Sektor MŚP chce nadrobić flotowe zaległości. Ponad 27 proc. firm planuje zakup samochodów w 2021 r.

27,2 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce zamierza w 2021 roku zainwestować w firmową flotę – wynika z badania zrealizowanego w 1. kwartale na zlecenie Carefleet S.A. To o niemal 10 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, czyli tuż przed wybuchem pandemii. Jak przewidują eksperci, zwiększony popyt na samochody w połączeniu z wciąż niepewną sytuacją rynkową może zaowocować wzrostem zainteresowania wynajmem długoterminowym i leasingiem, a także pojazdami używanymi. Jeśli przedsiębiorcy zrealizują swoje deklaracje, do flot sektora MŚP trafi ponad 1,1 miliona samochodów.

Jak wynika z badania najwięcej firm – bo aż 17,4 proc. – zamierza nabyć w tym roku tylko jeden samochód. Nieco ponad 8,5 proc. ankietowanych przewiduje zakup od 2 do 5 pojazdów, przy czym istotnie częściej plany te dotyczą firm, które już teraz są w posiadaniu od 20 do 50 aut służbowych. Zaledwie 1,6 procenta przedsiębiorstw deklaruje zwiększenie firmowej floty o więcej niż 6 samochodów, w tym połowa z nich o ponad 11 sztuk.

Wszystko wskazuje na to, że część firm z sektora MŚP poważnie myśli o zrealizowaniu planów zakupowych, które pokrzyżował wybuch pandemii. Jeszcze na początku ubiegłego roku blisko 18 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorców deklarowało chęć rozbudowania swoich flot samochodowych. Niepewna sytuacja gospodarcza spowodowana rozprzestrzenianiem się koronawirusa sprawiła, że już kilka miesięcy później niemal 25 proc. z nich ograniczało do minimum lub całkowicie wstrzymywało zakupy aut – mówi Bartosz Olejnik, dyrektor sprzedaży i marketingu w Carefleet S.A. – Choć pandemia wciąż daje się wszystkim we znaki, wydaje się, że przedsiębiorcy powoli oswajają się z sytuacją i próbują odnaleźć w nowej rzeczywistości, czego przejawem są także działania podejmowane w zakresie utrzymania mobilności biznesu. Biorąc pod uwagę liczbę podmiotów funkcjonujących w sektorze MŚP, jeśli ich właścicielom udałoby się zrealizować plany dotyczące zakupu aut, to w 2021 roku do flot mikro, małych i średnich firm mogłoby trafić nawet ponad 1,1 miliona nowych i używanych samochodów – dodaje.

Leasing i wynajem zamiast kredytów i zakupów za gotówkę

Według danych zebranych przez Instytut Keralla na zlecenie Carefleet S.A. najczęściej o zakupie pojazdów służbowych myślą średnie przedsiębiorstwa zatrudniające od 50 do 249 pracowników. Aż 33,3 proc. z nich zamierza w tym roku rozbudować flotę, z czego 17,5 proc. o jedno auto, a 13,3 proc o 2 do 5 samochodów. Odsetek małych (10 – 49 pracowników) i mikro (1 – 9 pracowników) firm, które planują motoryzacyjne zakupy, to odpowiednio 26,0 oraz 21,7 proc. Nastrój sprzyjający inwestycjom w sektorze MŚP potwierdzają wyniki badania Barometr COVID-19, zrealizowanego pod koniec ubiegłego roku przez Europejski Fundusz Leasingowy. Wynika z nich, iż  34,5 proc. mikro, małych i średnich firm ocenia, że w ciągu najbliższych 6 miesięcy kondycja w ich branży poprawi się.

– Taki optymizm, choć jeszcze bardzo umiarkowany, to dobra wiadomość nie tylko dla branży motoryzacyjnej, która zanotowała w ubiegłym roku znaczne spadki sprzedaży, ale także dla firm specjalizujących się w outsourcingu flot. Choć sektor MŚP już od lat podąża drogą wytyczoną przez korporacje oraz duże przedsiębiorstwa i chętnie korzysta z leasingu oraz wynajmu długoterminowego, to wciąż część przedsiębiorców przyzwyczajona jest do tradycyjnych metod finansowania, czyli kredytów lub zakupu ze środków własnych. Paradoksalnie trudna sytuacja rynkowa spowodowana pandemią może zmienić ich podejście i otworzyć na nowe, efektywniejsze rozwiązania – tłumaczy Bartosz Olejnik. – W przeciwieństwie np. do zakupu aut za gotówkę, wynajem długoterminowy nie skutkuje zamrożeniem kapitału, który może zostać wykorzystany do realizacji innych celów firmy, a minimum formalności i relatywnie niskie wymogi odnośnie do zabezpieczenia transakcji w porównaniu z kredytem bankowym stanowią dodatkową zachętę dla wielu przedsiębiorców znajdujących się w gorszej sytuacji finansowej. Co istotne, wynajem długoterminowy zapewnia nie tylko oszczędność czasu i pieniędzy, ale też tak ważną w obecnej sytuacji przewidywalność kosztów użytkowania pojazdów w długiej perspektywie – dodaje.

Według danych Polskiego Związku Leasingu i Wynajmu Pojazdów wynajem długoterminowy samochodów w Polsce zakończył rok 2020 ze wzrostem łącznej floty na poziomie 2% r/r. Choć wzrost ten jest niewielki w porównaniu z poprzednimi latami, wciąż pozytywnie wyróżnia wynajem na tle innych modeli finansowania flot.

Wzrośnie zainteresowanie samochodami używanymi

Jak zaznacza Bartosz Olejnik, najprawdopodobniej znaczna cześć przedsiębiorców z sektora MŚP, aby utrzymać mobilność swoich biznesów, będzie dokonywała zakupu samochodów na rynku wtórnym. To zresztą trend, który przede wszystkim w mikro i małych firmach utrzymuje się od lat.

– Jak wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A. w 2018 roku, niemal 55 proc. firm z sektora MŚP nabywa samochody używane. Przewidujemy, iż z powodu pandemii i niepewnej sytuacji rynkowej odsetek ten jeszcze wrośnie, głównie za sprawą przedsiębiorców, którzy do tej pory preferowali kredyty i zakup pojazdów ze środków własnych. Część z nich – tak jak wspomniałem – otworzy się na leasing i wynajem długoterminowy, a część będzie poszukiwała aut używanych – twierdzi Bartosz Olejnik. – Obecnie coraz większą popularnością nie tylko wśród klientów indywidualnych, ale również mikro i małych przedsiębiorców cieszą się samochody poleasingowe, które stanowią atrakcyjną i przede wszystkim wiarygodną alternatywę dla aut używanych sprowadzanych z zagranicy. Mają one potwierdzony przebieg i pełną historię serwisową, a ponadto większość dużych firm leasingowych i Car Fleet Management, które wystawiają je na sprzedaż, oferuje nie tylko zakup za gotówkę, ale również inne, preferencyjne formy finansowania – podsumowuje.

Od szczepionek do szczepień. Jak skutecznie włączać społeczeństwo w walkę z pandemią?

Aż 89 proc. zwolenników szczepień w Polsce podaje argument odpowiedzialności za innych jako istotny dla ich decyzji o zaszczepieniu się. Większość (52 proc.) badanych przez PIE nie akceptuje jednocześnie pomysłu przyznania jakichkolwiek przywilejów osobom zaszczepionym. Wśród osób, które nie są zdecydowane zaszczepić się przeciwko COVID-19, prawie połowa (46 proc.) obawia się potencjalnych powikłań zdrowotnych. Co druga niezdecydowana osoba nie kieruje się wypowiedziami jakichkolwiek osób publicznych przy podejmowaniu decyzji o zaszczepieniu się, czerpie jednak wiedzę o szczepieniach z mediów społecznościowych – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Od szczepionek do szczepień. Jak skutecznie włączać społeczeństwo w walkę z pandemią?”.

Wyniki badania PIE przeprowadzonego w drugiej połowie lutego 2021 r. umożliwiły określenie struktury oraz skali postaw wobec szczepień przeciwko COVID-19. Wyodrębniono 4 grupy postaw. 35 proc. badanych to osoby zaszczepione lub zarejestrowane na szczepienie. Wśród pozostałych 65 proc. niezaszczepionych
i niezarejestrowanych występują 3 podgrupy: niezdecydowani (37 proc.), przeciwni szczepieniom (18 proc.) oraz przekonani o konieczności lub słuszności szczepienia (10 proc.).

