+9,5 % r/r wyniosła dynamika europejskiej branży leasingowej w 2017r.
Eksperci obserwują wyraźnie szybszy wzrost polskiego rynku leasingu w ciągu ostatnich pięciu lat.
Kluczową siłą, napędzającą europejski rynek w ubiegłym roku było finansowanie ruchomości.
Leaseurope, europejska federacja leasingowa podała wstępne wyniki rozwoju europejskiego rynku leasingu w ubiegłym roku. Wyłania się z nich obraz stabilnego, +9,5[1] proc. wzrostu wartości nowo zawieranych umów (r/r), jaki europejska branża leasingowa odnotowała na koniec 2017r. Ponadto, niemal +5 proc. dynamikę odnotował portfel aktywnych umów europejskiej branży leasingowej.
Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope
Na tym tle zauważamy wyraźnie szybszy od europejskiego, wzrost polskiego sektora leasingowego. „Średnioroczna dynamika europejskiego rynku leasingu w latach 2013-2017 wyniosła +7,2%[2]. Porównując te dane z danymi Związku Polskiego Leasingu widzimy, że w ostatnim roku, polski sektor leasingu zanotował +15,7 proc. wzrost, przy +17,7 proc. średniorocznej dynamice polskiej branży leasingowej w ciągu ostatnich 5 lat. Dynamika naszego rynku znacznie przewyższa wzrost całego europejskiego sektora, dzięki czemu w ciągu ostatnich 12 miesięcy udział polskiej branży leasingowej w rynku europejskim wzrósł z 4,4 do 4,8 proc. Sfinansowanie inwestycji polskich przedsiębiorców w 2017r. na poziomie 67,8 mld zł (15,9 mld euro), pozwoliło Polsce zająć wysoką siódmą lokatę w rankingu rynków europejskich” – powiedział Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope.
W 2017r. wartość nowych umów, dotyczących leasingu pojazdów wzrosła w Europie o +9,3 proc., utrzymując trwałą tendencję wzrostową, obserwowaną na europejskim rynku od 8 lat. Leasing ruchomości, przy wyłączeniu pojazdów, odnotował +12,9 proc. wzrost r/r, przy czym na różnych europejskich rynkach, obserwowano zróżnicowane wyniki od względnie stabilnego poziomu finansowania do dwucyfrowego wzrostu. Analizy Leaseurope pokazują, że leasing ruchomości stał się główną siłą napędową wyników 2017r. Ogólny wzrost leasingu ruchomości znacznie przewyższył tempo wzrostu europejskich inwestycji w ruchomości, które w 2017 r. wzrosły o około +3,1%[3]. W tym samym czasie, w strefie spadków (-3,8 proc. r/r) na rynku leasingu, pozostawał obszar finansowania nieruchomości.
Polski rynek zaczął bardzo się zmieniać już kilka lat temu. Teraz ten proces jeszcze bardziej przyspiesza. Rynek pracownika, o którym mówiono przed dwom laty, widać już we wszystkich gałęziach polskiego przemysłu. Odczuwalny jest brak pracowników, zwłaszcza na szczeblu technicznym, mniej wykwalifikowanym. Podobnie jest również wśród informatyków, czyli specjalistów. Mówi się o ponad 100 tysiącach wakatów, głównie w produkcji, usługach i budownictwie. Z drugiej strony istotna jest też rosnąca presja płacowa. W ubiegłym roku ok. 50 tysięcy pracowników dostało podwyżkę. Równocześnie 60 proc. z nich oczekuje dalszego wzrostu płac w najbliższym okresie. Najszybszym lekarstwem na obecną sytuację jest większe otwarcie na pracowników spoza Polski – zmiana aktywności zawodowej Polaków wymaga więcej czasu. Praca dla obcokrajowców powierzana na podstawie oświadczenia zostanie być może wydłużona z 6 do 12 miesięcy. Byłoby to korzystne rozwiązanie dla polskich firm. Przywrócone muszą zostać oczywiście programy aktywizacji. W Polsce przez lata były przeznaczane na ten cel pieniądze publiczne z Ministerstwa Pracy. W międzyczasie bezrobocie spadło do rekordowo niskiego poziomu i fundusze te się skończyły. Programy mające na celu umożliwienie wejścia osobom upośledzonym społecznie czy zawodowo na rynek pracy zostały częściowo zastąpione funduszami europejskimi.
– Presja na rosnące wynagrodzenia, brak kandydatów do pracy głównie na stanowiska średnie i podstawowe powoduje trend desperackiego poszukiwania. Z jednej strony to potrzeba wyższych pensji i pozapłacowych wynagrodzeń, a z drugiej rekrutowania nowych kandydatów, głównie z zagranicy – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Witucki, prezes zarządu Work Service – Firmy szukają opcji zwiększenia zatrudnienia. Próbują to zrobić za pomocą wyższych płac lub szukając chętnych do pracy cudzoziemców. Są to głównie pracownicy z Ukrainy, których obecnie na polskim rynku jest już kilkaset tysięcy. Bez nich liczba wakatów wynosiłaby obecnie prawie milion. Ta sytuacja jest bardzo złożona i będzie się jeszcze bardziej komplikować. W najbliższym czasie rozpocznie się wiele inwestycji infrastrukturalnych. Trudna już sytuacja w budownictwie będzie się jeszcze bardziej komplikowała przez rozwój rynku drogowego i kolejowego. Mamy więc do czynienia z rynkiem pracownika i z presją inflacyjną, która już przekłada się na zmniejszenie rentowności w sektorze usług i produkcji. To także rynek, który potrzebuje i chce przypływu pracowników z zagranicy. Administracja i pracodawcy zapominają, że 5 milionów Polaków nadal jest – z różnych powodów – nieaktywnych zawodowo. Są wśród nich osoby, których nie można przywrócić na rynek pracy. Działania ze strony państwa mogłyby jednak uaktywnić około 2 miliony z nich. Na rynku nie brakuje więc wyzwań i problemów, które same nie znikną. W najbliższych latach mogą nawet wzrosnąć. Należy jednak spojrzeć na problem nie przez pryzmat bezrobocia, ale liczby wolnych wakatów. Konieczne jest przywrócenie środków na aktywizację zawodową wciąż znacznej liczby bezrobotnych Polaków – dodał Witucki.
