Żaden bank nie ma w swoich kasach tyle środków, żeby w krótkim czasie wypłacić swoim klientom ich wszystkie depozyty. Płynność finansowa banków może być zachwiana dość łatwo, szczególnie w ciężkich czasach. Obecnie, w czasie zamrożenia gospodarki, bardzo łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której znaczna ilość kredytobiorców przestaje spłacać swoje zobowiązania. Dla każdego banku jest to recepta na poważne i natychmiastowe problemy. Dawniej dość często miały miejsce sytuacje, w których utrata płynności przez banki prowadziła do utraty oszczędności przez ich klientów. Czy mamy się czego obawiać?
Obecnie władze administracyjne i monetarne robią wszystko, żeby nie dopuszczać do takich sytuacji. W razie problemów banki komercyjne mogą zwrócić się do banku centralnego, który jako emitent waluty ma bardzo duże możliwości zapewnienia im płynności. Narodowy Bank Polski może zastosować kilka środków, na przykład: obniżenie stóp procentowych, obniżenie rezerwy obowiązkowej, operacje repo, skup obligacji skarbu państwa czy kredyt wekslowy.
Stopy procentowe NBP są obecnie najniższe w historii. Najważniejsza z nich – stopa referencyjna, odnosząca się do operacji otwartego rynku, wynosi 0,50%. Stopa depozytowa, czyli stopa oprocentowania wkładów banków komercyjnych w NBP wynosi 0%. Tak niskie stopy w założeniu mają pomóc osiągnąć dwa cele. Po pierwsze umożliwić bankom łatwiejsze zaciąganie pożyczek w NBP, po drugie zniechęcić do deponowania w nim środków. Jedno i drugie ma z kolei zachęcić banki do udzielania kredytów przedsiębiorstwom. Dzięki temu mają one mieć zapewnioną płynność finansową w czasie kryzysu.
NBP w kwietniu 2020 roku obniżył podstawową stopę rezerw obowiązkowych z 3,5% do 0,5%, zamierza też wspomagać płynność sektora bankowego dzięki tak zwanym operacjom repo. Jest to skrót od anglojęzycznego terminu „repurchase agreement”. Oznacza on możliwość udzielenia bankom komercyjnym krótkoterminowych pożyczek pod zastaw papierów wartościowych. Bank centralny planuje też skup papierów wartościowych gwarantowanych przez skarb państwa na rynku wtórnym. Te operacje z pewnością zwiększą ilość gotówki w sektorze bankowym, tym bardziej, że NBP dodatkowo zaoferował bankom kredyt wekslowy. Będzie udzielać pożyczek pod zastaw weksli, które banki otrzymały jako zabezpieczenie kredytów od swoich klientów.
Wszystkie te działania oznaczają, że polskie banki są obecnie dość bezpieczne i nie zabraknie im gotówki. Ryzyko upadku istotnego polskiego banku należy w tej chwili traktować jako niewielkie. Innym problemem natomiast jest to, czy płynność banków przełoży się na ich zwiększoną skłonność do kredytowania przedsiębiorstw. Należy pamiętać, że NBP nie bierze na siebie ryzyka kredytowego a ono bardzo poważnie wzrasta w związku z kryzysem gospodarczym.
Doświadczenie z amerykańskiego kryzysu finansowego z roku 2008 pokazuje, że banki mogą nie rozszerzyć akcji kredytowej. Ogromne środki, jakimi Rezerwa Federalna wtedy zasiliła system bankowy w znacznej części w ogóle go nie opuściły. Banki bały się ryzyka a konsumenci nie mieli ochoty się zadłużać w trudnych czasach.
A więc prawdopodobnie wadą operacji otwartego rynku prowadzonych przez Narodowy Bank Polski będzie to, że nie rozruszają gospodarki. Zaletą z kolei będzie to, że dzięki nim nie musimy się martwić o bezpieczeństwo naszych wkładów w bankach. Prawdopodobnie nie wzrośnie też inflacja mimo znacznego zwiększenia ilości pieniądza w obiegu.
Niestety odmienne mogą być skutki działania tarczy antykryzysowej. Szczegóły tej operacji nie są jeszcze znane, wymaga ona też akceptacji ze strony Komisji Europejskiej. Jeżeli jednak prawdą jest, że NBP chce zwiększyć bazę monetarną o 100 miliardów złotych, to jest o około 12% oraz że te środki trafią bezpośrednio do przedsiębiorstw i gospodarstw domowych, możemy spodziewać się istotnego impulsu inflacyjnego. Koszty operacji poniosą posiadacze oszczędności. Wysoka inflacja w porównaniu ze skokowym wzrostem podaży pieniądza i zerowymi stopami procentowymi to dla nich bardzo niebezpieczna kombinacja.
Firmy pożyczkowe wyraźnie ograniczyły akcję kredytową w drugiej połowie marca oraz na początku kwietnia – wynika z danych CRIF oraz BIK, przeanalizowanych przez Fundację Rozwoju Rynku Finansowego. Załamanie na rynku nastąpiło już w drugiej połowie marca tj. jeszcze przed wprowadzeniem tarczy antykryzysowej, w ramach której obniżono limit kosztów pozaodsetkowych dla nowych pożyczek. Wejście ustawy w życie dodatkowo pogłębiło kryzys w branży.
Jednym z zapisów tarczy antykryzysowej jest drastyczne ograniczenie kosztów pozaodsetkowych do 21 proc. dla pożyczek na czas dłuższy niż 30 dni i 5 proc. dla pożyczek o okresie spłaty krótszym niż 30 dni. Efektem zmian jest ostre ograniczenie akcji kredytowej przez firmy pożyczkowe.
Spada liczba wniosków o pożyczkę
Z danych CRIF[1] wynika, że liczba złożonych aplikacji o udzielenie pożyczki była w marcu 2020 r. o 5% niższa niż liczba aplikacji z marca 2019 r. oraz o 13% niższa niż w lutym 2020 r. Liczba unikalnych klientów aplikujących (niektórzy klienci składają aplikację do kilku firm jednocześnie) była natomiast niższa o 14% w stosunku do marca 2019 r. oraz 15% niższa w stosunku do miesiąca wcześniejszego tj. lutego 2020 r.
Spada wartość i liczba udzielonych pożyczek
Branża odnotowuje spadki w zakresie wartości i liczby udzielonych pożyczek. W marcu 2020 r. wartość udzielonych pożyczek była o 33% niższa niż w marcu 2019 r., natomiast liczba udzielonych pożyczek była o 23% niższa. W porównaniu do miesiąca poprzedniego tj. lutego 2020 r. spadek wartości udzielonych pożyczek wyniósł 19%, a liczby – 17%. Oznacza to, że istotnie spadła zarówno łączna wartość pożyczek, jak i wartość pojedynczej pożyczki, szczególnie w ujęciu do marca 2019 r. (spadek wartości pojedynczej pożyczki o 13%, z 3480 zł w marcu 2019 r. do 3032 zł w marcu 2020 r.).
Jednocześnie rośnie liczba odrzuconych wniosków, co świadczy o stopniowym zaostrzaniu wymogów kredytowych przez firmy pożyczkowe. Liczba odrzuconych wniosków w 3. tygodniu marca wyniosła 66%, a w 4. tygodniu marca 68%, podczas gdy w średnim tygodniu marca 2019 wynosiła 51%, a w średnim tygodniu lutego 2020 r. – 58%.
Kwietniowe załamanie na rynku pożyczek – rynek skurczył się niemal o 2/3
Zgodnie z danymi BIK[2] początek kwietnia i wprowadzenie nowych przepisów drastycznie obniżających koszty pozaodsetkowe przyniosły zupełne załamanie na rynku pożyczek. Liczba wniosków, które trafiły do bazy BIK w tygodniu 30 marca-5 kwietnia (przepisy zmieniły się 31.03.2020 r.) spadła o 57,5% w ujęciu rok do roku oraz 41,3% w stosunku do ostatniego pełnego tygodnia marca, wynosząc około 30 tysięcy. W drugim tygodniu kwietnia odnotowano dalszy spadek aplikacji o nowe pożyczki tj. o 64,7% w ujęciu r/r i dalsze 25,5% w ujęciu do tygodnia z przełomu marca i kwietnia, a liczba wniosków wyniosła nieco ponad 20 tysięcy. Dla porównania, w lutym br. do bazy BIK trafiało średnio tygodniowo ok. 63 tys. wniosków, a więc w stosunku do lutego spadek wynosi około 66%. Spadek ten wynika z faktu, że duża część firm wstrzymała się z przyjmowaniem nowych wniosków, a pozostałe zaostrzyły kryteria kredytowe.
Wraz z początkiem kwietnia wyraźnie spadła także wartość udzielonych pożyczek. Wartość pożyczek, których dane trafiły do bazy BIK dla tygodnia 30.03-05.04.2020 r. spadła o 64% w ujęciu r/r i wyniosła ok. 42 mln zł. Dla porównania w przeciętnym tygodniu lutego wartość udzielonych pożyczek w bazie BIK wynosiła ok. 125 mln zł.
Pierwsze dane ilustrujące wpływ pandemii koronawirusa oraz istotne obniżenie pozaodsetkowych kosztów kredytu, jednoznacznie wskazują na spadki w branży i złą kondycję sektora. Według pierwszych danych z okresu po 1 kwietnia, rynek skurczył się nawet o około 2/3.
„Przetrwanie większości firm z branży pożyczkowej w ciągu najbliższego roku, stoi dziś pod dużym znakiem zapytania. Przewidujemy, że kryzys sektora się dodatkowo pogłębi wraz z problemem pozyskiwania finansowania działalności. Branża finansuje się dziś, poza kapitałem własnym, głównie długiem w postaci obligacji korporacyjnych, którego koszt często wynosi z reguły powyżej 10%. Możliwości refinansowania obligacji w obecnej sytuacji, w której fundusze inwestycyjne spotykają się z ogromną falą odpływów, są dziś nikłe. Wygląda więc na to, że sektor, zatrudniający ponad 30 tysięcy osób, który udziela finansowania ponad 2 mln Polakom, może zostać w najbliższych miesiącach zupełnie pogrzebany. Tym samym może dojść do istotnego rozrostu szarej strefy, gdyż popyt na pożyczki, przy ograniczonej podaży na legalnym rynku, będzie musiał być zaspokajany poza nim” – komentuje Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.
[1] Aby zapewnić porównywalność danych, z bazy CRIF wzięto pod uwagę wyłącznie firmy działające zarówno w pierwszym kwartale 2020 r. jak i całym 2019 r. Dane w bazie CRIF pochodzą bezpośrednio od firm sektora pożyczkowego i obejmują zdecydowaną większość firm pożyczkowych działających na polskim rynku.
[2] Dane CRIF są agregowane są w interwałach miesięcznych, w związku z czym nie obrazują sytuacji sektora na początku kwietnia br. Pierwsze dane dla kwietnia opublikował już natomiast BIK. Dane w obu bazach różnią się ze względu na fakt, że pokrycie obydwu baz nie jest tożsame.
Którym pracownikom należy się dofinansowanie wynagrodzeń i jakie warunki trzeba spełnić, aby je otrzymać? Czy w czasie pandemii pracodawcy mogą zlecać nadgodziny lub zmieniać system pracy? Czym są świadczenia postojowe? Te pytania zadaje sobie niejeden polski pracodawca.Eksperci firmyADP Polska postanowili udzielić odpowiedzi na najistotniejsze kwestie nurtujące polskich przedsiębiorców.
Dofinansowanie do wynagrodzeń – komu się należą?
– Dofinansowanie do wynagrodzeń pracowników może być przyznane przedsiębiorcom, zatrudniającym pracowników oraz osoby fizyczne na podstawie umów cywilnoprawnych,. O dopłaty z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych (FGŚP) mogą ubiegać się te firmy, które nie mają zaległości w ZUS, podatkach do III kwartału 2019 r. oraz nie mają przesłanek do ogłoszenia upadłości. Przysługuje ono w momencie przestoju ekonomicznego firmy, czyli w sytuacji, gdy nastąpił spadek obrotów. Dodatkowo pracodawca otrzymuje również środki na opłatę składek na ubezpieczenie społeczne pracowników. Świadczenia te przysługują przez 3 miesiące od podpisania umowy.
– Możliwe jest także dofinansowanie do wynagrodzeń pracowników i kosztów prowadzenia działalności samozatrudnionych. Jest ono przyznawane przedsiębiorcom, na wniosek, obejmujący okres maksymalnie do 3 miesięcy. Warunkiem otrzymania takiej dopłaty jest odnotowanie spadków w obrotach w ciągu 2 miesięcy – liczonych od 1 stycznia tego roku w stosunku do analogicznego okresu z roku poprzedniego – mówi Marcin Mika, Director Growth & Client Success z ADP Polska.
Zmiany w czasie pracy – czy pracodawca może zlecić nadgodziny?
W czasie epidemii pracodawcy zyskują możliwość skrócenia odpoczynku dobowego z 11 do 8 godzin oraz tygodniowego z 35 do 32 godzin. Co ważne, takie skrócenie musi zostać zrównoważone odpowiednio wydłużonym odpoczynkiem w okresie kolejnych 8 tygodni. Pracodawca może również m.in. zawrzeć z reprezentacją związkową, bądź przedstawicielami pracowników porozumienie o wprowadzeniu tzw. równoważnego systemu czasu pracy, bądź też o stosowaniu mniej korzystnych warunków zatrudnienia pracowników, niż wynikające z umów o pracę w zakresie i przez czas ustalony w porozumieniu. Dzięki temu możliwe swego rodzaju uelastycznienie relacji między pracodawcą a pracownikiem, pozwalające pracodawcom z jednej strony na utrzymanie miejsc pracy, a z drugiej strony na wprowadzenie mniej korzystnych dla pracowników zasad bez konieczności stosowania długotrwałej procedury. Wśród pomysłów, które pojawiają się w przestrzeni publicznej warto również odnotować pomysły dot. wprowadzenia kont czasu pracy, niemniej ani w tarczy 1.0 ani też w tarczy 2.0 takie pomysły nie zostały przekute w obowiązujące przepisy – mówi Tomasz Czerkies radca prawny w ADP Polska.
Świadczenie postojowe – ile wynosi i kto może się o nie ubiegać?
– Ze świadczeń postojowych mogą skorzystać osoby prowadzące działalność gospodarczą,
a także osoby wykonujące pracę na podstawie umów cywilnoprawnych. Świadczenie takie, co do zasady, jest wypłacane w wysokości 80 proc. kwoty minimalnego wynagrodzenia w 2020 r., co daje ok. 2080 zł miesięcznie. Co ważne, nie podlega ona oskładkowaniu i opodatkowaniu. Wnioski są rozpatrywane przez ZUS, jednak należy podkreślić, że te osoby, które są zatrudnione na umowach cywilno-prawnych, składają wnioski za pośrednictwem swojego szefa lub osoby, która zamawia wykonanie pracy. Takie osoby mają prawo do świadczenia postojowego, jeśli umowa została zawarta przed 1 kwietnia 2020 r. i jeśli przełożony nie otrzymał innej pomocy na wypłatę wynagrodzeń w ramach tarczy antykryzysowej – mówi Marcin Mika, Director Growth & Client Success z ADP Polska.
Epidemia koronawirusa zmienia oblicze rynku pracy. Na wezwania rządów pracodawcy oferują swoim podwładnym możliwość pracy zdalnej. Czy pandemia wpłynie też na rozwój innych benefitów, których od zatrudniających będą oczekiwać pracownicy?
Z badań grupy Extensis, która doradza firmom w zakresie HR, w 2020 roku z puli pięciu trendów związanych z benefitami pracowniczymi, aż dwa z nich dotyczą zdrowia pracowników. Jak podaje Extensis pracownicy oczekują od firm szeroko rozumianego doradztwa medycznego. Dodatkowo w ciągu najbliższych dziesięciu lat na znaczeniu będą zyskiwać i tak już w tej chwili istotne benefity związane z zapewnieniem prywatnej opieki medycznej[1].
Epidemia testuje moce przerobowe służby zdrowia. Priorytet stanowi walka z koronawirusem. Zamykane są szpitale i przesuwane planowane zabiegi. Utrudniony dostęp do służby zdrowia mogą mieć też ci pacjenci, którzy zmagają się z innymi dolegliwościami, a dla których spotkanie z lekarzem jest równie ważne. Pakiety medyczne oferują możliwość zapisania się na wizytę do centrum medycznego, ale często pomijają możliwość zaaranżowania wizyty domowej. Nie wszyscy dostawcy z branży healthcare są na tyle elastyczni, choć część z nich oferuje usługę assistance medycznego. Korzystają z niego pracodawcy, którzy muszą zadbać o benefity realnie realizujące oczekiwania pracowników, żeby zatrzymać w firmie talenty. W ramach assistance medycznego, oprócz konsultacji telefonicznej albo on-line z lekarzem specjalistą lub pielęgniarką, chory może liczyć także na zorganizowanie profesjonalnego transport medycznego do szpitala. Co ważne, podczas hospitalizacji firmy organizujące usługę assistance zaaranżują opiekę nad niesamodzielnymi członkami rodziny, a także nad zwierzętami. To problem dostrzegany przez osoby przebywające w domowej kwarantannie, które nie mogą wyprowadzać na spacery swoich pupili.
– Przewidujemy, że popularność rozszerzonego benefitu prywatnej opieki medycznej, czyli usługi assistance medycznego, będzie w następnych latach rosła. Z jednej strony będzie miało na to wpływ wejście na rynek młodego pokolenia, dla którego ważna jest „opiekuńcza” strona pracodawcy, a z drugiej pewien precedens, którego obecnie jesteśmy świadkiem, czyli rosnąca potrzeba zdalnego konsultowania się z personelem medycznym – komentuje Joanna Nadzikiewicz, Dyrektor Marketingu i Sprzedaży APRIL. – Co więcej, dzięki ostatnim zmianom w polskiej służbie zdrowia, lekarz może wystawić e-receptę już po telefonicznej konsultacji. A jeżeli pacjent nie może wyjść z domu, żeby ją wykupić, może zamówić dostawę leków w ramach usługi assistance medycznego – dodaje.
Żeby zadowolić pracowników konieczne są zmiany w ofercie
Eksperci APRIL podkreślają, że usługi assistance medycznego będą się zmieniać, tak jak i będą zmieniać się oczekiwania klientów, czyli pracowników firm, które korzystają z takiej oferty benefitów. Wskazują, że przed wyzwaniami stoi zarówno branża assistance, jak i medyczna.
– Choć liczba lekarzy w Polsce rośnie, to wciąż widoczna jest luka kadrowa, która sprawia, że specjalistów z prawem do wykonywania zawodu mamy wciąż za mało. Dane OECD pokazują, że mamy najniższy wskaźnik liczby lekarzy na 1000 pacjentów. To powoduje, że już w tym momencie umówienie dla klienta domowej wizyty bywa wyzwaniem – dodaje Nadzikiewicz.
Rozwiązaniem może być zmiana infrastruktury medycznej, rozwój sieci medycznej i łatwiejszy dostęp do e-usług. Krótko mówiąc, liczyć się będzie to, jak szybko będziemy w stanie skontaktować się z lekarzem. Co równie ważne, dla dostawców usług assistance w równym stopniu liczyć będzie się to, czy wizyta będzie mogła odbyć się w języku innym niż polski – a to ze względu na wielokulturowy charakter korporacji, które najczęściej wykupują dla swoich pracowników takie pakiety.
Wzrost PKB Chin obniżył się gwałtownie do -6,8% r/r w pierwszym kwartale 2020 r., z poziomu +6,0% w poprzednim kwartale. Jest to pierwszy spadek od początku publikowania kwartalnego PKB w 1992 r. i gorszy niż oczekiwania konsensusu (-6,0%), chociaż lepszy niż nasza prognoza (-9,0%).
Dane z marca sugerują, że wznowienie działalności postępuje stopniowo, ale powinno być trudniejsze dla firm powiązanych z konsumentami i handlem. Produkcja przemysłowa zaskoczyła pozytywnie, spadając zaledwie o -1,1% r/r w marcu, po -13,5% w okresie styczeń-luty. Inwestycje w aktywa trwałe również spadały wolniej (-16,1% r/r narastająco w marcu z -24,5%), wspierane przez wydatki na infrastrukturę. Sprzedaż detaliczna rozczarowała, spadając o -15,8% r/r (wobec -20,5% w okresie styczeń-luty i konsensusie na poziomie -10%).
Wybiegając w przyszłość, ryzyko drugiej fali zakażeń może odwlec ożywienie. Od około miesiąca odnotowano bardzo niewielką liczbę potwierdzonych krajowych przypadków Covid-19, ale ryzyko teraz pochodzi od przypadków importowanych i przypadków asymptomatycznych. 1 kwietnia, mobilność ponownie została poddana kontroli w powiecie Jia w prowincji Henan (około 600000 mieszkańców). Z niepotwierdzonych źródeł wynika, że ograniczenia są zdejmowane bardzo ostrożnie (lub niekiedy zaostrzane) w niektórych miastach.
Obecnie w Allianz i Euler Hermes spodziewamy się, że pełne wznowienie chińskiej gospodarki nastąpi dopiero w czerwcu, opóźnione ze względu na presje zarówno popytu krajowego, jak i zewnętrznego. To dwa miesiące później niż nasza poprzednia ocena. Dane wysokiej częstotliwości sugerują, że produkcja nadal plasuje się 15-20% poniżej zwykłych poziomów i jest nawet niższa dla konsumpcji (np. wydatki na dobra trwałe prawdopodobnie na około 65% normalnych poziomów). Wydaje się, że ożywienie uległo zatrzymaniu w kwietniu, zapewne w wyniku niższego popytu zewnętrznego ze względu na ograniczenia wprowadzone u partnerów handlowych Chin. Dystans społeczny i cios w dochód do dyspozycji w I kw. powinny także ograniczyć konsumpcję prywatną w kraju. Chociaż dane chińskie generalnie zaskakują pozytywnie w marcu, istnieje ryzyko, że rozczarowanie może nastąpić w kilku nadchodzących miesiącach.
Ożywienie chińskiej gospodarki powinno stać się bardziej widoczne w drugiej połowie roku, wspartej przez akomodacyjną pozycję polityki, zwłaszcza po stronie fiskalnej. Spodziewamy się wspierających środków budżetowych wynoszących 6,5% PKB w 2020 r. Budżetowe środki stymulujące głównie obejmują inwestycje publiczne (w infrastrukturę, zdrowie, polityki w zakresie ochrony środowiska, technologie i inne projekty) oraz cięcia podatków korporacyjnych i opłat.
Po stronie monetarnej Ludowy Bank Chin dał zastrzyk płynności o wartości 2,8% nominalnego PKB, ze szczególnym uwzględnieniem sektora MŚP. Spodziewamy się dalszych zastrzyków o wartości co najmniej 1% PKB. Warunki kredytowe także powinny zostać bardziej poluzowane dla firm, z podstawową stopą procentową obniżoną o dalsze 30 bp (punkty bazowe), po 10 bp od początku roku.
Ogólnie rzecz biorąc, obniżamy naszą prognozę dla wzrostu PKB Chin w 2020 r. do +1,8%, z +4,0% poprzednio (po +6,1% w 2019 r.). Ożywienie gospodarcze w kształcie litery U wchodzące w 2021 r. powinno doprowadzić do wzrostu PKB sięgającego +8,5% w 2021 r. (wyższego niż nasza poprzednia prognoza +5,8%).
Co mogłoby pójść nie tak? Główne czynniki, które mogłyby spowodować dalsze korekty w dół naszych prognoz, to 1/ nowe ogniska epidemii Covid-19 (w Chinach i/lub u partnerów handlowych), 2/ niewystarczająca transmisja polityki, która nie poluzuje warunków finansowych dla aktorów gospodarczych znajdujących się w potrzebie, i 3/ kurs polityki niepoluzowany wystarczająco lub zaostrzony zbyt wcześnie, ponieważ władze chińskie zachowują daleko idącą ostrożność w odniesieniu do strukturalnych podatności kraju.
FRANÇOISE HUANG
Starszy Ekonomista, Euler Hermes, Allianz Research
Ponure nastroje ogarnęły rynki finansowe przy uwadze skupionej na ujemnych cenach ropy naftowej. Mimo to przecena na rynku akcji i wśród głównych walut o 3 proc. lub mniej w obecnych warunkach wygląda na intrygująco niski wymiar kary mówiący wiele o tym, jak inwestorzy aktualnie podchodzą do ryzyka reakcji łańcuchowej pomiędzy różnymi klasami aktywów.
Nikogo nie powinna dziwić wyprzedaż RUB, CAD i NOK w obliczu załamania cen ropy naftowej. W poniedziałek w pewnym momencie cena wygasającego dziś kontraktu na majową dostawę WTI spadała do -40 USD/b, gdyż nikt nie chciał zostać w ręku z zobowiązaniem fizycznego odbioru surowca w czasach, kiedy podaż ropy drastycznie przewyższa popyt. Jednak osłabienie walut naftowych sięgało 0,8-1,5 proc., co świadczy o tym, że inwestorzy starają się odsiewać informacje. Nie mamy dodatkowego podsycania paniki strachem przed brakiem płynności – o to zadbały banki centralne, które po marcowym załamaniu całych rynków finansowych przeszły do działań mających na celu zagwarantować płynność. I to prawie wszędzie. Rynek ropy naftowej rządzi się swoimi prawami i banki centralne nie zamierzają budować obok swoich siedzib wielkich zbiorników na ropę. Jednak wczoraj w jakimś sensie wygrało przekonanie, że jakkolwiek sektor naftowy może być w dramatycznej sytuacji, tak ryzyko zarażenia innych segmentów jest ograniczone, o ile władze monetarne (ale i fiskalne) będą podejmować właściwe decyzje. W całym tym uspokajającym wywodzie jest jednak jedne niepokojący element. Spadek cen ropy poniżej zera uświadamia, że nic na rynkach nie jest do wykluczenia. O ile znajdzie się zakątek, który nie jest „pilnowany” przez odpowiednich decydentów, zawsze będzie istnieć potencjał eksplozji tego rynku.
Pod tym kątem uwagę zwraca EUR/CHF, który nie jest tak daleko, by pierwszy raz do 2015 r. znaleźć się pod 1,05. Awersja do ryzyka i popyt na franka ściągają kurs niżej, ale Szwajcarski Bank Narodowy robi wszystko, by krajowa waluta nie była za droga. Trudno oprzeć się wrażeniu, że 1,05 jest nowym 1,20 z przełomu 2014/2015. Wówczas SNB zdecydował się porzucić obronę minimalnego poziomu EUR/CHF w obawie przed niechcianym rozrostem bilansu. Obecnie jednak rozdmuchiwanie bilansów banków centralnych stało się trendem i nie towarzyszy mu taki stygmat, jak jeszcze 5 lat temu. Różnica w przypadku SNB jest taka, że przeznacza on środki na powiększanie rezerw walutowych zamiast zapewniać pożyczkowe wsparcie dla realnej gospodarki. Z punktu widzenia szwajcarskich eksporterów środki kredytowe na podtrzymanie działalności mogą być bez znaczenia, jeśli utracona zostanie konkurencyjność, więc oba aspekty polityki monetarnej są równie ważne. Jakkolwiek 1,05 EUR/CHF może nić betonową podłogą i SNB może pozwolić na jej naruszenie, tak wydaje się mało prawdopodobne, aby polityka obrony kursu została całkowicie porzucona.
Zamknięte od czasu wybuchu pandemii fabryki, ograniczenia w transporcie lotniczym i samochodowym oraz ogólne spowolnienie produkcji przyczyniły się do poprawy jakości powietrza. Zmiany, które widać nawet na zdjęciach satelitarnych, są niejako pozytywnym skutkiem ubocznym sytuacji związanej z epidemią COVID-19. Jeszcze przed wybuchem pandemii liderzy biznesu zaczęli dostrzegać wagę działań na rzecz ochrony środowiska, co potwierdzają autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „Climate check: Business’ views on environmental sustainability”. Aż 77 proc. członków kadry kierowniczej stwierdziło, że ich zarządy są bardzo zaniepokojone zmianami klimatu i ich wpływem na biznes. Jednak zmiany klimatu, w obliczu walki z koronawirusem SARS-CoV-2, odeszły na dalszy plan. Czy po pandemii wrócimy do szkodliwych nawyków? To pytanie warto zadać w czasie jutrzejszego Światowego Dnia Ziemi.