Przekonani do szczepień to najczęściej osoby starsze, mężczyźni i mieszkańcy większych miast. Z kolei najwięcej przeciwników jest w najmłodszych grupach wiekowych, wśród kobiet i mieszkańców mniejszych miejscowości. Skłonność do szczepień jest wyraźnie wyższa wśród osób, które w swoim otoczeniu zetknęły się z chorobą COVID-19, zwłaszcza jeśli zarażeni znajomi lub krewni wymagali hospitalizacji. Wśród nich 26 proc. jest przekonanych, że powinni  się zaszczepić. Z kolei w przypadku niezdecydowanych, wątpliwości budzą przede wszystkim konsekwencje zdrowotne, rekordowo szybki proces wyprodukowania szczepionek oraz ich potencjalna nieskuteczność. Warto odnotować, że niezdecydowanych nie przekonują w większości argumenty najbardziej mobilizujące zdecydowanych: nie tylko te dotyczące zdrowia, ale też możliwości powrotu do normalnego funkcjonowania czy argument o odpowiedzialności za innych, na którym bazuje kampania medialna promująca szczepienia. Ponad połowa niezdecydowanych i 2/3 przeciwników szczepień rzadko lub wcale nie śledzi doniesień na ten temat, otwarcie deklarując zmęczenie nimi – mówi Agnieszka Wincewicz-Price, kierownik zespołu ekonomii behawioralnej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Motywacje zdrowotne i społeczne kluczowe dla zwolenników szczepień

Przekonanych do szczepień przeciwko COVID-19 w niemal równym stopniu motywują czynniki zdrowotne (93 proc. uznaje, że trzeba zaszczepić się dla swojego zdrowia), zmęczenie pandemią (91 proc. twierdzi, że należy się zaszczepić, aby wróciła normalność) oraz przekonanie, że to kwestia odpowiedzialności za innych (89 proc.).

Zdecydowana większość (76 proc.) osób przekonanych do przyjęcia szczepionki przeciwko COVID-19 zgadza się na pierwszeństwo seniorów w kolejce do szczepień. Zwolennicy szczepień są bardziej skłonni niż pozostali wyrażać aprobatę wobec zwiększenia swobody podróżowania za granicę, ale jest to zdanie mniej niż połowy przedstawicieli tej grupy (46 proc.). Dodatkowe przywileje w miejscu pracy czy w dostępie do ochrony zdrowia dla osób zaszczepionych spotykają się z mniejszym uznaniem (odpowiednio 32 proc. i 27 proc.). Około 43 proc. jest zdania, że przyjęcie szczepionki nie powinno wiązać się z żadnymi przywilejami.

Podstawowe znaczenie dla kształtowania opinii o celowości szczepień ma treść pozyskiwanych informacji na ich temat. Blisko 2/3 osób przekonanych do szczepienia miało kontakt z informacjami dotyczącymi potencjalnych skutków ubocznych.

Co kieruje niezdecydowanymi i przeciwnikami?

Z analiz wynika, że skala osób niezdecydowanych jest porównywalna we wszystkich grupach wiekowych. Wśród najczęściej przywoływanych źródeł obaw w grupie niezdecydowanych jest ryzyko powikłań zdrowotnych, wskazuje na nie 46 proc. niezdecydowanych w kwestii przyjęcia szczepionki. Co ciekawe, wśród tych nieprzekonanych, którzy skłaniają się ku decyzji o niezaszczepieniu, znacznie częściej niż wśród pozostałych niezdecydowanych pojawia się wątpliwość co do szybkości procesu wyprodukowania szczepionki (28 proc.). Jednocześnie, 2/3 niezdecydowanych uważa, że przyjęcie szczepionki nie powinno wiązać się z żadnymi przywilejami.

W grupie osób, które nie zaszczepiły się i nie zarejestrowały na szczepienie 27 proc. stanowią osoby zidentyfikowane jako przeciwnicy szczepień przeciwko COVID-19. Co ciekawe, najwięcej przeciwników jest w najmłodszych przedziałach wiekowych (poniżej 44 r.ż.), więcej wśród kobiet (30 proc.) niż wśród mężczyzn (24 proc.) oraz wśród mieszkańców wsi (30 proc.) niż w przypadku mieszkańców największych miast (18 proc.). Wśród osób, które w swoim otoczeniu nie spotkały się z chorobą wywołaną koronawirusem przeciwnicy szczepień stanowią 35 proc. Wśród tych, którzy mieli kontakt z chorymi przeciwników jest mniej – 23 proc.

Wśród przeciwników szczepienia przeciwko COVID-19 najczęstszym źródłem niepokoju jest rekordowo szybkie tempo wyprodukowania szczepionki i wprowadzenia jej na rynek (36 proc.) oraz niepożądane skutki uboczne (35 proc.). Stanowisko osób niezgadzających się na zaszczepienie przeciwko COVID-19 jest jednoznaczne – 74 proc. uważa, że przyjęcie szczepionki nie powinno wiązać się z żadnymi przywilejami.Motywacją do szczepień jest poczucie odpowiedzialności za innych

Co zrobić, żeby system szczepień był społecznie efektywny

Wśród rekomendowanych w świetle powyższych wyników oraz aktualnej sytuacji pandemicznej działań, znajdują się przede wszystkim wzmocnienie kompetencji decyzyjnych osób niezdecydowanych poprzez oferowanie im jak najpełniejszej informacji na temat zalet i ryzyk związanych z przedmiotem decyzji oraz precyzyjne zdefiniowanie czynników ryzyka w podziale na poszczególne kategorie uwzględniające wiek, stan zdrowia czy narażenie na zakażenie ze względu na wykonywany zawód. Ponadto, bardzo istotne są wyrozumiałość oraz szacunek dla nieprzekonanych, a jednocześnie minimalizacja kosztów funkcjonowania programu szczepień poprzez wsparcie organizacyjne dla osób zdecydowanych. Konieczne jest także uelastycznienie systemu
w kierunku sprawnego reagowania na nowe fakty, takie jak np. chwilowe wątpliwości wobec stosowania brytyjskiej szczepionki, a także ostrożność w jakimkolwiek uprzywilejowywaniu osób zaszczepionych.

Pandemia popchnęła e-commerce o kilka lat do przodu

Allegro wchodzi na parkiet, Amazon wpływa do Polski, a Rakuten łokciami rozpycha się w USA – czyli o tym, jak pandemia popchnęła e-commerce o kilka lat do przodu.

Kiedy podczas pierwszego lockdownu wszyscy zamykaliśmy się w domach a cały świat jakby zwolnił, e-commerce wchodził właśnie na najwyższe obroty. I o ile można było się spodziewać, że sklepy internetowe będą przeżywały hossę, o tyle niespodziewaną gwiazdą stały się nowe rozwiązania fintech. Pomiędzy wizją zawrotnego tempa platform zakupowych a szerokim oknem sprzedażowym pojawiła się luka, która wymusiła wprowadzenie nowych rozwiązań i wykreowanie zachęcających benefitów w zakresie płatności. Po wiośnie w e-commerce idzie lato dla fintechu?

Portfel w smartfonie

2020 był zdecydowanie rokiem e-commerce. Podczas, gdy byliśmy zmuszeni zrezygnować z wycieczek do centrów handlowych, sklepów budowlano-remontowych czy nawet spożywczych, wcale nie zamierzaliśmy rezygnować z zakupów. Nie trzeba było wprawnych prognostów, aby przewidzieć, że zyskają sklepy internetowe, i to tam przeniesiemy swoje pieniądze i czas. Po roku możemy jednak wysunąć pierwsze wnioski. A wnioski jednoznacznie prowadzą do tego, że online zostanie z nami na dłużej, a sam e-commerce zyskał na pandemii kilka dobrych lat. W międzyczasie na GPW zadebiutowały Allegro oraz Answear, a w Polsce pojawił się Amazon. Aby nadążyć za tempem zmian, musiały przyspieszyć też płatności online, które diametralnie się zmieniły w ostatnich latach.

Czy w takim razie możemy jeszcze spodziewać się rewolucji?

– „Rewolucja” to zdecydowanie za duże słowo – choć pandemia sprawiła, że częściej robimy zakupy w internecie i coraz lepiej orientujemy się w możliwościach, jakie daje nam cyfrowa obecność, to nadal jest to stopniowy rozwój. Jesteśmy już na takim poziomie technologicznym, że trudno nagle zrewolucjonizować rynek. W tej chwili bardzo ważne jest bezpieczeństwo, zaufanie do e-commerce – mówi Paweł Działak, CEO operatora płatności Tpay – Aż 90% internautów w naszym badaniu z SW Research wskazało, że podczas płacenia online to właśnie bezpieczeństwo transakcji jest dla nich niezwykle ważne. Wybór operatora płatności, dbałość o wszystkie elementy finalizacji zakupów online to aktualnie bardzo ważne zagadnienie dla e-sprzedawców, całej branży – dodaje.