Projekt ustawy o PPK wzbudził wiele emocji, a długa lista uwag złożonych przez różne środowiska wskazuje, że zapewne spodziewać się należy w nim jeszcze zmian i modyfikacji. Nic dziwnego – ten temat dotyczy wielu grup interesariuszy: pracowników, pracodawców i instytucji finansowych.
Tak liczny odzew powinien cieszyć – gdyż oznacza, że temat jest naprawdę ważny społecznie. Z drugiej strony – nakłada to wielką odpowiedzialność na autorów projektu – nie da się bowiem uwzględnić wszystkich uwag. Niektóre będą ze sobą sprzeczne, inne z kolei wiązałyby się z tak dużymi zmianami, że ostatecznie PPK okazałyby się czymś zupełnie innym niż zakładano lub nie spełniłyby swego celu.
Trzeba zdać sobie sprawę, że PPK nie będą „lekiem na cale zło” i nie jest ich rolą zastąpienie obowiązkowego systemu emerytalnego. Wystarczy rozwinąć nazwę: PPK to przecież Pracowniczy Plan Kapitałowy (a nie plan emerytalny). Środki zgromadzone w PPK mają stworzyć kapitał, który uzupełni świadczenia emerytalne. Aby więc PPK okazały się sukcesem, ważny jest wysoki stopień partycypacji i to nie „wymuszony” – bo wtedy będą one traktowane jako dopust boży – ale jako twór, który pracodawcy utworzą z przekonania, a pracownicy będą w nim chętnie uczestniczyć.
Skoro cały czas mówi się, że najprawdopodobniej PPK nie będą „jedynie słusznym” rozwiązaniem zaś pracodawcy będą mieli do wyboru PPE lub PPK – to nic dziwnego, że zainteresowani chcą się jak najwięcej dowiedzieć o obu rozwiązaniach, aby wybrać dla swoich pracowników to najlepsze. Czyli pracodawcy dopuszczają utworzenie PPE – mimo, że z ich punktu widzenia będzie to rozwiązanie droższe (składka finansowana przez pracodawcę w ramach PPE ma wynieść 3,5% vs. 1,5% w PPK). Po prostu dla pracodawców ważna jest przejrzystość i stabilność przepisów – zwłaszcza, gdy mówimy o czymś tak długookresowym jak emerytura. Pracodawca chce wydać środki w sposób racjonalny, zyskując jak najwięcej dla swoich pracowników. Tyle się mówi ostatnio chociażby o tematyce CSR (corporate social responsibility – czyli społecznej odpowiedzialności biznesu). Przecież prowadzenie planu o charakterze emerytalnym jak najbardziej wpisuje się w ten obszar. Plan emerytalny to nie tylko dodatkowe pieniądze – to także edukacja i komunikacja do pracowników, to wspólny projekt wokół którego zjednoczą się różne działy w firmie. Warto więc, aby ustawa o PPK była napisana dobrze i nie wymagała częstych nowelizacji zmieniających reguły gry.
Osobiście uważam, że niektóre jej zapisy należy postrzegać nie jako bariery – ale wręcz przeciwnie – to są jej niezaprzeczalne zalety – tylko trzeba je właściwie odczytać. Ktoś powie, że okres wypłaty to tylko 10 lat, a nie emerytura dożywotnia? Ale to właśnie oznacza, że oddajemy w ręce samego oszczędzającego decyzję, kiedy te środki wykorzysta. Może warto uruchomić te środki dopiero kilka lat po przejściu na emeryturę – gdy zaawansowany wiek i stan zdrowia nie pozwolą już na dorabianie albo gdy konieczne stanie się opłacanie tych czynności, które do tej pory wykonywaliśmy sami. Niektórzy zwracają uwagę, że zwrot środków z PPK może być dokonany właściwie bez żadnych specjalnych przesłanek – po prostu na żądanie uczestnika. Ja to odbieram jako dobry sygnał – ustawodawca mówi mi w ten sposób, że jeśli nie chcę w PPK uczestniczyć, to mogę w dowolnej chwili zrezygnować i wycofać swoje pieniądze. Wprawdzie są z tym związane konsekwencje fiskalne – ale podejmując jakąkolwiek decyzję należy na spokojnie rozważyć wszystkie za i przeciw. Proszę zauważyć, że w tym kontekście to PPE jest „pancerną skarbonką” – tam, jeśli nie mamy 60 lat i nadal jesteśmy zatrudnieni u prowadzącego PPE pracodawcy nie ma szansy na wcześniejsze wycofanie środków.
Patrząc „z lotu ptaka” na projekt ustawy o PPK można stwierdzić, że jest to współfinansowanie przez pracownika i pracodawcę oszczędności na jesień życia, jednakże z możliwością ich wcześniejszego wykorzystania, gdybyśmy uznali to za potrzebne (zwrot, poważana choroba, wkład mieszkaniowy).
Moje wieloletnie doświadczenie pokazuje, że osoby uczestniczące w planach emerytalnych zorganizowanych przez pracodawcę są z tego w większości zadowolone. Dokonując wypłat sami podkreślają, że bez pomocy pracodawcy nigdy sami nie odłożyliby takich kwot.
