podczas lockdownu wzrosło zapotrzebowanie na produkty o długim terminie przydatności do spożycia. W przypadku ryb były to produkty mrożone i w puszkach. Wielu polskich przetwórców pod koniec marca i w kwietniu musiało zwiększyć produkcję i zatrudnienie. Sprzyjały im także zakłócenia w światowym łańcuchu dostaw, bo część zamówień z krajów europejskich i Ameryki zaczęła omijać Chiny i trafiać na inne rynki. Dla polskiego przetwórstwa ryb jest to szansa na nowych klientów.

 Nasi partnerzy, którzy od wielu lat mają przetwórstwo na bardzo wysokim poziomie i należą do programu certyfikacji MSC, mówią, że był bardzo duży popyt na ich produkty. Polska branża bardzo szybko zareagowała na zwiększoną produkcję, zatrudnienie nawet rosło. Bardzo ważne jest to, że od wielu lat trzymała standardy higieniczne, więc przebywanie w zakładzie nie niosło ze sobą dużego ryzyka zakażenia koronawirusem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Dębicka, dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej.

Pandemia spowodowała wzrost sprzedaży żywności. Od marca br. zanotowano zwiększone zakupy produktów mrożonych, przetworzonych i puszek zarówno w Polsce, jak i całej UE. Polskie firmy są głównym dostawcą tych towarów i udało im się dostosować do zwiększonego zapotrzebowania. W znacznie gorszej sytuacji znaleźli się dostawcy do gastronomii, która najpierw przez kilka tygodni musiała zupełnie zaprzestać działalności, a potem wróciła, ale w okrojonej formie – z ograniczeniem liczby klientów mogących jednocześnie przebywać w lokalu i mniejszym zainteresowaniem konsumentów, wynikającym zarówno z obaw o bezpieczeństwo, jak i oszczędności.

– Jesteśmy krajem, który produkuje przede wszystkim produkty przetworzone, mrożone, puszki, jesteśmy wręcz liderem tych produktów na rynku Unii Europejskiej – podkreśla Anna Dębicka.

Jednocześnie polscy przetwórcy zaczęli poszukiwać nowych możliwości. Jeszcze przed pandemią koronawirusa rozpoczęto rozmowy o współpracy ze Stanami Zjednoczonymi na temat przeniesienia części przetwórstwa z tego kraju do Polski, a obecna sytuacja, po chwilowym przestoju w negocjacjach, może na kolejnym etapie doprowadzić do realizacji tych planów.

Widzimy, że rynek globalny się zmienia. Wcześniej przetwórstwo było bardzo uzależnione od rynku chińskiego, w zasadzie większość połowów amerykańskich czy kanadyjskich była przetwarzana w Chinach i dopiero trafiała na rynek Unii Europejskiej, również do polskich przetwórców – mówi dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej. – W tej chwili światowi kupcy mają duży dystans do przetwórstwa w Chinach, chcą większej dywersyfikacji i tu jest ogromna szansa dla polskiego przetwórstwa, które już wcześniej prowadziło rozmowy z krajami Ameryki Północnej, żeby przetwórstwo tzw. pierwszego rzędu, czyli filetowanie ryb, przeprowadzić do Polski.

Według Polskiego Stowarzyszenia Przetwórców Ryb nasz kraj ze swoją infrastrukturą i położeniem w bezpośrednim sąsiedztwie Niemiec może stać się istotnym elementem łańcucha dostaw, w którym główną rolę odgrywały dotąd Chiny.

– W Polsce mamy ponad 200 firm zarejestrowanych do handlu z Unią Europejską i to na bardzo wysokim poziomie. Mamy sygnały od polskich przetwórców, że ten globalny rynek trochę się rozprasza. Mamy nadzieję, że znajdą oni na nim swoją szansę dostarczenia wysokiej jakości bezpiecznych produktów na rynki europejskie, ale też światowe – mówi Anna Dębicka.

Zainicjowany w styczniu tego roku i realizowany przez stowarzyszenie projekt zakłada, oprócz zwiększenia spożycia mintaja, możliwość stworzenia w Polsce i rozwinięcia w UE rynku na dzikiego łososia, dorsza pacyficznego, pacyficzne ryby płaskie czy karmazyny pacyficzne – dzikie ryby pochodzące ze zrównoważonych i certyfikowanych połowów morskich.

Z uwagi na koronawirusa najbardziej ucierpiały kraje, które były bardzo blisko związane z turystyką i szeroko pojętą branżą HoReCa, czyli hotelarstwem, cateringiem, restauracjami. Takie państwa jak Włochy, Hiszpania, Portugalia czy Wielka Brytania były przyzwyczajone do tego, że rybę i owoce morza się je w restauracji, na ulicy, w hotelu, a to niestety zostało całkowicie zamrożone na kilkanaście tygodni – mówi dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej. – W tej chwili to powoli zaczyna się odradzać i wszyscy wierzą, że chęć spożywania zdrowego jedzenia, jakim są ryby, spowoduje odbicie się tej gospodarki w ciągu najbliższych miesięcy.

Nie brakuje głosów, że pandemia oprócz zagrożeń niesie ze sobą szansę na rewolucję ekologiczną. Jak podaje „Magazyn Przemysłu Rybnego”, w marcu 2020 roku, a więc już w trakcie pandemii, wzrosty sprzedaży żywności ekologicznej były wyższe niż żywności tradycyjnej. Dane te wskazują, że najważniejszym czynnikiem pobudzającym sprzedaż będzie dbałość o zdrowie.

Z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika, że w ciągu trzech kwartałów 2019 roku produkcja w zakładach przetwórstwa rybnego, zatrudniających powyżej 49 osób, wyniosła 367,9 tys. ton i była o 5,7 proc. większa niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Najmocniej wzrosła produkcja całych ryb morskich mrożonych (o 51,7 proc., do 33,9 tys. ton) i ryb solonych (o 27,0 proc., do 6,9 tys. ton). Produkcja świeżych i chłodzonych filetów z ryb morskich była większa niż przed rokiem o 5,8 proc. (56,7 tys. ton), a przetworów i konserw – o 2,8 proc. (187,3 tys. ton), przy niewielkiej obniżce podaży ryb wędzonych (o 0,3 proc., do 56 tys. ton). Spadek produkcji odnotowano głównie w przypadku mrożonych filetów z ryb morskich (o 8,6 proc., do 18,9 tys. ton).

W okresie styczeń–wrzesień 2019 roku eksport produktów rybołówstwa wyniósł 409,3 tys. ton, a jego wartość sięgnęła 7,13 mld zł. Były to liczby większe odpowiednio o 11,7 proc. i 9,5 proc. niż w analogicznym okresie 2018 roku. Wywóz ryb wędzonych zwiększył się o 7,4 proc. do 42,9 tys. ton, przetworów i konserw z ryb – o 0,9 proc. do 109,5 tys. ton, a filetów i mięsa z ryb zmniejszył się o 4,4 proc. do 68,3 tys. ton. Największą wartość osiągnął eksport łososi (prawie 4 mld zł, wzrost o 8,5 proc.), śledzi (432 mln zł, spadek o 4,6 proc.), dorszy (424 mln zł, spadek o 8,9 proc.), pstrągów (286 mln zł, wzrost o 20,2 proc.) oraz mintajów (270 mln zł, wzrost o 34,6 proc.).

Co z polskim złotym? Czy czekają nas ujemne stopy procentowe?

Istnieje ryzyko, że RPP podejmie decyzję o obniżeniu stóp procentowych poniżej zera w celu wspierania niekonwencjonalnych działań banku centralnego. Podwyżki stóp procentowych nie wcześniej niż w listopadzie 2022 r.

Rada Polityki Pieniężnej na ostatnim posiedzeniu nie zmieniła stóp procentowych (stopa referencyjna wynosi 0,10%). W komunikacie po posiedzeniu oceniła, że w najbliższym czasie kontynuowane będzie ożywienie aktywności gospodarczej, wspierane przez dalsze znoszenie restrykcji związanych z pandemią oraz działania ze strony polityki gospodarczej, w tym poluzowanie polityki pieniężnej.

Rada podtrzymała ocenę, zgodnie z którą skala oczekiwanego ożywienia aktywności może być ograniczana przez niepewność dotyczącą skutków pandemii, niższe dochody oraz słabsze niż w poprzednich latach nastroje podmiotów gospodarczych.

Zgodnie z komunikatem NBP będzie kontynuował skup skarbowych papierów wartościowych i dłużnych papierów wartościowych gwarantowanych przez Skarb Państwa na rynku wtórnym w ramach strukturalnych operacji otwartego rynku.

W komunikacie po posiedzeniu RPP na szczególną uwagę zasługuje fragment, w którym Rada wskazuje na zaniepokojenie faktem, iż kanał kursu walutowego w mechanizmie transmisji polityki pieniężnej jest niedrożny.

– Bank centralny w czasach kryzysu chciałby zobaczyć wyraźne osłabienie polskiej waluty ponieważ jest to jeden z ważnych kanałów oddziaływania polityki pieniężnej na realną sferę gospodarki, bo jeżeli kurs się osłabia, to zwiększa się opłacalność eksportu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista w Credit Agricole Bank Polski SA. – Do osłabienia kursu jednak początkowo nie doszło, ten kanał oddziaływania okazał się niedrożny, stąd najnowsze komentarze publikowane przez RPP i reakcja rynku w postaci osłabienia złotego.