Podobne zdanie ma Jacek Zientkiewicz, Dyrektor ds. Rozwoju Biznesu w Shoper – Nie rewolucja, a ewolucja. Patrząc na ostatnie lata rozwoju branży e-commerce i płatności online widać, jak bardzo poszły one do przodu. Bezgotówkowe i szybkie systemy płatności, pozwalające na zakupy robione niemal w dwa kliknięcia, są dziś oczekiwanym standardem w nowoczesnych sklepach online. Ta rewolucja dzieje się więc od lat. To, co nas z kolei czeka w najbliższej przyszłości, to dalszy rozwój intuicyjnych i dedykowanych urządzeniom mobilnym płatności.

Nowe rozwiązania finansowo-technologiczne zdają się już od pewnego czasu na dobre rozgaszczać wśród polskich konsumentów. Młodzi systematycznie rozstają się z gotówką już od kilku lat – zmieniają się tylko metody, które zresztą bardzo ochoczo testują. Do tych starszych szlaki przetarły m.in. rekomendacje Ministra Zdrowia w zakresie zagrożeń płynących z posługiwania się fizycznym pieniądzem i jest duża szansa na to, że nie wrócą już oni do starych przyzwyczajeń.

– Europejczycy, w tym Polacy, dość szybko przyzwyczajają się do nowych metod płatności. Na koniec września 2020 ponad 80% płatności kartami odbywało się zbliżeniowo. Użycie aplikacji fintechowych wzrosło w pandemii o 72%. W Szwecji transakcje gotówkowe stanowią 1% transakcji – mówi Maria Bogajewska, prezes Arena.pl.

Co, jeśli nie przelew i gotówka?

Kto więc zajął miejsce po transakcjach gotówkowych? Niekwestionowanym liderem zestawienia jest BLiK.

– Polacy w 2020 pokochali BLiKa. Ta metoda płatności wykorzystywana jest przez klientów sklepów online chętniej niż karta płatnicza. W Q2 2020 Polacy skorzystali z tej metody 73 mln razy. Rok wcześniej było to 29,8 mln razy. Jest to kolejny przykład, że absorbcja nowych technlogii, w tym metod płatności w Polsce przebiega bardzo sprawnie. Ciągle jednak dominującą metodą płatności jest pay-by-link, z którego korzysta 35% klientów sklepów online – mówi Maria Bogajewska. Podobne spostrzeżenia ma Jacek Zientkiewicz: W sklepach internetowych Shoper sukcesywnie wzrasta popularność płatności za pomocą systemu BLiK, klienci mogą też korzystać z szybkich płatności Google Pay, a także odroczonych płatności, dzięki którym z zapłatą za towar można się wstrzymać aż do 30 dni po zakupie. Na początku 2021 roku udostępniliśmy dla wszystkich sklepów pracujących na oprogramowaniu Shoper nową usługę PayPo, która umożliwia szybki i bezpieczny sposób zapłaty za zakupy w sklepach bez konieczności logowania do banku lub podawania numeru karty przy finalizowaniu transakcji. To kolejny krok ku wygodnym i bezpiecznym zakupom przyszłości.

– Ciekawym zagadnieniem są też płatności za pobraniem. Z naszego badania z SW Reasearch wynika, że 16% badanych internautów chętnie korzysta z tego sposobu płatności. Ci, którzy nadal wybierają płatność za pobraniem, nie zawsze chcą jednak korzystać z gotówki. Z myślą o takich klientach wprowadziliśmy BliK u kurierów InPost i GLS. Dzięki temu za pobraniem można płacić bezpiecznie, wystarczy podać kurierowi kod BLiK i zaakceptować transakcję na swoim smartfonie – kończy Paweł Działak.

Jak to robią na świecie?

E-commerce i fintech zaczęły zacieśniać więzy, jednak cały czas pozostaje na tym polu duża luka, którą należy zagospodarować. Pierwszym sygnałem, który wskazuje na nowy trend, są na pewno partnerstwa, jakie zawiązują się pomiędzy bankami a podmiotami skupionymi wokół e-commerce. Jednym z przykładów jest Arena.pl – Arena w 2021 roku przeprowadziła pierwszy etap kampanii promocyjnej wspólnie z PKO BP. Wdrożyliśmy opcję szybkiego zakupu na platformie metodą iPKO. Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że w ten sposób opłacono 10% transakcji w okresie od stycznia do marca 2021 roku. To dało nam do myślenia i skłoniło do tego, aby zastanowić się nad tym jak może wyglądać współpraca pomiędzy bankiem a platformą e-commerce. Z naszego punktu widzenia korzyści są oczywiste dla wszystkich stron, w szczególności zaś dla osób kupujących w internecie. Mogą oni bowiem liczyć na dedykowane oferty. Z jednej strony to specjalnie przygotowane promocje na produkty wchodzące w skład oferty platformy handlowej. Z drugiej to usługi finansowe umożliwiające zakup produktu, np. z odroczonym terminem płatności. Do tego szybkie i bezpieczne metody płatności oferowane bezpośrednio przez bank. W ten sposób tworzymy naturalny ekosystem. Produkty zawarte w ofercie platformy e-commerce są nabywane przez konsumenta z jego środków z wykorzystaniem bezpiecznych i szybkich transakcje bez dodatkowych pośredników – mówi Prezes spółki.

Kolejnym podmiotem jest Tpay. Jak mówi Paweł Działak: My również zauważyliśmy znacznie większe zainteresowanie płatnościami online, a patrząc już zupełnie praktycznie – poszukiwania przez e-sprzedawców rozwiązań, które pomogą im zdobyć zaufanie internautów czy zwiększyć wartość koszyków. Myślę, że świetnym przykładem potwierdzającym duże znaczenie handlu e-commerce w zwiększaniu udziału w rynku jest pierwsza na rynku strategiczna współpraca banku i krajowej instytucji płatniczej w zakresie płatniczych rozwiązań, która będzie wspierać firmy w wejściu do tego świata. Tpay wspólnie z Pekao SA zamierza wykorzystać synergie między naszymi firmami i dać klientom nowe narzędzia i narzędzia wspomagające rozwój ich biznesów.

Czy więc polski rynek czeka przewrót? Całkiem możliwe, chociaż pewnie będzie to stopniowy proces. Przykładem, który na innych rynkach zdał już egzamin funkcjonalności ze współpracy pomiędzy e-commerce a bankiem jest Rakuten.

Rakuten Bank z powodzeniem rozwija swój innowacyjny model biznesowy w Japonii. ‘All in one stop’ pozwala rezerwować podróże, kupować ubezpieczenia i dokonywać inwestycji. Tamtejsi klienci dokonując zakupów na platformie zakupowej Rakuten i dokonując płatności kartą banku Rakuten, nagradzani są punktami, które mogą wykorzystać na platformie podczas kolejnej wizyty. Model ten wykorzystywany jest w e-commerce od dawna – Rakuten zwyczajnie stworzył twist, dzięki któremu był w stanie zbudować niezależny ekosystem zakupowy, płatniczy i bankowy.

– Chyba najbardziej znanym przykładem “bankowej” platformy e-commerce jest Rakuten. To “Japoński Amazon”. Oferuje szeroki asortyment produktów oraz usługi finansowe i cyfrowe. 27% japońskiego rynku e-commerce jest w rękach Rakuten. Firma posiada 1,3 mld użytkowników na całym świecie i wygenerowała 139 mld dolarów w 2018 roku. Rakuten to nie tylko platforma handlowa, to równocześnie bank. Mickey Mikitani (Rakuten CEO) forsuje idee biznesu, gdzie nie ma znaczenia gdzie się logujesz – do banku czy na platformę handlową. Jedno logowanie powinno zapewniać zaspokojenie dowolnej potrzeby, tzn zakupu produktu lub płacenie za niego. W tym miejscu warto zaznaczyć, że prawie 13% akcji Rakuten jest w rękach banków z USA oraz Japonii – komentuje Maria Bogajewska.

Kolejnym obiecującym przystankiem japońskiego giganta miały być Stany Zjednoczone. Chociaż platforma działa tam z powodzeniem, to jednak model biznesowy musiał zostać delikatnie zmodyfikowany – amerykańscy konsumenci mogą aktualnie liczyć na zwrot w postaci czeków czy PayPal. Dlaczego? Otóż amerykańskie banki podchodzą do japońskiego modelu z wielką niechęcią i ze wszystkich sił starają się zablokować implementację modelu japońskiego. Rakuten obecnie nie ma licencji bankowej, i nie zapowiada się na zmianę w tej kwestii – wg amerykańskiego prawa firmy komercyjne nie mogą angażować się w bankowość. Czy jednak tylko to jest jest przyczyną niechęci amerykańskich instytucji finansowych? Drzwi uchylone przez Rakutena mógłby wykorzystać inny e-commercowy gigant – Amazon – największa platforma e-commerce na świecie. To z kolei byłby kamień milowy dla handlu online na całym świecie. Biorąc pod uwagę niedawne wejście Amazona do Polski można mieć nadzieję, że takie rozwiązanie zawita niedługo i na naszym podwórku. Ale czy polski konsument jest dobrym targetem?