W 2009 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ ustanowiło 22 kwietnia Międzynarodowym Dniem Ziemi. Ma on nam nie tylko przypominać o tym, jak kruchy jest otaczający nas świat, lecz też promować ekologiczne postawy wśród ludzi, firm i instytucji. Jest to również doskonała okazja, aby sprawdzić postawy liderów biznesu w zakresie ochrony środowiska, przyjrzeć się aktualnie podejmowanym przez nich działaniom oraz istniejącym brakom z tym związanym. Przeprowadzone przy współpracy z Forbes Insights badanie Deloitte objęło 350 członków kadr kierowniczych na całym świecie i dotyczyło reakcji biznesu na zachodzące zmiany klimatyczne, jeszcze zanim koronawirus SARS-CoV-2 osiągnął poziom pandemii.
Źródła motywacji biznesu
Większa liczba ekstremalnych zjawisk pogodowych w ostatnich latach odbija się nie tylko na środowisku, lecz też na postrzeganiu kwestii ekologicznych przez przedsiębiorstwa na całym świecie. Jak wynika z raportu Deloitte, aż 77 proc. badanych uważa, że zarząd i rady nadzorcze ich firm są bardzo zaniepokojone zachodzącymi zmianami klimatycznymi. Ponadto aż 91 proc. członków kadry kierowniczej potwierdziło, że przedsiębiorstwa już teraz zauważają ich wpływ na funkcjonowanie biznesu. Wśród czynników motywujących do działań na rzecz zrównoważonego rozwoju w kontekście ochrony środowiska znalazły się m.in. potrzeba nadrobienia braku wsparcia ze strony rządu (37 proc.), presja inwestorów/akcjonariuszy (35 proc.) czy też poczucie odpowiedzialności za realizację publicznie ogłoszonych celów (34 proc.). Co ciekawe, o nadrobieniu wsparcia ze strony władz częściej wspominają managerowie z Ameryki Północnej, niż Europy czy Azji. Wiąże się to prawdopodobnie z wycofaniem się Stanów Zjednoczonych z porozumienia klimatycznego zawartego w Paryżu w 2015 r. i złagodzeniem przez ten kraj przepisów dotyczących ochrony środowiska.
– Przedsiębiorstwa na całym świecie działają obecnie w wyjątkowych warunkach. Rozpowszechnienie się SARS-CoV-2, konieczność cięcia kosztów, bez wątpienia może mieć wpływ na sposób ich działań w zakresie zrównoważenia środowiskowego, a to z kolei może mieć niekorzystne konsekwencje dla nas wszystkich. Firmy będą musiały nie tylko na nowo spojrzeć na własne budżety, lecz też prawdopodobnie zmienić priorytety i cele funkcjonowania. Ważne, aby w procesie odbudowy nie zapominać o wyzwaniach, które wydają się nieco bardziej odsunięte w czasie, ale których skutki są i będą odczuwalne w przyszłości. Może to być doskonałą okazją do innowacji i wprowadzania rozwiązań, które trwale wpiszą się w sposób prowadzenia biznesu (np. znaczące ograniczenie podróży służbowych, działania z zakresu efektywności energetycznej, wszędzie tam gdzie rachunek ekonomiczny i ekologiczny może iść w parze) – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej.
Wciąż za mało
Z badania Deloitte wynika, że do działań najczęściej podejmowanych przez organizacje, a związanych z ochroną klimatu należy m.in. stosowanie bardziej przyjaznych dla środowiska materiałów (43 proc.), wdrożenie polityki promującej zrównoważony rozwój (39 proc.), zachęcanie pracowników do proekologicznych postaw (37 proc.) czy też tworzenie zachęt dla tych, którzy już włączyli się w popularyzowanie takich praktyk (35 proc.). Jak twierdzą eksperci firmy doradczej, podejmowane kroki należą do szerokiego wachlarza „miękkich” czynności. Jednak już przed pandemią brakowało działań, które są trudniejsze do zrealizowania, ale mogą przynieść wymierne rezultaty, takie jak opracowanie produktów promujących ideę gospodarki w obiegu zamkniętym czy też oferowania tzw. zielonych obligacji, z których finansowane są inwestycje ograniczające negatywny wpływ na środowisko.
– Trochę tak jest, że za sprawą koronawirusa Ziemia złapała oddech. Ograniczenie działalności gospodarczej i przemysłowej przyczyniło się do niezwykle dużego spadku emisji dwutlenku węgla, szczególnie w Chinach, gdzie w okresie lutego i marca emisje spadły o 18%. Pozwoliło to uniknąć emisji do atmosfery 250 milionów ton CO2 [1]. To nieco ponad połowa wielkości rocznych emisji Wielkiej Brytanii. Chociaż ten widoczny, pozytywny wpływ ma jedynie charakter tymczasowy, to możemy z tego wyciągnąć lekcje, co zrobić by podczas powrotu do stanu zdrowia po pandemii była szansa na głębokie, systemowe przejście do bardziej zrównoważonej gospodarki, która będzie dobra zarówno dla ludzi, jak i dla planety – mówi Rafał Rudzki, Partner Associate w zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej.
W obliczu ograniczeń związanych z emisją CO2 ciekawe wydaje się, że przed pandemią tylko 35 proc. respondentów twierdziło, że ich organizacje już postawiły sobie cele w zakresie redukcji emisji dwutlenku węgla. 69 proc. uważało, że publikowanie postępów w zakresie działań na rzecz zrównoważenia środowiskowego musi stać się obowiązkowe dla wszystkich przedsiębiorstw. Z kolei 90 proc. badanych stwierdziło, że firmy powinny ponosić wymierne konsekwencje w sytuacji, gdyby założenia te nie zostały zrealizowane w odpowiednim czasie.
Pozytywny aspekt
Aktywność w obszarze zrównoważonego rozwoju działa korzystnie na pracowników i klientów, lecz pozytywnie też wpływa na sytuację finansową firmy. Aż 59 proc. badanych przez Deloitte oceniło, że podjęte wysiłki przyczyniły się do wzrostu przychodów, a 51 proc. zauważyło poprawę rentowności. Ponadto, 48 proc. zadeklarowało, że działania te spełniły oczekiwania ich klientów. Miało to też pozytywny wpływ na rekrutację pracowników, co potwierdziło 38 proc. członków kadry zarządzającej.
– Trzeba powiedzieć, że przedsiębiorstwa dostrzegły zalety działań na rzecz zrównoważonego rozwoju i z pewnością to wykorzystywały. Widzimy jednak, że nie wszystkie podejmowane przez nie kroki są monitorowane, raportowane i można wskazać na pożądane efekty dla samego środowiska. Tylko niecałe 40 proc. badanych potwierdziło mierzalny wpływ tych działań na klimat, jak na przykład ograniczenie emisji dwutlenku węgla – dodaje Rafał Rudzki.
Świadomość i zaangażowanie
W działania na rzecz ochrony klimatu włączają się nie tylko zarządy przedsiębiorstw, lecz także ich pracownicy. Jak wynika z raportu Deloitte, aż 61 proc. badanych zachęca swoich współpracowników, a także rodzinę i przyjaciół do proekologicznego stylu życia. Z kolei 56 proc. zaangażowało się w działania mające na celu ochronę środowiska. Ponadto, dla 49 proc. respondentów idea zrównoważonego rozwoju stała się wyznacznikiem ich osobistych decyzji zakupowych. Pretekstem do zaangażowania pracowników w różnorodne inicjatywy proekologiczne może stać się chociażby Dzień Ziemi, kiedy to cały świat podejmuje się działań z myślą o klimacie takich jak sadzenie drzew czy też sprzątanie parków.
Podejście przedsiębiorstw do realizacji działań na rzecz ochrony środowiska zależy od wielu czynników. Przed podjęciem bardziej zdecydowanych kroków w kontekście zmian klimatycznych najczęściej liderów powstrzymuje opinia klientów i pracowników – uważa tak aż 42 proc. ankietowanych – ale także brak poparcia ze strony dyrektorów (CEO) oraz kierowników wyższego szczebla (38 proc.) i trudności w opracowaniu skutecznej strategii (32 proc.).
Stawiamy na przyszłość
Najwięcej wśród badanych, czyli 34 proc. uważa, że negatywny wpływ na funkcjonowanie ich firmy zmotywowałby ich do wzmożenia wysiłków na rzecz zrównoważonego rozwoju. Dla 33 proc. czynnikiem motywującym do działania byłby nacisk inwestorów czy też akcjonariuszy. Co ciekawe, dużą rolę odegrałoby też zwrócenie większej uwagi na tę kwestię przez Organizację Narodów Zjednoczonych lub media.
– Powodzenie podjętych działań zależy również od wyboru odpowiednich osób, które będą je realizować w poszczególnych przedsiębiorstwach. Najbardziej skuteczni w osiąganiu celów w zakresie zrównoważonego rozwoju okazali się być liderzy biznesu, organizacje pozarządowe oraz przywódcy polityczni. To od nich też będzie zależało w dużej mierze jak bardzo pandemia zniszczy dotychczasowe wysiłki na rzecz ochrony klimatu, a na ile stanie się poważnym ostrzeżeniem, przed czymś znacznie większym i groźniejszym w skutkach, do czego trzeba zacząć się przygotować już teraz, aby ewentualne konsekwencje były jak najmniej odczuwalne dla biznesu, społeczeństwa i planety – podsumowuje Irena Pichola.
Rządy całego świata wprowadzają ograniczenia w wolnościach i prawach obywateli, tłumacząc swoje postępowanie walką z koronawirusem. Jednym z najgorliwiej dbających o dobro ogółu kosztem swobód jednostki jest polski rząd. Obecnie już przy samym wjeździe do RP dana osoba musi podać swoje dane, numer telefonu, a także miejsce, do którego się kieruje celem odbycia dwutygodniowej kwarantanny. Później jest zobowiązana stale informować władze o swoim położeniu, umożliwić jego śledzenie. A to tylko potwierdzenie trendu działań władzy państwowej, który, postępując w takim tempie, wkrótce będzie mógł całkowicie śledzić i kontrolować każdy krok jednostki, a zatem i całych rodzin, organizacji i firm.
Każdy ruch jednostki…
Na mocy art. 7e Ustawy z dnia 31 marca 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w zakresie systemu ochrony zdrowia związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19 (Dz.U. 2020, poz. 567) osoba poddana kwarantannie, a więc nie tylko podejrzewana o zakażenie koronawirusem, ale również zdrowa osoba, tyle że przyjeżdżająca w okresie epidemii do Polski, zobowiązana jest zainstalować na swoim urządzeniu mobilnym rządową aplikację „Kwarantanna domowa”, za pośrednictwem której informować będzie władze o swoim stanie zdrowia i realizacji obowiązków wynikających z poddania się kwarantannie, czyli o tym, gdzie przebywa. System wyposażony jest w geolokalizację, zatem może śledzić każdy ruch osoby, zarówno w domu, jak i poza nim.
…i nie tylko jej
Rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 31 marca 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii (Dz.U. 2020, poz. 566 i 577) sprecyzowano, że osoba poddana kwarantannie odbywa ją razem z osobami wspólnie zamieszkującymi lub gospodarującymi. Zobowiązana jest przekazać organom Państwowej Inspekcji Sanitarnej informacje o imieniu i nazwisku oraz numerze PESEL tych osób (§ 4 ust. 1). Zaledwie 7 dni później, rozporządzeniem zmieniającym z 7 kwietnia 2020 r. (Dz.U. 2020, poz. 624), ta sama Rada Ministrów rozszerzyła inwigilację o dane tychże osób, a także nadała Policji dostęp do nich. Co więcej, rozszerzyła zakres udostępnianych informacji o numer telefonu tych osób. A jak wiadomo, posiadanie numeru telefonu pozwala dziś w łatwy sposób namierzyć i śledzić jego właściciela.
Złamanie nakazu przesyłania za pośrednictwem aplikacji informacji o swoim miejscu pobytu może pociągać za sobą karą pieniężną w wysokości nawet 30 000 zł. Ale w pierwszej kolejności skutkować będzie nalotem służb policyjnych i przeszukaniem przez nie mieszkania czy domu.
Wgląd w struktury przedsiębiorstwa
Tworzone naprędce przepisy „epidemiczne” pozwalają odpowiednim służbom kontrolować nie tylko mieszkania prywatne. Zgodnie ze wskazanym wyżej rozporządzeniem rządu ograniczona lub całkowicie zamknięta została działalność przedsiębiorców z niektórych branż, głównie usługowych. Tym przedsiębiorcom, którym pozwolono nadal prosperować, narzucono jednak pewne wymogi, takie jak: zapewnienia pracownikom, niezależnie od podstawy zatrudnienia, rękawiczek jednorazowych lub środków do dezynfekcji rąk czy zorganizowania stanowisk pracy tak, aby odległość między nimi wynosiła co najmniej 1,5 m. Z oczywistych względów przedsiębiorcy muszą również przestrzegać zakazu wywozu i sprzedaży określonych towarów za granicę. Chodzi tu głównie o środki dezynfekujące oraz środki ochrony i ratowania zdrowia, w tym odzież ochronną, taką jak maseczki i kombinezony.
Słowem wszystkie zakazy i nakazy nałożone na przedsiębiorców w imię walki z epidemią koronawirusa legitymują odpowiednie służby do wkroczenia na teren firmy w celu sprawdzania stanu ich przestrzegania.
Służby mogą inwigilować wszystko i wszędzie
Uzasadniane walką z epidemią działania ograniczające obywatelską prywatność czy tajemnicę przedsiębiorstwa to, jak wspomniano na wstępie, tylko potwierdzenie trendu, w jakim władza podąża od dawna. Chęć uzyskania niemal całkowitej kontroli nad jednostką wyraża najdobitniej Ustawa z dnia 15 stycznia 2016 r. o zmianie ustawy o Policji oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. 2016, poz. 147). Wprowadziła ona zapis stanowiący, że kontrola operacyjna prowadzona jest niejawnie i polega na uzyskiwaniu i utrwalaniu:
1) treści rozmów;
2) obrazu lub dźwięku osób z wszelkich miejsc, także prywatnych;
3) treści korespondencji;
4) danych zawartych w informatycznych nośnikach danych;
5) uzyskiwaniu dostępu i kontroli zawartości przesyłek (art. 19 ust. 6 ustawy o Policji).
Ustawa ta zwana jest potocznie ustawą inwigilacyjną.
Przedsiębiorcy pod zaostrzonym rygorem
To, kto znajduje się pod szczególnym, zaostrzonym nadzorem, nigdy nie było tajemnicą. Już samo hasło rządowej polityki uszczelniania systemu VAT jest dowodem na to, że polityka ta nakierowana jest na tych, którzy tym VAT-em obracają, a więc przedsiębiorców. Każdego roku osoby prowadzące działalność gospodarczą poddawane są coraz to nowym ograniczeniom i obostrzeniom, a tym samym zwiększany jest nadzór, kontrola i inwigilacja.
Mowa tu chociażby o obowiązku ścisłego informowania władz przez firmę na temat przeprowadzanych transakcji, kontrahentów, swoich struktur właścicielskich, i wielu, wielu innych działań, jak np. obowiązek składania odpowiednim organom sprawozdań finansowych. Z każdym rokiem celem objęcia przedsiębiorców coraz większym nadzorem wytaczane są coraz cięższe działa, takie jak STIR – System Teleinformatycznej Izby Rozliczeniowej, gromadzący informacje na temat rachunków rozliczeniowych przedsiębiorstw, Split payment – kontrolujący dokonywane przez firmy płatności, czy też MDR – inwigilujący przeprowadzane przez firmę działania.
Panujący stan epidemii to niebezpieczny z punktu widzenia ochrony prywatności jednostki czy tajemnicy przedsiębiorstwa stan. Jeśli władze państwowe pozwalały sobie dotąd na dużo, to w okresie epidemii mogą pozwolić sobie w tym obszarze na jeszcze więcej. Wszystko pod płaszczem konieczności ochrony dobra ogółu. Słynne już unijne rozporządzenie RODO, które chroni „podstawowe prawa i wolności osób fizycznych, w szczególności ich prawo do ochrony danych osobowych” (art. 1 pkt 2 rozporządzenia 2016/679, Dz.Urz. UE L 119 z 4 maja 2016 r.), w art. 2 ust. 2 pkt d zaznacza, że nie ma ono zastosowania do przetwarzania danych osobowych przez właściwe organy celem wykrywania i ścigania czynów zabronionych i wykonywania kar, w tym ochrony przed zagrożeniami dla bezpieczeństwa publicznego i zapobiegania takim zagrożeniom.
Zatem, czy osoba, firma, organizacja lub inny podmiot poddany inwigilacji nie może się przed nią bronić? Nie może. To znaczy, w zależności od władzy państwa i jurysdykcji, pod jaką się znajduje. Są bowiem takie jurysdykcje, gdzie ochrona prywatności, poufność danych ich rezydentów jest wciąż dobrem najwyższym. Ale są też takie, które wychodzą z założenia, że nie na darmo władza nosi swoją nazwę. Wydając władcze prawo, może wdrażać instrumenty nadzoru silnie ingerujące w sferę wolności i praw jednostki. Nie oznacza to jednak, że jednostka ta nie może sama również kontrolować i nadzorować podejmowanych wobec niej działań tej władzy. Każdy może korzystać z pomocy i ochrony prawnej w tym zakresie. Wciąż najważniejszym aktem prawnym w tym kraju jest Konstytucja, a ta w art. 31, choć dopuszcza ograniczenia wolności i praw dla bezpieczeństwa państwa czy ochrony zdrowia, to zaznacza, że w demokratycznym państwie prawa ograniczenia te nie mogą naruszać istoty tych wolności i praw.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Jeszcze przed pandemią możliwość pracy zdalnej decydowała o większej atrakcyjności zatrudnienia. Dziś wielu przekonuje się jak pracuje się w domu, nie dlatego, że tego chce, ale dlatego, że musi. Głównie ze względu na obawy o zarażenie koornawirusem pełny lub częściowy home office ma co trzeci Polak – wynika z badania wykonanego na zlecenie BIG InfoMonitor. Czy rzeczywiście jest to praca marzeń? Jak sobie radzą pracownicy zdalni w sytuacji, gdy cała rodzina też działa z domu? Czy firmy w poszukiwaniu oszczędności zaczną korzystać z tego rozwiązania?
Według badań zleconych przez Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor, jeszcze przed kwarantanną, możliwość pracy zdalnej pojawiała się w pierwszej dziesiątce najważniejszych czynników wpływających na satysfakcję z zatrudnienia. Obok wysokich zarobków (56 proc.), zgranego zespołu oraz dobrej atmosfery (po 53 proc. wskazań), dobrego szefa (31 proc.), czy dogodnego dojazdu do pracy (22 proc.), na potrzebę pracy zdalnej wskazywało 14 proc. ankietowanych. Do tego stopnia, że w poszukiwaniu home office co ósmy ankietowany (13 proc.) przymierzał się do zmiany firmy na bardziej elastyczną*. Niewykluczone, że już nie będą musieli, bo pandemia może na dobre zmienić podejście zarówno pracodawców jak i pracowników do zdalnego zatrudnienia. Oczywiście tam, gdzie jest to możliwe. Z badania** przeprowadzonego przez 4P dla BIG InfoMonitor wynika bowiem, że co drugiej osobie nie pozwala na to charakter pracy. A co z drugą połową? Mogłaby przejść na home office, ale 15 procentom zatrudnionych pracodawca nie daje takiej możliwości. Wśród pozostałych – co siódmy (14 proc.) łączy obecnie pracę zdalną z pracą w siedzibie firmy, a co piąty (19 proc.) może w pełni poza firmą realizować obowiązki zawodowe. Jedna trzecia, kolejny już tydzień doświadcza, więc pracy w domowych warunkach. Wśród pracujących zdalnie jest więcej kobiet (39 proc.) oraz osób zamieszkujący peryferia dużych miast (53 proc.), mieszkańców regionu mazowieckiego (46 proc.) oraz małżeństw/par z dziećmi (41 proc.).
Źródło: Badanie 4P dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor
Ponad 80 proc. zadowolonych
– W ostatnich tygodniach znaczenie pracy zdalnej istotnie wzrosło i nabrało innego sensu niż wcześniej. Niektóre firmy były już wcześniej przygotowane do wysłania pracowników do domów, inne sukcesywnie dołączały i wprowadzały rozwiązania umożliwiające pracę zdalną dla jak największej części pracowników, po to by ograniczyć ryzyko potencjalnego zakażenia. Dzięki temu wsparły rekomendacje rządu, organów sanitarnych i medycznych, dotyczące ograniczania spędzania czasu w dużych grupach poza domem – zaznacza Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. I podkreśla, że w efekcie, mamy do czynienia, ze sprawdzianem gotowości firm i pracowników do tej formy pracy, na niespotykaną do tej pory skalę. – Test wypadł dobrze, bo opinie Polaków sugerują niemal pełne poparcie dla zdalnego wykonywania obowiązków zawodowych. To ważne, bo zmniejszenie powierzchni biurowej może być jednym ze sposobów na cięcie kosztów, a tych wiele firm będzie teraz usilnie poszukiwać. Niewykluczone, że nie obędzie się też bez obniżek płac zatrudnionych. W przypadku pracowników przechodzących na pracę zdalną przynajmniej częściowo udałoby im się to zrównoważyć oszczędnościami na dojazdach – mówi Sławomir Grzelczak. Z danych BIG InfoMonitor i BIK wynika, że w okres kryzysu wywołanego pandemią ponad 307 tys. firm (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych) weszło już z kwotą ponad 32,5 mld zł zaległości wobec banków i kontrahentów.
Zdecydowana większość badanych, bo 82 proc. pozostających na home office, ocenia, że rozwiązanie w ich przypadku się sprawdziło. I to mimo, że w wielu domach wypełnianie zawodowych obowiązków odbywa się w mocno utrudnionych warunkach, bo razem z dziećmi, małżonkiem czy partnerem, którzy też pracują zdalnie. A tego akurat marzenia o zdalnej pracy nie obejmowały.
Źródło: Badanie 4P dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor
Bo jest bezpieczniej, a dla co piątego mężczyzny też bardziej wydajnie
Wśród powodów dobrej oceny pracy zdalnej, respondenci najwyżej wymieniali poczucie bezpieczeństwa jakie daje ona w warunkach pandemii (73 proc.). Druga istotna przyczyna to więcej czasu dla rodziny (42 proc.). Ankietowani doceniają również dłuższy sen, na który mogą sobie pozwolić w momencie, gdy odpada im droga do pracy i codzienne przygotowania. Ten akurat aspekt częściej wskazywali panowie – 44 proc. niż panie – 30 proc. Mężczyźni dwa razy częściej niż kobiety podkreślają też wzrost produktywności w czasie pracy z domu, w porównaniu z wydajnością w firmie. Lepsze wyniki widzi u siebie 22 proc. mężczyzn, wobec 11 proc. kobiet. Pewnie dlatego, choć wśród pracujących zdalnie przeważają panie (40 proc. wobec 29 proc. panów ), to jednak więcej zwolenników ma ona wśród mężczyzn – 84 proc. niż wśród kobiet – 79 proc. Zwolennicy pracy z domu cenią sobie także elastyczność czasu pracy jaki im daje to rozwiązanie, oszczędności na dojazdach i poczucie wolności.
Źródło: Badanie 4P dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor
Niezadowolonym przeszkadza spadek produktywności i brak sprzętu
Ale nie każdy jest szczęśliwy pracując w salonie czy sypialni. Praca poza firmą, na którą wielu trafiło, ze względu na pandemię, nie podoba się 13 proc. ankietowanych. Źle ją oceniają przede wszystkim ze względu na niższą produktywność (56 proc.) i brak odpowiedniego sprzętu (31 proc.). Co piąty badany skarży się też, że w domowych warunkach ma problemy ze skupieniem, podobny odsetek zaznacza, że dla niego praca w domu przekłada się na niższe wynagrodzenie. Dopiero na dalszych pozycjach znalazły się takie przeszkody jak za małe mieszkanie (17 proc.) i rozpraszające dzieci (12 proc.). Tyle średnia dla ogółu badanych, ale trudno mówić o przeszkadzaniu przez dzieci gdy się ich nie ma. Dlatego w przypadku pracujących zdalnie rodziców jednego lub kilkorga dzieci, wyniki wyglądają nieco inaczej. Mniej wskazań pada na mniejszą produktywność – 47 proc. Natomiast pozostałe utrudnienia takie jak: brak sprzętu, kłopot z zebraniem myśli, zbyt małe M, niższe wynagrodzenie i odrywanie od pracy przez dzieci zdobyły po około 25 proc. wskazań.
Źródło: Badanie 4P dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor
Elastyczny pracodawca mile widziany
Bez względu na to czy pracujący w domach lubią to rozwiązanie czy nie, dużo mniej boją się utraty zatrudnienia niż ci, którym pracodawcy nie dają takiej możliwości m.in. ze względu na wykonywane obowiązki.
Zarówno BIG InfoMonitor, jak i BIK (Grupa BIK) podjęły szereg działań umożliwiających swoim pracownikom pracę zdalną. Od marca na home office przebywa 98 proc. pracowników Grupy BIK. Model ten sprawdził się i żadne z działań biznesowych nie zostały przerwane.
* Badanie zrealizowane przez Quality Watch techniką komputerowo wspomaganych wywiadów internetowych (CAWI) na reprezentatywnej próbie 1017 dorosłych mieszkańców Polski, grudzień 2019 r.
** Badanie przeprowadzone przez 4P, omnibus CAWI, na reprezentatywnej próbie 1010 Polaków w wieku 18-75 lat, w dniach 25-27 marca 2020 r.
Pandemia koronawirusa sprawiła, że wszyscy musimy odnaleźć się w nowej rzeczywistości, także przedsiębiorcy. Zamknięcie wielu sklepów czy lokali usługowych, konieczność przestrzegania nowych, rygorystycznych zasad bezpieczeństwa i permanentny niepokój o zdrowie i życie bliskich to codzienność. O tym, czy da się sprawnie prowadzić firmę i jednocześnie zadbać o pracowników, pisze prof. Olaf Żylicz, psycholog biznesu z Uniwersytetu SWPS.
Sport, mimo rywalizacji i czasami kibolskich wybryków, zwykle łączy ludzi. Jego gwiazdy zarabiają krocie, ale i tak mamy – chcemy mieć – przekonanie, że piękno sportowych zmagań dominuje. Futbol to ostatni święty rytuał naszych czasów. Czasy pandemii obnażyły pazerność właścicieli klubów m.in. angielskiej ligi. Póki sytuacja nie stała się dramatyczna, nakazywano piłkarzom grać niemal do połowy marca. Działo się to długo po tym, kiedy stało się jasne, że to masowy udział kibiców w meczu Atalanty Bergamo z Valencią w Lidze Mistrzów w lutym miał kluczowe znaczenie dla rozprzestrzeniania się pandemii.
Biznes czy zdrowie pracowników?
Teraz sytuacja geograficznie znacznie nam bliższa. W drugiej połowie marca ograniczono swobodę poruszania się i spotykania. Tak jak na niemal całym świecie uczymy się, czym jest social distancing.
W centrum Warszawy firma budująca gigantyczne wieżowce – reprezentant właściciela obchodzi całą budowę z jej kierownikiem. Wokół dziesiątki robotników. Trwa to bardzo długo. Zadaje mnóstwo pytań. Jest pełen obaw o dotrzymanie terminów wobec firmy, która ma wynajmować budynek. Mówi o tym wielokrotnie. Żadnego pytania o stan zdrowia i zabezpieczenia przed zarażeniem podwykonawców na budowie.
Życie i zdrowie ludzi powinno być najważniejsze. Jednocześnie wielką wartością jest utrzymanie miejsc pracy i egzystencji firm. Firmy turystyczne, eventowe, artystyczne, usługowe po wprowadzeniu ograniczeń wpadły w funkcjonalną, a część także w finansową zapaść. Inne, z których byliśmy tak dumni, produkujące i masowo eksportujące meble czy części samochodowe zastanawiają się, ile jeszcze utrzymają się przed bankructwem. W ciągu tygodnia w USA po zasiłki dla bezrobotnych udało się o sześć milionów ludzi więcej niż w poprzednim tygodniu. W Polsce też czeka nas taka sytuacja. Szacunki – chociaż często są bliższe wróżeniu – mówią o być może dodatkowym milionie bezrobotnych w tym roku i głębokiej recesji, pierwszej takiej od trzydziestu lat. To będzie oznaczało obniżenie lub wręcz załamanie się poziomu życia milionów Polaków. Może i musi pomóc rząd, ale poziom skonfliktowania narodu i życia politycznego, za które współodpowiada, bardzo tę misję komplikuje.
