ID Logistics podsumowuje 2020 rok – wzrost sprzedaży o 7,1 proc. do 1,64 mld euro

Grupa ID Logistics podsumowała działalność w IV kwartale i przychody za 2020 rok.

Eric Hémar, prezes i dyrektor generalny Grupy ID Logistics, komentuje: „Mocna pozycja ID Logistics w szybko rozwijających się branżach (e-commerce, żywność), zrównoważony zasięg geograficzny oraz umiejętność adaptacji po raz kolejny okazały się mieć decydujące znaczenie dla osiągnięcia wzrostu sprzedaży, mimo bezprecedensowych okoliczności. Chciałbym podziękować naszym zespołom za niezawodne zaangażowanie, a klientom za zaufanie i lojalność”.

DYNAMICZNY WZROST W IV KWARTALE

W IV kwartale, podobnie jak w III, Grupa ID Logistics odnotowała dobre wyniki. W porównaniu do analogicznego okresu ub.r. sprzedaż wzrosła o 12 proc. (9,1 proc. w ujęciu like-for-like) do poziomu 454,1 mln euro.

We Francji, rynku macierzystym, firma odnotowała wzrost sprzedaży o 4 proc. do 193,1 mln euro i był to wynik lepszy od osiągniętego w I kwartale, przed kryzysem wywołanym pandemią Covid-19. W IV kw. zwiększyła się też sprzedaż na rynkach międzynarodowych – o 18,7 proc. do 261 mln euro. Wynik ten uwzględnia niekorzystny wpływ kursów wymiany walut, szczególnie odczuwany w Ameryce Łacińskiej, zmiany związane z zakończeniem działalności w Chinach w czerwcu ub.r. oraz konsolidację amerykańskiej firmy Jagged Peak, przejętej w grudniu 2019. Po wyłączeniu tych pozycji sprzedaż netto wzrosła o 13,7 proc.

2020 ROK – WZROST PRZYCHODÓW O 7,1 PROC.

Dzięki zdywersyfikowanemu portfelowi klientów (40 proc. produkcja i dystrybucja żywności, 25 proc. e-commerce) oraz zrównoważonemu zasięgowi geograficznemu, Grupa ID Logistics osiągała wzrosty przychodów przez prawie cały rok, z wyjątkiem II kwartału, kiedy odnotowano spadek aktywności do -0,6 proc. Ożywienie w III kw. i przyspieszenie w IV pozwoliło firmie osiągnąć przychody na poziomie ponad 1,64 mld euro, o 7,1 proc. (4,9 proc. like-for-like) więcej niż w ubiegłym roku. W tym czasie Grupa uruchomiła 18 nowych centrów dystrybucji (6 we Francji i 12 na rynkach międzynarodowych), więcej niż planowano. Tylko w IV kw. obsługa e-commerce wzrosła o ponad 30 proc. i stanowi obecnie blisko 25 proc. przychodów ID Logistics.

NOWE KONTRAKTY I CENTRA DYSTRYBUCYJNE

Mimo kryzysu pandemicznego, firma otrzymywała bardzo dużo zaproszeń do udziału w przetargach, blisko połowa z nich dotyczyła obsługi e-commerce. W IV kw. Grupa ID Logistics rozwijała swoją działalność i podpisała kolejne kontrakty. Wśród tych najważniejszych można wymienić:

  • We Francji operator, wzmacniając współpracę z Leroy Merlin, uruchomił trzeci już magazyn tej sieci handlowej, o powierzchni 41 tys. mkw., który odpowiada za dostawy do 17 sklepów.
  • W Niemczech ID Logistics umocniło pozycję na rynku dedykowanym obsłudze łańcuchów dostaw dla e-commerce. Firma oferuje nie tylko usługi typu pick & pack, ale też sortowania i dystrybucji. ID Logistics uruchomił swoje pierwsze centrum sortowania i dystrybucji o powierzchni 16 tys. mkw. w Ginsheim-Gustavsburg k/Frankfurtu, które w okresach największej aktywności zatrudnia ok. 300 pracowników.
  • W Hiszpanii ID Logistics kontynuuje współpracę z grupą Auchan i należącą do niej siecią supermarketów Simply. ID Logistics będzie zarządzać obsługą magazynową ponad 350 sklepów Simply z 3 platform zlokalizowanych w środkowo-wschodniej części Hiszpanii w Saragossie.

ID LOGISTICS W POLSCE

W 2020 roku bardzo dobre wyniki odnotował także polski oddział ID Logistics. Dzięki uruchomieniu 6 nowych centrów dystrybucyjnych o łącznej powierzchni ponad 190 tys. mkw. operator wzmocnił pozycję na rynku dedykowanej logistyki kontraktowej w obsłudze branż retail, spożywczej i e-commerce. Firma zatrudniła 1500 nowych pracowników. ID Logistics rozszerzył też zakres współpracy z klientami, elastycznie odpowiadając na ich potrzeby, związane m.in. z obecną sytuacją rynkową. W zarządzanych magazynach operator wdrożył kolejne innowacyjne rozwiązania, pozwalające na dalszą optymalizację procesów operacyjnych. Obecnie ID Logistics przygotowuje się do uruchomienia kolejnych centrów dystrybucyjnych, co wiąże się też z realizacją nowych kontraktów.

„Pierwszy oraz drugi kwartał 2021 to czas finalizacji planowania kolejnych naszych projektów, tak abyśmy mogli już w drugiej połowie tego roku przystąpić do ich wdrażania, także w nowych lokalizacjach na terenie Polski. To będzie kolejny rok, w którym nowe przedsięwzięcia logistyczne pozwolą nam umocnić naszą pozycję na polskim rynku dedykowanej logistyki kontraktowej jako specjalisty w obszarze obsługi projektów e-commerce” mówi Sylwia Dunn, business development director, ID Logistics Polska.

PERSPEKTYWY ROZWOJU BIZNESU

W 2021 roku Grupa Logistics zamierza rozwijać swoją działalność, przy jednoczesnym zachowaniu ostrożności w związku z kryzysem pandemicznym wywołanym Covid-19. W tym kontekście priorytetem Grupy będzie: wspieranie potrzeb klientów, ochrona pracowników i zarządzanie przepływami pieniężnymi. Operator będzie też zwracać uwagę na nowe możliwości rozwoju zewnętrznego, zwłaszcza w Europie Północnej i Stanach Zjednoczonych.

Wrocławski rynek biurowy w 2021 roku

Na rynku wrocławskim wśród najemców obserwujemy już symptomy zmieniającego się podejścia do wyboru lokalizacji, a z drugiej strony – deweloperzy i właściciele obiektów starają się adaptować do nowych warunków. Eksperci międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield z Wrocławia prognozują, że w 2021 roku najemcy będą szukać przede wszystkim elastyczności, a wrocławski rynek czeka stabilizacja relacji pomiędzy popytem i podażą.