– Czy ekosystem oparty na synergii banku i platformy e-commerce przyjąłby się w Polsce? Patrząc na to w jaki sposób Polacy przyswajają innowacje, w tym usługi płatnicze, jest to całkiem prawdopodobne. Równocześnie same banki powinny szukać nowych kierunków rozwoju, ponieważ coraz częściej mówi się o tym, że bankowość w obecnej postaci nie ma racji bytu w dłuższej perspektywie. Wtóruje temu Bill Gates, który w 1994 powiedział: “Banking is necessary, banks are not” przewidując, że 20 lat później na rynku zaczną pojawiać się fintechy – kończy Bogajewska.

Czego więc mogą spodziewać się klienci i jak dalszy lockdown wpłynie na rozwój handlu online? Na pewno czekają nas nowości. Zmiany są nieuniknione, a pandemia tylko uwydatniła archaiczność niektórych rozwiązań. Pozostaje trzymać kciuki za korzyści, które ten twist wygeneruje dla konsumentów.

Połowa pracowników uważa, że brak bezpośredniego nadzoru pozytywnie wpływa na efektywność pracy

Rośnie liczba osób, którym na pracy zdalnej coraz bardziej doskwiera brak bezpośredniego kontaktu z innymi ludźmi, a co 5. przyznaje, że stałe przebywanie razem z domownikami negatywnie wpływa na ich relacje, jak wynika z nowego raportu polskiej platformy do wideokonferencji i webinarów ClickMeeting o pracy zdalnej. Jednak pracownicy lubią tę formę pracy, a niemal połowa uważa, że dzięki brakowi bezpośredniego nadzoru pracuje efektywniej.click_meeting_praca_zdalna_raport_co_po_pandemii click_meeting_praca_zdalna_raport_czas_pracy click_meeting_praca_zdalna_raport_preferencje_pracownikow

Polakom zdecydowanie podoba się praca zdalna, jak wynika z nowego raportu polskiej firmy dostarczającej rozwiązania webinarowe ClickMeeting „Jak oceniamy pracę zdalną po roku pandemii?”. Średnia odpowiedzi na pytanie „Czy lubisz pracować zdalnie?” wyniosła 7 punktów na 10 możliwych.

Połowa pracowników uważa, że bez bezpośredniego nadzoru pracuje efektywniej

Praca w domu oznacza również utrudniony kontakt z innymi pracownikami i członkami zespołu oraz menedżerami. Jednak aż 48 proc. badanych przez ClickMeeting stwierdziło, że właśnie brak bezpośredniego nadzoru pozytywnie wpłynął na efektywność ich pracy. Zaledwie 9 proc. ankietowanych twierdzi, że jest odwrotnie. Zdaniem 17 proc. respondentów praca online pozytywnie wpłynęła na ich relacje z przełożonym, natomiast 13 proc. dostrzega pogorszenie stosunków z szefem.

Oszczędzamy czas na dojazdach do biura, ale pracujemy dłużej

Jednym z powodów tak pozytywnego podejścia jest zapewne oszczędność czasu na dojazdach do biura – przeważające 72 proc. respondentów potwierdza, że pracując z domu zyskuje na czasie. Jednak w analogicznym raporcie opublikowanym przez ClickMeeting we wrześniu 2020 r. taką odpowiedź wskazało o 4 proc. więcej osób. Natomiast aż 23 proc. nie zgadza się z tym twierdzeniem – o 7 proc. więcej niż we wrześniu. Być może wynika to z tego, że praca zdalna często powoduje zatarcie się granicy między pracą a czasem wolnym. Ponad połowa respondentów zwróciła uwagę na fakt, że od kiedy dom stał się jednocześnie biurem, ich czas pracy uległ wydłużeniu. Zdaniem tylko 38 proc. ich czas pracy nie wydłużył się, a dla pozostałych 6 proc. jest to kwestia trudna do rozstrzygnięcia.

Równo rok dzieli nas od momentu, kiedy pandemia zrewolucjonizowała nasze życie, również w kontekście pracy. Skalę tej zmiany odzwierciedla zapotrzebowanie na platformy do spotkań online, webinarów i wideokonferencji. W 2020 r. na samej tylko platformie ClickMeeting odbyło się ponad 2 mln wydarzeń online, które zgromadziły łącznie niemal 31 mln uczestników – komentuje Dominika Paciorkowska, Dyrektor Zarządzająca ClickMeeting – Polacy przyzwyczaili się do pracy zdalnej i polubili ją, tęsknią jednak za relacjami z innymi ludźmi. Dlatego nieustannie wdrażamy kolejne rozwiązania, które pomagają skrócić dystans między uczestnikami spotkań i dać im jak najlepsze doświadczenia i interakcje w wirtualnych relacjach.

Brak bezpośrednich relacji doskwiera coraz bardziej, dlatego chcemy pracować hybrydowo

Mimo sporego zadowolenia z pracy zdalnej w porównaniu do września spadła liczba zwolenników wykonywania jej w pełnym wymiarze – z 29 proc. do 24 proc. obecnie. Wzrosła natomiast liczba respondentów preferujących pracę wyłącznie stacjonarną – z 9 proc. do 15 proc. Najwięcej pracowników chciałoby łączyć pracę z domu i z biura – aż 62 proc. Trudno się dziwić – po tak długim okresie izolacji zaczyna nam doskwierać brak kontaktów z innymi ludźmi. W porównaniu do września bardzo wzrosła liczba osób, które w pytaniu o tęsknotę za relacjami interpersonalnymi wskazały, że bardzo im ich brakuje – z 20 proc. aż do 32 proc. Co piąty ankietowany wskazał, że brakuje im relacji w średnim stopniu. Można zatem powiedzieć, że 53 proc. respondentów cierpi w jakimś stopniu z powodu braku relacji interpersonalnych z czasów pracy w biurze.

Praca zdalna wpływa na relacje z domownikami

Praca zdalna nie pozostaje też bez wpływu na relacje z domownikami – w końcu w tej sytuacji spędzamy z nimi znacznie więcej czasu niż przed pandemią. Ponad 40 proc. respondentów uważa, że praca z domu pozytywnie wpłynęła na ich relacje domowe, jednak ponad 20 proc., a więc ⅕ badanych uważa, że wpływ ten jest negatywny. Kolejne 22 proc. nie potrafi stwierdzić, czy coś się w tym aspekcie zmieniło, a pozostałych 14 proc. ten temat nie dotyczy.

Złoty czeka na czwartek

Apetyt na ryzyko jeszcze przed weekendem odzyskał kontrolę nad rynkami z pomocą lepszych od oczekiwań odczytów PMI. Strategia reflacyjna wzmacnia się w tandemie z rosnącymi cenami surowców. Waluty surowcowe (głównie AUD) są tu zwycięzcami; słabnie USD.

Założeniem strategii reflacyjnej i opartego na niej rajdu ryzykownych aktywów jest postępujące odbicie ożywienia w ujęciu globalnym. Imponujące wzrosty indeksów PMI w USA (Composite w kwietniu wzrósł do 62,2, poprz. 59,7) sugerują, że największa gospodarka świata rozpędza się wraz z postępem procesu szczepień. Ważniejsze jest jednak, czy reszta świata będzie doganiać USA. Otwieranie gospodarki po lockdownie z pewnością pomaga Wielkiej Brytanii (Composite 60, poprz. 56,4), ale najbardziej pozytywną informacją piątku był powrót indeksu PMI dla sektora usługowego w Eurolandzie powyżej 50 pkt. (50,3) – pierwszy raz od ośmiu miesięcy sektor najbardziej dotknięty przez pandemię i restrykcje sygnalizuje ekspansję. Tempo rozwoju, wyrażone w odległości wskaźnika od poziomu granicznego 50, jest na razie niewielkie, ale im więcej firm będzie wskazywać na poprawę swojej sytuacji względem poprzedniego miesiąca, tym odbicie będzie silniejsze. Przed końcem kwartału powinniśmy widzieć, że wraz ze wzrostem liczby zaszczepionych, różnice w sile odbudowy ożywienia będą się zmniejszać, dając podstawy do nadganiania przez jedne rynki drugich. Dobrym przykładem może to być pozycja europejskich giełd względem Wall Street. Na rynku walutowym, bez powrotu wzrostów rentowności obligacji skarbowych, USD będzie główną walutą finansującą rajd ryzyka przede wszystkim nakierowanego na waluty surowcowe. Ale jak widzieliśmy w ostatnich dniach wyprzedaż rozlewa się szeroko, dotykając też np. EUR czy GBP.

