Deja vu

Pozytywne nastroje znajdują świeże paliwo w najnowszych informacjach o postępach w leczeniu objawów koronawirusa. Skuteczna terapia i szansa na szczepionkę diametralne odmieniłyby perspektywy globalnej gospodarki i inwestorzy nie zamierzają czekać na finalne potwierdzenia testów klinicznych. Strach przed niezałapaniem się inwestorów na rajd pcha rynki wyżej.

Deja vu. Po dwóch tygodniach rynki zaliczają powtórkę karmienia optymizmu nowymi informacjami o postępach w leczeniu objawów koronawirusa. I tak samo, jak 17 kwietnia, głównym aktorem jest firma Gilead Sciences, która podała wczoraj, że eksperymentalny lek Remdesivir pomógł pacjentom z Covid-19 szybciej wrócić do zdrowia (tj. skrócił czas terapii z 15 do 11 dni). Optymizm wzmocnił czołowy ekspert od chorób zakaźnych rządu USA, Anthony Fauci, zdaniem którego wczesne wyniki badania leku Gilead dostarczyły „całkiem dobrych wiadomości”. Dla rynków jest tutaj prosta droga do szybszego poluzowania zakazów poruszania się i lockdownu, a zatem szybszego odbudowania aktywności gospodarczej. Nikt nie zwraca uwagi na to, że badania są wciąż na wczesnym etapie i że od testów leku do jego powszechnego zatwierdzenia minie dobre kilka miesięcy. Według doniesień Remdesivir obniżył wskaźnik śmiertelności wśród leczonych pacjentów z 11 proc. do 8 proc. W kontekście życia i śmierci to wciąż bardzo daleko od 0 proc., aby wróżyć całkowite pożegnanie się z pandemią. Jednak z perspektywy rynków liczy się tu i teraz i obawy inwestorów przed przegapieniem rajdu cen aktywów. Po dramatycznym załamaniu rynków w marcu alokacja pozostaje niska, a inwestorzy przyjęli defensywne nastawienie. Zatem paliwo do wzrostów jest i skoro wszyscy dookoła kupują… Prosta logika, ale pamiętać należy, że niestety obowiązuje też w drugą stronę.

Bez echa (czyt. zgodnie z oczekiwaniami) przeszło posiedzenie FOMC. Stopy procentowe zostały pozostawione bez zmian i cały wydźwięk rozbijał się o konferencję prasową prezesa Powella. Szef Fed podkreślił, że bank jest gotowy zrobić wszystko, co jest w jego mocy, by złagodzić recesję i wesprzeć późniejsze ożywienie. Zaznaczył, że Fed może zrobić więcej i ponad już wprowadzony szereg programów płynnościowych. Jednocześnie Powell stwierdził, że jest za wcześnie, by dyskutować o mechanizmie wygaszania programów czy jakimkolwiek forward guidance dla innych narzędzi polityki pieniężnej. Wydaje się rozsądne, że Fed nie chce rozmawiać i nie spieszy się do ograniczania ekspansji monetarnej. Rynki muszą mieć pewność, że Fed stoi na straży stabilności nie tylko krajowego rynku finansowego, ale też gwarantuje szeroki dostęp do USD, by uniknąć zatorów, jak te z połowy marca. Nie spodziewamy się, aby w najbliższym czasie Fed wyraźnie rozszerzył swój arsenał, choć skromne modyfikacje już uruchomionych programów (lub tylko zapowiedzianych) są możliwe. Stanowisko Fed wspiera aktywa ryzykowne, co będzie negatywne dla USD, gdyż czyni go zbędnym jako bezpieczna przystań.

Następny w kolejności jest EBC ze swoją decyzją dziś po południu. W marcu bank w kilku krokach rozszerzył skup aktywów o prawie 900 mld EUR i zapowiedział nową rundę TLTRO na korzystniejszych warunkach. Przy ograniczonym polu do dalszego luzowania i przy oczekiwaniu na ruch ze strony rządów na polu walki z kryzysem EBC może zdecydować się na przyjęcie postawy wyczekującej z gotowością reakcji, gdyby sytuacja na rynkach miałaby się istotnie pogorszyć (np. wzrost presji na wyprzedaż obligacji skarbowych). Brak pośpiechu banku centralnego do robienia czegokolwiek może być odebrany jako obawy przed całkowitym wyczerpaniem arsenału, co może być impulsem do umocnienia EUR.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kool2Play coraz bliżej debiutu na NewConnect

– Dokonaliśmy ważnego, formalnego kroku zbliżającego nas do debiutu. Ze względu na obecną sytuację ciężko stwierdzić, kiedy dostaniemy „zielone światło”, jednakże jesteśmy dobrej myśli. Chcielibyśmy znaleźć w gronie notowanych spółek w trzecim kwartale bieżącego roku – komentuje Marcin Marzęcki, prezes Kool2Play.

– Rozwój tej marki planujemy już teraz na kilka lat do przodu. Z tego powodu wystąpiliśmy o dotację GameInn w wysokości 1,95 mln na rozwój silnika odpowiedzialnego za maszynowe uczenie się taktyk przeciwników w grze. To będzie zupełnie nowe doznanie – przeciwnicy i ich zachowanie będą zmieniali taktykę i strategię, ucząć się jej w locie w oparciu o decyzje taktyczne gracza. Będą za to odpowiedzialne algorytmy machine learning. Efekty tych prac planujemy wprowadzić jako oddzielny tryb rozgrywki – mówi Marzęcki.

Spółka kontynuuje również starania o grant NCBIR w wysokości 1,9 mln zł. Dofinansowanie przeznaczone zostanie na projekt narzędzia służącego do automatyzacji marketingu gier, które pozwoliłoby na podkreślenie i usystematyzowanie doświadczenia zebranego na przestrzeni lat przez specjalistów z Kool Things.

Do końca maja poznamy decyzję w sprawie naszego wniosku. Projekt narzędzia służącego do automatyzacji marketingu gier jest dla nas przełomowy, dlatego nie spoczniemy, dopóki nie zapewnimy mu finansowania ze strony NCBR. Liczymy jednak, że uda się nam za pierwszym razem i będziemy mogli rozpocząć produkcję już 1. lipca. – kończy prezes.

Kool2Play w najbliższych tygodniach ogłosi również termin Walnego Zgromadzenia, którego celem będzie zatwierdzenie sprawozdania finansowego za 2019 oraz przedstawienie planów rozwojowych Grupy Kapitałowej Kool2Play.

Korzyści z dostępu do danych w placówkach służby zdrowia

W Polsce od kilku lat trwa proces systematycznej i dynamicznej digitalizacji oraz cyfryzacji różnego rodzaju usług, w tym także w branży medycznej. Dostęp do danych w placówkach zdrowia sprawia, że lekarze mogą bardziej obiektywnie ocenić zaburzenie pacjenta, a także zdecydować się na efektywniejszy proces leczenia.

Centralny system medyczny: wszystkie dane w jednym miejscu

Centralny system medyczny to bardzo nowoczesne i innowacyjne rozwiązanie, które można wdrażać w placówkach służby medycznej, dzięki nowym technologiom. Taka usługa sprawia, że możliwe jest zarządzanie bazą danych wszystkich pacjentów z różnych placówek. W ten sposób zarówno praca administracji, jak i lekarzy, jest uproszczona i bardziej efektywna. Centralny system medyczny poprawia więc komfort pracy lekarzy, a także ułatwia im wykonywanie codziennych obowiązków zawodowych. Zdecydowaną zaletą takiego rozwiązanie jest trzymanie wszystkich danych pacjentów w jednym miejscu, a dzięki temu z łatwością możliwe jest sprawdzenie historii choroby, statystyk oraz przebiegu dotychczasowego leczenia. Warto pamiętać o tym, że przechowywanie danych w formie papierowej już od dawna nie jest uznawane za efektywne, natomiast centralna baza danych w chmurze sprawia, że praca jest dużo prostsza. Taki system sprawia także, że łatwiej można rozliczać się z Narodowym Funduszem Zdrowia, a także szybciej kontaktować się z innymi placówkami oraz pacjentami. Więcej na temat różnych nowoczesnych usług można znaleźć na stronie: www.zebra.pl

Korzyści z digitalizacji i dostępu do e-danych

Postępująca cyfryzacja i rozwój sztucznej inteligencji niesie ze sobą różne korzyści. Dostęp do danych w placówkach służby medycznej jest ważny nie tylko dla samych lekarzy, ale także dla pacjentów. W ten sposób mogą oni mieć dostęp do historii leczenia, przyjmowanych leków w różnym czasie, a także do swoich wyników. Im więcej lekarzy korzysta z nowoczesnych rozwiązań i usług, tym większa liczba pracowników służby medycznej może porozumiewać się ze sobą i wymieniać ważnymi informacjami, dotyczącymi leczenia pacjentów. W tym kontekście bardzo duże znaczenie ma więc także komunikacja i współpraca personelu. Narzędzia e-zdrowia i e-danych są cały czas ulepszane, dlatego tak ważne jest podążanie za nowymi technologiami, rozumienie ich i rozwój placówek medycznych.

Większe wykorzystanie rozwiązań samoobsługowych oraz mobilnych terminali kasowych może ułatwić zachowanie dystansu społecznego

Mark Thomson, EMEA Director of Retail & Hospitality, Zebra Technologies: Duże sieci detaliczne jak min. Selfridges, sieć luksusowych domów towarowych w Wielkiej Brytanii, zamknęły swoje sklepy już na początku pandemii, a niedługo po tym pozostałe firmy na całym świecie zostały do tego zobowiązane przepisami. O ile taka sytuacja może okazać się jedynie tymczasowa, to bez wątpienia znacząco wpłynie ona na wyniki sprzedaży nawet detalistów modowych, którzy dysponują sprawnym systemem sprzedaży online.

Wzrost sprzedaży z pewnością odnotowują apteki i sklepy spożywcze. Zapotrzebowanie na terminy dostaw w internetowym supermarkecie Ocado w Wielkiej Brytanii o ponad 1000 procent przekracza możliwości sklepu. Firma musiała wyłączyć swoją aplikację mobilną oraz zamknąć stronę internetową, żeby dokonać niezbędnych zmian w systemie sprzedaży i zaoferować więcej terminów dostaw. Pozostali gracze brytyjskiego rynku spożywczego, jak Tesco czy Sainsbury’s, odnotowują tak wysoki popyt na artykuły pierwszej potrzeby oraz produkty o długim terminie przydatności, że wprowadziły ograniczenia ilości produktów na klienta do trzech lub dwóch sztuk, w przypadku bardziej popularnych artykułów. Podobnie wygląda sytuacja w całej Europie, za oceanem w USA oraz w wielu krajach na całym świecie.

Pracownicy z kas delegowani są do pracy w magazynach, gdzie należy uzupełniać towar na pustoszejących w szybkim tempie regałach. Kolejki klientów ustawiają się jeszcze przed otwarciem sklepów, a i te przy kasach znacznie się wydłużyły. Czasy są niepewne, a obsługa klientów utrudniona, jednak kupujący zachowują spokój i są wyrozumiali.

Wygląda na to, że coraz więcej klientów w celu uniknięcia stania w kolejkach, decydować się będzie na korzystanie z samoobsługowych skanerów sklepowych do samodzielnych zakupów. Mniej klientów przy kasach z kasjerami to korzyść zarówno dla kupujących jak i personelu sklepów.

Niektóre sieci już dziś aktywnie promują korzystanie z rozwiązań samoobsługowych. Znajdujący się bliżej wejść pracownicy zachęcają klientów do korzystania z tej formy skanowania produktów i pomagają im w obsłudze tych urządzeń, co ogranicza liczbę klientów przy kasach.

Sieciom, które już dziś korzystają z samoobsługowych skanerów, ze względów bezpieczeństwa zalecamy dokładne czyszczenie urządzeń po każdym użyciu oraz umieszczanie ich w stacji ładującej, żeby były gotowe do obsługi kolejnego klienta.

Obecna sytuacja to również dobry czas na wprowadzenie bardziej elastycznego modelu obsługi procesów kasowych z wykorzystaniem mobilnych terminali kasowych. Obserwujemy obecnie wzrost popularności płatności kartą oraz płatności zbliżeniowych, które ograniczają kontakt fizyczny z urządzeniami. Mobilny terminal kasowy idealnie pasuje do tych form płatności, a sama technologia jest już w użyciu.

Więcej informacji o rozwiązaniach już funkcjonujących w obsłudze klientów oraz możliwych usprawnieniach, umożliwiających konsumentom radzenie sobie z COVID-19 na całym świecie, można znaleźć na blogu firmy Zebra.

Tzw. Tarcza Antykryzysowa 4.0 z dobrymi propozycjami w zakresie prawa pracy

W najnowszej wersji projektu tzw. Tarczy Antykryzysowej 4.0 uwzględniono postulaty zgłaszane przez Pracodawców RP. Dotyczy to m.in. doprecyzowania warunków wykonywania pracy zdalnej, możliwości zawieszenia obowiązków związanych z zfśs oraz obowiązku wykorzystania przez pracownika zaległego urlopu.

„Cieszy fakt, że uwzględniono postulowane przez nas rozwiązania. Cieszy również to, że przywrócono do projektu propozycje, które z niego wcześniej ‘wypadły’. Dotyczy to w szczególności możliwości uzyskania dofinansowania do wynagrodzeń pracowników, którzy nie zostali objęci przestojem ekonomicznym ani obniżonym wymiarem czasu pracy. Teraz także na tych pracowników pracodawca będzie mógł uzyskać dopłaty z FGŚP w wysokości do 40% przeciętnego wynagrodzenia. Dobrze, że także dla tej grupy zaproponowano mechanizm wsparcia” – mówi Arkadiusz Pączka, zastępca dyrektora generalnego Pracodawców RP i dyrektor Centrum Monitoringu Legislacji tej organizacji. Jak dodaje, niektóre rozwiązania z zakresu prawa pracy można było wprowadzić już w ramach wcześniejszych „Tarcz”. Dobrze, że teraz jest szansa na ich uchwalenie, a jak zapewnia Ministerstwo Rozwoju zmiany te zaczną obowiązywać już od czerwca br.

W projekcie doprecyzowano też warunki wykonywania pracy zdalnej. Potwierdzono m.in. to, że odpowiedzialność w zakresie bhp i w razie wypadku przy pracy leży po stronie pracodawcy (w zakresie związanym z zapewnionymi przez pracodawcę środkami pracy lub materiałami do pracy). Zgodnie z proponowanymi przepisami, praca zdalna może być polecona, jeśli pracownik ma umiejętności i możliwości techniczne oraz lokalowe do jej wykonywania. Ponadto w projektowanej regulacji potwierdzono możliwość korzystania przez pracownika z własnego sprzętu pod warunkiem zapewnienia ochrony danych. Co ważne, usunięto przepis dotyczący możliwości wypłaty przez pracodawcę ekwiwalentu w wysokości 100 zł miesięcznie w razie korzystania przez pracownika ze środków niezapewnionych przez pracodawcę. „Projektowane przepisy wychodzą naprzeciw zgłaszanym dotychczas zastrzeżeniom, niemniej zawierają wiele niejasnych sformułowań, przez co nadal mogą wywoływać wątpliwości interpretacyjne” – komentuje Wioletta Żukowska-Czaplicka, ekspertka Pracodawców RP ds. regulacji.

Projekt zakłada wyodrębnienie pracodawców jako oddzielnej grupy podmiotów uprawnionych do skorzystania z przestoju ekonomicznego i obniżonego wymiaru czasu pracy (ale bez dofinansowania z FGŚP). Rozwiązania te będą miały charakter czasowy, a do ich wprowadzenia będzie konieczne zawarcie porozumienia ze związkami zawodowymi, a w razie ich braku – z przedstawicielem pracowników. Warunkiem jest spadek przychodów ze sprzedaży towarów lub usług w następstwie wystąpienia COVID-19, w związku z czym wystąpił „istotny wzrost obciążenia funduszu wynagrodzeń”. „Obawiamy się, że tak skonstruowane rozwiązanie jest zbyt skomplikowane. Być może udałoby się tę przesłankę określić w sposób bardziej czytelny i zrozumiały dla pracodawców. Obowiązek wyliczania ilorazu określonego w przepisach może stanowić istotną barierę. Pracodawcy będą musieli skorzystać z fachowego doradztwa, aby dowiedzieć się, czy mogą skorzystać z tych rozwiązań” – uważa ekspertka Pracodawców RP. „Może też okazać się, że te przepisy wprowadzą dodatkowy zamęt w już i tak skompilowanych regulacjach ‘Tarcz Antykryzysowych’. Ponadto już teraz pracodawcy – jako przedsiębiorcy – korzystają z tych rozwiązań w ramach dofinansowania z FGŚP” – dodaje.

Przepisy przewidują możliwość udzielenia pracownikowi zaległego urlopu w wymiarze do 30 dni w terminie  wskazanym przez pracodawcę. „To rozwiązanie zasadne w obecnej sytuacji, jednak postulujemy, aby pracodawca mógł skierować pracownika na cały przysługujący mu zaległy urlop, bowiem są też tacy pracownicy, którzy mają więcej niż 30 dni zaległego urlopu” – mówi ekspertka Pracodawców RP. Ponadto, zdaniem organizacji pracodawca powinien mieć możliwość wysłania pracownika na  bieżący urlop wypoczynkowy (jeden dzień urlopu na każde dwa dni przysługujące, czyli nawet na 13 dni), tak jak to przewidziano we wcześniejszej wersji projektu. Wykorzystanie przez pracownika urlopu jest dla niego i tak korzystniejsze niż skorzystanie przez pracodawcę z przestoju czy obniżonego wymiaru czasu pracy, co wiąże się z obniżką wynagrodzenia.

Projekt ustawy zakłada również m.in. ograniczenie wysokości odpraw, odszkodowań oraz świadczeń o podobnym charakterze przewidzianych do wypłaty na wypadek ustania stosunku pracy do kwoty nieprzekraczającej 10-krotności minimalnego wynagrodzenia. „Regulacja ta została ostatecznie przywrócona do projektu, dla pracodawców oznacza to ograniczenie dotychczasowych kosztów” – mówi Wioletta Żukowska-Czaplicka. Co istotne, przepis ten odnosi się również do umów cywilnoprawnych. Pracodawca będzie mógł skorzystać z tego rozwiązania w czasie stanu zagrożenia epidemicznego i stanu epidemii. Będzie jednak musiał wykazać spadek obrotów lub istotnego wzrostu obciążenia funduszu wynagrodzeń.

W przepisach „Tarczy 4.0” przewidziano też możliwość wypowiedzenia umowy o zakazie konkurencji (po ustaniu umowy) z zachowaniem terminu siedmiu dni. Takie uprawnienie przysługiwałoby jedynie w okresie stanu epidemii i zagrożenia epidemicznego, bez warunku spadku obrotów lub istotnego obciążenia funduszu wynagrodzeń.

W projekcie pozostawiono propozycję dotyczącą zniesienia obowiązku tworzenia zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, dokonywania odpisów na fundusz i wypłaty świadczeń urlopowych. „Proponowane rozwiązania są zasadne. Zawieszenie tych obowiązków i ograniczenie kosztów po stronie pracodawcy przyczyni się do poprawy kondycji finansowej firmy, co przełoży się na ochronę miejsc pracy” – podkreśla ekspertka Pracodawców RP. W takim przypadku konieczne będzie jednak zawarcie porozumienia ze związkami zawodowymi.

Ponadto, Pracodawcy RP postulują dodanie do projektu rozwiązania przewidzianego w jego poprzedniej wersji, dotyczącego możliwości obniżenia wymiaru czasu pracy o maksymalnie 10 proc. w drodze oświadczenia pracodawcy i jego notyfikacją w PIP. W aktualnej sytuacji dla pracodawców ważna jest możliwość szybkiego i samodzielnego wprowadzenia niedużego obniżenia wymiaru czasu pracy, a zawarcie porozumienia ze stroną związkową niestety nie zawsze jest możliwe.

Z projektu usunięto natomiast kontrowersyjne rozwiązania dotyczące przesłanek, jakie pracodawca powinien uwzględnić przy zwolnieniach pracowników (np. fakt posiadania przez pracownika innego źródła utrzymania czy posiadania prawa do emerytury) oraz możliwości rozwiązania umowy o pracę drogą elektroniczną z wykorzystaniem adresu poczty elektronicznej pracownika. „To były daleko idące i kontrowersyjne propozycje, które wywołały sprzeciw strony związkowej, dlatego też można było spodziewać się, że nie znajdą się one w ostatecznej wersji projektu” – komentuje ekspertka Pracodawców RP.

Handel w sieci ratuje sklepy. Wyzwaniem jest zatrudnienie dodatkowych osób do obsługi zamówień

Blisko połowa Polaków w związku z zagrożeniem koronawirusem zdecydowała się rzadziej robić zakupy w sklepach tradycyjnych, a niemal 40 proc. zamówiło je w internecie – wynika z raportu Izby Gospodarki Elektronicznej przeprowadzonego po pierwszych dwóch tygodniach pandemii. Zakupy online to dla wielu sklepów jedyny ratunek. Problemem pozostaje szybka realizacja zamowień. – Są problemy z dostępnością kurierów i pracowników magazynów – mówi Patrycja Sass-Staniszewska, prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.

 Dzisiaj kluczowe są bezpieczeństwo, ograniczenia wychodzenia z domu i brak kontaktu z innymi osobami – internetowe zakupy idealnie wpisują się w te wymagania. Naturalnie to duża szansa dla handlu elektronicznego ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Patrycja Sass-Staniszewska, prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.

Z badania „e-Commerce w czasie kryzysu 2020” przeprowadzonego przez agencję badawczą Mobile Institute na zlecenie IGE wynika, że 45 proc. Polaków w związku z zagrożeniem koronawirusem decyduje się rzadziej robić zakupy w sklepach tradycyjnych, aby zmniejszyć ryzyko zarażenia. Już od początku ogłoszenia stanu epidemii wielu konsumentów przeniosło się do sieci. Blisko 40 proc. w ten sposób zaopatrzyło się w zapasy żywności czy środków higienicznych i chemicznych.

– Na kanale online skupia się niemal połowa badanych w wieku 35–44 lata. Również mieszkańcy mniejszych miast wybrali internet w celu zaopatrzenia się w środki higieniczne lub detergenty. Wyniki raportu wskazują, że sytuacja wzmocni rozwój e-commerce w Polsce oraz wpłynie na zmianę nawyków zakupowych Polaków również po ustaniu pandemii – ocenia prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.

Konsumenci coraz częściej robią zakupy spożywcze bez wychodzenia z domu. W efekcie pojawiły się problemy z asortymentem – 59 proc. internautów oceniało dostępność produktów spożywczych w sklepach internetowych źle lub bardzo źle. Widać jednak, że sklepy robią, co mogą, by ułatwić życie klientom.

 Carrefour w ostatnim czasie wszedł z usługą click and collect oraz możliwością sprawdzenia, czy w sklepie jest tłum klientów. Biedronka wprowadziła zakupy przez internet w 10 miastach przez aplikację Glovo. Ten sektor wyjdzie z obecnej sytuacji wzmocniony i na pewno będzie nadal szybko rósł. Będzie nie tylko już obejmował region mazowiecki, ale także – co było ważne – wejdzie z działaniami online’owymi w całej Polsce – mówi Patrycja Sass-Staniszewska.

Problemem jest także szybkość realizacji zamówień. Wiele sklepów zastrzega, że termin przygotowania i dostawy produktów wydłużył się do kilku lub nawet kilkunastu dni.

– E-biznes ma podobne problemy jak inni przedsiębiorcy, choć oczywiście środek ciężkości jest w nieco innym miejscu. Jednak firmy z tej branży także musiały się najpierw dostosować do pracy zdalnej, zapewnić bezpieczeństwo pracowników, a w przypadku branży e-commerce też odpowiednio dostosować  promocje do bieżącej sytuacji. Niestety widzimy przede wszystkim problem z zatrudnieniem ludzi, zarówno jeśli chodzi o kurierów, jak i pracowników magazynów. Mamy nadzieję, że ta sytuacja się zmieni, ponieważ to powoduje spowolnienie rozwoju e-commerce – mówi prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.

Jak przekonuje, dla wielu przedsiębiorców wejście w handel internetowy w ostatnich tygodniach było jedynym sposobem na przetrwanie tego trudnego okresu.

– Podjęliśmy decyzję o wznowieniu akcji Go! e-Commerce, której celem jest wsparcie przedsiębiorców w transformacji cyfrowej. Prowadzimy ją w ponad 10 miastach Polski, gdzie uczymy przedsiębiorców, małych i średnich, nawet dużych, jak w ciągu pięciu dni zbudować sklep internetowy i jak działać, żeby przetrwać w czasie kryzysu. Wierzę, że zmierzamy do cyfrowego świata i e-commerce staje się wiodącym kanałem sprzedaży – podkreśla Patrycja Sass-Staniszewska.

Inwestorzy zwracają się w stronę obligacji oraz nieruchomości. To efekt niskich stóp procentowych i dużo wyższej inflacji

W czasach kryzysu konsumenci skłaniają się ku większym cięciom w wydatkach, jednak coraz szybsze tempo inflacji powoduje, że zaoszczędzone środki tracą na wartości. Przy niskich stopach procentowych niewielkie jest także oprocentowanie depozytów, zaś inwestowanie w akcje wielu uważa za zbyt ryzykowne. Dlatego coraz więcej osób inwestuje w obligacje skarbowe indeksowane o inflację, złoto lub nieruchomości. Warto jednak pamiętać, że są to inwestycje na cztery–pięć lat.

Po pięciu latach Rada Polityki Pieniężnej zmieniła w marcu stopy procentowe, obniżając referencyjną o 50 punktów bazowych, a następnie w kwietniu powtórzyła ten ruch. W efekcie stopa referencyjna wynosi dziś zaledwie 0,50 proc. i jest najniższa w historii. Nawet w gronie członków RPP odzywają się głosy, że był to ruch zbyt pochopny – taką opinię wyraził Kamil Zubelewicz. Z kolei Jerzy Kropiwnicki zasugerował zasadność podwyżek stóp w perspektywie kilku miesięcy. Jednocześnie inflacja w marcu sięgnęła 4,6 proc. rok do roku. Po raz ostatni (nie licząc lutego 2020 roku, gdy średni wzrost cen sięgnął 4,7 proc.) taki poziom widzieliśmy w grudniu 2011 roku. Tyle że wówczas referencyjna stopa wynosiła 4,50 proc.

Już teraz oprocentowanie przeciętnej lokaty spada w okolice 0,5 proc., a lada moment może się okazać, że będzie jeszcze niższe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Turek, główny analityk HRE Investment. – Inwestorzy mają teraz twardy orzech do zgryzienia, komu powierzyć swoje pieniądze, aby były w miarę bezpieczne, ale żeby też pozwalały uciec przed inflacją, która sukcesywnie obniża siłę nabywczą naszych oszczędności. I gdy spojrzymy na to, w co inwestują Polacy, to oprócz lokat przede wszystkim są to obligacje skarbowe, ale też złoto czy nieruchomości.

Z danych HRE Investment wynika, że popyt na obligacje skarbowe wzrósł kilkukrotnie w porównaniu do poprzedniego miesiąca. Największym zainteresowaniem cieszyły się obligacje czteroletnie, których sprzedaje się o 800 proc. więcej niż w poprzednich tygodniach.

Obligacje skarbowe są ciekawą alternatywą dla lokat bankowych, tylko musimy pamiętać o tym, że kupując je, raczej musimy zakładać dłuższy horyzont inwestycji, przynajmniej trzy–cztery lata. Czteroletnie obligacje skarbowe mają mechanizm indeksacji o inflację – podkreśla Bartosz Turek.

To oznacza, że w pierwszym roku mają one stałe, niższe od inflacji oprocentowanie, w kolejnych latach oferują jednak marże powyżej inflacji. Jednak od maja obydwa oprocentowania spadną – za pierwszy rok z 2,4 proc. do 1,3 proc., a następnie z 1,25 proc. do 0,75 proc. powyżej inflacji. To stąd tak duże zainteresowanie zakupem tzw. czterolatek w kwietniu i – jak ocenia ekspert – ryzyko, że ich zabraknie.

– Nieruchomości też są postrzegane jako szczególnie atrakcyjne rozwiązanie. W dłuższym terminie ich wartość rośnie szybciej niż ceny w sklepach, do tego jeżeli kupimy mieszkanie, to możemy je wynajmować i z tego czerpać zysk – przedstawia kolejną alternatywę inwestycyjną główny analityk HRE Investment. – Tylko musimy brać pod uwagę, że to jest inwestycja długoterminowa, przynajmniej na pięć lat. Jeżeli chcemy kupić nieruchomość tylko na rok, to w ogóle nie ma sensu z bardzo prostej przyczyny: koszty transakcyjne przy zakupie mieszkania są tak duże, że musimy wynajmować taki lokal rok albo dwa lata, żeby się zwróciły.

Z danych NBP wynika, że na koniec marca Polacy trzymali 635 mld zł na depozytach bieżących. To o 18 mld zł więcej niż na koniec lutego. Zasoby gotówki wzrosły z 226 mld zł do 253 mld zł. Zainteresowaniu inwestowaniem sprzyja fakt, że w związku z zamrożeniem gospodarki spadły możliwości konsumpcji.

Polacy będą mniej wydawać np. na usługi typu fryzjer, kosmetyczka, bo te zakłady są nieczynne. Mamy też pierwsze informacje, że znacznie mniej pieniędzy wydają na zakup ubrań, bo wiele sklepów jest zamkniętych – mówi główny analityk Bartosz Turek.

Z badania zleconego przez Krajowy Rejestr Długów wynika, że 62 proc. Polaków dysponuje oszczędnościami na czarną godzinę. Więcej zaoszczędzili mężczyźni, osoby młodsze i z wyższym wykształceniem oraz pracujące w większych firmach. Jednak to mieszkańcy wsi najczęściej deklarują, że mają zapasy pozwalające im przetrwać do pół roku oraz rok i dłużej. Osoby z miast o liczbie mieszkańców od 20 do 100 tys. oraz największych metropolii (powyżej 500 tys. mieszkańców) częściej deklarują, że wystarczy im środków na utrzymanie się przez okres do trzech miesięcy.

– Zawsze tego typu kryzysy, zawirowania, okresy niepewności to moment, w którym przypominamy sobie o tym, że trzeba oszczędzać pieniądze. Ale na całe szczęście przez ostatnie lata Polacy odrobili tę lekcję i w badaniu z 2019 roku ponad połowa deklarowała, że ma jakieś oszczędności i że oszczędza pieniądze – mówi Bartosz Turek. – Nasze przygotowanie na niepewne czasy jest teraz bez porównania lepsze niż w roku 2008, czyli przed ostatnim kryzysem.

Rolnicy walczą ze skutkami pandemii. Problemem ograniczenia w eksporcie i spadek cen w skupach

Spowodowane pandemią ograniczenia w przepływie towarów i zmniejszona konsumpcja wpływają na działalność rolników, którzy mimo niedogodności starają się utrzymać ciągłość produkcji. Część branż, np. mleczarska i drobiarska, odczuły już problemy w eksporcie. Do tego dochodzi jeszcze problem braku rąk do pracy, m.in. ze względu na zamknięte granice. Rolnicy mogą liczyć na wiele rozwiązań z zaproponowanych przez rząd tarcz antykryzysowych oraz w ramach wsparcia unijnego. – Dopiero kolejne miesiące pokażą, czy te instrumenty dobrze nas zabezpieczą – mówi Wiktor Szmulewicz z Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Koronawirus ma wpływ na rolnictwo, bo łamią się łańcuchy dostaw. Jest też presja cenowa. Z jednej strony ceny artykułów w sklepach rosną – pewnie niektórzy chcą wykorzystać tę sytuację – a z drugiej strony dla nas, producentów żywności, ceny surowców cały czas systematycznie idą w dół, co jest tłumaczone zakłóceniami na rynkach światowych – mówi agencji Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

W ubiegłym tygodniu Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi informowało o niepokojących ruchach na rynku mleka: jego ceny skupu spadają, mimo że w sklepach tego nie widać. Wynika to m.in. z faktu, że niektóre z zakładów tej branży sprowadzają surowiec z zagranicy, zamiast kupować go od polskich rolników.

Polskie rolnictwo jest rolnictwem towarowym, czyli eksportujemy około 30 proc. naszej produkcji. I właśnie te rynki, na których mieliśmy duży udział eksportu, teraz się załamały, co powoduje komplikacje. One powoli zaczynają się już udrażniać, bo mimo wszystko zapotrzebowanie na żywność na świecie wciąż jest. Zastój był chwilowy i teraz sytuacja powinna powoli wracać do normy – podkreśla Wiktor Szmulewicz.

