ATAL przekazał 794 lokali w Q1 2021 r.

ATAL, ogólnopolski deweloper, w pierwszym kwartale 2021 roku przekazał 794 lokale, co oznacza wzrost o 67,9% rok do roku (473). Najwięcej lokali zostało wydanych w Warszawie (281), Łodzi (167) i Katowicach (140).

Mimo trwającej pandemii rynek mieszkaniowy pozostaje niezmiennie w wysokiej fazie aktywności, a perspektywy są wciąż bardzo dobre. Jeśli chodzi o wydania, to pierwszy kwartał roku był dla nas udany – od stycznia do końca marca przekazaliśmy klientom 794 lokale – mówi Zbigniew Juroszek, Prezes ATAL S.A.  

WYDANIA LOKALI ATAL W Q1 2021 r. (wg. MIAST)
Miasto Liczba przekazanych lokali
Katowice 140
Kraków 83
Łódź 167
Warszawa 281
Wrocław 75
Trójmiasto 6
Poznań 42
Łącznie 794

ATAL w pierwszym kwartale 2021 roku zakontraktował 848 mieszkań, czyli o 14,28% więcej niż przed rokiem. W analogicznym okresie roku poprzedniego sprzedaż plasowała się na poziomie 742 lokali. W marcu podpisano 400 umów deweloperskich – to rekordowy miesięczny wynik w historii spółki. Spółka zakłada, że kontraktacja w 2021 roku wyniesie co najmniej 3 200 lokali.

W 2020 roku – po rekordowym wydaniu 3 002 lokali – deweloper wypracował aż 1 167 mln zł skonsolidowanych przychodów, co stanowi 62% wzrost względem roku 2019. Skonsolidowany zysk netto przypisanym akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł zaś 167 mln zł – wzrost o 48% rdr. ATAL osiągnął w tym okresie 113 mln zł zysku netto.

W 2020 roku ATAL pozyskał 9 nowych gruntów inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Trójmieście oraz w Katowicach. Łączny koszt zakup nowych działek to ok. 52 mln zł, w przeliczeniu na 1 mkw. PUM to niespełna 600 złotych, co potwierdza realizację racjonalnej polityki zakupu działek pod inwestycje. Tereny pozwolą na realizację 86 tys. mkw. PUM. Obecny bank ziemi w posiadaniu spółki w pełni zabezpiecza plany inwestycyjne spółki na najbliższe lata.

ATAL jest spółką dywidendową. Zarząd w marcu br. zarekomendował Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości 80% zeszłorocznego zysku netto jednostki dominującej. Oznacza to, że do akcjonariuszy trafi 117,3 mln złotych, czyli 3,03 zł na akcję. Pozostałą część wypracowanego zysku – 28,4 mln zł – Zarząd rekomenduje przeznaczyć na kapitał zapasowy.

Kurs euro może zmierzać w kierunku 4,50

Nadchodzące dni będą wyglądały zupełnie inaczej w wykonaniu złotego niż jeszcze tydzień temu można było przewidywać. Posiedzenie Sądu Najwyższego w sprawie kredytów frankowych zostało ponownie przełożone, a NBP zaczyna neutralnie patrzeć na kurs złotego. W krótkim terminie złoty ma przestrzeń do dalszego umocnienia.

Nieprzychylny dla polskich banków wyrok SN, zmuszający je do domykana pozycji walutowych i sprzedaży PLN, oraz Narodowy Bank Polski wciąż zainteresowany słabszą walutą – takie mogłoby być realia na rynku złotego w tym tygodniu. Tymczasem posiedzenie Izby Cywilnej SN zostało przełożone z 13 kwietnia na 11 maja z powodu restrykcji pandemicznych oraz wyczekiwania wyroku TSUE w sprawie kredytów, który planowany jest na 29 kwietnia. Odroczenie pomaga złotemu dwojako. Po pierwsze wyklucza spekulacyjne budowanie pozycji na wypadek negatywnej reakcji złotego na wyrok. Po drugie, wszelkie pozostałości pozycji na osłabienie złotego zawieranych podczas marcowej fali deprecjacji mogą być dalej domykane, gdyż nie ma sensu czekać na niepracujących pozycjach dodatkowy miesiąc. W ubiegłym tygodniu widać było, jak wyciszenie ryzyk wokół złotego pomaga w odreagowaniu z nieuzasadnionych fundamentalnie poziomów. Oczywiście ryzyka te i inne (jak. np. trzecia fala COVID-19) nie zniknęły i będą straszyć złotego w kolejnych tygodniach. Decyzje sądowe w sprawie kredytów CHF pozostają sprawą otwartą bez żadnych sugestii, który scenariusz jest najbardziej prawdopodobny. Można jedynie przyjąć, że wyrok TSUE 29 kwietnia stanie się szablonem dla Sądu Najwyższego i ta data może być najważniejsza dla złotego.

Piątkowa konferencja prezesa NBP A. Glapińskiego przynajmniej nie zaszkodziła złotemu. NBP pozostaje gołębi, a prezes w dalszym ciągu podtrzymuje zdanie, że jeśli zależałoby to wyłącznie do niego, to stopy procentowe nie uległyby zmianie co najmniej do końca kadencji RPP, tj. do połowy 2022 r. Z jednej strony jest to odbierane negatywnie jako blokada dla podwyżek w obliczu przyspieszającej inflacji, choć Glapiński zaznaczył, że przestrzelenie celu inflacyjnego w kolejnych miesiącach będzie zjawiskiem przejściowym wynikającym z wyższych cen energii i wywozu śmieci, na co Rada i tak nie ma wpływu. Jednocześnie jednak prezes zasugerował malejące ryzyko obniżki stóp procentowych, podkreślając coraz mniejszy wpływ kolejnych restrykcji covidowych na aktywność gospodarczą. Dodał, że NBP zakłada scenariusz optymistyczny z przezwyciężeniem pandemii i powrotem do normalności w lecie.