W ocenie Credit Agricole BP wykorzystane przez Radę sformułowanie nie oznacza jednak zwiększonego prawdopodobieństwa interwencji walutowej zmierzającej do trwałego osłabienia kursu złotego.

Sygnalizowany przez Radę brak wyraźnego osłabienia kursu złotego w reakcji na silne pogorszenie perspektyw wzrostu gospodarczego stanowi wsparcie dla scenariusza, zgodnie z którym na lipcowym posiedzeniu Rada wprowadzi tzw. forward guidance, a więc zapowie utrzymywanie stopy referencyjnej NBP na poziomie zbliżonym do zera przez dłuższy czas.

– Podtrzymujemy ocenę, zgodnie z którą ewentualne dalsze łagodzenie polityki pieniężnej będzie miało niekonwencjonalny charakter – ocenia K.Jaworski z Credit Agricole Bank Polski. – Oczekujemy, że Rada wstrzyma się z decyzją o zastosowaniu kolejnych narzędzi niekonwencjonalnych co najmniej do jesieni br.

W przypadku wystąpienia drugiej fali epidemii COVID-19 i towarzyszącego jej wzrostu niepewności oraz pogorszenia klimatu inwestycyjnego Rada może zdecydować się na działania zmierzające do pobudzenia akcji kredytowej i popytu zbliżone do tych, które podejmowały w ostatnich latach banki centralne realizujące politykę pieniężną w warunkach zbliżonych do zera stóp procentowych.

W ocenie Credit Agricole BP istnieje ryzyko, że RPP podejmie decyzję o obniżeniu stóp procentowych poniżej zera w celu wspierania innych działań niekonwencjonalnych banku centralnego.

Natomiast pierwsza podwyżka stóp procentowych nastąpi nie wcześniej niż w listopadzie 2022 r.

Nowe technologie pomagają walczyć z koronawirusem. Coraz więcej firm sięga po sztuczną inteligencję, rozszerzoną rzeczywistość czy druk 3D

Pandemia koronawirusa sprawiła, że w szpitalach brakuje sprzętu ochronnego i medycznego. Pomóc w tym może druk 3D. Dlatego coraz więcej firm zajmujących się drukiem przestrzennym przestawia się na produkcję sprzętu ratującego życie. Polacy opracowali np. hełm do wentylacji, którego części zostały wydrukowane w 3D. W walce z koronawirusem pomaga też sztuczna inteligencja i rozszerzona rzeczywistość. Rozwija się również telemedycyna, na rynku pojawiły się np. testy do zdalnego wykrywania COVID-19.

– Wiele firm zwraca się z prośbą o możliwość wdrożenia jakichś elementów technologicznych opartych na druku 3D czy aplikacjach np. do monitorowania stanu pacjenta. Zaczęły się poszukiwania dobrych i tanich rozwiązań tego typu, których można użyć na dużą skalę i które umożliwiają również komunikację na pewną odległość – to rozwój telemedycyny, monitorowania pacjenta zdalnie. Ta gałąź zaczyna się mocno rozwijać – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje anestezjolog Łukasz Wróblewski z II Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Nowe technologie pomagają walczyć z pandemią. Ponieważ osoby z objawami COVID-19 lub przebywające na kwarantannie powinny ograniczyć bezpośrednie kontakty z innymi, w tym personelem służby zdrowia, to usługi online, umożliwiające pacjentom np. konsultację z lekarzem przez telefon, wideo lub bezpośrednią wiadomość, stają się coraz popularniejsze.

Coraz więcej krajów wdraża aplikacje nadzorujące smartfony, zaś sztuczna inteligencja pomaga rozpoznać chorych i pozwala przyspieszyć badania nad szczepionką i lekami na koronawirusa. Przykładem może być jeden ze szpitali w Chinach, który korzysta z systemu opartego na sztucznej inteligencji do skanowania tomografii komputerowej płuc. Z kolei Barabasi Lab łączy uczenie maszynowe z nauką sieci, aby znaleźć potencjalne leki przeciwko wirusowi. Firma Qvetus opracowała zaś algorytm, który pomaga szpitalom lepiej zarządzać zasobami.

– Dużo trudniejsze jest użycie tych technologii do stworzenia urządzeń dla pacjenta. Technologie muszą mieć certyfikację medyczną. To, co wytworzymy, musi być bezpieczne dla pacjenta. Stąd na pewno proces adaptacji nowych technologii jest dłuższy i trudniejszy, aczkolwiek jak najbardziej będą one przydatne – zauważa Łukasz Wróblewski.

Wzrosło też zastosowanie druku 3D. Belgijska firma zaprojektowała otwieracz do drzwi, który nie wymaga użycia rąk, a można go wydrukować w 3D. Formlabs, twórca i producent technologii druku 3D, codziennie produkuje do 100 tys. zestawów do pobierania wymazów. W tej technologii powstają już kabiny do kwarantanny, respiratory czy proste przyłbice ochronne. Polacy opracowali prototyp hełmu do nieinwazyjnej wentylacji, który pomoże w leczeniu chorych z niewydolnością oddechową i może zmniejszyć liczbę pacjentów wymagających zastosowania respiratora. Co istotne, niektóre elementy hełmu drukowane są w 3D. 

– To jest pewna odpowiedź na to, że w obecnej chwili na naszym rynku nie ma takich rozwiązań, a możemy je samodzielnie wygenerować. Dosiedli się też inni inżynierowie, którzy powiedzieli: obudujmy to elektroniką. Zatem jest potrzeba i nagle chce się szukać takich rozwiązań, które nie tylko się sprawdzą, ale też w dłuższej perspektywie doprowadzą do produktu, który będzie sprzedawany nie tylko w Polsce – mówi anestezjolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Rynek zautomatyzowanego druku 3D osiągnie do 2030 roku wartość blisko 10 mld dol. Analitycy ResearchandMarkets podają, że pomimo pandemii koronawirusa w najbliższych latach rynek ten będzie się rozwijał w tempie blisko 40 proc. średniorocznie.

Fotowoltaiczne innowacje zmienią oblicze nowoczesnego budownictwa. Pozwolą tworzyć zeroemisyjne hotele czy biurowce

Wejście na rynek fotowoltaiczny firmy Tesla zwróciło uwagę na potencjał tej technologii w branży mieszkaniowej. O wykorzystaniu paneli fotowoltaicznych w budownictwie coraz częściej myśli się już na etapie planowania, zwłaszcza w przypadku budynków dążących do zeroemisyjności. W realizacji tego przedsięwzięcia pomogą m.in. panele zintegrowane z dachówkami czy materiały nowej generacji, które pozwolą zainstalować systemy fotowoltaiczne na dachach pojazdów bądź w oknach biurowców.

– Wykorzystanie fotowoltaiki w budownictwie daje możliwość zastąpienia tradycyjnych paneli dachówką fotowoltaiczną, szybami fotowoltaicznymi czy farbą, która jest w stanie produkować energię. W związku z powyższym mówimy o rozwoju technologii, która będzie się wpisywała w sposób integralny w istniejącą architekturę budynków, jednocześnie przyczyniając się do ich zeroemisyjności – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Skorupa, prezes Foton Technik Grupy Innogy.

SolarCity, spółka córka firmy Tesla, już w 2016 roku wprowadziła do sprzedaży pierwsze dachówki zintegrowane z panelami fotowoltaicznymi, a na przestrzeni czterech lat znacząco usprawniła proces produkcyjny. Dachówki nowej generacji mają być najtańszym domowym systemem fotowoltaicznym dostępnym na amerykańskim rynku. Według raportu Solar Energy Industries Association w pierwszym kwartale 2020 roku koszt instalacji paneli konsumenckich wynosił 2,83 dol. na jeden wat wyprodukowanej energii, zaś instalacja paneli od SolarCity to wydatek rzędu 1,89 dol./W.

Do popularyzacji paneli fotowoltaicznych włączyła się Unia Europejska, która widzi w zielonej energii narzędzie do walki z kryzysem klimatycznym. Unijne cele klimatyczno-energetyczne zakładają, że do 2030 roku udział OZE w produkcji energii elektrycznej w UE ma wzrosnąć do poziomu 32 proc. W osiągnięciu tego celu mają pomóc środki z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, które w Polsce rozdysponowywano m.in. za pośrednictwem programu Mój Prąd skierowanego do odbiorców indywidualnych.

– Kluczowe są dwie zmienne: legislacja oraz różnego rodzaju systemy wsparcia poprzez dotacje czy programy pożyczkowe redystrybuowane choćby przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. W sposób skokowy rośnie efektywność modułów fotowoltaicznych, a jednocześnie maleje tzw. cena za wat pik mocy zainstalowanej wyprodukowanej przez dany moduł – tłumaczy ekspert.

Na polskim rynku w instalacje fotowoltaiczne zintegrowane z budynkami inwestuje m.in. ML System. Firma wyspecjalizowała się w produkcji fotowoltaicznych systemów fasadowych, lamp, zadaszeń, świetlików, a także szyb nowej generacji, w tym szyb zespolonych ze zintegrowanym panelem. W upowszechnieniu się paneli fotowoltaicznych mogą pomóc programy partnerskie wdrożone m.in. przez Foton Technik. Firma daje swoim klientom gwarancję na obniżenie rachunków za zużycie energii elektrycznej i zobowiązuje się do zwrotu ewentualnej różnicy w opłacie za prąd.

