Grupa Piotr i Paweł – sąd oddalił zażalenia na zatwierdzenie układów

Do zakończenia postępowania potrzeba już tylko postanowienia sądu o stwierdzeniu prawomocności.

Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał orzeczenia o oddaleniu zażaleń na postanowienie Sądu Rejonowego Poznań Stare-Miasto w Poznaniu o zatwierdzeniu układów dwóch z trzech spółek z Grupy Piotr i Paweł: Grupa Piotr i Paweł sp. z o.o. oraz Piotr i Paweł Detal sp. z o.o. Rozpoznanie zażalenia w sprawie Piotr i Paweł S.A. jest zapewne kwestią kilku-kilkunastu dni.

Oznacza to definitywną i niepodważalną prawomocność postanowień o zatwierdzeniu – jednak konieczne będzie jeszcze wydanie postanowienia o stwierdzeniu prawomocności, co nastąpi w terminie 2-3 tygodni. Tym samym terminy spłaty układowej zaczną biec od momentu wydania przez Sąd Okręgowy postanowienia o stwierdzeniu prawomocności. Zarząd spółek z Grupy Piotr i Paweł oczekuje na jak najszybsze stwierdzenie prawomocności o zatwierdzeniu układu w spółkach z Grupy Piotr i Paweł oraz na zakończenie sprawy Piotr i Paweł S.A. w restrukturyzacji.

„Oczywiście spółka wykona układ w terminie – co stanowi dla niej priorytet, mając na uwadze, że spore grono wierzycieli otrzyma kwoty istotne dla nich obecnie – w czasach pandemii. Naszą intencją jest jak najszybsze zakończenie postępowania układowego z wierzycielami i wypłacenie należnych im środków finansowych. Środki finansowe na wypłaty zostały zabezpieczone przez inwestora finansowego i mogą być uruchomione w każdej chwili” – komentuje dr Patryk Filipiak w imieniu zarządcy sanacyjnego

„Czekamy na zakończenie formalności związanych z postępowaniem restrukturyzacyjnym i wypłatę środków. Czekamy też na zakończenie sprawy Piotr i Paweł S.A. Wbrew naszym intencjom pandemia wydłużyła proces formalny, a złożone zażalenia na postanowienie o zatwierdzeniu układów dodatkowo opóźniły możliwości wypłat dla wierzycieli. Mamy jednak nadzieję, że w najkrótszym możliwym czasie kolejne postanowienia sądów zakończą tę sprawę i pozwolą nam na realizację zobowiązań. Jak najszybsze jej sfinalizowanie jest kluczowe dla dalszej działalności i rozwoju sklepów w sieci – przeciąganie się procedury sądowej utrudnia naszą działalność i wymusza ponoszenie dodatkowych kosztów” – podkreśla zarząd Grupy Piotr i Paweł.

Wierzyciele wszystkich trzech spółek z Grupy Piotr i Paweł zaakceptowali w głosowaniach propozycje układowe spółek. Oznacza to, że procedura restrukturyzacji po uprawomocnieniu zostanie zrealizowana zgodnie z planem Zarządcy sanacyjnego oraz propozycjami układowymi Zarządów spółek. Spółki – dzięki finansowaniu inwestora strategicznego SPAR GROUP – spłacą wierzytelności i powrócą do efektywnej działalności operacyjnej.

Księgowość tradycyjna czy online? Podpowiadamy, co wybrać

Podczas zakładania działalności gospodarczej, przedsiębiorcy muszą wpisać we wniosku CEIDG, jaki podmiot będzie przechowywać dokumenty księgowe. To moment, gdzie należy się zastanowić, czy wybrać korzystanie z nowoczesnych udogodnień, jaką jest księgowość prowadzona online lub wybrać tradycyjne biuro rachunkowe. Jakie są zalety i wady tych obydwu podmiotów?

Czym zajmuje się biuro rachunkowe?

To podmiot, który świadczy usługi osobom fizycznym, przedsiębiorstwom, instytucjom, a także innym podmiotom gospodarczym. Na podstawie umowy podpisanej ze swoim klientem, w imieniu zleceniodawcy, działalność biura rachunkowego obejmuje prowadzenie dokumentacji kadrowej, usługę w obrębie rachunkowości, a także płac. Profesjonalne biuro księgowe reprezentuje klienta w urzędach i instytucjach, przygotowuje wnioski kredytowe, doradza w zakresie prowadzenia działalności czy oblicza składki na ubezpieczenie społeczne. Najpopularniejszą usługą są kadry i płace, które są niezbędne w każdym przedsiębiorstwie.

Ceny usług księgowych odbiegają od siebie. Obecnie na rynku dostępnych jest ich spora ilość. Wynika to z faktu, że pojawia się coraz to więcej firm, które potrzebują księgowości. Wzrosło zapotrzebowanie na tego typu usługi. Warto zatem zastanowić się nad naszym wyborem. Księgowość online, a może tradycyjna?

Przewaga biura rachunkowego nad obsługą online

Z pewnością jedną z zalet księgowości online, jest jej szeroki dostęp. Dziś prawie wszystko możemy kupić w internecie, zamówić konkretne usługi, czy podpisać różnego rodzaju umowy i złożyć wniosek do urzędu. Księgowość przez internet jest jednak ryzykowna. Obecnie lepiej jest mieć kontakt bezpośredni z człowiekiem. Unikniemy dzięki temu nieporozumień, a w przypadku pytań o sprawy firmy, możemy odwiedzić takie biuro bezpośrednio i umówić się na spotkanie z księgową.