Rok 2020 pod znakiem podnajmów, renegocjacji i odnowień umów

Pomimo wyzwań związanych z pandemią, w minionym roku wrocławski rynek biurowy zachował relatywnie wysoką aktywność po stronie popytu. W 2020 r. zamknięto transakcje obejmujące 128 400 mkw. powierzchni biurowej, jednak struktura aktywności najemców w podziale na typy zawieranych umów odzwierciedla niepokój spowodowany ograniczaniem funkcjonowania niektórych gałęzi gospodarki. Ponad połowę popytu brutto stanowiły odnowienia umów i renegocjacje wcześniejszych najmów, często zawierane na relatywnie krótki okres. Wolumen nowych umów stanowił około 29%, a jedynie 16% dotyczyło ekspansji, czyli zwiększenia zajmowanej już powierzchni.

Pandemia COVID-19 zmieniła sposób, w jaki pracujemy, a część firm, szukając oszczędności, decyduje się na redukcję aktualnie zajmowanej powierzchni i podnajęcie części swojego biura. Na koniec minionego roku na wrocławskim rynku oferowane było w ten sposób 16 300 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Spadek aktywności najemców w 2020 roku przełożył się również na wzrost współczynnika pustostanów, który na koniec grudnia wynosił 15,0 proc i wzrósł o 2,3 pp. w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku.

Wywoławcze stawki czynszów kształtują się na stosunkowo stabilnym poziomie, jednak można zauważyć presję ze strony najemców na ich obniżki. Na koniec 2020 roku we wrocławskich budynkach klasy A za najem trzeba było zapłacić 13 – 15 euro za mkw., natomiast w starszych biurowcach 10 – 13 euro za mkw. Odnotowano również spadek wartości efektywnych stawek czynszów, co spowodowane jest między innymi większą elastycznością wynajmujących w odniesieniu do oferowania dodatkowych zachęt, takich jak wakacje czynszowe czy budżety na aranżację powierzchni.

Czas adaptacji – w cenie elastyczność, komfort i bezpieczeństwo

W najbliższym czasie proces adaptacji biurowców do nowych oczekiwań najemców i zmieniających się wymagań wynikających z pandemii COVID-19 będzie musiał przyśpieszyć. Nowa sytuacja rynkowa stawia przed deweloperami i właścicielami budynków wyzwanie związane z weryfikacją strategii wynajmu.  Zmiany te będą prawdopodobnie zachodziły w wielu obszarach jednocześnie.

Zmieniają się między innymi oczekiwania związane z dbałością o zdrowie i komfort pracowników. Zdecydowanie wyżej będą oceniane biurowce oferujące udogodnienia i usługi promujące zdrowie oraz poprawę samopoczucia. Wiele firm będzie również rozważało wprowadzenie modelu hybrydowego biura i łączenie długoterminowej umowy najmu z krótkoterminowym wynajmem przestrzeni coworkingowej oraz możliwością pracy zdalnej. Pożądane staną się, zatem biura gwarantujące elastyczność, zarówno w zakresie aranżacji przestrzeni, jak i możliwości optymalizacji zajmowanej powierzchni w trakcie okresu najmu. Zyskają również obiekty oferujące możliwość korzystania z biura coworkingowego, którego operatorem jest właściciel budynku – mówi Marcin Siewierski, Dyrektor Regionalny w polskim oddziale Cushman & Wakefield.

Chcemy równowagi pomiędzy pracą zdalną a pracą z biura

Pandemia COVID-19 stawia przed sektorem biurowym szereg nowych wyzwań. Czy oznacza to jednak drastyczny spadek zajmowanych przez firmy powierzchni biurowych w 2021 roku?

Niekoniecznie. Z badań i analiz prowadzonych przez Cushman & Wakefield wśród pracowników biurowych na całym świecie wynika, że model pracy zdalnej w pełnym wymiarze nie jest marzeniem większości z nas, a organizacje będą musiały znaleźć właściwą równowagę pomiędzy pracą zdalną i pracą z biura. Według raportu „Generacja Z – miejsce pracy liderów jutra” przeprowadzonego w Polsce, 61% ankietowanych stawia na połączenie modelu pracy stacjonarnej i zdalnej. Z kolei model pracy zdalnej w pełnym wymiarze chciałoby wykorzystywać jedynie 13% respondentów. Zgodnie z wynikami globalnego badania „The future of workplace” dla 70% badanych pracowników młodego pokolenia praca z domu stanowi wyzwanie – podkreśla Marcin Siewierski.

Podobne wnioski na temat rozwoju rynku biurowego po zakończeniu pandemii zdają się towarzyszyć inwestorom. We wrocławskim sektorze biurowym nadal utrzymuje się stosunkowo wysoka aktywność deweloperów i inwestorów.

Stabilizacja na wrocławskim rynku biurowym w 2021 roku

W roku 2020 na wrocławski rynek trafiło zaledwie 57 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej, co jest wynikiem blisko trzykrotnie niższym niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W 2021 roku spodziewamy się podobnych wskaźników. Z drugiej jednak strony, taka sytuacja wpłynie na stabilizację relacji pomiędzy popytem i podażą oraz konsekwentną absorpcję pustostanów. Świadczy to o dojrzałości wrocławskiego rynku biurowego. Miasto nie jest już postrzegane jako „rynek wschodzący”, ale ugruntowane i dojrzałe centrum biznesowe o zróżnicowanej ofercie, które potrafi elastycznie i sprawnie reagować na sytuację rynkową – komentuje Marcin Siewierski.

Jaki będzie menedżer ery post-COVIDowej?

Wraz z nastaniem epidemii wiele firm przeniosło swoje działania do przestrzeni online, wysyłając pracowników do domów. Jest jednak stanowisko, którego kompetencje niełatwo przenieść do pracy zdalnej – menedżerskie. Menedżerowie w erze COVIDowej musieli odnaleźć się w rzeczywistości, w której nie mają bezpośredniego kontaktu ze swoimi pracownikami i zespołami, nie mogą fizycznie nadzorować ich pracy i osobiście ich motywować. To oznacza, że menedżerowie przyszłości będą musieli posiadać nowe kompetencje. 

– W online bardzo trudno robić wiele rzeczy, które dotychczas robił menedżer. Trudno jest motywować, trudno nadawać sens pracy i trudno jest kontrolować. W związku z tym podstawową cechą dobrego menedżera przyszłości będzie spokój. Umiejętność akceptacji tego, że nad pewnymi rzeczami nie ma kontroli – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Obłój profesor Akademii im. Leona Koźmińskiego oraz Uniwersytetu Warszawskiego. – Po drugie: menedżerowie będą musieli opanować nowe formy motywowania pracowników, przede wszystkim przez komunikację. Bo to jest to, co nam pozostało. Trzecie na tej liście są nowe formy kontroli. Dotychczas kontrola zawsze była fizyczna. Ktoś mógł stanąć nade mną i zobaczyć, co ja robię. Ktoś mógł sprawdzić produkty mojej pracy i bezpośrednio dać mi feedback. W przestrzeni online jest to niemożliwe. Ogromną pomocą dla przyszłych menedżerów będą doświadczenia tych niewielu firm, które zawsze żyły online. One starają się rekrutować ludzi, którzy mają wewnętrzną, własną motywację. W niewielkim stopniu ich kontrolują i pozwalają im odejść, kiedy kończą swoją pracę. Taka właśnie będzie postcovidowa, onlinowa, menedżerska praca, która najpewniej okaże się niezwykle trudna. Dlatego organizacje będą dążyć do tego, żeby miksować online z offline – zanim nauczą się tego, co dzisiaj mi się wydaje prawie niewiarygodne: jak motywować kogoś, kogo nigdy nie widziałeś na oczy – przewiduje Obłój.