Z pomocą silniejszego EUR/USD (czyt. słabszego dolara) w kierunku 1,21 umocniły się waluty Europy Środkowo-Wschodniej. EUR/PLN spadł pod 4,55, a po zachowaniu kursu w ogóle nie widać wzrostu premii za ryzyko przed czwartkiem, kiedy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ma wydać orzeczenie w sprawie kredytów frankowych. W skrócie, w przypadku stwierdzenia nieważności umów kredytowych lub nakazania konwersji kredytów na złotowe banki będą decydować się na zamknięcie transakcji zabezpieczających przed ryzykiem kursowym, do czego potrzebne będzie pozyskanie franków z rynku. O ile NBP nie włączy się w ten proces, udostępniając rezerwy walutowe, perspektywa dodatkowej podaży złotego będzie pożywką dla działań spekulacyjnych. W zależności od wydźwięku orzeczenia nie można wykluczyć, że EUR/PLN przejściowo sięgnie 4,70 lub szybko zejdzie pod 4,50. Obecny spokój może oznaczać, że szanse wokół orzeczenia są na tyle równo rozłożone, że jest zbyt ryzykownym obstawiać negatywny wynik z wyprzedzeniem, szczególnie gdy otoczenie rynkowe jest proryzykowne. Dalej uważamy, że jakakolwiek wyprzedaż złotego miałaby nastąpić, będzie do zjawisko krótkoterminowe i dość szybko odwrócone.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy można dostać kredyt lub pożyczkę, jeśli się miało komornika?

Sam fakt, że komornik zajął Twoje konto bankowe w wyniku niespłaconych długów dyskwalifikuje Cię w danym momencie z możliwości ubiegania się o kredyt, czy pożyczkę. Warto jednak wiedzieć, że problemy ze spłatą zobowiązania w przeszłości nie sprawią, że nie uzyskasz finansowania już przez całe życie. W odpowiednim czasie negatywne wpisy zostaną wykreślone z Twojej historii kredytowej.

Historię Twoich zobowiązań gromadzi kilka instytucji. Po pierwsze robi to Biuro Informacji Kredytowej, w którym odnotowywane są Twoje zapytania o kredyt lub pożyczkę oraz terminy, w których spłacasz raty (zarówno, gdy robisz to zgodnie z czasem, jak i wtedy gdy się spóźniasz). Istnieje jeszcze kilka biur informacji gospodarczej (BIG), które notują spłacalność innych Twoich zobowiązań, takich jak alimenty, należności urzędowe (np. związane z ZUS-em czy urzędem skarbowym), mandaty czy rachunki za telefon.

Jeśli zdarzy Ci się spóźnić z terminem spłaty danej raty kredytu powyżej 60 dni, to BIK będzie przechowywał dane o tym fakcie przez 5 lat od dnia spłaty zobowiązania.

Z kolei do Krajowego Rejestru Długów (KRD) trafiasz wtedy, kiedy zaległości przekroczą 30 dni. Dług dla osób fizycznych musi wynosić przynajmniej 200 zł, a w przypadku firm (np. zaległa rata kredytu dla firm) 500 zł. W związku z tym, że KRD zbiera także dane pozafinansowe, to do rejestru dłużników można trafić także za nieopłacony mandat czy zaległości w płaceniu domowych rachunków.

Wpisy do BIK mogą być pozytywne lub negatywne, natomiast te do BIG lub KRD zawsze oznaczają problemy ze spłatą zobowiązań.

Egzekucja komornicza – co warto o niej wiedzieć?

Komornik działa w oparciu o Ustawę o komornikach sądowych z dnia 22 marca 2018 roku. Egzekucja komornicza to więc próba odzyskania niespłaconych długów po wydanym wyroku sądu. Jest to już ostatni etap próby dochodzenia swoich roszczeń.

Jeśli zdarzą Ci się problemy ze spłatą kredytu lub pożyczki, to najpierw bank czy inna instytucja finansowa, będą próbowały Cię same nakłonić do oddania należności, wysyłając monity czy nakładając dodatkowe opłaty za opóźnienie. Jeżeli takie rozwiązania będą nieskuteczne, to bank najpewniej zatrudni firmę windykacyjną. Windykator podejmie próby listowne i telefoniczne, aby skłonić kredytobiorcę lub pożyczkobiorcę do oddania należności. Proponuje także rozwiązania, które mają pomóc uporać się z zadłużeniem, np. rozłożenie go na raty. Gdy windykacja nie przyniesie oczekiwanego celu, to sprawa trafia do sądu. Egzekucja komornicza to więc już ostatni etap, bo najpierw musi zostać nadany tytuł egzekucyjny klauzuli wykonalności i wtedy dopiero komornik może rozpoczynać swoje działania.

Czy każdy, kto ma długi musi bać się komornika?

Nie każde wzięte finansowanie w banku czy firmie pożyczkowej to od razu kredyt z komornikiem, egzekucja to ostateczność.

Długi, jeśli są regularnie spłacane, a raty są niższe niż Twoje miesięczne dochody w takim stopniu, że starczy Ci jeszcze na poniesienie kosztów utrzymania, to nie są niczym złym. Każdy ma prawo wziąć kredyt hipoteczny, gdy chce kupić mieszkanie, kredyt samochodowy, gdy zamierza wymienić auto czy kredyt gotówkowy, bo planuje remont czy wyjazd na wakacje.

Jeśli Twoja sytuacja finansowa jest dobra i nie masz wielkich opóźnień w spłacie swoich produktów kredytowych, to nie musisz obawiać się komornika. Nawet jeżeli spóźnienie będzie kilkudniowe, to nie skutkuje to od razu egzekucją. W takim przypadku trzeba jak najszybciej uregulować raty. Wpłynie to negatywnie na Twoją zdolność kredytową, ale nie skutkuje windykacją z majątku.

Ile trwa i jak wygląda egzekucja komornicza?

Egzekucja komornicza składa się z kilku etapów.

  1. Najpierw komornik wysyła do dłużnika zawiadomienie o wszczęciu egzekucji. Może zrobić to telefonicznie albo odwiedzić go w domu.
  2. Następnie komornik ustala wszystkie składniki majątku, które mogą posłużyć do zaspokojenia roszczeń wierzycieli, czyli sprawdza jakie nieruchomości, samochody, saldo na koncie bankowym czy kwotę gotówki posiada dłużnik.
  3. Później komornik przeprowadza egzekucję, czyli zajmuje to, co windykowana osoba ma, czyli najpierw wynagrodzenie, a później nieruchomości i ruchomości.

Komornik zostawia na koncie osobistym dłużnika kwotę wolną od zajęcia, która w 2021 roku wynosi 2 800 zł brutto miesięcznie.

A ile trwa egzekucja komornicza? Nie ma określonego terminu. Komornik działa do momentu, w którym całość lub część roszczeń wierzycieli zostanie zaspokojona. Jeżeli się to nie uda, bo na przykład dłużnik nie ma majątku o wystarczającej wartości, to komornik informuje o tym wierzyciela i może umorzyć postępowanie. Trzeba pamiętać także o tym, że usługi komornika są płatne i te koszty ponosi dłużnik. Jego wynagrodzenie to od 3 do 10% wartości długu.

Kredyt hipoteczny po egzekucji komorniczej – czy jest możliwy?

Czy można uzyskać kredyt mieszkaniowy, kiedy miało się komornika? Jest to możliwe, ale musi upłynąć 5 lat od momentu spłaty całości zobowiązania. Wtedy wpis o długu jest wykreślany, a Ty startujesz do banku z czystą kartą.

W przypadku posiadania wpisów w BIG-ach usuwają go wierzyciele i mogą to zrobić w ciągu maksymalnie 14 dni od uregulowania długu.

Jeżeli wymagany czas już upłynął, to możesz starać się o kredyt na mieszkanie lub dom. Jednak podstawą do uzyskania decyzji pozytywnej jest odpowiednia zdolność kredytowa. Musisz więc mieć odpowiednio wysokie zarobki, staż pracy i stabilną formę zatrudnienia.

Kredyty hipoteczne są udzielane tylko pod warunkiem wniesienia wkładu własnego (minimum to 10 -20% wartości nieruchomości w zależności od banku). Zanim więc złożysz wniosek o kredyt na dom czy inne lokum, to musisz mieć odpowiednią sumę oszczędności.

Kredyt gotówkowy po egzekucji komorniczej – czy jest możliwy?

Również kredyt gotówkowy można uzyskać po egzekucji komorniczej, ale również trzeba całkowicie spłacić problematyczne zobowiązania i poczekać aż wpisy w BIK czy BIG-ach wygasną. Warto wiedzieć, że można uzyskać taki kredyt online. Wtedy jednak również bank sprawdzi Twoją historię kredytową, więc niestety zobowiązania się nie ukryją.

Rodzaj niespłaconego zobowiązania a decyzja o kredycie

A czy w przypadku decyzji o kredycie ma znaczenie to, jakiego zobowiązania nie spłaciłeś? Ma to wpływ, jednak ważniejsza jest łączna kwota posiadanych zobowiązań.

Jeżeli jednak jesteś w trakcie egzekucji komorniczej, to niezależnie od tego, czego nie zapłaciłeś, kredyt ani pożyczka online nie będą możliwe do uzyskania. A gdy takie problemy już Cię napotkają, to warto współpracować z komornikiem, nie zatajać składników majątku ani nie unikać kontaktu.