Współpraca z tradycyjnym biurem rachunkowym jest o wiele korzystniejsza. Przedsiębiorca dostarcza dokumenty do swojej księgowej, która następnie je rozlicza i umieszcza w dokumentacji firmowej. Sam przedsiębiorca otrzymuje wysokość podatku i składek do zapłacenia.

Regularny kontakt z naszym biurem księgowym będzie skutkował polepszeniem współpracy, wsparciem specjalisty i będziemy mieli pewność, że wszystkie rozliczenia są dokonywane na czas, a nasze zaufanie do takiej usługi będzie rosło.

Podczas korzystania z księgowości online przesyłamy dokumenty księgowe nie osobiście, a za pośrednictwem Internetu. Może to skutkować ich zagubieniem i nie wysłaniem jakiegoś ważnego elementu dokumentacji księgowej. Ponadto osoba, która korzysta z takiego rozwiązania, musi być rozeznana w działalności aplikacji mobilnych, gdyż to właśnie w taki sposób docierają dokumenty do księgowości online.

Dobra i rzetelna księgowa, to wstęp do udanej współpracy na lata, dlatego sprawdź usługi księgowe we Wrocławiu i wybierz biuro rachunkowe, które spełni Twoje oczekiwania i pomoże w prowadzeniu działalności gospodarczej. Sam zdecyduj, czy lepiej wybrać tradycyjną księgowość, czy skorzystać z księgowości internetowej.

Fatalny początek roku dla firm w Polsce – w styczniu 80% wzrost liczby niewypłacalności

– W pierwszym miesiącu roku w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano informacje o 151 niewypłacalnościach polskich firm. Jest to aż o 80% więcej firm z problemami niż przed rokiem (w styczniu 2020 r. ogłoszono w MSiG niewypłacalność 84 firm).

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego. Wiążą się z brakiem środków na pokrycie zobowiązań u dostawcy, powodując efekt domina – ich kłopoty z płynnością.

  • Usługi – drugie zamknięcie gospodarki mocno odczuwalne. Ale to problemy nie tylko gastronomii, turystyki i hotelarstwa. Także usług dla firm, w obsłudze rynku nieruchomości, ochronie zdrowia… Łącznie 66 niewypłacalności wobec 20 przed rokiem.
  • Ciężki przednówek w produkcji rolnej – niewypłacalność 13 producentów żywności (uprawy, hodowla zwierzęca) oraz 5 firm ich obsługujących. Połączenie wielu czynników: spadku cen mięsa, wzrostu cen zbóż (a więc i pasz), kosztów upraw i produkcji, nadprodukcji w wielu obszarach (ograniczenia w eksporcie) – presji na niskie ceny ze strony przetwórców i handlu.
  • Produkcja – pewne odbicie w produkcji w IV kwartale ub. roku nie zapobiegło wzrostowi niewypłacalności (33 vs. 30 w I 2020). W tym 7 firm z sektora metalowo-maszynowego, ale także 5 firm z sektora tekstylno-odzieżowego oraz 5 producentów art. budowlanych.
  • Budownictwo – koniec koniunktury drogowej? W zestawieniu niewypłacalności pojawiają się firmy bezpośrednio wyspecjalizowane w inwestycjach drogowych. Niepokoi skala odreagowania po spadku nowo rozpoczynanych inwestycji w IV kwartale ub. roku – liczba niewypłacalności zauważalnie wyższa niż przed rokiem (17 vs. 7).
  • Niewypłacalności skupiły się na sektorze MSP: zsumowany obrót firm, których niewypłacalność ogłoszono w styczniu to niecałe 400 mln złotych, a łącznie zatrudniały one około 3 osób.

informacje o 151 niewypłacalnościach polskich firm

Usługi w pierwszym miesiącu tego roku zostały najmocniej dotknięte problemami

– liczba niewypłacalnych firm w sektorze potroiła się z 20 przed rokiem do 66 w styczniu (przyrost +230%). Wbrew oczekiwaniom skala zjawiska nie była jedynie efektem problemów sektora HoReCa (6 niewypłacalności). Usługi odczuwały problemy w wielu bardzo zróżnicowanych rodzajach działalności jak: doradztwo i finansowa obsługa firm – 19 niewypłacalności (pośrednictwo finansowe, doradztwo biznesowe, usługi księgowe, agencje pracy tymczasowej, call center, obsługa targów), ochrona zdrowia – 11 (praktyka lekarska, pielęgniarska, opieka nad osobami starszymi), obsługa rynku nieruchomości 8 firm. Widoczne są także problemy firm wynajmujących sprzęt, serwisujących i instalujących go – obsługujących procesy inwestycyjne.

Jak ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: – Skutki zamknięcia usług „dla ludności”, czyli turystyki, gastronomii i innych będą jeszcze powracać, zwłaszcza iż po pewnym złagodzeniu na horyzoncie są kolejne obostrzenia pandemiczne. Tym niemniej wakacje były pewnym oddechem dla sektora, którego nie miały firmy obsługujące firmy. Popyt na ich usługi spadł drastycznie nie tylko z powodu obostrzeń (jak targi i kongresy), ale także z powodu oszczędności czynionych przez firmy – oszczędności na inwestycjach, ale i na bieżącej obsłudze. Widoczny jest także zastój na rynku ochrony zdrowia – tak dużej liczby niewypłacalności z nim związanych w skali miesiąca nie notowano nigdy. To potwierdzenie alarmujących informacji o znacznych, kilkudziesięcioprocentowych spadkach w profilaktyce i leczeniu poważnych schorzeń (onkologia, kardiologia), jak i m.in. w usługach dentystycznych, rehabilitacyjnych czy upiększających. Za jakiś czas wykreuje to gwałtowny, odłożony popyt na te usługi – i jeszcze większe kolejki w ochronie zdrowia, także w tej prywatnej.