Pandemia zmieni sposób zarządzania biznesem?
Jest nadzieja, że rodzi się coraz więcej przestrzeni dla ekonomii wartości, postulowanej przez Jerzego Hausnera, w której ważna jest nie tylko rentowność organizacji, ale również jej otoczenie gospodarcze i społeczne. Financial Times, dotychczas ostoja dominującego myślenia ekonomicznego, wzywa rządy do wielkiego redefiniowania podejścia neoliberalnego. W Polsce bez zmiany paradygmatu prostego i często bezwzględnego konkurowania, bez rzeczywistej wielopoziomowej solidarności będzie nam trudno poradzić sobie z zapadającą się gospodarką.
Nie czekając na władze państwa i dużych podmiotów gospodarczych, wiele dzieje się oddolnie. Są oczywiście głosy, które mówią, np.: co mnie obchodzi żłobek mojego dziecka. Nie ma zajęć. Nie płacę. Niech upadają, ich sprawa. Zdecydowanie pojawia się więcej działań solidarnościowych, które warto nagłaśniać, np.: wykupywanie voucherów na rzecz restauracji czy usługodawców (do zrealizowania w przyszłości), przekazywanie darowizn czy sprzedawanie po kosztach maseczek. Nie niesie to za sobą automatycznej systemowej zmiany, ale uświadamia, jak konieczne jest jakościowo inne funkcjonowanie między podmiotami gospodarczymi w organizacjach. Uwagę zwracają działania właścicieli małej sieci restauracji na Wybrzeżu. Nie czekali, aż państwo im pomoże, ani nie popadli w desperację, jak wielu przedsiębiorców. Od pierwszego dnia ograniczeń poruszania się, rozwinęli system dowożenia jedzenia. Wykazali cechy antykruchości, wedle terminologii Nassima Taleba, szukając dla siebie szans w tej trudnej sytuacji. Najważniejsze zdarzyło się jednak na zapleczu. Właściciele zebrali całą załogę i poinformowali, że aby utrzymać restaurację, muszą zwolnić znaczną część pracowników. Zrobili to wspólnie z nimi. Szukali razem takich osób, dla których utrata pracy będzie najmniej bolesna. Nigdy wcześniej tak nie postępowali, ale to doświadczenie z czasów epidemii z pewnością zmieni ich sposób zarządzania biznesem i relacje z ich zespołem pracowniczym: z typowych transakcyjnych (ja ci płacę, a ty robisz) na integrujące to, co biznesowo zdrowe z tym, co głęboko ludzkie.
prof. Olaf Żylicz, psycholog biznesu, Uniwersytet SWPS
Wydarzenia ostatniego czasu prowadzą do licznych trudności w sferze pracowniczej oraz biznesowo–gospodarczej. To czas poszukiwania rozwiązań pozwalających przetrwać problemy gospodarcze wywołane pandemią. Jednym ze sposobów zmniejszenia kosztów przedsiębiorstwa jest redukcja zatrudnienia w drodze likwidacji stanowisk pracy. Szczególnym przypadkiem są zwolnienia grupowe1.
Przyczynami leżącymi po stronie pracodawcy, uzasadniającymi zwolnienia grupowe mogą być kwestie ekonomiczne, technologiczne, mogą też wynikać z upadłości lub likwidacji zakładu pracy.
Przyczyną ekonomiczną może być zła kondycja finansowa pracodawcy – przejawiająca się nie tylko zagrożeniem upadłością, ale również realnym zagrożeniem utraty płynności finansowej w najbliższej przyszłości – wskutek np. braku obrotów wywołanych pandemią. Nie będzie taką przyczyną jednakże przejściowe zachwianie płynności spowodowane jednorazowym dużym wydatkiem (np. zakupem maszyny).
Pracodawca zamiar przeprowadzenia grupowego zwolnienia obowiązany jest skonsultować z zakładowymi organizacjami związkowymi. Procedura zwolnienia grupowego wymaga ze strony pracodawcy:
zawiadomienia związków zawodowych na piśmie o zamiarze przeprowadzenia zwolnień grupowych (jeżeli związki zawodowe nie działają, pracodawca zawiadamia przedstawicieli pracowników)
przeprowadzenia konsultacji zwolnień ze związkami zawodowymi bądź z przedstawicielami pracowników (gdy nie ma związków zawodowych)
pisemnego powiadomienia właściwego powiatowego urzędu pracy o zamiarze przeprowadzenia zwolnień grupowych.
Ze zwolnieniami grupowymi mamy do czynienia wówczas, gdy pracodawca zatrudniający co najmniej 20 pracowników, w okresie nieprzekraczającym 30 dni, rozwiązuje umowy o pracę z:
co najmniej 10 pracownikami, przy zatrudnieniu mniejszym niż 100 pracowników
co najmniej 10% pracowników, przy zatrudnieniu co najmniej 100 pracowników
co najmniej 30 pracownikami, gdy zatrudnia co najmniej 300 pracowników
Kiedy istnieje obowiązek wypłaty odprawy?
Pracownikowi, z którym pracodawca rozwiązał stosunek pracy w ramach grupowego zwolnienia, przysługuje odprawa – jej wysokość uzależniona jest od stażu pracy pracownika u danego pracodawcy. I tak:
1-miesięczne wynagrodzenie – jeśli pracownik był zatrudniony u danego pracodawcy krócej niż 2 lata
2-miesięczne wynagrodzenie – jeśli był zatrudniony od 2 do 8 lat
3-miesięczne wynagrodzenie – jeśli był zatrudniony ponad 8 lat
Odprawę pracodawca zobowiązany jest również uiścić wówczas, gdy rozwiąże stosunek pracy z mniejszą liczbą pracowników niż wskazano wyżej z przyczyn niedotyczących pracowników – a przyczyny te stanowią wyłączny powód rozwiązania stosunku pracy. Zwolnienia dotyczące mniejszej liczby pracowników muszą nastąpić również w okresie nieprzekraczającym 30 dni, u pracodawcy zatrudniającego co najmniej 20 pracowników.
Kiedy odprawa nie przysługuje?
Na pracodawcach zatrudniających mniej niż 20 pracowników nie ciąży obowiązek wypłaty odprawy. Ustawowe zasady dotyczące zwolnień grupowych znajdują zastosowanie jedynie do tzw. większych pracodawców, czyli zatrudniających 20 lub więcej pracowników.
Jak przeprowadzić zmniejszenie zatrudnienia w małych przedsiębiorstwach?
W przypadku zatrudniania przez pracodawcę mniej niż 20 pracowników, ich zwolnienie następować będzie zgodnie z zasadami ogólnymi określonymi w kodeksie pracy. W konsekwencji zwalnia to pracodawcę z obowiązku prowadzenia konsultacji społecznych z przedstawicielami pracowników oraz wypłaty odprawy. Pracodawca musi jednak pamiętać o zachowaniu kryteriów doboru pracowników do zwolnienia przy likwidacji jednego z wielu takich samych stanowisk. Kryteria te powinny być obiektywne i sprawiedliwe, muszą np. uwzględniać staż pracy, wykształcenie oraz doświadczenie.
W mniejszych przedsiębiorstwach zwalnianym pracownikom nie przysługuje odprawa, ale na zasadach ogólnych mają oni prawo do wynagrodzenia za okres wypowiedzenia.
Czym są zwolnienie grupowe i kogo dotyczą?
Zgodnie z ustawą o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników – zwolnieniem grupowym jest rozwiązanie stosunków pracy przez pracodawcę zatrudniającego co najmniej 20 pracowników. Takie rozwiązanie umów o pracę dochodzi do skutku na mocy wypowiedzenia złożonego przez pracodawcę bądź porozumienia stron. Przyczyny rozwiązania umów nie dotyczą pracowników. Mogą one leżeć po stronie pracodawcy i muszą mieć charakter obiektywny, jak np. kryzys gospodarczy wywołany pandemią.
Do liczby zatrudnionych pracowników wlicza się osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę na okres próbny, na czas określony, nieokreślony, na czas wykonywania określonej pracy. Nie ma tu obowiązku przeliczania pracowników na etaty. Oznacza to, że każdy zatrudniony niezależnie od wymiaru etatu jest liczony jako pracownik, także zatrudniony w niepełnym wymiarze czasu pracy (np. na pół etatu). Ustalając liczbę pracowników zatrudnionych u danego pracodawcy bierze się również pod uwagę pracowników nie świadczących pracy w danej chwili – np. przebywających na zwolnieniu lekarskim, urlopie bezpłatnym, itp. W konsekwencji pracownik zatrudniony u pracodawcy na dwóch etatach, mający dwa stanowiska pracy, jest liczony jako 1 osoba.
Inaczej jest jednak, gdy umowy o pracę uległy rozwiązaniu skutek upływu czasu, na który były zawarte. W takiej sytuacji tych pracowników nie wlicza się do liczby pracowników, od których zależy zastosowanie przepisów o zwolnieniach grupowych.
Autorem artykułu jest radca prawny Iwona Smolak z kancelarii Gardocki i Partnerzy Adwokaci i Radcowie Prawni
1 Ustawa z dnia 13.03.2003r. o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników” z dnia 3.10.2018r. (Dz.U. z 2018 poz 1969)
Grupa Mostostal Warszawa w 2019 r. osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 1,3 mld zł. Zysk brutto w wysokości 8,1 mln zł, a także wysoki poziom pozycji gotówkowej, połączony z zachowanym, mimo pandemii koronawirusa, silnym potencjałem produkcyjnym dają dobre perspektywy na najbliższe miesiące.
Mniejsze ryzyko obecnie realizowanych projektów
W okresie 12 miesięcy 2019 r. Grupa Kapitałowa Mostostal Warszawa zawarła nowe kontrakty o łącznej wartości 1.650 mln zł. Wartość portfela Grupy na koniec 2019 r. wyniósł 1.925 mln zł, co zapewnia uzyskiwanie przychodów w kolejnych 2 latach na poziomie zbliżonym do 2019 r. Portfel jest coraz bardziej zróżnicowany, ponieważ wypełniają go kontrakty z sektora ogólnobudowlanego w 41%, infrastrukturalnego w 42% oraz przemysłowego i energetycznego w 17%. Grupa powiększyła w ostatnich latach zespoły ofertowe i zdywersyfikowała portfel, dlatego teraz jest przygotowana na dalszy rozwój. W tym roku liczba zawartych umów wzrosła czwarty raz z rzędu.
Wyzwania ubiegłych lat, stojące przed sektorem budowlanym, do których zaliczyć należy: rosnące koszty materiałów budowlanych i usług podwykonawców, wzrastające koszty pracy, na tle wciąż długo trwających postępowań przetargowych, w których okres pomiędzy złożeniem oferty a rozstrzygnięciem sięga często wielu miesięcy – wciąż są odczuwalne dla branży. Grupa w 2019 r. realizowała jeszcze projekty pozyskane w latach poprzednich, które były podatne na w wyżej wymienione czynniki. Jednakże sytuacja ze wzrostem cen usług i materiałów ustabilizowała się w roku 2019 i bieżące projekty nie są już narażone w takim stopniu na fluktuację cen jak te pozyskane w latach poprzednich.
Pozycja gotówkowa Grupy Kapitałowej na koniec roku wyniosła 274 mln PLN. Grupa była w stanie wygenerować gotówkę z działalności operacyjnej na wysokim poziomie w tak trudnych czasach, co pozwoliło na spłatę części pożyczek korporacyjnych.
Na dzień 31 grudnia 2019 r. kapitał własny ogółem Grupy Kapitałowej Mostostal Warszawa wyniósł 50 mln zł. Zatrudnienie osiągnęło poziom 1.454 pracowników, utrzymując się na zbliżonym poziomie w porównaniu do stanu na koniec 2018 r.
Mimo pandemii Grupa Kapitałowa Mostostal Warszawa zachowuje potencjał produkcyjny
Wyzwaniem dla Grupy Kapitałowej Mostostal Warszawa na najbliższy rok będą skutki zagrożenia epidemicznego wywołanego koronawirusem SARS-CoV-2, jednak wszystkie spółki z Grupy zachowały ciągłość działalności. Budowy, zakłady i biura pracują, swoje obowiązki wykonują pracownicy Grupy, jak i firm podwykonawczych. Utrudnienia w funkcjonowaniu łańcucha dostaw, jak dotychczas, nie wpływają w sposób znaczący na działalność operacyjną. Również w sposób nieprzerwany realizowane są funkcje wsparcia produkcji, obejmujące m.in. aspekty zarządzania zasobami ludzkimi, aspekty prawne, bezpieczeństwo pracy, administrację, IT, zarządzanie ryzykiem, relacje inwestorskie.
Grupa identyfikuje i podejmuje działania mitygujące w zakresie ryzyk opóźnień ze względu na czynniki o charakterze siły wyższej, tj. brak zachowania ciągłości w łańcuchach dostaw, zakłócenia ze strony podwykonawców, absencje pracowników spowodowane sytuacją epidemiczną, ograniczenia w funkcjonowaniu władzy publicznej, decyzje zmawiającego lub administracji państwowej o zawieszeniu prac, dalsze możliwe ograniczenia wprowadzane przez administrację państwową czy instytucje unijne.
Powyższe ryzyka, zostały zidentyfikowane wcześniej i aktualnie nie wpływają w znaczny sposób na działalność Mostostalu.
Pomimo zidentyfikowanych zagrożeń celem Grupy na rok 2020 jest dalszy wzrost portfela zamówień i utrzymanie, a nawet poprawa wyników finansowych.
Sprawozdanie finansowe Grupy Kapitałowej Mostostal Warszawa za 2019 roku dostępne jest na stronie internetowej Mostostalu Warszawa SA w zakładce Raporty Okresowe.
3,6 punktu na 10 możliwych – tak polskie firmy oceniają swoją obecną kondycję, jak wynika z badania zrealizowanego przez Centrum Monitoringu Sytuacji Gospodarczej w pierwszej połowie kwietnia br. na grupie 500 firm. Ponad trzy czwarte ankietowanych przedsiębiorstw ma bufory płynnościowe na co najwyżej trzy miesiące. Prawie 70 proc. badanych firm uważa, że przepisy w zakresie instrumentów pomocowych są niejasne, ponad połowa wskazuje też na nadmiar biurokracji, a 42 proc. na brak wsparcia ze strony urzędników.
Kluczowe wnioski z badania:
55,2 proc. respondentów negatywnie ocenia kondycję swoich firm (w skali 0-10 średnia ocen to 3,6)
Firmy przewidują średni spadek przychodów o ok. 55 proc., a zatrudnienia – o ok. 15,5 proc.
Małe, usługowe firmy mają bardzo duże problemy z płynnością finansową
Przepisy zawarte w tzw. tarczy antykryzysowej są skomplikowane i biurokratyczne
Kwestia terminu otwarcia gospodarki budzi ogromną niepewność polskiego biznesu
Respondenci oceniają kondycję swoich firm w skali od 0 do 10 na 3,6. Łącznie negatywne oceny sformułowało 55,2 proc. (oceny od 0 do 4). Z tego aż 16,4 proc. firm ocenia kondycję swojej firmy bardzo źle (0). Ale są również pozytywne oceny, łącznie to 18,9 proc. (oceny w przedziale od 6 do 10). Jedynie (lub aż) 1,1 proc. dało najwyższą ocenę (10, bardzo dobrze). Są więc branże i firmy, które w obecnej sytuacji radzą sobie całkiem dobrze, ale te firmy są w mniejszości.
Samozatrudnieni i mikro firmy gorzej oceniają kondycję swojej firmy, odpowiednio 2,9 i 3,4. W dużych firmach (zatrudniających powyżej 250 osób) średnia ocen jest nawet po stronie pozytywnej (5,3).
Spośród branż najgorsza kondycja jest w usługach dla ludności (kosmetyczne, fryzjerskie) – 2,2 i w turystyce, gastronomii – 1,7. Lepsze oceny są w handlu – 4,6, produkcji – 4,3 i budownictwie – 5,1.
Firmy gorzej od własnej sytuacji oceniają stan branży, czy całej gospodarki, tutaj ocena w skali 0-10 wyniosła odpowiednio: 3,0 i 2,9.
Zgodnie z oczekiwaniami, obecna kondycja firm jest zdeterminowana koronakryzysem. Aż 76,1 proc. respondentów uważa, że epidemia koronawirusa negatywnie wpłynęła na ich biznes. Średnia ocena w skali 0-10 to 2,4.
Większość firm (94 proc.) oczekuje spadku przychodów w kwietniu, średni (nie ważony) spadek ok. 55 proc. Ok. 88 oczekuje zmniejszenia zatrudnienia, średnia deklarowana redukcja zatrudnienia to 15,5 proc.
Największe spadki przychodów są oczekiwane w małych firmach (72 proc. dla samozatrudnionych wobec 33 proc. w dużych firmach). Podobnie jest w przypadku redukcji zatrudnienia. Duże firmy średnio taka redukcję oczekują 7 proc., podczas gdy w mikrofirmach to 16,6 proc. Duży spadek zakładają też średnie firmy (50-249 zatrudnionych), tj. 15,3 proc. Ten segment stanowi duże zagrożenie dla gospodarki, gdyż dla średnich firm zakres instrumentów pomocowych jest dużo mniejszy i zwolnienia w takiej skali, jak oczekiwane, odbiłyby się dużym wzrostem bezrobocia.
Oczekiwany średni spadek zatrudnienia w maju to 18,5 proc. r/r, a dla przychodów to ok. 56 proc.
Najczęściej wskazywaną przyczyną złej sytuacji firm jest spadek popytu, dopiero na drugim miejscu jest zamknięcie gospodarki. Na trzecim miejscu jest są zatory płatnicze, co wskazuje, jak ważnym problemem jest płynność firm.
Ponad 3/4 firm ma bufory płynnościowe tylko co najwyżej na 3 miesiące, przy czym połowa z nich (tj. 38,3 proc. ogółu) nie przetrwa miesiąca. Ok. 10 proc. już utraciła płynność, 7 proc. przetrwa 2 tygodnie, a 21,1 proc. maksymalnie miesiąc. Ok. 8 proc. ma bufory na więcej niż pół roku.
Im mniejsza firma, tym większe problemy z płynnością. Wśród dużych firm ok. 59 proc. deklaruje bufory na ponad 3 miesiące. W przypadku samozatrudnionych i mikrofirm jest to tylko ok. 15 proc. W przypadku samozatrudnionych 27 proc. już utraciło płynność, a ok. 12 proc. nie przetrwa miesiąca. 46 proc. deklaruje, że może przetrwać od 1 do 3 miesięcy.
Najmniejsze bufory płynnościowe mają firmy z branży usług dla ludności, tj. kosmetyczne i fryzjerskie. Te firmy w planie otwierania gospodarki są na końcu, ale należy zakładać, że te firmy tak długo nie przetrwają. Podobnie jest z turystyką i gastronomią.
Najlepiej ocenianym instrumentem pomocowym jest umorzenie ze składek ubezpieczeniowych (81 proc. respondentów wskazało ten instrument). Kolejne są już rzadziej wskazywane. Ok. 44 proc. respondentów wskazuje na dopłaty do wynagrodzeń, a ok. 37 proc. na odroczenie zaliczek PIT.
Ponad 69 proc. wskazuje na niejasność przepisów w zakresie instrumentów pomocowych. Tarcza antykryzysowa jest zbyt skomplikowana. 56 proc. firm wskazuje też na nadmiar biurokracji, a 42 proc. na brak wsparcia ze strony urzędników.
Spośród instrumentów nie wprowadzonych przez rząd, a postulowanych przez organizacje pracodawców, firmy chcą uwolnienia VAT na split-payment, szerszego zakresu dopłat do wynagrodzeń i szerszego umorzenia składek na ubezpieczenia.
Firmy są zdezorientowane w zakresie daty powrotu sytuacji do normalności. Prawie 38 proc. nie wie, kiedy nastąpi otwarcie gospodarki. Ponad 26 proc. twierdzi, że będzie to później niż na początku lipca. Jest to raczej wyrazem rezygnacji, gdyż tak długie zamknięcie gospodarki może wywołać głęboką recesję. Jedynie ok. 5 proc. wskazuje na maj, 15 proc. na czerwiec, a 16 proc. na lipiec.
CMSG tworzą główni ekonomiści organizacji tworzących Radę Przedsiębiorczości, dodatkowo grupa współpracuje z Instytutem Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, a także z ekonomistami z fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju oraz firmy Capital Strategy. Opinie CMSG i wyniki badań grupy są przekazywane Radzie Przedsiębiorczości. Opinie CMSG są niezależnymi opiniami eksperckimi i nie muszą pokrywać się ze stanowiskami podmiotów reprezentowanych przez ekonomistów skupionych w Radzie.
Eksperci CMSG:
prof. Elżbieta Adamowicz z Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH,
dr Mirosław Bieszki – Doradca Ekonomiczny Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce,
dr Sonia Buchholtz – ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan,
prof. Stanisław Gomułka – Główny Ekonomista Business Centre Clubu,
dr Janusz Jankowiak – Główny Ekonomista Polskiej Rady Biznesu,
Stefan Kawalec – Capital Strategy,
Łukasz Kozłowski – Główny Ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich,
dr Aleksander Łaszek – Główny Ekonomista Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju,
Piotr Soroczyński – Główny Ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej,
dr Sławomir Dudek – Główny Ekonomista Pracodawców RP i koordynator grupy.
Badanie przeprowadzono w dn. 9-17.04.2020 r. metodą CAWI. N=500 (w tym kompletnych ankiet N’=447). Kwestionariusz rozesłano do firm członkowskich i współpracujących z organizacjami zrzeszonymi i współpracującymi z Radą Przedsiębiorczości. Przy opracowaniu wyników badania współpracowali także dr hab. Marcin Kawiński i dr Robert Marczak z SGH w Warszawie.
Przez pandemię COVID-19, dla wielu przedsiębiorstw wyzwaniami stały się m.in. niestabilność popytu i nietypowe warunki organizacji pracy. Aktualnie firmy mierzą się m.in. z przejściem na tryb pracy #zdomu pracowników, koordynacją działań wielu osób i zespołów w rozproszonych lokalizacjach. Wiele biznesów zmuszonych jest także do szybkiego przystosowania się do niestandardowych zmian zachowań konsumenckich. W jaki sposób zaplanować działania? Jakie narzędzia mogą pomóc zarządzającym w sprostaniu wyzwaniom? W jaki sposób dostosować produkcję do tak zmiennego popytu?
Jak wynika z badania GFK Polonia, 17 proc. respondentów w ramach akcji #zostańwdomu lub indywidualnej decyzji pracodawcy przeszło na zdalny tryb pracy, zaś 16 proc. w ogóle nie jest aktywna zawodowo ze względu na panującą pandemię. Prognozy wskazują, że statystyki te jeszcze mogą się pogłębić. W związku z tak niestandardową sytuacją nasuwają się dwa podstawowe obszary do optymalizacji działań:
Przedsiębiorstwa muszą przystosować się do nowych warunków pracy. Należy zadać sobie pytanie jak firma jest przygotowana na takie zmiany, czy wyposażona jest w narzędzia i systemy, które umożliwią pracownikom wykonywanie swoich obowiązków #zdomu?
Drugi z obszarów dotyczy zmian nastrojów konsumenckich, co oznacza, że dynamicznie może zmieniać się popyt rynku na poszczególne produkty. W tym przypadku należy odpowiedzieć sobie na pytanie czy przedsiębiorstwo jest przygotowane na dynamiczny wzrost zainteresowania wyrobami lub wręcz przeciwnie – czy jest gotowe unieść chwilowy zastój rynkowy? Można także zweryfikować ilość posiadanych zapasów, być może uda się ją zoptymalizować.
W poszukiwaniu klucza do sukcesu
Kluczem do sprawnego funkcjonowania biznesu, nie tylko w czasie kryzysu, jest szereg czynników, w skład których wchodzą m. in.: dobry plan, analiza i widoczność w całym łańcuchu dostaw, kontrola oraz dobrze dostosowane – do potrzeb firmy i pracowników – narzędzia. Rozwiązanie, które zapewnia wsparcie w podejmowaniu decyzji poprzedzając to dogłębną analizą danych, a także propozycją różnych ścieżek działania, jest atrybutem inteligentnych przedsiębiorstw. Współczesne systemy wspierające biznesy tworzone są w oparciu o te elementy, a ich głównym celem jest zapewnienie firmie zdolności do podjęcia odpowiednich działań we właściwym czasie.
Dla koordynacji produkcji, transportu, komponentów oraz zapasów ogromne znaczenie ma proces planowania. Przedsiębiorstwo może działać w pełni wydajnie i bez przeszkód tylko dzięki dobrze skomponowanemu i następnie precyzyjnie wdrożonemu planowaniu. Połączenie systemu sprzedaży i operacji poprzez planowanie popytu, reakcji i podaży wspiera możliwości zharmonizowania działań w obrębie przedsiębiorstwa, a także poza nim. Stworzenie takiego zestawienia działań wymaga szerokiej dostępności do aktualnej informacji i analizy istotnych czynników.
Obecnie dokładnych analiz parametrów dokonują inteligentne systemy. Są to działania przynoszące korzyść także na etapie sprzedaży, gdyż możliwość szybkiej reakcji na wszelkie nieprawidłowości pozwala je wykryć i wdrożyć odpowiedni plan naprawczy, dzięki czemu przedsiębiorstwo minimalizuje koszty ewentualnych strat.
Nieodzowną korzyścią dla firm wykorzystujących takie narzędzia jest możliwość prostego dostosowania planów sprzedażowych do strategii korporacyjnych, co w efekcie zwiększania przychody, udziały w rynku i wspiera osiągania celów finansowych. Ponadto – mimo, że tego typu narzędzia są złożone, wykorzystują zaawansowaną technologię, to mogą być umieszczone w chmurze. Takie rozwiązania w pełni odpowiadają potrzebom pracowniczym – m. in. elastyczności pracy – zapewniając możliwość jej wykonywania #zdomu.
Zintegrowane planowanie biznesowe
Wykorzystanie takiego zintegrowanego planowania biznesowego to wsparcie sprzedaży, operacji, planowania popytu, reakcji i dostaw. Przyczynia się ono także do optymalizowania zapasów przedsiębiorstwa. Jednym z takich narzędzi jest oparte na platformie SAP HANA – Integrated Business Planning (IBP). SAP IBP zostało trzykrotnie uznane liderem przez firmę Gartner w zakresie systemów różnicowania w planowaniu sprzedaży i operacji.
Obecnie jedną z najistotniejszych funkcji dla wielu przedsiębiorstw w ramach korzystania z takich narzędzi, jak np. IBP, jest możliwość prognozowania krótko-, średnio- lub długoterminowego popytu. Dynamika zmian w zakresie zapotrzebowania na poszczególne produkty, zwłaszcza w ostatnim czasie, może być dla wielu firm trudna do dostosowania parametrów produkcji i zarządzania zasobami.
Dzięki prognozom statystycznym przedsiębiorcy mogą szybciej podejmować działania mające na celu dostosowanie się do aktualnych potrzeb rynkowych. Zintegrowanie tego typu narzędzia z innymi systemami wykorzystywanymi przez firmę dodatkowo udoskonali prognozy, dzięki czemu przedsiębiorstwo otrzymuje możliwość optymalizacji działań.
Ewentualne ryzyko popełnienia błędu również zostaje zminimalizowane, gdyż systemy biznesowego planowania mogą zostać udoskonalone o analizę prognozującą podjęcie konkretnych ścieżek postępowania. Zarządzający wówczas otrzymują ewentualne scenariusze i dzięki temu mogą z większym spokojem podejmować odpowiednie działania.
System, który wspiera liderów
Użytkownikiem rozwiązania IBP jest marka Syngenta. Światowy lider branży rolniczej w zakresie dostarczania nasion, preparatów i substancji chemicznych wspierających uprawy roślinne. Marka jest obecna na ponad 90 rynkach i zatrudnia ponad 28 tys. osób. Po dostrzeżeniu problemu wynikającego z umieszczenia niedostosowanej do popytu ilości produktów na określonych rynkach, Syngenta zdecydowała się na wdrożenie Integrated Business Planning.