Najważniejsze jednak padło w kwestii złotego. Glapiński przyznał, że bankowi centralnemu udało się osiągnąć zamierzony cel i sprowadzić złotego do „strefy komfortu”. Bank może dalej interweniować, jednak nie dąży do określonego poziomu kursu. Prezes podkreślił, że każda dynamiczna zmiana kursu jest niepożądana, gdyż rujnuje spokój gospodarczy. Osobiście widziałbym tutaj otwarcie furtki dla dwustronnej stabilizacji kursu. Z jednej strony NBP niezmiennie będzie krzywym okiem parzył na zbyt szybkie umocnienie złotego i spadek EUR/PLN poniżej 4,50 zapewne wywoła gołębie komentarze członków RPP. Z drugiej strony słowa Glapińskiego sugerują, że bank centralny nie chce słabego złotego za wszelką cenę i dynamiczna deprecjacja na wzór tej z poprzedniego miesiąca także nie jest pożądana. Jeśli w marcu sprzedaż złotego wydawała się nieryzykowna, bo zakładano brak reakcji obronnej NBP, tak teraz ten argument słabnie.

Krótkoterminowo złoty powinien mieć większą swobodę w podążaniu za trendami globalnymi i równaniu do walut regionu (od początku marca złoty wciąż jest ok. 1,6 proc. słabszy od węgierskiego forinta). Jakkolwiek dziś nie zanosi się na dominację apetytu na ryzyko, tak w kolejnych dniach EUR/PLN może zmierzać w kierunku 4,50. Kurs wkracza jednak w strefę, gdzie tym razem to sprzedający złotego mogą czuć się komfortowo z odnawianiem pozycji pod decyzje sądowe w sprawie kredytów CHF.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Pożyczanie w czasach pandemii

Jedynie co szósty Polak starał się w ciągu ostatnich 12 miesięcy o pożyczkę lub kredyt – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Wonga.

Najczęściej o kredyt/pożyczkę starały się osoby w wieku 34-44 lata (25 proc.) oraz 24-33 lata (22 proc.), najrzadziej najmłodsi, czyli poniżej 24 roku życia.

– Jeśli spojrzymy na wykształcenie i miejsce zamieszkania, to okazuje się, że o dodatkowe finansowanie zabiegali przede wszystkim Polacy z wyższym i średnim wykształceniem, którzy mieszkają w największych miastach Polski – mówi Aneta Gergont-Gałązka, Dyrektor Departamentu Marketingu w Wonga.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, akcja kredytowa w 2020 r. osiągnęła 140,8 mld zł i była niższa o 29 mld zł (18%) niż w 2019 r. – to bilans sprzedaży kredytów i pożyczek w dobie pandemii, która zaważyła na wynikach wszystkich produktów kredytowych i pożyczek. W 2020 r. udzielonych zostało 51,7 mld zł kredytów gotówkowych, czyli o 30 proc. mniej niż rok wcześniej. Spadła także sprzedaż kredytów hipotecznych z 65 mld zł w 2019 r. do 63,2 mld zł w 2020 r. Wzrosły, ale tylko o 0,8 proc. kredyty ratalne.

– Czas pandemii to dla instytucji finansowych czas podwyższonego ryzyka, czyli większej selektywności i ostrożności. Konsumenci mogli mieć problem otrzymaniem pozytywnej decyzji kredytowej zarówno od banków, jak i firm pożyczkowych. Ostatnie 12 miesięcy to czas koncentracji na własnych klientach i szczegółowej weryfikacji nowych – wyjaśnia Krzysztof Koremba, Dyrektor Działu Oceny Ryzyka w Wonga. – Kolejne lockdowny sprawiają, że zwiększa się grupa Polaków z mniejszymi lub praktycznie zerowymi przychodami i wiele z tych osób chce ratować domowy budżet, którym wstrząsnęła pandemia, pożyczką czy kredytem, ale nie zawsze mogą to zrobić. Obecnie w Wonga akceptujemy około 50 proc. przychodzących wniosków.Pożyczanie w czasach pandemii

32 proc. badanych twierdzi, że w trakcie pandemii jest trudniej dostać kredyt/pożyczkę. 16 proc. ankietowanych przyznało, że odmówiono im finansowania, tak samo liczna grupa powiedziała, że dostała niższą kwotę kredytu/pożyczki niż tą, o którą wnioskowali. Co czwarty 35-44 latek z dużego miasta (100-500 tys. mieszkańców) odchodził z kwitkiem, a co trzeci 25-34 latek musiał zadowolić mniejszą kwotą przyznanej pożyczki/kredytu.

Badanie zostało przeprowadzone na panelu Ariadna na ogólnopolskiej próbie liczącej N=1094 osób. Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji Polaków w wieku 18 lat i więcej dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Termin realizacji: 26 – 29 marca 2021 r.. Metoda: CAWI.

Europejskie firmy nieprzygotowane do automatyzacji

Większość europejskich dyrektorów ds. informatyki uważa, że ich organizacje są niedostatecznie przygotowane do automatyzacji – donosi Forrester. Tylko co piąta firma potrafi jasno określić, w jaki sposób automatyzacja mogłaby usprawnić ich procesy biznesowe.

Trzech na czterech (76%) europejskich dyrektorów ds. informatyki (CIO) uważa, że ich organizacja jest niedostatecznie przygotowana do wdrożenia automatyzacji, podaje ośrodek badawczo-doradczy Forrester. Niewiele lepiej niż na Starym Kontynent jest w Ameryce Północnej (73%). Najlepiej wypada Azja, gdzie “tylko” dwóch na trzech (65%) ankietowanych CIO uważa, że ich organizacja jest niewystarczająco dojrzała, by sprostać wymaganiom automatyzacji. Zdaniem Tomasza Marczuka, Menedżera ds. Sprzedaży w BPSC, informacje od dyrektorów ds. informatyki są szczególnie ważne, bo ci managerowie doskonale orientują się w sytuacji firmy i jej cyfrowej dojrzałości.

Jeszcze kilkanaście lat temu dyrektor ds. informatyki (CIO) odpowiadał za sprawne funkcjonowanie IT. Teraz ta rola została scedowana na dział operacyjny, by pozwolić CIO działać bardziej strategicznie. Dziś manager odpowiedzialny za IT odpowiada za wdrażanie technologii, które dają firmie przewagę nad konkurencją, on najlepiej wie, co
w przedsiębiorstwie piszczy, tak w obszarze IT, jak i operacji biznesowych.
– tłumaczy Tomasz Marczuk.

Droga bez celu

Zdaniem Forrestera problemem europejskich przedsiębiorstw może być brak jasnych celów, które określają, po co firmy chcą się automatyzować. Tylko co piąty (20%) zapytany CIO ze Starego Kontynentu może określić, czego właściwie oczekuje od robotyzacji i jak dzięki niej usprawnić procesy biznesowe. Najsłabiej zdaniem analityków z automatyzacją radzą sobie kraje z Europy Południowej i Wschodniej.