Mimo wzrostu zakażeń, na rynkach walutowych utrzymuje się optymizm

Mijający tydzień nie był bogaty w nowe dane makroekonomiczne. Rynki przede wszystkim monitorowały kształtowanie się wskaźników wyprzedzających, a także śledziły przemówienia przedstawicieli banków centralnych pod kątem informacji o tym, jak będzie się rozwijać polityka walutowa.

Spośród wskaźników pozytywnie zaskoczył niemiecki indeks nastrojów biznesowych IFO, który wzrósł do 92,4 pkt. i zanotował poprawę zarówno w ocenie sytuacji bieżącej, jak i w oczekiwaniach na przyszłość. Chociaż jego wartość nadal kształtuje się poniżej długoterminowej średniej, to nadal relatywnie dobry wynik. Warto również wspomnieć o wyniku styczniowej stopy bezrobocia, która tak jak przewidziano, wzrosła do 6,5%. Należy zwrócić uwagę, że do wzrostu bezrobocia w Polsce w I kwartale dochodzi regularnie.

Rynki w ostatnim tygodniu uważnie śledziły wypowiedzi przedstawicieli banków. Jednym z nich był szef Narodowego Banku Czeskiego Jiri Rusnok, który w wywiadzie powiedział, że główna stopa procentowa może wzrosnąć, ale w dłuższej perspektywie stopy pozostaną niskie. Warto również wspomnieć o posiedzeniu banku centralnego na Węgrzech, gdzie pozostawiono stopy procentowe bez zmian. Jednocześnie oświadczono, że nie jest planowana ich obniżka, za to kontynuowany będzie zakup obligacji rządowych. Zatem na razie nie dojdzie do fundamentalnych zmian w polityce pieniężnej w żadnym z krajów Grupy Wyszehradzkiej.

W tym tygodniu złoty się osłabił i w piątek rano jego kurs wynosił 4,52 PLN/EUR. Eurodolar był na poziomie 1,214 USD/EUR.

Malwina Krakus, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Cierpimy na otyłość cyfrową. Przed ekranem spędzamy blisko 8 godz. dziennie

Na konsumpcję cyfrowych mediów poświęcamy dziś blisko 8 godz. dziennie – godzinę więcej niż w 2019 r. I to wciąż nie jest limit naszych możliwości, donoszą najnowsze badania eMarketer i Insider Intelligence. Cierpimy na cyfrową otyłość, a nasze oczy wręcz nie mogą się oderwać od ekranu, ale czy to na pewno źle?

Tadeusz Kotarbiński – wybitny polski filozof, historyk i pisarz, powiedział kiedyś, że inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi. Łatwo tak mówić, kiedy nie siedzi się w zamknięciu od niemal roku, będąc zewsząd atakowanym informacjami dotyczącymi głównie pandemii, lockdownu i koronawirusa. Na szczęście mamy jeszcze świat alternatywny, cyfrowy świat…

Wpatrzeni jak w obrazek

Jak pokazały styczniowe badania zrealizowane przez eMarketer i Insider Intelligence, w 2020 r. spędzaliśmy średnio 7 godzin i 50 minut dziennie konsumując media cyfrowe, co stanowi wzrost o 15% w porównaniu do 6 godz. i 49 min w 2019 r. To największy skok od 2012 r.

W swojej analizie eksperci posługują się coraz popularniejszym terminem “cyfrowej otyłości”, opisując nasze zamiłowanie do korzystania z urządzeń elektronicznych, które stanowią bramę do królestwa internetu. Niedawno pochylił się nad tym pojęciem The Guardian, poświęcając mu obszerny artykuł zatytułowany „Digital obesity: our high-tech lives may be bad for our health”. Co według brytyjskiego dziennika charakteryzuje ludzi cyfrowo otyłych? Przede wszystkim brak umiarkowania w korzystaniu z technologii. Pytanie zatem czy w związku z postępującą epidemią cyfrowej otyłości należy podjąć kroki zapobiegawcze?

Z internetem jest trochę jak z nawykami żywieniowymi. Przez lata ewoluował jednak niekoniecznie w kierunku, jakiego oczekiwaliśmy. Dzisiaj w sieci znajdziemy głównie treści niskiej jakości, mało odżywcze, serwowane szybko i byle jak. Niczego nie wnoszą do naszego życia, są więc typowym junk foodem – uważa Michał Bąk, współzałożyciel platformy społecznościowej Founders.pl, która łączy przedsiębiorców z różnych branż. Ekspert wskazuje jednak na pewien trend: – Mimo wszystko zauważam, że rośnie liczba użytkowników sieci, którzy decydują się na “cyfrową dietę”. Coraz większą popularnością cieszą się targetowanych platform społecznościowych, które łączą ze sobą przedstawicieli danej branży lub osoby o podobnych zainteresowaniach. Pozostając w terminologii dietetycznej, podsumuję to następująco: świadomi konsumenci internetu szanują swój czas i zdrowie, dlatego poszukują treści jakościowych, które będą niczym menu diety pudełkowej.

Zdaniem Bąka, problemem nie jest ilość czasu, jaki spędzamy w sieci, a jego jakość. Najpopularniejsze dziś kanały social mediowe czy serwisy informacyjne, nie oferują nam w zasadzie nic ponad beztroską rozrywkę, okazjonalnie tylko zaskakując czymś wartościowym.