Pandemia i mrozy zaszkodziły akumulatorom, nawet w nowych autach. Wiele serwisów pozwala za darmo sprawdzić ich stan

Ekstremalne temperatury i zaawansowany wiek samochodu to główne przyczyny złego stanu akumulatora. W Polsce wiek przeciętnego auta poruszającego się po ulicach wynosi 13 lat. Do niedawnych mroźnych dni dochodzi jeszcze pandemia, w wyniku której samochody są znacznie rzadziej użytkowane. W dodatku wiele osób korzysta z nich na krótkich dystansach, przez co akumulator nie jest w stanie w pełni się doładować i mogą pojawić się problemy z uruchomieniem silnika. Dlatego eksperci podkreślają, że aby uniknąć awarii, trzeba regularnie kontrolować stan akumulatora w specjalistycznym warsztacie. Wiele z nich udostępnia taką usługę bezpłatnie.

– W ostatnim czasie pojawiła się cała masa czynników, które przyspieszyły zużywanie się akumulatorów. Warto cofnąć się choćby do lata i gorącego sierpnia, kiedy upały znacznie obciążyły akumulatory, powodując ich samorozładowanie. Natomiast teraz, w okresie zimowym, przy niskich temperaturach pojawiają się problemy z uruchomieniem silnika i awarie akumulatorów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Potępa, menedżer ds. kluczowych klientów w Clarios Poland.

Podczas tegorocznego lata temperatury zdecydowanie przekraczały optymalny dla akumulatorów poziom 20°C. Kiedy zimą aura się ochładza, pojawiają się problemy z ich uruchomieniem, ponieważ wymaga to poboru większej ilości energii. Czasem problem występuje już po pierwszej nocy przymrozków. W efekcie zima to czas, kiedy liczba awarii akumulatorów i związanych z tym interwencji pomocy drogowej zdecydowanie rosną.

Można więc powiedzieć, że akumulatory zużywają się latem i umierają zimą – podkreśla Adam Potępa.

Obciążający dla akumulatorów był też lockdown spowodowany pandemią COVID-19. Mimo że wiosną obowiązywał zakaz przemieszczania się i pojazdy nie były używane, to odbiorniki elektryczne (np. autoalarm czy bezkluczykowe otwieranie pojazdu) w autach przez cały ten czas rozładowywały akumulator. VARTA szacuje, że w nowszych samochodach zasilania wymaga nawet około 150 odbiorników elektrycznych, a poboru dużej mocy z akumulatora wymagają również technologie oszczędzania paliwa, takie jak system stop-start.

 Wiele osób z obawy o własne bezpieczeństwo zrezygnowało z transportu publicznego i korzysta z własnych pojazdów na krótkich trasach i bardzo sporadycznie. Po uruchomieniu pojazdu i przejechaniu paru kilometrów akumulator nie jest w stanie poprawnie się doładować – mówi ekspert Clarios Poland.

Według przytaczanych przez firmę VARTA danych niemieckiego stowarzyszenia ADAC zły stan akumulatorów jest przyczyną około 40 proc. wszystkich awarii samochodów. Zwykle ma to związek z zaawansowanym wiekiem pojazdów. Według Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA średni wiek samochodu w Polsce to 13 lat, a Polska zajmuje pod tym względem 17. miejsce w UE.

Co więcej, wiele osób z uwagi na niepewną sytuację finansową odłożyło zakup nowego akumulatora na później. To oznacza, że w wielu pojazdach akumulator był wymieniany bardzo dawno temu lub wcale. Dlatego nie ma się co dziwić, że większość awarii na drodze wynika właśnie z niewłaściwego stanu akumulatora – ocenia Adam Potępa. – Jeżeli akumulator jest w dobrym stanie technicznym, to zimą nie ma powodów do obaw. Jeszcze jednak przed pandemią na podstawie przeprowadzonych badań stwierdziliśmy, że aż 34 proc. akumulatorów w Europie jest w kiepskim stanie.

Ekspert podkreśla, że aby uniknąć awarii na drodze, należy regularnie kontrolować stan akumulatora. Ze względu na zaawansowaną elektronikę w nowszych autach warto to jednak zrobić w specjalistycznym serwisie, ponieważ przerwanie zasilania może skutkować np. utratą danych i niesprawnością szyb elektrycznych czy koniecznością ponownej instalacji oprogramowania.

– W ramach programu testowania akumulatorów VARTA, który kontynuujemy od lat, zrzeszamy serwisy wykonujące bezpłatny test w ramach rutynowych czynności serwisowych lub na życzenie klienta. Podczas takiego testu mechanik weryfikuje stan akumulatora, napięcie ładowania, stan rozrusznika i instalacji elektrycznej. Otrzymany wynik pozwala na diagnozę i ocenę stanu akumulatora i ewentualnie podjęcie decyzji o jego wymianie lub możliwości dalszego korzystania – mówi ekspert.

Bezpłatną kontrolę można przeprowadzić w około 2 tys. punktów w całej Polsce. W razie konieczności wymiany akumulatora stary, zużyty można bez opłat zostawić w warsztacie.

W 2020 roku Polacy zaciągnęli o prawie 1/5 mniej kredytów. Mieszkaniowe i ratalne okazały się odporne na kryzys związany z pandemią

Ubiegły rok zakończył się zapaścią na rynku pożyczek pozabankowych i kredytów gotówkowych. Obroniły się natomiast kredyty ratalne i mieszkaniowe, które w drugiej połowie roku odbiły po gwałtownym wiosennym spadku. W efekcie wartość udzielonych przez banki hipotek zmniejszyła się tylko o 2,9 proc. rok do roku, a ratalnych wzrosła o 0,8 proc. Mimo pandemii i związanego z nią kryzysu stabilna pozostaje szkodowość, czyli liczba kredytów opóźnionych w spłacie. Analitycy BIK prognozują, że rozpoczęty właśnie rok na rynku kredytowo-pożyczkowym będzie zdecydowanie lepszy od poprzedniego, choć z pewnością nie wróci do poziomów z 2019 roku.

– Rok 2020 był trudny dla biznesu kredytowego i pożyczkowego. Polacy zaciągnęli w ubiegłym roku prawie 141 mld zł kredytów. To jest o 18 proc. mniej niż rok wcześniej. Wpłynęły na to głównie największe spadki w segmencie kredytów gotówkowych i pożyczek pozabankowych, których sprzedaż była mniejsza odpowiednio o 30 i 33 proc. – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Mariusz Cholewa, prezes Biura Informacji Kredytowej.

Według danych BIK na koniec grudnia wartość portfela kredytów i pożyczek wyniosła 700 mld zł i była o 30,4 mld zł (czyli o 4,5 proc.) wyższa w porównaniu z końcem 2019 roku. Akcja kredytowa w tym czasie spadła natomiast o 29 mld zł, czyli o blisko 1/5. Spadek został jednak zrekompensowany przez zamrożenie części spłat kredytów, wzrost kursu walutowego oraz fakt, że duży udział w wartości nowych umów mają kredyty mieszkaniowe, spłacane w długich okresach.