Te wyniki są efektem nierównomiernej digitalizacji. – twierdzi Marczuk i dodaje: – Wystarczy spojrzeć na nasz kraj. Mamy wiele firm, które inwestują w IT, wymieniają oprogramowanie na nowsze i rozwijają park maszynowy. Po drugiej stronie mamy grupę przedsiębiorstw, które nie są tak aktywne na tym polu. Nie modernizują się systematycznie, dlatego automatyzacja jest dla nich wyzwaniem. Potrzebujemy zmiany nastawienia, digitalizacja nie może być postrzegana jako koszt a jako inwestycja. – wyjaśnia ekspert z BPSC.

Przyszłość automatyzacji w Europie

Co czeka Europę? Forrester przewiduje, że w 2021 roku wiele firm zachęconych możliwością wykorzystania rządowych pakietów stymulacyjnych, zrewiduje swoje plany. To sprawi, że w perspektywie średnio i długoterminowej przybywać będzie managerów, którzy będą chcieli zabezpieczyć przedsiębiorstwo przed zdarzeniami niepożądanymi. Podobnymi do pandemii, ale nie tylko, także rynkowymi zawirowaniami.

Zdaniem eksperta z BPSC robotyzacja nie tylko wzmacniana biznesowy układ odpornościowy, ale także poprawia produktywność.

Jeżeli producenci z Europy chcą być konkurencyjni na globalnym rynku, muszą rozwijać inicjatywy w obszarze automatyzacji. To już się dzieje, ale z roku na rok będzie przyspieszać i będziemy świadkami dużych transformacji. Szczególnie w przemyśle. – mówi Tomasz Marczuk. Podobnego zdania są analitycy Forrestera, którzy uważają, że efektem wdrażania coraz bardziej zaawansowanych technologii będzie przejście produkcji na pełną automatyzację.

Spadki wydatków na technologie. Poza centrami danych

Według danych Gartnera, w 2020 roku światowe wydatki na IT wyniosły 3,7 biliona dolarów i były o 2,2% niższe niż rok wcześniej. Choć spadek był mniejszy niż wcześniej prognozowano, to był odczuwalny we wszystkich segmentach rynku. Wyjątkiem były rozwiązania dla data center.

Dane Gartnera mówią jasno: cyfryzacja z powodu pandemii zwolniła. W obliczu niepewnej sytuacji, firmy zaciskały pasa, co wpłynęło na wyniki sprzedaży dostawców technologii.  

Największy spadek odnotowano w segmencie urządzeń – ich sprzedaż spadła o 6,9% do 663 mln dolarów. Mniejszy, choć wciąż znaczący, był spadek sprzedaży oprogramowania dla przedsiębiorstw, który wyniósł 2,1% (466 mln dolarów) oraz usług IT. Wartość sprzedaży zmniejszyła się w tym przypadku o 1,8% do kwoty 1 mld dolarów. Zmniejszyły się także nakłady na usługi komunikacyjne – o 0,7%. Na tym tle prawdziwym wygranym jest segment systemów dla centrów danych. Ich sprzedaż bowiem wzrosła i to o 2,3% wynosząc w sumie 219 mln dolarów.

 

Wprawdzie polski rynek IT nie zawsze idzie w parze z globalnymi trendami, widzimy jednak, że w czasie pandemii centra danych stały się kluczowym ogniwem dla cyfrowej transformacji biznesu. To tutaj zlokalizowane są infrastruktura, kompetencje i technologie, które pomagają firmom dostosowywać oraz optymalizować procesy do wymogów współczesnej cyfrowej gospodarki. Szukanie oszczędności, to nie tylko rezygnacja z zakupów. Często jest to dokonywanie ich w modelu outsourcingu – tam, gdzie łatwiej o elastyczność wydatków i skalowalność. Infrastruktura i kompetencje IT nie należą do tanich ani łatwych w zakupie (CAPEX, koszty rekrutacji i utrzymania pracowników IT) a kompetencyjne centra danych oferują jedno i drugie w przystępnym modelu abonamentowym. Współpraca z dobrym data center może jednocześnie podnieść poziom bezpieczeństwa IT i umożliwia łatwy dostęp do chmury obliczeniowej. To właśnie data center stanowią fundament dla wielu nowych projektów IT wdrażanych teraz przez firmy i instytucje – mówi Piotr Pawłowski, CEO w Grupie 3S.

Co ciekawe, okazuje się, że Gartner nie doszacował popytu. W lipcu ubiegłego roku firma analityczna prognozowała, że segment rozwiązań dla centrów danych wzrośnie w 2020 r. o 1%. Jednocześnie Gartner szacował, że rynek IT skurczy się o 5,4%. Te prognozy się nie sprawdziły.

Cyfryzacja w niektórych obszarach przyśpieszyła, co uchroniło branżę IT przed większymi spadkami, niemniej wiele firm przesunęło inwestycje w czasie, czekając na wyklarowanie się sytuacji gospodarczej. Dziś, gdy duża część klientów przeniosła się do świata online, a sytuacja powoli się stabilizuje, firmy będą wracały do inwestycji w technologie. Spora część z nich skorzysta jednak z outsourcingu i usług chmurowych, aby nie zamrażać środków inwestycyjnych i zapewnić sobie większą elastyczność działania. To kolejna szansa dla rynku centrów danych – prognozuje Piotr Pawłowski, CEO w Grupie 3S.  

Gartner szacuje, że w tym roku segment systemów dla centrów danych wzrośnie o 7,7%. Sprzedaż ma urosnąć zdaniem analityków do 247 mln dolarów.

Polscy przewoźnicy pod ścianą? Pakiet mobilności może zwiększyć ich koszty nawet o 100 proc.

Jeśli nie zmienią się polskie przepisy, to przewoźników czeka drastyczny wzrost kosztów. To kolejne skutki pakietu mobilności, które firmy odczują już na początku 2022 roku. Eksperci OCRK przeprowadzili symulację, z której wynika, że w zależności od typu wykonywanych przewozów będzie to od 20 do nawet 100 proc. Jeśli teraz kierowca zarabia 7 tys. zł „na rękę”, a podstawa wynosi 3600 zł brutto i reszta jest dopełniona nieopodatkowanymi ryczałtami i dietami, to łączny koszt pracodawcy wynosi 8700 zł brutto. Przy założeniu, że poza granicami kraju wykonuje więcej przewozów podlegających przepisom pakietu mobilności, to od lutego 2022 roku ten koszt, gdy nie wprowadzimy zmian w dokumentacji wewnętrznej firm, może wzrosnąć nawet do 14 tys. zł brutto. Chyba, że do tego czasu uda się zmienić polskie przepisy. Jednak w każdym przypadku koszty przewoźników i tak wzrosną – podkreśla Kamil Wolański, kierownik działu ekspertów OCRK, Grupa INELO.