– Dlatego wiele osób porzuca je na rzecz lepiej stargetowanych, mniejszych, ale bardziej precyzyjnych platform. Zwykło się mawiać: co jest do wszystkiego, jest do niczego. I trochę tak można opisać model biznesowy dobrze znanych nam serwisów – twierdzi CEO internetowej społeczności ludzi biznesu Founders.pl.

Pić, jeść, spać, konsumować!

Duet muzyczny Taconafide w swoim hicie Tamagotchi śpiewał “Pić, jeść, spać”, jednak patrząc na wyniki badań eMarketera, powinniśmy dodać: konsumować. A precyzyjnie rzecz ujmując, konsumować cyfrowe media.

Wyśrubowany wynik, jaki wypracowali ankietowani w poprzednim roku, zaskoczył nawet rynkowych analityków. To o około 20 min dłużej niż wynosiła estymacja z pierwszego kwartału 2020 (7 godz. 31 min). Z analizy raportu dowiadujemy się również, że konsumpcja cyfrowych mediów stanowi dziś około 57,5% dziennego czasu, jaki w 2020 r. dorośli poświęcili na korzystanie z mediów w ogóle. A to jeszcze nie koniec. Szacuje się, że do końca przyszłego roku wskaźnik ten osiągnie wartość 60,2%.

Telewizory z dostępem do internetu i konsole do gier są głównymi beneficjentami trendu polegającego na pozbywaniu się kabli. Według badań przeprowadzonych przez eMarketer, branża telewizji kablowej, satelitarnej i telekomunikacyjnej jest na dobrej drodze do utraty największej liczby abonentów w historii. Szacuje się, że w samych Stanach Zjednoczonych w 2020 r. ponad 6 milionów gospodarstw domowych odcięło kabel od płatnej telewizji. Kanał cyfrowy jest dziś najważniejszym medium wymiany informacji pomiędzy marką a klientem – komentuje sytuację rynkową Michał Bąk.

Potwierdzają to dane Zenith Media, z których wynika, że kanał digital powoli pożera tradycyjne sposoby reklamy. W ubiegłym roku wydatki na cyfrową reklamę odpowiadały za ponad połowę ogólnych wydatków na reklamę (51%).

– Nic dziwnego, skoro dzięki temu rozwiązaniu marki mogą wykorzystywać sztuczną inteligencję do tworzenia personalizowanych przekazów reklamowych i ofert. To z kolei wpływa na efektywność kampanii. A racjonalne wydatkowanie budżetów reklamowych to jeden z postpandemicznych przymusów – tłumaczy współzałożyciel Founders.pl.

Kieszonkowa rewolucja

Eksperci odpowiedzialni za realizację badania, sprawdzili jakich narzędzi najczęściej używamy do konsumpcji cyfrowych mediów. Raczej nie jest zaskoczeniem, że smartfony odpowiadają za znaczną część “całkowitego czasu cyfrowego” dorosłych. Jak wynika z zebranych przez nich danych, średnia wartość tego wskaźnika po raz pierwszy przekroczyła 3 godziny w 2020 roku (3 godz. 13 min), co stanowi istotny wzrost w porównaniu z 2 godz. 45 min w 2019 roku.

Oczywiście nie zabrakło również prognoz na przyszłość. Okazuje się, że ten trend będzie trwał, choć jego siła nieco osłabnie. Dzienny czas cyfrowy dla dorosłych wydłuży się o kolejne 7 minut w 2021 roku (do 7 godz.57 min), a już w 2022 po raz pierwszy przekroczy 8 godzin (o dwie minuty).

Coraz dłuższy czas, jaki spędzamy w sieci, nie jest przyczyną, a efektem zmian, jakie zachodzą w naszym otoczeniu. Rozwój cyfrowego handlu, dostęp do szybkiego i stabilnego przesyłu danych, jaki oferują 5G i Wi-Fi 6 oraz subskrybizacja modelu posiadania to czynniki wpływające na zaangażowanie, z jakim ludzie migrują do sieci. Internet przestał być wyłącznie dobrą zabawą, stał się wręcz równoległym wymiarem, w którym prowadzimy swoje codzienne życie – zauważa CEO Founders.pl.

Aż chce się powiedzieć: Steve Jobs to Twoja wina! Kiedy w 2007 r., prezes Apple pokazał światu pierwszego iPhone’a, nieliczni spodziewali się, że to połączenie telefonu z laptopem się uda. Mało, że się udało, to jeszcze odniosło spektakularny sukces i zrewolucjonizowało życie nas wszystkich. Jednak ta liberalizacja w dostępie do informacji i możliwości generowania treści samodzielnie przez każdego z nas spowodowała, że nie tylko przywiązaliśmy się do sieci, ale także wyeksportowaliśmy tam ogrom informacji, co utrudnia poruszanie się w nim. Dlatego lekarstwem za cyfrową otyłość nie jest ograniczenie ilości czasu, jaki spędzamy w sieci, a segregacja i selekcja informacji, które tam trafiają. Pora, aby treści serwowane w internecie przestały być junk foodem, a stały się zdrową cyfrową dietą, która nie szkodzi, a pomaga.

Trwają ostatnie prace nad projektem Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego. Wiosną ma trafić pod obrady rządu

Instytucja nazywana roboczo Narodową Agencją Bezpieczeństwa Energetycznego ma przejąć od energetycznych spółek Skarbu Państwa ich aktywa węglowe. W zamyśle autorów tego projektu ma on służyć bezpieczeństwu energetycznemu kraju i stopniowemu wygaszaniu wydobycia węgla. Spółki energetyczne będą za to mogły skupić się na inwestycjach w odnawialne źródła energii i bloki gazowo-parowe, na które potrzebne są wielomiliardowe nakłady. Projekt wkrótce zostanie pokazany spółkom energetycznym i stronie społecznej, następnie trafi do konsultacji publicznych, a w ciągu miesiąca–dwóch zostanie przekazany pod obrady rządu.