Z raportu „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2020” autorstwa ekspertów Instytutu Energetyki Odnawialnej wynika, że do końca 2020 roku obrót na rodzimym rynku fotowoltaicznym może osiągnąć wartość 5 mld zł. Do rozkwitu tego sektora gospodarki miały przyczynić się m.in. ulgi podatkowe oraz programy unijne dofinansowujące domowe instalacje słoneczne.

– Dzisiaj tę technologię wykorzystuje się w normalnych oknach, szybach okiennych przy zastosowaniu technologii perowskitów. Jest to nowa technologia i istotnym elementem dla jej dalszej popularyzacji jest poprawa jej efektywności i sprawności produkcyjnej. Najbardziej popularne są tzw. carporty, czyli wykorzystanie ogniw fotowoltaicznych do pokrycia zadaszeń nad stanowiskami dla samochodów w celu zasilenia słupków do ładowania aut elektrycznych lub oświetlenia parkingowego – wskazuje Michał Skorupa.

Z perowskitami eksperymentują m.in. inżynierowie z firmy Panasonic, którzy planują wykorzystać ten przyszłościowy materiał do wytwarzania powlekanych paneli fotowoltaicznych o grubości nieprzekraczającej 2 mm. Ich efektywność szacowana jest na 16,1 proc. a dzięki niewielkiej wadze można zastosować je tam, gdzie nie sprawdzą się znacznie cięższe, klasyczne panele fotowoltaiczne.

Do inwestowania w perowskity zachęcają również eksperci z Europejskiej Inicjatywy Perowskitowej. Organizacja planuje powołać do życia ogólnoeuropejski program badawczo-rozwojowy, który pozwoli wdrożyć proces produkcji paneli nowej generacji na szeroką skalę. Dzięki temu możliwe będzie produkowanie rozwiązań z branży Building PV przy wykorzystaniu lokalnego, europejskiego kapitału.

– Coraz częściej widzimy, że takie obiekty jak hotele czy budynki zeroemisyjne szukają rozwiązań, które stałyby się integralnymi elementami tych budynków. Nie można tego rynku lekceważyć z perspektywy dynamiki rozwoju całego segmentu, w najbliższych latach będziemy obserwować apogeum rozwoju technologii Building PV – przewiduje prezes Foton Technik Grupy Innogy.

Według analityków Allied Market Research wartość rynku paneli fotowoltaicznych w 2026 roku wyniesie 223,3 mld dol. i wykaże średnioroczny wskaźnik wzrostu na poziomie 20,5 proc.

W gospodarce morskiej trwają inwestycje warte prawie 10 mld zł. Do 2030 roku kolejne 15 mld zł

Wartość wszystkich trwających inwestycji mających na celu rozwój portów morskich sięga prawie 10 miliardów złotych. Natomiast do 2030 roku na kolejne strategiczne inwestycje morskie zostanie przeznaczone kolejne 15 mld złotych.

Ostatnie lata w gospodarce morskiej to prawdziwy boom inwestycyjny. Świetne wyniki portów, jeśli chodzi o przeładunki i coroczne rekordy to najlepszy dowód na coraz lepszą pozycję polskich terminali na Bałtyku i w Europie.

Obecnie w trzech największych portach morskich trwają inwestycje morskie, których wartość sięga niemal 10 miliardów złotych. Niektóre są przełomowe, o których dyskutowano przez wiele lat. Teraz powstają na naszych oczach.

Największe spośród trwających inwestycji to przede wszystkim pogłębienie toru wodnego Świnoujście-Szczecin do 12,5 metra za 1,44 mld zł, przekop Mierzei Wiślanej za 992 mln zł, modernizacja dostępu kolejowego do trzech największych portów za w sumie 3,2 mld zł, modernizacja układu falochronów w Porcie Północnym w Gdańsku za 795 mln zł, czy pogłębianie toru podejściowego i akwenów wewnętrznych oraz przebudowa nabrzeży w Porcie Gdynia za 560 mln zł.

Natomiast do 2030 roku – tak jak zakłada zaktualizowany plan rozwoju polskich portów – zostaną przeprowadzone kolejne inwestycje. Wśród nich trzy strategiczne, czyli budowa Portu Centralnego w Gdańsku, Portu Zewnętrznego w Gdyni oraz głębokowodnego terminalu kontenerowego w Świnoujściu. Wartość tych inwestycji sięgnie kolejne 15 mld zł.

W sumie na projekty morskie do 2030 roku przeznaczonych zostanie ponad 25 mld zł.

W ocenie ministra gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marka Gróbarczyka realizacja tego wielkiego planu inwestycji morskich pozwoli Polsce znacząco zwiększyć swój potencjał rozwoju w oparciu o dostęp do morza. „Dla nas głównym celem jest rozwój infrastrukturalny portów, ugruntowanie ich znaczącej pozycji i zabezpieczenie na przyszłość stabilnego rozwoju” – mówi Marek Gróbarczyk. Minister przewiduje, że realizowane i planowane inwestycje ponad dwukrotnie podniosą przeładunki w polskich portach.
Źródło informacji: MGMiŻŚ

Majowa sprzedaż detaliczna w Polsce wypadła lepiej niż prognozowano

Dane z Polski potwierdzają, że kryzys wcale nie musi być taki głęboki. Sprzedaż detaliczna w maju wypadła znacznie lepiej niż przypuszczano, a patrząc na odmrożenie gospodarki w czerwcu kolejny wynik powinien również być dobry.

Dobre dane z Polski

Dzisiaj od rana opublikowano dane na temat sprzedaży detalicznej w Polsce. Spadek o 8,6% w skali rocznej jest lepszy od oczekiwanego spadku o 12,9%. W ujęciu miesięcznym widać wyraźną poprawę, ale jest to zasługa bardzo słabego kwietnia, a nie dobrego maja. Warto zwrócić uwagę, że spadek sprzedaży detalicznej poniżej 10% to nic nadzwyczajnego na tle światowym. Lepsze dane pokazali chociażby Amerykanie, w Europie na razie poznaliśmy tylko odczyty za maj z Rosji i Wielkiej Brytanii. W takim zestawieniu mamy najlepszy wynik, przynajmniej na razie. Inwestorzy uznali to widocznie za dobry sygnał, bo złoty zyskuje wyraźnie na wartości względem głównych walut po tych danych.

Chiny nie zmieniają stóp procentowych

Bank Chin, jako jeden z nielicznych, utrzymuje obecnie relatywnie wysokie stopy procentowe. Wartość 3,85% jest poziomem, który w Europie prezentuje Rosja, w Unii Europejskiej najwyższe stopy procentowe mają w Chorwacji z 2,5%. W przypadku Pekinu ważnym elementem jest problem bardzo dużego zadłużenia i potencjału jeszcze większego wzrostu w przypadku zalania rynku jeszcze tańszym pieniądzem.

Trudne czasy dla frankowiczów

Wbrew oczekiwaniom temat kredytów frankowych nie okazał się istotnym elementem kampanii prezydenckiej. Ważny natomiast jest ostatni wzrost franka, który odbił się w ciągu tygodnia z 4,10 zł na 4,20 zł. Winny jest sam frank szwajcarski, który w tym czasie umocnił się względem euro. Tym samym złoty stracił względem helweckiej waluty.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Odczyty PMI w tym tygodniu mogą zaskoczyć na plus

Dane z tego tygodnia pokażą do jakiego stopnia sytuacja w gospodarkach strefy euro, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii poprawiła się pod koniec II kwartału. Czy jest szansa na szybsze odbicie?

Ubiegły tydzień przyniósł mieszane informacje ze świata, a zachowanie rynku walutowego było dość niejednoznaczne – waluty zachowywały się w sposób indywidualny. W najbliższych dniach dla rynku kluczowe będą wstępne, czerwcowe odczyty indeksów PMI dla strefy euro, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Dane te są obecnie najbardziej wiarygodnym bieżącym wskaźnikiem kondycji gospodarek i ich perspektyw. W ostatnich tygodniach dane gospodarcze często zaskakiwały na plus. Sądzimy, że ten trend będzie kontynuowany i niektóre z indeksów ponownie znajdą się powyżej poziomu 50 pkt, sugerując powrót do ekspansji.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w parze z euro. Wyróżniał się tym samym negatywnie na tle pozostałych kluczowych walut regionu.

W przeciwieństwie do kilku poprzednich, ubiegłotygodniowe spotkanie RPP nie przyniosło decyzji o obniżce stóp procentowych. Nie uświadczyliśmy również konferencji prasowej po spotkaniu, co stało się już regułą w czasach pandemii. W kontekście spotkania jedyną interesującą kwestią było zwrócenie uwagi w komunikacie na ryzyko niekorzystnego efektu odporności kursu walutowego na ożywienie gospodarcze. W „minutkach” z poprzedniego spotkania, które też zostały opublikowane w poprzednim tygodniu, również widać negatywne postrzeganie łagodnego zachowania waluty w kontekście kryzysu.

Sygnały te wywołały spekulacje dotyczące możliwej interwencji banku centralnego mającej na celu osłabienie polskiej waluty. Naszym zdaniem stosunek zysków do ryzyk w kontekście potencjalnego podjęcia tego typu działania jest jednak niekorzystny, a spekulacje te są przesadzone.