Polscy przewoźnicy pod ścianą – jaki transport ucierpi najbardziej?

Nadchodzą kolejne zmiany w związku z wprowadzonym w ubiegłym roku pakietem mobilności w Unii Europejskiej. Od 2 lutego 2022 roku na terenie wspólnoty kierowcom trzeba będzie płacić pełne wynagrodzenie minimalne adekwatne do kraju, w którym wykonują usługę. Wyłączone z tego będą przejazdy tranzytowe. Co to w praktyce oznacza? Jeśli kierowca jedzie z Polski do Francji, to za przejazd przez Niemcy nie trzeba będzie przyjmować stawek niemieckich. Przepisy pakietu mobilności nie obejmą też transportu bilateralnego z i do Polski. Dotyczyć będą za to przejazdów kabotażowych, czyli jeśli kierowca polskiej firmy przewozi towar na terenie innego kraju Unii lub cross trade, czyli z jednego państwa unijnego do drugiego, innego niż siedziba przewoźnika.

– Właściciele firm transportowych muszą mieć świadomość, że koszty utrzymania kierowców na pewno wzrosną. I to niezależnie od tego, czy przed lutym 2022 roku zmienią się polskie przepisy. Powinni przygotować się na to, że trzeba będzie bardzo dokładnie wyliczać, ile należy dopłacać kierowcy, który zacznie podlegać przepisom pakietu mobilności w transporcie międzynarodowym. Nasi eksperci na bieżąco monitorują sytuację i jesteśmy gotowi, by pomóc firmom w nowych rozliczeniach – podkreśla Bartosz Najman, wiceprezes Zarządu Grupy Inelo.

Wyliczanie wynagrodzenia minimalnego od nowego roku

Zapowiadane zmiany najmocniej uderzą w Polskę i kraje, które mają płace minimalną na podobnym lub niższym poziomie. Dla kierowcy z francuskiej firmy nie będą miały większego znaczenia, bo gdziekolwiek pojedzie w UE, to w większości przypadków nie będzie miał dopłat.

– W przypadku polskiego kierowcy albo pracodawca od razu zapewni mu wyższą wypłatę, z tzw. górką albo będzie musiał szczegółowo wyliczać wynagrodzenie minimalne w poszczególnych krajach Unii. W Polsce, przy założeniu 200 godzin pracy w miesiącu, stawka minimalna za godzinę wynosi 14 zł, a na przykład w Niemczech prawie 9,5 euro, czyli prawie 45 zł. Polski pracodawca będzie musiał kierowcy dopłacić różnice za każdą godzinę pracy za zachodnią granicątwierdzi Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

W państwach UE rozwiązania dotyczące płacy minimalnej są różne. We Francji kierowca dostaje 10,39 euro, ale także może liczyć na dodatki np. za tzw. amplitudę czy stażowe. Z kolei w Austrii polski trucker podlega pod układ zbiorowy i w związku z tym również trzeba mu wypłacić różne dodatki. – Bardzo ważne będzie wyszczególnienie, który przejazd podlega pod płace minimalne. Tu też mogą pojawić się wątpliwości. Na przykład w ramach przewozu bilateralnego kierowca jedzie z Polski do Francji. Stamtąd z nowym ładunkiem jako transport cross trade do Hiszpanii i wraca do kraju znów jako przewóz bilateralny. Przepisy nie definiują wprost jaka część tego transportu podlega wyliczaniu płacy minimalnej w ramach pakietu mobilności – przyznaje Łukasz Włoch. – „Ręczna” analiza np. na podstawie listów przewozowych byłaby bardzo czasochłonna. Na szczęście mamy narzędzia jak system telematyczny GBOX i oprogramowania typu TMS np. Nawigator, które są w stanie automatycznie zebrać te informacje i na tej podstawie stwierdzić, z jakim rodzajem transportu mamy do czynienia.

Niska pensja plus diety i ryczałty

Od 2 lutego 2022 roku kierowcy będą podlegać pod nową dyrektywę związaną z delegowaniem pracowników. Dodatki z tytułu podróży służbowych nie będą uznawane za część wynagrodzenia, chyba, że zostaną opodatkowane i ozusowane. Teraz sytuacja wygląda tak, że pracownik dostaje podstawę np. minimalną 2800 zł brutto, a resztę w dietach i ryczałtach. Te nie są opodatkowane. W efekcie, jeśli kierowca zarabia 7 tys. złotych netto, to całkowity koszt pracodawcy, w zależności od wysokości podstawy, wynosi między 8350 a 9 tys. zł brutto.

Jeśli nic się nie zmieni w przepisach, to już za niecały rok pracodawca musi być gotowy na  większe koszty, czasem nawet dwukrotnie. Eksperci Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców przeprowadzili szczegółową symulację jak wzrosną koszty właścicieli firm przewozowych po wejściu w życie nowych regulacji.

Symulacje kosztów wg ekspertów INELO i OCRK

W pierwszym przypadku założyli, że do 2 lutego 2022 roku nie zmienią się polskie przepisy. To najgorsze rozwiązanie dla krajowych przewoźników. Nie dość, że dopłacą kierowcom z tytułu wyższej pensji minimalnej w krajach UE, to jeszcze będą musieli wypłacić diety i ryczałty, które obecnie są zawarte w regulaminie wynagradzania lub umowach o pracę pracowników – W przypadku firmy, która wykonuje głównie przejazdy kabotażowe, koszty mocno poszybują w górę. Jeśli pracownik ze 160 godzin na 200 przejechanych podlegał pod przepisy pakietu mobilności, koszt pracodawcy, przy minimalnej podstawie 2,8 tys. zł brutto dla kierowcy, wynosił 8350 zł brutto. W myśl nowych przepisów i konieczności wypłacania „czystego” wyrównania do zagranicznego wynagrodzenia ten wydatek urośnie aż do ponad 16 tys. zł brutto – komentuje Kamil Wolański. – Jeśli kierowca z 200 godzin, 160 wykonywał jako przejazdy bilateralne i tranzytowe, koszt pracodawcy od lutego też wzrośnie, ale nie tak drastycznie. W nowych realiach musi przygotować około 10 300 zł brutto, czyli i tak ponad 20 proc. więcej. Dla firm transportowych to wielka zmiana.