Dowiedz się więcej o finansach, kredytach i pożyczkach: www.aasapolska.pl

Wizja kwarantanny odstrasza przed robieniem testów. Budzi większy lęk niż hospitalizacja czy utrata pracy

Przeszło siedmiu na dziesięciu Polaków zgłosi się z własnej woli na test w kierunku SARS-CoV-2 w przypadku zidentyfikowania u siebie ryzyka zakażenia lub po wystąpieniu pierwszych objawów koronawirusa. Z kolei co szósta badana osoba nie zrobi tego kroku. Wpływ na to ma głównie niechęć do przechodzenia kwarantanny. Ale są też obawy związane z ewentualną hospitalizacją czy z samym pobraniem wymazu. Ponadto część rodaków nie wierzy w istnienie koronawirusa. Takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland.Obawa przed kwarantanną najbardziej zniechęca Polaków do testów na koronawirusa – INFOGRAFIKA

72,1% Polaków po zauważeniu ryzyka zakażenia lub po wystąpieniu pierwszych objawów koronawirusa zgłosi się z własnej woli na test w kierunku SARS-CoV-2. Natomiast 16% nie zdecyduje się na taki krok. Z kolei 11,9% rodaków nie ma wyrobionej opinii w tej kwestii.

– Obawiam się, że w rzeczywistości więcej Polaków nie chce się badać. Z wywiadów, które zbieramy od hospitalizowanych pacjentów, wiemy, że całe rodziny chorują. Natomiast testowana jest jedna osoba, a pozostali członkowie uważają, że mają ten sam problem zdrowotny – komentuje prof. dr hab. n med. Joanna Zajkowska, zastępca kierownika Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku.

W społeczeństwie panuje przeświadczenie, że należy jednak wykonać test, co podkreśla Krzysztof Zych, główny analityk UCE RESEARCH. Jednak zdaniem eksperta, wyniki nie odzwierciedlają rzeczywistości. I są mocno deklaratywne. To oznacza, że jeśli wystąpi konkretna sytuacja, część osób może zmienić zdanie, np. pod wpływem strachu.

– Często też jest tak, że objawy choroby nie są bardzo uciążliwe. W związku z tym następuje samoizolacja, bez zgłaszania się na badanie, ponieważ ludzie mają świadomość tego, że jest epidemia. Jeżeli nie muszą chodzić do pracy, a mają objawy choroby, to zostają w domu. O takich sytuacjach też wiemy z wywiadów z pacjentami – dodaje prof. Zajkowska.

Polacy, którzy twierdzą, że nie zgłoszą się na test z własnej woli, wskazują zasadniczy powód swojego zachowania. To przede wszystkim niechęć do przechodzenia kwarantanny – 37,5%, a także obawa, że narazi się na nią własną rodzinę – 28,6%.

– Mówimy o dość dolegliwej sytuacji, często ściśle powiązanej z ekonomią. Nie wszyscy Polacy mogą nagle przejść na pracę zdalną. Są zawody, których nie da się w ten sposób wykonywać. I one stanowią większość. Do tego dochodzi kwestia samopoczucia i zdrowia psychicznego. Z pandemią walczymy przecież od ponad roku. Znam osoby, które w tym okresie były już nawet 5 razy na kwarantannie – podkreśla ekspert z UCE RESEARCH.

Jak zaznacza prof. Zajkowska, ludzie mają różne aktywności. I często uważają, że można je bezpiecznie wykonywać, bo będą utrzymywać dystans i założą maskę. Przykładowo, ktoś ma działkę i chce na niej wykonać jakieś prace albo opiekuje się kimś starszym lub członkiem rodziny. Ewentualnie prowadzi firmę i ma coś istotnego do zrobienia. Natomiast kwarantanna wymusza bezwzględne pozostanie w domu i zmianę planów.

– Kwarantanna może mieć podtekst dochodowy. Tylko na podstawie tego badania nie stwierdzimy dla jak dużej grupy Polaków. Bo jednak część osób pracuje zdalnie od miesięcy i nie traci na tym finansowo. Dla nich zapewne inne czynniki są ważniejsze – mówi prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów.

Trzecim najczęściej wybieranym powodem jest lęk przed ewentualną hospitalizacją – 20,2%. Według Krzysztofa Zycha, tutaj mniejsza liczba wskazań niż w przypadku kwarantanny może świadczyć o tym, że zdrowie schodzi na dalszy plan względem ekonomii. Z kolei 19,6% respondentów mówi o obawie przed samym badaniem, tj. pobraniem wymazu. Natomiast 15,5% nie wierzy w istnienie koronawirusa, a 12,5% ankietowanych nie uważa, że przez brak testu może im stać się coś złego.

– Polacy w ogóle niechętnie się badają. Gdyby każdy się testował, to wskaźniki zakażeń byłyby sporo wyższe. Natomiast to, że ludzie wciąż nie wierzą w COVID-19 czy ciężkie zachorowania, zdumiewa mnie. Patrzę na to z perspektywy szpitala, gdzie przebywają całe rodziny. Niekiedy w tej grupie jest pacjent np. onkologiczny i to właśnie on najciężej znosi chorobę – opisuje prof. Zajkowska.

Wśród kolejnych odpowiedzi pojawia się m.in. obawa o utratę pracy – 7,1%. Jak stwierdza prof. Gomułka, sytuacja jest zróżnicowana w poszczególnych branżach. Przykładowo, w budownictwie na ogół wykonuje się prace na otwartym powietrzu i z zachowaniem dużego dystansu. Ryzyko zachorowania jest mniejsze niż np. w biurach. Jednak ekspert BCC podkreśla, że wiele przedsiębiorstw jest zagrożonych bankructwem, szczególnie w sektorze usług. Ludzie tam pracujący boją się bezrobocia, niezależnie od swojej sytuacji zdrowotnej i skali zachorowań.

Badanie zostało przeprowadzone przez UCE RESEARCH i SYNO Poland metodą CAWI w połowie kwietnia br. Ankietą objęto próbę 1050 osób, odpowiadającą strukturze Polaków powyżej 18. roku życia pod względem kluczowych cech społeczno-demograficznych.

Handel nie wykupił się z długów. W pandemii zadłużenie wzrosło o ćwierć miliarda złotych

Przez cały ostatni rok sektor handlowy musiał mierzyć się na zmianę z ograniczeniami działalności i całkowitym zamknięciem, co wymagało od niego ogromnej elastyczności i poniesienia dodatkowych kosztów. Ponadto, palącym problemem handlowców są zatory płatnicze. W efekcie zadłużenie branży w ciągu roku wzrosło o blisko 245 mln zł i wynosi obecnie ponad 2,1 mld zł – wynika z danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. 1/4 tej kwoty to wewnętrzne długi branży, zaś najwięcej, bo ponad 1,4 mld zł handlowcy muszą oddać instytucjom finansowym.

Jak pokazują dane KRD, w ciągu ostatniego roku niespłacone zobowiązania sprzedawców urosły o 13 proc. Grono zadłużonych firm powiększyło się o 405 podmiotów, do 48,1 tys. Średnie zadłużenie jednego dłużnika handlowego wynosi prawie 45 tys. zł.

Handel ucierpiał na obostrzeniach

Dane Polskiej Rady Centrów Handlowych wskazują, że w minionym roku ruch klientów tylko w centrach handlowych był o niemal 1/3 mniejszy niż rok wcześniej. Obroty placówek handlowych i usługowych spadły o 26 proc. Nawet w przypadku sprzedawców żywności w centrach, w których sklepy były stale otwarte, widać spadek o 5 proc. Z kolei z danych Polskiej Izby Handlu, dotyczących supermarketów powyżej 300 mkw. wynika, że tylko w pierwszym półroczu pandemii sprzedaż spadła w sumie o 2 proc. Znacznie lepiej poradziły sobie sklepy małoformatowe, o powierzchni nieprzekraczającej 300 mkw. Z danych CRM, które porównuje PIH wynika, że w pierwszych sześciu miesiącach pandemii ich łączne obroty były o 6 proc. wyższe niż przed rokiem, mimo że liczba transakcji spadła w tym czasie o 16 proc.

Z powodu utrudnień w handlu i skutków pandemii wielu sprzedawców zaczęło przenosić swoją działalność do Internetu. Z danych PwC wynika, że łączna sprzedaż online w 2020 roku urosła o 35% w porównaniu z rokiem 2019. Przed pandemią, z 2018 na 2019 rok taki wzrost wyniósł niemal o połowę mniej, bo 18%. Rośnie też liczba osób, które przekonują się do zakupów w sieci. Dane GUS wskazują, że odsetek konsumentów, którzy w ciągu ostatnich 3 miesięcy zamówili online towary i usługi, wzrósł o 5 proc. w ciągu roku.