Używamy SAP IBP, aby usprawnić nasze procesy prognozowania popytu. Uczenie maszynowe pozwala nam łączyć dane dotyczące sprzedaży z innymi niezależnymi zmiennymi, takimi jak wskaźniki ekonomiczne, by lepiej przewidywać zapotrzebowanie danego rynku. Dostrzegamy poprawę precyzji prognoz nawet o 10 proc. W efekcie produkujemy odpowiednią ilość produktów we właściwym czasie. Dzięki SAP możemy poprawiać komfort obsługi milionów rolników na całym świecie – Matt McCall, Head of Global Integrated Business Planning w Syngenta.
Wśród korzyści, które Syngenta dostrzega po wdrożeniu inteligentnego wsparcia planowania biznesowego znajduje się także zredukowanie „ręcznego” tworzenia prognoz i zminimalizowanie ryzyka błędu. Jakość przewidywań popytu została podniesiona, dzięki czemu marka mogła skoncentrować się na wynikach sprzedaży. Zapasy Syngenty są teraz tworzone w sposób zrównoważony, a poziom obsługi klientów znacznie się poprawił. Co także istotne dzięki zaimplementowaniu rozwiązania firma mogła obniżyć koszty własne IT o ponad 28 lokalnych systemów służących do prognozowania popytu.
Mówi się, że firmę tworzą ludzie, a o sile i pozycji danej marki świadczą osoby, które dla niej pracują. To prawda, ale pod pewnym warunkiem – na czele każdego zespołu musi stać lider, który będzie odpowiednio prowadzić swoich pracowników. Dobry manager powinien umieć motywować, być wsparciem dla swojego teamu w każdej sytuacji. Jest to ważne szczególnie teraz. Epidemia COVID-19 wymusiła zmianę sposobu funkcjonowania wielu firm, także w Polsce. Nie wszyscy potrafią odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, którą jest konieczność pracy zdalnej. Obecna sytuacja jest źródłem stresu dla niejednego pracownika. Ci martwiąc się o przyszłość i zdrowie swoich najbliższych, nie mogą zaangażować się pełni w wykonywanie swoich obowiązków. To tylko początek listy problemów, przed którymi stoją teraz HR-owcy i osoby odpowiedzialne za zdalne zarządzanie zespołem. Doświadczenie kilku ostatnich tygodni pokazało, że nie każdy szef zdaje ten egzamin na piątkę, a bycie uważanym za dobrego lidera nie gwarantuje sukcesu w czasach kryzysu. Jak zatem wspierać pracowników i organizować pracę, by odnieść sukces? Podpowiada Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.
Agnieszka Surowiec, ekspert z firmy Intrum
Nowe wyzwanie na nowe czasy, czyli zdalne zarządzanie zespołem
Każdy dobry manager, który podchodzi odpowiedzialnie do swojej pracy, korzysta z wielu narzędzi i rozwiązań oferowanych przez employer branding A.D. 2020. Jak jednak szybko się okazało, w czasie kryzysu są one niewystarczające lub czasem zupełnie nie przystają do obecnej rzeczywistości. Pierwszym i jak się wydaje, najważniejszym problemem jest zdalne zarządzanie zespołem. Niektórzy z dnia na dzień stanęli przed koniecznością kierowania nie 20, 30 pracownikami, a zespołami jednocześnie Dlaczego? Bo każda osoba pracująca na zasadach home office stanowi oddzielny „byt”, staje się jednoosobowym oddziałem firmy, który ma swoje problemy, które trzeba rozwiązać. Aby lider mógł w takiej sytuacji pomóc swoim pracownikom, najpierw musi pozwolić pomóc sobie. Warto zacząć od poznania kilku zasad mówiących o tym, jak zarządzać pracownikami pracującymi zdalnie
i organizować pracę zespołu w czasie kryzysu, nawet wtedy, kiedy nasza firma już jakiś czas temu przeszła na home office. Może bowiem okazać się, że zrobienie takiego kroku „wstecz” przyniesie wszystkim wiele korzyści.
Jak być dobrym liderem, czyli bądź człowiekiem, a nie tylko managerem
Wyrozumiałość i empatia to cechy, które powinny charakteryzować dobrego szefa nie tylko w czasie kryzysu, ale obecnie są ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Podczas codziennych kontaktów z pracownikami nie ograniczaj się tylko do delegowania zadań. Nie zapominaj o tym, że nie każdy ma „idealne” warunki do pracy zdalnej. Otaczaj członków zespołu opieką, pytaj o to, jak można ich wesprzeć w wykonywaniu obowiązków w nowej rzeczywistości. Spraw, by mimo niełatwej sytuacji, nadal czuli się ważną częścią firmy. Ta kwestia związana jest z następną wskazówką:
Cechy dobrego managera, czyli walcz z izolacją w zespole…
Im większy jest zespół, tym manager ma mniejsze szanse na kontakt ze wszystkimi swoimi podwładnymi w ciągu dnia. Zazwyczaj wtedy wyznaczeni kierownicy poszczególnych projektów kierują mniejszymi „podzespołami” i dbają o realizację zadań. Tak jeszcze niedawno wyglądała organizacja pracy w wielu, szczególnie większych firmach. Mimo iż zdawała egzamin, to jednak teraz takie podejście należy zmienić. Dlaczego? Przed wybuchem epidemii praca zdalna wydawała się wielu osobom czymś atrakcyjnym, wręcz pożądanym. Stosunkowo szybko okazało się, że home office to jednak nie bajka. Pracownicy zamknięci w swoich domach teoretycznie mają komfortowe warunki do realizacji zadań, ale czują się wyobcowani i nie wszyscy potrafią czerpać korzyści z komunikacji online.
– Dlatego dobry lider powinien walczyć z izolacją w swoim zespole. Powinien dokonywać regularnego update’u i być w stałym kontakcie nawet z tymi osobami, które nie podlegają mu bezpośrednio. Posiadanie wiedzy o tym, czym zajmuje się każdy pracownik w zespole to podstawa, nie tylko w obecnej sytuacji, ale ważne jest także bardziej aktywne podejście. Planujmy pracę w taki sposób, aby w bieżące projekty i zadania włączać jak najwięcej osób
z teamu, nawet jeżeli teoretycznie nie jest to potrzebne. Niech każdy ma udział we wspólnym projekcie, nawet w minimalnym stopniu. Kiedy większość albo cały zespół pracuje zdalnie, trzeba zadbać o to, by wszyscy czuli się jedną drużyną i mieli przed sobą wspólny cel, do którego dążą – zaznacza Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR
i Komunikacji w Intrum.
… i utrzymuj regularny kontakt z członkami swojej „drużyny”
Aby „walczyć” z izolacją czy wykluczeniem, które mogą być negatywnym skutkiem pracy w trybie zdalnym, dobry lider, który stoi na czele zespołu, powinien pozostawać w stałym kontakcie ze swoimi pracownikami.
Aby ułatwić im odnalezienie się w nowej rzeczywistości i stworzyć namiastkę „normalności”, spróbujmy przenieść do komunikacji online dotychczasową formę organizacji pracy i przyjęty sposób wymiany informacji. –Zachowanie codziennego rytmu dnia pracy sprawi, że pracownicy będą mogli poczuć się bezpiecznie w obecnej, stresującej sytuacji. Pomoże im to również w planowaniu zadań. W praktyce jest to bardzo proste. Jeżeli każdego dnia przykładowo o godz. 10 organizowaliśmy dla zespołu tzw. odprawki lub spotykaliśmy się ze wszystkimi w zakładowej kuchni na porannej kawie, to przenieśmy ten zwyczaj do świata wirtualnego i odbywajmy takie spotkania, chociażby na Skype – podpowiada Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.
Zwróćmy również uwagę na częstotliwość komunikacji. Z jednej strony, kanał online powoduje pewne problemy, które nie występują w kontakcie bezpośrednim w „cztery oczy”, ale z drugiej strony, daje możliwość „skontrolowania” pracownika w każdym momencie. Wystarczy tylko kilka kliknięć. Dobry manager nie powinien nadużywać takiej możliwości i powinien uważać, na to, żeby kontakt z członkami jego zespołu nie był zbyt częsty i natarczywy. Szanujmy swój czas i przede wszystkim czas naszych pracowników. Pamiętajmy, że niektóre osoby podczas home office muszą godzić pracę zawodową z wykonywaniem innych obowiązków, takich jak, chociażby zajmowanie się dziećmi, które też zostały w domu.
A jak się komunikować online? Które narzędzie wybrać dla swojego zespołu?
Wprowadź odpowiednie narzędzia do komunikacji online i pracy zespołowej
Na szczęście, jeżeli chodzi o ten aspekt organizowania pracy i zdalne zarządzanie zespołem, nowoczesne technologie bardzo pomagają. Dostępnych jest wiele narzędzi, aplikacji, platform, które umożliwiają prowadzenie wideorozmów czy grupową pracę online, dzielenie obowiązków między członków zespołu, itp.
Ważne, aby pamiętać o tym, by narzędzie wybrane przez managera było intuicyjne. Chodzi o to, aby nauka jego obsługi nie zajęła zbyt wiele czasu pracownikom. Powinno być zarazem nieskomplikowane i kompleksowe, czyli oferować kilka funkcji. Te podstawowe, to możliwość prowadzenie telekonferencji i grupowych konwersacji – czatów. Nie warto mnożyć bytów i korzystać kilku programów jednocześnie, który każdy z nich będzie spełniał inną funkcję. To z pewnością nie ułatwi pracy.
Warto też przyjrzeć się rozwiązaniom, które funkcjonują w naszym biurze. Prawdopodobne jest bowiem, że ktoś w firmie korzysta już z podobnych programów lub funkcjonują tutoriale, które pozwolą nam szybko zapoznać się z zasadami działania danego programu, który umożliwia pracę zdalną i pozostawanie z zespołem w stałym kontakcie online.
Powyższe wskazówki – cechy dobrego managera – na pierwszy rzut oka mogą wydawać się banalne, jednak biorąc pod uwagę, chociażby liczbę szkoleń online czy webinariów mówiących o tym jak być dobrym liderem, których regularnie przybywa w sieci, można przypuszczać, że wielu managerów cały czas próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Potrzebują podpowiedzi, jak mają organizować pracę i zdalne zarządzanie zespołem. Zastosowanie powyższych rad w praktyce pozwoli uniknąć problemów na dalszym etapie, Jest to o tyle ważne, że dziś nikt nie jest w stanie określić, ile jeszcze potrwa obecna sytuacja i kiedy pracownicy będą mogli powrócić do swoich biur.
Aby uniknąć problemów i dodatkowego kryzysu wynikającego z błędów w komunikacji, każdy dobry manager powinien wiedzieć, czego nie robić, zarządzając zespołem w czasie epidemii.
Nie skupiaj się na mikrozarządzaniu – postaw na rezultaty
Są managerzy, których interesuje jedynie to, żeby „robota została zrobiona” i nie angażują się w wykonywanie zadań przez swoich pracowników. Jeżeli taki układ pasuje obu stronom, nie ma w tym nic złego. Niektórzy szefowie lubią kontrolować pracę w swoim zespole albo wymaga od nich tego istota realizacji danego projektu. Ten drugi „typ” musi wiedzieć o tym, że obecnie należy porzucić takie podejście.
–Kiedy członkowie zespołu pracują zdalnie, mikrozarządzanie jest problematyczne i jest źródłem kolejnych frustracji. W wielu przypadkach nie będzie również możliwe ze względów technicznych. To z kolei może powodować stres u lidera. W zamian warto skupić się na rezultacie końcowym i dowiezieniu tego, czego od naszej firmy wymagają klienci i wspierać zespół w realizacji tego celu. Rzeczywistość prowadzenia biznesu zmieniła się dla wszystkich. Dlatego nikt nie będzie się dziwić, jeżeli nasza firma zmieni dotychczasowy sposób funkcjonowania czy kontaktu z podmiotami zewnętrznymi. Dobry manager, który kieruje zespołem pracującym na zasadach home office, powinien w obecnej sytuacji okazywać mu wiele zaufania. Udowadniać na każdym kroku swoim zachowaniem, że jest spokojny o to, iż jego pracownicy dokładnie wiedzą, jakie obowiązki do nich należą. Pamiętajmy, że nadmierna kontrola przeważnie jest źle odbierana przez pracowników – uważa Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.
Nie rozwiązuj konfliktów poprzez maile!
Prawda jest taka, że nawet, gdy będzie się bardzo starać, żaden manager czy dobry lider, nie uniknie konfliktu
w swoim zespole, bo zazwyczaj, wcześniej czy później w każdej grupie pojawiają się spięcia. Szef musi być przygotowany na to, że będzie ich prawdopodobnie więcej, gdy w grę wchodzi zdalne zarządzanie zespołem. Jak więc podchodzić obecnie do rozwiązywania konfliktów w teamie?
Każdy konflikt w zespole rozwiązujmy „face to face”, co aktualnie oznacza – w trakcie wideorozmowy z zaangażowanym w sytuację pracownikiem czy pracownikami. Całkowicie niedopuszczalne jest, aby manager zarządzał spornymi kwestiami drogą mailową. Praca na zasadach home office nie może być wymówką do spłycenia kontaktu z pracownikami. Nikt nie chce czuć się lekceważony i uważać, że jego szef unika bezpośredniej konfrontacji
i rozwiązywania problemów. Nie twórzmy więc okazji, aby nasi pracownicy mogli myśleć w ten sposób.
Co się nie powinno zmieniać nawet w obecnej sytuacji – dobry manager powinien rozwiązywać każdy konflikt w momencie, kiedy się o nim dowie, nie powinien dopuścić do tego, by przerodził się w problem, który będzie rzutować na pracę całego zespołu.
Warto również przyglądać się regularnie nastrojom, jakie panują w naszym zespole. To, że nie było w nim konfliktów w czasach przed epidemią, nie znaczy, że nie pojawią się teraz. Nowe warunki pracy, nowe formy komunikacji – czynników potencjalnie kryzysogennych jest wiele. Rolą lidera jest dbanie o to, by nie przerodziły się w realne problemy.
Związek Cyfrowa Polska zaapelował do prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych o liberalizację przepisów o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz prawa telekomunikacyjnego, które wymagają zgody odbiorców komunikacji elektronicznej w instytucjach publicznych na przesłanie im ofert handlowych. Powód: dzisiejsze prawo utrudnia firmom w dotarciu z informacją handlową do urzędników.
Jak zauważa w Związek Cyfrowa Polska w liście, który trafił również do wiadomości wicepremier, minister rozwoju Jadwigii Emilewicz, epidemia choroby wywoływanej przez wirusa SARS-CoV-2 zasadniczo zmieniła sposób pracy zarówno podmiotów prywatnych jak i publicznych. Urzędy są niedostępne dla petentów, co w tych okolicznościach korespondencja pisemna, doręczana do podmiotów publicznych za pośrednictwem ich kancelarii podawczych lub operatorów pocztowych, stała się utrudniona czy wręcz niemożliwa. Jednocześnie znaczenie komunikacji elektronicznej gwałtownie wzrosło.
Cyfrowa Polska zauważa, że komunikacja elektroniczna z instytucjami publicznymi wciąż napotyka na swojej drodze ograniczenia natury prawnej. Dotyczy to w szczególności elektronicznej komunikacji zawierającej oferty towarów lub usług dla sektora publicznego. „Pomimo epidemii podmioty publiczne w dalszym ciągu potrzebują dla swojego sprawnego działania rozmaitych towarów i usług, a przedsiębiorcy potrzebują dotrzeć do tych podmiotów ze swoją ofertą. Interesy podmiotów publicznych i przedsiębiorców są zgodne” – zauważa prezes Związku Michał Kanownik w liście do prezesa UODO. Dlatego – jak tłumaczy -konieczna jest doraźna liberalizacja przepisów ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz Prawa telekomunikacyjnego.
Propozycja zmiany
Dziś dozwolona jest elektroniczna komunikacja marketingowa kierowana na ogólne dane kontaktowe podmiotu (np. na adres poczty elektronicznej [email protected]) i nie wymaga zgody. Jednak istnieją już spory interpretacyjne, czy zawsze elektroniczna komunikacja marketingowa kierowana na dane kontaktowe skierowana do oznaczonych odbiorców (np. [email protected], [email protected]) wymaga ich zgody.
Związek proponuje uporządkowanie przepisów i wnosi, by istniała możliwość przesyłania ofert handlowych do urzędników zatrudnionych w instytucjach publicznych bez ich zgody w sytuacji, gdy firma uzyskała ich bezpośredni adres poczty elektronicznej z publicznie dostępnych źródeł, który jest udostępniony przez podmiot publiczny (np. poprzez stronę internetową urzędu lub Biuletyn Informcji Publicznej). Podobne regulacje miałyby mieć zastosowanie w wykorzystywaniu przez firmy marketingu bezpośredniego. Za każdym razem jednak odbiorcy tych treści mieliby prawo do wniesienia sprzeciwu dalszego otrzymywania ofert handlowych.
Konsumenci częściej zwracają uwagę na pochodzenie produktów i chętniej wybierają te krajowe. Chcą w ten sposób pomóc polskim firmom i wesprzeć gospodarkę. Skłonność ta wynika także z przekonania o większym bezpieczeństwie krajowych artykułów – wynika z badań przeprowadzonych przez ARC Rynek i Opinia dla polskiego producenta lodów, firmę PPL Koral.
– Już od kilku lat Polacy chętnie kupują polskie produkty, zwracają uwagę na pochodzenie produktów i usług, ale sytuacja przed pandemią koronawirusa i w jej trakcie ma nieco inną skalę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olga Walentynowicz z firmy PPL Koral. – Wydawać by się mogło, że Polacy w tym czasie zachowają się nieco egoistycznie, czyli skupią się na sobie, własnej rodzinie i zdrowiu, tymczasem w społeczeństwie zrodziła się chęć pomocy i wsparcia dla siebie nawzajem. Ten patriotyzm zakupowy Polaków nigdy nie miał takiej skali jak teraz.
Jak wynika z badania wykonanego w kwietniu dla marki Koral przez ARC Rynek i Opinia, przed wybuchem pandemii około połowa Polaków w czasie codziennych zakupów zwracała uwagę na pochodzenie produktów, a szczególnie uwrażliwieni na tę kwestię byli konsumenci powyżej 45. roku życia, wśród których odsetek ten sięgał 60 proc. Z kolei połowa pytanych zadeklarowała, że po zamknięciu szkół, restauracji i większości sklepów w galeriach handlowych oraz wprowadzeniu ograniczeń w przebywaniu poza domem zwraca większą uwagę na kraj pochodzenia produktów niż wcześniej. Częściej są to kobiety (57 proc.) niż mężczyźni (45 proc.).
– Ponad 60 proc. Polaków deklaruje chęć pomocy polskim firmom w czasie pandemii koronawirusa, a 90 proc. z nich ma już sposób na to, jak chce to zrobić, a mianowicie częściej kupować polskie produkty – mówi Olga Walentynowicz. – Tak duża deklaracja chęci pomocy świadczy o dojrzałości i świadomości społecznej. Można powiedzieć, że Polacy przeszli przyspieszoną lekcję dojrzałości społecznej, szczególnie ludzie w wieku 45+ i lepiej wykształceni chętniej decydują się na takie wsparcie dla firm, bo mają świadomość, że ich wybory decydują też o naszym wspólnym losie, o poprawie gospodarki naszego kraju.
Podstawową przyczyną bardziej masowego zwrotu w stronę lokalnych wyrobów jest chęć wsparcia polskich producentów, jednak to niejedyny motyw. Drugim jest bezpieczeństwo produktów. Połowa ankietowanych jest przekonana, że polskie produkty, zwłaszcza podczas trwania pandemii, są bezpieczniejsze od importowanych. Jednak zdaniem ekspertki nie powinno to zaszkodzić sprzedaży wyrobów z importu, mimo iż nawyki powstałe podczas przymusowej izolacji nie znikną po jej zakończeniu.
– Pandemia koronawirusa na pewno nie opuści nas tak szybko, a na pewno szybko nie znikną skutki zamrożenia niektórych gałęzi biznesu czy naszej izolacji domowej. Dlatego wydaje mi się, że postawy, które teraz kształtują się w społeczeństwie, zostaną z nami na dłużej. Nawet po zniesieniu wszystkich ograniczeń będziemy musieli mocno wspierać wiele gałęzi biznesu i myślę, że Polacy przy swoich wyborach zostaną – ocenia przedstawicielka PPL Koral. – Nie zagraża to jednak produktom importowanym, bo wciąż takich prawdziwych producentów na rynku mamy bardzo mało, a w koszyku Polaka miejsce zawsze się znajdzie dla każdego, więc produkty importowane nie muszą czuć się zagrożone.
Problemy finansowe firm spowodowane koronawirusem mogą zatrzymać, a przynajmniej poważnie zahamować ich plany inwestycyjne. Te podmioty, które będą miały środki na inwestycje, będą je inaczej planować. – Po szoku, który przeżywa w tej chwili gospodarka, firmy będą analizować każdą inwestycję wielokrotnie pod kątem tego, czy aby na pewno jest odporna na powtórkę obecnej sytuacji – mówi Szymon Włochowicz, dyrektor operacyjny firmy Hicron. To powoduje zwiększone zainteresowanie wdrażaniem usług zdalnych i automatyzacji procesów biznesowych. Branża IT może w tym pomóc, dlatego w najbliższych miesiącach może ją czekać okres prosperity.
– Według wszelkich przewidywań nasza gospodarka znajdzie się w recesji. Zarówno od strony inwestycyjnej, jak i od strony popytowej najbliższe miesiące będą bardzo słabe. To w sposób naturalny spowoduje zatrzymanie inwestycji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Szymon Włochowicz, dyrektor operacyjny w firmie Hicron.
Jak prognozuje, po pandemii wiele firm będzie wstrzymywać inwestycje: jedne z powodu utraty części rynków, a inne dlatego, że prowadzone przez nie projekty inwestycyjne dotyczyły procesów realizowanych „po staremu”, w sposób nieprzystający do obecnej sytuacji. W ich miejsce pojawią się jednak nowe inwestycje i nowe sposoby prowadzenia biznesu. Zmienić się też będą musiały narzędzia, usługi czy oferta. Dlatego mimo czarnych przewidywań branża IT może wyjść z tej sytuacji obronną ręką.
– Będzie to wynikać z faktu, że firmy muszą dostosować się do bieżącej sytuacji i przygotować na podobne zdarzenia w przyszłości. Będziemy więc obserwować bardzo duży wzrost inwestycji w IT, przede wszystkim związanych z wykonywaniem pracy zdalnie, bez kontaktu z człowiekiem. Procesy biznesowe będą przemodelowywane tak, aby wykonywać je przy użyciu urządzeń elektronicznych – telefonu, komputera czy tabletu. W tym celu potrzebne będzie jednak wsparcie od strony systemów informatycznych, co wygeneruje inwestycje – prognozuje Szymon Włochowicz.
Zmiana modelu działania firm i sposobu świadczenia usług, ukierunkowana na obsługę bezdotykową, będzie wymagać rozbudowy infrastruktury i odpowiednich systemów IT: szybkich łączy internetowych, VPN-ów, systemów pracy zdalnej i rozwiązań cloudowych, które pozwolą firmom i pracownikom wykonywać zadania z dowolnego miejsca. Inwestycje w te obszary powinny w nadchodzących miesiącach i latach wyraźnie przyspieszyć.
– Na pewno będziemy obserwować rosnące znaczenie handlu cyfrowego przez internet i smartfony oraz automatyzację wszystkich procesów, które umożliwiają bezdotykowe załatwianie spraw – od przesłania dokumentów mailowo zamiast w tradycyjnej formie, przez odbiór przesyłek przez kurierów bez składania podpisów, aż po otwieranie paczkomatów bezdotykowo za pomocą aplikacji. Modele biznesowe, podobnie jak sposoby świadczenia usług, zmienią się w kierunku rozwiązań bezdotykowych, niewymagających bezpośrednich, interpersonalnych kontaktów – mówi dyrektor operacyjny w Hicronie.
Zmieni się także sam proces planowania i realizacji inwestycji w obszarze IT. Jak podkreślają eksperci Hicron, technologiczna strategia antykryzysowa w biznesie może przybrać formę jednego z trzech wariantów. Firmy mogą zdecydować się na realizację mniejszych projektów IT, które jednak przyniosą znaczące usprawnienia i oszczędności. Mogą również postawić na strategiczne projekty i całkowicie zmienić biznes w kierunku cyfrowym. Trzeci wariant to wykorzystanie tego czasu na uporządkowanie mniej priorytetowych do tej pory obszarów technologicznych firmy.
– Każda inwestycja powinna być obejrzana wielokrotnie i z każdej strony pod kątem tego, czy obroni się w świecie, w którym może wystąpić kolejna pandemia. Firmy będą chciały rozwiązań odpornych na takie sytuacje – mówi Szymon Włochowicz. – Pokazuje to przykład branży automotive, która próbuje wykorzystywać wideorozmowy do prezentacji samochodów. Rozwiązanie, które wcześniej było nie do pomyślenia, dzisiaj jest wykorzystywane przez niejedną markę, żeby dalej świadczyć usługi i ograniczyć przy tym kontakt potencjalnego klienta z pracownikami salonu.
Sytuacja wymusi także zmiany w podejściu branży IT. Jej nowa oferta – dostosowana do kryzysowych czasów – powinna być bardziej elastyczna, skalowalna i zakładać krótsze terminy kontraktów. W sytuacji, kiedy firmy ograniczają zatrudnienie, muszą mieć zapewniony dostęp do zewnętrznych specjalistów z zakresu IT, którzy zaplanują i wdrożą konieczne zmiany.
Dzięki digitalizacji procesów branża IT pomoże w odbudowie gospodarki dotkniętej recesją i przystosowaniu jej do nowych realiów.
– Z drugiej strony będą to inwestycje nie tylko w IT, lecz także w struktury wewnętrzne przedsiębiorstw. Czasami konieczna będzie reorganizacja pewnych procesów, która na przykład umożliwi pracę zdalną w rozproszonych zespołach. Stąd właśnie potrzeba nowych narzędzi – nie tylko informatycznych, ale też organizacyjnych, pozwalających na sprawne zarządzanie projektami – mówi ekspert.
Koronawirus wystraszył klientów na rynku nieruchomości, przynajmniej chwilowo. W marcu zmniejszył się popyt na kredyty mieszkaniowe, chociaż już w pierwszym tygodniu kwietnia widoczne było odbicie w liczbie zapytań o kredytobiorców – wskazują statystyki BIK. O kredyt hipoteczny może być jednak coraz trudniej, bo część banków zaczęła stosować zaostrzone kryteria przy ocenie ryzyka i wydawaniu decyzji kredytowych. Do zakupu nieruchomości klientów mogą zachęcić niskie stopy procentowe oraz to, że pandemia powinna zatrzymać trwający od kilku lat wzrost cen mieszkań, choć według ekspertów będzie to zjawisko krótkotrwałe.
Jak prognozuje Polski Instytut Ekonomiczny, w związku z pandemią SARS-CoV-2 ceny mieszkań na polskim rynku mogą spaść po raz pierwszy od ośmiu lat. Jednym z głównych czynników, który je kształtuje, jest ogólna koniunktura gospodarcza. W Polsce ostatni spadek cen mieszkań miał miejsce podczas spowolnienia w 2012 roku, a kiedy koniunktura zaczęła się poprawiać, ich ceny zaczęły nieprzerwanie rosnąć. Teraz – w opinii ekspertów PIE – można się spodziewać, że przy rosnącym bezrobociu i wolniejszym wzroście płac spowodowanym przez pandemię stawki za 1 mkw. na polskim rynku spadną lub przynajmniej ich wzrost zostanie wyhamowany.
– Możemy spodziewać się przecen na rynku nieruchomości. Gdy zakończy się pandemia i rozpocznie się powrót do normalności, wiele osób ocknie się, że jeszcze jest tanio i należy ponownie zainwestować na rynku nieruchomości. Wtedy także potencjalni nabywcy będą już wiedzieć, czy pozostaną w swoim miejscu pracy i będzie ich stać na taki zakup. Jednak spadek cen utrzyma się około pół roku, maksymalnie rok, a potem ponownie zaczną one stopniowo rosnąć wraz ze wzrostem popytu na mieszkania i odbudową gospodarki – mówi agencji Newseria Biznes ekonomista dr Rafał Parvi, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.
Jak wynika z ankiety przeprowadzonej 11 i 12 marca wśród agentów sieci Metrohouse, samo zbliżające się zagrożenie pandemią SARS-CoV-2 przyczyniło się do zmniejszenia popytu na mieszkania (potwierdziło to 44 proc. badanych), co wywołało zamęt na rynku nieruchomości. Zdaniem 81 proc. ankietowanych pośredników rynek mieszkaniowy odczuje zmniejszenie popytu także w nadchodzącym czasie.