Polscy przewoźnicy zaapelowali do rządu o zmiany w sposobie wynagradzania kierowców i nowelizację Ustawy o Czasie Pracy Kierowców. Jeśli do tego nie dojdzie, muszą przygotować się na duże wyższe koszty pracownicze. Jest kilka pomysłów, jak sprawić, by skutki wprowadzonych przepisów nie były tak dotkliwe dla firm transportowych.

Pracownik delegowany, a nie w podróży służbowej

Najprostsza i najbardziej prawdopodobna propozycja Ministerstwa to uchylenie przepisów o podróży służbowej w przypadku kierowców, a także związanych z tym wypłat diet i ryczałtów. W takim przypadku całe wynagrodzenie zostanie opodatkowane i ozusowane. – Trucker nie będzie wtedy jeździł w podróży służbowej i nie będą przysługiwały mu świadczenia z tego tytułu. Przy zarobkach 7000 złotych „na rękę”, koszt pracodawcy stanie się stały i wyniesie 11800 zł brutto jak dla „zwykłego” pracownika. To wciąż bardzo dużo. Firmy przewozowe będą musiały szukać pieniędzy. Gdzie? Najpewniej podwyższą opłaty za swoje usługi, bo obniżka pensji dla kierowców, przy ich ciągłym niedoborze na rynku pracy raczej nie wchodzi w grę – przyznaje Kamil Wolański.

Kolejna propozycja zakłada, że kierowca jest pracownikiem delegowanym. Jednak tylko część pensji (do wysokości prognozowanego średniego wynagrodzenia w 2021 roku – około 5,5 tys. zł brutto), w zależności od czasu spędzonego za granicą, jest opodatkowana i odprowadzona do ZUS. Reszta jest zwolniona z części podatku i ZUS. Wtedy przy zarobkach 7000 zł ”na rękę”, całkowity koszt pracodawcy wyniósłby około 10 tys. zł brutto.

Najkorzystniejszą, ale zdecydowanie najbardziej skomplikowaną w rozliczaniu czasu pracy jest opcja „łączona”. Przy takich założeniach kierowca w transporcie kabotażowym i międzynarodowym (cross trade) byłby pracownikiem delegowanym i wtedy podlegałby przepisom pakietu mobilności. A kiedy wykonywałby przewozy tranzytowe lub bilateralne byłby traktowany jak obecnie, czyli z wypłatą nieopodatkowanych ryczałtów i diet. To najbardziej korzystne rozwiązanie dla pracodawców.

Legimi pozyskało 3,7 mln zł z NCBiR na rozwój technologii rekomendacyjnych

Legimi, pionier na polskim rynku e-książek, pozyskał 3,70 mln zł dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju na rozwój technologii rekomendacyjnych wykorzystujących algorytmy sztucznej inteligencji (AI). Implementacja nowego silnika rekomendacji znacznie pomoże zwiększyć lojalność i rentowność bazy klientów. Legimi w najbliższą środę 14 kwietnia zadebiutuje na rynku NewConnect.

Bardzo cieszymy się z przyznanego dofinansowania. Już od dłuższego czasu przygotowywaliśmy się do wprowadzenia elementów AI do naszej platformy aby wspomóc jakość rekomendacji. Pozyskana kwota z pewnością przyśpieszy proces wdrażania tej technologii. W biznesie subskrypcyjnym system rekomendacji ma kluczowe znaczenie, czego przykładem może być wszystkim dobrze znany Netflix. – komentuje Mikołaj Małaczyński, prezes zarządu Legimi.

Projekt Legimi pt. „Opracowanie modeli analizy behawioralnej użytkowników z wykorzystaniem algorytmów sztucznej inteligencji w celu predykcji zachowań konsumenckich, rekomendacji produktów i automatyzacji procesów marketingowo-sprzedażowych w branży księgarskiej.” został złożony w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014- 2020.

Wdrożenie systemu rekomendacji spowoduje optymalizację kluczowych dla biznesów subskrypcyjnych parametrów, takich jak koszt pozyskania klienta (CAC), lojalność (LTV) a także zmniejszy poziom rezygnacji (churn rate). Naturalnie, dzięki skutecznemu dopasowaniu oferty do gustów czytelniczych, satysfakcja użytkowników również powinna się poprawić, co jest dla nas kluczowe. – dodaje Mateusz Frukacz, CTO i Członek Zarządu Legimi.

Koszt całkowity projektu Legimi wynosi 4,68 mln zł. Z kolei wnioskowana kwota dofinansowania to 3,70 mln zł. Ocenie według kryteriów zostało poddanych 601 wniosków i zgodnie z zatwierdzoną 9 kwietnia 2021 r. listą rankingową, 169 projektów zostało wybranych do dofinansowania, na łączną kwotę dofinansowania  774,24mln zł, a 432 projekty nie zostały wybrane do dofinansowania. Wniosek Legimi S.A. znalazł się wśród 11 projektów z najwyższą oceną.

Krytyczna sytuacja branży beauty i salonów fryzjerskich. Pojawiają się opóźnienia w wynagrodzeniach i przechodzenie „do podziemia”

Sytuacja salonów piękności i salonów fryzjerskich jest bardzo trudna. Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom dochodzą sygnały o tym, że wielu pracownikom grożą zwolnienia jeżeli lockdown w branży utrzymałby się dłużej niż miesiąc. Pojawiają się także głosy o tym, że pracownicy muszą pracować „w podziemiu fryzjerskim” na co nie zawsze chcą się godzić. – Sytuacja tej branży jest dość trudna. Działała ona nieprzerwanie od wiosennego odmrożenia w 2020 roku, ale słabość innych sektorów gospodarki odbijała się tu rykoszetem. Brak ślubów, brak eventów, brak imprez okolicznościowych. Mogę powiedzieć, że na pewno przedłużający się lockdown doprowadzi wiele salonów i zakładów do bankructwa – mówi Prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Branża beauty okrojona z możliwości zarabiania pieniędzy. „Każdy tydzień lockdownu to prawdopodobieństwo zwolnień i bankructw”

Lockdown w salonach fryzjerskich i kosmetycznych rozpoczął się 27 marca i teoretycznie ma potrwać do 9 kwietnia. Większość salonów jest jednak przekonana, że zostanie on przedłużony, a to będzie oznaczało realną blokadę zarabiania przez przynajmniej miesiąc. Zamknięte są salony fryzjerskie, kosmetyczne, salony tatuażu, gabinety kosmetologiczne czy solaria. Wiele z tych branż nie ma na tyle dużych zapasów finansowych by poradzić sobie z zamknięciem na kolejne tygodnie.