Niestety, ale ostatnie lata pokazały, że nie jesteśmy jako społeczeństwo nadmiernie chętni do oszczędzania – widać to chociażby po nadal niewielkiej popularności IKE, IKZE czy PPE. Tak więc taki dodatkowy impuls jest nam niewątpliwie potrzebny.
Agnieszka Łukawska
Dyrektor ds. programów emerytalnych Skarbiec TFI S.A., Ekspert Instytutu Emerytalnego
Grupa sfinansowała dla swoich klientów w ubiegłym roku 11 875 pojazdów
Stan floty na dzień 31.12.2017 wyniósł 33 904 pojazdy
Skonsolidowany wynik na działalności CFM wyniósł 90,3 mln zł
Skonsolidowany zysk netto Grupy wyniósł 35,8 mln zł
W 4Q 2017 spółka uruchomiła platformę Master1.pl do wynajmowania samochodów online
Spółka wyemitowała obligacje o wartości 250 mln zł
mln zł
2017
2016
IV kw. 2017
IV kw. 2016
Zysk brutto
46,0
45,9
7,4
10,3
Zysk netto
35,8
36,2
5,7
8,3
Zysk netto na akcję* (zł)
3,0
3,0
0,48
0,70
Wynik na działalności CFM
90,3
83,4
19,1
20,7
*w danym okresie
Grupa Masterlease dostarczyła w 2017 roku 11 875 samochodów swoim klientom. Większość dostaw realizowanych było dla klientów indywidualnych i MŚP.
Jakub Kizielewicz, Prezes Grupy Masterlease
– Jesteśmy zadowoleni z wyników sprzedażowych, zwłaszcza w czwartym kwartale, kiedy to osiągnęliśmy jeden z najlepszych wyników w historii firmy. Cały czas staramy się dostarczać naszym klientom najlepsze rozwiązania w zakresie finansowania i serwisowania samochodów. Szczególnie cieszy zainteresowanie naszymi produktami wśród klientów MŚP, bo tradycyjnie jest to dla nas najważniejszy segment rynku. Mamy nadzieję, że nasze nowe inicjatywy biznesowe m.in. wynajem krótkoterminowy, jeszcze lepiej uzupełnią naszą ofertę. Warto wspomnieć o serwisie Master1.pl, gdzie zaprezentowaliśmy system transakcyjny, który umożliwia zawarcie kontraktu na samochód w 100% on-line, bez konieczności spotkania ze sprzedawcą w salonie. To rewolucyjne rozwiązanie, którego na polskim rynku jeszcze nie było – komentuje Jakub Kizielewicz, Prezes Grupy Masterlease.
W 2017 spółka wypracowała 35,8 mln zł zysku netto, co jest wynikiem porównywalnym do osiągniętego w 2016 roku.
– Wyniki finansowe spółki są na porównywalnym poziomie r/r pomimo wzrostu aktywów. Jest to głównie wynik naszych inwestycji rozwojowych, takich jak wsparcie marketingowe dla naszej platformy e-commerce Master1.pl, kampania reklamowa pod hasłem „Motorewolucja” oraz rozwój nowej linii biznesowej (wynajem krótkoterminowy MasterRent24). Szacujemy, że koszty związane z tymi projektami, które bezpośrednio obciążyły wyniki, wyniosły ok, 2,3 mln zł. W naszej ocenie są to inwestycje, które przełożą się na wzrost naszego biznesu oraz pozwolą nam uzyskać szereg synergii kosztowych pomiędzy biznesami Grupy. W 2017 podstawowe marże usługowe naszego biznesu rozwijały się stabilnie i proporcjonalnie do rozwoju naszej floty. Zakładamy kontynuację tej tendencji w kolejnych kwartałach.” – tłumaczy Jakub Kizielewicz, Prezes Grupy Masterlease.
W grudniu Grupa Masterlease pozyskała finansowanie obligacyjne od inwestorów instytucjonalnych. Była to pierwsza emisja obligacji spółki od 5 lat. W ramach oferty zostało pozyskane 250 mln zł poprzez emisję trzyletnich obligacje.
– Jesteśmy zadowoleni z efektów, jakie uzyskaliśmy w ramach emisji obligacji. Ich oprocentowanie zostało ustalone na WIBOR3M + 1,7%. Jest to oprocentowanie niższe niż to, które mamy dzisiaj w umowach z bankami. To pokazuje, że inwestorzy doceniają nasz model biznesowy i nie mają obawy przed powierzeniem nam środków. W szczególności cieszy też udział EBOR w tym projekcie, który łączenie zainwestował 46,8 mln zł. Pozyskane środki planujemy przeznaczyć na rozwój produktów dedykowanych dla klientów indywidualnych i MŚP. Nie wykluczamy, że druga transza obligacji Masterlease zostanie przedstawiona jeszcze w tym roku – podsumowuje Jakub Kizielewicz, Prezes Grupy Masterlease.
Ruchów na rynkach finansowych z ostatniej doby nie da się sprowadzić do wspólnego mianownika, co sugeruje, że magia końca kwartału ujawniła się nieco wcześniej. Nie traciłbym czasu na szukanie powodów siły dolara przez spadających rentownościach długu, czy wytłumaczenie dołujących jednocześnie indeksów i cen złota. W środę kalendarz danych pozostaje ubogi, więc możemy mieć powtórkę jazdy po wybojach.
Naprawdę nie zachęcam do głębokiej interpretacji ostatniej huśtawki. Przed nami długi weekend, a piątek jest dniem wolnym dla większości głównych rynków. Porządkowanie portfeli przed końcem kwartału ma prawo przyjść wcześniej, a na płytkim rynku przepływy są bardziej widoczne. Przygotować się na to nie sposób, gdyż jest wiele teorii na temat tego, w jakiej skali przetasowania są wstrzymywane do ostatniej chwili, a w jakim stopniu są dokonywane kilka dni wcześniej. Jeśli już, to za ryzyko chaotycznych wahań należy podziękować regulacjom z Bazylei III, które ograniczyły bankom spektrum działań na rynku FX z negatywnym skutkiem dla płynności.