– Rynek nieruchomości hamuje i to w szybkim tempie. Coraz mniej klientów szuka mieszkań, notariusze są zmuszeni do zamykania kancelarii, chcąc skorzystać z ulg dla zatrudniających do dziewięciu pracowników, banki zmniejszają obroty związane z udzielaniem kredytów. Wobec powyższego koronawirus negatywnie wpływa na obroty na rynku nieruchomości, a klienci są coraz mniej zainteresowani zakupem mieszkań – mówi dr Rafał Parvi. – Wiele osób zastanawia się, czy utrzyma swoje miejsce pracy, a 7 na 10 firm obawia się o swoją płynność finansową, z czym wiążą się zwolnienia pracowników. To jest w tej chwili największy problem, a nie wybór mieszkania.
Marcowe statystyki BIK wskazywały na spadające zainteresowanie kredytami hipotecznymi. W marcu tego roku liczba wnioskowanych kredytów mieszkaniowych była o 7,6 proc. niższa w porównaniu z marcem 2019 roku. Co istotne, w analizach wyraźnie wyróżniają się okresy sprzed pandemii i w jej trakcie. Liczba wniosków w dniach 16–22 marca spadła o 19,1 proc. w stosunku do tego samego okresu roku poprzedniego oraz o 12,9 proc. w stosunku do ostatniego tygodnia przed pandemią (9–15 marca). Jednak ostatnie dane BIK z okresu 30 marca – 5 kwietnia wskazują, że liczba zapytań o wnioskodawców ubiegających się o kredyt mieszkaniowy wzrosła o blisko 18 proc. w porównaniu z poprzednim tygodniem. W ujęciu rocznym wynik nadal jest ujemny.
Z jednej strony kredytobiorców wspierają dwie ostatnie obniżki i tak już niskich stóp procentowych. Z drugiej jednak strony uzyskanie kredytu w banku może być trudniejsze. Eksperci wskazują, że banki już zaczęły stosować zaostrzone kryteria przy ocenie ryzyka i wydawaniu decyzji kredytowych, zwłaszcza w stosunku do osób zatrudnionych w branżach najbardziej dotkniętych pandemią albo na umowach cywilnoprawnych.
– Banki nie są już skore do rozdawania pieniędzy na zakup nieruchomości. Pobłażliwość wobec kredytobiorców, czyli na przykład pomijanie lub minimalizowanie wymagań dotyczących wkładu własnego na poziomie 10 proc., nie wchodzi już w grę. Teraz banki będą finansować nieruchomości w 80 proc. i trzeba się liczyć z wkładem własnym w wysokości 20 proc. Zatem zaostrzono egzekwowanie przepisów, które obowiązywały już wcześniej, ale nie były rygorystycznie stosowane, bo banki liczyły na większą liczbę i wartość udzielonych kredytów przy niskich stopach procentowych. Te zostały jeszcze obniżone w marcu i kwietniu, co oznacza niższe wpływy z odsetek dla banków – mówi ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.
Ekonomista podkreśla także, że strach przed zakażeniem oraz rządowe ograniczenia w kontaktach i przemieszczaniu się sprawiły, że aktualnie problemem stało się nawet samo przedstawienie oferty i poszukiwanie mieszkania.
– W czasie pandemii nawet prezentacja nieruchomości jest wyzwaniem – mówi dr Rafał Parvi. – Załączenie nowych ofert jest niemożliwe, ponieważ muszą one zostać zweryfikowane przez biura nieruchomości, które nie chcą narażać swoich klientów na potencjalne oszustwa. Ten proces jest teraz trudny do wykonania.
Zwolnienie ze składek na ubezpieczenia społeczne zostało rozszerzone na osoby samozatrudnione, które rozpoczęły działalność między 1 lutego a 1 kwietnia 2020 roku – to jedna ze zmian wprowadzonych w nowelizacji ustawy o szczególnych instrumentach wsparcia w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2, podpisanej 17 kwietnia przez prezydenta. Jak się jednak okazuje, komunikowana zmiana dotycząca zwolnienia jednoosobowych działalności z konieczności opłacenia składek ZUS bez względu na wysokość osiągniętego przychodu nie znalazła się w tarczy antykryzysowej 2.0. Kryterium to zostało zniesione przy świadczeniu postojowym.
– Samozatrudnieni mogą skorzystać ze zwolnienia z obowiązku opłacania należności z tytułu składek ZUS za miesiące marzec – maj 2020 roku. Należy jednak mieć na uwadze, że nie następuje to automatycznie – mówi agencji Newseria Biznes Barbara Bil, adwokat w Kancelarii Bil (AdWise Group).
Zwolnienie ze składek ZUS to forma wsparcia dla samozatrudnionych przewidziana w ramach tzw. tarczy antykryzysowej. Dotyczy ono składek na ubezpieczenia społeczne, zdrowotne, Fundusz Pracy, Fundusz Solidarnościowy, FGŚP i FEP – na trzy miesiące obowiązek ich opłacania przejmie za przedsiębiorców państwo. Kryterium przychodowe nie zostało zniesione przez tarczę antykryzysową 2.0, co oznacza, że samozatrudniony w miesiącu poprzedzającym złożenie wniosku do ZUS musi osiągnąć przychód nie wyższy niż ok. 15,5 tys. zł, czyli 300 proc. przeciętnego prognozowanego wynagrodzenia brutto. Rozszerzono jednak zwolnienie na tych samozatrudnionych, którzy rozpoczęli prowadzenie działalności przed 1 kwietnia 2020 roku. Przed nowelizacją ze zwolnienia mogli skorzystać tylko samozatrudnieni, którzy rozpoczęli działalność przed 1 lutego.
– Samozatrudniony spełniający ustawowe przesłanki, chcąc uzyskać zwolnienie, jest zobowiązany złożyć wniosek RDZ do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w terminie do 30 czerwca br. Można to zrobić drogą tradycyjną, tzn. wydrukować, podpisać i wysłać za pośrednictwem poczty, albo wrzucić do bezdotykowej skrzynki kontaktowej, z której ZUS odbiera korespondencję. Można również złożyć taki wniosek za pośrednictwem systemu teleinformatycznego ZUS PUE, gdzie po zalogowaniu należy wypełnić odpowiedni wniosek i następnie podpisać go bezpiecznym podpisem kwalifikowanym lub za pośrednictwem Profilu Zaufanego – mówi Barbara Bil.
Samozatrudnieni, którzy nie są uprawnieni do zwolnienia ze składek ZUS, a mają chwilowe problemy finansowe, uniemożliwiające im pozyskanie środków na terminowe uregulowanie składek, mogą ubiegać się o inny rodzaj pomocy ze strony państwa, tj. o odroczenie terminu ich płatności. W tym przypadku nie ma znaczenia to, od kiedy prowadzona jest działalność, a nowy termin płatności składek zostanie ustalony w umowie z ZUS.
– Co ważne, wniosek o odroczenie płatności składek ZUS składamy na formularzu RDU, a ZUS nie pobiera za jego rozpatrzenie opłaty prolongacyjnej. Należy także pamiętać, że odroczenie terminu płatności może dotyczyć tylko i wyłącznie składek należnych za okres od 1 stycznia 2020 roku – mówi adwokat z Kancelarii Bil. – Oprócz tego samozatrudnieni mają także możliwość ubiegania się o świadczenie postojowe.
Zasady postojowego, czyli nieopodatkowanego i nieoskładkowanego świadczenia dla samozatrudnionych, również się zmieniły w wersji tarczy antykryzysowej 2.0. Zniesiono warunek granicznej kwoty przychodu, czyli warunek, że przychód uzyskany w miesiącu przed miesiącem, w którym składany jest wniosek o świadczenie postojowe, nie może przekroczyć 300 proc. przeciętnego prognozowanego wynagrodzenia brutto. Zamiast jednorazowej wypłaty kwoty 2080 zł samozatrudnionemu, który spełni określone warunki, przysługiwać będą nie więcej niż trzy takie świadczenia, pod warunkiem że jego sytuacja materialna wskazana we wniosku się nie poprawi. O postojowe mogą ubiegać się osoby, których przychód w miesiącu złożenia wniosku spadł co najmniej o 15 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca.
– Samozatrudnieni, którzy rozliczają się w postaci karty podatkowej, są zwolnieni z opłacania podatku VAT oraz nie mają innych tytułów do ubezpieczeń społecznych, otrzymają niższe świadczenie postojowe w wysokości 1300 zł – mówi Barbara Bil. – Aby uzyskać świadczenie postojowe, przedsiębiorcy także muszą złożyć wniosek do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Jest to wniosek RSP-D, który składa się podobnie, czyli w formie papierowej za pośrednictwem poczty, bezdotykowej skrzynki kontaktowej lub też za pośrednictwem ZUS PUE.
Jak ocenia ekspertka, tarcza kryzysowa w obecnej formie nadal nie stanowi zbyt dużej, realnej pomocy dla przedsiębiorców, a wsparcie państwa – z uwagi na to, że pandemia wciąż trwa – w najbliższych miesiącach będzie niewystarczające.
– Począwszy od 20 kwietnia, rząd zapowiada powolne odmrażanie polskiej gospodarki, ale na chwilę obecną nadal jest zbyt wiele niewiadomych, a chaos informacyjny tylko wzmaga stres wśród przedsiębiorców wyczekujących możliwości powrotu do codziennych obowiązków. Wprowadzone zmiany w tarczy antykryzysowej 2.0 niestety nie spowodują, że w najbliższym czasie przedsiębiorcy odzyskają płynność finansową, zaczną z dnia na dzień zarabiać i nie dojdzie do fali bankructw, gdyż część z nich, zwłaszcza tych z branży gastronomicznej czy transportowej, znajduje się już w tak trudnej sytuacji finansowej, że wsparcie państwa może nie wystarczyć na pokrycie wszystkich ich zobowiązań – mówi adwokat z Kancelarii Bil.
Pandemia koronawirusa wymusiła na firmach z sektora technologicznego zmianę formuły działania i przestawienie się na sprzedaż, promocję oraz prezentację sprzętu wyłącznie za pośrednictwem kanału internetowego. Korporacje inwestują w innowacyjne metody komunikacji z klientami i stawiają na sprzedaż tych urządzeń, które ułatwiają i uprzyjemniają przetrwanie kwarantanny. Konsumenci z kolei chętniej sięgają po sprzęt, który wzbogaca domową rozrywkę, lecz także pozwala odizolować się od domowników.
– Sytuacja, z jaką przyszło zmierzyć się nam w ostatnim czasie, spowodowała, że wolny czas możemy spędzać w zasadzie jedynie w domu. To z kolei ma wpływ na większe zainteresowanie np. soundbarami, które są w stanie wznieść naszą domową rozrywkę na wyższy poziom. Konieczność pozostania w domu spowodowała również większe zainteresowanie słuchawkami, które pozwalają na słuchanie muzyki, oglądanie filmów, a także naukę bez przeszkadzania pozostałym domownikom – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Bartłomiej Kaziród, menedżer produktu marek JBL i Harman Kardon w Polsce.
O tym, że sprzedaż sprzętu elektronicznego w czasie pandemii może wzrosnąć, przekonuje firma analityczna NPD Group. Według ekspertów zachęta do pracy zdalnej oraz przymusowa izolacja dużej części społeczeństwa odbiją się korzystnie m.in. na rynku laptopów czy peryferiów komputerowych, które ułatwiają bądź uprzyjemniają pracę z domu. Ze wstępnych analiz wynika, że w pierwszych miesiącach marca w USA sprzedano o 40 proc. więcej komputerów niż w roku ubiegłym. W tym czasie znacznie wzrosła także liczba sprzedanych słuchawek (114 proc.), monitorów (138 proc.) oraz kamer internetowych (179 proc.).
– W ostatnim czasie poziom sprzedaży się zmienił. Myślę, że jest to spowodowane przede wszystkim koniecznością zamknięcia sklepów stacjonarnych, które cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem klientów, między innymi ze względu na możliwość posłuchania i porównania „na własne ucho” modeli, którymi byli zainteresowani. Aktualnie cała sprzedaż odbywa się przez internet, zatem wszyscy klienci są zmuszeni do przestawienia się na ten model zakupów – mówi ekspert.
Restrykcje związane z przemieszczaniem się wymusiły na wielu firmach z sektora technologicznego przejście na tryb działalności online. Jedną z pierwszych dużych premier, która odbyła się wyłącznie za pośrednictwem internetu, była prezentacja smartfonów Huawei z linii P40, a redakcje technologiczne otrzymały urządzenia do testów przed premierą, aby mogły zapoznać się z telefonami w bezpiecznych, domowych warunkach.
O krok dalej poszedł Microsoft, który zapowiedział, że wszystkie konferencje i spotkania wewnętrzne do połowy 2021 roku będą organizowane za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej. Oznacza to, że prezentacja konsoli Xbox Series X oraz prezentacje nowych produktów i usług na takich targach jak Gamescom czy E3 odbędą się wyłącznie w internecie, bez udziału publiczności.
W dłuższej perspektywie koronawirus może także napędzić sprzedaż telewizorów oraz systemów audio, gdyż większość premier kinowych przełożono albo zorganizowano za pośrednictwem platform VoD. A te w ostatnim czasie gwałtownie zyskały na popularności. Z raportu opublikowanego przez redakcję Forbesa wynika, że w dniach 9–16 marca liczba subskrybentów usługi Disney+ się potroiła. W tym samym czasie liczba godzin spędzonych przez użytkowników platformy HBO Now w skali miesiąca wzrosła o 40 proc.
– Marki JBL oraz Harman Kardon bardzo dużą uwagę przywiązują do tego, by produkty oferowane online były prezentowane z kompletnymi, dokładnymi opisami, zdjęciami, a także w miarę możliwości filmami informacyjnymi. Nasze urządzenia dostarczamy również do obiektywnych testerów, mogących przedstawić swoją ocenę produktu oraz jego zastosowanie w praktyce, co ułatwia klientom podjęcie decyzji przy wyborze właściwego sprzętu – mówi Bartłomiej Kaziród.
Według analityków z firmy Research And Markets wartość globalnego rynku systemów hi-fi w 2020 roku wyniosła 13,6 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 17,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 15 proc.
Pod wpływem malejącej liczby ofiar spowodowanych koronawirusem w Europie, niektóre państwa zaprezentowały swój plan odmrażania gospodarki, w tym Polska. Odmrażanie wprowadzane będzie etapami, a dokładne terminy będą zależne od panującej sytuacji. Także w nadchodzącym tygodniu inwestorzy wciąż będą śledzić rozwój pandemii na świecie. W ostatnich tygodniach na rynkach akcji panuje raczej optymizm. SP500 odrobiło już ponad połowę spadków i to w zaledwie miesiąc. Sytuacja nie wygląda gorzej na innych parkietach, polski WIG odrobił już 45% spadków. Biorąc pod uwagę, że recesja w gospodarce jest nieunikniona, to wzrosty są rzeczywiście imponujące.
Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał 1,92%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zyskały 0,61%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 wzrósł o 6,88%, a mWIG40 o 4,55%.
W nadchodzącym tygodniu poznamy krajowe dane z gospodarki realnej w marcu. We wtorek (21.04.2020) podane zostaną dane o produkcji przemysłowej, a w środę (22.04.2020) poznamy sprzedaż detaliczną. W czwartek opublikowane zostaną wstępne odczyty indeksów PMI za kwiecień w strefie euro. Prognozowane jest pogorszenie nastrojów, przede wszystkim w usługach, które bardziej odczuwają skutki pandemii.
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.
Zgodnie z Tarczą Antykryzysową, nie można podnosić czynszu lokatorom ani wypowiedzieć im umowy, nawet gdy zalegają z czynszem.
Tarcza Antykryzysowa wprowadziła również możliwość przedłużenia umowy najmu na warunkach dotychczasowych do 30 czerwca 2020 r., na wniosek najemcy. Takie przedłużenie dotyczy umów zawartych przed dniem wejścia ustawy, czyli przed 1 kwietnia br., których okres obowiązywania upływa przed dniem 30 czerwca 2020 r.
– Ustawodawca miał na celu zabezpieczenie interesów najemców, którzy byliby zmuszeni do szukania nowego mieszkania w tak trudnym okresie, jakim jest epidemia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Monika Wystrychowska-Zawiślak, radca prawny w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Przedłużenie następuje poprzez złożenie oświadczenia woli przez najemcę, czyli to najemca decyduje, że chce skorzystać z możliwości przedłużenia umowy. Takie oświadczenie powinno być przekazane właścicielowi mieszkania najpóźniej w dniu zakończenia ważności umowy.
Tarcza Antykryzysowa przewiduje również wyjątki od możliwości przedłużenia umowy najmu. Najemca nie będzie uprawniony do takiego przedłużenia, jeżeli przysługuje mu tytuł prawny do innego lokalu mieszkalnego, zlokalizowanego w tej samej bądź pobliskiej miejscowości.
A jeżeli lokator stracił pracę i chce się przenieść do innego mieszkania, którego wynajem będzie tańszy? Czy będzie mógł wcześniej rozwiązać umowę, czyli przed zakończeniem okresu jej obowiązywania?
– Niestety, tarcza antykryzysowa nie daje takiej możliwości, chyba że zostanie to wynegocjowane pomiędzy najemcą i wynajmującym. – wyjaśnia M. Wystrychowska-Zawiślak z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.
Natomiast jeżeli właściciel mieszkania wypowiedział umowę w tej części, która dotyczy wysokości czynszu i wprowadził podwyżkę, a zrobił to przed dniem wejścia ustawy w życie (a termin tego wypowiedzenia jeszcze nie minął), to istnieje możliwość złożenia wynajmującemu oświadczenia o wydłużeniu okresu wypowiedzenia warunków umowy. Wówczas będziemy korzystać z lokalu na warunkach niezmienionych do 30.06.2020 r.
Celem ustawodawcy było przede wszystkim umożliwienie najemcy odbywania kwarantanny w dotychczas wynajmowanym mieszkaniu.
Pandemia koronawirusa jest to ogromne wyzwanie również dla wspólnot i zarządców nieruchomości. Pojawiają się jednak wątpliwości co do rozdzielenia obowiązków zarządców oraz władz sanitarnych, brakuje również sprawnego przepływu informacji i wsparcia finansowego.
Widzimy ewidentny brak konkretnych regulacji mogących uporządkować podział obowiązków pomiędzy zarządcą nieruchomości a służbami sanitarnymi. Mamy obecnie bardzo duży problem z kwestiami codziennymi jak np. dezynfekcja klatek schodowych i miejsc wspólnych w inwestycjach. Mieszkańcy domagają się od nas takich czynności niemal natychmiast, zwłaszcza w sytuacjach takich jak zabranie jednego z mieszkańców nieruchomości, którą zarządzamy przez karetkę na oddział zakaźny. Wszyscy żyją teraz w bardzo dużym napięciu, a brak solidnie uporządkowanych procedur nie służy studzeniu emocji mocno już zaniepokojonego społeczeństwa.
Moim zdaniem brakuje jednoznacznego rozdzielenie obowiązków zarządcy od obowiązków władz sanitarnych. W momencie kontaktu ze służbami administracji państwowej np. z oddziałem Sanepidu dowiadujemy się, że jeśli będzie koniczność dokładnej dezynfekcji nieruchomości w związku z interwencją sanitarną każdorazowo stacja nas o tym poinformuje. Do tej pory, na kilkanaście tysięcy mieszkań, którymi zarządzamy nigdy to się nie wydarzyło. Realizujemy to we własnym zakresie zgodnie z aktualnymi możliwościami. Ponadto nie dostajemy żadnych informacji np. o kwarantannie w danych inwestycjach lub np. o zakażeniu konkretnych mieszkańców koronawirusem. Taka informacja pomogłaby nie tylko w podjęciu odpowiednich środków ostrożności, ale pozwoliłaby na wdrożenie koniecznych zmian, na przykład dostawienia nowego pojemnika dedykowanego na wywóz nieczystości od osób zakażonych lub objętych kwarantanną.
Co więcej, nie ma absolutnie żadnego dodatkowego wsparcia finansowego dla wspólnot i zarządców, którzy ponoszą dziś ogromne koszty związane ze zleceniem dodatkowych czynności jak częstsze mycie poręczy, klamek i przycisków w windach. Obecnie większe wydatki ponosimy na każdym z obiektów, wiąże się to z zakupem specjalistycznych środków do dezynfekcji. Rząd nie przewidział wsparcia finansowego w tym zakresie.
Odpowiednie rozporządzenia nie muszą być elementem tarczy antykryzysowej, ale powinny być natychmiast wdrażane równolegle do projektów zapobiegającym eskalacji kryzysu gospodarczego. To niezwykle ważne, aby zapanować nad chaosem, który obecnie panuje w regulacjach pomiędzy państwem, zarządcami a obywatelem.
Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o., firmy wyspecjalizowanej w zarządzaniu nieruchomościami.
17 kwietnia 2020 r. podpisana została Ustawa o szczególnych instrumentach wsparcia w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2, która wprowadza kolejne rozwiązania mające wspierać przedsiębiorców w walce z kryzysem wywołanym COVID-19 lub modyfikuje rozwiązania wprowadzone Tarczą antykryzysową.
Poniżej przedstawiamy analizę wybranych rozwiązań mogących mieć kluczowe znaczenie dla zachowania płynności finansowej i możliwości kontynuacji działalności.
Rozwiązania dotyczące zobowiązań podatkowych oraz składek ZUS
Ustawa rozszerzyła grono podmiotów zwolnionych ze składek na płatników składek zgłaszających do ubezpieczeń społecznych od 10 do 49 osób. Zwolnienie będzie przysługiwało w wysokości 50 proc. łącznej kwoty nieopłaconych należności z tytułu składek za miesiące marzec-maj 2020 r.
Zmieniony zostaje termin graniczny prowadzenia działalności dla skorzystania ze zwolnienia przez osoby samozatrudnione – z 1 lutego na 1 kwietnia 2020 r. Przedsiębiorcy, którzy rozpoczęli działalność od 1 lutego a przed 1 kwietnia 2020, będą mogły wnosić o zwolnienie ze składek;
Wprowadzenie możliwości odstąpienia przez ZUS, na wniosek dłużnika, ze względów gospodarczych związanych z wystąpieniem COVID-19, od pobierania odsetek za zwłokę należności z tytułu składek należnych za okres przypadający po dniu 31 grudnia 2019 r.,
Odroczenie terminów płatności, rozłożenie płatności na raty lub umorzenie zobowiązań podatkowych w związku z COVID w oparciu o zapisy Ordynacji podatkowej jest pomocą publiczną udzielaną w oparciu o Tymczasowych ramy środków pomocy państwa w celu wsparcia gospodarki w kontekście trwającej epidemii COVID-19 z limitem 800 tys. EUR. Oznacza to możliwość skorzystania z pomocy przed podmioty, które miały wykorzystany limit pomocy de minimis. Zmiana ta jest przedmiotem notyfikacji do Komisji Europejskiej – udzielane pomocy ze zwiększonym limitem możliwe będzie po uzyskaniu akceptacji. Wysokość pomocy wyliczana jest jako Ekwiwalent Dotacji Brutto – nie jest to zatem wartość odroczenia / umorzenia lub odsetek od tych kwot. Powyższe zasady rozszerzono również na zaniechanie poboru odsetek za zwłokę w drodze rozporządzenia Ministra Finansów oraz określanie przez Radę Ministrów w drodze rozporządzenia innych okresów zwolnienia z obowiązku płacenia składek ZUS niż wprowadzane wprost przepisami,
Złagodzenie wymogów dla podatkowych grup kapitałowych – warunek braku zaległości w podatkach stanowiących dochód budżetu państwa lub udziału dochodów w przychodach min. 2% uważa się za spełniony, jeśli podatnik poniósł w 2020 r. negatywne konsekwencje ekonomiczne z powodu COVID-19,
Zwolnienie z PCC sprzedaży i zamiany walut wirtualnych,
Rozszerzenie możliwości wprowadzenia przez radę gminy, w drodze uchwały, zwolnieńod podatku od nieruchomości oraz przedłużenia terminu płatności tego podatku, o organizacje pozarządowe,
Przedłużenie określonych terminów dotyczących dokumentacji cen transferowych,
Wskazanie, że przychody z tytułu zwolnienia z obowiązku opłacania składeknie stanowią przychodu nie tylko w rozumieniu przepisów o podatku dochodowym od osób fizycznych, ale też przepisów o podatku dochodowym od osób prawnych,
Dodatkowo, na podstawie odrębnych rozporządzeń, które już weszły w życie, w szczególności (poza rozwiązaniami sygnalizowanymi w naszym newsletterze z 1 kwietnia 2020 r.):
– Do 31 sierpnia 2020 r. wprowadzono zwolnienie z VAT dla importu i wewnątrzwspólnotowego nabycia m.in. wyrobów medycznych, testów diagnostycznych i środków ochrony indywidualnej na cele darowizn przeznaczonych na walkę z COVID-19 dokonywanych na rzecz Agencji Rezerw Materiałowych, Centralnej Bazy Rezerw Sanitarno-Przeciwepidemicznych oraz podmiotów wykonujących działalność leczniczą.
– Zostały wydłużone terminy na sporządzenie i zatwierdzenie rocznego sprawozdania finansowego jeśli termin wykonania ww. obowiązków nie upłynął przed dniem 31 marca 2020 r.,
Dofinansowanie wynagrodzeń z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych
Rozszerzenie grona odbiorców dofinansowania o organizacje pozarządowe i państwowe osoby prawne,
Dopuszczenie obniżenia wymiaru etatu maksymalnie do 20% , nie więcej, niż do 0,5 etatu (w miejsce dotychczasowego zapisu zakładającego zmniejszenie wymiaru zatrudnienia o 20%),
Zniesienie obowiązku utrzymania zatrudnieniapo zakończeniu wypłaty dofinansowania przez okres odpowiadających okresowi objętemu wsparciem,
Przyznawanie świadczeń począwszy od miesiąca, w którym został złożony wniosek (dotychczasowy zapis zakładał wsparcie od dnia złożenia wniosku), przez 3 pełne miesiące.
Wsparcie udzielane przez Agencję Rozwoju Przemysłu
Ustawa reguluje zasady udzielania wsparcia przez Agencję Rozwoju Przemysłu – wsparcie firm z sektora MŚP w formie leasingu operacyjnego oraz pożyczek obrotowych, w tym na finansowanie wynagrodzeń. Wniosek o wsparcie powinien być rozpatrzony niezwłocznie, maksymalnie w ciągu 14 dni od złożenia wniosku.
Rozszerzona możliwość uzyskania świadczenia postojowego
Usunięty został wymóg przychodu (dotychczas nie mógł być wyższy od 300% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z poprzedniego kwartału ogłaszanego przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego na podstawie przepisów o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych), aby móc wnosić o to świadczenie,
Ustawa przewiduje możliwość ponownego przyznania świadczenia postojowego – nie więcej niż trzykrotnie,
Ponowne przyznanie świadczenia postojowego będzie mogło nastąpić nie wcześniej niż w miesiącu następującym po miesiącu wypłaty po raz pierwszy tego świadczenia. Warunek to wykazanie w oświadczeniu, że sytuacja materialna się nie poprawiła.
Zwiększenie dostępności pożyczek dla mikroprzedsiębiorców
Ustawa zakłada rozszerzenie kręgu mikroprzedsiębiorców, którzy będą uprawnieni do skorzystania z pożyczki, o podmioty, które nie zatrudniają pracowników,
Aby skorzystać z umorzenia pożyczki, mikroprzedsiębiorca będzie musiał prowadzić działalność przez okres 3 miesięcy od dnia udzielenia pożyczki,
Przychód z tytułu umorzenia pożyczki na zasadach, określonych powyżej, nie będzie stanowił przychodu w rozumieniu przepisów o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz przepisów o podatku dochodowym od osób prawnych.
Wniosek o ogłoszenie upadłości może poczekać
Ustawa wprowadza zawieszenie obowiązku złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości, jeżeli podstawa do ogłoszenia upadłości dłużnika powstała w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii ogłoszonego z powodu COVID-19, a stan niewypłacalności powstał z powodu COVID-19,
Bieg terminu do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości, nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega przerwaniu. Po tym okresie termin ten biegnie na nowo,
Przepis ten wszedł w życie z mocą od dnia 13 kwietnia 2020 r.