Przed nami wybory prezydenckie w Polsce, które zaplanowane są na niedzielę. Obecnie nie wygląda na to, żeby kurs złotego istotnie reagował na tę kwestię. Utrzymanie status quo powinno gwarantować brak większych ruchów w tym kontekście. Zmiana na szczycie albo jej perspektywa po pierwszej turze mogłaby jednak spotkać się z nerwową reakcją inwestorów – nie wiadomo, jak wyglądałyby relacje prezydenta i rządu z dwóch największych partii. Z drugiej strony taka zmiana mogłaby być interpretowana jako pozytywna dla relacji Polski z Unią Europejską. W tym kontekście trudno przewidzieć reakcję waluty na potencjalną zmianę głowy państwa.

EUR

Miniony tydzień nie przyniósł zbyt wielu danych z gospodarki strefy euro. Pozytywny jednak jest brak istotniejszych negatywnych informacji z frontu walki z koronawirusem. W przeciwieństwie do sytuacji w USA, liczba nowych przypadków w Europie nie rośnie.

Ponadto banki w strefie euro przyjęły więcej tanich pożyczek od EBC w ramach programu TLTRO III niż oczekiwano. Jest to kolejny pozytywny sygnał sugerujący, że banki są bardziej optymistyczne w kontekście popytu na kredyt.

Sądzimy, że dane PMI dla strefy euro, które poznamy w tym tygodniu mogą ponownie zaskoczyć na plus. Jeśli tak się stanie, i różnica w kontekście pandemii między USA i Europą będzie się utrzymywać, możemy doświadczyć umocnienia wspólnej europejskiej waluty w relacji do głównych walut.

USD

Dane z gospodarki Stanów Zjednoczonych jakie poznaliśmy w ubiegłym tygodniu były dość mieszane. Sprzedaż detaliczna w maju zaskoczyła in plus, doświadczając wzrostu o ok. dwa razy większej skali niż oczekiwano. Jest to miłe zaskoczenie po katastrofalnym, kwietniowym odczycie. W zeszłym tygodniu nieco zawiodły jednak dane z rynku pracy. W poprzedzającym tygodniu złożono aż 1,5 mln nowych wniosków o zasiłek, z kolei liczba tych już pobierających świadczenia w tygodniu kończącym się 6 czerwca nie spadła poniżej 20 mln osób.

Jednak chyba najbardziej niepokojący jest wzrost liczby dziennie rejestrowanych zakażeń koronawirusem w wielu amerykańskich stanach, takich jak Kalifornia, Teksas czy Floryda. Ostatnie dni przyniosły tam przebicie dotychczasowych rekordów nowych zakażeń. Sądzimy, że różnica między danymi po obu stronach Atlantyku powinna wspierać euro w najbliższych tygodniach.

Liczba nowych dziennych potwierdzonych przypadków COVID-19 [USA vs. największe gospodarki strefy euro] (marzec ‘20 – czerwiec ‘20)Liczba nowych dziennych potwierdzonych przypadków COVID-19

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 22/06/2020

GBP

Dane makroekonomiczne, które napłynęły z Wielkiej Brytanii w ostatnich dniach w ujęciu ogólnym były lepsze od oczekiwań. Stopa bezrobocia wbrew oczekiwaniom nie wzrosła, a sprzedaż detaliczna (z wyłączeniem paliw samochodowych) wzrosła o ok. 10%, mniej więcej o połowę silniej niż oczekiwano.

Decydenci Banku Anglii postanowili utrzymać stopy procentowe na niezmienionym poziomie, jednocześnie decydując się na rozszerzenie dotychczasowego programu skupu aktywów o 100 mld funtów do docelowego poziomu 745 mld funtów (z jednym głosem sprzeciwu).

Brytyjska waluta w zeszłym tygodniu charakteryzowała się istotną słabością. Wygląda na to, że inwestorzy coraz bardziej niepokoją się brakiem postępu w negocjacjach brexitowych z Unią Europejską.

CHF

W ubiegłym tygodniu frank szwajcarski kontynuował umocnienie w parze z euro, jednak spora część zmian na EUR/CHF zdaje się być związana ze słabością wspólnej europejskiej waluty.

W ubiegłym tygodniu uwaga inwestorów skupiła się na spotkaniu decyzyjnym SNB. Decydenci nie zmienili stóp procentowych – stopa referencyjna jest głęboko ujemna, pozostając na poziomie -0,75%. W podsumowaniu po spotkaniu decydenci określili franka mianem „wysoko wycenianego” i potwierdzili, że bank centralny „pozostaje gotowy do silniejszej interwencji na rynku walutowym”.

Podczas konferencji prasowej, prezes SNB, Thomas Jordan potwierdził, że interwencje były „znaczne”, jednak zasugerował, że „sytuacja od tamtej pory nieco się uspokoiła”. W komentarzu z poprzedniego tygodnia wspominaliśmy, że dane sugerują, że potrzeba znaczących interwencji zmalała. W poprzednim tygodniu wartość depozytów na żądanie wzrosła, jednak skala tego ruchu sugeruje, że bank nie podejmuje silnych interwencji na rynku walutowym.

Retoryka banku centralnego sugeruje, że w najbliższym czasie nie ma co liczyć na normalizację polityki pieniężnej. Nowa warunkowa prognoza inflacji SNB (zakładająca utrzymanie stabilnych stóp procentowych) wskazuje, że dynamika cen powinna być ujemna zarówno w 2020, jak i 2021 roku. Nawet w 2022 roku inflacja ma być ledwo dostrzegalna i wynieść 0,2%. Przechodząc do kwestii wzrostu gospodarczego, SNB oczekuje spadku PKB o 6% w tym roku. Byłaby to największa recesja od ponad czterech dekad.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

AS Roma wybrała SALESmanago

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych klubów piłkarskich na świecie, AS Roma rozstrzygnął międzynarodowy przetarg na system do automatyzacji marketingu i wybrał polski system SALESmanago Marketing Automation. Umowa podpisana została przez Prezesa AS Roma Francesco Calvo, który wcześniej pełnił rolę Chief Revenue Officer w FC Barcelona i Juventus Turyn.

Z systemu SALESmanago, który oferuje rozwiązania marketingowe wspierane sztuczną inteligencją, korzysta ponad 10 tys firm na całym świecie. Są to głównie sklepy internetowe, ale bardzo silnie jest reprezentowana grupa klubów sportowych a wśród nich m.in mistrz szwecji w piłce nożnej AIK Fotboll, a w Polsce Lech Poznań.

Jesteśmy bardzo szczęśliwi z wygrania w niezwykle konkurencyjnym globalnym przetargu. Cieszy nas również, że będziemy kontynuować silną reprezentację Polski w AS Roma rozpoczętą przez Zbigniewa Bońka w 1985 roku i utrzymywaną w kolejnych latach przez takich zawodników jak Wojciech Szczęsny czy Łukasz Skorupski. – mówi Grzegorz Blazewicz, założyciel i Prezes SALESmanago.

SALESmanago to polskie rozwiązanie w zakresie Customer Data Platform i Marketing Automation wspieranym przez algorytmy AI i Machine Learning. Obecnie z rozwiązań SALESmanago korzysta ponad 10 000 firm w 40 krajach, a według Financial Times Fast 1000 spółka została uplasowana na 26 miejscu najszybciej rosnących firm w Europie. Spółka zatrudnia prawie 200 osób i ma siedzibę główną w Krakowie.

Pesymizm WHO niestraszny Wall Street. Tesla zapowiada przełomowe wydarzenie

Na początku tygodnia indeksy giełdowe w Stanach Zjednoczonych nieznacznie spadły m.in. ze względu na to, że nowe dane pokazujące ożywienie gospodarcze są równoważone przez wzrost liczby infekcji koronawirusem w niektórych stanach USA. Presja na sprzedaż wydaje się raczej bardzo ograniczona dzięki publikacji dobrych wyników sprzedaży detalicznej w maju oraz czerwcowych indeksów New York i Philadelphia Fed Manufacturing.

Tedros Adhanom Ghebreyesus, szef WHO, z kolei powiedział, że pandemia Covid-19 przyspiesza na całym świecie, a ostatni milion przypadków zgłoszono w ciągu zaledwie ośmiu dni. Dodał również, że pandemia to coś więcej niż kryzys zdrowotny, jest to kryzys gospodarczy, społeczny i, w wielu krajach, polityczny. Jego efekty będą odczuwalne przez dziesięciolecia. Jednak ani tymi wypowiedziami, ani danymi, które pokazują wzrost infekcji koronawirusem w Arizonie, Południowej Karolinie, Florydzie i Teksasie, rynek się nie przejął. Inwestorzy są od ponad dekady przyzwyczajeni do tego, że im gorzej w gospodarce, tym bardziej bank centralny będzie ratować sytuację i nie pozwoli na załamanie giełdy.

Z punktu widzenia ciekawych wydarzeń dla spółek Elon Musk, dyrektor generalny Tesla Inc, powiedział w weekend, że 15 września jest wstępnym terminem zgromadzenia akcjonariuszy spółki i jej Dnia Baterii (Battery Day), w którym oczekuje się ogłoszenia znacznych postępów w dziedzinie technologii akumulatorów baterii.