Koronawirus wpłynął na wszystkie segmenty rynku kredytowo-pożyczkowego, jednak najmocniej odbił się na kredytach gotówkowych. Popyt na nie zaczął spadać jeszcze przed pandemią, która tylko pogłębiła ten trend – zwłaszcza w okresie wiosennym (w kwietniu spadek w tym segmencie wyniósł aż 44,4 proc.). W efekcie w całym 2020 roku popyt na kredyty gotówkowe spadł o 14 proc., a banki udzieliły ich na kwotę niższą o 30 proc. niż w roku poprzednim.

2020 rok zakończył się też zapaścią na rynku pożyczek pozabankowych. Popyt na nie spadł o rekordowe 39 proc. w porównaniu z poprzednim (w kwietniu aż o 63,8 proc.). Z kolei wartość finansowania udzielonego przez firmy pożyczkowe (w sumie 4,8 mld zł) spadła rok do roku o 1/3. Według prezesa BIK wpłynęła na to nie tylko pandemia i spadek popytu na finansowanie potrzeb konsumenckich, lecz również niekorzystne dla branży pożyczkowej zmiany legislacyjne.

– Gwiazdą ubiegłego roku były natomiast kredyty ratalne, których Polacy zaciągnęli o 1 proc. więcej niż w 2019 roku – wskazuje dr Mariusz Cholewa.

To jedyny segment rynku, który obronił się w ubiegłym roku i zanotował wzrost dynamiki sprzedaży – zarówno pod względem liczby, jak i wartości udzielonego finansowania. Analitycy zwrócili uwagę, że w czasie pandemii kredyty ratalne idealnie wpisały się w potrzeby konsumentów, którzy – ze względu na niepewną sytuację – nie chcieli pozbywać się wolnych środków nawet w obliczu niezbędnych poważniejszych wydatków.

Dobrą odpornością na koronawirusa wykazał się też segment kredytów mieszkaniowych. Ten początkowo, w okresie wiosennym, zanotował gwałtowny spadek (w maju aż o 27,7 proc. r/r), ale potem popyt zaczął się stopniowo odbudowywać, a od sierpnia jest już dodatni. Przyczyniły się do tego również same banki, które – po zaostrzeniu warunków kredytowych w pierwszych miesiącach pandemii – zaczęły stopniowo łagodzić swoją politykę od II półrocza.

W efekcie w całym 2020 roku liczba złożonych wniosków o kredyt mieszkaniowy zmniejszyła się tylko o 0,6 proc. Wartość udzielanych hipotek spadła natomiast jedynie o 2,9 proc. rok do roku. Wpłynął na to głównie duży spadek liczby udzielanych kredytów na niższe kwoty. Blisko połowę kredytów mieszkaniowych udzielonych w 2020 roku stanowiły te z przedziałów kwotowych 350–500 tys. zł oraz powyżej 500 tys. Ich liczba z kolei wzrosła odpowiednio o 8,1 proc. i 11,5 proc.

– Można by się spodziewać, że jakość kredytów w czasie kryzysu się pogorszy. Natomiast była ona stabilna przez cały ubiegły rok, a patrząc na nasze indeksy wczesnego ostrzegania, można nawet powiedzieć, że generalnie się poprawia – zapewnia prezes BIK. – Wyjątkiem są pożyczki pozabankowe. Tutaj wartość przeterminowanych kredytów powyżej 90 dni przekroczyła 43 proc. i był to wzrost aż o 9 pkt proc., czyli bardzo wysoki.

Najlepszy wskaźnik szkodowości, mierzony Indeksem Jakości BIK, mają kredyty ratalne (1,3 proc.). Dla porównania dla kredytów gotówkowych wartość tego indeksu wynosi 3,9 proc. i jest najwyższa ze wszystkich produktów kredytowych (nie uwzględniając pożyczek pozabankowych). Jednak co istotne, na koniec 2020 roku wszystkie indeksy nadal pokazywały bezpieczny poziom ryzyka portfela kredytów udzielanych gospodarstwom domowym.

– Na stabilną jakość kredytów wpływ miały dwa główne czynniki. Z jednej strony była to pomoc publiczna, która zahibernowała rynek pracy i dzięki której Polacy nie stracili pracy. Druga to tzw. wakacje kredytowe, których banki udzielały na trzy bądź sześć miesięcy. Wartość kredytów objętych wakacjami wyniosła 82 mld zł, to był prawie milion rachunków. Widzimy też, że te rachunki w 95 proc. wracają do regularnej spłaty – podkreśla Mariusz Cholewa.

Analitycy BIK prognozują, że ten rok na rynku kredytowo-pożyczkowym będzie umiarkowanie dobry. Rynek nie wróci co prawda do poziomów sprzedaży z 2019 roku, ale powinien być znacząco lepszy od roku 2020. BIK szacuje wzrost o 14 proc. w segmencie kredytów mieszkaniowych (do poziomu 72 mld zł), o 16 proc. w kredytach gotówkowych (do 60 mld zł) oraz o 5 proc. w segmencie produktów ratalnych (do 15,3 mld zł).

– Widzimy, że wniosków kredytowych jest całkiem sporo. Banki też łagodzą kryteria przyznawania kredytów, zwłaszcza mieszkaniowych. W ostatnich dniach pojawiały się nawet komunikaty o zmniejszeniu wymogu dotyczącego wkładu własnego. Wszystkie te elementy mogą spowodować, że ten rok nie będzie zły. Dużym znakiem zapytania jest jednak jakość kredytów, bo wakacje kredytowe się skończyły, a jeśli lockdown będzie się utrzymywał zbyt długo, to może spowodować, że w 2021 roku będzie więcej przeterminowanych kredytów – prognozuje prezes BIK.

Jeśli sytuacja epidemiologiczna w kraju będzie się poprawiać, banki powinny łagodzić warunki udzielania kredytów, a odroczone decyzje zakupowe konsumentów, a tym samym odroczony popyt na kredyty, powinny wywołać dynamiczny impuls wzrostowy. Analitycy zwracają jednak uwagę, że pod znakiem zapytania stoi przyszła sytuacja na rynku pracy i możliwy wzrost bezrobocia w wyniku wygaśnięcia ograniczeń w redukcji zatrudnienia, zapisanych w tarczach pomocowych.

Rząd chce powołać państwowego operatora telekomunikacyjnego. Ma obsługiwać w zakresie sieci 5G administrację, Wojsko Polskie i Policję

W rządowej propozycji nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa znalazły się zupełnie nowe, nieprzedstawiane wcześniej zapisy. Jednym z nich jest powołanie w ramach ustawy nowego, państwowego operatora telekomunikacyjnego, który miałby obsługiwać w zakresie sieci 5G m.in. Kancelarie Premiera, Sejmu i Prezydenta, Wojsko Polskie czy Policję. W dodatku z 750 uwag zgłoszonych do poprzedniej wersji ustawy tylko nieliczne zostały uwzględnione. – Mimo nieuwzględnienia większości z tak ogromnej liczby zastrzeżeń rząd nie przewidział tym razem drugiej rundy konsultacji – mówi Rafał Jaczyński z Huawei Polska.