Spadek rentowności 10-letnich obligacji skarbowych został zatrzymany dokładnie tam, gdzie swój dołek oprocentowanie znalazło na początku marca, czyli w rejonie 1,35 proc. Warto jednak zauważyć, że Polska doświadczyła bardzo szybkiego spadku oprocentowania w ostatnim czasie m.in. dzięki szybkim działaniom Narodowego Banku Polskiego w postaci cięcia stóp procentowych oraz uruchomienia odpowiednika zagranicznych programów QE.
Kontynuując wątek NBP i Rady Polityki Pieniężnej, należy odnotować fakt przesunięcia terminu majowego posiedzenia. Pierwotnie spotkanie Rady miało się odbyć w dniach 5-6 maja. Zostało jednak przełożone na dzień 28 maja. Będzie to jednodniowe decyzyjne spotkanie członków RPP. Być może Rada chce dać sobie więcej czasu na ocenę sytuacji gospodarczej i rozwój wydarzeń bliżej wakacji, gdy być może wtedy epidemia nie będzie rozprzestrzeniać się tak szybko. Co ciekawe rynek stopy procentowej wciąż szacuje, że poziom stopy referencyjnej w najbliższych miesiącach może dalej spadać. Mowa o możliwym cięciu o 15 p.b.
Z punktu widzenia krzywej rentowności sytuacja w naszym kraju wygląda dość dobrze. Wcześniej wspominaliśmy o odwróconej krzywej, a następnie o jej wypłaszczeniu. Teraz wręcz krzywa na całej swojej długości ma normalne wzrostowe nachylenie. W krótkim horyzoncie oprocentowanie jest niskie i rośnie systematycznie dla zapadalności w kolejnych latach. Niemniej cała krzywa przesunęła się do dołu, czyli spadło oprocentowanie w każdym z terminów zapadalności obligacji względem tego, co chociażby obserwowaliśmy jeszcze miesiąc temu.
Pozytywną informacją jest także to, że 5-letni CDS na polskie obligacje przestał rosnąć, co oznacza, że rynek nie zwiększa ceny ubezpieczenia od niewypłacalności naszego kraju. Również z tej perspektywy korzystnie wygląda spread względem 10-letnich obligacji Niemiec, który utrzymuje się przy poziomie 190 pkt. Jest to najniższa wartość od lat.
W o wiele gorszej sytuacji są kraje południa Europy, jak Włochy czy Hiszpania, gdzie rentowności długu systematycznie rosną. 10-letnie obligacje emitowane przez rząd w Rzymie sięgają już prawie 2 proc. Rynek boi się pożyczać pieniądze władzy, która może mieć później problem z podniesieniem gospodarki. Dlatego z punktu widzenia rynku długu kluczowe może być spotkanie Eurogrupy w sprawie emisji wspólnych obligacji. Już raz rozmowy zakończyły się fiaskiem. Może w tym tygodniu będzie inaczej, co mogłoby pomóc obniżyć koszty obsługi długu krajom najbardziej dotkniętym przez epidemię.
Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.
Ubiegły tydzień przyniósł długo wyczekiwany czas względnego spokoju na rynku walutowym. Jest to miła odmiana po konwulsjach, jakie targały rynkiem przez dwa poprzednie miesiące.
Większość walut G10 w ubiegłym tygodniu radziła sobie dobrze. Wyjątkiem była korona norweska, której znów nie sprzyjał spadek cen ropy naftowej. Źle radziły sobie również waluty emerging markets najbardziej narażone na zmiany cen ropy naftowej (m.in. meksykańskie i kolumbijskie peso), jak i te o słabych fundamentach (m.in. rand południowoafrykański i lira turecka).
Biorąc pod uwagę, że niektóre państwa zaczynają stopniowo luzować środki mające zapobiegać rozprzestrzenianiu się koronawirusa, rynki będą ze szczególną uwagą obserwować dane o liczbie nowych zakażeń w krajach decydujących się na taki ruch. W tym tygodniu poznamy również wstępne, kwietniowe odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI w strefie euro, Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii. Można jednak zakładać, że wskaźniki te znajdą się na tak niskich poziomach, że ich faktyczna użyteczność będzie ograniczona. Istotną publikacją w tym tygodniu będzie również kolejny odczyt cotygodniowych danych o liczbie wniosków o zasiłek składanych przez nowych bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych, który rzuci jeszcze więcej światła na krajobraz zniszczeń, który dotknął amerykański rynek pracy w związku z pandemią koronawirusa.
PLN
Polski złoty zakończył tydzień umocnieniem w parze z euro. Z informacji z Polski w oczy rzucają się wieści dotyczące znacznych zakupów obligacji ze strony Narodowego Banku Polskiego. Po pozyskaniu papierów o wartości ponad 30 mld zł w zeszłym tygodniu, suma skupionych przez bank obligacji wzrosła do ok. 50 mld zł, czyli ok. 5% państwowego długu. Równocześnie z działaniami prowadzonymi przez NBP obserwujemy spadek rentowności polskiego długu – obecnie w przypadku papierów 10-letnich znajdują się one w okolicach rekordowo niskich poziomów. Wygląda na to, że NBP bardzo gorliwie wywiązuje się ze swojego planu. Duża skala zakupów budzi jednak pewne obawy, m.in. w kontekście kursu walutowego. Na ten moment jednak obaw tych nie uznajemy za bardzo zasadne.
Oprócz informacji dotyczących zakupów NBP, w zeszłym tygodniu opublikowane zostały dane o inflacji konsumenckiej w marcu, która okazała się wyższa od oczekiwań konsensusu. Nie powinno to jednak budzić zbyt dużego zainteresowania, ponieważ wszystko obecnie wskazuje na to, że w kolejnych miesiącach, m.in. w związku z pandemią, Polskę czekać będzie spadek dynamiki cen. Hamować go może jednak potencjalna głębsza susza, która może podbić i tak już wysoką dynamikę cen żywności. W tym tygodniu poznamy dość dużo danych z Polski, z których kluczowe będą marcowe odczyty produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Oczekuje się oczywiście złych odczytów pokazujących spadki w ujęciu rok do roku. Zeszłotygodniowe dane z Chin pokazały wyraźnie głębszy spadek sprzedaży niż produkcji przemysłowej. Podobny scenariusz z dużym prawdopodobieństwem zrealizował się również w Polsce.
GBP
Dotychczas w kwietniu funt brytyjski charakteryzował się dość ograniczoną zmiennością. W najbliższych dniach może się to jednak zmienić. Z Wysp napłynie bowiem szereg danych makroekonomicznych, które pokażą skalę zniszczeń związanych z wpływem koronawirusa na Wielką Brytanię.
Oprócz wspomnianych wyżej indeksów PMI, które niemal na pewno pokażą rekordowo niskie poziomy, w przypadku Wielkiej Brytanii sporą uwagę skupią na sobie również dane o sprzedaży detalicznej w marcu, które poznamy w piątek. Dane najpewniej będą wyjątkowo ponure, zwłaszcza biorąc pod uwagę lockdown wprowadzony w kraju, który objął część miesiąca. Warto jednak podkreślić, że oczekiwania względem tych danych są wyjątkowo niskie. We wtorek opublikowany zostanie również najnowszy raport z brytyjskiego rynku pracy, który jest jednak raportem dość wstecznym i odzwierciedli głównie nieistotne zmiany przed wybuchem kryzysu zdrowotnego.
EUR
Wstępne odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI w kwietniu z pewnością przykują uwagę rynków, jednak prawdopodobnie znajdą się na poziomach tak niskich, że zmiana indeksów o kilka punktów w górę czy w dół nie przyniesie zbyt wielu informacji. Obserwujemy natomiast pewne poruszenie w związku z czwartkowym spotkaniem Rady Europejskiej i piątkową rewizją ratingu kredytowego Włoch przez S&P. Jesteśmy jednak zdania, że obawy w ich kontekście są nadmierne. Sądzimy, że programy Europejskiego Banku Centralnego (zwłaszcza nowy program PEPP uruchomiony w związku z pandemią) powinny pozwolić Hiszpanii i Włochom na dostarczenie niezbędnej stymulacji fiskalnej, jaką rządy tych państw uznają za właściwą. Uważamy również, że agencja S&P zaakceptuje tę nową rzeczywistość gospodarczą i pozostawi rating Włoch na niezmienionym poziomie. Byłby to jednocześnie wyraźnie pozytywny sygnał dla euro, który mógłby wesprzeć wspólną europejską walutę w parze z dolarem amerykańskim w następnym tygodniu.
USD
W marcu sprzedaż detaliczna w USA spadła o 8,7% w ujęciu miesięcznym, notując rekordowy miesięczny spadek w ramach tego szeregu czasowego.
Dynamika sprzedaży detalicznej w USA (1991 – 2020)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 20/04/2020
Zgodnie z cotygodniowymi danymi o liczbie składanych przez nowych bezrobotnych w USA wniosków o zasiłek, pracę w związku z pandemią straciło dodatkowe 5,25 milionów osób. Naszym zdaniem skala uderzenia w amerykański rynek pracy przewyższy tę, jaką obserwować będziemy w strefie euro. W przypadku krajów strefy euro, błogosławieństwem okazać powinny się bardziej rygorystyczne zasady dotyczące zatrudnienia i większe trudności ze zwalnianiem pracowników. Z drugiej strony, w przypadku Stanów Zjednoczonych w kontekście rynku pracy pozytywne powinny być zaakceptowane przez Kongres w odpowiedzi na kryzys zmiany w świadczeniach dla bezrobotnych, które tradycyjnie były dość skromne. Nadal jednak spodziewamy się słabszego dolara amerykańskiego w relacji do walut Starego Kontynentu.
Jeszcze do połowy marca w odniesieniu do wpływu pandemii na polską gospodarkę panował optymizm. Instytucje już wtedy skorygowały w dół swoje wcześniejsze prognozy, wciąż jednak przewidywały, że spadek PKB będzie dotyczył tylko II kwartału, a w skali roku gospodarka urośnie. Warto zwrócić uwagę, że prognozy przewidujące skurczenie się gospodarki w całym 2020 r. zaczęły być publikowane po decyzji rządu o nałożeniu ograniczeń na działalność m.in. branży gastronomicznej i rozrywkowej (14 marca) oraz zamknięciu granic i zawieszeniu pasażerskich połączeń lotniczych i kolejowych (15 marca). Na przełomie marca i kwietnia wiele instytucji po raz kolejny obniżyło prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski, zgodnie przewidując recesję.
Nastąpiło to w czasie, gdy stało się już oczywiste, że restrykcje nałożone na aktywność ekonomiczną i mobilność ludności nie zostaną zniesione zaraz po świętach wielkanocnych. Publikowane prognozy różnią się między sobą nawet o 4 p.p., a analizując raporty towarzyszące prognozom można zauważyć, że rozbieżności wynikają w dużej mierze z różnic w założeniach dotyczących długości trwania pandemii oraz związanych z nią ograniczeń i co za tym idzie jej wpływu na kluczowe zmienne, takie jak produkcja przemysłowa, zatrudnienie, konsumpcja czy inwestycje. Większość aktualnych prognoz zakłada stopniowe likwidowanie ograniczeń od początku maja bądź czerwca. Zapowiadany obecnie przez rząd nieco szybszy początek łagodzenia restrykcji (od 20 kwietnia) stwarza nadzieję na łagodniejszą recesję, ale tylko w wypadku, gdy kolejne kroki mające służyć odmrażaniu gospodarki nie spowodują gwałtownych przyrostów liczby zakażonych koronawirusem. Przewidywania są zatem obarczone dużą niepewnością. Nie pozwalają one na precyzyjne określenie, ile wyniesie spadek PKB. Ich wartość polega jednak nie na podaniu dokładnego szacunku, ale na wskazaniu, że recesja nieuchronnie nastąpi.
Patrząc na spójność ostatnich prognoz, trudno mieć w tym względzie jakiekolwiek wątpliwości. To ważna informacja dla firm, konsumentów, a także rządzących. Do tych ostatnich należy podjęcie kroków zaradczych w ramach polityki fiskalnej i monetarnej oraz szeroko rozumianych działań w celu ochrony miejsc pracy. Właściwa reakcja strony rządowej może złagodzić negatywne konsekwencje recesji, ale już jej nie odwróci. Najnowsze prognozy uwzględniają zresztą program tarczy antykryzysowej. Dlatego firmy oraz konsumenci powinni się przygotować na trudny okres wzrostu bezrobocia, spadku konsumpcji i inwestycji. Umiarkowanie optymistyczne scenariusze przewidują jednak, że gospodarka dość szybko znajdzie się ponownie na ścieżce wzrostu.
Czy w 2021 r. nastąpi odbicie?
Jeśli pandemia nie będzie się przedłużać i nie doprowadzi do znaczących zmian strukturalnych w gospodarce, jest szansa na stopniową poprawę koniunktury już w drugim półroczu bieżącego roku i wzrost gospodarczy w 2021 r. Z prognoz wynika wyraźnie, że po recesji powinno nastąpić odbicie, sięgające nawet 5%.
Tak jak w przypadku prognoz na 2020 r., tutaj również nie należy traktować szacunków zbyt dosłownie. Najistotniejsze jest, że instytucje zgodnie przewidują ograniczenie recesji do jednego roku. Jest to pozytywna wiadomość. Odbudowa jednak raczej nie będzie gwałtowna, jak zakładają najbardziej optymistyczne prognozy. Z recesji będziemy wychodzić stopniowo i to nie tylko ze względu na namacalne i dające się policzyć szkody wywołane zamrożeniem wielu gałęzi gospodarki. W przypadku obecnego kryzysu ważne okażą się czynniki behawioralne, trwała zmiana sposobu postępowania oraz oczekiwań zarówno po stronie konsumentów, jak i producentów. Szybkie wygaśnięcie pandemii wywołałoby zapewne przypływ nadziei, optymizmu i woli walki, które w połączeniu z brakiem znaczących problemów strukturalnych w gospodarce dałyby szansę na błyskawiczną odbudowę. Patrząc jednak na rozwój wypadków w Polsce oraz w pozostałych krajach, trudno już w tym momencie liczyć na to, że wirus zniknie, zapomnimy o nim i płynnie wrócimy do tego, co było. Dużo bardziej prawdopodobne jest, że będziemy musieli się nauczyć żyć i rozwijać gospodarkę w sytuacji wciąż obecnego zagrożenia, przynajmniej w najbliższych miesiącach (jeśli nie latach), co może utrwalić pesymistyczne nastroje w dużej części społeczeństwa. W związku z utrzymującymi się obawami w odniesieniu do przyszłości oraz niższymi dochodami ludzie nie powrócą szybko do beztroskiej konsumpcji. Dodatkowo, można się spodziewać, że ze względu na stan finansów publicznych, państwo będzie miało ograniczone możliwości, by pobudzać konsumpcję za pomocą wydatków socjalnych. Należy przy tym pamiętać, że na sposób oraz tempo wychodzenia z kryzysu wpływ będą miały nie tylko czynniki wewnętrzne, ale i zewnętrzne, obejmujące rozwój sytuacji w innych krajach, zwłaszcza tych, z którymi powiązana jest polska gospodarka.
Kto ucierpi najbardziej?
To, na ile dana gospodarka ucierpi w związku z pogorszeniem się globalnej koniunktury zależy w dużej mierze od jej otwartości i co za tym idzie głębokości powiązań z innymi krajami. Bardzo otwarte gospodarki znalazły się w szczególnie trudnej sytuacji ze względu na zamykanie granic i zakłócenia w międzynarodowych łańcuchach dostaw. Jednym z mierników otwartości jest trade openness index[1] (wskaźnik otwartości na handel międzynarodowy) publikowany przez Konferencję Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD). W 2018 r. wskaźnik ten wyniósł dla Polski 44,19, co zapewniło nam dość wysoką, 32 pozycję wśród 194 państw. Niższa otwartość charakteryzuje m.in. Niemcy (34,92), Rumunię (34), Włochy (24,38), Japonię (14,65) czy Stany Zjednoczone (10,28). Liderami są m.in. Chiny (161,17), Słowacja (84,09) czy Czechy (64,83). Choć Polska nie znalazła się w ścisłej czołówce otwartych gospodarek, nie ma wątpliwości, że jednym z motorów zmian koniunktury w polskiej gospodarce będzie stan koniunktury u naszych partnerów handlowych, przede wszystkim Niemiec.
Nawet optymistyczne prognozy dla gospodarki niemieckiej opublikowane przez Economist Intelligence Unit[2] przewidują recesję wynoszącą 0,1% w 2020 r. Bardziej prawdopodobne są jednak szacunki mówiące o recesji rzędu 6% (Capital Economics) czy nawet 9% (Instytut Gospodarki Światowej w Kilonii – IfW). Dostępne prognozy na 2021 r. są już pozytywne i przewidują wzrost gospodarczy, który zdaniem IfW wyniesie od 7,2% do 10,9%. To dobra wiadomość, ponieważ szybka odbudowa niemieckiej gospodarki, połączona ze skutecznym pakietem stymulacyjnym (wartość zaproponowanego pakietu przekracza 20% niemieckiego PKB) stanowiłyby wsparcie również dla polskiej gospodarki, zwłaszcza dla eksporterów.
W 2020 r. recesji należy oczekiwać nie tylko w Niemczech, ale u większości partnerów handlowych Polski, w tym w całej strefie euro, oraz w Stanach Zjednoczonych. Natomiast w przypadku Chin przewidywany jest znaczny spadek tempa wzrostu gospodarczego. 14 kwietnia MFW opublikował prognozy, z których wynika, że gospodarka amerykańska skurczy się w 2020 r. o 5,9%, strefa euro o 7,5%, natomiast wzrost gospodarczy w Chinach wyniesie zaledwie 1,2%. MFW, podobnie jak większość instytucji, przewiduje odbicie już w 2021 r. we wszystkich wspomnianych regionach. Należy się spodziewać, że wiele krajów zacznie równolegle wychodzić z kryzysu, choć nie u wszystkich odbudowa będzie równie szybka.
Polska nadzieja na wyjście z recesji
Najbardziej aktualne prognozy dla Polski wskazują na recesję w 2020 r. i następnie wzrost gospodarczy w 2021 r. Kierunek trendu może jednak wzbudzać obawy. Czy w miarę upływu czasu nie dojdzie do kolejnej korekty prognoz w dół? Z pewnością nie da się tego całkowicie wykluczyć. W najbardziej pesymistycznym scenariuszu, rozprzestrzenianie się wirusa nie zostaje w pełni zatrzymane – zwalnia ono w okresie letnim, by ponownie uderzyć z pełną siłą jesienią, a szczepionka czy leki nie pojawiają się w najbliższym czasie. Sądzę, że taki przebieg pandemii mógłby doprowadzić do recesji w 2020 i 2021 roku, wyhamowania procesów globalizacyjnych, przekształceń strukturalnych w gospodarce, trwałych zmian postaw i zachowań konsumentów oraz utrzymującego się spadku zatrudnienia. Póki co, pozytywne sygnały napływające z krajów, które jako pierwsze padły ofiarą pandemii, pozwalają mieć nadzieję, że tak się jednak nie stanie. W Chinach, Korei Południowej czy Singapurze wyraźny jest spadek potwierdzonych przypadków COVID-19, a w wielu europejskich krajach można z kolei mówić o obniżaniu się procentowych przyrostów nowych zachorowań. Stąd, niektóre rządy rozpoczęły już stopniowe znoszenie ograniczeń nałożonych na działalność gospodarczą oraz mobilność ludności.
To czy obecne prognozy się zrealizują, czy będą konieczne kolejne korekty zależy przede wszystkim od sposobu przebiegu pandemii (pojawienia się bądź braku drugiej fali zachorowań). Z jednej strony dużą rolę odegra więc sama natura wirusa (np. sposób mutacji), z drugiej zaś szybkość opracowania i upowszechnienia się szczepionki. Możliwe są dwa podstawowe scenariusze: stosunkowo szybkie ustąpienie pandemii i wywołany tym powszechny optymizm oraz stopniowe wygaszanie na przestrzeni wielu miesięcy, przeplatane okresami gwałtownych wzrostów zachorowań, prowadzące do utrwalenia się nastrojów pesymistycznych. W zależności od tego, który z nich się zmaterializuje, gospodarka polska oraz światowa ucierpi w mniejszym lub większym stopniu, a sama odbudowa będzie gwałtowna bądź powolna.
Aleksandra Falkowska
Ekspert ds. analiz ekonomicznych
Sustainability and Economics Consulting Central Europe, Deloitte.
Przypisy:
[1] Stosunek średniej importu i eksportu towarów do PKB.
[2] Ośrodek analityczny należący do wydawcy tygodnika The Economist.
Domowa izolacja to czas, kiedy nie można realizować swoich pasji poza domem, a uwięzienie w czterech ścianach powoduje, że na głowie są dzieci, lekcje on-line, praca on-line i współmałżonek. Przymusowo znikają schematy działania, aktywności, nie można rano wyjść do pracy i zapomnieć chwilowo o domowych kłopotach. Nie pomagają spacery z psem, bo to zbyt krótki moment na oderwanie się od problemów czterech ścian.
W izolacji wychodzą na wierzch wszystkie problemy dotychczas często „zamiatane pod dywan”. Te kłopoty, które były na porządku dziennym, nagle urastają do monstrualnych rozmiarów. W rodzinach, w których już wcześniej brakowało harmonii i odpowiedniej komunikacji, wybucha przemoc psychiczna i fizyczna. Ofiary zamknięte z oprawcami nie mogą prosić o pomoc.
Bardziej odważne osoby już teraz podejmują kroki zmierzające do rozwodu. W stosunku do poprzednich miesięcy, liczba złożonych wniosków o mediacje rozwodowe wzrosła ponad dwukrotnie. Z przeprowadzonych wstępnych rozmów wynika, że decyzje zostały podjęte w wyniku braku porozumienia pomiędzy małżonkami w kwestiach wychowawczych oraz fatalnych relacji pomiędzy nimi.
Przemoc domowa (każdego rodzaju) jest główną przyczyną rozpadu małżeństw w czasie kwarantanny i eskaluje również na świecie. W Paryżu zanotowano o 36 proc. więcej przypadków przemocy domowej w porównaniu do okresu sprzed rozpoczęcia ogólnonarodowej samoizolacji. Podczas gdy we Francji wzrasta liczba przypadków przemocy domowej, brytyjska minister spraw wewnętrznych przypomina, że ofiary mają prawo do łamania kwarantanny. W Hiszpanii w ubiegłym roku 55 kobiet poniosło śmierć z rąk obecnych lub byłych partnerów. To najgorsze dane od kilku lat. Podobne zjawisko w czasie kwarantanny zaobserwowano w Chinach – wzrost o ponad 50 proc., ale też w Australii czy Nowej Zelandii.
W Polsce policja nie udostępnia na bieżąco danych. Kwarantanna, mająca swoją dobrą stronę ograniczającą rozprzestrzenianie się wirusa, jest jednak bardzo niebezpieczna dla ofiar przemocy domowej i związków jako takich.
Krzywdzący stają się silniejsi, bo wiedzą, że ofiara nie może szukać pomocy poza domem, a osoby krzywdzone czują się jeszcze bardziej osamotnione ze swoimi problemami. Jak dotąd Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej nie zajęło stanowiska w sprawie przemocy domowej w czasie kwarantanny. Rzecznik Praw Obywatelskich zaobserwował ten problem i przekazał swoje uwagi do specustawy na temat koronawirusa. Podkreślił, że brak ujęcia w katalogu tzw. „spraw pilnych” nakazu opróżnienia lokalu mieszkalnego przez sprawcę przemocy w rodzinie oraz wstrzymania wykonania tytułów wykonawczych dotyczących eksmisji sprawców przemocy domowej może przyczynić się do wzrostu zagrożenia życia i zdrowia osób doświadczających przemocy domowej.
Jak podaje CBOS, aż 71% ankietowanych uważa, że człowiek powinien dążyć do osobistego szczęścia i, jeżeli nie jest szczęśliwy w obecnym związku, powinien się rozwieść i próbować ułożyć sobie życie na nowo. Na 100 ankietowanych, tylko 3 osoby były za trwaniem w związku pomimo przemocy.
Obecnie osoby decydujące się na rozwód często korzystają z pomocy mediatora. Chcą mieć ugody rozwodowe w rękach, kiedy sądy wrócą do pracy. Zawierając w taki sposób ugodę rozwodową osoby nie przechodzą przez dramat rozpraw sądowych, świadków, adwokatów i nie skazują się na kolejne długie lata razem z powodu odległych terminów w sądach. „Mediacyjne” złagodzenie rozstania z pewnością pozwoli, z perspektywy czasu, przyjaźniej spojrzeć na rozwiązane małżeństwo.
Autorem komentarza jest Celina Szumska, mediator przy Sądach Okręgowych.
Marcowe dane z rynku pracy nie uwzględniają jeszcze w pełni wpływu koronawirusa. Są słabsze, ale nie można ich jeszcze nazwać złymi. Pełny wpływ poznamy jednak dopiero za miesiąc.
Dobre dane z Polski
Poznaliśmy dane na temat wynagrodzenia i zatrudnienia za marzec. Problem w tym, że to prawdopodobnie ostatni dobry odczyt tego parametru na jakiś czas. W marcowych danych wciąż widać jeszcze wzrost zatrudnienia w skali roku, aczkolwiek gwałtownie spowalniający. Widać również wzrost średniej płacy do niemal 5500 zł brutto. Kwietniowe dane będą o tyle interesujące, że w przypadku zatrudnienia wielu analityków spodziewa się spadków, ale nie ma zgody, co do wynagrodzeń. Część ekonomistów wskazuje, że jeżeli prace będą szybciej tracić osoby o najniższych kwalifikacjach, może wręcz dojść do wzrostu płac.
Co z cenami ropy?
Ropa naftowa teoretycznie dalej spada. Czemu teoretycznie? Ponieważ jej cena na giełdzie w USA nagle wzrosła. Powodem jest pewna specyficzna prawidłowość – ceny ropy podaje się jako ceny najnowszego kontraktu. Dzisiaj wygasa starszy kontrakt i w jego miejsce wchodzi nowy. Inwestorzy powoli (nie mając już gdzie magazynować surowca) nie są zainteresowani realizacją kontraktu pomimo bardzo korzystnej ceny. Na rynku cały czas mamy silną presję na spadek cen. Surowiec stracił nie tylko w piątkowy wieczór na wartości, ale również dzisiaj rano.
Chiny tną stopy procentowe
Bank Chin obniżył dzisiaj w nocy stopę pożyczkową z 4,05% na 3,85%. Powód jest oczywisty i jest to próba utrzymywania gospodarki na właściwym torze w sytuacji spowolnienia gospodarczego wywołanego koronawirusem. Patrząc na sytuację w Państwie Środka i istniejące tam już bańki spekulacyjne oraz ogólny poziom zadłużenia można oczekiwać, że cięcia stóp procentowych nie będą tam na razie aż tak głębokie.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
PKN ORLEN wszedł w kolejny kluczowy etap procesu przejęcia kapitałowego Grupy ENERGA. 20 kwietnia br. Biuro Maklerskie PKO BP, pośredniczące w wezwaniu do zapisywania się na sprzedaż wszystkich akcji wyemitowanych przez gdańską grupę, poinformowało, że zapisami została objęta liczba akcji uprawniających do wykonywania co najmniej 66% ogólnej liczby głosów.
Jesteśmy coraz bliżej realizacji strategicznego celu, jakim jest budowa jednej multienergetycznej grupy, która będzie w stanie sprostać wymaganiom konkurencyjnego rynku. Mamy pewność, że przyszłość należy do silnych koncernów o zdywersyfikowanych obszarach działalności, odpornych na czynniki makroekonomiczne, a także na tak nadzwyczajne sytuacje, jak stan epidemii. Mamy już mocny pion energetyczny, który po przejęciu ENERGI będziemy jeszcze bardziej rozwijać. Zwiększy to stabilność funkcjonowania całej grupy, wzmocni bezpieczeństwo energetyczne kraju, a w konsekwencji również polską gospodarkę – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.
Dwa dni wcześniej PKN ORLEN podpisał porozumienie ze Skarbem Państwa dotyczące planowanego przejęcia Grupy ENERGA, w którym zadeklarował kontynuację strategicznych inwestycji gdańskiej grupy z możliwością weryfikacji warunków ich dalszego prowadzenia. W szczególności może to dotyczyć budowy Elektrowni Ostrołęka C. Zapewnił również o utrzymaniu polityki zatrudnienia Grupy ENERGA umożliwiającej prawidłowe funkcjonowanie jej spółek.