To wydarzenie dotyczące baterii, które Musk ogłosił, że jest jednym z najbardziej ekscytujących dni w historii Tesli, zostało wcześniej zaplanowane na maj, podczas gdy spotkanie akcjonariuszy miało się odbyć 7 lipca. Oba zostały przełożone z powodu epidemii koronawirusa. Wydarzenie z okazji Dnia Baterii obejmie wycieczkę po systemie produkcji firmy – podał Musk na Twitterze.

Tesla i chińska firma Contemporary Amperex Technology Ltd (CATL) wspólnie opracowują akumulatory zaprojektowane z myślą o wydajności zużycia na milion mil i umożliwieniu sprzedaży elektrycznej Tesli za tę samą cenę lub za mniejszą niż pojazd na benzynę.

Dzięki globalnej flocie ponad 1 miliona pojazdów elektrycznych, które są w stanie łączyć się z siecią i dzielić się z nią, Tesla chce osiągnąć status firmy energetycznej, konkurującej z takimi tradycyjnymi dostawcami energii, jak Pacific Gas & Electric i Tokyo Electric Power – podała agencja Reuters, cytując źródła znające te plany.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Jak założyć szkołę językową?

Na rynku funkcjonuje wiele placówek oferujących naukę języków- właściwie na każdym rogu możemy dostrzec reklamy promujące różne szkoły. Konkurencja jest spora, a miejsc, w których można uczyć się zarówno popularnych, jak i niszowych języków, wciąż przybywa. Wielu specjalistów, posiadających kompetencje do nauczania, a nawet prowadzenia własnej działalności, zastanawia się, czy przy tak dużej konkurencji, zakładanie kolejnej firmy ma sens?

Znajomość angielskiego obowiązkowa

Umiejętność posługiwania się  językiem angielskim wymagana jest do zatrudnienia niemal w każdej branży, dlatego popyt na lekcje angielszczyzny wciąż rośnie.

Pomimo tego, że zarówno publiczne, jak i prywatne szkoły, oferują swoim uczniom naukę angielskiego już od najmłodszych lat, wielu z nas nie jest zadowolonych ze stopnia znajomości tego języka. Dodatkowo, znaczna część społeczeństwa nie miała możliwości nauki angielskiego podczas swojej edukacji, gdyż nie był on tak popularny, jak teraz. Dlatego wielu dorosłych zapisuje się do szkół językowych, w rezultacie,  zapotrzebowanie na naukę angielskiego jest spore i wciąż rośnie. Jeżeli posiadamy pasję do nauczania języków lub zdolność  zarządzania i chcemy być samodzielni zawodowo, to założenie szkoły językowej jest zdecydowanie dobrym pomysłem na biznes.

Najtrudniejszy pierwszy krok

Działalność warto rozpocząć od researchu: sprawdzić czy w okolicy znajdują się szkoły podstawowe i średnie lub biura. Zarówno uczniowie, jak i pracownicy, stanowią potencjalną grupę klientów. Następnie zastanówmy się, czy chcemy rozpoczynać swoją działalność, czy decydujemy się na franczyzę.

Zaczynanie własnego biznesu od zera, bez doświadczenia, stanowi zazwyczaj główną przeszkodę w realizacji planu. Wszechobecna konkurencja, spore ryzyko niepowodzenia i brak odpowiedniego przygotowania, zniechęcają nas do podjęcia działania. Dlatego już na samym początku warto rozważyć współpracę na zasadzie franczyzy. Pierwszy krok, czyli zapoznanie się z ofertą franczyzodawców np. https://universe.earlystage.pl, może okazać się milowym krokiem w naszej działaności.

Biznesplan

Tworzenie firmy rozpoczynamy od przygotowania biznesplanu. W przypadku szkoły językowej, oprócz załatwienia szeregu formalności oraz przygotowania oferty,  kluczowe jest zawarcie takich pozycji jak działanie promocyjne i pomoce naukowe. Reklamowanie nowej, nieznanej wcześniej marki oraz opracowanie odpowiednich materiałów do nauki języka, mogą stanowić prawdziwe wyzwanie. Dlatego warto rozważyć szybszą i zdecydowanie prostszą opcję: skorzystanie ze sprawdzonego systemu biznesowego oraz wiedzy franczyzodawcy. W ramach umowy firma, oferująca franczyzę, pomoże nam w opracowaniu planu działalności krok, po kroku.

Gdy mamy już gotowy biznesplan, czas na zarejestrowanie naszej działalności. Na początek, z uwagi na koszty, jak i na formalności, najlepiej sprawdzi się jednoosobowa działalność gospodarcza. Jeżeli zdecydujemy się na franczyzę, franczyzodawca udziela nam pomocy w sprawach administracyjnych oraz organizacyjnych. Kolejną kwestią jest sprawa rozliczeniowa. Prowadząc działalność, jesteśmy zobligowani do odprowadzania składek ZUS oraz podatków. Do tego musimy doliczyć koszt wynajmu lokalu, pensji dla pracowników oraz koszty pozyskania materiałów dydaktycznych i szkoleń dla pracowników. W przypadku franczyzy otrzymujemy dostęp do autorskich materiałów dydaktycznych oraz możliwość odbywania licznych szkoleń i kursów zarówno we wstępnej fazie działalności (kursy: metodyczne, marketingowe, administracyjne, HR-owe), jak i w trakcie współpracy.

Ostatnim etapem jest promowanie naszej szkoły. Warto zastanowić się nad reklamą w internecie, np. na znanych portalach społecznościowych, a także spróbować reklamy wśród lokalnej społeczności, w okolicznych szkołach i firmach. Jeżeli decydujemy się na franczyzę, sprawa wygląda prościej: możemy skorzystać z wieloletniego doświadczenia franczyzodawcy, który umożliwi nam dostęp do wielu rozwiązań promocyjnych oraz swojej rozpoznawalnej marki, co znacznie przyspieszy proces pozyskiwania pierwszych uczniów.

Zakładając własną szkołę językową, musimy liczyć się z ogromem obowiązków oraz odpowiedzialnością, jaka będzie na nas spoczywać. Jednak nie zapominajmy, dlaczego to robimy – prowadzenie własnego biznesu daje nam niezależność. Jest to zaleta zarówno prowadzenia szkoły pod własną nazwą, jak i franczyzy, dzięki której także możemy zarządzać i decydować o naszej działalności. Franczyza daje możliwość swobody w prowadzeniu szkoły językowej, jednocześnie pomagając w rozwoju firmy, w zamian za spełnienie warunków umowy i uiszczanie opłaty w wysokości 7-12% naszego comiesięcznego przychodu. W celu pogłębienia tematu zakładania szkoły we współpracy franczyzowej, warto zapoznać się z krokami, które należy podjąć szczegółowo opisanymi na stronie: https://universe.earlystage.pl/universe/jak-zalozyc-szkole-jezykowa

Wybór należy do nas. Czy to ryzykując i tworząc firmę od zera, czy poprzez współpracę franczyzową, warto spełnić swoje marzenia i zdecydować się na otworzenie własnej szkoły językowej.

Pandemia poważnie wpłynęła na ruch w grach mobilnych. Zwiększyła się też aktywność użytkowników

Z danych AdColony wynika, że od marca do maja br. ruch w grach mobilnych w Polsce zwiększył się o 17% w porównaniu do analogicznego okresu ub.r. Natomiast aktywność spędzania czasu na tego typu rozrywce wzrosła o 24%. Do najchętniej pobieranych kategorii należą m.in. gry zręcznościowe, przygodowe, quizowe, sportowe i rekreacyjne. Z analizy również wynika, że w czasie pandemii aż 66% Polaków codziennie grało na smartfonach. 44% zajmowało się tym minimum 5 razy dziennie, a 30% przeznaczało na to godzinę w ciągu dnia. Najwyższy szczyt aktywności przypadał między 9.00 a 14.00. Widać też tzw. wypłaszczanie częstotliwości, tj. wzrost wskaźników grania w nietypowych dotąd godzinach.

AdColony, jedna z największych platform reklamowych na świecie, informuje, że w ostatnich miesiącach ruch w grach mobilnych wrósł w Polsce o 17% w porównaniu do analogicznego okresu ub.r. – To bardzo znaczący wzrost. Biorąc pod uwagę ilość polskich użytkowników tej sieci, to jest przeskok z 7,5 mln do ponad 9 mln osób – komentuje Michał Pietruszka, Head of Mobile Product w Mobiem Polska.

Porównując ww. okresy, Polacy zwiększyli swoją aktywność w zakresie spędzania czasu na grach mobilnych o 24%. – Ten odsetek również mocno wzrósł, ponieważ osoby pozostające w tym czasie w domach poszukiwały dostępnej rozrywki w najprostszym wydaniu. Gry zaczęły wypełniać ich przerwy pomiędzy kolejnymi zadaniami w pracy i innymi obowiązkami – wyjaśnia Pietruszka.

W naszym kraju wśród najczęściej pobieranych gatunków (wg klasyfikacji sklepu Google Play) znalazły się gry zręcznościowe, przygodowe, quizowe, sportowe, rekreacyjne, kasynowe, symulacyjne, muzyczne oraz wyścigowe. – Te kategorie są najpopularniejsze, bo zapewniają użytkownikom szybką rozrywkę. Większość osób oczekuje gier, które zajmują mało czasu – zauważa Radosław Włoda, Dyrektor Handlowy w Mobiem Polska.