W nocy Azja starała się opanować negatywne emocje, jakie przyszły z czerwonej sesji na Wall Street ale sądzę, że rynek szuka oznak optymizmu w złych miejscach. Za pozytywny sygnał uznano spotkanie liderów Chin i Korei Północnej, gdzie Kim Dzong-Un potwierdził swoją otwartość do dialogu o zakończeniu programu nuklearnego. Jakkolwiek z jednej strony umniejsza to ryzyko geopolityczne, tak z drugiej wysyła sygnał do USA, że teraz Korea Północna ma po swojej stronie Chiny. W czasie, gdyż protekcjonizm Trumpa w głównej mierze skupiony jest na Chinach, sojusz Pekinu z Pjongjangiem może negatywnie odbić się na rezultatach planowanych na maj rozmów na linii USA-Korea Północna. Geopolityka i wojna handlowa mogą pozostać istotnymi tematami na starcie nowego kwartału, co będzie ciążyć na aktywach ryzykownych. Na marginesie tylko przypomnę, że dane makro dalej nie dają solidnego podparcia – wczoraj indeksy zaufania z Eurolandu i USA rozczarowały.
Inna informacją z nocy są prasowe doniesienia z Wielkiej Brytanii o możliwym dalszym przełomie w sprawie Brexitu. The Times cytuje przedstawicieli irlandzkiego rządu, według których Londyn jest blisko przedstawienia nowego pomysłu, jak zapobiec utworzeniu „twardej granicy” z Irlandią po Brexicie. Strona irlandzka została zapewniona, że prace nad projektem są w zaawansowanym stadium. Kwestia granicy była jednym z ważniejszych punktów, który nie znalazł rozwiązania na szczycie UE przed tygodniem. Rozstrzygniecie w tej materii z pewnością uprościłoby dalsze negocjacje, dalej umniejszając ryzyko „twardego Brexitu”. Jest to dobra wiadomość dla funta, o której warto pamiętać po świętach, kiedy rynki będą poruszać się w bardziej uporządkowany sposób. Dziś GBP/USD kontynuuje jazdę na roller-coasterze.
Większość rodziców nie włącza swoich dzieci w dyskusje na temat finansów ani planowanie domowych wydatków, a tylko co trzecie dziecko dostaje kieszonkowe. Tymczasem regularne wypłacanie dziecku nawet symbolicznych kwot może być dobrą nauką gospodarowania własnymi pieniędzmi. W przypadku starszego ucznia świnkę skarbonkę warto zamienić na prosty rachunek oszczędnościowy, by jak podkreśla specjalista Goodwill Consulting, na realnym przykładzie pokazać dziecku, na czym polega oszczędzenie i jak rośnie zgromadzony przez nie kapitał powiększony o odsetki.
– Edukację finansową dzieci najlepiej zacząć jak najwcześniej. Na początku poprzez zabawę, natomiast później poprzez dawanie dzieciom do szkoły kieszonkowego. Myślę, że w taki sposób jesteśmy w stanie nauczyć dziecko na realnym przykładzie, jak może dysponować swoimi finansami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Borkiewicz, dyrektor ds. relacji inwestorskich firmy konsultingowej Goodwill Consulting.
W Polsce blisko 80 proc. dzieci w wieku 5–17 lat samodzielnie kupuje artykuły spożywcze. Większość z nich dysponuje własnym budżetem, a na słodycze i przekąski wydają miesięcznie nawet 285 mln zł – wynika z badania „Junior Shopper 2017”, przeprowadzonego przez GfK. Dzieci i młodzież mają też duże przełożenie na decyzje zakupowe podejmowane przez rodziców, co czyni z nich istotną grupę konsumencką. Dlatego naukę zarządzania własnym budżetem warto rozpocząć jak najwcześniej, żeby wyrabiać w najmłodszych dobre nawyki finansowe.
– Szkoła jest odpowiednim momentem, żeby dziecko samo zaczęło decydować o tym, na jakie przekąski czy zdrowe produkty powinno wydać te oszczędności w szkolnym sklepiku – mówi Jakub Borkiewicz.
Regularne wypłacanie dziecku kieszonkowego, nawet symbolicznych kwot, może być dobrą nauką gospodarowania własnymi pieniędzmi. Z badań Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowym jednak wynika, że tylko 35 proc. rodziców daje dzieciom kieszonkowe. Natomiast 15 proc. deklaruje, że dziecko dostaje pieniądze na wszystkie swoje potrzeby i nie ma konieczności przekazywania mu kieszonkowego. To może w przyszłości poskutkować nieumiejętnością oszczędzania czy nawet rozrzutnością.
Z badań Fundacji Kronenberga wynika również, że 49 proc. Polaków nie włącza swoich dzieci w dyskusje na temat finansów, a zaledwie co piąty angażuje je w planowanie domowych wydatków. Jeszcze mniej rodziców (17 proc.) zachęca dziecko do odkładania pieniędzy.
– Wydawania pieniędzy najlepiej nauczą rodzice. Oni sami powinni się interesować rynkiem finansowym, wiedzieć więcej na temat kwestii finansowych. To będzie miało ogromne przełożenie na dziecko, bo dzieci przede wszystkim chłoną nawyki od rodziców – mówi Jakub Borkiewicz z Goodwill Consulting.
Choć wielu rodziców nie robi nic w kierunku edukacji finansowej swoich pociech, to 90 proc. Polaków uważa, że dzieci w wieku szkolnym powinny być edukowane w dziedzinie finansów, a zdaniem połowy (55 proc.) ciężar tej edukacji spoczywa właśnie na rodzicach (badanie „Barometr Providenta”).