Polskie spółki górnicze są dzisiaj w różnej kondycji. W dużo lepszej sytuacji są te, które wydobywają węgiel koksujący, węgiel na potrzeby przemysłu niż te wydobywające węgiel na potrzeby energetyki zawodowej, która ogranicza produkcję energii opartej na węglu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Soboń, wiceminister aktywów państwowych. – To wynika też z wydajności, geologii, organizacji pracy, inna jest sytuacja Lubelskiego Węgla, inna Polskiej Grupy Górniczej, ale generalnie sytuacja jest zła. W niektórych spółkach nawet bardzo zła.

Pandemia odcisnęła głębokie piętno na branży górniczej i tak borykającej się z problemami. Już w kwietniu 2020 roku JSW, PGG czy Tauron informowały o problemach, absencji pracowników, spadku zamówień ze strony kontrahentów przemysłowych, spadku wydobycia i wzroście zapasów. Nieoficjalnie mówiło się o wydłużaniu terminów płatności w PGG. Dodatkowo sytuacja tego sektora jest strukturalnie trudna, bo ceny praw do emisji uderzają w nią w pierwszym rzędzie, a banki wycofują się z finansowania przedsięwzięć opartych na węglu, trudno więc o pozyskanie finansowania. Skupienie kopalń pod państwowym parasolem miałoby służyć więc stopniowemu przekształcaniu sektora w bardziej przyjazny środowisku w sposób łagodny i nienarażający 30 tys. zatrudnionych w nich pracowników na masowe zwolnienia.

– Chcielibyśmy stworzyć z aktywów wytwórczych opartych na węglu, czyli około 80 bloków, jeden podmiot, który miałby dominującą pozycję rynkową, więc wymaga to odpowiedniego przygotowania i uzyskania wszystkich zgód – wyjaśnia Artur Soboń. – Jednocześnie podmiot ten realizowałby politykę państwa, odciążając spółki energetyczne od energetyki węglowej i przekierowując ich inwestycje na odnawialne źródła energii czy bloki gazowo-parowe. One też wymagają gigantycznych nakładów. Przykładowo inwestycja w energię z wiatraków na Bałtyku to rząd 130–150 mld zł.

Pierwsze informacje o planie skonsolidowania sektora energetyczno-węglowego pojawiły się w II połowie 2020 roku. Jak informuje wiceminister, koncepcja nowego podmiotu, roboczo nazywanego Narodową Agencją Bezpieczeństwa Energetycznego, jest już prawie gotowa.

Będziemy ją pokazywać na początku marca stronie społecznej, tak aby rozpocząć dialog na temat konkretnych rozwiązań – mówi sekretarz stanu w MAP. – Zebraliśmy oczekiwania strony społecznej, jak ten proces powinien wyglądać, chcemy je uwzględnić w końcowym dokumencie. Zanim pokażemy go opinii publicznej, chcielibyśmy go przedstawić w spółkach samym zainteresowanym. Mam nadzieję, że w ciągu najbliższego miesiąca–dwóch można będzie sfinalizować prace nad tą strategią i przedstawić dokument Radzie Ministrów.

Zapewnia także, że rząd będzie prowadził rozmowy na ten temat nie tylko z organizacjami pracodawców i związkami, ale także z Komisją Europejską, która musi wydać zgodę na pomoc publiczną państwa, jaką w istocie byłoby utworzenie NABE.

 Chcielibyśmy nowy podmiot objąć bezpośrednio pomocą publiczną państwa, uzgodnioną oczywiście z Komisją Europejską i zgodną z tymi rygorami, które tego typu pomoc powinna wypełniać. Z drugiej strony chcemy, aby bez tego już, powiedzmy wprost, obciążenia węglem można było uruchamiać finansowanie na inne projekty – potwierdza Artur Soboń.

Jak podkreśla, w planach są także rozmowy z bankami, w których już zadłużone są kopalnie i które wycofują się z finansowania inwestycji opartych na węglu.

– Dzisiaj polityka banków wobec węgla jest jednoznaczna. Mamy decyzje Europejskiego Banku Inwestycyjnego, EBOR-u i banków komercyjnych. Pozyskanie finansowania  na inwestycje węglowe jest w praktyce już dzisiaj niemożliwe, a wszystko wskazuje na to, że sytuacja będzie coraz trudniejsza – mówi wiceminister. – Czeka nas rozmowa ze wszystkimi interesariuszami, którzy będą musieli być w tym procesie. Tego nie unikniemy. Jest to oczywiście kwestia zadłużenia, którą trzeba zarządzić, i stworzenia takiego mechanizmu, który nie będzie generował luki finansowej w przyszłości. Mam wrażenie, że rynek ten pomysł akceptuje. Będziemy w stałym dialogu z rynkiem, aby na każdym kroku pokazywać, w jaki sposób chcemy projektować te rozwiązania.

Raport przygotowany przez organizacje pozarządowe Instrat i ClientEarth krytykuje jednak prezentowane w ubiegłym roku wstępne plany. Krytycznie ocenia zbyt wolne tempo odchodzenia od węgla w elektroenergetyce oraz aspekt ekonomiczny, ostrzegając, że może on oznaczać wielomiliardowe straty dla Skarbu Państwa.