Utrata rynków eksportowych najmocniej dotknęła polską branżę mleczarską i drobiarską, która jest największym w Unii Europejskiej producentem mięsa drobiowego i czwartym największym na świecie eksporterem. Głównymi odbiorcami naszego drobiu są Niemcy, Czechy, Wielka Brytania i Francja, jednak coraz więcej eksportu trafia też na rynki państw trzecich, takich jak Chiny, kraje Bliskiego Wschodu i kraje ASEAN (państwa Azji). Dla producentów drobiu pozytywną informacją jest wznowienie eksportu mięsa na rynek singapurski, o czym Ministerstwo Rolnictwa poinformowało w końcówce ubiegłego tygodnia.

Rolnicy mogą liczyć na wsparcie w ramach rządowych programów.

– Do tej pory w kolejnych wersjach tarczy antykryzysowej rolnicy byli najczęściej traktowani jako małe przedsiębiorstwa. Najważniejsze jest, żeby pomóc im w kłopotach rynkowych, w zachowaniu płynności finansowej. Umorzenie częściowej składki KRUS też jest pewnym plusem, podobnie jak objęcie pomocą socjalną opiekunów dzieci do lat ośmiu na takich samych zasadach jak w mieście. Ale dopiero za jakiś czas będziemy wiedzieć, jak kształtuje się sytuacja w rolnictwie, bo dziś dodatkowo komplikuje ją m.in. sprawa suszy. Dopiero najbliższy czas pokaże, czy wszystkie te instrumenty dobrze nas zabezpieczą – twierdzi prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Rolnikom przez trzy miesiące przysługuje zwolnienie z obowiązku opłacania składek emerytalno-rentowych dla osób objętych ubezpieczeniem w KRUS (za II kwartał br.). Rolnicy zatrudniający w swoim gospodarstwie pracowników są też zwolnieni z obowiązku opłacania za nich składek na ZUS do 30 czerwca br. Osobom sprawującym opiekę nad dziećmi do lat ośmiu przysługuje zasiłek opiekuńczy, a jeśli ze względu na obowiązkową kwarantannę lub pobyt w szpitalu rolnik nie może wykonywać swojej pracy, wówczas przysługuje mu zasiłek w wysokości 50 proc. minimalnego wynagrodzenia (1,3 tys. zł brutto). Przesunięte zostały terminy wpłacania zaliczek na CIT, rolnicy mogą też odliczyć straty spowodowane przez pandemię koronawirusa w podatku PIT oraz ubiegać się o zwolnienie lub odroczenie w zakresie podatku od nieruchomości.

W ramach rządowej tarczy antykryzysowej dla polskich rolników ważne są też te działania, które dotyczą rynku pracy i pracowników sezonowych. Specustawa zakłada, że cudzoziemcy pracujący w rolnictwie mogą pozostać w Polsce do czasu zakończenia pandemii SARS-CoV-2 i dodatkowy miesiąc po jej ustaniu. Z kolei osoby przyjeżdżające z zagranicy mogą podejmować pracę w gospodarstwie po odbyciu 14-dniowej kwarantanny. Uzupełnieniem tarczy  dla rolników mają być inne formy pomocy finansowej, w tym m.in. uruchomienie środków na zaległą pomoc suszową w wysokości 280 mln zł. W tym tygodniu minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski zapewnił, że przyspieszone zostały wszystkie możliwe wypłaty dla rolników, a 91 tys. ma otrzymać pieniądze zaległe z pomocy suszowej jeszcze w tym tygodniu.

– Unia Europejska również stara się pomóc w tej trudnej sytuacji i wszelkie środki niewykorzystane w perspektywie finansowej 2014–2021 rząd może przesunąć na walkę z koronawirusem. I takie posunięcia rządu już są: uruchamiane są preferencyjne kredyty dla osób, które mają kłopoty związane ze spłatą inwestycji – mówi Wiktor Szmulewicz. – Chcielibyśmy i wnioskujemy też o to, żeby zwiększyć interwencje na rynku, Unia już częściowo wchodzi w tzw. dopłaty do przechowalnictwa prywatnego, mleka w proszku czy wołowiny. Walczymy także o wykup interwencyjny na rynku i zmianę cen, ponieważ dzisiaj ceny wykupu są już mocno nieaktualne w porównaniu do rynku światowego, więc tu można by zrobić korektę.

Jak podkreśla, w obecnej sytuacji bardzo istotne są solidarność i niezakłócony przepływ artykułów i ludzi w ramach UE, ponieważ dla polskich rolników głównymi odbiorcami są właśnie kraje unijne, w tym głównie Niemcy.

Zainteresowanie treningami online i zakupem sprzętu fitness na potrzeby domowe rośnie. Zjawisko może być jednak krótkotrwałe

Okres izolacji społecznej sprzyja aktywności fizycznej w domu, co powoduje większe zainteresowanie treningami online oraz zakupem sprzętu fitness na potrzeby domowe. Przedstawiciele branży przewidują jednak, że będzie to chwilowy wzrost, który raczej nie poprawi znacząco sytuacji finansowej działających w niej firm i trenerów, którzy w normalnych warunkach osiągają o wiele wyższe przychody. Właściciele klubów fitness i siłowni upatrują swoich szans w specyfice tegorocznego sezonu turystycznego – liczą na to, że po powrocie do normalności ograniczone możliwości wyjazdów wakacyjnych przełożą się na większe zainteresowanie ich ofertą.

Zapotrzebowanie na treningi online i sprzęt fitness w wersji domowej lub semikomercyjnej urosło z dnia na dzień. Jednak gwałtowny wzrost nastąpił dopiero teraz, kiedy okazało się, że okres ograniczeń związany z pandemią koronawirusa szybko się nie skończy. Izolacja w domu potrafi być naprawdę męcząca – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Napiórkowski, założyciel Polskiej Federacji Fitness.

Wiele zajęć online odbywa się w bardzo podobnej formie – instruktorzy prowadzą livestreaming albo udostępniają w swoich mediach społecznościowych gotowe nagrania jako instruktaż do ćwiczeń.

Na popularności zyskuje także inny format – treningi personalne na żywo – zauważa Tomasz Napiórkowski. – Umożliwiają one pracę jeden na jeden, nie na otwartym kanale, ale indywidualny trening przed monitorem z kamerkami. Trener może pokazać ćwiczenie, a podczas jego wykonywania korygować pracę ćwiczącego. Wzrost zainteresowania treningiem live jest podyktowany obecną sytuacją, w której potrzebujemy aspektu społecznego i kontaktu z drugą osobą, jeśli nie bezpośredniego, to przynajmniej online.

Jak przyznaje, zarówno trenerzy, jak i dystrybutorzy sprzętu fitness cieszą się, że przynajmniej w ograniczonym zakresie mogą prowadzić swoją działalność, ale nie zapewnia im ona przychodów, które mogliby osiągnąć w normalnych warunkach.

Przewidujemy, że jest to tymczasowe zjawisko, choć niektóre głosy z rynku mówią, że ćwiczenie w domu będzie przez niektórych kontynuowane, chociażby ze względów bezpieczeństwa – dodaje Tomasz Napiórkowski.

Wiele zależy od tego, jak długo kluby i siłownie będą zamknięte, a także od restrykcji, które zostaną nałożone na tego typu miejsca.

– Jako branża wychodzimy z założenia, że aktywność domowa  jest tymczasowym rozwiązaniem. Idea działania klubów i siłowni opiera się na kontaktach z ludźmi, atmosferze oraz relacjach między klientem a pracownikami i instruktorami. Na dłuższą metę nie da się ich utrzymać online. Myślę, że każdemu z nas już brakuje tego elementu społecznego, kontaktu z drugim człowiekiem, a co dopiero będzie za kolejne cztery–sześć tygodni – podkreśla założyciel PFF.

Dostrzega on jeszcze inny aspekt, który może kreować popyt na usługi siłowni i klubów fitness po zniesieniu restrykcji, a mianowicie specyfikę zbliżającego się sezonu wakacyjnego. Wiele osób pewnie zrezygnuje z wakacyjnego wyjazdu lub przełoży go na późniejszy termin ze względu na trudności finansowe lub obawy o bezpieczeństwo w czasie podróży.

 Liczymy na to, że nasza branża będzie mogła dostarczyć rozrywki, a siłownie i kluby staną się sposobem na oderwanie od rutyny dnia codziennego i miejscem, gdzie będzie można naładować baterie i spożytkować swoją energię po okresie kwarantanny – mówi Tomasz Napiórkowski.

Polskie start-upy i instytucje szukają innowacji do walki z koronawirusem. Mogą pozyskać miliony złotych

Branża start-upowa oraz organizacje publiczne jednoczą się w walce z pandemią koronawirusa. Powstaje szereg akceleratorów technologicznych, które mają przyspieszyć i ułatwić wdrożenie nowych, innowacyjnych rozwiązań dla przedstawicieli branży medycznej. Powstają systemy automatyzujące pracę lekarzy, środki ochrony osobistej tworzone przy wykorzystaniu drukarek 3D oraz prototypowe systemy wentylacji dla osób zarażonych. Jedną z takich inicjatyw jest konkurs Covid Challenge.

– Celem Covid Challenge jest wygenerowanie innowacji, które mogą pomóc służbie zdrowia w walce z pandemią. Chodzi przede wszystkim o sprzęt ochronny dla ratowników medycznych, elementy prostego usprawnienia wyposażenia karetek, sposoby oczyszczania i dekontaminacji pewnych rzeczy, ale także poszukiwanie wyzwań przy rozwiązaniach typu respirator czy system monitoringu pacjenta. Poszukujemy zarówno rozwiązań, które na zasadzie zrób to sam pozwalają w łatwy sposób poprawić bezpieczeństwo i sprawność działania, jak i takich, które mogą wymagać kilku miesięcy rozwoju, ale zaoferują  coś nowego – mówi agencji Newseria Innowacje Jakub Ryzenko, kierownik Centrum Informacji Kryzysowej z Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk.

Od momentu ogłoszenia konkursu Covid Challenge udało się wstępnie ocenić 30 zgłoszeń, spośród których kilkanaście pomyślnie przeszło proces weryfikacji. Kolejne wnioski będą rozpatrywane partiami w dwutygodniowych odstępach. Zaaprobowane projekty otrzymają wsparcie merytoryczne, które pozwoli wdrożyć je w życie.

Uczestnicy konkursu zmierzą się z 28 wyzwaniami. Każde z nich zawiera krótki opis problemu oraz przykładowe metody jego rozwiązania. Do aplikacji konkursowej mogą dołączyć film z serwisu YouTube, a także szkic bądź schemat szczegółowo objaśniający działanie danego projektu.

– Część z nich to pomysły, które będą wymagały pewnego czasu na rozwinięcie. Część to tematy, które wymagają badań, np. tematyka ozonowania dla oczyszczania sprzętu ochronnego czy utylizacji odpadów medycznych. Tym, którzy mają pomysły i rozwiązania wymagające dłuższego rozwoju, będziemy chcieli umożliwić kontakt z potencjalnymi inwestorami – mówi ekspert.

Własny program grantowy uruchomiło także Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Instytucja planuje wyłonić w ramach Szybkiej Ścieżki „Koronawirusy” innowacyjne projekty związane z diagnostyką, profilaktyką oraz leczeniem COVID-19. Na ten cel przeznaczono 200 mln zł z funduszy europejskich, o które można starać się od 6 maja 2020 r.

Z kolei przedstawiciele Agencji Badań Medycznych powołali do życia program błyskawicznego wsparcia dla technologii medycznych przeciwdziałających rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Agencja zobowiązała się do przeprowadzenia wstępnej oceny zgłaszanych projektów w ciągu 72 godzin, a naukowcy oraz inżynierowie zainteresowani współpracą mogą liczyć na wsparcie rzędu 5 mln zł.

– Covid Challenge jest konkursem wielopłaszczyznowym. Zgłaszane są działania, które mogą przynieść efekty tu i teraz. Mamy pomysły, które potrzebują wsparcia, mamy tematy badawcze, wokół których mogą się zgromadzić grupy osób mogących je rozwinąć. Niektóre efekty już zaczynamy widzieć, prawie że z dnia na dzień, a niektóre będą wymagały kilku miesięcy – wyjaśnia Jakub Ryzenko.

Do walki z koronawirusem włączyła się także branża start-upowa. Organizatorzy Techstars Startup Weekend zorganizowali wydarzenie Global Startup Weekend Poland Covid-19, w ramach którego start-upy mogły pozyskać wsparcie związane z procesem wdrożenia na rynek technologii ułatwiających pracę i funkcjonowanie w dobie pandemii.

W ramach Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, we współpracy z firmą Ericsson Polska, uruchomiono akcelerator Star Spark 2.0 dla technologii związanych ze zwalczaniem skutków COVID-19. Start-upy zainteresowane udziałem w tym akceleratorze mogą liczyć na wsparcie mentorskie, finansowe oraz pomoc w dotarciu do klientów.

Już teraz można zaobserwować pierwsze efekty ścisłej współpracy start-upów z branżą medyczną. Zespół BrainScan.ai opracował sztuczną inteligencję wyspecjalizowaną w analizie obrazów tomografii komputerowej na potrzeby diagnozowania COVID-19. Firma Mudita nawiązała z kolei współpracę z Fundacją Badań i Rozwoju Nauki, w ramach której zaprojektowano wentylator dla pacjentów zarażonych wirusem. Urządzenie ma umożliwić dostarczenie choremu tlenu w sytuacji kryzysowej, kiedy placówka medyczna nie dysponuje wolnym respiratorem.

– Zachęcamy młodych naukowców mających świeże pomysły, jak i innowacyjne firmy rozwijające na co dzień bardzo różne rozwiązania, aby proponowały koncepcje, które mogłyby zostać wykonane szybko i skutecznie – mówi Jakub Ryzenko.

Akcja Covid Challenge jest współorganizowana przez Centrum Informacji Kryzysowej oraz organizatora konkursów łazików marsjańskich, firmę Planet Partners, przy szerokim wsparciu partnerów merytorycznych. Do projektu przyłączyli się m.in. eksperci z Katedry Medycyny Katastrof Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz zespół medyczny z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Prezydium RDS o zmianach w prawie pracy z projektu Tarczy antykryzysowej 4.0

Ostatnie dwa posiedzenia prezydium RDS, które odbyły się 28 i 29 kwietnia br., poświęcono konsultacji projektu tzw. Tarczy antykryzysowej 4.0., zawierającej rozwiązana w zakresie prawa pracy. Partnerzy społeczni przedstawili swoje uwagi do przekazanej przez Ministerstwo Rozwoju wersji projektu. Jednocześnie wyrazili swoje zaniepokojenie szybkością i dwutorowością prowadzonych prac legislacyjnych.

Aktualnie w Sejmie procedowany jest projekt  ustawy o zmianie niektórych ustaw w zakresie działań osłonowych w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2 (druk nr 344), który w ogóle nie był konsultowany z RDS. Natomiast do Rady został skierowany projekt ustawy o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o zmianie niektórych innych ustaw (czyli projekt Tarczy antykryzysowej 4.0.). Mnogość przepisów nie służy legislacji, co sama przyznała Pani Wicepremier, Minister Rozwoju Jadwiga Emilewicz. Tymczasem pojawiają się kolejne projekty nowelizacji obowiązujących przepisów i kolejne wersje Tarczy antykryzysowej. Jednak jak zapewniła Pani Premier aktualnie nie są prowadzone prace legislacyjne nad kolejnymi Tarczami antykryzysowymi. Ponadto zgodnie z zapewnieniem tzw. Tarcza finansowa ruszy po majówce i wówczas przedsiębiorcy będą mogli korzystać z rozwiązań w niej przewidzianych. Zgodnie z ustaleniami organizacje partnerów społecznych dokonają przeglądu tego jak w praktyce funkcjonują obowiązujące przepisy z Tarcz antykryzysowych i przekażą swoje uwagi stronie rządowej.

W odniesieniu do projektowanych zmian w prawie pracy zawartych w tzw. Tarczy antykryzysowej 4.0., ostatecznie usunięto propozycje wywołujące najwięcej kontrowersji. Dotyczy to przede wszystkim tzw. zwalniania mailem, zawieszenia postanowień układów zbiorowych oraz możliwości obniżenia o 10% wymiaru czasu pracy w drodze oświadczenia pracodawcy. Ponadto zastrzeżenia strony związkowej wywołują przepisy dotyczące wprowadzenia ograniczenia w wysokości odpraw do maksymalnie 10-krotnościi minimalnego wynagrodzenia, a także zaproponowane rozwiązania odnoszące się do pracowników instytucji finansów publicznych czy niektóre regulacje w zakresie zakładowego funduszu świadczeń socjalnych. Centrale związkowe zwróciły również uwagę na brak rozwiązań dotyczących osób bezrobotnych, zwłaszcza obecnej wysokości zasiłku oraz niewystarczające wsparcie dla  pracujących na umowach cywilnoprawnych. Natomiast strona pracodawców pozytywnie oceniła projektowane w Tarczy 4.0. rozwiązania w zakresie prawa pracy. Wątpliwości wywołały jednak zapisy dotyczące przesłanki „istotnego wzrostu obciążenia funduszu wynagrodzeń”, które zostały uznane za zbyt skomplikowane. Organizacje pracodawców zaproponowały także zwiększenie 30-dniowej puli urlopu zaległego, którą pracownik musiałby wykorzystać oraz przywrócenie wcześniejszej propozycji dotyczącej wykorzystania połowy urlopu bieżącego. Pracodawcy wnioskowali o przyjęcie rozwiązań wprowadzających elastyczność w stosowaniu instrumentów ochrony miejsc pracy z FGŚP, zgłaszane przez firmy. W odniesieniu do pozostałych przepisów, za słuszny uznano kierunek zaproponowanych zmian w zamówieniach publicznych oraz w zakresie wsparcia dedykowanego samorządom.

Ustalono też, że w ramach RDS zostaną zainicjowane prace nad przygotowaniem kolejnych propozycji zmian w prawie pracy, w tym dotyczących np. elastycznego czasu pracy. Zagadnienia te zostaną wypracowane przez ekspertów organizacji i przedyskutowane w dialogu autonomicznym. Celem tego rodzaju rozwiązań ma być zwiększenie konkurencyjności polskiej gospodarki w czasie kryzysu.

Ponadto do Ministerstwa Rozwoju zostały przekazane propozycje organizacji partnerów społecznych dotyczące tzw. odmrażania gospodarki. Strona społeczna liczy, na to że zostaną one uwzględnione w aktualnych pracach prowadzonych przez rząd. Dyskusja w tym zakresie będzie w najbliższym czasie kontynuowana w ramach RDS.

Warszawskie szpitale po raz pierwszy w Polsce użyły drona w transporcie medycznym

W środę (29.04) w Warszawie miał miejsce pierwszy w Polsce lot drona z modułem transportowym, w którym przewieziono próbki do badań na obecność wirusa SARS-CoV-2. To duży krok w kierunku praktycznego wykorzystania dronów do pomocy w walce z koronawirusem. Użycie dronów do transportu medycznego w czasie pandemii może przyspieszyć transport próbek do badań na obecność wirusa. Pokazuje to rozwój polskiej branży dronowej, która jest już gotowa do realizacji nowatorskiej usługi transportu dronami w miastach oraz pomiędzy miastami.lot-drona1 lot-drona2

Lot został zrealizowany pomiędzy szpitalem MSWiA przy ul. Wołoskiej, a Centralnym Szpitalem Klinicznym UCK WUM przy ul. Banacha.

– Polska jest liderem technologii dronowych, dlatego cieszy wykorzystanie tych  najnowszych technologii do wsparcia pracy służb i instytucji w walce z koronawirusem. Obecna sytuacja pokazuje, jak perspektywiczne jest lotnictwo bezzałogowe – mówi minister infrastruktury Andrzej Adamczyk.

Przedsięwzięcie oraz przygotowania były nadzorowane przez Urząd Lotnictwa Cywilnego. W celu zapewnienia maksymalnego poziomu bezpieczeństwa lot w Warszawie był poprzedzony lotami testowymi m.in. na poligonie Centralno-Europejskiego Demonstratora Dronów (CEDD) na terenie Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Wykonanie tego rodzaju lotu dronem w środowisku miejskim wymagało przygotowania trasy lotu i analizy terenu otoczenia – zadanie to było realizowane przez specjalistów z Urzędu Lotnictwa Cywilnego i Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.

Polska jako jeden z pierwszych krajów na świecie uregulowała rynek bezzałogowych statków powietrznych. Jesteśmy przygotowani technologicznie i legislacyjnie do bezpiecznych i zaawansowanych operacji lotniczych. Dzięki temu możemy zaprząc drony do walki z epidemią koronawirusa – mówi Piotr Samson Prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Program CEDD, który powstał dwa lata temu na obszarze testowym zorganizowanym przez Górnośląsko-Zagłębiowską Metropolię, jest realnym wsparciem i katalizatorem zaawansowanych projektów dronowych i polskich technologii transportu autonomicznego.

– Dzięki CEDD możemy bezpiecznie testować nowe systemy bezzałogowe. Zastosowanie dronów w transporcie medycznym otwiera również nowe możliwości dla tego sektora w transporcie w ogóle – mówi Małgorzata Darowska, pełnomocnik Ministra Infrastruktury ds. Bezzałogowych Statków Powietrznych i programu Centralnoeuropejski Demonstrator Dronów.

Lot drona transportowego w Warszawie z zachowaniem najwyższego poziomu bezpieczeństwa możliwy był dzięki wykorzystaniu technicznych rozwiązań Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej – odbiorników ADSB zintegrowanych z systemem do koordynacji lotów bezzałogowych statków powietrznych (BSP) PansaUTM. System PansaUTM zapewnia koordynację lotów BSP w polskiej przestrzeni powietrznej oraz zarządzanie wnioskami i zgodami na realizację lotów bezzałogowych statków powietrznych. Opiera się na autorskich rozwiązaniach operacyjnych Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej oraz rozwiązaniach programistycznych dostarczanych przez partnera technologicznego HAWK-E, co ważne jest zintegrowany z najbardziej popularną wśród operatorów dronów w Polsce aplikacją Droneradar. Jest pierwszym tego rodzaju systemem uruchomionym operacyjnie w Europie.

Jako pierwszy kraj w Europie posiadamy operacyjną infrastrukturę wspierającą zarządzanie ruchem bezzałogowych statków powietrznych – system PANSA UTM. Pozwala to na uruchomienie usług z wykorzystaniem dronów, w tym związanych ze zwalczaniem skutków COVID-19, na terenie Polski. Dzisiejszy lot transportowy potwierdził funkcjonalność systemu PansaUTM, który umożliwia zarządzanie lotami dronów w polskiej przestrzeni powietrznej oraz ich bezpieczną separację od konwencjonalnego ruchu lotniczego – mówi Janusz Janiszewski Prezes Polskiej agencji Żeglugi Powietrznej.

System może być w krótkim czasie zintegrowany z państwowymi rejestrami czy numerem alarmowym 112. Jednocześnie PAŻP jest gotowa do dopuszczenia dronów do wsparcia służb porządkowych, służby zdrowia, samorządów oraz firm w zwalczaniu epidemii.

Tarcza antykryzysowa 2.0 – nowe zasady zwolnienia z opłacania składek ZUS

Tarcza Antykryzysowa przyniosła zmiany odnoszące się do zwolnienia ze składek ZUS za okres od marca do maja 2020 r. Niestety, najistotniejsze z nich nie odnoszą się do największych podmiotów zatrudniających więcej niż 49 ubezpieczonych.

Po pierwsze, zmianie uległa data zgłoszenia jako płatnik składek, od której zależy możliwość skorzystania ze zwolnienia ze składek za okres od marca do maja 2020 r. Do tej pory możliwość ta przysługiwała płatnikom zarejestrowanym przed 1 lutego 2020 r., obecnie krąg uprawnionych został rozszerzony i obejmuje płatników zgłoszonych przed 1 kwietnia 2020 r.

Po drugie, przedsiębiorstwa odprowadzające składki za więcej niż 9 i mniej niż 50 ubezpieczonych, zyskały możliwość wystąpienia z wnioskiem o zwolnienie z obowiązku zapłaty 50% składek należnych za okres od marca do maja 2020 r.

Dodatkowo, o zwolnienie z obowiązku zapłaty składek ZUS za okres od marca do maja 2020 r. mogą teraz ubiegać się także spółdzielnie socjalne – podmioty raczej mało znane, a działające w formule, którą jest połączenie działalności przedsiębiorstwa i organizacji pozarządowej. Liczba spółdzielni socjalnych nie jest wysoka, jednak rozwiązanie wprowadzone przez Tarczę Antykryzysową 2.0 jest dla nich niewątpliwie korzystne, bo mogą zostać zwolnione z opłacania składek niezależnie od wysokości osiąganych przychodów czy liczby osób zgłoszonych do ubezpieczeń.

Co nie mniej istotne, płatnicy, którzy zdążyli już zapłacić składkę za marzec, mogą ją obecnie odzyskać, jeśli ich wniosek o zwolnienie z obowiązku zapłaty składek za okres od marca do maja 2020 r. zostanie rozpatrzony pozytywnie.

– Do tej pory zwolnieni dotyczyło wyłącznie nieopłaconych składek. Obecne podejście zakłada zaś, że wniosek o zwolnienie ze składek może – oprócz nieopłaconego kwietnia i maja – obejmować także opłaconą już marcową składkę – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Dyl, prawnik w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Wniosek o jej zwrot należy złożyć do końca terminu płatności składek za kwiecień, czyli do 11 lub 15 maja, zależnie od terminu opłacania składek obowiązującego danego przedsiębiorcę.

Płatnicy mogą także składać już wnioski o odstąpienie od pobierania odsetek za zwłokę dla należności za okres od stycznia 2020 r., które nie zostały opłacone w terminie. To rozwiązanie jest o tyle ważne, że obejmuje wszystkich płatników niezależnie od formy, wysokości uzyskiwanych przychodów czy liczby ubezpieczonych – także więc największych firm, które nie mogą obecnie liczyć na wymierne wsparcie ze strony ZUS.

Jeżeli obawiamy się, że bezrobocie wzrośnie o 1 mln osób, a może więcej, to brakuje istotnych rozwiązań, które dotyczą dużych firm, a są takie przecież, które zatrudniają ponad 50 tys. osób. Przykładem jest Poczta Polska SA.

– Większe przedsiębiorstwa mogą mieć lepszą płynność finansową i większe rezerwy finansowe niż te mniejsze, co w pewnym stopniu mogłoby tłumaczyć nieobejmowanie ich możliwością zwolnienia się ze składek ubezpieczeniowych za trzy miesiące. Są to jednak wyłącznie domysły, które niekoniecznie muszą być prawdą. Z pewnością, gdyby podmioty opłacające składki za więcej niż 49 ubezpieczonych również zostały objęte zwolnieniem, to wpłynęłoby to dobrze na ich kondycję. Już napływają informacje, że pomoc jest potrzebna nie tylko najmniejszym przedsiębiorstwom – komentuje A. Dyl z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Stanowisko ZPP ws. projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw w zakresie działań osłonowych w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-COV-2

Analizowany projekt ustawy jest kolejnym dokumentem określanym mianem „tarczy antykryzysowej”. Dotychczas uchwalono dwa tego rodzaju pakiety przepisów, aktualnie procedowane są dwa kolejne, w tym ten będący przedmiotem niniejszego stanowiska. Z jednej strony należy zatem docenić fakt, że prawodawca nie ustaje w wysiłkach, jeśli chodzi o legislacyjną odpowiedź na kryzysową sytuację wywołaną pandemią koronawirusa, z drugiej jednak po stronie głównych adresatów projektowanych regulacji, czyli przedsiębiorców, pojawia się pewne wrażenie chaosu, spotęgowane dodatkowo poziomem skomplikowania niektórych z przewidzianych w kolejnych „tarczach” rozwiązań oraz uwzględnianiem w tych aktach przepisów niezwiązanych bezpośrednio z przeciwdziałaniem gospodarczym skutkom pandemii. Każda z „tarcz” ma swoje mocne i słabe strony – ta obserwacja dotyczy również przedmiotowego projektu. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców uważa część zawartych w nim rozwiązań za absolutnie właściwe, jednocześnie chciałby podkreślić swoje wątpliwości co do niektórych z projektowanych regulacji i wyrazić konieczność uzupełnień w pewnych zakresach.

Z pewnością jedną z istotniejszych zalet omawianego projektu są wprowadzone do niego przepisy odnoszące się do zatrudniania cudzoziemców. Przewidują one bowiem, że w przypadku zmiany warunków wykonywania pracy przez cudzoziemca na podstawie regulacji specustawy COVID-owej, cudzoziemiec może w dalszym ciągu wykonywać pracę na tych zmienionych warunkach bez konieczności ubiegania się o nowy tytuł do wykonywania pracy. Proponowane regulacje w istotnym stopniu ułatwią korzystanie z instrumentów przewidzianych w pierwotnej „tarczy” podmiotom zatrudniającym cudzoziemców. W szerszej perspektywie, można byłoby je uznać za pretekst do dyskusji o trwałej zmianie przepisów w tym zakresie. ZPP od lat postuluje, by zmiana warunków zatrudnienia (np. zmiana stanowiska pracy, zmiana wynagrodzenia etc.) nie powodowała konieczności zmiany w tytule do wykonywania pracy przez cudzoziemca. Co więcej, wielokrotnie proponowaliśmy, by również zmiana miejsca zatrudnienia nie wiązała się z potrzebą rejestrowania nowego oświadczenia, czy zmiany/wydania nowego zezwolenia. W ten sposób, każdy z tytułów do podjęcia przez cudzoziemca zatrudnienia stałby się w istocie po prostu upoważnieniem do wykonywania pracy na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.

Z pewnością za zasadne należy uznać również przepisy dotyczące rozszerzenia zwolnienia ze składek na ubezpieczenia społeczne dla przedsiębiorców. Zgodnie z proponowanymi regulacjami, zwolnieniem objęci byliby również ci płatnicy własnych składek, którzy osiągnęli przychód wyższy niż 300% prognozowanego przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej, lecz ich dochód z tej działalności w lutym 2020 roku nie był wyższy niż 7000 zł. Tym samym, zakres tego zwolnienia został rozszerzony również o te podmioty, które osiągają stosunkowo wysokie przychody, przy jednocześnie znacznie niższych realnych dochodach. Jest to zbieżne z naszym podstawowym postulatem możliwie najbardziej powszechnego zwolnienia przedsiębiorców z sektora MSP ze składek na ubezpieczenia społeczne, w związku z czym oceniamy tę propozycję pozytywnie.

Na aprobatę zasługują również przepisy odnoszące się do szeroko pojętej elektronizacji procedur, szczególnie sądowych. W naszym przekonaniu, system sądownictwa powinien w możliwie najszerszym stopniu korzystać z dostępnych rozwiązań technologicznych. Tym samym, rozwiązania przewidziane w projekcie, takie jak m.in. możliwość wnoszenia do sądu powszechnego pism za pośrednictwem platformy ePUAP powinny być utrzymane również w „normalnym” czasie po epidemii.

W toku przeprowadzonych z członkami konsultacji udało nam się ponadto wypracować szereg szczegółowych uwag przedstawionych poniżej.

Nie ulega wątpliwości, że szczególnie w obecnej sytuacji utrzymywanie w stałej działalności zakładów z określonych sektorów wydaje się być kluczowe. Stąd też pojawiają się sygnały o konieczności zapewnienia osobom zatrudnionym we wpisanych do wykazu przedsiębiorców o szczególnym znaczeniu gospodarczo-obronnym podmiotach, których przedmiotem działalności jest wytwarzanie i dystrybucja m.in. produktów leczniczych i wyrobów medycznych, dostępu do badań na obecność wirusa SARS-CoV-2, finansowanych ze środków budżetu państwa. Podkreśla się szczególną wagę uwzględnionych w powyższym katalogu przedsiębiorstw – utrzymanie płynności ich funkcjonowania jest istotne z punktu widzenia szeroko pojętego bezpieczeństwa Polski, szczególnie w świetle trudnej sytuacji epidemiologicznej.