– Otrzymaliśmy kilka wiadomości od pracownic, którym zasugerowano, że jeżeli lockdown potrwa dłużej niż do 9 kwietnia to ich wynagrodzenia mogą zostać zawieszone lub właściciele salonów będą musieli je zwolnić. Na przestrzeni ostatniego roku nasze stowarzyszenie kilkukrotnie podejmowało mediacji z właścicielami salonów piękności czy kosmetycznych lub fryzjerskich, które nie wypłacały swoim pracownikom pensji na czas. Jest to jedna z tych branż, która na pewno jest dotknięta przez pandemię, choć przecież teoretycznie mogła działać wiele miesięcy bez żadnych komplikacji. Dostajemy także sygnały, że niektórzy fryzjerzy dostali „propozycję nie do odrzucenia”, by np. rozpocząć dzierżawę swojego stanowiska pracy – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

– Branża beauty straciła w czasie pandemii ogromną część swoich przychodów. Wiele pracownic, wiele specjalistek straciło pracę. Nie ma ślubów, nie ma wesel, nie ma świąt, nie było sylwestra, nie było karnawału, nie ma komunii. Cały rynek utrzymuje się tylko ze standardowego strzyżenia oraz podstawowych zabiegów pielęgnacyjnych. Każdy tydzień lockdownu to gigantyczne prawdopodobieństwo zwolnień i bankructw.

Fryzjerzy strzygą po domach i w „nieczynnych” salonach. Nie wszystkim się to podoba

Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom trafiają też skargi od pracownic salonów fryzjerskich, które muszą… dojeżdżać do klientów do domu lub przyjmować klientów w nieczynnych salonach. Takich wiadomości było kilka i pracownice salonów były zaniepokojone tym, czy mogą działać wbrew obowiązującym obostrzeniom.

– Takie historie też się zdarzają, trudno ocenić ich skalę, bo wiadomości mieliśmy kilka, ale pracownice nie zawsze chcą działać „w podziemiu” i też należy je zrozumieć. Pracodawcy powinni tak prowadzić działalność żeby samodzielnie ponosić konsekwencje swoich decyzji. Nie oceniam czy prowadzenie biznesu wbrew obostrzeniom jest prawidłowe czy nie, ale na pewno nie powinno się zmuszać do tego podwładnych, a tym bardziej nie powinno im się grozić zwolnieniem jeżeli pracownica np. odmówi jechania do domu do klienta, by wykonać manicure czy strzyżenie – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Personalny drenaż. HoReCa zaczyna się przebranżawiać

W 2020 r. przedsiębiorcy z sektora gastronomii i zakwaterowania zlikwidowali 24,1 tys. miejsc pracy, a utworzyli ich 18,8 tys., wynika z danych GUS. Z rynku – w wielu przypadkach bezpowrotnie – zniknęło 5,3 tys. etatów. Wraz z nimi zniknęli także pracownicy, którzy zaczęli się przebranżawiać i szukać zajęcia w innych gałęziach gospodarki. Jak wynika z danych Grupy Progres, liczba kandydatów do pracy w przemyśle produkcyjnym, logistyce czy handlu i pochodzących z branży HoReCa zwiększyła się ponad 20 proc. Obserwowany wzrost dotyczy nie tylko pracowników niewykwalifikowanych, ale również specjalistów o określonych kwalifikacjach, którzy po upływie pandemii nie wrócą do pracy w swojej macierzystej branży.

Niemal 14 miesięcy pandemii sprawiło, że branża HoReCa cofnęła się o kilka lat. Obostrzenia wprowadzone w marcu 2020 r. wymusiły – na przedsiębiorcach z sektora gastronomii i zakwaterowania – wprowadzenie zmian, a w wielu przypadkach drastyczne cięcia kosztów. Firmy zwalniały pracowników, wysyłały ich na bezpłatne urlopy lub obniżały wymiar etatu czy wynagrodzenie. Pracownicy zamkniętych restauracji oraz hoteli szukali i nadal szukają zatrudnienia w miejscach, których do tej pory nie brali pod uwagę w swojej karierze zawodowej. Niestety, brak oszczędności, konieczność szybkiego zarobku i strach przed przyszłością powoduje, że często wykonywać będą prace poniżej swoich kwalifikacji. Z drugiej strony wielu z nich znajdzie lub już znalazło zajęcie pozwalające rozwinąć skrzydła i sprawdzić się w nowym miejscu. Jak wynika z danych Grupy Progres, największą popularnością wśród pracowników z sektora HoReCa cieszą się stanowiska w branży produkcyjnej, logistycznej, handlowej i usługowej, które covid-19 potraktował bardzo łagodnie. Co więcej, sprawił, że podmioty z tych sektorów pandemię przekuwały w sukces stając się atrakcyjnym pracodawcą dla kandydatów do tej pory zarabiających w branży HoReCa.

Niepokojące wzrosty

Według danych GUS w 2020 r. w sektorze gastronomii i zakwaterowania ubyło 5,3 tys. miejsc pracy. Urząd podaje, że tylko w jednym kwartale ubiegłego roku (III kw.) liczba nowych miejsc pracy przewyższyła o 2,8 tys. liczbę tych zlikwidowanych. W pozostałych trzech okresach miejsc pracy ubywało. W I kw. 2020 r. z rynku zniknęło 2,4 tys. etatów (6,7 tys. nowych vs. 9,7 tys. zlikwidowanych), w II kw. ubyło 2,8 tys. miejsc pracy (4,8 tys. nowych vs. 7,6 tys. zlikwidowanych), a w ostatnim kwartale roku z rynku zniknęło 2,7 tys. etatów (1,8 tys. nowych vs. 4,5 tys. zlikwidowanych). Niepokojące są także dane Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej, której raport – opublikowany w grudniu 2020 r. –wykazał, że w ciągu ostatnich miesięcy 2020 r. upadło pomiędzy 7 a 8 tysięcy restauracji, a zwolniono około 130 tysięcy pracowników. Co więcej, według danych Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego już ponad 100 tys. osób straciło pracę w branży noclegowej, a kolejne 16 tys. zostanie zwolnionych w przypadku braku adekwatnej pomocy finansowej państwa.