– Stabilna sytuacja małych podmiotów handlowych i rozwój e-commerce, który obecnie obserwujemy, nie uchroniły branży przed problemami finansowymi. Mniejsze sklepy lub parki handlowe oraz sklepy e-commerce zyskały, ale duże centra straciły. W efekcie łączne zadłużenie handlu wzrosło o 245 mln zł, jednak warto zauważyć, że gdyby nie dobre wyniki małych sklepów, dług mógłby być jeszcze większy. Myślę, że nadchodzące miesiące powinny przynieść poprawę sytuacji branży, jako całości. Rosnąca liczba zaszczepionych osób, a tym samym malejąca liczba zakażeń, wciąż niskie bezrobocie i znaczne oszczędności gospodarstw domowych to czynniki, które pozwalają na prognozowanie wzrostu konsumpcji wewnętrznej. Nie można też nie wspomnieć o ogromnej potrzebie wśród konsumentów odreagowania miesięcy ograniczeń, co będzie dodatkowym pozytywnym bodźcem dla wzrostu sprzedaży – prognozuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Handel w pułapce zatorów

Według danych KRD, zadłużenie sektora handlowego rozkłada się mniej więcej po połowie: ponad 1 mld zł stanowią długi hurtowni i ponad 1 mld zł to długi detalistów.

Sytuacja w handlu detalicznym pogorszyła się głównie na skutek mniejszego popytu ze strony konsumentów, którzy ograniczyli zakupy stacjonarne z powodu obostrzeń czy strachu przez zakażeniem. Wzrost zakupów online, choć znaczny, nie był w stanie w pełni zrekompensować tych strat. Spadek handlu detalicznego odbija się oczywiście na hurtowniach, na które dodatkowo wpływ mają także problemy innych branż, na przykład hotelarstwa czy gastronomii. Zawieszenie lub ograniczenie działalności kontrahentów oznacza bowiem mniej zamówień do realizowania, a także wiąże się z pogorszeniem ich dyscypliny płatniczej. To kolejny przykład tego, jak głęboko pandemia dotyka system gospodarczy i bezpośrednio lub pośrednio wpływa na wszystkie branże – zauważa Adam Łącki.

Handel ma duży kłopot z kontrahentami, którzy nie płacą swoich faktur. Dłużnicy są im winni ponad 1,4 mld zł. To wartość, która odpowiada blisko dwóm trzecim sumy łącznego zadłużenia branży handlowej. Dodatkowo, w przypadku hurtowni, które sprzedają towar detalistom, pojawia się też problem wewnętrznych długów branży. Te ostatnie w sektorze handlowym wynoszą 352 mln zł. Kolejni najwięksi dłużnicy handlu to firmy zajmujące się budownictwem, które są winne handlowcom 229 mln zł oraz firmy z działu przetwórstwa przemysłowego, z zaległościami rzędu 128 mln zł.

Zdaniem ekspertów, ukrytym wrogiem branży handlowej są również długie terminy zapłaty w sytuacji, gdy nabywcą jest inna firma. Cierpią na tym zwłaszcza najmniejsze podmioty.

Wiele małych sklepów i hurtowni, niezależnie od pandemii, boryka się z odwiecznym problemem odroczonych płatności. Jest to standard w relacjach B2B, a dla właścicieli firm ogromne obciążenie finansowe. Handlowcy wystawiają kontrahentom faktury z długim terminem zapłaty za towar, nierzadko 30 lub nawet 60 dni. To sprawia, że mają stałych klientów, ale też realny problem z płynnością finansową, bo nie mogą korzystać z pieniędzy, które im się należą. To jeden z powodów, dla których sięgają po faktoring w ucieczce przed zatorami – zauważa Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

Ponad 2,1 mld zł do zwrotu

Cały sektor handlowy największe zaległości ma wobec instytucji finansowych i ubezpieczeniowych, jak banki, firmy leasingowe i zarządzające wierzytelnościami. Jest im winien ponad 1,4 mld zł. Handel ma też problem z regulowaniem rachunków za media, czynsz, telefon – to łącznie 135 mln zł zaległości. Jest też głównym dłużnikiem wielu branż, w tym np. firm przewozowych i kurierskich, którym do oddania ma ponad 33,5 mln zł. Łączna kwota przedterminowych zobowiązań handlowców opiewa na sumę 2,1 mld zł.

Dane KRD pokazują, że 56 proc. tej kwoty mają do spłacenia jednoosobowe działalności gospodarcze, a blisko jedną trzecią z tej puli oddać powinny spółki z o.o.

Najbardziej zadłużonym handlowym rejonem kraju jest Mazowsze, gdzie firmy z sektora mają do oddania ponad 469 mln zł. Drugie miejsce zajmuje województwo śląskie, tu branża musi zwrócić 295,5 mln zł. Trzecia jest Wielkopolska z ponad 217 mln długów.

Niechlubny rekord zadłużenia należy do firmy z województwa kujawsko-pomorskiego, która ma do oddania swoim wierzycielom ponad 11 mln zł. Najwięcej jest winna przedsiębiorstwom z branży rolniczej i ogrodniczej – prawie 7 mln zł. Sporo musi także zwrócić firmom windykacyjnym (4,3 mln zł) oraz leasingowym (43 tys. zł).

Fiskus oskarżył firmę o nabycie pustych faktur, mimo że zeznania świadków wyraźnie stwierdzały co innego

Przedsiębiorca zlecił wykonanie usług i za nie zapłacił. Jednak fiskus zakwestionował rzetelność faktur dokumentujących ich wykonanie. W oparciu o część zeznań świadków zbudował teorię o udziale firmy w oszustwie i nabyciu przez nią tzw. pustych faktur, niedokumentujących rzeczywiście zrealizowanych usług, pomijając przy tym te zeznania, które o ich wykonaniu, a zatem i braku winy przedsiębiorcy, potwierdzały.

Ustalenia po blisko 5 latach

Naczelnik urzędu skarbowego decyzją z kwietnia 2017 r. określił firmie zobowiązanie w podatku dochodowym od osób prawnych za 2012 r. wraz z odsetkami. Podstawą decyzji było zakwestionowanie przez organ pięciu faktur zakupowych spółki, wystawionych firmie przez przedsiębiorstwo budowlane za prace ziemne i budowlano-transportowe.

W opinii fiskusa sprzedający usługi nie mógł ich wykonać w 2012 r., bo mimo iż był wówczas czynnym, zarejestrowanym podatnikiem VAT, to nie zatrudniał żadnych pracowników ani nie posiadał ciężkiego sprzętu transportowego, jak i sprzętu niezbędnego do wykonania robót ziemnych. Uwagę naczelnika urzędu skarbowego zwróciło również to, że formą płatności za owe faktury była gotówka, oraz fakt, że faktury w pierwotnej wersji miały dokumentować usługę transportową, jednak później – na prośbę spółki – zmieniono rodzaj usługi. Przedsiębiorstwo budowlane tłumaczyło, że prace na zasadach podwykonawstwa wykonała inna firma. Ale i to oświadczenie organ skarbowy uznał za nieprawdziwe, bowiem również wskazany podwykonawca nie zatrudniał w 2012 roku pracowników, jak i nie miał odpowiedniego parku maszyn.

Z podobnych przyczyn organ zakwestionował także sześć faktur wystawionych firmie przez spółkę z o.o., które miały dokumentować prace polegające na przygotowaniu terenu pod składowisko odpadów. W tym przypadku organ wskazał także na sprzeczne zeznania prezesa spółki z o.o. w zakresie współpracy z firmą zleceniodawcy prac, a sama spółka nie wykazała w deklaracjach VAT wykonanych na rzecz firmy usług.

W rezultacie dyrektor izby administracji skarbowej rozpoznający wniesione przez przedsiębiorcę odwołanie stwierdził, że obaj wystawcy zakwestionowanych faktur nie prowadzili rzeczywistej działalności gospodarczej, a więc i wystawione przez nich faktury nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń gospodarczych w postaci wykonanych na rzecz przedsiębiorcy usług.

Część zeznań potwierdzało wprost wykonanie zafakturowanych usług

Rozstrzygający w styczniu 2021 r. spór Wojewódzki Sąd Administracyjny w Bydgoszczy podkreślił, że w toku prowadzonego przez siebie postępowania organy podatkowe zobligowane są podejmować wszelkie niezbędne działania w celu dokładnego wyjaśnienia stanu faktycznego oraz załatwienia sprawy. W postępowaniu tym materiał dowodowy powinien być zebrany w całości i w sposób wyczerpująco rozpatrzony. A sąd zauważył, że w aktach tej sprawy znajdują się protokoły przesłuchania świadków zatrudnionych, jak i niezatrudnionych w firmie. Rozpoznający we wrześniu 2020 r. skierowaną do WSA sprawę Naczelny Sąd Administracyjny (sygn. akt II FSK 1316/18) stwierdził, że część tych zeznań pośrednio wskazuje na wykonanie usług wykazanych w zakwestionowanych fakturach przez ich wystawców, zaś część zeznań wprost to potwierdza. Organy podatkowe obu instancji nie mogły tych dowodów pomijać, bowiem podważają stanowisko organów co do tych faktur. NSA zaznaczył, że doniosłość tych zeznań wynika z faktu, że złożyło je kilka osób, a więc nie mają charakteru jednostkowego.