Przedstawiony projekt zawiera kilka istotnych modyfikacji przepisów ustawy Prawo telekomunikacyjne, ważnych szczególnie z punktu widzenia wdrażania sieci 5G w Polsce. Wśród proponowanych przez projektodawcę regulacji znajduje się m.in. postulat, zgodnie z którym zwycięzcy postępowań selekcyjnych i przydziału częstotliwości mieliby dowiadywać się o wymaganiach dotyczących bezpieczeństwa i integralności infrastruktury telekomunikacyjnej i usług dopiero na etapie wydania decyzji rezerwacyjnej (określenie wspomnianych wymogów miałoby stanowić jej część). Już sama ta konstrukcja wydaje się być dyskusyjna (wszak informacja o wszelkich wymogach i zobowiązaniach powinna być dostępna uczestnikowi postępowania jeszcze przed przystąpieniem do niego), prawdziwie zaskakująca staje się jednak w połączeniu z propozycją, by Prezes UKE miał z urzędu unieważniać postępowania, jeśli projekt rozstrzygnięcia decyzji w sprawie rezerwacji częstotliwości opublikowany wraz z ogłoszeniem o przetargu, aukcji albo konkursie, nie zawiera opisanego powyżej elementu. Tym samym, projektodawca pragnie wprowadzić dodatkowy wymóg do postępowania aukcyjnego, zastrzegając że jego niezrealizowanie w ramach toczącego się już postępowania, skutkować winno jego unieważnieniem. Tego rodzaju konstrukcja wydaje się być trudna do obrony i może spowodować istotne opóźnienia w uruchomieniu sieci 5G w Polsce.

Uwagę należy zwrócić również na przepisy odnoszące się do zmian w zakresie wysokości zabezpieczeń finansowych w ramach giełdowego rynku energii i gazu. Proponuje się bowiem ograniczenie ich (w określonych wypadkach) do 50% wartości wymaganych depozytów zabezpieczających transakcje. Nie ulega wątpliwości, że wyjątkowa sytuacja, w jakiej się znajdujemy, wymaga uelastycznienia zasad związanych z zabezpieczeniami, jednocześnie należy pamiętać o konieczności ochrony pewności obrotu. Zasadna wydawałaby się zatem debata nad wymaganym poziomem zabezpieczeń z uczestnictwem szerokiego wachlarza podmiotów funkcjonujących na rynku, tak aby możliwe było wypracowanie w tym zakresie kompromisowych rozwiązań, zachowujących balans pomiędzy bezpieczeństwem obrotu a pożądaną elastycznością systemu zabezpieczeń.

Wśród zgłoszonych szczegółowych uwag pojawił się również postulat umożliwienia przeprowadzenia w trybie egzaminu na prawo jazdy dla kierowców zawodowych – części teoretycznej w formule online oraz części praktycznej z zachowaniem obowiązujących przepisów sanitarnoepidemiologicznych. W odniesieniu do przepisów elektronizujących określone procesy pojawia się postulat, by przekazywanie projektów umów lub zmian w umowach oraz powiadomień określonych w art. 5 ust. 5 i 6 ustawy Prawo energetyczne, mogło następować z użyciem środków komunikacji elektronicznej w szerzej opisanej grupie okoliczności – tj. również po udostępnieniu przez odbiorcę adresu poczty elektronicznej, oraz z uwzględnieniem możliwości wyrażenia przez odbiorcę zgody z wykorzystaniem środków komunikacji elektronicznej. Powtarzają się również głosy dot. jednoznacznego dopuszczenia możliwości sprzedaży napojów alkoholowych przez Internet, czyli de facto dostosowania przepisów ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi do warunków współczesnych, w których coraz więcej umów sprzedaży zawieranych jest na odległość.

Projekt nie uwzględnia ponadto podnoszonych już postulatów dotyczących wprowadzenia tymczasowości przepisów obniżających limit pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego (regulacje te oceniamy jak najbardziej negatywnie, jednak skoro już są, to wydaje się że powinny obowiązywać w ściśle określonym czasie i tracić moc np. po upływie 120 dni od dnia wejścia w życie). Aktualne pozostają również uwagi do innych elementów pierwotnej „tarczy”, w tym m.in. uporządkowanie kwestii dopłat do wynagrodzenia postojowego (w obecnej praktyce przedsiębiorcy, którzy pragną skrócić okres porozumienia z pracownikami i przywrócić ich do pracy, otrzymują z urzędów pracy sygnały o wycofaniu wsparcia za cały okres porozumienia), czy kwestia możliwości skorzystania z dopłaty z PFRON na poczet zatrudnionych pracowników z orzeczeniem o niepełnosprawności w sytuacji, gdy są oni objęci wynagrodzeniem postojowym dofinansowanym ze środków publicznych.

Reasumując, przedstawiony projekt ustawy zawiera szereg propozycji godnych pochwały, jednak przynajmniej część przepisów w nich zawartych budzi istotne wątpliwości. Tym samym, cały pakiet „tarcz” wymaga dalszych prac ukierunkowanych na kompleksowe uwzględnienie uwag spływających do prawodawcy od partnerów społecznych.

Czy EBC w tym tygodniu rozszerzy program skupu aktywów związany z walką ze skutkami pandemii?

Jutro inwestorzy skupią się na spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego. Jakie dalsze kroki walce ze skutkami koronawirusa może podjąć EBC?

Europejski Bank Centralny dołączył do grona innych banków centralnych i rządów, które postanowiły ratować gospodarkę w obliczu kryzysu związanego z pandemią COVID-19. Od początku kryzysu EBC wprowadził szereg inicjatyw mających na celu wsparcie gospodarek strefy euro w tych trudnych czasach. Bank centralny strefy euro nie ma wprawdzie zbyt wielkich możliwości obniżek stóp procentowych, w ostatnich tygodniach ogłosił jednak serię mniej konwencjonalnych środków, takich jak rozszerzenie obecnego programu luzowania ilościowego o łączną kwotę 120 mld euro. EBC wprowadził również specjalny program na czas pandemii (PEPP), który zakłada, że do końca roku bank centralny zakupi dodatkowe aktywa o łącznej wartości 750 mld euro. Oprócz tego EBC ogłosił również bardziej korzystne warunki pożyczek dla banków komercyjnych oraz tymczasowo poluzował wymagania dotyczące instrumentów zabezpieczających (ang. collateral), jakie podejmując transakcje z Eurosystemem (który składa się z EBC i banków centralnych państw strefy euro) wnoszą banki komercyjne.

W zwyczajnej sytuacji bank centralny prawdopodobnie czekałby na efekty swoich dotychczasowych działań, obserwując dane gospodarcze. Obecnie jednak żyjemy w bezprecedensowych czasach, stąd uważamy, że podczas najbliższego, czwartkowego spotkania Rady Prezesów EBC, bank prawdopodobnie ogłosi dalsze rozluźnienie polityki pieniężnej. Jeśli nie doszłoby do tego sądzimy, że EBC zasugeruje gotowość i chęć podjęcia dalszych działań podczas kolejnych spotkań. W szczególności chodzi tu o rozszerzenie programu PEPP.

Ostatnie dane dotyczące nowych zakażeń koronawirusem w Europie można określić mianem dość optymistycznych. Można podejrzewać, że najgorsze już za nami. Nie oznacza to jednak, że dojdzie do natychmiastowego rozluźnienia restrykcji. Sygnały napływające z kluczowych krajów UE sugerują, że kroki podejmowane przez poszczególne państwa (obszar ochrony zdrowia niemal w całości pozostaje w ich gestii) w tym zakresie będą ostrożne. Środki prewencyjne niestety mają również swój negatywny efekt w postaci niekorzystnego oddziaływania na aktywność gospodarczą.

Od czasu ostatniego spotkania banku centralnego w marcu poznaliśmy serię odczytów, które pokazują wyraźne załamanie sytuacji gospodarczej strefy euro. Najbardziej obrazowym jest chyba spadek indeksów PMI opisujących aktywność biznesową w usługach i przemyśle, gdzie indeks zbiorczy w kwietniu przebił poprzedni rekord i spadł do poziomu 13,5 pkt., czyli najniższego w ponad 20-letniej historii odczytów (Wykres 1).

Wykres 1: Indeksy PMI w strefie euro (2017 – 2020)

Indeksy PMI w strefie euro
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 29/04/2020

Zatrudnienie w przemyśle i usługach zdecydowanie spadło, aczkolwiek pierwsze dostępne dane sugerują, że rynek pracy w strefie euro radzi sobie lepiej niż amerykański. Naszym zdaniem wynika to w sporej mierze z tego, że w strefie euro, w przeciwieństwie do sytuacji w USA, występuje spory nacisk na utrzymywanie miejsc pracy. Niemniej, strefę euro niechybnie czeka głęboka recesja. Prezes Lagarde niedawno ostrzegała, że PKB strefy euro może skurczyć się w tym roku nawet o 15%. Sądzimy, że Europejski Bank Centralny uzna, że skala recesji będzie znacząca i przyjmie bardzo „gołębią” retorykę.

Oczywiście istnieje możliwość, że EBC póki co wstrzyma się ze zmianami polityki monetarnej, odsuwając w czasie ewentualne decyzje. Jesteśmy jednak zdania, że już w czwartek EBC ogłosi rozszerzenie programu PEPP do poziomu, który pozwoli na zaabsorbowanie nowych oczekiwanych emisji ze strony peryferyjnych krajów strefy euro co najmniej do końca 2020 roku.

O ile obecna wartość programu w wysokości 750 mld euro jest bez wątpienia znaczna, to odpowiada ona zaledwie około 6% PKB strefy euro. Możliwe wydaje się zatem jego zwiększenie. Biorąc pod uwagę niechęć ze strony banku centralnego do obniżki stóp procentowych u szczytu paniki rynkowej w poprzednim miesiącu, wydaje się jednak, że stopy procentowe prawdopodobnie pozostaną niezmienione.

Widzimy trzy możliwości tego, w jaki sposób para EUR/USD (oraz USD/PLN) może zareagować na najbliższe spotkanie EBC. Jeżeli Europejski Bank Centralny powstrzyma się od decyzji i nie zadeklaruje gotowości do podejmowania dalszych kroków w przyszłości, oczekujemy silnej wyprzedaży euro w relacji do amerykańskiej waluty i istotnego wzrostu kursu USD/PLN. W normalnej sytuacji wydawałoby się to sprzeczne z tym co podpowiada intuicja, aczkolwiek jesteśmy zdania, że w aktualnych okolicznościach inwestorzy dużo bardziej obawiają się tego, że gospodarki mogą otrzymać niewystarczającą pomoc niż jakichkolwiek negatywnych konsekwencji bardzo luźnej polityki pieniężnej.

Drugą możliwością jest scenariusz, w którym EBC utrzymuje stabilną politykę monetarną, ale jednocześnie ogłasza, że jest gotowy do podjęcia działań w dalszym czasie. W takim przypadku reakcja rynku walutowego powinna zależeć od tego, czy Christine Lagarde zdoła przekonać inwestorów, że EBC faktycznie z dużym prawdopodobieństwem będzie łagodził politykę monetarną. W przypadku materializacji tego scenariusza zakładamy, że rynek w pierwszym odruchu zareaguje jednak wyprzedażą wspólnej europejskiej waluty w parze z dolarem i wzrostem kursu USD/PLN.

Trzecia możliwość – jednocześnie nasz scenariusz bazowy – zakłada, że EBC w czwartek ogłosi zwiększenie programu PEPP. W przypadku realizacji tego scenariusza, uwzględniając rozbieżność w oczekiwaniach dotyczących tego, czy EBC już teraz ogłosi nowe środki, czy jednak zdecyduje się zaczekać, spodziewamy się silniejszego euro w parze z dolarem amerykańskim i spadku kursu USD/PLN. Taka decyzja również pokazałaby rynkom, że europejscy decydenci mają wystarczająco dużo amunicji, aby pomóc gospodarkom wspólnego bloku walutowego w powrocie do normalności.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Bank Pekao S.A. już dziś zacznie przyjmować wnioski o subwencje

Już dziś (29.04) od godziny 18.00 klienci Banku Pekao będą mogli składać wnioski o subwencje w ramach Tarczy Finansowej PFR dla Firm i Pracowników. Bank przygotował dla klientów filmy instruktażowe, w jaki sposób wypełnić wnioski w Pekao24 oraz PekaoBiznes24. Na stronie internetowej znajduje się także kalkulator subwencji, obliczający maksymalną kwotę, o którą może ubiegać się mikro, mała oraz średnia firma.

Klienci banku reprezentujący mikro, małe i średnie firmy mogą wypełnić wniosek o subwencję z programu w Pekao24 oraz PekaoBiznes24. Program Polskiego Funduszu Rozwoju ma na celu wsparcie przedsiębiorców, których działalności ucierpiały na skutek sytuacji gospodarczej związanej z pandemią COVID-19. Warunkiem zgłoszenia się do programu jest odnotowanie spadku przychodów ze sprzedaży o co najmniej 25 proc. w dowolnym miesiącu po 1 lutego w porównaniu do miesiąca poprzedniego bądź analogicznego miesiąca roku ubiegłego.

Pekao, aby pomóc swoim klientom w złożeniu wniosku, przygotowało specjalną stronę internetową www.pekao.com.pl/tarcza-PFR. Zainteresowani programem będą mogli zapoznać się na niej z warunkami udzielania subwencji, najczęściej zadawanymi pytaniami i odpowiedziami, filmami instruktażowymi, pokazującymi, jak wypełnić wniosek w bankowościach elektronicznych Pekao24 oraz PekaoBiznes24, a także kalkulatorem subwencji.

Aby móc oszacować kwotę maksymalnej subwencji w kalkulatorze dostępnym na stronie internetowej Pekao, przedsiębiorca powinien przygotować następujące dane:

– liczbę pracowników na 31 grudnia 2019 roku (dla klientów mikro) oraz na koniec miesiąca poprzedzającego złożenie wniosku;

– obroty w 2019 roku;

– obrót w wybranym miesiącu, w którym nastąpił spadek obrotów o co najmniej 25 proc. oraz obrót w miesiącu poprzednim lub analogicznym ubiegłego roku (w zależności od wybranej opcji).

Kwota wyliczona w kalkulatorze jest wartością  przybliżoną i zostaje oszacowana na podstawie wpisanych przez klienta danych. Wiążące wyliczenia wraz z decyzją o wysokości przyznanej subwencji  Polski Fundusz Rozwoju przekaże po złożeniu wniosku.

Wniosek o subwencję w ramach Tarczy Finansowej PFR złożysz w bankowości elektronicznej Banku Millennium

Dziś po godz. 18 mikro, małe i średnie firmy, które ucierpiały na skutek pandemii koronawirusa, mogą składać w serwisie bankowości internetowej Banku Millennium wnioski o wsparcie finansowe w ramach Tarczy Finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju. Bank udostępnił swoim klientom wygodne i przyjazne rozwiązanie, dzięki któremu złożenie wniosku jest maksymalnie proste i intuicyjne. Decyzja PFR w sprawie udzielenia wsparcia również zostanie przekazana w serwisie internetowym banku.

Tarcza Finansowa PFR to program pomocowy o łącznej wartości 100 mld zł, skierowany do ok. 670 tys. polskich przedsiębiorstw, które ucierpiały w wyniku trwającej epidemii. Jego celem jest zapewnienie firmom płynności i stabilności finansowej w okresie poważnych zakłóceń w gospodarce. Zgodnie z założeniami programu, wnioski o subwencję mogą składać za pośrednictwem banków mikro, małe i średnie firmy. Nie ma możliwości uzyskania dofinansowania przez jednoosobową działalność gospodarczą, w ramach  której występuje jedynie właściciel.

Bank Millennium konsekwentnie wspiera budowę cyfrowej administracji publicznej, włączając się w wiele rządowych projektów i wnosząc do nich istotną wartość dodaną. Z dużym powodzeniem i przy pomocy znaczących nakładów finansowych rozwijamy swoje systemy informatyczne, by korzystanie z e-administracji w bankowości elektronicznej było dla klienta wyjątkowo proste i przyjazne. To wsparcie jest dla nas naturalne, ponieważ rozumiemy i wspieramy polską gospodarkę, naszym priorytetem jest też zapewnianie klientom najlepszego możliwego serwisu i wdrażanie rozwiązań, które ułatwiają im codzienne życie. Systemy bankowe stały się oknem na cyfrowy świat polskiej administracji, klienci z dużym zadowoleniem korzystają z możliwości, jakie daje współpraca między bankami, a administracją państwową. Naturalna jest też dla nas pomoc oferowana klientom w tej trudnej dla wszystkich sytuacji – mówi Joao Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium.

Finansowanie w ramach Tarczy Finansowej PFR opiera się na nieoprocentowanych subwencjach finansowych, o które można wnioskować m.in. za pośrednictwem serwisu internetowego Banku Millennium. Po spełnieniu określonych kryteriów, m.in. utrzymania działalności i zatrudnienia, po 12 miesiącach do 75 proc. wartości subwencji może zostać umorzona.

Proces odbywa się w pełni online w systemie transakcyjnym banku. Wniosek o subwencję oparty jest na oświadczeniach przedsiębiorcy i składany jest w serwisie internetowym Millenet przez osobę uprawnioną do składania oświadczeń w imieniu firmy, która została upoważniona przez firmę do czynności związanych z podpisaniem umowy o subwencję oraz ma możliwość jej podpisania przy wykorzystaniu bankowych narzędzi autoryzacyjnych. Status wniosku oraz potwierdzenie udzielenia lub odmowy subwencji, przygotowane na podstawie decyzji otrzymanej przez bank z PFR, będą również dostępne w Millenecie.

Podstawą weryfikacji wniosków i oświadczeń, które wpływają na przyznanie subwencji w ramach Tarczy Finansowej PFR i jej wysokość są rejestry publiczne, ważne jest więc, by przedsiębiorca, który będzie się ubiegał o jej przyznanie złożył deklarację podatkową (np. VAT-7) w czasie, który pozwoli na jej przetworzenie i zatwierdzenie przez oragany podatkowe.

Przed złożeniem wniosku o subwencję firma powinna:

– upewnić się, że bank posiada aktualne, zgodne z wpisem w rejestrze dane firmy (nazwa, NIP, REGON, data założenia);

– upewnić się, że posiada aktywny dostęp do bankowości internetowej dla firm;

– upewnić się, że jej przedstawiciele są uprawnieni do reprezentowania firmy, w tym do zawarcia umowy;

– przygotować dane finansowe, w szczególności m.in. o wysokość obrotów gospodarczych w wybranych miesiącach oraz o liczbie zatrudnionych pracowników w przeliczeniu na pełen etat.

Kto najbardziej ucierpi na powrocie migrantów zarobkowych – Polska czy Ukraina?

Czy migranci zarobkowi pozostaną bezrobotni, czy będą „odmrażać” gospodarkę zależy od decyzji obu państw – Tomas Bogdevic, Dyrektor Generalny międzynarodowej agencji zatrudnienia Gremi Personal.

Sytuacja z pandemią pokazała, w jakim stopniu polski rynek jest uzależniony od pracowników zagranicznych. Trudno jest w tym roku rozpocząć prace sezonowe w Polsce bez migrantów zarobkowych z Europy Wschodniej. Polscy rolnicy obawiają się, że plony mogą pozostać niezebrane na polach. Strony z ofertami pracy i profile w sieciach społecznościowych są pełne ogłoszeń o pracę przy zbieraniu truskawek, ale niewielu jest chętnych. Ukraińcy, którzy pracowali w hotelach lub restauracjach nie spieszą się z powrotem na pola. Właściciele gospodarstw twierdzą, że bezrobotni Polacy raczej ich nie zastąpią, ponieważ odzwyczaili się od ciężkiej pracy. Obecnie rolnictwo w Polsce już potrzebuje kilku tysięcy pracowników, a w czerwcu będzie potrzebowało kilkudziesięciu tysięcy rąk do pracy.

W branży budowlanej, która stanowi 8% polskiego PKB, dotkliwie brakuje pracowników. Co 5 ukraiński pracownik budowlany opuścił kraj.

Trudno jest prognozować podczas kryzysu w ciągle zmieniającej się sytuacji, ale można założyć, że: jeśli granice pozostaną zamknięte do początku lata, przemysł samochodowy, meblowy oraz metalowy i drzewny, czyli te branże, które już zaczęły „odmrażać” swoją działalność, mogą odczuwać niedobór siły roboczej. Nawet na tle rosnącego bezrobocia w kraju, Polska prawdopodobnie nie będzie w stanie zaspokoić zapotrzebowania na rynku pracy, jeśli nie nastąpi duża recesja w gospodarce i susza.

Czy Ukraińcy, którzy opuścili Polskę pomogą odbudować własną gospodarkę?

Po zbadaniu sytuacji na rynku pracy w Dziale Analitycznym Gremi Personal dostrzegliśmy kilka nowych trendów i przeanalizowaliśmy, jak powrót Ukraińców może wpłynąć na gospodarkę Polski i Ukrainy.

Ukraińcy, którzy opuścili Polskę chcą wrócić, ale nie wiedzą jak

Po zamknięciu granicy około 175 tysięcy Ukraińców opuściło Polskę w dwóch falach. Zasadniczo byli to migranci, których okres legalnego pobytu w kraju dobiegł końca. Według szacunków Działu Analitycznego Gremi Personal grupa ta stanowi 12% Ukraińców pracujących w Polsce.

Trzecia oczekiwana fala masowego wyjazdu na prawosławne Święta Wielkanocne i święta majowe na Ukrainie nie miała miejsca. Ukraińcy zdali sobie sprawę, że po powrocie z Ukrainy trudno będzie im utrzymać pracę. Częściowo uspokoiły ich przepisy przyjęte przez polski rząd w zakresie automatycznego przedłużania wygasłych dokumentów, co jest jednoznaczne z możliwością kontynuowania pracy.

Do Ukraińców, którzy pozostali w Polsce zaczęły dochodzić głosy rodaków, którzy powrócili do ojczyzny mówiące o tym, że ciężko jest obecnie znaleźć pracę na Ukrainie, a konsumowanie zarobionych pieniędzy stanowi wątpliwą przyjemność. Sytuacja gospodarcza na Ukrainie nie napawa optymizmem. W ciągu zaledwie jednego miesiąca kwarantanny liczba bezrobotnych na Ukrainie wzrosła o 1-1,3 miliona, podczas gdy w Polsce taką liczbę bezrobotnych szacuje się na koniec roku.

Jedna trzecia Ukraińców, którzy opuścili Polskę już chce wrócić. Świadczą o tym dane zebrane przez nasz dział analityczny na podstawie analizy zgłoszeń na „gorącą linię”, którą uruchomiliśmy w ramach programu pomocy społecznej dla Ukraińców „Jesteśmy razem”. Wśród dzwoniących są też osoby, które nigdy nie były w Polsce przed pandemią. Co za tym idzie, wzrośnie liczba Ukraińców chcących przyjechać do pracy.

Pracodawcy będą dyktować warunki

Jednak migranci zarobkowi mogą się zetknąć z nową rzeczywistością kryzysową w Polsce. Teraz to nie pracownik, ale pracodawca ponownie będzie dyktować warunki. Przed pandemią Ukraińcy oswoiwszy się na polskim rynku, wybierali najlepsze z wielu dostępnych ofert pracy, a firmy zachęcały pracowników pakietami socjalnymi i innymi korzyściami, takimi jak bezpłatne zakwaterowanie, czy pomoc w kwestiach prawnych.

Obecnie w Polsce dostępne są wolne miejsca pracy, ale zapotrzebowanie na atrakcyjne oferty znacznie wzrośnie. O jedno stanowisko może ubiegać się kilka osób, zarówno obywateli polskich, jak i cudzoziemców. Taki trend obserwujemy już w przedsiębiorstwach, z którymi współpracujemy.

Pracodawcy będą wybierać najlepszych z najlepszych. Ukraińcy dawno już dali się poznać w Polsce jako dobrzy pracownicy. Wysokie umiejętności zawodowe, znajomość języka polskiego przynajmniej na poziomie podstawowym i elastyczność w przyjmowaniu ofert pracy pomogą teraz zwiększyć ich konkurencyjność.

Kraje UE walczą o pracowników sezonowych z Europy Wschodniej. Polska jak dotąd przegrywa

O ile konkurencja na polskim rynku nie jest jeszcze bardzo odczuwalna, na rynku europejskim walka o pracowników sezonowych z Europy Wschodniej rozgorzała.

Na czas epidemii Komisja Europejska wezwała do zrównania pracowników sezonowych z przedstawicielami kluczowych zawodów, takich jak lekarze lub piloci, oraz do ułatwienia im przekraczania granicy. Niemcy przywożą sezonowych pracowników z Europy Wschodniej samolotami, podczas gdy Finlandia chce czarterować loty, aby transportować pracowników z Ukrainy. Ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych donosi, że zwróciło się do nich kilku ministrów spraw zagranicznych gotowych wysyłać samoloty, aby zapewnić transport dla ukraińskich pracowników sezonowych.

Polska jest nadal atrakcyjnym i komfortowym miejscem dla migrantów zarobkowych z Ukrainy. Jest to jedyny kraj UE, w którym obywatele Ukrainy mogą pracować przebywając na podstawie paszportu biometrycznego, po otrzymaniu tymczasowego zezwolenia na pracę.

Jednak w warunkach izolacji dostęp nowych pracowników do polskiego rynku pracy jest utrudniony.

Według sondażu przeprowadzonego w lutym przez Gremi Personal wraz z ukraińską agencją socjologiczną VoxPopuli, 84% Ukraińców pracujących w Polsce było zainteresowanych znalezieniem pracy w Niemczech, Czechach i krajach skandynawskich, a 40% było gotowych wyjechać do Niemiec, gdy tylko rynek ten zostanie otwarty dla cudzoziemców.

To, jak będą zmieniać się nastroje migrantów zarobkowych w czasach kryzysu, będzie zależeć od tego, jak szybko kraje UE zareagują prawnie, ułatwiając cudzoziemcom dostęp do rynku pracy, a także od tego, kiedy zostaną otwarte  granice, nawet w warunkach kwarantanny.

Migranci zarobkowi mogą stać się problemem dla ukraińskiej władzy

W sytuacji pandemii Polska prowadzi bardziej rozsądną politykę niż Ukraina.

Brak personelu spowodowany wyjazdem Ukraińców zmusił polskie władze do uwzględnienia próśb pracodawców i złagodzenia ustawodawstwa, przedłużając okres legalnego pobytu w Polsce dla cudzoziemców. Dzięki takim działaniom udało się uniknąć masowego wyjazdu Ukraińców z Polski.

Niewystarczające i nieprecyzyjne komunikaty o zamknięciu granic wydawane przez stronę ukraińską wywołały panikę. Ukraińcy zaczęli masowo opuszczać Polskę, narażając się na infekcję. Jeśli pozostaną na Ukrainie bez pracy przez jakiś czas ich niezadowolenie będzie rosło. Pytanie brzmi, czy rząd ukraiński będzie w stanie stworzyć obiecane miejsca pracy dla osób powracających.

Wartość przekazów pieniężnych na Ukrainę od migrantów zarobkowych – jedno z największych źródeł dochodów walutowych w gospodarce – może znacznie spaść. Według danych Narodowego Banku Ukrainy w 2019 r. wyniosła ona 3,68 mld dolarów. Pieniądze migrantów zarobkowych stabilizowały kurs hrywny i pracowały na rynku krajowym.

Analiza sytuacji w obu krajach pozwala na wyciągnięciu kilku wniosków: Ukraińcy czekają na sygnały od władz polskich i ukraińskich odnośnie tego, czy będzie dla nich praca i gdzie będą mogli jej szukać. I mało prawdopodobnym jest, że wybór padnie na korzyść Ukrainy. Ale Polska również powinna mieć się na baczności, jeśli sąsiednie kraje UE szybko zorientują się w zmieniającej się sytuacji kryzysowej i przyciągną migrantów zarobkowych lepszymi warunkami po otwarciu granic.

Pandemia koronawirusa infekuje banki

Najnowszy kryzys może znacząco osłabić polski sektor bankowy, który od lat boryka się z malejącą rentownością. W dodatku lekarstwo zaordynowane gospodarce przez władze monetarne jest dla branży równie szkodliwe, co pierwotna przyczyna problemów.

Wprowadzone w połowie marca restrykcje mocno uderzyły w życie społeczne i gospodarcze. Jeśli za miernik weźmiemy wyniki giełdowe, do największych przegranych należą banki. W ciągu dwóch miesięcy indeks WIG-Banki stracił prawie 41 proc. Od początku roku jest przeszło 46 proc. pod kreską.

Koronawirus zwiększa ryzyko kredytowe

W przypadku banków koronawirus pogłębił negatywną passę, z jaką zmagają się one od zeszłego roku. Do procesów o kredyty frankowe, kwestii zwrotu prowizji za wcześniej spłacone kredyty konsumpcyjne (tzw. małe TSUE) i niskich stóp procentowych pandemia dołożyła kolejne zmartwienie w postaci znacznego wzrostu ryzyka kredytowego.

Przez ostatnie 12 miesięcy indeks WIG-Banki zanotował 54-proc. stratę. To najgorzej ze wszystkich sektorów na GPW. W efekcie kapitalizacja wchodzących w jego skład instytucji zmalała o ok. 100 mln zł. Z jednym wyjątkiem wszystkie straciły co najmniej 30 proc. Niedawno wartość wskaźnika spadła do poziomu najniższego od lipca 2009 r.

Spodziewana recesja i niechybny wzrost bezrobocia pociągną za sobą utratę płynności, a w konsekwencji falę niewypłacalności przedsiębiorstw. To obniży rentowność banków, która od kilku lat pozostaje pod presją kilku czynników. Tyle że dotąd sektor generalnie sobie z tym radził. Czy tak będzie tym razem?

Dwa cięcia warte setki milionów

Banki zdały test z wiarygodności podczas marcowej paniki klientów, którzy wypłacili z kont grube miliardy (podaż pieniądza wzrosła w marcu o historyczne 31 mld zł, czyli o tyle, co przez wcześniejsze 20 miesięcy). Lecz nie zmieniło to nastrojów inwestorów na warszawskim parkiecie.

Dość niespodziewany cios zadała bowiem branży Rada Polityki Pieniężnej, obniżając stopę referencyjną o 50 pb. W kwietniu ponowiła ten bolesny w skutkach ruch.

Im niższe stopy procentowe, tym niższe przychody banków z działalności kredytowej. Choć mogą one redukować stawki na depozytach, podnosić różne opłaty i koszty pozaodsetkowe, co dzieje się np. w przypadku hipotek (wydatki z nimi związane są najwyższe od 2013 r.), to odbudowa topniejącej marży odsetkowej zajmie im trochę czasu.

Im niższa stopa referencyjna, tym większy cios w rentowność banków. Jak zauważa Michał Konarski z Biura Maklerskiego mBanku, obniżkę kosztu pieniądza z 2015 r. (z 2 do 1,5 proc.) sektor odrobił w sześć kwartałów. – Cięcie stóp z 8 kwietnia będzie dla branży bardziej dotkliwe. Bankom dłużej zajmie odrobienie tej obniżki – mówi w rozmowie z PAP Biznes.

Szacuje się, że decyzje RPP z marca i kwietnia uszczuplą tegoroczny zysk banków o min. 10 proc. Po pierwszej tegorocznej obniżce niektóre organizacje podawały, ile będzie ich ona kosztować. W przypadku PKO BP miało to być nawet 400 mln zł rocznie, Banku Pekao – 250, a Alior Banku – 140. Już po kwietniowej zmianie stóp procentowych Bank Millennium poinformował, że z tego powodu zarobi o 190 mln zł mniej. Dla Getin Banku może ona oznaczać zarobek niższy o 130 mln zł.

Pierwsza obniżka zabierała bankom około 10 proc. zysku w skali roku. Kwietniowa uszczupli go o co najmniej 10 proc., ponieważ jest coraz mniejsza przestrzeń na cięcie odsetek wypłacanych klientom z lokat – twierdzi Łukasz Jańczak z Ipopema Securities.

Niespłacane kredyty pochłoną uwolnione kapitały

W związku z pogorszeniem perspektyw gospodarki i znacząco większym ryzykiem kredytowym KNF zaleciła bankom, by nie wypłacały ubiegłorocznego zysku. W przyszłym roku może się okazać, że inwestorzy liczący na dywidendę ponownie obejdą się smakiem, bo nie będzie czego dzielić. Choć nadzór rozwiązał bufor systemowy i uwolnił miliardy złotych w bankowych bilansach, może się okazać, że zysk drastycznie zmaleje. W ostatnich latach oscylował on wokół 13-14 mld zł.