Pomoc udzielona branży gastronomicznej i hotelarskiej wydaje się iluzoryczna. Jest za mała, zbyt długo trzeba na nią czekać, oznacza wiele zbędnej biurokracji, a wsparcie informacyjne ze strony rządowej jest bardzo słabe. Dodatkowo, nie wiedzieć czemu, wspomniana pomoc została ograniczona kodami PKD, które wielu przedsiębiorców pozbawiają szansy na jej otrzymanie. Co więcej, wsparcia nie udzielono także firmom ściśle związanym z sektorem HoReCa jak np. wyposażenie, hurtownie gastronomiczne itp. – podkreśla Rafał Krzycki, Wydawca Horeca Business Club oraz Wiceprzewodniczący i Sekretarz Rady w Izbie Gospodarczej Gastronomii Polskiej. – Skutki obostrzeń i niewystarczającej pomocy już widać na polskim rynku pracy. Te podmioty, które walczą o przetrwanie do zakończenia epidemii zredukowały zatrudnienie do niezbędnego minimum i można powiedzieć, że pracują tylko dla podtrzymania krążenia – mówi Rafał Krzycki.

Zawodowe przebukowanie

W ciągu ostatnich 30 dni w Centralnej Bazie Ofert Pracy (CBOP) dostępnych było 80 wolnych miejsc pracy dot. stanowiska pokojowej, 157 etatów dla kelnerów, 50 wakatów dla barmana i 409 ogłoszeń dot. stanowiska kucharza. To kropla w morzu potrzeb, która dla wielu oznacza konieczność przebranżowienia.

Nie zaobserwowaliśmy wzmożonego wzrostu liczby zapytań o pracowników z branży HoReCa. Jest jednak sporo kandydatów, którzy do tej pory byli zatrudnieni właśnie w tym sektorze. Z naszych danych wynika, że ta grupa wzrosła o ponad 20 proc. Wiedzą oni bowiem, że etat, w swojej macierzystej branży, mogą znaleźć nieprędko. Nawet, jeśli – w najbliższym czasie – obostrzenia zostaną zniesione to nadwyrężona kondycja finansowa restauracji czy hoteli nie pozwoli na nagłe rozbudowanie kadry, a raczej wymusi optymalizację zatrudnienia oraz ostrożne planowanie nowych etatów. Ta sytuacja, na wielu pracownikach, wymusiła zmianę branży i wiele wskazuje na to, że może czekać nas kolejny wzrost liczby osób zmieniających zawód i bezpowrotnie odchodzących z branży gastronomicznej i hotelarskiej – mówi Cezary Maciołek, prezes Grupy Progres.

Rafał Krzycki dodaje, że po ustąpieniu pandemii rynek nie odbuduje się z dnia na dzień. To oznacza, że zakończy się nawet ta ograniczona pomoc rządowa, a sektor, jeszcze przez długi czas, nie wygeneruje przychodów pozwalających na pokrycie kosztów. Odbudowa rynku, niektórym hotelom i restauracjom zajmie nawet kilka lat.

Goście wrócą, pracownicy nie

Wzrost liczby osób zainteresowanych podjęciem zatrudnienia w innej branży niż dotychczasowa obejmuje nie tylko pracowników niewykwalifikowanych, ale również specjalistów o określonych kwalifikacjach pochodzących głównie z branż dotkniętych pandemią tj. HoReCa. Co więcej, część z tych osób jest lub była na wypowiedzeniach, które w przypadku specjalistów trwają nawet 6 miesięcy, dlatego sukcesywnie zasilali oni i będą zasilać rynek pracy. Co więcej, pracownicy z branży gastronomii i zakwaterowania nie mieli wielu możliwości uniknięcia przebranżowienia. Praca zdalna, która mogłaby uchronić przed zmianą zawodu, w ich przypadku nie była możliwa, co pokazują dane GUS. W ubiegłym roku niecałe 2 proc. pracowników restauracji czy hoteli wykonywało pracę na odległość. Ci, którzy nie mieli takiej możliwości szukali jej, w innym miejscu.

Według Cezarego Maciołka, jeżeli reżim sanitarny i niektóre ograniczenia zostaną utrzymane możemy spodziewać się powolnego wzrostu liczby ofert pracy, a faktyczny pik odnotujemy po zakończeniu roku szkolnego, który tradycyjnie jest też początkiem szczytu sezonowych rekrutacji. Trzeba mieć jednak na uwadze fakt, że personalny drenaż branży HoReCa trwa i trudno będzie go cofnąć.

Rynek pracy w branży HoReCa po zakończeniu pandemii stanie się skomplikowany. Będzie problem ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, którzy sami odeszli lub zostali zwolnieni z powodu redukcji kosztów i zatrudnili się u nowego pracodawcy, niejednokrotnie w innym sektorze. Rekrutacje okażą się wyzwaniem dla przedsiębiorców, ponieważ – z jednej strony – wymuszą na nich walkę o najlepszych kandydatów, a z drugiej mocne pilnowanie kosztów. Być może, część z nich postawi na jednego dobrego lidera, który weźmie na siebie budowanie zespołu od początku i z zupełnie niewykwalifikowanych pracowników. W każdej wersji – w perspektywie długiego czasu – po ustaniu epidemii ryzykiem jest spadek jakości usług i niestety trzeba się z tym liczyć – podsumowuje Rafał Krzycki.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali

Co piąte przedsiębiorstwo z branży obróbki metali zwiększyło automatyzację procesów produkcji w trakcie pandemii. Podobna liczba firm (23 proc.) podniosła również nakłady na odnowienia parku maszyn i urządzeń.  W porównaniu jednak do pomiaru przeprowadzonego tuż przed wybuchem Covid-19 skala inwestycji jest mniejsza – wynika z badania Siemens Financial Services w Polsce. Co ważne, firmy, które korzystają z finansowania zewnętrznego inwestują częściej.

Część firm jednak inwestuje

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r. N = 100 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP).

Mimo trwającej pandemii 23 proc. firm z branży obróbki metali zwiększyło nakłady na odnowienia parku maszyn i urządzeń (MiU), a  19 proc. także częstotliwość samych odnowień. Jednocześnie 21 proc. ankietowanych podniosło automatyzację. Nieco więcej producentów planuje inwestować w te obszary również w najbliższych miesiącach – zwiększyć nakłady na park MiU chce 30 proc., a podnieść automatyzację 27 proc.