Roboty i skanery 3D przyszłością edukacji. Już dziś pozwalają uczyć programowania i mogą stworzyć model ciała człowieka

Nowe technologie coraz mocniej zaznaczają swoją obecność w dziedzinie edukacji. Roboty edukacyjne uczą programowania nawet najmłodsze dzieci, roboty społeczne potrafią czytać książki i uczyć języków, a skanery 3D ułatwią naukę ludzkiej anatomii. Choć pandemia utrudniła prowadzenie warsztatów edukacyjnych dla dzieci, to tempo tworzenia nowych rozwiązań nie maleje. – Sztuczna inteligencja i robotyzacja to zdecydowanie właściwe kierunki dla rozwoju edukacji – mówi Maciej Trojnacki, prezes zarządu Eduroco.

– Rozwiązania technologiczne wykorzystywane w edukacji to głównie różnego rodzaju zestawy klocków, z których można budować i programować roboty, manipulatory i inne rozwiązania. Przede wszystkim w tym kierunku idą zajęcia technologiczne. Na rynku są też rozwiązania takie jak skanery i drukarki 3D, które z powodzeniem nadawałyby się do prezentacji, do użycia na warsztatach edukacyjnych. Niestety wciąż bardzo niewiele się używa tych rozwiązań, chociaż technologia jest – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Trojnacki.

Jednym z rozwiązań, które mogą wypełnić lukę na rynku innowacyjnych technologii wykorzystywanych w edukacji, może być opracowywany przez Polaków skaner sylwetki HUBO. Pozwala on na szybkie zeskanowanie całej sylwetki człowieka. Przy jego użyciu tworzona jest dokładna siatka odwzorowująca poszczególne części ciała. Choć rozwiązanie pierwotnie dedykowane było m.in. branży odzieżowej, to z powodzeniem może się przydać również w nauce anatomii. Nowe technologie mogą jednak również służyć nauce przedmiotów humanistycznych.

– Roboty społeczne mogą być zastosowane np. do nauki języka obcego. Dzięki większej personalizacji można by w lepszy sposób dostosować program nauczania do indywidualnych potrzeb dzieci. Wówczas wąskim gardłem nie byłaby liczba nauczycieli, tylko problemem do rozwiązania byłaby kwestia zapewnienia odpowiedniej liczby sprzętu – wskazuje prezes zarządu Eduroco.

W ubiegłym roku na rynek amerykański został wprowadzony robot Luka The Owl. To interaktywny towarzysz czytania, który potrafi czytać książki, odtwarzać muzykę, rymowanki czy opowieści audio, a także gra z dziećmi w gry. Urządzenie działa w języku chińskim i angielskim, a w jego bazie znajduje się ponad 20 tys. angielskich i 70 tys. chińskich książek obrazkowych.

W Polsce coraz większą popularność zyskuje robot edukacyjny Photon. Jest on przeznaczony do nauki programowania na różnych etapach edukacyjnych: od przedszkola do szkoły średniej.

– Obecne rozwiązania edukacyjne mogą podnieść jakość nauczania przede wszystkim w zakresie programowania, ale też w zakresie zrozumienia pewnych problemów inżynierskich. W szczególności mam tu na myśli rozwiązania nieoparte na klockach, tylko takie, w których coś trzeba skręcić, co jest bliższe rozwiązaniom rzeczywistym – mówi Maciej Trojnacki.

W wyniku pandemii koronawirusa wykorzystywanie nowych technologii w edukacji stało się w pewnym sensie utrudnione, np. odwołano wszelkie warsztaty edukacyjne. Nie spowodowało to jednak spowolnienia w kwestii opracowywania nowych rozwiązań.

– Pandemia nie ma negatywnego wpływu na innowacyjność edukacji, rozwiązania mogą bez problemu nadal powstawać. Może być tylko mniejsza efektywność powstawania tych prac, bo ludzie mniej współpracują bezpośrednio ze sobą. Sztuczna inteligencja i robotyzacja to są zdecydowanie właściwe kierunki dla rozwoju edukacji – dodaje prezes Eduroco.

Według MarketsandMarkets światowy rynek robotów edukacyjnych w 2021 roku osiągnie wartość 1,3 mld dol. Do 2026 roku podwoi swoją wartość.

Neuromarketing coraz silniejszym narzędziem sprzedaży. Coraz silniej wpływa na nasze decyzje zakupowe

Analiza reakcji mózgu klienta na bodziec wizualny jest coraz częściej wykorzystywana w procesie projektowania produktów i opakowań. Znajduje również zastosowanie przy budowaniu stron internetowych, etykiet cenowych czy ekspozycji w sklepach. W przyszłości neuromarketing będzie się prawdopodobnie posiłkował innymi technologiami, jak wirtualna rzeczywistość czy analiza Big Data. – Neuromarketing zbiera całą wiedzę o mózgu i próbuje te procesy wytłumaczyć i przełożyć na skuteczniejsze mechanizmy rynkowe – tłumaczy Wojciech Broniatowski, dyrektor operacyjny CortiVision.

– Neuromarketing jest w tej chwili bardzo popularnym trendem rynkowym. Polega przede wszystkim na zrozumieniu, dlaczego podejmujemy takie, a nie inne decyzje np. zakupowe. Często wydaje nam się, że działamy bardzo racjonalnie i że każdy zakup jest przez nas przemyślany, ale w rzeczywistości mnóstwo dzieje się w naszej głowie, zarówno od strony emocjonalnej, jak i podświadomej. Neuromarketing zbiera całą wiedzę o mózgu i próbuje te procesy wytłumaczyć i przełożyć na skuteczniejsze mechanizmy rynkowe – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Broniatowski.