– Biorąc pod uwagę nowe zapisy, wprowadzone w tej wersji nowelizacji, mamy do czynienia z zupełnie nową ustawą, niepoddawaną wcześniej publicznym konsultacjom. Wszyscy uczestnicy rynku z osłupieniem po raz pierwszy czytali o nowym, państwowym operatorze telekomunikacyjnym, który nie będzie musiał kłopotać się aukcją, żeby otrzymać częstotliwości. Ważne są też zapisy dotyczące certyfikacji, które również pojawiły się po raz pierwszy. Nie ma uzasadnienia dla procedowania tak istotnych regulacji bez dialogu z przedsiębiorcami i organizacjami społecznymi – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Jaczyński, dyrektor regionalny ds. cyberbezpieczeństwa w Huaweiu.

W ubiegłym tygodniu pojawiła się nowa propozycja zmian w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Projekt noweli trafił już na Komitet Rady Ministrów ds. Cyfryzacji. Zakłada on m.in. powołanie operatora sieci komunikacji strategicznej, czyli państwowego operatora telekomunikacyjnego, który będzie działać jako spółka Skarbu Państwa i dostarczać instytucjom publicznym (takim jak m.in. KPRM, Kancelaria Sejmu czy Prezydenta RP, wojsko czy Policja) usługi telekomunikacyjne na potrzeby realizacji celów związanych z obronnością, bezpieczeństwem i porządkiem publicznym.

Państwowy operator będzie działać w ramach częstotliwości zapewnionych mu przez prezesa UKE i korzystać z infrastruktury operatorów komercyjnych. Ci będą zobowiązani odpłatnie udostępnić mu swoje zasoby, a w razie braku porozumienia decyzję w tej sprawie podejmie UKE. Nowy, państwowy podmiot ma jednak nie stanowić konkurencji dla komercyjnych operatorów działających na rynku.

Datowany na 20 stycznia projekt nowelizacji ustawy o KSC jest już drugim. Do pierwszego, który został opublikowany we wrześniu ub.r., w toku konsultacji publicznych zgłoszono ok. 750 uwag.

– Tylko nieliczne głosy i opinie przedstawione w pierwszym terminie zostały wzięte pod uwagę – mówi dyrektor regionalny ds. cyberbezpieczeństwa w Huaweiu. – Wprowadzone poprawki nie są tym, czego oczekiwał rynek ani co podnosili eksperci przez ostatnie pół roku. Wiele zmian ma charakter pozorny, a nowy projekt nie uwzględnił najważniejszych uwag zgłoszonych w toku konsultacji. Mimo to tym razem rząd nie przewidział drugiej rundy konsultacji ani publicznie obiecywanej konferencji uzgodnieniowej.

Prace nad zmianami w tym akcie prawnym śledzą zarówno eksperci, jak również cały rynek telekomunikacyjny, ponieważ będą one mieć duży wpływ m.in. na wdrażanie w Polsce technologii 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego. Zgodnie z projektem zajmie się tym rządowe Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, które będzie oceniać ryzyko danych dostawców.

– Procedura uznawania danej firmy za dostawcę wysokiego ryzyka nadal budzi wątpliwości – mówi dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w Huwaeiu. – Zrezygnowano wprawdzie z oceny prawodawstwa kraju pochodzenia dostawcy pod kątem ochrony praw człowieka, ale pozostały inne niewymierne i niemerytoryczne kryteria: m.in. prawdopodobieństwo tego, czy dostawca sprzętu lub oprogramowania znajduje się pod wpływem państwa spoza UE lub NATO, zdolność ingerencji tego państwa w swobodę działalności gospodarczej dostawcy czy struktura własnościowa dostawcy. To oznacza, że ten projekt jest wciąż obarczony fundamentalną wadą – nie rozwiązuje żadnego problemu z cyberbezpieczeństwem, za to wprowadza dla przedsiębiorców zwiększone ryzyko inwestowania w Polsce.

Firmy, które na podstawie oceny Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa i przyjętych w ustawie kryteriów zostaną uznane za zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa, będą zakwalifikowane jako tzw. dostawcy wysokiego ryzyka. To de facto oznacza dla nich odcięcie od kontraktów i wykluczenie z polskiego rynku. Co istotne, bez realnej możliwości odwołania.

– Sam proces przeprowadzania oceny przez Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa brzmi jak instrukcja polowania na czarownice. Otóż taka analiza będzie mogła zostać sporządzona nawet bez informacji i współpracy ze strony dostawców czy użytkowników ich produktów. Innymi słowy: na bazie informacji niepełnych, nieprawdziwych i niezweryfikowanych. Decyzja podjęta na bazie tych utajnionych danych, do których dostępu nie będzie mieć nawet podmiot oceniany, zawsze podlega rygorowi natychmiastowej wykonalności. Natomiast możliwość odwołania istnieje tylko w teorii, bo dostawca sprzętu nie może się odwołać, nie znając przyczyn swojego wykluczenia – tłumaczy Rafał Jaczyński.

Eksperci i rynek telekomunikacyjny wielokrotnie, już w trakcie prac nad pierwszą wersją noweli ustawy o KSC, apelowali o wprowadzenie bardziej merytorycznych, mierzalnych kryteriów oceny dostawców, które byłyby oparte np. na technicznych parametrach.

– Stosowanie kryteriów nietechnicznych – takich jak np. kraj pochodzenia dostawcy – zamiast rzetelnej weryfikacji urządzeń z wykorzystaniem uznanych, międzynarodowych systemów certyfikacji budzi rynkowy sprzeciw. Tym bardziej że po ostatnich konsultacjach projektodawca zapowiadał, że wprowadzi zmiany, które skupią się właśnie na aspektach technicznych – mówi ekspert Huwaeia. – Brnięcie w kryteria, które grożą uznaniowością oceny, nie przełoży się na zwiększenie poziomu cyberbezpieczeństwa w Polsce. Do sieci telekomunikacyjnej nie podłączamy dostawcy, tylko konkretne urządzenie, które musi spełniać określone wymogi bezpieczeństwa. Tymczasem zgodnie z obecnym projektem możliwa jest sytuacja, że krytyczna infrastruktura państwa będzie obsługiwana przez urządzenia, które nie mają żadnego certyfikatu bezpieczeństwa.

Projekt nowelizacji ustawy o KSC wprowadzi sankcje nie tylko dla firm uznanych za tzw. dostawców wysokiego ryzyka. Operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich usług bądź sprzętu, będą bowiem zmuszeni pozbyć się ich w ciągu kilku lat. W nowym projekcie ten termin został wydłużony z pięciu do siedmiu lat. Ustawodawca zastrzegł jednak, że w sytuacji szczególnego zagrożenia na podstawie decyzji ministra właściwego ds. informatyzacji operatorom i tak będzie przysługiwać ten krótszy termin.

Dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w Huaweiu podkreśla, że zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa jest zagrożeniem krytycznym i dlatego proces analizy dostawców powinien obejmować wyłącznie produkty i usługi pełniące krytyczną rolę w systemach i sieciach telekomunikacyjnych. Tymczasem proponowane zmiany w ustawie pozostawiają w tym względzie zbyt dużo swobody, pozwalając na wykluczanie z rynku dowolnych produktów i usług.