O takim scenariuszu wspomniał nawet prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło. Pozornie wydaje się to niemożliwe. Jednak spowodowane przez COVID-19 problemy przedsiębiorstw pociągną za sobą wzrost odsetka zagrożonych kredytów. W efekcie banki będą musiały zawiązać na nie rezerwy. Jak duże?

Moja wstępna ocena jest taka, że może to być dwa-trzy razy więcej niż dotąd. W 2019 r. to było niecałe 10 mld zł – mówi w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” Zbigniew Jagiełło.

Do tego dochodzi ryzyko kursowe. Obniżki stóp procentowych o 100 pb oraz niestandardowe operacje NBP (odkup obligacji skarbowych od banków komercyjnych) doprowadziły do osłabienia złotówki średnio o 3-10 proc. w stosunku do najważniejszych walut. Bilansom wielu banków ciążą kredyty we frankach szwajcarskich. To właśnie te podmioty mogą najbardziej ucierpieć na koronawirusowej recesji, a zyskać instytucje, które nie finansowały zakupów nieruchomości dewizami.

Mniejszy popyt na kredyty

Choć rząd zapowiedział programy pomocowe dla firm, ich spodziewane rezultaty mogą być słabsze od oczekiwanych. Dlaczego?

Po pierwsze, z powodu trwającego zawieszenia wielu działów gospodarki i niepewności o przyszłość przedsiębiorstwa boją się wnioskować o kredyty, a same banki – mimo gwarancji BGK – zaostrzają kryteria ich przyznawania.

Po drugie, zdaniem ekonomistów kryzys zmieni też postawy konsumentów, którzy mogą już nie być tak skorzy do zadłużania się na cele konsumpcyjne, czy nawet mieszkaniowe. Przynajmniej w krótkim i średnim okresie koronawirus może doprowadzić do spadku konsumpcji.

Mimo delikatnego wzrostu poziomu akcji kredytowej dla firm w marcu nadpłynność banków jest największa od czerwca 2007 r. (92 proc.). Zresztą zdaniem ekonomisty Marcina Czaplickiego z PKO BP to zwiększenie finansowania w marcu było jednorazowym zdarzeniem w długoterminowym trendzie spadkowym.

Rentowność banków zmniejszy się dwukrotnie?

Nadmiar depozytów (w niepewnych czasach inwestorzy stawiają na płynność), mniejszy popyt na kredyty, ograniczone możliwości ich udzielania i pogorszenie jakości portfela obniżą dochodowość sektora.

Wskaźnik ROE rodzimych banków zmniejsza się systematycznie, czyli odwrotnie niż średnia europejska. W 2018 r. wyniósł on 6,4 proc., co plasowało nasz kraj na 20. miejscu w UE. Od tamtej pory utrzymuje się na zbliżonym poziomie.

Po poprzednim dużym kryzysie zyskowność polskiego sektora bankowego skurczyła się ponad dwukrotnie – z 16,6 proc. 2008 r. do 7,7 proc. rok później. Jednak źródła tamtego załamania były inne niż obecnego i pochodziły z samego sektora.

Teraz kłopoty wyszły z realnej gospodarki, co nie musi być dobrą wiadomością. Dla instytucji finansowych oznacza to mniejszy wpływ na sytuację.

Ostatnie dostępne dane wskazują jeszcze na dobrą kondycję sektora. Wedle KNF po dwóch miesiącach tego roku wynik finansowy branży był lepszy niż w analogicznym okresie rok temu.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak, 4 Business Services

Banki przykręcają śrubę, spada zdolność kredytowa

Dwuosobowa rodzina otrzymująca co miesiąc 6200 zł mogła w kwietniu liczyć na kredyt hipoteczny niższy nawet o 140 tys. zł niż w lutym, wynika z analizy Bankier.pl. Obniżka stóp procentowych w większości banków nie spowodowała wzrostu zdolności kredytowej.

Pandemia koronawirusa przemeblowała rynek kredytów hipotecznych, chociaż na razie widzimy dopiero pierwsze efekty zmian w podejściu banków. Kredytodawcy zwiększają wymogi wobec klientów i bardziej konserwatywnie podchodzą do oceny ryzyka. W ciągu dwóch miesięcy zmieniły się nie tylko oczekiwania, co do rozwoju sytuacji gospodarczej, ale również cena pieniądza. Po dwóch obniżkach stóp procentowych wskaźnik WIBOR 3M znajduje się na poziomie 0,7 proc. Najniższym w historii i aż o 1 pp. niższym niż na początku 2020 r.

Rezultaty rynkowej rewolucji zauważyć można, jeśli porówna się ze sobą oferty, które dzieli zaledwie dwumiesięczna przestrzeń. Bankier.pl wziął pod lupę „przedepidemiczne” propozycje i symulacje prezentowane przez banki w kwietniu dla tego samego profilu klienta.

W zestawieniach przewagę mają banki, które obniżyły szacunki maksymalnej zdolności kredytowej (pomimo, przypomnijmy, obniżki stóp procentowych). Najwyższą kwotę przy 20-procentowym wkładzie własnym, proponuje Bank Pocztowy (740 tys. zł), który w lutym oceniał finansową wydolność profilowych klientów zarabiających 6,2 tys. zł na 670 tys. zł.

– Banki w różnym tempie aktualizują oprocentowanie kredytów hipotecznych. W symulacjach przygotowanych na potrzeby kwietniowej edycji rankingu część instytucji bazowała już na nowych stawkach, a niektóre nadal na starych. Można byłoby spodziewać się, że skoro spada oprocentowanie zobowiązania (i zarazem rata płacona przez klientów), to wzrośnie szacowana przez banki zdolność kredytowa profilowego gospodarstwa domowego. Tak jednak w większości przypadków się nie dzieje, co świadczy dobitnie o zmianie nastawienia kredytodawców – komentuje Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.

Po zakończeniu kwarantanny co 4 zatrudniony mógłby pracować zdalnie na stałe

Obowiązująca od połowy marca kwarantanna będąca wynikiem epidemii koronawirusa spowodowała, że wielu Polaków z dnia na dzień musiało przenieść swoje życie zawodowe do przestrzeni domowej. Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Nationale-Nederlanden dla jednej piątej zatrudnionych praca zdalna stała się nową formą realizacji obowiązków służbowych. Wśród rodziców wykonujących swoje zadania poza biurem czterech na dziesięciu przyznaje, że trudno im je godzić z opieką nad dziećmi. Z kolei blisko 70 proc. badanych potwierdza, że musi dzielić swoje zastępcze biuro z pozostałymi domownikami. Pomimo tych przeszkód ponad jedna czwarta ankietowanych deklaruje, że mogłaby pracować w takim trybie na stałe.

Nowy format biura

Praca zdalna, która do tej pory była często traktowana jako benefit pracowniczy, w czasie pandemii koronawirusa stała się dla części Polaków koniecznością. Jak wynika z badania Nationale-Nederlanden już niemal połowa z nich wykonuje swoje zadania poza siedzibą firmy. W tej grupie jedna piąta respondentów deklaruje, że jest to dla nich nowy tryb pracy, z kolei 14 proc. przyznaje, że już wcześniej zdarzało im się pracować w ten sposób. Co dziesiąty Polak stawia się w biurze jedynie w ramach wyznaczonego dyżuru.

Znaczna część ankietowanych ze względu na charakter pracy, nie ma możliwości wykonywania swoich obowiązków zdalnie. W regularnym trybie pracuje dziś blisko 40 proc. badanych. Zadania w biurze częściej realizują mężczyźni (44 proc.) niż kobiety (31 proc.). Różnica ta może wynikać przede wszystkim z podziału opieki nad dziećmi, które przez epidemię nie chodzą do szkół i przedszkoli. Badanie wykazało, że ze zwolnienia na opiekę nad dzieckiem korzysta 8 proc. pracowników. W grupie kobiet z tej opcji korzysta 14 proc., natomiast wśród mężczyzn są to 3 proc.

Epidemia koronawirusa doprowadziła do realizacji jednego z popularnych scenariuszy kreślonych przez badaczy zajmujących się przyszłością pracy. To co kiedyś było uznawane za przywilej, dziś stało się normalnością. Konieczność zaadaptowania się do nowych warunków pokazała, że wielu z nas potrafi skutecznie wykonywać swoje zadania również poza siedzibą firmy. Niewykluczone, że obecna sytuacja przyczyni się do znacznego wzrostu liczby osób pracujących zdalnie także w późniejszym okresie  – dr hab. Katarzyna Śledziewska, Dyrektor Zarządzająca DELab UW.

Egzamin z home office

Jak pokazują wyniki badania praca z domu przypadła do gustu sporej części ankietowanych. Jedna czwarta deklaruje, że bardzo lubi pracować w ten sposób i mogłaby tak realizować swoje obowiązki również po zakończeniu kwarantanny. Podobna grupa respondentów docenia pracę zdalną, choć wolałaby ją wykonywać naprzemiennie z biurową. Jeden na dziesięciu badanych przyznaje, że nie przepada za tym modelem, choć obecnie jest to jedyna opcja, aby zrealizować służbowe zadania. Wśród uczestników badania 24 proc. nie ma możliwości pracy zdalnej.

Dla osób, które po raz pierwszy zetknęły się z tą formą pracy jest to pewnego rodzaju test z umiejętności zarządzania czasem pracy, samodzielności i dyscypliny. Wielu pracowników stoi również przed wyzwaniem godzenia obowiązków służbowych z opieką nad dziećmi. Wśród uczestników przeprowadzonego przez nas badania aż czterech na dziesięciu rodziców wskazywało na trudności w tym zakresie – mówi Marta Pokutycka-Mądrala, Dyrektor Komunikacji Korporacyjnej w Nationale-Nederlanden.

Pomimo możliwych przeszkód w dopasowaniu się nowej rzeczywistości, ponad 40 proc. uczestników badania uważa, że ma wystarczające warunki do pracy w domu, a co czwarty, że są one nawet komfortowe. Jedynie co dziesiąty badany jest zdania, że home office to uciążliwa forma wykonywania dotychczasowych zadań i stara się ją ograniczyć.

Częściej na własnym sprzęcie

Zmiana trybu pracy jest sporym wyzwaniem organizacyjnym nie tylko dla wielu pracodawców, ale także sporej grupy pracowników, którzy w miejscu zamieszkania musieli wydzielić specjalne miejsce do pracy. Trzy czwarte ankietowanych przyznaje jednak, że ma do swojej dyspozycji funkcjonalną przestrzeń do wygodnej pracy przy komputerze tj. siedzisko lub kanapę. Niemal 70 proc. pracowników musi jednak dzielić ją z innymi domownikami. Mimo tego sześciu na dziesięciu uczestników badania wskazuje, że ma możliwość odizolowania się od nich na czas zdalnych spotkań i konferencji.

Znaczna część ankietowanych deklaruje również posiadanie koniecznych narzędzi pracy. Aż 84 proc. respondentów potwierdza, że ma do dyspozycji własny komputer, a 60 proc., że może pracować na służbowym sprzęcie. Blisko trzy czwarte badanych zapewnia, że jest na nim zainstalowane niezbędne oprogramowanie. Większość osób biorących udział w ankiecie pracuje z wykorzystaniem szybkiego i stałego łącza internetowego – na taką odpowiedź wskazało 81 proc. z nich.

Dostosowanie się do nowego modelu pracy zależy w dużej mierze od jej charakteru. Osoby, które na co dzień pracowały w zespołach mogą odczuwać brak interakcji ze współpracownikami, podobnie ci, których praca polegała na budowaniu relacji z klientem. W procesie zmian istotną rolę odgrywają pracodawcy. Istnieje wiele narzędzi, które wspierają współpracowników we wspólnym realizowaniu zadań. Odpowiedzialny pracodawca powinien wyposażyć swoich ludzi w wiedzę i rozwiązania, które ułatwią efektywne zarządzanie w rozproszonym zespole – dodaje Marta Pokutycka-Mądrala.

Zdalnie, czyli krócej i efektywniej

Co drugi uczestnik badania zgadza się z twierdzeniem, że w czasie kwarantanny pracuje krócej. Co za tym idzie, taka sama grupa uważa, że ma więcej czasu na odpoczynek i rozwój własnych zainteresowań. Ponadto trzy czwarte ankietowanych potwierdza, że nowe technologie i praca zdalna pozwala im bardziej cieszyć się domem i rodziną. Warte odnotowania jest również to, że ponad 40 proc. respondentów deklaruje efektywniejszą pracę w czasie izolacji.

– Nowe umiejętności i kompetencje cyfrowe, które nabywamy i rozwijamy w czasie trudnych tygodni, a także nowe praktyki pracy na odległość w firmach, bez wątpienia przyśpieszą transformację cyfrową polskich przedsiębiorstw. W dłuższej perspektywie wpłynie to pozytywnie na rozwój polskiej gospodarki: do tej pory pod kątem wprowadzania rozwiązań cyfrowych polskie firmy plasowały się pod koniec unijnego rankingu – dr hab. Renata Włoch, koordynatorka DELab UW.

Szybkie testy i zapobieganie powikłaniom SARS-CoV-2 z dofinansowaniem ABM

Pozytywną rekomendację w ramach szybkiej ścieżki wsparcia Agencji Badań Medycznych, ukierunkowanej na walkę z COVID19, uzyskali badacze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu oraz naukowcy ze start-up’u SensDx, którzy rozpoczną swoje badania nad szybkimi testami oraz leczeniem i zapobieganiem powikłań spowodowanych koronawirusem.

Szybkie testy do wykrywania wirusa SARS-CoV-2

W ramach proponowanego projektu, start-up SensDx zamierza przeprowadzić optymalizacje wytwarzania, walidację analityczną, ocenę skuteczności klinicznej w ramach eksperymentu badawczego oraz wdrożenie do masowej produkcji wyrobu medycznego do diagnostyki in vitro SARS-CoV-2 SensDx. Wyrób ten będzie służył do wykrywania wirusa SARS-CoV-2, w wymazie z gardła oraz nosa pacjentów z objawami COVID-19 lub zakażonych SARS-CoV-2, u których nie stwierdza się objawów.

Wdrożenie do masowej produkcji planowe w projekcie ma służyć do wytwarzania jednorazowych testów do wykrywania Sars-CoV-2. W przypadku metodologii postępowania w identyfikacji wirusa SARS-CoV-2, technologia SensDx może być pierwszym narzędziem przesiewowym służącym do wykrywania wirusa w miejscach dużych skupisk ludzkich, takich jak lotniska, węzły komunikacyjne, kontrole graniczne i inne punkty, strategiczne dla rozprzestrzeniania się epidemii.

Opracowanie i wdrożenie na rynek szybkiego i prostego w obsłudze testu do identyfikacji koronawirusa przyczyni się do przyspieszenia procesu diagnostycznego, a tym samym do zahamowania epidemii koronawirusa. Szybka diagnostyka jest bowiem kluczowym elementem dla opanowania i ograniczenia epidemii. – podkreśla dr Dawid Nidzworski, kierownik projektu, CTO w SensDx.

Projekt realizowany jest w partnerstwie z Małopolskim Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, Instytutem Biotechnologii i Medycyny Molekularnej w Gdańsku, Uniwersytetem Przyrodniczym we Wrocławiu, Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym we Wrocławiu, Ośrodkiem Badawczo-Rozwojowym, oraz Uniwersytetem Medycznym im. Piastów Śląskich we Wrocławiu.

Zapobieganie i leczenie powikłań spowodowanych przez COVID-19

Z uwagi na zasięg pandemii, ciężkość komplikacji i spodziewaną dużą częstość ich występowania we wczesnym okresie po wyzdrowieniu, badacze ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, Śląskiego Uniwersytetu Medycznego i Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epiemiologicznej w Katowicach  pod kierownictwem prof. dr hab. n. med. Mariusza Gąsiora, zaprojektowali badanie mające na celu określenie skali problemu wczesnych powikłań po COVID-19.

Zakażenie wirusem SARSCov-2 poza zajęciem dróg oddechowych i płuc może obejmować układ sercowo-naczyniowy i nerwowy. W ostrej fazie choroby, może stanowić to bezpośrednie zagrożenie życia. U części chorych obserwowane mogą być z kolei schorzenia będące pozostałością procesów patologicznych.

Projekt da odpowiedź na jedno z kluczowych pytań dotyczących potencjalnych powikłań zakażenia SARSCov-2. Dotychczasowe doniesienia są niepokojące – podsumowuje prof. dr hab. n. med. Jerzy Jaroszewicz, Kierownik Katedry i Oddziału Klinicznego Chorób Zakaźnych i Hepatologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

W ramach badania, zaplanowano przeprowadzenie kompleksowej diagnostyki kardiologicznej, pulmonologicznej i neurologicznej obejmującej badania laboratoryjne, obrazowe i czynnościowe. Uzyskane wyniki, oprócz określenia skali problemu, pozwolą na wyłonienie badań, które będą mogły służyć jako optymalne narzędzia identyfikujące pacjentów z wczesnymi powikłaniami.

Projekt ma na celu umożliwienie szybkiego leczenia chorób będących komplikacjami zakażenia wirusem SARS-COV-2. Dodatkowym aspektem poruszonym w ramach projektu będzie analiza zaburzeń psychiatrycznych (lękowych, depresyjnych, potraumatycznych).

Weryfikacja tych doniesień w warunkach Polski będzie kluczowa dla zapewnienia bezpieczeństwa chorym.

SAVILLS: nieznaczna poprawa nastrojów na rynku nieruchomości

Drugie z badań ankietowych dotyczących wpływu pandemii Covid-19 na globalny rynek nieruchomości, przeprowadzone przez firmę doradczą Savills wśród dyrektorów działów badań i analiz Savills, wskazuje na nieznaczną poprawę nastrojów.

Udział respondentów oceniających wpływ pandemii na rynek nieruchomości jako bardzo negatywny spadł z 29% (zgodnie z badaniem przeprowadzonym na koniec marca br.). do 19%, natomiast udział respondentów oceniających wpływ pandemii na poziomie umiarkowanie negatywnym wzrósł z 67% do 74%.

Nastroje w Chinach nieznacznie się poprawiły. W pierwszej połowie kwietnia, wraz ze spadkiem wskaźnika nowych zakażeń, wzrosła aktywność na rynku najmu nieruchomości handlowych i biurowych. Wskaźniki wykorzystania powierzchni również wzrosły dzięki otwarciu większej liczby biur i sklepów, ale nadal utrzymują się poniżej normalnych poziomów wskutek obowiązującego nakazu zachowania dystansu społecznego. Szybki spadek zakażeń wpływa pozytywnie także na nastroje rynkowe w Korei Południowej i Wietnamie, gdzie określane są już jako neutralne.

Celem najnowszego badania jest przegląd nastrojów na 31 rynkach świata* na podstawie oceny sytuacji w poszczególnych regionach przez dyrektorów działów badań i analiz Savills. Prezentowane wyniki dotyczą badania przeprowadzonego 15 kwietnia 2020 roku.

Czynsze

Stawki czynszu utrzymują się na stabilnym poziomie w 60% sektorów i krajów biorących udział w badaniu, przy czym w sektorze biurowym czynsze pozostają na stabilnym poziomie w 71% krajów w przypadku budynków biurowych. Największymi beneficjentami są najemcy powierzchni handlowych, którzy mogą liczyć na różne formy zwolnienia z płatności czynszu w 80% krajów. Kolejnym popularnym rozwiązaniem jest odroczenie płatności kosztów eksploatacyjnych i zmiana struktury płatności – korzystają z niego właściciele nieruchomości handlowych w 40% krajów.

Popyt na rynkach najmu

Dynamika popytu uległa zmianie na wielu rynkach praktycznie z dnia na dzień. Jednak wraz z pierwszymi sygnałami wskazującymi na szczyt epidemii w wielu krajach, obserwujemy oznaki stabilizacji w niektórych sektorach. Popyt wśród najemców na powierzchnie biurowe utrzymuje się na stabilnym poziomie w 42% krajów, natomiast umiarkowane spadki dotyczą 55% rynków. Wyniki te świadczą o znacznej poprawie w porównaniu z końcem marca, gdy na umiarkowane spadki wskazało 70% respondentów.

Aktywność inwestycyjna

Z przeprowadzonego badania wynika, że wolumeny transakcji inwestycyjnych są niższe, ale nie spadają już tak gwałtownie jak w marcu. W pierwszej połowie kwietnia nie odnotowano zmian w aktywności inwestycyjnej w 44% krajów. Wolumeny transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości biurowych nie uległy zmianie od końca marca w niemal połowie krajów uwzględnionych w badaniu – wcześniej na umiarkowane lub duże spadki aktywności inwestycyjnej wskazywali respondenci z 73% krajów.

Ceny nieruchomości

Pandemia zasadniczo nie wpłynęła dotychczas na wartości nieruchomości – w 63% krajów uwzględnionych w badaniu nie zmieniły się, aczkolwiek wolumeny transakcyjne były niewielkie. W obecnej sytuacji nie dziwi to, że ceny nieruchomości logistycznych i obiektów z sektora opieki zdrowotnej utrzymały się na dotychczasowym poziomie bądź wzrosły odpowiednio w 87% i 95% analizowanych krajów. Popyt na nieruchomości w obu sektorach utrzyma się na wysokim poziomie w dającej się przewidzieć przyszłości, wpływając pozytywnie na ich wartość. Ceny nieruchomości biurowych i mieszkaniowych nie uległy zmianie w ponad dwóch trzecich krajów.

Wsparcie państwa

Na działania ze strony państwa w postaci obniżki podatków od nieruchomości lub tymczasowy zakaz eksmisji wskazują respondenci z 59% krajów uwzględnionych w badaniu.

Sophie Chick, dyrektor działu badań globalnych w Savills, powiedziała: „Od czasu naszego poprzedniego badania przeprowadzonego pod koniec marca liczba zachorowań na Covid-19 na całym świecie wzrosła ponad dwukrotnie, ale wraz osiągnięciem szczytu nowych zakażeń w wielu krajach, zaczynamy mieć większą jasność. Obecnie coraz częściej myślimy o przyszłości – w kilku krajach otwarte zostały sektory gospodarki, które nie są uważane za niezbędne.

W wielu krajach nadal obowiązuje izolacja, ale dopiero przyszłość pokaże, jakie będą długofalowe skutki pandemii Covid-19. Zdaniem wielu komentatorów świat będzie zupełnie inny. Przymusowa izolacja przyspieszyła upowszechnienie technologii komunikacyjnych i elastycznego modelu pracy z domu. Łańcuchy dostaw poddawane są analizie, czego efektem może być intensyfikacja działań zmierzających do lokowania działalności we własnym kraju lub w krajach sąsiednich przez producentów zainteresowanych dywersyfikacją sieci dostaw; niemniej jednak tempo zmian może spowolnić ze względu na konsumentów, dla których cena jest istotnym czynnikiem. Docenia się obecnie znaczenie dostępu do prywatnej przestrzeni zewnętrznej lub dużej przestrzeni ogólnodostępnej, a także do Wi-Fi i możliwości pracy z domu. Zdrowie i dobre samopoczucie, które już przed pandemią były w centrum naszych zainteresowań, mają teraz priorytetowe znaczenie dla nas wszystkich. Zmiany sposobu, w jaki pracujemy i spędzamy wolny czas, będą miały wpływ na rynki nieruchomości na całym świecie”.

Mat Oakley, dyrektor działu badań rynków nieruchomości komercyjnych w Savills w Wielkiej Brytanii i Europie
Mat Oakley, dyrektor działu badań rynków nieruchomości komercyjnych w Savills w Wielkiej Brytanii i Europie

Mat Oakley, dyrektor działu badań rynków nieruchomości komercyjnych w Savills w Wielkiej Brytanii i Europie, dodaje: „Niektóre kraje europejskie stopniowo łagodzą obostrzenia, co daje podstawy do optymizmu w dłuższej perspektywie, ale mimo to obserwujemy bardzo dużą ostrożność. Sytuacja na europejskich rynkach biurowych jest w dużym stopniu stabilna i odzwierciedla globalne trendy wśród najemców. Branże logistyczna i opieki zdrowotnej odnotowują zasadniczo wzrosty, a skutki pandemii Covid-19 są najbardziej dotkliwe dla sektorów handlowego i rozrywkowego, które stają się beneficjentami pomocy państwa.

Aktywność inwestycyjna w dużym stopniu sprowadza się do transakcji dotyczących najlepszych aktywów zawieranych przez inwestorów krajowych na rodzimych rynkach. Inwestorzy oportunistyczni szukają obniżek, ale wielu jest rozczarowanych brakiem większych przecen na większości rynków”.

Rynek mieszkań i kredytów – Bardzo dobry I kwartał z fatalną końcówką

Koronawirus, COVID-19, pandemia – nowe w naszych słownikach określenia odmieniane na wszelkie możliwe sposoby wpłynęły nie tylko na organizację naszego życia codziennego, ale i całą gospodarkę. W I kwartale 2020 r. na rynku mieszkaniowym nie zauważymy jednak znaczących zmian w trendach, które byłyby następstwem pojawienia się globalnego wirusa. Szczegółowy opis sytuacji na rynku mieszkaniowym znalazł się w najnowszym wydaniu Barometru Metrohouse i Gold Finance.

COVID-19 nie namieszał na rynku. Jeszcze…

To, że następstwa obecnej sytuacji się pojawią, możemy być pewni. – W raporcie Metrohouse i Gold Finance, który przygotowujemy przy współudziale portalu RynekPierwotny.pl nie znajdziemy spektakularnych danych, które pokazałyby, w jaki sposób rynek zareagował na pojawienie się wirusa. Na to jest jeszcze zbyt wcześnie. Są jednak dwa elementy, które sprawiają, że raport jest naznaczony obecną sytuacją. Pierwszy to Indeks Popytu, który jest pochodną zgłaszanego zainteresowania klientów ofertą rynku wtórnego. Podczas, gdy w końcówce 2019 r. wyniósł 120 pkt, a na początku 2020 r. ponad 140 pkt., w marcu spadł do poziomu 77 pkt. Nie jest to jednak zaskakujące w kontekście tego, że druga połowa marca to apogeum paniki wywołanej pojawieniem się wirusa i potrzeba zapewnienia najbliższym bezpieczeństwa na najbliższy okres. Poszukiwanie nowego lokum zeszło na dalszy plan, mówi autor raportu, Marcin Jańczuk z Metrohouse.

Drugi symptom znajdujemy w części poświęconej kredytom hipotecznym. – Banki bardzo szybko zareagowały na zmiany na rynku i momentalnie wycofały oferty promocyjne podwyższając marże swoich produktów, chcąc w ten sposób znacząco obniżyć akcję kredytową. Dodatkowym obostrzeniem było podwyższenie wkładu własnego w niektórych z banków oferujących dotychczas finansowanie 90 proc. ceny zakupu. Dziś wiele z instytucji oferuje już możliwość finansowania przy wymaganym minimum 20-procentowym wkładzie kredytobiorcy, dodaje Marcin Jańczuk. Zmieniają się też zasady scoringu przyszłych klientów banków. Niezbyt mile widziane są osoby prowadzące działalność gospodarczą oraz przedstawiciele branż, które w istotny sposób ucierpiały w obliczu masowej kwarantanny.

Ceny na wtórnym w części miast nieco przyhamowały

Transakcje używanych mieszkań w pierwszym kwartale 2020 r. pokazały, że silny wzrost cen z ostatnich kilkunastu miesięcy ulega stopniowemu osłabieniu. Spośród analizowanych przez Metrohouse pięciu największych rynków w trzech miastach pojawiły się niewielkie, ale warte odnotowania spadki nie przekraczające 1 proc. Niższe ceny odnotowujemy w Gdańsku, gdzie za m kw. płaciliśmy 7753 zł, w Krakowie (8069 zł) oraz w Warszawie (9944 zł). W stolicy nie doczekaliśmy się jak na razie przekroczenia magicznej granicy 10 tysięcy złotych za m kw. Wśród miast, w których kontynuowane były wzrosty cen są Wrocław (o 3,2 proc.) i Poznań (3,4 proc.). Najbardziej jednak widoczne wzrosty miały miejsce w Łodzi, gdzie średnia cena m kw. zbliża się do 5000 zł.

W większości analizowanych miast można było wynegocjować więcej niż w poprzednich kwartałach. Zwykle było to ok. 3 proc. ostatniej ceny ofertowej, ale w Poznaniu negocjacje dochodziły nawet do 5 proc. Również w trakcie ekspozycji oferty na rynku sprzedający obniżali pierwotnie założone ceny ofertowe. Przedłużająca się sprzedaż powodowała obniżki cen o 2-3 proc.

W IV kw. 2019 r. odsetek nabywców deklarujących zakup inwestycyjny wynosił 31 proc. – W omawianym I kw. 2020 r. widoczny jest wzrost zakupów mieszkań pod wynajem do 39 proc. Przedmiotem analizy jest rynek wtórny, w przypadku nowych mieszkań szacujemy, że odsetek może być jeszcze wyższy. Przedmiotem takich zakupów w skali całego kraju są lokale o średniej powierzchni 46 m kw., za które średnio płacimy 318 tys. zł, mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse. Największą grupę nabywców stanowią osoby pomiędzy 30 a 40 rokiem życia (40 proc.), kupują oni też statystycznie najdroższe mieszkania – średnia wynosi 357 tys. zł. Coraz bardziej aktywna jest także grupa pomiędzy 50 a 60 rokiem życia.

Ceny na rynku pierwotnym rosły szybciej

Jak twierdzą eksperci portalu RynekPierwotny.pl I kw. 2020 r. w kontekście rynku pierwotnego można podzielić na dwa okresy. – W pierwszej połowie kwartału było widoczne rekordowe zainteresowanie nowymi mieszkaniami. Wynikało ono między innymi z faktu, że okres Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku nie sprzyjał sprawdzaniu oferty deweloperów. Druga połowa ubiegłego kwartału przyniosła natomiast spadek zainteresowania mieszkaniami (zarówno nowymi, jak i używanymi). Przyczyną tej zmiany była oczywiście epidemia koronawirusa, mówi Andrzej Prajsnar, analityk portalu RynekPierwotny.pl .

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że największe wzrosty dotyczyły trzech wiodących rynków deweloperskich. W Warszawie, w porównaniu do IV kw. 2019 r. średnie ceny nowych mieszkań wzrosły o 6,7 proc. (do 10 418 zł/mkw.), w Krakowie o 6,2 proc. (do 9 207 zł/mkw.), a we Wrocławiu o 4,5 proc. (do 8 455 zł/mkw.) Na wspomnianych rynkach, rozkład cenowy nowych mieszkań mocno przesunął się w stronę droższych ofert. Pod koniec I kw. 2020 r. mieszkania deweloperskie z ceną ofertową ponad 10 000 zł stanowiły już 43% stołecznej oferty. Analogiczny wynik dla Krakowa, Wrocławia i Gdańska wynosił odpowiednio: 24 proc., 23 proc. oraz 27 proc. Trzeba również dodać, że warszawskie i krakowskie ceny ofertowe po raz pierwszy przekroczyły symboliczną barierę wynoszącą 10 000 zł/mkw. oraz 9000 zł/mkw.

Dokładniejsze dane portalu RynekPierwotny.pl pozwalają na wyjaśnienie, dlaczego średnia ofertowa cena 1 mkw. nowych mieszkań wzrosła we wszystkich analizowanych metropoliach. Od stycznia do marca 2020 r. odsetek lokali posiadających cenę ponad 10 000 zł/mkw. najszybciej powiększał się w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. Taka sytuacja tłumaczy spore wzrosty średniej ofertowej ceny 1 mkw. widoczne na trzech wiodących rynkach.

Może być trudniej o kredyt

Analizując udział Gold Finance w wolumenie nowo udzielanych kredytów hipotecznych można szacować, że I kw. 2020 r. był rekordowy. Według szacunków Barometru Metrohouse i Gold Finance wartość kredytów hipotecznych zaciągniętych w tym okresie może przekroczyć nawet 17 mld zł, więc będzie to wynik o prawie 4 mld zł lepszy niż w analogicznym okresie 2019 r. Jednak idyllę na rynku kredytowym zachwiała globalna pandemia. – Przez pojawienie się pandemii COVID-19 jesteśmy w zupełnie innej rzeczywistości niż było to jeszcze parę tygodni temu. W ofercie kredytów hipotecznych zmieniło się wszystko: marże, polityka kredytowa, kontakt z klientami a do tego doszły obniżki stóp procentowych, mówi Andrzej Łukaszewski, ekspert Gold Finance. Można było się spodziewać, że banki w obliczu kryzysu będą zachowywać się bardziej ostrożnie i tak też zrobiły. W pierwszej kolejności zaczęły ograniczać akcję kredytową poprzez podwyższanie marż kredytów oraz odejście od ofert promocyjnych. Potem część banków wprowadziła wymóg większego wkładu własnego, żeby ograniczyć ryzyko korekty cen na rynku nieruchomości, a co za tym idzie niewystarczające zabezpieczenie dla banku w stosunku do udzielonego kredytu. Kolejnym etapem była zmiana polityki kredytowej poprzez wykluczenie dochodów z działalności gospodarczej i wytypowanie branż podwyższonego ryzyka, które najbardziej ucierpią na aktualnej sytuacji. – Nie możemy przewidzieć jak długo banki będą miały takie podejście do udzielania przez nich kredytów hipotecznych, ale na pewno można stwierdzić, że o kredyt hipoteczny jest teraz trudniej, a oczekiwanie na niego jest dłuższe niż zwykle, mówi Andrzej Łukaszewski z Gold Finance.