Ponadto z analizy AdColony wynika, że ww. czasie pandemii aż 66% Polaków codziennie grało w gry mobilne na swoich smartfonach. – To wyraźnie pokazuje, że tego typu gry były w tym czasie jedną z najpopularniejszych form rozrywki. Potencjał dotarcia do użytkowników smartfonów za ich pośrednictwem jest naprawdę duży. I z pewnością można się spodziewać, że taki pozostanie jeszcze długo po zakończeniu izolacji – wskazuje Włoda.

Do tego należy dodać, że w ostatnich dwóch miesiącach 44% badanych grało w gry mobilne minimum 5 razy dziennie. 30% spędzało w ten sposób godzinę w ciągu dnia. – Z tych danych wynika, że użytkownicy sięgają po najprostsze gry kilka razy dziennie. Ale są też tacy gracze, którzy wolą rozrywkę wymagającą większej atencji. Mogą to być np. zmagania wieloosobowe, które zajmują godzinę i dłużej – tłumaczy Michał Pietruszka.

Jak podsumowuje Volkan Biçer, General Manager EMEA & LATAM w AdColony, koronawirus ograniczył aktywne życie towarzyskie i zwiększył dystans między ludźmi. Nieuniknionym zatem stał się scenariusz, w którym człowiek zbliżył się do technologii cyfrowej. Potwierdzają to wyniki badania dot. wpływu COVID-19 na zachowanie ludzi w czasie pandemii. Międzynarodowy gigant przeprowadził je w całym regionie EMEA. Ekspert podaje, że prawie połowa uczestników codziennie grała na swoich urządzeniach mobilnych. Aż 85% osób potwierdziło, że tego typu rozrywka ułatwiała oderwanie się od codziennych myśli i stresu.

Platforma AdColony porównała dane z okresu od 3 marca do 3 maja br. i z analogicznych miesięcy ub.r. Wyniki zostały zebrane dla rynku polskiego. Do analizy wykorzystano obserwację 3,8 miliona użytkowników.

Nieetyczna windykacja? Gdzie złożyć wniosek? – Poradnik ekspercki ZPF

Pandemia spowodowała, że wielu konsumentów ma trudności z terminowym spłacaniem swoich zobowiązań. W tej – niełatwej dla wielu osób –  sytuacji etyczne odzyskiwanie należności staje się tym bardziej istotne. Czy istnieje w Polsce zbiór norm etycznych, których przestrzegają firmy zarządzające wierzytelnościami? Kto stworzył taki dokument i co jest w nim zawarte? Podpowiadamy. 

Kilkanaście lat temu Związek Przedsiębiorstw Finansowych (organizacja zrzeszająca instytucje m.in. z sektora bankowego, pożyczkowego, pośrednictwa finansowego czy windykacyjnego) stworzyła Zasady Dobrych Praktyk (ZDP). To obszerny dokument będący zbiorem norm etycznych, według których powinny funkcjonować firmy działające na rynku finansowym. Poszczególne rozdziały tego dokumentu dotyczą różnych branż i ich praktyk biznesowych. ZDP regulują działalność przedsiębiorców skupionych w Związku, takich jak biura informacji gospodarczej, pożyczkodawców, pośredników finansowych, fundusze hipotecznych, wreszcie – zarządzających wierzytelnościami, czyli popularną branżę windykacyjną.

Przedsiębiorstwa windykacyjne zrzeszone w Związku Przedsiębiorstw Finansowych dobrowolnie zobowiązują się do przestrzegania restrykcyjnych norm zawartych w Zasadach Dobrych Praktyk. Co roku przechodzą audyt etyczny, a jeśli spełnią jego wymogi, otrzymują Certyfikat Etyczny. – Warto podkreślić, że firmy zarządzające wierzytelnościami, które obowiązuje stosowanie Zasad Dobrych Praktyk, stanowią ok. 70 proc. wartości całego rynku. To dużo, choć wciąż staramy się pozyskać dla naszego programu etycznego więcej firm. W naszym odczuciu cały rynek i wszystkie firmy z tej branży powinny działać w sposób profesjonalny i z zachowaniem najwyższych standardów, wypracowanych w gronie Członków ZPF – mówi Andrzej Roter, Prezes ZPF.

Co dokładnie zawierają Zasady Dobrych Praktyk Windykacyjnych?

Dokument określa m.in., jak powinien wyglądać profesjonalny proces windykacyjny, w jaki sposób winna przebiegać komunikacja z zadłużonym konsumentem (zarówno listowa, telefoniczna, jak i bezpośrednia), jakie informacje powinny znaleźć się w wezwaniu do zapłaty, jak firmy windykacyjne winny chronić dane osobowe konsumentów. Oto kilka wskazówek przygotowanych w oparciu
o Zasady Dobrych Praktyk ZPF.

  • Przedsiębiorstwo windykacyjne powinno komunikować się z osobą zadłużoną w sposób zapewniający ochronę interesów kontrahenta, a równocześnie przestrzeganie prawa, dobrych obyczajów oraz poszanowanie słusznych praw dłużnika.
  • Korespondencja do osoby zadłużonej powinna być wysyłana na jego adres zamieszkania (lub inny, pod którym może być on osiągalny), w zamkniętej kopercie i bez żadnych adnotacji lub znaków wskazujących, że korespondencja dotyczy długu adresata.
  • Wezwanie do zapłaty z firmy windykacyjnej powinno dokładnie opisywać daną wierzytelność (tytuł, wierzyciel, wystawca faktury, należność główna, data wymagalności, naliczone odsetki, numer faktury, data wystawienia faktury, okres, za jaki faktura została wystawiona, jeśli windykowana jest wierzytelność o charakterze ciągłym).
  • Rozmowy telefoniczne z konsumentem mogą być prowadzone w czasie i miejscu, które według rozsądnej oceny nie będą uciążliwe dla osoby zadłużonej.
  • Windykator terenowy, podczas podejmowania czynności windykacyjnych oraz prowadzenia rozmów z osobą zadłużoną, jest zobowiązany przedstawić się, okazać identyfikator oraz upoważnienie do działania wydane przez przedsiębiorstwo windykacyjne z wyraźnym określeniem zakresu swojego umocowania.
  • Przedsiębiorstwo windykacyjne powinno również zapewnić zachowanie tajemnicy oraz pełną ochronę danych osobowych osoby zadłużonej.

Wniosek o zbadanie zgodności praktyki biznesowej firmy windykacyjnej z Zasadami Dobrych Praktyk

Przy ZPF działa Komisja Etyki, do której każdy konsument, klient firm członkowskich ZPF może zwrócić się ze skargą – wnioskiem o zbadanie zgodności praktyki biznesowej konkretnej firmy z Zasadami Dobrych Praktyk. Osoba, która czuje się pokrzywdzona, możne złożyć taki wniosek na każdym etapie, jeśli w tej sprawie postępowanie reklamacyjne jeszcze nie zostało wszczęte. Może być złożony także, kiedy postępowanie reklamacyjne już się zakończyło się, jeśli wnioskodawca – klient uzna, że otrzymał niesatysfakcjonującą odpowiedź od przedsiębiorcy, lub gdy przedsiębiorca nie odpowiedział na reklamację w ciągu 30 dni od jej otrzymania. Jeśli natomiast postępowanie reklamacyjne trwa, rekomendowane jest zaczekać ze złożeniem wniosku do jego zakończenia.

Jak stworzyć bezpieczne miasto?

Jak wskazują badania dotyczące smart city[1], bezpieczeństwo jest dla lokalnych społeczności kwestią kluczową. Według CBOS[2] aż 89 proc. z nas czuje się w Polsce bezpiecznie, m.in. za sprawą nieustannie ulepszanej technologii wizyjnej. Monitoring może jeszcze skuteczniej odpowiadać na potrzeby mieszkańców. Wystarczy, że poza statycznymi, dobrze znanymi urządzeniami montowanymi w przestrzeni publicznej, służby sięgną po dodatkowe wsparcie – kamery nasobne – z sukcesem wykorzystywane m.in. w Szczytnie.

Coraz większa część światowej populacji mieszka w miastach, a bezpieczeństwo jest jednym z priorytetów obywateli w odniesieniu do postrzegania atrakcyjności życia w danej aglomeracji. Dlatego środowisko miejskie jest naturalnym miejscem, w którym zyskiwać na znaczeniu będą technologie wychodzące naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców, takie jak np. kamery nasobne. Mają one bowiem wiele zalet: rejestrują materiał dowodowy, odstraszają przestępców, a także wspierają szkolenia funkcjonariuszy służb i pracowników ochrony.

Mniej incydentów i mniej skarg

Zmniejszenie przestępczości we wszystkich jej formach – od stosunkowo niewielkich, takich jak wandalizm, aż do poważniejszych, jak choćby kradzieże czy przemoc fizyczna – jest głównym celem władz każdego miasta. Już dzisiaj w wielu polskich aglomeracjach, monitoring wizyjny odgrywa kluczową rolę zarówno w powstrzymywaniu przestępczości, jak i pomaganiu w dochodzeniach. Reakcja obywateli na kamery instalowane w przestrzeni miejskiej jest pozytywna, a sama obecność rejestratorów wideo ogranicza liczbę wykroczeń. Podobnie jest z kamerami nasobnymi.