– Edukację dzieci dobrze zacząć od praktyki. Rodzic sam powinien dywersyfikować własny majątek. Bardzo dobrym pomysłem może być też założenie rachunku oszczędnościowego dla dziecka, pokazanie mu innych instrumentów finansowych, jak obligacje czy różnego rodzaju rachunki maklerskie. Możliwości jest bardzo wiele, najważniejsze, żeby pamiętać o tej edukacji. Czym skorupka nasiąknie za młodu, tym szybciej dziecko w przyszłości zrozumie jak wygląda inwestowanie i oszczędzanie – mówi Jakub Borkiewicz.
W przypadku starszego ucznia świnkę skarbonkę warto zamienić na prosty rachunek oszczędnościowy i na realnym przykładzie pokazać dziecku, na czym polega oszczędzenie i jak rośnie zgromadzony przez nie kapitał powiększony o odsetki. Najlepiej jest wybrać w tym celu prosty, bezkosztowy i bezobsługowy produkt finansowy.
Z ubiegłorocznych badań przeprowadzonych przez OECD wynika, że edukacja finansowa, także wśród dzieci, jest w Polsce koniecznością. Na trzydzieści państw OECD Polska zajęła w badaniu ostatnie miejsce pod względem wiedzy i świadomości dotyczącej finansów.
Niedobór pracowników może zahamować polską przedsiębiorczość. Rząd zamierza szerszej sięgnąć po młodych pracowników oraz wykorzystać potencjał osób po pięćdziesiątce, ale przy tym silnie wspomagać się imigrantami ze Wschodu – zapowiada Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju. Już teraz 40 proc. firm zatrudnia pracowników z Ukrainy, a co dziesiąta – z Białorusi. Niezbędne jest jednak stworzenie odpowiednich warunków do pracy i godziwe pensje. Bez tego po zdobyciu kwalifikacji cudzoziemcy wybiorą kraje zachodniej Europy.
– Mamy problem, o którym kiedyś moglibyśmy tylko pomarzyć. Bezrobocie bardzo silnie spadło, popyt na pracę w naszej gospodarce jest silny, związany również z dużymi inwestycjami, które w naszym kraju realizujemy. Ale faktycznie dziś jest to duży problem na rynku pracy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju.
Jak podaje GUS, bezrobocie w lutym tego roku spadło do 6,8 proc. (przy 6,9 proc. w styczniu). Od kilku miesięcy utrzymuje się na rekordowo niskich poziomach. Na brak pracowników skarżą się niemal wszystkie branże. W dużej mierze to wynik demografii. Deloitte ocenia, że do 2050 roku na rynku pracy będzie brakować ok. 10,6 mln osób w wieku 18–44 lat. Ratunkiem mogą być migranci ze Wschodu.
– Napływają do nas migranci, Ukraińcy, Białorusini, którzy borykają się ze swoimi wewnętrznymi problemami, na wschodzie Ukrainy trwa wojna i wiele osób po prostu ucieka z terenów wojny. Uważamy, że to jest nasz cywilizacyjny obowiązek, żeby tym osobom pomóc, poza tym ich napływ do Polski pomaga nam rozwiązać problemy na rynku pracy – podkreśla Jerzy Kwieciński.
W 2017 roku, jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, wydano 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcom dla ok. 1,1 mln cudzoziemców z sześciu państw. To oznacza niemal czterdziestoprocentowy wzrost względem 2016 roku pod względem liczby oświadczeń. Zdecydowana większość, bo 85 proc. zezwoleń na pracę i 95 proc. oświadczeń, trafia do obywateli Ukrainy. Na kolejnym miejscu znajdują się obywatele Białorusi. W 2017 roku liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Białorusi wzrosła dwuipółkrotnie w porównaniu do 2016 roku (z 23 do 58 tys.).
Barometr Imigracji Zarobkowej przygotowany przez Personnel Service wskazuje, że obecnie już niemal 40 proc. dużych firm w Polsce zatrudnia Ukraińców, a kolejne 29 proc. zamierza ich poszukiwać w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. Co dziesiąta duża firma zatrudnia obywateli Białorusi.
– Jeśli nie zapewnimy właściwych, cywilizowanych warunków do pracy, to wielu z nich po zdobyciu kwalifikacji będzie wyjeżdżało za granicę, do Niemiec, Holandii, Austrii i Francji, co byłoby ze szkodą dla naszej gospodarki. Musimy zmienić im warunki pobytu i pracy w naszym kraju – podkreśla Kwieciński.
Z danych Upper Job wynika, że oczekiwania płacowe Ukraińców rosną. 56 proc. chce zarabiać co najmniej 3 tys. zł netto, a co piąty – ponad 5 tys. zł. Badania tej firmy potwierdzają, że na razie Polska jest dla nich najatrakcyjniejszym rynkiem.
– Będziemy chcieli jako rząd z jednej strony wykorzystać dla naszego rynku pracy ten napływający strumień imigrantów, a także wykorzystywać pewne rezerwy pracy, które mamy w Polsce. To dotyczy większego zatrudnienia osób w wieku 50+, lepszego wykorzystania zasobów pracy ludzi młodych, żeby łatwiej i szybciej znajdowały swoje miejsce na rynku pracy. To również dotyczy osób z terenów wiejskich, gdzie wciąż mamy stosunkowo spory poziom ukrytego bezrobocia. Pewne rezerwy jeszcze istnieją – wskazuje minister inwestycji i rozwoju.