PKN ORLEN zobowiązał się również, że po przejęciu kontroli nad ENERGĄ, wykonane zostaną zobowiązania spółek z jej grupy, dotyczące m.in. utrzymania łącznej mocy zainstalowanej z odnawialnych źródeł energii, wytwarzania i zapewnienia ciągłości dostaw ciepła przy wykorzystaniu funkcjonujących w grupie jednostek wytwórczych, a także prawidłowego działania i niezawodności sieci dystrybucyjnej ENERGA, zgodnie z zatwierdzanymi przez Prezesa URE planami rozwoju.
Porozumienie wejdzie w życie z dniem przeniesienia akcji ENERGI należących do Skarbu Państwa na PKN ORLEN. Koncern w wezwaniu na sprzedaż 100% akcji pomorskiej grupy podwyższył ostatnio z 7 zł do 8,35 zł cenę za jedną jej akcję. Z kolei pod koniec marca bezwarunkową zgodę na przejęcie Grupy ENERGA wyraziła już Komisja Europejska.
Co trzeci konsument planuje zrobić zakupy w ciągu tygodnia od otwarcia centrów handlowych. Ograniczenia wydatków w handlu detalicznym mogą spaść od 8,3% do nawet 23,7%, a footfall po ogłoszeniu stanu epidemicznego w analizowanych centrach handlowych spadł o nawet kilkadziesiąt procent – te i jeszcze więcej innych danych zostało zaprezentowanych w najnowszym raporcie COVID-19. Polska Rada Centrów Handlowych wraz z wiodącymi agencjami badawczymi: GfK, Inquiry, TOP-KEY, PwC zaprezentowała raport przedstawiający zachowania konsumenckie oraz plany zakupowe po kryzysie COVID-19.
Na podstawie tworzonego przez Polską Radę Centrów Handlowych od ponad 11 lat projektu Retail Research Forum, powstała inicjatywa pod nazwą PRCH RRF Crisis. To grupa kilkunastu wybitnych ekspertów, badaczy oraz analityków z cenionych firm branży nieruchomości handlowych, których celem nadrzędnym jest wymiana wiedzy, doświadczeń, a co za tym idzie dzielenie się wnioskami z całą branżą.
– Prezentowany dzisiaj przez nas raport jest odpowiedzią na potrzeby rynku w tym trudnym dla nas wszystkich czasie. Cieszę się, że kluczowi analitycy i badacze rynku tak szybko odpowiedzieli na nasze zaproszenie i wspólnie udało nam się przygotować materiał, który pokazuje zjawiska i wnioski ważne z punktu widzenia kryzysu wywołanego epidemią COVID-19. Agencje badawcze zaprezentowały najnowsze badania i dane, które prezentują zmiany na rynku oraz oczekiwania polskich konsumentów odnośnie zakupów w obiektach handlowych. Planujemy, aby takie raporty powstawały co 3-4 tygodnie – podkreśla Anna Zachara-Widła, Research & Education Manager PRCH.
W pierwszym raporcie kryzysowym „COVID-19” swoje siły połączyli kluczowi badacze i analitycy rynku retail: Agnieszka Górnicka (Inquiry), Przemysław Dwojak (GfK), Marcin Guziński (TOP-KEY) oraz Andrzej Jarosz (PwC).
Z badania przeprowadzonego w dniach 14-15 kwietnia przez firmę Inquiry, wynika, że ponad połowa respondentów (56%) zamierza odwiedzić centrum handlowe pierwszego tygodnia od uruchomienia sklepów. Co ciekawe, to mężczyźni z większą niecierpliwością oczekują na otwarcie centrów handlowych (35%), w stosunku do 21% badanych pań. Konkretne plany zakupowe posiada już 59% badanych planujących wizytę w galerii, a w pierwszych dniach po otwarciu do centrum handlowego planują się wybrać przede wszystkim mieszkańcy regionu centralnego.
Szeroką analizę zmian zachowań, stylu życia i nastrojów konsumenckich przeprowadziła firma GfK. Jak pokazują wyniki po wprowadzeniu stanu epidemicznego, a następnie stanu epidemii Indeks Nastrojów Konsumenckich Polaków w ciągu jednego tygodnia spadł o 20 punktów i osiągnął najniższą wartość od początku pomiaru (2004 r.). Nastroje konsumenckie stały się gorsze niż w czasie kryzysu finansowego w 2008 roku. 68% ankietowanych uważa, że w sytuacji pogorszenia się sytuacji finansowej gospodarstwa domowego jest gotowa ograniczyć dotychczasowe standardowe zakupy i wydatki. Ograniczenia wydatków w handlu detalicznym mogą spaść od 8,3% do nawet 23,7% w zależności od gminy.
Jak podaje firma TOP-KEY średnia dzienna odwiedzalność blisko 200 centrów handlowych w Polsce oraz wybranych najemców różnych branż przed wystąpieniem epidemii wynosiła ok. 5 mln osób dziennie. W momencie wprowadzenia stanu epidemicznego oraz wszystkich obostrzeń obniżenie średniej liczby klientów odnotowanych przez nadzorowane przez firmę TOP-KEY systemy, spadło do poziomu około 1 mln osób dziennie. Co jest warte odnotowania, mimo ograniczenia liczby otwartych sklepów znajdujących się w centrach, czas robienia zakupów spadł jedynie o 15-20% wobec średniego czasu pobytu w centrum.
Ekspert z PwC przybliżył zagadnienia związane z trudnością w mierzeniu odwiedzalności oraz wskaźniki, na jakie należy dodatkowo zwracać uwagę analizując szerzej klientów. Oprócz stricte wskaźnika footfallu warto analizować również takie parametry jak occupancy czy dwell time. Szczególnie teraz kiedy to oprócz monitoringu obciążenia obiektu i ograniczenia liczby klientów w budynku, centrum będzie też musiało reagować na nadmierne zagęszczanie klientów w jednym miejscu. Pogłębione analizy footfallu pozwalają diagnozować dynamikę zmian zarówno odwiedzalności jak i obciążenia obiektu, a także długości przebywania w centrum. Wyzwaniem dla centrów jest odbudowa straconej bazy klientów, co w praktyce można porównać z nowym otwarciem i to nie klasycznie jako pojedynczy obiekt na rynku, ale równolegle z pozostałymi lokalnymi konkurentami.
PRCH w swoim pierwszym Raporcie z cyklu PRCH Crisis RRF skomentowała również pierwsze efekty epidemii widoczne w danych za luty 2020. Pokazują one wyraźnie zmianę zachowań klientów centrów handlowych w kontekście zbliżającego się zagrożenia epidemią Covid-19. Średnio odwiedzalność obiektów handlowych była o 7,6% wyższa niż w roku ubiegłym. Biorąc pod uwagę, że rokrocznie luty był najsłabszym miesiącem pod kątem odwiedzalności i obrotów widać wyraźnie wpływ zbliżającego się na teren Polski zagrożenia koronawirusem i wzmożoną aktywność konsumentów w zakresie robienia zapasów.
Korzystanie ze znaków towarowych, a co za tym idzie ponoszenie opłat licencyjnych wynikających z tego tytułu niejednokrotnie stanowi nieodłączny element prowadzonej przez przedsiębiorcę działalności. Jednak czy można przyjąć, że tego rodzaju wydatki stanowią koszt uzyskania przychodu w oparciu o przepisy o podatku dochodowym?
Stosownie do ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (art. 22 ust. 1), jak i na gruncie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (art. 15 ust. 1) za koszty uzyskania przychodów uznajemy zasadniczo koszty, które zostały poniesione, dążąc do osiągnięcia przychodów lub zachowania czy też zabezpieczenia źródła przychodów.
Nie sposób mieć wątpliwości co do tego, że dokonanie opłaty licencyjnej wynikającej z korzystania z określonego znaku towarowego może mieć bezpośredni związek z produkcją oraz w rezultacie sprzedażą produktów przez dany podmiot. W zależności bowiem od profilu działalności konsekwencją braku uprawnienia do używania danego znaku mogłoby być nawet zaprzestanie określonej produkcji, a w końcu utrata potencjalnych korzyści przez przedsiębiorcę.
Przesłanki
Przechodząc do głębszej analizy zaprezentowanej wyżej materii, należy jednak podkreślić, iż w celu zakwalifikowania opłaty jako kosztu uzyskania przychodu, obligatoryjnie, muszą być kumulatywnie spełnione następujące warunki:
1) poniesienie kosztu następuje w celu osiągnięcia przychodu lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodu;
2) rodzaj kosztu nie jest uwzględniony przez przepisy prawa wśród wydatków niestanowiących kosztów uzyskania przychodów;
3) musi być należycie udokumentowany.
Ocena i kwalifikacja poniesionych kosztów
Zaznaczenia w tym miejscu wymaga jednak okoliczność, że samo poniesienie wydatku w powiązaniu z prowadzoną działalnością nie przesądza ze swej istoty o wypełnieniu wymogu celowości wynikającego z przywoływanych regulacji podatkowych. Nie można bowiem w sposób zerojedynkowy przyjąć, że każdy koszt ponoszony w zakresie prowadzonej działalności gospodarczej zmierza do uzyskania przewidywanych przez przepisy prawa przychodów lub zachowania albo zabezpieczenia ich źródła. Aby zatem mówić o możliwości zaliczenia wydatków odnoszących się do opłat licencyjnych, uiszczanych w celu uzyskania uprawnienia do korzystania ze znaku towarowego do kosztów podatkowych, konieczna jest każdorazowa, wnikliwa ocena stanu faktycznego.
Dokonując takiej oceny, należy w szczególności rozważyć kwestie takie, jak: przeznaczenie oraz cele i zasadność, a także niezbędność wydatku licencyjnego dla podmiotu; możliwość wpływu danego wydatku na uzyskanie przychodu lub zachowanie albo zabezpieczenie źródła przychodów.
Limity w odliczaniu kosztów nabywanych od podmiotów powiązanych a opłata licencyjna
Pochylając się nad kwestią opłat licencyjnych, a przede wszystkim ich analizy pod kątem realizacji warunku celowości, warto zwrócić uwagę na dotykające tej materii stanowisko Ministerstwa Finansów w zakresie ograniczeń co do kosztów uzyskania przychodu przez podatników.
Faktem jest bowiem, że limitowi takiemu podlegają wszelkiego rodzaju opłaty i należności uiszczone na poczet korzystania lub prawa do korzystania z praw i wartości wskazanych w art. 16b ust. 1 pkt 4-7 ustawy o CIT, a więc także wszelkiego rodzaju opłaty licencyjne. Niemniej należy mieć na uwadze, że ustawodawca wyłączył spod limitowania koszty usług, a także praw bezpośrednio związanych z wytworzeniem bądź nabyciem towaru albo świadczeniem usług przez podatnika.
Zdaniem Ministerstwa, aby prawidłowo dokonać interpretacji zakresu wyłączenia, należy uprzednio precyzyjnie ustalić znaczenie terminu „kosztów bezpośrednio związanych” z wytworzeniem lub nabyciem towaru lub wykonywaniem usługi przez podatnika. W przytoczonej opinii Ministerstwa Finansów jako przykład tego typu kosztów wskazano opłaty licencyjne uiszczane przez dystrybutora. Licencja jest w tym przypadku wykorzystywana w celu prowadzenia przez taki podmiot działalności na określonym rynku, a bez uprawnień do używania znaku towarowego prowadzenie tego przedsiębiorstwa nie byłoby możliwe. W takich okolicznościach dopuszczalne jest uznanie opłaty licencyjnej za koszt bezpośrednio związany z nabyciem towaru. Analogicznej oceny należy dokonać w odniesieniu do działalności producentów, co potwierdzają liczne interpretacje indywidualne.
Nie można pominąć nadto szeregu konkretnych argumentów przemawiających za powyższą tezą, a wskazujących na to, że opłaty licencyjne są:
1. nieodłącznym elementem wytworzenia produktu;
2. bezpośrednio związane z jednostkowym produktem;
3. uwzględniane przy ustaleniu ceny sprzedaży produktów;
4. uiszczane niezależnie od tego, czy produkt zostanie sprzedany, czy też nie;
5. elementem kosztu wytworzenia w odniesieniu do dokonania wyceny magazynowania zapasów towaru.
Konkludując, zarówno na gruncie stanowiska Ministerstwa Finansów, jak również szeregu wydanych interpretacji indywidualnych opłaty licencyjne ponoszone w powiązaniu z działalnością tak dystrybucyjną, jak i produkcyjną nie podlegają limitowi, o ile doszło do spełnienia przytoczonych powyżej przesłanek oraz ustalono, że mają one bezpośredni związek z wytworzeniem lub nabyciem produktu.
Opłata licencyjna – koszt pośredni czy bezpośredni?
Niebagatelne dla przedmiotowej materii znaczenie ma fakt, iż zawarcie umowy licencyjnej nie przenosi na licencjobiorcę prawa własności danego znaku towarowego, lecz przyznaje jedynie uprawnienie do korzystania z niego na określonych warunkach. Z uwagi na powyższe ponoszone przez podmiot opłaty wynikające z uzyskania licencji powinny zostać zakwalifikowane jako koszty inne niż związane bezpośrednio z przychodami, czyli tzw. koszty pośrednie. W świetle doktryny i praktyki mianem wydatków bezpośrednich określane są wydatki, które przyczyniają się wprost do uzyskania skonkretyzowanych przychodów, czyli np. poniesienie kosztów prowadzących do wytworzenia towaru, ze sprzedaży którego przedsiębiorca uzyskuje następnie przychód. W przeciwieństwie do przywołanych kosztów bezpośrednich za pośrednie uznawane są wydatki, które nie są wprost ujęte w wartości sprzedawanych towarów czy świadczonych usług, choć bezsprzecznie są z nimi nierozerwalnie związane. Stosownie do przepisów dotyczących podatku dochodowego tego typu koszty potrącalne są zasadniczo w dacie ich poniesienia. Nadmienienia wymaga, że w sytuacji, gdy rzeczone koszty odnoszą się do okresu przekraczającego rok podatkowy, a obiektywnie nie da się oszacować, w jakim zakresie dotyczą one danego roku podatkowego, wówczas przyjmuje się, że stanowią one koszty uzyskania przychodów w proporcjach adekwatnych do okresu, którego dotyczą.
Wartość początkowa prawa z licencji
Jeśli chodzi o oszacowanie wartości początkowej kosztu poniesionego w wykonaniu umowy licencyjnej, jest to o tyle proste, że stosownie do przepisów ustawy o podatku dochodowym wartość początkowa praw majątkowych, nie wyłączając licencji i autorskich praw majątkowych, jest tożsama z ceną nabycia tych praw. W sytuacji zaś, gdy wynagrodzenie uzgodnione przez strony w umowie licencyjnej zależne jest od wysokości przychodów z licencji bądź praw, które uzyskał licencjobiorca, ustalając wartość początkową praw majątkowych, a zatem również licencji, nie należy brać pod uwagę tej części wynagrodzenia.
Autor: radca prawny Robert Nogacki
Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Właściciele ponad 200 małych centrów i parków handlowych prowadzą od kilku tygodni rozmowy z przedsiębiorcami, którzy są najemcami ich powierzchni. Branża handlowa została bardzo boleśnie uderzona przez obecny kryzys, a wypracowane w toku negocjacji porozumienie pozwoli pogodzić różnorodne i często sprzeczne interesy najemców oraz właścicieli nieruchomości. Inicjatywa jest wskazówką dla innych sektorów i branż – można się dogadać, nie czekając na kolejne „tarcze”. Porozumienia z częścią najemców zostały już podpisane.
Trei Real Estate Poland, Mallson Polska i RWS Investment Group to na co dzień konkurenci na rynku małych formatów handlowych. Firmy te zostały wybrane przez społeczność zrzeszającą większość właścicieli parków handlowych działających w Polsce do ich reprezentowania w rozmowach z najemcami. Celem inicjatywy jest wypracowanie pakietu rozwiązań, dzięki którym parki handlowe będą mogły działać i sprawnie przejść przez okres spowolnienia gospodarczego, dając przy okazji przykład innym sektorom gospodarki, jak sprawnie radzić sobie w dobie pandemii. Skoordynowane rozmowy z operatorami sklepów prowadzą do wypracowania metodologii działań zaradczych korzystnych zarówno dla najemcy, jak i właściciela nieruchomości.
Najważniejsze jest wspólne zarządzanie płynnością. Pomożemy naszym najemcom zachować ciągłość finansową i wykorzystać zapasy magazynowe. Pracujemy nad rozwiązaniami indywidualnymi, które różnicujemy ze względu na kondycję finansową danej firmy oraz jej branżę. Innej pomocy potrzebują bowiem drogerie, sklepy z elektroniką czy odzieżowe. Dziś należy zadbać przede wszystkim o to, aby koszty czynszu nie zabrały naszym najemcom środków na zatowarowanie i pozwoliły prowadzić operacje w tym trudnym dla gospodarki okresie, mówi Jacek Wesołowski, dyrektor zarządzający Trei Real Estate Polska.
Ustalenia i aneksy umów najmu będą obejmowały okres działalności parków handlowych w czasie najostrzejszych obostrzeń wynikających z walki z pandemią, a dla branż, które tego oczekiwały – także w okresie po jej zakończeniu. Zakładają one zwrot kosztów ponoszonych teraz przez właścicieli obiektów w bardziej stabilnej gospodarczo przyszłości. Inicjatywa przedstawicieli parków handlowych na rzecz ustabilizowania współpracy z najemcami w czasie koronakryzysu jest dobrym przykładem aktywnie podjętej współpracy i zjednoczenia branży w momencie trudnej konfrontacji z bezprecedensową sytuacją.
Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że powrót do normalności nie nastąpi z dnia na dzień. Dlatego wypracowujemy rozwiązania wspierające najemców w zachowaniu płynności finansowej. To jasne, że ani parki handlowe, ani właściciele działających w nich sklepów nie wyjdą z koronakryzysu bez szwanku. Stąd tak istotne jest zjednoczenie się graczy sektora handlowego i wypracowane wspólnie środków zaradczych, które w dłuższej perspektywie sprawią, że łatwiej będzie ruszyć z biznesem po zakończeniu pandemii. Dzięki temu powstają rozwiązania dostosowane do faktycznych potrzeb właścicieli nieruchomości i ich najemców, które zadziałają efektywniej niż te proponowane na poziomie ogólnym, podsumowuje Maciej Mazur, prezes Mallson Polska.
Coraz więcej firm na świecie dostrzega znaczenie nowoczesnych sieci. Ten swoisty firmowy krwiobieg łączy systemy i urządzenia, dostarcza ludziom aplikacje i chroni wrażliwe dane. Jednocześnie prawie dwie trzecie europejskich dyrektorów ds. IT uważa, że budowa i uzyskanie kompleksowej widoczności takiej sieci jest niezwykle trudnym zadaniem – wynika z najnowszego badania VMware oraz IDC. Prawie połowa ankietowanych stwierdziła, że ten brak stanowi jedno z największych biznesowych wyzwań m.in. pod kątem cyberbezpieczeństwa.
W toku trwającej dzisiaj digitalizacji dużo mówi się o wirtualnych rozwiązaniach, które z dnia na dzień rewolucjonizują biznes. Każda współczesna firma działa jednak zarówno w oparciu o systemy i aplikacje, jak i fizyczny sprzęt IT oraz flotę urządzeń mobilnych. Dla bezpieczeństwa i skuteczności współczesnego biznesu ważne jest więc kto, gdzie i kiedy podłącza taki element do firmowej sieci. Według internetowej ankiety VMware zrealizowanej przez IDC, wiele firm jest jednak zagrożonych, ze względu na problem z uzyskaniem tej widoczności. Przeprowadzone z kolei Forresterem badanie VMware dorzuca do tej układanki jeszcze jeden kłopotliwy aspekt: wewnętrzny konflikt w firmach, którego kością niezgody są priorytety biznesowe i podejście do sieci.
Firmowa wojna domowa
Ponad 37 proc. europejskich dyrektorów ds. IT przyznało, że sygnalizowany przez VMware oraz IDC, problem braku widoczności sieci, prowadzi do konfliktów i niedopowiedzeń na linii IT – działy cyberbezpieczeństwa. Niestety, ale 29 proc. z nich, zapytanych przez firmę Forrester, na zlecenie VMware, czy zamierzają w najbliższym czasie stworzyć dla swoich organizacji kompleksową strategię bezpieczeństwa i rozwoju IT, odpowiedziało przecząco.
Nowoczesna sieć dostarcza nam dzisiaj aplikacje, łączy firmowe chmury i centra danych oraz urządzenia końcowe. Biorąc to pod uwagę, sieć może w znaczący sposób chronić firmowe dane na każdym poziomie infrastruktury – od miejsca, gdzie powstały, aż po użytkownika końcowego. To wymaga jednak programowego podejścia do technologii oraz współpracy ze strony IT, oraz innych działów – komentuje Jeremy Van Doorn, Starszy Dyrektor działu Software Defined Data Center w VMware EMEA.
Obecnie tylko 38 proc. zespołów ds. rozwoju firmowych sieci, bierze aktywny udział w opracowywaniu strategicznych dokumentów i procedur bezpieczeństwa. Jednocześnie 60 proc. z nich jest angażowanych w działania mające na celu bieżącą ochronę firmowych danych i aplikacji. Według raportu VMware, działy IT i bezpieczeństwa nie mają jednocześnie pełnej wiedzy i świadomości co do tego, kto jest finalnie odpowiedzialny za bezpieczeństwo sieci. Zdaniem analityków, to znak, że działy te nie traktują specjalistów sieciowych jak równych sobie, a sieci jako istotnego komponentu firmowej infrastruktury.
Współpraca albo krach
Uzyskane przez VMware, IDC i Forrestera wyniki badań pozostają w wyraźnej sprzeczności z faktem, że nowoczesne sieci są postrzegane przez firmy jako niezbędny element biznesowego cyberbezpieczeństwa i ciągłości działania. Według IDC ponad 43 proc. europejskich firm oraz instytucji przyznaje, że cyfryzacja infrastruktury sieciowej to dla nich priorytet do 2021 roku. Badania VMware wykazały, że firmy muszą koniecznie postawić na współpracę poszczególnych działów, by zapewnić sobie spójny model bezpieczeństwa, bez którego nie da się zrealizować strategicznych celów europejskich firm. Według ankietowanych obecnie są to: przyspieszenie postępu technologicznego (56 proc.), zdolność do szybkiego reagowania na zmiany (56 proc.) oraz zwiększony poziom bezpieczeństwa (55 proc).
Firmy, które chcą szybko dostosowywać się do bieżących warunków rynkowych, muszą mieć nieprzerwany i bezpieczny dostęp do innowacyjnych aplikacji z poziomu data center, chmury i to bez względu na urządzenie końcowe. Gwarantem tej swobody działania jest dzisiaj sterowana programowo sieć Virtual Cloud Network. Taka sieć musi z kolei na stałe wpisać się w DNA europejskich firm. Musi być strategicznym orężem, a nie tylko linią na wykresach poszczególnych działów zajmujących się technologiami w firmie – komentuje Van Doorn z VMware.
Według VMware, priorytety działów IT i specjalistów ds. bezpieczeństwa są jednak całkowicie odmienne i nie widzą one potrzeby ścisłej współpracy. Dla 51 proc. ankietowanych administratorów najważniejsze jest zapewnienie efektywności działań w obszarze IT, z kolei 49 proc. ekspertów ds. cyberochrony stawia na szybkie rozwiązywanie problemów po ataku. Jednocześnie, mniej niż jedna trzecia z nich bierze aktywny udział w realizacji firmowej strategii bezpieczeństwa. Zdaniem ekspertów jest to szczególnie rażące w czasach, gdy zagrożenia ewoluują każdego dnia, a stan infrastruktury IT należy monitorować kompleksowo. Zaniedbania w tym obszarze mogą kosztować setki tysięcy dolarów strat.
Bezpieczeństwo = gra zespołowa
Zmiany wymagają jednak kompleksowych działań na kilku firmowych szczeblach. 45 proc. ankietowanych przez VMware specjalistów uważa, że wspólna strategia, opracowana zarówno przez IT, działy sieciowe i cyberbezpieczeństwa, pozwoliła by znacząco ograniczyć liczbę incydentów oraz wycieków i przyspieszyłaby identyfikację nowych zagrożeń. Sami ankietowani przyznali jednak, że jest to zadanie trudne w realizacji. 84 proc. z nich mówi wprost, że ich działy nie mają dobrych relacji.
Musimy zacząć postrzegać cyberbezpieczeństwo jako grę zespołową, niestety jest ono nadal ofiarą firmowych silosów kompetencyjnych. Kluczem do sukcesu nowoczesnego IT i bezpieczeństwa jest jednak silna współpraca ze wspólną odpowiedzialnością za powierzone zadania, ze wspólną strategią oraz gwarancja, że każdy element bezpieczeństwa, w tym sieci, jest od samego początku wbudowany w podstawę całej firmowej strategii – mów ekspert VMware.
Ponad połowa organizacji chce więc przymusić szeroko rozumiane działy technologiczne do współpracy, wdrażając w ciągu najbliższych 3-5 lat model wspólnej odpowiedzialności. Dla 58 proc. organizacji kluczowa jest współpraca w zakresie ochrony infrastruktury IT, dla 51 proc. przy wykrywaniu zagrożeń, a dla 43 proc. bezpieczeństwo chmurowe.
To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, współpraca musi być bardziej kompleksowa, a jej początek musi stanowić odpowiednia infrastruktura sieciowa, która łączy, napędza i chroni każdy element firmowej infrastruktury – przyznają eksperci.
O badaniu firmy Forrester na zlecenie VMware
Badanie zostało przeprowadzone w lutym 2020 r. na grupie 665 dyrektorów ds. IT i cyberbezpieczeństwa, w 17 krajach regionu EMEA m.in w Niemczech, Francji, Wlk. Brytanii, Rosji i Polsce. Ankietowani reprezentowali firmy z takich branż jak handel, edukacja, usługi finansowe czy telekomunikacja.
Szpitalom oraz organizacjom na całym świecie zagraża nowa fala ataków ransomware – ostrzega Check Point Software Technologies. Już listopadzie 2019 zaobserwowano pierwsze próby, nowych – wzbogaconych o dodatkowy etap, ataków ransomware, jeszcze skuteczniej wymuszających okup od ofiar.
Badacze z Check Pointa zidentyfikowali w ostatnim czasie wzrastające wykorzystywanie nowej taktyki ransomware. W nazwanym przez ekspertów „podwójnym wymuszeniu”, taktyka polega na tym, że osoby atakujące dodają dodatkowy etap do ataku ransomware – przed zaszyfrowaniem bazy danych ofiary hakerzy wyodrębnią duże ilości poufnych informacji, grożąc ich opublikowaniem w przypadku nieopłacenia okupu, przez co wywierają większą presję na ofiary, w celu realizacji żądań. Aby udowodnić zasadność zagrożenia, cyberprzestępcy doprowadzają do wycieków niewielkich ilości poufnych informacji do Dark Netu, grożąc, że kolejne informacje zostaną udostępnione, jeśli ofiara natychmiastowo nie opłaci okupu.
Pierwszy opublikowany przypadek podwójnego wymuszenia miał miejsce w listopadzie 2019 r. i dotyczył Allied Universal, dużej amerykańskiej firmy zajmującej się ochroną. Gdy ofiary odmówiły zapłacenia okupu w wysokości 300 Bitcoinów (około 2,3 miliona USD), cyberprzestępcy, którzy korzystali z oprogramowania ransomware „Maze”, zagrozili wykorzystaniem poufnych informacji uzyskanych z systemów Allied Universal, a także skradzionych wiadomości e-mail i certyfikatów nazw domen, w celu przeprowadzenia kampanii spamowej podszywającej się pod Allied Universal.
Następnie atakujący opublikowali próbkę skradzionych plików, w tym umowy, dokumentację medyczną, certyfikaty szyfrujące itp. Natomiast w późniejszym poście na rosyjskim forum hakerskim napastnicy zamieścili link do 10% skradzionych informacji, a także o 50% wyższe żądanie okupu!
Od tego czasu Maze opublikowało dane kilkudziesięciu firm, kancelarii prawnych, dostawców usług medycznych i firm ubezpieczeniowych, które nie poddały się ich żądaniom. Szacuje się, że wiele innych firm unikało publikacji swoich poufnych danych, płacąc żądany okup.