Podstawową zaletą tego rozwiązania jest możliwość uzyskania natychmiastowych dowodów dla dochodzenia po incydencie – nie tylko w celu wykorzystania ich przeciwko domniemanemu przestępcy, ale także po to, by wskazać, że funkcjonariusz organów ścigania, bądź prywatny pracownik ochrony zachował się właściwie, zgodnie z oficjalnymi wytycznymi i procedurami. Jak podkreśla Bogumił Szymanek z Axis Communications: „Dzieje się tak, ponieważ kamera nasobna może zarejestrować dokładny obraz widziany przez daną osobę, czym uzupełnia elementy nieobjęte tradycyjnym monitoringiem”.

Dodatkowo, obecność kamery nasobnej wpływa na zachowania – zarówno osoby noszącej urządzenie, jak i mieszkańców. Może to skutkować zmniejszoną liczbą incydentów, ale także skarg na funkcjonariuszy. Dobrym przykładem może być Szczytno – miasto, w którym udany projekt pilotażowy spowodował, że kamery nasobne na stałe zagościły na mundurach strażników miejskich.

„Materiał z kamer pozwala nam w łatwy sposób dokumentować pracę strażników. Zdarzały się sytuacje, w których mieszkańcy składali skargi na zasadność interwencji. Odkąd strażnicy miejscy noszą kamery nasobne, zauważyliśmy znaczne zmniejszenie ich liczby. Wpływa to bezpośrednio na jakość i efektywność pracy straży miejskiej. Czas, który dotychczas był spędzany na udowadnianiu zasadności interwencji, strażnicy przeznaczają teraz na działania w terenie. Cenne godziny, zamiast na sprawy administracyjne, wykorzystywane są na realną, skuteczną pomoc mieszkańcom” mówi Krzysztof Mańkowski, burmistrz Szczytna.

Dodatkowo, nagrania z kamer nadobnych mogą być niezwykle przydatne podczas szkolenia funkcjonariuszy i osób odpowiedzialnych za ochronę. Wykorzystanie rzeczywistych materiałów wideo z incydentami – obrazu i dźwięku/odgłosów – jak inni pracownicy radzili sobie z konkretną sytuacją – wnosi istotny element praktyczny do teorii nauczanych w trakcie przygotowania do zawodu.

Nie tylko służby

Jednak kamery nasobne to nie tylko odpowiedź na potrzeby mieszkańców związane z pracą miejskich służb. To także duże ułatwienie dla innych przedsiębiorstw funkcjonujących na terenie miasta, w tym m.in. transportu publicznego, szpitali czy szkół. W każdej z wymienionych instytucji, tego typu technologia może pomóc w ograniczeniu wszelkiego rodzaju sytuacji spornych, incydentów czy nadużyć i wpłynąć na ich pozytywny odbiór ze strony mieszkańców.

Sama obecność kamery nasobnej zazwyczaj przynosi efekt uspokojenia i minimalizuje prawdopodobieństwo eskalacji konfliktów. Osoba nosząca aparat ma także zwiększone poczucie bezpieczeństwa i czuje się pewniej wykonując swoje obowiązki. Także w przypadku zawodów innych niż policjanci czy strażnicy miejscy, choćby kierowców miejskich autobusów czy ratowników medycznych, materiały nagrane przez kamery mogą z powodzeniem zostać wykorzystane jako nagrania szkoleniowe.

„Łatwe w obsłudze kamery nasobne to przyszłość, która już się dzieje – szczególnie jeśli mówimy tu o przemianie miast w prawdziwe smart city. Więcej na ten temat opowiemy także podczas konferencji Axis Talk, która odbędzie się online już 25 czerwca – mówi Konrad Badowski z Axis Communications i dodaje: – Zapraszam w szczególności na panel o godzinie 11, podczas którego postaram się wskazać jak skutecznie budować systemy inteligentnego miasta, także w oparciu o rozwiązania nasobne.

[1] http://nis.com.pl/userfiles/editor/nauka/062017_n/Mikulik.pdf

[2] https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2019/K_072_19.PDF

Szybsze i wygodniejsze zakupy w serwisie Amazon dzięki tokenizacji kart Mastercard

Coraz więcej konsumentów kupuje online praktycznie wszystko, od artykułów spożywczych i jedzenia z dostawą, po artykuły gospodarstwa domowego, odzież czy rozrywkę. Dlatego też detaliści starają się ciągle usprawniać obsługę transakcji w internecie. W ramach takich działań Mastercard wdroży technologię tokenizacji dla kart płatniczych klientów Amazon w 12 krajach na terenie Ameryki Północnej i Łacińskiej, Bliskiego Wschodu i Europy. Dzięki zastąpieniu danych karty konsumenta tzw. tokenem, czyli zastępującym ją ciągiem cyfr, informacje o płatności są unikatowe dla danej transakcji i mogą być używane tylko przez uprawnionego do tego sprzedawcę. Amazon zacznie korzystać z tokenów Mastercard w płatnościach przed końcem 2020 r.

Rozwój e-commerce sprawia, że coraz więcej konsumentów zapisuje dane swoich kart płatniczych i zarządza nimi na różnych stronach internetowych. Amazon, tak jak wielu innych sprzedawców na całym świecie, będzie korzystał z technologii tokenizacji Mastercard, aby zadbać o bezproblemową aktualizację danych kart zapisywanych przez klientów. W przeciwieństwie do kart fizycznych, tokeny cyfrowe nie tracą ważności — gdy klient otrzymuje od banku nową kartę, dane uwierzytelniające tokenu są automatycznie aktualizowane. Eliminuje to kłopotliwe, ponowne wprowadzanie numerów kart i pozwala uniknąć niepotrzebnych utrudnień podczas dokonywania płatności.

Dzięki możliwości wyświetlania dobrze znanego posiadaczowi karty jej graficznego wizerunku, tokenizacja zapewnia doświadczenie użytkownika na najwyższym poziomie, wzbudzające jego zaufanie do płatności online. Mastercard udostępnia wizualizację karty charakterystyczną dla danego wydawcy, co pomaga użytkownikowi w sprawniejszym wyborze ulubionej formy płatności i zwiększeniu prawdopodobieństwa finalizacji zakupu. Jak wynika z badania zleconego przez Mastercard, 80% użytkowników kart prawdopodobnie dokona zakupu, gdy zobaczy grafikę swojej karty[1].

W 2020 r. wzrost popularności płatności cyfrowych wśród konsumentów przyspieszył, dlatego tak ważne jest, aby platformy e-commerce zapewniały łatwe i wygodne płatności. Podstawę takiej płynnej obsługi stanowi usługa Mastercard Digital Enablement Service (MDES), która eliminuje kłopotliwe zarządzanie danymi kart i ogranicza ryzyko porzucenia koszyków.

„Obserwowany przez nas zwrot konsumentów w kierunku cyfrowości w ostatnich miesiącach znacznie przyspieszył. Naszym zadaniem pozostaje budowa infrastruktury i przyjaznego ekosystemu dla zaawansowanych cyfrowo konsumentów oraz myślących przyszłościowo partnerów biznesowych, takich jak Amazon. Nasza współpraca z Amazon, podobnie jak z innymi detalistami, potwierdza zalety naszego sprawdzonego pakietu produktów cyfrowych. Nasze narzędzia usprawniają robienie zakupów i podnoszą wskaźniki pozytywnie zrealizowanych transakcji” — powiedział Jorn Lambert, wiceprezes ds. rozwiązań cyfrowych w Mastercard.

Usługa MDES działa dla kart Mastercard wydawanych przez ponad 2600 instytucji finansowych na całym świecie i jest dostępna u 1200 podmiotów z innych branż wnioskujących o otrzymanie tokenu. Popularność tokenizacji kart zapisanych przez sprzedawców detalicznych szybko rośnie, a Mastercard nieprzerwanie nawiązuje współpracę z kolejnymi, uznanymi, globalnymi markami — takimi jak Amazon — dzięki którym rozwiązanie jest dostępne na coraz większą skalę. Amazon wdroży tokeny Mastercard w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Brazylii, Francji, Niemczech, Włoszech, Meksyku, Holandii, Hiszpanii, Turcji i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

[1] Badanie zrealizowane przez firmę Kantar na zlecenie Mastercard, w okresie od 30 sierpnia do 20 września 2019 r., na próbie dorosłych respondentów ze Stanów Zjednoczonych, którzy regularnie robią zakupy przez Internet (co najmniej 3 razy w ciągu ostatnich sześciu miesięcy), posiadają kartę kredytową lub debetową Mastercard i przynajmniej czasem używają płatności bez rejestracji lub za pomocą zapisanej karty.

Mihiderka podsumowuje pierwszy miesiąc po ponownym otwarciu lokali

Właśnie minął miesiąc od momentu, gdy zostały zluzowane „pandemiczne” obostrzenia dotyczące gastronomii. To właściwy moment na pierwsze podsumowanie i wstępne szacunki dotyczące perspektyw działalności sieci Mihiderka.

Spośród 10 lokali tworzących obecnie naszą sieć, cztery znajdują się w lokalizacjach przyulicznych, a sześć w centrach/galeriach handlowych. Daje to dodatkową możliwość porównania względem samej lokalizacji danej restauracji.