Na koniec 2016 roku odsetek osób 50+ w ogólnej liczbie bezrobotnych wyniósł 28,2 proc. Udział osób w wieku 60 lat i więcej wzrósł zaś do 7 proc. Firmy coraz chętniej sięgają po doświadczonych pracowników. Raport Work Service o rynku pracy z końca ubiegłego roku wskazuje, że blisko 27 proc. firm w najbliższym czasie będzie zatrudniać osoby powyżej 50. roku życia. Systematycznie spada również bezrobocie wśród młodych. GUS podaje, że w III kwartale 2017 roku stopa bezrobocia Polaków w wieku 15–24 lata wyniosła 14,7 proc. (spadek o 3,3 pkt proc. w skali roku).
– Firmy muszą szukać osób do pracy nie tylko w swoim środowisku lokalnym, lecz także w innych miejscach, gdzie mamy nadwyżki pracy. Ważna jest też współpraca z lokalnymi partnerami, z samorządami, ale również ze szkołami i uczelniami. To może zapewnić stabilny dopływ dobrze wykształconych pracowników. Namawiamy też do korzystania z funduszy europejskich, które wspierają działania dotyczące kształcenia przez całe życie – podkreśla Jerzy Kwieciński.
Polsko-amerykańskie joint-venture SES EnCoal Energy, które dysponuje wyłącznymi prawami do technologii zgazowania węgla SGT w Polsce, prowadzi rozmowy dotyczące jej wykorzystania z polskimi firmami z branży energetycznej i chemicznej. Na zaawansowanym etapie są cztery projekty dotyczące wykorzystania SGT, z których jeden we współpracy z TAURON Wytwarzanie. SGT to czysta technologia węglowa, która może być wykorzystana do produkcji paliw płynnych, energii elektrycznej albo związków chemicznych. Jej wdrożenie to korzyści dla ekologii i dla gospodarki – pozwoli utrzymać miejsca pracy w górnictwie i stworzyć nowe na potrzeby obsługi nowej technologii.
– SES Gasification Technology umożliwia korzystanie ze stałych zasobów paliwowych, takich jak węgiel i odpady węglowe, biomasa czy materiały odnawialne, oraz przetwarzanie ich w czysty, syntezowy gaz, który przypomina gaz ziemny. Ta technologia jest już wykorzystywana w Chinach – ten kraj jest dużym konsumentem węgla i zrealizowaliśmy tam pięć projektów w ciągu ostatnich 10 lat. Teraz budujemy instalacje w tych częściach świata, w których gaz ziemny jest drogi i gdzie odchodzi się od węgla. To jeden z powodów, dla których rozpoczęliśmy działalność w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Robert W. Rigdon, wiceprezes Synthesis Energy Systems.
Zgazowanie węgla – ze względu na relatywnie niewielki wpływ na środowisko – zalicza się do czystych technologii węglowych. Jest to proces niepełnego spalania w termodynamicznej reakcji z parą wodną przy użyciu tlenu lub powietrza. Efektem końcowym tego procesu jest gaz syntezowy (syngaz), który jest mieszaniną wodoru i tlenku węgla. Syngaz może być wykorzystywany do produkcji paliw płynnych albo energii elektrycznej. Technologia zgazowania węgla (SGT) powstała w oparciu o prace badawcze prowadzone przez amerykański Gas Technology Institute od połowy lat 70.
– Technologia SGT jest unikalna w skali światowej, powstała ona na zlecenie Departamentu Energii i miała na celu przetworzenie węgla niskiej jakości w paliwa na potrzeby rynku amerykańskiego ze względu na kryzys paliwowy, jaki trwał w tamtym czasie – mówi Jacek Pydo, prezes zarządu SES EnCoal Energy.
Wyłącznymi prawami do technologii zgazowania SGT dysponuje w Polsce SES EnCoal Energy, która powstała jako joint-venture Synthesis Energy Systems – notowanej na giełdzie Nasdaq amerykańskiej firmy zajmującej się czystą energią oraz polskiej spółki EnInvestments Sp. z .o.o. Pierwsza z nich rozwinęła i skomercjalizowała technologię zgazowania węgla SGT. Druga już od kilku lat rozwija projekty energetyczne w Polsce.
– Perspektywy dla czystych technologii węglowych są w Polsce bardzo optymistyczne. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że nowe regulacje unijne w zakresie wytwarzania energii dotkną około 91 proc. polskich mocy wytwórczych, bo mniej więcej taka ilość energii w Polsce wytwarzana jest z węgla, oraz to, że jest mało prawdopodobne, aby Polska mogła całkiem odejść od tego surowca, to sektor energetyczny stoi przed wielkim wyzwaniem. My możemy zaoferować technologię, która pozwoli Polsce nadal wykorzystywać węgiel, ale niższym kosztem i w odpowiedzialny, ekologiczny sposób – mówi Robert W. Rigdon.
SES EnCoal Energy dostrzega w polskim rynku spory potencjał – spółka rozmawia z kilkoma firmami z branży energetycznej i chemicznej na temat zastosowania swojej technologii. Jeden z projektów dotyczy TAURON-u. Spółka TAURON Wytwarzanie nawiązała współpracę z Instytutem Chemicznej Przeróbki Węgla (IChPW), której przedmiotem jest opracowanie koncepcji projektu technicznego modernizacji bloku energetycznego 200 MW z wykorzystaniem technologii SGT. Studium ma zostać ukończone jeszcze w tym miesiącu.
– Polska jest dla nas ważnym rynkiem, ponieważ jej gospodarka w dużej mierze oparta jest na węglu. To także spory rynek w Unii Europejskiej, dlatego potrzebne są rozwiązania, które pozwolą wykorzystywać węgiel w możliwie najczystszy i najbardziej ekologiczny sposób. Takie podejście pomaga wdrażać naszą technologię. Dodatkowo Polska jest krajem, który importuje gaz ziemny i będzie to robić jeszcze przez wiele dekad. Korzystając z technologii SGT, Polska ma nie tylko możliwość wykorzystania własnych zasobów energii w ekologiczny sposób, lecz także ograniczenia importu drogiego gazu ziemnego – mówi Robert Rigdon.