Szpitale na celowniku
Check Point Research ostrzega przede wszystkim szpitale. Według najnowszych analiz ataki ransomware dotknęły ponad 1000 organizacji opieki zdrowotnej w samych Stanach Zjednoczonych, a ich koszty wyniosły ponad 157 mln USD.
W 2017 r. dziesiątki brytyjskich szpitali zostało dotkniętych oprogramowaniem ransomware znanym jako WannaCry, co spowodowało tysiące odwołanych wizyt i zamknięcie niektórych oddziałów ratunkowych. Z kolei w 2019 r. kilka szpitali w USA musiało odmówić konsultacji oraz realizacji zabiegów po kolejnej fali ataków oprogramowania ransomware.
– Podwójne wymuszanie to wyraźny i rosnący trend w atakach ransomware, a w pierwszym kwartale 2020 roku byliśmy świadkami wielu tego typu prób. Gracze zagrażają jeszcze bardziej swoim ofiarom, doprowadzając do wycieków poufnych informacji w najciemniejsze miejsca w sieci, aby przedstawić dowody uzasadniające żądania okupu. Szczególnie martwi nas to, że również szpitale, w ciężkim okresie pandemii, muszą stawić czoła temu zagrożeniu. Stąd, zwracamy się do szpitali i dużych organizacji, zachęcając ich do tworzenia kopii zapasowych danych i edukowania swoich pracowników – mówi Lotem Finkelsteen, manager działu wywiadu zagrożeń w firmie Check Point.
Jak możemy się chronić?
W toczącej się walce z ciągle rozwijającymi się taktykami ransomware najlepszą obroną jest przede wszystkim zapobieganie. Check Point szczegółowo opisał najlepsze praktyki pozwalające uniknąć stania się ofiarą oprogramowania ransomware:
Utwórz kopię zapasową danych i plików
Bardzo ważne jest, aby konsekwentnie tworzyć kopie zapasowe ważnych plików, najlepiej przy użyciu zewnętrznej pamięci masowej. Włącz automatyczne tworzenie kopii zapasowych, abyś nie musiał polegać jedynie na samodzielnym wykonywaniu kopii przez pracowników.
Ucz pracowników, aby rozpoznawali potencjalne zagrożenia
Najczęstszymi metodami infekcji stosowanymi w kampaniach ransomware są nadal spam i wiadomości phishingowe. Dość często świadomość użytkownika może zapobiec atakowi przed jego wystąpieniem. Poświęć trochę czasu na edukację użytkowników i upewnij się, że jeśli zauważą coś niezwykłego, natychmiast powiadomią o tym zespoły bezpieczeństwa.
Ogranicz dostęp tych, którzy tego nie potrzebują
Aby zminimalizować potencjalny wpływ udanego ataku ransomware na Twoją organizację, upewnij się, że użytkownicy mają dostęp tylko do informacji i zasobów wymaganych do wykonania swoich zadań. Wykonanie tego kroku znacznie zmniejsza prawdopodobieństwo ataku ransomware przemieszczającego się w poprzek sieci. Rozwiązanie problemu ataku ransomware na jeden system użytkownika może być kłopotliwe, ale implikacje ataku obejmującego całą sieć są znacznie większe.
Aktualizuj zabezpieczenia oparte na sygnaturach
Z punktu widzenia bezpieczeństwa informacji z pewnością korzystne jest utrzymywanie i aktualizowanie programów antywirusowych i innych zabezpieczeń opartych na sygnaturach. Chociaż same zabezpieczenia oparte na sygnaturach nie są wystarczające do wykrywania i zapobiegania wyrafinowanym atakom ransomware zaprojektowanym w celu uniknięcia tradycyjnych zabezpieczeń, są one ważnym elementem kompleksowej postawy bezpieczeństwa. Aktualne zabezpieczenia antywirusowe mogą zabezpieczyć Twoją organizację przed znanym złośliwym oprogramowaniem, które było wcześniej widoczne i ma istniejący i rozpoznany podpis.
Wdróż wielowarstwowe zabezpieczenia, w tym zaawansowane technologie zapobiegania zagrożeniom
Oprócz tradycyjnych zabezpieczeń opartych na sygnaturach, takich jak antywirus i IPS, organizacje muszą wprowadzić dodatkowe warstwy, aby zapobiec nowemu nieznanemu złośliwemu oprogramowaniu, które nie ma znanej sygnatury. Dwa kluczowe elementy do rozważenia to ekstrakcja zagrożeń (odkażanie plików) i emulacja zagrożeń (zaawansowany sandboxing). Każdy element zapewnia odrębną ochronę, która w połączeniu z obszernym rozwiązaniem zapewnia ochronę przed nieznanym złośliwym oprogramowaniem na poziomie sieci i bezpośrednio na urządzeniach końcowych.
Polski sektor nieruchomości komercyjnych (biura, magazyny, powierzchnie handlowe) odpowiadający za 12% polskiego PKB, jak wyliczył Colliers, był dotąd stabilnym źródłem wpływów budżetowych Państwa oraz lokalnych samorządów. Nowoczesne inwestycje biurowe były jednym z ważnych katalizatorów rozwoju wielu gałęzi gospodarki, w tym sektora nowoczesnych usług biznesowych oraz nowych technologii.
Według danych ABSL, w ostatnich trzech latach branża ta tworzyła średnio 85 nowych miejsc pracy dziennie, a tej dynamice towarzyszyły inwestycje w sektorze nieruchomości. Łącznie w firmach BPO/SSC, które działają zarówno w dużych aglomeracjach jak i miastach średniej wielkości, pracuje dziś 307 tys. osób. Dzięki aktywności inwestorów oraz właścicieli budynków biurowych udało nam się stworzyć unikalne w tej części Europy rynki pracy w miastach regionalnych, które z powodzeniem konkurują nie tylko z Warszawą, ale również innymi stolicami Europy Środkowej. ABSL oraz Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) zgodnie twierdzą, że nie można traktować nieruchomości komercyjnych w oderwaniu od innych branż i sektorów, które z tym sektorem współpracują.
Dlatego w trosce o utrzymanie potencjału sektora oraz w celu minimalizowaniu skutków kryzysu gospodarczego i społecznego, Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych opracowała szereg postulatów, które mogą pomóc w ratowaniu płynności finansowej przedsiębiorstw sektora i pomóc w przezwyciężeniu trudności wynikających z sytuacji epidemicznej.
Projekt tarczy antykryzysowej dla nieruchomości wg PINK:
Zniwelowanie braku symetrii pomiędzy najemcami obiektów handlowych i właścicielami wprowadzonych zawieszeniem umów najmu poprzez wprowadzenie ulg dla właścicieli (np. w zakresie umorzeń lub odroczeń podatków czy wsparcia finansowego). Wprowadzenie precyzyjnych zapisów dotyczących umów w okresie zamknięcia obiektów handlowych.
Powrót do odbiorów branżowych i ostatecznych prac budowlanych. Zapis z uzupełnień do tarczy opublikowany 9.04 nie poprawia sytuacji odbiorów częściowych (strażak, sanepid, itp.).
Kwestie podatkowe: uwolnienie środków z rachunków VAT (brak stałego wpływu na budżet); brak opóźnień w realizacji zwrotów VAT / zwrotów nadpłat w podatku dochodowym (brak stałego wpływu na budżet); odroczenie płatności podatków (brak stałego wpływu na budżet).
Wprowadzenie systemowych rozwiązań w zakresie odroczenia spłat kredytów deweloperskich i inwestycyjnych.
Zmiany w zakresie art. 15g, tak aby warunek posiadania braku zaległości na koniec 3 kwartału uważało się za spełniony, jeżeli przedsiębiorca dysponuje zaświadczeniem o niezaleganiu z ZUS i / lub organów podatkowych wydanych w dowolnym okresie późniejszym.
Brak symetrii w ochronie właścicieli nieruchomości komercyjnych i najemców nawet w krótkiej perspektywie czasowej może doprowadzić do utraty płynności właścicieli nieruchomości będzie mieć katastrofalne skutki na cały rynek nieruchomości oraz na lokalne rynki pracy. W konsekwencji uderzy to w budżet państwa – mówi Agnieszka Jachowicz, Dyrektor Operacyjna Polskiej Izby Nieruchomości Komercyjnych PINK.
Sektor nieruchomości komercyjnych napędzany branżą nowoczesnych usług dla biznesu przez ostatnie dwadzieścia lat fundamentalnie przyczynił się do rozwoju polskiej gospodarki – zwiększając konkurencyjność i atrakcyjność inwestycyjną naszego kraju w Europie. Polska z pewnością wyróżnia się na tle krajów europejskich ofertą i jakością nieruchomości. Dlatego teraz musimy dołożyć starań, aby chronić jeden z naszych podstawowych filarów dzięki, któremu mogliśmy się dotąd rozwijać. Liczymy, że postulaty opracowane w gronie ekspertów branży nieruchomości i praktyków biznesu zostaną uwzględnione w pracach rządu przy Tarczy Antykryzysowej 2.0 – mówi Piotr Dziwok, Prezes ABSL.
Jak wynika z danych JLL w ubiegłym roku najemcy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu wynajęli w Polsce 400 000 mkw. powierzchni, co przełożyło się na 25% popytu i na aż 54% popytu poza Warszawą. Taka aktywność firm z branży BPO/SSC była m.in. możliwa dzięki wysokiej dostępności nowoczesnych projektów biurowych. Bez tego aspektu nie mielibyśmy szans na ściągnięcie kolejnych międzynarodowych graczy, a ci obecni nie mieliby pola do rozwoju swojego biznesu w naszym kraju. Dlatego tak ważne jest zabezpieczenie interesów właścicieli nieruchomości komercyjnych, również tych realizujących budynki biurowe. To umożliwi im bowiem przynajmniej częściowe utrzymanie dotychczasowych planów związanych z realizacją przyszłych projektów. Sektor nieruchomości analizuje obecną sytuację patrząc na jej długofalowe skutki, takie też podejście powinno zostać przyjęte przy wprowadzaniu poprawek do Tarczy Antykryzysowej – komentuje Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.
3 marca stopa docelowa funduszy federalnych wciąż znajdowała się na poziomie 1,75%, podczas gdy bilans Rady Rezerwy Federalnej wynosił 4,2 bln USD. Sześć tygodni później (15 kwietnia) Fed obniżył stopę procentową do 0,25% i powiększył bilans o 2,1 bln USD do 6,3 bln USD.
Rysunek 1: Powiększanie bilansu Fed
Tygodnie od początku powiększania bilansu Fed
Źródła: Rada Rezerwy Federalnej H.4.1 i Allianz Research
To zasadnicze powiększenie bilansu kredytowego Fed do wysokości 6,3 bln USD może być bez wątpienia imponujące. W ujęciu bezwzględnym przyćmiewa ono wzrosty notowane w znacznie dłuższych okresach czasu, podczas QE1 (pierwszego luzowania ilościowego) (+1,4 bln USD od września 2008 r. do marca 2010 r.), QE2 (drugiego luzowania ilościowego) (+0,5 bln USD od listopada 2010 r. do czerwca 2011 r.) a nawet QE3 (trzeciego luzowania ilościowego) (+1,6 bln USD od września 2012 do sierpnia 2014 r.). W ujęciu względnym, jak pokazano na Rysunku 1, przyćmiewa ono ponownie QE2 i QE3, ale nie (do tej pory) QE1, ponieważ w tym przypadku punkt wyjściowy był znacznie niżej. Jeżeli to powiększenie bilansu Fed ma wywrzeć wrażenie swoim tempem i wielkością na rynkach kapitałowych, jest także jednocześnie świadectwem skali szoku spowodowanego przez epidemię Covid-19. Rzeczywiście, wszystkie pierwsze wskaźniki dostępne za marzec (wstępne roszczenia ubezpieczeniowe z tytułu utraty pracy, płace w sektorze przedsiębiorstw, sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa, liczba rozpoczętych budów) wskazywały na bezprecedensowe skurczenie się gospodarki USA.
Stwierdziwszy powyższe, należy mieć na uwadze, że obecny kryzys bardzo różni się od wielkiego kryzysu finansowego, który wybuchł w latach 2007-2008. Jak sugeruje jego nazwa, wielki kryzys finansowy powstał w sektorze usług finansowych. Obecny kryzys został spowodowany przez prawdziwy zewnętrzny wstrząs, który nagle zatrzymał przepływ ludzi, towarów, usług i zatem pieniądza w realnej gospodarce. Oznacza to, że polityka pieniężna i budżetowa będzie musiała sprostać całkiem innego rodzaju wyzwaniom. W 2008 r. pierwszą linię obrony stanowił sektor bankowy: uratowanie go przed upadkiem było warunkiem wstępnym ochrony realnej gospodarki. Tym razem, pierwszą linię obrony stanowi realna gospodarka: uratowanie jej przed upadkiem to jedyny sposób, aby powstrzymać obecny kryzys przed przekształceniem w kryzys bankowy. Dlatego, bardziej niż kiedykolwiek, rozstrzygające znaczenie ma ocena, czy płynność kreowana przez Rezerwę Federalną dosięga realnej gospodarki czy nie.
Innymi słowy, ważne jest, aby przyjrzeć się zmianom zarówno po stronie aktywów, jak i pasywów Rezerwy Federalnej: aktywom na potrzeby wykorzystania płynności banku centralnego, pasywom, aby sprawdzić, gdzie ta płynność wylądowała. Jak pokazano w Tabeli 1, nieco ponad 60% wzrostu wartości aktywów o 2,1 bln USD pochodzi z zakupu skarbowych papierów wartościowych USA. Drugi co do wielkości wkład (prawie 18%) pochodzi ze swapów płynności banku centralnego. Na kolejnych miejscach znalazły się papiery wartościowe zabezpieczone hipotecznie (prawie 10%) oraz pożyczki (5,7%), które obejmują Primary Dealer Credit Facility (PDCF) oraz Money Market Mutual Fund Liquidity Facility (MMLF– Instrument Płynności Funduszy Rynku Pieniężnego). Na dzień 15 kwietnia umowy odkupu (pożyczki zabezpieczone papierami wartościowymi) praktycznie nie uległy zmianie od 04 marca, ale wzrost o 250 mld USD do 18 marca, pobudzony przez niestabilność rynku, spowodował wezwania do uzupełnienia depozytu zabezpieczającego i nie rozwinął się po terminach rozliczenia transakcji na instrumentach pochodnych.
Rzeczywiście, dopiero 23 marca Fed ogłosił swój plan zakupu obligacji korporacyjnych zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. I, oczywiście, ogłaszając po porostu plany poszerzenia swoich interwencji na rynkach kredytowych, Fed mógł sprawić, że staną się one zbędne, przynajmniej do czasu, gdy nowe „złe” wiadomości, takie jak niewywiązywanie się ze zobowiązań kredytowych ponownie pojawią się na rynkach kredytowych. Tym niemniej jednak na razie słuszne wydaje się stwierdzenie, że dotychczas prywatny sektor niefinansowy w bardzo ograniczonym zakresie skorzystał bezpośrednio z interwencji FED. Np. ogłoszony 17 marca instrument finansowania papierów komercyjnych wciąż czeka na uruchomienie.
Przegląd zobowiązań Fed potwierdza tę ocenę. Rezerwy zdeponowane przez banki w Fed pochłonęły 63% wzrostu kredytu Fed o 1,8 bln USD. Drugim co do wielkości beneficjentem w tej kwocie był rachunek ogólny Skarbu USA, wykorzystując 34% tej sumy Na dalszych miejscach wśród beneficjentów plasują się rezerwy utrzymywane przez izby rozliczeniowe (7%), gotówka w obiegu (4%) i umowy odkupu zwrotnego (2%). Dowodem na to, że polityka fiskalna rzeczywiście przyczynia się do ratowania gospodarki realnej, będzie kurczenie się ogólnego rachunku skarbu państwa, jak na razie Skarb USA jedynie akumuluje „wojenne” rezerwy.
Aby zakończyć to badanie transmisji polityki pieniężnej, w Euler Hermes, przyjrzeliśmy się cotygodniowym aktywom banków komercyjnych w USA. Według ostatnich dostępnych danych z dnia 8 kwietnia, prawie dwie trzecie wzrostu aktywów banków o 1,5 bln USD od 04 marca wiązało się z aktywami pieniężnymi, z czego większość tworzyły rezerwy w Fed. Co ciekawe, fundusze federalne, tj. rezerwy pożyczane i zaciągane na rynku międzybankowym, skurczyły się o 235 mld USD, tak więc w ujęciu netto, szerzej zdefiniowane aktywa gotówkowe tłumaczą prawie połowę wzrostu aktywów banków. Natomiast kredyty komercyjne i dla przedsiębiorstw odpowiadają jedynie za jedną trzecią wzrostu wartości aktywów banków. Według niepotwierdzonych informacji duża część tego wzrostu kredytów komercyjnych i dla przemysłu została wywołana przez firmy dążące do skorzystania z rezerwowych linii kredytowych (odnawialnych linii kredytowych) wynegocjowanych jeszcze przed kryzysem. Innymi słowy, ekspansja pożyczek komercyjnych i przemysłowych w mniejszym stopniu odzwierciedla gotowość banków do udzielania pożyczek, a w większym pęd ich klientów korporacyjnych za gotówką. Spadek na rynku pożyczek konsumpcyjnych wskazuje ten sam trend. Początek sezonu wyników z I kw. pokazuje, że banki spodziewają się wzrostu strat z tytułu udzielonych pożyczek. Bez pewnej formy gwarancji pożyczek udzielonej przez Skarb USA nowe kredyty bankowe mogą być problematyczne, jeżeli w ogóle nie zostaną poddane kwarantannie.
AUTOR ANALIZY: ERIC BARTHALON
Szef Badań Rynków Kapitałowych
W sobotę weszły w życie kolejne zmiany w prawie przewidujące m.in. szczególne rozwiązania dla cudzoziemców w Polsce. W ramach rozszerzenia tzw. tarczy antykryzysowej wprowadzono m.in. przedłużenie legalnego pobytu osób przebywających w kraju na podstawie wiz Schengen czy ruchu bezwizowego. Obowiązujące obecnie przepisy umożliwiają tym samym legalne pozostanie w kraju osobom, które chcą realizować dotychczasowy cel pobytu lub nie mogą opuścić Polski w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2.
Przedłużenie legalnego pobytu cudzoziemca przebywającego w Polsce na podstawie zezwolenia na pobyt czasowy, wizy krajowej lub krótkoterminowych tytułów pobytowych (m.in. wiz Schengen i ruchu bezwizowego) dotyczy sytuacji, w których ostatni dzień legalnego pobytu przypadnie na czas obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Jest to zatem okres od 14 marca 2020 r. kiedy ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego. Wówczas okres legalnego pobytu w Polsce będzie ulegał przedłużeniu z mocy prawa do upływu 30-go dnia następującego po dniu odwołania tego stanu, który obowiązywał jako ostatni.
W przypadku cudzoziemców przebywających w Polsce na podstawie krótkoterminowych tytułów pobytowych (m.in. wiz Schengen i ruchu bezwizowego), uznanie pobytu za legalny będzie dotyczyło tylko osób, które 14 marca 2020 r. były w kraju na podstawie takich tytułów. Nie dotyczy natomiast osób, które wjechały do Polski później – w takiej sytuacji cudzoziemiec może skorzystać z warunkowego legalnego pobytu i złożenia wniosku o zezwolenie na pobyt w przedłużonym terminie.
Przedłużenie legalności pobytu nie będzie wiązało się z umieszczeniem w dokumencie podróży cudzoziemca nowej naklejki wizowej, wydaniem nowej karty pobytu czy innych dokumentów. Nie będzie także konieczne składanie żadnych wniosków.
Cudzoziemiec będzie miał możliwość realizowania dotychczasowego celu pobytu w Polsce np. wykonywania pracy. Przedłużone zostały bowiem zezwolenia na pracę i na pracę sezonową oraz dozwolony okres pracy na podstawie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi. Będzie mógł również opuścić Polskę bez ryzyka wejścia w nielegalny pobyt.
Nowe przepisy przewidują także przedłużenie z mocy prawa okresów ważności kart pobytu oraz tymczasowych zaświadczeń tożsamości cudzoziemca (TZTC – dokumenty wydawane cudzoziemcom ubiegającym się o udzielenie ochrony międzynarodowej), jeżeli ich koniec wypadałby w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Okres ważności tych dokumentów ulegnie przedłużeniu do upływu 30-go dnia następującego po dniu odwołania tego ze stanów, który obowiązywał jako ostatni.
Ustawa wprowadza również wydłużenie terminów składania wniosków o udzielenie zezwoleń pobytowych, przedłużenie wiz oraz przedłużenie pobytu w ramach ruchu bezwizowego, jeżeli termin ten wypadłby w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Jak dotychczas, wnioski te będzie można złożyć w urzędach wojewódzkich do 30-go dnia następującego po dniu odwołania stanu, który obowiązywać będzie jako ostatni.
Ponadto przesunięte zostają terminy na opuszczenie przez cudzoziemców terytorium Polski oraz dobrowolnego powrotu określone w decyzjach o zobowiązaniu cudzoziemca do powrotu.
Urząd do Spraw Cudzoziemców przygotował podsumowanie wprowadzonych specjalnych rozwiązań dla obcokrajowców – można je znaleźć na stronie www.udsc.gov.pl.
Dokładnie 2 lata temu nastąpiło zawieszenie obrotu instrumentami finansowymi emitowanymi przez spółkę GetBack. Szacuje się, że konsumenci stracili ponad 2 mld złotych. Sami poszkodowani donoszą, że do sądów zostały już wniesione pozwy przeciwko Skarbowi Państwa. I dodają, że na taki krok zdecydują się kolejne osoby. Jednocześnie oceniają działania prokuratury jako niepełne. Liczą na to, że pod koniec roku może zostać wniesiony do sądu akt oskarżenia. Jednak prawnicy studzą te oczekiwania i ostrzegają, że sprawa może ciągnąć się kolejne, długie lata.
17 kwietnia br. minęły 2 lata od wydania przez Komisję Nadzoru Finansowego komunikatu ws. zawieszenia obrotu instrumentami finansowymi wyemitowanymi przez spółkę GetBack. Poszkodowani przekonują, że niestety od tego czasu niewiele zmieniło się w tej kwestii. Jednocześnie występują przeciwko Skarbowi Państwa – KNF, domagając się całości utraconej kwoty.
– W skali ogólnokrajowej zostały wniesione do sądów pozwy na rzecz kilkunastu osób poszkodowanych przez GetBack. Łączna kwota wynosi obecnie kilka milionów złotych. W perspektywie maksymalnie kilku miesięcy realne jest dołączenie kilkudziesięciu kolejnych osób – komentuje Artiom Bujan, prezes Stowarzyszenia Poszkodowanych Obligatariuszy GetBack SA.
Raport NIK-u ze stycznia tego roku wydaje się wzmacniać stanowisko osób występujących wobec KNF. Jednak nie brakuje opinii, że obecnie istnieje znacznie łatwiejsza droga dochodzenia roszczeń niż tego rodzaju powództwo. Zdaniem ekspertów z Kancelarii MBM Legal, największe szanse powodzenia ma obecnie dochodzenie roszczeń obligatariuszy wobec dystrybutorów obligacji z powodu naruszenia m.in. przepisów ustawy o obrocie oraz wymogów dyrektywy MIFID. Podmioty obracające obligacjami GetBack wielokrotnie wykonywały usługi maklerskie (jak oferowanie papierów wartościowych czy doradztwo inwestycyjne) z pominięciem wymogów ustawy o obrocie instrumentami finansowymi i bez stosownych zezwoleń KNF-u.
Z kolei jak informują sami poszkodowani, chcą oni doprowadzić do tego, żeby Prokuratura Regionalna w Warszawie dokonała zabezpieczeń dla osób fizycznych na kontach bankowych. I zwracają uwagę na wyłudzenia, a także korzyści w postaci wielomilionowej prowizji, jaką uzyskały instytucje sprzedające obligacje.
– Zabezpieczenia na poczet przyszłych kar oraz w celu naprawienia szkody majątkowej u poszkodowanych są wykonywane względem osób, którym postawiono zarzuty. Liczenie na to, że obligatariusze będą w stanie w całości zaspokoić się w tym zakresie, jest jednak błędem. Droga do uzyskania tych środków jest niezwykle długotrwała i kłopotliwa. Konieczne jest m.in. prawomocne zakończenie postępowania karnego, co – jak pokazuje przykład Amber Gold – może trwać bardzo długo. Łatwiejsze i szybsze jest odzyskanie środków bezpośrednio od dystrybutorów obligacji, oferujących nabywanie instrumentów finansowych bez posiadania wymaganych zezwoleń – stwierdza Jakub Bartosiak, adwokat z Kancelarii MBM Legal.
Zdaniem poszkodowanych, należy ująć sprawców, na rzecz których pracował były prezes spółki GetBack i zarząd jednego z banków. W wyniku tych działań konsumenci finalnie ponieśli stratę w kwocie ponad 2,3 mld zł. O podjęcie takich kroków wniosły do prokuratury osoby, które uważają, że od nich wyłudzono środki finansowe. Wnioskowały one o dokonanie zabezpieczeń ww. kwot na kontach spółek, do których zostały przeniesione pieniądze po dokonaniu wyłudzenia. Jednak pisma złożone w 2019 roku nie zostały do dzisiaj rozpoznane przez prokuratorów prowadzących śledztwo.
– W mojej opinii, twierdzenie, że ujęcie sprawców i ich ukaranie wpłynie znacząco na możliwość całkowitego zaspokojenia roszczeń obligatariuszy, jest zbyt optymistyczne. Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Regionalną wciąż się toczy. Ocenianie, jak długo będzie jeszcze prowadzone, to jedynie spekulacje. Sporządzenie aktu oskarżenia, następujący po nim długoletni proces karny i ewentualny wyrok skazujący nie wpłyną w sposób znaczący na możliwość całkowitego odzyskania środków – dodaje mec. Bartosiak.
Do tego sami poszkodowani oceniają działania prokuratury jako niepełne. Podkreślają, że zatrzymano szereg sprawców – wykonawców, którzy otrzymali zarzuty związane z wyłudzeniem. Jednak brakuje zarzutów dot. uzasadnionego podejrzenia sfałszowania formularzy nabycia obligacji przez pracowników jednego z banków. Nie ma też zarzutów za podszycie się pod klientów w formularzach nabycia obligacji. Prokuratura również nie wyłączyła sprawy wyłudzenia do odrębnego postępowania, chociażby ze względu na konflikt interesów. Obecnie w jednym śledztwie znajdują się pokrzywdzeni konsumenci oraz spółki, które wprowadziły ich w błąd, uzyskując z całego procederu wielomilionowe korzyści.
– Prokuratura zapewne prowadzi postępowanie przygotowawcze według przyjętego przez siebie planu. Na tym etapie nie sposób ocenić, czy jest on właściwy i czy jego realizacja odbywa się prawidłowo. Należy jednak pamiętać, że zadaniem prokuratury jest przede wszystkim zbadanie, czy doszło do popełnienia przestępstwa, ewentualnie do jakiego konkretnie i przez kogo. Główną rolą prokuratorów nie jest wykonywanie czynności zmierzających do zaspokojenia roszczeń pokrzywdzonych – tłumaczy adwokat Jakub Bartosiak.
W opinii Stowarzyszenia Poszkodowanych Obligatariuszy GetBack SA, kompleksowy akt oskarżenia może zostać wniesiony przez prokuraturę do sądu pod koniec tego roku. Uwzględniałby on wszystkie wnioski pokrzywdzonych, a także osób zlecających oraz umożliwiających podległym sprawcom dokonywania de facto wyłudzeń.
– Warto zwrócić uwagę na to, że w przypadku Amber Gold akt oskarżenia został wniesiony dopiero po blisko trzech latach śledztwa. Ta sprawa dotyczyła kwoty ok. 850 mln zł, zatem blisko trzykrotnie niższej niż w sprawie GetBack. Nie spodziewam się, żeby tu działano szybciej. Jeśli sprawa trafi do sądu już w 2020 roku, będzie to naprawdę bardzo dobra wiadomość, ale 2021 lub nawet 2022 rok nie jest mało prawdopodobny. Wynika to z obszerności sprawy i ograniczonych możliwości śledczych, konieczności oczekiwania na opinie biegłych, przesłuchania dużej liczby świadków – podsumowuje ekspert z kancelarii MBM Legal.