Z badania neurobiologicznego przeprowadzonego przez firmę Spotler wynika, że najskuteczniejszym sposobem nawiązywania kontaktu z odbiorcą online poprzez mailing jest wykorzystanie layoutu charakterystycznego dla MS Outlook. Autorzy badania użyli zapisu EEG do oceny aktywności poszczególnych obszarów mózgu po obejrzeniu różnych formatów wiadomości reklamowych. Warto wspomnieć również o tym, że Google po zmianie używanego odcienia koloru stosowanego w linkach reklamowych zanotowało zwiększenie przychodów o 200 mln dol.

– Kolory etykietek promocyjnych w supermarketach czy opakowania produktów są obecnie projektowane zgodnie z procesami poznawczymi, z tym, jak wpływa to na nasze postrzeganie w sklepie. Na neuromarketingu bazuje też w dużej mierze rynek usług edukacyjnych. Wiele mówi się dzisiaj o skutecznym uczeniu się, zwłaszcza w dobie zdalnej edukacji. Neuromarketing i wiedza o tym, w jaki sposób utrwalać wiedzę i w jaki sposób przyswajać ją np. szybciej, są szczególnie cenne dla wszystkich producentów treści e-learningowych, a także dla wielu nauczycieli – wskazuje  dyrektor operacyjny CortiVision.

Naukowcy z rosyjskiego Uniwersytetu HSE zastosowali podejście intermodalne, aby zbadać, w jaki sposób ocenia się podobieństwo produktów spożywczych. Podejście takie opiera się na integracji różnych zmysłów w tworzeniu emocjonalnego obrazu produktu. W ramach testów badacze dawali uczestnikom do spróbowania cukierki zbożowe, a następnie pokazywali zdjęcia różnych produktów, jednocześnie rejestrując EEG. Najmniejsze zakłócenia w wykresie występowały w przypadku największego podobieństwa między produktem próbowanym a wizualizowanym.

Choć neuromarketing opiera się na podświadomych reakcjach na bodziec, występujących na poziomie neuronów, to jedną z technologii sprawdzających się w jego przypadku jest też wirtualna rzeczywistość.

– Czasami buduje się w wirtualnej rzeczywistości scenariusze, a więc pewne przestrzenie, które np. dopiero mają powstać, żeby zbadać ich wpływ na ich przyszłych użytkowników. Pod tym kątem przyglądaliśmy się razem z naszym urządzeniem projektowaniu przestrzeni biurowych, które będą mogły pozytywnie wpływać na pracowników i w jakiś sposób pomagać im w ich pracy. Podobnie też projektuje się np. etykiety produktów, umieszczając je na wirtualnych półkach czy w towarzystwie produktów konkurencji – wyjaśnia Wojciech Broniatowski.

Według Mordor Intelligence światowy rynek neuromarketingu będzie rósł do 2026 roku w średniorocznym tempie na poziomie 15,6 proc. Twórcy raportu zwracają uwagę na to, że pandemia w krótkiej perspektywie zakłóci działanie tego rynku, ponieważ znacznemu ograniczeniu ulega obecnie możliwość sprzedaży bezpośredniej, a co za tym idzie – wizyt klientów w siedzibach firm. W dłuższej perspektywie rynek ten czekają jednak stabilne wzrosty.

– Z pewnością neuromarketing będzie zyskiwał na popularności, ponieważ zarówno nasze ambicje, jak i możliwości techniczne rosną względem oczekiwań i zysków ze sprzedaży i ogólnie rzecz biorąc skuteczności sprzedaży. Szczególnie ciekawe będzie obserwowanie połączeń różnych technologii. Tworzenie nowych połączeń wirtualnej rzeczywistości na przykład z analizą Big Data czy też różnymi interfejsami rozpoznającymi obraz będzie nowym systemem łączenia skuteczności sprzedaży z wielu różnych źródeł danych – komentuje dyrektor operacyjny CortiVision.

GameStop znów w grze. 24 lutego ceny akcji urosły o 100%

Ceny akcji GameStop urosły 24 lutego o 100%. Czy to zapowiedź kolejnej bitwy między małymi inwestorami i funduszami hedgingowymi?

Od stycznia amerykańska spółka GameStop jest symbolem demokratyzacji w świecie inwestowania, gdzie mali inwestorzy, dzięki współpracy i technologii, mogą rzucić wyzwanie rekinom Wall Street, takim jak fundusze hedgingowe.

Dla przypomnienia, w styczniu akcje Game Stop, które wcześniej były warte 20 USD, a firmę uważano za potencjalnego bankruta, przekroczyły wartość 500 USD. Później ich kurs zaczął szybko spadać, aby 24 lutego znów skoczyć do pułapu ponad 90 USD. Na zwyżkę kursu grali inwestorzy indywidualni skupieni wokół grupy WallStreetBets, aktywnej w serwisie internetowym Reddit, narażając na duże straty duże fundusze hedgingowe.

– Spekulacje na akcjach GameStop były kompletnym oderwaniem od jakichkolwiek wartości fundamentalnych i można je wręcz porównać do tworzenia piramidy finansowej. Wygranymi w tej potyczce okazali się być nie mali inwestorzy, ani fundusze hedgingowe, ale po prostu ci inwestorzy, którzy weszli w GameStop i inne „szalone” spółki jako pierwsi i byli w stanie wyjść z tej inwestycji z zyskiem – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.