Dyrektor izby skarbowej w swojej decyzji ograniczył się jedynie do ogólnego przywołania zeznań wybranych świadków, pomijając zeznania złożone przez innych, potwierdzające wykonanie prac udokumentowanych na spornych fakturach. Przy czym organ nie wskazał motywów, dla których zeznań tych nie uznał za dowód potwierdzający wykonanie zakwestionowanych usług na rzecz firmy. Dlatego też sąd uchylił zaskarżoną przez firmę decyzję, orzekając:

„W odwołaniu skarżąca w szerokim zakresie przytoczyła zeznania świadków i podkreśliła, że zeznania te nie pozostawiają złudzeń, iż spółka dokonała zakupu usług od firmy M. i spółki D. (…) Zaskarżona decyzja oparta jest na ustaleniach faktycznych wskazujących na fikcyjny charakter zakwestionowanych faktur, które to ustalenia pozostają w opozycji do treści zeznań ww. świadków. W uzasadnieniu zaskarżonej decyzji organ nie wskazał przyczyn, dla których zeznaniom tym nie dał wiary. Brak jest stwierdzeń, które pozwalałyby na poznanie motywów nieuznania przez organ zeznań ww. świadków za dowód potwierdzający wykonanie zakwestionowanych usług” (wyrok WSA w Bydgoszczy z 26 stycznia 2021 r., sygn. akt I SA/Bd 843/20).

Podsumowanie

Wybiórczość – to najlepsze słowo opisujące postępowanie organów podatkowych wobec przedsiębiorcy w tej sprawie. Fiskus wybiera zeznania świadków, które pasują mu do jego teorii, pomijając te, które działają na korzyść przedsiębiorcy. Ta wybiórczość prowadzi do poważniejszej patologii – urzędniczego bezprawia, przed którym przedsiębiorcy muszą szukać ochrony w sądzie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Rynek biurowy w Warszawie przekroczył 6 mln mkw. powierzchni

Najskromniejszy od 11 lat wolumen powierzchni w budowie i relatywnie niska aktywność najemców – tak przedstawiał się pierwszy kwartał w sektorze biurowym w Warszawie. Nadzieję na ożywienie daje rosnące zainteresowanie stolicą ze strony branży usług dla biznesu (SSC/BPO/ITO).

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na warszawskim rynku biurowym na koniec pierwszego kwartału 2021 roku.

Pierwsze trzy miesiące 2021 roku ponownie okazały się wyzwaniem zarówno dla gospodarki, jak i dla rynku nieruchomości biurowych. Kolejne obostrzenia wpłynęły na spowolnienie dynamiki stołecznego sektora biurowego.

Pierwszy kwartał 2021 przyniósł kontynuację trendów z 2020 roku, która przejawia się w niższej niż przed pandemią aktywności deweloperów i najemców. Wolumen powierzchni w budowie oraz popyt w ujęciu kwartalnym są najniższe od 11 lat. Warto jednak zaznaczyć, że trwające procesy, wraz z rosnącym zainteresowaniem warszawskim rynkiem ze strony sektora nowoczesnych usług biznesowych, mogą pozytywnie wpłynąć na wolumen transakcji najmu w kolejnych miesiącach. Ponadto, firmy coraz śmielej planują powrót do biur. Większość z nich zakłada jesień 2021 r. jako jego realny termin, komentuje Tomasz Czuba, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL

Popyt – ostrożna postawa najemców

W pierwszym kwartale 2021 roku warszawscy najemcy wynajęli blisko 110 000 mkw. co było wynikiem o 20% niższym niż w tym samym okresie w 2020 r.

Relatywnie niski poziom aktywności najemców był spowodowany przede wszystkim niepewnością dotyczącą wielkości biura po powrocie do tzw. nowej normalności. Jednocześnie jednak możemy zaobserwować delikatne spowolnienie dynamiki wzrostu liczby ofert podnajmu, który był jednym z dominujących trendów na warszawskim rynku w ubiegłym roku. Aktualnie w Warszawie dostępnych jest ponad 120 000 mkw. na podnajem, czyli o ok. 10 000 mkw. mniej niż pod koniec ubiegłego roku, wskazuje Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań i Doradztwa, JLL

Do największych transakcji najmu w tym roku należały: umowa przednajmu Zarządu Transportu Miejskiego w Fabryce PZO na 9800 mkw., renegocjacja umowy na 7500 mkw. przez Credit Suisse w Atrium 2 oraz odnowienie umowy przez Royal Bank of Scotland na 5700 mkw. w Wiśniowy Business Park. Obecnie najemcy często decydują się na przedłużenie umowy na krótki okres i czekają na powrót do normalności przed podjęciem długoterminowych zobowiązań.

Flexy weszły w etap stabilizacji

Obecnie obłożenie biur elastycznych w centralnych dzielnicach Warszawy utrzymuje się na stabilnym, dosyć wysokim poziomie. Jeszcze w ubiegłym roku można było zauważyć mocne zawirowania w segmencie „flex”, które przekładały się na dynamiczne zmiany w stawkach za stanowisko pracy. Aktualnie mamy raczej do czynienia ze stabilizacją cen i można zakładać, że najtrudniejszy okres mamy już za sobą, tłumaczy Adam Lis, Doradca ds. Elastycznych Rozwiązań Biurowych, JLL.

Podaż – warszawskie biura oferują już 6 mln mkw. powierzchni

W pierwszym kwartale na warszawski rynek dostarczono osiem budynków o łącznej powierzchni ponad 167 000 mkw. W rezultacie całkowita podaż nowoczesnych przestrzeni biurowych w Warszawie przekroczyła poziom 6 mln mkw. Do największych nowych inwestycji należą Skyliner, zrealizowany przez Karimpol (48 500 mkw.) oraz kolejny etap Generation Park – wieża, czyli budynek Y (44 000 mkw.), którego budowę ukończyła Skanska Property Poland.

W ostatnich latach w realizacji pozostawało od 700 000 mkw. do 800 000 mkw., obecnie jest to jedynie 420 000 mkw. i jest to najniższy wolumen powierzchni w budowie od 2011 roku.

W Warszawie, po kilku latach stale rosnącej aktywności deweloperów, wolumen powierzchni w budowie uległ znacznemu obniżeniu. Deweloperzy ostrożniej podchodzą do rozpoczynania projektów, a w ciągu ostatnich miesięcy na terenie Warszawy uruchomiona została tylko jedna nowa inwestycja – The Bridge, realizowany przez Ghelamco Poland. W efekcie, w roku 2023 możemy spodziewać się luki podażowej. Będzie to szczególnie widoczne poza centrum miasta, komentuje Tomasz Czuba

Pustostany i czynsze

W I kwartale 2021 r. poziom pustostanów wzrósł do 11,4% (12,2% w strefach centralnych i 10,9% poza centrum). Ograniczona nowa podaż planowana na kolejne lata może mieć jednak pozytywny wpływ na tempo wzrostu współczynnika powierzchni niewynajętej.

Znaczna część właścicieli, przede wszystkim budynków najwyższej klasy, nadal realizuje relatywnie sztywną politykę dotyczącą oferowanych stawek i długości okresu podpisywanych umów. Niemniej jednak rośnie pakiet zachęt dla najemców, w szczególności dotyczy to budżetu na fit-out. Wyjątkiem wśród obiektów typu „prime” są niektóre biurowce będące w trakcie realizacji. Ich właściciele, chcąc zawrzeć pierwsze umowy, skłonni są na dużo korzystniejsze warunki dotyczące stawek, zachęt oraz innych elementów kontraktu, komentuje Tomasz Czuba

Najwyższe czynsze transakcyjne dla najlepszych nieruchomości są stabilne i wynoszą od 18 do 24 euro/mkw./m-c w szerokim centrum i do 16 euro/ mkw./m-c poza nim.

Rynek inwestycyjny

Wartość transakcji na warszawskim rynku biur wyniosła w I kw. 2021 r. blisko 250 mln euro. Największą zrealizowaną umową była sprzedaż przez Echo Investment Biur przy Willi (część Browarów Warszawskich) za 86,7 mln euro do KGAL Group. Równie znaczące było przejęcie budynku Spark B przez Stena Realty oraz portfela czterech obiektów Immofinanz przez Indotek. Największą transakcją na Mokotowie było z kolei kupno przez Amundi Real Estate kompleksu Neopark.