Okres tzw. pandemii to czas, w którym wszystkie nasze plany bieżące i dotyczące rozwoju uległy brutalnej weryfikacji. Zamiast planowanych, nowych otwarć, których w roku 2020 mieliśmy mieć minimum cztery, mamy w zasadzie walkę o przetrwanie naszej sieci. Niestety, takie są realia i warto – moim zdaniem – podzielić się opisem tego, co wynika z tej sytuacji dla Mihiderki.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że nasz koncept należy do niszowych, a przez to prezentowane poniżej informacje mogę odstawać od średniej branżowej, jednak dobrze ilustrują one problem, w jakim znalazła się zarówno branża gastronomiczna, jak też wiele innych.

Najlepiej kwestię wpływu pandemii na naszą działalność ilustruje procentowe porównanie spadku sprzedaży sprzed tzw. „lockdownu” z tą osiągniętą za opisywany miesiąc. Zatem wzięliśmy pod uwagę (1) ostatnie 31 dni (okres 10.02.2020 poniedziałek do 11.03.2020 środa), w których jeszcze prowadziliśmy normalną działalność i zestawiliśmy je z analogicznym (wg dni tygodnia) okresem 31 dni (2), a więc licząc od poniedziałku 18.05 do środy 17.06. Dla poszczególnych lokalizacji spadki sprzedaży wyglądają następująco:

% spadku sprzedaży
Arkady Wrocławskie 83,26%
Galeria Katowicka 79,04%
Kraków, ul. Józefa 22 76,01%
Wrocław, pl. Dominikański 74,95%
Częstochowa, Galeria Jurajska 69,62%
Katowice, Galeria Libero 68,05%
Kraków, ul. Dietla 77 64,02%
Gemini Park Tychy 58,15%
Zabrze, CH M1 54,97%
Gliwice, ul. Kaczyniec 13 54,72%
W całej sieci 59,35%
w tym:
Przyuliczne 66,77%
Centra/Galerie Handlowe 69,14%

Tabela: Procentowy spadek sprzedaży po restarcie gastronomii.

Warto tu także dodać, że w osiąganej sprzedaży zawarta jest także tzw. sprzedaż w dostawie, a więc w tym kanale dystrybucji dla którego inwestowanie w wykończenie i wyposażenie lokalu jest kompletnie zbędne.

Przedstawione wartości ilustrują ogromne ubytki w sprzedaży. Zderzając to ze stosunkowo niską rentownością lokali gastronomicznych, która w zasadzie nie przekracza 10% możemy mówić o fatalnej sytuacji w jakiej znalazła się nasza sieć. Co gorsza, nic nie wskazuje na jakąś znaczącą poprawę w najbliższym czasie. Dopóki bowiem będą obowiązywały restrykcje i określone odległości pomiędzy zajętymi stolikami, dopóty szansa na istotny wzrost sprzedaży jest niewielka.

Na tym tle zupełnie niepasująca do tego obrazu jest szeroko nagłaśniana przez wynajmujących informacja jakoby ruch w centrach/galeriach handlowych był niewiele niższy od tego sprzed „lockdownu”. Rozumiemy oczywiście, że dla każdego rodzaju działalności te zależności są różne i inaczej wpływają na ostateczne wyniki sprzedaży, jednak – co do zasady – jest raczej gorzej niż lepiej.

Nie dziwi zatem coraz bardziej stanowcza postawa najemców, w tym oficjalnie zrzeszonych w grupie interesów (nasza firma nie należy w tym momencie do żadnej takiej organizacji), którzy domagają się wypracowania rozwiązań umożliwiających im przetrwanie. Zakładając nawet, że zapowiada „druga fala pandemii” nie nadejdzie, trudno spodziewać się, aby najemcy dysponowali rezerwami finansowymi pozwalającymi im na wielomiesięczne dopłacanie do ograniczonej działalności swoich biznesów. Inwestycje w wykończenie lokali zostały przecież poniesione – w naszym przypadku średni koszt uruchomienia lokalu to ok. 160.000 zł. netto – w kompletnie innych realiach gospodarczych. Wówczas wynajmujący w centrach/galeriach handlowych roztaczali przez nami wizje stale rosnącego ruchu (tzw. footfall), który niejednokrotnie był określany milionem odwiedzających miesięcznie. Teraz, gdy sytuacja jest diametralnie inna, to właśnie od wynajmujących zależy, jak dalej potoczą się losy takich sieci jak Mihiderka.

W kwestii „wsparcia” oferowanego przez Państwo, zawiodło ono na całej linii. Najpierw przez to, że mimo minimum trzech miesięcy, jakie miało do dyspozycji zanim pojawił się u nas pierwszy pacjent z koronawirusem, nie przygotowało prawidłowo całego kraju do „lockdownu”. Następnie, co już jest tylko skutkiem pierwotnych zaniedbań, po omacku i na łapu-capu wprowadzane były zmiany w przepisach i kolejne „tarcze”. Rozwiązania, które niczego tak naprawdę nam nie dają. Bo po cóż nam tzw. „tarcza 15ze”, jeśli oznacza ona de facto akceptację czynszów dokładnie w tej wysokości, jaka obowiązywała przed pandemią mimo drastycznie gorszych warunków do prowadzenia lokali? Co ma niby dać zniesienie ograniczenia 1 os./4m2 w lokalu, skoro i tak stoliki muszą być od siebie oddalone o min. 2m? Nie wspomnę tu o sporych kosztach, jakie musimy ponosić w celu wypełnienia narzuconych rygorów sanitarnych. Rygorów, których jak wszyscy wiedzą nie przestrzegał nawet sam Pan Premier. W działaniach rządu nie widzę żadnej sensownej myśli. Zresztą, gdyby rzeczywiście była chęć zrekompensowania nam poniesionych strat, to potrzebna do tego „tarcza” (refundacja utraconych przychodów, wcześniej zainwestowanych środków, należnych do zapłaty czynszów i innych tego typu opłat) byłaby już uchwalona. Do tego już zupełnym kuriozum jest uparte trwanie przy zakazie handlu w niedzielę. Jego zniesienie z pewnością pomogłoby w odbudowie naszych biznesów. Myślę, że podobnie rozumują wynajmujący i wielu innych przedsiębiorców.

Jako mała, rodzinna firma z kapitałem pochodzącym wyłącznie z własnych środków wypracowanych wcześniej innymi przedsięwzięciami, nie mamy możliwości po prostu dopłacać do funkcjonowania nierentownych lokali. Tym samym stajemy przed dość oczywistą alternatywą. Albo wynajmujący zgodzą się na czasowe dostosowanie wysokości opłat czynszowych do realiów wynikających z aktualnej sprzedaży, albo będziemy zmuszeni takie lokale po prostu zamknąć. Nasza marka zapewne z czasem dostosuje się do zmian na rynku – m.in. przez uruchomienie sprzedaży alternatywnymi kanałami, takimi jak dowóz gotowych dań do klienta (catering) – jednak dużo ostrożniej będziemy podchodzić do ewentualnych, kolejnych otwarć w przyszłości (po pandemii). Zakładam, że inni myślą podobnie, a zatem znalezienie nowych najemców może być dla wynajmujących znacznie trudniejsze niż dogadanie się z obecnymi.

Zresztą walka o przetrwanie to nie tylko próby urealnienia czynszów. To także konieczność optymalizacji w zakresie innych kosztów, szczególnie osobowych. Tu niezbędna jest elastyczność zarządców, którzy np. nie powinni upierać się przy otwieraniu lokali w tzw. godzinach otwarcia centrum/galerii i czasowo pozostawić nam swobodę w tym zakresie. I trzeba powiedzieć, że w większości przypadków zarządcy stanęli tu na wysokości zadania i jednak starają się wyjść naprzeciw naszym oczekiwaniom. Dzięki temu mamy nieco niższe koszty funkcjonowania, co zwiększa szanse na przyszłość.

Kolejnym, dobrym prognostykiem jest fakt, iż już w 7 przypadkach negocjacje są na dobrej drodze do – jak się wydaje – osiągnięcia sensownego kompromisu. Pozostałe 3 umowy jeszcze czekają w kolejce na rozwój wypadków i sądzę, że do końca czerwca sprawy się wyjaśnią do tego stopnia, że wreszcie będziemy wiedzieć na czym stoimy. Podkreślam, że nie jest naszą intencją wykorzystywanie obecnej sytuacji do kompleksowej renegocjacji umów najmu.

Trochę niepokojące wszakże są sytuacje, które pokazują, że niektórzy przedstawiciele zarządzających obiektami zatrzymali się mentalnie dobrze przed pandemią. Ostatnio na przykład zostaliśmy wezwani – pod rygorem dokonania tego na nasz koszt – o uzupełnienie jakiejś drobnej kwestii technicznej w jednym z lokali. Dodam, że kwestii nie mającej żadnego istotnego znaczenia dla wynajmującego (tym bardziej funkcjonowania obiektu), a nam przysparzającej dodatkowych kosztów eksploatacyjnych (większe zużycie prądu) oraz oczywiście zrealizowania tej poprawki. To – jak na razie – najbardziej absurdalne żądanie, jakie zostało do nas skierowane w tym trudnym czasie. Szkoda jednak, że musimy się zajmować realizacją tej „prośby” w chwili, gdy liczy się każda złotówka. No cóż, trudne czasy pokazują wielkość jednych, a obnażają małość innych. Oby tych drugich było jak najmniej, bo czeka nas jeszcze wiele pracy zanim wrócimy do czasów sprzed pandemii.

Marcin Krysiński – współwłaściciel sieci Mihiderka