Zamieszanie było duże, skoro spotkanie z regulatorami rynku organizowała Janet Yellen, Sekretarz Skarbu USA, a nieformalny przywódca inwestorów z WallStreetBets Keith Gill był przesłuchiwany w amerykańskim Senacie. Zamieszanie to dotyczyło jednak przede wszystkim ryzyk związanych z sytuacją finansową funduszy hedgingowych. Gdy brakowało im kapitału, musiały zamykać swoje pozycje, co wywoływało zagrożenie dla stabilności całego systemu rynków finansowych.

Czy w takiej sytuacji, gdy akcje GameStop w ciągu jednego dnia straciły na wartości 60 proc., powinno dojść do zawieszenia ich notowań? Czy potrzebne są nowe regulacje, które ograniczą aż tak ostrą spekulację?

– Istniejące zabezpieczenia, także na warszawskiej giełdzie, są wystarczające – komentuje ekspert CMC Markets. – Natomiast skłonność do spekulacji, która jest już gigantyczna, nadal będzie rosnąć. Dotyczy to nie tylko bitcoina, ale też na przykład akcji Tesli, co tylko potwierdza beztroskę inwestorów, ich chciwość i pazerność. To są nastroje, które najlepiej określają „zalany przez gotówkę” rynek.

Spekulacje giełdowe na niespotykaną dotąd skalę to efekt połączenia możliwość inwestowania drobnych środków przez aplikacje, takie jak RobinHood, z pompowaniem pieniędzy na rynki kapitałowe, związanym z bardzo niskimi stopami procentowymi i pakietami pomocowych dla gospodarki, takimi jak „czeki Bidena”. Taka sytuacja będzie utrzymywać się w najbliższych miesiącach, więc nie wykluczone, że znów będziemy świadkami „kosmicznych” wycen niektórych spółek i kolejnych bitew inwestorów indywidualnych z gigantami Wall Street.

Czysta3.vc inwestuje milion złotych w sunmetric

To narzędzie wykorzystujące sztuczną inteligencję, stworzone w celu dokładnej i zautomatyzowanej detekcji budynków, analizy topografii terenu oraz analizy powierzchni dachowych. Będzie wykorzystywane w branżach OZE, technicznych i technologicznych. Pozyskane fundusze posłużą na zbudowanie sieci neuronowej oraz na dopracowanie technologii. 

Sunmetric optymalizuje proces sprzedaży fotowoltaiki poprzez dokładną analizę danego budynku, a także estymację obiektów i budynków sąsiadujących pod kątem zacienienia. Dzięki temu otrzymujemy dokładną analizę zacienienia oraz natężenia światła, co pozwoli dokładnie ocenić wydajność potencjalnej instalacji fotowoltaicznej. Nadzędzie to umożliwi zarówno analizę pojedynczą, jak i analizę zbiorczą dla danego obszaru.

Skorzystają również miasta i gminy

Jak wskazuje CEO sunmetric, Michał Kułaczkowski, biznes ten ma w zasadzie kilka dróg.

Zakładamy współpracę z firmami instalującymi fotowoltaikę, aby wspierać sprzedaż, lecz również z firmami energetycznymi czy ciepłowniczymi, aby współdziałać przy rozbudowywaniu rynku i analizie potencjału klientów. Nasz produkt jest również skierowany do miast, gmin i powiatów, firm analitycznych, aby tworzyć analizy zbiorcze. Potencjał jest naprawdę duży – mówi Michał Kułaczkowski.

Narzędzie zbudowane w oparciu o sieci neuronowej

Czysta3.vc w grudniu 2020 roku zainwestowała w projekt milion złotych. Pozyskane fundusze zostaną wykorzystane przede wszystkim na zbudowanie sieci neuronowej, która pozwoli uzyskiwać jak najdokładniejsze pomiary na podstawie zdjęć. Celem jest uzyskanie możliwie największej dokładności, stworzenie własnego zestawu danych do uczenia sieci oraz weryfikacji pomiarów. Dodatkowo opracowujemy metody pozwalające na szacowanie wszystkich parametrów takich jak natężenie światła dla poszczególnych segmentów dachu czy sugerowanie lokalizacji modułów fotowoltaicznych, czy innych danych które są niezbędne lub wymagane przez rynek. Założenie jest jednak takie, aby sieć rozwijała się i uczyła nieustannie.

Odnawialne źródła energii są niezwykle istotnym sektorem rynku. Rozwijają się z dużą dynamiką. Sunmetric pracuje nad rozwiązaniem, z którego będą mogły skorzystać nie tylko firmy oferujące fotowoltaikę, lecz także miasta. Dostrzegliśmy potencjał projektu – zwłaszcza że bazuje na bardzo przyszłościowej technologii sieci neuronowych. Dziś w Polsce jest jeszcze niewielu specjalistów z tej dziedziny – mówi Szymon Janiak, managing director w Czysta3.vc.

Projekt poparty konsultacjami

Pomysłodawcy sunmetric przyznają, że to przy realizowaniu projektu smart city zaczęli zgłębiać zagadnienia fotowoltaiki i tego, jak bardzo wpływa na obecny rozwój rynku.

To właśnie wtedy zaczęliśmy szukać rozwiązań, które pozwolą sprawdzić lub obliczyć moc instalacji na potrzeby konkretnego domu. Okazało się, że zajmuje to stosunkowo dużo czasu i wymaga zaangażowania kilku osób. Nie zawsze to jest to, czego oczekuje klient. Konsultowaliśmy nasze spostrzeżenia z firmami z branży, a także przedstawicielami gmin czy miast. Okazało się, że nasz kierunek jest słuszny, a my zyskaliśmy inspirację do stworzenia usługi, jaką są analizy zbiorcze. Jesteśmy przekonani, że to rozwiązanie, które musiało powstać – podsumowuje Kułaczkowski.