W Warszawie średni wypłacany kredyt hipoteczny wynosi już 411,2 tys. zł. i jest wyższy o ponad 6 tys. zł od wyniku z IV kw. 2019. Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę koszyk pozostałych pięciu największych miast, przeciętny kredyt jest niższy niż w stolicy o ponad 55 tys. zł i wynosi 355,8 tys. zł. W pozostałych analizowanych miastach kupując nieruchomość zadłużamy się średnio na 270,7 tys. zł.

Przy comiesięcznych dochodach gospodarstwa domowego w wysokości 8000 zł rodzina posiadająca dwójkę dzieci uzyska obecnie średnią zdolność kredytową na poziomie 620 tys. zł, natomiast para bez dzieci – 740 tys. zł. Singiel prowadzący jednoosobowe gospodarstwo domowe przy założeniu, ze zarabia 5000 zł miesięcznie może liczyć na 442 tys. zł.

Pandemia minie, infrastruktura pozostanie – Instytut Staszica na temat obecnego stanu inwestycji infrastrukturalnych i pożądanych kierunków polityki państwa

Czasy kryzysów, takich jak trwająca pandemia, skłaniają decydentów, a często i opinię publiczną do myślenia w horyzoncie krótkoterminowym i w stanie moralnej paniki.   Przejawia się to w wypowiedziach i postulatach formułowanych przez polityków oraz publicystów, takich jak rezygnacja z istotnych inwestycji, zwłaszcza z zakresu obronności (zakup F-35), infrastruktury (budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego) czy istotnych inwestycji drogowych i kolejowych. Instytut Staszica stoi na stanowisku, iż to właśnie inwestycje infrastrukturalne są tym elementem, który może w największym stopniu pobudzać gospodarkę w dobie kryzysu i spowolnienia oraz pomagać walczyć z bezrobociem.

Obecnie mamy do czynienia z sytuacją „teraz albo nigdy”. Wyczerpywanie się funduszy europejskich jako podstawowego źródła finansowania inwestycji infrastrukturalnych w kolejnych perspektywach unijnych decyduje o tym, że jest to ostatni moment, kiedy możemy na trwałe zmienić naszą infrastrukturę przy wsparciu finansowania zewnętrznego.

Branża infrastrukturalna w dobie koronawirusa

Generalnie pandemia i związane z tym problemy dotknęły branżę budowlaną, choć  relatywnie w mniejszym stopniu, niż inne sektory gospodarki. Roboty wykonywane są najczęściej na wolnym powietrzu, producenci wyrobów wdrożyli procedury i zapewnili środki ochrony, umożliwiając w ten sposób produkcję, inwestorzy, GDDKiA oraz PKP PLK, dysponują pieniędzmi na realizację inwestycji. To sprawia, że podstawowym oczekiwaniem branży  nie jest wsparcie od rządu, ale możliwość realizacji robót oraz produkcji wyrobów dla infrastruktury na poziomie zakładanym w dokumentach rządowych. Można bowiem  w taki sposób prowadzić cały pakiet spraw inwestycyjnych, aby branża nie była obciążeniem dla budżetu państwa i pracowała w tempie jak najmniej zaburzonym przez pandemię koronawirusa. Jak podaje Polski Kongres Drogowy, z uśrednionych informacji wynika, że firmy oceniają swój potencjał wykonawczy, zwłaszcza kadrowy w tej chwili na mniej więcej 73% potencjału  normalnego i planowanego.

Oczywiście pandemia rodzi dla branży realne zagrożenia, takie jak spowolnienie realizacji rozpoczętych inwestycji lub wręcz ich przerwanie. Może to być spowodowane przyczynami takimi, jak absencja pracowników, brak podwykonawców, problemy z pozyskaniem materiałów, logistyką czy choćby kwarantanną po zachorowaniu któregoś z pracowników. Branża cierpi także na skutek efektu ciągnionego – przez niższe zamówienia lub brak zamówień na materiały i wyroby, a w konsekwencji ograniczanie lub przerwanie produkcji przez firmy pracujące na rzecz tych inwestycji. Pandemia powodować może także spowolnienie lub przerwanie ogłaszania przetargów przez inwestorów, spowodowane częstymi w czasie koronawirusa zmianami w sposobie pracy (praca zdalna, zawieszenie projektów, zamkniecie urzędów itp.).

Tymczasem Polska jest w środku ofensywy inwestycyjnej, zwłaszcza w drogownictwie i na kolei. Krajowy Program Kolejowy zakłada na rok bieżący wydatki PKP PLK na inwestycje w wysokości 12,4 mld zł. Byłyby to najwyższe roczne wydatki PLK; przypomnijmy, że w 2019 roku było to rekordowe 10 mld zł. Mimo epidemii poziom 12,4 mld zł jest możliwy do realizacji. Warunkiem jest pilne rozstrzygnięcie przetargów będących w procedowaniu i ogłaszanie nowych.

Jeżeli nawet część z nowych przetargów będzie realizowana począwszy od 2021 roku, to po rozstrzygnięciu przetargu w roku bieżącym i zawarciu umowy z wykonawcą będzie mógł on kupić część materiałów. Tego typu wcześniejsze zakupy mogły być dotychczas finansowane przez PLK do wysokości 90%. Nie ma przeszkód, aby było to 100%. Dzięki temu już w 2020 roku można pożytkować środki na poczet wydatków w latach kolejnych. Tym bardziej, że nie ma już przestrzeni na przesuwanie wydatków i robót na lata kolejne. Na 2021 r. w Krajowym Programie Kolejowym zapisano aż 15,3 mld zł! Dodatkowo w przyszłym roku rozpoczyna się trzecia unijna perspektywa 2021-2027, a PLK posiada już gotowe dokumentacje na projekty z tej perspektywy i to w systemie „buduj” – czyli do szybkiej realizacji. I tak, do końca 2023 roku polską gospodarkę czeka wyścig z czasem, dotyczący wykorzystania środków z perspektywy 2014-2020, a trzecia perspektywa w praktyce zamiast w 2021 rozpocznie się u nas w 2024 roku. Poza tym zapowiedzi reformy unijnych funduszy pokazują, ze może to być ostatnia realna szansa na pozyskanie tak znaczących środków na infrastrukturę.

Także GDDKIA posiada obecnie potencjał dla utrzymania i intensyfikacji prac na odcinkach drogowych – jak podaje Dyrekcja obecnie realizowanych jest 95 projektów o łącznej długości 1178 km, w przetargach jest 16 zadań na 184,7 km, zaś w przygotowaniu – 138 zadań o łącznej długości 2760,9 km.

Zrozumiałe jest więc, że i branża drogowa zwraca uwagę konieczność wykorzystania potencjału budownictwa do pobudzania wzrostu gospodarczego, co wymaga kontynuowania wielkich programów inwestycyjnych: Programu Budowy Dróg Krajowych, „Mosty dla Regionów”, „100 obwodnic”, inwestycji na drogach powiatowych i gminnych, współfinansowanych z Funduszu Dróg Samorządowych. Jako priorytet branża drogowa wskazuje zachowanie płynności finansowej która zależy od wszystkich podmiotów: zamawiających, inżynierów kontraktu, generalnych wykonawców i podwykonawców. Rozwiązaniami postulowanymi  mogą być: wprowadzenie płatności częściowych, zmniejszenia gwarancji, uproszczony dostęp do linii kredytowych, ze spłatami dotowanymi przez państwo. W latach poprzedniego kryzysu w budownictwie, wiele firm zostało przez banki wpisane na „czarne listy”. Teraz te same firmy są dla banków szansą. Sektor bankowy jeśli je sfinansuje dostanie odsetki. Drogą do przyspieszenia obiegu pieniądza jest przyspieszanie odbiorów robót, wystawiania Przejściowych Świadectw Płatności i fakturowania.

Nie można zapominać, że pandemia dodatkowo jeszcze pogłębiła problemy i patologie nękające polską branże infrastrukturalną, takie jak duże przesunięcia terminów ogłaszania i rozstrzygania przetargów.  W poprzednich latach KPK nigdy nie był realizowany zgodnie z wcześniejszymi założeniami, a w dzisiejszej sytuacji opóźnienia mogą być jeszcze większe.  Praktyką było przesuwanie niewykonanych robót na lata kolejne. I tak KPK z września 2015 zakładał wydatki w latach 2021 do 2023 kolejno: 7 mld, 3 mld, 1,9 mld zł, a ostatni, z września 2019, odpowiednio: 15,3 mld, 12 mld, 8 mld zł.

Kolejnym problemem w ostatnich 2 latach były duże różnice w ofertach cenowych wykonawców w odniesieniu do cen szacowanych w przetargach. Przekroczenia, często kilkudziesięcioprocentowe, powodują wydłużanie procedur, a także unieważnianie przetargów. Skalę problemu obrazuje fakt, że suma przekroczeń, mierzona jako różnica między najniższą ofertą w przetargu i ceną szacowaną przez PLK, w tym okresie przekracza niż 10 mld zł.

Inwestycje infrastrukturalne – najlepsza tarcza antykryzysowa

Historia gospodarcza – także wielkich kryzysów począwszy od lat 30. XX wieku – pokazuje, że właśnie inwestycje infrastrukturalne są najlepszą możliwą „tarczą antykryzysową” oraz motorem wzrostu gospodarczego i tworzenia miejsc pracy. Właśnie inwestycje infrastrukturalne są tym elementem, który może w największym stopniu pobudzać gospodarkę w dobie kryzysu i spowolnienia oraz pomagać walczyć z bezrobociem. Ponadto inwestycje infrastrukturalne realizowane są, jak wspomniano, w horyzoncie długookresowym. Okoliczności się zmieniają, a zrealizowane inwestycje infrastrukturalne decydują na dekady o sile i bezpieczeństwie ekonomicznym państwa, perspektywach gospodarki oraz jakości życia społeczeństw. Ponadto wreszcie mamy sytuację typu „teraz albo nigdy”. Wyczerpywanie się funduszy europejskich w kolejnych perspektywach unijnych jako podstawowego źródła finansowania inwestycji infrastrukturalnych, a także zmiany geopolityczne, nadają krytycznego znaczenia inwestycjom infrastrukturalnym  realizowanym tu i teraz.

Paradoksalnie obecna sytuacja może wspierać rozwiązanie niektórych problemów branży infrastrukturalnej, w tym generowanych przez nadciagający kryzys. Branża borykająca się od kilku lat z brakiem rąk do pracy może wchłonąć z rynku (także ze względu na niską barierę wejścia) pracowników tracących zatrudnienie w innych branżach, zwłaszcza wobec wyjazdu tysięcy pracowników z Ukrainy.  Dlatego brak nowych zleceń i przetargów może się wiązać z katastrofą na rynku pracy – pracodawcy tnąc koszty będą zmuszani do redukcji zatrudnienia i obniżki wynagrodzeń.

Dlatego, aby utrzymać siłę branży infrastrukturalnej jako swego rodzaju koła zamachowego polskiej gospodarki w dobie spowolnienia, państwo polskie powinno stymulować rozwój gospodarki poprzez inwestycje w projekty infrastrukturalne, dające impuls kolejnym sektorom i branżom. Instytucje państwowe odgrywają kluczową rolę na poziomie planowania i komunikacji o nowych inwestycjach w infrastrukturze drogowej i kolejowej. Potrzebna jest determinacja, by kontynuować program rozwoju ze sprawnym wykorzystaniem środków unijnych w perspektywie obecnej i w kolejnych latach.

Co prawda Unia Europejska dopuściła przenoszenie środków na walkę z epidemią, jednak inwestycje infrastrukturalne powinny być ostatnimi, których taka operacja mogłaby dotyczyć. Gospodarka kraju wytrzyma ograniczenia przez określony czas, a będzie on tym krótszy, im mniejsza większa będzie aktywność podmiotów, w szczególności w tych obszarach, w których – przy wdrożeniu stosownych zabezpieczeń – ta aktywność jest możliwa. Bezsprzecznie inwestycje infrastrukturalne do tych obszarów należą, nie tylko z uwagi na możliwości realizacji, ale też z uwagi na ilość podmiotów w nie zaangażowanych i związanym z tym zatrudnieniem. Lepiej więc, aby ci pracownicy pobierali wynagrodzenie od pracodawcy, a nie byli na garnuszku państwa, wspierani pieniędzmi przesuniętymi z inwestycji.

Równie ważne są jest tempo ogłaszania i rozstrzygania kolejnych przetargów. To od stanu realizacji inwestycji zależeć będzie, jak szybko państwu polskiemu uda się wyjść z kryzysu gospodarczego. Dodatkowo, kryzys stwarza okazję do naprawienia problemów trapiących branżę na co dzień – uproszczenia procedur przetargowych, egzekwowania jakości i dobrych praktyk zamiast dyktatu najniższej ceny,  rzetelnych rozliczeń kontraktów.

Ponadto państwo powinno stymulować aktywność banków dla zapewnienia finansowania działalności podmiotów zaangażowanych w realizowane inwestycje infrastrukturalne.

Co i jak finansować?

Nastawienie banków do całego procesu związanego z tymi inwestycjami i do firm je realizujących nie było, w ostatnich latach, entuzjastyczne. Wynikało to z przyczyn leżących zarówno po stronie państwowych inwestorów, GDDKiA i PKP PLK, jak i wykonawców.

Pierwsi nie zapewniali organizowania procesów inwestycyjnych w czasie i w wielkościach przyjętych w dokumentach rządowych, drudzy – rywalizując w przetargach oferowali ceny często o kilkadziesiąt procent niższe od szacowanych przez inwestorów – to w konsekwencji kosztem rentowności. I wreszcie zachowanie instytucji państwa: rządy, w kolejnym roku, akceptowały niewykonania inwestycji infrastrukturalnych w roku poprzednim, przenosząc wydatki na lata następne. W efekcie mieliśmy i mamy dalej pasywną postawę banków w relacjach z firmami, w szczególności z obszaru inwestycji kolejowych.

Okres epidemii, to paradoksalnie dobry czas, aby to nastawienie i praktykę zmienić. Obecnie, to właśnie w interesie państwa polskiego leży sprawna realizacja inwestycji infrastrukturalnych. Będą one również podstawowym narzędziem w dochodzeniu gospodarki kraju do równowagi po koronawirusie. Stąd na rządzie i instytucjach państwa ciąży obowiązek zapewnienia takiego działania banków, aby stymulowało ono, a nie utrudniało, jak to jest dzisiaj, osiąganie oczekiwanych powszechnie celów. To państwo jest gwarantem przekazywania środków, tych z budżetu jak i unijnych, na inwestycje infrastrukturalne. To państwo przyjmuje, w drodze aktów prawnych, stosowne programy, w tym wydatków na inwestycje. Zatem państwo powinno stworzyć warunki dla ich realizacji i egzekwować wykonanie programów. Jednym z decydujących warunków jest efektywne finansowanie procesów inwestycyjnych przez banki. Bez niego szereg firm nie będzie mogło nawet wziąć udziału w przetargu np.  z braku środków na gwarancję wykonania.

Koniecznym jest jednoznaczny, mocny przekaz rządu, skierowany do instytucji finansowych, w szczególności do banków oraz wdrożenie mechanizmów, których skutkiem powinna być zmiana nastawienia banków do inwestycji infrastrukturalnych i w konsekwencji konstruktywne relacje z firmami je realizującymi. Przedłużanie się pasywnego nastawienia i takich działań banków, z pewnością stworzy poważne trudności w osiągnięciu celów, nie tylko branż, ale kraju, jakie wiąże się z inwestycjami infrastrukturalnymi. Działanie rządu musi tu być szybkie i skuteczne.

Podsumowanie i konkluzje

Konkludując powyższe Instytut Staszica podkreśla, iż w dobie epidemii i nadciągającego kryzysu i spowolnienia realną i skuteczną pomocą będą więc ciągłość realizacji inwestycji infrastrukturalnych oraz ogłaszanie nowych przetargów przez państwowych  inwestorów – GDDKA i PLK. Inwestycje infrastrukturalne są tym elementem, który może w największym stopniu pobudzać gospodarkę w dobie kryzysu i spowolnienia oraz pomagać walczyć z bezrobociem. Ponadto inwestycje infrastrukturalne realizowane są w horyzoncie długookresowym, w którym może zdarzyć się wiele: zarówno klęski żywiołowe, epidemie, kryzysy jak i okresy prosperity. Tym niemniej okoliczności się zmieniają, a zrealizowane inwestycje infrastrukturalne decydują na dekady o sile i bezpieczeństwie ekonomicznym państwa, perspektywach gospodarki oraz jakości życia społeczeństw.

ZUS przyznaje coraz mniej świadczeń emerytalnych, mimo to wydatki na nie rosną

Ponad 302 tys. wyniosła liczba osób, którym Zakład Ubezpieczeń Społecznych przyznał emeryturę w ub.r. To o ponad 52 tysiące mniej niż w 2018 roku. Według ekspertów, niektórzy Polacy opóźnili swoje przejście na emeryturę, aby zwiększyć wysokość przyszłego świadczenia. Wpływ na to miała dobra sytuacja na rynku pracy. Z danych ZUS-u wynika również, że seniorzy zazwyczaj stają się emerytami w ustawowym wieku. W latach 2018-2019 najwięcej świadczeń przyznano w województwie mazowieckim, a najmniej – w opolskim. W ubiegłym roku na emerytury przeznaczono ponad 163 mld zł, czyli o około 11,5 mld zł więcej niż w 2018 roku.

W ubiegłym roku Zakład Ubezpieczeń Społecznych przyznał emeryturę 302,3 tys. osobom. To mniej niż w 2018 roku, kiedy liczba ta wynosiła 354,6 tys. Jak stwierdza Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, były członek Rady Nadzorczej ZUS, taka różnica rok do roku jest spora. Ona nie mogła być spowodowana tylko czynnikami demograficznymi. Bardzo dobra sytuacja na rynku pracy i szybki wzrost wynagrodzeń sprawiły, że część osób odłożyło decyzję o przejściu na emeryturę, żeby zwiększyć wysokość świadczenia.

– 5-6 lat temu było mniej ofert pracy dla ludzi starszych. Dla nich przejście na emeryturę stanowiło często jedyną opcję. W dwóch ostatnich latach sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej. Część osób, które osiągnęły wiek emerytalny, otrzymały od swoich pracodawców propozycje pozostania w firmie. To często wiązało się nawet z podniesieniem wynagrodzenia. Takie sytuacje dotyczyły zwłaszcza pracowników wykwalifikowanych, ponieważ trudno było znaleźć sensowne zastępstwo – wyjaśnia ekonomista Marek Zuber.

W ubiegłym roku 243,8 tys. osobom (mężczyźni – 94 tys., kobiety – 149,8 tys.) przyznano emeryturę z Zakładu w ustawowym wieku emerytalnym. Poniżej tej granicy świadczenie dostało 9,6 tys. osób (mężczyźni – 8,4 tys., kobiety – 1,2 tys.), a powyżej – 48,9 tys. (mężczyźni – 11,9 tys., kobiety – 37,1 tys.), o czym informuje Paweł Żebrowski, rzecznik ZUS-u. Z kolei Marek Zuber zaznacza, że w naszym społeczeństwie jest nieznacznie więcej kobiet. One mają standardowo mniejsze emerytury, do czego przyczynia się niższy wiek emerytalny. Starają się więc dłużej pracować. Natomiast część mężczyzn szybciej odchodzi z rynku pracy ze względu na uprawnienia obowiązujące w wybranych branżach, np. górnicy czy też służby mundurowe.

– 60-letnia kobieta ma przed sobą średnio 24 lata życia. Przechodzenie na emeryturę w tym wieku to moim zdaniem bardzo zła decyzja. Świadczenie przyznane przez ZUS będzie zachowywało siłę nabywczą ze względu na waloryzację o inflację, ale wynagrodzenia wzrosną znacznie szybciej i u emerytów pojawi się poczucie zubożenia. Jeżeli w momencie przejścia na emeryturę jej wysokość będzie stanowiła 50% średniego wynagrodzenia, to pod koniec życia spadnie do ok. 25%. To naprawdę spora i odczuwalna różnica – analizuje Jeremi Mordasewicz.

Jak dodaje Paweł Żebrowski, w 2018 roku Zakład przyznał emeryturę 255,7 tys. osobom (mężczyźni – 94 tys., kobiety – 161,7 tys.) w wieku emerytalnym. Poniżej granicy 65/60 lat świadczenie otrzymało  18,5 tys. osób (mężczyźni – 15,7 tys., kobiety – 2,8 tys.), a powyżej – 80,4 tys. (mężczyźni – 21,3 tys., kobiety – 59,1 tys.).

– Kobiety zarabiają o kilkanaście procent mniej od mężczyzn, co ma wpływ na wysokość późniejszego świadczenia. Ale podstawową przyczyną niskich emerytur kobiet jest niższy niż dla mężczyzn wiek emerytalny i w rezultacie dłuższy czas pobierania świadczenia. Jednak z wyliczeń wynika, że panie mogą mieć o ponad 50% wyższą emeryturę, jeśli przejście na nią opóźnią o ok. 5 lat. Przykładowo więc, zamiast 2 tys. miesięcznie, kobieta może dostać ok. 3 tys. złotych – podkreśla ekspert z Konfederacji Lewiatan.

ZUS ustalił, że w 2018 roku 57% osób przeszło na świadczenie natychmiast po osiągnięciu wieku emerytalnego. 36,3% w ciągu roku (1-11 miesięcy), zaś 5,7% opóźniło tę decyzję o rok lub dłużej od nabycia uprawnień. W przypadku mężczyzn podział ten wyglądał następująco – 63,8%, 32,2% oraz 4%. Natomiast statystyki dotyczące kobiet wyniosły odpowiednio – 53,5%, 38,5% i 8,1%.

– Opóźnienie przejścia na emeryturę o kilka miesięcy może wynikać z tego, że ktoś się wahał i nie załatwił niezbędnych formalności. Albo czekał na korzystną waloryzację składek, która jest zazwyczaj najwyższa w pierwszym kwartale roku. Do pewnej grupy kobiet zaczyna docierać, że tak wcześnie na emeryturę odchodzić nie powinny. Oczywiście można zdecydować się na ten krok i nadal pracować, ale wtedy już sięgamy po uzbierany kapitał. Natomiast z samego świadczenia będzie ciężko wyżyć, jeżeli ktoś nie zgromadził sobie znaczących oszczędności – wyjaśnia Jeremi Mordasewicz.

W analizowanych latach najwięcej emerytur wypłacanych przez ZUS przyznano w województwach – mazowieckim (2018 rok – 53,7 tys. osób, 2019 rok ¬– 45,3 tys. osób) oraz śląskim (42,5 tys. i 36,5 tys.), najmniej zaś w opolskim (9,2  tys. i 7,8 tys.) oraz lubuskim (9,8 tys. i 8,1 tys. osób). Jak informuje Marek Zuber, Mazowsze i Śląsk to regiony, w których jest najwięcej pracowników. Ponadto tam przeciętne wynagrodzenia należą do najwyższych w kraju, czyli również emerytury powinny być wysokie. To może stanowić element zachęcający do rezygnacji z aktywności zawodowej.

– Moim zdaniem, nie powinniśmy porównywać województw, ponieważ one są zbyt dużymi agregatami. Ludzie inaczej zachowują się w dużym mieście, gdzie zazwyczaj jest łatwiej o lepiej płatna pracę, niż w małym miasteczku. Osoby pracujące fizycznie szybciej tracą zdolność do wykonywania swoich obowiązków zawodowych. Z kolei pracownicy umysłowi mogą z reguły, choć nie zawsze, dłużej zarabiać, bo ich kondycja zdrowotna jest standardowo lepsza – stwierdza ekspert Lewiatana.

Natomiast Paweł Żebrowski informuje, że w ubiegłym roku ZUS przeznaczył na emerytury ponad 163,7 mld złotych. Rok wcześniej kwota ta wyniosła przeszło 152,3 mld złotych. Ta różnica nie jest zaskoczeniem, co podkreśla Marek Zuber. I dodaje, że wpływ na to mają 2 czynniki. Pierwszy to relatywny wzrost liczby pobierających świadczenie, co wynika ze starzenia się naszego społeczeństwa. Drugi to waloryzacja emerytur, na którą wpływ miała inflacja.

– Warto też na koniec dodać, że racjonalne jest płynne przejście na emeryturę. po 60. czy 65. roku życia nie żegnamy się z pracą, tylko zaczynamy stopniowo mniej jej wykonywać. To może być wymiar np. czterech dni w tygodniu czy 6 godzin dziennie. Tak już się dzieje np. w Niemczech czy Holandii. Niedługo standardem będzie 70 lat – podsumowuje były członek Rady Nadzorczej ZUS.

Jak koronawirus wpływa na trendy na warszawskim rynku mieszkaniowym

Zaledwie półtora miesiąca w nowej rzeczywistości pozwala zauważyć punkt zwrotny na polskim rynku mieszkaniowym. Strona popytowa na zmiany zareagowała niemal od razu. Strona podażowa była nieco sparaliżowana. Przyglądając się bliżej cenom ofertowym niemal z dokładnością co do dnia można sprawdzić, kiedy koronawirus zainfekował rynek i jak zadziałał na podaż. Sprawa popytu wymaga dłuższej obserwacji. Choć trudno oszacować skalę zmian dotyczącą przełożenia części decyzji zakupowych na lepsze czasy. To można już ocenić, że okres totalnego zamrożenia minął.

Kompletny lockdown za nami

Do tej pory ocena sytuacji rynkowej odbywała się w formie obserwacji kupujących i sprzedających. Lockdown spowodował przede wszystkim zatrzymanie strony popytowej. Zamrożenie rynku po stronie kupujących było spowodowane szybkimi zmianami na rynku pracy, a w związku z tym rosnącym niepokojem. Jednak jak się okazało, niemały wpływ miała również troska o własne bezpieczeństwo, zdrowie i zastosowanie się do zaleceń dotyczących ograniczenia kontaktów. Koronawirus wpływa na wszystkie obszary gospodarki, dlatego oczywistym jest, że i rynek nieruchomości po jego „ingerencji” nie będzie już taki sam. Oceny, że nic się nie stało są delikatnie mówiąc bardzo ryzykowne, jednak z drugiej strony mówienie o tym, że rynek nieruchomości się już skończył, jest również mocno przesadzone. Rynek nieruchomości jest rynkiem cyklicznym, dlatego to nie pierwsze i nie ostatnie perturbacje na tym rynku.
Rynek w kryzysie funkcjonuje, choć w inny sposób. Mamy zwykle do czynienia ze zmniejszoną liczbą transakcji (w pierwszej fazie załamania), dopiero po pewnym czasie widzimy zmiany w przeciętnych cenach mieszkań. Kryzys jednak nie wygasza transakcyjności do zera i to również jest widoczne w obecnym czasie na rynku mieszkaniowym.

Bardzo duży wpływ na zachowania kupujących miał kompletny lockdown. Rynek nieruchomości się zmienił. Jeżeli chodzi o postawy kupujących na razie nie ma powrotu do czasów sprzed koronawirusa, jednak obecnie jest znacznie lepiej niż przez ostatnich parę tygodni. W ostatnich dwóch tygodniach kwietnia obserwuje się dużo większy ruch, kupujący przede wszystkim chcą się spotykać i oglądać mieszkania. Ta zmiana jest widoczna mniej więcej od momentu złagodzenia restrykcji dotyczących przemieszczania się – ocenia Anton Bubiel, dyrektor operacyjny w SonarHome.pl, firmie zajmującej się automatyzacją procesu kupna i sprzedaży mieszkań.

Trend cen mieszkań w Warszawie – na żywo

Zmiana cen na rynku mieszkaniowym nie następuje nagle i dynamicznie. Oczekujący na szybkie spadki mogą być nieco zawiedzeni. Jednak rynek nieruchomości to rynek, na którym procesy decyzyjne i działanie są często rozłożone w czasie, dlatego gwałtownych ruchów w całej masie transakcji praktycznie nie widać. Obserwując mieszkania znajdujące się w ofercie niemal z dokładnością co do dnia można było zauważyć zmianę postawy sprzedających. Liczba aktywnych ofert na portalach ogłoszeniowych wskazywała na lekki spadek, a trend wzrostu cen się zatrzymał. Do zmiany doszło po 9 marca, czyli w tym samym tygodniu, w którym wielu z nas przeszło na pracę zdalną a w kraju wprowadzono stan zagrożenia epidemicznego.Dzienna zmiana ceny ofertowej 1m2 mieszkania w Warszawie

Wykres przedstawia mieszkania będące aktywne w ofercie maksymalnie 90 dni. Jednak biorąc pod uwagę mieszkania będące dłużej w ofercie trend jest zbliżony do tego z powyższego wykresu.

źródło: obliczenia na podstawie danych zgromadzonych przez SonarHome.pl

Jeśli spojrzymy na ceny ofertowe w Warszawie globalnie, bez żadnych dodatkowych założeń, pokażą one przekształcenie się trendu wzrostu cen mieszkań (na początku marca) na ich stabilizację aż do końca kwietnia. Nieco inny obraz możemy zauważyć przyglądając się tym danym bardziej szczegółowo dzieląc oferty na czas ich aktywności na portalach ogłoszeniowych. Nawet prosty podział na oferty aktywne maksymalnie 45 dni oraz mieszkania będące w ofercie do 90 dni pokazuje różnicę w trendzie cenowym dla poszczególnych grup, choć niewielką [patrz wykres poniżej]. Zwracając uwagę na mieszkania będące w ofercie nie dłużej niż 45 dni widzimy lekki trend spadkowy przeciętnej ceny 1m2 mieszkania (wszystkie statystyki dotyczą rynku wtórnego). Jakie pierwsze wnioski nasuwają się po analizie poniższego wykresu? Mieszkania wystawione na sprzedaż na początku 2020 roku, trzymają cenę, ale te wystawione później już niekoniecznie.

Można się w tym przypadku pokusić się o tezę, że właściciele wystawiający na sprzedaż swoje nieruchomości w czasie rozgrzanego rynku z perspektywą na to, że ceny mieszkań rosną, a do zakupu ustawiają się kolejki kupujących, są mniej elastyczni, niż osoby, które zdecydowały się na sprzedaż w późniejszym czasie. Kiedy ograniczymy statystykę do ofert aktywnych maksymalnie 45 dni, widzimy już większą elastyczność sprzedających, być może pogodzenie się z obecną sytuacją. W wyniku tego zauważalny jest lekki trend spadkowy. Moment przełomowy dla dwóch statystyk jest taki sam i przypada w pobliżu 9 marca. Nie są to drastyczne spadki, pamiętajmy cały czas, że są to ceny ofertowe. Jednak wskazują na to, że pole do negocjacji ze sprzedającymi może się powiększać, szczególnie ze względu na to, że oni sami, może nawet nie zdając sobie z tego sprawy, już stosują lekką korektę cenową. – komentuje Barbara Bugaj, główny analityk ds. rynku nieruchomości w SonarHome.pl

Zmiana ceny ofertowej 1m2 mieszkania w Warszawie w podziale na liczbę dni aktywności oferty

źródło: obliczenia na podstawie danych zgromadzonych przez SonarHome.pl

Przyjrzyjmy się szczegółom

Koronawirus zmienia powoli postawę sprzedających, choć nie wszystkich. W ostatnich latach obserwowaliśmy nieprzerwany wzrost cen mieszkań. W rezultacie świeższe oferty (czyli te o krótszym czasie aktywności) były wystawiane w wyższych cenach niż te starsze, będące dłużej na portalach ogłoszeniowych. Powód był prosty i wspomniany już wcześniej, regularny wzrost cen w czasie. Sytuacja zmienia się, gdy do gry wkracza pandemia i wszystkie jej konsekwencje. Mniej więcej w drugim tygodniu marca zmiany są widoczne w przypadku nowszych ofert.