– W tej chwili rozmawiamy z kilkoma dużymi polskimi firmami, które korzystają z węgla, mają go w swojej dyspozycji albo go wykorzystują do celów i energetycznych i chemicznych. Jest duże zainteresowanie. Prace, dyskusje i pomysły polskich naukowców na to, jak może być wykorzystywany w Polsce syngaz – przyznam szczerze – zaskoczyły naszych kolegów z Stanów – dodaje Jacek Pydo.
Technologia zgazowanie węgla SGT to jedyna sprawdzona komercyjnie technologia umożliwiająca utylizację mułów i odpadów węglowych, które są dużym problemem dla polskich kopalń. Na hałdach i w osadnikach mułów składowane są miliony ton takich substancji.
– Niestety, w Polsce muły często wracają na rynek jako paliwo wykorzystywane przez ludzi do palenia w kotłach, które nie są do tego przygotowane. To jeden z powodów, dla których mamy problem z zanieczyszczeniem środowiska i smogiem. Technologia zgazowania węgla SGT to alternatywa, która może pomóc w poprawie jakości powietrza oraz pomóc ekonomicznie kopalniom w utylizacji i zagospodarowaniu tych materiałów – mówi Jacek Pydo.
Technologia SGT umożliwia, obok węgla i niskiej jakości materiałów węglowych, przetwarzanie także innych materiałów odpadowych, takich jak biomasa i paliwa pochodzące z odpadów.
– Ta technologia radzi sobie doskonale nie tylko z węglami brunatnymi, lecz także z RDF (paliwa pochodzące z odpadów) i innymi materiałami. W tej chwili koncentrujemy swoje działania na Śląsku, który ma odpowiednie zasoby. Tam najszybciej możemy uruchomić takie instalacje. Mamy pozytywny oddźwięk od samorządów, które są zainteresowane tym, żeby takie instalacje u nich powstawały, ponieważ to oznacza dodatkowe miejsca pracy i produkcję ciepła, które może zastępować często przestarzałe mniejsze ciepłownie zlokalizowane na terenie Śląska – mówi Jacek Pydo.
Większość konsumentów składa skargi na nieuczciwych e-sprzedawców dopiero przy stracie wyższej niż 300 zł. Drobniejsze oszustwa są bagatelizowane, bo obawiają się oni długotrwałych procedur. Według danych Federacji Konsumentów oszustwa w sieci zdarzają się coraz rzadziej, wciąż jednak do najczęściej stosowanych praktyk należy pobranie opłaty i niewysłanie towaru.
Popularność e-commerce w Polsce systematycznie rośnie. Jak wynika z raportu „e-Commerce w Polsce 2017”, opracowanego przez firmę Gemius i Izbę Gospodarki Elektronicznej, zakupy w sieci robi już ponad połowa Polaków. Internauci coraz chętniej decydują się także na dokonywanie płatności online, głównie przy użyciu karty debetowej lub kredytowej. Wynika to z przeświadczenia ponad 60 proc. użytkowników sieci, że zakupy w e-sklepach nie są obarczone ryzykiem. Bezpieczeństwo transakcji internetowych w Polsce potwierdzają także obserwacje Federacji Konsumentów.
– Takich skarg nie jest dużo. Nadużycia związane z wykorzystaniem karty płatniczej wbrew intencjom jej właściciela są nawet częstsze w handlu offline’owym aniżeli w internecie. Trzeba jasno powiedzieć, że ten kanał nie jest bardziej niebezpieczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.
Świadomość Polaków w zakresie bezpieczeństwa w sieci jest coraz większa, wciąż jednak wielu internautów pada ofiarą oszustów. Największym problemem są fałszywe sklepy, w których płatności odbywają się bez zabezpieczeń, oraz nieuczciwi sprzedawcy, którzy pobierają należność i nie wysyłają towaru. Skargi konsumentów dotyczą także takich przypadków jak wadliwy lub niespełniający obietnic sprzedawcy towar – tego rodzaju roszczeń klient może dochodzić z tytułu rękojmi lub gwarancji.
– Tutaj e-commerce ma jedną podstawową przewagę w porównaniu ze sklepem tradycyjnym – kupując w internecie, w ciągu 14 dni możemy taki towar zwrócić bez wskazania przyczyn – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski.
Z badań firmy Provident wynika, że niemal co piąty Polak miał do czynienia z usługodawcą, który nie wywiązał się z umowy lub naruszył prawa konsumenta. Tylko połowa z ankietowanych zdecydowała się jednak na złożenie skargi. Według Federacji Konsumentów w przypadku handlu internetowego Polacy są jeszcze mniej skłonni do dochodzenia swoich praw.
– Do nas trafia ponad 60 tysięcy skarg konsumenckich w ciągu roku, z czego w około 8–9 tys., czyli w co siódmy, ósmy przypadek, w jakiś sposób jest zaangażowana cyfryzacja, internet itd., albo to jest sklep internetowy, albo sposób świadczenia usługi – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski.
Federacja Konsumentów zapytała również Polaków o to, co mogłoby ich skłonić do złożenia skargi na nieuczciwego sprzedawcę, zasięgnięcia porady prawnej lub zgłoszenia się do jednej z organizacji zajmującej się ochroną praw konsumenta. Badanie pokazało, że Polacy nie są chętni do dochodzenia swoich praw w przypadku strat niższych niż 300 zł.
– Między innymi z tego powodu, że nie chcą długiego, trudnego postępowania sądowego, a czasami nie wiedzą o możliwości uzyskania pomocy, chociażby u rzecznika powiatowego albo w organizacji konsumenckiej, np. w Federacji Konsumentów – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski.