– Ustawodawca nie przewiduje na ten moment kolejnych konsultacji tego projektu. To o tyle rozczarowujące, że liczba uwag przesłanych do pierwszej wersji jasno pokazuje, że rynek jest żywo zainteresowany kształtem ustawy o KSC i chce o nim rozmawiać. Mam nadzieję, że ta chęć do rozmowy nie jest jednostronna – mówi Rafał Jaczyński.

Uruchomienie polskiej domeny przez Amazona pobudzi rynek e-handlu. Nie spowoduje jednak rewolucji

Witryna Amazon.pl stanie się faktem. 27 stycznia amerykański gigant oficjalnie ogłosił zamiar otwarcia polskiej strony. Powinno to pozytywnie odcisnąć się na rozwoju polskiego rynku sklepów internetowych i przynieść korzyści zarówno kupującym, jak i sprzedającym – oceniają eksperci. Co więcej, przyciągnie to do Polski nowe firmy technologiczne i narzuci wyższe standardy, ułatwi też wyjście poza granice kraju rodzimym przedsiębiorcom. Rewolucji na rynku na razie jednak nie będzie.

– Amazon jest największą, najbardziej rozwiniętą firmą e-commerce’ową świata, a więc na pewno dostaniemy solidną dawkę informacji, kompetencji i doświadczeń, ale też wszyscy lokalni gracze – najwięksi i trochę mniejsi – będą musieli podciągnąć swoje kompetencje, żeby skutecznie z nim konkurować  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kuśmierz, prezes zarządu firmy Shoper, dostarczającej narzędzia do stworzenia sklepu internetowego. – Nie spodziewam się, żeby wejście Amazona do Polski krótkookresowo zmieniło znacząco układ sił na rynku, niemniej jednak to jest gracz niezwykle cierpliwy, konsekwentny, stabilnie inwestujący i myślący długofalowo. To duża zmiana, bo polscy gracze myślą raczej krótko- bądź średnioterminowo.

Imperium Jeffa Bezosa warte jest obecnie według giełdowej wyceny 1,64 bln dol., czyli w przeliczeniu ponad 6 bln zł. Dla porównania wartość produktu krajowego brutto całej Polski w rekordowym 2019 roku to niespełna 2,3 bln zł. W ciągu pięciu ostatnich lat kurs akcji Amazona wzrósł niemal sześciokrotnie. Pandemia przyspieszyła jeszcze jego ekspansję, a tylko w pierwszych tygodniach zamrożenia gospodarek firma musiała zatrudnić na całym świecie 100 tys. dodatkowych pracowników, by nadążyć z realizacją zamówień. Internetowy gigant ma obecnie swoje witryny krajowe w 18 krajach – w ubiegłym roku zainaugurował strony holenderską i szwedzką. Wcześniej w obu tych krajach, podobnie jak teraz w Polsce, klienci i sprzedawcy mogli korzystać z niemieckiej strony Amazon.de w lokalnych wersjach językowych.

– Jest znacznie więcej plusów wynikających z ogłoszenia wejścia Amazona do Polski niż zagrożeń. Wraz z nim przyjdą bowiem kolejne inwestycje w rozwój rynku e-commerce’owego, przede wszystkim technologii dostępnej zarówno na platformie Amazona, jak i konkurentów. To jest bardzo dobra wiadomość – ocenia Marcin Kuśmierz. – Ekspozycję na bezpośrednią konkurencję ma największy polski marketplace Allegro, który jest świetną firmą, o bardzo solidnych i silnych fundamentach. Myślę, że jeszcze przez wiele lat pozostanie liderem rynku i może czuć się dość komfortowo, ale na pewno będzie musiał rozwijać szybciej swoją ofertę, być bardziej konkurencyjny i bardziej efektywnie walczyć o względy sprzedawców, ale też kupujących. To spowoduje, że obsługa klienta będzie na wyższym poziomie niż do tej pory.

Amazon działa już w Polsce od 2014 roku, jednak wyłącznie jako operator centrów logistycznych, które obsługują zachodnie rynki. Obecnie jest ich dziewięć, a jeszcze w tym roku pojawi się dziesiąte, w Świebodzinie. Według Amerykańskiej Izby Handlowej jest to największy amerykański pracodawca w naszym kraju, zatrudniający ponad 18 tys. pracowników. Tylko w ubiegłym roku przybyło mu ponad 2 tys. zatrudnionych w nowo otwartych centrach w Gliwicach i Łodzi. W Świebodzinie pracę znajdzie kolejny tysiąc. Na całym świecie w strukturach firmy pracuje już ponad milion osób.

Nie powinniśmy się obawiać monopolu ze strony Amazona, nawet w horyzoncie wielu lat, bo mamy bardzo silnych, dobrze rozwiniętych i świetnie funkcjonujących graczy e-commerce na rynku polskim bądź pochodzących z Polski – przewiduje prezes Shopera. – Jeśli jego wejście ma odcisnąć jakieś piętno na rynku, to spodziewam się, że nastąpi to za pięć, sześć, może siedem lat. Amazon bardziej stara się walczyć o względy klienta jakością niż niską ceną, a pamiętajmy, że polski rynek, także e-commerce’owy, to rynek o dużej wrażliwości cenowej klientów. Oni przede wszystkim zwracają uwagę na cenę.

Jak podkreśla ekspert, na niższe ceny może jednak wpłynąć większa konkurencja na rynku.

– Wejście Amazona to też jest dobra wiadomość dla sprzedających, bo zyskują kolejne atrakcyjne miejsce, gdzie mogą zamieścić swoją ofertę do klientów końcowych. Amazon jest wymagającym partnerem dla sprzedających, więc będą musieli się nauczyć z nim pracować, zaakceptować jego warunki sprzedaży związane z obsługą klienta, reklamacji, płatności – wylicza Marcin Kuśmierz. – To na pewno pomoże sprzedawcom zbudować kompetencje w zakresie sprzedaży międzynarodowej, więc łatwiej im będzie zacząć sprzedawać za granicą.

Prezes Shopera dodaje jednak, że właściciele e-sklepów – choć powinni rozważyć dywersyfikację sprzedaży na Amazonie – to przede wszystkim powinni inwestować we własną markę, jej rozpoznawalność oraz własne kanały sprzedażowe.

Reklamy blokuje blisko 80 proc. internautów. Polacy stworzyli innowacyjną, skuteczniejszą formę dotarcia do klientów

Nawet 60 proc. ruchu w internecie generują boty. To właśnie one często „klikają” lub „oglądają” reklamy. Polska firma stworzyła system reklamowy, który bazuje na założeniach questvertisingu. Do reklam dodano pytanie dotyczące ich treści oraz trzy odpowiedzi do wyboru. Tekst poniżej jest zakryty, a dopiero wskazanie prawidłowej odpowiedzi odsłania dalszą część artykułu. To sytuacja typu win-win z obu stron. Reklamodawca ma pewność, że konsument zapoznał się z reklamą, a użytkownik uzyskał dostęp do interesujących go treści.