Ceny mieszkań będących w ofercie w podziale na czas aktywności

źródło: SonarHome.pl

Ceny mieszkań będących w ofercie nie dłużej niż 45 dni w okolicach drugiego tygodnia marca zaczynają być niższe niż te będące aktywne w ofercie od 46 do 180 dni. Wyraźnie możemy zauważyć, że trend zmian cen starszych ofert przeszedł z fazy wzrostu jedynie w fazę stabilizacji. A ceny mieszkań, będących krócej w ofercie są niższe i w momencie marcowego przełamania przeszły w lekki trend spadkowy, stabilizując się na początku kwietnia.

Obserwując zmiany cen mieszkań w podziale na czas aktywności oferty możemy stwierdzić, że sprzedający w erze koronawirusa są skłonni do zmiany oczekiwań cenowych. Widzimy, że w świeższych ogłoszeniach ceny ofertowe są niższe niż w przypadku mieszkań, które w ofercie są dłużej i były wystawione na sprzedaż przed atakiem koronawirusa. Jeszcze do niedawna ceny mieszkań, które długo pozostawały w ekspozycji były niższe od tych, które dopiero co pojawiały się w ofercie. W normalnej sytuacji sprzedający, których mieszkanie jest już dość długo wystawione na sprzedaż, obniżają swoje oczekiwania. Obecnie sprzedający, którzy zdecydowali się wystawić na sprzedaż mieszkanie na długo przed marcem 2020 nie są zbyt elastyczni. Natomiast Ci, którzy od niedawna mają zamiar sprzedać swoją nieruchomość, zareagowali na bieżącą sytuację rynkową spowodowaną pandemią. – mówi Barbara Bugaj, główny analityk w SonarHome.pl

Niewielka dynamika zmian

Jak już wcześniej wspomniano, cenowe zmiany na rynku nieruchomości nie są agresywne, jest tak zarówno w przypadku cen transakcyjnych jak i ofertowych. Jest to jedna z charakterystycznych cech tej klasy aktywów.

Obecne zmiany cen w stolicy są niewielkie. Ujemna dynamika zmian wystąpiła pod koniec marca i była kontynuowana do połowy kwietnia. Mediana cen mieszkań spadła zaledwie o 0,63%, także jak widzimy zmiana nie przekroczyła nawet 1%.Dynamika zmian cen mieszkań w aktywnych ofertach

źródło: SonarHome.pl

Podsumowując, dynamika wzrostu cen zatrzymała się natomiast nie oznacza to, przynajmniej na chwilę obecną, wyraźnych ruchów cenowych w przypadku ofert na rynku lokali mieszkalnych. Obecne zmiany wskazują na spadek cen w fazie lockdown ’u oraz brak zmian mediany cen mieszkań pod koniec kwietnia w stosunku do analogicznego okresu miesiąca poprzedniego.

Jak należy interpretować powyższy wykres?

  • wykres przedstawia procentową zmianę cen mieszkań w aktywnych ofertach
  • punkty znajdujące się poniżej linii 0% wskazują na spadek cen w porównaniu miesiąc do miesiąca
  • punkty znajdujące się powyżej linii 0% wskazują na procentowy wzrost cen mieszkań w porównaniu do analogicznego okresu w miesiącu poprzednim
  • lewa oś obrazuje procentową wysokość zmian cen, którą należy zestawić z poziomą osią czasu

Nastroje konsumenckie w kwietniu szorują po dnie

Zgodnie z naszymi wcześniejszymi prognozami[1], wskaźnik koniunktury konsumenckiej w kwietniu notował historyczne minima. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK)[2] obrazujący nastroje Polaków w pierwszym miesiącu drugiego kwartału spadł do poziomu -36,4 pkt. Tak niskiego poziomu nie widzieliśmy nawet ponad dekadę temu, mając do czynienia z globalnym kryzysem finansowym. W lutym 2009 roku poziom indeksu wyniósł -30,3 pkt, natomiast w październiku 2012 roku wyznaczył minima poprzedniego cyklu na poziomie -32,1 pkt.Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej

źródło: SonarHome.pl na podstawie danych GUS

Aż 95% ankietowanych przez GUS potwierdziło, że obecna epidemia miała wpływ na odpowiedzi dotyczące koniunktury konsumenckiej. Polacy oceniając bieżącą sytuację najbardziej obawiali się zmiany ogólnej sytuacji ekonomicznej kraju. Odpowiedzi respondentów wskazały również na wyraźny spadek skłonności do dokonywania ważnych zakupów.Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej [pkt] i jego wybrane części składowe

źródło: SonarHome.pl na podstawie danych GUS

W stosunku do przyszłości konsumenci nie są optymistami. Największą obawę stanowi zmiana poziomu bezrobocia w kraju. Nawiązując do kwietniowej ankiety przeprowadzonej przez GUS aż 48% respondentów obawia się utraty pracy lub zaprzestania prowadzenia własnej działalności. 88% twierdzi, że koronawirus stanowi duże zagrożenie dla gospodarki w Polsce. Polacy uważają również, że obecna sytuacja stanowi zagrożenie dla ich osobistej sytuacji finansowej – odpowiedziało tak 81% ankietowanych, w tym 44% twierdzi, że zagrożenie jest duże.Jakie zagrożenie stanowi obecna sytuacja epidemiologiczna dla osobistej sytuacji finansowej Polaków

źródło: GUS

Podsumowanie

Pandemia zaskakując rynki zaskoczyła również konsumentów. Nagła zmiana sytuacji przełożyła się na głęboki spadek nastrojów konsumenckich. Sytuacja stwarza wysoką niepewność ze względu na to, że mierzymy się z innym wymiarem załamania, niż te które znamy z przeszłości (np. kryzys finansowy). W tym przypadku strach potęguje dodatkowo obawa o własne bezpieczeństwo. Wszystkie te czynniki nie pozostaną bez wpływu na rynek nieruchomości, ponieważ to ludzie ten rynek tworzą. Zmiany jednak nie będą gwałtowne, szczególnie w przypadku cen mieszkań. Mimo tego, że sądząc po nastrojach konsumenckich sytuacja wygląda bardzo poważnie, to widzimy, że najgłębsze wyhamowanie pod względem zainteresowania popytu mamy już za sobą. Od drugiej połowy marca do połowy kwietnia potencjalni kupujący nie byli zainteresowani wizytami czy spotkaniami (na co wpłynęły również restrykcje związane z ograniczeniem kontaktów). Powoli przyzwyczajamy się jednak do funkcjonowania w nowej rzeczywistości. Oczywiście sytuacja nie wraca do tej sprzed koronawirusa, jednak druga połowa kwietnia przynosi zmiany w zachowaniach kupujących, którzy już zgadzają się na spotkania. Doświadczeni inwestorzy nie przestali trzymać ręki na pulsie i cały czas obserwują rynek, a na tym pojawiają się ciekawe okazje z wyprzedaży wcześniejszych zakupów pakietowych czy nietrafionych zakupów (finansowanych przez wysokooprocentowane pożyczki). Rekordowo niskie stopy procentowe wciąż wspierają rynek nieruchomości. Ponieważ ten dla osób z gotówką, a jednocześnie niezainteresowanych giełdą, czy niekoniecznie znających się na różnych aktywach finansowych, wydaje się najbliższy.

[1] Artykuł „Koronawirus zmienia rynek nieruchomości” – https://sonarhome.pl/raporty/koronawirus-zmienia-rynek-nieruchomosci

[2] Obydwa wskaźniki ufności konsumenckiej mogą przyjmować wartości od –100 do +100. Wartość dodatnia oznacza przewagę liczebną konsumentów nastawionych optymistycznie nad konsumentami nastawionymi pesymistycznie, natomiast wartość ujemna oznacza przewagę liczebną konsumentów nastawionych pesymistycznie nad konsumentami nastawionymi optymistycznie. W okresie 06-16.04.2020 r. przeprowadzono metodą wywiadu telefonicznego 1808 wywiadów.

Świadek w postępowaniu podatkowym – czy i jak usprawiedliwić niestawiennictwo przed organem?

Świadek w postępowaniu podatkowym pełni funkcję analogiczną do tożsamej instytucji przewidzianej w przepisach postępowania cywilnego, karnego, a co za tym idzie – również szeroko pojętego postępowania administracyjnego. Pojęciem ściśle związanym ze świadkiem są, co oczywiste, składane przez niego zeznania. Warto zatem nadmienić, że na gruncie ustabilizowanego orzecznictwa sądów administracyjnych stanowią one oświadczenie wiedzy świadka co do faktów istotnych dla rozstrzygnięcia przez organ podatkowy określonej sprawy. Jednak czy każdy aspekt odnoszący się do tego środka dowodowego wygląda podobnie jak w przypadku innych postępowań? Czy stawiennictwo, mimo że obowiązkowe, może być usprawiedliwione, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Dowód o charakterze ściśle osobistym

Zarówno w doktrynie, jak i judykaturze nie ma wątpliwości co do tego, że dowód z przesłuchania świadka ma charakter osobisty, wobec czego nie przewiduje się możliwości zastąpienia zeznań inną formą złożenia tego typu oświadczenia np. poprzez wyjaśnienia przekazane na piśmie. Jedynym dopuszczalnym trybem przeprowadzenia dowodu z zeznań świadka jest złożenie ich bezpośrednio przed organem podatkowym. Natomiast pisemna wypowiedź osoby mającej wystąpić w roli świadka, nie mogąc być uznaną za dowód w rozumieniu art. 180 § 1 Ordynacji podatkowej, będzie jedynie swego rodzaju źródłem informacji dotyczącej dowodu.

Czy można pozwolić sobie na nieobecność?

Jak uprzednio wspomniano, osoba wezwana w charakterze świadka zobowiązana jest do złożenia zeznań. Odmówić można wyłącznie w ściśle określonym przez przepisy Ordynacji podatkowej przypadku, a mianowicie, gdy świadek jest osobą najbliższą (wskazaną w treści art. 196 § 1 o.p.) względem strony. Ponadto świadek uprawniony jest do odmowy odpowiedzi na poszczególne pytania, jeżeli mogłoby to narazić świadka lub osobę wymienioną w przywołanym powyżej przepisie na odpowiedzialność karną, karną skarbową albo mogłoby spowodować naruszenie tajemnicy zawodowej. Są to jedyne wyjątki od reguły obligatoryjnego stawienia się oraz złożenia zeznań przez osobę wezwaną do tego przez organ podatkowy. Należy zaznaczyć, że jest to obowiązek prawny, w świetle przepisów Ordynacji podatkowej sankcjonowany karą porządkową. Do nałożenia tej kary ma prawo organ przeprowadzający rozprawę.

Kiedy dojdzie już do nieobecności

Z treści art. 262 §1 Ordynacji podatkowej, ustanawiającego instytucję kary porządkowej dla uczestników, którzy mimo prawidłowego wezwania nie stawili się przed organem, wynika pośrednio, że dopuszczalne jest usprawiedliwienie takiej osoby. Co istotne, przedstawienie uzasadnionej przyczyny wyłącza sankcję kary porządkowej względem nieobecnego uczestnika. Generalną zasadą ukształtowaną na tle praktyki każdego z regulowanych prawnie postępowań jest osobiste przedłożenie przez określonego uczestnika adekwatnego uzasadnienia w tym zakresie. Najczęstszymi przyczynami niestawiennictwa są problemy zdrowotne czy obowiązki służbowe. Swego rodzaju przełomu w tym obszarze dokonał ostatnio Naczelny Sąd Administracyjny, który w ciekawym wyroku z dnia 19 lutego 2020 r. (sygn. akt II FSK 768/18) orzekł, że nie tylko nie jest wymagane usprawiedliwienie pisemne (np. w formie zwolnienia lekarskiego), ale również, że usprawiedliwiać może kto inny niż uczestnik (w tym przypadku świadek), którego sprawa dotyczy (!).

Stan faktyczny

W stanie faktycznym przywołanej powyżej sprawy wnuk strony postępowania został wezwany przez organ podatkowy do stawiennictwa w celu przesłuchania w charakterze świadka. Aż do dnia rozprawy właściwy Urząd Skarbowy nie uzyskał żadnej informacji świadczącej o możliwej nieobecności wskazanego świadka. Dopiero w wyznaczonym w wezwaniu dniu rzekomy pełnomocnik świadka telefonicznie poinformował US, iż świadek, przebywając aktualnie za granicą, nie może stawić się przed organem. Co istotne, w aktach sprawy nie znajdowało się żadne pełnomocnictwo dowodzące uprawnienia kontaktującej się osoby do występowania w imieniu świadka. Wobec tego powinien on zwrócić się do US osobiście, czego mimo wszystko nie uczynił. Nie przedstawił tym samym dowodów, potwierdzających, że opisany wyjazd w ogóle miał miejsce, oraz że okoliczność ta równocześnie stanowiła przeszkodę uniemożliwiającą stawiennictwo oraz chociażby telefoniczny kontakt z organem. W następstwie powyższego Naczelnik Urzędu Skarbowego za niestawienie się na wezwanie organu nałożył na świadka karę porządkową.

Co na to NSA?

W uzasadnieniu wydanego przez siebie wyroku Naczelny Sąd Administracyjny stanął na stanowisku, że nagła, nieplanowana wcześniej podróż służbowa osoby, która została wezwana przez organ podatkowy do stawiennictwa w celu złożenia zeznań jako świadek, powinna być uznana za uzasadnioną przyczynę nieobecności.

NSA zaakcentował w szczególności fakt, że świadek dołożył należytej staranności, dążąc do tego, aby przedmiotowy Urząd Skarbowy powiadomiony został o tym zdarzeniu. Podkreślono natomiast, że bez znaczenia dla sprawy pozostaje okoliczność, iż sama informacja nie została przekazana bezpośrednio od zainteresowanego bądź od jego formalnie ustanowionego pełnomocnika, lecz od osoby trzeciej. Zdaniem NSA umożliwiło to przecież organowi podatkowemu uzyskanie odpowiedniej informacji o nieobecności świadka oraz jej przyczynach.

Warto zwrócić uwagę, że Naczelny Sąd Administracyjny nie tylko przyznał rację świadkowi, ale też skrytykował tryb działania organu podatkowego, stawiając tezę, w świetle której w przypadku zaistnienia wątpliwości co do wiarygodności i prawidłowości usprawiedliwienia świadka dokonanego przez osobę postronną, jedynym właściwym działaniem Urzędu Skarbowego byłoby wówczas przeprowadzenie postępowania wyjaśniającego w tym zakresie, do czego jednak w zaistniałym stanie faktycznym nie doszło.

Podsumowanie

Nie ulega wątpliwości, że stawienie się przed organem podatkowym osoby prawidłowo wezwanej jest jej obowiązkiem, zarówno prawnym, jak i społecznym. Tym niemniej przytoczone wyżej orzeczenie NSA bezsprzecznie dowodzi tego, iż w sytuacjach przez uczestników postępowania nieprzewidzianych nie ma znaczenia sposób, w jaki organ otrzyma wyjaśnienia co do ich nieobecności. Istotna jest wyłącznie ich treść i zasadność, pozwalająca na usprawiedliwienie danej osoby, które z kolei wyłączy konieczność nałożenia na nią stosownej kary porządkowej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Prawie połowa Polaków studiujących za granicą wróciła do Polski

W związku z epidemią koronawirusa polskie uczelnie prowadzą zajęcia online, a studenci kontynuują naukę w domu. A co z Polakami studiującymi za granicą? Czy zdecydowali się na powrót? Jak teraz realizowane są zajęcia na zagranicznych uczelniach?

Prawie połowa polskich studentów studiujących za granicą wróciła do Polski – wynika z ankiety przeprowadzonej przez Elab*. W niespełna 13 proc. przypadków uczelnie odwołały egzaminy w tym semestrze, a 63 proc. realizuje zajęcia online. Co dziesiąty ankietowany odpowiedział, że jego uczelnia odwołała zajęcia.

Prawie połowa Polaków studiujących za granicą wróciła do Polski– W momencie przeprowadzania ankiety więcej niż trzech na sześciu studentów odbywa zajęcia online. Jeśli sytuacja związana z koronawirusem się utrzyma, ten procent w najbliższych tygodniach się podniesie, ponieważ na części uczelni trwa wiosenna przerwa – mówi Przemysław Jeziorowski z Elab Education Laboratory.

(Nie) czas, by wracać

Elab zapytał studentów również o to, dlaczego wrócili lub dlaczego tego nie zrobili. Większość z tych, którzy wrócili nie żałuje, choć w niektórych przypadkach musieli nawet zrezygnować z pracy.

Niektórym udało się wrócić jeszcze przed ogłoszeniem zamknięcia granic – tak było w przypadku Kasi, studiującej architekturę na University of the Arts London, która nie żałuje swojej decyzji. – Cieszę się, że jestem w domu z rodziną. W Londynie mieszkam w akademiku, wszyscy moi znajomi wrócili do domów, więc zostałabym sama w małym pokoju w pustym budynku. W razie choroby byłabym tam w dużej mierze zdana na siebie.

W niektórych przypadkach, w obliczu nowych okoliczności, studenci szybko zmieniali zdanie. – Na początku wcale nie miałam zamiaru wracać na przerwę wielkanocną, planowałam przeczekać całą sytuację, dopóki by się nie uspokoiła i przylecieć do Polski po wszystkim. Zdanie zmieniłam z dnia na dzień, gdy okazało się, że loty zaczęto odwoływać, a granice państw zamykać – mówi Bogna, uczęszczająca na Spanish Studies & Psychology na Lancaster University.

Równie szybko decyzję podjęła Katarina studiująca Management na London School of Economics, która wylądowała w Polsce na dzień przed zamknięciem granic. Wykalkulowała, że w razie najgorszego scenariusza najbezpieczniej i najwygodniej będzie jej w Polsce. Okazało się, że powrót z wyprzedzeniem był dobrym rozwiązaniem pod względem ekonomicznym. Po zamknięciu granic ceny biletów sięgały nawet 500 funtów, a w innych przypadkach trzeba było się liczyć nawet z dwiema przesiadkami. – Jedynym problemem było spakowanie [rzeczy z] akademika na odległość, ale na szczęście w Londynie nadal operowały firmy, które oferują pakowanie oraz transport rzeczy – komentuje Katarina.

W innej sytuacji znalazła się Justyna studiująca Physical Earth Science na Swansea University. Zdecydowała się pozostać w Walii z powodów osobistych i trudności, jeśli chodzi o połączenia lotnicze. Zaznacza również, że w momencie, gdy organizowane były ostatnie loty do Polski, sytuacja w Walii wydawała się bardziej stabilna niż u nas.

Na pozostanie za granicą zdecydował się również Grzegorz, studiujący Business Management na University of Essex. Zaznacza, że powrót wiązałby się z problemami natury logistycznej. Ponadto, jest w trakcie rekrutacji do pracy i dlatego musi być na miejscu.

Tymczasowo z powrotu zrezygnowała również Agata studiująca Film i Media na Queen Margaret University. Co prawda wyprowadziła się z akademika, ale zamieszkała z chłopakiem w jego domu na małej wysepce. – Tutaj nam wirus nie straszny – mówi Agata – Czekam, aż wznowią loty do Polski, żeby wrócić do domu, ale nie spieszy mi się aż tak.

Jak wyglądają teraz studia?

Aktualnie zajęcia realizowane są głównie online, w różnej formie. Część osób otrzymuje materiały i spotyka się z wykładowcami na Skype lub Zoom. Na niektórych uczelniach udostępniane są jedynie prezentacje z wykładów. Brak bezpośredniego kontaktu z wykładowcą jest problemem dla części studentów. – Niestety nie było za bardzo zajęć przez wideo konwersacje, przez co kontakt z nauczycielami był bardzo średni. Mam nadzieję, że sytuacja się poprawi – komentuje Ania studiująca w Newcastle.

W części przypadków zmieniono formę egzaminów na wypowiedź pisemną w formie eseju. Z kolei egzaminy praktyczne z oczywistych powodów najczęściej nie mogą się odbyć. Część studentów narzeka na brak możliwości korzystania z zasobów uczelni. – Nic nie zastąpi mi fizycznej biblioteki uniwersyteckiej czy rozmowy z tutorem w studio, bazującej na fizycznych pracach czy dostępu do maszyn w pracowniach – mówi Kasia studiująca architekturę.

Inne strefy czasowe i przygotowania z wyprzedzeniem

Studenci zaznaczają, że niektórym ciężko zmotywować się do nauki bez uniwersyteckiego trybu. Najczęściej nie mają jednak zastrzeżeń do prowadzących. Niektórzy zwracają uwagę na swoich kolegów, którzy według nich nie zawsze zaglądają do przesyłanych materiałów. Część studentów nie pojawia się na zajęciach online.

Kamil, studiujący na University of Westminister, zwraca uwagę, że nie musi to wynikać z lenistwa jego kolegów: – University of Westminster jest najbardziej międzynarodową uczelnią na świecie (170 nacji) i część osób wróciła np. do Ekwadoru czy Australii i w tej sytuacji zajęcia odbywają się dla nich w środku nocy, więc zrozumiała jest decyzja uniwersytetu o nieobowiązkowej obecności na zajęciach (wciąż trzeba wysyłać wszystkie worksheety etc.).

Część uczelni przygotowała się do nauki online z wyprzedzeniem. – Uczelnia -jak się dowiedziałam post factum – przygotowywała się do prowadzenia kierunków online już od stycznia, w momencie kiedy dopiero zaczynał w mediach pojawiać się alarm o COVID-19. Dlatego też wszyscy wykładowcy jak i nauczyciele byli jak najlepiej przygotowani – mówi Katarina studiująca na London School of Economics.

Uczelnie zwracają pieniądze i pomagają studentom

Część studentów musiała zrezygnować ze swojej pracy za granicą – wynika z ankiety Elab. Jednak nie we wszystkich przypadkach było to konieczne. Jedna z osób studiujących w Anglii, mimo że wróciła do Polski, zakwalifikowała się do tzw. Government’s Job Retention Scheme, gwarantującego otrzymanie nawet 80 proc. pensji. Część studentów zarabia z kolei online lub stara się o pracę zdalną.

Niektóre uczelnie – np. Swansea University – otworzyły możliwość ubiegania się o zapomogę studentom przebywającym w zakwaterowaniu studenckim. Uniwersytety oddają również pieniądze za kwiecień i maj studentom, którzy wyprowadzili się z akademików – dzieje się tak np. w Queen Margaret University.

*Internetowa ankieta wielokrotnego wyboru przeprowadzona w grupie 110 osób studiujących za granicą, zrealizowana w dniach od 30.03.2020 do 13.04.2020.

Znów przecena złotego. Kryptowaluty rosną w siłę

Po kilku lepszych dniach złoty znów znalazł się w odwrocie. Warto zwrócić uwagę, że ruchy te nie są już tak silne i dzienna zmienność znów zamyka się w kilku pojedynczych groszach, co potwierdza stabilizację rynku.

Euro znów po 4,55 zł

Po kilku lepszych dniach wczoraj znów oglądaliśmy wyraźne osłabienie złotego. Euro dotarło do 4,55 zł. Frank ponownie przekroczył 4,30 zł docierając przez moment powyżej 4,31 zł. Dolar dotarł do 4,20 zł, a funt do 5,23 zł. Dzisiaj widać lekkie korekty, za wyjątkiem funta, który od rana staniał już ponad 3 grosze.

Kryptowaluty rosną w siłę

W pierwszej połowie marca byliśmy świadkami dwóch bardzo silnych załamań na rynku kryptowalut. W rezultacie w ciągu dwóch dni przez moment cena najpopularniejszej kryptowaluty spadła z 8000 dolarów do zaledwie 4000 dolarów. Analitycy nie są pewni, co było powodem tak znacznej przeceny, aczkolwiek w trakcie samego ruchu dużą rolę odegrały zlecenia automatyczne, które aktywowały się wraz ze spadającą ceną. Od tego czasu jednak trwa odrabianie strat i dzisiaj ponownie bitcoin zameldował się już w okolicach 8000 dolarów.

Węgrzy nie zmieniają stóp procentowych

W czasach, gdy wszyscy obniżają stopy procentowe nadal znajdują się kraje, które postanawiają utrzymać je na niezmienionym poziomie. Są to np. Węgry. Kraj ten zmaga się, co prawda, z nietypowo wysoką inflacją, jednakże od styczniowego szczytu spadła już ona o niemal 1%, a obecny poziom 3,9% nie jest już niczym nadzwyczajnym. Wczorajszy brak obniżek stóp doprowadził do osłabienia forinta względem pozostałych walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jak zmieni się nasze życie zawodowe i gospodarcze po pandemii?

Eksperci z różnych dziedzin są zgodni: po epidemii świat będzie wyglądał zupełnie inaczej. Obudzimy się w świecie większego dystansu, ale też innego podejścia ekonomicznego i gospodarczego. Sytuacja izolacji społecznej zmusiła nas do szybkiego i totalnego uzależnienia naszych czynności od technologii. Komunikacja między pracownikami, handel, konferencje i spotkania, księgowość oraz prowadzenie projektów – wszystko to prawie w stu procentach przerzuciliśmy na narzędzia online. Można powiedzieć, że sektor informatyczny i nowych technologii to jeden z niewielu, który wyjdzie z epidemii obronną ręką. To sprawi, że nasza praca i aktywność gospodarcza po epidemii może być inna, niż przed nią. Chociaż pewnie w pierwszym momencie rzucimy się sobie w objęcia.

– Istnieją branże, które paradoksalnie na tym kryzysie nie stracą aż tak dużo, a mogą nawet zyskać. To jest szeroko rozumiany handel internetowy i e-commerce. Wydłużają się kolejki do sklepów internetowych, w warunkach izolacji społecznej w dużej mierze przerzucamy się na handel online. Również wiele tradycyjnych firm i sklepów próbuje w ostatnim czasie wdrażać platformy do handlu internetowego – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Wiele osób po miesiącach odseparowania społecznego będzie wręcz łaknęło kontaktów offline. To spowolni na chwilę te branże, ale przecierane dzisiaj ścieżki w dużym stopniu zrewolucjonizują świat, który znamy. Dużo więcej miejsca w naszych biurach zajmą nowe technologie, które umożliwiają kontakt i wymianę informacji – platformy, komunikatory, wideokonferencje. Te technologie mają teraz wagę infrastruktury krytycznej. Dostęp do szerokopasmowego i szybkiego internetu, bezpieczeństwo danych – to są elementy, które po tym kryzysie będą zyskiwały na znaczeniu. Świat, w którym obudzimy się po pandemii, będzie inny niż ten, z którym mamy dzisiaj do czynienia – przewiduje Kubisiak.

Jak Polska przygotowuje się na zmiany klimatu?

Instytucje analityczne Ministerstwa Środowiska dobitnie informują, że Polska będzie odczuwać zmiany klimatu, które są nieuchronne. Do pewnego stopnia widoczne są już teraz – każdej zimy, kiedy nie ma śniegu i w lecie przy niekończących się ulewach. Oprócz tego świadczą o tym ekstremalne zjawiska pogodowe. Pierwsze z nich – huragany czy burze piaskowe – mogliśmy już zaobserwować w Polsce.

– Zmiana klimatu to zjawisko, które już teraz ma miejsce. Polska powinna już dawno rozpocząć proces zabezpieczania się przed jego skutkami. Do pewnego stopnia przygotowujemy się już teraz – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – Opracowywane są plany zmian w rolnictwie oraz gospodarce wodnej. Dotyczy to także reform energetyki, które pozwolą na dostosowanie się do zmian i zaadaptowanie do nowych warunków klimatycznych. Te z kolei zmienią funkcjonowanie wielu sektorów, w tym także rolnictwa. Przy upałach, gdzie temperatury będą sięgały nawet 40 stopni Celsjusza – praca rolnicza będzie wyglądała zupełnie inaczej niż dotychczas. Energia także nie będzie konsumowana tak, jak do tej pory – kiedy była potrzebna głównie w okresie grzewczym w czasie zimy. Niedługo konieczne okaże się wykorzystywanie jej do ochładzania powietrza w szczytach letnich. Zmiany te są już prognozowane w wielu instytucjach. Chociaż powstają plany na okoliczności nowych warunków klimatycznych, wciąż brakuje odpowiedniej polityki środowiskowej na skalę całego kraju. Nadal nie ma jednego dokumentu, w którym zawarty byłby polski plan reagowania na postępujące już zmiany klimatu. Wskazane jest więc stworzenie konkretnej strategii adaptacyjnej i mitygacyjnej w kwestii klimatu w Polsce – ocenił Jakóbik.

Esaliens TFI uruchamia Esaliens Gold

Esaliens TFI wprowadził do oferty Esaliens Gold, subfundusz dostępny w ramach Esaliens Parasola Zagranicznego SFIO, z ekspozycją na złoto i metale szlachetne. Subfundusz bazowy Esaliens Gold inwestuje co najmniej 80% aktywów netto w spółki z całego świata wyspecjalizowane w wydobyciu, przetwarzaniu i handlu metalami szlachetnymi. Podmioty te skupiają swoją działalność w obrębie nie tylko złota, ale również kruszców takich jak platyna, pallad czy srebro.

Zespół zarządzający portfelem subfunduszu bazowego wybiera inwestycje w oparciu o szczegółową analizę pojedynczych pozycji. Głównym celem zarządzającego jest minimalizowanie ogólnej zmienności wartości portfela przy jednoczesnym zapewnianiu satysfakcjonujących zwrotów z inwestycji poprzez ekspozycję na rynki metali szlachetnych.

Jacek Treumann
Jacek Treumann, Członek Zarządu Esaliens TFI

„Chcemy, aby nasi klienci zawsze mieli możliwość reakcji na wydarzenia rynkowe. Teraz znajdą w ofercie Esaliens TFI rozwiązanie adekwatne do sytuacji i swojej spersonalizowanej strategii. W okresie zawirowań i dużych napięć złoto nieraz sprawdziło się jako bezpieczna przystań chroniąca przed inflacją i skuteczne narzędzie dywersyfikacji dzięki niskiej korelacji z głównymi klasami aktywów. Dobre zachowanie złota w niepewnych czasach widzieliśmy w historii już wielokrotnie. Akcje spółek wydobywczych rosły zarówno w czasach kryzysu deflacyjnego (1925-1935), jak i podczas stagnacji lat siedemdziesiątych” – wyjaśnia Jacek Treumann, członek zarządu Esaliens TFI SA.

Esaliens Gold docelowo skierowany jest do inwestora zainteresowanego rynkami metali szlachetnych. TFI już od dłuższego czasu obserwowało zainteresowanie klientów rozwiązaniami inwestycyjnymi dotyczącymi tego obszaru. Subfundusz może być przeznaczony między innymi do systematycznego oszczędzania w ramach długoterminowych programów oszczędnościowych i emerytalnych takich jak CPO, IKE czy IKZE. Esaliens Gold dąży do wyników jak najbardziej zbliżonych do osiąganych przez Franklin Gold and Precious Metals Fund.

Stałym celem Esaliens TFI, od początku naszej działalności, jest dostarczanie klientom rozwiązań inwestycyjnych, które oferują konkretną wartość dodaną. Esaliens Gold doskonale wpisuje się w ten cel”  – mówi Jacek Treumann.

Esaliens Gold jest dostępny w wybranych punktach obsługi klientów uprawnionych dystrybutorów, w siedzibie Esaliens TFI SA, a także za pośrednictwem platformy Esaliens24.pl. Do 8.04.2020 subfundusz działał pod nazwą Esaliens Globalnych Zasobów i miał odmienną politykę inwestycyjną.

When home is the new office. Polacy tęsknią za pracą z biura?

JLL publikuje wyniki raportu „When home is the new office”, który analizuje opinie polskich pracowników na temat pracy zdalnej.

Home office – temat, który był przedmiotem wielu komentarzy, opracowań, a także jednym z najważniejszych benefitów wskazywanych przez pracowników. A jak oceniamy pracę zdalną w momencie, kiedy nie jest ona kwestią wyboru, a koniecznością? Opinie są tym bardziej ciekawe, że – jak wynika z raportu JLL „When home is the new office” – dla wielu osób praca z domowej kanapy, łóżka, czy kuchni to jednak całkiem nowa sytuacja. 42% uczestników badania albo w ogóle nie korzystała z home office, albo pracowała z domu zaledwie jeden dzień w miesiącu.