– W porównaniu do sytuacji przed wybuchem pandemii Covid-19, odsetek firm inwestujących w automatyzację i odnowienia parku MiU zmniejszył się. W dużej mierze może to być spowodowane spadkami w sprzedaży krajowej i zagranicznej. Poprawa koniunktury krajowej spowoduje zapewne ponowny wzrost inwestycji. Nie bez znaczenia jest również kondycja gospodarek europejskich, ponieważ aż 74 proc. badanych firm z tej branży eksportuje swoje produkty. Przedsiębiorcy nie powinni jednak zwlekać z inwestycjami zbyt długo, ponieważ znacząco przekłada się to na ich zdolność do konkurowania, co odzwierciedla wynik sub-indeksu MiU dla branży obróbki metali – mówi Tomasz Kukulski, Prezes Zarządu Siemens Financial Services w Polsce.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali 2
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 100 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP).

Aktualny pomiar branżowego wskaźnika konkurencyjności Siemens Financial Services w Polsce (Indexu MiU) wskazuje na niższą ocenę zdolności do konkurowania firm obrabiających metale. Sub-indeks MiU dla tej branży wynosi 41,57 pkt – w porównaniu z pomiarem marcowym, zrealizowanym jeszcze przed wybuchem pandemii, obniżył się o 13,51 pkt (z 55,08 pkt). Obecny odczyt oznacza, że w kolejnych miesiącach należy się spodziewać mniejszej ekspansji na nowe rynki zbytu. Istotny wpływ na zmianę wyniku ma skala nakładów na odnowienia parków maszyn i urządzeń oraz niższa sprzedaż krajowa i eksportowa.

Branża z niższą sprzedażą

Liczna część przedstawicieli producentów zajmujących się obróbką metali odnotowała w czasie pandemii spadek sprzedaży krajowej – informuje o tym aż 39 proc. ankietowanych. Na tym samym poziomie wyniki utrzymało 43 proc. firm. O wzroście sprzedaży informuje z kolei 12 proc. badanych. W najbliższych miesiącach wzrostów w tym obszarze spodziewa się 24 proc. ankietowanych, a spadki przewiduje 26 proc.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali 3
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 100 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP).

Nieco lepiej jest w przypadku eksportu. O spadkach informuje podobna liczba firm (39,2 proc.), jednak więcej ankietowanych odnotowało wzrost sprzedaży zagranicznej – 23 proc. W najbliższej przyszłości dalszych wzrostów spodziewa się 35 proc., a spadków 20 proc.

 

W badanym okresie 17 proc. firm z tej branży zwiększyło również dywersyfikację rynków zbytu, a u 16 proc. się ona zmniejszyła.

Dywersyfikacja finansowania sprzyja inwestycjom

Przedsiębiorcy z branży obróbki metali najczęściej finansują inwestycje w maszyny i urządzenia ze środków własnych (45 proc.). Niewiele mniej firm (40 proc.) dywersyfikuje źródła finansowania, korzystając jednocześnie z wypracowanych zysków oraz leasingu, kredytu lub dotacji. W całości ze środków zewnętrznych inwestuje 15 proc. przedsiębiorstw. Jednocześnie warto zaznaczyć, że 8 proc. ankietowanych z tej branży wskazało, iż w czasie pandemii wzrósł udział finansowania zewnętrznego w ich firmie, natomiast dalszych wzrostów tego udziału w kolejnych miesiącach spodziewa się 16 proc. respondentów.

Z badania Siemens Financial Services w Polsce wynika, że firmy, które dywersyfikują źródła finansowania zdecydowanie częściej inwestują w kluczowe obszary rozwoju. Automatyzację procesów produkcji zwiększyło w trakcie pandemii ponad 34 proc. przedsiębiorstw dywersyfikujących źródła finansowania, a prawie co drugie (47,4 proc.) planuje podnieść automatyzację w najbliższych miesiącach. W przypadku firm, które wykorzystują tylko środki własne było to niecałe 12 proc.

Podobna zależność występuje także w obszarze odnowień parku maszyn i urządzeń. W najbliższych miesiącach inwestycje planuje blisko 45 proc. podmiotów dywersyfikujących źródła finansowania, 40 proc. przedsiębiorstw korzystających wyłącznie ze środków zewnętrznych i 16,3 proc. badanych, którzy inwestują tylko z wypracowanych zysków.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali 4
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 96 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP), pominięto odmowy odpowiedzi.

Okres pandemii w znaczący sposób wpłynął także na podejście przedsiębiorców do kupowanych MiU. Jak wynika z naszego badania, wzrósł odsetek firm, które chcą inwestować tylko w nowe maszyny. W marcu, tuż przed wybuchem pandemii, w takie urządzenia planowało inwestować niecałe 43 proc., gdy obecnie jest to już ponad 71 proc. firm z branży obróbki metali. To bardzo ważna wiadomość, ponieważ przede wszystkim najnowsze technologicznie MiU dają przewagę na rynku i pomagają budować konkurencyjność. Przedsiębiorstwa zajmujące się obróbką metali, w przypadku których większość badanych rywalizuje o klienta również na rynkach zagranicznych, mają tego coraz większą świadomość  – podsumowuje Anita Grygorowicz, Szef Zespołu Vendorskiego w Siemens Financial Services w Polsce.

Nota metodologiczna:

Index MiU przyjmuje wartości w skali od 0 do 100 pkt. Im wyższy odczyt, tym wyższa ocena zdolności firm do konkurowania, bardziej skupiają się one na inwestycjach w rozwój parków maszyn i urządzeń, automatyzacji oraz m.in. zwiększają skalę sprzedaży krajowej i zagranicznej. Progi newralgiczne, które świadczą o dużym wzroście lub spadku konkurencyjności wynoszą odpowiednio 60 pkt i 40 pkt. Konstrukcja indeksu opiera się na ośmiu komponentach, które w różnym stopniu wpływają na końcową wartość informującą o zdolności do konkurowania producenta. Wśród nich są m.in. odnowienia parku maszyn i urządzeń oraz ich częstotliwość, automatyzacja procesów produkcji, sprzedaż krajowa i eksport czy udział oraz dostępność finansowania zewnętrznego.

Badanie z przedstawicielami 100 małych i średnich firm zrealizował Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research we wrześniu 2020 r. Uczestnikami badania byli przedsiębiorcy z branży obróbki metali z całej Polski, posiadający własny park maszyn i urządzań (MiU). Wykorzystano metodę ilościową, technikę standaryzowanych wywiadów telefonicznych (CATI).