– Questpass to nowy format reklamowy, rozwiązanie, które interaktywnie współpracuje z użytkownikiem. Z jednej strony to platforma internetowa, format nowego podejścia do reklamy, a z drugiej strony miękki paywall. Użytkownik widząc reklamę, musi odpowiedzieć na zadane tam pytanie, aby zobaczyć pozostałą część artykułu, który chce przeczytać na danym serwisie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Adam Wojdyło, partner w Questpass.

Skuteczność reklam w internecie zazwyczaj jest fikcyjna. Większość użytkowników albo automatycznie omija reklamy wzrokiem, albo szybko je zamyka, nawet ich nie oglądając. Inni instalują oprogramowanie do blokowania reklam. Analiza „Questvertising – kto pyta, ten jest skuteczny”, opierając się na badaniach z 2019 roku, podaje, że reklamy blokuje 77 proc. badanych Polaków,  a w grupie 18–44 lata, czyli najcenniejszej z punktu widzenia reklamodawców – 80 proc. Za „klikalność” reklam odpowiadają głównie boty. Nowa forma reklamy, która bazuje na założeniach questvertisingu, jest znacznie skuteczniejsza. Pytania weryfikują, czy klika w nie człowiek, czy bot.

– Korzyścią i dla czytelnika, i dla reklamodawcy jest to, że ta reklama została skonsumowana, czyli użytkownik zapoznał się z jej treścią. Musiał to zrobić, ponieważ, żeby odpowiedzieć poprawnie na pytanie i odsłonić pozostałą część artykułu, musiał odpowiedzieć na pytanie, na którym zależy reklamodawcy, np. o czym jest ta reklama, o jakim elemencie. Tym samym jest to taki miękki paywall, który mówi: mamy korzyść dla użytkownika, ponieważ odpowiedział na pytanie, na którym nam zależało, i zyskaliśmy kilka sekund jego uwagi – mówi Adam Wojdyło. – Zapoznanie się i zaangażowanie użytkownika jest bardzo wysokie, tym samym jest to sytuacja typu win-win.

Jak wynika z badań „Questvertising – nowe podejście do reklamy online” przeprowadzonego przez Uniwersytet SWPS pod patronatem IAB Polska, ta sama marka reklamowana z wykorzystaniem questvertisingu przebija się do świadomości odbiorcy kilkukrotnie lepiej niż reklamowana w tradycyjny sposób. Już jednokrotne rozwiązanie questu sprawia, że nowa marka jest rozpoznawana przez nawet kilkadziesiąt procent badanych. Takie reklamy są też bardziej lubiane w porównaniu z tymi tradycyjnymi.

– Jeśli użytkownik odpowie błędnie, to musi poczekać 5 sekund, aby odpowiedzieć poprawnie. Wiemy z kampanii przeprowadzonych w Questpass, że generalnie 94–96 proc. użytkowników odpowiada poprawnie, chcąc przejść dalej. Tym samym mamy prawie stuprocentową pewność, że użytkownicy zapoznają się z treścią reklamy. Jeżeli się nawet pomylą, to muszą odczekać i jeszcze raz odpowiedzieć. Tym samym mamy jeszcze większą pewność, co z punktu widzenia reklamodawcy jest korzystne – przekonuje partner w Questpass.

Eksperyment przeprowadzony przez prof. Dariusza Dolińskiego z SWPS wykazał, że jednokrotne zobaczenie nowej marki w reklamie tradycyjnej powoduje, że staje się rozpoznawalna dla średnio 7,8 proc. osób. Z czasem świadomość ta maleje i po tygodniu spada do 4,5 proc. W przypadku questvertisingu po jednokrotnym kontakcie z reklamą tę samą markę rozpoznawało średnio aż 28,7 proc. Po tygodniu jej znajomość wciąż była ponad dwukrotnie wyższa niż w przypadku reklamy tradycyjnej.

– Nawet po miesiącu około 1/3 użytkowników, którzy zapoznali się z treścią danego komunikatu reklamowego, pamięta, o czym była ta reklama, o czym był ten przekaz. To efekt tego, że musieli wejść w kilkusekundową interakcję, a to wystarczy – wskazuje ekspert.

Przedstawiciel Questpass zapowiada, że trwają prace nad kolejnymi innowacjami.

– W tym roku budujemy model SaaS-owy, w którym wydawca będzie mógł korzystać z naszej platformy i sam wprzęgać go w swoją sprzedaż. Mamy też kolejne elementy, już w I kwartale 2021 roku wprowadzamy nowe formaty reklamowe, format leadujący, afiliacyjny, który jeszcze bardziej wpisuje się w trend korzystania z e-commerce’u na wszystkich reklamowych płaszczyznach digitalowych – mówi Adam Wojdyło.

Wirtualna rzeczywistość na Finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Technologia pomoże szkolić z udzielania pierwszej pomocy

Dzięki wirtualnej rzeczywistości będzie można przeszkolić z udzielania pierwszej pomocy osoby z dysfunkcjami słuchu, a także w różnym wieku i o różnym stopniu sprawności. Technologia zostanie wykorzystana do tego podczas najbliższego Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Tymczasem VR już dziś umożliwia przeszkolenie pracowników oddelegowanych do pracy w trudno dostępnych obiektach oraz przy niebezpiecznych pracach. Rynek VR w edukacji w najbliższych latach pomnoży przychody aż dwudziestokrotnie.

– Jesteśmy w stanie organizować indywidualne szkolenie dla różnego rodzaju uczestników 29. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W tym roku organizujemy warsztaty dla wolontariuszy i osób, które działają na rzecz fundacji, poprzez szkolenia VR związane z pierwszą pomocą i ratowaniem życia ludzkiego. Nasze oprogramowanie będzie służyć w kilku gminach i sztabach przy ochotniczych strażach pożarnych, czy też bezpośrednio w organizowanych sztabach na terenie Dolnego Śląska, województwa mazowieckiego i podkarpackiego. Będziemy edukować ludzi, jak ratować życie ludzkie. We Wrocławiu mamy superniespodziankę dla osób, które są osobami wyizolowanymi społecznie – będziemy prowadzili edukację wśród osób niesłyszących – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Grzegorz Kobuszewski, prezes zarządu 4 Help VR.

Szkolenia będą prowadzone w formie transmisji online. Szkolone osoby otrzymają gogle wirtualnej rzeczywistości, dzięki którym będą mogły uczestniczyć w bardzo realistycznie odtworzonych sytuacjach związanych z koniecznością udzielenia pierwszej pomocy. Na ich rękach zostaną zamontowane czujniki, dzięki którym zanurzenie w wirtualną rzeczywistość będzie jeszcze głębsze, a ocena postępów nauki stanie się bardziej precyzyjna. Taka forma zajęć jest szczególnie cenna dla osób z niepełnosprawnościami.

– Wirtualna rzeczywistość sprowadza się do tego, że jesteśmy w stanie podłożyć również lektora języka migowego, który tłumaczy i prowadzi naszego szkolonego przez cały proces czynności ratunkowych. Wszystko prowadzone jest przez naszego wirtualnego trenera, który nazywa się Paramedicus, (łac. ratownik – przyp. red.). Jest to osoba o zdolnościach superbohaterskich, która prowadzi poprzez cały algorytm postępowania w czynnościach ratunkowych w scenariuszu resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Możemy również nauczyć się elementów użycia automatycznego defibrylatora zewnętrznego, który coraz częściej pojawia się na ulicach polskich miast – wyjaśnia Grzegorz Kobuszewski.