1. Motywacja i współpraca – czyli razem, a jednak osobno

Home office dla wielu, a zwłaszcza osób mieszkających w pojedynkę, oznacza przymusową izolację. Brak codziennego i bezpośredniego kontaktu z kolegami z pracy, spontanicznych rozmów, możliwości zadania krótkiego pytania na open space czy szybkiej służbowej kawy, może być na dłuższą metę frustrująca.

Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL
Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL

Blisko 80% respondentów jednoznacznie stwierdziło, że odczuwa silną przynależność do swojej organizacji pracując z biura, podczas gdy będąc w domu tak samo uważa jedynie 44% ankietowanych. Podobny odsetek wskazał też, że praca w biurze wśród innych osób pozytywnie wpływa na ich poziom motywacji. Mając wiedzę o tym, jak istotne są relacje międzyludzkie w efektywnej pracy wszyscy musimy, zarówno liderzy jak i pracownicy, nadal je pielęgnować. Aktualnie oznacza to oczywiście sięganie po narzędzia umożliwiające kontakt online. Nie bez powodu, w oczekiwaniu na powrót do „normalności”, wiele zespołów je wspólnie lunche podczas wideokonferencji, czy gra w wirtualne kalambury. – komentuje Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL.

Ponadto, dane JLL wskazują, że odpowiednio 90% i 75% respondentów pozytywnie ocenia współpracę z kolegami i klientami w biurowej rzeczywistości. Natomiast pracując zdalnie – jedynie 41% i 47%.

Co naturalnie prowadzi do…

2. Cyfrowej transformacji

Nasi respondenci w większości wskazywali, że sięgają teraz po rozwiązania technologiczne, z którymi nie mieli wcześniej do czynienia. Home office stał się więc silnym impulsem wpływającym na tempo transformacji technologicznej firm, ale też sprawiającym, że wielu pracowników stało się bardziej otwartych na innowacje. To świetna wiadomość dla branży IT, tym bardziej że w prawie 100% przypadkach respondenci zadeklarowali też, że w przyszłości chcą korzystać z tych nowych rozwiązań. – podkreśla Łukasz Dziedzic, Starszy Analityk Rynku, JLL

Od aplikacji umożlwiających zorganizowanie wideokonferencji dla setki gości po platformy do elektronicznego obiegu dokumentów. Te rozwiązania pozwalają nam pracować praktycznie z dowolnego miejsca. Czy jednak…

3. Kanapa wygrywa z biurowym krzesłem?

Obszar związany z ergonomią codziennej pracy stał jeszcze ważniejszy dla wielu pracowników biurowych. To, co wcześniej braliśmy za pewnik, czyli fotele „współpracujące” z naszymi plecami, musieliśmy zamienić np. na kuchenne krzesła.

Ergonomia to jeden z punktów, w którym biuro zdecydowanie wygrywa z pracą z domu. I nie chodzi tu tylko o regulowane biurka, ale też różnorodność przestrzeni, z których możemy korzystać w trakcie dnia pracy. Z tego względu 86% respondentów wskazało, że otoczenie biurowe dobrze wpływa na ich samopoczucie. – tłumaczy Jakub Zieliński.

Dlatego warto, abyśmy pamiętali o robieniu sobie regularnych przerw, rozciąganiu, czy wybraniu się na krótki „spacer” po balkonie, czy przydomowym ogródku. Przerwy są też priorytetem dla osób, które muszą dzielić swój dzień między pracę, a dzieci.

4. Domowe przedszkole

Ci z nas, którzy mieszkają w pojedynkę mogą odczuwać nieprzyjemne skutki izolacji, natomiast rodzice z dziećmi mogą powiedzieć, że interakcji mają aż zanadto. Okazuje się jednak, że aktualnie większość z nas jest bardziej zadowolona ze swojego życia rodzinnego.
Poziom satysfakcji w tym obszarze wzrósł prawie trzykrotnie nawet biorąc pod uwagę fakt, że osoby mające dzieci borykają się na co dzień z większym hałasem, który – co tu ukrywać – przeszkadza w pracy. Ponadto, obecnie dwa razy więcej pracowników przyznaje, że ma więcej czasu na swoje hobby. Aż 85% badanych jest zadowolonych z jakości posiłków pracując zdalnie – dla porównania, w biurze była to jedynie połowa pracowników. Jednym z powodów może być to, że dużo czasu oszczędzamy na dojazdach do pracy, a spędzając cały dzień w domu, możemy go lepiej zaplanować. – dodaje Jakub Zieliński.

Czy to oznacza, że…

5. Dom i biuro świetnie się uzupełniają?

Brzmi jak banał, jednak opinie pracowników są dowodem, że oba modele pracy są komplementarne. Dlatego być może, po tym jak aktualna sytuacja uspokoi się, wielu pracodawców bardziej łaskawym okiem spojrzy na tzw. home office.
Ostatnie tygodnie były prawdziwym testem naszej elastyczności, który wielu z nas zdało z sukcesem. Jednak czy dzielenie pracy na tę z biura i z domu stanie się nowym standardem? Jest to na pewno jeden z trendów transformacji miejsca pracy, któremu warto się przyglądać. Natomiast ci, którzy początkowo widzieli na horyzoncie zmierzch tradycyjnych powierzchni biurowych, pospieszyli się. Pracownikom brakuje otoczenia biurowego i normalnego kontaktu z pracownikami. Niewykluczone jednak, że po powrocie do normalności będziemy oczekiwać większej swobody w doborze miejsca pracy. – podsumowuje Jakub Zieliński.

BioMaxima S.A. rozpoczyna sprzedaż analizatorów do badania pacjentów z zakażeniem SARS-CoV-2, planuje wprowadzić test antygenowy

BioMaxima S.A., notowany na NewConnect polski producent podłoży mikrobiologicznych, systemów do oznaczania lekowrażliwości, a także dystrybutor odczynników oraz sprzętu do diagnostyki in vitro, rozpoczął sprzedaż analizatorów immunochemicznych iFlash 1800 służących wykrywaniu zakażenia wirusem SARS-CoV-2. Pierwszy z systemów zostanie zainstalowany w jednym ze Szpitali Miejskich przekształconych obecnie w szpital jednoimienny zakaźny i będzie służył do badań przeciwciał klasy IgM i IgG u osób z podejrzeniem zakażenia SARS-CoV-2.

Zgodnie z zapowiedziami Emitenta, że sukcesywnie będzie poszerzał swoją ofertę o kolejne systemy do diagnostyki COVID-19, BioMaxima SA wprowadza do sprzedaży pełnoprofilowy analizator immunochemiczny o wysokiej wydajności do ilościowego oznaczania przeciwciał IgM/IgG przeciwko SARS-CoV-2019. Analizator iFlash 1800 został już zgłoszony w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, i jest przeznaczony dla dużych laboratoriów szpitalnych oraz prywatnych laboratoriów sieciowych w kraju. Analizator iFlash 1800 jest ważnym uzupełnieniem oferty Spółki, która od wielu lat z powodzeniem sprzedaje już aparaty do oznaczeń immunochemicznych Pathfast oraz Ichroma wraz z zestawami diagnostycznymi do immunochemii, mającymi zastosowanie przy łóżku pacjenta (POCT) a także w mniejszych laboratoriach. Metoda chemiluminescencyjna CLIA służąca do wykrywania przeciwciał klasy IgM i IgG przeciwko SARS-CoV-2 z wykorzystaniem analizatora iFlash 1800 znajdzie zastosowanie na każdym etapie postępowania diagnostycznego w kierunku SARS-CoV-2, a ze względu na wysoką wydajność systemu (180 oznaczeń na godzinę) znajduje ona również zastosowanie w badaniach przesiewowych pacjentów. W porównaniu do testów immunochromatograficznych pozwala na szybkie przebadanie dużej liczby pacjentów. Zarząd BioMaxima S.A. wiąże bardzo duże nadzieje z nowym analizatorem.

Analizator iFlash 1800 powinien również znaleźć zastosowanie w laboratoriach, gdzie wykonuje się testy PCR, jako narzędzie dopełniające diagnostykę molekularną zakażeń SARS-COV-2. Swoistość testów do wykrywania przeciwciał metodą CLIA, która jest większa od testów immunochromatograficznych, a także czułość metody CLIA, powodują, że wyniki badań są dokładniejsze. Ze względu na te cechy, ta metoda ma też zastosowanie w diagnostyce różnicowej zakażenia. Na różnych etapach progresji choroby skuteczność testu PCR i metody CLIA nie jest taka sama, więc wykorzystanie połączonych wyników z obydwu metod stanowi doskonałe narzędzie do poprawienia efektywności diagnozy i monitorowania postępu choroby. Prawidłowa interpretacja połączonych wyników testów pozwala na dokładniejszą ocenę miana wirusa i progresji choroby, co jest niezbędne w postawieniu prawidłowej diagnozy klinicznej i leczeniu pacjenta.

„W chwili obecnej ten system znajdzie zastosowanie głównie w dużych ośrodkach prowadzących identyfikację zakażeń SARS-CoV-2019 przy pomocy badań molekularnych. W Polsce znajduje się 87 akredytowanych przez MZ laboratoriów COVID – to jest potencjalny rynek dla naszego nowego systemu. Oceniamy też, że z biegiem czasu, w miarę jak wzrasta poziom wiedzy o przebiegu choroby koronawirusowej,  zwiększa się liczba pacjentów, którzy pokonali infekcję i jednocześnie pojawia się coraz więcej dowodów na to, że nawet 80% przypadków COVID-19 może przebiegać bezobjawowo, takie badanie ma potencjał do powszechnego wykorzystania w celu zbierania pośród ogólnej populacji informacji na temat odpowiedzi immunologicznej na infekcję. W naszej ocenie, szczegółowa informacja o mianie IgM/IgG będzie wykorzystywana m.in. do badania skali zakażeń bezobjawowych, poziomu nabytej odporności w społeczeństwie, czy też przy tworzeniu tzw. paszportu immunologicznego. Ilościowe oznaczanie przeciwciał będzie również potrzebne w związku z terapeutycznym stosowaniem osocza pacjentów, którzy pokonali infekcję.” – komentuje Łukasz Urban, Prezes Zarządu BioMaxima S.A.

BioMaxima S.A. liczy, że urządzenia oznaczające przeciwciała w ilościowy sposób IgM i IgG przeciwko SARS-CoV-2 o dużej wydajności oraz wysokiej czułości i specyficzności będą również wykorzystywane przy szczegółowych badaniach dynamiki odpowiedzi immunologicznej organizmu na infekcję koronawirusową, a także w badaniach nabytej odporności na SARS-COV-2 wśród ogólnej populacji.

W kolejnych etapach walki z epidemią SARS-COV-2, system diagnostyczny z analizatorem iFlash 1800 może też znaleźć zastosowanie w przypadku, gdy zostanie dopracowana i będzie szerzej stosowana metoda leczenia pacjentów zakażonych przy pomocy osocza ozdrowieńców. Wówczas istotne będzie badanie jakości i miana przeciwciał IgG. Z uwagi na fakt, iż wyniki uzyskiwane na analizatorze są ilościowe, w tym przypadku można oczekiwać zastosowania metody CLIA z wykorzystaniem analizatora iFlash 1800 w laboratoriach, gdzie będą prowadzone badania nad osoczem pacjentów po przebytej COVID-19.

„Stworzenie bazy zainstalowanych systemów iFlash 1800 w placówkach medycznych, które obecnie są zainteresowane głównie diagnostyką w kierunku COVID-19, umożliwi BioMaxima po wygaszeniu epidemii dostarczanie pozostałych testów z szerokiej palety możliwości tego systemu, zapewniając Spółce przychody również w długim horyzoncie.” – dodaje Urban.

iFlash 1800 to analizator o szerokim zastosowaniu również w pozostałych badaniach immunochemicznych, łącznie dla 119 parametrów, głównie w badaniach funkcji tarczycy, hormonów płciowych, markerów nowotworowych i szeregu innych specjalistycznych oznaczeń np. takich jak pełny panel badań do diagnostyki cukrzycy wrodzonej lub panel do pełnej diagnostyki stanu niewydolności wątroby. BioMaxima S.A. szacuje, że zainstalowane analizatory w placówkach obecnie koncentrujących się na badaniach w kierunku SARS-CoV-2, w miarę powrotu do normalnego trybu pracy znajdą zastosowanie również w rutynowych oznaczeniach powyższych parametrów.

„Na bieżąco śledzimy rozwój technologii diagnostycznych wykorzystywanych do walki z SARS-CoV-2. W miarę jak będą dojrzewały nowe metody i jak będą pojawiały się nowe możliwości skuteczniejszej diagnostyki, BioMaxima będzie również uzupełniała swoją ofertę. W ten sposób dbamy o relacje z naszymi klientami, którzy wiedzą, że w BioMaxima zawsze znajdą najbardziej zaawansowane rozwiązania swoich potrzeb diagnostycznych.” – podsumowuje Prezes Urban.

Spółka w niedługim czasie planuje wprowadzić do sprzedaży także test do wykrywania obecności antygenu wirusa SARS-CoV-2, który wykorzystuje wymaz z nosa i gardła osoby, u której podejrzewa się zarażenie koronawirusem, umożliwiając szybką wstępną diagnostykę. Tego typu testy mogą stać się również uzupełnieniem diagnostyki molekularnej PCR, zwiększając wykrywalność zakażeń, zwłaszcza w przypadku konieczności szybkiej diagnostyki  personelu medycznego czy osób opiekujących się osobami starszymi lub chorymi. Koszt testu oraz krótki, 30-minutowy czas wykonania badania, daje szanse zwiększenia ilości wykonywanych testów w Polsce i dzięki temu wykrywalności zakażeń COVID-19.

Zarząd podkreśla, że badanie genetyczne Real Time PCR należy obecnie traktować jako najbardziej wiarygodną metodę diagnostyki SARS-CoV-2 poprzez identyfikację materiału genetycznego wirusa, a znajdujący się w ofercie BioMaxima SA test umożliwiający identyfikację zakażenia SARS-CoV-2 na podstawie oznaczenia dwóch genów, z krótkim (62 minutowym) czasem amplifikacji, który zapewnia bezpieczeństwo wiarygodności badania dzięki stabilnym odczynnikom, wyróżnia się na tle innych testów molekularnych opartych na tej metodzie. Wytwarzany przez BioMaxima SA test PCR SARS-CoV-2 Real Time PCR LAB-KIT spełnia wymagania zawarte w najnowszych rekomendacjach zarówno WHO (Laboratory testing for coronavirus disease 2019 (COVID-19) in suspected human cases. Interim guidance.) z dnia 2.03.2020 r. jak i Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – PZH w zakresie diagnostyki molekularnej SARS-CoV-2 z dnia 24.04.2020 r.

W ostatnich tygodniach Spółka zarejestrowała w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych (URPL) molekularny test do wykrywania SARS-CoV-2 oparty na metodzie Real Time PCR oraz rozpoczęła sprzedaż w Unii Europejskiej szybkiego testu immunochromatograficznego do wykrywania przeciwciał przeciwko SARS-CoV-2.

_____________________________________________________________________

Emitent wypracował w 4 kw. 2019 r. blisko 600 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym przy przychodach netto ze sprzedaży w wysokości 8.407 tys. zł. W analogicznym okresie 2018 r. Spółka zanotowała stratę netto w ujęciu skonsolidowanym w kwocie 10 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży wynosiły 9.158 tys. zł. Osiągnięte wyniki finansowe potwierdzają słuszność podjętej decyzji o wdrożeniu do realizacji ogromnego programu inwestycyjnego.

W całym 2019 r. Spółka odnotowała ponad 247 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym przy przychodach netto sięgających 30.706 tys. zł. Miniony rok był pod wieloma względami bardzo udany dla Emitenta. Dynamika wzrostu sprzedaży eksportowej w 2019 r. sięgnęła 113,54%, a jej udział w sprzedaży ogółem wyniósł 27,5%. Sprzedaż eksportowa wypracowana w 2019 r była najwyższa w dotychczasowej historii BioMaxima S.A. Dzięki otwarciu nowego Zakładu Produkcyjnego Spółka istotnie zwiększyła wydajność produkcji, co pozwoliło na zwiększenie obrotów z istniejącymi zagranicznymi kontrahentami. Emitent w ostatnim kwartale minionego roku odbudował swoją pozycję na rynku krajowym, czego potwierdzeniem jest m.in. wzrastająca liczba i wartość wygrywanych przetargów.

Teraz branża fitness walczy o przetrwanie, po pandemii czeka ją reorganizacja

Według liderów branży fitness pierwszy kwartał 2020 r. rozpoczął się bardzo dobrze dla całego sektora. Pandemia koronawirusa SARS-CoV-2 sprawiła jednak, że niemal z dnia na dzień musieli oni zamknąć swoje kluby i stracili dużą część swoich przychodów. Jak wynika z siódmej edycji badania firmy doradczej Deloitte „The European Health & Fitness Market 2020”, w 2019 roku przychody klubów sportowych w Europie wyniosły 28,2 mld euro, czyli o 3 proc. więcej niż rok wcześniej. Na rynku pojawiali się nowi gracze, a liczba klubowiczów wzrosła o niemal 2 mln osób. Tylko w Polsce, przed wybuchem epidemii, działało prawie 3 tys. klubów fitness, do których uczęszczało nieco ponad 3 mln osób.

Jak wynika z corocznej analizy branży fitness przygotowanej przez firmę doradczą Deloitte i EuropeActive, tuż przed wybuchem pandemii koronawirusa SARS-CoV-2 liderzy branży optymistycznie patrzyli na perspektywy rozwoju całego sektora. Na prognozy wpływ miały czynniki makrospołeczne, takie jak rosnąca świadomość korzyści zdrowotnych, starzenie się społeczeństwa czy też zwiększająca się klasa średnia.

Walka o przetrwanie

Wielkość rynku fitness w 28 państwach Unii Europejskiej oraz Norwegii, Rosji, Szwajcarii, Turcji i na Ukrainie wzrosła rok do roku o 3 proc., osiągając w 2019 roku przychody w wysokości 28,2 mld euro. Rozwój ten był napędzany nie tylko przez rosnącą w tych krajach liczbę klubów, lecz także liczbę osób z nich korzystających. To wzrost odpowiednio o 2,3 proc. oraz 3,8 proc w porównaniu z 2018 rokiem. Ponadto inwestorzy wciąż patrzyli na branżę z dużym zainteresowaniem, o czym świadczy 17 transakcji fuzji i przejęć w ciągu roku.

Rynek fitness jest jednym z tych obszarów, które kryzys związany z rozpowszechnieniem się koronawirusa SARS-CoV-2 najbardziej dotknął. Niemal z dnia na dzień wiele krajów, w tym Polska, zdecydowało się na zamknięcie obiektów sportowych. Jak wynika z szacunków Federacji Pracodawców Fitness, zrzeszającej duże sieci klubów sportowych, skutki finansowe tak długiego przestoju ciężko będzie zniwelować, nawet po ich ponownym uruchomieniu w maju czy czerwcu bieżącego roku. Federacja przewiduje, że w najbardziej optymistycznym wariancie przy otwarciu klubów przed początkiem czerwca, luka przychodowa w branży wyniesie 1,84 mld zł.

– Sektor ewoluuje i dzięki licznym możliwościom ery cyfrowej próbuje się dostosować do rzeczywistości, której warunki dyktuje epidemia. Część klubów, by uratować się przed widmem upadku, wdrożyła zajęcia oraz konsultacje trenerskie w trybie online. Były one zresztą obecne w wielu ofertach już wcześniej, ale na pewno nie w takiej skali jak dziś. Warto jednak pamiętać, że działania te są wciąż niewystarczające, aby móc zapewnić stabilność zarówno właścicielom jak i pracownikom. Obiekty sportowe cały czas ponoszą wysokie koszty stałe, takie jak np. koszt najmu powierzchni czy leasing sprzętu – mówi Przemysław Zawadzki, Partner, Lider Sport Business Group w Deloitte.

Kolejny rok z rzędu w 2019 roku pozycje liderów branży utrzymały Niemcy oraz Wielka Brytania. Te kraje razem z Francją, Hiszpanią i Włochami mają 65 proc. udział w ubiegłorocznych przychodach europejskiego rynku. Polska z nieco ponad 3 mln członków zarejestrowanych w około 2,7 tys. klubach fitness zajmuje 7. pozycję w rankingu.

Wzrost przychodów tuż przed wybuchem pandemii

Przychody pierwszej dziesiątki największych europejskich operatorów fitness stanowiły 3,6 mld euro. Liderem rankingu kolejny rok z rzędu pozostała sieć premium z Wielkiej Brytanii – David Lloyd Leisure, której przychody w 2019 roku wyniosły 587 mln euro. Na drugim miejscu znalazł się holenderski Basic-Fit z 515 mln euro przychodów, który umocnił tym samym swoją pozycję rynkową. Z kolei najbardziej dynamiczny wzrost odnotował SATS Group, który awansował z piątej na trzecią pozycję rankingu, osiągając przychody wyższe rok do roku o 19,5 proc. Rok 2019 był też dobry dla nisko kosztowych operatorów takich jak RSG Group, PureGym, Clever fit czy Fitness World, przejęty przez brytyjskie PureGym pod koniec roku. Ostatnia trójka sieci miała dwucyfrowe wskaźniki wzrostu.
– Za rynkiem fitness w Polsce i całej Europie, naprawdę dobry rok. To między innymi za sprawą rosnącej świadomości znaczenia zdrowego i aktywnego trybu życia oraz lepszej dostępności placówek sportowych. Nadal istotny wpływ na zachowania konsumenckie miały nowoczesne technologie, czyli opomiarowanie, śledzenie aktywności, dzielenie się informacjami w mediach społecznościowych czy wreszcie porady lub treningi on-line. Widzimy umocnienie i przyspieszenie tego wzorca w okresie pandemii, spodziewamy się, że obecna sytuacja może trwale odmienić obraz rynku fitness wspierając jego digitalizację – mówi Szymon Pankowski, Menadżer, Sport Business Group, Deloitte.

Liderem w Europie pod względem liczby członków został Basic-Fit z 2,22 mln klubowiczów. Na drugiej pozycji uplasowała się z kolei sieć RSG Group, a tuż za nią brytyjski PureGym – odpowiednio z 2,05 mln oraz 1,13 mln użytkowników.

Polski potencjał

Tuż przed wybuchem pandemii w Polsce działało około 2,7 tys. klubów fitness, do których uczęszczało nieco ponad 3 mln osób. Przychody polskiego rynku w 2019 roku stanowiły 986 mln euro (bez VAT), czyli 4,23 mld zł. Średnia miesięczna wysokość opłaty członkowskiej spadła rok do roku o 1,8 proc. i wyniosła 26,5 euro.

Największą liczbą klubów dysponuje obecnie Grupa Benefit Systems. Na polskim rynku operator posiada 159 klubów działających pod takimi markami jak Zdrofit, Fitness Academy, S4 Fitness Club czy Calypso. Podmiot ten jest liderem rynku pracowniczych pakietów sportowych. Na drugim miejscu znalazła się sieć Calypso – 47 placówek. Na trzecim miejscu uplasowała się z kolei Xtreme Fitness Gyms dysponująca 42 klubami fitness.

– Rekordowy dla branży 2019 rok za nami. W dobie niepewności niestety jedno jest pewne – raport za 2020 rok będzie wyglądał zupełnie inaczej. Obostrzenia społeczno-gospodarcze do pary z powolnym powrotem do nowej normalności sprawią, że łączny przychód branży może skurczyć się nawet o połowę. W najbardziej pesymistycznym scenariuszu aż jedna trzecia działających dzisiaj klubów fitness i siłowni zamieni się w pustostany lub zmieni operatora – i to w perspektywie najbliższych dwunastu miesięcy – mówi Adam Śliwiński, Prezes Zarządu Total Fitness oraz członek Federacji Pracodawców Fitness.

Digitalizacja zmienia branżę

Dla wielu klubowiczów coraz częściej liczy się obecnie możliwość treningu nie tylko w klubie, ale także we własnym domu, podczas podróży służbowej czy też na świeżym powietrzu. To przyczyniło się do zmiany koncepcji funkcjonowania wielu graczy, w tym większej koncentracji na indywidualnych potrzebach klientów. Jak twierdzą eksperci Deloitte, duży wpływ na branżę ma też digitalizacja, która wymaga od klubów włączenia cyfrowych rozwiązań do ich modeli biznesowych. Ponadto aplikacje mobilne czy też tzw. urządzenia wearables, czyli inteligentne zegarki i opaski cieszą się największym uznaniem wśród osób poniżej 45 roku życia. Doceniają oni m.in. możliwość śledzenia w czasie rzeczywistym własnej kondycji fizycznej i dzielenia się wynikami z przyjaciółmi. Cyfryzacja branży wydaje się szczególnie ważna w czasie, gdy ograniczenie spotkań grupowych jest konieczne, a przejście na działalność online może stać się jednym ze sposobów na utrzymanie funkcjonalności.

– Pandemia COVID-19 wcześniej czy później dobiegnie końca, ale następująca po niej rzeczywistość może wymagać adaptacji, a może nawet istotnej zmiany koncepcji funkcjonowania klubów fitness. Zrozumienie potrzeb klientów w nowej rzeczywistości i umożliwienie im uprawiania ulubionych sportów w bezpieczny i efektywny sposób będzie wyzwaniem, ale i ciekawą szansą dla rynku – mówi Szymon Pankowski.

Słaba kondycja branży fitness

Funkcjonowanie branży fitness staje pod wielkim znakiem zapytania. W połowie marca, gdy obiekty sportowe liczyły na największe zainteresowanie klientów, 3,5 tys. klubów musiało z powodu pandemii zamknąć drzwi. 100 tys. pracowników zastanawia się, co będzie dalej, a ponad 3 mln osób korzystających z tych usług siedzi w domach. Na starcie zmagań z koronawirusem dwie trzecie firm fitness jest w złej lub słabej kondycji finansowej, a co 25. firma ma zaległości wobec banków i partnerów biznesowych. Suma zaległości to 93 mln zł – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska.

W Polsce istnieje ok. 10 tys. różnego rodzaju obiektów sportowo-rekreacyjnych, w tym około 3,5 tys. to kluby fitness. Pracuje  w nich  na różnego rodzaju umowach ponad 100 tys. osób, a członkostwa w klubach fitness ma wykupione ponad 3 mln osób, co daje blisko 4,2 mld zł przychodów w ciągu roku. Dodatkowo z oferty klubów fitness, siłowni i innych obiektów sportowych, takich jak baseny, korzysta również ok. 1,2 mln użytkowników pracowniczych kart sportowych. Badania „The European Health Fitness Market” uznawały polską branżę fitness za perspektywiczną. Wpływ na to miał między innymi postępujący rozwój infrastruktury, rosnące zapotrzebowanie na zdrowy styl życia, a także wspieranie aktywności fizycznej przez wielu pracodawców.

Dziś pandemia koronawirusa zahamowała pozytywne trendy w tym sektorze. – Poza załamaniem związanym z koniecznością zamknięcia wszystkich obiektów, branża wkrótce odczuje także destrukcyjny wpływ innych czynników gospodarczych, w tym zmniejszenia popytu inwestycyjnego, spadku tempa wzrostu PKB i zachwiania decyzji zakupowych Polaków, którzy bardziej niż wcześniej będą się liczyć z każdą złotówką – informuje Polska Federacja Fitness.

Według jej danych głównym źródłem przychodów obiektów sportowych jest sprzedaż karnetów. W momencie zamknięcia siłowni część klientów rezygnuje z karnetów lub je zawiesza. Nie ma też mowy o pojawieniu się nowych klientów. Część przedsiębiorstw już w pierwszych cięciach kosztów zrezygnowała z dofinansowywania kart sportowych swoim pracownikom. Dodatkowo zblokowane kwarantanną obiekty muszą też zwrócić pieniądze za drugą połowę marca br., kiedy nie były dostępne. A koszty stałe, które muszą być ponoszone niezależnie od faktu zamknięcia obiektów: czynsze, wynagrodzenia pracowników zatrudnionych na umowę o pracę oraz dzierżawa i leasing sprzętu, pozostają. Stanowią około 70 proc. wszystkich kosztów operacyjnych branży.

Co 25. firma z branży ma problemy finansowe

Branża fitness na skraju wyczerpania. Dwie trzecie firm weszło w kryzys w nienajlepszej kondycji finansowej
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Jak wynika z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i bazie BIK, na koniec marca w branży zajmującej się Działalnością sportową, rozrywkową i rekreacyjną, gdzie według statystyk mieści się szeroko pojęta działalność fitness, zaległości miało niecałe 4 proc. podmiotów. Oznacza to, że płatności opóźnione o co najmniej 30 dni na kwotę min. 500 zł wobec partnerów biznesowych i banków wykazywała co 25. firma prowadząca obiekty sportowe. Łączna kwota zaległości 1476 tego typu przedsiębiorstw (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych firm, które bierzemy pod uwagę w zestawieniu) przekroczyła 93 mln zł. To obraz sprzed pandemii, bo statystyki dotyczące zaległości uwzględniają co najmniej 30 dniowe opóźnienia w rozliczeniach B2B. Kłopoty wywołane koronawirusem będą więc widoczne w zaległościach firm najwcześniej w maju. Na tle ogółu gospodarki, fitness przynajmniej przed pandemią prezentował się nieźle, bo odsetek niepłacących na czas wszystkich przedsiębiorstw był wyższy i wynosił 5,8 proc. wobec 3,9 proc. wśród firm fitness. Na dodatek, gdy w całej gospodarce kwota zaległości cały czas rosła, w „branży sportowej” zmalała przez pięć kwartałów o jedną dziesiątą.

Przeważa raczej słaba kondycja

I zapewne sytuacja poprawiałaby się dalej, gdyby nie wybuch epidemii koronawirusa. Prawdopodobieństwo, że w niesprzyjających warunkach wiele firm z tej branży nie przetrwa, jest całkiem spore. Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska, około dwóch trzecich prowadzących kluby i obiekty sportowe oraz obiekty służące poprawie kondycji fizycznej weszło w okres pandemii w złej i raczej słabej kondycji finansowej.

słaba kondycja fitness
Źródło: Bisnode Polska

– Bardzo dobra koniunktura gospodarcza, moda na sport i rosnące dochody konsumentów pomagały temu biznesowi wchodzić powoli na wyższe szczeble kondycji finansowej. Pandemia przerwała tę wspinaczkę. Co dalej stanie się z finansami tej  branży, pokażą kolejne miesiące. W danych dotyczących nieopłaconych w terminie zobowiązań na rzecz dostawców i instytucji finansowych m.in. banków oraz firm leasingowych skutki będzie widać najwcześniej około maja – zaznacza Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Zgodnie z warunkami zgłaszania przeterminowanych zobowiązań do Biur Informacji Gospodarczej, by wpisać dług musi on być opóźniony o min. 30 dni od wyznaczonego na fakturze terminu, a przed wpisem wierzyciel ma też obowiązek wysłać dłużnikowi wezwanie do zapłaty. Od wysłania zobowiązany jest poczekać 30 dni, by dać szansę dłużnikowi na spłatę. Wprawdzie wezwanie można przekazać przed upływem 30-dniowego terminu przeterminowania wymaganego do zgłoszenia dłużnika do rejestru, ale nawet w takiej sytuacji informacje o braku płatności w marcu pojawią się w rejestrze dłużników najwcześniej w maju – tłumaczy Sławomir Grzelczak.

Sport i rozrywka z powodu pandemii ucierpiały najszybciej

Jak wskazują eksperci z tej branży, wyłączenie obiektów sportowych z działalności nawet na jeden miesiąc, powoduję lukę w przychodach, którą trudno będzie nadrobić, przy jednoczesnej konieczności pokrycia kosztów stałych za ten czas. Konsekwencje kryzysu dopiero nadejdą. Branża przewiduje, że w wyniku epidemii jej przychody będą o ok. 40 proc. niższe niż rok wcześniej i to pod warunkiem, że wprowadzone zakazy i izolacja będą miały charakter jednorazowy i zakończą się przed czerwcem. Jeśli epidemia będzie jednak miała swoją drugą falę jesienią, przychody zmniejszą się o ponad połowę.

– Koronawirus zamroził branżę fitness w Polsce. Straty już teraz wylicza się na 400 mln zł, bez pracy zostało ok. 80 tys. osób. Tarcza antykryzysowa pomoże klubom i siłowniom tylko w niewielkim stopniu. Dla branży kluczowe koszty to czynsze. Tymczasem są z nich zwolnione tylko kluby znajdujące się w galeriach handlowych, te zaś stanowią maksymalnie 15 proc. rynku. Oczekujemy zapisu, który pozwoli umorzyć czynsze najmu na wszystkich powierzchniach, które straciły 100 proc. przychodu. Inaczej branżę czeka fala bankructw – przestrzega Tomasz Napiórkowski z Polskiej Federacji Fitness.