Bezpieczeństwo zakupów w internecie to kwestia dotycząca zarówno e-sklepów, jak i ich klientów. Sprzedawcy muszą zadbać o prawidłowe zabezpieczenia serwerów oraz połączeń internetowych – w tym drugim przypadku standardem jest stosowanie szyfrujących transmisję certyfikatów SSL. Kluczem do bezpiecznej transakcji jest także świadomość konsumentów – podstawą jest używanie odpowiednio mocnych haseł oraz wysokiej jakości połączenia internetowego.
Od 2019 roku firmy raportujące według MSSF czeka rewolucja w rozliczaniu leasingu. Nowe przepisy zlikwidują pojęcie leasingu operacyjnego w sprawozdaniach finansowych. Od przyszłego roku wszystkie umowy, które spełniają definicję leasingu, mają być wykazywane w bilansach firm jako zobowiązania. Dla części firm zmiany mogą mieć istotny wpływ na umowy z bankami czy pożyczkodawcami – oceniają eksperci.
– Od 1 stycznia 2019 roku wchodzi w życie nowy standard rachunkowości dotyczący leasingu. Ma on fundamentalnie zmienić rachunkowość w zakresie leasingu, będzie to dotykało tych firm, które raportują według Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej, czyli przede wszystkim firm giełdowych bądź firm zależnych od firm giełdowych – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kryński, wspólnik w Ground Frost.
Międzynarodowe Standardy Sprawozdawczości Finansowej, czyli MSSF, określają zakres informacji, które powinny się znaleźć w sprawozdaniu finansowym, sposób ich prezentacji oraz metody wyceny aktywów i zobowiązań. W styczniu 2016 roku Rada Międzynarodowych Standardów Rachunkowości opublikowała nowy standard MSSF 16, który dotyczy leasingu i zacznie obowiązywać od stycznia 2019 roku.
– Zmiany są duże. Znika dla leasingobiorców koncepcja leasingu operacyjnego, czyli każdy leasing i najem będzie się musiał znajdować w bilansie spółki. To oznacza, że aktywa leasingowane w ramach leasingu znajdą się w aktywach i wszystkie przyszłe płatności leasingowe znajdą się w zobowiązaniach jako zobowiązania finansowe – podkreśla Wojciech Kryński.
Nowy standard rachunkowości, który wejdzie w życie z początkiem 2019 roku, ma uprościć zasady kwalifikowania umów leasingu w sprawozdaniach finansowych. Dla wielu firm będzie to rewolucja w rachunkowości, bo nowe przepisy eliminują pojęcie leasingu operacyjnego. Wszelkiego rodzaju leasingi i najmy będą musiały być traktowane jako leasing finansowy, czyli będą wykazywane w bilansie. Dotychczas leasing operacyjny był elementem pozabilansowym, a wpływ na sprawozdawczość miały tylko raty leasingowe określane jako koszty. Zmiana wpłynie więc na wartość aktywów i pasywów w sprawozdaniach finansowych, np. spółki notowane na warszawskiej GPW odnotują wzrost wskaźnika EBITDA i aktywów trwałych oraz wzrost zobowiązań.
– W praktyce oznacza to dla firm przede wszystkim zupełnie inny układ bilansu, co dla niektórych z nich, szczególnie dla tych, które są zadłużone i muszą raportować do banków poziom dźwigni finansowej, czyli poziom zadłużenia, oznacza to po prostu, że tego zadłużenia będzie więcej w bilansie, w związku z tym pogorszą się ich współczynniki. Firmy muszą się na to przygotować w ten sposób, że albo już teraz sprawdzą. czy tego długu po wejściu nowego standardu nie będzie za dużo, albo już dzisiaj uzyskają od banków tzw. waiver, czyli zgodę na to, żeby ten dług przekroczył zakładaną wartość – ocenia ekspert.
Do tej pory procesy związane z leasingiem operacyjnym lub najmem nie angażowały działu finansowego firmy w dużym stopniu. W sprawozdaniach finansowych firma wykazywała tylko koszty w postaci rat leasingowych lub czynszów. Od 2019 roku wycena zobowiązania leasingowego będzie wymagać zebrania bardzo wielu informacji, a cały proces się skomplikuje. Część przedsiębiorstw już teraz przygotowuje się do tej zmiany. Firmy, które korzystają z leasingu bądź wynajmu, będą potrzebowały sprawnych systemów informatycznych.
– Dla firm te zmiany w standardzie oznaczają bardzo duże komplikacje w zakresie raportowania, to jest zupełnie nowa jakość w raportowaniu leasingów. To, co do tej pory było traktowane jako leasing operacyjny, czyli po prostu przychodziła faktura, ujmowało się ją w kosztach, teraz musi być rozpisane jako zobowiązanie, musi być wykazany składnik aktywów, musi być od niego naliczona amortyzacja, w drugą stronę musi być zobowiązanie w bilansie i naliczane od niego odsetki. Firmy powinny się do tego przygotowywać wcześniej – przekonuje Kryński.
Leaseurope szacuje, że nowe zasady będą dotyczyć mniej niż jedną na sto europejskich firm. Dla pozostałych będą to jednak rewolucyjne zmiany, które nie pozostaną bez wpływu na zawieranie umów leasingowych.
– Każdy leasing będzie rozpoznawany w bilansie jako zobowiązanie w pełnej wysokości przyszłych rat i czynszów. Do tej pory, kiedy przychodziła faktura, ujmowało się ją w kosztach. Co więcej, nowe zasady dotyczą również wszystkich lub większości najmów, w związku z tym firmy, które wynajmują powierzchnię biurową, również będą musiały rozpoznać zobowiązanie z czynszu, który mają zapłacić od tej powierzchni biurowej w przyszłości. To oznacza bardzo dużą zmianę dla rachunkowości i na pewno bardzo dużą zmianę przy wyborze tego typu usług i dostawców usług – przekonuje Wojciech Kryński.