Wirtualna rzeczywistość jest narzędziem coraz bardziej docenianym w branży szkoleniowej. Koncern naftowy BP z wykorzystaniem tej technologii przeprowadzi szkolenia między innymi dla personelu pływających magazynów. Firma szkoleniowa odtworzy w wirtualnej rzeczywistości prawdziwe pomieszczenia i przeszkoli pracowników w zakresie poruszania się po nich i stosowania obowiązujących procedur. Szkolenia w VR są rozwiązaniem nie tylko dla trudno dostępnych obiektów, lecz także do przeprowadzania symulacji potencjalnie niebezpiecznych zdarzeń. Będą z nich korzystać między innymi strażacy z australijskiej Wiktorii.

Technologia, z jakiej korzysta 4 Help VR, łączy w sobie bardzo wysokie zaawansowanie techniczne oraz intuicyjną obsługę. Dzięki temu sprawdza się w szkoleniu nie tylko osób w różnym wieku, ale także z dysfunkcjami.

– Nasze rozwiązanie spokojnie używane jest przez dzieci w wieku czterech lat, które nie potrafią czytać ani pisać, ale za to świetnie radzą sobie z naszym oprogramowaniem dzięki prezentacjom, które są prowadzone przez naszego wirtualnego trenera, oraz poleceniom lektorskim. Najstarsza osoba korzystająca z naszego oprogramowania miała ponad 85 lat. Również w świetny sposób radziła sobie z czynnościami ratunkowymi, uzyskując zadowalający wynik skuteczności prowadzonej resuscytacji – zapewnia prezes 4 Help VR.

Analitycy Fortune Business Insights zakładają, że rynek wirtualnej rzeczywistości w edukacji do 2026 roku wypracuje roczny przychód sięgający 13 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie niemal 43 proc.

Bez rekordu, ale stabilnie na rynku inwestycyjnym w Polsce

Rok 2020, pomimo panującej pandemii COVID-19 i jej ogromnego wpływu na gospodarkę światową, zamknął się dobrym wynikiem przekraczającym 5,3 mld EUR. Na rynku nieruchomości komercyjnych apetyt inwestorów i zagranicznych funduszy pozostaje wciąż wysoki. Pomimo spadku wolumenu transakcji o 30% w porównaniu z rekordowym 2019 rokiem, rynek inwestycyjny w Polsce jest stabilny, a wartość zamkniętych transakcji zdecydowanie przekracza średnią z ostatnich 10 lat, która oscyluje wokół 4,2 mld euro.

Aż 50% kapitału zainwestowanego w Polsce w 2020 roku stanowiły przejęcia aktywów w sektorze magazynowym, w którym zasoby przekroczyły 20 mln m kw. w ubiegłym roku, a popyt osiągnął rekordowy poziom niemal 4 mln m kw.

„W 2020 roku uzyskany został najlepszy historycznie wynik sektora magazynowego uzyskany na rynku inwestycyjnym, który wyniósł 2,6 mld euro, co w dużej mierze było reakcją inwestorów na rozwój rynku e-commerce, jeszcze silniejszy w erze pandemii COVID-19 oraz zmieniające się sentymenty rynkowe. Aby lepiej to przedstawić wystarczy porównać udział poszczególnych segmentów w 2019 roku, kiedy to liderem był rynek biurowy z udziałem 50% w całym wolumenie transakcji, a sektor magazynowy zakończył rok z udziałem na poziomie 18%. Aktywność inwestorów w 2020 roku wyraźnie odzwierciedla dobrą sytuację i pozytywne perspektywy dla rozwoju sektora magazynowego. Zakładamy, że niezależnie od rozwoju pandemii i dalszych restrykcji z tego wynikających, w 2021 sektor magazynowy pozostanie liderem na rynku inwestycyjnym,” – komentuje Krzysztof Cipiur, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych w Knight Frank.

W minionym roku najbardziej pożądanymi aktywami były portfele magazynowe, takie jak: portfel Goodman przejęty przez GLP, portfel Hillwood przejęty przez Rosewood, a także projekty BTS z długimi umowami najmu takie jak Leroy Merlin w Piątku nabyty przez Savills Investment Management czy dwa projekty Amazon w Poznaniu i Wrocławiu zakupione przez Blackbrook oraz Hines.

„Obecna sytuacja gospodarcza na świecie wynikająca z pandemii ma znaczący wpływ na wysokość stóp kapitalizacji. Już teraz widoczna jest ich korekta w każdym sektorze, jednak w segmencie magazynowym ich wzrost jest najmniejszy. Najlepsze obiekty typu multilet wyceniane są na poziomie 5,5%, a nieruchomości typu prime BTS z długimi umowami najmu przy stopach 5,00%,” – dodaje Krzysztof Cipiur.

Wolumen transakcyjny w Polsce (mln EUR)

Wolumen transakcyjny w Polsce
Źródło: Knight Frank

„Pandemia i globalne ograniczenia w przemieszczaniu się wprowadziły przetasowania na inwestycyjnej mapie rynku nieruchomości. Dotyczą one zarówno źródeł kapitału jak i zainteresowania poszczególnymi segmentami nieruchomości komercyjnych. Spadek zainteresowania nieruchomościami biurowymi to bezpośredni skutek pandemii, który wynika z niepewności dotyczącej zmieniającego się modelu pracy. W 2020 roku wolumen transakcji biurowych osiągnął poziom 1,9 mld EUR, stanowiąc 38% całkowitej wartości transakcji w Polsce. Sektor odnotował 50% spadek wolumenu inwestycji w porównaniu z rokiem 2019, ale niezmiennie liderem na rynku biurowym pozostała Warszawa, z wartością transakcji bliską 1,3 mld euro,” – wyjaśnia Krzysztof Cipiur.

Do najważniejszych transakcji w stolicy należały m.in. przejęcie Wola Center przez Hines, zakup Nowogrodzka Square przez francuski fundusz Amundi czy przejęcie Generation Park Z przez Deka Immobillien.

Stopy kapitalizacji „prime”

Stopy kapitalizacji
Źródło: Knight Frank

W sektorze biurowym aktywa typu prime obecnie mogą uzyskać stopę kapitalizacji na poziomie około 4,75%, podczas gdy na początku 2020 roku, negocjacje toczyły się przy stopach kapitalizacji na poziomie około 4,25% – 4,35%.

„Rok 2021 rok jest jeszcze dużą niewiadomą, ale można spodziewać się, że nieruchomości w Polsce będą cieszyć się zainteresowaniem funduszy z Europy, Chin czy Singapuru. Z naszych rozmów zarówno z inwestorami, jak i instytucjami finansowymi, jasno wynika, że pomimo pandemii Polska w dalszym ciągu jest atrakcyjnym rynkiem dla inwestorów zagranicznych. W nadchodzącym czasie sytuacja rynkowa będzie wypadkową wielu czynników, przede wszystkim rozwoju epidemii na świecie, obostrzeń, reżimu sanitarnego, powrotu pracowników do biur, co w głównej mierze będzie kształtowało nowe trendy na rynku biurowym,” – podsumowuje Krzysztof Cipiur.