Sport i rozrywka z powodu pandemii ucierpiały najszybciej, bo to właśnie te sektory jako pierwsze zostały dotknięte zakazem gromadzenia. Widmo bankructwa zajrzało w oczy klubom sportowym. Podobnie jest z teatrami, kinami czy innymi placówkami związanymi z rozrywką. Co gorsza, wszystko wskazuje na to, że to właśnie tym obiektom jako ostatnim zostanie przywrócona pełna funkcjonalność.

Wiara w bezgraniczną pomoc banków centralnych

Rynki czekają na wyłonienie się nowego tematu przewodniego, w międzyczasie pielęgnując optymizm wywołany nadziejami na restart gospodarek. Euro zostało zaskoczone decyzją Fitch o cięciu ratingu Włoch, ale dominuje przekonanie, że EBC uchroni włoskie obligacje przed paniczną przeceną. Na FX wyróżnia się słabość USD, prawdopodobnie wywołana przepływami na koniec miesiąca. Wieczorna decyzja Fed także skupia uwagę.

Agencja ratingowa Fitch poza regularnym harmonogramem dokonała w środę obniżki oceny wiarygodności kredytowej Włoch o jeden stopień do BBB-. Perspektywa ratingu jest stabilna. Fitch wytłumaczył decyzję istotną zmianą zdolności kredytowej emitenta ze względu na wpływ Covid-19 na gospodarkę i finanse publiczne. Fitch spodziewa się spadku PKB o 8 proc. w 2020 r. i wzrostu deficytu budżetowego do 10 proc. PKB a gwarancji publicznych do 25 proc. PKB. Agencja zaznacza jednak, że ryzyka dla prognoz przeważają po negatywnej stronie. Za nami już decyzje dwóch agencji (w piątek S&P utrzymało ocenę BBB), a za tydzień rewizji dokonuje Moody’s (Baa3 – odpowiednik BBB-). Wszystkie trzy agencje utrzymują ocenę o 1-2 stopnie powyżej statusu śmieciowego, co ogranicza negatywną presję na włoskie aktywa. Temperatura podniosłaby się dopiero, gdyby włoskie obligacje utraciły status inwestycyjny u wszystkich czterech agencji (EBC posiłkuje się także oceną DBRS), gdyż wówczas bank centralny nie mógłby uwzględniać włoskich instrumentów w operacjach skupu aktywów. Na razie jednak nikt nie przewiduje takiego zagrożenia i dlatego decyzja Fitch nie wywołała poruszenia i osłabienia EUR. Z reszta sam Fitch zaznaczył, że „stabilna perspektywa częściowo odzwierciedla naszą opinię, że skup aktywów przez EBC wspomoże odpowiedź fiskalną Włoch na pandemię COVID-19 i złagodzi ryzyko refinansowania poprzez utrzymanie kosztów finansowania na bardzo niskim poziomie, przynajmniej w krótkim okresie.”

Uwaga w środę przenosi się na FOMC, po którym jednak nie spodziewamy się fajerwerków ani zmiany w postrzeganiu dolara. Posiedzenie FOMC będzie dla rynków przede wszystkim okazją, by zdobyć więcej informacji jak daleko może się posunąć Rezerwa Federalna i jakie narzędzia pozostały do jej dyspozycji. W ostatnich tygodniach Fed obniżył stopy procentowe niemal do zera i wprowadził szereg programów płynnościowych dla różnych segmentów rynku. Teraz przede wszystkim skupi się na implementacji i koordynacji ogłoszonych programów. Wskutek tych programów bilans Fed mocno napęczniał – z mniej niż 4 bln USD na jesieni ubiegłego roku do ponad 6 bln USD obecnie. Bardzo istotne będzie nie tylko w jakim tempie bilans Fed będzie rósł, ale też jaka będzie jego kompozycja. Pytaniem otwartym pozostaje, jak daleko Fed może się posunąć? Ostatnio prezes Fed Jerome Powell powiedział wprost, że Fed nie będzie się wahał i w razie konieczności sięgnie również po inne aktywa. Rynek interpretuje to jako zapowiedź przyszłego rozpoczęcia skupu akcji oraz akcyjnych ETFów, ale pojawiają się również radykalne opinie, że może dojść do skupu surowców (w domniemaniu ropy). Z takiego rozwiązania na pewno ucieszyłby się Donald Trump i amerykańscy producenci, ale postrzegamy to jako bardzo mało realne. Koszty przeważyłyby korzyści i byłby to niebezpieczny precedens. Oznacza to też jeszcze więcej USD na rynku, deprecjonując jego wartość, kiedy wygaśnie zapotrzebowanie na niego jako bezpiecznej przystani.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zarządzanie zespołem w czasie i po pandemii

Od kilku tygodni firmy ze wszystkich branż próbują dostosowywać się do nowych warunków pracy oraz funkcjonowania w zmiennym i niepewnym środowisku biznesowym. Niezależnie, czy poszczególne zespoły pracują zdanie, czy zachowują dystans i różnego rodzaju zasady bezpieczeństwa w siedzibie przedsiębiorstwa, wszystkie organizacje zarówno te, które musiały ograniczyć czy zredukować do zera swoją aktywność, jak i te które obecnie pracują ponad swoje możliwości, narażone są na wiele zagrożeń, wywołanych brakiem regulacji dotyczących nowych obszarów związanych z ich codziennym działaniem. Należą do nich m.in.: zasady dotycząca pracy zdalnej, polityka zdrowotna organizacji oraz podejście organizacji do funkcjonowania w zmianie i zarządzania innowacyjnością. Brak tych trzech elementów, widoczny niestety obecnie w wielu przedsiębiorstwach, może poza konsekwencjami zdrowotnymi, występującymi wśród zatrudnionych, prowadzić do spadku zaangażowania, motywacji i wydajności pracowników, a także przełożyć się na poziom odczuwanego przez nich strachu przed przyszłością i związanego z tym poziomu stresu. COVID-19 stał się dla wielu firm okazją do zrobienia kroku naprzód i wsparcia pracowników w obszarach, które stanowią dla nich obecnie największe wyzwanie, a które jednocześnie mogą przesądzić o konkurencyjności organizacji obecnie oraz w nowej, kształtującej się aktualnie rzeczywistości. Co zrobić by dobrze i sprawnie unormować różne obszary oraz przygotować organizację na funkcjonowanie w nowych warunkach?

Pojawienie się koronawirusa zmieniło codzienność wielu firm na całym świecie. Obecnie, poza koniecznością podejmowania działań mających na celu zachowanie ciągłości funkcjonowania – utrzymania płynności finansowej i dotychczasowego poziomu zatrudnienia, muszą one zapewnić odpowiednie warunki pracy pracownikom, chroniąc nie tylko ich zdrowie fizyczne, ale również dobre samopoczucie. Gross z tych zadań spoczywa obecnie na menadżerach i osobach zarządzających, którzy w gąszczu nowych wyzwań dnia codziennego, myśląc o przyszłości powinni zaplanować również działania, i zabezpieczyć zasoby, mające na celu przygotowanie kluczowych rozwiązań niezbędnych do poprawnego i płynnego funkcjonowania organizacji w przyszłości.

Należą do nich w szczególności:

– opracowanie i implementacja zasad dotyczących zasad pracy zdalnej;
– opracowanie i wdrożenie polityki zdrowotnej organizacji;

– określenie podejścia organizacji do funkcjonowania w zmianie i innowacyjności.

Praca zdalna – zasady i ich implementacja

Obowiązujący w Polsce Kodeks Pracy, tak jak wiele innych aktów prawnych, nie był aktualizowany przez wiele lat. Doprowadziło to do sytuacji, w której popularna od wielu lat, a teraz w przypadku większości przedsiębiorstw nieunikniona praca zdalna nie doczekała się oficjalnego unormowania na poziomie ogólnokrajowym. W związku z tym oraz z trwającym już od kilku tygodni „no office” to same organizacje powinny zatroszczyć się o sprawne opracowanie i implementację zasad pracy zdalnej by nie tylko teraz, ale również w kolejnych miesiącach mogła ona odbywać się sprawnie i bez przeszkód. Przejście na pracę zdalną w wielu organizacjach spowodowało szereg zmian w obszarze:

– kwestii technicznych – zabezpieczenia odpowiedniego sprzętu i danych co wiąże się z koniecznością wprowadzenia zasad ich ochrony przez samych pracowników;
– kwestii raportowania czasu pracy – przygotowania sprawnie działających rozwiązań, procesów oraz odpowiednich szablonów czy zmian w oprogramowaniu;
– kwestii wydajności – wielu pracowników stanęło przed ogromnym wyzwaniem, jak pogodzić pracę z domu z opieką nad dziećmi, które również zostały w nim zamknięte, co w dużym stopniu przełożyło się na skupienie i wydajność poszczególnych pracowników;
– kwestii ergonomii miejsc pracy – pracownicy w wielu przypadkach nie mają możliwości stworzenia sobie odpowiednich miejsc pracy, pozwalających im w sposób bezpieczny dla ich zdrowia wykonywać codzienne zawodowe obowiązki – brak odpowiednich biurek, krzeseł, monitorów itd.

By móc usystematyzować każdy z powyższych obszarów, dostosować go do specyficznych potrzeb organizacji i zapewnić pracownikom odpowiednie funkcjonowanie teraz i w przyszłości firmy, mimo wielu innych działań, które muszą zostać zrealizowane obecnie, już teraz powinny poświęcić czas i zasoby na opracowanie oraz implementację zasad pracy zdalnej. Działanie takie pozwoli im na zminimalizowanie pojawiających się obecnie problemów oraz przygotowanie się na to, co być może stanie się w niedalekiej przyszłości elementem ich codzienności.

Przygotowanie prawidłowych zasad dotyczących pracy zdalnej wymaga posiadania sporej wiedzy i zrozumienia na poziomie osób zarządzających. Muszą one wiedzieć nie tylko o wszystkich problemach jakie na tej płaszczyźnie pojawiły się dotychczas, ale również postarać się przewidzieć, te które mogą pojawić się w przyszłości. Menadżerowie pracujący nad przygotowaniem zasad pracy zdalnej powinni również sami umieć radzić sobie z trudnościami i wyzwaniami z nią związanymi. Patrzeć nie tylko z poziomu konieczności zarządzania zespołem rozproszonym, czy dbania o jego efektywności, ale także zejść do poziomu szeregowych pracowników, którzy mierzą się ze swoimi specyficznymi wyzwaniami związanymi z pracą zdalną i postarać się ich zrozumieć. Podejście takie dla wielu zarządzających może stanowić duże wyzwanie, dlatego przed podjęciem pracy nad wewnętrznym uporządkowaniem zasad tej formy, warto najpierw zadbać o odpowiednie przygotowanie menadżerów i poszerzenie ich wiedzy twierdzi Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Polityka zdrowotna organizacji

Wiele firm w ostatnich latach skupiło się na przygotowaniu i wdrożeniu polityki lub nawet kultury zdrowotnej organizacji. Koncentrowała się ona jednak w szczególności na tych obszarach, które pozwalają na stałe utrzymywanie dobrej kondycji fizycznej i psychicznej pracowników. W obecnej sytuacji organizacje muszą bardziej skupić się na przygotowaniu zasad postępowania i szybkiego reagowania na inne zagrożenia. Chodzi przede wszystkim o wypracowanie procedur działania w przypadku pojawienia się w miejscu pracy zatrudnionych z objawami różnego rodzaju infekcji czy chorób zakaźnych, które w bardzo szybkim czasie mogą rozprzestrzenić się na innych pracowników i sparaliżować pracę organizacji. Sporym wyzwaniem będzie również przygotowanie procedur pozwalających na efektywne wykorzystywanie przez pracowników zwolnień lekarskich i zmianę podejścia firm do absencji chorobowych pracowników, tak by ich nieobecność nie wywoływała u nich poczucia zagrożenia na płaszczyźnie zawodowej, ale była naturalnym krokiem chroniącym pozostałych zatrudnionych, szczególne w przypadku chorób wirusowych i bakteryjnych. Będą się one musiały odnosić również do kwestii zachowania odpowiedniej higieny zarówno w miejscu pracy jak i poza nim, ale także wprowadzić szereg działań mających na celu stałe dbanie o odporność pracowników oraz ich zdrowie psychiczne. Działanie to będzie wymagało nie tylko zdobycia odpowiedniej wiedzy od zewnętrznych ekspertów, stworzenia nowych procedur czy konieczności wprowadzenia nowych zasad, ale także zainwestowania pewnych środków w odpowiedni sprzęt pozwalający szybko wychwytywać potencjalne zagrożenie np. posiadanie przez firmę urządzeń mierzących temperaturę pracowników przychodzących do pracy. Polityki zdrowotne organizacji będą teraz także wymagały zmiany podejścia osób zarządzających i szerokiego spojrzenia firmy na kwestie zdrowia zatrudnionych.

Obecne sytuacja pokazała, że wiele organizacji nie jest przygotowanych na poradzenie sobie z problemami zdrowotnymi zatrudnionych, szczególnie jeśli miałaby stanąć przed wyzwaniem polegającym na poradzeniu sobie z sytuacją masowych zachorowań czy też przeciwdziałania im. Brak wypracowanych procedur i odpowiedniego sprzętu nie jest jednak największym problemem. Kluczowa jest bowiem zmiana optyki w obszarze podejścia do kwestii dbania o zdrowie pracowników jako największego dobra organizacji, stanowiącego o płynności jej funkcjonowania. Dotychczasowe podejście nie sprawdzi się już bowiem teraz, w obliczu stale powracającego zagrożenia wirusowego. Konieczna jest zmiana myślenia o zdrowiu pracowników na poziomie zarządzających. Ich kondycja zdrowotna staje się teraz nie tylko sprawą jednostki, ale przede wszystkim istotną sprawą dla pracodawców, którzy muszą pomyśleć obecnie o odpowiednich zabezpieczeniach, ale również o tym, że pracownik chory to pracowników, którego nie ma w pracy i który w czasie choroby tej pracy nie świadczy, z czym oczywiście nie wiążą się dla niego żadne konsekwencjedodaje Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Podejście organizacji do funkcjonowania w zmianie i zarządzania innowacyjnością

Okres pandemii pokazał również jak wiele organizacji nie jest przygotowanych na funkcjonowanie w zmianie. I choć od lat w świecie biznesu istniały takie pojęcia jak VUCA, Agile czy zarządzanie zmianą oraz innowacyjnością, dopiero w obliczu realnego zagrożenia okazuje się, jak niewiele firm faktycznie zrozumiało ich znaczenie i wdrożyło je do swojego codziennego funkcjonowania. Pozostałe mierzą się obecnie z ad hocowymi działaniami mającymi pozwolić im na szybkie wypracowanie nowych produktów, usług czy procedur i ich sprawne zastosowanie. Obecny czas nie jest jednak czasem na długotrwałe tworzenie i testowanie nowych procedur, jest czasem sprawnego działania i podejmowania decyzji z godziny na godzinę, co wymaga odpowiedniej otwartości, zrozumienia i elastyczności, na którą niestety nie stać obecnie wielu podmiotów. Właśnie dlatego tak ważne jest wypracowanie odpowiedniego podejścia organizacji do funkcjonowania w zmianie, szybkie zdobycie odpowiedniej wiedzy przez osoby zarządzające i przygotowanie oraz wdrożenie zasad i ram sprawnego postępowania i podejmowania decyzji w przyszłości.

Kolejnym niezwykle ważnym obszarem jest aktualnie zarządzanie innowacyjnością. Każdy kryzys, bez względu na jego źródło może być okazją do rozwoju – zarówno dla firm, ale też dla ich pracowników. Zawirowania na rynku zawsze rodzą nowe biznesy, nowe pomysły, nowe produkty i usługi oraz nowe szanse. Firmy muszą być zatem otwarte i przygotowane na nieszablonowe myślenie, nowe rozwiązania i wsłuchiwać się w różne informacje płynące zarówno z rynku jak i z wnętrza organizacji. Ważne jest bowiem to, czy będą potrafiły dostrzec pojawiające się szanse oraz czy będą miały możliwość i odwagę by skorzystać z tworzącej się w ich otoczeniu innowacyjności. Już teraz warto rozwijać działy rozwoju, by na bieżąco analizowały to co się dzieje i stale pracowały nad najbardziej poszukiwanymi obecnie rozwiązaniami.

Najgorszą rzeczą jaką może w czasach kryzysu zrobić jakakolwiek organizacja to zamknięcie się na zmiany. Tkwienie w przekonaniu, że dotychczasowe podejście i oferta są jedyną słuszną drogą, którą nadal należy podążać. W obliczu kryzysu liczy się sprawne działanie, otwartość, myślenie poza schematami, sprawne analizowanie i łączenie faktów oraz dostrzeganie szans i promowanie pomysłowości. Liczy się wsłuchiwanie w głos gospodarki, potrzeby konsumentów, ale również własnych pracowników, którzy niejednokrotnie mogą zaskakiwać swoją innowacyjnością. Ważne jest zatem wypracowanie procedur, które pozwolą zbierać i analizować informacje, dostrzegać szanse i pojawiającą się w otoczeniu organizacji innowacyjność oraz sprawne przygotowywanie oraz wdrażanie nowych pomysłów, by firma mogła jak najszybciej zaznaczyć swoją pozycję na rynku i dalej się rozwijać. Działanie takie wymaga jednak ogromnej wiedzy i otwartości na poziomie osób zarządzających. To bowiem od ich podejścia i otwartości zależy przyszłość organizacji – dodaje Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Zawirowania i kryzysy gospodarcze to nie tylko szereg problemów, ale również szans dla wielu organizacji. W starciu z trudną obecnie codziennością zwyciężą te, które odpowiednio wcześnie pomyślą o usystematyzowaniu nowych obszarów, które zadecydują o ich konkurencyjności, ofercie i kondycji teraz i w przyszłości. Przyszłości niepewnej, mogącej przynieść jednak wiele dobrego tym podmiotom, które potrafią otworzyć się na obecne potrzeby rynku, konsumentów i pracowników oraz sprawnie się do nich dostosować.

E-arbitraż – czyli jak firmy mogą powalczyć o zaległe płatności

W ostatnim czasie znacząco wzrosło zainteresowanie e-arbitrażem. Z powodu pandemii i odroczenia rozpraw w sądach powszechnych, coraz więcej firm decyduje się na korzystanie z innych możliwości rozpatrywania spraw spornych. Firmy wnoszą o rozstrzygnięcie konfliktów z kontrahentami na kilkaset złotych, ale także na ponad 100 tys. złotych. Wyroki zapadają w 3 tygodnie, a zaległa płatność trafia od dłużnika na konto firmy. O tym, jakie korzyści niesie e-arbitraż opowiada Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio, Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP.

Firmy z branży transportowej, budowalnej, nieruchomości czy usługowej z powodu pandemii koronawirusa coraz częściej mają trudności z utrzymaniem płynności finansowej. Co gorsza, w związku z wprowadzonymi obostrzeniami sądy powszechne zawiesiły rozpatrywanie spraw, a co za tym idzie przedsiębiorcom ciężko jest obecnie dochodzić swoich praw, a to dopiero początek potencjalnego paraliżu. W optymistycznym scenariuszu, gdy opadnie kurz, na wokandzie zrobi się spory korek, w pesymistycznym, nasz wymiar sprawiedliwości będzie przypominał brazylijski, gdzie na załatwienie czeka blisko 100 milionów spraw. Ratunkiem może okazać się elektroniczny arbitraż. Dlaczego? Jest kilka powodów.

Skuteczność

„Elektroniczne sądy arbitrażowe, w tym także Ultima Ratio, działają na podstawie przepisów kodeksu postępowania cywilnego o sądach polubownych. Są więc alternatywnym wobec sądów państwowych sposobem rozpoznawania sporów. Rozstrzygnięcie sądu arbitrażowego ma taką samą moc prawną, jak decyzja sądu powszechnego. Jeśli dłużnik nie wykona wyroku, wystarczy wnieść orzeczenie do sądu apelacyjnego o nadanie mu klauzuli wykonalności. Takie wnioski rozpoznawane są zwykle na posiedzeniach niejawnych, a średni czas ich załatwienia to około półtora miesiąca.” – komentuje Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio, Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP.

Szybkość, wyrok po 14 dniach w e-sądach arbitrażowych

Elektroniczne sądy arbitrażowe działają znacznie szybciej niż sądy powszechne, którym wydanie wyroku w sprawach gospodarczych zajmuje od kilkunastu do kilkudziesięciu miesięcy! W przypadku Ultima Ratio arbitrzy – notariusze przeszkoleni przez Stowarzyszenie Notariuszy RP – mają, zgodnie z regulaminem, 3 tygodnie na wydanie wyroku. Warto jednak zaznaczyć, że jak pokazuje praktyka, średni czas trwania sprawy to aktualnie 14 dni. Oznacza to, że – doliczając, czas potrzebny na nadanie wyrokowi klauzuli wykonalności przez sąd apelacyjny, jeśli dłużnik nie wykona od razu wyroku, czyli około półtora miesiąca – pozwany już po dwóch miesiącach od złożenia pozwu może odzyskać dług od niesolidnego kontrahenta. Po potwierdzeniu wyroku przez sąd apelacyjny, do akcji wkraczają komornicy, a oni działają efektywnie i co ważne szybko. Zgodnie z różnymi statystykami po roku od zaistnienia opóźnienia w płatności jest tylko 10% szans na odzyskanie długu.

Dłużnik nie opóźni celowo postępowania

„W sądach powszechnych dłużnicy celowo wnoszą sprzeciwy do nakazów zapłaty czy odpowiedzi na pozwy. Można to zrobić za darmo, a zdecydowanie opóźnia to wydanie wyroku. W Ultima Ratio od momentu doręczenia pozwu za pośrednictwem poczty elektronicznej pozwany ma siedem dni na sformułowanie swojej odpowiedzi. Aby ukrócić celowe opóźnianie postępowania, za przedstawienie przez pozwanego kontrargumentów elektroniczne sądy arbitrażowe pobierają opłatę w takiej samej wysokości, jak opłata od pozwu. Dzięki temu istnieje mniejsze ryzyko gry na czas – wniesienie odpowiedzi na pozew zależy bowiem od tego, na ile pozwany jest przekonany co do siły swoich argumentów.- dodaje Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio, Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP.

Niższe koszty e-arbitrażu nawet o 70%

Pobierane opłaty związane z prowadzeniem sprawy są niższe niż w sądach powszechnych, szczególnie dla spraw dotyczących zaległych płatności na sumę powyżej 100 tys. złotych. W Ultima Ratio arbitrzy rozstrzygają konflikty dotyczące płatności o wartości zarówno 500 złotych jak i 150 tys. złotych. Dodatkowo nie ma wydatków związanych z koniecznością stawienia się w sądzie – koszty delegacji – a co za tym idzie nieobecnością osób decyzyjnych w pracy. Nie ma też kosztów druku i wysyłki pism ani zaliczek na świadków. To pozwala znacznie ulżyć kieszeni przedsiębiorców – według różnych wyliczeń elektroniczny sąd arbitrażowy może być nawet do 70% tańszy niż sąd powszechny.

Cały proces zdalnie i online

Elektroniczne sądy arbitrażowe, takie jak Ultima Ratio, z definicji działają jedynie w sposób zdalny. Sprawy rozpoznawane są wyłącznie przez internet – nie ma budynku, w którym trzeba się stawić, ani rozpraw, na które trzeba dojechać. Całe postępowanie toczy się online, a wszystkie czynności można załatwić bez wychodzenia z biura, a nawet z domu. To duże ułatwienie w obecnej sytuacji – panującej epidemii koronawirusa – gdy priorytetem jest ograniczenie kontaktów z innymi. – dodaje Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio, Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP.

Zwyczajowo w elektronicznych sądach arbitrażowych wszystkie czynności, od złożenia pozwu, przez przedstawienie materiału dowodowego, po wydanie wyroku wykonywane są za pośrednictwem specjalnej platformy cyfrowej, której zabezpieczenia są porównywalne do tych, stosowanych w systemach bankowości elektronicznej. Dzięki porozumieniu z Ministerstwem Cyfryzacji, w Ultima Ratio strony potwierdzają swoją tożsamość poprzez Profil Zaufany, podpis kwalifikowany oraz e-dowód. Cały materiał dowodowy jest przesyłany za pośrednictwem bezpiecznych łącz, a arbitrzy mogą kontaktować się ze stronami korzystając ze specjalnie dedykowanego czatu.

Nieodwołalność zapisu arbitrażowego

Po podpisaniu umowy w której zawarto tzw. klauzulę arbitrażową, strona nie może się już później z arbitrażu ani wycofać, ani zmienić zdania, chyba, że za zgodą drugiej strony. Zapis arbitrażowy jest przez prawo traktowany tak samo, jak inne istotne zapisy kontraktu, na przykład ilość towaru, cena czy gwarancja jakości. Sprawa z zapisem na Ultima Ratio może więc toczyć się tylko w Ultima Ratio. Zgodnie z Kodeksem postępowania cywilnego, gdyby trafiła ona do sądu powszechnego, sąd ten musiałby ją na wstępie odrzucić, na zarzut drugiej strony.

Czy Fed podejmie decyzję o dalszym łagodzeniu polityki pieniężnej?

Pandemia COVID-19 nieprzerwanie sieje spustoszenie na rynkach finansowych. Sytuacja zmusza banki centralne i rządy państw do wprowadzania w życie bezprecedensowych środków zaradczych, mających na celu ochronę ich gospodarek. W środę decyzję ws. kolejnych działań ogłosi Rezerwa Federalna. Czego możemy się spodziewać?

Rezerwa Federalna była jednym z pierwszych banków centralnych, który zdecydował się rozpocząć luzowanie polityki monetarnej w obliczu agresywnego rozprzestrzeniania się koronawirusa.  Amerykańscy decydenci w marcu postanowili obciąć stopy procentowe łącznie o 150 punktów bazowych, sprowadzając stopę referencyjną do widełek 0-0,25%. Ponadto Fed w ostatnich tygodniach uruchomił również szereg mniej konwencjonalnych instrumentów polityki monetarnej, porzucając limit zakupów w ramach programu luzowania ilościowego, a także oferując amerykańskim przedsiębiorcom oraz władzom stanowym i samorządom lokalnym dostęp do korzystnego finansowania w ramach programów pożyczkowych o łącznej wartości kilku bilionów dolarów.

 

Od czasu ogłoszenia przez amerykański bank centralny pakietu działań, wirus kontynuował bardzo agresywne rozprzestrzenianie się w Stanach Zjednoczonych. Kraj ten odnotował jak dotąd najwięcej potwierdzonych przypadków zakażeń koronawirusem – nieco ponad milion. Warto jednak zwrócić uwagę, że USA są państwem, które wśród innych krajów rozwiniętych wyróżnia się wielkością populacji (328 mln ludności wobec np. 60 mln w przypadku Włoch czy 47 w przypadku Hiszpanii), więc korygując dane o ten czynnik, sytuacja wygląda nieco lepiej. Wprowadzone środki i restrykcje mające ograniczyć ekspansję wirusa w USA wydają się ograniczać skalę wzrostu nowych zakażeń. Do tej pory nie otrzymaliśmy jednak jednoznacznych sygnałów wskazujących na to, że przyrost nowych dziennych przypadków zakażeń istotnie zwalnia. Dane nie wskazują tym samym, żeby w krótkim okresie uzasadnionym było oczekiwanie szybkiego zawieszenie obowiązku ich stosowania (Wykres 1).

Wykres 1: Liczba dziennych nowych potwierdzonych zakażeń koronawirusem w USA (luty ‘20 – kwiecień ‘20)

dziennych nowych potwierdzonych zakażeń koronawirusem w USA
Źródło: Refitiv Datastream Data: 28/04/2020

Dane makroekonomiczne napływające ze Stanów Zjednoczonych zaczynają obrazować skalę strat, jakie środki zapobiegawcze wywołują w największej gospodarce świata. Na przykład na rekordowo niskim poziomie znalazł się zbiorczy indeks PMI opisujący sytuację w usługach i w przemyśle w kwietniu. Produkcja przemysłowa w marcu odnotowała największy miesięczny spadek od lat 40-tych XX wieku, ponadto rekordowego spadku w tym samym miesiącu doświadczyła sprzedaż detaliczna. W kontekście obecnego kryzysu szczególne obawy budzi jednak sytuacja na rynku pracy. Miejsca pracy w USA są likwidowane z niebywałą szybkością. Na przestrzeni pięciu tygodni o zasiłek dla bezrobotnych wystąpiło łącznie 26,5 mln nowych bezrobotnych* (Wykres 2). W najbliższych tygodniach liczba bezrobotnych niechybnie będzie wzrastać. Zgodnie z naszymi szacunkami stopa bezrobocia znajduje się obecnie w okolicy poziomu 20%, co oznaczałoby, że bezrobocie w USA jest najwyższe od lat 30-tych XX wieku.

Wykres 2: Cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych nowych bezrobotnych w USA (2007 – 2020)

Cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych nowych bezrobotnych w USA
Źródło: Refitiv Datastream Data: 28/04/2020

Biorąc pod uwagę kompleksowy charakter działań już podjętych przez Rezerwę Federalną sądzimy, że podczas spotkania FOMC w tym tygodniu decydenci po raz pierwszy od stycznia nie dokonają zmian w polityce monetarnej. Dodatkowo sądzimy, że uwzględniając sytuację w Stanach Zjednoczonych, tamtejsi decydenci najpewniej przyjmą pesymistyczną i gołębią retorykę. Dla rynków finansowych kluczowa będzie konferencja prasowa po spotkaniu, podczas której przemawiać będzie przewodniczący FOMC, Jerome Powell. Odbędzie się ona w formie wideokonferencji. Kluczowym pytaniem, naszym zdaniem jest to, czy Powell będzie w stanie przekonać rynki, że Rezerwa Federalna ma możliwość uruchomienia dodatkowych narzędzi, w razie potrzeby dalszego pobudzania amerykańskiej gospodarki. Jeżeli prezesowi Fed uda się powyższe, spodziewamy się rajdu ulgi na rynku akcji i ogólnego wzrostu apetytu na ryzyko na rynku walutowym. Jeśli rynek stwierdzi z kolei, że Fed nie ma już amunicji, zyskać mogą z kolei waluty safe haven, w tym sam dolar amerykański. Nie sądzimy jednak, że ten ostatni scenariusz zostanie zrealizowany. Uważamy, że Fed nie wyczerpał dostępnych środków i w razie potrzeby może podjąć kolejne działania, które mogą uwzględniać na przykład rozszerzenie programu pożyczek dla małych i średnich przedsiębiorstw czy też rozszerzenie zakresu instrumentów jakie bank centralny nabywa w ramach skupu aktywów o te mniej ortodoksyjne niż dotychczasowe.

Poza tym, Fed może również opublikować w środę najnowsze projekcje gospodarcze i dotyczące stóp procentowych, po tym jak pominął ten krok w marcu. Jeśli takie projekcje zostaną opublikowane, sądzimy, że wskażą one na to, że w najbliższym czasie decydenci spodziewają się niezmienionych stóp procentowych. W przypadku ich publikacji, prognozy dynamiki PKB niechybnie zostałyby znacząco obniżone w relacji do poprzednich i mogłyby wskazywać, że gospodarka Stanów Zjednoczonych znajduje się na drodze do największej recesji od czasów Wielkiego Kryzysu sprzed około dziewięćdziesięciu lat. Dla rynku istotne okazać mogą się również jakiekolwiek komentarze Powella dotyczące tego jak szybko – zdaniem Fedu – gospodarka może odbić się po kryzysie. Obecnie sądzimy, że ożywienie amerykańskiej gospodarki prawdopodobnie będzie stopniowe i będzie miało kształt litery U, aniżeli litery V (tj. szybkiego powrotu do sytuacji sprzed kryzysu).

Niemniej, biorąc pod uwagę, że inwestorzy na rynku walutowym zdają się szykować na najgorsze, taki scenariusz prawdopodobnie jest jednak zawarty w cenach. Sądzimy, że reakcja rynku na ogłoszenia ze strony Rezerwy Federalnej może być dość umiarkowana. Inwestorzy czekają obecnie na prawdopodobnie ciekawsze ogłoszenia ze strony EBC, które poznamy w czwartek i mogą nie chcieć podejmować istotnych zmian w swoich działaniach przed zapoznaniem się z informacjami z drugiej strony Atlantyku.

*dane odsezonowane

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury